Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 206 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 9, 10, 11, 12, 13, 14  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 18 wrz 2014, 07:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Zaborcza żądza

Wojciech Reszczyński

„Złośliwi prawicowcy” piszą, że Aleksandrowi Kwaśniewskiemu znowu odezwała się choroba „prawej goleni”, gdyż na szczycie Yalta Annual Meeting (tym razem w Kijowie, a nie na okupowanym Krymie) odśpiewał zgromadzonym hymny Związku Radzieckiego i obecnej Rosji. Chciał tym podobno dowieść, że oba różniące się tekstem hymny, śpiewane na tę samą melodię, są dowodem na niezmienność rosyjskiej polityki, która „nigdy nie zmieni muzyki”.

Można powiedzieć, że byli komunistyczni działacze, wychowani na Marksie, Engelsie i Leninie, dziś zagorzali liberałowie, czegoś wreszcie zaczynają się uczyć o Rosji, ale braki historyczne mają jeszcze spore, bo bynajmniej nie o melodię i słowa tu chodzi.

Przypomnijmy. Najpierw Rosjanie mieli (przed rokiem 1815) hymn religijny „Modlitwa Rosjan” (przemianowany później na „Boże, zachowaj Cara”) na melodię brytyjskiego hymnu „Boże, zachowaj Króla”. Po obaleniu cara hymnem Rosji Radzieckiej stała się francuska „Marsylianka”, a po przejęciu władzy przez bolszewików, aż do końca 1944 roku, pieśń „Międzynarodówka”, także skomponowana przez Francuzów, tym razem socjalistów. Pieśń tę jako pierwszą na partyjnych zjazdach śpiewał często Aleksander Kwaśniewski, gdy tymczasem w Związku Radzieckim, przed „Międzynarodówką”, śpiewano już od końca wojny nowy hymn państwowy skomponowany przez Aleksandra Aleksandrowa, sławiący Rosję i Stalina, gdyż najprawdopodobniej to on dopisał do hymnu własne słowa. Po śmierci Stalina zarzucono stary tekst i napisano nowy, który obowiązywał aż do rozwiązania Związku Radzieckiego. Autorem nowych słów hymnu był Siergiej Michałkow, ojciec znanego reżysera Nikity Michałkowa. Wraz z rozpadem Związku Radzieckiego hymn stracił swoje dotychczasowe słowa i wykonywano tylko jego melodię. To nie spodobało się Władimirowi Putinowi, gdy w 2000 roku na olimpiadzie w Sydney zobaczył swoich sportowców stojących niemo przy akompaniamencie rosyjskiego hymnu. Przywrócił hymnowi słowa, które od nowa napisał ten sam Michałkow. Hymn zaczyna się od słów: „Rosja to nasze święte mocarstwo, Rosja to nasz ukochany kraj”. I tak już pozostało. Na razie.

„Dobra pamięć” Kwaśniewskiego przypomniała dwa różne teksty hymnu Związku Radzieckiego i obecnej Rosji śpiewane do tej samej melodii, ale to niczego nie dowodzi. Niemcy śpiewają ciągle ten sam hymn, powstały jeszcze przed zjednoczeniem, bo w 1841 roku. Pierwsza zwrotka brzmi: „Niemcy, Niemcy ponad wszystko, ponad wszystko w świecie” i śpiewali tak za Bismarcka, Hitlera i śpiewają nadal za Angeli Merkel, choć oficjalnie za hymn uznana jest tylko zwrotka trzecia: „Jedność i prawo, i wolność dla niemieckiej ojczyzny”. Mamy więc te same słowa i tę samą melodię, zatem rozumując „goleniowo” za Kwaśniewskim, w przypadku Niemiec jest jeszcze większa „niezmienność muzyki” niż w przypadku Rosji.

Rzecz w tym, że Rosja pozostaje wciąż tą samą Rosją, gdyż jak zauważył prof. Feliks Koneczny, kraj ten dowodzi niezmienności formy nad treścią. Rosja to cywilizacyjne pomieszanie bizantynizmu i turańszczyzny, które wydały z siebie nihilizm, anarchizm, bolszewizm i komunizm. Nawet liberalizm w wersji rosyjskiej, kiedy pojawił się po raz pierwszy za cara Aleksandra II (1855-1881), utrzymywał w swoim programie reform „samodzierżawie”, a więc bezwzględną władzę cara, i przestrzegał, aby nie naśladować „zgniłego Zachodu”. Prekursor poglądów dzisiejszego głównego ideologa Kremla Aleksandra Dugina, Konstanty Leontiew, pisał, że „poszukiwanie ogólnoludzkiego równouprawnienia i ogólnoludzkiej prawdy jest tą straszną trucizną, która swoim stopniowym działaniem filozoficznym rozkłada społeczności europejskie”. Rozkłada wszystkich, tylko nie Rosję, gdyż ta wyzbyła się tych właśnie ogólnoludzkich potrzeb.

Zatem nie tyle mamy do czynienia z tą samą rosyjską „melodią”, ale z tą samą rosyjską tradycyjną megalomanią sprawowania władzy, z tym samym patologicznym systemem wartości, w który wkalkulowana jest ta sama „żądza zaborcza”. A gdzie zaborczość jest zasadą, pisze Feliks Koneczny, tam nie ma ona swojego kresu.

http://www.naszdziennik.pl/wp/98215,zaborcza-zadza.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 25 paź 2014, 09:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Ta zbrodnia lewackiego ciemnogrodu trwająca już od 1939 r. na zawsze zepchnie tych prymitywnych bandytów w otchłań historycznej pogardy.
Razem z nimi znajdą się tam wszyscy zdrajcy naszej Ojczyzny, cwaniaczki i dorobkiewicze na krzywdzie Narodu Polskiego.
Prawda i sprawiedliwość i tak zwyciężą, a zło skończy tam, gdzie jego miejsce, w czeluściach potępienia.


Kaci Żołnierzy Wyklętych

Leszek Żebrowski

Jeszcze przed zainstalowaniem „Polski Ludowej” komuniści przystąpili do tworzenia swojego aparatu przemocy i (nie)sprawiedliwości. Pierwsze instytucje, jakie do tego były przeznaczone, to Informacja Wojskowa (IW – czyli bezpieka w wojsku) oraz wojskowe sądownictwo. Miało to miejsce wraz z utworzeniem w Sowietach dywizji „polskiej” pod dowództwem zdegradowanego do stopnia szeregowca, wydalonego z wojska (tworzonego w Sowietach przez gen. Władysława Andersa) i skazanego na karę śmierci za dezercję Zygmunta Berlinga. Stalin mianował go generałem, jako swojego zaufanego sługę.

Obie te instytucje zyskały od początku bardzo ponurą sławę. Informacja Wojskowa od początku (czyli od maja 1943 r.) była sowiecka, nawet nominalnie nie tworzono pozorów jej polskości, albowiem kadrę stanowili wyłącznie oficerowie sowieccy (tzw. popi, czyli „pełniący obowiązki Polaków”). Pierwsza grupka funkcjonariuszy polskiego pochodzenia (choć niekoniecznie polskiej narodowości), pojawiła się dopiero latem 1944 r., po roku jej funkcjonowania, ale byli to wyłącznie kierowcy, kucharze i tłumacze. Było ich zaledwie siedemnastu. Reszta to doświadczeni oficerowie sowieckiego Smiersza. Zadaniem IW nie była jednak klasyczna funkcja kontrwywiadowcza, ale zwalczanie „wrogów klasowych” w szeregach „ludowego” wojska. Uzupełnieniem aparatu śledczego IW było komunistyczne sądownictwo wojskowe, początkowo dywizyjne, następnie pospiesznie rozbudowywane, albowiem skala prawdziwych i urojonych zagrożeń rosła w zastraszającym tempie. Od początku istnienia Polski Ludowej, czyli od lipca 1944 r., trwało stałe „udoskonalanie” zbrodniczych instytucji i obarczanie ich coraz bardziej licznymi obowiązkami. Rzeczą całkiem naturalną było wyznaczanie z góry liczby ujętych i osądzonych przeciwników, dodajmy – liczby stale rosnącej, albowiem w myśl założeń samego Józefa Stalina, w miarę umacniania ludowej władzy walka klasowa nie słabła, wprost przeciwnie – zaostrzała się.

Nie matura, lecz chęć szczera
Zadaniem aparatu śledczo-sądowego była ścisła współpraca w zakresie ujawniania „wrogów ludu” i ich eliminacja ze społeczeństwa. Sądownictwo wojskowe (garnizonowe, dywizyjne, okręgowe…) oraz dodatkowo powołany sąd Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (formacji umiłowanej przez tow. mjr. Zygmunta Maurycowicza Baumana i jego dzisiejszych wysoko postawionych protektorów) przestały wystarczać. Na początku 1946 r. komuniści utworzyli w okupowanej Polsce profesjonalnie z pozoru zorganizowane sądownictwo wojskowe oraz właściwe prokuratury, które miały się zająć przyspieszonym procederem eliminacji ze społeczeństwa prawdziwych i domniemanych przeciwników. Były to wojskowe prokuratury rejonowe oraz wojskowe sądy rejonowe (ich zakres działania to ówczesne województwa). Na początku powoływano do nich nawet oficerów z przeszłością AK-owską, o ile byli prawnikami i gwarantowali absolutną lojalność wobec swoich nowych przełożonych. Od początku jednak nacisk został położony na produkowanie (tak, produkowanie, a nie prawdziwe kształcenie) kadr własnego chowu. Służyły temu przyspieszone kursy w przyspieszonych średnich szkołach prawniczych. Pierwszą z nich kierowała osławiona Maria Gurowska vel Górowska (z racji być może złej znajomości polskiej gramatyki podpisywała się różnie) z domu Zand. To ona skazała gen. Augusta E. Fieldorfa na śmierć w sfingowanym procesie politycznym.

W 1948 r. powołana została Centralna Szkoła Prawnicza im. Teodora Duracza. Z założenia miała się stać dwuletnią… szkołą wyższą, a od kandydatów wymagano formalnego wykształcenia średniego. Ale ponieważ to wyłącznie partia kierowała do niej kandydatów, powszechnie zwalniano z tego wymogu towarzyszy, którzy „swoją dotychczasową pracą społeczno-polityczną wykazywali przygotowanie do rozpoczęcia nauki w tego rodzaju szkole”. Było to przyuczenie do zawodu, ale większy nacisk kładziono w niej na szkolenie ideologiczne i bezgraniczną lojalność absolwentów, których partia komunistyczna kierowała przecież na front walki z reakcją.

Przyjmowano dwie podstawowe kategorie słuchaczy. Pierwszą z nich byli działacze partyjni, pochodzący ze sprawdzonych rodzin, często mających zasługi dla komunizmu jeszcze w okresie międzywojennym (czyli odpowiedni staż w Komunistycznej Partii Polski i jej przybudówkach). Jeden z absolwentów tych kursów przyznał, że „kryteria doboru sędziów wojskowych były szczególnie zaostrzone. […] należyte wykonywanie zawodu sędziego uzależnione było nie tylko od kwalifikacji zawodowych, ale także od rozmiarów ideowego zaangażowania w praktycznym działaniu”.

Drugą kategorią byli „wydwiżeńcy”, w Polsce popularnie zwani „awansem społecznym”. Od nich wymagano bezgranicznej dyspozycyjności. W drobiazgowych instrukcjach, omawiających wymagane „kwalifikacje” kandydatów, wskazywano wprost, że jeśli to możliwe, nie prowadzić naboru nawet wśród osób pochodzących z rodzin robotników wykwalifikowanych, należy opierać się przede wszystkim na robotnikach niewykwalifikowanych, czyli mówiąc wprost – lumpenproletariacie. Decydowała o tym Specjalna Komisja Personalna, która za elementy „obce klasowo” uznała nawet... „synów robotników wykwalifikowanych, takich jak ślusarze i kowale fabryczni, szewcy, cieśle i kominiarze”.

Prawnicy czasu bezprawia
Od świadomych towarzyszy wymagano jednak więcej, i to oczywiście uzyskiwano. Stefan Michnik, późniejszy osławiony sędzia wojskowy (w tym sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego), w prośbie o przyjęcie do tej szkoły pisał: „Moje przekonania polityczne odzwierciedliły się w tym, że od roku 1947 jestem członkiem partii i znalazłem się na szkole która kształci tych, którzy będą realizować dyktaturę proletariatu”.

No i się kształcił… Przede wszystkim wkuwał na pamięć Kodeks Karny Wojska Polskiego zatwierdzony dekretem PKWN z 23 września 1944 r., w którym najczęściej określoną karą za „przestępstwo wojskowe” była kara śmierci. Według jednego z sędziów wojskowych z tamtego okresu, KKWP „był w rękach sędziów sprawnym narzędziem pokonywania oporu obalonych klas oraz umacniania ładu i porządku ogólnospołecznego i wojskowego, a w szczególności zdał w pełni niezwykle trudny egzamin”. Do tego były szkolenia dodatkowe, w których ideologia mieszała się z pozorami prawa. Jeden z prawniczych ideologów tamtego okresu, płk Marian (?) Muszkat, uznał, że sąd w swym postępowaniu musi uznać, że do każdego przepisu należy stosować odpowiednią, czyli marksistowską wykładnię, a jej istotą jest „dobro demokracji ludowej”. Jeśli zaś któryś z przepisów tych warunków nie spełnia, po prostu nie może być stosowany. Inny ówczesny koryfeusz stalinowskiego prawa, płk Leo Hochberg wymyślił, że szeptana propaganda (czyli mówiąc wprost: plotki) jest zbrodnią stanu, zagrożoną najcięższymi karami!

Młodszy brat stalinowskiego niszczyciela nauki w Polsce Adama Schaffa, Leon Schaff, wymyślił bardzo szeroką wykładnię komunistycznego terroru. W wydanym w 1950 r. podręczniku „Polityczne założenia wymiaru sprawiedliwości w Polsce Ludowej” (uznanym za rozprawę doktorską! – wtedy wszystko było możliwe) wprost postulował, aby przeciwników politycznych z góry pozbawiać praw obywatelskich, co pozwoli stosować wobec nich uproszczone procedury w postaci „metod pozasądowych”. Klasyczne postępowanie bowiem, polegające na śledztwie, badaniu „dowodów”, wreszcie oskarżeniu i skazywaniu jest zbyt długie i żmudne, z którym sądy nie mogą się uporać szybko i skutecznie. Z tego powodu dokonał bardzo swoistego podziału społeczeństwa: na „ludzi” (czyli bardzo szeroko rozumianą „klasę robotniczą”, w szeregach której mieli się mieścić także tacy osobnicy jak on, nigdy nie parający się pracą) oraz „byłych ludzi”, których można będzie eliminować metodami pozaprawnymi.

Czy nie było to powielenie doktryny niemieckiego nazizmu, która wyróżniała „ludzi” oraz pozbawionych wszelkich praw „podludzi”? Tylko z racji niedawnych zaszłości Leon Schaff nie posłużył się tym samym językiem, ale istota sprawy była ta sama. Można nawet uznać, że marksistowski teoretyk posunął się jeszcze dalej, albowiem „podludzie” mieli jednak coś wspólnego z ludźmi, a „byli ludzie” już nie.

Powyższa „doktryna prawna” była stale rozwijana i komuniści coraz bardziej odkrywali karty, nie siląc się już na jakiekolwiek zasłony dymne i stwarzanie choćby pozorów praworządności. Na przykład Tadeusz Rek (wiceminister sprawiedliwości, skomunizowany ludowiec) w pracy wydanej w 1953 r. pt. „Adwokatura, jej funkcje i oblicze” napisał: „Adwokatura w pierwszych latach po wyzwoleniu jest ciałem obcym, tkwi na pozycjach kapitalizmu […]. Tylko nieliczni […] przełamują szkodliwe nawyki, stają do pozytywnej pracy. Rady Adwokackie, ogólnie biorąc, ograniczają się do załatwiania drobnych spraw, traktują swe zadania formalnie. W kancelariach adwokackich – wobec klientów i na salach rozpraw – wobec sądu i publiczności niejednokrotnie rozlegają się słowa nabrzmiałe wstecznictwem, niewiarą i niechęcią w stosunku do zachodzących przezmian, obcością i wrogością do demokracji ludowej”. Stąd już był tylko mały krok na drodze „postępu” – uznał, że rolą prokuratora, sędziego i adwokata jest… współdziałanie w procesie skazania oskarżonego, który z góry, przez sam fakt aresztowania go przez organa bezpieki lub Informacji Wojskowej, jest winny. Nic dziwnego, że kwalifikacje obrońców wojskowych oceniali najbardziej zaufani oficerowie UB. W Warszawie np. robił to ppłk Ryszard Nazarewicz, wiceszef Miejskiego Urzędu UB, po delegacji z resortu do „nauki” gorliwy gloryfikator utrwalania władzy ludowej.

Kaci i ofiary
Mając tak kwalifikowane kadry komunistycznej (nie)sprawiedliwości oraz urządzony na wzór sowiecki aparat śledczy (UB i Informacja Wojskowa), komuniści mogli być pewni, że eliminacja „wrogów ludu” będzie pośpieszna, masowa i skuteczna. I była. Na karę śmierci skazano tysiące ludzi – była to prawdziwa polska elita wojskowa, naukowa, polityczna. To przecież oni mogli i powinni po zakończonej wojnie odbudowywać Rzeczpospolitą Polską, bo mieli do tego prawo i kwalifikacje. Prawa i życia ich jednak pozbawiano. Setki tysięcy ludzi zostało skazanych na długoletnie kary więzienia, co przecież też było eliminacją ze społeczeństwa. Nawet później, po opuszczeniu zakładów karnych, byli obywatelami drugiej i dalszej kategorii, bez możliwości i prawa wykonywania zawodu, a nawet kształcenia dzieci.

Ich prześladowcy oraz zbrodniarze sądowi pozostali całkowicie bezkarni. Niektórzy wyjechali do Izraela w 1956 lub 1968 r., większość jednak pozostała na miejscu i po 1956 r., gdy bezpośredni terror faktycznie zelżał (bo już nie bardzo było kogo mordować), zajmowali eksponowane miejsca w zawodach prawniczych (sędziów, prokuratorów i adwokatów), a także na kierunkach prawniczych na wyższych uczelniach (często nie mając do tego formalnych kwalifikacji). Wychowywali następne pokolenia tak, jak sami byli wychowani, w duchu posłuszeństwa graniczącym ze służalczością wobec kolejnych ekip władzy komunistycznej.

Kiszczak – oprawca z Informacji wojskowej
Po 1989 r. nic się nie stało – uczestnicy Okrągłego Stołu (z obu stron) uznali, że istnieje ciągłość prawna III RP z Polską Ludową, czyli ci ludzie objęci są… immunitetem prawniczym. I nie zrobiono rzeczy podstawowej – nie uznano wszystkich wyroków politycznych wydanych przez stalinowskie sądy za nieważne z mocy prawa. A argument był (i nadal jest) bardzo mocny – to sądownictwo funkcjonowało bez podstaw prawnych nawet tamtego ustroju! Wobec tego ofiary oraz ich rodziny w III RP musiały udowadniać (niekiedy przez ponad dwie dekady!), że zostały skazane niewinnie. Często byli traktowani niezwykle obelżywie, jak np. wdowa po człowieku, którego osobiście przesłuchiwał w 1952 r. kpt. Czesław Kiszczak, jako oficer osławionej Informacji Wojskowej. Zachowało się podanie jej męża, w którym opisał swoją gehennę: „Kiszczak powiedział dwa słowa: na kafelki. […] przez ponad dwa miesiące mnie przesłuchiwali […] jedzenie w aluminiowej misce kładli na ziemię, żeby mnie upodlić i porównać do psa. Nie widziałem światła dziennego…”. Jedyną winą oskarżonego było to, że wziął potajemnie ślub kościelny, a wówczas służył w wojsku. Ciężkie represje, jakie go spotkały, były motywowane jego „wrogością klasową”. Wdowie odmówiono uznania go za represjonowanego z przyczyn politycznych. W 1996 r. prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej nie dopatrzył się… „elementów niesłusznej represji politycznej w stosunku do oskarżonego”! Czyli uznał, iż represje były jak najbardziej słuszne i zakazał jej dalszej korespondencji, uznając, że każdy następny jej list „pozostanie bez odpowiedzi”. I pozostał.

W 1992 r. oficer NSZ z Lubelszczyzny, torturowany kilka lat przez bezpiekę i skazany na długoletnie więzienie, w III RP doczekał się… potwierdzenia stalinowskiego wyroku. Wojskowi sędziowie (oficerowie, którzy swe kariery robili jeszcze w „minionym okresie”) wyszli ze słusznego formalnie założenia, że „uznaje się za nieważne orzeczenie, jeżeli czyn zarzucony bądź przypisany był związany z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”. Ale oficer ów działał podczas wojny, gdy… „w tym konkretnym momencie historycznym państwo polskie jako takie nie istniało”! Czyli jego działalność nie miała żadnego sensu?

Ich prześladowcy dożywali swoich dni w ciszy, spokoju i dobrobycie, na koniec ciesząc się pogrzebem państwowym, asystą wojskową w postaci kompanii honorowej WP, ceremoniałem należnym osobom szczególnie zasłużonym dla Polski. Wielu z nich pochowano tuż przy jamach cmentarnych, do których wcześniej wrzucano skazanych przez nich i zamordowanych Żołnierzy Wyklętych, albo wprost na nich.

Na szczęście coraz bardziej upominamy się o szacunek dla tych, którzy naprawdę na to zasłużyli. A o zbrodniarzach i katach naszych bohaterów musimy pisać prawdę i upowszechniać ją, aby to wszystko nie poszło w niepamięć.

http://www.naszdziennik.pl/wp/105333,ka ... etych.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 11 lis 2014, 12:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Niepodległość nie jest nam dana raz na zawsze

Z prof. Mieczysławem Rybą, wykładowcą katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Rafał Stefaniuk

Obchodzimy dziś Narodowe Święto Niepodległości. Pamiętajmy jednak, że dzień 11 listopada jest jedynie datą symboliczną.

- W okresie międzywojennym wybuchł duży spór w tej sprawie. Dla różnych środowisk, różne daty miały znaczenie. Dla Obozu Narodowego istotne było podpisanie traktatu wersalskiego. Pewne środowiska aktywistyczne uważały za istotniejszą datę Deklaracji Rady Regencyjnej, czy też akt 5 listopada. Nasza niepodległość stawała się w procesie. Nie można na nią patrzeć jak na akt jednorazowy. Ponieważ w latach międzywojennych dominowały środowiska piłsudczykowskie dlatego przyjazd Piłsudskiego i przejęcie przez niego władzy stał się tym wydarzeniem symbolicznym. Tak ten dzień stał się świętem państwowym. Trzeba pamiętać że 11 listopada 1918 r. doszło do zawieszenia działań na froncie zachodnim. A to miało swój wydźwięk w relacjach międzynarodowych.

Odzyskanie niepodległości łączy się głownie z Józefem Piłsudskim. Trzeba pamiętać jednak, że niepodległość miała wielu ojców.

- Przede wszystkim zapomina się o takich postaciach jak Roman Dmowski. Teraz poprzez Marsz Niepodległości ta osoba wróciła do świadomości Polaków. Tak naprawdę o Piłsudskim należy mówić tylko jako o symbolu odrodzonego państwa, dlatego, że stanął na jego czele. Marszałek zjednoczył ośrodki władzy. Jeżeli mamy odnieść się do koncepcji zwycięskiej i próbować odpowiedzieć sobie na pytanie, kto postawił na zwycięskiego konia, to bezwzględnie byli to narodowcy. Oni stworzyli największą armię – armię Hallera. To dzięki nim zostaliśmy uznani jako państwo zwycięskie w I wojnie światowej. O tym się milczy. Był także Paderewski. Jego siła wynikała z jego popularności jako muzyka. Bardzo dobrze wykorzystał swoje kontakty i bardzo precyzyjnie umiał je przełożyć na grunt polityczny. W tym sensie tych postaci można wymienić więcej – Korfanty, Witos itd. Spłycanie niepodległości tylko do Piłsudskiego zubaża nie tylko naszą wiedzę, ale i tradycję polityczną. Sprowadza nasz sposób prowadzenia polityki tylko do takiej insurekcyjnej legendarnej opowieści. Kluczowe jest więc to, żeby wszystkich prawdziwie dowartościować i przez to możliwe jest zrozumienie w jaki sposób ta niepodległość została wywalczona. Dzięki temu będziemy mogli popełniać mniej błędów.

Jaki czynnik był kluczowy dla odzyskania niepodległości i odbudowy państwowości?

- Najważniejszym elementem była i jest tożsamość narodowa. Polska była podzielona na trzy byty państwowe i to nie tylko na 123 lata, ale znacznie dłużej, bo od pierwszego rozbioru. Przez wiele lat tworzyliśmy różne organizmy państwowe. Wytwarzała się też mentalność potrójnego Polaka z trzech zaborów. Najważniejsze stało się posklejanie Narodu i zrobienie z niego jednej wspólnoty kulturowej, a potem politycznej i gospodarczej. Tutaj olbrzymi wysiłek podjęli narodowcy. Właśnie oni będąc ruchem trójrozbiorowym, czyli wszechpolskim starali się przyciągnąć do polskości chłopów do tej pory wykluczonych z perspektywy życia politycznego i narodowego. I dopiero to wszystko daje pewną bazę, żebyśmy mogli o tę niepodległość walczyć.

Wspomniał Pan o tożsamości narodowej. To właśnie dla jej podtrzymywania powinniśmy obchodzić Święto Niepodległości?

- Ideologia postmodernizmu uderza we wszelką wspólnotowość. Również tę narodową, starając się ją zniszczyć. W związku z tym obchodzenie takich świąt mówi nam o wartości niepodległości. Co to znaczy dla zwykłych ludzi? Co to znaczy dla Polaków? Jaką cenę trzeba było zapłacić? Pamiętajmy, że niepodległość nie jest nam dana raz na zawsze. Dzięki takim świętom buduje się także pewna więź emocjonalna. Daj Boże, żeby do tej emocjonalności dochodził też czynnik racjonalny. To pomoże w rozumieniu wszystkich spraw polskich w systemie dziejowym w perspektywie współczesnej. Dopiero wtedy można stawiać sobie poważne cele ogólnopaństwowe. Ich realizacja bez mocnego podkładu historycznego jest niemożliwa. Bez wspólnotowości nie można realizować wspólnych celów.

W jaki sposób podchodzono do Święta Niepodległości w przeszłości?

- W czasach komunizmu starano się zmniejszać wartość tej daty. Istotniejsza była noc z 6 na 7 listopada 1918 roku kiedy powstał Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Szczególnie istotną datą był 22 lipca, kiedy formalnie powołano PKWN, czyli pierwszy rząd komunistyczny na ziemiach polskich. Starano się zacierać tę niepodległość 1918 roku, bo zaraz po niej szła wojna bolszewicka. Dopiero generał Jaruzelski w 1988 roku wrócił do tej daty w celu zaakcentowania przemian. Tutaj właśnie można zaobserwować silną redukcję całej symboliki do Józefa Piłsudskiego. Ważne było, żeby zbyt wiele treści nie przenikało do społeczeństwa, bo to było groźne ideologicznie. W czasach najnowszych świętowanie niepodległości zostało przywrócone. Trochę to święto jest lekceważone przez media głównego nurtu, które uważają, że nasze szczęście powinniśmy budować w odniesieniu do bytów kosmopolitycznych takich jak Unia Europejska, które uważają, że nasza niepodległość nie jest nam do niczego potrzebna. Praktyka pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie. Bez więzi narodowych, bez wspólnoty niczego jako państwo w świecie nie będziemy w stanie osiągnąć. Stąd te wszystkie patriotyczne inicjatywy.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... awsze.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 13 lis 2014, 20:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Jak wyciągać wnioski z historii?

Wydawnictwo Zysk i S-ka nie mogło wznowić lepszej książki na rocznicowe wydarzenia 2014 roku niż „Historia polityczna Polski 1935-1945” prof. Pawła Wieczorkiewicza. To lekcja tego, jak wyciągać wnioski z historii. Lekcja dla każdego, ale przede wszystkim dla młodzieży.

Oczywiście niżej podpisany zdaje sobie sprawę, że wznoszenie podobnych haseł to jak głos wołającego na puszczy. Programowe nauczanie historii powszechnej w polskiej szkole ogranicza się do nieustannego powtarzania dziejów Mezopotamii, Sumerów, starożytnej Grecji i Rzymu, no może jeszcze z niewielką dawką średniowiecza. Historia Polski kończy się zwykle na XX wieku. Kto chce, dowie się więc czegoś o Mieszku I, Grunwaldzie, zawieruchach targających Rzecząpospolitą w XVII wieku, by dobrnąć wreszcie do rozbiorów. Potem usłyszy jeszcze jak wielkim bohaterem miał być Napoleon i jak pięknie – po nieudanych i krwawych powstaniach – odzyskaliśmy niepodległość. Ostatnie kwestie zostaną omówione pobieżnie, wszak program trzeba pospiesznie „nadrabiać”!

I tak wkoło Macieju. A przecież historia ma swoją wagę tylko wtedy, gdy podana jest w całości. Przerywanie jej w kursu połowie czy choćby pod sam koniec, to niepowetowana strata. Stąd warto, by uczniowie szkół ponadpodstawowych albo podjęli tajne komplety, albo ubłagali nauczyciela o dodatkowe zajęcia. Wszak niedouczenie w dziedzinie najnowszej historii Polski, zwłaszcza osób aspirujących do pełnienia funkcji elity narodowej, może skutkować kolejną wielką narodową tragedią. Z historii należy przecież wyciągać wnioski, a już ta najnowsza podsuwa ich całą moc.

Wznowiona przez Zysk i S-ka książka Pawła Wieczorkiewicz to podręcznik znakomity – tak na komplety, jak polekcyjne konwersatoria. Dlaczego? Bo Wieczorkiewicz pisze świetnie, nie komplikując przy tym zdań „trudnym słowem”. Bo „Historia polityczna Polski…” to kilkusetstronicowa błyskotliwa i głęboka analiza polityczna końcówki dwudziestolecia międzywojennego i okresu II wojny światowej. Bo nawet się nie obejrzymy, jak lotem błyskawicy przebrniemy przez owe kilkaset stron bogatsi o dobrze przepracowaną przez historyka wiedzę.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego książka Wieczorkiewicza powinna stać się podręcznikiem, kształtującym młode pokolenia. Jest ona pisana z punktu widzenia polskiego interesu narodowego. Autor nie idealizuje politycznych paktów, nie sili się na martyrologicznie pojękiwania, jak to zły Zachód po raz kolejny nabił Polaków w butelkę. Wieczorkiewicz wie, że polityka to sprawa interesu, a o porażce Polski na arenie II wojny światowej należy pisać, nieustannie stawiając sobie jedno zasadnicze pytanie: kto zawalił sprawę, kto zaniedbał polski interes, wpychając nas w sam środek bitewnej pożogi?

To rzadkość w myśleniu o historii w III RP. Kojarzone z prawicą środowiska bronią bowiem jak niepodległości niemal każdej decyzji polskiego dowództwa i polskich polityków, snując euforyczne wizje naszego bohaterstwa. Polskie, polskiego – wystarczy, że dany rzeczownik okraszony jest takim przymiotnikiem, a urasta nagle do rangi nieomal świętości niepodlegającej krytyce. Z kolei lewica wali na odlew w naszych bitnych przodków, że tłukąc Niemców tłukli też przy okazji Żydów, dając upust ukrytym w głębokich mrokach duszy instynktom.

Wieczorkiewicz idzie zupełnie innym torem. Nie daje się wpisać ani w jedną, ani w drugą retorykę. Z żelazną konsekwencją pyta: kto zawalił sprawę? A jak na to pytanie odpowiada? Musicie się Państwo przekonać sami.

Krzysztof Gędłek

http://www.pch24.pl/jak-wyciagac-wniosk ... 367,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 02 gru 2014, 10:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Świadomość historyczna, świadomość kulturowa, świadomość ludzka, narodowa, społeczna, wszystkie one wciąż muszą w nas być rozwinięte, dojrzałe, wyedukowane, wykarmione mlekiem Polskiej Matki, czujne i gotowe do poświęcenia. W świecie w którym jesteśmy samotni musimy liczyć tylko na siebie. Nie możemy dać się zdeprawować lewactwu, gdyż to byłby nasz koniec.

Pokusa świętego spokoju

Józef Konrad Korzeniowski

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

„Niech pan nie zapomina”, powiedziano mi, „że Polska musi żyć w sąsiedztwie Niemiec i Rosji po wszystkie czasy. Czy Pan docenia pełny sens tego zwrotu: ’po wszystkie czasy’?”. Fakty muszą być brane w rachubę, a zwłaszcza przerażające fakty tego rodzaju, na które nie ma na tym świecie rady. Z przyczyn – ściśle się wyrażając – fizjologicznych, przyjaźń z Niemcami albo Rosjanami jest nawet w najodleglejszej przyszłości nie do pomyślenia. Jakiekolwiek przymierze serc i umysłów byłoby tu rzeczą monstrualną, a potwory, jak wszyscy wiemy, nie są zdolne do życia. Nie wolno nam opierać postępowania na monstrualnych koncepcjach. Możemy zasługiwać albo nie zasługiwać na przetrwanie, ale psychologiczna okropność naszej sytuacji wystarcza, aby doprowadzić umysł narodowy do obłędu. Jednakże mimo całego niszczącego nacisku, o którym Europa Zachodnia nie może mieć pojęcia, nacisku ze strony sił nie tylko miażdżących, ale i znieprawiających, zachowaliśmy zdrowie psychiczne. Nie ma więc obawy, że stracimy głowę po prostu dlatego, że nacisk ustanie. Nie straciliśmy jeszcze głowy ani naszego poczucia moralnego. Nacisk nie tylko polityczny, ale odnoszący się do stosunków społecznych, życia rodzinnego, najistotniejszych powiązań międzyludzkich, sięgający samych podstaw naturalnych uczuć człowieka, nigdy nie uczynił nas mściwymi.

Fragment pochodzi ze „Zbrodni rozbiorów”, 1919 r.

Zachować zdrowie moralne pomiędzy imperiami, dla których siła zawsze stała ponad moralnością, to wyraz nie tylko wielkiej wytrzymałości, ale chyba i heroizmu. Bo czyż nie łatwiej schować się pod skrzydła silniejszego, poddać się rusyfikacji lub germanizacji, zmienić wyznanie, zmienić narodowość, zapomnieć o przeszłości i mieć raz na zawsze święty spokój? Może i łatwiej, ale czy ten spokój będzie na pewno święty?

http://www.naszdziennik.pl/wp/116369,po ... okoju.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 27 gru 2014, 11:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
POLSKIE WIGILIE

To było w sobotę 23 grudnia 1939 roku w Wigilię Bożego narodzenia, zgodnie z prawem kanonicznym, jeśli dzień Wigilii przypadał na niedzielę, przesuwano go na sobotę. Skuleni i otuleni czym się dało więźniowie szybko schodzili z nakazanego spaceru. W celach od rana trwały przygotowania do wieczornej, wigilijnej kolacji. […]Na dziedzińcu Niemcy ustawili dużą choinkę ― więc i oni przygotowywali się do świąt. Wysunęliśmy na środek stół, nakryliśmy czymś białym, było sianko i opłatek. […] O godzinie 17.00 wywołanych z cel dziesięciu więźniów wyprowadzono bez rzeczy osobistych i cieplejszego odzienia do ciężarowego auta. Podróż w eskorcie nie trwała długo. Do kirkutu było zaledwie kilkaset metrów. Podprowadzono ich do wcześniej wykopanych dołów. Egzekucję oświetlały reflektory ciężarowego samochodu. Echa wystrzałów dotarły nie tylko do Zamku, ale i gmachów starego miasta. Nazajutrz rano polscy strażnicy nie ukrywali prawdy. Wśród przetrzymywanych zakładników powiało grozą. Prawie już nikt nie miał nadziei na ocalenie...

Ksiądz Michał Słowikowski

Na placu apelowym hitlerowcy ustawili choinkę oświetloną elektrycznymi lampkami. Pod drzewkiem zostały złożone ciała więźniów zmarłych w czasie pracy oraz zamarzniętych na apelu. Lagerführer Karl Fritzsch określił leżące pod choinka zwłoki mianem "prezentu" dla żyjących i zabronił śpiewania polskich kolęd.

Karol Świętorzecki – Wigilia w Auschwitz - 24 grudnia 1940 roku


II

Szykowaliśmy się do wieczerzy wigilijnej, gdy prawie równocześnie z serią karabinową i dźwiękiem sygnaturki usłyszeliśmy ujadanie psów i podejrzane hałasy w pobliżu naszego domu. […] Chciałem uciekać przez pokój na wschód, ale okazało się, że drzwi do pokoju były zamknięte. Matka wcześniej odruchowo zamknęła je na klucz, który schowała w kieszeni, o czym w panice zapomniała. A na stole w zamkniętym pokoju leżała moja broń ...
O naszym życiu decydowały sekundy. Mordercy szli od południa więc szybko otworzyłem okno w kuchni wychodzące na północ. Wypychałem wszystkich kolejno. Zdążyliśmy. Wyskoczyłem jako ostatni i jeszcze przymknąłem za sobą okno. Z naszego podwórka uciekliśmy przez dziurę w płocie do obejścia sąsiada Ukraińca. Bez jego wiedzy skryliśmy się na strychu obory. Gdy wszyscy znaleźli się już na górze, wciągałem za sobą drabinę. [...]
W tej samej chwili wszystko się wyjaśniło. Łomem i siekierami napastnicy zaczęli rozbijać drzwi domu. Wdarli się do środka i szukali przede wszystkim domowników. Uratowało nas zamknięte okno, bo szukali tylko wewnątrz budynku. Słyszeliśmy ich głosy:
- Zdieś ich niet i zdieś ich niet.
Słyszalność tego wieczoru była doskonała. Słowa, odgłosy, strzały niosły się daleko z powodu zmrożonej pokrywy śnieżnej i kilkustopniowego mrozu. Słyszeliśmy jak bandyci szukając nas na strychu w sianie zaczepiali o blachę dachu, jak do siebie mówili.
W tym czasie z plebani dochodziły do nas wyraźne odgłosy rozbijanych drzwi i okien. Walenie siekierami przeplatało się z trzaskiem wyłamywanego drewna. Po jakimś czasie usłyszeliśmy straszliwy lament kobiet od Białowąsów „Głąbów”. Była tam babcia, matka, trzy córki i mieszkająca z nimi zaprzyjaźniona nauczycielka z Cebrowa. W czasie napadu uciekły na strych zamykając za sobą właz. Teraz paliły się żywcem, gdyż Ukraińcy podpalili ich dom. Tego wołania Boga i ludzi o pomoc opisać nie potrafię. To był jakiś koszmar. Chwilami dłońmi zatykałem uszy. Do końca życia nie zapomnę ich przerażonych, wręcz oszalałych z bólu krzyków. Kobiety te doznały piekła na ziemi.

Mieczysław Albert Krąpiec O.P.- Krwawa Podolska Wigilia w Ihrowicy w 1944 roku.

III

W nocy z 23/24 grudnia po ostrym pukaniu, ojciec otworzył drzwi naszego domu. Weszło dwóch uzbrojonych żołnierzy i UB-owiec w mundurze wojskowym. Doskoczyli do mnie, krzycząc, że jestem "bandziorem". Kazali się ubierać. Pożegnałem się z rodzicami i wyprowadzono mnie na drogę. Wtedy dopiero zobaczyłem, że dom otaczało kilkunastu żołnierzy. Do "Riwiery" byłem prowadzony pod lufą rewolweru UB-owca, za którym podążali żołnierze. Gdy mnie doprowadzono zauważyłem pilnowanego przez wartownika Szymka Stasika. Po pewnym czasie wzięli go na przesłuchanie. Po nim miałem iść ja. Przed wejściem zapytałem go czy biją. Odpowiedział mi tylko: "co sie bois, kiedyś po misjak!".
Na wstępie pouczono mnie, że mam trzymać ręce na kolanach i siedzieć spokojnie. Po spisaniu personaliów UB-owiec rozpoczął od pytania kto przylepił ulotkę i po co. Po kilku pytaniach ponownie wrócił do sprawy, ale już sugerując, że zrobiłem to ja. Zaprzeczyłem. Począł się odgrażać. Zza pieca wyciągnął "brocoka" czyli obłupionego z kory kija, kazał zrzucić kożuch i kłaść się na podłogę. Zawiązał mi głowę w kożuch i wsadził ją między swoje nogi. Zaczął mnie okładać kijem od kolan w górę. Nie pamiętam dokładnie, ale było około 15 uderzeń. Kiedy mnie uwolnił ponownie groził, że dostanę jeszcze lepiej, jak nie przyznam się do zarzutu. Jeden z żołnierzy śmiał się. "Masz ty twardą dupę" - powiedział. Leżałem potem na brzuchu, na gołej podłodze i nie mogłem zasnąć do rana. Tak rozpoczęła się moja Wigilia.

Franciszek Chowaniec Suchowion – Bukowina Tatrzańska 1946


IV

Po pochmurnym poranku rozbłysnęło cudnie
nad więzienną warownią jasno popołudnie.
Zimne, grudniowe słońce, rozgarnąwszy chmury
złoci zamczyste bramy, niedostępne mury,
szare plamy dziedzińców. I krwią strop pstrokaty
zbrojny wieżyczkami, uzbrojony w kraty –
posępnych tłum budynków mokotowskiej kaźni.
Dziś wigilia... Wigilia! Cała mocą jaźni
wybiegam poza kraty, mury, poza straże
w świat wspomnień. Wkoło siebie widzę drogie twarze,
choinkę w cackach, słyszę kolędowe pienia...
„Masz tytoń?” – pyta sąsiad, i płoszy wspomnienia.
Pierzchają spod powieki obrazy kochane,
jestem w celi, przy kracie... Oparty o ścianę
chłonę obraz nieszczęścia, ryję go w pamięci. –
Pośrodku tłum skłębiony w kieracie się kręci,
huczy stugębny pogwar rozmów i stunogi
łoskot drewnianych trepów o deski podłogi.
Cisza! Przerwać kolędę! tam w oknie Dziesiątki
światło – śledczy odprawia wigilijne świątki.
Narożna cela, blisko. – Widzicie? – otwiera
okno. Gwiżdże wesoło melodię szlagiera.
Przejmujący szczęk klucza w barierę. Ktoś z dołu
na badanie. Gwizd ustał. Słychać szurgot stołu
i krzesła. Rozmawiają. Podniesione głosy.
To – kobieta „Aaa” – krzyczy. Ciągnie ją za włosy!
Rynsztok z ust oficera. Znów głośna rozmowa.
Znów krzyk. Razy uderzeń! Męskie kroki. Słowa:
„Oddziałowy” – i – „karcer”. Pchnięte okno trzasło.
Szczęk klucza o barierę. Cisza. Światło zgasło.
I w tamtym oknie widno. Czy też przesłuchanie?
Nie. Głos jeden. Mężczyzna. Półgłośne wołanie,
nieprzytomne spazmem: „Mamo, mamo!”.
To – ze stójki. Na mrozie, nago, w wilię samą...
Którą noc stoisz, bracie? – Pod oknem na śniegu
skrzyp kroków. Przeszło kilku w mundurach. Ten z brzegu
– naczelnik. Reszta – obcy. Pewno mróz na dworze,
bo kryją twarz w kołnierze. „Śpieszą chyłkiem. Boże!!
Znamy ten orszak. To – mordercy! Dzisiaj z celi
wzięci Zygmunt i Lucjan. Obaj KS mieli sto dni już minęło... Bracia! Między nami –
Śmierć! Wpijam chciwie oczy w półmrok za oknami.
zza chmur błysnęła pierwsza gwiazda. Teraz w domu
biorą w rękę opłatek... Ścieram po kryjomu
niemęską łzę z policzka. Huknął strzał! Tam, w tyle,
przy szpitalu, „Trzynastka”, gdzie zawsze. Za chwilę
strzał drugi! Głucha cisza mózg do bólu wierci.
Nad więzieniem ku miastu przemknął Anioł Śmierci,
Rodzinom wigilijny niesie upominek
– od Moskwy.
Szepczę prędko „Wieczny odpoczynek”.

Tadeusz Maciński - Mokotów 1947 – Wigilia w celi śmierci.

V

Na mocy dyrektywy nr 001 z 30 maja 1951 r., wydanej przez szefa Głównego Zarządu Politycznego WP gen. Naszkowskiego w sprawie "polepszenia metod walki z naciskiem klerykalizmu w wojsku, w sprawie pracy nad krzewieniem naukowego światopoglądu wśród żołnierzy oraz postępowania w stosunku do wierzących żołnierzy” – zdjęto krzyże z sal żołnierskich, nie wydawano żołnierzom przepustek w niedziele i święta, zakazano urządzania wigilii, śpiewania kolęd, stawiania choinek w czasie świąt Bożego Narodzenia.

VI

Grudzień 1970 roku był pełen napięć i nerwowej atmosfery. Od 14 do 22 grudnia, w całej Polsce mamy apogeum wieców, strajków i demonstracji. W Polsce trwa bunt robotniczy. Główne centrum strajków to Szczecin, Gdynia i Gdańsk. Wszelkie wyjazdy i przepustki już dawno zostały wstrzymane. Około 20 grudnia, w WAT pojawiła się kolumna ciężarówek wojskowych przygotowana do przewozu wojska. Docierają do nas informacje, że mamy zadanie ochraniać obiekty ośrodka Telewizji Polskiej w Warszawie. Opiekun naszej grupy szkoleniowej, kpt. Ryszard Kurnatowski, przeprowadza z niektórymi z nas dziwne testy i zadawał dziwne pytania. Zadawał szereg pytań sytuacyjnych takich jak: „Co byście zrobili, gdy ochraniacie most i zbliżają się robotnicy”. Najwyraźniej sondował nasze nastroje. Po pierwszych przesłuchaniach, pytania były coraz mniej drastyczne. Wyczuwał wyraźną niechęć z naszej strony do tej formy sondażu nastrojów podchorążych. Ostatecznie wycofał się z dalszego prowadzenia tego typu rozmów z nami.
Czekamy z godziny na godzinę na kolejne wydarzenia. Wreszcie przełom, 20 grudnia Władysław Gomułka zostaje odsunięty od władzy. Pierwszym sekretarzem KC PZPR zostaje Edward Gierek. W WAT nastąpiła odwilż w napiętej atmosferze i wypuszczono nas do domu. Zdążyliśmy na Wigilię 1970 roku.

płk rez. Zbigniew Przęzak

VII

Upychają nas do cel. Znalazłem się wraz z dwoma kolegami z Fadromy (Stagraczyński i Mikuła) i Markiem z młyna Różanka, w małej czteroosobowej celi. Cela nr 7 na parterze. Usiadłem na pryczy i zaczęło się rozmyślanie. Co to dalej będzie ... Po chwili jednak zwróciłem się do współtowarzyszy niedoli. „Panowie, toż to przecież wigilia, (była godzina około 20:00) - więc czas na wieczerzę”. Ale jak zrobić wieczerzę w takich warunkach, nic nie mając ? Jeden z nas postawił pustą aluminiową miskę na stole. Sięgnąłem do kieszeni i znalazłem tam dwa małe okruszki od opłatka, który przyniosła mi żona, i który zostawiłem kolegom wychodząc z celi na Kleczkowskiej, a okruszki w kieszeni zostały. Inny kolega znalazł w kieszeni kawałek chleba. Położyliśmy więc te okruszki opłatka i ten chleb na misce. Więcej niestety nic nie było. "Czas zaczynać wieczerzę" - rzekłem. Pomodliliśmy się, podzielili opłatkiem składając sobie życzenia, wyściskaliśmy się, podzieliliśmy się tym małym kawałkiem chleba. "Po wigilii czas na kolędy" - powiedział któryś z nas. I zaczęliśmy śpiewać. Po chwili okazało się, że nie tylko my śpiewamy kolędy, ale także inni koledzy w celach, też zaczęli śpiewać. Śpiewaliśmy głośno aż do północy, a dookoła więzienia zebrał się tłum ludzi, który idąc na pasterkę zatrzymał się, żeby posłuchać kto tak pięknie w więzieniu śpiewa. Tego bowiem jeszcze nie słyszeli. Piękna to była wigilia w więzieniu w Grodkowie roku Pańskiego 1981.

Jerzy Malinowski – Wigilia w Grodkowie.

VIII

W pierwszą Wigilię stanu wojennego przyszli do nas z parafii św. Stanisława Kostki, że wszędzie szukają księdza Jerzego. Co się okazało: Jurek wziął opłatki i jeździł po Warszawie, dzielić się z żołnierzami, którzy klękali na śniegu, spowiadali się, płakali, całowali po rękach, że ich nie potępia, tylko przychodzi z dobrym słowem...
Anna Szaniawska

Mówię - słuchaj teraz w październiku może byś pojechał do Kosarzysk, odpowiedział - Październik mam strasznie zajęty, ale w grudniu na święta, to bym bardzo chciał przyjechać. Na Wigilię on zawsze musiał być sam, nigdy nie przyjął żadnego zaproszenia, powiedział, że Wigilię spędza tylko sam. Miał ukochaną siostrę Jadzię, która zmarła; od tej pory we Wigilię nie chciał być z nikim, nie wiem dlaczego, czy ona zmarła właśnie w tym dniu?
Danuta Szaflarska - wspomnienia o księdzu Jerzym -miesięcznik „Znad Popradu”

– Pogodziłam się z tym cierpieniem... Widocznie tak Bóg chciał. Jako młoda dziewczyna przed zamążpójściem miałam sen, który zrozumiałam dopiero po męczeńskiej śmierci Księdza Jerzego. Widziałam w nim dwie lilie. Pierwszą z nich była moja córeczka Jadwiga, która zmarła w wigilię Bożego Narodzenia mając rok i 10 miesięcy. Druga z lilii to męczeńska ofiara życia syna-Kapłana. Widziałam w trumnie Jego umęczone ciało... –
Marianna Popiełuszko

IX

21-letni Damian Lecyk spod Lubina nie spędzi świąt Bożego Narodzenia razem z rodziną. Na podstawie zeznań dwóch policjantów Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście skazał go na trzymiesięczny areszt zapobiegawczy „za czynną napaść na policjanta”. Świadkowie wydarzeń z 11 listopada 2014 roku: przyjaciele, organizatorzy marszu i kierowca autokaru, z którego policja wyciągała osoby, przybyłe do stolicy by uczcić Narodowe Święto Niepodległości, są przekonani, że Damian jest niewinny. W wyniku zeznań policjantów Damian pozostanie w areszcie do lutego. Prokurator Tomasz Kuziak z Prokuratury Rejonowej Warszawa-Praga-Południe odmówił Damianowi widzenia z najbliższą rodziną.
– Prokurator nie wziął pod uwagę tego, że Damian jest poważnie chory i musi przestrzegać restrykcyjnej diety, na luty ma wyznaczony termin operacji – mówi Bogusława Lecyk, mama zatrzymanego chłopaka.

„Gazeta Polska Codziennie” z 23 grudnia 2014r.

X

Wielka tajemnica Bożego samouniżenia, dzieło odkupienia rozpoczynające się w słabości — ta prawda nie jest łatwa. Zbawiciel narodził się w nocy — w ciemności, w ciszy i ubóstwie betlejemskiej groty. „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło” — ogłasza prorok Izajasz (9, 1). To miejsce zaznało „jarzma” i „pręta ciemięzcy”. Ileż razy krzyk niewinnych rozlegał się na tych ulicach? Nawet wielka świątynia zbudowana na miejscu narodzin Zbawiciela wznosi się niczym forteca nękana przez dziejowe burze. Żłóbek Jezusa leży zawsze w cieniu krzyża. Milczenie i mrok betlejemskich narodzin zlewają się w jedno z mrokiem i cierpieniem śmierci na Kalwarii. Żłóbek i krzyż należą do tej samej tajemnicy odkupieńczej miłości; ciało, które Maryja złożyła w żłobie, jest tym samym ciałem, które zostało złożone w ofierze na krzyżu.

Jan Paweł II - Msza św. na Manger Square — Betlejem 2000


***

Tekst „Polskie Wigilie” zamieściłem na blogu przed sześcioma laty – życząc wszystkim, byśmy nigdy więcej, podczas Świąt Bożego Narodzenia nie musieli przeżywać polskich, narodowych tragedii. Przypominam go dziś i ze smutkiem uzupełniam o informację, która wstrząśnie każdym, kto pamięta, czym jest Wigilia spędzona poza rodzinnym domem.
Przypominam, bo chciałbym, żebyśmy na przekór czasom hańby wytrwali w nadziei płynącej z tajemnicy Bożego samouniżenia. Nikt lepiej nie powinien rozumieć słów świętego Jana Pawła II - Żłóbek Jezusa leży zawsze w cieniu krzyża - jak ci, którzy w dziejach narodu wciąż doświadczają tej samej tajemnicy odkupieńczej miłości.


Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog życzę błogosławionych darów Bożego Narodzenia – radości, pokoju w sercu, ducha wiary i światła nadziei.
Niezłomnej pewności, że „choćby ciemność zdawała się nieprzenikniona, jeszcze silniejsza jest nadzieja na zwycięstwo Światłości, która w Świętą Noc zajaśniała w Betlejem”.
Życzę Państwu szczęśliwych chwil w rodzinnym gronie, we wspólnocie bliskich, przyjaznych osób.
Życzę przeżywania zdrowych, spokojnych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku.
Bóg się rodzi – moc truchleje !

Autor: Aleksander Ścios o 18:04

http://bezdekretu.blogspot.com/2014/12/ ... gilie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 02 sty 2015, 08:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
WAŻNE WYKŁADY PROF. ANDRZEJA NOWAKA. OGLĄDAJ!

Polecamy serię wykładów prof. Andrzeja Nowaka, które można oglądać na stronach portalu Solidarni2010.pl.
Prof. Nowak mówi o wielu ważnych sprawach w sposób wyjątkowy.
Cykl wykładów został zorganizowanych przez PARAFIĘ PW. ŚW. STANISŁAWA KOSTKI W WARSZAWIE oraz KATOLICKIE STOWARZYSZENIE „CIVITAS CHRISTIANA” ODDZIAŁ W WARSZAWIE.
Klikajcie link!
Prof. A.NOWAK - Wykłady 2012/13, POLSKA - ROSJA: GEOPOLITYKA I TRUDNE SĄSIEDZTWO // Wykłady 2013/14, FILARY POLSKOŚCI

http://solidarni2010.pl/14573-prof-anow ... dztwo.html

http://www.warszawskagazeta.pl/kraj/ite ... ka-ogladaj


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 09 sty 2015, 19:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Odzyskać świadomość historyczną

Obrazek

IPN prowadzi intensywne poszukiwania szczątków żołnierzy podziemia antykomunistycznego, aby można było je zidentyfikować, a następnie właściwie uhonorować. Jednak nie wszyscy Polacy zdają się rozumieć sens misji Żołnierzy Niezłomnych.

W ramach realizacji projektu „Poszukiwanie miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego 1944-1956” prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej historycy, archeolodzy i wolontariusze dokumentują miejsca, gdzie w tamtym okresie grzebano ciała żołnierzy podziemia antykomunistycznego. Przeważnie odbywało się to w utajnianych miejscach na cmentarzach oraz w ich pobliżu, w okolicy siedzib aparatu bezpieczeństwa, w lasach i na poligonach wojskowych.

We wrześniu ubiegłego roku przez kilka tygodni prowadziliśmy prace poszukiwawcze na terenie cmentarza Garnizonowego w Gdańsku. Podczas tych działań odnaleźliśmy szczątki bardzo młodej kobiety z przestrzeloną czaszką oraz niewiele od niej starszego mężczyznę. Myślę, że każdy, kto interesuje się historią, pomyślał o tym, że mogą być to szczątki „Inki” i „Zagończyka”. Nadal nie mamy pewności, czy to rzeczywiście ich znaleźliśmy. Obecnie trwają badania genetyczne, które mają je zidentyfikować – powiedział w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl prof. Krzysztof Szwagrzyk, historyk IPN kierujący pracami zespołu poszukującego.

Jednak nie wszyscy Polacy zdają się rozumieć sens misji Żołnierzy Niezłomnych. Niestety, co jakiś czas jesteśmy świadkami aktów wandalizmu w stosunku do symboli upamiętniających bohaterów narodowych. – W ubiegłym roku w Krakowie oblano farbą popiersie „Inki”. Do tego typu aktów dochodzi w różnych miejscach kraju. Jest to bardzo przykre, że jako Naród nie potrafimy uszanować ludzi, którzy zginęli za naszą wolność – mówi prof. Szwagrzyk.

Z czego wynikają takie zachowania? Jak tłumaczy historyk, z jednej strony możemy przyjąć wersję łagodniejszą, że jakiś nieświadomy człowiek czy grupa młodych ludzi zniszczyła przypadkowy pomnik. – Ale powinniśmy też wziąć pod uwagę poważniejszą wersję: to są skutki tego, że wiele osób, również publicznych, swoimi wypowiedziami stara się podważać wartości narodowe, w tym także etos Żołnierzy Niezłomnych przez przypisywanie im różnego rodzaju haniebnych czynów – wyjaśnia.

Niewątpliwe jako społeczeństwo potrzebujemy porządnej lekcji prawdziwej historii naszej Ojczyzny. – Poprzez edukację w szkołach i rozpowszechnianie odkłamanej historii w mediach mamy szansę na zrozumienie minionych wydarzeń i odzyskanie świadomości historycznej – dodaje prof. Szwagrzyk.

Magdalena Pachorek

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... yczna.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 05 lut 2015, 07:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Musimy wiedzieć w jakim środowisku nam Polakom przyszło żyć. Musimy jednak żyć, skoro żyjemy i żyć po swojemu, nie oglądając się na chłystków alianckich, czy innych. Im zawsze bliżej do nieuczciwości niż do uczciwości. A po za tym w ich polityce słowo uczciwość uchodzi za naiwne. To raczkujące człowieczeństwo alianckie kieruje się zawsze egoizmem i korzyścią. Dlatego właśnie wśród nich tak łatwo jest rozwinąć skrzydła cywilizacji śmierci i innym dewiacjom. Ich człowieczeństwo jeszcze ma długą drogę przed sobą aby zrozumieć godność istoty ludzkiej i godność istoty społecznej, czy narodowej.

Klęska i hańba na Krymie

Przed nami kolejna siedemdziesiąta rocznica polskiej klęski. Rok temu minęło siedem dekad od wybuchu i upadku Powstania Warszawskiego, na początku lutego przypada identyczna rocznica obrad konferencji Wielkiej Trójki - Stalina, Roosevelta i Churchilla - w Jałcie na Krymie, w dniach od 4 do 11 lutego 1945 roku.

A przed nami jeszcze kolejne „klęskowe” rocznice: w marcu aresztowania przez Sowietów przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, w maju zwycięskiego przede wszystkim dla Stalina zakończenia drugiej wojny światowej, w czerwcu zaś powołania w Moskwie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej (już sama nazwa to wybitne osiągnięcie sowieckiej maskirowki) i ogłoszenia wyroku w moskiewskim „procesie”, aresztowanych wcześniej przywódców Polski Podziemnej.

Każde z tych wymienionych wydarzeń, które miały miejsce po lutym 1945 roku, jest związane z ustaleniami konferencji jałtańskiej. Patrząc na jej owoce nie sposób przyznać racji Stanisławowi Cat-Mackiewiczowi, który pisząc w Londynie pod świeżym wrażeniem upublicznienia rezultatów obrad w odniesieniu do kwestii polskiej, stwierdził, że „sprawa polska skutkiem tej wojny znalazła się na dnie największej klęski, jaka nas w ciągu dziejów spotkała”. Bezpośrednim zaś rezultatem Jałty była – jak pisał Cat – „zgoda Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych na unicestwienie niepodległości Polski i współdziałanie tych dwóch państw w procesie aneksji Polski przez Rosję”.

Aliancka kapitulacja

Ot i wszystko – można by powiedzieć. Słowa publicysty oddają przecież istotę rzeczy. Warto jednak podkreślić rozmiar sowieckiego sukcesu. W Jałcie w odniesieniu do kwestii polskiej poruszane były trzy tematy: powojenne granice, polityczny kształt rządu oraz przyszłe wybory parlamentarne.

We wszystkich tych kwestiach Stalin osiągnął sto procent tego, co chciał. W sprawie granic uzyskał potwierdzenie ustaleń z Teheranu (listopad-grudzień 1943), gdy „wiodące demokracje Zachodu”, a przy okazji nasi alianci zgodzili się na oddanie Sowietom ponad połowy terytorium swojego polskiego sojusznika, w zamian za bliżej nieokreślone nabytki terytorialne na zachodzie, kosztem pokonanych Niemiec.

Te ustalenia powtórzono w Jałcie. Terytorialnie zasięg zdobyczy sowieckich kosztem Polski niczym nie różnił się od tego, co Stalin wynegocjował z Hitlerem w sierpniu 1939 roku. Ważne jest jednak, by pamiętać, że o ile sprawę naszej wschodniej granicy na tzw. linii Curzona („odchyleniami w niektórych regionach od pięciu do ośmiu kilometrów na korzyść Polski”) ustalono w Jałcie jako pewnik, to „znaczne nabytki terytorialne na północy i zachodzie” – ich zasięg – „należy odłożyć do czasu konferencji pokojowej”. Zauważmy więc, że Polska – na co zgodzili się nasi zachodni alianci – została postawiona w podobnej roli, co Niemcy. Pewnikiem jest tylko strata terytorium.

Rola była podobna, ale nie identyczna z Niemcami. Polska bowiem utraciła o wiele więcej swojego terytorium aniżeli państwo, które wespół z Sowietami rozpętało we wrześniu 1939 roku drugą wojnę światową.
Skoro na taki status Polski godzili się Churchill i Roosevelt, jakże o wiele łatwiej było propagandzie sowieckiej miesiąc po Jałcie przekonywać opinię publiczną „wolnego świata”, że właśnie aresztowani w Pruszkowie przywódcy Polski Podziemnej to w istocie „faszyści kolaborujący z Niemcami”. „Pożytecznych idiotów” nie brakowało, a oprócz tego – co dzisiaj wiemy z ustaleń komisji odsądzanego od czci i wiary senatora Josepha McCarthyego – swoje znaczenie miał fakt naszpikowania sowiecką agenturą najbliższego otoczenia amerykańskiego prezydenta.

W tym kontekście nie dziwi kolejne zwycięstwo odniesione przez Stalina w Jałcie, tym razem w odniesieniu do konstrukcji politycznej nowej władzy w Polsce. Sowieci mogli być już pewni zwycięstwa w momencie, gdy USA i Wielka Brytania zgodziły się na dyskutowanie na temat „przyszłego rządu polskiego”. Tak jakby nie istniał legalny, uznawany przez Londyn i Waszyngton rząd RP nad Tamizą.

Za tym poszły kolejne kapitulacje. A więc przyjęcie sowieckiej koncepcji, że nowy rząd nie będzie powstawał „od zera”, ale podstawą dla jego tworzenia będzie tzw. rząd tymczasowy powołany w kraju przez komunistów na rozkaz Stalina 31 grudnia 1944 roku. Był to w istocie PKWN pod inna nazwą. Dalej zaś zaakceptowano sowiecką frazeologię, że wspomniany „rząd tymczasowy” będzie rozszerzony poprzez „włączenie do niego przywódców demokratycznych z kraju i spośród Polaków przebywających na obczyźnie”.

Już przytaczany tutaj Stanisław Cat-Mackiewicz zwrócił uwagę, jak bardzo ogłoszony po krymskiej konferencji komunikat Wielkiej Trójki „pisany jest frazeologią i pojęciami wziętymi z propagandy sowieckiej”.
Nigdzie wyraźniej tego nie widać jak właśnie we fragmencie o platformie politycznej „nowego rządu polskiego”. Wiadomo było przecież od lat, że sowieckie pojmowanie słów „demokracja i demokratyczny” jest zupełnie odmienne od rozumienia tych pojęć przez ludzi cywilizacji zachodniej. Dla Sowietów terminy te oznaczały po prostu wiernych wykonawców poleceń Stalina oraz istniejącego do 1943 roku Kominternu. Z kolei „faszystą” był każdorazowy przeciwnik Stalina, a w tym konkretnym przypadku każdy, kto w jakikolwiek sposób sprzeciwiał się zamiarowi sowietyzacji Polski.

Mówiono także w Jałcie o wyborach w Polsce. Tutaj także Stalin dostał to, co chciał. Nie określono bowiem żadnego, nawet przybliżonego terminu wyborów (np. dwa – trzy miesiące po ustaniu działań wojennych w Europie) i zaakceptowano sowiecką wersję porozumienia, które zapowiadało przeprowadzenie w Polsce „wolnych i nieskrępowanych wyborów w najbliższym możliwym terminie”.

Rzecz jasna, „najbliższy możliwy termin” oznaczał czas, w którym władza sowiecka nad Polską będzie miała za sobą pierwszy etap konsolidacji, gdy odpowiednio „rozmiękczy się” opozycję i przeprowadzona zostanie próba generalna – pod okiem sowieckich „doradców” (jeszcze wtedy nie było serwerów) - dochodzenia do właściwego wyniku wyborów. Dlatego „wolne, nieskrępowane” wybory odbyły się dopiero w 1947 roku (cudzysłów jak najbardziej uzasadniony) pół roku po próbie generalnej systemu zliczania głosów, jakim było osławione referendum z 1946 roku („3 x Tak”).

Zdrada

Cat-Mackiewicz, który nie miał żadnych złudzeń co do tego, jak fatalnym wydarzeniem dla Polski była Jałta, podkreślał jednocześnie, że „o konferencji w Jałcie trzeba mówić z politykami, a nie z prawnikami, moralistami czy poetami”, iż nie należy „wszczynać procesu prawnego przeciwko rządowi i parlamentowi angielskiemu, skoro wiadomo jest, że o sprawach politycznych decydują procesy polityczne, a nie procesy prawne”.
Pełna zgoda. Nie sposób jednak zapomnieć, że ze słowem „Jałta” podobnie jak ze słowem „Monachium” łączy się słowo „zdrada”. Może jeszcze w większym stopniu na to skojarzenie zapracowała sobie konferencja krymska, gdzie razem z Polską (która w przeciwieństwie do Czechosłowacji w 1938 roku od sześciu lat walczyła) oddano pod władzę totalitarnego mocarstwa Bałtów oraz całą Europę Środkową.

Dokładne parytety rozpisał Churchill ze Stalinem na karteczkach, podczas wizyty brytyjskiego premiera w Moskwie w 1944 roku. Churchill – ten sam, który w 1938 roku gromił kapitulantów z Monachium, że „mieli do wyboru hańbę lub wojnę, wybrali hańbę, ale wojna ich nie minie”. A w lutym 1945 roku zanim złożył swój podpis pod ustaleniami konferencji ze Stalinem i Rooseveltem, wychylał w dawnym pałacu letnim rosyjskich carów toast za toastem „za zdrowie Marszałka Stalina”.

Traktat sojuszniczy z Polską z 25 sierpnia 1939 roku, który zawierał klauzulę zakazującą umawiającym się stronom zawierania jakiegokolwiek porozumienia z państwem trzecim, które by oznaczało ograniczenie suwerenności i integralności terytorialnej partnera, okazał się być nic nie znaczącym a scrap of paper.
Zresztą „opcja jałtańska” (tj. poświęcenie Europy Środkowej na ołtarzu sowieckiej współpracy w pokonaniu Niemiec) była obecna w polityce brytyjskiej już jesienią 1939 roku, nawet wtedy, gdy obowiązywał formalny sojusz niemiecko-sowiecki (1939-1941).

A stojący nad grobem Franklin D. Roosevelt, który zmarł niespełna miesiąc po Jałcie? Kierowana przez niego administracja – podobnie jak Brytyjczycy – w odniesieniu do Europy Środkowej kierowała się „opcją jałtańską” w wyżej podanym rozumieniu. Do tego dochodził firmowy „antyimperializm” Roosevelta, tzn. sprzeciw wobec dalszego trwania Imperium Brytyjskiego po wojnie. Sceptycyzm – podzielany zresztą przez większość Amerykanów – co do pożytków z dalszego trwania Imperium Britannicum, nie kłócił się z przyzwoleniem na budowę przez Stalina sowieckiego imperium w Europie, aż po Łabę i Dunaj.

Zdrada i hipokryzja

W październiku 1944 roku (a więc już po Teheranie!) na potrzeby swojej ostatniej kampanii prezydenckiej Roosevelt przyjmował w Owalnym Gabinecie delegację Polonii amerykańskiej, mając za plecami rozwieszoną mapę Polski w granicach z 1939 roku. Tak też kazał się fotografować.

Już po zwycięskich wyborach Roosevelt spotkał się w Białym Domu z Arthurem Bliss Lanem, nowym amerykańskim ambasadorem przy rządzie RP. Na sceptycyzm amerykańskiego dyplomaty co do dobrej woli Stalina, Roosevelt zareagował zapewnieniem, że „całkowicie polega na słowie Stalina i jest pewien, że się na nim nie zawiedzie”. Nie miał też żadnych wątpliwości co do tego, że „zrozumiała jest idea Stalina, by Polska znajdująca się pod wpływem rosyjskim, miała kształt odpowiedni dla kordonu sanitarnego – przedmurza chroniącego Związek Sowiecki przed przyszłą agresją”.

Przy okazji. Czy nie warto do cennych inicjatyw dekomunizacji nazw ulic w Polsce dołączyć postulatu zmiany nazw tych ulic, które noszą nazwę tego ułomnego (przede wszystkim pod względem charakterologicznym i intelektualnym) prezydenta USA? Dla oszczędności można by przecież pójść śladem bodaj radnych z Olsztyna, którzy zamienili Franklina Delano na Theodore’a Roosevelta.

Zdrada, hipokryzja i zakłamanie

Jałta to także wielkie zwycięstwo propagandowe Sowietów. Kłamstwo pochodzące z tego właśnie źródła obecne już jest w pierwszym zdaniu pokonferencyjnego komunikatu: „W Polsce powstała nowa sytuacja w wyniku całkowitego oswobodzenia jej przez Armię Czerwoną”. „Nowa sytuacja”? Z pewnością tak. Ale nowość ta nie była przecież określana faktem wyzwolenia, tylko zamiany jednej okupacji na drugą.

I ta propaganda trwa do dzisiaj. W obronę Jałty bardzo mocno angażuje się historyczna propaganda Rosji putinowskiej. Tak było w 2005 roku, tak też będzie teraz. Dla Rosji Krym i wszystko, co na nim się odbyło, jest bardzo ważne i bardzo cenne. I odnosi się nie tylko do historii.

Grzegorz Kucharczyk

http://www.pch24.pl/kleska-i-hanba-na-k ... 762,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 09 mar 2015, 10:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Unia – tajemnica pamięci

Andrzej Nowak

Tajemnica miłości: który związek polityczny w dziejach Europy wprowadzał takie rozważania?

Chyba utwierdzę stereotyp krakusa, rozmiłowanego w jubileuszowej pompie, bo i tym razem nie mogę się oprzeć pokusie nawiązania do wielkiej rocznicy. 2 października mija bowiem równo 600 lat od odnowienia unii polsko--litewskiej w Horodle nad Bugiem. Niezwykły charakter tej unii określony został nie przez uroczyste potwierdzenie dokonanego już w 1385 roku w Krewie połączenia dwóch państw (formalnie włączenia Litwy do Korony Królestwa Polskiego), ale przez „adopcję” 47 rodów litewskich do herbów polskich panów i szlachty. To była unia społeczeństw, a w każdym razie początek unii ich elit – ograniczonej najpierw do elit katolickich, litewskich, od połowy XV wieku rozszerzanej także (choć, niestety, niekonsekwentnie) o rody ruskie, prawosławne. I ta unia przetrwała blisko cztery wieki.

Jaka była jej tajemnica? Po wielkim wspólnym zwycięstwie pod Grunwaldem Litwa i Polska musiały na nowo określić sens swego zbliżenia. I wtedy Władysław Jagiełło i Witold znaleźli dobrą formułę dalszego trwania unii, a ktoś z wykształconych w Akademii Krakowskiej urzędników kancelarii królewskiej dał tej formule niezwykły wyraz: słowa wstępu do aktu zbratania Litwinów z Polakami: „Wiadomo, że nie dostąpi zbawienia, kto nie będzie wspierany t a j e m n i- c ą m i ł o ś c i [misterio caritatis], która nie działa opacznie, lecz promieniejąc własną dobrocią, zwaśnionych godzi, pokłóconych łączy, odmienia nienawiści, uśmierza gniewy i daje wszystkim pokarm pokoju, rozproszone zbiera, znękane krzepi, szorstkie wyrównuje, krzywe prostuje, wszystkie cnoty wspomaga, nikogo nie krzywdzi, wszystko miłuje, tak że ktokolwiek w jej ramiona się ucieka, znajdzie bezpieczeństwo i nie będzie się obawiał niczyjej napaści”.

Tajemnica miłości: który związek polityczny w dziejach Europy wprowadzał takie rozważania? I który okazał się trwalszy od tego na 400 lat wiążącego unią Polskę z Litwą – z krajami europejskiego Wschodu? A jednak – po wspaniałej, arcybogatej historii – unia się rozpadła. Litwini w okresie rozbiorów, niesieni inspiracją romantyczną, jak tyle innych narodów naszego regionu Europy, poszukali swych odrębnych korzeni w ludowej tradycji, języku. Ostatni raz wystąpili wspólnie z Polakami przeciw carskiemu zaborcy w powstaniu styczniowym w roku 1863. Dwa lata przed powstaniem akt usypania kopca w Horodle, mającego upamiętnić 448. rocznicę unii, był pięknym testamentem historycznej zgody naszych narodów. Jednak po 1863 roku, na fali prześladowań polskości przez Rosjan, Litwini zobaczyli w dawnej unii tragedię utraty własnej, odrębnej tożsamości, jej rozpuszczenia w atrakcyjnej kulturze polskiej i języku. W Horodle dojrzeli ukrytą perspektywę wywłaszczenia z własnej historii i pamięci: jak to, to zostaliśmy „adoptowani” przez polskich panów, jakbyśmy nie mieli swoich rodziców, tradycji, jakbyśmy byli znikąd? W unii, a potem w Rzeczypospolitej dostrzegli „panteon polskości”, budowany na „litewskiej mogile”, na grobie przedunijnej, odrębnej, tak wyraziście zaznaczonej od Mendoga do Witolda litewskiej odrębności.

Tego zarzutu nie mogli przyjąć Polacy, którzy inaczej widzieli wspólną przeszłość. Dla naszych pradziadów pretensje Litwinów, a także Ukraińców i Białorusinów do wyparcia polskości za granice etnograficzne, na zachód od Bugu, oznaczały także dramat utraty swojej tożsamości, swoistości polskiej kultury. Pisał o tym z bólem twórca polskiej koncepcji solidarności Edward Abramowski: „Dla etnograficznej Polski trzeba by było utworzyć nową kulturę i nową duszę. Nie miałaby ona ani historii, ani przeszłości. Czy z takim okaleczeniem duchowym naród mógłby żyć? (…) Ma się jakieś przykre, gnębiące wrażenie, (…) że tam, za Bugiem i Sanem, jesteśmy już obcymi, że jesteśmy kolonią p r z y b y s z ó w, których osadził ongi »imperializm« polski”. Polskość z zakwestionowanym w niej miejscem Mickiewicza, Słowackiego, Kościuszki, Moniuszki, a także z wymazanym z jej tradycji Wilnem, Lwowem, Grodnem – taka polskość istotnie oznaczała utworzenie dla niej „nowej duszy i nowej kultury”. Oznaczała także konieczność budowania nowej pamięci, a może przede wszystkim wymazania starej, zapomnienia tego, czym była polskość dla Abramowskiego na przykład i dla tysięcy, dziesiątków tysięcy takich rodzin jak jego. To oznaczać musiało budowanie – przynajmniej na wschód od Bugu – panteonu odkrywających swoją pamięć Litwinów, Białorusinów, Ukraińców – na grobie polskiej pamięci Rzeczypospolitej.

Czy możemy do tej pamięci wrócić? Po jej zniszczeniu przemocą przez sowiecki walec? Teraz znów słyszymy, że do raju postnowoczesności, do nowej (europejskiej) unii nie wejdzie ten, kto nie napije się wody z Lety, rzeki zapomnienia – zapomnienia wcześniejszej, silnej, obciążonej konfliktami i urazami tożsamości narodowej w jej wersji XIX- i XX--wiecznej. Znów trzeba zobaczyć siebie jako obcych we własnej historii, trzeba się niejako wywłaszczyć z tej historii – zobaczyć w niej innych i zobaczyć siebie jako obcych. Dotyczy to i Polaków, i Litwinów. Może wobec tego powinniśmy poszukać siebie w historii na nowo? Może powinniśmy zrozumieć Litwinów w ich upartej pamięci odrębnej tożsamości, a i oni może lepiej nas zrozumieją, kiedy my bronić próbujemy naszej pamięci – nie przeciw nim, ale przeciw zapomnieniu. Może znajdziemy wobec tego nowego wyzwania inspirację w słowach tamtej unii, opartej na „tajemnicy miłości”? Teraz, kiedy ma ją zastąpić zimna, krótka bardzo pamięć ideologów „płynnej ponowoczesności”, może znajdziemy znów we wstępie do unii horodelskiej ratunek przed niepamięcią, przed podziałem? No cóż, najpierw musimy przezwyciężyć nasz fatalny, rozgrywany przez sąsiedzkie imperium, podział wewnętrzny… I na Litwie, i w Polsce.

http://gosc.pl/doc/1717149.Unia-tajemnica-pamieci


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 10 mar 2015, 08:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Wojciech Wencel

Dziedzictwo powstańców styczniowych

Do czego jest nam potrzebna Polska? Do zbawienia!

Na zdjęciach z okresu II RP weterani powstania styczniowego przypominają krasnoludów z trylogii Tolkiena. Mają długie wąsiska, białe brody i orle spojrzenia. Noszą dziwne imiona: Mamert, Medard, Telesfor... W ich utrwalonej na kliszy postawie jest coś rycerskiego i pielgrzymiego zarazem. Wydają się nieprawdopodobni jak podjęty przez nich wysiłek duchowy. „Obok Orła znak Pogoni,/ Poszli nasi w bój bez broni./ (...) Niechaj Polska zna,/ Jakich synów ma”. A jednak dziedzictwo powstania styczniowego, którego istotą jest głębokie zawierzenie Bogu, okazało się przydatne kolejnym pokoleniom Polaków. Duch powstańców 1863 r. był obecny w kampanii wrześniowej, w powstaniu warszawskim, w oddziałach żołnierzy wyklętych i wśród emigrantów, którzy po Teheranie i Jałcie bezskutecznie apelowali do „sumienia świata”. Ten duch towarzyszy nam także dzisiaj, gdy na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie upominamy się o prawdę o Smoleńsku. Może gdzieś na Zachodzie istnieje raj na ziemi. Dla nas przewidziano co innego: brak stabilizacji, tymczasowość, rzadkie sukcesy polityczne i gospodarcze, częstsze porywy ducha, a okresowo traumatyczne doświadczenia, przypominające nam, kim jesteśmy. A jesteśmy ością w gardle tego świata. Jak pisze prof. Andrzej Nowak, „potężne siły zła, jakie skupiają się w imperialnej ambicji panowania nad innymi, poniewierania słabszymi, od ponad 300 lat potykają się o Polskę”. „O, dzięki Tobie za państwo boleści,/ I za męczeńskich koron rozmnożenie,/ I za wylaną czarę szlachetności/ Na lud, któremu imię jest – cierpienie,/ I za otwarcie bram... nieskończoności!” – pisał w 1847 roku Cyprian Norwid. Czy obraz polskości zmienił się od daty powstania tego wiersza? Przeciwnie: przybyło historycznych faktów, potwierdzających nasz zbiorowy los. Tyle że coraz rzadziej widzimy zbawienny sens tego losu i przestaliśmy za niego dziękować. Często – jako Polacy i jako chrześcijanie – czujemy się zaszczuci przez nieprzyjazny świat. Bronimy spadku po przodkach: katolickiej religii, patriotyzmu, ale w głębi duszy obawiamy się, że następnym pokoleniom nie wystarczy sił do udźwignięcia tego ciężaru. Przytłaczają nas kolejne ofiary i upokorzenia. Nasze życie staje się martyrologią. Dzieje się tak wówczas, kiedy polskość sprowadzamy do stanu posiadania. To prawda, że większość europejskich narodów już dawno rozmieniła swoje talenty na drobne. Ale my zakopaliśmy swój talent w ogrodzie i wystawiamy straże, żeby nikt go nie ukradł. Niby czekamy na dzień ostateczny, lecz w gruncie rzeczy chcielibyśmy, żeby z tego zagrzebanego w ziemi talentu wyrosło nam państwo stabilne duchowo, wolne od bolesnych doświadczeń, będące azylem w pogańskiej Europie. Ta tęsknota do duchowej „małej stabilizacji” powoduje, że na dnie serca skrywamy żal do świata, a może nawet do samego Boga, że nie pozwala nam spocząć na laurach.

Na zdjęciach z okresu II RP weterani powstania styczniowego przypominają krasnoludów z trylogii Tolkiena. Mają długie wąsiska, białe brody i orle spojrzenia. Noszą dziwne imiona: Mamert, Medard, Telesfor... W ich utrwalonej na kliszy postawie jest coś rycerskiego i pielgrzymiego zarazem. Wydają się nieprawdopodobni jak podjęty przez nich wysiłek duchowy. „Obok Orła znak Pogoni,/ Poszli nasi w bój bez broni./ (...) Niechaj Polska zna,/ Jakich synów ma”. A jednak dziedzictwo powstania styczniowego, którego istotą jest głębokie zawierzenie Bogu, okazało się przydatne kolejnym pokoleniom Polaków. Duch powstańców 1863 r. był obecny w kampanii wrześniowej, w powstaniu warszawskim, w oddziałach żołnierzy wyklętych i wśród emigrantów, którzy po Teheranie i Jałcie bezskutecznie apelowali do „sumienia świata”. Ten duch towarzyszy nam także dzisiaj, gdy na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie upominamy się o prawdę o Smoleńsku. Może gdzieś na Zachodzie istnieje raj na ziemi. Dla nas przewidziano co innego: brak stabilizacji, tymczasowość, rzadkie sukcesy polityczne i gospodarcze, częstsze porywy ducha, a okresowo traumatyczne doświadczenia, przypominające nam, kim jesteśmy. A jesteśmy ością w gardle tego świata. Jak pisze prof. Andrzej Nowak, „potężne siły zła, jakie skupiają się w imperialnej ambicji panowania nad innymi, poniewierania słabszymi, od ponad 300 lat potykają się o Polskę”. „O, dzięki Tobie za państwo boleści,/ I za męczeńskich koron rozmnożenie,/ I za wylaną czarę szlachetności/ Na lud, któremu imię jest – cierpienie,/ I za otwarcie bram... nieskończoności!” – pisał w 1847 roku Cyprian Norwid. Czy obraz polskości zmienił się od daty powstania tego wiersza? Przeciwnie: przybyło historycznych faktów, potwierdzających nasz zbiorowy los. Tyle że coraz rzadziej widzimy zbawienny sens tego losu i przestaliśmy za niego dziękować. Często – jako Polacy i jako chrześcijanie – czujemy się zaszczuci przez nieprzyjazny świat. Bronimy spadku po przodkach: katolickiej religii, patriotyzmu, ale w głębi duszy obawiamy się, że następnym pokoleniom nie wystarczy sił do udźwignięcia tego ciężaru. Przytłaczają nas kolejne ofiary i upokorzenia. Nasze życie staje się martyrologią. Dzieje się tak wówczas, kiedy polskość sprowadzamy do stanu posiadania. To prawda, że większość europejskich narodów już dawno rozmieniła swoje talenty na drobne. Ale my zakopaliśmy swój talent w ogrodzie i wystawiamy straże, żeby nikt go nie ukradł. Niby czekamy na dzień ostateczny, lecz w gruncie rzeczy chcielibyśmy, żeby z tego zagrzebanego w ziemi talentu wyrosło nam państwo stabilne duchowo, wolne od bolesnych doświadczeń, będące azylem w pogańskiej Europie. Ta tęsknota do duchowej „małej stabilizacji” powoduje, że na dnie serca skrywamy żal do świata, a może nawet do samego Boga, że nie pozwala nam spocząć na laurach.

http://gosc.pl/doc/1432523.Dziedzictwo- ... yczniowych


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 17 mar 2015, 08:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Świadomość historyczna jest wewnętrznym drogowskazem każdego z nas o ile mamy ją w sobie. Umiemy czytać politykę w kontekście wiedzy historycznej i właściwie reagować na próby zaburzenia naszego polskiego ładu publicznego.
Brak świadomości historycznej i odbieranie wydarzeń politycznych bez analizy i odniesienia historycznego jest zwykłą głupotą i świadczy o naszej ułomności duchowo - umysłowej.
Nam Polakom zależy na ludziach świadomych swojej przeszłości, im okupantom i zdrajcom Polski zależy na ciemnocie mas ludzkich, gdyż łatwe jest wówczas sterowanie ich umysłami i wskazywanie im winnych złego stanu rzeczy, o ile ten stan dojrzą.
Nie PO, nie PSL, nie SLD, ale PiS i Kaczyński są wówczas przyczyną naszego polskiego nieszczęścia, a Niemcy, Żydzi, Sowieci to nasi przyjaciele, którym możemy zaufać i im siebie powierzyć. Pederaści i inne zboki to światowa czołówka kultury, to jej liderzy i luminarze, to nasza świetlana przyszłość.


Sukcesorzy sowieckiej dzikiej tłuszczy

Obrazek

W październikową sobotnią noc 2013 roku w al. Zwycięstwa w Gdańsku, tuż obok stojącego tam czołgu T-34 upamiętniającego sowieckich „wyzwolicieli” pojawiła się rzeźba przedstawiająca radzieckiego żołnierza gwałcącego ciężarną kobietę i zatytułowana „Komm Frau”, czyli „Chodź Kobieto”. Autorem tej odzwierciedlającej prawdę historyczną pracy był trójmiejski artysta Jerzy Bohdan Szumczyk. Nad ranem policja pospiesznie usunęła ważącą 300 kg rzeźbę i choć zdążyło ją obejrzeć zaledwie kilkanaście osób wybuchł wielki skandal. Protestował rosyjski ambasador, deputowani do dumy i co nie dziwi polskie pseudoelity z lewakami i postkomuchami na czele. Jak można tak obrażać i znieważać bohaterską i niezwyciężoną Armię Czerwoną? – krzyczano. Ich bezczelność poszła dalej i obfitowała w podłe łgarstwa o tym, jakoby ów azjatycki motłoch dał nam wolność i niepodległość. Masowe, idące w miliony gwałty, jakich dokonywało sowieckie dzikie żołdactwo były jeszcze nie tak niedawno tematem tabu. Oczywiście ktoś czasami napomknął coś na ten temat na antenie TVP Historia lub mrugnął dyskretnie okiem, jak Kutz w filmie „Pułkownik Kwiatkowski”. Ale to wszystko, na co było stać III RP.

Dlatego ze zdziwieniem i niemałym zaskoczeniem obejrzałem w poniedziałek 23 lutego na antenie TVP1 i to w dobrym czasie antenowym kręcony na Warmii dokument, „Bo jestem stąd”, którego pomysłodawcą był Krzysztof Ziemiec, a reżyserem Grzegorz Linkowski. Ten wstrząsający film już bez żadnych przemilczeń i zakłamań ukazał nam prawdziwe oblicze armii czerwonej, której zdziczenie i barbarzyństwo trudno z czymkolwiek porównać. Właśnie szukając takiego porównania przypomniała mi się czytana jeszcze w czasach, kiedy chodziłem do szkoły podstawowej historyczno-przygodowa powieść Józefa Ignacego Kraszewskiego, „O Janaszu Korczaku i pięknej miecznikównie”. To właśnie ta książka zapadła mi w pamięci i to nie z powodu głównego wątku opowiadającego o pięknej miłości młodego ubogiego polskiego szlachcica Janasza do bogatej miecznikówny Jadzi. Jako młody chłopak byłem wstrząśnięty opisami barbarzyństwa tatarskich ordyńców prowadzących polskie kobiety w jasyr. Opisów Czytelnikom raczej oszczędzę. Choć akcja książki toczyła się w XVII wieku to skala zdziczenia i zbydlęcenia tej azjatyckiej dziczy idealnie pasuje do zachowań sowieckiej hołoty, która w 1945 roku zapluskwiła całą Polskę. Czerwonoarmiejcy gwałcili masowo począwszy od dziesięcioletnich dziewczynek po osiemdziesięcioletnie staruszki. Nierzadko odbywali stosunki już ze zwłokami. Mordy, gwałty i grabieże to wizytówka sowieckiego żołdactwa.

Dlaczego dopiero teraz wyemitowano taki film? Pytanie jest czysto retoryczne gdyż w obliczu coraz bardziej realnego rosyjskiego zagrożenia ktoś po prostu przełożył wajchę, panicznie chcąc uniknąć kojarzenia salonu III RP z demonstrowaną jeszcze nie tak dawno temu miłością do bandyty i zbrodniarza Putina. Miłością i przyjaźnią scementowaną 10 kwietnia w Smoleńsku, jak twierdził Michnik w swoim „Liście do przyjaciół Moskali” pisząc: Dziś na krwi przelanej 70 lat temu w Katyniu i w sobotę pod Smoleńskiem rodzi się autentyczna polsko-rosyjska wspólnota losów. Dziękujemy wam - bracia Moskale - za współczucie, zrozumienie, spontaniczne akty solidarności i wszelką pomoc w związku z katastrofą. Brawo ojcze redaktorze, dziękujmy szczególnie z tę bezprecedensową pomoc okazaną w związku z katastrofą. Szczególnie dziękujemy za wrak i czarne skrzynki.


Ja jednak chciałem zadać inne pytanie. Doskonale mogę zrozumieć, że tematu masowych idących w miliony gwałtów, którym często towarzyszyły okrutne mordy unikano jak ognia w czasach PRL, kiedy to zadekretowano przyjaźń polsko-radziecką i braterstwo broni obu armii. Ale co stanęło na przeszkodzie, że przez ćwierć wieku trwania III RP, czyli po tak zwanym obaleniu komunizmu unikano mówienia nam prawdy o rzeczywistym obliczu „naszych wyzwolicieli”? I tu dochodzimy chyba do sedna sprawy. Otóż przy okrągłym stole zasiedli zdrajcy, a więc przedstawiciele komunistycznej partii ustanowionej przez ZSRR do trzymania za mordę miejscowej ludności zaś po drugiej stronie ton nadawali tak zwani przedstawiciele lewicy laickiej, których ojcowie i matki w większości przybyli na polskie ziemie wraz z tą azjatycka mordującą, gwałcącą i rabującą dziczą. Trudno dzisiaj takim „intelektualistom” typu Bauman i jemu podobni przyznać, że swoje dzisiejsze pozycje zawdzięczają zwykłym zwyrodnialcom, a ich drogie buty, garnitury, garsonki, krawaty i apaszki jeszcze pokolenie temu u ich przodków stanowiły swojskie zamienniki w postaci śmierdzących walonek i połatanych brudnych kufajek.

Pierwszego marca obchodziliśmy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Pamiętajmy, że oni doskonale widzieli, co wyprawia na polskiej ziemi ta sowiecka hołota i jej polskojęzyczni sługusy. Może łatwiej będzie nam teraz zrozumieć, dlaczego podjęli się tej nierównej i beznadziejnej walki. Oni walczyli o nasz honor i ocalenie resztek człowieczeństwa w obliczu dzikiego azjatyckiego barbarzyństwa, które wkroczyło na nasze ziemie wprost z Dzikich Pól, a dzisiaj potomkowie tej zbrodniczej hołoty mianowali się intelektualną elitą.

http://kokos.salon24.pl/636008,sukcesor ... j-tluszczy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 13 kwi 2015, 08:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Wolność okupiona przez całe pokolenia męczenników

Obrazek
Zdjęcie: Marek Zygmunt/ Nasz Dziennik


Z zesłańcem Stanisławem Błońskim, prezesem Związku Sybiraków III RP, organizatorem konferencji „Kapłani zesłańcy - kapłani wśród zesłańców”, rozmawia Marek Zygmunt

W jakich okolicznościach został Pan zesłany na Sybir ?

Mieszkałem w Tarnopolu. Ale na wakacje pojechałem do dziadków w Filipkowcach koło Zaleszczyk. I właśnie stamtąd 13 kwietnia 1940 roku zostałem wywieziony, deportowany. Wyglądało to bardzo dramatycznie, tragicznie. Zostaliśmy wpakowani do bydlęcych wagonów kolejowych z zabitymi oknami. Przez trzy doby nie widzieliśmy Bożego świata. Kontakt ze światem był taki, że na ważniejszych stacjach pociąg się zatrzymywał i dawano nam wtedy wodę koloru brunatnego i kawałek czarnego chleba.

Po przejechaniu ok. 150 km załadowano nas do furmanek zaprzężonych w woły i przez trzy dni byliśmy wiezieni na Sybir. Po drodze cały czas słyszeliśmy od bolszewików: „my was wieziemy na Sybir, po to, abyście tam zdechli”.

Wśród deportowanych były matki z dziećmi, których mężowie jakiś czas wcześniej byli aresztowani i znikali bez śladu. Nie były one przyzwyczajone do pracy fizycznej, do ekstremalnych warunków. Godne jest najwyższego podziwu, jak w takich okolicznościach potrafiły wytrzymać i tak nas wychować, abyśmy zachowali swoją tożsamość religijną, patriotyczną i narodową.

Czy właśnie dlatego wystąpił Pan ostatnio z inicjatywą wzniesienia we Wrocławiu pomnika Matki Polki?

Rzeczywiście, to było takim impulsem do podjęcia starań w tym zakresie. Osiem lat temu postawiono taki monument w południowej Syberii. Skoro tam było to możliwe, to uznałem, że tym bardziej u nas, we Wrocławiu, gdzie mieszka wielu sybiraków, Matki Polki powinny być w ten sposób uhonorowane. Bo to przecież one wywalczyły naszą tożsamość.

Cieszę się, że ta inicjatywa zyskała poparcie ze strony metropolity wrocławskiego ks. abp. Józefa Kupnego, który zresztą od samego początku objęcia rządów w naszej archidiecezji bardzo przychylnie i życzliwie odnosi się do naszej działalności. Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o władzach miejskich i wojewódzkich. Urząd miejski przydzielił nam wprawdzie lokal na siedzibę związku, ale prezydent Rafał Dutkiewicz nie przyjął patronatu honorowego nad organizowaną przez nas konferencją międzynarodową pod hasłem „ Kapłani zesłańcy – kapłani wśród zesłańców”, nie mówiąc już o odmowie udzielenia wsparcia finansowego dla tego przedsięwzięcia. Nie uzyskaliśmy go również z dolnośląskiego urzędu marszałkowskiego. Takie zachowanie prorokuje, że podobnie może być w wypadku dotacji na budowę pomnika Matki Polki.

Wróćmy jednak do rozpoczętej wczoraj we Wrocławiu trzydniowej konferencji o kapłanach zesłańcach. Czy podczas sześciu lat pobytu na Syberii miał Pan kontakt z kapłanami zesłańcami?

Nastawienie bolszewików do religii było tak straszne, że ja do chwili obecnej jak to sobie przypominam, dostaję dosłownie dreszczy. Mieliśmy do czynienia z szyderstwami, obelgami pod adresem Kościoła. Wszelkie przejawy religijności były całkowicie tępione.

Nasz kontakt z kapłanami zesłańcami nastąpił dopiero po porozumieniu Stalina z Sikorskim. Do nas trafił ks. Tadeusz Fedorowicz, który otrzymał misję duszpasterską właśnie na terenie Związku Sowieckiego podpisaną przez płk. Okulickiego. Właśnie on udzielił mi Pierwszej Komunii Świętej.

Pochylając się ze czcią nad dziejami naszych rodaków zesłanych na bezkresne obszary Syberii, uświadamiamy sobie, że wolność, którą dziś możemy się cieszyć i która dla nas wydaje się tak oczywista jak powietrze, którym oddychamy, została okupiona przez całe pokolenia męczenników. To dzięki krwi naszych rodaków, którym bardzo często towarzyszyli w cierpieniu kapłani i bracia zakonni, mamy wolną Ojczyznę i sami jesteśmy wolni. Takie przesłanie towarzyszyło nam przy organizacji tej konferencji przygotowanej dla uczczenia 75. rocznicy masowej deportacji Polaków na Syberię.

Dziękuję za rozmowę.

RP

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... nikow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 21 kwi 2015, 05:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Niemiec, a nie nazista

Z dr. Witoldem Waszczykowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie PiS, rozmawia Rafał Stefaniuk

Po raz kolejny Polska została oskarżona o współudział w Holokauście…
– Początkowo wydawało mi się, że James Comey popełnił lapsus wynikający z ignorancji. Jednak wypowiedź szefa FBI trzeba potraktować poważnie, bo to nie jest tylko policja federalna, ale także kontrwywiad amerykański. W związku z tym taki urzędnik ma swoje wystąpienia przygotowane przez zespół analityków. Jest pytanie, czy ona ma świadomy charakter i czy nie jest elementem jakiejś gry politycznej. Zauważmy, że w Stanach Zjednoczonych niedługo zacznie się kampania prezydencka, więc może to być świadoma wypowiedź skierowana do środowisk antypolskich.

Jak powinniśmy zareagować?
– Nasza reakcja powinna być przemyślana. Powinniśmy wyjaśnić administracji USA, że taka rozgrywka przy użyciu takich argumentów dla celów politycznych jest nie tylko krzywdząca dla Polski, ale także głęboko niebezpieczna. Reakcja ambasadorów jest tylko kwestią rutynową, tu powinny zareagować osoby z najwyższego szczebla.

A ten szczebel powinien być ustawiony na wysokości prezydenta Komorowskiego?
– Tak, powinien zabrać głos. Nie musi to być telefon do Obamy, ale wyrażenie stanowiska przez prezydenta jest wskazane. Warto byłoby nawiązać również kontakt z rządem Izraela oraz środowiskami żydowskimi w kraju i za granicą. Jasne jest, że to by wymagało przygotowania i zajęłoby trochę czasu, ale byłoby skuteczne.

Dostrzega Pan po naszej stronie grzech zaniechania?
– Polska za czasów rządu Platformy i PSL odrzuciła świadomą politykę historyczną. Szereg środowisk powiązanych z rządem relatywizowało kwestię II wojny światowej i holokaustu. Wczoraj słyszałem wypowiedź dziennikarza „Gazety Wyborczej” pana Blumsztajna, który bagatelizował sprawę. Natomiast jeżeli ktoś na Zachodzie obejrzy film „Ida”, to będzie miał wrażenie, że to Polacy mordowali Żydów po to, aby przejąć ich majątek. Te głupawe hasła o nowoczesnym patriotyzmie, o wybieraniu przyszłości zamiast przeszłości, wpływają na relatywizowanie historii.

Słyszał Pan kiedyś na poziomie ministerialnym, że powinniśmy uruchomić program powstawania polskich filmów odkłamujących historię?
– Niestety nie. Jest wręcz odwrotnie, bo finansujemy takie filmy jak „Ida” i „Pokłosie”, a o bohaterach się milczy. Zobaczmy, że nie ma klasowego filmu o Żołnierzach Wyklętych. Za to rozrywamy szaty nad Jedwabnem, jakby to było wydarzenie przysłaniające całą historię II wojny światowej. Z niepokojem przyjąłem to, że redaktorzy „Gazety Wyborczej” napisali list do Ojca Świętego w obronie ks. Wojciecha Lemańskiego, a nie reagują na naprawdę ważne kwestie. Dlaczego ci celebryci nie napisali listu do Rosji z żądaniem zwrócenia wraku tupolewa? Teraz mogą napisać do Amerykanów, żądając skorygowania słów szefa FBI. Ciekawe, jak teraz to środowisko zareaguje.

Jak w walce o prawdę historyczną pomocne byłyby kancelarie prawne?
– To byłaby bardzo dobra droga. Kancelarie nie rozwiążą tej sprawy wszędzie, ale kilka surowych wyroków wobec istotnych pism światowych na pewno mogłoby pomóc, bo one by zapadły w pamięć w świecie dziennikarskim. Jednak od działań prawnych ważniejsza jest współpraca na linii Polska – Izrael – Stany Zjednoczone, aby przez świadomą politykę historyczną wreszcie odejść od oskarżania Polski. To wymaga determinacji, chęci i woli politycznej, a nie tworzenia czekoladowych orłów i pląsania, bo Polacy są smutasami.

Od kogo powinniśmy brać lekcję z prowadzenia polityki historycznej?
– Przede wszystkim z Niemiec. Zauważmy, że Niemcy z sukcesem wprowadzili termin „naziści”, a więc to Ci, którzy wywołali II wojnę światową i byli odpowiedzialni za holokaust. Konia z rzędem temu, kto znajdzie 20-letniego Amerykanina czy Meksykanina, który połączy nazistów z Niemcami. Dla wszystkich tych, którzy nie znają historii, naziści się tak samo kojarzą jak Marsjanie. Zobaczmy, z jaką determinacją walczą Rosjanie, tworząc kanały telewizyjne oparte na świetnym języku angielskim. I tak twierdzenia, że wojna z Ukrainą jest słuszna i prawa, docierają do Zachodu. Przez lata także Izrael miał świetną politykę historyczną. Mamy więc się od kogo uczyć. A pamiętajmy, że czas nagli, bo pokolenie ludzi, którzy pamiętają II wojnę światową, wymrze. Tych świadków, którzy przyjeżdżają na marsze do Oświęcimia, już nie będzie. Za kilka lat będą możliwe tylko i wyłącznie bitwy na interpretacje. Nie będzie można zaprosić człowieka, który powie, byłem w Oświęcimiu, widziałem, co tam robiono, i kto to robił.

Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... zista.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świadomość historyczna
PostNapisane: 08 maja 2015, 05:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31139
Przeszłości nie zabijemy

Z Leszkiem Żebrowskim, publicystą historycznym, rozmawia Rafał Stefaniuk

Wszyscy przebywający w Sejmie ponownie mogą oglądać ekspozycję z komunistycznymi laskami marszałkowskimi…
– To jest nawrót do niedawnej przeszłości w wykonaniu marszałka Radosława Sikorskiego. Czyli co kto lubi, kto uznaje jaką tradycję. Prawda jest jednak taka, że w okresie PRL to nie był Sejm. To nie były laski funkcjonujące w normalnym parlamencie. To są eksponaty władzy komunistycznej. Dekoracje, które miały pokazywać, że zachowane są jakieś pozory niezależności. W mojej ocenie, są to przedmioty hańby, których miejsce jest w muzeum komunizmu. Na pewno nie ma dla nich miejsca w polskim parlamencie, jeżeli ten parlament uważa się za wolny.

Jest Pan skłonny wpisać PRL w część polskiej tradycji państwowej?
– Nie. Z PRL było tak, jak z każdą inną formą okupacji czy rozbiorów. Te ostatnie lata, które ludzie pamiętają, były inne, nieco łagodniejsze. Nie zapominajmy, że ci sami ludzie, którzy mordowali, byli później profesorami, politykami czy działaczami kultury. Oni mieli krew na rękach. To była ciągłość. To, że później reżim był łagodniejszy, nie wynika z tego, że ustrój był łagodny, ale z tego, że nie bardzo było już kogo mordować.

A w naszej pamięci pozostał PRL znany z filmów Barei...
– Kultura jest pojęciem szerokim. Można się śmiać z własnych wad, można z cudzych, ale obowiązują pewne proporcje. To nie jest okres zamknięty, rozliczony. Ludzie z PRL, którzy mieli władzę, przeszli w sposób bardzo łagodny do rzeczywistości, którą nazwano III Rzeczpospolitą. Dla nich to jakby zupełnie nic się nie stało. Przenieśli majątek, który ukradli. Porzucili „Kapitał” Marksa, gdy przestał być im potrzebny. I dzisiaj co nam zostaje? Szyderstwo z tego okresu? Pośmiewisko? To są dwa pokolenia, które wyrosły w PRL. Na karkach ludzi wywłaszczyli się i zdobyli władzę. Następnie w bardzo brutalny sposób utrzymywali ją, a gdy opór zamarł, to wtedy można już było się tylko śmiać z Urzędu Bezpieczeństwa. Śmiech to zdrowie, ale przeszłości nie zabijemy w ten sposób…

Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ijemy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 206 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 9, 10, 11, 12, 13, 14  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /