Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 10 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: Chesterton
PostNapisane: 23 wrz 2014, 13:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://prawica.net/39459

Jaga Rydzewska: Poglądy ekonomiczne Chestertona
Dział: Opinie » autor: gościnnie » data: pon, 22-09-2014

Dobitnym przejawem walki o los Zwykłego Człowieka są również poglądy ekonomiczne Chestertona. Zawsze był prze­ciwnikiem industrializmu. Uważał, że praca w fabryce jest nie­godna człowieka i niechrześcijańska. Człowiek staje się robotnikiem, trybem w maszynie, zatracającym poczucie od­powiedzialności za całe dzieło. Fabryka oznacza uprzed­miotowienie człowieka i prymat zarabiania przed tworzeniem.

To prawda, że w dziedzinie motoryzacji na stu ludzi, którzy potrafią zmontować silnik przypada jeden, który potrafiłby go zaprojektować. Jednak spośród tych stu ludzi, ktoś potrafiłby wymyślić szaradę, kto inny rozplanować ogród, a jeszcze inny — stworzyć nowy żart albo narysować karykaturę pana Forda. (…) Bardzo wiele osób na zawsze pozostanie niezauważonymi, szeregowymi pracownikami, bo ich osobiste zdolności i upodobania nie mają nic wspól­nego z idiotyczną pracą, którą wykonują.

Ujmując się za jednostką, krytykował kapitalizm. Przez kapitalizm rozumiał nie prywatną własność środków produkcji, lecz „warunki, w których istnieją tak skrajne dys­proporcje w sferze prywatnej własności, zwłaszcza w zakre­sie środków produkcji, że całe ogromne rzesze ludzi są w praktyce tej własności pozbawione”. „Kapitalizmem nazy­wam system ekonomiczny, w którym kapitał w przeważają­cej części należy do stosunkowo niedużej grupy ludzi, zwanych kapitalistami, zaś wielka masa obywateli, nieposiadających kapitału, musi najmować się do pracy u kapitalistów w zamian za pensję”. Taki system, zdaniem Chestertona, powinien raczej nazywać się proletarianizmem.
Był przeciwnikiem komunizmu, ale nie uważał go za główne niebezpieczeństwo. Już w latach 20-tych ubiegłego wieku był zdania, że komunizm prędzej czy później upadnie, pokonany przez kapitalizm. „Chciałbym ostrzec ideowych socjalistów, że ich działania wiodą nie do dzikiej rewolty, lecz do bardzo potulnego porządku. Nie pytam ich, czy prag­ną czerwonej, wściekłej anarchii tudzież krwawego, brutal­nego, bolszewickiego bestialstwa. Pytam, czy naprawdę pra­gną przechodzić przez to wszystko po to jedynie, by na końcu znowu mieć kapitalizm”. Nikt wtedy nie przewidy­wał, jak prorocze okażą się te słowa.
I to właśnie kapitalistyczny system monopoli, konsor­cjów i trustów stanowił w ocenie G.K.C. największą groźbę dla cywilizacji. System ten prowadzi bowiem do rządów oli­garchii w sferze polityki, do uniżonego kultu Pieniądza w sferze etyki i religii, zaś w sferze kultury i moralności — do ponurej degrengolady.

„Następną wielką herezją będzie po prostu atak na moralność, a zwłaszcza na moralność sek­sualną. I nadejdzie on (…) ze strony przebojowych bogatych ludzi, którzy koniecznie chcą wreszcie się bawić, nie po­wstrzymywani już ani przez papiestwo, ani przez puryta­nizm, ani przez socjalizm”.
„Jeśli ktoś się dziwi, czemu stawiamy opór Wielkiemu Biznesowi, wyjaśniam, że z tego samego powodu stawiamy też opór bolszewizmowi, a w nie­dalekiej przeszłości stawialiśmy opór Niemcom. Otóż, jest to inwazja barbarzyńców. (…) Nie chcemy, by podbiło nas cham­stwo. (…) Zaś spośród trzech barbarzyńskich najazdów — nie­mieckiego, bolszewickiego i kapitalistycznego w stylu ame­rykańskim — najmniej szacunku żywię dla tych ostatnich prymitywów, którzy podbijają, nie stając nawet do walki”.


W 1927 roku Chesterton wygłosił wykład o największym nadchodzącym niebezpieczeństwie. Stwierdził, że największym niebezpieczeństwem jest masowe wyrównanie do niskiego po­ziomu, „standaryzacja przy użyciu niskich standardów”, zarówno w sferze kultury, jak intelektu. W jego ocenie, tę groź­bę niosły zarówno socjalizm, jak kapitalizm. Uważał bowiem kapitalizm i socjalizm za dwie strony tego samego medalu, dwie odmiany identycznego totalitaryzmu. Sprzeczność między nimi była jego zdaniem powierzchowna i w istocie pozorna:

Bolszewizm okazał się najlepszym możliwym so­jusznikiem kapitalizmu. Pojawił się akurat wtedy, gdy ka­pitalizm zaczął wyglądać na system nieudany, i na pra­wach kontrastu obrócił kapitalizm w system stosunkowo efektywny. Reklamując swe szarlatańskie lekarstwo, bol­szewizm zataił rzeczywistą chorobę. (…) A przede wszyst­kim, będąc tak skrajnie nienormalny, sprawił, że ludzie zaczęli myśleć o przemysłowej plutokracji jako o czymś absolutnie normalnym.

W praktyce oba systemy sprowadzają się do centrali­zacji własności. Ludzie stają się pracownikami najemnymi — czy to wielkich konsorcjów, czy państw. A ponieważ są tylko najmitami, są tchórzliwi i bierni:

„Najemnik ucieka, ponieważ jest najemnikiem, ale dobry pasterz odda życie zą swe owce”. (…) Kiedy nastanie ciemność i nadejdzie dzień ostatni, słowa te powinny zostać wypisane ognistymi literami na ruinach cywilizacji industrialnej. Cywilizacja ta opiera się na założeniu, że wszystko da się załatwić, wszystko da się kupić, wszyst­kim da się sterować. Olbrzymie masy najemników zaprzę­gnięto do obsługi maszyn niemal równie obojętnych jak oni sami. (…) Nie wiadomo, czy w dobrych czasach ten system jest dobry, ale w złych czasach jest to zły system. Nie wytrzymuje napięć. A już z pewnością nie wytrzyma oblężenia. Kiedy wilki zaczną wyć dokoła, nie da się wezwać tych ludzi do walki z watahą, jak kiedyś wzywano chłopów. I nie można ich nawet winić. (…) Ci ludzie są używani jak narzędzia. Są kupowani i sprzedawani dokładnie tak samo jak produkty, które wytwarzają. Jest głupotą oczekiwać od nich feudalnej lojalności wobec fir­my, która w każdej chwili może wyrzucić ich na bruk.

Współczesny kapitalizm jest równie jak socjalizm odle­gły od idei Smitha: „nie ma sensu ani bronić, ani atakować kapitalizmu za to, że opiera się na wolnej konkurencji, gdyż cały trend systemu zmierza w stronę eliminacji konkurencji na skutek rozrostu monopoli”. Kapitalizm prowadzi do plutokracji, systemu oligarchicznego, w którym wielka wła­sność skupiona jest de facto w rękach nielicznych rodzin. Co za tym idzie, cały system ekonomiczny, polityczny i prawny jest nastawiony na dalszą koncentrację bogactwa w rękach kasty uprzywilejowanych plutokratów.
Zasadnicza różnica między kapitalizmem a innymi systemami polega na tym, że kapitalizm otwarcie uznaje zysk za priorytet:

Kapitalizm wierzył w fakty i niczego nie udawał. Stawiał na piedestale pewną klasę społeczną, aby czcić ją otwarcie i jawnie z powodu jej bogactwa. I tu właśnie tkwi najjaskrawsza różnica między kapitalizmem a systemem średniowiecznym. (…) Chciwy opat gwałcił swe ideały. Chciwy fabrykant nie miał ideałów, które mógłby pogwałcić. Nigdy nie istniał kapitalistyczny ideał dobra, choć żyje na świecie wielu dobrych ludzi, którzy, będąc kapitali­stami, mają ideały pochodzące skądinąd. Reformacja zwłaszcza angielska, oznaczała bowiem przede wszystkim rezygnację — rezygnację z próby władania światem za pomocą ideałów, czy bodajże idei. (…)
Otóż, fakty mają to do siebie, że są potężne, póki trwają, przejawiają jednak fatalną tendencję do nietrwa­łości. (…) Ten sam postęp kapitalizmu, który z początku wzbogacił angielskich ziemian, niebawem ich zrujnował. Ten sam rozwój handlu, który postawił Anglię ponad Eu­ropą, rzucił następnie Anglię do stóp Ameryki (…) Fakty, które zdawały się najsolidniejszym możliwym oparciem, okazały się najbardziej płynnym i zmiennym elementem świata. (…) W naszych czasach bogactwo stało się tak bezkształtne, że wręcz nierealne; są tacy, co nazywają je bajecznym, nie zdając sobie w ogóle sprawy z mimowolnej ironii tego określenia. Wielcy finansiści kupują i sprzedają tysiące rzeczy, których nikt nigdy nie widział i które rów­nie dobrze mogłyby istnieć wyłącznie w ich wyobraźni. I tak oto dobiega końca pewna przygoda ludzkości. Zaczęła się od wiary tylko w fakty; kończy się w baśniowej krainie fantastycznych abstrakcji.


Zdaniem Chestertona, kapitalizm współczesny prędzej czy później musi upaść, gdyż jego priorytetem jest handel, nie produkcja, zaś ludzie bogacą się nie dzięki pracy, lecz za sprawą spekulacji:

Handel, który z natury swojej stanowi działalność zależną i drugorzędną, jest w naszych czasach traktowa­ny jak działalność samoistna i podstawowa. Handel stał się dziś absolutem. (…) To jest właśnie przyczyna klęsk, które spadają na współczesny świat. (…) Zaś ponieważ Cena jest czymś szalonym i niestabilnym, a Wartość czymś wewnętrznym i niezniszczalnym, zostaliśmy wszyscy wepchnięci do społeczeństwa, które nie jest już trwałe jak wartości, lecz płynne jak ceny, niezgłębione jak morze i zdradzieckie jak ruchome piaski.
Nie ma tu miejsca na rozważania, czy da się zbudować coś trwałego na świato­poglądzie ceniącym wartości, jestem jednak pewien, że na tym drugim światopoglądzie nikt niczego nie zbuduje, bo sprowadza się on do sprzedawania na oślep i kupowania na oślep; do zmuszania ludzi, by nabywali rzeczy, których nie potrzebują; do wytwarzania tych rzeczy na tyle źle, aby się szybko zniszczyły i aby ludzie znów myśleli, źe ich pragną; do podtrzymywania bezustannego obrotu sterta­mi śmieci, niczym burzy piaskowej na pustyni; i do uda­wania, że ludzie mają nadzieję, kiedy nie zostaje im ani chwili na myślenie, które przywiodłoby ich do rozpaczy.


Jak bowiem wygląda sytuacja ekonomiczna zwykłego człowieka?

Gdy tylko kapitalizm staje się kompletny, pojawia się w nim sprzeczność, ponieważ odnosi się on do mas ludzkich na dwa różne sposoby jednocześnie. Kiedy więk­szość ludzi to pracownicy najemni, coraz trudniej spra­wić, by większość ludzi była zarazem dobrymi na­bywcami. Kapitalista zawsze bowiem próbuje obciąć pła­cę, wypłacaną swemu słudze, i w ten sposób zmniejsza kwotę, jaką może wydać jego klient. (…) Chce, aby jeden i ten sam człowiek był zarazem biedny i bogaty.

Można tu zauważyć, że we współczesnych krajach rozwiniętych dylemat ten został rozwiązany za pomocą kart kredytowych, dzięki którym człowiek wydaje na konsumpcję więcej niż zarabia, bezustannie się przy tym zadłużając. W krajach Trzeciego Świata rozwiązanie to dotyczy jednak tyl­ko niewielkiej części społeczeństwa. Ludzie biedni niewiele konsumują, nie napędzają więc produkcji ani handlu, toteż system ekonomiczny nie może się rozwinąć — a przez to ludzie nadal pozostają biedni.
Pisząc o poglądach ekonomicznych Chestertona nie sposób pominąć roli Hilaire Belloka. Wpływ Belloka na Che­stertona jest zazwyczaj mocno przeceniany, lecz w tej aku­rat dziedzinie wydaje się niewątpliwy. Belloc był głównym — obok ojca Vincenta McNabba — ideologiem dystrybucji wła­sności, gorącym przeciwnikiem etatyzmu. W jednej z naj­bardziej znanych swoich książek, The Servile State (Państwo Niewolnicze) dowodził, że współczesny system ekonomiczny upodabnia się z wolna do niewolnictwa. Masy ludzi muszą pracować dla korzyści innych, nielicznych ludzi, w zamian za co otrzymują to, co niewolnik otrzymywał od pana: so­cjalne bezpieczeństwo pod postacią zasiłków, pseudo­bezpłatnego lecznictwa oraz opieki społecznej. Ta namiastka prawdziwego bezpieczeństwa sprawia, że niewolnicy stają się bezwolni i nie podnoszą buntu przeciw właścicielowi — i na tym właśnie polega rola ubezpieczeń społecznych w systemie plutokratycznym. Ubezpieczenia i zasiłki to, w ocenie Belloka, narzędzie pacyfikacji mas.

Obrazek

Jeśli chodzi o Chestertona, jego opinie znalazły wyraz w wielu esejach, publikacjach i książkach. Najistotniejsze pozycje to What’s Wrong with the World (Wypaczony świat) z 1910 roku, Eugenics and Other Evils (Eugenika i inne zło) z 1922 roku oraz The Outline of Sanity (Normalność w zarysie) z 1926 roku. Oprócz nich można by wymienić szereg innych, mniej znanych tytułów. Poglądy ekono­miczne i społeczne Chestertona były propagowane także w prasie, przede wszystkim w G.K.’s Weekly.
Należy podkreślić, że Chesterton był zainteresowany nie tyle dobrem społeczeństwa, ile przede wszystkim do­brem jednostki. Jako chrześcijanin nie wierzył w modną tezę, że jednostka jest zerem i bzdurą. „Nawet najnędzniejszy człowiek jest nieśmiertelny, podczas gdy najpotężniejszy nawet ruch masowy jest ograniczony w czasie, by nie po­wiedzieć tymczasowy”. Cała jego krytyka postępu opiera się właśnie na tym, że przynosi on ludziom — nie tylko cy­wilizacji — w efekcie więcej zła niż dobra. Wojując o tradycyjne wartości, gorąco bronił instytucji małżeństwa i rodziny. Charakterystyczna jest jego wypo­wiedź z What’s Wrong with the World:

Zdobywszy niejakie doświadczenie z nowoczesnymi ruchami, które określają się jako „postępowe”, jestem przekonany, że na ogół bazują one na zasobie doświad­czeń, typowym dla ludzi bogatych. Tak wygląda sprawa z „wolną miłością” — błędną koncepcją życia seksualnego jako szeregu oderwanych epizodów. (…) Konduktor w omnibusie nie ma czasu nawet by kochać własną żonę, o cudzych już nie wspominając. (…) Za frazesem: „Czemu kobieta ma być ekonomicznie zależna od męż­czyzny?” również stoi plutokratyczne założenie. Pośród ludzi praktycznych i biednych kobieta nie jest ekono­micznie zależna od mężczyzny, chyba że w takim zna­czeniu, w jakim i on jest zależny od niej. Myśliwy musi zdzierać ubrania; ktoś musi je zszywać. Rybak musi ło­wić ryby; ktoś musi przyrządzać z nich posiłek. Wszyst­ko wskazuje, że wyobrażenie o kobiecie jako o „pięknym pasożycie”, o „męskiej zabawce”, powstało na skutek po­sępnej kontemplacji żywota jakiejś bankierskiej rodziny, w której bankier przynajmniej szedł rano do City i uda­wał, że coś robi, podczas gdy jego żona jechała na prze­jażdżkę do parku i nie fatygowała się udawaniem czego­kolwiek. Biedny człowiek i jego żona to równorzędni partnerzy w biznesie. (…)
Jednak ze wszystkich opinii narosłych pośród pospolitego bogactwa najgorsza jest ta, która głosi, że życie domowe jest nudne i jednostajne. W domu (słyszymy) panuje martwa rutyna i rządzą sztywne wymogi przyzwoitości; poza domem znaleźć można przygodę i uroz­maicenie. Oto typowa opinia człowieka bogatego. (…) a ponieważ to człowiek bogaty nadaje ton całej niemal myśli „nowatorskiej” i „postępowej”, zdążyliśmy już prawie zapomnieć, czym jest dom dla przeważającej części ludzkości. Prawda wygląda tak, że dla biednego człowie­ka dom to jedyna ostoja swobody. Ba, jest to jedyna ostoja anarchii. (…) Gdziekolwiek by nie poszedł, musi akceptować sztywne reguły zachowania, obowiązujące w sklepie, gospodzie, klubie czy muzeum. Ale we własnym domu, jeśli zapragnie, może jadać posiłki na podłodze. (…) Dla prostego, ciężko pracującego człowieka dom nie jest jedynym nudnym miejscem w świecie pełnym kolo­rowych przygód. Jest jedynym wolnym miejscem w świe­cie pełnym reguł i narzucanych odgórnie obowiązków.


Wskazywał, że ataki na rodzinę służą izolacji jednostki wobec systemu ekonomicznego. Jednostka wyizolowana jest zaś bezbronna i podatna na manipulację. Postrzegał rodzinę nie tylko w kategoriach instytucji społecznej czy religijnej, lecz wręcz w kategoriach ruchu oporu:

Jestem przekonany, że dożyliśmy oto czasów, kiedy rodzina zostaje powołana, by odegrać rolę, jaką ongiś odegrał klasztor. Innymi słowy, w rodzinie powinny zna­leźć schronienie nie tylko jej własne szczególne walory, lecz również umiejętności i twórcze nawyki, właściwe dawniej dla innych grup. (…) Tak jak religia musiała zejść do podziemi, tak i patriotyzm musi dziś zejść dożycia prywatnego. (…) Tylko wycofując się do tych twierdz możemy przetrwać i przeczekać inwazję; tylko koczując na tych wysepkach zdołamy dotrwać do czasów, gdy opadną wody potopu. Podobnie jak w Wiekach Ciemnych świat we­wnętrzny oddawał się pysznej, niskiej rywalizacji i przemo­cy, tak też i w naszych czasach, które również przeminą, świat oddaje się prostactwu, pędom stadnym i wszelkiemu możliwemu przelewaniu z pustego w próżne.

Krytykując socjalizm i kapitalizm, Chesterton i Belloc pro­ponowali w ich miejsce inny system — dystrybucję własności. W 1891 roku papież Leon XIII ogłosił encyklikę Re­rum Novarum, z której wynika, że jedyny system ekonomicz­ny sprzyjający człowiekowi to szeroko rozpowszechniona drobna własność. Inaczej mówiąc, własność powinna zostać nie skonfiskowana przez państwo — jak w socjalizmie, i nie skumulowana w rękach stosunkowo nielicznej grupy najbo­gatszych — jak w kapitalizmie, lecz rozproszona pomiędzy miliony drobnych posiadaczy. Ta właśnie koncepcja wzbu­dziła wielkie zainteresowanie w środowisku angielskich ka­tolików, a ponieważ jej naczelną zasadą jest dystrybucja własności, została nazwana (prawdopodobnie przez Hilaire Belloka) dystrybutyzmem. Idea dystrybucji własności jest gorąco lansowana w książce The Outline of Sanity i w więk­szości esejów w G.K.’s Weekly.
„Nie oferujemy perfekcji — oferujemy proporcję” — stwierdził G.K.C. Obaj z Bellokiem nie uważali bynajmniej, że w proponowanym przed nich systemie wszyscy będą szczęśliwi i zadowoleni, że zniknie niesprawiedliwość, przestępczość czy ubóstwo. Zło, grzech, bogactwo i bieda to konsekwencje istnienia wolnej woli. Zasadnicza różnica między kapitalizmem a dystrybutyzmem leży jednak wła­śnie w proporcji stosunków własnościowych i polega na wyeliminowaniu sytuacji skrajnych: wielkiego bogactwa i wielkiej nędzy. Dystrybutyzm dopuszcza istnienie rozma­itych rodzajów własności — w tym również państwowej i korporacyjnej (czyli cechowej), ale opiera się na funda­mencie własności prywatnej. W ocenie Chestertona, kapitalizm nie jest systemem chroniącym prywatną własność. Kapitalizm chroni prywatną przedsiębiorczość — a to nie to samo. „Złodziej kieszonkowy jest orędownikiem prywat­nej przedsiębiorczości, byłoby jednak lekką przesadą uznać go za orędownika prywatnej własności”. Chester­ton porównywał własność środków produkcji do instytucji małżeństwa, zauważając, że jeśli jest kilkuset mężczyzn, z których każdy ma po tysiąc żon, podczas gdy miliony in­nych mężczyzn pozostają w stanie bezżennym, trudno twierdzić, że system społeczny opiera się na małżeństwie.
Dystrybutyzm nie przewiduje istnienia wielkich fa­bryk, wielkich sklepów ani wielkich jednostek organizacyj­nych — czy to administracyjnych, czy kapitałowych. Zamiast fabryk proponuje system cechowy, na wzór gildii średniowiecznych. Przedmioty, produkowane dziś taśmowo w fabrykach, powinny być wytwarzane przez olbrzymią rze­szę rzemieślników, właścicieli swych warsztatów, zrzeszo­nych w gildii, strzegącej jakości i ilości produkcji. Jest to korzystne dla klienta, bo podnosi jakość i prowadzi do in­dywidualizacji wyrobów. Jest to również korzystne dla rzemieślnika, który staje się kreatywny, podczas gdy jako robotnik w fabryce zamienia się w otępiałe narzędzie do obsługi maszyny. Zamiast wielkich międzynarodowych spółek powinny istnieć niezliczone małe firmy handlowe, stanowiące własność poszczególnych osób czy rodzin. Miejsce wielkich kapitalistów powinny zająć miliony drob­nych przedsiębiorców, miejsce supermarketów — tysiące konkurujących niedużych sklepów. W dziedzinie własności rolnej powinna istnieć drobna i średnia własność rolnicza zamiast latyfundiów. Każdy powinien móc sobie pozwolić na trzy akry i krowę. Pogląd ten nie był bynajmniej ode­rwany od rzeczywistości. Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Cambridge w 1934 roku wykazały, że wiel­kie zmechanizowane farmy mają trudności finansowe i potrzebują stałej pomocy państwa, podczas gdy nieduże gospodarstwa przeważnie okazują się mniej kosztowne i co za tym idzie, bardziej opłacalne.
Dystrybutyzm zakłada samowystarczalność każdej lokalnej społeczności przynajmniej w zakresie podstawo­wym, takim jak produkcja żywności, odzieży czy lekarstw. Cały system ekonomiczny powinien być chroniony przez odpowiedni system prawny. Dystrybutyści różnili się mię­dzy sobą co do roli państwa. Sam Chesterton nie wierzył co do zasady w dobroczynną rolę jakiegokolwiek rządu. Był zdania, że każdy rząd, łącznie z demokratycznie wybranym rządem w państwie opartym na dystrybucji własności, ma tendencję, by nadużywać władzy, więc prędzej czy później zwróci się przeciw obywatelom. Zdawał sobie jednak spra­wę, że dystrybutyści nie zdołają zaprowadzić zmian bez pomocy państwa. Skłaniał się ku opinii, że państwo po­winno ingerować w gospodarkę, choć rzadko i ostrożnie, aby chronić interesy narodowe i zapobiec deformacjom systemu. Tym niemniej, w dystrybutyzmie mocno ograni­czona jest rola państwa jako aparatu przymusu. Państwo nie może nakładać na obywatela stale nowych obowiązków ani podatków, nie może mu narzucać na przykład przymu­sowych ubezpieczeń, przymusowej edukacji czy przymuso­wego zaciągu do wojska.
Przymusowa edukacja wolnych ludzi to sprzeczność sama w sobie, zaś edukacja państwo­wa to w ogóle nieporozumienie, ponieważ żaden system nie jest zainteresowany w masowym kształceniu obywateli. Prawdziwe, rzetelne wykształcenie obywatela oznacza wykształcenie krytyka systemu. W praktyce obowiązek szkol­ny służy więc głównie indoktrynacji. Chesterton, który nigdy nie omieszkał wykazać przewagi katolickiego Śre­dniowiecza nad pogańską Nowoczesnością, podkreślał, że czasy współczesne są czasami przymusu, podczas gdy Średniowiecze było okresem dobrowolnych ślubów.
Drobna własność — niewątpliwie ulubiony przedmiot propagandy dystrybutystycznej — nie była jednak celem samym w sobie. Stanowiła fundament, na którym można dopiero budować społeczeństwo wolnych ludzi. Własność środków produkcji, poczucie ekonomicznej stabilizacji i bezpieczeństwa, daje ludziom realną wolność opinii i dzia­łań. Człowiek, który ustawicznie boi się utraty pracy, bie­dy, wyrzucenia poza nawias społeczeństwa, nie jest wolny. Nie posiada nawet wolności słowa, bo głoszenie poglądów zwalczanych przez oligarchię niesie ryzyko utraty środków do życia. W takiej właśnie sytuacji znajdują się obecnie miliony ludzi. W kapitalizmie obywatele stają się bowiem najmitami, zależnymi od pracodawcy. Co gorzej, są pod­dawani bezustannemu praniu mózgu przez prasę i rekla­mę, znajdujące się w rękach oligarchów. Większość esejów Chestertona ma w gruncie rzeczy ten sam temat: opisuje i krytykuje niewolę intelektualną współczesnego człowieka.
Inny aspekt własności polega na tym, że pobudza ona ludzką kreatywność. Człowiek kształtuje wedle swoich gu­stów swój własny ogród, swój własny dom i warsztat, swoje wyroby rzemieślnicze. Przedmioty codziennego użytku w małych populacjach są wytwarzane indywidualnie i bywa, że stanowią wręcz dzieła sztuki. Tymczasem w świecie współczesnym kreatywność zanika na skutek życia w wiel­kich zbiorowiskach i sprowadzenia człowieka do roli me­chanicznego narzędzia. Chłopi nieraz bywali biedniejsi od robotników, zawsze jednak istniała sztuka wiejska, pod­czas gdy nigdy me powstała sztuka proletariacka.
Idealny świat dystrybutystów jest dobrze znany każ­demu, kto czytał książki innego angielskiego katolika, J. R. R. Tolkiena. Jest to mianowicie kraina rolnicza, gdzie nie istnieją wielkie miasta, posiadająca jednak dobrze rozwi­nięty drobny przemysł i rzemiosło. Tolkienowskie miasteczko leży na skraju wielkiego lasu (bo lasy w tym świecie mają prawo być wielkie). Lokalna społeczność, w której wszyscy wszystkich znają, jest rządzona przez obranych i szanowa­nych przedstawicieli. Prawo, po części zwyczajowe, po części uchwalane na szczeblu lokalnym, tak rzadko ingeruje w codzienne życie, że praktycznie nie ma potrzeby o nim wspominać. Każdy ma na własność dom, w którym mieszka, a także ziemię, na której stoi jego dom i ogród. Przedmioty codziennego użytku są zindywidualizowane, a nieraz artystycznie piękne i magiczne… Można się zastanawiać, na ile Tolkien był pod wpływem idei dystrybutyzmu, tworząc swój Shire, krainę hobbitów. Shire — to przecież stara, wesoła Anglia, bliska również sercu G.K.C. i zorganizowana do­kładnie na kształt jego projektów i marzeń. Tolkien niewąt­pliwie czytywał Chestertona, posiadał wiele jego książek i przyznawał, że wizje chestertonowskie wywarły wpływ na formowanie świata „Władcy Pierścieni”.
Idea dystrybucji własności miała w Anglii wielu zwolenników. Jednym z jej energicznych szerzycieli był dominikanin, Vincent McNabb, człowiek o nieprzeciętnej osobowości, postać równie barwna, jak kontrowersyjna. Nazywano go angielskim Mahatmą Gandhim, gdyż miał cokolwiek anarchizujące poglądy i był ideowym luddystą — przeciwnikiem maszyn. Uprawiał ascezę, nosił ręcznie tkany habit, sam pracował na roli, nie uznawał nawet ma­szyny do pisania i wszędzie starał się chodzić pieszo. Po­jawiał się równie często w londyńskich slumsach, gdzie organizował pomoc dla najuboższych, co na londyńskim uniwersytecie, gdzie wykładał.
Innym znanym zwolennikiem dystrybucji własności był współwłaściciel G.K.’s Weekly, Eric Gill, rzeźbiarz i ty­pograf o burzliwym, bujnym temperamencie. W 1913 roku Gill przyjął katolicyzm. Następnie przeniósł się wraz z ro­dziną do miejscowości Ditchling, gdzie niebawem skupił wokół siebie sporą grupę artystów i ludzi uprawiających różne rodzaje rzemiosła artystycznego, podobnie jak on zmęczonych Londynem. Grupa z Ditchling próbowała utwo­rzyć modelową wspólnotę opartą na ideach dystrybutyzmu. Artyści sami szyli swe ubrania, hodowali zwierzęta i wytwa­rzali przedmioty codziennego użytku, chociaż — co iryto­wało dogmatycznego ojca McNabb — nie chcieli uprawiać ziemi. Wielu członków grupy przeszło na katolicyzm, zaś pod wpływem ojca McNabb zostali też tercjarzami domini­kańskimi.
Wspominając o dystrybutyzmie, nie można też pomi­nąć kilku innych postaci. Jedną z nich był architekt Artur Penty, który jako pierwszy zaczął szerzyć ideę powrotu do cechów. Jego książka o rekonstrukcji systemu cechowegozainicjowała nie tylko wielką falę mody na gildie, lecz sta­nowiła również inspirację dla wielu zwolenników dystrybucji własności, a nawet dla socjalistów angielskich, wśród któ­rych powstał nurt socjalizmu cechowego. Innym znanym głosicielem dystrybucji własności był sir Henry Slesser, eks­pert od prawa pracy, poseł, a następnie sędzia sądu apela­cyjnego. Wśród czołowych dystrybutystów należy też wymie­nić dwóch wojskowych — emerytowanego komandora Mary­narki Wojennej Herberta Shove (mistyka, pszczelarza i amatorskiego rękodzielnika, zajmującego się wyrobami ze srebra) oraz eks-kapitana komandosów, H.S.D. Wenta. W skrócie, było to grono nieprzeciętnych, interesujących indywidualistów. Osobą, która jako pierwsza zaproponowała, by ująć dystrybutyzm w ramy jednej organizacji, był W.R. Titterton, zastępca Chestertona w G.K’ s Weekly. Kapitan Went nak­reśla ramy i zasady funkcjonowania tej organizacji, którą nazwano Ligą na rzecz Zachowania Wolności poprzez Przy­wrócenie Własności (League for the Preservation of Liberty by the Restoration of Property). Nazwa, choć dobrze odda­wała cel poczynań, była bardzo nieporęczna, toteż nieba­wem zmieniono ją na Ligę Zwolenników Dystrybucji (Dis­tributist League) Liga narodziła się 17 września 1926 r. na ogólnokrajowym spotkaniu zwolenników dystrybucji, na które przybył taki tłum entuzjastów, że wynajęta hala nie mogła ich pomieścić. Prezesem wybrano Chestertona.
Z początku liga działała w miarę prężnie, posiadała fi­lie i aktywnych członków w kilkunastu brytyjskich miastach. Niebawem jednak zaczęłysię spory pomiędzy róż­nymi frakcjami (lewicowymi i prawicowymi, katolickimi i niekatolickimi, luddystycznymi i nastawionymi na postęp techniczny, itd.). Póki żył Chesterton, jego osoba jednoczyła zwolenników, lecz gdy zmarł, Liga praktycznie się rozpadła. Część członków odeszła, uznając ligę za nazbyt teoretyczną i mało efektywną.
Można stwierdzić, że Liga okazała się dla Chestertona wielkim rozczarowaniem, i z pewnością będzie to w znacznej mierze prawda. Z drugiej strony, Chesterton i Belloc, sceptycznie nastawieni do wszelkich partii, od początku zdawali sobie sprawę, że pomysł może spełznąć na niczym. Liga stanowiła w praktyce klub dyskutantów. Nie miała szans, by stać się organizacją polityczną, gdyż w tym celu niezbęd­ny byłby pełen energii, charyzmatyczny przywódca. Che­sterton zupełnie się do tej roli nie nadawał. Był teoretykiem, nie człowiekiem czynu, o czym sam doskonale wiedział. Za­pytany kiedyś, co by zrobił, gdyby został premierem, odparł bez wahania: „Złożyłbym dymisję”. Z kolei Belloc, choć energiczny, niezbyt nadawał się na lidera, gdyż był zbyt konfliktowy, zaś powszechnie postrzegano go wyłącznie jako reprezentanta katolików.
Idee dystrybucji własności były akceptowane przez znaczącą część inteligencji. Ich zwolennikiem był na przy­kład T.S. Eliot, który uważał dystrybucję własności za ideę fundamentalnie chrześcijańską. Jak napisał, „to, co się liczy, to jego [Chestertona] samotna moralna walka przeciw epoce, jego odwaga i śmiałe połączenie autentycznego kon­serwatyzmu, autentycznego liberalizmu i autentycznego radykalizmu”. Idee Ligi były rzecz jasna odrzucane przez środowiska lewicowe (wierzące nadal w rozwiązania komu­nistyczne) i przez znaczną część środowisk ówczesnej pra­wicy (zafascynowanej korporacyjnym faszyzmem Mussoliniego i podobnie jak lewica wierzącej w wielkie, zunifikowa­ne imperia).
Chesterton nie przekonał również swych naj­sławniejszych przyjaciół. Wells, wyznawca poglądów lewico­wych, z zasady był przeciwny prywatnej własności, a Shaw odrzucał koncepcję Ligi wychodząc z założenia, że przeciętny człowiek wcale nie chce być wolny ani odpowiedzialny, gdyż woli, kiedy państwo zajmie się nim i wszystko za niego załatwi. Opinia Shawa na pewno nie jest pozbawiona podstaw. Che­sterton zdawał sobie z tego sprawę. Jak kiedyś napisał, „wszystkim ludziom można by dać wolność, gdyby tylko nie czuli tak żarliwej tęsknoty za niewolą”.
Idee Ligi nie zyskały odzewu w kręgach opiniotwór­czych ani politycznych. Brytyjskie mass-media znajdowały się w rękach magnatów finansowych, z natury swej nieprzy­chylnie nastawionych do koncepcji, że wielka własność jest niemoralna. Partie polityczne zostały w praktyce podpo­rządkowane liderom, związanym z wielkim biznesem. Dystrybutyści byli reprezentowani tylko przez jednego członka parlamentu, wspomnianego wyżej sir Henry Slessera, a mimo że liczni posłowie czytywali G.K.’ s Weekly, nie prze­kładało się to na ich działalność.
Tym niemniej, dystrybucja własności zauroczyła wielu ludzi, nie tylko w Wielkiej Brytanii, lecz i w Kanadzie, USA czy Australii. W przedwojennej Polsce próbował ją propa­gować Adam Doboszyński, który swoją książkę „Ekonomia miłosierdzia” — rozważania o gospodarce opartej na zasa­dach tomizmu — dedykował pamięci Chestertona. Głośna praca ekonomisty E.F. Schumachera Small is Beautiful (Małe jest piękne — od tytułu powstało potem powiedzenie tej właśnie treści) została podobno zainspirowana esejami Chestertona i z początku miała nosić tytuł „Ekonomia che­stertonowska”. Idee decentralizmu, głoszone przez Schu­machera i jego zwolenników, oparte są wprost na dystrybutyzmie. Dystrybutyści byli zwolennikami „małych ojczyzn”, tysięcy samodzielnych wsi, miast i miasteczek, połączonych w jedno państwo narodowe, przy czym prerogatywy władz lokalnych i państwowych miały być ściśle określone i dość wąskie.

Pomiędzy katolikami, którzy rzucają wyzwanie demokratycznemu kapitalizmowi, wielu jest pod wrażeniem ideału dystrybutyzmu, którego wyrazicielami byli G.K. Chesterton i Hilaire Belloc. Dystrybutyzm jest propago­wany między innymi przez New Oxford Review, co skło­niło Jamesa K. Fitzpatricka do riposty, zamieszczonej w dziale listów tego miesięcznika. Ilekroć czytam Chestertona i Belloca, ich wizja mocno działa na moją wyobraźnię (…). A potem wracam na ziemię.
Dystrybutyści chcą po­służyć się państwem, by ograniczyć niesprawiedliwą ku­mulację bogactwa; prawo, ich zdaniem, powinno wyzna­czać ramy mniej materialistycznego społeczeństwa, w któ­rym dom, ognisko rodzinne i rodzina liczą się bardziej niemż blichtr i pogoń za pieniędzmi rozmaitych Trumpów i gieł­dowych guru. Owszem, brzmi to świetnie, ale kto ma przeprowadzić całą tą inżynierię społeczną? Kto będzie za nią odpowiedzialny? Kto zdecyduje, co oznacza „nadmierny materializm?” (…) Fitzpatrick konkluduje: „Chesterton i Belloc dalej są moimi ulubieńcami. Dalej są pisarzami o wielkim znaczeniu (…). Jednak to, co proponują [w kwe­stiach ekonomicznych] jest bliższe poezji niż prozie”.


Lecz w gruncie rzeczy od strony teoretycznej tylko jed­no z pytań Fitzpatricka jest istotne. Co mianowicie oznacza „nadmierna” koncentracja bogactwa w pojęciu dystrybutystycznym? Jaki stopień bogactwa jest już niedopuszczalny i co z nim zrobić, kiedy się pojawi? Dystrybucja opiera się w istocie na drobnej gospodarce kapitalistycznej. W jaki spo­sób zapobiec komasowaniu fortun, powstawaniu latyfundiów i konsorcjów? Zakazy prawne są ewidentnie niewystarczające, jako że realia ekonomii mają przewagę nad prawem stanowionym — prawo byłoby po prostu omi­jane. Z samej istoty systemu ekonomicznego i praktycznej gospodarki musi wynikać opłacalność małych przedsię­wzięć, a nieopłacalność dużych; musi to być wbudowane w system, jeśli system ma naprawdę pozostać dystrybucyjny, a nie zdegenerować się w formę, od której Chesterton się odżegnywał, czyli monopolistyczny kapitalizm.
Sam Chesterton uważał, że ograniczenie to jest inte­gralnie wbudowane w dystrybutyzm. Niewykluczone, że miał rację. Być może w razie odcięcia wszelkich subwencji państwowych, koncesji i ulg, w razie zminimalizowania, uproszczenia i ujednolicenia podatków, okazałoby się, że wielkie konsorcja i uprawy farmerskie to kolosy na glinia­nych nogach, zaś ich istnienie jest ekonomicznie bezzasad­nie i służy wyłącznie „pompowaniu” pieniędzy podatnika do kieszeni plutokratów. Niemniej, nikt dotąd nie przeprowa­dził eksperymentu, który wykazałby tę tezę w praktyce. Chesterton kładł również nacisk na fakt, że dystrybutyzm jest nie tylko systemem ekonomicznym, lecz i określonym modelem życia, sposobem myślenia:

„Chłopi żyli obok siebie w praktycznej równości przez niezliczone stulecia, i żaden z nich nie wykupił pozostałych, ani żadna społeczność nie ob­róciła się w najmitów u jednego rolnika. Drobna własność nigdy sama nie ewoluuje w kapitalizm, chyba że panuje już nagrzana, niezdrowa atmosfera kapitalizmu, przyspiesza­jąca tę ewolucję wręcz do granic rewolucji”.

Słowem, wiele zależy i od mentalności ludzkiej. Problem w tym, że zmiana mentalności wydaje się w dzisiejszych czasach znacznie trudniejsza do zaprowadzenia niż sam dystrybutyzm.
Z pewnością nie są bowiem zasadne argumenty, że dystrybutyzm jest utopijny i w praktyce nie da się go wprowadzić. Dystrybutyzm nie jest utopijny, bo pozostaje w zgo­dzie z ludzką naturą. Człowiek jest urodzonym posiada­czem. Bez najmniejszego trudu można sobie również wy­obrazić odpowiednią politykę państwa i system prawny, popierający drobną własność przeciw wielkiej własności. System taki jest gospodarczo efektywny, jak wykazują choćby doświadczenia północnych Włoch. Jeżeli politykom nie zależy na wprowadzeniu dystrybucji własności, przyczy­ny tego zjawiska leżą poza ekonomią. Idea drobnej własno­ści, małych miasteczek czy lokalnej demokracji na bardzo małą skalę stoi w całkowitej sprzeczności z trendami eko­nomicznego i politycznego rozwoju współczesnego świata, co wynika jednak nie z ekonomii, lecz właśnie z ideologii.
Chesterton, który doskonale o tym wiedział, pocieszał się myślą, że trendy te nie muszą trwać wiecznie. Co prawda, lekarstwo, jakie dostrzegał, wydać się może dość radykalne:

Niektórzy pokładają nadzieję w postępie nauki. Inni nie widzą już żadnej nadziei i bezradnie oczekują na kata­strofę cywilizacji. Niewielu jest jednak dziwaków, którzy z nadzieją wyglądają katastrofy. A przecież wcale nie jestem pewien, czy ich postawa nie zasługuje na obronę; dalibóg, nie dałbym głowy, czy sam przypadkiem do nich nie nale­żę. Bywa, że mój humor poprawia się cudownie, bywa, że ogarnia mnie szampańska wesołość, gdy myślę, że bądź co bądź mogą jeszcze wrócić czasy barbarzyństwa.
Któż ośmieli się twierdzić, że przed nami tylko ciemność, skoro przyświeca nam ta jasna gwiazda nadziei? Zdarzało się już, że upadały imperia, załamywały się finanse, znikały biurokracje, a ludzie porzucali wyszukane zajęcia i wra­cali do prostych prac, koczując na gruzach własnych pa­łaców. (…) Czego człowiek dokonał raz, człowiek zdoła dokonać znowu. Nie traćmy ducha! Również i nasze mia­sta mogą zostać opuszczone. Również i nasze pałace mo­gą obrócić się w ruinę. Kto wie, może ludzkość ma jeszcze szansę odzyskać człowieczeństwo.


A w jaki sposób upadają cywilizacje? „Każda wielka cywilizacja zaczyna upadek od tego, że zapomina o praw­dach oczywistych”.

Jaga Rydzewska

Źródło: J. Rydzewska, Chesterton. Dzieło i myśl, Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski, 2003, s. 226-247. za dystrybucjonizm.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chesterton
PostNapisane: 24 wrz 2014, 10:40 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3226
Dobrze byłoby opisać do kogo należy czarna a do kogo czerwona czcionka, Asie...:).

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chesterton
PostNapisane: 24 wrz 2014, 13:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Jacenna napisał(a):
Dobrze byłoby opisać do kogo należy czarna a do kogo czerwona czcionka, Asie...:).


Czerwona to cytaty z książki pt. "Chesterton", a czarna to treść artykułu.



http://www.nacjonalista.pl/2014/08/10/t ... ternatywa/

Thomas Storck: Dystrybutyzm jako alternatywa
Ostatnia aktualizacja: 10 sierpnia 2014 | 0 Komentarzy | 291 Odsłon

Obrazek

Począwszy od połowy XIX wieku, dzieje Zachodu w znacznej mierze znaczone są przebiegiem starć pomiędzy rywalizującymi systemami ekonomicznymi. Od 1848 roku, kiedy to w Manifeście Komunistycznym padło stwierdzenie, iż „widmo krąży nad Europą”, rzeczywiście nawiedza ono nie tylko Europę ale i cały świat. Nie jest to jednak wyłącznie widmo komunizmu lecz wielu rozbieżnych systemów ekonomiczno-społecznych, zmagania których wielokrotnie wstrząsały ludzkością. Według powszechnej opinii, historia ta już się zakończyła – socjalizm i komunizm pokonane zostały przez kapitalizm, tryumfalnie panujący dziś na całym świecie. Bynajmniej nie jest to prawdą. Jak słusznie zauważył Jan Paweł II w encyklice Centesimus Annus, wybór ludzkości nie może ograniczać się do kapitalizmu i zdyskredytowanego już socjalizmu. Z tego też względu, katolicy winni zainteresować się dystrybutyzmem – systemem ekonomicznym, którego orędownikami były najtęższe umysły Kościoła pierwszej połowy XX wieku – G. K. Chesterton’a, Hilaire Belloc’a, ojca Vincent McNabb’a i wielu innych. Lecz czym właściwie jest dystrybutyzm i dlaczego miałby on bardziej przystawać do katolickiego spojrzenia na świat niż kapitalizm?
Pragnąc odpowiedzieć na to pytanie, określić należy wpierw pojęcie kapitalizmu. Myśląc o nim, ludzie mają wiele skojarzeń – dobrych lub złych – w zależności od własnych przekonań, nigdy jednak wyraźnie go nie definiują. Aby to uczynić, warto zacząć od wskazania czym kapitalizm nie jest. Kapitalizm nie oznacza własności prywatnej, nawet prywatnej własności środków produkcji – ponieważ taki system wielokrotnie występował w ekonomicznych dziejach ludzkości, kapitalizm zaś nastał w Europie pod koniec Średniowiecza. Udaną definicję pozytywną, odpowiadającą realiom historycznym, przedstawił Pius XI w encyklice Quadragesimo Anno, charakteryzując kapitalizm jako „system ekonomiczny w którym niezbędne do realizacji produkcji kapitał i praca dostarczane są osobno przez różnych ludzi.” Inaczej mówiąc, w kapitalizmie ludzie pracują zazwyczaj dla kogoś innego – kapitalisty, który opłaca pracę robotników, koszt materiałów i ich przetworzenia, zatrzymując w zamian wszelkie profity z prowadzonej działalności.
Oczywiście, samo posiadanie fabryki lub farmy i zatrudnianie w nich osób w zamian za płacę umożliwiającą im egzystencję nie jest niczym niesprawiedliwym. Niemniej, skutki kapitalizmu pozostają nad wyraz ujemne i dlatego właśnie Kościół dąży do pobudzenia przemian, które wyeliminowałyby kapitalizm lub przynajmniej ograniczyły zakres jego oddziaływania. Dla wyjaśnienia tej postawy, rozważyć należy cel aktywności ekonomicznej – czemu Bóg dał człowiekowi możność i potrzebę produkowania i używania dóbr? Z punktu widzenia Kościoła, odpowiedź na to pytanie jest prosta – potrzebujemy dóbr, by wieść w pełni ludzkie życie. Z tego też względu, aktywność gospodarcza służyć winna zaspakajaniu potrzeb ludzkości a wszystkie kwestie ekonomiczne podporządkowane być muszą sprawiedliwej realizacji tego celu.
W chwili obecnej, gdy własność i praca pozostają rozdzielone, istnieje klasa ludzi – kapitalistów, którzy nie uczestniczą osobiście w procesie produkcji. Np. akcjonariusze – nie interesują się w ogóle posiadanymi przedsiębiorstwami dopóty rośnie wartość ich akcji i wypłacana jest satysfakcjonująca dywidenda. Na giełdach papierów wartościowych, akcje wciąż zmieniają właścicieli – tak, że rozmaite osoby i podmioty pozostają właścicielami przedsiębiorstw zaledwie przez dni, godzin czy nawet minut, odsprzedając akcje dalej a samemu nabywając inne. W ten sposób kapitaliści uważają gospodarkę za mechanizm dzięki któremu spekulując pieniędzmi, akcjami, obligacjami, kontraktami i innymi surogatami rzeczywistej wartości, pragną osiągnąć bogactwo zamiast służyć społeczeństwu poprzez produkcję niezbędnych dóbr i usług. W rezultacie, kapitaliści zbijają fortuny przez wrogie przejęcia, fuzje, zamykanie fabryk itd., innymi słowy przez nadużywanie posiadanej własności, nie zaś przez zaangażowanie w aktywność gospodarczą – aby tylko wzbogacić bez względu na skutek dla konsumentów i robotników.
Popierając prawo prywatnej własności, Kościół kierował się zupełnie inną logiką, niż ta przyświecająca kapitalizmowi. Przykładowo, spójrzmy na cytat z encykliki Leona XIII, Rerum Novarum (1891): „rośnie bowiem w człowieku ochota do pracy i pilności, jeśli wie, że na swoim pracuje; wnet przywiązuje się człowiek serdecznie do ziemi, którą pracą rąk własnych uprawia, spodziewając się od niej nie tylko środków do utrzymania życia potrzebnych, ale jeszcze pewnego dostatku dla siebie i dla swoich.” W kapitalizmie zaś, papiery wartościowe przynoszą właścicielom łatwy zysk z pracy cudzych rąk. Dlatego też, poczynione przez Kościół usprawiedliwienie własności prywatnej rozumieć należy wąsko – do własności związanej z pracą. Jak twierdził Leon XIII „prawo przede wszystkim powinno faworyzować własność i jego stosowanie powinno prowadzić do uwłaszczenia jak najszerszej rzeszy ludzi” (Rerum Novarum) a nauczanie to zostało powtórzone przez Piusa XI w Quadragesimo Anno, przez Jana XXII w Mater et Magistra i Jana Pawła II w Laborem Exercens – jeżeli „tak wielu ludzi jak tylko to możliwe zostanie właścicielami”, to fatalny rozdział pracy od własności zostanie jeżeli nie usunięta, to przynajmniej ograniczony w zasięgu i wpływie. Nie będzie to już dłużej znamię systemu ekonomicznego, nawet jeżeli utrzyma się w jakimś stopniu.
W ten sposób dochodzimy do dystrybutyzmu – ponieważ dystrybutyzm nie jest niczym innym, jak systemem ekonomicznym w którym własność prywatna jest należycie rozpowszechniona, w którym „tak wielu ludzi, jak tylko to możliwe” pozostaje faktycznymi właścicielami. Najszczersza wykładania dystrybutyzmu zawarta została w pracy Hilaire Belloc’a, Przywrócenie Własności (1936). Dystrybutyści utrzymują, że w kapitalizmie, własność, a w szczególności własność środków produkcji pozostaje zastrzeżona wyłącznie dla bogatych, co daje im wpływy i władzę wykraczającą poza to, co im się winno należeć. W kapitalizmie istnieje wprawdzie teoretyczne prawo do posiadania własności przez każdego, lecz w rzeczywistości pozostaje ona wyłączną domeną bogatych. W dalszej konsekwencji tego spostrzeżenia, dystrybutyzm wprowadza limity kumulowania majątku. Jakkolwiek może brzmieć to jak postulat wyjęty z myśli socjalistycznej, przypomnieć należy spostrzeżenie G.K. Chestertona (What’s wrong with the world) – „instytucja własności prywatnej nie oznacza prawa do posiadania nieograniczonego majątku, tak jak instytucja małżeństwa nie daje prawo do nieograniczonej liczby żon.”
W średniowieczu instytucje stanowiące kwintesencję myśli katolickiej – cechy, często ograniczały rozmiar własności jaką posiadać mógł każdy rzemieślnik, w celu uniemożliwienia mu nadmiernego poszerzenia prowadzonej działalności i wyrugowania konkurencji. Jeżeli bowiem własność prywatna ma przeznaczenie i cel, jak utrzymywali Arystoteles i św. Tomasz, należy przyzwalać ludziom na zarabianie przez służenie działalnością społeczeństwu – tak by mogli zapewnić przyzwoite życie rodzinie. Ale zarobki te winny wystarczać na utrzymanie jednej rodziny, nie dwóch lub trzech. Skoro zaś działalność gospodarcza służyć ma zaspokojeniu potrzeb rodziny, to jakim prawem niektórzy dążą do poszerzenia jej w sposób utrudniający prowadzenie działalności innym osobom, również utrzymującym z niej swoje rodziny? W średniowieczu, rzemieślnicy nie postrzegali się nawzajem jako konkurencja, lecz jako bracia zaangażowani wspólnie w pracę na rzecz dostarczania społeczeństwu dóbr i usług. Jako bracia, łączyli się oni w cechy, wspólnie opłacające księży w razie śmierci któregoś z nich, wspierające wdowy i sieroty oraz troszczące się o słabszych.
Czy ktokolwiek ma wątpliwości, iż koncepcja ta bliższa jest zasadom wiary katolickiej niż kapitalistyczny wilczy rynek?

Thomas Storck

Tekst ukazał się w “Szczerbcu” (nr 149), czasopiśmie Narodowego Odrodzenia Polski, za zgodą redakcji portalu The Distributist Review, jednego z najlepszych poświęconych koncepcjom dystrybucjonizmu, korporacjonizmu i katolickiej nauki społecznej.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chesterton
PostNapisane: 14 sty 2015, 22:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.prawy.pl/z-kraju/7212-cheste ... lkim-stylu

Chesterton powrócił w wielkim stylu!
środa, 15, październik 2014 09:48

Obrazek

Porzucił anglikanizm i przeszedł na katolicyzm. Krytykował socjalizm i kapitalizm. Głosił dystrybucjonizm, którego centralnym punktem jest rozpowszechnianie prywatnej własności. Nie ufał żadnej władzy politycznej - według niego najważniejszym modelem powinna być rodzina. I wreszcie, głęboko podziwiał Polskę.

Przesłanie Gilberta Keitha Chestertona na nowo zabrzmiało wśród polskiej elity, tym razem na Uniwersytecie Warszawskim podczas konferencji pt. „Chesterton, Dystrybucjonizm i Polska”. Angielski pisarz powrócił do naszego kraju w opracowaniach i wystąpieniach naukowców z Polski i z zagranicy. Gośćmi specjalnymi byli ojciec Ian Boyd CSB i dr Dermot Quinn, którzy zawitali do kraju nad Wisłą dzięki wsparciu m.in. Instytutu im. Piotra Skargi w Krakowie oraz Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Twórca dystrybucjonizmu Gilbert Keith Chesterton (1874-1936) odwiedził Polskę w 1927 roku. W księdze pamiątkowej polskiego PEN Clubu napisał wtedy: Gdyby Polska nie narodziła się ponownie, umarłyby wszystkie chrześcijańskie narody - przypomniał na Uniwersytecie Warszawskim o. Ian Boyd. - Dla Chestertona Polska reprezentowała ideę tego, czym powinien być naród. To było wypełnienie jego dystrybucjonistycznego snu. Był to żywy dowód na to, że ideał, który był niemalże zrealizowany w średniowieczu, teraz mógł być realizowany w jego czasach - podkreślał w swoim wystąpieniu o. Boyd. A jak wyglądał ten wyśniony obraz Chestertona? Był to system, w którym własność była rozdzielana pomiędzy drobnych właścicieli, a jego podstawę stanowił naród katolicki, wolny i rolniczy.

Politykę dystrybucjonizmu opracował Hilaire Belloc w książce pt. „Państwo niewolnicze”. O. Boyd określił tę publikację jako podręcznik ruchu dystrybucjonistycznego. W swojej książce Belloc twierdził, iż zarówno socjalizm jak i państwowy kapitalizm pomagają tworzyć taki sam rodzaj społeczeństwa, w którym władza koncentruje się w rękach małej grupy rządzących. - Takie państwo daje jedynie bezpieczeństwo grupie proletariatu, którego pozycja ekonomiczna jest ustalona przez prawo. - Według twórców dystrybucjonizmu jedyną alternatywą tego niewolniczego systemu, jest państwo małej własności rolniczej i cechów rzemieślniczych - wyjaśnił prelegent.

- Podstawową zasadą dystrybucjonistyczną jest to, że życie publiczne istnieje dla życia prywatnego, które to życie ma chronić. Wszelkie działania mają być skierowane na dobro rodziny, która jest podstawową komórką społeczną - podsumował ojciec Boyd.

Dr Dermot Quinn z Seton Hall University uważa, że ponowne odkrywanie Chestertona nie jest nigdzie bardziej pilne niż właśnie w dziedzinie ekonomii. Co więcej, na nauczanie angielskiego pisarza - zdaniem prelegenta - należy dziś patrzeć przez pryzmat ponownego ostrzeżenia dla Polski.

Quinn nawiązał do tego, jak po 1918 r. Chesterton cieszył się z odzyskanej przez Polskę Niepodległości. Jej katolicka kultura była według niego jak gdyby ostrzem pomiędzy bizantyjską tradycją Moskwy, i brutalnym materializmem Prus. - Ostrzegał jednak, że ta wolność jest zagrożona przez hitleryzm na zachodzie, i bolszewizm na wschodzie. Rok 1939 przewidział już siedem lat wcześniej - zauważył przedstawiciel Seton Hall University. - Teraz, 75 lat po jego śmierci, Chesterton przez swoje ekonomiczne pisma w pewnym sensie ponownie ostrzega Polskę, której wolność znowu musi być broniona - podkreślił prelegent. Przypomniał, że najważniejsze przesłanie płynące z nauki Chestertona to, rozpowszechnienie własności oraz rodzina. I wreszcie, związany z tym katolicyzm.

Zdaniem Chestertona - ci, którzy uważają się za zwolenników wolnego rynku cenią w nim najbardziej to, że nie jest on wolny. Jak wykazał pisarz, marzeniem kapitalistów nie jest, aby było więcej rywalizacji, ale mniej konkurencji. Ostatecznym celem jest monopol, a nie wolna przedsiębiorczość. Dlatego - jak przypomina Quinn - zdaniem Chestertona podróż ku prawdziwemu życiu człowieka wymaga odnowionego zobowiązania na rzecz wspólnot budowanych na skalę ludzką, w oparciu o rodzinę, wioskę, naród, dom.

Ludzie potrzebują siebie nawzajem

Dr Quinn przypomniał, że Gilbert Chesterton uważał, iż za wszelką cenę musimy powrócić do mniejszych politycznych wspólnot. W tym sensie starał się o politykę tego, co małe. I nie dlatego, że spółdzielnie lokalne są skuteczniejsze, niż konglomerat; sklep za rogiem jest bardziej przyjazny niż wielki market - chociaż tak w istocie jest. Ważniejszym argumentem, jaki podaje twórca dystrybucjonizmu, jest to, że rozpowszechniona własność przywraca równowagę pomiędzy produkcją i konsumpcją, pomiędzy miastem i wsią, pomiędzy potrzebami człowieka indywidualnego i wspólnotą, i wreszcie pomiędzy obywatelem i państwem.

Powszechna własność - zdaniem Chestertona - miała w sobie pewien moralny urok. Kiedy uprawiamy rolę, uprawiamy siebie, własną duszę. Kiedy utrzymujemy farmę rodzinną, utrzymujemy rolnictwo. Dobra wiadomość - zauważył prelegent - jest taka, że Polska nie musi już się tego uczyć, ponieważ już to wie. I wreszcie, Chesterton uważał, że najbardziej potrzebujemy nie rzeczy, ale siebie nawzajem. Dystrybucjonizm jest bowiem, nie tyle teorią ekonomiczną, co moralną antropologią. Jest próbą wyrażenia podaży i popytu; wizją społeczeństwa cnotliwego, w którym samo utrzymujące się społeczności, dbają o siebie nawzajem bez wtrącania się w państwa. Jest to inny rytm życia. Podsumowując prelegent podkreślił, że Chesterton zawsze był po stronie zwykłych ludzi. Tłum ludzi stoi na własnych nogach, wówczas kiedy stoi na własnej ziemi.

O tym, że zdaniem Chestertona zarówno socjalizm jak i kapitalizm prowadzi do centralizacji własności, przypomniał w swoim wykładzie Tymoteusz Zych z Uniwersytetu Warszawskiego. Z tą różnicą, że w przypadku kapitalizmu własność jest w rękach oligarchii, a w przypadku socjalizmu w rękach państwa. W obu systemach nie istnieją ideały, jest jedynie rachunek ekonomiczny.

Bolszewizm najlepszym sojusznikiem kapitalizmu?

Zych niezwykle barwnie zobrazował postrzeganie przez Chestertona krytykowanych systemów. Socjalizm określił on mianem lepszego więzienia, zaś kapitalizm widział jako gorsze więzienie. - Nie ma przy tym wątpliwości, że lepiej jest przebywać w gorszym więzieniu, bo z takiego łatwiej jest uciec, strażnicy są mniej zorganizowani, jest stare, brudne i skorumpowane, co się wiąże z tym, że czasami można przekupić strażników, przemycić alkohol i pić go z innymi współwięźniami. Natomiast to lepsze więzienie, jest skrajne etatystyczne.

Chesterton uważał, że socjalizm jest systemem dużo bardziej labilnym (chwiejnym). Jest tak daleki od poglądu właściwego, od ładu, który daje możliwość trwałej regulacji stosunków między ludźmi, że w pewnym momencie upadnie. Co więcej, upadając utrwali niejako kapitalizm. A kapitalizm plutokratyczny będzie się wówczas jawić jako rzeczywistość normalna.

Gilbert Chesterton o kapitalizmie mówił tak: relacja między człowiekiem, a jego pracą, człowiekiem a jego narzędziami, człowiekiem a jego dziełem są odrealnione. Ci ludzie sami są używani jak narzędzia. Są kupowani i sprzedawani dokładnie tak, jak wytwarzane przez nich produkty - przypomniał Zych.

Własność powinna być przekazywania nie tle jednostkom, co przede wszystkim rodzinom, ze względu na konieczność utrzymania tych rodzin. Z własnością wiąże się poczucie odpowiedzialności; własność jest gwarancją wolności nieograniczonej lecz odpowiedzialnej. W ujęciu chestertenowskim własność ma być pomocna do rozwijania cnót. Zatem własność nie dla własności, ale własność dla potrzeby życia społecznego, rodzinnego. I wreszcie, własność jako instrument sprzyja rozwijaniu się w cnotach – podsumował Zych. Własność, w ujęciu Chestertona, powinna być jak najszerzej rozdystrybuowana, co - zauważmy - stoi w wyraźnej sprzeczności z celami i dążeniami przywódców tworu, w jakim się znajdujemy, o nazwie Unia Europejska.

Agnieszka Piwar

© WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chesterton
PostNapisane: 28 sty 2015, 07:50 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30924
ZABOBON ROZWODU

G.K. Chesterton, „Zabobon rozwodu”, Wyd. Diecezjalne, Sandomierz. 2012

Rozdział trzeci.

Od dawna próbuje się w dziwnie konsekwent­ny sposób ukryć fakt, że Francja jest chrześ­cijańskim krajem. Niewątpliwie uczestniczyli w tym spisku Francuzi, i niewątpliwie również Francuzi - choć ja sam spotkałem się tu jedynie z Anglikami - na tej samej zasadzie próbowa­li ukryć fakt, że Balzak był chrześcijańskim pi­sarzem. Zacząłem czytać Balzaka na długo po przeczytaniu jego wielbicieli; nigdy nie napo­mknęli oni o tej prawdzie. Dowiedziałem się, że jego książki miały żółtą oprawę i były "całkiem bezczelnie francuskie”, choć mogło nie być dla mnie jasne, dlaczego bycie francuskim miało być bezczelnością u Francuza. Czytałem bardziej prawdziwy opis "realistycznego czarodzie­ja Komedii ludzkiej" i przekonałem się o jego prawdziwości.

Balzak z pewnością jest geniu­szem podobnym do opisywanego przez siebie artysty, który potrafił narysować miotłę w taki sposób, że wiadomo było, że zamieciono nią po­kój po morderstwie. Meble są u Balzaka bardziej ożywione niż postacie w wielu sztukach. Na to byłem przygotowany, ale nie na pewne ducho­we założenie, które od razu uznałem za zjawisko historyczne. Moralność wielkich pisarzy nie jest moralnością, której uczą, ale moralnością, którą milcząco przyjmują. Książki Balzaka przenika katolicka etyka chrześcijańska, dokładnie tak, jak purytańska etyka chrześcijańska przenika książki Bunyana (1628-1688). Jakie miał poglądy, tego nie wiem, tak jak nie wiem, jakie miał Szekspir. Wiem jednak, że ci obydwaj wielcy twórcy og­romnego świata zbudowali go na tym samym podstawowym planie moralnym, na jakim opie­ra się wszechświat Dantego, co widać, gdy po­równa się ich z innymi i późniejszymi autorami. Będzie to jasne dla każdego, kto zastosuje jako test prawdę, o której wspomniałem, mianowi­cie, że podstawowe są w człowieku nie te rzeczy, które wyjaśnia, ale raczej te, które zapomina wy­jaśnić. Tu i ówdzie jednak Balzak wyjaśnia, i to z owym intelektualnym skupieniem, które jak zauważył wnikliwie pan George Moore (1852-1933), poja­wia się u tego powieściopisarza, gdy staje się teo­retykiem.

A kilka dni temu znalazłem w którejś z powieści Balzaka pewien fragment, który, bez względu na to, czy dokładnie odpowiada obec­nemu nastrojowi pana George'a Moore'a czy nie, wydaje mi się doskonałym proroctwem do­tyczącym obecnej epoki; mógłby być również mottem tej książki: ..Wraz z utratą jedności ro­dziny społeczeństwo utraciło ową elementarną siłę, którą Monteskiusz zdefiniował i nazwał«honorem». Społeczeństwo wyizolowało swoich członków, aby lepiej nimi rządzić; podzieliło, by osłabić.

Za naszej młodości i w latach poprzedza­jących wojnę, ówczesna krytyka naśladowała Ibsena, przedstawiając rodzinę jako dom lalek, a matkę i żonę jako lalkę. Pan Bernard Shaw zmodyfikował metaforę, mówiąc że wyłącznie zwyczaj trzyma kobietę w domu, jak papugę w klatce, a sztuki i opowieści z tego okresu kre­ślą sugestywnie obraz kobiety przypominającej papugę także pod innymi względami - boga­to odzianej, skrzeczącej przenikliwym głosem i mówiącej raz po raz to, co nauczono ją mówić. Pan Granville-Barker, duchowe dziecko pana Bernarda Shawa, poruszył w swojej inteligent­nej sztuce The Voysey Inheritance temat tyranii, hipokryzji i nudy jako elementów składowych "szczęśliwego angielskiego domu”. Pomijając na chwilę kwestię prawdziwości tej krytyki, trzeba podkreślić, że owa konwencjonalność byłaby jeszcze bardziej typowa dla szczęśliwego fran­cuskiego domu.

To nie dom Anglika, ale dom Francuza jest jego twierdzą. Można by dodać - przynajmniej w tym, co dotyczy zasadnicze­go etycznego poglądu na relacje między płcia­mi - że twierdzą jest również dom Irlandczyka, chociaż od paru stuleci jest on oblężoną twier­dzą. W każdym razie konwencje, o których mó­wiono, że czynią życie domowe nudnym, ogra­niczonym oraz nienaturalnie potulnym i ule­głym, są szczególnie silne wśród Irlandczyków i Francuzów. Nietrudno stąd będzie każdemu przytomnemu i logicznemu myślicielowi wy­wnioskować, że Francuzi są nudni i ograniczeni, a Irlandczycy nienaturalnie potulni i ulegli. Pan Bernard Shaw, będąc Irlandczykiem żyjącym pośród Anglików, może posłużyć jako typowy przykład omawianej różnicy. Niewątpliwie an­gielscy polityczni przyjaciele pana Shawa będą bardziej dzikimi rewolucjonistami od tych, któ­rych znalazłby wśród Irlandczyków. Możemy porównać potulność Fenian z furią Fabian. Ten otępiający monogamiczny ideał może na­wet, w szerszym sensie, określić i odróżnić mdłą służalczość Clare (hrabstwo w Irlandii) od całej tej płomiennej re­wolucji Clapham (dzielnica Londynu). Nie musimy szukać daleko, by zrozumieć, dlaczego rewolucje są nieznane w historii Francji albo dlaczego stale mają miej­sce w bardziej nieokreślonej polityce Anglii. Owa surowość i przyzwoitość z pewnością mu­szą stanowić wyjaśnienie całej tej niezdolności do wszelkich społecznych eksperymentów lub eksplozji, która zawsze charakteryzowała tę sen­ną wioskę, złożoną z bardzo prywatnych do­mów, zwaną Paryżem. Ale to samo jest prawdą nie tylko o paryżanach, ale i o chłopach, a nawet o innych chłopach należących do tego wielkiego przymierza. Badacze serbskich tradycji twier­dzą, że tamtejsza literatura chłopska potępia niewierność małżeńską szczególnym przekleństwem, co być może należycie wyjaśnia, dlacze­go ów naród krytykowany jest za swój potulny pacyfizm.

Mówiąc prościej, widać wyraźnie, iż coś jest nie tak w rozumowaniu, że gospodyni domo­wa to zwykła służąca i pokojówka, a udomo­wiony mężczyzna to typ łagodny jak pierwio­snek lub konserwatywny jak Primrose League. Dokładnie ci, którzy są konserwatywni w spra­wach rodzinnych, są rewolucyjni w sprawach państwowych. Ci, których obwinia się o bigo­terię lub burżuazyjne samozadowolenie z mał­żeńskich konwencji, to tak naprawdę ci sami, których obwinia się za wywrotowość i gwałtow­ność ich politycznych reform. Nie nastręcza też poważnych trudności znalezienie przyczyny. Po prostu w takim społeczeństwie władza, w swoich stosunkach z rodziną, ma do czynienia z czymś niemal tak trwałym i samo odnawiającym się jak ona sama. Może istnieć ciągła polityka rodziny, tak jak ciągła polityka zagraniczna. W krajach rolniczych rodzina walczy, można by niemal powiedzieć, że walczy gospodarstwo rolne. Nie chodzi mi tylko o zamieszki w okresach złych i wyjątkowych, choć nie jest to sprawa bez zna­czenia. Kiedy Irlandki wylewały z okien wrzą­tek podczas irlandzkich eksmisji, postępowały brutalnie, ale rozsądnie. Było to częścią despe­rackiej strategii używania prywatnych narzędzi jako publicznej broni. Była to nie tylko wojna na noże, ale niemal na widelce i łyżki. Być może w owym ponurym sensie Parnell powiedział, że czajnik [„kettle”, też nazwisko irlandzkiego polityka] znają w Irlandii w każdym domu (z pewnością powinno tak być po jego później­szych sukcesach).

W bardziej ogólnym sensie, pewne jest, że kto zadziera z gospodynią domo­wą, będzie się zwijał jak mucha w ukropie. Nie takie jednak fizyczne zmagania mam na myśli, ale nieustanną, pokojową i oddolną presję tysią­ca rodzin na strukturę władzy. Do tego niezbędna jest pewna atmosfera obrony i odgrodzenia. Nawet feudalizm słusznie przeczuwał, że każda taka sprawa honoru musi być sprawą rodzin­ną. Prawdziwie artystyczny był instynkt przed­stawiający rodowód na tarczy chroniącej ciało. Wolny chłop ma broń, nawet jeśli nie ma her­bu. Nie ma tarczy herbowej, ale ma tarczę. Nie widzę powodu, dla którego w bardziej wolnym i szczęśliwym społeczeństwie niż obecne, a na­wet przeszłe, nie miałaby to być tarcza herbowa. Do rodowodu bowiem stosuje się to samo, co do własności; złe jest nie to, że się go ludziom narzuca, ale że się im go odmawia. Zbyt wiele kapitalizmu nie oznacza zbyt wielu kapitalistów, ale zbyt niewielu; arystokracja zaś grzeszy nie tym, że sadzi drzewa genealogiczne, ale że nie sadzi całego ich lasu.

W każdym razie praktyka pokazuje, że oby­watel mający rodzinę może przetrzymać oblę­żenie, nawet ze strony państwa, ponieważ ma kogoś, kto będzie stać przy nim na dobre i na złe - szczególnie na złe. Otóż ci, którzy twierdzą, że państwo może stać się zdolne do posiadania wszystkiego i do zarządzania wszystkim) mogą stale lekceważyć ten argument. Można jednak powiedzieć, z całym szacunkiem, że świat co­raz bardziej lekceważy ich samych. Gdybyśmy mogli znaleźć doskonałą maszynę i doskonałe­go człowieka, który by ją obsługiwał, byłby to dobry argument za socjalizmem państwowym, ale i równie dobry argument za osobistym de­spotyzmem.

Jednak większość z nas, jak sobie wyobrażam, zgadza się obecnie, że jakaś oddol­na społeczna presja, którą nazywamy wolnością, jest niezbędna dla zdrowia państwa. Nie może ona jednak być wywierana przez jednostki, ale tylko przez grupy i tradycje. Grup takich było i jest wiele, na przykład klasztory i gildie. Ale wśród nich jest tylko jedna, która u wszystkich ludzi wywołuje spontaniczną i powszechną in­spirację do jej założenia, a jest to rodzina.

Planowałem, że ten artykuł będzie ostatnim z serii przedstawiającej w zarysie elementy tej debaty, ale będę musiał dodać krótkie zakończe­nie o tym, jak wszystko to pomija się w praktycz­nych (a raczej niepraktycznych) propozycjach dotyczących rozwodów. W tym miejscu powiem tylko, że są one naznaczone współczesną i cho­robliwą słabością polegającą na tym, że zawsze poświęca się normalność na rzecz nienormalno­ści. Tak naprawdę "tyrania, hipokryzja i nuda”, na które się utyskuje, to nie życie rodzinne, ale rozkład życia rodzinnego. Przypadek tej właśnie skargi w sztuce pana Granville- Barkera jest na to sam w sobie dowodem. Przecież w The Voysey lnheritance chodzi właśnie o to, że nie było żad­nego spadku rodziny Voyseyów. Jedynym ich spadkiem był wysoce haniebny dług. Oczywiście ich rodzinne uczucia wygasły, kiedy rozpadł się cały ich ideał własności i nieposzkalowanej uczciwości; pomiędzy tymi złodziejami niewiele było miłości, jak i niewiele honoru. Należałoby jeszcze udowodnić. że byliby równie znudzeni. gdyby mieli pozytywne, a nie negatywne dzie­dzictwo i zajmowali się rolnictwem zamiast oszustwami. Doświadczenie ludzkości wskazuje bowiem inaczej.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=80


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chesterton
PostNapisane: 30 sty 2015, 20:39 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30924
Wszyscyśmy z Chestertona

Piotr Legutko

Walczy z systemem, śpiewa muzykę dawną i wielbi autora „Ortodoksji”. Właśnie napisał jego biografię.

Socjolog Jarema Piekutowski jest postawnym mężczyzną, ale – jak sam podkreśla – do Chestertona sporo wagi mu brakuje. Gdy odczytuję jego długi biogram, pełen bardzo różnych aktywności, dorzuca: „uczę się także boksu i tańca”. W PKD własnej firmy ma wpisane: „działalność artystyczna wykonywana osobiście”. Pracuje głównie słowem. Na koncie facebookowym, w miejscu, w którym określa się własne poglądy polityczne, ma wpisany „dystrybucjonizm”. Dla wtajemniczonych to znak „ukąszenia” Chestertonem, bo właśnie angielski pisarz (i kandydat na ołtarze) był współtwórcą tej oryginalnej koncepcji ustrojowej – w połowie drogi między kapitalizmem a socjalizmem. Ale Piekutowski wyraźnie szuka własnej, „trzeciej drogi”. Promuje tworzenie małych wspólnot, opartych na drobnej własności, skupionych na pomocy najsłabszym. W tekście, który niedawno opublikował w „Więzi”, cytuje Thomasa Mertona: „nie ma ładu społecznego bez świętych”.

Jest życie!

Droga Piekutowskiego do G.K. Chestertona była długa jak trasa pociągu Przemyśl–Szczecin. Metafora nie jest przypadkowa. To właśnie pokonując kraj po przekątnej, nocą, młody socjolog przeczytał po raz pierwszy „Ortodoksję”. – I to była prawdziwa bomba. Jakby ktoś rozwalił duszne, czarne dekoracje i ukazał światło. Więc jednak jest życie! – nie kryje i dziś entuzjazmu.
Chestertona „polecił” mu C.S. Lewis. – Przeczytałem „Tę ohydną siłę”, która do dziś jest jedną z najważniejszych dla mnie książek, i przy okazji natknąłem się na wzmiankę, że Chesterton był dla Lewisa jedną z inspiracji – wyjaśnia. Entuzjazm pojawił się w samą porę, bo podróżny był wówczas w poważnym dołku. – W moim życiu duchowym zaczęły się naprawdę solidne dylematy. Otaczał mnie katolicyzm ponury, polegający przede wszystkim na zakazach, na ascezie, bolesnym trudzie i odrzuceniu świata. Brakowało w nim życia. Za dużo było śmierci, za mało zmartwychwstania – opisuje Piekutowski. I oto nagle w „Ortodoksji” przeczytał zdanie, że w chrześcijaństwie nie ma nic połowicznego i zarazem niczego tu nie brakuje, bo jest jednocześnie 100 proc. smutku i 100 proc. radości. – Zrozumiałem, że smutek ma swoje miejsce na równi z radością, że asceza jest potrzebna obok korzystania z uciech świata, ale nie zamiast nich. I tak, metodą paradoksów, Chesterton poukładał mi wszystko w spójną, zdroworozsądkową całość – mówi późniejszy autor jego biografii. Wtedy, w pociągu, poczuł, że „to jest to”. Choć przecież konwersji doświadczył sam już 8 lat wcześniej.

Tam mnie dopadło…

Dlaczego przestał być ewangelikiem? Nie pod wpływem lektur, ale swoistego olśnienia. Nie w pociągu, ale i nie w rodzinnym Szczecinie. – Kiedyś wybrałem się do Krakowa z dwójką przyjaciół: jeden był zdeklarowanym katolikiem, drugi ateistą. Była akurat niedziela, więc ustaliliśmy, że katolik pójdzie do swojego, a ja do swojego kościoła, ateista zaś do baru mlecznego – wspomina. Pamięta, że w ewangelickiej świątyni przy ulicy Grodzkiej doświadczył poczucia dojmującej pustki. Wstąpił więc do położonej nieopodal bazyliki ojców dominikanów. – Tam mnie dopadło… 800 lat monastycznej tradycji i powaliło na kolana. A potem odwiedziłem franciszkanów, zobaczyłem witraż Wyspiańskiego i od razu chciałem przystąpić do Komunii – śmieje się dziś z gwałtowności tamtego zauroczenia. Przyznaje, że jego konwersja na katolicyzm miała wówczas w dużej mierze podłoże estetyczne. Z niego pewnie też wzięło się późniejsze zamiłowanie do chwalenia Pana śpiewem – w zespole „Pomerania Ensamble”. A potem pojawił się jeszcze komponent mistyczny. Fascynacja medytacją, pismami Ojców Pustyni, Mertonem. – Bywałem w lubińskim klasztorze benedyktynów. Nadal bardzo inspiruje mnie chrześcijański Wschód. Podobnie jak Tomasz Budzyński jestem „dzikim człowiekiem ze Wschodu” – deklaruje Jarema Piekutowski.

Wiktoriańskie klimaty

A Chesterton? W czasach, gdy jego biograf wyrósł już z Bahdaja i Niziurskiego, wpadła mu w ręce „Latająca gospoda”. I zaraz wypadła. Z lekkim zażenowaniem przyznaje, że był wtedy pod wpływem innej literatury, bardziej porywał go „Ptasiek” Whartona niż poczciwe brytyjskie ględzenie. I trzeba było wielu lat, by Piekutowski odkrył „olbrzyma o olbrzymim sercu”, jak dziś z czułością wyraża się o Chestertonie.
To pewnie trochę jak z muzyką. Czasem coś nam równie szybko w ucho wpada… jak wypada. A inna „muza” najpierw wydaje się nudna, obojętna, by z czasem całkowicie nami zawładnąć. Autor „Przygód księdza Browna” wyrzucony drzwiami z domu Piekutowskich, powrócił oknem. I całkowicie zawładnął gospodarzem.
Widać to na każdej stronie wydanej właśnie biografii „G. K. Chesterton. Geniusz ortodoksji”. Nie jest to spisane przy użyciu szkiełka i oka kompendium wiedzy o wybitnym pisarzu. Piekutowski wybrał fabułę… à la Chesterton. Są tu skrzące się paradoksem dialogi, malownicze opisy i wiktoriańskie klimaty.

Ejże, popraw to zdanie

Sam Jarema Piekutowski, znany dotąd czytelnikom i przyjaciołom jako socjolog, zaskakuje czytelnika oryginalnym podejściem do biografii twórcy dystrybucjonizmu. Widzi w nim nie ideologa, ale subtelnego i wrażliwego poetę, kochającego życie, zmagającego się z problemami materialnymi i wielbiącego żonę – Frances. Człowieka rozdartego pomiędzy miłość (do kobiety, wiernej anglikańskiemu Kościołowi) a rosnącą z każdym rokiem tęsknotę za katolicyzmem. Chesterton w książce Piekutowskiego na pewno nie jest „papierowym bohaterem”. – I dzięki temu doskonale wpisuje się w toczącą się właśnie debatę nad jego świętością – zauważa Dominika Sozańska, socjolog religii, zwracając uwagę, że Kościół wynosi ostatnio na ołtarze właśnie takich ludzi, mocno zaangażowanych w życie, świadków Chrystusa, a zarazem zwyczajnych małżonków, aktywnych obywateli.

Autor biografii pytany, na ile ten – mocno fabularny – portret faktycznie oddaje postać pisarza, odpowiada: – Choć jestem sceptykiem względem modlitwy wstawienniczej, to uprawiałem ją, być może w nie do końca ortodoksyjnej wersji, zakładając, że Chesterton jest teraz gdzieś blisko Wielkiego Redaktora. Zwracałem się do niego uprzejmie i po dżentelmeńsku, żeby może słówko Mu szepnął. I – choć może to być wytwór wyobraźni – podczas pisania czułem nieraz cichą obecność jego i jego żony Frances. Nieraz w postaci napomnienia: „Ejże, popraw to zdanie”.

Nie potrafimy rozmawiać

Piekutowski samokrytycznie przyznaje: „wygląda na to, że jestem hagiografem”. Trudno bowiem oprzeć się urokowi jego bohatera. I czasów, w których ludzie o całkowicie odmiennych poglądach potrafili spierać się z wielką klasą, kulturą i angielskim poczuciem humoru. – Niedawno na Facebooku zamieściłem fotografię Chestertona, George’a Bernarda Shawa i Hilaire’a Belloca. Z dedykacją dla moich przyjaciół z różnych stron politycznej barykady i z pytaniem: dlaczego dziś nie potraficie tak ze sobą rozmawiać jak oni wtedy? A przecież różniły ich kwestie fundamentalne, potrafili być także w krytyce swoich poglądów bardzo wyraziści – mówi J. Piekutowski.

Jako socjolog wciąż czeka na polskie wydanie „Zarysu zdrowego rozsądku”, książki, w której Chesterton zawarł swoją wizję idealnego społeczeństwa. – Być może hasło „trzy akry i krowa” wydaje się nam dziś anachroniczne, ale duch dystrybucjonizmu, płomienna obrona prawa własności, decentralizacji, różnorodności i przedsiębiorczości są wciąż żywe – zapewnia Piekutowski. Sam szczególnie ceni w jego publicystyce element antysystemowy i antykorporacyjny. I pewnie sporo z Chestertona znajdziemy w opublikowanym niedawno w „Więzi” tekście „Od systemu do człowieka”. Nie jest to program polityczny autora, raczej pochwała oddolnej inicjatywy. „Świetnym tego przykładem są zakładane w miastach kooperatywy spożywcze, w ramach których grupa ludzi decyduje się na kupowanie naturalnych produktów bezpośrednio od rolników. Nawet niewielkie akcje podejmowane przez grupy sąsiadów mogą stanowić zalążek dla tworzenia międzyludzkich wspólnot” – pisze Piekutowski.

Przekłada też na konkretne rekomendacje swoją fascynację Jeanem Vanierem, za którym proponuje przejście od myślenia typu „wspólnota dla mnie” do myślenia „ja dla wspólnoty”. – Ostatnio niezwykle ważne są też dla mnie spotkania z niepełnosprawnymi przyjaciółmi we wspólnocie „Wiara i Światło”. To ludzie pełni życia, o którym my nieraz nie możemy nawet pomarzyć – mówi Piekutowski, który kocha życie pewnie nie mniej niż jego mistrz i bohater.

http://gosc.pl/doc/1766920.Wszyscysmy-z-Chestertona


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chesterton
PostNapisane: 14 lut 2015, 07:55 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30924
Obrońca Rozumu

O pożytkach z czytania Chestertona napisano już – także na tych łamach – wiele. Ale przecież za każdym razem, gdy otrzymujemy do rąk nowy tom jego pism, to zawsze wrażenie jest to samo – odkrywkowa kopalnia klejnotów zdrowego rozsądku, błyskotliwej i głębokiej analizy, kosztowności, które świecą pełnym blaskiem do dzisiaj. Bo myśli wielkiego Anglika nic nie tracą na aktualności. To doskonałe antidotum na wszechobecną WMM (Wspólną Mowę Mainstreamu).

Nową porcję tego lekarstwa otrzymujemy w postaci kolejnego tomu publicystyki G. K. Chestertona „Obrona rozumu” (Fronda 2014, w tłumaczeniu niestrudzonej Jagi Rydzewskiej). Czytając te teksty, pisane niemal osiemdziesiąt lat temu, niejednokrotnie miałem wrażenie jakby autor uczestniczył w bieżących sporach i zbijał coraz to nowe absurdy i zabobony WMM ujawniające się w naszych czasach.

Zmarły w 1936 roku Chesterton walczył więc z zabobonem o islamie jako „religii pokoju”, która w swoim wnętrzu skrywa – jak przekonuje współczesna wersja WMM – „tylko radykalną mniejszość”. I tutaj wkracza Doktor Chesterton, niezwykle skuteczny Obrońca Rozumu diagnozuje: „Owszem, to prawda, że wśród wyznawców każdej religii są dobrzy ludzie – w tym sensie, że wszędzie żyją ludzie, którzy szczerze chcą czynić dobro. To jednak nie znaczy, że wszyscy oni będą zawsze czynić to samo. Mieszkaniec odległego kontynentu lub odległego stulecia może być równie dobry jak najlepsi z nas – duchowo zdyscyplinowany, pełen wzniosłych aspiracji, wielkoduszny, uczynny, szczery. Nie powinniśmy się jednak dziwić, jeśli żywi też niejaką skłonność, powiedzmy, do podrzynania ludziom gardła w imię swoich bóstw. To, co uznajemy za dobre, zależy całkowicie od naszego religijnego światopoglądu”.

No cóż, jak przystało na porządnego, trzeźwo myślącego człowieka Chesterton był „islamofobem”. Pisał: „Muzułmanie posiadają wiele podziwu godnych zalet, takich jak odwaga, trzeźwość, nieustraszoność, gościnność, osobista godność, żarliwa wiara religijna. Wszystko to są cechy bardzo dobre. Musimy jednak stawić czoła tej przerażającej prawdzie, że równocześnie posiadają pewną inną cechę, która nie wynika z ich osobistych wad ani grzechów, lecz została im wpojona w sposób systematyczny i stanowczy przez ich religijny światopogląd – głęboką pogardę dla ludzkiego życia, własnego i cudzego. Dlatego nasza cywilizacja jest i musi być w stanie wojny z islamem, i jest to wojna religijna, czy też, jeśli wolicie, wojna filozoficzna. Musimy być przeciwko nim, ponieważ ich myśli i czyny, a raczej ich myśli i dlatego czyny, są skierowane przeciw wszystkiemu, co stanowi o naszej tożsamości”.

Dla mnie jako historyka zajmującego się od lat dziejami Niemiec (zwłaszcza Prus) szczególnie interesująco oraz inspirująco brzmią spostrzeżenia Chestertona o kondycji duchowej naszych zachodnich sąsiadów. Zważywszy na znaczenie (niestety coraz większe), jakie odgrywa Kościół niemiecki w kluczowych sprawach Kościoła powszechnego, te uwagi koniecznie trzeba przeczytać i przemyśleć. Także w tej sprawie Obrońca Rozumu ma nam coś ważnego do powiedzenia, zauważając na przykład, że „w Niemczech i generalnie w północnych krajach kontynentu panuje odmienna duchowa atmosfera. Jest to atmosfera introspektywnej melancholii i czegoś, co można by określić jako obrażalskie duchowe naburmuszenie; aura sceptycyzmu ze szczyptą sentymentalizmu – i z tej mieszanki rodzi się pesymizm”.

Dość poczytać tzw. krytyczną teologię niemiecką (także tą, która określa sama siebie mianem katolickiej), by się przekonać, że i tym razem Chesterton trafił w samo sedno. „Obrażalskie duchowe naburmuszenie” – najkrótsza i najtrafniejsza definicja poszukiwaczy „historycznego Jezusa” i egzegetów Ewangelii bez Boga – Człowieka.

A przecież w „Obronie rozumu” temat niemiecki przewija się niejednokrotnie. Jak choćby w kapitalnej analizie czym dla „temperatury duchowej chrześcijaństwa” było spotkanie „dwóch oschłych, chudych mężczyzn o kamiennych twarzach” (króla Prus Fryderyka II i Woltera).

Dla polskiego czytelnika, atakowanego co rusz „pedagogiką wstydu” za „ciemne karty polskiej historii”, jak oddech świeżego powietrza smakują uwagi Anglika o Polsce – pełne niekłamanego podziwu i uznania dla „wielkiej, katolickiej cywilizacji Polski”.

I pomyśleć, że „Obronę rozumu” dotowało ministerstwo kultury i dziedzictwa narodowego….

http://www.pch24.pl/obronca-rozumu,33602,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chesterton
PostNapisane: 22 sty 2017, 08:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://konserwatyzm.pl/artykul/23921/wy ... on-polska/

Wystartował serwis Chesterton Polska
By Magdalena Zietek on 19 stycznia 2017 Ogłoszenia

Mamy dla Państwa noworoczny prezent: otóż właśnie wystartował serwis Chesterton Polska, a znajdą tam Państwo m.in. darmowy ebook pt. „Charles Dickens”. Zapraszamy gorąco, a jeśli to tylko możliwe to również prośba o podzielenie się niniejszą wiadomością z rodziną i znajomymi. Serdeczne Bóg zapłać!
O nas

Dwóch ludzi, dwa światy, jedna pasja. Dzieli nas wiele, przede wszystkim zawrotna przestrzeń całej Europy. Łączy: miłość do pisarstwa Gilberta Keitha Chestertona. Ta strona jest od nas dla Państwa – abyście Wy również poznali i pokochali fascynujący świat jednego z najpiękniejszych umysłów, najlżejszych piór i największych serc XX wieku; być może od trochę innej strony…

Czytelniku — aperi et lege!

Wesprzyj inicjatywę:

Chcielibyśmy, aby Chesterton był w Polsce jak najszerzej znany i czytany, dlatego też każda pomoc będzie bardzo, ale to bardzo mile widziana. W tym wypadku, może ona przybierać cztery podstawowe formy.

A zatem, pomagać można:

1. Modlitwą – bo jeśli Pan domu nie zbuduje, próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą.
2. Promocją – prosimy o komentowanie i rozpowszechnianie wieści o stronie wśród rodziny, przyjaciół i znajomych – wszędzie gdzie się tylko da! – o zachęcanie do lektury tekstów i pobierania e-booków. Będzie to dla nas źródłem radości i motywacji do działania.
3. Pracą – propozycje przekładów tekstów Chestertona i wszelkie inne pomysły można nadsyłać na adres redakcyjny – poniżej zamieszczamy formularz kontaktowy. Interesują nas przede wszystkim teksty w Polsce nieznane, nieszablonowe, wnoszące w rozumienie myśli GKC coś świeżego.
4. Pieniądzem – strona ma charakter niekomercyjny, wszystkich Czytelników skłonnych udzielić wsparcia materialnego prosimy o wpłatę darowizny na fundusz translatorski najaktywniejszego z naszych tłumaczy, p. Macieja Wąsa (nr konta: 02 1060 0076 0000 3120 0001 5103 – Bank BPH). Darowizny są kwestią ściśle dobrowolną i pomogą nam trwać w wysiłkach uwalniania twórczości GKC nad Wisłą.

Bo, szanowni Państwo: „Every citizen is a revolution!”

Maciej Wąs, Paweł Kaliniecki

http://chestertonpolska.org/

Magdalena Zietek


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chesterton
PostNapisane: 15 lip 2017, 20:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://3droga.pl/idea/gilbert-keith-che ... -z-polski/

Gilbert Keith Chesterton: Wspomnienia z Polski

Obrazek

Kiedy udałem się do Polski, rząd zaszczycił mnie oficjalnym zaproszeniem, ale gościnność, z jaką mnie podjęto, była daleka od wszelkiej oficjalności. W Warszawie jest coś w rodzaju podziemnej karczmy, gdzie pije się tokaj, który wyleczyłby z oficjalności każdego oficjela. Tam śpiewano polskie pieśni marszowe. Kraków jest teraz miastem nawet bardziej narodowym, ponieważ nie jest stolicą; jego sekrety lepiej znają ludzie tacy jak profesor Roman Dyboski niż ktokolwiek zajmujący się sprawowaniem rządów. Zorientowałem się, jak trudna jest polska polityka – przynajmniej na tyle, by wiedzieć, że w gazetach wypisuje się same bzdury na temat tak zwanego polskiego korytarza. Najsłuszniejsze uogólnienie jest takie: lepiej by zrozumiano ostatnie wydarzenia, gdyby każdy pojął ten oczywisty fakt, że Polacy muszą zawsze wybierać mniejsze zło. Rozmawiałem z Piłsudskim i ten wspaniały, ale dość ponury stary żołnierz powiedział mi, że z dwojga złego woli Niemcy niż Rosję. Wiadomo natomiast, że jego rywal Dmowski, który także podejmował nas wspaniale w swoim wiejskim ustroniu, z dwojga złego woli Rosję. Spotkałem tego interesującego człowieka wcześniej; przyprowadził go do mojego domu doktor Sarolea. Belg zaczął we właściwy sobie szelmowski sposób drwić z Polaka, wypominając mu przekonująco antysemityzm: „Przecież Pana religia pochodzi od Żydów”. Na co Polak odparł: „Moja religia pochodzi od Jezusa Chrystusa, którego Żydzi zamordowali”.

Piłsudski, entuzjasta Wilna, był również bardzo życzliwie nastawiony do Litwy, mimo że Polaków i Litwinów dzielił wówczas spór. Później poznałem na granicy historyczne miejsce, gdzie oba narody żyją w pokoju, nawet kiedy ze sobą wojują.

Jechałem samochodem z pewną Polką, osobą bardzo dowcipną i obeznaną z całą Europą, w tym również z Anglią (co jest barbarzyńskim zwyczajem Słowian). Gdy zatrzymaliśmy się obok bramy prowadzącej do bocznej uliczki, ton jej głosu się zmienił i stał się niejako chłodny. Powiedziała tylko: „Nie możemy tu wjechać”. Zdziwiłem się, gdyż brama była szeroka, a uliczka – jak się zdawało – przejezdna. Kiedy przechodziliśmy pod bramą, rzekła tym samym bezbarwnym głosem: „Niech pan zdejmie kapelusz!”. I wtedy spojrzałem na uliczkę, którą wypełniał tłum ludzi zwróconych w naszą stronę i klęczących na ziemi. Poczułem się tak, jakby ktoś stał za mną albo nad moją głową unosił się jakiś dziwny ptak. Rozejrzałem się i nad bramą zobaczyłem wielkie otwarte okna, a w środku komnatę pełną złota i kolorów – z tyłu był obraz. Cała scena, którą miałem przed oczami, była jak przedstawienie przywołujące wspomnienie mostu z dziecięcego teatrzyku. Wtedy zrozumiałem, że patrzę na pradawny i wspaniały blask Mszy.

Dodam jeszcze jedno wspomnienie. Poznałem młodego hrabiego, którego ogromny i kosztowny dwór, zbudowany w dawnym stylu (bo on sam miał zupełnie inny gust), został spalony i obrócony w ruinę przez Armię Czerwoną wycofującą się po bitwie o Warszawę. Widząc tak wielką stertę roztrzaskanego marmuru oraz spalonych i zniszczonych gobelinów, ktoś z nas powiedział: „To musi być straszne, widzieć swój dawny dom rodzinny tak zrujnowany”. Jednak ten człowiek, którego wszystkie gesty były bardzo młodzieńcze, wzruszył ramionami i zaśmiał się, choć jednocześnie wyglądał na trochę smutnego. „Nie winię ich za to – odparł. – Sam byłem żołnierzem w tej samej kampanii i znam te pokusy. Wiem, co czuje człowiek padający ze zmęczenia i zimna, który pyta samego siebie, jakie znaczenie mają czyjeś fotele i zasłony, kiedy on potrzebuje na noc opału. Po tej czy po drugiej stronie wszyscy byliśmy żołnierzami. To ciężkie i potworne życie. Nie mam im wcale za złe tego, co tu zrobili. Tylko jednego nie mogę im darować. Chodźcie, pokażę wam.”

Prowadził nas długą aleją wysadzaną topolami. Na końcu stała figura Matki Bożej z odstrzeloną głową i rękami. Ale ręce były przedtem wzniesione i to właśnie okal1eczenie sprawiło, że Jej gest wstawienniczy stał się jeszcze bardziej wymowny, jako błaganie o litość dla bezlitosnego rodzaju ludzkiego.

Tekst jest fragmentem książki GK Chestertona „Autobiografia” (385-387),


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chesterton
PostNapisane: 21 paź 2017, 08:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://kontrrewolucja.net/kultura/recen ... konwertyty

Nawrócenia konwertyty
19 stycznia 201719 stycznia 2017 Aleksandra Moskwa

Obrazek
G. K. Chesterton, „Źródło i mielizny”, Wydawnictwo Fronda


Gilbert Keith Chesterton był nawróconym na katolicyzm anglikaninem – do konwersji skłoniły go przede wszystkim jego konserwatywne poglądy oraz bardzo krytyczny stosunek do socjalizmu. Kościół anglikański, a także pozostałe odłamy protestanckie, były dla niego zbyt otwarte na postęp i laicyzację, przez co zatraciły prawdziwy sens wiary i odeszły od idei chrześcijańskich. „Źródło i mielizny” to zbiór doskonałych felietonów, pisanych charakterystycznym dla tego autora językiem, bardzo celnie punktujących wszystkie wady i absurdy tych ruchów religijnych, które odłączyły się od Źródła, jakim jest katolicyzm.

Sześć nawróceń

Najważniejszym i najbardziej poważnym tekstem zawartym w książce „Źródło i mielizny” wydawnictwa Fronda jest „Moich sześć nawróceń”. Tytuł zaskakujący, bo jak można nawrócić się aż sześć razy? A nawet siedem, biorąc pod uwagę, że Chesterton pisząc ten esej był już po konwersji na katolicyzm. Autor już na wstępie wyjaśnia, że chodzi mu o sytuacje, które spowodowałyby jego nawrócenie, gdyby nie doszło do niego wcześniej lub gdyby się jeszcze wahał. Niezwykle celnie punktuje największe słabości protestantyzmu, który zna bardzo dobrze – był przecież wychowywany w rodzinie wyznającej anglikanizm.

Chesterton zwraca uwagę na zmienność idei odłamów protestanckich – coś, co można było uznać za dogmat w jednym pokoleniu wyznawców, już w następnym okazuje się być nieaktualne, przestarzałe i wymagające reformy. Przykładem może tu być Boskie Prawo Królów, które było podstawowym prawem rodzącego się anglikanizmu, ale które przestało być poważnie traktowane już po kilku dziesięcioleciach. Punktuje też podstawowe jego zdaniem błędy teologów protestanckich, które popełnili, odrzucając katolicyzm. Mianowicie – wraz ze „starą” religią odrzucili to, co było w niej ludziom najbliższe, czyli między innymi modlitwę za zmarłych czy kult maryjny.

Krytycznie odnosi się do stanowiska protestanckich pastorów w sprawach antykoncepcji i akceptacji rozwodów – stanowiska, które liberalizowało się już w latach 30. ubiegłego wieku i z czasem dopuszczało coraz więcej ustępstw. Chesterton zwrócił uwagę na niezmienne i – według niektórych – surowe nauczanie Kościoła katolickiego dotyczące małżeństwa, czystości i obrony życia. Owa niezmienność stanowi siłę, dzięki której fundamentalne wartości nie rozmywają się i nie tracą na znaczeniu, tak jak stało się wśród heretyków, którzy zgubili chęć nadążenia za światem i dostosowania się do niego.

Dobrym przykładem słabości, żeby nie powiedzieć absurdu, który opisuje Chesterton jest sprawa „Modlitewnika”, czyli księgi regulującej liturgię anglikańską. Zawarte w niej modlitwy, pisane w XVI wieku, odznaczają się niezwykłym kunsztem literackim i z obiektywnego punktu widzenia mogą być uznawane za jedną z pereł poezji sakralnej. Z czasem, wraz ze zmianami ideologicznymi i dogmatycznymi, „Modlitewnik” postanowiono zreformować i uwspółcześnić. A jako że anglikanizm to religia państwowa, nowy kształt liturgii i wszystkie teksty mające jej służyć musiał być zatwierdzony przez brytyjski parlament. Doszło więc do sytuacji, gdzie nad „Księgą Porządku Służby Bożej” głosowali politycy, w tym ateiści oraz jeden hinduski zoroastrianin, będący równocześnie członkiem partii komunistycznej. Tego typu absurdalnych przykładów znajdziemy w esejach Chestertona dużo więcej.

Źródło, które nie wysycha

Oprócz licznych argumentów przeciwko wyznaniom protestanckim autor skupia się też na innych problemach charakterystycznych dla swoich czasów. Krytycznie wypowiada się na temat rodzącej się wówczas idei komunizmu oraz rozwijającego się w Niemczech hitleryzmu. Oba te zjawiska analizuje w oparciu o naukę Kościoła katolickiego, odwołując się do głoszonych przez niego nauk i wartości. Czytając eseje Chestertona dzisiaj, można być zaskoczonym, jak trafnie przewidział los systemów totalitarnych i komunistycznych – przypomnę raz jeszcze, że pisał o tym w roku 1935, a więc przed II wojną światową, kiedy nic jeszcze nie zapowiadało jej wybuchu.

Książka „Źródło i mielizny” z pewnością spotka się z pozytywnym odbiorem ze strony wielbicieli Gilberta Keitha Chestertona. Gorzej może być w przypadku osób, które nie zgadzają się z jego poglądami – tych nie przekona nawet jego logiczna argumentacja. Jednak sam autor doskonale zdawał sobie z tego sprawę, nie zabiegał też o sympatię swoich przeciwników, mimo że wyrażał się o nich z szacunkiem (chociaż zdarzało się, że również z ironią). Za swój cel obrał dawanie świadectwa wiary oraz głoszenie, że katolicyzm jest jedynym źródłem, które nie zmienia swojego biegu wraz z nowymi ideologiami. A każdy jego odłam, mimo początkowych obietnic, prowadzi jedynie na mielizny, na których łatwo osiąść, utrudniając sobie powrót. Jednak nigdy nie jest on niemożliwy.

Aleksandra Moskwa


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 10 ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /