Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Msza Trydencka

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 22 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Msza Trydencka
PostNapisane: 17 maja 2015, 08:44 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
O tym, jak Msza tradycyjna wspiera aktywne uczestnictwo bardziej aniżeli Nowa Msza

Obrazek

Ileż to razy miłośnicy Mszy tradycyjnej słyszą zarzut: „Nowa Msza jest lepsza od starej, gdyż pomaga wiernym w bardziej aktywnym uczestnictwie”, czy też „Starą Mszę było trzeba po prostu zreformować, bo tylko ksiądz robił cokolwiek, a ludzie byli niemymi obserwatorami”. Celem tego artykułu jest ukazanie, iż rzeczy mają się zupełnie inaczej.

Aktywne/czynne uczestnictwo

Tych, którzy znajdują czas aby usiąść i przeanalizować Sacrosanctum Concilium uderza, jak wiele z zawartości tego dokumentu jest nieznane, ignorowane, czy zaprzeczone poprzez współczesną katolicką praktykę. Często znajdziemy tam bardzo bogate stwierdzenia, ale sposób, w jaki obrócono je w slogany podkopał ich oryginalną subtelność i głębię.

Najczęstszą ofiarą w owym procesie dziennikarskiego uproszczenia stało się „aktywne uczestnictwo” (albo participatio actuosa). Samo słowo actuosa jest bardzo interesujące; oznacza pełne, czy też totalne zaangażowanie w aktywność, jak ma to miejsce w przypadku tancerza, lub aktora, który wkłada cały swój wysiłek w taniec lub grę; można to opisać jako „super-aktywność”. Jakie jest tutaj znaczenie „aktywności”? Wyzwala ona czyjś cały potencjał, pozwalając raczej osiągnąć dobro, niż tylko uzdalniając do jego osiągnięcia. Współcześnie „aktywność” często po prostu oznacza zaprzeczenie bycia „pasywnym”, czy też „przyjmującym”, ale w głębszej perspektywie widzimy, że są to nawzajem wykluczające się zaprzeczenia.

Mogę być aktywnie przyjmującym Słowo Boże; mogę w pełni przemieniać w akcję moją zdolność do uczestniczenia we Mszy poprzez chorał, modlitwy i obrzędy bez robienia czegokolwiek, co mogłoby być uznane współcześnie za bycie „aktywnym”.

Wyjaśnił to św. Jan Paweł II w swoim przemówieniu do amerykańskich biskupów 1998 roku:

„Aktywne uczestnictwo z pewnością oznacza, iż poprzez gest, słowo, pieśń i obrzędy, wszyscy członkowie zgromadzenia uczestniczą aktywnie w nabożeństwie, o którym nie można powiedzieć że jest obojętne, czy pasywne. Lecz aktywne uczestnictwo nie wyklucza aktywnej pasywności w ciszy, bezruchu i słuchania; właśnie się tego domaga! Modlący nie są bierni, dla przykładu słuchając czytań czy też homilii, podążając za modlitwami celebransa, chorałem i muzyką liturgiczną. To są doświadczenia ciszy i bezruchu, będące na swój własny sposób głęboko aktywne. W kulturze która nie docenia i nie pielęgnuje ciszy medytacji, sztuki wewnętrznego słuchania można się tego nauczyć tylko z wysiłkiem. Tak oto dostrzegamy tutaj jak liturgia, która co prawda wymaga inkulturacji, musi też być kontrkulturowa.”

Jeśli macie chór lub scholę śpiewającą w trakcie Mszy, albo chcielibyście je pewnego dnia tam usłyszeć, zadbajcie o to, abyście mieli ten cytat z Jana Pawła II przygotowany dla zgłaszających obiekcje w stylu: „Ale ludzie powinni wszystko śpiewać!”.

Dom Alcuin Reid* w swoim wywiadzie wyjaśnił bardzo zwięźle intencje Soboru:

„Sobór wołał o 'participatio actuosa' które w pierwszym rzędzie jest naszym wewnętrznym połączeniem z liturgią, z tym co Jezus Chrystus czyni w swoim Kościele w rytach liturgicznych.
W uczestnictwie chodzi o to, gdzie kieruję swój umysł i serce. Nasze zewnętrzne akcje w trakcie liturgii służą temu celowi, i mają nam to ułatwiać.
'Participatio actuosa' nie jest wyłącznie i tylko zewnętrzną aktywnością, czy też sprawowaniem pewnych liturgicznych czynności. A takie, niestety, było często błędne przekonanie względem pragnienia Soboru.”

Po usunięciu popularnego nieporozumienia dotyczącego „aktywności”, pozostaje niesłychanie intrygujący fakt, że rzadko cytuje się w całości stwierdzenia z Sacrosanctum Consilium:

„KL 14. Matka Kościół bardzo pragnie, aby wszystkich wiernych prowadzić do pełnego, świadomego i czynnego udziału w obrzędach liturgicznych, którego się domaga sama natura liturgii.”

Cóż się stało z uczestnictwem „pełnym” i „świadomym”?

Świadome uczestnictwo

Przyjrzyjmy się zagadnieniu dokładniej. Po kilku dziesięcioleciach uczestniczenia w obu (celebrowanych według rubryk) rytach Mszy, jestem przekonany, że paradoksalnie istnieje dużo większa szansa na nieświadome uczestnictwo w Mszy sprawowanej w języku narodowym, i to właśnie z powodu jej znajomości; uczestnictwo w niej staje się odruchem, słowa mogą przelecieć przez głowę, podczas gdy umysł buja gdzieś daleko. Język narodowy jest sferą naszej codziennej wygody, i nie przykuwa naszej uwagi. To dlatego w hałaśliwym środowisku, gdzie wielu mówi naraz, nawet nie zauważamy, że oni w ogóle się odzywają, podczas gdy słyszymy obcy język, coś odmiennego względem języka ojczystego, nasza uwaga jest natychmiast przez niego przyciągnięta. Oczywiście, ów brak uwagi może się wydarzyć w sferze każdego języka, jak ktoś kiedyś to ujął, mogę liczyć w myślach wydatki i śpiewać jednocześnie Credo po łacinie – jeśli śpiewałem chorał co tydzień przez wiele lat. Ale w każdym razie zdaje się potwierdzać, iż zagrożenie to jest znacznie mniej obecne w usus antiquior, i to z dwóch powodów:

Po pierwsze, obcość łaciny domaga się od modlącego jakiegoś wysiłku, aby w nią wniknąć; wręcz wymaga od modlącego się podjęcia decyzji, czy chce podjąć ten trud, czy też nie. Jest niemalże bezcelowym samo siedzenie, chyba że jesteś gotów aby coś uczynić, by włączyć się we Mszę, albo by przynajmniej zacząć się modlić. Używanie mszalika, rozpowszechnione w środowisku tradycjonalistów, jest potężnym sposobem na włączenie umysłu i serca w modlitwę Kościoła, a dla mnie – osobiście – podążanie za modlitwami w mszaliku przyczyniło się do trwającej przez dziesięciolecia formacji mojego umysłu i serca, dając mi duchowo skosztować wzorów świętości, ascetycznych reguł, pragnień i postanowień. Gdy uczęszczam na Mszę tradycyjną, zawsze jestem bardziej zaangażowany w uczestnictwo, gdyż jest tam o wiele więcej do zrobienia (jeszcze powrócę do tego zagadnienia), a użycie mszalika wydaje się bardziej naturalne.

Po drugie, Msza tradycyjna jest w sposób tak oczywisty skupiona na Bogu, ukierunkowana ku Jego adoracji, iż każdy kto jest na niej obecny myślami, nieuchronnie zostaje wciągnięty w święte tajemnice, nawet jeśli jest to tylko najprostszy i najbardziej fundamentalny poziom wyznania realnej obecności Boga, i adorowanie Go, w Najświętszym Sakramencie. Obawiam się, że nie jest wcale jasnym, iż większość katolików uczęszczających na NOM jest kiedykolwiek jednoznacznie i nieodparcie skonfrontowana z realnością Boga i żądaniem adoracji. Albo, stawiając sprawę jednoznacznie – stara liturgia formuje te postawy w duszy, podczas gdy nowa liturgia z góry je zakłada. Jeśli nie posiadasz właściwego zrozumienia i nastawienia, raczej ich nie otrzymasz od Novus Ordo, podczas gdy Msza tradycyjna albo tobie je wpoi, albo ciebie zniechęci. Gdy idziesz na Mszę tradycyjną, jesteś subtelnie pociągany przez coś, co w niej znajdujesz, albo do niej zniechęcony wymaganiami, jakie stawia. W każdym razie nie ma tu szans na bycie letnim.

Pełne uczestnictwo

Tyle o „świadomości”. A co z „pełnym” uczestnictwem?

Znowu, jakkolwiek może się to wydawać zaskakującym wobec nurtu tendencyjnej krytyki, Msza tradycyjna pozwala wiernym na pełniejsze uczestnictwo w modlitwie, co wynika z większej liczby sposobów na jaki można go doświadczyć, słownie i niewerbalnie, duchowo i zmysłowo; w rzeczywistości istnieje tutaj dużo bardziej cielesne zaangażowanie, o ile ktoś podąża za zwyczajowymi praktykami. Ten punkt zasługuje na uwagę.

Podczas Mszy cichej lub uroczystej, w zależności od święta, można wykonać znak krzyża 8 razy:

· In nomine Patris…

· Adjutorium nostrum…

· Indulgentiam…

· Cum Sancto Spiritu (zakończenie Gloria)

· Et vitam venturi (zakończenie Credo)

· Benedictus (w Sanctus)

· jeśli Confiteor jest powtarzany przed komunią;

· w trakcie ostatniego błogosławieństwa.

Do tego niektórzy dodają znak krzyża w czasie podniesienia hostii i kielicha. I, oczywiście, potrójny znak krzyża jest wykonywany dwa razy – raz na rozpoczęcie Ewangelii i raz na rozpoczęcie Ostatniej Ewangelii.

Dodatkowo, można uderzyć się w pierś do piętnastu razy!

- 3x podczas “mea culpa” w Confiteor ministrantów;

- 3x w czasie Agnus Dei;

- 3x w trakcie drugiego Confiteor;

- 3x podczas Domine, non sum dignus;

- 3x w trakcie Salve Regina (O clemens, O dulcis, O pia).

Tradycyjnie zorientowani katolicy skłaniają delikatnie głowę gdy wymieniane jest imię Jezus, i wykonują ukłon, gdy mija ich kapłan, lub w trakcie okadzania wiernych przez turyferariusza. Idziemy o krok dalej względem reszty katolików, przyklękając na słowa “Et incarnatus est” w trakcie Credo - za każdym razem gdy jest odmawiane, nie tylko w Boże Narodzenie i uroczystość Zwiastowania – jak to się dzieje na Novus Ordo. Przyklękamy także w trakcie ostatniego błogosławieństwa, i podczas słów “Et verbum caro factum est” (są jeszcze inne specjalne okazje w czasie roku liturgicznego, gdy wszyscy są wezwani do uklęknięcia).

Podczas gdy postawy ciała wiernych w trakcie niektórych części Mszy Tradycyjnej nie są tak rygorystyczne, jak w Novus Ordo, w czasie Mszy cichej wierni zazwyczaj długo klęczą (od rozpoczęcia Mszy do Ewangelii, i od Sanctus aż do Ostatniej Ewangelii), co wymaga dyscypliny, i naprawdę podtrzymuje świadomość umysłu, iż znajdujemy się w specjalnym, świętym miejscu, biorąc udział w Ofierze. W trakcie niedzielnej Mszy uroczystej ma miejsce sporo stania, ukłonów, przyklękania, klęczenia, siedzenia, które razem wzięte ze znakami krzyża, biciem się w pierś, schyleniem głowy oraz śpiewaniem odpowiedzi sumuje się w to, co w teorii edukacji nazwa się Totalną Fizyczną Odpowiedzią (ang. Total Physical Response -TPR). Twoje ciało i dusza są wrzucone w środek modlitwy, i prawie w każdym momencie dzieje się coś, co ma tobie przypomnieć o tym, co robisz. We Mszy w formie zwyczajnej porzucono wiele z tych „fizycznych” elementów na korzyść słuchowego rozumienia i słownej odpowiedzi, które same w sobie stanowią dość ubogą formę, z pewnością niepełnego uczestnictwa.

Być może najbardziej zauważalny jest ów nadzwyczajny obszar ciszy, występujący w samym środku tradycyjnej Mszy, podczas którego kapłan nie czyta Modlitwy Eucharystycznej „do ciebie”, ale ofiarowuje Kanon w ciszy Bogu, zawsze ad orientem. Jakże łatwiej modlić się samemu słowami Kanonu w jedności z kapłanem, albo, jeśli ma się ochotę, trwać w bezsłownej jedności z Ofiarą. To czyni Kanon Mszy tradycyjnej czasem bardziej intensywnego, pełnego, świadomego i aktywnego uczestnictwa, niż ma to miejsce w przypadku ułatwienia, jakim ma być ciągły strumień usznej stymulacji w trakcie Novus Ordo.

Kultura modlitwy

Obserwacja zamieszczona na blogu „Sensible Bond” bardzo dobrze się wpisuje w powyższe rozważania:

Możliwe jest utrzymanie nowego rytu integralnie katolickim, przy jednoczesnym dopuszczeniu myśli, iż kultura formy nadzwyczajnej, gdzie wierni pozostają rzekomo pasywni, uczy ich osobistej modlitwy, podczas gdy kultura formy zwyczajnej ma tendencję do tworzenia sytuacji, w której ludzie będąc w kościele mówią tylko do siebie, chyba że są aktywnie kierowani przez celebransa.

Można po tym wszystkim powiedzieć, że doszło do swoistego „odwrócenia kota ogonem”. „Aktywne uczestnictwo”, tak jak jest ono zazwyczaj rozumiane i wprowadzane w życie w zwyczajnej formie, w rzeczywistości sprzyja bierności, podczas gdy katolik przyjmujący to, co zdaje się być biernością oferowaną poprzez Mszę tradycyjną, rozwija umiejętność modlitwy do granic swoich możliwości. Tak więc, jeśli chcesz wypełnić soborowe wezwanie do pełnego, świadomego i aktywnego uczestnictwa w liturgii, zacznij uczestniczyć w najbliższej Mszy tradycyjnej. Poświęcając czas i trud, odnajdziesz tam dużo większe bogactwo uczestnictwa niż to, jakie można znaleźć w zreformowanej liturgii.

prof. Peter Kwasniewski

* Dom Alcuin Reid OSB jest zakonnikiem w Monastère Saint-Benoît w diecezji Fréjus-Toulon we Francji, był jednym ze współorganizatorów międzynarodowej konferencji Sacra Liturgia 2013, napisał pracę Organiczny rozwój liturgii (2005), zawierającej przedmowę kard. Józefa Ratzingera.

Źródło tekstu: http://www.newliturgicalmovement.org/20 ... OzhHPmG8qc

Zdjęcie pochodzi z oryginalnego artykułu z portalu The New Liturgical Movement

Tłumaczenie z angielskiego: Leszek Heimann

http://www.unacum.pl/2015/02/o-tym-jak- ... piera.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 15 lip 2015, 16:09 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
10 powodów, dla których warto wybrać mszę św. "trydencką"

Obrazek

Msza Trydencka

Biorąc pod uwagę, że dla jednej osoby lub całej rodziny uczestnictwo we Mszy Świętej „trydenckiej” może być często niezbyt dogodne (i mam na myśli nie tylko oczywiste kwestie takie jak miejsce i czas, ale także brak odpowiedniego zaplecza w parafii oraz wrogie reakcje, które mogą się pojawić ze strony przyjaciół, rodziny, a nawet osób duchownych), zdecydowanie warto sobie przypomnieć co jest głównym powodem tego, że to robimy. Jeśli coś jest warte wysiłku, jest także warte zachowania tego – nawet kosztem pewnych ofiar. Celem tego artykułu jest przedstawienie kilku powodów dlaczego, pomimo wszystkich niedogodności (wliczając w to nawet prześladowania na niewielką skalę), których doświadczyliśmy w przeciągu lat, zarówno my jak i nasze rodziny kochamy uczestnictwo we Mszy Świętej Wszechczasów. Mamy nadzieję, że dzieląc się tymi powodami, zachęcimy czytelników, aby albo zaczęli uczestniczyć w usus antiquior, albo nadal w nim uczestniczyli, jeśli się wahają. Wyrażamy głębokie przekonanie, że święta liturgia przekazana nam przez Tradycję nigdy nie była ważniejsza w życiu katolików, obserwując „Kościół pielgrzymujący na ziemi”, który wciąż zapomina swoją teologię, rozmywa swój przekaz, traci swoją tożsamość i rani swoich członków. Zachowując, poznając, naśladując i kochając jego starożytną liturgię, wypełniamy swoją rolę we wspieraniu autentycznej doktryny, w głoszeniu zbawienia, w odzyskiwaniu utraconej pozycji Kościoła w społeczeństwie i w przyciąganiu nowych wyznawców, którzy szukają niczym nieskażonej prawdy i czystego piękna. Ponadto, przekazując ten niesamowity dar i zapraszając na Mszę tak wielu naszych przyjaciół i członków rodzin, spełniamy nasze powołanie jako naśladowcy Apostołów. Zatem nie tracąc już czasu, poniżej przedstawiamy dziesięć powodów:

1. Będziesz formowany w ten sam sposób w jaki była formowana większość Świętych. Jeśli bezpiecznie założymy, że ryt rzymski został skodyfikowany za pontyfikatu św. Grzegorza Wielkiego (ok. 600 roku) i przetrwał niezmieniony do 1970 roku, mowa o blisko 1400 latach z życia Kościoła – a to stanowi większość historii jego świętych. Będziesz słyszeć i rozważać te same modlitwy, czytania i śpiewy, które oni słyszeli i rozważali. Będzie tak dlatego, gdyż to jest Msza, którą św. Grzegorz Wielki odziedziczył, rozwinął i umocnił. To jest Msza, którą św. Tomasz z Akwinu odprawiał, o której pięknie pisał i w którą także ma swój wkład (skomponował propria mszalne oraz oficjum na Boże Ciało). To jest Msza, na którą uczęszczał trzy razy dziennie św. Ludwik IX, francuski król-krzyżowiec. To jest Msza, o której św. Filip Neri nie mógł myśleć zanim ją odprawił, ponieważ tak łatwo wprawiała go w stan ekstazy, który trwał godzinami. To jest Msza, która została odprawiona po raz pierwszy na brzegach Ameryki przez hiszpańskich i francuskich misjonarzy, takich jak męczennicy kanadyjscy. To jest Msza, której słowa dyskretnie wypowiadali księża w Anglii i Irlandii podczas mrocznych dni prześladowań i Msza, za którą bł. Miguel Pro ryzykował życie, by móc ją odprawić, zanim został złapany i zamęczony przez rząd meksykański. To jest Msza, o której bł. John Henry Newman powiedział, że odprawiałby ją w każdej chwili, gdyby tylko mógł. To jest Msza, którą ks. Frederick Faber nazwał „najpiękniejszą rzeczą po tej stronie nieba”. To jest Msza, którą ks. Damien z Molokai odprawiał trędowatymi rękami w kościele, który sam zbudował i pomalował. To jest Msza, którą św. Edyta Stein, która miała później umrzeć w komorach gazowych Auschwitz, została całkowicie oczarowana. To jest Msza, którą artyści tacy jak Evelyn Waugh, David Jones i Graham Greene pokochali tak bardzo, że ubolewali nad jej stratą oraz ze smutkiem i obawą patrzyli na nową rzeczywistość, w której przyszło im się znaleźć. To jest Msza tak powszechnie szanowana, że nawet niekatolicy tacy jak Agatha Christie i Iris Murdoch stanęli w jej obronie w latach siedemdziesiątych. To jest Msza, na której odprawianie aż do swojej śmierci w 1968 roku nalegał św. ojciec Pio, po tym jak liturgiczne aparatczyki zaczęły grzebać w mszale (a on wiedział co nieco o sekretach świętości). To jest Msza, na której prywatne odprawianie uzyskał pozwolenie pod koniec życia św. Josemaría Escrivá, założyciel Opus Dei. Jakiż wspaniały kordon świadków otacza Mszę trydencką! Ich świętość była wypróbowana jak złoto i srebro w ogniu Mszy Świętej i dostępujemy niczym niezasłużonego błogosławieństwa, że my także możemy ubiegać się i otrzymać tę samą formację. Owszem, mogę iść na Nową Mszę i wiedzieć że znajduję się w obecności Boga i Jego świętych (i za to jestem niezwykle wdzięczny), ale namacalne historyczne połączenie z tymi świętymi zostało nadszarpnięte, tak jak historyczne połączenie z moim dziedzictwem jako rzymskiego katolika.

2. Co odnosi się do mnie, odnosi się tym bardziej do moich dzieci. Ten sposób odprawiania Mszy w najgłębszy sposób kształtuje umysły i serca naszych dzieci w czci dla Wszechmogącego Boga, w cnotach pokory, posłuszeństwa i ciszy wypełnionej adoracją. Wypełnia ich zmysły i wyobraźnię świętymi znakami i symbolami, „mistycznymi ceremoniami” (jak to ujmuje sobór trydencki). Sama Maria Montessori często podkreślała, że małe dzieci są bardzo otwarte na język symboli, często bardziej niż dorośli, i że nauczą się go o wiele łatwiej obserwując ludzi, którzy celebrują uroczystą liturgię niż słysząc mnóstwo słów, którym nie towarzyszy prawie żadna akcja. Wszystko to, co dzieje się w prezbiterium jest bardzo imponujące i zajmujące dla dzieci, które uczą się wiary, a zwłaszcza dla chłopców, którzy stają się ministrantami. (1)

3. Jej uniwersalność. Msza trydencka nie tylko stwarza widzialne i ciągłe połączenie między teraźniejszością a odległą przeszłością. Tworzy ona także inspirującą więź jedności z wiernymi na całym świecie. Starsi katolicy często wspominają jak poruszające było dla nich służyć po raz pierwszy do Mszy zagranicą i odkryć, że „Msza była taka sama”, gdziekolwiek by się nie znaleźli. To doświadczenie było dla nich potwierdzeniem katolickości ich katolicyzmu. Dla porównania, dzisiaj czasem można mieć trudność ze znalezieniem „tej samej Mszy” w tej samej parafii w ten sam weekend. Uniwersalność Mszy trydenckiej, z jej parasolem ochronnym w postaci łaciny jako świętego języka i jej nacisk na to, żeby ksiądz odstawił na bok swoje indywidualne i kulturowe preferencje i oblekł się w Chrystusa, spełnia rolę prawdziwej Pięćdziesiątnicy, w której wiele języków i plemion schodzi się jako jedno w Duchu. Nie jest to nowy Babel, który faworyzuje przyrodzone tożsamości takie jak etniczność czy grupa wiekowa i grozi zawieszeniem ewangelicznej zasady „ani Greka, ani Żyda”.

4. Zawsze wiesz, co otrzymasz. Msza będzie skupiona na Najświętszej Ofierze Krzyża złożonej przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Przed, podczas i po Mszy w kościele będzie panować pełna szacunku i modlitwy cisza. W prezbiterium będą służyć tylko mężczyźni, a Ciało Pańskie będzie udzielane tylko przez kapłanów i diakonów, zgodnie z prawie dwutysiącletnią tradycją. Ludzie przeważnie będą ubrani skromnie. Muzyka nie zawsze będzie towarzyszyć obrzędom (a jeśli będzie, może nie być zawsze wykonana idealnie), ale nigdy nie usłyszysz pseudopopowych piosenek z narcystycznym lub heretycznym tekstem. Inaczej to ujmując, tradycyjna forma rytu rzymskiego może nigdy nie być idealnie przyswojona. Tak jak prawie każda inna dobra rzecz po tej stronie grobu, Msza trydencka może być spartaczona, ale nigdy nie może być zniekształcona do takiego stopnia, że nie będzie już dłużej prowadzić do prawdziwego Boga. Chesterton kiedyś powiedział, że „jest tylko jedna rzecz, która nigdy nie może przekroczyć pewnej granicy w swoim sojuszu z uciskiem – jest nim ortodoksja. Prawdą jest, że mogę zniekształcić ortodoksję, żeby po części usprawiedliwić tyrana. Ale z łatwością mogę stworzyć niemiecką filozofię, aby całkowicie go usprawiedliwić” (2). Odnosi się to także do Mszy trydenckiej. Ks. Jonathan Robinson, który w czasie pisania swojej książki nie był przyjazny usus antiquior, mimo wszystko przyznał, że „wieczyste przyciąganie starego rytu polega na tym, że ciągle odnosił się do transcendencji, i robił to nawet kiedy był nadużywany na różne sposoby” (3). Dla porównania, Robinson zaobserwował, że mimo tego, że Nowa Msza może być odprawiana w pobożny sposób, który prowadzi nas do absolutu, „nie ma nic takiego w zasadach rządzących odprawianiem Novus Ordo, co zagwarantowałoby centralną pozycję celebracji Paschalnego misterium” (4). Innymi słowy, Nowa Msza może być odprawiana ważnie, ale w sposób który kładzie tak wielki nacisk na kongregację lub dzielenie się posiłkiem, że może urosnąć do „praktycznego zanegowania katolickiego pojmowania Mszy Świętej” (5). Z drugiej strony, niezniszczalność wewnętrznego znaczenia tradycyjnej Mszy jest tym, co zainspirowało jednego z komentatorów, by porównać ją do maksymy dotyczącej Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych: „Jest to maszyna zbudowana przez geniuszów, tak żeby mogła być z łatwością obsługiwana przez idiotów” (6).

5. Jest autentyczna. Klasyczny Ryt Rzymski ma jasno określoną teocentryczną i Chrystocentryczną orientację, wyrażaną zarówno przez odprawianie Mszy ad orientem i przez bogate teksty samego klasycznego Mszału Rzymskiego, który kładzie o wiele większy nacisk na Misterium Przenajświętszej Trójcy, boskość naszego Pana Jezusa Chrystusa i ofiarę naszego Pana na Krzyżu (7). Jak wykazała dr Lauren Pristas, modlitwy nowego Mszału często są rozmyte we fragmentach wyrażających dogmaty i ascetyczną doktrynę, podczas gdy modlitwy ze starego Mszału są jednoznacznie i bezwzględnie katolickie (8). Jest to autentyczna liturgia, a nie coś zlepionego przez „ekspertów” dla „nowoczesnego człowieka” i dostosowanego do jego preferencji. Coraz więcej katolickich pasterzy i nauczycieli uznaje, że reformy liturgiczne lat sześćdziesiątych były przeprowadzone w szaleńczym tempie i byle jak. Wywołały one niezwykle dziwną sytuację na którą sama zreformowana liturgia jest absolutnie niezdolna znaleźć rozwiązanie, z jej mnogością opcji, jej minimalistycznymi rubrykami, jej wrażliwością na manipulujących „przewodniczących liturgii” i jej jawnym brakiem łączności z co najmniej czternastoma wiekami rzymskokatolickiego kultu – brak ciągłości jest niezwykle wyraźny w kwestii języka: Stara Msza jest szeptana i śpiewana w świętym języku Zachodniego Kościoła, łacinie, a Nowa Msza jakoś dziwnie zaczęła mieszać się z ciągle zmieniającymi się językami narodowymi świata.

6. Lepszy kalendarz świętych. W dyskusjach o liturgii najwięcej amunicji używa się na bronienie lub atakowanie zmian w częściach stałych Mszy Świętej – i jest to zrozumiałe. Jednakże, jedną z najważniejszych różnic między Mszałem z 1962 i 1970 roku jest kalendarz. Zacznijmy od cyklu uroczystości świętych Pańskich. Kalendarz z 1962 roku jest niesamowitym wstępem do historii Kościoła, zwłaszcza historii wczesnego Kościoła, którą często się dziś pomija. Zrządzeniem opatrzności jest on tak ustalony, że niektórzy święci tworzą różne „grupy”, które podkreślają jakiś konkretny aspekt świętości. Natomiast twórcy kalendarza ogólnego z 1969/1970 roku wykreślili lub zdegradowali 200 świętych, łącznie ze św. Walentym (tym od Dnia Świętego Walentego) i św. Krzysztofem, patronem podróżnych, twierdząc że nigdy nie istniał. Z tego samego powodu usunęli św. Katarzynę z Aleksandrii, pomimo tego że była w gronie świętych, których ujrzała św. Joannna d’Arc, kiedy Bóg nakazał jej walczyć z Anglikami (9). Architekci nowego kalendarza często podejmowali decyzję w oparciu o współczesne szkolnictwo historyczne, a nie o ustne tradycje Kościoła. Ich edukacyjne kryteria przywołują replikę Chestertona, że wolałby on zaufać opowieściom starych żon niż faktom starych panien. „Dość łatwo zauważyć dlaczego legenda jest traktowana, i powinna być traktowana, z większym szacunkiem niż książka do historii”, pisze G.K. „Legendę zazwyczaj tworzy większość osób w wiosce, którzy są w pełni sił umysłowych. Książkę zazwyczaj pisze jedyna osoba w wiosce, która jest szalona” (10).

7. Lepszy kalendarz pór roku. Podobnie jak powyżej, „cykl świąt według pór roku” – Okres Bożego Narodzenia, Okres Epifanii, Siedemdziesiątnica, Okres Wielkanocny, Okres po Zesłaniu Ducha Świętego itd. – jest o wiele bogatszy w kalendarzu z 1962 roku. Dzięki dorocznemu cyklowi propriów, każda niedziela ma swój charakter odróżniający ją od innych, a ta coroczna powtarzalność stanowi wskaźnik czy też kryterium, które pozwala wiernym na zmierzenie ich duchowego postępu lub upadku na przestrzeni życia. Tradycyjny kalendarz zawiera starożytne obrzędy, takie jak Suche Dni i dni błagalne, które zwiększają nie tylko naszą wdzięczność do Boga, ale także nasze uznanie dla dobroci pór roku i rolniczych cyklów ziemi. Tradycyjny kalendarz nie ma czegoś takiego jak „Okres zwykły” (niezwykle niefortunne wyrażenie, skoro nie może być czegoś takiego jak „okres zwykły” po Wcieleniu [11]), ale zamiast tego ma Okres po Epifanii i Okres po Pięćdziesiątnicy, tym samym zwiększając znaczenie tych wielkich uroczystości, jak poświata czy echo. Zesłanie Ducha Świętego jest tak samo ważne jak Boże Narodzenie i Wielkanoc i świętuje się je przez pełne osiem dni, żeby Kościół mógł pławić się w cieple i świetle niebiańskiego ognia. Ponadto w tradycyjnym kalendarzu jest miejsce na przedpostny okres Siedemdziesiątnicy, zwany także „Carnevale”, który zaczyna się trzy tygodnie przed Środą Popielcową i zgrabnie pomaga w psychicznym przejściu z radości Bożego Narodzenia do żalu Wielkiego Postu. Tak jak inne cechy usus antiquior, wyżej wymienione cechy kalendarza sięgają zamierzchłych czasów i łączą nas w niezwykle żywy sposób z Kościołem pierwszego milenium, a nawet z jego pierwszymi wiekami.

8. Lepsze podejście do Biblii. Wielu uważa, że Novus Ordo ma naturalną przewagę nad Starą Mszą, ponieważ ma trzyletni cykl niedzielnych czytań i dwuletni cykl czytań w dni powszednie, a także dłuższe i liczniejsze czytania na Mszy, zamiast starożytnego jednorocznego cyklu zazwyczaj składającego się z dwóch czytań (epistoła i Ewangelia). Ci ludzie przeoczają, że architekci Novus Ordo jednocześnie usunęli większość biblijnych odniesień, które były podstawą dla części stałych Mszy Świętej, a następnie, dla bezpieczeństwa, wprowadzili mnóstwo czytań, niewiele dbając o to, czy razem tworzą spójną całość. Jeśli chodzi o czytania biblijne, stary ryt stosuje dwie godne pochwały zasady: po pierwsze, czytania są wybierane nie ze względu na nie same (aby „upchnąć” tyle Pisma Świętego ile to możliwe), ale mają one rozjaśnić znaczenie okazji danej ceremonii. Po drugie, nacisk nie jest położony zaledwie na ilość literackich lub dydaktycznych wskazówek biblijnych, ale na „mistagogię”. Innymi słowy, czytania na Mszy nie mają pełnić roli wspaniałej szkółki niedzielnej, ale mają ciągle wprowadzać wiernych w misterium Wiary. Ich ograniczona ilość, zwięzłość, liturgiczna odpowiedniość i powtarzalność na przestrzeni każdego roku czyni z nich potężne narzędzie duchowej formacji i przygotowania do Ofiary Eucharystycznej.

9. Cześć dla Najświętszej Eucharystii. Zwyczajna forma rytu rzymskiego oczywiście może być odprawiana z czcią, a Ciało Pańskie rozdawane przez osoby wyświęcone. Jednak bądźmy szczerzy: zdecydowana większość katolickich parafii ma „nadzwyczajnych” świeckich szafarzy Komunii Świętej, a przeważająca większość wiernych przyjmuje Komunię Świętą na rękę. W przeciwieństwie do księży, świeccy szafarze nie puryfikują rąk ani palców po tym jak udzielają wiernym Ciała Pańskiego, tym samym zbierając i rozrzucając partykuły Prawdziwie Obecnego. To samo odnosi się do wiernych, którzy otrzymują Komunię Świętą na rękę: nawet krótki kontakt z Hostią na czyjejś dłoni może pozostawić na niej cząstki konsekrowanej Ofiary (12). Proszę pomyśleć o tym: każdego dnia kolejne tysiące tych mimowolnych aktów świętokradztwa wobec Najświętszego Sakramentu zdarzają się na całym świecie. Jakże cierpliwe jest Eucharystyczne Serce naszego Pana! Ale czy naprawdę chcemy uczestniczyć w tym świętokradztwie? A nawet jeśli my sami przyjmujemy Komunię na język podczas Nowej Mszy, istnieje szansa, że wciąż będziemy otoczeni ludźmi przyzwyczajonymi do niedbałości – w środowisku, które albo będzie napełniać nas oburzeniem i smutkiem albo sprawi, że dla świętego spokoju staniemy się obojętni. Takie reakcje nie są pomocne w doświadczaniu pokoju wynikającego z Prawdziwej Obecności Chrystusa, ani nie są najlepszym sposobem na wychowanie dzieci w Wierze! Podobne zastrzeżenia można mieć do rozpraszającego „znaku pokoju” (13), a także lektorek i nadzwyczajnych szafarzy, którzy, oprócz tego, że wprost zrywają z tradycją, mogą być ubrani w rzeczy wątpliwie skromne. Zastrzeżenia budzi także prawie że powszechny zwyczaj głośnego plotkowania przed oraz po Mszy Świętej, czy też improwizacje księdza. Te i wiele innych cech charakterystycznych dla Novus Ordo, który odprawia się zbyt często, są, razem i każda z osobna, znakami braku wiary w Rzeczywistą Obecność, znakami antropocentrycznej, horyzontalnej celebracji własnego ego zgromadzonych wiernych. Powinno się podkreślić jedną rzecz: dla dzieci jest wyjątkowo szkodliwe bycie częstym świadkiem szokującego braku czci z jakim jest traktowany nasz Pan i Bóg w niepojętym Sakramencie Jego Miłości: ławka po ławce, katolicy wstają z automatu, aby otrzymać dar który zazwyczaj traktują z codzienną, wręcz znudzoną, obojętnością. Wierzymy, że Eucharystia to prawdziwie nasz Zbawiciel, nasz Król, nasz Sędzia – ale następnie szybko zachowujemy się w sposób, który mówi o nas, że otrzymujemy zwykłe (chociaż symboliczne) jedzenie i picie, co tłumaczy dlaczego tak wielu katolików zdaje się wyrażać protestancki pogląd na to, co dzieje się na Mszy. Ta nieszczęsna sytuacja nie skończy się dopóki przedsoborowe normy dotyczące Świętej Hostii nie staną się obowiązkowe dla wszystkich celebransów, co raczej szybko nie nastąpi. Bezpieczną przystanią zapewniającą schronienie jest, ponownie, Msza „trydencka”, gdzie rządzi zdrowy rozsądek i świętość.

10. Co najważniejsze, chodzi o Tajemnicę Wiary. Wiele powodów, aby trwać przy Mszy „trydenckiej” oraz wspierać jej rozpowszechnianie, pomimo wszystkich problemów, które udaje się diabłu umieścić na naszej drodze, może być streszczone w jednym słowie: TAJEMNICA. To, co św. Paweł nazywa musterion i co łacińska tradycja liturgiczna nazywa mysterium i sacramentum, jest dalekie od bycia pomniejszą koncepcją w chrześcijaństwie. Dramatyczne otwarcie się Boga na nas poprzez historię, a najbardziej w Osobie Jezusa Chrystusa, jest tajemnicą w najwyższym sensie tego słowa: jest objawieniem Rzeczywistości, która jest całkowicie zrozumiała jednak zawsze nieunikniona, ciągle rozświetlająca, jednakże oślepiająca w swojej światłości. Jest czymś właściwym, że obrzędy liturgiczne, które łączą nas z naszym Bogiem, powinny nosić znamię Jego wiecznej i nieskończonej tajemniczości, Jego cudownej transcendencji, Jego przytłaczającej świętości, Jego rozbrajającej bliskości, Jego delikatnej ale przeszywającej ciszy. Tradycyjna forma rytu rzymskiego z pewnością nosi to znamię. Jej ceremonie, jej język, jej postawa ad orientem i jej nieziemska muzyka nie są zacofane ale całkowicie zrozumiałe kiedy jednocześnie wpajają w wiernych poczucie czegoś nieznanego, nawet jeśli to napawa ich strachem i przejęciem. Pielęgnując poczucie świętości, stara Msza zachowuje nietkniętą tajemnicę Wiary (14).

Podsumowując, Klasyczny Ryt Rzymski jest ambasadorem Tradycji, żywicielem wewnętrznego człowieka, życiowym nauczycielem wiary, szkołą adoracji, skruchy, dziękczynienia i błagania, całkowicie bezpieczną i stabilną opoką, na której możemy pewnie budować nasze życie duchowe. Jako że ruch na rzecz przywrócenia świętej liturgii Kościoła jest coraz większy i przybiera na sile, nie ma teraz czasu na zniechęcenie lub wątpliwości. Jest to czas na radosne przygarnięcie wszystkich skarbów jakie oferuje nam nasz Kościół, bez względu na krótkowzroczność części jego obecnych pasterzy i ignorancję (zazwyczaj nie z własnej winy) wielu wiernych. Jest to odnowa, która musi zajść w Kościele, jeśli ma on przetrwać nadchodzące zagrożenia. Oby Pan mógł na nas liczyć, że będziemy gotowi iść w pierwszej linii aby podtrzymać „wiarę katolicką i apostolską”! Obyśmy mogli odpowiedzieć na Jego łaski kiedy poprowadzi nas do nieprzebranych bogactw Tradycji, które On, w swej miłosiernej dobroci, dał Kościołowi, swojej Oblubienicy! Nie ma czasu na słabości czy zmęczenie, ale trzeba zabrać się do roboty i przyłożyć ręce do pługa. Dlaczego mielibyśmy pozbyć się światła, pokoju i radości tego, co jest piękniejsze, bardziej transcendentne, świętsze, bardziej uświęcające, i bardziej katolickie? Niezliczone błogosławieństwa czekają na nas kiedy, pośród bezprecedensowego kryzysu tożsamości dzisiejszego Kościoła, żyjemy naszą katolicką wiarą w całkowitej wierności i z żarliwym oddaniem elżbietańskich męczenników, którzy woleli zrobić i ścierpieć wszystko, niż być odłączonymi od Mszy, do której ich miłość urosła tak bardzo, że cenili ją bardziej niż własne życie. Owszem, zostaniemy wezwani do poniesienia ofiar, np. zaakceptowania niedogodnej godziny celebracji lub nieodpowiedniej lokalizacji, czy też pokornego znoszenia niezrozumienia czy wręcz odrzucenia ze strony naszych ukochanych. Ale wiemy, że ofiary dla większej sprawy są kwintesencją miłosierdzia. Podaliśmy powody za uczestnictwem we Mszy trydenckiej. Istnieje ich o wiele więcej, a każda osoba ma swoje własne. Wiemy na pewno, że Kościół potrzebuje swojej Mszy, my potrzebujemy tej Mszy i, w dość dziwny sposób który nadaje nam niezasłużony przywilej, Msza potrzebuje nas. Trwajmy przy niej, aby nasza wiara w Chrystusa Króla, nasze Zbawienie, naszą Pełnię była jeszcze silniejsza.

Peter Kwasniewski

Źródło Tłumaczenie: Marek Kormański

Przypisy:
(1) Zobacz: „Jak pomóc dziecku uczestniczyć w Mszy w formie nadzwyczajnej” (część 1, część 2), „Czy tradycyjna liturgia jest odpowiednia dla dzieci?” (link).
(2) G.K. Chesterton, Ortodoksja.
(3) Jonathan Robinson, The Mass and modernity (Ignatius Press 2005), 307.
(4) Ibid. 311, kursywa dodana.
(5) Ibid. 311.
(6) Ten sam autor, John Zmirak (który jest znawcą tematu) pisze dalej: „Stara liturgia została stworzona przez świętych, żeby mogła być odprawiana przez niechlujów bez ryzyka świętokradztwa. Nowy ryt został sklecony przez biurokratów i powinien być odprawiany tylko przez świętych.” John Zmirak „All your church are belong to us.”
(7) Opisane w książce Petera Kwasniewskiego Resurgent in the midst of crisis (Kettering, OH: Angelico Press, 2014), ch. 6, “Offspring of Arius in the Holy of Holies.”
(8) Zobacz, oprócz wielu dobrych opracowań Lauren Pristas, także jej książkę:Collects of the Roman Missal: A comparative study of the Sundays in proper seasons before and after the Second Vatican Council (London: T&T Clark, 2013).
(9) Na szczęście, uznając to za błąd, papież Jan Paweł II przywrócił św. Katarzynę w kalendarzu Novus Ordo dwadzieścia lat później, ale co z innymi świętymi, którym się dostało?
(10) Chesterton, Ortodoksja.
(11) Zobacz, między innymi: Ks. Richard Cipolla “Epiphany and the Unordinariness of Liturgical Time.”
(12) Zobacz: Father X, „Losing fragments with Communion in the hand” The Latin Mass Magazine (Fall 2009), 27-29.
(13) „Znak pokoju” w Novus Ordo ma niewiele wspólnego z dostojnym sposobem przekazywania „Pax” podczas uroczystej Mszy Świętej, gdzie jest niezwykle jasno widoczne, żę pokój o którym mowa jest duchowym darem pochodzącym od Baranka Bożego ofiarowanego na ołtarzu, który to pokój łagodnie rozchodzi się między celebransem i asystą wyższą aż spocznie na ministrantach, którzy reprezentują lud.
(14) Od wieków, sięgając aż do wczesnego Kościoła (a nawet, jak twierdzi św. Tomasz z Akwinu, do czasów apostolskich), kapłan zawsze odmawiał „Mysterium Fidei” podczas konsekracji kielicha. Zawsze odnosił się konkretnie do wtargnięcia czy też wejścia Boga między wiernych w tym niezgłębionym Sakramencie.

Za: UnaCum

http://www.wieden1683.pl/news/10-powodo ... trydencka/

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 30 sie 2015, 12:24 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Diabeł nienawidzi Mszy trydenckiej!

Obrazek

Chciałem odprawić Mszę trydencką bardzo poprawnie, miałem świadomość, że to jest coś wielkiego, przeczuwałem również, że rozpoczną się cierpienia i dokuczanie, nie myliłem się – mówi dla portalu PCh24.pl ks. Tomasz Połomski, wikariusz parafii pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie, diecezja warszawsko-praska.

Pochodzi Ksiądz z niezwykłej rodziny, ma Ksiądz bowiem dwóch braci i wszyscy jesteście kapłanami. Jak kształtowało się w Księdzu umiłowanie liturgii Mszy świętej?

Moje spotkanie z liturgią Mszy św. odbyło się na poziomie rodzinnej parafii. I tak naprawdę to rodzinna parafia, kościół, jego zapach, wystrój, odprawianie Mszy św. przez proboszcza sprawiało, że bardziej i bardziej pragnąłem i poznawać i uczestniczyć. Tak wiec sposób odprawiania przez mojego proboszcza Mszy św. oraz to, że po niej nie uciekał z kościoła lecz klękał na stopniach przed tabernakulum było dla mnie bardzo ważną katechezą: ksiądz, który odprawia pobożnie i który się modli.

Kiedy pierwszy raz usłyszał Ksiądz o łacińskiej liturgii? W jakich okolicznościach? Czy były to pozytywne słowa, czy może wręcz przeciwnie? Jakie refleksje nachodziły wówczas Księdza odnośnie liturgii przedsoborowej?

O łacińskiej liturgii usłyszałem, a właściwie czytałem jeszcze przed seminarium, nie pamiętam już tytułów tych pozycji, ale to był mój pierwszy kontakt. Mój ksiądz proboszcz z rodzinnej parafii często odprawiał Msze w ornatach tzw. skrzypcowych, trzymał złączone palce, miał dłonie rozłożone na szerokość barków, zastanawiało mnie dlaczego – szukałem, czytałem. Najwięcej informacji przekazał mi mój kolega z seminarium, Paweł Wróblewski, od tamtego właściwie momentu czytałem bardziej fachową literaturę i opracowania na temat zmian soborowych, zwłaszcza w dziedzinie sakramentów i Mszy świętej. Pojawiło się pragnienie odprawiania tej Mszy.

Paweł podarował mi mszał licząc, że kiedyś przyjdzie taka chwila, że będę z niego korzystał. Tak też się stało. Po pojawieniu się dokumentu papieża Benedykta XVI Summorum pontificum, rozpocząłem naukę celebracji. Pomagał mi w tym bardzo pan Michał Barcikowski, byłem wtedy wikariuszem w Zielonce. Czytałem w Internecie, oglądałem filmy instruktażowe, dopytywałem kapłanów – ks. Grzegorza Śniadocha czy ks. Sergiusza Orzeszko. Przyszła ta wielka dla mnie chwila, kiedy po raz pierwszy odprawiłem Mszę cichą, była to sobota przed I niedzielą wielkiego postu. A potem już niedziele, święta, pierwsze piątki…

Jakie towarzyszyły Księdzu przemyślenia podczas sprawowania pierwszej Tridentiny?

Podczas odprawiania pierwszej Mszy trydenckiej byłem bardzo przejęty, wręcz zdenerwowany. Chciałem to uczynić bardzo poprawnie, miałem świadomość, że to jest coś wielkiego, przeczuwałem również, że rozpoczną się cierpienia i dokuczanie, nie myliłem się. Natomiast po Mszy św. wielkie dziękczynienie za ten dar. Świadomość, ze odprawiłem Mszę św. Jana Vianneya, św. Jana Bosko, św. Ojca Pio, że tyle pokoleń kapłanów wypowiadało te same teksty, te same ruchy i gesty, że tak wielkie rzesze wiernych wychowały się na tej Mszy św., również osiągnęły świętość. Przypomniały tu się słowa Papieża Benedykta XVI: to co dla poprzednich pokoleń było święte, również i dla nas może być święte.

A jak wyglądała formacja seminaryjna w dziedzinie liturgiki? Czy pojawiał się temat Mszy trydenckiej? Jak był nacechowany stosunek Księdza profesorów i kolegów wobec tej kwestii?

Temat Mszy trydenckiej pojawiał się w ramach zajęć, natomiast oczywiście bez żadnych ćwiczeń i pozytywnego słowa. Wręcz przeciwnie – było to niestety przedstawiane z pewną nutką kpiny albo obojętnie, jako coś przestarzałego. Pamiętam, jak jeden z profesorów określił Mszę trydencką, że jest to modlitwa księdza do szafy (tak został określony ołtarz i jego nastawa). Wszystkie te argumenty oczywiście są oklepane i nie odnoszą się do rzeczywistości. Warto przeczytać książkę ks. Grzegorza Śniadocha mówiącą na ten temat, w której rozprawia się on z licznymi mitami.

Od pewnego czasu odprawia Ksiądz regularnie – co tydzień – Mszę w nadzwyczajnej formie. W jaki sposób kształtuje się indywidualna pobożność kapłańska pod wpływem starej Mszy?

Obecnie jestem wikariuszem w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie, jest tu przystosowany dolny kościół do celebracji Mszy w nadzwyczajnej formie. Jest ona odprawiana w każdą niedzielę i święta, także w dni powszednie we wtorki i czwartki oraz w pierwsze soboty miesiąca. Od dwóch lat jest również Triduum Sacrum. Cieszy to, że powstają w naszej diecezji nowe miejsca, placówki, gdzie ta Msza jest celebrowana. Jest Józefów, Zielonka, Wołomin (te parafie są pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej), również w Wielgolesie. Są kapłani, którzy odprawiają.

Czy ta forma ma wpływ na duchowość kapłańską? Uważam, że tak. Trzeba zapytać tych, którzy nas widzą, obserwują, bo „po owocach ich poznacie”. Ta Msza wyraża najpełniejszy obraz teologii i wiary katolickiej. Jest skarbem, perłą zakopaną, ale nadal perłą. Coraz bardziej widzimy postępujący modernizm i protestantyzację kościoła, jego judaizację. Msza trydencka jest zachowaniem czystości i nieskazitelności wiary katolickiej. Ten ryt zachowuje i strzeże przed sentymentalizmem i aktorstwem, otwiera na transcendencję, na świętość Trójjedynego Boga. I nie widzę innego sposobu, antidotum, jak powrót do tradycji. Nie tylko w postaci Mszy świętej.

Co jakiś czas pojawiają się spekulacje, że celebracja w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego zostanie ograniczona lub zakazanka. Jak Ksiądz sądzi, czy sytuacja w tej kwestii się zmieni?

Od pięciu lat odprawiam Mszę w tej formie, mogę powiedzieć, że połowa mojego kapłańskiego życia jest związana z tym rytem. Nie wiem jaka będzie przyszłość, Bóg to wie. W tej pracy nie należy się zrażać trudnościami. Padają różne argumenty. Od osób świeckich i duchownych, które są dobre i pobożne, ale nie rozumieją albo po prostu nie mają łaski zrozumienia wartości tej liturgii. Największym sposobem na przekonanie jest moja modlitwa i post podjęty w tej intencji. Te ryty to jak dwa światy. Nie do pogodzenia. Jedno jest pewne – Kościół przesiąknięty modernizmem i nowinkami, o czym mówił św. Pius X czy Pius XII, musi się zmierzyć z tymi przeciwnościami. Mamy pewność, że diabeł tej Mszy nienawidzi i zrobi wszystko, aby jej obraz zafałszować czy obrzydzić. Trzeba się modlić i pokutować, a także jak najpobożniej odprawiać nową Mszę i przez to prowadzić do starego rytu.

Bóg zapłać za rozmowę!

Rozmawiał Kajetan Rajski

http://www.pch24.pl/diabel-nienawidzi-m ... 625,i.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 16 paź 2015, 20:09 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Poradnik Młodego Katolika. Twoja pierwsza Msza Trydencka.


_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 13 lut 2016, 12:04 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Stara Msza i Nowa Ewangelizacja : po długiej zimie racjonalizmu

Obrazek
W poniedziałek 7 września 2015 r. dr Peter Kwasniewski (jeden ze stałych współpracowników portalu Rorate Caeli, osoba znana miłośnikom tradycyjnej liturgii) wygłosił wykład na Franciszkańskim Uniwersytecie Steubenville. W wydarzeniu wzięła udział duża liczba studentów, członków kadry oraz pracowników. Rorate Caeli z satysfakcją publikuje pełny tekst wykładu.


To dla mnie zaszczyt i radość być tutaj dzisiejszego wieczoru. Jestem wdzięczny dr Michaelowi Sirilla za zaproszenie do wygłoszenia wykładu na Uniwersytecie Steubenville, który przez tak wiele lat utrzymał reputację szkoły, gdzie nasz Pan Jezus Chrystus jest “królem i centrum wszystkich serc” i gdzie wiara katolicka jest nauczana, praktykowana i otaczana miłością. Z bardziej osobistej strony, mam poczucie, że zatoczyłem koło. Kiedy wykładałem na Programie Austriackim w Kartause Gaming (program prowadzony przez Uniwersytet Steubenville w dawnym klasztorze Kartuzów w Gaming, w Austrii, przyp. tłum.) poznałem wielu wspaniałych ludzi z tego uniwersytetu, jednak nigdy nie miałem szansy odwiedzić macierzystego kampusu.

Podczas pracy nad tą prelekcją doszedłem do wniosku, że mój tytuł “Stara Msza i Nowa Ewangelizacja” zasługuje właściwie na książkę, a nie tylko na wykład. Postanowiłem ograniczyć się do aspektu, który wydaje się szczególnie owocny - “po długiej zimie racjonalizmu”, nawet jeśli temat ten można ująć z tak wielu perspektyw [1].

Odkrywanie dawnej Mszy na nowo

Zacznę od kilku faktów. Uczestnictwo katolików we Mszy stale się zmniejsza, żeby nie powiedzieć, że drastycznie spada, mniej więcej od roku 1965. Roku, w którym zaczęto wprowadzać olbrzymie zmiany w sposobie celebrowania Mszy, który obowiązywał od wieków [2]. Z drugiej strony, od roku 1984, w którym Papież Jan Paweł II zwrócił się do biskupów z prośbą o umożliwienie celebracji Mszy usus antiquor, czyli starszego obrządku rytu rzymskiego, a szczególnie od kiedy motu proprio papieża Benedykta XVI z 2007, które zniosło wymóg uzyskiwania pozwolenia na celebrację, liczba kapłanów sprawujących tę Mszę oraz liczba uczęszczających katolików stale wzrasta. Od 2013 roku ponad 1000 kapłanów w Ameryce Północnej ukończyło formalny kurs przygotowujący do celebracji Mszy w nadzwyczajnej formie. W 1998 w całych Stanach było tylko ok. 20 miejsc, gdzie znaleźć można było tradycyjną Mszę w niedzielę; dzisiaj liczba ta wzrosła do prawie 500. [3] W odpowiedzi na oczywiste zapotrzebowanie części studentów, kadry i pracowników, katolickie szkoły i uniwersytety włączają mszę trydencką do swojej posługi kapłańskiej. Niektóre zgromadzenia zakonne obrały usus antiquor jako swoją drogę życia lub nawet przyjęły tę formę jako wyłączną, czego skutkiem jest nagły wzrost powołań. Średnia wieku katolików uczęszczających do parafii, gdzie sprawuje się Mszę tradycyjną jest niższa niż narodowa średnia, podczas gdy średnia wielkość rodziny jest większa. [4] Jest to tętniący życiem, młody, kwitnący i rozwijający się ruch. Jak zauważył papież Benedykt XVI w 2007 roku:

Zaraz po Soborze Watykańskim II można było przypuszczać, że prośba o korzystanie z Mszału z 1962 r. ograniczałaby się do starszego pokolenia, które dorastało przy nim, z czasem jednak okazało się wyraźnie, że również młode osoby odkrywają tę formę liturgiczną, odczuwają jej atrakcyjność i odnajdują w niej szczególnie właściwą dla siebie formę spotkania z Tajemnicą Najświętszej Eucharystii. [5]

Dlaczego to wszystko się dzieje? Dlaczego reforma liturgiczna lat 60 i 70 nie wywołała w Kościele nowej wiosny? [6] Co w takim razie jest tajemnicą atrakcyjności Mszy trydenckiej? Jaki jest powód lub powody tego zaskakującego odrodzenia mającego miejsce dzisiaj, kiedy większość osób uczestniczących i celebrujących jest urodzona po roku 1970? I w jaki sposób ten rozwój jest dobry dla Kościoła i Nowej Ewangelizacji?

Aby poprawnie odpowiedzieć na te pytania, musimy dobrze zrozumieć, czym jest Nowa Ewangelizacja i jaka jest w niej rola liturgii. Odpowiedź można sformułować na wiele sposobów, jednak biskup Dominik Rey ujął to bardzo zwięźle:

Nowa Ewangelizacja to nie idea albo program — to potrzeba, aby każdy z nas doświadczył osobistego, głębokiego spotkania z Chrystusem i stał się przez to bardziej zdolnym do prowadzenia innych ku Niemu. Jedyna droga do tego celu prowadzi przez liturgię świętą i jeśli liturgia jest w jakiś sposób nie taka, jaka powinna być, albo ja nie jestem odpowiednio przygotowany, to spotkanie z Chrystusem będzie utrudnione, Nowa Ewangelizacja na tym ucierpi. Historia ewangelizacji na przestrzeni wieków pokazuje, jak wielcy misjonarze byli też ludźmi wielkiej modlitwy i autentycznej pobożności. Pokazuje także związek pomiędzy jakością i głębią życia liturgicznego a dynamizmem apostolskim. Nowa Ewangelizacja musi zostać zakorzeniona w głębokiej eucharystycznej i liturgicznej odnowie. [7]

Rozważając słowa biskupa Reya, możemy sformułować tezę. Jeśli stara Msza pomaga ludziom “doświadczać osobistego, głębokiego spotkania z Chrystusem”, jeśli pomaga nam stać się “ludźmi wielkiej modlitwy i autentycznej pobożności”, jeśli udziela ponadprzeciętnej “jakości i głębi”, to jest ona i w dalszym ciągu będzie jednym z najistotniejszych elementów Nowej Ewangelizacji.

Chciałbym posłużyć się eksperymentem, lub podejściem indukcyjnym i przyjrzeć się, co sami katolicy odpowiadają zapytani o to, co uderzyło ich we Mszy trydenckiej, gdy uczestniczyli w niej po raz pierwszy. Osobiste świadectwa są szeroko dostępne. [8] Zacznijmy od kilku przedstawionych przez młodych dorosłych katolików.

Bardziej zwracałem uwagę na to, co robi ksiądz, co mnie zaskoczyło. Zwrócenie się przez niego twarzą ku ołtarzowi było odświeżające, podobało mi się podkreślenie faktu, że ksiądz jest jednym z nas, patrzących w kierunku Boga, reprezentującym nas. Zapach kadzidła, klęczenie podczas komunii, noszenie mantylek, cicha modlitwa — wszystko skoncentrowane na Bogu ze czcią i skromnością. Nie byłem także rozpraszany przez księdza lub ministrantów. [9]

Oto inne świadectwo:

To była Missa Cantata, Msza śpiewana. Dotychczas znałem tylko Msze ludowe, gdzie ludzie śpiewali “Kumbaya” i pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła była autentyczna powaga. Byłem zdumiony podniosłą atmosferą, udzielającą się wiernym i kapłanowi. Po raz pierwszy czułem się naprawdę skoncentrowany na mszy. Pierwszą rzeczą, która mi się podoba jest cisza, która daje możliwość medytacji i kontemplacji. Lubię myśleć o sobie jako o znajdującym się u stóp krzyża. [10]

I trzecia reakcja:

To było tu [na Oxfordzie], gdzie po raz pierwszy doświadczyłem Mszy po łacinie. To była Msza solenna i było to prawdopodobnie najpiękniejsze doświadczenie, jakie kiedykolwiek przeżyłem. Chociaż teraz znam liturgię, rozumiem, co dzieje się przy ołtarzu i potrafię odpowiadać po łacinie, w mojej ignorancji w tamtym szczęśliwym dniu na Oxfordzie doświadczałem tamtej Mszy jak niewidome dziecko, wyobrażając sobie anioły śpiewające na wysokościach, jako że ze względu na obce miejsce byłem zbyt zawstydzony, aby odwrócić się i rzucić okiem na chór. Stare ryty niosą ze sobą niezrównaną podniosłość. [11]

I jeszcze jedna, pochodząca od waszej studentki, Mary Bonadies, opowiedziana w tegorocznym letnim wydaniu “Franciscan Way”. Mary opowiada o jej doświadczeniu śpiewania w chórze podczas pierwszej tradycyjnej mszy, w której uczestniczyła:

To otworzyło przede mną cały nowy świat. Po zakończeniu liturgii wzruszyłam się i rozpłakałam, ponieważ nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego piękna. [12]

Para młodych ludzi planujących swój ślub w październiku tego roku w kościele St. Walburge’s w Preston, Lancaster tak opowiedzieli o swojej drodze:

Moja narzeczona i ja, będąc ateistami, zostaliśmy oboje przyciągnięci do wiary katolickiej poprzez piękno Mszy w nadzwyczajnej formie. Byliśmy urzeczeni liturgiczną muzyką, tradycją i szacunkiem, z jakim ludzie uczestniczyli w ofierze. To wyzwoliło w nas ciekawość wiary i doprowadziło nas w końcu do wstąpienia w szeregi Kościoła. [13]

Aby pokazać, że takie relacje są domeną nie tylko młodych ludzi, poniżej dwa świadectwa starszych osób:

Byłem skoncentrowany podczas całej Mszy. Czułem się bardziej uduchowiony i czułem większą łączność ze Mszą, ponieważ nie była ona w języku angielskim. Wyglądała dużo bardziej poważnie, nie było ściskania rąk i tym podobnych rzeczy. Wszyscy byliśmy skoncentrowani na Mszy bardziej niż na kapłanie. Często na Mszy zbyt duży nacisk położony jest na charakter księdza, w tej Mszy tak nie było. Czułem, że słucham intensywnie. Czułem się naprawdę wyjątkowo, nigdy nie myślałem w ten sposób o Mszy przez ostatnie 40 lat. [14]

Przez przypadek odkryłem kaplicę kościelną w New Brighton i Mszę w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Zostałem w jednej chwili przeniesiony do innego świata. Rzucająca się w oczy duchowość, szacunek i pobożność, którą dostrzegłem wśród wiernych i kleru poruszyła mnie do tego stopnia, że zostałem niemalże sparaliżowany i od razu zdałem sobie sprawę, że odnalazłem coś, czego nieświadomie poszukiwałem. Ta cudowna szansa na zbliżenie się do Boga, po raz pierwszy od wielu lat, i na wejście z Nim w relację dużo głębszą, niż sądziłem że jest możliwa, jest czymś, co mogłem odnaleźć tylko we Mszy trydenckiej. [15]

Te świadectwa pokazują, że ludzie odnajdują w tradycyjnej Mszy coś specjalnego, coś, czego nigdy nie doświadczyli nigdzie indziej. Mając na uwadze różnice w rozłożeniu akcentów i w użytym słownictwie, w relacjach wszystkich osób można wyróżnić trzy doświadczenia. Pierwsze, stara Msza jest teocentryczna, zorientowana na Boga, “wertykalna”, sugerująca transcendencję. Po drugie, jest chrystocentryczna, podkreślająca kapłaństwo Chrystusa i Jego największą ofiarę na Kalwarii oraz uwypuklająca służebną rolę kapłana działającego in persona Christi, przy jednoczesnym umniejszeniu jego indywidualnego ego. Po trzecie, jest zorientowana na świętość, podkreśla świętość rytuału, oddanie i cześć, które powinny charakteryzować nasze podejście do Boga, specyficzne sposoby przeżywania niesamowitej i fascynującej tajemnicy istnienia Boga, z cichym podziwem, świętą bojaźnią i wysoką świadomością własnego życia wewnętrznego, zdolności do medytacji i kontemplacji. [16]

Innymi słowy, Msza usus antiquor pozostaje w zgodzie z wielką sakramentalną zasadą, aby wykonywana czynność oddawała istotę sakramentu. [17] Jeśli Najświętsza Ofiara Mszy jest rzeczywiście niesamowitą tajemnicą, rzeczywistością tak cudowną i świętą, że nie jesteśmy w stanie objąć jej naszymi skończonymi umysłami, a której tylko możemy się poddać i zostać przez nią uniesionymi, to powinna ona przychodzić do nas w taki właśnie sposób. Święte spotkanie z transcendentnym Bogiem powinno wyglądać i dawać poczucie świętości i transcendencji. Powinno oznaczać to, czym jest i być tym, co oznacza. Jeśli liturgia działa tak, jak powinna, będziemy pokorni znajdując się w jej centrum, skłonieni do modlitwy, poruszeni śpiewem, przywiedzeni do ciszy, wciągnięci w niewidzialne, zwróceni do wnętrza naszych dusz i na zewnątrz ku absolutnemu prymatowi Boga. Msza tradycyjna spełnia te wszystkie zadania nad wyraz dobrze. Rodzi się zatem pytanie dlaczego jest ona tak skuteczna? Jak to działa?

Powszechne zastrzeżenia i błędy w rozumowaniu

Możemy odpowiedzieć na to pytanie rozważając jedno z najczęściej występujących zastrzeżeń co do odrodzenia tradycyjnej Mszy: “Podczas tej Mszy używa się starożytnego języka, którego nikt już dziś nie używa. Wiele momentów jest cichych, więc nie można usłyszeć, co mówi ksiądz. Ceremonie są złożone i trudne do śledzenia. Śpiew jest w dziwnym stylu, który nie koresponduje z dzisiejszą popkulturą. Wszystkie te rzeczy sprawiają, że dla współczesnego człowieka stara Msza jest nieodpowiednia i trudna w odbiorze. Na przestrzeni wieków poprzedzających Sobór Watykański II msza stała się nieprzystępna, dlatego wymagała zmiany języka na narodowy, uproszczenia i zaadaptowania do współczesnego myślenia i zachowania.”

Jest to zastrzeżenie, z którym można spotkać się często. Jest ono również usprawiedliwieniem dla wszelkich zmian. Pozostający pod wpływem racjonalizmu architekci nowoczesnego rytu rzymskiego zrobili wszystko, co w ich mocy, aby uczynić liturgię bardziej zrozumiałą, transparentną i dostępną (przynajmniej w ich oczach). Jak na ironię, zmiany te oznaczały jednocześnie ogromny spadek zdolności liturgii do wyrażania i komunikowania tajemnic wiecznego i nieskończonego Boga oraz świętych misteriów Chrystusa w Jego boskim człowieczeństwie. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat prawie każdy zdał sobie w pewnym momencie sprawę, że mistyczny charakter Mszy się ulotnił. To nie jest tylko poboczny problem; jest to problem, który uderza w samą istotę i ostateczny cel liturgii jako boskiego kultu. [18]

Najbardziej podstawowym faktem naszego istnienia jest nasza potrzeba Boga — nie boga stworzonego przez nas samych, który pasuje do naszych mentalnych kategorii, ale Boga, który przekracza wszystko o czym możemy pomyśleć i co możemy sobie wyobrazić. [19] Zadaniem liturgii jest doprowadzenie nas do Boga prawdziwego, aby zaspokoić naszą potrzebę obcowania z Nim. “Tyś mnie dotknął” mówi św. Augustyn, “a oto płonę pragnieniem Twojego pokoju”. [20] Jeśli liturgia ma nas przywieść do realnej obecności suwerennej tajemnicy Boga, musi nakładać na nas poważne wymagania, w imię Boga. Podążając za logiką krzyża, będzie nas wypróbowywać jak złoto w ogniu, aby przekonać się czy jesteśmy godni oraz czynić nas coraz mniej niegodnymi. Wierzący, dla swojego własnego dobra, potrzebuje, aby liturgia była mocna, nieuchwytna i fascynująca. “Gęstość” starej liturgii [21] lepiej wyraża i wpaja tajemnice wiary. Jej warstwy modlitwy, symboliki, ceremonii i śpiewu, nawet w swojej oczywistej cudzoziemskości, posiadają moc przemawiania prosto do duszy i wywoływania wewnętrznej odpowiedzi. [22]

Transparentność i nieprzejrzystość

Tradycyjne liturgie, wschodnia i zachodnia, posiadają wewnętrzne nagromadzenie treści i znaczeń, które wymagają naszej odpowiedzi. Ta odpowiedź, jednak, nigdy nie jest w pełni adekwatna, satysfakcjonująca i wyczerpująca: zawsze mogliśmy modlić się lepiej, zawsze jesteśmy zdominowani przez rzeczywistość. Nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym w pełni zrozumiemy liturgię, wzruszymy ramionami i stwierdzimy “cóż to było miłe, co dalej?”. Przeciwnie, liturgia, która próbuje być kompletnie zrozumiała, w sensie nie posiadania żadnych aspektów, które są nieprzejrzyste, nieprzeniknione lub zewnętrzne, jest źle dopasowana i zniechęcająca dla człowieka jako dla bytu obdarzonego intelektem. Nie daje mu niczego, w czym mógłby “zatopić swoje zęby”, pozostawia jego najwyższe zdolności “na lodzie”, zajmuje jego niższe zdolności małymi, pretensjonalnymi ćwiczeniami. [23]

Sedno sprawy jest całkiem inne, niż reformatorzy liturgii zakładali. Dla nich liturgia powinna być transparentna, abyśmy mogli przez nią patrzeć. Ale zupełna przezroczystość oznacza zupełną niewidzialność. Okno, które jest doskonale czyste i przezroczyste to okno, o które zabija się ptak, wlatując w nie, bo przestało ukazywać się jako okno, jako paradoksalna bariera, która wpuszcza światło. W tym życiu nie posiadamy w pełni boskiego światła, lecz jego oczyszczający, oświecający i jednoczący blask płynie do nas poprzez liturgiczne modlitwy, ceremonie i symbole. Jeśli chcielibyśmy porównać liturgię do okna, byłaby ona witrażem, gdzie kolory i kształty szkła, historie, które opowiada i tajemnice, które wyraża, są zarówno tym, co widzimy jak i tym, przez co widzimy światło.

Chrystus pojawia się w naszym centrum poprzez liturgię i niezwykle istotne jest, abyśmy stanęli naprzeciw liturgii, aby w sposób namacalny doświadczyć Jego fizyczności, Jego oporu na naszą presję, Jego inności, jako warunku naszej jedności z Nim. Nie możesz poślubić idei czy koncepcji, możesz poślubić tylko osobę z krwi i kości, która nie jest tożsama z tobą; warunkiem koniecznym jedności jest odmienność. To dlatego tak bardzo niebezpieczne dla ludzi jest myślenie o sobie jako o twórcach czy innowatorach liturgii i zachowanie stosowne do tego sposobu myślenia — czy to przed, czy po przyjściu Chrystusa.

Mówiąc o złotym cielcu, będącym zbiorowym upadkiem Izraela i paralelą do upadku Adama, Józef Ratzinger pisze:

Ludzie nie mogą poradzić sobie z niewidzialnym, odległym i tajemniczym Bogiem. Chcą Go sprowadzić na dół, do ich własnego świata, który widzą i rozumieją. Kult nie jest już skierowany w górę ku Bogu, ale sprowadza Boga na dół, do ludzkiego świata. Bóg musi być tam wtedy, kiedy jest potrzebny i musi być taki, jaki jest potrzebny. Człowiek wykorzystuje Boga i w rzeczywistości, nawet jeśli nie jest to wprost odczuwane, stawia siebie ponad Bogiem. To prowadzi nas do drugiego punktu. Kult złotego cielca jest samogenerującym się kultem. Kiedy Mojżesz pozostaje na górze zbyt długo, a Bóg wydaje się coraz bardziej niedostępny, ludzie zaczynają ściągać go na dół. Kult przeradza się w festiwal, który wspólnota sobie funduje, w którym afirmuje samą siebie. Zamiast być kultem oddawanym Bogu, staje się kręgiem zamkniętym w ramach wspólnoty — jedzeniem, piciem i weseleniem się. Wtedy liturgia rzeczywiście traci swój sens i co gorsza, staje się apostazją od żywego Boga, apostazją w sakralnym przebraniu. [24]

Jak długo myślimy i działamy w taki sposób, wystawiamy się na poważne niebezpieczeństwo przytulania się nawzajem zamiast spotykania Chrystusa, patrzenia w odbicie jak Narcyz i zakochiwania się w swojej własnej refleksji. Nikt nie może być prawdziwie posłusznym czemuś, co sam ustanowił, czemuś, co jest emanacją jego woli i ostatecznie pozostaje pod jego władzą. [25] Nauczyciel nie jest posłuszny samemu sobie, król nie jest uległy swojej własnej woli. Jak Ratzinger często zauważa w swoich tekstach, prawdziwa liturgia przychodzi do nas przekazana przez łańcuch tradycji, dyktuje nam nasze miejsce, zachwyca nas swoją własną formą i kształtuje nas w zgodzie ze swoją świadomością, kolektywną świadomością Kościoła, nie żadnej konkretnej komisji ani nawet konkretnego papieża. [26]

Drzwi do świętości

Pozwolę sobie na inny przykład. [27] Drzwi są użyteczną rzeczą — pozwalają nam na przechodzenie z jednej przestrzeni do drugiej, jednocześnie utrzymując zewnętrze na zewnątrz, a wnętrze w środku. Jako takie drzwi mogą być pominięte, z wyłączeniem funkcjonalności, jakiej dostarczają. Na ogół nie myślimy o drzwiach, których używamy codziennie w domu czy w pracy. Można powiedzieć, że znajdują się one na peryferiach naszej uwagi, zaledwie na tyle, aby przez nie przejść.

Ale są przynajmniej dwie sytuacje, w których nasze doświadczenie drzwi jest całkiem odmienne. Pierwsze, kiedy udajemy się w ważne miejsce po raz pierwszy — biuro prominentnej osobistości, jak biskupa lub prezydenta, albo dom rodzinny mojego chłopaka lub dziewczyny. Takie drzwi mogą być dość onieśmielające, ponieważ symbolizuje one dla nas barierę, próg, test, punkt bez powrotu. Takie drzwi wydają się mieć osobowość: stanowią wyzwanie, zachęcają do wejścia, albo szepczą, że nie jesteś gotowy i byłoby lepiej, gdybyś zawrócił. Takie drzwi stają się czymś więcej niż zwykłymi drzwiami, są symbolem niewiadomego, znakiem nieznajomej osoby. Drugie doświadczenie to masywne, bogato zdobione drzwi, jakie znaleźć można w wielkich katedrach lub nawet w wielu skromniejszych kościołach z ubiegłych wieków. Zwróć uwagę co się stało. Drzwi, w swoim pochodzeniu rzecz zupełnie utylitarna, teraz stają się rzeczywistością rządzącą się swoimi prawami, stają się Chrystusem, który jest drzwiami, bramą, wejściem. Te drzwi to coś więcej niż drzwi, to coś znaczącego i pięknego w swojej istocie. W swojej dziwnej wspaniałości są nie tylko czymś, przez co po prostu przechodzimy, ale czymś, co bierzemy do siebie przechodząc przez nie, czymś, czemu poświęcamy siebie podczas gdy zostajemy przyjęci. Jeśli, jak we wspaniałych wejściach do średniowiecznych kościołów, obraz Chrystusa jest wkomponowany w drzwi, niejako obejmuje On nas, a my obejmujemy Jego. W tym momencie nie możemy już powiedzieć, że te drzwi są tylko drzwiami. Są znakiem i rzeczywistością, która przekracza swoją użyteczność, jak prawdziwy przyjaciel nie jest tylko użyteczny, ale także uprzejmy i szlachetny.

Jak to wszystko ma się do liturgii? Liturgia nie jest tylko środkiem do celu, ale celem samym w sobie: znakiem i rzeczywistością, jak drzwi. Wymaga od nas i zasługuje na naszą pobożną uwagę i nasze poddanie się jej własnemu językowi, podczas gdy przechodzimy przez nią do niebieskiego Jeruzalem. Kiedy przechodzimy przez liturgię, nie zostawiamy jej za sobą ani nie zapominamy o niej, ale przyswajamy ją, a ona przyswaja nas. Może to zabrzmieć dziwacznie, ale możemy pomyśleć o Kościele jako o jednych wielkich drzwiach do Nieba i w tym sensie nigdy nie przestajemy przez nie przechodzić. Tak samo jest z liturgią. Dlatego też, jak w przypadku wspaniałych drzwi starego kościoła, liturgia także powinna być masywna, rozbudowana i bogato zdobiona. Mówimy, moim zdaniem elokwentnie, o “chodzeniu na Mszę”, tak jakby celem była Msza. Takie stwierdzenie ma w sobie sporo prawdy: powinniśmy chodzić na Mszę i kiedy już na niej jesteśmy, włączamy się w tajemnice, które są przez nią przenoszone i wyrażane. Msza nie powinna być przezroczysta, by stanowić połączenie z Bogiem. W tym sensie drzwi kościoła są jak witraż, a liturgia ma w sobie coś z obu tych rzeczy — nie jak nowoczesne, minimalistyczne drzwi industrialnej manufaktury albo przeszklone powierzchnie.

W języku angielskim funkcjonuje dojmujący idiom “patrzeć przez coś”, oznaczający odsłonięcie pustki lub uwidocznienie pozy. Jeśli możemy “patrzeć przez” liturgię, jeśli nie wprowadza ona symboli i znaków, tak jak witraż albo wspaniałe drzwi, przestajemy ją dostrzegać, zaczynamy uważać za coś oczywistego i w pewnym momencie to my stajemy się jej centrum, jak we wspomnianej analizie Ratzingera dotyczącej złotego cielca. W powstałej w wyniku tego pustce, musimy wymyślać coś kreatywnego, coś co zajmie nas i naszą publikę, albo musimy mocno grać na emocjach, ponieważ nie jesteśmy zanurzeni w pełni i gęstości tradycyjnej, teocentrycznej liturgii. [28] W sposób nieunikniony tego rodzaju wypełnianie pustki lub wypełnianie martwych przestrzeni w pewnym momencie przestaje bawić ludzi, którzy odchodzą, nierzadko na zawsze. Jest to tragiczna konsekwencja nierespektowania dostojeństwa, obcości i wyjątkowości liturgii oraz prób przesunięcia podejścia w stronę poufałości, która jest dla liturgii obca.

Dostępność i nieuchwytność

Przejdźmy teraz do kwestii znudzenia. Nietrudno zauważyć, że totalna dostępność równa się znudzenie. Jednym z powodów, dla których współczesny mieszkaniec Zachodu jest nieszczęśliwy, jest zbyt duża i łatwa dostępność wszelkich dóbr. Jesteśmy zalani jedzeniem i piciem, obładowani ubraniami, żyjemy w komforcie; seksualne podniety są przytłaczająco wszechobecne; możemy dotrzeć gdzie chcemy szybko i łatwo, tylko że nie wiemy dokąd zmierzamy ani po co tam zmierzamy. O co się mamy starać, na co mieć nadzieję, za co cierpieć, za co się poświęcać? Wartość naszych celów spada proporcjonalnie do ich trywialności i łatwości ich osiągnięcia. Czy współczesny człowiek ma transcendentnego Innego, któremu może się poddać, nieuchwytny cel, który go fascynuje i wabi, jest zawsze tuż za rogiem, ale nigdy w zasięgu ręki? Nie, współczesny człowiek jest uwięziony w doczesności, codzienności, przyziemności, przewidywalności, w nieustannej pogoni za zaspokajaniem skończonych potrzeb. To wszystko staje się dość nużące. Nic dziwnego, że chroniczne znudzenie stało się psychologiczną epidemią. Widzimy co się dzieje, gdy stworzenie, stworzone z wiecznej idei i przeznaczone do wieczności, stworzone przez Nieskończonego dla nieskończoności, uwięziło siebie samego w skończoności i tymczasowości.

Jakie są liturgiczne implikacje tej kwestii? To dość proste, liturgia, aby była prawdziwa w stosunku do Boga i w stosunku do człowieka stworzonego na podobieństwo Boga, nie może być w pełni “dostępna”, a próba uczynienia jej taką będzie skutkowała tylko degradacją. Uczynić liturgię oczywistą, łatwą i prostą to sprawić, że przestaje ona być liturgią. Jeśli liturgia zaczyna przystawać do człowieka w jego tymczasowości i skończoności, w tym samym stopniu zaczyna odstawać od Boga i nieśmiertelnej duszy człowieka, stworzonej na obraz Boga. Ta zasada dotyka każdego aspektu liturgii.

Na przykład, muzyka sakralna nie powinna uwypuklać doczesności poprzez mocny, regularny rytm ani skończoności poprzez wpadające w ucho, proste frazy melodyczne. Chorał gregoriański w najwyższym stopniu odpowiada liturgii i służy za najdoskonalszy model muzyki sakralnej, między innymi ze względu na brak akcentowanego metrum, luźny rytm i pełne wdzięku, okrągłe melodie, splecione ze słowami w jedno ciało, pozostawiając za sobą przewidywalne prawidłowości tego świata i przenosząc nas w niebiańską sferę, świat boskiego piękna. Szaty noszone przez kapłanów nie mogą wyglądać jak poliestrowe kotary, które mogłyby wisieć na karniszu w domu zaprojektowanym przez Franka Lloyda Wrighta [amerykański architekt modernistyczny, 1867-1959, przyp. tłum.]. W bogactwie kolorów i wyhaftowanych symboli, w swoim splendorze i wyjątkowości, szaty liturgiczne powinny doprowadzać do granic to, czym ubiór może być, powinny w pełni oddawać znak niewidzialnego ubioru piękna łaski uświęcającej. [29] Naczynia sakralne umieszczone na ołtarzu ofiarowania powinny być wykonane z olśniewających, drogocennych metali, a kielich powinien być inkrustowany kamieniami szlachetnymi, pokryty zdobieniami, grawerunkami i wszystkim, cokolwiek sprawi, że wyróżniał się on będzie jako “ten przesławny kielich”, który nasz Pan weźmie w swoje święte i czcigodne ręce, by napełnić go Jego drogocenną Krwią, “która wszystkich nas Jedną kroplą może obmyć z win i zmaz.” [30] Wszystko w liturgii musi wyrażać najświętszą, transcendentną i szlachetną ofiarę miłości oraz dziękczynienie.

Pozwolę sobie podsumować mój argument przeciwko liturgicznemu racjonalizmowi. Liturgia, która jest w pełni zrozumiała jest nieistotna, ponieważ nie wymaga już od nas zaangażowania w najgłębszą i najpełniejszą odpowiedź, jakiej możemy udzielić, angażując masze zmysły, wyobraźnię, pamięć, intelekt i wolę. Liturgia, która jest zupełnie transparentna staje się niewidoczna i w końcu ignorowana, ponieważ przestaje przykuwać naszą uwagę w tym najważniejszym momencie, w którym niewidzialny Bóg staje się widzialny w nieziemskich znakach i symbolach, tak jak światło, które staje się narracyjne przechodząc przez witraż. Liturgia, która jest w pełni zrozumiała staje się nużąca, gdyż jest zbyt niewymagająca w odbiorze. Jak uczą nas mistycy, Bóg jest naszym suwerennym kochankiem, który zabiega o rodzaju ludzki poprzez długie i niepewne zaloty. My w odpowiedzi gonimy Go z westchnieniem, jękiem i łzami, stale na tropie, łapiąc od czasu do czasu okruchy rozpłomieniające nasze serce. Jeśli wiemy, co robimy, nie ma w tym nic szybkiego, prostego ani nużącego. Liturgia to dożywotnie zaloty, emocjonująca pogoń, eksploracja nowego świata, w którym nie jesteśmy zdobywcami, ale schwytanymi. Liturgia jest naszą ucztą weselną, antycypowaną i na swój sposób już obecną. Ale nawet tego typu metafory są dalece niewystarczające, by opisać tę rzeczywistość, mimo, że sięgają granic języka. To powinno być także naszym doświadczeniem liturgii — tajemnica, która przekracza granice naszego języka, naszych myśli, naszych uczuć, która wabi nas, abyśmy zagłębiali się w nią coraz bardziej.

To właśnie tradycyjne liturgie Kościoła, zarówno wschodniego jak i zachodniego, perfekcyjnie oddają i wypełniają te nieodłączne wymagania i ludzkie potrzeby. Nie są one od razu w pełni zrozumiałe, ale nieprzejrzyste, wielowarstwowe, kosmiczne w swoim zakresie, bogate w paradoks, głoszące niewysłowioną najświętszą ofiarę; nie są transparentne, ale, jak przegroda prezbiterium czy ikonostas, stoją przed nami i wśród nas, pośrednicząc w przekazie niedostępnego Światła. Nie są łatwo dostępne, ale rygorystyczne, wymagające samodyscypliny [31], naszej konwersji do czegoś obiektywnego, znajdującego się na zewnątrz nas, uprzedzającego nas, przewyższającego nas i będącego dla nas normatywnym. Tradycyjna liturgia dyktuje nasz sposób zaangażowania, nie leży w naszych kompetencjach mówienie jej czym powinna być i jak powinna się zachowywać. W tym sensie wielkie liturgie chrześcijańskiej tradycji — Msza Grzegorza Wielkiego, skodyfikowana przez św. Piusa V, ryt ambrozjański, ryt mozarabski święta liturgia św. Jana Chryzostoma albo św. Bazylego Wielkiego — są wyjątkowymi darami przekazanymi przez Boga swojemu Kościołowi na ziemi, poprzez które nasza przemożna potrzeba Boga jest poruszona i zaspokojona, a nieodgadniona “tęsknota” Boga za człowiekiem sięga w dół i woła do nas o odpowiedź, której On oczekuje, o odpowiedź, która jest tak prosta jak Bóg i tak złożona jak człowiek.

Nowe spojrzenie na prostotę i złożoność

Wcześniej wspomniałem o niebezpieczeństwie prostoty i uroku złożoności. Chciałbym to jednak uściślić, ponieważ zarówno prostota jak i złożoność może być dobra lub zła. Jeśli, ze względu na to jak rzeczy zostały zrobione, na pierwszy rzut oka możesz zobaczyć, że Msza jest czynnością ofiarną, w której nasz Pan i Bóg jest obecny i dostępny dla naszej adoracji, to jest to dobra prostota; coś, co jest dostrzegalne dla najmłodszego dziecka i zarazem wywołuje podziw u najstarszego uczestnika. Z drugiej strony, jeśli Msza przywodzi na myśl protestanckie studiowanie biblii połączone z serwisem komunijnym, powodem jest złe uproszczenie. Podobnie, jeśli po zanurzeniu w Mszę czujesz się lekko skołowany jej bogactwem oddziałującym na wszystkie zmysły i myśli, to jest to dobra złożoność. Ale jeśli na Mszy występuje wiele niespójnych i przeszkadzających elementów, sprawiających, że ledwo możesz się modlić i czekasz tylko na koniec, to jest to przykład złej złożoności.

Kluczem do takiego rozróżnienia jest rozważenie różnicy pomiędzy racjonalizmem, który sprowadza wszystko w dół do naszego poziomu, a mistycyzmem, który wznosi nas ku boskości. Pierwsze podejście próbuje racjonalizować rzeczywistość, aby móc ją kontrolować, próbuje zamknąć transcendentną tajemnicę w zgrabne formuły, bezustannie mówi, jak gdyby do stworzenia obrazu wieczności wystarczyło odpowiednio wiele słów. Stara liturgia rozumie to lepiej [32]: ksiądz modlący się przy ołtarzu, przede wszystkim zwracający się do Boga w imieniu wszystkich zgromadzonych; schola śpiewająca antyfony i psalmy; unoszące się kadzidło i dźwięk dzwonków; wierni śledzący mszały lub modlący się na różańcach, śpiewający Credo, albo po prostu patrzący i pozwalający swoim duszom być prowadzonymi przez obrazy, dźwięki, ruchy — wszyscy są zjednoczeni w tej złożonej prostocie i prostej złożoności świętych misteriów, które są zawsze daleko poza nami, a jednocześnie tuż obok nas i w nas, jednocześnie transcendentne i immanentne.

Wielu dzisiejszych katolików jest jednak nękanych nazbyt uproszczoną prostotą (banalność czysto ludzkich aktywności, niewykwalifikowanych i przypominających bazar) połączoną ze zbyt złożoną kompleksowością (język, szczególnie gdy stara się być zrozumiałym sam przez się, często dekoncentruje i stanowi barierę utrudniającą zrozumienie istoty rzeczy). Dlatego, paradoksalnie, współczesna praktyka liturgiczna, nadmiernie nalegając na zrozumiałość, ponownie wprowadza niezrozumiałość. Gadatliwość zagłusza Słowo; chmura niezdyscyplinowanych emocji przesłania boskie światło. [33] W przeciwieństwie do intencji deklarowanych przez reformatorów (“upraszać, upraszczać”), w praktyce złożoność nigdy nie zostaje zredukowana do ascetycznej i duchowej prostoty. Ratzinger wskazuje na istotę tego problemu:

Coraz wyraźniej możemy obserwować budzące niepokój zubożenie, które ma miejsce, kiedy ludzie pokazują pięknu drzwi i poświęcają się utylitaryzmowi. Doświadczenie uczy, że cofnięcie się do podejścia “zrozumiałe dla wszystkich”, przyjęte jako jedyne kryterium, w praktyce nie czyni liturgii bardziej zrozumiałej i bardziej otwartej, a jedynie ją zubaża. “Prosta” liturgia nie oznacza kiepskiej albo taniej liturgii: można rozróżnić prostotę banału i prostotę płynącą z duchowego, kulturowego i historycznego bogactwa. [34]

Albo, jak zauważa ojciec Mark Kirby, przeor benedyktyńskiego klasztoru Matki Boskiej z Cenacle w Irlandii:

Istnieje zimna, racjonalna i ogólnie “zbyt dojrzała” forma religii, która nie odpowiada dłużej potrzebom serca. Zimna i przeintelektualizowana, jest obca duchowi Ewangelii, ponieważ jest zbyt oderwana od rzeczy, które dzieci potrzebują i rozumieją. W przeciągu ostatnich pięćdziesięciu lat w wielu miejscach można zaobserwować wprowadzanie nowego ikonoklazmu, elitarnej religii bez ciepła, religii dla mózgu, pozostawiającej niewiele dla serca, religii ogołoconej z obrazów i wypranej ze świętych symboli, które penetrują głęboko te miejsca ludzkiej osoby, do których wykład nie może dotrzeć. [35]

Klasyczna liturgia jest prosta w swojej głębi, zawierającej kompleks słów, obrazów, gestów, pieśni i ciszy; jest prosta w sposób, w jaki żywe zwierzę jest proste, pomimo niewyobrażalnej wielości elementów, ponieważ jest jedną całością, wyraźną, organiczną jednością, spójnym ośrodkiem działania i cierpienia.

Nowa Ewangelizacja

Wszystko to może brzmieć jak teoretyczne rozważania, ale w rzeczywistość ma doniosłe praktyczne konsekwencje dla codziennego życia i misji Kościoła we współczesnym świecie. “Sposób traktowania liturgii determinuje los wiary i Kościoła”, stwierdza kardynał Ratzinger. [36] Humanizm, racjonalizm, archeologizm, utylitaryzm, modernizm i inne -izmy, na bazie których pracowali moderniści lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, wydały liturgię nieadekwatną do swojej własnej teologicznej esencji, niedorównującą swojemu ascetyczno-mistycznemu powołaniu i wyobcowaną ze swojego kulturowego dziedzictwa. Ta nowoczesna liturgia, w sposób, w jaki jest dziś powszechnie celebrowana i doświadczana, odzwierciedla i wpaja antropocentryczną wizję kultu, który jest duchowo niszczący, ponieważ odbiega od ewidentnie teocentrycznego, Chrystocentrycznego i duchowego charakteru kultu przekazanego nam przez tradycję. To z kolei będzie w dalszym ciągu osłabiało wewnętrzną spójność Kościoła, szpeciło piękno jego twarzy, uszczuplało jego doktrynalną wierność, ograniczało rozszerzanie i intensywność jego świętości i zmniejszało skuteczność jego wysiłków misyjnych. Kardynał Burke stwierdza z żalem:

Jeśli święta liturgia jest celebrowana w sposób antropocentryczny, horyzontalny, w którym nie jest dłużej oczywiste, że jest to czynność sakralna, staje się ona czynnością socjalną, która może ulegać relatywizacji, jak wszystko inne — nie ma trwałego wpływy na życie jednostek. [37]

Z drugiej strony, w miarę jak tradycyjne ryty liturgiczne i ich duchowość są przywracane i zaczynają zajmować coraz bardziej doniosłe miejsce w życiu wiernych, szkody ostatnich pięćdziesięciu lat będą mogły być odwracane, hart ducha rozwijany na nadchodzące prześladowania, a niesamowita energia ewangelizacyjna krzewiona i uwalniana. [38]

Biskup Atanazy Schneider elokwentnie wyraził prawdziwe priorytety, przed którymi Kościół dzisiaj stoi:

Tylko na bazie adoracji i oddawania Bogu czci Kościół może w odpowiedni sposób głosić słowa prawdy, to znaczy ewangelizować. Dlatego wszystko, co dotyczy liturgii, Mszy świętej, musi służyć jasnemu wyrażaniu rzeczywistości ofiary Chrystusa, to jest modlitw adoracji, dziękczynnych, ekspiacyjnych i proszalnych, które wieczny Najwyższy Kapłan przedstawia Swojemu Ojcu. Jak możemy nawracać innych, podczas gdy wśród samych głoszących nie nastąpiła jeszcze przekonująca konwersja ku Bogu, wewnętrznie ani zewnętrznie? [39]

Biskup Dominik Rey, którego cytowałem na początku tego wykładu, ujął to w ten sposób: “Chciałbym jasno dać do zrozumienia, że Nowa Ewangelizacja musi być ufundowana na wiernej i owocnej celebracji liturgii świętej, takiej, jaką otrzymaliśmy od Kościoła poprzez tradycję, zarówno wschodnią jak i zachodnią”. [40]

To, bracia i siostry, jest dobra wiadomość: Bóg, najpierw nas ukochawszy, dał nam, w rozmaitych tradycjach, optymalne sposoby odpowiedzenia Mu w miłości — czynność, którą możemy wykonać tylko przez Niego, z Nim i w Nim. To jest wielki dar świętej liturgii. To dlatego ponowne odkrycie tradycyjnej Mszy, ze wszystkimi jej unikalnymi właściwościami, jest decydujące zarówno dla reewangelizacji katolików, jak i w dzieleniu się Ewangelią z niewiernymi; dzielenie się leży w samym sercu Ewangelii, samo w sobie jest potężnym narzędziem nawracania i bez niego wpadamy w niebezpieczeństwo mówienia o Dobrej Nowinie, zamiast wtajemniczania ludzi w nią jako w żyjącą komunię z Chrystusem.

Pomyślmy o tym w ten sposób: ateista z ciekawości przychodzi do kościoła. Co tam zastanie? Czy zostanie wyrwany ze swojego samozadowolenia “szokiem piękna”? [41] Albo protestant zastanawiający się o co chodzi w katolickiej Mszy i decydujący się na pójście do kościoła w niedzielę. Czy będzie przytłoczony w konfrontacji z majestatem i tajemnicą Chrystusa w Jego świętym sanktuarium, egzystencjalnym kontaktem z czystą świętością? Z przykrością trzeba stwierdzić, że jeśli naszemu ateiście albo protestantowi zdarzy się wybrać losowy kościół katolicki, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostanie on odepchnięty przez banalność, albo zdziwiony, jak taka religia może przetrwać swoje konanie. Albo załóżmy, że podzieliliśmy się słowem prawdy z naszym sąsiadem; z Bożą pomocą na nowo rozpaliliśmy iskrę wiary w niepraktykującym katoliku, albo zaczęliśmy obiecującą przemianę w niewierzącym. Do czego docelowo ich zapraszamy? Nasza wiara to coś znacznie większego niż książka, zestaw propozycji, plan na życie albo społeczność. Chcemy, aby zaczęli oni w pełni żyć w Chrystusie, Słowie, które stało się ciałem. Chcemy, aby dostrzegli chwałę jednorodzonego Syna Ojca, pełnego łaski i prawdy; chcemy aby doświadczyli “świętych, najczystszych, nieśmiertelnych, niebańskich, życiodajnych i wspaniałych tajemnic Chrystusa”. [42] Gdzie i jak ma się to stać? Czy mamy coś prawdziwie zachwycającego, prawdziwie satysfakcjonującego, do czego możemy ich zaprosić? Coś, co może rozpalić ich serca i wznieść ich umysły ku niebu, jak nasze? Jeśli nasza liturgia nie jest taka, jaką powinna być, ewangelizacja nie ma realnego punktu końcowego w zasięgu wzroku. [43]

Dokąd nas to zaprowadzi?

Monsinior Ignacio Barreiro wypowiada się w otrzeźwiających słowach:

Tylko człowiek zakorzeniony ma przyszłość. Część problemu współczesnego człowieka wynika z odcięcia się od własnych korzeni i własnej przeszłości, nie może on dłużej projektować swojej przyszłości. Człowiek, bez odziedziczonych ram odniesienia, nie jest nawet w stanie w pełni zrozumieć teraźniejszości, w której żyje. Próba osiągnięcia wolności przez ucieczkę od jarzma tradycji na ogół skutkuje nowym zniewoleniem przez chaotyczną teraźniejszość. [44]

Ta obserwacja, jednak, niesie także pewną nadzieję, jeśli weźmiemy ją sobie do serca. “Tylko człowiek zakorzeniony ma przyszłość”: musimy odzyskać nasze korzenie, odzyskać łączność z nimi, aby zacząć przynosić więcej owoców.

Oczywiście, fakt, że liderzy Kościoła wytworzyli lub dopuścili do takiej katastrofalnej sytuacji jest bardzo niepokojący. Jednakże bylibyśmy winni wielkiej naiwności, gdybyśmy nie zwrócili uwagi na ogrom zamieszania, jakie trapiło Kościół w rozmaitych czasach na przestrzeni jego dwutysiącletniej pielgrzymki; zdrada biskupów podczas kryzysu ariańskiego, moralna degeneracja papiestwa w Ciemnych Wiekach, światowość renesansowego Rzymu, z żyjącymi po królewsku papieżami, olbrzymie błędy dokonane w czasie rewolty protestanckiej i poddanie się uwodzącej sile Oświecenia. Wszystko to są znaczące epizody w historii Kościoła, które uczą nas, jak wiele ignorancji, błędów i grzechów Bóg, w swojej nieprzeniknionej Opatrzności, może dopuścić, aby wypróbować swoich świętych. [45]

Poważne zamieszanie jest możliwe wśród wiernych, jak mogliśmy zaobserwować w słynnej scenie z Dziejów Apostolskich, kiedy św. Paweł zapytał grupę uczniów w Efezie: “czy otrzymaliście Ducha Świętego, gdy przyjęliście wiarę?” A oni odpowiedzieli: “Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje Duch Święty” [46] Oczywiście, ktokolwiek głosił im Dobrą Nowinę, nie przeprowadził katechizacji w sposób gruntowny. To samo może mieć miejsce dzisiaj: “czy otrzymaliście świętą Tradycję, gdy przyjęliście wiarę?” “Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje katolicka Tradycja — nikt nam nie powiedział. Nie wiedzieliśmy, że istniała wielka, uroczysta, rozmodlona forma mszy przed Drugim Soborem Watykańskim — nikt nam jej nigdy nie pokazał.” Rolą dzisiejszych apostołów jest przyniesienie ludziom, wierzącym i niewierzącym, wszystkich bogactw Chrystusa oraz Kościoła, prowadzącego długie i owocne życie w Chrystusie. Nie powinniśmy osądzać błądzących ani ignorantów; powinniśmy być dla nich miłosierni poprzez kochanie ich na tyle, aby troszczyć się, by usłyszeli, dotknęli, posmakowali, powąchali i zobaczyli piękno. Właściwie, jak mówi św. Augustyn, powinniśmy zacząć nasze uczynki miłosierdzia od okazania miłosierdzia sobie samemu. [47] Jesteśmy biedni i głodni, słabi, ślepi i głusi; to dla naszej korzyści Chrystus nie szczędzi poprzez swój Kościół obfitości duchowego pokarmu. Dlatego naszym obowiązkiem jest zanurzenie się w tym skarbcu i, kiedy zostaniemy wzmocnieni pokarmem królów, przyprowadzenie innych na ten sam bankiet.

Jeśli już uczestniczyłeś w tradycyjnej Mszy, poznaj liturgię lepiej. Śledź przebieg Mszy (przynajmniej czasami) w podręcznym mszaliku: jeśli chodzi o modlitwę ustną albo myślną, nigdzie nie znajdziesz nic bogatszego i bardziej wartego medytacji niż modlitwy mszalne, włącznie z tymi, które celebrans odmawia po cichu i prywatnie. Jeśli uczestniczyłeś przede wszystkim we Mszy Cichej, spróbuj znaleźć Mszę Uroczystą lub Mszę Solenną. Potrzebujemy zarówno Mszy Cichej dla jej spokoju, jak i Mszy Uroczystej dla jej glorii — wyrażają one oba aspekty pieśni aniołów: “Chwała na wysokości Bogu” (Msza Uroczysta), “a na Ziemi pokój ludziom dobrej woli” (Msza Cicha) — ale nie można zaprzeczyć, że liturgia rzymska do swojej pełni potrzebuje pełnego ceremoniału i muzycznego splendoru. Przeczytaj dobrą książkę o Mszy. Jest wielu wspaniałych, porywających i pouczających autorów, których warto czytać — Ratzinger, Guardini, Fortescue, Davies, Mosebach, Dobszay, Mahrt, Lang, Reid. Niektórzy z was zapewne wiedzą, że jestem autorem książki Odrodzenie w samym środku kryzysu: święta liturgia, tradycyjna Msza i odnowienie Kościoła, która omawia bardziej dogłębnie tematy, które zarysowałem dzisiejszego wieczora. Nie wstydź się zaprosić znajomych i rodzinę na tradycyjną Mszę, aby wprowadzić ich w ten skarb naszej wiary. Powiedz im, żeby się nie martwili, jeśli na początku nie nadążają, i że to przyjdzie z czasem. Z drugiej strony, jeśli jeszcze nie byłeś na starej mszy, albo uczęszczasz rzadko, wyświadcz sobie przysługę i zanurz się w nią.

Nowa Ewangelizacja zaczyna się od mojego i twojego nawrócenia. Jak mówi arcybiskup Alexander Sample z Portland: “Jeśli jesteśmy przemieni przez świętą liturgię, wtedy, jako wierni, możemy pomóc przemieniać kulturę”. [48] Pozwólmy sobie zasiąść w ławach szkoły starej mszy, szkoły niezliczonych świętych, aby kształtowała nasze umysły i serca, karmiła nas i przygotowywała do pracy, do której Bóg nas powołuje. Jest moją nadzieją, modlitwą i przekonaniem, że dostrzeżecie jak tradycyjna msza jest jednym z pewniejszych środków ku uczynieniu Chrystusa naszym królem i ku ponownemu rozkwitowi wiary w samym środku naszego współczesnego pustkowia.


Źródło : http://rorate-caeli.blogspot.com/2015/0 ... ville.html
Tłumaczenie: Marcin Molenda
Zdjęcie: http://www.onepeterfive.com/author/pkwasniewski/


Przypisy

[*] Podziękowania dla Dr. Joseph Shaw, Christopher Owens, Fr. Thomas Kocik i Fr. Samuel Weber, O.S.B., za komentarze do wcześniejsze wersji tego wykładu.

[1] Bardzo dobry esej na ten temat został napisany przez Dr. Tracey Rowland, “The Usus Antiquior and the New Evangelisation,” w The Sacred Liturgy: Source and Summit of the Life and Mission of the Church, ed. Alcuin Reid (San Francisco: Ignatius Press, 2014), 115–37. To wydanie zawiera szereg artykułów istotnych dla naszego tematu. Zobacz także Bishop Athanasius Schneider, “The Extraordinary Form and the New Evangelization,” in The Latin Mass, vol. 21, n. 2 (Summer 2012): 6–10; dostępne także pod adresem http://pblosser.blogspot.com/2012/10/th ... d-new.html. Zainteresowanych tematem odsyłam do mojej książki Resurgent in the Midst of Crisis: Sacred Liturgy, the Traditional Latin Mass, and Renewal in the Church (Kettering, OH: Angelico Press, 2014).

[2] Zobacz Susan Benofy, “The Day the Mass Changed,” Part 1: http://www.adoremus.org/0210Benofy.html; Part 2: http://www.adoremus.org/0310Benofy.html.
Jak dla mnie nietrafiony jest argument, że duże zmiany (msza verus populum, faktyczne porzucenie łacińskiego chorału gregoriańskiego) nie miały mandatu Drugiego Soboru Watykańskiego i nie są wymagane przez Novus Ordo Missae, który w swoich rubrykach dopuszcza celebrację w zgodzie z tradycją. Oczywisty jest fakt, że od roku 1965 modernistyczny sposób celebracji liturgii był wprowadzany przez najwyższe autorytety i narzucany wiernym bez poważnego traktowania czegoś, co papież Benedykt XVI nazwał później “hermeneutyką ciągłości” (postsynodalna ekshortacja apostolska Sacramentum Caritatis, punkt 6). Papież Paweł VI stwierdził w swojej audiencji generalnej 29 listopada 1969, że “święta” łacina i “niezrównany” chorał gregoriański zostały poświęcone na rzecz trafienia do nowoczesnego człowieka. W rezultacie liczba kościołów w poszczególnych krajach, które utrzymały łacinę i chorał gregoriański w rycie Novus Ordo spadła niemal do zera. Na przestrzeni dekad sposób celebracji nowej mszy zubożał, zerwał z kontynuacją i uległ wielu nadużyciom. Msze Uroczyste w rycie Novus Ordo w oratoriach w Londynie, Toronto czy Wiedniu należą do chlubnych wyjątków potwierdzających regułę. Tak niestety od długiego czasu wygląda rzeczywistość, i tak będzie wyglądała, dopóki ruchy tradycyjne nie zdobędą przewagi liczebnej (co z punktu widzenia demografii nie jest niemożliwe w dłuższej perspektywie), albo na Stolicy Piotrowej nie zasiądzie papież chętny reformom, albo obie te rzeczy jednocześnie.

[3] Dla stanu na rok 2013 zobacz: http://reginamag.com/update-latin-mass-america-today (accessed August 19, 2015).

[4] Ponadto przypadkowe świadectwa jak również faktyczne badania sugerują, że proporcja mężczyzn i kobiet w tradycyjnych wspólnotach jest bardziej zrównoważona, niż w regularnych wspólnotach parafialnych, gdzie kobiety wyraźnie przeważają. Więcej informacji: FIUV Position Paper 26, “The Extraordinary Form and the Evangelisation of Men,” and resources available at the weblog of Dr. Joseph Shaw, President of the Latin Mass Society of England and Wales.

[5] List do biskupów, 7 Lipiec 2007. Kardynł Antonio Cañizares Llovera, kiedy był jeszcze prefektem Kongregacji Kultu Bożego, pisał w podobnym tonie w 2013:
“Motu proprio stworzyło także fenomen, który dla wielu jest zadziwiający i jest prawdziwym ‘znakiem czasów’: zainteresowanie nadzwyczajną formą wzrasta, szczególnie wśród młodych, którzy nigdy nie doświadczyli jej jako formy zwyczajnej i to pokazuje głód “języków”, które nie są tylko “większą ilością tego samego”, a także wzywa nas do nowych i dla wielu proboszczów niespodziewanych horyzontów. Udostępnienie liturgicznego bogactwa Kościoła dla wszystkich wiernych umożliwiło odkrycie wszystkich skarbów i dziedzictwa dla tych, którzy nawet o nich nie wiedzieli — wśród nich ta liturgiczna forma wzbudza wiele kapłańskich i religijnych powołań na całym świecie.

[6] Moja odpowiedź na znane zastrzeżenie, że reforma liturgiczna Pawła VI przyniesie nową wiosnę tylko jeśli będzie “prawidłowo zaimplementowana” jest zawarta w przypisie 2.

[7] Biskup Dominique Rey, “Introduction,” in Reid, Sacred Liturgy: Source and Summit, 15–16. Francis Altiere podaje elegancką jednozdaniową definicję ewangelizacji: “Ewangelizacja znaczy pomaganie praktykującym katolikom wzrastać w świętości; pomaga niepraktykującym katolikom powrócić do życia sakramentalnego; pomaga nie-katolikom stać się katolikami” (Mass of the Ages, issue 185 [Autumn 2015], 10).

[8] Więcej przykładów: Carl Wolk, “The Flight to Eternal Rome and the Mass of the Revolution,” OnePeterFive, June 11, 2015; James Kalb, “What the Traditional Mass Means to Me,” Crisis Magazine, December 4, 2014; “Finding What Should Never Have Been Lost: Priests and the Extraordinary Form,” The Catholic World Report, August 19, 2014; Anne M. Larson, ed., Love in the Ruins: Modern Catholics in Search of the Ancient Faith (Kansas City: Angelus Press, 2009). It is a fertile field for research if someone is looking to identify subjective or experiential factors in the resurgence of the traditional Latin Mass.

[9] Mass of the Ages, issue 185, 9.

[10] Mass of the Ages, issue 182 (Winter 2014), 8. Philip Dillon.

[11] “An Atheist’s Conversion to Catholicism, the Traditional Liturgy, and Young Adults” (accessed August 20, 2015), napisane pod pseudonimem Zita Mirzakhani.

[12] Emily Stimpson, “Singing for God,” Franciscan Way, Summer 2015, p. 5.

[13] Mass of Ages, issue 185 (Autumn 2015), p. 11.

[14] Mass of the Ages, issue 180 (Summer 2014), p. 8. Timothy Whitebloom.

[15] Mass of the Ages, issue 183 (Spring 2015), 7. J. Mackenzie, konwertyta z anglikanizmu

[16] Zwróć uwagę jak to się ma do tego co jest najbardziej potrzebne, najbardziej zaniedbane a nawet najbardziej wyśmiewane w dzisiejszych czasach.

[17] Co mam na myśli: woda zmywa brud z ciała; dlatego chrzest, który zmywa grzech z duszy jest dokonany przy pomocy wody, i ta woda, razem ze słowami, prawdziwie oczyszcza duszę. Podobnie, chleb i wino odżywiają ciało, dlatego Eucharystia, która odżywia duszę jest nam dana pod postaciami chleba i wina. W języku scholastyki mówimy, że sakrament skutkuje tym, co oznacza.

[18] Aidan Nichols, O.P., Looking at the Liturgy: A Critical View of Its Contemporary Form (San Francisco: Ignatius Press, 1996), esp. ch. 2, “The Importance of Ritual,” 49–86.

[19] Jak powiedział św. Augustyn: “Si comprehendis, non est Deus” (Kazanie 117, PL 38:663)—“Jeśli możesz pojąc to swoim umysłem, to nie jest Bóg”

[20] Wyznania, tłum. Frank Sheed, ed. Michael P. Foley (Indianapolis: Hackett, 2006), Bk. 10, ch. 27, p. 210.

[21] “Gęstość” jest zapożyczona od C. S. Lewisa, który przeciwstawił sobie “gęste” i “klarowne” religie i argumentował, że prawdziwa religia musi zawierać obie właściwości, zobacz: “Christian Apologetics,” in God in the Dock: Essays on Theology and Religion, ed. Walter Hooper (Grand Rapids: William B. Eerdmans, 1970), 101–3. For further discussion, see Thomas Storck, “Catholicism: The Perfection of Religion,” in Homiletic & Pastoral Review, 99.11–12 (August/September 1999): 7–12

[22] Ta wewnętrzna odpowiedź jest podstawowym elementem aktywnego uczestnictwa. Jeśli wewnętrzna odpowiedź jest obecna, nie wymaga ona zewnętrznego wyrazu, jednak często będzie odnosiła z niego korzyść. Jeśli brak wewnętrznej odpowiedzi, żadne zewnętrzne akcje nie mogą jej zastąpić.

[23] Jest to ćwiczenie dla ćwiczenia, raczej niż ćwiczenie dla powodowania konkretnego efektu.

[24] Joseph Ratzinger, The Spirit of the Liturgy, trans. John Saward (San Francisco: Ignatius Press, 2000), 22–23.

[25] Przypomina mi to konwersację z ojcem Louisem Bouyerem, który powiedział, że nigdy nie użyłby drugiej Modlitwy Eucharystycznej, a zapytany dlaczego odparł: “Bo ją napisałem!”

[26] Stara msza nie jest mszą św. Grzegorza Wielkiego, św. Piusa V albo św. Jana XXIII w taki sposób w jaki nowa msza jest mszą Pawła VI. Co więcej, nigdy dotychczas w Kościele nie było czasu, kiedy liturgia byłaby rozczłonkowana na elementy, które są opracowywane w podkomisjach a następnie złączone w całość w sposób pokazujący szwy.

[27] Z przyjemnością uznaję mój dług wobec Romano Guardiniego za jego mistrzowskie potraktowanie metafizyczno-psychologicznego aspektu języka symboli; zobacz Sacred Signs, trans. Grace Branham (St. Louis: Pio Decimo Press, 1956; available in reprinted form here).

[28] Józef Ratzinger skomentował to w ten sposób: Jeśli liturgia zaczyna jawić się przede wszystkim jako warsztat naszej aktywności, wtedy to, co najważniejsze zostaje zapomniane: Bóg. W liturgii nie chodzi o nas, ale o Boga. Zapomnienie o Bogu jest nadchodzącym niebezpieczeństwem naszych czasów. Sprzeciwiając się temu liturgia powinna ustanawiać znak obecności Boga (Preface to Alcuin Reid, The Organic Development of the Liturgy, 2nd ed. [San Francisco: Ignatius Press, 2005], 13). Jednowymiarowe teksty i ceremonie wyrażają coś co wygląda na powierzchowny przekaz (czasem jest powierzchowny, czasem nie, ale to sposób komunikacji ma decydujące znaczenie: “medium jest przekazem”). Naturalną reakcją człowieka na powierzchowność w istotnej kwestii jest próba dodania większej ilości znaczenia, uczuć, powagi. To dokładnie w takich wrogich środowiskach znajdujemy inwazję obcych praktyk, takich jak chroniczna improwizacja, świeckie czytania, liturgiczne tańce, rockowa lub popowa muzyka, specjalne światła, ekrany video i pseudo symbole (np. ślubna ceremonia piasku). Żadne z tych “ulepszeń” nie byłoby potrzebne, gdyby liturgia robiła to, co do niej należy, tak, aby uczestnicy byli przywiedzeni przed oblicze Boga.

[29] Jestem, oczywiście świadomy, że szaty, jak inne elementu używane w liturgii, miały dość skromne i utylitarne korzenie w pierwotnym Kościele i że punkt widzenia, który wyraziłem jest zdecydowanie średniowieczny, a nawet barokowy. Jednakże, ponieważ akceptuję bez sprzeciwu zasadę organicznego rozwoju, zgodnie z którą liturgia jest wzbogacana na przestrzeni wieków, tak jak sam Kościół, i pod natchnieniem Ducha Świętego internalizuje i coraz lepiej rozumie duchowe znaczenie świętych tajemnic, uważam za błąd, a nawet za herezję sugestię, jakoby powinniśmy wziąć mgliste wyobrażenia starożytnego chrześcijaństwa z czasów podziemnej, prześladowanej wspólnoty, jako normatywny wzorzec dla współczesnego Kościoła. Ten błąd został słusznie nazwany przez papieża Piusa XII archeologizmem, jednak architekci reformy liturgiczne notorycznie odnosili się do tej zasady, jak również do źle pojmowanych wymogów ekumenizmu aby usprawiedliwić najbardziej oburzające akty wandalizmu.

[30] św. Tomasz z Akwinu, Adoro te devote.

[31] Oczywiście historycznie najświętsza ofiara mszy nie była dostępna dla osób z zewnątrz, ani nawet dla katechumenów, tylko dla wtajemniczonych: to była kulminacja tego co chrześcijanie robili, nie pierwsza rzecz, którą robili — święty ryt strzeżony jak największa tajemnica. Wraz z postępującą chrystianizacją Europy, coraz bardziej publiczna celebracja liturgii była nieunikniona, a od czasów rewolucji protestanckiej mogła funkcjonować jako istotna zachęta do nawrócenia, jak przypomina papież Benedykt XVI.

[32] Istotnie, papież Paweł VI wydawał się był wiedzieć lepiej; w swojej ekshortacji apostolskiej Evangelii Nuntiandi pisze w następujący sposób: “Wszyscy jesteśmy świadomi, że współczesny człowiek jest przepełniony słowami; często jest zmęczony słuchaniem i co gorsza, nieczuły na słowa. Jesteśmy także świadomi, że psychologowie i socjologowie wyrażają pogląd, jakoby współczesny człowiek wyszedł poza cywilizację słowa, które jest teraz nieefektywne i bezużyteczne i że żyje on dzisiaj w cywilizacji obrazu.” To zostało powiedziane w 1975, pięć lat po wprowadzeniu rytu, którego gadatliwa dydaktyka i wyeliminowanie większości niewerbalnych symboli są dziś równie boleśnie przestarzałe jak architektura tamtego okresu.

[33] T. S. Eliot’s Four Quartets, ‘East Coker,’ V (accessed at http://oedipa.tripod.com/eliot-2.html, September 2, 2015); for “deifying light,” see the Holy Rule of St. Benedict, Prologue: “Let us open our eyes to the deifying light.”

[34] The Ratzinger Report, trans. Salvator Attansio and Graham Harrison (San Francisco: Ignatius Press, 1985), 128.

[35] Dom Mark Daniel Kirby, O.S.B., Vultus Christi weblog, May 21, 2008 (http://vultus.stblogs.org/2008/05/evviv ... -rita.html, accessed August 24, 2015).

[36] Joseph Ratzinger, A New Song for the Lord, trans. Martha M. Matesich (New York: Crossroad, 1997), ix; my translation, which is from Bp. Athanasius Schneider’s talk “The Extraordinary Form and the New Evangelization,” differs slightly from Matesich’s.

[37] “The Wanderer Interviews His Eminence Raymond Cardinal Burke,” Don Fier, February 2, 2015 (accessed August 20, 2015).

[38] Nie powiedziałbym, że nowoczesny Ryt Rzymski, albo jakiś rodzaj “reformy reformy” nie może mieć udziały w tym procesie skruchy i restauracji, ale jestem przekonany, że nie będzie to wiodąca rola.

[39] Schneider, “The Extraordinary Form and the New Evangelization.”

[40] “Introduction,” in Reid, Sacred Liturgy: Source and Summit, 15–16.

[41] Zobacz Pope Benedict XVI’s Address to Artists, November 21, 2009.

[42] Liturgia św. Jana Chryzostoma

[43] Jest to dobrze oddane w Propozycji 35 Finalnej Listy Propozycji z XIII Zwyczajnego Zgromadzenia Synodu Biskupów: “Godna celebracja świętej liturgii, najcenniejszego daru od Boga dla nas, jest źródłem i najwyższym wyrazem naszego życia w Chrystusie (Sacrosanctum concilium, 10). Dlatego jest ona podstawowym in najsilniejszym środkiem wyrazu nowej ewangelizacji. Bóg pragnie zamanifestować nieporównywalne piękno Jego niezmierzonej i nieodwołalnej miłości do nas za pośrednictwem świętej liturgii, a my pragniemy użyć wszystkiego co tylko dostępne dla wyrażenia adekwatnej odpowiedzi na ten dar.”

[44] Msgr. Ignacio Barreiro Carámbula, “Sacred Liturgy and the Defense of Human Life,” in Reid, Sacred Liturgy: Source and Summit, 384.

[45] H. J. A. Sire, Phoenix from the Ashes: The Making, Unmaking, and Restoration of Catholic Tradition (Kettering, OH: Angelico Press, 2015).

[46] Zobacz Dz 19:1–7.

[47] Zobacz City of God, Bk. 10, ch. 6; Sermon 106 on Luke 11:39, n. 4.

[48] “Bishop Sample: ‘Transformed by the Liturgy, Transforming the Culture,’” Anna Abbott, National Catholic Register, March 8, 2013 (accessed August 24, 2015).

Dodane przez: Marcin Gola

http://www.unacum.pl/2015/11/stara-msza ... ja-po.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 14 lut 2016, 19:44 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Czy chodzenie na Mszę trydencką nie jest sprzeciwem wobec reform Soboru Watykańskiego II?


_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 22 lut 2016, 09:55 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Św. Ojciec Pio – Obrońca Mszy Trydenckiej, antymodernista
Aktualizacja: 2007-12-26 1:26 pm

Nie miał nic wspólnego z „posoborowym” duchem „odnowy” w Kościele. Do końca swoich dni odprawiał Mszę Trydencką (tzw. Mszę „przedsoborową”), o co prosił władze Kościelne. Ostro krytykował dostosowywanie życia zakonnego do tak zwanych wymogów współczesnego świata (aggiornamento). Wymagał surowej obyczajowości. W głębokiej duchowości świętego Ojca Pio (1887-1968) nie było krzty popularnego dzisiaj charyzmatyzmu na modłę Odnowy w Duchu Świętym, Taize czy też innych wspólnot zapożyczonych z protestantyzmu lub judaizmu.

Niektórzy mówią, że osoba padre Pio zamyka, aż do dzisiejszego dnia, czas wielkich świętych Kościoła katolickiego. Warto przypomnieć jego życie i miłość do Mszy świętej, którą uwolnił na nowo Benedykt XVI w Mottu Proprio “Summorum Pontificum”, które z kolei weszło w życie 14 września tego roku.

Padre Pio z książek

Skromny kapucyński zakonnik przeszedł do historii głównie dzięki nadprzyrodzonym znakom i cudom, które towarzyszyły jego życiu. Nic w tym dziwnego. Jednak nie każdy jest chętny lub gotowy, aby odkrywać u o. Pio istotę jego życia, którą było zupełne duchowe zjednoczenie z ukrzyżowanym Jezusem Chrystusem oraz głęboka świadomość małości człowieka i wielkości Stwórcy. „Bóg zerwał zasłonę (…) widzę siebie tak oszpeconego, że nawet moje odzienie odczuwa odrazę z powodu mego brudu” – pisał zakonnik. Lektura czterech tomów jego dzienników duchowych, dostarcza nam obraz świata wewnętrznego, który pełen był walki, wysiłków wiary, czarnych nocy ducha, dylematów… pisze to stygmatyk, wizjoner, człowiek, który miał dar bilokacji, a nawet wskrzeszania zmarłych!

Zwolennik Mszy Trydenckiej

W trakcie trwania obrad Soboru Watykańskiego II, w lutym 1965 roku, poinformowano o. Pio, że będzie odprawiać Mszę Świętą zgodnie z nowym rytem ad experimentum, w języku narodowym, z wytycznymi soborowej komisji liturgicznej mającymi na celu odpowiedzenie na potrzeby współczesnego człowieka. O. Pio nie zapłonął wizją „reformowania” Mszy, która wydała tylu świętych. Nie widział też być może potrzeby „dostrajania” do nowych czasów kanonizowanego przez św. Piusa V rytu mszalnego. Zanim jeszcze zobaczył tekst rytuału nowej Mszy (!!!), napisał do papieża Pawła VI prośbę o dyspensę od tego liturgicznego eksperymentu. Odpowiednią zgodę przywiózł mu osobiście Antoni kardynał Bacci. O. Pio pozwolił sobie wtedy na mocne słowa skierowane w stronę papieskiego wysłannika: „Na miłość boską, szybko zakończcie ten Sobór!”. Kardynał Bacci doskonale rozumiał słowa zakonnika oraz jego troskę o zachowanie starej Mszy. Ten właśnie purpurant wraz z Alfredo kardynałem Ottavianim (prefektem Świętego Oficjum) napisali szczegółową analizę proponowanej Mszy, która według nich przeciwstawiała się definicji Mszy ustanowionej przez sobór Trydencki oraz cechowała się ewidentnym sprotestantyzowaniem Najświętszej Ofiary. Również duża część ojców soborowych na czele z abp Marcelem Lefebvre myślała podobnie. Mało tego, nowy ryt został odrzucony w tajnym głosowaniu przez większość biskupów. Jednak potem wprowadzono go z kosmetycznymi zmianami nie pytając o zdanie nikogo. Może w tym kontekście warto wziąć pod uwagę zwierzenie o. Pio jednemu ze swoich współbraci: „W tych czasach ciemności, módlmy się. Czyńmy pokutę za naszego elekta”.

Warto dodać, że głównym architektem nowej Mszy był nie kto inny jak abp Annibale Bugnini, którego korespondencja z lożą masońską wyszła na jaw, a sam Bugnini został przez Pawła VI usunięty w cień. Okazało się, że abp Bugnini sam był wolnomularzem, i to bardzo gorliwym. W swoich listach Bugnini opisuje, jak zniszczył Mszę Świętą, wprowadzając nowy ryt. Sprawę tę opisał w Polsce m.in. ks. prof. Michał Poradowski.

O. Pio – katolicka liturgia

O. Pio traktował Mszę jako Najświętszą Ofiarę Pana Jezusa. Msza była dla niego realnym uczestnictwem w wydarzeniach z Góry Kalwarii. Dlatego padre Pio był skupiony, poważny, rozmodlony i przejęty cudem, który wydarza się podczas sprawowania Tajemnicy Ciała i Krwi Pańskiej. Brak wiary lub po prostu wiedzy o tym, czym jest Msza doprowadziła dzisiaj do sprotestantyzowania rytu Najświętszej Ofiary, do wprowadzenia gitar, dziecinnych piosenek, opowiadania humoresek z ambony itd. Twórcy Mszy „posoborowej” mówili, że dotychczasowy ryt jest sztywny i niezrozumiały. Zanim jednak te zarzuty pojawiły się na forum reformatorów liturgicznych, o. Pio wyjaśniał, że mszał potrzebny jest tylko kapłanowi, a dla wiernych najlepszą formą udziału w Świętej Ofierze jest zjednoczenie z Bolesną Matką u stóp Krzyża, we współczuciu i miłości. o. Pio bardzo dbał, aby wśród wiernych podczas Mszy był porządek i spokój. Jeżeli ktoś stał, nawet z uwagi na brak miejsca w ławkach, o. Pio stanowczo nakazywał uklęknięcie, aby godnie uczestniczył w Mszy Świętej. Czy możemy sobie wyobrazić, co zrobiłby, gdyby przyszło mu patrzeć jak dzisiaj po beztroskiej liturgii, w atmosferze brzdąkaniny młodzieżowych piosenek religijnych wierni przyjmują Komunie Święta na rękę!? Kolejny stygmat pojawiłby się na jego sercu.

Posoborowa „odnowa” zakonna

Na temat reakcji o. Pio na posoborowe zmiany w zakonie warto zacytować wyrazisty cytat z książki o zakonniku, która nota bene posiada imprimatur:

„W roku 1966 Ojciec Generał przybył do Rzymu jeszcze przed specjalna Kapitułą na temat Konstytucji, prosząc Ojca Pio o modlitwę i błogosławieństwo. Spotkał się on z Ocem Pio w klasztorze: «Ojcze, przybyłem polecić twoim modlitwom specjalna Kapitułę na temat nowych Konstytucji…» Ledwie usłyszał te słowa «specjalna Kapituła» i «nowe Konstytucje» z jego ust, Ojciec Pio uczynił gwałtowny gest i wykrzyknął «to nic innego jak destrukcyjny nonsens». «Ależ Ojcze, mimo wszystko trzeba wziąć pod uwagę młodsze pokolenie… młodzi ewoluują wraz z nowym stylem życia… są nowe potrzeby…». «Jedyne rzeczy, których brakuje, to rozum i serce, to wszystko, zrozumienie i miłość». Wówczas poszedł do swojej celi, obrócił się i wskazując palcem powiedział: «Nie wolno nam się wynaturzać! Na Sądzie Bożym św. Franciszek nie pozna swoich synów!»”.

Rok później zaczęto przystosowywać kapucynów do ducha czasów (aggiornamento). Zresztą podobny los spotkał w różnej mierze wszystkie bez wyjątku zakony katolickie. Kiedy doradcy Generała zakonu rozmawiali z nim o problemach Zgromadzenia, o. Pio wykrzyknął: „Po coście przybyli do Rzymu? Co knujecie? Czyż chcecie zmienić nawet Regułę św. Franciszka?” Generał odpowiedział: „Ojcze, proponujemy zmiany, ponieważ młodzi nie chcą słyszeć o tonsurze, habitach i bosych stopach…”. „Wygnajcie ich! Wygnajcie ich! Cóż można o nich powiedzieć? Czy są to ci, którzy biorą za wzór św. Franciszka, przywdziewając habit i naśladując jego drogę życia, czy też to nie św. Franciszek daje im ten wielki dar?” Widać tu włoski temperament zakonnika, ale też jego trzeźwą obserwację zmian, które rujnowały i rujnują Kościół w imię soboru, nowoczesności… modernizmu.

O. Pio – duchowość katolicka

Duchowość o. Pio była duchowością katolicką. Jakby to powiedzieli współcześni „duchacze” (charyzmatycy) była pozbawiona radości, zamknięta w zaklęte formuły i formy oraz wyzuta z luzu. Święty kapucyn zemdlałby, gdyby zobaczył stada salezjańskich pielgrzymek peregrynujących do Częstochowy z piosenkami na ustach w rodzaju: „Pokochaj Jezusa – on czuje bluesa”. O. Pio nie lekceważył uczuć, ale wiedział, że te jednego dnia są, drugiego zaś ich nie ma. Nie sposób odszukać tego aspektu w tzw. nowej ewangelizacji, gdzie wszyscy stawiają na spontaniczność, uczucia religijne i ciekawe przeżycia wewnętrzne. To wszystko jednak, bez fundamentu wiary, jej znajomości, stoi na glinianych nogach.. O. Pio pisał, że „im bardziej ktoś kocha Boga, tym mniej to odczuwa”.

Padre Pio zaś posiekałby się za najmniejszy artykuł wiary. Sam dostrzegał zagrożenie płynące na początku XX wieku ze strony modernizmu w filozofii i teologii. Między innymi dlatego wielką estymą darzył św. Piusa X, papieża, który zmierzył się z nowinkarstwem w Kościele. Sam zakonnik czuł jak doktryna katolicka w jego duszy jest atakowana przez niekatolicki światopogląd: „Bluźnierstwa nieustająco przeszywają mój umysł, a nawet bardziej jeszcze fałszywe koncepcje, idee niedowierzania i niewiary. Czuję, że moja dusza jest przebita w każdym aspekcie mego życia – to mnie zabiaj… Moją wiarę podtrzymuje tylko ciągły wysiłek woli przeciwny każdemu rodzajowi ludzkiej perswazji. (…) jakże trudno jest wierzyć!”

Nieskromny ubiór kobiet

„Niech wystrzegają się wszelkiej próżności w ubiorze, ponieważ Pan pozwala duszom upadać z powodu takiej próżności. Kobiety, które szukają próżnej chwały w ubiorach, nie mogą nigdy przyodziać się sposobem życia Jezusa Chrystusa i tracą wszelką ozdobę duszy zaledwie ten bożek wejdzie do ich serc. Ich ubiór jak chce święty Paweł niech będzie odpowiednio i skromnie ozdobiony (…)” – pisał święty O. Pio.Nie tolerował nieskromnych strojów: sukni z głębokim dekoltem, krótkich, obcisłych spódnic. Swoim duchowym córkom zakazał nosić także ubrań z przejrzystych materiałów. Z biegiem lat jego surowość wzrastała. Z uporem odsyłał od konfesjonału niewiasty, które uznał za nieskromnie ubrane. Niekiedy zdarzało się, że z bardzo długiej kolejki penitentów wysłuchał zaledwie kilku spowiedzi. Jego współbracia z niepokojem obserwowali te „czystki” i zdecydowali o umieszczeniu na drzwiach kościoła dużego napisu: „Na wyraźne życzenie o. Pio niewiasty muszą przystępować do spowiedzi w spódnicach sięgających co najmniej 20 cm poniżej kolan. Zakazane jest pożyczanie dłuższych spódnic na czas spowiedzi.” Z kolei sam o. Pio kazał przed wejściem do kościoła zawiesić taka inskrypcję: „Zabrania się wstępu mężczyznom z obnażonymi ramionami i w krótkich spodniach. Zabrania się wstępu kobietom w spodniach, bez welonu na głowie, w krótkich strojach, z dużym dekoltem, bez pończoch lub w inny sposób nieskromnie ubranym.”

***

Ojciec Pio był antymodernistą, ponieważ był katolikiem. Po ogłoszeniu przez Benedykta XVI Motu Proprio “Summorum Pontificum”, które uwolniło Msze świętą w tradycyjnym rycie należy spodziewać się licznych błogosławieństw dla życia Kościoła. 14 września możliwość prawie nieskrępowanego uczestnictwa we Mszy trydenckiej stała się rzeczywistością. Dokument papieski wszedł w życie. Oby ta szansa została wykorzystana i posłużyła do głębszej refleksji nad stanem naszej Matki, Kościoła Świętego oraz aby ta Msza, która wydała tylu świętych, przerabiała nas, „zwykłych zjadaczy chleba”, w anioły.

Robert Wit Wyrostkiewicz
wyrostkiewicz@prawy.pl

Artykuł został opublikowany na łamach tygodnika “Najwyższy Czas!”

http://www.bibula.com/?p=1515

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 12 cze 2016, 08:51 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Mszał Rzymski ogłoszony przez Pawła VI jest zwyczajnym wyrazem zasady modlitwy (Lex orandi) Kościoła katolickiego obrządku łacińskiego. Jednakże, Mszał Rzymski ogłoszony przez św. Piusa V i wydany po raz kolejny przez bł. Jana XXIII powinien być uznawany za nadzwyczajny wyraz tej samej zasady modlitwy (Lex orandi) i musi być odpowiednio uznany ze względu na czcigodny i starożytny zwyczaj. (...) Jest przeto dozwolone odprawiać Ofiarę Mszy zgodnie z edycją typiczną Mszału Rzymskiego ogłoszoną przez bł. Jana XXIII w 1962r. i nigdy nie odwołaną, jako nadzwyczajną formą Liturgii Kościoła.

List Apostolski Motu proprio Benedykta XVI Summorum Pontificum

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 13 sie 2016, 14:07 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Konsekwencja

Obrazek

I powiedzmy tylko tyle, że kto nie zamknął się na głos Bożej prawdy, rozbrzmiewający w Tradycji na przestrzeni wieków Kościoła Katolickiego, ten już pozostaje wierny Mszy Świętej w tradycyjnym rycie rzymskim. Choćby trzeba było dojeżdżać w każdą niedzielę 200 kilometrów.

– – –

treści katolickie:
sacerdoshyacinthus.com
verbumcatholicum.com
twitter.com/SacHyacinthus

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 16 wrz 2016, 15:42 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Artyści na tradycyjnej Mszy Świętej

Dokładnie dwa lata temu publikowałem. Powtórzę:
Dzisiaj dzielę się piękną wiadomością usłyszaną w kręgach artystycznych. Otóż niektórzy artyści zagraniczni przyjeżdżając, aby koncertować w tej czy innej filharmonii w Polsce, dopytują się o możliwość wysłuchania tradycyjnej Mszy Świętej. Niektóre miasta i miejscowości w naszej Ojczyźnie taką możliwość zapewniają.

Idealna harmonia prawdy, dobra i piękna – oto co charakteryzuje tradycyjną Mszę Świętą. Piękno i harmonia tradycyjnej celebracji współgrają ze świętością Pana Boga, któremu Kościół oddaje doskonały kult, celebrując tradycyjną liturgię. Wspólnota języka Kościoła – języka, którym Kościół posługiwał się przez wieki – jest wielkim dobrem dla rzymskich katolików na całym świecie. Chodzi jednak o coś nieskończenie więcej niż tylko o kwestię języka i o kategorie estetyczne.

Taka dobra wiadomość z kręgów artystycznych.

verbumcatholicum.com

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 18 wrz 2016, 20:01 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Intencja modlitewna

Intencja modlitewna nagląca jest taka, abyśmy się – zwłaszcza w najbliższym tygodniu – mocno Matce Bożej napraszali, aby w duchowej stolicy Polski została wznowiona regularna celebracja tradycyjnej Mszy Świętej.
Kto może – jedno Zdrowaś Maryjo z wiarą.
Kto może – Różaniec, choćby i cały.
Przyłóżmy się wielkodusznie, bo sprawa najświętsza!

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 02 lis 2016, 08:48 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Brawo kardynale Sarah ! Jesteś wielki !


Coś ty Kościołowi uczynił, kardynale?

Obrazek

Kiedy kardynał Robert Sarah wygłaszał swe przemówienie podczas konferencji Sacra Liturgia, zgromadzeni na sali nie dowierzali własnym uszom. Wszak słowa, które słyszeli, padły z ust wysokiego dostojnika Watykanu, a nie kogoś z grona organizatorów niszowej, jak by nie było, konferencji. Owszem, we własnym gronie niejednokrotnie starali się zachęcać duchownych do przywrócenia liturgii piękna i powagi, ale Stolica Apostolska do tej pory pozostawała głucha na ich wołanie. Czyżby więc sytuacja uległa zmianie? Skoro sam prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, czyli jedna z najważniejszych osób w Kościele, przemawia ich językiem, może rzeczywiście oznacza to dla liturgii nadejście lepszych czasów?

Co takiego powiedział gwinejski duchowny?

Zauważył, że cześć dla Chrystusa ukrytego w sakramencie Eucharystii radykalnie zmalała. Co więcej, zaprzeczył, jakoby przymus odprawiania Mszy Świętej w całości w językach narodowych i „przodem do wiernych” stanowił posoborową oczywistość – jak próbują sugerować liczni obrońcy liturgicznego dziadostwa.

Kardynał przypomniał także, iż to nie człowiek, choćby najbardziej pobożny, ale Bóg znajduje się w centrum liturgii! Nie ksiądz, któremu zdaje się, że zamieniając Eucharystię w show, staje się gwiazdą niedzieli!

Prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów mocno też podkreślił, że nie powinno się wszczepiać do liturgii żadnych nowych elementów wynikających z uwarunkowań kulturowych. W ustach Afrykańczyka musiało brzmieć to szczególnie dobitnie.

Nie mniejszy jednak nacisk położył hierarcha z Czarnego Lądu na fakt, iż dokonywane pod każdą szerokością geograficzną liturgiczne aberracje nie wynikają z samego Soboru Watykańskiego II, lecz z fałszywej interpretacji jego dokumentów.

Na koniec zaś kardynał Sarah zaapelował do swych braci w biskupstwie o uczynienie wszystkiego, aby w ich diecezjach liturgię znów odprawiano godnie. Przeszedł nawet do konkretów – zaproponował bowiem, by przeprowadzić szczery rachunek sumienia i już od najbliższego Adwentu zacząć odprawiać Mszę Świętą przodem do Pana Boga.

Uczestnicy konferencji Sacra Liturgia przyjęli te słowa owacyjnie. Zdawało im się, że oto na ich oczach upadają wreszcie modernistyczne mity!

Tymczasem informacja o historycznym przemówieniu z prędkością błyskawicy obiegła cały katolicki świat. I równie szybko nadeszła kontra – brutalna, zdecydowana i niecierpiąca sprzeciwu. Katolickie media od Waszyngtonu do Pretorii zaczęły się prześcigać w argumentach przeciwko tezom najważniejszego po papieżu decydenta w sprawach Świętej Liturgii. Pojawiły się zgryźliwe, uszczypliwe i cyniczne komentarze, nie zabrakło też ataków personalnych.

Stoję przodem do Boga podczas podniesienia, po co mam stać tyłem do kogokolwiek? – kpili postępowi kapłani, a ich koledzy z mediów „Kościoła otwartego” próbowali nawet deprecjonować zdolności intelektualne kardynała. Jeden z polskich księży odważył się wręcz zasugerować, że kardynał ze względu na podeszły wiek chce po prostu cokolwiek w Kościele zmienić, by coś po sobie zostawić (sic!).

Po kilku dniach ataki ucichły – zgodnie z zasadą: Roma locuta, causa finita. Ksiądz Federico Lombardi, ustępujący rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej stwierdził stanowczo, że słowa kardynała Sarah zostały źle zinterpretowane. Redaktorzy katolickich mediów na całym globie natychmiast podchwycili tę informację i nagłówki gazet, pomimo różnic językowych, uderzyły jednoznacznym komunikatem: Watykan zaprzecza – zmian w liturgii nie będzie.

Ale kto to jest Watykan? Jaką funkcję pełni w Kościele czy w samej Stolicy Apostolskiej? Co to znaczy, że wydaje jakieś sprostowanie? Nie wiadomo. Ważne, że komentatorzy odetchnęli z ulgą – nie powróci świat, w którym nie będą nic rozumieć z łacińskiej mowy księdza.

Warto się jednak zastanowić nad sytuacją odwrotną, mianowicie: gdyby któryś z wysokich watykańskich urzędników zapowiedział, że podczas Mszy Świętej wszyscy powinniśmy klaskać lub wesoło podrygiwać albo że należy w kościołach zdemontować organy, gdyż znacznie lepiej w funkcji oprawy muzycznej Mszy Świętej sprawdzą się ukulele? Bądź też gdyby wygłosił postulat, iż w celu podkreślenia wzajemnej miłości Boga i ludzi należy do krzyża przywiązać baloniki w kształcie serduszek…

Czy ci sami komentatorzy, dziś przeciwni jakimkolwiek zmianom (czyżby konserwatyści!?), zareagowaliby równie agresywnie? Bez żartów! Z pewnością usłyszelibyśmy z ich ust, że to oczekiwany przejaw wprowadzania do Kościoła radości, której tak bardzo nam dziś brakuje! A przeciwników zmian prędko okrzyknięto by mianem „twardogłowych”.

Prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów po oświadczeniu „Watykanu” zamilkł. My jednak milczeć nie możemy. Powinniśmy go wspierać modlitwą, do której być może zbyt mało się przykładaliśmy, gdy inni hierarchowie Kościoła prosili nas o wsparcie, zdając sobie sprawę, że bez niego uciekną przed wilkami…

Jeden z amerykańskich publicystów przyznał niedawno, że kościelni progresiści boją się kardynała Sarah jak ognia (Polak określiłby to trafniej – boją się go jak diabeł święconej wody). W sennych koszmarach widzą, jak Gwinejczyk zostaje kolejnym papieżem i przyjmuje imię Piusa XIII.

Czyż jednak podobne lęki mogą dziwić? Wszak duchowny z rozśpiewanej i roztańczonej Afryki nawołuje nie tylko do „reformy reformy” Mszy Świętej, ale nawet do tak anachronicznych zachowań, jak choćby przyjmowanie Chrystusa na klęczkach. A dzieje się to w czasie, w którym progresiści walczą, by Komunię Świętą mógł przyjmować każdy i w każdej sytuacji – bez względu na stan duszy czy nawet wyznawaną religię (sic!).

Krystian Kratiuk

Tekst został pierwotnie opublikowany w 52. numerze magazynu „Polonia Christiana”, we wrześniu tego roku

http://www.pch24.pl/cos-ty-kosciolowi-u ... 072,i.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 15 lis 2016, 09:24 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Tradycyjna Msza Święta wraca do nowojorskiej katedry!

Obrazek

Msza w klasycznym rycie rzymskim wraca do katedry świętego Patryka w Nowym Jorku. To pierwszy raz od 20 lat. Msza Święta odprawiona została 14 listopada. Kardynał nowojorskiej diecezji Timothy Dolan wydał pozwolenie na jej odprawienie. Organizatorzy mają nadzieję, że dzięki temu duchowni i klerycy będą mogli w niej spokojnie uczestniczyć, bez obaw o znalezienie się na cenzurowanym u swoich bardziej postępowych przełożonych.

Uroczysta Msza Wotywna na cześć Matki Bożej Miłosierdzia odprawiona została 14 listopada o 19:00 tamtejszego czasu. Organizatorami byli Rycerze Kolumba. Podkreślają oni przełomowy charakter wydarzenia.

Ostatni raz Msza w klasycznym rycie rzymskim została w nowojorskiej katedrze odprawiona w maju 1996 roku przez kardynała Alfonsa Marię Sticklera. Nadano jej uroczystą odprawę - zarówno jeśli chodzi o strój celebransa jak i muzykę. Chór odśpiewał Mszę koronacyjną Mozarta. Ówczesny arcybiskup Nowego Jorku kardynał John O'Conner ciepło przywitał zgromadzonych wiernych. Wyraził radość z ich próśb o odprawienie Mszy tradycyjnej.

Tamto wydarzenie, podobnie jak i to z 14 listopada 2016 roku zostało zorganizowane przez Rycerzy Kolumba.

Obecnie uzyskiwanie zgody na odprawianie Mszy w klasycznym rycie rzymskim jest łatwiejsze, dzięki motu proprio „Summorum Pontificum” Benedykta XVI. Zgodnie z nim księża parafialni powinni zgadzać się na prośby wiernych dotyczące celebracji w starym rycie - o ile istnieje stabilna grupa zainteresowana uczestnictwem w takich Mszach. Tradycjonaliści zauważają również, że odprawianie Liturgii według edycji Mszału Jana XXIII nigdy nie zostało zakazane.

Źródło: churchmilitant.com

mjend

http://www.pch24.pl/tradycyjna-msza-swi ... 392,i.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 13 lut 2017, 09:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://blogmedia24.pl/node/76935

Tempus Septuagesimae - Przedpoście czyli Czas Siedemdziesiątnicy
intix, ndz., 12/02/2017 - 19:04

Obrazek

„Z całego serca błagamy Twój majestat, abyś tak wygubił nasze wewnętrzne wady, jak zniszczyłeś naszego śmiertelnego wroga. Ty, który otaczasz nas opieką, nie pozwól, abyśmy jęczeli w niewoli wewnętrznej. Spraw, abyśmy zawsze unikali zła i miłowali wszystko co, sprawiedliwe. [Ze starej prefacji]

Obchód Zmartwychwstania Pańskiego, które jest główną uroczystością roku kościelnego, poprzedza długie, trójstopniowe przygotowanie: Przedpoście, Wielki Post i Okres Męki Pańskiej.
Liturgia Przedpościa ukształtowała się za czasów św. Grzegorza Wielkiego († 604) już po ustaleniu się Wielkiego Postu. Stanowi ono rodzaj przedsionka do okresu pokuty. Niedziele przedpościa nazywają się: Siedemdziesiątnica, Sześćdziesiątnica i Pięćdziesiątnica, gdyż wypadają w siódmym, szóstym i piątym dziesiątku dni przed Wielkanocą.
W Polsce powstały inne nazwy tych niedziel: Starozapustna, Mięsopustna i Zapustna, ponieważ dawniej w tym czasie zachowywano łagodniejszy post, odzwyczajając się stopniowo od pewnych pokarmów. W okresie Przedpościa wolno grać na organach, zakazana jest jednak gra na innych instrumentach.
Modlitwy i śpiewy niedziel Przedpościa pochodzą z przełomu VI i VII wieku, kiedy to najazdy barbarzyńców, trzęsienia ziemi i zarazy zdawały się grozić zagładą Rzymowi i kulturze chrześcijańskiej. Odzwierciedlają one doskonale stan, w jakim się znalazła ludzkość pozbawiona łaski uświęcającej. Przygniatają nas grzechy, cierpienia i smierć. W naszym ucisku zwracamy się do Zbawiciela (antyfona na wejście, kolekta, graduał, traktus). Bóg wskazuje nam drogę wyzwolenia: trzeba podbić nasze namiętności, za pomocą chrześcijańskiej ascezy trzeba dojść do panowania nad sobą (lekcja). Pan Bóg wzywa ludzi do tej pracy o różnej porze. Jak długo jesteśmy w stanie doczesnej pielgrzymki, nigdy nie jest za późno. W pracy tej wspomaga nas łaska płynąca z Ofiary Eucharystycznej.

[Mszał Rzymski w opracowaniu benedyktynów tynieckich, Poznań 1963].
http://www.liturgia.bydgoszcz.pl/news/n ... nicy-2017/


Tekst dzisiejszej Mszy (za divinumofficium.com)
http://bialystok.tradycjakatolicka.pl/t ... szej-mszy/
Obrazek



Czas Siedemdziesiątnicy
Wraz z Przedpościem rozpoczyna się okres Wielkanocny, którego centrum jest uroczystość nad uroczystościami: Święto Zmartwychwstania. Okres Bożego Narodzenia jest całkowicie zależny od okresu Wielkanocnego, bo Bóg po to zstąpił do nas, by nas podnieść ku Sobie. I to jest owo "Wielkie dzieło, które Bóg polecił wykonać swemu Synowi". Toteż Kościół, który w pierwszej części roku kościelnego ukazuje nam Bóstwo Chrystusowe, w drugiej jego części stawia nam przed oczyma to, co Pan Jezus uczynił, aby nam wysłużyć ubóstwienie i dopuścić do uczestnictwa w nim. Między Nim, a szatanem toczy się gwałtowna walka, która trwa, wzmagając się poprzez trzy okresy następujące kolejno po sobie: Przedpoście czyli Czas Siedemdziesiątnicy, Czas Wielkiego Postu i Czas Męki Pańskiej.


Przedpoście czyli czas Siedemdziesiątnicy.
(Od Siedemdziesiątnicy do Środy Popielcowej).

1. Objaśnienie dogmatyczne.
Kościół ukazuje nam głębokość upadku rodzaju ludzkiego. Stwierdzanie dogmatu grzechu pierworodnego i obraz jego smutnych następstw dają jasne wyjaśnienie chwalebnego miana "Zbawiciela". Widzimy kolejno upadek Adama - grzech pierworodny i jego zgubne następstwa (Siedemdziesiątnica), złość ludzi - grzechy uczynkowe i potop, który jest karą za nie (Sześćdziesiątnica). W końcu zaś Abraham, którego lud jako jedyny pozostanie wierny Bogu i który ofiarowując Izaaka (Pięćdziesiątnica) zapowiada w ten sposób ofiarę, której Bóg zażąda od Swego Syna pierworodnego dla odkupienia rodzaju ludzkiego.
Ewangelia o robotnikach w winnicy przypomina nam, że Odkupienie rozciąga się na wszystkie wieki (Siedemdziesiątnica), Ewangelia o siewcy, że obejmuje ono wszystkie dusze (Sześćdziesiątnica). Uzdrowienie ślepego z Jerycha, które następuje po zapowiedzi Męki, ukazuje jej dobroczynne skutki w nas (Pięćdziesiątnica).

2. Objaśnienie historyczne
Przedpoście przedstawia nam część życia publicznego Zbawiciela. Ewangelia Sześćdziesiątnicy odnosi się do drugiego roku Jego nauczania. Czytamy w niej przypowieść o siewcy, wygłoszoną nad brzegiem jeziora Genezaret w Kafarnaum. Ewangelia Siedemdziesiątnicy podaje nam przypowieść o robotnikach w winnicy, wypowiedzianą przez Chrystusa Pana w trzecim roku nauczania w Perei. Zbliża się Święto Paschy, w czasie którego Zbawiciel ma być ofiarowany. Oznajmia wtedy On Apostołom, że niebawem spełnią się przepowiednie Proroków, dotyczące Jego Męki i Śmierci. W drodze do Jeruzalem Jezus przechodzi przez Jordan i w Jerycho uzdrawia ślepego, o którym mówi Ewangelia Pięćdziesiątnicy.

3. Objaśnienie liturgiczne.
Przedpoście, czyli Czas Siedemdziesiątnicy, zaczyna się zawsze na dziewięć tygodni przed Wielkanocą i obejmuje trzy niedziele zwane: Siedemdziesiątnica - SEPTUAGESIMA (Niedziela Starozapustna), Sześćdziesiątnica - SEXAGESIMA (Niedziela Mięsopustna) i Pięćdziesiątnica - QUINQUAGESIMA (Niedziela Zapustna). Nazwy te oznaczają szereg dziesiątek wstecz od pierwszej niedzieli Wielkiego Postu, zwanego czterdziestodniowym. Święto Wielkanocy jest ruchome i może mieć miejsce między dwudziestym drugim marca a dwudziestym piątym kwietnia. Jeżeli wypada wcześniej, to Przedpoście wkracza w czas po Trzech Królach, którego kilka pozostających niedziel obchodzi się po dwudziestej trzeciej niedzieli po Zielonych Świątkach.
Czas po Siedemdziesiątnicy jest przygotowaniem do Wielkiego Postu. Chociaż w tym czasie nie ma jeszcze Postu, to jednak kolor szat liturgicznych jest już fioletowy. Jest zawieszone śpiewanie Gloria i Alleluja. Czas ten kończy się dla Świąt Bożych w Środę Popielcową, zaś dla uroczystości Świętych Pańskich granicą ostateczną jest dziesiąty marca.
Posoborowa reforma liturgiczna w 1970 r. zniosła cały okres Przedpościa.

Źródła:
- msza.net
http://msza.net/i/ok_70ca.html
- sanctus.pl
http://sanctus.pl/index.php?module=aktualnosci&id=49
- tridentina-zielonka.blogspot.com
http://tridentina-zielonka.blogspot.com ... czyli.html

intix - blog


2 komentarze

1. INTROIT (Septuagesima) • “Circumdedérunt me gémitus mortis”
intix, ndz., 12/02/2017 - 19:10

https://www.youtube.com/embed/CujNXAbVT7k

3-majmy się! - Tym Pozdrowieniem pragnę zjednoczyć, opasać całą Polską Ziemię...


2. Kazanie na Niedzielę Siedemdziesiątnicy
intix, ndz., 12/02/2017 - 19:37
Niedziela, 31 stycznia 2010



Drodzy Wierni,

W dniu dzisiejszym przypada niedziela zwana Septuagesima, co po łacinie oznacza siedemdziesiąt dni przed Zmartwychwstaniem Pańskim. Wkraczamy w okres przygotowania na przyjęcie łask płynących z wielkiej tajemnicy, czyli Męki i Śmierci Zbawiciela. Aby otrzymać łaski związane z tą tajemnicą musimy naśladować Chrystusa Pana w Jego Męce i Śmierci, aby mieć udział również w Jego Zmartwychwstaniu.

Pan Jezus mówi nam o tej łasce w czytanej w dniu dzisiejszym Ewangelii. Królestwo Niebieskie podobne jest do gospodarza, do gospodarza który wstał wcześnie rano, by nająć robotników do swojej winnicy. Domem Boga jest Niebo i ziemia, wszystkie rzeczy stworzone, ponieważ Bóg jest wszędzie. A jednak ów wszechświat stworzony został dla konkretnego celu: dla oddawania Mu chwały poprzez zbawienie dusz. To jest właśnie winnica przynosząca owoc, czyli cnotę, która nabywana zostaje za pośrednictwem ustanowionego przez Niego Kościoła. Bóg, nasz Pan, jest gospodarzem tej winnicy, gdyż to przez Niego wszystkie rzeczy zostały stworzone.

I Ewangelia mówi, że wyszedł On bardzo wcześnie rano, czyli na początku czasu, na początku Stworzenia. Wyszedł, by nająć robotników do Swojej winnicy, czyli tych, którzy pracować będą dla Jego chwały, posłuszni temu, co wypowiadamy podczas modlitwy: bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Robotnicy są najemnikami, gdyż nie pracują dla siebie, ale dla kogo innego. Podobnie ci, którzy cieszą się owocami Królestwa Niebieskiego, nie pracują dla siebie samych, ale dla Boskiego Mistrza. I jak mówi Ewangelia, Zbawiciel ugodził się ze swoimi pracownikami po denarze za dzień i posłał ich do winnicy.

Przypowieść ta mówi o dniach i godzinach, w rzeczywistości jednak odnosi się do jednego tylko dnia, dnia który obejmuje cały czas. Ów dzień, dzień który rozpoczął się wraz ze Stworzeniem a skończy Sądem Ostatecznym, składa się z wielu godzin, które wyobrażają różne rozporządzenia Boga w stosunku do ludzkości, jak mówi wielki Doktor Kościoła papież Grzegorz. Dlatego przypowieść ta odnosi się do różnych pokoleń pracowników, którzy posyłani są na ten świat, by otrzymać zapłatę za swoją pracę. Pierwszą interwencją jest Stworzenie i Ewangelia mówi, że Pan Jezus ugadza się z pierwszymi robotnikami, czyli zawiera umowę – umowę, której nie zawrze z innymi pokoleniami, gdyż Ewangelia mówi, że posłał wyobrażających je robotników do pracy bez zawarcia porozumienia. Umowa ta oparta jest na sprawiedliwości, gdyż na początku Adam stworzony został w stanie łaski i łaska ta miała być dziedzictwem przekazywanym jego potomkom, gdyby nie popełnił on grzechu. Jednak Adam utracił swą pierwotną niewinność i dlatego rodzaj ludzki utracił prawo do łaski, zamiast tego musi zdać się na miłosierdzie Boga.

Od czasów Adama rodzaj ludzki, zamiast pracować dla chwały Boga, dążył do własnej chwały. Wywołany tym chaos doprowadził do ukarania ludzkości potopem. Dlatego właśnie Gospodarz przyszedł o godzinie trzeciej na rynek, czyli do części świata poza winnicą, która należy do Mesjasza. Ludzie ci byli bezczynni, jak mówi Ewangelia, ponieważ żyli dla siebie samych, nie przynosząc owocu zbożnego dzieła, dokonywanego przez łaskę. Gospodarz posyła ich do winnicy, mówiąc im jedynie, że da im to, co słuszne, gdyż po upadku pierwszych rodziców wszelka cnota jest wynikiem miłosierdzia Bożego. To posłanie robotników do winnicy, ta interwencja Boga, wyobraża okres dziejów ludzkości od potopu do wybrania Abrahama, od kary która była owocem grzechu, do wybrania narodu, z którego miał się narodzić Mesjasz.

I Gospodarz czyni to samo o szóstej i dziewiątej godzinie – najmuje robotników do swojej winnicy. Godzina szósta oznacza okres od obietnicy danej Patriarchom do czasu Starego Przymierza danego ludowi Bożemu poprzez Mojżesza. Godzina dziewiąta wyobraża natomiast czas Starego Przymierza, czas w którym Bóg posyłał do swojej winnicy pracowników i proroków, by przygotować świat na swoją ostatnią i największą interwencję w Osobie swego Jedynego Syna.

Sam Bóg interweniował w czasach ostatnich, o godzinie jedenastej, będącej ostatnią godziną dnia, gdyż po niej nie będzie kolejnej godziny, nie będzie innej większej interwencji Boga niż Jego osobiste przyjście, przybranie ciała i zamieszkanie wśród nas. Jak mówi święty Piotr: „(…) krwią drogą Chrystusa (…) który wprawdzie przejrzany był przed założeniem świata, ale ukazał się w czasach ostatnich dla was” (1 P 1,20). Owi robotnicy odpowiadają słusznie: „nikt nas nie najął”, gdyż wyobrażają oni tych spośród pogan, do których nie został posłany żaden prorok i w stosunku do których nie wypowiedziano żadnej obietnicy.

Wszystkim im Zbawiciel daje po denarze. Oddaje każdemu wedle tego, co przepracował, wedle jego pracy, każdy jednak otrzymuje denara. Jak mówi Chrystus „W domu Ojca Mego jest mieszkań wiele” (J 14,2), jednak jest tylko jeden dom, tylko jedno zbawienie, jeden denar, który wszyscy otrzymują. Ów denar był monetą o wartości dziesięciu sestercji i wyobrażony był na nim wizerunek króla. Dlatego denar ten wyobraża łaskę zbawienia, gdyż przestrzeganie dziesięciorga przykazań wyciska na naszej duszy obraz i podobieństwo Boga, Króla Stworzenia.

Zbawiciel osądza najpierw ostatnich, czyli pogan, tych, którzy powołani zostali nie na mocy obietnicy danej Patriarchom, ale przez łaskę, otrzymując tę samą łaskę, jakiej udzielono Patriarchom. I każdemu - jak mówi Ewangelia - nawet najętym na początku, daje po denarze, każdemu daje łaskę zbawienia. A jednak pierwsi z najętych szemrali przeciwko gospodarzowi uważając, że powinni otrzymać więcej. „Nieśli ciężar dnia”, czyli ciężar znajomości prawdziwego Boga, ciężar Starego Prawa, oraz „upalenie” czyli namiętności, które prawo to powściągało. Poganie byli bez prawa, jak mówi święty Paweł w swym liście do Rzymian, jednak również oni otrzymali tę samą łaskę zbawienia.

Dlatego Chrystus karci zazdrość Żydów: „czy oko twoje złośliwe jest, żem ja jest dobry?” Miłosierdzie Boże nie ma względu na osobę czy rasę, udziela zbawienia wszystkim, którzy w Niego wierzą. Bóg udzieli również ostatnim, podobnie jak pierwszym, życia wiecznego.

I na koniec Zbawiciel wypowiada słowa, które pozostają prawdziwe po wszystkie czasy, wszędzie i dla wszystkich narodów: wielu jest wezwanych, ale mało wybranych. O tym samym mówi nam święty Paweł w dzisiejszej Lekcji: „wprawdzie wszyscy biegną, ale jeden nagrodę bierze”. Ową nagrodą jest to samo, co oferuje nam Zbawiciel: życie wieczne. Musimy jednak biec w wyścigu, musimy walczyć „nie jakby z wiatrem walcząc, ale karcić ciało swoje i w niewolę je podbijać”. Dlatego właśnie ów nadchodzący okres pokuty, czas postów i umartwień, byśmy nie zostali oskarżeni o bezczynne siedzenie, byśmy pracowali pilnie nad swoim zbawieniem.

Dlatego, drodzy przyjaciele, pamiętając o tym wszystkim i wielbiąc Boga za cudowne udzielanie łaski wszystkim narodom, wdrażajmy to w naszym codziennym życiu, by ta łaska, którą otrzymujemy poprzez sakramenty, do których aluzję czyni święty Paweł, mogła osiągnąć w nas swą pełnię. Módlmy się i pracujmy, by łaska ta mogła być pewnego dnia świadkiem ostatecznego wezwania Zbawiciela skierowanego do dusz wybranych: „Pójdźcie błogosławieni Ojca mego, posiądźcie królestwo, zgotowane wam od założenia świata” (Mt 25,34). Amen.

Ks. Jan Jenkins
http://kazanieniedzielne.blogspot.com/s ... C4%85tnicy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Msza Trydencka
PostNapisane: 17 lut 2017, 09:08 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7507
Lokalizacja: Podlasie
Dlaczego Kościół musi wrócić do Mszy po łacinie – Ks. Jan Jenkins, FSSPX

Drodzy Wierni,

Chciałbym w dniu dzisiejszym mówić o kwestii, dotykającej całości życia Kościoła katolickiego. Konferencja ta zatytułowana jest „Dlaczego Kościół powinien powrócić do Mszy łacińskiej?” i koncentrować się będzie zasadniczo na dwóch zagadnieniach: na znaczeniu języka Mszy oraz – jako tego konsekwencji, na niezbędności powrotu do Mszy łacińskiej dla dalszego istnienia Kościoła. Celowo użyłem sformułowania „dalszego istnienia”, ponieważ stawką jest tu samo istnienie Kościoła katolickiego.

Jak z pewnością sami Państwo wiedzą, jednym z pierwszych symptomów świadczących o tym, że dany kraj znajduje się pod okupacją, jest zmiana języka. Zaledwie jedno pokolenie wstecz doświadczyło w waszym kraju okupacji przez obce siły i celowego niszczenia waszej kultury. Dla kultury zaś język ma znaczenie szczególne, ponieważ to dzięki niemu jest ona przekazywana z pokolenia na pokolenie. Aby więc zniszczyć kulturę, należy przede wszystkim zniszczyć język, jakim dany lud się posługuje. Często, aby zniszczyć język wystarczy wyśmiewać posługiwanie się nim, traktować go jako coś „niemodnego”, czy po prostu zaprzestać nauczania go. Skoro język kraju stanie się nierozpoznawalny, w krótkim czasie można posunąć się nawet do zmiany jego nazwy, staje się ono zasadniczo innym państwem czy też terytorium okupowanym.

Możemy dowieść, że to właśnie przydarzyło się Kościołowi katolickiemu w czasie jaki minął od zakończenia II Soboru Watykańskiego. Język Kościoła został odrzucony, ośmieszony i jest obecnie praktycznie nieznany, można więc wysunąć tezę że to, co obecnie nazywane jest kościołem różni się zasadniczo od tego, czym jest w istocie Kościół rzymskokatolicki. W trakcie niniejszej konferencji nie będziemy w stanie przeanalizować wszystkich zmian, jakie miały miejsce podczas II Soboru Watykańskiego, ani też wszystkich błędów, jakie ten sobór rozpowszechnił, z którego to powodu Kościół znajduje się obecnie w tak opłakanym położeniu. Wyciąganie wniosków z przeszłości jest pożyteczne, ważniejsze i bardziej konstruktywne jest jednak patrzenie w przyszłość, rozważanie co należy uczynić, by zapewnić przetrwanie Królestwa Bożego na ziemi. Z pewnością możemy dostrzec w niezwykle poważnych błędach soboru podkopywanie i osłabianie Kościoła od wewnątrz, co doprowadziło do stanu praktycznego paraliżu, w jakim znajduje się on obecnie, myślę jednak, że ważniejsze jest obecnie spoglądanie w przyszłość, czyli rozważanie: co powinniśmy uczynić, by zapewnić przyszłość Kościołowi.

Obecna konferencja dzielić się będzie na trzy zasadnicze części, które dostarczą nam dowodu na poparcie tezy, jaką stawia jej tytuł: że Kościół musi powrócić do Mszy łacińskiej i że powrót ten nie jest czymś o znaczeniu drugorzędnym, ale że ma fundamentalne znaczenie dla przyszłości Kościoła.

Na początku chciałbym przypomnieć w sposób ogólny katolicką doktrynę dotyczącą Mszy, uwydatniając zwłaszcza te jej aspekty, które mają zasadnicze znaczenie dla zrozumienia istoty Mszy. Należy tu podkreślić, że poza faktem, iż stanowią one niejako jądro naszej wiary, posiadają również praktyczne konsekwencje dla całego życia Kościoła.

Dalej przeanalizujemy naturę Kościoła, zatrzymując się zwłaszcza nad tym, w jaki sposób realizuje on swą misję oraz nad praktycznymi tego konsekwencjami. Zobaczymy, że Kościół ma swój oficjalny język oraz poznamy rolę, jaką język ten spełnić musi w oficjalnej modlitwie Kościoła czyli w liturgii, a zwłaszcza w Najświętszej Ofierze Mszy. Przypomnimy też autorytatywne rozporządzenia Kościoła dotyczące języka liturgii, będące logiczną konsekwencją jego doktryny dotyczącej Mszy.

Na koniec, podsumowując, zastanowimy się nad tym, co rozumiemy poprzez Mszę łacińską i zobaczymy, że Kościół nie może wypełnić swej misji bez oficjalnego języka liturgicznego i że obecny stan Kościoła mógłby ulec zdecydowanej poprawie w wyniku egzekwowania rozporządzeń dotyczących łaciny jako oficjalnego języka liturgicznego.

Doktryna Kościoła dotycząca Najświętszej Ofiary Mszy

Wiara mówi nam, że w Wielki Czwartek Chrystus Pan ustanowił Ofiarę swego Ciała oraz Krwi. Gdy Zbawiciel, biorąc w swe ręce chleb, wypowiedział nad nim słowa „To jest ciało moje”, substancja chleba zmieniła się w substancję Jego Ciała. Podobnie wziął kielich w winem, wypowiadając nad nim słowa „To jest Krew Moja”. Dokonał wówczas cudu, który Sobór Trydencki nazywa transsubstancjacją – cudu zmiany substancji chleba w swoje Ciało, oraz substancji wina w swoją Krew. Pan Jezus złożył w ten sposób prawdziwą ofiarę, gdyż obecne tam były wszystkie elementy, które się na ofiarę składają: ofiarowanie, immolacja oraz Komunia.

Ofiarowanie wskazuje na cel wykonywania akcji liturgicznej. Chrystus Pan, podczas konsekracji chleba powiedział, wedle słów św. Łukasza: „To jest ciało moje, które się za was daje” (Hoc est enim Corpus Meum, quod pro vobis tradetur). Podobnie nad winem powiedział: „Ten jest kielich, Nowy Testament we krwi mojej, który za was będzie wylany” (Hic est calix Novum Testamentum in sanguine meo quod pro vobis funditur) Łk 22,19-20. Święty Mateusz dodaje: „i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (qui pro multis effundetur in remissionem peccatorum )Mt 26,28. Tak więc Ciało i Krew ofiarowane są za nas, jako Przymierze i dla odpuszczenia grzechów.

Immolacja zawiera się w samym akcie konsekracji dwóch postaci, ponieważ podczas tej dwustopniowej konsekracji Ciało oraz Krew zostają w sposób sakramentalny rozdzielone. Jest to zasadnicza część Mszy, w której poprzez owo rozłączenie spełniana jest sama Najświętsza Ofiara – przez ręce celebrującego kapłana.

Komunia jest tym elementem, który stosuje owoce Mszy do obecnych, w jej trakcie Pan Jezus daje naszym duszom swe Ciało oraz Krew jako pokarm. Do tego, by Ofiara była kompletna, konieczne jest, by kapłan uczestniczył w jej spożywaniu, ponieważ w chwili tej reprezentuje on Kościół, jako wyznaczony przez niego szafarz, również dla wiernych stosowne jest i pożyteczne (choć nie niezbędne), by spożywali z tej ofiary.

Publicznym kultem Kościoła jest Najświętsza Ofiara Mszy, będąca niczym innym, jak tylko Ofiarą Kalwarii. Na Kalwarii Chrystus Pan ofiarował swe Ciało i Krew jako ofiarę wynagrodzenia, ofiarę przebłagalną, przez którą oddał swemu Ojcu chwałę będąc Mu posłusznym aż po śmierć krzyżową. Na Krzyżu Jego Ciało oraz Krew zostały rozłączone, został On złożony jako żertwa, ofiarując sam siebie – jak to powiedział – pełniąc wolę Ojca oraz dla zbawienia świata. Podobnie we Mszy, mamy do czynienia z tym samym ofiarowaniem, z tą samą immolacją i tym samym kapłanem, choć podczas gdy na Kalwarii immolacja dokonana została z sposób krwawy, gdy sam Chrystus oddał się w ręce swych prześladowców, we Mszy dokonuje się ona w sposób sakramentalny, pod postaciami chleba i wina, za pośrednictwem kapłana, który ma moc czynienia tego „na moją pamiątkę”.

Przypomniawszy sobie te fundamentalne prawdy odnoszące się do Mszy, możemy przejść do kilku bardzo ważnych konkluzji.

Ofiara Krzyża jest wieczna, powszechna i dla wszystkich narodów

Ofiara, którą Zbawiciel złożył na Kalwarii jest więc jednym aktem, jedną ofiarą, która odnawiana jest w Kościele aż do końca czasów. Chrystus Pan polecił swym Apostołom: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Polecenie to wyraźnie pokazuje, iż Pan Jezus pragnął, by ofiara ta była odnawiana. Ów jeden wyjątkowy akt, który miał miejsce na Kalwarii, jest więc odnawiany na każdej Mszy św., choć w odmienny sposób. Ta sama akcja ofiarna wykonywana jest przez wyświęconego sługę ołtarza w imieniu całego Kościoła. W ten sposób ofiara jest wieczną ofiarą, o czym mówi nam tekst mszalny: „novi et aeterni testamenti” (Kanon rzymski). Jedyna i niepowtarzalna Ofiara Kalwarii jest wieczna, jednak jej owoce udzielane są nam w czasie, poprzez celebrację Mszy, będącej w istocie tą samą ofiarą.

Fakt ten potwierdzają też same słowa Chrystusa Pana, wypowiadane podczas konsekracji wina: „Qui pro vobis et pro multis effundetur”. Zbawiciel nie mówi jedynie „za was” – czyli za Apostołów obecnych tam w określonym momencie, ale również „za wielu”, rozumiejąc przez to wszystkie te pokolenia, które również uczestniczyć będą w Ofierze sprawowanej na „na moją pamiątkę”. Ofiara Mszy jest więc nie tylko wieczna, jest również powszechna, czy raczej jest powszechna pod każdym względem.

Msza jest powszechna pod względem czasu, ma być bowiem sprawowana po wszystkie wieki, aż do końca czasów. Jest również powszechna w odniesieniu do wszystkich ludów i miejsc, stanowiąc spełnienie proroctwa Malachiasza, który tam pisał o ofierze Mesjasza:

„Albowiem od wschodu słońca aż do jego zachodu wielkie będzie imię moje między narodami, a na każdym miejscu dar kadzielny będzie składany imieniu memu i ofiara czysta. Albowiem wielkie będzie imię moje między narodami – mówi Pan Zastępów”.

Słowo „katolicki” pochodzi od greckiego „katolikos”, co znaczy powszechny. Widzimy więc, że Msza jest czymś zasadniczo katolickim w pełnym znaczeniu tego słowa: jest powszechna, obejmująca wszystkie ludy, wszystkie rasy, wszystkie czasy.

Ofiara Mesjasza nie jest więc jak ofiary Starego Przymierza. Z rozporządzenia Opatrzności ofiary Starego Przymierza ograniczone były do określonych miejsc, określonego ludu, ponieważ były one jedynie figurami i zapowiedziami jedynej ofiary złożonej przez Mesjasza, naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nie było możliwe ukazanie wyjątkowości ofiary bez przypisania tego, co ona prefigurowała, do jednego konkretnego ludu. Wcielenie samo z siebie wymaga, by Bóg przyjął ciało i narodził się z kobiety, a kobieta ta z konieczności musi żyć w określonym czasie, miejscu i wśród określonego ludu. Podobnie ofiary Starego Przymierza ograniczone były do pewnego czasu, miejsca i ludu.

To właśnie Wcielenie i konsekwencje faktu, iż sam Bóg wcielony składa siebie w ofierze, nadają ofierze Mesjasza znamię powszechności, jak to mówi święty Paweł w Liście do Efezjan. To sam Chrystus „pojednał obydwu w jednym ciele z Bogiem przez krzyż” (Ef 2,16) tak, że nie jesteśmy już gośćmi i przychodniami, lecz domownikami Boga „zbudowani na fundamencie Apostołów i proroków, gdzie głównym kamieniem węgielnym jest sam Jezus Chrystus” (Ef 2,20). Św. Paweł podkreśla też znaczenie tego faktu w liście do Żydów, pisząc: „Mamy ołtarz, z którego nie mają prawa jeść ci, co przybytkowi służą” (Żyd 13,10), chodzi tu o kapłanów przybytku, czyli Starego Przymierza, nie posiadających władzy komunikowania „we krwi testamentu wiecznego, Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Żyd 13,20).

Wyjątkowość ofiary Chrystusa Pana oraz powszechność jej stosowania do wszystkich czasów i wszystkich ludów stanowi niejako samo serce doktryny Kościoła, posiada też niezwykle głębokie i daleko idące konsekwencje. Nawet sam ustrój Kościoła, w tym co dotyczy jego struktury, jest głębokim sensie konsekwencją owej wyjątkowej ofiary składanej przez jego wyświęcone sługi. Jak mówi święty Tomasz z Akwinu, kapłani Kościoła otrzymują swą jurysdykcję nad Mistycznym Ciałem Zbawiciela w konsekwencji posiadania władzy, jaką mają nad Jego fizycznym Ciałem i Krwią. Hierarchia Kościoła jest w pewien sposób rezultatem owej jedynej ofiary Chrystusa Pana zastosowanej do wszystkich miejsc i czasów: Kościół posiada jedną głowę: Chrystusa Pana, a Jego Wikariusz, czyli biskup Rzymu i jego następcy posiadają powszechną jurysdykcję nad całym Kościołem. Mówimy nawet o pozostawaniu w komunii z Kościołem, podobnie jak mówimy o przystępowaniu do Komunii podczas Mszy – sama Msza jest więc znakiem i przyczyną jedności, którą cieszy się Kościół.

Nauka o ofiarnym charakterze Mszy doprowadza nas do kilku konkretnych wniosków:

Ofiara Mszy jest wieczna, powszechna i przeznaczona dla wszystkich narodów, a więc niezmienna w swej istocie czy też naturze.

Ofiara Mszy jest oficjalnym kultem Kościoła, ofiarą składaną przez jego sługi, a więc wypełnieniem oficjalnego obowiązku oddawania czci należnej Bogu.

Moglibyśmy oczywiście powiedzieć znacznie więcej rozwijając te dwa punkty, wróćmy jednak do tego, o czym mówiliśmy na początku tej konferencji. Przyjrzyjmy się pewnym niezwykle praktycznym konsekwencjom natury Mszy, takim jak język, w którym powinna być ona celebrowana.

Język Kościoła

Dowiedliśmy więc, że Msza jest ofiarą powszechną. Nie jest to ofiara konkretnych ludów, ras czy czasów, ale ofiara powszechna, ofiara całego Kościoła. Możemy teraz postawić sobie pytanie: jaka jest rola języka w sprawowaniu Mszy?

Język, sam z siebie, jest narzędziem: narzędziem za pomocą którego porozumiewamy się ze sobą. Każdy z nas posiada nie tylko odrębne ciało, ale również coś, coś co moglibyśmy nazwać życiem wewnętrznym. Do pewnego stopnia jesteśmy jak zwierzęta, przypominamy je w tym, że posiadamy ciało, które może się poruszać oraz zmysły, dostarczające nam informacji o naszym otoczeniu, możemy też rosnąć etc. My jednak posiadamy coś o wiele wspanialszego, niż tylko życie ciała oraz zmysły, posiadamy ponadto inne, wewnętrzne życie, życie umysłu. W odróżnieniu od zwierząt obdarzeni jesteśmy intelektem, posiadamy też wolną wolę, umożliwiającą nam dokonywanie wyboru pomiędzy różnymi środkami prowadzącymi do urzeczywistnienia konkretnego celu. Istoty ludzkie obdarzone są więc życiem wewnętrznym, na wiele sposobów znacznie bogatszym niż samo tylko życie ciała.

W świecie materialnym również zwierzęta potrafią komunikować się w pewien ograniczony sposób – na przykład dzieląc się pożywieniem lub gromadząc je, czy też roztaczając opiekę nad potomstwem. Jednak zjawisko to ograniczone jest od miejsca i czasu: skoro pokarm zostanie zjedzony nie może być już dzielony, a skoro niebezpieczeństwo minie, nie będzie już potrzeby ochrony. Istnieje jednak wiele możliwości przekazywania życia wewnętrznego. Życie rozumne istnieje na pewien sposób poza czasem: możemy myśleć o rzeczach minionych, o rzeczach które niegdyś istniały, obecnie jednak ich już nie ma. Możemy myśleć o rzeczach przyszłych, o rzeczach, które chcielibyśmy robić, możemy też myśleć o teraźniejszości jako rezultacie przeszłości, a zarazem tym, co czyni możliwym przyszłość. Możemy pomyśleć niemal o wszystkim, co jesteśmy w stanie zobaczyć czy odczuć, możemy nawet myśleć o rzeczach, których nigdy nie odczujemy, takich jak temperatura gwiazd oddalonych od nas o miliony lat świetlnych. Wszystkie te rzeczy istnieją w pewien sposób w naszym umyśle i mają w bardzo realnym sensie swe własne życie – możemy zamknąć oczy, zatkać uszy i nadal o nich myśleć. Jak jednak możemy przekazywać czy też dzielić się tym, co myślimy, z innymi przedstawicielami rodzaju ludzkiego?

To właśnie dar mowy czyni możliwym przekazywanie innym naszego życia wewnętrznego. Dar artykułowanej mowy i języka pozwala ideom skrystalizować się w dźwięk lub obraz i poprzez przekazanie go innym daje życie tym samym ideom w wewnętrznym życiu innych istot ludzkich. To właśnie język, bardziej niż cokolwiek innego, jest fundamentem ludzkiej kultury i cywilizacji, umożliwiając przekazywanie tego, co odkryliśmy i czego się nauczyliśmy innym. Język jest w pewnym sensie żywym i najbardziej wyraźnym dowodem, że człowiek posiada rozumną, nieśmiertelną duszę przeznaczoną do posiadania nieskończonego dobra.

Językiem nazywamy więc system znaków czy symboli jakimi posługujemy się dla przekazania tego życia wewnętrznego innym. Ponieważ jednak są to jedynie symbole tego, co myślimy, a nie same myśli, uzależnione są one od pewnej konwencji czy też reguł. Ponieważ znaki te mogą się w znacznym stopniu różnić, istnieje konieczność istnienia wielu systemów znaków i symboli dla wyrażenia tych samych idei, a każdy z nich stanowi odrębny język. Różne dźwięki oraz symbole rzeczy oraz idei nazywamy zazwyczaj słownictwem, natomiast zbiór reguł porządkujących czasy i odmiany – gramatyką danego języka. Różne języki świata posiadają różne zasady wprowadzone przez poprzez zwyczaj, tradycję i rozporządzenia na przestrzeni wieków, by uczynić wzajemną komunikację między ludźmi bardziej precyzyjną i elegancką – stosownie do ducha różnych narodów.

Skoro więc mamy tak wiele języków, tak wiele możliwości wyrażania nas samych, jakim językiem powinien posługiwać się Kościół w trakcie składania Najświętszej Ofiary? By odpowiedzieć na to pytanie, powinniśmy pamiętać o tym, co powiedzieliśmy wcześniej na temat samej natury Kościoła i Mszy:

Po pierwsze: Msza jest niezmienna w tym sensie, że jest ona kontynuacją jednej jedynej ofiary, ofiary, która jest niezmienna.

Po drugie: ponieważ Najświętsza Ofiara składana jest za pośrednictwem Kościoła i jest jego oficjalnym aktem, powinna być sprawowana w języku, który najlepiej reprezentuje Kościół czy raczej w oficjalnym języku Kościoła, o ile język taki istnieje.

Możemy też zastanowić się nas naturą samego języka i wyciągnąć z tego pewne wnioski:

Ponieważ język na wyrażać idee, język Mszy powinien być dostatecznie precyzyjny, by wyrazić doktrynę Mszy. Oznacza to, że powinien on być w stanie wyrazić te idee wierni i dokładnie.

Po drugie, ponieważ język jest ze swej natury systemem umownych znaków, których znaczenie determinowane jest przez zwyczaj, tradycję lub rozporządzenia, język Mszy, aby mógł przekazać te idee oraz wyrazić niezmienną naturę Mszy, powinien sam być w jak największym stopniu stabilny i niezmienny.

Przyjrzyjmy się teraz każdemu z tych punktów, najpierw jednak skoncentrujmy się na najprostszym z nich: czy Kościół posiada swój własny język?

Odpowiedź na to pytanie jest łatwa, gdyż Kościół zadekretował to już w przeszłości w licznych swych dokumentach. Cała Tradycja Kościoła traktuje łacinę jako o swe prawowite dziedzictwo. Możemy tu przytoczyć motu proprio świętego Piusa X o muzyce sakralnej z 22 listopada 1903, które stwierdza: „Językiem Kościoła Rzymskiego jest łacina” (§7). Moglibyśmy mnożyć te cytaty niemal w nieskończoność, przytoczymy jednak jedynie kilka, bardziej nam współczesnych, by pokazać, że zdanie Kościoła w tej kwestii nigdy nie uległo zmianie. Łacina była językiem II Soboru Watykańskiego, interwencje i dekrety Ojców publikowane były w tym języku, a sam sobór zadekretował: „Zgodnie z wiekową tradycją obrządku łacińskiego duchowni mają zachować w oficjum język łaciński” (Sacrosanctum Concilium 101,1) oraz „W obrzędach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego” (SC 36,1). Nalegał nawet, by „wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne, dla nich przeznaczone, także w języku łacińskim” (SC 54). Nawiasem mówiąc, nie sposób nie zauważyć, że te dyrektywy soboru zostały całkowicie zignorowane – intencja Kościoła była jednak jasna.

Przyjrzyjmy się teraz istotnym powodom, dla których Kościół pragnie, by Msza odprawiana była w języku łacińskim.

Po pierwsze, na podstawie tego, co już powiedzieliśmy widać jasno, że Ofiara Mszy jest tą samą ofiarą co Ofiara Krzyżowa, czyli że jest to jedna ofiara sprawowana na różny sposób, ta sama jednak pod względem wartości i ofiarowanej Żertwy. Aby podkreślić wyjątkowość tej jednej ofiary stosowne jest, by była ona sprawowana w jednym języku, języku poniekąd wspólnym dla wszystkich odprawianych Mszy. Podobnie jak Wieża Babel podzieliła rodzaj ludzki na wiele części, gdyż nie posługuje się on już od tego czasu jednym językiem, tak również podział Mszy na różne języki przysłania jedność ofiary Mszy z ofiarą Krzyża.

Ów jeden język powinien być również językiem będącym wspólnym dla społeczności tworzącej Kościół, czyli powinien to być język Kościoła posiadającego prymat w stosunku do wszystkich Kościołów partykularnych – Kościoła Rzymskiego. To biskup Rzymu – a nie biskup Jerozolimy czy jakiegokolwiek innego miejsca – jest najwyższym pasterzem Kościoła. Język Rzymu, język łaciński, jest więc najbardziej stosowny i odpowiedni do wyrażenia tej jedności, której źródłem jest jedna głowa Kościoła – znajdująca się w Rzymie.

Ofiara Kościoła jest również niezmienna w tym znaczeniu, że jest ona zasadniczo ta sama aż do końca czasów. Byłoby więc stosowne, by również język Mszy był językiem, który nie ulega zmianie. A językiem takim jest łacina, gdyż nie podlega ona już dalszym zmianom, tak jak to jest w przypadku języków współczesnych, jej gramatyka i słownictwo sakralne pozostały praktycznie niezmienione od upadku Rzymu. To właśnie precyzja słownictwa, którego znaczenie nie zmienia się, ocaliła Rzym od straszliwych kryzysów doktrynalnych, nękających Konstantynopol niemal nieprzerwanie w wiekach od piątego do ósmego.

Język, którego używa się do wyrażenia rzeczy pospolitych zawsze będzie ulegał zmianom, co łatwo możemy zaobserwować czytając dzieła literackie napisane zaledwie sto lat temu w naszym ojczystym języku. Słowa, podobnie jak stroje – ulegają modzie – przychodzą i odchodzą. Słowa, które niegdyś były trafnym wyrazem jakiejś idei, mogą być obecnie traktowane z niesmakiem, czy nawet oznaczać coś zupełnie innego. Na przykład w języku angielskim słowo „gay” zaledwie czterdzieści lat temu oznaczało coś szczęśliwego czy radosnego, zwłaszcza w odniesieniu do stroju czy wyglądu zewnętrznego. Obecnie oznacza ono homoseksualistę. Nie trzeba chyba rozwodzić się nad moralnymi implikacjami takich zmian. Kiedy zaś mamy do czynienia z rzeczywistościami nadprzyrodzonymi, tajemnicami wiary, które same w sobie trudne są do zrozumienia, wszelkie próby wypracowania klarownego nauczania w danej kwestii byłyby niemożliwe, gdyby znaczenie słów mogło zmieniać się z taką szybkością.

Moglibyśmy też dodać, że niezmienność jest czymś właściwym dla języka, który traktowany jest jako sakralny. Ponieważ, jak to wiemy w oparciu o samo nawet tylko naturalne światło rozumu, Bóg musi być niezmienny, również to, co powiedział musi być niezmienne. Dlatego właśnie Żydzi odprawiają swe obrzędy w języku hebrajskim, nawet jeśli nie posługują się nim we wzajemnych relacjach. Również Arabowie w swych obrzędach trzymają się języka Koranu, a nie języków narodowych (wbrew powszechnej opinii arabski nie jest jednym językiem, a niektóre jego odmiany różnią się od klasycznego arabskiego w takim stopniu, że ich użytkownikom trudno jest się wzajemnie zrozumieć). Podobnie językiem sakralnym hinduistów jest sanskryt, a nie języki narodowe. Jest więc całkowicie zgodne z ludzką naturą, by język sakralny chrześcijan był również niezmienny, przekazany przez Tradycję i nie używany w codziennym życiu. Jest czymś absolutnie niestosownym, by język biznesu był równocześnie językiem świątyni. Przeciwnie, gdy język świątyni stał się mową potoczną, nie była już ona domem modlitwy, ale – jak to powiedział sam Zbawiciel – jaskinią zbójców.

Widzimy też, że język liturgii powinien być powszechny w tym sensie, że powinien przemawiać do wszystkich narodów, w każdym miejscu i czasie. Łacina zaś jest prawdziwie powszechna nie tylko ze względu na dwie poprzednio wspomniane cechy, ale również z samej natury tego języka – jako nie należącego do żadnego konkretnego narodu.

Po pierwsze, ponieważ był to język Cesarstwa Rzymskiego, już w pierwszych wiekach Kościół mógł jednym głosem wyrażać wieczną wiarę, a biskupi rzymscy mogli zakładać powszechną znajomość łaciny, dzięki czemu cały świat mógł słyszeć i rozumieć ich głos. Nawet po upadku Cesarstwa łacina pozostała językiem uniwersalnym dla tych wszystkich, którzy potrafili czytać i pisać, a wiele narodów przyjęło jako pierwszy swój język pisany nie swą własną mowę, ale łacinę. W Anglii na przykład łacina była językiem urzędowym aż do roku 1733. „Principia” Izaaka Newtona nie zostały napisane po angielsku, ale po łacinie, ponieważ stanowiło to gwarancję, że idee te staną się znane w cywilizowanym świecie. Kartezjusz znany jest ze swych traktatów pisanych po francusku, jednak jego sentencja: „Cogito ergo sum” po dziś dzień cytowana jest po łacinie. Podobnie w wieku dziewiętnastym Gauss napisał swe Disquisitiones Arithemeticae po łacinie. W istocie odejście od łaciny jako uniwersalnego języka nauki było smutną konsekwencją Pierwszej Wojny Światowej, pomimo iż spadek jej znajomości zauważalny był już od czasu Rewolucji Francuskiej. Jednak nawet obecnie podręczniki teologii dogmatycznej czy moralnej pisane są po łacinie.

Łacina, jako język zasadniczo nie ulegający zmianom, jest najbardziej odpowiednia do wyrażania idei precyzyjnych, a równocześnie jest językiem bardzo duszpasterskim z tego prostego powodu, że nie jest językiem narodowym.

Wystarczy posłuchać kogoś przez minutę, by odgadnąć jego pochodzenie. Ponieważ język jest, można by powiedzieć, kanałem, przez który przepływa cała kultura, pozwala on natychmiast powiązać mówcę z konkretnym narodem, kulturą, a w konsekwencji z polityką, historią i rasą. Mówienie w danym języku budzi więc w umysłach słuchaczy nie tylko idee, które pragniemy im przekazać, ale niesie też ze sobą rozmaite konotacje kulturowe. Na przykład mógłbym wygłosić niniejszą konferencję po angielsku, jednak gdybym uczynił to po niemiecku, wzbudziłaby całkowicie inne odczucia. Dzieje języka niemieckiego w Polsce to coś więcej, niż tylko przekazywanie idei, są one również w nierozerwalny sposób związane z wieloma smutnymi epizodami waszej historii. Podobnie języki rosyjski czy francuski, pomimo faktu, że są one całkowicie zdolne do przekazywania idei, niosą za sobą cały bagaż emocji i wydarzeń historycznych, które mogłyby przesłonić rzeczywistą treść tego, o czym się mówi. Czym innym jest znoszenie uwag czy nawet obelg w języku ojczystym, a czym innym wysłuchiwanie tego w języku wroga.

Jednak ponieważ łacina jest językiem, który od dawna oczyszczony został od takich niefortunnych konotacji, a jej używanie nie może nigdy wywołać tego rodzaju negatywnych emocji. Niekiedy jedynym sposobem na spacyfikowanie dwóch stron jest mówienie do nich językiem, który dla obu jest neutralny. W Afryce na przykład Różaniec nie może być odmawiany w języku potocznym z tego prostego powodu, że aby to uczynić trzeba by było wybrać jeden z języków dwóch plemion, co naturalnie wywołałoby natychmiast zawiść drugiego. Jak bowiem Bóg mógłby być Ojcem wszystkich, jeśli musi brać czyjąś stronę? Język to coś więcej, niż tylko wypowiadane słowa, wszystko zależy jeszcze od tego kto i do kogo się zwraca. Dla liturgii, dla Mszy, będącej oficjalnym aktem kultu Kościoła, jest czymś absolutnie koniecznym, by była ona sprawowana w języku będącym źródłem jedności, a nie podziałów, by był to język, który nie będzie wywoływał zawiści, ale zaufanie. Przez całe wieki łacina traktowana była jako język Matki, akceptowany przez niezliczone narody, a to z tego prostego powodu, że nie była ona językiem własnym żadnego z nich.

Można jednak postawić zarzut: czy nie istnieją inne języki liturgiczne, na przykład grecki, aramejski czy starocerkiewnosłowiański?

Prawdą jest, że Kościół posiada kilka „oficjalnych” języków liturgicznych, czyli języków, w których liturgia sprawowana była od niepamiętnych czasów. Na przykład znaczna część Kościoła Wschodniego posiada księgi liturgiczne w języku greckim, w języku, który na przestrzeni wieków pozostał w znaczący sposób stabilny i to do tego stopnia, że współczesny Grek nie ma większych problemów z czytaniem Biblii napisanej dwa tysiące lat temu, w języku oryginalnym. Greka nie podzieliła się nawet z biegiem czasu na różne grupy języków pochodnych, jak się to stało w przypadku łaciny. Wciąż pozostaje językiem ludzi wykształconych, nigdy nie stała się tak powszechna, jak łacina. Można by więc argumentować na rzecz greki jako oficjalnego języka Kościoła i rzeczywiście posiada ona wiele cech, które posiada łacina, brak jej jednak powszechności, a ponadto wolno co prawda ulegając zmianom, jest ona językiem narodowym. Jest językiem ograniczonym do państwa i narodu greckiego, od czasu opanowania Gracji przez Cesarstwo Rzymskie w roku 146 przed Chrystusem. Ponadto, gdy rejony katolickie, w których używana była greka znalazły się pod panowaniem niewiernych, na ziemiach tych doszło do prześladować i wyniszczenia Kościoła. Biorąc więc pod uwagę ten fakt oraz to, że nie jest to język Rzymu widzimy, że greka nie posiada tych samych kwalifikacji na oficjalny język Świętego Kościoła Rzymskokatolickiego co łacina. Niemniej jednak Kościół zawsze wysoko cenił ten język i zachęcał do studiowania go, zwłaszcza przez duchowieństwo.

Liturgia była zawsze głęboko powiązana z Tradycją w tym sensie, że jest ona nie tylko źródłem Tradycji, ale również jej wyrazem. Kościół zawsze darzył szacunkiem wszelkie Tradycje, które mogły dowieść swego pochodzenia od Apostołów. Było tak również w przypadku różnych rytów Kościoła, wywodzących swe pochodzenie od jednego z Apostołów albo Apostołów danego kraju. Ze swej natury są one jednak rytami partykularnymi, przeznaczonymi dla określonego ludu, kraju czy nawet diecezji, nie mogą więc rościć sobie pretensji do powszechności, tak jak to jest w przypadku rytu rzymskiego. Aprobując je i popierając Kościół nigdy nie przewidywał, by miały być one – poza wyjątkowymi okolicznościami – stosowane w innych rejonach. Przeciwnie, w obrębie rytów partykularnych istnieje niekiedy tendencja – jako wyraz pragnienia zademonstrowania jedności z Rzymem – do wprowadzania zmian stosownie do zwyczajów rzymskich – nazywamy to „latynizacją”. Nawet jednak ta latynizacja jest dowodem na rangę rytu łacińskiego i na jego powszechność w porównaniu z innymi rytami partykularnymi.

Widzieliśmy więc znaczenie języka łacińskiego i powody dla których liturgia powinna być sprawowana po łacinie. Przyjrzyjmy się teraz ostatniemu naszemu twierdzeniu, będącemu również wnioskiem końcowym niniejszej konferencji: dlaczego Kościół musi powrócić do Mszy po łacinie, do Mszy łacińskiej.

Konkluzja: Kościół musi powrócić do Mszy łacińskiej

Widzieliśmy, z perspektywy doktrynalnej, znaczenie Mszy łacińskiej. Kościół, ze względu na fakt, że obejmuje wszystkie narody i ma trwać aż do końca czasów, z samej swej natury potrzebuje języka, który byłby powszechny, niezmienny i nie-narodowy. Nawet jeśli sam w sobie język jest czymś obojętnym – gdyż te same idee można wyrazić w wielu językach – dla Kościoła łacina jest najodpowiedniejsza tak ze względu na jego szczególną misję, jak i ze względu na możliwości szerzenia kultury chrześcijańskiej. Jest ona ściśle związana z Kościołem, podobnie jak wasz język związany jest z waszą tożsamością narodową. Podobnie jak obumarcie języka jest podzwonnym dla kultury danego kraju, tak również lekceważenie łaciny i zarzucenie posługiwania się nią w Kościele skutkuje niezdolnością do przekazywania jego doktryny i kultury chrześcijańskiej.

Ten właśnie brak zdolności do przekazywania doktryny stanowi dziś szczególnie palący problem. Nawet mając do dyspozycji wszystkie najbardziej zaawansowane środki komunikacji, masmedia oraz elektronikę, która pozwala nam na niemal natychmiastowe przekazywanie informacji, głos Kościoła pozostaje w wielkiej mierze niesłyszany, jest błędnie interpretowany czy nawet całkowicie ignorowany. W wyniku zastąpienia łaciny językami narodowymi stał się on nie tyle latarnią morską wskazującą drogę wszystkim ludom, co raczej wieżą Babel. W dzień Pięćdziesiątnicy Apostołowie rozumiani byli przez przedstawicieli wszystkich narodów, oni sami jednak pochodzili z Galilei – cud polegał nie na tym, że mówili oni wszystkimi językami równocześnie, ale na tym, że wszyscy w Jeruzalem mogli ich zrozumieć. Dziś mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. Nie mówi się już o jednym Kościele, ale raczej o Kościele w różnych krajach. Niegdyś mieliśmy Kościół rzymskokatolicki, a obecnie mamy Kościół w Niemczech, Kościół w Polsce, Kościół w Stanach Zjednoczonych etc. Co więcej, wraz z podziałem Kościoła rzymskokatolickiego na Kościoły w poszczególnych państwach, przestał on być narzędziem jedności, a stał się instrumentem podziałów i niezgody. Niegdyś mówiło się: Roma locuta, causa finita. Obecnie nie jest wcale pewne, czy dany kraj będzie chciał w ogóle wysłuchać, co ma do powiedzenia papież – a całe narody, jak na przykład Niemcy, znajdują się de facto w stanie schizmy z pochodzącym z tego kraju papieżem.

Nawet na poziomie naturalnym, przyjęcie języków narodowych zniszczyło doktrynalną jedność Kościoła. Credo i katechizm nie są dziełem jednego papieża, ale dziedzictwem całej Tradycji Kościoła, który oczyścił i udoskonalił definicje posługując się językiem łacińskim. Weźmy na przykład słowo „transsubstancjacja”, opisujące w sposób doskonały cud dokonujący się podczas Eucharystii. Słowo takie nie istnieje w innych językach i często jedynym sposobem na jego użycie jest posłużenie się terminem łacińskim. To samo można powiedzieć o wielu innych terminach, takich jak „suppositum” i „substance” odnośnie do tajemnicy Trójcy Przenajświętszej. Kościół zawsze starał się o maksymalną jasność i precyzję w definiowaniu swej nauki – skoro jednak został pozbawiony narzędzia, służącego mu do przekazywania tej nauki, odbiło się to w sposób widoczny na wyrazistości doktryny.

Niech mi będzie wolno w tym miejscu przytoczyć jednen przykład z życia św. Jana de Brebeuf, jezuity i jednego z pierwszych męczenników kanadyjskich, pracującego wśród Indian z grupy Huron. Jezuici przybywający na terytorium Kanady stosunkowo łatwo potrafili przyswoić sobie język tubylców, w istocie pierwsze dokumenty w tym języku spisane zostały przez jezuitów – Indianie ci bowiem nie wynaleźli nawet pisma, podobnie jak koła. Ich język posiadał pewną cechę charakterystyczną, nie posiadał rodzajników, zamiast tego poszczególnym rzeczownikom towarzyszyły zaimki dzierżawcze, tak że nie mówiło się po prostu „dom”, ale „jego dom” czy „jej dom”, samo oderwane słowo „dom” byłoby nie tylko mylące, ale wręcz niezrozumiałe. Oczywiście jezuici zaczęli tłumaczyć katechizm na ten język, natychmiast jednak stanęli w obliczu nieprzezwyciężalnej trudności – jak przetłumaczyć znak Krzyża? Nie można powiedzieć po prostu „Ojciec, Syn i Duch Święty”, w stosunku do każdej z Osób trzeba było użyć zaimka dzierżawczego. Zdecydowali się więc na formułę: „W Imię Jego Ojca, Jego Syna i Ich Ducha Świętego” – jako na najbardziej odpowiednią, a po dwóch latach Rzym zdecydował, że a może być ona używana i że nie jest szkodliwa dla wiary. Jednak pomimo wszystkich tych trudności, tysiące Indian zostało międzyczasie ochrzczonych i włączonych do Kościoła, ponieważ Msza i sakramenty nie były zależne od tłumaczenia, gdyż sprawowane było po łacinie.

To zaledwie jeden przykład, wyobraźmy sobie jednak ilość tego rodzaju problemów, jakie rodzą się przy tłumaczeniach na wszystkie języki występujące na ziemi – łatwo wówczas uzmysłowić sobie można, że Rzym zostałby przez nie całkowicie sparaliżowany: i chodzi tu jedynie o potwierdzanie ortodoksji określonych przekładów, nie mówiąc już o wdrażaniu i egzekwowaniu ich stosowania. Wiele obecnych przekładów tekstów liturgicznych zawiera rażące błędy, jednak Rzym nie podjął żadnych kroków w kierunku ich korekty, co prawdopodobnie wynika z faktu, że ludzie za to odpowiedzialni nie są w stanie poradzić sobie z nawałem pracy. Już zwyczajna biurokracja rzymska stanowiła znaczne obciążenie dla rządów Kościoła – wyobraźmy sobie jednak pomnożenie jej w każdym departamencie ze względu języki używane w różnych krajach. Nie robi się nic, niczego się nie poprawia ani nie aprobuje, niczego się nie egzekwuje – niekiedy po prostu z tego powodu, że nie jest to w języku Kościoła. Cały rząd Kościoła, zwłaszcza w tym co dotyczy Mszy i sakramentów, uprościłby się znacznie i był znacznie efektywniejszy, gdyby liturgia i sakramenty sprawowane były wszędzie po łacinie.

Jednak tłumaczenia to nie tylko kwestia praktyczności – stawką jest tu sama prawda, zbawienie dusz. Nikt nie może zbawić swej duszy bez wiary, a każdy katolik ma prawo o jasnej definicji wiary. Tam, gdzie istnieją niejasności i wątpliwości, ludzie tracą wiarę, a w konsekwencji gubią swe dusze.

Mamy dziś wspaniałe środki transportu, które umożliwiają szybkie przemieszczanie się ludzi po świecie. Ktoś może na przykład mieszkać w Warszawie, a pracować w Berlinie. Ludzie znajdują się więc w stałym kontakcie z różnymi językami i różnymi kulturami. Tych, którzy posiadają małe doświadczenie w nauce języków zapewniam, że każdy język, który trzeba dopiero opanować, stanowi ogromną przeszkodę w jakiejkolwiek praktycznej działalności. Jednak dzięki łacinie nadal mogę wykonywać moje funkcje kapłańskie bez znajomości lokalnego języka – wszystkie funkcje posiadające zasadnicze znaczenie dla urzędu kapłańskiego nadal mogą być wykonywane, pomimo faktu, że nie mówię w języku danego narodu. Kapłani podróżują obecnie po świecie częściej niż kiedykolwiek wcześniej, przede wszystkim ze względu na powszechny ich brak. Nigdy w swej historii rodzaj ludzki nie potrzebował wspólnego języka tak bardzo, jak obecnie. Jak na ironię, właśnie w naszych czasach mówi się o roli języków narodowych – podczas gdy bardziej niż kiedykolwiek łacina zwiększyłaby skuteczność apostolatu, tak dla kapłanów jak samych wiernych. Niegdyś można było udać się do Francji, do Australii czy Japonii i uczestniczyć we Mszy odprawianej w tym samym języku, w jakim odprawiana ona była w kraju ojczystym – była to ta sama Msza, Msza łacińska. Ta jedność została całkowicie zniszczona przez wprowadzenie do liturgii języków narodowych.

Patrząc z perspektywy historycznej: wszelkie apele o stosowanie języków narodowych pochodziły zawsze od schizmatyków i heretyków, a każda grupa schizmatycka – na przykład tak zwany Polski Kościół Narodowy, bardzo szybko porzucały łacinę na rzecz języków lokalnych. Każdy apel o stosowanie języków narodowych owocował zawsze podziałami czy nawet herezjami – i dokładnie z tym mamy do czynienia obecnie. Kościół katolicki nie mówi już jednym głosem, stał się jak gdyby domem podzielonym.

Pan Jezus powiedział jednak, że dom podzielony nie może się ostać. Był czas, gdy można było powiedzieć: „Mówię po łacinie i jestem chrześcijaninem” – a świat stał przed wami otworem, mogliście udać się w pokoju gdziekolwiek byście chcieli. Święty Tomasz z Akwinu, największy z nauczycieli, jacy kiedykolwiek żyli, człowiek który uczył w krajach, należących obecnie do Francji, Niemiec i Włoch – potrzebował znajomości jednego tylko języka. Obecnie wszędzie są granice, granice wszelkiego rodzaju, nawet pomiędzy ludźmi nauki. Pius XII powiedział kiedyś, że dzień, w którym Kościół porzuci swój uniwersalny język, będzie dniem poprzedzającym jego powrót do katakumb.

I w takiej właśnie sytuacji znajdujemy się obecnie, drodzy przyjaciele. Naprawdę żyjemy w katakumbach. Podczas, gdy niegdyś mogliśmy myśleć o Kościele jako o czymś powszechnym, czymś przenikającym granice, obecnie pojęcie to ograniczone jest zazwyczaj do małego kraju, w którym dana osoba żyje.

Najwyższy jednak czas, by Kościół wyszedł z katakumb, a można to osiągnąć jedynie poprzez powrót do tego, co czynił on przez długie stulecia, poprzez powrót do Mszy sprawowanej po łacinie czy raczej do Mszy łacińskiej.

Niech więc na koniec tej konferencji wolno mi będzie zwrócić się do was z apelem. Przylgnijcie do Mszy łacińskiej, gdyż jest ona bardziej niż cokolwiek innego, przyszłością Kościoła. Nowa Msza, Msza odprawiana w językach narodowych, nie może się ostać i już zanika w wielu krajach. Na przykład we Francji w zeszłym roku zamknięto ponad dwa tysiące parafii – ze względu na brak kapłanów. W roku bieżącym ponad dwadzieścia pięć procent święceń kapłańskich w tym kraju dokonanych zostanie dla łacińskiej, tradycyjnej Mszy, a liczba ta będzie stopniowo rosła, ponieważ coraz więcej seminariów uczących celebracji nowej Mszy jest zamykanych. Średnia wieku kapłanów we Francji już teraz wynosi sześćdziesiąt jeden lat i szybko rośnie. To samo zjawisko obserwujemy w Polsce, co roku ubywa powołań kapłańskich, być może jednak tutaj minąć musi więcej czasu, nim kryzys osiągnie rozmiary, jakie widzimy w innych częściach świata. Niemniej jednak jasne jest: moda na języki narodowe znajduje się zdecydowanie w odwrocie i nic nie pomoże Kościołowi bardziej, niż porzucenie nowej Mszy i języków narodowych, dzięki którym mogła się ona rozprzestrzeniać.

Być może zwrócili Państwo uwagę, że w trakcie tej konferencji nie mówiłem o nowej Mszy odprawianej po łacinie. Faktem jest, że liturgia ta nie jest prawie nigdy odprawiana po łacinie i taka też była intencja reformatorów, którzy ją stworzyli. Nowa Msza nigdy nie była pomyślana jako kontynuacja tradycyjnej Mszy łacińskiej, i od samego początku narzucana była w językach narodowych, jak to widzimy na podstawie mowy samego Pawła VI wygłoszonej w listopadzie 1969 roku do Kurii Rzymskiej, gdy wspominając o nowym mszale, powiedział on:

„Trzeba też wspomnieć o największej nowości, o nowości dotyczącej języka. Od tej pory normą w sprawowaniu Mszy będzie już nie łacina, a języki narodowe. Wprowadzenie ich będzie z pewnością wielką ofiarą dla tych, którzy znają piękno, moc i sakralny charakter łaciny. Lekko ważymy sobie język, będący przez stulecia językiem chrześcijaństwa, stajemy się podobni do świeckich intruzów w literackim rezerwacie formuł sakralnych. Utracimy [też] wielką część tego wspaniałego i niezrównanego artystycznego oraz duchowego skarbu, chorał gregoriański”.

Tak więc od samego początku, od dnia jej promulgacji, nowa Msza nie była przeznaczona do odprawiania jej po łacinie, niektórzy biskupi będą nawet później mówili o zakazie odprawiania jej w tym języku. Nawet, jeśli nie jest to prawdą pod względem prawno kanonicznym, taka była w sposób oczywisty intencja prawodawcy. Co smutne, sam papież dodał dalej:

„Zaprawdę mamy powód do smutku i konsternacji. Czym bowiem możemy zastąpić język aniołów? Wyrzekamy się czegoś o wartości trudnej do oszacowania. Dlaczego? Cóż jest cenniejszego od tych najwznioślejszych skarbów Kościoła?”

I rzeczywiście, słusznie można by zadawać sobie pytanie: dlaczego? Papież odpowiada niemal sarkastycznie: „Ponieważ udział człowieka współczesnego [w liturgii] posiada większą wartość”. Statystyki pokazują jednak, że nie był to najlepszy interes – współczesny człowiek uczestniczy we Mszy z roku na rok coraz rzadziej. Na przykład we Francji we Mszach niedzielnych uczestniczy zaledwie siedem procent ochrzczonych. Jak na ironię, w tych siedmiu procentach niemal dwa procenty to uczestnicy Mszy łacińskich, czyli prawie pół praktykujących. Msza w językach narodowych we Francji zanika. Miała tam krótki lecz burzliwy i tragiczny w skutkach żywot, obecnie jednak możemy powiedzieć, że jesteśmy świadkami jej agonii.

Tak więc, drodzy przyjaciele, dla przyszłości Kościoła, podejmijmy krucjatę na rzecz Mszy łacińskiej, krucjatę na rzecz Mszy wiecznej, sprawowanej w języku Kościoła. Zrzućmy jarzmo władzy okupacyjnej, obcy język, który wdarł się do sanktuarium. Powróćmy do Mszy po łacinie, Mszy naszych przodków.

Wówczas staniemy się świadkami odnowy Kościoła, jego odrodzenia się z popiołów powszechnego zniszczenia, będącego owocem reform liturgicznych. Naprawdę ujrzymy nową wiosnę Kościoła – Kościoła powracającego do szat swej młodości, do języka i liturgii, które dał nam biskup Rzymu. Zobaczymy Kościół odzyskujący dawne siły, przeobrażony jak sam Zbawiciel na Górze Tabor, jego szaty staną się znów nieskalane, lśniące jak słońce, gdy obleczony będzie w język, który zawsze był jej własnym językiem, plenum gratiae et veritatis, pełen łaski i prawdy.

Dziękuję za Państwa uwagę i zapewniam o pamięci w memento każdej Mszy. Niech Wam Bóg błogosławi+

Ks. Jan Jenkins, FSSPX



Post scriptum

Ktoś mógłby wysunąć zarzut: ale ja nie rozumiem łaciny. W odpowiedzi można zwrócić uwagę na dwie rzeczy: po pierwsze – nic nie stoi na przeszkodzie, by uczyć się tego języka. Jan Paweł II zwracając się w roku 1978 do młodych, przytoczył znane słowa Cycerona: „Nie tyle chwalebne jest znać łacinę, co godne ubolewania jej nie znać” (Brutus 23,140). W minionych czasach łacina stanowiła sam rdzeń programu nauczania każdej katolickiej szkoły średniej, dostarczając w ten sposób wychowankom klucz do zrozumienia nie tylko liturgii, ale również całej cywilizacji łacińskiej.

Po drugie, sam ten argument sugeruje, że z jakiegoś powodu dla uczestnictwa we Mszy konieczna jest znajomość łaciny. Jest to po prostu nieprawda – można doskonale wiedzieć, czym jest Msza święta i w jaki sposób dusza czerpie z niej korzyść, nie znając wcale łaciny. Ważniejsza jest wiedza odnośnie tego, co się wówczas dokonuje, niż zrozumienie znaczenia wypowiadanych słów. Znajomość tekstu Mszy jest bardzo korzystna, dlatego zresztą Kościół zawsze oferował go wiernym w językach, które mogli zrozumieć, nawet jeśli nie jest im to mówić ściśle konieczne. Msza ta uświęciła przecież niezliczone rzesze świętych, nie posiadających nawet umiejętności czytania.

http://www.bibula.com/?p=17399

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 22 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /