Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 29 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 31 maja 2011, 14:09 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7524
Lokalizacja: Podlasie
Krwawe "osiągnięcia" Rewolucji Francuskiej (cz. 1)

Rewolucja Francuska, rozpoczęta w 1789 roku, uznawana jest powszechnie za wydarzenie przełomowe w nowożytnej historii Europy i świata. W zdecydowanej większości przypadków uważa się, że Rewolucja Francuska była przełomem ku lepszemu. No, bo "zerwała z feudalizmem i absolutyzmem", uchwaliła prawa człowieka i "zapoczątkowała erę demokracji". Krótko mówiąc: postęp we wszystkich dziedzinach. Taką wykładnię dziejów i dorobku Francuskiej Rewolucji napotykamy również w przeważającej większości szkolnych podręczników do historii, także w naszym kraju.
Z pewnością, należy się zgodzić, że Rewolucja Francuska była czymś przełomowym. Jednak fakty historyczne nie potwierdzają pozytywnej oceny jej dorobku. Rewolucja ta (podobnie, jak każda inna rewolucja w dziejach ludzkości) nie była jutrzenką wolności i wyzwolenia. O wiele bardziej była ona rewolucją antyfrancuską, antychrześcijańską, antyludową. Jeżeli we Francji po 1789 roku coś trwale pozytywnego zaistniało - to nie dzięki, ale pomimo (lub wbrew) Rewolucji. Za hasłami, bowiem o wolności, równości i braterstwie tkwiła ponura i krwawa rzeczywistość. Jakże niewielu ludzi wie na przykład, że wśród ofiar Rewolucji Francuskiej (a więc zgładzonych przez samych rewolucjonistów) procentowo największą grupę stanowiły osoby wywodzące się z tzw. stanu trzeciego (tzn. ludu, nie-szlachty), który rzekomo miał się najbardziej cieszyć z "dobrodziejstw" rewolucyjnego przewrotu we Francji.

Gdy dziś używamy nazwy "Wielka Rewolucja Francuska", używajmy jej, nie dlatego aby podkreślić nieistniejącą pozytywną wielkość Rewolucji, ale aby podkreślić wielkość i wielość jej ofiar i zbrodni. Jeżeli bowiem w czymś Francuska Rewolucja była prekursorem, była nim w dziedzinie praktykowania ludobójstwa i rządzenia w oparciu o pretotalitarne metody.

Skoro było tak źle, to dlaczego do dzisiaj tak dobrze mówi się i pisze o Rewolucji Francuskiej? Odpowiedź tkwi w fakcie szczególnego zmistyfikowania i zniekształcania dziejów Francuskiej Rewolucji. Weźmy na przykład datę - symbol: 14 lipiec 1789 rok, data zdobycia Bastylii, uznawana za oficjalny początek Rewolucji.

W potocznej świadomości (nad ukształtowaniem której pracowały całe pokolenia nierzetelnych historyków) Bastylia jawi się jako XVIII-wieczny odpowiednik obozu koncentracyjnego lub łagru, w którym okrutny, abso-lutystycznie rządzący król Francji arbitralnie wtrącał licznych przeciwników swojej władzy. Wreszcie jednak 14 lipca 1789 roku, działający ze szlachetnych pobudek lud paryski przyniósł wolność uciemiężonym i po długiej i krwawej walce zdobył bronioną przez liczne wojska królewskie, Bastylię. Nastała wolność.

Jak było w rzeczywistości? Otóż, w istocie 14 lipca 1789 roku paryski tłum w znakomitej większości podburzony i opłacany przez Filipa księcia Orleańskiego, kuzyna króla Ludwika XVI (Filip chciał detronizacji Ludwika XVI, by samemu móc objąć tron) otoczył Bastylię. Bastylia była wówczas bardzo słabo broniona (Ludwik XVI w ogóle dozwalał bardzo małej ilości swojego wojska na obecność w stolicy). Załoga tej fortecy w zdecydowanej większości składała się z inwalidów i weteranów, którymi dowodził kawaler de Launay. Opór załogi Bastylii ograniczył się do oddania jednej salwy, która raniła kilka osób z tłumu. Zaraz po tym de Launay zgodził się na kapitulację Bastylii, pod warunkiem, że jej załoga będzie mogła bez szwanku opuścić twierdzę. Warunek ten został zaakceptowany. Jednak, gdy tylko załoga wraz ze swoim dowódcą znalazła się poza murami Bastylii, tłum rzucił się na nich. Szczególnie okrutnie znęcano się nad de Launayem. Kłuto go pikami, a gdy sam zaczął błagać swoich oprawców o dobicie go, ci oddali go w ręce niejakiego Feliksa Denota, czeladnika rzeźnickiego. Ten stwierdził, że de Launay jest zbyt ranny, aby przywiązać go do ogona konia i włóczyć w ten sposób po ulicach Paryża. Zdecydował się więc na inny sposób mordu, przez odcięcie głowy. Próbował najpierw szablą. Nie był jednak wprawnym katem. Parę cięć szablą nie wystarczyło, by dobić komendanta Bastylii. Denot zdecydował się więc na wypróbowanie na nieszczęsnym de Launayu swoich początkujących umiejętności rzeźnickich. Przytępym rzeźnickim nożem odciął głowę swojej ofierze. Tą makabryczną "zdobycz" obnosił paryski mo-tłoch przez cały 14 lipiec 1789 roku po ulicach stolicy Francji. Taka właśnie rzeczywistość wypełniała dzień, którego każda rocznica jest do dzisiaj świętem narodowym Francji. Czy jest co świętować?

Kogóż więc uwolniono z Bastylii 14 lipca 1789 roku? Setki, tysiące wycieńczonych i niewinnie więzionych przeciwników królewskiego absolutyzmu? W tamtym dniu uwolniono z Bastylii kilka osób. W większości pospolitych przystępców, dwóch chorych psychicznie oraz jednego szlachcica, osadzonego w twierdzy na prośbę swojego ojca. Prawda jest bowiem taka, że na długo przed rewolucją Bastylia świeciła pustkami. Bardziej straszyła swoim ogromem, niż liczbą więzionych w niej ludzi. W ostatnich latach przed rewolucją osadzano w niej przede wszystkim przedstawicieli szlacheckich rodzin na prośbę ich własnych krewnych (najczęściej powo-I dem było prowadzenie hulasz-I czego trybu życia prowadzącego do zadłużenia) lub autorów libertyńskich i bluźnierczych dzieł. Mało kto dzisiaj wie, że 14 lipca 1789 roku z Bastylii do szpitala Charenton został przeniesiony markiz de Sade, od którego nazwiska pochodzi nazwa jednego z seksualnych zboczeń (sadyzm). Tenże markiz, autor szeregu pornograficznych książek, został uznany przez swoją własną rodzinę za chorego psychicznie i na jej prośbę został osadzony w Bastylii (jego seksualna dewiacja była niebezpieczna dla otoczenia). Rewolucja francuska dla niego, właśnie dla niego, była prawdziwym wyzwoleniem. Jeszcze mniej znanym faktem jest to, że markiz de Sade wypuszczony z Charenton jako "patriota" (w żargonie rewolucyjnym "patriota" oznaczał "jeden z nas") aktywnie zaangażował się w sprawę "wolności, równości i braterstwa". Został członkiem klubu jakobinów (tzn. najbardziej ekstremistycznego stronnictwa rewolucyjnego) i autorem szeregu tekstów rewolucyjnych. De Sade działał w tzw. Sekcji Pik (rewolucjoniści podzielili Paryż na tzw. sekcje) wraz z przywódcą jakobinów i pierwszoplanową postacią całej rewolucji: Maksymilianem de Robe-spierre'em.

A co z Deklaracją Praw Człowieka i Obywatela uchwaloną przez rewolucyjną Konstytuantę 26 sierpnia 1789 roku? Przecież jest tam tyle wspaniałych słów o równości wszystkich ludzi, o prawie wszystkich do wolności. Cóż w tym może być złego?

Dla oceny wspomnianej Deklaracji kluczowe spostrzeżenie winno dotyczyć nie tego o czym Deklaracja wspomina, ale tego, o czym nie wspomina. Przede wszystkim bowiem nie wspomina żadnym słowem o Bogu. Jest to Deklaracja praw człowieka, który (wg autorów Deklaracji) nie ma Stwórcy i sam dla siebie i mocą własnego, ludzkiego autorytetu ogłasza sobie przynależne prawa. Zamiast Boga-Stwórcy wspomina się w tej Deklaracji o jakiejś "Istocie Najwyższej", wziętej wprost z masońskiej ideologii (masoneria na długo przed Rewolucją ukuła taki właśnie termin). Zupełnie inną drogą poszli autorzy Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych z 1776 roku, w której znajdujemy jasne odwoływanie się do Boga-Stwórcy.

Rewolucyjni autorzy francuskiej Deklaracji praw człowieka przeszli zupełnie do porządku nad chrześcijańską nauką, że źródłem godności człowieka, a tym samym jego praw jest fakt przybrania ciała i ludzkiej natury-przez Boga samego. Kościół od początku głosił powszechną równość wszystkich ludzi jako Dzieci Bożych wobec Boga i Jego Prawa (Dekalog i nauki objawione przez Chrystusa Pana). Dla chrześcijanina tylko tak pojmowana równość nie tylko jest faktyczna, ale i jest niezachwianą gwarancją praw i ludzkiej godności. Jednak taki pogląd był obcy autorom Deklaracji praw człowieka. Nie było już odniesienia do Boga jako dawcy i źródła praw ludzkich i praw dla człowieka. Źródłem tych praw ma być odtąd prawo stanowione przez rewolucyjny parlament (Konstytuantę), który wydał tę deklarację.

Nie słuchano przestróg tych parlamentarzystów, którzy wskazywali na ten brak odniesień do wartości transcendentnych. Część z nich wskazywała również słusznie, że Deklaracja Praw powinna być uzupełniona także Deklaracją Obowiązków Człowieka i Obywatela. Człowiek żyje przecież w społeczeństwie, od którego nie tylko trzeba brać, ale i dać coś od siebie. Już Apostołowie, wskazując na prawa człowieka jako Dziecka Bożego, nawoływali: "Jedni drugiego brzemiona noście". Nie tylko prawa, ale i obowiązki. Jednak i w tym aspekcie autorzy Deklaracji z 26 sierpnia 1789 roku pozostali głusi na wskazania płynące z chrześcijańskiej nauki o człowieku.

Takie były w największym skrócie filozoficzne i antropologiczne (tzn. dotyczące nauki o człowieku) błędy zwodniczo pięknie brzmiącej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Natomiast w płaszczyźnie konkretnego doświadczenia historycznego wkrótce okazało się, że deklaracja dla samych rewolucjonistów była nic nie znaczącym świstkiem papieru. Parę lat po jej publikacji większość z jej autorów i głosujących za nią w parlamencie, albo straciła życie na szafocie - wysłana tam przez kolegów - rewolucjonistów, albo ratowała się ucieczką na emigrację. Ci sami rewolucjoniści stale posługujący się frazesami zaczerpniętymi z tej Deklaracji (m. in. o równości wobec prawa, poszanowania własności i swobód obywatelskich) uchwalali prawa, które były jednym wielkim ograniczaniem wolności. Cóż bowiem wspólnego z hasłami Deklaracji miało prawo (uchwalone jeszcze w 1789 r.) sankcjonujące rabunek majątków kościelnych i zakonnych (tzw. nacjonalizacja)? Cóż wspólnego z deklarowaną swobodą wyznania miało prawo z 13 lutego 1790 roku likwidujące zakony we Francji oraz prawo z 15 sierpnia 1791 roku zakazujące noszenia przez księży strojów przeznaczonch dla ich stanu (sutanna, habit)? Cóż wspólnego z ogłaszaną równością wszystkich wobec prawa miało niesławne prawo z 17 września 1793 roku, tzw. prawo o podejrzanych (loi des suspects), które zezwalało na skazanie człowieka na śmierć w oparciu o anonimowy donos lub o tak nieostre kryteria jak "arystokratyczne sympatie". Wystarczyło być podejrzanym przez nieżyczliwego sąsiada, by zginąć na gilotynie. Ten tragiczny los (w oparciu o to prawo) stał się udziałem tysięcy Francuzów, wcale nie arystokratów! Jedno jest pewne w czasach "niedobrej", absolutnej monarchii francuskiej: tzw. szary Francuz miał o wiele więcej wolności niż pod rządami Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela.

Tę konstatację potwierdzają inne fakty. Przy pomieć bowiem należy, że jednym z "osiągnięć" Rewolucji Francuskiej było wprowadzenie obowiązku powszechnej służby wojskowej (tzw. leve en masse), nieznanego w czasach monarchii. Rewolucja dała też pożywkę dla rozwoju nacjonalizmu, przede wszystkim we Francji, choć nie tylko. Rewolucyjne hasło o "Francji jednej i niepodzielnej" oznaczało w praktyce administracyjne zniesienie lokalnych odrębności, które pielęgnowała Francja królów. Przytoczmy tutaj przykład Alzatczyków (zachodnia Francja przy granicy z Niemcami). Królowie Francji szanowali ich kulturową odrębność, objawiającą się przede wszystkim w posługiwaniu się przez nich własnym dialektem alzackim (mieszanina francuskiego i niemieckiego). Jednak dla jakobinów Francja i Francuzi mieli być jednakowi. Żadnej tolerancji dla odrębności w zwyczajach i języku.

Rewolucjoniści doszli więc do wniosku, że Alzatczycy posługują się "nierepublikańskim językiem" (tzn. dialektem, nie będącym literacką francuszczyzną). Na drodze administracyjnych nakazów (cały czas obowiązywała Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela) zmuszano nieszczęsnych Alzatczyków do porzucania tradycji swych przodków. Ci zaś, którzy nie nazbyt ochoczo pozbywali się swojego "nierepubli-kańskiego języka" kończyli na gilotynie. Nie trzeba dodawać, że takie praktyki nie wzmacniały przywiązania Alzatczyków do francuskiego państwa.

Rewolucjonistów ogarnął prawdziwy szał ujednolicania i zrównywania wszystkiego. Dziś to brzmi groteskowo, ale w 1793 roku poważnie roztrząsano we francuskim parlamencie rewolucyjny projekt jednego z jakobińskich deputowanych zakładający zburzenie wszystkich wież kościelnych we Francji w imię... równości. No, bo jak argumentował projektodawca, nie może być tak w republikańskiej Francji, aby jedne budowle wynosiły się nad inne.

Zresztą barbarzyński stosunek Rewolucji Francuskiej do dóbr kultury (głównie zabytków architektonicznych) jest osobnym zagadnieniem. Wspomnijmy tutaj tylko o takich "osiągnięciach" Rewolucji jak uczynienie z paryskiej Sainte-Cha-pelle (cudeńko gotyckiej architektury, obecnie na światowej liście UNESCO dóbr kultury) spichrzów zbożowych, zniszczenie wspanialej bazyliki w Cluny (była niewiele niższa od rzymskiej bazyliki św. Piotra), wyrzucenie z grobów bazyliki w Saint-Denis doczesnych szczątków królów (jak byśmy my, Polacy oceniali stronnictwo odpowiedzialne za profanację grobów królewskich na Wawelu - gdyby do takiej doszło?). Jakobini zadekretowali także zniszczenie wspaniałej katedry gotyckiej w Chartres (obecnie również zaliczana przez UNESCO do kulturalnego dziedzictwa ludzkości). Od zniszczenia uchronił ją jeden z bogatszych kupców, który wykupił katedrę od rewolucyjnego rządu po cenie gruzu. Piękna katedra w Chartres stoi do dziś, choć nosi na sobie ślady rewolucyjnego barbarzyństwa (np. uszkodzona figura Chrystusa Króla na portalu przy głównym wejściu).

Współczesny Rewolucji Francuskiej angielski myśliciel Edmund Burkę (anglikanin, a więc trudno go posądzać o szczególną stronniczość na rzecz katolicyzmu) nie wahał się w 1790 roku użyć bardzo ostrych (ale i bardzo proroczych) słów, pisząc o antykościelnym ustawodawstwie Rewolucji Francuskiej: "Krótko mówiąc, wydaje rru' się, że ten nowy ustrój kościelny ma być tylko przejściową i przygotowawczą fazą prowadzącą do całkowitego wyrugowania wszystkich form religii chrześcijańskiej, gdy tylko umysły ludzi zostaną przygotowane do zadania jej tego ostatniego ciosu za sprawą urzeczywistnienia planu otoczenia jej kapłanów powszechną pogardą. Ludzie, którzy nie chcą wierzyć, że filozoficzni fanatycy, kierujący tą akcją od dawna ją planowali, nie mają pojęcia o ich charakterach i poczynaniach. Ci entuzjaści bez skrupułów głoszą swe przekonanie, że państwo może funkcjonować lepiej bez żadnej religii i że potrafią zastąpić to, co w niej może być dobrego, własnymi pomysłami, a mianowicie wymyśloną przez siebie edukacją, opartą na wiedzy o fizjologicznych potrzebach człowieka, która stopniowo prowadzić ma do uświadomienia sobie własnych interesów, co z kolei... ma ponoć doprowadzić do utożsamienia ich z interesami szerszymi, interesami ogółu" (E. Burkę, Rozważania o rewolucji we Francji, Warszawa-Kraków 1994, s. 162).

Burkę dotknął sedna rzeczy. Prawdziwym i najważniejszym celem rewolucjonistów było stworzenie nowego człowieka. Nie na obraz Boży, ale na obraz wymyślony przez oświeceniowych i jawnie an-tychrześcijańskich "filozofów" (Rousseau, Diderota, Woltera i in.). Przy ocenie bowiem "osiągnięć" Rewolucji Francuskiej nie wystarczy tylko pamiętać o jej zbrodniach i zniszczeniach. Trzeba też zwrócić uwagę na to, co rewolucja stworzyła. Stworzyła mianowicie podwaliny pod kształtowanie tzw. republikańskiego człowieka - zupełnie oddanego państwu i wierzącego w "Istotę Najwyższą". Zamiast Dekalogu i Ewangelii Chrystusowej, Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela oraz "Umowa społeczna" Jana Jakuba Rousseau. To był zupełnie nowy projekt człowieka. Dlatego też chciano zniszczyć Kościół we Francji, bo głosił inną prawdę o człowieku, nie głosił "Istoty Najwyższej", ale Trójcę Świętą, no i miał istotny wpływ na edukację młodego pokolenia.

Nowy świat i nowy człowiek miał funkcjonować w nowym czasie ("nowy" czyli antychrześcijański). W tym też świetle należy widzieć wrowadzenie przez francuskich rewolucjonistów (od 1792 r.) nowego, tzw. republikańskiego kalendarza. Początkiem nowej ery miała być proklamacja Republiki we Francji (22 wrzesień 1792 r.), a nie narodziny Chrystusa. Zniesiono Dzień Święty - niedzielę (jak i wszystkie inne chrześcijańskie święta), zamiast 7-dniowego tygodnia, utworzono 10-dniowe dekady. Wszystkie te zmiany po to, by wymazać z pamięci ludzkiej prawdę o chrześcijańskich korzeniach naszej cywilizacji. Czas i sposób jego mierzenia ma bowiem niezwykle duży i bezpośredni wpływ na codzienną ludzką egzystencję. Stąd też iście orwel-lowski zapał francuskich rewolucjonistów, by zyskać panowanie nie tylko nad teraźniejszością, ale i nad przeszłością (nowy punkt odniesienia: zamiast narodzin Syna Bożego, proklamacja Republiki).

Gwoli prawdy historycznej dodajmy, że i w tym przypadku lud francuski nie zechciał docenić tych "dobrodziejstw" opracowywanych dla niego. Mimo oficjalnych zakazów, wielu ludzi nadal świętowało niedzielę i inne chrześcijańskie święta. Ponieważ jednak, jak twierdził jeden z wodzów Rewolucji, L. A. Saint-Just "nie ma wolności dla wrogów wolności", ci, co nie organizowali swego życia według dekad, kończyli w więzieniu i niejednokrotnie na szafocie.

Co jest prawdziwym wyróżnikiem totalitaryzmu? Na pewno nie same zbrodnie i ich liczba. Totalitaryzm rozpoczyna się tam, gdzie władza państwowa przystępuje do budowania nowego, wspaniałego świata, gdzie pragnie się stworzyć "nowego człowieka" (republikańskiego, aryjskiego czy socjalistycznego). To dopiero w imię tych projektów stworzenia bezbożnego raju na ziemi, dokonuje się okrutnych i licznych zbrodni. Wszyscy totalitaryści powtarzali za Saint-Justem: "nie ma wolności dla wrogów wolności". Jeżeli, człowieku, nie chcesz żyć w przygotowanym przez nas dla ciebie raju (niech on nazywa się: Republika, III Rzesza, Związek Sowiecki), albo co gorsza - wierzysz w innego Zbawiciela - musisz zginąć. Wyraźne cechy takiego właśnie myślenia odnajdujemy u francuskich rewolucjonistów, szczególnie u jakobinów. Snuli oni plany rządów "republikańskiej cnoty" we Francji po ostatecznym zwycięstwie Rewolucji (czyt. po wymordowaniu wszystkich opornych księży, arystokratów i "wrogiego wobec wolności" ludu - jakieś parę milionów osób). W imię tejże "republikańskiej cnoty" planowali oni m. in. odbieranie dzieci rodzicom i wychowywanie ich przez państwo, likwidację prywatnej własności, ujednolicenie strojów. Nie miało być żadnej sfery życia ludzkiego zakrytej przed ewentualną ingerencją Republiki. Badacz intelektualnej historii Rewolucji Francuskiej, izraelski historyk J. Talmon, nie zawahał się zatytułować swojego dzieła poświęconego tej tematyce: "Totalitarna demokracja" (Totalitarian democracy). Za pięknymi słówkami Robespierre'a o "rządach cnoty", skrywało się krwawe widmo totalitary-zmu. Bo, jak powiedział XIX-wieczny poeta niemiecki, Fryderyk Holderlin: "Każda próba zbudowania raju na ziemi, kończy się stworzeniem piekła".

W następnych odcinkach poznamy dzieje niektórych z tych, którzy tragicznie zostali dotknięci przez piekło Rewolucji. Ginęła w nim cała stara Francja królów i tylu świętych. Pierwszą ofiarą (pierwszą pod względem symbolicznego znaczenia) miał być sam król Francji Ludwik XVI i jego rodzina.

http://adonai.pl/historia/?id=10

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 02 cze 2011, 12:00 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7524
Lokalizacja: Podlasie
Krwawe "osiągnięcia" Rewolucji Francuskiej (cz. 2)

Jeden z francuskich emigrantów, którzy zmuszeni zostali przez rewolucję do opuszczenia ojczyzny, powiedział o królu Ludwiku XVI, już po jego śmierci na szafocie: "Gdyby Ludwik XVI był takim królem, jakim był świętym".
W rewolucyjnej propagandzie osoba króla kojarzona była z wszelkiego rodzaju zbrodniami i okrucieństwami. W rzeczywistości jednak można o królu Ludwiku XVI powiedzieć coś zupełnie odwrotnego: dramat Ludwika XVI jako króla polegał na tym, że swoje posłannictwo królewskie pojmował przede wszystkim jako wypełnianie roli dobrotliwego ojca dla swoich poddanych. Tak zawsze zresztą pojmowano rolę królów - Bożych pomazańców, mających czerpać wzór postępowania wobec powierzonych im ludzi od samego Boga Ojca. Tragizm losów Ludwika XVI leżał właśnie w zapoznaniu przez króla prawdy, że dobry ojciec nie może być tylko ojcem dobrotliwym. Gdy trzeba, musi wymierzać karę. Ludwik XVI bardzo zaś wystrzegał się podejmowania surowych środków dla zapobieżenia narastającym we Francji (i często sterowanym) niepokojom tuż przed 1789 rokiem.

Łaskawość króla Ludwika XVI była odczytywana przez wrogów monarchii jako jego słabość. W sierpniu 1787 roku na jaw wyszedł antykrólewski spisek, w który zamieszany był Paryski Parlament i książę Orleanu. Ludwik XVI skazał Parlament na wygnanie do Troyes, a swojemu kuzynowi nakazał opuścić stolicę. Jednak już po dwóch miesiącach król odstąpił od tych koniecznych środków zmierzających do zapewnienia spokoju w Paryżu.

Dużo można zarzucić Ludwikowi XVI, ale z pewnością absurdalnym było jakobińskie oskarżenie króla jako "krwawego tyrana". Ludwik XVI niemal obsesyjnie obawiał się dania jakiegoś powodu do przelania francuskiej krwi. Filozofię postępowania króla dobrze ilustrują dwa fragmenty jego listów, pisanych już po tym, jak uznał samozwańczą decyzję Stanów Generalnych przekształcenia się w Konstytuantę (9 lipiec 1789 r.) oraz po tym, jak dał się paryskiemu motłochowi sprowadzić z Wersalu do Paryża (6 październik 1789 r.).

W liście pisanym 7 września 1789 r. król uzasadniał, dlaczego nie pozwolił na użycie siły (do czego namawiali króla niektórzy emigranci) wobec zbuntowanych Stanów Generalnych: "Niebo, które ustanowiło mnie na tronie, dało mi czułe serce, uczucia dobrego ojca. Wszyscy Francuzi są moimi dziećmi; jestem wspólnym ojcem wielkiej rodziny mi powierzonej... Dałbym sygnał do rzezi i tysiące Francuzów zostałoby zgładzonych... Spełniłem swój obowiązek i - podczas kiedy mordercą targająwyrzuty sumienia - ja, ze swej strony, mogę otwarcie oświadczyć, że nie jestem winny krwi rozlanej, nie dałem rozkazu zgładzenia, uratowałem Francuzów, uratowałem moją rodzinę, moich przyjaciół i cały mój lud. Mam głębokie przeświadczenie, że uczyniłem dobrze; moi przyjaciele uciekają się zaś do zbrodni" 1.

Natomiast w liście do hrabiego d'Estaing, pisanym w dniu napadu rewolucyjnego tłumu na Wersal, króla wciąż było stać na napisanie takich słów: "Chcesz, mój kuzynie, abym ogłosił, że znajduję się w niebezpieczeństwie lub, abym sięgnął do środków gwałtownych w mojej prawowitej obronie lub też, abym oddalił się z Wersalu... Jaka jednak by nie była zuchwałość moich nieprzyjaciół, nie powiedzie im się. Francuz nie jest zdolny do królobójstwa" 2.

Tak o wykonywaniu swej władzy myślał czołowy reprezentant ancien regime'u. Bardzo wymowne jest z kolei, że Napoleon Bonaparte, dziecko Rewolucji, miał kiedyś powiedzieć, że trzy salwy z kartaczy załatwiłyby problem buntuj ących się Stanów Generalnych. Podobnie, jak z mitem o "krwawym" królu, rzecz ma się z mitem głoszącym niechęć króla do przeprowadzenia reform, których Francja przed 1789 r. potrzebowała. Można stwierdzić, że Ludwik XVI nie był przeszkodą na drodze do przeprowadzania reform, które czekały monarchię francuską pod koniec XVIII wieku. Trzeba pamiętać, że jeszcze przed 1789 rokiem Ludwik XVI próbował realizować politykę liberalizacji i uproszczenia stosunków gospodarczych wewnątrz francuskiego królestwa (m. in. dążył do zniesienia przymusu cechowego). Niestety, próby podejmowane przez króla spotykały się z oporem, przede wszystkim Paryskiego Parlamentu, który odmawiał rejestracji królewskich edyktów (Parlament funkcjonował wówczas jako odpowiednik Trybunału Konstytucyjnego). Nałożyła się na to opozycja sterowana przez królewskiego kuzyna, Filipa ks. Orleanu (od 1772 stojącego jako Wielki Mistrz Wielkiego Wschodu na czele francuskiej masonerii) 3, którego siedziba Palais Royal była punktem ogniskującym'całą antykrólewską propagandę.

Król pisał ciągle "moi nieprzyjaciele". Tutaj tkwiła geneza kolejnego dramatu Ludwika XVI. Nie zdawał sobie sprawy (lub uświadomił sobie zbyt późno), że tak naprawdę rewolucjoniści są o wiele bardziej wrogami monarchii, niż osoby króla. Monarchia musiała zostać skazana na śmierć, a z nią - jako pierwszy - dobrotliwy król Ludwik XVI. Stan faktyczny miał tutaj zupełnie drugorzędne znaczenie. Ludwik został zadekretowany jako "krwawy tyran" i jako taki musiał zginąć. Wielce charakterystyczne w tym względzie są słowa wypowiedziane przez jednego z jakobińskich przywódców Saint-Juste'a, który podczas debaty rewolucyjnego Konwentu (już po obaleniu monarchii 21 września 1792 r.) nad sprawą postawienia przed sąd króla Francji, powiedział: Nie widzę rozwiązania pośredniego: ten człowiek musi królować, albo umrzeć... "Nie można królować niewinnie, oszustwo tego jest nazbyt wyraźne. Wszyscy królowie są buntownikami i uzurpatorami. .. Ludwik zwalczał lud i został pokonany. To jest barbarzyńca, jest to obcy jeniec wojenny. Widzieliście jego perfidne projekty, widzieliście jego armię. Ten zdrajca nie był królem Francuzów, był on królem paru knujących spisek... Próbuje się wzbudzić litość, wkrótce skupować się będzie łzy. Uczyni się wszystko, aby nas zjednać, aby nas nawet skorumpować. Ludu! Jeżeli król zostanie uniewinniony, przypomnij sobie, że nie będziemy godni twego zaufania. I możesz nas wtedy oskarżyć o perfidię 4.

Ludwik XVI zaakceptował uczynienie z monarchii absolutnej monarchii konstytucyjnej związane z radykalnym uszczupleniem jego prerogatyw, nie protestował przeciw zniesieniu przywilejów stanowych. W jednej tylko kwestii król nie chciał ustąpić, w kwestii dotyczącej bezpośrednio jego sumienia, jaką była sprawa podpisania uchwalonej w 1790 r. tzw. Konstytucji cywilnej kleru (wymagającej od księży złożenia przysięgi na wierność państwu, wprowadzając tym samym faktyczne oderwanie Kościoła we Francji od Stolicy Apostolskiej). Po wielu naciskach, 26 grudnia 1790 r. król ustąpił i podpisał ten fatalny dokument. 10 marca 1791 r. papież Pius VI potępił oficjalnie konstytucję cywilną kleru.

Wiele świadczy o tym, że pogwałcenie przez rewolucjonistów królewskiego sumienia w tej kwestii było tym, co ostatecznie skłoniło Ludwika XVI do podjęcia wraz z całą swoją rodziną 21 czerwca 1791 r. próby ucieczki z Paryża. W manifeście pozostawionym w pałacu Tuillierie król wyznawał swym poddanym, że do końca nie mógł się pogodzić ze zmuszaniem go do czynienia zamachów na Kościół i religię katolicką. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności udaremnił powodzenie królewskiej ucieczki. Patrole wojsk wiernych królowi były dosłownie parę kilometrów od Varennes, gdzie zatrzymano króla. Ludwik XVI wraz z całą został na powrót sprowadzony do Paryża. Było już tylko kwestią czasu, kiedy zostanie wykonany ostateczny zamach na instytucję monarchii i osobę króla.

10 sierpnia 1792 r. tłum paryski (podburzany zgodnymi głosami jakobinów i agentów Palais Royal) podjął szturm na Tuillierie. Osobistą ochronę króla stanowiło około tysiąca gwardzistów (w tym 750 gwardzistów szwajcarskich). Pierwszy szturm na pałac królewski został odparty. Napastnicy byli tak zaskoczeni zdecydowanym oporem, że powstała realne szansa na wyprowadzenie króla pod osłoną gwardii z ogarniętego rewolucyjną anarchią Paryża. Niebezpieczeństwo to dostrzegł i wysłał deputację do króla oferując swoją ochronę. Dobry król uwierzył (Francuz nie jest zdolny do królobójstwa). Kazał gwardzistom wstrzymać ogień.

Tłum jednak nie zaprzestał ataków. Zdemobilizowani rozkazem królewskim do nie stawiania oporu, gwardziści ulegli kolejnemu napadowi. Zmasakrowano około dwustu szlachciców, którzy ochotniczo bronili króla, dwustu gwardzistów i siedmiuset pięćdziesięciu gwardzistów szwajcarskich. Po zdobyciu Tuillierie rozgrywały się w pałacu i wokół niego sceny dantejskie. Upojony krwią tłum dopuszczał się nawet kanibalizmu na zwłokach bohaterskich Szwajcarów.

Król wraz z rodziną był pod "ochroną" rewolucyjnego Konwentu. Ochronę rewolucjoniści rozumieli po swojemu. 3 grudnia 1792 r. Konwent zadecydował, że król będzie sądzony za "zbrodnie przeciwko narodowi". Ludwik XVI i jego rodzina (następca tronu czyli Delfin, córka Maria Teresa, siostra Elżbieta i żona, królowa Maria Antonina) zostali osadzeni w więzieniu Tempie. Proces króla rozpoczął się 26 grudnia 1792 roku.

Podczas tych wydarzeń król szukał pocieszenia w religii. Dużo się modlił. Świadectwem jego głębokiej wiary jest testament spisany 25 grudnia 1792 roku, w przeddzień rozpoczęcia procesu (obawiał się bowiem, że może zostać zabity, gdy będzie udawał się do Konwentu jako oskarżony). Czytamy w nim m. in. te piękne słowa: "Powierzam moją duszę Bogu, memu Stwórcy. Modlę się do Niego, aby w swoim miłosierdziu przyjął ją, aby nie sądził jej według jej zasług, ale wedle zasług Pana naszego Jezusa Chrystusa, który ofiarował się Bogu Swemu Ojcu za nas ludzi - jakkolwiek wszyscy byliśmy niegodni, ja jako pierwszy. Umieram w jedności z naszą Świętą Matką, Kościołem Katolickim, Apostolskim i Rzymskim, który czerpie swą władzę przez nieprzerwaną sukcesję od św. Piotra, któremu władza ta została powierzona przez Jezusa Chrystusa. .. Z całego serce przebaczam tym, którzy uczynili się moimi nieprzyjaciółmi, chociaż nie dałem im ku temu żadnego powodu. Modlę się do Boga aby im przebaczył, modlę się również za tych, którzy, powodowani fałszywą lub źle rozumianą gorliwością, uczynili mi wiele zła 5. Dopóki mógł, król zajmował się również wychowywaniem Delfina. Już po rozpoczęciu się procesu, jako szykanę wobec króla, oddzielono go od jego rodziny. Mógł się widywać z bliskimi tylko parę godzin dziennie. Dręczono króla na wiele sposobów. Gdy przyszła wiadomość o zdobyciu przez Prusaków Verdun, jeden ze strażników zbliżył się do Ludwika XVI, mówiąc: "Capet, Prusacy są w Verdun, ale nie zobaczą cię żywego. Jeśli posuną się do przodu, zatopię tę szablę w twoim sercu!".

Rodzina królewska była pod stałym, brutalnym nadzorem komisarzy rewolucyjnych. Niektórzy z nich byli tak skrupulatni, że dopiero na usilne prośby króla raczyli nie asystować przy porannej toalecie Marii Antoniny.

Podejmowano także pierwsze próby indoktrynowania dzieci królewskich. Jeden z komisarzy, Mercereau (z zawodu kamieniarz) pytał się w Tempie małego Delfina (siedmioletniego): "Czy nie wiesz, że wolność uczyniła nas wolnymi i że wszyscy jesteśmy równi?" Przyszły Ludwik XVII miał odpowiedzieć: "Równi - jak pan sobie życzy. Jednak w tym miejscu z pewnością wolność nie uczyniła nas wolnymi".

Obrońcami króla podczas procesu byli: Tronchet (w Stanach Generalnych deputowany stanu trzeciego), dawny minister Malesherbes (o ironio, przed rewolucją potępił królewską cenzurę za powstrzymywanie rozpowszechniania pism "filozofów") i Romain de Seze. Ten ostatni, w pierwszym dniu procesu wskazał Konwentowi na nienormalna sytuację, w której pełni on rolę zarówno oskarżającego, jak i sędziego. Wołał do deputowanych: "Obywatele! Szukam wśród was sędziów, a widzę tylko prokuratorów... Ludwik będzie jedynym Francuzem, dla którego nie będzie prawa pod jakąkolwiek postacią 6.

Prawo rewolucyjne (czego klasycznym przykładem był proces Ludwika XVI) działało jednak według wskazówek Saint-Juste'a, a nie według klasycznej zasady państwa prawa - rozdziału funkcji prokuratora i sędziego. Podczas procesu rewolucjoniści zadbali o to, aby w budynku Konwentu, gdzie toczyła się rozprawa, był także obecny "lud". W praktyce oznaczało to obecność, w kuluarach i na galerii dla publiczności, uzbrojonych w piki band sankiulockich (często pijanych). Gdy doszło do ostatecznych głosowań, głos każdego deputowanego opowiadającego się przeciw skazaniu króla na śmierć, spotykał się z okrzykami dochodzącymi z galerii: Śmierć głosującemu! W tamtych okolicznościach wyglądać to mogło nie tylko na zwykłe groźby. W Konwencie nie mogło być więc warunków sprzyjających nieskrępowanemu podejmowaniu decyzji.

W tej atmosferze zastraszenia i terroru, od 15 stycznia 1793 roku Konwent głosował nad trzema pytaniami:

1. Czy Ludwik Kapet (jak rewolucjoniści nazywali Ludwika XVI) jest winny spisku przeciw wolności narodu i zamachu przeciw bezpieczeństwu państwa?

2. Czy wyrok wydany przez Konwent ma podlegać ratyfikacji w drodze ogólnonarodowego referendum?

3. Jaką karę należy wymierzyć?

Do godziny dwudziestej 16 stycznia przegłosowano odpowiedź twierdzącą na pierwsze pytanie i przeczącą na pytanie drugie. Charakterystyczna jest ta obawa rewolucjonistów przed narodem ("ludem"). Stać się mogła bowiem rzecz straszna, naród francuski (czyli cała reszta ludności Francji poza paryskim motłochem) mógł bowiem zażądać uwolnienia "krwawego tyrana". Późniejsze ludowe powstania w Wandei potwierdziły, że rewolucjoniści słusznie obawiali się o wyniki takiego referendum.

Od godziny dwudziestej dnia 16 stycznia do godziny dwudziestej dnia następnego, głosowano nad rodzajem kary dla Ludwika XVI. 17 stycznia 1793 roku farsa procesu dobiegła końca, zapadł wyrok. Jednym głosem przesądzono karę śmierci (361 do 360). Niektórzy twierdzą, że głosem przesądzającym o skazaniu króla na śmierć był głos Filipa ks. Orleanu, który zasiadał w Konwencie jako obywatel Filip Egalite (rok później sam zginął na szafocie).

Ludwik XVI, po zapoznaniu się z treścią wyroku, poprosił o parodniową zwłokę w jego wykonaniu. Chciał bowiem przed śmiercią wyspowiadać się przed katolickim kapłanem (czyli takim, który nie zaprzysiągł tzw. cywilnej konstytucji kleru) Konwent bardzo niechętnie zgodził się na zadośćuczynienie tej prośbie, której nie odmawia się nawet kryminalistom. Zgodzono się pod warunkiem, że nie będzie to obywatel francuski. Do Tempie, wysłuchać spowiedzi króla i towarzyszyć mu w drodze na szafot, przyszedł więc ksiądz Edgeworth de Firmont - urodzony w Irlandii, syn protestanckiego pastora nawróconego na katolicyzm. Spowiedź króla odbyła się w jego więziennej celi 20 stycznia 1793 roku. Wieczorem tego dnia spotkał się ze swoją rodziną. Nie powiedział, że widzą się po raz ostatni.

Nazajutrz, wczesnym rankiem król wysłuchał Mszy św. Odprawionej przez ks. Edgewortha i przyjął Komunię św. (nawet w tym przypadku król musiał przełamać opór komisarzy, którzy obawiali się, że hostia może być zatruta i tym sposobem król uniknie publicznej egzekucji). Tamtego ranka Ludwik XVI w swoich ostatnich słowach do księdza miałpowiedzieć: "Jakże jestem szczęśliwy, że zachowałem moje uczucia religijne! Gdzieżbym był w tej chwili, gdyby Bóg nie użyczył mi tej łaski?".

O godzinie 9 "rano, w otoczeniu komisarzy Konwentu (do ostatka zapewniających króla, że jego rodzina będzie bezpieczna) król udał się na Plac Rewolucji - miejsce egzekucji, (dawniej Plac Ludwika XV, dziś Plac Zgody). Przez całą drogę odmawiał wraz z księdzem pacierze. Na całej trasie przejazdu rozstawiono wzmocnione siły gwardii narodowej i wojska. Aby uniemożliwić porozumiewanie się ewentualnym spiskowcom, kazano cały czas bić w bębny. Tylko raz, koło bramy św. Marcina, rozległ się głos barona de Batza: "Bywajcie Francuzi, bywajcie ci, którzy chcą uratować króla!" Na apel odpowiedziało dwóch szlachciców, natychmiast zakłutych pikami.

Gdy król wstępował na szafot, ksiądz Edgeworth krzyknął: "Synu świętego Ludwika, wstępuj do nieba!" Tuż przed egzekucją król zwrócił się jeszcze raz do zgromadzonego ludu: "Francuzi! Umieram niewinny zarzucanych mi zbrodni. Przebaczam moim nieprzyjaciołom. Modlę się do Boga z całego serca, aby im wybaczył, aby nie spadła na Francję krew, która będzie przelana. A ty, ludu nieszczęśliwy..."

Słowa króla zostały zagłuszone przez bicie bębnów. Do końca bowiem rewolucjoniści obawiali się, że z tłumu padnie okrzyk: Łaski!

Kat wzniósł do góry ociekającą krwią głowę Ludwika XVI, króla, dobrego ojca dla swoich poddanych. Króla, który nie wierzył, żeby Francuz był zdolny do królobójstwa.

Gdy odgłosy salw z dział na Placu Rewolucji, zwiastujące śmierć Ludwika XVI zostały usłyszane w Tempie - Maria Antonina przyklęknęła przed swoim ośmioletnim synem i ucałowała jego królewską rękę. Rozpoczęło się męczeńskie panowanie króla - więźnia Ludwika XVII (1793 - 1795).

Ośmioletni syn Ludwika XVI, chociaż nie był namaszczony i koronowany, został uznany jako prawowity władca Francji przez wszystkie dwory europejskie i przez swoich wiernych poddanych. To właśnie w obronie więzionego króla - dziecka powstał wierny lud Wandei. Rewolucyjna "sprawiedliwość", opierająca się przecież o frazesy z Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, nakazała trzymanie tego królewskiego dziecka (ale jednak dziecka) w całkowitym zamknięciu (zakazano nawet otwierania okien w celi), bez możliwości spacerów i widzenia się z wciąż więzionymi matką, ciotką i siostrą. Mało tego, młodego króla poddano rewolucyjnej reedukacji polegającej na próbie wpojenia mu nienawiści do jego ojca i matki oraz wyrzeczenia się religii chrześcijańskiej. Politrukiem wysłanym do tego celu przez Konwent był niejaki Simon.

Powolna agonia Ludwika XVII zakończyła się w 1975 roku. Nie żyła już wtedy matka, królowa Maria Antonina oraz ciotka, siostra Ludwika XVI madame Elisabeth.

Proces królowej Marii Antoniny (a właściwie jego farsa) był jednym z najobrzydliwszych epizodów Rewolucji Francuskiej. Sfingowano wszystkie dowody, nie wahając się nawet przed wysunięciem oskarżenia o seksualne wykorzystywanie własnego syna! Chodziło bowiem o odarcie królowej z godności, o to, aby na zawsze pozostała w niesławie w wyobrażeniu tzw. szerokich mas. Stąd ta czarna legenda Marii Antoniny jako rozpustnicy, utracjuszki i zdrajczyni. Tymczasem Maria Antonina - zaświadczają to wszystkie dostępne nam źródła historyczne - nie wyróżniała się niczym negatywnym na tle innych panujących w tym czasie.

Skądinąd bardzo ciekawą rzeczą jest fakt, że wielkimi strażnikami moralności i tropienia wszelkich od niej odchyleń w życiu Marii Antoniny byli ci sami ludzie (tzn. rewolucjoniści), którzy uchwalili tzw. cywilne małżeństwa, wprowadzenie możliwości rozwodów, skutecznie rozbijające życie rodzinne oparte na chrześcijańskiej moralności.

Z pewnością niemałą rolę w szczególnym natężeniu wściekłości rewolucyjnej propagandy wobec osoby Marii Antoniny odgrywał fakt, że królowa pochodziła z dynastii Habsburgów, świetnej, katolickiej dynastii.

Dla opisania farsy procesu Marii Antoniny niech posłuży fragment zeznań Heberta, jednego ze świadków oskarżenia: "Podczas jednej z moich wizyt w więzieniu królowej, znalazłem książkę kościelną, która zawierała kontrrewolucyjny znak składający się z serca otoczonego płomieniami i cierniem, nad którym widniał napis: Jesus, miserere nobis". Najświętsze Serce Jezusa jako "kontrrewolucyjny znak"? Bez komentarza.

Barbarzyństwo rewolucyjnych oprawców objawiło się jednak najwyraźniej w ich odmowie przysłania skazanej na śmierć królowej kapłana katolickiego z posługą duchową. Królową pozbawiono tego, czego nie odmawia się najgorszemu zbrodniarzowi. Proponowano jej, co prawda, przysłanie do celi tzw. księdza zaprzysiężonego (a więc schizmatyckiego). Maria Antonina, w obliczu śmierci i wielkiego duchowego cierpienia jakim była odmowa możliwości uzyskania ostatniej pociechy duchowej, pozostała wierna Kościołowi Świętemu. Trzeba było niemałego heroizmu, aby, znieść w spokoju i z godnością. Zdobyła się na to Maria Antonina, a przekonują o tym wstrząsające słowa jakie napisała 16 października 1793 roku, w dniu swojej egzekucji, do madame Elisabeth: "Zostałam skazana nie na śmierć haniebną - taka istnieje tylko dla zbrodniarzy. Idę dołączyć do Pani brata. Jak on, jestem niewinna i mam nadzieję okazać podobną do niego stałość w ostatnich chwilach... Jakże ogromnie mi żal opuszczać moje dzieci, wiesz Pani, że żyłam tylko dla nich... Umieram w religii katolickiej, apostolskiej, rzymskiej. W religii moich ojców, w której zostałam wychowana i którą zawsze wyznawałam. Nie mogę korzystać z żadnej pociechy duchowej i nie wiem, czy istnieje tutaj jeszcze jakiś kapłan tej religii... Szczerze błagam Boga o wybaczenie moich win, które mogłam popełnić w moim życiu... Przebaczam wszystkim moim nieprzyjaciołom, którzy wyrządzili mi zło... Całuję Cię Pani z całego serca, jak i te moje biedne dzieci. Mój Boże! Jakże bardzo rozrywa mi serce myśl, że opuszczam je na zawsze!"

Tak umierał "okrutny" Ludwik XVI i jego "swawolna" żona, Maria Antonina. Tak umierała stara, chrześcijańska Francja królów. Wierna Bogu i Kościołowi.


Wbrew ostatniej nadziei Ludwika XVI, jego krew przelana 21 stycznia 1793 roku zapoczątkowała straszny okres terroru, o ludobójczych wręcz rozmiarach, jak pokaże przykład Wandei.

Niezbyt może zręcznie jest kończyć tekst o męczeństwie rodziny królewskiej cytatem Robespiere'a - jednego z jej katów, ale trudno przecież odmówić słuszności przywódcy jakobinów, gdy mówił: "Pokolenie, które widziało ancien regime, będzie go zawsze żałować".


Przypisy:
1. Cyt. za H. Robert, Le cahaire de Louis XVI, Paris 1933, s. 37.
2. Tamże, s. 41.
3. Charakterystyczne, że nawet przedstawiciel skrajnie lewego skrzydła francuskiego republikanizmu w XIX wieku, Louis Blanc (jeden z przywódców rewolucji 1848 r.) przyznawał w swojej "Historii Rewolucji", że od czasu objęcia przez ks. Orleanu przywództwa Wielkiego Wschodu następuje integracja skłóconej do tej pory masonerii, która angażuje się odtąd zdecydowanie w propagandę rewolucyjną. Zob. I. Gobry, Les martyrs de la Revolution francaise, Paris 1989, s. 12.
4 Cyt. za I. Gobry, Les martyrs de la Revolution francaise, s. 226. Zauważmy, że przytoczona wypowiedź Saint - Juste'a jest wielce charakterystyczna także z innego powodu. Oto bowiem przyznaje on, że jakobini czuli się najeźdźcami we Francji (skoro Ludwik XVI ma być traktowany jako jeniec). Skądinąd Saint - Just daje świadectwo jakobińskiego pomysłu na traktowanie jeńców wojennych, skoro status jeńca wojennego jest dla niego równoznaczny z wyrokiem śmierci.
5. Zob. H. Robert, op. Cit., s. 70 - 71.
6. 1. Gobry, op. Cit.

Grzegorz Kucharczyk

Publikacja za zgodą redakcji "Miłujcie się"
nr 11-12/1998

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 16 cze 2011, 13:24 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7524
Lokalizacja: Podlasie
Trzecia i ostatnia część o Rewolucji Francuskiej.

Krwawe "osiągnięcia" Rewolucji Francuskiej (cz. 3)

Wandea - to kraina położona na zachodzie Francji, granicząca od pomocy z Loarą, a od zachodu z Oceanem Atlantyckim. Wandea - to miejsce, gdzie na oczach całego świata prysł mit, że Rewolucja Francuska była robiona z inspiracji ludu i dla ludu. Wandea - to wreszcie teren, gdzie po raz pierwszy w dziejach Europy zastosowano praktykę ludobójstwa, a więc planowej i systematycznie przeprowadzanej akcji zmierzającej do eksterminacji ludności wandejskiej. Ludobójstwo zaplanowane i wykonywane przez rewolucjonistów, głoszących frazesy o "wolności, równości i braterstwie". Jakże przeraźliwie Wandea i jej mieszkańcy (ze wszystkich warstw społecznych) odczuli na sobie, co w rzeczywistości oznaczają te pięknie brzmiące hasła.
Kiedy w styczniu 1793 roku doszła do Wandejczyków wiadomość o zamordowaniu w Paryżu króla Ludwika XVI, w krainie tej zawrzało. Wandea nie należała do bogatych rejonów królestwa Francji. Pozbawiona była wielkich, bogatych miast. Ludność trudniła się przede wszystkim rolnictwem. Mimo swojego ubóstwa materialnego, Wandea była bogata swoim duchem i swoją mocną wiarą. Synem Wandei był Święty Ludwik Maria Grignon de Montfort (1673-1716), który wyrósłszy w środowisku żywej wandejskiej pobożności przekazał swoim ziomkom wielkie umiłowanie i cześć dla Matki Bożej. To on jest autorem zawołania do Maryi: "Cały twój!", które stało się papieską dewizą Jana Pawła II.

Katolicka Wandea nie mogła więc życzliwie przyjmować coraz to bardziej nasilających się ataków Rewolucji na Kościół i wiarę chrześcijańską. Wandejczycy zastosowali najpierw bierny opór. Nie chodzili na msze odprawiane przez tzw. zaprzysiężonych księży (tzn. tych, którzy zaprzysięgli swoją wierność schizmatyckiej konstytucji cywilnej kleru), uczęszczając w ukryciu na msze i korzystając z sakramentów udzielanych przez kapłanów pozostających w jedności z Ojcem Świętym (takie postępowanie, przypomnijmy, było surowo karane przez rewolucyjne prawo, do kary śmierci włącznie).

W chwili jednak, gdy rewolucjoniści przelali krew króla Francji, dla Wandejczyków miara się przebrała. Króla poważano w Wandei nie tylko jako głowę państwa. Szanowano go, ponieważ był Pomazańcem Bożym, namaszczonym świętymi olejami dla ukazania, że królewskie panowanie jest misją zleconą od Boga i jako taka oznacza nie tylko przywileje, ale i obowiązki. Bóg bowiem to nie zmienna większość obywateli czy chwiejny nastrój opinii publicznej. Bóg w swoim czasie rozliczy każdego władcę (podobnie, jak i każdego innego człowieka) z tego, co uczynił dobrze, i z tego, co zrobił źle, z tym jednak, że król był odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za powierzonych mu przez Pana poddanych.

Takie rozumienie roli króla jako Bożego Pomazańca było powszechne w Wandei, było przyjmowane jako coś naturalnego. Uważali tak nie tylko duchowni czy szlachta, ale i prosty lud. Bo to właśnie lud Wandei był najbardziej wzburzony ekscesami i zbrodnią królobójstwa popełnioną przez Rewolucję. Prości mieszkańcy Wandei instynktownie, ale bardzo słusznie odczytali zamordowanie Ludwika XVI jako cios nie tylko w monarchię, ale i w cześć należną Bogu - "od którego pochodzi wszelka władza" (słowa św. Pawła z Listu do Rzymian 13,1), Wandea chwyciła za broń w obronie prześladowanego Kościoła i wiary. W obronie małoletniego króla - więźnia, Ludwika XVII.

Oto stała się rzecz dla wszystkich rewolucjonistów niebywale gorsząca. Lud stał się inspiratorem powstania przeciw "ludowej" Rewolucji. Powstanie w Wandei było klasycznym powstaniem chłopskim. Potwierdzają to wszystkie źródła historyczne, również te pochodzące od samych rewolucjonistów (np. akta procesów wytaczanych uczestnikom powstania). Nie było to więc w żadnym wypadku powstanie arystokratów bojących się o swoje majątki i inne dobra materialne. Mało tego, dochodziło nawet do takich wypadków, że Wandejczycy w poszukiwaniu dowódców dla tworzących się spontanicznie oddziałów, zmuszali wręcz okolicznych szlachciców (arystokratów), aby stanęli na ich czele. Tak było na przykład z Franciszkiem de Charette (1763-1796), którego chłopi wyciągnęli spod łóżka, gdzie się ukrył przed powstańcami. De Charette, chociaż początkowo głośno wyrażał swoje wątpliwości (podobnie jak znakomita większość wandejskiej szlachty) co do celowości wszczynania powstania, stał się później jednym z legendarnych przywódców powstańczej Wandei. To on był autorem tych pięknych słów, w których streszcza się heroizm jego i całej Wandei: Walczyć - często, dać się pobić - czasami, dać się zniszczyć - nigdy!

Nie ma tutaj dość miejsca, by opisać, skrótowo nawet, epopeję powstania wandejskiego (zainteresowanym czytelnikom polecam książkę Marka Robaka W obronie Boga i króla. Wandea 1793, Poznań 1996, z której korzystałem przygotowując ten artykuł), by powiedzieć o bohaterstwie i o rycerskości przywódców powstania: Henryka de la Rochejac-quelin (1772-1794), Maurycego d'Elbee (1752-1794), Karola de Bonchampsa (1760-1793) czy Jakuba Cathelineau (1759-1793). Te dwa przymioty symbolicznie obrazują słowa de la Rochejacqu-elina, który powiedział do swoich powstańczych oddziałów: "Jeśli będę szedł naprzód - idźcie za mną, jeśli się cofnę - zabijcie, jeśli umrę - pomścijcie" oraz tzw. "Ojcze Nasz" d'Elbee'go. Oto bowiem, gdy jego ludzie po wygranej ciężkiej bitwie z wojskami Republiki, rozjuszeni oporem wrogów, chcieli wymordować kilkuset jeńców - Maurycy d'Elbee, dowódca zwycięskich powstańców, nakazał swoim oddziałom uklęknąć i odmówić "Ojcze nasz". Przy słowach "I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom" d'"Elbee zawołał iio swoich żołnierzy: "Jakże to ośmielacie się prosić Boga o wybaczenie, kiedy sami nie potraficie wybaczyć?",/I> Tym sposobem jeńcy zostali uratowani i obdarzeni wolnością.

Apogeum swoich sukcesów powstanie wandejskie odniosło 18 czerwca 1793 roku, kiedy to powstańcom udało się zdobyć Angers, jedno z większych miast w zachodniej Francji. Stanęła wówczas przed nimi niepowtarzalna szansa marszu na Paryż i położenia kresu krwawej Rewolucji. Jednak powstańcza armia była armią chłopską i armią ochotniczą. W tym decydującym momencie zabrakło żelaznej dyscypliny (bo odwagi z pewnością nie brakowało), która by powstrzymała wandejskich chłopów przed udaniem się do swoich domów na żniwa. Sytuację tę wykorzystała armia Republiki, by pozbierać się po doznanych porażkach i przejść do kontrataku.

Przewaga była po stronie rewolucyjnej Republiki, która rzuciła do walki z niezbyt dobrze uzbrojonymi wandejskimi chłopami swoje najlepsze oddziały. Wandejczycy wygrywali jeszcze bitwy, ale wojny już nie mogli wygrać. Ostatnim akordem była klęska Wielkiej Armii Katolickiej i Królewskiej (jak nazywali się powstańcy) 23 grudnia 1793 roku pod Savenay. W czasie walk zginęła większość dowódców. Bezbronna Wandea stanęła w obliczu zwycięskiej Republiki.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że Republika głosząca hasła "wolności, równości i braterstwa" odwzajemni rycerskość Wandejczyków, to uchwała najwyższej władzy rewolucyjnej Francji - Komitetu Ocalenia Publicznego - z 1 sierpnia 1793 rozwiała w tym względzie wszelkie wątpliwości. Komitet nakazał zniszczenie Wandei. Nie tylko jej mieszkańców, ale i bydła, roślinności, domostw, kościołów. Wszystkiego. To nie Adolf Hitler był pierwszym, który wpadł na pomysł wojny totalnej. Wcześniej opracowali i z mściwą systematycznością zrealizowali go francuscy rewolucjoniści - dzieci tzw. wieku oświecenia. Okrucieństwa popełniane w średniowieczu przez Mongołów Czyngis-chana bledną w porównaniu z tym, co pod koniec XVIII wieku Francuzi, omamieni rewolucyjną ideologią, uczynili innym Francuzom. Rewolucjoniści zaplanowali ostateczne rozwiązanie kwestii wandejskiej.

Zapowiedzią barbarzyństwa były słowa napisane przez republikańskiego generała Westermanna z pola bitwy pod Savenay do władz w Paryżu: "Obywatele republikanie, Wandea już nie istnieje! Dzięki naszej wolnej szabli umarła wraz ze swoimi kobietami i dziećmi. Skończyłem grzebać całe miasto w lasach i bagnach Savenay. Wykorzystując dane mi uprawnienia, dzieci rozdeptałem końmi i wymordowałem kobiety, aby nie mogły dalej płodzić bandytów. Nie żal mi ani jednego więźnia. Zniszczyłem wszystkich. Litość nie jest rewolucyjną sprawą!"

Miał czym się chwalić "bohaterski" generał Westermann. Sam jednak przyznawał, że działał według nowej, rewolucyjnej moralności. Nie znała ona nie tylko kodeksu rycerskiego i wskazań płynących z Dekalogu i Ewangelii, ale odrzucała zwykłe poczucie przyzwoitości, odróżniające człowieka od zwierzęcia. Bo czyż człowiek mógł pisać słowa, które znajdujemy w oficjalnych raportach z Wandei, pisanych przez republikańskich generałów do władz Republiki w Paryżu: "Cały czas poluję. Każdego dnia moi myśliwi przynoszą mi co najmniej 10 głów bandytów, by mi sprawić przyjemność... ilość zwierzyny jednak się zmniejsza" albo: "Zabijamy ich dwa tysiące dziennie" lub na innym miejscu: " Wolę podcinać gardła, by oszczędzać naboje". Republikański generał Grignon po wymordowaniu koło Cerizay 300 bezbronnych ofiar, napisał z dumą do Paryża: "Paliłem i ścinałem głowy jak zwykle". Natomiast jego kolega, generał Huch, po wymordowaniu w miejscowości La Gaubretiere 700 osób, pisał z żalem: "Było ich zbyt mało, by urządzić prawdziwą rzeź!"

Charakterystyczna jest ostentacja, z jaką republikańscy generałowie opisują swoje krwawe "osiągnięcia". Nasuwa się analogia z fotografiami robionymi przez wojska hitlerowskie przy dokonywaniu egzekucji, likwidowaniu gett i wieszaniu zakładników. Jest jeszcze jedna analogia: ta zimna, mrożąca krew w żyłach metodyczność w popełnianiu jak najokrutniejszych zbrodni - jakby chodziło o wypełnianie formularzy w urzędzie skarbowym. Tak działali francuscy rewolucjoniści pod koniec XVIII wieku. Tak samo działali Himmler, EichmaruyBeria, Pol-Pot w wieku XX. Wszyscy oni, od XVIII do XX wieku, działali w imię nowej, "rewolucyjnej" moralności, dla dobra nowego człowieka, dla budowy nowego, wspaniałego świata (dla niektórych nazywał się on Republiką Jedną i Niepodzielną, dla drugich Tysiącletnią Rzeszą, dla innych natomiast Światową Ojczyzną Proletariatu). Przypomnijmy co mówił Holderlin: budowa przez człowieka raju na ziemi kończy się zawsze stworzeniem piekła.

Eksterminacja Wandei, co już wspomnieliśmy, była akcją zaplanowaną i systematycznie realizowaną. Celem było unicestwienie całej populacji, a więc ludobójstwo. Dokonywały tego od 21 stycznia 1794 roku tzw. piekielne kolumny generała Turreau czyli wojska Republiki podzielone na 20 kolumn, które koncentrycznym ruchem poruszały się w głąb Wandei niszcząc wszystko (dosłownie) po drodze. Rozkaz gen. Turreau nie zostawiał żadnych wątpliwości: "Obnoście wszystkich na ostrzach bagnetów. Wsie, zagrody, lasy, zagajniki, w ogóle wszystko, co może spłonąć, będzie wydane płomieniom". 6 lutego 1794 roku ten rozkaz został wsparty autorytetem rewolucyjnego parlamentu, Konwentu, który polecił generałowi: "Eksterminować bandytów co do jednego - oto twoje zadanie".

Rozkazy władz rewolucyjnych były skrupulatnie wykonywane. Skończyła się epopeja walczącej Wandei, rozpoczęła się epopeja Wandei męczeńskiej. O tym męczeństwie nie można i nie wolno zapomnieć. Nie można zapomnieć o 700 ofiarach z Loroux-Botterau, 1500 zamordowanych w Vezins i o wielu, wielu innych. Nie wolno zapomnieć o wydarzeniu, które miało miejsce 28 lutego 1794 roku, kiedy to wojska Republiki zajęły miasteczko Lucs-sur-Boulogne. Zaczęło się systematyczne mordowanie mieszkańców w ich domach. Reszta pozostałych przy życiu, głównie starcy, kobiety i dzieci chronią się do miejscowego kościoła. Republikańscy żołnierze wdarli się do środka masakrując bezbronnych. By zaoszczędzić na czasie, decydują się bombardować kościół z armat. Pod gruzami ginie wtedy 564 osoby, w tym 110 dzieci w wieku poniżej 7 lat! Najmłodsza ofiara, Luiza Minaud, miała zaledwie 15 dni. Nie do wiary, ale bezpośrednio po tej masakrze gen. Cordelier, dowódca rewolucyjnego komanda, napisał do Konwentu: "Dzień męczący, ale owocny". Taka była "rewolucyjna moralność", taki był "nowy człowiek".

W 1794 roku (w czasie działań "kolumn piekielnych") wojska Republiki wymordowały w mieście Angers około 2 tysiące ludzi, w większości prostych chłopów (w tym również starców, kobiety i dzieci), których jedyną winą było to, że byli podejrzani o sprzyjanie stłumionemu powstaniu wandejskiemu. Republika jednak sądziła i skazywała ich na śmierć także za to, że po kryjomu uczestniczyli we mszach świętych odprawianych przez tzw. niezaprzysiężonych księży (czyli trwających w jedności z Następcą św. Piotra w Rzymie). 19 lutego 1984 roku Ojciec Święty Jan Paweł II beatyfikował 99 z tych męczenników z Angers. Wśród beatyfikowanych znalazło się 12 księży, 3 zakonników i aż 84 świeckich (w tym 80 kobiet). Jan Paweł II w swojej homilii z okazji tej beatyfikacji wyjaśnił na czym polegało ich męczeństwo. Słowa Ojca Świętego mająjednak zastosowanie do wszystkich męczenników krwawej Rewolucji Francuskiej: "Trwali mocno przy Kościele katolickim i rzymskim. Kapłani - oni odmówili złożenia przysięgi schizmatyckiej, nie chcieli porzucić swojego duszpasterskiego powołania. Świeccy - oni pozostali wierni swoim kapłanom w czasie mszy odprawianych przez nich, poprzez znaki swojej czci dla Maryi i świętych. Bez wątpienia, w kontekście wielkich napięć ideologicznych, politycznych i militarnych spoczęło na nich podejrzenie niewierności ojczyźnie, oskarżono ich o ({sprzyjanie siłom kontrrewolucyjnym)). Dzieje się tak w przypadku prawie wszystkich prześladowań, tych wczorajszych i tych dzisiejszych. Ale dla mężczyzn i kobiet, których imiona zostały przechowane - z pomiędzy wielu innych z pewnością równie zasłużonych - sądząc z tego, czym rzeczywiście żyli, co wyznawali na sądowych przesłuchaniach - nie ma żadnej wątpliwości co do ich determinacji, nawet pod groźbą utraty życia, pozostania wiernymi temu, czego wymagała od nich Wiara. Nie ma również wątpliwości co do motywu ich skazania: nienawiści wobec tej Wiary, którą ich sędziowie pogardliwie określali jako «fanatyzm»".

Pisząc o męczeństwie Wandei nie można nie wspomnieć o najbardziej może wstrząsającym aspekcie wandejskiej martyrologii i jednocześnie najbardziej odrażającym obrazie rewolucyjnej Republiki. Oto bowiem rewolucjoniści stwierdzili, że eksterminacja Wandei przez "kolumny piekielne" idzie zbyt powoli. Trzeba było, ich zdaniem, mordować więcej ludzi w krótszym czasie. Zbrodnia musi być efektywniejsza. Stary problem wszystkich totalitarystów. W XX wieku Eichmann głowił się, jak najlepiej skoordynować czasowo pociągi wiozące Żydów z całej Europy do obozu w Auschwitz. Podobne problemy miał Beria z "efektywnym" wykorzystaniem siły roboczej łagierników za kołem polarnym. Ich poprzednikiem, poprzednikiem wszystkich sowieckich politruków i hitlerowskich gauleiterów, był w XVIII wieku Jean Carrier, komisarz Republiki na Wandeę.

W dokumentach z tamtego czasu zapisane sąjego słowa, sumujące podejście Rewolucji do człowieka: "Uczynimy z Francji cmentarz, jeżeli nie odrodzi się na naszą modłę". Carrier nie skończył tylko na deklaracjach słownych. Był prawdziwym technologiem zbrodni, menadżerem ludobójstwa.

Aby usprawnić i zwiększyć masowość zbrodni, zaproponował masowe wytrucie ludności wandejskiej: "Arszenik! Do studni, do żywności, wszędzie!" Zdecydował się w końcu na opracowanie własnego sposobu ludobójczej praktyki, tzw. noyade. Noyady polegały na umieszczaniu setek ludności cywilnej (kapłanów, kobiet, dzieci, starców) w barkach na Loarze. Barki były wcześniej celowo przedziurawione, a gdy wypłynęły na środek rzeki wyjmowano z nich tymczasowe zabezpieczenie, tak aby szybko zatonęły z ludźmi na pokładzie.

Źródła historyczne (m.in. raporty samego Carriera) podają, że w przeciągu trzech miesięcy od 16 listopada 1793 do 13 lutego 1794 odbyły się 23 noyady. Dla zobrazowania ogromu zbrodni przytoczmy konkretne liczby: 23 grudnia 1793 roku utopiono w ten sposób 800 osób, dzień później (Wigilia) 300 osób, 25 grudnia - 200 osób, 27 grudnia - 400 osób, 5 stycznia 1794 - 400 osób, 17 i 18 stycznia - utopiono po 300 osób. Po jednej z noyade komisarz Carrier z dumą donosił do Paryża: "Wydarzenie, które już nie jest niczym nowym. Oto ostatniej nocy 53 księży zamkniętych na barce zostało zatopionych w rzece. Cóż za rewolucyjna rzeka z tej Loaryl"

Carrier wymyślił także tzw. małżeństwa republikańskie w Loarze. Ta barbarzyńska praktyka polegała na związywaniu razem nagich chłopców i dziewcząt i następnie wrzucania ich związanych do Loary, gdzie tonęli. Przypomnijmy, komisarz Carrier głosił hasła o "wolności, równości i braterstwie".

Carriera i innych mu podobnych katów chowu Rewolucji odróżniła od sowieckich i hitlerowskich oprawców tylko niemożność korzystania z osiągnięć technicznych XX wieku. Gdyby bowiem mieli do swojej dyspozycji gaz Cyklon -B czy pistolet "Nagan", ich ludobójstwo szłoby w miliony. I tak jednak liczby są zastraszające. Ocenia się, że w ciągu półtora roku w Wandei zamordowano ok. 120 tys. osób, a więc 15% całej ludności tego rejonu. W przeliczeniu na gęstość zaludnienia i liczbę ludności dzisiejszej Francji, liczba ta wynosiłaby ponad 8 milionów osób!

Powtórzmy: w swoim ludobójstwie Rewolucja Francuska była ograniczona tylko techniką. Jednak rewolucjoniści robili, co tylko mogli wymyśleć. W zachowanych do dzisiaj raportach generałów Republiki z Wandei znajdujemy ich chełpienie się, że noszą spodnie zrobione ze skóry Wandejczyków. Chwalili się tym generałowie Beysser i Moulin. A więc i w tym odrażającym aspekcie ostateczne rozwiązanie kwestii wandejskiej podobne było do narodowo-socjalistycznego rozwiązania kwestii żydowskiej . Człowiek był niszczony przez totalitarystów nawet po śmierci. Hitlerowcy wykorzystywali ciała swoich ofiar do robienia mydła i materaców, francuscy rewolucjoniści zaś szyli sobie spodnie ze skóry swoich ofiar. "Wolność, równość, braterstwo"?

Czy trzeba pisać o tych wszystkich okrucieństwach? Czy trzeba ciągle wracać do przeszłości? Trzeba, bo nie wolno zapomnieć o tysiącach znanych z imienia i bezimiennych ofiar prostego ludu Wandei, który zapłacił ogromną cenę za trwanie przy Bogu i Kościele. Tak, męczeństwo Wandei to przede wszystkim historia męczeństwa zwyczajnych ludzi. Tak, jak męczeństwo siedemnastoletniej Marii Papin, wieśniaczki z Poitou. Gdy szła z koszykiem jedzenia dla wandejskich powstańców, natknęła się na oddział "kolumn piekielnych". Republikańscy żołnierze dopytywali się, gdzie podąża. Gdy ta zaprzeczyła jednak, że idzie do "bandytów", zagrozili jej rozstrzelaniem. Dziewczyna odpowiedziała na to: "Wolę raczej umrzeć niż zdradzić moich braci". "Puścimy cię wolno, gdy nas zaprowadzisz do tych łajdaków" - zachęcali żołnierze. "Nigdy" - odpowiedziała Maria. W chwilę po tym została przewrócona na ziemię, zgwałcona i przywiązana do drzewa. Następnie żołnierze cieli ją szablami. Podczas tych tortur dziewczyna modliła się, co jeszcze bardziej rozwścieczało jej katów. Gdy umarła, jej ciało zostało poćwiartowane.

Ivan Gobry, jeden z francuskich historyków badających zbrodnie Rewolucji Francuskiej, napisał te piękne słowa: "Takich, jak Maria Papin, było wiele na zachodzie Francji. Na szczęście dla honoru ludzkości. Były one jak gwiazdy świecące w nocy, jak nadzieja pośród ruin" (I. Gobry, Les martyrs de la Revolution Francaise, Paris 1989, s. 498).


Grzegorz Kucharczyk

Publikacja za zgodą redakcji Miłujcie się
nr 1-2/199

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 13 lip 2012, 11:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Zamordowane królestwo świętego Ludwika

Niesłabnąca aktualność doświadczenia rewolucji 1789 roku polega na tym, że ­stanowiła ona pierwszą w dziejach, toteż wzorcową, totalną próbę realizacji utopii społecznej – gigantyczny eksperyment na żywym i wielkim organizmie społecznym, ­najdoskonalej rozwiniętym w całym ówczesnym świecie.

W jakobińskiej demokracji tkwią korzenie wszystkich ideologii oraz ruchów egalitarnych XX wieku z ­międzynarodową i ­narodową odmianą socjalizmu na czele. Od gilotyn i kazamatów Conciergerie ­prowadzi prosta droga do Auschwitz i Archipelagu Gułag. Jedna i niepodzielna, centralistyczna republika Robespierre’a nie mogła ścierpieć żadnej różnorodności ponad sto lat przed tym, zanim gauleiterzy NSDAP przeprowadzali glajchszaltung Rzeszy, a ­komisarze bolszewiccy – zrównanie wszystkich i wszystkiego w Raju Krat.

Akademia terroru

Rewolucję (anty)francuską można postrzegać jako archetypową matrycę uniwersalnych mechanizmów każdej rewolucji: politycznej, społecznej, religijnej i obyczajowej. W pierwszym rzędzie dotyczy to wszechobecności terroru, sadyzmu i kłamstwa, dalej przechodzenia chaotycznych aktów gwałtu i „spontanicznych” zbrodni pierwszej fazy rewolucji w terror permanentny i planowy, a w końcu w metodyczne ludobójstwo metodami „przemysłowymi” (genocyd wandejski to właśnie jego pierwszy historyczny przykład). Jeśli sobie przypomnimy, że uwięzionych w Rennes cechowano jak bydło literami: „F” (fusiller – rozstrzelać) lub „G” (guillotiner – zgilotynować), niechybnie stanie nam przed oczami obraz selekcji Żydów na rampie oświęcimskiej; jeśli z kolei wspomnimy słowa prokuratora Carriera: Raczej zamienimy Francję w cmentarz, niż odstąpimy od zamiaru odrodzenia jej na nasz sposób, usłyszymy, że jak echo odpowiadają mu ponad wiek później słowa Lenina: Lepiej, żeby zginęło dziewięć dziesiątych Rosjan, niż gdyby jedna dziesiąta nie miała ujrzeć zwycięstwa komunizmu.

Rewolucjoniści paryscy okazali się także wynalazcami nowoczesnych, błędnie przypisywanych zazwyczaj dopiero dwudziestowiecznym totalitaryzmom, metod kłamstwa i bezczelnej propagandy. Wybitny historyk rojalistyczny Pierre Gaxotte zwraca w tym kontekście uwagę na zastosowaną przez spiskujących klubistów już w czerwcu 1789 metodę „urabiania” opinii publicznej przez hipnotyzowanie niezorientowanej większości tajemniczym zaimkiem bezosobowym „się”: Ksiądz-apostata (wkrótce „biskup” konstytucyjny), abbé Grégoire wspominał: „Czy jednak – odezwał się ktoś – poglądy dwunastu, piętnastu osób mogą wpłynąć na głosy tysiąca dwustu deputowanych?” Odpowiedziano mu, że zastosowanie formy bezosobowej w połączeniu z zaimkiem „się” działa magicznie. Będziemy mówili: król zamierza to i tamto, lecz wśród patriotów uważa się, że należy podjąć następujące kroki. „Się” może równie dobrze odnosić się do czterystu, jak do dziesięciu osób. I to działało (Rewolucja francuska). Działało – ponieważ klubiści wybornie opanowali wiedzę i taktykę, których autorstwo znów przypisuje się mylnie dopiero Leninowi: utożsamiania woli powszechnej czy dyktatury mas z wolą ewidentnej, lecz zdecydowanej i świadomej swoich celów mniejszości zawodowych rewolucjonistów.

Nad wyraz „nowoczesne” były już także inne wynalazki rewolucjonistów francuskich: zastąpienie w postępowaniu sądowym dowodów rzeczowych „dowodami moralnymi” winy, wprowadzenie kar za „szeptankę”, periodyczne „weryfikacje obywatelskie” oraz drobiazgowe kwestionariusze, zawierające pytania takie jak: Czym zajmowałeś się przed rewolucją? Czym zajmujesz się obecnie? Co zrobiłeś dla rewolucji? Czy byłeś szlachcicem, bankierem, maklerem? Nie należy zapominać także o ogromnych „postępach” na drodze do gospodarki etatystycznej w postaci zniesienia tajemnicy handlowej, upaństwowienia handlu zagranicznego, ustanowienia tabeli cen maksymalnych, wprowadzenia obowiązkowych kontyngentów i dekretów przeciwko spekulantom, przejmowania bezpośrednio przez państwo wielu obszarów produkcji, a wreszcie udręk życia codziennego, zwiastujących „realny socjalizm”: racjonowania żywności, kolejek do piekarń, mleczarń czy składów węgla, ustawiających się o trzeciej nad ranem, oraz zakazu sprzedawania ryb w dni postne.

Mistrzostwo w autodestrukcji

Nie mniej istotna od skutków rewolucji jest także kwestia tego, co właściwie zdołała ona z taką zaciekłą pracowitością zniszczyć. Rekonstruując faktyczny obraz katolicko-monarchicznej Francji ancien régime’u, cytowany już historyk (Gaxotte) przyrównywał ją do olbrzymiej i prastarej budowli, do której każde pokolenie dodawało swoją kondygnację, nie niszcząc poprzedniej, a choć ogólny plan tak wielkiego gmachu stał się z biegiem czasu nieco pogmatwany, (…) niektóre skrzydła były zaniedbane i groziły ruiną, inne znów niewygodne lub zbyt wykwintne, to całość jednak tchnęła zamożnością, fasada miała wygląd wspaniały, a życie w gmachu było lepsze i bujniejsze niż gdzie indziej. Chociaż od czasu studiów Alexisa de ­Tocqueville’a (Dawny ustrój i rewolucja) skłonni jesteśmy przywiązywać wagę – atoli często przesadną – do zapoczątkowania procesów centralizacji w ramach XVII- i XVIII-wiecznej „monarchii administracyjnej” Burbonów, to wciąż jednak niewyobrażalnie wielka wręcz dla współczesnych, scentralizowanych państw demokratycznych była autonomia stanów, korporacji, prowincji, trybunałów, parlamentów i innych „ciał pośredniczących” między państwem a rodziną i jednostką. Monarchia ancien régime’u była w istocie tysiącem małych, arystokratycznych, mieszczańskich i wiejskich republik, spajanych taktownie i cierpliwie przez administrację nieliczną, ale sprawną, uczciwą i o delikatnych manierach. W rękach instytucji społecznych i poszczególnych poddanych wciąż znajdowało się wiele instrumentów – na czele z prawami zwyczajowymi – do ustawicznego szachowania rzeczywistych i potencjalnych posunięć centralizacyjnych rządu. Ta „absolutystyczna” władza była w istocie na każdym kroku krępowana tysiącami najrozmaitszych praw nabytych i przywilejów.

Rewolucja tedy – co przyznać musiał nawet marksizujący apologeta jakobinów Albert Mathiez – nie wybuchła w kraju wyczerpanym, lecz w państwie kwitnącym i w chwili jego pełnego rozwoju. W przedrewolucyjnej Francji nie było biedy jako zjawiska powszechnego, a ostatnie pół wieku przed nią trwał nieprzerwany wzrost gospodarczy, który uczynił społeczeństwo francuskie najzamożniejszym społeczeństwem ówczesnego świata. W rękach Francuzów znajdowała się połowa gotówki będącej w obiegu europejskim. Systematycznie bogaciły się prawie wszystkie warstwy społeczeństwa – mieszczanie, kupcy, przedsiębiorcy, chłopi – z wyjątkiem jednej: prowincjonalnej, wiejskiej szlachty! Wielu ubogich ziemian wiodło żywot, który byłby nie do zniesienia dla ich formalnych poddanych, w zrujnowanych pałacach i dworach, pozbawionych umeblowania, na ziemiach obciążonych długami hipotecznymi. Z wyjątkiem kilku miejscowości w górach Jury i Bourbonnais, nie istniała już we Francji pańszczyzna, a chłopi władali co najmniej połową gruntów uprawnych w kraju. Rzekoma wielogłowa i nienasycona hydra podatkowa to nazbyt pochopny wniosek, wysnuty w nieświadomości istnienia różnych nazw tych samych danin, których w rzeczywistości nie było więcej niż cztery czy pięć.

Nad tym bogatym społeczeństwem władzę sprawowało jednak ubogie państwo. To rząd królewski, a nie społeczeństwo, był niewypłacalnym bankrutem. Bez wątpienia, Francja około 1789 roku potrzebowała poważnej, gruntownej i nade wszystko upraszczającej przestarzały, skomplikowany system podatkowy, reformy skarbowej. Zamiast tego, zorganizowana i świadoma swoich zupełnie odmiennych celów, lecz długo ich nieujawniająca mniejszość zafundowała krajowi krwawą rewolucję, która w ostateczności, po błyskotliwych fajerwerkach wojen imperialnych, cofnęła Francję głęboko w rozwoju społecznym i gospodarczym, sprowadziła na powrót dawno zapomniany głód i analfabetyzm oraz nieodwołalną utratę pozycji pierwszego mocarstwa świata, którą zbudowało jej czterdziestu królów. „Osiągnięcia” rewolucji najlepiej podsumował – widzący zaledwie początek tego szału autodestrukcji – Edmund Burke: Francuzi okazali się największymi na świecie mistrzami w dziele zniszczenia. Obalili całkowicie swoją monarchię, zburzyli Kościół, handel i manufaktury. (…) Gdybyśmy całkowicie pokonali Francję, gdyby leżała powalona u naszych stóp, to i wówczas wstydzilibyśmy się (posyłając komisję w celu uregulowania ich spraw) narzucić Francuzom tak bezwzględne i zgubne warunki, jakie sami sobie narzucili.

Intelektualna gnoza

Do wybuchu rewolucji doprowadziły zatem nie przyczyny ekonomiczne czy społeczne, lecz kryzys umysłowy i moralny, który spustoszył laicyzujące się błyskawicznie elity francuskie w wieku XVIII, proklamującym się „wiekiem świateł”. Jeśli skonfrontujemy ów wiek „oświecenia” z poprzedzającym go bezpośrednio klasycystycznym Grand Siècle, stanowiącym harmonię ładu oraz triumf rozumu i woli nad tym, co Charles Maurras nazywał ciemnym królestwem fizyczności (obscur royaume physique), to zobaczymy, że Francuz XVII wieku był katolikiem i konserwatystą, cenił hierarchię i dyscyplinę, znał słabość swojej skażonej grzechem natury, więc nie opierał ani wiedzy, ani moralności na uczuciach i pragnieniach.

Wiek XVIII natomiast był umysłowym przewrotem, stanowiącym prostą negację zasad ładu wcielonego w chrześcijańską monarchię potomków Hugona Kapeta. Zanim rewolucja polityczna i społeczna spustoszyła majestatyczną, tysiącpięćsetletnią budowlę państwa, przez kilka dziesięcioleci trwała nieustanna, kontrkulturowa rewolucja deprawująca umysły, moralność i obyczaje. Ta oświeceniowa kontrkultura objawiła się między innymi w rozplenieniu się (jak pisał Louis de Bonald) nazbyt paryskich Irokezów, paplających o szlachetnych i bezgrzesznych dzikusach, przede wszystkim jednak w prymitywnej, lecz niesłychanie skutecznej, antyreligijnej propagandzie Encyklopedystów i innych les philosophes. Ci pierwsi w historii „zawodowi intelektualiści” wynaleźli dwie metody utwierdzania ideologicznego terroru lewicy: przedstawianie ideologii jawnie zaprzeczających choćby tylko zdrowemu rozsądkowi jako twierdzeń „naukowych” i jako „filozofii” przy traktowaniu obrazoburczości wypowiadanych twierdzeń jako wystarczającego probierza „głębi” i „oryginalności” myśli, oraz mistrzowską autoreklamę, posuniętą aż do prestidigitatorskiej umiejętności przedstawiania siebie jako „ofiar tyranii”, podczas gdy w rzeczywistości „prześladowani” mają dostęp do wszelkich instrumentów represjonowania, zamykania ust i negatywnej stygmatyzacji swoich przeciwników. To właśnie podkopujący każdym swoim artykułem Kościół i monarchię Encyklopedyści cieszyli się protekcją naczelnego cenzora Malesherbesa, który łamał prawo po to, aby zapewnić dystrybucję Encyklopedii i innych wywrotowych druków.

Rewolucja jest więc produktem intelektualnej gnozy; poczyna się w umyśle, ale kończy wyzwoleniem sił, nad którymi spekulujące dotąd swobodnie w złudzeniu „lekkości bytu” czyste „ja” (kantowski rozum spekulatywny) nie jest już w stanie zapanować.

Rewersem „spisku elit” był postępujący już od połowy wieku paraliż władzy i zanik woli rządzenia. Zaraza była nawet w samym centrum „Grenady” – przecież Wielkim Mistrzem Grand Orient, a więc faktycznym przywódcą buntu, był królewski kuzyn, książę Filip Orleański. Siły (teoretycznie) Starego Porządku: parlamenty (na czele z paryskim), szlachta i duchowieństwo, które hodowały w swoich salonach żmiję rebelii, pierwsze wypowiedziały w latach 1787-88 posłuszeństwo Koronie, dając najgorszy przykład motłochowi, a w 1789 dokonały samobójstwa, godząc się na zastąpienie reprezentacji stanowej indywidualistyczno-egalitarną, okazały się więc „uczniami czarnoksiężnika” rozpętującymi demoniczne moce, nad którymi wkrótce utracą kontrolę. Ponad wszelką wątpliwość miał zatem rację Joseph de Maistre głoszący z naciskiem, iż przy całej swojej nicości rewolucja jako fakt była karą Bożą, ognistym mieczem karzącym Francuzów za największy z grzechów – niedowiarstwo.

Królobójstwo jako Bogobójstwo

Kulminacyjnym momentem rewolucji jest oczywiście zgilotynowanie królewskiego suwerena Francji – Ludwika XVI. Powszechność rozpoznawania przełomowości tegoż aktu królobójstwa nader rzadko idzie w parze z rozumieniem jego zarówno symbolicznego, jak realnego znaczenia. Zazwyczaj fakt detronizacji, a następnie dekapitacji króla postrzegany jest pod dyktando ideologicznego schematu wykoncypowanego przez inspiratorów i wykonawców zbrodni, czyli jako – być może nawet smutny i budzący grozę, niemniej konieczny – „ryt przejścia” (rite de passage) od monarchicznego „despotyzmu” do republikańskiego „ustroju wolności”. Tymczasem, sprawy przedstawiają się zgoła zupełnie inaczej. To nie sama monarchiczna forma ustroju budziła nienawiść rewolucjonistów – przynajmniej początkowo (w roku 1789 żaden z aktorów rewolucji, także Robespierre, nie był republikaninem). Tym, co naprawdę budziło nienawiść i co sprawiało, że jednak monarchia – po widocznym fiasku ustrojowej farsy „monarchii konstytucyjnej” z królem jako nominalnym „szefem władzy wykonawczej” do roku 1792 – musiała zostać zniszczona, było jej nieusuwalne znamię religijne, chrześcijańskie. Śmiertelnym wrogiem dla nowego „królestwa” Praw Człowieka i Obywatela nie było królestwo jako typ reżimu, lecz teologia polityczna (i płynące z niej zobowiązania) arcychrześcijańskiego (très-chrétienne) Królestwa Francji jako najstarszej córy Kościoła (la fille ainée de l’Église) i jej arcychrześcijańskiego (très-chrétien) króla. W świetle tej teologii – a przede wszystkim dogmatu Wcielenia oraz dogmatu osobowej Trójjedyności Boga, wyrażonej także symbolicznie w znaku heraldycznym Kapetyngów: trzech złotych liliach na błękitnym polu – „Królestwo Lilii” Ludwika Świętego stawało się mistycznym ciałem trójstanowego narodu chrześcijańskiego, którego ziemskim Ojcem jest król, a wszyscy poddani z każdego stanu i z każdej prowincji stanowią Rodzinę Św. Ludwika.

Jak pisał sławny konwertyta (wnuk bluźniercy Renana!) Ernest Psichari, odwiecznym powołaniem Francji było szerzyć wiarę katolicką, ponieważ tego wymaga porządek francuski, i zmieniać go nie wolno. U stóp francuskiego drzewa stoi święty, który wstawia się za całą dynastią francuską. A jakżeż moglibyśmy oddzielić dynastię francuską od samej Francji, samą Francję od tych, którzy ją stworzyli? (Głosy wołające na puszczy). Powołaniem Królestwa Francji – bez czego nie ma ono usprawiedliwiającej racji bytu, jest obrona Kościoła i szerzenie wiary katolickiej, co składa się na gesta Dei per Francos, zgodnie z przypomnianą przez Henri’ego Massisa, a pochodzącą od Karola Wielkiego, definicją Francji: Naród Franków wydaje owoce dla Boga; owoce te są liczne i bardzo płodne, gdyż jest on nie tylko wierny, ale i nawraca innych, przynosząc im zbawienie (Na okopach Zachodu).

Król Francji musiał zatem zostać zdetronizowany, poniżony i zamordowany nie dlatego, że stał na czele państwa (oświeceniowi mistrzowie rewolucjonistów, jak Voltaire czy Diderot, wynosili wszak pod niebiosa pierwszego sługę państwa – Fryderyka Pruskiego czy Semiramidę Północy – carycę Katarzynę), lecz dlatego, że (zapoczątkowana koronacją Pepina Krótkiego w 754 roku) tradycja namaszczania – jako imitatio Davidi regis – monarszego ciała olejem ze Świętej Ampułki przyniesionej przez gołębicę z Nieba podczas chrztu króla Franków Chlodwiga (w 496 roku) czyniła osobę monarszą prawdziwie „królem-kapłanem”, „biskupem zewnętrznym” (l’évêque du dehors), mającym od Boga łaskę uzdrawiania przez dotyk, wedle formuły rytualnej: Król cię dotyka, Bóg cię uzdrawia (le Roi te touche, Dieu te guérit). Dlatego też akt publicznego roztrzaskania Świętej Ampułki miał dla królobójców nie mniejszą wagę niż zniszczenie fizycznego ciała króla.

Gdyby król Francji mógł stać się oświeconym sługą państwa i „postępu”, zapewne rewolucjoniści pozostawiliby tę atrapę monarchii, jaka w tylu innych krajach istnieje (na pośmiewisko) do dzisiaj: ale był on ze swojej istoty i nieodwołalnie „porucznikiem Boga na ziemi” (lieutenant de Dieu), co było nie do zaakceptowania. Tę kardynalną różnicę wspaniale uwypuklił obrońca Tronu i Ołtarza, wicehrabia de Chateaubriand: Kiedy gołębica przyniosła Klodwigowi oleje święte, kiedy długowłosych królów wznoszono na tarczy, kiedy Ludwik Święty z drżeniem przysięgał na koronacji, że władzy swej użyje tylko dla chwały Boga i dobra ludu, kiedy Henryk IV, wkroczywszy do Paryża, padł na kolana w Notre-Dame i po prawicy króla ujrzano naprawdę albo w wyobraźni piękne dziecię uznane za jego anioła stróża, korona była święta; królewski proporzec spoczywał w Niebie. Ale odkąd na placu publicznym władca z uciętymi włosami i związanymi na plecach rękami dał głowę pod miecz przy dźwiękach bębna; odkąd przy dźwiękach tego samego bębna inny władca na innym placu wśród plebsu żebrał o głosy do swojej elekcji [mowa o Ludwiku Filipie Orleańskim– J. B.] – kto może zachować najmniejsze złudzenia co do korony? (Pamiętniki zza grobu).

Zbrodnia królobójstwa ma tedy charakter na wskroś sakralny. Nie chodzi w niej tylko o ugodzenie w instytucję reprezentującą najwyższy autorytet polityczny. Jej istotny, najgłębszy sens jest wprost Bogobójczy: zabijając włodarza władzy ziemskiej, otrzymanej z łaski Boga, ugodzić chciano w Autora i Dawcę wszelkiej władzy. Bogofobia i chrystianofobia rewolucjonistów stanowi ich najbardziej wyrazistą autoidentyfikację. Już pierwsze, zbuntowane Zgromadzenie Narodowe uważało się za kompetentne nawet w kwestiach religijnych, uznając się za coś w rodzaju „Soboru Powszechnego”. Przemawiający 3 maja 1790 roku deputowany Camus oświadczył: Jesteśmy zgromadzeniem narodowym: mamy więc oczywiste prawo zmienić religię [tego kraju] – acz „wspaniałomyślnie” dorzucił, że (na razie) tego nie zrobimy.

Powiedzmy zatem na koniec: kiedy dziś wzmaga się w Europie walka z Krzyżem, a nawet w Polsce pojawiają się dziwaczne koncepty konserwatyzmu laickiego, okraszonego zachwytami nad oświeconymi despotami typu Józefa II czy „monarchistami” pokroju Voltaire’a, nigdy dość przypominać, że potomek Ludwika Świętego – Ludwik XVI musiał stać się Ludwikiem Męczennikiem dlatego, że był Wikariuszem Boga w swoim ziemskim królestwie. Krew spływająca z jego odciętej głowy miała zmyć z czoła krzyżmo oleju świętego, którym był namaszczony. Lecz, dzięki Bogu, daremne to: złość ludzka może zniszczyć ciało, ale nawet wzburzone wody wszystkich mórz nie zmyją piętna pomazania (William Shakespeare, Ryszard II).

Jacek Bartyzel

http://www.pch24.pl/zamordowane-krolest ... z20U2gWDt3


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 14 lip 2012, 13:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Mit Bastylii

Nie spodziewał się, zaiste, francuski król Karol V – pomimo przydomka Mądry – że wzniesiona przezeń w Paryżu twierdza zdobędzie międzynarodową i ponadczasową sławę. Tym mniej się tego spodziewał zasiadający cztery wieki później na paryskim tronie Ludwik XVI, tymczasem to właśnie za jego panowania staruszka Bastylia stała się miejscem narodzin mitu – niebezpiecznego, destruktywnego, kłamliwego, ale jakże żywotnego. Kłamstwo Bastylii stanowi akt założycielski Nowego Wspaniałego Świata. Kłamstwo Bastylii dało bowiem początek kłamstwu Wandei, to z kolei zapoczątkowało kłamstwo „wiosny ludów”, z którego zrodziło się kłamstwo komuny paryskiej, skutkujące kłamstwem "Aurory". I tak dalej – przez kłamstwo darwinizmu, kłamstwo dekolonizacji, kłamstwo sprawiedliwości społecznej, kłamstwo rewolucji obyczajowej, aż do… no, właśnie – dokąd nas to zaprowadzi?

Osiemnastowieczna Francja była bezsprzecznie największą europejską potęgą. Prężnie działała gospodarka – rosły kopalnie, rozwijał się przemysł metalurgiczny i włókiennictwo. Według wyliczeń ówczesnego ministra skarbu Neckera, w rękach francuskich znajdowała się połowa gotówki będącej wówczas w obiegu w całej Europie. Oto, co na ów temat pisze wybitny francuski historyk, Jacques Bainville: Wedle zgodnych świadectw, za panowania Ludwika XVI kwitnął wielki dobrobyt. Nigdy świetniej nie rozwijał się handel, nigdy mieszczaństwo nie było bogatsze. Kraj obfitował w pieniądze. Deficyt, aczkolwiek osiągnął wielkie rozmiary, mógł być pokryty przez powiększenie dochodu z podatków. Niestety, wysiłki reformatorskie ministrów rozbijały się o tradycyjne opory nie tylko warstw uprzywilejowanych, ale i wszystkich podatników, których stałym opiekunem był parlament.

Burżuazja nadęta pychą

Francuzi nie chcieli płacić podatków. Wbrew pozorom, największy wobec takiej konieczności opór pochodził nie od szlachty i duchowieństwa, ale – jak wskazuje Bainville – od licznych kategorii osób, prawie zawsze bogatych lub zamożnych, które dotychczas albo nie podlegały podatkom, albo też płaciły, co łaskawie chciały. Wśród nich zaś większość zaliczała się do mieszczaństwa, do trzeciego stanu, monopolizującego urzędy i godności sądowe, z którymi związane było zwolnienie od ciężarów fiskalnych.

Niestety jednak, przyszedł moment, gdy w państwowym skarbcu błysnęło dno, a władza nie była w stanie nic na to poradzić. Władza w Królestwie Francji nie była bowiem wcale absolutna. Trzymały ją na wodzy parlamenty. To wskutek ich matactw doszło do zwołania Stanów Generalnych. Stare wiadro Stanów Generalnych, wydobyte z rupieciarni przez miłośników pamiątek, miało napełnić się nowym winem – ironizuje Bainville. Okazało się ono jednak miotłą, wprawiającą w ruch wielkie wyprzątanie, w którym znikną przywileje, prerogatywy, stare swobody prowincjonalne, nawet parlamenty, rząd i monarchia – słowem: wszystkie te czynniki, które łudziły się, że przez powrót do dawnej instytucji utrwalą się albo się odmłodzą.

Zwołanie Stanów Generalnych ośmieliło górę stanu trzeciego do przekształcenia ich w Zgromadzenie Narodowe, doły zaś – czyli paryskie pospólstwo od dawna buzujące rewolucyjnymi nastrojami, karmione ochłapami salonowych elukubracji niedouczonych „filozofów” i, jak każdy element kryminogenny, w lot chwytające najsubtelniejsze nawet oznaki rozluźnienia dyscypliny – do zadymy.

11 lipca rozpoczynają się zamieszki – pośród wrzasku, sygnałów alarmu i fałszywych nowin, oszalały tłum miota się, to atakując nieliczne oddziały wojska, to oddając się pijatyce. Mnożą się napady na domy, sklepy i warsztaty. Panuje nastrój całkowitej anarchii. Paryżanie zabarykadowani w swych domostwach oddają ulicę na łup dzikiej bandy, która rozbiwszy gmach komendy policji oraz więzienie La Force zdołała się uzbroić i znacznie wzrosnąć w siłę.

Szlachta ogłupiona liberalizmem

14 lipca 1789 roku motłoch zbrojny w strzelby i piki ze splądrowanych magazynów rusza w kierunku stołecznej fortecy zwanej Bastylią (ze staroprowansalskiego bastida – zamek, twierdza), bronionej przez czterdziestu Szwajcarów i osiemdziesięciu inwalidów wojennych pod dowództwem Bernarda-René markiza de Launay. Potężna czternastowieczna twierdza, przekształcona w więzienie dopiero przez Ludwika XIV, pomimo tak szczupłej załogi mogła się długo bronić przed bezładną bandą cywilów. A raczej: mogłaby, gdyby chciano jej bronić. Jednak de Launay zbyt był oświeconym liberałem, by wycelować armaty w tłum. Nie tylko więc polecił je wycofać, ale kazał wręcz burzyć strzelnice, po czym zaprosił delegatów oblegających na układy.

Tymczasem zgraja pod murami rosła w zastraszającym tempie. Wkrótce też odezwały się armaty buntowników, co rzuciło strach na załogę – w obliczu niezdecydowania komendanta nie była ona w stanie stawić zdecydowanego oporu. Bierna postawa obrońców zwykle stanowi zachętę dla atakujących; tak też było i tym razem. Tłum bez wielkiego trudu wdarł się na pierwsze podwórze i po splądrowaniu budynków skierował lufy wszystkich czterech (!!!) dział na drugie wrota. Załoga odruchowo odpowiedziała strzałami, lecz po chwili, nie czując nad sobą silnej ręki dowódcy, zmusiła go do kapitulacji.

De Launay został z miejsca zamordowany; jego ciało wrzucono do strumienia, a głowę odciętą przez kuchcika, który – wedle relacji świadka – umiał obchodzić się z mięsem zatknięto na pikę i do wieczora obnoszono po mieście. Zginęli również trzej oficerowie; powieszono dwóch inwalidów, trzeciemu zaś obcięto rękę. W tym czasie trwały przeszukiwania więzienia, w którym znaleziono bynajmniej nie setki czy nawet dziesiątki „ofiar reżimu”, lecz siedmiu (sic!) więźniów i to wcale nie politycznych, tylko: czterech fałszerzy, dwóch wariatów i jednego młodego hrabiego, zamkniętego tam na prośbę własnej rodziny, oskarżającej go o kazirodztwo (mało kto jednak dowiedział się o tym, gdyż fałszerze natychmiast się ulotnili, wariaci trafili do zakładu dla psychicznie chorych w Charenton, jeden tylko uczeń markiza de Sade został przyjęty z wielką okazałością przez związki rewolucyjne, gdzie wygłosił rozczulające mowy przeciwko tyranii i despotyzmowi – jak to relacjonuje znamienity historyk francuski, Pierre Gaxotte). Oto, jakim „symbolem ucisku” okazała się być Bastylia.

Motłoch pijany krwią

Kim natomiast byli sprawcy jej upadku, dowiemy się najlepiej z lektury zapisków naocznego świadka koszmaru. François-René de Chateaubriand bacznie, choć z przerażeniem obserwował widowisko, które obłudnicy bez serca uważają za tak piękne. Wśród morderstw oddawano się orgiom, jak podczas zamieszek w Rzymie za Otona i Witeliusza. W dorożkach paradowali „zdobywcy” Bastylii, szczęśliwi pijacy ogłoszeni zwycięzcami w szynkach; ich eskortę stanowiły prostytutki i sankiuloci, którzy zaczynali już rządzić. Przechodnie z czcią strachu odkrywali głowy przed tymi bohaterami, z których kilku wskutek wyczerpania nie przeżyło triumfu. Mnożyły się klucze do Bastylii; rozsyłano je do wszystkich liczących się głupców na cztery strony świata.

Nocą 14 lipca 1789 roku do królewskiej rezydencji w Wersalu dotarły wieści o tragicznych wypadkach na ulicach Paryża. Wówczas to doszło do historycznej wymiany zdań – oburzony król wykrzyknął: C’est une révolte!, na co książę de la Rochefoucauld-Liancourt odparł: Non, Sire, c’est une révolution!

Noc położyła kres krwawemu rozpasaniu. Nazajutrz Paryż obudzi się z ogromnym „kacem moralnym” – trzeba więc tworzyć legendę. Przywódcy lewicy – pisze Pierre Gaxotte – wnet użyli wszelkich środków, ażeby popełnione zbrodnie przedstawić jako czyny bohaterskie i w ten sposób usprawiedliwić podżegaczy. Legenda o Bastylii zrodziła się w cztery godziny po jej zdobyciu. I oto 15 lipca rentierzy paryscy, którzy obudzili się rano zawstydzeni i zaniepokojeni z powodu ustąpienia przez siebie pola mordercom, dowiedzieli się nagle, że nigdy nie było żadnych morderców, że cały naród powstał dla obrony wolności i że zabójstwo de Launay’a i de Flesselles’a stanowiło po prostu wzniosły objaw wszechwładnej sprawiedliwości narodowej.

14 lipca 1789 roku władza we Francji przeszła de facto w ręce terrorystów. Panowie posłowie [do Zgromadzenia Narodowego – przyp. J. W.] deklamowali, a lud działał – zauważa Teodor Jeske-Choiński. Panowie posłowie rozprawiali całymi tygodniami, miesiącami o prawach człowieka i tym podobnych ładnych marzeniach, roztkliwiali się nad dobrocią, szlachetnością pierwotnego człowieka, budowali państwo z frazesów, a lud palił dalej zamki, klasztory, wycinał lasy, rozgrabiał zboże na targach miasta, niszczył wszelką cudzą własność. Zamiast ukarać wichrzycieli, Zgromadzenie Narodowe usiłowało ich przekonać dziecinnymi manifestami (…). A lud, który już polizał cudzej własności i zasmakował w bezkarnej kradzieży – palił, rabował dalej drwiąc sobie z panów posłów.

Żeby nie być gołosłownym i nie polegać wyłącznie na komentarzach historyków, jeszcze raz oddajmy głos Chateaubriandowi: Oto grupa obszarpańców zjawia się u końca ulicy; pośrodku wznoszą się dwie chorągwie, których nie widzimy dobrze z daleka. Kiedy zbliżyli się, ujrzeliśmy zniekształcone głowy o potarganych włosach, które ci poprzednicy Marata nieśli na pikach: były to głowy Foullona i Bertiera [generalnego kontrolera finansów oraz jego zięcia, intendenta Paryża – przyp. J. W.]. Wszyscy odeszli od okien; ja zostałem. Mordercy zatrzymali się przy moim oknie i wznieśli ku mnie piki śpiewając, tańcząc i skacząc, żebym lepiej zobaczył blade wizerunki. Oko jednej z głów, wypłynąwszy z orbity, zsuwało się po ściemniałej twarzy; pika przechodziła przez otwarte usta, zęby wgryzały się w żelazo.

– Zbóje – zawołałem w oburzeniu, którego nie mogłem pohamować – więc tak rozumiecie wolność?

Gdybym miał broń, strzeliłbym do tych nędzników jak do wilków. Z wyciem zaczęli uderzać co sił w bramę, chcąc ją wyważyć i dodać moją głowę do głów ofiar.

Na szczęście oprawcy nie zdołali wtargnąć do środka, jednakże – jak dalej opowiada Chateaubriand – te głowy i inne, które zobaczyłem wkrótce potem, odmieniły moje skłonności polityczne; mam odrazę do uczt kanibalów…

Lewica nieuleczalnie chora

Z napompowanych mitologią lekcji historii w peerelowskiej szkole wynosiło się nieodparte przekonanie, iż proces burzenia Bastylii był błyskawiczny: oto – trawestując słowa Cezara – ruszyli, zdobyli, zburzyli. Tymczasem, choć tłum natychmiast przystąpił do burzenia twierdzy, rozbiórka jej trwała bez mała rok. Większych kamieni z Bastylii użyto między innymi do budowy Mostu Concorde, na mniejszych zaś kierujący rozbiórką majster nazwiskiem Palloy dorobił się majątku, sprzedając je jako souvenirs de la Revolution. W pierwszą rocznicę zdobycia Bastylii w miejscu wyburzonych murów dało się już zorganizować zabawę taneczną, pośród ruin zaś stanęła gilotyna, która w swoisty sposób potwierdziła podrzędność tego miejsca – podczas Wielkiego Terroru stracono tam zaledwie siedemdziesiąt trzy osoby!

Tak oto w rzeczywistości wyglądało zarówno „zdobycie” Bastylii, jak i późniejsze, nie mniej „bohaterskie” wyczyny „uciemiężonego ludu”. Warto pamiętać o tym nie tylko w lipcu, ale przez cały rok, gdyż mając w pamięci zmitologizowane wydarzenia sprzed dwu wieków łatwiej odnieść się do mitów tworzonych współcześnie. Lewica bowiem nigdy nie zrezygnowała – i nie zrezygnuje – z fabrykowania wyssanych z palca historyjek, gdyż niebezpieczna mitomania jest jej nieuleczalną chorobą.

Jerzy Wolak

http://www.pch24.pl/mit-bastylii,4252,i ... z20aqRBNiQ


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 15 lip 2012, 14:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Zbrodnia przeciw pamięci. Ludobójstwo z 'Liberte, egalite, fraternite" na sztandarze z Marsylianką na ustach!

W rocznicę 14 lipca jakże mało, albo wcale nie mówi się, że to był także początek wielkich nowożytnych zbrodni.
Zbrodni jakże skrzętnie przemilczanych!

A próba ich przypomnienia, co doskonale zrobili 42 wybitni historycy francuscy w "Czarnej księdze rewolucji francuskiej" wywołuje furię wszelakiej lewizny nie tylko francuskiej.
Lewica od razu dostaje szału, gdy ktokolwiek zaczyna mówić o zbrodniach ludobójstwa w czasie rewolucji francuskiej.
Dla nich rewolucja to wyłącznie zwiastun, to jutrzenka nowych, lepszych, postępowych czasów!
Te zbrodnie to nie tylko zagłodzenie i wymordowanie prorojalistycznych mieszkańców Wandei. ( min. 100tyś!!)


Masowo rozstrzeliwano, gwałcono,...
Zabijano od noworodków po starców, topiono, torturowano!
Ba! odzierano ze skóry!
Ze skóry dzieci, młodych kobiet robiono rękawiczki, torebki.
Z mężczyzn siodła, kaftany, spodnie do końskiej jazdy.


I to wszystko działo się na rozkaz Paryża, to nie była samowolka armii oddalonej od centrali.(zachowały dokumenty-oryginały rozkazy nakazujących planowe, masowe wymordowanie ludności krnąbrnej wiernej królowi i kościołowi ludności Wandei.
To była zaplanowana i do końca przeprowadzona zbrodnia wymordowania prowincji.


Zbrodniarz Robespierre i spółka zaprowadzili krwawy terror w całym kraju.
Kaci nie nadążali za wykonywaniem wyroków!
Zastosowano na masową skalę "ekonomiczną" metodę pozbywania się -mordowania Francuzów uznanych za wrogich rewolucji np topiono galery, statki, barki wyładowane więzniami do granic możliwości!


Ileż z tych metodycznych, praktycznych "osiągnięć" rewolucjonistów francuskich zastosowali pózniej zbrodniarze, bardzo wierni uczniowie, naśladowcy Robespierr'a jak Lenin, Stalin, Hitler, Mao ttse tung, Ho Chi Minh, Castro, Che Guevara doktorant Sorbony Pol pot i różni pomniejsi watażkowie Afryki, Azji!

A co na łżeintelektualiści?!

Oni nie widza niczego złego, nie dostrzegają żadnej zbrodni!
Dal nich rewolucja francuska to wielkie osiągnięcie ludzkości!
demokracja.
Powszechne głosowanie, równość, wolność!
I braterstwo jak cholera!
I lud!
W imię ludu rzekomo dokonano tej straszliwej rzezi!
W Wandei zginęło najwięcej... chłopów!
To była zbrodnia na owe czasu na skalę... przemysłową!


A cóż by było, jakich zbrodni dokonałby na Francuzach taki Robespierre gdyby miał możliwości logistyczne i techniczne takie jak potem Lenin czy Hitler?!

Co spotkałoby Francję i Europę, gdyby zbrodniarz Robespierre nie został stracony przez swoich kolesi!?

Sarkozy obiecywał i co istotne powoli wprowadzał! zmiany we francuskich podręcznikach, aby młodzież szkolna przestała bezrefleksyjnie zachwycać się wyłącznie"egalite, liberte, fraternite", aby mogły tez do niej docierać inne oceny, krytyczne oceny przeszłości!
Obecny socjalista zapewne przestawi wajchę i o zbrodniach dokonanych pod trójkolorowym sztandarem i z Marsylinką na ustach nie tylko na Wandei znów będzie bardzo cicho!

Bo któż sięgnie po 900 stronicową cegłę, na dodatek dość drogą nawet jak na zasobnych Francuzów aby dowiedzieć się z niej o tak nieodległych dziejach.

pzdr

p.s.
Jako potomek Wandea'jczyka po mieczu* nie mogłem tego odpuścić.
* por. saperów, ciężko ranny w czasie Wielkiego Odwrotu jakoś dokuśtykał na tereny przyniemeńskie, na obrzeże zachodnie Puszczy Rudnickiej. Tam dostał wikt i opierunek; wykurował się, ożenił się z 17 letnią szlachcianką córką jego dobrodziei. A wiedza saperska-inżynierska okazała się wyjątkowo tam przydatna, dorobił się młyna, tartaku, zirygował łąki. pobudował jazy i mostki i tak dał początek na kresach naszemu nazwisku, które w 1813r. przekręcony przez zapijaczonego carskiego urzędnika ziemskiego b. mocno odbiega od oryginału!

http://niepoprawni.pl/blog/162/zbrodnia ... -marsylian



Kilka komentarzy:


Wandea... pierwsze nowożytne ludobójstwo i planowa eksterminacja. Do tego na własnym narodzie.




ogladalem niedawno migawki z wyborow we Francji, prezydenckich i parlamentarnych i widzac te tlumy wiwatujace pomyslalem sobie ,ze to manipulacja doskonala; sprawic zeby ludzie wybierali i wiwatowali tym ktorzy ich prowadza na zatracenie. Wydaje sie ze nasze spoleczenstwo jeszcze nie jest w takim stopniu zmanipulowane jak tamto. Co do przesladowan katolikow , jesli wtedy ponad 200 lat temu byly na taka skale, to jakie beda te ktore nadejda (ja wierze ze m.in po to sprowadzane jest muzulmanskie barbarzynstwo.



Dodaj jeszcze, że wielce szanowni rewolucjoniści francuscy należeli do zacnego grona prekursorów komór gazowych. Kontrrewolucjonistów duszono dymem w zamkniętych pomieszczeniach.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 15 lip 2012, 16:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
A cóż by było, jakich zbrodni dokonałby na Francuzach taki Robespierre gdyby miał możliwości logistyczne i techniczne takie jak potem Lenin czy Hitler?!


Nie należy pytać, co by było, ale czego na koniec by nie było - otóż na koniec nie byłoby już Francji i Francuzów. I nie miał by kto dziś śpiewać Marsylianki.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 15 lip 2012, 16:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Asindziej napisał(a):
Aerolit napisał(a):
A cóż by było, jakich zbrodni dokonałby na Francuzach taki Robespierre gdyby miał możliwości logistyczne i techniczne takie jak potem Lenin czy Hitler?!


Nie należy pytać, co by było, ale czego na koniec by nie było - otóż na koniec nie byłoby już Francji i Francuzów. I nie miał by kto dziś śpiewać Marsylianki.

Świetnie to skomentowałeś Asindzieju.
Dla mnie jest niezrozumiałe do granic możliwości, jak Francuzi mogą świętować swoją tragedię i hańbę.
To tak jak my byśmy radośnie świętowali np. zbrodnie na Wołyniu, albo ustalenia jałtajskie, czy mord na ks. Popiełuszce.
Być może w przyszłości, przy takiej edukacji i nam to grozi, .... aż strach pomyśleć.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 16 lip 2012, 13:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
Dla mnie jest niezrozumiałe do granic możliwości, jak Francuzi mogą świętować swoją tragedię i hańbę.

To dowodzi, że już wtedy, w końcówce XVIII wieku można było skutecznie prasować mózgi milionom ludzi. A nie było wtedy jeszcze radia i telewizji, tylko prasa, plotki i szemrane wieści.

Aerolit napisał(a):
To tak jak my byśmy radośnie świętowali np. zbrodnie na Wołyniu, albo ustalenia jałtajskie, czy mord na ks. Popiełuszce.
Być może w przyszłości, przy takiej edukacji i nam to grozi, .... aż strach pomyśleć.

Po to jest likwidacja nauki historii - by ułatwić ten proces. Zdaje się, że z nami idzie trudniej, niż z Francuzami. Jednak Polska to przez stulecia było państwo wolne, gdzie władza nie narzucała odgórnie, jak żyć. A Francja nigdy taka nie była - ludność tam nie miała takich swobód, szczególnie w epoce absolutyzmu. W Polsce pańszczyźniany chłop miał więcej praw obywatelskich, niż siedzący na zamkach francuski arystokrata, trzęsący się o łaskę królewską, której brak w jednej chwili wielkiego bogacza przemieniał w nędzarza na galerach. Polska zadbała o słowiańskie tradycje wolności indywidualnej i sporo jeszcze tego zostało do dziś, mimo zaborów, komuny i 20 lat prasowania mózgów po 1989. Wciąż w Polsce inicjatywa oddolna zwykłych ludzi ceniona jest wyżej niż inicjatywy odgórne, organizowane przez czynniki państwowe.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 20 lip 2012, 13:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Skąpana we krwi Wandea

Lewica gloryfikuje rewolucje – nie szanując tych, którzy walczyli o wiarę, honor i prawo, jak chłopi Wandei.

Wandea już nie istnieje! Dzięki naszej wolnej szabli umarła wraz ze swoimi kobietami i dziećmi. Skończyłem grzebać całe miasto w lasach i bagnach Savenay. Wykorzystując dane mi uprawnienia, dzieci rozdeptałem końmi i wymordowałem kobiety, aby nie mogły rodzić więcej bandytów. Nie żal mi ani jednego więźnia. Trupy zaścielają drogi, miejscami jest ich tyle, że tworzą piramidy. Zniszczyłem wszystkich, nie bierzemy jeńców. Litość nie jest rewolucyjną sprawą! - pisał rewolucyjny generał Franciszek Józef Westermann z pola bitwy Savenay do władz rewolucyjnego Paryża.

Rewolucyjni tyrani mogli odetchnąć z ulgą. Udało im się pokonać największe zagrożenie, przed jakim stanął reżim sprawujący terror w imię Wolności, Równości i Braterstwa. Bagna i lasy Savenay pochłonęły najwaleczniejszego wroga rewolucyjnej Republiki – wandejską Armię Katolicką i Królewską. Westermann, po tym jak na jego rozkazy wyrżnięto i potopiono bezbronne dzieci i pokonanych chłopów, sam zginął pod nożem gilotyny.

Tak przebiegała francuska rewolucja, gloryfikowana jako oznaka wielkiego postępu i owoc oświecenia. Francja urządza po dziś dzień na jej cześć wojskowe parady. Dumnie obnosząc się z ideami trójkolorowego sztandaru. Czy naprawdę ma do tej dumy dobry powód?
Echa lat rewolucji i terroru pobrzmiewały w 1917 r. w Rosji, w 1936 r. w Hiszpanii i w latach 70. w Kambodży, gdzie absolwent francuskich szkół, zaczytany w pismach Woltera i Rousseau Pol Pot przystąpił na polach śmierci do przemiany Kambodżan w myśl idei „równości” i eksterminacji „klas wykształconych”. W wyniku działań „Brata Numer Jeden” i jego towarzyszy w Demokratycznej Kampuczy zginął co czwarty mieszkaniec.

Rewolucje nie wybuchają gdy tyrani przykręcają śrubę. Wybuchają, gdy monarchia gnije. Przygotowane nie przez paryski lud, jak chcą jej wielbiciele, ale podobnie jak rewolucja w Rosji, przez prowincjonalnych adwokatów, targanych kompleksami i żądzą władzy oraz nienawiścią do religii, do chrześcijaństwa, zaciekle walczących z katolicką tradycją.
- W rewolucjach rolę szczególnego rodzaju odgrywają trzeciorzędni adwokaci oraz literaci tej samej rangi. Nikomu jeszcze nieznany Marat próbował swych sił w literaturze lecz okazał się powieściopisarzem poronionym. Ten gatunek polityki, który nasze stulecie zwie totalitaryzmem, oferuje okazje rekompensaty, odegrania się – napisał Paweł Jasienica.

Lewica upatruje w rewolucji we Francji swoją ideową ciągłość, bo nie historyczną. Oto bowiem w 1814 r. na francuskim tronie zasiadł Ludwik XVIII, brat zgilotynowanego króla Ludwika XVI. Delfin Francji 10-letni Ludwik XVII został bowiem w imię rewolucyjnej sprawiedliwości zgładzony w więzieniu. Dziedzic Korony Królestwa Francji i Nawarry został zasypany w zbiorowej mogile. Ocalało, dzięki zbiegom okoliczności i poświęceniu współwięźniów, jego serce. Chłopiec w chwili śmierci był niezwykle chudy z niedożywienia. Na jego ciele znajdowały się ślady po maltretowaniu. Wyznawcy „oświecenia” znęcali się nad dzieckiem. Blizny po chłoście pokrywały tułów z przodu i tyłu, oraz ramiona, nogi i stopy chłopca. Lekarz Pelletan w trakcie sekcji, postępując zgodnie z tradycją zachowywania królewskich serc, wyjął serce chłopca i przemycił na zewnątrz. Serce delfina Francji spoczywa w bazylice Saint Denis.

14 lipca 1789 roku – narodziny mitu

Symbolem obalonej tyranii i narodzin nowego ładu, postępu stała się zdobyta i zburzona paryska Bastylia. Trudno o bardziej wypaczony symbol narodzin nowożytnego świata. To swoisty grzech pierworodny. Wycięcie kilku strażników Bastylii, żołnierzy-weteranów i uwolnienie siedmiu więźniów stało się dla orędowników nowej ery postępu symbolem wielkiej społecznej przemiany.
14 lipca 1789 r. tłum wdarł się na dziedziniec twierdzy. Dowódcę załogi de Launaya motłoch zmasakrował, a jego ciało wrzucono do rynsztoka. Kuchcik, „który umiał obchodzić się z mięsem", odciął głowę trupa i na ostrzu piki do wieczora obnosił ją po mieście. Rewolucjoniści uwolnili więźniów tyranii …czterech fałszerzy, jednego hrabiego, zamkniętego na rozkaz swego ojca za kazirodztwo i dwóch obłąkanych. Fałszerze zbiegli natychmiast. Hrabiego, ucznia markiza de Sade’a, przyjęto w stowarzyszeniach rewolucyjnych. Dwóch wariatów trafiło na powrót do zakładu zamkniętego.

Chłopska armia

Rewolucje nie przebiegają łagodnie. Są krwawe, ale główny opór nie stawia arystokracja. Ta bowiem ginie zmasakrowana w pierwszej fazie rewolucji lub ucieka za granicę. To był opór chłopski, tak jak chłopska była antykomunistyczna partyzantka po 1944 r. w Polsce, jak chłopskie były powstania przeciwko reżimowi wprowadzonemu przez bolszewików na Ukrainie i Uralu. Ten chłopski rodowód kontrrewolucji był też przyczyną jej klęski. Po wygranych bitwach ich zwycięzcy rozchodzili się bowiem do domostw, do żon, do dzieci, na swoje pola, których nie chcieli zostawić, do pracy, zamiast kontynuować ofensywę. Po zdobyciu Saumur Wandejczycy rozeszli się… na żniwa. Podobnie po zwycięstwie, jakim było zdobycie 18 czerwca 1793 Angers, zamiast ruszyć na Paryż - powstańcy wrócili do gospodarstw. Dowodzący de la Rochejaquelein nie powstrzymał walczących. Chłopi bili się niezwykle bohatersko, ale tylko w obronie pól, które widać było z wieży ich parafialnego kościoła.
- Dopiero wiedza i pamięć o tych obyczajach pozwoli ocenić potęgę powstania wandejskiego, prowadzonego przez ludzi, którzy pragnęli tylko zachować swoją wiarę i żyć w spokoju – napisze po latach Paweł Jasienica o czasach, gdy w Wandei próbowano krwawo regulować mechanizm historii i ludzką naturę.
Do dzisiaj w Kraju Loary (historyczna Wandea) i w Bretanii wiszą krzyże w chłopskich domostwach i ostały się na skraju dróg.

Równość? Braterstwo? Wolność?

W walczącej Wandei chłopi uczynili żelazną zasadę równości. Na swego wodza obwołali głęboko wierzącego, charyzmatycznego chłopa Jakuba Cathelineau, ale do stawienia oporu włączyli też szlachtę i arystokratów. Niestety Cathelineau zginął od kuli wystrzelonej z ukrycia, gdy po zdobyciu Nantes klęcząc odmawiał na placu różaniec. Do głowy mu nie przyszło, że ktoś go może w takiej chwili podstępnie zamordować.
A hasła „braterstwa i wolności”? Pierwszym aktem wprowadzenia go w życie było morderstwo dwudziestu czterech księży tzw. niekonstytucyjnych w czasie przewożenia ich do innego więzienia. Motłoch zaatakował konwój i zmasakrował więźniów.
Po odbiciu Nantes z rąk kontrrewolucji rewolucyjne oddziały zaprowadziły terror. Miesiącami topiono ludzi, zapędzając ich na zatapiane później barki. Wśród ofiar były głównie kobiety i dzieci. Mordowane je setkami. „Rewolucyjnej sprawiedliwości” dopełniała woda, drągi, widły i oszczepy eskorty.
Wówczas też pojawili się nad Loarą rewolucyjni komisarze, znani w nieco innej postaci z 1917 roku. Gdy podczas bitwy pod Cholet powstańcy zwyciężają w panice uciekał konno komisarz polityczny, członek rewolucyjnej Konwencji Jan Chrzciciel Carrier. Dowodzący „błękitnymi” wojskami rewolucji generał Kleber zawołał:
- Żołnierze! Rozstąpcie się. Przepuście obywatela komisarza na tyły. On będzie zabijał po bitwie.
Na nic zdała się powstańcza rycerskość. Na zapomnienie skazywali ją rewolucyjni propagandyści. Śmiertelnie ranny Artus de Bonchamps wymógł na powstańczej armii uwolnienie czterech tysięcy rewolucjonistów wziętych do niewoli. Jednak deputowany rewolucji Maeril de Thionville, wnioskodawca stracenia króla i niezaprzysiężonych księży rozkazał: - Ludzie wolni przyjmują życie z rąk niewolników. To nie po rewolucyjnemu. Trzeba utopić w zapomnieniu ten pożałowania godny wypadek. Ci bandyci nie mają czasu pisać ani wydawać dzienników - tak rodziła się legenda rewolucji.

Armée Catholique et Royale

Losy Wielkiej Armii Katolickiej i Królewskiej (Armée Catholique et Royale) rozstrzygnęły się w 1793 r. Organizowana była ona od pierwszego powstania wandejskiego z marca 1793 r. Braki w uzbrojeniu i wyszkoleniu powstańcy nadrabiali wysokim morale. Wielu z nich szło w bój z zawieszonym na piersiach krzyżem lub obrazkiem Najświętszego Serca Jezusowego, do kurty przypinano wyhaftowane na kawałku płótna czerwone serce z napisem Bóg i Król. Jej główni dowódcy to: Jacques Cathelineau, Charles de Bonchamps, Maurice d'Elbée, Louis-Marie de Lescure, Henri de la Rochejaquelein, Jean-Nicolas Stofflet oraz François-Athanase de Charette de la Contrie. Armia w różnych okresach liczyła od kilku tys. do 70 tys. ludzi pod bronią. Zwyciężyła lub rozproszyła ok. 250 tys. żołnierzy z regularnych oddziałów oraz co najmniej drugie tyle tzw. żołnierzy rewolucji, dokonujących rekwizycji i rabunków. 1 sierpnia 1793 r. Komitet Ocalenia Publicznego nakazał bezwzględnie spacyfikować zbuntowany departament, zalecając wymordowanie wszystkich jego mieszkańców. Ostateczną klęskę Wielka Armia Katolicka i Królewska poniosła przed Bożym Narodzeniem 1793 r. pod Savenay. Liczba poległych powstańców jest trudna do ustalenia.
- Nie walczyłem dla ludzkiej chwały. Jeśli nie zdołałem przywrócić ołtarzy i tronu, to ich przynajmniej broniłem. Służyłem memu Bogu, memu królowi i mej ojczyźnie – napisał umierający Charles de Bonchamps.
W styczniu 1794 r. rozpoczęła się pacyfikacja Wandei kierowana przez gen. Turreau i komisarza Carriera. Przeciwko ludności cywilnej skierowano 12 "kolumn piekielnych" które systematycznie paliły wsie i miasta. W ciągu roku zamordowano co najmniej sto tysięcy bezbronnych osób. Ostatnie grupy partyzantów wandejskich przetrwały w lasach jeszcze kilka lat. Nie uwierzyli hasłu Wolność Równość Braterstwo. Nie dotyczyło ono bowiem ich i ich duchowych przewodników. Rewolucja francuska skierowała się bowiem przeciwko Kościołowi katolickiemu. Symbolem prześladowań jest m.in. Franciszek Józef de la Rochefoucauld, zamordowany razem ze swoim bratem Piotrem w klasztorze Karmelitów 2 września 1792 roku. Był jednym z trzech biskupów, wśród ofiar tak zwanych masakr wrześniowych, w których zginęło 300 duchownych, ofiar odium fidei. W czasie rewolucji tylko w miejscowości Orange od 19 czerwca do 5 sierpnia 1794 roku nadzwyczajny trybunał rewolucyjny sądząc księży, zakonników i zakonnice wydał 332 wyroki śmierci. Połowa wyroków śmierci wydanych w dobie terroru odnosiła się do Wandei i Bretanii. Tylko co pięćdziesiąty skazany to szlachcic. Reszta to chłopi, rzemieślnicy, proletariusze.

Epilog

Po obaleniu monarchii adwokat Georges Danton zainstalował się w rezydencjach przy placu Vendome. Tego dnia przyboczny ministra Kamil Desmoulins napisał do ojca: „Sprawa wolności triumfuje. Oto jestem w pałacach Maupeou i Lamoignon”…

Oprócz historycznych poszukiwań poczynionych podczas wędrówki od Angers, Saumur, Cholet, le Mans po Nantes i Noirmoutier oparłem się na „Rozważaniach o wojnie domowej” Pawła Jasienicy i „Dziedzictwie rewolucji francuskiej” ks. prof. Michała Poradowskiego.

Artur S. Górski

http://www.stefczyk.info/publicystyka/h ... rwi-wandea


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 27 lip 2012, 12:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Kalendarium zbrodni

1789

v 14 lipca - motłoch podstępnie zdobywa Bastylię i uwalnia więźniów - 4 fałszerzy, 2 obłąkanych i 1 młodego rozpustnika osadzonego w twierdzy na prośbę rodziny.

v po 14 lipca - we Francji upada wszelka władza. Nie działa prawo, nie funkcjonuje policja, nie istnieje armia. Dochodzi do mordów na przedstawicielach władzy i urzędnikach państwowych, wielu z nich ukrywa się na prowincji lub ucieka.

v 4 sierpnia - Zgromadzenie Narodowe uchwala zniesienie wszelkich przywilejów korporacyjnych i osobistych. Zabierając duchowieństwu dziesięcinę i kapitały, deputowani Konstytuanty zobowiązują się do przejęcia jego długów oraz wypłacania pensji. Wkrótce znajdują preteksty do całkowitego podporządkowania sobie stanu kapłańskiego.

v 26 sierpnia - rewolucyjna Konstytuanta uchwala Deklarację Praw Człowieka i Obywatela.

v 5 października - bunt zgłodniałych kobiet: około 5-6 tys. zwerbowanych kobiet (pijanych prostytutek, handlarek ryb, przekupek, a wśród nich grupa przebranych w kobiece stroje mężczyzn oraz tłum rzezimieszków) rusza z Paryża na Wersal.

1790

v 13 lutego - uchwalenie prawa likwidującego zakony oraz ostatecznego zakazu składania nowych ślubów zakonnych.

v 14 kwietnia - nacjonalizacja całego majątku kościelnego.

v 12 lipca - uchwalenie konstytucji cywilnej duchowieństwa. Neguje ona w całości chrześcijańskie wyznanie wiary w jeden święty, powszechny i apostolski Kościół. Zgodnie z nią biskupi i proboszczowie mają być wybierani w demokratycznych wyborach, a więc także głosami np. ateistów i wrogów Kościoła, protestantów czy Żydów. Biskupom zabrania się udawania się do Papieża po zatwierdzenie otrzymanej godności. Ze względów "oszczędnościowych" redukuje się liczbę biskupstw (ze 135 do 83) oraz parafii. Jeden proboszcz ma przypadać na 10 tys. mieszkańców.

v 27 listopada - uchwalenie dekretu nakazującego wszystkim duchownym złożenie przysięgi wierności konstytucji cywilnej duchowieństwa. Zgodnie z nim pensja od państwa ma przysługiwać jedynie tym duchownym, którzy złożyli taką przysięgę. Mimo ogromnych nacisków i pogróżek 128 na 134 biskupów oraz ok. 55 proc. księży odmawia jej złożenia. Po potępieniu konstytucji przez Piusa VI wielu z 45 proc. zaprzysiężonych księży publicznie odwołuje złożoną przez siebie przysięgę.

1791

v 15 sierpnia - wprowadzenie zakazu noszenia przez księży stroju duchownych, czyli sutann.

v 29 listopada - uchwalenie dekretu, który uznaje księży niezaprzysiężonych za podejrzanych, zawiesza ich swobodę osobistą i stawia ich pod dozór władzy.

1792

v 6 kwietnia - wprowadzenie zakazu noszenia stroju duchownego.

v 28 kwietnia - wprowadzenie zarządzenia likwidującego wszystkie bractwa i stowarzyszenia religijne.

v 27 maja - dekret o deportacji do kolonii wszystkich duchownych odmawiających zaprzysiężenia schizmatyckiej konstytucji cywilnej duchowieństwa.

v 17 sierpnia - zniesienie wszystkich klasztorów żeńskich. Wypędzono 50 tys. zakonnic.

v 26 sierpnia - zarządzenie zaboru sprzętów i kosztowności należących do zlikwidowanych kościołów i klasztorów.

v 2 września - początek 4-dniowych "masakr wrześniowych" w Paryżu. Zamordowano bestialsko ponad 1400 osób.

1793

v 21 stycznia - ścięcie Ludwika XVI.

v 18 marca - uchwalenie kary śmierci dla księży za odmowę złożenia przysięgi oraz dla świeckich biorących udział w nabożeństwach odprawianych przez niezaprzysiężonych księży, korzystających z udzielanych przez nich sakramentów oraz świadczących im pomoc.

v 31 maja - władzę przejmują jakobini. Rozpoczyna się okres oficjalnego terroru rewolucyjnego i dyktatury.

v 19 lipca - dekret o deportacji biskupów sprzeciwiających się małżeństwom zawieranym przez księży lub zakonnice. Do błogosławieństwa takich związków zmuszano tzw. księży konstytucyjnych.

v 16 sierpnia - wprowadzenie zakazu urządzania procesji i ceremonii religijnych w miejscach publicznych.

v 17 sierpnia - uchwała Komuny Paryskiej nakazująca przejęcie "wszystkich krucyfiksów, pulpitów kościelnych, aniołów, diabłów, serafinów, cherubinów z brązu" w celu przetopienia i użycia do odlewu dział, ponieważ "można znaleźć wielkie zasoby na obronę ojczyzny wśród różnych posągów bóstw, zawdzięczających swoje istnienie tylko oszustwom kapłanów i barbarzyństwu ludu".

v 10 września - początek rekwirowania wszystkich kościelnych złotych oraz srebrnych przedmiotów i naczyń liturgicznych.

v 17 września - uchwalenie tzw. prawa o podejrzanych, które umożliwiało skazanie człowieka na śmierć w oparciu o anonimowy donos lub za "żywienie arystokratycznych sympatii", czyli np. ukrywanie księży oraz uczestnictwo w odprawianych przez nich Mszach św.

v 19 września - dekret regulujący wygląd cmentarzy: miejsce to ma być oddalone od wszystkich domostw i obsadzone drzewami. W ich cieniu winna stanąć rzeźba symbolizująca sen, zaś wszystkie krzyże i inne symbole religijne mają zostać zniszczone.

v 10 października - wydanie zarządzenia zakazującego sprzedaży na ulicach krzyży i jakichkolwiek innych symboli religijnych oraz nakazującego usunięcie z wszelkich miejsc publicznych i placów figur Matki Bożej i zastąpienie ich popiersiami Marata i Lepelletiera, zamordowanych przez przeciwników rewolucji. Dochodzi do wielu ekscesów antyreligijnych i profanacji.

v 16 października - ścięcie Marii Antoniny.

v 23 października - nakaz Komuny Paryskiej usunięcia wszystkich krzyży i obrazów religijnych.

v 23 listopada - uchwalenie natychmiastowego zamknięcia wszystkich paryskich kościołów i świątyń różnych wyznań. Każdy, kto ośmieliłby się domagać ich otwarcia, miał być potraktowany jako podejrzany kontrrewolucjonista.

v od 2 grudnia 1793 r. do 12 stycznia 1794 r. - w Angers rewolucja morduje 2700 osób. 99 spośród nich zostanie później beatyfikowanych.

1794

v czerwiec - Maksymilian Robespierre urządza wielką uroczystość ku czci Najwyższej Istoty. Chodzi o stworzenie nowej religii republikańskiej - świeckiej religii zjednoczonej z rewolucyjnym państwem.

v 5 października - w departamentach Górnej Garonny i Tarn oddaje się księży pod nadzór policyjny. Zarządzenie nie dotyczy duchownych, którzy się ożenili.

1795

v 7 stycznia - uchwalenie uchwały o represjonowaniu księży, którzy powracają z wygnania bądź emigracji.

v rok 1796 i pierwsza połowa 1797 - stopniowe odwoływanie dekretów wrogich Kościołowi i przywracanie praktyk religijnych.

1797

v 4 września - wojskowy zamach stanu, ponowne przywrócenie antyreligijnego prawa. Pod groźbą usunięcia z parafii żąda się od księży złożenia przysięgi na wieczną nienawiść do monarchii. Większość duchownych odmawia, uznając ją za bluźnierstwo sprzeczne z podstawowymi zasadami religii chrześcijańskiej, która zakazuje nienawiści. Księży, którzy się ugięli (niejednokrotnie ze względu na parafian, by nie pozostali bez opieki duszpasterskiej), nazywano "nienawistnikami".

1798

v początek roku - wydanie nakazu aresztowania ponad 9 tys. księży. Dzięki ofiarności wiernych ukrywających duszpasterzy oraz wskutek oporu lokalnych władz udaje się aresztować tylko ok. 10 proc. Ponad 200 duchownych deportuje się do Gujany (w drodze do niej i na miejscu umiera połowa zesłanych), a ponad 40 "opornych" księży - rozstrzeliwuje.

v 1 lutego - wojska francuskie pod dowództwem gen. Berthiera zdobywają papieski Rzym, zajmują Watykan i ograbiają Papieża Piusa VI. Więzionego jakiś czas we Włoszech Ojca Świętego wywieziono następnie do Francji, gdzie umarł w sierpniu 1799 roku.

v 3 kwietnia - Dyrektoriat wydaje rozporządzenie nakazujące ścisłe przestrzeganie kalendarza republikańskiego, "aby zatrzeć w pamięci ludności ostatnie ślady ustroju kościelnego".

oprac. Maria Kalińska

Nasz Dziennik, piątek, 14 lipca 2006, Nr 163 (2573)

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=my11.txt

http://www.rodzinapolska.pl/dok.php?art ... /803_4.htm


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 03 wrz 2012, 14:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Terror i zbrodnia w imię nowego porządku

Wrzesień 1792 r., paryski motłoch obnosi odciętą głowę księżniczki de Lamballe. Repr. UIG/Forum
Od czasu zamachów na nowojorskie WTC wrzesień w szczególny sposób wiąże się z upamiętnianiem ofiar terroryzmu. W tym kontekście warto przypomnieć inny bestialski akt terroru, który rozegrał się w tym właśnie miesiącu dwieście dwadzieścia lat temu. 2 września 1792 roku – trzy tygodnie po ustanowieniu we Francji republiki – paryski motłoch („lud”) rozpoczął regularne masakry przetrzymywanych w paryskich więzieniach księży, arystokratów, żołnierzy wiernych królowi (w tym bohaterskich szwajcarskich gwardzistów trwających do końca przy Ludwiku XVI). Było ich około 2 600. Według ostrożnych szacunków historyków, w trwających ponad tydzień masakrach zginęło ich ponad połowa.

Pierwsze dni września 1792 roku w Paryżu były orgią morderstw, porównywalną jedynie do dni z lipca 1789 roku, gdy masakrowano załogę Bastylii, która poddała się niemal bez walki, a na ulicach urządzono regularne polowanie na wszystkich „wrogów ludu”. We wrześniu 1792 roku „lud” poszedł jeszcze o krok dalej. Eliminowano więźniów. O rewolucyjną czujność dbali tacy „przyjaciele ludu” jak Jean Paul Marat, który już niedługo po 10 sierpnia 1792 roku (obalenie monarchii) nawoływał zdobywców Tuillieri: Zanim odejdziecie pozbądźcie się wrogów, dobijcie swoje ofiary. Rzućcie się na tych, co mają powozy, lokajów, jedwabne stroje. Skontrolujcie więzienia, mordujcie szlachtę, księży, bogaczy. Pozostawcie po sobie tylko krew i trupy.

Tak też się stało. Więźniów mordowano masowo, a motłoch pławił się w bestialstwie. Bo jak inaczej nazwać straszliwy los księżniczki de Lamballe, której jedyną „winą” było to, że należała do wąskiego kręgu przyjaciół przebywającej już w więzieniu w Temple królowej Marii Antoniny. Jej odciętą głowę zatknięto na pikę i zaniesiono pod okno celi królowej. Wśród ofiar wrześniowego terroryzmu znaleźli się m.in. dawni królewscy ministrowie oraz wielu księży (w tym arcybiskup Arles oraz biskupi z Saintes i Beauvais).

Nowy, republikański rząd był o wszystkim informowany. Minister sprawiedliwości republiki, Georges Danton, w reakcji na dostarczane mu wiadomości o toczących się masakrach w więzieniach, które podlegały jego nadzorowi, odparł: Gwiżdżę na więźniów, niech się z nimi dzieje, co chce. Bezpośrednimi mocodawcami zbrodni były władze rewolucyjnej Paryskiej Komuny. Według Pierre’a Gaxotte’a, siepacze za swoją „pracę” dostawali po sześć franków dziennie. Wynagrodzenie obejmowało również wszystkie kosztowności (pieniądze, biżuterię) znalezione przy ofiarach.

Czy można usprawiedliwić mordowanie bezbronnych więźniów? Ależ oczywiście, że można. Podobnie, jak można uczynić narodowe święto z dnia, w którym wymordowano bezbronnych żołnierzy, a ich dowódcy oderżnięto głowę rzeźnickim nożem (Bastylia, 14 lipca 1789 r.). W polskiej historiografii ciągle dominuje interpretacja, której autorem był Jan Baszkiewicz – niekryjący specjalnie swoich sympatii dla rewolucji w jej najbardziej radykalnej, jakobińskiej fazie. Jak pisał przed laty w swojej biografii Robespierre’a o mordowaniu więźniów w Paryżu we wrześniu 1792 roku: Motywy tej fali ludowego terroru są zrozumiałe. W obliczu klęsk na froncie lud szuka pomsty na kontrrewolucjonistach; ale może bardziej jeszcze boi się spisków. Ochotnicy szykują się do wyjścia na front: jakże zostawić stolicę podminowaną konspiracjami wrogów?

Przy okazji zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 roku powtarza się tezę, że terroryzm jest drogą do nikąd, a terroryści na przemocy nie są w stanie niczego zbudować. I jest to słuszna teza. Choć, jak świadczy przykład Republiki Francuskiej, próba może trwać bardzo długo.

Grzegorz Kucharczyk

http://www.pch24.pl/terror-i-zbrodnia-w ... z25ONs03mu


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 04 wrz 2012, 10:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Francuska Golgota

Ocenia się, że podczas rewolucji we Francji życie za wiarę oddało około trzech tysięcy katolickich kapłanów. Wśród nich zamordowani 2 września 1792 r. franciszkanin o. Jan Franciszek Burte, gwardian stołecznego klasztoru oraz jego zakonny współbrat, Seweryn Jerzy Girault, kapelan paryskich sióstr zakonnych. Rewolucja stawiała sobie za cel stworzenie „nowej Francji” i „nowego człowieka”. Każdego, kto nie mieścił się w „republikańskich wymiarach”, przykrawała do nich gilotyna.

Antychrześcijańskie oblicze rewolucji francuskiej objawiło się na dwa sposoby: w aspekcie destruktywnym (czyli polityce wymierzonej w Kościół katolicki i duchowieństwo, a także niszczeniu symboli chrześcijaństwa w sferze publicznej, w tym kościołów) oraz w aspekcie twórczym, o wiele groźniejszym – jak zauważył Józef de Maistre – od tego pierwszego (czyli tym, co na gruzach chrześcijańskiej Francji rewolucjoniści chcieli zbudować). Oba aspekty łączyło przeświadczenie zaczer¬pnięte z ateistycznego dziedzictwa Woltera, iż należy wymazać tę niegodziwość, czyli – wedle „patriarchy oświecenia” – chrześcijaństwo.

Uczniowie de Sade’a

Tak, obywatele, religia jest nie do pogodzenia z ustrojem wolności, czujecie to tak samo jak ja. Nigdy wolny człowiek nie pochyli głowy przed bogami chrześcijaństwa; nigdy jego dogmaty, rytuały, tajemnice, moralność nie będą mogły odpowiadać republikaninowi… Oddajcie nam pogańskich bogów! Chętnie będziemy czcić Jowisza, Herkulesa czy Pallas Atenę, ale nie chcemy więcej tego baśniowego stwórcy świata. (…) Nie chcemy więcej tego Boga nieogarnionego, który wszystko ponoć napełnia – takimi słowy zagrzewał rewolucjonistów do kontynuowania antychrześcijańskiej polityki we Francji markiz de Sade – znany zboczeniec seksualny, który zresztą z racji swego zboczenia został na prośbę własnej rodziny osadzony na jakiś czas w Bastylii. W tym kontekście jej zburzenie nabiera całkiem nowego znaczenia.

Gdy de Sade wypowiadał te słowa, już od ponad pięciu lat trwała rewolucyjna polityka wymierzona we Francję jako „pierworodną córę Kościoła”. W pierwszej kolejności uderzono bowiem właśnie w Kościół. Już w roku 1789 skonfiskowano wszystkie należące doń majątki, które podobnie jak w szesnastowiecznej Anglii stały się początkiem fortun nowej, republikańskiej arystokracji. W lutym 1790 roku rewolucyjne Zgromadzenie Narodowe zadekretowało zniesienie wszystkich zakonów we Francji, a 15 sierpnia 1791 roku (nieprzypadkowo wybrano dzień wielkiego święta kościelnego) zakazano księżom noszenia sutann. We wrześniu 1793 roku – w apogeum szalejącego wówczas jakobińskiego terroru – uchwalono „prawo podejrzanych”, otwierające możliwość zgilotynowania osoby także za żywienie arystokratycznych sympatii; te ostatnie mogły oznaczać również uczestnictwo we Mszy Świętej odprawianej w prywatnych mieszkaniach przez tzw. niezaprzysiężonych księży, czyli tych, którzy nie złożyli przysięgi na wierność tzw. konstytucji cywilnej kleru.

Ten akt prawny, uchwalony w lipcu 1790 roku, stanowił faktyczne wypowiedzenie wojny Kościołowi we Francji i Rzymowi. Anglikanin, Edmund Burke, komentujący na gorąco uchwalenie owej ustawy na kartach swoich Rozważań o rewolucji we Francji, pisał: Wydaje mi się, że ten nowy ustrój kościelny ma być tylko przejściową i przygotowawczą fazą prowadzącą do całkowitego wyrugowania wszystkich form religii chrześcijańskiej, gdy tylko umysły ludzi zostaną przygotowane do zadania jej ostatniego ciosu za sprawą urzeczywistnienia planu otoczenia jej kapłanów powszechną pogardą. Ludzie, którzy nie chcą wierzyć, że filozoficzni fanatycy kierujący tą akcją od dawna ją planowali, nie mają pojęcia o ich charakterach i poczynaniach.

Ojciec europejskiego konserwatyzmu nie pomylił się w niczym. Konstytucja cywilna kleru była bowiem próbą ustanowienia we Francji schizmatyckiego wobec Rzymu Kościoła. Z katolickich duchownych czyniła funkcjonariuszy państwowych wybieranych (w tym biskupi) przez wszystkich obywateli danego departamentu (obszar diecezji przykrojono do granic administracyjnych) – również ateistów. 10 marca 1791 roku tę uzurpację rewolucyjnego państwa oficjalnie odrzucił i potępił papież Pius VI. Król Ludwik XVI, chociaż podpisał dokument, traktował go jak kroplę przelewającą kielich goryczy – o czym poinformował w liście pozostawionym na krótko przed nieudaną ucieczką z Paryża.

Konstytucja cywilna kleru okazała się przełomowa również dlatego, że dostarczyła pretekstu dla rozpętania kolejnej spirali przemocy przeciw duchowieństwu, które nie przysięgając na nią dochowywało wierności widzialnej Głowie Kościoła. 27 maja 1792 roku zadekretowano więc deportację do kolonii wszystkich duchownych odmawiających zaprzysiężenia. Jednak już 18 marca 1793 roku Republika poszła dalej i uchwaliła dla odmawiających zaprzysiężenia karę śmierci. Taka sama kara spotkać miała również świeckich, którzy udzielali schronienia kapłanom niezaprzysiężonym lub uczestniczyli w nabożeństwach przez nich odprawianych bądź korzystali z udzielanych przez nich sakramentów. Jak mówił w roku 1793 „kat Lyonu”, jakobiński komisarz Chalier, księża są jedyną przyczyną nieszczęść we Francji. Rewolucja, która jest triumfem oświecenia, tylko z obrzydzeniem może spoglądać na zbyt długą agonię zgrai tych niegodziwców.

Męczennicy czasów rewolucji

Ocenia się, że podczas rewolucji we Francji życie za wiarę oddało około trzech tysięcy katolickich kapłanów. W roku 1793 w aktach orleańskiego Trybunału Rewolucyjnego, dotyczących osoby jednego z owych męczenników – ks. Juliena d’Herville, niezaprzysiężonego jezuity – zapisano między innymi, że znaleziono przy nim wszystkie środki dla uprawiania fanatyzmu i przesądu: szkaplerz z dwoma medalikami, małe okrągłe pudełko z zaczarowanym chlebem [chodzi o konsekrowane hostie – przyp. aut.], taśmę, na której był przyczepiony duży krzyż ze srebra, serce wykonane ze srebra oraz kryształowy relikwiarz.

Danton namawiał swoich kolegów z rewolucyjnego Konwentu, by wszystkich „opornych księży” załadować na barki i wyrzucić na jakiejś plaży we Włoszech, ojczyźnie fanatyzmu. W końcu jednak wybrano mordercze tropiki Gujany Francuskiej, która stała się miejscem zesłania i męczeństwa niezaprzysiężonych. Przez ponad pół roku (od końca roku 1793) takiego losu oczekiwało na barkach zacumowanych u wejścia do portu w Bordeaux ponad ośmiuset księży. Stłoczeni w nieludzkich warunkach, pozbawieni żywności, lekarstw i elementarnych warunków ludzkiej egzystencji, czekali na wypłynięcie na ocean. W tych okolicznościach spośród 829 księży zmarło aż 547. Trwali jednak w owych ¬katuszach do końca, wspólnie się modląc i nawzajem spowiadając.
1 października 1995 roku papież Jan Paweł II beatyfikował sześćdziesięciu czterech z nich, bo jak sam podkreślił w homilii beatyfikacyjnej, na dnie udręki zachowali ducha przebaczenia. Jedność wiary i jedność ojczyzny uznali za sprawę ważniejszą niż wszystko inne.

Martyrologium Kościoła francuskiego czasów rewolucji, sporządzane przez Jana Pawła II, bynajmniej się na tym nie kończy. W lutym 1984 roku beatyfikował on 99 męczenników z Angers – ofiary krwawej pacyfikacji Wandei przez władze Republiki. Do chwały ołtarzy wyniesiono wówczas jedenastu księży i trzy zakonnice. Papież z Polski kontynuował w tym względzie dzieło swoich poprzedników na Stolicy Piotrowej. W roku 1906 bowiem św. Pius X beatyfikował szesnaście karmelitanek z Compiegne straconych w apogeum dechrystianizacyjnych działań władz republikańskich (1793-1794). Wiezione na miejsce stracenia bydlęcymi wozami wszystkie śpiewały Miserere i Salve Regina (Witaj Królowo Niebios). Ujrzawszy szafot, odśpiewały Veni Creator (Przybądź Duchu Święty) i na głos odnowiły swoje przyrzeczenia chrzcielne i śluby zakonne.

Osobną grupę wśród męczenników czasów francuskiej rewolucji stanowią świeccy posyłani na szafot za miłosierdzie okazane duchownym (poprzez udzielenie im schronienia we własnym domu). Część z nich doczekała się oficjalnego uznania swej chwały męczeństwa przez Kościół (jak męczennicy z Angers), większość jednak to święci bezimienni.

Niektórych jednak znamy, jak na przykład osiemdziesięcioletnią wdowę, Annę Leblanc i jej sześćdziesięcioletnią córkę, Anastazję, skazane na śmierć 1 lipca 1794 w Morlaix. Ich zbrodnią było przechowywanie w domu ściganego księdza, Augustina Clecha z diecezji Tregnier. Maria Gimet, robotnica z Bordeaux, natomiast, z pomocą Marii Bouquier (pracowała jako służąca) ukrywała w swoim mieszkaniu trzech księży: Jeana Molinier z diecezji Cahors, Louisa Soury z diecezji Limoges oraz Jeana Lafond de Villefumade z diecezji Perigueux. W uzasadnieniu wyroku śmierci dla owych kobiet czytamy, iż podzielały kontrrewolucyjne uczucia niezaprzysiężonych księży, (…) chlubiły się, że ich ukrywały oraz kilkakrotnie powtarzały, że lepiej być posłusznym prawu Bożemu niż prawu ludzkiemu. Nie znaleziono żadnych okoliczności łagodzących (na przykład w postaci plebejskiego pochodzenia oskarżonych).

Zniszczyć papieski Rzym!

Osobno omówić należy wrogie akty rewolucyjnego państwa (czy to Republiki, czy wywodzącego się z „ideałów roku 1789” Pierwszego Cesarstwa) wymierzone w Stolicę Apostolską i kolejnych papieży. Już w roku 1790 zaanektowano należący do papiestwa Awinion. Uchwalona w tym samym roku cywilna konstytucja kleru była niczym innym jak wypowiedzeniem wojny papieżowi. Od słów do czynów Republika przeszła w roku 1796, z chwilą błyskotliwej ofensywy generała Bonapartego w Italii. Dwa lata później, 1 lutego 1798 roku, wojska francuskie pod dowództwem generała Berthiera zajęły papieski Rzym. Wkrótce też „lud rzymski” (czytaj: co bardziej aktywni członkowie lóż wolnomularskich) „spontanicznie” (pod czujną obserwacją przybyłych zza Alp zaprzyjaźnionych wojsk) ogłosił powstanie Republiki Rzymskiej, znosząc w ten sposób istniejące od ponad tysiąca lat Państwo Kościelne. Aby dotkliwiej upokorzyć papieża, decyzję tę promulgowano 15 lutego 1798 roku, w rocznicę jego wyboru na Stolicę Piotrową.

Ponad ¬osiemdziesięcioletniego, schorowanego Piusa VI francuscy rewolucjoniści wygnali z Rzymu i umieścili w surowych warunkach twierdzy Palence, gdzie 29 sierpnia 1799 roku zakończył on życie ze słowami: In te Domine speravi, non confundar in aeternum (Tobie Boże zaufałem, nie zawstydzę się na wieki) na ustach. Wysłannik Republiki tak raportował to paryskiemu Dyrektoriatowi: Ja, niżej podpisany obywatel, stwierdzam zgon niejakiego Braschi Giovanni Angelo, który pełnił zawód papieża i nosił artystyczne imię Piusa VI. Na końcu zaś nazwał zmarłego papieża: Pius VI i ostatni.

Podobne nadzieje wyrażał, jeszcze przed śmiercią Piusa VI, generał Napoleon Bonaparte – przyszły cesarz Francuzów. Pisał on do swojego brata, Józefa, pełniącego funkcję francuskiego wysłannika przy Państwie Kościelnym: Jeśli papież umrze, należy uczynić wszystko, by nie wybrano następnego i aby nastąpiła rewolucja [w Państwie Kościelnym]. Ale kolejnego Następcę św. Piotra wybrano podczas konklawe poza Rzymem (w Wenecji) i w dodatku przybrał on imię Piusa VII. To z nim Bonaparte jako Pierwszy Konsul zawarł w roku 1801 konkordat kładący kres najgorszej fali prześladowań Kościoła we Francji i umożliwiający odbudowę struktur kościelnych. Kreujący się na następcę Karola Wielkiego Korsykanin potrzebował papieża, by odbyć cesarską koronację w Paryżu. Ale cały czas traktował on biskupa Rzymu jako podwładnego sobie funkcjonariusza. Nie tolerował żadnego sprzeciwu i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Gdy w roku 1809 Pius VII „ośmielił się” wyrazić swój sprzeciw wobec brutalnej inwazji Cesarstwa na katolicką Hiszpanię, został aresztowany i przewieziony do Francji, gdzie pozostał więźniem cesarza Francuzów aż do jego upadku w roku 1814.

„Nowy człowiek” Rewolucji

Rewolucja poczytywała sobie za cel stworzenie „nowej Francji” i „nowego człowieka” – każdego, kto nie mieścił się w „republikańskich wymiarach”, przykrawała do ich wielkości gilotyna. Choć nie tylko. Oto w roku 1793, podczas jednej z debat toczonych w Konwencie, poważnie roztrząsano projekt jednego z jakobińskich deputowanych zakładający zburzenie w imię republikańskiej równości wszystkich wież kościelnych we Francji. Do realizacji projektu nie doszło, co jednak nie zmienia faktu, że rewolucja francuska to kolejna odsłona radykalnego, antykatolickiego ikonoklazmu. Niszczono całe kościoły (w tym, wspaniałą bazylikę w Cluny) lub je poważnie uszkadzano (zwłaszcza tzw. portale królewskie, m.in. w paryskiej Notre Dame i w jej odpowiedniczce w Chartres). Z perełki gotyku, kaplicy Saint Chapelle w Paryżu (zbudowanej przez św. Ludwika IX w XIII wieku jako relikwiarz dla Korony Cierniowej) uczyniono magazyn na zboże. Katedrę w Chartres od zburzenia uchronił pewien obywatel, który wykupił ją od władz po cenie gruzu (dzisiaj katedra figuruje na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Komitet rewolucyjny w Bourges postanowił zburzyć dwa kościoły (w tym również wspaniałą tamtejszą katedrę), ponieważ w sytuacji, kiedy triumfuje filozofia, należy dołożyć wysiłku do zniszczenia wszystkich świątyń, które świadczą o głupocie naszych ojców i konserwują nadzieje winne przesądów i szarlatanerii.

„Nowy człowiek” miał funkcjonować w nowym czasie („nowym” znaczy antychrześcijańskim). W takim właśnie kontekście należy rozpatrywać wprowadzenie przez francuskich rewolucjonistów w roku 1792 nowego, tzw. republikańskiego kalendarza. Początkiem nowej ery miała być data proklamowania republiki we Francji – 22 września 1792 roku. Zniesiono Dzień Święty (niedzielę) oraz wszystkie pozostałe święta chrześcijańskie. Zamiast siedmiodniowego tygodnia wprowadzono dziesięciodniowe dekady (chodziło o zamazanie odrębności niedzieli). Jak mówił jeden z projektodawców republikańskiego kalendarza, Fabre d’Eglantine: Długie przyzwyczajenie do gregoriańskiego kalendarza wypełniło pamięć ludu znaczną ilością wyobrażeń, które długi czas szanowano i które jeszcze dzisiaj są źródłem błędów religijnych. Konieczne jest więc zastąpienie tych wizji ignorancji rzeczywistością umysłu, zastąpienie godności kapłańskiej prawdą natury.

„Nowego człowieka” w „republikańskiej cnocie” miała wychować nowa szkoła, wyjęta spod jakiegokolwiek wpływu Kościoła i oddana pod całkowitą dominację rewolucyjnego państwa. Republikański model edukacji miał być oparty wprost na zasadach antychrześcijańskich. Wspominany na początku teoretyk i praktyk rewolucji, markiz de Sade, zachęcał do tego słowami: Francuzi, zadajcie tylko pierwsze ciosy [religii katolickiej – przyp. aut.], reszty dopełni oświata publiczna.

Co może oznaczać takie „republikańskie wychowanie”, któremu poddano całe jedno pokolenie Francuzów (w ciągu niemal trzydziestu lat, jakie minęły od roku 1789 do roku 1815), najlepiej dokumentują słowa św. Proboszcza z Ars, który porównał swoich parafian do istot różniących się od zwierząt jedynie chrztem. Pokolenie to, wyrosłe i ukształtowane przez rewolucję (której Pierwsze Cesarstwo było wszak wiernym kontynuatorem), ucieleśniało przerwanie ciągłości nie tylko z dawną Francją królów, ale przede wszystkim z Francją chrześcijańską – „pierworodną córą Kościoła”. Rewolucja nie jest bowiem najgorsza w tym, co niszczy, ale w tym, co tworzy.

Aleksander Smolarski

http://www.pch24.pl/francuska-golgota,5 ... z25UEj1IyS


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 19 paź 2012, 17:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Prawdę o „lewicowej wrażliwości” viewtopic.php?f=5&t=853&p=89652#p89652 najlepiej obrazują jej (lewicy) dokonania.

WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ... LUDOBÓJSTWO

FRAGMENTY

(...) Jeżeli bowiem w czymś francuska rewolucja była prekursorem, to była nim w dziedzinie praktykowania ludobójstwa (...). Wszystko, co w praktyce wykorzystało SS, zostało już wcześniej dokonane przez 'demokratów' wysłanych z Paryża: z wygarbowanej skóry mieszkańców Wandei zrobiono buty dla urzędników, z delikatniejszej skóry kobiet zrobiono rękawiczki. Przegotowano setki trupów, aby uzyskać z nich tłuszcz i mydło. (...)

...14 lipca 1789 roku na Bastylię uderzył paryski tłum... W tamtym dniu uwolniono z Bastylii siedem osób. Czterech fałszerzy, dwóch obłąkanych i jednego utracjusza, zamkniętego tam na prośbę rodziny...
Konstytuanta uchwaliła Deklarację Praw Człowieka i Obywatela... Deklaracja nie wspominała nic o Bogu!... francuscy rewolucjoniści wprowadzili w życie nowy, tzw. republikański kalendarz.... Zniesiono niedzielę - dzień święty, i wszystkie inne święta chrześcijańskie!... Na miejsce podziału tygodniowego wprowadzono 10-dniowe dekady... Cóż wspólnego z deklarowaną swobodą wyznania miało prawo... likwidujące zakony we Francji oraz prawo z 15 sierpnia 1790 roku zakazujące noszenia przez księży strojów przeznaczonych dla ich stanu, czyli sutann... Zredukowano ilość biskupstw ze 135 do 83..., biskupi i proboszczowie mieli być powoływani w drodze powszechnych wyborów!...
Komisarz republiki na departament lioński Chalier w czasie jednego z publicznych wystąpień podarł obraz przedstawiający Chrystusa Ukrzyżowanego... Każda osoba duchowna była wrogiem - nie wyłączając nawet sióstr klauzurowych z zakonów kontemplacyjnych... G. Kucharczyk pisze: "Według rewolucjonistów ich stała obecność za murami klasztoru i ciągła modlitwa (czego wymagała reguła), podobnie jak 'zaczarowany chleb', była równoznaczna z antyrewolucyjnym spiskiem. Najbardziej znanym epizodem martyrologii francuskich zakonów kontemplacyjnych podczas rewolucji była kaźń szesnastu karmelitanek z Compiegne 17 lipca 1794 roku. Zostały osądzone przez Trybunał Rewolucyjny w Paryżu za 'spiskowanie przeciw Republice'. Na ich procesie oskarżyciel publiczny Fouquier-Tinville wśród wielu zarzutów wymienił wystawienie przez karmelitanki Najświętszego Sakramentu w monstrancji, która była przykryta welonem 'w formie królewskiego baldachimu'... W 1906 roku Ojciec Święty Pius X beatyfikował szesnaście karmelitanek z Compiegne jako męczennice za wiarę.
...Trybunał Rewolucyjny w Paryżu skazał na śmierć księdza Fran˜oisa Beauges'a z Saint-Christophe-sur-Loire. Jego jedyną winą było uroczyste obchodzenie święta Trzech Króli i wygłoszenie kazania do parafian, w którym zachęcał ich do oddawania czci Trzem Monarchom. Przez Trybunał zostało to odczytane jako nawoływanie do spisku przeciw Republice (wiadomo, dla rewolucjonistów każdy król był 'tyranem', nie wyłączając Trzech Króli)... Został zgilotynowany"...
Wandea to departament położony na zachodzie Francji... Potajemnie uczęszczano na Msze św. odprawiane przez kapłanów, którzy nie wyrzekli się łączności z Ojcem Świętym... Zaczęto samorzutnie organizować powstańcze oddziały, aby stawić czynny opór "rewolucyjnemu porządkowi"... Jeden z generałów dowodzących w stłumieniu powstania napisał: "Co do mnie, kazałem zapolować na wszystko co wokół mej kwatery i nakazałem, żeby podczas naszego marszu codziennie moi myśliwi dostarczali mi dar z dwudziestu głów bandytów... Pewien kapitan z Batalionu Wolności wysłał do swej siostry list z następującym opisem: "Nasi żołnierze przemierzają te okropne drogi po smutnych pustkowiach Wandei... Gdziekolwiek się udajemy, niesiemy pożar i śmierć. Wiek, płeć, nic się nie liczy... Rozstrzeliwujemy każdego napotkanego człowieka. Wszędzie ziemia usłana jest trupami; wszędzie płomienie zbierają żniwo... Widziano żołnierzy niosących dzieci na bagnetach albo pikach, przebitych przy matczynej piersi razem z matką...".
...Messori stwierdza: "Wszystko, co w praktyce wykorzystało SS, zostało już wcześniej dokonane przez 'de-mokratów' wysłanych z Paryża: z wygarbowanej skóry mieszkańców Wandei zrobiono buty dla urzędników, z delikatniejszej skóry kobiet zrobiono rękawiczki. Przegotowano setki trupów, aby uzyskać z nich tłuszcz i mydło. W Wandei po raz pierwszy zastosowano broń chemiczną, używając trujących gazów i zatruwając wodę. Ówczesnymi komorami gazowymi były statki, załadowywane wieśniakami i księżmi, wyprowadzane na środek rzeki i zatapiane".

Paweł Sieradzki


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Poniżej znajduje się pełen tekst artykułu

(...) Jeżeli bowiem w czymś francuska rewolucja była prekursorem, to była nim w dziedzinie praktykowania ludobójstwa (...). Wszystko, co w praktyce wykorzystało SS, zostało już wcześniej dokonane przez 'demokratów' wysłanych z Paryża: z wygarbowanej skóry mieszkańców Wandei zrobiono buty dla urzędników, z delikatniejszej skóry kobiet zrobiono rękawiczki. Przegotowano setki trupów, aby uzyskać z nich tłuszcz i mydło. (...)

Paweł Sieradzki

WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ...
LUDOBÓJSTWO

(Nasz Dziennik z 14 lipca 2004 r.)

Kilka pokoleń komunistycznych i liberalnych ideologów głosiło i głosi nieustannie na polu historii, jakim to milowym krokiem w dziejach człowieka na ziemi były wydarzenia, których początek miał miejsce 14 lipca 1789r. w Paryżu. Właśnie taka wykładnia dziejów rewolucji francuskiej, mówiąca o "zerwaniu z feudalizmem i absolutyzmem" oraz o "początku ery demokracji i praw człowieka", święci triumf w większości podręczników szkolnych na świecie, nie wyłączając tych wydawanych u nas.

Narodowe święto mitu

Współczesny kult rewolucji francuskiej nosi znamiona perswazji ideologicznej nie zważającej w żaden sposób na prawdę historyczną. Bardzo trafnie tę formę manipulacji przedstawił G. Kucharczyk, snując następujący wywód: "Należy się z pewnością zgodzić, że francuska rewolucja była czymś przełomowym. Jednak fakty historyczne nie potwierdzają pozytywnej oceny jej dorobku. Rewolucja ta (podobnie zresztą jak każda inna rewolucja) nie była jutrzenką wolności i wyzwolenia. (...) Termin 'wielka rewolucja francuska', mający w potocznym mniemaniu pozytywną konotację, powinien raczej służyć podkreśleniu wielkości i wielości jej ofiar, i popełnionych przez nią zbrodni. Jeżeli bowiem w czymś francuska rewolucja była prekursorem, to była nim w dziedzinie praktykowania ludobójstwa i rządzenia w oparciu o pretotalitarne metody. Skoro było tak źle, to dlaczego do dzisiaj tak dobrze mówi się i pisze o rewolucji francuskiej? Wynika to ze szczególnego zmitologizowania i zniekształcenia dziejów przewrotu we Francji. Mit to przecież przeszłość, która nigdy nie była teraźniejszością. Na przykład, data-symbol: 14 lipca 1789 roku, data zdobycia Bastylii, uznawana za początek rewolucji".

Co świętują Francuzi?

"W potocznej świadomości (nad ukształtowaniem której pracowały całe pokolenia historyków) Bastylia jawi się jako XVIII-wieczny odpowiednik obozu koncentracyjnego, w którym okrutny, despotycznie rządzący Francją król według własnego widzimisię przetrzymywał licznych przeciwników swojej władzy. Wreszcie jednak, 14 lipca 1789 roku, działający ze szlachetnych pobudek lud paryski przyniósł wolność uciemiężonym i po długiej i krwawej walce zdobył bronioną przez liczne królewskie wojska Bastylię. I nastała wolność. Jak zaś było w rzeczywistości? Otóż w istocie 14 lipca 1789 roku na Bastylię uderzył paryski tłum w znakomitej większości podburzony i opłacany przez Filipa księcia Orleańskiego, kuzyna króla Ludwika XVI, 'arystokratycznego ciemięzcy ludu', który kierując się chęcią detronizacji Ludwika XVI i całej starszej linii Burbonów, sam chciał zasiąść na tronie (jak wiadomo ta gra, dla której wygrania Filip nie wahał się głosować w Konwencie jako jakobiński deputowany za śmiercią króla, skończyła się dla tego oportunisty na deskach szafotu)" - wyjaśnia Kucharczyk. I dalej opisuje: "Bastylię otoczył więc dobrze opłacony tłum, przejęty ideami zaczerpniętymi z pamfletów rozprowadzonych w Palais Royal (siedzibie Orleańczyka, który na złość swojemu królewskiemu kuzynowi dozwalał, a nawet zachęcał do kolportowania w obrębie swojej posiadłości literatury na wszelkie możliwe sposoby szkalującej króla jako 'despotę' i 'absolutystę'). Twierdza była słabo broniona. Zresztą w stolicy król w ogóle utrzymywał niewiele wojska. Załoga Bastylii w zdecydowanej większości składała się z inwalidów i weteranów, którymi dowodził de Launay. Opór ograniczył się do oddania jednej salwy, która raniła kilka osób z tłumu. Zaraz po tym de Launay zgodził się na kapitulację Bastylii, pod warunkiem, że jego ludzie będą mogli bez szwanku opuścić twierdzę. Warunek ten został zaakceptowany. Jednak gdy tylko załoga wraz ze swoim dowódcą znalazła się poza murami Bastylii, tłum rzucił się na nich. Szczególnie okrutnie znęcano się nad de Launayem. Kłuto go pikami, a gdy zaczął błagać oprawców o dobicie go, oddano go w ręce Feliksa Denota, czeladnika rzeźnickiego. Ten zaś stwierdził, że de Launay jest zbyt ranny, aby przywiązać go do ogona konia i włóczyć po ulicach Paryża. Zdecydował się więc na inny sposób mordu - odcięcie głowy. Próbował najpierw szablą. Nie był jednak wprawnym katem. Parę cięć szablą nie wystarczyło, aby dobić komendanta Bastylii. Denot zdecydował się więc na wypróbowanie na nieszczęsnym de Launayu swoich umiejętności zawodowych. Przytępym rzeźnickim nożem odciął głowę swojej ofierze (wszystko, rzecz jasna, na oczach pogrążonego w amoku okrucieństwa tłumu). Tę makabryczną 'zdobycz' obnosili paryscy sankiuloci przez cały dzień 14 lipca 1789 roku po ulicach stolicy Francji. Po drodze powieszono na ulicznych latarniach paru księży i arystokratów, którzy nie wyrażali swojego entuzjazmu dla obnoszonej na pikach 'ludowej sprawiedliwości'. Tak wyglądał dzień, którego rocznica jest do dzisiaj świętem narodowym Francji. Ale czy tak naprawdę jest co upamiętniać? Kogóż to uwolniono z Bastylii 14 lipca 1789 roku? Kto stał się beneficjantem 'wolnościowego zrywu' francuskiego ludu? Setki, tysiące wycieńczonych i niewinnie więzionych przeciwników królewskiego absolutyzmu? W tamtym dniu uwolniono z Bastylii siedem osób. Czterech fałszerzy, dwóch obłąkanych i jednego utracjusza, zamkniętego tam na prośbę rodziny".

Nowy człowiek - nowe społeczeństwo

W dniu 29 sierpnia 1789 roku rewolucyjna Konstytuanta uchwaliła Deklarację Praw Człowieka i Obywatela - dokument pełen wzniosłych słów o równości wszystkich ludzi i prawie wszystkich do wolności. Czy można zatem podnieść jakikolwiek zarzut, skoro Deklaracja zawierała tak istotne zapisy? Z całą pewnością - tak. Istotą tego dokumentu było nie to, o czym wspominał, ale to, co przemilczał - a bynajmniej nie były to sprawy błahe i drugorzędne. Deklaracja nie wspominała nic o Bogu! Człowiek w świetle zapisów w niej zawartych nie ma Stwórcy, a w konsekwencji jest w mocy sam dla siebie stanowić dowolne przynależne mu prawa. Nie było również mowy o jakichkolwiek obowiązkach - przecież człowiek żyjący w społeczeństwie nie może jedynie z tej struktury brać, ale nade wszystko powinien coś w nią wnosić.

Nowy, modelowany przez rewolucję człowiek musiał zacząć funkcjonować w nowym czasie. W tym celu w 1792 roku francuscy rewolucjoniści wprowadzili w życie nowy, tzw. republikański kalendarz. Początkiem nowej epoki miała zostać data proklamacji republikańskich zasad ustrojowych państwa - 22 września 1792 roku. Co było najważniejszą innowacją w tym kalendarzu? Zniesiono niedzielę - dzień święty, i wszystkie inne święta chrześcijańskie! Przestał istnieć umotywowany biblijnie tydzień złożony z siedmiu dni. Na miejsce podziału tygodniowego wprowadzono 10-dniowe dekady. Wprowadzenie nowego kalendarza miało mieć podłoże ściśle edukacyjne.

W ślad za zmianą kalendarza poszły zmiany nazw miejscowości mających związek z francuskim dziedzictwem chrześcijańskim. Również i na tym polu otwarcie przyznawano, iż posunięcie to ma konotacje dechrystianizacyjne - ponieważ zbyt wiele nazw miejscowości "pochodzi od imienia jakiegoś świętego, a chociaż św. Jan mógł być dobrym świętym, imiona Brutusa czy Scevoli o wiele milej brzmią dla republikańskiego ucha, aniżeli imię jakiegoś pustelnika" - głosił jeden z gorliwych rewolucjonistów.

Kościół największym wrogiem

W niedługim czasie po uchwaleniu Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela - gwarantującej równość wobec prawa, poszanowanie własności i swobód obywatelskich - jej twórcy uchwalili przepisy, które czyniły Deklarację tylko jednym wielkim pustosłowiem, zbiorem frazesów i "pobożnych" życzeń nijak nieprzystających do rewolucyjnej rzeczywistości. Nowe przepisy miały być niezawodną podstawą do "ostatecznego rozwiązania" kwestii Kościoła katolickiego w nowej rzeczywistości.

Należy przyznać całkowitą słuszność jednemu z badaczy dziejów rewolucji, który retorycznie pyta: "Cóż bowiem wspólnego z wzniosłymi hasłami Deklaracji - w szczególności z zawartymi w niej gwarancjami dla 'świętego prawa własności' - miało prawo (uchwalone jeszcze w 1789 roku) sankcjonujące rabunek majątków kościelnych i zakonnych (tzw. nacjonalizacja; od takiego 'skoku na kasę' rozpoczynały się wszystkie rewolucje przedtem i potem)? Cóż wspólnego z deklarowaną swobodą wyznania miało prawo z 13 lutego 1790 roku likwidujące zakony we Francji oraz prawo z 15 sierpnia 1790 roku zakazujące noszenia przez księży strojów przeznaczonych dla ich stanu, czyli sutann (charakterystyczna jest ta nienawiść wszelkiej maści rewolucjonistów do sutann)? Cóż wspólnego z ogłaszaną równością wszystkich wobec prawa miało niesławne, uchwalone 17 września 1793 roku, tzw. 'prawo o podejrzanych', które zezwalało na skazanie człowieka na śmierć w oparciu o anonimowy donos lub o tak nieostre kryteria jak 'żywienie arystokratycznych sympatii' (często 'arystokratyczną sympatią' ubogich Francuzów okazywało się ukrywanie przez nich w swoich domach katolickich księży i uczestniczenie w odprawianych przez nich mszach). Rewolucjonistów ogarnął istny szał zrównywania wszystkiego. Dziś brzmieć to może groteskowo, ale w 1793 roku poważnie roztrząsano we francuskim parlamencie projekt jednego z jakobińskich deputowanych zakładający zburzenie wszystkich wież kościelnych we Francji w imię... równości. No bo przecież - argumentował projektodawca - nie można tolerować w republikańskiej Francji tego, by jedne budowle wznosiły się nad inne".

Jednak podstawowym dokumentem rewolucyjnym odnoszącym się do spraw Kościoła była uchwalona 12 lipca 1790 r. tzw. Konstytucja cywilna kleru. Ustawodawstwo, jakie zawierała, miało Kościół zmarginalizować i całkowicie podporządkować władzom państwowym, a w efekcie doprowadzić do jego całkowitego unicestwienia w uświęconej tradycją formie. Powołując się na "względy oszczędnościowe", zredukowano ilość biskupstw ze 135 do 83, dostosowując je do liczby departamentów. Podobne cięcia ilościowe zastosowano, drastycznie redukując liczbę parafii, rozbijając dotychczasową strukturę duszpasterską. Na nowo zdefiniowano posługę kapłańską - duchownych potraktowano dosłownie jako "urzędników moralności" (officers des moeuers). Lecz największa "nowość" polegała na wprowadzeniu zasady, że biskupi i proboszczowie mieli być powoływani w drodze powszechnych wyborów! Po takim republikańsko-społecznym namaszczeniu za niemożliwe uznano udawanie się do Papieża po potwierdzenie swojej godności - Kościół, jeśli chciał nadal legalnie istnieć, musiał stać się jedną z wielu podporządkowanych instytucji państwowych.

Naoczny świadek wydarzeń rewolucyjnych we Francji, słynny angielski pisarz i filozof konserwatywny Edmund Burke, już pod koniec 1790 roku, nie kryjąc niepokoju i szoku, pisał: "(...) Wyżsi urzędnicy, których nadal nazywają biskupami, mają być wybierani (...) przez ludzi wszystkich wyznań, znanych dziś i tych, które wymyślone zostaną w przyszłości. Nowi prawodawcy nie ustanowili żadnych kryteriów dotyczących ich kwalifikacji, ani doktrynalnych, ani moralnych, podobnie jak nie uczynili tego wobec niższego duchowieństwa, wygląda więc na to, że zarówno wyżsi jak i niżsi rangą księża mogą wedle swego uznania praktykować i głosić każdy rodzaj religii czy też herezji, który im przyjdzie do głowy".

27 maja 1792 roku zadekretowano deportację do kolonii wszystkich duchownych odmawiających zaprzysiężenia schizmatyckiej Konstytucji cywilnej kleru, a wreszcie 18 marca 1793 roku postanowiono, że odmowa złożenia rzeczonej przysięgi będzie karana śmiercią. Taki sam wyrok miał także czekać wszystkich, którzy udzielali schronienia tzw. niezaprzysiężonym kapłanom, brali udział w nabożeństwach przez nich sprawowanych lub też przyjmowali sakramenty przez ich posługę.

Jeden z francuskich badaczy zajmujących się dziejami rewolucji J. Lefton stwierdził: "Historycy dziś są zgodni co do tego, że Kościół nie mógł zaakceptować takiej Konstytucji cywilnej kleru". Stwierdzenie to było rozwinięciem myśli P. Gaxotte'a, który napisał: "Uległość równałaby się niewoli, bunt zaś sumień wywołałby wojnę domową".

Eksterminacja duchowieństwa

Uchwalenie skrajnie antykatolickich praw dało formalną podstawę do rozpoczęcia na terenie całej Francji polowania na księży. Komisarz republiki na departament lioński Chalier w czasie jednego z publicznych wystąpień podarł obraz przedstawiający Chrystusa Ukrzyżowanego, wołając przy tym: "Nie wystarcza, że zginął tyran ciał [mowa o zgilotynowanym przez rewolucjonistów królu Ludwiku XVI - P.S.]. Należy także zniszczyć tyrana dusz". Na innym wiecu mówił: "Księża są jedyną przyczyną nieszczęść we Francji. Rewolucja, która jest triumfem oświecenia, tylko z obrzydzeniem może spoglądać na zbyt długą agonię tych niegodziwców".

W logice przywódców rewolucyjnej Republiki każda osoba duchowna była wrogiem - nie wyłączając nawet sióstr klauzurowych z zakonów kontemplacyjnych... G. Kucharczyk pisze: "Według rewolucjonistów ich stała obecność za murami klasztoru i ciągła modlitwa (czego wymagała reguła), podobnie jak 'zaczarowany chleb', była równoznaczna z antyrewolucyjnym spiskiem. Najbardziej znanym epizodem martyrologii francuskich zakonów kontemplacyjnych podczas rewolucji była kaźń szesnastu karmelitanek z Compiegne 17 lipca 1794 roku. Zostały osądzone przez Trybunał Rewolucyjny w Paryżu za 'spiskowanie przeciw Republice'. Na ich procesie oskarżyciel publiczny Fouquier-Tinville wśród wielu zarzutów wymienił wystawienie przez karmelitanki Najświętszego Sakramentu w monstrancji, która była przykryta welonem 'w formie królewskiego baldachimu'. Innym punktem oskarżenia był rzekomy 'fanatyzm'. Gdy jedna z sióstr, Maria Henrietta, zapytała prokuratora, co rozumie przez to pojęcie, Fouquier-Tinville odpowiedział: 'Przez fanatyzm rozumiem wasze przywiązanie do waszych dziecinnych wierzeń, do waszych śmiesznych praktyk religijnych'".

Męczennice za wiarę

Kucharczyk przejmująco opisuje: "Sposób, w jaki szły na śmierć karmelitanki z Compiegne, przywodzi na myśl czasy pierwszych męczenników. Podczas gdy bydlęce wózki wiozły je na miejsce kaźni, wszystkie zakonnice śpiewały 'Miserere' i 'Salve Regina'. Gdy ujrzały szafot, odśpiewały 'Veni Creator' i na głos odnowiły swoje przyrzeczenia chrzcielne i śluby zakonne. Na szafot wstąpiła jako pierwsza nowicjuszka siostra Konstancja od Jezusa. Nim pochyliła głowę pod nóż gilotyny, uklękła przed swoją przełożoną siostrą Marią Teresą od Świętego Augustyna, aby prosić o ostatnie błogosławieństwo. Otrzymawszy je, zbliżyła się do gilotyny, śpiewając Psalm 96 'Laudate Dominum omnes gentes'. Scena ta powtórzyła się jeszcze czternaście razy. Jako ostatnia, pobłogosławiwszy wszystkie swoje podwładne, zginęła przeorysza. W 1906 roku Ojciec Święty Pius X beatyfikował szesnaście karmelitanek z Compiegne jako męczennice za wiarę.

Podczas rewolucji francuskiej za wyznawanie wiary chrześcijańskiej prześladowano pod byle pretekstem. I tak 15 października 1794 roku Trybunał Rewolucyjny w Paryżu skazał na śmierć księdza Fran˜oisa Beauges'a z Saint-Christophe-sur-Loire. Jego jedyną winą było uroczyste obchodzenie święta Trzech Króli i wygłoszenie kazania do parafian, w którym zachęcał ich do oddawania czci Trzem Monarchom. Przez Trybunał zostało to odczytane jako nawoływanie do spisku przeciw Republice (wiadomo, dla rewolucjonistów każdy król był 'tyranem', nie wyłączając Trzech Króli). Nie pomogło tłumaczenie księdza, że chodziło o święto stricte religijne (Objawienie Pańskie). Nie pomógł także fakt, że ksiądz Beauges był księdzem 'zaprzysiężonym' (zaprzysiągł wcześniej schizmatycką konstytucję cywilną kleru). Został zgilotynowany".

Ile osób duchownych zamordowano podczas rewolucji? Dokładnie nie wiadomo. Ale wystarczy podać jeszcze jeden przykład, aby uzmysłowić sobie, o jaki rząd wielkości chodzi. Tuż po zadekretowaniu, że każdy kapłan niezaprzysiężony na Konstytucję cywilną kleru zostanie wydalony do Gujany Francuskiej w Ameryce Południowej, był już gotowy pierwszy transport takich nieugiętych duchownych. Zamknięto ich w ciasnych barakach w porcie Bordeaux. Tam w nieludzkich warunkach - pozbawieni żywności, lekarstw i warunków do zaspokajania normalnych potrzeb - oczekiwali oni ponad pół roku (!) na wypłynięcie na ocean. W tych warunkach z grupy 829 księży zmarło 547...

Wandea - ludobójstwo w imię "wolności, równości, braterstwa"

Wandea to departament położony na zachodzie Francji. Od północy graniczy z Loarą, zaś od zachodu z Oceanem Atlantyckim. Tam po raz pierwszy w dziejach Europy dopuszczono się ludobójstwa, tj. zamierzonej, przeprowadzanej systematycznie akcji mającej na celu eksterminację miejscowej ludności. Społeczność tam zamieszkująca nie miała wielkich bogatych miast - w ogromnej większości byli to rolnicy. Mimo że byli to ludzie ubodzy materialnie, to ich bogactwem była mocna wiara, umiłowanie Kościoła i wierność królowi. Właśnie z tej krainy wywodził się św. Ludwik Maria Grignon de Montfort - wielki czciciel i propagator kultu Matki Bożej.

Katolicka ludność Wandei, widząc "dobrodziejstwa" rewolucji, zorganizowała się i postanowiła zastosować bierny opór. Nie uczestniczono w mszach i nabożeństwach sprawowanych przez "zaprzysiężonych" duchownych. Potajemnie uczęszczano na Msze św. odprawiane przez kapłanów, którzy nie wyrzekli się łączności z Ojcem Świętym. Jednak kielich goryczy został przelany, gdy 21 stycznia 1793 roku rewolucjoniści ścięli na gilotynie króla Francji. W Wandei król uchodził nie tylko za głowę ojczyzny, ale szanowano go, ponieważ był pomazańcem Bożym - namaszczonym świętymi olejami na znak, że jego misja pochodzi od Boga. Takie pojmowanie roli i znaczenia króla było dla Wandejczyków czymś bezdyskusyjnym i naturalnym. Zbrodnia królobójstwa została odczytana jako cios nie tylko w monarchię, ale i w cześć należną Bogu. Zaczęto samorzutnie organizować powstańcze oddziały, aby stawić czynny opór "rewolucyjnemu porządkowi". Odpowiedzią "apostołów Republiki" były zmasowane ataki i rzeź niewinnej ludności cywilnej na niespotykaną dotąd skalę.

Szczegółowy opis powstania wandejskiego przekroczyłby ramy tego tekstu. Ale warto w tym miejscu zwrócić uwagę na pewną cenną pracę, która ukazała się w zeszłym roku. Jest to bardzo rzetelna i szczegółowa monografia traktująca o tym rozległym zagadnieniu. Jej autorem jest profesor paryskiej Sorbony Reynald Secher, a dzieło jego wieloletnich badań nosi tytuł "Ludobójstwo francusko-francuskie. Wandea - departament zemsty".

Książka Sechera jest głęboką analizą ludobójstwa rewolucyjnego udokumentowaną ogromną ilością naocznych relacji z tamtych wydarzeń. Przytoczmy dla przykładu chociaż kilka. Jeden z generałów dowodzących w stłumieniu powstania napisał: "Co do mnie, kazałem zapolować na wszystko co wokół mej kwatery i nakazałem, żeby podczas naszego marszu codziennie moi myśliwi dostarczali mi dar z dwudziestu głów bandytów [tak powszechnie rewolucjoniści nazywali Wandejczyków - P.S.], tylko dla mojej własnej przyjemności. Aż dotąd regularnie otrzymywałem ten podarunek, ale ostatnio zaczyna brakować zwierzyny, która szybko zmniejsza swój stan. Chyba wkrótce będę zmuszony, z powodu posuchy, zmniejszyć liczbę ustaloną między mną a moimi braćmi. Ostatnia dwudziestka, jaką mi przedstawiono, została zaskoczona w środku lasu podczas odprawiania ceremonii ku czci tyranów".

Ponieważ zabijanie z użyciem gilotyny było dla oprawców zbyt mało wydajne, ten typ uśmiercania zarezerwowali tylko dla znaczniejszych osób - księży, szlachty i bogatszych mieszczan. Dla reszty stosowano karę śmierci w innej postaci. Jeden z "obywateli" pisał do swojego znajomego: "Mój przyjacielu, z przyjemnością donoszę ci, że ci bandyci są już zlikwidowani. Od ośmiu dni przyprowadzają ich tutaj w ilościach nie do policzenia. Przybywa ich w każdej chwili. Ponieważ ich rozstrzeliwanie zabiera dużo czasu i zużywa się przy tym proch i kule, przyjęto pomysł, aby powsadzać pewną ich liczbę do starych statków, wypłynąć z nimi na środek rzeki, pół mili od miasta i tam zatopić te statki. Takiej operacji dokonuje się codziennie". Według obliczeń Sechera tylko jesienią 1793 roku utopiono w Loarze ok. 4800 osób!

Mimo ogromnej liczby zabitych departament Wandea nie miał zamiaru się poddać. Taka postawa jeszcze bardziej rozsierdziła przywódców rewolucji. Jeden z nich wołał na zamkniętym spotkaniu: "Niepojęta Wandea ciągle istnieje... Jest zagrożeniem, może stać się niebezpiecznym wulkanem (...) Nigdy, od czasu szaleństwa wypraw krzyżowych, nie widziano tak wielu ludzi od razu zjednoczonych spontanicznie pod sztandarem wolności, by zgasić ten zbyt długo trwający pożar w Wandei (...) Trzeba to właśnie mieć na uwadze, by uderzyć w nich za jednym zamachem. Zniszczcie Wandeę! (...) Wandea i raz jeszcze Wandea, to jest ten żarzący się polityczny węgiel, pożerający serce Republiki Francuskiej; tam właśnie trzeba uderzyć (...) Trzeba niszczyć, do granic ich wytrzymałości (...)". Jeden z generałów wojsk republikańskich wołał: "Wandea musi stać się narodowym cmentarzem!". Dowódca pierwszej kolumny wkraczającej do Wandei tak instruował swoich żołnierzy: "Rozkazuję wam zatem palić wszystko, co nadaje się do spalenia, i brać pod bagnety każdego mieszkańca, którego spotkacie na swej drodze. Wiem, że mogą być jacyś patrioci w tym kraju; wszystko jedno, musimy poświęcić wszystkich". Pewien kapitan z Batalionu Wolności wysłał do swej siostry list z następującym opisem: "Nasi żołnierze przemierzają te okropne drogi po smutnych pustkowiach Wandei... Gdziekolwiek się udajemy, niesiemy pożar i śmierć. Wiek, płeć, nic się nie liczy. Wczoraj jeden z naszych oddziałów spalił wioskę. Pewien wolontariusz zabił własną ręką trzy kobiety. To okrutne, ale ocalenie Republiki stanowczo tego wymaga (...) Co za wojna! Rozstrzeliwujemy każdego napotkanego człowieka. Wszędzie ziemia usłana jest trupami; wszędzie płomienie zbierają żniwo (...) Występki nie ograniczają się do rabunku. Gwałt i barbarzyństwo posunięte do ostateczności mają miejsce wszędzie. (...) Widziano żołnierzy niosących dzieci na bagnetach albo pikach, przebitych przy matczynej piersi razem z matką (...)".

Powstanie ostatecznie stłumiono w 1802 roku. Według szacunków Sechera do tego czasu w samej Wandei zginęło co najmniej ok. 120 tysięcy osób. Wziął on pod uwagę tylko zgony zewidencjonowane.

Jako podsumowanie niech posłużą słowa włoskiego pisarza katolickiego Vittorio Messoriego, o którym Jan Paweł II powiedział, że "to pisarz posiadający niezwykłą umiejętność do chrześcijańskiego wyczucia współczesnych czasów". Messori stwierdza: "Wszystko, co w praktyce wykorzystało SS, zostało już wcześniej dokonane przez 'demokratów' wysłanych z Paryża: z wygarbowanej skóry mieszkańców Wandei zrobiono buty dla urzędników, z delikatniejszej skóry kobiet zrobiono rękawiczki. Przegotowano setki trupów, aby uzyskać z nich tłuszcz i mydło. W Wandei po raz pierwszy zastosowano broń chemiczną, używając trujących gazów i zatruwając wodę. Ówczesnymi komorami gazowymi były statki, załadowywane wieśniakami i księżmi, wyprowadzane na środek rzeki i zatapiane".

Paweł Sieradzki

http://www.rodzinapolska.pl/dok.php?art ... /343_1.htm


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rewolucja Francuska
PostNapisane: 15 maja 2013, 06:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30922
Rewolucja francuska - Terror, tyrania i krew

Masoński przewrót
św. ks. abp Józef Sebastian Pelczar

Rewolucję francuską można słusznie zaliczyć do najważniejszych zdarzeń dziejowych, bo nie tylko zmieniła radykalnie postać Francji, ale rzuciła w świat posiew nowych idei, a tym samym stała się początkiem nowej epoki, którą można nazwać rewolucyjną. Ktokolwiek bada genezę i przebieg tego zdarzenia, temu mimowolnie nasuwa się pytanie: skąd się to wzięło, że naród na wskroś katolicki, który w wieku XVI siłą wiary i oręża pokonał reformację, który w wieku XVII podziwiał wielkiego apostoła miłosierdzia, św. Wincentego a Paulo, i przysłuchiwał się z zachwytem natchnionym słowom Bossueta, Bourdaloue lub Fénelona; że naród, który jeszcze w wieku XVIII patrzył ze zbudowaniem na heroiczne cnoty córki królewskiej w habicie karmelitańskimi[1]; że naród ten, mający chlubny przydomek "najstarszej córki Kościoła", przy końcu XVIII wieku odnowił czasy Nerona i nie tylko nurzał się we łzach i krwi duchowieństwa i świeckich katolików, ale na gruzach religii katolickiej proklamował kult wolności i rozumu jako jedyną swoją religię. Na to pytanie pragnę odpowiedzieć, a zarazem wytłumaczyć, jakie stanowisko zajęła rewolucja wobec religii.

Przede wszystkim zaznaczam, że zjawisko takiej miary nie mogło być skutkiem chwilowego wybuchu namiętności, ale musiało mieć swe źródło w upadku wiary u znacznej części społeczeństwa francuskiego - historia zaś świadczy, że rzeczywiście tak było. Już na początku wieku XVIII Fénelon słyszał głuchy szmer niedowiarstwa, będący echem deizmu angielskiego[2]. Prądy te wystąpiły mocniej, kiedy po śmierci Ludwika XIV ster rządów ujął bezbożny i rozpustny regent, książę Filip Orleański. Za Ludwika XV powstaje nawet związek "duchów mocnych" albo "filozofów", mający za hasło: Ecrasons l'infČme [zgnieciemy niegodziwca], za cel obalenie chrześcijaństwa i przekształcenie Francji, tak pod względem religijnym, jak politycznym i społecznym. Przywódca tego spisku, Voltaire, arcymistrz w sarkazmie i sofizmacie, szydzi z tajemnic wiary, osłabia cześć dla władzy, podkopuje zasady moralności[3]. Dalej jeszcze posuwa się Diderot, bo zuchwale twierdzi, że nie będzie dobra na świecie, dopóki ostatniego króla nie powieszą na wnętrznościach ostatniego księdza[4]. Pokrewni mu duchem Lamettrie, Lamarck, Helvetius, d'Holbach, Lagrange i inni propagują ateizm pod szatą prostackiego materializmu.
Z drugiej strony Rousseau rzuca rękawicę Objawieniu, powadze, cywilizacji, a zachwala deizm, stan natury, wychowanie przez brak wychowania, wszechwładztwo ludu i równy podział dóbr, bo jak twierdzi, "plon ziemi należy do wszystkich, a ziemia do nikogo"[5]. Podobne zasady głoszą Raynal, Mably i inni[6].
To ci sofiści, słuchani jak wyrocznie, oklaskiwani jakby byli zbawcami ludzkości[7], stali się mistrzami niedowiarstwa i moralnymi twórcami rewolucji. Pomagały im zaś w tym dziele trzy czynniki: wychowanie na wpół pogańskie po kolegiach, zepsucie obyczajów i działanie tajnych towarzystw.

Wychowaniem publicznym kierowało aż do rewolucji duchowieństwo, lecz popełniło błąd polegający na tym, że od czasów humanizmu przyznało zbyt wielką rolę literaturze klasycznej, wskutek czego młodzież w kolegiach lepiej prawie znała bogów Olimpu niż tajemnice wiary, a zamiast szukać swoich ideałów w świecie chrześcijańskim, przejmowała się przesadną czcią dla bohaterów starożytności i wielkim uwielbieniem dla instytucji republikańskich. Na świadków możemy powołać nie tylko koryfeuszów rewolucji, mających imiona Likurga, Brutusa, Katona i innych ciągle na ustach, ale samego Napoleona, który w pamiętnikach swoich gorzko się żali, że "niedorzeczne baśnie pogańskie" jeszcze w latach szkolnych zachwiały w nim wiarę[8].
Gorszym czynnikiem było zepsucie obyczajów, bowiem wiadomo, że ze zgnilizny moralnej wyrasta najbujniej chwast niedowiarstwa. Za rozwiązłymi rządcami, takimi jak Filip Orleański i Ludwik XV, poszedł dwór, za dworem arystokracja, za arystokracją znaczna część szlachty i mieszczaństwa; co gorsza, nawet pewną cząstkę wyższego duchowieństwa zaraziła ta gangrena[9], podczas gdy kler niższy żył na ogół moralnie.

Nie dziwi więc, że wśród takiego społeczeństwa tajne towarzystwa znalazły bogaty połów. Masoneria - płód ziemi angielskiej (z 1717 roku) już w roku 1721 przekroczyła kanał La Manche i tak prędko rozkrzewiła się we Francji, że około roku 1781 miała swe loże w 282 miastach i liczyła tam przeszło milion adeptów[10]. Należeli do nich nie tylko tzw. Filozofowie[11], ale także książęta krwi[12], kobiety wysokiego rodu[13] i niektórzy duchowni[14]. Obok wolnomularstwa szerzył się illuminatyzm St. Martina i masoński zakon du Temple, czyli Templariuszy. Jeden z nich, hrabia Gabriel Honoriusz Mirabeau, doprowadził na zjeździe w Wilhelmsbad (w roku 1781) do połączenia się masonerii francuskiej z niemieckim illuminatyzmem Weisshaupta; na drugim zaś kongresie, odbytym w Paryżu w roku 1785, postanowiono wywołać rewolucję, której przygotowaniem miał się zająć osobny klub, czyli tzw. loge de propagande [loża propagandowa[15]. O tym, że z lóż istotnie wyszło hasło do ogólnego przewrotu, świadczą nie tylko historycy rewolucji[16], ale sami jej przywódcy, którzy prawie bez wyjątku byli wolnomularzami wysokich stopni[17].

Masoneria jako nieprzejednana przeciwniczka chrześcijaństwa wsparła potężnie propagandę niedowiarstwa, które też na kształt kleszcza wżarło się w serce społeczeństwa i nie tylko zakaziło warstwy wyższe[18], ale nawet część mieszczaństwa i ludu[19]. Duchowieństwo nie mogło stawić tamy antyreligijnym prądom, bo część wyższego kleru hołdowała również wolterianizmowi[20], a część niższego nachylała się do jansenizmu, czyli do heretyckiej doktryny, która chciała zmienić po swojemu naukę Kościoła o łasce, a pod pozorem zreformowania karności wprowadzała przesadny rygoryzm i zuchwały opór przeciw Stolicy Świętej. Powszechnym był również gallikanizm, który uszczuplał prawa Kościoła i prymatu papieża.
Do obozu jansenistów, albo pseudofilozofów, należeli również ci, co mieli strzec ładu społecznego i moralności publicznej, to jest członkowie sądów, czyli parlamentów; ich też głównie dziełem była kasata jezuitów we Francji (w roku 1764).
Takie oto są przyczyny przewrotu religijnego, za którym musiał pójść przewrót polityczny i społeczny, zwłaszcza gdy do czynników wymienionych przybyły inne, jak: niemoralność[21] i szalony zbytek dworu[22], nadużycia klas uprzywilejowanych[23], zazdrość trawiąca warstwy średnie i niższe, zła gospodarka finansowa, niesprawiedliwy rozkład ciężarów publicznych i okropna nędza, grasująca zarówno po wsiach, jak i po miastach[24].

Fragment książki: Józef Sebastian Pelczar "Rewolucja francuska wobec religii katolickiej i jej duchowieństwa", Rzeszów 2005 (pierwodruk ukazał się w 1922 r.).


[1] Była nią Ludwika, córka Ludwika XV i Marii Leszczyńskiej, karmelitanka, zm. 23 grudnia 1787. Jej umartwione życie było ekspiacją za grzechy ojca żyjącego bardzo niemoralnie.
[2] Angielscy pisarze: Hobbes, Shaftesbury, Toland, Hume, Bolingbroke, Collins itp., wystąpili jako przeciwnicy Objawienia, propagowali natomiast deizm i racjonalizm. Uczniem Bolingbroke'a był Voltaire.
[3] Voltaire (właściwie Franciszek Maria Arouet, ur. 1694) uznawał istnienie Boga, ale nie wierzył w Opatrzność, nienawidził Kościoła katolickiego i nawet ośmieszał najświętsze rzeczy. W roku 1778 wprowadzony w tryumfie do Paryża, dał się wpisać ponownie do loży masońskiej Neuf Soeurs. Przed śmiercią odwołał, choć nieszczerze, swoje błędy i umarł (30 maja 1778 r.), wołając z rozpaczą: "Bóg i ludzie mnie opuścili".
[4] "Et ses mains ourdissant les entrailles du pretre, En feraient un cordon pour le dernier des rois". [A Jego ręce uprzędą z księżowskich wnętrzności stryczek, By powiesić ostatniego z królów]. Le Eleutheromanes
[5] Jan Jakub Rousseau (1712-1778), zręczny sofista bez zasad moralnych. Wyrzekł się wiary, dopuszczał się kradzieży i rozpusty, pięcioro swoich nieślubnych dzieci oddał do zakładu dla podrzutków. Swymi pismami, zwłaszcza "Contrat social" [umowa społeczna] wywarł największy wpływ na wyrobienie idei i haseł rewolucyjnych.
[6] W Niemczech Wieland, Lessing, Nicolai, a później Goethe i inni rozszerzali sceptycyzm i racjonalizm, a do rozpowszechnienia pism Voltaire'a i encyklopedystów przyczynił się tam najwięcej Fryderyk II, mason i niedowiarek.
[7] Kiedy Voltaire po raz ostatni w 1778 roku przybył do Paryża, przyjmowano go z większą radością aniżeli króla. Na ulicy całowano jego konie, a w domu jego szaty, i klękano przed nim.
[8] Mémorial de Sainte Hélene [Pamiętnik ze Świętej Heleny], t. 2, s. 123. Por. J.S. Pelczar, Obrona religii katolickiej, Przemyśl 1920, wyd. 2, t. 1, s. 306.
[9] Tak np. pośród książąt Kościoła wieku XVIII gorszące życie prowadzili - kardynałowie: Dubois, de Rohan, Montmorency, abp de Cicé; biskupi: de Jarente, de Breteuil, de Grimaldi, Maurycy de Talleyrand, de Couzie. Por. Taine, Les origines de la France contemporaine. L'ancien régime [Początki Francji współczesnej. Dawny porządek], Paris 1880, s. 196.
[10] Deschamps, Les societes secretes et la societe [Tajne stowarzyszenia a społeczeństwo], 6 edit, t. 2, s. 121nn. Por. J.S. Pelczar, Masoneria, wyd. 4.
[11] Voltaire, Diderot, d'Alambert, d`Holbach, Condorcet, Grimm, Helvetius, Lagrange, Lalande i inni.
[12] Wielkim mistrzem Wielkiego Wschodu był Filip, książę orleański.
[13] Na przykład księżna Bourbon, księżna Lamballe i inne.
[14] Na przykład bp Talleyrand, księża: Sieyes, Dillon, Pascal, Dom Gerlie i inni.
[15] Deschamps (dz. cyt, t. 1, s. 138) wylicza członków tej loży, założonej za staraniem tzw. comité directeur de philalethes [komitet wykonawczy folaletów], na którego czele stał Mirabeau.
[16] Henri Martin nazywa masonerię "le laboratoire de la Révolution" [laboratorium rewolucji] (Histoire de France) [Historia Francji]. Potwierdzają to sami masoni. Tak np. Haugwitz, minister pruski, a poprzednio kierownik lóż pruskich, polskich i rosyjskich, wyraźnie mówi w memoriale podanym monarchom na kongresie werońskim: (...) Powziąłem silne przekonanie, że wszystko, co wydarzyło się we Francji od 1788 roku, z rewolucją francuską na ostatku, łącznie z zabójstwem króla w jego okropności, było nie tylko postanowione w tym czasie, ale wszystko to zostało przygotowane przez spotkania, instrukcje, sprzysiężenia i sygnały nie budzące najmniejszych wątpliwości co do tajnego porozumienia, które wszystko przemyślało i wszystko poprowadziło. Por. Mgr. Freppel, La Révolution franćaise a propos du centena-ire de 1789 [Rewolucja francuska w stulecie 1789 roku], 26 edit., s. 25. Deschamps, dz. cyt.
[17] Na przykład Mirabeau, Talleyrand, Filip Orleański, Sieyes, Pétion, trzech Lamethów, Barnave, Babeuf, Hebert, Marat, Danton, Robespierre, Lebon, Saint-Just, Lacluos, Lafayette, Bailly, Brissot, Condorcet, Clootz i inni. Por. Deschamps, dz. cyt., t. 2, s. 138n; t. 3, s. 77nn; Barrouel, Mémoires pour servir a l'histoire du Jacobinisme [Wspomnienia przydatne dla historii jakobinizmu], Hamburg 1799, t. 5, s. 61n.
[18] O stanie religijnym społeczeństwa francuskiego w wieku XVIII, zob. Mercier, Tableau de Paris [Obraz z Paryża], t. 3, s. 44; Chateaubriand, Mémoires [Pamiętniki], t. 1, s. 246; Taine, Les origines de la France contemporaine. La Révolution [Początki Francji współczesnej. Rewolucja], t. 1, s. 393n; Weiss, Weltgeschichte, t. 14, s. 336n.
[19] Pośród mieszczaństwa i ludu rozpowszechniano tysiącami książeczki i pisemka zarażone jadem niedowiarstwa i anarchii; wychodziły one przeważnie z hotelu d'Holbach. Por. Studia nad Rewolucją francuską, t. 1, s. 48, Warszawa 1862.
[20] Taine, dz. cyt.
[21] Znane są orgie Filipa Orleańskiego albo Ludwika XV, który na utrzymanie kochanki Pompadour wydał 36 milionów liwrów, czyli na dzisiejszy rachunek ok. 72 milionów franków. Wiele też kosztowała inna kochanka, niecna hrabina Dubarry.
[22] Król francuski pobierał przed rewolucją 477 milionów liwrów rocznie. W stajniach jego znajdowało się do 3 tysięcy koni, których utrzymanie kosztowało rocznie 6 milionów 200 tysięcy franków. Na same łowy wydawano rocznie do 1 mln 200 tysięcy franków. Dwór cywilny króla liczył do 4 tysięcy osób z arystokracji, dwór królowej i książąt do 2 tysięcy, dwór wojskowy 9-10 tysięcy ludzi, a na ich utrzymanie szło rocznie 40-45 milionów liwrów, czyli dziesiąta część dochodów publicznych. Por. Taine, Les origines, dz. cyt.; L'ancien régime, s. 118n.
[23] Były one prawie wolne od podatków i miały wyłączny przystęp do wyższych urzędów czy godności. Nie dziwi więc, że książęta krwi i arystokraci oddawali się szalonym zbytkom. To samo zarzucano też niektórym biskupom i opatom. Stolic biskupich było 135, ale tylko 5 takich, na które mogli się dostać duchowni mieszczańskiego pochodzenia.
[24] Jeszcze za Ludwika XV jednego razu na przedmieściu Saint Antoine w krótkim czasie z głodu wymarło 800 osób. Zob. Taine, dz. cyt.


Nasz Dziennik, piątek, 14 lipca 2006, Nr 163 (2573)
http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... d=my11.txt

http://www.rodzinapolska.pl/dok.php?art ... /803_1.htm


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 29 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /