Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 78 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 13 maja 2012, 10:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
"...Bo kto zaufał Chrystusowi Panu
I szedł na święte kraju werbowanie,
Ten de profundis z ciemnego kurhanu
Na trąbę wstanie
".

Pieśni Konfederatów Barskich





Duchowa mapa Polski

Święci i bohaterowie wychodzą nam naprzeciw.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 19/2012

Dziewięć lat temu miesięcznik „Więź” zaprosił mnie do udziału w ankiecie na temat topograficznych źródeł polskiego chrześcijaństwa. W myśl zasady Jana Kochanowskiego: „Ja inaczej nie piszę, jeno jako żyję”, wskazałem swoją kaszubską okolicę i stołeczny plac Zbawiciela. A ponieważ resztę Polski oglądałem wówczas głównie z okien pędzącego pociągu, wspomniałem też o dziesiątkach kościołów wrośniętych w wiejski krajobraz. W trakcie podróży często myślałem o „wiecznych lampkach”, które płoną w prezbiteriach nawet po zmierzchu, gdy parafianie siedzą w domach, a księża na plebaniach. Jak Polska długa i szeroka, oplata ją „nieziemski krwiobieg” czerwonych światełek i tabernakulów, w których przechowywane jest Ciało Chrystusa.

Ta poetycka wizja wciąż jest mi bliska. Uświadamia, że niezależnie od naszego aktualnego stanu ducha czy miejsca pobytu istnieją miejsca obiektywnie święte. Choćbyśmy całkiem o nich zapomnieli, Bóg będzie tam czuwał, napełniając sensem wehikuł istnienia, na który – jak pisała Wisława Szymborska – tylko kamienna greka ma wyrazy: KÓSMOS MAKRÓS CHRÓNOS PARÁDOKSOS.

Nie zmienia to faktu, że dziś na ankietę „Więzi” odpowiedziałbym inaczej. Bo przez ostatnie lata przestrzeń święta stopniowo traciła w mojej świadomości urok poetyckiej iluminacji i nabierała konkretnych kształtów. Prawdziwym przełomem była jesień 2010 r., kiedy przemogłem wrodzoną niechęć do spotkań autorskich i ruszyłem w Polskę z tomem „De profundis”. Jednym z pierwszych miejsc, które odwiedziłem, było żeńskie Prywatne Gimnazjum i Liceum Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Szymanowie. Jadąc tam, zastanawiałem się, czy dobrze robię, dzieląc się osobistym przeżyciem smoleńskiej tragedii. A może rację mają ci chrześcijanie, którzy odrzucają patriotyzm jako wytwór tego świata? Odpowiedź, którą znalazłem w szkolnej gablocie, brzmiała: „Bóg nas stworzył Polakami” i pochodziła od błogosławionej Marceliny Darowskiej (1827–1911), mistyczki, współzałożycielki zgromadzenia sióstr niepokalanek. Ktoś powie, że to przypadek. Ale – jak twierdziła Szymborska – „nic dwa razy się nie zdarza”, a mnie to samo doświadczenie przytrafia się ostatnio na każdym kroku.

Jeszcze w Szymanowie zaprowadzono mnie do kaplicy z cudowną figurą Matki Bożej Jazłowieckiej, przeniesioną tu z Podola, gdzie od powstania styczniowego funkcjonował macierzysty klasztor zakonu. W 1919 r. polski 14. Pułk Ułanów odparł oddziały ukraińskie, nie dopuszczając do zajęcia przez nie klasztoru. Po tym wydarzeniu kawalerzyści obrali sobie jazłowiecką Panią za Hetmankę, a zakonnice i ich wychowanki ufundowały pułkowi sztandar. Od 10 kwietnia 2010 r. dziwiłem się własnej wyobraźni, wyrywającej się gdzieś daleko, na historyczne Kresy. I nagle, wbrew własnym oczekiwaniom, znalazłem się w samym sercu kresowej tradycji, pozostając jednocześnie w geograficznym sercu Polski.

Od tamtej pory moje wyjazdy na spotkania autorskie są pielgrzymkami. W Pniewach prowadzono mnie do sanktuarium św. Urszuli Ledóchowskiej, autorki słów: „Jesteś nieśmiertelny kraju moich przodków, Ojczyzno ukochana, Polsko moja!”. W Gnieźnie od razu trafiłem do katedry przed grób św. Wojciecha. Gdy po powrocie do domu biegłem na ostatnią niedzielną Mszę do sąsiedniej parafii (niech mi wybaczy to faux pas mój osobisty proboszcz), po drodze uświadamiałem sobie, że jej patronem jest św. Rafał Kalinowski, jeden z dowódców powstania styczniowego, który po 10 latach syberyjskiej katorgi wstąpił do zakonu karmelitów bosych. Kolejny przypadek? Nie wierzę w tak konsekwentne zbiegi okoliczności.

Miejsca, które dotąd uważałem za skanseny duchowości i patriotyzmu, nagle się otworzyły. Nie tylko zresztą przede mną, bo wszędzie podczas swoich pielgrzymek spotykałem wspaniałych ludzi, którzy z tych źródeł wiary i polskości czerpali pełnymi garściami. Od przyjaciela z Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”, które po Smoleńsku mocno rozwinęło skrzydła, dowiedziałem się, że w niemal każdym lokalnym oddziale funkcję integracyjną pełni obiekt sakralny albo miejsce pamięci. Na przykład w Szczecinie członkowie stowarzyszenia spotykają się przy odzyskanym ze Lwowa pomniku Kornela Ujejskiego, wybitnego, niesłusznie zapomnianego poety romantycznego. Lira z rozerwanymi kajdanami, umieszczona na granitowym cokole, naprawdę może inspirować.

Ludzie, którzy mierzą wielkość narodu wyłącznie głosami w wyborach, narzekają, że po Smoleńsku nie nastąpiło żadne zbiorowe przebudzenie. Gdyby potrafili choć na chwilę uwolnić się od partyjnej gorączki, zobaczyliby setki tysięcy wolnych Polaków, którym wychodzą naprzeciw święci i historyczni bohaterowie. Duchowa mapa Polski przestała być poetycką wizją i z każdym dniem wypełnia się nazwami konkretnych miejsc, nazwiskami konkretnych patronów, którzy ani myślą zostawić nas samych na drodze ku wolności. Tej obywatelskiej, systematycznie gwałconej dziś przez władze, sądownictwo i media, ale i tej głębszej, chrześcijańskiej, która bez względu na bieg zdarzeń pozwala „odnosić pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował”.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... olski.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 27 maja 2012, 12:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Współczesna Polska marnotrawi dziedzictwo wiary

– Polska potrzebuje wielkich mężów stanu i odważnych publicystów, którzy będą mieli odwagę wytyczać trudne, konieczne programy ponadpartyjne – mówił 3 maja na Jasnej Górze abp Józef Michalik – przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

Centralnym punktem jasnogórskich obchodów uroczystości Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski oraz rocznicy Konstytucji 3 Maja była Msza św. sprawowana na Szczycie Jasnogórskim pod przewodnictwem abp. Stanisława Gądeckiego, wiceprzewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski.

Jasnogórskie pomniki Katynia i Smoleńska

– Matko nasza i Królowo, dziś wołasz do nas słowami Marii Konopnickiej: „Nigdym ja ciebie, ludu, nie rzuciła,/ Nigdym ci mego nie odjęła lica,/ Ja – po dawnemu – moc twoja i siła!/ Bogarodzica!...”. Wołałaś tak do nas, gdy przyjmowałaś symbol katyński, postacie Polaków spętanych drutem kolczastym, z przestrzeloną z tyłu głową, których pomnik stoi przed Kaplicą Relikwii Polskich Męczenników – mówił w powitaniu generał Zakonu o. Izydor Matuszewski. – Wołasz także i dzisiaj do nas, gdy u bram Cudownej Kaplicy pozwalasz nam ustawić święte Epitafium Smoleńskie, upamiętniające tragiczne miejsce, gdzie zginęła elita narodu polskiego. Katyń i Smoleńsk. Te dwa miejsca to dla nas dwa święte jasnogórskie pomniki Golgoty Wschodu, prawdziwa modlitwa polskich serc, łącząca się dziś w jedno wołanie, które Ty, Matko i Królowo, nosisz już od dawna na pooranej bruzdami ran Twojej Świętej Twarzy w Jasnogórskiej Ikonie. Poślij nam, Matko najukochańsza i troskliwa Królowo, nowych Kordeckich, którzy armat wrogów się nie ulękną, poślij nam nowych Wyszyńskich, którzy rzeczy Boskich nie pozwolą składać na ołtarzu cesarza; poślij nam nowych błogosławionych Janów Pawłów II, którzy nauczą nas znów przykładać ucho naszych serc i sumień do świętych jasnogórskich murów i na nowo usłyszeć, jak nasze serca biją w Twoim Sercu, Polski Matko i Polska Królowo! – mówił generał Zakonu Paulinów.

Wierność nawet trudnej prawdzie

Homilię wygłosił abp Józef Michalik. – Dzisiaj Jasna Góra modli się za Ojczyznę, ale i upamiętnia ofiary spod Katynia i Smoleńska, są tu rodziny wielu ofiar, aby modlitwą wesprzeć zmarłych, stanąć przed Bogiem z prośbą o miłosierdzie dla zmarłych i o to, aby ich nagła, niespodziewana śmierć nie poszła na marne, aby spełniła w odwiecznych planach Bożych swoją rolę. Już dzisiaj przecież stała się symbolem i znakiem niezwykle wymownym, potrzebnym i uzdrawiającym nasze myślenie – stwierdził Metropolita przemyski, nawiązując do wcześniejszego poświęcenia jasnogórskiego epitafium, upamiętniającego ofiary tragicznego lotu do Smoleńska. – Byli ludźmi różnych przekonań, różnych przynależności, ale razem jechali uczcić ofiary morderstwa w Katyniu. Wypełniali swoją misję i posługę. Służyli Polsce.
Abp Michalik podkreślił, że bardzo potrzebna jest wierność nawet trudnej prawdzie. – Zemścić się musi na wszystkich polityka atakująca etykę i kulturę chrześcijańskich zachowań, wypracowanych przez pokolenia polskiej tradycji, którą trzeba za wszelką cenę przywrócić, jeśli chcemy, aby słowo „Polak” budziło zaufanie i szacunek w naszych ustach, a także wśród poważnych ludzi Europy i świata – zaznaczył.
Przewodniczący KEP ocenił, że współczesna Polska marnotrawi dziedzictwo wiary, bowiem w zdecydowanej większości ochrzczonej Polsce tyle jest kłamstwa i prywaty, zamiast służby ojczyźnie, zamiast służby i troski o jej przyszłość. Ocenił, że na naszych oczach umiera chrześcijańska cywilizacja, która spowodowała skolonizowanie mentalności współczesnych chrześcijan przez kulturę laicką. Zdaniem hierarchy, sami chrześcijanie wykazują brak pogłębionej tożsamości i wiedzy na temat Kościoła.
Zarzucił politykom uprawianie rozgrywek partyjnych i podejmowanie zastępczych tematów, w tym krzykliwych i systematycznie nagłaśnianych ataków na Kościół i duchowieństwo. – Ich zadaniem – mówił – powinno być głośne upominanie się o los bezrobotnych, słabych, chorych, a także o przyszłe losy Ojczyzny. Abp Michalik zwrócił też uwagę, że Polska wymiera, bo wymiera miłość do dziecka i starca, dla którego tak często nie ma już miejsca w pędzącej jedynie za zarobkiem rodzinie.

Kościół z rodzinami smoleńskimi

Podczas Mszy św. został ponowiony Milenijny Akt Oddania Polski w macierzyńską niewolę Maryi, Matki Kościoła, za wolność Kościoła Chrystusowego. W procesji z darami symbolicznie zostało złożone Epitafium Smoleńskie, upamiętniające wszystkie ofiary z 10 kwietnia 2010 r. Dorota Skrzypek, żona Sławomira Skrzypka, prezesa Narodowego Banku Polskiego, złożyła w darze pamiątki po swoim mężu: monetę z wizerunkiem śp. prezesa Sławomira Skrzypka, pióro wieczne, którym podpisywał swoje decyzje, flagę z jego trumny oraz Krzyż Komandorski z Gwiazdą Odrodzenia Polski, przyznany pośmiertnie. Katarzyna Francuz, żona Artura Francuza, oficera BOR, który był bezpośrednio odpowiedzialny za bezpieczeństwo śp. prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, ofiarowała w darze osobisty różaniec męża, który otrzymał od bł. Jana Pawła II.
Po zakończeniu Eucharystii przemówił były premier Jarosław Kaczyński, szef Prawa i Sprawiedliwości. Wyraził wdzięczność Ojcom Paulinom za Epitafium Smoleńskie na Jasnej Górze. Jednocześnie podziękował Kościołowi polskiemu za zaangażowanie i działania na rzecz upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej. Zaraz po tej wielkiej tragedii powstawały pierwsze tablice i inne akty pamięci w kościołach i na terenach kościelnych, co świadczy o tym, że Kościół jest z narodem.
Niezwykła była oprawa liturgiczna Mszy św. Na placu przed Szczytem Jasnogórskim ustawiona została duża scena, gdzie zgromadziły się chóry dziecięce i młodzieżowe z całej Polski. Byli to uczestnicy 7. Krajowego Kongresu Polskiej Federacji Pueri Cantores. Przyjechało 16 chórów z całej Polski, a na uroczystej Sumie zabrzmiał śpiew 460 chórzystów. Kongres trwał w dniach 30 kwietnia – 3 maja na Jasnej Górze i w Częstochowie pod hasłem „Magnificat anima mea Dominum”. Federacja Polska obchodzi w tym roku jubileusz 20-lecia powstania.

Nieszczęście walki z Bogiem

Mszy św. wieczornej w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, odprawionej w Bazylice Jasnogórskiej, przewodniczył abp Wacław Depo, metropolita częstochowski. – Maryja od początku naszej państwowości jest wielkim darem i znakiem danym nam przez Boga – mówił w homilii. Podkreślił, że wszelkie próby podważania więzi narodu i religii zawsze kończyły się klęską. Przywołał słowa sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego: „Wpierw czy później walka z Bogiem będzie katastrofą i ruiną całego ładu życia społecznego, ale również gospodarczego i politycznego, będzie zagładą kultury i kresem dla pokoju, zrodzi chwasty nienawiści, a tego nikt nie chce”. – Te słowa ostrzegają i wzywają każdego z nas do współodpowiedzialności – zaznaczył abp Depo.
Podczas Apelu Jasnogórskiego, kończącego uroczysty dzień 3 maja w Sanktuarium, Metropolita Częstochowski powiedział, że miłość i odpowiedzialność polega na umożliwieniu narodowi dostępu do prawdy. Zwrócił uwagę, że zastanawiająca jest cisza w publicznych mediach wobec wydarzeń, które miały miejsce tego dnia na Jasnej Górze, gdzie odbywała się wielka modlitwa Polaków pod przewodnictwem biskupów oraz zostało poświęcone Epitafium Smoleńskie, tak bardzo oczekiwany przez naród znak pamięci o wielkich Polakach, którzy stracili życie 10 kwietnia 2010 r.

O. Stanisław Tomoń OSPPE

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedz ... 01220&nr=4


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 29 maja 2012, 17:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Czy grozi nam wojna z Rosją za Smoleńsk?

10 kwietnia 2010, w wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego, oficjalna delegacja Rzeczypospolitej, z Prezydentem Lechem Kaczyńskim i Dowództwem Wojska Polskiego na czele, leciała do Katynia, by głosić prawdę o ofierze złożonej na ołtarzu Ojczyzny w kwietniu 1940 roku, przez 22 tysiące polskich oficerów. Lecieli, by mówić prawdę, ale lecieli i po to, by w imię Bożego Miłosierdzia, przebaczyć Rosjanom, za czyny ich sowieckich przodków. Zostało to jasno zapisane w homilii Biskupa Polowego WP gen. Tadeusz Płoskiego. I ta, wybitnie pokojowa delegacja została podstępnie wciągnięta w zasadzkę, w straszliwy sposób zamordowana, a później jeszcze pamięć pilotów i Prezydenta została wyszydzona przed całym światem, przez kłamstwo o naciskach i braku wyszkolenia.

Chciałoby się wołać: Boże, Ty to widzisz i nie grzmisz? Ale Jan Paweł II na wszystkie nasze trudne chwile polecił nam zaufanie do Jezusa Miłosiernego. Świat już dostrzegł sens modlitwy przed wizerunkiem zatytułowanym JEZU, UFAM TOBIE.

Jednak jeszcze większą wymowę będzie miała deklaracja Jarosława Kaczyńskiego, że mimo ewidentnego aktu wojennego ze strony Rosji nie żądamy od naszych sojuszników z NATO, by zbrojnie odpowiedzieli agresorowi. Wystarczy, że świat nie będzie utrzymywał sztucznej przyjaźni z mordercami i zachęci w ten sposób Rosjan i Polaków do dokonania zmian na najwyższych stanowiskach, oraz przekazania zamachowców i ich mocodawców przed Trybunał Haski, gdzie jest miejsce dla międzynarodowych morderców.



Przez ostatnie trzy dni uczestniczyłem w pikniku lotniczym modeli latających w czeskim Frydku-Mistku. Podczas wczorajszej (pisane 28 maja) uroczystości Zesłania Ducha Świętego, w pięknej Mariackiej kolegiacie, jestem przekonany, że zrozumiałem istotę naszego zaufania do Jezusa Miłosiernego. Mszę świętą kantor rozpoczął słowami:

Sešli svého ducha, Hospodine, a obnov tvář země!

Czyż nie są to słowa, którymi Jan Paweł II modlił się z nami na Placu Zwycięstwa w Warszawie, 2 czerwca 1979, rozpoczynając erę SOLIDARNOŚCI?

Popatrzyłem na wyeksponowany obraz z polskim podpisem JEZU, UFAM TOBIE i dalsza modlitwa była już jasna. Tu, za granicą inne narody spoglądają na Polskę z wiarą, nadzieją i miłością.

Kończąc homilię do Polaków, 28 maja 2006 na krakowskich Błoniach, Benedykt XVI przypomniał nam jak potrafiliśmy wsłuchiwać się w nauczanie Jana Pawła II i poprosił nas:

" proszę was w końcu, byście skarbem wiary dzielili się z innymi narodami Europy i świata, również przez pamięć o waszym Rodaku, który jako Następca św. Piotra czynił to z niezwykłą mocą i skutecznością "

Jak to zrobić? W jaki sposób można się dzielić czymś, czego i u nas zaczyna brakować?

Czyż wypełnienie opustoszałych świątyń Zachodu polskimi, młodymi rodzinami nie było wystarczającym wkładem w rechrystianizację Europy?

Czyż szerzenie, na całym świecie, kultu Miłosierdzia Bożego, w wizerunku świętej Faustyny Kowalskiej i odmawianie Koronki w godzinie śmierci Pana Jezusa na krzyżu nie jest najlepszym wkładem Polaków?

Otóż potrzeba jeszcze ofiary i świadectwa, że rozumiemy istotę Bożego Miłosierdzia.

Pan Bóg widzi przecież wszystkie nasze nieprawości: wszelkie krwawe rewolucje, totalitaryzmy, pogoń za mamoną i seksem, rozpad rodziny i mordowanie nienarodzonych, a jednak ten świat trwa. I według słów Prymasa Tysiąclecia Kard. Stefana Wyszyńskiego, Jan Paweł II wprowadził ten świat w trzecie tysiąclecie i dał aktualne wskazówki, jak w tym tysiącleciu mamy żyć. Równo 10 lat temu Ojciec Święty konsekrował Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach.

http://heniekurban.salon24.pl/421646,cz ... a-smolensk


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 02 cze 2012, 18:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Trzy zdarzenia na Jasnej Górze

Z książki Marii Starzyńskiej „Sześć wieków jednego panowania”, IW Pax, 1983

Rok 1792.

Polska spadła gwałtownie w przepaść Targowicy.
W tym roku biali mnisi na próżno oczekiwali przyjścia pielgrzymek.
Nawet echo nie śmiało przynieść wieści o tym, że na drodze od Świętej Anny w kierunku Mstowa pod Przyrowem wszyscy pielgrzymi, razem z prowadzącym ich księdzem, zostali wymordowani. Odtąd każdego roku pielgrzymi na Jasną Górę zatrzymują się przy grobach pątników, by odmówić "Wieczne odpoczywanie".
Drugi rozbiór Polski podpisano w styczniu 1793 roku, a 28 lutego znienacka pod klasztorne mury podeszły wojska pruskie i po tygodniowym oblężeniu zajęły jasnogórską twierdzę.
Dowodził nimi generał Moellendorf, wysłany przez swego króla na
zabór ziem polskich. Trudno dociec, czy z własnej gorliwości, czy zgodnie z otrzymanym poufnym rozkazem przekroczył linię oznaczoną w konwencji petersburskiej i posunął granicę z Warty aż do Pilicy, zagarniając tym sposobem Częstochowę dla Prus.

Znowu więc na klasztornym dziedzińcu pojawili się żołnierze w obcych mundurach, znów do kaplicy zaczęły dobiegać słowa obcej komendy i miarowy odgłos kroków przechodzących wart.
7 września, w przeddzień dorocznych uroczystości Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, doszła na Jasną Górę wiadomość o sporze, jaki wybuchł na sejmie rozbiorowym w Grodnie, rozpoczętym 23 sierpnia.

Trzej duchowni senatorowie oświadczyli w imieniu wszystkich posłów, że gdyby Polska musiała oddać pod berło króla pruskiego miasto Częstochowę, wyniknąłby stąd dla wszystkich Polaków święty obowiązek stanowczego domagania się zwrotu sławnego obrazu Najświętszej Maryi Panny, a to dlatego, że wolą całego narodu w najuroczystszy sposób obrana została na Królową, Patronkę i Orędowniczkę Korony Polskiej, a także iż ten starodawny zabytek i pomnik pobożności przodków uważany jest za skarb i własność całego narodu, a więc nie można się go wyzbyć ani zostawić w kraju, gdzie religia katolicka nie jest panująca.

Ojcowie stali półkolem, a przybyły zakonnik mówił dalej:
Ambasador pruski Buchholz odpowiedział, że obraz ten jest jedynie i wyłącznie własnością kościoła jasnogórskiego. Ponadto obywatele polscy znajdujący się teraz pod panowaniem pruskim nadal są katolikami i przywiązują tę samą wagę do zatrzymania obrazu w Częstochowie.
Senatorowie oświadczyli na to, że nigdy nie zrzekną się swego żądania, by przenieść obraz do Warszawy, i to oświadczenie kazali wpisać do protokołu obrad. Buchholz wysunął zastrzeżenie, że takich przenosin nie da się uczynić bez zgody Stolicy Świętej. Senatorowie odparli, że do przenosin zgody Rzymu nie trzeba i że sprawa została polecona deputacji przez stany sejmowe, a więc naród.
Ostatecznie Buchholz nie ustąpił. Obraz został na Jasnej Górze, a jeden z dziennikarzy, obserwujących obrady sejmu, Francuz Ludwik Ginet, napisał później:

"Rzecz zadziwiająca. Odstąpienie miliona ludzi do niewoli pruskiej było dla nich łatwym zadaniem, które też wykonali bez najmniejszego oporu; przeciwnie, odstąpienie obrazu nadzwyczaj ich przerażało".

--- ooo ---

Echo przyniosło szczęk kos kościuszkowskich powstańców, zwycięstwo Racławic i klęskę Maciejowic. Zamilkło w dniu, kiedy w Petersburgu trzej sąsiedzi dzielili się resztą ziem polskich. Zniknął protektorat królów nad Jasną Górą.
Mnisi odsuwali od siebie pytanie: Co będzie dalej?

Dalej - to był przyjazd pewnego starannie ubranego pana, który przy bramie przedstawił się jako delegat kamery kaliskiej, kazał zakonnikom zgromadzić się na dziedzińcu, spisał ich wszystkich dokładnie i oznajmił, że po konfiskacie zakonom dóbr ziemskich i obłożeniu ich kontrybucjami klasztory żalą się na niedostatek i niemożność utrzymania się. Z tego powodu król pruski czuje się zmuszony przypomnieć swój dekret z 29 marca 1795 roku, w którym zabronił przyjmowania do nowicjatu pod karą stu dukatów.
Przez chwilę przyglądał się zakonnikom, kolejno przenosił wzrok z twarzy na twarz, jakby chciał zorientować się, co sądzą na ten temat, ale twarze mnichów były jednakowe - bez wyrazu. Prawie tak, jakby nic na ten temat nie sądzili.
Dodał więc, że król radzi, aby po dwa klasztory łączyć w jeden, gdyż w większej liczbie łatwiej im będzie wypełniać ich obowiązki.
Znów chwilę czekał, ale mnisi stali jak poprzednio, bez ruchu, bez wyrazu. Nie zostało mu więc nic innego, jak odejść.
Odprowadziły go jaskółki, które - wyraźnie zirytowane - przemykały co pewien czas nad jego głową, jazgocząc tak przeraźliwie, jakby mu wymyślały.
Mnisi lubili swoje jaskółki.

Nie mieli zamiaru ani opuszczać klasztorów, ani ich łączyć. Rząd pruski oczekiwał najwidoczniej czegoś innego, bo starannie ubrany pan przybył znowu, tym razem w towarzystwie dwu innych. Znów polecono zakonnikom zebrać się. Znów ich spisano, znów wyczekiwano na jakieś słowo, bodaj gest, znów zdenerwowały się tylko jaskółki.
Spróbowano więc jeszcze inaczej. Wzywano każdego kolejno i pytano: Czy zadowolony z przełożonego? Tak. Czy zadowolony z pożywienia, jakie dostaje? Tak. Czy może ma jednak w stosunku do kogoś lub czegoś jakieś, choćby nawet małe, zastrzeżenia? Nie.
Jeden z członków komisji zauważył kwaśno, że właściwie można by protokół sporządzić bez tych monotonnie powtarzających się rozmów.

Czasem na dziedzińcu przed kaplicą pojawiała się sylwetka starego generała Wagenfelda i młodszego - Millera. Czasami mówili do siebie półgłosem, że mnisi musieli gdzieś te swoje skarby schować. To, co jest na wierzchu, to zaledwie maleńka cząstka... Tylko gdzie? Może tak któregoś z nich zmusić do mówienia?... Czasem zaglądali żołnierze, a zawsze słychać było kroki przechodzących wartowników.
Echo odezwało się nadzieją klęsk zadawanych przez cesarza Francuzów niedawnym rozbiorcom Rzeczypospolitej. Jesienią roku 1806, rozmowy obu generałów zmieniły się. Głosy przycichły. Oglądając się, czy przypadkiem któryś, z żołnierzy nie słyszy, szeptem wymieniali uwagi: Jednego dnia rozbił wojska pod Jeną i Auerstädt. Zajął Berlin. Padł Szczecin. Poznań...
Tego popołudnia przechadzali się obaj po dziedzińcu, kiedy od bramy dobiegł krzyk. Powtarzało się w nim słowo: "Francuzi". Generałowie zatrzymali się. Grupa żołnierzy prowadziła jakiegoś wystraszonego wieśniaka, który zeznał, że jest ze wsi Grabówka i że w nocy przyszedł tam oddział wojska, a za nim ciągnie z armią sam cesarz.

Generałowie popatrzyli na siebie. Na sygnał alarmu żołnierze wysypali się na dziedziniec. Formowali się w szeregi. Część pobiegła na wały. Zamknięto bramy.
W ten zgiełk wojskowych komend, szybkich kroków, nawoływań przedostał się nagle zupełnie inny dźwięk. Rozdzwoniły się dzwonki i ze śpiewem wyszła z kaplicy procesja. Na wałach żołnierze poprawiali ustawienie dział, układali w pryzmy pociski, napełniali i ustawiali kosze z ziemią... Procesja, biała, pobłyskująca, przepływała po wałach niemal unosząc się nad murami.
Dopiero kiedy się skończyła, jeden z oficerów obiecywał zakonnikom w imieniu generała aresztowanie, lochy, a nawet stryczek, jeśli nie będą zachowywać się tak, jak generał sobie życzy. Mnisi wyjaśnili, że będą zachowywać się tak, jak nakazuje ich reguła i przepisy zakonnego życia.
Czekano.
Zapadła noc. Ciemno. Gwiazdy pochowały się za chmury. Cisza. Narastające oczekiwanie. Coraz bardziej niespokojne. I nagle w tej głębokiej czerni wystrzeliło w górę ognisko. Jedno, potem drugie, trzecie... Ciemność zaczęła się załamywać. Daleko na stokach wzgórza, od strony Częstochowy i Częstochówki, jedno po drugim ogniska rozpłomieniały się, mnożyły, niosły iskry, łączyły się wysoko tworząc purpurową łunę, która podpełzła groźbą pod pruskie stanowiska.

Przez jasnogórską twierdzę przesuwał się pomruk, jakby jęk. Wokół, w świetle ognisk, setek ognisk, widać uwijające się postacie.
Francuzi? Francuzi!
Po twierdzy szła wiadomość o straszliwej sile wroga.
Dlatego też, kiedy nad ranem zjawił się parlamentariusz, Prusacy byli gotowi do przedstawienia warunków opuszczenia twierdzy. Przede wszystkim wyjdą z bronią i taborami...
Warunki zostały odrzucone. Złożą natychmiast broń i poddadzą się albo nastąpi szturm.
W twierdzy nastąpiły przede wszystkim burzliwe obrady, tym burzliwsze, że nikt nie chciał przyznać się do tego, o czym wszyscy zgodnie myśleli - że należy czym prędzej przyjąć wszystkie warunki dyktowane przez Francuzów.
I kiedy zawisła wreszcie na murach biała chorągiew - chociaż nikt nie chciał się przyznać ani do wydania takiego rozkazu, ani do jej wywieszenia, wszyscy przyjęli to z ulgą. Poddali się. Złożono broń i oczekiwano na wejście Francuzów.
W istocie jednak nie poddali się wcale wielkiej armii wielkiego cesarza. Poddali się małemu oddziałowi francuskich strzelców konnych, dowodzonemu przez polskiego kapitana, który jeszcze kilka dni wcześniej był poddanym króla pruskiego, a teraz jako ochotnik szedł z podjazdem w awangardzie wojsk francuskich.
W przedsionku kaplicy wyznał ojcom paulinom, że nie mógł spokojnie myśleć o obecności heretyków w tym świętym miejscu i postanowił ich stąd wygnać. Udało się.

--- ooo ---

Prusacy odeszli więc z Jasnej Góry. I gdy wydawało się, że nastąpi chwila spokoju - pewnej listopadowej nocy załomotano do bramy. Na klasztornym dziedzińcu zjawił się francuski pułkownik Deschamps z kategorycznym żądaniem... wydania skarbca:
Mnisi stanęli na dziedzińcu tworząc mur, przed który wysunął się przeor. Oświadczył, że skarbca nie wyda. Pułkownik Deschamps powołał się na rozkaz cesarza. Przeor zażądał rozkazu na piśmie.
Francuski pułkownik przyglądał się chwilę tej białej mnisiej ścianie. Oględziny wypadły tak, że wycofał się, zapewniając jednak, że wróci i że wtedy skarbiec otrzyma.
Zakonnicy złączyli się wówczas w koło. Chwilę trwała narada. Postanowili nie czekać na niczyj powrót. Postanowili, że przeor pojedzie natychmiast do generała Dąbrowskiego szukać wstawiennictwa, aby cesarz oszczędził Jasną Górę.
Nie było go więc w klasztorze, kiedy na dziedzińcu zjawił się znów francuski oficer, inny, choć także pułkownik - Guion. Ten nie zważał na protesty mnichów. Rozkazał swoim żołnierzom ładować co bardziej wartościowe rzeczy i chodził starając się nie zacierać rąk.
Jedną po drugiej znoszono wypełnione po brzegi skrzynie i ustawiano na dziedzińcu. Zakonnicy klęczeli w kaplicy błagając, aby przeor zdążył wrócić, nim francuskie wojsko je wywiezie.
Podjechały już wozy, już zaczęto ładować na nie pierwsze skrzynie, kiedy do kaplicy wbiegł zadyszany mnich wołając, że widział z wieży konie przeora. Zerwali się, ustawili szpalerem przy bramie. Francuski pułkownik kazał swoim żołnierzom pospieszyć się i z wielką niechęcią spojrzał na podchodzącego doń zakonnika, który właśnie przyjechał. Chciał go zbyć byle czym, ale mnich uparcie wręczył mu jakieś pismo. Wziął je więc. I przeczytał:

"Główna kwatera w Poznaniu, 28 listopada 1806 r.
Do W.J.-mości Przeora i Prowincjała Paulinów w Częstochowie

Mam honor uprzedzić WPana, że Najjaśń. Im. Napoleon, który wczoraj w wieczór do Poznania przybył, na moją instancyją raczył dać rozkaz, aby skarby N. Panny Jasnogórskiej w Częstochowie nie były tknięte lub gdzie indziej transportowane.
Daję rozkaz do Kamery Kaliskiej, żeby natychmiast Komisarza posłała do Częstochowy ze zleceniem dopilnowania i uskutecznienia dyspozycji tej Najj. Cesarza - Komendant Placu francuski o tejże ode mnie zostaje uprzedzonym.
Dąbrowski".

Skrzynie zostały. Francuski pułkownik, nie tając swej złości, wydał komendę i ruszył pierwszy w stronę bramy. Żołnierze wyjechali za nim. Zakonnicy nie mieli wątpliwości, że wielu rzeczy się jednak nie doliczą i że niemal każdy z wyjeżdżających żołnierzy czymś skradzionym na własną rękę pocieszał się po nieudanej próbie wywiezienia całego skarbca.
Chodzili więc, notując straty, jak wówczas, kiedy po poddaniu twierdzy Golicynowi musieli patrzeć na wywożenie z klasztornej biblioteki jej najbardziej wartościowych pozycji.
Zginęła między innymi korona Dzieciątka Jezus, wyrwany został brylant z kapy, szczyt perłowy od innej, zginęło lustro oprawne w korale, medal złoty złożony przez króla pruskiego Fryderyka II, dwie karabele oprawne w złoto i drogie kamienie. Z dużym trudem udało się ocalić przed rabunkiem największy diament z monstrancji złożonej przez naród jako wotum za zwycięstwo nad Szwedami.
Zginął z klasztornego refektarza obraz Smutnej Królowej. Dziewczyna nie potrafiła namalować drugiego. Przychodziła tu czasem.. Nie dziewczyna, już kobieta. Wiedziała, bo echo dawno przyniosło także i tę wieść, że Kazimierz Pułaski zginął daleko od ojczyzny. W arsenale został order, którym dekorował swych żołnierzy. Stawała czasem przy nim i po wielokroć czytała słowa: "Pro fide et Maria, pro Rege et Patria" - "Za wiarę i Maryję, za Króla i ojczyznę".
Echo przyszybowało konturem granic utworzonego Księstwa Warszawskiego, a w ślad za nim w murach twierdzy rozległa się znów polska komenda. Do kaplicy czwórkami wchodzili granatowo-amarantowi żołnierze. Granatem i amarantem ubarwiali paulińskie białe procesje. Śpiewali:

Tobie służyć honor, sława,
Ciebie wielbić, cna, zabawa.
Więc stanowim kochać Ciebie,
Sławić w życiu, wielbić w niebie.


Nie minęło jednak wiele czasu, gdy echo przyniosło odgłos strzałów
i wieść o wkroczeniu w granice Księstwa wojsk austriackich, a Jasna Góra stała się znów miejscem walki.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 09 cze 2012, 08:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Bóg pozwala nam oddzielić prawdę od kłamstwa

Idzie nowych ludzi plemię

Polska tradycja wierności Bogu, honorowi i Ojczyźnie, Chrystusowi i Maryi, zwalczana z wielką zaciekłością i pogardą przez satanistycznych zdrajców w połączeniu ze społeczną apatią daje stan polaryzacji postaw.

28 maja minęła 31. rocznica odejścia do wiecznej Ojczyzny sługi Bożego ks. Stefana kardynała Wyszyńskiego - prymasa Polski, interreksa w latach PRL-u. W niedzielę 3 czerwca obchodzimy uroczystość Trójcy Świętej - wielbimy Boga w Trójcy Świętej Jedynego za dar Prymasa Tysiąclecia - niezłomnego obrońcy Kościoła i narodu w Polsce. Dzięki jego wierze i męstwu ojczyzna oddana Maryi Królowej Polski nie utonęła w czerwonym morzu komunizmu a Kościół w Polsce po Soborze Watykańskim II uniknął wewnętrznego rozkładu.

W Jasnogórskich Ślubach Narodu napisanych przez uwięzionego prymasa w dniu św. Andrzeja Boboli 16 maja 1956 roku w Komańczy i uroczyście wygłoszonych przez Episkopat Polski wraz z milionową rzeszą wiernych na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku Polacy złożyli przed oblicze Boga w Trójcy Świętej Jedynego w dłoniach Maryi Królowej Polski naszą przeszłość i przyszłość, całe nasze życie narodowe i społeczne, „aby Polska była rzeczywistym Królestwem Twoim Maryjo i Twojego Syna, poddanym całkowicie poddanym całkowicie pod Twoje panowanie w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym.”

Ks. arcybiskup Andrzej Dzięga w kazaniu wygłoszonym w czasie jasnogórskiego czuwania Krucjaty Różańcowej 26 maja upomniał się o poddanie się władzy Jezusa jako Króla Polski we wszystkich dziedzinach ojczystego życia przez intronizację ku czemu prowadzi nas Maryja Królowa Polski.

22 lutego 1981 roku ks. prymas Wyszyński przemówił w warszawskiej kaplicy Domu Prymasowskiego na Miodowej do „Solidarności” z Gdyni i wezwał Trójcę Świętą dla uwydatnienia więzi między Ojcem Niebieskim a Jego dziećmi tu na ziemi. Więź i jedność międzyludzka w mocy chrztu świętego staje się obrazem jedności osób Ojca i Syna w Duchu Świętym. Duchowe odnowienie Obrazu Bożego, gdy „idzie nowych ludzi plemię”, dokonuje się we wspólnocie. Proroczo ostrzega prymas przed wejściem w ślady złoczyńców, gdy klucz od kasy państwowej z rąk jednych złodziei przejdzie do rąk drugich. „Właściwe życie polityczne, kierownicze w państwie mogą prowadzić tylko ludzie święci, tacy, którzy mają świadomość odpowiedzialności za swoje czyny; nie można rządzić tylko pięścią, gwałtem a może i podstępem; niech „Solidarność” zacznie tworzyć „nowych ludzi plemię.” Budząca się solidarność narodu daje nadzieję odsunięcia od władzy podstępnych zdrajców.

W zbiorze 10 opowiadań „Koń na wzgórzu” żołnierz pisarz i poeta Eugeniusz Małaczewski (1897-1922) ukazuje bolszewicki nihilizm przeciwstawny miłości chrześcijańskiej. Do twórczości Małaczewskiego i jego przesłania nadziei, zawartego w słowach „idzie nowych ludzi plemię” nawiązywał w kazaniach ksiądz prymas. Polska tradycja wierności Bogu, honorowi i Ojczyźnie, Chrystusowi i Maryi, zwalczana z wielką zaciekłością i pogardą przez satanistycznych zdrajców w połączeniu ze społeczną apatią daje stan polaryzacji postaw. Płytka ocena tego stanu sprowadza się do stwierdzenia: ciągle się kłócą.

Jeżeli jednak pod pozorem kłótni kryje się spór o sprawy podstawowe, o obecność Boga na ziemi i człowieka w niebie, o wierność i zdradę, wówczas nie można wzywać do „pojednania” na zasadzie - przestańcie się kłócić, nie kłóćcie się o słowa. Słowo ma w sobie treść albo jej nie ma, jest słowo prawdy i słowo kłamstwa, jest słowo dobre i słowo złe, zamazywanie tych prostych rozróżnień prowadzi do myślowego zamętu, do zapaści semantycznej. Prawda jest znakiem wspólnoty ale i podziału, zgody ale i sprzeciwu. Jest znakiem, któremu sprzeciwiać się będą. Bóg - Stwórca oddzielił światło od ciemności. Bóg - Zbawca oddziela i pozwala nam oddzielić prawdę od kłamstwa. Tylko wierność prawdzie daje wolność i dobro.

Ks. Stanisław Małkowski

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 12 cze 2012, 18:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
...A kogo jest więcej, głupich czy mą­drych?

„Ciemięzcy” i „poddani”, czyli "jaśniepaństwo" i ich powiernicy

Dzisiejszy obraz szlachty i ziemiaństwa jest podwójnie zmistyfikowany. mieszkańcy dawnych polskich dworów kojarzą się najczęściej z klasą ludzi oderwanych od rzeczywistości. żyjących w luksusie i dla luksusu.

EWA POLAK-PAŁKIEWICZ, „Zawsze wierni”, nr. 6 (157), czerwiec 2012

W obrazie ich życia dominuje bal, polo­wanie i "kuchnia szlachecka". Ten mit prze­trwał w wielu umysłach nie­mal nienaruszony od cza­sów, gdy wyobrażenie o życiu ziemian kształtowa­ła propaganda. A przecież tworzyli ją ci, którzy domy szlacheckie ograbili, mająt­ki rozkradli, a właścicieli zamordowali albo pozbawili prawa zamieszkania nie tyl­ko we własnych domach, ale nawet w obrębie powiatów, na terenie których domy te się znajdowały.

Oprócz propagandy istnieją jednak na szczęście także wspo­mnienia tych, którzy na własne oczy oglądali kontynent zagi­niony pod wodami czerwonego potopu, świat minionego spo­łecznego ładu. Ksiądz Walerian Meysztowicz, przedwojenny radca Ambasady Polskiej przy Stolicy Apostolskiej, w swojej książce poświęca wiele miej­sca ojcu, Aleksandrowi Meysz­towiczowi. Był to jeden z wiel­kich panów litewskich, spad­kobierca dawnej senatorskiej warstwy Rzeczypospolitej, poli­tyków, dygnitarzy, przywódców stronnictwa konserwatywne­go, których przed wojną okre­ślano mianem "Żubrów kreso­wych". Aleksander Meysztowicz był nade wszystko wspaniałym gospodarzem rozległych dóbr na Wileńszczyźnie. W jego sto­sunku do ludzi uderzała życzli­wość i szacunek wobec przed­stawicieli różnych stanów. ,,(...) wyrabiało ją życie w otoczeniu tych, którymi należało się opie­kować. (...) Znał wszystkich lu­dzi w okolicznych wioskach, gotów do pomocy - trady­cyjnej, z pańszczyźnianych czasów, w każdej biedzie". Rodzinnego lekarza, dr. Wi­torta, wysyłał do wiejskich chałup, odbudowywał spa­lone wsie z własnego drew­na. Pracował - przy udzia­le Piotra Stołypina, które­go znał z czasów petersbur­skich. gdy zasiadał w rosyj­skiej Radzie Państwa - nad komasacją gruntów chłop­skich, bo w tym widział szansę na realną poprawę sytuacji włościan.

Wspomnienia bywają za­skakujące. Polonistka mo­jej siostry odmalowała kiedyś swoim uczniom zapamiętaną z własnej biografii sugestyw­ną scenę dorocznego objazdu wiosek przez hrabiego Alfre­da Potockiego z Łańcuta. Oczy dziecka ujrzały obraz bajkowy: Kareta była biała. ze złotym herbem; przez uchylone okno powozu wysuwała się miaro­wo ręka w białej rękawiczce i rzucała na rozmokłą, błotni­stą ziemię cukierki o niebiań­skim smaku. I choć obraz był mocno kiczowaty. a nauczyciel­ka, członkini panującej wów­czas partii, mieszkająca przed wojną w dworskich czwora­kach, zawsze głośno narzekała na "dolę chłopa ciemiężonego przez pana", to gdy o tym opo­wiadała, nagle ubywało jej lat, głos piękniał, a w oczach zapa­lały się błyski.

Jak różne mogą być wspo­mnienia związane z "nierów­nością klasową"! Oto ks. Meysz­towicz opisuje z własnego dzie­cięcego doświadczenia odmien­ne relacje między "państwem" a wsią, tuż przed I wojną świa­tową na Litwie. "(...) w wieczor­nym śniegu, z pierwszą gwiaz­dą zaczyna się napływ ludzi do oświetlonej kolumnowej sieni. Przychodzą wszyscy, ktokol­wiek nie ma we dworze własnej gospodarki, własnej «kuci» dla siebie i najbliższych: starzy ro­botnicy, panowie z administra­cji, dziewczęta z pralni i piekar­ni, parobcy, kowale, stolarze. Pan i Pani witają wszystkich w sieni, przełamując opłatek, ściskając; «prosim dalej» - do sali jadalnej. (...) Sala jadalna w świetle wiszących lamp, złote ramy portretów. Pod nimi tłocz­no wokół w podkowę ustawio­nych stołów, siano pod obru­sami. Pan i Pani usadzają przy stołach - sześć, siedem dzie­siątków ludzi. Dymią wazy czerwonego barszczu. Ryba. A potem - kucia; właśnie ku­cia! Pszenica i groch, rozgoto­wane z migdałami i makiem, w osłodzonej miodem wodzie. (...) Rozwiązały się mowy (...) w stołowym coraz gwarniej. Wybuchają śpiewy, po polsku, po litewsku...".

Dawniej nie wstydzono się oczywistej prawdy, że każdy znajdujący się w niższej war­stwie społecznej może wiele zyskać przez kontakt z osoba­mi z warstwy wyższej, z natu­ry rzeczy wzorcotwórczej. Ten kontakt wewnętrznie udoskona­la, budzi nadzieję, otwiera nowe przestrzenie duchowe. W cza­sach PRL negowano i wyśmie­wano tę oczywistość, zgodnie z zasadami myślenia rewolucyj­nego. Dziś ukazuje się drukiem wiele pamiętników ziemian, które wcześniej znane były tyl­ko wąskiemu kręgowi emi­grantów lub przetrwały gdzieś na strychu. Wcale niepośled­nie miejsce przypada w nich lu­dziom, którzy żyli w najściślej­szej symbiozie z dworem, choć należeli do najniższego stanu.

Ksiądz Meysztowicz już w pierwszym rozdziale przy­wołuje postać litewskiego chło­pa nazwiskiem Szukis, który przez całe życie związany był z majątkiem Meysztowiczów w Pojościu nad Niewiażą. Po uwłaszczeniu wiosek w 1864 roku został na własną prośbę przy dworze. Niezwykle religij­ny, był zarazem kopalnią wia­domości o przeszłości majątku i dworu i jedną z najbliższych osób Waleriana Meysztowicza z dzieciństwa. ,,(...) był inte­gralną częścią tego dworu; ra­zem z tYmi kilkoma setkami ro­dzin z Orzel, Chorążyszek, Węc­lawiszek, Karszynówki, Pakalni i razem z mieszkańcami czwo­raków w Kurhanowie, Dębowie, Trakiszkach, Staruszkach, Pod­gaja, z całą ludnością tych kil­kudziesięciu kilometrów kwa­dratowych dorzecza Josty, któ­rym z woli wielkich książąt przewodzili panowie, był - jak oni wszyscy - związany z tymi panami w jedną całość, solidar­ną i zwartą. (...) w Pojościu pa­mięć ludzka nie przechowa­ła żadnej krzywdy, wyrządza­nej przez panów włości, ani od­wrotnie: włość nigdy panów nie skrzywdziła ani nie zawiodła. Zmiany, uwłaszczenie wiosek, potem dalsze rozluźnienie wię­zi między dworem a wsią, mor­dercza dla dworu reforma rol­na Republiki Litewskiej, dalsze rozproszkowanie wszystkiego pod okupacją sowiecką, wygna­nie panów, a zaraz potem wy­wożenie ludności, osadzanie nie wiedzieć skąd wyrwanych «kau­kazów», kolonizacja rosyjska­ to wszystko przyszło później, z zewnątrz, wbrew woli dworu i wbrew woli włości".

Inny przyjaciel dworu w Po­jościu, chłop nazwiskiem Jo­kajtis, udzielił kiedyś zwięzłej lekcji zdrowego rozsądku mło­demu Walerianowi, gdy ten roz­gorączkowany nastrojami an­ty-carskiego wrzenia zapalał się do demokracji. "Zasada ulega­nia większości, długo tłumaczo­na, poszła w drzazgi pod jego uwagą: «Przepraszam, a kogo jest więcej, głupich czy mą­drych?» (...) Moją diatrybę prze­ciw monarchii, po długim mil­czeniu, zamknął twierdzeniem, iż «trzeba, żeby był pan nad pa­nami». A potrzebę istnienia pa­nów uzasadniał tym, co byśmy dziś nazwali obawą przed biu­rokracją w socjalizmie pań­stwowym: «jak panów nie bę­dzie, to kto ludzi przed czynow­nikami wybroni?»".

Baty za Procenkę

Jakże często stosunek do służby ziemian i szlachty dale­ki był w Polsce od wielkopań­skiej wyższości, jaką próbowało się lansować w popularnych ro­mansach z życia wyższych sfer, w rozmaitych brukow­cach czy w podręcznikach tzw. naukowych, opracowywa­nych na potrzeby komunistycz­nej władzy.

Familiarność w stosunkach z pracownikami majątków była typowym dla nas, ciepłym, wy­nikającym z katolicyzmu i pol­skości, rysem kultury i obycza­ju. Katolicki klimat wychowa­nia w domach ziemiańskich de­cydował, że wiele młodych zie­mianek, ledwo wprowadzonych w tzw. świat, zamiast błyszczeć na balach i rautach, zaciągało się jako sanitariuszki w przy­frontowych szpitalach (w okre­sach wojen i powstań), a w cza­sie pokoju z entuzjazmem or­ganizowało opiekę nad dzieć­mi włościan. Gdy wychodziły za mąż i zostawały paniami domu, niemal natychmiast zakłada­ły ochronki i szkoły we włas­nych majątkach, punkty pomo­cy medycznej, nierzadko małe szpitaliki - i osobiście służyły potrzebującym. Pracownikom ze wsi należała się opieka i co­dzienna troska, to były rzeczy powszechnie rozumiane i prze­strzegane. Także opieka mo­ralna, dbanie o życie religijne. Służbie - szacunek, który był surowo egzekwowany od dzieci w polskich rodzinach.

Eustachy Sapieha (1916-­2001) wspomina swoje dzieciń­stwo w majątku Spusza (dzisiej­sza Białoruś): "Mieliśmy zupeł­ną swobodę, nikomu nie mu­sieliśmy się meldować, wyma­gano tylko dobrego zachowa­nia w domu, czystości rąk, uszu i nóg, prawdomówności, usza­nowania dla starszych i służ­by. U szanowanie dla starszych było nam tłumaczone i przez Miskę (nauczycielkę domową, Angielkę - przypis E.P.P.) bar­dzo przestrzegane, ale usza­nowanie i grzeczność dla służ­by były nam wbijane nawet pasem". Sapieha, syn arysto­kratycznej rodziny, pomawia­nej niejednokrotnie o wiel­kopańskie zepsucie, wspomina po sześćdziesięciu z górą latach, jak jego starszy brat Lew "kiedyś niegrzecznie odezwał się do stajennego Pro­cenki i oberwał za to baty, i to szpicrutą". "Ostatnie lanie do­stałem już po moich pierwszych wakacjach szkolnych" - nie omieszkał zaznaczyć. Była to kara za straszenie przyjeżdża­jących chłopów i interesantów, w przebraniu, w balowej ma­sce matki i z wiatrówką w ręce, okrzykiem: "stać, bo będę strze­lał!". Prawdziwe, nie przenoś­ne, lanie "na goły tyłek", jak zaznacza autor wspomnień, wlepił mu osobiście ukochany nauczyciel, Wacław Iwanow­ski. "Dziewczynki nigdy pasa nie dostawały, więc ich rzadkie kary były bardziej wyrafinowa­ne. Izia za to, że była niegrzecz­na dla Michała, musiała przy Mamci, przepraszając, pocało­wać go w rękę; biedny służący Michał po tej scenie upadł na kolana i rozpłakał się".

Domek starego kucharza

"Pamiętam z dzieciństwa ro­dzinę Sochów - wspomina Sta­nisław Wielowieyski. - Socho­wie od setek lat byli związani z naszym rodzinnym majątkiem w Lubczy (kieleckie). Gdy przy­jeżdżaliśmy do Lubczy, pierw­sze kroki kierowaliśmy do sta­rego kucharza Sochy. W poło­wie lat trzydziestych był to już człowiek po osiemdziesiątce. Razem z moim pradziadkiem, Adamem, brał udział w powsta­niu styczniowym. Uratował pradziadkowi życie. Szliśmy do niego - mieszkał z żoną, staruszką - i witając się cało­waliśmy kucharza i jego żonę w rękę. Takie były zasady i ta­kie reguły. (...) Kucharz So­cha miał własny domek i ktoś z pracowników majątku mu po­magał. Był, by tak rzec, hono­rowym mieszkańcem majątku, całkowicie na utrzymaniu Lub­czy. Inny przykład dotyczy or­dynansa (wojskowego służące­go ojca, w latach 1919-1920), Marcina Kani. Walczył z ojcem w bitwie z bolszewikami pod Naczą, którą ojciec dowodził. Gdy wrócili z wojny, został ka­merdynerem ojca.

Mieszkali ­Marcin Kania i jego żona, która była klucznicą i szefem kuch­ni - razem z nami we dworze. Jego córka, Teresa, była rówieś­nicą mojej siostry. Wychowywa­liśmy się wspólnie, we czwór­kę. Kiedy zostaliśmy wyrzuce­ni z Chełma, Teresa Kania za­mieszkała z nami w Radomsku, a potem w Krakowie. Chodziła na uczelnię razem z moją sio­strą. Tak się traktowało służbę. To były stosunki bardzo bliskie, ciepłe, rodzinne".

"Moja matka, Katarzyna z Kurnatowskich Wielowiey­ska, założyła w parafii Akcję Katolicką Kobiet oraz organi­zację Młode Polki. Istniała też w naszym majątku ochronka dla dzieci, dla której wzorem było dzieło Edmunda Bojanow­skiego - dziś błogosławionego - naszego krewnego z Wielko­polski. Takie ochronki istnia­ły w wielu majątkach, opieko­wano się nie tylko dziećmi pra­cowników folwarcznych, ale także rolników ze wsi. Było to zarazem miejsce przygotowa­nia dzieci ze wsi do życia ka­tolickiego. Prowadzącą naszą ochronkę osobę starannie wy­brano, była członkinią III zako­nu franciszkańskiego. Wszyst­kie święta kościelne obchodzo­no we dworze w powiązaniu z ochronką. (...) Nie było u nas lekarza (pojawił się dopiero w czasie wojny). Do tego cza­su matka prowadziła w domu aptekę. Przyjeżdżali do niej lu­dzie często z bardzo daleka. Udzielała pomocy we wszyst­kich nagłych wypadkach, za­każeniach, zatruciach, oparze­niach... Oczywiście bez żadnej gratyfikacji".

Chłopi i służba odwdzięcza­li się jak mogli. Zwłaszcza, gdy przyszły czasy zagłady dwo­rów. "Kiedy w marcu 1945 roku matkę wyrzucano z majątku - wspomina Stanisław Wielo­wieyski - jej dawni podopiecz­ni specjalnie przejeżdżali, by ją osłonić, pomóc jej. Próbowali nawet jakoś ją ratować przed tym - oczywistym w ich prze­konaniu - gwałtem. Z własnej inicjatywy zorganizowali wozy, by wywieźć do Radomska nasze meble. Pamiętam, jak serdecz­nie się do nas odnosili. Wielu z tych ludzi było kolegami mo­jego starszego brata z party­zantki AK-owskiej".

Podobne więzi łączyły ze wsią Aleksandra Meysztowicza, gospodarza wielkiego mająt­ku w Pojościu na Litwie Środ­kowej. "Nie był chłopomanem, widział dobre i złe cechy ludzi (...). Dobroczynność wobec ubo­gich jednała mu sympatię w tej licznej w Wilnie grupie ludzi. Pijak-epileptyk z rogu Zygmun­towskiej ostrzegał go w czasie okupacji bolszewickiej".

"Rząd Litewskiej Republi­ki ogłosił konfiskatę Pojościa. Tylko teraz widzę, z jaką pogo­dą i siłą ducha zniósł mój ojciec ostateczną klęskę próby odbu­dowy Wielkiego Księstwa, po­łączoną z utratą Pojościa (...) tylko głęboka wiara dała mu możność pogodzenia się z wolą Bożą".

Gdy 17 września 1939 roku Maria ze Zdziechowskich Sapie­żyna próbowała opuścić swój dom w Różanie, wraz z całą ro­dziną, służącymi i ich rodzina­mi, których zamierzała wziąć pod opiekę - tak samo jak własne dzieci i krewnych ­w realiach przymusowej wo­jennej tułaczki, nagle przed do­mem pojawiła się grupa nie­znanych cywili. "Kątem oka zo­baczyłam wymierzone w nas pistolety! Kilku uzbrojonych ludzi szło ku nam aleją". Naj­pierw zaczęła krzyczeć: "Cokol­wiek zrobicie, zostawcie dzieci w spokoju!... Nie rozstrzeliwuje się dzieci!".

Nieznośną ciszę, która nastąpiła potem, prze­rwał nieoczekiwanie ciepły, spo­kojny głos. To był stary sługa, kucharz Cydzik, ubrany w wy­krochmalony, biały fartuch i kucharską czapkę. Zaprosił tych ludzi do domu, ofiarowu­jąc im wino i wódkę, jedzenie, ubrania, strzelby - wszystko, co chcieli i mogli zabrać". Słu­chali go przez chwilę w milcze­niu i następnie - z jakichś nie­pojętych powodów - ci, którzy przyjechali zabić na oczach wsi gospodynię tego domu, i w ten sposób ustanowić tu nowy bol­szewicki porządek, pozwolili jej, wraz z bliskimi, bezpiecznie opuścić Różanę.

"Jaśniepaństwo" i ich powiernicy

"Z moich wspomnień i roz­myślań wynika - pisała w swo­ich Wspomnieniach Maria z Czetwertyńskich Tarnowska - że ludzie byli wtedy szczęś­liwsi, nie marnowali życia na szukanie odmiany. Wieśnia­cy byli świadomi swej ogrom­nej roli w majątku, a z właści­cielami łączyły ich przyjazne, niemal rodzinne więzy. Podob­nie służba. Każdy z tych ludzi na swój sposób przyczynił się do tego, że miałam szczęśliwe dzieciństwo" .

Jeden z najbardziej dyskret­nych ludzi pracujących w domu rodzinnym Marii Tarnowskiej w Milanowie na Lubelszczyźnie, Karol Parchimowicz, strzelec i osobisty służący ojca autorki, był zarazem uważnym obserwa­torem ludzkich zachowań. Dzię­ki kulturze, taktowi i bystrości, jakimi się odznaczał, stał się powiernikiem małej Marii w jej kłopotach z pierwszą, niefor­tunnie dobraną nauczycielką i zapobiegł rodzinnej katastro­fie pedagogicznej.

"Mama wszędzie zabierała mnie ze sobą. Osobiście zarzą­dzała majątkiem (...). Chodzi­łyśmy we dwie po kurnikach i stajniach, objeżdżałyśmy naj­dalsze folwarki. Czerwcowe słońce jaśniało nad szerokimi łanami zbóż, które kołysały się poruszane łagodnym wiatrem, a dojrzewające kłosy z cichym szelestem chyliły się pod włas­nym ciężarem. Trudno opisać urok i spokój tej rozległej rów­niny, którą otaczała granato­wa wstęga lasu. Mama raz po raz nakazywała stangretowi, by się zatrzymał, bo chciała coś sprawdzić. Gdy nie była pew­na, do kogo należy koń stojący na drodze, albo gdzie przebie­ga granica pól, zwracała się do stangreta lub parobka.

«Czyje to?» - pytała, a oni jej nie mówili, że «księżnej pani» albo «milanowskie», tyl­ko za każdym razem odpowiadali: «Nasze»".

W domu rodzinnym Ma­rii, oprócz rodziców i pięcior­ga rodzeństwa, mieszkało na stałe grono przyjaciół domu. Do stołu wraz z gospodarzami i dziećmi siadała m. in. wycho­wawczyni Marii, pan Józef Ra­doszewski, znany zbieracz sta­rożytności, i książę Kalikst, oj­ciec pana domu, powstaniec z 1831 roku.

Harmonia obcowania w ro­dzinnym środowisku z ludźmi różnych stanów była czymś, co nie mogło pozostać bez wpływu na kształtującą się osobowość Marii. Ten niedoceniany przez współczesnych, zafascynowa­nych zewnętrznymi atrybutami życia ziemian, tak istotny ele­ment życia we dworze utwier­dzał prawdę o istnieniu porząd­ku świata opartego na miłości.

Rodzinny Milanów to rów­nież kościół fundacji prababki Marii Tarnowskiej i szpital dla pracowników majątku i miesz­kańców okolicznych wsi. Fun­dacja miała wartość 30 tysięcy rubli. Szpital prowadziły sio­stry szarytki, a dwa razy w ty­godniu z miasteczka przyjeż­dżał lekarz. Koszty leczenia po­krywały dochody z gruntów i kapitału oddanych na funda­cję. W owych odległych cza­sach był to typowy styl postę­powania "krwiopijców i wyzy­skiwaczy', jak uczono przez czterdzieści z górą lat dzieci w peerelowskich szkołach. Bab­ka Marii Tarnowskiej, Julianna Wanda Uruska, znana w swoim środowisku z szerokiej działal­ności dobroczynnej, była damą wielce przewidującą; w testa­mencie umieściła klauzulę, że w razie usunięcia ze szpita­la kapelana i sióstr zakonnych cały majątek fundacji zostaje zwrócony właścicielom mająt­ku. Katolicki kościół wybudo­wano tu w okolicy zamieszka­nej w dużej mierze przez uni­tów i prawosławnych. Rodzi­ce Marii Tarnowskiej niejedno­krotnie bronili grekokatolików, którzy dawali przykład odwa­gi w obronie wiary, przed ok­rutnymi prześladowaniami za­borców. Dzięki interwencji ojca Marii, Włodzimierza księcia Świętopełk -Czetwertyńskiego, powstańca styczniowego i Sy­biraka, obywało się bez prze­lewu krwi, choć Rosjanie pró­bowali zainstalować w mila­nowskim szpitalu prawosław­ny ośrodek.

O przyjaznych i zażyłych sto­sunkach łączących rodziców (właścicieli ogromnych dóbr na Litwie) oraz włościan pisze tak­że Mieczysław Pieriejesławski­ -Jałowiecki, ziemianin i pierw­szy pełnomocnik rządu polskie­go w Wolnym Mieście Gdańsku:

"Co niedzielę po nabożeń­stwie spieszyłem się, by zoba­czyć się z moją chrzestną. Cze­kała na mnie przy swojej do­brze okutej i pięknie wymalo­wanej nietyczance, zaprzęgnię­tej w parę okrągłych jak ogór­ki mierzynków. W rodzinie mo­jej przestrzegano tradycji, aby jednym z rodziców chrzestnych był wieśniak z sąsiednich wsi. Chłopca trzymała do chrztu go­spodyni, a dziewczynkę gospo­darz. Moją chrzestną była wdo­wa Weronika Pełedas, zamoż­na gospodyni z wsi Pełedy. Zja­wiała się w kościele przybra­na w całej krasie litewskich sa­modziałów, z jedwabną chust­ką na głowie i z ciężkim sznu­rem korali. Miała włosy jasne jak len, niebieskie oczy i pięk­ną twarz. Mateusz, nasz sta­ry stangret, zazwyczaj patrzą­cy z wysokości swego kozła z dużą pobłażliwością na zgro­madzonych przed kościołem pa­rafian, względem mojej chrzest­nej zachowywał wielki szacu­nek i zwykł był mówić:

- Chrzestna panicza to aku­ratna i sławna gospodyni na całą parafię kukuciską, a kie­dy przystroi się na odpust do kościoła, to paniczu... wprost alleluja.

Lubiłem bardzo moją chrzest­ną, gdyż była pogodna, miła i nieraz służyła mojej matce radą w różnych drobnych kło­potach gospodarstwa domo­wego. Uciekałem również do chrzestnej, kiedy chciano mnie ukarać. (...) Chrzestna nazywa­ła mnie zawsze z litewska po imieniu w trzeciej osobie. Słu­chała moich skarg uważnie, ale nigdy nie brała mojej stro­ny i często dawała mi takie po­uczenie, które bardziej ukształ­towało moją katolicką postawę, niż zrobiłby to jakikolwiek ka­techeta.

- Czy to Pan Bóg dał czło­wiekowi wolę, aby go każdy za nos wodził? - pytała, gdy zro­biłem coś złego. - Szczupak w naszej Zejmianie, tak on pły­nie swobodny w jedną i drugą stronę, a za przeproszeniem, słoma czy kawał drzewa płynie tam, gdzie prąd poniesie".

Wileńska gazeta "Słowo" za­mieściła w październiku 1938 roku informację o śmierci prof. Mariana Zdziechowskiego, uro­dzonego w Nowosiólkach w po­wiecie mińskim, potomka sta­rego szlacheckiego rodu, rek­tora Uniwersytetu Wileńskiego, uczonego znanego w świecie ze swoich antykomunistycznych poglądów oraz głębokiego reli­gijnego i filozoficznego spojrze­nia na problem Rosji.

"W podwórku domu Zdzie­chowskich na ceglanej podło­dze suteryny klęczał mężczyzna. Zdaje się, że się modlił, a z szeroko otwartych oczu pły­nęły łzY. Stary stangret, który 25 lat służył u profesora, opła­kiwał zgon pana".

Zabawa w odwracanie ról

Juliusz Kaden-Bandrowski opisuje moment, gdy jego oj­ciec, szacowny krakowski le­karz, z powodu pragnienia, by na co dzień przebywać w ele­ganckim świecie, w ciągu jed­nego dnia wyzwolił się raz na zawsze ze swoich obowiązków. Przyjął posadę dyrektora tea­tru. Żeby zerwać z dawnym ży­ciem, musiał uciec się do psy­chodramy.

"Rano, po śniadaniu, kazał ojciec wyjść Tomaszowi [sta­remu służącemu] do sieni i za­dzwonić w charakterze chore­go. Musieliśmy być przy tym wszyscy w przedpokoju.

Cóż miał Tomasz robić? Za­dzwonił i jak mu kazano, spytał w drzwiach:

- Czy zastałem pana konsy­liarza?

Ojciec ukłonił mu się nisko i odpowiedział:

- Przepraszam pana dobro­dzieja, ale pan doktór wyjechał i nigdy już nie wróci.

Wybuchnęliśmy śmiechem. Tomasz się zaczerwienił, ojciec dobył z pularesu papierek dwu­dziestokoronowy i wręczył go uniżenie pacjentowi:

- Służę panu dobrodziejo­wi i bardzo przepraszam za za­wód. Pan będzie łaskaw powie­dzieć chorym pana konsyliarza, że każdemu chętnie zapłaci, by­leby ich już nigdy w życiu nie oglądać".

Tomasz się nie śmiał, bo całą tę maskaradę, zabawę w od­wracanie ról, uznawał za rzecz gorszącą. Jako człowiek myślą­cy logicznie uważał hierarchię za fundament budowy świata. Świat z zakłóconą hierarchią (zawód dyrektora teatru stał w ówczesnej hierarchii daleko niżej niż czcigodne powołanie lekarza) był mu obcy z natury rzeczy. Ten sam sługa wymó­wił zresztą służbę w dniu, gdy jego pan, przejęty socjalistycz­ną modą, posadził za stołem w jadalni chłopską parę z pod­krakowskiej wsi, a on musiał im usługiwać. Wtedy uznał, że system logicznie porządkują­cy świat według odwiecznych zasad został w tym domu na­ruszony. On może, a nawet po­winien usługiwać - ale tylko tym, którzy stoją wyżej od nie­go w hierarchii. Tę prawidło­wość wszyscy rozumieli bez

słów. Dlatego "państwo" za­chowywali się taktownie i de­likatnie i nigdy nie stawiali służby w dwuznacznych sytua­cjach. (Jacek Jerzy Nieżychow­ski wspomina, że jego dziad­kowie, którzy traktowali służ­bę w sposób wyjątkowo przyja­zny, w swoim domu w Granów­ku zawsze osobiście uczestni­czyli w Wigilii dla służby do­mowej i pracowników mająt­ku, a młodziutkie panienki, ich córki, w białych koronkowych fartuszkach podawały służbie do stołu).

Profesor Paweł Stępień z UW przypomniał podczas jednego z wykładów [Wykład został wygłoszony w Gimnazjum i Liceum im. Św. Toma­sza z Akwinu w Józefowie] zasady rządzące dziełem stworzenia, jakie od­krywała średniowieczna teolo­gia i filozofia. Znajdowały one odzwierciedlenie w sztuce i ar­chitekturze tego czasu. Archi­tektura i geometria stwórcze­go dzieła Boga tworzy wzorzec najdoskonalszej budowli i naj­doskonalszego poematu, za­uważył prof. Stępień. Człowiek żąda tego, co piękne. Dlatego zwraca się ku Bogu. Piękno ro­dzi miłość. Ludzie średniowie­cza wiedzieli, że świat musi być doskonały - ze względu na Stwórcę i cel. I w sztuce po­sługiwali się zasadą harmonii, główną zasadą tworzenia świa­ta przez Boga. Istotą harmonii jest hierarchia.

Harmonią opartą o hierar­chiczny ład odznaczał się też w średniowieczu porządek spo­łeczny i prawny. Krzyż powi­nien znajdować się w samym środku Wszechświata, uważano w epoce, w której królował nad­przyrodzony ład. Symetria, pro­porcja - niezbędne cechy dzie­ła stworzenia musi uwzględ­niać każda twórczość. Organi­zacja społeczeństwa w Średnio­wieczu także uwzględniała ten wzorzec: skierowana była ku górze, ku Bogu, by Go chwa­lić. Społeczeństwo było hierar­chiczne.

Średniowiecze było epoką żelaznej logiki. Odkrywało po­rządek świata stworzonego we­dle miary, liczby i wagi. Kul­tura średniowiecza ukazywała grzech pierworodny jako wy­wrócenie porządku, odwrócenie hierarchii. Grzech był narusze­niem zasady doskonałego, ma­tematycznego uporządkowania wszechświata (wąż góruje nad kobietą Ewą, mężczyzna Adam jest w upadku). Przeciwień­stwem harmonii, przeciwień­stwem porządku jest chaos, jaki wprowadza grzech. Grzech od­wrócenia się od Boga wprowa­dza ciemność, chaos i śmierć.

Rodzina Potockich nadawa­ła życiu towarzyskiemu Krako­wa XIX wieku arystokratycz­ny rozmach, jej specjalnością były oryginalne bale, które wy­dawano dla całego miasta. By­wali na nich mieszczanie, kup­cy, ludzie, których kultury oso­bistej gospodarze byli pewni. W 1913 roku wydano karnawa­łowy bal w pałacu na rogu ul. Brackiej i Rynku, własności Po­tockich z Peczary. Goście przy­byli w strojach z czasów Ludwi­ka XVI i Marii Antoniny. Gospo­darz, Franciszek Potocki, wy­stąpił, niczym postać z opery, w białej peruczce z czarną ko­kardą i "fraku beżowym Direc­toire". Stosowne kostiumy do­stała także służba. Kiedy roz­bawiona Zofia Zamoyska z Wy­socka zwróciła się na tym balu do jednego ze służących z po­rozumiewawczym uśmiechem i słowami: "A to z nas małpy zrobili, prawda Wojciechu?", ten odpowiedział z całą powa­gą: "Ze mnie nie, proszę pani hrabiny".

A Eugeniusz Melchior de Vo­güe dodaje: ,,(...) zawsze gdy ja­kieś społeczeństwo porzuca sta­re dystynkcje, stare moce du­chowe i doczesne, pozostaje je­den pan niezachwiany, najbar­dziej drobiazgowy i najtwar­dszy z panów, a jest nim pie­niądz. Wznosi się on na najwyż­sze z opróżnionych stanowisk, przywłaszcza autorytet wyrwa­ny swoim rywalom, ustanawia ponownie na swoją korzyść, pod inną postacią, wyróżnie­nia i przywileje. Wszyscy mu są posłuszni".

Ksiądz Delassus, odnotowu­jący trwające we Francji od po­nad dwustu lat (a pisał te słowa w pierwszej dekadzie XX wie­ku) skłócenie klas społecznych, żywiących wobec siebie uprze­dzenia i nienawiść, konkludu­ję: "Narodowi może przyda­rzyć się coś gorszego niż utra­ta wojska i okrętów, niż ban­kructwo finansowe czy też na­pad na jego terytorium. To po­rzucenie tradycji i utrata idea­łu. Historia wszystkich ludów to potwierdza".

Dziś w Polsce widać ogrom­ną tęsknotę za nadprzyrodzo­nym ładem. Rzadko wypowia­dana jest ona wprost. Zmie­szanie ludzi różnych kondy­cji w jeden nieuporządkowany twór to mieszanka wybucho­wa, to źródło nigdy niezaspo­kojonych ambicji, niepokojów, wiecznych pretensji i frustracji. To coś sztucznego, nienatural­nego. Miejsca zajmowane przez ludzi w każdym społeczeństwie nie mogą być takie same. Rów­ność jest mitem.

Prawdziwa hierarchia, wy­nik uznania nadprzyrodzone­go ładu, panowania nad świa­tem Boga, porządkuje społe­czeństwo, zapewnia mu spo­kój i szczęście. Daje szansę mi­łości - miłości do siebie ludzi, którzy potrzebują siebie na­wzajem. Więzi między nimi są trwałe, mają racjonalną podsta­wę. Taka miłość nie jest jedynie emocją ani sentymentem zwią­zanym z doraźnym poszukiwa­niem bezpieczeństwa czy przy­jemności, lecz wynika z ugrun­towanego poczucia wzajemnych obowiązków.

A te mogą mieć źródło wy­łącznie w uznaniu Boga za jedy­nego Pana.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=80


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 28 cze 2012, 23:11 
Offline
Stażysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, 22:07
Posty: 131
Dowód na to, że wielu młodym ludziom przyświeca hasło :Bóg, Honor i Ojczyzna i, że pamiętają o polskiej tradycji. Wzruszające wykonanie przez młodych ludzi przy ognisku Pieśni Konfederatów Barskich Juliusza Słowackiego.


_________________
"Taniec, to nie układ figur,
żeby go zatańczyć, trzeba zrozumieć ile
każda chwila jest warta."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 16 sie 2012, 15:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Zbudź się rycerzu!

Przed dziewięćdziesięcioma dwoma laty pod Warszawą rozegrała się jedna z najdonioślejszych bitew w dziejach świata, stanowiąca do tej pory ostatnie spośród wspaniałych zwycięstw ducha i oręża polskiego nad naszym odwiecznym wrogiem.

Moskal - z racji wielokrotnej przewagi po ludzku nie do pokonania - pobity został sromotnie tak, jak ongiś zmłócon był, wraz ze swoim sprzymierzeńcem Szwedem, przez naszą niezwyciężoną husarię pod Kłuszynem. I co tu więcej gadać po próżnicy? - Victoria! Gloria!

Godzi się jednak zauważyć nieprzecenialne globalne znaczenie owego polskiego zwycięstwa. Pisze o tym bardziej szczegółowo pan Valdis Grinsteins w paralelnej wypowiedzi zatytułowanej “Skąd się wzięły Polish jokes?”. Osobiście ograniczę się w tym miejscu do stwierdzenia, iż w Roku Pańskim 1920, pokonując i powstrzymując napierające ze wschodu barbarzyńskie hordy, po raz kolejny z Bożą pomocą ocaliliśmy chrześcijańską Europę i cywilizację świata Zachodu.

W związku z tym wiekopomnym wydarzeniem pragnę zwrócić uwagę na nie mniej wspaniałe zwycięstwo, które się wtedy dokonało w sferze ducha w Narodzie. Otóż w sercach Polaków nastąpiła jakże cudowna i porywająca eksplozja naszej sarmackiej tożsamości! Wówczas, w obliczu śmiertelnego zagrożenia - i w poczuciu przynależności do wielowiekowego rycerstwa Przedmurza Chrześcijaństwa - byliśmy najbardziej sobą. Spełniliśmy naszą odwieczną misję dziejową w miejscu, które nam Pan Bóg wyznaczył. Odwołując się do obrazu średniowiecznego miasta, zauważamy, iż rynek wraz z okalającymi go ulicami stanowi miejsce szczególnej aktywności kupców i rzemieślników. Tam też powstaje kultura mieszczańska. Aby ta mogła się bezpiecznie rozwijać, potrzebne są miastu mury tudzież mężni obrońcy: rycerze. Miejsce rycerzy jest na szańcach, rubieżach - przy murach. Takie właśnie miejsce w Europie przed wiekami wyznaczył nam Pan Bóg, powierzając naszemu narodowi rycerską misję obrony wspólnego dobra. Stąd też, w odróżnieniu od większości europejskich narodów, nie zbudowaliśmy jakiejś szczególnej kultury mieszczańskiej, ponieważ nasza mentalność i kultura - jako zrodzone z rycerskiego ducha - pozostają na wskroś szlacheckie. Pod tym względem najbliżej nam do naszych braci Węgrów. Z Madziarami od wieków łączy nas, Sarmatów rycerski duch i szlachecka kultura. Oni też nam szczególnie pomogli w wojnie bolszewickiej, dostarczając nam bezcenną amunicję.

Wracając do tamtej wojny, zauważmy jak wspaniałe dokonało się wówczas zwycięstwo ducha w sarmackich sercach Polaków. Jako godni następcy dawnych rycerzy, którzy z pieśnią “Bogurodzica” na ustach, z ryngrafami z Matką Bożą na piersiach i pod Jej sztandarami ruszali w bój - nasi żołnierze i ochotnicy w okopach, rodziny w domach oraz tłumy gromadzące się w kościołach - wszyscy trwali na modlitwie różańcowej, wzywając imienia naszej Hetmanki i Królowej. Dla nich oczywistą sprawą było to, że, podobnie jak w Roku Pańskim 1683 - jako rycerstwo Przedmurza i przednia straż Stolicy Apostolskiej - my, Polacy oto znów stanęliśmy, aby bronić zarówno naszej ukochanej ziemskiej Matki - Polski, jak i świętej Matki - Kościoła, drogich sercom tradycyjnych wartości, od wieków po Bożemu trwającego Starego Świata...

Czy dzisiaj w wojnie toczącej się w mediach - w polityce i w kulturze - zdolni jeszcze jesteśmy do podobnej determinacji? Czy potrafilibyśmy w sobie odnaleźć ducha rycerstwa Przedmurza, usłyszeć wołanie sarmackiej duszy Narodu? - Zbudź się rycerzu!

ks. Roman Adam Kneblewski

http://www.pch24.pl/zbudz-sie-rycerzu-,5031,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 27 sie 2012, 14:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Jasna Góra: odnowiono Śluby Narodu Polskiego

Pod przewodnictwem Prymasa Polski abp. Józefa Kowalczyka na Jasnej Górze w niedzielę odbyły się doroczne uroczystości ku czci Matki Bożej Częstochowskiej. W ich trakcie dokonano odnowienia Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego.

Jak co roku w święto Matki Bożej Częstochowskiej we Mszy św. wzięli udział członkowie Episkopatu Polski. Oprócz aktualnego prymasa, Mszę św. celebrowali kard. Józef Glemp, abp Józef Michalik - przewodniczący KEP i metropolita częstochowski Wacław Depo, który wygłosił kazanie.

Apelując w nim o żywą wiarę przestrzegał przed "wybiórczym chrześcijaństwem". - W Ewangelii nie można przebierać, czyniąc z niej wybiórcze chrześcijaństwo! – mówił na Jasnej Górze abp Wacław Depo. Nawiązując do odczytanej Ewangelii o weselu w Kanie Galilejskiej metropolita częstochowski stwierdził, że „Kana to dom i szkoła modlitwy, która czyni cuda”. Zwrócił uwagę, że duchowość maryjna nie kończy się na „zapatrzeniu w Maryję”, ale zobowiązuje do życia zgodnego z Ewangelią jej syna, dlatego - jak dodał – jest to szkoła ewangelicznego radykalizmu.

- Nasz kult do Matki Jezusa nie jest wcale najłatwiejszą drogą życia i drogą do królestwa niebieskiego. Maryja podobnie jak Jezus stawia trudne wymagania – mówił. Podkreślał, że „w Ewangelii nie można przebierać, czyniąc z niej wybiórcze chrześcijaństwo”. Nie można przyjąć jedno, a drugie odrzucić, bo już jest za stare i nie pasuje do lansowanego kompromisu – zaznaczył.

Abp Depo zachęcał też do dobrowolnego wyboru Chrystusa i przylgnięcia do Niego na wzór Maryi. Zdaniem metropolity częstochowskiego, „Maryja jest żywą pamięcią Kościoła na ziemiach polskich”. – Pamięć maryjna – jak mówił - to nie tylko zapis historycznej przeszłości lecz także obok umysłu i woli trzecia siła duchowa człowieka. Podkreślił też, że „Maryja łączy Wschód z Zachodem”. - Bogu niech będą dzięki za ten akt z 17 sierpnia i Przesłanie do Narodów Polski i Rosji – wołał na Jasnej Górze kaznodzieja.

Po modlitwie powszechnej Prymas Polski abp Józef Kowalczyk odnowił Jasnogórskie Śluby Narodu, uzupełniając je o aktualne wezwania. W tej modlitwie powierzył Maryi również „wspólne Przesłanie Kościoła katolickiego w Polsce i Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego do Narodów Polski i Rosji, podpisane 17 sierpnia w Warszawie.

Prymas Kowalczyk oddał Maryi „wszystkie sprawy Ojczyzny, zwłaszcza te, które – jak stwierdził - budzą uzasadniony niepokój”. W modlitwie powierzył opiece Matki Bożej ludzi chorych i niepełnosprawnych, a także bezdomnych, opuszczonych i samotnych oraz dzieci ulicy.

Zwracając się do Matki Bożej, powiedział też, że „wolność nie jest ulgą lecz trudem wielkości” i dlatego prosił w modlitwie, by wspierała Polaków. - Powierzamy ci naszą nadzieję, na skuteczną odnowę naszego narodu – dodał i modlił się, „abyśmy nie ulegli destrukcyjnej presji relatywizmu moralnego”.

Prymas Polski w akcie zawierzenia modlił się też, aby Polacy potrafili odczytywać znaki czasu oraz rozumieć wyzwania nowej rzeczywistości historycznej, społecznej i gospodarczej, a także o łaskę umiłowania daru życia i dobra wspólnego.

Uroczystą celebrę ku czci Matki Bożej Częstochowskiej z udziałem Episkopatu Polski poprzedziło poświęcenie przez abp. Kowalczyka nowego wotum na Jasnej Górze, jakim jest ufundowana przez Instytut Prymasowski z okazji 70-lecia jego istnienia Tablicy Jasnogórskich Ślubów Narodu. Przeor Jasnej Góry o. Roman Majewski nazwał tekst tych ślubów „polskim rachunkiem sumienia”. Odsłonięcia tablicy dokonali świadkowie tamtych wydarzeń - ówczesny przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński i Maria Okońska, współzałożycielka Instytutu Prymasa Wyszyńskiego.

W uroczystości uczestniczyli także liczni pielgrzymi. Główną Mszę odpustową poprzedziła ich modlitwa pt. "Wypełniamy Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego”. Nocne czuwanie modlitewne w kaplicy Matki Bożej poprowadzili przedstawiciele ruchu Pomocnicy Maryi Matki Kościoła.

Według paulinów, którzy opiekują się jasnogórskim sanktuarium, w tym roku uczestników uroczystości było 80 tys. Na odpust do sanktuarium przyszło ponad 35 tys. pieszych pielgrzymów, aż o 4 tys. więcej niż przed rokiem.

Źródło: KAI

http://www.pch24.pl/jasna-gora--odnowio ... 306,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 06 wrz 2012, 08:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Wojciech Wencel

Polityczna siła romantyzmu

W czasach, gdy uprawianie realnej polityki niepodległościowej staje się niemożliwe, siłą, która broni Polaków przed załamaniem i kolaboracją, są arcydzieła narodowej literatury.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 29 sierpnia 2012

Życiem umysłowym III RP rządzą biegunowe konstrukcje, mające ilustrować rzekomą opozycyjność tradycyjnych systemów wartości. Jeśli jesteś chrześcijaninem, musisz być obojętny wobec ojczyzny, bo „nikt nie może dwóm panom służyć”. Jeśli jesteś patriotą, z całą pewnością traktujesz wiarę „instrumentalnie”. Albo jesteś romantykiem, albo realistą. Albo zajmuje cię kultura, albo polityka. W efekcie ludzie, którzy mogliby dopełniać się wzajemnie w walce ze złem tego świata, tracą świadomość wspólnotowego losu. Katoliccy hierarchowie i publicyści nagle ogłaszają, że nie interesują ich realia geopolityczne, i upodabniają się do hippisów biegających po ukwieconej łące z okrzykiem: „Miłość! Pokój! Braterstwo!”. Pozytywiści przestają pracować nad zabezpieczeniem polskości i próbują usunąć „szkodliwy” romantyzm z narodowej tradycji.

Uleganie fałszywym alternatywom jest skutkiem medialnej propagandy, ale niekoniecznie tej uprawianej świadomie przez usłużnych dziennikarzy. To raczej efekt kultu wyrazistości, od lat szerzonego przez kolorowe pisma i serwisy informacyjne. Człowiek dobrej woli, sklasyfikowany jako działacz pro-life, pragmatyczny konserwatysta czy dogmatyk wolnego rynku, stopniowo zaczyna widzieć siebie jako nieugiętego rycerza Wielkiej Sprawy. Aby sprostać temu wizerunkowi, pragnie całkowicie poświęcić się walce o prawdę w dziedzinie, która szczególnie go niepokoi. Dziedzina ta, wyrwana z szerszego kontekstu, staje się dla niego jedynym polem walki o przyszłość świata. Oczywiście wysiłki samotnych rycerzy skazane są na klęskę. Przy znacznej mobilizacji wyznawców Wielkiej Sprawy mogą spowalniać postępy globalnych tendencji, ale ich nie powstrzymają. Jedyna droga do zwycięstwa wiedzie przez polską wspólnotę narodową: jej kulturę, w której chrześcijańskie i wolnościowe dążenia występują w pakiecie, i silne państwo, zdolne bronić tych wartości na forum międzynarodowym.

Warunkiem powodzenia jest zbiorowe docenienie posmoleńskiego romantyzmu, który samotni rycerze uznają dziś, w najlepszym razie, za emocjonalną maskaradę. Jednak w dziejach Polski romantyzm zawsze miał ogromne znaczenie polityczne. Bez tego zasiewu polskości zwolennicy pracy u podstaw nie mieliby czego uprawiać. Prześledźmy kolejne fazy: XIX-wieczny romantyzm poetów i spiskowców, pozytywizm po Powstaniu Styczniowym, romantyzm legionów, pozytywizm II RP, romantyzm czasu wojny (kampania wrześniowa, Powstanie Warszawskie, antykomunistyczna partyzantka), czystka niepodległościowej inteligencji i szczątkowy pozytywizm w PRL, romantyzm Solidarności stłumiony w stanie wojennym i przy Okrągłym Stole. Właśnie to brutalne zduszenie dwu ostatnich erupcji polskiego romantyzmu powoduje, że w III RP tak wiele jest prywaty, a tak mało postaw obywatelskich. Trwałość przyszłego pozytywizmu zależy od tego, ile ognia zdołamy dziś wykrzesać z powstańczych tradycji i narodowej poezji.

Juliusz Mieroszewski, faktyczny twórca myśli politycznej paryskiej „Kultury”, napisał w 1955 r., że „w naszym odwiecznym dramatycznym sporze z racjami geopolityki, które skazują nas na nicość, sztuka narodowa dostarczyła dowodów, których realna polityka dostarczyć nie mogła. A jeżeli mieliśmy przetrwać, ktoś tych dowodów dostarczyć musiał”. W Adamie Mickiewiczu i arcydziełach polskiej literatury dostrzegł Mieroszewski polityczną siłę, która zracjonalizowała instynkt woli życia w sytuacji, gdy niepodległość była nieosiągalna. Bez tego – dowodził – „nastąpiłoby załamanie, a później zrezygnowana kolaboracja”. Kultura romantyczna jest więc częścią polskiej historii politycznej: wyrównuje „niedobór geopolityczny” i utrzymuje ciągłość wspólnotowej świadomości.

Niestety, dziś znajdujemy się w podobnym punkcie. Realna polityka niepodległościowa nie istnieje. Jarosław Kaczyński, pozbawiony wpływu na państwo, idzie z nami w Marszach Pamięci. Wierzę, że po zwycięskich wyborach będzie potrafił zamienić ten romantyczny kapitał na skuteczny program pracy u podstaw w instytucjach kultury, oświaty i polityki historycznej. Niedawno pisałem o konieczności reaktywowania Polskiej Akademii Literatury. To nie był pomysł rzucony sobie a muzom. Będę nalegał.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... tyzmu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 01 paź 2012, 07:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Narodziny fenomenu

O cnocie solidarności, od której publicznej proklamacji rozpoczął się polski zryw do wolności, mowa była tego dnia wiele razy. Bijąc wszelkie rekordy, sobotni Marsz w obronie Telewizji Trwam przejdzie do historii zgromadzeń, jakich Polska nie widziała od czasów pierwszej "Solidarności"
Piotr Falkowski

Jesteśmy świadkami narodzin zjawiska, które bez wątpienia stanie się materiałem prac socjologów. W kwietniu na warszawskim placu Trzech Krzyży było nas 120 tysięcy. Wtedy cel był tylko jeden: walka o miejsce na multipleksie dla Telewizji Trwam. W sobotę przyjechało do stolicy o kilka setek tysięcy demonstrantów więcej. Paleta postulatów marszu też jest szersza, bo coraz więcej osób dostrzega, że państwo przestaje być ich domem. Stąd szczere, pełne troski, wciąż pokojowe, ale zdecydowane "Nie". I skuteczne. Nie sposób przejść obok tego zjawiska obojętnie. Program oddolnej, społecznej mobilizacji jako odpowiedzi na atrofię oficjalnych struktur i przejaw najwyższej obywatelskiej odpowiedzialności zarysował w swoim wystąpieniu o. dr Tadeusz Rydzyk. Ten program jest już doskonale znany słuchaczom Radia Maryja: informacja, formacja, organizacja, akcja. Teraz Rodzina Radia Maryja oddaje go całemu Narodowi, nam wszystkim.

Chociaż termin "społeczeństwo obywatelskie" nie schodzi z ust socjologów od wielu lat, to tak naprawdę rodzi się ono poprzez wydarzenia takie jak sobotni marsz. Na ulicach Warszawy widzieliśmy wspólnotę wolnych, otwartych, świadomych, kim są i po co tu przyszli, ludzi, zatroskanych i gotowych do poświęceń. To nie o takie społeczeństwo chodzi demiurgom opinii publicznej, którzy wyobrażają sobie je raczej jako masę bezmyślnych konsumentów medialnej sieczki. Ale Polacy wybierają inaczej. Wizja Polski pięknej, wielkiej duchem, ambitnej i dzielnej pociąga, jest atrakcyjna dla wszystkich, a zwłaszcza ludzi młodych. Ten ogromny potencjał będzie owocował, powinien mieć wpływ na wyniki wyborów, pracę parlamentu i kształt dyskusji publicznej. Właściwe miejsce znaleźli w stworzonej wspólnocie politycy prawicowi (PiS i Solidarna Polska), związkowcy, działacze społeczni, Akcja Katolicka. Setki autokarów, specjalne pociągi, akcje solidarnościowe pod polskimi placówkami dyplomatycznymi za granicą.

Zaczęło się od Radia Maryja. Wkrótce pojawiły się nowe inicjatywy medialne, edukacyjne i inne. Powstaje ruch na rzecz zmian w Polsce. Nie siłą kampanii reklamowej, nie w wyniku zakulisowych gier, ale mocą autentycznego społecznego zapotrzebowania.

Program marszu był harmonijnym połączeniem duchowości, kultury i społecznej aktywności. Była więc modlitwa, Msza św., wcześniej koncert z prezentacją poezji patriotycznej. Tę część artystyczną przygotowała Orkiestra Koncertowa "Victoria" z Warszawy-Rembertowa. Po słowach dyrektora Radia Maryja pochód wyruszył Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem w kierunku Starego Miasta. Zanim ogromna rzesza zdołała opuścić plac, czoło marszu było już u celu. Udało się przejść spokojnie w atmosferze troski o dobro wspólne i odpowiedzialności za państwo.

http://www.naszdziennik.pl/wp/11260,nar ... omenu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 06 paź 2012, 16:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Przebudzenia

Szanowni Państwo!

Był październik 1956 roku. Zgromadzeni przed dopiero co oddanym do użytku Pałacem Kultury im. Józefa Stalina ludzie byli zdumieni, że jest ich tak wielu. Przyszli tu żeby wysłuchać tak długo oczekiwanych słów prawdy. Przemówienie Gomułki było kontynuacją Poznańskiego Czerwca i początkiem odwilży.

Kiedy powstała „Solidarność”, ludzie znowu zdziwieni przecierali oczy ciesząc się, że tak wiele jest otwartych głów niepodatnych na nachalną propagandę. Stan wojenny zamroził porywy serc. Po roku 1989 zdawało się, że nareszcie jesteśmy u siebie. Niestety, i tym razem zostaliśmy oszukani.

Teraz znowu wyszliśmy pod biało-czerwonymi sztandarami z propozycją „Obudź się Polsko”. Chodźcie z nami wszyscy, którzy czujecie się Polakami. Komuchom i zakompleksionym tak zwanym „Europejczykom” dziękujemy. Lemingi dołączą później, bo taka jest ich natura.

Z ostatniej chwili. W centrum Warszawy mamy właśnie kolejną katastrofę budowlaną przy budowie metra. Do swojego studia kilkadziesiąt metrów od miejsca zdarzenia TVP zaprosiła w trybie pilnym eksperta, którym jak zwykle okazał się znany polityk. Jego zdaniem zawinił oczywiście znowu PiS. W jaki sposób? A no, wykrakał stwarzając atmosferę zagrożenia. Absurd w najczystszej postaci? Pewnie nie dla lemingów.

Małgorzata Todd

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 09 paź 2012, 06:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
To prawica przyciąga młodych

Z dr. Sergiuszem Trzeciakiem, wykładowcą marketingu politycznego w Collegium Civitas, autorem książki "Marketing polityczny w Internecie", rozmawia Anna Ambroziak

W najnowszym sondażu TNS Polska Prawo i Sprawiedliwość przegoniło Platformę Obywatelską. Poparcie dla partii Jarosława Kaczyńskiego zadeklarowało 39 procent badanych, dla PO - 33 procent.
- To, na ile jest to trwała tendencja, będzie można powiedzieć dopiero wtedy, gdy pojawią się kolejne sondaże. Wtedy będzie można stwierdzić, czy jest to wzrost jednorazowy, czy też trwała tendencja. Z pewnością jednak taki jednorazowy sondaż jest dość czytelnym sygnałem, że strategia, która polega z jednej strony na utwardzaniu twardego elektoratu, a z drugiej na wyjściu poza ten elektorat poprzez organizowanie debat czy wysuwanie kandydatury prof. Glińskiego, okazuje się jak najbardziej skuteczna. Organizowanie debat ekonomicznych jest dobrym sposobem na zainteresowanie osób, które są zaciekawione merytoryczną stroną polityki i dla których tematem priorytetowym jest gospodarka. Ale jest też zaprzeczeniem pewnej wizji lansowanej przez Platformę Obywatelską, a mianowicie tej, że Prawo i Sprawiedliwość jest tylko i wyłącznie partią skoncentrowaną na tragedii smoleńskiej. Jeżeli PiS organizuje debaty ekonomiczne, to jest to wyraźny sygnał dla wyborców - i nie tylko dla elektoratu tradycyjnego partii Jarosława Kaczyńskiego, ale też dla tzw. elektoratu miękkiego oraz wyborców innych ugrupowań politycznych - że PiS nie zajmuje się tylko i wyłącznie kwestią smoleńską, ale potrafi także zorganizować dyskusję ekonomiczną. To jest sposób na to, by dotrzeć do wyborców niezdecydowanych. Patrząc na to z punktu widzenia marketingowego, możemy sformułować następującą konkluzję: każde ugrupowanie, które chce wygrać wybory, z jednej strony stawia na polityków, którzy docierają do elektoratu tradycyjnego - w przypadku PiS są to Antoni Macierewicz czy Anna Fotyga, którzy tenże elektorat utwierdzają - z drugiej musi pamiętać, że aby wygrać wybory, trzeba wyjść poza te stałe 20 procent i zastanowić się, w jaki sposób stworzyć ofertę, która będzie akceptowana przez ponad 40 procent wyborców. Że będzie w niej coś dla tzw. twardego elektoratu i dla elektoratu fluktuacyjnego.

Wiele wskazuje na to, że PiS to się właśnie udaje.
- Tyle że żelazny elektorat nie jest dany raz na zawsze. Każde ugrupowanie musi walczyć o jego utrzymanie. W przeciwnym razie można go stracić - np. gdy pojawi się jakaś alternatywa w postaci ugrupowania bardziej radykalnego. To nie dotyczy oczywiście tylko PiS, ale każdej partii politycznej. Gdyby PiS przesunęło się teraz bardziej w kierunku centrum, zostawiłoby pole dla Solidarnej Polski. Z punktu widzenia PiS musi być zachowana strategia bardziej poszerzania elektoratu niż przesuwania się w którąkolwiek stronę.

Taką partią eklektyczną stała się poniekąd Platforma Obywatelska. Znaleźli się w niej byli politycy zarówno PiS, jak i SLD.
- Otóż to. Z jednej strony PO przyciągała ludzi kojarzonych z tzw. prawicą, np. Joannę Kluzik-Rostkowską, z drugiej - tych z lewicy. Po to, by nie stracić lewicowego elektoratu, do Platformy przeszedł m.in. Bartosz Arłukowicz. Cel: możliwie poszerzyć elektorat.

Strona rządząca wyraźnie obawia się poszerzenia wpływów PiS - stąd gremialny atak, bynajmniej nie merytoryczny, na propozycje tej partii dotyczące reform w kraju. Atak z wykorzystaniem niewybrednych chwytów typu naelektryzowane włosy uczestników debaty.
- Jak widać, media sobie tego smaczku nie odpuściły... Dla mnie jest to absolutnie zrozumiałe: gdy pojawia się taki, a nie inny sondaż, musi znaleźć się na niego odpowiedź. Jest to też pewna szansa dla PiS. Do tej pory mówiono, że partia ta co najwyżej goni Platformę w sondażach, ale nie może jej dogonić. Tymczasem okazało się, że - choć na razie w jednym sondażu - to nie tylko dogoniła, ale też przegoniła. Z drugiej strony taki sondaż mobilizuje środowiska przeciwne Prawu i Sprawiedliwości. Można się było spodziewać, że będzie na to reakcja.

I oto w tym tygodniu w Sejmie odbędzie się "drugie exposé" premiera Donalda Tuska.
- Nie spodziewałbym się reakcji tylko samego premiera. Z pewnością będą to też wystąpienia różnych polityków Platformy, którzy się zaktywizują. Ten sondaż TNS to impuls dla Platformy, że jeśli nie będzie po jej stronie pewnej mobilizacji, powstanie realne niebezpieczeństwo. Chciałbym w tym kontekście powiedzieć o czymś, o czym niestety mało się mówi. A mianowicie o symptomach politycznej zmiany pokoleniowej. Badania opinii publicznej wskazują, że bardzo obiecujące wyniki rysują się dla prawicy w przedziale wiekowym od 18 do 24 lat. Co przeczy obiegowym twierdzeniom, że to Platforma jest partią ludzi młodych. Rzeczywiście w tym przedziale od 25 do trzydziestu kilku lat ma ona mocną pozycję, ale wśród tych wyborców najmłodszych to prawica ma bardzo duże poparcie.

Prawica, czyli kto?
- Mam na myśli bardziej oscylowanie wokół pewnych wartości niż partii politycznych. Ale z tego tortu największy kawałek może zabrać z pewnością Prawo i Sprawiedliwość.

Z drugiej strony jest Ruch Palikota, na który też głosowali młodzi.
- Można to tłumaczyć tym, że młodzi ludzie mają większe skłonności do skrajnych poglądów, czy to z lewej, czy z prawej strony. Jednak w przypadku wzrostu poparcia ze strony młodych wyborców dla prawicy wskazywałbym na dużą aktywność środowisk prawicowych, przede wszystkim w internecie, który jest bardziej domeną młodego pokolenia. To jest coś, czego lewa strona raczej nie ma. Zdobyty elektorat nie jest jednak dany raz na zawsze. Młodych ludzi zagospodarują te środowiska, które nie tylko zaproponują atrakcyjną dla nich wizję, ale też wybiorą równie atrakcyjną formę komunikacji. Znacznie łatwej zdobyć wyborcę, który głosuje po raz pierwszy, i go utrzymać, niż dotrzeć do wyborcy, który stanowi elektorat innej partii, i przekonać go, by zmienił swoje preferencje polityczne.

Dziękuję za rozmowę.
Anna Ambroziak

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... odych.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 15 paź 2012, 14:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
MOC W SŁABOŚCI SIĘ DOSKONALI

Na razie Polska nierządem stoi. Ale Pan już nadchodzi

9 października minęła siedemdziesiąta rocznica powstania obozu zagłady dla Polaków KL Warschau, w którym w latach 1942-44 zamordowano ok. 200 tys. Polaków w ramach planu zniszczenia stolicy i stopniowej likwidacji Polski. Obóz ten był po wojnie częściowo przejęty przez NKWD i UB. Pamięć o istnieniu obozu i męczeństwie ofiar była niszczona przez władze PRL i w dalszym ciągu jest zakłamywana przez władze III RP. Trwa odmowa poznania i upamiętnienia prawdy o tym obozie i jego ofiarach. Kustoszem i rzecznikiem pamięci była ś.p. sędzia Maria Trzcińska a wciąż jest wspólnota gromadząca się w kościele św. Stanisława Biskupa na warszawskiej Woli, gdzie co miesiąc odprawiana jest uroczysta msza święta w intencji ojczyzny oraz ofiar KL Warschau. Kilka dni temu w czasie koncelebrowanej mszy świętej wygłosił mądre kazanie były proboszcz parafii ks. Janusz Godzisz.

Ład moralny w Polsce, którego patronem jest św. Stanisław męczennik, wymaga pamięci i prawdy. Kłamstwo i niepamięć sprzeciwiają się prawom Bożym i ludzkim. Podobne działanie widzimy wobec zbrodni smoleńskiej.

W obu przypadkach ujawnia się bezmiar pogardy w odniesieniu do ludzi, którzy ponieśli śmierć i do przyczyn, sensu oraz skutków ich ofiary. Jeżeli nie da się zakwestionować samego faktu i rozmiaru śmierci, jak w przypadku sprzed siedmiu dziesięcioleci (choć i to się czyni), to przynajmniej usiłuje się ukazać śmierć jako przypadkową, mało ważną i bezsensowną, jak w przypadku sprzed trzydziestu miesięcy.

Cenna jest w oczach Pana śmierć Jego wyznawców. Bóg pamięta i chce, żeby ludzie pamiętali o Nim i o sobie, o Bożych czynach i o własnej przeszłości. Naród bez historii, bez pamięci, traci tożsamość, przestaje być narodem. Ku temu zmierza dzisiejsza edukacja młodych Polaków.

W Ewangelii mszalnej z piątku 12 października czytamy: „Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, bezpieczne jest jego mienie; lecz gdy mocniejszy od niego nadejdzie i pokona go, zabierze całą broń jego, na której polegał i łupy jego rozda”. (Łk. 11,21 n.). W tych słowach Jezusa poznajemy kto jest uzbrojonym mocarzem, czym jest jego dwór, kim jest mocniejszy, kto rozdaje łupy. Mocarzem jest szatan, jego dworem stał się świat, a jego łupami są ludzie. Przychodzi jednak mocniejszy, czyli Chrystus, który zwycięża szatana, odbiera mu broń, którą jest kłamstwo i śmierć i ludzi wyzwala. Ku wolności wyswobodził nas Chrystus, trwajmy w niej. Sługami szatana są dzisiejsi mocarze, których bronią jest kłamstwo i śmierć. Sługami Boga są ci, którzy będąc „u Chrystusa na ordynansach, słudzy Maryi” idą drogą wolności w prawdzie, poznają prawdę, która wyzwala i prawdzie są wierni aż po świadectwo męczeństwa jak św. Stanisław Biskup.

Znajdujemy w Kościele odważnych pasterzy i dzielne owce posłane między wilki. W świetle słowa Bożego mamy rozeznanie, kto jest kim, a także duchową zdolność, aby nie dać się zwyciężyć złu ale zło dobrem zwyciężać. Duchowa walka, która w Polsce się rozgrywa ma widzialny i słyszalny wyraz, jest więc jednoznacznym wezwaniem, aby opowiedzieć się po stronie dobra, prawdy i życia.

Ponieważ mocarz uzbrojony w kłamstwo i śmierć jest silniejszy od ludzi – łupów, konieczne jest dla własnego ocalenia odwołanie się do mocniejszego – Jezusa Króla Polski, a także mocniejszej od złego ducha i złych ludzi – Maryi Królowej Polskiej Korony. Na razie Polska nierządem stoi. Ale Pan już nadchodzi.

Czyich i jakich rządów chcemy.

Ks. Stanisław Małkowski

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Siła nasza tkwi w duchu wszystkich pokoleń Polaków.
PostNapisane: 03 lis 2012, 21:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31055
Wojciech Wencel

Rymkiewicz w pokoju wieszcza

Autor „Głowy owiniętej koszulą” odnajduje siebie w ilustrowanym czasopiśmie z 1885 r., na drzeworycie przedstawiającym pokój, w którym powstała „Grażyna”. Stoi zamyślony, w stroju z epoki, ściskając w dłoniach kapelusz. Wierzą mu państwo? Ja mu wierzę.

"Gazeta Polska Codziennie" 27-28 października 2012


Każda nowa książka Jarosława Marka Rymkiewicza jest wydarzeniem. Najwybitniejszy żyjący polski poeta z zasady nie publikuje słabych wierszy, a jego proza historiozoficzna niezmiennie wywołuje popłoch na salonach i żywe dyskusje w strefie wolnego słowa. Dość wspomnieć „Wieszanie”, „Kinderszenen” czy „Samuela Zborowskiego”. Najwyższy czas, by na tę listę bestsellerów trafił zapomniany nieco cykl „Jak bajeczne żurawie”, poświęcony życiu Adama Mickiewicza.

„Głowa owinięta koszulą” to piąty już tom wspomnianego cyklu. Wcześniej były „Żmut”, „Baket”, „Kilka szczegółów”, „Do Snowia i dalej”. W podróż śladami wieszcza Rymkiewicz wyrusza zaopatrzony w setki fiszek z cytatami, datami, adresami i nazwiskami. Bardziej niż historyka literatury przypomina jednak detektywa z powieści Agathy Christie czy Borysa Akunina. Jest precyzyjny, dociekliwy i świadomy grozy istnienia. Zwraca uwagę na detale, nie próbuje redukować tajemnicy w imię naukowych zabobonów. Interesują go problemy z pogranicza historii i metafizyki.

Dlaczego romantycy umierali młodo? Czy Mickiewicz był objęty cudowną opieką Najświętszej Panienki? Gdzie się przed nami ukryły nieznane dziś fragmenty „Dziadów”, w tym piękny, leśmianowski z ducha wiersz o chłopcu, który tuła się między mogiłami, a wokół chórem nucą piołuny, dziewanny i... ślimaki? Wreszcie, kto otruł wieszcza i dlaczego zrobiła to poczciwa pani Rudnicka?

Większość z nas traktuje historię jako przestrzeń martwą i zamkniętą. Pracownik muzeum opatruje eksponaty tabliczkami z nudnym opisem. Przeciętny badacz literatury z obowiązku stara się dowiedzieć, jaki był pierwotny kontekst dzieła. Autor powieści historycznej dorysowuje bohaterom wąsy. Reżyser rozwiesza na gwoździach faktów pościel uszytą na miarę współczesnej telenoweli. W książkach Rymkiewicza jest inaczej. Ich czytelnik ma wrażenie, że opisywane sceny, zdarzenia, gesty, nawet budynki i przedmioty dzieją się lub trwają w jakimś wiecznym „teraz”. I są nie mniej aktualne niż nasza empiryczna rzeczywistość.

W tej historii wciąż ktoś (lub coś) się rusza, wchodzi i wychodzi, gada albo świeci oczami. Antoni Edward Odyniec nieustannie zmyśla, na trawniku w Ogrodzie Bernardyńskim przewracają się kręgle, opuszczone mieszkania dosłownie łażą za swoimi lokatorami, a muzykalna panna z drezdeńskiej stancji skrycie kocha się w polskich poetach. Co raz spełniło się w pamięci, już zawsze będzie domagało się prawa do istnienia.

Poeta z Milanówka swobodnie porusza się w tym wiecznym świecie. Nie przenosi się w czasie, nie odpowiada na szkolne pytanie: „Co by było, gdybym urodził się w XIX stuleciu?”. On tam po prostu jest. Odnajduje siebie w ilustrowanym czasopiśmie z 1885 r., na drzeworycie przedstawiającym pokój, w którym powstała „Grażyna”. Stoi zamyślony, w stroju z epoki, ściskając w dłoniach kapelusz. Wierzą mu państwo? Ja mu wierzę. „Zmyślenie oraz prawda mieszczą się przecież w tej samej (chyba?) sferze, której imię Geisterwelt”. Może bohaterowie „Głowy owiniętej koszulą” mają dusze postaci historycznych, a może to tylko zjawy karmione wyobraźnią. Tak czy inaczej, żyją i wpływają na nasze tutejsze wybory. Na tym polega potęga kultury.

„Głowa owinięta koszulą” obnaża śmieszność zarzutów stawianych Rymkiewiczowi przez gazetowych publicystów. Traktują go jak polityka lub historyka, gdy on przemierza Geisterwelt. Oczywiście, warto szukać dróg prowadzących z tego duchowego świata do naszej codzienności. Trzeba jednak pamiętać, że są to ścieżki „wzniosłe i ukryte”. W swojej książce Rymkiewicz opisuje kukłę Mickiewicza rewolucjonisty, którą komuniści z „Nowych Widnokręgów” sporządzili po to, by pozbawić Polaków polskości. Nie żądajmy od Rymkiewicza, żeby sam stał się kukłą. Dajmy się ponieść jego narracji, bo to, co najważniejsze, jest tam ukryte między wierszami. Tajemnicze, niedopowiedziane, arcypolskie.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... szcza.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 78 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /