Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 73 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 09 wrz 2009, 08:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
Próba zdeprecjonowania Chopina

Zapanowała jakaś dzika moda na deprecjonowanie wszystkiego, co jest nasycone polskością, polskim duchem narodowym, a więc niszczenie naszego najlepszego dorobku w dziedzinie kultury, najwybitniejszych polskich twórców, pisarzy, kompozytorów. I co znamienne, dotyczy to tylko tych, których dzieła są promocją polskości i wartości narodowych.

Na przykład Sienkiewicz i jego "Trylogia" w reżyserii Jana Klaty na scenie Starego Teatru w Krakowie jest przecież działaniem w kierunku ośmieszenia i zdyskredytowania pisarza, zniechęcenia młodzieży do czytania utworów Sienkiewicza. A najlepiej wyrzucenia go nie tylko z programów szkolnych, ale w ogóle ze świadomości społecznej. To samo jest ze Słowackim. Filmowa "Balladyna" Dariusza Zawiślaka oraz "produkowanie" rozmaitych pseudobiografii poety zawierających obsceny służy przecież temu samemu celowi: ośmieszyć, wykpić, zohydzić. Nawet Fryderyka Chopina nie zostawiono w spokoju. Bo czymże innym, jak nie próbą zdeprecjonowania Chopina, którego muzyka przechowuje naszą tożsamość narodową, jest spektakl "Farinella & Chopin" prezentowany w warszawskiej Akademii Teatralnej. I, o dziwo, ów bełkot teatralny został zrealizowany dzięki finansowemu wsparciu miasta stołecznego Warszawy. Choć nie powinno to dziwić, bo przecież nie po raz pierwszy pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz państwowymi pieniędzmi wspiera przedsięwzięcia teatralne niszczące polską kulturę, nasze wartości narodowe, a tym samym działania antypolskie i antykatolickie.
"Farinella & Chopin" zaczyna się tak: na wyciemnioną scenę wbiega kilka osób i uprawia coś w rodzaju pantomimy, zaś w tyle sceny pianista (Michał Kozłowski) przygrywa Chopinem do tego, co widzimy w obrazie. I tak już będzie do końca: ten sam pianista i muzyka Chopina jako współbohater spektaklu. Kiedy światło rozjaśnia przestrzeń gry, widzimy jakieś walizki, niewidomą młodą kobietę, która najwyraźniej przymierza się do podróży, ale nigdzie nie wyjedzie przez resztę spektaklu, bowiem będziemy oglądać jej wspomnienia. Piszę "oglądać", bo wypowiadanych słów tu prawie nie ma. A te, które śladowo pojawią się raz czy dwa zupełnie niczego nie wnoszą. Tak jakby ich nie było wcale. Zresztą, cały ten dziwoląg sceniczny niczego nie wnosi prócz bełkotu zasadzającego się na horrorze, czy, jak kto woli, na marnym thrillerze. No, chyba że przedstawioną sceniczną sytuację należy potraktować jako swego rodzaju odkrycie "demitologizujące" Chopina - jak publicznie wypowiadają się twórczynie spektaklu: Natalia Babińska (reżyseria) i Helena Bytnar (scenariusz).
Główna bohaterka ma na imię Farinella (Monika Sadkowska), tak jak słynny, siedemnastowieczny włoski kastrat Farinelli śpiewający sopranem. Jej matka (Monika Mariotti) jest artystką, malarką, degeneratką, osobą chorą psychicznie, której malarstwo to bohomazy będące efektem jej chorej psychiki. Pacykuje te bohomazy w takt muzyki Chopina. Matka-wariatka w pewnym momencie nożyczkami wydłubuje oczy swojej córeczce, po czym w rytmie muzyki Chopina odbywa się orgia lesbijska i homoseksualna wszystkich ze wszystkimi. Na te tarzające się po podłodze ciała patrzy niewidomymi oczami dziewczynka, Farinella. Przyjdzie jej też osobiście doświadczyć podobnej "przygody", kiedy w szkole zgwałci ją nauczyciel. Wśród zamętu, ćpania kokainy, bieganiny, gromady dzieci grających w klasy, rozpuszczenia balonów i strzelania z nich przy wypuszczaniu powietrza, rozrzucenia po podłodze kostek szarego mydła jest też scena, której nie można nie zauważyć, bo została specjalnie wyeksponowana. Oto ni z gruchy, ni z pietruchy wbiega na scenę grupka młodzieży, dzierżąc w zębach małe chorągiewki biało-czerwone, takie jak często kupujemy, uczestnicząc w uroczystościach państwowych, narodowych. Obok młodzieży jawi się niczym kolumbryna matka-wariatka owinięta polską flagą. Ktoś tam się przeżegnał, być może ksiądz. Wszystko to ma charakter ironiczny, prześmiewczy. Chorągiewki, flaga, symbole narodowe służą do wygłupów, do ośmieszenia polskości. Ażeby było pikantniej, pianista w tym czasie gra poloneza As-dur Chopina, utwór uważany za muzyczny symbol polskości, zawierający ducha narodowego. I w kontekście polskich barw narodowych, przy muzyce Chopina postaci nagle wyciągają ręce z faszystowskim pozdrowieniem, tak jak pozdrawiano Hitlera. To znaczy, że co? Że Polacy pozdrawiali Hitlera? O co w tym bełkocie chodzi? Co ma z tym wspólnego Chopin? Że to rzecz o artystach? Czy rzeczywiście tak widzą go panie twórczynie tego widowiska: Natalia Babińska i Helena Bytnar, jako artystę degenerata, narkomana, wariata, kastrata, i co tam jeszcze? Dlaczego ta haniebna amatorszczyzna miała swoją premierę w Akademii Teatralnej, gdzie młodzież powinna uczyć się prawdziwego teatru i przy pomocy pedagogów rozwijać w sobie wrażliwość na piękno, dobro i prawdę?
Wszystkie te przykłady, by poprzestać na Sienkiewiczu, Słowackim i Chopinie, skłaniają do bolesnej refleksji, że pewnym środowiskom chodzi o to, by nie dopuścić do tego, aby młodzież formowała swoją wrażliwość i w ogóle tożsamość narodową w oparciu o arcydzieła narodowe, by kochała swoją Ojczyznę i identyfikowała się z nią. Nie są to działania spontaniczne ani też tzw. prowokacja artystyczna, lecz brutalna i bezczelna próba demontażu naszej tożsamości narodowej poprzez zacieranie, zamazywanie dziedziczonych wartości zawartych właśnie w naszej tradycji, w dorobku wielu pokoleń Polaków. Naród z szacunkiem traktujący dorobek pokoleń, świadomy bogactwa arcydzieł swoich przodków, jest narodem o silnej tożsamości i niepodważalnej hierarchii wartości. Takiego narodu nie da się omamić rozmaitymi hasłami tzw. wolności i modnymi, postmodernistycznymi nurtami współczesnego liberalizmu. Toteż z szatańską wręcz przebiegłością i skrupulatnością próbuje się usunąć fundament, na którym jako naród budujemy naszą tożsamość. Im mniej patriotyzmu, im mniej wykształcenia (na przykład matura w ciągu dwóch semestrów), tym łatwiej uformować nowego człowieka. Człowieka bez Ojczyzny i bez Boga. Człowieka bez tożsamości. Takim łatwo sterować w każdym dowolnym kierunku.
Temida Stankiewicz-Podhorecka

"Farinella & Chopin", scenariusz: Helena Bytnar i Natalia Babińska, reżyseria: Natalia Babińska, choreografia: Juri Nael, scenografia i kostiumy: Elżbieta Tolak; muzykę Fryderyka Chopina wykonuje Michał Kozłowski, Stowarzyszenie Upowszechniania Inicjatyw Kulturalnych Sztuka Nowa, międzynarodowy projekt (Polska, Grecja, Estonia, Niemcy) gościnnie w Akademii Teatralnej.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=kl12.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 09 wrz 2009, 16:26 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 06 wrz 2009, 07:30
Posty: 1217
Lokalizacja: Polska
A co kreuje polska kinematografia po 1989? Jakie wzorce, jaką sztukę, wartości?

Bieda nie sprzyja wychodzeniu ludzi niezamożnych z domu, ale też nawet gdyby była darmowa, szybka, komfortowa komunikacja publiczna między wsią, a teatrami, operami, to czy byliby chętni za cenę flaszki wódki (choćby litrowej) coś obejrzeć, posłuchać? To też oderwanie od szukania wysokiej kultury, chyba trwałe.

Trzeba próbować coś robić, np PISF nie musi być monopolistą w filmach.

Filmy, seriale, przedstawienia teatralne pokazywane w TVP nie muszą być tylko jej produkcji!

Polacy muszą się zorganizować, brońmy się, tak jak pod rozbiorami, okupacją, bo w istocie taki proces zaszedł mimo braku obcych wojsk na naszych terytorium.

Mam np takie marzenie żeby realizowano filmy muzyczne na bazie polskich arcydzieł różnych epok. Ilustracja obrazem może być animowana różnymi technikami, albo fabuła, może też być to kolaż jak w generatorach fraktalnych odtwarzaczy muzyki. Tyle że te barwy, kształty pod ilustrację muzyki np Kilara miałyby autorski kształt, scenariusz efektów wizualnych, prawdziwa sztuka ekspresji. Możliwe że coś zupełnie nowego, nowa dziedzina.

Czy widzicie potrzebę np epopei muzycznej pt POLSKA? Monumentalne dzieło muzyki ilustracyjnej działającej na wyobraźnię, 1000 lat historii. Jeżeli to skomponuje np Kilar, to powstanie coś wprost niezwykłego, ale można wymienić kilka innych nazwisk godnych też do tego projektu, poza tym można ustalić np 10 części po stuleciu i każdy komponuje swoje, to urealnia pomysł.

Jakie są plany ekranizacji naszych arcydzieł literatury, ktoś wie? To się zawsze przecież "sprzeda" ze względu na spędzenie stonki do kin ze szkół ;) Można zatem ambitnie treściowo, przekazem, a skromniej wizualnie. Byle chcieć... ale patriotyzm parzy jak rasizm, dla wielu jest nienormalnością, skrajnym nacjonalizmem, a ten nazizmem, antysemityzmem, więc nie tykać klasyki. Najwyżej biorą ludzi którzy tworzyli przed 1920 i mieli poglądy lewicowe, aż po Cud nad Wisłą, kiedy się większość lewicy nawróciła na polskość, normalność.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 26 wrz 2009, 17:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
Warum polnisze kulturen fur kinder ist takie szajse ?

20 lat tzw. wolnej Polski i nie ma czym się pożywić. Moje dzieci starsze (7 i 11 lat) w czasie wakacji niechcący strunciły na tvPolonia i trafiły na "Tolka Banana". Nie mogły obejrzeć całości i zażądały niedawno kategorycznie całości. Trudno je od tego oderwać. Rechoczą do rozpuku z dialogów Filipka i Cegiełki, wymieniają się uwagami na temat przystojności Cygana oraz (i tu zamarłem, bo wydawało mnie się to niemożliwe) czadowych ciuchów Karioki. Wszystko to bez żadnego mojego podpuszczenia - absolutnie same z siebie.
Dlaczego nic, ale to absolutnie nic się w kulturze dla dzieci nie stało po '89? Jakieś te filmy o magicznym drzewie i ksiązki Kosika to nędzna resztówka pięknych niegdysiejszych tradycji.
Żadnego dzieła na miarę "Podróży za jeden uśmiech" czy "Wakacji z duchami", żadnego autora na miarę Niziurskiego czy Ożogowskiej. Same hanymontany i smerfy.
Warum?

http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=2890207


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 26 wrz 2009, 22:07 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 06 wrz 2009, 07:30
Posty: 1217
Lokalizacja: Polska
Kultura i rozrywki dla dzieci, młodzieży to chyba NAJTRUDNIEJSZA sprawa. Po co po omacku się tu poruszać, kiedy można się oprzeć o stare kanony konserwatywne z ETOSEM PRZYJAŹNI i KK ponadczasowy. Mniej może wojennego etosu, patosu, tym np dziewczyn raczej nie przekonamy. Co może przekonać nastolatkę? Wzorce miłości, idealnych związków, udanych rodzin, szczęśliwego, spełnionego życia.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: szymon majewski
PostNapisane: 02 paź 2009, 15:55 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7524
Lokalizacja: Podlasie
szymon majewski - żałosne ...

http://www.onet.tv/litwo-k-ojczyzno-moj ... 547281,c=1

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 02 paź 2009, 16:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
Plugastwo, które trzeba tępić.

Dochodzi tu jeszcze "sprytna" linia obrony aferzystów rządowo - ruletkowych.
Też trzeba tępić.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 02 paź 2009, 18:51 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 13 lip 2009, 16:38
Posty: 1932
Zawsze był prostakiem.

_________________
"Ponieważ żyli prawem wilka,historia o nich głucho milczy..."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 19 sty 2010, 18:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
Przyszłość należy do kultury

Problem upadku obyczajów i kultury jest powszechnie znany (nie tylko w Polsce). Nie chcę go tu roztrząsać, ale dać wyraz mojemu niezadowoleniu i zwrócić uwagę na kilka kwestii. Niezrozumiałe jest kształcenie artystów w coraz liczniejszych akademiach, niepokojące i dyskusyjne są programy i poziomy ich edukacji, kadra profesorska często pozostawia wiele do życzenia. Artyści powinni być przede wszystkim twórcami i nosicielami kultury każdego narodu. A jak ocenić dyplom "artysty plastyka", który zamiast malować piękne obrazy, obiera ziemniaki, układa kamienie, przenosi pchły, zawiesza na krzyżu genitalia czy podrabia jakieś cudze dzieła i przedmioty? Pomijając w wielu wypadkach obrazoburczość, jest to robotnik, działacz i odtwórca - nie twórca.
A jak ocenić młodego "aktora" po szkole teatralnej, który zamiast grać role dramatyczne, znakomicie recytować, śpiewać i tańczyć - przeklina na scenie. Jeżeli zdarzy się, że szkoła aktorska "wypuści" wybitnego aktora, to plucia i chamstwa, przeklinania i pokazywania publicznie często nieestetycznego ciała nauczy aktora reżyser lub dyrektor teatru. Do tarzania się na golasa po scenie zmuszą nawet największych aktorów! Tylko dlaczego za nasze pieniądze?! Jakim prawem?! Dlaczego urzędnicy nie wstrzymują im dotacji za działania nawet wbrew Narodowi i prawu? Ten otaczający nas chłam pseudokultury to nie jest polska kultura i polskie dziedzictwo narodowe.
Gdyby nowy minister kultury i dziedzictwa narodowego utworzył normalny, polski teatr w Warszawie, jestem pewien, że bilety wyprzedane byłyby na pół roku z góry. A gdyby ufundował nagrody, np. po 500 tysięcy złotych za wybitne dzieła? Powstałoby ich mnóstwo, bo Polacy są wybitni, zdolni i twórczy. Może warto spróbować? Ta nagroda 500 tysięcy to na przełamanie strachu, na zachętę i odrzucenie przez autentycznych artystów krępującej ich twórczość... mody.
Kultura "trzymała" Polaków razem podczas zaborów, po klęskach powstań, w czasie wszystkich okupacji. Spoiwem dla natychmiastowego połączenia obszaru trzech zaborów w jedno państwo po 1918 r. były oczywiście język i kultura narodowa, silny przywódca (Piłsudski), Kościół katolicki i stary szlachecki dwór polski, ale to wszystko przy wsparciu wielkich twórców kultury: Mickiewicza, Chopina, Moniuszki, Matejki, Prusa, Sienkiewicza, Wyspiańskiego. A dzisiaj czy malarz i pisarz potrafi pociągnąć za sobą miliony Polaków? Jeśli taki jest, nie zdobywa popularności, bo tacy nie są promowani przez państwo ani wszechpotężne media, i to jest dramat, to wymaga natychmiastowej zmiany.
Skoro polityka i pozostające na jej usługach media zdominowały w XX wieku życie Polaków, zróbmy wszystko, żeby w XXI kultura zdominowała media i politykę. "Przyszłość należy do kultury, nie do polityki" - jak powiedział Jan Paweł II.
Wojciech Grochowalski

http://archiwum.naszdziennik.int.pl/ind ... m=16&id=62


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 04 mar 2010, 10:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
W sztuce komercyjnej głupota zawsze tkwi w spojrzeniu odbiorcy.
— Carlos Ruíz Zafón
"Gra Anioła"


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 09 kwi 2010, 08:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913


Duet informujący o przewidzianych imprezach towarzyszących Woodstockowi.
Jakby nie było jakieś cechy człowieczeństwa nie zostały tu przekroczone.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 26 cze 2010, 06:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
Kulturalne państwo, czy państwowa kultura

Każdy długotrwały mecenat, prędzej czy później,

kończy się osłabieniem instynktu samozachowawczego u wspieranego -

po co mam martwić się o przetrwanie,

przecież chroni mnie mecenas,

a on przecież jest silniejszy, większy ode mnie i więcej może.


Moja socjalistyczna ojczyzna, w której urodziłem się i wychowałem,

na lewo i prawo trąbiła o swoim mecenacie kultury.

Efektem mecenatu były radzieckie filmy o Wojnie Ojczyźnianej w państwowej i partyjnej telewizji,

kilkudniowe kolejki na wydarzenia kulturalne,

masowa produkcja książek, których nikt nie chciał czytać

i śladowa tych, które warto było przeczytać

i Regina Pisarek nieustannie śpiewająca w każdym odbiorniku radiowym.

Władze instytucji nazywającej siebie państwem,

oczywiście przypominało codziennie o tym,

jak wielkim wysiłkiem jest wspieranie kultury,

i o tym, że bez tego wsparcia chodziłbym po drzewach,

robił pod siebie dla przyjemności,

i ubliżał matce w wolnych chwilach.


Jednak naturalny rozwój bardzo chorej kultury trwa bardzo długo,

a w interesie wszystkich jest,

by otaczająca nas kultura była na jak najwyższym poziomie.

Kulturę mamy bardzo okaleczoną prze wieki niszczenia polskości,

a lata oderwania od normalności

zaowocowały masowym łaknieniem błyskotek

zasłaniających diamenty.

Do tego trzeba dołożyć „zalety” demokracji, czyli równanie w dół.

Jako mały chłopiec, elity wyobrażałem sobie,

jako ludzi mogących być wzorem,

a przerażająco wielu przedstawicieli dzisiejszych,

nie tylko politycznych, elit

jest na poziomie płyty chodnikowej.


Zachowań, sposobu myślenia, sposobu czerpania radości

i wielu innych uczymy się od świata zewnętrznego

i jeśli pożądane wzorce są poza świecznikiem,

poziom całości musi się obniżać,

bo z cienia trudno wyłowić to, do czego warto dążyć.

W efekcie mamy niekulturalnych ludzi kultury,

profesorów, którym marnie idzie wyciąganie samodzielnych wniosków,

prezydentów słabo znających język polski,

rządzących nie dbających o interes narodowy,

uczniów nie potrafiących czytać ze zrozumieniem,

księży, którzy chcą, żeby im służyć,

piosenkarki nie umiejące zaśpiewać hymnu narodowego



Śmialiśmy się z Prezydenta robiącego błędy językowe i logiczne,

z obrzydzeniem patrzyliśmy na Prezydenta szargającego symbole narodowe,

z zażenowaniem patrzyliśmy, jak uniemożliwia się działanie głowy państwa zabieraniem samolotu...

Warto o tym pomyśleć, zanim zaczniemy się śmiać(?) z Prezydenta,

który Barackowi Obamie powie:

wiesz, wczoraj rozmawiałem z premierem

i wyjście z NATO jest już przesądzone;

Królowej Danii powie:

ja to współczuję Waszej Wysokości, że jej poddane, to takie kaszaloty;

spotkanie grupy G20 rozpocznie od prezentacji nie działającego komputera;

wygłaszając wykład w Harvardzie, na temat przyszłości Europy Wschodniej, zacznie:

jak przeczytałem w Wikipedii, Anglia to duży kraj, ale nie tak duży jak Francja.

A co to ma wspólnego z kulturą?

No właśnie.

Warto się postarać, żeby kultura Polaków i kultura wokół Polaków była jak największa. Wydaje się, że bez pomocy, przez długie lata, ludzie klasy Pana Kuby Wojewódzkiego będą mieć się dobrze, a ludzi klasy Jana Pietrzaka źle, że wzrost edukacji będziemy osiągać tylko dzięki obniżeniu jej poziomu, że matematyka będzie wycofywana z matury, że najważniejsi ludzi będą chcieli wydobywać gaz łupkowy metodą odkrywkową, że w modzie będzie wyśmiewanie się z patriotyzmu.



A co to ma wspólnego z kulturą?

No właśnie.



Czy państwo powinno dbać o kulturę, czy lepiej zostawić ją samej sobie?

Jeśli ma dbać, to w jaki sposób,

przecież w chwili obecnej nasze państwo jest niezwykle upartyjnione

i dbałość państwa o cokolwiek, to głównie dbałość o interesy partyjne czegokolwiek.

Kiedy powinien zacząć się mecenat państwa, a kiedy powinien się skończyć?



Bez odpowiedzi na te i na milion innych pytań,

otaczająca nas kultura będzie coraz bardziej marna

i niedługo wszyscy będziemy rechotać z dowcipów posła Palikota,

z metafor Profesora Bartoszewskiego

i porównań posła Niesiołowskiego,

w Katyniu będziemy urządzali narodowe dyskoteki w rytmie disco – Olo,

a szkolną lekturę Pana Tadeusza zastąpi lektura Kabareciku Olgi Lipińskiej.



Warto pomyśleć o kulturze, zanim będzie za późno.

http://niegdysiejszy.salon24.pl/199429, ... wa-kultura


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 26 cze 2010, 07:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
Debata o roli kultury

















Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 13 sie 2010, 20:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
O fascynacji bandytyzmem w Polsce

Kiedy wczoraj zobaczyłem tego faceta pod krzyżem, tego całego szantażystę i gwałciciela, uświadomiłem sobie pewną rzez. Rzecz oczywistą i trywialną: od dawna już ludzie których podziwiamy na ekranie, z którymi się utożsamiamy i których, bywa i tak, kochamy, to bandziory. Nie chodzi mi tutaj bynajmniej o takie fantastyczne byty, jak Robin Hood czy Janosik, ale o pospolitych bandytów, których życiorysy sięgają nierzadko daleko w przeszłość tajniacko- ubecką. Taki był na przykład Franc Maurer z filmu „Psy”, którego oglądali wszyscy młodzieńcy jak kraj długi i szeroki, choć był ewidentnym skurczybykiem bez odrobiny ludzkich uczuć. I nie zmienia tu nic jego grzeszna namiętność do nieletniej z domu dziecka. Cała filmowa fikcja od długiego już czasu, a może nawet od samych początków swego istnienia krąży wokół tematów bandyckich. To jednak za mało, bo cóż to za frajda pokazywać bandziora wymyślonego, choćby tylko zbudowanego na zarysie jakiejś prawdziwej postaci lub kilku postaci? Takie rzeczy nikogo już nie kręcą, bo się zwyczajnie opatrzyły. Publiczność potrzebuje czegoś więcej.

Próby przeniesienia na ekran telewizora przestępców prawdziwych trwają od kilku lat i cieszą się sporym zainteresowaniem, wręcz aplauzem. Zaczęło się od jakichś skromnych naturszczyków. Gdzieś tam wystąpił wykolejony Cegiełka alias Poldek Wanatowicz z dziecięcego serialu o Tolku Bananie i podróży za jeden uśmiech, albo ktoś zbliżony doń kalibrem. Potem było dużo ostrzej. W TVN zapowiadano dwa lata temu serial o włamaniach, miała to być dokumentalna produkcja, a włamań dokonywać mieli prawdziwi włamywacze z półświatka, którzy odsiedzieli w pudle po kilkanaście lat. Tak przynajmniej twierdzili ludzie zapowiadający ten serial w telewizji.

Włamywacze oczywiście mieli dawać pokaz swojej sztuki tylko po to, by uświadomić nam, w jaki sposób możemy ochronić swoje mienie przed takimi, jak oni. Oczywista hipokryzja tego pomysłu była wprost oślepiająca. Ja nie wiem czy to w końcu wyemitowano, bo nie mam telewizora, ale zamiar producenta był przecież przejrzysty i czytelny. Wiadomo, że oglądalność tego serialu byłaby duża, bo któż by nie chciał popatrzeć na prawdziwego bandytę w telewizji? Co prawda wielu z nas ma pod bokiem ciekawe okazy przestępców mieszkających na naszych osiedlach, którzy za dwa piwa i paczkę fajek mogą opowiadać nam takie rzeczy spod celi, że hej. Nie jest to jednak ten sam rodzaj frajdy, co oglądanie zawodowych złodziei w telewizji.

Tu przyjemność jest nie dość, że większa to jeszcze znacznie subtelniejsza, bo pokazują nam przestępców nawróconych. Jeden tych co mieli ich pokazywać w TVN nawet studiuje i pomagał ponoć innym przestępcom, którzy chcą wejść na drogę cnoty. W porządku. TVN to prywatna stacja i może sobie pokazywać co chce. Nie rozumiem jednak dlaczego było to reklamowane, jak program edukacyjny dla dorosłych, bo tym akurat nie było. Każdy kto choć raz miał do czynienia ze złodziejami dobrze wie, że nie powiedzą oni nikomu nawet jednej dziesiątej części prawdy o swym fachu. I to bez względu na to czy się nawrócili czy nie. TVN zatem chciał przyciągnąć publikę przed ekrany a ta miała ujrzeć tam stare, jak bambosze dziadka ekscesy polegające na otwieraniu okien balkonowych dwuzłotówką. Miała także publiczność TVN zobaczyć owych nawróconych złodziei, którzy być może zrobiliby potem kariery, jako prezenterzy telewizyjni. Nie wiem, jak to się skończyło, ale fakt pozostaje faktem – pierwszy krok został zrobiony i pokazywanie przestępców w telewizji ku uciesze uczciwych obywateli, a także stawianie im tych przestępców za wzór, stało się faktem.

Któż bowiem oceniałby takiego prowadzącego w kategoriach moralnych lub go potępiał? Każdy przyjrzy mu się uważnie i pomyśli, że nieźle się chłop urządził, kradł, rabował, krzywdził ludzi, a teraz jeszcze miast okazać skruchę, zaszyć się gdzieś i ciężko pracować pokazuje się taki jeden z drugim w telewizji i jeszcze mu za to płacą. Bandyta w telewizji wywołałby w uczciwym zapracowanym obywatelu frustrację, a czasem także niesmak. Mam więc nadzieję, że TVN się opamiętał i programu nie wyemitowano, zajawki jednak pokazywano i ja je widziałem.

Wczoraj została przekroczona kolejna bariera. Oto człowiek znany ze swych wyczynów, bezpiecznie, spokojnie i bez wstydu pokazał ludziom, którzy bronią spraw dla nich ważnych, gdzie jest ich miejsca. Pokazał to tak wyraźnie, że TVN już nie potrzebuje emitować tego programu o złodziejach. Ciekawe jaki będzie następny krok? Może ktoś wymyśli scenariusz taki – prawdziwe włamanie do prawdziwego domu, filmowane nocą i dokonywane przez prawdziwych bandytów. Potem terror, wrzask, bicie i zabieranie kosztowności, a na koniec….Surprise! Jesteś w ukrytej kamerze! Właśnie pokazaliśmy cię w telewizji, otrzyj krew z nosa i świętuj z nami! Cheese!
Zainteresowanych moją książką "Pitaval prowincjonalny" zapraszam na stronę www.coryllus.pl

http://lubczasopismo.salon24.pl/aelita/ ... m-w-polsce


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 20 sie 2010, 17:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
Jacek Zychowicz: Ludzie nowocześni pod krzyżem

Pod Pałacem Prezydenckim zrobiło się ciemno. I to bynajmniej nie dlatego, że zapanował tam fanatyczny i klerykalny „Ciemnogród.”

Mrok nadchodzi bowiem z drugiej strony powstałego tam frontu. Widocznie sporny krzyż posiada cudowną właściwość obracania wartości deklarowanych przez zwalczający go uliczny show w ich ponure przeciwieństwo. Tolerancja w wydaniu krzyżowców à rebours jest pogardą dla odmiennych grup, postaw i osób. Wolność według nich jest terrorem. Ich spontaniczność sprowadza się do dyspozycyjności, a humor – do tępego krzyku.
Zabawne, że krzyż postawiony 15 kwietnia przez kilka miesięcy nikomu nie przeszkadzał. Ponieważ regularnie zbierało się pod nim stosunkowo niewiele osób – od kilku do kilkudziesięciu – trudno w nim też było dopatrzeć się znaku orientacyjnego dla jakiejś groźnej masy. Dlaczego więc Bronisław Komorowski, będący przecież uosobieniem zgody, która buduje, zapowiedział w głośnym wywiadzie jego przeniesienie? Możliwe, że ktoś z otoczenia prezydenta (wtedy jeszcze – elekta), lub grona rozmawiających z nim dziennikarzy – potrącił u niego strunę małostkowej ambicji. Najwyższy czas – być może mu zasugerowano – przerwać celebrowanie pamięci o jego poprzedniku, gdy rozpoczyna on swoją, prawie na pewno wybitną kadencję prezydencką.
Do pomyślenia jest także scenariusz makiawelicznej rozgrywki. Kto wie, czy – biorąc pod uwagę, że PiS poczuje się zobowiązany bronić najsłynniejszej pamiątki żałoby smoleńskiej – nie zaplanowano wciągnięcia opozycji w niewygodny dla niej konflikt. Obrońcom krzyża groziły zdroworozsądkowe wątpliwości, którymi też faktycznie ich zasypano: ostatecznie żałoba była, ale dość dawno się skończyła, akurat w pobliżu pałacu nikt nie zginął, czy Lecha Kaczyńskiego należy wspominać kosztem pozostałych ofiar katastrofy itd.
Byłoby jednak najciekawsze, gdyby na deklaracje Komorowskiego pewien wpływ zdobyli rzecznicy tzw. paradygmatu modernizacji. Oni muszą prowadzić bój o dalsze postępy na drodze do nowoczesności, gdyż bez niego utraciliby swoją tożsamość. Stary ustrój i jego pozostałości, które tępili w pierwszej dekadzie III RP, przestały już być dla nich wrogiem godnym tego miana. Ugrupowanie wywodzące się z monopartii rządzącej w PRL wyrzekło się rozbudzania nostalgii za pełnym zatrudnieniem w państwowych fabrykach. Teraz to SLD najgłośniej woła, że fundamentalnych wyróżników nowoczesności – to jest kilometrów autostrad, legalnych aborcji oraz zapłodnień in vitro – musi być u nas tyle, iloma od dawna się cieszą obywatele szczęśliwych krajów Beneluxu. Postkomunistyczny „beton” – jak rzekłby wielki komtur publicystycznego zakonu kawalerów najświętszej modernizacji, Jacek Żakowski – został oszlifowany. Do walki na wyniszczenie pozostała więc tylko tradycjonalna, konserwatywna, nacjonalistyczna – słowem, radiomaryjna – część społeczeństwa.
Za jej straż przednią uznano grupę osób spotykających się pod krzyżem. Przy pierwszej okazji przytłoczono ją oskarżeniami nie tylko o łamanie prawa, lecz nawet o (insynuowaną w komentarzach Waldemara Kuczyńskiego i Tadeusza Sobolewskiego z „Gazety Wyborczej”) „nienawiść do demokracji”. A przecież zakulisowe porozumienie kancelarii prezydenta z przedstawicielami kurii warszawskiej, władzami kościoła św. Anny i szefostwem organizacji harcerskiej, któremu w końcu odmówiła ona akceptacji, nie posiadało mocy ustawy państwowej. Gdyby nawet ją uzyskało, to demokracja dopuszcza obywatelskie nieposłuszeństwo (o czym zresztą oficjalni komentatorzy mieli niedługo sobie przypomnieć). W starciu z siłami porządkowymi, demonizowani „obrońcy krzyża” bardziej byli obiektami niż sprawcami przemocy. Na pewno nie użyli gazu pieprzowego, ponieważ w ogóle go nie mieli. Przypuśćmy nawet, że nie chcą się oni pogodzić z prezydenturą Komorowskiego, sądząc uparcie na przekór werdyktowi większości, że Kaczyński był lepszym kandydatem. Takich konsekwentnych oponentów nie brakowało Bushowi, ma ich Nicolas Sarkozy, a niedługo znajdzie ich pewnie Barack Obama.
Mimo tych wszystkich okoliczności łagodzących, atak na uczestników demonstracji, debat czy modlitw przy krzyżu podjęły liczne, a zarazem wewnętrznie zróżnicowane zastępy. Antyklerykałowie starszej daty grają w nich mniej więcej taką rolę, jak – według ostatniej części „Trylogii” – Tatarzy w armii tureckiego padyszacha. Są wykorzystywanymi do mniej istotnych zadań, ale traktowanymi z góry harcownikami.

Ten gatunek fanów państwa świeckiego stanowi trzon wymierającej zbiorowości odbiorców popularnego dawno temu tygodnika „NIE”. Jemu również swój byt zawdzięczają „Fakty i Mity” – konkurującego z Jerzym Urbanem w skali bardziej niszowej – Romana Kotlińskiego-„Jonasza”. Głosuje on na SLD, bo chociaż jego historyczni liderzy za bardzo – jego zdaniem – podlizywali się klerowi i JPII, to partię tę reprezentują także persony równie wybitne, jak profesor Senyszyn.
Paradoksalnie, umysłowi wychowankowie Urbana i Jonasza idealnie odpowiadają stereotypowemu wyobrażeniu o słuchaczach Radia Maryja. Wygląda z pobieżnych obserwacji, że utrzymują się z emerytur i rent (bo jak na rentierów ubierają się zbyt ubogo). Ich problemy z sobą odznaczają się charakterem nie tyle materialnym, co prestiżowym. PRL o tyle budzi u nich miłe wspomnienia, że w tamtej państwowości czuli się pełnoprawnymi obywatelami. Obecnie natomiast zepchnięto ich na margines.
Ojciec Redaktor Jerzy od dwóch dziesiątków lat tłumaczy, dlaczego dzieje im się krzywda. Wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby (niezbędne skądinąd) reformy ustrojowe przeprowadziła ekipa Towarzysza Generała. W razie czego, mogłaby ją zastąpić koalicja reformatorów PZPR-owskich – Olka, Leszka, Marka, od biedy Włodka i Józka – z rozsądnymi „solidaruchami”, to jest oczywiście Panami Tadeuszem, Bronisławem, Jackiem i Adamem. Niestety, do władzy ciągle dorywało się oszołomstwo, a demokrację, w której coś takiego się zdarza – to o kant czegoś tam potłuc. „Solidurnie”, zamiast sensownie robić (naturalnie konieczną) prywatyzację, mocno się nakradły. Rozliczeniowi „biali bolszewicy” zepsuli państwo. Byłych członków partii, szeregowych nie wyłączając, chciano zesłać w Bieszczady. Współpracowników służb specjalnych legalnego państwa polskiego, które cieszyło się uznaniem dyplomatycznym całego świata, zagoniono pod pręgierz. „Prawak” Kern nasłał policję na swoją córkę, jej sympatycznego narzeczonego oraz jego jeszcze milszą rodzinę. Macierewicz rozpalił stos z teczek. O Kaczorach to aż strach wspominać. Na dwa lata zamienili ten kraj w pole kartoflano-buraczane, z którego śmiała się Europa. Później oberwali w kuper (za co musimy być wdzięczni „politykowi europejskiej miary”, Donaldowi Tuskowi), ale wciąż szkodzili i knuli. Kaczor zimny poleciał nie wiadomo po co do Katynia, powodując tym, że oprócz niego, IPN-owskiego inkwizytora Kurtyki i wielu podobnych im odjazdowych postaci zginęło kilkoro ludzi stosunkowo rozsądnych. A Kaczor jeszcze ciepły najchętniej brzęczałby szabelką nad granicą rosyjską, dopóki nie zmusiłby Putina i Miedwiediewa do starcia nas atomówką z powierzchni ziemi.
Potworne Kaczory były wszakże kreaturami Rydzyka, który z kolei jest wykwitem katolandu. Dlatego wobec czarnych obowiązuje nas nieustająca wzmożona czujność. Wyblakłe czerwone (a raczej bladoróżowe) mohery słuchają Papy Jerzego i Brata Jonasza, dodając to i owo od siebie. Na kler, PiS i świrów nasłanych pod pałac rzeczywiście trzeba uważać. Przecież Inkwizycja wymordowała dużo więcej ludzi niż Hitler. Jak się teraz nie postawimy, to oni ukrzyżują każdy plac, park i róg ulicy.
W elitarnych kręgach bojowników o świeckość pozwala się urbano- oraz jonaszoidom trzymać transparenty, siedzieć przy stoliku z petycją o przeniesienie krzyża i hałasować, lecz – jak już wiemy – skrycie się nimi pogardza. Na plan pierwszy wybija się tam młodość, do której ich zaliczyć się nie da. Juniorzy wszakże niejedno mają imię.
„Ciekawi” zaglądali w pałacowe okolice, bo słyszeli, że tam wyrabia się coś dziwnego. Chcą przyjrzeć się „fanatykom”, którzy złamali prawo, obrazili prezydenta, jego ministrów, księży i harcerzy, wreszcie zaś napadli straż miejską – wszystko w tym celu, żeby uniemożliwić przeniesienie krzyża w odpowiednie miejsce. Takim niebezpiecznym dziwakom przydałaby się dyskusja, która może by im wybiła z głowy spiskowe teorie i skrajne poglądy. Co z tego: oni nie potrafią dyskutować. Mają zero argumentów!
Szkoda, że grupa „ciekawych” nie przygląda się własnej sztuce dyskutowania i argumentacji. – „Ja uważam – powiada „ciekawy” – że krzyża w przestrzeni publicznej być nie powinno”. – „A to – uzupełnia jego intelektualny bliźniak – że krzyż stoi pod pałacem, mi się nie podoba”.
W moich latach szkolnych wyrwanie się na lekcji z „ja uważam” lub „mi się podoba” groziło gorszymi konsekwencjami niż bójka z kolegą czy obelga wobec nauczyciela. – „Nikogo nie obchodzi – pouczał cierpliwy profesor – co się tobie akurat pomyślało lub poruszyło twoje emocje. Zapisz starannie w zeszycie, że swoje sądy należy samodzielnie, a zarazem rzeczowo uzasadniać”. Belfer ostrzejszy dodawał ostrzeżenie: jak się nie weźmiesz za siebie, będziesz się nadawał najwyżej do szkoły cyrkowej.
Minęła epoka tradycyjnej pedagogiki, z którą podobno zawsze szły w parze dystynkcje i represje. Ale radosna emancypacja przez współpracę i zabawę, którą polskiemu systemowi edukacyjnemu zaszczepiły jego kolejne reformy, zawiera pewną pułapkę. Jej produkt, groteskowy narcyz, czyni swoje ego – z właściwymi mu odruchami „uważania” i „podobania” – wyłączną miarą wszechświata. Nawet nie zauważa, iż takie odrzucenie rozwoju, autokrytyki i poszukiwań przerzuca go wręcz automatycznie na stronę obiegowych klisz.
„Ciekawy” oburza się, jeżeli ktoś mu zasugeruje, że powiela opinie z TVN. – „Mało oglądam telewizję – odburkuje – a gdybym nawet lubił TVN, to nic w tym złego. Jest ona telewizją prywatną, która ma prawo nadawać, co chce”. – „Trochę inaczej – wtrąca jego kompan – jest z TVP. Telewizja publiczna nadaje za moje pieniądze, które zabiera mi urząd podatkowy. Dlaczego więc zrobiono z niej TV-PiS? Ja uważam, że to przegięcie. To mi się nie podoba”.
Od tych refleksji pod dyktando blisko już do młodzieży „rządomyślnej”. Ironicznie wypożyczam to określenie od Michela Foucault, którego radykalne skrzydło polskich modernizatorów umieściło wśród swoich guru. Juniora „rządomyślnego” można by zamknąć w piwnicy albo batyskafie. I tam, po wielu miesiącach hermetycznej izolacji, odtworzyłby wiernie komentarze z najnowszej „Polityki”. Zna on tę swoją właściwość i napawa się dumą z jej powodu. Dlatego testuje swoje umiejętności w oryginalnej sytuacji pałacowego sporu. Mówi, podnosi głos, krzyczy – i zawsze trafia w dziesiątkę tarczy z aktualnie wymaganymi poglądami.
Według „rządomyślnych”, krzyża nie wolno wykorzystywać do prowadzenia polityki. Słyszeli oni pewnie na ambitniejszych zajęciach, że w społeczeństwie nowoczesnym właściwie wszystko jest polityczne. Może się nawet orientują, iż przebiegając historię ludzkości, z trudem wyszukałoby się zbiorowość ludzi religijnych, którzy praktykowaliby swe wyznanie wiary jedynie w domach, omijając zamki, gościńce i place miejskie. „Rządomyślny” potrafi tłumić wiedzę, która w danej chwili nie przydaje mu się do podkreślania lojalności wobec władzy, a mogłaby to nawet utrudniać.
W ogóle, dba on raczej o właściwy użytek z wiedzy niż jej jakość. Powtarza w kółko, że na krzyż nie ma miejsca pod siedzibą głowy państwa. Wszak konstytucja stwierdza, że Polska jest państwem świeckim. Czy rzeczywiście? Działająca w zamierzchłych czasach komisja konstytucyjna, której przewodniczył Aleksander Kwaśniewski, wahała się między formułami „oddzielenia” i wzajemnej „autonomii” władz państwowych i kościelnych. Wtedy jeszcze świeckie antykrucjaty nie były w modzie. Jednak „rządomyślnemu”, zajętemu mrówczymi staraniami o awans, braknie czasu na przeczytanie książeczki z tekstem konstytucji (nie mówiąc już o śledzeniu historii powstawania ustawy zasadniczej). Musi mu wystarczyć komentarz w dzienniku.
„Rządomyślni”, w porównaniu z „ciekawymi”, plasują się wyżej w hierarchii edukacyjnej i zawodowej. Kończą studia, są już doktorantami lub odbywają staż w redakcji, biurze czy firmie. Wprost proporcjonalnie do osiągnięć w karierze (czy tylko marzeń o nich) narasta agresja. „Ciekawy” zwraca czasami uwagę na informacje i oceny, wypowiadane przez odpychających go z początku „fanatyków”. Natomiast w oczach „rządomyślnego” ci, którzy się modlą, śpiewają czy coś tam głoszą pod krzyżem, są zwierzętami gatunku dużo podlejszego niż jego własny. Sprowadzają się do słusznie lub nie insynuowanego im ubóstwa, albo wręcz brudu i smrodu.
„Rządomyślnych”, nie inaczej niż „ciekawych”, bardzo obchodzi, co dzieje się z ich pieniędzmi, które idą na podatki. Zdaniem tych pierwszych, policja – utrzymywana przecież z ich potu, krwi i łez – ma psi obowiązek oczyścić ulicę z insektów. Jeżeli z tym się ociąga, ktoś inny musi ją wyręczyć. Widać już chyba, dlaczego „rządomyślny” polubił swoje (pozorne?) przeciwieństwo: podwórkowo-barowo-melinowego „knajaka”. Potrafi z nim w najlepszej komitywie drinkować i szydzić z moherów. Dołożyć im wspólnie z „knajakiem” też by się nie brzydził. Choć zapewne wolałby wysłać jego do mokrej roboty, a samemu przyglądać się z dystansu, jak tamten sobie radzi.
Czym woda dla ryby, tym dla „knajaka” – przestrzeń zalegalizowanej anarchii. Gdy oprócz niej wyznaczy mu się obiekt dozwolonej agresji, jego szczęście nie będzie miało granic. Siedząc z puszką piwa na parkowej ławce, prawdopodobnie doczekamy się patrolu z mandatem w prezencie. Za to w zonie specjalnej „pałac” – o ile tylko walczy się w obronie państwa prawa i konstytucji – wolno nie tylko opróżniać butelki, ale i je tłuc. A jeśli zaraz potem rozluźni się pęcherz lub żołądek? Też nie ma problemu. Istnieją nadto nieograniczone możliwości rozbierania się – bez sankcji za nieestetyczność obnażanych ciał, która byłaby więcej niż zasadna. I wreszcie lokal „Przekąski Zakąski”, należący do sieci luksusowych restauracji, w których przeciętnego pracownika najemnego ledwo stać na kawę, serwuje wyszynk bez marży. A zasłużonych na demonstracjach podobno nagradza wyszynkiem za darmo.
– „Wiecie co? – słyszało się tu i ówdzie „knajaków”, wymieniających się informacjami na przystankach i peronach w poniedziałek 9 sierpnia – wieczorem będą tłuc moherów”. Napadając i bijąc, „knajak” zazwyczaj liczy na bezkarność, lecz rzadko kiedy ma ją zagwarantowaną. I to nie przez byle kogo. Przedsięwzięcie, na którym „knajacy” obiecywali sobie zaszaleć, mniej lub bardziej jawnie promowali zwierzchnicy sił policyjnych do spółki z ekspertami i autorytetami. Gdzie my jesteśmy? Na Haiti? A może w czasach nocy kryształowej, podczas której także walczono o czystość państwa? Wprawdzie – zdaje się – nie od symboli religijnych, tylko od ras niearyjskich, ale katować można w imię każdej idei (a tym bardziej – w imię jej braku). Powyższy wybuch wisielczego humoru da się usprawiedliwić odreagowaniem strachu.
W strukturach przemocy instytucjonalnej zdarzają się psychopatologiczni sadyści, ale rzadko kiedy są tam przychylnie widziani. Dysponenci siły i terroru zwykli dawkować je planowo. Boją się zatem, że przy udziale sadystów z łatwością wymknęłyby się one spod ich kontroli. Tymczasem „knajak” w zestawieniu z funkcjonariuszem wnosi nową, skrajną jakość. Szałamow opisuje w „Opowiadaniach kołymskich”, jak „knajacy” (nazywani w żargonie łagrowym „błotnymi” bądź „urkami”) doprowadzili do samobójstwa, stosując wyrafinowaną intrygę przemycania fałszywych informacji zza krat obozu, żonę swojego kolegi z sąsiedniej pryczy. Co im to dało? Dosłownie nic. „Knajak” po prostu lubi takie rzeczy.
Ponad trzydzieści lat temu ówcześni rówieśnicy świeckich antykrzyżowców rozbijali wykłady opozycyjnego Uniwersytetu Latającego. Zaczynało się to od propozycji dyskusyjnej. Pytano więc Kuronia, dlaczego współpracuje z odwetowcami zachodnioniemieckimi, Hupką i Czają. Jeżeli chodzi mu o podważenie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej – zaznaczali zaangażowani studenci – to oni uważają, że nie ma racji, i wcale im się to nie podoba. Potem znajdowali się chętni do wznoszenia okrzyku: „Izaak Kuroń!”. Wtedy dobrze zorientowany lider grupy przestrzegał, iż o coś takiego chodziło raczej w Marcu, a poza tym „pan Kuroń” jest pochodzeniowo czysty. Tolerował za to bicie, ale też nie wszystkich, tylko wskazanych.
Dla wyjaśnienia: „odwetowcy”, „granica na Odrze…” itd. – to wzorcowe przykłady obowiązującej wówczas frazeologii. Nieświęta trójca dyspozycyjnego dyskutanta, politykierskiego manipulatora i opryszka też okazuje się stosować do każdej sytuacji. W pałacowej okolicy, pod transparentem obwieszczającym, że do nadużywania symbolu krzyża nawołuje szatan, stoją elita „rządomyślnych”, polityk Platformy z jednej z warszawskich dzielnic i grupka „knajaków”. Różnica w tym, że aktywistów oficjalnych związków młodzieżowych ujawnienie ich nazwisk przez Wolną Europę chyba trochę speszyło. Za to następcy, których po wielu zakrętach historycznych sobie znaleźli, szarżują właśnie w tym celu, żeby ich zauważono i odnotowano.
Są oni na tyle wykalkulowani, że nie ma w nich ani śladu potencjału buntu czy nieskrępowanej zabawy. Hasła o tolerancji i wolności słowa (których, po pierwsze, nikt im nie zabierał, a po drugie – ich nie potrzebowali) skandują mechanicznie – tak, jakby musieli, chociaż im się nie chce. A swoimi tańcami, podskokami, strip-teasem i seksem mogą przyprawić o śmierć z nudów. Konfliktów nie znoszą – chyba, że są odgórnie obwołane i sterowane. O ich wyniku rozstrzyga zasada płytkiego autorytaryzmu: prawo nie zezwala, a władza decyduje. Marks, którego nazwisko nic im nie powie, porównałby ich do „worka z kartoflami”, które manipulator przesypuje w dowolne układanki.
Pretensje pod ich adresem byłyby absurdalne. Ujawniają oblicze, które – czemu bezwolnie się poddawali – w nich uformowano. Kompromitują wszystkich wychowawców, mentorów od wartości i twórców opinii epoki transformacji. Z Kościołem hierarchicznym nie na ostatnim miejscu. Kościół bowiem zadowolił się krótkowzrocznie wyznaczoną dawką godzin religii w szkole i wzmianką o wartościach chrześcijańskich w ustawie medialnej. Mając te narzędzia, nie potrafił przekazać, o co właściwie chodziło człowiekowi, który mniej więcej dwa tysiące lat temu dał się przybić do – jak się to określa w slangu krążącym pod pałacem – „dwóch skrzyżowanych listewek”. Laickim krytykom Kościoła powiodło się jeszcze gorzej. Żaden ze skaczących klaunów nie miał w ręku dzieł dawniejszych bądź nowszych antychrystów: de Sade'a, Nietzschego, Sartre'a czy chociaż Dawkinsa. A „Kod Leonarda da Vinci” też przełączyli na inny kanał.
Na trakcie przy pałacu objawił się młody(?) człowiek(?), który niczego nie przemyślał, w nic nie uwierzył, w nikim się nie zakochał i niczemu nie sprzeciwił. A „Polityka” do spółki z „Metrem” przylepiła temu wszystkiemu etykietę radosnego karnawału, zwołanego na Facebooku. Coś też tam było na temat obywatelskiego nieposłuszeństwa – teraz już słusznego, bo „rządomyślnego”.
„Idźmy w pokoju, ludzie prości” (w tym wypadku raczej nowocześni i oświeceni) – chce się szyderczo westchnąć za Miłoszem – „przed nami jest jądro ciemności”.
Jacek Zychowicz

http://lubczasopismo.salon24.pl/aelita/ ... od-krzyzem


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ku jakiej kulturze zmierzamy?
PostNapisane: 06 lip 2011, 14:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30913
Sataniści zaczynają dominować w Polsce (komentarz)

Jak wiadomo z publikacji i wypowiedzi samych zainteresowanych (Henry Kissinger, Bill Gates, książę Karol czy ich mentorzy), międzynarodowa mafia satanistyczna ma na celu depopulację ludności świata – mówi się o redukcji nawet o 92%. Jednym z pierwszych celów satanistycznych Illuminati jest zniszczenie państw narodowych. Atak idzie głównie na państwa, w których silne są te tradycje, religia – szczególnie katolicka oraz rodzina. Polska, z uwagi na swoje tradycje powstańcze i wolnościowe jest jednym z głównych celów. Poprzez media, ale także przejęcie ośrodków kulturalnych miesza się z błotem wartości patriotyczne, pamięć o historii i osiągnięcia kulturalne (przykład z pseudo-dziełami artystycznymi kpiącymi z Chrześcijaństwa). Atak widać też na patriotyczne strony i blogi – w postaci agentury satanistycznej, najczęściej ukrywającej się pod płaszczykami patriotów, obrońców demokracji i wolności słowa. Niestety, niedoświadczona młodzież daje się nabierać na te działania, które nie są niczym innym jak dobrze sponsorowanymi operacjami psy-op – atakami agenturalnymi na psychikę, wykorzystującymi zjawiska psychologiczne.
Za operacje psy-op można by uznać ataki w postaci tzw. parad anty-homofobicznych czy anty-rasistowskich. Ostatnim przykładem psy-op jest w mojej opinii przedstawienie w Teatrze Słowackiego w Krakowie – sztuka wyreżyserowana przez Wojciecha Kościelniaka bazowana na powieści Władysława Reymonta „Ziemia Obiecana”.
No bo jakże wytłumaczyć antypolskie zwroty rodzaju „polskie bydło”?
Henryk Pająk słusznie kiedyś napisał, że Polska przypomina „osobę z zawiązanymi rękami, której wróg otwarcie pluje w twarz” (parafrazuję) i chyba miał rację. Coraz bardziej pluje się nam w twarz – by zbadać na ile silny jest jeszcze wewnętrzny opór Polaków przed ostateczną zagładą, którą się planuje wobec naszego narodu.
Zobaczymy czy wobec autorów sztuki zostaną wyciągnięte konsekwencje karne – jeśli nie, to będzie znaczyło, że faktycznie jesteśmy już Palestyńczykami we własnym kraju.

http://monitorpolski.wordpress.com/2011 ... wca-2011r/


Skandal w Teatrze Słowackiego w Krakowie.

Aktor zachęca publiczność do skandowania hasła: „Polskie bydło”.

W dniu 02 lipca (sobota) o godzinie 19;00 oraz w dniu 03 lipca (niedziela) 2011 roku o godzinie 19;30 w Teatrze imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie wystawiono sztukę (a raczej „sztukę”) wyreżyserowaną przez Wojciecha Kościelniaka bazowaną na powieści Władysława Reymonta „Ziemia Obiecana”. Widzowie, którzy liczyli na inscenizację klasyka polskiej literatury srodze się zawiedli. Sceneria niczym z horrorów. Miast dialogów – wrzaski. Ogólny chaos i nerwowość. Drażniąca atmosfera bijąca ze sceny – niczym na koncertach satanistycznych grup „Heavy Metal”. Reakcja zdezorientowanej i zdegustowanej publiczności po pierwszym akcie - ani jednego oklasku!


Miała to być – według zapowiedzi: „wersja muzyczna – wzbogacona o świetną, energetyczną muzykę, znakomite piosenki i taniec”. Teksty piosenek zostały napisane przez Rafała Dziwisza. „Znakomitość” owych piosenek ujawniła się w pełni w drugim akcie. Na scenę wyszedł aktor, Wojciech Skibiński - który po niemiecku (bez tłumaczenia na język polski) zapowiedział – kierując swe słowa nie do innych aktorów na scenie, a do publiczności – że:” mam niespodziankę, a niespodzianki są jak młode, piękne dziewczyny – zawsze są przyjemne”. Ową niespodziankę ujawnił kilka minut później w piosence, którą zaśpiewał. Treść piosenki nie miała żadnego związku z toczącą się na scenie akcją, nie była kierowana do żadnej z postaci spektaklu, nie była też osobistą refleksją kierowaną „w przestrzeń”.

Była w sposób jednoznaczny kierowana do siedzącej w teatrze publiczności.

Powtarzały się w niej wielokrotnie zwroty : „ja was nienawidzę”, „ja wami gardzę”, „polskie bydło”. Owe „polskie bydło” było szczególnie eksponowane i akcentowane.

Stanowiło coś w rodzaju refrenu, do powtarzania którego – metodą piosenkarzy biesiadnych, gestami i oceną zaangażowania – nakłaniał publiczność. Kilkanaście osób siedzących bliżej sceny ( prawdopodobnie wynajętych klakierów) ów „refren” powtarzało, co zostało zauważone i pochwalone przez aktora. Zdecydowana większość wypełniającej teatr po brzegi publiczności – nie dała się w to wciągnąć.

Jako Polacy, poczuliśmy się wraz z żoną - znieważeni.

Uważam, że ten fragment przedstawienia wyczerpuje znamiona publicznego znieważenia Narodu Polskiego i podżegania do nienawiści na tle narodowościowym.

Działo się to dnia 03 lipca 2011 roku w Krakowie, w mieście królów polskich!

Wacław Adamczak

źródło:ISKRY Polskości

http://pionek.nowyekran.pl/post/19786,s ... w-krakowie


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 73 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 8 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /