Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 88 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 15 lip 2009, 05:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Historia może być wygodna, bądź nie wygodna. Jednak jedna i druga może być dostosowywana do potrzeb panującej ideologii. Wygodną historię dla takich potrzeb zwykle się ubarwia, a o niewygodnej albo się milczy jak "słup soli", albo się ją zakłamywuje.

Niedawno minęła kolejna już rocznica bestialskiego mordu zbrodniarzy komunistycznych na rotmistrzu Pileckim, człowieku skreślonym przez nich z listy żyjących, przeznaczonym na wieczne zapomnienie.
Taki los zgotowano mu w Peerelu, ale dlaczego w III RP nadal istnienie wielkiego Polaka patrioty trzymano w tajemnicy?
Dlaczego w wolnej Polsce nadal nie ujawniano prawdy o tym skrawku naszej historii, który zapisał Witold Pilecki?

Zastanówmy się czy wyrządzono krzywdę tylko wspaniałemu człowiekowi, czy ta krzywda dotyczy również narodu, którego wielkim synem był rotmistrz Pilecki i który to naród w sposób świadomy i perfidny zakłamywano?
To że Peerel jako bolszewicki bękart zbudowany był na kłamstwie, to jest zrozumiałe, ale że III RP mieniąca się wolną i niepodległą, jest kontynuatorką zakłamania i nadal strzeże bolszewickich odrażających tajemnic, to już jest nie do wytłumaczenia, bez uwzględnienia ponad społecznych i ponad narodowych powiązań i interesów.
Ten kto kłamie, kto ukrywa prawdę nie ma nigdy czystych intencji.
Co jeszcze możemy wyczytać z tej sytuacji?
Otóż można nie posiadać żadnej wiedzy o tych wszystkich przekrętach i manipulacjach III RP, ale odkrycie choćby jednego tylko zakłamania, a jeszcze na dodatek tego związanego z rotmistrzem Pileckim, zakłamania tak mocno uderzającego w naszą polską tożsamość, mówi nam wszystko o tym w jakiej znajdujemy się sytuacji jako naród i jako ludzie. Całkowicie obnaża intencje i cele sprawujących władzę nie tyle w Polsce co sprawujących władzę nad Polską i nad Polakami.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 24 lip 2009, 20:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Paradoksem obecnych czasów w niby wolnej Polsce jest między innymi i to, że takich Rakowskich chowa się na Powązkach. Przypisuje się im nieocenione zasługi dla Polski i kreuje na narodowych bohaterów. Nikt poza typowymi opozycjonistami w stosunku do tego bagna, nie odważa się puścić pary z gęby, że tak dłużej być nie może.

Tu jest Polska, a nie ubekistan i nie ma w Niej miejsca na gloryfikowanie zwykłych kreatur, które całe życie szkodziły naszej Ojczyźnie. Mamy prawdziwych swoich wielkich zasłużonych dla Polski.

Np. Bartoszewski noszący na swoich piersiach medal im. Stressemana, niemieckiego potwora, którego jedną z obsesji było całkowite zniszczenie odradzającej się po 1918 r. Polski, mając głos decyzyjny nie dopuścił w wolnej Polsce do pośmiertnego uhonorowania orderem Orła Białego rtm. Witolda Pileckiego, prawdziwego bohatera naszych czasów.

Rakowski leży na Powązkach, a Pilecki nie wiadomo gdzie, bo esbecja nie chce nadal tego miejsca wskazać, obawiając się legendy Pileckiego. Zbrodnia na wielkim człowieku przerodziła się w zbrodnię na pamięci historycznej, ale takie mamy dziś czasy, że mało kogo to interesuje.

Taką na razie mamy Polskę. Czy ją kiedyś przemienimy na naszą?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 24 lip 2009, 22:01 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lip 2009, 18:26
Posty: 1342
A "wadza" cieszy się i szczyci, jakiż to honor, dla Polski i Polaków, że "polak" Buzek, został przewodniczącym PE. Celowo piszę z małej litery nację tej kreatury, który łącznie z większością "iewropejczyków" głosował przeciw uhonorowaniu Rotmistrza Pileckiego, przez PE.

_________________
Uśmiech i życzliwość łagodzi obyczaje.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 28 lip 2009, 15:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Polityki pamięci trzeba się uczyć

Na miesiąc przed 1 września, gdy minie 70 rocznica napaści Niemiec na Polskę, a za 17 kolejnych dni Rosji, przez media przetacza się dyskusja na temat ewentualnej wizyty prezydenta Rosji Władimira Putina. Przyjedzie czy nie przyjedzie? A jak przyjedzie, to mówić o 17 września czy nie mówić?

Już wiadomo, jaki pogląd na sprawę ma Urząd Prezydencki - mówić.

„Nie możemy przecież udawać, że nie było 17 września. Miałem nadzieję, że wersja o wyzwalaniu zachodniej Białorusi i Ukrainy przeszła do historii. Przecież był Katyń, Charków, Miednoje. Były deportacje i wysyłanie do łagrów setek tysięcy Polaków. Tego nie da się wymazać z historii”, powiedział w wywiadzie dla „Polski” nowy szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak.

Takie jest stanowisko Prezydenta RP. A jakie jest premiera Donalda Tuska? Nie wiadomo. Ale po analizie kolejnych decyzji, albo dokładniej, braku decyzji w sprawie polityki wschodniej, będzie „kiwka, zwód w lewo, w prawo, z piłką blisko przy nodze i próba oddania strzału na bramkę przeciwnika”. Strzelającym będzie Donald Tusk. Dodam jeszcze, że celowo niecelnie, żeby nie zdenerwować gości.

Dla Donalda Tuska najważniejszy będzie PR całego wydarzenia, a potem tylko cierpliwe wpatrywanie się - jak sroka w gnat - w wyniki sondażowe. Oczywiście z nadzieją na wzrost.

We wczorajszej „Rzeczpospolitej” Szewach Weiss, były ambasador Izraela w Polsce powiedział: „uczcie się od nas, jak prowadzić politykę pamięci”. Okazuje się, że nie warto porzucać pamięci o grobach za cenę doraźnych korzyści. Przeciwnie, grobów polskich żołnierzy rozsianych po całej Europie, mogił zamordowanych niewinnych Polaków w granicach dzisiejszej Polski ale i na Kresach nie można zakrywać przed ponurym wzrokiem Putina. Nie można przepraszać tych, którzy w prostej linii są kontynuatorami albo nawet piewcami morderców za biurka, którzy z kremlowsko-stalinowskiego nadania strzelali polskim oficerom i inteligencji w tył głowy i na wiele innych sposobów. Innych Polaków więzili, głodzili, zmuszali do ciężkiej pracy na Syberii.

Myślę też o wręczonym niedawno Juszczence, piewcy UPA i SS-Galizien, honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Budowanie rzeczywistości politycznej na skrywanej prawdzie o okolicznościach powstania grobów naszych rodaków jest tak potężną hipokryzją i tchórzostwem, że tylko wołać o pomstę do nieba na tych moich rodaków, którzy dopominają się o wykreślenie polityki pamięci. Bo ja na to się nie zgadzam i wbrew rozkazom rządzących będę pamiętał o zbrodniach ukraińskich na Kresach.

Szewach Weiss ma rację, aby od Żydów uczyli się Polacy jak prowadzić politykę pamięci. Jak na razie nauka idzie słabo. Powiedziałbym tak: jedni się uczą, a inni nauczyć jej się nie chcą wcale. Tusk, to oporny uczeń. Tylko piłka mu w głowie. On i jego koledzy mówi, że to się dzisiaj nie opłaca. Czyżby? Skoro tak, to niech aktualnie rządzący Polską zapytają Szewacha Weissa. Powie im, jak się robi taką politykę pamięci. Może jego posłuchają.

http://www.pis.org.pl/article.php?id=15566


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 28 lip 2009, 15:31 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
Aerolit
przypomniał piękna postać Narodowego BOHATERA,ktorego skazano podwojnie na śmieć....
raz fizycznie,drugi raz medialnie....
i wyrok WYKONANO
tylko dzięki IPN,prawicowym dziennikarzom i ludziom,którzy nie pozwoli zapomnieć TEGO
Wielkiego POLAKA
dzisiaj mlodzi mogą poczytać o JEGO dokonaniach,TO są prawdziwe AUTORYRETY,TO biografie,ktorych nie wolno ZAPOMNIEC


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 28 lip 2009, 15:35 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
...ale czy tuska TO obchodzi...? nie
wszak ma być lekko, łatwo i przyjemnie
podobnie pomysleli poslowi w brukselce,gdy zaglosowali przeciwko
BOHATEROWI
i byli to posłowie platformy......polscy poslowie,niestety


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 28 lip 2009, 15:37 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
o czym rownież przypomniał AD Senior


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 27 sie 2009, 08:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Współwina Niemiec i Rosji

Nasz Dziennik, 2009-08-26

Przez ostatnie 70 lat Rosjanie najpierw skrywali fakt i treść zawartego na Kremlu układu z 23 sierpnia 1939 r., a następnie fałszowali jego znaczenie. Jeszcze dzisiaj (!) używa się jakiegoś kłamliwego eufemizmu - "układ Ribbentrop - Mołotow". Tymczasem był to oficjalny niemiecko-rosyjski traktat międzynarodowy zawarty przez dwa totalitarne mocarstwa: Niemcy, zwane III Rzeszą, oraz Rosję, zwaną Związkiem Sowieckim. Sygnatariuszami tego traktatu byli premier rządu sowieckiego i zarazem jego minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow oraz minister spraw zagranicznych Niemiec Joachim von Ribbentrop. Traktat był wymierzony w pierwszej kolejności w Polskę, a następnie w Europę. Dwaj polityczni bandyci, Hitler i Stalin, postanowili dokonać wspólnej agresji na Polskę, a następnie podzielić ją pomiędzy siebie. W dalszej kolejności podzielili całą Europę na dwie strefy wpływów - sowiecką i niemiecką, aby po kolei podbić lub uzależnić wybrane przez siebie ofiary. Taka właśnie jest geneza wybuchu 70 lat temu II wojny światowej. Zbrodniczą współwinę (!), nie współodpowiedzialność, za jej rozpętanie ponoszą Niemcy i Rosja.

Co więcej, Rosja po raz pierwszy w historii posłużyła się wtedy energetycznym szantażem: ropą naftową. Oto Hitler w kilka lat zbudował potęgę Wehrmachtu i Luftwaffe. Tysiące czołgów, samochodów, bombowce, myśliwce, a także okręty wojenne i łodzie podwodne - wszystko to byłoby nieomal bezużytecznym szmelcem bez benzyny i ropy naftowej. Te ogromne dostawy paliwa zapewniała Niemcom Rosja aż do czerwca 1941 roku. Dyktator z Kremla znakomicie się orientował, iż III Rzesza ma minimalne zapasy strategiczne ropy i benzyny, nie posiadając dostępu do źródeł ropy na Środkowym Wschodzie, bo te były pod kontrolą Wielkiej Brytanii. Pozostawała Rosja, która uzależniła w ten sposób agresora, uruchamiając jego plany podboju.
Po Hitlerze nie ma nawet śladu. Natomiast monumentalny sarkofag-grób Stalina znajduje się w najbardziej honorowym i prestiżowym miejscu Rosji - pod murem Kremla na placu Czerwonym w Moskwie. Tysiące Rosjan oddają codziennie krwawemu tyranowi cześć i składają kwiaty na jego grobie nawet teraz, w 2009 roku, po ujawnieniu jego zbrodni! Hołd Stalinowi oddawał też wielokrotnie już w XXI wieku Władimir Putin - prezydent, premier i generał KGB w jednej osobie. To powinno nie tylko Polakom dawać wiele do myślenia.
Kłamstwo w polityce Rosji ma długie tradycje. W XVIII wieku caryca Katarzyna II twierdziła, że Rosja dokonuje zaboru Polski dlatego, że w Rzeczypospolitej panuje anarchia. Stalin na Kremlu w 1941 roku kłamał w oczy generałom Sikorskiemu i Andersowi, iż polscy jeńcy - oficerowie Wojska Polskiego, uciekli do Mongolii, a nie zostali zamordowani przez NKWD. Katyń był największym kłamstwem XX wieku! W przeddzień 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej Rosja generała-premiera Putina po raz kolejny fałszuje historię i kłamie w żywe oczy, opluwa Polskę oraz testuje odporność Polaków. Oto rosyjska państwowa telewizja Wiesti wyemitowała film dokumentalny, w którym Polska jest przedstawiona jako sojusznik Hitlera i Niemiec! Ten inspirowany przez Kreml film jest prowokacją i powtarza w 2009 roku kłamstwa sowieckiej propagandy! Rosjanie, w przeciwieństwie do innych, nie silą się na wymyślanie kłamstw, które brzmiałyby choć odrobinę prawdopodobnie. Nie zostawiają pola na udawanie, że bierze się ich wersję za dobrą monetę. Rosjanie, potrząsając pięścią, każą światu przytakiwać kategorycznym stwierdzeniom, że czarne jest białe. Jeszcze jako prezydent Putin konsekwentnie odmawiał wizyty w Polsce, rozmów o bieżących stosunkach, o sprawach gospodarczych, z godną jego poprzedników logiką oskarżając Polskę, że ciągle się skupia na historii. Jako premier Putin zgodził się przyjechać do Polski wyłącznie na obchody 1 września i wyłącznie po to, aby mówić o historii. Aby publicznie, rocznicowo, oficjalnie podtrzymać kłamstwa stalinowskiej, sowieckiej propagandy, licząc na to, iż sterroryzowani naciskami ze Wschodu i z Zachodu przedstawiciele polskich władz uwiarygodnią je milczeniem.

Józef Szaniawski

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=100357


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 27 sie 2009, 15:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.blogmedia24.pl/node/17999

Doczekaliśmu się kolejnego kłamliwego filmu o II wojnie światowej. Pokazani są w nim żydzi amerykańscy, którzy bezwzględnie walczą z nazistami. Po raz pierwszy pokazano oficera SS jako postać wzbudzającą powszechną sympatię. Dlaczego film zrealizowany na polecenie żydów amerykańskich stara się polepszyć wizerunek członków SS? Czyżby pogłoski o tym, że faszyzm jak i ludobójstwo dokonane na żydach europejskich rzeczywiście były dziełem żydów amerykańskich? Pamiętajmy, że żydzi amerykańscy nie zgodzili się na wpuszczenie żydów europejskich do USA. Dziś ci właśnie żydzi czerpią zyski z mitu o holokauście, dzięki któremu stali się nietykalni, bo wszelka krytyka naraża ludzi na miano antysemity, co ma decydujący wpływ na karierę. Ta nietykalność dała im niebywałą przewagę nad innymi ludźmi, dzięki tej nietykalności nawet poważne przestępstwa często uchodzą członkom tych środowisk bezkarnie.

Do realizacji filmu wynajeto wybitnego reżysera, twórcę "Pulp Fiction", Quentina Tarantino. To sprawiło, że film jest niezwykle sugestywny, przez co jego oddziaływanie na historyczny światopogląd publiczności będzie nieporównanie większe, niż stosy dokumnetów z faktami. Jak tak dalej pójdzie, wkrótce cały świat będzie święcie przekonany, że III Rzeszę obalili bohaterscy żydzi amerykańscy i tylko tępe oszołomy będą się tej wizji sprzeciwiać.

Kopia artykułu:

Naziści przestają być mrocznym widmem przeszłości, stają się takim samym materiałem filmowym jak Czyngis-Chan, King Kong czy Winnetou
Portret użytkownika FoxxFoxx, śr., 26/08/2009 - 18:09
Tak, zgodnie z recenzją Piotra Burasa zamieszczoną na portalu "G.W." miał się wypowiedzieć filmowy krytyk "Die Welt" na temat najnowszej produkcji Quentina Tarantino "Inglorious Bastards" (tłumaczone w tekście jako "Niesławni bękarci"). Tekst ten zresztą ma dość sugestywny tytuł - "Tarantino pokonał Goebbelsa".
Najpierw krótko o filmie:
"Dla nazistów będziemy okrutni. Ślady naszego okrucieństwa znajdą na wypatroszonych, pokawałkowanych i zdeformowanych ciałach, które im zostawimy" - zapowiada swoim podwładnym sierżant Aldo Raine, bohater "Inglourious Bastards" ("Niesławni bękarci").
Raine (w tej roli Brad Pitt) to przywódca żydowskich guerilleros, którzy w tajnej misji udają się z Ameryki do okupowanej przez Trzecią Rzeszę Francji, by mścić się na Niemcach. Jeden z oprawców (ps. "Żydowski Niedźwiedź") specjalizuje się w roztrzaskiwaniu głów kijem bejsbolowym, zaś znakiem firmowym bandy jest skalpowanie swoich ofiar. Nieliczni, którzy uchodzą z życiem, dostają na pamiątkę wyciętą nożem na czole swastykę. Metody zmyślonych żydowskich mścicieli doprawdy godne są ich żyjących w realnym świecie ofiar: esesmanów i gestapowców.
Na tym nie koniec prowokacji. Dwuznaczna jest postać piekielnie inteligentnego i jeszcze bardziej bezwzględnego esesmana Hansa Landy. Jego ujmująca powierzchowność i błyskotliwość umysłu jest w stanie, o zgrozo, obudzić w widzach sympatię. Kluczowy jest jednak finał: uroczystą premierę nazistowskiego filmu "Duma narodu" przerywa podpalenie przez partyzantów stosu łatwopalnych taśm filmowych. W pożarze ginie cała nazistowska elita z Hitlerem, Göringiem i Goebbelsem na czele. Kino - dosłownie i w przenośni - grzebie w zgliszczach Trzecią Rzeszę. (...)


Kto życzy sobie "grubej kreski" i końca powracających nieustannie dyskusji o nazistowskiej przeszłości, może dostrzec w jej trywializacji krok we właściwym kierunku.
(źródło i całość)
Mam wrażenie, że znajdujemy się obecnie w ciekawym momencie. Po licznych rewizjonistycznych głosach polityków z Rosji i Niemiec, pojawia się film - kuriozum. Nie chodzi nawet o konwencję z lubością stosowaną przez Tarantino - którego "Pulp Fiction" uważam za klasykę kina.
W rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej, otrzymujemy rzecz idącą znacznie dalej, niż fałszujący historię, filosemicki, "Opór". W sztafażu historycznym, serwuje się widzom opowieść o jakichś amerykańskich Żydach, którzy nie tylko holokaust w tej alternatywnej rzeczywistości byli łaskawi "zauważyć" (jak wiemy, naprawdę było zupełnie inaczej), ale jeszcze zbrojnie zdecydowali się zań mścić - z recenzji nie wynika, by ich działaniom przyświecał jakikolwiek taktyczny lub strategiczny cel. Wraca też, charakterystyczny dla amerykańskiego kina, motyw SS-mana "o miłej powierzchowności". To wszystko w przystępnej dla kinomanów z przełomu XX i XXI w. formie, w narracji jednego z czołowych reżyserów tego okresu...
Niemiecka prasa filmem jest zachwycona, serwując opinie, jak w tytule. Imponujące. I ciekawe. Czy pozwolimy Tarantino "pokonać Goebbelsa"? Czy na pewno ten film "grzebie Trzecią Rzeszę", czy tylko jej liderów, resztę popierających nazistów Niemców "odcinając grubą kreską"?
Foxx - blog


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 09 wrz 2009, 08:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Historia z duchem czasu

Nieustanne reformowanie jest znakiem rozpoznawczym lewicy. Ciągłość, tradycja, trwałość, sprawdzalność, stabilność są jej odwiecznym wrogiem. System szkolny jest wdzięcznym terenem do praktykowania reformatorskiej pasji. Do swawolenia "w duchu reform", czyli przestawiania porządku, zachęca on także ludzi reprezentujących nurty wolnomyślicielskie oraz wszelkiego rodzaju despotów. Porządek w nauczaniu i wychowaniu wynikający z chrześcijańskiej antropologii, przestrzegający klasycznych reguł pedagogiki, to dla nich swoista płachta na byka. Ręce świerzbią, by ustawicznie burzyć, eksperymentować i - niczym w laboratorium - sprawdzać na własne oczy funkcjonowanie kolejnych pomysłów.

Warunki są sprzyjające. Na górze opancerzony urząd, szczelna izolacja od życia, armia urzędników świeżo po szkoleniach. Na dole szary tłum nauczycieli i anonimowa rzesza dzieci, które muszą - taki już ich los - poddać się dyrektywom, co sezon nowym. Patrząc z góry, widzi się tylko podobne do siebie jak dwie krople wody mróweczki. Ma się ten komfort, nie dostrzega się człowieka. Nie jest on zresztą "poprawiaczom" do niczego potrzebny. A im młodszy taki człowiek-mróweczka, tym większa satysfakcja, bo większa gwarancja, że reforma się powiedzie, to jest, jej ślad pozostanie w umyśle, nawykach etc. już na całe życie. Można więc dowoli ugniatać ludzką masę, by przyjęła pożądany kształt. Nikt nie stawia barier. Rodzice są na straconych pozycjach (Obowiązek szkolny! W razie jego niedopełnienia - kary, w tym więzienie), nauczyciele zależni, na etatach. Choć niemało jest wśród nich doskonałych pedagogów. I oni wychwytują bezbłędnie, o co chodzi w całym cyklu reform tak podstawowego przedmiotu jak historia.
Wieloletni nauczyciel historii w liceach Magdalena Jaworska podsumowuje: "Pod szyldem reformy wprowadza się liberalno-marksistowski sposób przedstawiania przeszłości, odczłowiecza się historię, czyni z niej zbiór procesów, a nie ludzkich dokonań. Materializm święci triumfy. Łączy się to ściśle z ucieczką od faktów na rzecz komentarza i tłumaczy obłudnie odejściem od encyklopedyzmu i zwolnieniem uczniów z nauki pamięciowej, która podobno tylko zaśmieca umysły. Niewątpliwie znacznie łatwiej jest podać minimum faktów i okrasić to komentarzem poprawnym politycznie, co - jeśli zręcznie zrobione - skutecznie zaprogramuje ucznia na pożądane z punktu widzenia inicjatorów reformy myślenie (...). Generalnie jednak wydaje się, że głównym kierunkiem zmian w dziedzinie historii jest zastąpienie racjonalnej refleksji reakcją emocjonalną, łatwą do wywołania i kontrolowania. Jest to niejako cecha typowa dla psychopedagogiki i innych zideologizowanych kierunków pedagogicznych" (M. Jaworska, Złodzieje pamięci, czyli edukacja historyczna w zreformowanej szkole, "Cywilizacja", nr 7/2003).
Taki jest obraz ogólny. Taki jest model, który utrwalił się w naszym kraju od dobrych 20 lat. Ale czy tak było zawsze i czy tak być musi? Przyjrzyjmy się paru szczegółom na tym obrazie.

Od kiedy reformy?
Warto zauważyć, że system oświatowy II Rzeczypospolitej także nie był wolny od wstrząsów, niekoniecznie najbardziej korzystnych dla uczniów. I już wtedy wektor skierowany był na "poprawianie" wykładu historii ojczystej. O co chodziło? Pisze o tym w swoich wspomnieniach jeden z ciekawszych kronikarzy tamtych czasów, Michał Żółtowski: "Ze skutkami tzw. reformy Jędrzejewiczów [chodzi o reformę Janusza Jędrzejewicza, ministra oświecenia publicznego, z roku 1932, poprzedzoną okresem eksperymentów - przyp. E.P.P.] zetknąłem się dopiero w czasie II wojny światowej, ucząc moją siostrę Zosię. Program z historii przewidywał naukę o Piastach i początkach państwa polskiego. Ze zdumieniem stwierdziłem, że panowanie Bolesława Chrobrego, pierwszego króla polskiego, zostało przedstawione w sposób tendencyjny, ograniczony do długiego opowiadania o obronie twierdzy Niemcza na Śląsku, zaś zdobycie Rusi Czerwonej, wjazd do Kijowa itd. potraktowane były marginesowo (...) opuszczono w podręczniku losy Mieszka II i Kazimierza Odnowiciela, a rozpisano się dopiero o Bolesławie Krzywoustym. Nic nie wzmiankowano o buncie jego brata Zbigniewa ani o wojewodzie Sieciechu. Zapytany przeze mnie znany historyk Stefan Kieniewicz tłumaczył to tendencją przedstawiania Polski mocarstwowej i opuszczania wszystkiego, co ten obraz zaciemnia. Byłem oburzony takim wykoślawianiem naszych dziejów; wypożyczywszy podręcznik Dąbrowskiego, zrobiłem z niego wyciąg i z niego Zosię uczyłem". Autor dodaje, że ówczesne reformy (ich skutkiem było również m.in. wyeliminowanie bardzo dobrego i lubianego przez młodzież podręcznika do literatury polskiej prof. Ignacego Chrzanowskiego i zastąpienie go przeciętną pozycją oraz pozbawienie katedr uniwersyteckich wielu wybitnych uczonych) "miały coś więcej niż zaplecze polityczne", przytaczając świadectwo przedwojennego narciarza wyczynowego Rulikowskiego, znanego z niekonwencjonalnych zachowań i krótkotrwałej przynależności "dla hecy", jak wyjaśniał później, do pewnych nieformalnych gremiów. "Reforma Jędrzejewicza była silnie oparta na założeniach masonerii" - konkluduje autor wspomnień (M. Żółtowski, Wspomnienia z młodych lat).
Młody nauczyciel był oburzony pomysłami reformatorów, ponieważ kulturalni Polacy zawsze traktowali przekaz dotyczący dziejów ojczystych jako historię ważną dla siebie, bliską, niemal osobiście ich dotyczącą. Jak konstatuje łódzki historyk, nauczyciel młodzieży licealnej Piotr Jaworski: "Szkolne nauczanie historii jest obok przekazów rodzinnych i medialnych najważniejszym źródłem naszej zbiorowej pamięci, ma wpływ na naszą tożsamość narodową i osobową; jest naszym prawem, o które nasi przodkowie walczyli i za które oddawali życie" (P. Jaworski, Ile historii w szkole?).

Prekursorzy cięć
Oddawali życie dosłownie i w przenośni. Jednymi z pierwszych, którzy padli ofiarą systemu usiłującego odwrócić racjonalny porządek edukacji, pozbawić młodzież mistrzów, uniemożliwić młodym umysłom przeżywanie fascynacji historią własnego Narodu, byli wileńscy "przyjaciele nauk". Filomaci (młodzież studiująca na Uniwersytecie Wileńskim w latach 20. XIX wieku), których najznakomitszym reprezentantem był Adam Mickiewicz. Ich profesorem historii był młody wówczas uczony Joachim Lelewel (z Mickiewiczem połączyła go wieloletnia przyjaźń). Na jego wykłady młodzież przychodziła najtłumniej - mimo niedogodnej, wieczorowej pory, najpilniej notowała, najgoręcej potem dyskutowała między sobą - dodaje biograf Mickiewicza prof. Maria Dernałowicz. Postać Lelewela jest "kontrowersyjna" - by użyć wygodnego słówka - z uwagi na jego racjonalizm, niekiedy dochodzący do głosu - nigdy jednak na sali wykładowej - antyklerykalizm (według świadectw Ojców Redemptorystów nawrócił się pod koniec życia, na emigracji). Ale jednocześnie był to uczony i działacz narodowy silnie manifestujący przywiązanie do tradycji chrześcijańskiej i opowiadający się za uznaniem oryginalności i niepowtarzalności polskiej kultury oraz doniosłości słowiańskich źródeł Narodu, który był w jego oczach kategorią nadrzędną. Lelewel fascynował wileńską młodzież, ponieważ na swych wykładach chciał za wszelką cenę "sobie i swoim uczniom wyjaśnić, jaka była ich ojczyzna, dlaczego jej losy potoczyły się właśnie tak". Pozbawienie wileńskich profesorów - w tym Lelewela - katedr przez Nowosilcowa (wyrok sygnował car Aleksander I) i aresztowania studentów były pierwszym przejawem "ruchu reformatorskiego", który później tyle razy w dziejach ujarzmionego Narodu pobrzmiewał mocnymi akordami coraz skuteczniejszych sposobów ograniczania wiedzy i refleksji młodych ludzi na temat własnych dziejów. Wykład historii Polski zredukowany został ostatecznie - w carskich gimnazjach - do kadłubowego epizodu w historii powszechnej, zaś polskie uniwersytety na terenie zaboru zostały zamknięte. Tak pisze o wydarzeniach w Wilnie w swym pamiętniku ich naoczny - i całkowicie bezstronny - świadek, Rosjanin, Iwan Łobojko, profesor literatury rosyjskiej na Uniwersytecie Wileńskim: "Wina studentów filaretów według orzeczenia zatwierdzonego z rozkazu najwyższego dnia 14 sierpnia 1824 roku polegała jedynie na krzewieniu nierozsądnego nacjonalizmu polskiego; lecz profesorowie: Lelewel, Daniłowicz, Gołuchowski, ks. Michał Bobrowski i bibliotekarz Kontrym nawet i tej winy nie mieli na sobie; ani przewód sądowy, ani przesłuchiwania nic nie wykazały...". Dlaczego więc carscy "reformatorzy" wyeliminowali ich z uczelni, dlaczego system obszedł się z nimi tak bezwzględnie?
"(...) zostali oni usunięci z uniwersytetu - pisze Iwan Łobojko - z następujących przyczyn: Joachim Lelewel, profesor zwyczajny historii powszechnej, za to, że jego wykłady zyskały mu wysokie poważanie studentów; Ignacy Daniłowicz, profesor zwyczajny prawa, za to, że do jednego z członków komisji powiedział: 'w żadnym państwie nie istnieje taki sąd jak wasz'.; Goluchowski, profesor filozofii, natchniony improwizator, za to, że jego przepojone religijnością wykłady ściągały tłumy słuchaczy: mężczyzn, osoby świeckie i duchowne, a nawet kobiety; ks. Michał Bobrowski, profesor egzegetyki, za to, że podczas świątecznego nabożeństwa w kościele Matki Boskiej Ostrobramskiej w kazaniu swoim pocieszał świętym jej wstawiennictwem pogrążonych w smutku i żalu krewnych uwięzionych studentów; bibliotekarz Kontrym za to, że był opiekunem i orędownikiem studentów we wszystkich ich sprawach.
Wszyscy oni zostali pozbawieni stanowisk i przyrzeczonej im zgodnie z regulaminem uniwersytetu pensji i wysłani wyrokiem Nowosilcowa do swoich miejsc rodzinnych" (S. Fiszman, Archiwalia Mickiewiczowskie, za: J. Walc, Architekt arki).

Minimalizm, czyli punkty za ignorancję
O tych wydarzeniach, prekursorskich w stosunku do obecnych założeń polityki oświatowej unijnych gremiów, wcielanych w życie przez kolejnych ministrów, obecnie przez panią minister Katarzynę Hall, decydujących o kształcie edukacji młodych Polaków, współczesny uczeń polskiej szkoły nie dowie się wiele na lekcjach historii. Przede wszystkim nie będzie miał na to czasu. W ciągu ostatnich 20 lat - paradoksalnie, pierwszych, od 1939 roku, lat wolności! - ograniczano nauczanie historii krok po kroku, bardzo konsekwentnie. Zarówno przez stopniowe ujmowanie godzin lekcyjnych na wszystkich szczeblach szkoły (początkowo pod pretekstem niezbędnych "oszczędności"), jak i poprzez nadzwyczaj celny, z punktu widzenia pomysłodawców, a nie dla wszystkich jasny, jeśli idzie o jego konsekwencje, zabieg wprowadzenia do szkół podstawowych nowego przedmiotu: "Historia i społeczeństwo" (owoc reformy Handkego). "Wedle obliczeń zespołu prof. J. Maternickiego, przewodniczącego Krajowej Komisji Dydaktyki Historii, na nauczanie treści historycznych w nowym przedmiocie przewidziano zaledwie 1 godzinę tygodniowo, czyli o 2 godziny tygodniowo mniej niż poprzednio. Oznacza to (...) skrócenie czasu na historię o 40%. Ponieważ jednak ma to być propedeutyka historii, a więc barwne obrazy, a nie systematyczne zgłębianie przedmiotu, nie można wspomnianych trzech godzin zaliczyć do ogólnej sumy godzin" - pisze Piotr Jaworski (dz. cyt.). Podobnie wykoncypowano ukrytą redukcję godzin historii, wprowadzając na wyższy szczebel historię i wiedzę o społeczeństwie (dla trzyletniego liceum łącznie 7 godzin). Pani minister Hall kontynuuje tę fatalną tradycję zastępowania nauczania historii przez przedmioty o niejasnej, trudnej do weryfikowania naukowego treści (uznawane np. przez Pascala Bernardina za "przedmioty niepoznawcze"; ich treść może być dowolnie kształtowana przez ideologię), wprowadzając dla uczniów dwóch ostatnich klas liceów zamiast tego przedmiotu "bloki tematyczne", rozwijające "twórczo" ideę "wiedzy o społeczeństwie", które - jak podsumowuje Piotr Jaworski - będą niczym innym, jak "opowiadaniem historii w pewnych jej aspektach (do wyboru: coś z kultury, coś z tematyki gender etc.)". Nikt z szanujących się pedagogów historyków nie nazwie tego czegoś historią. "Nowym rozwiązaniem - dodaje ten doświadczony pedagog i ekspert nauczania historii - ma być zdecydowane zerwanie z dawną praktyką powtarzania w liceum materiału omawianego wcześniej w gimnazjum. Jako zasadne takie posunięcie może uznać tylko osoba nie mająca do czynienia z praktyczną dydaktyką historii. Problem polega na tym, że za każdym razem uczniowie mówią o tych samych faktach, jednak nie w ten sam sposób. Pragnieniem pedagogów jest, aby uczniowie przede wszystkim rozumieli dzieje, zatem młodzież musi wykazać się umiejętnością ich wyjaśniania, oczywiście w sposób właściwy dla osiągniętego poziomu rozwoju psychicznego i umysłowego. Stąd niekwestionowana dotychczas zasada ponownego omawiania znanych już treści na wyższym jednak poziomie uogólnienia, teorii i abstrakcji. Odejście od tej zasady spowoduje, że przeciętny absolwent szkoły średniej będzie poznawał historię jedynie w przedziale wiekowym 13-16 lat i z konieczności będzie wchodził w dorosłe życie z infantylnym jedynie wyobrażeniem o niej, a także o przeszłości swojego narodu i kraju. Trudno sobie wyobrazić, jak wielka jest różnica między umysłem i zdolnością rozumienia zjawisk 16-latka i 19-latka, nauczyciele to doskonale wiedzą i dlatego plan zaprzestania nauczania historii w wieku 16 lat muszą uznać za wielki regres skutkujący upośledzeniem rozwoju intelektualnego i osobowego. Koniecznie trzeba dodać, że tylko część młodzieży będzie kontynuowała naukę w liceach ogólnokształcących, dla części, która wybierze inne szkoły, oznacza to, iż szkolny kurs historii zakończą na I wojnie światowej i wejdą w dorosłe życie, nie mając pojęcia o najnowszej historii ostatnich 100 lat".

Kondycja ahistoryczna, czyli "sami sobie nowizną"
Skąd się to wszystko bierze? A raczej: dlaczego animatorzy tych, prowadzonych w zapamiętaniu, zmian nie liczą się z reakcją społeczną, lekceważą opinię rodziców, pedagogów i znawców zagadnienia? A może właśnie nie lekceważą, tylko wyciągają wnioski? Nie wszystko da się tu bowiem wyjaśnić istnieniem czysto ideologicznego "projektu", czyli założeniami wyciągniętymi z biurka teoretyków zmian, prowadzących do "odrealnienia" podmiotu tej edukacji, zerwania związku umysłu młodego człowieka z rzeczywistością. A więc także z przeszłością własnego Narodu i kręgu cywilizacyjnego. Istnieje jeszcze coś takiego, jak coraz powszechniejsza mentalność liberalna, dająca przyzwolenie na tego typu eksperymenty. W tej mentalności nie mieści się bowiem tradycyjna wizja historii i edukacji historycznej jako mało użyteczna. Relatywizm zaszczepiony - poprzez kontakt z liberalną kulturą i systemem wartości - sprawia, że właśnie historia staje się nawet dla Polaków obca i niezrozumiała. Jak twierdzi jeden z autorów dokumentów Rady Europy (z 1996 roku) uzasadniających nauczanie historii według nowych reguł, C. Gallagher, lansowany przez niego "typ nauczania historii zachęca młodych ludzi do wychodzenia poza ich własny system wartości i podejmowania prób zrozumienia zupełnie odmiennych systemów, które mogą nawet wydawać się obce i odrażające". "Na pytanie o sens takich zabiegów - zauważa M. Jaworska - prowadzących do wydziedziczenia kulturowego i deprawacji, odpowiedź znajdziemy w tym samym dokumencie: 'chodzi o porzucenie narodowej i militarnej historii (...). Historii powinno się uczyć tak, by ukazywała rozwój ducha światowej wspólnoty zmierzającej do państwa światowego'".
Historię, jako dziedzinę abstrakcyjną, której znajomość nie przynosi praktycznych korzyści, a przy tym wymagającą i trudną, nie dającą się sprowadzić do haseł czy konstatacji, eliminują z własnego życia zarówno nuworysze - idealni konsumenci, jak i neofici liberalizmu, przejęci priorytetami skuteczności, opłacalności i pragmatyzmu. To w tych środowiskach pojawiają się pełne ignorancji i pogardy dla własnych dziejów łatwe cenzurki sprowadzające się do hasłowego pytania: "Czy królowi (szlachcie, narodowi etc.) opłacało się to lub tamto?". A jeśli, mimo iż "opłacalność" była wątpliwa, uczynili to, to znaczy, że "byli głupi!" i nie warto im poświęcać czasu. Coraz większa liczba naszych rodaków, w tym młodzież źle, pobieżnie, wyrywkowo uczona historii w szkołach, odrzuca duchowy wymiar historii. Świadomość historyczna nie jest im do niczego potrzebna. Potrafią - stosując liberalne kryteria - sprymitywizować historię i obrzydzić ją sobie ("Po co zajmować się historią nieustannych klęsk?!") i własnym dzieciom. W ten sposób - jeszcze skuteczniej niż czynili to komuniści, idąc za złymi wzorami medialnymi i tracąc kontakt z duchową warstwą dziejów - zrywają ciągłość kulturową, więź łączącą nas z przeszłymi pokoleniami. Jak zauważa Piotr Jaworski, "Historia jest interdyscyplinarną dziedziną wiedzy obejmującą prawo, politologię, socjologię, ekonomię, kulturoznawstwo. Jej znajomość jest konieczna dla zrozumienia świata, mechanizmów nim rządzących, także dla uczestniczenia w kulturze (...). W naszych dziejach historia zawsze była czymś więcej niż tylko wiedzą, była 'polskim stylem bycia'".

Pamięć rodowa, czyli nazwisko
W dawnej naszej tradycji kulturowej i duchowej każdy niemal Polak był "skądś". Pamięć o własnej przeszłości rodzinnej, pokoleniowej wiązała się z dziejami ojczystymi w jeden ścisły splot. Dziś tej pamięci często nie ma lub jest ona świadomie zaniedbywana. Ludzie duchowo i kulturowo "urodzeni wczoraj", ludzie "znikąd", wstydzący się swej przeszłości, są najbardziej podatni na wysmażone w międzynarodowych kuchniach postępu podrzutki typu "tożsamość europejska", "standardy unijne", kosmopolityzm, "patriotyzm, ale..." (na przykład z groteskowym zastrzeżeniem: "szanujący inne narody"...). Pomysły pani Hall, redukowania nauczania historii, aż do granic śmieszności - bo czy można nazwać liceum placówkę, która historię ma w swoim programie tylko przez jeden rok? - padają w tych środowiskach na podatny grunt. I to jest ogromna zmiana, dokonująca spustoszeń w naszej duchowej tożsamości.
Genialny, a dziwnie zapomniany historyk, popularyzator polskich dziejów i znawca ustroju politycznego dawnej Rzeczypospolitej, profesor Feliks Koneczny, w niezwykłej książce o Tadeuszu Kościuszce, świeżo wydanej przez Wydawnictwo Antyk Marcin Dybowski ("Tadeusz Kościuszko. Życie - Czyny - Duch") dokonuje znamiennego porównania. Oto jak wcześnie, w zestawieniu z narodami ościennymi, już za panowania pierwszych Jagiellonów, Polacy uświadamiali sobie swoje pochodzenie, a zatem swoją dalszą historię rodzinną, swoją przeszłość. Podkreślali ją poprzez używanie nazwisk. Bo byli z niej dumni "(...) strzeżono już wcześniej nietykalności nazwiska, podczas gdy na Rusi nazwisk jeszcze nie używano całkiem. A gdzie niema nazwiska, jakżeż dojść, jak starą jest która rodzina, z jak dawnych wywodzi się czasów? Gdzie niema nazwiska, jakżeż wiedzieć, kto tam czyim jest przodkiem? Jak utrzymać tradycję rodu? I oto zasadnicza znowu tradycja Polski a Rusi: w Polsce wszystko niemal stało tradycyą, na Rusi wszystko niemal obywało się bez tradycyi. Każde pokolenie było samo sobie jakby nowizną. Tradycya sięgała do ojca, co najwyżej do dziada. Nikt nie nosił nazwiska, tylko przy swojem imieniu chrzestnem dodawał, jak jego ojcu było na imię (...)" [pisownia oryginalna - przyp. E.P.P.].
Jaki stąd wniosek? Wydaje się, że polskie rodziny powinny robić wszystko, by - nie zaniedbując walki o szkołę - przenosić edukację na teren prywatny. To nie znaczy od razu (ani tylko) - do szkół prywatnych. I to nie wyłącznie dlatego, że niewielu rodziców na nie stać. Jak uczy doświadczenie wielu takich szkół, które na początku pięknie się zapowiadały, wcześniej czy później zmuszone były w taki czy inny sposób - nieraz bolesny dla rodziców i dzieci oddać Lewiatanowi wielką część swych marzeń o wychowywaniu młodych Polaków do wolności i obywatelskiej dojrzałości, część wspaniałych zamierzeń i wizji. Natomiast nauka w kręgu domowym, bezpiecznym, oddalonym od wzroku urzędników, "edukatorów" i rewolucjonistów przepojonych duchem permanentnej zmiany, ma wielką przyszłość. Dlatego także, że ma... przeszłość. Długą i trwałą tradycję w naszych dziejach.

"Jak gdyby to była żywa osoba"
Ośmioletnia dziewczynka, Marynia Sobotkiewiczówna (późniejsza Maria Dembowska, przyjaciółka pierwszej żony Henryka Sienkiewicza), pisała do swojego ojca przebywającego na zesłaniu na Syberii: "Wstaję przy świecach. O 8-mej godzinie albo o pół do 9-tej zaczynam robić lekcje i robię je do samego obiadu. Od trzeciej do piątej daję lekcję Dzieciom. Teklunię uczę po francusku, a Marylkę po polsku. Ciocia teraz w złych interesach więc nie może sprowadzić guwernantki do Małych, więc ja prosiłam żeby Ciocia pozwoliła mnie uczyć tego co sama trochę umiem (...). Marylka już dużo umie historyi polskiej i tak ją kocha prawie jak ja, bo ja tak kocham historję polską jak gdyby to była żywa osoba, a nie nauka tylko. Więc dwie godziny uczę Dzieci a potem do 7-ej uczę się sama (....). Pierwej czytałam Cioci pamiętniki Mochnackiego i Piotrowskiego, które mnie tak obchodziły, że oderwać się od nich było trudno i przykro strasznie, że już się skończyły. Czasem Dzieci się bawią w gry (...) a ja siedzę i patrzę w ogień na kominku i myślę o Kiereńsku i o wszystkim, a czasem mruczę sobie kawałki z 'Konrada Wallenroda' albo z 'Przedświtu', albo niby z Ojcem gawędzę". W innym miejscu listu, deklarując chęć przyjazdu do ojca, dodaje: "(...) ja już sama mogę dać sobie radę w drodze, bo ja już przecież mam osiem lat, to ja już nie dziecko" (za: M. Korniłowiczówna "Onegdaj. Opowieść o Henryku Sienkiewiczu i ludziach mu bliskich").
"Kiedy miałem około 10 lat - pisze cytowany już autor wspomnień, Michał Żółtowski - ojciec zaczął nam, to jest Reni i mnie, czytać powieść 'Zawsze oni'. Trzytomowa saga rodu Suffczyńskich z Łańcuta czy Kurowa w Lubelskiem miała bogate ilustracje Kossaka w dużym formacie. Oparta na rodzinnych wspomnieniach autora - Kajetana Suffczyńskiego - przedstawiała losy jednego z jego przodków, uczestnika Powstania Kościuszkowskiego w 1794 roku. Pełna anegdot tchnęła autentycznością. Lektura ta stanowiła jakby wstęp do Trylogii Sienkiewicza (...). Byliśmy zafascynowani Sienkiewiczem. Przez cały rok żyliśmy jego twórczością".
Atmosfera domu rodzinnego jest pierwszą i podstawową barierą wobec pomysłów unijnych urzędników i ich newageowskich doradców. Dziś dostęp do źródeł historycznych, do dobrej klasy literatury historycznej jest bez porównania łatwiejszy niż 100 czy 150 lat temu. Trzeba tylko dostrzec urok wspólnych lektur z dziećmi, rodzinnych rozmów na najważniejsze dla naszej tożsamości narodowej tematy czy nawet spotkań towarzyskich wokół wielkich postaci i najbardziej poruszających tematów naszej historii, odpowiednio przygotowanych, z inną niż powszednia, nieco świąteczną oprawą.

Przeciw "złodziejom pamięci"
Trzeba też koniecznie wspomnieć, że istnieje w Polsce wielu odważnych nauczycieli, którym "chodzenie pod prąd" weszło już w krew - to taka polska przypadłość. Jak bowiem słusznie zauważa Magdalena Jaworska w cytowanym szkicu, nauczyciele wcale nie są takim łatwym kąskiem, łatwą "masą do ulepiania", jak chcieliby ich widzieć unijni urzędnicy. "Nauczyciele są bowiem przywiązani do tego, co robili dotychczas i niechętnie ulegają modom". Mimo iż ministerstwo "zmusza ich wszelkimi metodami do zmiany poglądów i zachowań. Wymusza uczestnictwo w kursach, za które coraz więcej trzeba płacić i na których poza indoktrynacją niewiele się dzieje. Wymusza tworzenie ciągle nowych papierów, bez których nauczyciel rzekomo nie może pracować (...). Wymusza wreszcie stosowanie jedynie słusznych metod nauczania, czyli metod aktywnych (...). Z punktu widzenia władz oświatowych te wszystkie działania, poparte dodatkowo odpowiednią tresurą w wykonaniu dyrektorów szkół, są jednak niewystarczające. Wielu nauczycieli próbuje mimo wszystko uczyć. Dowiadują się więc najczęściej, że są stetryczałymi, skostniałymi pozostałościami niesłusznego systemu, że powinni już skończyć z pracą w szkole, bo 'nie nadążają'".
To właśnie tacy ludzie potrafili - na różnych etapach prac "reformujących" nauczanie historii w polskich szkołach po 1989 roku - obronić m.in. nauczanie historii w liceach i klasach innych niż te o profilu humanistycznym (za czasów ministra Handkego), wystąpić do parlamentu ze stanowczym protestem wobec drastycznej redukcji nauczania języka polskiego i historii w szkołach średnich, za eseldowskiego ministra Jerzego Wiatra (w Łodzi, w 1996 roku wnieśli sprawę pod obrady rady miejskiej i apelowali do parlamentu). Minister Wiatr wycofał się wówczas.
Obecna pani minister robi wszystko, co może, by pokazać, że "nie boi się" niczego i nikogo. Polska historia - rodzinna i narodowa - udowadnia jednak, na jak krótkowzrocznych przesłankach może być oparte to zadowolenie polskiego bądź co bądź urzędnika z dobrze wykonanego cudzego planu.
Ewa Polak-Pałkiewicz

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my12.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 09 wrz 2009, 15:22 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 06 wrz 2009, 07:30
Posty: 1217
Lokalizacja: Polska
Historię Polakom można przedstawić tylko w sposób systematyczny filmami, grami, serialami telewizyjnymi - mówię o masowości, oraz artykułami w prasie popularnej, ewentualnie radio, acz jego przyszłość nie jest pewna, może komórki pomogą przetrwać stacjom radiowym, szkoda że GG oferuje tylko muzykę. W szkole, uczelni zawsze przegramy - już tam są tacy co układają co ma Polak zakodować, co jest ważne, od czasu Heleny Michnik (żydzi uwielbiają historię) niewiele się zmieniło. Dzieci są uczone półprawd i KŁAMSTW, wersja historii dla mas III RP nie mająca wiele wspólnego z rzeczywistością. Kwestia interpretacji wydarzeń. Fakt będący wydarzeń np Rozmowy w Magdalence, czy Okrągły Stół można skrajnie różnie interpretować.

Cytuj:
Po wojnie nauczycielka historii i autorka stalinowskich podręczników szkolnych (Historia Polski do roku 1795, napisana z Ludwiką Mosler).


Zamiast wielbienia Stalina, mamy erę wielbienie stalinowców jak Kuroń, Geremek, taka różnica.

Aaa przyszedł mi do głowy pomysł takiego tygodnika historii darmowo rozsyłanego pocztą, rozdawanego. Druk za reklamy, cudów nie ma plus wolne datki na konkretne artykuły profesjonalnych historyków, publicystów. To mogłoby się udać.

Należy obsadzić Polakami resorty nauki i oświaty, a być Polakiem to coś więcej niż tylko narodowość polska z urodzenia po rodzicach. Polak nie pisałby takich rzeczy jak matka III RP, bo jak nazwać inaczej Adama Michnika? Przecież gdyby nie było jego i kilkuset mu podobnych po 1989, to Polska byłaby całkiem inna, a zakłamanie historyczne dużo mniejsze.

Największe zbrodnie na historii, to Jedwabne i Kielce 1946, także wiele innych, ale te są wymierne, przeliczalne nawet w setkach miliardów dolarów, a może w naszych szansach na przeżycie w tym chorym świecie. To należy wyjaśnić, sprostować, przedstawić w całości jak było. IPN dokonał rzeczy strasznej, postawił antypolskie tezy bez rzetelnych dowodów. To był "tamten" IPN, a jaki będzie następny? Sądzę że podobny do tego Kieresa, czyli zacznie się polowanie hakami na naszą historię, wywlekanie brudów na plan I przy Niemcach, Rosji, Ukrainie, Litwie wybielających się.

IPN nie może być alfą i omegą, mogą się mylić, mogą jak za Kieresa świadomie manipulować. Ktoś powinien to sprawdzać, inne instytuty historyczne, wydziały historii, organizacje, niezależni historycy.

Kto uwierzy że w 1946 roku grupa obywateli może sobie ot tak sobie zebrać się i mordować w Kielcach żydów, pod bokiem byli funkcyjni. To niemożliwe. Straszna prowokacja, a idzie na konto narodu polskiego. Nie mogę się z tym pogodzić, podobnie jak z zaniżaną rolą Niemców w Jedwabnem. Też nie wierzę w żadne samoczynne pogromy przy Niemcach. Inna sprawa że kolaborantów sowieckich należało ukarać - ale sądem wojskowym.

Mnie muli przesyt tematykę żydowską, holokaustową, antysemityzm itd do znudzenia. To jeszcze ktoś uważa za przypadek? To jest kosztem POLSKIEJ historii, na każdym kroku albo podkreśla się korzenie żydowskie danej osoby, albo wprost przeciwnie - przemilcza jeżeli tak im pasuje. Nie ma informacji o przynależności do masonerii, to a to bardzo ważne, łatwiej zrozumieć danego człowieka, czemu tak postępował...

Co do rtm Pileckiego to znikają ciągle jakieś dane o Nim, mowa o latach po 1989. Mówi się że wiedział sporo o ciekawych aspektach stalinizmu, w tym o prowokacji kieleckiej w 1946. W końcu zbierał takie dane, to należało do Jego zadań. Poza tym jest dowodem na charakter obozu na początku - Niemcy mordowali głównie Polaków, żydów nie było.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 03 lut 2010, 21:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Rocznica. Ofiary z zatopionego "Gustloffa” mają pamiątkową tablicę

Zarząd VdG spotkał się w ubiegłym tygodniu w Gdyni. Okazja była szczególna. W kościele Ludzi Morza odsłonięto tablicę upamiętniającą ofiary zatopionego ewakuacyjnego statku “Wilhelm Gustloff”.

Tablica upamiętniająca ofiary zatopienia “Gustloffa” 30 stycznia 1945 roku zawisła w sobotę w kaplicy kościoła Matki Bożej Nieustającej Pomocy nazywanego także kościołem Ludzi Morza - mówi przewodniczący Zarządu VdG Bernard Gaida, który uczestniczył w uroczystości wraz z posłem mniejszości na Sejm RP Ryszardem Gallą. - W tej kaplicy znajduje się wiele tablic upamiętniających ofiary różnych - nie tylko wojennych - katastrof morskich.

Uroczystego odsłonięcia dokonali - wraz z Bernardem Gaidą - konsul generalny Niemiec w Gdańsku Joachim Bleicker, lider miejscowej mniejszości niemieckiej Benedykt Reschke oraz Sybille Dreher, przewodnicząca Ziomkostwa Prus Zachodnich.

W mszy świętej odprawionej za ofiary zatopienia uczestniczyli m.in. pastor ewangelicki oraz kantor gminy żydowskiej, który na zakończenie zaśpiewał pieśń o pokoju.

Przypomnijmy, na storpedowanym 65 lat temu przez radziecki okręt podwodny S-13 dowodzonym przez Aleksandra Marinesko statku transportowym “Wilhelm Gustloff” było co najmniej 10 tys. osób. Uratowało się zaledwie około 900 pasażerów. W Polsce z tego grona żyje jedna osoba, Łucja Bagińska, która była także obecna na uroczystości.

- Samą swoją obecnością budziła szacunek nas wszystkich - uważa Bernard Gaida. - Ale nie wypowiadała się publicznie i oficjalnie na temat wydarzeń sprzed 65 lat. Trzeba pamiętać, że pani Łucja była w momencie tragedii dorosłą 22-letnią kobietą. Przeżyła ją całkowicie świadomie. Dziś ma lat 87 i to na pewno nie są dla niej łatwe wspomnienia. Staraliśmy się to uszanować.
Przedstawiciele Związku Niemieckich Stowarzyszeń dokonali także “złożenia” wieńców na wodach Zatoki Gdańskiej.

Poza rocznicowymi uroczystościami spotkanie zarządu w Gdyni miało także swoją część roboczą.

- Spotkanie to było poświęcone - relacjonuje Bernard Gaida - rozmowom z polskim Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji na temat podziału pieniędzy z puli przeznaczonej dla mniejszości narodowych. Skoro projektów jest zawsze więcej niż pieniędzy, chcielibyśmy mieć większy wpływ na wybór tych projektów, które zostaną ostatecznie sfinansowane.

Bernard Gaida przyznaje, że aby takie rozmowy były skuteczne, mniejszość musi najpierw, na etapie sładania wniosków, mieć pełne rozeznanie potrzeb i zamiarów organizacji w całej Polsce.

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article ... /101622235


Zginęli ludzie. Ludzie ci w niemieckich mundurach przez sześć lat niszczyli polskość na naszych ziemiach. Mordowali, lecz mordowanych przez nich nie upamiętniono, ani pomnikiem, ani tablicą, ani nazwą ulicy. Dziś my Polacy nie bacząc na to, że pominęliśmy w swojej pamięci naszych pomordowanych rodaków, uczciliśmy pamięć naszych katów.

[b]Nie do wiary!!!![/b]


Jako komentarza posłuchajmy:

Benedykt Wietrzykowski - prezes Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych, pos. Andrzej Jaworski

Tablica upamiętniająca oprawców Polski z II Wojny Światowej w Gdyni oraz sprawa zawłaszczenia majątków

http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=20173


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 04 lut 2010, 15:25 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
A rotmistrz Pilecki nadal nie ma swojej............. ulicy:(


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 04 lut 2010, 17:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
wędrowiec napisał(a):
A rotmistrz Pilecki nadal nie ma swojej............. ulicy:(


Specjalnie pominęłem tę konkluzję w swoim wpisie licząc na to, że Ty wędrowcze dopiszesz ją. :)
A korciło mnie aby użyć tego argumentu....., korciło.
Jest jeszcze jedna sprawa do uwypuklenia. Ile pomników, tablic, ulic mają w Niemczech polskie ofiary ich niemieckiej, zbrodniczej agresji?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Zbrodnie na pamięci historycznej
PostNapisane: 20 lut 2010, 16:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Sławomir Cenckiewicz

Zapomniana rocznica

Przemysłowy charakter niszczenia archiwów SB i PZPR zyskał przyzwolenie ze strony elit solidarnościowych. Nie zrobiono praktycznie nic, aby ten proces zatrzymać

Radykalni obrońcy dorobku III Rzeczypospolitej od czasu do czasu przypominają nam o kolejnych okrągłych rocznicach. Najpierw świętowano 20. rocznicę zakończenia rozmów Okrągłego Stołu, później rocznicę wyborów 4 czerwca 1989 r. i powołania Tadeusza Mazowieckiego na premiera. Obchodzono także rocznicę zmiany szyldu z PRL na RP, a nawet 20-lecie planu Balcerowicza. W tym szaleństwie kolejnych jubileuszy, sejmowych egzaltacji i akademii zapomniano o 20. rocznicy niszczenia na przemysłową skalę dokumentów SB i PZPR.
Biała legenda Mazowieckiego
Bezprecedensowy być może w najnowszych dziejach Polski proces niszczenia archiwów nie jest dzisiaj powodem do chluby. Niszczenie źródeł historycznych, bez względu na to, kto był ich wytwórcą, ma zawsze charakter zamachu na pamięć i świadomość narodową. A proces ten przypadł na czas urzędowania „pierwszego niekomunistycznego rządu” kierowanego przez Mazowieckiego, któremu po latach buduje się wyłącznie białą legendę. Co bardziej krewcy z jego obrońców potrafią nawet przyznać, że owszem, dokumenty były niszczone, ale „nasz premier” zaaferowany najważniejszymi reformami kraju po prostu nic o tym nie wiedział.
Tę sielankową wizję zapracowanego premiera, który nie ma pojęcia, że podległa mu administracja dzień i noc niszczy bezcenne archiwalia dokumentujące dzieje PRL, zaburzył przed laty Jan Rokita. W swojej wspomnieniowej książce ówczesny krakowski poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego napisał: „Otrzymałem informacje, że z MSW są wynoszone i palone akta. Dotarłem do premiera, co dla zwykłego posła OKP nie było łatwe, ale Mazowiecki dał mi radę absurdalną: żebym poinformował o tym Kiszczaka, tego samego, który na palenie akt co najmniej zezwalał”.
Od tej pory obowiązuje już nieco inna wersja wytłumaczenia tej sprawy. Zapytany o niszczenie archiwów Henryk Woźniakowski, który w gabinecie Mazowieckiego pełnił funkcję zastępcy rzecznika prasowego rządu, odparł, że w tamtym czasie należało przede wszystkim uwzględniać otoczenie wewnętrzne i zewnętrzne Polski (stacjonowanie wojsk sowieckich i sojusze międzynarodowe), a „pierwszoplanową sprawą były pakiet ustaw i plan Balcerowicza”, które zmieniały kraj. Jego zdaniem Mazowiecki robił, co mógł, by powstrzymać proces niszczenia dokumentów, ale realnie możliwość taka nastąpiła dopiero z chwilą odejścia z resortu spraw wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka.
Stanowisko rządu
Tak naiwne tłumaczenie wydarzeń z przełomu lat 1989 – 1990 nie znajduje potwierdzenia w faktach. Wystarczy wspomnieć, że w lutym 1990 r., czyli już po sławetnym rozkazie ministra Kiszczaka zakazującym niszczenia dokumentów MSW (31 stycznia 1990 r.), stanowisko rządowe w kwestii kwalifikacji dokumentów operacyjnych SB jako „niestanowiących materiałów archiwalnych” w rozumieniu ustawy o narodowym zasobie archiwalnym przygotował… gen. Zbigniew Pudysz. W piśmie do prokuratora generalnego Rzeczypospolitej Polskiej Józefa Żyty z 22 lutego 1990 r. podsekretarz stanu w MSW bronił w istocie decyzji o niszczeniu akt SB, powołując się na zarządzenie gen. Kiszczaka z 8 lipca 1985 r. (nr 049/85): „brakowaniu podlegają wszystkie akta operacyjne posiadające czasowe praktyczne znaczenie oraz dokumentacja pomocnicza posiadająca krótkotrwałe znaczenie praktyczne. Brakowanie może nastąpić po upływie ustalonych na mocy cytowanego zarządzenia okresów przechowywania. Okresy te są zróżnicowane w zależności od treści akt operacyjnych: minimalnie – dwa lata, maksymalnie – 60 lat. Cecha tajności nie ma bezpośredniego wpływu na okres przechowywania, kryterium decydującym jest zakładana dalsza przydatność”. Niszczenie archiwów MSW gen. Pudysz uzasadniał również stopniową likwidacją poszczególnych komórek organizacyjnych SB, które w przypadku akt przechowywanych krócej niż pięć lat mogły je „brakować we własnym zakresie”.
Systematyczny proces
Do akcji niszczenia dokumentów resort Kiszczaka przygotowywał się od dłuższego czasu. Pierwsza fala zniszczeń nastąpiła wiosną 1989 r. Jeszcze podczas trwania obrad Okrągłego Stołu, 26 marca 1989 r., dyrektor Departamentu IV MSW gen. Tadeusz Szczygieł poinformował szefa SB gen. Henryka Dankowskiego i dyrektora Biura „C” (archiwum MSW) płk. Kazimierza Piotrowskiego o zniszczeniu tzw. teczek ewidencji operacyjnej na księży. Decyzję tę tłumaczył zmianą w sytuacji społeczno-politycznej i „prawnym uregulowaniem stosunków państwo – Kościół i Polska – Watykan”. Dodał także, że systemy ewidencjonowania danych o duchowieństwie w pełni zabezpieczają potrzeby SB. Kolejny etap niszczenia archiwów związany był z reorganizacją MSW w sierpniu 1989 r. Zlikwidowano wówczas najważniejsze piony operacyjne bezpieki, m.in. departamenty III (działalność antykomunistyczna), IV (walka z Kościołem), V (sfera produkcyjna) i owiane złą sławą Biuro Studiów zajmujące się elitą solidarnościowego podziemia. Przykładowo z połączenia Departamentu IV i Biura Studiów powstał później Departament Studiów i Analiz. W ten sposób skoncentrowano bodaj najważniejsze, z punktu widzenia bezpieczeństwa procesu transformacji ustrojowej, aktualne sprawy operacyjne i zbiory archiwalne dotyczące ludzi Kościoła i „Solidarności”. Elita byłego Departamentu IV i Biura Studiów przystąpiła wówczas do akcji niszczenia akt. Szef Wydziału Studiów i Analiz w Gdańsku mjr Jerzy Frączkowski wspominał później, że nowo utworzona komórka „nie prowadziła już pracy operacyjnej”, a wytyczne w sprawie niszczenia materiałów operacyjnych otrzymywał bezpośrednio od wiceministra spraw wewnętrznych gen. Henryka Dankowskiego i szefa SB płk. Jerzego Karpacza podczas specjalnych telekonferencji. W tym czasie zacieranie śladów po przestępczej działalności SB oraz ukrywanie najcenniejszej agentury było bodaj najważniejszą sprawą, jaką w ogóle zajmował się resort Kiszczaka.
Złodziejska prywatyzacja
W operacji „brakowania akt” nie chodziło wcale o zniszczenie wszystkich najcenniejszych aktywów archiwalnych bezpieki. Już w sierpniu 1989 r. przystąpiono do selekcji materiałów SB pod kątem wyodrębnienia tych o największym znaczeniu operacyjnym i politycznym. Następnie niektóre z tych materiałów mikrofilmowano w dwóch kopiach, oryginały zaś niszczono. Wiele ze zmikrofilmowanych archiwaliów zniknęło wiosną 1990 r. Proces „prywatyzacji” najciekawszych materiałów agenturalnych opisał pod koniec 1990 r. jeden z archiwistów gdańskiej SB kpt. Jan Żaczyński, który podjął później pracę w UOP: „materiały dotyczące wyeliminowanych źródeł informacji z terenu całego województwa gdańskiego były zmikrofilmowane. Kopie mikrofilmów były udostępniane pracownikom, natomiast oryginały mikrofilmów, tzw. filmy matki, miałem zabezpieczone u siebie w szafie. W okresie miesięcy marzec – kwiecień 1990 r. na skutek wielokrotnych nalegań i gróźb ze strony ówczesnego kierownika kpt. Aleksego Świetlika oraz naczelnika mjr. Michała Stryczyńskiego, wydałem im bez pokwitowania wszystkie mikrofilmy »matki«. Twierdzili oni, że mikrofilmy te mają być odtąd przechowywane na stałe u kierownika kpt. Aleksego Świetlika. Nie wiem, co się z tą dokumentacją stało, ale w tej chwili w tutejszym wydziale archiwum nie ma żadnego protokołu zniszczenia dokumentów bądź przekazania ich innej jednostce. Mikrofilmów tych nie ma też w Wydziale”. Nieprzypadkowo część zaginionych wówczas mikrofilmów odnaleziono w 1993 r. w mieszkaniu byłego majora SB Jerzego Frączkowskiego w Gdańsku. Poza dokumentacją agenturalną i operacyjną dotyczącą Lecha Wałęsy posiadał on także wyjątki ze spraw operacyjnych SB prowadzonych m.in. przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu, Bogdanowi Borusewiczowi i Bogdanowi Lisowi.
Archiwalna pożoga
Akcja niszczenia akt bezpieki w latach 1989 – 1990 miała charakter przemysłowy. Tylko jednego dnia w papierni w Konstancinie-Jeziornie zniszczono 3 tony dokumentów MSW. Była to jednak kropla w morzu tego, co w tym czasie uległo zniszczeniu. Wyjątkowej wagi dokumentacja dotycząca odtworzenia procesu niszczenia akt trójmiejskiej SB zachowała się w gdańskiej prokuraturze. Akcję tę realizowano przez kilka miesięcy w systemie trzyzmianowym. Były okresy, kiedy codziennie, w biały dzień, pod siedzibę WUSW w Gdańsku podjeżdżały samochody ciężarowe, które wywoziły akta na wysypiska śmieci w Szadułkach, do wykopanych dołów na podmokłych Żuławach Wiślanych i do „Celulozy” w Świeciu. Przedsięwzięcie to angażowało całe kierownictwo resortu spraw wewnętrznych, które oficjalnie prowadziło w tej sprawie korespondencję z papierniami mającymi przyjąć bezpieczniacką „makulaturę”. Z dokumentów wynika, że w drugiej połowie 1989 r. w ciągu zaledwie jednej doby niszczono od 2 do 5 ton dokumentów gdańskiej bezpieki w Zakładach Celulozy i Papieru w Świeciu. Udokumentowano cztery takie transporty do Świecia (25 sierpnia 1989 r., 17 października 1989 r. i dwie dostawy z 14 grudnia 1989 r.). „Gdy przyjechaliśmy do Świecia, Aleksy Świetlik załatwił odpowiednią przepustkę i wjechaliśmy na teren zakładów celulozowych” – zeznawał były funkcjonariusz SB Ryszard Szreder, który później znalazł zatrudnienie w policji. „Samochody tyłem podjechały przed wejście do hali i następnie nosiliśmy worki na odległość ok. 6 – 7 metrów i wrzucaliśmy je do kręcącego się bębna z wodą. Worków nie otwieraliśmy, tylko w całości je wrzucaliśmy. Wydaje mi się, że do Świecia pojechali wszyscy z Wydziału C, którzy przyszli tego dnia na 6 rano do pracy. Bębny miały określoną pojemność, mieściło się w nich po mniej więcej 15 worków, potem trzeba było czekać ok. 25 minut i wrzucać ponownie. Pracowaliśmy przy tym do ok. godziny 16. Uważam, że każdy z nas wiedział, co znajdowało się w tych workach”.
Kilometry utraconych akt...
Trudno dziś dokładnie oszacować skalę tego zjawiska. Wiadomo, że proces niszczenia archiwów SB przebiegał równolegle w centrali MSW i w wojewódzkich urzędach spraw wewnętrznych. Z centralnej kartoteki ogólnoinformacyjnej Biura „C” MSW zginęło wówczas około 600 tys. kart rejestracyjnych. W połowie przetrzebiono także kartotekę czynnych i wyeliminowanych osobowych źródeł informacji. Wyniesiono także tzw. Zbiór 560, czyli utworzoną w lipcu 1989 r. na polecenie gen. Dankowskiego kartotekę zawierającą informacje operacyjne na temat parlamentarzystów wybranych w wyborach 4 czerwca 1989 r. Skala dokonanych zniszczeń jeszcze dzisiaj wprawia o zawrót głowy, choć znamy jedynie dane z niektórych regionów kraju. W Łodzi zniszczono w tym czasie około 70 procent zasobu archiwalnego, w tym: prawie 41 (z 47) tysięcy teczek tajnych współpracowników, ponad 21 (z 26) tysięcy spraw operacyjnych i 8 (z 13) tysięcy spraw śledczych. W Trójmieście było jeszcze gorzej. Zniszczenia sięgają ponad 90 procent, w tym: prawie 26 tys. teczek agenturalnych (99 proc.), ponad 13 tys. spraw operacyjnych (86 proc.) i ok. 8,5 tys. teczek postępowań i spraw przygotowawczych (94 proc.). „Wybrakowano” ponadto prawie 10 tys. mikrofilmów, dzienniki archiwalne, dzienniki rejestracyjne, skorowidze wyeliminowanych agentów itd.
Akcja zorkiestrowana
Podobne operacje przeprowadzono w tym czasie w strukturach wywiadu (II Zarząd Sztabu Generalnego) i kontrwywiadu wojskowego (Wojskowa Służba Wewnętrzna). Przykładowo w 1990 r. ostatni szef WSW gen. Edmund Buła miał skopiować i przekazać Sowietom całą kartotekę. Pod jego okiem zniszczono w tym czasie ok. 40 tys. jednostek archiwalnych. Proces niszczenia archiwów miał miejsce także w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdzie m.in. częściowo „wybrakowano” zbiory Wydziału Konsularnego (sprawy polonijne). Jako że obie instytucje ściśle współpracowały z bezpieką, podobna akcja objęła również wydziały spraw wewnętrznych w urzędach wojewódzkich oraz urzędy do spraw wyznań. Proces ten nie ominął także akt Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Ruch” (akta osobowe dziennikarzy) i jej właścicielki – PZPR. Rozpoczął się najpewniej 20 grudnia 1989 r. od zniszczenia stenogramów z posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR z lat 1982 – 1989. Jednak już w lipcu 1989 r. gen. Wojciech Jaruzelski polecił przekazać stenogramy do depozytu Sztabu Generalnego Ludowego Wojska Polskiego. W ten sposób zniszczono 266 być może najważniejszych dokumentów Biura Politycznego dekady lat 80. Dokumenty partyjne niszczono także w komitetach wojewódzkich PZPR, co zostało zresztą już w tamtym czasie ujawnione głównie za sprawą antykomunistycznej młodzieży z Konfederacji Polski Niepodległej i Federacji Młodzieży Walczącej. Działacze tych organizacji na przełomie lat 1989 i 1990 pikietowali siedziby PZPR w Bydgoszczy, Krakowie, Lublinie i Gdańsku. Zajęcie gmachu KW PZPR w Gdańsku w końcu stycznia 1990 r. nastąpiło dokładnie w czasie niszczenia archiwów partyjnych. W kotłowni znaleziono hałdy zmielonych oraz dopalających się akt PZPR.
Konsekwencja godna innej sprawy
Niestety, przemysłowy charakter niszczenia archiwów zyskał przyzwolenie ze strony elit solidarnościowych. Nie zrobiono praktycznie nic, aby ten proces zatrzymać. Nawet wówczas, kiedy pojawiła się możliwość osądzania winnych, ludzie z rodowodem solidarnościowym robili wszystko, by sprawiedliwości nie stało się zadość. Z jednej strony nie usuwali z szeregów Urzędu Ochrony Państwa i policji ludzi, którzy aktywnie uczestniczyli w akcji niszczenia dokumentów. Z drugiej natomiast, tak jak szef MSW w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego – Henryk Majewski, konsekwentnie odmawiali zwolnienia oskarżanych przez prokuraturę funkcjonariuszy o niszczenie dokumentów SB z tajemnicy państwowej „w zakresie wszelkich danych dekonspirujących personalia osobowych źródeł informacji, których akta zostały zniszczone, oraz ujawniających przedmiot postępowań operacyjnych, których materiały także zniszczono” (decyzja MSW z 19 lipca 1991 r.). W ten sposób praktycznie nikt nie poniósł odpowiedzialności karnej za zniszczenie części narodowego zasobu archiwalnego.
Podobnie postępowano w przypadku akt partyjnych.
Dzisiaj ci sami ludzie, którzy w latach 1989 – 1990 popełnili grzech zaniechania i przyzwolili na zniszczenie wielu kilometrów akt, mówią nam, że akta bezpieki nie mają większej wartości, i zamierzają przejąć kontrolę nad IPN. I to jest być może najlepsze wytłumaczenie ich postawy sprzed 20 lat.
Rzeczpospolita

http://www.rp.pl/artykul/61991,430008_C ... nica_.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 88 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /