Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 225 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 15  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 14 lip 2009, 15:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
W tym wątku możemy gromadzić informacje na temat tych, którzy oddawali za nas nie tylko swoje życia, ale i swoje cierpienia. Byli nieprzejednani, niesprzedajni, a .... los zabarwiony bolszewicką czerwienią, obszedł się z nimi okrutnie.




W hołdzie Stanisławowi Sojczyńskiemu - „Warszycowi”

30 marca 2008 roku minęła 98. rocznica urodzin Stanisława Sojczyńskiego - " Warszyca", polskiego bohatera narodowego, którego losy tak silnie wiążą się z Częstochową i Ziemią Częstochowską. Z tego powodu poseł PiS z okręgu częstochowskiego, Szymon Gilżyński, wygłosił w Sejmie 27 marca 2008 roku okolicznościowe oświadczenie. Pełny tekst przemówienia posła Gilżyńskiego drukujemy poniżej.

Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! W najbliższą niedzielę, 30 marca, upływa 98. rocznica urodzin polskiego bohatera narodowego, założyciela, organizatora i pierwszego dowódcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego, jednej z największych w Polsce podziemnych zbrojnych organizacji niepodległościowych po 1944 r. - Stanisława Sojczyńskiego - „Warszyca”.

Stanisław Sojczyński urodził się w Rzejowicach pod Radomskiem. Ukończył w 1932 r. Państwowe Seminarium Nauczycielskie w Częstochowie; podporucznik rezerwy (1936 r.) po Dywizyjnym Kursie Podchorążych Piechoty, odbytym w 27. pułku piechoty w Częstochowie. Walczył w Kampanii Wrześniowej 1939 r.
Po powrocie do rodzinnych Rzejowic natychmiast włączył się w antyniemiecką konspirację zbrojną, współtworząc struktury, kolejno: Służby Zwycięstwu Polski, Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej.

W latach okupacji niemieckiej pozostawał najaktywniejszym i najsławniejszym partyzanckim dowódcą na swoim terenie. Do legendy przeszły zwłaszcza dwie akcje Stanisława Sojczyńskiego: doprowadzenie do likwidacji 25 maja 1943 r. szefa gestapo w Radomsku - Willego Bergera, i jego zastępcy - Johanna Wegnera, oraz uwolnienie ponad

50 osób w nocy z 7 na 8 sierpnia 1943 r. z więzienia w Radomsku. Za tę brawurową akcję porucznik Stanisław Sojczyński otrzymał Order Virtuti Militari V klasy.

Gdy w styczniu 1945 r. na polskie ziemie nad Wartą wkroczyła Armia Czerwona, kapitan Stanisław Sojczyński nie poddał się, poszukiwany przez UB i NKWD - ukrywał się, ale powodowany odpowiedzialnością za losy swoich żołnierzy - z wiosną 1945 r. zaczął ich ponownie zbierać i 3 kwietnia 1945 r. wydał im rozkaz wznowienia działalności konspiracyjnej.

Od stycznia 1946 r. tworzone przez „Warszyca” struktury przyjęły nazwę Konspiracyjne Wojsko Polskie. Na terenie swojego działania operacyjnego, głównie województw: łódzkiego, także kieleckiego, śląskiego i poznańskiego, liczące ok. 4 tys. członków, Konspiracyjne Wojsko Polskie stanowiło najsilniejszą formację niepodległościowego zbrojnego podziemia.

Szczególną nienawiścią i żądzą zemsty pałał wobec „Warszyca” krwawy szef UB w Łodzi - Mieczysław Moczar, zwłaszcza po największej akcji w dziejach KWP, gdy w nocy z 19 na 20 kwietnia 1946 r. odbito więźniów z aresztu w Radomsku. W czasie akcji żołnierze Konspiracyjnego Wojska Polskiego rozbili trzykrotnie silniejszy oddział Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którego straty wyniosły 16 zabitych, w tym 5 oficerów. Zginęło również 8 rosyjskich enkawudzistów.

Wściekły i upokorzony Moczar podjął na najszerszą skalę działania operacyjne i propagandowe. Akcję „Warszyca” w Radomsku w haniebny sposób opisał łódzki „Głos Robotniczy” - w cyklu artykułów. Ich wykonawcą, co stanowi szczególnie plugawą okoliczność, jest przyszły autor młodzieńczych bestsellerów -Zbigniew Nienacki, tchórzliwie ukrywający się pod pseudonimem -Ewa Połaniecka. Operacyjne działania specjalna grupa UB pod zwierzchnictwem samego Moczara prowadziła z całą bezwzględnością. W ciągu dwóch miesięcy poprzez aresztowania, pokazowe procesy, brutalne mordy na żołnierzach KWP doprowadzono nie tylko do zatrzymania 28 czerwca 1946 r. „Warszyca”, ale i do likwidacji struktury dowódczej: tzw. I Komendy KWP. Proces „Warszyca” rozpoczął się w Łodzi 9 grudnia 1946 r. Zasądzony wyrok kary śmierci na Stanisławie Sojczyńskim - Warszycu i jego pięciu wiernych żołnierzach wykonano 19 lutego 1947 r.

Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Wyrażam przekonanie, iż dzieje Konspiracyjnego Wojska Polskiego i jego Dowódcy staną się już wkrótce kanwą działań badawczych, edukacyjnych i śledczych właśnie powstającej w Częstochowie Delegatury Instytutu Pamięci Narodowej. Pragnę również wyrazić szacunek dla Świętej Pamięci Andrzeja Gały, historyka nieakademickiego, który, jednakowoż w swych pionierskich pracach - powstałych z wielką pasją i poświęceniem - opartych na wielu cennych dokumentach i relacjach, oddał, bodaj jako pierwszy publicysta, już na początku lat 90. należny „Warszycowi” hołd.

Tym szlakiem podąża również inny częstochowianin, uzbrojony w warsztat zawodowego historyka, pan Tomasz Toborek, pracownik łódzkiego oddziału IPN, autor, takoż naukowej, co przystępnie napisanej, pierwszej monograficznej książkowej próby pt. „Stanisław Sojczyński i Konspiracyjne Wojsko Polskie” - wydanej kilka miesięcy temu staraniem IPN. Dziękuję uprzejmie.

Szymon Stanisław Giżyński


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 14 lip 2009, 15:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
Witold Pilecki

Waldemar Żyszkiewicz

W historii życia rotmistrza Pileckiego uderzają dwie niejako przeciwstawne cechy: heroizm czynów i pewna zwyczajność osoby. Ale to jednak zwyczajność pozorna, całkiem niedzisiejsza. Tak jak niedzisiejsze jest jego bohaterstwo. Herosi kreowani przez sztaby hollywoodzkich scenarzystów nie dorastają Pileckiemu do pięt.

Pilecki – ułan integralny
Żył jak na współczesne standardy krótko, niespełna pół wieku, jednak niezwykłymi zdarzeniami z jego biografii można by obdzielić co najmniej kilka osób, dobrze zasłużonych bliskim, bliźnim i ojczyźnie. Zakrój i świetność żołnierskich, ale też ludzkich osiągnięć rotmistrza Pileckiego budzą wyłącznie podziw, jednak niektóre podstawowe fakty z jego biografii są, niczym u legendarnych bohaterów czy mitycznych półbogów, owiane mgłą tajemnicy.
Do dziś nie znamy z całkowitą pewnością dokładnych dat urodzin i śmierci „Ochotnika do Auschwitz”, choć Adam Cyra, niewątpliwie najlepszy znawca życia i dokonań bohaterskiego polskiego kawalerzysty, na którym komuniści dokonali mordu sądowego, w podtytule swej fundamentalnej pracy o Pileckim jako graniczne daty podaje lata 1901 – 1948.
Dodał sobie lat?
Rok śmierci nie jest zresztą przez nikogo kwestionowany, ale co do daty dziennej brak już takiej pewności. Wspomniany wcześniej Cyra wskazuje na dzień 25 maja, opierając się zapewne na protokole wykonania wyroku śmierci w mokotowskim więzieniu, ale w innych źródłach (także w Wikipedii) pojawia się ponadto data 15 maja 1948.
Istnieją relacje współwięźniów opisujące ostatnie chwile przed egzekucją,
ale nie wiadomo, gdzie spoczęły prochy Pileckiego. Jako najbardziej prawdopodobne miejsca pochówku wymienia się tereny przylegające wówczas do cmentarza na Służewie lub podobne miejsce przy Cmentarzu Powązkowskim, dziś włączone w jego obręb jako kwatera Ł, tzw. „Łączka”.
Brak też pewności co do faktycznej daty urodzin Witolda Pileckiego, herbu Leliwa, syna Juliana i Ludwiki z Osiecimskich. Zarówno wdowa Maria Pilecka, jak i starsza siostra Witolda – Maria zgodnie twierdziły, że stało się to 12 listopada 1902, ale Adam Cyra, w oparciu o oficjalne dokumenty wojskowe z czasów niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej, a także własnoręczne życiorysy Pileckiego przyjmuje dzień
13 maja 1901.
To może dziwić, zwłaszcza wobec sprostowania daty urodzin przez samego Pileckiego przed komunistycznym sądem, choć sprawę komplikuje tu dość prawdopodobny błąd protokolanta. Jednak motywy „dodania sobie lat” w 1918 przez młodziutkiego harcerza, który rwał się do walki o wytyczenie sprawiedliwych granic odradzającej się ojczyzny, wydają się chyba oczywiste.
Z patriotycznego gniazda
Urodzony w niewielkim Ołońcu, w rosyjskiej części Karelii, blisko granicy fińskiej, wychowany w Wilnie i Orle, Witold Pilecki pochodził z rodziny o wielkich tradycjach i zasługach patriotycznych, wywodzącej się z okolic Lidy. Dziadek po mieczu Józef za udział w Powstaniu Styczniowym zapłacił siedmioma latami zesłania i konfiskatą dóbr w Starojelni. Majątek w Sukurczach ocalał tylko dlatego, że był zapisany na panieńskie nazwisko babki Domeykówny.
W czasie niepodległościowego zrywu z roku 1863 w skrytce sukurczańskiego dworu ukrywano rannego powstańca. Właściwie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w tym samym czasie stacjonował we dworze oddział rosyjskich wojsk pacyfikujących powstanie... W razie wpadki konfiskata Sukurcz byłaby pewna.
Ojciec Julian, leśnik z wykształcenia, osiągnął stanowisko rewizora leśnego i ożenił się z Ludwiką z Osiecimskich, również leśniczanką. Ród Osiecimskich, podobnie jak Pileckich, dotknęły konfiskaty za udział w powstańczych zmaganiach, a według rodzinnej legendy Artur Grottger w swym obrazie, zatytułowanym „Ucieczka”, sportretował właśnie jednego z członków rodziny matki rotmistrza.
Tradycje rodzinne, wychowanie w kulcie osobistej dzielności, ofiarności i poświęcenia dla ojczyzny, a także formacja religijna kształtująca postawy moralne oraz pożądane cechy charakteru – oto kulturowo-społeczne środowisko w jakim wzrastał młody Witold. Już od dzieciństwa zapalony uczestnik gier i zabaw o charakterze wojskowym, ale wykazujący również talenty do rysunku, muzyki czy poezjowania.
Harcerz, strażak, kawalerzysta
Jako szesnastoletni harcerz, w walkach o Wilno dowodził placówką przy Ostrej Bramie. Trudno o bardziej znamienne doświadczenie dla Polaka-katolika. Co ważne, oprócz dzielności, niekiedy nawet graniczącej z żołnierską brawurą, Pilecki przejawiał precyzję i przenikliwość myślową, skłonność do systemowego – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – ujmowania problemów czy zadań, ale także łatwość i skuteczność w działaniu.
To się przejawi nie tylko w sposobie organizowania efektywnych konspiracyjnych struktur – Tajnej Armii Polskiej (TAP) po przegranej wojnie obronnej
z września 1939, Związku Organizacji Wojskowych (ZOW) w obozie Auschwitz czy tzw. grupy Pileckiego już po zakończeniu wojny światowej – ale również w zaskakująco dobrych efektach działalności cywilnej.
W krótkim okresie spokojnego i rodzinnego życia, Pilecki nie tylko sprawnie gospodarował na odziedziczonym majątku ziemskim, nie tylko odbywał kolejne przeszkolenia wojskowe, nie tylko zyskiwał prestiż i uznanie u krewnych i sąsiadów,
ale znajdował jeszcze czas, by malować obrazy do kościoła w sąsiedniej wsi Krupa, gdzie jego żona Maria, z Ostrowskich, pracowała jako nauczycielka.
„Zarządzany gospodarską ręką majątek w Sukurczach – pisze Adam Cyra – rozwijał się coraz bardziej, specjalizując się w produkcji nasion koniczyny, a masło z miejscowej mleczarni sprzedawane było aż w Wilnie”. To, że masło awans na wileńskie stoły zawdzięczało swej jakości, wydaje się oczywiste, ale trzeba jednak dodać, że współzałożycielem (wraz z Wacławem Szukiewiczem) i prezesem tej mleczarni był właśnie Pilecki. Był też, co dziś za sprawą polityków nie brzmi najlepiej, naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej. A od wiosny 1932 zorganizował w Krupie konne przysposobienie wojskowe, wzorowane na lekkiej kawalerii, czyli tzw. „Krakusów”.
Otarł się o najważniejszych
Wielkość nie jest cechą przechodnią, obcowanie z prawdziwymi osobowościami nie czyni jeszcze z nikogo bohatera, ale jest faktem poświadczonym przez biografów rotmistrza, że Witold Pilecki spotkał na swej drodze wiele wybitnych postaci.
W czasie walk o wschodnie granice Polski, w latach 1918–1921, był (jako mniej więcej szesnastolatek) ułanem oddziału pod dowództwem słynnych braci majora Władysława i rotmistrza Jerzego – Dąmbrowskich. Oddział ten, przemianowany na Dywizjon Jazdy Wileńskiej, stał się potem regularną formacją odrodzonego Wojska Polskiego. A Jerzy Dąmbrowski był jako pierwszy, jeszcze przed majorem Szendzielarzem, szeroko znany pod przydomkiem „Łupaszki”.
Pilecki zetknął się bezpośrednio z gen. Lucjanem Żeligowskim, słynnym później mjr. Edmundem Galinatem, a także z samym marszałkiem (wtedy jeszcze generałem) Edwardem Rydzem-Śmigłym. W sąsiadującej z majątkiem Pileckich Borówce zamieszkali teściowie Rydza-Śmigłego, ale i on sam często tam bywał. Podobno w czasie jednego ze wspólnych polowań w lasach Pileckiego późniejszy rotmistrz został przez generała zaprzysiężony jako oficer polskiego wywiadu. Czy tak było naprawdę? To jedna z tajemnic okrywających bohaterską biografię autora słynnego „Raportu Witolda”.
W jego teczce wojskowej znajduje się opinia: „Pilecki wykazał na froncie [nad Niemnem, w lipcu 1920 – dop. wż] bardzo dobrą postawę bojową, jako żołnierz śmiały, energiczny i orientujący się w sytuacji”.
Konspirator i państwowiec
Miał też rękę do ludzi i duże zdolności organizacyjne. Dowodzi tego rozmach,
z jakim rozwinął konspirację w Auschwitz, a także udane akcje scaleniowe, powstanie ponadpartyjnego komitetu politycznego i tzw. Rady Pułkowników. Pilecki, znany w obozie jako Tomasz Serafiński, unikał wciągania do konspiracji oficerów WP, którzy nie ukryli swych prawdziwych tożsamości. Ale odstąpił od tej zasady, by nie posądzono go o niechęć przekazania przywództwa ZOW komuś wyższemu rangą.
Jeszcze przed pójściem do Auschwitz przekonał mjr. Włodarkiewicza, by struktury wojskowe TAP podporządkować Związkowi Walki Zbrojnej, dowodzonemu przez płk. Grota-Roweckiego. Nie było to wcale łatwe zadanie, ale natura państwowca i talenty perswazyjne Pileckiego widać przeważyły. I nie szło tu bynajmniej o przesadne ambicje osobiste Włodarkiewicza, lecz raczej o świadomość istotnych różnic ideowo-programowych. Warto dodać, że organizatorzy TAP zostali zaprzysiężeni w jednej z kaplic dzisiejszej Katedry Polowej, przez księdza Jana Zieję, już 10 listopada 1939.
A broni dostarczał im głównie słynny Hubal.
Pomysł, aby dostać się do niedawno założonego obozu w Auschwitz, zorganizować tam struktury konspiracyjne zdolne – w sprzyjających warunkach (zrzuty broni lub desant) – do podjęcia walk o wyzwolenie przetrzymywanych więźniów, pochodził od Włodarkiewicza, nie od Pileckiego. Ale ten, choć motywowany przez swego zwierzchnika, decyzję podjął samodzielnie.
Adam Cyra nie ma wątpliwości, że Pilecki nie wiedział dokładnie, na co się decyduje. Wiedza o obozie była wtedy jeszcze szczątkowa, a sam obóz – co łatwo prześledzić na kartach najobszerniejszej, trzeciej wersji tzw. Raportu Witolda – dopiero powstawał. I nie idzie tu przede wszystkim o przestrzenną rozbudowę lub tworzenie systemu zabezpieczeń przed ucieczkami, lecz o dynamikę instytucji i procedur obozowych, które rodziły się na styku oprawcy–ofiary.
Raport Pileckiego przed Borowskim
Oddając swoje życie w służbę ojczyźnie, Pilecki nie zapominał ani przez chwilę
o tym, by najbliższych uchronić przed skutkami własnego zaangażowania w walkę z okupantem. Dowodzi tego zarówno zmieniony opis realiów łapanki, za sprawą której stał się więźniem numer 4859. Pozorna brawura – „szedłem sam i (...) stanąłem w «piątki» ustawiane przez esesmanów” – okazuje się tylko sposobem ukrycia faktu,
że dał się „wygarnąć” łapaczom z mieszkania szwagierki, zresztą również uczestniczki stołecznej konspiracji.
Potwierdzeniem zmysłu przewidywania jest także rezygnacja z wysyłania oficjalnych listów do rodziny i wyrafinowana, zwycięska „gra wojenna” ze służbami pocztowymi Auschwitz.
Pilecki dobrowolnie spędził w obozie ponad trzydzieści miesięcy (od końca września 1940 do chwili ucieczki z dwoma współwięźniami w kwietniu 1943). Koszmar Auschwitz przetrwał dzięki niezłemu zdrowiu, ogromnej woli życia, odporności psychicznej oraz pomocy tych ludzi z założonej przez siebie organizacji, którym udało się już „awansować” w obozowej strukturze i zdobyć pewien wpływ na obsadę komand, rozdział dodatkowej żywności, kierowanie do szpitala czy choćby częściową ochronę przed obozowymi sadystami.
Lektura „Raportu Witolda” pozwala zrozumieć wiele nieznanych aspektów tamtej nierzeczywistości, przekraczającej zdolność pojmowania swych współczesnych. Pilecki głównie rejestruje fakty, ale – zresztą wbrew otrzymanym zaleceniom – zdaje też sprawę z beznamiętnej samoobserwacji.
Dla komunistów, którzy chcieli wyhodować nowego człowieka, „bezwyjściowość” literackich wizji Auschwitz, pióra Tadeusza Borowskiego czy Zofii Nałkowskiej, mogła być nawet użyteczna. Abstrahując od walorów artystycznych tamtej prozy, ocena jej wartości poznawczych wypada blado w zderzeniu z rzetelną
i „rozumiejącą” narracją ochotnika Pileckiego. Wydaje się, że w wolnej Polsce na listę lektur obowiązkowych powinien trafić raport bohaterskiego rotmistrza.
Pamiętaj Polsko, że masz bohatera
Życie Pileckiego to materiał na pasjonujący, specyficznie polski, ale zarazem uniwersalny wieloodcinkowy serial. Udana ucieczka z Auschwitz, powrót do konspiracji, udział w Powstaniu Warszawskim... Obóz w Niemczech, pobyt we Włoszech, powrót do kraju i dalsza konspiracja dla Niepodległej. Potem wpadka, śledztwo i proces. Zbrodniczy wyrok bez ułaskawienia. Męczeńska śmierć bohatera. I niejasna rola Józefa Cyrankiewicza, który – zdaniem Adama Cyry – okazał tylko bierność w tej sprawie.
To dobrze, że powstały Komitety Obchodów 60-tej rocznicy śmierci Rotmistrza Witolda Pileckiego. Przypomnijmy sobie samym i światu tę piękną postać, bo zasługuje na to, jak mało kto. Pamiętaj Polsko, że masz bohatera.
„Tygodnik Solidarność” nr 20, z 16 maja 2008


http://waldemar-zyszkiewicz.pl/index.ph ... &Itemid=33


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 14 lip 2009, 16:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
ŻOŁNIERZE WYKLĘCI
Zapomniani Bohaterowie



http://podziemiezbrojne.blox.pl/html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 14 lip 2009, 18:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
ŻOŁNIERZE WYKLĘCI
Zapomniani Bohaterowie



http://podziemiezbrojne.blox.pl/html

Prawdziwy skarbiec z informacjami o wciąż nieznanej nam drugiej wojnie polsko-bolszewickiej 1944-56. Choć wojna została przegrana (ze względu na dysproporcję sił inaczej być nie mogło), obfituje w jeszcze większą ilość bohaterskich postaw niż zwycięska pierwsza wojna polsko-bolszewicka 1919-21.

Przy czym skarbiec ten cały rośnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 17 lip 2009, 09:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
Krystyna Frąszczak

„Zapora”

„Bohater” to słowo bardzo chętnie używane przez ludzi pióra, tych, którzy tworzą i umacniają narodowe legendy. Niestety budowanie takich mitów jest uzależnione nie tylko od woli piszącego, ale także od oficjalnych kryteriów ocen obowiązujących w danym czasie. Gdyby inna armia wyzwoliła nasze ziemie, pomniki i nazwy ulic po wojnie upamiętniałyby innych zupełnie bohaterów. Być może wtedy major Hieronim Dekutowski ps. „Zapora” byłby jednym z tych, których imiona zna każde polskie dziecko, z opowiadań rodziców i szkolnych czytanek. Być może... Rzeczywistość była jednak inna. W oficjalnej prasie nazywano „Zaporę” i jego ludzi „bandą terrorystyczno–rabunkową”. Dziwne, że dzisiaj, kiedy wszyscy mają usta pełne sloganów o „wywabianiu białych plam” pojawiają się jeszcze takie głosy, echa niezbyt odległej, ale jakże ponurej i smutnej przeszłości. Przecież nadszedł właśnie czas, żeby powiedzieć prawdę, oddać sprawiedliwość tym, którzy byli rzeczywiście bohaterami, poświęcili Polsce wszystko, również własne życie, nie zyskując w zamian należytego uznania. Trudno naprawić błędy przeszłości, wynagrodzić krzywdy, jakich doznali żołnierze AK, ale sprostowania są potrzebne nie zmarłym, ale przede wszystkim tym, do których należy jutro – młodym. Muszą oni budować przyszłość wracając do historii, korzystając z doświadczeń poprzednich pokoleń. Doświadczeń tych nie wolno nikomu wypaczać i fałszować. Tylko wtedy można wierzyć, że historia się nie powtórzy. Pozwólmy jednak mówić faktom... Hieronim Dekutowski był niemal rówieśnikiem odrodzonej Rzeczypospolitej. Przyszedł na świat w 1918 roku, w rodzinie właściciela zakładu rzemieślniczego. Ojciec należał do elity małego prowincjonalnego Tarnobrzega. Hieronim był najmłodszym z dziewięciorga dzieci, a zarazem beniaminkiem całej rodziny. Pojętny, lubiany przez rówieśników, miał zdolności organizacyjne. Jako uczeń gimnazjum zgromadził wokół siebie grupę najaktywniejszych uczniów. Stworzyli drużynę harcerską. Wówczas harcerskie hasło „Ojczyzna, Nauka, Cnota” wykształcało i utrwalało w młodych ludziach najlepsze cechy charakteru i uczyło wierności ideałom, którym wierni pozostali także wtedy, gdy tamto harcerskie zawołanie zastąpiły trzy inne słowa „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Zanim jednak to się stało, kilkunastoletni Hieronim wraz ze szwagrem Teofilem słuchał nocami wiadomości z radia na kryształek. Potem długo i burzliwie dyskutował z kolegami o sytuacji w Europie i niebezpieczeństwie nadciągającej wojny. Jednakże pomimo rosnącego niepokoju i niepewności młodzi wciąż snuli życiowe plany. Dekutowski po zdaniu matury w maju 1939 roku pragnął studiować medycynę we Lwowie. Niestety wrzesień nie był ostatnim miesiącem studenckich wakacji. Był pierwszym miesiącem długiej i strasznej wojny. Niedobre uczucia trapiły panią Dekutowską. Najstarszego syna zabrała jej wojna w 1920 roku. Łzami żegnała najmłodszego „uparciucha”, który na ochotnika poszedł do wojska. Po kampanii wrześniowej Dekutowski przedostał się na Węgry, gdzie został internowany. Bierne czekanie na koniec wojny nie odpowiadało jego naturze. Uciekł z obozu internowania i przez Jugosławię i Włochy dotarł do Francji. Wstąpił do Armii Polskiej, brał udział w ciężkich bojach. Wykonując rozkaz generała Sikorskiego przedostał się do Anglii, gdzie początkowo jako zwykły żołnierz, potem jako oficer przeszedł wszechstronne przeszkolenie. Podchorążówkę skończył z wyróżnieniem. Jako prymus otrzymał z rąk wicepremiera polskiego rządu emigracyjnego, Stanisława Mikołajczyka, symboliczny oficerski kordzik. Dopiero w 1943 roku, po czterech latach tułaczki na obcej ziemi, Dekutowski wrócił do Polski. Dziwne były te wojenne powroty. W nocy z 16 na 17 września samolot zrzucił go w okolice Wyszkowa. Jako wszechstronnie wyszkolony oficer otrzymał przydział do piątego okręgu Armii Krajowej na Zamojszczyźnie. Objął tu dowództwo kompanii złożonej w większości ze zbiegłych jeńców ... radzieckich. Przekształcił ten oddział w znakomitą grupę bojową, która dokonała między innymi ataku na uzbrojoną i ufortyfikowaną, zamieszkałą przez niemieckich osadników wieś Źrebce. Była to popisowa akcja, jedna z tych, które odwiodły hitlerowców od zamiaru pacyfikacji Zamojszczyzny. Na początku 1944 roku „Zapora” został szefem Kedywu Inspektoratu AK Lublin–Puławy. Dokonał reorganizacji podległych mu oddziałów, podnosząc skuteczność i operatywność, a zarazem zmniejszając ryzyko ich działań. Można by długo wymieniać akcje będące dziełem oddziałów „Zapory”: wysadzanie pociągów wiozących amunicję i sprzęt wojskowy, wykolejanie pociągów, które wiozły na urlop szczęśliwych zdobywców z Wehrmachtu, ataki na transporty drogowe. Niemcy zwiększyli ostrożność na terenie działań „Zapory”. Jeździli w większych, silnie uzbrojonych konwojach. Atakowano nie tylko transporty. Słynne były w okolicy brawurowe napady na posterunki żandarmerii i strażnice. Jedną z najsławniejszych bitew stoczył oddział „Zapory” 24 maja 1944 roku pod Krężnicą. Zacięta walka trwała dwie godziny. Niemcy rzucili do walki cztery kompanie wojska, dwa bataliony SS, żandarmerię i samoloty zwiadowcze. Zginęło czterdziestu czterech żołnierzy Wehrmachtu, jedenastu dostało się do niewoli. Warto zaznaczyć, że nie było ze strony okupanta represji. Zdobyto dużo broni. W krótkim czasie oddział rozrósł się do sześciu pełnych plutonów. Był jednym z najsilniejszych i najlepiej uzbrojonych oddziałów AK. Nie należy zapominać, że te udane akcje wielu chłopców „Zapory” przypłaciło życiem – taka jest cena zwycięstwa. Nigdy jednak nie wynikało to z lekkomyślności czy brawury dowódcy. On nie szafował krwią swoich żołnierzy. Wiedział, że straty są nieuniknione, ale robił wszystko by były jak najmniejsze. Sam był dwukrotnie ranny, nie zaprzestał jednak wykonywania obowiązków dowódcy. „Zapora” starał się o zapewnienie opieki rannym, zdobycie środków opatrunkowych, leków, potrzebnej pomocy – to wszystko było ogromnym problemem, z którym dowódca musiał sobie poradzić. Problem stanowiło także zdobycie żywności, czy noclegu. „Zapora” i jego żołnierze byli w lubelskich lasach jak duchy. Nigdy nie zostali rozpoznani przez Niemców, bo nigdzie nie zatrzymywali się dłużej. Najczęściej spali w lesie, nawet zimą. „Nasz Komendant to chyba nigdy nie spał” – wspominają żołnierze „Zapory” – „Kiedy ostatni zasypiali, on jeszcze pochylał się nad mapami. Kiedy budzili się pierwsi, on już nie spał, znowu pochłonięty pracą”. „Zapora” pozostał w ich pamięci jako dobry, troskliwy dowódca. Był dla nich nie tylko zwierzchnikiem, ale i kolegą. Z wielkim wzruszeniem jeden z żołnierzy wspomina niezwykły rozkaz, jaki otrzymał, kiedy ociągał się z nałożeniem kożucha Komendanta. „Bo go wszy oblezą” – argumentował. „Rozkazuję ci ubrać kożuch” – powiedział „Zapora” i podał go żołnierzowi idącemu na wartę w mroźną zimową noc. Wiosną 1944 roku odwiedziła oddział siostra „Zapory” Zuzanna. W przebraniu chłopki, wozem zaprzężonym w konie, długo jechała duktem leśnym. „Mieszkali w ziemiankach. Byli brudni, zawszeni. Łapczywie jedli chleb i słoninę, którą przywiozłam”. Przy pożegnaniu nie mogła powstrzymać łez. Wtedy powiedział: „Nie płacz, Zula. Zbliżają się Rosjanie. Już prawie słychać katiusze. Dołączymy do nich. Razem pójdziemy na Berlin. Dostaniemy żołnierskiej zupy i skończy się nasza leśna niedola. A teraz chłopcy zagrajcie dla mojej siostry!”. I poszła w las salwa wystrzałów... „Dla mnie to była najpiękniejsza muzyka” – wspomina Zuzanna Dekutowska. Armia Czerwona rzeczywiście przyszła, ale wraz z nią przyszedł nie koniec leśnej niedoli, tylko początek wojny, której nie ma w podręcznikach historii. Nigdy nie nazwano jej oficjalnie tym, czym właściwie była – wojną domową. Paweł Jasienica w swoich wspomnieniach napisał: „Każda wojna domowa ma to do siebie, że staje się coraz bardziej okrutna. Historia nie zna wyjątków od tej reguły”. Trudno nie zgodzić się z tą opinią. W czasie, gdy Armia Czerwona, a z nią Wojsko Polskie szły na Berlin, na wyzwolonych polskich ziemiach rozpoczęły się masowe aresztowania akowców przez NKWD. Na porządku dziennym były eksportacje zatrzymanych w głąb ZSRR. Zamek w Lublinie stał się areną rozpraw prowadzonych w „trybie natychmiastowym”. Wyroki śmierci wykonywane były na drugi dzień. Tam trafiła sanitariuszka z oddziału „Zapory”, osiemnastoletnia Krysia. Po pierwszym przesłuchaniu zdjęto jej koszulę razem ze skórą. Do kwietnia 1945 roku wykonano na Zamku Lubelskim dziewięćdziesiąt dziewięć wyroków śmierci. Oddziały zgrupowania „Zapory” unikały bratobójczych walk. Atakowane, występowały we własnej obronie i wycofywały się z walki. Dokonywały ataków na posterunki UB, i uwalniały stamtąd uwięzionych akowców, rozbrajały posterunki MO współpracujące z UB. Ówczesna sytuacja w kraju była bardzo skomplikowana. Nie można oceniać tych ludzi dzisiejszą miarą. Na dowód tego przytoczmy fragment napisanego w 1956 roku, nieogłoszonego nigdy w kraju, listu Zygmunta Berlinga do Władysława Gomułki. Traktuje on o sytuacji, jaką zastał Berling w Polsce, po powrocie z frontu na Lubelszczyznę: „W całym kraju pachołkowie Ławrientija Berii z wojsk NKWD szerzyli spustoszenie. Sekundowały im w tym bez przeszkód kryminalne elementy z aparatu bezpieczeństwa Stanisława Radkiewicza. Ludność okradano z jej mienia w czasie legalnych i nielegalnych rewizji. Zupełnie niewinnych ludzi deportowano i wsadzano do więzień. Strzelano do ludzi jak do psów. Dosłownie nikt nie czuł się bezpieczny i nie znał dnia, ani godziny. Naczelny prokurator wojskowy powiedział mi po powrocie z inspekcji, na którą wysłałem go do więzień w Przemyślu, Zamościu i Lublinie, że trzyma sie tam ponad dwanaście tysięcy ludzi. Nikt nie wie jakie zarzuty się im stawia, przez kogo zostali aresztowani, co się z nimi zamierza czynić”. Mimo takich właśnie warunków pułkownik Jan Mazurkiewicz ps. „Radosław”, szef Kedywu, wydał rozkaz wyjścia z konspiracji. „Zapora” nakazał podległym mu oddziałom ujawnienie się. W październiku 1945 roku, po wyjściu z podziemia, został zabity przez UB dowódca oddziału poakowskiego porucznik Wacław Rejmak ps. „Ostoja”. Podobnie w krótkim czasie po ujawnieniu się został aresztowany zastępca „Zapory” porucznik Stanisław Wnuk ps. „Opal” oraz wielu innych żołnierzy konspiracji. Czy można się dziwić, że w tych warunkach „Zapora” został w podziemiu? W końcu 1945 roku nawiązał kontakt z organizacją „Wolność i Niezawisłość” i przystąpił do organizowania zgrupowania partyzanckiego. Zadanie to było o wiele trudniejsze niż dowodzenie oddziałem AK walczącym z okupantem. „Zapora” nie mógł i nie chciał narażać mieszkańców wsi na represje ze strony NKWD i UB. Las opuszczali wyłącznie na czas akcji. Zimą nieraz całe noce wędrowali, aby nie zamarznąć. Zdobywanie jedzenia i ciepłej odzieży było niezwykle trudne. Tak więc „napady” na pegeery nie były zwyczajnym rabunkiem. Były koniecznością. „Zapora” i jego ludzie wykonywali wyroki śmierci na konfidentach UB, co potwierdzają zostawiane przy zwłokach kartki z informacją, za czyją krzywdę jest odpowiedzialny ów stracony. Nieprawdą jest, że mordował niewinną ludność, kobiety i dzieci. Był zawsze przede wszystkim żołnierzem – karnym i zdyscyplinowanym, nie rozbestwionym mordercą. Oceniając sytuację jako coraz trudniejszą, „Zapora” namawiał swoich żołnierzy, aby organizowali sobie powrót do „cywila”, by w małych grupach opuszczali oddział. Próbowali zamieszkać w innej części kraju, ale często takie próby kończyły się aresztowaniami i represjami. Jeden z żołnierzy „Zapory” ps. „Muszka” wspomina, że dwukrotnie odchodził z oddziału, próbował zorganizować sobie normalne życie, ale w porę ostrzeżony przed aresztowaniem wracał do lasu. Kiedy ogłoszono amnestię, „Zapora” nie otrzymał od Komendy Okręgu WiN rozkazu wyjścia z konspiracji. Razem z kilkuosobową grupą pozostał w niej. Nakazał natomiast ujawnić się podległym mu oddziałom. We wrześniu 1947 roku „Zapora” z kilkoma innymi osobami planował przedostanie się za granicę. 16 września, w czwartą rocznicę „skoku” do Polski, został aresztowany w Nysie razem z siedmioma towarzyszami. Osadzono ich w osławionym więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Można sobie wyobrażać co przeszli ci ludzie w trakcie półtorarocznego przesłuchania. Metody, które wobec nich stosowano, są dzisiaj coraz częściej ujawniane i niezmiennie wstrząsają i budzą grozę. Na rozprawę przyprowadzono ich w niemieckich mundurach. „Zapora” miał wybite zęby, zdarte paznokcie, połamane ręce. Ostatnie tygodnie życia spędził w karcu – betonowej skrzyni o wysokości, długości i szerokości jednego metra, w której nie można było ani siedzieć, ani leżeć, ani stać. Żyją jeszcze ludzie, którzy to widzieli! Śmierć była dla „Zapory” wybawieniem. Wyrok wykonano 7 marca 1949 roku. Razem z nim, w pięciominutowych odstępach, stracono strzałem w tył głowy sześciu jego towarzyszy. Jeden ze skazanych został ułaskawiony przez Bolesława Bieruta, dzięki koligacjom rodzinnym z Feliksem Dzierżyńskim. Karę śmierci zamieniono mu na dożywocie. Wyszedł na wolność w 1956 roku, a w dwa lata później został zrehabilitowany. Człowiek ten żył do 1994 roku. Brał czynny udział w życiu politycznym naszego kraju. Tym człowiekiem był mecenas Władysław Siła–Nowicki. Postać Hieronima Dekutowskiego „Zapory” wciąż budzi wiele kontrowersji. Jest przedmiotem zaciekłych ataków tych, którzy kiedyś walczyli przeciw niemu – to oczywiste. Jednak po latach nad emocjami powinna wziąć górę chłodna analiza faktów, dokonana z perspektywy dnia dzisiejszego, uwzględniająca skomplikowane realia powojennej Polski. Życie i działalność „Zapory” to niezwykle interesujący materiał dla historyków. Miejmy nadzieję, że przyszłość odsłoni to, co ciągle jest niedopowiedziane, że sprawiedliwie oceni człowieka, który wszystkie swoje siły i życie poświęcił Polsce. „Zapora” w chwili śmierci nie miał nawet 31 lat.


http://www.hieronimdekutowski.pl/artykuly.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 18 lip 2009, 06:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
Porucznik Józef Dambek.

Zniszczono pomnik bohatera pomorskiego ruchu oporu!
- Piotr Szubarczyk 21.09.2007

W Gołubiu Kaszubskim, w powiecie kartuskim, został zniszczony pomnik legendarnego przywódcy Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski – por. Józefa Dambka „Lecha”. Pomnik, poświęcony w roku 1994 przez sufragana diecezji pelplińskiej ks. biskupa Piotra Krupę, był miejscem corocznych, patriotycznych spotkań, w rocznicę śmierci por. Dambka, zamordowanego przez agenta Gestapo Hansa Kassnera vel Kaszubowskiego 4 marca 1944 r.

Pomnik wystawiono w roku 1972. Starania środowiska dawnych żołnierzy Gryfa oraz rodziny Józefa Dambka trwały całe lata, począwszy od roku 1956, gdy powstało Zrzeszenie Kaszubskie (dziś Zrzeszenie Kaszubsko – Pomorskie), ale dopiero upadek Gomułki i osłabienie pozycji twardogłowych nadzorców najnowszej historii z UB umożliwiły dokonanie tego symbolicznego aktu – dokładnie w miejscu śmierci przywódcy Gryfa, nad Jeziorem Dąbrowskim w Gołubiu. Władze zadbały jednak, by miejsce pamięci o poruczniku i jego podkomendnych nie stało się zbyt znane. Gryf Pomorski tępiony był bowiem w pierwszych latach powojennych ze szczególną zaciekłością przez NKWD i UB, tak samo jak wcześniej przez Gestapo! Doszło nawet do symbolicznego aktu współpracy Gestapo z komunistyczną bezpieką. Morderca Józefa Dambka został po wojnie przewerbowany i z agenta Gestapo stał się groźnym, wieloletnim agentem NKWD-UB! Obawiano się legendy Gryfa – organizacji narodowej, katolickiej, odpornej na komunistyczną infiltrację. Pozwalano jedynie na lokalne uroczystości, pod enigmatycznymi hasłami uczczenia „bohaterów walki z hitlerowskim najeźdźcą”. Pamiątkowa tablica na pomniku z roku 1972 informowała, że jej fundatorami są „Harcerze”. Nosiła datę 1970, ale pomnik stanął realnie dopiero w 1972 r. Jeszcze przez dwa lata władze komunistyczne zastanawiały się, czy to nie zaszkodzi ich propagandzie oraz kreowanej przez nich po wojnie historii Gryfa, wedle której ostatnim komendantem organizacji był Aleksander Arendt – po wojnie komendant MO w Kartuzach, zasłużony „w walce z reakcyjnym podziemiem”! Komuniści dopuścili się nawet fałszowania po wojnie dokumentów organizacyjnych Gryfa. Było o co walczyć. Gryf Pomorski był największą, wielotysięczną organizacją ruchu oporu na Pomorzu, samodzielną, lecz uznającą zwierzchność rządu RP na uchodźstwie i naczelnego wodza.

Miejsce pamięci
Po roku 1990 miejsce śmierci por. Dambka nad Jeziorem Dąbrowskim nabrało szczególnego znaczenia dla Kaszubów. Do skromnego pomnika z roku 1972 dodano wielki krzyż, podkreślający przywiązanie Gryfa do wartości chrześcijańskich i wierność Kościołowi, który był wymieniony nawet w rocie przysięgi („rozpocznę walkę dla oswobodzenia Ojczyzny i Kościoła katolickiego”). Zmieniono też „harcerską” tablicę na proste epitafium poświęcone „Lechowi”, umieszczone na pięknej, mosiężnej tablicy, przyozdobionej pomorskim gryfem. Z każdym rokiem przybywało uczestników uroczystości 4 marca, w rocznicę śmierci przywódcy. Najokazalsze były uroczystości w roku 1994, gdy biskup Piotr Krupa poświęcił krzyż i cały odnowiony pomnik, oraz w roku 2004, w 60 rocznicę śmierci por. Dambka. Wśród uczestników uroczystości w gołubskim kościele oraz pod pomnikiem widzieliśmy m.in. marszałka Bogdana Borusewicza oraz wielu posłów i urzędników państwowych. Obecna była kompania honorowa Marynarki Wojennej. Już wówczas miejscowi martwili się jednak z powodu narastającego konfliktu o własność płachetka ziemi, na której stał pomnik. Przyczyną konfliktu był bałagan w Urzędzie Gminy Stężyca i urzędnicze niedbalstwo.

Działkę pod pomnik bohatera oddało bezpłatnie bezdzietne małżeństwo Magulskich. Nie wahali się, byli szczęśliwi, że kawałek ich ziemi będzie miejscem czci dla bohaterów Gryfa Pomorskiego. Kiedy umierali, przekazali swą posiadłość Robertowi Gdańcowi – z zastrzeżeniem dotyczącym pomnika i jego otoczenia. Gdaniec potwierdził to w piśmie do Urzędu Gminy Stężyca. Na tej podstawie Rada Gminy skomunalizowała wydzieloną działkę, z przeznaczeniem na miejsce pamięci, by uniknąć w przyszłości jakichkolwiek sporów na ten temat. Sprawa wydawała się definitywnie zamknięta. Tymczasem niespełna rok później Gdaniec rozmyślił się. Ceny działek szły wówczas mocno w górę, zwłaszcza nad kaszubskimi jeziorami! Lekceważąc wolę swoich dobroczyńców, udał się do gminy z wnioskiem o podział swojej działki na dwie osobne, które zamierzał sprzedać. Bezmyślność, niekompetencja lub może po prostu zła wola urzędników sprawiły, że na wydzielonych do sprzedaży działkach znalazł się także teren z pomnikiem i jego otoczeniem!

Pomnik sprzedany..?
Gdaniec tak sprzedał wydzieloną działkę, bez oznaczenia, iż jest tam miejsce pamięci narodowej [!], małżeństwu Trojanowskich z Gdańska. Dziwne, że doktora Leszka Trojanowskiego, dyrektora znanego w Gdańsku szpitala psychiatrycznego na Srebrzysku, nie zainteresowało, że kupił pomnik... Nie zastanawiał się nad szczególnym statusem tego miejsca? Czy już wtedy myślał o usunięciu pomnika ze „swojej własności”? Gdzie był wójt gminy Stężyca? Nie interesowało go tak wyjątkowe miejsce pamięci narodowej na terenie jego gminy? Włos jeży się na głowie, gdy się o tym myśli! Jedno jest pewne: ktoś musi dzisiaj za to ponieść karę.

Wynocha!
Gdy doktor Trojanowski poczuł się już panem na włościach, zażądał, żeby mu uprzątnięto pomnik z jego własności, bo w tym właśnie miejscu zamierza budować dom... Środowisko gryfowców uznało początkowo te żądania za niemądry żart. Zwróciło się jednak do wójta gminy z prośbą o wyjaśnienie sprawy i ewentualne zaproponowanie Trojanowskiemu innego kawałka ziemi komunalnej w rozliczeniu. Niestety, Trojanowski wszystkie propozycje odrzucił, a w maju tego roku skierował do gryfowców kategoryczne żądanie „zabrania” pomnika z dotychczasowego miejsca (czyli miejsca śmierci por. Dambka!) gdziekolwiek indziej. Zaalarmowany o sprawie poseł Zbigniew Kozak z Gdyni zwrócił się z interpelacjami do ministrów Ziobry i Ujazdowskiego, stawiając retoryczne pytanie o legalność działań spadkobiercy państwa Magulskich i urzędników gminy Stężyca. W tym czasie Trojanowski nie czekając na rozstrzygnięcia postanowił rozwiązać problem przy pomocy młota, kilofa i piły...

Polskie prawo zabrania – pod karą więzienia – niszczenia pomników bez decyzji organu, który posiada kompetencje w tym zakresie. Tylko Rada Gminy (na podstawie ustawy o samorządzie gminnym z 8 marca 1990 r.) mogłaby podjąć uchwałę w sprawie usunięcia lub przeniesienia pomnika. Naturalnie, doktor Trojanowski nie zabiegał o to, bo zdawał sobie sprawę, że żaden radny na Kaszubach nie ważyłby się na taką uchwałę. Postanowił wziąć sprawę (a właściwie piłę...) w swoje ręce. W sobotę 8 września, przy pomocy wynajętych ludzi i swojej rodziny, wybił mosiężną tablicę z głazu i schował ją w nieznanym miejscu. Porozbijał i powyrywał kamienne ogrodzenie krzyża i pomnika, wyciął pamiątkowy, poświęcony krzyż. Zaalarmowani o dewastacji dwaj członkowie Stowarzyszenia „Gryf Pomorski”, Zbigniew Mieloszyński i Ryszard Górny, zostali poturbowani. Wezwano policję, która natychmiast zabezpieczyła miejsce dewastacji do wyjaśnienia.

Co dalej?
Już następnego dnia skandalem w Gołubiu zainteresowała się senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk (szefowa Powiernictwa Polskiego) oraz poseł Zbigniew Kozak. Na zorganizowanych w Gdyni konferencjach prasowych jednoznacznie potępili działania doktora Trojanowskiego, skrywane przez „obronę prawa własności”, bez uwzględnienia wartości powszechnych, niematerialnych, imponderabiliów, bez wykorzystania wszystkich możliwości polubownego załatwienia sprawy. Poseł Kozak skierował do Prokuratora Okręgowego w Gdańsku doniesienie o przestępstwie. Powołał się przy tym na obowiązującą na terenie RP ustawę z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami (Dz. Ustaw z 17 IX 2003 r.). W świetle tej ustawy zabytkiem jest „nieruchomość lub rzecz ruchoma, ich części lub zespoły, będące dziełem człowieka lub związane z jego działalnością i stanowiące świadectwo minionej epoki bądź zdarzenia, których zachowanie leży w interesie społecznym ze względu na posiadaną wartość historyczną, artystyczną lub naukową”. Nie może być wątpliwości co do tego, że gołubski pomnik mieści się idealnie w tej definicji. Pomnik jest zabytkiem niezależnie od tego, czy jest wpisany do rejestru zabytków. Wpis do rejestru jest tylko formą jego ochrony. Art. 108 ustawy stanowi, iż „kto niszczy lub uszkadza zabytek, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Warto o tym pamiętać, bo casus Gołubie może się powtórzyć także w innych miejscach w kraju.

Pieniądz i wartości
Wszystko wskazuje na to, że u źródeł skandalu gołubskiego była ludzka chciwość, chęć zarobienia za wszelką cenę. Chciwości pomogła urzędnicza niekompetencja. Oby tylko niekompetencja! Nie można wykluczyć bowiem złej woli i świadomego, bezprawnego działania – być może dla konkretnych korzyści. Chociaż obecny wójt gminy Stężyca nie odpowiada bezpośrednio za obecny stan, to wydaje się, że jego starania były niedostateczne. Państwo polskie nie może pozwolić na lekceważące traktowanie narodowych symboli. Jeśli wójt i Rada Gminy nie radzą sobie z problemem, to może należałoby wprowadzić w gminie na jakiś czas państwowego komisarza, który uporządkowałby sprawy?
Świerczewski tak, Dambek nie?

Od lat wlecze się sprawa pomników, tablic i nazw miejscowych, upamiętniających komunistycznych aktywistów i opryczników. Wolna Polska ciągle nie może się pozbyć pamiątek po sowieckim dominium. Rady miast i gmin, opanowane przez ludzi bojaźliwych lub takich, którzy uczą się historii z „Trybuny” i z „Nie”, nie potrafią się pozbyć tego śmiecia z polskiej przestrzeni publicznej. Nie pomógł za wiele apel prezesa IPN o uprzątnięcie ojczystego domu i o polską edukację historyczną. Jednocześnie przykład Gołubia pokazuje, jak łatwo jest w Polsce znieważyć narodowy symbol, uświęcony krwią, ludzką pamięcią.

Mam nadzieję, że głos w tej sprawie zabiorą wkrótce także inni parlamentarzyści – zwłaszcza ci, którzy uczestniczyli w uroczystościach gołubskich. Byłoby bardzo źle, gdyby interwencję senator Arciszewskiej-Mielewczyk i posła Kozaka zaliczono do „akcji przedwyborczej”. Ta sprawa ma charakter ponadpartyjny i nie może być łączona z żadnymi wyborami. Mam nadzieję, że tak zostanie potraktowana a lekcja z pomnikiem porucznika Józefa Dambka nie pójdzie na marne.

Piotr Szubarczyk, IPN oddział Gdańsk - POLSKA Dziennik Bałtycki

http://gdansk.naszemiasto.pl/wydarzenia/771831.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 18 lip 2009, 06:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
Danuta Siedzikówna - INKA.

Danka Siedzikówna ps. " Inka ", sanitariuszka 5 Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza " Łupaszki ", umierała przed plutonem egzekucyjnym w pawilonie śmierci gdańskiego więzienia 28 sierpnia 1946 roku . Przed plutonem, ale nie z rąk plutonu , bo nawet żołnierze ze specjalnej jednostki KBW w Gdańsku nie chcieli zabijać 17 - letniej dziewczyny , która przed salwą krzyknęła głośno " Niech żyje Polska ! ". Potwierdzili to niezależnie od siebie dwaj świadkowie relacjonujący po latach egzekucję gdańskiemu IPN : ksiądz Marian Prusak , spowiednik " Inki " , oraz ówczesny zastępca dyrektora gdańskiego więzienia przy ulicy Kurkowej Alojzy Nowicki , który poinformował , że do " Inki strzelało 10 żołnierzy , każdy miał 10 sztuk amunicji w bębnie pepeszy . Wobec niepowodzenia egzekucji , choć wystrzelono 100 kul z odległości kilku kroków ( ! ) , do słaniającej się dziewczyny podszedł oficer UB i z bliska strzelił jej w głowę . Zanim to zrobił , " Inka " zdążyła jeszcze krzyknąć : " Niech żyje major ' Łupaszko !' ".


Piotr Szubarczyk - IPN Gdańsk

http://chomikuj.pl/Trwam/Danuta+Siedzik ... KA+''+-+AK


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 18 lip 2009, 07:13 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lip 2009, 18:26
Posty: 1342
Tych wszystkich bohaterów, patriotów POLSKI, "starsi" dostarczeni do Polski na rucholskich bagnetach oplakietkowali, jako zaplute karły reakcji. Do dzisiaj ich bohaterowie, mają swoje ulice w samym centrum Warszawy, natomiast POLSCY BOHATEROWIE, wyprowadzeni są na obrzeża stolicy. Czy Polska jest jeszcze naszą czy tech starszych ojczyzną?

_________________
Uśmiech i życzliwość łagodzi obyczaje.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 18 lip 2009, 07:39 
Offline
Redaktor

Dołączył(a): 13 lip 2009, 14:47
Posty: 604
Lokalizacja: Poznań
Jest naszą OJCZYZNĄ do końca póki my żyjemy , lecz z pod buta ruskiego , przy pomocy tychże zostaliśmy , sprawnie używając ( a jakże) sposobów "demokratycznych" przekazani pod władanie ich spółki kilku narodowej, co to teraz się nazywa Unia Ewropejska. Jako państwo służymy im aby mogli nas dogłębnie mogli okradac i deprawowac, zachowali więc sejm ,senat (parodia) samorządności , całą strukturę posad rzadowych i niszczą , czy tego NIE WIDAĆ, mało ośmieszenia , mało przykładów.Tu w kraju nad Wisłą jesteśmy jak stado baranów,nie mamy nic do powiedzenia , nie w tej rzeczywistości , i nie w tej grze , którą nam każą grac.Bo to dla mnie jest gra , w którą ONI nam każą uczestniczyc , lecz jak byśmy bardzo sie starali ONI zawsze nas OSZWABIĄ.

_________________
Polskie-Forum.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 18 lip 2009, 07:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
Bohater Europy – rotmistrz Witold Pilecki
Marcin Wawrzyniak

W tysiącletniej historii naszego Narodu jest wielu autentycznych bohaterów, którzy poświęceniem dla dobra Ojczyzny i bliźnich, a także bezgraniczną odwagą, dali wyraz najwyższego człowieczeństwa. Wielu z nich doczekało się spiżowego pomnika, na trwałe wpisując się w tożsamość Polaków. Są jednak i tacy, których z historii próbowano wymazać, a pamięć o nich karać więzieniem. Osobą-symbolem tych tragicznych bohaterów jest rotmistrz Witold Pilecki – najodważniejszy żołnierz II wojny światowej.

Rok 2008 upływa pod znakiem 60-tej rocznicy dokonania zbrodni na Witoldzie Pileckim, rotmistrzu kawalerii Wojska Polskiego, żołnierzu Polskiego Państwa Podziemnego i organizatorze ruchu oporu w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, skazanym przez władze Polski Ludowej na karę śmierci. Witold Pilecki jest symbolem całego pokolenia żołnierzy wyklętych, którzy najpierw broniąc Naród przed fizyczną eksterminacją z rąk hitlerowców, po 1945 roku stanęli do walki z nowym, sowieckim okupantem. Rotmistrz Pilecki to bohater uosabiający uniwersalne cnoty, jak uczciwość, szlachetność, honor, odwaga i umiłowanie Ojczyzny. Na nich których ufundowana jest cywilizacja łacińska. Szczególnie dziś, w czasach moralnego i etycznego relatywizmu oraz dominacji fałszywych autorytetów, Polska i Europa powinny przypomnieć sobie o prawdziwym bohaterze.

Urodził się 13 maja 1901 roku w Ołońcu koło jeziora Ładoga, w północnej Rosji, jako wnuk zesłańca po powstaniu styczniowym. Pochodził ze szlacheckiej rodziny, pieczętującej się herbem Leliwa, od pokoleń mieszkającej na Litwie. Swój szlak bojowy rozpoczął walcząc w wojnie polsko-bolszewickiej. Brał udział w obronie Grodna, walczył w bitwie warszawskiej, a później wyzwalał Wilno, za co został dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wybuchu II wojny światowej, walczył w szeregach 19 Dywizji Piechoty WP, rozwiązując swój pluton dopiero 17 października 1939 r. Przeszedł do konspiracji. 9 listopada 1939 roku w Warszawie Pilecki, Włodarkiewicz i kilku innych oficerów założyli jedną z pierwszych wojskowych organizacji konspiracyjnych pod nazwą Tajna Armia Polska, podporządkowaną później Związkowi Walki Zbrojnej. Gdy latem 1940 r. dotarły do Warszawy pierwsze wiadomości o organizowanym przez Niemców obozie koncentracyjnym KL Auschwitz,


Pilecki zgłosił majorowi Włodarkiewiczowi projekt swojego dobrowolnego pójścia do obozu dla przesyłania raportów o sytuacji oraz stworzenia tam zakonspirowanej organizacji oporu wśród więźniów. 19 września 1940 podczas łapanki pozwolił aresztować się Niemcom. Do obozu trafił w nocy z 21 na 22 września 1940 roku wraz z tzw. drugim transportem warszawskim. Otrzymał numer obozowy 4859. Prawdopodobnie był jedynym ochotnikiem w historii II Wojny Światowej, który poszedł do Oświęcimia świadomie i dobrowolnie. Pod przybranym nazwiskiem, jako Tomasz Serafiński stał się głównym organizatorem ruchu oporu w KL Auschwitz, a założona przez niego organizacja Związek Organizacji Wojskowej liczyła przeszło 1000 konspiratorów (należał do niej m.in. rzeźbiarz Xawery Dunikowski). Zamiarem Pileckiego było połączenie wszystkich grup konspiracyjnych i przygotowanie powstania w obozie. ZOW organizowała samopomoc dla więźniów, akcje dożywiania, tajną służbę lekarską oraz przekazywała wiadomości z zewnątrz. Pilecki opracowywał regularne sprawozdania przesłane później do dowództwa w Warszawie i dalej na Zachód. Jego raport był jednym z głównych, jak nie jedynym źródeł wiedzy Aliantów o sytuacji w KL Auschwitz. Po 1942 roku jednym z zadań konspiracji było organizowanie ucieczek z obozu, z których około 200 zakończyło się sukcesem. W jednej z nich w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. uciekł Pilecki. Wkrótce po tym skontaktował się z oddziałami AK. W okresie 1943-1944 służył w oddziale III Kedywu KG AK. Wielokrotnie apelował do władz konspiracyjnych o przeprowadzenie zbrojnego ataku na KL Auschwitz i oswobodzenie więźniów. Nie było to jednak wykonalne siłami Armii Krajowej.

W Warszawie skontaktował się z rodzinami kilkunastu więźniów i uzyskał dla nich zapomogi z funduszów AK. Pomagał im też w życiowych sprawach. Wkrótce po tym zaczął pracować nad utworzeniem nowej organizacji – NIE, przygotowywanej w przewidywaniu sowieckiej okupacji Polski. Po wybuchu powstania warszawskiego Pilecki ochotniczo (oficerowie NIE byli wyłączeni z walk powstańczych) wstąpił do I batalionu zgrupowania Chrobry II. Później, jako dowódca 2. Kompanii walczył w rejonie Dworca Pocztowego, w tzw. Reducie Witolda, jednej z najdłużej bronionych redut powstańczych. 5 października 1944 r. jako jeniec trafił do oflagu VII A w Murnau, gdzie przebywał do wyzwolenia obozu. Pomimo zakończenia wojny Pilecki pozostał w konspiracji. Zgłosił się do 2. Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa we Włoszech z prośbą o możliwość pełnienia dalszej służby w kraju. Jak sam miał powiedzieć: „"po Powstaniu ja też znalazłem się po tamtej stronie a rozumiałem dobrze, że obowiązkiem moim jest być tu w Kraju [jakkolwiek mnie tam było lepiej], gdyż wynikało to z obowiązków nowej pracy i nowo złożonej przysięgi". W tym czasie Polskę terroryzowały komunistyczne UB, KBW, Informacja Wojskowa, wspierane przez NKWD i Smiersz. Ostrze represji skierowano przeciwko ruchowi niepodległościowemu, szczególnie żołnierzom Armii Krajowej. W takiej sytuacji, wierny przysiędze, zaczął organizować swoją siatkę informacyjną. Mieszkał w Warszawie w różnych miejscach. W wolnym czasie gromadził materiały o Oświęcimiu, przygotowywał książkę. We wrześniu 1946 r. powierzono mu zadanie rozwiązania oddziałów leśnych i pomocy szczególnie narażonym osobom w legalizacji swojej sytuacji lub ucieczce na Zachód. Sam wielokrotnie odmawiał opuszczenia Polski, sprzeciwiając się nawet rozkazowi gen. Andersa. Pętla wokół Pileckiego zaczęła się coraz bardziej zaciskać.


8 maja 1947 Witold Pilecki został aresztowany w Warszawie. UB natychmiast aresztowało kolejne 23 osoby. Grupa musiała być o dłuższego czasu rozpracowywana. Pilecki trafił do pawilonu X więzienia mokotowskiego przy ul. Rakowieckiej. Śledztwo w jego sprawie prowadził cieszący się sławą okrutnika i kata płk. Różański. Według relacji kilku więźniów, Pilecki miał zdarte paznokcie, nie mógł utrzymać prosto głowy, skłaniał się chodząc. Jednak to go nie złamało. Nikogo nie wydał, do końca zachował honor oficera Wojska Polskiego. 3 marca 1948 r. przed Sądem Wojskowym w Warszawie rozpoczął się proces tzw. „Grupy Witolda”. Rotmistrza Pileckiego oskarżono o m.in. prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz Andersa, przygotowywanie zamachu na dygnitarzy MBP oraz nielegalne posiadanie broni. Składowi sędziowskiemu przewodniczył ppłk. Jan Hryckowian, a oskarżał prokurator wojskowy Czesław Łapiński (obaj byli dawnymi oficerami AK). Proces miał charakter pokazowy. 15 maja 1948 roku rotmistrz Witold Pilecki został skazany na karę śmierci. Po wysłuchaniu wyroku Pilecki powiedział: „a więcej nikogo nie wzięli. Ja już żyć nie mogę, mnie wykończono. Bo Oświęcim to była igraszka”. Pilecki oraz jego małżonka Maria wystąpili o łaskę do „prezydenta” Bolesława Bieruta, agenta NKWD. Bierut z aktu łaski nie skorzystał. O odmowę poprosił go ówczesny premier Józef Cyrankiewicz. Prawdopodobnie bał się, że Pilecki ujawni prawdę o jego działalności w obozie, gdzie Cyrankiewicz miał być konfidentem donoszącym na współwięźniów. Prawda mogła zaszkodzić wizerunkowi Cyrankiewicza, z którego powojenna propaganda uczyniła głównego organizatora i bohatera konspiracji w KL Auschwitz. Do swojego współwięźnia, ks. Czajkowskiego, Pilecki powiedział, że: „jeżeli Cyrankiewicz dowie się o moim [tu] pobycie – będę zgładzony”. Jak się później okazało, od października 1956 ten wieloletni premier PRL blokował wszystkie wysiłki córki Pileckiego, Zofii, walczącej o rehabilitację ojca. Stan ten utrzymywał się jeszcze długo po śmierci Cyrankiewicza, do roku 1990.


Wieczorem 25 maja 1948 r. w starej kotłowni więzienia mokotowskiego przy ul. Rakowieckiej, wykonano wyrok śmierci na rotmistrzu Witoldzie Pileckim, strzałem w tył głowy. Pozostawił żonę, córkę i syna. Miejsce pochówku Rotmistrza do dziś pozostaje nieznane. Prawdopodobnie zwłoki zakopano na wysypisku śmieci pod murem Cmentarza Powązkowskiego (kwatera Ł – łączka, miejsce pochówku wielu ofiar mordów sądowych czasów stalinowskich). Do końca PRL informacje o losach i dokonaniach Witolda Pileckiego podlegały najostrzejszej cenzurze, porównywalnej ze sprawą Katynia.
Wyrok w sprawie Witolda Pileckiego anulowano dopiero 1 października 1990 roku. 30 lipca 2006 roku Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie rtm. Witolda Pileckiego Orderem Orła Białego. 7 maja 2008 r. Senat RP przyjął uchwałę w sprawie przywrócenia pamięci zbiorowej Polaków bohaterskiej postaci rotmistrza Witolda Pileckiego. Z treści uchwały wynika jednoznacznie, że Witold Pilecki „[…] jest godnym naśladowania wzorem Polaka”, a jego ścieżka życiowa stawia rotmistrza „[…] wśród najodważniejszych ludzi na świecie i powinna stać się dla Europy i świata wzorem bohaterstwa oraz symbolem oporu przeciw systemom totalitarnym”. Jak jednak słusznie senatorowie zauważyli „[…] niemal udało się zniszczyć pamięć o nim, […] a młode pokolenie nadal zbyt mało wie o Witoldzie Pileckim”. Uchwałę puentuje wezwanie, że „[…] pamięć o nim powinna być jednym z elementów budujących zbiorową tożsamość Polaków”. Ponieważ „[…] całe życie Witolda Pileckiego jest wzorem, jak żyć i jak – jeśli trzeba – umierać za Ojczyznę”.

W książce "Six Faces of Courage", opublikowanej w 1971 roku, historyk brytyjski prof. Michael Foot zaliczył rotmistrza Witolda Pileckiego do sześciu najodważniejszych ludzi ruchu oporu w okresie II wojny światowej.

Każdy z nas powinien wspomnieć Witolda Pileckiego i podziękować rotmistrzowi za wspaniałą lekcję patriotyzmu, honoru, odwagi oraz niezłomności, jakiej ten udzielił nam, ponosząc za to największą ofiarę. Chwała bohaterowi!

Zdjęcia i cytaty pochodzą ze strony internetowej:
www.powstanie-warszawskie-1944.ac.pl/biog_pilecki.htm

http://www.polskaxxi.pl/Projekty/Polity ... ld-Pilecki


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 20 lip 2009, 09:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
Mjr.Zygmunt Szyndzielarz “Łupaszko”


Dnia 8 lutego minęła 56. rocznica śmierci mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", jednego z najwybitniejszych oficerów powojennej, antykomunistycznej konspiracji zbrojnej, skazanego na śmierć przez komunistów i zamordowanego na Mokotowie wraz z trzema innymi oficerami wileńskiej Armii Krajowej. Ich ciała posypano wapnem i wdeptano w ziemię w nieznanym miejscu.

--------------------------------------------------------------------------------

Nie bacząc na to, że sąd w wolnej Polsce unieważnił wyrok śmierci na majora, uznając, że ten oficer Wojska Polskiego, kawaler Orderu Virtuti Militari walczył o niepodległy byt państwa polskiego; nie bacząc na to, że Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uczcił pamięć majora Szendzielarza specjalną uchwałą w marcu zeszłego roku, wydawana w Bydgoszczy "Gazeta Pomorska", dawny organ KW PZPR, nazwała majora, w anonimowej, niepodpisanej przez nikogo wypowiedzi, bandytą, mordercą i terrorystą! Stało się to dokładnie w 56. rocznicę śmierci "Łupaszki" na Mokotowie. Ponieważ nie wiadomo, kto tak uważa, należy domniemywać, że jest to stanowisko redakcji gazety i jej właściciela. Tak to interpretuje prawo prasowe. Tym bardziej że przed paru laty ta sama gazeta zamieściła na swych łamach listy znieważające majora i jego żołnierzy. Trudno mówić o przypadku. Powstaje pytanie, w jaki sposób możemy się bronić przed podobnymi "odkryciami historycznymi". Czy ludzie, którzy umierali za Polskę, rzucając "swój życia los na stos", wierząc do końca, że sowiecka dominacja jest tylko stanem przejściowym, mają prawo do obrony pamięci i czci? Czy można publicznie znieważać ich pod płaszczykiem "telefonicznej opinii czytelników"? Czy można bezkarnie upowszechniać w Polsce roku 2007 obelgi sformułowane przez aparat UB i PPR?

Nasze wojsko
Przez całe lata major i jego żołnierze byli obiektem zaciekłych ataków propagandy komunistycznej - tak jakby się ich bano nawet po śmierci! Trudno się temu dziwić. Podczas kampanii prowadzonej w roku 1946, przed zaplanowanymi na styczeń 1947 r. wyborami, szwadrony "Łupaszki" zdobyły sobie poparcie ludności terenów, na których działały. Ludność informowała o funkcjonariuszach i konfidentach UB, aktywistach PPR i innych szkodnikach sowieckiego chowu, którzy przyczyniali się do umacniania uzurpatorskiej władzy komunistów i przyspieszania sowietyzacji Polski. Wielu z tych ludzi cierpiało potem w więzieniach i kazamatach UB. Zdarzały się wyroki 10 lat więzienia za przyjęcie patrolu łupaszkowców na kolacji i niedoniesienie o tym UB! Starsi doskonale pamiętają, że mawiało się wówczas: "siedzi z paragrafu 'wiedział, nie powiedział'"... To cierpienie sprawiło jednak, że później, gdy system coraz bardziej dawał się ludziom we znaki, rozkwitała legenda żołnierzy i ich dowódcy - prawdziwego Wojska Polskiego, przeciwstawianego wojsku "ludowemu", dowodzonemu przez sowieckich politruków lub ich wychowanków. Ludzie z Borów Tucholskich, z Kociewia i Kaszub, gdzie operowały lotne szwadrony wileńskie, nie dali się nabrać propagandzie, która nazywała naszych żołnierzy "bandytami", "mordercami", szydziła z ryngrafów z wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej, które łupaszkowcy nosili na lewej kieszeni mundurów. Było wielu dzielnych ludzi, którzy nie wahali się z dalej idącą pomocą.

Z notesu dowódcy
Ze wzruszeniem zaglądam do zachowanego notesu dowódcy szwadronu, w którym służyła sanitariuszka "Inka", przypomniana w niedawnym spektaklu Teatru Telewizji "Inka 1946". Olgierd Christa "Leszek" zanotował, że w Konarzynach, w powiecie Czersk, ludzie przechowują łupaszkowcom pepeszę i mauzera. W Osowie, kolonia Kujawy, 3 magazynki do MG i 300 sztuk amunicji. W Lubikach pepeszę przechowuje Edmund Lubiński. Amunicja jest też u Alojzego Osowieckiego w Hucie. Na kolonii Pólko jest 1000 sztuk amunicji do mauzera, bęben i 300 sztuk amunicji do pepeszy. W Brusach u Rekowskiego 3 pepesze, 2 MP, 6 ładownic, magazynki i 5000 sztuk amunicji. W Parzynie u Orłowskiego sten, magazynki do pepeszy i do mauzera, rakietnica i maszyna do pisania. W leśniczówce Parzyn u Rajmunda Bera 2 skrzynki amunicji, 1 MG, 1 beretta, 2 MP. W Parzynie u sołtysa 2 pepesze, 1 "derkacz", 2 ładownice, skrzynka z amunicją, 2 MP, 3 magazynki do pepeszy i aparat telefoniczny. W Bączu u sołtysa 1 MG, pepesza. U Klawikowskiego "dziekciar" i pepesza. W kolonii Rzym pod Mirachowem płaszcze, ładownice i pasy amunicyjne. W Polesiu ładownice, pasy, magazynki. W Boryszewie pod Tczewem pepesza, magazynki, bębny i amunicja. U "Babci", koło stacji kolejowej Szałamaje, 1 MP, pepesza, 4 "derkacze", kabury, torby, magazynki, bębny, amunicja. W Kamiennych Łąkach 2 pepesze, 1 beretta, torby i magazynki. Prawdziwy polski arsenał, potrzebny do czasu "aż czerwoni pójdą sobie precz"!

Spraw, Boże, by Naród przejrzał na oczy...
Aż ręka świerzbi, by zacyto wać z notesu nazwiska tych, którzy wysługują się UB! To oni donosili na takich ludzi jak Orłowski, Klawikowski i inni. To oni wydawali ich ubowcom. To oni informowali o miejscach pobytu leśnych żołnierzy i ściągali na nich obławy UB, KBW, wojska i milicji. Na cichych bohaterów ostatniej, beznadziejnej w ówczesnych warunkach politycznych walki o Polskę "czystą jak łza" - jak głosiły słowa jednej z najpopularniejszych piosenek, śpiewanych w szwadronach 5. Wileńskiej Brygady AK. Powojenne szwadrony były kontynuacją działań zbrojnych tej brygady. By zrozumieć cele, jakie przyświecały temu niezwykłemu, leśnemu wojsku, nie trzeba zbyt wiele. Wystarczy polskie serce... Trochę wyobraźni. Zajrzyjmy raz jeszcze do notesu dowódcy szwadronu. Co śpiewali przy ogniskach, jakie słowa pomagały im w refleksji nad tym, co dzieje się w Polsce?
"W lasach wileńskich grzmią strzały, a u nas w Polsce wesele. Co krok to huczy kapela, aż ręce grajkom pomdlały. Za Niemnem, Bugiem wróg hula, a u nas z wrogiem przymierze, chociaż najlepszych Jej synów wroga morduje wciąż kula. Spraw, litościwy nasz Boże, by naród przejrzał na oczy, nim się na samo dno stoczy, nim się obudzi w obroży" (s. 25). "Nie wolno czekać, gdy naród ginie, ni szukać w tłumie ducha - giganta. To nic, że płacze matka po synie, bo Polskę stworzy krew partyzanta. To nie jest ważne - order na piersi i bez znaczenia szumne przemowy. My mamy życie, a ci najlepsi leśnej mogiły krzyżyk brzozowy" (s. 48). "Na znojną walkę, krwawy bój z wrogami, każdego z nas sumienia wezwał głos, przebojem iść, a los iść musi z nami, a jeśli nie, to przełamiemy los"...
Czy to piosenki i wiersze "terrorystów"? "Bandytów"? "Morderców"? Trzeba nie mieć serca lub trzeba być skończonym głupcem, by się na coś takiego zdobyć dziś, gdy tyle już wiemy o powojennej konspiracji niepodległościowej. "Nie jesteśmy żadną bandą, jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. Niejeden z Waszych ojców, braci i kolegów jest z nami. My walczymy za świętą Sprawę, za wolną, niezależną, sprawiedliwą i prawdziwie demokratyczną Polskę!" - to słowa samego majora kolportowane w Gdańsku w marcu i kwietniu 1946 roku.
Bohater dla Chojnic
W tym samym czasie, gdy "Gazeta Pomorska" w swej chojnickiej mutacji znieważała majora "Łupaszkę", rada miejska Chojnic nadała tytuł honorowego obywatela miasta byłemu redaktorowi tej gazety z czasów, gdy była ona organem KW PZPR. Towarzysz redaktor nie lubił nigdy "leśnych bandytów". Ich propagandowe akcje przed wyborami 1947 r. nazywał "rabunkami", "morderstwami", które "wywoływały strach i oburzenie mieszkańców tego rejonu". Wzburzony pisał, że "komendantowi posterunku w jego mieszkaniu zabrali broń i ostrzegli, że za przynależność do PPR grozi śmierć, lecz darowali mu życie". Biedaczysko! Tak się przestraszył. A przecież on tylko budował Polskę sowiecką! Swoją przyszłą karierę w PZPR! Jak można było tak się obchodzić z "bohaterami walk o utrwalenie władzy ludowej"! Proszę sobie nie wyobrażać, że ja tu cytuję teksty z czasów PRL. Redaktor Ostrowski wypisywał te podłe rzeczy w roku 2002, w reakcji na przygotowaną przez gdański IPN wystawę "Za świętą Sprawę - żołnierze "Łupaszki""! "Gazeta Pomorska" ochoczo drukowała każdą brednię, nawet wypowiedź oburzonego czytelnika o tym, jak mu "Łupaszko" zamordował kogoś z rodziny, w roku... 1951.
Po wojnie na Pomorzu pełno było uzbrojonych bandytów, na przykład sowieckich maruderów, którzy napadali na wioski i terroryzowali ludność. Ubowcy usłużnie przyjeżdżali do takich wsi i tłumaczyli, że to żołnierze "Łupaszki". Wygląda na to, że kłamstwa UB przeżyły UB. A może chodzi po prostu o to, by bronić tego, co się kiedyś wypisywało i za co się było wynagradzanym na akademiach z okazji rocznicy rewolucji październikowej?
Jeszcze raz stawiam pytanie: Jak chronić dobre imię bohaterów walki o niepodległy byt państwa polskiego?

Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk

http://gorkiwielkie.w.interia.pl/html/m ... szko_.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 20 lip 2009, 09:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
8 lutego minęła 55. rocznica śmierci mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", dowódcy 5. Wileńskiej Brygady AK. Po zajęciu Wileńszczyzny przez wojska sowieckie w lipcu 1944 r. i aresztowaniu przez NKWD tysięcy żołnierzy AK z Kresów przedostała się ona na Białostocczyznę, później na Pomorze, by kontynuować walkę z nowym okupantem.

27 stycznia br. grupa 77 posłów - z inicjatywy Leszka Dobrzyńskiego i Stanisława Pięty z PiS - wystąpiła z inicjatywą uczczenia pamięci majora "Łupaszki" w specjalnej uchwale sejmowej. W projekcie uchwały czytamy m.in.: "55 lat temu zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz 'Łupaszko', żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swą służbę odznaczony orderem Virtuti Militari (...). Stał się symbolem niezłomnej walki o Niepodległą Polskę, jaką toczyli żołnierze antykomunistycznego ruchu oporu z organizacji Wolność i Niezawisłość, Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, Ruchu Oporu AK, Konspiracyjnego Wojska Polskiego i dziesiątek innych organizacji".
Jak widać, posłowie pragną przypomnieć, przy okazji hołdu dla dowódcy 5. Brygady Wileńskiej AK, także inne formacje II konspiracji niepodległościowej. Przywołują też w treści uchwały najwybitniejszych dowódców antykomunistycznego podziemia: ppłk. Macieja Kolankiewicza "Kotwicza" (zm. 1944 r.), mjr. Jerzego Jaskulskiego "Zagończyka" (zm. 1947 r.), kpt. Władysława Łukasiuka "Młota" (zm. 1949 r.), mjr. Mariana Bernaciaka "Orlika" (zm. 1946 r.), mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zaporę" (zm. 1949 r.), kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" (zm. 1947 r.), mjr. Józefa Kurasia "Ognia" (zm. 1947 r.), kpt. Wincentego Rutkowskiego "Bartka" (zm. 1953 r.) i "wielu innych, których żołnierski szlak kończyła śmierć w nierównej walce z komunistycznymi siłami bezpieczeństwa bądź ubecki strzał w tył głowy". W zakończeniu projektu uchwały czytamy: "Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, czcząc Ich pamięć, stwierdza, że 'żołnierze wyklęci' dobrze zasłużyli się Ojczyźnie".
Uchwała przeszła już przez sejmową komisję kultury i wszystko wskazuje na to, że choć z pewnym opóźnieniem w stosunku do daty śmierci mjr. "Łupaszki", zostanie przyjęta przez Sejm. Miałoby to ogromne znaczenie moralne nie tylko dla pamięci mjr. "Łupaszki", ale także dla wszystkich bohaterów powojennej, antykomunistycznej konspiracji niepodległościowej. Także dla zbudowania prawdziwego obrazu pierwszej dekady Polski sowieckiej, wykoślawionego przez propagandę komunistyczną.

Kłamstwa lewicy
Jak można się było spodziewać, idea uchwały nie spodobała się środowisku związanemu z "Trybuną", (dawną "Trybuną Ludu", organem KC PZPR). Nie po to budowali pracowicie przez kilkadziesiąt lat obraz "Łupaszki" jako "bandyty", nie po to UB jeździło w teren, by przekonywać ludzi, że napady bandyckie na ich wsie (dokonywane m.in. przez maruderów sowieckich) są dziełem żołnierzy majora z Wileńszczyzny, by teraz bez bólu rozstać się z tym obrazem, mającym usprawiedliwiać okrucieństwo UB. Pod pozorem relacji z prac komisji sejmowej "Trybuna" zamieściła na pierwszej stronie numeru z 16 lutego wyjątkowo podły tekst pod wyjątkowo podłym tytułem: "Ich krwawy idol". W tekście referuje się zastrzeżenia do treści projektu uchwały, przedstawione przez posła SLD P. Gadzinowskiego. Uwagi Gadzinowskiego wywołały gwałtowne reakcje posłów, nie tylko z PiS-u. "Nie czytaj mi takich bzdur!" - krzyczał, według "Trybuny", oburzony poseł PO Jerzy Fedorowicz, mimo iż nie należał do grupy inicjatorów uchwały. Trudno się temu dziwić, bo z relacji wynika, że Gadzinowski wytoczył wszystkie "argumenty" przeciwko brygadzie mjr. "Łupaszki", używane przez propagandę NKWD-UB w roku 1946 oraz podczas pokazowego procesu czterech oficerów brygady w roku 1950. Prawdopodobnie Gadzinowski referował nie tylko swoje poglądy, lecz całego środowiska, więc warto się przyjrzeć sposobowi myślenia tych ludzi.
Zdaniem Gadzinowskiego, mjr "Łupaszko" zwalczał "dążenia niepodległościowe Litwinów, Białorusinów i Ukraińców". Zdumiewające! Major w żadnym z zachowanych po nim dokumentów ani w żadnej z zachowanych relacji nie wypowiadał się na ten temat. Interesował go stosunek obywateli RP, niezależnie od narodowości, do kwestii niepodległości Polski oraz stosunek do sowieckiej zaborczości. W jego oddziałach byli Białorusini, także Rosjanie, np. słynna łączniczka i sanitariuszka Lidia Lwow "Lala", później więźniarka Mokotowa, czy Włodzimierz Jurasow "Wiarus", który poległ 16 lutego 1946 r. w starciu z siłami sowieckimi. Żołnierze 5. Brygady walczyli z litewskimi formacjami hitlerowskimi. Czy Gadzinowski uważa hitlerowców gen. Plechavicziusa za wyrazicieli "dążeń narodu litewskiego do niepodległości"?! To może SS Galizien też wyrażała takie dążenia Ukraińców?! Może białoruskiego policjanta w służbie niemieckiej też powinniśmy uważać za przedstawiciela wolnej Białorusi? Zresztą, trzeba przyznać, że żołnierze "Łupaszki" zwalczali kolaborantów Hitlera na Wileńszczyźnie z pewną pobłażliwością. Po pokonaniu żołnierzy Plechavicziusa kazali im się rozbierać do kalesonów i tak wracać do Wilna (zachowały się zdjęcia). W taki prosty sposób uczyli ich, że droga do niepodległości nie prowadzi przez pakt z Hitlerem. Współpraca prohitlerowskich formacji litewskich z Niemcami prowadziła ich do okrutnych zbrodni, o których pewnie Gadzinowski i jego koledzy nie mają zielonego pojęcia, bo w szkołach peerelowskich o tym nie uczono. Niech pojadą do Ponar pod Wilnem, gdzie zbrodniarze z ochotniczej formacji litewskiej Ypatingas Burys zamordowali wspólnie z Niemcami około 100 tys. obywateli Rzeczypospolitej, mieszkańców Wileńszczyzny (w tym około 70 tys. Żydów i około 20 tys. Polaków, wśród nich stryja posła PO, Bronisława Komorowskiego). To z takimi "dążeniami wolnościowymi" walczyła 5. Brygada!
Trudno powiedzieć, jakim dążeniom narodowym Białorusinów przeciwstawiali się łupaszkowcy. Zdarzyło się, już po wojnie, że rozstrzelali w obecności całej wsi białoruskiego sołtysa, który napisał list do Stalina z prośbą o przyłączenie jego wsi do Związku Sowieckiego! Zdarzyło się też, że brali odwet za ostrzelanie ich zza węgła podczas przemarszu przez wieś. Dla sowieckich kolaborantów po wojnie były to zbrodnie, bo jak tu nie kochać Związku Sowieckiego, który niesie wszystkim wolność? Czyżby Gadzinowski uważał, że 17 września 1939 r. Sowieci napadli nas po to, by wyzwolić Białorusinów, Litwinów i Ukraińców; by spełnić ich dążenia wolnościowe?
Zdaniem Gadzinowskiego, "Łupaszko" i jego ludzie reprezentowali "archaiczną politykę". Czy walkę z totalitaryzmem można nazwać działaniem archaicznym?! Wszak cała Europa jest dziś dumna z ludzi, którzy mieli odwagę przeciwstawić się faszyzmowi bądź stalinizmowi! "Postępowy" Gadzinowski o tym nie wie?
"To nie Szendzielarz obalił porządek jałtański, ale wstąpienie Polski i Litwy do Unii Europejskiej oraz europejskie aspiracje Ukrainy" - bredził (według "Trybuny") Gadzinowski. I w tej sprawie także się myli. Jałtę obalali przez kilkadziesiąt lat uczestnicy zbrojnej konspiracji niepodległościowej lat powojennych, uczestnicy niezliczonych strajków (tylko w latach 1945-1948 było ich w Polsce ponad 1300!), młodzież polska, chłop sprzeciwiający się kołchozom, robotnicy Poznania i Wybrzeża, uczestnicy Sierpnia 1980 roku. Bez nich nie byłoby ducha, który odnowił oblicze naszej ziemi.
Wyjątkowo plugawe są rozważania Gadzinowskiego o możliwej "współpracy" mjr. "Łupaszki" z Niemcami. To tak, jakbyśmy czytali "Trybunę Ludu" z jesieni 1950 r. lub słuchali radia, które nadawało transmisję z pokazowego procesu przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie! Przypomnijmy, że za "współpracę z Niemcami" skazano na śmierć i powieszono także dowódcę Kedywu AK, organizatora zamachu na Kutscherę, gen. bryg. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" i wielu innych wybitnych polskich patriotów! Każdy, kto nie był sowieckim kolaborantem, musiał być kolaborantem Hitlera. Taka była "rewolucyjna" logika sowiecka.
Z kontekstu artykułu w "Trybunie" wynika, że ani Gadzinowski, ani redaktorzy postkomunistycznego organu nie wiedzą, dlaczego 5. Brygada nazywana była "brygadą śmierci". Prawdopodobnie wyobrażają sobie, że to z powodu walki z UB. Przypomnijmy, że kiedy mjr "Łupaszko" (wówczas rotmistrz) zdążał na miejsce postoju 5. Brygady (wtedy dowodzonej jeszcze przez por. Antoniego Burzyńskiego "Kmicica"), Sowieci dokonali tam zbiorowego mordu na 70 naszych żołnierzach (którzy przedtem współpracowali z nimi w akcjach przeciwko Niemcom!). Była to zdrada, którą major głęboko przeżył i która pozostawiła trwały ślad w sercach jego żołnierzy. Kiedy do komendanta Wileńskiego Okręgu AK dotarła wiadomość o kolejnym sowieckim napadzie na 5. Brygadę i jej ostatecznym pogromie (na szczęście była to wiadomość nieprawdziwa), powiedział: "To jest brygada śmierci". To określenie bezpieka tłumaczyła później na swój sposób.
"Trybuna" pisze, że "z rąk ludzi 'Łupaszki' ginęli nie tylko funkcjonariusze UB i NKWD, ale także bezlitośnie rozstrzeliwani żołnierze, milicjanci i członkowie Polskiej Partii Robotniczej". To nieprawda. Łupaszkowcy rozstrzeliwali bandytów z NKWD i UB, bo taki mieli rozkaz (do odwołania) wydany przez bezpośredniego przełożonego mjr. "Łupaszki", ppłk. Antoniego Olechnowicza "Pohoreckiego". Kazał traktować NKWD i UB jak obcą policję polityczną grasującą na terenie Polski. Trudno się z tym nie zgodzić. Co do członków PPR (partii utworzonej w Moskwie, bliźniaczej w stosunku do agenturalnej KPP), to byli karani w ten sposób, że kazano im zjadać legitymacje. Czasami dostawali lanie przy pomocy wyciora do czyszczenia lufy karabinu. Podobnie postępowano z drobnymi donosicielami. To było ostrzeżenie. Rozstrzeliwano natomiast konfidentów UB, którzy stanowili zagrożenie dla uczciwych ludzi, opierających się sowietyzacji Polski. Do milicjantów nie strzelano. Czasami rozbrajano posterunek, zostawiając jednak część broni, bo major uważał, że policja, w warunkach powojennego bandytyzmu, jest potrzebna. Milicjanci, którzy zginęli w walce z łupaszkowcami, to ci, którzy gorliwie wysługiwali się UB, donosili na ludzi lub po prostu nie usłuchali wezwania do złożenia broni. Trzeba natomiast wiedzieć, że wielu milicjantów współpracowało z łupaszkowcami, a niektórzy zdezerterowali z milicji, by służyć w jego oddziałach.
"Trybuna" "szacuje" liczbę "ofiar" "Łupaszki" na 200 osób. Wyjaśnijmy "Trybunie", że żadne "szacowanie" nie jest tu potrzebne, ponieważ 5. Wileńska Brygada AK lat powojennych to było kilka 15-18-osobowych oddziałów, nazwanych przez majora szwadronami. To było Wojsko Polskie, umundurowane i poddane dyscyplinie. Każda akcja została odnotowana w meldunkach, które są dziś znane. Jakakolwiek niesubordynacja lub skłonności do zachowań niegodnych żołnierza natychmiast były ostro karane.
W okresie działalności szwadronów mjr. "Łupaszki", w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Białymstoku działał komunistyczny sędzia Włodzimierz Ostapowicz. Skazał na śmierć ponad 200 Polaków. Więcej niż liczba "ofiar" wszystkich żołnierzy "Łupaszki"! Różnica była przy tym taka, że łupaszkowcy strzelali do enkawudzistów, ubowców i konfidentów. Ostapowicz zabijał polskich patriotów. Stałą lekturą takich ludzi jak Ostapowicz był najpierw "Głos Ludu" (organ PPR, sowiecka gadzinówka), a od roku 1948 "Trybuna Ludu".

Za świętą sprawę
Gadzinowskiemu i jego kolegom z "Trybuny" dedykuję na koniec fragment ulotki podpisanej przez mjr. "Łupaszkę", kolportowanej w Gdańsku, w marcu 1946 roku. Niech potraktuje te słowa jako pośmiertny głos majora i jego odpowiedź dla pogrobowców budowniczych Polski sowieckiej, skupionych wokół tej gazety: "Nie jesteśmy żadną bandą, jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. Niejeden z Waszych ojców, braci i kolegów jest z nami. My walczymy za świętą Sprawę, za wolną, niezależną, sprawiedliwą i prawdziwie demokratyczną Polskę!".
I za to właśnie mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszko" zostanie uhonorowany specjalną uchwałą Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej. Czołem, Panie Majorze! Polska pamięta.
Piotr Szubarczyk

http://archiwum.naszdziennik.int.pl/ind ... m=24&id=94

Mjr Zygmunt Szendzielarz ps. "Łupaszko" (12 III 1910-8 II 1951)
Oficer 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich. Wybitny dowódca polowy. Kawaler Virtuti Militari. Major Wojska Polskiego. Dowódca 5. Wileńskiej "Brygady Śmierci" AK oraz 5. i 6. Brygady - odtworzonych na Podlasiu i na Pomorzu w ramach Okręgu Wileńskiego AK - w latach 1945-1946.
W ekstremalnie trudnych warunkach podjął walkę z sowieckimi i prosowieckimi siłami bezpieczeństwa. 21 listopada 1946 r. - po ustaleniu, że sytuacja polityczna nie rokuje nadziei na interwencję Zachodu w sprawie suwerenności Polski - rozwiązuje swoje szwadrony, by nie narażać podległych sobie żołnierzy na śmierć. Ukrywał się. Został aresztowany przez UB 26 czerwca 1948 r. w Zakopanem. Po ciężkim śledztwie 2 listopada 1950 r. skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na śmierć. Zamordowany 8 lutego 1951 r. w więzieniu na Rakowieckiej - strzałem w tył głowy. Wraz z nim zginęło trzech innych oficerów wileńskiej AK.
10 grudnia 1993 r. wyrok został unieważniony przez Izbę Wojskową Sądu Najwyższego, która uznała, że mjr. "Łupaszko" walczył o niepodległy byt Państwa Polskiego.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 31 sie 2009, 08:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
Bezimiennym Wojownikom, Bohaterom Naszej Ojczyzny:

Wiktoria Jatczak

Już nigdzie nie pójdą o świcie

Skąd was przygnała zła dola
Bezimienni bohaterzy
Będziecie tu chodzić po polach
Jak z bajek błędni rycerze

Brzoza zieloną mambraną
Szeleści cicho łkaniem
Wiatr huczy nad waszym kurhanem
Ostatniej pobudki wołaniem

A jutro tu czyjeś ręce
Przyniosą wam kwiatów świeżych
Ziemia zapłacze rosą
I ptak zaśpiewa wśród jeżyn


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 22 wrz 2009, 06:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31622
Danuta Siedzikówna ps. INKA, została skazana na śmierć 21 sierpnia i zastrzelona przez dowódcę plutonu egzekucyjnego ppor. Franciszka Sawickiego 28 sierpnia 1946 wraz z Feliksem Selmanowiczem ps. Zagończyk, w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku.






Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Bohaterowie wyklęci
PostNapisane: 26 wrz 2009, 14:47 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 06 wrz 2009, 07:30
Posty: 1217
Lokalizacja: Polska
Aerolit napisał(a):
W tym wątku możemy gromadzić informacje na temat tych, którzy oddawali za nas nie tylko swoje życia, ale i swoje cierpienia. Byli nieprzejednani, niesprzedajni, a .... los zabarwiony bolszewicką czerwienią, obszedł się z nimi okrutnie.



http://podziemiezbrojne.blox.pl

Można zaprosić Admina tego słynnego "bloga" do nas, zapewne przyjdzie.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 225 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 15  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /