Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 23 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 08 lip 2015, 18:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31128
Wojciech Wencel

Popiół i miód

O moim tajemnym spotkaniu z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem.

Obrazek
Jacek Malczewski, Idź nad strumienie (fragment)


Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 26/2015

Żadne „kosmate”, „wytrwałe” ani nawet „z sąsiedztwa”. Słowo „zdziczałe” jest jednak nie do zastąpienia, zwłaszcza że ładnie współbrzmi z wyrazem „pszczoły”. Zamiast uli w „klasztornej pasiece” zostanie więc barć w „kaskadach srebrzących się liści”. I trzeba będzie wyobrażać sobie, jak najmłodsza ze służebnic krzyża wspina się po drabinie, żeby ściągnąć dla swoich podopiecznych plastry pełne miodu. Ale to dopiero w drugiej strofie. Na razie cieszmy się z wygładzenia pierwszej: „W sierpniu nad leśną mogiłą Lechonia/ przy której czuwa już tylko Bóg/ zdziczałe pszczoły harcują w begoniach/ zbierając z kwiatów popiół na miód”.

Wybaczą Państwo hermetyzm tych rozważań, ale tak bywa, gdy kończy się pracę nad nowym tomem wierszy. W dzień i w nocy chodzi człowiek po domu z głową pełną poezji, a mówiąc ściślej – różnych wersji konkretnej fabuły, frazy, rymu czy słowa. Większość pomysłów okazuje się oczywiście do bani, ale po kilku tygodniach pojawia się ten jeden, jedyny, trafiający w punkt, przynajmniej w mniemaniu autora. I w trakcie, dajmy na to, rodzinnego obiadu zrywa się poeta z krzesła i leci, pędzi do komputera zapisać, co zostało mu objawione. Żona woła za nim: „Będzie zimne!”, synowie wygłaszają tradycyjny moralizm: „Tata zachowuje się nieodpowiedzialnie. To nie jest dobre, to jest przykre”. Ale poeta czuje, że to, co robi, jest właśnie dobre. Lepsze nawet od stygnącego na stole schabowego z kapustą, skądinąd bardzo smacznego.

A potem żona musi odpowiedzieć na pytanie: „Pamiętasz, jak w zeszłym roku byliśmy w Laskach pod Warszawą?”. Podchwytliwe, bo traktowane przez poetę jako wstęp do długiego wykładu o tym, że słynny cmentarzyk graniczy z ośrodkiem dla niewidomych, prowadzonym przez Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża. Że w rodzinnym grobie Leszka Serafinowicza (Jana Lechonia) leży tradycja polskiego romantyzmu, a obok spacerują dzieci, którym „czucie i wiara” na co dzień zastępują wzrok. Że na mogile kwitną begonie, z których pszczoły zbierają gorzki nektar romantycznej Polski, by go przerobić na słodki miód. I że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy dziś ociemniali i pilnie potrzebujemy wskrzeszenia romantycznego mitu. Żeby wchodząc w naturę, kulturę, politykę, polskość, chrześcijaństwo, „sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga”, a spotykając drugiego człowieka – „mieć serce i patrzać w serce”.

Po wysłuchaniu takich i podobnych objawień żona zwykle uśmiecha się z wyrozumiałością. Natomiast synowie, naziewawszy się za wszystkie czasy, włączają jakiś mecz w telewizji. I to także jest dobre, a nie przykre, bo nie pozwala poecie odlecieć zbyt wysoko.

Któryś z zapomnianych dziś autorów pisma „brulion” skreślił u schyłku PRL ironiczne wyznanie: „ja nie piszę wierszy dziecino ja je rodzę”. Gdybym miał opisać przebieg własnego procesu twórczego, powtórzyłbym te słowa, tyle że bez ironii. Bezpośrednio po wydaniu książki poetyckiej trudno mi myśleć o kolejnej, bo dla odreagowania wzruszeń rzucam się w wir felietonistyki, ale już kilka miesięcy później zaczyna we mnie dojrzewać nowe życie. Pojawiają się pojedyncze metafory, po głowie krążą tematy, choć wielkiego ciśnienia jeszcze nie ma. Gdy próbuję dokończyć wiersz, fragmenty nie składają się w całość. Aż wreszcie któregoś dnia z głębi duszy zaczynają dochodzić sygnały zbliżającego się „terminu”: pierwsze kopnięcie, potem drugie. W ostatnich miesiącach przed porodem nie potrafię już skupić się na prozaicznych sprawach. Między jednym felietonem a drugim zarywam noce, żeby pulsujące we mnie wiersze przygotować do przyjścia na świat. Mam nawet ilustrację na okładkę: lewe skrzydło tryptyku „Idź nad strumienie” Jacka Malczewskiego. Oj! Ewidentnie zaczynają się bóle porodowe.

I właśnie w tym momencie listonosz przynosi mi świeżo wydany tom Jarosława Marka Rymkiewicza z piękną dedykacją „od starego poety”. Tytuł: „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie” („zdziczałym” jak moje pszczoły). Wewnątrz znajome tropy romantyczne, wiersze o Lechoniu i Słowackim, wreszcie... „mój” obraz Malczewskiego na okładce! Ktoś powie, że we własnym, dobrze pojętym interesie powinienem wyjaśnić tę tajemniczą zbieżność, bo inaczej jakiś spostrzegawczy krytyk oskarży mnie o plagiat. Ale ja wiem, że nie ma czego wyjaśniać tam, gdzie bije ciemne źródło poezji. W zachwyceniu czytam nowe wiersze Rymkiewicza, wdzięczny poetyckiemu nurtowi polszczyzny, że poniósł nas obu w to samo miejsce. W romantycznym pejzażu spotykają się „nihilista” z Milanówka i „dewot” z Matarni. Każdy z nas przeszedł własną ciążę, a urodzą się bliźnięta!

Być jak te pszczoły z nagrobnych begonii, które popiół zamieniają w miód. Przywrócić polskiej kulturze „czucie i wiarę”; odsłonić na nowo wieczny wymiar polszczyzny. Jak tego dokonać? Myślę, że recepta jest tylko jedna – Rymkiewicz stosuje ją od półwiecza. „Później urodzony wciąż słyszę ich głosy/ szepczą krzyczą śpiewają we mnie dawni poeci...” Trzeba zamknąć się w sobie i próbować znaleźć z nimi to, co zgubiliśmy ze światem. Wspólny język.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2015 ... -miod.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 01 sie 2015, 15:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31128
Prawda musi być zawsze na pierwszym planie

Z Zygmuntem Głuszkiem, uczestnikiem Powstania Warszawskiego, najmłodszym podharcmistrzem Szarych Szeregów, dziennikarzem sportowym, autorem wielu publikacji o Powstaniu Warszawskim, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Obrazek

Jak spędzi Pan tegoroczne obchody 71. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego?
– Z uwagi na stan zdrowia, który nie pozwala mi na swobodne poruszanie się, 71. rocznicę Powstania Warszawskiego spędzę w domu. Przyznam, że nie jestem, zresztą nigdy nie byłem, zwolennikiem pokazywania się w pierwszych szeregach podczas uroczystości czy wypinania piersi do odznaczeń. Nie mam takiej natury, wywodzę się z Szarych Szeregów, gdzie pracowało się dla innych, nie dla siebie. Dziś, mimo iż siły już nie te, wciąż staram się postępować według tej zasady.

Od wypinania piersi do orderów byli inni...?
– Powiem panu więcej... i są nadal. Często tacy, którzy nic bądź niewiele zrobili, ale potrafili się zorganizować, odpowiednio ustawić i dobrze się czują w blasku fleszy. Świat to kupuje, bo nie potrafi zweryfikować, jakie było faktyczne zaangażowanie poszczególnych osób w Powstaniu Warszawskim. Tak czy inaczej jest to sprawa sumień tych ludzi, ale to już temat na inną rozmowę.

Był Pan najmłodszym podharcmistrzem Szarych Szeregów. Jak z perspektywy czasu wspomina Pan swój udział w Powstaniu?
– Mam wspaniałe przeżycia z tamtych dni, ale swój udział w Powstaniu Warszawskim postrzegam jakby z dwóch płaszczyzn: chłopca, który miał wówczas 16 lat, a druga to jest ta dzisiejsza pełna perspektywa, kiedy znając pewne fakty, potrafię ocenić to wszystko, co się wydarzyło w 1944 r., chłodnym okiem człowieka doświadczonego życiowo. Wtedy byłem harcerzem, który chciał służyć Polsce, a teraz moje spojrzenie jest bardziej dojrzałe, które już nie emocjonalnie, ale racjonalnie potrafi ocenić wszystkie plusy i minusy.

Dziś próbuje się podważyć celowość Powstania, tłumacząc, że liczba ofiar i zniszczeń była niewspółmierna do efektu. Co powiedziałby Pan tym, którzy kontestują ten bądź co bądź zryw narodowy?
– Owszem, Powstanie Warszawskie było zrywem narodowym, który niósł w sobie nadzieję. Można dyskutować na temat efektów, ale w mojej ocenie – a jako uczestnik tych wydarzeń mam do tego prawo – to, co działo się w ciągu tych 60 dni, bez wątpienia było wielkim bohaterstwem. Niezwykła była postawa młodzieży, która na szalę położyła największą wartość – własne życie, wielkie było też poświęcenie i oddanie dla sprawy całej ludności okupowanej przez Niemców Warszawy. Z pewnością inny wydźwięk miałoby to poświęcenie w przypadku zwycięstwa, a tak pozostał pewien niedosyt…

Dokumenty i pamiątki związane z Powstaniem Warszawskim przekazał Pan do Muzeum Powstania Warszawskiego i Archiwum Akt Nowych. Co to były za pamiątki?
– Były to całe zbiory różnych dokumentów, m.in. rozkazy, instrukcje Szarych Szeregów dotyczące hufca „Zawisza”, ale także Batalionów Harcerskich „Wigry”, „Zośka” czy „Parasol”. Były tam również materiały dotyczące oddziałów AK, egzemplarze prasy podziemnej. Ponadto szereg opracowań związanych z różnymi wydarzeniami, które były nie do końca jasne, ale po wojnie, dzięki temu, że byłem dziennikarzem sportowym i mogłem jeździć po świecie i spotykać się z różnymi ludźmi, także powstańcami, dotarłem do osób, które po wojnie i pobycie w niewoli przedostały się na Zachód, i ich relacje pozwoliły mi na uzupełnienie wcześniejszej wiedzy. Wśród materiałów, jakie przekazałem, były również wykazy liczebne poszczególnych oddziałów, które osobiście sporządziłem. Zebrane materiały pozwoliły mi na opracowanie serii książek, m.in. dwutomowej monografii harcerzy „Zawiszy” pod wspólnym tytułem „Hej, chłopcy…”, „Harcerze Szarych Szeregów w Powstaniu Warszawskim”, „Szare Szeregi. Słownik Biograficzny t. 1 i 2” oraz „Szare Szeregi. Słownik Encyklopedyczny”. Zrobiłem to z myślą o przyszłych pokoleniach, aby ci, którzy po nas przyjdą, mieli pełny obraz tego, czym w historii Polski było Powstanie Warszawskie.

Nie szkoda było rozstawać się z tym, co ma dla Pana wartość sentymentalną?
– To prawda, ale tak jak wspomniałem na wstępie naszej rozmowy, jestem już leciwym człowiekiem, schorowanym i liczyłem się z tym, że moja życiowa wędrówka zbliża się do kresu, obawiałem się też, że wszystko, co udało mi się zgromadzić, może się zmarnować. Byłoby szkoda, dlatego podjąłem decyzję o przekazaniu tych materiałów tam, gdzie wiem, że zostaną właściwie spożytkowane i będą dostępne dla innych. Zależało mi, aby uratować od niepamięci tę historię, jej poszczególne elementy, a zwłaszcza ludzi, o których się dzisiaj nie mówi, a którzy wykazali się niezwykłą postawą patriotyzmu i braterstwa. To było zasadniczym powodem, dla którego zrezygnowałem z pracy zawodowej, poświęciłem się zbieraniu materiałów, pisaniu i odtworzeniu tego wszystkiego, co miało autentycznie miejsce podczas Powstania Warszawskiego i ludzi z tym związanych. Zadaniem, jakie sobie postawiłem, było też rzetelne przedstawienie historii i faktów, które niejednokrotnie były kolportowane, niewłaściwie przedstawiane i funkcjonowały w historii. To weryfikowanie dotyczyło zarówno wydarzeń, jak i ludzi, bo prawda jest zawsze na pierwszym planie.

W czasach PRL-u trudno było jednak przedstawiać tę prawdę…
– Wtedy nie pisałem, a jedynie gromadziłem i uzupełniałem materiały. Zresztą i tak miałem łatkę AK-owca, co sprawiało, że byłem np. gorzej wynagradzany niż moi partyjni koledzy po fachu. Zresztą komuniści tak bardzo mnie nie lubili, że zabroniono mi wszelkich publikacji w prasie, i aby pozbyć się mnie, w wieku 54 lat „zafundowali” mi przejście na emeryturę.

I tak naprawdę zgromadzony materiał zacząłem przelewać na papier dopiero po 1980 r., po zrywie solidarnościowym.

Jak z perspektywy powstańca, gdzie wartości odgrywały dominującą rolę, patrzy Pan na dzisiejszą Polskę, na relacje polityków, na kłótnie i waśnie, które dominują w życiu publicznym?
– Może zabrzmi to patetycznie, ale o tym, żeby zaangażować się w konspirację, zdecydowało przywiązanie do Polski jako kraju, w którym się urodziłem i wychowałem i któremu chciałem jak wielu młodych ludzi służyć. W momencie wybuchu wojny miałem zaledwie 11 lat. Bolało to, że ktoś obcy podniósł rękę na naszą wolność, dlatego kiedy w 1942 r. zaproponowano mi konspirację harcerską, z energią i zapałem wszedłem w to. Powiem więcej, szukałem takiej okazji, aby być razem z tymi, którzy walczą o naszą wolną Polskę. Dlatego kiedy dzisiaj patrzę na scenę polityczną, bo staram się śledzić bieżące wydarzenia, to jest mi bardzo przykro, a czasem pojawia się nawet złość. Nic dobrego o tych ludziach, którzy rządzą Polską i zajmują najwyższe stanowiska w państwie, niestety nie można powiedzieć. Owszem, można się kłócić, ale mądrze, można się różnić, bo bez tego nie ma postępu, ale trzeba mieć na uwadze przede wszystko dobro kraju i obywateli. Można się spierać, a nawet trzeba, ale widzieć też to, co my widzieliśmy 71 lat temu, choć nie mieliśmy tak naprawdę pojęcia o polityce, ale czuliśmy, co jest ważne, co dobre i piękne i temu chcieliśmy służyć, a potem walczyć, kiedy ktoś wyciągnął rękę, aby nas tego pozbawić. Dzisiaj kłótnie polityków mają na celu obrażać siebie nawzajem, dokopać drugiemu, i to jest cała dzisiejsza polityka. Gdzie jest patriotyzm i bohaterstwo, co kiedyś było, a dzisiaj…

A jak w tym kontekście postrzega Pan dzisiejszą młodzież?
– Mamy różne przykłady, jak chociażby te negatywne, które pokazują, co robią nastoletnie dziewczęta w warszawskim tramwaju, mamy przykłady, że młodzież, mimo iż wie, że tzw. dopalacze niosą śmierć, to jednak po nie sięga. To wszystko nie napawa optymizmem, bo pokazuje, że kraj zmierza donikąd. Gdzie jest harcerstwo, to prawdziwe harcerstwo, które było najlepszą szkołą patriotyzmu, a młodzi ludzie przyjmowali to z aplauzem? Dlatego trzeba odbudować świat wartości i nie oglądając się na innych, zacząć na nowo budować na tym, co sprawdzone, na takich wartościach jak Bóg, Honor, Ojczyzna. Te wartości po drodze do niby nowoczesności się zgubiły i o dziwo, nikt ich nie podnosi. I nie chodzi tu tylko o słowa, ale o to, żeby idee przekuwać w czyny, tak jak robili to młodzi powstańcy warszawscy. Trzeba mieć jednak styl życia i nie ulegać prostakom, cwaniakom, dla których dobry stołek w państwowej instytucji jest najwyższym dobrem i celem życiowym, dla osiągnięcia którego są w stanie zrobić wszystko. Ale nie tędy droga…

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... lanie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 09 lis 2016, 13:02 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7536
Lokalizacja: Podlasie
„Sie ma” i nas nie ma

Obrazek
Józef Chełmoński, Burza. 1896. [Public domain], via Wikimedia Commons

Pochwalony! To znaczy, że co? O co chodzi wypowiadającemu te słowa? Tak, wiemy dobrze, że to taki skrót od tradycyjnej formuły katolickiego pozdrowienia. I wiemy, że ta konwencja ma swój również skrótowy odzew: „Na wieki wieków”. Ale o co chodzi, ale kto jest „pochwalony”? Kogo w tej chwale utrwalamy „na wieki”?

Zniekształcenie pozdrowienia „Laudetur Jesus Christus” ma już długą historię. Zdecydowanie krótszą ma inne katolickie pozdrowienie – „Szczęść Boże!” Ono, dla odmiany, choć semantycznie zachowało swój kształt, zdecydowanie zmieniło swą merytoryczną zawartość. Kiedyś powszechnie witano tak ludzi zajętych swoją pracą, np. rolnika, rzemieślnika. Pozdrawiany logicznie odpowiadał – „Daj Boże”, bo faktycznie to, co dobre w naszym życiu zdarzyć się może, od Pana Boga jest zależne. W sytuacji, gdy Boga zastąpiła np. korporacja, to pozdrowienie straciło swój sens i ludzie podpierają się teraz wyćwiczonym na kursach komunikacji standardowym „Dobrego dnia”…

Natomiast to „Szczęść Boże” stało się wygodnym zamiennikiem dla „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, co ma miejsce we współczesnym Kościele eksponującym obowiązujący ekumenizm. Odpowiedź na takie przywitanie jest tutaj równie bezpieczna i nie ma w niej mowy o jakichś „wiekach”, bo przecież świat zmienia się tak szybko, że czymś wstydliwym towarzysko byłoby krępować się zbyt „obcisłą” formułą. I nawet, kiedy słyszę to „Szczęść Boże” z ust człowieka w koloratce (o sutannę u księży coraz trudniej), to jakbym słyszał: „Sie ma!”.

Co ciekawe, te zmiany i przeinaczenia, które implantuje w świecie wiary modernizm, są także obecne w środowiskach definiujących się jako konserwatywne. Jedną z najpiękniejszych, ale i najistotniejszych fraz modlitewnych jest ta zaczynająca się od słów: „Gloria Patri, et Filio, et Spiritui Sancto…”, co się po polsku wykłada: „Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu…”. Okazuje się, że nagminnym jest przekręcanie dalszego ciągu tego zdania, gdzie zamiast sformułowania „jak była na początku” („sicut errat in principio”), mówi się „jak było na początku”. I tak osoba wierząca w Boga w Trójcy Jedynego, zamiast zanurzyć się w swej wierze, w której owa Chwała (Gloria) od początku była oddawana Trójcy Świętej, przywołuje mitologiczny pogański „chaos”, który według starożytnych Greków był na początku wszystkiego. Jeden zmieniony wyraz, a taka „niespodziewanka”. A przecież domykająca każdą katolicką Mszę Świętą Ewangelia według św. Jana mówi jednoznacznie, że „Na początku było słowo…”.

Porę południową każdy katolik kojarzyć powinien z modlitwą „Anioł Pański”. I pięknie, jeżeli nie tylko kojarzy, ale też się modli. Ja jeszcze pamiętam, jak niegdyś, na dźwięk kościelnego dzwonu, mężczyzna idący w polu za koniem ciągnącym pług zatrzymał się, zdjął czapkę i uczyniwszy znak krzyża trwał chwilę w milczeniu. To był czas na tę właśnie modlitwę, która – jak wiadomo – dzieli się niejako na trzy części, a z których każda zawiera w sobie zawołanie i odpowiedź poprzedzające kolejne „Zdrowaś Maryja”. W tej trzeciej części na zawołanie – „A Słowo Ciałem się stało” („Et Verbum caro factum est”), pochylając głowę odpowiadamy: „I mieszkało między nami” („Et habitavit in nobis”). Nagminnym jest, że zamiast „mieszkało”, mówi się dzisiaj błędnie „zamieszkało”. I znów mamy do czynienia z istotnym przekręceniem merytorycznego sensu modlitwy, bo wiedząc dobrze, że Słowo, to Chrystus, nie możemy Jego z nami ludzkiej egzystencji rozciągać „na zawsze”. Słowo pomiędzy nami było na czas swego ziemskiego żywota, a więc od Narodzenia w Betlejem po Wniebowstąpienie na Górze Oliwnej. Tak więc Pan Jezus mieszkał pomiędzy nami, a nie zamieszkał. Ta druga forma wskazywała by gramatycznie na to, że mieszka nadal i to jako Słowo-Człowiek. A to już jest herezja.

Jeżeli ktoś zapyta, dlaczego czepiam się pojedynczych słów, to odpowiem, że nawet w baśni, nawet w bajce, jedno zmienione słowo, nawet jedna przekręcona litera, uniemożliwiają otwarcie tych najważniejszych drzwi, tego przysłowiowego sezamu. A i w rzeczywistości, co dobrze wiemy, błąd w adresie, inna liczba w numerze telefonu i mamy problem – do kogoś nie dotrzemy na czas, coś ważnego bezpowrotnie może przepaść. Świat duchowy rządzi się jednoznacznymi formułami (np. ryty egzorcyzmów) i wiadomo, że tutaj chodzi o być albo nie być na całą wieczność. Jeżeli źle się modlimy, to znaczy, że źle wierzymy, a jeżeli źle wierzymy, to znaczy, że tracimy szansę na zbawienie, czyli otwiera się przed nami piekło. Prawda, jakie to niesamowite – jak wiele zależeć może od jednego słowa. A co dopiero od całego zdania…

Sługa Boży ksiądz Piotr Skarga „Na Ośmnastą Niedzielę Po Świątkach”, w kazaniu o wierze powiedział, cytując św. Jana Ewangelistę, że „kto wierzy w Syna Bożego, ma żywot wieczny”. I dodał od siebie, komentując powyższe:

Nie zgoła ma żywot wieczny, ale jeżeli wierzy. A nie lada jako wierzy, ale wiarą prawdziwą i żywą. Bo też mówi Pan: „Każdy kto prosi, bierze”. A nie każdy bierze. Bo mówi Jakub św.: „Prosicie, a nie bierzecie, bo źle prosicie”. Także może rzec: Wierzycie, a zbawienia nie macie, bo źle wierzycie.

Tomasz A. Żak

http://www.pch24.pl/sie-ma-i-nas-nie-ma,47197,i.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 25 kwi 2017, 12:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31128
Rozprawa z pogaństwem

Obrazek

Tyle będzie Polski, ile Chrystusa w sercach Polaków.

Uroczystość św. Wojciecha, patrona Polski, to okazja do postawienia ważnych pytań o kondycję naszego państwa, fundamenty ładu prawnego i moralnego w naszej Ojczyźnie oraz o jej przyszłość.

– Państwo, każda jego instytucja, która odrywa się od Boga w swoich aktach państwowotwórczych, zginie – przestrzegał wczoraj ks. prof. Tadeusz Guz z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

W czasie Mszy św. w kaplicy Sióstr Loretanek w warszawskim Rembertowie wskazywał na historię, która jasno pokazuje, że wszystkie państwa, które nie wpisały się ze swoją instytucją w program Boży, przeminęły.

– Dlatego ten, kto przez Boga jest powołany, aby rządzić Polakami, tylko wtedy będzie rządził w sposób prawy, ze skutkiem sprawiedliwości i wszystkich innych ideałów, kiedy będzie z całą świadomością i wolnością współpracował z Bogiem – podkreślał ks. prof. Guz.

W przypadku np. zapewnienia ochrony życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci ta współpraca rządzących w Polsce z Bogiem ciągle się nie urzeczywistnia w procesie legislacyjnym. To dziś staje się przestrogą, ale też wezwaniem.

– Jeżeli tak się troszczymy o to, żeby polskie państwo ocalić, wzmocnić i rozwinąć, to jest tylko jedno imię, mocą którego Rzeczpospolita może tego dokonać, i to jest imię Jezusa Chrystusa – podkreślał wczoraj ks. prof. Guz. I dodawał, że tak dalece jak instytucje państwowe, urzędy państwowe Rzeczypospolitej Polskiej będą się świadomie odcinały od Jezusa z Nazaretu, tak dalece nie otrzymają wsparcia od Boga Objawionego, dla urzeczywistnienia swoich nawet szlachetnych celów. Przypominał, że rozprawa z pogaństwem wciąż trwa. Dlatego św. Wojciech pozostaje dla nas cały czas wzorem głoszenia i umacniania chrześcijaństwa w Polsce.

Ksiądz profesor Tadeusz Guz we wczorajszej homilii odwołał się do listu Sługi Bożego ks. kard. Augusta Hlonda, wydanego z okazji 950. rocznicy śmierci św. Wojciecha, apostoła Polski i wielu innych ziem. Przypomniał słowa tego Prymasa Polski, że „święty Wojciech jest jednym z wielkich apostołów objawionej Prawdy”.

– Jakże to jest dla nas ważne, że w porządku rozumu dla św. Wojciecha najważniejszym było wpisać się w Prawdę objawioną, w Źródło wszystkich prawd, w Prawdę Boga wiecznie żywego – zwracał uwagę ks. prof. Guz.

W tym kontekście wskazał na program dla każdego z nas i całej Polski: chodzi o to, aby w świetle Prawdy Chrystusowej odczytywać całą prawdę o sobie, o drugim człowieku, o całym świecie. W jej świetle wszystko oceniać i w jej świetle postępować.

– Każda inna koncepcja prawdy zawiedzie. Każda inna koncepcja rozumu, która nie ma na celu poznania, głoszenia, zaświadczenia aż do przelewu krwi za tę Przenajświętszą Prawdę, nie powiedzie się – przestrzegał ksiądz profesor. I wskazywał, że to dlatego Prymas Hlond wzywał, aby na gruncie św. Wojciecha urzeczywistniać duchowe odrodzenie Polski przez odrodzenie chrześcijaństwa.

– A co to oznacza praktycznie? To znaczy, żeby Chrystus działał przez nas i w nas w sposób kompletnie nieskrępowany! O to się trzeba troszczyć i o to zamartwiać, żebym nie stanowił w żadnym aspekcie przeszkody dla tych dzieł, które Bóg przeze mnie pragnie dokonywać. Tyle będzie Polski i dzisiaj, i jutro, ile będzie Chrystusa w duszach i sercach Polaków – podkreślał ks. prof. Guz.

– I dlatego trzeba nam utrwalać chrześcijaństwo w Polsce. Trzeba z całą konsekwencją naszej duchowości, naszego człowieczeństwa ochrzczonego starać się w każdym drobnym i wielkim aspekcie umacniać życie Boże w nas, chrześcijaństwo na ziemi polskiej – dodawał.

To dotyczy także państwa i jego instytucji. Chodzi o to, aby życie państwowe ogniskować wokół idei Chrystusowej. – Jakie to jest bardzo ważne, żeby państwo polskie nie bało się Chrystusa – akcentował ks. prof. Guz.

Sławomir Jagodziński

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... stwem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 30 mar 2018, 15:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31128
Dzisiejszy świat to świat uproszczony, okrojony, wyjałowiony, zatruty, przepełniony szyderstwem i nienawiścią. Na szczęście nie cały świat. Jest jeszcze w nim miejsce dla normalności, dla duchowości, dla ciszy, ciepła i miłości. Pielęgnujmy to co jest w tym świecie nasze, szanujmy to i cieszmy się tym.
Świat bez Boga nie przetrwa, bo ... nie może przetrwać. Nasz świat przetrwa, a bramy piekielne nie zwyciężą go.


Szanuj krzyż, katoliku!

Obrazek
Zdjęcie ilustracyjne. FOT.REUTERS/Eric Gaillard/FORUM


Żyjemy z czasach powszechnej profanacji Krzyża Chrystusowego. Jak świat długi i szeroki znak naszego zbawienia znieważają sataniści, poganie, ateiści, heretycy i pospolici durnie. Gorzej, że nagminnie zdarza się to również chrześcijanom.

Wchodzi polski katolik do kościoła. Oblicze jego ponure – wszak w progi domu Bożego wstępuje, więc z czego się tu cieszyć. Kilka kroków w głąb – nie za daleko, bo jeszcze go Pan Bóg zauważy – po czym z nagła staje i ni to potykając się, ni dygając robi wykrok w tył, by w lekkim pochyleniu popukać się półzwiniętym kułakiem w okolicach mostka. Oto we własnym mniemaniu uczynił znak krzyża.

A w istocie dopuścił się świętokradztwa – czymże innym bowiem jak nie kpiną z krzyża jest podobne zachowanie? Przed grzechem ciężkim broni go brak złej intencji, ale wykonany gest pozostaje faktem. I nosi znamiona szyderstwa, choć niezamierzonego.

Bo czyż taki na poły magiczny akt nie wyraża w istocie pogardy dla krzyża? A już na pewno lekceważenie. Krzyżem wszak z żadnym wypadku nie jest. Krzyż to przecież figura geometryczna powstała z przecięcia dwóch linii pod kątem prostym – cóż ma z nim wspólnego nerwowe zamajtanie dłonią przy klatce piersiowej?

Krzyż jest najświętszym znakiem chrześcijan i jako taki wymaga od nich najwyższego szacunku i czci. Czcząc krzyż oddajemy hołd Temu, który na nim cierpiał i umarł dla zbawienia świata. Przez krzyż – jak zwięźle a trafnie wyjaśnia znakomity Katechizm katolicki kardynała Piotra Gasparriego – „wyznajemy na zewnątrz główne tajemnice wiary chrześcijańskiej (…) tajemnicę jednego Boga w trzech rzeczowo różnych Osobach: w Ojcu, Synu i Duchu Świętym i tajemnicę Odkupienia ludzkiego przez wcielenie, mękę i śmierć Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. (…) Znak Krzyża Świętego wskazuje na te dwie tajemnice wiary chrześcijańskiej, ponieważ słowa jego oznaczają jedność Boga w trzech różnych Osobach, kształt zaś Krzyża, który opisujemy ręką, przypomina Odkupienie, dokonane na drzewie Krzyża przez Jezusa Chrystusa”.

Mamy więc ręką opisać Odkupienie! Toż moja ręka na samą myśl o tym powinna się cała spocić ze strachu. I drżeć, czy z należytą powagą, dbałością i namaszczeniem znaczy najświętszy symbol. A znaczyć go trzeba na każdym kroku. „Czy wychodzimy z domu, czy wchodzimy; przy ubieraniu szat i obuwia; czy siadamy, czy wstajemy od stołu; czy korzystamy z kąpieli; przy zapalaniu światła; kiedy kładziemy się do łóżka i kiedy siadamy, we wszystkich okolicznościach czyńmy znak krzyża” – zachęca Tertulian. A święty Cyryl Jerozolimski dodaje w podobnym tonie: „Ufnie czyńmy znak krzyża palcami na czole i na wszystkim: na chlebie, który spożywamy, na kielichu, który pijemy, przy wejściu i przy wyjściu, przed snem, kładąc się na spoczynek, przy wstawaniu, chodzeniu i spoczynku!”

Znak krzyża nie jest zewnętrznym rytuałem, lecz jednym z sakramentaliów, czyli „znaków świętych, które z pewnym podobieństwem do sakramentów oznaczają skutki, przede wszystkim duchowe (…) i uświęcają różne okoliczności życia” (Sacrosanctum concilium, 60). Stąd też „krzyż, który na powietrzu ręką czynimy, i nim siebie oraz wszystkie inne rzeczy nasze żegnamy (…) jest to znak nam wielce zbawienny, którym zbroję na się i obronę kładziemy, diabły odstraszamy, błogosławieństwa dostajemy, i wszystko, co czynimy, krzyżem żegnając, w dobre sobie i zbawienne używanie obracamy” – wyjaśnia ksiądz Piotr Skarga.

Krzyż tak uczyniony to – wedle Cypriana z Kartaginy – „duchowy hełm dla ochrony głowy, aby umocnił uszy, żeby nie słyszały zgubnych edyktów; aby chronił oczy przed widokiem wstrętnych bałwanów; niech umocni czoło, aby znak Boga pozostawał nieskalany; niech ustom użyczy mocy, by język zwycięsko wyznał swego Pana, Chrystusa”.

Każdy znak krzyża uczyniony ręką czy to na sobie samym czy na innej osobie przynosi konkretne skutki duchowe. Jest przeto „pożyteczne, a nawet bardzo pożyteczne żegnać się często i pobożnie Krzyżem Świętym, zwłaszcza na początku i końcu czynności” – uczy katechizm. Dlaczego? „Ponieważ znak ten, gdy się go czyni należycie, jest zewnętrznym aktem wewnętrznej wiary, i dlatego ma on tę moc, że pobudza wiarę, zwycięża wzgląd ludzki, oddala pokusy, odwraca niebezpieczeństwa grzechu i zjednywa u Boga inne łaski”.

Zechciejmy jednak zauważyć w powyższej nauce wyraźny warunek: „gdy się go czyni należycie”. Jedynie wtedy można się spodziewać Bożej pomocy, opieki i natchnienia. Gdy się jednak rysuje na piersiach quasi czarodziejskie znaki, czy można oczekiwać, by Pan wejrzał łaskawie na dopuszczających się tego. Bo co w istocie piszą oni na swych piersiach? Kogo bezwiednie wzywają?

Katechizm uczy jasno: „Znak Krzyża Świętego należy czynić w ten sposób, że się prawą rękę przykłada do czoła i wymawia przy tym słowa: W imię Ojca, potem do piersi – i mówi się: i Syna, w końcu na lewe i na prawe ramię – i mówi się: i Ducha Świętego. Amen. Ma się w tym jednocześnie kryć absolutnie świadoma deklaracja pragnienia i pełnej gotowości, by przyjąć Słowo Boże rozumem, miłować Trójcę Przenajświętszą całym sercem i bronić Świętego, Rzymskokatolickiego Apostolskiego Kościoła ile sił w ramionach.

Pomyśl o tym bodaj przez chwilę, katoliku, który znak krzyża czynisz tak niedbale, że nieomal go profanujesz. Ile łask Bożych marnujesz. Niby niechcący, ale jednak – obiektywnie patrząc – w ostateczności czynisz zło. Zastanów się choćby nad tym, jak sobie poradzisz z prawdziwym krzyżem, który kiedyś spadnie na twoje barki – a bądź pewny, że jak w przypadku Szymona z Cyreny, zupełnie nieoczekiwanie – jeżeli nie jesteś w stanie udźwignąć symbolu?

Warto się nad tym wszystkim pochylić w zadumie zwłaszcza w Wielki Piątek – Dzień Krzyża, na którym zawisło Zbawienie świata. Pójdźmy z pokłonem godnie i prawidłowo kładąc na naszych czołach, sercach i ramionach znak Odkupienia.

Jerzy Wolak

http://www.pch24.pl/szanuj-krzyz--katol ... z5BDplwPpy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 11 lis 2018, 14:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31128
Wolni u stóp krzyża

Obrazek

Ciebie, Boga, wysławiamy – wdzięczni za dar odzyskanej 100 lat temu niepodległości wyśpiewujemy radosny hymn chwały Panu i Rządcy narodów. Z Jego ręki dostąpiliśmy łaski, mimo tylu naszych przewinień i niewierności, powrotu do rodziny suwerennych państw. Kilka pokoleń Polaków dźwigało trud walki o wolność, nie szczędząc krwi i poświęceń, tocząc zmagania o zachowanie wiary katolickiej w sercach dzieci poddanych germanizacji i rusyfikacji, o utrzymanie ziemi ojczystej, obyczaju. Dziś w naszych sercach i serdecznej pamięci są wszyscy, którzy swą świętością, ofiarą, pracą, talentem przybliżali dzień wskrzeszenia Ojczyzny.

Wolna Polska, czyli jaka? Chrześcijańska czy pogańska? To nie retoryczne pytanie, gdy bezbożne ideologie biorą w niewolę społeczeństwa Europy. Ale Naród wszczepiony ponad 1000 lat temu w Chrystusa, oddychający kulturą chrześcijańską, chciał i chce, by odrodzone państwo było z ducha i litery katolickie. Dzieci z Wrześni wiedziały, że wolna Polska to pacierz odmawiany po polsku, bohaterscy unici podlascy znali cenę, jaką płacili Polacy za wierność Kościołowi i Stolicy Apostolskiej. Dlatego „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem” – ten znany dwuwiersz umieściliśmy na okładce numeru jubileuszowego „Naszego Dziennika” dla uczczenia 100-lecia odzyskania niepodległości. Krzyż – znak zbawczej ofiary i miłości Chrystusa do każdego człowieka, każdego narodu, jest centrum naszych dziejów. Polska odrodziła się i trwa dzięki zdrojom łask płynącym z „drzewa życia”, z krzyżem zrośnięta jest nasza tożsamość narodowa, z krzyża czerpali Bożą moc nasi przodkowie, gdy gasła nadzieja.

Polska opromieniona blaskiem krzyża musi być wielka. Nie dlatego, że my tak chcemy. Do wielkości wzywa nas sam Bóg. „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” – obiecał Pan Jezus św. Siostrze Faustynie. Prawdziwie wolna Polska z nową mocą podejmie posłannictwo powierzone nam przez Stwórcę w Jego zbawczym planie: mamy nieść Boga innym ludziom, innym narodom, które osłabły duchowo i popełniają samobójstwo, podcinając swoje chrześcijańskie korzenie. Jeżeli wolna Polska da świadectwo wierności Ewangelii i krzyżowi, nie pójdzie ich drogą. Od tej misji nie wolno nam się uchylić, sprzeniewierzyć się jej. „Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu społecznym czy rodzinnym” – spod krzyża na Giewoncie św. Jan Paweł II wezwał każdego z nas, byśmy byli rycerzami wiary. Polsko, bądź wierna, wypełnij Bożą misję! Sursum corda!

Małgorzata Rutkowska

https://naszdziennik.pl/mysl/203029,wol ... rzyza.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 06 gru 2018, 20:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31128
Kto jeszcze dzisiaj mówi „Szczęść Boże!”?

Setki razy słyszałem charakterystyczne zachrypnięte „Szczęść Boże”. Jeżeli „Szczęść Boże” przetrwa, to przede wszystkim dzięki „elementowi”.

Myli się głęboko ten, kto mniema, że zwyczaj mówienia „Szczęść Boże” jest obyczajowym antykiem i powinien podzielić los moherowego beretu w świecie mody, czyli bez niepotrzebnych pretensji i awantur zejść ze sceny historii.

Moje skromne badania w tej dziedzinie nie prowadzą wprawdzie do jednoznacznych wniosków, ale ujawniają pewne interesujące prawidłowości. Otóż, „Szczęść Boże” żyje. Przyznać jednak trzeba, że zostało zepchnięte do niszy. Nisza, w której się znajduje jest wymowna, dlatego warto ją przedstawić.

Zacznijmy od tego, że bardzo rzadko zdarza się usłyszeć „Szczęść Boże” od nowoczesnego mieszczanina. Nawet w niedzielne popołudnie, gdy po wysłuchanej mszy świętej i zjedzonym obiedzie, kiedy rozgrzany rosołem do białości udaje się na Błonia, nawet tam, w intensywnej atmosferze odwiecznej krakowskiej harmonii nie jest w stanie wydusić z siebie „Szczęść Boże”.

Warto dodać, że jest to wielki cios dla „Szczęść Boże”. Powiem więcej, jest to zdradziecki cios w plecy. Smutne, bo to przecież ta grupa była przez wieki mózgiem i siłą napędową dla „Szczęść Boże” a teraz z zimną krwi odwraca się bez słowa wytłumaczenia.

Zostawmy mieszczan i szukajmy dalej. Młodzież. Młodzież – przypomnę – przyszłość Narodu i Kościoła też nie kwapi się pozdrowić księdza. Jeżeli dobrze pamiętam, to w ciągu ostatnich pięciu lat, nie biorąc pod uwagę znanych mi osób, może raz, może dwa razy jakiś młodzieniec powiedział do mnie „Szczęść Boże”, a gębę miał taką jakby już był albo zaraz miał iść do seminarium. W każdym razie, usłyszeć „Szczęść Boże” od chłopaka z nażelowanym czubem na głowie jest prawdziwym rarytasem.

Teraz duchowni i siostry zakonne. Tu następuje ścisła korelacja z wiekiem użytkownika „Szczęść Boże”. Owszem mówią, ale przede wszystkim postulanci, postulantki, seminarzyści, nowicjusze, czyli młódź zakonna i seminaryjna. Ze starszymi duchownymi czasem zdarza się wojna nerwów – kto pierwszy ma powiedzieć? Ale generalnie tu nie jest źle. Niestety nie jest to bardzo pocieszające, gdyż „Szczęść Boże” jest zawołaniem branżowym i jako takie nie powinno być umieszczane w statystyce.

Przejdźmy do niszy, która jest najbardziej interesująca i pozwala tlić się jeszcze nadziei, że „Szczęść Boże” nie zaginie. W niszy znajdują się dwie grupy: dzieci i „element”. Pierwsza grupa jest niezawodna w okolicach Pierwszej Komunii, czyli wtedy, gdy dzieciaki wychodzą spod prasy siostry katechetki. Później jest różnie, ale na nich raczej można liczyć.

No i pozostaje tak zwany „element”. Ci są naprawdę niezłomni. Setki razy słyszałem charakterystyczne zachrypnięte „Szczęść Boże”. Można chyba zaryzykować tezę, że jeżeli „Szczęść Boże” przetrwa, to przede wszystkim dzięki „elementowi”.

https://dominikanie.pl/2014/09/kto-jesz ... zesc-boze/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 06 gru 2018, 20:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31128
Jak reagować na pozdrowienie „Szczęść Boże”?

Opublikowano Styczeń 17, 2013 by Stanisław Krajski

Ten temat poruszył pan Piotr, pisząc: „Spotkałem dom, w którym nikt nie mówi <> tylko <> i nie wiem, co o tym sądzić”.

Zareagował na to pan Lacek, pisząc: „Do obcych/gości jak rozumiem też <>?

Teoretycznie to chyba nic obraźliwego: Muzułmanin może się tym nie przejąć, a ateista, skoro nie wierzy w Boga, to tym bardziej nie powinien tego uważać za groźne czy obraźliwe, a intencja chyba jasne, że dobra. Z drugiej strony jest to zwyczajnie bez sensu, to tak, jakby na Nowy Rok życzyć np. fryzjerowi (nie uczniowi fryzjerstwa) <> – życzenia niby ok, pozytywne, tylko bez sensu, bo fryzjerzy egzaminów nie zdają.

Teoretycznie też ktoś może pomyśleć, że jest to sugestia, by ten się nawrócił. Trzeba się postarać, by tak to nie zabrzmiało – rachunek strat i zysków pokazuje, że <> może mieć sens tylko wobec osób wierzących.

Jest też pewne <> na sprawy religijne – nie jestem pewien, czy wynika to z 50 lat komuny, czy terroru politycznej poprawności – nie potrafiąc określić jego źródła, nie jestem pewien.

Czy <> przed wojną by raziło? Teraz chyba jednak razi… tylko nie wiem dlaczego”.
Pozdrowienie „Szczęść Boże” jest bardzo popularne w wielu regionach Austrii i Niemiec tak w środowiskach katolickich, jak protestanckich. Stosują je, jak mówiła mi znajoma protestantka rodzinnie powiązana z rdzennymi Niemcami z Niemiec, siłą rozpędu również ateiści.

W pozdrowieniu tym nie można odczytać żadnego negatywnego przekazu czy błędu typu etykietalnego.
Gdyby osoba wierząca pozdrowiła ateistę „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, skłaniałaby go tym samym do odpowiedzi „Na wieki, wieków Amen”, a zatem głosiłaby cześć dla Chrystusa i domagała się, aby taką cześć wyraził i ateista. Wtedy ateista mógłby poczuć się, mówiąc najogólniej, negatywnie.

Pozdrowienie „Szczęść Boże” ma zupełnie inną wymowę. Dosłownie i faktycznie oznacza przecież: „Niech ci Bóg da szczęść, niech ci sprzyja”. Sens tego pozdrowienia, gdy je wypowiadam, jest więc taki: „życzę ci bardzo dobrze, pragnę żebyś był szczęśliwy i żeby mój Bóg otoczył cię opieką i spowodował, by to szczęście było faktem”.

Takie pozdrowienie można zatem potraktować jako życzenia pomyślności.

Chrześcijanin (katolik, prawosławny, protestant), ale również wyznawca np. islamu odpowie na nie „Daj Boże” (czyli „oby Bóg tego dokonał”). Ateista może odpowiedzieć: „Dziękuję bardzo”.

Korekta: Anna Łuczkiewicz

https://krajski.wordpress.com/2013/01/1 ... zesc-boze/


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 23 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /