Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 16 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 07 lut 2015, 07:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Różny sposób pojmowania wiary, objawienia, człowieka i jego kultury stał się przyczyną pierwszego rozpadu chrześcijaństwa na odrzucające poznanie naukowe, czyli filozofię grecką, prawosławie i chrześcijaństwo zachodnie. Kolejne podziały miały już patologiczne źródła i wynikały z ambicji ludzkiej, lub były wynikiem współdziałania tzw. reformatorów z mocami piekielnymi, których ambicją było i jest nadal wymazanie nauki Chrystusa ze świadomości ludzkiej, zniszczenie Kościoła Katolickiego i uczynienie człowieka zdziczałym dewiantem, bądź intelektualnym barbarzyńcą.

Jezus Chrystus jako sprzeczność według Marcina Lutra

Obrazek

W kilku kolejnych odcinkach skupimy się na pojęciu Jezusa Chrystusa w protestantyzmie Marcina Lutra, by lepiej zrozumieć jego poglądy na Boga, Kościół Chrystusowy, ale także na małżeństwo i rodzinę, co stanowi aktualnie chyba najważniejszy temat ze względu na podjęcie go przez synod biskupów w Rzymie.

Kluczowe odkrycia naukowe

Na wstępie warto przypomnieć stan badań naukowych nad Marcinem Lutrem i reformacją. Otóż „najważniejsze dokumenty jego teologii z lat 1510-11 i 1516 zostały odkryte dopiero około roku 1900” i pozostają wciąż niezbyt precyzyjnie zbadane, a chodzi przy tym np. o 1500 „zapisek marginesowych” do dzieł największych teologów i filozofów, jak św. Augustyn i inni. W tymże czasie, czyli prawie ponad 350 lat po reformacji, zostały odkryte bardzo ważne pisma Lutra z okresu 1535-1545, które w pełni „korespondują” ze wspomnianymi „zapiskami marginesowymi” tzw. młodego Lutra z 1509 roku, opublikowane dopiero w latach 1926 i 1932.

Co więcej, w roku 1886 słynny niemiecki uczony Heinrich Denifle („Luther und Luthertum…”) odkrył Pseudo-Hermesa-Trismegistosa albo „Księgę dwudziestu czterech filozofów”, którą Luter uczynił podstawą interpretacji Pisma Świętego, co nawet sam Filip Melanchton chciał ukryć.

Z powyższych racji mowa o wierności młodego Lutra względem Kościoła jest w świetle odkrytych dokumentów nie do utrzymania, ale zrozumiała jest zasadnicza krytyka Lutra względem klasycznej filozofii greckiej i scholastyki oraz dzieł Ojców i Doktorów Kościoła, czyli względem katolickiej interpretacji zarówno Słowa Bożego Objawionego, jak i katolickiej interpretacji całej rzeczywistości.

„Klucze, których Luter używa do wyjaśnienia Pisma Świętego, są uformowane przez neoplatońsko-neopitagorejską filozofię”, ale także przez herezje „gnostyckie” i inspirowane satanizmem „misteria”. Rudolf Bultmann, powołując się na Lutra, mówi o „wielkiej zagadce albo o sprzeczności w Nowym Testamencie, jak z głoszącego ten, o którym głosi, stał się”.

Kim jest Chrystus „przed” Wcieleniem w ludzką naturę?

„Po artykule o Trójcy jest tamten o inkarnacji Syna Boga najwyższy. Tutaj powstaje proporcja pomiędzy skończonym a nieskończonym (co było niemożliwe)”, pisze Luter w 1545 roku. „Pomimo to artykuł o stworzeniu z nicości jest o wiele trudniejszym do wierzenia aniżeli artykuł o inkarnacji”, a nawet dodaje „najwyższym” w sensie najtrudniejszym, ponieważ „w inkarnacji przyłączona zostaje jedna rzecz do drugiej rzeczy (copulatur res cum re)”, co zapowiada pełną instrumentalizację Boga Objawionego w Osobie Boskiej Jezusie z Nazaretu.

Luter wychodzi z założeń neoplatońsko-neopitagorejsko-gnostycznych, iż w Jezusie nie ma żadnej osoby, pomimo że czasami Luter używa tego pojęcia. W Trójcy Przenajświętszej nie ma, według niego, żadnej Osoby Boskiej, lecz jest Ona pojęta apersonalnie i zredukowana dosłownie do apersonalnej natury Boskiej. „Luter wychodzi z założenia, że nie istnieje hipostaza w sensie suppositum”, czyli podmiot w sensie Osoby Boskiej. To, co my, katolicy, nazywamy Osobami Boskimi, jest zredukowane do sposobów istnienia samego apersonalnego Bóstwa, a w przypadku człowieka do apersonalnego człowieczeństwa. W Chrystusie ujawniają się „podwójne funkcje: jedna apersonalna abstrakcyjna i pożerająca grzech Boskość i druga do apersonalnej Istoty Boga dodana apersonalnie pojęta ludzkość”.

Problem ten ilustruje interpretacja prologu Ewangelii wg św. Jana przez Lutra, który nie utożsamia bytowości „Słowa” jako „Syna”. Święty Jan pisze: „i Bogiem było Słowo” (1,1), a Luter powiada: „Jan nie mówi, że »Syn jest Słowem«”.

Warto nadmienić interpretację Lutra słów Jezusa z J 14,28: „Ojciec większy jest niż Ja”. Święty Hilary pisze w traktacie „O Trójcy Świętej”, że w tych słowach Jezusa chodzi o to, „kto pochodzi od kogo”, czyli o „narodziny” wiecznego Syna Bożego, a nie o „nierówność” pomiędzy Ojcem a Synem. Luter podkreśla także w tym kontekście, że nie chodzi przy tym o „odróżnienie Osób (w Trójcy Świętej)”, lecz twierdzi: „Ja jednak chcę powiedzieć”, że „Ojciec od nikogo nie ma Bytu Boskiego, ale Syn od Ojca”. To znaczy, że Bóg Ojciec i Bóg Syn są „modi” (sposobami) istnienia Boskości, ale nie różnymi Osobami Boskimi, ponieważ Luter już w 1509 roku pisze na podstawie racji neoplatońsko-neopitagorejskich: „hipostaza lub osoba i istota” są „tym samym”.

W Ewangelii wg św. Jana 8,58 Jezus naucza: „Zanim Abraham stał się, JA JESTEM”. Luter, nawiązując do wspomnianego Pseudo-Hermesa-Trismegistosa, pisze o tym tak: „Chrystus nie powiedział: Zanim Abraham powinien był stać się, jestem Chrystusem, lecz po prostu: Ja jestem”. I tłumaczy dalej: „Tak dzieje się we wszystkich określeniach, które podają przypadłość, a nie w określeniach, które podają substancję” i kontynuuje swoją argumentację (por. Ockham): „Jak biel zachowuje się w relacji do człowieka, tak zachowuje się Chrystus do Syna Bożego”, tzn. że w Jezusie jest relacja substancja-przypadłość analogicznie do „Piotr-biel”, czego, według nominalisty Gabriela Biela, nie wolno stosować w odniesieniu do Chrystusa, bo człowieczeństwo Jezusa byłoby tylko przypadłością, a nie – jak naucza Kościół – substancją. Luter stosuje ten sposób myślenia także w późniejszych pismach, np. jego „Dysputacji o Boskości i człowieczeństwie Chrystusa” z 1540 roku.

Ale jak zatem zinterpretować wypowiedzi Jezusa: „Ja jestem” np. „Zmartwychwstaniem i Życiem” (J 11,25) czy „kto we mnie wierzy…” (J 12,33), które Kościół katolicki zinterpretował jednoznacznie jako wypowiedzi Syna Bo- że go. Komentarz Lutra jest bardzo charakterystyczny i konsekwentny: „Można wprawdzie prawidłowo powiązać je z Bóstwem, ale właściwie rozumie się je jako powiązane z Człowieczeństwem, przynajmniej w mowie, w której powiedział: »Kto we mnie wierzy«. Ale ta wiara oznacza wiarę w jego człowieczeństwo, które dane jest nam w tym życiu dla życia i zbawienia. On sam (ipse) jest mianowicie przez wiarę naszym życiem, naszą sprawiedliwością i naszym zmartwychwstaniem… Wiarą jest On sam w jego Człowieczeństwie (estipse in humanitate sua)”. Jezus wyraźnie w tych wypowiedziach „Ja jestem” mówi jako Bóg i jednocząc się np. w łasce wlanej wiary z człowiekiem, nie niszczy ludzkiej tożsamości, osoby i natury, lecz jednoczy się z całym człowiekiem i wydoskonala go na miarę jego otwartości na to Boże działanie. Tego protestantyzm Lutra nie zna, lecz mniema, że nadejście Boga do nas wiąże się z „unicestwieniem” człowieka w jego naturze.

Jaki jest motyw Wcielenia Jezusa?

Według Lutra, Chrystus pełni tylko „funkcję Zbawiciela”, jest dla „usprawiedliwienia” „gemacht”, czyli „utworzony”, który istnieje w dwóch „przeciwstawnych i niepojednywalnych naturach”, ponieważ chodzi przy tym o „najwyższe Bóstwo i podległe diabłu człowieczeństwo”, co jest sprzeczne z nauką Kościoła o „unii hipostatycznej” dwóch doskonałych natur: Boskiej i ludzkiej, otrzymanej w aspekcie Ciała od Niepokalanej Matki Maryi.

U Lutra nie ma żadnej analogii bytu: człowiek nie jest „obrazem i podobieństwem Boga” i dlatego w Chrystusie, według Lutra, „istota czasowa i wieczna (ludzkość i Boskość) nie mogą być jedno drugiego obrazem”. Co więcej, Luter wbrew ówczesnemu nauczaniu Kościoła twierdzi, iż „mamy wprawdzie memoria, mens, voluntas, ale one są coruptissima et gravissime debilitata (w najwyższym i najcięższym stopniu) skorumpowane i osłabione, tak aby jeszcze jaśniej powiedzieć, one są całkowicie zepsute i nieczyste. Jeżeli mianowicie tamte potencje są obrazem Boga, to wynika z tego, że także szatan jest stworzony na obraz Boga, ponieważ on faktycznie posiada tamte naturalia w o wiele większy sposób”. Kościół św. naucza, iż wskutek grzechu pierworodnego człowiek został „zraniony” przypadłościowo, czyli drugorzędnie, a nie w samej swojej istocie bycia osobą ludzką. Taki stan rzeczy wywołuje u Lutra strach ze względu na nieobliczalność samego Boga, sięgającego po diabelskie zło: „Nigdy nie jesteśmy pewni w Bogu. Przerażenie i strach męczą nas jeszcze we śnie. Te i podobne złości są obrazem diabła (imago Diaboli), który on wycisnął na nas”.

Podsumowując, Lutermniema, iż „jeżeli mówimy o obrazie Boga, to mówimy o nieznanej rzeczy, której nie tylko nie doświadczyliśmy, lecz której przeciwieństwa stale doświadczamy i nie słyszymy nic aniżeli nagie słowa”, tzn. nic człowiek o winie dające. Chociaż w swoim piśmie „De servo arbitrio” (O zniewolonej woli) pisze Luter o „voluntatula voluntatis”, czyli o „cichym poruszeniu woli”, które podpowiada człowiekowi, „ażeby ponad wszystkim umiłowany był Bóg”, co jest dla człowieka praktycznie wykluczone, ponieważ Luter uważa człowieka za „zwierzę pociągowe” i pisze dalej: „Jeżeli człowieka ujeżdża Bóg, to czyni dobro, a jeżeli ujeżdża go diabeł, to czyni zło”. Ale przecież sam Pan „Bóg” w myśli Lutra z jego „Komentarza do Księgi Psalmów” „zanim stał się Bogiem, musiał najpierw stać się szatanem”. Dlatego ani Marcin Luter, ani reformacja nie mogą zaproponować żadnego pozytywnego wyjścia z ich pełnych sprzeczności z oficjalną nauką Urzędu Nauczycielskiego Kościoła św. poglądów protestanckich na temat Chrystusa jako doskonałej odwiecznie Osoby Syna Bożego i doskonałego w swojej ludzkiej naturze Człowieka.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/127587, ... lutra.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 14 lut 2015, 07:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Negacja „unii hipostatycznej” w osobie Jezusa Chrystusa w protestantyzmie Marcina Lutra

Obrazek
Fresk „Chrystus w Majestacie ze świętymi patronami Cremony”, Boccaccio Boccaccino, 1506 r. Zdjęcie: arch./ -


Na gruncie poprzedniego szkicu o negacji Osoby Boskiej Jezusa Chrystusa w teologii protestanckiej Marcina Lutra powstaje następne, niezwykle ważne pytanie o sposób współistnienia dwóch natur: Boskiej i ludzkiej w Jezusie. Kościół święty, zbudowany na św. Piotrze, naucza, że obie natury są zjednoczone w postaci „unii hipostatycznej”, natomiast Luter i reformacja artykułują ich sprzeczność, a naturę ludzką określają jako „larwę”, którą Chrystus odrzuca. W wierze i nauce Kościoła św. od samych jego początkówistnieje prawda o Jezusie jako narodzonej „z substancji Ojca” w wieczności drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej, czyli jako odwiecznego Syna Bożego, który – jak uczy sobór w Nicei z 325 r. – „dla naszego zbawienia” „stał się Człowiekiem”, tzn. przyjął naturę ludzką. Sobór w Konstantynopolu z 381 r. pogłębi to rozumienie przez wskazanie na narodziny Syna Bożego w „ciele ludzkim” „z Maryi Dziewicy”. Stąd sobór w Efezie w 431 r. podejmuje tematykę jedności natur w Chrystusie jako Osobie Boskiej, który mając „ciało” „z Bożej Rodzicielki”, jednoczy jewraz ze swoją duszą i duchem ludzkim wsensie „naturalnej jedności”. Jezus jest „jedną, a nie dwiema Osobami”, ponieważ „nie przyjął osoby ludzkiej”, w przeciwnym razie należałoby przyjąć zamiast „trzech” „cztery” OsobyBoskie, co jest w świetle Objawienia chrześcijańskiego Trójcy Przenajświętszej przez Wcielone Słowo Ojca wykluczone. Obydwie natury Syna Bożego tworzą „prawdziwą jedność”, ale nie tak, by tworzyły „jedną naturę”.

Oficjalna nauka Kościoła

Według Marcina Lutra, Chrystus jako Człowiek „jest… dodany” („additus”) do Jego natury Boskiej, a nie „zjednoczony” w unii hipostatycznej z naturą Boską. Przejęcie tego neopitagorejskiego pojęcia „additus” przekreśla Boga jako Osobę i redukuje Boga do rzeczy lub instrumentu, do którego można dodać np. jakąś część. A jeżeli można coś do Niego dodać, to można mu też ją i odebrać, co jestsprzeczne z nauką Kościoła o Bogu istniejącym w trzech Osobach. Dlaczego nauczanie eklezjalne jest zasadne? Z tej racji, że natura Boska i ludzka Jezusa są zjednoczone w „unii hipostatycznej”, czyli w Jego jednej Osobie. To dlatego są one „niewymieszane” („inconfuse”), „nierozerwalne” („inseparabiliter”), a także „niepodzielne” („indivise”). Takie rozumienie relacji pomiędzy naturami Syna Bożego zakłada Jego Boską Osobę jako gwaranta tejże „unii”. Zakwestionowanie zatem Bytu Boga jako osobowego nie pozwoliłoby na wskazane wyżej określenie cudu „unii hipostatycznej”. W zasadniczej opozycji do tej oficjalnej nauki Kościoła Luter pisze w „Wielkim Komentarzu do Listu św. Pawła Apostoła do Galatów” „o Chrystusie złożonym” („de Christo composito”), nie używając terminu „unia hipostatyczna”, lecz takich pojęć, jak m.in. „kopulacja i koniunkcja”, czyli pojęć neopitagorejczyków i nominalistów, przy czym ci ostatni starali się jednak powracać do podstaw katolickiej nauki o Chrystusie, a nie mechanicystycznie, jak neopitagorejczycy, interpretować Bosko-ludzką Bytowość Jezusa. Już na soborze w Efezie Kościół w rozprawie z herezją Nestoriusza odrzucił jego tezę o „rozdziale jedności” obydwu natur w Chrystusie i wskazał na wiążącą prawdę o ich „naturalnym zjednoczeniu” w „jednej Osobie”, co oznacza, iż Chrystus jako „ten sam jest równocześnieBogiem i Człowiekiem”. Dla Lutra nauczanie Magisterium Kościoła, że Osoba Boska Jezusa jest wiecznym „podmiotem”, nie jest prawdą, ponieważ w jego protestanckiej myśli „nie istnieje żaden podmiot, także nie w filozofii”. Kościół Chrystusowy naucza też, że obydwie natury zachowują ich „właściwości” i są realnie zjednoczone w podmiocie „jednej Osoby” Chrystusa. To znaczy dalej, iż natura ludzka Jezusa służy Jego Boskiej Osobie jako „zjednoczony organ”, „narzędzie” „naszego zbawienia”, ponieważ jest ona także świętą przez przyjęcie jej od Niepokalanej Matki Maryi. Ludzkie Ciało wcielonego Syna Boga Ojca nie zostało stworzone „z nicości”, lecz zostało podarowanewświętym „fiat” Matki Bożej z Jej niepokalanego ciała. To służy świętej wymianie („communicatio idiomatum”) tychże właściwości – Boskiej i ludzkiej natury Odkupiciela – jako dowód na to, że cały Chrystus jest Mesjaszem ze względu na Jego doskonałą jedność Bosko-ludzką.

Luter ubóstwił szatana

W protestantyzmie postulowana jest także w tym względzie sprzeczność, ponieważ według Lutra, „Chrystus jest… największym i jedynym grzesznikiem na ziemi i jedynym sprawiedliwym i świętym”. Jego zdaniem, katolicy „nic nie wiedzą” o tzw. błogosławionej wymianie, którą wyraził słowami: „sprawiedliwość Chrystusa jest moją, a mój grzech jest Jego”. Dlaczego? Luter po prostu wbrew Pismu Świętemu i Tradycji przyjął, iż grzech pierworodny przemienił nasze ludzkie życie i cały kosmos na całkowicie złe, a nie tylko, jak uczy Kościół, „przypadłościowo”, tzn. drugorzędnie i nie w naszej istocie osoby i natury człowieka oraz pozostałych stworzeń świata. Skąd taka myśl u Lutra? Z pewnością stąd, że Luter, jak zostało nadmienione w poprzednim artykule, ubóstwił szatana lub zsatanizował Boga. Dlatego „zło” uzyskało atrybut wszechmocy, co potwierdza się w kwestii rozumienia wymiany pomiędzy naturami Boską i ludzką w Osobie Jezusa. Luter pisze bowiem: „Chrystus nie przyjął po prostu natury człowieka, lecz taką, która stała się podporządkowaną i podległą śmierci, piekłu i przecież On zagryzł w sobie w tym poniżeniu diabła, piekło i wszystko. To jest communicatio idiomatum (wymiana właściwości)”. Takie myślenie Luter nazywa „najmocniejszym artykułem wiary”, a przecież gdyby Luter wiernie aplikował jego własną zasadę „sola scriptura” („jedynie Pismo Święte”), to ono mówi jednoznacznie w Starym i Nowym Testamencie: Pan Bóg jest święty. Wbrew nauce świętych Pawła Apostoła i Augustyna o przyjściu Syna Bożego na świat z miłości (por. Kol 1,13) Luter wprowadza już w latach 1509 i 1511 inną rację, a mianowicie by „obronić nas przed gniewem” Boga Ojca. Z tego powodu nazywa „Chrystusa Synem Ducha Świętego, tzn. stworzeniem”. Świętym apostołom Pawłowi i Janowi Luter zarzuca sprzeczność, że z jednej strony „czynią Go Człowiekiem, a pomimo to powiadają, że wszystko zostało przez Niego stworzone”, czyli że jest On de facto Bogiem. Wbrew św. Augustynowi Luter argumentuje, że „Chrystus jest stworzeniem Trójcy Świętej, przez tego samego Stwórcę i w tym samym akcie stworzenia stworzony jak my”, co rozmija się z prawdą o tym, że przecież z jednej strony my jesteśmy stworzeni „z nicości”, co nie dotyczy wspomnianego „ciała” Jezusa, a z drugiej strony Syn Boży „ani dusza” ludzka Syna Bożego „nie istniała przed Wcieleniem”, ani też „Słowo nie przyniosło żadnego ciała z Nieba”, lecz w „pełni czasów” otrzymało je od Niepokalanej Dziewicy Maryi. Warto podkreślić też z życiodajnego nauczania kościelnego, że Syn Boży jako odwieczne „Słowo” Boga Ojca ani „nic nie traci we Wcieleniu”, ani też „nic nie zyskuje”, ponieważ On jako prawdziwy Bóg wiecznie jest pełnią doskonałości, której po prostu nie można już bardziej ubogacić, ale nie można jej także uczynić złą, jak postuluje radykalnie negatywna reformacja.

Niezniszczalna jedność natur w Chrystusie

Urząd Nauczycielski głosi prawdę o „niezniszczalnym” „istnieniu” jedności natu w Chrystusie,takżew„Chrystusie uwielbionym” po Jego zmartwychwstaniu, kiedy zasiadł „po prawicy Ojca i przyjdzie sądzić żywych i zmarłych” jako zarazem prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek w swoim uwielbionym na wieki człowieczeństwie. Luter mniema, że w nauce o „dwóch królestwach” jest mowa o „królestwie”, które Ojciec, Syn i Duch Święty mają jako wieczne oraz o „królestwie przebaczenia grzechów i kierowania Kościołem, które Chrystus w Dniu Ostatecznym odrzuci”. W tym ostatnim, tzn. na świecie „Chrystus jako Człowiek rządzi poprzez wiarę w Jego Człowieczeństwo, które ma z Dawida. Ale w przyszłości przekaże ten dom Ojcu”. My, ludzie, „uczestniczymy w królestwie Jego Człowieczeństwa, które jest częścią Chrystusa. Później jednak cały Chrystus będzie w nas jasno świecił bez zasłony człowieczeństwa (sine involucro humanitatis)”. Dlaczego? Ponieważ według Lutra, w glorii wieczności, czyli po Sądzie Ostatecznym, „Chrystus nie będzie rządził przez człowieczeństwo”, które musi odrzucić jako całkowicie grzeszne i jako tylko „larwę”, „lecz przez Objawienie natury Boskiej lub Istoty Boskiej”. Taki pogląd oznacza apersonalne pojęcie Królestwa Niebieskiego i apersonalny związek Chrystusa z Boskością.To jest także widoczne w argumentacji Lutra o Chrystusie jako „Głowie Kościoła”: „Według człowieczeństwa jest On Głową, w rzeczywistości nazwany jest On jednak Głową według Boskości, tak że człowieczeństwo jest martwe”, bo do jego „definicji” należy „grzech”. A zatem wieczne zjednoczenie z Bogiem Ojcem jest, zdaniem Lutra, wykluczone, ponieważ skoro „pełnia łaski Bożej” przychodzi poprzez Wcielenie Syna Bożego, to wraz z utratą Jego Człowieczeństwa ludzkość zatraca także i łaskę odkupienia, bowiem jedność dzieci Bożych z Trójcą Przenajświętszą jest przecież podarowana poprzez jedność Osoby Syna Bożego w Jego naturach Boskiej i ludzkiej, poprzez które Jezus Chrystus dokonał dzieła zbawienia zranionego grzechem świata, z wyjątkiem upadłych aniołów. Brak przyjęcia przez Marcina Lutra i innych przedstawicieli protestanckich katolickiej nauki o zjednoczeniu natury Boskiej i ludzkiej w jednej Osobie Syna Boga Ojca i zarazem wedle ciała Syna Dziewicy Maryi, Matki Bożej, nazwanym „unią hipostatyczną”, doprowadził reformację i wszystkich jej zwolenników do zasadniczego kryzysu jedności wielu ludzi i narodów z Bogiem Objawionym w Jezusie Chrystusie i w naturalnej konsekwencji z „jednym, świętym, katolickim i apostolskim Kościołem” naszego najmiłosierniejszego Pana i Zbawiciela całego kosmosu.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/128683, ... lutra.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 18 lut 2015, 09:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
O herezji

Obrazek
Św. Franciszek Salezy


Heretycy są heretykami i zasługują na to miano dlatego, że spośród artykułów wiary wybierają te, które im odpowiadają i dogadzają, wszystkie inne zaś odrzucają odmawiając im słuszności. Katolicy natomiast są katolikami, gdyż bez wyboru i jakichkolwiek zastrzeżeń, z niewzruszoną gotowością i stanowczością przyjmują całość nauki Kościoła. Zupełnie tak samo dzieje się w dziedzinie miłości. Czynić jakiś wybór pomiędzy Bożymi przykazaniami, czyli chcieć praktykować jedne, równocześnie gwałcąc pozostałe – nie jest niczym innym niż herezją przeciw świętej miłości.

Ten, który powiedział: Nie zabijaj! – powiedział także: Nie cudzołóż! Jeśli więc nie zabijasz, a popełniasz cudzołóstwo, to wstrzymujesz się od zabójstwa nie dla miłości Boga, lecz z jakiś innych względów skłaniających cię do wyboru raczej tego przykazania, niż innego. Taki zaś wybór jest właśnie herezją w zakresie miłości. Jeśliby ktoś powiedział mi, że z miłości, jaką dla mnie żywi, nie chce uciąć mi ręki, a natomiast przyszedłby wyrwać mi oko, zranić mnie w głowę lub przeszyć mnie na wylot szpadą, to chyba słusznie mogę zawołać: Jak śmiesz twierdzić, że to z miłości nie chcesz uciąć mi ręki, skoro wyrywasz mi oko nie mniej dla mnie cenne, albo – co gorsza – dziurawisz mi ciało ostrzem szpady?

Jest bezsporną prawdą, że dobro wywodzi się zawsze z przyczyny całkowitej i pełnej, zło zaś – z każdego braku. Aby jakiś akt był aktem prawdziwej miłości, musi on pochodzić z miłości pełnej, ogólnej, powszechnej, obejmującej wszystkie przykazania Boże. Wystarczy uchybić miłości przekraczając którekolwiek z przykazań, aby nasza miłość nie była już ani pełna, ani powszechna. Serce zaś, w którym ta miłość przebywa, nie jest wtedy już sercem prawdziwego miłośnika, i – co za tym idzie – nie jest również sercem naprawdę dobrym.

Św. Franciszek Salezy, Traktat o miłości Bożej

http://www.pch24.pl/o-herezji,4945,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 21 lut 2015, 07:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Bóg Ojciec jako „nienawidzący... tyran” według Marcina Lutra

Obrazek

W inspirowanej Duchem Świętym nauce Kościoła zbudowanego na św. Piotrze o Jezusie Chrystusie jako Bogu i Człowieku konieczne jest przywołanie słów Jezusa z Jego modlitwy arcykapłańskiej, w której Mesjasz Pan zwraca się do Ojca w Niebie: „aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie” (J 17,21). Niceańskie wyznanie wiary z 19 czerwca 325 r. artykułuje tę prawdę o „Jednorodzonym z Ojca” i będącym „jednej substancji z Ojcem”, czyli jednej Boskości w sensie Natury Boskiej, ale istniejącym jako narodzona z Osoby Boga Ojca Osoba Syna Bożego. „Jedność” w Naturze Boskiej, o której nauczają Jezus i Kościół, pojawia się tylko pośród Osób Boskich.

Marcin Luter przez przyjęcie struktury myślenia neoplatońsko-neopitagorejskiego wykreśla ze swojej protestanckiej opinii na temat Trójcy Świętej istnienie trzech Osób Boskich. Stąd, gdy Luter mówi o Bogu Ojcu czy Bogu Synu, to mówi – jak już powiedzieliśmy („Nasz Dziennik”, 7-8 lutego 2015 r.) – o „’modi’ (sposobach) istnienia Bóstwa”. Hegel w następstwie teologii Lutra nazywa konsekwentnie „Trójcę Świętą Ojca, Syna i Ducha Świętego” „dziecięcą (tzn. naiwną) relacją, dziecięcą, naturalną formą”, którą należy „przezwyciężyć”.

Bóg Ojciec posyła Syna

Jezus modli się do Ojca za dzieci Boże: „Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał” (J 17,23a). To pojęcie „posłał” zakłada Boga Ojca jako Osobę, bo tylko, ogólnie patrząc, osoba może posyłać ze względu na to, że „posłanie” wymaga rozumu, wolnej woli, pamięci i całej osoby, by także mieć plan posłania oraz jego cel, co mogą określać tylko Osoby Boskie oraz osoby anielskie i ludzkie. Pośród świata zwierząt nie występuje fakt jakiegokolwiek „posłania”. W przypadku przyjścia Syna Bożego w „postaci ludzkiej” na ziemię mamy do czynienia z posłaniem Go „przez Boga” Ojca w celu zbawienia, o czym nauczają w tradycji Kościoła katolickiego m.in. św. Klemens z Rzymu w liście do Koryntian z około 96 r. po n.Chr., a także Sobór Trydencki w „Dekrecie o usprawiedliwieniu” z 1547 r., że „Ojciec niebieski… posłał do ludzi… Jego Syna Chrystusa Jezusa” jako „Zbawiciela”, co nie stoi w sprzeczności względem planu stworzenia. Wprost przeciwnie, jak naucza bł. Papież Paweł VI, w kontekście ewangelizacji człowieka „nie można oddzielać planu stworzenia od planu zbawienia”, ponieważ są „te związki w najwyższej mierze porządkiem ewangelicznym, który jest porządkiem miłości” (Evangelii nuntiandi, nr 31).

Luter zaś określa Boga Ojca „Bogiem-Tyranem”, przymuszającym Syna do przyjścia na ziemię, a także „Bogiem nagim (nudus Deus)” lub „nagim Majestatem, którym jest sam Bóg (nuda Maiestas, quae est Deus ipse)”, oraz porównuje Boga Ojca do kowala, który używając kowalskiego młota, „unicestwia”, czyli „uśmierca”, upadłe stworzenie. Dlaczego? Ponieważ Luter założył, że w Trójcy Świętej nie ma Osób, stąd jego postulat, by to, co się dzieje, działo się w sposób apersonalny i koniecznościowy, jak tego przykłady mamy w stworzeniu nierozumnym i niewolnym, czyli pośród zwierząt, roślin i materii nieożywionej, gdzie panują prawa przyrody.

A przecież sam „najmiłosierniejszy Odkupiciel” (bł. ks. Michał Sopoćko) modli się do swojego Ojca w Niebie i podkreśla: „Tyś ich umiłował, jak Mnie umiłowałeś” (J 17,23b), tzn. zarówno Boskiego Syna, jak i wszystkich ludzi świata. Te słowa Chrystusa wskazują na wiecznie osobową wolność i wiecznie osobową Miłość Ojca w akcie posłania wiecznego Syna „w pełni czasu” (Ef 1,10; Gal 4,4), by „zbawił”: Żydów, „którzy byli pod prawem” (Gal 4,5) śmierci; „pogan, którzy nie zabiegali o usprawiedliwienie, ale osiągnęli usprawiedliwienie” (Rz 9,30) oraz wszystkich, „którzy… otrzymali przybrane synostwo” i „dziedzictwo z woli Bożej” (Gal 4,5;7b), tzn. ze świętej miłości „Praojca wieków”.

Odwieczne Bóstwo Zbawiciela wyzwaniem

Luter, pisząc o wcielonym Synu Bożym w kontekście Jego relacji z Ojcem, wzywa każdego protestanta: „Odwróć oczy od Majestatu Boga i zwróć je ku Człowieczeństwu tego, który leży w łonie Matki”. Dlaczego odwieczne Bóstwo Zbawiciela jest aż tak wielkim wyzwaniem? Ponieważ „Bóstwo” Jezusa „może człowieka tylko przerazić”. Jak sobie z tym poradzić? Należy, według Lutra, najpierw w ogóle „porzucić spekulacje” o Majestacie Boga. „W walce przeciwko grzechowi i śmierci zostaw Boga, bo On jest tutaj nie do zniesienia”, dodaje Luter. Jeżeli nadchodzi Bóg, to jest On „Panem”, który „nienawidzi” zarówno grzechu pierworodnego, pożądliwości, jak i całego „ciała grzechu”.

Problem Lutra polega na tym, że ogłosił on całego człowieka upadłego „grzechem” i nadał mu wskutek fałszywego pojęcia zła naturę, byt i imię „grzechu”. Stąd wyrasta pytanie o zbawienie grzesznego człowieka, który jak każdy „grzech” musi być totalnie, czyli całkowicie, przezwyciężony, co oznacza dla Lutra – na własne życzenie – całkowitą utratę tego życia, co Luter wyraża pod pojęciem totalnej śmierci człowieka w jego duszy i w jego ciele, bo osobą ludzką, tak czy inaczej, człowiek dla Lutra nigdy nie był. Dlatego Bóg objawia się „zawsze” jako „najpierw Nienawidzący” naszego substancjalnie grzesznego i całkowicie przeznaczonego do unicestwienia w śmierci człowieczeństwa.

Luter nie zgadza się z ockhamistami, którzy twierdzą, iż Pismo Święte przymusza nas do wyznania: „Ponad tę miłość naturalną Bóg żąda także miłości, która jest przez Niego podarowaną”. „Tym samym jest On” – dla Lutra – „tyranem i okropnym egzekutorem”. Człowiek, według jego teologii protestanckiej, ani ze swej totalnie „zepsutej natury”, ani w mocy miłości jako cnoty wlanej przez samego Boga w ludzką wolność nie może miłować, ponieważ nie jest żadną osobą i taką bytowością, która byłaby zdolna do miłości. Ale dlaczego pomimo tak radykalnej negacji miłości naturalnej i nadprzyrodzonej w człowieku Luter przywołuje kwestię miłości?

W Komentarzu do Listu św. Pawła Apostoła do Rzymian Luter pisze, że dopiero na drodze „zgody na Boga-Tyrana” człowiek dochodzi „do miłości do Ojca”. Ale co to bliżej znaczy? Wprawdzie Luter nawiązuje do wypowiedzi tych, którzy „Boga nazywają w ich sercach tyranem, nawet jeżeli nazywają Go swoimi ustami Ojcem. Oni powiadają ukrycie w ich sercach: Bóg działa tyrańsko, nie jest żadnym Ojcem, lecz przeciwnikiem”. Luter potwierdza tę zasadniczo wrogą opinię względem Świętości Osoby Boga Ojca i zarazem Świętości Jego Miłości wiecznej: „On jest nim rzeczywiście”, ale ci ludzie „nie wiedzą”, iż człowiek „musi się z tym przeciwnikiem”, czyli nienawidzącym Ojcem, pojednać. Luter pociesza, że tenże Bóg Ojciec staje się później jednak „przyjacielem i Ojcem i nigdy kimś innym”. Powstaje tylko pytanie, czyim „przyjacielem i Ojcem” staje się Pan Bóg, skoro On, według Lutra, uśmierci już w akcie zbawienia od grzechu tego, którego rzekomo pragnie miłować i zawrzeć z nim więź przyjaźni?

Pojednani z Bogiem przez Chrystusa

Luter głosi, iż Bóg Ojciec wbrew woli Syna „uczynił Go grzesznikiem” i jako takiego „jedynym grzesznikiem” (simul summe iustus et summe peccator in Christus), ponieważ przyjęcie natury ludzkiej oznacza utożsamienie Syna Bożego z grzechem, który jest tutaj zsubstancjalizowany, czyli że człowiek jest „substancją grzechu”.

W opozycji do tej tezy reformacji św. Jan Paweł II, Papież z naszej Ojczyzny – Polski, w encyklice „Sollicitudo rei socialis” (nr 31) przypomina naukę, że w „ten Boży plan, zapoczątkowany od wieków w Chrystusie, doskonałym ’obrazie’ Ojca (por. Kol 1,15) i osiągający swą doskonałość w Nim, ’Pierworodnym spośród umarłych’ (tamże 1,18), wpisuje się nasza historia… przygotowująca nas do uczestniczenia w pełni, która ’zamieszkuje w Panu’ i której udziela On ’swemu Ciału, którym jest Kościół’ (por. tamże, 1,18; Ef 1,22-23), podczas gdy grzech, który zawsze zastawia na nas sidła i naraża na niepowodzenie osiągnięcie naszych ludzkich celów, został zwyciężony i okupiony przez ’pojednanie’ dokonane przez Chrystusa (por. Kol 1,20)”.

O Miłości trzech Osób Boskich, których przecież jako Osób nie ma w myśli Lutra, nie może być mowy, a zatem rzeczywiste stworzenie świata i „posłanie” Syna przez Boga Ojca w celu odkupienia w teologii dialektycznej Lutra nie istnieją, tak jak nie można mówić o wolnym akcie zbawienia dokonanym wyłącznie przez Chrystusa, ale też przez Boga Ojca i Ducha Świętego, ponieważ trzy Osoby Boskie działają w stworzeniu i zbawieniu razem, chociaż Syn Boży stał się Człowiekiem przy współudziale Boga Ojca i Ducha Świętego, a Duch Święty został zesłany zarówno przez Boga Ojca, jak też przez Jezusa Chrystusa i prowadzi obecnie Kościół św. ku pełni istnienia w Królestwie Niebieskim, czego przecież naucza Jezus w Jego Ewangelii. Niech to będzie puentą dla powyższych myśli, ukazujących cud istnienia miłującego i absolutnie sprawiedliwego Boga Ojca, oraz istotną korektą dla protestanckiej zasady „sola scriptura”, która jest w sensie swojej treści – także dotyczącej nauki biblijnej i eklezjalnej o Świętości Boga Ojca – nie tylko całkowitą pustką, lecz herezją odcinającą dzieci Boże od prawdziwej wiary i prawdziwej miłości do Niego: „Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich” (J 17,24-26).

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/129727, ... lutra.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 28 lut 2015, 07:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Sprzeczność w Naturze Boskiej Jezusa Chrystusa według Marcina Lutra

Obrazek

W najstarszych zachowanych na papirusach zapisach dotyczących wyznania wiary katolickiej na Wschodzie w Boskość Jezusa Chrystusa jako prawdziwego Syna Bożego nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, że On jest prawdziwym Bogiem w dosłownym tego słowa znaczeniu, co przekazane jest np. na papirusie Dêr Balyzeh z północnego Egiptu: „Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego i w Jego jednorodzonego Syna, naszego Pana, Jezusa Chrystusa”. Także Zachód posiada łacińską formę „Traditio apostolica” Hippolita z Rzymu, w którym zapisane jest pytanie o wiarę: „Czy ty wierzysz w Chrystusa Jezusa, Syna Boga, który narodzony został za sprawą Ducha Świętego z Maryi Dziewicy…?”. Taka była też wiara Ojców i Doktorów Kościoła z pierwszych wieków chrześcijaństwa.

W kontekście panowania sekt albigensów i katarów IV Sobór Laterański w listopadzie 1215 r. na nowo zdefiniował wiarę katolicką: „Wierzymy mocno i wyznajemy prawidłowo, że tylko jeden jest Bogiem prawdziwym, wiecznym, niezmierzonym i niezmiennym, niepojętym i niewypowiedzianym, Ojciec, Syn i Duch Święty: wprawdzie trzy Osoby, ale jedna Istota, Substancja i całościowo prosta Natura” Boska. „Święta Trójca jest według wspólnej Istoty niepodzielna i różna według właściwości Osób”, naucza oficjalnie Magisterium Kościoła.

Boskość, czyli Natura Boga

Marcin Luter, mimo że doskonale zna te dokumenty, mniema jednak, że „odróżnienie w Imieniu Boga pomiędzy personaliter (tym, co osobowe) i essentialiter (tym, co istotowe) jest nic niemówiącym i bezużytecznym wymysłem filozofii”, czyli że „hipostaza albo osoba i istota” Boga są jednym i absolutnie tym samym. Powołuje się on przy tym na pogląd neoplatońskiego filozofa Porfyriusza, który na przełomie III i IV wieku twierdzi, że „wielu ludzi jest jednym człowiekiem”, czego św. Augustyn nie zaakceptował przy interpretacji „Trójcy Przenajświętszej, w której nie może istnieć więcej Osób aniżeli trzy”. Luter argumentuje za przyjęciem neoplatonizmu Porfyriusza i pisze wbrew wierze i nauczaniu Kościoła: „Cała racja sporu jest taka, że Osoba jest wspólnym Imieniem, Istota zaś wspólną rzeczą. Jak człowiek wypowiadany jest dlatego wspólnie o różnych ludziach i oznacza substancję rzeczy, tak Osoba w rzeczach Boskich jest wspólnym Imieniem dla wielu i oznacza substancję Boskości (substantiam deitatis)”. Tutaj uzewnętrzniają się korzenie panteizmu protestanckiej reformacji, dla której wszystko, co jest, jest jakoś Bogiem, a więc także aniołowie, ludzie i cały kosmos.

Święty Augustyn zadał niezwykle ważne pytanie: „Czy każda pojedyncza Osoba w Trójcy Świętej także dla siebie, bez obydwóch pozostałych, może być nazwana Bogiem, wielką, mądrą, prawdziwą, wszechmogącą, sprawiedliwą?”. Ten wielki Ojciec Kościoła daje pozytywną odpowiedź, bowiem w przeciwnym razie musiałby postrzegać Boga samego jako „proces” i np. wtedy Bóg Ojciec musiałby przyjąć swoją „Boskość od Syna”, którego w wieczności rodzi i dopiero przez Syna stałby się np. „mądrym”, co Augustyn nazywa „czymś najbardziej absurdalnym i najbardziej fałszywym (absurdissimum atque falsissimum)”.

W kwestii rozumienia Boskości, czyli Natury Boga – także w Jezusie z Nazaretu, zdanie Lutra rozstrzyga się w odrzuceniu tej nauki Kościoła o tym, że trzy Osoby Boskie są w swojej odwiecznej Istocie wiecznie mądre, wiecznie wszechmocne, wiecznie sprawiedliwe, wiecznie żywe i wiecznie absolutnie doskonałe i święte. Luter, podając w wątpliwość naukę Augustyna o różnorodności Osób Boskich przy jednej i tej samej Boskiej Istocie, nadmienia: „Największym problemem (maxima questio)”, a zarazem czymś „dziwnym wydaje się” to, że określenia jednej Natury Boga, jak: „mądry, sprawiedliwy, prawdziwy”, powinny dotyczyć jednej Boskości, zaś określenia Osób Boskich, czyli „wszystko, co konkretne” w Nich, „powinno być czymś relacyjnym”, tzn. powinno być rozumiane jako niepowtarzalne właściwości poszczególnych Osób Boskich. Jako egzemplifikację powyższej negacji Luter przywołuje niefortunną metaforę koloru „bieli”, która ma być nią „przez byt biały”. Skutkiem takiego myślenia jest utożsamienie Osoby i Natury w Bogu Objawionym, co nieuchronnie prowadzi do tego, by Boga pojmować jako całość złożoną z części, o czym pisze Luter, porównując Boga do „ciasta tortowego”. Jest to sprzeczne z nauką Kościoła, który Boga nigdy nie traktuje jako całości złożonej z części, lecz nazywa Go absolutnie prostym Bytem. W myśl tej prawdy Sobór Laterański już kilka wieków wcześniej negatywnie osądził herezję Joachima z Fiore, który co prawda sądził, że „Ojciec, Syn i Duch Święty są jedną Istotą, jedną Substancją i jedną Naturą”, ale jednocześnie przyznawał, że ta „jedność” w Bogu Objawionym „nie jest żadną prawdziwą i właściwą, lecz równie kolektywną”, jak np. „wielu ludzi może być nazwanymi jednym narodem”. Rozumowanie Joachima jest błędne, bo przecież każdy z ludzi jest nie tylko inną osobą, lecz także posiada inną naturę ludzką. Magisterium Kościoła uczy, że „Ojciec nie dał Jemu (Synowi) jednej części Jego Substancji, a inną część zachował dla siebie, ponieważ Substancja Ojca jest niepodzielna, całkiem i całkowicie prosta”. W Panu Bogu nie istnieją części bytowe „trójjedyności” czy „czterojedyności” itd., jak to jest w przypadku ludzi czy innych stworzeń z samej racji, że jesteśmy złożeni w akcie stwórczym samej „Praracji wszystkiego”.

Redukcja Boga Objawionego

Luter w swych rozprawach wielokrotnie protestował przeciwko negatywnemu osądowi poglądów Joachima z Fiore. Przyjmując te same założenia ontologiczne, twierdził, że nie może być mowy o wieczności Osób Boskich, bowiem są one syntezą wieczności i czasu, czyli syntezą Stwórcy i stworzenia, a dokładnie mówiąc, stworzenie jest sposobem rozwoju Istoty Boskiej, której wszystko łącznie z Osobami Boskimi jest częścią. Po tej linii poszła myśl filozoficzna nowożytnych wieków, począwszy od Jakoba Böhme, Barucha de Spinozy aż po idealistów i materialistów niemieckich z Heglem i Marksem na czele, ale także Rudolfem Bultmannem, Martinem Heideggerem, Karlem Rahnerem czy Hansem Küngiem.

W nauce katolickiej Bóg Ojciec jest wiecznie mądry poprzez swoją wiecznie mądrą istotę, a nie dopiero przez zrodzenie Syna w wieczności staje się mądry, a Syn przez tchnienie Ducha Świętego itd. Augustyn naucza, że Bóg Ojciec „mówi przez Słowo, które On rodzi, a nie przez słowo, które jest wypowiadane, wybrzmiewa i przemija, tzn. przez ’Słowo, które było u Boga, Bogiem było Słowo i przez które wszystko się stało, co się stało’ (J 1,1;3)”. Przez tego Syna-Słowo wypowiedział się w sposób niezmienny sam Ojciec w Niebie, absolutnie wiecznie świadom samego siebie i swojej odwiecznej mądrości.

W kontradyktoryjnej opozycji stoi pytanie Lutra: „Dlaczego nie?”, tzn. „dlaczego nie wie On (Bóg Ojciec) tak o sobie samym przez Jego mądrość, tzn. przez Jego Syna? Dlaczego nie, przecież podobnie mówi się także o drugim, mianowicie o Synu?”. Nawet w roku 1545 Luter pozostał tej tezie wierny, że „mądrość” Boga Ojca „jest jedną od Niego różną rzeczą (distincta res ab eo)”. To znaczy Syn także, podobnie jak Ojciec, dopiero przez język, czyli przez wypowiadanie słów mądrości, sprawiedliwości staje się mądry, sprawiedliwy itd. Takie rozumienie Boga zostało określone przez Kościół katolicki jako redukcja Boga Objawionego do „deus humanatus”, czyli de facto do „boga uczłowieczonego”, tj. do człowieka jako człowieka, który istotnie potrzebuje napełnienia swojego ducha mądrością poprzez: mądrą myśl, mądry język, mądry czyn i współpracę z łaską wiary, aby zdobyć doskonałą mądrość. Tezę tę Magisterium Kościoła nazwało już przy końcu VIII w. herezją adopcjonizmu, która twierdziła, że Jezus nie jest Synem Bożym z racji swojej Boskiej Natury, lecz poprzez „adopcję”, czyli dopiero poprzez „łaskę”, co faktycznie dotyczy „usynowienia” ludzi, a nie wiecznego Syna Boga Ojca jako „prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka w jednej Osobie” Boskiej, co stwierdził Synod we Frankfurcie nad Menem w czerwcu 794 r. Co ciekawe, Filip Melanchton nie podzielił zdania Lutra o nierozróżnialności pomiędzy Osobami Boskimi i Istotą Boską i opowiedział się w roku 1544 za „różnorodnością” „Istoty” Boskiej i „Osób” Boskich.

Kardynalne błędy i fałszywe tezy

Luter głosi fałszywe tezy także w pierwszym „Komentarzu do Księgi Psalmów” (1513-1516), że „Chrystus jest jednocześnie żywy i martwy, aby włączyć w siebie wszelkie zło i wszelkie dobro użyczyć ze siebie”. W „Komentarzu do Listu św. Pawła do Rzymian” (1515/1516) Luter pisze: „Jedna i ta sama Osoba Chrystusa jest jednocześnie umarłą i żywą, cierpiącą i błogosławioną, działającą i niedziałającą, itd.”. Wprawdzie w nauce Kościoła katolickiego Chrystus jako także prawdziwy Człowiek umiera na Krzyżu, ale tylko w swoim ludzkim ciele, nie umiera jednak w swojej ludzkiej duszy nieśmiertelnej, a tym bardziej w swoim wiecznym Bóstwie. Luter natomiast pogrąża w śmierci „Osobę Chrystusa”, przez co musi przypisać samemu Bóstwu śmiertelność, co jest ewidentną sprzecznością.

Podobnie dzieje się z Boską sprawiedliwością w myśli reformacji, która ukazuje Boga jako zarazem „sprawiedliwego i grzesznego”: „Chrystus jest […] największym i jedynym grzesznikiem na ziemi, jedynym Sprawiedliwym i Świętym”. Luter pisze: „Boskość może być dla człowieka tylko przerażeniem, tamten niemożliwy Majestat może człowieka tylko przerażać”. Z drugiej strony Luter twierdzi, że „jeżeli raz jeden chwyci się sprawiedliwość w Chrystusie, to ma się ją na wieki”. Dalej pisze, że nawet gdyby „człowiek ponownie zgrzeszył”, to „jego życie pozostaje na wieki w Chrystusie”, co jest sprzecznością, bo przecież poprzez grzech dochodzi do utraty łaski uświęcającej, a tym samym życia w Chrystusie. Wbrew poglądom Lutra, wyrażonym słowami: „Chrystus odrzucił świętość i chce być grzechem” człowieka oraz „Chrystus jest największym grzesznikiem i jedynym grzesznikiem na ziemi i nie ma innego więcej”, Kościół św. naucza o wiecznej świętości Syna Bożego i zarazem świętości Syna Człowieczego.

Zwracano uwagę Lutrowi na relatywizację Boskiej sprawiedliwości i zredukowanie jej do przypadłości, a tym samym postawiono zarzut herezji w postaci „zaprzeczania Boskości”, ale Luter nigdy nie odrzucił swoich kardynalnych błędów i nie przyjął już wówczas nieprawdopodobnie bogatego dziedzictwa nauczania wiary katolickiej przez Kościół św., że Chrystus jest „prawdziwym Bogiem (Deus verus)”, „doskonałym (perfectus) Bogiem”, „pełnym (plenus) Bogiem”, „całkowicie (totus) Bogiem”, że jest „Słowem, Mocą, Mądrością”, „Sprawiedliwością Bożą” oraz wedle swojego wiecznego Bóstwa „niezdolnym do cierpienia”, i tę swoją Boskość udowodnił przez dokonanie „cudów […] z własnej Mocy” Boskiej, nie będąc w żaden sposób „predestynowany” przez Boga Ojca do przyjścia na świat jako jego Odkupiciel, lecz ze swojej Boskiej Miłości „chciał zawrzeć pełne tajemnicy małżeństwo z całym rodzajem ludzkim”, by doprowadzić wszystkich do „najwyższego Ojca” (Papież Leon XIII).

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/130629, ... lutra.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 07 mar 2015, 06:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Łaska i grzech według Marcina Lutra

Obrazek

Nauka Kościoła katolickiego o łasce bazuje na podobieństwie pomiędzy Bogiem w Trójcy Świętej Jedynym jako Stwórcą i zarazem Zbawcą a człowiekiem jako rozumnym i wolnym stworzeniem obdarzonym u początku istnienia w raju łaską uświęcającą. Łaska ta jest „konieczna” do prowadzenia przez niego „życia nadprzyrodzonego”, czyli w przyjaźni z Bogiem. Wprawdzie grzech pierworodny pozbawił człowieka łaski, ale nie potrafił zniszczyć istoty jego natury. Zło zraniło ją, stąd powstało wołanie ducha ludzkiego o powrót łaski, co stało się faktem za sprawą cudu zbawienia dokonanego przez wcielonego Syna Bożego Jezusa Chrystusa jako miłosiernego Mesjasza, z którego „pełności wszyscyśmy otrzymali, łaskę po łasce” (J 1,16).

Chrystus jako „Bóg prawdziwy przez swą Osobę i przez swą Boską naturę” jest „Źródłem łaski” i Jego „Człowieczeństwo” jako „narzędzie Bóstwa” jest przeniknięte całkowicie „łaską uświęcającą” (św. Tomasz z Akwinu). Stąd Jezus jako Syn Człowieczy Niepokalanej Matki Maryi „posiadał wszystkie cnoty”, „dary” i „charyzmaty” Ducha Świętego, a „złych pożądliwości […] w Chrystusie wcale nie było” (św. Tomasz z Akwinu), nie mówiąc o jakimkolwiek grzechu. Zbawiciel „wziął bowiem na siebie wszelki grzech”, sam pozostając absolutnie wolny od jakiegokolwiek zła, wprost przeciwnie, biorąc na siebie skutki grzechu w postaci np. głodu czy śmierci ciała.

Łaska Boża i ludzka wolność

Luter nie wyprowadza łaski uświęcającej z „gratia increata”, czyli z „łaski niestworzonej”, tzn. jak uczy Doctor Angelicu z samej „Osoby Syna” jako „źródła łaski Zjednoczenia” z naturą ludzką, ponieważ zniszczona jest, według Lutra, „analogia tenis”, czyli podobieństwo naszej bytowości jako osób ludzkich do stwórczych Osób Boskich przez przypisanie grzechowi Boskiej wszechmocy. Jak to jest w ogóle możliwe? Dla Lutra ostateczną racją zła nie jest upadły anioł, lecz „niesprawiedliwy Bóg”, który jest, według niego, „wszystkim” – także „szatanem”. A przecież św. Paweł w Liście do Filipian (2,6-7) pisze o Chrystusie jako Synu Bożym: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobny do ludzi”. Przez Lutra Jezus z „causa prima”, czyli z łaski niestworzonej, zredukowany jest do „causa secunda”, czyli de facto do łaski stworzonej, i to w sensie „forma servi”, tzn. człowieka zniewolonego grzechem jako świadomym i wolnym złamaniem porządku Boskiego.

Dlatego Jezus Chrystus nazwany jest przez Lutra „gratia aliena extra nos”, czyli „łaską obcą na zewnątrz nas”, którą my, chrześcijanie, według Lutra, chwytamy w wierze niczym „w punkcie matematycznym”, co uzewnętrznia stosowanie argumentacji neopitagorejskiej w myśli Lutra. „To nie jest moja cnota lub jakość mojego serca, lecz to jest coś zewnętrznego, mianowicie Boskie miłosierdzie”, które sprawia „nowe narodziny” człowieka. Ale ten „nowy byt jest prawdziwie niebytem”. „Grzech” ludzki bowiem przenoszony jest przez tę myśl na Chrystusa, który staje się w gruncie rzeczy „jedynym grzesznikiem”. Człowiek zmienia się tymczasowo z „niebytu” zła „poprzez stawanie się w byt” samego Boga, tzn. „człowiek jest zabrany, ale grzech jego jednak pozostaje”. Czyli Luter ontologizuje grzech i traktuje go jako formę bytu. W akcie zatem odkupienia nie dochodzi, według Lutra, do całkowitego przezwyciężenia zła grzechu, lecz zmienia się nieco miejsce jego bytowania. W kim zatem istnieje grzech, jeżeli zostaje on po prostu w akcie Boskiego przebaczenia zgładzony? Właśnie w samym Jezusie Chrystusie, Odkupicielu, pozostaje grzech jako grzech, co pozbawia w gruncie rzeczy Syna Bożego statusu bycia przyczyną łaski i relatywizuje Go jako Boskiego, tzn. Świętego Zbawiciela.

Wiara i wolna wola

Zastanówmy się przez moment nad łaską wiary. Czym ona jest przy tym protestanckim pojmowaniu Jezusa? Wiara jako w nauce katolickiej doskonała cnota wlana w ludzki rozum jest też, według Lutra, „obca” względem natury ludzkiej, bo istnieje „w nas bez nas”. Łaska Boża nie znajduje w nas żadnej podmiotowości substancjalnej ze względu na brak substancjalnie rozumianej osoby ludzkiej, a tym samym brak zdrowego rozumu zdolnego do przyjęcia prawd naturalnych i nadprzyrodzonych w postaci wiary. Cały duch ludzki jest „zły” i to zło przenika wszystkie jego władze: intelekt, pamięć i wolną wolę. To skutkuje naszą ludzką pasywnością, która ukazuje się, według Marcina Lutra, dzięki „obcej” wierze jako „natura stwórcza”, czyli ta „wiara jest stwórczynią boskości w nas (fides est creatrix divinitatis in nobis)”, co oznacza sprzeczną w sobie myśl o samostwarzaniu się boskości z racji jej pierwotnej niedoskonałości ontycznej w i poprzez człowieka. Łaska, według Lutra, nie jest „jakością”, jak uczy Kościół katolicki, „lecz istnieje na zewnątrz nas”, tj. „w Chrystusie”, który jest „sola fides” „jedynie wiarą”. W tym oto człowieku są tylko „początki wiary” niemające żadnego znaczenia dla dziejów jego zbawienia.

Podobną sprzeczność Luter artykułuje w relacji pomiędzy wolną wolą człowieka a łaską. Sama „wola nie jest żadnym arbitrium, nie ma żadnej wolnej decyzji w sprawach, które dotyczą szczęśliwości lub potępienia”, lecz jest „niczym innym jak koniem, który ujeżdżany jest przez szatana i nie może być uwolniony, jeżeli diabeł nie zostanie wyrzucony zeń palcami Boga”. Zniewolenie zatem w człowieku okazuje się wewnętrznym problemem wolności Bożej, podobnie zresztą jak istnienie szatana jako „części” Boga. Ze względu na grzech Luter odrzuca dogmat nauki katolickiej o istnieniu wolnej woli osoby ludzkiej i istnieniu absolutnie doskonałej przez wieczną Miłość Wolnej Woli Boga Objawionego, a tym samym Luter odrzuca naukę o realnej możliwości współpracy łaski Bożej z ludzką wolnością, która jest ukierunkowana na Boga właśnie z pomocą łaski miłości. Ta łaska, jak każda inna, nie neguje wolności człowieka, lecz mając „pierwszeństwo przed wolną wolą”, doprowadza ją do spełnienia się podmiotu osoby ludzkiej w wiecznej wolności samego Stwórcy poprzez aktywne współdziałanie na gruncie Dekalogu, przykazań miłości Boga i bliźniego oraz pozostałych pryncypiów Boskiego porządku, co jest dla Lutra wykluczone także ze względu na postulowaną przez niego sprzeczność pomiędzy łaską i prawem.

„Fides caritate formata” jest też odrzucona przez Lutra, ponieważ zakłada stabilność intelektu ludzkiego uformowanego wiarą, a wiary uformowanej miłością wolnej woli człowieka. Ani jeden, ani drugi akt nie mają możliwości zaistnienia w zniewolonym i bezosobowym istnieniu ludzkim.

Łaska i grzech

Luter nie akceptuje też faktu, iż wlanie łaski usprawiedliwiającej i przebaczenie grzechów jest jednym aktem Boskim: „Walczyłem ze sobą, ponieważ nie wiedziałem, że przebaczenie jest wprawdzie rzeczywiste, ale że pomimo to usunięcie grzechu istnieje tylko w nadziei”. Z tym nie zgadza się zasadniczo inna myśl Lutra o wiekuistej nieutracalności łaski: „Jeżeli raz chwyciłeś się sprawiedliwości w Chrystusie, to masz ją na wieki”, ponieważ „łaska nie dzieli się” i „życie” człowieka – nawet w stanie grzechu – „pozostaje na wieki w Chrystusie”. Tutaj wyraźnie brakuje rozróżnienia pomiędzy łaską wieczną, którą są Osoby Boskie, a łaskami stworzonymi przez Boga dla istot rozumnych i wolnych i uprzedzającymi, oświecającymi, inspirującymi ducha człowieka do współpracy z Najwyższym Panem.

Luter pisze w swoim wykładzie o Liście do Hebrajczyków o bytowym oraz moralno-religijnym dramacie rozdarcia człowieka: „Sakramenty łaski usprawiedliwiają serce i przynoszą rozdział pomiędzy serce a serce, pomiędzy sumienie a sumienie, pomiędzy wiarę a wiarę, pomiędzy nadzieję a nadzieję, pomiędzy miłość a miłość. Jeżeli te rzeczy (pierwszej połowy) są czyste, czynią przyjemnym przed Bogiem (acceptum faciunt), także jeżeli wszystko pozostałe (druga połowa) jest całkowicie nieczyste”. Ten fragment uwidacznia sprzeczność w samym człowieku w postaci tezy o równoczesności łaski i grzechu, zamiast nawiązać do katolickiej nauki o relacji pomiędzy osobą, naturą i łaską. Ten hiatus „podwójności” w teologii protestanckiej Lutra zdradza dialektyczne sprzężenie Boga i człowieka, wieczności i czasu, prawdy i kłamstwa, dobra i zła, czyli nadprzyrodzoności i doczesności, relatywizując przy tym nadprzyrodzoność i świętość łaski, a także istotową „czystość” natury ludzkiej – nawet po grzechu pierworodnym – jako zasady, poprzez którą działamy. Luter nie pozostawia żadnych wątpliwości, twierdząc, iż „grzech jest (naszym magistrom włosy staną dęba), tak chciałem powiedzieć i teraz tak mówię, jako perseitatis w każdym dobrym dziele”, czyli jako rzeczywistość każdego czynu ludzkiego. Luter twierdzi, że kto tak traktuje „Chrystusa”, to „ma” z Nim „wszelką komunię. Jego grzechy nie są już tylko jego, lecz własnością Chrystusa” (czyż nie jest to najgłębsza racja dla współczesnych zwolenników – także podczas obrad synodu biskupów w Rzymie – udzielania Komunii Świętej osobom rozwiedzionym, a żyjącym w innych związkach, czyli w stanie grzechu?), co oznacza, iż akt zbawienia świata przez wcielonego Syna Bożego jest wewnętrznym procesem samozbawiania się Objawionego Boga.

Taki pogląd Lutra i reformacji jako „herezja” jest istotnie sprzeczny z nauką Magisterium Kościoła katolickiego, który w nauczaniu wychodzi od wiecznej Świętości Boga, a Wcielenie Jezusa Chrystusa wraz z Jego Życiem ziemskim, Męką i Śmiercią na Krzyżu oraz chwalebnym Zmartwychwstaniem i Wniebowstąpieniem przyjmuje jako wielki i święty dar Odkupienia, który z nieskończonego miłosierdzia Bożej Miłości ofiarowany jest człowiekowi i światu z wyjątkiem „księcia tego świata”, tj. diabła i jego piekła. Konkretne skutki tej sprzecznej myśli Marcina Lutra o dialektycznych związkach wzajemnego przenikania się łaski i grzechu uwidocznią się przy kwestii pojmowania małżeństwa w reformacji, która jako pierwsza w dziejach światowego prawodawstwa małżeńskiego i rodzinnego wprowadziła instytucję rozwodu.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL.

http://www.naszdziennik.pl/mysl/131571, ... lutra.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 14 mar 2015, 08:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Nie istnieje żadna teologia bez podstawy filozoficznej

Obrazek

Z ks. prof. Tadeuszem Guzem, kierownikiem Katedry Filozofii Prawa KUL, rozmawia Stefan Meetschen

Księże Profesorze, wykłada Ksiądz jako filozof i duchowny na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Księdza wielki Rodak, św. Jan Paweł II, również nauczał na tej Uczelni jako Ksiądz, a potem Kardynał. 2 kwietnia będziemy obchodzić 10. rocznicę jego śmierci. Na czym polega jego aktualność?

Jan Paweł II poruszał się zawsze na granicy teologii i filozofii. Wraz z innym wielkimi osobistościami założył tak zwaną realistyczną Lubelską Szkołę Filozoficzną. Był to kierunek nauczania, któremu zawdzięczamy upadek komunizmu na poziomie teoretycznym. Pomimo że Karol Wojtyła zajmował się bardzo fenomenologią, wiedział, iż realistyczna filozofia bytu Tomasza z Akwinu jest jako filozoficzna podstawa dla badań teologicznych nadal nieodzowna.

Zatem Wojtyła wierzył, że filozofia musi być podstawą teologii?

Z pewnością. Filozofia jest w przypadku ludzkiego rozumu najważniejszą nauką. Ona jest pierwszą nauką w historii nauki świata, z której wynikają wszystkie inne nauki, również teologia. Jako warsztat myślenia filozofia jest również nadal nieodzowna dla teologii. Zasady nauki, zasady bytu, myślenia i poznania – wszystko to pochodzi z filozofii. Dlatego można stwierdzić: jako teolog jesteś takim teologiem, jaką podstawę filozoficzną uwzględniasz. Nie ma teologii bez podstawy filozoficznej.

„Człowiek jest drogą Kościoła”, czytamy w encyklice „Redemptor hominis”. Brzmi to jednak bardziej jak nowoczesna filozofia niż jak Tomasz z Akwinu. Czy Jan Paweł II nie był również rzecznikiem postępowej antropologii w kontekście Kościoła?

Uwaga! W żadnym razie nie wolno mylić teorii Wojtyły z koncepcją „Kościoła oddolnego”, którą sformułował Karl Rahner i inni. Karol Wojtyła dobrze wiedział, że zdanie to można właściwie interpretować wtedy, gdy postrzega się je w powiązaniu z nauczaniem Kościoła, z „depositum fidei”. Według Wojtyły, to, co ludzkie, z całą pewnością nie było zasadniczym kryterium dla Kościoła. On nie wierzył w żadnego „deus humanatus”, gdyż to nie jest Bóg Objawienia, to nie jest Bóg, którego naucza Kościół Jezusa Chrystusa. Wojtyle chodziło o wyróżnienie człowieka jako osoby w czasie, gdy była ona zwalczana przez ówczesną marksistowsko-leninowską ideologię.

Kiedy przyjrzymy się dyskusji wokół synodu o rodzinie oraz sprawozdaniu częściowemu, ma się wrażenie, że dla niektórych hierarchów Kościoła nie jest już takie oczywiste, jakiego Boga naucza Kościół. Niektórzy opowiadają się za Bogiem miłosiernym, inni podkreślają, że Bóg jest surowym sędzią…

Ta sprzeczność nie jest właściwie żadną sprzecznością, gdyż Bóg jest nieskończenie miłosierny i zarazem nieskończenie sprawiedliwy. Bowiem w istocie Boga, w Jego Bóstwie, nie ma żadnej realnej różnicy. Poza tym Bóg jest Święty i doskonale Dobry, nawet wtedy, gdy absolutnie sprawiedliwie sądzi. Pod tym względem doświadczyliśmy podczas synodu tylko małego, ale poważnego nieporozumienia. Nieporozumienia o długiej tradycji, jako że zawdzięczamy je reformacji.

Uważa Ksiądz, że Marcin Luter winny jest aktualnym kontrowersjom?

Jestem o tym przekonany! Przy całej miłości do Niemiec, a naprawdę bardzo szanuję Niemcy ze względu na ich wielkie osiągnięcia w życiu Kościoła powszechnego i to wszystko, co ludzkość zawdzięcza genialnym niemieckim umysłom, jak chociażby Albertowi Wielkiemu. Problem Niemiec, a zarazem problem historii myśli i wiary zaczął się jednak wtedy, gdy Marcin Luter przeniósł grzech na Boga. Postawił on pytania: skąd pochodzi u ludzi grzech i jak może być człowiek usprawiedliwiony? Po czym doszedł do dziwnego wniosku, że to „nie biedny człowiek jest winny, ale niesprawiedliwy Bóg”.

W ten sposób pozbawia Luter naukę katolicką doskonale Dobrego Boga i zła, którego ucieleśnieniem jest szatan. Obie te zasady, dobro i zło, łączy on w Bogu, co w tej postaci miało miejsce po raz pierwszy. Takie zespolenie pociąga za sobą skutki. Niesprawiedliwy, niespójny Bóg traci swoją boskość i w gruncie rzeczy przestaje być Bogiem.

A co to ma wspólnego z synodem?

Nieprzypadkowo najpierw Luter wyszydził małżeństwo jako „rzecz światową”, a potem zrelatywizował sakrament małżeństwa. Wszystko to da się wyprowadzić z jego obrazu Boga i człowieka. Już Tomasz Morus wiedział, że to, co sformułował Luter, było rzeczywistym atakiem na Kościół katolicki. Patrząc na to w ten sposób, Morus oddał swoje życie za ocalenie sakramentu małżeństwa.

Uważa Ksiądz zatem, że kiedy człowiek opiera się na Lutrze, nie może się już zdać na Boga i dlatego sam musi zadbać o Absolut?

Dokładnie! W chwili, kiedy ludzki rozum zakłada, że Bóg jest niesprawiedliwy i że nie jest święty, pozostaje człowiekowi tylko „słaby Bóg”, jak nazwał Go Max Scheler. Taki jest w zasadzie obraz Boga, który w następstwie Lutra można znaleźć w niemieckim idealizmie. W obliczu takiego Boga człowiek może i musi wziąć we własne ręce losy świata. Kant, Fichte, Hegel, Schelling – wszyscy oni powołują się expressis verbis na obraz Boga zawarty u Lutra. Hegel pisze w swojej filozofii prawa: „Co Luter zapoczątkował jako wiarę w uczuciu i świadectwie ducha jest tym samym, co bardziej dojrzały duch dąży do zawarcia w pojęciu i uwolnienia się w teraźniejszości, a poprzez to odnalezienia się w niej”. Dla Hegla rzeczywistość nie stała się przedmiotem jego myśli, co byłoby w porządku, ale on rozumie rzeczywistość poprzez protestanckie okulary Lutra.

Jednakże tak jak Luter poszukiwał łaskawego Boga, tak dziś człowiek stara się znaleźć tylko miłosierne rozwiązania względem małżeństwa i życia rodzinnego. Co w tym złego?

Tak jak już powiedziałem: kto usiłuje przeciwstawić w Bogu miłosierdzie i sprawiedliwość, ma głęboki problem myślowy, gdyż nie umie pojąć Boga jako jedynego Świętego, który jest jednocześnie miłosierny i sprawiedliwy. Te przymioty są u Niego wieczne i nierozłączne. Hegel i Schelling posiadali jednak ten problem myślowy na podstawie teologii Lutra, bowiem rozumieli Boga jako całość z części. Również kardynał Walter Kasper ma najwyraźniej ten sam problem. Jego pisma, jak chociażby „Absolut w historii. Filozofia i teologia historii w późnej filozofii Schellinga”, ale również te dotyczące małżeństwa i rodziny pokazują w każdym razie, że zbyt mocno tkwi on w filozofii Hegla i Schellinga. Przez to powstają ogromne problemy. Na takiej filozoficznej podstawie nie można niestety osiągnąć żadnego uzdrowienia ani wzmocnienia współczesnego małżeństwa, ale wręcz przeciwnie, jedynie relatywizację bytu małżeńskiego i sakramentu małżeństwa. Dotyczy to zresztą reformacji, która doprowadziła w Europie do systematycznego wprowadzania instytucji rozwodu.

Czy rozumowanie Hegla i Schellinga jest w ogóle możliwe do pogodzenia z wiarą katolicką?

Powiedziałbym, że poważne odstępstwo od nauczania Kościoła jest herezją. Kiedy zgadzam się z tezą, że Bóg jest podzielony i w dodatku jest grzeszny, jestem heretykiem. Dlatego ojcowie Kościoła i sobory zawsze podkreślali, że co do Boskiego Bytu nie ma zasadniczych otwartych kwestii i być nie może, jako że Bóg z pewnością jest na wieki wieków całkowicie Święty. Zatem Boga należy rozumieć i wierzyć w Niego jako doskonałego Stwórcę sakramentu małżeństwa jednej kobiety i jednego mężczyzny.

W sprawozdaniu częściowym z synodu znajdują się fragmenty, które brzmią jak przekazywane nauczanie Kościoła, ale zawierające nowe akcenty właśnie odnośnie do kultury duszpasterskiej wobec osób o skłonnościach homoseksualnych oraz rozwiedzionych żyjących w powtórnych związkach. Czy taka synteza jest w ogóle możliwa z punktu widzenia filozofii?

Niestety nie, bowiem o syntezie można mówić tylko wtedy, gdy po jednej stronie mamy to, co dobre, prawdziwe i sprawiedliwe, i po drugiej stronie mamy również to, co dobre, prawdziwe i sprawiedliwe. Kiedy jednak ktoś próbuje mieszać to, co zgodne z prawem, z tym, co niezgodne z prawem, to, co dobre, z tym, co złe, wtedy wkracza na grunt sprzeczności, który nie pokrywa się z tym, co na wszystkich soborach zostało uznane jako wolne od błędu i co oznacza klasycznie rozumiane prawo naturalne: „pacta sunt servanda”. Nie może być jednocześnie prawdziwe, że człowiek zawiera umowę z drugą osobą (…dopóki śmierć nas nie rozłączy…), a następnie wyznaje to samo wobec innej osoby. Już Cyceron jasno się wyraził, podkreślając właściwe rozumienie takiej niemożności. Stary Testament nazywa taką postawę ciężkim grzechem, gdyż zostaje złamane przyrzeczone słowo.

Czy jest jednak nie do pomyślenia, że takie osoby jak rozwodnicy żyjący w powtórnych związkach czy homoseksualiści pozostający w związku z drugą osobą tej samej płci są zdolni do dobrych czynów? –

Oczywiście, że są zdolni! Nikt tego nie neguje. Człowiek popada jednak w filozoficzny i moralno-teologiczny kryzys, kiedy myśli, że ludzki związek, którego status ontologiczny jest jednoznacznie grzeszny, poprzez pojedyncze akty dobra można usprawiedliwić lub poprawić. Mamy tutaj do czynienia ze stylami życia, w których z moralnego punktu widzenia dochodzi do stałej grzeszności dwóch podmiotów. Przy czym moralność zawsze następuje po bycie. Takiej pary w żadnym wypadku nie wolno dopuścić do sakramentu Komunii, bowiem ten sakrament stanowi Communio ze świętym Bogiem. Warunek włączenia się w tę sakramentalną Communio nie jest możliwy dla człowieka, który znajduje się w stanie grzechu ciężkiego.

Kiedy zatem – parafrazując Adorna – nie może być prawdziwie dobrego życia w grzeszności, jaką pociechę przygotował Kościół wobec tych osób? Bądź co bądź jest możliwe, że te osoby się kochają. Czy to już nie jest wartością?

Kiedy posługujemy się pojęciem miłości w tym kontekście, pozbawiamy je niestety fundamentu prawdy. Tak uczynili Theodor W. Adorno i Szkoła Frankfurcka, co Max Horkheimer częściowo rozpoznał pod koniec swego życia. Miłość, na przykład w obrębie małżeństwa czy rodziny, zakłada zawsze prawdę osobowego, małżeńskiego i rodzinnego bytu. Kiedy zasadniczo narusza się prawdę o człowieku, małżeństwie i rodzinie, wtedy nie można mówić o miłości, ale o nadużywaniu miłości. Dzieje się to wtedy, gdy uświęca się cudzołóstwo lub to, co narusza porządek stworzenia. Ani Biblia, ani Kościół tego nie naucza. Również prawdziwa afirmacja protestanckiej zasady „sola scriptura” powinna konsekwentnie podzielać takie nauczanie.

Myślę, iż wielką pociechą jest wiedzieć, że Bóg kocha każdego człowieka i przed każdym otwiera możliwość intensywnej modlitwy. Każdy człowiek potrzebuje łaski nawrócenia. Każdy musi pracować nad jakością własnego życia, ażeby móc pozostać w przestrzeni Boskiej obecności. Jak długo żyjemy, nasza natura jest przypadłościowo słaba, pomimo chrztu. Musimy być czujni, aby żyć na miarę świętości. Jesteśmy do tego zdolni, gdyż grzech nie może w istocie zmienić naszej natury. Nie jesteśmy aż tak zepsuci, jak uważał Marcin Luter. Kto prosi o łaskę i prawdę, temu może być ona dana. Człowiek nie musi pozostawać w stanie grzechu i negacji. Wielka święta, Edyta Stein, tak to właśnie przeżyła i opisała.

Czy obawia się Ksiądz, że zmiany rozpoczęte podczas synodu będą miały ciąg dalszy podczas jesiennego zgromadzenia? Czy boi się Ksiądz wpływu niemieckich kardynałów i teologów?

(śmiech) Kocham ludzi, naturalnie także niemieckich teologów i kardynałów. I przede wszystkim mocno wierzę, że Jezus Chrystus jest Panem Kościoła i prowadzi go! Dlatego nie lękam się. Musimy tylko uważać, abyśmy podczas synodu nie doświadczyli jakiegoś zastosowania zasad reformacji odnośnie do kwestii małżeństwa i rodziny. Byłby to rozłam, rewolucja, która prowadzi do schizmy. Musimy bronić się przed interpretacją nauki Soboru Watykańskiego II w kluczu niemieckiego idealizmu. Przyjmując Schellinga za klucz, znajdziemy się na takich bezdrożach i wręcz sprzecznościach, których przypuszczalnie nie będziemy w stanie pokonać w wielu następnych pokoleniach ludzkości.

W jaki sposób nauczanie Jana Pawła II może być bardziej obecne na synodzie?

Kiedy biskupi i kardynałowie pozwolą się naprawdę prowadzić Duchowi Świętemu ku prawdzie i przy tym będą mieli zawsze przed oczami dwie kolumny, na których Kościół stoi od stuleci: prawowierny rozsądek i łaska Boża prawowiernej wiary. Kto tak czyni, musi uświadomić sobie, że nauczanie Jana Pawła II, zwłaszcza to, co napisał o małżeństwie i rodzinie, nie da się zrelatywizować, dopóki byt istnieje jako byt. Bo wtedy trzeba byłoby również zrelatywizować rzeczywistość. Co zresztą już nieraz próbowano zrobić. Poczynając od sofistów w starożytnej Grecji aż po współczesnych ideologów. Kiedy człowiek decyduje się na taką negację bytu, może tylko obiektywnie stracić, również w przypadku ludzi cierpiących w wyniku różnorodnych potrzeb małżeńskich i rodzinnych, którym chce się pomóc. W końcu chodzi z jednej strony o całkowitą otwartość wszystkich Ojców synodalnych na Boskie i tym samym absolutnie doskonałe zrządzenie Ducha Świętego, a z drugiej o nieokrojoną i odważną kontynuację wielkiego nauczania Kościoła Chrystusowego o małżeństwie i rodzinie zamiast jego istotnego relatywizowania w świetle zasad reformacji.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się 24 lutego 2015 r. w niemieckiej gazecie katolickiej „Die Tagespost”, www.die-tagespost.de.

Stefan Meetschen, tłum. dr Anna Meetschen

http://www.naszdziennik.pl/mysl/132581, ... cznej.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 21 mar 2015, 08:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Antykatolickie tezy o małżeństwie Lutra

Obrazek

Chociaż częściowo powyższa kwestia została już poruszona w artykule „Antykatolicka koncepcja małżeństwa według Marcina Lutra” w numerze 261 „Naszego Dziennika” z 10-11 listopada 2014 r., to jednak warto jeszcze uwzględnić kilka ważnych aspektów tej problematyki i wskazać przynajmniej szkicowo na dalszy rozwój regulacji prawnych podjętych pod wpływem głównej tezy Lutra o małżeństwie jako „rzeczy światowej (weltlich Ding)”.

Swoje antykatolickie tezy o małżeństwie Luter rozwija w następujących pismach: „Kazanie o stanie małżeńskim” („Sermon von dem ehelichen Stand”,) opublikowane wbrew woli Lutra w 1519 r. ze względu na jego jeszcze katolicki charakter, „De captivitate babylonica Ecclesiae. Praeludium Martini Lutheri” z 1520 r., „O życiu małżeńskim” („Vom ehelichen Leben)” z 1522 r., „Do zakonników niemieckiego zakonu, którzy powinni unikać fałszywej czystości” („An die Herren deutschen Ordens, dass sie falsche Keuschheit Heiden”) z 1523 r., „Pismo chrześcijańskie do Wolfganga Reißenbuscha o przygotowaniu się do stanu małżeńskiego” („Christliche Schrift an Wolfgang Reißenbusch, sich in den ehelichen Stand zu begeben”) z 1525 r., „Książeczka o zaślubinach” („Traubüchlein”) z 1529 r., „O rzeczach małżeńskich” („Von Ehesachen”) z 1530 r., oraz różne kazania, w szczególności z 1525 r., kiedy to Luter sam zawarł małżeństwo z Katarzyną von Bora, oraz formularze wizytacyjne i katechizmy.

Małżeństwo jest „przymusem” Bożym dla każdego mężczyzny i każdej kobiety

Słowa Boga z Księgi Rodzaju: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”, Luter interpretuje deterministycznie, tzn. „mężczyzna i kobieta powinni i muszą […] się rozmnażać”. To „nie jest wolna decyzja lub rada, lecz konieczna, naturalna rzecz, że wszystko, co jest mężczyzną, musi mieć kobietę, a co jest kobietą, musi mieć mężczyznę”. Dla Lutra „nie jest to przykazaniem, lecz czymś więcej niż przykazaniem, mianowicie dziełem Bożym”, a jako takie „koniecznym”, któremu ani nie wolno „przeszkadzać, ani go zaniedbywać”, ponieważ to przynależy do naszej „natury”. Według Lutra, Bóg „stwarza” człowieka, by się koniecznie „rozmnażał”, w przeciwnym razie wejdzie na drogę „prostytucji, cudzołóstwa i ukrytego grzechu”, ponieważ taka jest jego „natura, a nie wolna decyzja”. W tym aspekcie uwidacznia się brak w myśli Lutra Boga jako Stworzyciela z Miłości i dla Miłości, co sam akt stworzenia czyni wolnym i dlatego wszystkie osoby aniołów i ludzi powołał Bóg także do wolności i miłości. Sama umowa małżeńska i sakrament małżeństwa zakładają świadomość i wolność, bez czego nie byłoby formy małżeństwa po stronie ślubujących sobie: „wierność, miłość i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”, bo byłoby ono predestynowane, czyli przymuszone wbrew ich wolnej woli, której Luter przecież nie akceptuje w człowieku będącym tylko „rzeczą”.

Małżeństwo nie jest sakramentem

Henning P. Jürgens wyciąga konsekwentnie logiczny wniosek z tezy Lutra o małżeństwie jako „rzeczy światowej” (weltlich Ding), względnie „rzeczy zewnętrznej, cielesnej” (eußerlich leyplich ding), że „praktyczną konsekwencją” tego jest „załamanie się sakramentalności” małżeństwa w myśli Lutra, a co za tym idzie – także „kanonicznego prawa małżeńskiego”. Skoro małżeństwo nie jest wspólnotą osób, to musi być związkiem rzeczowym, a taki nie może być sakramentem i nie może podlegać władzy kościelnej i jej sądownictwu, lecz wyłącznie „zwierzchności świeckiej” i „państwowej”.

„Kapłani, zakonnicy i zakonnice” są dziełem „diabła”

Luter jest świadom fragmentu Ewangelii Jezusa (Mt 19,2), że są też i tacy, którzy „rezygnują z małżeństwa ze względu na Królestwo Niebieskie”, ale tych według tego ekszakonnika jest bardzo niewielu, „nawet nie ma jednego na tysiąc”, a jako taki jest „dziełem-cudem”, jak np. Jeremiasz. Całe rzesze ludzi zakonu, żyjących według „przykazań i ślubów ludzkich” „za żelaznymi kratami i zamkami”, są dziełem „diabła, który z biednym stworzeniem uprawia jego małpią grę i tak zaspokaja jego gniew”. „Rozmnażanie się jest tylko w Boskiej Władzy”, a nie ludzkiej, stąd „kapłani, zakonnicy i zakonnice są winni” bycia „przeszkodą” w dziele stworzenia następnych pokoleń ludzkości. „Taką władzę, prawo, przykazanie, śluby zakonne” należy według Lutra określić jako „potępione prawo papieskie”. Tutaj wyraźnie można dostrzec z jednej strony zastosowanie zasady protestanckiej „sola fides”, „tylko wiara”, a więc „tylko łaska”, a nie jak uczy Kościół katolicki „natura i łaska”, czyli „czyn i łaska”. Bez dobrego czynu człowiek nie osiągnie Królestwa Niebieskiego. Przy tym uwidacznia się także i to, że Luter przekreśla jakikolwiek udział samego człowieka w dziele zbawiania świata przez Jezusa Chrystusa, który wprawdzie wraz z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym stworzył nas bez nas, ale nie odkupi nas bez nas„ (św. Augustyn), tzn. bez naszej aktywności na polu zbawienia poprzez dobre myśli, dobre słowa i dobre czyny, jak np. życie według rad ewangelicznych w zakonach.

Henning P. Jürgens podkreśla słusznie, iż ”małżeństwo i powiązane z nim zagadnienie celibatu stanowią element centralny teologii Marcina Lutra. Wraz z faktem zakwestionowania sakramentalnego charakteru małżeństwa w piśmie ’De captivitate Babylonica Ecclesiae…’ i odrzuceniem prawa kanonicznego łącznie z jego regulacjami małżeńskimi (przez demonstracyjne spalenie Corpus Iuris Canonici przed Elstertor w Wittenberdze) osiągnięte zostały już w 1520 roku dwa punkty centralne dla dalszego rozwoju. Do tego dochodzi odrzucenie szczególnej wartości religijnej bezżenności kapłanów i życia monastycznego„.

Trzy przyczyny rozwodu

Jedna, gdy człowiek z natury nie jest zdolny do wykonywania zadań i misji małżeńskiej, np. z powodu choroby.

Drugą przyczyną jest cudzołóstwo przy błędnej interpretacji przez Lutra Ewangelii (Mt 19,3-12), ponieważ Jezus wyraźnie podkreślił w odniesieniu do ”listu rozwodowego Mojżesza„, iż ”od początku tak nie było„. Pomimo to Luter twierdzi: ”Tutaj widzisz, że Chrystus z powodu cudzołóstwa rozwodzi mężczyznę i kobietę„, i że ”ten nie popełnia cudzołóstwa, który bierze inną, a pierwszą z powodu prostytucji opuszcza„. Urząd Nauczycielski Kościoła św. naucza do dzisiaj, iż ta nauka Chrystusa w żaden sposób nie powinna być tak zinterpretowana, jak czyni to Luter, lecz chodzi tutaj tylko o możliwość ”separacji„, a nie rozwodu jako rozpadu ważnie zawartego związku małżeńskiego, będącego z natury nierozerwalnym.

Trzecią przyczynę stanowi okoliczność, że jeżeli ktoś ”nie chce spełniać obowiązków małżeńskich i być z nim (współmałżonkiem)„, np. jakaś ”kobieta o twardym karku„, której ”mąż popełnia przez to dziesięć razy nieczystość„. Wtedy mąż może powiedzieć do niej: ”Jeżeli nie chcesz, to ja chcę inną, jeżeli żona nie chce, to niech będzie służąca, ale jednak tak, ażeby mąż przedtem dwa lub trzy razy powiedział i ostrzegł ją„. Luter powołuje się na List św. Pawła do Koryntian (7,1-6), gdzie apostoł wyraźnie z jednej strony zobowiązuje małżonków do spełnienia swoich obowiązków względem ciała, ale dodaje ”za obopólną zgodą„, co jednoznacznie wyraża osobowy charakter małżeństwa. Luter natomiast mówi wprost, jeżeli drugi współmałżonek ”nie chce„, to po prostu ”weź sobie i ukradnij jego ciało„, a jeżeli nie zechce, to niech ”światowa (publiczna) władza zmusi kobietę lub ją zabije„. Jeżeli władza tego nie uczyni, to niech mąż pomyśli, że ”jego żona jest mu przez rabusiów wykradziona i zabita, a (on) niech poszukuje innej„. Tutaj także uwidacznia się wyłącznie instrumentalne traktowanie kobiety, ale także i mężczyzny, jako małżonków, co jest sprzeczne z nauką katolicką o małżeństwie.

Poza tymi trzema przyczynami dla rozwodu małżeńskiego, po raz pierwszy wprowadzonego w wiekach nowożytnych przez Lutra i reformację, jest jeszcze i taka, która wprawdzie pozwala, by małżonkowie się rozstali, ale po to, by ”pozostać dalej małżeństwem lub ponownie się pojednać ze sobą„. Tutaj chodzi ”nie o obowiązki małżeńskie, lecz o inne kwestie„, w których małżonkowie się poróżnili. To jest właśnie rozwiązanie Kościoła Chrystusowego nazwane ”separacją„.

Land albo gmina – urzędem legalizującym rozwód

Ze względu na to, iż Luter odmówił Papieżowi i Kościołowi władzy nad prawem i moralnością małżeńską, to dlatego przekazał ją całkowicie władzy świeckiej. Stąd też do zadań tejże zwierzchności należało m.in. ”światowe (publiczne) ogłoszenie„ cudzołóstwa przez władzę ”Landu„ lub ”gminy„, co ma służyć według Lutra jako podstawa do aktu rozwodu, a następnie do zawarcia nowego małżeństwa. Ten porządek proponuje Luter, ażeby rzekomo wyeliminować według niego swawolę w tej materii.

Kara ”śmierci„ za cudzołóstwo

Według Lutra, ”także (dzisiaj) miecz światowy i zwierzchność powinny zabić cudzołożników, ponieważ kto załamuje małżeństwo, ten rozwiódł się już sam i należy go traktować jako martwego człowieka. Dlatego drugi może ponownie ożenić się i to tak jakby jego małżonek był umarły„. W przypadku, gdy urząd publiczny zwleka z nałożeniem lub wykonaniem kary śmierci, Luter ponownie apeluje: ”Śmierć, śmierć z nim, ażeby unikać złego przykładu„. Nie ma zatem wątpliwości, że Luter po odrzuceniu sakramentu spowiedzi, a więc realnej możliwości przebaczenia grzechu – także grzechu cudzołóstwa – przez Boga oraz oczywiście uczynienia zadośćuczynienia i odpokutowania, aby móc zacząć nowe życie w łasce Boga, nie dysponuje taką propozycją i dlatego żąda śmierci grzesznika, wiedząc doskonale, że jego teoria śmierci jest totalna. Luter jest przekonany, że w śmierci umiera cały człowiek z duszą, duchem, ciałem i naturalnie osobą ludzką. Już wtedy protestancki kolega Lutra Bugenhagen był radykalnie przeciwko Lutrowi w kwestii kary śmierci za grzech cudzołóstwa.

Prawo małżeńskie jako ”matka wszelkiego prawa ziemskiego„ (John Witte)

Amerykański historyk prawa John Witte określa w dużej mierze prawdziwie regulacje prawne dotyczące małżeństwa jako ”matkę wszelkiego prawa ziemskiego„ (the mother of all earthly laws) i nawiązując do pojęcia prawa małżeńskiego Lutra, stawia je u samych podstaw rozwoju prawodawstwa światowego. Luter, który najpierw najsystematyczniej i w całości zakwestionował katolicką naukę o małżeństwie, by następnie odrzucić całe prawo kanoniczne małżeńskie, popadł w wielki kryzys ”nieładu„ w sferze małżeńskiej pośród protestantów niemieckich do tego stopnia, że Zwingli z tej samej racji już w 1525 r. zmuszony był do określenia pewnych protestanckich regulacji prawnych w tym zakresie, natomiast luteranie w ”pierwszych wizytacjach i porządkach kościelnych„ ”reagowali na powstały ’nieporządek’„, ale paradoksalnie z pomocą m.in. ”prawa kanonicznego papieskiego„. Próby ”utrzymania Boskiego porządku małżeństwa przeforsowywane były przez władców Landów przez zagrożenie karą„. Sprawa ta wymaga z całą pewnością oddzielnych badań naukowych, ale jedno jest oczywiste, że nieład rozwodu i przez to załamanie się istoty katolickiej koncepcji małżeństwa i jego moralności wskutek wystąpienia Marcina Lutra i reformacji zbierają do chwili obecnej olbrzymie globalne ”żniwo„, z którym coraz mniej zdają sobie radzić nie tylko poszczególne prawodawstwa państwowe w dziedzinie prawa cywilnego, lecz także sam Kościół św. katolicki, stojący bez wątpienia na jednym z najniebezpieczniejszych wiraży swoich dziejów, jeżeli chodzi o ocalenie i umocnienie doktryny katolickiej w kwestii umowy małżeńskiej jednego mężczyzny z jedną kobietą i jej sakramentalności.

KS. PROF. TADEUSZ GUZ, KIEROWNIK KATEDRY FILOZOFII PRAWA KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/133495, ... lutra.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 25 mar 2015, 07:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Jedność Kościoła

Obrazek


Zamyślenia wielkopostne 2015 „Wiarą znudzonemu”

Wzruszająca jest modlitwa Pana Jezusa
w czasie Ostatniej Wieczerzy:
Aby wszyscy byli jedno! (J 17,21).
Oby się tak zespolili w jedno,
aby świat poznał,
żeś Ty Mnie posłał…
Nie zabieraj ich z tego świata,
ale zachowaj ich od złego…
Pragnę, aby Ci, których mi dałeś,
byli ze mną tam,
gdzie ja jestem! (J 17,6-28).

Straszny jest grzech pychy.
W potęgę urosło Bizancjum.
Upadał Rzym.
Schizma Wschodnia XI w.
Cały Wschód odłączył się od Papieża.
W początku XVI w. Luter
chciał zreformować Kościół
i cały Zachód stał się protestancki.
Jaka straszna rana w Sercu Jezusa
i w sercu Kościoła.
Jakie zgorszenie dla świata,
że ludzie Chrystusa
zamiast się miłować – nienawidzą się,
nawet prowadzą między sobą wojny.

Zmieniło się na lepsze.
Chcemy być razem,
nawet modlimy się razem,
w ekumeniczne dni modlitw
o jedność chrześcijan.

Trzeba się modlić o jedność,
ale dla wiarą znudzonego jest to zdziwienie:
Jak to?
To Pan Bóg was rozdzielił?
To teraz chcecie,
aby Pan Bóg was zjednoczył?

Jeden jest chrzest,
jedna wiara
Jeden jest Pan (Ef 4,3).
Nam wszystkim trzeba się
przed Bogiem wyspowiadać.
Boga i ludzi przeprosić
i razem mówić „Ojcze nasz”
i razem łamać się Chlebem,
aby świat uwierzył, żeśmy Chrystusowi.
Ja tego nie doczekam,
ale stanie się jedna owczarnia
i jeden pasterz (J 10,16).


http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... ciola.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 08 paź 2015, 08:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Dialektyka kardynała

Obrazek
Kard. Walter Kasper. Fot. REUTERS/Tony Gentile/FORUM


Niemiecka filozofia idealistyczna (Schelling, Fichte, Hegel i ich uczniowie) to – jak pisał niegdyś G. Santayana – skrajny przykład egotyzmu dominującego w całej nowożytnej filozofii niemieckiej. Reprezentanci tego kierunku, wierni kontynuatorzy Immanuela Kanta, systematycznie odrywali niemiecką filozofię – a co za tym idzie teologię i inne nauki – od Rzymu rozumianego w tym przypadku jako wielkie dziedzictwo filozofii realistycznej, ustalone przez dwóch gigantów myśli: Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu.

Dla Schellinga, Hegla et consortes to nie myśl miała zgadzać się z rzeczywistością, ale odwrotnie. A właściwie to jedyną, prawdziwą rzeczywistością była rzeczywistość myśli, ich myśli. Dług wobec Kartezjusza („myślę, więc jestem”) został spłacony. Nieuchronnie także jednym ze skutków takiego podejścia do podstaw filozoficznego poznania było to, że teksty niemieckich myślicieli tego kierunku charakteryzowały się wysokim stopniem nieprzejrzystości, by nie powiedzieć bełkotliwości. Któż może zrozumieć parę akapitów z Hegla? Albo któż może zrozumieć dzieła dwudziestowiecznych niemieckich teologów – także tych uchodzących za katolickich, którzy – w ślad za swoim intelektualnym przewodnikiem Karlem Rahnerem – zanurzeni są w filozoficznym dziedzictwie niemieckiego idealizmu?

Skoro rzeczywistość jest konstruowana w myślach poszczególnych filozofów/teologów, a nie ukierunkowana na poznawanie rzeczywistości, nieuchronnie myśl ta jest swoista, uzależniona w najwyższym stopniu od, nazwijmy to, intelektualnego temperamentu danego myśliciela. To świat jego myśli, a nie myśl poznająca świat, jest najważniejszym probierzem filozoficznego, a co za tym idzie także teologicznego poznania. Świat ludzkiej myśli, pozbawiony zdroworozsądkowego (nie mylić z prymitywnym) zakotwiczenia w rzeczywistości, nieuchronnie narażony jest na niejasność i sprzeczność.

Poczytajmy „Summę teologiczną” Akwinaty – pełna jasność (claritas) i logiczny ciąg myśli. Zestawmy ją z dziełami Karla Rahnera, albo jednego z jego uczniów – choćby kardynała Waltera Kaspera – pełnymi bełkotliwego żargonu uchodzącego za naukowy. Mamy pełną skalę porównawczą. Kto chce szybko uśpić dzieci, niech puszcza im „Śmierć w Wenecji” albo poczyta na głos urywek z dzieł K. Rahnera. Przeznaczone jednak tylko do lat dwunastu, potem bowiem treści mogą być zbyt toksyczne dla młodego, nieugruntowanego w wierze umysłu.

Nieprzypadkowo więc właśnie w niemieckiej filozofii dialektycznej (za sprawą Hegla) i wśród jej intelektualnych kontynuatorów – od Marksa (nie kardynała) po Kaspera (kardynała) – na porządku dziennym jest dialektyka. Nie tylko na płaszczyźnie teorii, ale jako sposób oglądu współczesnej rzeczywistości. Innymi słowy: popadanie w sprzeczność.

Taka refleksja nasuwa się po lekturze wywiadów/wykładów/książek wspomnianego kardynała Waltera Kaspera, głównego promotora mającej rozsadzić tradycyjne nauczanie Kościoła o małżeństwie „troski duszpasterskiej”. Zauważmy, że niemiecki kardynał od początku obecnego pontyfikatu lansuje tezę, że objęcie Stolicy Piotrowej przez papieża Franciszka jest szansą na ponowne ożywienie Kościoła, który przed 2013 roku miał się znajdować w jakimś wielkim kryzysie (skostnieniu, zbytnim rygoryzmie). Pozostawiając na boku to, czy rzeczywiście właściwym symptomem kryzysu był zbytni rygoryzm, czy też wręcz odwrotnie: zbytnie popuszczenie cugli (w liturgii, dyscyplinie kościelnej etc.), należy zauważyć, że Kościół przed Franciszkiem przedstawiany przez kardynała Kaspera jest odmalowywany zdecydowanie w czarnych barwach.

W książce „Papież Franciszek. Rewolucja czułości i miłości” pisze on, że Franciszek zastawał Kościół „duchowo zmęczony, któremu brakuje zaufania i entuzjazmu”, Kościół, który „zajmował się sam sobą i świętował sam siebie”. Zestawmy tą diagnozę, którą ten sam autor w odniesieniu do Kościoła powszechnego formułował w 2008 roku. Słowa kardynała Kaspera, które wypowiedział wówczas w wywiadzie radiowym przy okazji promocji jego książki pt. „Gdzie bije serce wiary”, są tym bardziej charakterystyczne, że jednocześnie rysują obraz kondycji duchowej Kościoła w Niemczech zupełnie w innym świetle. Zwłaszcza dzisiaj, gdy całemu Kościołowi próbuje się wskazywać właśnie Kościół niemiecki jako wzór postępowania w zakresie „nowej troski duszpasterskiej”.

Tymczasem w 2008 roku kardynał Kasper stwierdzał: „Nam Niemcom grozi popadnięcie w prowincjonalizm. Mamy nasze problemy. Są one poważne i trzeba je traktować poważnie. Należy jednak je umiejscowić w kontekście całego Kościoła, a w nim można przeżyć tyle radosnych rzeczy. […] Z pewnością zawsze warto podróżować do Rzymu. A w Rzymie spotyka się na każdym kroku Kościół, Kościół męczenników, Kościół wielu świętych, oczywiście także Kościół grzeszników. Zdarzyło się również wiele złego. Można jednak poznać tam żyjący Kościół i zauważyć, że ten Kościół wzrasta, że ten Kościół żyje. Kościół jest radosny, młody i szczęśliwy. I tym powinniśmy się trochę więcej zarazić, także tutaj w Niemczech”.

Po paru latach okazuje się jednak, że ma być odwrotnie. „Duchowo zmęczony” Kościół powszechny ma przyjmować praktyki duszpasterskie (raczej „duszozgubne”) z niemieckiego Kościoła, gdzie świątynie są puste i z roku na rok zmniejsza się liczba wiernych.

Dialektyczne stanowisko prezentuje kardynał Kasper również w odniesieniu do kwestii tzw. praw homoseksualistów. W listopadzie 2005 roku występując jako przewodniczący papieskiej Rady ds. Jedności Chrześcijan w artykule opublikowanym na łamach „Rheinische Merkur” stwierdził, że jedną z najpoważniejszych przeszkód na drodze ekumenicznego dialogu między Kościołem katolickim a wspólnotami protestanckimi są „różnice w kwestiach etycznych”. W tym kontekście kardynał Kasper wskazał na „zbytnie otwarcie się” protestanckich wspólnot (zwłaszcza anglikanów) na postulaty homoseksualnego lobby.

Z kolei w wywiadzie udzielonym w maju 2015 roku dla włoskiego liberalnego dziennika „Corriere della Sera” kardynał Kasper z ubolewaniem stwierdzał, że „stosunek do par homoseksualnych” „pozostawał jedynie na marginesie obrad synodalnych w 2014 roku”, ale podczas tegorocznej sesji synodalnej musi to być „kwestia centralna”. Ma się rozumieć „nikt nie myśli o zrównywaniu związków jednopłciowym z chrześcijańskim pojęciem małżeństwa”. Ale warto rozmawiać, warto pochylić się, warto docenić…. Etc. I w ten sposób powoli zmienić akcenty. Powoli gotowana żaba nie zauważy, gdy już jest gotowa do spożycia.

Jeszcze jeden przykład dialektyki kardynała Kaspera. Tym razem w odniesieniu do islamu i jakże dziś aktualnego problemu islamskich imigrantów w Europie. W wywiadzie opublikowanym we wrześniu 2006 na łamach liberalnego tygodnika „Der Spiegel” kardynał przypominał, że „islam od początku rozwijał się w opozycji do chrześcijaństwa i uważa się za coś lepszego od chrześcijaństwa. Jak dotąd był tolerancyjny tylko w miejscach, w których należał do mniejszości. Tam, gdzie jest religią większościową, islam nie uznaje religijnej wolności w naszym rozumieniu. Islam to jest odmienna kultura. […] Europejski eksperyment z wielokulturowością lub też egzystencja obok siebie odmiennych kultur, zawiódł na całym kontynencie”. Dwa lata później kardynał Kasper miał już zgoła odmienne zdanie. W opublikowanym w 2008 roku wywiadzie dla „Rheinische Post” zachwalał islam jako „pozytywną prowokację dla chrześcijaństwa w Europie Środkowej”.

Najpoważniejszą jednak konsekwencją ulegania idealistycznej – a la Hegel, Rahner et consortes – filozofii jest nie tyle dialektyka, co oderwanie od realnego bytu czyli od prawdy. Sprzeczności, o których mowa w tym tekście, to objaw tego ciężkiego schorzenia. Oderwanie od bytu niesie za sobą konsekwencje w postaci zakłamania słów. Pisałem o tym niedawno na tych łamach w kontekście miłosierdzia i małżeństwa. To zerwanie z bytem ma także dramatyczne konsekwencje w postrzeganiu Kościoła i teologii.

W tym nowym ujęciu teologia nie ma odnosić się do bytu, przede wszystkim zaś Bytu Najwyższego i z Niego wyprowadzać wszystkie swoje kategorie. Nie. Teraz teologia ma szukać odniesień do „doświadczenia”. To jest podłoże tak mocno obecnie lansowanej przez niemieckich hierarchów tezy o konieczności oderwania doktryny od praktyki duszpasterskiej (czyt. praktyki duszozgubnej). Już w 2002 roku wyjaśniał to kardynał Kasper, który wskazywał, że jednym z problemów współczesnego Kościoła jest „napięcie w wielu punktach między oficjalną doktryną Kościoła, a tym, co jest odbierane i przeżywane poza Kościołem”. I dalej: „oczywiście musimy położyć most ponad tą przepaścią, ale kwestia wiarygodności [Kościoła] zostanie właściwie postawiona, gdy teologia będzie głębiej zakorzeniona w doświadczeniu ludzi”.

Oto korzenie czegoś, co powinno nazywać się idealistyczną teologią małżeństwa zrodzoną z idealistycznej filozofii niemieckiej.

Grzegorz Kucharczyk

http://www.pch24.pl/dialektyka-kardynala,38343,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 22 lis 2015, 12:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Faryzeusze i saduceusze naszych czasów

Obrazek
James Tissot [No restrictions or Public domain], via Wikimedia Commons


Jezus ogłosił nierozerwalność małżeństwa, opierając je na przywróceniu prawa naturalnego, od którego odeszli Żydzi. Faryzeusze i saduceusze odrzucając Jego nauczanie, zaprzeczyli boskim słowom Jezusa – zastąpili je własnymi opiniami. Fałszywie odwoływali się do Mojżesza, tak, jak innowatorzy naszych czasów sięgają do domniemywanej tradycji pierwszych wieków, fałszując w ten sposób historię i doktrynę Kościoła – pisze włoski historyk Kościoła prof. Roberto de Mattei.

Krytyka faryzeuszy jest motywem powracającym w słowach papieża Franciszka. W wielu wystąpieniach wygłoszonych pomiędzy 2013 i 2015 r. mówił o „chorobie faryzeuszy” (7 listopada 2013 r.), o „tych, którzy ganią Chrystusa za nieprzestrzeganie szabatu” (1 kwietnia 2014 r.), o „pokusie samowystarczalności i klerykalizmu, ograniczenia wiary do reguł i instrukcji, tak jak to czynili uczeni w Piśmie i faryzeusze w czasach Jezusa” (19 września 2014). 30 sierpnia 2015 r. w trakcie modlitwy Anioł Pański papież powiedział, że tak, jak to było w przypadku faryzeuszy, „także i dla nas czymś niebezpiecznym jest uważanie samych siebie za akceptowalnych, lub jeszcze gorzej, za lepszych od innych tylko ze względu na przestrzeganie zasad, zwyczajów, nawet jeśli nie kochamy naszych bliźnich, mamy twarde serca, jesteśmy aroganccy i dumni”. 8 listopada 2015 roku papież odróżniał zachowanie uczonych w Piśmie i faryzeuszy, oparte na wykluczaniu, od zachowania Jezusa opierającego się na „inkluzji”.

Nawiązanie do faryzeuszy jest oczywiste w przypadku przemówienia papieża z 24 października, wygłoszonego na koniec XIV Zwyczajnego Gromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów, poświęconego rodzinie. Do kogo należą te „zamknięte serca, które często ukrywają się nawet za nauczaniem kościoła, albo za dobrymi intencjami, aby zasiąść na katedrze Mojżesza i sądzić, czasami z poczuciem wyższości i z powierzchownością, trudne przypadki i rodziny zranione”, jeśli nie do „faryzeuszy, którzy z religii czynią (niekończący się) łańcuch przykazań” (26 czerwca 2014 r.)? Wydaje się, że do grona faryzeuszy należy każdy, kto z upartą dumą broni istnienia Bożych przykazań, przepisów i absolutnych, bezwzględnie obowiązujących reguł Kościoła.

Kim właściwie byli faryzeusze? Gdy Jezus zaczął nauczać, świat żydowski był podzielony na wiele różnych nurtów, o których wspomina Pismo Święte jak i historycy, np. Józef Flawiusz (37-100 p. Chr.) w „Starożytnościach żydowskich” i „Wojnie żydowskiej”. Głównymi grupami byli faryzeusze i saduceusze. Faryzeusze przestrzegali nakazów religijnych w najdrobniejszych szczegółach, utracili jednak ducha Prawdy. Byli dumnymi ludźmi, fałszującymi proroctwa dotyczące nadejścia Mesjasza i interpretowali prawo Boże zgodnie z ich własnymi opiniami. Saduceusze, wątpiąc w nieśmiertelność duszy i odrzucając większość świętych ksiąg, nauczali jeszcze poważniejszych błędów. Obydwie grupy kwestionowały władzę Sanhedrynu, kierowanego w czasach, w których skazany został Jezus, przez saduceuszy.

W Ewangelii według św. Mateusza istnieją trzy wzmianki o saduceuszach, Marek wspomina o nich tylko raz, choć faryzeusze w tych Ewangeliach pojawiają się wielokrotnie. W rozdziale 23 Ewangelii wg św. Mateusza znajduje się otwarte oskarżenie pod ich adresem: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać.

Komentując ten fragment św. Tomasz z Akwinu tłumaczy, że faryzeusze nie zostali zganieni przez Pana za to, że składali dziesięcinę, „ale za to, że lekceważyli ważniejsze, a mianowicie duchowe przykazania. Dlatego wyraźnie powiedział: I to należało czynić, i tamtego nie opuszczać. Jak zaznacza, św. Jan Chryzostom, chodzi tu raczej o stosowność aniżeli o obowiązek” (Summa Theologica, II-IIae, q. 87 ad 3).

Święty Augustyn, odnosząc się do opisu faryzeusza przedstawianego przez św. Łukasza (18,10-14), stwierdzał, że nie został on potępiony ze względu na jego czyny, ale dlatego, że chełpił się swoją domniemaną świętością (List 121 1,3). Święty Augustyn tłumaczył także, że faryzeusz nie został potępiony za post (Łk 18,11), ale „dlatego, że wyniósł się, nadął pychą wobec celnika” (List 36 3,7). W istocie, „poszczenie dwukrotnie w ciągu tygodnia jest w przypadku osoby takiej, jak faryzeusz, pozbawione zasługi, podczas gdy dla pokornego wiernego czy osoby skromnej jest to aktem religijnym. Nawet jeśli Ewangelia nie mówi o potępieniu faryzeusza, tylko o usprawiedliwieniu celnika” (List 36 4,7).

Najbardziej syntetyczną definicję faryzeusza otrzymaliśmy z rąk św. Bonawentury: Pharisaeus significat illos qui propter opera exteriora se reputant bonos; et ideo non habent lacrymas compunctionis” (Kazanie De S. Maria Magdalena, Opera omnia, Ad Claras Aquas, t. IX). „Faryzeuszami są ci, którzy uważają się za dobrych przez wzgląd na swe zewnętrzne dzieła, a tym samym nie posiadają łez skruchy”.

Jezus potępił faryzeuszy, ponieważ znał ich serca: byli grzesznikami uważającymi się za świętych. Pan chciał nauczyć swoich uczniów, że samo spełnianie dzieł zewnętrznych nie wystarcza. To, co czyni akt dobrym, to nie tylko jego przedmiot, ale i intencja. Nie mniej prawdą jest, że dobry uczynek nie wystarcza jeśli brakuje mu dobrej intencji, prawdą jest też, że nie wystarczą dobre intencje, jeśli nie towarzyszą im dobre dzieła. Stronnictwo faryzeuszy – do którego należał Gamaliel, Nikodem i Józef z Arymatei, jak i sam św. Paweł – było lepsze od stronnictwa saduceuszy, ponieważ pomimo swej hipokryzji darzyło prawa szacunkiem. Natomiast saduceusze – do których zaliczali się także arcykapłani Annasz i Kajfasz – nimi pogardzali. Faryzeusze byli dumnymi konserwatystami, saduceusze byli niewierzącymi progresistami, obydwa stronnictwa łączyło odrzucenie boskiej misji Jezusa (Mt 3,7-10).

Kim są faryzeusze i saduceusze naszych czasów? Możemy odpowiedzieć z pewnością: to ci, którzy przed, w trakcie i po synodzie próbowali (i dalej będą próbować) zmienić praktykę Kościoła, a przez to jego doktrynę dotyczącą małżeństwa i rodziny.

Jezus ogłosił nierozerwalność małżeństwa, opierając je na przywróceniu prawa naturalnego, od którego odeszli Żydzi. Wzmocnił je podnosząc więź małżeńską do rangi sakramentu. Faryzeusze i saduceusze odrzucając nauczanie Jezusa, zaprzeczyli Jego boskim słowom – zastąpili je własnymi opiniami. Fałszywie odwoływali się do Mojżesza, tak, jak innowatorzy naszych czasów sięgają do domniemywanej tradycji pierwszych wieków, fałszując w ten sposób historię i doktrynę Kościoła.

Dlatego mężny biskup, obrońca ortodoksyjnej wiary – bp Athanasius Schneider – pisał o pojawieniu się „praktyki neomozaistycznej”: nowi uczniowie Mojżesza i faryzeuszy – pod pozorem takich określeń jak: „droga rozeznania”, „towarzyszenie”, „wytyczne biskupa”, „dialog z kapłanem”, „forum internum”, „pełniejsza integracja w życie Kościoła” – faktycznie podważyli nierozerwalność małżeństwa i niejako zawiesili szóste przykazanie, zapowiadając możliwość zdjęcia odpowiedzialności za grzeszne współżycie z osób, żyjących w nieuregulowanych związkach (zob. „Raport końcowy”, 84-84).

Saduceuszami są innowatorzy otwarcie mówiący o porzuceniu doktryny i praktyki Kościoła. Faryzeuszami są ci, którzy głoszą nierozerwalność małżeństwa językiem, w praktyce jej jednak obłudnie przeczą, proponując „indywidualne” przekraczanie prawa moralnego. Prawdziwi uczniowie Chrystusa nie należą do stronnictwa neo-faryzeuszy, ani też nie do neo-saduceuszy, grup modernistycznych. Należą do szkoły św. Jana Chrzciciela, nauczającego na duchowej pustyni swoich czasów. Chrzciciel, piętnując faryzeuszy i saduceuszy jako „plemię żmijowe” (Mt 3,7) czy też upominając Heroda Antypasa za jego cudzołóstwo, nie był człowiekiem twardego serca – poruszała go miłość wobec Boga i dusz. Hipokrytami i ludźmi twardego serca byli doradcy Heroda, twierdzący, że uda im się pogodzić jego stan – zatwardziałego grzesznika – z nauczaniem Pisma Świętego. Herod zabił Jana Chrzciciela po to, by zdusić głos prawdy. A jednak, głos Prekursora Jezusa rozbrzmiewa po upływie dwudziestu stuleci.

Ci, którzy bronią zdrowej doktryny, nie postępują śladami faryzeuszy ani saduceuszy. Podążają za przykładem świętego Jana Chrzciciela i samego Zbawiciela.

Roberto de Mattei
11 listopada 2015, „Corrispondenza Romana”

Tłum. mat.

http://www.pch24.pl/faryzeusze-i-saduce ... 524,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 02 paź 2017, 18:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Luter - samobójca

Z książki: ks. dr Luigi Villa; Marcin Luter zabójca i samobójca
Wydanie poszerzone o dokumenty Papieża Leona X zawierające potępienie błędów oraz ekskomunikę Marcina Lutra i jego zwolenników. str. 37 i nn.
Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski

Mamy wiele świadectw, protestanckich i katolickich, na temat tego ostatniego rozpaczliwego gestu Lutra.
Wystarczy tutaj wspomnieć to najważniejsze świadectwo, relację jego osobistego sługi - Ambrosiusa Kuntzella (albo Kudtfelda). Przerażony straszliwą karą Bożą, która dosięgnęła jego pana opowiedział wszystkie szczegóły tego zdarzenia! Oto jego relacja: „W wieczór poprzedzający jego śmierć Marcin Luter jak zwykle dał się owładnąć nieumiarkowaniu i to do tego stopnia, że kompletnie pijanego musieliśmy go wyprowadzić i położyć do łóżka. Potem poszliśmy stamtąd do naszej izby, nie przeczuwając niczego złego! Nazajutrz wróciliśmy do pana, by jak zwykle pomóc mu się ubrać. I wtedy - och, cóż za boleść! - ujrzeliśmy naszego pana Marcina powieszonego przy łóżku i nędznie uduszonego! Miał wykrzywione usta, czarną prawą część twarzy, szyję czerwoną i odkształconą. Pod wpływem tak przerażającego widoku zdjął nas wszystkich strach! Potworny. Niemniej jednak pobiegliśmy co prędzej do książąt, jego wieczornych gości, by poinformować ich o tym odrażającym końcu Lutra! Ci, podobnie jak my wstrząśnięci, zobowiązali nas od razu - składając w zamian tysiące obietnic i uroczystych przyrzeczeń - byśmy zachowali milczenie aż po grób na temat tego wydarzenia i żeby absolutnie nic nie wyszło na jaw. Następnie kazali nam zdjąć przerażającego trupa ze sznura, położyć go na łóżku i mówić wszystkim na mieście, że mistrz Luter niespodziewanie porzucił ziemskie życie”!
Tak relacjonował samobójczą śmierć Lutra jego służący Kudtfeld; relację tę opublikował W miejscowości Aversa w 1606 r. Sedulius, uczony.
Doktor de Coster - niezwłocznie wezwany! - to on właśnie stwierdził, że usta Lutra były wykrzywione, że prawa część jego twarzy była czarna, że miał zdeformowaną szyję i że najprawdopodobniej został uduszony. Potwierdzenie tej diagnozy możemy odnaleźć na rycinie Lucasa Fortenagela, którą artysta wykonał dzień po śmierci Lutra i którą Jacques Maritain zamieścił w swojej książce „Trzej reformatorzy"”.
Luter zatem nie zmarł śmiercią naturalną - jak mylnie podają wszystkie książki ukazujące dzieje protestantyzmu, ale śmiercią samobójczą, we własnym łóżku po wystawnej kolacji, podczas której jak zwykle pił bez umiaru i objadał się ponad wszelką miarę! Pewnego dnia napisał nad swoim łóżkiem: „Papieżu, za życia byłem twoją DŻUMĄ, po śmierci będę twoją ŚMIERCIĄ”! („Pestis eram Vivus, moriens ero mors tua”).
Jest się czego przerazić, ale też i nad czym rozmyślać! Pewien ówczesny historyk opowiada, że cały tłum diabłów pod postacią kruków latał wokół jego ciała, kracząc przeraźliwie, i towarzyszył mu aż do grobu!
Mamy jeszcze i to wydarzenie: „W Graz (Austria) pewien franciszkanin w głoszonym kazaniu stwierdził, że Luter został potępiony... Któregoś wieczora, pod pretekstem posługi dla jakiejś chorej, przyszedł do niego pewien człowiek... Zamiast znaleźć się u cierpiącej franciszkanin znalazł się w obecności pięciu mężczyzn, którzy grożąc mu rewolwerem, powiedzieli, że jeśli nie zdoła dowieść, że Luter jest w piekle, to żywym go nie wypuszczą. Zakonnik, prawdziwie Boży człowiek, wyłożył Przenajświętszy Sakrament, który ze sobą przyniósł, i począł go adorować; następnie wypowiedział modlitwę-egzorcyzm... Niespodziewanie ktoś zastukał do drzwi. „Wejść!” - zawołali mężczyzn - ale nikt nie wszedł! Kilka chwil później jednak drzwi się otwarły i Luter - rozpalony niczym rozżarzony węgiel, wszedł do pokoju. Był w towarzystwie dwóch innych demonów! Pięciu mężczyzn uciekło...”
„Nie mogę się już modlić, nie złorzecząc! Przeklęty! Niech będzie przeklęte imię papisty!... Przeklęty! „ - z pism Lutra.

http://dakowski.pl/index.php?option=com ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 02 paź 2017, 18:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Luter - zabójca

Z książki: ks. dr Luigi Villa; Marcin Luter - zabójca i samobójca
Wydanie poszerzone o dokumenty Papieża Leona X zawierające potępienie błędów oraz ekskomunikę Marcina Lutra i jego zwolenników. str. 13 i nn.
Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski

Dietrich Emme stwierdza w swojej książce, że Luter wstąpił do klasztoru tylko po to, by uniknąć poważnych sankcji prawnych, które musiałby ponieść za zabicie W pojedynku swojego kolegi ze studiów.
Cytowany autor tak oto opisuje owo „zdarzenie”, które pokrótce tu przedstawimy; Luter - pisze - nie zranił się sam, ale odniósł ranę w wyniku pojedynku, jaki stoczył ze swoim uniwersyteckim kolegą. W tamtym czasie Luter był „bakałarzem" filozofii. W następstwie pojedynku musiał jednakowoż opuścić sławną „Burse Porta-Coeli" w Erfurcie (Collegium „Amplonianum”) i szukać schronienia w mało szacownej bursie św. Jerzego. Trzeba pamiętać, że studenci posiadający już dyplom - począwszy od bakałarza - mieli prawo do noszenia szpady. Nie mogli jednak robić z niej użytku pod groźbą surowej kary. Wszyscy studenci musieli więc przyrzec, że podporządkują się temu rozporządzeniu.
Tym niemniej spory były między nimi bardzo częste, także te rozstrzygane z bronią w ręku. Nawet spory z powodu przebiegu egzaminów często kontynuowane były przy użyciu szpad. Dlatego też egzaminowani musieli przyrzec przed egzaminem, że nie będą się mścić za uzyskane stopnie! Ale i tak w księgach poszczególnych średniowiecznych wydziałów uniwersytetu odnotowywano sporo przypadków śmierci studentów po egzaminach - właśnie z powodu użycia broni.
Zaraz po złożeniu egzaminu magisterskiego z zakresu filozofii doszło do tajemniczej śmierci: śmierci niejakiego Hieronima Buntza, który również zdał egzamin magisterski z wynikiem pozytywnym razem z Lutrem i 15 innymi studentami. Otóż Buntz zmarł właśnie między egzaminem a promocją magisterską!
Wspomniany autor pisze, że to właśnie Luter i Buntz uciekli się do pojedynku i że to Luter śmiertelnie ranił swojego przeciwnika! (W obronie koniecznej? w afekcie? . . .). Trzeba pamiętać, że Luter już wcześniej bił się w innym pojedynku - jak już wspomnieliśmy - w pobliżu Erfurtu. Wyszedł z niego w opłakanym stanie.
Ale w tym drugim pojedynku, w którym zabił swojego kolegę ze studiów, Hieronima Buntza, prócz dwóch ekskomunik Lutrowi groziła kara śmierci i by jej uniknąć, udał się on do swojego opiekuna i przyjaciela Johannesa Brauna, wikariusza kolegiaty w Eisenach, z prośbą o radę. Był czerwiec 1505 roku. Braun poradził mu wstąpienie do zakonu - właśnie po to, by uniknąć sądowego procesu! I w ten oto sposób Luter 17 lipca 1505 r. schronił się w klasztorze eremitów augustiańskich, gdzie chroniło go „prawo azylu”!
W tym miejscu chciałbym przypomnieć słynnego „Ludwika” z powieści Manzoniego, który również schronił się w klasztorze - po zabójstwie pewnego „paniczyka”! - skąd jednak wyszedł skruszony i duchowo odnowiony. A w klasztorze przyjął imię „brata Krzysztofa” ku pamięci swe ofiary!
Luter co prawda również stał się „bratem" - tak, ale chociaż przyznał się do popełnionej zbrodni, to pozostał już na zawsze bratem pełnym niepokoju i wzburzenia! Sam o tym powie w kazaniu wygłoszonym w 1592 r.: „Ego fui, ego mo- nachus, der mit Ernst fromm wollt sein. Sed je tieffer ich hin ein gangen bin, yhe ein grosser bub et homicida fui” (Byłem tym, ja - mnich, który pragnął być prawdziwie pobożny. Tymczasem pogrążyłem się jeszcze bardziej: stałem się ostatnim łajdakiem i zabójcą - WA W 2950,18).
W pewnej biesiadnej mowie Lutra spisanej przez Veita Dietricha czytamy: „Singułari Dei consilio factum sum monachus, ne me coperent. Alioqui, essem facillime captus. Sic autem non poterant, quiaes nahm sich der ganze orden mein an» (Za osobliwym Bożym wskazaniem zostałem mnichem, by uniknąć aresztowania. W przeciwnym razie łatwo by mnie schwytano! A tak nie mogli, bo zajmował się mną cały zakon - WA Tr 1,13432).
„Te głupie osły (katolicy) znają jedynie pokusy cielesne. (...). W rzeczywistości rada na te pokusy jest prosta: są jeszcze kobiety i młodziutkie dziewczyny. . (Marcin Luter)

http://dakowski.pl/index.php?option=com ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 21 gru 2017, 16:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Nie nazywajcie protestantów chrześcijanami! – Marian T. Horvat

Autor: Marian T. Horvat

Papież Leon XIII potępił tę tolerancję względem protestantyzmu pod nazwą amerykanizmu, by być bardziej precyzyjnym: herezji amerykanizmu.

Obrazek

Katolicy określający protestantów mianem „chrześcijanin”, a nawet “dobry chrześcijanin” stanowią dziś zjawisko dość powszechne. W Stanach Zjednoczonych praktykowano to jeszcze przed Vaticanum II, głównie ze względu na dążenie amerykańskich katolików do wychodzenia naprzeciw protestantyzmowi, którego ton dominował w sferach towarzyskich i biznesowych. Poza tym pojawiało się pytanie o przystosowanie wpływowych protestantów dołączających do społeczności katolickiej, a także katolików zawierających związki małżeńskie z protestantami. Było po prostu łatwiej nazywać wszystkich chrześcijanami. Podobno niwelowało to różnice, tworzyło wrażenie, że katolicy i protestanci byli kuzynami w obrębie jednej wielkiej szczęśliwej rodziny. Papież Leon XIII potępił tę tolerancję względem protestantyzmu pod nazwą amerykanizmu, by być bardziej precyzyjnym: herezji amerykanizmu.

Po Soborze Watykańskim II praktyka nazywania protestantów chrześcijanami wzrastała lawinowo, przy czym nieprawidłowości tej dopuszczono się nawet w oficjalnych dokumentach soborowych. Odtąd Stolica Apostolska, prałaci i kapłani stosowali ją tak szeroko, jak tylko było to możliwe. Obecnie owo wychodzenie naprzeciw protestantom sięgnęło już na tyle daleko, że niektórzy katolicy, chcąc wprowadzić jakieś rozróżnienie pomiędzy katolicyzmem, a jego „oddzielonymi protestanckimi braćmi”, określają się mianem katolickich chrześcijan. To zbędne. Jedynie bowiem katolicy mogą być prawdziwymi chrześcijanami. Nikt, kto odstępuje od Kościoła Rzymsko-katolickiego, nie może być chrześcijaninem. Terminy te są synonimami.





Za każdym razem, gdy słyszę słowo „chrześcijanin” odnoszone do protestantów, czuję zażenowanie. Jego stosowanie w tym kontekście stanowi oczywistą pożywkę dla tendencji przychylnych groźnemu religijnemu indyferentyzmowi, który zaprzecza istnieniu obowiązku oddawania przez człowieka czci Bogu poprzez wyznawanie i praktykowanie jedynej prawdziwej Wiary Katolickiej. Jest sprawą oczywistą, że ci, którzy jej zaprzeczają, mimo wszystko nie mogą być chrześcijanami, a więc uczestnikami Kościoła Chrystusowego. [Stanowisko przeciwne] w sposób naturalny doprowadza do progresywistycznego przekonania, że człowiek może zostać zbawiony w każdej religii, która uważa Chrystusa za Zbawiciela. Dobry luteranin, dobry anglikanin, prezbiterianin – jakie to ma znaczenie skoro są dobrymi ludźmi i szczerze kochają Chrystusa?

Niezależnie od tego, kto dziś myśli w taki właśnie sposób, chcę podkreślić, że stoi to w sprzeczności z całą tradycją Kościoła Katolickiego epoki przedsoborowej. Jego nauczanie nigdy nie obejmowało określania heretyków mianem chrześcijan.

Przed Vaticanum II Magisterium było zawsze bardzo jasne: to nie jest sprawa indywidualnego charakteru lub też cech

Nikt, kto odstępuje od Kościoła Rzymsko-katolickiego, nie może być chrześcijaninem. Terminy te są synonimami.
jednostki. Nikt nie może stać się członkiem Kościoła Chrystusowego bez przyjęcia zbioru prawd Wiary Katolickiej, pozostawania w jedności ze Stolicą Piotrową oraz przyjmowania Sakramentów. Chrześcijaninem jest tylko ten, kto akceptuje Naszego Pana Jezusa Chrystusa oraz Kościół, który on ustanowił. Kto bowiem może mieć Boga za Ojca, a odrzucić Matkę Kościół? (Papież Pius IX, Singulari quidem z 17 marca 1856). Któż przyjmuje oblubieńca – Chrystusa, a nie przyjmuje jego mistycznej oblubienicy – Kościoła? Któż oddziela Głowę, jednorodzonego Syna Bożego, od ciała, którym jest Jego Kościół? (Papież Leon XIII, Satis cognitum z 29 czerwca 1896). To niemożliwe.

Najkrócej mówiąc: jedynie ci, którzy wyznają jedyną Wiarę Katolicką i pozostają w jedności z Mistycznym Ciałem Chrystusa, są członkami Jego Kościoła. A tylko owi członkowie posiadają legitymację do noszenia zaszczytnego imienia Chrześcijan.

Sekta protestancka wyrosła z buntu sprzeciwiając się Kościołowi Chrystusa i chcąc uznawać Chrystusa bez Piotra, autorytetu, który On ustanowił na ziemi. Poprzez ten rozdział opuścili oni Kościół i popadli w herezję. To winno być powiedziane i rozumiane jasno, bez sentymentalnych obaw przed urażeniem czyjegoś sąsiada lub krewnego: protestant jest heretykiem, ponieważ odszedł od mistycznego Ciała Chrystusa. Nie jest chrześcijaninem, a z pewnością nie jest „dobrym chrześcijaninem”.

PISMO POTWIERDZA TĘ PRAWDĘ

Mój przyjaciel imieniem Jan uważał, że pozostałem zbyt zaciekły w tej kwestii. Robisz z igły widły – mówił. Czyż Pismo nie uczy nas kochać naszych bliźnich i nie osądzać?

Jest to ten sam stary ton, w który uderza się cały czas od zakończenia Vaticanum II. Zgodnie z nim próba korekty złych praktyk lub fałszywego nauczania jest czymś niewłaściwym. Niezależnie jednak od subiektywnych interpretacji natchnione słowa Pisma nader jednoznacznie bronią tego, że piecza nad winnicą została powierzona przez Chrystusa wyłącznie [Jego] Kościołowi. Przywołajmy kilka wersów.

Kto was słucha, mnie słucha, kto wami gardzi, mną gardzi; kto zaś mną gardzi, gardzi tym, który mnie posłał (Łukasz 10:16). Nie może być jaśniej: protestanci, którzy odrzucili głowę, odrzucili samego Chrystusa, a więc nie powinni otrzymać miana chrześcijan.

Chrystus ustanowił Kościół, na którego czele stoi jedna głowa: „Tobie [Piotrze] dam klucze królestwa niebieskiego, a cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane także w niebiesiech, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane także w niebiesiech” (Mateusz 16:19).

Najkrócej mówiąc: jedynie ci, którzy wyznają jedyną Wiarę Katolicką i pozostają w jedności z Mistycznym Ciałem Chrystusa, są członkami Jego Kościoła. A tylko owi członkowie posiadają legitymację do noszenia zaszczytnego imienia Chrześcijan.
Św. Paweł jest dość ostry w swoich wypowiedziach na temat fałszywego nauczania, właściwego np. protestantom: „Jeżeli wam ktoś inną ewangelię przynosi niż tę, którą otrzymaliście, niech będzie przeklęty!” (List do Galatów 1:9).

Gdzie indziej poucza katolików, by wykluczyli się ze społeczności niekatolickich: „Nakazujemy wam, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście stronili od każdego brata, który prowadzi życie nieuporządkowane, przeciwne nauce przez nas przekazanej” (2 List do Tesaloniczan 3:6).

Św. Jan Apostoł zabrania jakichkolwiek kontaktów z heretykami: „Kto trwa przy nauce, ten ma Ojca i Syna. Jeżeli ktoś przyjdzie do was, a tej nauki nie przynosi, nie przyjmujcie go w dom, ani go pozdrawiajcie” (2 list św. Jana 1:10).

Pismo Święte jest więc dość jasne co do tego, że wyłącznie ci, którzy należą do jedynego Koscioła założonego przez Chrystusa, Kościoła Katolickiego, mogą być prawnie nazwani chrześcijanami.

PAPIEŻE POWTARZAJĄ TO NAUCZANIE

Tradycyjne nauczanie papieży jest równie jednoznaczne jeżeli chodzi o zajmujący nas problem. Proszę i tu pozwolić na przytoczenie kilku fragmentów tekstów tytułem przykładu.

Pius XII oświadcza bez niedomówień: „By być chrześcijaninem trzeba być [chrześcijaninem] rzymskim. Należy rozpoznać wyłączność Kościoła Chrystusowego, który rządzony jest przez jedynego następcę Księcia Apostołów, którym pozostaje Biskup Rzymu, wikariusz Chrystusa na ziemi (Alokucja do pielgrzymów irlandzkich z 8 października 1957). Czy można jaśniej wyrazić opinię o tym, kto jest chrześcijaninem?

Leon XIII uważa za oczywiste, że oddzielone członki nie mogą pozostać częścią tego samego ciała: „Tak długo, jak jakaś część ciała pozostawała w nim – żyła; oddzielona – traci życie. Tak też człowiek, tak długo, jak żyje w [mistycznym] ciele Kościoła, jest chrześcijaninem. Odłączony od Niej, staje się heretykiem (Encyklika Satis cognitum z 29 czerwca 1896). Kładąc nacisk na los tych, którzy zerwali z jedyną Wiarą, mówi dalej: Ktokolwiek opuszcza Ją [Kościół Katolicki], oddziela się od woli i nakazów Naszego Pana Jezusa Chrystusa; opuszczając ścieżkę zbawienia, wkracza na tę, która prowadzi do zatracenia. Kto odłącza się od Kościoła, jednoczy się z cudzołóstwem” (ibidem). Istotnie: ludzie ci nie dzielą wraz z nami imienia chrześcijan.

Pius IX: „Ten, kto odrzuca Tron Piotrowy, jest błędnie przekonany o swoim udziale w Kościele Chrystusowym” (Quartus supra z 6 stycznia 1873).

W Syllabus Errorum teza, że protestantyzm jest niczym więcej, niż tylko kolejną formą tej samej religii chrześcijańskiej, została szczególnie mocno potępiona.

W związku z powyższym stwierdzamy, że istnieje jeden tylko Kościół Chrześcijański – Kościół Katolicki, i tylko ci, którzy do niego przynależą, powinni być nazywani chrześcijanami.

JAK WALCZYĆ Z AMERYKANIZMEM?

Wiele osób pyta mnie: co mam robić by zwalczać amerykanizm? Inni proszą: podaj mi jakiś przykład.

Pozwólcie, że dam wam jeden konkretny sposób pokonania w sobie tendencji wychodzenia naprzeciw protestantom.

Kiedy już złapiecie się na nazwaniu protestanta chrześcijaninem, zatrzymajcie się i poprawcie samych siebie. Nazwijcie go protestantem. W ten sposób okażecie, że nie akceptujecie protestanckich błędów i uważacie je za to, czym w istocie są: protestanci zaprzeczyli wielu katolickim dogmatom i dlatego też stali się przyczyną wielkiego rozłamu jedności Kościoła Katolickiego, co z kolei wyrządziło niewypowiedziane zniszczenia w świecie chrześcijańskim i doprowadziło do potępienia wielu dusz.

Jest to być może mała rzecz, jednak to właśnie przez owe drobiazgi jako ludzie z wolna pogrążaliśmy się w religijnym indyferentyzmie. Czas już ustawić jakieś bariery. Nie możemy obwijać naszej miłości do Wiary Katolickiej w zasłonę dwuznacznych sformułowań. Jedyne prawdziwe zjednoczenie z protestantami, możliwe do zaakceptowania dla katolików, może nastąpić wyłącznie poprzez ich powrót do prawdziwego Kościoła Chrystusowego – Kościoła Katolickiego. Tylko dzięki temu będą oni mogli pełnoprawnie nazywać się chrześcijanami.

Za: https://gloria.tv/article/ZTkTX8qYofQV2RK6SyhLFBknz

http://wsercupolska.org/wsp1/index.php/ ... /8639-8639


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Chrześcijaństwo na rozstajnych drogach
PostNapisane: 28 cze 2018, 13:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
To już jest przepaść. Niemcy znów przeciw jedności Kościoła

Protestanci nie mogą przyjmować Komunii świętej – chyba, że są Niemcami. W środę biskupi Kościoła katolickiego w RFN opublikowali dokument, w którym mówią wprost o takiej możliwości. Choć nie są to formalne wytyczne episkopatu, a jedynie „pomoc” duszpasterska, efektem jest sformalizowanie heterodoksyjnej praktyki. Wszystko to dzieje się za zgodą i wiedzą Ojca Świętego.

Zmagania z Watykanem
W Niemczech od wielu lat protestanci żyjący w małżeństwie z katolikiem przystępują do Komunii świętej. Księża i biskupi z zasady nie odmawiają im dostępu do Najświętszego Sakramentu. Dotąd działo się to w sposób niesformalizowany. Niemiecki episkopat uznał jednak, że w rok po pięćsetleciu reformacji należy pójść szybko naprzód na drodze ekumenizmu i tę skrajnie kontrowersyjną praktykę oficjalnie usankcjonować. Stąd na zebraniu biskupów w lutym tego roku większością 2/3 głosów przyjęto dokument pod tytułem „Iść z Chrystusem - szukając jedności. Łączone wyznaniowo małżeństwa i wspólny udział w Eucharystii”. Stwierdzono w nim, że ci protestanci, którzy pragną przyjmować wspólnie ze swoim katolickim małżonkiem Komunię świętą, mogą to robić, o ile podzielają katolicką wiarę w Eucharystię. Tekst miał zostać opublikowany jako „wytyczne” Konferencji Episkopatu. Zamysł spotkał się jednak z oporem mniejszości biskupów; siedmiu z nich, pod przewodnictwem arcybiskupa Kolonii kard. Rainera Woelkiego, napisało list do Watykanu, prosząc o wyjaśnienie, czy publikacja takiego dokumentu byłaby w ogóle dopuszczalna. W Stolicy Apostolskiej uznano, że nie. Na początku czerwca prefekt Kongregacji Nauki Wiary abp Luis Ladaria wysłał list do kard. Rainera Marxa, pisząc, że ogłoszenie wytycznych byłoby „przedwczesne”. Decyzję tę podjął sam Ojciec Święty po rozmowach z przedstawicielami niemieckiego episkopatu.

Tekst Kongregacji, mimo że pozornie krytyczny, był bardzo niepokojący. Niezgodę motywowano znaczeniem sprawy interkomunii dla Kościoła powszechnego; uznano, że episkopat nie może jako całość podejmować takiej jak niemiecka decyzji. Ani słowem nie stwierdzono jednak, by sam zamysł udzielania protestantom Komunii świętej był błędny, choć w istocie jasno wynika to z dwutysiącletniej Tradycji oraz z przepisów Kodeksu Prawa Kanonicznego, potwierdzonych przez św. Jana Pawła II w dwóch przynajmniej dokumentach, Ut unum sint oraz Ecclesia de Eucharistia.

Można było mieć wrażenie, że papież Franciszek w istocie aprobuje niemiecki pomysł. Pogłębiało je przypominanie jego słów wypowiedzianych w listopadzie 2015 roku w zborze luterańskim Christurkirche w Rzymie. Ojciec Święty zachęcił tam luterankę mającą za męża katolika, by rozważała rzecz w sumieniu i „szła naprzód”. Teraz okazało się, że rzeczywiście, mimo wielkich kontrowersji dla Stolicy Apostolskiej treść niemieckiego dokumentu jest do przyjęcia. Ojciec Święty powiedział o tym zupełnie wprost podczas konferencji prasowej na pokładzie samolotu. Wracając do Rzymu z Genewy stwierdził, że wysłany za jego zgodą do Niemiec list Kongregacji „nie był hamulcem ekumenizmu”. „Gdy Konferencja Episkopatu coś aprobuje, staje się to natychmiast uniwersalne. I to jest trudność w dyskusji, nie tyle sama treść” - powiedział papież, dodając, że Niemcy intensywnie zajmowali się problemem interkomunii i w swoim dokumencie „dobrze” go opracowali. Ta wypowiedź zwiastowała przełom.

Dokument ogłoszony
I przełom przyszedł. Rada Stała Konferencji Episkopatu Niemiec ogłosiła, że wśród biskupów osiągnięto porozumienie w sprawie interkomunii – i dokument „Iść z Chrystusem...” został opublikowany. Ważna zmiana: nie jako „wytyczne”, a jedynie jako „orientacyjna pomoc”. To znaczy, że nie ma pod nim pieczątki Konferencji Episkopatu; tekst nie ma żadnej mocy prawnej, jest jedynie „głosem w dyskusji”, którym mogą – jeżeli zechcą – kierować się poszczególni biskupi „na własną odpowiedzialność”. Rada Stała w towarzyszącym tej publikacji komunikacie pisze, że podjęła taką decyzję „czując się zobowiązana by odważnie postępować naprzód na drodze do jeszcze większej jedności chrześcijan”. Sam dokument został zaprezentowany jako „duchowa pomoc w podejmowaniu decyzji sumienia w ramach duszpasterskiego towarzyszenia w poszczególnych przypadkach łączonych wyznaniowo par małżeńskich, które mają poważną duchową potrzebę przyjmowania Eucharystii”.

Co szczególnie istotne, publikacji dokonano ewidentnie w porozumieniu ze Stolicą Apostolską. Na stronie Konferencji Episkopatu Niemiec opublikowano notę datowaną na 12. czerwca, jaką kard. Reinhard Marx zaadresował korespondencję do Ojca Świętego. Pisał w niej, że na podstawie wszystkich odbytych rozmów uznaje za możliwe ogłoszenie dokumentu jako „orientacyjnej pomocy”, rozumiejąc, że Watykan sprzeciwia się innej formie publikacji ze względu na wagę problemu dotyczącego przecież całego Kościoła powszechnego. Papież wiedział zatem, że publikacja nastąpi. Co więcej na włoskim portalu „Vatican Insider” z datą 26. czerwca – dzień przed ogłoszeniem dokumentu – pojawił się wywiad z samym prefektem Kongregacji Nauki Wiary abp. Ladarią, który potwierdza „samolotowe” słowa papieża, zapewniając, że wysłany do Niemców list nie był rzeczywiście żadnym rodzajem „hamulca”.

Całkowity triumf progresistów?
Czy można mówić o kompromisie? Do pewnego stopnia tak, bo Stolicy Apostolskiej udało się przekonać Niemców do pewnego samoograniczenia. A jednak kard. Marx i zwolennicy jego opcji odnieśli zasadniczo zdecydowany triumf. Ich celem było formalne umocowanie istniejącej już w całym krajowym Kościele praktyki – i to się dokonało. Choć dokument nie ma pieczęci episkopatu, to przecież zaaprobowała go Rada Stała, w skład której wchodzą przedstawiciele wszystkich niemieckich diecezji; co więcej, tekst został zaakceptowany przez samego papieża. Dzięki temu oficjalnie usankcjonowano udzielanie Komunii świętej protestantom, przenosząc ten proceder z pewnego półcienia w pełne światło dnia. Byłoby kłamstwem twierdzić, że nie ma to znaczenia dla całego Kościoła powszechnego. Publiczne wyrażenie zgody na udzielanie w gruncie rzeczy świętokradczej Komunii świętej nie jest i nigdy nie może pozostawać obojętnym.

Jest przy tym faktem, że każdy biskup może podjąć decyzję odrębną. Problem w tym, że w Niemczech niewielu ordynariuszy dostrzega jakiekolwiek przeszkody w dopuszczeniu protestantów do Eucharystii. Sam kardynał Woelki, twarz oporu wobec pomysłu Marxa, wielokrotnie podkreślał w wywiadach, że osobiście… nigdy nie odmówił żadnemu protestanckiemu małżonkowi katolika Komunii świętej; taka Eucharystia w ogóle mu nie przeszkadza, nie chciał po prostu tego formalizować, a już z pewnością nie na poziomie krajowego episkopatu! Póki co będzie mógł rzeczywiście zostawić rzeczy takimi, jakimi są: nie ogłaszając żadnych diecezjalnych wytycznych, nadal dawać pełne przyzwolenie na wspólną Komunię mieszanych małżeństw. Inni, o bardziej jeszcze progresywnym nastawieniu, będą mogli wykorzystać dokument do wypracowania własnych formalnych kryteriów. Choćby biskup Gerhard Feige z Magdeburga; ten zagorzały ekumenista po przesłaniu Niemcom listu Kongregacji, pozornie krytycznego, wzywał wiernych, by się nim nie przejmowali i dalej „robili swoje”.

Decentralizacja, czyli gwałcenie prawa Kościoła
Cała sprawa rzuca niesamowicie ciekawe światło na słynną decentralizację Kościoła katolickiego, którą papież Franciszek ogłosił w swojej adhortacji apostolskiej Evangelii gaudium. O ile w przypadku rozwodników w nowych związkach poszczególnym episkopatom i diecezjom dano do ręki papieski tekst, na gruncie którego dokonywali zmian duszpasterskich i de facto doktrynalnych, teraz żadnego dokumentu nie ma. Okazuje się, że w ramach decentralizacji możliwe jest nawet samowolne interpretowanie prawa kościelnego i jego naginanie dla własnych potrzeb czy raczej oczekiwań. Niemiecka propozycja teoretycznie opiera się na Kodeksie Prawa Kanonicznego. W KPK zasadniczo gwarantuje się biskupom możliwość podejmowania konkretnej decyzji, w jakich okolicznościach protestant może przyjąć Komunię świętą. Kodeks formułuje jednak kilka warunków, które można byłoby nazwać brzegowymi. Jednym z nich jest niedostępność duszpasterza własnej denominacji. Drugim – zajście „niebezpieczeństwa śmierci lub innej poważnej konieczności”. Pierwszy z warunków w Niemczech nigdy nie jest wypełniony, ale – mówiąc bez ogródek – biskupi niemieccy po prostu to ignorują. Skupiają się raczej na drugim warunku. Określenie „inna poważna konieczność” interpretują tak, że mieści się w nim – jak się to określa - „paląca duchowa potrzeba wspólnego przystępowania do Komunii świętej”. Tymczasem jest to wyraźna nadinterpretacja, co wyłożył niedawno w krótkim i zwięzłym artykule kardynał Walter Brandmüller; ten wieloletni przewodniczący Papieskiego Komitetu Nauk Historycznych podkreśla, że KPK ogranicza możliwość udzielania Komunii świętej protestantom do sytuacji skrajnych, jak wojna, prześladowania, katastrofy naturalne. W żadnym wypadku nie może mieścić się tu małżeństwo mieszane; w tym wypadku Brandmüller zaleca raczej, by protestant pragnący Komunii świętej po prostu przeszedł na katolicyzm.

Bo sprawa nie ma przecież wyłącznie wymiaru prawnego, ale i wymiar teologiczny. Zdaniem krytyków niemieckiego pomysłu sytuacja, w której protestant będzie podzielał „katolickie rozumienie Eucharystii” jest z powodów zasadniczych niemożliwa; nawet jeśli chrześcijanin taki widziałby w Komunii świętej rzeczywiste Ciało Chrystusa, to przecież odrzuca jeden z fundamentalnych wymiarów Najświętszego Sakramentu, będącego znakiem pełnej jedności z Mistycznym Ciałem Chrystusa, którym w pełni jest tylko Kościół katolicki, a którym nie są na pewno tysięczne wspólnoty protestanckie, odrzucające wiele prawd wiary, kierowane przez samozwańczych biskupów, nieposiadające nawet kapłanów. Tak widzą to kardynałowie Gerhard Müller, Willem Eijk, Paul Cordes, Francis Arinze… I choć bili na alarm, apelując o obronę jedności doktrynalnej Kościoła katolickiego i powstrzymanie Niemców, ich głos nie został wysłuchany.

Decentralizacja ma swoje prawa i w Niemczech warunki dyktują Niemcy.

Polskie milczenie
W swoim komunikacie Rada Stała zapowiada, że temat wspólnej Komunii świętej będzie jeszcze dyskutowany, a okazją do pogłębienia rozumienia tego problemu ma stać się jesienne zebranie plenarne Episkopatu. Niewątpliwie, skoro biskupi chcą „odważnie postępować naprzód” na drodze ekumenicznej, nie należy spodziewać się obrony świętości Eucharystii! Dojdzie raczej do dalszego wyprzedawania wiary katolickiej i pogłębiania stopnia protestantyzacji Kościoła katolickiego w Niemczech. Sytuacja staje się naprawdę paląca. Z miesiąca na miesiąc pogłębia się przepaść dzieląca progresistów od zwolenników wierności nauczaniu Kościoła. W niejednej niemieckiej diecezji Komunię świętą może przyjmować dziś protestant i rozwodnik w nowym związku; do Stołu Pańskiego może przystąpić także osoba stosująca antykoncepcję. I na wszystko ma mniej lub bardziej formalne dokumenty biskupów! Przyjeżdżając z tej diecezji do Polski, ten sam człowiek znajduje się nagle w innym Kościele, bo przecież nie chodzi tu o błahe różnice, ale o ocenę spraw fundamentalnych dla życia ludzkiego i zbawienia człowieka. Czyny w Niemczech dopuszczalne czy wręcz słuszne w Polsce oceniane są za prowadzące do potępienia. Tej szalonej sytuacji nie da się długo utrzymać w jednym Kościele katolickim. Kłopot w tym, że choć nad Wisłą wiele mówi się o wierności niezmiennemu Magisterium, to w praktyce... trudności są ignorowane. W swoich wytycznych do Amoris laetitia polscy biskupi temat Eucharystii dla rozwodników po prostu przemilczali, zupełnie, jakby od kilku lat nie żył nim Kościół na całym świecie.

A rozwój wypadków trwa – rozwodnicy, protestanci, wkrótce może i homoseksualiści. Obyśmy nie obudzili się za późno.

Paweł Chmielewski

https://www.pch24.pl/to-juz-jest-przepa ... 243,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 16 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /