Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 75 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 19 lip 2011, 08:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Paweł Armada: Historia filozofii politycznej W. Juliana Korab-Karpowicza

O ile, jak sądzi Korab-Karpowicz, natura ludzka jest dana na zawsze, o tyle cywilizacja zależy od cnoty

Historia filozofii politycznej jest jedną z tych dziedzin, w których założenia teoretyczne czy preferencje badacza, wchodzącego w rolę przewodnika, wyraźnie determinują charakter jego ustaleń. To, w jaki sposób czytamy Platona i jak chcemy, żeby Platon był czytany, zależy od naszej oceny samej możliwości filozofowania oraz od tego, czy według nas filozofowanie może stanowić racjonalną, powszechnie akceptowaną miarę dla tych, którzy uczestniczą w życiu politycznym. Innymi słowy, zależy od tego, czy Platon jest dla nas przodkiem z obrazu, czy żywym nauczycielem.

W. Julian Korab-Karpowicz pozwala w swojej książce przemówić dziesięciu nauczycielom, którzy wszyscy okazują się żywi, niezależnie od tego, czy są przedstawicielami konstytutywnej dla Zachodu tradycji klasycznej, czy też mniej lub bardziej radykalnymi jej krytykami. Książka ta, na pewno godna polecenia studentom politologii, jest w naszym kraju dziełem pionierskim. Różni się ona od typowych podręczników „historii doktryn politycznych i prawnych”, które, zdaje się, nadal dominują w tej dziedzinie. „Doktryny” rozpatruje się w nich zasadniczo w podziale na epoki, których poszczególni myśliciele byli „przedstawicielami”. Arystoteles to na przykład przedstawiciel starożytnej greckiej formacji polis, a Machiavelli − renesansowego włoskiego państwa-miasta; ten pierwszy broni ładu opartego na niewolnictwie, ten drugi stara się nakłonić feudałów do skutecznego działania zapewniającego jedność polityczną; spuścizna pierwszego jawi nam się jako wyraz zjawisk zachodzących w IV wieku p.n.e., spuścizna drugiego – jako fenomen XVI-wieczny. Historię oczywiście warto znać, ale – z punktu widzenia politologa mającego wyczucie zmiany i konkretu w życiu politycznym – problemy dawnych epok nie są naszymi problemami.

Aby móc sięgać na serio do myśli klasyków, potrzebne jest inne spojrzenie na pisarstwo filozoficzne. Fundamentalnej wagi założeniem, jakie przyjmuje Korab-Karpowicz, jest pogląd o istnieniu natury ludzkiej. Natura jest niezmienna i refleksja nad naturą jest niezmiennie aktualna. W dziejach Europy stała się ona podstawą tradycji myślenia o polityce przez pryzmat cnoty, czyli pełni tego, ku czemu skłania osobę ludzką jej natura (dla chrześcijan ustalona przez Stwórcę), w ramach ustroju politycznego, w którym ta osoba żyje i który współtworzy. We Wstępie – który wraz z Zakończeniem służy otwartemu wypowiedzeniu stanowiska autora – czytamy, że „tradycja klasyczna to tradycja moralna, która wyłoniła się w myśli politycznej Zachodu. Obejmuje myślicieli, dla których polityka jest nieodłącznie związana z etyką i którzy podkreślają wagę cnót w życiu publicznym” (s. 9). Jest tu więc miejsce dla Greków oraz Rzymian, ale również dla chrześcijan; chrześcijaństwo konfrontuje się z dziedzictwem starożytności i wprowadza nowe pojęcia lub znaczenia, jak „wiara” czy „łaska”, jednak to dzięki autorom chrześcijańskim osiągnięcia starożytnych mogą przetrwać i zachować istotną wymowę. W tym ujęciu średniowieczna scholastyka oznacza twórczą kontynuację dorobku pogańskich klasyków, a wręcz „klasyczność i chrześcijaństwo zlewają się w jedną formację kulturową, która zostaje z kolei zaatakowana przez moderność” (s. 8). „Moderność” – osobliwie dobrany, gdyż nienaturalnie brzmiący, termin – czyli myślenie nowoczesne, pewien zestaw idei bądź wydumanych recept na życie, które towarzyszą nam – w wymiarze rewolucyjnej teorii, lecz także rewolucyjnej praktyki – od dobrych kilkuset lat, przeciwko którym budzi się reakcja rzeczników „post-moderności”. Być może należy to potraktować jako drugie zasadnicze założenie Korab-Karpowicza: współcześni ludzie bardzo pragną gwałcić naturę i prawie cała współczesna myśl polityczna żyruje ten potencjalny gwałt.

Politologowie często mają ochotę prognozowania przyszłości. Jeśli uznać, że takie prognozy nie są beznadziejnym intelektualnie zadaniem, to ważne wyda się stwierdzenie, że w celu nakreślenia przyszłych stanów rzeczywistości politycznej „nie wystarczy ocenić obecną politykę gospodarczą i militarną danego państwa. Trzeba się zapytać, jakie idee ożywiają jego obywateli, jakie jest ich morale i jakie tendencje przeważają w ich wychowaniu” (s. 11). O ile, sądzi Korab-Karpowicz, natura ludzka jest dana na zawsze, o tyle cywilizacja − na przykład europejska czy amerykańska − zależy od cnoty, czyli „jakościowej zmiany pozytywnej”, pielęgnacji duszy wyzwalającej ludzką aktywność. W dziejach ludzkości odnajdujemy na przemian okresy wzrostu moralnego i upadku w przyziemność i bylejakość, kosmopolityzm i materializm; Rzym jest najlepszym przykładem – od republikańskiej cnoty do zapomnienia o cnocie. Zanik obywatelskiej postawy moralnej prowadzi do upadku cywilizacji.

Osłabienie czy rozmontowanie „tradycji klasycznej” zostaje w tej książce przypisane Niccolo Machiavellemu i − przede wszystkim − Thomasowi Hobbesowi. Właściwe rozdroże umiejscowiono wszakże na kontynencie amerykańskim: to w myśli autorów Federalisty, w znacznej mierze antycypowanej przez Johna Locke’a, widać uświadomioną kontrowersję między nauką polityczną jako nauką cnót a nowym, oświeceniowym projektem republiki ludzi wolnych i równych. Zdaniem Korab-Karpowicza ojcowie-założyciele zdołali na długo zaszczepić w ustroju Stanów Zjednoczonych pewne elementy myślenia klasycznego, ostatecznie jednak przewagę zdobył tam „paradygmat nowożytny”. „Na skutek rewolucji behawioralnej, która miała miejsce w naukach społecznych lat pięćdziesiątych XX wieku, Ameryka stała się bastionem moderności” (s. 353), wkrótce zaś nadeszła era dominacji prądów takich, jak feminizm czy teoria krytyczna szkoły frankfurckiej, które wpisują się już w formację myślową „post-moderności”. Zmiany te nie miały tylko charakteru lokalnego: „Ameryka nie jest tylko kontynentem czy państwem. To symbol przemian na świecie. Jest ucieleśnieniem idei, które zdominowały świat w stopniu większym, niż jakiekolwiek inne idee wcześniej” (s. 353). Jakież to idee? W czym przejawia się „(post-)moderność” jako źródło oddziaływania na rzeczywistość polityczną?

Przede wszystkim mamy tu do czynienia z ujęciem ludzkiego indywiduum jako istoty spełniającej się w przekraczaniu zastanych ograniczeń i kierującej się potrzebą zaspokojenia swoich pożądań. Lepiej zaś: „granicę między klasycznością (tradycyjnością) a modernością wyznacza woluntaryzm rozumiany jako praktyka społeczna” (s. 354), czyli zastąpienie teorii czy poszukiwania prawdy „wolą działania” i „myśleniem transformacyjnym”. To, co w rzeczywistości – a rzeczywistość jest niesłychanie złożona – porusza ludzi, redukuje się zatem do rzekomej pojedynczej zasady, która stanowiłaby klucz do pożądanych przekształceń natury czy świata. Projekt liberalny to jeden z politycznych sposobów przejawiania się „moderności” (obok tak skrajnych jak dawny rewolucyjny marksizm), wymuszający niejako eskalację jednostkowych pożądań, co zaciera granice moralne i niszczy poczucie sprawiedliwości. Szczególną wewnętrzną reakcją na ten kierunek jest „post-moderność” z występującą w niej celebracją „różnorodności” przez język walki z „opresją”. Zarówno wizja „jedności”, jak i wizja „różnorodności” okazują się sztucznym rezultatem nowożytnego myślenia o polityce czy społeczeństwie. W praktyce oznacza to – i Korab-Karpowicz nie waha się wypowiedzieć pod koniec swych wywodów całkiem jednoznacznej diagnozy – najdalej idący kryzys podstawowych instytucji społecznych, spośród których państwo ulega zasadniczemu osłabieniu na skutek wykreowanych w nowożytności procesów globalizacyjnych. Z kolei „oderwane od wszelkich podstaw i coraz bardziej wyobcowane z samych siebie, post-modernistyczne jednostki unoszą się w bezkresnym wszechświecie, który zapewnia wolność, ale nie daje żadnej orientacji. Wolna od rodziny i ojczyzny jednostka staje się singlem. Ceną za tę indywidualną wolność jest samotność i duchowa bezdomność, a jej ostatecznym skutkiem – upadek cywilizacji i demontaż społeczeństw zachodnich” (s. 356). Biorąc poważnie tego rodzaju opis, należy przyznać, że nowożytna myśl polityczna, dumna z przecięcia więzów „tradycji klasycznej”, doprowadziła do degrengolady czy zapaści cywilizacyjnej. Ale też, powiedzmy, wynaturzenie oznacza odebrania szczęścia ludziom w globalnej skali.

Uchwycenie intelektualnych założeń Korab-Karpowicza pozwala rozjaśnić zamysł jego pracy i z większym zrozumieniem podążyć tropem zaproponowanej narracji historyczno-filozoficznej, która wszak urywa się na autorach Federalisty i nie próbuje objąć wielkich twórców myślenia nowoczesnego, jak Jean Jacques Rousseau czy Karol Marks, będących radykalnymi dziedzicami Machiavellego i Hobbesa. Autor pisze, by przypomnieć tradycję klasyczną i zarazem ku przestrodze. Wsłuchanie się w głos wielkich teoretyków cnoty służy pobudzeniu przemiany naszych charakterów w obliczu prawdopodobnej zapaści.

Czy ten cel udaje się zrealizować? W dużej mierze tak, bo jest to lektura bogata, wciągająca i przyjazna dla czytelnika. Tu i ówdzie można znaleźć pewne słabe punkty, na przykład pewien niedosyt pozostawia rozdział poświęcony Platonowi, który przecież „w swej wizji państwa i polityki [...] dotarł na wyżyny ducha, do których rzadko kiedy docierają ludzie” (s. 62). Dialog Prawa został właściwie ledwo wspomniany, a napięcie między idealizmem wychowawcy i pesymizmem w kwestii zachowań ludzi rysuje się dość mętnie. Z kolei interesująca sugestia, że dzieło Arystotelesa należy odczytywać jako polemikę z „ideologią imperialną Aleksandra” (s. 69, 80) wzmaga jedynie apetyt czytelnika na rozwinięcie tego wątku. Trudno jednak nie zauważyć, że rozwinięcie choćby wskazanych wyżej punktów uczyniłoby z książki Korab-Karpowicza cegłę nie do uniesienia przez większość młodych politologów.

Na pewno istotny wpływ na kształt książki ma to, że jest ona rozbudowaną wersją zbioru esejów poświęconych poszczególnym myślicielom, pierwotnie napisanych po angielsku (Korab-Karpowicz 2010b). W obecnym wydaniu pojawiły się między innymi bardzo pomocne uogólnienia i uwagi dotyczące historycznego tła omawianych autorów. Jasne jest, że mamy do czynienia z bardzo dobrym wyborem, jeśli chodzi o analizowane postaci, jednak wybór ten przynajmniej w jednym punkcie zawodzi i to bardzo. Otóż brakuje Dantego i – nade wszystko – Marsyliusza z Padwy, który ani razu nie jest wspomniany w całym tekście! Bez nich, a także bez szkotystów, okhamistów, koncyliarystów czy millenarystów opowieść o słabnięciu i załamaniu „tradycji klasycznej” wydaje się niepełna. Takie są, być może, nieuchronne prawa selekcji; jeśli myślimy o zaproszeniu do filozofii politycznej, to należy im się poddać, byle uważnie i świadomie.

Na koniec jeszcze jedno nasuwające się porównanie. W ostatnim czasie ukazało się w Polsce kilka książek mających w tytule „filozofię polityki”. Na czoło wysuwa się monumentalna Historia filozofii politycznej zredagowana przez Leo Straussa i Josepha Cropseya (2010), której przekład otrzymaliśmy niemal jednocześnie z pracą Korab-Karpowicza. Jest to zbiór esejów napisanych z wielkim rozmachem przez całe środowisko autorów, dlatego niesprawiedliwe byłoby proste porównywanie obu tych prac. Różne są też założenia intelektualne obu książek: dla straussistów kluczowy jest konflikt między filozofią a „miastem”, między indywiduum poszukującym prawdy i zbiorowością opierającą się na prawdzie zastanej, między tym, co można powiedzieć drugiemu filozofowi, a tym, co może usłyszeć współobywatel czy współwyznawca. Książka Korab-Karpowicza nie zakłada tego rozróżnienia, skłaniającego do radykalnych i często umyślnie pogmatwanych reinterpretacji dzieł filozoficzno-politycznych (Armada 2011). Jest pod tym względem, by tak rzec, bardziej szczera i otwarta w swym przesłaniu powrotu do cnót.

Paweł Armada

W. Julian Korab-Karpowicz, Historia filozofii politycznej od Tukidydesa do Locke’a, Wydawnictwo Marek Derewecki, Kęty 2010

Patronat nad ksiązka objęła Teologia Polityczna


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 28 lip 2011, 06:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Osobiście

Świat widziany z mojej perspektywy przeraża coraz większą akceptacją zła,wyrastającego pod hasłami praw człowieka i humanitaryzmu.Nikt,kto żyje pod słońcem nie jest wolny od grzechów,ale należy je nazwać i zwalczać,a nie oswajać sumienie z ich istnieniem. Państwo ze swymi ponad miarę rozbudowanymi strukturami ,ogranicza ludzką wolność,zdejmując różnymi sposobami odpowiedzialnośc człowieka,za jego własne życie i postępki. Pospolity przestępca jest w opini intelektualistów ofiarą toksycznej rodziny,środowiska lub całego społeczenstwa. Poprzez taką filozofie,brak wyraźnego oddzielenia granicy dobra i zła faktycznie przyzwala sie na eskalację przestępstw [także politycznych]. Dyktatura idiotów z tytułami naukowymi doprowadziła do okaleczenia ludzkiego piczucia sprawiedliwości. Zatrważająca jest pewność siebie tzw.,,inżynierów społecznych" wypowiadających się na temat człowieka i jego duszy , jakby chodziło o konstrukcję szpadla.Doświadczenie mówi mi,że pewne zachowania są niewytłumaczalne i stanowią zagadkę nie tylko np.dla kryminologów,ale również dla samego sprawcy.. Powszechna atmosfera,, wybaczania" i obłaskawiania zła doprowadziła do patologii w życiu społecznym. Ofiary przestępstw są najczęściej zapominane i pozostawiane samym sobie.Sprawiedliwość dziejową w naszym kraju można zilustrować widokiem emerytowanego ubeka , leniwie wylegującego się na ławeczce w wiosennych promieniach słońca i spod przymkniętych powiek obserwującego kloszarda, byłego przewodnicząego Solidarności kolejarzy , grzebiącego w kontenerze ze śmieciami. Mój osobisty stosunek do III RP jest zdecydowanie negatywny, może z powodu wielkich nadziei, jakie miałem na początku drogi w 1990 roku. Dziś stwierdzam, że nasza walka otworzyła drogę do władzy ludziom, którzy nigdy nie powinni tam trafić, byliśmy pożytecznymi idiotami, cielęco naiwnymi. Tu, na głębokiej prowincji jestem często postrzegany, jako ktoś współodpowiedzialny za zło wyrządzone przez wszystkich szkodników, jacy mieli okazję rządzić tym krajem przez ostatnie 20 lat z drobnymi przerwami. Widzę w oczach biednych ludzi milczący wyrzut, miało byc lepiej, mogę tylko powiedzieć im, przepraszm. Mój Boże, czym zawiniliśmy, że nasze dzieci będą zmuszone do wyjazdu na obczyznę w poszukiwaniu chleba? Kto jest odpowiedzialny za miliony kobiet i mężczyzn, pracujących niczym niewolnicy, bez ubezpieczeń i składek emerytalnych, we współczesnych latyfundiach? Jak można w służbie publicznej pobierać krociowe pensje, zabierając ostatni wdowi grosz biedocie, choćby poprzez podniesienie akcyzy na gaz butlowy? Gdzie wasza moralność Panowie "krawaciarze" w luksusowych, klimatyzowanych limuzynach, przyjeżdżający na Warmię niczym rzymscy zdobywcy i zatrudniający u siebie Ukraińców po 5 euro za dzień? Bóg upomni się o swoich, pamiętamy słowa wyryte na pomniku przy Stoczni Gdańskiej: " Który skrzywdziłeś człowieka prostego śmiechem nad krzywdą jego wybuchając (...)" .

http://gra.salon24.pl/301273,osobiscie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 02 sie 2011, 12:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Wojciech Wencel

Prawda jest gdzie indziej

Udowadnianie, że nie jest się wielbłądem, to zajęcie wyjątkowo niewdzięczne. Dlatego długo się zastanawiałem, czy odpowiadać na tekst Filipa Memchesa „Smoleńsk pogrąża Polskę" („Rz" 25.07). Czynię to wyłącznie ze względu na skalę manipulacji, przy użyciu których autor próbuje podważyć wiarygodność wielu ludzi, nie tylko moją.

"Rzeczpospolita" 2 sierpnia 2011

Fałszywe przedstawianie poglądów tych Polaków, dla których Smoleńsk jest doświadczeniem formacyjnym, to obecnie najpoważniejszy problem polskich mediów. Kreatywni publicyści od kilkunastu miesięcy uganiają się – również na tych łamach – za stworzonymi przez siebie fantomami „mętnej smoleńskiej mistyki" czy „religii obywatelskiej". A kto domaga się zbadania ewentualności zamachu, natychmiast jest stygmatyzowany jako wariat.

Memches wychodzi od mojego felietonu z „Gościa Niedzielnego", gdzie rzekomo „ciskałem gromy na »neomesjanizm bez Smoleńska«". Jego zdaniem takie określenie neomesjanizmu świadczy o tym, że „nowy polski romantyzm polityczny" to „rodzaj świeckiej religii obywatelskiej". Na jakiej podstawie tak sądzi, trudno zgadnąć. W felietonie chwaliłem jedynie młodych ludzi, którzy po 10 kwietnia 2010 roku odkryli zakorzenienie swojej wiary w realnym świecie: „Nie interesuje ich neomesjanizm bez Smoleńska, idea sprawiedliwości społecznej bez biednych i poniżonych, a chrześcijaństwo bez żywego Chrystusa, który uobecnia się nie w świecie idei, lecz pośród ludzi i ich realnych dramatów".

Jeśli neomesjanizm ma mieć jakiś sens, a nie być tylko snobistycznym hasłem, wymyślonym przez redaktorów pisma „Czterdzieści i cztery", musi odnosić się do rzeczywistości historycznej, społecznej, politycznej, pozwalając ludziom znaleźć w swoich zbiorowych losach duchowy sens. Chrześcijanie wierzą, że każdy z nas ma swoją historię, pisaną przez Boga. Trudne dzieciństwo, choroba czy bankructwo finansowe to nie doświadczenia przeklęte, lecz służące rozwojowi duchowemu, pozbywaniu się skóry „starego człowieka".

Ale oprócz indywidualnego losu każdy z nas posiada też los wspólnotowy. Doświadczenia rodziny, wspólnoty religijnej, małej ojczyzny, w końcu narodu komunikują nas z Bogiem tak samo jak prywatne. Mówiąc bliskim Memchesowi językiem Drogi Neokatechumenalnej, także przez historię Polski, w której uczestniczymy, przechodzi żywy Jezus Chrystus. Również wydarzenia narodowe mogą stać się głębokim duchowym przełomem. Czy koniecznie trzeba dezawuować tych, którzy wobec smoleńskiej tragedii śpiewają: „O Panie mój, nie omijaj mnie, proszę, chciej się zatrzymać"?

Pora szczegółowo odnieść się do manipulacji obecnych w tekście „Smoleńsk pogrąża Polskę". Dla klarowności wywodu cytaty z Memchesa podaję kursywą.

1. ... katastrofa smoleńska urasta do rangi centralnego wydarzenia w dziejach nie tylko Polski, ale i całego świata.

Nie wiem, od kogo autor usłyszał takie brednie. W tekstach publikowanych po 10 kwietnia 2010 r. pisałem wyraźnie, że katastrofa smoleńska jest centralnym wydarzeniem mojego życia. Gdybym urodził się w innych czasach, być może centralnym wydarzeniem mojego życia stałoby się inne dramatyczne doświadczenie: wojna, rzeź wołyńska, powstanie warszawskie albo Grudzień '70. Żyję jednak tu i teraz. Ani w życiu prywatnym, ani wspólnotowym nie doświadczyłem wcześniej podobnej tragedii. I nigdy niczego nie przeżyłem tak głęboko, również na poziomie duchowym.

Napisałem gdzieś, że Smoleńsk to jedno z najważniejszych wydarzeń w naszych dziejach. To kwestia faktów, a nie interpretacji: katastrofa, w której zginęli dwaj prezydenci i znaczna część politycznej elity państwa, bez wątpienia jest jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Polski. Ilu? Kilkunastu czy kilkudziesięciu? Takie licytacje nie mają najmniejszego sensu.

2. Smoleńscy romantycy przerazili się śmierci 96 pasażerów tupolewa, ale nie szkód, jakie poniosła dusza polska w rezultacie katastrofy.

Cytuję z mojego tekstu „Bal u Senatora": „Nieustannie o niej [o katastrofie] przypominając, wpisując ją w narodową historię, poszukując jej eschatologicznego wymiaru, pochylamy głowy nad tajemnicą śmierci i staramy się iść ścieżką, która przez to zbiorowe doświadczenie prowadzi nas do nowego życia".

Czy to świadectwo przerażenia śmiercią? Jest dokładnie odwrotnie: Smoleńsk uwolnił tysiące Polaków od lęku przed śmiercią. Otworzył groby dawnych bohaterów, pokazując, że polskość to wolność, nad którą nawet śmierć nie ma władzy. Że warto ryzykować śmierć, zachowując wierność wyższym wartościom: prawdzie, ojczyźnie, Bogu.

Nie bardzo też rozumiem, jakie szkody poniosła polska dusza w rezultacie katastrofy. Osobiście widzę raczej wielki triumf polskiej duszy, odrodzenie duchowe Polaków z różnych pokoleń, którzy wspólnie modlili się na Krakowskim Przedmieściu, a dziś odważnie świadczą o prawdzie w swoich lokalnych środowiskach.

3. Diabła upatrują tu, na ziemi – w kierownictwie państwa rosyjskiego. Jak pewien znany dziennikarz, który na jednym spotkaniu oznajmił wprost, że szatana dostrzegł w uścisku Tuska z Putinem.

Drugi fragment odnoszący się do Tomasza Sakiewicza to czystej wody manipulacja, bo nie podejrzewam Memchesa o całkowitą ignorancję. Z tego, co wiem, naczelny „Gazety Polskiej" użył metaforycznego określenia „chichot szatana", a to zasadnicza różnica.

Inna sprawa, że przeczucie demonicznej inspiracji w kontekście przebiegu rosyjskiego śledztwa i postawy polskiego premiera jest uzasadnione. Według nauki Kościoła szatan jest „ojcem kłamstwa", który ingeruje w ludzkie sprawy, zwodząc „całą zamieszkaną Ziemię". Czyżby Memches upatrywał go wyłącznie w piekle?

4. Dla smoleńskich romantyków śmierć fizyczna okazuje się istotą metafizycznego zła.

Nie wiem, kogo ma na myśli autor. Dla mnie istotą metafizycznego zła jest kłamstwo, oszustwo, takie jak to zawarte w tekście Memchesa. Wielokrotnie dawałem wyraz przekonaniu, że śmierć fizyczna to przejście do nowego życia. Co więcej, w tym „oswojeniu śmierci" widzę duchową siłę polskości. Funkcjonując na granicy światów, Polacy, jak żaden inny naród, potrafią kierować wzrok ku transcendencji.

Pozwolę sobie przytoczyć fragment mojego wiersza z tomu „De profundis": „gdy inni drżeli przed śmiercią/ oni dreptali na drugą stronę/ jak się idzie po chleb/ albo poranną gazetę// wchodzili wychodzili nie domykali drzwi/ po drodze gubili w sieni/ monety spinki guziki/ blaszki z orłem w koronie// nie można było ustalić/ skąd dobiegają głosy/ gdy ich poeci nawoływali się/ o wschodzie słońca".

5. Z kolei smoleński romantyzm okazuje się rezygnacją z uniwersalistycznej, chrystocentrycznej refleksji na rzecz kreowania swojskiej narodowej mitologii.

Niejeden raz pisałem, że „bez ofiary Chrystusa polska wolność byłaby próżna". W centrum katastrofy smoleńskiej znajduje się Chrystus. Nie miejsce tu, by wdawać się w szczegółowe polemiki z katechistą, którym bywa w swoim tekście Memches. Obawiam się jednak, że błędnie pojmuje on chrześcijański uniwersalizm, który przecież zawsze ma zastosowanie w konkretnej, indywidualnej i wspólnotowej historii człowieka. Mając do wyboru odświeżającą katechezę publicysty i zmurszałą katechezę prymasa Stefana Wyszyńskiego, ks. Jerzego Popiełuszki czy Jana Pawła II, stawiam na tradycję.

6. Wobec tego 10 kwietnia nie powinno się ujmować w kategoriach antycznej tragedii, jak czynią to smoleńscy romantycy. Ta bowiem prowadzi do rozpaczy, chociaż Arystoteles upatrywał w niej również działania oczyszczającego. Tyle że grecki filozof nie spotkał się jeszcze z chrześcijaństwem.

No właśnie. Wydarzenia na miarę greckich tragedii nie muszą już prowadzić do rozpaczy, ponieważ sens nadaje im chrześcijaństwo. Dostrzegając poważny, patetyczny wymiar katastrofy smoleńskiej, podkreślamy tylko jej rangę. Odwołujemy się do formy zakorzenionej w kulturze europejskiej, czytelnej także dla agnostyków. Absolutnie nie przekreśla to chrześcijańskiej interpretacji wydarzenia.

7. Bez Smoleńska neomesjanizm się obejdzie, bez zmartwychwstałego Chrystusa – nie.

Neomesjanizm, którego źródłem jest zmartwychwstanie Chrystusa i oczekiwanie na jego ponowne przyjście, bez Smoleńska będzie eskapizmem, ucieczką od własnej historii, przez którą Bóg chce mówić do człowieka.

8. Ale o jakim Chrystusie może być mowa, skoro chrześcijańscy mesjaniści zawiązują sojusze z „mesjanistami" pogańskimi, tyle że patriotycznymi?

Rozumiem, że Memchesowi przeszkadza fakt, iż wspólnie z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem kochamy ojczyznę i żyjemy problemami Polaków. Poeta z Milanówka jak nikt inny ukazuje dziś doniosłość wspólnoty polskiego losu. Oczywiście, odsłania sam szkielet polskości, ale robi to z chirurgiczną precyzją. Co stoi na przeszkodzie, by chrześcijanie otoczyli ten szkielet tkanką wiary? Czy moralny świat poezji Zbigniewa Herberta też powinniśmy odrzucić, bo nie została w nim wyrażona wprost wiara w zmartwychwstanie?

9. Rzecz jasna nie godzi się osądzać ludzi, którzy w bezmiarze cierpienia tracą wiarę w Boga czy w sens życia.

Nie znam nikogo, kto po Smoleńsku utraciłby wiarę w Boga czy w sens życia. Przeciwnie: znam wielu, którzy głębiej uwierzyli i dostrzegli sens. No, ale ja obracam się w środowiskach Solidarnych 2010, „Gazety Polskiej" i „Naszego Dziennika". Może Memches sądzi po własnych znajomych.

10. Dlatego w wymiarze refleksji historiozoficznej czy religijnej, zamiast pozostawać punktem odniesienia, powinien się stać punktem odbicia do czegoś, co stanie się dla Polaków źródłem wzrostu duchowego.

Tydzień po katastrofie smoleńskiej pisałem: „Narodowa tragedia wyrzuciła nas za burtę wygodnej egzystencji. Trafiliśmy na dno, gdzie pewnie utonęlibyśmy z rozpaczy, gdyby nie połknęła nas wielka ryba. Symbol chrześcijaństwa. Biblijne trzy dni i trzy noce jeszcze trwają. Z wnętrzności wielkiej ryby Polacy wspólnie modlą się do Pana. Wyciszyli się, nabierają pokory, niektórzy powoli dostrzegają, że nie panują nad swoim życiem. Że naszą narodową historię, podobnie jak historię każdego z nas, pisze Bóg. I że tylko pełnienie Jego woli może uczynić nas szczęśliwymi".

11. Może to oznaczać samotne chodzenie pod prąd. Zwłaszcza jeśli się stanie przed wyborem: Bóg czy „wspólnota wolnych Polaków". Patriotyzm przecież może jak najbardziej przybierać naturalistyczny, pogański charakter. Dla chrześcijan nie do przyjęcia.

Fałszywa alternatywa. We wspólnocie wolnych Polaków jest miejsce dla Boga. Rymkiewiczowska naturalistyczna polskość czeka na chrzcicieli. Tyle że ci, którzy mogliby ją chrzcić, uciekli, pochowali się w swoich małych wspólnotach i osobistych historiach. Modlą się. Bardzo pięknie, modlitwy nigdy za dużo. Jednak chrześcijańska droga prowadzi również przez Krakowskie Przedmieście, gdzie gromadzą się ludzie wykluczeni, poniżeni, potrzebujący solidarności i duchowego wsparcia. „Polska nie jest najważniejsza. Najważniejszy jest Bóg" – efektownie kończy swój wywód Filip Memches. Ja zakończę parafrazą: Polska jest najważniejsza, bo w niej żyje Bóg.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... dziej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 10 sie 2011, 10:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Jakim prawem Folksdojcze lub Sowieci niby są etnicznymi Polakami

Nostradamus - "Wielka Polska żali się i skarży,
Że wybrała mylnie co do wieku,
Za nic ni chce u nich gospodarzyć;
Z ziomków rąk śmierć spotka cię człowieku"


Raczej nie wierzę osobiście, aby okupujący Polskę przez 200 ostatnich lat oddali ją nam bez oporów. Wielu pożytecznych idiotów, jak nazywali tych nadętych w swojej próżności kunktatorów Józef Stalin i oficerowie KGB, wierzy na serio całkiem ślepo w utopię, że te wszystkie ziomki udające naszych rodaków ostatnimi 200 nacjonalistycznymi laty jakimś nadprzyrodzonym cudem zjednoczą się z nami etnicznymi Polakami i naszymi narodowymi braćmi. Że zapanuje wielka zgoda w Polsce. Że ku uciesze tych funkcjonalnych debilów "dobro życzeniowych" w końcu wszyscy będziemy żyć po katolicku w Polsce jak jedna wielka kochająca się katolicka rodzina. Dlatego najwyższa pora zdefiniować ziomków, podzielić ich i odróżnić ich wszystkich od nas etnicznych Polaków. Tylko problem z tym nadętym w próżności elementem. Na kłamstwie się nie buduje. Kłamstwo to tylko ruina. Gospodarcza też.

Folksdojcze- efekt wynarodowienia zwany germanizacją i germańskiej dzikiej kolonizacji. Od czasów Hitlera znamy ich cztery kategorie. Od Niemców I klasy z krwi i kości Niemców, aż po Niemców IV klasy innych etniczności przyjaciół Niemców. Jak wiemy wszyscy, przyjaciele to nie rodzina ani miłość, aby się ich nie wybierało. Co zaś oznacza takie obieranie sobie przyjaciół pomiędzy najzawziętszymi wrogami oprócz zdrady, judaszostwa i jawnej pogardy dla własnej narodowości? Ano na pewno nie zdradę ani judaszostwo ani pogardę dla swojego. Raczej miłość własną i ku swojemu. To oznacza 5 kolumnę polskojęzycznych Niemców udających Polaków i nic mniej ani więcej. Jak wszyscy wiemy było tych Polaków/Niemców aż 4 miliony jak Druga Wojna Światowa się zakończyła. Tylko Bóg wie ilu z nich dziś się spolonizowało, a ilu nadal robi dołki pod nami i pod naszą ojczyzną.

Sowieci - efekt wynarodowienia zwany sowietyzacją. Od czasów wwiezienia ojców tych delikwentów w 1944 roku do Polski na czołgach NKWD przybyło ich co nie miara. Tutaj werbunek sowietyzacji był głównie z antypatriotycznego polskiego chłopstwa, który żenadę od 200 laty wobec narodowego stroju polskiego jak i polskiej kultury i patriotyzmu czuje i to nawet bez pomocy polskich pozytywistów. Otto Von Bismarcka Kultur Kampf zachodnioeuropejskiej cywilizacji na ziemiach Polski nadal nigdzie się nie wybiera. Warszawa była do 1989 centrum polskich Sowietów, lecz po Okrągłym Stole zrobili prawdziwą inwazję na Warmię i Mazury, co sam widziałem własnymi oczami.

Niestety Folksdojcze jak i Sowieci będąc tylko ziomkami nam etnicznym Polakom podszywają się non stop w różnego rodzaju opiniotwórczych mediach (katolickich także) jako nasi rodacy i "coś z polskością mający do czynienia [sic!]". Problemy ekonomiczne Polska przeżywa od dłuższego już czasu. Teraz ponoć wciągnięto Polskę także na krótką listę krajów bankrutów. To wszystko zaczęło się wraz z Rozbiorami w 1795 roku, kiedy przyszła tragedia gospodarcza na Polskę. Tragedia kontynuowana podczas okresu międzywojennego. Tragedia nadal istniejąca w PRL i pomimo zaklinania się Sowietów, że zbudowali w Polsce przemysł i ją w końcu zelektryfikowali to było to wszystko na eksport do Rosji, a nie do budowania naszego dobrobytu i naszej polskiej zamożności czy przemysłu. Polacy to tylko tania siła robocza kolonizatorom. To nadal kontynuuje z poparciem EU, której przedsiębiorcy zarabiają na Polsce i na Polakach niezmierzone krocie złota i to wszystko podczas kiedy polskie dzieci w granicach EU płaczą z głodu, a organizacja charytatywna Kościoła Katolickiego wysyła datki zebrane w Polsce za granice. Niedowiary a jednak.

Aby naprawić polską gospodarkę niestety musi być przeprowadzone coś co nazywam "Powszechną Publiczną Sądową Lustracją". Cel taki sam jak w Korei Południowej. Usunąć kapitalistyczną nieuczciwość "Nielegalnych Paskarzy" od brania udziału (szkodzeniu) w polskim kapitalizmie. Neomerkantylizm jest rozsądnym systemem, opartym na podstawach, które niestety mogą być sabotowane przez "Nielegalnych Paskarzy" póki ci uchodzą za uczciwych i szanowanych biznesmenów w miejsce mafijnego kryminału którym są. Do tej pory mieliśmy w Polsce dwie wielkie grube kreski. Jedna zniszczyła RP2. Druga zniszczyła RP3. Więc rozliczenie tych dwóch grubych kresek jest podstawą ku zbudowaniu RP4 w przemysłowe supermocarstwo skali Japonii, USA, Korei Południowej i innych neomerkantylistycznych krajów.

Także dla powątpiewających ofiar mordów tej wojny pomiędzy-ziomkowej w Polsce pragnę przypomnieć, że ona już trwa i że ludzie po terytorium całej Polski, całej EU (nożowników tutaj na Zachodzie Folksdojczom i innym wrogom Polaków nie brak) aż po Smoleńsk umierają ostatnimi 4 laty rządów PO od "wypadków" i zamachów. Tylko, że do tej pory kryminał współpracujący z ziomkami miał z pomocą policji pod ministerialnym nadzorem PO przewagę nad nami etnicznymi Polakami. Ta wojna wspomniana przez Nostradamusa już trwa. Kongres Wielkiej Polski też już się odbył. Historia, którą przewidział Nostradamus właśnie się dzieje z kryzysem gospodarczym włącznie. To "nie chce się" zwie się popularnie "cuda Tuska, plagi Tuska". Także zbliża się dramatyczna zmiana w niej, kiedy PiS dojdzie do władzy i zawodowy kryminał grypserów straci administracyjną opiekę polskich policjantów. To może nawet doprowadzić obozy ziomków Sowietów i ziomków Folksdojczów z SLD i PO do desperacji i przewrotu stanu, by nie dopuścić PiS do przejęcia resortów siłowych w Polsce. To może wprost doprowadzić do pro PiS i pro SLD i PO rozruchów na ulicach Polski. Nie zdziwiłbym się gdyby el presidente Tusk nie zechciał w ostatnim dniu swojego samowładzctwa z pomocą pana Komorowskiego wytoczyć oddziały Wojska Polskiego na ulice. W stylu a'la Jaruzelski, lecz jest jedno ale. Ta KGB starszyzna szkolona w szkołach Moskwy nie ma kontaktu ze swoimi podwładnymi, których nastroje wobec PO z powodów oszczędności są bardziej katastroficzne niż te pomiędzy wyborcami PO. PiS może być dla nich niewygodny, lecz PO to dla nich hańbiąca porażka. Oni mogą odmówić i zrobi się nam sytuacja jak w Egipcie, gdzie wojsko rozdzieli policję PO i demonstrantów PiS. Aczkolwiek jestem pewien, że cokolwiek desperacja Sowietów i Folksdojczów nie pchnie do zrobienia problemów w Polsce, to pan Jarosław Kaczyński będzie w połowie listopada na pewno rządził już Polską. Nic dziś temu nie jest w stanie stanąć w drodze. Nawet 2 dni wyborów nie zwiększą ilość głosów za PO. Wyborców Platformy zniechęconych i niezadowolonych wręcz katastroficznie.

Problem, który dziś widzę to fakt, że wielu Folksdojczów i Sowietów niewiarygodnie ma się za etnicznych Polaków i uważa karygodnie, że kultura niemiecka (którą w nazwie eufemizują w "europejską") lub kultura sowiecka (radziecka) to jest kultura nie do wiary polska!!! Wyprowadzenie tych zakłamanych ziomków z ich kłamstw i z ich urojeń jest wręcz dla nas Katolików z Polski moralnym obowiązkiem. Prawda i życie w Prawdzie zawsze winny nam Katolikom przyświecać. Polskość co jak co to nie coś co wwieziono z EU lub ze Związku Radzieckiego na czołgach NATO czy NKWD do Polski. To coś co istnieje ostatnie 1000 lat i nadal trwa. Bycie rodakiem czy też bratem narodowym to coś co ma historyczną, kulturalną i etniczną ciągłość. Coś co ci ziomkowie nie raczą zauważać ignorując polonizację. Ciekawe czy wiedzą jak nazywa się polski strój narodowy i jakie ma części... Jestem pewien, że wielu z tych nowych Polaków, ziomków, nie ma nawet zielonego pojęcia o tak fundamentalnych faktach o narodowości z której obywatelstwem się obnoszą.

Konstytucja mówi o Polakach. Nigdzie o szlachcie. Nigdzie o etnicznych Słowianach. Nigdzie o etnicznych Polakach. Etniczność zaś nie obywatelstwem się określa, lecz kulturalną przynależnością. Nawet najgorsza nacjonalistyczna szmata konstytucyjna aż tak dalece nie może sobie znacjonalizować grupy etnicznej i przynależności do niej. Nacjonalizm nie jest częścią nauki i nie ma swoich uniwersyteckich katedr. Ziomek nie jest rodakiem! Wspólnota rodowa nie jest wspólnotą terytorialną! Nie według nauki i praw natury.

http://odrodzona.sarmacja.salon24.pl/31 ... i-polakami


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 11 sie 2011, 08:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Obrona Sokratesa

Rok 399 przed narodzeniem Jezusa, Ateny. Obywatel Sokrates staje przed sądem złożonym z losowo wybranych pięciuset obywateli. Zagrożony karą śmierci. Oskarżony jest o nie uznawanie religii państwowej i psucie młodzieży.

Rozprawa i wyrok, zapadały wówczas w trakcie jednego dnia. Odczytywano oskarżenie, zabierał głos oskarżyciel, potem oskarżony. Potem głosowanie. Tajne. Czarne gałki śmierć, białe - życie.

Obrona Sokratesa nie jest utworem literackim czy rozprawą filozoficzną (choć po części ma obydwie te cechy). Jest zapisem faktycznej mowy obrończej Sokratesa, postawionego wobec możliwości wyroku kary śmierci, który miał zapaść tuż po niej. Wraz z nią "Dialogi" Platona ze sfery abstrakcyjnej filozofii przechodzą w sferę doświadczenia człowieka.

Choć Sokrates broni się przed zarzutami postawionymi w oskarżeniu, to najpierw zwraca uwagę na to co naprawdę jest dla niego groźne. Groźna jest dla niego - opinia publiczna. Powszechne przekonanie - co do tego, jaki jest i czym się zajmuje. Tak zwana powiedzielibyśmy dzisiaj - "gęba" albo "czarny PR" .

"wielka przeciwko mnie nienawiść istnieje, i to z wielu stron. I to jest to, co mnie zgubi; ani Meletos, ani Anytos, ale potwarz ze strony wielu i zawiść."

Irytuje Sokratesa, zasadnicza anonimowość tych, którzy tworzą ów "czarny PR", autorów fałszu i skierowanej przeciw niemu obmowy.

"A ze wszystkiego najgłupsze to, ze nawet nazwisk ich nie można znać ani ich wymienić. Chyba, że przypadkiem, który jest komediopisarzem".

Jedni z zazdrości potwarzy w uszy wam nakładli, drudzy uwierzyli i z przekonania zrażają do mnie innych, a ze wszystkimi nieporadna godzina. Bo ani ich tutaj przed sąd nie można pociągnąć ani rozumnie przekonać żadnego, tylko po prostu tak człowiek musi niby z cieniami walczyć, broni się i zbija zarzuty, a nikt nie odpowiada."

Sokrates sprawnie obala zasadnicze oskarżenie o psucie młodzieży i nieco mniej przekonująco o to, iż nie uznaje bogów uznawanych przez państwo. Wynik głosowania to 280 czarnych i 220 białych gałek/skorupek. Winien.

Filozof dobrze rozumie też powód owej obmowy, która prowadzi go na śmierć. Nie mając względu na osoby, wykazywał rozmówcom, że to co mówią to błąd. Nic tak nie zraża człowieka, jak wykazanie błędności tego co mówi. Człowiek bowiem identyfikuje się ze swoimi poglądami na świat i ludzi. Atak na te poglądy, destrukcję posiadanych przekonań, traktuje jak atak na samego siebie.

"A potem próbowałem mu wykazać, ze się tylko uważa za mądrego, a nie jest nim naprawdę. No i stąd mnie znienawidził i on i wielu z tych, co przy nim byli"
Obrona Sokratesa to dramat człowieka, który stał się obiektem nienawiści tłumu inicjowanej i sterowanej przez możnych. Zwycięzca w dyskusji z każdymi argumentami, staje bezbronny wobec kampanii obmowy.

Ostatnim zdaniem Sokratesa, które potwierdził ceną swojego życia wydaje się być to:

bezmyślnym życiem, żyć człowiekowi nie warto
Jest ono jak cała działalność filozofa z Aten, denerwujące. Wywołuje chęć zamknięcia go w okładkę książki, lub jakiś szklany słoik i odłożenie na półkę z drzwiczkami, które będzie można z ulgą zamknąć.

-----------------
ps.
Ludzi nie interesuje prawda, ludzi interesuje potwierdzanie ich własnych poglądów. Za to drugie nagrodzą cię swoją przyjaźnią, za to pierwsze gotowi cię nawet zabić.

http://zbyszeks.salon24.pl/331839,obrona-sokratesa


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 16 sie 2011, 08:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Liczcie się z wolą Narodu

Suwerenny Naród nie może być klientem ani petentem we własnym kraju, a instytucje państwowe powinny służyć nie jakiejś formie państwa, ale państwu według woli Narodu. Dobitnie zabrzmiały wczoraj na Jasnej Górze słowa ks. abp. Andrzeja Dzięgi, metropolity szczecińsko-kamieńskiego, wygłoszone w homilii w czasie głównych uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ksiądz arcybiskup dokonał szerokiej diagnozy społecznej, odnosząc się do największych bolączek naszej Ojczyzny: braku odpowiedzialności rządzących, deprecjonowania szacunku dla życia dzieci poczętych, umniejszania znaczenia rodziny, a także nieposzanowania plonów ziemi. Upomiał się m.in. o prawdę o katastrofie smoleńskiej, o godność żołnierza polskiego, o obronę tego, co polskie w Ojczyźnie. Wołał o przywrócenie prawdziwych znaczeń wartościom i o uczciwe prowadzenie polityki, by państwo nie służyło partiom, ale dobru Polski.

Uroczystości na Jasnej Górze zgromadziły rzesze pielgrzymów, z których większość przybyła w pieszych pielgrzymkach z całej Polski. Mszy św. przewodniczył nuncjusz apostolski w Polsce ks. abp Celestino Migliore. W często nagradzanej oklaskami homilii ks. abp Andrzej Dzięga odniósł się do najważniejszych tematów społecznych oraz aktualnych problemów narodowych i państwowych. Mówił o godności ludzkiej pracy, wskazywał na konieczność troski państwa o rodzinę i zapewnienie nietykalności życia ludzkiego już pod sercem matki, "bez żadnych dodatkowych prawniczych klauzul i warunków". Upominał się o wartości, które zostały poświęcone na rzecz przyziemnych interesów ludzi władzy, w tym o prawdę o katastrofie smoleńskiej. - Czy państwo rzeczywiście zdało egzamin? - pytał, odnosząc się do tragedii z 10 kwietnia 2011 roku. W Święto Wojska Polskiego i w kolejną rocznicę Cudu nad Wisłą mówił o poszanowaniu munduru polskiego żołnierza. - Nie odbierze mu tej dumy ani żołnierskiego honoru polityczne oskarżanie o brak wyszkolenia, ani przerzucanie na niego głównej odpowiedzialności za kłopoty i za dramaty państwa, ze smoleńską katastrofą włącznie - mówił i podkreślał, że Naród ma prawo zadawać pytania o katastrofę smoleńską, a w tej sprawie instytucje państwa muszą zdać egzamin przed Narodem, a nie same przed sobą.
Odnosząc się do tych słów, Antoni Macierewicz, szef parlamentarnego zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej, zwrócił uwagę, że wciąż oczekujemy na uczciwe zbadanie dramatu smoleńskiego. - Dowody, które zostały zebrane przez dziennikarzy, przez zespół parlamentarny, dowodzą, że przebieg wydarzeń był zupełnie inny niż ten, który jest przedstawiany w rządowych oświadczeniach. Poza ministrem Bogdanem Klichem nikt nie poniósł odpowiedzialności, a przecież powinni się wytłumaczyć: minister spraw zagranicznych, minister spraw wewnętrznych i administracji, minister Arabski i wreszcie sam pan premier Donald Tusk - stwierdza w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" poseł.
Ksiądz abp Dzięga w homilii wskazywał też na ideały ludzi sierpniowej "Solidarności", które powinny przyświecać również dziś politykom rządzącym naszym krajem. - To były prawdziwe zmagania o Ojczyznę, o państwo polskie. Nie chcieli przelewu krwi, chcieli pokoju dla Ojczyzny, ale pokoju nie za wszelką cenę, lecz wyrastającego ze społecznej sprawiedliwości, z szacunku do pracy i chleba, z troski o każdą rodzinę, z uznania potrzeby gospodarskiego myślenia o polskich zakładach pracy i o polskich rolnikach, z potrzeby normalnego, narodowego myślenia o polityce, w której podstawą jest ewangeliczna etyka "Solidarności" - podkreślał metropolita szczecińsko-kamieński.
Wskazywał też na radość, jaka towarzyszy poczuciu przynależności do Narodu Polskiego cieszącego się ponadtysiącletnią chrześcijańską tożsamością oraz wieloma duchowymi, politycznymi i gospodarczymi możliwościami. - Aż dziwne, że tak łatwo w Polsce krytykować wszystko, co polskie, a tak trudno bronić polskiej myśli, polskiej gospodarki i polskiej racji stanu. Łatwiej w Polsce chwalić Niemców czy Rosjan niż samych Polaków - ubolewał, nawiązując do niedawnych wystąpień polityków partii rządzącej deprecjonujących chociażby bohaterską postawę mieszkańców stolicy w czasie Powstania Warszawskiego. - Powstanie Warszawskie to nie była katastrofa narodowa, jak chcieliby niektórzy, to była katastrofa gier politycznych ówczesnego świata - podkreślił.
W czasie uroczystej Sumy na Jasnej Górze ks. abp Andrzej Dzięga wskazywał, że ratunkiem dla ludzkich serc i dusz jest cywilizacja miłości, której głosicielem był bł. Jan Paweł II. - Ta cywilizacja wymaga jednak nowego rozpoznania i przyjęcia zasad, wedle których organizowane jest życie osobiste każdego z nas, a także życie rodzinne, społeczne i narodowe. Te same zasady są też potrzebne w prawidłowej organizacji spraw międzynarodowych - mówił. Metropolita szczecińsko-kamieński z uznaniem wskazywał na wszystkie inicjatywy i głosy w Narodzie stanowiące wyraz troski o przyszłość naszej Ojczyzny. - To jest wołanie o nowe uznanie Boga i o panowanie Jego prawa w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym. To jest wołanie, by rodzina, powstająca na gruncie małżeństwa jako związku mężczyzny i niewiasty, była niezmiennie podstawą siły społeczeństwa, by przede wszystkim o taką rodzinę odpowiednio zadbać. To jest wołanie, by każde życie ludzkie, od poczęcia do naturalnej śmierci, było radością i dla prostych ludzi, i dla rządzących, naukowców, ekonomistów, i dlatego, by było święte i nietykalne, bez żadnych prawniczych klauzul i warunków. Z takiego patrzenia na człowieka wyrasta także prawna ochrona i nienarodzonych, i biednych, i chorych - podkreślał ks. abp Dzięga.
Pochylając się nad problemami rolników, którzy przez niekorzystną pogodę ponieśli duże straty, kaznodzieja wzywał do uzdrowienia zasad rządzących polską gospodarką. - Dlatego trzeba powrócić do mówienia o pracy ludzkiej i o jej właściwej organizacji. Trzeba znowu wołać o współpracę pomiędzy pracownikami i zarządzającymi, a także o współpracę między państwem a przedsiębiorcami i rolnikami - zwracał uwagę. Jako przykład słabości oraz braku współpracy na tym polu wskazał kwestię braku dyskusji o żywności genetycznie modyfikowanej. Apelował również o większy szacunek dla plonów ziemi w sytuacji, gdy dziś zboża brakuje, ponieważ za względu na pogodę nie można go zebrać. A jeszcze rok temu ze względu na urodzaj chciano go używać jako opału... Zebranych na Jasnej Górze ksiądz arcybiskup podnosił na duchu, wzywając pomocy i opieki Maryi. - Dziesięciu sprawiedliwych mogło uratować Sodomę i Gomorę. Każdy jeden z dziesięciu ciągle może uratować cały Naród. Wiemy Maryjo, że nie jesteśmy ani pierwsi, ani jedyni w tej modlitwie - mówił.
Bardzo licznie zgromadzeni na jasnogórskich błoniach pielgrzymi przedstawiali Matce Bożej intencje swoich rodzin i zakładów pracy. Ale przywiodła ich tu również troska o przyszłość Ojczyzny. - Modlę się dziś w intencji mojej rodziny, aby wszystkie problemy znalazły szczęśliwe rozwiązanie. Ale proszę również Boga o odpowiedzialność ludzi rządzących, ażeby podejmowali decyzje służące Polakom, a nie tylko ich własnym celom. Ta modlitwa potrzebna jest szczególnie z racji zbliżających się wyborów po to, abyśmy wybrali polityków, którzy będą kierowali się wspólnym dobrem, dobrem naszej Ojczyzny - mówił Grzegorz Kubiak, który do Częstochowy przybył w pielgrzymce z Zelowa.
W tym roku na Jasną Górę po raz trzechsetny przybyła Pielgrzymka Warszawska. - To szczególna radość i źródło szczególnej siły dla całego miasta - mówił w homilii ks. abp Dzięga. Jednocześnie skrytykował pomysły obciążenia pielgrzymów dodatkowym podatkiem, ku czemu nie ma żadnych racjonalnych przesłanek.
Według statystyk prowadzonych przez ojców paulinów, liczba pielgrzymujących przed Obraz Jasnogórskiej Pani jest coraz większa. Dobrze widać to na przykładzie pieszych pielgrzymek, których liczba wyniosła 168, tj. o 11 grup pielgrzymkowych więcej niż w ubiegłym roku. W sumie w tegorocznym sezonie pielgrzymkowym od 25 maja do 14 sierpnia na Jasną Górę przybyło 243 pielgrzymki.

Bogusław Rąpała, Jasna Góra

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 20 sie 2011, 07:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Zauważenie problemów naszej Ojczyzny, ich diagnoza - nawet bardzo głęboka i trafna - to początek drogi. Potrzebujemy przede wszystkim dobrych rozwiązań tych problemów oraz zaangażowania ludzi, którzy je wdrożą

Wołanie o naprawę życia publicznego

Poruszająca homilia JE ks. abp. Andrzeja Dzięgi, metropolity szczecińsko-kamieńskiego ( viewtopic.php?f=9&t=1722&p=39050#p39050 ), wygłoszona w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny do kilkusettysięcznej rzeszy pielgrzymów zgromadzonych na Jasnej Górze, dobitnie pokazała, że katolicka nauka społeczna, wbrew przeciwnikom Kościoła, nie jest skansenem mętnych pojęć, ale żywym rezerwuarem, z którego możemy obficie czerpać, prowadząc debatę publiczną.


Wielkie wydarzenie, jakim była beatyfikacja bł. Jana Pawła II, miało miejsce w wyjątkowym dniu - 1 maja 2011 r., w uroczystość św. Józefa Rzemieślnika, a jednocześnie w okrągłą, 20. rocznicę ogłoszenia przez Papieża Polaka fundamentalnej dla katolickiej nauki społecznej encykliki "Centessimus annus". Kazanie ks. abp. Andrzeja Dzięgi nawiązuje do kluczowych zasad nauczania Kościoła w sferze społecznej wyłożonych w tej encyklice, takich jak: prymat zasady dobra wspólnego w życiu publicznym, pomocnicza rola instytucji publicznych wobec osób i rodzin, apel o zgodność systemu prawa stanowionego z przyrodzoną godnością człowieka, każdego człowieka - dziecka Bożego, szacunek dla autonomii i wolności działań ludzkich. W części dotyczącej żądania rzetelnego wyjaśnienia prawdy o katastrofie smoleńskiej kazanie to przypomina nam również o zasadzie, która stała się tytułem najnowszej encykliki społecznej ogłoszonej przez Benedykta XVI - "Caritas in veritate". W dokumencie tym Ojciec Święty wskazuje nam, że "Miłość w prawdzie, której Jezus Chrystus dał świadectwo swoim życiem ziemskim, a zwłaszcza swoją śmiercią i zmartwychwstaniem, stanowi zasadniczą siłę napędową prawdziwego rozwoju każdego człowieka i całej ludzkości. (...) Miłość - caritas - to nadzwyczajna siła, która każe osobom odważnie i ofiarnie angażować się w dziedzinie sprawiedliwości i pokoju. (...) obrona prawdy, przedstawianie jej z pokorą i przekonaniem oraz świadczenie o niej w życiu stanowią trudne i niezastąpione formy miłości". Wpisanie homilii księdza arcybiskupa w kontekst obu wspomnianych encyklik papieskich pokazuje, że katolicka nauka społeczna, wbrew przeciwnikom Kościoła, nie jest skansenem mętnych pojęć, ale żywym rezerwuarem, z którego możemy obficie czerpać, prowadząc debatę publiczną, odwołując się do pojęć i konstrukcji intelektualnych pozwalających na wnikliwszą analizę problemów współczesnej Polski niż prowadzona z użyciem pojęć wytworzonych np. przez filozofię liberalną.


Problemy Polski
Drugim powodem wnikliwej analizy jasnogórskiej homilii jest fakt, że przypomina nam ona o najważniejszych bolączkach współczesnej Polski i ogromie zadań, które stoją przed nami w życiu publicznym, za które tak często nie czują się odpowiedzialni ci, którzy najbardziej do tej odpowiedzialności powinni się poczuwać, czyli sprawujący władzę. Ksiądz arcybiskup, wskazując na spowodowane złą pogodą niskie plony, przypomina, że żyjemy w chorych czasach, w których wielu ludziom brakuje chleba, a jednocześnie ziarno wykorzystuje się na coraz większą skalę do tak nienaturalnych celów, jak jego spalanie pod przykrywką unijnej ideologii produkcji "czystej energii". Przypomina nam, że w czasach, w których narzeka się na "klęskę urodzaju" i nadprodukcję żywności, jednocześnie po cichu i bez rzetelnej debaty publicznej w ostatnich dniach ustępującego parlamentu próbuje się wprowadzać do prawa polskiego rozwiązania, w wyniku których będzie możliwe uprawianie w naszym kraju roślin zmodyfikowanych genetycznie. Przypomina też o tym, iż to nie żołnierze odpowiadają za nędzę polskiego wojska, jego stan wyszkolenia i zaopatrzenia, ale politycy kształtujący polską armię. Najbardziej poruszającym zarzutem wobec współczesnej Polski padającym w homilii jest wspomnienie milionów polskich młodych emigrantów - ludzi, dla których nie było miejsca w Ojczyźnie. Naród Polski stał się w ten sposób "dawcą organów" dla starych, mających o jeden wyż demograficzny mniej niż Polska państw europejskich: "Dlatego dobrze widzimy cierpienie całego pokolenia, które musiało się rozsypać za chlebem jak ziarno po całym świecie". Zaskakującym i bardzo pocieszającym fragmentem homilii jest zwrócenie uwagi na najważniejsze problemy polskich przedsiębiorców: "A jednocześnie patrzymy, jak tzw. prywatni przedsiębiorcy i rzemieślnicy wołają o zwykłe poczucie bezpieczeństwa prawnego, o zwykłą gospodarczą wolność, nieograniczaną niekoniecznymi koncesjami i zezwoleniami. To w nich coraz większa nadzieja na jakąś normalność gospodarczą, o ile im się na to pozwoli, o ile to oni staną się ważni w państwie".
W czasach zachłyśnięcia się przez wielu Polaków możliwościami, jakie dają nowe instrumenty finansowe, i blichtrem świata międzynarodowych finansów (co prawda częściej w filmach niż w realnym życiu) na szczególną pochwałę zasługuje też zwrócenie w homilii uwagi na patologie współczesnego systemu finansowego, opartego nie na twardych fundamentach, ale na agresywnej spekulacji: "Skoro hazard jednak staje się podstawą gospodarki, to znaczy, że taka gospodarka nie ma żadnej stabilnej podstawy". Uzupełnieniem takiej diagnozy jest wołanie o to, "by podstawą ekonomii była znowu zwykła, uczciwa praca umysłu i rąk, a nie przede wszystkim gry giełdowe", i przypomnienie, że "dzisiaj na pierwszym miejscu jest jakaś gospodarka wirtualna, gry finansowe na giełdach, a właściwie nawet gry finansowe ponad giełdami", co "nosi znamiona bardziej hazardu niż ekonomii".

Różaniec w intencji Ojczyzny
Trzecim powodem, dla którego warto wracać do jasnogórskiej homilii księdza arcybiskupa Andrzeja Dzięgi, jest zawarty w niej apel o naprawę polskiego życia publicznego, poparty konkretnym programem działań. Zauważenie problemów naszej Ojczyzny, ich diagnoza - nawet bardzo głęboka i trafna - to zaledwie początek drogi. Potrzebujemy jednak przede wszystkim dobrych rozwiązań tych problemów oraz zaangażowania ludzi, którzy je wdrożą.
Profesor Andrzej Zybertowicz opisał i spopularyzował teorię "antyrozwojowych grup interesów", czyli - mówiąc językiem potocznym - różnego rodzaju układów żerujących na naszym dobru wspólnym i wolności. Podstawowe założenia tej teorii nie są nowe. Między innymi kilkadziesiąt lat wcześniej austriacki noblista z ekonomii Friedrich August von Hayek pisał, że największym problemem współczesnych demokracji będzie walka z bezwzględnymi mechanizmami ekonomicznymi i sytuacjami, w których zorganizowane grupy interesów coraz sprawniej i efektywniej będą żerować na obywatelach. Jako przykład podawał sytuację, w której 10 przedsiębiorców złoży się po milion złotych, by "przepchnąć" ustawę, w wyniku której każdy z nich zarobi 10 milionów złotych kosztem ogółu obywateli. Jednocześnie spośród 10 milionów obywateli prawie nikt nie poświęci uwagi, pieniędzy ani czasu na walkę z uchwalonymi przepisami, w wyniku których straci zaledwie 10 złotych. Czytając w gazetach stenogramy z negocjacji treści ustaw hazardowych prowadzonych przez parlamentarzystów z biznesmenami w nocy na cmentarzu, nie powinniśmy specjalnie kwestionować ustaleń austriackiego ekonomisty noblisty czy toruńskiego profesora socjologii. Dla pewności zadajmy sobie jednak kilka pytań o Polskę. Dlaczego wciąż nie mamy regulacji opodatkowujących godziwie wydobycie gazu (nie tylko łupkowego) w Polsce? Jak możliwe jest wprowadzanie do Polski roślin genetycznie zmodyfikowanych bez wcześniejszej poważnej debaty publicznej na ten temat? Dlaczego za rosyjski gaz płacimy dużo więcej niż np. Niemcy? Takie pytania można mnożyć, można na szczęście też na nie odpowiadać. O wiele trudniej jest odpowiedzieć na inne pytania: Gdzie w Polsce są - parafrazując termin prof. Zybertowicza - "zorganizowane prorozwojowe grupy interesów"? Gdzie są obywatele broniący dobra wspólnego, godności człowieka, wolności i prawdy w życiu publicznym? Dlaczego jest ich tak mało? Dlaczego są wciąż tak słabi? Dlaczego potrzebujemy wolnej, suwerennej Polski? Dlaczego tak wielu Polaków nie ma takiej potrzeby?
Dla cytującego w homilii słowa Prymasa Tysiąclecia ks. abp. Andrzeja Dzięgi odpowiedź na większość z postawionych pytań o Polskę jest pewnie oczywista. Wynika ona z fundamentalnej konstatacji Sługi Bożego ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, który nie powiedziałby z pewnością, że "Polska jest najważniejsza", ale dziś powtórzyłby wypowiedziane niegdyś słowa, że "po Bogu Polska jest moją największą miłością".
Odpowiedzi na pytania o Polskę można szukać też, odwołując się do klasycznego od starożytności kanonu cnót obywatelskich: patriotyzmu, wychowania, co powinno satysfakcjonować wszystkich ludzi dobrej woli. Osoby wierzące szukają jednak czegoś więcej niż tylko uzasadnienia i słusznej motywacji do prawych działań na rzecz dobra wspólnego. Mają możliwość korzystania z arsenału niedostępnego dla osób niewierzących. Arsenału działań, które potrafią tchnąć w nasze życie zawodowe i społeczne ogień, dzięki któremu zstąpi Duch Święty i odnowi oblicze ziemi.
Do tego nawoływał w swej homilii ks. abp Andrzej Dzięga, proponując zgromadzonym w Częstochowie rzeszom pielgrzymów Różaniec w intencji Polski. Wołał: "Pomóż nam, Maryjo, zjednoczyć się w tej modlitwie narodowej przed Tobą. Z różańcem w dłoni. Tylu wiernych Twoich, prostych ludzi, już podąża tą drogą duchowego zmagania o wiarę w naszym Narodzie, o umocnienie ducha narodowego i o poddanie się Polski prawu Twojego Syna. To prawo nie jest bowiem sprzeczne z żadnym godziwym prawem stanowionym przez ludzi. Ono dopełnia i nadaje jeszcze głębszy sens godziwym normom ludzkiego prawa". Wskazując zebranym pielgrzymom, że "za modlitwą pójdzie czyn, to znaczy wytrwałe działanie. Łatwiej będzie wytrwać w miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Wytrwać w służbie ludzkiemu życiu. Łatwiej będzie wytrwać w gorliwości życia kapłańskiego i zakonnego", autor homilii przypomina podstawową zasadę życia wewnętrznego chrześcijan w kolejnych epokach. Tę prawdę, której nauczał chociażby jeden z dwudziestowiecznych odnowicieli chrześcijańskiego życia duchowego św. Josemaría Escriva: "Działanie nic nie jest warte bez modlitwy, a modlitwa nabiera wartości przez ofiarę. (...) Najpierw modlitwa, potem przebłaganie; dopiero na trzecim miejscu, daleko "na trzecim miejscu", działanie". Wierni temu programowi działania możemy, pomimo trudnej sytuacji naszego kraju i coraz trudniejszej sytuacji międzynarodowej, z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Przemysław Wipler

--------------------------------------------------------------------------------
Autor jest prezesem zarządu Fundacji Republikańskiej, ekspertem w sprawach prawa gospodarczego, podatków i energetyki.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 31 sie 2011, 12:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Ronald pisze do Cathy z Ohio o Polsce, wolności i końcu świata

Nieopowiedziana historia

Gdy zbliża się ważna narodowa rocznica, a taka wypada dla nas w sierpniu, odbijamy się od perspektywy i staramy się często uchwycić szereg postępujących po niej wydarzeń. Dzięki wnikliwej retrospekcji potrafimy osądzić, co dana rocznica oznacza w sensie symbolicznym oraz w jakim stopniu zapoczątkowała istotne procesy.

Analizując dwa końce owego procesu: rocznicę oraz teraźniejszość, próbujemy oszacować postęp na osi czasu. Tymczasem tylko ścisłe studia nad całością procesu mogą potwierdzić lub zadać kłam wyobrażeniom i rozwinąć równanie x=y, gdzie x to konkretny moment w przeszłości, a y to teraźniejszość. Nieuniknione, że obok konkretnych liczb w równaniu pojawią się kolejne niewiadome.
Historyk, który na potrzebę swych badań wyznacza konkretne x i y, chcąc nie chcąc, buduje w wyobraźni paralele pomiędzy nimi. Gdyby próbował wyciągać z dwóch "końców" radykalne wnioski, naraziłby się na zarzut braku rozsądku i kompetencji. Zarówno gdyby ogłosił, że "Porównując Polskę przed sierpniem 1980 r. i Polskę z 2011 r., zmiany widać gołym okiem, w związku z czym wszystko się udało i nie mogło być lepiej", jak i gdyby stwierdził, że "Nic się nie zmieniło, bo Polską rządzą ci sami ludzie i podporządkowane im biznesy".

Polska
i "doktryna Reagana"
Gdy przegląda się archiwa amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (NSC) z lat 80., można ulec przekonaniu, że ówczesna Polska znajdowała się w centrum zainteresowania Stanów Zjednoczonych. Była obok Sowietów jednym z najczęściej wymienianych w stenogramach państw. Nawet wśród krajów wchodzących w skład ówczesnej "czołówki" - Arabii Saudyjskiej, Afganistanu, Izraela, Libii, Nikaragui, Tajwanu czy ChRL. Ponieważ leżała w obszarze zainteresowania supermocarstwa reprezentującego wówczas wolny świat, można stwierdzić, że była istotnym podmiotem. Bardzo możliwe, że dziś Polska nie jest już dla USA istotnym podmiotem, ale bez szerszego oglądu problemu trudno dowieść, iż jest to efekt epokowych zmian w polskiej polityce bądź właśnie braku zmian i długofalowej stagnacji.
Czas wymienił głównych superaktorów - kreatorów charakteru geopolitycznej rozgrywki - a zatem i jakość procesu. Nie ma już na przykład Ronalda Reagana. Na jednym z posiedzeń NSC poświęconym sprawom polskim, dokładnie 15 września 1981 r., prezydent w gronie swoich najbliższych współpracowników podnosił wątpliwość, "czy problemy ekonomiczne komunistycznego państwa mogą być skutecznie rozwiązane przez pomoc Zachodu i czy za ich sprawą nasza pomoc nie wzmocni tylko kontroli komunistycznych władz i represji wymierzonych w rodzime ruchy domagające się większej swobody".
Wątpliwość Reagana wypływająca z jego poglądów na komunizm przełożyła się na cały szereg mechanizmów i działań. Najważniejszy z nich umożliwił zbudowanie politycznej strategii, która - w odróżnieniu od wcześniejszych inicjatyw antykomunistycznych - za cel przedsiębrała ostateczne pokonanie przeciwnika, zaś Polska była jednym z fundamentów tej strategii. Wprowadzenie w grudniu w PRL stanu wojennego prezydent i jego otoczenie uznali za ważki powód do zastosowania wobec sowieckiego giganta oraz jego satelity sankcji ekonomicznych.
Następstwem "doktryny Reagana", jej dostrzegalnych działań i środków, było powstanie fermentu antykomunistycznego w przestrzeni publicznej. Zaktywizowana po sierpniu 1980 r. Polonia amerykańska nie zaprzestała działań mimo szoku "13 grudnia". Deklaracje administracji amerykańskiej potraktowała jako zachętę i bodziec do poszukiwania nowego pola aktywizacji.

Solidarność na obczyźnie

Tu zaczyna się nieopowiedziana i nie zawsze baśniowa historia Polaków i Polski w latach 80. poza jej granicami. Nieopowiedziana podobnie jak historia PRL w latach 80., w której do Okrągłego Stołu, z Okrągłym Stołem włącznie, było więcej bohaterów - działaczy, dysydentów, opozycjonistów - aniżeli spajającej ich akcji. Zupełnie jak w dowcipie o milicjancie i książce telefonicznej. Posiadając dwa "końce" procesu i kilka tuzinów bohaterów, niepodobna odpowiedzieć, czy postęp w naszej Ojczyźnie odbywał się w ruchu jednostajnie przyspieszonym, w tempie jednostajnie spowolnionym czy może w ruchu wahadłowym…
Historia emigracji solidarnościowej w Stanach Zjednoczonych posiada swoich własnych bohaterów. Kierunek jej działań zwykle pokrywał się z linią polityczną Białego Domu, lecz jej zwrot zależał od sporów toczonych w łonie podziemia solidarnościowego i najwymyślniejszych intryg politycznych. Przykładem może być stosunek emigracyjnych ośrodków politycznych do sankcji gospodarczych. Innym - rozdźwięk w kwestii kompetencji Biura Koordynacyjnego "Solidarności" za granicą, zespolony z problemem akumulacji środków płynących do "podziemia" z amerykańskich i innych, japońskich oraz europejskich organizacji. Kierownikiem Biura w Brukseli w okresie 1982-1989 był Jerzy Milewski, oficjalnymi doradcami Biura: Zdzisław Najder, Krzysztof Pomian i Bohdan Cywiński, natomiast głównymi współpracownikami Mirosław Chojecki i Józef Lebenbaum.
Cichy spór o jednolity przekaz w sprawie zniesienia sankcji gospodarczych, toczony w kraju od jesieni 1982 r. pomiędzy jawnym ośrodkiem Lecha Wałęsy a ukrywającymi się wciąż władzami Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej, wygrał za granicą ten pierwszy. Przewodniczący zdelegalizowanej Komisji Krajowej, tuż przed odebraniem Pokojowej Nagrody Nobla w grudniu 1983 r., wezwał do zniesienia sankcji i przyznania PRL kredytów.

Poglądy i spory

Pogląd ten poróżnił polskie koła emigracyjne. Uzyskał wszak pełną akceptację solidarnościowej ekspozytury w Brukseli, kierowanej przez Jerzego Milewskiego, i jej doradców, prócz tego przez Kongres Polonii Amerykańskiej, na którego czele stał wówczas Alojzy Mazewski, oraz przez doradcę amerykańskiej NSC Zdzisława Jeziorańskiego vel Jana Nowaka. Na rzecz polityki podtrzymania sankcji, a nawet ich zaostrzenia, lobbowały między innymi związany z Partią Republikańską Ruch Społeczno-Polityczny "Pomost", Stowarzyszenie Polskich Kombatantów oraz nowojorski Committee in Support of Solidarity; zyskawszy w tej sprawie wśród sojuszników jakże wpływowy AFL-CIO - amerykańską centralę związkową zrzeszającą kilkanaście milionów członków.
Polityki "szukania porozumienia", właściwej dla ośrodka Wałęsy, bronił ówczesny Prymas Polski ks. kard. Józef Glemp. Postawa Prymasa wkrótce po apelu noblisty, zdaniem amerykańskich źródeł w Watykanie, wywołała zaniepokojenie Watykanu "stosunkiem Glempa do reżimu Jaruzelskiego". Wpływała ponoć na przekonanie, że "reżim wykorzystuje pragnienie Glempa odnośnie do stabilizacji, by wywołać rozdźwięk w Kościele w Polsce". Prymas bronił się, twierdząc, iż "pogląd Watykanu odzwierciedla zachodnie warunki, zaś perspektywa w Europie Wschodniej jest odmienna". Depesza w tej sprawie wpłynęła do Białego Domu 30 stycznia 1984 roku.
Przeświadczenie Prymasa Glempa nie było z gruntu błędne, choć zapewne sprzyjało komunistom. W 1982 r. Stolica Apostolska po raz pierwszy od niemal 450 lat, czyli od zerwania przez Henryka VIII stosunków z papiestwem, wymieniła ambasadorów z Wielką Brytanią. W 1984 r., po żmudnej dyplomatycznej grze rozpoczętej w okresie II wojny światowej, do Watykanu przybył William Wilson, pierwszy amerykański ambasador w historii. Gest Reagana był jasny. Prezydent, protestant, znalazł się pod silną presją szczególnie baptystów i zielonoświątkowców, przeciwnych podniesieniu przedstawicielstw dyplomatycznych i prestiżowemu wyróżnieniu katolików. Wpływowe koła protestanckie nie tylko odwoływały się do konstytucyjnego rozdziału Kościoła od państwa, ale decyzję prezydenta postanowiły skarżyć na drodze sądowej. Batalia ta zakończyła się sukcesem Reagana.

Kwestia sankcji

Watykan był również pośrednikiem w przekazywaniu pomocy humanitarnej dla Polaków, płynącej głównie ze Stanów Zjednoczonych. Z kolei środki finansowe wysyłane przez ustanowiony przez Kongres, przy wsparciu prezydenta, National Endowment for Democracy (NED) trafiały poprzez podległy AFL-CIO - Free Trade Union Institute (FTUI), do różnych grup emigracyjnych pośredniczących w budzeniu polskiej demokracji. Różniących się podejściem do ofensywnej polityki Reagana, jak i do ugodowej taktyki, biorącej w krajowej opozycji zdecydowanie górę. Różnorodność stanowisk powodowała, że w drugiej połowie lat 80. stosowano z jednej strony zabiegi, aby powściągnąć administrację amerykańską w łagodzeniu politycznego kursu wobec ZSRS, a z drugiej - starania, by podporządkować emigrację polityczną ośrodkowi w Brukseli. Te ostatnie spotkały się wszakże z dezaprobatą krajowej TKK.
Opisana powyżej polaryzacja oraz towarzyszące jej tarcia zaistniały w odpowiedzi na politykę amerykańskiego prezydenta. Aż do przełomu 1986 i 1987 r., kiedy większość sankcji została zniesiona, Ronald Reagan zręcznie żonglował tematem embarga. Pierwsze złagodzenie sankcji w połowie lat 80. miało zadowolić malkontentów, ale pożywić się musieli jeszcze wówczas suchym efektem propagandowym. Gra w dalszym ciągu prowadzona była o kredyty i status najwyższego uprzywilejowania, a nie o wymianę naukową oraz wpuszczenie kilku kutrów rybackich na wody amerykańskie.
Większość amerykańskich historyków nie ma wątpliwości, że amerykański prezydent pokonał swego przeciwnika bez rozlewu krwi, na który Stany Zjednoczone pod rządami Reagana były - według jego adwersarzy - skazane. Pokonał go zarówno pokojowo, strategicznie, jak i ekonomicznie, a sankcje były elementem tej batalii.

Konkluzje

Dziś budzimy się z wrażeniem, że świat wchodzi w czas przełomu. Rodzi się nowa epoka. Przeczuwamy, kiedy indziej jesteśmy nieomal pewni, że to nie w Stanach Zjednoczonych mamy głównych aktorów bieżących zmian. Dawne źródło optymizmu i wiary straciło chwilowo swój blask. Na obu "końcach" procesu wszczętego w 1980 r. widać multum podobieństw: kryzys ekonomiczny, kryzys bliskowschodni, bunt antykomunistyczny na Węgrzech, za plecami Europy Zachodniej dyszy znów wschodni niedźwiedź, lecz powtarzalność błędów zatrważa.
Obawiam się, że mało kto przeczytał książkę Anatolija Golicyna "Nowe kłamstwa w miejsce starych", w której autor przepowiadał w 1984 r. pierestrojkę, czyli nastanie w ZSRS kolejnego NEP i kontrolowanej odgórnie liberalizacji, notabene w Rosji Putina zlikwidowanej z powodzeniem. Bawi naiwność dyplomatów amerykańskich - na co wskazują choćby depesze opublikowane przez WikiLeaks - doszukujących się rzekomych różnic światopoglądowych i werbalnych w oficjalnych oświadczeniach Putina i Miedwiediewa, jakby nie znali obszernych rozdziałów książki Golicyna o "dezinformacji", które - jak dowiodła historia ośmieszyły co poniektórych sowietologów, wytrwale przez dziesięciolecia tropiących różnice między "gołębiami" i "jastrzębiami" w różnych politbiurach.
Brakuje na naszym "końcu" historii znaczącego człowieka, który wykazałby się odwagą, by wyjawić swoje poglądy tak, jak się je tłumaczy zwykle dziecku. Z troską, jaką okazuje się swoim podopiecznym, lecz także ku pokrzepieniu i dla dodania odwagi. Ale bez odwagi nie ma odwagi. Dzisiejszy świat jest światem indyferentnych pesymistów, którzy podświadomie sprowadzają na siebie i na swych podopiecznych nieszczęście.
Jak szczera była wiara Reagana i jak wielki był jego optymizm i poczucie sprawiedliwości, którymi promieniował i zarażał, pokazuje jego korespondencja z nastolatką Cathy z przełomu marca i maja 1982 roku. Lepiej naszych niedoborów wyrazić niepodobna.

Drogi Panie Prezydencie!

Jestem uczennicą szkoły średniej w Monroeville w Ohio. Chodzę do dziewiątej klasy. Nie rozumiem, o co chodzi z tą Polaską [Poleland - oryg.] i tymi cięciami budżetowymi. Wygląda na to, że świat zmierza do końca w 1985 roku, kiedy kończę szkołę. Byłabym wdzięczna, gdyby mi Pan napisał i powiedział coś o sobie oraz Polasce i cięciach budżetowych.

Droga Cathy

Dziękuję za list. Rozumiem, że masz obawy odnośnie do przyszłości. Dzieje się wiele smutnych i niepokojących rzeczy na świecie. Każdy z nas może coś na to poradzić, pracując i modląc się za lepszy świat.
Cieszę się, że jesteś zmartwiona wydarzeniami w Polsce. Tuż przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia tamtejsze komunistyczne władze przedsięwzięły drastyczne środki, by zdławić "Solidarność". W ciągu 15 miesięcy Polacy stworzyli dzięki "Solidarności" przyczółek wolności w świecie kontrolowanym przez Sowietów. Sowieccy władcy z Moskwy przestraszyli się, że mógłby on rozprzestrzenić się na inne więzione narody - wolność jest zaraźliwa. Dlatego naciskali na władze w Polsce, aby wprowadziły brutalny stan wojenny przeciwko własnym obywatelom. Stany Zjednoczone i większość naszych sojuszników potępiła ten krok i nałożyła na Związek Sowiecki i na opresyjny reżim w Polsce sankcje. Papież i inni przywódcy religijni również głośno opowiedzieli się za wolnością dla Polaków. Wszyscy się za nich modlimy. Mam nadzieję, że Ty również.
Temat cięć budżetowych jest bardzo skomplikowany. Krótko mówiąc: przez ostatnie mniej więcej 30 lat budżet wymknął się spod kontroli. Próbujemy go ograniczyć, ponieważ to podatnicy muszą płacić podatki. Chcielibyśmy, aby Amerykanie mogli wydawać większość zarobionych pieniędzy, zamiast przekazywać je rządowi.
Koniec świata, Cathy, nastąpi, kiedy Dobry Pan zdecyduje, że już na to czas. To Jego sekret. W to właśnie wierzę, Cathy. Tymczasem powinniśmy próbować żyć naszym życiem i być posłuszni Jego nakazom.
Podoba mi się zdjęcie, które mi przysłałaś, z tym drobnym uśmieszkiem, który musi rozpogadzać życie Twojej rodziny i przyjaciół.
Z najlepszymi życzeniami
Ronald Reagan l

Paweł Zyzak
historyk, autor książki "Lech Wałęsa - idea i historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy 'Solidarności' do 1988 roku"

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 15 wrz 2011, 09:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Ścieżki nadziei

„Ścieżkami nadziei” to tytuł wspaniałej książeczki prof. Anny Pawełczyńskiej, socjologa i kobiety mądrej życiowo. Pisałam już o tym, cytowałam kawałki. Dziś fragment znakomitej recenzji Ryszarda Surmacza, który pisze o trawiącej Polskę chorobie, o diagnozie prof. Pawełczyńskiej i o lekarstwie, które ona zaleca.

...Książka, a właściwie książeczka, liczy sobie 174 strony. Podzielona jest na 4 rozdziały: 1. Wobec siebie i innych, 2. Pułapki osobowości, 3. Pułapki społeczne, 4. Wobec społeczeństwa.Każdy z nich ma swoje podrozdziały i właśnie one są tymi ścieżkami nadziei: miłość, przyjaźń, wiedza, rozumienie, tolerancja, praca i twórczość, soki i korzenie, współżycie pokoleń, ład moralny ..., a potem kolejne, już o zupełnie innym zabarwieniu: egocentryzm, lęk, kłamstwo i zakłamanie, zło społeczne, patologia więzi społecznych, itd. Jest ich wiele, ale właśnie one, te ścieżki nadziei i beznadziei pokazują na czym polega ład społeczny, bez którego nie może być mowy o budowaniu czegokolwiek. Historia Polski dostarcza nam przykładów zdolności niezwykłej mobilizacji Polaków. Fakty te dowodzą nam, że nie jesteśmy bezwolni. Ale Autorka już we „Wstępie" zastrzega się, że książkę pisze z „myślą o ludziach, którzy pragną dążyć do tego, aby swojemu życiu nadać sens".

W tym samym rozdziale nakreśla też punkt odniesienia dla pozostałej części swojej książki. Pisze:

„Przez struktury zła należy rozumieć stworzony przez ludzi system instytucji, w ramach których całe społeczeństwo jest zmuszone do działań pogłębiających zło społeczne. Struktury zła są zakorzenione w konkretnych czynach ludzi, którzy zło umacniają. Istnieje bardzo silny związek między złem indywidualnym, a funkcjonowaniem zła w społecznej strukturze [...]. Zatem walka pomiędzy dobrem a złem toczy się nie tylko w jednostce, ale obejmuje całe społeczeństwo". I dalej: „Udziałem polskiego społeczeństwa były bardzo ciężkie doświadczenia historyczne, które zakłóciły normalny rozwój kilku pokoleń" (s.13-14).

Jak pisze Pawełczyńska: dobre społeczeństwo stwarza warunki wszechstronnego rozwoju człowieka, określa jasno jego prawa i obowiązki, stawia go w sytuacjach jednoznacznych wobec innych ludzi oraz zadań, podejmowanych dla dobra własnego i innych. Złe społeczeństwo zakłóca normalny rozwój każdego człowieka, wprowadza w życie społecznie niejednoznaczność, chaos prawny i chaos moralno-obyczajowy, wyzwala z natury ludzkiej złe skłonności i dezorganizuje ludzkie współżycie.Jest to społeczeństwo, w którym zanikają więzi społeczne o charakterze moralnym, a na ich miejsce pojawiają się grupy interesów. Milknie wówczas opinia publiczna, stanowiąca rodzaj społecznego sumienia, a miejsce człowieka w społecznej hierarchii staje się niezależne od jego wartości moralnych, intelektualnych i zawodowych (99-100)...

Można zapytać, skąd my to znamy? Doświadczona Pani Profesor oraz jej po ludzku mądra książka i tu nie pozostawi czytelnika bez odpowiedzi.

Odpowiada: bo nie czujemy uczestnictwa w czynieniu dobra, nie mamy poczucia uczestnictwa w życiu społecznym, w podejmowaniu decyzji, żyjemy obok, i tylko z pozoru dla siebie, bo tak naprawdę żyjemy – przeciwko sobie...I niestety, nie czujemy, że staliśmy się ofiarami wyjątkowo perfidnego systemu, którego skutki wciąż trwają. Nikt nam nie pomoże (jak zawsze), wygramolić sięz niego musimy sami.

Tyle recenzja Ryszarda Surmacza. Całość tu:
http://wpolityce.pl/artykuly/12459-czyt ... -lekarstwo

Od siebie dodam, że wymaga to samozaparcia i odwagi. I nie jest to praca na jedno pokolenie.

Anna Pawełczyńska,Ścieżkami nadziei, Polihymnia, Lublin 2001

http://tbochwic.salon24.pl/340944,sciezki-nadziei


Książkę oczywiście zamówię, a teraz, jeśli Pani pozwoli, dwa zdania komentarza ode mnie.

Otóż każdy projekt (społeczny, polityczny, kulturowy, modernizacyjny, bez względu na obszar, którego dotyczy) musi być osadzony na fundamencie wartości. Pod tym względem Polska jawi się jak nieudolna imitacja państwa. Po 1989 roku, zakłamywani i wplątywani w zakłamanie, w swoim własnym kraju nie posprzątaliśmy, w efekcie przyzwoitość wydała się wielu spośród nas zbyt trudna do udźwignięcia, a innym nazbyt, jak na współczesność, trywialna.
Niedostatek przyzwoitości to jedna z najistotniejszych przyczyn, dla których dezintegracja Polskości, więc rozpad wspólnoty, rozumianej jako zbiór jednostek opartych na wspólnej przeszłości oraz kierujących się tymi samymi wartościami w teraźniejszości i na drodze wiodącej w przyszłość, sięgnął nad Wisłą stopień bliski dna.
Nie mogło być inaczej. Nie mogło, ponieważ solidnych struktur normalnego państwa nie sposób wznieść w miejscu, gdzie pryzmę odpadów ideologicznych zastąpiono deficytem w obszarze aksjologii.
Niesprawiedliwość, której nie wytknięto i nie naprawiono, wcześniej czy później mści się, dewastując tożsamość ludzi poddanych tego rodzaju eksperymentom. Zło nie nazywane i nie zwalczane bezczelnieje. Wykorzystuje okazję, banalizując się na potęgę. W efekcie przestaje nas przerażać, zaskakiwać czy zadziwiać. Powszednieje. Więc kaleczy. Niekiedy kaleczy śmiertelnie.
Stąd zaniechania w obszarze aksjologii nigdy nie uchodzą bezkarnie: charakter człowieka psuje się i rozszczepia, moralność przeistacza w anomię, człowieczeństwo zamiera. Państwo pogrąża się w niebycie. Tak jak współczesna Polska.
Cała reszta, to już tylko rezultat. Konsekwencje odłożone w czasie.
I daj Boże, by nasza przyszłość okazała się mądrzejsza od nas.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 15 wrz 2011, 09:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Czytając Pawełczyńską. "Mamy więc diagnozę i rozpoznaną chorobę. Mamy też lekarstwo"

„Ścieżkami nadziei", to drugie wydanie książki, która ukazała się 20 lat temu (jako „Drogi do szczęścia"), a w dzisiejszym kontekście kulturowym i politycznym jest aneksem (uzupełnieniem) do znakomitego tryptyku Autorki, składającego się z następujących tytułów: „Wartości a przemoc" – zarys socjologiczny problematyki Oświęcimia (1972), „Głowy hydry" – o przewrotności współczesnego zła (2004) oraz „O istocie narodowej tożsamości" – Polacy wobec zagrożeń (2010). To swoisty fenomen.

Dlaczego warto czytać prof. Annę Pawełczyńską? Najkrócej mówiąc dlatego, że w jej osobowości i sposobie patrzenia na świat łączy się praktyka (obozy koncentracyjne, AK) i teoria (profesor socjologii), dobre wychowanie i dobry życiorys. Ponadto jest z tej grupy ludzi, którzy na pytanie dlaczego poszli do legionów czy podziemia, odpowiadali: „bo tak trzeba było". I nic więcej. Pochodzi z pokolenia, które kontynuowało budowę prawdziwej niepodległej II RP – w samym środku II wojny. Według badań prof. Tomasza Strzembosza, w Generalnym Gubernatorstwie, systemowo odciętego od świata, właśnie to pokolenie zbudowało 300-400 tysięczną podziemną armię gotową walczyć z okupantem. Coś podobnego chyba nie trafiło się nikomu w dziejach świata... Z wczesnych lat chłopięcych (ok. 1955 lub 1956 r.) zapamiętam bardzo znamienne zdarzenie. Będąc z ojcem w Warszawie, na jednym z budynków zobaczyłem jakiś duży napis, a w nim słowo: „martyrologia". Gdy usiłowałem je przesylabizować i w końcu wypowiedziałem głośno, wówczas jakiś duży pan nachylił się nade mną i powiedział:
„Zapamiętaj chłopcze, gdybyśmy ten napis zobaczyli w czasie powstania, to tę kamienicę byśmy na stenach roznieśli".

Sens tych słów zrozumiałem dopiero po latach. Losy Kolumbów potoczyły się bardzo różnie, ale dziś takich ludzi już prawie nie ma. Anna Pawełczyńska w czasie okupacji była światkiem i uczestnikiem tamtych wydarzeń, dziś stała się łącznikiem pokoleń. Dlatego warto ją czytać. Ponadto jest wyjątkowo wnikliwym, wręcz przenikliwym, obserwatorem procesów społecznych zachodzących w kraju i poza nim.

Ścieżki nadziei
Książka, a właściwie książeczka, liczy sobie 174 strony. Podzielona jest na 4 rozdziały: 1. Wobec siebie i innych, 2. Pułapki osobowości, 3. Pułapki społeczne, 4. Wobec społeczeństwa. Każdy z nich ma swoje podrozdziały i właśnie one są tymi ścieżkami nadziei: miłość, przyjaźń, wiedza, rozumienie, tolerancja, praca i twórczość, soki i korzenie, współżycie pokoleń, ład moralny ..., a potem kolejne, już o zupełnie innym zabarwieniu: egocentryzm, lęk, kłamstwo i zakłamanie, zło społeczne, patologia więzi społecznych, itd. Jest ich wiele, ale właśnie one, te ścieżki nadziei i beznadziei pokazują na czym polega ład społeczny, bez którego nie może być mowy o budowaniu czegokolwiek. Historia Polski dostarcza nam przykładów zdolności niezwykłej mobilizacji Polaków. Fakty te dowodzą nam, że nie jesteśmy bezwolni. Ale Autorka już we „Wstępie" zastrzega się, że książkę pisze z „myślą o ludziach, którzy pragną dążyć do tego, aby swojemu życiu nadać sens".

W tym samym rozdziale nakreśla też punkt odniesienia dla pozostałej części swojej książki. Pisze:
„Przez struktury zła należy rozumieć stworzony przez ludzi system instytucji, w ramach których całe społeczeństwo jest zmuszone do działań pogłębiających zło społeczne. Struktury zła są zakorzenione w konkretnych czynach ludzi, którzy zło umacniają. Istnieje bardzo silny związek między złem indywidualnym, a funkcjonowaniem zła w społecznej strukturze [...]. Zatem walka pomiędzy dobrem a złem toczy się nie tylko w jednostce, ale obejmuje całe społeczeństwo". I dalej: „Udziałem polskiego społeczeństwa były bardzo ciężkie doświadczenia historyczne, które zakłóciły normalny rozwój kilku pokoleń" (s.13-14).
Pawełczyńska mówi o dwóch totalitaryzmach: komunistycznym i hitlerowskim. I tu, dla lepszego zdiagnozowania choroby warto zatrzymać się na chwilę... Niemieckie struktury totalitaryzmu – pisze Pawełczyńska – narzucone Polsce drogą wojny były odczuwalne, jako obca siła zewnętrzna, jako kataklizm przyrodniczy, na którego pojawienie się ludzie nie mieli wpływu. Nie byli też z nim związani. Do systemu terroru włączyły się tylko jednostki, jednoznacznie potępione przez silną opinię publiczną. Natomiast komunistyczny totalitaryzm przeniknął do Polski w sposób podstępny i niejawny. Działał jak choroba nowotworowa, rozkładająca stopniowo, od wewnątrz, zdrowe tkanki społeczeństwa. Zespół środków przemocy i przymusu zniszczył wzmocnioną w czasie okupacji jedność społeczeństwa, sparaliżował więzi społeczne, obalił autorytety narodowe i moralne, uprzedmiotowił człowieka, łamiąc jego indywidualna wolę i wtrącając go w samotność. Komunistyczne struktury w Polsce były zbudowane z wyborów i czynów ludzi zaangażowanych w zbiorowym działaniu. Skutki społeczne nie były wynikiem woli pojedynczego człowieka, lecz każdy przyczynił się do rezultatów ogólnych. Komunistyczne struktury zła ujawniły się jako potęga pustosząca, która degraduje zarówno winnych, jak i niewinnych, atakując nie tylko więzi społeczne, ale także postawę oraz świadomość moralną każdego człowieka (125-126). (Problem jest szerszy, do tej analizy należałoby włączyć również okres zaborów, bo po pierwsze: destabilizacja polskiego dorobku kulturowego, od upadku państwowości, ma charakter ciągły i po drugie: 20 lat niepodległości okresu międzywojennego, to zbyt krótki okres dla wyrównania przechyłów i destabilizacji kulturowej, jaką wywołały).

***

Mamy więc diagnozę i rozpoznaną chorobę. Mamy też lekarstwo. Nie ma ono pięknego, drogiego opakowania i jest bardzo tanie; nie ma go w aptekach, jest natomiast w bibliotekach. Ta choroba jest nieuleczalna farmakologicznie. Wyleczyć ją może tylko terapia. Jaką więc receptę wystawiła nam Anna Pawełczyńska? Oto ona: w tradycjach każdej warstwy społecznej są przechowywane cenne wartości wsparte doświadczeniem wielu pokoleń i warte, by je kontynuować. Z tradycji szlacheckich i chłopskich wywodzi się przywiązanie do ziemi, z rzemieślniczej rzetelność pracy i ambicje jej najlepszego wykonania, z robotniczych – idea międzyludzkiej solidarności i sprawiedliwości, z inteligenckich - zrozumienie wartości kulturowych i poczucie odpowiedzialności, z tradycji szlacheckich – umiłowanie wolności, wzory patriotyzmu, bezwzględna uczciwość oraz odpowiedzialność za słowo, z mieszczańskich – gospodarność i oszczędność (49). Każda warstwa społeczna wytworzyła specyficzne formy współżycia, obyczaje, a także sposoby okazywania życzliwości. Dawniej na straży obyczajów stała opinia publiczna, ale w Polsce powojennej, kiedy awans społeczny obejmował całe warstwy społeczeństwa, a tempo tego awansu miało charakter rewolucyjny, wytworzył się chaos obyczajowy (21). Masowym awansom społeczno-ekonomicznym nie towarzyszył na ogół awans kulturowo-obyczajowy. W skali naszego społeczeństwa występowały zjawiska dezorganizacji moralno-obyczajowej, atakujące społeczną tkankę życzliwości, a przede wszystkim tradycyjne sposoby jej wytwarzania (22). Piłsudski zauważył: „Ulec może nawet naród wielki, zginąć może tylko naród nikczemny" (23). I jest to ocena socjologa i jednego z najwybitniejszych polskich polityków. Nikogo ta diagnoza nie może więc obrażać. Tym bardziej, że w dalszej części Autorka dodaje: terror hitlerowski przyczynił się do tego, że w skali masowej powszechne zagrożenie zaczęło pełnić funkcję jednoczącą niwelując przedwojenne podziały klasowe i polityczne, pogłębiając w ten sposób świadomość narodową, a także poczucie wspólnych obowiązków (113). Patriotyzm robotnika i chłopa okazał się w dniach wojny silniejszy niż konflikt klasowy (114).

Jakie składniki powinno posiadać owo lekarstwo? Receptura jest dość prosta i skuteczna.

1. Wiedza. Wiedza specjalistyczna jest konieczna w sprawach zawodowych, ale wiedza ogólna, rozumiana jako zbiór uporządkowanych prawdziwych informacji, które potrafimy samodzielnie ocenić i samodzielnie zinterpretować, jest niezbędna dla naszego człowieczeństwa i rzetelnych stosunków z innymi ludźmi (41). Rozszerzmy tę interpretację: wiedzę obronną daje znajomość własnej kultury i historii. Brak tej wiedzy czyni człowieka dziecinnie bezbronnym.
2. Rozumienie. Rozumienie służy kształtowaniu właściwej osobowości oraz stosunku do ludzi i świata (46). Można jednak powiedzieć, że nie zdolność do gromadzenia jak największej ilości, informacji, ale właśnie zdolność do trafniejszej, intuicyjnej i bardzo szybkiej ich selekcji pozwala nam poznać zjawisko jako określony kształt rzeczywistości (42). O tym jak daleko posunie się na drodze rozumienia decydują jego osobowość i życie wewnętrzne oraz to jakim jest człowiekiem, jak zyje i jakim pragnie być(43-44).
3. Tolerancja. Tolerancja jest rezultatem wysiłków całego życia i starań o rozumienie ludzi i ich dążeń (51). Tak długo, jak długo trwają silne emocje, nie jesteśmy zdolni spojrzeć obiektywnie na poglądy innego człowieka. Nie jesteśmy w stanie znaleźć punktów wspólnych, ani określić rzeczowej płaszczyzny naszych rozbieżności. Dopiero wygaszenie emocji pozwala powrócić na płaszczyznę dialogu (50).

***

Przyjmujący owo lekarstwo powinniśmy zachować też odpowiednią dietę. Czego więc należy unikać? Unikać należy wielu rzeczy, bo:
1. uznanie nadrzędności wartości materialnych może zniszczyć związek człowieka z tym co robi (55). A wówczas czas wolny od udziału w niesatysfakcjonującej pracy może nabrać przesadnie szczególnego znaczenia (56). Wprawdzie nie jest możliwe, aby ideologia bezinteresownej twórczości upowszechniła się w konsumpcyjnym społeczeństwie. Jest jednak możliwe, aby myślące jednostki, grupy koleżeńskie ukształtowały w sobie postawę twórczą, wzbogacającą ludzkie życie. Tym samym zredukowałby się zakres i nasilenie konfliktów wynikających z walki o prestiż, dominacje i posiadanie, a nasiliły się twórcze konflikty polegające na konfrontacji myśli. Cel działania przeniósłby się z potrzeby dominacji na potrzebę poznania i rozumienia (57). Ponadto poczucie uczestnictwa w historii ludzkości poszerza biologiczne trwanie jednostki o trwanie kulturowe. W tym znaczeniu stałoby się ono „arką przymierza między dawnymi laty", symbolem związku współczesnego człowieka z przeszłością i z przyszłością (58). Twórczość, gdy przyświeca jej myśl o wzbogaceniu dorobku ludzkości, należy do wartości uniwersalnych.
2. człowiek poddający się złym skłonnościom, degraduje własną osobowość, zatraca wartość własnego życia, a dobro musi w człowieku zwyciężyć (61). Im dłużej człowiek jest zamknięty w pułapce egocentryzmu, tym trudniej się mu z niej wydobyć. Trzeba wiedzieć, że są ludzie, zjawiska i sprawy ważniejsze od niego samego, i właśnie dzięki nim mogą się otworzyć drzwi zatrzaśniętej pułapki (67).
3. jeżeli człowiek pozwoli na to, aby lęk zdobył jego osobowość, popełnia samobójstwo w kategoriach psychicznych – przesądza na ogól o losach swojego życia. Człowiek schwytany w pułapkę własnego lęku staje się zniewolony, zdany na łaskę nękającej go siły, która nie wiadomo do czego może go doprowadzić (67).
4. człowiek, który się zakłamał, wyłącza siebie ze świata zdrowych ludzi. Żyje w rzeczywistości, której nie ma, tracąc kontakt z ludźmi żyjącymi w świecie, który jest. Traci szanse porozumienia i uczciwego partnerstwa. Jest ono dla człowieka tak bardzo ważne. Najwyższy stopień kłamstwa, jakim jest zakłamanie, da się również porównać z duchowym samobójstwem. Człowiek, który czyni z kłamstwa sposób na życie, unicestwia sam siebie i izoluje się od innych (81). Dodając, warto zauważyć, co się dzieje wówczas, gdy mamy do czynienia z zakłamanym systemem lub zakłamaną władzą?

Zakończenie
Oczywiście, w taki sposób można jeszcze przez kilka stron streszczać książkę prof. Anny Pawełczyńskiej, ale chodzi o to, aby przeczytać ją z należną uwagą i zdać sobie sprawę, że „ostatnie trzy pokolenia wychowano na kłamstwie, charakterystycznym dla ustrojów totalitarnych". Diagnoza i troska Autorki nie mają charakteru kościelnego lub moherowego (jak usłyszałem), lecz wynika ona z podstaw i idei cywilizacji łacińskiej, która trwa 2 tysiące lat. Nad sensem istnienia ludzkiego zastanawiały się najtęższe głowy tego świata, warto jednak pamiętać, że jego tajemnica nie ma kilkupokoleniowej perspektywy, lecz jest sumą człowieczego losu. Dążenie do nadania sensu swojemu życiu jest wysiłkiem bardzo szlachetnym i przynoszącym korzyści wszystkim.

Jak pisze Pawełczyńska: dobre społeczeństwo stwarza warunki wszechstronnego rozwoju człowieka, określa jasno jego prawa i obowiązki, stawia go w sytuacjach jednoznacznych wobec innych ludzi oraz zadań, podejmowanych dla dobra własnego i innych. Złe społeczeństwo zakłóca normalny rozwój każdego człowieka, wprowadza w życie społecznie niejednoznaczność, chaos prawny i chaos moralno-obyczajowy, wyzwala z natury ludzkiej złe skłonności i dezorganizuje ludzkie współżycie. Jest to społeczeństwo, w którym zanikają więzi społeczne o charakterze moralnym, a na ich miejsce pojawiają się grupy interesów. Milknie wówczas opinia publiczna, stanowiąca rodzaj społecznego sumienia, a miejsce człowieka w społecznej hierarchii staje się niezależne od jego wartości moralnych, intelektualnych i zawodowych (99-100)... Można zapytać, skąd my to znamy? Doświadczona Pani Profesor oraz jej po ludzku mądra książka i tu nie pozostawi czytelnika bez odpowiedzi. Odpowiada: bo nie czujemy uczestnictwa w czynieniu dobra, nie mamy poczucia uczestnictwa w życiu społecznym, w podejmowaniu decyzji, żyjemy obok, i tylko z pozoru dla siebie, bo tak naprawdę żyjemy – przeciwko sobie... I niestety, nie czujemy, że staliśmy się ofiarami wyjątkowo perfidnego systemu, którego skutki wciąż trwają. Nikt nam nie pomoże (jak zawsze), wygramolić się z niego musimy sami.

Anna Pawełczyńska, Ścieżkami nadziei, Polihymnia, Lublin 2001

http://wpolityce.pl/artykuly/12459-czyt ... -lekarstwo


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 19 wrz 2011, 19:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Pokonać bierność

Z krajowym duszpasterzem ludzi pracy ks. bp. Kazimierzem Ryczanem, ordynariuszem kieleckim, rozmawia Maciej Walaszczyk

W Akcie Zawierzenia Pani Jasnogórskiej Świata Pracy wspominał Ksiądz Biskup o manipulacjach mediów, które dzielą Naród. Czy ideały "Solidarności" są dziś jeszcze żywe?

- Ideały są zawsze żywe. Swoją siłę i żywotność ukazują jednak pod jednym warunkiem: wtedy kiedy ci, którzy się do nich odwołują, a także ci, którzy mają wpływ na ludzkie umysły, będą je głosili. Kościół je głosi, zgodnie ze swoją misją. Mamy w Polsce grupę wiernych, którzy co niedzielę biorą udział we Mszy św. i są praktykujący. W mojej diecezji jest to około 50 procent, ale można powiedzieć, że jest to "tylko" 50 procent. Tę pozostałą grupę trzeba wychowywać m.in. poprzez dobre środki społecznego przekazu. Jeżeli jednak media tego nie robią, tylko przeciwnie - dzielą ludzi, a przy tym jest w nich pewna nieobecność Boga, wartości chrześcijańskich, to przynosi to inny skutek. Dochodzi do sponiewierania państwa.
Ludzie zaczynają wtedy myśleć nie według własnych przekonań, rozumu i wiary, ale według telewizji. Ona staje się ich duszą, powtarzają to, czego sobie ona życzy, i to, co chcą, by myśleli ludzie, którzy nią kierują. Do tego pamiętajmy, że wiele z tych środków społecznego przekazu nie znajduje się w polskich rękach. Dzisiaj przeczytałem, że na okładce jednego z tygodników ma być ukrzyżowany Palikot niczym Chrystus. To dowód, że niereagowanie na jedno zło, wywołuje falę kolejnego zła. To właśnie skutek obojętności.

Wzywa Ksiądz Biskup do większego poczucia odwagi cywilnej wśród Polaków i katolików...

- Nie ma najmniejszej wątpliwości, że taka odwaga jest konieczna. Z drugiej strony każdy chce żyć trochę z boku, po swojemu, mówiąc w duszy: "Co będę się wychylał". Podobnie tłumaczą sobie ludzie, podchodząc do tematu wyborów: "Nie pójdę, bo mam dość tego wszystkiego". Właśnie należy pójść i zagłosować, by zmienić tę rzeczywistość, która mi się nie podoba. Błędy i grzech istniały zawsze, od samego początku. Chrześcijanin się przecież nawraca ku Dobru i to jest dla nas najważniejsza perspektywa, wobec której stajemy. Najgorsza jest bierność.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi12.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 26 wrz 2011, 20:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Czas arcypolski

Kończąc czytać i odkładając na półkę powieść Bronisława Wildsteina "Czas niedokończony", można mieć wrażenie, że właśnie zakończyło się przygodę z opowieścią arcypolską. Dziełem, które oddaje idealnie to co w ostatnich dziesięcioleciach tkwiło w Polskiej duszy.
Bez zrozumienia dawnego nie jesteś w stanie pojąć nowego. Te słowa Adama Broka - bohatera powieści, mogłyby być mottem całej książki. Na krótkim epizodzie z życia bohaterów w Polsce XXI-wiecznej, ciążą dziesięciolecia. Ciążą na nich historie, o których chcieliby zapomnieć, ale te niczym bumerang wracają. Gaja, kochanka Adama próbowała żyć, bez przeszłości, dobro, zło, prawda fałsz, to były dla niej pojęcia abstrakcyjne, liczył się profesjonalizm i zabawa, hedonizm. Sex w najróżniejszych konstelacjach miał zdusić, naturalny, aczkolwiek obciachowy instynkt macierzyński, niestety nie można było tego robić bez końca. A koniec Gai mógłby być groteskowy - samobójstwo wśród porozrzucanych pornosów, z wielkim fioletowym wibratorem.
"Czas niedokończony" to też historia, której element jest chyba w każdym polskim domu. Zawsze gdzieś był ktoś, kto angażował się w opozycje, ktoś kto układał się z władzą, były świnie, i byli ideowcy, którzy w imię naprawy świata, stawali się barbarzyńcami mordującymi innych ludzi. Wreszcie Wildstein ukazał doskonale wojnę Polsko - polską, która rozgrywa się w ramach rodziny. Żona - opozycjonista, mąż - reżimowy dziennikarz, robiący karierę, tłumaczący w cyniczny sposób każdą niegodziwość władzy, ,Jednocześnie trudno uznać go do końca za skończoną komunistyczną świnię, będąc TW, zapisuje się do PZPRu, aby wyrwać się ze szponów SB i chronić rodzinę. Po latach na łożu śmierci przyznaje, że jego inteligencja, ogrom wiedzy jaka posiadał, na nic się zdały. rodzinna wojnę ideologiczną wygrała żona, ta gorzej wykształcona, ale mająca twardy kręgosłup kilku prostych zasad. Szary moher okazał się lepszy od wykształciucha. Pisząc recenzję, zdaję się ślizgać po wątkach powieści Wildsteina, ale zagłębienie się w jakikolwiek wątek tej powieści, może skończyć się zamienieniem krótkiej recenzji a długi esej. Książka ta to swoisty traktat o filozofii, na blisko 600 stronach rozgrywa się batalia pomiędzy cynizmem, nihilizmem z jednej strony, a kilkoma prostymi zasadami z drugiej, wartościami ponadczasowymi, uniwersalnymi, które zwyczajnie mówią nam jak żyć. To te zasady triumfują nad modnym liberalizmem, który okazuje się tylko maską przysłaniającą tęsknotę do tego co najważniejsze i podstawowe w naszym życiu - miłości i prawdy. Liberalizm nie jest odpowiedzią, tak samo jak nie jest nią wielkie miasto. Symbolem tego mogą być ostatnie akapity. Adam Brok, jeden z głównych bohaterów powieści, klasyczny młody wykształcony, do tego "z zachodu", ucieka z Warszawy na wieś. Motyw prowincji, jako odnalezionego małego raju dla głównego bohatera staje się powoli tez znakiem firmowym Wildsteina. Podobnie bowiem kończy się wcześniejsza, równie świetna "Dolina Nicości", obie ksiązki to zresztą ten sam świat, nie tylko przeplatają się w nich wątki i niektóre nazwiska, ale i w jednej i drugiej doskonale ukazany jest klimat III RP, pięknej niczym papuga z zewnątrz, strojącej się w piórka liberalizmu, a wewnątrz zgniłą i śmierdzącą, dzięki doskonałym opisom autora, czasami można wręcz poczuć całą zgniliznę otaczającego nas świata. Twórczość Wildsteina nie jest wesoła, nie jest to lektura do zabrania na wakacje, ale jest to literatura obowiązkowa, bo bardzo dużo mówi nam o współczesnej Polsce.

http://lukaszbardzinski.salon24.pl/3459 ... arcypolski


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 03 paź 2011, 10:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Patriotyzm zakupowy - zakazane hasło?

Ostatnie wyniki badań dotyczących preferencji zakupowych Polaków, jakie przeprowadziła firma IQS, powinny zepsuć dobry nastrój decydentom odpowiedzialnym za naszą gospodarkę. Wynika z nich, że zaledwie dla 7 proc. Polaków kraj pochodzenia towaru jest ważnym argumentem przy decyzji zakupowej. Tłumacząc z polskiego na nasze: zgodnie z tymi deklaracjami niemal nikt, mając do wyboru podobnej jakości produkt wytworzony za granicą i wyprodukowany w Polsce, nie zamierza się kierować narodowym interesem. Po 20 latach wolnego rynku świadomość korzyści, jakie niesie wspieranie rodzimej przedsiębiorczości, jest wśród Polaków na opłakanym poziomie.

U progu lat 90. za szczyt dobrego smaku uchodziło epatowanie zachodnimi metkami, a zagraniczna tandeta szerokim strumieniem zalała polski rynek. Takie podejście społeczeństwa było na rękę tym, którzy dowodzili, że polskie zakłady trzeba jak najszybciej sprzedać i zamknąć - przecież nikt nie będzie kupował chłamu znad Wisły... Taka argumentacja, poparta życzliwością decydentów i kilku wpływowych mediów, pozwoliła pewnej grupie osób na zgromadzenie niezłych fortun. Kiedy okazało się, że polskie produkty nie tylko wytrzymują konkurencję z zachodnimi, ale nawet mogą stać się przebojem na obcych rynkach, ogromna część przedsiębiorstw albo przeszła w obce ręce (charakterystyczny jest tu przykład Wedla), albo została zlikwidowana, a pozostały po nich majątek - "zagospodarowany".
Wbrew opiniom pesymistów polscy przedsiębiorcy wchodzili do Unii wcale nie jako ubodzy krewni. Dla wielu rodzimych firm wspólny rynek stał się rzeczywiście szansą, ale jednocześnie dla słabszych podmiotów niósł określone zagrożenia. Polscy wytwórcy mieli prawo oczekiwać, że znajdą się pod parasolem ochronnym rządu zapewniającym rozwój. Jednym z ważniejszych elementów takiego kompleksowego programu powinna być promocja zakupowego patriotyzmu.

Pojęcie niemodne?
Dla Tuska i jego kompanów z pewnością tak. Patriotyzm zakupowy niejednemu lojalnemu towarzyszowi partyjnemu pachnie na kilometr szowinizmem i pogromami.
W państwach starej Unii nie mają takich obaw. Dla Polski dobrym przykładem może być - tak chętnie przywoływana przez Platformę - Irlandia. Tam już w 1975 r. ruszył program "Guaranteed Irish", promujący irlandzkie produkty, których wysoka jakość nie budzi wątpliwości. Przez niemal cztery dekady znaczek GI stał się dla Irlandczyków najlepszym poświadczeniem jakości rodzimych wyrobów. Obecnie, jak wynika z badań, każda rodzina na Zielonej Wyspie wydaje tygodniowo średnio 16 funtów na produkty z tym logo. Nie dziwi to, zważywszy na rezultaty innych badań pokazujące świadomość Irlandczyków w zakresie korzyści ze wspierania własnych firm. Aż 8 na 10 kupujących wybiera irlandzkie produkty właśnie ze względu na ich pochodzenie. 83 proc. respondentów jest zdania, że w czasach kryzysu kupowanie rodzimych produktów ma o wiele większe znaczenie niż wcześniej. 86 proc. Irlandczyków uważa, że firmy powinny podkreślać, iż oferują irlandzkie produkty i usługi, a trzy czwarte ankietowanych ma poczucie, że kupując takie wyroby, pomaga krajowi i współobywatelom.

Liczy się każda złotówka
Podobne programy od lat z powodzeniem funkcjonują m.in. we Francji i w USA, ciesząc się czynnym poparciem decydentów. U nas na próżno szukać podobnego programu. Co ciekawe, bardziej przewidujące od rządu okazały się... sieci handlowe. Dla przykładu sieć Tesco chwali się, że wspiera polskie produkty, a na sklepowych półkach można znaleźć wyroby opatrzone znaczkiem: "Jestem z Polski". Niemiecka sieć Lidl już drugi rok z rzędu ubiegała się z powodzeniem o znak "Teraz Polska" dla swoich produktów spożywczych. Największa sieć detaliczna w Polsce - Biedronka, ze współpracy z polskimi producentami uczyniła jeden z filarów swojej kampanii promocyjnej. W specjalnie przygotowanych folderach Biedronka przedstawia swoich dostawców - polskie firmy - i podkreśla, że ponad 90 proc. jej asortymentu spożywczego jest wyprodukowane nad Wisłą.
Jeżeli chodzi o wyczucie rynku, to bardziej wierzę przedsiębiorcom niż politykom PO i PSL. Tym bardziej trudno zrozumieć, dlaczego promocja polskiej żywności skierowana do Polaków leży odłogiem. Jeszcze raz odwołam się do Irlandii: z analiz instytutu Amarach Research wynika, że każde dodatkowe 4 funty tygodniowo, przeznaczane przez jedną rodzinę na zakup irlandzkich produktów, przyczyniłoby się do stworzenia dodatkowych 6 tys. miejsc pracy. Mimo że, zdaniem Tuska i jego świty, życie w Polsce, jak mawiał Josif Wissarionowicz, "stało się lepsze i weselsze", to bezrobocie udało się Platformie wywindować na poziom o wiele wyższy niż w czasach rządów PiS. Zatem każde miejsce pracy, szczególnie poza metropoliami, jest na wagę złota.
Niezależnie od wyniku nieodległych już wyborów w przyszłym Sejmie należy przypilnować, by powstał i został zrealizowany odpowiedni program wsparcia polskich producentów. Oddanie wszystkiego w ręce urzędników gwarantuje raczej klęskę i zmarnowane pieniądze, dlatego projekt musi mieć szerokie zaplecze w postaci instytucji pozarządowych, producentów, samorządowców. Na pewno warto wykorzystać doświadczenie sieci handlowych, z przytoczoną już Biedronką na czele. Warto przyjrzeć się temu, co zbudowała Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego "Teraz Polska". Polacy muszą wiedzieć, że kupując polskie produkty, inwestują w przyszłość swoją i swoich dzieci - każda złotówka wydana na rodzimy wyrób naprawdę ma wielkie znaczenie.

Jakub Opara

--------------------------------------------------------------------------------
Autor jest byłym urzędnikiem Kancelarii Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 07 paź 2011, 08:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
Dlaczego trzeba pójść na wybory?

Najczęściej słyszymy, że wybory to "święto demokracji", a udział w nich to "obowiązek obywatelski". Żadna to jednak poważna zachęta do wybrania się do lokali wyborczych. Przecież demokracja nie potrzebuje święta. To nie bożek, choć wielu tak ją traktuje, a wyłącznie zwyczajny sposób sprawowania władzy zwierzchniej przez suwerena - Naród, przyznajmy, w sposób dość ułomny, jeśli wokół roi się od ideologicznych przekazów medialnych zatruwających umysły zapatrzonych w telewizję obywateli. Wreszcie udział w wyborach nie jest też żadnym "obywatelskim obowiązkiem" - pośród obowiązków obywatela wyliczonych w Konstytucji RP udziału w wyborach próżno szukać. Z czego zatem wynika imperatyw uczestnictwa w głosowaniu? Z faktu, że jesteśmy wolni. A wolność to znaczy również odpowiedzialność. Tyle że tego argumentu zatopieni w ideologii liberalnej "dziennikarze" wielu "postępowych" stacji telewizyjnych i radiowych oraz wspierani przez nich politycy już nie używają.


Wolność, czyli odpowiedzialność
Być wolnym człowiekiem, to znaczy być również odpowiedzialnym za siebie i innych. Być wolnym człowiekiem, czyli również odpowiedzialnym, to znaczy podejmować decyzje, i to takie, które będą dawały pozytywne owoce dla nas samych i wszystkich, pośród których żyjemy. Być wolnym i odpowiedzialnym, to znaczy zatem na pewno nie stronić od podejmowania decyzji, nie chować głowy w piasek. Dla osoby prawdziwie wolnej brak decyzji to też decyzja, tylko że najgorsza z możliwych.
W tym kontekście udział w wyborach parlamentarnych jest obowiązkiem każdego wolnego, odpowiedzialnego człowieka. Wszak w niedzielę będziemy podejmowali decyzję o kierunku polskiej polityki, o kierunku polskiego prawodawstwa w najbliższych latach. Oczywiście treść tego prawa, które politycy ustanowią do 2015 r., będzie można zmienić, jeśli wybierze się inną większość za cztery lata. Tyle że skutków obowiązywania tego prawa w zdecydowanej większości przypadków już nie będzie można wyeliminować. Przykłady? Wyobraźmy sobie, że liberalno-lewacka koalicja, która uformowałaby się już w końcu tego miesiąca, zmieni ustawę antyaborcyjną i ją "zeuropeizuje", pozwalając na zabicie dziecka poczętego także z tzw. względów społecznych. Czy ktoś z nas tu, na ziemi, wskrzesi za cztery czy pięć lat "legalnie" zamordowane dzieci? Wyobraźmy sobie, że ta sama koalicja wprowadzi prawo eutanazyjne. Czy ktoś z nas tu, na ziemi, wskrzesi za cztery czy pięć lat staruszków, którzy zostaną przez ten czas uśmierceni? Wyobraźmy sobie, że ta sama koalicja na dokładkę legalizuje posiadanie narkotyków i handel nimi. Czy ktoś z nas jest w stanie zwrócić pełnię zdrowia uzależnionym nastolatkom i najpiękniejsze lata ich życia? Nie. Tych skutków obowiązywania niegodziwego prawa wyeliminować się już nie da, nawet gdyby udało się uchylić to prawo po wyborach w 2015 roku. Nie da się również zmazać naszej moralnej odpowiedzialności za przyzwolenie na wybór takiej koalicji, która tego typu niegodziwe przepisy by ustanowiła, odpowiedzialności w gruncie rzeczy za śmierć tysięcy nienarodzonych dzieci, uśmierconych staruszków i uzależnionych od narkotyków młodych ludzi. Odpowiedzialności, którą będziemy ponosić także wówczas, gdy zostaniemy w domu i nie pójdziemy na wybory.

Chrześcijanin głosuje za życiem
Odpowiedzialności za państwo nie zdejmiemy z siebie, jeżeli nie będziemy uczestniczyć w wyborach parlamentarnych. Ugrupowań i kandydatów jest do wyboru, do koloru. Warto sprawdzić, jak głosowali posłowie poszczególnych ugrupowań w sprawach dla człowieka najważniejszych - w kwestii obrony życia, w tym zapłodnienia in vitro, związków homoseksualnych i w końcu prawa rodziców do wychowania dzieci (słynna ustawa "antyklapsowa" i umożliwienie urzędnikom odbierania dzieci rodzicom). Naturalnie ważne pozostają także kwestie gospodarcze, fiskalne, społeczne. Ważne, ale naprawdę dużo mniej ważne od spraw fundamentalnych, jakimi są życie człowieka i życie rodziny. Spraw, na których osadza się nasza chrześcijańska cywilizacja. Naprawdę nie jest trudno zauważyć, że w większości mamy jednak do czynienia z posłami, którzy głosowali w tych kwestiach w sposób sprzeczny z wartościami, na których opiera się cywilizacja łacińska.
Trzeba tylko trochę wysiłku, żeby to dostrzec i sprawdzić, czy kandydat, na którego chcemy głosować, sprzyja ugrupowaniu, które jest za życiem i rodziną, czy też jest przeciw niemu. Bez tego wysiłku narażamy się na poważną odpowiedzialność moralną za decyzje, poprzez które dopuścimy do patologii i nieszczęść wielu ludzi. Chrześcijanin musi mieć świadomość, że również z tych decyzji będzie kiedyś rozliczony na Sądzie Ostatecznym.
Raz jeszcze powtórzmy. Decyzją, za którą poniesiemy odpowiedzialność moralną, będzie również brak decyzji, czyli nieuczestniczenie w niedzielnych wyborach. Zostając w domu, przynajmniej po części będziemy odpowiedzialni za wynik ugrupowań politycznych, które jawnie sprzeciwiają się nauczaniu Kościoła, jawnie kpią z wartości i cywilizacji chrześcijańskiej, cywilizacji życia. Jeśli takie ugrupowania zdobędą przykładowo 15 proc. poparcia, to w 15 proc. właśnie będzie to również nasza "zasługa"... Jeżeli pozostaniemy w domu, oznacza to, że zdajemy się na decyzje wyborcze podejmowane przez innych, w takich proporcjach, jakie są konsekwencją wyniku wyborczego. To prosta logika i matematyka.

Każdy człowiek jest politykiem
Wszyscy jesteśmy politykami, jeżeli politykę rozumiemy tak jak klasycy filozofii, czyli jako roztropne działanie na rzecz dobra wspólnego. Polityka tym właśnie jest, nie zaś wyłącznie brudną grą opartą na manipulacji - do takiego rozumienia sprowadzono niestety politykę w naszej nowożytnej erze. Wszyscy zatem mamy obowiązek podejmowania decyzji, i to decyzji właściwych. Spójrzmy na nauczanie mistrza filozofii naszych czasów ojca Mieczysława Alberta Krąpca: "Jeśli zatem działanie polityczne jest dobieraniem właściwych (realnych i realnie możliwych) środków do celu, jakim jest dobro wspólne społeczności, a dobrem tym jest wewnętrzny osobowy rozwój człowieka - to każdy z nas z konieczności uprawia politykę, bo każdy z nas nieustannie dobiera środki do właściwego celu. Możemy uprawiać politykę dobrze lub źle, ale nie możemy zaprzestać uprawiania polityki. (...) Bo działać po ludzku - to już znaczy uprawiać politykę, przynajmniej politykę indywidualną" - pisze o. Krąpiec w dziele "Suwerenność - czyja?". I dalej dookreśla: "Jeśli Ewangelia jest uszlachetnieniem życia ludzkiego (...), daje przykłady dobrego życia, to chrześcijaństwo jest tylko uszlachetnieniem życia ludzkiego. I nic, co jest ludzkie, nie może być nie-chrześcijańskie. Zatem chrześcijaństwo nie zwalnia nas z obowiązku bycia człowiekiem pełniej, lepiej. I dlatego nie można być chrześcijaninem, nie będąc w jakimś sensie politykiem" - uczy mistrz. Być chrześcijaninem, to znaczy być człowiekiem wolnym, a to zaś oznacza odpowiedzialnym. To znaczy ciągle podejmować dobre decyzje na rzecz dobra wspólnego, w tym mojego i wszystkich, pośród których żyję.

Dr Przemysław Czarnek konstytucjonalista, KUL

--------------------------------------------------------------------------------
Autor jest konstytucjonalistą, pracownikiem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po17.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, społeczeństwo, naród, państwo
PostNapisane: 18 paź 2011, 16:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31297
VULGUS VULT DECIPI – CZYLI JAK WYGRAĆ WYBORY?

Reżymowe media donoszą z radością, że Komorowski cieszy się największym zaufaniem ludu, a Kaczyński najmniejszym. To dobra okazja, by przypomnieć starożytną maksymę rządzącą demokracją:

VULGUS VULT DECIPI - plebs chce być oszukiwany

Jeden z Internautów przełożył ją następująco na język współczesny: "W demokracji wygrywa ten, kto sprawniej oszukuje". Tę właśnie myśl rozwinąłem parę lat temu w tekście „JAK WYGRAĆ WYBORY?”, który w obszernych fragmentach przypominam:



Ze względu na nieubłagany postęp „POSTĘPU” ludzie są coraz głupsi. Głupsi nie w kategoriach ilorazu inteligencji, znajomości języków, wiedzy książkowej, czy stopni naukowych. Tu oczywiście święcimy rewolucyjne tryumfy. Niedługo w CV na sprzątaczkę trzeba będzie legitymować się przynajmniej licencjatem przysłowiowej Wyższej Szkoły Nauk Inżynieryjno-Porządkowych w Pcimiu Dolnym.

Ludzie są coraz głupsi w sensie zdroworozsądkowym czy inaczej biblijnym:

Kto ufa własnemu sercu, ten jest głupi; kto mądrze postępuje, jest bezpieczny. Przyp. 28:26

Do podobnych wniosków dochodzi współczesna psychologia i socjologia. Upada rola rodziny w kształtowaniu młodego pokolenia. Tradycyjny model wychowania opartego na fundamencie karności i mozolnego rozwoju zastąpiono permisywizmem („róbta co chceta”) połączonym z filozofią natychmiastowego zaspokojenia. Tak „hodowane” społeczeństwo szybko zmienia swe wewnętrzne proporcje – coraz mniej jest ludzi kierujących się rozumem, posiadających zdolność samodzielnego, krytycznego myślenia, gotowych do poświęceń w imię wyższych wartości, a coraz więcej osób określanych w Biblii obrazowo mianem bydląt:

Choćby za życia swego mienił się szczęśliwym; choćby się chwalił, że mu się dobrze wiedzie, pójdzie do pokolenia ojców swoich, Którzy już nigdy nie ujrzą światłości. Człowiek, który żyje w przepychu, tego nie pojmie, Podobny jest do bydląt, które giną. Ps. 49:19-21

Przysłowiowe „bydlęta” to osoby na niskim poziomie rozwoju osobowości. Dla nich głównym kryterium, za pomocą którego oceniają rzeczywistość jest: „co JA z tego będę miał”, a sens życia sprowadza się do zażywania trójszczęścia: „Wypić, w…ć i radia posłuchać” (należy uściślić, że takie motto miał siermiężny człowiek sowiecki, człowiek europejski ma szerzą ofertę rozrywkową niż słuchanie radia). Takich ludzi w społeczeństwie mamy obecnie ponad 70%. I do tego mamy demokrację…

Pewnym pocieszeniem, jest fakt, że zdecydowana większość z nich ma wszelkie wybory w głębokim poważaniu. Niska frekwencja po części przywraca więc właściwie proporcje. Spece od psychomanipulacji nauczyli się jednak sięgać skutecznie po ten elektorat, by na chwilę wyborów wzbudzić w nim odpowiednio silne emocje, by zmusili się do wysiłku odwiedzenia lokali wyborczych. Spektakularnym sukcesem tego był plebiscyt PO kontra PiS w 2007 r. Za pomocą rzekomo apolitycznego hasła „Zmień kraj. Idź na wybory” połączonego z wtłaczaniem bydłu rzekomego wstydu z powodu rządu PiS, europejczycy – w sile 3 milionów – łatwo przechylili szalę zwycięstwa na PO. (...)

Argumentami zdroworozsądkowymi można trafić do góra 5’% populacji, do kolejnych 20’% za pomocą wytycznych od przyjętego przez nie zewnętrznego autorytetu, do reszty trzeba dotrzeć na poziomie koryta! (Proporcje za prof. K. Dąbrowskim)(...)

Sytuacja jest więc niezwykle trudna. Jeśli mamy wygrać z Politycznymi Oszustami musimy się … nimi po części stać. Nie w takim zakresie jak eurokomuna, ale jednak. Nie można ludowi mówić całej prawdy. Trzeba akcentować elementy mało istotne dla rozsądnych ludzi, a chwytliwe dla gawiedzi (przykład orlików), a pomijać sprawy drażliwe (np. nadchodzące podwyżki energii). Trzeba się wdzięczyć i powściągać swoje prawdziwe emocje, trzeba łagodnie traktować na wizji złodziei, krętaczy czy głupków z przeciwnego obozu, ponieważ człowiek-bydło nie ocenia argumentów, tylko sposoby zachowania…

To oczywiście czysta manipulacja. Od PO różnimy się tylko jej celem. Chcemy dobra Polski, dobra jej uczciwych i pracowitych obywateli. To jakościowa różnica. Czyniąc tak nie przekraczamy też granic moralnych (jeśli nie posuwamy się do kłamstwa). Jezus nakazał swoim uczniom:

Oto Ja posyłam was jak owce między wilki, bądźcie tedy roztropni jak węże i niewinni jak gołębice. Mat. 10:16

a apostoł Paweł tak w praktyce stosował zasadę uwzględniania stanu wyjściowego odbiorcy w doborze metody perswazji:

Będąc wolnym wobec wszystkich, oddałem się w niewolę wszystkim, abym jak najwięcej ludzi pozyskał. I stałem się dla Żydów jako Żyd, aby Żydów pozyskać; dla tych, którzy są pod zakonem, jakobym był pod zakonem, chociaż sam pod zakonem nie jestem, aby tych, którzy są pod zakonem, pozyskać. Dla tych, którzy są bez zakonu, jakobym był bez zakonu, chociaż nie jestem bez zakonu Bożego, lecz pod zakonem Chrystusowym, aby pozyskać tych, którzy są bez zakonu. Dla słabych stałem się słabym, aby słabych pozyskać; dla wszystkich stałem się wszystkim, żeby tak czy owak niektórych zbawić. 1 Kor. 9:19-22

Czy jednak stosując metody skuteczne w demokracji nie ulegniemy pokusom profitów władzy dla wybranej grupy? Czy wspinając się po szczeblach popularności nie przestraszymy się naszych wrogów i nie przejdziemy na ich stronę? Wielu już tak skończyło…

Kogo więc nam trzeba – ludzi sprytnych i wytrwałych, a jednocześnie na wskroś ideowych. Ludzi, którzy poniosą, gdy trzeba, ofiary dla sprawy, jednocześnie długotrwale opierając się pokusom zniechęcenia z jednej strony, a z drugiej pokusom popularności.

Gdzie takich ludzi szukać – komunistyczna propaganda o „brudzie polityki” (i postkomunistyczna rzeczywistość to potwierdzająca) skutecznie odepchnęła od społecznego zaangażowania ludzi prawych i prawdziwie pobożnych. Jeśli mamy wygrać, oni muszą wrócić do polityki i mądrze zaadoptować reguły jej medialnej gry. Droga mówienia prawdy przerastającej możliwości poznawcze większościowego elektoratu cieszy tylko Politycznych Oszustów…

http://pawelch.salon24.pl/355549,vulgus ... rac-wybory


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 75 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /