Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 57 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 12 gru 2011, 08:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Jan Paweł II o korupcji

Korupcja, często będąca jedną z przyczyn powstania przygniatającego długu publicznego, stanowi poważny problem, któremu należy się przyjrzeć z uwagą. "Przekraczająca wszelkie granice korupcja obejmuje osoby, publiczne i prywatne struktury władzy i klasy rządzące". Mamy tu do czynienia z sytuacją, która "sprzyja bezkarności i niedozwolonemu gromadzeniu bogactw, brakowi zaufania wobec instytucji politycznych, szczególnie w sektorze sprawiedliwości i w inwestycjach publicznych, które nie zawsze są przejrzyste, jednakowe dla wszystkich i skuteczne".
W związku z tym chcę przypomnieć to, co napisałem w Orędziu na Światowy Dzień Pokoju w roku 1998: plaga korupcji powinna być ujawniana i zwalczana przez przedstawicieli władzy, "a nieodzowna jest też ofiarna pomoc wszystkich obywateli, kierujących się głęboką świadomością moralną". Stosowne organa kontroli i przejrzystość transakcji ekonomicznych i finansowych w wielu przypadkach uprzedzają także i pomniejszają rozmiary korupcji, której zgubne konsekwencje ponoszą głównie najubożsi i opuszczeni. Ubodzy też jako pierwsi cierpią z powodu opóźnień, nieskuteczności, braku stosownej obrony i wad strukturalnych wtedy, gdy korupcja obejmuje również sądownictwo.

Adhortacja apostolska "Ecclesia in America", nr 23


--------------------------------------------------------------------------------

Działalność gospodarcza, zwłaszcza w zakresie gospodarki rynkowej, nie może przebiegać w próżni instytucjonalnej, prawnej i politycznej. Przeciwnie, zakłada ona poczucie bezpieczeństwa w zakresie gwarancji indywidualnej wolności i własności, a ponadto stabilność pieniądza oraz istnienie sprawnych służb publicznych. Naczelnym zadaniem państwa jest więc zagwarantowanie tego bezpieczeństwa, tak by człowiek, który pracuje i wytwarza, mógł korzystać z owoców tej pracy, a więc znajdował bodziec do wykonywania jej skutecznie i uczciwie. Brak tego poczucia bezpieczeństwa, towarzysząca mu korupcja władz publicznych i mnożenie się niewłaściwych źródeł wzbogacenia i łatwych zysków opartych na działaniach nielegalnych czy po prostu spekulacji, jest dla rozwoju i dla porządku gospodarczego jedną z głównych przeszkód.

Encyklika "Centesimus annus", nr 48


--------------------------------------------------------------------------------

Kościół może skutecznie przyczynić się do wykorzeniania tego zła [korupcji - przyp. red.] drążącego społeczeństwa cywilne przez "zwiększoną obecność chrześcijan świeckich, którzy przez odpowiednie wychowanie otrzymane w rodzinach, szkołach i parafiach będą zachęcać do wprowadzania w życie takich wartości jak prawda, uczciwość, praca i służenie dobru wspólnemu". Dla osiągnięcia tego celu i pouczenia wszystkich ludzi dobrej woli, pragnących położyć kres różnorakiemu złu wynikającemu z korupcji, potrzebne jest nauczanie i jak najszersze rozpowszechnianie fragmentów poświęconych tej kwestii w Katechizmie Kościoła Katolickiego; należy jednocześnie zachęcać katolików każdego kraju do zapoznania się z dokumentami ogłoszonymi przez Konferencje Episkopatu innych krajów. W ten sposób uformowani chrześcijanie przyczynią się znacząco do rozwiązania tego problemu, wprowadzając w życie społeczną doktrynę Kościoła w tych wszystkich jej aspektach, które dotyczą życia ich samych i wszystkich tych, których mogą dosięgnąć swym wpływem.

Adhortacja apostolska "Ecclesia in America", nr 60

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=nj04.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 21 sty 2012, 09:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Testowanie granic narodowej suwerenności

Ostatnia debata w Parlamencie Europejskim na temat sytuacji na Węgrzech ujawniła tradycyjną linię podziału. Prawicowi posłowie, a wśród nich wielu polityków z Polski, poparli rząd Viktora Orbána: odpierali oskarżenia o zagrożeniu węgierskiej demokracji. Lewicowi deputowani atakowali gabinet Orbána przede wszystkim na gruncie ideologicznym. Dynamika debaty przypominała nastroje, które obserwowaliśmy podczas rozpoczęcia węgierskiej prezydencji, kiedy tak ostro krytykowano nową węgierską ustawę medialną. Premier Viktor Orbán podkreślał, że jest gotów negocjować wszystkie punkty nowych przepisów dotyczących banku centralnego, reformy sądownictwa oraz ochrony danych osobowych, kontestowanych przez Komisję Europejską.
Według mnie, podejście premiera - nie tylko podczas debaty w Parlamencie Europejskim - można określić jako "testowanie granic suwerenności narodowej". Ten główny cel podporządkowany jest interesom narodowym Węgier, co odróżnia obecnie rządzących od sprawujących władzę w latach 2002-2010, którzy chcieli "współpracować" i być "dobrymi chłopcami" za wszelką cenę. Orbán podejmuje wiele niewygodnych decyzji dla tzw. głównego europejskiego nurtu - czego przykładem są nowa węgierska ustawa zasadnicza oparta na konserwatywnych wartościach czy polityka ekonomiczna obecnych władz, która naruszyła zagraniczne interesy. Premier jest gotów popaść w konflikty (polityczne, prawne czy ekonomiczne), by w dzisiejszym świecie współzależności zabezpieczyć interesy naszego małego kraju. Testuje granice - a to oznacza, że czasami musi zrezygnować z jednych rzeczy, aby zabezpieczyć inne. Taka jest cena ustępstw wobec Unii Europejskiej w sprawie przepisów dotyczących: banku centralnego, reformy sądownictwa i ochrony danych osobowych. Od momentu powstania rządu w maju 2010 r. wprowadził lub zmienił on dziesiątki fundamentalnych przepisów i dokonał setek zmian mniej ważnych zapisów, co oznacza, że właściwie przebudował on kształt ustrojowy państwa. Z tej ogromnej liczby nowego ustawodawstwa do stosunkowo małej części zmian zastrzeżenia zgłaszała UE i nieznaczna ich część została uchylona przez Sąd Konstytucyjny.
W gospodarce granice suwerenności wydają się obecnie zawężać. "Nieortodoksyjne" działania rządu Orbána - nałożenie specjalnych podatków na banki, firmy telekomunikacyjne, energetyczne i handlowe, renacjonalizacja drugiego filara emerytalnego, próby sfinansowania długu poprzez ściągnięcie funduszy z rynku, a nie z pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, czy możliwość wcześniejszej spłaty kredytów walutowych - zmierzały do zwiększenia ekonomicznej suwerenności kraju, ale - naturalnie - powodowały duże straty zagranicznych uczestników rynku.
Ich reakcje bardzo mocno wpłynęły na ukształtowanie negatywnego klimatu politycznego i wizerunku Węgier w mediach. Wraz z drugą odsłoną kryzysu finansowego w Europie jesienią 2011 r. negatywny obraz Węgier doprowadził do spadku wartości naszej waluty - forinta, co utrudniło refinansowanie węgierskiego długu. Dlatego rząd musiał zmienić swoje wcześniejsze nastawienie wobec problemu skorzystania z kredytu od MFW i poczynić ustępstwa, aby rozpocząć negocjacje i zawrzeć porozumienie w sprawie uzyskania kredytu rezerwowego. Wierzę, że poprzez obecne i kolejne negocjacje rząd Viktora Orbána będzie kontynuował wysiłki, by uczynić wszystko w celu ochrony suwerenności kraju, ale w mniej konfrontacyjnym stylu.

tłum. MB

Gabor Takacs
--------------------------------------------------------------------------------

Autor jest analitykiem politycznym konserwatywnego think tanku Nézopönt Intézet na Węgrzech.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po09.txt

Haniebnym dla rządzących światem jest to, że suwerenne i pokojowo nastawione kraje muszą obawiać się o swoje istnienie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 21 sty 2012, 13:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
Haniebnym dla rządzących światem jest to, że suwerenne i pokojowo nastawione kraje muszą obawiać się o swoje istnienie.


Jeszcze 10 la temu bandyci kryli się ze swym bandytyzmem, a wszyscy dziwili się, jak to jest, że wybrane w demokratycznych wyborach rządy działają na niekorzyść rządzonych. Bredzono o korupcji, o tym, jak to władza demoralizuje itd. Teraz już wiemy, że główną przyczyną jest ordynarny nacisk wielkiej finansjery, głównego źródła większości nieszczęść, jakie dotknęły ludzkość w ciągu ostatnich 3-4 stuleci.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 26 sty 2012, 21:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
O Swierdłowsku - zatajnionym bio-Czarnobylu

[z książki: Biohazard , Ken Alibek, współpr. Stephen Handelman

Mrożąca krew w żyłach historia największego na świecie tajnego programu produkcji broni biologicznej, opowiedziana przez człowieka, który tym programem kierował. Mapy, dokumenty.


Prószyński i S-ka Warszawa 2000. Przełożył Tomasz Lem.Książka stała się szybko niedostępna, a wbrew „prawom rynku” nie pokazały się dodruki... Liczni jej bohaterowie zginęli, to w Rosji, to w Anglii czy USA , dane na ten temat umieszczam w oddzielnym artykule. Obecny tekst radzę doczytać do KOŃCA, tam najciekawsze, aktualne..
Por.: A Career In Microbiology Can Be Harmful To Your Health czyli http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=47 MD]


...w owym czasie pierwszym sekreta­rzem KPZR w Swierdłowsku był Borys Jelcyn



...Opinia publiczna dowiedziała się o niektórych szczegółach tej historii w kil­ka miesięcy później. W listopadzie 1979 roku rosyjskie antyradzieckie pismo [Possiev, NTS, Frankfurt MD] : wydawane przez emigrantów w RFN zamieściło informację, że w zakładach usytuowanych na południowy zachód od Swierdłowska doszło do wybuchu, w wyniku którego w kwietniu ubiegłego roku nad miastem zawisła chmura śmiercionośnych bakterii, zabijając tysiąc osób. Zachodnie agencje informacyj­ne podchwyciły tę historię, cytując także przedstawicieli amerykańskiego wy­wiadu, którzy dowodzili, że wypadek stanowi oczywisty dowód pogwałcenia przez Związek Radziecki Konwencji o zakazie broni biologicznych z 1972 roku. Moskwa wszystkiemu zaprzeczyła. Agencja TASS 12 czerwca 1980 roku opublikowała oficjalny komunikat, w którym stwierdzono, że w rejonie Swier­dłowska doszło jedynie do "naturalnego wystąpienia wąglika u zwierząt domo­wych"."Przypadki skórnej oraz jelitowej postaci wąglika wystąpiły także u ludzi, po­nieważ uboju zwierząt nie zawsze dokonywano zgodnie z przepisami weteryna­ryjnymi".- głosił komunikat, informujący ponadto, że wszyscy pacjenci powró­cili do zdrowia w miejscowych szpitalach.Naturalnie było to kłamstwo.

Niemiecki magazyn i amerykański wywiad miały rację, że wydarzył się wypa­dek, ale wiele szczegółów podano nieprecyzyjnie. Przed upływem roku każdy pracownik Biopreparatu wysokiego szczebla wiedział, że w Swierdłowsku stało się coś strasznego. Oficjalnie nie mówiło się o tym, jednak wieści rozchodziły się lotem błyskawicy. Dowiedziałem się o wszystkim od ludzi, którzy pracowali w za­kładzie w okresie, kiedy wydarzył się wypadek, oraz od oficerów odpowiedzial­nych za zatuszowanie sprawy. Moje zainteresowanie Swierdłowskiem nie wynikało z czystej ciekawości. Musieliśmy wiedzieć, co się stało, żeby zawczasu przygotować się na wypadek podobnej katastrofy. W miarę jak awansowałem w Systemie, w podległych mi jednostkach zastosowałem zabezpieczenia, których brak doprowadził do swier­dłowskiej tragedii.W owym czasie ani Oleg Pawłow, ani ja nie mogliśmy przypuszczać, że swier­dłowski wypadek przyspieszy mój awans. Nie tylko pchnął mnie w kierunku "poważnych badań", na których tak mi zależało, ale nakreślił nowe cele Biopre­paratu, ku którym podążaliśmy przez następną dekadę.

W ostatni piątek marca 1979 roku w swierdłowskim zakładzie, produkują­cym broń biologiczną, technik z suszarni wąglika w kompleksie numer 19 przed wyjściem z pracy zostawił na kartce informację dla przełożonego: "Wyjąłem za­tkany filtr. Trzeba założyć nowy". Kompleks numer 19 był największym zakładem podległym Biopreparatowi. Pracowano tam przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, na trzy zmiany, wzbogacając radziecki arsenał o laseczki wąglika w formie sproszkowanej (su­chej). Sfermentowane kultury wąglika należało osuszyć przed przekształceniem w lotny pył wykorzystywany w aerozolach. W związku z tym w powietrzu zawsze unosiły się zarodniki. Pracowników regularnie szczepiono, ale przed wydosta­niem się wąglika na zewnątrz chroniły jedynie duże filtry, zamocowane na koń­cach przewodów wyciągowych.Po każdej zmianie zatrzymywano wielkie suszarki i dokonywano pobieżnego przeglądu maszyn. Zatkany filtr nie był rzeczą wyjątkową, jednak natychmiast należało go zastąpić nowym.

Podpułkownik Nikołaj Czernyszow, szef popołudniowej zmiany, pragnął równie szybko znaleźć się w domu jak robotnicy. Wojskowy regulamin wymagał, aby podpułkownik zapisał informację o niesprawnym filtrze w dzienniku, być może jednak nie uważał notatki laboranta za ważną albo po prostu był przemę­czony.Kiedy do pracy przyszedł jego zastępca, zajrzał do dziennika. Nie dostrzega­jąc niczego niepokojącego, polecił uruchomić maszyny. Przez przewody wycią­gowe w nocne powietrze zaczął wydostawać się drobny pył, zawierający pałecz­ki wąglika i środki chemiczne. Zanim któryś z robotników zauważył brak filtra, minęło kilka godzin. Szef zmiany polecił zatrzymać maszyny i nakazał założyć nowy filtr. Poinformowano o tym fakcie zwierzchników, nikt jednak nie zawiadomił władz miasta ani Mini­sterstwa Obrony w Moskwie.W ciągu następnych kilku dni zachorowali wszyscy pracownicy zakładów ce­ramicznych, znajdujących się po przeciwnej stronie ulicy, w którą to stronę feral­nej nocy wiał wiatr. W ciągu tygodnia niemal wszyscy umarli. W tym czasie szpitale przyjmowały dziesiątki pacjentów z innych rejonów miasta, którzy pracowali w pobliżu zakładu zbrojeniowego. Co dziwne, wśród ofiar było niewiele kobiet i dzieci. W wiele lat później zachodni specjaliści za­stanawiali się, czy w Związku Radzieckim przypadkiem nie wyprodukowano broni "rozróżniającej płeć" i atakującej jedynie dorosłych mężczyzn. Tymcza­sem prawda wyglądała tak, że kobiety rzadko pracowały na nocną zmianę, a w piątkową noc niewiele dzieci bawiło się na ulicach. Zachodni naukowcy, którzy dokonali analizy dostępnych danych, orzekli, że do wypadku doszło we wtorek, 3 kwietnia, lub w środę, 4 kwietnia, ponieważ pierwsze zachorowania wystąpiły dopiero w dwa lub trzy dni później, co odpo­wiadałoby zwyczajowemu okresowi inkubacji wąglika. Ta argumentacja dowo­dzi, jak znakomicie Związek Radziecki potrafił manipulować faktami i jak do­brze udało się ukryć prawdę.

Mój kolega naukowiec utrzymuje, że wypadek wydarzył się w piątek, 30 mar­ca 1979 roku. Był wówczas w Swierdłowsku i przypomina sobie, że o pierwszej śmiertelnej ofierze wąglika - robotniku o nazwisku Nikołajew - dowiedział się w poniedziałek. Fakt, iż wypadek wydarzył się w piątek, wyjaśnia, dlaczego ro­botnicy spieszyli się do domów i dlaczego tamtego wieczora tak wielu ludzi za­raziło się, idąc do pobliskiego baru. Niewykluczone, że KGB, tuszując całą spra­wę, dokonał zmiany dat w kartach chorobowych. pierwszych ofiar.Ostatni przypadek odnotowano 19 maja. Przywódcy Związku Radzieckiego utrzymywali później, że zaraziło się 96 osób, z czego 66 zmarło. Naukowcy pra­cujący w owym czasie w Swierdłowsku mówili mi, że zmarło 105 osób, prawdzi­wych danych jednak chyba nigdy nie poznamy. Pewne jest tylko, że było to naj­większe masowe zakażenie płucną postacią wąglika w tym stuleciu.

Moskwa nie mogła mieć złudzeń co do przyczyn epidemii. O błędzie Czer­nyszowa doniesiono niezwłocznie po pojawieniu się pierwszych ofiar śmiertel­nych. Delegacja, na której czele stał generał Jefim Smirnow, szef XV Zarządu, tydzień po incydencie udała się do Swierdłowska specjalnym samolotem. W jej skład wchodził także Piotr Burgasow, zastępca ministra zdrowia i członek ra­dzieckiej Akademii Nauk. Burgasowowi towarzyszył zespół pięciu lekarzy - jed­nak metody działania w sytuacji kryzysowej określiła troska rządu o zachowanie ścisłej tajemnicy. Nie chciano wywołać paniki ani alarmować osób niewtajemniczonych. Mieszkańców Swierdłowska poinformowano, że zgony wywołane zostały spoży­ciem skażonego mięsa, sprzedawanego wprost z ciężarówki na nielegalnym tar­gu. Wydrukowano ulotki odradzające obywatelom korzystanie z "nieoficjal­nych" źródeł żywności. Schwytano i zabito ponad sto bezpańskich psów, które rzekomo zjadły resztki skażonego mięsa. Tymczasem wokół kompleksu przemy­słowego pojawili się wojskowi wartownicy, a oficerowie KGB, przebrani za le­karzy, odwiedzali domy ofiar i wystawiali fałszywe akty zgonu.Bez względu na to, czy mieszkańcy coś podejrzewali, wojsko i KGB uczyniły wszystko, żeby w mieście panował spokój.

Donald E. Ellis, profesor fizyki z North­western University, który w owym czasie przebywał w Swierdłowsku, donosił, że nie zauważył nic niezwykłego. "Nie wykluczam, że coś mogło się wydarzyć - po­wiedział w wywiadzie dla «New York Timesa» w rok później - jednak myślę, że ja albo moja żona dostrzeglibyśmy działania zmierzające do ochrony nas przed niebezpieczeństwem. Tymczasem... niczego takiego nie zauważyliśmy".

Mieszkańcy od dziesięcioleci żyli za grubą kurtyną bezpieczeństwa, otacza­jącą całe miasto. Od zakończenia drugiej wojny światowej Swierdłowsk, nazwa­ny tak na cześć bolszewickiego przywódcy, stanowił serce radzieckiego przemy­słu zbrojeniowego. Produkowano tutaj czołgi, rakiety z głowicami jądrowymi i inne rodzaje broni, również biologicznych. W 1958 roku w pobliskich zakła­dach w Czelabińsku zdarzył się poważny wypadek jądrowy. [Kisztym, potem opisany szczgółowo md] . Szczegóły są nie­jasne, jednak zarówno źródła zachodnie, jak i komunistyczne wskazują, że do­szło do uszkodzenia reaktora, a radioaktywna chmura skaziła obszar wielu tysięcy kilometrów kwadratowych. Ewakuowano dwanaście wiosek. [a o wiele więcej - nie - np. Muslimowo, gdzie latami wodę czerpano ze skażonej plutonem rzeczki Tiecza – i dzieci się w niej kapały. MD]

Toteż determinacja, z jaką radzieckie władze przystąpiły do dementowania doniesień o swierdłowskim wypadku, nie powinna dziwić. Wyznanie prawdy po­stawiłoby przywódców w bardzo niezręcznej sytuacji i wywołałoby międzynaro­dowy kryzys, a wielu z nich przecież w ogóle nie wiedziało o istnieniu zakładów produkujących broń biologiczną. Początkowo nie było jasne, czy zatuszowanie tej sprawy się powiedzie. Dowódcy wojskowi obawiali się, że nie poradzą sobie z rozmiarami klęski.

- Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego ludzie wciąż umierali - zwierzył mi się po latach pewien generał. - Założyliśmy, że było to jednorazowe wystawienie na działanie wąglika, że w ciągu kilku dni będzie po wszystkim. Tymczasem lu­dzie umierali jeszcze w miesiąc później.Próba zatuszowania tej sprawy przyczyniła się do przekształcenia poważne­go wypadku w lokalną epidemię.

Miejscowy sekretarz KPZR, którego najwidoczniej poinformowano, że z fa­bryki wydostały się niebezpieczne substancje, polecił robotnikom polewać wo­dą drogi, dachy i drzewa. Działania te jeszcze bardziej rozprzestrzeniły zarod­niki wąglika, które zostały porwane przez prąd wody i powietrza. Pył z bakteriami roznosił się po mieście, w szpitalach pojawiły się nowe ofiary z czarnymi, wrzodziejącymi obrzękami na skórze.Skórna postać wąglika, którą zarazić się można poprzez zadrapanie lub prze­cięcie naskórka, występuje we wszystkich wiejskich regionach świata, zwłaszcza tam, gdzie hoduje się dużo bydła, owiec i kóz. Jest to najbardziej rozpowszech­niona postać, pod jaką występuje wąglik. Choroba rzadko kończy się śmiercią, jeśli w porę poda się antybiotyk, na przykład penicylinę. Rosjanie chorobę tę określają mianem "syberyjskiego wrzodu", ponieważ objawia się w postaci nie­dużych czarnych krost na skórze. Wybuch epidemii skórnej postaci wąglika nie był w tym regionie niemożliwy, jednak nie tłumaczył, dlaczego zachorowało i zmarło aż tylu robotników, którzy nie mieli kontaktu ze zwierzętami.Spory wąglika mogą przetrwać nawet wiele lat - dziesięciolecia - w uśpionym stanie. Zwierzęta zarażają się, spożywając skażoną żywność. Zarodniki ożywają i zaczynają się dzielić w ciągu kilku godzin od chwili dostania się do organizmu zwierzęcia, powracając do formy zarodnikowej po zetknięciu się z tlenem lub gdy zwierzę zdycha. Ludzie obojga płci stykający się ze zwierzętami - rzeźnicy, garba­rze, farmerzy, robotnicy w fabrykach przemysłu włókienniczego - zakażają się po­przez drobne zadrapania na skórze, wdychając spory, pijąc skażoną wodę albo, w rzadkich wypadkach, spożywając skażone mięso.

Związek Radziecki w oficjalnych komunikatach utrzymywał, że chorobę wy­wołało właśnie skażone mięso. Lekarze pokazywali zdjęcia ofiar, które miały świadczyć o tym, że zaatakowany został układ pokarmowy - czyli postać wągli­ka najrzadziej występująca (mniej niż jeden procent wszystkich zachorowań). Nie można było jednak zataić występowania postaci płucnej o najwyższej śmier­telności. Do zarażenia wąglikiem wystarczy od dziesięciu do dwudziestu tysięcy za­rodników, ilość mikroskopijna. Te same bakterie rozwijać się będą odmiennie w zależności od sposobu, w jaki przedostały się do organizmu. O wiele groźniej­sze niż poprzez skórę jest zarażenie się wąglikiem rozpylonym w powietrzu. Wziewna postać choroby po raz pierwszy została opisana na początku XIX wie­ku, kiedy robotnicy fabryki tekstyliów zarazili się nią w trakcie wdrażania nowe­go procesu produkcji wełny. Postać tę niekiedy określa się mianem "choroby sortowników wełny". Kiedy tylko zarodniki wąglika znajdą się w organizmie, uaktywniają się i za­czynają się rozmnażać. Mija kilka dni, zanim bakterie zaczną wytwarzać toksyny, które, mówiąc najprościej, "przyczepią się" do błony komórkowej i uniemożliwią białym krwinkom zwalczanie choroby. To toksyna, a nie sama bakteria, odpowia­da za wyniszczenie organizmu i śmierć. Jeśli ofiarę wąglika leczy się od siedmiu do dziesięciu dni wysokimi dawkami penicyliny, zazwyczaj podawanej dożylnie, szanse przeżycia sięgają niemal stu procent. Ale antybiotyki niewiele mogą zdziałać w walce z wytwarzaną przez wąglika toksyną. Próbowano stosować po­łączenie penicyliny i streptomycyny, jednak rokowania w takich przypadkach są na ogół niekorzystne. Najpoważniejszym konsekwencjom zakażenia wąglikiem można przeciw­działać, podając penicylinę jeszcze przed wystąpieniem pierwszych objawów chorobowych.

Powiedziano mi, że po swierdłowskim wypadku, kiedy tylko po­jawiły się pierwsze ofiary, tysiącom mieszkańców przepisano antybiotyki i szcze­pionki, lecz zazwyczaj było już zbyt późno - ludzie cierpieli na wysoką gorącz­kę, mieli płytki oddech i wyraźne ciemne obrzęki na piersiach i karku, świadczące o zakażeniu postacią płucną wąglika.

Swierdłowski wąglik, należący do radzieckiego arsenału broni, był najsilniej­szym z kilkudziesięciu odmian opracowanych przez wojskowych naukowców. Był to tak zwany Wąglik 836. Na ironię zakrawa fakt, że uzyskano go bezpośred­nio po innym wypadku.W 1953 roku nieszczelność instalacji w zakładach bakteriologicznych w Ki­rowie spowodowała przedostanie się wąglika do miejskich ścieków. Władimir Sizow, wojskowy biolog, który odkrył ten szczep, w wiele lat później zaczął pra­cować w Biopreparacie i opowiedział mi tę historię. Według Sizowa nieznana ilość wąglika w płynnej postaci przypadkowo wydo­stała się z uszkodzonej kadzi w kirowskich zakładach. Kiedy zauważono wyciek, natychmiast przeprowadzono gruntowną dezynfekcję ścieków, wkrótce jednak okazało się, że nosicielami wąglika są gryzonie. Odtąd dezynfekcje przeprowa­dzano regularnie, choć choroba bezustannie "czaiła się" w podziemiu. W 1956 roku Sizow odkrył, że jeden ze schwytanych gryzoni jest nosicielem nowego szczepu, znacznie groźniejszego niż pierwotny. Wojsko natychmiast poleciło przeprowadzić badania nad nowym szczepem.

W końcu trafił on do głowic po­cisków SS-18, wycelowanych w stolice zachodnich państw.

Trudno dziś dokładnie zrekonstruować wydarzenia z gorączkowych tygodni kwietnia i maja 1979 roku w Swierdłowsku, między innymi dlatego, że KGB tak znakomicie wypełnił swoje zadanie. Od wojskowego personelu, który brał udział w zatuszowaniu tej sprawy, wiem, że zwłoki ofiar poddawano kąpieli w środkach dezynfekujących, a większość danych zniszczono, łącznie z kartami chorobowy­mi ze szpitali oraz dokumentami sporządzonymi przez patologów. Aby nadać ozory prawdopodobieństwa wersji oficjalnej, aresztowano wiele osób handlują­cych mięsem na czarnym rynku i postawiono im zarzut sprzedaży skażonych pro­duktów.

------------------

Często zastanawiałem się, czy miejscowy szef partii, który nakazał pospieszne sprzątanie, zdawał sobie sprawę, jak fatalne przyniosło to skutki. Z pewno­ścią ktoś powinien go o to zapytać, w owym bowiem czasie pierwszym sekreta­rzem KPZR w Swierdłowsku był Borys Jelcyn.Smirnow, dowódca XV Zarządu, w kryzysowym okresie spotykał się co­dziennie z Jelcynem, byłym kierownikiem budowy, który wspiął się po szcze­blach partyjnej kariery na stanowisko szefa regionu, co w USA odpowiada mniej więcej stanowisku gubernatora stanu. Jelcyn cieszył się opinią polityka bezceremonialnego, lubił wywyższać się w kontaktach z miejscowymi wojsko­wo-przemysłowymi aparatczykami. Był lojalny wobec systemu w równym stop­niu, jak inni biurokraci, i znakomicie zdawał sobie sprawę, że jego obowiązkiem jest utrzymanie w tajemnicy sekretów reżymu. Jako szef partii w Swierdłowsku. pilnie wypełniał polecenia Kremla, w wyniku czego buldożerami zniszczono dom, w którym w 1918 roku zamordowano cara Mikołaja II i jego rodzinę.Według wysokiego oficera, który przebywał w Swierdłowsku w owym czasie, Jelcyn był tak rozwścieczony odmową współpracy ze strony wojskowych, że wpadł do kompleksu 19 i zażądał, aby niezwłocznie wpuszczono go do środka. Na rozkaz ministra obrony Dmitrija Ustinowa, który przejął tekę po śmierci marszałka Greczki, odprawiono go z kwitkiem. Ustinow przybył na miejsce dwa tygodnie po wypadku. Jako członek politbiura rangą zdecydowanie przewyższał wszystkich prowincjonalnych szefów partii.Jelcyn wprawdzie zdążył już pokajać się za zniszczenie domu, w którym zgi­nął car, nie powiedział natomiast ani słowa o swierdłowskim wypadku. W swej autobiografii Wyznania [wydanej w Polsce w 1991 roku] wspomina mimocho­dem o "tragicznym" wybuchu epidemii i dopiero w przypisie znajduje się enig­matyczne zdanie informujące, że epidemię wywołał "wyciek z tajnej fabryki". Już dawno należałoby przedstawić tę historię ze wszystkimi szczegółami.W latach, jakie upłynęły od wypadku, obserwatorzy, a także sami Rosjanie, nazywali Swierdłowsk "biologicznym Czarnobylem". Nie mylili się. Liczby ofiar nie można wprawdzie porównać z czarnobylską tragedią z 1986 roku, kiedy to w elektrowni atomowej na Ukrainie nastąpił wybuch, jednak tak jak katastrofa w Czarnobylu zmieniła stosunek świata do naszych (wątpliwych) umiejętności ujarzmienia energii jądrowej, podobnie Swierdłowsk stanowił ponure przypo­mnienie o niebezpieczeństwach związanych z naszymi tajnymi badaniami.

--------------------

Największym wyzwaniem dla biologiczno-wojskowego establishmentu po swierdłowskim wypadku była odpowiedź na pytanie, co zrobić z samym zakła­dem. Teraz, kiedy na Swierdłowsk zwrócone były oczy całego świata, nie moż­na było nadal produkować wąglika. Miasto zamknięto wprawdzie dla cudzo­ziemców, jednak mogliśmy się spodziewać baczniejszej obserwacji niż dotychczas.

Na wypadek wojny przygotowano trzy ośrodki produkcji wąglika: w Swier­dłowsku, Penzie oraz Kurganie. Swierdłowsk był jedynym czynnym zakładem. Po­zostałe utrzymywano w pogotowiu, laseczki wąglika przechowywano w oczekiwa­niu na rozkaz z Moskwy, żeby przystąpić do masowej produkcji. Wojsku bardzo zależało na ponownym uruchomieniu linii przemysłowej w Swierdłowsku i wywie­rano presję, by odwołać czasowe zawieszenie działalności zakładu, zarządzone po wypadku przez partyjnych zwierzchników. Naciski, aby zwiększyć produkcję broni biologicznych, narastały z miesiąca na miesiąc. Tymczasem niewielu wysoko postawionych funkcjonariuszy partyj­no-państwowych w pełni zdawało sobie sprawę, czym jest taka broń. Przeciętny dowódca wojskowy postrzegał broń biologiczną jako jeszcze jeden rodzaj uzbrojenia, być może nieco bardziej użyteczny niż dynamit, ale niezbyt groźny. Biurokraci partyjni wiedzieli, jak śmiercionośna potrafi być taka broń, nie rozu­mieli jednak niebezpieczeństw związanych z jej produkcją.Biopreparat wykorzystał tę sytuację do walki o własną sprawę. Już wcześniej wykazaliśmy, że nasza tularemia nadaje się do zastosowań bojowych, a my na równi z armią potrafimy rozwijać nowe bronie. Ponadto fakt, że byliśmy pozor­nie organizacją cywilną, sprawiał, że łatwiej przychodziło nam ukryć naszą dzia­łalność przed Zachodem. Armię, ku wielkiemu jej zdumieniu, podeszła niedu­ża instytucja, na którą wojsko jeszcze niedawno spoglądało z pogardą.

--------------------

W 1981 roku Breżniew podpisał tajny dekret, nakazujący przeniesienie wszyst­kich zakładów wytwarzających broń biologiczną ze Swierdłowska do Stepnogor­ska, niedużej placówki badawczej podległej Biopreparatowi, położonej w pustyn­nych rejonach północnego Kazachstanu.Decyzja ta dotyczyła mnie bezpośrednio. Dzięki osiągnięciom w pracy cie­szyłem się rosnącym zaufaniem. Od dawna już opuściły mnie wyrzuty sumienia związane z pytaniem o trafność obranej drogi życiowej i wątpliwości natury mo­ralnej.Wszyscy wkrótce dowiedzieliśmy się o planie przekształcenia stepnogorskiej placówki w zakład produkcji wąglika - plotki na ten temat krążyły już od mie­sięcy. Najambitniejsi z nas pragnęli wziąć udział w przedsięwzięciu, które pań­stwo będzie wspierało na każdym kroku, łożąc nieograniczone środki finanso­we. Dawno zapomniawszy o przestrodze Olega Pawłowa, dążyłem do objęcia stanowiska szefa nowej placówki. Wciąż byłem majorem, a niski stopień w zasadzie nie uprawniał mnie do zaj­mowania kierowniczych stanowisk, byłem jednak bardzo pewny siebie - być może bardziej, niż należało. Sukcesy związane z produkcją tularemii dały mi przewagę nad innymi kandydatami i sądziłem, że sprostam nowym wyzwaniom.

---------------------------

W kilka miesięcy później poznałem innego swierdłowskiego "weterana", podpułkownika Borysa Kożewnikowa. Podpułkownik opowiadał mi, że rok po wypadku robotnikom polecono przewieźć dwustupięćdziesięciolitrowe pojem­niki z suszoną postacią wąglika do magazynów w kompleksie 19. Kożewnikow nadzorował przewożenie pojemników ciężarówkami do oddalonego o kilkaset metrów bunkra. Któryś z samochodów podskoczył na wyboistej drodze i jeden z pojemników wypadł i otworzył się.- I co zrobiliście? - spytałem z przerażeniem.- Kazałem go zamknąć - wzruszył ramionami, po czym dodał szybko, że po­lecił rozlać wszędzie środki dezynfekujące. Nikt nie zachorował. I, oczywiście, o niczym nie poinformowano przełożonych.

----------------------------

W dziewięć lat po swierdłowskim wypadku grupa radzieckich ekspertów od medycyny przyjechała do Stanów Zjednoczonych, żeby ujawnić "prawdę" o tym, co wydarzyło się w 1979 roku. Przybywszy na zaproszenie doktora Ma­tthew Meseisona, znanego harwardzkiego profesora, odwiedzili Waszyngton, Baltimore i Cambridge ze stosem raportów i zdjęć, z których miało wynikać, że wszystkie ofiary zaraziły się jelitową albo skórną postacią wąglika. Na czele de­legacji stanął Piotr Burgasow, szef niegdysiejszego zespołu Ministerstwa Zdro­wia badającego swierdłowski wypadek.Burgasow był wówczas emerytowanym ministrem zdrowia i pełnił funk­cję rządowego doradcy. Ze smutnym uśmiechem na twarzy mówił, że sprawa ta od dawna wymagała publicznego wyjaśnienia. Opóźnienie tłumaczył nie­chęcią radzieckiego rządu do ujawnienia niedostatków służby zdrowia. Fa­scynacja Zachodu pierestrojką i głasnostią pozwoliły przekonać większość słuchaczy.W kwietniu 1988 roku poważne amerykańskie pismo "Science" donosiło: ,,«Swierdłowska epidemia» z 1979 roku straciła wiele ze swej tajemniczości. Przez osiem lat amerykańskie władze wyrażały podejrzenia w związku z bezpre­cedensowym wybuchem epidemii wąglika w kwietniu 1979 roku wśród miesz­kańców Swierdłowska. Tymczasem ludzie ci chorowali, ponieważ... spożywali skażone mięso kupowane u «prywatnych» rzeźników... Trzej przedstawiciele Związku Radzieckiego przybyli do waszyngtońskiej siedziby Narodowej Akade­mii Nauk i 11 kwietnia... przedstawili taką samą wersję biegu wypadków jak w 1980 roku, podając jednak znacznie więcej szczegółów i przekonując osoby do­tąd mające wątpliwości, że pierwotna relacja była prawdziwa".

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=47


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 28 sty 2012, 09:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Cyfrowi piraci prowokują polityczny establishment

Wybrańcy nowej ery

Dopiero co przed kilkoma tygodniami rozpoczął się rok 2012, a już można przewidzieć, jakie słowa będą w nim najchętniej powtarzane przez ludzi mediów i polityków: piractwo w sieci, cenzura w internecie, przejrzystość. Słychać je wszędzie. W Ameryce po fali protestów jak na razie zablokowano przegłosowanie dwóch projektów ustaw dotyczących internetu - SOPA (stop piractwu internetowemu) i PIPA (ochrona praw autorskich). W Europie uformował się szeroki ruch oporu przeciwko wypracowanej przez USA, Japonię i Europę ustawie ACTA służącej zahamowaniu niezgodnego z prawem wykorzystywania w internecie chronionych prawami autorskimi danych.
Niektóre akcje przybierają charakter masowy i spektakularny, tak jak w Polsce, gdzie anonimowi hakerzy, chcąc zaprotestować przeciwko zbyt dużej kontroli i ograniczeniom w sieci, zablokowali nawet na jakiś czas strony internetowe rządu i prezydenta. Niezwykle trudno jest zrozumieć wszystkie intencje i ideały uwikłanych w ten spór grup i osób. Przestają już nawet wystarczać stare polityczne wzorce, jak lewica i prawica, liberałowie i konserwatyści.

Partia Piratów
Dowodów na to dostarcza rzut oka na nową, ale odnoszącą sukcesy wyborcze niemiecką partię, tzw. piratów. Odkąd osiągnęli zaskakująco dobre wyniki w wyborach parlamentarnych w Berlinie w październiku 2011 r., stali się pupilkiem krajowych mediów i w pewnym sensie występują jako pars pro toto dla globalnego oburzenia internetowych aktywistów. Piraci to młodzi ludzie, wśród nich jest wielu studentów, którzy nie mają żadnego politycznego doświadczenia i odpowiednio do tego amatorsko się prezentują. "Na ten temat nie mamy jeszcze zdania" - to typowe zdanie wypowiadane przez tych politycznych dyletantów. Ale Niemcy to lubią. To takie mile widziane urozmaicenie dla dotychczasowego układu politycznego, gdzie każdy ma natychmiast odpowiedź na każde pytanie. Nawet jeśli nic nie wie. Ale piraci nie tylko utrzymują atmosferę kultury protestu - w przypadku "polityki rodzinnej" domagają się zgodnego z modnym ruchem gender "wolnego samostanowienia płciowej i seksualnej tożsamości, względnie orientacji, a przede wszystkim prowadzą agresywnie zdigitalizowany styl życia. Ich ekstremalnie krótki program (zajmuje jedynie 23 strony!) w zasadzie ogranicza się do tematu internetu. I tak w "dziesięciu tezach" piratów znajduje się interesujące zdanie odnośnie do "polityki sieciowej": "W sieci rozstrzygają się losy świata materialnego".


Życie w sieci
Jak słusznie stwierdził w katolickim dzienniku "Tagespost" Stephan Meisel - były polityk CDU i autor książki "Internet i demokracja", taki "program uzdrowieniowy" pociąga za sobą co najmniej dwie drastyczne konsekwencje: "Po pierwsze, traktując Internet jako centralny punkt odniesienia, liczy się tylko to, co ma miejsce w cyberprzestrzeni; świat offline (poza siecią) schodzi na drugi plan. Po drugie nie wolno ingerować w świat Internetu, ale powinien on być chroniony jako centralny punkt "losów świata materialnego"".
Tak więc kto nie należy do internetowego świata, nie jest jednym z "wybrańców nowych czasów" (Eisel), ten jest poza. Nie jest równowartościowy. Obraz ludzkiej różnorodności z perspektywy chrześcijańskiej podnosi kwestie etyczne. Tak samo praktykowany publicznie kult społecznego środka komunikacji, jakim jest internet, stylizowany jest przez "Piratów & Co. na przestrzeń nieograniczonej wolności".
Jednak decydującym celem ideologicznym zorientowanych na internet aktywistów wolnościowych i opozycyjnych ze wszystkich krajów jest walka z prawami autorskimi. Odnosząc się do piratów, Eisel pisze: "Partia Piratów propaguje "darmową kulturę w sieci" w połączeniu z dowolnością użytkowania i powielania. Piraci odrzucają ochronę własności umysłowej. Udaremnienie nielegalnego kopiowania w sieci traktują jako niedopuszczalne naruszenie wolności". I nie dostrzegają żadnej sprzeczności w tym, że jednocześnie oburzają się na popełnianie plagiatów naukowych.
Do tego dochodzi kolejna charakterystyczna cecha niemieckich piratów, czyli opowiadanie się za całkowitą transparentnością. I tak Marina Weisband, której rezygnacja z funkcji przewodniczącej Partii Piratów w tym tygodniu była sporym zaskoczeniem, a która swego czasu na Twitterze opowiadała się za rozdziałem Kościoła od państwa, dopiero co przed kilkoma dniami w wywiadzie dla tygodnika "Der Spiegel" domagała się internetowej transmisji na żywo z posiedzeń rady ministrów. "Jeśli każde posiedzenie klubów parlamentarnych i każde posiedzenie rządu będzie jawne, wtedy obywatele będą mogli się przekonać, że politycy są całkiem normalnymi ludźmi. Będą oni wówczas postrzegani jako ludzie, którzy również nie wiedzą wszystkiego, popełniają błędy, krzyczą, a czasem nawet się obrażają".

Cyfrowa demokracja
Czy to antropologiczna naiwność, czy polityczne, utopijne marzenia? A może jedno i drugie? Za tymi pełnymi empatii słowami w gruncie rzeczy czai się bezwzględność. Według niemieckiego eksperta internetowego Saschy Lobo oraz Christiana Stöckera, autora książki "Nerd Attack!" [nerd - negatywne określenie pasjonata informatyki lub gier komputerowych, izolującego się i nieprzystosowanego do życia - przyp. red.], którzy w styczniu na Uniwersytecie w Poczdamie dyskutowali o przejrzystości w polityce, mamy obecnie do czynienia z czymś na kształt walki pomiędzy gospodarczym i politycznym establishmentem z jednej strony a cyfrową "silną antyopinią społeczną" z drugiej. Obydwie strony toczą ze sobą bój o nowe reguły gry w demokracji cyfrowej. "Musimy to sobie wyobrazić jako walkę, w której raz jedna, a raz druga strona jest górą" - twierdzi noszący na głowie barwnego irokeza Lobo.
Patrząc z tej perspektywy, łatwiej zrozumieć, dlaczego tak potajemnie prowadzono dyskusje nad ACTA (antypiracką umową handlową). ACTA ma na celu silniejsze pociągnięcie do odpowiedzialności providerów internetowych [dostawców usług internetowych - przyp. red.], a tym samym zahamowanie rozprzestrzeniania się nielegalnych kopii w internecie. Co ciekawe, ustawę tę w połowie grudnia 2011 r. przyjął nie kto inny, tylko unijni ministrowie Rady ds. Rolnictwa i Rybołówstwa. Odbyło się to bez kamer dużych stacji telewizyjnych. Natomiast polska ambasador w Japonii podpisywała ją w czwartek z dala od demonstrujących w kraju internautów. Także w Ameryce obydwie ustawy - SOPA oraz PIPA - chciano szybko i bez rozgłosu przeprowadzić przez Kongres.
Ta próba jednak się nie powiodła. Z pewnością również z tego powodu, że anonimowi hakerzy potrafili udowodnić, że co najmniej jeden ze zwolenników SOPA i PIPA sam niezbyt przejmuje się prawami autorskimi: jeden z deputowanych Kongresu z Kanady opublikował na swojej stronie internetowej zdjęcie bez podania informacji o prawach autorskich. Teraz rządzący politycy wiedzą, że kto zbyt głośno opowiada się za regulacjami w internecie, ten może zostać ośmieszony w oczach opinii publicznej przez internetowych aktywistów i wirtualne kolektywy. Tak jak w Polsce, kiedy pod groźbą publikacji wrażliwych materiałów próbuje się (lub próbowało) zapędzić w kąt niektórych ważnych polityków. I od własnego punktu widzenia zależy to, czy będzie się to nazywało wymuszeniem, szantażem czy też transparentnością. Takie mamy cyfrowe reguły gry.

Koncerny a piractwo
Jednakże pomiędzy tymi frontami znajdują się nieliczni, których nie da się jednoznacznie zaszeregować. Na przykład koncerny technologiczne takie jak Google, Yahoo, eBay lub Facebook. Wprawdzie oficjalnie są one przeciwko piractwu w sieci, ale nie są też zagorzałymi zwolennikami SOPA, PIPA lub ACTA. Po której stronie więc stoją? Jak informował ilustrowany tygodnik "Stern", medialny magnat Rupert Murdoch, który w ubiegłym roku z powodu skandalu z podsłuchami trafił na czołówki gazet, niedawno za pośrednictwem Twittera zarzucił operatorom wyszukiwarki Google, że są liderami w łamaniu praw autorskich. "Google jest liderem piratów" - stwierdził Murdoch. "Udostępnia za darmo filmy oraz sprzedaje miejsca reklamowe wokół nich". Na dowód tego osiemdziesięciolatek polecił wpisać do wyszukiwarki tytuł filmu "Mission Impossible", co według niego skutkuje wyświetleniem się bezpłatnych linków wideo, wokół których umieszczone są przynoszące korzyści finansowe reklamy. Dodatkowo Murdocha oburzył fakt, że taką formę piractwa internetowego popiera prezydent USA Barack Obama.
Rzeczywiście, w poprzednich tygodniach Biały Dom zrobił unik, dystansując się od wyrażonego wcześniej poparcia dla SOPA i PIPA. Mając na uwadze kampanię wyborczą, prezydent Obama obecnie dostrzega niebezpieczeństwo związane z cenzurą w internecie i ograniczeniem swobody wypowiedzi. Proszę poprawić projekty - stwierdzono w komunikacie wystosowanym do Kongresu.
Jednak o tym, że piracka bandera nie zawiśnie na Białym Domu, świadczy fakt, że prawie jednocześnie ze zmianą stanowiska Baracka Obamy amerykańskie organy ścigania aresztowały Kima Schmitza oraz zamknęły platformę internetową do przechowywania danych Megaupload, której Schmitz jest założycielem. Przez niektórych użytkowników platforma Megaupload była wykorzystywana do rozpowszechniania pirackich kopii - filmów, oprogramowania lub muzyki. Jak poinformowała amerykańska agencja informacyjna AFP, amerykańskie organy ścigania zarzucają menedżerom Megaupload, że prowadząc kryminalną działalność, zarabiali pieniądze ze szkodą ponad pół miliona dolarów dla właścicieli praw autorskich. Jednakże międzynarodowe badania naukowe pokazują, że użytkownicy internetu pieniądze zaoszczędzone na darmowym pobieraniu danych nadal wydają na konsumpcję związaną z rozrywką.
Czy uda nam się przetrwać tę walkę o cyfrową władzę interpretacji, a więc coś więcej niż tylko walkę między establishmentem a internetowymi aktywistami? Czy rzeczywiście chodzi o zredefiniowanie kulturowej tożsamości w epoce sieciowych technologii?
Przy całej swojej sympatii dla niekonwencjonalnego stylu uprawiania polityki Sascha Lobo i Christian Stöcker patrzą sceptycznie na marzenia Partii Piratów o całkowitej transparentności. "Nie jestem pewien, czy transparentność jest pomocna w każdym przypadku" - mówi Stöcker w "Der Spiegel". "Gdyby każda rozmowa między politykiem a lobbystą przebiegała jawnie, zawsze byłoby to z korzyścią dla tych, którzy potrafią się zaprezentować, a niekoniecznie dla tych, którzy przedstawiają lepsze, mądrzejsze argumenty". Podobnego zdania jest Sascha Lobo.
Okazuje się, że łatwo znaleźć proste wytłumaczenie nagłego wycofania się "nadpirata" Mariny Weisband: nie jest to prowadzenie samochodu służbowego pod wpływem alkoholu, plagiat pracy doktorskiej ani wyłudzanie kredytów. Według Twittera, młoda dama postanowiła poświęcić się swojej pracy doktorskiej z psychologii. Zupełnie transparentnie.

Dr Stefan Meetschen niemiecki pisarz, publicysta

tłum. Bogusław Rąpała

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my15.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 31 sty 2012, 09:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
O co chodzi?

Zamiast radować, poważnie niepokoi aktywność globalistów na rzecz jakoby obrony naszych budżetów, miejsc pracy, a nawet "zdrowia i bezpieczeństwa" - jak to zapewnia się nas w dokumencie ACTA - przed grabieżą przez "piratów". UE miałaby z tego tytułu tracić rocznie miliardy euro, co podano wszystkim tylko do wierzenia, skoro "doradcy finansowi" dzisiaj nie potrafią dobrze liczyć. Czyżby czołówka finansowa współczesnego świata pragnęła nam uchylić przynajmniej ekonomicznego nieba? Zbyt gorące nadzieje studzą jednak lodowate fakty. Przecież to samo towarzystwo zafundowało nam aktualny globalny kryzys finansowy, straszliwą grabież i zadłużenie prawie wszystkich. Czyżby wreszcie elity polityczne i finansowe zmądrzały, sporządniały i nabrały ogromnego szacunku dla naszej prywatnej własności? A może raczej ACTA to ciąg dalszy zorganizowanej światowej grabieży, a nie tylko szykowanie sposobności do skutecznej inwigilacji politycznej obywateli?
Wzmacnia podejrzenia najpierw stachanowskie tempo i konspiracyjna forma przygotowania ACTA, a nawet zajmowanie się tym akurat w centrum arcypoważnego światowego kryzysu finansowego i w przeddzień możliwego militarnego światowego konfliktu o Iran. Zdaje się to wskazywać, że może naprawdę chodzi o to, aby drogą zacieśnienia regulacji prawnych ograbić pokaźną rzeszę obywateli z resztki gotówki, z racji ich uczestnictwa w "kradzieży" cudzej "własności intelektualnej". W epoce "pustego" pieniądza jest dzięki temu dobra okazja, aby ściągnąć z rynku sporo worków tego zadrukowanego papieru. Wśród milionów "piratów" pewnie przeważają niefrasobliwi nastolatkowie, ale zapłacą owe miliony ich rodzice, prawni właściciele łączy internetowych.
Chociaż nieustannie zapewnia się nas w mediach, jakby jednak na komendę, że nie chodzi przede wszystkim o "piratowanie" twórczości rozrywkowej i kulturowej, ale o "podróby" leków, markowych produktów konsumpcyjnych itp., to jednak głos na ten temat zabierają nade wszystko specjaliści z dziedziny show-biznesu. To oni lamentują nad stratami finansowymi spowodowanymi przez "piratów" słuchających muzyki bez uiszczenia "odpowiednich" opłat; opłat "godziwych", oczywiście na miarę rozpowszechnionego w tych środowiskach stylu życia. Czyżby już nie byli spragnieni wieczystej sławy, jak wielu wybitnych twórców z przeszłości? O stan ich finansów dbali inni. Zaszczytnym obowiązkiem osób bogatych w klasycznych Atenach było finansowanie wielkich artystycznych przedsięwzięć. Do dzisiaj wspominamy zasługi w tym względzie Peryklesa, który z własnego majątku wystawił żywą do dzisiaj tragedię Ajschylosa "Persowie". Ceniąc sobie tragedię jako nauczycielkę Greków, ten wybitny ateński polityk także finansował - z kasy miasta - ubogim Ateńczykom możliwość obejrzenia wszystkich wystawianych co roku tragedii. Dzisiaj oczekuje się raczej od światowego proletariatu zrzucenia jakiejś okrągłej sumy na Hollywood, "Dodę" i "Nergala", a najpierw na "pośredników". Odkładając na przyszłość głębsze rozważenie tego problemu, zwróciłbym tylko uwagę, że odróżniano w starożytności greckiej własność dóbr materialnych od własności dóbr niematerialnych (na bazie czego funkcjonują aż do dzisiaj biblioteki, dzięki którym nawet tysiące ludzi czyta ten sam egzemplarz książki). Dzięki "pirackiej" działalności starożytnych Rzymian, którzy kopiowali wszystkie wspaniałe greckie rzeźby (nawet najubożsi Grecy za żadną cenę nie chcieli sprzedać swoich skarbów), możemy dzisiaj kontemplować te arcydzieła oraz zapoznać się np. z wyglądem Peryklesa. Wiele z nich nie dotarło jednak do nas, podobnie jak arcydzieła greckiej literatury. Dzisiaj, po "wrzuceniu" do internetu swoich dzieł, można mieć nadzieję, że kiedyś ludzkość może je doceni. Czyżby tego nie byli spragnieni współcześni artyści? Czyżby jednak w ACTA chodziło tylko o pieniądze?

Marek Czachorowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=dd04.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 23 mar 2012, 07:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Niebezpieczna eskalacja natręctw

Dawno, dawno temu, jeszcze za komuny, felietonista Hamilton w tygodniku "Kultura" napisał felieton o swojej ciotce, która cierpiała na osobliwe natręctwo. Nie mogła na przykład pogłaskać kota, bo kiedy tylko brała go na ręce, natychmiast musiała szukać na nim pcheł. Wygląda na to, że od tamtej pory tego rodzaju natręctwa upowszechniły się do tego stopnia, że śmiało można mówić o epidemii. Oto na przykład działające we Włoszech stowarzyszenie Gherush 92 mające status doradcy Rady Gospodarczej i Społecznej ONZ domaga się usunięcia "Boskiej Komedii" Dantego Alighieri z polecanej w szkołach lektury, ponieważ jest to dzieło "antysemickie". To prawda, że Dante pisał to, co naprawdę myślał - ale właśnie dzięki temu literatura europejska otrzymała ponadczasowe arcydzieło, któremu nie dorastają do pięt współczesne "skisłe szekspiry" - chałturnicy, z wyższością, ostentacyjnie pogardzający "ciemnym średniowieczem", o którym - jak zresztą o wszystkim innym - nie mają najmniejszego pojęcia. Dante jest ostentacyjnie chrześcijański, ale przecież za przewodnika w swojej wędrówce po zaświatach, której opisem jest właśnie "Boska Komedia", obiera sobie Wergiliusza, jednego z największych poetów starożytnego Rzymu. Ciekawe, że właśnie Wergiliusz, żyjący na pograniczu starej i nowej ery, opiewał pojawienie się na ziemi Dziecięcia: "Wieków olbrzymi ordynek z nowego się rodzi początku. Oto powraca i Panna, powraca królestwo Saturna, Oto i nowe stworzenie z wyżyny niebieskiej zstępuje. Dziecię się rodzi - i kres pokolenie otrzyma żelaza". Nic dziwnego, iż średniowiecze uznało, że powołujący się na Sybillę wieszcz Romy witał w ten sposób Chrystusa. Ale postępactwo zrzeszone w Gherush 92, będące włoskim odpowiednikiem działającej w naszym nieszczęśliwym kraju delatorskiej organizacji Otwarta Rzeczpospolita, w ogóle tego nie zauważa - bo dla niego najważniejsze jest, że Dante nie padł na twarz przed Żydami i nie okazał należnego respektu sodomitom. Jakie to szczęście, że "Kac Wawa", którego producent zamierza w niezawisłym sądzie uzyskać prawomocne uznanie tego filmu za zasługujące wyłącznie na peany arcydzieło, nie zawiera żadnych akcentów antysemickich ani homofobicznych. Przeciwnie - wszyscy "spotykają się" tam ze wszystkimi bez żadnych uprzedzeń rasowych ani płciowych, więc jest wysoce prawdopodobne, że nie tylko niezawisły sąd, ale również władze oświatowe uznają go za cymes i nakażą spędzanie na seanse uczniów tak samo, jak na arcydzieło pani reżyserowej Agnieszki Holland "W ciemności".
Ale to jeszcze nic w porównaniu z recenzją, jaką światu, a zwłaszcza Węgrom, Polsce i Hiszpanii, wystawił Abraham Foxman, dyrektor żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej. Rosjanie powiadają, że każdy durak po swojemu s uma schodit - ale pan Foxman żadnym "durakiem" nie jest. Czasami rzeczywiście może sprawiać wrażenie, jakby uważał się za sumienie świata, ale tak naprawdę to wynalazł sobie sposób na życie polegający na czerpaniu korzyści z pomierzania wszystkim wokół poziomu antysemityzmu. Dotychczas można było traktować działalność pana Foxmana pobłażliwie, ale w ostatnim jego wystąpieniu znalazły się akcenty potencjalnie groźne. Pisze on m.in., że "na Węgrzech, w Hiszpanii i w Polsce postawy antysemickie są szczególnie silne i wymagają poważnej reakcji ze strony przywódców politycznych, społecznych i religijnych". Wypada mieć nadzieję, że żaden z tych przywódców nie będzie przed panem Abrahamem Foxmanem skakał z gałęzi na gałąź, bo w przeciwnym razie jego wypowiedź nosiłaby wszelkie znamiona wojennego podżegania przeciwko Węgrom, Hiszpanii i Polsce. Na wszelki wypadek przydałby się więc jakiś kaftan bezpieczeństwa.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 23&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 28 mar 2012, 09:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Podwójna gra:Śmierci Siergieja Trietiakowa - oficera KGB/SWR

„Siergiej Trietiakow do niedawna mieszkał gdzieś w USA pod zmienionym nazwiskiem – w domu, który podarował mu rząd Stanów Zjednoczonych. Jeździł terenowym Lexusem, jego żona Jelena – Porsche Boxsterem.”


13 czerwca 2010 r. zmarł Siergiej Trietiakow - oficer KGB/SWR, który zadał potężny cios rosyjskiemu wywiadowi, opisał to Pete Earley w książce "Towarzysz J."

9 lipca 2010 r. śmierć Siergieja Trietiakowa została podana do publicznej wiadomości.

Jakie wydarzenia miały miejsce między 13 czerwca 2010 r. a 9 lipca 2010 r.?

17 czerwca 2010 r. cztery dni po śmierci Trietiakowa, z USA na Cypr uciekł Robert Christopher Mestos, rosyjski nielegał, jeden z 11 osobowej siatki rosyjskich szpiegów w USA.

27 czerwca 2010 r. w USA aresztowano siatkę 10 rosyjskich nielegałów, 29 czerwca 2010 r. na Cyprze zatrzymano Roberta Christophera Mestosa.

Rozbicie rosyjskiej szpiegowskiej siatki nielegałów nastąpiło wkrótce po wyjeździe z USA prezydenta Miedwiediewa, tak skończył się czas "resetu".

Oficjalną przyczyną śmierci Trietiakowa było udławienie się kawałkiem mięsa.

Obecnie pojawiają się emaile ze Stratfora, w jednym z nich Fred Burton napisał 27 maja 2011 r., że szczegóły dotyczące śmierci Trietiakowa i informacje przez niego przekazane zostały opatrzone gryfem Tajne na następne 25 lat.

Siergiej Trietiakow przekazał wyjątkowe informacje na temat śmierci prezydenta Pakistanu Muhammada Zia ul-Haq:

KGB zabiło prezydenta Zia. KGB jest bardzo dumne z zabójstwa prezydenta Zia.

KGB używa morderstwa Zia jako analizę przypadku do szkolenia w zabójstwach.


Co ustalili pakistańscy śledczy o katastrofie samolotu prezydenta Zia ?

Najprawdopodobniejsza przyczyna - sabotaż samolotu, padają też sugestie o użyciu wobec pilotów i pasażerów trującego gazu.


O śmierci prezydenta Kaczyńskiego Siergiej Trietiakow powiedział, że rosjanie mają różne gotowe scenariusze, które mogą być ściągnięte z półki jeżeli zechce tego Putin/FSB. Padają też pierwsze hipotezy na temat przyczyn katastrofy w Smoleńsku, rozważania oparte są na prasowych doniesieniach.

Siergiej Trietiakow mógł jednak wykorzystać bogate kontakty w Rosji, żeby dowiedzieć się o prawdziwych przyczynach katastrofy, śmierć 13 czerwca 2010 r. udaremniła te plany.



http://wikileaks.org/gifiles/docs/38253 ... de-j-.html
http://wikileaks.org/gifiles/docs/15888 ... st-in.html
http://wikileaks.org/gifiles/docs/23787 ... ures-.html
http://wikileaks.org/gifiles/docs/16435 ... date-.html
http://wikileaks.org/gifiles/docs/16515 ... dead-.html
http://www.rp.pl/artykul/2,501245_Skand ... h_lat.html
http://www.peteearley.com/blog/2010/07/ ... -has-died/
http://en.wikipedia.org/wiki/Muhammad_Zia-ul-Haq
http://en.wikipedia.org/wiki/Sergei_Tre ... officer%29

10.03.2012 http://hakir.salon24.pl/398212,smierci- ... ra-kgb-swr

Hakir

Mistrzowie podwójnej gry
Podwójni agenci potrafią zmienić bieg historii. Dostarczane przez nich informacje wpływają na politykę mocarstw i decydują o wynikach wojen. Jak pracują i kim byli najlepsi z nich?

Siergiej Trietiakow do niedawna mieszkał gdzieś w USA pod zmienionym nazwiskiem – w domu, który podarował mu rząd Stanów Zjednoczonych. Jeździł terenowym Lexusem, jego żona Jelena – Porsche Boxsterem. Nie musieli pracować – żyli z inwestycji, których dokonali za pieniądze ze szpiegowania Rosji. Aldrich Ames od 16 lat odsiaduje wyrok dożywocia w amerykańskim więzieniu. Jego majątek – 2 miliony dolarów, zarobione na sprzedaży Rosjanom tajemnic CIA – został skonfiskowany. Trietiakow, który zmarł w czerwcu 2010r., był od 1995 do 2000 roku szefem rezydentury rosyjskiego wywiadu SWR (Służba Wywiadu Zagranicznego) na Manhattanie. Kierował pracą 60 szpiegów i siatką 150 informatorów, nadzorował każdą z tajnych operacji przeciwko Stanom Zjednoczonym. W ciągu ostatnich 3 lat działalności był podwójnym agentem, który przekazał kontrwywiadowi FBI 5 tysięcy tajnych depesz, 100 tajnych raportów wywiadowczych i nazwiska wszystkich informatorów SWR w Kanadzie i Nowym Jorku. Ames był szefem kontrwywiadu CIA na Związek Radziecki i Europę Wschodnią, gdy w 1985 roku przeszedł na stronę wroga. Przez 9 lat sprzedał ZSRR nazwiska wszystkich osób pracujących dla amerykańskiego wywiadu. Większość z nich została rozstrzelana, reszta przewerbowana przez KGB i wykorzystana do dezinformacji amerykańskich władz. Trzech prezydentów USA – Reagan, Bush i Clinton – otrzymywało w latach 1986–1994 raporty o sytuacji w Rosji, przygotowane na podstawie fałszywych informacji od podwójnych agentów. Gdy Ames wpadł, prowadzący go rosyjscy oficerowie przez miesiąc pili z rozpaczy. Ten jeden człowiek przez 9 lat wykonał za nich 90 proc. całej kontrwywiadowczej roboty. Jemu zawdzięczali swoje kariery.

John Masterman był spokojnym uniwersyteckim wykładowcą, gdy w 1940 roku na polecenie brytyjskiego rządu objął kierownictwo w ściśle tajnym wydziale kontrwywiadu MI5. Jego zadaniem miało być „odwracanie” niemieckich szpiegów, schwytanych na terenie Wielkiej Brytanii. Spisane przez Mastermana doświadczenia stały się później podręcznikiem pracy z podwójnymi agentami dla wszystkich służb wywiadowczych na świecie.

Pierwsi niemieccy szpiedzy wysłani na początku wojny do Wielkiej Brytanii przez Abwehr łatwo wpadali w ręce MI5. Zrzucani na spadochronach w nocy, na nieznanym terenie, byli wyposażeni w trudne do ukrycia radiostacje i niewielki zapas gotówki – ok. 200 funtów. Hitler zakładał, że tyle powinno im wystarczyć do czasu inwazji Rzeszy na Wyspy Brytyjskie. Mając do wyboru spotkanie z plutonem egzekucyjnym lub przejście na stronę Brytyjczyków, szpiedzy zwykle wybierali to drugie. „Kilku jednak trzeba było rozstrzelać, mimo protestów kontrwywiadu, dla uspokojenia opinii publicznej” – wspominał Masterman po latach.

Już pierwszy odwrócony agent Abwehry – „Snow” – okazał się skarbem dla MI5. Masterman wykorzystał go do przekazania Niemcom wzorów brytyjskich dokumentów z celowo wprowadzonymi błędami. Wyposażeni w sporządzone na ich podstawie papiery niemieccy szpiedzy byli odtąd łatwym celem dla kontrwywiadu. Nie wszystkich jednak trzeba było zmuszać do współpracy – niektórzy zgłaszali się sami. Najsłynniejszym z ochotników był Hiszpan Juan Garcia Puyol. Był on typem urodzonego szpiega freelancera, a przy tym mistrzem podwójnej gry. Już w czerwcu 1940 roku, po dramatycznej ewakuacji Brytyjczyków spod Dunkierki, zgłosił się do ambasady Zjednoczonego Królestwa w Madrycie z propozycją współpracy. Tam jednak, zgodnie z zasadą „nie przyjmujemy do siatki szpiegowskiej tych, którzy sami się zgłaszają”, jego oferta została odrzucona. Puyol poszedł więc do ambasady Niemiec z propozycją… szpiegowania Brytyjczyków. Abwehra miała o wiele mniej oporów – jej siatka szpiegowska na terenie Wielkiej Brytanii praktycznie nie istniała. Puyol został zarejestrowany pod pseudonimem Arabel, jego bazą miała być Lizbona. Wyposażony przez Abwehrę w fundusze, nadajnik i kontakt do oficera prowadzącego, przystąpił do pracy. W stolicy Portugalii udało mu się kupić stary przewodnik turystyczny i mapę Wielkiej Brytanii oraz nieaktualny rozkład jazdy pociągów. Na podstawie tych źródeł rozpoczął tworzenie raportów wywiadowczych dla Abwehry. Co prawda nie znał angielskiego, miał kłopot z pisownią brytyjskich nazwisk i nie potrafił przeliczać pensów na szylingi, a szylingów na funty, ale był za to mistrzem w pisaniu sensacyjnych historii. Pracował 6 do 8 godzin dziennie, tworząc zmyślone raporty, szyfrując meldunki i werbując fikcyjnych agentów.

W lutym 1942 roku Anglicy ze zdumieniem dowiedzieli się od swoich szpiegów, że Niemcy przygotowują wielką obławę na brytyjski konwój, który ma płynąć z Liverpoolu na Maltę. Problem w tym, że taki konwój w ogóle nie istniał. Wymyślił go Puyol, przysparzając tym samym niemieckiej marynarce masę niepotrzebnej pracy. John Masterman doszedł wówczas do wniosku, że „samotny muzyk z Lizbony” bardziej przyda się mu jako współpracownik niż mimowolny konkurent. Puyol został przemycony w kwietniu 1942 r. do Wielkiej Brytanii i zarejestrowany jako podwójny agent pod pseudonimem Garbo. W sumie Masterman i jego ludzie pozyskali 120 niemieckich szpiegów. Byli wśród nich zarówno Brytyjczycy i Niemcy, jak i Norwegowie, Belgowie, Hiszpanie, Jugosłowianie, Polacy czy Holendrzy. W 1944 roku MI5 kontrolował już całą siatkę Abwehry w Wielkiej Brytanii.

Jak wypromować agenta
Praca z taką ilością podwójnych agentów nie była prostą sprawą. Przypominała chodzenie po polu minowym. Większość odwróconych szpiegów nie wiedziała wzajemnie o swoim istnieniu. Było więc poważne ryzyko, że gdyby ich drogi przypadkiem się skrzyżowały, mogli uznać siebie wzajemnie za niemieckich szpiegów, donieść o tym kontrwywiadowi i nieumyślnie zdekonspirować siatkę. Wydział B1A zajmujący się podwójnymi agentami był bowiem tajny nawet dla oficerów MI5 – do tajemnicy zostało odpuszczonych zaledwie kilkanaście osób. W grudniu 1942 roku został przerzucony do Wielkiej Brytanii Eddie Chapman, specjalista od rozpruwania kas pancernych przy pomocy nitrogliceryny. Złapany przez policję na wyspie Jersey na kanale La Manche odsiadywał tam wyrok więzienia, gdy terytorium to zostało zajęte przez Niemców. Chapman chciał wrócić do Wielkiej Brytanii, do swojej kochanki Betty. Uznał, że najprostszą metodą będzie... zostanie niemieckim szpiegiem. Po przeszkoleniu we Francji, pod nadanym mu przez Abwehrę pseudonimem Fritz, kasiarza zrzucono na spadochronie do Anglii z zadaniem wysadzenia w powietrze zakładów lotniczych Havillanda w Hatfield.

Natychmiast po wylądowaniu w Wielkiej Brytanii Chapman oddał się w ręce kontrwywiadu. Został przewerbowany i otrzymał pseudonim Zigzag. Był wartościowym nabytkiem – za udaną operację Niemcy obiecali mu 15 tys. funtów i „wycieczkę” do USA, gdzie czekałoby na niego podobne zadanie. A to oznaczało, że MI5 mógłby zdobyć bezcenne informacje na temat działalności Abwehry w Stanach Zjednoczonych. Należało więc uwiarygodnić szpiega i… wysadzić fabrykę. W styczniu 1943 roku specjaliści od kamuflażu przerobili zakłady Havillanda tak, by wyglądały jak po akcji sabotażowej. Budynki zostały przykryte brezentem pomalowanym we wzory przypominające z powietrza ruiny. Wokół porozrzucany był gruz i części maszyn. Przy okazji wzniecili spory pożar nieużywanych baraków, przez co omal nie zostali aresztowani przez policję. Podstęp się jednak udał – zarówno lotnicze zdjęcia, jak i relacje prasowe pokazywały obraz poważnych zniszczeń.

Chapman ewakuował się statkiem do Lizbony. Masterman został jednak zaalarmowany przez innego podwójnego agenta, że jego podopieczny zostawił na jednostce „prezent” w postaci bomby ukrytej w bryłce węgla. Jak się później okazało, był to wymysł Zigzaga, który sprzedał tę historię Abwehrze, by wyciągnąć od niej dodatkowe 10 tysięcy marek. Po czym został konsultantem ds. sabotażu w placówce niemieckiego wywiadu w Oslo, oddając MI5 kolejne nieocenione przysługi. 6 czerwca 1944 roku, w dniu lądowania wojsk alianckich w Normandii, pracujący dla Abwehry i MI5 podwójny agent przekazał Niemcom informację o składzie jednostek spadochronowych, które miały być zrzucone nad Caen. Gdy rozpoczął się desant, żołnierze Wehrmachtu czekali już na brytyjskich komandosów. Nastąpiła rzeź. Informacja podwójnego agenta pochodziła od samego Winstona Churchilla. Cel był jeden – odciągnięcie niemieckich dywizji od oddalonej o 15 km plaży Omaha, gdzie lądowali Amerykanie. Gdyby ich atak załamał się, oznaczałoby to fiasko operacji „Overlord”. Ciemną stroną pracy podwójnych agentów był fakt, że czasem należało przekazywać informacje, które oznaczały posłanie na pewną śmierć tysięcy ludzi. Państwo prowadzące wojnę musi kalkulować jak szachista: gdzie opłaca się stracić pionka, by następnie zaszachować króla. Tak było również w Normandii.

Jeśli jakieś wydarzenie mogło zmienić bieg historii XX wieku, to było nim niewątpliwie lądowanie alianckich armii na francuskich plażach. Hitler i niemieccy dowódcy spodziewali się od dawna desantu angielskich i amerykańskich wojsk na okupowany przez nich kontynent. Pytanie nie brzmiało „czy uderzą”, tylko „gdzie uderzą”. Aby zaskoczyć Niemców, brytyjski kontrwywiad MI5 przeprowadził największą operację dezinformacyjną w historii o kryptonimie „Bodyguard”. Chodziło o wskazanie fałszywych celów inwazji i rozproszenie niemieckich dywizji na terytorium całej Europy – od Bałkanów przez Zatokę Biskajską aż po Norwegię. Kluczową rolę w tej operacji odegrali podwójni agenci, a szczególną – kapitan Roman Czerniawski. Był on najwyżej uplasowanym niemieckim szpiegiem w dowództwie wojsk alianckich, oficerem łącznikowym do sztabu generała Bradleya.

Jednocześnie Czerniawski był agentem MI5, MI6 oraz polskiego wywiadu. W sumie – był agentem poczwórnym. Kapitan Czerniawski po kampanii wrześniowej przedostał się do Francji. Po jej zajęciu przez Niemców rozpoczął budowanie – na własną rękę – siatki szpiegowskiej o nazwie „Interallie” (Międzyaliancka). W marcu 1941 roku nawiązał kontakt radiowy z Londynem i odtąd jego informacje zaczęły trafiać do polskiego wywiadu w Wielkiej Brytanii – II oddziału sztabu generała Sikorskiego. Czerniawski – pod kryptonimem Armand – przygotowywał rocznie 80 raportów wywiadowczych o jednostkach niemieckich stacjonujących w okupowanej części Francji. Jego praca tak spodobała się Brytyjczykom, że postanowili zwerbować go do swojego wywiadu. Ewakuowali go więc samolotem do Anglii, gdzie Armand najpierw został udekorowany przez Sikorskiego orderem Virtuti Militari – pierwszym przyznanym za działalność wywiadowczą – a potem zaproszony na tajne rozmowy z szefami MI6. Do Francji wrócił – skacząc ze spadochronem – już jako agent brytyjski. Nie było to do końca uczciwe. Czerniawski był polskim oficerem, wiedział jednak, że możliwości Brytyjczyków w tajnej wojnie są o wiele większe.

W listopadzie 1943 roku Armand i jego szpiedzy zostali aresztowani przez kontrwywiad III Rzeszy. Czerniawski trafił do więzienia Fresnes pod Paryżem, gdzie wkrótce odwiedził go pułkownik Oskar Reile z zadaniem przewerbowania polskiego oficera. Propozycja brzmiała: praca dla Abwehry w sztabie generała Sikorskiego w zamian za darowanie życia 66 członkom siatki „Interallie”. Kapitan przyjął ofertę: został niemieckim szpiegiem o kryptonimie Hubert. Jednym z jego zadań miało być podburzanie polskich oficerów w Wielkiej Brytanii przeciwko sojuszowi Sikorskiego ze Stalinem. Po zorganizowanej przez Niemców „ucieczce” Czerniawski przedostał się do Madrytu, skąd brytyjska ambasada ewakuowała go do Anglii. Jego koledzy pozostali w więzieniu jako zakładnicy Abwehry. Wkrótce po wylądowaniu w Wielkiej Brytanii Polak nawiązał kontakt z MI5 i trafił pod opiekę Mastermana, który zdawał sobie sprawę, że poczwórny agent może mu przysporzyć wielu kłopotów.

Jednak Czerniawski był najlepiej osadzonym niemieckim agentem do spraw informacji wojskowych w Wielkiej Brytanii. Abwehra pokładała w nim wielkie nadzieje. To stwarzało dla MI5 nowe, doskonałe możliwości. Masterman postanowił zaryzykować: Czerniawski został jego agentem o kryptonimie Brutus. Kryptonim nie był przypadkowy. Zadaniem Brutusa było bowiem zadanie Niemcom decydującego ciosu w czasie operacji „Overlord”. Stał się on tzw. agentem długodystansowym, którego pozycję buduje się przez długi czas, a wykorzystuje dopiero w kluczowym momencie. Tym momentem miało być lądowanie w Normandii. 6 czerwca 1944 roku nadeszła chwili desantu na francuskie wybrzeże. Hubert-Brutus w swoich depeszach przekonywał Abwehrę, że inwazja nastąpi w lipcu pod Calais. Tam właśnie Niemcy skoncentrowali swoje największe siły, pozostawiając w Normandii zaledwie kilka dywizji. Nie ogłosili też stanu pogotowia, mimo że na 24 godziny przed desantem niemiecki nasłuch radiowy wyłapał treść depeszy adresowanej do francuskiego ruchu oporu, z której wynikało, że inwazja zacznie się następnego dnia. Niemcy woleli uwierzyć Brutusowi niż własnemu wywiadowi.

Kiedy alianckie oddziały walczyły już na plażach Normandii, Brutus wysłał do Abwehry kolejną depeszę, która trafiła bezpośrednio na biurko Hitlera. Pisał w niej, że widział na własne oczy brytyjskiego króla, Churchilla oraz gen. Eisenhowera wizytującego armię w Dover. To oznaczało, że główne alianckie siły mają zamiar przeprawić się przez Cieśninę Kaletańską, a Normandia jest tylko próbnym desantem. Było zupełnie inaczej. Mimo to depesze Brutusa jeszcze przez długi czas utrzymywały Hitlera w przekonaniu, że „prawdziwa” inwazja nastąpi w lipcu pod odległym o 350 km od normandzkich plaż Calais, wiążąc stacjonujące tam niemieckie dywizje. „Trudno jest spalić dobrze ustawionego agenta – stwierdził po wojnie John Masterman. – Nawet jeśli jego informacja się nie potwierdzi, mocodawcy – dla zachowania twarzy – zawsze znajdą dla niego jakieś wiarygodne usprawiedliwienie”.

Panienki i Pearl Harbor?
Choć trudno dziś w to uwierzyć, jeszcze siedemdziesiąt lat temu USA nie miały żadnej agencji wywiadowczej. Odnosiły spore sukcesy w wywiadzie elektronicznym i potrafiły odczytywać szyfrowane japońskie depesze, jednak zajmowały się tym dwie konkurujące ze sobą jednostki armii. Dzieliły się pracą w ten sposób, że w dni parzyste jedna z nich dostarczała raporty na biurko prezydenta Roosevelta, a w dni nieparzyste – druga. Duszan „Dusko” Popow urodził się w bogatej jugosłowiańskiej rodzinie, a kształcił się we Francji i Niemczech. Gdy Abwehra podjęła próbę zwerbowania go przeciw Wielkiej Brytanii, zgłosił się do ambasady tego kraju w Belgradzie i wkrótce został zarejestrowany jako agent MI5 o pseudonimie Tricycle. Miał odtąd prowadzić podwójną grę przeciwko Niemcom.

W 1941 roku Abwehra postanowiła wysłać Popowa do Stanów Zjednoczonych. Jego zadaniem było dowiedzieć się, na jakim etapie są prowadzone przez Amerykanów prace nad bronią atomową. Ale nie tylko – swoje pytania do listy Popowa dołożył także wywiad japoński. Tricycle miał więc zbadać usytuowanie amerykańskich lotnisk na Hawajach, hangarów, składów paliw i bomb, suchych doków i wielu innych instalacji. Po analizie tych pytań specjaliści z MI5 doszli do wniosku, że jeśli dojdzie do japońskiego ataku, jednym z pierwszych celów będzie Pearl Harbor. Brytyjczycy zaaranżowali więc spotkanie Popowa z szefem FBI Edgarem Hooverem, odpowiedzialnym za kontrwywiad. Skończyło się ono całkowitą klapą. Faktem jest, że pseudonim Tricycle (Trójkołowiec) wziął się stąd, że Dusko Popow znany był z brania do łóżka dwóch panienek naraz. Dla pełnego uprzedzeń i przewrażliwionego na punkcie seksu szefa FBI Jugosłowianin był więc po prostu „skorumpowanym degeneratem”. Po latach Hoover napisał w swoich pamiętnikach: „Przesłuchałem osobiście nikczemnego niemieckiego szpiega i kazałem mu się spakować”. Katastrofa w Pearl Harbor stała się nieunikniona.

Jeszcze większa katastrofa spotkała Amerykanów w Europie po II wojnie światowej. W czasie wojny powołali ponad 10 tysięcy ludzi do służby wywiadowczej OSS (Biuro Służb Strategicznych, poprzednik CIA), by natychmiast po zakończeniu walk zwolnić 80 proc. z nich do cywila. Działo się to dokładnie w momencie, kiedy służby kontrwywiadowcze Związku Radzieckiego werbowały na potęgę w Europie Wschodniej dawnych agentów Abwehry oraz gestapo, a także członków antysowieckiej partyzantki. Wybór był prosty – pluton egzekucyjny albo współpraca. Kiedy prezydent USA Harry Truman zorientował się w końcu, że Stalin zamierza dokonać komunistycznych przewrotów w wyzwolonych przez Armię Czerwoną krajach, było za późno. Sowiecki kontrwywiad miał już tam dziesiątki tysięcy agentów, nowo utworzona CIA – 228. Pod koniec lat 40. CIA rozpoczęła akcje wspomagania antysowieckiego ruchu oporu w krajach Europy Wschodniej. Na pierwszy rzut poszły Rumunia, Ukraina, Albania, kraje bałtyckie oraz Polska. Pod Monachium został utworzony obóz szkoleniowy CIA, w którym rozpoczęło się przygotowywanie agentów do misji szpiegowskich i sabotażowych na zajętych przez Stalina terytoriach. Ludzi rekrutowano spośród zbiegłych na Zachód członków antysowieckiego podziemia. Jednak co najmniej połowa z nich była zwerbowana wcześniej przez kontrwywiady bloku wschodniego.

W 1947 roku funkcjonariusze utworzonego przez komunistów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zlikwidowali tajną organizację niepodległościową Wolność i Niezawisłość. Na jej miejsce stworzyli kontrolowaną przez siebie strukturę: tzw. V Zarząd Zrzeszenia WiN. Był to początek operacji „Cezary” – wielkiej akcji dezinformacji wywiadów zachodnich. W 1950 roku wysłany do Londynu nieświadomy podstępu kurier WiN powiadomił polską emigrację, że w kraju istnieje potężna podziemna organizacja, licząca 500 żołnierzy, 20 tysięcy uzbrojonych partyzantów oraz 100 tysięcy sympatyków, gotowa do natychmiastowej walki z Armią Czerwoną. Informacja została przekazana do CIA. Amerykanie połknęli haczyk – postanowili uruchomić wielką akcję wsparcia WiN. Jej częścią był tzw. plan „Wulkan” – w razie wybuchu III wojny światowej antykomunistyczne podziemie miało rozpocząć niszczenie węzłów komunikacyjnych i głównych fabryk. W ciągu dwóch lat amerykański wywiad wysłał do Polski kilkudziesięciu emisariuszy z zadaniem przeprowadzenia szkoleń dywersyjnych i wywiadowczych, 17 radiostacji, milion dolarów w gotówce, pięć milionów dolarów w złocie, broń i amunicję. Wszystko zostało przejęte przez komunistyczną bezpiekę. 30 agentów zniknęło bez śladu, a zdobyte fundusze zostały wykorzystane na dofinansowanie Włoskiej Partii Komunistycznej, która miała spełnić rolę piątej kolumny Stalina w Europie Zachodniej. Po tej klęsce CIA była bliska rozwiązania. Uratował ją… wybuch wojny w Korei. Tam jednak poszło agencji jeszcze gorzej – na 1500 zwerbowanych szpiegów wszyscy okazali się podwójnymi agentami podesłanymi przez chiński lub koreański kontrwywiad.

Kto tu kogo werbuje?
Siergiej Trietiakow postanowił przejść na stronę przeciwnika i został „kretem” kontrwywiadu FBI w rosyjskim wywiadzie – wielokrotnie był świadkiem olbrzymiej korupcji we władzach swojego państwa i wykorzystywania służb specjalnych do napychania sobie kieszeni przez ministrów i ich przyjaciół. Zanim jednak został podwójnym agentem, zwerbował dla SWR kilku dyplomatów, pracujących przy siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Pierwszy z nich, Niemiec o pseudonimie Radca, dostarczał mu regularnie tajnych materiałów o charakterze politycznym i wojskowym na temat Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników. Z jednym wyjątkiem – nie było wśród nich żadnych dokumentów dotyczących spraw niemieckich. Nie chciał pieniędzy, po prostu wymieniał swoje informacje wywiadowcze na te, które miał Siergiej. Trietiakow doszedł w końcu do wniosku, że Radca jest oficerem BND – niemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej. Nie zmieniło to w niczym ich udanej współpracy.

Drugi informator, polski dyplomata o pseudonimie Profesor, również działał w podobny sposób. Po pewnym czasie Trietiakow dowiedział się, że Profesor po powrocie do kraju został zastępcą szefa działu informacji w Urzędzie Ochrony Państwa. Był oficerem wywiadu, z którym Rosjanin również dzielił się informacjami. Kto więc kogo zwerbował? „To się często zdarza, że oficer wyrusza, by kogoś zwerbować, i nagle okazuje się, że ten ktoś próbuje zwerbować jego – opowiadał Trietiakow. – Jak na ironię często bywa tak, że obaj są zadowoleni, bo znaleźli obszary, na których mogą bezpiecznie wymieniać się informacjami”. W świecie podwójnych agentów nic i nikt nie jest tym, czym się na pierwszy rzut oka wydaje.

http://infonurt3.com/index.php?option=c ... &Itemid=53


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 06 kwi 2012, 09:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Zatruta zywność to w dzisiejszym świecie już.... norma.

Seria trujących jaj

W jajkach pochodzących z biohodowli na terenie RFN służby sanitarne wykryły trujące polichlorowane bifenyle.

Jaja pochodzą z jednej z ferm w Nadrenii Północnej-Westfalii. Badania laboratoryjne przeprowadzane przez epidemiologów potwierdziły ponad 6-krotnie większą ilość polichlorowanych bifenyli (PCB) w tych jajach, niż dopuszczają normy europejskie. Ich stężenie znacznie przekracza poziom przyjęty dla jaj konsumpcyjnych.
Kilka dni przed Świętami Wielkanocnymi niemieccy klienci zostali zaalarmowani, że na rynku pojawiły się jaja z PCB. Do tej pory władze ukrywają dokładną lokalizację fermy. Ministerstwo rolnictwa z Nadrenii Północnej-Westfalii podało jedynie, że badania laboratoryjne potwierdziły wcześniejsze obawy: ponad połowa zbadanych pochodzących stamtąd jaj zawiera substancje trujące. Duża część jaj z tej fermy trafiła już do sklepów i najprawdopodobniej większość z nich została sprzedana. Obecnie trwa akcja wycofywania z handlu pozostałych jaj. Ministerstwo rolnictwa w specjalnych komunikatach zapewnia, że prowadzi intensywne śledztwo, w jaki sposób polichlorowane bifenyle dostały się do jaj. Sprawdza też, dlaczego lokalne urzędy sanitarne informację o tak istotnej skazie przekazały do wyższych władz z dużym opóźnieniem.
Od 1 stycznia 2005 r. EU dopuszcza ilość dioksyn (dotyczy to także PCB) w produktach spożywczych do poziomu trzech pikogramów (trzy bilionowe grama) na każdy gram tłuszczu. Badania laboratoryjne wykazały, że podejrzane jaja od "ekologicznie hodowanych" kur zawierają nawet do 18 pg. PCB negatywnie wpływają na zdrowie ludzi i środowisko. Są odpowiedzialne m.in. za częste występowanie endometriozy, raka jądra, raka piersi, wad rozwojowych męskich narządów płciowych, obniżenie liczby plemników czy bezpłodność.

Waldemar Maszewski, Hamburg

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=sw09.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 27 kwi 2012, 15:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Kolejne błędne orzeczenia "śmierci mózgu"

Jedynie dzięki uporowi ojca życie zachował młody Brytyjczyk, u którego czterech lekarzy stwierdziło „śmierć mózgu”. Medycy chcieli pobrać od pacjenta narządy do przeszczepu. O tego typu przypadkach słyszymy coraz częściej – i nie dotyczy to zacofanej prowincji ale najbardziej „cywilizowanych” krajów świata.

Siedemnastoletni Stephen Thorpe trafił do szpitala tuż po wypadku samochodowym, w którym zginął jego przyjaciel - kierowca. Nastolatek wprowadzony został w stan śpiączki farmakologicznej. Zespół złożony z czterech lekarzy przekonywał ojca, że jego syn znajduje się w stanie „śmierci mózgu” i nie ma szans na powrót do zdrowia. Prosili o wyrażenie zgody na pobranie narządów do przeszczepu.

Ojciec zwrócił się jednak o pomoc do lekarza pierwszego kontaktu i neurologa – ci udowodnili, iż jego syn wciąż żyje. Wskazali na aktywność fal mózgowych. Lekarze zgodzili się wybudzić chłopca ze śpiączki. Pięć tygodni później Stephen Thorpe opuścił szpital niemal całkowicie zdrowy.

Dzisiaj 21-latek z rzekomym „uszkodzeniem mózgu” studiuje rachunkowość na lokalnym uniwersytecie. - Mam wrażenie, że szpital nie był bardzo szczęśliwy z tego powodu, że ojciec poprosił o drugą niezależną opinię – przekonuje Thorpe.

Sprawa nastolatka z Wielkiej Brytanii jest podobna do dziesiątek innych tego typu przypadków upublicznionych w ostatnich latach, w których pacjentów znajdujących się w stanie śpiączki lub w innym stanie utraty świadomości, uznawano za martwych. Orzekano u nich tzw. śmierć mózgową, albo stwierdzano, że znajdowali się oni w stanie nierokującym nadziei na poprawę. W wielu przypadkach agresywni lekarze starali się szybko przekonać rodzinę do wyrażenia zgody na pobranie narządów.

W 2008 roku 45-letni Francuz nagle obudził się na stole operacyjnym, gdy lekarze przygotowywali go do „pobrania " narządów. Pacjent trafił do szpitala wskutek zatrzymania akcji serca. Sprawę badała specjalna komisja etyczna. W trakcie postępowania lekarze przyznali, że takie przypadki nieraz miały miejsce.

W 2011 r. w szpitalu Sainte Croix de Drummondville w Quebecu, lekarze zabiegali o to, by pobrać oczy od pacjenta, który zakrztusił się jedzeniem w szpitalu. Twierdzono, że pacjent znajduje się w stanie „śmierci mózgowej”. Rodzina zażądała od lekarzy dowodu na potwierdzenie ich tezy. Szybko jednak okazało się, że pacjent odzyskał przytomność a jego narządy wewnętrzne nie zostały uszkodzone. Rodzina zamierza pozwać szpital do sądu.

Krok od pobrania narządów był 21-letni Amerykanin, Zack Dunlap, u którego również stwierdzono „śmierć mózgu”. Jednak członkowie rodziny wykazali, że mężczyzna reagował na bodźce, gdy go szczypano lub drapano. Dunlop całkowicie wyzdrowiał. Później przyznał, że był przytomny i świadomy, kiedy lekarze omawiali sposób pobrania jego narządów.

Określenie „śmierć mózgu” zostało wprowadzone w 1968 r. , aby móc pobierać tzw. „organy szybko psujące się” jak najwcześniej od rzekomo „martwych” – chociaż wielu twierdzi, że jeszcze żywych –pacjentów. „Śmierć mózgu” nigdy nie została rygorystycznie określona i nie ma standardowych testów, które pozwalałaby jednoznacznie diagnozować ten stan.

Dr John Shea wskazuje, że mózg pacjentów u których stwierdzono „śmierć mózgową” często nadal wykazuje funkcje życiowe. Ekspert uważa, że w diagnostyce tego stanu bierze się pod uwagę jedynie kilka funkcji mózgu, pomijając inne.

Źródło: LSN, AS.

http://www.pch24.pl/kolejne-bledne-orze ... 116,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 05 maja 2012, 07:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Eksterminacja dziewczynek – Na świecie brakuje co najmniej 160 milionów dziewczynek i kobiet.

Eksterminacja dziewczynek

Na świecie brakuje co najmniej 160 milionów dziewczynek i kobiet. Fenomen dotyczy bowiem nie tylko Chin czy Indii, ale również Europy Zachodniej i może wkrótce dotknąć Bliskiego Wschodu. A winna jest temu aborcyjna bomba, która masowo eksterminuje w pierwszej kolejności płeć piękną.

Jej skutkiem jest nierówność demograficzna płci, która ma miejsce również w Wietnamie, Azerbejdżanie, Gruzji, Armenii, Albanii… a wkrótce może dotknąć Bangladesz i Nepal. Tak przynajmniej przepowiada korespondentka magazynu „Science” i zwolenniczka aborcji Mara Hvistendahl w „Unnatural Selection. Choosing Boys Over Girls, and the Consequences of a World Full of Men” (2011). Według niej najwyższy czas, aby zająć się tą pilną i ignorowaną sprawą.

Aborcyjna bomba zabija dziewczynki

Aby zilustrować, jak duży jest to problem, Hvistendahl poleca wyobrazić sobie, że populacje Chin i Indii stanowią ponad jedną trzecią ludzi na naszej planecie. Albo inaczej, że te 160 milionów zawiera ponad połowę populacji USA, czyli wszystkie kobiety. Co by było, gdyby one miały się nie urodzić? Bez znaczenia jak to nazwiemy: żeńskim płodobójstwem, aborcją, terminacją, eliminacją, eksterminacją ze względu na płeć czy zabijaniem poczętych dziewczynek, skutek jest ten sam. Dziewczynek na świecie już jest i będzie dużo mniej niż chłopców.

160 milionów chłopców więcej

Innymi słowy, już teraz jest około 160 milionów więcej chłopców i mężczyzn. Należy dodać, że ze względu na niemożność znalezienia sobie pary, zapewne nie będą szczególnie szczęśliwi. A być może będą naprawdę sfrustrowani i trwale rozdrażnieni? Bo młodzi mężczyźni bez żon mają podobno najwięcej testosteronu. Może wtedy oni zaczną naprawdę walczyć o realizację swoich własnych, męskich praw reprodukcyjnych? Bo czy według tych, którzy posługują się tym pojęciem, mężczyźni nie mają mieć prawa do własnego potomstwa? Taka sytuacja powinna wywołać pewien niepokój wśród feministek i zajęcie się problemem.

Feministki udają Greka

Jednak wygląda na to, że stosują one metodę uniku i wyparcia. Przynajmniej amerykańskie feministki, które prowadzą na dolarowej smyczy swoje siostry z różnych krajów świata, mają to w nosie. Może liczą na to, że dzięki temu wzrośnie wartość kobiet, albo z powodu deficytu popyt na kobiety nieatrakcyjne? Tego nie wiemy. Wiemy za to, że feministki z USA od dziesiątek lat siedzą cicho jak myszy pod miotłą. Jedyną organizacją, która się sprawą zajmowała, była mało znana, proaborcyjna Generations Ahead. Niestety nie popierała zakazu aborcji w walce z selekcją płciową, a na dodatek w styczniu 2012 r. przestała istnieć. Zdecydowana większość grup zajmujących się tzw. zdrowiem reprodukcyjnym (np. NARAL Pro-Choice America czy National Organization for Women) boi się nagłaśniania problemu i oficjalnie nie zabiera w tej sprawie głosu. Za to interesuje ona oczywiście obrońców życia, którzy od dawna próbują go nagłaśniać, konserwatywny American Entreprise Institute, Bank Światowy i wojsko.

Niebezpieczne późne aborcje i handel kobietami

Można się trochę dziwić, że takie problemy jak porywanie kobiet do domów publicznych (w samych Chinach jest 10 milionów tzw. pracowników seksualnych), kupowanie żon czy aranżowanie małżeństw w krajach Azji, które już się pogłębiają w wyniku deficytu kobiet, nie są wystarczająco ważne dla feministek. Podobnie jak fakt, że nie martwią się one nawet zagrożeniami zdrowotnymi późnych aborcji, bo przecież płeć najlepiej widać na USG po 20 tygodniu ciąży. Wszystko staje się jasne w sytuacji, kiedy uświadomimy sobie, że nie dla wszystkich feministek zdrowie i życie innych kobiet jest najważniejsze. Amerykańskie feministyczne fanatyczki muszą stać na straży Roe vs Wade, czyli prawa do prywatności, w ramach którego zdefiniowano legalność aborcji w USA (nie ma tam tzw. prawa do aborcji sensu stricto). Różne kobiety (np. przymuszone do aborcji) zostaną złożone na ołtarzu polityki feministycznej, wedle której zła jest wyłącznie aborcja nielegalna.

Zamierzona metoda kontroli urodzeń

Ale jest jeszcze inny, bardzo ważny powód. Ruch feministyczny w USA dał się dokooptować do establishmentu kontroli liczby ludności świata, który to celowo użył aborcji ze względu na płeć jako broni masowego rażenia. Inżynierom społecznym z organizacji antynatalistycznych bardzo podobała się możliwość dokonywania selekcji płci, gdyż liczyli na to, że rodziny w Azji będą mniejsze, gdy od razu urodzi im się syn. Ta metoda kontroli urodzeń została zaakceptowana przez tzw. ekspertów z czołowych uniwersytetów: Stevena Polgara, Williama D. McElroya, Paula Ehrlicha (autora „Population bomb”) czy antropolog Margaret Mead. I użyta od samego początku antynatalistycznej krucjaty USA. W jednym z pierwszych krajów, w których zastosowano ostrą politykę kontroli urodzeń (łącznie z przymusowymi sterylizacjami i aborcjami) były Indie, gdzie aborcja ze względu na płeć była promowana przez dr. Sheldona Segala. Segal był bardzo zdolnym kontrolerem liczby ludności świata- wynalazł antykoncepcyjny implant podskórny Norplant, spiralę Mirena i pracował dla Population Council, Fundacji Forda i Rockefellera. Oprócz tych organizacji badania nad znalezieniem najlepszej metody selekcji płci finansowała również International Planned Parenthood Federation (należy do niej Towarzystwo Rozwoju Rodziny z Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny). Nie da się ukryć, że establishment kontroli ludności doskonale znał potencjał żeńskiego płodobójstwa i był świadomy powstałej w ten sposób nierówności płci już w latach 80 XX w. Wiedział również, że jej efektem będzie osiągnięcie podwójnej korzyści. Dzięki temu będzie nie tylko (od razu) mniej dzieci (konkretnie dziewczynek), ale (później) mniej kobiet czyli potencjalnych matek.

Organizacje antynatalistyczne współwinne

W konsekwencji tego antynatalistyczny establishment jest oczywiście współwinny nadużyć praw człowieka i odpowiedzialny za zaburzenia demograficzne na skalę światową. Od jakiegoś czasu będący jego częścią Fundusz Ludnościowy ONZ (UNFPA) wspomina trochę o tym problemie, ale bardzo asekuracyjnie i absolutnie pilnuje się, aby w tym kontekście nie użyć słowa aborcja. Zamiast tego posługuje się nowomową, korzystając z terminów prenatalna selekcja płciowa albo żeńskie płodobójstwo (wielokrotnie pisał o nim wpływowy tygodnik „The Economist”). Jego strategią jest obarczenie winą tradycji i technologii (głównie USG), co choć bardzo wygodne, mija się z prawdą. Z książki Hvistendahl wynika, że na świecie ludzie wolą mieć chłopców, z wyjątkiem USA, gdzie niektóre (zapewne nieliczne) matki traktujące dziecko jak lalkę-zabawkę, chcą sobie wyprodukować dziewczynkę, aby razem z nią chodzić na zakupy. Być może rzeczywiście prawdą jest, że wiele kobiet na świecie jeśli może, wybiera urodzenie syna. (Nieliczne są do tego zmuszane przez męża czy jego rodzinę, a są i takie, które dokonują aborcji ze względu na płeć wbrew woli męża). Organizacje antynatalistyczne z USA zrobią wszystko, aby aborcja była dla nich zawsze dostępna. Czy feministki na świecie naprawdę wierzą, że to w trosce o ich prawa?

Zakaz aborcji

Aby zwalczać nierówność demograficzną płci, Hvistendahl poleca naprawdę zająć się egzekwowaniem zakazu aborcji ze względu na płeć, podobnie jak Thérèse Hesketh z „British Medical Journal”. Autorka musi sobie jednak zdawać sprawę, że nie jest to proste w krajach, gdzie aborcja z innych powodów jest dozwolona (Indie czy Chiny). Organizowanie prowokacji z wynajętymi kobietami w ciąży, działania policji pod przykrywką, pilnowanie USG, karanie tysiącami dol., odbieranie prawa wykonywania zawodu, a nawet wsadzanie aborterów do więzienia, które wylicza wśród rozwiązań przyjętych w różnych krajach, na pewno do czegoś się przydają. Pocieszającym jest fakt, że w 2007 r. Korea Południowa po raz pierwszy zanotowała normalny stosunek różnicy płci. Hvistendahl nie zauważa jednak ciągu przyczyno-skutkowego, że aborcja jest tam prawie całkowicie zakazana z wyjątkiem ratowania życia matki.

Pod koniec swojej książki autorka pisze, że każdy powinien mieć „prawo do otwartej przyszłości”. Niewykluczone więc, że za jakiś czas stanie całkowicie po stronie życia i zmieni zdanie na temat aborcji. Jej zwalczanie tylko dlatego, że uderza w nienarodzone dziewczynki ignoruje przecież jej istotę. Bo aborcja jest przede wszystkim i z natury po prostu antyludzka.

Natalia Dueholm

http://wobroniewiaryitradycji.wordpress ... -i-kobiet/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 06 maja 2012, 00:42 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
Ściganie synów za długi ojca

Obrazek


Marcin i Sebastian wychowywali się bez ojca, nawet alimentów nie płacił. Gdy zmarł, jego jeszcze nieletni synowie dostali pisma z kancelarii prawnej, że SKOK Stefczyka ściga ich za 10 tys. zł niespłaconej ojcowskiej pożyczki. Teraz dług urósł już do 40 tys. zł

- Gdy do Sebastiana przyszło w marcu pismo od komornika, wziął z kuchni nóż i na moich oczach zaczął się ciąć. Bo to mnie synowie obwiniają, że mieli takiego ojca - opowiada Agata Opara.

Płacze: - A ja od lat odbijam się od ściany, w sądzie nie chcą mnie już słuchać, a ja to wszystko przypłaciłam zdrowiem i utratą pracy.

Sebastian niebawem skończy 23 lata. Marcin, jego brat, urodził się dwa lata później. - Już wtedy nie mieszkaliśmy z mężem razem. Przyszedł tylko na chrzciny. Potem już się nie widywaliśmy - opowiada ich matka Agata Opara.

Rozwód wzięli formalnie w 1996 r. Alimenty na chłopców do 2004 r. płacił Państwowy Fundusz Alimentacyjny. - Nie pracował, na sprawy alimentacyjne nigdy się nie zgłaszał - wspomina byłego męża.

Bezrobotny bierze pożyczkę

W 2005 r. w częstochowskim oddziale SKOK Stefczyka Piotr Opara wziął 10 tys. zł pożyczki. Na podstawie zaświadczenia o zatrudnieniu.

- Przecież był bezrobotny! - denerwuje się pani Agata. I pokazuje dowód z ZUS-u: "W latach 2003-2006 figuruje w rejestrach jako osoba zgłoszona do ubezpieczenia zdrowotnego przez płatnika Powiatowy Urząd Pracy jako osoba bezrobotna niepobierająca zasiłku dla bezrobotnych. Brak zgłoszenia do ubezpieczeń społecznych z tytułu zatrudnienia oraz działalności gospodarczej w latach 2003-2006".

Dawid Adamski, rzecznik SKOK Stefczyka, nie widzi problemu: - Pan Piotr zawarł umowę pożyczki zgodnie z obowiązującymi przepisami, m.in. w oparciu o zaświadczenie o zatrudnieniu, które przedstawił.

Piotr Opara pożyczki nie spłacał. 20 stycznia 2006 r. SKOK wypowiedział mu umowę. Sprawa trafiła do sądu, który 23 maja 2006 r. wydał nakaz zapłaty. Przy próbie doręczenia tego pisma sąd otrzymał informację, że Piotr Opara zmarł.

- Sebastian poszedł na pogrzeb. Nikt z rodziny zmarłego nie powiedział, co robił przed śmiercią, czy miał jakieś długi - mówi pani Agata.

SKOK złapał spadkobierców

Za pośrednictwem kancelarii prawnej SKOK szukał spadkobierców.

- W myśl przepisów prawa do spadku po zmarłym zostali powołani jego dwaj synowie. Ponieważ nie złożyli oświadczenia o odrzuceniu spadku, weszli niejako w sytuację prawną swojego ojca. Wobec tego byliśmy zmuszeni wystosować wobec nich nakaz zapłaty. Sprzeciwy, które wnieśli, zostały przez sąd odrzucone. Dlatego zostało rozpoczęte wobec nich postępowanie egzekucyjne - argumentuje Adamski ze SKOK-u.

Sprawdziliśmy postępowanie sądowe. Faktycznie, obaj synowie - a właściwie w ich imieniu matka - takie sprzeciwy wnieśli. Sąd jednak ich nie odrzucił - jak twierdzi SKOK - natomiast zawiesił postępowanie z przyczyn formalnych.

Rzecznik Kasy Stefczyka pomija jeszcze jedną sprawę. Obaj synowie Piotra Opary byli w chwili jego śmierci nieletni.

SKOK odczekał i w 2010 r. złożył do częstochowskiego sądu wniosek o przeprowadzenie postępowania spadkowego. W 2011 r. zostało ono zakończone.

- Sąd zabezpieczył interesy spadkobierców - zaznacza rzecznik Sądu Okręgowego w Częstochowie Bogusław Zając. - Ponieważ w chwili śmierci dłużnika byli nieletni, sąd zdecydował o przyjęciu przez nich spadku z dobrodziejstwem inwentarza. Oznacza to, że mogą odpowiadać za długi ojca tylko do wartości odziedziczonego majątku. Jeśli nie ma tego majątku, to już zmartwienie wierzyciela. SKOK dostał postanowienie sądu.

Machina ruszyła, zatrzymać się nie da

Jednak SKOK inaczej interpretuje postanowienie sądu: - To nie na wierzycielu spoczywa obowiązek dowiedzenia, że aktywa spadku są wyższe od długu. Przeciwnie - to w interesie spadkobiercy leży sporządzenie spisu inwentarza. Spis zaś stanowi podstawę ograniczenia odpowiedzialności za długi spadkowe. Do momentu powstania takowego, zgodnie z prawem, prowadzona jest egzekucja o całość roszczenia wynikającego z tytułu wykonawczego zgodnie z wnioskiem egzekucyjnym - argumentuje rzecznik Kasy Stefczyka.

Efekt: obu braci ścigają komornicy. I co ciekawe - Marcina ściga komornik z Jędrzejowa w Świętokrzyskiem, a Sebastiana - komornik z Krakowa. Powołują się na tytuł wykonawczy Sądu Rejonowego z Częstochowy z 2006 r. wydany wobec Piotra Opary.

Od każdego z jego synów komornicy żądają po blisko 40 tys. zł. Przegrywający płaci za wszystko: długi ojca, koszty sądowe, prawników SKOK-u, koszty komornika.

Nieustannie pod częstochowski adres synów Opary listonosz przynosi pisma ponaglające do zapłaty "najlepiej od razu całej kwoty, bo jak w ratach, to będzie więcej".

Na początku tego roku komornik powiadomił urząd skarbowy, by wyegzekwował od Sebastiana pieniądze z podatków (jeśli miał dochód).

- Jesteśmy bezsilni, nie wiemy, co robić. Może w tym sądzie robiliśmy coś nie tak... Jesteśmy za biedni na adwokatów. Oni mają sztab prawników, a nas nikt słuchać nie chciał. Dlaczego nie zaangażowano komorników z Częstochowy? Z tamtymi to nie ma nawet jak się porozumieć. Sebastian nie ma pracy, nawet nie chce jej podjąć, bo boi się, że i tak do końca roku nie wypłaci się w tym SKOK-u. Marcin wyjechał z miasta, ukrywa się. Mnie też już nie chce się żyć - opowiada Agata Opara.

Dawid Adamski, rzecznik SKOK Stefczyka: - Niezależnie od toczących się postępowań, dołożymy wszelkich starań, aby pozytywnie rozwiązać tę sprawę. Nie jest bowiem naszą intencją nakładanie dodatkowych obciążeń na kogokolwiek. Przeciwnie, celem działania Kas jest bowiem walka z wykluczeniem społecznym i finansowym.

Ale na razie są to tylko słowa.

Nazwisko Agaty, Piotra, Sebastiana i Marcina zostało zmienione

Co zrobić z długami i bankami?

Wszystkie instytucje finansowe - i to nie tylko SKOK-i, ale też banki - doskonale znają tę część polskiego prawa, która stanowi, że śmierć osoby, której udzielono kredytu, wcale nie zwalnia od jego spłaty. Wprawdzie kredytobiorca nie żyje, ale instytucja finansowa zawsze może windykować dług z kieszeni jego spadkobierców.

Jest to powszechne postępowanie. Żaden z banków nie umarza długu po śmierci kredytobiorcy, zaś niemal każdy stara się namierzyć spadkobierców.

To dlatego banki chętnie udzielają kredytów osobom starszym, emerytom i rencistom. Pożyczają im pieniądze nie tylko dlatego, że tacy klienci zwykle są bardzo solidnymi pożyczkobiorcami (etos nie pozwoliłby im na niewywiązanie się z umowy z bankiem). Także dlatego, że w przypadku ich śmierci bank bynajmniej nie zostaje na lodzie. Przeciwnie: czeka na sądowe orzeczenie o nabyciu spadku przed rodzinę zmarłej osoby i łapie spadkobierców za gardło.

Czy jest jakiś sposób, żeby zamiast spadku nie przejąć bankowych długów po zmarłej osobie? Kłopot w tym, że bank nie ujawni nikomu stanu konta, salda karty ani wysokości zadłużenia nieżyjącej osoby. Wymówi się tajemnicą bankową. Informacji udzieli dopiero wtedy, kiedy spadkobiercy przyjdą już z zaświadczeniem sądowym o nabyciu spadku. Tyle że jeśli zmarły miał w banku raczej długi niż pieniądze - sami ukręcą w ten sposób na siebie bicz.

Rady na to są dwie.

Po pierwsze, zawsze spisujmy nasze długi, a wszystkie umowy kredytowe trzymajmy w jednym miejscu, w jakimś segregatorze. Tak na wszelki wypadek, żeby nie robić zbędnego kłopotu rodzinie, gdyby coś nam się stało.

Po drugie, to już rada dla spadkobierców, jeśli macie przejąć spadek po zmarłym, ale nie macie pewności, czy po drodze nie narobił on jakichś długów, zawsze wybierzcie w sądzie opcję przejęcia majątku "z dobrodziejstwem inwentarza", a nie bezwarunkowo.

Wtedy też będziecie odpowiadać za długi zmarłego, ale tylko do wysokości pozostawionego przez niego majątku.

Przy zwykłym przyjęciu spadku może się okazać, że musicie spłacić dług wielokrotnie przekraczający odziedziczony przez was majątek. Warto też mieć z tyłu głowy możliwość odrzucenia spadku, o ile majątek jest niewielki, a istnieje ryzyko, że w przyszłości mogą wyjść jakieś ciemne historie ze starymi kredytami.

Maciej Samcik


http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... &startsz=x

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 08 maja 2012, 06:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Trans rozumu?

Dziwne nam się dzisiaj wydaje, że chrześcijanie przełomu XIX i XX wieku mieli ogromne problemy ze zrozumieniem śmiertelnego niebezpieczeństwa marksistowskiej, nieludzkiej utopii. Nie pomagały nawet ponawiane poważne wezwania kolejnych papieży, włącznie z encykliką "O bezbożnym komunizmie". Dzisiaj jednak chyba też mamy problemy z zauważeniem nowej totalitarnej pokusy. Wmawia się nam, że ludzka cielesność (w tym i płciowość) to tylko fakt biologiczny, z którym człowiek - osoba ludzka, byt ponadbiologiczny - nie powinien się liczyć, a zatem uprawniony jest do dowolnej manipulacji własną i cudzą płciowością. Na bazie tego założenia PE w 2011 r. przyjął rezolucję, w której żąda się, żeby tzw. transseksualiści nie byli "dyskryminowani", czyli mieli swobodę chirurgicznego "naginania" płciowości własnego ciała do przeżywanych chęci posiadania ciała innej płci. Co więcej, żąda się tu też uznania tych praktyk przez całe społeczeństwo, czyli wprowadzenia przymusu nazywania kogoś np. mężczyzną, chociaż obiektywne fakty wskazują, że jest to kobieta. Polscy wyborcy zapragnęli nawet znaleźć się na czele dziejów światowego parlamentaryzmu i powierzyli nasze wspólne losy osobie "transseksualnej". Radowaniu się z tych sukcesów przeszkadza red. Tomasz Terlikowski, któremu z tego powodu szykuje się kolejną sądową "ścieżkę zdrowia", aby przyznał się do "winy" żywienia przekonania o istnieniu obiektywnej prawdy. Niestety, już zasiano w głowach sporo kąkolu. O wyrywaniu go nie ma mowy, ale konieczne jest jego rozpoznanie.
Z tym możemy mieć problemy, biorąc do ręki nawet niektóre katolickie publikacje zajmujące się tematem transseksualizmu. W jednej z nich możemy ze zdziwieniem przeczytać, że osoba "czująca się", że jest innej płci, niż wskazywałoby na to jej ciało, ma "prawo do zabiegu", czyli "kuracji" hormonalnej i interwencji chirurgicznej próbującej dostosować narządy płciowe (inne cechy płciowe) do tych przeżywanych chęci. Za "bardziej złożoną" uważa autor tego tekstu ocenę moralną zawarcia związku małżeńskiego przez transseksualistę. W publikacjach dotyczących transseksualizmu brakuje jednak jakichkolwiek opisów przeżyć osoby "transseksualnej", które określa się zwodniczo jako "poczucie bycia kobietą", chociaż ma się męskie ciało, albo "poczucie bycia mężczyzną" pomimo posiadania kobiecego ciała. Nie sposób tych przeżyć zrozumieć, bo przecież nie sposób czuć się mężczyzną bez przeżywanej pewności, że się ma np. jabłko Adama, wąsy i brodę czy jakieś swoiście męskie bicepsy. "Czuć się kobietą" w męskim ciele wydaje się tak samo nierealne, jak czuć się np. ptakiem w ludzkim ciele. Bez skrzydeł, dzioba i piór nie sposób się czuć ptakiem, tak jak nie można się czuć w męskim ciele kobietą czy z kobiecym ciałem nie można się czuć mężczyzną. Natomiast jest już zrozumiała - i dostarczająca jednego z kluczy do genezy problemu "transseksualizmu" - możliwość żywienia pragnienia czucia się w ciele przeciwnej płci. Każde dążenie polega na niejako "wyjściu z siebie" do swojego przedmiotu i pragnieniu utożsamienia się z nim. Stąd też np. kierowanie się logiką samego pożądania seksualnego - którego przedmiotem jest "ciało drugiej płci" (K. Wojtyła) - może doprowadzić nawet do pojawienia się pragnienia posiadania "ciała drugiej płci", czego przykładów dostarczają biografie niektórych rozpustnych rzymskich cesarzy (np. Nerona). Wadę nieczystości zatem nieprzypadkowo określa się jako najbardziej paraliżującą ludzki rozum: na uwięzi pożądania seksualnego można przeżyć rzeczywiście odlot czy trans rozumu i chcieć mieć ciało kobiety, chociaż jest się mężczyzną.
Rezolucja PE wzywa zatem koniec końców do łamania rozumu tym wszystkim, którzy nie mogą się zgodzić, że ciało to tylko biologiczny materiał, którym można się dowolnie posługiwać.

Marek Czachorowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 08&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 08 maja 2012, 07:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Bojkot powstrzymał barbarzyństwo

Po rocznym bojkocie produktów koncernu PepsiCo zainicjowanym przez amerykańskie środowiska pro-life firma zapewniła, że do dalszej produkcji napojów nie będzie już stosowała komórek pochodzących z ludzkich embrionów. To bezprecedensowe zwycięstwo obrońców życia jest dowodem na skuteczność społecznych bojkotów i zachętą do podejmowania tego rodzaju działań w podobnych przypadkach, których dziś zdaje się nie brakować. Tym bardziej że problem nadal dotyczy innych firm.

"Senomyx nie będzie wykorzystywał komórek linii HEK ani żadnych innych tkanek pochodzących z ludzkich embrionów czy płodów w badaniach prowadzonych na rzecz PepsiCo" - czytamy w oświadczeniu sygnowanym przez Paula Boykasa, przedstawiciela koncernu PepsiCo, przesłanym na adres amerykańskiej organizacji pro-life Children of God for Life [Dzieci Boże za Życiem]. To właśnie to stowarzyszenie w maju ubiegłego roku zainicjowało bojkot produktów PepsiCo. Stało się to po tym, jak do wiadomości publicznej przedostała się informacja, że firma Senomyx, która m.in. na zlecenie koncernu PepsiCo prowadzi badania nad ulepszaczami smaku, wykorzystuje do tego celu linie komórkowe pochodzące z ludzkich embrionów. Wkrótce akcja "NIE dla PepsiCo" przekroczyła granice Stanów Zjednoczonych, a nawet całego kontynentu. Decyzja o wycofaniu się z bulwersujących badań została niewątpliwie podyktowana postawą konsumentów, którzy masowo zaprzestali kupowania produktów tego koncernu. Problem jednak nadal istnieje. Senomyx nie zaprzestał swoich badań na rzecz innych koncernów produkujących żywność.
Niestety, nie tylko firmy zajmujące się produkcją żywności posuwają się do tak barbarzyńskich zabiegów. Dość wspomnieć sytuację, kiedy do ulepszenia nawierzchni asfaltowej na autostradzie pod Berlinem Niemcy wykorzystali blisko 50 tys. ton "odpadów", wśród których znalazły się ciała nienarodzonych dzieci. Zatrważających informacji w kwestii wykorzystywania embrionalnych linii komórkowych m.in. do produkcji leków, szczepionek czy kosmetyków dostarcza katolickie pismo "National Catholic Register" w artykule Rebecci Taylor, specjalistki z zakresu biologii molekularnej. Taylor wymienia firmy i koncerny, które działają - dosłownie i w przenośni - "po trupach". Przykładem może być jeden z producentów leków, który w ostatnich tygodniach podał do wiadomości, że wypracował nowy środek skutecznie leczący depresję. Jak się okazuje, do jego produkcji konieczne są komórki pobrane z nienarodzonego dziecka. Poza tym firma ta proponuje leczenie stwardnienia zanikowego bocznego przy użyciu komórek macierzystych pobranych z tkanek 8-tygodniowego nienarodzonego dziecka. Na liście znajdują się również inni farmaceutyczni potentaci. Także przemysł kosmetyczny sięga po tego rodzaju procedury. Jedna z firm oferuje klientkom chociażby antyzmarszczkowe specyfiki wzbogacone "młodymi komórkami".
Jak pokazała kampania przeciwko PepsiCo, w sytuacji kiedy wiadomo, że dany producent wykorzystuje środki uderzające w godność człowieka, warto protestować i informować o tym szersze środowiska. Jeśli produkt spotka się z bojkotem, jego producent prędzej czy później będzie musiał zareagować. Oczywiście - jak zauważa Taylor - nie wszystkie firmy ujawniają szczegółowy skład produktów, co może utrudnić rozeznanie.

Anna Bałaban

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Patologie dzisiejszego świata
PostNapisane: 19 maja 2012, 20:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30804
Wzajemnie przeplatające i uzupełniajace się systemy: liberalizm i socjalizm, tworzą sprawny kolektor drenujacy wszystkich tych, którzy pragną żyć z własnej pracy, na rzecz tych co żyją z lichwy, polityki i z rozboju. To jest największa patologia dzisiejszego świata.
Nieświadome masy ludzkie wciąż się na ten sam chwyt "trzymających władzę" nabierają.
Świadomi, niczym "głosy wołajace na pustyni", krzyczą o tym głośno, ale nikt nie chce ich krzyku słuchać.


Tomasz Wróblewski

Imagine…

Tuż za rogiem stoi nowy lewicowy świat. Mityczny świat sprawiedliwości społecznej. Świat, gdzie nikt nie jest ani zbyt biedny, ani zbyt bogaty. Gdzie miejsca pracy nie uciekają za granicę, kapitał jest dobrem publicznym, a nie fortuną obracaną w prywatne widzimisię. Gdzie zasoby naturalne eksploatowane są zgodnie z prawami natury, a nie dla wiecznego podbijania wskaźników konsumpcji.

Po kolejnych wystąpieniach nowego prezydenta Francji, wobec niemieckiej lewicy szturmem zdobywającej kolejne landy i greckich przeciwników reform fiskalnych – łza się w oku może kręcić na wspomnienie przeszłości. Nostalgiczna podróż w czasie do fantazji Johna Lennona „Imagine no possessions / I wonder if you can…”.

Czy potrafimy sobie wyobrazić ten nowy świat? Zacznijmy od wyrównywania różnic społecznych. Od 75-procentowego podatku dochodowego we Francji, który już został zapowiedziany. Nasza rodzima lewica marzy o nowym 50-procentowym podatku i nawet jeżeli dziś jeszcze tego nie osiągnie, to może liczyć na wspomaganie z UE.

Może też liczyć na międzyrządowe umowy o wymianie informacji bankowych, które uniemożliwią bogatym ucieczkę do rajów podatkowych. Pieniądze zostaną w kraju i… wzbogacą fundusz socjalny dla rosnącej liczby bezrobotnych. A trochę nam tych bezrobotnych przybędzie. Bo nowe programy troski o miejsca pracy przewidują zwiększenie obowiązków pracodawcy. Kwoty minimalne zatrudnienia młodych, obostrzenia przy zwalnianiu starych. W Niemczech pracodawcy już dziś są karani za utratę miejsc pracy. Płacą odszkodowanie za każdy etat wywieziony za granicę. Praca przestaje być przywilejem, zaczyna być prawem człowieka i jako taka specjalnie ma być chroniona. To słowa prezydenta Hollande’a.
Rosnące koszty pracy przysporzą lewicowym mesjaszom popularności, ubędzie jednak firm, które będą w stanie nadal konkurować na wolnym rynku.

Ale od czego w świecie wiecznej fantazji jest państwo? Bankrutujące przedsiębiorstwa mogą liczyć na wsparcie publiczne. Dedykowane granty, abolicje podatkowe, specjalne kontrakty rządowe na inwestycje w infrastrukturę. To jednak delikatna gra. Raz puszczone w ruch maszyny drukarskie może i dają ludziom więcej pieniędzy, giełdom nadziei, a producentom zamówień, ale łatwo tu o spięcia, niekontrolowane skoki inflacji, zaburzenia na rynku pracy. Stąd całe mnóstwo dodatkowych regulacji, obostrzeń, które idą z państwową pomocą. Ochrona miejsc pracy, kontrola cen, limity produkcyjne, bariery celne i wiele innych, które trzeba tworzyć z każdą kolejną falą rynkowych konwulsji.

Przemyślna inżynieria finansowa daje jednak wrażenie wzrostu gospodarczego. Rząd ogłasza koniec kryzysu. Wszystko co prawda szybko drożeje, ale nikomu to nie przeszkadza, bo płace rosną jeszcze szybciej. Za sprawą państwowego interwencjonizmu ludzie myślą, że się bogacą.
Z tym, że jedni bardzo się bogacą, a inni – w zasadzie większość – bogaci się mniej. Gorzej: po przeliczeniu stóp procentowych, nowych rat kredytowych, opłat i malejącej siły nabywczej pieniądza, okazuje się, że w zasadzie tracą i to bardzo.

Ale pokusa walki z gospodarczą stagnacją za pomocą rosnącej inflacji jest coraz większa. Marzenia o lepszym świecie nie ustają. Ekonomiczne fantazje, keynesiańskie modele, które w rzeczywistości są niczym innym jak zwykłą piramidą finansową, urastają do rangi cudu ekonomicznego. I pewnie byłby to cud, gdyby pieniędzy nigdy nie trzeba było oddać albo gospodarka zaczęła rosnąć szybciej niż zadłużenie. Ale nie rośnie, a dłużnicy ustawiają się w kolejce. Pieniędzy na pomoc socjalną szybko zaczyna brakować, bo banki nie dają się nabrać na zdewaluowane pieniądze i domagają się zwrotu w innych walutach. Padają szpitale, szkoły i jak w Grecji czy Włoszech, stają służby miejskie. A równocześnie rosną niebotyczne fortuny bankierów, rosną dysproporcje i szlag trafia sprawiedliwość społeczną. Imagine… ten lepszy lewicowy świat, jest już tuż za rogiem.

http://blog.rp.pl/wroblewski/2012/05/18/imagine/


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 57 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /