Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 16 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Kultura w polityce
PostNapisane: 28 cze 2010, 06:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Kultura w debacie

Pewien bloger odpisał mi w komentarzu , że w demokracji liczy się wrażenie. Zapytajmy się siebie, jakie wrażenie ma odnieść uczestnik debaty.

Jeden z kandydatów wchodzi do budynku w świetle kamer, z wianuszkiem dziennikarzy. Drugi, nie wiem. Pewnie znowu jakimiś tylnymi drzwiami.

Jeden spokojnie i precyzjnie odpowiadajacy na pytania, bez zbędnych sztuczek PR-owskich, dostaje łatkę spietego. Drugi, machający rękoma, mętnie kluczący przy każdym pytaniu, ignorujący zasady i cyzelujący agresję w stronę przeciwnika jest oceniany jako swobodny. Przepraszam, ale to nie piknik łowiecki, tylko rozmowa o Polsce.

Podkreślanie posiadania piątki dzieci, jako argument w rozmowie z bezdzietnym jest, delikatnie rzecz ujmując mało kulturalne. W dobie tolerancji i pytań o związki partnerskie, wykazywanie takiej przewagi jest ciemnotą i chamstwem.

Polszczyzna kandydatów nie jest doskonała, ale drobne błędy językowe to pestka w porównaniu rozkładania akcentów przez jednego z nich. Okropne, charakteryzujące ludzi bez polotu i despotów.

Wyjęcie kartki, typowy PR-owski chwyt. Daje asumpt do wyjęcia kartek przez kontrkandydata.

I na deser, po debacie hrabia mówi coś o ciosie w splot słoneczny. Brawo.

Jeżeli, to ważne w demokracji, to mam wrażenie, że Komorowski nie ma za grosz kultury.

Nie przekonał mnie tchórz, wyszkolony luzak, agresywny dyletant, posługujący się językiem z ringu lub ciemnej ulicy.

http://panis.salon24.pl/200314,kultura-w-debacie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 10 sie 2010, 15:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Psychologia dewiacji ...

Pozwole sobie zacytować:

"Prof. UW dr hab. Krystyna Ostrowska
Kierownik Zakładu Psychologii Dewiacji IPSiR
Prodziekan Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych I Resocjalizacji UW

Dziwna tolerancja na bezprawne zachowania polityka

Podana przez TVP 1 w piątkowym wydaniu Wiadomości wypowiedź posła J. Palikota, a także artykuł w sobotnio-niedzielnym (26 -27 czerwiec 2010) wydaniu „Rzeczypospolitej”, pt.:”Ekspert: Palikot to wodzirej dla szalikowców” nie mogą być przemilczane przez osoby zajmujące się od wielu lat psychologicznymi i kryminologicznymi przyczynami agresji i przestępczości. Skłaniają do publicznego, tak jak publicznie zostały one wypowiedziane, rozważenia co, one oznaczają, jakie niosą konsekwencje dla tych, do których jako przekaz perswazyjny zostały skierowane czyli dla ogółu społeczeństwa.
Poseł J. Palikot powiedział: „Największym wilkiem polskiej polityki jest Jarosław Kaczyński (..) Bronisław Komorowski pójdzie na polowanie na wilki. Zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż.” (cytuję za Rzeczypospolitą sobota –niedziela 26-27 czerwca 2010, s. A5).
Osoby życia publicznego, z racji pełnionych funkcji i posiadających uprawnień ze swej natury są tzw. osobami znaczącymi, a więc takimi, które w danym społeczeństwie, państwie mają istotny wpływ na kształtowanie postaw, wzorów zachowania, respektowanie norm moralnych i prawnych a także faktyczne urzeczywistnianie cenionych wartości ogólnoludzkich. Tak więc od posła oczekuje się, że będzie On kierował się poczuciem odpowiedzialności za swoją misję społeczną, a państwo będzie broniło swoich obywateli. Tymczasem wypowiedzi posła J. Palikota bezkarnie wielokrotnie naruszają podstawową zasadę, na której zasadza się Konstytucja Rzeczypospolitej. W Konstytucji godność człowieka uznano za szczególna wartość, która stanowi źródło wszelkiej wolności i praw człowieka Niestety dotychczasowe wypowiedzi posła, który sam stanowi prawo są takie, że uczy lekceważenia tej zasady konstytucyjnej, a przede wszystkim bezkarnie narusza godność przeciwnika politycznego.
Polityk musi zdawać sobie sprawę, że w swoich wystąpieniach nie powinien i nie może naruszać prawa i popełniać przestępstwa. A cytowana wypowiedź nosi znamiona nawoływania do zabicia innej osoby, w dodatku ze szczególnym okrucieństwem. Wnikliwa analiza tej wypowiedzi i innych pokazuje, że również inne dobra drugiego człowieka, których ochronę gwarantuje państwo, zostają naruszone, jak dotąd bezkarnie.
Powstaje pytanie, czy polityk cieszy się również immunitetem podobnym do immunitetu przysługującemu sędziom, adwokatom? Z tego, jaka jest reakcja oficjalnych organów państwa powołanych do ochrony obywateli, można odnieść wrażenie, że niektórzy politycy cieszą się takim statusem, ale nie wszyscy.
Gdyby nawet przyjąć, ze wypowiedzi posła Palikota mają bawić, rozśmieszać, wypełniać wolny czas wielu członkom naszego społeczeństwa, to jednak istnieją tak prawne, jak i etyczne, granice rozrywki, a tą granicą, jak wskazuje Konstytucja RP, jest godność osoby ludzkiej. Drugi człowiek nigdy nie może być traktowany jak zwierzę, właśnie ze względu na swoją osobową naturę.
Są także inne, może odległe w czasie czy przestrzeni skutki wypowiedzi, jakimi bezkarnie posługuje się poseł J. Palikot, opisując swój stosunek do innej osoby, członka tego samego społeczeństwa, narodu, instytucji państwowej – Sejmu. Ważnym jest fakt, że wszystkie wypowiedzi mają charakter publiczny, dobierany jest odpowiedni czas oraz miejsce. Najczęściej socjoekologiczny kontekst naładowany jest biegunowo rożnymi emocjami: z jednej strony euforii, radości, swobody - to po stronie odbiorców; z drugiej - emocjami pogardy, wstrętu, nienawiści - to odnosi się do atakowanej osoby, grupy osób. Taki kontekst sytuacyjny sprzyja w myśl teorii społecznego modelowania przyjmowaniu, nawet w sposób nieświadomy, przekazów perswazyjnych, które są korzystne z punktu widzenia dominujących w danej chwili celów i potrzeb. I tak na przykład sformułowanie „zastrzelimy, wypatroszymy, skórę wystawimy na sprzedaż” może zostać zakodowane w strukturach emocjonalno - poznawczych jako najskuteczniejsza metoda rozwiązania, aktualnie istniejącego lub ujawnionego w przyszłości, konfliktu interesów pomiędzy pojedynczymi osobami lub grupami. Może też stać się środkiem do zaspokojenia potrzeby władzy, dominacji, sukcesu itp. Twórca teorii modelowania społecznego Albert Bandura zwraca uwagę, że nie tylko kodujemy pokazywane czy sugerowane sposoby zachowań prowadzących do osiągnięcia celu, ale także w przypadku stosowania zachowań agresywnych następuje proces odwrażliwiania. Zachowania, które początkowo mogą wydawać się odrażające, niegodne człowieka, nie wywołują z jego strony już żadnej reakcji kontrolnej. Co więcej zachowania te stają się coraz bardziej okrutne i brutalne i to zarówno u tych którzy je stosują, jak i u obserwatorów, u których trudno znaleźć odruch szacunku, czy współczucia dla ofiary agresji. Jest to jeden z mechanizmów, opisywanych i zweryfikowanych podłużnymi badaniami, uczenia się agresji w relacjach interpersonalnych.
W tym samym czasie, gdy posłowie zaostrzają przepisy prawne dotyczące agresji i przemocy interpersonalnej w środowisku domowym uznając, że regulacje prawne nauczą życzliwości, wyrozumiałości, czułości i miłości, jako psycholog, kryminolog ze zdziwieniem obserwuję bezkarne modelowanie agresji fizycznej.
Na zakończenie tych, ze zrozumiałych względów skrótowych rozważań o skutkach bezkarnej agresji słowno-perswazyjnej, z racji swego wieloletniego poszukiwania efektywnych, profilaktycznych działań wobec agresji interpersonalnej, stawiam czytelnikom kilka ważnych pytań. Pytania te wynikają także z udowodnionego badaniami przekonania, że jednym z czynników stosowania różnych form, nasilenia i rozmiarów zachowań agresywnych w wyodrębnionych grupach społecznych: w szkole, domu, instytucjach życia publicznego, jest przyzwalający na agresję klimat społeczny.
Czy można wyrażać zgodę na to, by jedni mogli bezkarnie naruszać prawo, a inni podlegali karze?
Czy można wyrazić zgodę na lekceważenie i naruszanie podstawowej zasady konstytucyjnej, jaką jest ochrona godności każdego członka naszego państwa?
Czy można wyrazić zgodę na to, aby osoby piastujące wysokie funkcje w państwie i z tej racji będące „osobami znaczącymi” w sensie socjalizacyjnym, swoim zachowaniem, wypowiedziami kształtowały postawy , szczególnie osób dorastających, zawierające treści braku szacunku dla innych osób, prawa, etyki?
Czy można wyrazić zgodę na upowszechnianie modelu rozwiązywania konfliktów instytucjonalnych, grupowych, indywidualnych za pomocą „likwidowania” fizycznego, psychicznego, moralnego przeciwnika?
Ja osobiście na takie formy relacji politycy – politycy; politycy - pozostali członkowie państwa zdecydowanie się nie zgadzam, przede wszystkim w imię poczucia odpowiedzialności, jakie mi towarzyszy w pracy naukowo-badawczej i dydaktycznej."

Dziekuje Pani Profesor!


http://anawib.blogspot.com/2010/07/psyc ... iacji.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 26 sie 2010, 05:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Kultura, godność w polityce:

Sławne Polki, minister Anna Fotyga

W ubiegłym tygodniu była minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej, Pani Anna Fotyga złożyła na ręce ministra Radosława Sikorskiego rezygnację z pracy w Międzynarodowej Organizacji Pracy/ International Labour Organization /

Przyczyną rezygnacji w tej międzynarodowej organizacji były słowa obecnego prezydenta Bronisława Komorowskiego, który w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, powiedział, że Gruzja nie będzie mogła liczyć na taka pomoc polityczną jak za pana Prezydenta profesora Lecha Aleksandra Kaczyńskiego.
Taka wypowiedź prezydenta Komorowskiego może świadczyc, że Polska za panowania Tuska człowieka narodowosci niemieckiej będzie sama pchała się w objęcia bolszewików

Pięćdziesiąt trzy lata lata temu, przyszła na Świat, jedna z najwybitniejszych Polek od czasów ukończenia II Wojny Światowej i Upadku komunizmu. Pani Minister Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej urodziła się 12 stycznia 1957 roku w Lęborku.
W 1981 roku ukończyła studia na Wydziale Handlu Zagranicznego Uniwersytetu Gdańskiego. Zaraz po ukończeniu studiów rozpoczęła pracę zawodową i społeczną w Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ "Solidarność"
W latach 1989 -1991 była pracownikiem a następnie kierownikiem Biura Spraw Zagranicznych Krajowej Komisji Niezależnego Samodzielnego Związku Zawodowego " Solidarność"
W latach 1992 do 1994 była wydawcą prasy na Wybrzeżu w wydawnictwie Przekaz Sp. z o.o.
Odbyła staż na Uniwersytecie Cornella w Stanie Nowy Jork. Cornell University to jeden z najbardziej prestiżowych uniwersytetów amerykańskich, założony 1865 roku przez Ezrę Cornella. Odbyła przeszkolenie w Departamencie Pracy Stanów Zjednoczonych. W federalnej Izbie Mediacji i Arbitrażu w USA. Studiowała w Krajowej Szkole Administracji Publicznej w Warszawie.Szkoła jest wzorowana na francuskiej École Nationale d'administration (ENA). Duńskiej Szkoły Administracji Publicznej jak również w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. współpracowała z Międzynarodową Organizacją Pracy, MOP ang. International Labour Organization ILO. International Labour Organization, jest organizacją afiliowana przez ONZ. W 1969 roku ILO, otrzymała Pokojowa Nagrodę Nobla. Była zastępcą Przewodniczącego Rady Nadzorczej ZUS.W 2000 roku doradcą Premiera, profesora Jerzego Buzka do spraw międzynarodowych. W roku 2001 pełniła obowiązki dyrektora Departamentu Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. W latach 2002 do 2004 radna i wiceprezydent Gdańska. W dniu 13 czerwca 2004 roku z ramienia Partii Prawo i Sprawiedliwość, została wybrana do Parlamentu Europejskiego. W Parlamencie Europejskim zajmowała się koordynacją prac w Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego.Swa misję w Parlamencie Europejskim sprawowała do 22 listopada 2005 roku. Dzień później została sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw zagranicznych. Po dymisji Stefana Mellera, otrzymała nominację z rąk Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych.Funkcję te pełniła w rządach premierów Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kalczyńskiego do końca Kadencji. Zasiadała w Radzie Bezpieczeństwa Narodowegodo śmierci pana Prezydenta Lecha Aleksandra Kaczyńskiego
Zaszczytną funkcje Ministra Spraw zagranicznych pełniła do 16 listopada 2007.

Od 29 listopada 2007 roku do 20 sierpnia 2008 roku pełniła funkcję Szefa kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
Jest jednym z najlepiej przygotowanych Polskich dyplomatów, posiada olbrzymią wiedzę w dziedzinie stosunków międzynarodowych. Doświadczenie i co jest bardzo ważne bardzo dobre układy w Świecie Dyplomacji.

http://blogmedia24.pl/node/35532


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 06 lip 2011, 14:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Moralność w polityce

Romuald Piekarski

Czy moralny ogląd polityki jest przeżytkiem?

Patrzenie na politykę z moralnego punktu widzenia wydawało się oczywiste zarówno w okresie istnienia starożytnej polis, jak i w chrześcijańskich państwach Europy aż do czasów nowożytnych. Mimo wysuwania oskarżeń o nadużywanie moralnych racji w sporach politycznych, dowodzenia nieadekwatności czy dysfunkcjonalności na przykład etyki chrześcijańskiej w sferze życia publicznego – jeszcze Montesquieu z przekonaniem łączył dobrą, sprawiedliwą politykę ze stanem obyczajów i moralności panującej tak w wśród rządzonych, jak i w kręgach władzy.

Właściwie dopiero po okresie reformacji, wraz z rozwojem liberalnej tradycji myślenia o polityce, a szczególnie w czasach oświecenia (i świeckiego racjonalizmu), nasiliły się próby neutralizacji (jeśli nie rugowania) argumentów moralnych z życia politycznego. Aczkolwiek jeszcze Kant w O pokoju wiecznym utrzymywał, że „prawdziwa polityka nie może uczynić ani kroku nie złożywszy wcześniej hołdu moralności”.

Najsilniejsze ataki na „mieszanie się moralności” do polityki obserwujemy obecnie w nurcie tzw. postmodernistycznego przewartościowania tradycji pooświeceniowego racjonalizmu. W niedawno wydanej książce Out of Control. Global Turmoil on the Eve of the Twenty-First Century Zbigniew Brzeziński przedstawił niepokojącą prognozę dotyczącą przyszłości świata zachodniego. Pisał tam o „zaniku kryteriów etycznych w życiu codziennym”, uniemożliwiającym „sterowanie przemianami [dokonującymi się] we wszystkich obszarach życia”. W Przedmowie do polskiego przekładu twierdził, że „bez moralnie zakorzenionego wartościowania dynamika przemian społecznych, technologicznych i politycznych wymyka się spod kontroli opartej na racjonalnych przesłankach”. Według jego opinii, „etos konsumeryzmu tylko udaje zasady etyczne”.

Z drugiej strony, warto może przytoczyć, nazbyt łatwo dzisiaj zapominane przekonanie (które podziela ten autor), że komunistyczny totalitaryzm posługiwał się nie tylko terrorem i przemocą, ale również „świadomą demoralizacją społeczeństwa”, m.in. poprzez masową rekrutację informatorów w celu wymuszenia współodpowiedzialności za system oraz osłabienia spoistości społecznej. Według Brzezińskiego, sam komunizm „zrodził się wprawdzie z oburzenia moralnego”, ale – odrzucając zarazem wartości duchowe – „sprowadził moralność do instrumentu polityki, przez co całkowicie uzależnił swoje powodzenie od skuteczności w sferze materialnej”.

Brzezińskiego niepokoi nade wszystko myślenie w kategoriach „rogu obfitości”, na mocy którego wszystkie potrzeby i zachcianki traktowane są jako równoprawne. W kontekście wzrostu dobrobytu zbędny staje się zarówno przymus, jak poświęcenie; osąd moralny uznaje się za zbędny; każdy czuje się upoważniony do tego na co ma ochotę (czy zasługuje na to, czy nie). W dobie permisywizmu obfitości liczy się jeszcze tylko „moralność proceduralna”, tzn. liczyć się trzeba z egzekwowaniem prawa, ale bez dowiedzionej winy lub wskutek luk prawnych rządzi maksyma: „byle się nie dać złapać”. W tym kontekście korupcja wśród polityków, sędziów i innych reprezentantów społeczeństwa obywatelskiego nie powinna zaskakiwać.

Dygresja polska: postsolidarnościowe zmiany etosu polityki
W okresie solidarnościowych walk z komunizmem w Polsce wprowadzenie kryteriów moralnych w odniesieniu do polityki było ambicją i przekonaniem nieomal całej ówczesnej opozycji. Znaczna większość Polaków bez zastrzeżeń, a nawet z pewną ulgą, obserwowała jak „świeżo upieczony” premier udaje się na medytacje do jednego ze zgromadzeń zakonnych. Odbierano to jako nowy akcent w polityce polskiej, jako zapowiedź przywrócenia polityce moralnego oblicza.

Żywe było jeszcze wtedy przekonanie, że totalizm realnego socjalizmu musi odejść nie tylko z powodu niewydolności gospodarczo-technologicznej, ale nade wszystko z powodu nieobecności kryteriów etycznych w polityce. Obecnie opinia społeczna jest bardziej podzielona. Oczekiwania wyborców przesunęły się w kierunku poprawy sytuacji materialnej. Znamienna wydaje się reakcja polskiego elektoratu na wyborczą retorykę. Mówienie o „fachowcach” w rządzie odbierane jest lepiej aniżeli obietnice rządów „czystych rąk”. Kryteria moralne zdają się redukować do oczekiwań „technokratycznych regulacji” mających przynieść poprawę sytuacji socjalnej większości obywateli.

Co oznaczał moralny charakter dawniejszej polityki?
W starożytności zarówno Platon jak Arystoteles byli rzecznikami rozpowszechnionego w kulturze greckiej od czasów Homera przekonania, że przywódcy polityczni winni być ludźmi stojącymi wysoko etycznie. Czynne uczestnictwo w życiu publicznym polis obligowało do wysiłku „wyróżniania się w cnocie”. Zasługi na polu męstwa, mądrości czy roztropności uwidaczniającej się na zgromadzeniach (w postaci „rozumnej rady i przekonywującej mowy”) nagradzane były awansem do kręgów rządzącej elity.

Arystoteles, nie tak bezwzględnie krytyczny w stosunku do demokracji, jak Platon, ufał, że nie ma przepaści między „mądrością i cnotą nielicznych” (episteme) a roztropnością wolnych obywateli (phronesis). Jednakże nie pozostawiał on żadnej wątpliwości co do tego, że wspólne życie w państwie musi opierać się na głębiej rozumianej ludzkiej naturze, tj. na moralności obywateli i elit. Jego zdaniem, „człowiek bez poczucia moralnego jest najniegodziwszym i najdzikszym stworzeniem, najpodlejszym w pożądliwości zmysłowej i żarłoczności” (Polityka).

Nie zagłębiając się w dalsze szczegóły, przypomnimy tylko, że rywalizacja pomiędzy politykami toczyła się wówczas w ramach „etyki honoru i sławy”. Duże znaczenie miały w tym kontekście religia i filozofia, a to dlatego, że starały się one odkrywać „obiektywny porządek dóbr”, hierarchię wartości stosowalną jako kryterium oceny cnoty (i występku) każdego obywatela czy też każdego człowieka. Tutaj pojawia się też pewna trudność, gdyż nie przeciwstawiano wtedy wyraźnie tego, co dobre „dla duszy” indywidualnego człowieka oraz „dobra wspólnego”. Przeciwstawienie to zaczyna się uwyraźniać dopiero później – w czasach rozwoju chrześcijańskiej myśli moralnej i politycznej. Istotne staje się tutaj przeciwieństwo świeckiego „państwa światowego” oraz „państwa Bożego” (wiązanego bezpośrednio z perspektywą indywidualnego zbawienia); tak zarysowało się przeciwieństwo państwa i Kościoła.

Upadek etyki honoru i sławy na początku czasów nowożytnych oraz stopniowy wzrost afirmacji życia codziennego
Charles Taylor w książce Sources of The Self. The Making of the Modern Identity przypomina, że jeszcze Arystotelesowi udawało się połączyć takie cele bytu politycznego, jak samo „życie” i „życie dobre”. „Samo istnienie” poświęcone zwyczajnemu życiu nie jest dlań życiem w pełni ludzkim. Tak rozumiane „samo tylko życie” to „domena zwierząt i niewolników”. Co więcej, dla Arystotelesa „zwykłe stowarzyszenie rodzin dla celów ekonomicznych czy obronnych to jeszcze nie polis”. Tak pojęte zadania życiowe są jeszcze czymś zbyt wąskim, aby stanowić podstawę polityczności. Polityka polis jest nieodłączna od kształtowania i stosowania Prawa, i wiąże się z obywatelskim rozważaniem „wspólnego dobra” oraz „zgłębianiem porządku rzeczy” (w tym hierarchii dóbr). Arystotelesowskie „dobre życie” ma dwa warianty: teoretyczną kontemplację oraz uczestnictwo obywatelskie.

Z kolei stoicy sądzili, że filozofowie nie powinni się zajmować zwykłą manipulacją rzeczami ani wprawiać się w umiejętnościach związanych np. z rzemiosłem. Taka ocena stanu rzeczy wnosiła do „etyki honoru i sławy” zakaz zajmowania się trudem zarobkowania, handlu oraz w ogóle zbytniej troski o sprawy materialne. Jeszcze w okresie renesansu „zajmowanie się interesami” budziło podejrzliwość w kręgach elit politycznych i kulturalnych, a mogło prowadzić nawet do degradacji. Owo quasi-kastowe odgrodzenie warstwy predestynowanej do rządzenia od spraw ekonomicznych i techniczno-materialnych wiązało się z przekonaniem, że sama sztuka rządzenia, kierowania sprawami publicznymi (i politycznymi w szczególności), wymaga dużo wolnego czasu i zakłada trudy osiągania kompetencji intelektualnej i etycznej.

Zmiany w tym zakresie oraz stopniowy upadek „etyki honoru i sławy” Taylor łączy z przewartościowaniem chrześcijańskim, które stopniowo zmienia relację między „samym życiem” a „życiem szczęśliwym i dobrym”. Zarówno chrześcijańska asceza, jak i męczeństwo ludzi pobożnych, nie oznaczają pogardy dla „samego tylko życia”. Pozostaje ono wielką wartością, a zatem zakłada duże wyrzeczenie. W chrześcijaństwie – a szczególnie w ruchach protestanckich – następuje reafirmacja życia codziennego: godność przypisuje się zwyczajnej pracy (tak wytwórczości, jak i trudnieniu się handlem); ceni się tutaj polityczną stabilność, ład, spokojne i zacne życie. „Etyka sławy i honoru” zaczyna być wypierana i przedstawiana w krzywym zwierciadle. „Niezwykłe czyny”, „miłość nieśmiertelnej sławy”, rywalizacja na polu „szlachetnego wyróżniania się” zaczynają teraz oznaczać „próżne ściganie wojennej sławy”, jeśli nie „awanturnictwo, rozbój i chełpliwość”. „Gotowość zaryzykowania swego życia” pro publico bono – dawniejszy wyróżnik ludzi honoru – nie jest już obecnie w cenie.

Równolegle do tych przewartościowań o proweniencji chrześcijańskiej idą nawoływania do racjonalności rozumianej już w duchu całkowicie nowożytnym: Machiavelli przeciwstawia (jałowym, jeśli wręcz nie szkodliwym dla elit politycznych) dążeniom do zbawienia duszy skuteczne działania dla „doczesnej chwały ojczyzny”; Thomas Hobbes kwestionuje kompetencje rozumu w zakresie tego, co leży w naturze człowieka, wnioskując, że człowiek postępuje raczej zgodnie z tym, co czuje, aniżeli w oparciu o to, co myśli. Pożądanie, wola uwolniona od kurateli rozumu (i etyki) – oto hasła nowego „etosu polityki”. Stopniowo wyłania się paradygmat nowego myślenia o polityce i społeczeństwie. Polityka ma być teraz „realna”, nie idealistyczna czy utopijna; ma być skuteczna, tzn. winna oprzeć się na „twardych faktach”, na tym, jaki człowiek jest faktycznie, a nie na jałowych „rojeniach o tym, jaki być powinien”. Tak rodzą się przesłanki dla tradycji liberalnej, która chce budować na „oświeconym egoizmie”.

Dobitnie wyraził to Adam Smith: „Człowiek (…) prawie ciągle potrzebuje pomocy swych bliźnich i na próżno szukałby jej jedynie w ich życzliwości. Jest bardziej prawdopodobne, że nakłoni ich do pomocy, gdy potrafi przemówić do ich egoizmu (self-love) i pokazać im, że jest dla nich korzystne, by zrobili mu to, czego od nich żąda. Każdy kto proponuje drugiemu jakiś interes postępuje w ten sposób. Daj mi to, czego ja chcę, a otrzymasz to, czego ty chcesz: (…) oto w jaki sposób otrzymujemy nawzajem od siebie największą część usług, których potrzebujemy. Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. (…) nie mówimy im o naszych własnych potrzebach, lecz o ich korzyściach”.

Ujmując rzecz w terminach bardziej współczesnych powiedzielibyśmy, że społeczne współdziałanie, włączając w to obszar działań politycznych, zaczyna być postrzegane w kategoriach kontraktualnych, operujących miernikami wartości wymiennych i utylitarnych.

Hannah Arendt (w książce O rewolucji) przekonywująco pokazuje, jak – w czasie rewolucji we Francji – tzw. kwestia socjalna stopniowo zdominowuje dyskurs polityczny, prowadząc do utrwalenia nowożytnej dominacji „wartości życiowych” nad wszelkimi aspiracjami etycznymi i duchowymi.

Czy polityka doby postnowoczesnej jest postmoralna?
Pogląd głoszący, że (szczególnie obecna) praktyka polityczna uwolniła się od swych etycznych źródeł i kryteriów występuje w kilku wariantach. Przypomnijmy klasyfikację Otfrieda Höffego, zgodnie z którą teza o demoralizacji (czyli moralnej neutralizacji) polityki występuje albo w postaci słabszej – jako reakcja na „tyranię wartości” (np. J.-F. Lyotard i francuska recepcja Nietzschego), albo w mocniejszej, gdy moralne kryteria polityki sprowadza do „roztropności” (R. Rorty), a w wersji radykalnej głosi wprost „samouzasadnianie państwa”. Według Niklasa Luhmanna polityka wymyka się całkowicie kategoriom moralnego dobra i zła, i tylko mianem „rojenia filozoficznej etyki” określa on przekonanie, że świat polityki może podlegać ocenie moralnej: „To, co zostaje po odjęciu tego rojenia, nazywa się dziś teorią systemów”.

W wersji radykalnej moralna neutralizacja oznacza stanowisko idące znacznie dalej niż na przykład postulat Maxa Webera, aby moralność obcą polityce (na przykład chrześcijańską etykę intencji) zastępować moralnością dla niej adekwatną (tzw. etyką odpowiedzialności). Wedle Luhmanna: „Polityka określa (…) decyzyjne przesłanki administracji. Ta podejmuje decyzje, które wiążą publiczność. Publiczność z kolei wybiera polityków”. Wniosek, jaki nasuwa powyżej zasygnalizowana argumentacja, głosiłby że – w każdym wypadku – dzisiejsza polityka jest już „postmoralna”.

Instrumentalizm we współczesnej masowej demokracji
Podsystem polityczny jako zbiór instytucji koordynujących życie społeczne i gospodarcze (m.in. przez stanowienie prawa oraz decyzje administracyjne) ma oczywiście charakter „instrumentalny” – w tym znaczeniu, że system władzy bezpośrednio nie reprezentuje ani nie realizuje wartości autotelicznych, nie będących już środkami dla innych (wyższych czy dalszych) celów i wartości. Stąd też wynikają granice racjonalnych oczekiwań względem politycznej władzy i polityków jako polityków. Tego rodzaju „instrumentalność” wolę nazywać „służebnością”; owa służebność jako taka nie wyklucza jeszcze możliwości respektowania – albo nawet czynnego uwzględniania – wartości samoistnych, aktualizowanych np. w religii, sztuce czy innej aktywności bezpośrednio dostarczającej poczucia sensu. Sytuacja, w której polityka uczestniczyła we wspieraniu, promocji i upowszechnianiu wartości samoistnych wydaje się leżeć poza możliwościami współczesnych demokracji. Wedle Arendt, grecki sposób uprawiania polityki polegał jeszcze na „działaniu” różnym od „wytwarzania”, dlatego działanie polityczne samo miało moc aktywności samoistnej; później wszakże sensy zdegradowano do celów, cele natomiast do roli środków, wszystko stało się formą procesu, który miał być użyteczny (ale jaki jest „pożytek z pożytku”?).

Nie ten rodzaj instrumentalności mamy tu wszakże na uwadze. Po pierwsze, idąc tutaj za E. Voegelinem, łączę to określenie z Realpolitik, w której nie ma już miejsca na „klasyczną i chrześcijańską naukę o obiektywnym ładzie w ludzkiej naturze i w społeczeństwie”. Jeśli odrzuca się obiektywistyczną etykę, jeśli tym samym w polityce liczą się tylko opinie (doksai) oraz interesy stanowiące artykulację wolnego wyboru (swobodnej, autonomicznej woli), to „wiedza polityczna musi zostać sprowadzona do charakteru technicznego”. Oznacza to, że w politycznych działaniach możliwe i oczekiwane jest „zarządzanie rzeczami” (określenie Engelsa), zaś kryteria etyczne schodzą na drugi plan.

Po drugie, w naszych czasach odrzuca się również dyskurs oświeceniowy wraz z tym, jak racjonalność nabiera charakteru instrumentalnego, tj. przestaje się wartościować poszczególne cele i dążenia. Liczą się faktycznie tylko subiektywne akty wartościowania a politykom pozostaje przyjmować je do wiadomości, sondować społeczne opinie; ewentualnie można na te opinie wpływać, ale z zasady respektuje się wielość i rozproszenie opinii na temat „dobrego życia”. O tym przecież stanowi zasada pluralizmu w społeczeństwach liberalnej demokracji. Z uwagi na rozrastający się (coraz bardziej skomplikowany) podział pracy społecznej, solidarność – fundowana na wspólnocie etycznych wartości i wyobrażeń – staje się niejako przeżytkiem. W to miejsce, w miejsce uniwersalistycznej etyki, wchodzi „racjonalność funkcjonalna” i dyskurs „wzajemnej użyteczności”. W tym też duchu ocenia się aktywność politycznych elit, ich programy, decyzje i zachowania.

Kategoria sprawiedliwości uzyskuje w zasadzie wykładnię legalistyczną: liczy się „społeczna umowa”, kontrakty między obywatelami i politykami. Można zaryzykować hipotezę, że poszczególne partie zyskują status quasi-ekonomiczny, tzn. stają do przetargu usług, które są kupowane przez obywateli. Stąd wybory polityczne to rodzaj quasi-handlowej transakcji, która może zostać odwołana, o ile usługi nie spełniają oczekiwań „kupujących”. Höffe ufa, że „demoralizacja polityki” jest tylko częściowa, częściowo zaś jest ona pozorna: jego zdaniem, „moralność [nadal] tkwi immanentnie w politycznym projekcie nowożytności”, chociaż jest w niej obecna w inny sposób. Zdaje się on mieć nadzieję, że w oparciu chociażby o (coraz bardziej konsekwentne) egzekwowanie praw człowieka do głosu będzie dochodził „interes uniwersalny”; że politycy współdziałać będą w kierunku stwarzania „warunków do działania”. Pozostaje wszakże wątpliwość czy nowożytny projekt polityki wolnej od etyki uniwersalnej nie oznacza „klatki wąsko pojętego pragmatyzmu”, gdzie (używając słów Adama Krzyżanowskiego) „należy zadowolić się orzeczeniem, że celem życia [ludzkiego] jest życie samo w sobie, wyżycie się w czynach wielkich lub małych – zależnie od siły żywotnej danej jednostki (…). Ideałem pragmatystów jest życie intensywne, jak najbardziej czynne. Rozróżnienie dobrego i złego zastępują przeciwstawieniem czynów wielkich i małych”. Co można chyba rozumieć w tym sensie, że współczesne elity polityczne konkurują w dążeniu do wielkości, ale nie w znaczeniu moralnym. Co jednak mogłaby jeszcze oznaczać taka pozaetyczna wielkość?

Aby sięgnąć do innego kontekstu, który może być pomocny w przygotowaniu kolejnych przesłanek odpowiedzi na tytułowe pytanie, odwołamy się do pojęcia legitymizacji.

Pojęcie legitymizacji w kontekście tezy o moralnej neutralizacji polityki
Otfried Höffe, odpierając racje N. Luhmanna (i innych), wyciąga wniosek, że „w epoce nowożytnej zagadnienie legitymizacji nie znika”, chociaż zmienia się zarówno forma legitymizacji, jak i charakter moralności (miejsce moralności osobowej zajmować ma argumentacja moralna, odwołująca się do kryterium „powszechnej korzyści”, względnie do „konsensusu wszystkich zainteresowanych”). Można zgodzić się z tezą, że legitymizacja zmienia swą postać, natomiast jej uszczegółowienie budzi rozliczne wątpliwości. Przypomnijmy pokrótce, na czym polegała legitymizacja w cywilizacjach przednowożytnych (tj. przednowoczesnych).

Początkowo, przynajmniej do czasów greckiego antyku, formuła legitymizacji była religijna (lub quasi-religijna) i oznaczała, że panujący władca (oraz ład polityczny przezeń uosabiany) uznawany jest za Bożego pomazańca, a jego autorytet pozostaje nienaruszony do czasu, jak sprawuje swą władzę zgodnie z „prawem”, co znaczy tu: zgodnie z „prawem natury”, nieodróżnianym od „dobrych obyczajów” i powszechnie uznawanej moralności. Prawomocność władzy króla (albo oligarchów) oznaczała zarazem wiarę poddanych, że związana z nią potestas (czyli siła, zdolność, moc sprawcza) pochodzi bezpośrednio od Boga i/lub Natury. Pociągało to za sobą lojalność i posłuszeństwo rządzonych.

W czasach greckiej polis, gdy na scenę wkracza filozofia, forma legitymizacji ewoluuje: na szali stawia się, najpierw tylko dodatkowo, argumentację racjonalną, co znaczy tutaj: kryterium współistotnym czyni się rozumność panującego (resp. panujących), tj. zarówno jego osobistą mądrość (i towarzyszące jej inne cnoty), jak „prawość” jego czynów i decyzji (którą „mierzy się” tylko po części zgodnością z pisanym prawem – kodeksami, częściej zaś „dobrym obyczajem” – tradycją). W „mieszanym” ustroju republikańskim cnota polityczna rządzących wykształca się i ujawnia najpierw jako obywatelskie posłuszeństwo i dyscyplina.

Dalszy etap to Res publica Christiana, która dzieli z tzw. społeczeństwami tradycyjnymi również tę cechę, że w roli uprawomocnienia panowania scentralizowanej (teraz już w formie państwa) władzy funkcjonuje centralny obraz świata, religijna i/lub metafizyczna wykładnia rzeczywistości, tak kosmosu, jak (wyraźnie nieoddzielanego odeń) społeczeństwa. Porządek politycznego panowania zachowuje autorytet, o ile respektuje i odtwarza boski czy metafizyczno-moralny ład świata (zapoczątkowany przez Boga, wprowadzany czy ulepszany przez wielkich przodków i bohaterów kulturowych).

W powyżej wymienionych formach legitymizacji dwa szczegóły wydają się warte podkreślenia: 1) porządek polityczny (decyzje rządzących oraz stanowione prawa) zachowuje poważanie i spotyka się z lojalnością obywateli dopóki dominuje przekonanie, że zachowywane jest „prawo naturalne”, 2) polityka musi być zgodna z moralnością, tzn. władający mają być cnotliwi. Ponadto od rządzących oczekuje się, że zadbają o to, aby życie obywateli było „dobre”, tzn. zgodne z wzorami obyczajowymi i religijnymi. Można twierdzić, iż do wystąpienia Machiavellego stan obyczajów i moralności wyznaczał (mniej lub bardziej wyrazisty) obraz „ładu naturalnego”, stanowiącego kryterium legitymizacji politycznego porządku i przywództwa. Uprawomocnienie przez kosmologiczną interpretację świata dawało wyraz moralnym wyobrażeniom członków społeczności, budując jednocześnie komunikacyjną więź wzajemności między nimi (z rządzącymi włącznie). Mityczne, religijne i metafizyczne obrazy świata przynosiły „rozwiązania centralnych zagadnień ludzkości – zagadnień współżycia i indywidualnych losów życiowych. Ich tematy to sprawiedliwość i wolność, przemoc i ucisk, szczęście i zadowolenie, nędza i śmierć”.

W społeczeństwach nowoczesnych zmieniają się i forma legitymizacji, i wyobrażenia cnót politycznych. Polityk, poczynając od machiavellowskiego Księcia, ma być przede wszystkim skuteczny.

Wydaje się, że przydatne dla naszych celów będzie takie rozszerzenie pojęcia legitymizacji, aby znowu w istotnej roli mógł wystąpić ład rozpowszechnionych w społeczeństwie obyczajów i wyobrażeń o „dobrym życiu”, godnym przeżycia, jeśli nie podziwu i naśladowania. Jeśli w ten sposób powrócimy do szerokiego rozumienia legitymizacji, może wprawdzie wydawać się, że byłaby to legitymizacja bardzo pośrednia i działająca niejako z opóźnieniem. Można jednak sądzić, że prawomocność porządku politycznego uzyskiwana na drodze proceduralnej, tj. z jednej strony poprzez głosowanie w wyborach politycznych, z drugiej poprzez utrzymującą się lojalność obywateli akceptujących lub tylko cierpliwie znoszących „bieg spraw”, tj. sposób „obchodzenia się” z nimi przez klasę polityczną (administrację i legislaturę), zadowalająco przybliża bezpośrednią formę legitymizacji.

Takie rozszerzone (o formy bardziej pośrednie) pojęcie legitymizacji pozwala przypisywać funkcję legitymizacyjną (obok filozofii) także literaturze i sztuce, które wciąż podejmują dawną (vide Arystoteles), egzystencjalno-moralną problematykę sensownego, tj. „dobrego życia”, nawet wtedy, gdy wyrażają poczucie bezsensu, absurdu czy gdy przeciwstawiają „złym porządkom tego świata” jakiś inny świat, na przykład utopię przyszłości lub marzenie o powrocie „złotego wieku”. Takie postępowanie bierze pod uwagę fakt, że w zakres legitymizacji wchodzi również de-legitymizacja: a więc nieakceptacja, brak lojalności, cichy protest lub otwarta rewolta. Owo rozszerzone pojęcie wydaje się umożliwiać krytyczne spojrzenie na stanowisko, zgodnie z którym kultura postnowoczesna została uwolniona od wszelkich funkcji „reprodukowania systemu”.

(…)

Przy okazji warto chyba przypomnieć udział politycznego liberalizmu w zasadniczej zmianie rytualnych form odtwarzania się instytucji politycznych. W kontekście dopalających się wojen religijnych (doby reformacji) oraz narastającego podziału pracy nastąpiło bowiem nie tylko wyodrębnienie się względnie autonomicznych podsystemów gospodarki, kultury i świeckiego państwa. Równie ważne wydaje się bowiem rozczłonkowanie politycznej formy panowania, powstanie trójpodziału władz (na ustawodawczą, administracyjną i sądowniczą) oraz systemu wielopartyjnego. Tym samym rola tradycyjnych autorytetów (Kościoła i innych nosicieli tradycji, jak: literaci, artyści, dziejopisarze, „humaniści”, scholarzy i filozofowie) w nowych formach legitymizacji została pomniejszona i zapośredniczona. Już od tego momentu „liberalizacji władzy politycznej” legitymizacja staje się wieloczłonowa czy wieloetapowa. Z jednej strony bezpośrednio liczą się praktyczne programy działania, zadania gospodarcze (wzrost produkcji, sprawność instytucji, monetaryzm), reformy sposobu dystrybucji dochodu itp.; dalej – konkretne wydarzenia i decyzje poddawane są ocenie przez tzw. opinię publiczną, reprezentowaną przez prasę, publicystykę ekonomiczną, kulturalną i polityczną. Lecz, z drugiej strony, przekonania światopoglądowe i moralne nie są całkowicie reprezentowane ani przez system podzielonych partii politycznych, ani przez „jednodniowe” opinie i bieżące komentarze. Owszem: mody, popularne wykładnie i oceny wydarzeń, publiczna atmosfera pozostają w pośredniej korelacji z „produkcją” środowisk intelektualnych i tradycyjnych autorytetów. Kultura intelektualno-duchowa nadal dostarcza sankcji moralnych dla podtrzymywania lub odrzucania istniejącego katalogu cnót i porządku instytucji politycznoprawnych. Pewne podstawowe relacje pomiędzy porządkiem istniejącym w narodowych państwach a (konkurencyjnymi) obrazami ładu moralnego (sprawiedliwa wymiana dóbr) i wizerunkami udanego życia – utrzymują się nadal. Jednakowoż lojalność rzesz obywateli względem aktualnego reżymu nie jest bezpośrednio uzależniona od obrazów dobrego życia; bardziej bezpośrednio liczą się teraz gwarancje socjalne oraz ciągły postęp w realizowaniu elementarnych wartości życiowych. Lojalność ta, gotowość do współdziałania, nadal zależą od (przynajmniej biernej) akceptacji pewnych wspólnych wyobrażeń życia choćby znośnego.

W obecnej dobie nieustająca aktywność środków przekazu bombardujących przyszły elektorat obrazami „udanych form spędzania czasu wolnego”, waloryzująca te czy inne towary i modele konsumpcji, wyznacza węższe pojęcie „opinii publicznej”, która usiłuje dyktować mody, „wartościowy styl życia”, proponując „modele do składania” i konstruowania własnej (po)„nowoczesnej” tożsamości. Literatura, sztuka, filozofia oraz religia nadal konkurują w próbach wpływania na stan obyczajów i moralności. A mianowicie: poprzez tak wąsko rozumianą opinię, ale także obok niej korzystając ze środków, jakimi nie dysponuje informacja, prasa i publicystyka. W obyczajach i moralności nadal tkwi istotna miara, tak dla prawodawstwa i ustrojowego modelu, jak i dla bieżącej polityki administracyjnej.

Zarysowana powyżej zmiana w formach legitymizacji skłania do przekonania, że moralny ogląd polityki został zasadniczo osłabiony i przeobrażony, ale nie jest jeszcze całkowitym przeżytkiem.

Na koniec rozważymy jeszcze, co wnosi do naszej kwestii postmodernistyczny punkt widzenia.

Postmodernistyczny pluralizm aksjologiczny i polityka
Postmodernizm przedstawia siebie (na ogół) jako zarzucenie oświeceniowej naiwnej wiary w naukowo-moralny postęp; co więcej, rości sobie pretensję do odkrycia różnorodności ludzi i kultur, a w każdym razie przypisuje sobie zasługę konsekwentnego afirmowania tej różnorodności. A zatem dopiero postmodernizm miałby sankcjonować pluralizm polityczny, kulturowy i – co jednak jest czymś innym – aksjologiczny. Odnośnie do „odkrycia” wspomnianej różnorodności, to świetnie sobie z niej zdawano sprawę od dawien dawna (przecież owa nierówność była główną bodaj przesłanką platońskiego namysłu nad światem polityki). Natomiast pluralizm aksjologiczny, a więc orzeczenie równowartościowości czy równorzędności ludzkich działań, postaw, zdolności (a nie tylko moralnej osoby w każdym – na przykład w ramach chrześcijańskiej równości osób przed Bogiem) prowadzi do rozmaitych przewartościowań w kulturze oraz do zasadniczego zagrożenia dla cnót politycznych.

Zwycięstwo „małych przekonań” – jak to nazywa Brzeziński – uparta obrona równorzędności wszystkich narracji, aksjologiczny pluralizm tworzą główne zawołania bojowe postmodernizmu. Jednak nie wszyscy zwolennicy „małych przekonań” akceptują okoliczność, że postmodernistycznej praktyce towarzyszyć zaczyna ogólne „rozstrojenie” moralności. Zrównanie wszystkich jednostkowych przekonań etycznych i światopoglądowych wyborów trudno właściwie oddzielić od ich jednoczesnego unieważnienia, tj. neutralizacji. Aksjologiczny pluralizm oznacza, na przykład w wersji J.-F. Lyotarda, nieodwracalne rozproszenie wartości i autorytetów. Taki stan rozproszenia jest nadzwyczaj funkcjonalny nie tylko względem całego podsystemu wolnej gospodarki, ale również względem konsumpcyjno-hedonistycznego horyzontu aspiracji mas oraz instrumentalistycznego etosu przeważającej części elit politycznych.

Co ważniejsze, nawet rozlewająca się szeroko (ostatnio coraz bardziej uznawana za wartość samą dla siebie, również w Polsce) różnorodność zdaje się oznaczać wciąż tylko jedno, w swojej niekończącej się aksjologicznej tautologii: równą godność każdego życia. W utrzymaniu i rozpowszechnianiu tej prostej osobowej cnoty, jaką jest afirmacja samego istnienia, zwyczajnego ludzkiego życia, jako czegoś niewymienialnego, nie byłoby nic zdrożnego, gdyby nie implikowała ona zarazem osłabienia moralnych miar dla polityki. Pytanie, które musi tutaj powrócić, dotyczy etyczno-politycznych następstw (por. Th.L. Pangle) aksjologicznego rozbicia „jednostek wartości” na nieporównywalne atomy. Należy bowiem zapytać czy w zakładanej przez postmodernizm anarchizującej antropologii nie następuje rozstrzygnięcie całej kwestii, tj. czy niejako z góry nie obniża się kryteriów dla odpowiedzialności polityków.

Afirmacja zwyczajnego życia – sama w sobie chwalebna i zbieżna ze starą moralną tradycją chrześcijaństwa – nie sprzyja jednak identyfikacji obywatelskiej. Co gorsza, na dobrą sprawę, skoro wszystkie sposoby bycia pozostają absolutnie dowartościowane w punkcie wyjścia, nie bardzo wiadomo w czym leżałaby zachęta do osobowego samodoskonalenia, nie mówiąc już o poświęceniu, bez którego trudno pojąć chrześcijańskie cnoty etyczne.

Gdy Richard Rorty (najgłośniejszy rzecznik postmodernizmu amerykańskiego) reinterpretuje amerykański pragmatyzm, zrównując funkcjonalnie naukę i politykę, to w inny sposób przeprowadzić chce destrukcję „metafizycznej metanarracji” filozofii europejskiej. Idąc w tym względzie za Baconem i Peirce’em uzasadnia koniec wszelkich elitaryzmów, a obierając inną wersję afirmacji zwyczajnego życia (bardziej kolektywistyczną) wytraca wszelki dystans względem doraźnej użyteczności. Tym samym dostarcza zasadniczych powodów do wątpienia czy wysuwana przezeń kategoria „roztropności” oznacza jeszcze coś rozsądnego, skoro odrzuca się tu całkowicie teoretyczną dociekliwość, i ostatecznym kryterium czyni się adaptacyjną skuteczność danej społeczności kulturowej. Kto pozbawia się teoretycznego składnika roztropności, ten pozostanie bezradny, nie dysponując bowiem możliwością zhierarchizowania korzyści i zagrożeń, zdaje się wyłącznie na żywioł demokratycznej opinii dnia codziennego.

Gdyby postmodernistyczny projekt pluralizmu moralnego został uznany za obowiązujący w dziedzinie życia publicznego, odpowiedź na nasze pytanie musiałaby wypaść jednoznacznie: moralny ogląd polityki jest pozostałością zadawnionej tradycji, która nie ma żadnej przyszłości. Jednak trudno sobie wyobrazić świat, w którym kryteria moralne stałyby się sprawą wyłącznie prywatną, a nasze preferencje moglibyśmy wyrażać jedynie zakupując reklamowane towary lub głosując na, zachwalane w gazetach, partie konformistów tysiąca odcieni.

Bibliografia:
Arendt Hannah, Między czasem minionym a przyszłym, tłum. M. Godyń, W. Madej, Warszawa 1994; O rewolucji, tłum. M. Godyń, Warszawa 2003.

Arystoteles, Polityka, tłum. L. Piotrowicz, Warszawa 1964.

Bell Daniel, Kulturowe sprzeczności kapitalizmu, tłum. S. Amsterdamski, Warszawa 1994.

Berlin Isaiah, Oryginalność Mahiavellego, tłum. Z. Dorosz, „Literatura na świecie” 6/1986.

Bernstein Richard, The New Constellation. The Ethical-Political Horizons of Modernity/Postmodernity, Oxford 1991.

Bloom Allan, Umysł zamknięty, słowo wstępne: S. Bellow, tłum. T. Bieroń, Poznań 1997.

Bouveresse Jacques, Racjonalność i cynizm, tłum. M. Kowalska, „Literatura na świecie” 8-9/1988.

Brzeziński Zbigniew, Bezład. Poza kontrolą, tłum. K. Murawski, Warszawa 1994.

Habermas Jürgen, Technika i nauka jako „ideologia”, [w:] Czy kryzys socjologii?, red. J. Szacki, Warszawa 1977; Modernizm – niedopełniony projekt, tłum. A. Sobota, „Odra” 7-8/1987.

Horkheimer Max, Krytyka rozumu instrumentalnego, [w:] Społeczna funkcja filozofii, tłum. J. Doktór, Warszawa 1987.

Höffe Otfried, Etyka państwa i prawa, tłum. Cz. Porębski, Kraków 1992; Konwersja teorii krytycznej, tłum. Z. Stawrowski, „Logos i Ethos” 2/1993.

Kant Immanuel, O wiecznym pokoju. Zarys filozoficzny, tłum. F. Przybylak, Wrocław 1993.

Kiełbasa Jan, Wartość skonkretyzowana czyli o cnocie roztropności i kontrowersjach z nią związanych, „Znak” 8/1994.

Krzyżanowski Adam, Chrześcijańska moralność polityczna, Kraków 1948.

Lyotard Jean-François, Kondycja postmodernistyczna, tłum. A. Taborska, „Literatura na świecie” 8-9/1988; Definiując postmodernizm, tłum. J. Holzman, [w:] Postmodernizm – kultura wyczerpania?, red. M. Giżycki, Warszawa 1988.

Luhmann Niklas, Samolegitymizacja państwa, tłum. J. Górski, „Colloquia Communia” 6/1988.

Manent Pierre, Intelektualna historia liberalizmu, tłum. M. Miszalski, Kraków 1994.

Montesquieu, O duchu praw, tłum. T. Żeleński-Boy, Warszawa 1957.

Morawski Stefan, Filozof niezgody z psotną wizytówką (casus Lyotard), [w:] Sztuka i estetyka po awangardzie a filozofia postmodernistyczna, red. A. Zeidler-Janiszewska, Warszawa 1994.

Pałubicka Anna, Na marginesie tezy J. Habermasa o neokonserwatywnym charakterze postmodernizmu, [w:] Dyskursy rozumu: między przemocą a emancypacją, red. L. Witkowski, Toruń 1990.

Pangle Thomas L., Uszlachetnianie demokracji. Wyzwanie epoki postmodernistycznej, tłum. M. Klimowicz, Kraków 1994.

Piekarski Romuald, Cnoty polityczne i obywatelskie „Solidarności” – próba interpretacji Sierpnia ‘80 w świetle etyki politycznej, [w:] Piętnasta rocznica Sierpnia ‘80, red. L. Mażewski, Gdańsk 1995.

Platon, Prawa, tłum. M. Maykowska, Warszawa 1960.

Rorty Richard, Racjonalność i różnica, tłum. L. Witkowski, „Kultura Współczesna” 1/1993; Filozofia a zwierciadło natury, tłum. M. Szczubiałka, Warszawa 1994; Habermas i Lyotard o postmodernizmie, tłum. J. Holzman, [w:] Postmodernizm – kultura wyczerpania?, red. M. Giżycki, Warszawa 1988.

Sartori Giovanni, Teoria demokracji, tłum. P. Amsterdamski, D. Grinberg, Warszawa 1994.

Smith Adam, Badania nad przyczynami bogactwa narodów, tłum. G. Wolf, O. Infeld, Z. Sadowski, Warszawa 1954.

Strauss Leo, Prawo naturalne w świetle historii, tłum. T. Górski, Warszawa 1969.

Taylor Charles, Sources of the Self. The Making of the Modern Identity, Cambridge University Press 1992.

Turasiewicz Romuald, W kręgu znaczeniowym pojęcia NOMOS, „Meander” 1/1974.

Voegelin Eric, Nowa nauka polityki, tłum. P. Śpiewak, Warszawa 1992.

Weber Max, Panowanie, organizacja i prawomocność: socjologia polityczna Maxa Webera, [w:] R. Bendig, Max Weber. Portret uczonego, Warszawa 1975.

Znaniecki Florian, Nauki o kulturze, tłum. J. Szacki, Warszawa 1971; Społeczne role uczonych, tłum. J. Szacki, Warszawa 1984.

http://www.legitymizm.org/moralny-oglad-polityki


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 16 lip 2011, 09:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Porządek i nieład w życiu politycznym

Prof. Miguel Ángel Belmonte, Uniwersytet Abat Oliba CEU w Barcelonie

Klasyczna filozofia polityki, zwłaszcza myśl polityczna Arystotelesa, dostarcza klucza do rozumienia pojęcia "porządek polityczny". Idea "porządku", wzięta ogólnie, opiera się na wielości różnych elementów, pomiędzy którymi znajduje się coś jednoczącego. Szczegółowa idea porządku politycznego, obejmująca rodzinę, miasto, zrzeszenia zawodowe itd., również zawiera wielość elementów, między którymi zachodzi jedność.
Ta jedność pochodzi przede wszystkim od "dobra wspólnego", rozumianego jako cel najwyższy wspólnoty politycznej. Ale taką jedność daje też jedność władzy zwierzchniej i jedność terytorialna, tyle że obie podporządkowane dobru wspólnemu.

"Wielość" tworzą grupy społeczne, jak choćby rodziny: "państwo bowiem z natury jest pewną wielością". Natomiast jedność w normalnych warunkach płynie z ustroju, z władzy, z rządzenia w "jednym" kierunku, jakim jest "dobro wspólne". A zatem porządek polityczny pojawia się tam, gdzie społeczna wielość jest zorganizowana w taki sposób, że jej działania skierowane są do "jednego", określonego modelu. Ale tu pojawia się spór w związku z następującym pytaniem: jeśli taki model wyklucza sprawiedliwość, czy może być traktowany jako "porządek polityczny". Czy może dojść do tego, że "porządek polityczny" utworzy banda złoczyńców?
Dla klasyków - zarówno pogańskich, jak i chrześcijańskich - od Arystotelesa do św. Tomasza z Akwinu, poprzez św. Augustyna, pojęcie porządku jest nierozłącznie związane z pojęciem dobra; a pojęcie porządku politycznego jest nierozłączne z pojęciem dobra wspólnego.

Spaczenie porządku politycznego w czasach nowożytnych
Nowożytni teoretycy polityki stopniowo odchodzili od pojęcia dobra wspólnego, redukując ideę porządku politycznego do zagadnienia siły. Efektem tej ewolucji nowożytnej myśli politycznej jest na przykład definicja "wspólnoty politycznej" podana przez Maxa Webera: "obszar mniej lub bardziej określony, mniej lub bardziej trwały, sfera (z ewentualną możliwością użycia siły), zarezerwowana dla tych, którzy do niej należą". Erik Voegelin słusznie uważa, że nowożytna i współczesna koncepcja życia politycznego (egoistyczna umowa dla interesu; racja stanu; równowaga sił) to zaprzeczenie porządku politycznego i to właśnie w weberowskim pozytywizmie socjologicznym widać moralną ślepotę nowożytności.
W myśli nowożytnej i współczesnej najwyższym celem życia politycznego staje się samo państwo. Przy wielu okazjach Papież Pius XII ostrzegał, że totalitaryzm pojawia się tam, gdzie państwo zawłaszcza całość życia politycznego. "Ten, kto traktuje państwo jako cel, ku któremu należy wszystko kierować i któremu wszystko należy podporządkować, nie może nie szkodzić narodom w posiadaniu prawdziwej i trwałej pomyślności. Dzieje się to zarówno wówczas, gdy nieograniczona władza przypisywana jest państwu jako mandatariuszowi narodu, ludu lub jakiejś warstwy społecznej, jak i wtedy, gdy państwo samo sobie przyznaje taką władzę, jakby władca absolutny i całkowicie niezależny" (Pius XII, "Summi Pontificatus", 46).

Niebezpieczeństwo nacjonalizmu
Pierwotny nacjonalizm baskijski (Sabino Arana, XIX w.) nie utrzymuje, że Baskowie mają być katolikami, bo taką jest prawdziwa religia, ale dlatego że mają być katolikami, bo to ich odróżnia od hiszpańskich liberałów. Prawdziwe hasło Nacjonalistycznej Partii Basków brzmiało: "Bóg i dawne prawa", ale krok po kroku praktyka religijna i życie kościelne były podporządkowywane politycznym rewindykacjom. Współcześni nacjonaliści baskijscy uważają, że to nie ma znaczenia, czy się jest czy nie jest katolikiem, o ile nie różnicuje to Basków od pozostałych Hiszpanów. W ostatnich stu latach nacjonalizm zajął miejsce religii, stając się faktycznie idolatrią.

Redukcja polityki do techniki
Z drugiej strony, nowożytna i współczesna myśl polityczna przetworzyła działalność polityczną w technikę, której można używać dla jakichkolwiek celów, również złych.
Upowszechnianie mechanizmów demokratycznych dla wyboru rządzących i redukcja politycznej legitymizacji do tej otrzymanej dzięki zwycięstwu w wyborach przetworzyła działalność polityczną w kombinację manipulowania opinią publiczną i strategiczne zbieranie głosów. Naciski, którym jesteśmy poddawani w okresie spotkań wyborczych, zacierają wśród katolików rozumienie sensu aktywności politycznej, którzy często mieszają skuteczność techniczną wyników wyborów z autentyczną działalnością polityczną, nieoddzielalną od celu ludzkiego życia jako takiego: "Zubożenie naszego języka, po to by zatrzeć różnicę między praxis i poiesis na poziomie inteligibilnej zawartości tych pojęć, tak jak one były rozumiane w języku greckim, dało okazję, by w języku potocznym nazywać praktycznym to, co skutecznie prowadzi do jakiegoś konkretnego celu; zapominając równocześnie, że doskonałość praxis i jego podstawowe ukierunkowanie odnosi się do celu ludzkiego życia jako takiego" (F. Canals, "Sobre la esencia del conocimiento", Barcelona 1987, s. 622). Tak więc, życie polityczne sprowadzane jest do zderzania się sił materialnych, do mechanizmu, gdzie jedna opinia tyle samo jest warta, ile inna i tylko wtedy jest skuteczna, gdy stanowi część odpowiednio dużej sumy głosów wystarczających do przekształcenia jej w blok parlamentarny.

Polityczny liberalizm przeciwko porządkowi naturalnemu
Obrona porządku politycznego implikuje uznanie prawomocnego pluralizmu w życiu społecznym, którego nie można utożsamiać z pluralizmem dezintegrującym. Wielość rodzin, stowarzyszeń zawodowych, centrów studiów humanistycznych i technologicznych, gmin etc. tworzy autentyczne dobro dla społeczeństwa i jest koniecznym elementem dobra wspólnego, definiowanego jako "zespół warunków życia społecznego, dzięki którym wszystkie stowarzyszenia i każdy z jego członków może realizować w sposób coraz pełniejszy i łatwiejszy własną doskonałość" ("Gaudium et spes", 26). Zatem pluralizm pojęty jako synonim relatywizmu moralnego, obojętności względem dobra i zła etc., może tylko za sobą pociągnąć przekształcenie państwa i jego administracji w jedynowładztwo, ponad dobrem i złem, podporządkowującego religię polityce, wprowadzającego technicyzację i umasowienie życia politycznego.
Ale wybitny hiszpański myśliciel Donoso Cortés ostrzegał, że liberalizm polityczny, ze swym indyferentyzmem religijnym i moralnym relatywizmem, doprowadzi do apoteozy państwa opiekuńczego, które wyeliminuje wszelkie pozostałe autorytety. Ateistyczny socjalizm jest liberalizmem doprowadzonym do swych ostatecznych konsekwencji. Negując teologiczną solidarność rodzaju ludzkiego, negując grzech pierworodny i jego skutki dla natury ludzkiej, liberalizm redukuje religię do sfery prywatnej, do serii osobistych przekonań, które nie mogą mieć wpływu na życie publiczne. Przy takim zafałszowaniu liberalizm może tylko proponować system polityczny, w którym solidarność ma wymiar wyłącznie ekonomiczny. Ale już Arystoteles zauważył, że związek ekonomiczno-handlowy nie tworzy państwa.
Liberalizm umiarkowany jest groźniejszy od skrajnego, ponieważ ten ostatni działa w sposób jawny i widoczny, a ten pierwszy chowa się za pozornym dobrem, co jasno pokazał Papież Leon XIII w encyklice "Libertas". Liberalizm skrajny to taki, który "odłącza od woli, w imię wolności, przestrzeganie boskich przykazań, pozostawiając człowiekowi wolność bez granic... Zaś w sprawach publicznych władza oddziela się od prawdziwej i naturalnej zasady, z której czerpie całą swą moc dla urzeczywistniania dobra wspólnego, a prawo, które ustanawia względem tego, co wolno robić, a czego nie, zależy od większości, a to prowadzi do tyranii" (17-19). W sposób jeszcze groźniejszy, bo wyrafinowany, niż liberalizm skrajny, liberalizm umiarkowany uznaje, że "wedle praw boskich należy układać życie i zwyczaje jednostek, ale nie życie i zwyczaje państwa" (22).
Ten skrajny liberalizm, o którym mówił Papież Leon XIII w roku 1888, jest w gruncie rzeczy tą samą ideologią, którą dziś wyznają partie polityczne i rządy państw zachodnich centrolewicy, podczas gdy liberalizm umiarkowany wyznaje centroprawica. Więc na przemian, jedni przyspieszają proces rewolucyjnych zmian, a drudzy starają się go utrzymać. Istotą procesu rewolucyjnego jest nieporządek, to jest jego podstawowy program. Jest to zaprzeczenie tego, o czym mówi Leon XIII: "Do doskonałości każdej natury należy utrzymanie miejsca i stopnia, którego wymaga porządek naturalny, to znaczy to, co niższe, podporządkowuje się i jest posłuszne temu, co wyższe" (18). Proces rewolucyjny polega na zniszczeniu wszelkich śladów po porządku naturalnym, to znaczy po porządku, którego chce Bóg dla człowieka i całego stworzenia.

Jak działa liberalizm: przypadek Hiszpanii
Hiszpania, jeden z pierwszych narodów świata, który przyjął chrześcijaństwo, w ciągu ośmiu wieków odegrał ważną rolę, leżąc na granicy między zachodnim chrześcijaństwem a napierającym islamem. Potem odegrał decydującą rolę w odkryciu, podbiciu i ewangelizacji Ameryki. W połowie wieku XVII gwiazda Hiszpanii zaczęła gasnąć. Ale przed dwustu laty, w roku 1808, naród hiszpański, w stu procentach katolicki, powstał przeciwko napoleońskiej okupacji w imię katolickiej tradycji Hiszpanii. Jednakże zaczęły już w Hiszpanii działać środowiska liberalne, które wkrótce zaczęły kontrolować kraj. Różne wojny cywilne na przestrzeni XIX wieku kończyły się zawsze zwycięstwem liberałów. W pierwszych trzydziestu latach XX wieku Hiszpania staje się sceną walk politycznych pomiędzy liberałami umiarkowanymi, skrajnymi, różnego rodzaju socjalistami i anarchistami etc.
Sowiecki stalinizm lat 30. wiązał z Hiszpanią wiele nadziei. Od 1931 do 1939 roku, a szczególnie w latach: 1934, 1936 i 1937, rozpętały się w Hiszpanii prześladowania religijne na skalę niespotykaną do tej pory w historii Kościoła katolickiego. Dwunastu biskupów, tysiące kapłanów, zakonników, zakonnic i świeckich zostało zabitych za to, że byli katolikami, bez żadnej przyczyny politycznej czy militarnej. Władze cywilne, nie tylko, że nie przeszkadzały w tej rzezi, ale nawet wypuszczały na wolność groźnych przestępców pod warunkiem, że i oni wezmą w niej udział. Sytuacja w Hiszpanii w latach 30. była bez wątpienia sytuacją "nieporządku", ale wyraźnie chcianego i sprowokowanego przez rewolucjonistów, zarówno wewnątrz rządu, jak i spoza niego, w nadziei przyspieszenia procesu zaprowadzenia marksistowskiego raju.
Rewolucja została zahamowana dzięki powstaniu wywołanemu przez część wojska. Czterdzieści lat po wojnie, gdy upadł już rząd frankistowski, hiszpańskie elity polityczne, pod wpływem różnych grup wypracowały konstytucję, by upodobnić Hiszpanię do pozostałych rządów zachodnioeuropejskich.
Pod koniec 1978 roku konstytucja została poddana pod referendum, i po 30 latach ciągle obowiązuje, przy wsparciu rządu (centroprawicowego) i większości partii opozycyjnych. Aby mieć wyobrażenie, jak kształtowała się opinia publiczna w roku 1978, podam anegdotę. Dzień przed referendum, premier rządu Adolfo Suárez powiedział w telewizji, że konstytucja nie będzie legalizowała rozwodów. Dlatego prawie wszyscy biskupi hiszpańscy powiedzieli konstytucji "tak". Liberałowie umiarkowani, ucząc się na błędach przeszłości, przedstawiali ją jako narzędzie zgody, stabilności, wolności i pokoju. Tylko niewielki procent biskupów i niewielkie grupy polityczne pozaparlamentarne odrzuciły konstytucję, uważając, że przyniesie Hiszpanii właśnie rozwody, aborcję i rozbicie narodowej jedności. Oskarżano ich, że są panikarzami, że przesadzają etc. Ale z biegiem czasu wszystkie te obawy się potwierdziły.
Nastał rząd centroprawicowy, który najpierw wprowadził prawo do rozwodów (1981), argumentując, że dzięki temu będzie więcej ślubów, bo będzie mniej obaw, żeby się żenić! Rezultat był taki, że choć na początku w ciągu kilku lat liczba rozwodów była bardzo niska, to w ciągu ostatnich dwudziestu lat nastąpił ich niespotykany wzrost. Ostatecznie, gdy rząd centrolewicowy wprowadził prawo zwane potocznie "rozwodem ekspresowym" (2004), liczba rozwodów wzrosła o 300 procent. W międzyczasie zmniejszyła się liczba zawieranych małżeństw, a choć wskaźnik urodzin nieco się zwiększył, to głównie na skutek napływu emigrantów.
Prawo do aborcji w trzech wypadkach: gwałtu (do 12. tygodnia życia płodu), deformacji płodu (do 22. tygodnia jego życia), zagrożenia dla zdrowia fizycznego lub psychicznego matki (bez ograniczeń czasowych dla życia płodu), zostało wprowadzone w 1986 r. w oparciu o argumenty całkowicie fałszywe, np. że w Hiszpanii było pół miliona nielegalnych aborcji w ciągu roku. W pierwszych latach było ich zaledwie kilkaset, ale z każdym rokiem liczba aborcji wzrastała, aż doszła do 100 tys. rocznie (2006), z czego 97 procent dokonano z uwagi na zagrożenie dla zdrowia fizycznego matki.
W 2007 roku, po 20 latach od podstępnego wprowadzenia prawa, zaczęto po raz pierwszy badać nieprawidłowości, jakich systematycznie dopuszczały się centra aborcyjne. Jak na to zareagowały wielkie partie polityczne? Centroprawica się nie wypowiedziała i wolała, żeby wszystko pozostało tak jak jest. Centrolewica, przy wsparciu takich postaci jak George Lakoff (guru demokratów w Stanach Zjednoczonych, wspiera również lewicę hiszpańską i jest obecnie członkiem hiszpańskiego rządu), zmobilizowała media, by ustanowić nowe prawo całkowitej wolności w przypadku aborcji.
Jeśli zaś chodzi o manipulacje na embrionach, to już w 1988 roku zalegalizowano w Hiszpanii zapłodnienie in vitro. W roku 2003, przy rządzie centroprawicowym, zalegalizowano manipulację na embrionach dla celów uznanych za naukowe. Obecnie, od roku 2006, poszerza się zakres dopuszczalności tych praktyk.
Mimo że konstytucja mówi w artykule 32.1, iż "mężczyzna i kobieta mają prawo do zawarcia związku małżeńskiego", to od roku 2005 homoseksualiści mogą legalnie zawierać takie związki, całkowicie wypaczając sens tego artykułu.
Gdy zaś chodzi o dezintegrację Hiszpanii, to ogłoszone jest referendum na rok 2008 w sprawie samostanowienia Kraju Basków, a na rok 2014 - Katalonii, gdzie partie nacjonalistyczne antyhiszpańskie, od roku 1980 przechwytują kontrolę nad instytucjami publicznymi i prywatnymi.

Współczesne przykłady nieporządku wprowadzanego do prawa
W ciągu ostatnich czterech lat, za rządów centrolewicy, wprowadzono wiele zmian legislacyjnych o dużym znaczeniu symbolicznym. Mają miejsce zmiany, w których jasno widać taktykę liberalizmu: odwrócić porządek naturalny (w którym cel i kres są w ramach porządku, którego chce Bóg), by ustanowić nową ludzką naturę, nowy porządek, który byłby wielkim nieporządkiem, gdzie wszystko ma całkowicie i ostatecznie oderwać się od Boga i prawa naturalnego w życiu publicznym, włączając w to nawet życie prywatne.
Zasygnalizujmy najbardziej uderzające przykłady w kolejności chronologicznej: prawo przeciwko przemocy płci, jeśli atakującym jest mężczyzna, umożliwia zaskarżanie męża przez żonę (2004); prawo do "pamięci historycznej" (2007), które zobowiązuje do usunięcia z miejsc publicznych jakichkolwiek symboli, które przypominają rząd frankistowski, a równocześnie prawo to ułatwia zdobycie subwencji tym, którzy walczą przeciwko frankizmowi, nawet jeśli byliby terrorystami; reforma kodeksu karnego, aby zapobiec legalnej możliwości użycia umiarkowanej siły przez rodziców przy wychowaniu swych dzieci; polityka fiskalna, która w większym stopniu idzie na rękę osobom bezżennym lub rozwiedzionym niż rodzinom; reforma edukacji, która zmniejsza autorytet nauczycieli i profesorów wobec uczniów; reformy cywilne, które pozwalają na oficjalną zmianę płci na własne żądanie, bez operacji lub przy jej pomocy, ta ostatnia opcja pokrywana jest z funduszy publicznych..., a słyszy się również o inicjatywach parlamentarnych włączenia się do Projektu Wielkiej Małpy, w ramach którego najwyższym z naczelnych - małpom - należy przyznać prawa ludzkie.
Widać wyraźnie, jak główne kryterium wszelkiej legislacji jest zawsze takie samo: zniszczyć zasadę autorytetu z jakiegokolwiek powodu. Niszczy się autorytet rodziców w oczach dzieci; faworyzuje się system społeczno-ekonomiczny, w którym nie ma miejsca na macierzyństwo, a ojcostwo przekształca się w coś podejrzanego. Daje się większe prawa zwierzętom niż ludzkim embrionom; większą wagę przykłada się do zachowania środowiska naturalnego niż dla obrony nienarodzonych; utrwala się kompleks winy wobec własnej historii narodowej, a równocześnie prowadzi dialog z terrorystami; ze wszystkich stron rząd czy media za każdym razem krytykują Kościół katolicki, gdy tylko jakiś biskup wysunie mocny zarzut na temat aktualnej sytuacji społecznej czy politycznej, ale za to z premierem Turcji buduje się "przymierze między cywilizacjami".

Wnioski
Arystoteles w sposobie rozumienia pojęcia "porządku politycznego" podkreślał konieczność roztropnego połączenia jedności i wielości, dzięki czemu uniknął zarówno platońskiego monizmu, jak i relatywizmu sofistów. Arystotelesowsko-augustyńsko-tomistyczna tradycja filozoficzna harmonizuje różne elementy, aby rozwinąć pojęcie "porządku politycznego". Możemy teraz ukazać w sposób syntetyczny trzy zasadnicze punkty, jakie tworzą porządek w życiu publicznym:
1. uznanie obiektywnego dobra wspólnego za społeczne dobro moralne;
2. szacunek dla zgodnego z prawem pluralizmu społecznego, w ramach którego każda cząstka, szukając właściwego sobie celu, wnosi coś wartościowego dla całego społeczeństwa;
3. afirmacja solidarności międzyludzkiej w wymiarze uniwersalnym, ale bez ujmy dla słusznej miłości do swojej ojczyzny i powinności, które wynikają z takiej solidarności i takiej miłości.

Niewątpliwie, świat współczesny w takiej samej mierze, w jakiej jest antychrześcijański, generuje coś więcej niż tylko brak porządku. Generuje "politykę nieporządku", której zasadniczy cel polega głównie na zniszczeniu porządku naturalnego w takim stopniu, w jakim ten porządek naturalny wskazuje na istnienie Boga Stwórcy. Analiza przypadku hiszpańskiego dostarczyła nam wielu przykładów na to, jak poza plecami ustawodawstwa i rządu, który określa siebie mianem "postępowego", ukrywa się milcząca lub jawna wola zniszczenia ludzkiej natury, wola, która pragnie stać się nowym Demiurgiem. Stało się również jasne, jak prawa, dzięki swej uniwersalności i trwałości, są władne przekształcić społeczeństwo aż do stanu, w którym będzie nieomal nierozpoznawalne, nie będzie przypominało samego siebie.
Wobec takiej "polityki nieporządku" należy przede wszystkim ciągle nalegać na konieczność uznania fundamentu teologicznego dla porządku politycznego. W życiu publicznym, tak jak w życiu prywatnym - "nic bez Boga". Katolicy nie mogą odsuwać się od życia politycznego, nie mogą ograniczać się tylko do uzdrawiania społeczeństwa obywatelskiego. Muszą włączyć się do walki na poziomie podejmowania istotnych decyzji ustawodawczych i politycznych. Choć wiemy, że taka walka doprowadzić może niechybnie nawet do męczeństwa. Dlatego w roku 2000 (31 października) Jan Paweł II, ogłaszając św. Tomasza More'a patronem polityków katolickich, wyjaśniał: "Historia św. Tomasza More'a jasno ukazuje tę fundamentalną prawdę etyki politycznej. W rzeczywistości bowiem obrona wolności Kościoła przed bezprawnymi ingerencjami państwa jest równocześnie obroną, w imię prymatu sumienia, wolności osoby przed władzą polityczną. Fundamentalna zasada wszelkiego porządku obywatelskiego opiera się na zgodności z ludzką naturą".

tłum. prof. Piotr Jaroszyński

Fragmenty wykładu wygłoszonego na międzynarodowej konferencji naukowej pt. "Oblicza ładu", która odbyła się w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, 26 stycznia br.

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=92898


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 19 sie 2011, 17:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Wojciech Wencel

Z kapralami nie piję

Żeby zrozumieć politykę wschodnią Donalda Tuska, trzeba sięgnąć do poezji. A dokładnie do wiersza Marcina Świetlickiego „Tygrysia piosenka”, zaczynającego się od słów: „Napotkany rok po wojsku były kapral zaprosił mnie na wódkę”.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 17 sierpnia 2011

Wprawdzie wiersz powstał w 1987 r., ale świetnie opisuje dzisiejsze realia. Wojsko to synonim PRL, rok symbolizuje 20-lecie niepodległości, byłym kapralem jest Władimir Putin, a alkoholowa propozycja odpowiada pomysłowi ponownego objęcia Polski strefą kremlowskich wpływów.

Oddając śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej w ręce Rosjan, premier polskiego rządu zasiadł z byłym kapralem do stołu. Może skłoniła go do tego pokaźna postura dawnego funkcjonariusza KGB i perswazja zawarta w słowach: – Ze mną się nie napijesz? Może uważał, że kulturalni ludzie nikomu nie powinni odmawiać. A może wierzył, że od czasów koszarowej „fali” kapral nie tylko nabrał ogłady, ale i stał się dobrym człowiekiem. Jeśli będziemy dla niego mili, to i on będzie miły dla nas.

Początkowo wspólna impreza przebiegała w sympatycznej atmosferze. Biesiadnicy rozsiedli się na czarnych skrzynkach i jęli wymieniać gesty przyjaźni oraz krytykować tych, którzy tę przyjaźń chcą zniszczyć. Biesiada rozkręciła się na dobre, gdy do stołu przysiadł się świeżo upieczony prezydent III RP Bronisław Komorowski i – jak na rubasznego poczciwca przystało – zaczął opowiadać stare dowcipy o Polakach, Ruskach i Niemcach. Czar prysł dopiero w chwili, gdy Putin, przeprosiwszy zebranych, wyszedł do toalety, a z głośników popłynęła mowa oskarżycielska Tatiany Anodiny. Polscy decydenci poczuli się głupio, bo po wspólnej imprezie spodziewali się usłyszeć bardziej wyważone stanowisko Rosjan.

Tak to jest z byłymi kapralami. Uśmiechają się, zapraszają na wódkę, a kiedy wszyscy są już pijani miłością, na zimno realizują własne interesy. Dlatego na propozycję wspólnego picia należy im odpowiadać zdecydowanie, jak bohater wiersza Świetlickiego: „Nie, nie, obywatelu kapralu, dla mnie obywatel kapral pozostanie zawsze obywatelem kapralem, z kapralami nie piję”. Doskonale wiedział o tym śp. Lech Kaczyński. Rosjanom nawet nie przyszło do głowy zapraszać go do stołu, bo zdawali sobie sprawę ze skali jego politycznej wyobraźni. Mieli świadomość, że nie da się go omamić słowiańskimi toastami. W czasach prezydentury Kaczyńskiego relacje polsko-rosyjskie były chłodniejsze, ale bardziej racjonalne, sprowadzone do dyplomatycznych i gospodarczych konkretów. A co najważniejsze, panowała w nich równowaga stron.

Dziś ta równowaga jest już tylko wspomnieniem. Polaków reprezentują politycy, którzy zachowują się jak panienka pod dyskoteką. Najpierw ogłosili wielką polsko-rosyjską miłość, później dali się wykorzystać przez Putina, a teraz próbują przekonać świat, że zachowali resztki cnoty. Nie mogą w całości podważyć raportu MAK, bo skompromitowaliby własną ideę sąsiedzkiego zrozumienia i współpracy. Mogą tylko sugerować, że część winy spoczywa na Rosjanach, co – rzecz jasna – natychmiast jest przez tamtych dementowane.

Tymczasem w polskiej kulturze realizowane są projekty wyniesione na fali promoskiewskiego entuzjazmu. Takie jak Festiwal Piosenki Rosyjskiej w Zielonej Górze, na który w tym roku poszły rekordowe pieniądze. To oczywiście kontynuacja peerelowskiego święta piosenki radzieckiej. Ciekawe, czy w przyszłości ktoś zdecyduje się reaktywować jeden z koncertów piosenki niemieckiej, organizowanych przez nazistów w okupowanej Polsce. W tym samym mieście i w historycznym amfiteatrze, tyle że bez sztandarów ze swastyką. Jeśli kontynuujemy muzyczne tradycje jednego z naszych okupantów, nie wypada zapominać o drugim.

Węgrzy mają wstrząsające muzeum Terror Háza, gdzie bliźniacze wizerunki swastyki i czerwonej gwiazdy od progu przestrzegają zwiedzających przed totalitaryzmem. A u nas wciąż obowiązuje polityczna poprawność, która nie pozwala moralnie zrównać komunizmu z nazizmem. Czy to oznacza, że oba systemy różni skala wyrządzonego zła? Nie. Świadczy to tylko o tym, że nazizm jest martwy, a komunizm to aktywny składnik tożsamości współczesnej Rosji. Dopóki polskie władze nie przestaną respektować tej haniebnej ciągłości, były kapral będzie mógł nimi manipulować, realizując odwieczny interes Kremla: Finis Poloniae.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... -pije.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 28 sie 2011, 12:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Wojciech Wencel

Elementarz

To Radek. Radek ma Twittera. A to Donek. Donek gra w piłkę. Kibice gwiżdżą i buczą na Donka. O! – dziwi się Donek. Źli kibice.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 24 sierpnia 2011

A to kto? To Kuba. Kuba ma zielone trampki i tokszoł w tefałenie. Gość Kuby wetknął polską flagę w kupę. Ha, ha! – śmieje się Kuba.

A to Pan Motyl. Pan Motyl biega między ludźmi podczas procesji Bożego Ciała. Sąd obroni Pana Motyla, bo Pan Motyl jest artystą.

Tak dziś wygląda życie publiczne w Polsce. Infantylnie. Pierwszy z bohaterów dziecięcej czytanki to minister spraw zagranicznych, drugi to premier. A przecież mamy jeszcze trzeciego politycznego infanta, który piastuje potencjalnie najważniejszy urząd w państwie. Ten nie zdrabnia swojego imienia, za to strzela byki ortograficzne w dyplomatycznych dyktandach. Z pewnością przydałaby się jakaś lekcja wyrównawcza dla rządu i prezydenta. Ale kto ją przeprowadzi, skoro program polskiej szkoły został w ostatnich latach niemal doszczętnie oczyszczony z elementów humanistycznych? A pani minister edukacji narodowej pozuje dla „Super Expressu” w krótkich majteczkach.

Przybysz z zagranicy może być trochę zaskoczony, że polski premier uważa polskość za nienormalność, a minister spraw zagranicznych nazywa Powstanie Warszawskie narodową katastrofą. Ale dla nas, znających lokalne realia, nie ma w tym nic dziwnego. Polskość i powstanie to bowiem sprawy śmiertelnie poważne. Z perspektywy Twittera czy boiska piłkarskiego naprawdę trudno jest je zrozumieć i docenić. Politycznym infantom wydają się nieprzyjemne, pozbawione luzu, a nawet groźne. Jak cały świat dorosłych.

W książce „Niedojrzałość. Choroba naszych czasów” Francesco Cataluccio twierdzi, że nie ma już na świecie dorosłych. Są tylko dzieci i starcy. Miejsce osób dojrzałych zajęli „kuriozalni pełnoletni, którzy nigdy nie dojrzeli i traktują życie jak świetną rozrywkę, jak parodię dziecinnych zabaw”. Oczywiście, autor posłużył się tu efektowną hiperbolą. Gdyby faktycznie nikt nie był dojrzały, zanikłby cywilizacyjny konflikt, bo wszyscy uprawialiby clubbing, dziergali sobie tatuaże na lędźwiach i rżeli z dowcipów Wojewódzkiego. Sęk w tym, że trochę tych dorosłych zostało, przynajmniej w Polsce. I właśnie oni są narażeni na infantylne prowokacje Pana Motyla. Ale nie tylko jego. Ktokolwiek chce dziś polemizować z polską tradycją, nie robi tego otwarcie, tylko podskakuje, wytyka język i puszcza bąki. To się teraz nazywa „happening”.

W Polsce proces infantylizacji życia publicznego miał trzy etapy. Zaczął się – jak wszędzie – od mediów. W książce „Zabawić się na śmierć” Neil Postman już dawno pisał, że czyniąc z rozrywki obowiązujący format debaty, telewizja trywializuje wielkie problemy. Sprawy polityki, tożsamości narodowej czy religii, przedstawiane w poetyce „Szkła kontaktowego”, zostają sprowadzone do zabawy. Widz stopniowo traci przekonanie o ich powadze, a w konsekwencji realności. Nieprzypadkowo wyborcy PO nazywają swój formacyjny program „Szkiełkiem”. Zdrobnienia to naturalny język dzieci, które nie są zdolne do głębszej refleksji, warunkującej dojrzałość.

Jeśli przodownikiem pierwszego etapu był Kuba Wojewódzki, to na drugim najbardziej zasłużył się Janusz Palikot, który przeniósł imperatyw rozrywki z mediów do polityki. Gdy należał jeszcze do Platformy Obywatelskiej, główne media i ich socjologiczne autorytety zgodnie określały go mianem „okropnego dziecka” (enfant terrible), które wprawdzie bywa „kontrowersyjne”, ale znakomicie „odświeża” język debaty publicznej. Jego „happeningi” przez wielu były uważane za lokomotywę polityki XXI wieku. Dziś Palikota nie ma już w PO, lecz jego duch wciąż kształtuje świadomość elektoratu tej partii. Każe ludziom przedkładać efekciarstwo nad służbę publiczną i kierować się dziecięcą przekorą wobec tradycyjnego ugrupowania dorosłych, jakim jest Prawo i Sprawiedliwość.

Obecnie znajdujemy się na trzecim etapie infantylizacji Polski. Wzorce obecne w mediach i polityce zostały podjęte przez Dominika Tarasa, Pana Motyla i im podobnych. Praktycznie zastosowane na ulicach, zaczęły godzić w wolność konkretnych osób. Dlatego nadchodzące wybory będą nie tylko starciem różnych koncepcji politycznych czy gospodarczych, ale i konfrontacją dwóch sprzecznych cywilizacji.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... ntarz.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 16 paź 2011, 09:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Demontaż wolności

Ameryka ma obecnie dwóch głównych wrogów wolności. Pierwszym jest terroryzm islamski, drugim - koncepcja wolności oparta na kontrakcie społecznym, promowana przez amerykańską lewicę Agresywna lewica dzierży władzę w USA. Przejęła Kongres, władzę sądowniczą, media i banki, ma sojusznika w prezydencie. "Oświecony socjalizm" niszczy indywidualną wolność, a społeczeństwo spycha w stronę totalitaryzmu.
25 maja br., kongresman Ron Paul (członek Izby Reprezentantów z ramienia Partii Republikańskiej) wygłosił przemówienie na forum Kongresu USA. Zaczął je od słów: "Do trumny republiki amerykańskiej wbijany jest ostatni gwóźdź. Jednak Kongres zupełnie nie reaguje, choć nasze wolności na naszych oczach gwałtownie nikną. Proces ten jest nakręcany przez nieuzasadniony strach i brak wiedzy o tym, jakie jest prawdziwe znaczenie wolności. Jest on nakręcany także przez mity ekonomiczne, fałszywe rozumowania i dobre intencje".

Postępująca dezintegracja

Jako przykłady zanikania amerykańskich wolności Paul wskazał po pierwsze - powtarzające się odrzucanie zasady prawa i oferowanie panaceów, takich jak opieka socjalna, na wszystkie problemy Amerykanów, oraz po drugie - jedynowładztwo, które nadaje prezydentowi dyktatorskie prerogatywy, takie jak możliwość zlecania zabójstw obcokrajowców oraz obywateli amerykańskich, możliwość przeszukiwania i aresztowania bez odpowiednich nakazów, przetrzymywanie w areszcie bez procesu, wypowiedzenie wojny bez zgody Kongresu i inne.
Paul pytał: "Kto by pomyślał, że współczesne pokolenie i Kongres będą przyglądać się bezczynnie tak szybkiej dezintegracji republiki amerykańskiej?". Oskarżył Rezerwę Federalną o wspieranie i nakłanianie do dezintegracji poprzez dodrukowanie pieniędzy i zgodę na "nieograniczone wydatki, niekończące się długi oraz szczególną promocję kredytów". Dodał, że niektóre akty wydane przez Kongres zwiększą, a nie zmniejszą uprawnienia prezydenta w zakresie prowadzenia wojny pomimo śmierci Osamy bin Ladena i możliwości zakończenia konfliktów zbrojnych w Iraku, Afganistanie i Pakistanie.

Paul utrzymuje, że od czasu wojny w Korei (wypowiedzianej jedynie na podstawie rezolucji ONZ, nie zaś, jak jest to wymagane w konstytucji, na podstawie deklaracji o wypowiedzeniu wojny wydanej przez Kongres) ranga przedstawicieli Kongresu Stanów Zjednoczonych została wyraźnie osłabiona mimo podejmowanych na przestrzeni kilku ostatnich dekad prób jej wzmocnienia. Zdaniem Paula, Kongres przygląda się bezczynnie, jak trzy główne kompetencje amerykańskiego Konwentu Konstytucyjnego (zagwarantowanie wolnego handlu pomiędzy stanami, zniesienie papierowego pieniądza i uczynienie ze złota i srebra legalnego środka płatniczego oraz ograniczenie władzy wykonawczej co do możliwości rozpoczęcia wojny bez konieczności uzyskania zgody Kongresu) są ignorowane bądź unieważniane. Paul błędnie jednak twierdzi, jakoby złoto i srebro były obecnie w Stanach Zjednoczonych nielegalnym towarem - nie są wprawdzie legalnym środkiem płatniczym, ale Amerykanie mogą je posiadać. Zdaniem Paula, rząd wykorzystuje klauzulę mówiącą o handlu międzystanowym do tego, żeby utrudniać, a nie ułatwiać prowadzenie wolnej wymiany handlowej; a także prezydentowi pozostawia wyłączne prawo do wszczęcia wojny - coś, co Paul nazywa "wielkim ciosem wymierzonym w istotę naszej republiki".

Kongresman Paul stwierdził, że dopóki te tendencje nie zostaną szybko powstrzymane, to jest jasne, że "los republiki amerykańskiej będzie przypieczętowany". Według niego, "najsmutniejszym aspektem tej tragedii jest to, że wszystkie straszne zmiany są wprowadzane w imię patriotyzmu i obrony wolności". Pełni dobrej woli Amerykanie są wprowadzani w błąd polegający na wmówieniu im, iż patriotyzm wymaga, żeby dla zachowania bezpieczeństwa poświęcili wolność. Według Paula, "nic nie może być dalsze od prawdy".
Jeszcze smutniejsze jest - zdaniem Ron Paula - to, iż Amerykanie są przekonani, że wrogowie Ameryki atakują nas z powodu naszych wolności, a nie z powodu naszej z gruntu wadliwej polityki zagranicznej, która pociągnęła za sobą uzasadnione pretensje i zapoczątkowała wobec nas przemoc. Dopóki tego nie zrozumiemy, będą prowadzone bez końca nienazwane i niewypowiedziane wojny, a nasze wspaniałe doświadczenie wolności dobiegnie kresu.

Lewica w natarciu

Jestem pod wielkim wrażeniem licznych prób Rona Paula obudzenia Amerykanów i uwrażliwienia ich na współczesne zagrożenia dla naszej wolności. I choć zgadzam się z jego główną tezą, że zasadniczą przyczyną zmniejszania się pola amerykańskich wolności jest nieuzasadniony strach i niewiedza na temat prawdziwego znaczenia wolności, to jednak niektóre przesłanki użyte przez niego w celu poparcia tej tezy uważam za półprawdy i nadmierne uproszczenia.
Myślę na przykład, że po głębszym zastanowieniu chętnie zgodziłby się ze mną, że drugie zdanie jego wypowiedzi jest fałszywe. Kongres amerykański nie przygląda się bezczynnie temu, jak na naszych oczach zanikają nasze wolności. Przecież Ron Paul jest członkiem Kongresu i nie zaprzecza utracie wolności, bo wyraźnie to dostrzega. I jak niektórzy kongresmani energicznie się temu przeciwstawia. Ale co gorsza, wielu z nich, głównie liberalnych Demokratów i Republikanów, czynnie wpłynęło na ograniczenie tych wolności. I nadal to robią.
Jestem zdania, że nie uczynią oni nic, aby ten proces powstrzymać. Do czasu ostatnich wyborów Kongres zdominowany był przez agresywną lewicę, której wielu członków było marksistami, radykalnymi przeciwnikami wojny w Wietnamie, którzy stali kiedyś na czele gwałtownych protestów studenckich w amerykańskich szkołach i na uniwersytetach. Obecnie przejęli oni kontrolę nad Kongresem, a amerykański prezydent jest ich sojusznikiem. Po otrzymaniu takiego prezentu nie pozostają bezczynni, pozwalając innym na rozmontowanie amerykańskiej wolności. Aktywnie biorą udział w tym demontażu, zastępują tradycyjne rozumienie wolności jej oświeceniową koncepcją socjalistyczną - wersją wolności według Rousseau - taką, jaką generał Will tchnął w rządy terroru w okresie rewolucji francuskiej. Niektórzy republikańscy kongresmani próbują obecnie pokryć część strat spowodowanych przez realizowanie tej koncepcji, niemniej jest to zadanie karkołomne, jako że wiele z tych osób to także socjaliści - tyle że w poglądach bardziej umiarkowani niż wychowankowie lewicy, którzy kontrolują Kongres i Biały Dom. Przeżywają oni trudny czas, gdyż próbują określić, z czym właściwie mają walczyć i jakich metod powinni w tej walce używać.

Oblicza oligarchii

Ron Paul myli się także wtedy, kiedy martwi się schyłkiem republiki amerykańskiej. Nie mówię tego po to, żeby zdezintegrować nasz kraj, prawdą jest jednak, że republika amerykańska, jeżeli kiedykolwiek funkcjonowała, przestała istnieć 100 albo więcej lat temu. W istocie jednak na tyle, na ile jestem w stanie zaobserwować, na Zachodzie nie istnieje obecnie żadna republika i żadna nie istniała tu od wieków, jeśli w ogóle kiedykolwiek. Zwyczajne przestrzeganie zasad prawa, niestawianie nikogo ponad nim nie stanowi o tym, że dany system polityczny staje się republiką. Królestwa, systemy arystokratyczne także mogą być życzliwie paternalistyczne.
Nowoczesne zachodnie państwa narodowe ugruntowały podstawę swego istnienia, zanim formalnie powstały, a to dzięki pokojowi westfalskiemu (1648), który miał położyć kres wojnom religijnym w Europie przez wprowadzenie zasady "cuius regio, eius religio ("czyje panowanie, tego religia"). To z kolei przyczyniło się do utrwalenia w sposobie myślenia zachodnich rządów zasady suwerenności, która nadawała nowy sens doktrynie o pochodzących od Boga uprawnieniach króla. Teraz zasada ta znaczyła, że władcy są ponad naturalnym prawem moralnym i nie są zobowiązani do przestrzegania reguł prawa międzynarodowego.

Gdy po upadku monarchii powstały państwa narodowe, prezydenci i premierzy tych nowych ciał politycznych po prostu zastąpili doktrynę praw królewskich nowoczesnym rozumieniem suwerenności: państwa narodowe są ponad prawem. Krótko mówiąc, współczesne prawo międzynarodowe jest oparte na teorii suwerenności, która uznaje, że racją prawa jest siła, ale to powoduje, że ogół przepisów międzynarodowych jest logicznie niespójny. Stąd pojawia się problem, że jakiekolwiek współczesne państwo narodowe musi zwracać się do prawa międzynarodowego, aby wyjaśnić, jak stosować zasady wojny sprawiedliwej w kontekście współczesnych konfliktów międzynarodowych.
Przed końcem XVIII wieku prawie cała Europa była zadłużona u zachodnich finansistów (w bankach międzynarodowych i u przemysłowców). W większości przypadków dług jest rodzajem słabości, może prowadzić do zniewolenia. Szczególnie dług międzynarodowy może skutkować tym, że dany naród stanie się przedmiotem kontroli zagranicznych polityków. Wywiera ona niepożądany wpływ zagranicznych instytucji na lokalne banki, religię, media i edukację. Zachodnia finansjera użyła swoich pieniędzy do tego, żeby uzyskać kontrolę nad wszystkimi głównymi partiami politycznymi w Europie i jej koloniach.
To sprawiło, że w Europie powstały rządy oligarchiczne (sprawowane przez wąską grupę) bądź plutokratyczne (sprawowane przez bogatych), a nie republikańskie. Mogły to być lepsze lub gorsze oligarchie aż po zdecydowanie złe despotyzmy (jak w przypadku Adolfa Hitlera, Benita Mussoliniego czy Józefa Stalina).
Europejskie rządy wiele zaczerpnęły ze zwyczajów szlachty, arystokracji, konkurujących ze sobą oligarchii i wzajemnie się zwalczających plutokracji. W jakimś sensie politycy stojący na czele rządów europejskich nigdy nie stracili cech władców feudalnych. Feudalni panowie przekształcili się w szlachtę, potem w arystokrację, a następnie stali się wielkimi bankierami, prawnikami i międzynarodowymi przedsiębiorcami. Ale wszyscy nadal - w mniejszym bądź większym stopniu - zwalczają Papieża.

Mafia polityczna

Stany Zjednoczone powstały w pewnej mierze jako reakcja części zachodnich biznesmenów na scentralizowany system kontroli kultury europejskiej, jaka była udziałem europejskich arystokratów i plutokratów dzięki posiadaniu wielkiej własności. Biznesmeni ci uświadomili sobie, że stworzenie prawdziwego rządu republikańskiego jest właściwie niemożliwe, że taki rząd zawsze ma tendencję do przekształcania się w oligarchię, a ta w rządy tłumu. Aby temu zapobiec oraz w celu ochrony Amerykanów przed scentralizowanymi formami rządów oraz religijnymi bądź biznesowymi monopolami, których zakładnikiem bywała Europa, amerykańscy rewolucjoniści pragnęli stworzyć rząd oparty na rozdzieleniu władzy, decentralizacji rządu, małym biznesie oraz własności prywatnej. Mówiąc w skrócie, zdali sobie sprawę, że władza kontrolowana przez współzawodnictwo i podział kompetencji, sprawowana przez władców feudalnych, jest prawdopodobnie najlepszą formą rządów, jaką możemy osiągnąć na tej ziemi.
Rząd Stanów Zjednoczonych jest w znacznym stopniu skorumpowany. Podobnie amerykańskie sądy. Wielu naszych najlepszych polityków i sędziów można kupić za określoną cenę. Gdyby ONZ także nie była tak skorumpowana, poprosiłbym obserwatorów z jej ramienia o przybycie do nas i monitorowanie naszych wyborów (wysłaliby nam najprawdopodobniej Jimmy´ego Cartera). W przeważającej mierze członkowie Kongresu są reprezentantami interesów wąskich grup finansowych. Z pomocą medialnej propagandy ich głównym zadaniem jest pozyskanie mas, aby przyjęły za swój program, który został wypracowany na poziomie międzynarodowym przez dyplomatów, przemysłowców i międzynarodowych bankierów. Przykładem tego, jak mogą działać skorumpowani politycy w Stanach Zjednoczonych, a wie o tym prawie każdy starszy Amerykanin, może być wzrost ich wpływów w okresie prohibicji [obowiązywała w USA jako prawo federalne w latach 1920-1933 - przyp. red.]. Pod koniec lat 60. ubiegłego wieku mafia w Stanach Zjednoczonych miała wielu swoich sędziów i polityków. Kontrolowała wtedy m.in. dystrybucję prasy w wielu większych miastach. Było to możliwe dzięki temu, że prasa dostarczana była należącymi do niej samochodami i rozprowadzana poprzez należące do niej stoiska prasowe. Kontrolowała także wiele związków zawodowych, takich jak Teamsters - od zawsze związany z Partią Demokratów. A teraz pytam: czy w taki sposób działa rząd republikański?
Odpowiedź brzmi oczywiście "nie". Mimo to tak właśnie wygląda realna sytuacja polityczna w Stanach Zjednoczonych. Wystarczy zapytać jakiegokolwiek przedstawiciela Polonii mieszkającego w Chicago lub Nowym Jorku o to, czy mówię prawdę. Wpływ mafii na świat mediów dostarczających informacji najprawdopodobniej zmniejszył się na przestrzeni kilku ostatnich dekad, jednak kontrola właścicieli banków nad politykami, sędziami i głównymi mediami, wcale nie zmalała.

W stronę totalitaryzmu

Biorąc to wszystko pod uwagę, zastanówmy się, jakie główne przesłanie Ron Paul próbuje skierować do Amerykanów. Nie w tym rzecz, że grozi nam utrata republiki. Idzie raczej o to, że to, co lewica chciała przeprowadzić od dziesięcioleci, jest realizowane przez obecny rząd, który dąży, by po pierwsze - całkowicie zmienić amerykańskie rozumienie ludzkiej wolności, to znaczy, z indywidualnego prawa nadanego przez Boga Stwórcę na socjalistyczne uprawnienie nadane przez Centralny Komitet Planowania; po drugie - by zastąpić dominujące amerykańskie rozumienie wolności jako naturalnej władzy indywidualnej ludzkiej duszy pojęciem wolności traktowanym jako kolektywistyczny, socjalistyczny kontrakt, który powstał dzięki rewolucji francuskiej i jej rządom terroru; a wreszcie po trzecie - by zlikwidować rozdział władz w państwie, który od momentu powstania był w Stanach Zjednoczonych główną ostoją ochrony osobistej wolności przed politycznymi despotami.

Aby stawić czoło obecnemu problemowi, Amerykanom potrzeba czegoś więcej niż wprowadzanie ich w błąd tezą o tym, jakobyśmy tracili republikę w sensie politycznym. Grozi nam przyjęcie totalitarnego rozumienia wolności. Aby uświadomić sobie, jak należy walczyć z tym złem, powinniśmy nauczyć się właściwie je nazywać. Ameryka ma obecnie dwóch głównych wrogów wolności. Pierwszym z nich jest terroryzm islamski (którego zasady wpłynęły na zasady rewolucji francuskiej wskazane przez Rousseau), drugim zaś - koncepcja wolności oparta na kontrakcie społecznym promowana przez amerykańską lewicę.

W celu zwalczenia zła u jego źródeł proponuję Amerykanom i nie-Amerykanom kupienie i przeczytanie najnowszej książki najlepiej sprzedającej się autorki "New York Timesa", Ann Coulter, pod tytułem: "Siły demoniczne: W jaki sposób liberalna mafia zagraża Ameryce" (wydanej w Nowym Jorku przez Random House, Inc., Crown Forum, w 2011 roku). Coulter jest jedynym znanym mi amerykańskim komentatorem politycznym, który do głębi rozumie, w jaki sposób filozofia Rousseau i rewolucja francuska, pod którą przygotowała grunt, są głównym źródłem "oświeconego socjalizmu" (liberalizmu) i wszystkich patologii, jakie spowodował on na Zachodzie na przestrzeni ostatnich kilku wieków. W skrócie rzecz ujmując, lewica uwielbia rządy tłumu (stara się je promować), a także degenerację moralną, gdzie to tylko możliwe, dzięki czemu umacnia swą kontrolę nad główną władzą polityczną. Nadrzędnym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych nie jest dzisiaj groźba utraty republiki. Jest nim groźba utraty indywidualnej wolności wskutek dominacji politycznego sutenerstwa po rządy tłumu. To Ann Coulter, a nie Ron Paul, lepiej rozumie ten problem i daje lepszą receptę, jak go rozwiązać.

Prof. Peter A. Redpath prezes Zarządu International Étienne Gilson Society

tłum. prof. Piotr Jaroszyński, Agnieszka Żurek

za:http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20111008&typ=my&id=my07.txt (kn)

http://www.katolickie.media.pl/index.ph ... Itemid=128


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 15 mar 2012, 09:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Kultura nie tylko w polityce, ale w wychowaniu, w świadomości, w naszej codzienności, no i w .... mediach....

PRZESTROGA DLA JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO

Dwudziestego dziewiątego lutego w Filharmonii Krakowskiej odbył się uroczysty koncert ku czci Żołnierzy Wyklętych.

To nie był zwykły koncert proszę Państwa. To było spontaniczne „misterium” , jakie się zdarza raz na wiele lat. To była podniosła w swym brzmieniu symfonia grana pod partyturę pani Lidii Jazgar. Wystąpiły zespolone chóry Uniwersytetu Jagiellońskiego, Papieskiej Akademii Teologicznej i Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, a także znakomici pieśniarze wykonujący ballady polowe o tematyce partyzanckiej. Słowem profesjonalizm najwyższego lotu, muzyczny majstersztyk i niepowtarzalne wydarzenie artystyczne.

Zaczęło się od pieśni „Rozkwitały pąki białych róż”. Aż ciarki chodziły po plecach, tak było pięknie i podniośle. A gdy rozbrzmiała melodia „Czerwonych maków na Monte Cassino”, cała widownia wypełnionej po brzegi Filharmonii, jak nakazuje polska tradycja, wysłuchała tej świętej dla Polaków pieśni na stojąco. To samo było przy hymnach Brygady Karpackiej i Armii Krajowej i Pieśni Rodzin Katyńskich A.M. Góreckiego.

W oczach wielu słuchaczy, również młodych, widać było łzy i bezgraniczne wzruszenie. Dało się odczuć jak wielka może być jednocząca rola chórów. Koncert zakończył się w podniosłej patriotycznej atmosferze, której towarzyszyły nie mające końca brawa na stojąco.

Piszę o tym dopiero teraz, bo czekałem na reakcję mediów. Szczególnie, że Platforma Obywatelska, moim zdaniem w sposób nieuczciwy przypisała sobie chwałę za usankcjonowanie „Narodowego Dnia Żołnierzy Wyklętych”.

I co? Ani słowa na ten temat w mediach. Przynajmniej mnie się nie udało znaleźć.

Milczenie mediów mainstreamowych mnie nie dziwi.

Ale pytam. Gdzie są media prawicowe??? Nigdzie nie znalazłem choćby wzmianki na temat tego patriotycznego wydarzenia artystycznego, które przejdzie do annałów Filharmonii Krakowskiej. Tak robić nie wolno. Bo niedocenianie serca, dobrej woli i talentu młodych ludzi, którzy chcieli bezinteresownie coś zrobić dla Polski, wcześniej, czy później się zemści.

Wiecie Państwo jak bardzo jestem krytyczny wobec Donalda Tuska i jego Platformy.

Ale nie byłbym sobą, gdybym nie powiedział, że źle się dzieje również na prawicy. Coś tu jest nie tak. Bo w mediach prawicowych, od lat, na okrągło, pokazuje się bądź opisuje te same zgromadzenia i pochody, a potem, choć świetni, to jednak od lat ci sami publicyści i dziennikarze, piszą na wciąż te same tematy.

Sam Jarosław Kaczyński wszystkiego nie uciągnie.

Chciałbym tedy delikatnie przestrzec, że jeśli media prawicowe się nie otworząna nowych, zaangażowanych ludzi z sercem, talentem, inwencją i pomysłami, to prawica ma niewielkie szanse by wygrać wybory.

I aż się boję pomyśleć, że niektórym być może właśnie o to chodzi.

Krzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

http://salonowcy.salon24.pl/399490,prze ... czynskiego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 13 kwi 2012, 08:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Przeprosić i wyjaśnić przyczyny

Z mjr. Andrzejem Rozwadowskim*, doświadczonym pilotem lotnictwa transportowego Sił Powietrznych, rozmawia Marcin Austyn

Czego brakuje Panu w dotychczasowej dyskusji na temat okoliczności katastrofy samolotu Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku?
- Przede wszystkim brakuje mi słowa "przepraszam" i odwołania wszystkich tych kłamstw, jakie kierowano pod adresem niemogących się już obronić pilotów. Wszyscy, którzy ich szkalowali, włącznie z ministrem spraw zagranicznych, powinni byli lepiej wykorzystać miniony już okres Wielkiego Postu i naprawić wyrządzone krzywdy. Niestety, nie uczynili tego ani wtedy, ani przy okazji obchodów drugiej rocznicy katastrofy.

Pana zdaniem, sposób zachowania maszyny w ostatnich sekundach lotu, kiedy zamiast się wznosić, runęła na ziemię, został wystarczająco wyjaśniony?
- Widzimy, ile niejasności wychodzi, gdy deszyfruje się zawartość rejestratora głosu z kabiny Tu-154M. Mamy już trzy odczyty i trzy odmienne wersje. Czy w takiej sytuacji można mówić, że to, co zostało "wyjaśnione" na podstawie odczytów z rejestratora parametrów lotu, jest oczywiste? Przecież najpierw na podstawie zapisów rozmów obarczono winą załogę, ale po dokładnych badaniach, zrobionych na spokojnie i przez specjalistów, okazało się, że było zupełnie inaczej: była współpraca w załodze, a gen. Andrzej Błasik nie naciskał na pilotów. W mojej ocenie, na temat tej katastrofy można byłoby powiedzieć dużo więcej, ale wszystkie kluczowe zapisy, dowody musiałyby się znaleźć w rękach odpowiednich osób. Z pewnością nie można wyrabiać sobie poglądu na temat tego, co się stało 10 kwietnia 2010 roku, na bazie raportów najwyraźniej opracowywanych pod z góry założoną tezę.

Dlaczego według Pana samolot uderzył w ziemię?
- Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Może w tej mgle doszło do silnego oblodzenia, ale to zarejestrowałyby czujniki i na pewno byłoby zauważone przez obie komisje. Dla mnie ta kwestia pozostaje niewyjaśniona. Mówiono, że załoga była zdeterminowana, by lądować. Ale udowodniono, że tak nie było. Sam też znałem Arka Protasiuka i wiem, że był on człowiekiem bardzo rozsądnym, który dbał o bezpieczeństwo. Tyle że po obaleniu tych kłamstw na temat załogi automatycznie nasuwające się w tej sytuacji pytanie: co w takim razie się stało, nie znalazło dotąd odpowiedzi. Stąd też nie dziwi mnie to, że obecnie wzmacnia się teza o możliwości przeprowadzenia zamachu. I prawdę mówiąc, by unicestwić samolot, niepotrzebne są wcale wielkie wybuchy, wystarczą dwa mikroładunki zamontowane w układzie sterowania...

Przywoływana w tym kontekście awaria lotek tłumaczyłaby zachowanie samolotu?
- A dlaczego nie? W tej sytuacji pilot rusza sterem, a samolot nie reaguje. Lotnik może jeszcze chwycić za trymer, którym mógłby się poratować... Tyle że co innego, gdyby taka usterka wystąpiła na większej wysokości, gdzie jest czas na reakcję. Tam czas liczony był w sekundach. Na małej wysokości takie manewry byłyby skazane na niepowodzenie.

Zachowanie załogi znane ze stenogramów może wykluczać wystąpienie awarii?
- Trudno tu cokolwiek przesądzać. Z pewnością podczas lotu w trudnych warunkach atmosferycznych załoga opierała się na przyrządach i w razie awarii w układzie sterowania zapewne zauważyłaby problem. Piloci zorientowaliby się, że samolot nie reaguje właściwie. Tu pozostaje jednak kluczowa kwestia - chwili wystąpienia takiej usterki. Bo mogło być tak, że na jakąkolwiek reakcję nie było już czasu.

Badania rejestratorów parametrów lotu miały wykazać, że samolot był do końca sprawny. Raczej trudno będzie podważyć to ustalenie bez wglądu w materiały źródłowe?
- Odwołam się tu do wypadku z udziałem polskiego herculesa, do którego doszło w Afganistanie w lutym 2010 roku i który cudem nie skończył się katastrofą. Amerykanie byli wówczas skłonni uznać, że polska załoga chciała się zabić na własne życzenie. Dopiero wnikliwe badania poszczególnych przyrządów i obwodów poczynione przez Amerykanów, ale po wnioskach polskich pilotów, doprowadziły do tego, że ustalono stan faktyczny. Okazało się, że z dajnika wychodził poprawny sygnał, ten poprawny sygnał był rejestrowany także na rejestratorze, ale przyrząd znajdujący się w kabinie źle wskazywał. Wszyscy byli pewni, że winę ponosi załoga. Dopiero wnikliwe badania wykazały, że oskarżanie pilotów było błędem, bo źle działał sztuczny horyzont.

Tyle że w przypadku katastrofy Tu-154M nie ma kto wskazać kierunku badań.
- Dlatego też za te badania powinni zabrać się najlepsi fachowcy. Niestety, jesteśmy w tej niekomfortowej sytuacji, że tak naprawdę - jeśli chodzi o elementy samolotu - to niczym nie dysponujemy. Moim zdaniem, wszystkie przyrządy, elementy wyposażenia kokpitu Tu-154M oraz oryginalne zapisy rejestratora parametrów lotu powinny zostać dokładnie zbadane. I to w Polsce. Osobiście jakoś nie mam pewności, że oględziny wykonywane na terenie Federacji Rosyjskiej, nawet te z udziałem polskich fachowców, były wystarczające, szczególnie jeśli znów okaże się, że przeprowadzono je tak jak badania sekcyjne ofiar katastrofy.

Dziękuję za rozmowę.
--------------------------------------------------------------------------------
*Personalia rozmówcy zostały zmienione.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=po05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 20 gru 2012, 07:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Poniżanie człowieka i prawdy

Tej książki nie wolno nam nie dostrzec, przeoczyć, przejść obok niej obojętnie. Jest to bowiem niespotykany, swoisty dokument zatytułowany „Przemysł pogardy”.

Jej autor Sławomir Kmiecik jest dziennikarzem, który specjalizuje się w najnowszej historii Polski oraz w satyrze obecnej w polityce. Na okładce zdjęcie tytułowej strony tygodnika „Polityka” z wizerunkiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego i tekstem „Prezydent jest zły”, fragmenty winiety „Trybuny” i „Gazety Wyborczej”.

Na 340 stronach książki Sławomira Kmiecika znajdziemy prawie wszystko, co powiedziano złego na temat prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Na salonach, w prasie, na fotografiach, na rysunkach, w radiu, telewizji, u tzw. showmanów, w internecie, w reklamie, na scenie i w kabarecie. Ukaże się nam niespotykany dotąd w polskiej historii „przemysł pogardy”, czyli zapis haniebnych tekstów wymierzonych w głowę państwa polskiego, pierwszego obywatela Rzeczypospolitej, prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Do napisania książki skłonił autora nalot uzbrojonych funkcjonariuszy ABW na Roberta Frycza, autora strony internetowej Antykomor.pl, a następnie postawienie mu zarzutów znieważenia prezydenta i szybkie oraz surowe ukaranie go. Jak widać, granice swobody żartów i dowcipów w naszym demokratycznym kraju wyznaczają ci, którzy bez żadnych przeszkód i obaw mogą z niej korzystać, łamiąc prawo i dobre obyczaje.

Nie jest demokratyczny kraj, jeśli jednym wolno w nim robić to, czego innym się zakazuje i za co się ich karze. Jak zauważa autor, nie wiadomo, w jakim stopniu ugruntują się opinie, że zanim w feralną sobotę, 10 kwietnia 2010 roku, runął na ziemię samolot z prezydentem na pokładzie, dużo wcześniej Lech Kaczyński, jako polityk, głowa państwa, mąż stanu, ale i jako człowiek, został zabity… śmiechem.

To niezwykle ważne dla kondycji naszego Narodu, abyśmy zapamiętali te wszystkie nazwiska, tak licznie zebrane w książce Sławomira Kmiecika, i już teraz wystawili autorom tych haniebnych słów ostateczną negatywną notę, szczególnie zaś człowiekowi, który przewodził i nadal dzięki głównym mediom kieruje „przemysłem pogardy”, Januszowi Palikotowi.

„Racja, moim celem było ich ośmieszyć, wyszydzić, skompromitować, sprowadzić do niskiego parteru, doprowadzić do sytuacji, że oni nie są wielkimi przywódcami i nie mogą uwieść narodu” – tak wyjaśniał motywy swoich działań wymierzonych w braci Kaczyńskich na trzy miesiące przed tragicznym lotem tupolewa. I jak słyszymy, nadal bezkarnie, za przyzwoleniem państwa, jego przedstawicieli-przyjaciół, tak właśnie postępuje w stosunku do Jarosława Kaczyńskiego.

Zatem „przemysł pogardy” nie skończył się wraz ze śmiercią Lecha Kaczyńskiego. Książka Sławomira Kmiecika pisze się nadal. Niestety, do znanej listy nazwisk ludzi szydzących ze swoich współobywateli dochodzą nazwiska nowe, bo zło niepotępione rozzuchwala, wręcz staje się normą. W ostatnich atakach słownych na Jarosława Kaczyńskiego (są to m.in. wypowiedzi Lisa, Piętaka, Smolara, Niesiołowskiego, Frasyniuka, Rozenka, Millera) jest nie tylko coś haniebnego, ale wręcz nieludzkiego. Nawet w czasie Adwentu dręczą człowieka tak ciężko doświadczonego przez los.

Ósme przykazanie Dekalogu: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”, które w naszych współczesnych warunkach można przede wszystkim dedykować dziennikarzom, ludziom kultury, w szczególny sposób wiąże się z prawdą, która, jak powiedział Jan Paweł II, obowiązuje człowieka w obcowaniu z innymi ludźmi i w całym życiu społecznym.

Jak widać, wolność publicznego wyrażania swoich poglądów nie okazała się tym wielkim i tak długo po latach komuny oczekiwanym społecznym dobrem, gdyż nie zapewniła ona wolności słowa. Tego wolnego słowa wypowiadanego w prawdzie, a więc nienacechowanego nienawiścią i pogardą dla innych ludzi. Nie da się zachować ósmego przykazania, przynajmniej w wymiarze społecznym, mówił Jan Paweł II, gdy „brakować będzie życzliwości, wzajemnego zaufania i szacunku dla tych wszystkich odmienności, które ubogacają nasze życie społeczne”.

Wojciech Reszczyński

http://www.naszdziennik.pl/mysl-felieto ... rawdy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 09 lis 2013, 09:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Polityka a moralność

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

W całej historii ludzkiej do dziś występuje bardzo istotny problem związku polityki z moralnością. Rozmaite są jednak, i często bardzo rozbieżne, ujęcia i polityki, i moralności. Żeby więc uniknąć chaosu, przez politykę trzeba rozumieć ekonomię władzy społecznej o typie państwowym, a przez moralność relację działań i czynów do norm etyki, indywidualnej i społecznej. Przy tym mam na uwadze głównie najdoskonalszą na świecie etykę chrześcijańską, a w niej katolicką. Temat zaś jest sprowokowany poglądami wielu polityków i politologów, jakoby moralność nie miała nic do dziedziny polityki.

Polityka dobra i zła
Polityka własnego kraju czy swojej partii ma w sobie coś z czaru czy narkotyku, według którego jawi się, zwłaszcza ludziom nierefleksyjnym, jako dobra, słuszna i bardzo moralna. Natomiast ogólny obraz polityki innych krajów lub/i partii wydaje się niesłuszny, błędny i zły. Jednak gdy przyjdzie czas dojrzałości sądów i ocen, problem bardzo się komplikuje. Okazuje się, że zwykle za dobrą uważamy politykę szczególnie skuteczną i o wielkiej owocności materialnej, a politykę nieskuteczną lub przynoszącą jakieś niedostatki materialne uważamy za złą. Szkopuł w tym, że ta polityka skuteczna może być niemoralna, a mało skuteczna lub nawet nieskuteczna, np. nieudane powstanie, może być dobra i wysoce moralna. I dziś bardzo często ludzie bez skrupułów moralnych sprawę sobie niesłusznie upraszczają: albo przyjmują, że żadna etyka, zwłaszcza katolicka, nie ma nic do polityki, bo by ją hamowała, albo na miejsce obiektywnej etyki stawia się czy to prawo państwowe, czy to wymyśloną etykę własną, która jest konwencjonalna lub czysto pozorna.

Wydaje się, że od tysiącleci przeważało pojmowanie polityki skutecznej za moralną i godną. Toteż cały kraj zazwyczaj się chlubił, gdy wojna napastnicza się udała. Zresztą wojny napastnicze i grabieżcze są jakąś konsekwencją biologicznego pędu walki o władzę, panowanie nad innymi i posiadanie. A religie pogańskie zwykle to sakralizowały. Dopiero chrześcijaństwo rozpoczęło proces, zresztą bardzo mozolny, powstrzymywania wojen niesprawiedliwych, grabieżczych i niemoralnych. Ale dziś wszelki wpływ religii na życie polityczne bardzo osłabł i życie to robi się coraz bardziej dzikie, choć są jeszcze kraje, gdzie wciąż trwają pewne tradycje chrześcijańskie. Do takich krajów należy Polska. Jednak i do nas przychodzi fala antymoralna. Kościół polski przeciwstawia się tej fali na dwu płaszczyznach: przez wzniosłe prawdy wiary i przez głoszenie moralności ewangelicznej. Wszakże jeśli chodzi o prawdy wiary, to w życiu społeczno-politycznym już przegrywamy. Politycy i władcy Polski przyjmują już coraz szerzej „prawo” zachodnie, że mianowicie „Bóg nie ma nic do polityki”, tym bardziej Kościół. Polityka ma być bez Boga, bez chrześcijańskiej wizji człowieka i społeczeństwa, musi być ona ateistyczna. W tej sytuacji wielu duchownych i katolików świeckich dowodzi, że państwo musi przyjąć przynajmniej zasady etyczne chrześcijańskie, które zresztą są i ogólnoludzkie, i najdoskonalsze na świecie. Jednak jest to nieskuteczne, bo jeśli państwo odrzuca Boga, to tym bardziej odrzuca i Jego prawo, etykę opartą na Bogu, etykę, która jest jeszcze trudniejsza do przyjęcia w praktyce niż wiara w Boga. I przeważnie ludzie głęboko niemoralni odrzucają wiarę w Boga.

U nas nie rozumie się dobrze tej sytuacji. Na przykład Polacy są bardzo oburzeni na Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, że – mówiąc krótko – umył ręce w sprawie Katynia. Tymczasem nasze oburzenie jest całkowicie słuszne, ale tylko na bazie moralności, a nie na bazie prawnej. Jeszcze raz powtórzę: polityka, zwłaszcza międzynarodowa, nie opiera się na etyce ogólnoludzkiej, etykę tę ma zastąpić prawo stanowione, a takiego prawa Związek Sowiecki nie przyjmował, w 1939 r. został wyrzucony z Ligi Narodów. Do Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności przystąpił dopiero jako Federacja Rosyjska w 1998 roku. Prawo międzynarodowe rodzi się bardzo wolno i w wielkich bólach. Toteż, zgorszę maluczkich: sam proces norymberski był słuszny moralnie, a ściśle prawnie był wówczas nielegalny. Alianci przeprowadzili ten proces na zasadzie zwycięzców, jak to bywało i w przeszłości. Nie uznawali ani moralności politycznej, ani prawa naturalnego. Dlatego też nie był sądzony Związek Sowiecki, równie zbrodniczy, ani dywanowe naloty aliantów na miasta niemieckie, niszczące ludność cywilną. W aspekcie ściśle prawnym mogły sądzić „swoich” zbrodniarzy tylko dwa państwa: niemieckie i sowieckie, które stanowiły zbrodnicze prawa. Tłumaczenia niemieckich zbrodniarzy, że „takie mieli rozkazy”, nie były wbrew opinii potocznej idiotyczne. Jeszcze raz powtórzę: po wyrzuceniu Boga z polityki moralność nie ma żadnego głosu. Dlatego są „legalnie” mordowani dezerterzy z brudnej wojny, żołnierze, którzy – jak Otto Schimek – nie chcą zabijać zakładników cywilnych, dlatego żołnierze i policjanci „muszą” strzelać do swoich braci, ojców i synów biorących udział w manifestacji, strajku lub buncie. I podobnych spraw jest bardzo dużo do dziś. Polityka czeka ciągle na humanizację, personalizację i żywą moralność, na umoralnienie.

Tak samo i UE nie tylko wyrzuca etykę z życia publicznego, lecz także łamie religijną i moralną klauzulę sumienia. Człowiek publicznie religijny nie może mieć znaczącego stanowiska w państwie, lekarz moralny musi zabijać dzieci upośledzone choćby na dzień przed urodzeniem, we Francji mer katolicki musi asystować przy zawieraniu „małżeństwa” homoseksualistów, ksiądz, nauczyciel, wychowawca musi uczyć niemoralności dzieci i młodzież, a także szerzyć ateizm. Już nawet do nas docierają obłąkane postulaty, by ksiądz łamał tajemnicę spowiedzi i donosił do prokuratury na spowiadającego się pedofila. Szał tych wszystkich pseudoliberałów jest potworny i wolno im niszczyć moralność bezkarnie. Tych, którzy nie słuchają takich dzisiejszych demonów, zaczyna się karać grzywnami, aresztem, więzieniem, utratą stanowisk i infamią „resocjalizacji do dzisiejszości”. W rezultacie oznacza to rozkład moralny państw.



Polityka zewnętrzna
Od początku funkcjonowały pewne normy etyczne, obyczajowe i prawne wewnątrz rodziny, rodu, plemienia, zespołu plemion, państw czy narodów. Długo natomiast nie było żadnych norm moralnych co do polityki na zewnątrz. Tutaj kształtowały się z czasem pewne zasady współistnienia, współpracy i współżycia pokojowego, stanowiące pewnego rodzaju małe kodeksy norm międzywspólnotowych. Ale przy tworzeniu się większych jednostek z reguły lała się krew, były podboje, wojny, grabieże, wyniszczenia. Stąd choć stosunkowo dawno pojawiły się idee wielkich, nawet uniwersalnych królestw zespalających różne państwa, jak królestwo Kisz za legendarnego Etany, królestwo Uruk za Lugalzagesiego (ok. 2340-2316 przed n.Chr.), Imperium Perskie, Imperium Aleksandra Wielkiego w IV w. przed n.Chr. czy iście światowe Imperium Romanum i inne, to jednak powstawały one i rozwijały się na zasadzie podboju i hegemonii ze strony jednego z królestwa, które narzucało swoje prawo i swój kodeks etyczny. Pomocniczymi normami prawnomoralnymi były traktaty pokojowe, pakty, umowy, dyktaty, choć przeważnie wszelkie takie ustanowienia nie trwały długo i znowu wybuchały wojny i bunty.

Ciekawą koncepcję polityki rzymskiej za Republiki miał Scypion Afrykański Starszy, który opowiadał się za budowaniem imperium przez wiązanie z Rzymem państw na drodze federacji (foederati) i stowarzyszeniowej (socii), a nie przez podbój. W tym duchu konsul Tytus Kwinkcjusz Flamininus (230-175 przed n.Chr.) wystąpił w roli oswobodziciela Grecji spod dominacji króla macedońskiego Filipa V, którego w drugiej wojnie macedońskiej pokonał pod Kynoskefalaj w 197 r. przed n.Chr., ale zawarł z nim pokój i nie okupował ani Macedonii, ani miast-państw greckich. Miał powiedzieć, że w zwyczajach rzymskich nie leży, żeby pastwić się nad pokonanymi, grabić ich ziemie i łamać traktaty pokojowe.

Jednak taka polityka Rzymu trwała tylko ok. 30 lat, do czasów Katona Starszego (zm. 149). W duchu jego koncepcji polityki wódz Emiliusz Paulus rozgromił wojska macedońskie w trzeciej wojnie macedońskiej pod Pydną w 168 r., ograbił Macedonię, upokorzył, narzucił ustrój rzymski, a pojmanego króla Perseusza zamęczył w więzieniu w Rzymie.

Typ polityki Katona Starszego był najczęściej naśladowany potem w Europie. W wieku XX politykę światową miała doskonalić Liga Narodów z siedzibą w Genewie (1920-1946). Miała ona zapewniać pokój, zapobiegać wojnom, dążyć do rozbrojenia i tworzyć prawo międzynarodowe. Lecz Liga Narodów nie była powszechna, nie przystąpiły do niej Stany Zjednoczone, była słaba i służyła przede wszystkim interesom Francji i Wielkiej Brytanii. Ogromnym osiągnięciem prawnym i moralnym jest Organizacja Narodów Zjednoczonych, zawiązana po II wojnie światowej, w 1945 r., już o charakterze uniwersalnym. Podjęła zadanie utrzymania pokoju na świecie, bezpieczeństwa, suwerenności i równości państw oraz przestrzegania międzynarodowych zobowiązań, jednak bez ingerencji w wewnętrzne sprawy członków. Ale dziś ONZ słabnie, często panuje niezgoda między pięcioma stałymi członkami Rady Bezpieczeństwa (USA, Anglia, Francja, Rosja i Chiny) i ostatnio coraz bardziej odchodzą od ogólnoświatowych norm etycznych, zwłaszcza w swych różnych agendach, pozostających pod rosnącymi wpływami kierunków ateistycznych. Prawdziwą ziemią obiecaną miała stać się Unia Europejska, wyrosła z wielkich idei ludzkości i łącząca państwa i narody europejskie na zasadzie dobrowolności. Jednak doskonale zapoczątkowana, źle została zrekonstruowana w 1991 r. i pod względem gospodarczym, i politycznym, i ideologicznym: stłamszono narodowe podmioty gospodarcze, dąży się do utworzenia jednego organizmu z hegemonią Niemiec i Francji, przyjęto ideologię ateistyczną, którą szerzy się pod przymusem, daje się zbyt dużo pola nieodpowiedzialnym drapieżnikom i istotę wolności widzi przede wszystkim w amoralności. Jeśli UE jeszcze żyje, to dzięki niechcianej właśnie tradycji staroeuropejskiej i chrześcijańskiej.

Polityka wewnętrzna
Jeszcze bardziej subtelnej moralności potrzeba w polityce wewnętrznej. Święty Paweł Apostoł uczy, że władza społeczna i polityczna jest od Boga i „rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego” i „jest narzędziem Boga prowadzącym ku dobremu” (Rz 13, 1-7), a więc ma charakter pedagogiczny i z gruntu moralny. Właśnie dziś w UE jest akurat odwrotnie: władze często tępią dobro, a wspierają zło. Być może św. Paweł miał na myśli rządzących wysoce moralnych, nie mógł bowiem mówić czegoś takiego o władzy cesarskiej Nerona, z którego wyroku poniósł śmierć w Rzymie w 63 lub 64 roku. Neron należał do potwornych cesarzy. Oto cesarz Klaudiusz pod naciskiem swej ostatniej żony Agrypiny Młodszej adoptował jej syna Nerona (54-68 po n.Chr.) na swego następcę, pomijając swego syna Brytannika. Żona „w nagrodę” otruła Klaudiusza, żeby przyspieszyć panowanie młodego Nerona, no i swoje. Syn z kolei, gdy tylko dorósł, zabił Brytannika, kazał zabić matkę, by nie wtrącała mu się do rządów, uśmiercił kolejno dwie swoje żony, mordował także senatorów i wielu innych, wybitnych ludzi, a jego nauczyciel, mędrzec Seneka, musiał w tej sytuacji popełnić samobójstwo. Neron na koniec ogłosił się bogiem, podpalił miasto i prześladował chrześcijan jako złoczyńców. Takich stalinów w historii było bardzo wielu. Gdy człowiek niemoralny dostanie się na tak wysokie stanowisko, to dostaje potwornej choroby.

Przyjęło się, że najbardziej sprawiedliwi i moralni są demokraci. Ale władza również w ich wykonaniu może być taka sama jak tyranów, co pokazuje historia demokratycznych Aten. Weźmy np. sprawę sławnego zwycięzcy spod Maratonu, wodza Miltiadesa. Jakiś czas po Maratonie Zgromadzenie Ludowe w Atenach wysłało go w 489 r. przed n.Chr. na podbój niektórych wysp cykladzkich, które uniezależniły się od Aten, żeby je opanował i ograbił. Demokraci pałali żądzą władzy, złota i krwi. Miltiades odnosił z początku pewne sukcesy, ale nie mógł przez miesiąc zdobyć wyspy Paros i nie uzyskał nawet 100 talentów okupu. Wtedy lud pod wodzą wielkich demokratów odbył nad nim, ciężko rannym i leżącym na noszach, sąd z żądaniem kary śmierci, że nie przywiózł nawet okupu. Obronili go przed śmiercią przyjaciele, ale nałożono na niego karę 50 talentów, tyle co 1300 kg złota. I gdy więziony szybko zmarł, złoto musiał dać za niego jego syn. Wartość ustroju politycznego nie zależy od jego techniki, lecz przede wszystkim od moralności i rządzących, i poddanych.

Innym złotym cielcem polityki stał się współczesny liberalizm, rzekomo świetlany wytwór ateistycznej współczesności. Tymczasem taki błędny liberalizm pojawiał się już od początku ery chrześcijańskiej jako różne dewiacje wielkiej chrześcijańskiej idei wolności od zła i wolności duchowego tworzenia dobra. Dewiacje te głosili na początku libertyni, antynomianie, nikolaici, manichejczycy, antytakci, potem liczne wspólnoty średniowieczne, jak bracia i siostry wolnego ducha, katarzy, bogomili, begardzi, adamici, a następnie arminianie, arnoldyści, familianie i liczni inni. Mówiąc zbiorczo, znieprawili oni ewangeliczne przesłanie wolności, a odrzucili prawo religijne, kościelne i moralne, łącznie z większością Dekalogu, i siebie uznawali za wolnych od obowiązków i za ludzi światłych, słuchanie dogmatów i prawa uważali za postawę niewolniczą. Odkupienie uznawali za uwolnienie od wszelkich rygorów prawnych, moralnych i społecznych. Niektórzy głosili, że po chrzcie są już bezgrzeszni, choćby popełniali te same czyny co dawniej. Prawdy wiary dobierali sobie według gustu, potępiali celibat jako nieprawość, no i wszyscy przyjmowali pełną swobodę seksualną jako najwyższą wolność, także dla młodzieży. Anglikańscy familianie z XVI w. głosili, że nie ma obiektywnych norm etycznych, lecz złem jest tylko to, co sam człowiek uzna za zło. Jak widzimy, również dzisiejszym skrajnym liberałom nie tyle chodzi o wolność gospodarczą czy społeczną, ile głównie o „wyzwolenie się” od obiektywnej moralności. I tacy ludzie mają coraz większy wpływ na życie polityczne. Jednak sekty szybko przemijają.

Liberałowie, zwłaszcza ateistyczni, fingują, że tworzą politykę prawa, a faktycznie odcinają się ostro od pradawnego nurtu życia prawa państwowego i moralnego tworzonego przez najwyższe kultury w dalekiej nawet przeszłości. Wielcy monarchowie potrafili przez kodyfikacje prawa zwyczajowego doskonalić życie społeczne, otwierać je szerzej na wolność prostego człowieka, na sprawiedliwość, na obronę słabszych, tępić korupcję i wprowadzać harmonię w życie państwowe. Są to: najstarszy pisany kodeks Urukaginy, króla sumeryjskiego Lagasz z 2378 r. przed n.Chr., potem słynny kodeks króla Urnammu (ok. 2112-2095), sumeryjskiego państwa Ur, kodeks Bilalamy z Esznuny (ok. 1980 przed n.Chr.) w języku akadyjskim, kodeks Lipit Isztara (1934-1924), króla Isin, a wreszcie kodeks Hammurabiego, króla babilońskiego (ok. 1792-1750 przed n.Chr.) i inne. Po wiekach łączyły prawo z pewną liberalizacją reformy Solona z Aten w 594 r. przed n.Chr., wzorowane na nich Prawo Dwunastu Tablic w Rzymie (451-449 przed n.Chr.), „Pięcioksiąg” moralno-prawny Konfucjusza (551-479 przed n.Chr.) w Chinach, dekrety indyjskiego cesarza Asioki (w. III przed n.Chr.), a nawet angielska Wielka Karta Wolności z r. 1215 po n.Chr. i wiele innych mądrości społeczno-politycznych, nie mówiąc już o Biblii Starego i Nowego Testamentu. Słowem, wielkie kultury ciągle organizują sobie życie indywidualne i społeczne w mądrości, harmonii, pokoju, moralności i godności, tylko „postępowa” UE stawia dziś na niszczenie, burzenie, gwałt i niepokój.

Moralność nowa, czyli niemoralna
Traktat lizboński i inne ustawodawstwa UE mają proklamować nowego ducha Europy i Prawa Podstawowe UE, jak godność, wolność, równość, solidarność, prawa obywatelskie, sprawiedliwość i postanowienia ogólne (zakres, gwarancje, ochrona i zakaz nadużywania tych praw). Wykładnia tych praw jest powierzona Europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości w Luksemburgu. Jest tam też wiele praw szczegółowych, jak prawo do życia, prawo do strajku i inne. Jednak wszystkie prawa są sformułowane nieostro, tak żeby mogli je interpretować bliżej przywódcy unijni. W rezultacie, choć mają dużo z tradycji europejskiej i nawet chrześcijańskiej, to jednak są szeroko otwarte na interpretacje antytradycyjne, antychrześcijańskie i antynarodowe.

W rezultacie również w Polsce narasta coraz silniejszy konflikt między przemycaną po cichu „nową ideologią” i „nową moralnością” unijną a naszą umysłowością polską, religijnością i moralnością katolicką. Ze względów taktycznych „misjonarze” nowego nie atakują u nas całości doktryny i etyki Kościoła, bo straciliby na wyborach, lecz masońską metodą myśliwych polują dziś z nagonką medialną na wybrane, wyróżniające się bardziej obronnością, postacie, takie jak o. Tadeusz Rydzyk, ks. abp Józef Michalik, ks. abp Sławoj Leszek Głódź, ks. abp Henryk Hoser, ks. bp Kazimierz Ryczan, ks. bp Wiesław Mering i inni. I z całą wściekłością przedstawiają ich jako źle rozumiejących Kościół współczesny, bł. Jana Pawła II i Papieża Franciszka. Przy tym wiedzą, że dużo łatwiej jest zniesławić, ośmieszyć i zohydzić każdą jednostkę w oczach nieświadomych, a żądnych sensacji ludzi, niż w otwartym ataku na cały katolicyzm, jego doktrynę i dekalog. Ba! nawet chwalą – oczywiście fałszywie – Jana Pawła II, Prymasa Stefana Wyszyńskiego, bł. Jerzego Popiełuszkę. Ale w sumie jest to działanie ohydne i niemoralne. Osoby atakowane reprezentują czystą naukę katolicką. Człowiek boleje nad takimi umysłowościami. Ostatnio nawet jeden z członków KRRiT powiedział, że gdy Episkopat poparł starania – zresztą ciągle jeszcze wykpiwane – o. Rydzyka o miejsce na multipleksie dla Telewizji Trwam, to zrodził mu się problem wiary w Boga. To Episkopatowi w Polsce nie wolno starać się o jedno medium ogólnopolskie pośród kilkudziesięciu niechętnych lub nawet otwarcie wrogich katolikom, których jest w kraju ok. 90 procent? Taka mentalność to jest coś strasznego. Teraz po prostu boimy się, że za obronę katolicyzmu i patriotyzmu będziemy nie tylko opluwani, ale także karani za „mowę nienawiści” finansowo, zwalniani ze stanowisk, a nawet więzieni, co już się zaczyna w niektórych krajach UE.

I tak obawiamy się po prostu, że takie sprawy, jak ateizacja społeczeństwa, państwa, kultury i życia codziennego, jak ataki na religię, Kościół, duchowieństwo i co wybitniejszych świeckich katolików, jak niszczenie małżeństwa i rodziny, celowa deprawacja wychowania i nauczania, jak cała cywilizacja śmierci, jak ciągłe plucie na Polskę, jej kulturę i historię – to nie tylko jakieś poglądy czy rozważania wielu naszych polityków, rządców i „nowoczesnych” inteligentów, ale właśnie oszołomska „nowa moralność” niemoralna. Jest to nie tylko nierozumne, ale i niemoralne. Grzeszy również niewierzący w Boga. A Kościół Chrystusowy atakują najbardziej ludzie grzeszni i pyszni.

Obawiamy się, że takie sprawy, jak wyprzedaż Polski, ziemi, kopalin, banków, stoczni, hut, cukrowni, sanatoriów, kolei, fabryk, zakładów, firm, szpitali, szkół – ze zwalnianiem tysięcy pracowników, jak niszczenie prawie wszystkich gałęzi przemysłu i zarazem świata robotniczego i wiejskiego – to nie tylko jakieś błędy w obliczeniach czy koncepcjach lub w małpowaniu ideologii unijnej, lecz także jakaś niemoralna polityka gospodarcza, brak miłości Ojczyzny i zawiniona taktyka: „aby do nowych wyborów”.

W wielu pomysłach i działaniach parlamentu, rządu, zwłaszcza ministerstw: Zdrowia, Finansów, Edukacji Narodowej, Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Spraw Zagranicznych, Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej, Pracy i Polityki Społecznej, Sportu i Turystyki – przy czym boli nas szczególnie uporczywe degradowanie uniwersytetów polskich, nauki niezależnej, myśli, wyższej kultury duchowej, postawa kompleksu niższości wobec wszelkiej zagranicy, ustawiczne godzenie w autorytet Polski, honor i dobre imię (przez zaniedbanie obrony), popieranie partyjnych miernot i graczy, a wreszcie arogancja władzy wszystkich szczebli wobec robotników, chłopów, związków zawodowych i w ogóle prostych obywateli, zwłaszcza ubogich – widać nie tylko błędy i brak doświadczenia, ale także, niestety, brak zmysłu społecznego, oderwanie od ludzi, arogancję, i nieodpowiedzialność także moralną.

W ogóle kontynuowanie postmarksizmu i niszczącej prawdę ideologii skrajnego liberalizmu przez przeważającą część goniącą za umysłową modą, inteligencji, przez anarchizujące grupy młodych adeptów życia społecznego, państwowego i kulturalnego i przez niektórych szalejących, ideologicznych lub rządowych dziennikarzy – tworzy już w Polsce życie relatywistyczne, subiektywistyczne, nieobiektywne, bez zasad, chaotyczne, bezideowe, no i coraz częściej naruszające podstawowe normy moralne. A pod względem religijnym sytuacja nasza przypomina coraz bardziej przestępcze, potworne ataki na katolików ze strony hitlerowców po potępiającej ich encyklice Papieża Piusa XI „Mit brennender Sorge” z 14 kwietnia 1937 r. oraz działania komunistów w czasach stalinowskich.

Słowem, wymiar religijno-moralny jest absolutnie konieczny dla trwania i rozwoju wszystkich dziedzin życia społecznego i państwowego. Przynajmniej polityka, zarówno zagraniczna, jak i przede wszystkim wewnętrzna, nie może się sprowadzać cała do ohydnego zakłamania, co niestety, wkrada się w coraz większej mierze i do nas.

http://www.naszdziennik.pl/wp/59148,pol ... lnosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 17 lip 2014, 06:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Nauka policzkowania

Wojciech Reszczyński

Po incydencie, do jakiego doszło w saloniku Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie Janusz Korwin-Mikke spoliczkował Michała Boniego, pojawiło się nadspodziewanie dużo ciekawych komentarzy. Sprawa ta jest także interesująca od strony prawnej. Jak doszło do tego incydentu? W 1992 roku poseł Janusz Korwin-Mikke wystąpił w Sejmie z propozycją przeprowadzenia lustracji posłów i funkcjonariuszy państwowych. Poseł Michał Boni nazwał publicznie autora projektu ustawy lustracyjnej oszołomem i idiotą. W 2007 roku, gdy obejmował rządowe stanowisko, przyznał jednak, że podpisał deklarację współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Publicznie przeprosił, że podpisał zobowiązanie do współpracy, ale nie przeprosił osobiście za swoje słowa sprzed lat, o czym pamiętał dobrze urażony Janusz Korwin-Mikke. Stąd jego reakcja. – Zrobiłem to, co wielokrotnie mu obiecałem […] zrobiłem to, co trzeba było zrobić – powiedział Korwin-Mikke. Michał Boni potraktował wymierzony mu policzek jako przekroczenie „granicy agresji” i natychmiast poskarżył się wszystkim, najpierw na Twitterze, a potem w MSZ, które organizowało spotkanie nowych europosłów. Ministerstwo Spraw Zagranicznych złożyło zawiadomienie do prokuratury, na co czekał i nalegał Michał Boni, gdyż on sam nie zamierza podejmować żadnych kroków prawnych przeciwko Korwin-Mikkemu. Szef MSZ Radosław Sikorski zapowiedział nawet, że dopóki on będzie ministrem, nie wpuści więcej do budynku Janusza Korwin-Mikkego. Tak oto sprawa, która dla Korwin-Mikkego była wyłącznie sprawą honorową, stała się sprawą państwową, a wkrótce stanie się sprawą karną. Nie jest znana treść zawiadomienia MSZ do prokuratury, ale można domniemywać, że chodzi o naruszenie nietykalności cielesnej czy fizycznej.

Czy wymierzony Boniemu lewą ręką policzek jest przestępstwem przeciwko życiu i zdrowiu? Raczej nie. Czy policzek spowodował uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia Boniego? Także nie. Nie było to też pobicie ani bójka czy naruszenie wolności. Jest to raczej zniewaga czynna, którą wywołało dawne wyzywające zachowanie znieważonego. Znieważony (europoseł Korwin-Mikke) odpowiedział naruszeniem nietykalności cielesnej Michała Boniego w postaci spoliczkowania go. Mieliśmy więc do czynienia ze zniewagą wzajemną, choć nie równorzędną w skutkach, którą sąd mógłby „wyzerować”, gdyby Michał Boni sam wystąpił do sądu, gdyż ściganie tego przestępstwa odbywa się z oskarżenia prywatnego. Skoro sprawę przejęło polskie MSZ i wystąpiło do prokuratury, należy sądzić, że uzna siebie za właściwą instytucję do ścigania tego deliktu i oskarży Korwin-Mikkego. O co konkretnie? Wkrótce się dowiemy.

Korwin-Mikke, skoro cofnął nas do czasów, w których poróżnieni mężczyźni załatwiali sprawy honorowo, czyli najczęściej poprzez pojedynek, nie zapoznał się jednak z „Polskim kodeksem honorowym” Władysława Boziewicza. Jest tam bowiem napisane, że do zniewagi czynnej wystarcza tylko sam zamiar znieważenia. Wystarczyłyby zatem słowa adresowane do Michała Boniego: „Niech się pan uważa za spoliczkowanego”. Jak pisze Boziewicz: „Takie słowa należy traktować jako obrazę ciężką, tak jak gdyby faktycznie spoliczkowanie nastąpiło”. Paragraf 13 wspomnianego kodeksu wręcz stanowi, że „większa lub mniejsza siła uderzenia nie ma znaczenia przy ocenianiu stopnia obrazy lub w razie obopólnej czynnej zniewagi na przyznanie praw obrażonego”.

Na marginesie tej sprawy wielu ludzi rozmarzyło się w przekonaniu, że gdyby zwaśnieni politycy załatwiali swoje spory we własnym gronie, i dali sobie od czasu do czasu po pysku, byłoby to i dobre dla nas. Niestety, „poszkodowany” Michał Boni wolał schować się pod instytucje państwa i w nich szukać wsparcia. Na zakończenie. Bolesław Wieniawa-Długoszowski tak zapamiętał dobre rady swojego wodza i duchowego mentora Marszałka Józefa Piłsudskiego. „Dziś wyraźniej niż kiedykolwiek widzę, że jest pewien rodzaj człowieka, który, gdy mu powiedzieć: ’Panie, zastanów się pan. To, co pan robi, jest szkodliwe dla Polski, dla państwa, jest niemoralne, czy nieetyczne’ – on ruszy lekceważąco ramionami i będzie pana uważał za moralizującego deklamatora. Dopiero kiedy dostanie w pysk, to drapie się za ucho i dochodzi do przekonania, że musiał zrobić coś złego”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/85863,nau ... wania.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 19 sie 2015, 20:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Wiara jest jednym z elementów ludzkiej (naszej) kultury. Kultury budowanej na prawie naturalnym.
Jednostki i grupy społeczne chore psychicznie, budują odmienną, inną kulturę, a raczej atrapę kultury, na bazie swoich urojeń, wyobrażeń rzeczywistości, a w powstałym w ten sposób chaosie nie ma już miejsca na to co jest niepodważalne bo, naturalne.
Wiara się w tych koncepcjach nie mieści, a więc i nie ma w nich miejsca na Kościół. Twórcy pseudo kultury chcą sami pełnić rolę pasterzy wobec mas. Oni sami stają się bogami, a każde ich urojenie "prawem bożym". Tak już jest w chorobach psychicznych, z ludzi wykluwają się feminiści, naziści, homoseksualiści, komuniści, sataniści, genderyści, faszyści, ateiści i co tam jeszcze....


Jaki rozdział państwa i Kościoła?!

Jeżeli Kościół stanowczo interweniował w czasach, gdy społeczeństwa żyły wiarą, tym bardziej musi to robić dziś. Niefrasobliwością ze strony hierarchów byłoby pogrążenie się w bierności i patrzenie jak agenci cywilizacji śmierci przemieniają świat. Niestety, karmieni propagandą antyreligijną Polacy, bardziej skłonni są przyjąć tezę, że duchowni broniąc prawa naturalnego „wtrącają się do polityki” niż fakt, że to państwo przekracza swe kompetencje.

Przez ostatnie ćwierć wieku wszelkie wypowiedzi hierarchów katolickich w Polsce, przestrzegające polityków przed łamaniem zasad moralnych, nieodmiennie spotykają się z krytyką zarówno ze strony adresatów jak i lewicowych mediów. Ostatnio nieprzychylne komentarze wywołało kazanie wygłoszone na Jasnej Górze przez abpa Wacława Depo. Metropolita częstochowski odpierał w nim demagogiczne zarzuty, jakoby Polsce groziło przeistoczenie się w państwo wyznaniowe. Jednocześnie wskazywał na sztuczność prób radykalnego oddzielenia spraw Kościoła i państwa.

Wbrew głosom krytyki, należy się z wypowiedzią hierarchy zgodzić. Jeżeli bowiem można coś polskiemu episkopatowi zarzucić, to raczej zbytnią powściągliwość w krytyce działań partii i środowisk godzących w prawo naturalne, niż podejmowanie prób zdobycia realnego wpływu na rządzenie państwem.

Kościół od wieków głosi konieczność zachowania autonomii przez obie władze – świecką i duchową. Tak pisał o tym papież Leon XIII w encyklice „Immortale Dei”: Bóg powierzył troskę o rodzaj ludzki dwom władzom, tj. władzy kościelnej i władzy świeckiej, oraz ustanowił jedną dla spraw Bożych, zaś drugą dla spraw ludzkich. Obie są najwyższymi władzami w swojej dziedzinie: każda ma dobrze ograniczone granice, w których się porusza, granice zakreślone przez własną jej naturę i jej własny przedmiot bliższy i bezpośredni.

Niestety, obecnie Kościół traktowany jest przez hołdujące lewicowym przesądom elity polityczne i medialne, nie jak strażnik fundamentów duchowych, na których została zbudowana nasza cywilizacja, lecz jedna z zabobonnych grup religijnych, które „światli” liberałowie trzymają na smyczy, by swym fanatyzmem nie szkodziły w budowie „nowego ładu”. Tymczasem, Kościół, który został ustanowiony przez Boga dla prowadzenia ludzkości ku zbawieniu, nie może wyrzec się swego posłannictwa i w milczeniu asystować niszczeniu społeczeństwa dokonywanemu m.in. za pomocą niemoralnych uregulowań prawnych czy destrukcyjnych działań organów państwa.

A swoją drogą zarzut, że Kościół wtrąca się w politykę, nie jest niczym nowym. Przeciwnie, towarzyszy Kościołowi nieomal od początku jego misji na ziemi. Już władze rzymskie miały „problem” z chrześcijanami, którzy odrzucali takie normy rzymskiego społeczeństwa, jak: rozwiązłość seksualna, rozwody, dzieciobójstwo, nieludzkie traktowanie niewolników itd.

Przyjęcie chrztu przez władców i ludy Europy nie zapobiegło tarciom na linii państwo-Kościół. Wspomnijmy chociażby konflikt między Bolesławem Śmiałym a biskupem krakowskim Stanisławem ze Szczepanowa. Zasłużony wszak dla reformy kościelnej władca złamał normy moralne, co zmusiło hierarchę do zabrania głosu i wytknięcia mu, że przekroczył prawo Boże. Niestety, powodowany pychą król zamordował bpa Stanisława. Nie był to w średniowiecznej Europie wypadek odosobniony. W podobny sposób zakończył się konflikt między królem Henrykiem II i biskupem Tomaszem Becketem w Anglii.

Oskarżenia Kościoła o zbytnie wtrącanie się w politykę, pojawiały się także w czasach nowożytnych. W przeciwieństwie do wspólnot protestanckich, które wzorem Kościoła bizantyjskiego silnie uzależniły się od władców świeckich, świat katolicki trwał przy rozdziale kompetencji obu władz – duchowej i świeckiej. Postępująca drogą demokracji szlacheckiej Rzeczypospolita pełna była namiętności i zacietrzewienia. Na padające, nie tylko zresztą z ust innowierców, zarzuty o ingerencję Kościoła w sprawy publiczne kraju odpowiadał m.in. ks. Piotr Skarga. Na kartach „Wzywania do pokuty obywatelów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa” tłumaczył: Rzecze kto: ksiądz się wdawa w politykę. Wdawa się i wdawać się winien nie w rządy jej, ale w zatrzymanie, aby jej grzechy nie gubiły, a wykorzenione z niej były, a dusze ludzkie w niej nie ginęły. A bo nie słyszym, co Pan Bóg do Jeremjasza mówi: „o tom cię postanowił nad narodami i królestwy, abyś wykorzeniał, psował i gubił grzechy i złości, a budował i szczepił bojaźń Bożą i cnoty święte, i dobre uczynki, i pokutę, którą by się pomsta Boża od królestw oddalała i polityka nasza nie ginęła”.

Jeżeli Kościół nieraz mocno interweniował w czasach, gdy społeczeństwa żyły wiarą, tym bardziej musi to robić dziś, gdy świat został zdegenerowany przez kolejne rewolucje: oświeceniową, bolszewicką, i tą z 1968 roku. W tej sytuacji niefrasobliwością ze strony hierarchów byłoby pogrążenie się w bierności i patrzenie jak agenci cywilizacji śmierci przemieniają świat. Oznaczałoby to skazanie następnych pokoleń na życie w warunkach bardzo niesprzyjających zbawieniu. Powrót do stanu z pierwszych wieków naszej ery, gdy bycie katolikiem oznaczało wykluczenie społeczne, narażenie na aresztowanie, a może nawet eksterminację. Tym bardziej, że obecnie mamy do czynienia z państwem-molochem, prawdziwym Lewiatanem, usiłującym kontrolować jak najwięcej sfer życia ludzkiego i wykorzystującym dostępne sobie środki (wpływ na edukację, możliwość kształtowania rynku medialnego) do formowania po swojemu sumień ludzkich.

Niestety, karmieni propagandą antyreligijną Polacy, bardziej skłonni są przyjąć tezę, że duchowni broniąc prawa naturalnego (do życia, narodzin itp.) nadużywają swej władzy niż twierdzenie odwrotne, że to przecież państwo przekracza swe kompetencje, przyjmując przepisy dopuszczające zabijanie dziecka poczętego, ułatwiające rozwody, legalizujące związki osób tej samej płci itp. Tymczasem jak napisał kard. Joseph Höffner, w podręczniku katolickiej nauki społecznej: Prawo Boże i naturalne zakreślają nieprzekraczalne granice prawu państwowemu. Poważne naruszenie tych niezmiennych norm musi więc w końcu zwolnić obywateli z obowiązku ich przestrzegania oraz posłuszeństwa państwu.

Adam Kowalik

http://www.pch24.pl/jaki-rozdzial-panst ... 648,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura w polityce
PostNapisane: 12 lip 2016, 07:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30429
Lekcja moralnej polityki

Austriacki Trybunał Konstytucyjny nie zaakceptował nieprawidłowości przy liczeniu głosów w wyborach prezydenckich

Decyzja austriackiego Trybunału Konstytucyjnego nakazująca powtórzenie drugiej tury wyborów prezydenckich mogła zaskoczyć wielu. Pozornie wydawało się, że wygrał kandydat akceptowalny przez establishment, więc nikt nie śmie podważyć wyniku.

Gdy w Polsce wybory samorządowe w 2014 roku wygrało PSL wraz z PO, przy prawie dwudziestoprocentowej liczbie głosów nieważnych, media zaatakowały nie Państwową Komisję Wyborczą czy Sąd Najwyższy, który uznał legalność wyborów, lecz prawicę, która śmiała podważać wynik głosowania.

W Austrii problem jest natury o wiele bardziej subtelnej, jednak Trybunał Konstytucyjny zarządził powtórkę głosowania. W uzasadnieniu przewodniczący austriackiego Trybunału Gerhart Holzinger stwierdził, że wybory są samą kwintesencją „demokracji” i wszelkie wątpliwości muszą być rozwiane. W drugiej turze wyborów przeprowadzonych 22 maja kandydat lewicy, były przywódca austriackich Zielonych, Alexander Van de Bellen, miał wedle oficjalnych wyników pokonać Norberta Hofera różnicą niespełna 31 tys. głosów. Wprawdzie nie udowodniono żadnych oszustw, ale wykryto nieprawidłowości w procedurze liczenia głosów – i to wystarczyło do takiego, a nie innego wyroku.

Prof. Mieczysław Ryba

http://www.naszdziennik.pl/mysl/161887, ... ityki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 16 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /