Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Duch naszych czasów
PostNapisane: 19 lip 2009, 18:53 
Offline
Czytelnik

Dołączył(a): 19 lip 2009, 15:12
Posty: 92
Mam dziwne wrażenie, iż aluzyjne lata, np. Przybory, odkicały w siną dal i jesteśmy uczestnikami KULTURY Z GRUBEJ RURY: dowcip zmienił się w dowcipasa i bez słów mało cenzuralnych, nie ma wica.

Kiedyś starczyła aluzja i publiczność reagowała bez instrukcji. Wystarczyło połaskotać piórkiem, by był niegłupawy śmiech. Aktualnie łaskotanie - odpada, bo żeby dowcip był zrozumiany, trzeba palnąć widza siekierą i podłączyć do guzika z aplauzem. Podobną, negatywną subtelność dostrzegam nie tylko u kabareciarzy – dresiarzy, ale i we współczesnym kinie (dennej) akcji: trup ściele się gęsto, a im więcej nieboszczyków, tym lepsza oglądalność.

Drzewiej, w latach A. Christie, kryminalna fabuła trzymała w napięciu za pomocą jednego trupa. Teraz „pojedynczy” nieboszczyk jest z lekka banalny; musi być wiele i to z nieodzownym pokazywaniem krwawych jatek, latających flaków i gotowanych czaszek.

Wrażliwość łaskotania kilofem, to norma. Nie to mnie jednak najbardziej niepokoi, żeśmy się mentalnościowo skiepścili. Oburza mnie rechot ludzi z mojego pokolenia. Ich przyzwolenie na intelektualne dno.


Ostatnio edytowano 13 gru 2009, 11:58 przez Marek Jastrząb, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 19 lip 2009, 20:11 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lip 2009, 18:26
Posty: 1342
No cóż, każda epoka ma swoich Starszych Panów, albo Dońców!! Przejściówkę określił bym Laskowiki, Smolenie.

_________________
Uśmiech i życzliwość łagodzi obyczaje.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 19 lip 2009, 20:18 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
W okresie międzywojennym w środowiskach patriotycznych w Polsce jak bumerang powracał pomysł, by utworzyć sieć małych muzeów narodowych, tak by co kilkadziesiąt kilometrów była placówka, w której Polacy mogliby obcować z wielkim polskim malarstwem. W jaki sposób chciano doprowadzić do tego? Tworząc listę najważniejszych dzieł malarstwa polskiego i zlecając malarzom sporządzenie ich wiernych kopii.
Niektórzy zwracali uwagę na to, że zamiast kupować jakiś oryginał (np. malarstwa włoskiego), za te same pieniądze można sporządzić co najmniej kilkadziesiąt kopii (nie mówiąc już o tym, że można by zrobić jedno i drugie).
Pomysł nie był zły. Jego realizacja doprowadziłaby do tego, że większość Polaków mogłaby obcować, i to bardzo często, z wielką polską sztuką. Jednak nie udało się go zrealizować. Być może dlatego, że zwyciężyła opinia tych, którzy uznawali, iż w muzeach mają prawo być umieszczane tylko oryginały. Aktualne pozostaje pytanie: co stanowi o wartości dzieła - jego piękno czy fakt, że jest oryginałem? Odpowiedź w perspektywie finansowej jest jasna: ludzie wielokrotnie więcej płacą za oryginały. Jednak w perspektywie kulturowej i estetycznej - liczy się kontakt ze sztuką, jej piękno, które jest dokładnie takie samo w przypadku oryginału i kopii.
Można tu też przy okazji postawić pytania: czy przypadkiem w XX wieku nie zagubiliśmy tego, co najważniejsze? Czy piękno i sztuka tak naprawdę jeszcze się liczą?
Zobaczmy, co się ostatnio zdarzyło w Berlinie, a poniekąd w całym europejskim świecie kultury. W berlińskim muzeum przez wiele lat znajdował się portret "Mężczyzna w złotym hełmie", który uchodził za dzieło Rembrandta i to dzieło tak doskonałe, że można je było porównywać z "Mona Lizą" Leonarda da Vinci. Ze względu na wartość materialną i to, że każdego dnia obraz chciały oglądać tłumy znawców sztuki, pragnących podziwiać geniusz malarza i przeżywać wielkie wydarzenie spotkania z tak wspaniałym płótnem, dzieło wystawiano w oddzielnej sali. Stosunkowo niedawno eksperci doszli do wniosku, że nie jest to dzieło Rembrandta. Przerzucono je w kąt sali, w której prezentowano pośledniejsze obrazy, i wszyscy o nim zapomnieli. Pies z kulawą nogą go nie podziwia. Czy to nie jest kompromitujące? Czy to wydarzenie nie stawia pod znakiem zapytania jakości współczesnej europejskiej kultury?
Dokąd ona zmierza? Nie dajmy się zwariować wielkim tego świata i doceniajmy piękno niezależnie od tego, czy ma ono ich akceptację, czy nie.
Stanisław Krajski

http://archiwum.naszdziennik.int.pl/ind ... =68&id=453


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 02 paź 2009, 18:59 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Paulina Wilk

My, dzieci transformacji

Dobiegamy trzydziestki. Jesteśmy zarazem nowi i starzy. Zbudowani pół na pół – z wolnorynkowych marzeń i socjalistycznych kompleksów. My, ostatni spadkobiercy PRL

Kiedy się pani urodziła? W 1980? A tak, to jest ten zblokowany rocznik – posiwiała ginekolożka kiwa głową, jakby dobrze wiedziała, co mi dolega. – Wy nie chcecie rodzić. Dziewczyny kilka lat młodsze rodzą dużo chętniej, bez oporów. Ja już mam na porodówce pacjentki urodzone w latach 90. A was coś hamuje.
Hamuje mieszanka starego i nowego. Wspomnienia naszych mam, które rodziły na studiach, a potem ostrzegały, byśmy nie powtarzały ich błędów. Ich westchnienia na myśl o tym, ile mogłyby osiągnąć, ile miejsc zobaczyć, gdyby nie ten kraj, gdyby nie wczesne założenie rodziny. Hamują marzenia, których one nie zrealizowały, a my próbujemy – dla siebie i dla nich. Powstrzymuje nas strach przed rolą matki Polki i chęć bycia nowoczesną kobietą. Obawa, skąd wziąć na wychowanie dziecka pieniądze. Zmieniający się wzorzec rodziny i lęk przed odpowiedzialnością za drugiego człowieka, bo dotąd miałyśmy czas martwić się tylko o siebie, nakłaniane do poszukiwania indywidualnego szczęścia. A jest jeszcze antykoncepcja, która ułatwia odkładanie nowego pokolenia na potem.
Ale nie tylko dlatego my wciąż stoimy, gdy młodsze dziewczyny i chłopcy już pobiegli. My jeszcze otrzepujemy się z tynku po wielkim remoncie, którego oni nie pamiętają, bo wychowali się w urządzonej już Polsce. My dorastaliśmy na korytarzu, w którym odbywał się ruch wahadłowy – na jednym końcu demontażowi poddawano PRL, na drugim, w pośpiechu, stawiany był nowy świat.

Zanim zjawiła się Barbie
Byliśmy dokładnie pośrodku, przecięci na pół niewidoczną kreską. Nasze oczy wędrowały w lewo i w prawo – śledząc dorosłych, którzy próbowali przenieść jakieś rzeczy z „wczoraj” do „jutro”, ale większość wyrzucali jako niepotrzebne rupiecie. Nasze dorastanie odbywało się przy okazji, było przejściowe. „Dziś” nie miało znaczenia – obowiązywał kurs w przyszłość.
W nową rzeczywistość wpadliśmy wraz z hasłami o otwierającym się przed nami kosmosie możliwości, wolności, dobrobytu i sukcesu – o wszystkim, na co – jak mówili dorośli – ten kraj czekał od pół wieku. Ale nie mogliśmy się rozpędzić, bo jednocześnie hamowały nas problemy rodziców. Ich obawy i kompleksy, kłopoty z adaptacją. Nie wszyscy odważnie skoczyli do wolnorynkowego basenu, wielu stało na brzegu, ostrożnie badając wodę, inni zrezygnowali od razu. Popłynęli nieliczni.
Wszyscy nam powtarzali: tyle możecie, korzystajcie z życia! Korzystaliśmy – mamy skończone studia, często niejedne, za sobą – zagraniczne stypendium, podróże, także dobre doświadczenie zawodowe. I kredyt na 30 lat oraz przyczajony z tyłu głowy strach, że się prowadzi życie na pożyczkę, jakoś nieprawdziwie i na wyrost. Zupełnie inaczej niż oszczędni rodzice – raczej ciułający, zabezpieczeni zwitkiem pieniędzy, dorobionych tu i tam, zdeponowanych u szwagra.
Wielu z nich nigdy nie odważyłoby się na kredyty, które my zaciągać musimy – nie tylko z materialnej konieczności, ale też w efekcie szalejącego konsumeryzmu. Wszyscy chcą mieć. Bardzo trudno stanąć z boku, wyłączyć się z rozpędzonej rynkowej machiny. Owszem, poruszamy się w jej trybach sprawnie, szybko nauczyliśmy się prawideł nowego systemu. On nas nie przeraża, a mimo to nie w pełni należymy do nowoczesności. Jako ostatni spadkobiercy PRL patrzymy w przeszłość ze wzruszeniem. Czujemy, że ten nowy świat jest nie tylko wspaniały. Coś nam zabrał, zabiera codziennie. W wolnorynkowym kosmosie wszystko ma swoją cenę. A przecież mamy w pamięci, co prawda krótki i idylliczny, czas dorastania bez rządów pieniądza.
Do 1989 r. rośliśmy spokojnie, pomalutku. We wspomnieniach to jest okres normalności, rozpoznawalnych granic – tak potrzebnych, by czuć się bezpiecznie, ale też by próbować je przekraczać. I nagle się okazało, że świat naszego dzieciństwa jest brzydki, przestarzały, do wyrzucenia. Szmaciane lalki o polskich imionach chowałyśmy w kącie, wstydliwie i pożądliwie wpatrzone już w peweksowską blond piękność zwaną Barbie. Dwukołowe wigry i pelikany naszych kolegów poszły na złom, bo pragnęli BMX-ów i kolorowych deskorolek.
Nie było czasu na pożegnanie z lalkami, rowerami ani kręconym przez mamę – z braku innych słodkości – koglem-moglem. Nie zdążyliśmy też pomachać siermiężnym kapciom na grubej plastikowej podeszwie, noszonym i lubianym mimo wytartej na palcu dziury. Rodzice, podekscytowani nowymi możliwościami, już ciągnęli nas do przyczółków kapitalistycznego szyku: ciasnych butików i na bazary, do suto zastawionych łóżek polowych, gdzie czekały spodnie i kurtki z dekatyzowanego dżinsu, podrabiane adidasy i getry z lycry.
Ułożone i uregulowane dzieciństwo zastąpił zgiełk i chaos. Wcześniej kolejność rzeczy była czytelna. Dla każdego z nas – podobna. Na co dzień – gorące mleko, słone paluszki i herbatniki. Śliwka w czekoladzie – tylko od wielkiego dzwonu. Na Boże Narodzenie – wafelki prince polo, mandarynki i delicje szampańskie. Paczki świąteczne odbieraliśmy jako przebierańcy na gwiazdkowych balach i dziś z rozczuleniem pokazujemy sobie do złudzenia podobne fotografie – rzędy przedszkolaków w strojach krakowianek, księżniczek, kowbojów i Indian. Na nogach mamy takie same grube rajstopy.
W moim przedszkolu tylko jeden kolega nosił kolorowe getry, a jego odmienność nas konsolidowała: zazdrościliśmy mu wszyscy na równi. Mieliśmy te same wspomnienia z wakacji (w trzech odmianach: morze, góry, jeziora). Kto nie wyjechał, oglądał te same programy dla dzieci, puszczane na jednym z dwóch kanałów. Wszystkiego wokół było niewiele, za to marzeń – mnóstwo. W tym jedno uniwersalne – chcieliśmy być jak jasnowłosy chłopiec z dobranocki o „Zaczarowanym ołówku” – mieć, czego tylko zapragniemy.
Żyliśmy jak dwie dziewczynki z teledysku do przebojowej wówczas dziecięcej piosenki „Fantazja” Fasolek. Stały na dywanie „latającym” dzięki dość prymitywnym efektom specjalnym. Jedna z nich przykładała do oka różowe szkiełko i śpiewała: „Bo fantazja, fantazja jest od tego, aby bawić się na całego”. Bawiliśmy się na całego, co prawda bez ładnych rekwizytów, ale poczucie braku nie było wówczas dotkliwe. To, że czegoś mieć nie można, bo jest niedostępne, odległe lub w ogóle nie istnieje, uważaliśmy za normalne. Nie byliśmy drapieżni, wygłodniali – to przyszło nagle i jakby spoza nas.

Świat szczerzy kły
W jednej chwili, mniej więcej w czasie Pierwszej Komunii Świętej, zrobiło się nerwowo. Pojawiły się drogie gadżety: kalkulatory, wrotki, piórniki. Nagle trzeba było biec za mamą, w tłoku i ścisku, przez zastawione wstrętnymi straganami centrum Warszawy, między wąsatymi facetami z czarną saszetką pod pachą, szepczącymi: „marki, dolary, marki, dolary”. Trzeba było przeciskać się Marszałkowską, mijając blaszane szczęki, lombardy i kantory, na plac Dąbrowskiego, żeby kupić podręczniki szkolne – na nowo napisaną historię, już nie rosyjskie, lecz angielskie elementarze i dezaktualizujące się szybko atlasy geograficzne – od początkujących przedsiębiorców urzędujących w bagażnikach swoich polonezów. Patrzyliśmy, jak się robi nową Polskę – trochę na krzywy ryj, trochę nieuczciwie, pod stołem. Nieludzko i po ludzku zarazem, bo często przez „dogadamy się”, czyli zupełnie inaczej niż dziś. Bo dziś na wszystko są procedury – korporacyjne, unijne, nieodwołalne.
Wtedy nieludzkie było tempo zmian i to, że rzeczywistość zaczęła szczerzyć kły – szkolne korytarze już nie były wspólną przestrzenią podobnych dzieci. Kto nie miał kolorowej gumki i plecaka z odblaskami, zostawał w tyle. Nauczycielki upominały rodziców, by nie dawali nam na drugie śniadanie bananów, bo innym dzieciom, które wciąż przynoszą jabłka i śliwki, może być przykro.
Ale to były głosy wołających na puszczy. Bo wszyscy chcieli mieć. A wszyscy – to był tłum. Urodziliśmy się w latach wyżu demograficznego, do liceów, na studia i do pierwszej pracy szliśmy wystraszeni, że nie wystarczy dla nas miejsca. Bo kraj nie nadążał z zaspokajaniem eksplodujących potrzeb. Prywatne uczelnie dopiero się rozwijały. A my wiedzieliśmy, że bez dobrych studiów nie znajdziemy dobrej pracy, nie zrobimy karier, także międzynarodowych, do których nas – na chwilę przed „wejściem” do Europy – wyznaczono. Europa wydawała się daleka, a jedynym dostępnym wzorcem ludzi sukcesu byli ci, którzy w latach 90. „ukradli pierwszy milion”, jeszcze nic nie mieli, a już nosili garnitury i skórzane teczki.
Słyszeliśmy, jak mądre głowy trapią się bezwzględnością naszego wyścigu szczurów, ale jednocześnie byliśmy do tego wyścigu wystawiani. Nikt nas przed nim nie chronił. Nazwano nas generacją pozbawioną skrupułów, bezwzględnie prącą naprzód. To klasyfikacja nieuczciwa, stworzona bez refleksji o tym, na jaką bezwzględność napatrzyliśmy się w latach 90. Ale i pomijająca coś ważniejszego. Pokolenie naszych rodziców dało nam wolność i gospodarkę rynkową jako spełniony sen, po wielekroć zapewniając, że otrzymujemy lepsze możliwości. I to prawda. Ale na własnej skórze doświadczyliśmy, że kapitalizm to nie tylko system wielkiej szansy. Niesie też ograniczenia, tłamsi, na wiele sposobów zniewala. Razem z wyborami przyszły wszelkie trudności związane z ich dokonywaniem. Nowy rodzaj niepokoju i odpowiedzialności za decyzje, których nasi rodzice nie praktykowali.
Kiedy w nowym tysiącleciu wchodziliśmy na rynek pracy (jeszcze studiując, bo wiedzieliśmy, że firmy poszukują „młodych z doświadczeniem”), on działał już jak dobrze rozpędzony mechanizm. To już nie była era szybkich fortun, tylko mało spektakularnych realiów. Wsiadaliśmy do wielkiego rynkowego bębna. I od tej pory przesuwamy się po kolejnych szczeblach według rozrysowanej – adekwatnie do struktury firmy – ścieżki kariery. Zgodnie ze schematem, zgodnie z procedurą.
Pracujemy nie od 8 do 16, jak kiedyś nasi rodzice, ale od 9 do 19 albo 22. Rzadko jadamy w domach, bo nas tam prawie nigdy nie ma. Sąsiadów nie znamy – zamiast pożyczyć szklankę cukru, jedziemy nocą do hipermarketu. Do teatrów i muzeów chodzimy w weekendy, bo zamykają się, zanim opuszczamy biura. W sferze kultury obowiązuje jeszcze grafik socjalistyczny. Za to galerie handlowe i multipleksy z komercyjnym kinem czekają na nas do późna, na nas i nasze pieniądze. Meble kupujemy w Ikei, łudząc się, że to firma pozwalająca odzwierciedlić indywidualne potrzeby. Nasze dzieci będą się śmiać z naszej mieszkaniowej schematyczności, tak jak my żartujemy z meblościanek.
Na urlopy jeździmy po świecie, wierząc, że to dowód wyjątkowości i odwagi. Ale przywozimy te same zdjęcia z tych samych miejsc, w których pozujemy w takich samych azjatyckich spodniach z krokiem w kolanach. Tę najbardziej namacalną zdobycz, tak przez rodziców upragnioną wolność podróżowania, traktujemy na ogół dość powierzchownie. Przywozimy kilka pamiątek i setki cyfrowych kadrów, które nie budzą emocji porównywalnych z tymi kilkoma czarno-białymi dowodami wyprawy do Jugosławii, których rodzice strzegli jak skarbu.
I tak jest ze wszystkim: mamy tyle opcji i szans, a często nie możemy lub nie umiemy ich przeżyć. Jako ostatni młodzi Polacy zdajemy sobie sprawę z ich doniosłości, jako ostatni więc odczuwamy dyskomfort – widzieliśmy, jak materializuje się wielkie marzenie. Jesteśmy jego beneficjentami, a jednocześnie mamy trudność z jego skonsumowaniem, tym bardziej że w rzeczywistości nowy ład nie jest wcale taki piękny. Możliwość pracy za granicą brzmi dumnie, zmywanie garów pod Londynem albo ślęczenie w singapurskim biurze – już nie.

Opuszczona generacja
Nam ostatnim ciąży historia XX-wiecznej Polski. W sensie symbolicznym dziedziczą ją oczywiście i następne pokolenia, ale w sensie bardziej namacalnym i dosłownym – niesiemy ją już tylko my. Spór o III i IV Rzeczpospolitą, o znaczenie Okrągłego Stołu, grubą kreskę i tajnych współpracowników dotyczy nas jeszcze o tyle, o ile jest doświadczeniem naszych rodziców i kontynuacją wydarzeń oraz atmosfery, w jakiej się wychowaliśmy. Natomiast dla ludzi młodszych nawet o kilka lat, tych, którzy nie byli świadomi ani euforii, ani konfliktów towarzyszących przełomowi, to już tylko historia zasłyszana, rozgrywająca się obok nich, mętna i nieciekawa. Są jak widzowie, którzy trafili na ciągnącą się od lat telenowelę. Nazwiska bohaterów i niuanse nic im nie mówią. A że w ofercie jest teraz ponad 100 kanałów, mają na co przełączyć.
Polityczny dyskurs ostatnich lat nie interesuje młodych także dlatego, że ich nie dotyczy. Jest skupiony na przeszłości, pomija nas, choć toczy się formalnie w naszym imieniu, w interesie naszej przyszłości. Tylko że nas, ostatnie dzieci PRL, ten dyskurs boli. Nie możemy tak łatwo zmienić kanału. Choćby dlatego, że jesteśmy w dużo większym stopniu zainteresowani Polską, bo byliśmy wprzęgnięci w wielką sprawę transformacji. Obchodzi nas, jak ten serial, który dla rodziców był rzeczą najważniejszą, potoczy się dalej. Obchodzi nas, a jednocześnie frustruje, że konstruktorzy wolnej Polski są wciąż „na wojnie”, wciąż omawiają dawno przeprowadzony remont. Bo gdy oni gadają, rynkowa maszyna pracuje, coraz pewniej i sprawniej, wywołując kolejne zmiany.
W publicznej dyskusji nadal nieważne jest „dziś”, a przecież my żyjemy właśnie teraz. Sami zapracowaliśmy na to, by chodzić w eleganckich butach, ale ścieramy je na wciąż połamanych chodnikach. Sami spłacamy kredyty za samochody, którymi jeździmy po wciąż beznadziejnych drogach.
Panowie wciąż dyskutują, a my od dawna robimy swoje. Nie liczymy na pomoc państwa, ale jesteśmy rozczarowani i źli za to opuszczenie, pozostawienie samym sobie. Raper O.S.T.R., urodzony w 1980 r., w utworach opowiada o swoim roczniku jak o „straconym pokoleniu” – zaniedbanym i zapomnianym przez elity. Młodszy o rok kompozytor LUC wydał właśnie płytę „39/89” – muzyczną lekcję najnowszej historii Polski. Bo wie, że jego rówieśnicy jej nie znają – w programach szkolnych dla młodej generacji na tę naukę zabrakło czasu.
Mam znajomych, którzy celowo nie kupują telewizorów – publicznej telewizji, o którą toczy się afera, już nie oglądamy. Tak teraz wygląda wewnętrzna emigracja. Ucieczka od konsumpcji, nadmiaru bodźców zżerających resztkę dnia, którą mamy dla siebie pomiędzy wyjściem z pracy a krótkim snem. I od prowadzących donikąd dyskusji o rzeczach minionych.
Wiele spraw nam w tej rynkowej erze doskwiera. Jesteśmy zbyt sentymentalni w porównaniu z generacją iPodów, ale też zbyt samodzielni i dynamiczni, by się oglądać na rozgoryczenie wcześniejszych pokoleń. Bardzo jeszcze podobni do naszych rodziców, staromodni w swoim patriotyzmie i dbaniu o uczucia. Wyraźnie różni od dzieci nowej ery dorastających według formuły „mówisz – masz”, w porównaniu z nami – nieustraszonych, swobodnych, zwolnionych z kompleksów. Także dzięki globalizacji, która wszystko unifikuje: oferta popularnych sklepów w Paryżu i Warszawie się nie różni.
Przeciętna polska 16-latka z dużego miasta nie ma powodów czuć się „niepełnoprawną” obywatelką świata. Wchodzi do kawiarni Starbucks jak do siebie, doskonale porusza się wśród specyficznego kodu, jakim oznaczono różne rodzaje kawy. Nigdy nie pojmie, dlaczego nas w latach 90. przywożono autokarami na wycieczki do pierwszego warszawskiego McDonald’sa ani dlaczego podekscytowani klienci wynosili stamtąd tace, nie wiedząc, że nie są wliczone w cenę.
Natomiast my, choć korzystamy z wolności, najpewniej nigdy nie poczujemy, że świat należy do nas. I nigdy nie uznamy za oczywiste, że do Londynu można polecieć z samym dowodem osobistym. Ale też nie opowiemy dzieciom, że socjalizm był wyłącznie mrokiem i złem. Za kilkadziesiąt lat, jako ostatni żyjący świadkowie schyłku PRL, być może będziemy o nim mówić jak o doświadczeniu, które w kapitalizmie pomogło nam zachować wrażliwość i ludzkie odruchy. Opowiemy legendę o łagodnym i beztroskim czasie, którego nienawidzić nie możemy, choć pół wieku wyczekiwano jego końca.

http://www.rp.pl/artykul/372103.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 12 gru 2009, 09:00 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 12 gru 2009, 09:10 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 16 lip 2009, 18:26
Posty: 1342
Marek Jastrząb napisał(a):
Mam dziwne wrażenie, iż aluzyjne lata, np. Przybory, odkicały w siną dal i jesteśmy uczestnikami KULTURY Z GRUBEJ RURY. Dowcip zmienił się w dowcipasa i bez słów mało cenzuralnych, nie ma wica.

Kiedyś starczyła aluzja i publiczność reagowała bez instrukcji. Wystarczyło połaskotać piórkiem, by był niegłupawy śmiech. Aktualnie łaskotanie - odpada, bo żeby dowcip był zrozumiany, trzeba palnąć widza kilofem i podłączyć do guzika z aplauzem. Podobną, negatywną subtelność dostrzegam nie tylko u kabareciarzy – dresiarzy, ale i we współczesnym kinie (dennej) akcji: trup ściele się gęsto, a im więcej nieboszczyków, tym lepsza oglądalność. Drzewiej, w latach A. Christie, kryminalna fabuła trzymała w napięciu za pomocą jednego trupa. Teraz „pojedynczy” nieboszczyk jest z lekka banalny; musi być wiele i to z nieodzownym pokazywaniem krwawych jatek, latających flaków i gotowanych czaszek.

Wrażliwość łaskotania kilofem, to norma. Nie to mnie jednak najbardziej niepokoi, żeśmy się mentalnościowo skiepścili. Oburza mnie rechot ludzi z mojego pokolenia. Ich przyzwolenie na intelektualne dno.


Tak, mieliśmy Kabaret z paletą wspaniałych aktorów a mamy? Różne dońce-dzwońce. Również Lipińska, która wmawiała, pierwszemu zespołowi, że to jej kabaret, pokazuje swój "kunszt", co jest warta z ta "ekipką"!!

_________________
Uśmiech i życzliwość łagodzi obyczaje.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 13 gru 2009, 17:08 
Offline
Czytelnik

Dołączył(a): 19 lip 2009, 15:12
Posty: 92
Przykładem skundlenia naszego świata jest felieton o braciach Legun: http://mojelektury.blogspot.com/2009/12 ... legun.html

Zachęcam do lektury


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 27 sty 2010, 12:07 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Kurdupelstwo umysłowe

1. Do arsenału walki politycznej weszło ostatnio słowo „kurdupel”.


2. Tylko bęcwał będzie przedrzeźniał człowieka, który się jąka, bo jąkanie jest od człowieka niezależne.

Tylko drań i łobuz może kogoś wyzywać słowem „koślawiec”, bo nikt sobie specjalnie nóg nie krzywi.

Tylko podły cymbał może kogoś wyzywać od „garbusów”, bo garbu nikt sobie nie wybiera, chociaż bywają tacy, co garb na siebie biorą.

Tylko skończony cham i niepoprawny palikot może nazywać człowieka „kurduplem”, bo nikt sobie wzrostu nie programuje.

3. Choć może i programuje. Gdybym w moim wiejskim dzieciństwie, mając czternaście lat, nie dźwigał na plecach stukilogramowych worków ze zbożem (matka mi nie pozwalała, ale ja sam się do tego rwałem), może też byłbym dziś parę centymetrów wyższy, ale dzięki Ci Panie Boże, że nie jestem. Polubiłem swoje metr siedemdziesiąt i cieszę się, że nie jestem nawet pod względem wzrostu podobny do jednego z wiceprzewodniczących Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej.


4. Ani krzywe nogi, ani garb, ani niski wzrost nie obniżają wartości człowieka. Raczej jego wartość podnoszą, bo człowiek dotknięty tego rodzaju cechami musi stawić czoła chamom, którzy się z niego śmieją. I dzięki temu hartuje się w boju.

Do Wołodyjowskiego mówił ojciec – dał ci Bóg nikczemną postać, więc jeśli nie będą się ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali.

Szybko przestali się śmiać. Jeden, który się śmiał (na wielkoluda waść nie wyglądasz) potem prosił – kończ waść, wstydu oszczędź!

Cymbałom, którzy śmieją się z wzrostu człowieka przypomnę, że „kurduplem” był Napoleon Bonaparte. Miał wzrostu metr pięćdziesiąt dwa.

5. A żeby sięgnąć do współczesnych i bardziej przemawiających do wyobraźni przykładów z dziedziny, gdzie wzrost odgrywa ważną rolę – proszę bardzo – piłka nożna. Poniżej 1,70 wzrostu mają lub mieli najwięksi mistrzowie tej dyscypliny, jak Pele, Maradona, Messi, Roberto Carlos, a w Polsce Cieślik, Gadocha czy Szołtysik.

Z innych dyscyplin dodam Baszanowskiego, Kuleja, Roberta Korzeniowskiego, no i oczywiście Małysza.

6. Skoro niski wzrost nie przeszkadza być wielkim w sporcie, to tym bardziej nie przeszkadza on być wielkim w polityce, gdzie liczy się siła rozumu a nie mięśni. Zresztą siła mięśni też nie z wzrostem nic wspólnego. Polski bokser Trela mający metr siedemdziesiąt wzrostu walczył w Meksyku jak równy z równym w wadze ciężkiej z większym od niego o dwie głowy późniejszym zawodowym mistrzem świata Foremanem

7. Z człowieka małego wzrostem może się śmiać tylko człowiek nikczemny umysłem i podły duchem.

Gogol miał dla nich takie przesłanie – z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!

Śmiejecie się z własnego kurdupelstwa umysłowego.

Janusz Wojciechowski

http://januszwojciechowski.blog.onet.pl ... 99184211,n


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 27 sty 2010, 12:44 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
Duch naszych czasow

jestem nikim w powrównania z wymienionym,
ale też jestem kurduplem,czyli
metr sześcdziesiąt,w kapeluszu.
szyderstwo,brak empatii,wyroznienie
się za wszelka cenę
w opluwaniu
to niestety
ZNAK Naszych CZASÓW........


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 10 mar 2010, 11:40 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Być może jest to kara dla tych, którzy byli bezduszni: zrozumieć to wszystko dopiero wtedy, gdy niczego nie można już naprawić. — Khaled Hosseini
"Tysiąc wspaniałych słońc"


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 12 mar 2010, 09:23 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
"Jeśli ludzie występni zjednoczą się ze sobą, tworząc siłę, to ludzie uczciwi powinni zrobić to samo. Przecież to takie proste".
(L.Tołstoj - "Wojna i pokój")


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 12 mar 2010, 17:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Aerolit napisał(a):
"Jeśli ludzie występni zjednoczą się ze sobą, tworząc siłę, to ludzie uczciwi powinni zrobić to samo. Przecież to takie proste".
(L.Tołstoj - "Wojna i pokój")

Wszechpotęga zbrodniczych mediów sprawiła, że niemal każdy uczciwy człowiek nie ma zielonego pojęcia, że ludzie występni zjednoczyli się. Ponadto większość uczciwych (z powodu tych samych mediów) występnych ma za uczciwych, a uczciwych za występnych. W tych warunkach to co proste, stało się nadzwyczaj trudne i skomplikowane.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 12 mar 2010, 19:47 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31133
Asindziej napisał(a):
Wszechpotęga zbrodniczych mediów sprawiła, że niemal każdy uczciwy człowiek nie ma zielonego pojęcia, że ludzie występni zjednoczyli się. Ponadto większość uczciwych (z powodu tych samych mediów) występnych ma za uczciwych, a uczciwych za występnych. W tych warunkach to co proste, stało się nadzwyczaj trudne i skomplikowane.


I to jest jeden z przejawów ducha naszych czasów. Można by rzec: oto duch naszych czasów.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 15 mar 2010, 16:48 
Offline
Redaktor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 19 paź 2009, 17:58
Posty: 844
było? nie było? ale wklejam:

jak się wdraża Tuskie hasło - Polskość to nienormalność -

http://kronikanarodowa.bloog.pl/id,5633706,title,Muzyka-Lao-Che-woli-Bandere,index.html

Cytuj:
Muzyka: Lao Che woli Banderę
poniedziałek, 15 marca 2010 6:52 Skocz do komentarzy
Zespół Lao Che nagrał nową płytę i znowu odcina się od zjawiska polskiego "neopatriotyzmu". Jednocześnie koncertuje wspólnie z nacjonalistycznymi artystami z Ukrainy, znanymi z gloryfikacji UPA.

POWSTANIE
Lao Che stało się znane w 2005 r., gdy wydali album „Powstanie Warszawskie". Ta niezwykle oryginalna i pełna emocji płyta była opowieścią o Powstaniu Warszawskim i jego bohaterach. Płyta w fenomenalny sposób przemówiła do ogromnej liczby młodych ludzi, dotychczas zupełnie obojętnych wobec sprawy narodowej. Media mówiły wręcz o fali nowego patriotyzmu, jaka ogarnęła młodych Polaków. Niektórzy widzieli w Lao Che apostołów tego zjawiska. Zespół chętnie przyjmował zaproszenia na koncerty i do mediów. Dla niszowej kapeli z Płocka płyta stała się tym, co wyniosło ją na szerokie wody.

KAPITULACJA
Złudzenia szybko jednak prysły, bowiem artyści z Lao Che przestraszyli się... patriotycznego entuzjazmu własnych fanów. Publicznie zaczęli dystansować się lub wręcz odcinać od zjawiska, które narodziło się dzięki ich płycie. W czasach powszechnej, anty-kaczystowskiej histerii (2005-2007) patriotyzm śmierdział im za bardzo <<prawicowością>>. „Wiesz to, że tam [na płycie] jest „Niech żyje Polska!" to wynika z tamtej powstańczej rzeczywistości, a nie bezpośrednio z nas. To były realia tamtych czasów i żeby odzwierciedlić temat trzeba było operować środkami zaczerpniętymi z tamtej rzeczywistości [...] Wiesz ten patriotyzm wynika z ówczesnej rzeczywistości, a że okazało się że ludzie z publiczności to poczuli, chcieli mieć w tym udział, krzyczeli na koncertach Niech żyje Polska" ( http://independent.pl/n/6476 ), mówili w wywiadach. Zaczęli też uważnie sprawdzać, kto zaprasza ich na koncertu. Kiedy pewnego razu zorientowali się, że organizator ma związki z Prawem i Sprawiedliwością, odwołali koncert i wydali oświadczenie, w którym prewencyjnie odcięli się od tej partii...Równocześnie ostentacyjnie na stronie internetowej zespołu zamieścili baner kontrowersyjnej, lewicowej organizacji Kampania Przeciwko Homofobii, zajmującej się promocją homoseksualizmu. Menadżerem zespołu został wkrótce Rafał Kołaciński, współpracownik skrajnie lewicowej organizacji Grupa Anty-Nazistowska/Nigdy Więcej. Na jednym z wydawnictw zespołu Lao Che pojawiło się niebawem logo kampanii Muzyka Przeciwko Rasizmowi, animowanej przez tę lewacką organizację.

PROSTYTUCJA W POZNANIU
W marcu 2009 r. w Poznaniu miał się dobyć koncert rockowy ku czci polskich bohaterów Powstania Wielkopolskiego. Skrajna lewica tak długo groziła właścicielowi klubu, w jakim impreza miała się odbyć, że ten w końcu odwołał ją. W nagonce przeciwko organizatorom swoją rolę odegrała lewicowa organizacja Grupa Anty-Nazistowska/Nigdy Więcej, która dostarczyła do mediów spreparowane materiały mające świadczyć o rzekomym faszystowskim charakterze tego koncertu. Koncert ostatecznie nie odbył się. Pisaliśmy o tym tutaj:
http://www.phalanx.pl/info/pojed/archive/1233442800/2419199/1///info/komu-przeszkadza-patriotyzm//55/
Dwa miesiące później w tym samym Poznaniu w swojej ucieczce od skojarzeń z polskim „neopatriotyzmem" Lao Che dotarło do dna szamba. 19 maja 2009 r. zespół wystąpił tam na wspólnym koncercie z ukraińską kapelą Tartak, znaną ze swoich nacjonalistycznych piosenek na całej Ukrainie. Muzycy Tartaka a w szczególności wokalista Aleksander (Saszko) Położyński (zdeklarowany nacjonalista) tym się różnią od Lao Che, że bez kompleksów mówią o swojej narodowej dumie. Biorą też udział w festiwalach czy obozach organizowanych przez tamtejsze środowiska banderowskiej prawicy nacjonalistycznej. Po prostu są świadomymi nacjonalistami i cieszą się z patriotyzmu swoich słuchaczy. W 2007 r. Tartak nagrał piosenkę „Ne każuczy nikomu", heroizujacą Ukraińką Powstańczą Armię (UPA). Ta formacja zbrojna odpowiedzialna jest za ludobójstwo dokonane w 1943 r. na wołyńskich Polakach. Chociażby dlatego muzyczna współpraca Polaków z pro-banderowskim zespołem najzwyczajniej szokuje. W 2009 r. Tartak był też gwiazdą Banderstadt, festiwalu muzycznego dla ukraińskich nacjonalistów, dedykowanego pamięci Stepana Bandery. Uczestnicy poznańskiego koncertu twierdzą, że był bardzo udany.
„Dzisiejszego wieczoru Dziedziniec Zamkowy [w Poznaniu] pękał w szwach. Koncert rozpoczęła znana wszystkim grupa Lao Che. Paradoksalnie to nie oni byli dziś gwiazdą wieczoru, lecz supportem... [...] gościem specjalnym była ukraińska gwiazda [...] Jak się okazało grupa Tartak, bo o niej mowa, ma również w Poznaniu rzesze fanów. [...] Tłum rozgrzany przez Lao Che, równie gorąco powitał zespół Tartak, a wielbicielki wykrzykiwały imię wokalisty (Saszko Położyńskyj). Tartak porwał nas żywiołowością, ogromną energią", czytamy na portalu ezoterycznypoznan.pl (http://ezoterycznypoznan.pl/news/489/16 ... -i-Tartak/). Koncert odbył się bez jakichkolwiek protestów ze strony Polaków. Skrajna lewica (w tym Grupa Anty-Nazistowska/Nigdy Więcej) oraz lokalna prawica (w tym narodowcy) solidarnie milczeli. Pierwszych antypolonizm nie boli, drudzy nie wiem co robili. Muzycy Lao Che ani wtedy ani teraz nie odcięli się od sztandarowej kapeli ukraińskich nacjonalistów oraz ideologii przez nią promowanej. Za to w ostatnim wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej" przypomnieli, że na pewno nie chcą już „robić" za polskich patriotów: „Po Powstaniu Warszawskim zostaliśmy obciążeni tym całym neopatriotyzmem [...]. Zmęczył nas bogoojczyźniany balast" (Dziennik Gazeta Prawna, 13 marca 2010), wyznali. Phalanx

Poniżej zespołu Tartak śpiewa swój hymn ku czci UPA na festiwalu Banderstadt:


_________________
życie trwa dopóty, dopóki nie jest wszystko jedno


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Duch naszych czasów
PostNapisane: 19 mar 2010, 17:04 
Offline
Redaktor
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 paź 2009, 19:11
Posty: 808
Zespół Tartak kilkakrotnie koncertował w Polsce, znany jest polskiej publiczności, a na jego koncerty tłumnie przybywają nie tylko przedstawiciele diaspory ukraińskiej. Zespół nagrał m.in. takie cieszące się powodzeniem albumy jak: „System nerwowy”, „Pierwszy komercyjny”, „Hulajhorod”, „Łzy i smarki”.

Tolerancja Polakow...

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /