Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 423 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 29  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 24 lut 2012, 21:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Św. Tomasz z Akwinu

„Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem i przyszedł na mnie duch Mądrości. Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównywałem z nią drogich kamienie, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota. Umiłowałem ją nad zdrowie i piękność i wolałem mieć ją aniżeli światło, bo nie zna snu blask od niej bijący” (Mdr 7, 7-10). Słowa te pochodzą z liturgii mszalnej przeznaczonej na dzień 28 stycznia. W tym dniu Kościół wspomina św. Tomasza z Akwinu. Kim był ten człowiek? I czym sobie zasłużył na pamięć Kościoła?
Urodził się około roku 1225 w Roccasecca w hrabstwie Aquino, należącym do królestwa Sycylii. Był najmłodszym dzieckiem rycerza Landulfa z Akwinu i jego drugiej żony Teodory z Teate. Gdy skończył pięć lat, rodzice oddali go jako oblata do klasztoru benedyktyńskiego na Monte Cassino. Tam przez lat dziesięć pobierał nauki oraz „wzrastał w łasce u Boga i ludzi”. W wieku lat piętnastu, w związku z niepokojami politycznymi, opuścił klasztor. Później wyjechał do Neapolu, gdzie zaczęły się dwie największe przygody jego życia: Chrystus i Arystoteles. Chrystus przyszedł do niego w białym dominikańskim habicie. W Neapolu bowiem zetknął się Tomasz z nowo założonym Zakonem Braci Kaznodziejów. Zakon był nie tylko nowy, ale i nowoczesny. Dawne bowiem zakony zakładały swe siedziby bliżej Boga niż ludzi: na górskich szczytach czy w odludnych, pustynnych okolicach. Dominikanie zakładali swoje klasztory w miastach. Wierzyli bowiem, że będą bliżej Boga będąc w sercu ludzkich problemów. Głosili ubóstwo, ale również je praktykowali. Nauczali, ale również uczyli się. Młody Tomasz zapragnął stać się jednym z nich. Chciał bowiem być ubogim, mądrym i ...świętym. Około 1244 roku przywdział biały – bo mający symbolizować blask świętości – habit i przykrył go czarną kapą, będącą symbolem nie szukającej ziemskiej chwały pokory. Była to wiosna jego zakonnej miłości. Wiosną jednak młody pęd czasami zostaje objęty lodowatym uściskiem mrozu. Wtedy nadchodzi czas próby. I tak było również w wypadku Tomasza.
Rodzina, która oddała go na Monte Cassino nie tylko dla chwały Bożej, ale również dla zaspokojenia swoich ziemskich ambicji, przyjęła jego decyzję jak mezalians. Ten, który – z biegiem czasu – miał zostać opatem jednego z najbogatszych klasztorów ówczesnej Europy, został żebrakiem. A na to dumni hrabiowie z Akwinu nie mogli przystać. Uzbrojeni żołdacy pod wodzą brata Tomasza, Rinalda, porywają młodego zakonnika. Porywacze więżą swoją ofiarę na zamku Montesangiovanni. Próbują metodą kija i marchewki zmusić nowicjusza do zmiany decyzji. Bezskutecznie. Rodzina postanawia więc złamać powołanie Tomasza. Sprowadza na zamek prostytutkę.
Jest ciemna noc. Tomasz śpi zamknięty w swojej celi. Nagle otwierają się drzwi – dalej oddajmy głos legendzie: „Wchodzi dziewczyna nieprzyzwoicie ubrana i zaczyna dręczyć go na wszelki sposób: rozpustnym spojrzeniem, słowem i dotykiem. Ponieważ odczuł poruszenie ciała, podniecenie to zasmuciło go. Wzmocniony ogniem duchowym, wyrwał z paleniska głownię, rzucił nią z całej siły w rozpustnicę, wypędził ją z pokoju i zamknął drzwi. Wówczas naznaczył głownią w rogu pokoju znak zbawienia, upadł na ziemię i modlił się ze łzami (...) Kiedy zakończył modlitwę, twardy sen spadł na niego. I oto dwaj aniołowie stanęli obok niego, mówiąc, że jego modlitwa została wysłuchana. I przepasali go sznurem, jaki przynieśli ze sobą. Ścisnęli go zaś tak mocno, że zaczął z bólu krzyczeć. Odtąd - jak mówi tradycja – nie odczuwał najmniejszych nawet poruszeń ciała”. Próba i... zwycięstwo. Zwycięstwo chrześcijańskie, bo zwycięstwo nad samym sobą. Sukces płynący z dwu źródeł: z ziemi i nieba. Sukces woli karmionej łaską.
Mimo jednoznacznej postawy Tomasza rodzina nie daje za wygraną. Jeszcze rok brat Tomasz będzie internowany. W niewoli czyta, pisze. Jak powiada kronikarz, „wczytywał się w tekst „Sentencji”, zaś z błędów Arystotelesa wyciągał prawdę. Tym wszystkim dzielił się ze swoimi siostrami. Starszą siostrę nawrócił do tego stopnia, że wkrótce porzuciła świat i wstąpiła do klasztoru...”
Wreszcie rodzina zwraca mu wolność. Tomasz powraca do swojej rodziny zakonnej. Zaczyna się okres jego studiów. Najważniejsze to pobyt u boku św. Alberta zwanego Wielkim. „Jego wykłady bardzo cieszyły brata Tomasza, zawsze bowiem pragnął znaleźć człowieka, który by mu otworzył głębiny wiedzy. Nastawiony na zdobywanie wiedzy, przykładał się pilnie do nauki i modlitwy tak, że stał się dziwnie małomówny. Przez długi czas był podobny do niemowy”. Różnił się, więc był nienormalny. Tak bowiem najczęściej rozumie się inność. Nikt nie dostrzegał, że milczenie nie jest niemotą. „Żaden z kolegów nie spostrzegł jego mądrości, toteż zwykli go nazywać niemym wołem”.
Ale „nie zapala się światła i nie stawia go w ukryciu ani pod korcem, lecz na świeczniku” (Łk 11,33). Ten bowiem, który krzesa ogień w duszach, roznieca go z czasem w wielki płomień, przy którym grzeją się inni. Tak było i z bratem Tomaszem. Zdarzyło się, że brat Albert objaśniał księgę Dionizego „O Bożych imionach”. Mąż Boży Tomasz słuchał tego uważnie i wprost – jak mówi kronikarz – „łapczywie”. Jeden z kolegów – zapewne z gatunku tych poczciwców, co dokuczają miłością – przypuszczając, że nie odzywa się z powodu braku zdolności, ze współczucia ofiarował się, że mu powtórzy wykład. Tomasz „z pokorą przyjął propozycję, podziękował i zaczął z u w a g ą słuchać powtórki. Wszakże brat ów sam niezbyt zrozumiał wykład i mówił inaczej, niż to uczył brat Albert. Wówczas Tomasz uznał, że Bóg pozwala mu odezwać się i wyłożył rzecz gruntowniej jeszcze i jaśniej, niż uczył mistrz”.
Pierwszym, który zdał sobie sprawę z talentu brata Tomasza, był jego nauczyciel – mistrz Albert. Podobno powiedział o nim: „Nazywamy go niemym wołem, ale on jeszcze przez swoją naukę tak zaryczy, że usłyszy go cały świat”.
W roku 1252 Tomasz przybywa na dalsze studia do Paryża. Znajduje się blisko Uniwersytetu, tego – jak to nazwał jeden z papieży – „pieca, w którym piecze się chleb intelektualny świata łacińskiego”. Uniwersytet to sprawa ludzi dojrzałych, bo „gdzie indziej karmi się mlekiem niemowlęta, na nim zaś żywi się duchy silne”. Dla Tomasza zaczyna się – trwający prawie do końca życia – okres pracy intelektualnej, którego owocem będą niezliczone pisma. Wśród nich słynna „Summa teologii”, „Summa filozofii” czy mały, lecz ważny traktacik „De ente et essentia”.
Jednostajne, lecz piękne życie uczonego mącą – wzbierające wraz ze sławą – pozauniwersyteckie pokusy. A to zaproszenie na ucztę do króla, a to propozycja kardynalskiego kapelusza lub objęcia któregoś z biskupstw. Tomasz jednak nie daje się wodzić na pokuszenie – pozostaje wierny swemu powołaniu. Powołaniu wyrażonym w dewizie zakonu kaznodziejskiego jednym słowem: „Veritas” (prawda). Czasami jednak ulega, choć jedynie pozornie.
„Święty Ludwik, król Francji, lubił go zapraszać do swego stołu. On się pokornie wymawiał, gdyż pracował właśnie nad „Summą”. Ponieważ jednak król nastawał, z rozkazu paryskiego przeora poszedł do króla, z głową pełną myśli, nad którymi właśnie pracował. Siedząc przy królu, nagle uderzył pięścią w stół: To jest argument przeciw herezji manichejskiej! Przeor go trącił i powiada: Mistrzu opamiętaj się! Jesteś przecież przy stole króla Francji! I pociągnął go mocno za płaszcz, aby go sprowadzić na ziemię. Ten wróciwszy do siebie, skłonił się przed królem i poprosił o przebaczenie. Król mocno się tym zdziwił i zbudował, zawołał sekretarza i życzył sobie, żeby myśl została zapisana w jego obecności”.
Tomasz był jednak nie tylko uczonym, był – a właściwie stawał się – świętym. Świętym nie dla cudów, które czynił – wyjąwszy cuda jego nauki – lecz po prostu: dla bliskości z Bogiem. Jego sekretarz brat Reginald z Piperno takie dał o nim świadectwo: „Często duch go porywa, kiedy ogląda jakieś sprawy boskie”. Tradycja przekazuje również pamięć zdarzeń tak cudownych, że aż – może się wydawać - niewiarygodnych. Mianowicie brat Jakub z Caserty, „zakrystianin, mąż pobożny, pracowity i cnotliwy widział wielokrotnie błogosławionego Tomasza, jak w nocy wychodził ze swojej pracowni do kościoła, a kiedy dzwoniono na jutrznię, szybko wracał, tak żeby go nikt nie zauważył. Pewnego razu z ciekawości, przyszedł ukradkiem do kaplicy świętego Mikołaja, gdzie brat Tomasz był pogrążony w modlitwie, i zobaczył, jak unosił się w powietrzu na dwa łokcie. Zdumiony usłyszał od strony krucyfiksu, przed którym błogosławiony doktor się modlił, te słowa: Dobrze napisałeś o Mnie, Tomaszu! Jakiej nagrody oczekujesz ode Mnie za swój trud?Ten odpowiedział: Panie, tylko Ciebie!”
Tomasz dojrzewał. Jego życie duchowe pogłębiało się. Ogień miłości Bożej rozpalał go. Ale przebywając w bliskości Ognia można poparzyć się miłością.
Szóstego grudnia 1273 roku podczas odprawiania Mszy świętej, brat Tomasz doznał jakiegoś wstrząsu. Przeżycie to dogłębnie go zmieniło. Miał powiedzieć Reginaldowi: „Zbliża się kres mojego pisania. Bo takie rzeczy widziałem, że wszystko co napisałem i czego uczyłem, wydaje mi się słomą w stosunku do tego, co zostało mi odsłonięte. Toteż ufam w Bogu, że kończy się nie tylko moje nauczanie, ale niedługo nastąpi też koniec mojego życia”.
Przeczucie go nie myliło. Zmarł siódmego marca 1274 roku w drodze na II Sobór w Lyonie, gdzie udawał się na wezwanie papieża Grzegorza X. Został po nim sława świętości i księgi.

http://mariuszwegrzyn.salon24.pl/386016 ... z-z-akwinu


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 13 cze 2012, 08:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Św. Antoni Padewski (1195 – 1231)

Antoni Padewski, przyzywany jako patron rzeczy zagubionych, należy do grona najpopularniejszych świętych. Ale, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, postać Świętego, ulegając „uludowieniu”, zatraciła swe prawdziwe rysy, kształtowane wśród wydarzeń jego bogatego, choć krótkiego życiorysu. Tymczasem mało kto wie, że ten prosty mnich franciszkański był zadziwiającym Europę i dwór papieski złotoustym kaznodzieją, nazywanym młotem na heretyków jako szermierz przeciwko niebezpiecznej herezji katarskiej i człowiekiem, z którym w życiu i po śmierci łączy się tak wiele niezwykłych cudów, iż bywa nazywany Antonim Cudotwórcą. Niepozorny habit krył ducha tak niezłomnego, iż nawet despotyczny i krwawy władca Werony Ezelin III zadrżał w duszy i ukorzył się przed franciszkaninem, gdy ten wypominał mu jego nieprawości. Ponadto ze względu na głębię swych nauk Antoni został policzony między Doktorów Kościoła, obok najtęższych umysłów, jakie wydała nasza Matka, Kościół Święty.

Fernando de Bulhões – bo tak nazywał się przed przystąpieniem do konfraterni biedaczyny z Asyżu – pochodził z rycerskiej rodziny zamieszkałej w Lizbonie, w czasach, gdy stolicą Portugalii była jeszcze Coimbra. Od początku był sposobiony do powołania, jakie Pan Bóg dla niego przygotował. Jego dziecięce serce lgnęło do Boga na wszelkie dostępne mu sposoby, w modlitwie i chłonąc tyle z nauki objawionej, ile było w stanie wówczas pojąć.

Nieprzyjaciel ludzkiego zbawienia widział, że to dziecko odbije kiedyś mnóstwo dusz z jego rąk, dlatego wcześnie zaczął „kręcić się” wokół niego. Pewnego razu, gdy chłopiec modlił się w pustym kościele, nagle zgasły świece i nastała ciemność; zrozumiał on w lot, iż nie stało się to bez przyczyny, lecz diabeł próbuje go zniechęcić do modlitwy – tym żarliwiej zatem natężył ducha, uczynił palcem na marmurze znak krzyża świętego i zobaczył jak światło ponownie rozjaśnia przestrzeń kościoła, a zawstydzony wróg musiał odejść bez satysfakcji.

Młody Ferdynand około piętnastego roku życia zdecydował się na obranie stanu duchownego i wstąpił do zgromadzenia Kanoników Regularnych św. Augustyna w Coimbrze. Tam odkrył pasję studiowania Pisma Świętego, miłując się szczególnie w konkordancjach, czyli tematycznym zestawieniu fragmentów, porządkującym nauczanie ksiąg świętych. Z fascynacją odkrywał, jak dokładnie proroctwa Starego Testamentu odpowiadają życiu i nauce Boskiego Mesjasza.

W Coimbrze pełnił funkcję furtiana, z powodu której w większości nabożeństw mógł uczestniczyć jedynie duchowo, łącząc się w modlitwie z Najświętszą Ofiarą i padając na kolana, gdy dzwonek obwieszczał dokonujący się na ołtarzu cud Przeistoczenia. Pan Bóg znalazł wkrótce nietypowy sposób na wynagrodzenie gorliwości swego sługi. Otóż po pewnym czasie współbracia ze zdziwieniem stwierdzili, że Antoni, mimo iż nie ruszał się z furty, wie dokładnie, co działo się w kościele i zna czytane fragmenty Pisma Świętego. Okazało się, że na czas nabożeństw grube klasztorne mury oddzielające Świętego od kościoła przestawały stanowić przeszkodę dla jego zmysłów, ale po prostu rozstępowały się na jego oczach, tak że widział on i słyszał, co dzieje się w prezbiterium.

Świętemu, z racji jego pochodzenia, nie było łatwo oddać się kontemplacji Bożych tajemnic w zaciszu klasztornym, albowiem jego liczni krewni i znajomi nawiedzali go nieustannie, nie rozumiejąc, dlaczego porzuca widoki dostatniego życia i kariery politycznej lub wojskowej i siedzi zamknięty w celi z prostymi mnichami. Musiał więc szukać dla siebie innego miejsca, by uwolnić się od głosu świata, wołającego go do porzucenia powołania.

Pewnego razu brat Ferdynand ujrzał w mistycznej wizji duszę pewnego franciszkanina, który zachęcał go do wstąpienia w ślady (żyjącego i działającego w tym czasie) Franciszka z Asyżu. Ferdynand, odebrawszy jeszcze święcenia kapłańskie w swym zgromadzeniu (w roku 1220), odpowiedział na to wezwanie „z góry” i wyruszył do klasztoru Świętego Krzyża, gdzie złożył śluby zakonne. Został skierowany do pustelni w Olivanez i przyjął imię na cześć patrona tegoż eremu – świętego Antoniego Pustelnika.

Ojciec Antoni był świadkiem jak przywieziono z muzułmańskiego Maroka ciała pięciu męczenników franciszkańskich. Ich historia obudziła w świętym eremicie pragnienie podjęcia duchowej walki z niewiernymi na sąsiednim kontynencie. Na miejscu jednakże okazało się, że wola Boża jest inna, ponieważ podróżnik zapadł na tak ciężką chorobę, iż nie mógł podjąć misjonarskich obowiązków. Zrezygnował zatem ze swego pomysłu i wyruszył w dalszą podróż.

Następnym miejscem, w jakie miał dotrzeć wraz z towarzyszem podróży bratem Filipem, była Sycylia. Tam dowiedzieli się, iż brat Franciszek zwołał kapitułę generalną do Asyżu i niezwłocznie wyruszyli, by połączyć się z licznym gronem obradujących. Był rok 1221. Antoni zachowywał się tak skromnie i niepozornie, iż nie przydzielono mu żadnej funkcji podczas obrad, ale jak dowiedziano się, iż jest kapłanem, został wysłany do pustelni w Montepaolo nieopodal Forli, gdzie miał sprawować Mszę Świętą dla przebywających tam braci. Święty odznaczył się tam wprost niewiarygodną pokorą, która miała wydać stokrotne i niespodziewane owoce. Jego życie było pozornie całkiem jednostajne, a wypełniały je właściwie trzy czynności – sprawowanie Najświętszej Ofiary, wykonywanie najniższych i podrzędnych prac fizycznych (sam o to poprosił, mimo iż stał wyżej od innych z powodu kapłańskiej godności) i kontemplacja w odosobnionej jaskini, stanowiącej dla niego duchowe oddalenie nawet od pustelni, w której mieszkał.

W tej właśnie jaskini święty Antoni odbył prawdziwą szkołę życia wewnętrznego i mistycznego. Pan Bóg przemawiający w cichości serca ludzkiego przez cały rok przysposabiał swego sługę do dzieł, których on sam nie mógł przewidywać… W końcu nadeszła wiosna 1222 roku. W Forli miano udzielić święceń kapłańskich kilku braciom. Zwrócono się z prośbą o wygłoszenie okazjonalnego kazania do ojców dominikanów, lecz ci odmówili, podobnie uczynili przez pokorę sami franciszkanie. Wówczas przypomniano sobie o skromnym, ale sumiennym i gorliwym mnichu pracującym w pustelni pod miastem – wezwano go i postawiono przed faktem dokonanym, iż ma przemawiać do licznego tłumu zgromadzonego w katedrze.

Wszyscy, którzy zetknęli się z Antonim, byli przekonani, iż jego kazanie będzie kompromitacją. Stało się inaczej. Jak wspomina jeden z uczestników: „Rozpoczął on z prostotą. W miarę rozwijania tematu, jego głos przybierał na sile, a w trakcie przedstawiania doktryn mistycznych stał się tak donośny, że napełnił słuchaczy najwyższym podziwem”. Okazało się, iż talent pokornego zakonnika był jak owo ziarno, o którym mówi Pan Jezus, że musi najpierw obumrzeć w ziemi, by wydać plon stokrotny. Uczestnicy uroczystości, w tym również dominikanie – a więc członkowie zakonu kaznodziejskiego – byli zdumieni głęboką znajomością Pisma, cytowanego z pamięci przez niepozornego mnicha, którego głos stał się donośny, a wykład tajemnic Bożych jasny, logiczny i poruszający.

Za sprawą tego jednego kazania Święty awansował z pustelniczego sługi kilku współbraci od razu na katedrę uniwersytecką w Bolonii, a święty Franciszek zaczął nazywać go swoim „biskupem”. Pisał on wtedy: „Do Brata Antoniego, mojego biskupa. Pozdrawia cię brat Franciszek. Uważam, że powinieneś wykładać świętą teologię naszym braciom. Jak jest to jednak napisane w regule, czuwaj nad tym, aby Duch i modlitwa nie zgasły w ich sercach. Z Bogiem!”.

Brat Antoni po dwóch latach nauczania na uniwersytecie rozpoczął posługę wędrownego kaznodziei. Dotarł nawet do Rzymu, gdzie papież Grzegorz IX, usłyszawszy jego kazania, nazwał go Arką Testamentu z powodu jego zadziwiającej biegłości w Piśmie. Kazania portugalskiego mówcy gromadziły takie tłumy, iż ludzie nie mieścili się w kościołach, a Święty musiał przemawiać na otwartej przestrzeni. Jego płomienne słowo docierało do dusz mimo wszelkich przeciwności – kruszyło grzeszne przywiązania, pokonywało nawet… niesprzyjającą pogodę. Otóż pewnego razu podczas kazania na wielkim placu, zaczął padać rzęsisty deszcz i gdy lud już miał się rozpierzchnąć dla schronienia się przed deszczem, Antoni zawołał: „Stójcie, kropla was jedna nie zmoczy” – i rzeczywiście, okazało się później, iż miejsce, gdzie stał zgromadzony lud było całkowicie suche.

W roku 1224 został posłany do Francji, aby walczyć przeciwko grasującej sekcie katarów. Nauczali oni, że istnieje dwóch Bogów – dobry i zły – i że wszystko, co cielesne, pochodzi od tego złego. Konsekwencje takiej nauki były straszliwe dla religii i społeczeństwa. W porządku religijnym bowiem okazywało się, iż nauka Chrystusa Pana jest nieprawdziwa, ponieważ Syn Boży nie mógł przyjąć ciała, które z natury jest złe, w porządku zaś społecznym nauka katarska odrzucała małżeństwo, a więc i rodzinę, czyli podkopywała fundament chrześcijańskiego ładu. Święty był przerażony obłędnymi naukami nowej sekty, ponieważ twierdząc, iż Chrystus nie miał ciała, jej hersztowie negowali także prawdę o Jego chwalebnym zmartwychwstaniu, a jak powiada Apostoł Narodów: „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżne tedy jest przepowiadanie nasze, próżna jest i wiara nasza”.

Święty Antoni wywiódł mnóstwo dusz z błędów zwodniczej sekty, a Pan Bóg potwierdzał jego nauczanie coraz to nowymi cudami, takimi jak wyżej opisane zdarzenie z deszczem, które miało miejsca właśnie we Francji. Pewnego razu wędrowny kaznodzieja polemizował z heretykiem na temat realnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Jego adwersarz, widząc, iż nie posiada już żadnych argumentów przeciwko prawdzie dowodzonej przez Antoniego, uciekł się do wybiegu i powiedział, iż uwierzy jego nauce, jeśli jego osioł głodzony przez trzy dni i postawiony przed heretykiem z owsem z jednej strony, a katolickim kapłanem z Hostią z drugiej, odejdzie od strawy i odda hołd Temu, co heretyk nazywał „chlebem”. Święty zgodził się i po trzech dniach zebrano rzeszę ludu w miejscu publicznym. Przyprowadzony osioł podszedł najprzód do owsa, lecz gdy Antoni wezwał go do oddana czci Bogu prawdziwemu, który ukrywa się pod postacią chleba, osioł zostawił owies i z wielkim zawstydzeniem heretyków, a wielką radością ludu Bożego ugiął nogi przed Panem.

W roku 1227 złotousty apostoł został mianowany prowincjałem regionu Emilia-Romania w północnej Italii, a także Lombardii i Wenecji. Pełnił ten urząd przez trzy lata, a gdy zrzekł się go za zgodą papieża, osiadł w Padwie i tam oddawał się pracy naukowej i kaznodziejskiej. Było to w roku 1230 i zasłużony posłannik Boży spędził w mieście zaledwie rok, ale z jakiegoś powodu właśnie z nim został skojarzony. Pomimo młodego wieku Antoni Padewski zapadł poważnie na zdrowiu z powodu ciągłego życia na skraju wyczerpania, do którego dodawał jeszcze dobrowolne umartwienia. Oddany głosiciel słowa Bożego oddał ducha swemu Panu w wieku trzydziestu sześciu lat.

Jego pogrzeb zgromadził ogromne tłumy współbraci i wiernych, a u jego grobu odnotowano w ciągu najbliższych tygodni dziesiątki cudów. Z tego powodu Ojciec Święty Grzegorz IX, znający osobiście Antoniego, dokonał najszybszej w dziejach kanonizacji i ogłosił go świętym w jedenaście miesięcy po jego odejściu do Pana. Święty Antoni bywa przedstawiany z Dzieciątkiem Jezus na rękach, ponieważ w takiej właśnie postaci miał mu się ukazać Zbawiciel, podobnie jak później świętemu młodzieniaszkowi Stanisławowi Kostce. Z łask Antoniego Padewskiego korzystają między innymi pobożni narzeczeni, zdający sobie sprawę, iż Święty jest również ich patronem.

Kościół wspomina św. Antoniego Padewskiego 13 czerwca.

FO

http://www.pch24.pl/sw--antoni-padewski-,3328,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 14 cze 2012, 09:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Bł. Jolanta Helena, księżna (ok. 1244 – 17 czerwca ok. 1300)

Błogosławiona Jolanta, a właściwie Jolenta, przyszła na świat na dworze węgierskim jako córka Beli IV z dynastii Arpadów i Marii Laskariny, córki cesarza nicejskiego, w rodzinie, w której świętość prawdziwie obfitowała. Lud Boży oddaje cześć jej dwóm siostrom – świętej Kindze i świętej Małgorzacie, a także jej ciotce świętej Elżbiecie i stryjence błogosławionej Salomei. Gniazdem tej świętości był właśnie dwór Beli IV. Król jako tercjarz franciszkański dbał wraz z pobożną małżonką, by ich dzieci wzrastały w duchu naśladowania cnót naszego Pana Jezusa Chrystusa i w miłości prawdziwie ewangelicznej. Rodzice dbali, by w komnacie, w której spoczywała kolebka małej Jolanty, była codziennie odprawiana Msza Święta, jej pierwsze kroki skierowali do dworskiej kaplicy, zaś pierwszy słowami, jakie wypowiedziała dziewczynka, miały być najsłodsze imiona Pana Jezusa i Jego Niepokalanej Matki Maryi.

Ojciec, pragnąc zachować swą córkę od zepsucia światowego i zapewnić jej prawdziwie chrześcijańskie wychowanie, posłał ją na dwór księcia krakowskiego Bolesława Wstydliwego, którego małżonką była święta Kinga, zwana również Kunegundą. Rodzina piastowskiego księcia cieszyła się błogosławieństwem Bożym i nieposzlakowaną opinią, a młodej wychowanicy przekazała to wszystko, czego oczekiwał zatroskany o jej zbawienie ojciec. W wieku dwunastu lat, co było zgodne z ówczesnymi zwyczajami, została wydana za księcia kaliskiego Bolesława, który pod wpływem poślubionej mu oblubienicy miał również wzrosnąć w cnotach i zasługach dla Kościoła, a od potomnych otrzymać przydomek Pobożnego. Ślub odbył się w katedrze wawelskiej, udzielił go błogosławiony biskup Prandota przy grobie świętego Stanisława.

Małżeństwo córy królewskiej i potomka wielkiego Mieszka i Bolesława było prawdziwym błogosławieństwem dla rozbitego piastowskiego państwa. Na ich dworze kwitł kwiat prawdziwej zgody i miłości małżeńskiej, a ziemie ich księstwa napełniały się coraz to nowymi fundacjami klasztorów franciszkańskich krzewiących w tym czasie ducha wiary wśród ludności słowiańskiej. Jolanta, która po ślubie przybrała drugie imię Heleny, osobiście troszczyła się o wyposażenie kościołów i klasztorów, a także twarzą w twarz stawała z nędzą jej poddanych i wspomagała ubogich z niewyczerpaną hojnością. O szczerej miłości Bolesława dla swej małżonki świadczyć może fakt, iż w niektórych oficjalnych dokumentach występowała ona jako „umiłowana małżonka, pani Jolenta”. Wspólnie podejmowali oni trud zaprowadzenia chrześcijańskiego ładu w podległych im ziemiach.

Jolenta Helena dała Bolesławowi trzy córki, z których jedna została wydana za księcia kujawskiego Władysława zwanego Łokietkiem (który aż do nastania historiografii marksistowskiej był w uznaniu swych zasług nazywany Niezłomnym). Po śmierci księcia poznańskiego Przemysła I wychowanie jego syna Przemysła II zostało powierzone księciu kaliskiemu i jego świątobliwej małżonce. Jest to zapewne nie bez znaczenia dla faktu, iż właśnie jego skronie Pan Bóg ozdobił królewską koroną w roku 1295, choć nie było mu dane odnowić Królestwa Polskiego.

W roku 1279 zmarł Bolesław Pobożny, wówczas już książę kalisko-gnieźnieński, Jolanta zaś przeniosła się na dwór swej siostry Kingi. Po kilku miesiącach zmarł również Bolesław Wstydliwy, a wtedy obie niewiasty postanowiły skierować swe drogi do zacisza klasztornego i wstąpiły do założonego przez Kunegundę zgromadzenia świętej Klary w Starym Sączu, natomiast po śmierci swej siostry Helena przeniosła się do ufundowanego przez Przemysła klasztoru klarysek w Gnieźnie.

Tam upłynęły ostatnie lata jej świętego życia. Mniszki poprosiły ją, aby została ksienią, na co przez skromność nie chciała się zgodzić, lecz w końcu uległa namowom i okazało się to wyśmienitą okazją do pomnożenia wspaniałej cnoty pokory, która jest fundamentem wszystkich innych cnót. Błogosławiona Jolenta zabiegała usilnie i skutecznie, aby była traktowana na równi z innymi siostrami, mieszkając w takiej samej celi jak one i wykonując wszystkie podrzędne prace w kuchni i przy sprzątaniu klasztoru.

Schyłek wieku, w którym przyszło żyć błogosławionej niewieście z królewskiego rodu, zbiegł się z ostatnimi chwilami jej życia. Zapadła od jakiegoś czasu na poważną chorobę, gdy uczuła godzinę swej śmierci, wezwała umiłowane siostry, by dać im ostatnie wskazówki i 17 czerwca, jak zanotował nekrolog, zmarła w opinii świętości. Lud wielkopolski czcił ją od tej pory, a w miejscu, gdzie została pochowana, odnotowano wiele cudów i łask otrzymanych za jej wstawiennictwem. Na jej nagrobku kilka wieków później pojawił się wiersz opiewający cnoty Jolanty Heleny:


Tu leży perła droga, z domu książęcego

Jolanta, święta pani z rodu cesarskiego.

Po śmierci męża swego zakon ten obrała,

W tym zakonie do śmierci w cnotach świętych trwała.

.

Po śmierci wsławił ją Bóg cudami wielkimi,

Wiele może uprosić modlitwami swymi,

Umarli żywot, chorzy zdrowie odbierają,

W utrapieniach będący pociechy doznają.

Pomimo kultu, jakim lud chrześcijański otaczał księżną, starań o beatyfikację doczekała się dopiero w XVII wieku, gdy prymas Jan Wężyk powołał komisję kanoniczną, która zbierała informacje potrzebne do przeprowadzenia procesu. Jeszcze później, bo w 1723 roku, powstał pierwszy żywot Jolanty, zaś w roku 1775 ojciec Franciszek Cybulski OFM podjął pracę nad książką Życie i cuda wielkiej sługi Bożej Jolenty. Stanisław August Poniatowski wniósł do Stolicy Świętej petycję o dokonanie beatyfikacji, co nastąpiło jednakże dopiero w roku 1827 za papieża Leona XII. Uroczyste podniesienie relikwii w Gnieźnie odbyło się dopiero w roku 1834 z powodu oporu władz zaboru pruskiego. Błogosławiona Jolanta została patronką archidiecezji gnieźnieńskiej, Kalisza i matek chrześcijańskich.

Kościół wspomina bł. Jolantę 15 czerwca.

FO

http://www.pch24.pl/bl--jolanta-helena- ... 366,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 12 lip 2012, 09:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Święty Benedykt i Jego dzieło

Był mąż, z łaski Bożej iż imienia „Błogosławiony” (Benedictus), którego życie przepełniała świętość. Od dzieciństwa miał serce dojrzałe i wyrastając daleko ponad swój wiek cnotami nie zaprzedał swojej duszy żadnej rozkoszy. A choć żyjąc jeszcze na ziemi mógł przez czas pewien swobodnie korzystać ze świata, wzgardził nim i jego kwiatami, jakby już wszystkie uwiędły (…)

Św. Grzegorz Wielki




Łacińskie imię Benedykt oznacza „błogosławiony”. Już samo imię określa więc kierunek, w którym podążał ten święty mąż. Św. Benedykt przyszedł na świat w zamożnej chrześcijańskiej rodzinie ok. roku 480 w Nursji, niewiele ponad 100 km na północ od Rzymu. Studiował w Rzymie, jednak atmosfera rozpasania i użycia, panująca w mieście po upadku Cesarstwa Zachodniego, spowodowała, że Benedykt postanowił zostawić wszystko i pójść za Chrystusem. Został pustelnikiem w Enfide (dziś Affile), a następnie przeniósł się w okolice Subiaco, na wschód od Rzymu w Górach Albańskich.

Wieść o świątobliwym życiu eremity szybko rozeszła się po okolicy. Już niebawem Benedykt uczył prawd wiary mieszkających w pobliżu pasterzy. Wtedy też żyjący w pobliskim Vicovaro mnisi zwrócili się do Benedykta z prośbą, by został ich przełożonym. Kiedy jednak Benedykt zapowiedział, a następnie zaczął egzekwować większą karność i dyscyplinę, natychmiast napotkał twardy opór mnichów. Doszło nawet do tego, że zakonnicy próbowali go otruć. Szczęśliwie jednak św. Benedykt w cudowny sposób przewidział ich zamiary i wrócił do swej groty w Subiaco. Wkrótce jednak coraz większy napływ uczniów skłonił go do założenia dla nich dwunastu małych klasztorów. Wrogie nastawienie mieszkającego w pobliżu kapłana spowodowało, że przeniósł się na wzgórze Monte Cassino, gdzie w pogańskiej jeszcze okolicy założył klasztor i napisał słynną Regułę, która przetrwała do dziś. Klasztor na Monte Cassino – mimo iż na przestrzeni wieków był wielokrotnie niszczony, do dziś pozostaje miejscem szczególnego kultu św. Benedykta i jego siostry św. Scholastyki. Dla swoich braci Benedykt napisał wspomnianą już Regułę. To ona uwieczniła jego imię. Pomogła całej ówczesnej Europie – po zamieszaniu spowodowanym upadkiem Cesarstwa Rzymskiego i po katastrofach spowodowanych „wędrówką ludów” – osiągnąć chrześcijański Ład i Pokój (Ordo et Pax).

Św. Benedykt uchodzi za jednego z patronów umierających, ze względu na okoliczność własnej, pogodnej śmierci. Święty przyjął w dniu swej śmierci Komunię i umarł na stojąco podtrzymywany przez braci w kaplicy klasztornej (oratorium), śpiewając przed Najświętszym Sakramentem psalm. Odszedł do domu Ojca w 547 roku. W klasztorze na Monte Cassino żyło wtedy 150 mnichów.

Życie św. Benedykta charakteryzowała potężna i wszechogarniająca miłość Boga, oparcie życia na modlitwie i całkowite zawierzenie Bożej Opatrzności. O jego osobowości można sobie wyrobić pogląd na podstawie lektury jego reguły. Ten „szaleniec Boży”, kochał Zbawiciela ponad wszystko. Szczególnie kładł nacisk na zaparcie się siebie i naśladowanie Chrystusa. Św. Benedykt był jednocześnie człowiekiem szczerym i prostolinijnym, kochającym pokój i umiar, łączącym w sobie wymagania dyscypliny z miłością bliźniego.

Ikonografia przedstawia świętego Benedykta w habicie benedyktyńskim, kukulli, z krzyżem w ręku. Jego atrybutami są anioł, bicz, hostia, kielich z wężem, księga, kruk z chlebem w dziobie, księga reguły w dłoni, kubek, pastorał, rozbity puchar, wiązka rózg oraz infuła u nóg z napisem Ausculta fili – „Synu, bądź posłuszny”. Św. Benedykt jest patronem wielu zakonów, architektów, górników, inżynierów, nauczycieli, speleologów, uczniów, wydawców, diecezji tarnowskiej, Francji.

Cudotwórca

Św. Grzegorz Wielki, który opisał życie św. Benedykta, podaje różne szczegóły z jego życia apostolstwo wśród ludzi, którzy jeszcze oddawali cześć pogańskim bogom, cudowne uzdrowienia, wypraszanie cudownych łask. Miał też św. Benedykt ducha prorockiego, a także wgląd w sumienia bliźnich. Jego sława ściągała wielu mu współczesnych, między innymi odwiedził go król Ostrogotów, Totila, któremu święty zakonodawca przepowiedział zdobycie Rzymu, a następnie datę śmierci.

Święty Benedykt był bezkompromisowym radykałem, „szaleńcem Bożym” jeśli chodzi o konsekwencję w dążeniu do ewangelicznej doskonałości. Kiedyś szatan kusił go i „przywiódłszy mu na myśl niewiastę jedną, tak go jej osobą rozpalił i złą żądzę w serce wrzucił, iż mało z onej pustyni, pożądliwością rozkoszy zwyciężony, nie wyszedł” (cytat za ks. Piotrem Skargą). Lecz łaska Boża była z Benedyktem, który dla umartwienia ciała rzucił się w pokrzywy i cierniste krzewy. Pokusa natychmiast odeszła i już nigdy więcej jej św. Benedykt nie odczuwał.

Ksiądz Skarga podaje w swych Żywotach Świętych, powołując się na św. Grzegorza Wielkiego, dwa przykłady wskrzeszenia umarłych przez zakonodawcę. Opisuje jak pewnego razu ojciec przyniósł do klasztoru zmarłego syna, prosząc Benedykta, aby go wskrzesił. Benedykt, początkowo się wzbraniając, w końcu uległ błaganiom zrozpaczonego ojca. Wezwał braci i zaczął się gorąco modlić „Panie mój, nie patrz na grzechy moje, ale na wiarę człowieka tego, który o żywot syna swego i wrócenie duszy jego do ciała prosi”. Po czym, jak pisze ks. Piotr Skarga, dotknąwszy „ciała dziecięcia tego, moc się Boża zjawiła, iż zaraz dziecię ożyło”. Oddajmy jeszcze raz głos ks. Skardze, który tak opisuje drugi przypadek wskrzeszenia „Jednego razu, spadła ściana (…), którą czart obalił i przytłukł jednego małego brata, którego, gdy przynieść św. Benedykt zdruzgotanego kazał, cudem prawdziwie apostolskim, swoją modlitwą go ożywił”.

Ojciec i patron Europy

W roku 1947 papież Pius XII nazwał św. Benedykta „ojcem Europy”, uznając patronem jedności Starego Kontynentu. Było to w tym momencie historii, kiedy lecząca rany po wyniszczającej wojnie ludzkość, zagrożona była ekspansją bezbożnego komunizmu. W 1964 roku, Ojciec Święty Paweł VI ogłosił św. Benedykta głównym patronem Europy. Papież tak pisał w Liście Apostolskim, w którym nadał zakonodawcy ten tytuł „Bardzo słusznie sławimy świętego Benedykta, opata, jako zwiastuna pokoju, twórcę jedności, nauczyciela publicznych obyczajów, a szczególnie jako herolda religii chrześcijańskiej i założyciela życia mniszego na Zachodzie”. Paweł VI wymienił trzy słowa – klucze, które charakteryzują postawę św. Benedykta i jego duchowych synów i córek krzyż – pług – księga. Poprzez tę „triadę” Benedykt przyniósł chrześcijańską kulturę „ludom zamieszkałym od Morza Śródziemnego do Skandynawii, od Irlandii aż do Polski”.

Krzyż to znak zbawienia, na którym ujawnia się największa Miłość. Pisze Paweł VI „Przez krzyż, to jest przez prawo Jezusa Chrystusa umocnił i polepszył urządzenie życia prywatnego i publicznego”. Tam, gdzie szli benedyktyńscy misjonarze, stawiali najpierw krzyż. Bardzo ważnym elementem życia benedyktyńskiego jest znak krzyża w formie błogosławieństwa. Krzyż to także znak ewangelizacji, której wciąż potrzebuje Europa. Z kolei pług to symbol pracy fizycznej. Pierwsi benedyktyni pracowali często przy karczowaniu lasu, osuszaniu bagien, uprawie roli. Byli znakomitymi ogrodnikami. Wiedzą dzielili się z ludźmi, wśród których przyszło im żyć. Tym samym ówczesnych mieszkańców kontynentu uczyli szacunku do pracy i ziemi. Księga to ostatni ze wspomnianych symboli. Klasztory benedyktyńskie stały się bezcennym ogniskiem pracy umysłowej. Europa stała się chrześcijańską przede wszystkim dlatego, że synowie św. Benedykta dali naszym przodkom wszechstronne wykształcenie. Uczyli ich nie tylko sztuki i rzemiosła, ale przede wszystkim wpajali im ducha Ewangelii. Coraz liczniejsi byli w klasztorach pisarze, którzy godzinami przy pulpitach prowadzili wielkie i żmudne dzieło przepisywania. Około dziewięćdziesiąt procent ocalonego dorobku antycznego przyszło do nas za pośrednictwem opactw benedyktyńskich.

Reguła zakonna – ora et labora

Od kilkunastu stuleci reguła św. Benedykta stanowi fundament życia mniszego w Kościele katolickim. Dla mnichów i mniszek jest to – tak jak przed wiekami – urzekający i zawsze aktualny sposób życia, który pozwala w możliwie najdoskonalszym stopniu podążać za Chrystusem i naśladować Go we wszystkim. W historii chrześcijaństwa znamy mistrzów życia duchowego, którzy pozostawili wiele reguł, żadna z nich jednak nie zdobyła takiej popularności ani nie odegrała takiej roli jak właśnie reguła benedyktyńska. Stała się ona podstawą wielu innych reguł w doskonaleniu życia chrześcijańskiego.

Św. Benedykt, jako mądry prawodawca, wielokrotnie zmieniał i udoskonalał swe przepisy życia zakonnego. Reguła przeszła wiele prób i doświadczeń. Wprawdzie jej oryginał spłonął w roku 896 podczas pożaru klasztoru w Teano, jednakże zachowało się wiele jej odpisów. Reguła benedyktyńska „wyrasta” z doświadczenia wielkiego człowieka, który głęboko przeżył treść Ewangelii i pragnął podzielić się swym doświadczeniem z innymi, aby także oni osobiście zetknęli się z Chrystusem we wspólnocie zakonnej.

Jedną z cech reguły jest umiar. Zakonodawca pisał „We wszystkim należy zachować umiar – ze względu na tych, którym brak siły ducha”. Nie możemy jednak mieć umiaru w miłowaniu Boga. W swej regule zakonnej św. Benedykt uczy bowiem miłowania Boga nade wszystko, czego wyrazem jest wspólne życie pod wodzą opata, ojca i przedstawiciela Chrystusa.

Znaczące jest również zawołanie św. Benedykta, często występujące w zakończeniu benedyktyńskich listów i dokumentów w formie pięciu liter U + I + O + G + D! (Ut In Omnibus Glorificetur Deus – Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony!). Według reguły mnisi mają poświęcać dużo czasu wspólnej modlitwie w chórze zakonnym. Reguła omawia poszczególne nabożeństwa tworzące Liturgię Godzin, złożone z hymnów, psalmów i czytań z Pisma Świętego oraz Ojców i Doktorów Kościoła.

Bardzo ważnym elementem życia oprócz modlitwy jest praca, stąd słynna zasada ora et labora – „módl się i pracuj”. Spośród prac, największym poważaniem cieszyła się praca fizyczna, a po niej też wszelkiego rodzaju prace umysłowe. Święty Benedykt wprowadził do zakonu profesję, czyli prawem zagwarantowaną przynależność do klasztoru, oraz stabilność miejsca – zobowiązanie mnichów do pozostawania w jednym klasztorze aż do śmierci.

Cechą naczelną duchowości benedyktyńskiej jest „bycie z Bogiem”, do którego dążą przez metanoię, czyli codzienne nawracanie się. Benedyktyni w swych ślubach zobowiązują się ponadto do przyjęcia monastycznego stylu życia i posłuszeństwa. Duchowość monastyczna opiera się na ascezie, czego wyrazem jest dystans wobec wartości doczesnych. Mnisi są powołani do tego, by czynić dobro swoim bliźnim, by dawać swym życiem i przykładem świadectwo Chrystusowej Prawdzie. Do tradycji benedyktyńskiej należy przyjmowanie gości, w których mnisi mają widzieć samego Chrystusa. Owocem takiej postawy życiowej jest poszukiwany przez mnichów pokój, Pax benedictina.

Życie mnicha – ucznia św. Benedykta – ma być wypełnieniem tego, co kryje w sobie Pismo Święte. Wskazuje na to już sama konstrukcja literacka Reguły ma ona tyle rozdziałów, ile jest ksiąg Starego i Nowego Testamentu; w epilogu Benedykt zwraca na to uwagę w sposób jednoznaczny „Czyż jest taka strona, albo takie zdanie natchnione przez Boga (w Starym i Nowym Testamencie), które by nie zawierało najsłuszniejszych zasad ludzkiego życia” Stąd – na przestrzeni następnych piętnastu wieków – charakterystyczna dla benedyktynów praktyka codziennego duchowego czytania Lectio Divina.

Upragnione przez św. Benedykta Ład i Pokój wprowadzane są poprzez pokorę na wzór Chrystusa, przez posłuszeństwo, harmonię modlitwy i pracy. Benedykt kładł nacisk na ciągłe skupienie i pracę. Bezwzględnie zwalczał lenistwo i bezczynność. W swej regule pisał „Bezczynność jest wrogiem duszy. Dlatego też bracia winni się zajmować w określonych godzinach pracą fizyczną, a w określonych godzinach czytaniem duchowym”.

W zakonie benedyktyńskim po okresie postulatu, nowicjatu i po latach służby w oparciu o śluby czasowe, bracia składają uroczyste śluby wieczyste. Ślubują ubóstwo, czystość i posłuszeństwo. Forma jednak tych ślubów znacznie odbiega od przyjętej w innych zakonach. Brzmi tradycyjnie – jak przed wiekami „Ślubuję stałość, nawrócenie obyczajów i posłuszeństwo według Reguły świętego Ojca Benedykta i Konstytucji naszej Kongregacji”.

Zakony benedyktyńskie

Św. Benedykt opuścił ziemię dla nieba najprawdopodobniej w Wielką Sobotę 21 marca 547 roku. Kult świętego zakonodawcy zaczął się rozprzestrzeniać zaraz po jego śmierci w całym chrześcijańskim świecie. Jakże zdrowe i słodkie są owoce, które wyrosły z dzieła świętego. Zakon benedyktyński istnieje już ponad 1500 lat i liczy kilkanaście tysięcy zakonników na całym świecie.

Zakony benedyktyńskie dały Kościołowi ogrom świętych i błogosławionych, by wspomnieć choćby tylko Doktorów Kościoła św. Grzegorza Wielkiego, św. Piotra Damianiego, św. Bedę Czcigodnego, św. Anzelma; patrona Polski św. Wojciecha; a także wielkie święte św. Scholastykę, św. Matyldę, św. Hildegardę czy mistyczkę św. Gertrudę Wielką.

W Polsce benedyktyni są obecni od czasów Bolesława Chrobrego, później przybyli także mnisi innych zakonów, wyrosłych z benedyktyńskiego pnia. Obecnie czynne są w Polsce klasztory benedyktynów w podkrakowskim Tyńcu, Biskupowie na Opolszczyźnie i Lubiniu w Wielkopolsce. Liczne są też klasztory benedyktyńskich mniszek.

Wszechstronna działalność benedyktynów przyczyniła się do podnoszenia poziomu życia religijnego, umiejętności uprawy roli i rozwoju różnych rzemiosł i sztuk. Te wartości powodowały, że często nazywa się św. Benedykta ojcem cywilizacji europejskiej i patriarchą Zachodu, czego wyrazem ze strony Kościoła jest tytuł Patrona Europy, nadany mu przez papieża Pawła VI w 1964 roku.

Z benedyktyńskiego pnia wyrosły kongregacje i nowe wspólnoty zakonne, takie jak

Celestyni – kongregacja benedyktynów założona przez Piotra z Morrone (papież św. Celestyn V). Od 1293 centrum kongregacji stanowiło opactwo na górze Morrone. Zakon przyjął regułę benedyktyńską – konstytucje nadane przez założyciela wzorowane były jednak na ustawodawstwie franciszkanów (pokora, ścisłe ubóstwo), kamedułów (surowość pokut) oraz cystersów (organizacja kapituł). Celestyni działali głównie we Włoszech i Francji. Szczyt rozwoju kongregacji przypadł na XIV w., kiedy cieszyła się poparciem Andegawenów, królów francuskich i papieży awiniońskich. W XVI w. rozpoczął się jej powolny upadek zakończony w 1807 likwidacją ostatnich klasztorów we Włoszech.

Cystersi – zakon założony w 1098 roku przez św. Roberta z Molesme, pierwszego opata Citeaux (obecnie Saint-Nicolas-les-Citeaux) we Francji. Nazwa wspólnoty pochodzi od łacińskiej nazwy tego miejsca (Cistertium). Zakon cystersów wydał wielu świętych i błogosławionych, najbardziej znanym jest doktor Kościoła, św. Bernard z Clairvaux. Świetnie zorganizowane opactwa cysterskie były ważnymi ośrodkami kultywującymi kulturę, nauki, medycynę. Cystersi mają wielkie zasługi w rozwoju rzemiosła i rolnictwa. Mnisi cysterscy kładą nacisk na ewangeliczną prostotę i ubóstwo. Ich zasadą jest jak najściślejsze naśladowanie Chrystusa. Mnisi mają żyć według surowych obyczajów, oddawać się postom i żyć w pokucie, ciszy i samotności. W Polsce istnieją obecnie cztery opactwa cystersów w Krakowie-Mogile, Jędrzejowie, Wąchocku i Szczyrzycu.

Kameduli – założeni na przełomie X i XI wieku przez św. Romualda z Rawenny. Mnisi kamedulscy żyją według reguły benedyktyńskiej, zreformowanej i zaostrzonej przez swego założyciela, a następnie przez bł. Pawła Justinianiego. Kameduli są zobowiązani do pracy fizycznej, modlitwy, pokuty oraz życia pustelniczego (eremickiego). Mnisi żyją we własnych domkach (eremach), zachowując milczenie i zbierając się tylko na Mszę św. oraz modlitwy (oraz kilka razy do roku na wspólne posiłki). Wyrzekają się potraw mięsnych. Papież Aleksander II w 1072 roku zatwierdził ich zgromadzenie, nazwane od miejsca powstania Ordo Camaldulensis – Zakon Kamedułów. Obecnie zakon dzieli się na dwie główne kongregacje benedyktynów-kamedułów i kamedułów-eremitów Góry Koronnej (o ostrzejszej regule). Ci drudzy mają dwa eremy w Polsce – na krakowskich Bielanach i w Bieniszewie koło Konina. W Złoczewie koło Sieradza i w Tyszowcach niedaleko Zamościa swoje klasztory mają mniszki kamedułki.

Kartuzi – wzięli nazwę od pierwszej siedziby kartuzów – La Grande Chartreuse pod Grenoble we Francji. Zakon kartuzów założył w 1084 roku św. Brunon z Kolonii. Reguła zakonna zwana Consuetudines Cartusiae, została spisana już po śmierci założyciela. Mnisi przestrzegają milczenia, postu, samotności i pracy. Mieszkają w eremach – osobnych domkach z ogródkiem. Obecnie w Polsce nie ma kartuzów, choć w dawnych czasach przebywali w Kartuzach na Kaszubach, Berezie Kartuskiej i Gidlach. Ich erem znajdował się także w Czerwonym Klasztorze w Pieninach.

Oliwetanie – założycielem był św. Bernard Tolomei. W 1313 r., w wieku 40 lat, będąc u szczytu kariery życiowej, wycofał się z życia publicznego, by wieść życie pustelnicze w pobliżu Sieny. Wkrótce wspólnota się rozrosła, a w 1324 r. papież Jan XXII zatwierdził zakon na regule św. Benedykta, z różnicą w sposobie wybierania i sprawowania władzy – te przepisy oliwetanie wzięli z reguł zakonów żebraczych, przyjmując kadencyjność funkcji. Pragnieniem założyciela było także życie bardziej odosobnione, proste i ubogie. Miejsce pierwszego klasztoru nazwano „Górą Oliwną” (Monte Oliveto, dzisiaj Monte Oliveto Maggiore) z powodu rosnących tam oliwek i z powodu nabożeństwa zakonników do Męki Pańskiej i modlitwy Chrystusa Pana w Ogrodzie Oliwnym.

Sylwestryni – wspólnota założona w 1231 roku przez św. Sylwestra Guzzoliniego, który mając 50 lat prowadził życie pustelnicze, a potem zgromadził wokół siebie uczniów i naśladowców. Nowa wspólnota przyjęła regułę benedyktyńską w znacznie zaostrzonej formie.

Trapiści – czyli Zakon Cystersów Ściślejszej Obserwancji, powstał w wyniku próby powrotu do pierwotnej ostrej reguły cystersów. Nazwa „trapiści” pochodzi od La Trappe, cysterskiego opactwa położonego w Normandii. Reformę zainicjował Armand Jean le Bouthillier de Rancé, który w 1664 roku po złożeniu ślubów zakonnych został opatem w La Trappe. Podległym sobie mnichom narzucił bardzo surowy tryb życia. W 1894 roku trapiści stali się odrębnym zakonem, niezależnym od cystersów. Na ziemiach polskich nigdy nie powstał klasztor trapistów. Aktualnie zakon tworzy dwanaście prowincji skupiających 165 klasztorów. Podstawę duchowości trapistów stanowi reguła św. Benedykta z Nursji. Zasadniczymi cechami białych mnichów jest miłość i pokora oraz wierność ideałom monastycyzmu. Reguła trapistów – jedna z najsurowszych w Kościele katolickim, zakłada izolację od świata (chociaż życie wspólnotowe), ciągłe milczenie, modlitwę, posty i pracę fizyczną. Mnisi noszą białe habity z czarnym szkaplerzem, przepasane skórzanym pasem.

Wallombrozjanie – założeni przez św. Jana Gwalberta ok. 1030 roku. Założyciel przyjął regułę św. Benedykta, ale znacznie ją zaostrzył. Przeniósł elementy życia eremickiego do życia wspólnotowego. Mnisi z Vallombrosa oddawali się kontemplacji, żyli w skrajnym ubóstwie, w ścisłym odosobnieniu, trwali w milczeniu.

Oprócz męskich zakonów wyrosłych z pnia benedyktyńskiego, na świecie istnieje wiele klasztorów, w których żyją codzienną modlitwą i pracą benedyktynki i kamedułki, trapistki, kartuzki, Mniszki Benedyktynki od Nieustającej Adoracji Najświętszego Sakramentu, benedyktynki-loretanki, benedyktynki-samarytanki, benedyktynki-misjonarki oraz oblatki św. Benedykta.

Medalik św. Benedykta

Medalik krzyżowy św. Benedykta należy do sakramentaliów, a odnośnie nich Katechizm Kościoła Katolickiego podaje „Święta Matka Kościół ustanowił sakramentalia. Są to znaki święte, które z pewnym podobieństwem do sakramentów oznaczają skutki, przede wszystkim duchowe, a osiągają je przez modlitwę Kościoła. Przygotowują one ludzi do przyjęcia głównego skutku sakramentów i uświęcają różne okoliczności życia”. Sakramentalia zostały ustanowione przez Kościół dla uświęcenia pewnych posług w Kościele, pewnych stanów życia, najrozmaitszych okoliczności życia chrześcijańskiego, a także użytkowania rzeczy potrzebnych człowiekowi. Zawierają one zawsze modlitwę, której często towarzyszy jakiś określony znak, jak włożenie ręki, znak krzyża, pokropienie wodą święconą (znak przypominający chrzest). „Sakramentalia nie udzielają łaski Ducha Świętego na sposób sakramentów, lecz przez modlitwę Kościoła uzdalniają do przyjęcia łaski i dysponują do współpracy z nią”. Do sakramentaliów należą medaliki święte, szkaplerze, poświęcanie przedmiotów, błogosławieństwa, czynienie znaku krzyża, namaszczenie, posypanie popiołem, egzorcyzmy, nakładanie rąk i wiele innych. Moc i skuteczność sakramentaliów wynika z nieustannej modlitwy zbawionych członków Kościoła, w której sakramentalia są zanurzone. Formułę działania sakramentaliów określa termin ex opere operantis Ecclesiae, czyli „na mocy działania Kościoła”, który w tym wypadku oznacza modlitwę.

http://www.pch24.pl/swiety-benedykt-i-j ... 137,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 08 paź 2012, 06:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Kobieta mocna w wierze

Obrazek

Z siostrą Philippą Rath, benedyktynką z opactwa św. Hildegardy w Rźdesheim-Eibingen, rozmawia Bogusław Rąpała

Jakie znaczenie dla świata ma wyniesienie św. Hildegardy z Bingen do godności Doktora Kościoła?
- Święta Hildegarda z Bingen jest czczona od dawna nie tylko w Niemczech, ale także w innych krajach europejskich. Zwłaszcza w ostatnich dziesięcioleciach bardzo wiele osób z jej pomocą ponownie odnalazło wiarę i nadało swojemu życiu nowy kierunek i cel. To, że nasz Ojciec Święty Benedykt XVI mianuje patronkę naszego klasztoru Doktorem całego Kościoła powszechnego, oznacza, iż dostrzegł wyjątkowy dorobek jej życia i stawia nam ją przed oczy jako doskonały przykład prawdziwie proroczej głosicielki naszej wiary. Hildegarda z Bingen jest dokładnie taką kobietą, jakiej dziś potrzebujemy: mocną w wierze, kochającą życie we wszystkich jego aspektach, a przede wszystkim odważną i nieugiętą.

Do tej pory mieliśmy w Kościele tylko trzy kobiety, które dostąpiły tej godności...
- Po Hiszpance Teresie z çvili, Włoszce Katarzynie ze Sieny i Francuzce Teresie z Lisieux św. Hildegarda będzie czwartą kobietą i pierwszą Niemką. Co ciekawe, wszystkie te kobiety otacza się szczególną czcią w XX i w XXI wieku. Dla kobiet w Kościele jest to bardzo zachęcający znak, który budzi nadzieję. Hildegarda za życia - właśnie jako kobieta i wizjonerka - działała bardzo śmiało i nie bała się wzywać możnych tego świata do pokuty i lepszego życia. Wiele z tego, co wówczas mówiła i pisała, jest dziś nadal niezwykle aktualne.

Na co Siostra wskazałaby jako przesłanie św. Hildegardy dla nas?
- Po pierwsze, św. Hildegarda ludziom jej współczesnym otwierała na nowo niebo i przypominała, że tylko ten jest prawdziwie wolny, kto na powrót zwiąże się z Bogiem jako Stwórcą wszechrzeczy i Panem historii. Tylko ktoś gotowy uznać samego siebie za Jego stworzenie, może wypełniać wynikającą z tego faktu misję, jaką jest wzięcie odpowiedzialności za otaczający nas świat. Drugą ważną rzeczą, jakiej uczy nas św. Hildegarda, jest to, że ciało, dusza i duch tworzą nierozerwalną całość. Tylko wtedy możemy zostać w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu uzdrowieni, jeśli w naszych relacjach z Bogiem, z samymi sobą, naszymi bliźnimi oraz przyrodą będzie panował ład i porządek. To, co dzisiaj rozumiemy jako całościowe podejście, św. Hildegarda opisała już 900 lat temu. I po trzecie: Hildegarda uczy nas, że miłość jest ogromną siłą. Każdy z nas może dzięki niej ten świat zmieniać - w zależności od tego, czy miłość determinuje nasze myślenie i działanie, czy też kierujemy się naszym samolubstwem i egoizmem. Tutaj św. Hildegarda wzywa nas kategorycznie do odpowiedzialności.

Święta Hildegarda została ogłoszona Doktorem Kościoła. Jesteśmy bardzo dumne i szczęśliwe, że dane nam było przeżyć to, o co modliło się i na co przez ponad 800 lat czekało 39 pokoleń benedyktynek z Rupertsberg i Eibingen.

Dziękuję za rozmowę.
Bogusław Rąpała

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... ierze.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 13 paź 2012, 08:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Pastuszkowie uczą ufności

o. Marek Raczkiewicz CSsR

Z s. Ángelą de Fatima Coelho, postulatorką procesu kanonizacyjnego błogosławionych Franciszka i Hiacynty, rozmawia o. Marek Raczkiewicz CSsR

Co w życiu błogosławionych dzieci fatimskich szczególnie Siostrę ujmuje?
– Najbardziej zwraca moją uwagę ich pokorne oddanie się planom miłosierdzia, które zapowiedziała Fatimska Pani. To dzieci o niezwykłej dojrzałości wiary. Doskonale wcielają przesłanie z Fatimy, aby żyć w jego świetle, w prostocie i głębi. Ich beatyfikacja i przyszła kanonizacja są uznaniem przez lud Boży, że te dzieci, które żyły w duchu orędzia z Fatimy, doszły – jak mówi List do Efezjan – „do miary wielkości według pełni Chrystusa”. Wyniesienie na ołtarze małych pasterzy jest potwierdzeniem tego, co już wiemy, a mianowicie, że Fatima jest szkołą świętości, która prowadzi do pełni życia w Bogu.

Błogosławieni Franciszek i Hiacynta to pierwsze osoby w tak młodym wieku, które zostały beatyfikowane przez Kościół, a nie są męczennikami. Co jest takiego szczególnego w tych dwojgu portugalskich dzieciach żyjących w początkach XX wieku?
– Dzieci te dzieci poznały piękność Boga i zgodziły się, aby być jej odbiciem. Franciszek (1908-1919) był chłopcem skoncentrowanym na tym, co najważniejsze. Posiadał dar kontemplacji, o który trudno podejrzewać dzieci w tym wieku. Jego życie to życie zjednoczone z Bogiem. Lubił chować się, aby w samotności „myśleć o Bogu”, a jego największym szczęściem była możliwość przebywania blisko przyjaciela, Jezusa ukrytego, oczywiście w tabernakulum. Franciszek szybko zdał sobie sprawę, że Anioł i Pani Różańcowa wskazywali drogę, która prowadziła do Boga. Pewnego razu powiedział: „Bardzo spodobało mi się, że zobaczyłem Anioła, jeszcze bardziej Matkę Bożą, ale najbardziej ucieszyłem się z widoku Naszego Pana”. Hiacynta (1910-1920) była dziewczynką pełną pasji i zaangażowania. Kochała Boga i całą ludzkość. Przeżywała cierpienie innych, a zwłaszcza cierpienie Kościoła w osobie Ojca Świętego oraz grzeszników. Postanowiła wziąć je na siebie. Chciała zapalić we wszystkich miłość do Boga.

Czego mogą nauczyć nas fatimskie dzieci?
– Pastuszkowie uczą nas ufności, niezamykania się na relację z Bogiem. Proste modlitwy, ofiary na miarę ich możliwości ukazują, że byli otwarci na Boga i transcendecję. Najmłodsi mogą się im przyglądać i naśladować ich. Podobnie jak ich rówieśnicy Franciszek i Hiacynta bawili się, biegali, rozmawiali i spędzali czas z przyjaciółmi, kochali swoich rodziców oraz krewnych. We Franciszku obserwujemy rozwój postaw i cnót, które są fundamentalne u wszystkich dzieci. Na przykład posłuszeństwo. Franciszek był posłuszny nie tylko swoim rodzicom, ale także Matce Bożej. Kiedy poprosiła go, aby odmówił wiele Różańców, by pójść do Nieba, nie pytał dlaczego, nie skarżył się, nie buntował, ale zwyczajnie się modlił. Właśnie w ramach tego posłuszeństwa kształtował się jego charakter. Dzisiejsze dzieci trudno jest zachęcić do pójścia na Mszę św., do nauki czy pomocy w domu.

Inny aspekt to czystość. Być czystym to widzieć rzeczy tak, jak je widzi Bóg. Czystego serca zobaczą Boga i zobaczą jak Bóg. Dzieci mogą wiele się nauczyć, np. używania internetu, który jest czymś dobrym, choć zarazem pełnym niebezpieczeństw. Dziecięce spojrzenie może z łatwością wypaczyć się, a wtedy młody człowiek będzie widział tylko to, co jest złe.

Inna cecha Franciszka to pokora. Podczas objawień Łucja widziała, słyszała i mówiła, Hiacynta widziała i słyszała, a Franciszek tylko widział. Jednak nigdy się nie skarżył, nie czuł się odrzucony, ale potrafił przyjąć tę sytuację. W naszych czasach, tak mocno naznaczonych rywalizacją, każde dziecko musi być lepsze niż inne. W społeczeństwie, które wymaga od każdego, aby był jak najbardziej inteligentny, piękny, bogaty, potężny itd., nie ma miejsca na lęki ani słabości. Myślę, że pokora Franciszka, jego sposób bycia mogą wiele nauczyć nasze dzieci.

A dorośli?
– Dorośli także mogą wiele nauczyć się od fatimskich pastuszków, zaczynając od roztropności i wrażliwości. Franciszek radził Łucji, aby wracała ze szkoły z niektórymi przyjaciółmi i aby poszła na chwilę do „stóp Jezusa ukrytego”, a potem wróciła do domu. Kolejna sprawa to zdolność rozeznawania. W małym Franciszku jest też duże poczucie odpowiedzialności i wierności przyjętym zobowiązaniom. W naszym społeczeństwie, zarówno na płaszczyźnie zawodowej, w pracy, jak i w relacjach rodzinnych, może stać się wołaniem o nasze poczucie odpowiedzialności i zaangażowania. Matka Boża wybrała właśnie tych pastuszków, ponieważ rodzice wychowali ich w wartościach chrześcijańskich. Rodzina i relacje rodzinne były uporządkowane. To prawdziwe wyzwania dla rodzin w naszych czasach.

Na jakim etapie znajduje się proces kanonizacyjny dzieci fatimskich?
– Po beatyfikacji, która – jak wiemy – miała miejsce w 2000 r., następnym celem jest kanonizacja. Tutaj potrzebny jest cud, na który czekamy. W tej chwili są przeprowadzane badania nad trzema niewyjaśnionymi uzdrowieniami (poza Portugalią) za wstawiennictwem pastuszków. Jednocześnie staramy się szerzyć życie pastuszków, ich cnoty, aby stali się wzorem życia chrześcijańskiego zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Bardzo ważne jest zbieranie świadectw oraz promowanie kultu błogosławionych Franciszka i Hiacynty. Jest rzeczą interesującą, że tam, gdzie dotarł kult Matki Bożej Fatimskiej, dotarło też tych dwoje dzieci. Bardzo bym chciała, aby zostali kanonizowani w 2017 r., ale nie wiem, czy tak się stanie.

Dziekuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/12275,pas ... nosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 15 paź 2012, 14:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Życie świętej Teresy z Ávila

Ojciec Święty Benedykt XVI w katechezie o świętej Teresie od Jezusa zaznaczył, iż jest ona „prawdziwą nauczycielką dla wiernych każdej epoki”. Zdanie to oddaje doskonale misję dziejową tej wielkiej Świętej. Sama pouczona przez Boskiego Zbawiciela i prowadzona przez Niego w zażyłej mistycznej relacji, pozostawiła katolickiemu światu, obok innych pism, niezrównany i niepowtarzalny podręcznik życia duchowego – zatytułowany Twierdza wewnętrzna – omawiający poszczególne etapy wzrostu w chrześcijańskiej doskonałości.

Jak przystało na dobrą nauczycielkę – po pierwsze wszystkie głoszone przez siebie nauki popiera osobistym, wybitnie indywidualnym doświadczeniem mistycznym, po drugie jako osoba prezentuje wszystkie cechy, dzięki którym obdarzamy naszych mistrzów atencją i zaufaniem. Specyfikę jej doświadczenia i nauczania pozwoliłem sobie określić pojęciami „katolickiej antropologii” – ponieważ u szczytu drogi chrześcijańskiej głosi ona zjednoczenie z chwalebnym człowieczeństwem Jezusa Chrystusa – i „kontrrewolucyjnego personalizmu”, ze względu na specyfikę czasów, w jakich żyła i indywidualną odpowiedź na kryzys wiary, jakiej udzieliła swoim życiem i twórczością – intymną relację z Bogiem kładąc za fundament odnowy religijnej.

Opatrzność Boża umieściła jej życie w burzliwych czasach po wystąpieniu arcyherezjarchy Marcina Lutra, kiedy liczne ziemie i księstwa odrywały się od jedynego Kościoła Jezusa Chrystusa, a cywilizacja chrześcijańsko-klasyczna ulegała sekularyzacji. W nowej religii protestanckiej każdy mógł być interpretatorem Słowa Bożego, zgodnie z szaleńczym hasłem odrzucenia Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Mnożyło się coraz więcej głosicieli prywatnych objawień, przekonanych, że to właśnie im sam Bóg zlecił szczególną misję reformy życia kościelnego. Zrodziło to nieufność władz Kościoła i groziło wyrokami Świętej Inkwizycji. Sama święta Teresa miała okazję odczuć to dotkliwie przy próbach reformy zakonu karmelitańskiego.

Dziecięca krucjata Teresy i Rodryga
Teresa Sánchez de Cepeda y Ahumada pochodziła po mieczu z rodziny zasymilowanych żydów (marranów), po kądzieli zaś odziedziczyła najlepsze hiszpańskie tradycje katolickie oraz właściwy dla ludzi Południa gorący charakter i wojowniczego ducha. Pobożność pełna rycerskiej fantazji kwitła w sercach Teresy i jej ukochanego braciszka Rodryga. Rozczytywali się wspólnie w żywotach świętych, a inspiracja stąd płynąca okazała się tak silna i pragnąca ofiary, że siedmioletnie dzieci postanowiły… wyruszyć na „krucjatę” do Ziemi Świętej – to znaczy umrzeć z rąk Saracenów, oddając życie dla Chrystusa Pana. Rzeczywiście wymknęli się z domu i byli już za murami miasta, gdy na szczęście napotkali wuja, który odwiódł ich od szalonego zamierzenia.

Niedoszli krzyżowcy wrócili do domu, lecz ich wyobraźnia, zapalona religijną gorliwością, bynajmniej nie przygasła. Nie mogąc wyruszyć na wyprawę do Ziemi Świętej, postanowili prowadzić żywot pustelniczy i w ten sposób służyć Panu Bogu. Urządzili sobie w domowym ogrodzie dwie cele i spędzali tam wiele godzin, autentycznie oddając się modlitwie i formie kontemplacji, do jakiej byli w swoim wieku zdolni.
Po paru latach dotknął ich ciężki cios – śmierć ukochanej matki. Dla trzynastoletniej Teresy to dotkliwe przeżycie stało się okazją do pogłębienia pobożności maryjnej i zawierzenia swego życia Bogurodzicy. Poprosiła ona wówczas Maryję, by została jej matką i jak sama potem wspomina: „Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.

Pokusa duszy wybranej
Zdawałoby się, że Teresa jest na najlepszej drodze do osiągnięcia świętości, która wsławiła po latach jej imię. Opatrzność Boża przewidziała jednak dodatkowe trudy mające wypróbować stałość Bożej służebnicy. Wiara małej Tereski była gorliwa, ale oparta bardziej na uczuciu niż na rozumnej decyzji i wewnętrznej formacji. Do tego była ona dziewczyną niezwykłej urody, którą zachwycali się młodzi kawalerowie, więc gdy weszła w okres dorastania coraz bardziej nęciły ją światowe rozrywki. Rozczytywała się w romansach rycerskich i była aż do przesady czuła na punkcie swojego wyglądu i podobania się innym. Coraz bardziej stawała się oziębła dla spraw wiary.

Zaniepokojony ojciec posłał swą córkę na naukę do klasztoru augustianek w Ávila, w nadziei, że odzyska tam równowagę i nie narazi swej duszy na całkowite zatracenie relacji z Bogiem i życia w łasce. Szesnastoletnia Teresa rzeczywiście zrozumiała, że zaślepiła ją próżność i do tego stopnia zasmakowała w zaciszu klasztornych murów, że postanowiła zostać mniszką. Potajemnie wstąpiła do karmelu, lecz popadła w ciężką chorobę i była zmuszona wrócić do domu.

Kuracja długo nie przynosiła skutku, aż w końcu została – jak sama wspomina – uleczona cudownie za wstawiennictwem świętego Józefa, do którego miała odtąd wielkie nabożeństwo. Znowu mogłoby się zdawać, że Teresa jest już na prostej drodze, ale był to dopiero początek długiej próby, jaką miała przejść…

W zakonie zastała wielkie rozprzężenie i odejście od pierwotnej surowości karmelitańskiej reguły. Zauważyła, że wiele kobiet wstępuje do klasztorów nie z powołania, lecz dlatego, iż wielka ilość mężczyzn opuściła ojczyznę, udając się na konkwistę do Ameryki. Siostry prowadziły bujne życie towarzyskie, a umartwienia – zwyczajne dla stanu zakonnego – nie należały już do „dobrego tonu”. Początkowo siostra Teresa była zniesmaczona tym widokiem, prędko jednak uległa panującej atmosferze. Zaczęła wstydzić się swojej dawnej gorliwości i postanowiła, że nie będzie się wyróżniać. Przyjęła zachowawczą formułę religijności, wyrażoną jej własnymi słowami, że „lepiej postępować tak jak większość”.

Nigdy wprost nie odstąpiła od wiary. Nigdy nie podjęła jednorazowej decyzji, że chce w jakiś sposób zaniedbać swoje obowiązki duchowe czy obrazić Pana Boga – po prostu zawstydziła się swojej „inności” – tego, że Pan Bóg powołuje ją do drogi bardziej wymagającej, szczególnej i obfitującej w niepowtarzalne łaski. Bała się ona zawierzyć nieskończonemu miłosierdziu Bożemu i pozwolić prowadzić się Jego światłu. Taki stan letniości trwał aż dwadzieścia lat! Jedna z większych świętych, ogłoszona przez Stolicę Apostolską Doktorem Kościoła, żyła przez dwadzieścia lat jak przeciętna karmelitanka z okresu zlaicyzowania zgromadzenia.

Dopiero w roku 1557 nastąpił w jej życiu przełom. Pod wpływem lektury Wyznań świętego Augustyna, kontemplując Mękę Pańską w kaplicy przy wizerunku Chrystusa umęczonego, zrozumiała, że należy oglądać się przede wszystkim na Boga, nie na ludzi, i wydać wojnę własnym słabościom. Zbiegło się to z poznaniem osób, które wpłynęły na jej uświęcenie. W tym samym roku jej kierownikiem duchowym został święty Franciszek Borgiasz, a w roku 1560 święty Piotr z Alkantary.

Twierdza wewnętrzna
Święta otworzyła się na działanie łaski Bożej i wkroczyła na drogę bardzo osobistej lekcji z najwyższym Nauczycielem. Prowadził ją Bóg przez kolejne etapy życia duchowego, które święta nazwała mieszkaniami lub komnatami w twierdzy życia wewnętrznego i dokładnie omówiła swoje doświadczenia w każdej z nich. Stanowią one ponadczasowy i uniwersalny podręcznik duchowości, z którego korzystają do dziś pokolenia katolików.

Bramą twierdzy duchowej jest modlitwa. Teresa zaleca, by na początku modlitwy uzmysłowić sobie prawdę, kim jest modlący się człowiek, a kim doskonały Stwórca i Bóg. „Nasze całe tu działanie zasadza się na tym – pisze Święta – byśmy stawali przed Bogiem jak ubodzy i żebracy przed wielkim, bogatym monarchą, a zaniósłszy prośbę naszą, z oczyma spuszczonymi pokornie, wyglądali zmiłowania Jego”.

Szczególne łaski mistyczne (była obdarzona na przykład darem łez) i pouczenia otrzymywała zwykle po przyjęciu Komunii Świętej, co niezwykle ją krępowało, ponieważ miało miejsce przy ludziach i narażało ją na złośliwe komentarze, a nawet posądzenia o herezję i konszachty z diabłem. Straszono ją, że stanie przed sądem inkwizycji, ale ona była spokojna, mając przekonanie, że nie czyni nic przeciwko nauce Świętego Kościoła.

Poszczególne mieszkania w twierdzy duchowej zbiegają się z doświadczeniami jej życia. Od pierwszego mieszkania, w którym czuła się niegodna Boga, przywiązana wciąż do myślenia na sposób światowy, zaczęła rozumieć, że jest to pokusa fałszywej pokory i pokonawszy pierwsze przeszkody, podążyła dalej. Na etapie mieszkania drugiego wstępuje do zakonu i po długim okresie letniości spostrzega, jak wielka walka toczy się w samym człowieku. W mieszkaniu trzecim następuje oczyszczenie duszy i silne poczucie obrzydzenia i nienawiści grzechu.

W mieszkaniu czwartym przychodzi wielka pociecha. Zażyłość z Bogiem staje się na tyle silna, że nie wymaga już zaangażowania wyobraźni i inteligencji. Pan staje się przyjacielem, kimś najbardziej zaufanym, co z kolei rodzi nieopisaną radość serca. Z drugiej strony pozostaje On „tajemniczy” – zachęca do dalszego poznawania Swoich tajemnic. Teresa zwierza się, iż w tym czasie najbardziej interesował ją kolor oczu i wzrost Syna Bożego, lecz nie było jej dane dowiedzieć się o tym.

Na etapie mieszkania piątego następuje całkowita odmiana. Teresa odwraca całkowicie swój wzrok od samej siebie i zwraca ku Bogu. Spływa na nią przeobfity strumień łask. Święta po raz pierwszy doświadcza ekstazy. Czuje się jakby sparaliżowana i słyszy głos Boga: „Nie chcę byś rozmawiała z ludźmi, lecz z aniołami”. Odtąd całkowicie żyje dla Boga. Coraz częściej doświadcza też stanów mistycznych, czuje, że w zachwyceniu odrywa się stopami od ziemi, doznaje zatraty zmysłów.

W mieszkaniu szóstym Pan Bóg przenosi ją do piekła. Siostra Teresa doświadcza nieopisanych cierpień ukazujących ohydę grzechu śmiertelnego i pojmuje, co to jest zbawienie i że do człowieka należy, czy wstąpi na wąską drogę do niego prowadzącą. Wtedy też postanawia założyć zgromadzenie karmelitańskie powracające do pierwotnej obserwancji. Jej kontakt ze Zbawicielem staje się coraz bardziej poufały. Doświadcza ona stanów opuszczenia przez Boga, ale równocześnie zachowuje dystans i poczucie humoru, pozwala sobie wręcz na swoiste droczenie się z Bogiem: „I cóż, Panie, czy w tych rzadkich chwilach, kiedy mogę radować się Tobą, musisz nagle znikać? Gdybym to ja ukrywała się przed Tobą, jak Ty przede mną, z pewnością nie zniósłbyś tego”.

Ostatnim etapem jej drogi jest mieszkanie siódme, w którym następują mistyczne zaślubiny z Jezusem Chrystusem. Przebywa odtąd w Jego obecności jak małżonka pod jednym dachem z mężem, wykonując codzienne prace, dzieląc wszystkie wspólne chwile życia, nie przestając kochać swego Umiłowanego. W drobnych doświadczeniach Pan Bóg buduje jej zaufanie do siebie. Pewnego dnia podczas Mszy Świętej odprawianej przez świętego Jana od Krzyża, padre Giovanni udzielając Komunii siostrze Teresie przełamał Hostię na pół i drugą połowę podał innej zakonnicy, mimo iż miał dostatek całych Hostii. Teresa pomyślała, iż uczynił to w celu poniżenia jej i doświadczenia jej pokory, lecz usłyszała wówczas głos Boży wyjaśniający ten symboliczny gest: „Nie obawiaj się, córko, że ktoś nas kiedykolwiek rozdzieli”.

Na tym etapie uwydatnia się wyraźnie element antropologiczny doświadczeń Mistyczki. Następuje „zjednoczenie z Chrystusem poprzez tajemnicę jego człowieczeństwa”, a jednocześnie objawia się jej niesamowita piękność duszy ludzkiej, wyniesionej przez łaskę Bożą do nieosiągalnej przyrodzonymi środkami wysokości. Nabiera ona barw, staje się arcydziełem stworzenia. Okres ten zbiega się z usilnymi staraniami o powołanie do życia nowego zgromadzenia – karmelitanek bosych, których pierwszy konwent powstał pod wezwaniem świętego Józefa - a następnie rozszerzyło się po całym kraju z poparciem generała karmelitów.

Święta do tańca i do Różańca
Odpowiedzią Świętej na kryzys w Kościele była odnowa wewnętrzna, nazywana czasem „duchową kontrreformacją”, a oparta na przekonaniu, iż Pan Bóg miłuje bez reszty każdą poszczególną duszę ludzką i dla każdej z osobna przelał swoją Najdroższą Krew i oddał swoje życie.

Przy całym tym bogactwie przeżyć mistycznych siostra Teresa pozostaje jednocześnie osobą zjednującą sympatię dzięki nieopuszczającemu jej do śmierci poczuciu humoru i pogodzie ducha. Dla wyrażenia radości nie bała się ona nawet chwycić za kastaniety i wraz z innymi siostrami puścić w tan przy dźwiękach hiszpańskiej gitary.

Przez całe życie Święta zachowała zdolność do ciętej riposty i umiała odnaleźć się w każdej sytuacji. Kiedyś na przykład, gdy wysiadała z wozu, podwinął jej się habit, odsłaniając część nogi. Stojący obok młody szlachcic głośno wyraził swój zachwyt zgrabnością zakonnicy. Ta zaś, zachowując zimną krew, odrzekła: „A coś ty myślał, że jak mniszka to pokraka ?”.

http://www.pch24.pl/zycie-swietej-teres ... z29M4iT2Fa


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 19 paź 2012, 11:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Ojciec wizerunku naszej Matki

Przeciętny katolik zapytany o świętego Łukasza, odpowie, że był jednym z 12 apostołów i napisał Ewangelię. Niektórzy zwrócą uwagę, że na spisanych przez niego kartach, więcej miejsca niż inni ewangeliści poświęcił Matce Bożej i innym kobietom. Rzeczywiście - jego miłość do Matki Bożej była tak duża, iż jako jedyny opisał wiele fragmentów jej życia, a późniejsze pokolenia chrześcijan przypisały mu autorstwo niezliczonej liczby jej portretów. Ale sam św. Łukasz nigdy nie widział jej Syna - Boga kroczącego po ziemi.

Łukasz nie należał do dwunastu najbliższych uczniów Pana Jezusa, nie było go również wśród siedemdziesięciu dwóch osób, do których Chrystus głosił swe przesłanie. Nie był nawet Żydem!

Lekarz, wszechstronnie wykształcony i dobrze sytuowany, rzucił dotychczasowe życie na wezwanie św. Pawła z Tarsu. Wielki apostoł pogan nie musiał nawracać Łukasza – ten przyjął wiarę chrześcijańską około dziesięć lat przed spotkaniem z nim.
Ewangelia spisana przez Łukasza często uznawana jest za najpiękniejszą ze wszystkich czterech. Wielu badaczy Biblii podkreśla jego niezwykłą umiejętność pięknego posługiwania się językiem greckim, kronikarską dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. A źródła były Łukaszowi bardzo potrzebne – w przeciwieństwie do Marka, Mateusza i Jana, nie było mu dane ujrzeć Zbawiciela na ziemi. Mimo to zostawił nam najszerszą pamiątkę spośród wymienionych – prócz Ewangelii spisał bowiem również Dzieje Apostolskie. To jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Autor ukazał również z niezwykłą sumiennością podróże apostolskie św. Pawła, ponieważ sam w nich uczestniczył.

Jedynie dzięki Ewangelii św. Łukasza znamy m.in. sceny Zwiastowania, narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni. Opowieści z dzieciństwa Pana Jezusa przekazał nam właśnie on. Również wiele przypowieści, m.in. - o miłosiernym Samarytaninie, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym czy o Łazarzu – znamy dzięki temu, że Łukasz przepytywał świadków kazań Chrystusa.

Niezwykle ciekawe są tradycyjne legendy mówiące o artystycznym zacięciu Ewangelisty. Od półtora tysiąca lat w dokumentach pojawia się ten sam przekaz - św. Łukasz namalował fizyczne rysy oblicza Matki Bożej. Niektóre źrόdła podają, iż obraz ten był namalowany metodą enkaustyczną, na dużej i ciężkiej desce drewnianej. Deska ta miała być blatem stołu, na którym posiłki spożywała Święta Rodzina.

Obraz przedstawiał twarz Matki Bożej, w większych niż naturalne rozmiarach. Część badaczy wyjaśnia, że gdy dzieło trafiło do Konstantynopola, malowidło zostało uzupełnione przez miejscowych artystów, którzy umieścili maryjne oblicze w obrazie większym, na którym jest także Dzieciątko Jezus. Sława obrazu szybko rozprzestrzeniła się na całą Europę – do Konstantynopola pielgrzymowano ze wszystkich jej krajów, od Rosji po Portugalię. Zachowały się też świadectwa pielgrzymek z Egiptu. Modlący się przekonani byli o tym, iż patrzą na obraz stworzony przez Ewangelistę.

Niestety rok 1453 przyniósł typową dla zderzenia cywilizacji tragedię, gdy Turecka armia zdobyła miasto obraz został zbezczeszczony - porąbany tasakiem i wrzucony do Bosforu. Na szczęście wcześniej – przezorni księża – nakazali sporządzić wiele kopii czczonego wizerunku. Artyści jednak wolą inspirować się czymś wielkim, niż wykonywać tego kopie. Powstały więc obrazy inspirowane cudownym obrazem - jeden z nich, „Dziewica Bolesna", czczony jest w Moskwie. Najsławniejsza jednakże na całym świecie jest kopia pod nazwą „Matka Boska Nieustającej Pomocy” – do której to wizerunku modlą się wierni na całym świecie. Przypomnijmy tylko, że Bernadeta z Lourdes, tak jak również siostra Łucja z Fatimy twierdziły, że ten wizerunek Dziewicy był najbardziej podobny...

Jest też w całej tej historii – a jakże – polski element. Wśród wielu wizerunków Najświętszej Dziewicy, które namalować miał św. Łukasz, wymienia się również ten wielu Polakom najbliższy – wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Zachował się łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru paulinów na Jasnej Górze, zatytułowany: Translatio tabulae Beate Marie Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W dokumencie tym czytamy: Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Późniejsza historia świętego dla Polaków wizerunku zasługuje na osobną opowieść.

http://www.pch24.pl/ojciec-wizerunku-na ... z29jKXseB3


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 01 lis 2012, 12:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Święci niezniszczalni. Nawet po śmierci

Ciało wydzielające po śmierci kwiecisty zapach, olej lub krew; całkowicie wolne od naturalnych procesów rozkładu, z różowawymi policzkami. W wielu kościołach na świecie spoczywają święci - niezniszczalni, których ciała nie zachowały się tak, jak zwykłych śmiertelników. Co na to katolik XXI wieku?

Być może ten aspekt życia świętych uważany jest przez wielu za zbyt makabryczny lub dziwny. Czy jednak zainteresowanie pochówkiem i ekshumacją nie jest przejawem ciekawości dotyczącej tej częścią życia i spuścizny świętych, o której powinniśmy wiedzieć więcej? Niestety informacje o niewyjaśnionych przez naukę pośmiertnych fenomenach nieczęsto figurują w ich notkach biograficznych. Święci, których ciało nie uległo rozkładowi, zwani są niezniszczalnymi nawet po śmierci: Incorruptibles.

Przypadki takich świętych mogą interesować niekoniecznie katolików. Świadczy o tym niedawno wydana książka Kena Jeremiaha „Christian Mummification. An Interpretative History of the Preservation of Saints, Martyrs and Others” (2012), który zainteresował się tematem w trakcie swoich podróży po Japonii, gdzie napotkał mumie mnichów buddyjskich. Świętym katolickim poświęca tylko część swojej książki, opisując za to celowe konserwacje ciał zmarłych w różnych kulturach. Nie szczędzi też słów krytyki pod adresem Kościoła katolickiego, opierając się nierzadko na uprzedzeniach i nieprawdziwych informacjach.

Za to katolicką perspektywę przybliżyła, niestety dosyć dawno temu, Joan Carroll Cruz, znana autorka książek o cudach eucharystycznych, diabłach i aniołach. W „The Incorruptibles. A Study of the Incorruption of the Bodies of Various Catholic Saints and Beati” (1977, z nihil obstat i imprimatur z 1974 r.) przedstawiła swego rodzaju zbiór encyklopedyczny ponad stu świętych- niezniszczalnych. Zajęła się tematem, gdyż ogromne wrażenie wywarła na niej historia św. Charbela Makhloufa (1828-1898), XIX w. mnicha maronickiego (z Kościoła wschodniego pozostającego w łączności z Kościołem katolickim), żyjącego w pustelni w północnym Libanie.

Został on pochowany w prosty sposób, w ziemi, bez trumny i bez uprzedniej balsamacji, ubrany w habit, według reguły swojego zakonu. Po czterech miesiącach od śmierci w grudniu 1898 r., z jego całkowicie elastycznego ciała odnalezionego w błocie sączyła się lepka substancja przypominająca pot i krew. Pielgrzymi i poświata oświetlająca jego grób przez 45 nocy skłoniły władze kościelne do jego ekshumacji. Fragmenty jego ubrania nasączonego płynem rozdawane były wiernym jako relikwie pomagające zwalczać choroby. Po badaniu lekarskim i ponownym pochowaniu zwłok w zamurowanej trumnie pokrytej cynkiem, po 23 latach z grobu znowu zaczęła sączyć się dziwna substancja. W trakcie kolejnego otwarcia trumny w 1950 r. okazało się , że jego ciało pozostało niezmienione. Do miejsca pochówku w miejscowości Annaya pielgrzymowali wierni w nadziei na uleczenie. Po 67 latach od czasu beatyfikacji w 1965 r. z ciała pozostały tylko kości. To oczywiście jeden z najnowszych przykładów niewyjaśnionego fenomenu zakonserwowania zwłok.

Tym, którzy nie wierzą w cudowną moc relikwii, Cruz przypomina słowa św. Jana z Damaszku: „Chrystus daje nam relikwie świętych jako ożywcze źródła, przez które otrzymujemy błogosławieństwa i zdrowie. Nie należy w to wątpić. Gdyż jeśli na słowo Boże woda wytrysnęła z twardej skały na pustyni – tak, i z kości szczęki osła, gdy Samson był spragniony – więc dlaczego miałoby wydawać się niewiarygodnym, żeby uzdrawiający lek pochodził od relikwii świętych”.

Ale pewnie wątpimy. Częściowo dlatego, że temat nie jest ani dobrze znany, ani łatwy. Cruz opisuje, iż przygotowując swoją pracę korzystała z Acta Sanctorum, dzieła przygotowanego przez jezuitów, będącego najbardziej dokładnym zbiorem życia świętych. Docierała również do kościołów, w których spoczywały ich ciała. Każdego z nich określiła takim mianem, bez znaczenia, czy były to osoby czczone lokalnie, błogosławione czy już oficjalnie uznane za świętych w ramach specjalnej procedury. W swojej książce cytuje dokumenty opisujące ekshumacje. Nie ukrywa, że jest to temat trudny do zbadania, w którym napotyka się na fałszywe świadectwa, np. w przypadku św. Franciszki Cabrini. Do tego dodaje, że sprawdzenie informacji utrudniają zmiany lokalizacji zwłok (często nawet kraju). Często mamy do czynienia z sytuacją, w której zwłoki zachowane były w dobrym stanie przez długi czas, jednak z czasem uległy procesowi rozkładu. Czasami zostały stracone w powodzi lub pożarze, lub celowo zniszczone przez wrogów Kościoła.

Dla wyjaśnienia zagadnienia, Cruz rozróżnia trzy kategorie zachowanych zwłok: w procesie celowym, przypadkowym, i w końcu uznanym za cud. Dwie pierwsze kategorie zawierają przykłady mumii znane ze starożytnego Egiptu, balsamowane różnymi technikami, polegającymi głównie na usunięciu organów wewnętrznych, wysuszeniu ciała i smarowaniu olejem. Ze starożytności podaje również przypadek Aleksandra Wielkiego podobno zakonserwowanego w miodzie. Mumifikacja przez suszenie była praktykowana również przez Inków w Ameryce Południowej, a w Tybecie dotyczyła zwierząt (lamy). Suchy i gorący klimat (Egipt czy Meksyk), podobnie jak suchy i zimny (mumie w grotach na wzgórzach Peru) hamował procesy gnilne. Kolejnym czynnikiem mającym wpływ na konserwację zwłok miały mieć śladowe promieniowanie radioaktywne lub szczególne składniki skał czy ziemi.

Cruz tłumaczy, że bardziej nowoczesne metody dotyczą użycia alkoholu, formaldehydu (jego roztworu w wodzie: formaliny), gliceryny i boraksu, czy bardzo niskich temperatur. Nie wspomina w swojej książce kontrowersyjnej metody plastynacji Guntera von Hagensa, opracowanej w 1977 toku, o której nie mogła jeszcze wiedzieć i z ewidentnych względów skupia się na ostatniej kategorii: cudownej konserwacji zwłok. Kategoria ta obejmuje świętych od czasów wczesnego chrześcijaństwa, a jako pierwsze święte, których zwłoki nie uległy rozkładowi, wymienia św. Cecylię i św. Agatę.

Z jej pracy wynika, iż wyliczone w książce przypadki rzadko przeszły proces celowego balsamowania (około 1 procent). Niestety, nie można do końca ufać tej liczbie, gdyż z czasem wychodzą na jaw informacje, o których autorka mogła nie wiedzieć. Problem zaczyna się już na okładce, na której znajduje się zdjęcie św. Bernadety Soubirous (1844-1879), opatrzone napisem: nietknięte ciało zachowane od 1879 r. bez balsamowania i innych sztucznych metod. Cruz wyjaśnia, iż 30 lat po śmierci w trakcie ekshumacji w 1909 r. w obecności m.in. lekarzy i sióstr zakonnych okazało się, że twarz i ręce trzymające zardzewiały różaniec pozostały niezmienione, a ciało zachowało naturalny kolor skóry. Druga ekshumacja dziesięć lat później ukazała lekko zmieniony kolor twarzy. Wykonano wtedy maskę twarzy z wosku. Jeremiah wyjaśnia, że za dobry stan zwłok odpowiada pochowanie w dwóch trumnach (drewnianej i ołowianej) i obecność węgla. Po pierwszej ekshumacji ciało miało być myte przez zakonnice, które - jak podejrzewa - korzystały z roztworu balsamującego i pokryły ciało roztworem solnym, ponownie chowając je na materiale pokrytym cynkiem w dwóch trumnach. W trakcie trzeciej ekshumacji pobrano narządy jako relikwie i zabalsamowano ciało, które - pokryte woskiem - można nadal oglądać we Francji. Podobny przypadek - jak wyjaśnia Jeremiah - dotyczył innej świętej, którą Cruz zaklasyfikowała jako incorruptible: św. Małgorzaty z Kortony (1247-1297). Według nowych informacji, dostarczonych dzięki zbadaniu zwłok przez patologa Ezio Fulcheri na życzenie Watykańskiego Muzeum Egipskiego, okazało się również, że zostało ono wcześniej zabalsamowane bez wiedzy Kościoła.

Ciał będących przedmiotem zainteresowania pracy Cruz nie można pomylić ze zwykłymi mumiami, gdyż nie są wysuszone czy sztywne, ale zachowują elastyczność, do tego wydzielają wonne zapachy czy oleje, a nawet krew. Jak twierdzi autorka, sposób chowania, jego warunki (temperatura, ruch powietrza, wilgotność, miejsce, bliskość innych zmarłych) czy liczne przemieszczenia nie miały znaczenia przy konserwacji zwłok. W wielu przypadkach były one przechowywane w dużej wilgoci. To przypadek św. Teresy z Ávili (1515- 1582) odnalezionej w zgniłej trumnie i ubraniu pokrytym ziemią. Jej ciało wydzielające zapach, którym święta otoczona było za życia, pozostało nienaruszone. Podobnie było podczas kilku ekshumacji (ostatnia w 1955 r., kiedy ciało straciło kolor) z Janem od Krzyża (1542-1591), przyjacielem św. Teresy. Święty otoczony był zapachem, a z jego amputowanego palca wyciekła krew. Niektórzy sugerują, iż za konserwowanie ciała może odpowiadać ascetyczna dieta, której poddawali się święci (jedząc np. jeden posiłek dziennie).
Polscy święci
Szczególne przypadki dotyczą ciał, które przez dłuższy czas pozostawione były na działanie powietrza lub wody, które normalnie powodują dużo szybszy rozkład. Taka sytuacja odnosi się do urodzonego na Wołyniu św. Jozafata Kuncewicza (1580-1623), zamordowanego toporem przez prawosławnych mieszkańców Witebska. Po śmierci został on wrzucony do rzeki, a jednak jego ciało pozostało nienaruszone przez 5 lat od śmierci. Co więcej, 27 lat po niej z rany na głowie wyciekła mu krew.

Przypadek św. Andrzeja Boboli (circa 1590-1657) „patrona na trudne czasy”, nawracającego z prawosławia na Podolu, jest kolejnym z najbardziej niesamowitych. Torturowany przez Kozaków, którzy podpalali jego ciało, masakrowali mu twarz i obdzierali fragmenty skóry, zginął ostatecznie od ciosu szablą w kark. Został szybko pochowany z otwartymi ranami w wilgotnym podziemiu kościoła jezuitów w Pińsku, w pobliżu innych zmarłych. Zmasakrowane ciało zostało odkopane z zastygłą na ranach krwią ponad 40 lat potem. Zachowało elastyczność i miękkość mięśni. Po wtargnięciu bolszewików do Polski, stało się przedmiotem ich „zabaw”. Było przez nich rzucane o ziemię, po czym zostało zabrane do Moskwy dla ośmieszenia i wystawione jako eksponat muzealny. Watykan zdołał je wykupić, w końcu też dotarło do Polski. Jak napisała autorka w 1977 r., ciało było sztywne, ciemnego koloru, ale wciąż dobrze zachowane. Można je zobaczyć w Warszawie, w kościele na Rakowieckiej.

Trzecim polskim świętym wymienianym przez Cruz jest kolejny jezuita, św. Stanisław Kostka (circa 1550-1568), zmarły w wieku około 17 lat patron młodzieży. Jak pisze Cruz, podczas ekshumacji dwa lata po śmierci jego zwłoki wydzielały delikatny i słodki zapach, a twarz była uśmiechnięta. Po kolejnym otwarciu trumny kilka lat później, ciało uległo normalnemu postępowi, kości zawinięto w jedwab i umieszczono w ołowianej trumnie. Relikwie znajdują się w różnych kościołach na świecie.

Zanim dana osoba zostanie ogłoszona świętą, jej ciało poddawane jest ekshumacji głównie w celu identyfikacji. Wtedy jest również okazja, aby zbadać stan zwłok, czyli sprawdzić, czy jest incorruptible. Cruz wspomina, że papież Benedykt XIV w swojej pracy o beatyfikacji i kanonizacji, poświęcił temu dwa rozdziały zatytułowane „De Cadaverum Incorruptione”. Było to niestety wieki temu i trudno w niej szukać informacji o najnowszych świętych, których ciała można poddać wnikliwym badaniom naukowym. Według Kościoła tylko te zakonserwowane przez długi czas i niepoddane sztucznym procesom mogą przejść proces uznania za cudownie zachowane. Warto dodać, że warunek ten nie jest konieczny do kanonizacji. Kościół podchodzi do sprawy bardzo ostrożnie.

Według Jeremiaha, logiczne wydaje się, że Kościół celowo balsamował większość świętych (i znał metody egipskie) choćby z powodów sanitarnych i dla oddania czci ważnym dla Kościoła osobom. Za różowawy ton skóry mógłby odpowiadać arszenik w roztworze balsamującym przy użyciu techniki, która zresztą nie wymaga spuszczania krwi. To zaś mogłoby wyjaśnić pośmiertne krwawienia z ran. W końcu kwiecisty aromat mógłby być wynikiem stosowania zapachowych substancji. To oczywiście nie wyjaśnia wszystkiego, a między innymi tego, czy metody balsamowania były znane w wielu krajach i dlaczego miałyby być użyte w przypadku osób niepochowanych w trumnach, które wzbudziły zainteresowanie Kościoła dopiero po śmierci. Nam, katolikom, pozostaje więc wierzyć, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

Program „Widzialne, niewidzialne” poświęcony św. A. Boboli:


Natalia Dueholm

http://www.pch24.pl/swieci-niezniszczal ... z2Ax80HJdW


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 17 gru 2012, 21:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Bohaterki Christianitas

Po wielu znakach sądząc można być pewnym, że Boska Opatrzność upodobała sobie posługiwanie się świętymi i dzielnymi niewiastami jako narzędziem w realizacji swoich zbawiennych planów. Można by rzec, że tak jak każdy – a w szczególności chrześcijański władca – jest powołany do bycia christomimetes, naśladowcą Chrystusa, tak szczególniejszym charyzmatem piękniejszej części rodzaju ludzkiego jest naśladowanie niewiasty doskonałej, bo Niepokalanej, wolnej od wszelkiej zmazy grzechu, Maryi.

Historia dostarcza wielu przykładów takich świętych służebnic, w tym miejscu wszelako chcielibyśmy uwypuklić rolę odegraną przez niektóre z nich w tym wymiarze historii zbawienia, który można określić jako „teologiczno-polityczny”, a zatem te, którym powierzona została do wypełnienia – i chwalebnie wypełniona – jakaś szczególna misja w zakresie polityki chrześcijańskiej. Takich bohaterek – na ogół władczyń, lecz nie tylko – jest też niemało, i bez wątpienia palmę chronologicznego pierwszeństwa przyznać należy św. Helenie, matce pierwszego chrześcijańskiego cesarza oraz odkrywczyni Krzyża Świętego.

Z pocztu wyniesionych na ołtarze – kanonizowanych bądź beatyfikowanych – władczyń lub żon władców – wymienić trzeba w tym kontekście zwłaszcza te, które odegrały istotną rolę we włączeniu nowych nationes i civitates do Kościoła i do Res Publica Christiana poprzez przyczynienie się do nawrócenia swoich pogańskich małżonków oraz chrztu ich i ich poddanych. Na pierwszym miejscu należy tu wspomnieć oczywiście żonę władcy Franków Chlodwiga, św. Klotyldę, dzięki której zatem to królestwu frankijskiemu, a później Francji, przypadła zaszczytna (acz nie zawsze wiernie wypełniana) rola „najstarszej córy Kościoła” (la fille ainée de l’Église) i obrończyni Patrimonium Sancti Petri. Bodaj jednak największym blaskiem w tej galerii świeci postać, której Polakom przedstawiać nie trzeba – św. Jadwigi Andegaweńskiej, króla (nie królowej!) Polski, a której dzięki małżeństwu z litewskim Jogajłą przypadła misja chrystianizacji Litwy, i zarazem włączenia imperium Gedyminowiczów w obszar romanitas i latinitas, jako najdalej wysuniętej na Wschód rubieży rzymsko-katolickiego Okcydentu, a ocalenia go przed schizmą i orientalizacją.

Inna misja przypadła postaci niezwykłej – i niby to powszechnie, a jednak wcale nie dobrze znanej, bo teologiczno-polityczny sens jej heroicznego posłannictwa przykryła gruba warstwa nowożytnego, sekularnego pokostu nacjonalistycznego: właściwie obojętne czy w wersji demokratyczno-nacjonalitarnej (Julesa Micheleta), jako „dziewczyny z ludu”, nieomal „proto-Marianny” republikańskiej, czy prawicowego „nacjonalizmu integralnego”. Mowa tu oczywiście o Dziewicy Orleańskiej, św. Joannie d’Arc. Ci, którzy widzę w niej (zamiast lub prócz świętej i męczennicy) jedynie „bohaterkę narodową”, przeganiającą z Francji Anglików, popełniają błąd ekstrapolacji pojęć nowożytnych i współczesnych, które byłyby niezrozumiałe i dla niej samej, i dla jej współczesnych. Ci Francuzi, którzy pogodzili się z panowaniem Henryka V a następnie Henryka VI Angielskiego – a było ich niemało i nie byle jakich: „partia” burgundzka, Sorbona! – wcale nie zmieniali przecież „narodowości”, tylko pana feudalnego, wywodzącego się zresztą z dynastii też jak najbardziej „francuskiej” w rodowodzie. Patrząc z tego punktu widzenia niepodobna właściwie zrozumieć dlaczego głównym punktem misji Joanny było doprowadzenia do koronacji i namaszczenia olejem ze św. Ampułki Karola VII Walezjusza, który jako człowiek – persona fizyczna i charakter – był znacznie „gorszego kruszcu” niż dzielny Henryk V. Rzecz w tym, że Joanna wiedziała (z objawienia i z serca, bo przecież nie była uczoną jurystką) jakiej zasady teologiczno-politycznej broni: praw fundamentalnych Królestwa Francji, będących „naturalną konstytucją” francuskiego corpus mysticum politicum, a w tym konkretnym wypadku jego dwu niepisanych, zwyczajowych zasad: sukcesji korony wyłącznie w linii męskiej oraz „niedysponowaności” Korony Francji przez kogokolwiek, nawet przez władcę, ponieważ korona ta stanowi niematerialną, duchową własność francuskiego mistycznego ciała politycznego. Dlatego, nie mogło być ważne wydziedziczenie prawowitego Delfina przez jego (obłąkanego i ubezwłasnowolnionego) ojca oraz „przekazanie” korony komukolwiek innemu. Dopiero zatem w świetle tej obrony zasady legitymistycznej przez św. Joannę można zrozumieć również sens legitymizmu teologicznego, wyrażonego przez nią samą słowami: „Ci, którzy prowadzą wojnę przeciwko świętemu królestwu Francji, prowadzą wojnę przeciw królowi Jezusowi”.

Z postaci bliższych naszym czasom i znacznie mniej znanych godzi się przypomnieć szlachetną księżnę de Beira, Marię Teresą z rodu Braganzów (1793-1874), córkę króla Portugalii Jana VI oraz drugą żonę „karlistowskiego” króla z prawa Hiszpanii, Karola V. Doniosłość jej roli dziejowej objawiła się, kiedy w dynastii karlistowskiej stała się rzecz niezwykła i niepokojąca. Oto, po Karolu V i jego starszym synu Karolu VI, w 1861 roku królem z prawa według zasad „legitymizmu pochodzenia” (legitimidad de origen) został młodszy syn Karola VI i jego pierwszej żony, Jan III (Juan hr. de Montizón). Niestety, okazało się, że wyznaje on przekonania liberalne, sprzeczne z tradycją jedności katolickiej Hiszpanii. Pojawiła się zatem groźba, że bezbożny liberalizm – przeciwko któremu (a nie tylko przeciwko uzurpacji) przecież podniesiony został sztandar karlistowski – zainfekuje także dynastię prawowitą; wówczas sprawa karlistowska stałaby się wyłącznie sporem dynastycznym. Tymczasem, legitymizm formalny musi być podporządkowany „legitymizmowi wykonywania” (legitimidad de ejercicio), a więc przede wszystkim teologiczno-katolickiemu „legitymizmowi wiary”. Księżna de Beira wystosowała wówczas do swego pasierba list, w którym przypomniała, że w Hiszpanii monarcha „nie ma prawa rozkazywać inaczej, jak podług Religii, Prawa i Zwyczaju”, jeśli zatem jego zasady polityczne stoją w sprzeczności z tradycją katolicką i hiszpańską, musi albo porzucić te zasady, albo utracić prawo do zasiadania na tronie Hiszpanii, na którym zasiadać prawowicie może tylko Król katolicki (el Rey católico). Dzięki temu, niegodny pretendent musiał – acz z ociąganiem – zrezygnować, a karlizm pozostał autentycznym tradycjonalizmem, jako depozytariusz tradycji hiszpańskiej.

Czy dziś, w ciemnych wiekach ateistycznych demokracji (także „ukoronowanych”), kiedy nie ma już żadnej realnej monarchii katolickiej, takie narzędzia Opatrzności są jeszcze możliwe? Nie wiemy tego, ale przecież u Boga nic nie jest niemożliwe.

Jacek Bartyzel

http://www.pch24.pl/bohaterki-christian ... z2FItKAgvo


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 09 sie 2013, 20:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.pch24.pl/pamietajmy-o-sw--to ... 432,i.html

W 690. rocznicę kanonizacji
Pamiętajmy o św. Tomaszu!

Mateusz Ziomber Data publikacji: 2013-07-18 13:40 Data aktualizacji: 2013-07-24 17:31:00

Obrazek
Andrea di Bonaiuto 1366-7


Trudno przecenić rolę, jaką Akwinata odegrał w myśli chrześcijańskiego Zachodu. Rzecz jasna, tego katolickiego, ufundowanego na grecko-rzymskich fundamentach. Chcąc nie chcąc potwierdzali i dalej potwierdzają ją krytycy, traktujący myśl św. Tomasza jako źródło katolicyzmu „wojującego” a epokę, w której żył i tworzył, jako okres wyjątkowo „mroczny”.

Awersja łączona często z pogardą wobec myśli św. Tomasza, neotomizmu jak i szerzej, neoscholastyki, stała się w ostatnich dekadach wieku XIX jak i w połowie wieku XX znakiem rozpoznawczym środowisk, których skądinąd nie łączyło nic, poza głęboką wrogością do katolicyzmu. Nadal pokutuje obraz „zbrojnej” teologii stojącej na straży Kościoła „zamkniętego”, katolickiej filozofii „z nożem w zębach”. Tak też często przedstawiano myśl tomistyczną, co podyktowane bywało także ideologicznymi względami.

Taki zniekształcony obraz jest starannie podtrzymywany po dziś dzień, dostarczając „autorytetom” okazji do radosnych kompromitacji. Zaledwie kilka miesięcy temu jedna z dyżurnych lewicowych „filozofek” (nominasunt odiosa) zarzucała Josephowi Ratzingerowi „rewitalizację tomizmu”, co ma być (jakby inaczej!) sprzeczne z postanowieniami ostatniego soboru. Tak drogiego przecież obserwatorom „życzliwym” Kościołowi.

Pozostawiając na marginesie zasadnicze kwestie późniejszych skażeń, „dogmatyzacji” czy „systemowości” myśli św. Tomasza, warto wrócić do podstaw. Rację miał Leon XIII akcentując konieczność zachowania zgodności rozumu i wiary, racjonalność objawienia, rolę, jaką filozofia odgrywa w życiu społeczeństw. Potwierdza to ślepa uliczka postmodernizmu.

Jak pisze o. Michał Paluch w pracy „Dlaczego Tomasz”: „Jeśli chcemy więc zrozumieć, na czym polega istotny wkład katolicyzmu w formowanie naszej tożsamości, trudno o lepszego niż Tomasz przewodnika”. Spotkanie z myślą Doktora Anielskiego może stać się dużą niespodzianką.

Tym bardziej, że święty Tomasz to nie tylko nauczyciel i filozof, ale i teolog, kaznodzieja – znakomity przewodnik po problemach wiary. Problemach najzupełniej współczesnych, mimo upływu tylu stuleci. Jak wskazując na Akwinatę podkreślał Benedykt XVI, „to wielka łaska, kiedy teologowie potrafią przemawiać do wiernych w sposób prosty, zrozumiały i z zapałem. Posługa przepowiadania pomaga samym ekspertom teologicznym w osiągnięciu zdrowego realizmu duszpasterskiego i wzbogaca intensywnymi bodźcami ich poszukiwania naukowe”. Łaska to wielka, jak i dziś rzadka, co czyni Doktora Anielskiego wzorem szczególnie potrzebnym.

Mateusz Ziomber


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 26 paź 2013, 07:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Promujmy świętych

Z ks. dr. Markiem Korgulem, sekretarzem Komisji Wychowania Katolickiego KEP, rozmawia Małgorzata Pabis

Jak Ksiądz ocenia wprowadzanie zwyczaju świętowania Halloween do polskich szkół?
– Mam wrażenie, że wprowadzanie tego obcego zwyczaju wpisuje się w trwającą od jakiegoś czasu narrację torpedowania tego, co nasze, polskie, chrześcijańskie, a szczególnie katolickie. Niektórzy tłumaczą to koniecznością otwarcia na inne kultury, ich poznawanie, ale raczej chodzi o deprecjonowanie tego, co nasze, katolickie, uświęcone wielowiekowymi zwyczajami. Wsłuchując się w trwającą ostatnio antykatolicką propagandę medialną, nietrudno wyciągnąć wniosek, że chodzi tu o pomniejszenie znaczenia roli Kościoła i jego wpływu na formację, zwłaszcza młodego pokolenia. Istnieją przecież wzory zachodniej rewolucji obyczajowej i niemalże zmarginalizowania roli Kościoła w niektórych krajach. W Polsce nie jest to jeszcze tak widoczne, dlatego tym większe środki przeznacza się na ten cel i wkłada się więcej wysiłku, by propagować bezwartościowe praktyki uderzające w fundamenty wiary katolickiej. Nie mają one nic wspólnego ani z naszą kulturą, ani tym bardziej z chrześcijańskim przeżywaniem uroczystości Wszystkich Świętych. To praktyki zupełnie obce naszej tradycji.

Halloween jest poniewieraniem dogmatu o świętych obcowaniu. Jeżeli wierzymy w życie duszy po śmierci ciała, to nie możemy tej wiary zamieniać na głupie zabawy. Jeśli chodzi o wprowadzanie tego zwyczaju do polskich szkół, to należy współczuć uczniom, ponieważ oni się w tym gubią: na katechezie słyszą, że zwyczaj ten sprzeciwia się wierze chrześcijańskiej w świętych obcowanie, zaś w szkołach organizuje się tego typu zabawy. Roztropna szkoła – grono pedagogiczne – nie będzie narażać swoich wychowanków na tego typu rozterki i niezrozumiałe dla nich trudne sytuacje.

Jak rodzice powinni reagować, gdy widzą, że w szkole pojawiają się halloweenowe dekoracje, imprezy?
– Wpływ rodziców na to, co się dzieje w polskiej szkole, to chyba dzisiaj najważniejszy problem. Wielu z nich albo nie interesuje się tym, co propaguje szkoła, bezgranicznie jej ufając, albo zwyczajnie nie wie, z czym związane jest zagrożenie niektórych przedsięwzięć. Tymczasem rodzice mają prawo do tego, by na początku roku czy podczas okresowych wywiadówek byli poinformowani o zamierzeniach, jakie mają wobec uczniów – ich dzieci – nauczyciele i wychowawcy. W tym przypadku (podobnie jak z ideologią gender) mają prawo powiedzieć, że jest to sprzeczne z ich przekonaniami. W tym momencie przyznam, że jest dla mnie niezrozumiałe, jak rodzice, którzy zdecydowali się posłać swoje dzieci na zajęcia z religii, godzą się na to, że w szkole proponuje się ich dzieciom działania jawnie sprzeczne z wiarą lub wręcz niebezpieczne? Dlaczego nie reagują? Przecież szkoła nie jest czyjaś, nie jest „państwowa”, choć bywa publiczna. Jest szkołą, w której pierwszoplanowy głos w dziedzinie wychowania należy do rodziców – do nikogo innego.

Dlatego apelujemy do rodziców, by bardziej niż do tej pory zainteresowali się tym, co się dzieje w szkole, która nie ma prawa narzucać rodzicom niczego, co byłoby sprzeczne z ich wolą i przekonaniami. Dotyczy to też całej otoczki związanej z propagowaniem obcych naszej tradycji praktyk związanym z Halloween. Powstaje pytanie o zasadność organizowania halloweenowych zabaw dla dzieci w ramach zajęć szkolnych, zwłaszcza gdy brakuje czasu i pieniędzy na przekazywanie uczniom wiedzy i kształtowanie właściwych postaw…

W Polsce mamy piękne tradycje związane z uroczystością Wszystkich Świętych. Czy polska szkoła mogłaby jakoś je wykorzystać?
– To prawda, że trzeba informować nauczycieli, rodziców i uczniów o zagrożeniach, sprzeciwiać się praktykom antychrześcijańskim w szkole. Ale daleko ważniejsze wydaje się rzetelne przekazywanie prawdy dotyczącej uroczystości Wszystkich Świętych i organizowanie zajęć związanych z poznawaniem ich życia i pozytywnej roli, jaką odegrali za życia, a także tej, jaką mają obecnie, w tajemnicy świętych obcowania. Na szczęście wielu duszpasterzy i katechetów wpadło na pomysł, by pozytywnie ukazywać rolę świętych i zapoznawać z ich życiorysami.

Jakiś przykład?
– Wiem, że wiele polskich parafii i szkół, np. w diecezji świdnickiej (od 7 lat parafia pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Zwróconej k. Ząbkowic Śl. oraz Szkoła Podstawowa w Zwróconej), organizuje konkursy na przebieranie się za świętych „Plejada Świętych – Wielkie Imieniny”. To alternatywa dla anglosaskiego Halloween. W konkursach chodzi przede wszystkim o zaakcentowanie naszej chrześcijańskiej tradycji, która związana jest z czcią dla świętych 1 listopada. Ta plejada świętych Kościoła jest tak wielka, że warto ją promować, by ci młodzi ludzie chcieli tych świętych naśladować. Żeby w ich życiu zaistniała moda na świętość. Przebieranie się za świętych jest po prostu dobre. Niesie ze sobą cały szereg pozytywnych treści. Przeciwdziałanie poniewieraniu świętościami to jedno zadanie konkursu. Drugie to przybliżenie dzieciom postaci świętych patronów oraz oddawanie szacunku zmarłym, będącym w drodze do nieba. Przebieranie się za świętych ma zwrócić uwagę na wartości, dla których oddawali oni swoje życie. Oczywiście chodzi też o odsunięcie zwyczajów, które proponuje Halloween, chodzenia po domach i straszenia. Podczas konkursów dzieci i młodzież wcielają się w postacie świętych, przygotowują prace plastyczne i literackie. Pomysł okazał się niezwykle trafiony, o czym świadczy ciągle rosnąca jego popularność i fakt, że przekracza granice diecezji świdnickiej.

W Polsce mamy tylu świętych, świetlane wzory, dlaczego tak chętnie przyjmujemy mało wartościowe nowinki z Zachodu?
– Katecheci robią, co mogą, by ukazać aktualność postaw, przesłania i wartości, które wiążą się z życiem świętych. W kościołach czczeni są święci i przybliżane są ich sylwetki. Prosimy o ich wstawiennictwo. Jeśli pani pyta o przyczyny przyjmowania „bezwartościowych nowinek”, może to wynikać po prostu z niewiedzy (takie to fajne, kolorowe, oryginalne, nowoczesne…). Być może też z powierzchowności naszej wiary – nie zawsze mamy pogłębioną świadomość, w czym wyraża się wyznawanie i praktykowanie wiary na co dzień, a gdzie ocieramy się już o zabobon i wręcz śmieszność. Wielu Polaków charakteryzuje też takie bezmyślne kopiowanie tego, co zobaczyli u innych, nie doceniają wartości tego, co mają i w czym zostali wychowani. Dochodzi dziś do tego medialne nagłaśnianie wszystkiego, co sprzeczne z chrześcijaństwem, a zwłaszcza z Kościołem katolickim. Martwi, że wielu ludzi wierzących ulega tej obcej propagandzie, a nawet swoistej presji, i tak łatwo zapomina o tym, co wartościowe i od wielu wieków sprawdzone.

Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Pabis

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... etych.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 28 gru 2013, 08:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
"Aborcja" króla Heroda.....

Święto Młodzianków Męczenników

Dzisiaj w Kościele katolickim wspominamy świętych Młodzianków Męczenników, którzy przypominają ofiarność bestialsko pomordowanych, niewinnych chłopców z Betlejem i okolicy. Zostali oni zabici na rozkaz króla żydowskiego Heroda Wielkiego.

Tragiczna śmierć tak ogromnej liczby chłopców to efekt egoistycznego strachu o przekupioną władzę, polityczno–społeczne znaczenie czy też chęć nieumiarkowanego posiadania dóbr przez króla Judei – Heroda Wielkiego. Jego zazdrość sprawiła, że mściwe okrucieństwo zwyciężyło. Król posunął się do bestialskiej zbrodni, jaką było wydanie dekretu śmierci na niemowlęta, szczególnie chłopców w Betlejem. Jego działaniami kierowała chęć zgładzenia Dzieciątka Jezus, które – w mniemaniu Heroda – zagrażało władzy, jaką posiadał.

Ewangelista Mateusz jako jedyny opisał rzeź niemowląt, której dokonano na rozkaz Heroda. „Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał [oprawców] do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców” (Mt 2, 16).

Cierpienie maleńkich, niewinnych i jednocześnie bezbronnych dzieci jest kontrastem dla radosnego okresu Bożego Narodzenia, jaki obecnie przeżywamy.

To dramatyczne wydarzenie jeszcze wyraźniej wskazuje, iż Syn Boży stał się jednym z nas. Nasz Zbawiciel „za sprawą Ducha Świętego przyjął Ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem” podobnym do nas ze wszystkimi – prócz grzechu – konsekwencjami bycia w ciele i przeżywania siebie jako osoby cielesnej.

Święto Młodzianków Męczenników to czas głębokiej refleksji nad kwestią ochrony życia i godności człowieka. Wspominając świętych Młodzianków Męczenników, mamy okazję zastanowić się nad własnymi czynami. W jaki sposób próbuję chronić poczęte dzieci? Czy wystarczająco angażuję się, by ratować zagrożone, a niewinne nienarodzone dzieci?

Żyjemy w świecie, w którym coraz częściej dochodzi do skandalicznych decyzji władz, bezkarnie pozwalających na zabijanie poczętych dzieci. Wielu polityków odmawia im fundamentalnego prawa do życia. Przykładem może być Belgia, gdzie senatorowie zadecydowali o przyjęciu prawa zezwalającego na eutanazję dzieci.

Powinniśmy być świadomi, że każdy z nas posiada wielką broń, którą możemy wykorzystać do ochrony poczętych dzieci – jest nią modlitwa. Możemy i powinniśmy modlić się w ich intencji, włączając się w organizowane, światowe lub narodowe krucjaty modlitw o życie poczętych dzieci (m.in. duchowa adopcja nienarodzonego dziecka).

Pamięć o mordzie dokonanym przez króla Heroda Wielkiego przypomina ludzkości o wielkim problemie współczesnego świata, jakim jest nieszanowanie i pozbawianie ludzi życia.

Izabela Kozłowska

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... nikow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 24 kwi 2014, 06:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Znak ciągłości pontyfikatów

Z JE ks. bp. Antonim Pacyfikiem Dydyczem z Drohiczyna rozmawia Sławomir Jagodziński
Sławomir Jagodziński

Wspólna kanonizacja dwóch Papieży, Jana XXIII i Jana Pawła II, to wyjątkowe wydarzenie. Czy poprzez ten fakt Pan Bóg chce nam coś powiedzieć?
– Niewątpliwie Pan Bóg pragnie nam coś ważnego przypomnieć. Kanonizacja Jana XXIII i Jana Pawła II ma szczególną wymowę także w obecnym czasie. Przecież nieustannie jesteśmy świadkami, jak usiłuje się przeciwstawiać sobie kolejnych Papieży. To metoda doskonale znana. Już Jana XXIII przeciwstawiano Piusowi XII, i to bardzo wyraźnie, i trzeba powiedzieć, że bardzo niegrzecznie. Tak jakby chciano zapomnieć, że najwięcej cytatów w encyklikach Jana XXIII pochodzi z wypowiedzi Piusa XII, Papieża o niesłychanie wysokich intelektualnych horyzontach, ale też Papieża, który był Sternikiem Nawy Piotrowej w takich tragicznych czasach, jak II wojna światowa. Przeciwstawienie sobie Papieży, widoczne i dziś, ma na celu osłabienie Kościoła. Dlatego wspólne ogłoszenie świętymi Jana XXIII i Jana Pawła II jest ogromnie istotne z punktu widzenia pedagogiki kościelnej. Podkreśla, że w Kościele jest ciągłość, nie ma tak, że jeden Papież występuje przeciw drugiemu.

Warto jednocześnie zwrócić uwagę, że nie jest to też praktyka nowa w Kościele…
– Już Jan Paweł II wspólnie beatyfikował Piusa IX i Jana XXIII. Zapowiadano, że wkrótce może też być wspólna beatyfikacja Piusa XII i Pawła IV. Wszystko to pokazuje jedność misji Papieży. O tej ciągłości świadczą inne fakty. Zarówno Jan XXIII, jak i Jan Paweł II są z rodowodu Piusa XII, bo zostali przez niego mianowani biskupami. Podkreślam tu postać Piusa XII w sposób szczególny, ponieważ wrogość w stosunku do niego była tak ostra, że atakowano go na wszystkie sposoby. To świadczy o jednym – był wyjątkowo blisko krzyża Chrystusa. Musiał być bardzo denerwującym świadkiem prawdy dla wszelkiego zła, bo mocno nacierpiał się za życia, ale i po śmierci nie dano mu spokoju, organizując kampanię oszczerstw.

Jednak trudno nie zwrócić uwagi na różnice w realizowaniu pontyfikatów przez poszczególnych Papieży.
– Myślę, że do tego, co powiedzieliśmy, warto dodać jeszcze jeden istotny szczegół. Jakkolwiek pontyfikaty poszczególnych Papieży stanowią pewną linię wspólną, to jednocześnie byli oni ludźmi, którzy się od siebie różnili temperamentem, cechami osobowościowymi, predyspozycjami do takich czy innych inicjatyw. Na pewno inne było podejście do różnych spraw Piusa XII, a inne Jana XXIII, inne Pawła VI i inne Jana Pawła II, inne Benedykta XVI i jeszcze inne jest Franciszka. Ta różnorodność, która zawsze charakteryzuje ludzi, nie jest problemem, ale bogactwem Kościoła. Jednocześnie to nie przeszkadza, aby w najistotniejszych sprawach wiary i moralności była ciągłość nauczania papieskiego. Spójrzmy na kwiaty: różnią się oczywiście między sobą, ale wszystkie są tak samo piękne, a w bukiecie wyglądają jeszcze piękniej. Podobnie w Kościele. Pius XII na przykład pochodził z arystokracji rzymskiej, co dało się zauważyć w jego charakterze i temperamencie. Na Stolicy Piotrowej w tak dramatycznym czasie jak II wojna światowa taki człowiek okazał się bardzo właściwy. Przecież uratowanie tylu tysięcy ludzi to była wielka zasługa Piusa XII.

Jego następca Jan XXIII pochodził z ludu, z biednej chłopskiej rodziny wielodzietnej. Nadszedł czas, że potrzebny był właśnie Papież z ludu po to, aby ten lud rozumiał. To Jan XXIII wspominał np., że w dzieciństwie wieczorami tak chciało mu się jeść, że dobierali się razem z rodzeństwem w komorze spiżarki do orzechów, tłukli je i zjadali… Wrażliwość społeczna, która cechowała tego Papieża, była bardzo potrzebna z racji na to, że totalitaryzmy, potem nieludzki kapitalizm, szczególnie w tych swoich wynaturzeniach nastawionych wyłącznie na zyski, okazały się poważnym zagrożeniem dla osoby ludzkiej. Stąd też to zainteresowanie Kościoła kwestiami społecznymi.

Papieża Jana XXIII kojarzy się dziś przede wszystkim z Soborem Watykańskim II. Jednak są środowiska bardzo krytykujące odnowę soborową Kościoła… Na ile dotyka to postaci jego inicjatora?
– Wiadomo, że po I i II wojnie światowej, po jakimś ociosaniu kapitalizmu z tych najbardziej niewłaściwych metod postępowania, po pojawieniu się faszyzmu, potem komunizmu, trzeba było w jakiś sposób także Kościół ubogacić od strony duchowej. Najpierw warto zwrócić uwagę, skąd Papież Jan XXIII zaczerpnął myśl o zwołaniu soboru. Wybrany został w październiku 1958 roku, a już w styczniu następnego wyznał, że ideę odbycia Soboru Watykańskiego II zawdzięcza natchnieniu Ducha Świętego. Ruszyły przygotowania. Pierwsza sesja mogła się odbyć w 1962 roku. Papież brał w obradach żywy udział, choć – jak wiemy – już go nie dokończył. Zrobił to jego następca Paweł VI, co też pokazuje ciągłość pontyfikatów poszczególnych Biskupów Rzymu.

Jeśli chodzi o krytykę soboru, to warto przywołać słowa Ojca Świętego Benedykta XVI, który dotknął istoty problemu. Poprzednik Papieża Franciszka zwrócił uwagę, że musimy odróżniać sobór ojców soborowych od soboru mediów. Chodzi tu o te media, które są nastawione przewrotnie. Tutaj warto zatrzymać się na chwilę na sposobie ich funkcjonowania. To bardzo przykre, ale media bardzo często nie są zainteresowane tym, co się powinno przekazywać, ale kreują własną rzeczywistość. W świecie mediów diabeł pozwala sobie na wiele, przekupstwa, intrygi, o których dowiadujemy się po czasie… To wszystko jest bardzo przykre. Jednak najtragiczniejszy w tym wszystkim jest brak szacunku dla prawdy. A właściwie jest odwrotnie – mamy naigrywanie się z prawdy. Niektóre teksty pojawiające się dziś w prasie możemy porównać z tekstami, które ongiś ukazywały się w „Trybunie Ludu”. Odkryjemy, że sposób myślenia w niektórych rzeczach jest bardzo podobny, jeśli nie identyczny. Dlatego musimy być ostrożni, jak w takich mediach pisze się o Kościele, o soborze, o Papieżu…

Powróćmy w tym kontekście do Soboru Watykańskiego II. Miał rację Ojciec Święty Benedykt XVI, że musimy odczytywać to, co jest dziełem ojców soborowych, a nie mediów. A owocem prac ojców soborowych są dokumenty. Nie można nam w oparciu o media uczyć się soboru, ale trzeba uczyć się soboru w oparciu o źródła. Zresztą, tak jest we wszystkich dziedzinach… Sięgać do źródeł.

Nie można mieć wątpliwości co do zasadności soboru, bo Kościół jest wspólnotą, która się wiecznie odnawia. Istotą Kościoła jest odnawianie się. To odnawianie się od strony wewnętrznej dokonuje się np. poprzez sakrament pokuty, poprzez nawrócenie. Bo niby dlaczego mamy co roku rekolekcje w Adwencie czy w Wielkim Poście? To jest ten czas odnawiania się! Czyli Kościół się odnawia, reformuje się, reformuje się w swoich strukturach, w urzędach, w ludziach. Odnawiając się w ludziach, odnawia się w całości. Trzeba zauważyć, że Kościół także się rozwija, dlatego ten sobór był bezdyskusyjnie potrzebny. I myślę, że pontyfikat Jana XXIII to był też ostateczny czas na jego zwołanie, aby można było zapobiec pewnym sytuacjom, które zaczęły się pojawiać. Stąd też ta nasza wdzięczność dla Jana XXIII, który potrafił tak się wsłuchać w Ducha Świętego i podjął tę decyzję o zwołaniu soboru, mając już przecież 78 lat.

Powiedział Ksiądz Biskup dużo gorzkich słów o mediach, a może i z tego względu sobór był potrzeby, żeby coś powiedzieć o środkach przekazu?
– Otrzymaliśmy jako owoc prac soborowych bardzo dobry dokument: dekret o środkach społecznego przekazywania myśli „Inter mirifica”, w którym podkreślona została sama istota mediów. Te wszystkie narzędzia, instrumenty, nowe technologie, którymi możemy się posługiwać i które pozwalają nam się dość szybko porozumiewać, to nie są mass media, czyli inaczej mówiąc, środki kierujące masami, przewracające w głowach masom, ale to są środki społecznej komunikacji. Mamy tu zwrócenie uwagi na zupełnie inną misję: naczelnym zadaniem mediów powinno być komunikowanie ludziom prawdy.

Ukazywanie wydarzeń i opinii o nich powinno się odbywać z poszanowaniem prawdy, a proporcje ukazywania rzeczy pozytywnych i negatywnych w świecie powinny odpowiadać rzeczywistym proporcjom, z jakimi spotykamy się w rzeczywistości.

5

Tuż przed rozpoczęciem soboru Jan XXIII powiedział, że czym innym jest depozyt wiary, a czym innym sposób jej wyrażania. Czy nie to było istotą soboru o Kościele?
– Już Pismo Święte mówi, że ani jedna jota nie zostanie zmieniona co do istoty, ale też oczywiście trzeba iść i szukać nowych sposobów przekazywania Ewangelii. Pan Jezus mówi: Idźcie na cały świat i szukajcie, czyli tu trzeba mieć cały czas oczy otwarte. Nie patrzeć na to, że gdzieś może być bardzo dużo „błota”. Tam też trzeba docierać. Bo jeśli choć jedna owieczka mogłaby zginąć, to trzeba ją odnaleźć i ratować.

Bardzo ciekawe jest także to, że Jan XXIII zawierzył prace soborowe Matce Bożej i św. Franciszkowi, pielgrzymując osobiście do Loreto i Asyżu. Już samo opuszczenie Rzymu było wówczas wielkim wydarzeniem…
– To były dwie pielgrzymki w 1962 r., które odbyły się w niewielkim odstępie czasowym. Poprzez nie Papież podkreślił też, że to już koniec pewnego rodzaju konfliktu, jaki miał początek po zajęciu Wiecznego Miasta przez laickie ówczesne państwo włoskie. Ale to już inny temat… Pierwsza pielgrzymka odbyła się do Asyżu 4 października, druga 11 października, w obchodzone jeszcze wtedy święto Macierzyństwa Matki Bożej. Ojciec Święty miał niezwykłą intuicję. Zaprosił św. Franciszka z Asyżu do uczestnictwa w soborze, bo potrzebna była taka postawa, taka Franciszkowa wrażliwość na wszystko, co dotyczy Kościoła. A potem przybywa do Matki Najświętszej, która uczy nas mówić „tak” Bożym natchnieniom, żebyśmy potrafili realizować ten Boży zamysł w stosunku do nas, jak Ona to zrobiła. Bo chodzi o życie na Jej wzór, zarówno w wymiarze osobistym, jak i ogólnokościelnym.

Warto zatrzymać się przez chwilę na ruchu ekumenicznym. Skąd u Jana XXIII taka wrażliwość na jedność chrześcijan?
– Z pewnością jednym z motywów tej wrażliwości było to, że był przedstawicielem apostolskim w prawosławnej Bułgarii. Zetknął się wtedy bezpośrednio z sytuacją podzielonych chrześcijan. Drugi motyw też warto tu podkreślić. To były czasy, kiedy prawosławie było rzeczywiście w strasznym dołku. Bo na terenie ZSRS wymordowano ogromnie dużo ludzi. Krew prawosławnych i katolików się połączyła, bo nie tylko katolicy byli tam niszczeni, ale i prawosławni. Setki biskupów prawosławnych oddało życie, tak więc to była bardzo trudna sytuacja. Z kolei na terenie Turcji patriarchat był symboliczny, dlatego te spotkania i otwarcie się na Kościół katolicki z ich strony było jakby szukaniem jakiegoś ratunku. Pan Bóg tak pokierował, że Papieżem został wtedy Jan XXIII, który to rozumiał. Stąd powołanie choćby Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan i ekumeniczny wymiar Soboru Watykańskiego II.

Jan XXIII był bardzo związany z Polską. Dlaczego?
– Jan XXIII był bardzo mocno związany z historią Polski. Trzeba tu wrócić do czasów Powstania Styczniowego, w którym brali udział przedstawiciele różnych narodów Europy. Część Włoch należała wówczas do cesarstwa austro-węgierskiego. Jeden z Włochów, którzy brali udział w powstaniu, pochodził z tej samej wioski, co Jan XXIII. Tam ludzie przekazywali sobie opowieści o tych walkach i przyszły Papież bardzo dobrze znał historię powstańczych zmagań Polaków. Opowiadania o bohaterskim Narodzie Polskim, który walczył o wolność, często gościły w jego domu. Nic też dziwnego, że w czasie spotkania z polskimi biskupami, którzy przybyli do Rzymu na sobór, Papież powiedział, że czuje się spowinowacony z nimi, gdyż już z domu rodzicielskiego wyniósł wielką cześć dla Polski.

Zresztą bardzo lubił też „Trylogię”, do której często nawiązywał. Wspominał, że jako alumn w seminarium czytał Sienkiewicza. Bardzo wielką cześć żywił dla Wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej, której obraz wisiał nad jego klęcznikiem.

Trzeba tu wspomnieć też przyjaźń, jaka łączyła go z ks. kard. Stefanem Wyszyńskim. Prymas Tysiąclecia został mianowany kardynałem w 1953 r., ale kapelusza kardynalskiego nie mógł odebrać przez działania komunistycznych władz. Do Rzymu mógł udać się dopiero w 1957 roku. Jadąc tam pociągiem, zatrzymał się w Wenecji i tam odbyło się to pierwsze spotkanie ks. kard. Roncallego, patriarchy Wenecji, z naszym ks. kard. Wyszyńskim. Było to niezwykle życzliwe spotkanie, patriarcha sam oprowadzał go po Wenecji, razem z ks. kard. Wyszyńskim gondolą pływał po kanale Grande. Ale przede wszystkim rozmawiali o problemach, które nurtowały Polskę. Wiadomo, że tym się kardynałowie ze świata interesowali. To było pierwsze spotkanie, potem doszło do konklawe. Przypuszczam, że ks. kard. Wyszyński nie miał wątpliwości, na kogo trzeba głosować…

Jest jeszcze coś bardzo wymownego, jeśli chodzi o Jana XXIII i Polskę. Jego sekretarz ks. Loris Francesco Capovilla, dziś już kardynał, którego znam, przysłał mi pewien tekst odnaleziony w brewiarzu Jana XXIII. Był to hymn zaczerpnięty z poezji francuskiego kapłana, filozofa i poety ks. H. Lamennais’go. Ten utwór napisany po Powstaniu Listopadowym to piękna romantyczna pieśń o Polsce: „Polsko, Ty śpisz, ale nie, nie usypiaj, przed Tobą ta przyszłość, Matka Boża, która się Tobą, Polsko, opiekuje, patrz na Krzyż, z tym Krzyżem patrz na Wschód…”. Jan XXIII miał to u siebie, ponieważ wcześniej był nuncjuszem w Paryżu i poznał twórczość tego księdza, który należy do wybitnych myślicieli, w rodzaju naszego ks. Piotra Skargi. Najważniejsze, że to było w brewiarzu papieskim, więc Ojciec Święty musiał to często odmawiać. To świadczy, że ta pamięć o Polsce była bardzo żywa u Ojca Świętego.

Nazywany Dobrym Papieżem Jan XXIII słynął też z dużego poczucia humoru…
– Jego sekretarz podkreślał, że Jan XXIII był człowiekiem bardzo wrażliwym, który naprawdę odczuwał te wszystkie dramaty, jakie dotykały ludzkość. Ale umiał dostrzec też każdego pojedynczego człowieka. Opowiadał kiedyś o tym, jak do Jana XXIII po raz pierwszy po iluś setkach lat przybyła królowa angielska z dziećmi. Papież bardzo serdecznie ich pozdrowił i zwrócił się do jej królewskiej mości, aby przedstawiła swoje dzieci po imieniu. Stwierdził, że choć te imiona zna, to w ustach matki nabierają one innego dźwięku i znaczenia. To są subtelne rzeczy, ale świadczą o wielkiej kulturze i delikatności Jana XXIII.

Ten Ojciec Święty odznaczał się ogromną prostotą i rzeczywiście jest bardzo wiele humorystycznych opowiadań na jego temat. To jego mieli zapytać amerykańscy biznesmeni, którzy przybyli do Rzymu z jakąś wizytą, ile osób pracuje w Watykanie. On odpowiedział, że być może połowa. Inna sytuacja: była opinia, że Jan XXIII nie był urodziwy. Kiedyś, gdy był niesiony w lektyce, bo był schorowany i niemało ważył, jakaś kobieta spontanicznie powiedziała na głos: „Ale on brzydki”. Papież odwrócił się i miał powiedzieć: „Niech pani nie myśli, że konklawe to konkurs piękności”. Z Ojcem Świętym związanych jest dużo takich pogodnych opowieści, ale są też głębsze. Niedziela rano, plac Świętego Piotra, pusty, wokół urzędy watykańskie. Ojciec Święty Jan XXIII podchodzi do okna, patrzy na plac. Sekretarz jest przy nim. Widzą, jak przez plac przechodzi chłopiec z dziewczyną. Młodzi trzymają się za ręce, Papież spogląda na nich i udziela im błogosławieństwa. Oni nawet nie wiedzieli, że Kościół im pobłogosławił. Tu dała o sobie znać ta piękna cecha Jana XXIII – potrafił błogosławić w Kościele wszystkim.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/75443,zna ... katow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Święci Kościoła Katolickiego
PostNapisane: 25 kwi 2014, 11:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Zanurzeni w duchowości Karmelu

O. Szczepan T. Praśkiewicz OCD

Kanonizacja dwóch wielkich Papieży naszych dni, tj. bł. Jana XXIII i bł. Jana Pawła II, skłania, by podkreślić ich związki z karmelitańską szkołą duchowości. Obaj czerpali obficie z jej skarbów, zwłaszcza w odniesieniu do życia modlitwy, kultu świętych Karmelu i pobożności maryjnej, a nadto w propagowaniu chrześcijańskiego personalizmu. Sami zresztą wielokrotnie to podkreślali w swym papieskim nauczaniu.

Szedł drogą świętych Karmelu
„Pour le même sentiere” – tak już w 1964 r. zatytułował swą książkę o bł. Janie XXIII i św. Teresie od Dzieciątka Jezus francuski autor M. De Kerdreux, stwierdzając, że oboje szli tą samą ewangeliczną drogą i wyróżniały ich: ubóstwo, pokora, prostota, ufność, pokój, radość i usłużność. Kardynał Angelo Roncalli, będąc przed wyborem na Papieża nuncjuszem apostolskim w Paryżu, wielokrotnie pielgrzymował do relikwii św.Teresy w Lisieux, zarówno oficjalnie, jak i incognito. Już jako Papież wyznał, że był tam „przynajmniej z dziesięć razy, a może i więcej”, a wcześniej, bo w maju 1945 r., pisał do przeoryszy klasztoru: „Często spoglądam na figurę Teresy w kaplicy nuncjatury; powierzam Świętej moje trudności i moje wysiłki ku pojednaniu i pokojowi wszystkich, zgodnie z moją misją w służbie Kościoła św. i Francji”. W świętej z Lisieux „dobry Papież” widział przykład życia modlitwy i zażyłości z Bogiem, który starał się naśladować, i przebija to z kart jego „Dziennika duszy”. Wiele razy przywoływał on św. Teresę od Dzieciątka Jezus w swoim papieskim nauczaniu, a w odezwie o modlitwę w intencji Soboru Watykańskiego II, który zwołał, zaznaczył, że oczekuje jej przede wszystkim od sióstr zakonnych, zwłaszcza od mniszek klauzurowych, gdyż ich „wkład w apostolską działalność Kościoła jest tak wielki, że Pius XI wybrał na współpatronkę misji nie siostrę prowadzącą życie czynne, ale mniszkę klauzurową, karmelitankę bosą – św. Teresę z Lisieux”.

Jan XXIII w swym papieskim nauczaniu nierzadko nawiązywał też do nauki świętych reformatorów Karmelu, hiszpańskich mistyków Teresy od Jezusa i św. Jana od Krzyża. Echo ich orędzia znajdujemy m.in. w następującym fragmencie jego listu apostolskiego „Causa praeclara”, w którym podkreślił wartość modlitwy dla posługi apostolskiej: „Ten kto przez usilną modlitwę i własne poświęcenie usiłuje włączać się w zbawcze dzieło Chrystusa, choćby się wstrzymywał od działalności zewnętrznej, to jednak znakomicie pełni apostolstwo”. Czyż to nie parafraza tekstu św. Jana od Krzyża z „Pieśni duchowej” (por. strofa 29, 3)?

Nadto zabierając głos w sprawie pokoju na świecie i w obronie praw i godności ludzkiej przed zalewem powojennego materializmu ateistycznego, w encyklice „Pacem in terris” Jan XXIII stał się obrońcą chrześcijańskiego personalizmu i humanizmu, który tak bardzo wpisany jest w duchowość karmelitańską, zwłaszcza w odniesieniu do św. Jana od Krzyża, co podkreślał bł. Jan Paweł II.

Swoje związki z zakonem Papież Jan XXIII potwierdził w przemówieniu do kapituły generalnej karmelitów bosych w 1959 roku. Zechciał wtedy wspomnieć swoją pielgrzymkę do grobu św. Teresy w Alba de Tormes i do Ávila, jej rodzinnego miasta, jaką podjął w 1954 r., gdyż „bardzo kochał tę świętą i jej pisma uczynił od młodości pokarmem swego życia duchowego”. Dwukrotnie w czasie swego pontyfikatu Papież nawiedził kościół św. Teresy od Jezusa w Rzymie przy kurii generalnej zakonu. Podniósł go do godności bazyliki. Za pierwszym razem, 18 marca 1962 r., w homilii mówił o wielkiej czci, jaką reformatorka Karmelu żywiła do św. Józefa. Z pewnością inspirując się jej nauką i wychodząc naprzeciw prośbie zakonu, wprowadził imię św. Józefa do kanonu rzymskiego we Mszy św., a Papież Franciszek rozszerzył ten kanon w odniesieniu do nowych, posoborowych modlitw eucharystycznych w Mszale Rzymskim. Przybywając do bazyliki św. Teresy po raz drugi (31 marca 1963 r.), Jan XXIII nazwał reformatorkę Karmelu „mistrzynią życia duchowego i szczególnym światłem Kościoła”, a prowadzony przez Karmelitów bosych Wydział Teologiczny Teresianum „przyozdobił” urzędowo tytułem „Papieski”.

Podkreślmy nadto, że bł. Jan XXIII był propagatorem nabożeństwa szkaplerznego, które sam też praktykował. Nawiedziwszy jako nuncjusz we Francji klasztor Karmelitów Bosych w Avon, wyznał szczerze: „Ja także przynależę do waszej karmelitańskiej rodziny poprzez szkaplerz święty, cenię sobie tę łaskę, że mogę go nosić. Jest to znak jakże specjalnej opieki Maryi”. Jako Papież, 18 lutego 1959 r., w homilii wygłoszonej w kościele św. Ludwika w Rzymie, mówił do wiernych o szkaplerznym przywileju sobotnim, „tak bardzo drogim dla wszystkich, którzy noszą szkaplerz Najświętszej Maryi Panny z góry Karmel”.

Gdy 3 czerwca 1963 r. Jan XXIII odszedł do Nieba, autor wspomnienia o tym „karmelitańskim Papieżu Soboru WatykańskiegoII”, opublikowanego w urzędowym piśmie zakonu „Acta Ordinis”, wyrażał przekonanie o jego świętości i był pewien, że zostanie ona zadekretowana przez jego następców. Pisał niczym prorok: „O tym, że kiedyś ujrzymy Jana XXIII w chwale świętych nie wolno nam wątpić. (…) Dlatego też opłakując dziś jego śmierć i wspominając dobroć i mądrość serca dobrego Papieża, (…) nie omieszkajmy go prosić, aby nieustannie wspierał Karmel Terezjański swoimi modlitwami i potężnym przed Bogiem wstawiennictwem”.

Karmel znał od dziecka
Gdy bł. Jan Paweł II w kilka miesięcy po swoim wyborze na Stolicę Piotrową odwiedzał karmelitańską parafię pw. św. Pankracego i Papieski Instytut Duchowości Teresianum w Rzymie, w pierwszych słowach swojego spontanicznego przemówienia powiedział, że „karmelitów bosych zna od dziecka”. Rzeczywiście, od dzieciństwa związany był z zakonem dzięki wadowickiemu karmelitańskiemu klasztorowi założonemu przez św. Rafała Kalinowskiego, którego beatyfikował i kanonizował. Często wspominał, że w tym klasztorze, w swoim rodzinnym mieście przyjął szkaplerz i korzystał z sakramentu pokuty. Później urzekło go modlitewne orędzie hiszpańskich mistyków Karmelu, Teresy od Jezusa i Jana od Krzyża, których nazywał mistrzami swego życia wewnętrznego, i w końcu nauka Teresy od Dzieciątka Jezus i Teresy Benedykty od Krzyża –Edyty Stein: pierwszą z nich – świętą, ogłosił Doktorem Kościoła; drugą – doktor filozofii – ogłosił świętą. Bliskość geograficzna papieskiego domu rodzinnego i klasztoru Karmelitów Bosych przerodziła się w związki duchowe, które – według słów samego Jana Pawła II – głęboko wryły się w Jego serce i pozostawiły niezatarty ślad w całym Jego życiu.

Gdy po raz ostatni w czerwcu 1999 r. odwiedzał swoje rodzinne Wadowice, wyznał ze wzruszeniem, że z klasztoru karmelitańskiego wyniósł wiele łask, za które dziękuje Bogu, a szkaplerz karmelitański zawsze nosi i jest on Jego siłą.

W szkole świętych Karmelu bł. Jan PawełII był prawdziwym mężem modlitwy i propagatorem autentycznego nabożeństwa maryjnego. Szczególne związki, co jest powszechnie znane, łączyły bł. Jana Pawła II ze św. Janem od Krzyża, doktorem Karmelu, który był dla niego nie tylko mistrzem wiary i życia duchowego, ale także inspiratorem chrześcijańskiego personalizmu i zaangażowania w obronę człowieka, jego praw i godności. Papież wyznał to już na początku swego pontyfikatu, kiedy odwiedził Teresianum. Mówiąc o swoich związkach ze św. Janem od Krzyża, podsumowywał swoją refleksję: „Cóż mogę powiedzieć na zakończenie? Uważam, że dla zrozumienia godności osoby ludzkiej, powołania człowieka trzeba przejść przez kurs teologii św. Jana od Krzyża, trzeba spojrzeć na człowieka w perspektywie ukazanej przez naukę św. Jana od Krzyża, i dopiero wówczas się zrozumie, co znaczy słowo Człowiek! Później już nigdy się nie zapomni o jego godności!”. Niejako dopełnieniem tej myśli są słowa Jana Pawła II z 14 grudnia 1984 r., kiedy to w liturgiczne wspomnienie św. Jana od Krzyża celebrował Mszę św. w swej prywatnej kaplicy dla wspólnoty Międzynarodowego Kolegium Teologicznego Karmelitów Bosych. Liturgia przytaczała wówczas słowa proroka Izajasza: „Jesteś drogi w oczach moich, ja cię miłuję, wezwałem cię po imieniu. Tyś moim!” (Iz 43, 1). Wychodząc od tych słów, Papież rozwinął spontaniczne rozważanie na temat godności osoby ludzkiej. Powiedział: „O godności człowieka mówi się dziś bardzo dużo i pisze się jeszcze więcej. Nierzadko jednak chce się obdarzyć go wolnością źle pojmowaną, bo wolnością od przykazań, od Ewangelii, od zasad moralnych, a rzadziej lub wcale się nie mówi o zakorzenieniu godności człowieka i jego wolności w tajemnicy Boga. A właśnie św. Jan od Krzyża, ten wielki kontemplatyk Boga i dzieł Bożych, miał wielkie poczucie godności człowieka i zwracał mu uwagę, wprost upominał człowieka, aby przez swoje upodobania nie umniejszał on swej godności dziecka Bożego. I jeżeli św. Jan od Krzyża był tak bardzo wymagający na drogach ascezy i ewangelicznego wyrzeczenia, był nim dlatego, gdyż wiedział, że do wielkich rzeczy człowiek został stworzony i że jest on drogi w Bożych oczach i do Boga powinien należeć”.

Wypowiedź ta wskazuje namacalnie, dlaczego bł. Jan Paweł II stał się symbolem obrony praw i godności każdego człowieka. Co więcej, wyjaśnia też ona, dlaczego polski Papież, broniąc praw człowieka, przypominał mu także o jego obowiązkach i bronił tym samym praw Bożych, bo przecież na obraz i podobieństwo Boga człowiek został stworzony i „nikt nie zna człowieka tak jak Bóg, nikt nie kocha go tak jak Bóg i nikt nie postawił człowieka w centrum wszechświata tak jak Bóg” – jak mówił do wspólnoty karmelitańskiej podczas wspomnianej Eucharystii.

Związki bł. Jana Pawła II z Karmelem przedstawiają liczne albumy, publikacje popularne i naukowe, nazywające Go wprost „Papieżem karmelitańskim” lub „Karmelitą z ducha”.

Karmelitańskie źródła w posłudze papieskiej
Przywołując gesty i słowa błogosławionych Papieży Jana XXIII i Jana PawłaII, staraliśmy się ukazać, jak w swym życiu i posłudze Kościołowi powszechnemu, którego byli Najwyższymi Pasterzami, czerpali oni obficie ze skarbów duchowości karmelitańskiej. Na czoło w ich życiu i pasterskim posługiwaniu wybijała się praktyka modlitwy i poprzez nią zjednoczenie z Bogiem, które były prawdziwym źródłem bogactwa ich osobowości i światła ich nauczania, a także ich niezmiernej odwagi i niezmordowanej działalności apostolskiej, jak również ich naturalności i bezpośredniości w kontaktach z ludźmi i z przyrodą, ich atrakcyjności, uroku, mocy pociągania i wpływania na innych; ich zaangażowania na rzecz obrony praw osoby ludzkiej i godności człowieka.

Błogosławieni Jan XXIII i Jan Paweł II żyli w zażyłości z Tym, który jest źródłem wszelkiej mądrości i wszelkiego dobra i piękna; w zażyłości z Tym, który może uczynić wszystko. W duszach tych Papieży dokonywała się ta najważniejsza twórczość, tj. czerpanie mocy, światła, miłości i radości z modlitwy, by potem móc dzielić się tym z innymi, właśnie tak, jak uczy tego Karmel. Słowem, karmelitańska modlitwa leżała u podłoża całej, jakże na wskroś owocnej i cenionej działalności tych Namiestników Chrystusa. Bez dostrzeżenia tego istotnego karmelitańskiego źródła nie sposób zrozumieć ich osobowości, nie sposób zrozumieć świętości ich życia, którą swą pieczęcią potwierdza dziś Kościół.

http://www.naszdziennik.pl/wp/75552,zan ... rmelu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 423 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 29  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 8 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /