Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 44 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 25 mar 2017, 18:53 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Osiąganie powodzenia

Sukces w jakiejkolwiek dziedzinie jest łatwy, kiedy spełnia się takie oto 3 warunki: silna wola, upatrywanie pozytywnych stron w każdej sytuacji i posiadanie znajomości. Kiedyś już o tym pisałam, ale teraz zajmę się pułapkami jakie nas czekają w każdym z tych aspektów.

Silna wola – pod warunkiem, że znamy nie tylko upragniony rezultat, ale i zagrożenia jakie niesie jego osiągnięcie. Najlepszym przykładem może być zapadnięcie na anoreksję przy odchudzaniu, czy niewydolność krążenia przy przetrenowaniu.

Upatrywanie dobrych stron w każdej sytuacji wydaje się ze wszech miar pożyteczne, ale i tu można przesadzić. Niepowodzenie jakiegoś przedsięwzięcia powinno nas uczyć jak omijać rafy, zamiast radować się z „takiej pięknej katastrofy”.

Znajomości, zwłaszcza pośród ludzi wpływowych, też tylko z pozoru są samym dobrem. „Przyjaźń” z gangsterem zawsze jest pozorna. Nieważne jakbyś się mu zasłużył, i tak cię wykiwa, gdy będzie mu się to opłacało. Tu twoja własna uczciwość, lub jej brak, nie ma najmniejszego znaczenia.

Polegać można wyłącznie na ludziach prawych. Dlatego takie to ważne, żeby osoby władne były zarazem solidne, zwłaszcza wszędzie tam gdzie zgadzamy się, żeby rządziły w naszym imieniu.

Małgorzata Todd

http://dakowski.pl/index.php?option=com ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 02 kwi 2017, 09:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://xportal.pl/?p=28948

Polska: Morawiecki krytycznie o demokracji liberalnej i polityce wschodniej
1 kwietnia 2017 16:24

Poseł na Sejm i szef koła poselskiego Wolni i Solidarni Kornel Morawiecki w wywiadzie dla portalu forsal.pl skrytykował model demokracji liberalnej oraz politykę wschodnią obecnego rządu. Liberalnej formie demokracji przeciwstawiał demokrację solidarną. – Demokracja liberalna prowadzi do groźnej sytuacji społecznej. Bardzo nieliczna grupa zawłaszcza olbrzymi majątek kosztem pozostałych. Demokracja liberalna prowadzi de facto do władzy pieniądza. I wbrew nazwie niszczy wolność – mówił dawny lider Solidarności Walczącej. – Jeżeli dla kogoś wartością jest niesprawiedliwość, to chcę mu narzucić sprawiedliwość – dodał.
Morawiecki skrytykował ponadto politykę wschodnią rządu Beaty Szydło. – Polityka wschodnia PiS jest po prostu błędna. Tak jak błędna była polityka PO. Czymś nienormalnym jest, że dwa największe narody na obszarze Europy Środkowej i Wschodniej – Polacy i Rosjanie – są nastawiani przeciwko sobie (…). Nie widzę zamiarów imperialnych ze strony Rosji. Skoro przez trzy lata Rosja broni się rękami i nogami, żeby nie wziąć Doniecka, to miałaby wziąć Warszawę? Przecież samoloty ukraińskie bombardowały Donieck. Polska powinna pomagać w pojednaniu obu stron. Na Ukrainie od czasu Majdanu jest coraz gorzej. Nie tylko jest wojna domowa, ale jest bieda, bandytyzm. My takiej polityki nie możemy ślepo wspierać. Stwierdził też, że nieakceptowalne jest tolerowanie gloryfikacji banderyzmu na Ukrainie. Ponadto negatywnie wypowiedział się o obecności amerykańskich wojsk na terytorium Polski.

Cały wywiad: http://forsal.pl/wydarzenia/artykuly/10 ... ywiad.html

(na podst. forsal.pl oprac. M.G.)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 22 kwi 2017, 06:45 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Dlaczego nacjonalizm jest nam potrzebny?

Obrazek

Nacjonalizm to dosyć szerokie pojęcie, które jako postawa społeczno-polityczna ma wiele nurtów. W swoich wyjściowych i podstawowych założeniach mówi o tym, że naród to najwyższe dobro w sferze polityki a jego interesy powinny być przedkładane nad interesami innych narodów zarówno wewnątrz kraju (np. w stosunku do mniejszości narodowych bądź etnicznych), jak i poza jego granicami (np. w stosunku do narodów sąsiadujących). Oznacza to zatem nic innego jak zdrowy egoizm danego narodu. Nacjonalizm uważa, że ludzie, których łączy ten sam język, ta sama historia i kultura stanowią wspólnotę narodową, dla której najlepszą formą organizacji społeczności jest państwo narodowe, czyli takie – w którym większość mieszkańców stanowi jeden naród.

Jak widać nacjonalizm w swoich zasadniczych poglądach to bardzo pozytywna koncepcja wspólnoty. Polityczna idea, u której podstaw (wbrew temu, co przypuszcza większość społeczeństwa) nie ma miejsca na wrogość w stosunku do mniejszości etnicznych, narodowych lub innych narodów. Dlaczego więc większa część ludzi błędnie pojmuje to pojęcie i odbiera je negatywnie? Czemu u tak wielu wywołuje złe skojarzenia i emocje?


Aby znaleźć odpowiedzi na te pytania, musimy najpierw przypomnieć sobie okrutną rzeczywistość okresu powojennego.

Na mocy postanowień Konferencji Jałtańskiej Polska po II Wojnie Światowej znalazła się pod „zwierzchnictwem” Związku Sowieckiego a władzę w Polsce zaczęli sprawować komuniści. Nowa władza natychmiast rozpoczęła walkę z wszelkimi przejawami dążeń niepodległościowych wśród Polaków, w tym z przejawami nacjonalizmu i patriotyzmu. Żołnierze niepodległościowego i antykomunistycznego podziemia (nazywani przez stalinowskie media bandytami) zostali wymordowani lub skazani na kary wieloletniego więzienia. Komunistyczna propaganda manipulując społeczeństwem, nazywała każdego nacjonalistę i patriotę faszystą (co oczywiście było perfidnym kłamstwem tamtejszego systemu jednak po doświadczeniach wojennych, wywoływało u większości Polaków negatywne emocje). Lata zakłamania PRL-u zrobiły swoje i nawet jeszcze dzisiaj możemy spotkać ludzi, dla których nacjonalizm to „zło najgorsze i faszyzm w czystej postaci”.

Tę stalinowską retorykę szczególnie upodobały sobie środowiska lewicowe (lewackie) sympatyzujące z poprzednim ustrojem oraz wszystkie antypolskie środowiska realizujące w Polsce obce interesy w tym także zaprzyjaźnione z nimi media.

Można by powiedzieć – ale przecież komuna się skończyła, mamy wolność i demokrację.

Nic bardziej mylnego!

Przecież w Polsce nie było dekomunizacji. To, że zmienił się system – nie oznacza, że komuniści wyginęli. Oni tylko zmienili maski – niektórzy nadal zasiadają w sejmowych ławach – udając liberałów, a kiedy trzeba nawet prawicowych katolików, inni zostali prezesami dużych firm (kapitalistami), robiąc milionowe majątki (przekręty) na tzw. uwłaszczeniu nomenklatury. Wszyscy Ci ludzie mentalnie (i nie tylko) związani z poprzednim systemem oczywiście są wielkimi zwolennikami dalszej integracji europejskiej (w końcu ich firmy ciągną z unii niezłą kasę). Jeśli chodzi o wolność to pod dyktaturą Brukseli mamy jej coraz mniej (poprawność polityczna), a jeżeli o demokrację to obecnie żyjemy w postkomunistycznej pseudodemokracji, która jedynie przy okazji wyborów daje nam jej złudne poczucie.

Oba systemy – poprzedni i obecny swoją kłamliwą, antypolską propagandą sprawiły, że pojęcie „nacjonalizm” w przestrzeni publicznej straciło na swoim pierwotnym znaczeniu. Wpływ na ten proces mogły mieć także krwawe wydarzenia historyczne gdzie np. nacjonalizm pozbawiony swojej prawdziwej formy (pseudonacjonalizm) – został wykorzystany jako usprawiedliwienie dla chorych ambicji i nieludzkiej chęci zabijania (Ludobójstwo na Wołyniu).

Często możemy zaobserwować w największych mediach w kraju (większość niestety ma zagranicznych właścicieli) sytuację, kiedy nacjonalizm jest wściekle atakowany przez tzw. ekspertów (od wciskania ludziom kitu) i dziennikarzy (od prania mózgów) oraz jak przy każdej okazji wycierają sobie nim gębę prounijni politycy – niestety większa część ludzi kupuje tę kłamliwą narrację.

Podobnie dzieje się w przypadku patriotyzmu, ponieważ nacjonalizm posiada pewne jego cechy.

Nacjonalizm naturalnie stoi w kontrze do takich ideologii i kierunków politycznych jak liberalizm, socjalizm, marksizm, wielokulturowość oraz kosmopolityzm czy neokomunizm – czyli do tego wszystkiego, czym dzisiaj jest Unia Europejska. Im bardziej nacjonalizm się odradza, tym mocniej jest atakowany przez różne wrogie Polsce środowiska i grupy obcych interesów. Im bardziej nacjonalizm narusza interesy (nawet te czysto ideologiczne) sprzeczne z interesem narodowym Polaków, tym mocniej wmawia im się, że jest dla nich zły.

Jak więc rzeczywiście jest z tym „strasznym” nacjonalizmem? Czy w ogóle jest on nam potrzebny?

Nacjonalizm to nie tylko postawa społeczno-polityczna to także prawo wolnych narodów do samostanowienia i dbania o własne interesy. To esencja prawdziwej niepodległości, prawdziwe poczucie wspólnoty i jedności narodowej. Wszędzie na świecie istnieje nacjonalizm, a w niektórych państwach świetnie się sprawdza jako model prowadzonej przez nie polityki – np. w Izraelu czy Japonii.

W niektórych krajach nacjonalizm to coś zupełnie naturalnego i normalnego. Nikogo nie dziwi ani nie jest przez nikogo atakowany. W innych krajach natomiast (jak w Polsce) jest wyszydzany, ośmieszany a wręcz nawet zwalczany. Co pokazuje tylko jak nasz naród, ma mało wolności i niepodległości – kto tak naprawdę nim rządzi oraz czyje interesy realizuje. Niestety historia nie była dla nas łaskawa i z łap komunizmu wpadliśmy prosto w łamy neokomunistycznej federacji europejskiej zwanej Unią Europejską, która wszelkie przejawy nacjonalizmu i patriotyzmu zwalcza – jak tylko potrafi.

Przed nami trudne i niepewne czasy – tzw. kryzys uchodźczy, czyli realizujący się na naszych oczach, sprytnie zaplanowany, rasistowski plan islamizacji Europy (powolna zagłada białych Europejczyków), zamachy terrorystyczne (skutki uboczne wykonywania tego planu przez liberalnych polityków lub jego część), tzw. Państwo Islamskie, prawdopodobny rozpad Unii Europejskiej lub nawet wojna.

Nacjonalizm jest nam potrzebny w polityce, mediach, gospodarce i edukacji oraz wszędzie tam, gdzie nasz interes narodowy jest zagrożony. Niezbędny nie tylko przy okazji świąt i wydarzeń narodowych – lecz także w życiu codziennym. Potrzebujemy go bardzo a być może nawet bardziej niż kiedykolwiek, aby nadchodzące zmiany w Europie przetrwać i w końcu stać się wolnym, bezpiecznym i niepodległym narodem. Nacjonalizmu potrzebuje każdy naród, który marzy o niezależności, o tym – aby te trudne czasy przeżyć, który chce trwać i nie chce być tylko wspomnieniem historii.

Nie należy przy tym traktować nacjonalizmu jak idealnego sposobu na wszystkie problemy danego narodu a jedynie jak realną alternatywę wobec szkodliwej dla niego polityki.

Skrajny, radykalny czy szowinistyczny nacjonalizm nie jest nam potrzebny i oby nigdy nie był – wystarczy racjonalny, rozważny i konsekwentny.

Takiego nacjonalizmu potrzebują dziś wszystkie europejskie narody i choć dla niektórych być może jest już za późno – dla nas na pewno jeszcze nie jest.

Łukasz O.

https://tematy24.wordpress.com/2017/04/ ... potrzebny/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 15 maja 2017, 06:59 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Zależy jaki człowiek. Człowiek odchylony w lewo jest często największym wrogiem nie tylko przyrody, ale i drugiego człowieka.

Człowiek to nie wróg przyrody

Polska wieś żyje w symbiozie z lasami, środowiskiem i na tym też powinna się opierać polityka państwa wobec terenów wiejskich. Taki jest jeden z głównych wniosków po konferencji naukowej w Toruniu.

Spotkanie odbywało się pod hasłem „Jeszcze Polska nie zginęła – wieś”. W hali Arena dyskutowali naukowcy, politycy, rolnicy, leśnicy i myśliwi. List do uczestników konferencji wystosowała Beata Szydło, która nie mogła przyjechać do Torunia z powodu wizyty w Chinach.

Premier wskazała, że polska wieś i lasy to miejsca szczególnego pielęgnowania polskości. „Tutaj filarami codziennego życia pozostają wiara, ojczyzna, tradycja, rodzina i umiłowanie ziemi. Dla kierowanego przeze mnie rządu sprawy polskiej wsi i polskich lasów to jedno z zadań o strategicznym znaczeniu” – stwierdziła Beata Szydło. „Polska wieś to olbrzymi potencjał produkcji żywności o wysokiej jakości, unikalne zasoby lasów i pól, setki tysięcy zwierzyny łownej i niepowtarzalna różnorodność przyrodnicza. Zwierzęta łowieckie, bioróżnorodność, użytkowanie tych zasobów mają zakładać ich jednoczesną ochronę i docenianie skarbów polskiej ziemi” – podkreśliła szefowa rządu. Przez wieki Polacy umiejętnie korzystali z bogactwa, o jakim pisała Beata Szydło, teraz jednak rolnicy, ale przede wszystkim leśnicy i myśliwi, są oskarżani przez aktywistów organizacji ekologicznych o niszczenie środowiska naturalnego. Ich niewielka grupa pojawiła się również w Toruniu, gdzie protestowali przeciwko ministrowi środowiska i leśnikom za „wycinanie Puszczy Białowieskiej”. Pod ich ostrzałem są również myśliwi, bo „mordują bezbronne zwierzęta”.

Ksiądz prof. Tadeusz Guz wyjaśnił zebranym, że takie skrajne postawy wynikają z realizacji koncepcji filozoficznych, w myśl których człowiek jest wrogiem przyrody. Ksiądz profesor argumentował, że humanizacja zwierząt i roślin oraz animalizacja człowieka to nie jest wymysł naszych czasów, gdyż taka koncepcja stopniowo dojrzewała przez dziesiątki lat, czerpiąc z antychrześcijańskich nurtów filozoficznych. Ci ideolodzy starają się tworzyć świat bez Boga, a człowiek jest dla nich największym nieprzyjacielem przyrody i wszechświata.

Uczony wskazywał, że polskie doświadczenia i tradycja są jednak inne, polskiemu domowi obca jest „zielona ideologia”, my jesteśmy wierni chrześcijańskiej koncepcji świata, gdzie człowiek, rośliny i zwierzęta mają swoje miejsce wskazane przez Stwórcę. I gdzie ważną rolę spełniają zarówno rolnicy, jak i ludzie związani z lasami. – To dom bogaty leśnikami, myśliwymi i rolnikami, którzy nie tylko na przestrzeni wieków istnienia Polski wykazali się wielkim hartem ducha, oddaniem, poświęceniem, lecz byli gotowi aż do ostatniej kropli krwi bronić, odżywiać Naród, ocalać Ojczyznę – mówił ks. prof. Tadeusz Guz.

Matecznik gatunków
Minister środowiska prof. Jan Szyszko podkreślił, że wbrew tezom ekologicznych ideologów polityka rządu, działania leśników i rolników służą jak najlepszej ochronie polskich zasobów naturalnych w interesie ludzi i przyrody. – Działamy tak, żeby można było wykorzystywać żywe zasoby przyrodnicze do rozwoju gospodarczego, szczególnie na terenach wiejskich. Użytki i zasoby przyrodnicze mają służyć człowiekowi, a jednocześnie nie mają ulegać pogarszaniu – powiedział minister środowiska.

Rekordem świata nazwał to, że Polska zachowała wszystkie rodzime gatunki roślin i zwierząt. Stało się to „dzięki polskiej kulturze użytkowania zasobów przyrodniczych”. Szyszko zaznaczył, że w tym zakresie bardzo dobrze układa się współpraca ministerstw środowiska i rolnictwa. Jej celem jest jak najlepsze wykorzystanie lasów w rozwoju gospodarki na terenach wiejskich, gdzie mogą dzięki temu powstać tysiące miejsc pracy.

Konrad Tomaszewski, dyrektor Lasów Państwowych, zwrócił uwagę, że leśnicy w tym wydatnie pomagają, budując np. drogi leśne, często we współpracy z samorządami. Takie inwestycje poprawiają dostępność komunikacyjną wielu wsi, co podnosi ich atrakcyjność gospodarczą. Można bowiem tam np. budować zakłady drzewne, usługowe, rozwijać agroturystykę. Lasy Państwowe będą brały udział m.in. w ogólnopolskim projekcie „Wielki Szlak”, którego celem jest wspieranie rozwoju turystyki i wypoczynku oraz edukacji na terenach niezurbanizowanych. Tomaszewski podkreślił, że prowadząc tak aktywną politykę, państwo nie może ulegać dyktatowi ekocentryzmu. – Nie możemy ulegać tym, którzy twierdzą, że człowiek nie może ingerować w przyrodę – wyjaśnił dyrektor Lasów Państwowych.

Konferencja została zorganizowana we współpracy Ministerstwa Środowiska, Instytutu im. Jana Pawła II „Pamięć i Tożsamość”, Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, Lasów Państwowych, Polskiego Związku Łowieckiego i NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”.

Krzysztof Losz

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... yrody.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 29 maja 2017, 16:06 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Pytanie o sens świata

Na pewnym portalu,blogerka postawiła pytanie o sens świata.W dyskusji pod jej notką ktoś zgłosił, że pytanie to zakłada - po pierwsze, że świat został stworzony - po drugie, że w jakimś celu. A to daleko idące założenia - zdaniem tego" ktosia".

Poirytowany sugestią,że pytanie o sens świata to specjalność ludzi religijnych napisałem tam to, co poniżej:

Znam mnóstwo ludzi nie religijnych ,którzy stawiają to pytanie,a przecież takich założeń nie przyjmują. Natomiast bolszewicy i nazi strasznie nie lubili tego pytania, i tych którzy je stawiali ,pozbawiali prawa do życia.Kontynuatorzy tych pierwszych i dzisiaj wsadzają do więzienia za publiczne pytanie o sens świata, w którym zmusza się ludzi z Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki do osiedlenia w Europie i porzucenia własnej ojczyzny, a Europejczyków zmusza sie do oddania własnej ojczyzny nie swoim następnym pokoleniom.

Kontynuując powyższe, tutaj na salonie24 stwierdzę : sens istnienia Europy ,która zachowuje się tak jakby dokonywała samo-zatracenie- staje pod znakiem zapytania.

Jaka bowiem zbrodnia [ po zbrodni w Manchesterze] musi być jeszcze dokonana na cywilnych obywatelach dowolnego kraju europejskiego,by rządzący Unią Europejską dali prawdziwe odpowiedzi na pytania,które wypełniają niebo nad kontynentem europejskim i brzmią np.:

Kto i dlaczego przesiedla ludność z Azji środkowej i Afryki północnej do Europy? Informacje o tym , że są to uciekinierzy i uchdźcy z terenów ogarniętych wojną już od dawna są nieprawdziwe. Dlaczego rządzący Unią Europejską zgadzają się na to i akxeptują narzucone kwoty liczbowe [ idącew miliony wprzedziale rocznym] przesiedlanych?

Dlaczego rządzący UE otworzyli granice zewnętrzne UE i nie pozwalają państwom - członkom zamknąć tych granic? Ile musi być zamordowanych Europejczyków,by państwa- członkowie UE odzyskały swoją suwerenność i zamknęły swoje granice dla deportowanych z południa przez utajnione osoby i organizacje?Dlaczego mówienie prawdy o tzw. "uchodźcach" jest podciągnięte w pewnych krajach Europy pod paragrafy:"o nienawiści do innej rasy,religii..." " okłamstwie nt.holocaustu" i stosuje się tam cenzurę tekstów o imigracji z południa?

Kiedy wreszcie kościoły chrześcijańskie Europy przestaną mówić o miłosierdziu dla morderców i zaborców naszych domostw, a zaczną mówić o miłosierdziu dla naszych - Europejczyków- dzieci i naszych rodzin?

29 maja 2017 r.

http://autodafe.salon24.pl/781960,pytanie-o-sens-swiata


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 11 cze 2017, 18:16 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Język znaków i symboli – ks. prof. Andrzej Zwoliński

Mieszkania i miejsca naszej pracy dekorujemy zwykle bliskimi nam obrazami, pamiątkami z wyjazdów rodzinnych czy przedmiotami, które trafiają do naszych domów jako przypomnienie egzotycznych wypraw czy wycieczek. Stają się dekoracją ścian, niekiedy z dumą pokazywaną gościom i odwiedzającym nasz dom. Czasem nawet nie potrafimy wyjaśnić, co oznaczają dziwne, nieznane nam i tajemnicze znaki i symbole, które widnieją na nich. Czy ich znaczenie jest tylko estetyczne, dekoracyjne i wspomnieniowe? A może niosą one ze sobą coś więcej? Symbolizm istnieje od czasu, gdy człowiek wynalazł sposób na przekazywanie innym swych myśli i uczuć. Ponieważ uczuciowość jest bardziej pierwotną funkcją psychiki, mającą swe korzenie w sferach nierozświetlonych przez świadomość, symbole najczęściej wyrażały ludzkie emocje. W historii rozwoju symboliki wyróżnia się symbole prymitywne, dosłowne, prelogiczne – wywodzące się z podświadomości, które służyły ludziom pierwotnym do przekazywania za pomocą zachowań (początkowo odruchowych) ich stanów psychicznych: zaniepokojenia, triumfu, głodu, sytości, gniewu itp. Na późniejszym etapie rozwoju pojawiły się symbole abstrakcyjne, służące logice, pozwalające posługiwać się pojęciami, których inaczej umysł nie byłby w stanie ogarnąć, np. w algebrze. Potrzeba przetworzenia stanów uczuciowych na konkretne przedstawienia tłumaczy stosowanie symboli np. w języku. O popularności symbolu decydowała, i nadal decyduje, głównie jego komunikatywność. Łatwo jest go zapamiętać i powiązać z konkretną ideą. Jest przekonujący, gdyż oddziałuje na trzy podstawowe sfery psychiki: poznawczą, emocjonalną i motywacyjną.

Język znaków

Symbole mogą przyjmować bardzo różną formę: przedmiotu (sztandar), znaku graficznego (krzyż), gestu (palce w kształcie litery V), elementów stroju (sutanna), rodzaju fryzury (tonsura), plakietki (“opornik” w stanie wojennym w Polsce), medalu itp. Charakter symbolu posiadają również pieśni i hymny (hymn narodowy) oraz słowa, hasła, slogany itp. Szczególnego znaczenia nabierają symbole w sferze życia religijnego. Są wówczas manifestacjami świętości, czyniącymi świat podatnym na doświadczenie transcendencji. Powstają przez “spotkanie” (gr. symballein) zjawiska świeckiego ze sferą sakralną, przy czym dochodzi wówczas do niedającej się ująć rozumowo istotowej wspólnoty na podstawie “mistycznego uczestnictwa”. Symbole objawiają sakralną strukturę świata, zamykającą się przed poznaniem rozumowym, lecz otwierającą swą właściwą istotę przed człowiekiem religijnym. Objawienie biblijne niekiedy używa także języka symboli. Izrael bowiem, podobnie jak inne ludy starożytnego Wschodu, nie posiadał precyzyjnych terminów, aby wyrazić swoje myśli. Użył więc obrazowego, symbolicznego języka, by wyrazić swoją “filozofię życiową”, a niekiedy, aby wyrazić największy swój skarb – objawienie Boże. Historia dostarcza licznych przykładów na częste i skuteczne używanie symboli. Świadczyć o tym może np. recepcja symbolu chrześcijaństwa – krzyża, czy też symbolu islamu – półksiężyca. Niektórzy Żydzi poszukiwali sił nadprzyrodzonych, rozmyślając nad szyfrem kabały. Niekiedy symbole spotykały się ze zdecydowaną wrogością. Pojawiały się grupy religijne, najczęściej sekciarskie, które odrzucały znaczną część tradycyjnej symboliki. Bruzjanie, sekta założona w XII wieku przez Piotra Bruisa, występowali przeciw wszelkim nabożeństwom, obrzędom i czci krzyża. Niezmiernie gwałtownie wyrażali swój sprzeciw, niszcząc ołtarze i kościoły. Przeszli do historii jako sekta anarchistyczna. Zdecydowaną deklarację negacji szeregu symboli, zwłaszcza związanych z kultem, złożyli Badacze Pisma Świętego. Jedna z zasad ich wiary brzmi: “Zrzeszenie nie uznaje kultu świętych, relikwii i wizerunków, gdyż jest to sprzeczne z nauką Pisma Świętego. Dla naśladowców Pańskich zbędne są wszelkie oprawy kultowe wyraźnie zakazane w Piśmie Świętym”. Podobną krytykę symboli chrześcijaństwa, kształtując jednocześnie alternatywną symbolikę, prowadzą Świadkowie Jehowy. Znamienne dla ich religijności jest odrzucenie symbolu krzyża. W czasach prezydentury Charlesa T. Russella krzyż był powszechnie uznawany nie tylko za narzędzie męki Pańskiej, lecz także za symbol zbawienia. Krzyż i korona (“korona żywota”, Ap 2, 10) stanowiły znak rozpoznawczy ruchu Badaczy Pisma Świętego. Pojawiał się on na winiecie każdego numeru “Strażnicy Syjonu”, co najmniej do 1931 roku. Jeszcze książka J.F. Rutheforda pt. “Stworzenie” (wydanie polskie z 1928 r.) zawiera wśród kolorowych ilustracji obraz ukrzyżowanego Chrystusa. Prawdopodobnie zastąpienie krzyża “palem męki” nastąpiło po drugiej wojnie światowej, w latach czterdziestych lub pięćdziesiątych. Nowym symbolem uznawanym za symbol uniwersalnych wartości religijnych stała się krew. Według Świadków Jehowy, była ona święta “od zawsze”. Dlatego odkupienie mogło się dokonać tylko przez przelanie krwi. Jedyną przelaną krwią mogącą uratować życie jest krew Chrystusa. Wykorzystywanie każdej innej dla podtrzymania życia, czy to w formie pokarmu, czy też lekarstwa, jest uznawane za przestępstwo przeciwko prawu Bożemu i brak zaufania wobec planów Stwórcy.

Amulety i talizmany

Zdecydowana większość grup religijnych wykorzystuje jednak możliwości drzemiące w symbolach. Z pewnością należą do nich liczne sekty i nowe ruchy religijne. Potrafią one dowartościować rolę udziału ciała, sugestywnych obrazów, gestów i innych materialnych aspektów obrzędowości oraz najprostszych form pobożności występujących w religijności ludowej. Dotyczy to zwłaszcza symboli językowych, przedmiotów oraz znaków przynależności do grupy religijnej. Symboliczne przedmioty to zarówno maski, obrazy, sztandary, budowle, jak i przedmioty drobniejsze, np. medale, medaliony, wisiorki, bransolety, pierścienie, kolczyki itp. Do symboli o dużym znaczeniu ideowym, a także niosących ogromny ładunek emocjonalny, należą amulety i talizmany. Amulety są przedmiotami magicznymi, wiele z nich przygotowuje się według zasady: “złe odstraszać złem”. Dlatego elementami amuletów są często rogi, zęby, kolce. Przed urokiem rzucanym przez “złe oko” ma chronić oko. Dlatego też często w amuletach można spotkać symbol oka lub agat (zwany “kamieniem ocznym”). Amulet nie jest wykonany przez człowieka, ale wywodzi się z natury. Bardzo powszechny jest niedźwiedzi pazur lub stopa zająca. Gdyby na amulety naniesiono jakieś napisy i gdyby zostały konsekrowane, przemieniłyby się w talizmany. Talizmany są przedmiotami zrobionymi przez człowieka, którym przypisuje się magiczną moc przynoszenia dobra lub zła. Mogą być wykonane z dowolnego materiału, chociaż niektóre uważa się za lepsze od innych. Na przykład talizman miłości, aby przyniósł możliwie największy efekt, powinien być wykonany z miedzi. Talizman zwykle posiada inskrypcje – słowa lub wzór. Szczególnie bogata w talizmany jest kultura Wschodu, stąd też sekty wywodzące się stamtąd obfitują w tego typu przedmioty symboliczne. Jednym z takich talizmanów jest starożytny chiński kwadrat magiczny Ho Tu, wywodzący się z taoizmu i konfucjonizmu. Znaczenie Ho Tu wiąże się z koncepcją pięciu żywiołów tworzących wszystko, co istnieje. Kropki białe oznaczają siłę yang, czarne zaś siłę yin. Środkowy pięcioelementowy znak symbolizuje Ziemię i zarazem centrum wszystkiego. Siedmio- i dwukropkowa góra to symbol Ognia, kierunku południowego oraz lata. Jedno- i sześciokropkowy dół symbolizuje Wodę, kierunek północny oraz zimę. Ośmio- i trzykropkowa prawa strona to Drzewo, kierunek wschodni oraz wiosna. Dziewięcio- i czterokropkowa prawa strona symbolizuje Metal, kierunek zachodni oraz jesień. Chińczycy wierzą, że znak ten w pełni oddaje charakter całego Wszechświata, a co za tym idzie – emituje pozytywne wibracje wprowadzające pożądaną równowagę tak wewnątrz człowieka, jak i w jego otoczeniu.

W kręgu satanizmu

Symbole przynależności do grupy religijnej mogą przyjmować postać: odpowiedniego stroju, przedmiotu, znaku graficznego, gestu powitania czy też tatuażu. I tak np. do zewnętrznych symboli satanistów należą: odwrócony krzyż – noszony w formie medalionu lub wyszyty na kurtce; wizerunki diabła lub kozła wymalowane na plecach czarnych lub granatowych kurtek; napisy o treści: “Ave Saraye”, “Salve Imperator Hades”, “Ave Satanos” lub nazwy zespołów muzycznych – satanistycznych, rękawiczki z obciętymi palcami. Znakami przynależności i stopnia wtajemniczenia są np. trzy odwrócone dziewiątki – symbol dziecka Szatana (Bestii), pentagram lub heksagram, trzy litery “F” (szósta litera w alfabecie), trzy koła połączone ze sobą, swastyka, trójkąt itp. Te znaki graficzne mają swoje znaczenie, znane przede wszystkim członkom sekt i grup religijnych. Pentagram – gwiazda pięcioramienna (często wpisana w koło), przedstawia głowę kozła. Każde z ramion wyobraża inny element wszechświata. Gwiazda symbolizuje ludzkość. Punktem szczytowym jest ludzkość sięgająca nieba, a punkty na dole to ludzkość stojąca okrakiem nad światem przyrody. Głowa kozła symbolizuje rogatą kozę Mendesa z mitologii starogermańskiej; kozła Baphometa, któremu rzekomo oddawali cześć templariusze; jeden ze sposobów wyśmiania ofiary Chrystusa – Baranka. Niekiedy ten znak przybiera postać gestu – złożenia dłoni na kształt rogów. Odwrócony krzyż zwany krzyżem południowym – wyśmiewa i odrzuca krzyż Chrystusa, niekiedy tłumaczony jest jako “cień krzyża na Golgocie”. Złamany krzyż zwany “pacyfką” – był znakiem pokoju, a w grupach okultystycznych wyobraża pokonanie chrześcijaństwa – złamanie ramion krzyża. Złamane “S” – noszone przez członków nazistowskich oddziałów śmierci, w grupach satanistycznych przedstawia błyskawicę i oznacza “niszczyciela”. Udjat albo wszystkowidzące oko – odnosi się do Lucyfera, króla piekła. Oko jest na wpół zamknięte i oznacza, że choć może się wydawać, że szatan nie obserwuje człowieka, on to jednak czyni. Poniżej oka jest łza, gdyż szatan “płacze” nad tymi, którzy są poza jego wpływem. Żuk skarabeusz – żuk gnojak w starożytnym Egipcie był symbolem reinkarnacji; jest to również symbol Belzebuba (szatana) – “władcy much”. Swastyka – symbol mający starożytne pochodzenie, pierwotnie przedstawiał cztery pory roku, cztery wiatry i cztery kierunki świata. Obecnie ramiona tego “złamanego krzyża” zostały przesunięte w przeciwnym kierunku, by przedstawić elementy lub siły zwracające się przeciwko naturze i harmonii. Symbol ten jest używany przez grupy neonazistowskie i okultystyczne.

Uwaga na kontekst

Przy interpretacji znaków i symboli należy bardzo uważać na pewną pułapkę, która się może z nimi wiązać. Dotyczy to zwłaszcza symboli, które są wieloznaczne. Bo np. tęcza jest zarówno symbolem ruchu gejowskiego, New Age, jak i znakiem przymierza z Bogiem. Sama obecność tego znaku niewiele więc mówi, gdy nie zwróci się uwagi na kontekst, w jakim występuje. Podczas jednej z pielgrzymek Jana Pawła II do Polski przygotowano dla Papieża tron, na którym wycięty był odwrócony krzyż. Z oburzeniem interpretowanie tego krzyża jako znaku szatana było zwykłym nadużyciem: odwrócony krzyż to – w kontekście osoby Papieża – przede wszystkim atrybut św. Piotra, który został ukrzyżowany na własną prośbę na odwróconym krzyżu, “głową w dół”, gdyż “niegodny się czuł umierać jak jego Mistrz, Jezus Chrystus”. Na jednej z dróg krzyżowych rzeźbiarz umieścił obok postaci dźwigającego krzyż Jezusa wizerunek sowy. Jest to m.in. symbol masonerii, ale też mądrości ludzkiej (obecny w wielu bajkach dla dzieci). Czyż w kontekście drogi krzyżowej najbardziej właściwa interpretacja nie dotyczy mądrości ludzkiej, zadziwionej Męką i Miłością Zbawiciela? Język symboli stwarza aurę tajemniczości i wiąże grupę religijną. Jest także najkrótszym komunikatem, znakiem rozpoznawczym, a także elementem agitacji, gdyż może wzbudzać zaciekawienie i rodzić pierwsze ważne pytania. Niekiedy wybór symbolu poprzedza wybór doktryny i rozpoczyna proces odejścia od własnych przekonań. Z pewnością wybór znaków i symboli, które nas otaczają, ma swe ważne znaczenie apostolskie: unaocznia wszystkim, komu naprawdę wierzymy i co dla nas jest istotne i ważne. W tym kontekście przesłonięcie obrazów religijnych i symboli, które są dla nas autentyczne, dekoracją z innych religii czy nawet nieznanych kultur ma jakiś sens? A może być zgorszeniem – propagowaniem błędnych, a nawet wrogich treści. Dlatego od wieków Kościół przypominał o “ascezie obrazów”, właściwym ich doborze. Zwłaszcza że bardzo łatwo jest poddać się “modzie”, wpływom i sugestiom związanym z nieznanymi sobie siłami i “ofertami”. Magia zakłada wiarę w niewidzialną rzeczywistość, której człowiek poddaje swoją osobę i swoje losy. Według Pisma Świętego, tą rzeczywistością nie jest Bóg, ale jakaś zła istota (por. Pwt 18, 12). Dlatego też w Starym Testamencie wielokrotnie spotkać można ostrzeżenia przed magią. Tak rozumiano m.in. pierwsze przykazanie: “Ja jestem Jahwe, twój Bóg… Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie!” (Wj 20, 2-3). W magii bowiem dana osoba szuka pomocy u sił i mocy innych niż Bóg. Przeciw magii występowali prorocy, m.in. Ezechiel, Micheasz i Jeremiasz (Ez 13, 18-19; Mi 5, 9-13; Jr 27, 9; por. Wj 22, 17; Ml 3, 5; 2 Krn 33, 6). Również Nowy Testament zakazuje magii. Praktykujący magię są w niebezpieczeństwie utraty królestwa Bożego, chyba że odwrócą się od swego grzechu (Ga 5, 19-21; Ap 18, 23; 22, 15). Święty Paweł nazwał Elimasa, maga, synem diabła, pełnym przewrotności i zdrady, gdyż Elimas powstrzymywał szerzenie się Ewangelii i praktykował magię (Dz 13, 9). W Dziejach Apostolskich Szymon Mag praktykował magię, lecz pozazdrościł Apostołom, gdy zobaczył, że przez włożenie ich rąk ludzie otrzymują Ducha Świętego. Zaoferował im pieniądze w zamian za nauczenie go tej umiejętności. Święty Piotr odpowiedział na tę propozycję słowami: “Serce twoje nie jest prawe wobec Boga. Odwróć się więc od swego grzechu…” (Dz 8, 9-22). Praktykowanie magii i pójście za prawem Boga są nie do pogodzenia. Nie wszystko można kupić. Nie wszystko też co “ładne” i “dekoracyjne” służy dobru naszego domu.

Ks. prof. Andrzej Zwoliński

Autor jest kierownikiem Katedry Katolickiej Nauki Społecznej na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie.

http://www.bibula.com/?p=59152


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 07 sie 2017, 07:38 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Prof. Wolniewicz - "Młot na intelektualnych tandeciarzy"

„Młotem na intelektualnych tandeciarzy” nazwał prof. Wolniewicza jego wybitny uczeń, prof. Paweł Okołowski. Trudno ująć sprawę celniej.

Bogusław Wolniewicz był postacią zupełnie nietypową dla ducha drugiej dekady XXI w. – czasu tweeterów, facebooków, umasowionego przekazu i umasowionej informacji, szumu komunikacyjnego, tandety intelektualnej i estetycznej, słowem: wszystkich tych procesów, które Ortega Y Gasset, a sam prof. Wolniewicz za nim, ujmował zdaniem „Masa ciśnie w dół”.

Jego intelektualna klasa była wartościowa sama w sobie, jednak marne tło tak zwanej debaty publicznej jeszcze bardziej ją uwydatniało. A już fakt, że Los dostąpił Profesorowi możliwości nie tylko życia w tej drugiej dekadzie XXI w., ale też znakomitej w tym życiu formy intelektualnej, zaowocował niesamowitym paradoksem – oto prof. Wolniewicz głosił swoją filozofię, idącą w poprzek ducha czasów, w miejscu, będącym tego ducha emanacją – na YouTube.

Dlaczego w poprzek? Bo:

1) „etyka milczenia” – wolał „powiedzieć pięć słów mniej niż jedno za dużo”, pisze prof. Paweł Okołowski. Szczerze nie znosił oraz nie akceptował przyprawionej stylistycznym efekciarstwem gadaniny, z której niewiele wynika. O stosunku Profesora do zwięzłości wypowiedzi przekonał się kiedyś Michał Rachoń, zadając mu wielopoziomowej konstrukcji pytanie, formułowane przez dłuższy czas, a skwitowane przez B. Wolniewicza tradycyjnie krótko: „Nie rozumiem”. W czasach informacyjnego bełkotu, w którym nadawców jest więcej niż odbiorców, a wydawnictwa nabijają objętość książek efektami spuchniętego papieru, bo chociaż książek nikt nie czyta, to gruba książka wygląda na półce fajniej niż cienka, taka postawa była jak powiew świeżego powietrza. Powietrza z innej epoki.

2) tychizm – czyli filozofia losu, w której nie człowiek kształtuje swój los, a połączenie przeznaczenia i przypadku, na które człowiek ma wpływ minimalny, a często żaden. W epoce samorealizacji, haseł typu „ty też możesz sobie założyć firmę” czy „jesteś zwycięzcą”, jest to pogląd co najmniej dziwaczny, a na pewno nielubiany. Być może nawet z pewnych względów niekorzystny, ale tym Profesor nie przejmowałby się w ogóle, bo:

3) antynaturalizm – tu pogląd o istnieniu wartości samoistnych, czyli nieutylitarnych. Takich, które nie służą żadnym korzyściom, a tylko samym sobie. Dla Profesora jedną z nich była prawda: „To człowiek służy prawdzie, nie prawda człowiekowi. Ta służba czyni go dopiero człowiekiem: wynosi ponad świat zwierzęcy, do którego poza tym należy”. W świecie, w którym konstruuje się tak absurdalne urządzenia, jak elektryczne świeczki woskowe na pilot (mam takie na parapecie) jest mało miejsca dla twierdzenia, że nie pożytek ani wygoda, ale np. jakaś „prawda”, która w dodatku „nie jest wartością kultury, tylko atrybutem człowieczeństwa”, ma wyznaczać kierunek dążeniom.

4) racjonalizm – czyli logika plus równowaga pomiędzy przekonaniem, a siłą dowodu. „Jeżeli umysł myśli racjonalnie, to siła jego przeświadczeń jest proporcjonalna do mocy ich racji”. Boleśnie odczuła przywiązanie prof. Wolniewicza do tego poglądu Ewa Stankiewicz, kiedy to uznał Profesor, że siła przeświadczenia dziennikarki o zamachu w Smoleńsku nie była proporcjonalna do mocy jej racji. I dał temu – jak to On – wyraz dobitny.

Nie wyczerpuje ta krótka wyliczanka głębi myśli prof. Wolniewicza, raczej jest jej bardzo ogólnym i ogólnikowym, osobowościowo-poglądowym zarysem. Żeby ten zarys dopełnić, podam próbkę jego szczegółowych (tematycznych) wywodów, a to dlatego, że jasność i precyzja jego argumentów była niedościgniona. „Argumentacja Wolniewicza jest solidna. Można się z nią nie zgadzać (…), ale niezwykle trudno przedstawić lepszą” – pisze prof. Okołowski, ujmując sedno sprawy czterema ostatnimi słowami – „niezwykle trudno przedstawić lepszą”.

Zilustruję to, celowo wybierając chyba najbardziej kontrowersyjną z tez Profesora: transplantacja = neokanibalizm. Pewnie nikt się z tym nie zgodzi – ja sam nie potrafię. Cóż jednak z tego, skoro wobec logiki wywodu jestem intelektualnie bezradny. A brzmi on tak:

1. Idea świętości zwłok jest jedną z idei ludzkości. Człowiek zaczął być człowiekiem wtedy, gdy zaczął grzebać zmarłych – zaczęto to robić nie ze względów utylitarnych, ale z idei świętości zwłok właśnie.

2. Pomiędzy transplantacją a kanibalizmem nie ma różnicy w celu.

A) Transplantacja jest wykorzystaniem zwłok jako surowca.

B) Kanibalizm jest wykorzystaniem zwłok jako surowca.

C) Cel transplantacji = cel kanibalizmu. „Wzmóc gasnące siły życiowe konsumpcją zwłok”.

D) Jeżeli się dopuszcza transplantację, trzeba dopuścić jedzenie zwłok dla przeżycia (np. podczas Wielkiego Głodu na Ukrainie). „Reszta to sofistyka”.

3. Pomiędzy transplantacją a kanibalizmem jest nieistotna różnica w formie.

A) Różnica jak pomiędzy przyjęciem leku doustnie (kanibalizm), a domięśniowo (transplantacja).

B) Jeśli leki zaczną być produkowane z ludzkich zwłok – jaka będzie różnica pomiędzy połknięciem tabletki a przyjęciem serca?

To jest właśnie próbka filozofii prof. Wolniewicza. Jej logiczna nieodpartość zdumiewa wtedy, gdy się z nią zgadzamy, a przeraża wtedy, gdy się zgodzić nie chcemy, a jednocześnie widzimy, że nasz rozum nie potrafi uczepić się żadnej luki, która naszą niezgodę mogłaby usankcjonować.

Wiek XXI nie wyda nam takich myślicieli jak Wolniewicz. Tym bardziej powinniśmy go czytać i – w miarę własnych możliwości – próbować rozumieć.

Opublikowano: 06.08.2017 15:33.

https://www.salon24.pl/u/tomek-laskus/7 ... andeciarzy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 31 sie 2017, 09:57 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Bezkarność

Jednym z najbardziej charakterystycznych zjawisk epoki, w której żyjemy jest bezkarność. Bezkarność przestępców u władzy, bezkarność aferzystów, bezkarność zdrajców. W dawnych czasach za pewne czyny lądowało się na szubienicy. Dziś pospolite łajdaki robią co chcą śmiejąc się ludziom w twarz i chodzą za to po czerwonych dywanach. Nawet jeśli czasem któryś z nich trafi przed oblicze prokuratora i sądu, okazuje się, że niczego nie można mu udowodnić albo jeśli nawet, zostaje skazany na karę pogrożenia palcem lub coś równie dotkliwego.

Prawo jest dla nas, tu na dole, ludzi posiadających odpowiednio wysoki status władzy i pieniędzy prawo nie dotyczy.
Gimnazjalista wie, że zapisy o równości wobec prawa to martwe papierowe bzdety o nic poza tym.
W Polsce w setkach afer ukradziono miliardy, majątek państwowy sprywatyzowano za dziesięć procent jego wartości, setki ludzi zginęły w "samobójstwach" bądź "wypadkach drogowych" czy "zawałach". Winnych nie ma. Nikt nigdy za to nie odpowiedział. Ba, rozmaite kreatury i zwykłe łajzy robią wręcz za autorytety albo telewizyjnych ekspertów! Niektórzy nawet bronią "zagrożonej demokracji". Nie boją się. Wiedzą, że nie mają ani kogo ani czego.
Dziś można wszystko. Można zalać kontynent milionem islamskich hunów i nie tylko za to nie wisieć ale wręcz być niemiecką kanclerz i cynicznie bąkać coś o "praworządności".
Można doprowadzić świat do krachu finansowego i wpędzić w nędzę pół miliarda ludzi a potem dostać za to premię od rządu! Człowiek niegdyś stojący na czele banku inwestycyjnego Goldman Sachs, który jest niczym innym jak globalną instytucją przestęczą, człowiek będący jednym z autorów krachu zamiast do wiezięnia trafia na fotel sekretarza skarbu i ma... zaradzić kryzysowi. Gdyby tylko George Orwell jeszcze żył...
Można być patronem mafijnej pralni pieniędzy, można blokować przepisy ukrócające korporacyjne przestępstwa i nie iść za to do więzienia ale być szefem Komisji Europejskiej!
Można być premierem polskiego rządu i przez całe lata zaprzedawać własny kraj w imię zagranicznej synekury i zamiast na szafot trafić na fotel szefa Rady Europejskiej. I można się cynicznie śmiać z "oszołomów".
Można być zwykłym zdrajcą, który w imię brudnej walki politycznej donosi zagranicę na własny kraj i można być całkowicie bezkarnym. Tym renegatom społeczeństwo ze swych podatków wręcz płaci poselskie diety.
Dziś wszystko wolno. Ale oczywiście nie wszystkim. Tylko tym, którzy posiadają odpowiednio wysoki status społeczny.
Z jednej strony chroni ich epoka wszechogarniającego bezprawia, korupcji i karykaturalnie pojmowanych "praw człowieka" (humanitaryzm dla oprawców kosztem ich ofiar jest wyznacznikiem XXI wieku) z drugiej strony systemy prawne współczesnych państw wobec prawdziwych bandytów pozostają bezradne. Nasz kraj jest dobitnym tego dowodem.
Najlepszym dowodem naszej gnijącej rzeczywistości jest wszechobecna propaganda zakłamująca naturę tego co się dzieje i odebranie słowom ich pierwotnych znaczeń. Nie można mówić wprost, trzeba bawić się w dyplomację i poprawność. Mówienie wprost i domaganie się respektowania wartości podstawowych stały się synonimami oszołomstwa, radykalizmu i ekstremizmu. Norma stała się dewiacją a dewiacja normą. Dlatego takiego tekstu prawdopodobnie nie opublikowała by żadna gazeta a ludzi posługujących się nie zakłamanym językiem rzadko zaprasza się do mediów. Mamy za to media pełne debat durnych "autorytetów" brędzących o niczym i rozmaitych mamlaczy nazywających kłamstwo "mijaniem się z prawdą" i tak dalej.
Jeden wielki matrix i marnej jakości teatr serwowany celem prania mózgów bezwolnej widowni.
Bezkarność rozzuchwala i prowadzi do społecznej demoralizacji. Przykłady tego obserwujemy każdego dnia. W mojej ocenie żyjemy w czasach cywilizacji moralnego, politycznego i społecznego rozkładu. Przesilenie wydaje się bliskie.

Opublikowano: 31.08.2017 09:53.

https://www.salon24.pl/u/kolaska/805530,bezkarnosc

Pytanie, co my z tym zrobimy? Co Ty, co ja, co my, my wszyscy z tym zrobimy? Czy pozwolimy degeneratom bezgranicznie panować nad nami?
Czy pozwolimy im karmić się naszą krzywdą?
Czy w końcu podniesiemy swoje ociężałe tyłki, i ruszymy swoim śpiącym umysłem i na tyle się zorganizujemy, że odwrócimy bieg zdarzeń i normalność, będzie znów mogła nam i naszym życiom towarzyszyć?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 06 gru 2017, 23:48 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Zachodnia demokracja: szanse i zagrożenia 1

31 maj 2010
Człowiek w kulturze, nr 20, 2008 r.

Choć szukając genezy dzisiejszej demokracji odwołujemy się najczęściej do starożytnej Grecji, to jednak jest to spojrzenie bardzo powierzchowne. Albowiem demokracja grecka istotnie różniła się, i to pod wieloma względami, od tego, co dziś uważa się za demokrację.

Za najbardziej spektakularną różnicę uznać należy to, że w czasach greckich demokracja uważana była za ustrój „zwyrodniały", gdy dziś uważana jest za ustrój najlepszy. Celem demokracji, zdaniem Greków, nie jest dobro wspólne, a to automatycznie oznacza, że ustrój taki nie może być dobry, niezależnie od tego, w jaki sposób wyłaniana jest władza. Grecy odróżniali demokrację od politei, która, jako ustrój zdrowy, była rodzajowym przeciwieństwem demokracji2. Politeja zwana była przez Rzymian republiką (respublica), zaś w Polsce utrwaliła się nazwa rzeczpospolita3.

Demokracja w sensie greckim różniła się od politei celem, ponieważ celem demokracji było dobro głosującej większości, natomiast celem politei było dobro wspólne wszystkich. Tymczasem dziś wychwala się demokrację nie ze względu na cel, ale ze względu na sposób wyłaniania władzy politycznej: są to wybory. I to właśnie przesądza o tym, że współczesna demokracja traktowana jest jako ustrój „zdrowy", choć przecież z uwagi na cel może kuleć.
Demokracja grecka opierała się na trzech filarach. Była to wolność, następnie izonomia, czyli równość wobec prawa, oraz izogeria, czyli równy dostęp do urzędów. O ile jej rodzajowym przeciwieństwem była politeja, to za główne zagrożenie dla demokracji (mając na uwadze jej cechy pozytywne) uważano tyranię, która z kolei była zwyrodniałą formą monarchii4. W sensie historycznym losy Aten od VII w. przed Chr., czyli od czasów Solona, to huśtawka ustrojów: raz tyrania, a raz demokracja. Monarchia miała wówczas charakter archaiczny, związany z odległą przeszłością5.
Współczesna demokracja przeciwstawiana jest przede wszystkim totalitaryzmowi. Można nawet odnieść wrażenie, że w świecie istnieją tylko dwa ustroje: demokracja i totalitaryzm. Jest to jednak bardzo duże uproszczenie, kto wie, czy nie o podłożu ideologicznym, tak jakby chciało się wyeksponować tylko mechanizm wyłaniania władzy, a ukryć prawdziwe cele.
Czym różni się demokracja od totalitaryzmu? W grę chodzi sposób wyłaniania, a następnie sprawowania władzy. Władza jest wybrana w sposób demokratyczny wówczas, gdy mamy do czynienia z powszechnym prawem wyborczym, a wybory nie są sfałszowane. Na poziomie sprawowania władzy w demokracji wszyscy obywatele posiadają równe prawa, mają równe prawo dostępu do urzędów, cieszą się wolnością słowa. Natomiast w totalitaryzmie władza jest narzucana siłą albo na mocy sfałszowanych wyborów, dostęp do urzędów zagwarantowany jest tylko dla członków grupy rządzącej (klan, rodzina, partia), prawo ma charakter uznaniowy, nie ma swobody publicznego wyrażania swojej opinii. Wszystko to jest słuszne, ale każdy element systemu totalitarnego może znaleźć swój zakamuflowany odpowiednik w ustroju demokratycznym: choć wybory nie będą sfałszowane, to realne szanse wybrania w zasadzie mają ci, za którymi stoją pokaźne fundusze i nade wszystko media. Prawo to nie tylko zapis, ale jego interpretacja, a w szczególnych wypadkach prawo można zmienić nie z uwagi na powszechną sprawiedliwość, lecz partykularne interesy. A wreszcie liczące się media to przedsięwzięcie bardzo kosztowne, na które wszystkich w równym stopniu nie stać. Czym innym jest prawo swobody głoszenia opinii, a czym innym realna możliwość wypowiadania się w mediach, czyli na dużą skalę publiczną. W każdym z tych punktów za demokracją kryć się mogą elementy systemu totalitarnego.
Czy więc faktycznie to grecka demokracja (ewentualnie politeja) leży u źródeł dzisiejszej demokracji? Okazuje się, że nie do końca. Albowiem zachodnia demokracja nowożytna kształtuje się nie pod wpływem ideałów greckich (renesans jako powrót do klasycznych źródeł), lecz pod wpływem Reformacji, a dokładniej mówiąc - w środowisku wojujących sekt purytańskich (podczas angielskiej wojny cywilnej). Purytanie żądali oddzielenia kościoła od państwa ze względu na prześladowania, jakich ze strony władz państwowych doznawali. W efekcie pojawiła się koncepcja państwa całkowicie zsekula-ryzowanego, a tym samym i polityki niezależnej od religii.
Tu trzeba przypomnieć, że wywodząca się ze średniowiecza idea monarchii opierała się na ścisłym związku tronu z ołtarzem. W trakcie koronacji król był namaszczany przez biskupa, dzięki czemu stawał się pomazańcem bożym, czyli jakby narzędziem w rękach Boga. Skoro jednak monarcha ten prześladował niektóre grupy wiernych, to te uznały, że trzeba odebrać mu status sakralny, a tym samym ograniczyć pole działalności politycznej. W tym kontekście powstał problem znalezienia nowego „namaszczenia", które nie zależałoby od kościoła instytucjonalnego, ani też nie byłoby związane z rodzinną sukcesją tronu. Rozwiązaniem była właśnie demokracja: jedyną legitymacją dla sprawowania władzy politycznej miała być tylko oddolna zgoda ludu („Agreement of the People", 1647). Program taki wyszedł od Lewelersów (Levellers - niszczyciele), czyli grupy politycznej, której bliskie były hasła socjalistyczno-liberalne. Demokracja u swych źródeł ma więc charakter nie tyle polityczny, ale religijny, a w pewnym sensie również antyreligijny lub quasi-religijny. Religijny dlatego, że pojawia się w kontekście tradycji religijnej zasad wyłaniania władzy; antyreligijnej, ponieważ chodziło o uniezależnienie polityki od religii; quasi-religijnej, gdyż nowy sposób wyłaniania władzy był odpowiednikiem religijnej czynności namaszczania monarchy, tyle że rolę biskupa przejął lud, a wybrańcem byli przedstawiciele tegoż ludu.
Dokładniejsze analizy demokracji liberalnej, której zasady sformułowane zostały w czasach nowożytnych (Th. Hobbes, J. Locke, Ch. de Montesquieu), jasno ukazują, że bazuje ona na odmiennej od ateńskiej koncepcji polityki. Polityka nie jest realizacją wspólnego dobra, lecz polem ścierania się indywidualnych interesów. W liberalizmie społeczeństwo składa się z jednostek, które mają szereg praw naturalnych (prawo do życia, do własności, do wolności), dających podstawę do zabiegania przede wszystkim o własne interesy, co przeradza się w swoistą rywalizację, ale nie w wojnę. Gdyż aby nie doprowadzić do wyniszczenia jednych przez drugich (takie mogłyby być skutki wojny), ludzie umawiają się o władzę (umowa społeczna). Zadaniem państwa jest ochrona możliwości prowadzenia gry (walki) o interesy zgodnie z ustalonymi regułami (prawo). Taka rola władzy jest racją jej sprawowania, dlatego też purytanie uważali, że wobec istotnych nadużyć władzy należy wszcząć rewoltę, by tę władzę obalić. Taka postawa potwierdzała, że władza nie ma charakteru sakralnego, lecz jest korelatem społeczeństwa i wspólnie uznanych reguł.
W sumie nowożytny demokrata to nie członek biednego plebsu (ludu), stanowiącego większość w danym społeczeństwie, lecz aktywny i rzutki biznesmen, który zajmuje się własnymi interesami, ale w taki sposób, żeby nie naruszyć reguł prawa, idąc drogą, na którą prawo zezwala lub której nie zakazuje.
Demokracja nowożytna przybiera różne formy, ponieważ nie ma demokracji jako takiej. Wspólne wszystkim demokracjom jest uznanie powszechnych wyborów za podstawowe źródło dochodzenia do władzy politycznej. Ale otwarte pozostają pytania o program, o podmiotowość polityczną, o niepodważalne (nawet drogą głosowania) zasady. Tu wśród demokracji pojawia się szereg różnic.
Za Oceanem od czasów Rewolucji Amerykańskiej akcent kładzie się na ochronę praw mniejszości (większość nie może być tyranem dla mniejszości, Madison), reformę społeczną, ekonomiczną redystrybucję oraz reprezentatywność (T. Paine). Z kolei wśród utylitarystów pojawia się pogląd o demokracji jako najlepszym ustroju, ponieważ zapewnia on najwięcej indywidualnego szczęścia największej liczbie ludzi (J. Mill, J. Bentham).
Demokracja nowożytna opiera się na reprezentatywności (przedstawicielstwie) najpierw warstw społecznych (głównie szlachta, arystokracja, duchowieństwo), a następnie partii politycznych. Proces „upartyjnienia" demokracji rozpoczął się w latach 30. XIX w. Oznacza to, że choć wybierane są poszczególne osoby, to nie jako indywidualni kandydaci, lecz jako członkowie ugrupowań, zwanych partiami politycznymi. We współczesnych demokracjach miejscem, które stanowi zgromadzenie polityków skupionych w różnych partiach, jest parlament. Mimo iż nazwy partii bywają dość swobodne (partia Zielonych), ponieważ mają na względzie wyborców, dla których pewne słowa techniczne mogą być niezrozumiałe (np. konserwatysta, republikanin), to jednak tym, co różni partie i co stanowi o ich tożsamości, jest najczęściej ideologia. Nazwy mogą być wielce mylące, metaforyczne, często też nadużywane jest pojęcie demokracji, które samo lub w złożeniu staje się nazwą partii.
Z założenia wszystkie partie obecne w parlamencie muszą być demokratyczne, czyli muszą zgadzać się na rolę wyborów w kreowaniu życia politycznego. Różnice dotyczyć winny proponowanego programu. A jednak w Stanach Zjednoczonych są tylko dwie duże partie, z których jedna nosi miano demokratów, gdyż faktycznie opiera się na ideologii lewicowej i bliska jest socjalistom. Z kolei w Polsce funkcjonowały takie nazwy partii, jak Unia Demokratyczna, która to nazwa literalnie w ustroju demokratycznym nic nie znaczy. Z kolei nazwa Sojusz Lewicy Demokratycznej odwołuje się do demokracji, by zamaskować swe polityczne pochodzenie od komunistycznego PZPR-u, który z kolei funkcjonował w ramach ustroju zwanego demokracją ludową, który w dosłownym tłumaczeniu znaczyłby ludowe rządu ludu, gdy faktycznie była to tzw. dyktatura proletariatu, a jeszcze dokładniej - dyktatura grupy członków komunistycznej PZPR.
Te nieścisłości w nazwach partii mają swą genezę albo historyczną, albo strategiczną, muszą być jednak traktowane z dużym dystansem, ponieważ ich czysto semantyczna analiza wiele nie wyjaśni, a raczej zaciemni.
Pojęcie „ludu" (demos), obok określeń mętnych, takich jak wszyscy czy większość (w każdym z typów demokracji są różne ograniczenia, jak choćby bariera wieku), może mieć zabarwienie ideologiczne: „lud" oznacza niższe warstwy społeczne (chłopi, robotnicy), które dochodzą do władzy po obaleniu (głównie dzięki rewolucji) warstw wyższych (szlachta, arystokracja). Takie pojęcie ludu charakterystyczne jest dla demokracji komunistycznej. Natomiast w ramach demokracji rozwijanej w Stanach Zjednoczonych pojęcie ludu traci swe zakorzenienie etniczne (narodowe), jak i społeczne, z jednej strony pod wpływem Rewolucji Francuskiej, z drugiej zaś dlatego, że to młode państwo było państwem głównie emigrantów. Lud oznacza obywateli, demokracja obejmuje wszystkich obywateli, niezależnie od narodowości, wyznania i statusu materialnego. Współczesna demokracja zachodnia opiera się na ostatniej koncepcji ludu, który oznacza po prostu obywateli.
Mówiąc o demokracji, za najważniejsze uznaje się albo procedury wyborcze, albo treści ideologiczne. Niesie to ze sobą pewne niebezpieczeństwa. W pierwszym przypadku nastąpić może absolutyzacja zakresu uprawnień władz wybranych demokratycznie. O ile bowiem teoretycy liberalizmu, tacy jak Hobbes czy Locke, pisali o prawie naturalnym jako podstawie prawa stanowionego, to później prawo naturalne zostało zdetronizowane, a jego miejsce zajęła konstytucja jako najwyższy akt prawny (ustawa zasadnicza), tyle że stanowiony. Co więcej, ten akt w pewnych warunkach (przy odpowiedniej liczbie głosów) może być zmieniany. W takim kontekście nie ma już żadnego prawa stałego: ani naturalnego, ani stanowionego. Prawo zależy od układu sił politycznych. I stąd też podstawowym przedmiotem wykładanym na studiach prawniczych był w czasach komunistycznych (ale jest i dzisiaj) wykład, który nosi tytuł Państwo i prawo. Bo nawet jeśli część swych uprawnień jakieś państwo ceduje na organizację międzynarodową czy wręcz zrzeka się suwerenności (a stanowienie prawa jest istotnym atrybutem suwerenności państwowej) na rzecz jakiegoś nadpaństwa (jakim docelowo ma być Unia Europejska), to i tak prawo staje się pochodną polityki.
W wypadku drugim obrona idei demokratycznych (pluralizm, wolność, neutralność światopoglądowa) stać się może powodem ataków na wybrane w sposób demokratyczny władze, które reprezentują odmienną wizję polityczną. Również w imię obrony ideologicznie określonych zasad demokracji mniejszość przypisać może sobie prawo do rządzenia większością (ludem), i to w sposób niedemokratyczny (a wręcz totalitarny), podając jako powód np. niedojrzałość ludu do rozumienia, co jest dlań dobre. Taką metodą posługiwali się przede wszystkim komuniści, którzy mimo totalitarnych metod, ustrój, w którym rządzili, określali mianem demokracji socjalistycznej.
W ramach demokracji akcentuje się niezależność trzech porządków władzy: wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej. Podstawą porządku prawnego jest konstytucja. Państwo chroni wolność słowa, zrzeszania się, głosowania i wyznania. W bardziej radykalnym modelu demokracji liberalnej (Rousseau) prawo ustanawiane jest przez wspólny udział wszystkich obywateli, preferowana jest jednogłośność („la volonté général"), choć dopuszczalna zasada większości. Ten typ demokracji odwołuje się do równości polityczno-ekonomicznej wszystkich obywateli, ale jest możliwy do zrealizowania w stosunkowo niewielkich społecznościach (Szwajcaria). Inną formę liberalnej demokracji stanowi projekt J.S. Milla, w ramach którego na różne sposoby powiększa się zaangażowanie obywateli w życie polityczne. Polega to na wprowadzaniu systemu elekcyjnego do różnych szczebli władzy, poczynając od ogólnopaństwowej (parlament), a kończąc na lokalnej (gmina). Postuluje się minimalny wpływ państwa na życie prywatne (rodzinne) i ochronę praw jednostki. Z punktu widzenia ekonomicznego demokracja liberalna bazuje na rozdrobnionej własności prywatnej i konkurencji w ramach wolnego rynku (leseferyzm).
Współcześnie występują różne odmiany demokracji liberalnej. Pierwsza z nich ma charakter rywalizacji elit politycznych (J. Schum-peter). Podstawowym podmiotem życia politycznego są partie polityczne, które uzyskują miejsca w parlamencie na drodze powszechnego głosowania. Rząd, posiadający silną władzę wykonawczą, wyłaniany jest poprzez parlament. Życie polityczne sprowadza się do konkurencji między partiami, z których każda chce zdobyć władzę. Państwowy aparat urzędniczy jest apartyjny i jego działanie opierać się ma na fachowości. Granice stanowionego prawa wyznacza wcześniej ustanowiona konstytucja. Demokracja ta funkcjonuje w ramach społeczeństwa industrialnego, którego opinia tworzona jest za pośrednictwem medialnej socjotechniki. Partie polityczne opierają swoje działanie na przyjętej ideologii (socjaliści, liberałowie, komuniści), a strategia działania opracowywana jest przez specjalistów-ekspertów. Skala działań polityków przekracza granice poszczególnych państw i wkracza na pole rywalizacji o korzyści dla międzynarodowych grup interesów. Drugi typ odwołuje się do zróżnicowania politycznego (pluralizm), otwierając drogę do walki o władzę ugrupowaniom mniejszościowym. Jednak brak silnego zaplecza sprawia, że rozdrobnione partie nie mają faktycznie dużego wpływu na udział we władzy.
Podstawowe różnice między klasyczną i współczesną koncepcją demokracji polegają na tym, że w pierwszej zachowane było dobro wspólne większości, w drugiej - jest tylko gra interesów miarkowana prawem i kompromisem; pierwsza obejmowała stosunkowo niewielką grupę ludzi powiązanych etnicznie, druga natomiast odnosi się do wielkich państw i ma charakter wieloetniczny; pierwsza bazowała przede wszystkim na bezpośrednim udziale obywateli w życiu politycznym (biernym i czynnym), druga natomiast skłania się ku reprezentacyjności i partyjności oraz na utrzymaniu stałej, zawodowej kadry urzędniczej (R.A. Dahl).
Grecka forma demokracji spotykała się wielokrotnie z krytyką zwłaszcza ze strony filozofów (Platon, Arystoteles, Pseudo-Ksenofont). Niektóre zarzuty przez nich podnoszone dotyczą również demokracji dzisiejszej, choć, jak widzieliśmy, zachodzą między nimi istotne różnice. Zwracano uwagę, że w demokracji bazuje się na równości liczbowej, a nie jakościowej (głos człowieka podłego znaczy tyle samo, co osoby szlachetnej). Przewaga większości jest przewagą liczby, a nie słuszności. Wybór (losowanie) umożliwia objęcie władzy przez ludzi niekompetentnych. Hasło wolności (kluczowe dla demokracji) może zachęcać do łamania prawa i do notorycznego nieliczenia się z prawdą; pociąga to za sobą relatywizację podstawowych zasad leżących u podstaw życia społecznego. Lud rządzi dla własnego interesu bez respektu dla dobra wspólnego, co może doprowadzić do tego, że demokracja zamieni się w anarchię, a ta - w tyranię (rządy silnej ręki) albo w oligarchię (rządy wpływowych bogaczy).
Wobec takich zagrożeń preferowany był w starożytności ustrój mieszany: rządzi jeden (monarchia), opierając się na najlepszych (arystokracja), za zgodą wszystkich lub większości (politeja, republika). I taki właśnie ustrój mieszany, choć nazwany demokracją, wychwalał w słynnej mowie pogrzebowej Perykles6. Znalazło to później swoje odzwierciedlenie w idei rzymskiej republiki, której wielkim propagatorem był Cyceron. Uważał on, że wszystkie stany powinny mieć równy udział w rządach7. Św. Tomasz sądził z kolei, że demokracja to ustrój, w którym większość (lud) sprawuje rządy niesprawiedliwe, a wówczas staje się jakby tyranem. Tomasz szedł więc za klasycznym, arystotelesowskim rozumieniem demokracji8.
Dzisiejsza demokracja opiera się na dyskusyjnej liberalnej wizji człowieka-egoisty, człowieka pierwotnie dobrego, nieskażonego grzechem pierworodnym (Rousseau). Z tego tytułu zanegowany jest zarówno społeczny, jak i duchowy wymiar natury człowieka w jego wymiarze spotencjalizowanym, ze względu na który człowiek rozwija się w kontekście społecznym, co przy wadliwym ustroju prowadzi do niedorozwoju lub trwałej deformacji, zwłaszcza moralnej i intelektualnej. Gdy przyjmie się błędne założenie, że człowiek jest z natury doskonały, to w konsekwencji nie będzie on potrzebował (w sensie pozytywnym) społeczeństwa, a inni ludzie traktowani będą albo jako środek do celu, albo jako konkurenci, albo jako zagrożenie. Stosunek jednostki do innych i do społeczeństwa rozpatrywany będzie wyłącznie pod kątem indywidualnych korzyści. W efekcie z pola widzenia polityki znika wyższe życie duchowe łączące ludzi (dobro wspólne) ponad materialnymi (ekonomicznymi) różnicami. Wracają starożytne zarzuty kierowane pod adresem demokracji, że to są rządy „suwerennego motłochu", że jest to „cyfrokracja", że są to praktycznie rządy mniejszości (oligarchia), tyle że zmieniającej się (rotacyjność), że demokracja to rządy nie rozumu, ale namiętności ludu. Nawet I. Kant uważał, że demokracja jest koniec końców odmianą despotyzmu9.
Komunistyczna krytyka demokracji mylnie postrzegała błędy demokracji liberalnej (kapitalistycznej) w nierównościach wynikających ze stanu posiadania. Albowiem ekonomiczne zrównanie wszystkich poprzez upaństwowienie własności prywatnej odbiera ludziom oparcie dla obrony swych praw, czyniąc ich coraz bardziej zależnymi od aparatu państwowego. Mimo utopijnych wizji sprawiedliwej przyszłości w komunizmie, tak jak i w liberalizmie, nie ma miejsca na duchowe dobro wspólne, a tylko takie dobro może w sposób bezkonfliktowy połączyć ludzi, tworząc z nich społeczność nienaruszającą osobowej odrębności. Bolszewizm stanowiący apogeum komunizmu doprowadził ideę demokracji do absurdu (M. Zdziechowski).
Współczesna demokracja pozostaje pod coraz silniejszym wpływem ideologii socjalistycznej; przejawia się to w tym, że legalizuje się prawa niezgodne z prawami człowieka (aborcja, eutanazja), nadużywa się wolności słowa w ramach socjotechniki (manipulacja opiniami), umożliwia się pozbawianie państw i narodów suwerenności, używa się demokracji do walki z religią i kościołem, przy jej pomocy maskuje się faktycznych decydentów (międzynarodowe grupy interesów, globalne organizacje o charakterze ideologicznym).
Oderwanie demokracji od obiektywnych podstaw prawnych (prawo naturalne) prowadzić może do pozytywizmu prawnego z jego totalitarnymi konsekwencjami (casus Hitlera, który doszedł do władzy demokratycznie). Współczesną demokrację określa się czasem mianem totalitarnej, ze względu na ukryty mechanizm niewolenia społeczeństwa (Talmon).
W nauczaniu społecznym Kościoła zwraca się uwagę, że zdrowa demokracja musi opierać się na wolności połączonej z odpowiedzialnością (dobrowolność nie jest dowolnością), relacje między ludźmi nie mogą być sprowadzone do bezwzględnej konkurencji, lecz muszą bazować na idei solidarności (miłość i braterstwo), a wreszcie ludzie w ramach różnych zrzeszeń tworzyć winni rodzinę połączoną do brem wspólnym, która cementując związki międzyludzkie, pozwala każdemu na pełny rozwój osobowy.

Piotr Jaroszyński
Przypisy

1 Artykuł ten jest poszerzoną wersją hasła Demokracja, zamieszczonego w: Powszechna Encyklopedia Filozofii, Lublin 2001, t. 2, s. 472-476.
2 Arystoteles, Polityka, tłum. L Piotrowicz, Warszawa 1964, ks. IV.
3 W staropolszczyźnie słowo pospolity oznaczało coś, co jest wspólne, stąd rzeczpospolita było dokładnym tłumaczeniem słowa łacińskiego (res-rzecz, publica-pospolita)
4 W ustroju monarchicznym rządzi jeden (monos-archos), ale dla dobra wspólnego, natomiast to również rządy jednostki, ale dla jej własnego dobra.
5 Zob. Arystoteles, Ustrój polityczny Aten, tłum. L. Piotrowicz, Warszawa 1973, s. 4.
6 Tukidydes, Wojna peoloponeska, tłum. K. Kumaniecki, Warszawa 1953, s. 18.
7 „Status rei publicae in omnis ordines civitatis aequabilis", Cyceron, O państwie, II, 62.
8 S.Th., I-II, 95, 4c; 105, 1c.
9 I. Kant, Zum ewigen Frieden. Ein philosophischer Entwurff, 1795.

http://www.piotrjaroszynski.pl/czlowiek ... -zagroenia


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 03 lut 2018, 22:18 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Cuda panie, cuda

W ciągu tygodnia Historia zrobiła milowy krok. Spisane zostały czyny i rozmowy. W jeden tydzień odrobiliśmy zaległości ćwierć wieku. Gdyby publicznie, dwa tygodnie temu powiedzieć to, co dziś wiemy to niemiecka i izraelska opozycja w Polsce zakrzyczałaby tego, kto to powiedział poczynając od spiskowej teorii dziejów na antysemityzmie kończąc. Jacy oni byli przez ten tydzień cisi. Dzięki mocy dzielenia się informacjami w Internecie każdy mógł się dowiedzieć tego, że antysemityzm to instrument polityki izraelskiej. Pycha jej przedstawicieli ujawnia to, oni się wcale z tym nie kryją. Nabieram pewności, że Internet będzie musiał być zlikwidowany, a jeżeli nie (bo mógłby wywołać rewolucje światową), to przynajmniej ograniczony dla wybrańców.

Wielokrotnie to pisałem. Nie ma czegoś takiego jak spiskowa teoria dziejów. Jest jedynie spiskowa praktyka dziejów. I właśnie przez ostatni tydzień mamy wielkie, narodowe warsztaty z tej praktyki.

Ale najpierw dokonajmy systematyki gatunku, z którym mamy do czynienia. W każdym narodzie możemy wydzielić trzy główne grupy: ludzi prawych, ludzi nijakich i jądro ciemności. Pierwsza i ostania grupa to są bieguny magnesu, pomiędzy którymi porusza się, przyciągana wielkimi siłami nijaka masa. Muszę to zrobić dla własnego komfortu psychicznego, unikając tym samym wrzucenia wszystkich do jednego wora. Byłoby to krzywdzące dla doświadczenia, które prosi o rzetelność. Ta nijaka masa też wymagałaby dookreślenia, ponieważ cześć z jej członków trafiła tam w wyniku własnego lenistwa umysłowego, nie chcąc (bojąc się) poznania prawdy. Inna cześć to ludzie letni, bezideowi.

Mamy więc Polaków i Żydów, ludzi dobrej woli, miedzy którymi może i powinno dojść do zbliżenia, jako dziećmi jednego Boga. Mamy nijakich z obu stron, nie będę ich piętnował powszechnie stosowanym obraźliwymi określeniami, nie jest to i do niczego potrzebne w tej systematyce. No i mamy jądra ciemności, jądra ciemności wielu krajów, które łączą się ze sobą. Te jądra nie znają podziałów ideowych. Łączy je chciwość, żądza władzy i pieniądza, no i co za tym idzie absolutny brak bogobojności. W tym jądrze ciemności nie są znane słowa: podłość, zdrada, zbrodnia, hańba. Wystarczy.

A teraz systematyka zjawisk.

Skala zakupów jądra ciemności poraża. Mają skurwysyny rozmach. Mają pieniądze, mają media, przejmują władzę, od przedszkola po parlamenty. Wykupują na pniu całe jądra ciemności i ludzi nijakich w poszczególnych krajach. A następnie pracują nad opanowaniem całej płynnej, nijakiej lawy. Te warsztaty, które i ja tak gwałtownie przechodzę w ostatnim tygodniu, przypominają mi zdarzenia tuż po „upadku komunizmu” (ha-ha-ha, sarkazm). Otóż między ludźmi zaangażowanymi w działania w podziemiu zaczęli krążyć ludzie, którzy proponowali „interesy życia”. Sam pamiętam taką propozycję. Z Syberii jedzie transport kilkudziesięciu wagonów pięknej sosny syberyjskiej na Zachód. Co trzeba zrobić? Założyć działalność gospodarczą i „przepchnąć” to przez nią. Skala tego „przepchnięcia” musiała budzić zawrót głowy. Nie wszedłem w to. Nijacy powiedzieliby: frajer. Jądro ciemności wiedziało, że ze mnie będzie żadnego pożytku. Dlaczego tego nie zrobiłem? Bo miałem głębokie wewnętrzne przekonanie, że nie ma nic za darmo. Że gdzieś za tym wszystkim stoją nieznane mi koszty, które wielokrotnie przewyższą ten gigantyczny – jak na moje ówczesne wyobrażenia – przychód. I choć w tamtym okresie cienko było, to dziś spokojnie przy goleniu patrzę sobie w oczy. Nie zasypiam na prochach i nie nurzam się w alkoholowych zmorach.

Edukacja. Tu nie mam przypadku. Potwierdzone to jest doświadczeniem z wielu krajów. Od Stanów, po Polskę. Wychowanie i – promocja! – debili umysłowych, nijakich, miałkich. Odcięcie ich od nauki historii, wtłaczanie im seksu od najmłodszych lat. Jednocześnie wychowanie ich - a raczej hodowla - na kompletnie nieodpowiedzialnych swoich czynów (aborcja). To jest strategia wyhodowania całych mas społecznych tkwiących w głębokim - odpychanym ze świadomości – poczuciu winy, które jest jak kamień młyński u szyi, nie pozwalając widzieć szerokiego kontekstu życia we wspólnocie rodziny, narodu i państwa. Niewolnicza masa, którą się popchnie tam gdzie jądro ciemności wskaże. Walka o prawdę historyczną jest tu niezwykle ważna. Odchodzi pokolenie, które jest świadkiem zagłady zgotowanej przez Niemców w czasie II wojny światowej. Jeszcze jedno dziesięciolecie i nie będzie już nikogo, kto mógłby zaświadczyć osobiście o tym. Spisanym dokumentom można zaprzeczyć, adwokaci diabła są biegli w taki sprawach. Resztę zakryją orwellowskie groby pamięci. Stąd taki zaciekły atak jądra ciemności. Bój to może być ich ostatni.

Liberalizm. Bardzo groźne, z pozoru niewinne słowo. To jest lep na muchy dla nijakich. Wystarczy powiedzieć, że w początkowym okresie Rosja bolszewicka była uważane za państwo… liberalne. Po prostu: róbta co chceta, a szczególnie to, czego do tej pory wam zabraniała religia, tradycja i kultura, czyli róbcie głównie zło. A cel był i jest jeden i wspólny: zniszczenie chrześcijaństwa. W Rosji bolszewickiej były dwa nurty dominujące, kojarzone z Leninem i Trockim. Pierwszy miał robotniczo-chłopski wymiar, drugi był właśnie liberalny ( w obecnym, zachodnim jego kształcie). W ZSRR wygrał ten pierwszy, a Lwa Dawidowicza Trockiego przegoniono, jego zaś zwolenników spotkały represje. Dokąd uciekali? Ktoś wie? Na Zachód. Tam lizali swoje rany, tam podjęli postanowienie, ze wrócą do władzy. Postanowili rozpocząć marsz przez instytucje. Naiwnym w Polsce (mi też, co zrzucam na karb swojej młodocianej naiwności) wydawało się, że oni walczą z komunizmem. Nie, oni walczyli ze swymi największymi wrogami, którzy stali na ich drodze do realizacji… ich własnej wersji komunizmu. Podkreślę wiec to, co już można znaleźć w moich notkach: komunizm bolszewicki i liberalizm ssały tę samą Bestię. Po takim wyjaśnieniu historii niech nikogo nie dziwi, że nowy komunizm wędruje do nas z Zachodu.

Gospodarka. A głównie bananowy kapitalizm. Piękne pole do działania dla nijakich. Dawanie możliwości tylko tym, którzy zgodzili się na przewał tego transportu sosny syberyjskiej. Czy oni mieli wybitne umiejętności gospodarcze? Wolne żarty. Praktyka dziejów i system zostały skonstruowane jednak tak, że kosztami obciążano państwo, które było wyłącznie teoretyczne. A co to znaczy, że zostało obciążane państwo? Pani Krysiu z elektrowni, to obciążało także pani konto. Ale pani już to wie. Przekaże pani tę informację pani Goździkowej.

Celebryci. To jest kompletnie szatański pomysł. Społeczeństwa jak kania dżdżu potrzebują elity. Podświadomie, znając swoje ograniczenia poszukują tych, którzy poprowadzą je w dobrym kierunku. Jednakże stworzenie kolorowego, iluzorycznego obrazka "bogów", żyjących na medialnym Olimpie, którzy łaskawie czasami odwiedzą ludzi na dolinach prowadzi całe masy społeczne na manowce. Oczywiście musi temu towarzyszyć stygmatyzacja prawdziwych elit przez celebrytów zazdrosnych o swoją „boskość”. W jaki sposób? Normalnie, poprzez „oszałamianie” ich. I to działało! Całe masy szły za tym jak szczury za szczurołapem. Uwiedzione dźwiękiem jego fletu, prowadzone na swoją zgubę.

Geszeft. Izraelskie jądro ciemności na grobach swoich przodków ubiło swój interes z potomkami niemieckich zbrodniarzy, pragnącymi wybielić swoje historyczne winy. Coś, co mi się w głowie nie mieściło jest faktem. Ale, ale. Ci pomordowani wasi braci i siostry patrzą na was z góry i zasłaniają twarze, aby tego nie widzieć. To, co budujecie w tej chwili to budowanie domu na lotnych piaskach. Siejecie nienawiść, będziecie zbierać burze.

A mogło się kręcić dlatego, że nie było widomych znaków, że każdy, który o tym mówił był stygmatyzowany antysemickim oszołomem, propagującym spiskową teorię dziejów. Nisko się kłaniam panie premierze Izraela, zrobił pan tak wiele dla poznania prawdy, traktuję pana jako niczego nieświadome narzędzie w ręku Boga. Jednym kilkuzdaniowym wpisem na Twitter wykonał pan pracę herosa. Stokrotne dzięki. Cuda się dzieją. Niewidomi zaczynają widzieć fakty, głusi zaczynają rozpoznawać słowa, rozumieć ich sens.

Obraz, który naszkicowałem nie jest wesoły. Ale zawsze staram się dostrzegać dobre strony złych zjawisk. Władza pochodzi od Boga, tylko niektórym ludziom wydaje się, że jest On im do niczego niepotrzebny. Ale spójrzmy na naszą rzeczywistość właśnie od tej strony. Przecież Tusk, Komorowski i reszta ferajny pracowali usilnie dla Dobrej Zmiany. Bez ich działań dalej tkwilibyśmy w tej ciemnej…”Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszno”. Tak, w gruncie rzeczy była to sprawa smaku. Tak, smaku.

Zatrzymaliśmy te złe zjawiska w przededniu tysiąc setnej rocznicy Chrztu Polski. Teraz jesteśmy w przededniu setnej rocznicy odzyskania Niepodległości. Ja to traktuję jako postawione przed nami Wyzwania. Biegałeś długie dystanse? Pokonywałeś na rowerze wielkie wzniesienia? Znasz to uczucie rozsadzające płuca: „nie dam rady, nie wytrzymam, odpadam”. Ale dałeś rady. Daliśmy radę. Z Bożą pomocą.

Ja wiem. Nasze siły wydają się znikome wobec ich sił. Ale znam historię. Nie raz ścieraliśmy się z przeważającymi siłami wroga naszej Ojczyzny. I wygrywaliśmy. Jakoś nas Bóg szczególnie lubi wybierać do zadań niemożliwych. Znam też historie antyczne. Znam słabość Achillesa. Znam również historie biblijne. W tym tę najważniejszą z naszej obecnej perspektywy. Jaką?

O Dawidzie i Goliacie.

Opublikowano: 03.02.2018

https://www.salon24.pl/u/apokalipsatera ... panie-cuda


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 30 kwi 2018, 12:19 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Wybór tylko za życiem

Redakcja „Naszego Dziennika” wyraża pełne poparcie dla Inicjatywy Ustawodawczej „Zatrzymaj aborcję”, która wpisuje się w oczekiwania Polaków co do odbudowy silnego państwa, troski o rodzinę i godność człowieka

Jednoznaczność i klarowność rozwiązań projektu ustawy „Zatrzymaj aborcję” zapewnia bez wyjątku prawną ochronę wszystkim dzieciom poczętym podejrzewanym o chorobę, które są obecnie zabijane w polskich szpitalach.

Wyrażamy także uznanie dla działań Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej „Zatrzymaj aborcję” i jej pełnomocnika pani Kai Godek. Poprzez swoje działania budują oni wrażliwość obywateli na prawa najsłabszych członków społeczeństwa i przypominają o obowiązku prawnej ochrony ich życia.

Potwierdzamy nasze stanowisko, które wielokrotnie wyrażaliśmy od pierwszego numeru „Naszego Dziennika”, poparcia dla pełnej ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Świętujemy 100-lecie odzyskania niepodległości. Ten czas przywołuje zarówno budzące dumę dni chwały, jak i pamięć o wszystkich iluzorycznych obietnicach, które przedstawiane były Polakom i brane przez Naród za dobrą monetę. Czy w szeregu takich wydarzeń przyjdzie nam postawić rządy PiS, partii, która budowała swoje wyborcze zwycięstwo na ukazywaniu katolickiemu elektoratowi perspektyw konserwatywnej odnowy? Obecna postawa obozu władzy zmusza miliony polskich katolików do wniosku, że była to jedynie fasada tworzona na potrzeby wyborczego triumfu. Dziś nawet nie po cichu, ale w blasku fleszy i przed kamerami posłowie PiS głoszą, że wśród ich elektoratu nie ma osób, które popierają całkowity zakaz aborcji eugenicznej. To oczywista nieprawda.

Jesteśmy głęboko zaniepokojeni, że politycy, którzy w trakcie kampanii wyborczej głosili postulaty głębokiej moralnej odnowy Narodu i państwa, dziś swoimi decyzjami komunikują wprost, że ceną sprawowania ich władzy ma być życie niewinnych, chorych dzieci mordowanych każdego dnia w polskich szpitalach. W myśl tej horrendalnej tezy celem PiS nie jest ochrona dobra wspólnego rozumianego jako troska o wszystkich obywateli, także tych słabszych i nienarodzonych, ale partyjny interes.

Zamiast wykorzystać olbrzymie społeczne poparcie do promocji ochrony życia od poczęcia, posłowie PiS wmawiają Polakom, że nasza racja stanu wymaga stawiania interesu partii ponad sumieniem i moralnością.

Stoimy na stanowisku, że rozpowszechnianie takiego myślenia to zabójcza zasadzka dla polskich katolików, ale i dla wszystkich ludzi dobrej woli. Sprowadza się ona do emocjonalnego szantażu, że chroniąc życie, sprowadzamy wyborczą klęskę na PiS i torujemy drogę do zwycięstwa lewicy. Nic bardziej mylnego i fałszywego.

Wszyscy rozumiemy, jak wielka jest siła różnych nacisków czy sprzecznych oczekiwań, z którymi musi konfrontować się obecny rząd, ale są sprawy, których katoliccy wyborcy, kierowani najgłębszą troską o dobro Narodu, nie mogą odłożyć na bok. Najważniejszą z nich jest ochrona życia każdego człowieka od poczęcia. To sprawa z tych przez wielkie „S”, o której od małego mamy mówić dzieciom i do obrony której każdy z nas ma być zawsze gotowy.

W tym miejscu chcemy postawić bolesne, ale potrzebne pytanie: Po co nam władza mieniąca się prawicową, która odcina się od obrony cywilizacyjnego fundamentu, jakim niewątpliwie jest ochrona życia?

Łączymy się z przekonaniem milionów polskich katolików, że problemem równie ważnym, jak niedopuszczenie do destrukcyjnych rządów lewicy, jest konieczność dążenia do prawdziwie prawicowego charakteru formacji, która odwołuje się do wartości konserwatywnych.

Ideowe kluczenie PiS podwójnie osłabia moralne hamulce Narodu – kontestując starania o poszerzenie ochrony życia, pacyfikuje się całe środowiska ludzi, którzy nie porzucają sztandarów pod wpływem zewnętrznych nacisków. Ich niezłomność określa się jako „niebezpieczny radykalizm”.

Widząc obłudę klasy politycznej, obywatele nie chcą się identyfikować ze swoim państwem. To jakby korzenie problemu „państwa teoretycznego”. Bo państwo to nie partia, ale dobro wspólne każdego z nas. A dziecko poczęte to jeden z nas, człowiek w najwcześniejszej fazie życia. I nie jest to kwestia światopoglądu, ale naukowy fakt.

Stoimy na stanowisku, że sprawy życia nie wolno sprowadzać do wymiaru walki o władzę, argumentów ad personam, oskarżeń o „zamach na rząd”. Nie wolno także proponować rozstrzygania w referendum o kwestii życia i śmierci obywateli. To polityczne manowce prowadzące do zakamuflowanego totalitaryzmu, którego widmo dostrzegał nad Europą św. Jan Paweł II. Papież przestrzegał także, że „jeśli się naruszy prawo człowieka do życia w tym momencie, w którym poczyna się on jako człowiek pod sercem matki, godzi się pośrednio w cały ład moralny, który służy zabezpieczeniu nienaruszalnych dóbr człowieka” (Nowy Targ, 8.06.1979 r.).

Przedstawiciele polskich władz, podobnie jak tysiące obywateli, szybko zaprotestowali przeciwko działaniom brytyjskich władz wobec Alfiego Evansa. Tymczasem w polskich szpitalach codziennie morduje się troje podejrzanych o chorobę dzieci. Oczekujemy, że posłowie PiS równie szybko uchwalą ustawę „Zatrzymaj aborcję” i nie zmarnują olbrzymiej szansy, aby Polska uniknęła błędów Zachodu, gdzie aborcyjna mentalność usankcjonowała zabijanie chorych dzieci także po narodzeniu.

W roku świętowania 100-lecia odzyskania niepodległości możemy ocalić dziesiątki tysięcy chłopców i dziewczynek przed okrutną śmiercią w polskich szpitalach. Tylko tak wzmocnimy ducha Narodu na kolejne lata wolnej Polski i ukierunkujemy młode pokolenia na dojrzały patriotyzm oparty na wielkiej idei międzyludzkiej solidarności.

Polakom bardzo zależy, aby to właśnie obecna władza zdobyła historyczną zasługę przywrócenia elementarnej sprawiedliwości w naszej Ojczyźnie.

Redakcja „Naszego Dziennika”

https://naszdziennik.pl/polska-kraj/196 ... yciem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 01 maja 2018, 18:56 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3210
http://dzienniknarodowy.pl/enoch-powell ... yna-rzeki/

Obrazek

Enoch Powell: Ulicami popłyną rzeki krwi.
„”Musimy być szaleni jako naród, aby pozwalać na napływ tysięcy imigrantów”


Enoch Powell – brytyjski polityk, członek Partii Konserwatywnej i Ulsterskiej Partii Unionistycznej, minister w drugim rządzie Harolda Macmillana – przeszedł do historii przede wszystkim ze względu na słynne przemówienie, jakie wygłosił 20 kwietnia 1968 r. w Birmingham, zwane „mową o rzekach krwi” (Rivers of Blood speech). Powell skrytykował w niej przegłosowany przez laburzystowską większość Race Relations Act.

Ostrzegał przed długofalowymi konsekwencjami zmian demograficznych oraz przed tym,
iż ustawy mające rzekomo stanowić zaporę przeciwko dyskryminacji rasowej będą w przyszłości przez rząd użyte do łamania swobody wypowiedzi.
Przemówienie to przypłacił natychmiastową dymisją. Brytyjska opinia publiczna przyjęła jego słowa z przerażeniem. Do dzisiaj nazwisko Enocha Powella jest synonimem wszelkiego zła w rozumieniu politycznej poprawności: rasizmu, faszyzmu i co tam jeszcze można dodać.

Pięć lat później, w roku 1973 pisarz francuski – Jean Raspail opublikował powieść
„Obóz świętych”, fikcyjną historię o setkach tysięcy nędzarzy z Indii,
którzy wsiedli na statki, by popłynąć do europejskiego raju.

Po ponad czterech dekadach, w obliczu wielotysięcznej inwazji migrantów przełomu lat 2015/2016 warto zapoznać się ze słynnymi słowami Enocha Powella.

Przemówienie do Zgromadzenia Naczelnego Centrum Politycznego Partii Konserwatywnej w regionie West Midlands, wygłoszone w Birmingham 20 kwietnia 1968 roku


Najważniejszą funkcją rządzenia państwem jest przewidywanie usuwalnych zagrożeń.
W realizacji tego celu napotyka ona na przeszkody głęboko zakorzenione w ludzkiej naturze. Pierwszą stanowi fakt, iż porządku takich rzeczy nie da się przedstawić, dopóki one same się nie objawią, a na każdym etapie ich obecności jest miejsce na wątpliwość i dyskusję, czy zagrożenie jest prawdziwe czy wyobrażone.
Z tego też powodu przyciągają one mniej uwagi od kłopotów obecnych, które są tak bezdyskusyjne, jak i naglące, stąd dręcząca pokusa każdej polityki, aby zajmować się bezpośrednią teraźniejszością kosztem przyszłości.
Poza tym, ludziom wyrzuca się pomyłki w przewidywaniu problemów jako przyczynę problemów, czy nawet pożądanie problemów. „Jeżeli tylko”, jak niektórzy uwielbiają myśleć, „Jeżeli tylko ludzie by o tym nie mówili, to najprawdopodobniej by się to nie stało.”
Być może nawyk ten odwołuje się do wiary prymitywnej, że słowo i rzecz, imię oraz obiekt są ze sobą tożsame.
W każdych okolicznościach dyskusja o przyszłych, poważnych, ale teraźniejszym wysiłkiem możliwych do uniknięcia niebezpieczeństwach jest najbardziej niepopularnym i jednocześnie najbardziej koniecznym zajęciem dla polityka.
Ci, którzy świadomie się od niej wymigują zasługują na, i nierzadko otrzymują, przekleństwa od ludzi, którzy nastąpią po nich. Tydzień albo dwa temu wdałem się w rozmowę z wyborcą, całkiem zwyczajnym, pracującym mężczyzną w średnim wieku, zatrudnionym w jednym z naszych upaństwowionych przedsiębiorstw. Po wymianie jednego lub dwóch zdań o pogodzie stwierdził nagle: „Gdyby mnie było na to stać, opuściłbym ten kraj”.

Odpowiedziałem w ganiący sposób, że nawet ten rząd nie będzie trwał wiecznie, lecz nie zwrócił na to uwagi i kontynuował:
” Mam troje dzieci, wszystkie ukończyły już szkołę średnią, a dwójka z nich jest w małżeństwie i ma własne rodziny. Nie będę usatysfakcjonowany, dopóki nie zobaczę, jak osiedlają się za morzem.
W tym kraju za 15 czy 20 lat czarny człowiek będzie trzymał bat nad karkiem białego człowieka.” Już słyszę chór potępienia. Jak śmiem mówić coś tak straszliwego?
Jak śmiem wzbudzać niepokój i podgrzewać nastroje przez powtarzanie takiej rozmowy? Moją odpowiedź stanowi fakt, iż nie mam prawa tego nie robić.
Oto przyzwoity, zwykły, angielski obywatel, w biały dzień w moim własnym mieście mówi mnie, członkowi parlamentu, że ten kraj nie będzie warty jego dzieci. Po prostu nie mam prawa wzruszyć ramionami i myśleć o czymś innym. To, o czym on mówił, tak samo mówią i myślą tysiące i setki tysięcy ludzi, być może nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale także w miejscach, w których zachodzi całkowite przeobrażenie, dla którego nie ma przykładu w tysiącu lat angielskiej historii.

Przy obecnych tendencjach, za 15 albo 20 lat w tym kraju będzie trzy i pół miliona imigrantów ze Wspólnoty oraz ich potomków. To nie są moje liczby. To są oficjalne liczby, podane parlamentowi przez rzecznika głównego urzędu statystycznego.
Nie ma porównywalnej oficjalnej liczby na rok 2000, ale musi się ona sytuować w okolicach od pięciu do siedmiu milionów, około jednej dziesiątej całego społeczeństwa i wielkości Wielkiego Londynu.
Oczywiście nie będzie ona rozłożona równo od Margate do Aberswyth i od Penzance do Aberdeen. Całe obszary, miasta i części miast wokół Anglii będą zamieszkane przez sekcje imigrantów i ludności pochodzenia imigranckiego.

Wraz z biegiem czasu proporcja sumy potomków imigranckich urodzonych w Anglii, przybyłych tutaj w ten sam sposób, co my, gwałtownie się zwiększy.
W roku 1985 urodzeni w kraju będą stanowić większość.

Ten fakt tworzy olbrzymią potrzebę działania w tej chwili, takiego działania, które politykom najtrudniej jest podjąć, gdzie trudności znajdują się w teraźniejszości, ale zło, któremu trzeba zapobiec albo zminimalizować czeka kilka kadencji dalej.

Naturalnie i rozsądnie pierwszym pytaniem narodu postawionego przed taką perspektywą brzmi: „Jak można zmniejszyć te wymiary?” Co prawda w całości zapobiec temu czynnikowi nie można, lecz da się go ograniczyć, biorąc pod uwagę, że liczby stanowią tutaj sedno; znaczenie i konsekwencje wprowadzonego obcego elementu głęboko się różnią, w zależności od tego, czy ów element stanowi 1 czy 10 procent.

Odpowiedzi na proste i rozsądne pytanie jest równie prosta i rozsądna:
przez zatrzymanie, dosłownie zatrzymanie, dalszego napływu i promowanie maksymalnego odpływu. Obie te odpowiedzi są częścią oficjalnej polityki Partii Konserwatywnej. To prawie niewiarygodne, że w tej właśnie chwili 20 albo 30 dodatkowych dzieci imigranckich przybywa zza morza do samego Wolverhampton każdego tygodnia, co oznacza 15 lub 20 dodatkowych rodzin za dekadę lub dwie.
Kogo bogowie chcą zniszczyć, tego wpierw czynią szalonym.

Musimy być szaleni, dosłownie szaleni jako naród, aby pozwalać na roczny napływ
50 000 ludzi na naszym utrzymaniu, w większości podstawy do przyszłego wzrostu ludności pochodzenia imigranckiego.
Przypomina to widok narodu zajętego wznoszeniem własnego stosu pogrzebowego.
Jesteśmy tak obłąkani, że pozwalamy imigrować osobom stanu wolnego, aby założyć rodzinę z małżonkami i narzeczonymi, których nigdy wcześniej nie widzieli. Niech nikt nie przypuszcza, że napływ ludzi zależnych od państwa nagle się zahamuje.
Wręcz przeciwnie, nawet dzisiejsze warunki przyjmowania jedynie 5 000 za poręczeniem, wystarczą do pojawienia się 25 000 zależnych rocznie ad infinitum( w nieskończoność), bez zwracania uwagi na potężny zbiór stosunków panujących w tym kraju, a ja nie pozwalam na nieuczciwe wejście tych ludzi.

W zaistniałych okolicznościach nie pozostaje nic innego poza natychmiastowym ograniczeniem całkowitego napływu osiedlenia do proporcji pomijalnych i bezzwłocznym podjęciem koniecznych środków legislacyjnych i administracyjnych. Podkreślam słowo „osiedlenia”.
Nie ma ono zastosowania do wejścia obywateli Wspólnoty, ani też innych obcych, do tego kraju dla celów nauki albo podniesienia kwalifikacji, jak (przykładowo) lekarzy ze Wspólnoty, którzy, z korzyścią dla własnych krajów, umożliwili naszej opiece szpitalnej rozwinięcie się szybsze, niż byłoby to normalnie możliwe.
To nie są i nigdy nie byli imigranci.
Zwracam się ku reemigracji.
Gdyby wszelka imigracja skończyła się jutro, wskaźnik przyrostu imigrantów i ludzi pochodzenia imigranckiego znacząco by się zmniejszył, lecz przyszły kształt tego elementu w społeczeństwie nadal pozostawiłby podstawową naturę bezpieczeństwa narodowego niezagrożoną. Może być ono rozwiązane wyłącznie wtedy, gdy (ostatni spis powszechny dla samej Anglii (2011) oszacował tę liczbę ponad siedem i pół miliona (14,5% społeczeństwa – przyp. tłum.) brana pod uwagę proporcja nadal obejmuje osoby, które pojawiły się w tym kraju w ostatnich dziesięciu latach lub okolicach tego terminu.

Stąd pilność teraźniejszego wprowadzenia drugiego elementu polityki Partii Konserwatywnej: zachęty do reemigracji.

Nikt nie może obliczyć albo oszacować liczby tych którzy, korzystając z hojnej pomocy, wybraliby powrót do swoich krajów rodzinnych, albo do innych krajów, chcąc wykorzystać siłę roboczą i umiejętności, jakie reprezentują. Tego nie wie nikt, ponieważ takiej polityki jeszcze nie próbowano. Mogę jedynie powiedzieć, że nawet w chwili obecnej imigranci z mojego własnego okręgu przychodzą do mnie od czasu do czasu, prosząc o pomoc w zorganizowaniu im powrotu do domu. Gdyby taka polityka została przyjęta i wdrożona z determinacją, którą usprawiedliwia powaga alternatywy, przyszły odpływ mógłby zadowalająco odmienić perspektywę.
Trzecim elementem polityki Partii Konserwatywnej jest założenie, iż wszyscy obywatele tego państwa powinni być równi wobec prawa, oraz, że władza publiczna nie będzie dopuszczać dyskryminacji, ani rozróżnienia między nimi. Jak to ujął pan Heath, nie będzie żadnych „obywateli pierwszej klasy” ani „obywateli drugiej klasy”.

Nie oznacza to, że imigrant i jego potomek powinien być podniesiony do uprzywilejowanej albo specjalnej klasy, albo, żeby obywatelowi można było odmówić dyskryminacji w zarządzaniu jego prywatnymi stosunkami miedzy jednym współobywatelem a drugim, albo poddawania obywatela naciskowi za wybór motywów i powodów kierujących wyborem jednego legalnego zachowania przed innym.

Nie mogło być większej pomyłki w ocenie rzeczywistości od tej przejawianej przez ludzi głośno domagających się legislacji zwanej przez nich „antydyskryminacyjną”, niezależnie,
czy są publicyści tego samego rodzaju, a czasami tych samych gazet, którzy w latach trzydziestych rok po roku próbowali zaślepić ten kraj przed nadchodzącym zagrożeniem,
z którym się trzeba było w końcu zmierzyć,
czy arcybiskupi żyjący w pałacach, przewracający się powoli w pościeli założonej na głowę. Ich ocena jest konkretnie i diametralnie błędna.

Dyskryminacja i pozbawianie praw, poczucie niepokoju i urazy przynależy nie do społeczeństwa imigrantów, lecz do tych, do których oni przybyli i ciągle przybywają.
Dlatego właśnie uchwalanie takiego prawa w tym momencie stanowi ryzyko podpalenia beczki prochu. Najuprzejmiejszą rzeczą, jaką da się powiedzieć o ludziach ją proponujących
i wspierających jest to, że nie wiedzą, co robią.
Nie ma nic bardziej mylącego od porównania imigranta ze Wspólnoty w Brytanii i amerykańskiego murzyna. Murzyńskie społeczeństwo Stanów Zjednoczonych, istniejące jeszcze przed tym, jak Stany Zjednoczone zostały narodem, zaczynało dosłownie jako niewolnicy, później przyznano mu prawo wyborcze oraz inne wolności obywatelskie, do korzystania z których dochodzili stopniowo i nadal nie w pełni. Imigrant ze Wspólnoty przybył do Brytanii jako pełnoprawny obywatel, do kraju nieznającego dyskryminacji między jednym obywatelem a drugim, od razu dostał prawa każdego obywatela od prawa głosu do darmowego leczenia w państwowej opiece medycznej.

Jakiekolwiek przeszkody spotkały imigrantów, nie wynikły one z prawa, publicznej polityki, albo administracji, ale z tych osobistych okoliczności i przypadków, które powodują i zawsze będą powodować, że powodzenie oraz doświadczenia jednego człowieka różni się od drugiego. Podczas gdy dla imigrantów wstęp do tego kraju oznaczał dostęp do przywilejów i możliwości gorliwie przez nich poszukiwanych, ich wpływ na dotychczasowe społeczeństwo był radykalnie odmienny.

Członkowie tego ostatniego, z powodów przez nich nierozumianych, wynikających z odgórnej, nigdy nie skonsultowanej z nimi decyzji, odkryli, iż stali się obcymi we własnym kraju. Odkryli, że ich żony nie mogą dostać łóżek szpitalnych na poród, ich dzieci nie mogą chodzić do szkoły, ich domy i sąsiedztwa zmieniły się nie do poznania, ich plany i perspektywy na przyszłość się rozpadły; w pracy odkryli wahanie wobec przystosowania do imigranckich pracowników standardów dyscypliny i kompetencji wymaganych od pracowników rdzennych; z biegiem czasu zaczęli słyszeć coraz więcej głosów, że to oni są niechciani.

Teraz dowiedzieli się, że jednostronny przywilej ma zostać zaakceptowany przez parlament; prawo, które nie może i nie zamierza ich bronić ani zadośćuczynić ich krzywdom,
działa za to tak, by dać nieznajomemu, niezadowolonemu i prowokatorowi możliwość postawienia ich pod pręgierzem za czyny prywatne.


W setkach listów jakie otrzymałem, kiedy po raz pierwszy mówiłem o tej kwestii dwa lub trzy miesiące temu, wybijał się jeden uderzający element, który jest całkiem nowy i uważany przeze mnie za złowrogi.
Wszyscy członkowie parlamentu są przyzwyczajeni do typowej anonimowej korespondencji; ale tym, co mnie zaskoczyło i zaalarmowało była wysoka proporcja zwykłych, przyzwoitych, rozsądnych ludzi, piszących racjonalne
i często uczone listy, którzy wierzyli, że muszą pominąć swój adres, ponieważ niebezpiecznym jest powierzanie na papierze członkowi parlamentu zgody z poglądami, jakie przedstawiłem, że ryzykowaliby kary albo reperkusje, gdyby wiadome było, iż oni to napisali.

Pozwolę jednemu z tych setek ludzi przemówić za mnie:

Osiem lat temu dom na szanowanej ulicy w Wolverhampton sprzedano murzynowi.
Teraz mieszka tam tylko jedna biała osoba, emerytka w podeszłym wieku.

Oto jej historia.
Straciła męża i obu synów na wojnie. Zmieniła więc swój siedmiopokojowy dom, jedyny kapitał, w pensjonat. Pracowała ciężko i dobrze sobie radziła, spłaciła hipotekę i zaczęła odkładać oszczędności na stare lata.
Potem wprowadzili się imigranci. Z rosnącym strachem patrzyła, jak zajmowany jest dom po domu. Cicha ulica zmieniła się w miejsce pełne hałasu i zamieszania.
Niestety, biali lokatorzy się wyprowadzili.
Dzień po odejściu ostatniego z nich, dwóch murzynów obudziło ją o siódmej rano, by skorzystać z telefonu do skontaktowania się ze swoim pracodawcą. Kiedy odmówiła, tak samo, jak odmówiłaby każdemu nieznajomemu o tej porze, została zelżona i obawiała się, że zostanie zaatakowana, gdyby nie łańcuch na drzwiach. Imigranckie rodziny próbowały wynająć pokoje w jej domu, ale zawsze im odmawiała. Jej małe oszczędności się wyczerpały i po opłaceniu rachunków ma teraz mniej niż dwa funty na tydzień.
Wniosła o obniżenie rachunków i spotkała się z młodą dziewczyną, która po usłyszeniu o siedmiopokojowym domu, zasugerowała, iż część powinna zostać poświęcona na wynajem.

Kiedy odpowiedziano jej, że jedyni dostępni lokatorzy to murzyni, dziewczyna odparła „Uprzedzenia rasowe donikąd pani nie zaprowadzą w tym kraju.”
Staruszka wróciła do domu. Telefon to jej kontakt ze światem. Jej rodzina płaci rachunek i pomaga jej najlepiej, jak może. Imigranci zaoferowali kupno domu za cenę, którą przyszły właściciel będzie mógł odzyskać od lokatorów w ciągu kilku tygodni, najdalej miesięcy.

Boi się wyjść na zewnątrz. Szyby wybito. Do skrzynki pocztowej wpycha się jej ekskrementy. Kiedy idzie do sklepu, podążają za nią dzieci, urocze, szeroko uśmiechnięte murzyniątka.

Nie umieją mówić po angielsku, ale znają jedno słowo. „Rasistka”, śpiewają. Ta kobieta jest przekonana, że pójdzie do więzienia, kiedy przejdzie nowa ustawa o stosunkach rasowych.

A czy się myli? Zaczynam się nad tym zastanawiać.

Innym niebezpiecznym złudzeniem, na które świadomie albo w zaślepieniu na rzeczywistość cierpią niektórzy, zawiera się w słowie „integracja”.

Zintegrować się ze społeczeństwem oznacza być, ze wszystkich powodów praktycznych, nieodróżnialnym od reszty. W chwili obecnej, kiedy zaistniały różnice fizyczne, zwłaszcza koloru, integracja jest trudna, choć, zwłaszcza z biegiem czasu, nie niemożliwa.
Pośród imigrantów ze Wspólnoty, którzy przybyli tutaj w okolicy ostatnich piętnastu lat, jest wiele tysięcy, których życzeniem i celem jest się zintegrować i których każda myśl oraz staranie idzie w tym kierunku.

Ale wyobrażenie sobie, iż taka rzecz przyjdzie do głowy dużej i wciąż rosnącej większości imigrantów oraz ich potomków jest niedorzecznym i niebezpiecznym nieporozumieniem. Jesteśmy na skraju zmian.
Dotychczas siła okoliczności i sprawa pochodzenia sprawiła, iż pomysł integracji stał się niedostępny większej części społeczeństwa imigrantów, nigdy taka rzecz nie była ich pomysłem, ani zamiarem, a ich liczby i fizyczna koncentracja wymuszają nacisk na integrację, którym normalnie nie operuje się wobec małej mniejszości.

Obserwujemy teraz wzrost stanowczych sił działających przeciw integracji, usankcjonowanych interesów w zachowaniu i wyostrzeniu różnic religijnych oraz rasowych,
z widokami na autentyczną dominację, najpierw nad współimigrantami, a potem nad resztą społeczeństwa.

Chmura nie większa od ludzkiej dłoni, która może niedługo przesłonić niebo, została zobaczona niedawno w Wolverhampton i szybko się rozszerza.
Słowa, których zaraz użyję, dosłownie w takiej postaci, w jakiej pojawiły się w lokalnej prasie 17 lutego, nie są moje, ale członka parlamentu z Partii Pracy, który jest ministrem w obecnym rządzie:
Kampania „społeczności Sikhów” na rzecz uzyskania uprawnień niedostępnych w Brytanii godna jest pożałowania. Pracując w Brytanii, zwłaszcza w służbie publicznej, powinni się przygotować na akceptację warunków swojego zatrudnienia. Przyznawanie sobie specjalnych praw (czy może raczej „rytuałów”?) prowadzi do niebezpiecznej fragmentacji w naszym społeczeństwie. Komunalizm to rak: powinien być potępiony, niezależnie od koloru skóry. Cała zasługa leży po stronie Johna Stonehouse’a za jego wnikliwy wgląd w sytuację i odwagę, by powiedzieć o tym głośno. Dla tych niebezpiecznych i dzielących elementów pożywkę stanowi legislacja proponowana w ustawie o stosunkach rasowych.

Jest to środek pokazujący, iż społeczności imigranckie mogą się zorganizować, by połączyć swoich przywódców, agitować i prowadzić kampanię przeciw współobywatelom, zahuczeć i zdominować resztę za pomocą broni prawnych dostarczonych im przez ignorantów i niedoinformowanych.

Kiedy patrzę w dal, napełniają mnie złe przeczucia, niczym Rzymianin, zdaję się, że
„hojnie krwią spienione widzę Tybru fale
(fragm. z „Eneidy” Wergiliusza – przyp. red.)

Tragiczny i trudny fenomen, jaki obserwujemy ze zgrozą po drugiej stronie Atlantyku, przeplatający się z historią i samym istnieniem Stanów, zbliża się za sprawą naszej własnej woli i zaniedbania. W istocie nadejdzie niedługo. Odwołując się do liczb, będziemy mieli amerykańskie proporcje na długo przed końcem wieku. Jedynie stanowcze i pilne działanie zapobiegnie temu nawet teraz. Czy pojawi się wola publiczna, by zażądać i uzyskać takie działanie, tego nie wiem.

Wiem natomiast, iż

widzieć, a nie przemówić, byłoby wielką zdradą.

Przełożył Piotr Kowalczyk pkowalczyk@poczta.onet.eu


_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 07 cze 2018, 20:34 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Ekonomia społeczna

Ekonomia, za Arystotelesem, to złożenie greckich słów: oikos (gosp. domowe) i nomos (prawo). Jak sugeruje ten zestaw słów, ekonomia zajmowała się pierwotnie prawidłami życia i gospodarowania gospodarstw domowych. Jakże to bliskie naszej, chrześcijańskiej tradycji – podstawą społeczeństwa jest rodzina, gospodarstwo domowe. Potem znaczenie to zostało rozszerzone i dziś ekonomia analizuje i opisuje produkcję, dystrybucję i konsumpcję dóbr (towarów i usług), w tym także wykorzystanie zasobów i dzielenie ich na konsumpcję obecną lub przyszłą pomiędzy różne osoby i grupy w społeczeństwie.

Oczywiście, u podstaw ekonomii, jako zbioru prawidłowości związanych z powyżej opisanymi procesami, leża zawsze jakieś założenia, np. takie jak

Wymiana dóbr odbywa się przy pomocy pieniądza – albo bez niego
Ktoś, kto więcej pracuje, ma prawo otrzymać więcej dóbr – albo inaczej: wszyscy mają prawo dostać tyle, ile potrzebują.
Prawo do własności wytworzonych dóbr i do zysku mają ci, którzy zainwestowali pieniądze – albo inaczej: prawo do własności wytworzonych dóbr i do zysku mają wszyscy, którzy w to wytworzenie cokolwiek zainwestowali – pracę, pieniądze, pomysły itd.
Ludzie bogaci mają prawo chronić swój majątek, bo go wypracowali, i każdy ma się sam martwić o siebie – albo: społeczeństwo ma być solidarne, tzn. bogaci mają pomagać biednym poprzez mechanizmy redystrybucji.
Jak widać, założenia mogą być bardzo rozbieżne, czasem wręcz przeciwstawne. W zależności od tego, jakie poczynimy założenia, taka wyjdzie nam doktryna ekonomiczna – np., ekonomia socjalistyczna, ekonomia wspólnotowa, ekonomia liberalizmu egoistycznego, ekonomia solidaryzmu itd.

W Konstytucji III RP jest zapis, że w tym państwie obowiązuje społeczna gospodarka rynkowa. Cóż to znaczy? Zastanawiając się można by powiedzieć tak: gospodarka to inaczej ogół procesów gospodarowania, społeczna oznacza, że robimy coś społem, razem, na zasadzie solidarności społecznej, a rynkowa – iż gospodarujemy na wolnym rynku, zgodnie z zasadami podaży i popytu oraz samoczynnego ustalania się cen równowagi na tymże rynku.

Pomijając, czy ten zapis konstytucyjny jest realizowany, czy jest martwy – a często mamy wrażenie, że jest martwy – na czym ma polegać ta „społeczna gospodarka rynkowa” i ewentualnie opisująca ją „ekonomia społeczna”?

Tu musimy odnieść się do wspomnianych wcześniej założeń. Stwierdzenia, że jest to sposób prowadzenia działalności gospodarczej, która łączy w sobie cele społeczne i ekonomiczne, są ogólnikowe i nic nie tłumaczące. Trzeba więc to doprecyzować.

Ekonomia (gospodarka) społeczna to system gospodarowania, w którym:

Państwo i społeczeństwo dba, aby nie wykluczyć z podziału dóbr żadnej grupy społecznej
Gospodarka nastawiona jest na rodzinę jako podstawowa komórkę społeczną
Obowiązuje zasada solidaryzmu społecznego
Najbardziej docenianym czynnikiem jest czynnik społeczny, ludzki, czyli praca.
Celem gospodarowania jest budowanie lokalnych społeczności, wspólnot – osiedlowych, wiejskich, gminnych, miasteczkowych.
Zyski są inwestowane głównie w cele społeczne, w tworzenie i rozwój dobra wspólnego, w edukację, kulturę, ochronę zdrowia, sport itd.
Panuje prymat ochrony przyrody, środowiska i zdrowia nad zwiększanie produkcji i generowaniem zysków
Osoby chore, niesamodzielne życiowo zostają otoczone opieką społeczeństwa, a w osoby pracowite, utalentowane – szczególnie młode – inwestuje się.
Dopiero taki zestaw reguł pozwala zrozumieć, czym jest ekonomia społeczna.

Ekonomia ta ma też duże zaplecze koncepcyjne. Jest bowiem jak najbardziej zgodna nie tylko z ogólnymi zasadami chrześcijaństwa – zasadą miłości bliźniego, solidarności i pomocniczości – ale także z nauka społeczną Kościoła Rzymskokatolickiego, reprezentowaną przez encykliki papieży: Rerum novarum (Leon XIII, 1891), Quadragesimo anno (Pius XI, 1931), Mater et Magistra (Jan XXIII, 1961), Pacem in terris (Jan XXIII, 1963), Populorum progressio (Paweł VI, 1967), Laborem exercens (Jan Paweł II, 1981), Centesimus annus (Jan Paweł II, 1991), Caritas in veritate (Benedykt XVI, 2009).

Rozwijająca się prawie półtora wieku społeczna nauka Kościoła ma spory dorobek. Nigdy nie pochwalała ani ekonomii komunistycznej, ani ekonomii kapitalistycznej. Opowiada się za stworzeniem właśnie ekonomii społecznej.

Ekonomia społeczna ma dużo wspólnego z ekonomią dobra wspólnego (p. 7), ze wspólnotami plemiennymi i pierwotnych chrześcijan. Bo wszędzie tam podstawowym imperatywem jest dzielić się z potrzebującymi, słabszymi, małymi. To dobro wspólne to albo wieś, osiedle, dzielnica, miasteczko, gmina, to w szerszym zakresie Polska, Europa, cały świat. A na pierwszym miejscu zawsze stoją ludzie – dana lokalna czy większa społeczność.

Przykładem praktycznego wdrażania ekonomii społecznej jest działalność Noblisty, profesora Muhammada Yunusa w Azji, który tworzył przedsiębiorstwa nie dla generowania zysku lecz dla rozwiązania problemów społecznych i likwidacji biedy.

Efektem gospodarki społecznej są np.:

Integracja społeczna i działalność na rynku pracy.
Dostarczanie usług publicznych zgodnie z potrzebami społeczności
Usługi o charakterze wzajemnym (np. TUW-y, banki czasu, spółdzielnie tel.)
Przedsiębiorstwa zatrudniające niepełnosprawnych, byłych narkomanów, osoby starsze itp.
Dostarczanie dóbr dla i rozwój wspólnot lokalnych

http://www.polska-jutra.eu/ekonomia-spoleczna/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat widziany oczyma zdrowego rozsądku
PostNapisane: 03 sie 2018, 19:31 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30846
Czas jako kategoria chrześcijańska

Czas wypełnia się przez to, że Bóg, który jest Stworzycielem, wszedł przez wcielenie w dzieje człowieka – podkreśla ks. prof. Tadeusz Guz.

W niedzielę, 11 marca 2018 r., w Szczecinie ks. prof. Tadeusz Guz wygłosił wykład pt. „Czas jako kategoria chrześcijańska”.

– Tylko w Chrystusie można przeżyć pełnię bytu czasu. Dlaczego? Bo Bóg Ojciec w swoim Synu, w wieczności, pomyślał czas. I wraz ze swoim Synem i Duchem Świętym stworzył czas. I to Stwórca wkracza w czas – mówił ks. prof. Tadeusz Guz.



https://naszdziennik.pl/wiara-kosciol-w ... anska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 44 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /