Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Wielcy polskiej kultury

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 29 lip 2010, 09:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30852
Dziś, to jest 28 lipca 2010 mija kolejna już dwunasta rocznica śmierci wybitnego człowieka, niezłomnego artysty – Zbigniewa Herberta. Herbert całym swoim życiem oraz twórczością przeciwstawiał się komunistom oraz sowietyzacji otaczającego go świata. Jego niezłomna postawa sprawiła, iż nie miał łatwego życia. Szczególnie, kiedy jego bezpośrednie i nazywające rzeczy po imieniu wypowiedzi dotykały tych, którzy ulegli czerwonej zarazie. Zmagał się z wieloma trudnościami oraz przeciwnościami losu, jednak zawsze starał się sam wydostać z trudnych sytuacji. Nie oczekiwał pomocy od innych. Często nią gardził. Był na nią niejednokrotnie zbyt dumny. Po pozornym odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989 roku, sprzeciwiał się polityce „grubej kreski” oraz nie przebierał w słowach nazywając nowy ustrój panujący w jego ukochanym kraju – neokomunizmem. Neokomunizmem, w którym stare doskonale wymieszało się z nowym, i pod przykrywką „demokracji” zaczęło tworzyć nową-starą rzeczywistość, na którą Herbert się nie mógł zgodzić.

http://thaer.salon24.pl/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 18 lis 2010, 10:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30852
Henryk Mikołaj Górecki

Ostatni koncert z mistrzem

Pożegnalny koncert symfoniczny rozpoczął wczoraj uroczystości pogrzebowe śp. prof. Henryka Mikołaja Góreckiego. Wybitnego kompozytora żegnano w katowickiej katedrze Chrystusa Króla, najważniejszej świątyni regionu śląskiego. Górecki zmarł w wieku 77 lat, pozostawił po sobie ceniony na całym świecie dorobek twórczy. Profesora Henryka M. Góreckiego żegnały wczoraj koncertem Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, Filharmonia Śląska i połączone chóry z Katowic i Krakowa. Uroczystości pogrzebowe zgromadziły środowisko muzyczne i akademickie. Obecni byli m.in. Krzysztof Penderecki, Wojciech Kilar, Józef Skrzek. Mszy św. przewodniczył ks. kard. Franciszek Macharski, w koncelebrze uczestniczył m.in. ks. abp Damian Zimoń, metropolita katowicki.Profesor Górecki zmarł po ciężkiej chorobie 12 listopada w wieku 77 lat. Był jednym z najpopularniejszych w świecie polskich muzyków współczesnych. Jego III Symfonia, zwana "Symfonią pieśni żałosnych", przez wiele tygodni przodowała w rankingach muzyki klasycznej w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Był laureatem wielu międzynarodowych konkursów kompozytorskich. Otrzymał kilkanaście honorowych doktoratów uczelni krajowych i zagranicznych. Został wyróżniony m.in. Orderem św. Grzegorza Wielkiego - najwyższym odznaczeniem papieskim, jakie może otrzymać osoba świecka, przyznawanym za szczególne zasługi dla Kościoła. Przez wiele lat Górecki był związany z katowicką Akademią Muzyczną, jako jej wykładowca i rektor. Górecki w latach 80. tworzył utwory sakralne o głęboko lirycznym charakterze. W swojej twórczości wracał do korzeni muzyki polskiej, a zwłaszcza jej nurtu ludowego. Do najbardziej znanych jego utworów należą: "Epitafium", "Genesis I-III", "Trzy utwory w dawnym stylu", "Refren na orkiestrę", "Muzyka staropolska", "Ad Matrem", II Symfonia "Kopernikowska", "Beatus vir", "Miserere", "Recitativa i ariosa - Lerchenmusik", "Małe requiem dla pewnej Polki" na fortepian i 13 instrumentów czy "Pieśń Rodzin Katyńskich". MA

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 07 sty 2011, 20:31 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3211
Krzysztof Kolberger,

Zmarł jeden z najwybitniejszych polskich aktorów współczesnego kina i teatru. Miał 60 lat. Od lat walczył z chorobą nowotworową - najpierw był to rak nerki,
potem miał przerzuty na wątrobę. Aktor przeszedł kilka operacji.
Walczył w sposób heroiczny i cichy.
Mówienie pogodnie o śmierci powoduje, że się bardziej z nią oswajamy - tak mówił Krzysztof Kolberger. Aktor oswajał się ze śmiercią od 20 lat, a od kilku lat miał świadomość, że choroba się nasila.

Obrazek

Był znanym i lubianym aktorem teatralnym i telewizyjnym o charakterystycznym głosie.

Joanna Szczepkowska wspominała aktora jako człowieka uśmiechniętego, nawet kiedy był bardzo chory.
- Musimy to zapamiętać. Robił to dla nas. Było coś świętego w tym znoszeniu cierpienia.
On wybrał emanację dobrem - stwierdziła aktorka.

Utalentowany aktor...

Na deskach Teatru Narodowego w Warszawie Kolberger zagrał szereg ról romantycznych, między innymi w "Dziadach", "Wacława dziejach" i "Weselu". W teatralnym dorobku Krzysztofa Kolbergera na uwagę zasługują również role w sztukach "Niech no tylko zakwitną jabłonie" i "Apetyt na czereśnie" Agnieszki Osieckiej.

Aktor znany był także z wielu filmowych ról. Zagrał między innymi w "Kontrakcie" Krzysztofa Zanussiego, "Na straży swej stać będę" Kazimierza Kutza i "Ostatnim promie" Waldemara Krzystka. Telewidzowie pamiętają go także z ról w spektaklach Teatru Telewizji, między innymi "Romeo i Julia" czy "Popiół i diament", a także z seriali "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy", "Rzeka kłamstwa", "Ekstradycja", czy "Sfora".

...i reżyser

Pracował też jako reżyser teatralny. Wystawił między innymi "Krakowiaków i górali" oraz "Nędzę uszczęśliwioną".

Stworzył wspaniałą kreację podczas koncertu poświęconego pamięci Jana Pawła II pod tytułem "Wielka Pani", recytując młodzieńcze wiersze Karola Wojtyły.

Odczytał też testament Jana Pawła II w czasie żałoby po śmierci papieża w kwietniu 2005 roku. Uznał to za jedno z najważniejszych zadań aktorskich w swojej karierze. Brał też udział w polskim dubbingu do filmu "Jan Paweł II", użyczając swojego głosu postaci tytułowej, granej przez Johna Voighta. Krzysztof Kolberger był znanym interpretatorem poezji. Oprócz utworów Karola Wojtyły recytował wiersze Miłosza, Goethego, Iwaszkiewicza, Eliota, Norwida, Słowackiego i Mickiewicza.

Urodził się 13 sierpnia 1950 roku w Gdańsku. Ukończył warszawską PWST. Zaraz po studiach w 1972 roku otrzymał angaż w Teatrze Śląskim w Katowicach. Bardzo często grywał w repertuarze romantycznym. W filmie zadebiutował w 1974 roku rolą w serialu Zbigniewa Kuźmińskiego "Ile jest życia". W 1999 roku pojawił się w roli Adama Mickiewicza w filmie Andrzeja Wajdy "Pan Tadeusz".

Krzysztof Kolberger jest jednym z bohaterów książki "Odnaleźć dobro" Marzanny Graff-Oszczepalińskiej, w której opowiada w formie pamiętnika o swoim osobistym spotkaniu z prawdziwym dobrem tkwiącym w człowieku.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 08 sty 2011, 14:43 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 13 lip 2009, 16:38
Posty: 1932
+

_________________
"Ponieważ żyli prawem wilka,historia o nich głucho milczy..."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 19 lip 2011, 06:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30852
Niezapomniany Tadeusz Fijewski

Gdyby żył kończyłby dzisiaj 100 lat, wspaniały, wszechstronny aktor, niezapomniany Pan Anatol, czy Recki.

Urodził się 14 lipca 1911 r. w wielodzietnej biednej rodzinie na warszawskim Powiślu. Był synem malarza pokojowego Wacława i Marianny z Lubańskich. Ta robotnicza rodzina wychowała troje artystów, bo swoje losy z teatrem związali: siostra Barbara Fijewska i brat Włodzimierz Fijewski.

Tadeusz zadebiutował w 1921 jako statysta w „Chorym z urojenia” Moliera, w Teatrze Polskim w Warszawie, którym wtedy kierował jego założyciel Arnold Szyfman. Z tym teatrem związał również ostatnie dziesięć lat życia. Występował również w spektaklach amatorskich i przedstawieniach dla dzieci, a od 1927 również w filmie. Na ekranie zadebiutował również bardzo wcześnie. Został laureatem konkursu zorganizowanego przez dziennik "ABC" mając zaledwie szesnaście lat. Zagrał w filmie „Zew morza” w reż. Henryka Szaro, wcielając się w rolę dziesięcioletniego Stacha.

W 1927 r. nie udało mu się zdać eksternistycznego egzaminu aktorskiego. Wrócił, więc do przerwanej nauki w gimnazjum, ale nadal występował na scenie i w filmach. Później w 1936 r. ukończył Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej w Warszawie. Po studiach aktorskich grał w objazdowym Teatrze dla Dzieci "Płomyku" i "Płomyczku". Do września 1939 był związany ponadto z warszawskimi scenami Teatru Malickiej i Teatru Ateneum oraz teatrem w Sosnowcu.

Po wybuchu II wojny światowej był więźniem obozów koncentracyjnych Oranienburg i Dachau. Po uwolnieniu z obozów w 1941 r. wrócił do Warszawy, wstąpił do AK i pracował w barach. Brał udział w Powstaniu Warszawskim. Po jego upadku był więziony w obozach jenieckich na terenie III Rzeszy. Po wyjściu na wolność był aktorem teatru powstańczego BIiP AK (1944) Leona Schillera i zespołu estradowego stworzonego przez Kazimierza Krukowskiego, który występował w polskich obozach na terenie okupowanych Niemiec.

W 1945 r. powrócił do Polski. Występował na deskach teatrów w Toruniu, Łodzi. W Warszawie grał w teatrach: Nowym (1947–1949), Narodowym (1949–1954), Współczesnym (1954–1968) i jak wcześniej wspominałam na ostatnie lata życia wrócił do Teatru Polskiego, w którym debiutował.

Wystąpił w ponad 50 filmach i w radiowej powieści Matysiakowie, a także w radiowym Teatrze Eterek Jeremiego Przybory w roli Mundzia, syna wdowy Eufemii, granej przez Irenę Kwiatkowską.

W pamięci widzów pozostaje jako Anatol z filmów Jana Rybkowskiego, Rzecki w „Lalce” Wojciecha Hasa, wzruszający Kuba w „Chłopach” Jana Rybkowskiego i zabawny Czereśniak w serialu telewizyjnym „Czterej pancerni i pies” Konrada Nałęckiego.

Jego żoną była Helena Makowska-Fijewska, z ktorą został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Na Powiślu u zbiegu ulicy Topiel i ulicy Zajęczej jest skwer, który nosi imię rodzeństwa Tadeusza, Marii, Barbary i Włodzimierza Fijewskich. Imieniem Tadeusza Fijewskiego nazwano również ulicę w Katowicach.

http://sgosia.salon24.pl/324223,niezapo ... z-fijewski


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 05 wrz 2011, 22:48 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3211
http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=113793

Moja twórczość jest jak oścień

Nasz Dziennik, 2011-09-04

Z Michałem Lorencem, kompozytorem muzyki filmowej i teatralnej, autorem ścieżek dźwiękowych m.in. do filmów "Jan Paweł II: Szukałem Was", "Czarny Czwartek", "Różyczka", "Przedwiośnie",

Obrazek

rozmawia Agnieszka Żurek

W hołdzie Janowi Pawłowi II skomponował Pan utwór "Missa Magna Beatificationis". Światowa premiera tego dzieła odbyła się 2 maja w Rzymie. Została przyjęta owacyjnie. Co stanowiło tajemnicę tego sukcesu?

- Msza powstała w oparciu o ścieżkę dźwiękową do filmu o Janie Pawle II pt. "Jan Paweł II: Szukałem Was", która została na nowo zaaranżowana. Ze względu na misyjny charakter pontyfikatu Jana Pawła II część muzyki do mszy powstała w Kamerunie z udziałem dwóch chórów i solistów z parafii w stolicy tego kraju - Yaounde. Niestety, bariery, które dzielą świat, sprawiły, że na koncert udało się zaprosić tylko jednego tamtejszego muzyka. Brakujące utwory, które mogli wykonać tylko Kameruńczycy, zastąpiłem innymi swoimi kompozycjami. Na szczęście najważniejsze części mszy napisane zostały na klasyczny chór i orkiestrę i wykonały je Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach, zespół DesOrient oraz Irańczyk Mohammad Rasouli, który zagrał na starym perskim instrumencie ney. Koncertem dyrygował Tadeusz Karolak. Warto może wspomnieć, że film "Jan Paweł II: Szukałem Was" powstawał kilka lat. Kręcony we wszystkich zakątkach świata, jest przejmującym świadectwem obecności Ducha Świętego w pontyfikacie Karola Wojtyły. Niezwykłego działania Opatrzności doświadczyli producenci filmu - prywatni inwestorzy, Tadeusz Lampka i Stanisław Szymański, którzy przystąpili do produkcji tego dokumentalnego filmu kinowego, nie mając najmniejszego pojęcia o terminie beatyfikacji Papieża Polaka. Kiedy zwrócili się do mnie w grudniu ubiegłego roku z prośbą o napisanie muzyki filmowej, nikomu z nas się nie śniło, że w maju zostanie ona wykonana w Rzymie w obecności kilkutysięcznej publiczności, duchowieństwa i dyplomacji, w bazylice św. Ignacego, dzień po beatyfikacji, dokładnie w chwili przenoszenia ciała Ojca Świętego z podziemi watykańskich do Bazyliki św. Piotra.

Skomponowana przez Pana "Missa Magna" jest mszą, ale posiada także lekkość, jest w tej muzyce przestrzeń. Czy jest to także efekt międzynarodowej współpracy z muzykami z różnych kontynentów? Czym dla nich był udział w dziele powstającym ku czci Jana Pawła II?

- Dla wszystkich z nas było to wielkie przeżycie, nie tylko w znaczeniu zawodowym. Podróż muzyczna do Kamerunu uświadomiła mi rozmiar hipokryzji zachodniej cywilizacji wobec słabszych i biedniejszych narodów; akceptacji porządku rzeczy, w którym liczą się tzw. święty spokój i złoty interes. Proszę zwrócić uwagę, że Kamerun jest potężnym eksporterem bananów i kakao na cały świat, a każdy z naszych telefonów komórkowych zawiera rudy tantalu wydobywane tylko w Kongu i Kamerunie. Jednak zyski ze sprzedaży tych surowców nie przekładają się w żaden sposób na poziom życia ludzi. Oglądamy liryczne historie w kinie i programy przyrodnicze w telewizji i na tej podstawie budujemy sobie obraz Afryki, niemający wiele wspólnego z rzeczywistością, który jednak w zupełności uspokaja nasze sumienia. Moja podróż muzyczna była odkryciem, że Papież z Polski wielokrotnymi pielgrzymkami do Afryki próbował zwrócić uwagę świata na problemy tego kontynentu. Wdzięczność i dziecięcy entuzjazm Kameruńczyków dla Jana Pawła II sprawiły, że przyjmowano nas wszędzie z radością, a nagrania były bardzo udane mimo braku prądu, studia, hałasu cykad czy sów.

Jak wspomina Pan tę pracę?

- Afrykanie czują muzycznie niemal wszystko. Można tam przyjechać z nagraniem klaksonu samochodowego, a oni po swojemu, w mistrzowski sposób to zaaranżują. Nie znają nut, opierają się jedynie na doskonałym słuchu i wrodzonym synkopowanym poczuciu rytmu. Kiedy byliśmy na Mszy Świętej w stolicy Kamerunu, Murzyni śpiewali według skal i rytmów europejskich. Wszystko było bardzo ładne i bardzo poprawne, ale nie było w tym za grosz ducha. Tuż obok odprawiana była Msza Święta przybyłych do stolicy w interesach ludzi ze wsi, z północy. Tam był duch. Inkulturacja Afrykanów przez Europejczyków raczej ich kaleczy, niż im pomaga. Natomiast edukacja jest dla nich wodą życia. Uczy porządku, pomaga funkcjonować w ich świecie, w którym my, Europejczycy, coraz gorzej sobie radzimy. Narzucanie Afrykańczykom wraz z dobrodziejstwem wiary naszych kanonów piękna chyba nikomu nie wychodzi na dobre.

Jakie wrażenie zrobił na Panu pobyt w Kamerunie?

- Kamerun jest bardzo biednym krajem. Nie ma tam głodu, ale jest bieda. Nie wiedziałem, że są jeszcze na świecie całe kraje, gdzie nie ma banków, bankomatów, sklepów - tego wszystkiego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nigdy nie myślałem o Afryce w tych kategoriach, miałem w wyobraźni raczej kraj znany z "National Geographic". Sądziłem, że jest to kontynent malowniczy, ale jakoś uporządkowany i trochę biedny. Okazało się, że Afryka to inna planeta.

W jakim sensie?

- Kiedy przyjechaliśmy do Kamerunu i zobaczyliśmy mieszkających tam ludzi, muzyka przestała być ważna. Najważniejsi byli ludzie. Chrześcijaństwo współistnieje tam z islamem i z lokalnymi sektami afrykańskimi i nie rodzi to żadnej agresji. Ludzie są bardzo przyjacielscy, może dlatego, że poza misjonarzami w ogóle nie ma tam białych. Kiedy wchodziliśmy do jakiejś, krzyczeli: "O, biali!", i dzieci wybiegały nam na spotkanie. Przyjmowali nas z serdecznością, jakiej w europejskim obszarze kulturowym nie doświadczamy. Ludzie są piękni, wspaniale się poruszają, są pełni zmysłowej, pierwotnej ekspresji. Kiedy wracaliśmy z Afryki i przesiadaliśmy się na lotnisku w Szwajcarii, uderzył nas ogromny kontrast pomiędzy relacjami ludzi Czarnego Kontynentu a Europejczykami. Zobaczyliśmy, że my, Europejczycy, często pod maską uprzejmości kryjemy wrogość i dystans wobec innych, będąc jednocześnie pewnymi swej wyższości kulturowej i cywilizacyjnej.

Nie umiemy też albo nie chcemy zaradzić problemowi biedy w Afryce...

- Cały świat w sposób bezwzględny żeruje na tym kontynencie. Pozyskuje surowce mineralne, diamenty, złoto, miedź. W Kamerunie chodzi głównie o rudy tantalu. Gdyby nie istniał układ białych ludzi z wąską grupą czarnych dyktatorów i przywódców uzbrojonych band wywołujących wojny plemienne - Afryka byłaby bogata jak Szwajcaria. Tymczasem społeczeństwa afrykańskie żyją sterroryzowane przez wojskowe dyktatury i jeśli pojawia się jakiś problem, do wioski wysyłany jest oddział z karabinami, który "rozwiązuje" go siłą, mordując ludzi. Afryka uświadomiła mi także, że nie chcemy zobaczyć wielkich problemów świata.

Czy istnieją zjawiska dające nadzieję na jakąkolwiek zmianę?

- Jedyną poważną inicjatywą jest działalność misyjna Kościoła katolickiego, która zresztą przeżywa kryzys z uwagi na brak powołań w krajach Europy Zachodniej. Pozostali jeszcze księża z Polski i z Włoch. Kiedyś najsilniejsze były tam misje francuska i brytyjska. To się już jednak dawno skończyło. Zostało trochę wolontariuszy, którzy z kolei uwikłani są w specyficzne zależności finansowe. Z wielkich pieniędzy przeznaczanych przez organizacje charytatywne na rzecz pomocy mieszkańcom Afryki trafia do nich jedynie ok. 5 procent.

Poznał Pan ludzi pracujących na misjach. W jaki sposób mógłby ich Pan opisać?

- Misja jest czymś niezwykłym. Pracujący tam ludzie oddają jej całe swoje życie. Są jak bohaterowie z powieści Josepha Conrada - ludzie światli, bardzo inteligentni, zmagajacy się z życiem, samotni i według logiki tego świata przegrani. Ksiądz Krzysztof Zielenda, który nas gościł, choruje bez przerwy na malarię, a mimo to niestrudzenie pracuje. Poznałem także księdza oblata zajmującego się człowiekiem chorym psychicznie, z obsesją samobójczą. Ksiądz ten był już wielokrotnie przez niego pobity, a mimo to nie odrzuca go, gdyż wie, że jeśli pozbawi tego człowieka swojej opieki, prawdopodobnie popełni on samobójstwo albo zabije kogoś innego. Przeżywa ogromną udrękę, a jednocześnie jest radosny.

Skomponował Pan ostatnio muzykę do filmu "Matka z Auschwitz-Birkenau" o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej, która uratowała w Oświęcimiu 3 tys. dzieci.
Czy napisanie muzyki do tego filmu było także manifestacją Pana światopoglądu?


- Tak, ruch pro-life jest mi bliski. Podziwiam radykalne ruchy związane z obroną życia. Świat współczesny dostarcza nam różnych atrakcji. Można żyć, zanurzając się całkowicie w hedonizmie i nie zauważając niczego dookoła. A tym ludziom nie chodzi o kasę czy karierę, ale o coś fundamentalnego, o życie człowieka. Ich wybór jest zarazem bardzo romantyczny, bardzo mądry i odważny.

A co Panu pomaga żyć na co dzień "według Ducha"?

- W Kościele jestem od 15 czy 16 lat. I od razu na dzień dobry trafiłem do neokatechumenatu. Moja żona, katoliczka od urodzenia, która modliła się o moje nawrócenie, powiedziała po moim wejściu na drogę neokatechumenalną: "Panie Boże, modliłam się o nawrócenie Michała, ale otrzymałam zbyt wiele". Po dwóch latach dołączyła do naszej wspólnoty. Neokatechumenat daje mi poczucie pewności - to są tory, które prowadzą w dobrym kierunku. To ja mogę gdzieś skręcić, ale tory te nie zmienią swojego biegu. A walka trwa codziennie. I nie chodzi tu o drobiazgi, chodzi o życie.

Czy sztuka, poezja mogą prowadzić człowieka do Boga?

- Kiedy zaczyna się czytać codziennie brewiarz, okazuje się, że nie ma głębszej poezji. Pismo Święte, poza całym znaczeniem, symboliką i świętością, ma niesamowitą siłę literacką. Zanim znalazłem się w Kościele, miałem swoich ulubionych poetów, o których teraz nawet nie chcę myśleć.

A teraz których poetów Pan ceni?

- Thomasa Eliota i Zbigniewa Herberta. W ich poezji obecny jest biblijny pierwiastek głębi i piękna. Istnieją poszczególne wiersze innych poetów, które także dotykają tego wymiaru tajemnicy. Norwid dotyka go w całej swojej poezji. Kiedy zestawię "Bema pamięci żałobny rapsod" z pogrzebem Lecha i Marii Kaczyńskich w Krakowie, utwór okazuje się proroczy. Widzę w tym nieustanny profetyzm naszej narodowej poezji. Wspaniałą muzykę do tego poematu skomponował Czesław Niemen. Chciałbym na nowo zinstrumentować ten utwór i mam nadzieję, że żona śp. Czesława Niemena tym razem się zgodzi.

Ostatni rok był bardzo szczególny - skomponowany przez Pana do filmu "Różyczka" utwór przeprowadził Polaków przez żałobę narodową, teraz z kolei skomponowana przez Pana msza towarzyszyła nam w przeżywaniu beatyfikacji Jana Pawła II - czy te dwa wydarzenia w jakiś sposób są według Pana związane ze sobą na płaszczyźnie duchowej?

- Mam poczucie, że te wydarzenia są ze sobą powiązane. Nie mam, niestety, zdolności analitycznych, odbieram rzeczywistość emocjonalnie i argumentacja, że ci ludzie zginęli rycerską śmiercią, że zginęli razem, jest przejmująca. Nie wystarcza jednak do tego, żeby zawrzeć to, co się stało w jakiejś logicznej puencie czy w jakimś szeregu znaczeń wyższego porządku. Nie potrafię tego zaakceptować. Jeden z ojców paulinów powiedział mi: "A jeżeli oni są święci, jeżeli poszli prosto do Nieba, to co ty z tym zrobisz?". A ja się wciąż na tę śmierć nie zgadzam. Nie wierzę w żaden wypadek. I nie potrafię się z tym pogodzić. Może to brak wiary, ale nie potrafię...

W jaki sposób powstała melodia do filmu "Różyczka"?

- Tę melodię napisałem dwa lata temu na Mazurach. Czuję osobisty związek z postacią Pawła Jasienicy. Widywałem go na klatce schodowej, kiedy chodził z wizytą do pana Jana Józefa Lipskiego, który był naszym sąsiadem. Przyjaźniłem się z jego dziećmi i do dzisiaj mam z nimi kontakt. Poruszający był dla mnie wątek żydowski w tym filmie. Odkrył przede mną pewne znaczenia biblijne, o których sami autorzy filmu być może nie wiedzieli, że je w nim zawarli. Utwór, o którym mowa, napisałem na końcu, kiedy cała ścieżka dźwiękowa była już gotowa. Ten temat przyszedł do mnie rano. Nigdy tego nie zapomnę. To jest dłuższy temat, który miał mieć trzy części, natomiast jego instrumentację postanowiłem napisać na samym końcu. Układała mi się ona w głowie. Źle niestety obliczyłem czas do nagrań. Okazało się, że orkiestra będzie już za godzinę i że po prostu nie zdążę, że muszę zrobić repetycję pierwszej części. I całe szczęście, że tak się stało. Możliwe, że ta druga i trzecia część przeniosłaby ten utwór w inny wymiar. Czasem nie widzimy, czemu pewne rzeczy się dzieją, a one mają ukryty sens. Instrumentację do filmu "Różyczka" napisałem sam. Nie robiłem tego od wielu lat. Właściwie od czasu skomponowania muzyki do filmu "Bandyta" pisałem jedynie fragmenty - ze strachu, z lenistwa, z różnych innych powodów korzystałem z pracy mojego dyrygenta. Kiedy miałem skomponować muzykę do "Różyczki", doszedłem do wniosku, że nie mogę dalej tak żyć, że nie mogę odpuszczać sobie i zwalać pracy na kogoś innego, dając mu temat, określając jedynie harmonię, tempo i instrumenty. Sam od wielu lat boję się pisać. Napisałem jednak tę muzykę, wyszło pięknie.

W jaki sposób ta melodia stała się muzycznym motywem przewodnim żałoby narodowej?

- W przeddzień katastrofy zadzwoniła do mnie pani dyrektor "Wiadomości" TVP1 i powiedziała, że polski hymn narodowy, który opracowałem do filmu o pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim, chciałaby wykorzystać podczas relacji z wizyty prezydenta w Katyniu. Zapytała, czy wyrażam na to zgodę. Zgodziłem się, a ona wykorzystała ten utwór w zupełnie już jednak innym kontekście - tragedii smoleńskiej. Przypadek sprawił, że wydawcy użyli mojej muzyki z "Różyczki" do ilustracji tych zdarzeń, a pewna rozgłośnia radiowa żaliła się, że taka muzyka nawet krowę doprowadza do łez.

Był Pan członkiem honorowego komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Dlaczego zdecydował się Pan na ten krok?

- Zdecydował o tym Smoleńsk i histeria medialna wokół osoby prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Miałem i mam do polityki dystans, i chociaż dzisiaj dużo wyraźniej widzę sens i jakość tej prezydentury, to moje uczestnictwo w komitecie poparcia Jarosława Kaczyńskiego było jednorazowym aktem. Zajmuję się muzyką, o polityce nie mam większego pojęcia, mam poczucie, że powinienem stawać po stronie słabszych, plugawionych, oczernianych, ale taka postawa nie dotyczy wyłącznie polityki. Wypowiedzi zaczynające się od słów: "najbardziej boję się..." to przykłady manipulacji, które wykluczają demokrację. Kiedy słyszę: "Najbardziej boję się Macierewicza, bo ma straszne oczy", to pytam o konkretne argumenty. Na ogół rozmówca wówczas wstaje, ubiera się i wychodzi, mówiąc, że nie da się ze mną rozmawiać, bo jestem faszystą.

Co sądzi Pan o naszym obecnym rządzie?

- Śmieszy mnie, a nawet wzrusza. To jest dla mnie Monty Python w najlepszych swoich skeczach. Nie jestem politykiem. Jednak przełomowym momentem była dla mnie afera hazardowa, kiedy przewodniczący, pan Mirosław Sekuła, napisał sprawozdanie z prac komisji, z którym sam się nie zgadzał...

Czy ma Pan poczucie, że dzisiaj Polska, podobnie jak w roku 1920, znowu staje się przedmurzem chrześcijaństwa?

- Chrześcijaństwo nie wznosi murów. Tak jak pisał Jerzy Liebert - sytuacja wyboru jest sytuacją wiary. Panem historii jest Pan Bóg. Kiedy dzieje się krzywda, On nie stoi daleko, ale cierpi razem z nami.

A jaki jest Pana stosunek do mediów?

- W czasie Wielkiego Postu regularnie odłączam się od świata.
Nie słucham wówczas radia, telewizora w ogóle nie mamy. I wtedy okazuje się, że żyję w Polsce, która jest wspaniała.

Co sprawia, że zależy Panu na Polsce?

- Kocham Polskę. Fakt, że urodziłem się właśnie tu, traktuję jako wyróżnienie i dar. Szczególne są tutaj relacje z ludźmi. Nie wiem, czy gdzie indziej znalazłbym tylu przyjaciół. Nie jestem doskonały, ale może tak to ma być, może to jest ten mój oścień, o którym pisał św. Paweł. Ale tak naprawdę to dziękuję za to, co mam. Za dzieci, które mi powierzono, i żonę, którą kocham.

Dziękuję za rozmowę.

Radio Maryja © 2011

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=113793




_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 19 paź 2011, 08:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30852
Zapomniany Andrzej Frycz Modrzewski

W sytuacji, gdy Polska ginie i z różnych stron padają przeróżne propozycje jej naprawy jakoś dziwnie nie wypływa w dyskusjach program naprawy Rzeczypospolitej opracowany przed wiekami przez wielkiego i mądrego Polaka – Andrzeja Frycza (właściwie – Piotra) Modrzewskiego. W jego czasach jego program był równie rewolucyjny (i słuszny) jak dzieło Mikołaja Kopernika. A jednak dzieło Frycza Modrzewskiego nie tylko nie napełnia nas dumą, ale prawie że o nim zapomnieliśmy (zapomnieli ci światlejsi, bo mniej światli nie mają o istnieniu tego dzieła zielonego pojęcia).

Także i reformatorzy ginącej szlacheckiej Rzplitej szukając gorączkowo ratunku dla ojczyzny do jego pełnych mądrości ksiąg nie zaglądali. A rozwiązanie problemów było w nich wyłożone jak na dłoni.

Wydany drukiem w 1551 roku traktat nosił tytuł: „Commentariorum de Republica emendada libri quinque (Rozważań o poprawie Rzeczypospolitej ksiąg pięć). Szerzej znany jest ten traktat pod tytułem „O naprawie Rzeczypospolitej”. Pierwsze wydanie, mimo „pięciu ksiąg” w tytule, zawierało ich tylko trzy. Cenzura kościelna ksiąg „O Kościele” i ”O nauce” nie przepuściła. Dopiero w heretyckiej Bazylei dzieło Frycza Modrzewskiego wydano w całości. Jedyny polski przekład (do 1953 roku), bez księgi „O Kościele” ukazał się w 1577 roku. Dopiero wieki później komuniści wydali w komplecie traktat „O naprawie Rzeczypospolitej” jak i wszystkie inne dzieła tego myśliciela.

Co takiego rewolucyjnego było w dziełach Andrzeja Frycza Modrzewskiego?

Z dzisiejszego punktu widzenia postulat, aby zrównać w prawach szlachtę, mieszczaństwo i chłopstwo wydaje się jak najbardziej oczywisty. Wówczas uważano to za szczyt niedorzeczności. Co dziwić powinno nas niezmiernie. Wszak Polska i Europa była wówczas nieomal całkowicie chrześcijańskie. Chrześcijańscy byli monarchowie, szlachta, i prosty lud. Chrześcijańskie były głoszące dobrą nowinę papiestwo i głoszący konkurencyjnie tę samą dobrą nowinę protestanci. Ich głównym postulatem było – kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Nauczali o potrzebie miłości, przebaczania i nadstawiania drugiego policzka.

Praktyka dnia codziennego była jednak u chrześcijan wówczas inna. Ogromna większość chrześcijańskiej ludności chrześcijańskiej Europy była pozbawioną wszelkich praw wielomilionową rzeszą niemiłosiernie wyzyskiwanych pańszczyźnianych chłopów. Także i mieszczaństwo politycznie poza miastami nie miało praktycznie żadnych praw politycznych. Główną różnicą pomiędzy chrześcijańskim chłopem pańszczyźnianym a niewolnikiem było to, że chłopów nie sprzedawano na targach niewolników. Praw, jak niewolnicy, nie mieli chłopi żadnych. Lobbystów poza idealistami jak Frycz Modrzewski też nie mieli. Niestety…

Równe traktowanie wszystkich przez prawo dzisiaj nadal jest w Polsce jedynie marzeniem pięknoducha. Pamiętamy aferę hazardową… Oszuści nazywani „przedsiębiorcami”, pospołu z tzw. „politykami”, czyli z marionetkami politycznymi agenturalnej wobec obcych PO kręcili kryminalne lody, ubijali mętne interesy. Nikomu z tych przestępców włos z głowy za to nie spadł. Albo taki PiS, który zgłosił do sejmu w 2006 roku ustawę o odszkodowaniach dla Żydów. Dlaczego PiS o obcych troszczy się bardziej niż o „swoich”? I jakim prawem publicznymi pieniędzmi chciał napychać kieszenie obcym?

W Jewropie z równością wobec prawa jest nie lepiej. Przykładem są kryminalne przekręty i przestępstwa Berlusconiego, który już dawno powinien gnić w więzieniu. A on nadal jest premierem Włoch, nadal jest „nietykalny”.

Nie lepiej jest w biurokracji samej Unii Jewropejskiej. Do 2010 roku wiceprzewodniczącym „Komisjii Jewropejskiej” był skazany prawomocnym wyrokiem sądu na karę więzienia w zawieszeniu za defraudację pieniędzy publicznych (finansował nimi nielegalnie własną partię) Jaques Barrot.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jacques_Barrot

Czystym szyderstwem było powierzenie temu amnestionowanemu kryminaliście w maju 2008 roku stanowiska komisarza ds. wymiaru sprawiedliwości (oraz „obszaru wolności i bezpieczeństwa”). To tak, jakby kieszonkowca zrobiło się prokuratorem czy sędzią.

Albo co było rewolucyjnego w postulatach Modrzewskiego o opiece państwa nad ubogimi i o publicznym szkolnictwie?

Państwo, które nie troszczy się o ubogich, a napycha kieszenie bogaczom-banksterom jest państwem złym. Jest kochającą i troskliwą matką dla plutokracji, a macochą dla reszty.

Publiczne szkolnictwo na naszych oczach powoli przeistacza się w oświatę „tylko dla bogaczy”. Coraz droższe podręczniki wpędzają w biedę niejedną rodzinę w Polsce. Wprowadzane lub podnoszone opłaty za studia w Europie dotrą i do Polski. Niedawno w Wlk. Brytanii czesne podniesione zostało nawet do 300 % (w zależności od „popytu” na danym kierunku studiów). Szkolnictwo wyższe będzie kiedyś domeną bogaczy wywodzących się z rodzin lichwy i kapitału.

Postulat zaniechania wojen zaborczych był aktualny wówczas i jest aktualny i dzisiaj. W związku z nim natychmiast nasuwa się pytanie – co robiło i/lub robi wojsko polskie w Kosowie, Iraku i Afganistanie?

Czyż nasza armia musi pomagać obcym okupantom i agresorom w zniewalaniu obcych państw?

Nasze państwo jest chore. Rządzone jest przez pełniących obowiązki Polaków obcych, lub przez im usłużnych lokajów i zdrajców. Jednak i samo społeczeństwo jest chore. Fatalny jest stan jego świadomości. Nie ma się czemu dziwić – media i oświata są w obcych rękach, a ich zadaniem jest pranie mózgów, ogłupianie i utrzymywanie ludzi w wytworzonym medialno-politycznym matrixie.
Bez zmiany stanu świadomości znaczącej części naszego społeczeństwa trudno będzie cokolwiek osiągnąć. Polacy wciąż wpuszczani są w tematy zastępcze, a na temat historii mają mgliste lub fałszywe pojęcie.
A kto nie zna historii, ten najczęściej powtarza stare błędy.

http://wiernipolsce.wordpress.com/2011/ ... odrzewski/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 19 paź 2011, 11:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
Z dzisiejszego punktu widzenia postulat, aby zrównać w prawach szlachtę, mieszczaństwo i chłopstwo wydaje się jak najbardziej oczywisty. Wówczas uważano to za szczyt niedorzeczności.

Tylko pozornie - wtedy podział na stany był jawny i jawne były prawa. Nie były one równe, ale konkretne i każdy wiedział, że temu prawu, choć nierównemu podlega. Dziś mamy prawo, ale administracja państwowa ma to prawo gdzieś - wobec jednych to prawo jest stosowane, wobec innych nie jest. Dowolne interpretacje nieścisłego prawa powodują, że dziś ta nierówność wobec prawa jest większa niż za czasów Modrzewskiego.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 12 lis 2011, 09:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30852
Piotr Skarga - patron ludzi odważnych

Skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust.
Apokalipsa św. Jana 3, 16
Piotr Skarga urodził się 2 lutego 1536 r. w Grójcu niedaleko Warszawy, w rodzinie Michała i Anny ze Świątków. Mając siedemnaście lat, wstąpił do Akademii Krakowskiej. W 1564 r., z rąk metropolity lwowskiego ks. abp. Pawła Tarły, otrzymał święcenia kapłańskie. Następnie objął funkcję kaznodziei w katedrze lwowskiej. W ten sposób przełożeni docenili jego wykształcenie oraz zdolności intelektualne. Ksiądz Skarga nie zawiódł pokładanych w nim nadziei, szybko zyskując rozgłos jako świetny mówca. Nic też dziwnego, że ks. abp Tarło rychło nada mu kolejne godności: zrazu kanonika, a następnie kanclerza kapituły lwowskiej. Ponieważ tak się szczęśliwie złożyło, że błyskawiczna kariera stała się udziałem człowieka o rzeczywistych zdolnościach, nie przeszkodziła mu ona w rozwoju intelektu i charakteru. Będąc we Lwowie, dzielił czas między obowiązki kaznodziejskie, posługę kapłańską oraz naukę. Dał się poznać jako osoba skromna, prowadząca bardzo ubogie życie, oddana chrześcijańskiej caritas - zgodnie z podstawową zasadą najbardziej szlachetnej odmiany ascezy posiadane dobra rozdawał ubogim.
Majątkiem dzielił się Skarga z potrzebującymi, natomiast intelekt pragnął oddać w służbę Kościołowi i wierze. Szczególnie istotne dla niego było odwojowanie dusz utraconych przez Kościół w wyniku spustoszeń reformacyjnych (luteranizm, kalwinizm, zwinglianizm). Reformacja w Polsce, choć nie tak triumfująca jak w krajach Europy Zachodniej i niewprowadzająca tak wielkich niepokojów społecznych i krwawych wojen wyznaniowych (w których strona protestancka często była stroną atakującą: Niemcy, Holandia, Anglia, kantony szwajcarskie, kraje skandynawskie), przyczyniła się do osłabienia pozycji Kościoła jako fundamentu jedności wieloetnicznej i wielokulturowej Rzeczypospolitej. Nowa nauka poczyniła szczególne postępy wśród szlachty litewskiej, małopolskiej i wielkopolskiej. Wierności wierze katolickiej dochowała ludność chłopska (ok. 90 proc. społeczeństwa Rzeczypospolitej). Nic też dziwnego, że zastanawiając się nad wyborem zakonu, do którego mógłby wstąpić, aby realizować misję wśród innowierców oraz katolików (szlachty i chłopów), których poziom świadomości religijnej nie był wysoki, uwaga Skargi padła na zakon jezuitów założony w 1534 r. przez Ignacego Loyolę, a zatwierdzony sześć lat później przez Papieża Juliusza III. Celem zakonu była m.in. działalność misyjna wśród "braci odłączonych" oraz podnoszenie świadomości religijnej katolików.

Nawracanie słowem, piórem oraz dobrymi uczynkami
W 1571 r., po dwuletnim nowicjacie w Towarzystwie Jezusowym w Rzymie, Piotr Skarga powraca do kraju, aby rozwijać działalność zakonu w Polsce. Ponieważ niezwykle istotnym czynnikiem krzewienia wiary katolickiej były według koncepcji jezuitów szkoły, stąd jego zaangażowanie w działalność istniejących już w kraju kolegiów jezuickich i tworzenie nowych: w Połocku, Rydze, Dorpacie. Kolegia były odpowiednikami dzisiejszych szkół średnich i miały wysoki poziom nauczania. Mogły do nich uczęszczać nie tylko dzieci szlachty, ale też niższych warstw społecznych. Do szkół jezuickich przyjmowano również potomstwo rodzin protestanckich z nadzieją, iż pobyt w kolegium skłoni je do konwersji na katolicyzm. W 1579 r. Piotr Skarga został pierwszym rektorem Akademii Wileńskiej, której zadaniem była również rekatolicyzacja obszarów zdominowanych przez protestantyzm.
Bardzo ważna w dziele nawracania i krzewienia wiary katolickiej była działalność kaznodziejska i pisarska. Owocem tej ostatniej aktywności był szereg pism polemicznych ks. Skargi wymierzonych przeciwko innowiercom i konfederacji warszawskiej (1573), w której szlachta katolicka i protestancka gwarantowały sobie nawzajem pokój religijny, uznając de facto stan rozbicia religijnego ("rozróżnienia w wierze") za naturalny porządek. Było to rozstrzygnięcie idące pod prąd rozwiązań obowiązujących w Europie, gdzie święciła triumfy zasada "cuius regio eius religio" (czyj kraj, tego religia). Polska różnorodność religijna budziła wśród ówczesnych państw naszego kontynentu tak wielkie zdziwienie, że niektórzy z tego właśnie tytułu ("wielkiej mnogości religii") odmawiali Rzeczypospolitej godności państwa europejskiego. Skarga pisał przeciw konfederacji warszawskiej w takich pismach, jak: "Upominanie do ewangelików" (1592), "Proces konfederacyjej" (1595), "Dyskurs na konfederacyją" (1607). Swoim piórem wspomagał koncepcję unii z prawosławiem, której owocem była unia brzeska w 1596 r. ("O jedności Kościoła Bożego", 1577; "Synod brzeski", 1597).
W Krakowie, jako przełożony domu zakonnego, ks. Skarga prowadził wielostronną działalność charytatywną, zakładając Bractwo Miłosierdzia, Bank Pobożny i Skrzynkę św. Mikołaja. Dla współczesnych był nade wszystko ostrym krytykiem sytuacji społeczno-politycznej, polemistą, autorem "Żywotów świętych" (1579), jednej z najbardziej poczytnych książek w dziejach kultury polskiej, oraz filantropem. Piękna polszczyzna, którą pisane były jego prace, stała się wzorcem języka literackiego dla wielu luminarzy polskiej kultury. Stefan Żeromski przyznawał, że jego pisarstwo wiele zawdzięcza Piotrowi Skardze. Od 1588 r., przez dwadzieścia cztery lata, autor "Żywotów świętych" piastował niezwykle prestiżowe stanowisko kaznodziei na dworze króla Zygmunta III, wspierając jego politykę wymierzoną przeciwko nadmiernym przywilejom szlacheckim oraz rokoszowi Mikołaja Zebrzydowskiego.
Czasy aktywności ks. Piotra Skargi zbiegały się z czasem wielkości i siły Polski i Polaków. Wizerunek Skargi, kaznodziei-proroka, utrwalali polscy romantycy: Adam Mickiewicz, Cyprian K. Norwid. Jan Matejko przedstawił wizję profety w słynnym obrazie "Kazanie Skargi" (1864). Ksiądz Piotr Skarga zmarł w 1612 roku. W przyszłym roku przypadnie 400. rocznica jego śmierci.
Najważniejsze z jego dzieł, wyrażające się zarówno w żywej mowie kaznodziejskiej, jak i w piśmie (różnego typu zbiory kazań), zmierzały do poprawy obyczajów moralnych i politycznych katolików, zwłaszcza szlachty.

Bicz na establishment
Nic bardziej mylnego niż przekonanie, że ówczesne kazania zawierały komplementy i słodycz dla możnych, a karcenie i gorycz dla ludu - wprost przeciwnie. Ksiądz Piotr Skarga główne źródło postępującego uwiądu ducha, a co za tym idzie - rychłego upadku kraju, upatrywał w ówczesnym establishmencie: stanie "heretyckim abo ślacheckim". Zawarte w licznych dziełach tyrady antyestablishmentowe budziły niezadowolenie, a nawet wściekłość szlachty. Władze zakonu zażądały, aby szczególnie jadowite wobec "tych, co w górze" "Kazania sejmowe" nie wyszły osobno, tylko by włączono je do opasłego zbioru kazań ("Kazania na niedziele i święta całego roku", 1597). Dzięki temu miały nie kłuć w oczy herbowych. Skargę zaczęto kojarzyć ze słynnymi kazaniami dopiero po upadku państwa polskiego. Zwłaszcza w epoce romantyzmu, okresie szczególnego zapotrzebowania na proroków - bezkompromisowych krytyków "nierządnego królestwa".
Niechęć establishmentu świeckiego powodowała sytuację osobistego zagrożenia kaznodziei. Pamiętajmy, że są to czasy, w których narazić się takiemu prominentowi jak Stanisław Stadnicki, zwany Diabłem, kalwinista, jeden z przywódców protestantów polskich, okrutnik i mąciwoda, typowy "sobiepanek", to jakby dziś nadepnąć na odcisk guru "ludzi rozsądnych": oberdysydentowi - niegdyś, ciotce, która siedzi na kanapie i ma za złe - dziś. Żadna protekcja nie pomoże. Autor "Żywotów świętych" traktował to jako ryzyko wpisane w zawód, a mówiąc stosowniej: w powołanie. Duchowni nie mogą się łasić do możnych, pomijać milczeniem ich występnego życia, relatywizować grzechów. Nawet wtedy, gdy, jak mówił konfrater Skargi, równie jak on słynny, Jakub Wujek: "dla prawdy i dla wolnego kazania, abo napominania, sromoty, zelżywości i prześladowania cierpią". Wprost przeciwnie - mają mówić prawdę o gorszącym życiu elit, o tym, że zamiast być dla poddanych wzorem życia dobrego, troszczyć się o ich pomyślność duchową i materialną, są antywzorem. Skoro znaleźli się na świeczniku, winni błyszczeć cnotą, promieniować jakością postaw. Budować moralnie, wzmacniać siłę ducha, a co za tym idzie - również Rzeczypospolitej. Bo jedynie taka postawa może uzasadniać wysoki status społeczny.
Patrząc na obraz szlachcica kreślony przez ks. Piotra Skargę, dochodzimy do wniosku, że - mówiąc słowami Jana Hochwandera z kultowego "Misia" - była to - excusez le mot - "banda darmozjadów i matołów kupa". Jak pisał znawca baroku Czesław Hernas, klejnot szlachecki "zamiast aureoli otoczony został w jego pismach tonem pogardy": "Nic szlacheckiego, nic żołnierskiego nie poczynają, krew tylko domową i braterską rozlewać umieją". Rycerz polski to "baba stara na wozie", a pretendujący do elity giermkowie są "jako niewiasty do kądzieli". Szlachcic, czyli mężczyzna, który winien być człowiekiem "o wejrzeniu jak ze stali", obrońcą wdów i sierot, okazuje się, mówiąc językiem współczesnym, typem ciepłym, "w pierzu i poduszkach jedwabnych uwinionym".

Dekonstruktor wygodnych mitów elit
Ksiądz Skarga neguje wartość przemian stylu życia tak chwalonych w poezji ziemiańskiej, z zadowoleniem podnoszącej, iż szlachcic z rycerza walczącego w dalekich stronach staje się ziemianinem krzątającym się na swoich włościach i domatorem. Gorszy go, że wojowniczy niegdyś Sarmaci przekuli miecze na lemiesze, a najlepsze konie zamiast pod siodło rycerskie "do wozów obracają", stając się tym samym furmanami, wozakami, a nie jazdą, "którą była ta Korona najwięcej sławna i nieprzyjacielom straszliwa". Demaskuje idylliczny obraz życia ziemian, sielską wizję wsi, chcąc pokazać, że nie jest ona ani spokojna, ani wesoła. Dekonstruuje, budowany przez ówczesny PR, mit szlachcica, statecznego i pobożnego patris familias (ojca rodziny), wykazując, że pod tą PR-owską maską kryje się twarz zarozumialca, nadętego buca, do którego nic, co dobre, nie dociera, który jest przeświadczony o własnej wielkości i lichości poddanych. Zapadłszy w komfort i błogostan, jaki daje pokój i bogactwo, nie zważa, iż chwilowa stabilizacja "w wielkie się wam kłopoty i prace, i nędzę obróci". Podobnie jak okrucieństwo wobec chłopów, których wyzysk (oprymowanie) daje panu majątek, a "one wyniszcza". Skarga narusza podstawy samozadowolenia i dobrego samopoczucia elit, dokonuje ataku na dominującą w społeczeństwie kulturę. Establishment doczeka się konsekwencji lekceważenia Boga i poddanych. Fortuna obróci się o 180 stopni: to, co spotkało poddanych, niedługo dotknie szlachtę, która utraci państwo i dostanie się w niewolę "nieprzyjaciół, którzy was uciskać będą gorzej niżeście wy poddane uciskali, którzy jarzmo żelazne na was włożą i nie dadzą wam odpocząć we dnie i w nocy".
Krytyka elit, którą dzisiejszy establishment zdiagnozowałby jako przejaw "oszołomstwa", frustracji i kompleksów niskiego pochodzenia (mówiono, że Skarga, który herb rodu Skargów-Powęskich dostał dopiero od Zygmunta III, tak naprawdę wywodził się z chłopów), spodobała się niektórym ówczesnym decydentom; niewielu, ale za to jakim: hetmanom, prawdziwym "wojownikom sarmackim", Karolowi Chodkiewiczowi i Stanisławowi Żółkiewskiemu. Ten drugi na swój koszt każe wznowić bardzo krytyczne wobec szlachty "Żołnierskie nabożeństwo" (1606).

Polak - nie zawsze dobry katolik
Tak jak krytyka elit świeckich budziła w nich gniew, tak też "przymawianie" złościło przynajmniej niektórych przedstawicieli elit duchownych, zwłaszcza purpuratów. Tu pominiemy porównania do czasów dzisiejszych, a co za tym idzie - personalia. Przypomnijmy tylko, że poirytowana kapituła krakowska słała przez swego delegata, kanonika Hieronima Powodowskiego, napomnienia do niepokornego kaznodziei, ostrzegając go przed kanonicznymi konsekwencjami zbyt zapalczywej krytyki, zwłaszcza stanu duchownego. Nie po raz ostatni władze duchowne z królewskiego miasta będą miały kłopot z krnąbrnym kapłanem, drażniącym wysublimowane poczucie smaku i taktu razową niezłomnością.
Szlachectwo zobowiązuje - zarówno to wywodzące się z klejnotu i herbu, jak i to wypływające z podniesienia do godności kapłana. Wspominał już o tym cytowany Jakub Wujek. Również Skarga gorszył się na tych duchownych, którzy nie mają ochoty narażać się wielkim tego świata. Nie są wzorem dobrego życia dla wiernych, nie są gotowi na "sromoty, zelżywości i prześladowania", jakich doświadczają ze strony pyszałkowatych panów katolickich oraz innowierców. Za wzór letnim kapłanom stawiani są ojcowie jezuici, którzy z tego powodu, że zarówno protestantom, jak i "katolikom rozpustnym w występnym [życiu] nie przepuszczają", są represjonowani.
Duchowni oziębli w wierze, a takich, według autora "Żywotów świętych", w "zawsze wiernej" Polsce było niemało, stali się wielkim zgorszeniem dla wiernych, odciągającym od świętej wiary Kościoła powszechnego skuteczniej niż propaganda heretycka. Dodajmy: często napastliwa i efektywna. Skarga zwracał uwagę, że na długo przed wybuchem reformacji "bardzo byli w nauce i powinności swoje stępieni naszy kapłani". Zamiast troszczyć się o powierzoną trzodę, "dziesięciny dogląda, a nauki nie pilnuje (...) zguba dusz ludzkich". Nic też dziwnego, że opuszczone przez pasterza stado zaatakowały "wilki w owczej skórze" - heretycy (kacermistrze), albowiem "gdy stan duchowny pasować się pocznie, nad lud wszystek zaraza występuje". Kto ciekaw kolejnych wypowiedzi duchownego dowodzących, że "zły żywot kapłanów [katolickich] bardziej heretyki mnoży niźli kacerskie kazania", niech sięgnie do spuścizny jezuity.
Oprócz kapłanów do upadku ducha, a co za tym idzie - Rzeczypospolitej, oraz rozwoju herezji, która jest upadku tegoż ducha najjaskrawszym przejawem, przyczyniają się wierni Kościoła katolickiego. Bo należy z całą mocą podkreślić, że aby Rzeczpospolita rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, nie wystarczyła sama wiara katolicka - wszak bez uczynków martwa jest. Potrzeba również ewangelicznej caritas. A tej nie ma w polskiej ziemi, bo zamieszkujący ją katolicy służą Panu Bogu jedynie słowami, "a rękami heretykom, którzy się z ich złych spraw: łakomstwa, lichwy, nieczystości, pijaństwa gorszą i od świętej wiary odrażają".

Przeciw heretykom
Większość innowierców wchodziła w skład ówczesnych elit, jak pamiętamy Piotr Skarga utożsamiał niekiedy stan szlachecki ze "stanem heretyckim", co z przyjętej przez niego perspektywy nie powinno dziwić, wszak skutki działań heretyków i złych ("klętych", jak wówczas mówiono) katolików były takie same: obraza Boga, rozbicie państwa, krwawa wojna domowa, "w której zła wygrana, zła przegrana". Przypomnijmy też, że na czele wiodącego do wojny domowej rokoszu sandomierskiego, krytykującego ostro jezuitów, w tym Skargę, stali: katolik Mikołaj Zebrzydowski i wspomniany przywódca innowierców Stadnicki-Diabeł. Notabene można by się zastanowić, jaki wpływ na rozwój polskiej tolerancji miałoby zwycięstwo obozu antykrólewskiego, którego krewcy przywódcy byli też liderami konkurujących ze sobą obozów religijnych. Czy nie doprowadziłoby to do kolejnej, tym razem religijnej, wojny, w której zwycięzca bierze wszystko? Dla jezuity problem herezji był w gruncie rzeczy problemem drugorzędnym, widzianym w szerszym kontekście atakującego Polskę zła, którego herezja była skutkiem, nie przyczyną: "Naprzód gdy na heretyki wejrzymy, pomyślić mamy, iż z naszych katolickich grzechów wyrośli". Odstępcy od wiary katolickiej, propagatorzy i mecenasi nowej nauki to "ci, co się między nami grzeszyć nauczyli". Między nami, czyli "między nami szlachtą", bo wszak ona była wzorcem zachowań, jej poglądy były opiniotwórcze. Walka z herezją miała podtekst walki ze szlachtą, z jej występkami. Z elitami ówczesnymi, które, według Skargi, w swym dominującym nurcie są zdeprawowane. Widać to wyraźnie, gdy po wspaniałym zwycięstwie oręża polskiego pod Kircholmem nad Szwedami, czyli luteranami, mówił Piotr Skarga zwycięzcom, że wprawdzie "heretyctwo pohańbione jest, ale mało nam to zwycięstwo pomoże, jeśli swoich złych zwyczajów i grzechów nie zwyciężymy", gdyż diabeł (zły duch - Belzebub, a nie zły szlachcic - Stadnicki) i grzeszne życie to "cięższy nieprzyjaciel i szkodliwsza niewola ich". Jeżeli, kontynuował Skarga, "męstwa sami nad sobą nie użyjemy", to nie tylko nie zwyciężymy herezji, ale też nie umkniemy gniewu Pana Boga. Święta wojna w ujęciu potrydenckim miała być wojną z grzechami, a nie z "Saracenami".


Wzór dla dzisiejszych kontestatorów
Człowiek, którego 400. rocznicę śmierci będziemy obchodzić za rok, odważył się przeciwstawić fali. Choć pogoda dla niepokornych była wówczas równie zła jak dziś. Ksiądz Piotr Skarga chciał Polski silnej, a nawet bezwzględnej dla zdeprawowanych elit, natomiast miłosiernej i wybaczającej dla małych i nieważnych, którzy, jak to wówczas pisano, "w gnoju leżą" i nakłaniani są, podobnie jak heretycy, do zła przez wynaturzoną elitę szlachecką, ale również przez zły żywot kapłanów. Piętrzący inwektywę i łajania, gdy przychodzi oceniać herbowych, w przypadku ubogich potulnieje. Nie moralizuje, gdy spotyka się z pojawiającą się niekiedy wśród niezamożnych panien praktyką, "pójścia na ulicę", w celu "zapracowania" na wiano, tylko wspomaga Skrzynkę św. Mikołaja, umożliwiającą biednym dziewczętom otrzymanie wiana, dzięki czemu "mogą mężów dostać i w uczciwym małżeństwie mieszkać albo też do klasztorów iść".
Trzeba wspomnieć, że Skarga nie chciał zniszczyć stanu szlacheckiego, wszak sam nie odrzucił herbu nadanego mu przez króla. Uczył, że prawdziwą elitę winny cechować: daleko posunięty samokrytycyzm, nieufność wobec przekonania o realnym posiadaniu cnót, skłonność do dekonstrukcji własnych, a nie cudzych, wygodnych mitów. Elita miała być wymagająca wobec siebie, a spolegliwa, aż do granic relatywizowania występków, wobec "prostych i nieświadomych". Inna elita nie jest Polsce potrzebna. Pragnienie realizowania tych postulatów będzie w przyszłości zbliżać do siebie ludzi, którzy w innych sprawach mieli często odmienne zdania. Będzie łączyć prawdziwych nonkonformistów: Maurycego Mochnackiego, działaczy endeckich czy pisarzy indywidualistów, jak Andrzej Bobkowski.
Oczywiście, takie wyzwania stawiane establishmentowi nie mogły zaskarbić jezuicie wielu sympatyków wtedy. A dziś, gdy ci, którzy pretendują do tytułu elit, są wynikiem przeczesania naszych przodków selekcją negatywną zaborów oraz dwóch okupacji: niemieckiej i peerelowskiej, szansa na to, że establishment zaakceptuje Skargę i jego naukę, jest zerowa. Mimo przyjęcia przez Sejm uchwały ustanawiającej rok 2012 rokiem jego pamięci.

Dr Robert Kościelny historyk, publicysta
--------------------------------------------------------------------------------

Zły żywot kapłanów bardziej heretyki mnoży niźli kacerskie kazania ks. Piotr Skarga

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my15.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wielcy polskiej kultury
PostNapisane: 13 lis 2011, 13:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30852
Wojciech Wencel

Powrót Pana Cogito

Zbigniew Herbert wrócił do Polski. Przez lata więziony poza granicami naszych moralnych wyborów, jakimś cudem wydostał się ze złotej klatki i przyleciał na skrzydłach współczucia.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 9 listopada 2011

Jest coraz częściej powoływany na świadka współczesnych wydarzeń. Nie tylko ze względu na profetyczny fragment wiersza „Guziki”: „i cisza jest na wysokościach / i dymi mgłą smoleński las”, czy słynną frazę o „zdradzonych o świcie”. Cała jego twórczość zadziwiająco trafnie opisuje rzeczywistość III RP. Może nawet jest dziś powszechniej rozumiana niż w czasach komunizmu, gdy stanowiła inspirację głównie dla wąskiej grupy niepodległościowej inteligencji.

W 1982 r. autor Raportu z oblężonego Miasta notował: „teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody / zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych / zwykłe wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą”. Z głębokości stanu wojennego Herbert przepowiadał to, co stało się siedem lat później. W Pałacu Namiestnikowskim wyselekcjonowana przez SB elita Solidarności zasiadła z komunistami do okrągłego stołu, by zbudować układ nowej nomenklatury. W 1994 r. w wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność” poeta porównał ten sposób wyjścia z totalitaryzmu do porodu zakończonego wymóżdżeniem płodu. Jego misję tragarza narodowej pamięci podjęli inni: Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, Andrzej Gwiazda. Wspólnie zdawali się powtarzać za Panem Cogito: „patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci / najgorszą ze wszystkich – twarz zdrady”.

Ci, którzy stali wówczas na szczycie schodów, starali się ignorować ich świadectwo. W stosunku do Herberta, którego nie mogli całkowicie przemilczeć, sugerowali, że jego polityczne komentarze wynikają z choroby psychicznej, alienacji, zgorzknienia. Pisali, że „Pan Cogito ma kłopot z demokracją”. Bali się go jak diabeł święconej wody, a po jego śmierci – przy współudziale nieszczęsnej wdowy – skonstruowali sztucznego słowika, rzekomo na obraz i podobieństwo poety. Ptaszek w złotej klatce wyśpiewywał miłe arie dla zagranicznej publiczności. Oczywiście pod warunkiem, że któryś z lokajów uprzednio go nakręcił.

Ale Herbert powrócił. Podobnie jak za życia wracał z wycieczek do Włoch czy Francji – zrywając „bandaże życzliwej obojętności”, przejęty odnowioną w Smoleńsku „własną raną”. Co się zdarzyło podczas jego nieobecności? Potwór, który przeszedł transformację w 1989 r., wciąż jest bezkształtny i trudno go wyzwać na ubitą ziemię. Nadal – jak twierdzą rozsądni – można z nim współżyć, „należy tylko unikać / gwałtownych ruchów / gwałtownej mowy / (...) oddychać płytko / udawać że nas nie ma”. Podobna jest też niechęć części narodu do życia na niby. Pod wieloma względami jesteśmy dziś jednak w sytuacji trudniejszej niż w komunizmie. Do opowiedzenia się po właściwej stronie nie wystarczy już „potęga smaku”, bo estetyka wzięła rozwód z etyką. Zawodowi kłamcy noszą dobrze skrojone garnitury i występują w efektownych studiach telewizyjnych. „Kobiety różowe płaskie jak opłatek” kuszą nas z małych i wielkich ekranów. „Włókna duszy i chrząstki sumienia”, wplecione w zmysły Pana Cogito, niespecjalnie nadają się do oceny celebryckiego raju.

Czego uczy nas dzisiaj wielki poeta? Po pierwsze, raczej „uporu i trwania” niż gorączkowego wzniecania rewolucji. Po drugie, cierpliwej pracy nad wyrwaniem się z semantycznej zapaści. Spokojnego tłumaczenia, że „ptak jest ptakiem / niewola niewolą / nóż jest nożem / śmierć śmiercią”. Po trzecie, używania wyobraźni jako narzędzia współczucia dla bliźnich. Po czwarte – najważniejsze – wierności „starym słowom” i „krzyżykom ulepionym z chleba”, choć „wokół huczy wspaniałe życie / rumiane jak rzeźnia o poranku”. W epoce ciągłych wezwań do tworzenia „nowoczesnej prawicy”, uatrakcyjniania chrześcijaństwa czy dialogu z postmodernizmem Herbert wyraźnie staje po stronie cnoty, tej „płaczliwej starej panny”, która „sznuruje usta / powtarza wielkie – Nie”. Akceptuje ją taką, jaka jest. Nie wymaga, by była młodsza, ładniejsza, kołysała się w biodrach w takt modnej muzyki. Przygląda się jej z nieudolnie skrywaną czułością, gdy – przeklinana za swój upór – maszeruje Krakowskim Przedmieściem, osłaniając przed wiatrem płonące wnętrze znicza.

W przeddzień Święta Niepodległości dziękuję Ci, Panie Pułkowniku, za tę lekcję stylu.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... ogito.html