Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 152 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 6, 7, 8, 9, 10, 11  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 09 lip 2015, 06:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Lewackie prostactwo usilnie stara się wprowadzić w ludzką świadomość dewiacje wymyślone przez największych wrogów ludzkości inspirowanych myślą szatana. Są kraje, są ludy, są społeczności i w końcu są ludzie, których jest łatwiej zdeprawować i są też tacy którzy deprawacji się opierają. Protestantyzm zrodził się z inspiracji szatana więc szatanowi o wiele łatwiej jest konsekwentnie niszczyć i deprawować człowieczeństwo u tych ludzi, którzy już raz poszli za jego głosem.
Patologia rodzi patologię.
Ład moralny rodzi ład moralny.


Protestancki sodomizm i gomoryzm

"Nie łudzcie się Bóg nie dozwoli z siebie szydzić" /List do Galatów 6,7-8 /

11 Albowiem grzech, czerpiąc podnietę z przykazania, uwiódł mnie i przez nie zadał mi śmierć. 12 Prawo samo jest bezsprzecznie święte; święte, sprawiedliwe i dobre jest też przykazanie." /List do Rzymian 7, 11-12 /

Ks. Prof. Dariusz Oko – mocne fakty o patologii homoseksualizmu
https://www.youtube.com/watch?v=VdGK3RfL8UY

Szaleństwo homoseksualnych ideologii dotyka coraz bardziej wspólnot protestanckich.

Z przekonania, że wszyscy jesteśmy równi, wyciągają wniosek, że osoby homoseksualne też mają prawo do małżeństwa.To tak jakby twierdzić, że osoby niewidome powinny móc dostawać prawo jazdy, bo przecież nie są gorsze od widzących.

Niestety, oszustwo ideologii homoseksualnych rozpleniło się w społeczeństwach i w głowach jednostek. Chodzi tu nie tylko o to, że dwóch gejów otrzyma w urzędzie stanu cywilnego papierek, iż są małżeństwem, ale przede wszystkim o to, że prawne uznanie związków homoseksualnych za małżeństwa musi pociągnąć za sobą zmianę wychowania młodych pokoleń. Małym dzieciom będzie na różne sposoby wciskane do głów, że można mieć dwóch ojców albo dwie mamy. Na dłuższą metę nie może taka edukacja nie zaowocować rozchwianiem płciowej tożsamości całych pokoleń.

Absurd jest jeszcze większy, kiedy tego rodzaju rewolucję na ludzkiej naturze próbuje przeprowadzać jakaś wspólnota wyznaniowa, która mieni się chrześcijańską.

Oto Synod Generalny Kościoła Anglikańskiego Szkocji podjął decyzję o dopuszczeniu par homoseksualnych do ślubu kościelnego. Konsekwentnie szkoccy anglikanie postanowili usunąć z obrzędów liturgicznych sformułowanie, że małżeństwo jest „cielesnym, duchowym i mistycznym związkiem mężczyzny i kobiety”. Nowy tekst określa małżeństwo jako „objawienie miłości i tożsamości Boga”.

Tego rodzaju wspólnoty kościelne przestają być wspólnotami opartymi na Objawieniu wiary, a stają się grupami podążającymi za obowiązującymi w świecie ideologiami.
Gdyby reformatorom jak Luter i Kalwin powiedzieć, do czego dojdą niektóre ze wspólnot, którym dali początek, to popukaliby się w czoło.

Co w takiej sytuacji z ekumenizmem?

Czy jest jeszcze sens prowadzić dialog wiary z tymi, którzy negują fundamenty chrześcijańskiej antropologii i proponują jakąś nową doktrynę, jakoby związek dwóch gejów był obrazem Boga?

Nie widać możliwości, jak w tej sytuacji można by wspólnie świadczyć o wierze w Jezusa Chrystusa, co do niedawna wydawało się możliwe pomimo istniejących różnic.

Nie mam wątpliwości, że wspólnoty chrześcijańskie, które przyjęły dogmaty homoseksualnych aktywistów na temat małżeństwa, skazane są na wymarcie.

Źródło; http://gosc.pl/doc/2557965.Ekumenizm-i-homoseksualizm

Z powyższego tekstu wynika, notabene skreślonego ręką wybitnego polskiego jezuity, że ekumenizm z „braćmi odłączonymi” przez herezje staje się niemożliwy z uwagi na popadanie protestantów w coraz gorsze dewiacje sexualne i aberracje religijne zrodzone na kompromisach ze światem, duchem obłędu i z grzechami.

Chcąc więc zachować czystość i heterosexualną normalność trzeba być w naszych czasach po prostu katolikiem. Zatem najbezpieczniejszym domem dla rodzaju ludzkiego staje się dzisiaj Kościół katolicki. Zresztą Kościół Boży był zawsze najlepszym przewodnikiem dla dusz i obrońcą człowieka podatnego na grzechy. Teraz jednak Kościół Chrystusa staje się również największym obrońcą ciała – jako prawdziwych świątyń Ducha św.

Historia Zbawienia – na tym etapie dziejów - ukazuje nam również pewną prawidłowość, że ekumenizm stracił swój sens, bo dialogowanie, bez karcenia kacerzy, nie przyniosło pożądanych owoców, gdyż u heretyków jeden błąd rodzi kolejne coraz gorsze błędy.
Zatem tylko głoszenie Świętej Ewangelii (niezafałszowanej) i Tradycji Apostolskiej, a także katolickiej antropologii, dogmatyki, apologetyki oraz chrześcijańskiej filozofii realistycznej, etc. – jest najlepszym środkiem dla ratowania człowieka czyli ducha wlanego w ciało.

Czego się doczekaliśmy ? Protestantyzm będzie niebawem kojarzony wyłącznie z Sodomą i Gomorą. A przecież to butny Luter w swoich pismach nazywał Kościół katolicki „nierządnicą babilońską”.

http://janusz.neon24.pl/post/123755,pro ... i-gomoryzm


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 11 lip 2015, 06:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Małżeństwo i rodzina według Kanta (4)

Obrazek

Rozumienie „małżeństwa” i „rodziny” oraz „prawa małżeńskiego” według Kanta uzależnione jest od jego subiektywistycznego pojęcia Boga, prawa i moralności jako „postulatów” sumienia ludzkiego. Skoro „wszystkie zdania prawne są zdaniami a priori, ponieważ są one zdaniami rozumu” „czystego” i „praktycznego”, a więc de facto są relatywne, to powstaje pytanie, jak Kant konkretyzuje swoje pojęcie instytucji małżeństwa i rodziny?

Małżeństwo jako „wspólnota płciowa”

Kant definiuje małżeństwo w sensie prawnym w następujący sposób: „Wspólnota płciowa (commercium sexuale) jest obustronnym używaniem, które jeden człowiek czyni z organami płciowymi i władzami drugiego (usus membrorum et facultatum sexualium alterius)”. To jest efekt fenomenalizmu, subiektywizmu i dualizmu Kanta w określaniu człowieka jako kobiety i jako mężczyzny, którzy najpierw są tylko „zewnętrznymi” „fenomenami” (Erscheinungen) i jako tacy podlegają w myśleniu Kantowskim w swoim małżeństwie jako „matrimonium” „prawu”, nazywającym ich związek jako „zjednoczenie dwóch osób różnych płci na całożyciowe obustronne posiadanie ich właściwości płciowych”. Prawo reguluje wyłącznie sferę cielesności człowieka, ponieważ sferę duchowości Kant usiłuje regulować za pomocą kategorycznego imperatywu, co jest domeną już tylko moralności, a nie prawa.

To cielesne i „wzajemne używanie” płciowości mężczyzny i kobiety może być według niego albo „naturalne”, „poprzez które może zostać poczęty im równy” człowiek, czyli dziecko, albo „nienaturalne”, a takie z kolei może być „z osobą tej samej płci” albo „ze zwierzęciem”, które Kant klasyfikuje jako „crimina carnis contra naturam” i powinno być adekwatnie usankcjonowane przez prawo karne. Problem Kanta polega z jednej strony na braku zakorzenienia „wspólnoty” małżeńskiej w duchowości osób małżonków, czyli w ich rozumie, pamięci oraz w wolnej woli, a z drugiej strony na braku wspólnoty z transcendentnym Bogiem jako Stwórcą małżeństwa. Z tych dwóch najważniejszych racji Kant określił małżeństwo jako wyłącznie „wspólnotę” cielesną. Jaki status prawny posiada tak pojęte małżeństwo?

Małżeństwo jako tylko „umowa”

Najważniejsze dla Kanta jest, zupełnie podobnie jak dla Marcina Lutra, by na gruncie „warunku żądzy do obustronnego użytku ich właściwości płciowych” mężczyzna i kobieta zawarli „umowę małżeńską”, która nie powinna być „żadną dowolną”, lecz określoną przez „prawo konieczną umową, tj. jeżeli mężczyzna i kobieta chcą używać wzajemnie ich właściwości płciowych, to muszą koniecznie zawrzeć małżeństwo i to jest według ustaw prawnych czystego rozumu konieczne”. Wykluczone jest dla Kanta uznanie małżeństwa za sakrament Kościoła, co jest dla niego samo w sobie najgorszym zabobonem.

„Małżeństwo” jako „umowa dopełniona zostaje przez małżeńskie współżycie (copula carnalis)”. Nieważna jest taka umowa, która zawierana jest „z ukrytą zgodą” „cielesnej wstrzemięźliwości” obydwojga, a także wtedy, gdy „ze świadomością jedna lub obydwie części są do tego niezdolne”. Kant nazywa to „umową symulowaną”, która nie tworzy małżeństwa.

„Nabycie małżonki albo męża nie dokonuje się więc facto (przez współżycie) bez uprzedniej umowy, ale także nie pacto (przez po prostu umowę małżeńską bez następującego po niej współżycia), lecz tylko lege, tj. jako następstwo prawne” do „obopólnego posiadania osób” we „wspólnocie płciowej”, która „swoją rzeczywistość otrzymuje tylko przez również obustronne używanie osobliwości płciowych”.

Miłość nie jest fundamentem

Kant redukuje cnotę miłości jako doskonałą postawę duchowej wolnej woli osoby ludzkiej do sentymentu, czyli do zmysłowego uczucia: „Miłość jest rzeczą odczucia (Empfindung), nie woli i ja nie mogę miłować, ponieważ chcę, jeszcze mniej, ponieważ powinienem (do miłości być przymuszonym (genötigt); przeto obowiązek miłowania nie jest rzeczą (Unding)”. Dlatego miłość nie może stanowić podstawy ani celu dla wspólnoty małżeńskiej i rodzinnej, ponieważ moralność Kanta jest moralnością „obowiązku”, a skoro „wszelki obowiązek jest przymusem” „według prawa”, to jeżeli „coś czyni się więc z przymusu, to nie dzieje się z miłości”.

Do przykazania miłości bliźniego Kant wprowadza istotną zmianę: „Jeżeli więc mówi się: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego, to nie mówi się: Ty powinieneś bezpośrednio (najpierw) miłować i za pośrednictwem tej miłości (potem) czynić dobrze, lecz: Czyń twojemu bliźniemu dobrze, a to dobre czynienie wywoła w tobie miłość (jako sztukę skłonności do dobrego czynienia w ogóle)!”. Miłość nie jest pojęta u Kanta jako przyczyna czynu, lecz jako skutek w sensie nie cnoty, lecz wspomnianego uczucia sentymentalności względem bliźniego, co jest zasadniczym rozminięciem się Kanta z chrześcijańską nauką o miłości ludzkiej oraz o miłości jako Boskiej cnocie wlanej w naszą wolną wolę.

Monogamia z racji „równości posiadania”

Według Kanta, „wzajemne posiadanie się” zarówno w sensie „osób”, jak i „równości posiadania” jest realnie możliwe „tylko w monogamii”, ponieważ w „poligamii zdobywa osoba, która się oddaje, tylko jedną część tego, któremu ona cała przypada i czyni się przez to po prostu rzeczą”. A przecież, Kant argumentuje, jeżeli człowiek – mąż lub żona – „nabywa jeden członek w człowieku”, to jest to „równocześnie nabycie całej osoby – ponieważ ta jest absolutną jednością”, stąd wniosek jego jest prosty: „oddanie i przyjęcie płciowości dla przyjemności drugiego nie tylko jest jedynie dopuszczalny pod warunkiem małżeństwa, lecz także pod tym samym warunkiem możliwy”.

„Konkubinat” jako „urzeczowienie” człowieka

Kant jest przeciwko konkubinatowi, ponieważ dochodzi do niego z racji „urzeczowienia osoby dla jednorazowej przyjemności (pactum fornicationis)”. To „urzeczowienie” „jednego członka do używania drugiego” jest z racji „nierozdzielnej jedności członków w jednej osobie” procesem zredukowania samej osoby do „rzeczy swawoli drugiego; stąd każda część może znieść zawartą umowę (konkubinacką) z drugą, jak mu się podoba” bez żadnych możliwości wniesienia „zażalenia” prawnego.

Dzieci nie są koniecznym „celem” małżeństwa

Kant mniema, iż „celem natury” ludzkiej jest „spłodzenie i wychowanie dzieci”, do którego „ona (natura) wszczepiła skłonność płci do siebie nawzajem”. Zdumiewająca jest jednak przy tym opinia filozoficzno-prawna Kanta, który myśli, że dla „człowieka, który zawiera małżeństwo”, a rzekomo „musi powziąć sobie ten cel”, taka finalność małżeństwa nie jest konieczna do „prawości tego jego zjednoczenia” małżeńskiego. Dlaczego? Ponieważ jeżeli powołanie dzieci do istnienia byłoby koniecznym warunkiem do ważności prawno-moralnej węzła małżeńskiego, to wtedy kiedy możliwość bytowa „spłodzenia dzieci zanika, małżeństwo rozwiązałoby się równocześnie samo przez się”. To jest sprzeczne z katolicką nauką o małżeństwie, która jako warunek ważnie zawartego małżeństwa stawia „gotowość do przyjęcia i wychowania potomstwa, którym Bóg obdarzy” małżonków.

„Prawo rodziców”

Z samego aktu „płodzenia w tej wspólnocie” małżeńskiej wynika „obowiązek utrzymania i zatroszczenia się” o ich „dzieci jako osoby”, które „tym samym nie mają prawa dziedziczenia, lecz pierwotnie wrodzone prawo do opieki przez rodziców, aż będą w stanie utrzymać się same”. Jest to „prawo (lege) bezpośrednie, tj. bez tego, że pożądany jest jakiś szczególny akt prawny” np. ze strony państwa. „Spłodzony” człowiek jest według Kanta „osobą”, ale patrząc od strony samego poczęcia, nawet wtedy, gdyby przyjęło się tezę o tym, iż „Bóg stwarza wolne istoty”, „nie jest on wolny”. Takim jest on pojęty tylko w „moralno-praktycznym” aspekcie „imperatywu kategorycznego”, czyli subiektywistycznie, a nie obiektywnie, jak uczy Kościół katolicki. „Koniecznie” należy uznać, że dziecko przychodzi na świat „bez jego zgody”, ale „własną mocą” rodziców, stąd ich „zobowiązanie” prawne tak dalece, jak to jest „dla ich sił” możliwe, troszczyć się o ich byt oraz by go „nie zniszczyć albo też przekazać tylko przypadkowi”, ponieważ dziecko jest nie tylko „istotą świata, lecz także obywatelem świata”, nie mówiąc już w sensie biblijno-eklezjalnym jako „dziecku Boga”, o czym jednak Kant tak nie myśli.

Ten „obowiązek” stanowi podstawę dla „prawa rodziców do władania i kształcenia dziecka” tak długo, jak długo nie potrafi ono samo „używać rozumu” czy innych „członków” swojego człowieczeństwa. Stosowne „odżywianie i troska o jego wychowanie” charakteryzuje rodziców prawych, ażeby ich dziecko mogło się „samo pragmatycznie” i „moralnie” „w przyszłości utrzymać i rozwijać”, w przeciwnym razie „wina” za „jego zaniedbania spadłaby na rodziców”. To wszystko rodzice powinni czynić aż do „czasu emancypacji” dzieci, czyli do ich wyjścia z domu.

Małżonkowie i dzieci jako „rzeczy”?

Wprawdzie Kant nadmienia człowieka jako „osobę”, ale interpretuje „dzieci” jako „równe rzeczom w posiadaniu rodziców”. Unika on przypisania tego prawa rodzica do dziecka do dziedziny „prawa rzeczowego”, ale nie zamieszcza go też w dziedzinie „prawa osobowego”, względnie cywilnego, lecz proponuje, by traktować je jako „prawo osobowe, ale rodzaju rzeczowego”, które według Kanta „koniecznie musi być dodane do prawa rzeczowego i osobowego”, co filozof z Królewca ilustruje porównaniem „zagubionych dzieci” do „zagubionych zwierząt domowych”. Tamte i te wolno traktować rodzicom jak „rzeczy”.

Problem urzeczowienia istnieje także w pojęciu małżeństwa w myśli Kanta: „Ja mogę kobietę, dziecko” „posiadać przez moją […] wolę jak długo oni […] istnieją”, a więc „prawnie: oni przynależą do mojego mienia”. On nie ukrywa, iż „nabycie” współmałżonka oznacza w praktyce małżeństwa traktowanie go jako „równego rzeczom”, które się „nawzajem nabywają” w aktach intymnego „naturalnego użycia” siebie nawzajem. Kant zalicza to prawo do „prawa osobowego”, ale na sposób prawa „rzeczowego”, co jest przejawem jego idealistycznej instrumentalizacji bytu człowieka jako osoby. Jakże aktualne są te stare już tendencje przesunięcia prawa małżeńsko-rodzinnego z cywilistyki do prawa rzeczowego.

Rozpad rodziny jako naturalny skutek

„Dzieci domu, które razem z rodzicami tworzyły rodzinę” po dojściu do „pełnoletniości” oraz do „zdolności utrzymania się samemu”, „wypowiadają ich dotychczasową zależność” i „stają się ich własnymi panami (sui iuris)” „bez szczególnego aktu prawnego”. Ponadto „dzieci […] nie są rodzicom za ich wychowanie nic dłużni” i na tej drodze dochodzi do „rozwiązania domowej społeczności, która była konieczna według prawa”. Poprzez to dzieci „zdobywają ich naturalną wolność”, zaś rodzice „ponownie ją odzyskują”, co tym samym oznacza faktyczny rozpad rodziny. A przecież w świetle klasycznego prawa naturalnego należy uwzględnić, iż dzieci poprzez fakt bycia współuprzyczynowionymi przez swoich rodziców na wieki pozostaną „zależne” w bycie zarówno od Boga Stwórcy, jak i swoich rodziców, co oznacza, że rodzina nigdy nie powinna się rozpaść, lecz ma swoją eschatologiczną przyszłość, ale pod warunkiem przeżywania tu i teraz (hic et nunc) jej sakramentalnej więzi z Panem wszechrzeczy, by dostąpić w wieczności pełnego oglądu Boskiego Oblicza i każdego innego bytu niebiańskiego w rzeczywistym, a nie zasadniczo zdeformowanym w sensie Kantowskiego idealizmu „Królestwie Boga”.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/140239, ... nta-4.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 18 lip 2015, 06:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Małżeństwo i rodzina według Nietzschego (1)

Obrazek
Zdjęcie: The Bellelli Family/Edgar Degas 1860-1862/ -


Artykuł ks. prof. Tadeusza Guza zamieszczony w „Naszym Dzienniku” w wydaniu sobotnio-niedzielnym, 18-19 lipca 2015 r.

W prawdzie małym, ale dla omawianej problematyki treściowo doniosłym epizodem jest list gratulacyjny Fryderyka Nietzschego wywodzącego się z domu o rodzinnych korzeniach niemiecko-polskich: ojca jako luterańskiego pastora oraz matki jako córki pastora, i w pierwszym roku studiów na Uniwersytecie w Bonn wskutek m.in. lektury pism Karola Darwina, Herberta Spencera, Davida F. Straussa, występujących przeciwko Jezusowi Chrystusowi jako Bogu, tracącego tę wiarę, dla Richarda i Cosimy Wagnerów z racji ich ślubu protestanckiego w dniu 25 sierpnia 1870 r., czyli w czasie trwania wojny francusko-niemieckiej, w której Nietzsche bardzo krótko aktywnie uczestniczy.

Zaskakujący przy tym jest fakt, iż Cosima jest z pochodzenia córką niesakramentalnej relacji katolickiej hrabiny francuskiej Marie Cathérine Sophie de Agoult z domu de Flavigny i katolickiego Franciszka Liszta, wybitnego pianisty i kompozytora. Zawiera ona jako katoliczka najpierw sakramentalne małżeństwo z katolickim Grafem Hansem von Bülow, uczniem Liszta i zarazem pianistą oraz dyrygentem, z którego wyrasta dwoje dzieci.

Cosima jednak, kilka lat po zapoznaniu Ryszarda Wagnera – ich „przyjaciela” domu – „rozwodzi się” najpierw ze swoim sakramentalnym małżonkiem von Bülow, a następnie porzuca wiarę katolicką i staje się luteranką, by móc „poślubić” w zborze protestanckim – praktykującym przecież zaślubiny pomiędzy mężczyzną i kobietą nie jako sakrament, lecz wyłącznie jako „umowę małżeńską” oraz dopuszczającym rozwód – o 20 lat starszego od siebie i także luterańskiego wyznania kompozytora niemieckiego Ryszarda Wagnera, na którego postawę religijno-moralną i twórczość muzyczną poglądy Nietzschego wywarły być może nawet istotny wpływ.

„Duch Lutra” genezą myśli Nietzschego

Sam myśliciel stwierdza jego „najintymniejszą zależność” własnej myśli od „ducha Lutra”, którego Nietzsche określa jako jedną z „największych głów” jego narodu, „prekursorem walki” z tym, co „romańskie”, czyli z wiarą rzymskokatolicką i tradycją grecko-rzymskiego myślenia, „wielkim dobroczyńcą”. Czymś „najbardziej znaczącym” w reformacji Lutra Nietzsche nazywa „obudzenie” „nieufności względem świętych i całej vita contemplativa”, co stało się racją dla „drogi niechrześcijańskiej vita contemplativa w Europie”. Z tej racji Nietzsche nazywa Niemcy „pierwszym niechrześcijańskim Narodem Europy”. Na tej podstawie ideowej dochodzi według niego do zatrucia „filozofii przez krew teologów”: „protestancki proboszcz jest dziadkiem niemieckiej filozofii, a sam protestantyzm jej peccatum originale”.

Marcin Luter jako źródło dramatu Nietzschego

Wskutek lektury dzieł historycznych Janssena, wskazanych mu przez słynnego historyka szwajcarskiego Jakuba Burckhardta, Nietzsche poszukuje „prawdziwego psychologa”, który „opowiedziałby o prawdziwym Lutrze”. Nietzsche krytykuje stanowisko filozoficzno-religijne Lutra, określając go „niemożliwym mnichem”, który wydał „święte Księgi każdemu” oraz „filologom”, odznaczał się „śmiertelną nienawiścią” wobec „papieża, świętych i całego stanu duchownego”. Według Nietzschego, Luter „zniszczył pojęcie Kościoła, odrzucając wiarę w inspirację soborów” przez Ducha Świętego.

Luter dokonał negacji sakramentów świętych Kościoła Chrystusowego poprzez zniszczenie „kapłana chrześcijańskiego” jako „świętego ucha, milczącej studni, grobu tajemnic” ludzkich serc. Nietzsche zarzuca Lutrowi uprzyczynowienie „powstania chłopskiego” z 1525 r., który w ten sposób doprowadził do zniszczenia „porządku społecznego”. Czyżby Luter stał się z powyższych racji główną przyczyną nihilizmu Nietzschego i wielu innych ludzi w wiekach nowożytnych?

„Bóg” jako „przebóstwiona nicość” jest „martwy”

Nietzsche mniema, iż człowiek ciągle na nowo poszukuje „jednej zasady”, z której pragnie wszystko wyprowadzić. Stąd też „sięga on za każdym razem po nicość i konstruuje nicość na ’Boga’”. Dlatego też należy odrzucić, według niego, także to wszystko, co stanowi o „chrześcijańskim pojęciu Boga”. Nietzsche nadmienia dla tego procesu czysto ludzkiego wiele racji, a oto niektóre z nich: „Największym nowszym wydarzeniem” jest to, „że Bóg jest martwy”. Dlatego też „my, filozofowie i wolne duchy, czujemy się przy tej nowinie, że stary Bóg jest martwy, jakby opromienieni nową zorzą poranną”, ponieważ „ten stary Bóg, w którego wierzył cały świat, już dłużej nie żyje”. Stąd „wiara w tego Boga chrześcijańskiego stała się niewiarygodną”, a „z naszego serca wypływają wdzięczność, zdumienie, rozumienie, oczekiwanie” na „ponownie wolny” i już przez Boga Objawionego w Chrystusie niczym nieograniczony „horyzont” „naszego morza”, na które „w końcu wolno wypłynąć naszym statkom” i „śmiać się” z tego, jak ten „Bóg” chrześcijan „rozrywany” jest „w człowieku”:

„Ten stary Bóg nie żyje już więcej: ten jest gruntownie martwy” i dlatego Nietzsche wzywa wszystkich ludzi, by nigdy nie stawali „przed Bogiem”, bo „ten Bóg umarł” i On właśnie, według niego, „był waszym największym niebezpieczeństwem”. Tak oto, po usunięciu Boga z wielu serc ludzkich, „dopiero teraz wyższy człowiek staje się […] panem!” Stąd nie zaskakuje wyznanie Nietzschego: „Chcemy, ażeby” tylko „ten nadczłowiek (Übermensch) żył” i zajął już więcej nieutracalne miejsce Boga Starego i Nowego Testamentu, którego „przezwyciężenie” Nietzsche rozumie jako „ostateczne” i czyniące nawet „dowód przeciwko istnieniu Boga” z racji rozprzestrzeniających się w Europie ateizmu i niewiary „zbędnym”.

Prostym „założeniem” jego jest, że nie istnieje „żaden Bóg” ani „w dziejach, ani w przyrodzie, ani poza przyrodą – lecz my to, co było czczone jako Bóg, odczuwamy nie jako ’Boskie’, lecz jako godne zmiłowania, jako absurdalne, jako zawstydzające, nie tylko jako błąd, lecz jako zbrodnię na życiu… My zaprzeczamy Bogu jako Bogu”, ponieważ jest „zakłamanym światem”. Na przykład św. Paweł Apostoł miał sobie rzekomo „wynaleźć Boga”, który według Nietzschego jest też „nieuleczalnym” „zakłamaniem”. A nawet wtedy, gdyby ten Bóg chrześcijan i jego egzystencja „zostały udowodnione”, to „jeszcze mniej wierzylibyśmy w niego”.

Morderstwo na „Bogu” największym „czynem” człowieka

Nietzsche wkłada w usta „szaleńczego człowieka” słowa, których historia po prostu nie zna: „Bóg pozostaje martwy! A myśmy go zabili! Jak pocieszymy siebie mordercy wszystkich morderców. Najświętsze i Najmocniejsze, co świat dotychczas posiadał, wykrwawiło się pod naszymi nożami […]. Nigdy nie zaistniał tak wielki czyn”, poprzez który „kościoły” stały się już tylko „kryptami i nagrobkami Boga” i wyśpiewują „Requiem aeternam deo”. To jest najważniejsza przyczyna nihilizmu tego tragicznego myśliciela, że w jego osobowej duszy dochodzi do tak radykalnego odrzucenia Boga aż po próbę całkowitego unicestwienia Absolutu, co jest jednak z faktu wieczności, a tym samym niezniszczalności Pana wszechrzeczy wykluczone, ale może stanowić wciąż aktualną pokusę dla wielu ludzi przeżywających kryzys wiary, a nawet występujących w ostentacyjnych atakach przeciwko Bogu i Jego Kościołowi dzisiaj, o czym świadczą prześladowania chrześcijan na globalną skalę.

Dla „bezbożnego” Nietzschego „Bóg” jest „kłamstwem”

Skoro „Bóg” Objawiony nie istnieje, to Jego „Prawda” jest „błędem, ślepotą, kłamstwem”. Nietzsche wyznaje: „My współcześnie poznający, my bezbożni i antymetafizycy” nie podzielamy „wiary chrześcijan, która była również wiarą Platona, że Bóg jest Prawdą, że Prawda jest Boską”, ponieważ ona jak sam „Bóg ukazuje się od dawna jako kłamstwo”. Dlatego trzeba „prawdę” jako „zakłamany świat” „znieść”, ponieważ nikt z „myślących nie potrzebuje już więcej hipotezy o jednym Bogu” jako Prawdzie, będąc w swojej naturze wymyśloną przez „kapłanów”. Twierdzą oni, że „istnieje jeden Bóg, który żąda od nas dobra”. On jest „Stróżem i Świadkiem każdej postawy, każdego momentu, każdej myśli, który miłuje nas, we wszelkim nieszczęściu chce naszego najlepszego” dobra, ale „takie prawdy nie istnieją” i okazują się jako „błędy”, poprzez które „człowiek wykrwawia się”.

Nietzsche przyznaje rację radykalnemu relatywiście Schopenhauerowi, który twierdzi, że „jeszcze nigdy religia jako dogmat albo jako obraz nie zawierała pośrednio lub bezpośrednio prawdy”. Dlatego Nietzsche traktuje „chrześcijańskie pojęcie Boga” w sensie Prawdy wiecznej jako jedno z „najbardziej skorumpowanych pojęć Boga, które zostały osiągnięte na ziemi”, ponieważ z „zasadą prawdy […] sprzeczne jest nasze doświadczenie w każdym momencie. My nie możemy właśnie w ogóle myśleć, o ile coś jest…”. Skoro każda próba „uczczenia prawdy jest już następstwem iluzji” i odrzucone jest przykazanie: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu twemu”, to „sens dla prawdy” „musi się legitymizować przez inną formę”, np. poprzez całkowicie zsubiektywizowaną „wolę władzy”. Wprawdzie Nietzsche raz po raz bierze to „słowo” o prawdzie „w usta”, ale dodaje, że „pogardza tym dumnym słowem” prawdy i odrzuca je: „nie, my nie potrzebujemy jej, my także bez prawdy dotrzemy do władzy i do zwycięstwa”.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ego-1.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 23 lip 2015, 10:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Psychopaci nauczają nas czym jest wolność i co trzeba czynić aby czuć się według nich wolnym. A więc trzeba przestać szanować człowieka, dzieci, nienarodzonych, pracujących, emerytów, ludzi inaczej myślących niż oni, trzeba odrzucić sumienie, moralność, wiedzę, kulturę, tradycję, rodzinę, dobre obyczaje, wiarę, prawdę, wychowanie i jeszcze parę innych rzeczy i wtedy można czuć się wolnym.
Wolnym od czego?
Od rozumu, od Boga, od miłości, od doskonalenia się, od dojrzewania, od człowieczeństwa, od dziedzictwa przodków, od pamięci o przodkach, od Ojczyzny, od narodu.
Wolnym do czego?
Do wiary w płeć społeczno - kulturową, do czczenia tęczy na Placu Zbawiciela, do zabijania nienarodzonych, chorych i starych, do okradania, do kłamstwa, do korupcji, do bezwzględności, do zbrodni, do samouwielbienia, do zboczeń seksualnych, do gorszenia dzieci, do bycia bogiem.


Wolność oczami Kopacz

Z Janem Dziedziczakiem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Rafał Stefaniuk.

„Zwycięstwo polskiej wolności” – tak podpisanie ustawy o in vitro podsumowała Ewa Kopacz. O walce z jakim przeciwnikiem mogło chodzić premier?
– Prawdopodobnie było to prywatne zwycięstwo Ewy Kopacz nad ciemnogrodem w Polsce. Ze słów premier bije paradoks. In vitro jest metodą eugeniczną, która zakłada selekcję zarodków. Część z nich skazuje się na wieczne zamrożenie. Dzieje się tak tylko dlatego, że nie zostały uznane przez laboranta za godne życia. Ciekawe, czy te zarodki również uważają, że jest to wolność. Ciekawe, czy polscy katolicy płacący podatki uważają, że finansowanie pod przymusem in vitro, zabiegu niezgodnego z ich sumieniem, też jest przejawem wolności. A może przejawem wolności jest spotkanie się premier z senatorami Platformy i łamanie ich sumień? Gratuluję takiej wolności!

Z kolei Bronisław Komorowski stwierdził, że nie jest prezydentem sumień. Dodał także, że polityka i sumienie powinny iść oddzielnie. Tak powinno być?
– Polityka i sumienie powinny zawsze iść w parze. Chyba że definiujemy politykę z perspektywy marksistowskiej lub makiawelistycznej, a więc brutalnej walki o władzę. Polityka w rozumieniu Katolickiej Nauki Społecznej jest roztropną troską o dobro wspólne. Jest miejscem rywalizacji różnych systemów wartości. Chodzi o to, aby system wartości, który jest najlepszy dla społeczeństwa, był wcielany w życie. Te słowa prezydenta Komorowskiego są fatalnym podsumowaniem jego prezydentury.

Prawo i Sprawiedliwość zaskarży ustawę do Trybunału Konstytucyjnego?
– Prawdopodobnie tak. Będziemy jeszcze o tym rozmawiać i będę do tego zachęcał kierownictwo partii. Osobiście nie wyobrażam sobie tej ustawy w takiej formie.

Komorowski zaskarżył jeden punkt ustawy do Trybunału. Zachowanie pro forma prezydenta?
– To jest dramatyczna próba udowodnienia, że Bronisław Komorowski nie jest prezydentem lewackim. Wykonuje więc pewne gesty w stronę środowisk konserwatywnych. Ustawa ta została uchwalona w jednej z najgorszych wersji w całej Unii Europejskiej. Stajemy tym samym w jednym rzędzie z najbardziej liberalnymi krajami Europy.

Senator Stanisław Iwan opuścił szeregi Platformy właśnie w związku z in vitro. To początek pewnej tendencji?
– Zobaczymy. Trzeba uważnie obserwować scenę polityczną. Jak dotąd parlament milczy, czy dojdzie do kolejnych ruchów w składzie Platformy. Ale nie można tego wykluczyć, gdyż pamiętajmy, że Ewa Kopacz spotykała się z senatorami z Platformy i łamała ich sumienia. Czasami w sposób brutalny. Widać są osoby, które chcą w życiu czegoś więcej niż tylko toczyć walkę o miejsca na listach wyborczych.

Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... opacz.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 25 lip 2015, 06:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Małżeństwo i rodzina według Nietzschego (2)

Obrazek
Pietro Cavallini, Ukrzyżowanie, ok. 1308 r. Zdjęcie: arch./ -


Dla Nietzschego „nową bajką” jest prawda o Bogu Objawionym jako „Miłości”, co jest konsekwencją odejścia od Boga jako Prawdy. Jest on świadomy tego procesu odrzucenia „dogmatów”, czego skutkiem jako „wiary pobocznej” jest wyakcentowanie „miłości”, względnie „miłości bliźniego”. Dla naszego „rozumu”, który według niego nie ma żadnego dostępu do poznania „celów Boga”, postawienie przed nim wyzwania o „Miłości Boskiej” jest czymś „pełnym sprzeczności” i „paradoksem”. Dlatego Nietzsche „wyrzuca z pojęcia Boga najwyższe Dobro”, ponieważ „ono jest niegodne Boga” ze względu na „istnienie grzechu tylko w Bogu”. Tak oto „Bóg Miłości” chrześcijańskiej okazuje się według Nietzschego „Bogiem najwyższej krótkowzroczności, diabelskości i niemocy” i dlatego „wszelka ’Prawda’, wszelka ’Dobroć’, wszelka ’Świętość’, wszelka ’Boskość’ w chrześcijańskim stylu” „rujnują ludzkość” i stanowią dla niej „wielkie niebezpieczeństwo” „zagłady”.

Nietzsche wyznaje: „Im bardziej odchodziło się od dogmatów, tym bardziej poszukiwało się równocześnie usprawiedliwienia tego odejścia w kulcie miłości człowieka”. Skoro Bóg nie istnieje, to człowiek „nazywa jego uczucie miłości Bogiem”, i to uczucie do „bliźniego”, który jest „przemieniany w Boga”. Jeżeli „założyłoby się”, że „Bóg” „jest nie tylko Bogiem Miłości, lecz także Bogiem Świętości i Bezgrzeszności”, to jakie „deliria” posiadaliby wtedy „asceci” chrześcijańscy, twierdząc m.in., że „On (Bóg) stwarza” dla „grzechu i grzeszników, i wiecznych potępień straszliwe miejsce wiecznej męki i wiecznego wzdychania, i wiecznej tęsknoty”. Realne istnienie piekła jako tragicznej przestrzeni odosobnienia od Boga i zarazem skutku upadku aniołów, którzy na wieki pogardzili miłością do Boga, innych aniołów, siebie samych i ludzi, jest zatem dla Nietzschego wymysłem zdeformowanej i chorej psychiki człowieka.

„Bóg, który jest wszystkowiedzący i wszechmocny”, nie daje możliwości poznania prawdy, skoro On dla Nietzschego w ogóle realnie nie istnieje, lecz jest produktem chorej umysłowości człowieka, który swoją niemoc życia usiłuje transcendować fałszywą myślą o Bogu wszechmocnym.

Nie „Bóg”, lecz człowiek „creator spiritus”

Nietzsche nawiązuje do Platona i jego „Boskiej dialektyki”, w której „jesteśmy mieszkańcami intelligibilnego świata Dobra” i jako tacy „pochodzący od Dobra” i jednocześnie zobowiązani względem tegoż „Dobra”, które Platon rzeczywiście utożsamia z Bogiem. W tej tradycji Nietzsche nadmienia o Kartezjuszu, który „ma pojęcie Boga” jako „Dobrego”, będącego „Stworzycielem rzeczy”. Natomiast w myśli Nietzschego zanika Prawda o Bogu jako Dobrym Stworzycielu, ponieważ on pojmuje „Boga” jako „dziadka grzechu”, a nie jako absolutnie Świętego Kreatora, który „wszystkie rzeczy stworzył dobrymi, tylko nie grzech”. Akceptacja „Boga” jako Stworzyciela byłaby dla niego „formułą dla wszelkiego zaprzeczenia ’doczesności’ dla wszelkiego kłamstwa o ’zaświatowości’”, czyli o wieczności, co byłoby w sumie „sprzecznością życia”, wyprowadzaną przez tzw. wierzących po prostu z samego „zera”, co czyni wyłącznie skorumpowana i „dekadencka” postawa i kultura ludzka.

„Stary Bóg” popełnił według Nietzschego największy „błąd”, stwarzając z „nudy” „człowieka” jako „rywala”, stającego się poprzez „naukę równym Bogu”. Warto nadmienić już tutaj, że Nietzsche mniema, iż „pierwszym błędnym chwytem” tegoż „Boga” „Biblii” jest stworzenie „człowieka” jako mężczyzny, ale jeszcze większym było stworzenie „kobiety”, będącej „w jej istocie żmiją”, poprzez którą „przychodzi wszelkie nieszczęście na świat” – także „nauka”. Co wtedy pomyślał ten „stary Bóg”? Z głębi swojego „strachu piekielnego” postanowił rozprawić się z „nauką” i „wypędził człowieka z raju”, aby ten „nie myślał”. Co więcej, tenże „Bóg” wymyślił „kapłana w sobie”, który „wynajduje nędzę, śmierć, zagrożenie życia ciąży, każdy rodzaj biedy, sędziwość, trudy, przede wszystkim chorobę – same środki w walce przeciwko nauce”.

Wprawdzie „nędza nie pozwala człowiekowi myśleć”, ale pomimo tego „dzieło poznania wznosi się w górę, szturmując niebo i wyciszając bogów”. Czego wtedy dokonał ten „stary Bóg”? Postanowił wymyślić „wojnę”, która „dzieli narody, On sprawia, że ludzie unicestwiają się wzajemnie”, co jest także „wojną” i „wielkim zakłóceniem nauki! Niewiarygodne!”. Dlatego też konieczna jest według Nietzschego „emancypacja od kapłana”, który za radą swojego „Boga” „zawsze potrzebuje wojny”. A skoro jego wpływ nie jest wystarczający, to „ten stary Bóg podejmuje ostatnią decyzję: ’człowiek stał się naukowy – nic nie pomoże, musi się go utopić’”.

Nietzsche przyznaje rację Lutrowi, gdy ten stawia tezę o tym, iż „sam Bóg nie może istnieć bez mądrych ludzi”, czyli Pan Bóg w swoim Bycie jest według nich „uwarunkowany”. Stojąc na resztkach gruntu tej protestanckiej wiary, określa on „Boga” Objawionego „iluzoryczną przyczyną” kosmosu i dlatego przy pytaniu o genezę człowieka daje następującą odpowiedź: „Człowiek” – „my nie wyprowadzamy już więcej człowieka od ’ducha’, od ’Bóstwa’, postawiliśmy go poniżej zwierząt. On jest dla nas ważny jako najmocniejsze zwierzę, ponieważ jest on najbardziej podstępny: jednym skutkiem tego jest jego duchowość”. Jaki jest w tej myśli nihilistycznej los prawdy o Bogu Odkupicielu?

Odrzucić Jezusa Chrystusa jako Boskiego „Zbawiciela”

Nietzsche nie ukrywa, iż „wraz ze stopniowym zanikiem dogmatów”, np. o stworzeniu świata przez Boga Starego i Nowego Testamentu, utracie ulegała w wielu ludziach „absolutna ważność wiecznego zbawienia osobowego”, czyli dogmat o zbawieniu upadłego stworzenia z wyjątkiem duchów piekielnych. Z jednej strony „śmierć Jezusa jest faktem”, ale z drugiej strony „Jezus Chrystus był możliwy tylko w krajobrazie żydowskim”. „Błędem Chrystusa” jako „założyciela chrześcijaństwa” było m.in. to, że „ludzie na niczym tak bardzo nie ucierpieli jak na ich grzechach – to był Jego błąd”, ponieważ według Nietzschego to Żydzi są „wynalazcami grzechu”, „ale chrześcijanie zrozumieli to, ażeby później ustanowić ich Mi- strzowi to prawo i uświęcić Jego błąd jako ’prawdę’”. „Grzech jest więc żydowskim uczuciem i żydowskim wynalazkiem”, a chrześcijaństwo, które kontynuuje tę „moralność”, zamierza „’użydowić’ cały świat”.

Należy odrzucić według niego „Boga biednych ludzi, Boga grzeszników, Boga chorych par excellence”, czyli odrzucić Boga jako „Zbawiciela” i „Odkupiciela”, który przez absolutnie bezinteresowny dar z siebie w Męce, Śmierci Krzyżowej i chwalebnym Zmartwychwstaniu i Wniebowstąpieniu otworzył na nowo bramy Królestwa Niebieskiego dla wszystkich wyznawców Boga chrześcijańskiego i wszystkich ludzi dobrej woli, o ile nie mieli możliwości poznania Chrystusa jako prawdziwego Mesjasza wszelkiego stworzenia. Nietzsche ubolewa, że „Chrystus na Krzyżu” pozostaje wciąż – nawet przez „nauki przyrodnicze” – nieprzezwyciężonym „najwyższym symbolem” chrześcijaństwa. „Ukrzyżowany jako Niewinny” jest dla Nietzschego „formułą jego osądzenia” i „Drogą do świętego bytu”, ale „człowiek chrześcijański neguje jeszcze najszczęśliwszy los na ziemi: on jest słaby, biedny, wystarczająco wydziedziczony, ażeby cierpieć w każdej formie życia. Bóg na Krzyżu jest klątwą (potępieniem) dla życia, wskazaniem palcem, ażeby być przez niego zbawionym”. „Ukrzyżowany” ze swoim bezpodstawnym „ruchem chrześcijańskim” „zwraca się do wydziedziczonych zewsząd” i „wstawia się za partią idiotów”, kompletnie zde- zorientowanych i chorych.

„Dobry Bóg, jak również diabeł: obydwaj są poronionymi płodami dekadencji”

Dla Nietzschego ani nie istnieje Osobowy Bóg w Trójcy Świętej Jedyny, ani osobowe istoty anielskie, ani upadłe duchy byłych aniołów na czele z szatanem, ani też naturalnie ludzie jako osoby. Zdumiewające, ale w pismach Fryderyka Nietzschego pojawiają się też realistyczne refleksje, jak np. ta, w której on, ogarnięty głębokim bezsensem swojej niewiary i walki z Bogiem prawdziwym, pyta też: „Co uczynił duch niemiecki z chrześcijaństwa? – I że ja zatrzymałem się przy protestantyzmie […]! Czy jest jeszcze” możliwą „do pomyślenia duchowo bardziej otępiała, leniwa, rozczłonkowana forma wiary chrześcijanina aniżeli ta przeciętnego protestanta niemieckiego?”.

Co więcej, Nietzsche demaskuje przy tym nieprawdziwość kilkuwiekowego mitu o daleko idącej korupcji w Kościele średniowiecza, twierdząc, iż „w czasie […] kiedy tutaj powstawała reformacja, Kościół w Niemczech był najmniej skorumpowany”. Godnymi podkreślenia są te przebłyski szczerości i obiektywizmu Nietzschego – także w kwestii jego zwrotu „przeciwko chrześcijaństwu”, iż nie posiada on „racji” rozumowych i duchowych w ogóle, lecz „teraz decyduje nasz smak przeciwko chrześcijaństwu” katolickiemu. Jak funkcjonuje ten chyba najważniejszy osobisty problem wiary w Boga Nietzschego, warto uze- wnętrznić na przykładzie rozumienia wolnej woli każdego człowieka – nawet po grzechu pierworodnym tylko osłabionej w swoim dążeniu do dobra jako dobra, a zatem także w relacji do transcendentnego Boga jako Boga, którą Marcin Luter całkowicie zanegował, postulując istnienie już tylko istotowo „zniewolonej woli” i całej natury ludzkiej.

„Wola do dobra” „najniebezpieczniejszą ideologią”

„Być może nie istniała dotychczas żadna niebezpieczniejsza ideologia […] jak wola do dobra”. Ona właśnie sprawia, że „chrześcijanin […] rozumie naturę jako złą, człowieka za skorumpowanego, dobro bytu jako łaskę (to znaczy za niemożliwe dla człowieka)”, co jest rzeczywiście typowe dla protestanckiego chrześcijaństwa, dla którego faktycznie „dobro i zło” są „ideologią”, ponieważ „wolność” należy rozumieć „jako pozytywną władzę, jako wolę do władzy”.

Co więcej, Nietzsche wysoko ceni „znaczenie filozofii niemieckiej (Hegel)”, że „wymyśliła panteizm, w którym zło (moralne), błąd i cierpienie nie są odczuwane jako argumenty przeciwko Boskości”, lecz stanowią jej „część”. Nietzsche nazywa tę idealistyczną filozofię Hegla „genialną inicjatywą”, w której „diabeł jest pierwszym synem boga” Heglowskiego. A zatem „zło”, „śmierć” i cały „świat” są „synami bożymi” poprzednika ideologicznego Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, a zatem także dialektyki socjalizmu rasistowskiego Adolfa Hitlera i Trzeciej Rzeszy Niemieckiej.

„Wprawdzie człowiek wierzy, że jego zły stan jest następstwem […] jego grzechu” i że tylko „Bóg może to uczynić”, czyli „wybawić” go ze zła. Ale ten „instynkt” zbawienia jest w gruncie rzeczy „niszczycielem”, „niebezpiecznym bezsensem, systemem zawstydzania”, który jest zakłamywany przez „kapłana” katolickiego, głoszącego, iż prawda o zbawieniu przez Boga Objawionego jest „święta, nietykalna”, by „żyć w Jego służbie”, ponieważ tylko sam Pan Bóg może być „sprawcą tej sztuki uzdrawiania: tylko jako Objawienie zbawienie jest pojmowalne jako akt łaski, niezasłużony dar, który jest uczyniony dla stworzenia”. Dla Nietzschego „te ’stany zbawienia’ w chrześcijaninie są po prostu zmianami jednego i tego samego stanu chorobowego”, a wszystko inne, czyli np. wyjaśnienia nauki katolickiego chrześcijaństwa, jest „religijnym obłędem”.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/140987, ... ego-2.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 01 sie 2015, 06:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Małżeństwo i rodzina według Nietzschego (3)

Obrazek
Ostatnia Wieczerza, Leonardo da Vinci, 1495–1498 Zdjęcie: arch./ -


Co ten tragiczny myśliciel powiada na temat Kościoła, jeżeli o Jezusie mówi jako o „tym świętym antychryście”, a o historii Jego życia na ziemi jako wcielonego Syna Bożego jako o „świętej bajce”, ponieważ to sam „Jezus zakwestionował przepaść między Bogiem i człowiekiem”, on jako „jeden Syn Boga” „żył tą jednością Boga i człowieka jako jego ’dobrą Nowiną’”, czego w żadnym przypadku „nie” należy traktować jako Jego „specjalnego prawa”, lecz jako „produkt zemsty” chrześcijan analogicznie do Żydów, którzy „z zemsty na ich nieprzyjaciołach” wymyślili „jednego Boga”. Stąd „chrześcijanin jest” dla Nietzschego „tylko Żydem ’wolniejszego’ wyznania”.

„Założyciel chrześcijaństwa” „hańbą” ludzkości

„Prawdziwą hańbę” Nietzsche usiłuje włożyć na święte Bosko-człowiecze ramiona Jezusa z Nazaretu jako „Założyciela chrześcijaństwa”, który według niego, „sfabrykował dzieje zbawienia, osobowego Boga, osobowego Zbawiciela, osobową nieśmiertelność”. W miejsce „teraz i zawsze, tutaj i wszędzie”, czyli w miejsce świata w jego czaso-przestrzeni Fryderyk Nietzsche ośmielił się wprowadzić „legendę zbawienia” człowieka do życia pozaświatowego i wiecznego.

Ale to wszystko znalazło swój koniec według Nietzschego „wraz ze śmiercią na Krzyżu” Jezusa jako „Boga”. Z jednej strony w usta „szaleńczego człowieka” (Nietzsche był leczony psychiatrycznie przez wiele lat) wkłada on słowa: „Zabiliśmy go – wy i ja! My wszyscy jesteśmy jego mordercami!”, ale z drugiej strony pyta tenże „obłąkany” „morderca”, nie znajdując żadnej pozytywnej odpowiedzi: „Czy nie błądzimy jakby w nieskończonej nicości? […] Jak pocieszymy się, mordercy wszystkich morderców? […] kto obmyje z nas krew? Jakimi wodami moglibyśmy się obmyć? Które uroczystości pojednania, które święte gry będziemy musieli wymyśleć? […] Czyż nie musimy sami stać się bogami?”.

Tak, Nietzsche ma rację, gdy nolens volens występuje przeciwko fałszywym bogom m.in. Lutra, Kanta, Straussa, Hegla, Schellinga, Darwina, Marksa, Engelsa, Schopenhauera i Milla, ale błądzi radykalnie, gdy ogłasza fałszywy wyrok śmierci nad wiecznie żyjącym Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba, czyli nad Objawionym Bogiem Ojcem w wiekuistym Synu-Słowie Boga Ojca oraz Duchem Świętym. Za „absurdalną odpowiedź” Nietzsche uznaje słowa, iż to sam „Bóg dał swojego Syna jako Ofiarę dla przebaczenia grzechów”, ponieważ według niego „sam Jezus skasował pojęcie ’winy’”. Podobnie stało się z innymi prawdami chrześcijańskimi, że to Chrystus je wszystkie jak np. „naukę o sądzie, o ponownym przyjściu, naukę o śmierci jako śmierci-ofierze, naukę o zmartwychwstaniu wykasował, z którą powiązane jest pojęcie ’błogosławieństwa’”. Dlatego konsekwentnie św. Pawłowi, którego pogardliwie nazywa „Geniuszem w nienawiści”, zarzuca rozpowszechnianie wielu „kłamstw”, m.in. tego „o ’zmartwychwstałym’ Jezusie”.

Ewangelia Jezusa „trucizną”

Nauka Ewangelii Jezusa nazwana jest przez Nietzschego „trucizną”, a w „całym Nowym Testamencie występuje po prostu jedyna figura, Piłat, którą musi się czcić”, ponieważ Piłat wprawdzie tylko „jednym słowem ubogaca Nowy Testament, które ma wartość – które jest jego krytyką, samym jego (Nowego Testamentu) unicestwieniem: ’Co to jest prawda!’”. Przypominanie prawdy o powołaniu człowieka do wieczności „Królestwa Niebieskiego” w jego nieśmiertelności ducha i duszy oraz po Dniu Ostatecznym także w uwielbionym ciele klasyfikowane jest przez Nietzschego totalnie negatywnie: „Wielkie kłamstwo o osobowej nieśmiertelności niszczy każdy rozum” i dlatego „każdemu Piotrowi i Pawłowi przyznana ’nieśmiertelność’ jest najgorszym zamachem na szlachetną ludzkość” oraz „najbardziej godną pogardy […], bezwstydną nauką”.

„Obłąkany człowiek”: „Kościoły” uczynić „nagrobkami Boga”

Wspomniany „człowiek” Nietzschego, który stał się w sposób świadomy i wolny „mordercą” Boga, za następny najważniejszy cel uznaje „wdarcie się do różnych Kościołów”, aby „zaintonować Wieczny odpoczynek Bogu”, a same Kościoły zredukować do cmentarnych pomników Boga. Słowa te wypowiada ten „obłąkany człowiek” po prowokacji przeciwko Bogu na rynku, aby po wypowiedziach jego rzekomego poszukiwania Boga: „Szukam Boga! Szukam Boga!”, doprowadzić u „wielu” tam stojących, którzy „nie wierzyli w Boga”, do „wielkiego ośmieszenia” i dalszego wyszydzania Pana wszechrzeczy, których poglądy Nietzsche podziela, twierdząc, że „nie istnieją żadne wieczne fakty, tak jak nie istnieją żadne absolutne prawdy”, a „więc wszystko stało się”. Dlatego też sam Kościół powinien ograniczyć się wyłącznie do akceptacji Nietzscheańskiej proklamacji „śmierci Boga”.

„Eutanazja chrześcijaństwa”: „Bóg chrześcijańsko-moralny jest nie do utrzymania”, stąd konieczność „ateizmu”, ponieważ „chrześcijaństwo było próbą […] zanegowania świata”, co było tożsame z „zamachem obłędu”, czyli „szaleńczym samowywyższeniem się człowieka w stosunku do świata”.

Dlatego też ostatecznie tylko „nihilizm” jawi się Nietzschemu jako „konsekwencja dotychczasowej interpretacji wartości egzystencji” w ogóle. „Nic nie byłoby pożyteczniejszym i bardziej” godnym „wspierania jak konsekwentny nihilizm czynu”, twierdzi Nietzsche, który najpierw musi się rozprawić z „połowicznością religii jak tej chrześcijańskiej, wyraźniej, Kościoła, który zamiast dodawać odwagi do śmierci i do samozagłady, chroni wszystko niedorozwinięte, chore i przedłuża swoje własne istnienie”. „Nie można wystarczająco potępić chrześcijaństwa, ponieważ ono pozbawiło wartości taki oczyszczający wielki ruch nihilizmu […] przez myśl nieśmiertelnej osoby prywatnej”, co jest tym samym: „przez nadzieję zmartwychwstania: krótko, zawsze przez powstrzymywanie przed czynem nihilizmu, samobójstwem”.

Dlatego też „kapłan, duszpasterz” są „formami egzystencji do odrzucenia”, ponieważ oni m.in. ochraniają za wszelką cenę każdego przed niebezpieczeństwem śmierci duchowej bądź fizycznej poprzez wymyślanie „ideałów”: „’niewinność’: tak nazywają oni idealny stan ogłupienia; ’błogosławieństwo’: idealny stan lenistwa; ’miłość’: idealny stan zwierzęcia stadnego, które nie chce mieć żadnego nieprzyjaciela. Tym samym wyniesiono wszystko, co człowieka poniża i deprawuje, do ideału”.

Jezus jako „prymitywny Cudotwórca”

Prawdziwość „wiary” nie zostaje udowodniona przez „cuda” ani „przez Pismo”, co dla Kościoła katolickiego jest fundamentalnie ważne dla stwierdzenia prawdziwości wiary, lecz dla Nietzschego o protestanckim pochodzeniu religijnym „jedynie praktyka protestancka prowadzi do Boga, ona jest właśnie ’Bogiem’!”. Dlatego Nietzsche nie potrzebuje Boga Objawienia?

„Ewangelia” Jezusa nie zajmuje się już więcej „judaizmem pojęć: ’grzech’, ’przebaczenie grzechu’, ’wiara’, ’zbawienie przez wiarę’ – ta cała żydowska nauka Kościoła była w ’Dobrej Nowinie’ zakwestionowana”. Skoro człowiek pojęty jest w protestantyzmie jako „część” Boga chrześcijańskiego, to nie potrzebuje ani cudów, ani sakramentów „prymitywnego Cudotwórcy” z Nazaretu, bo np. sakrament „Ostatniej Wieczerzy”, który stoi zapisany w „Księgach-Historiach” nie odbywa się już poprzez partycypację Kościoła pielgrzymującego w wiecznym Królestwie Boga, lecz wyłącznie w królestwie ziemskim „wyższego człowieka – Pana!”, który „zmartwychwtsał”, od kiedy „Bóg” chrześcijański „leży w grobie”.

„Uwieczniony Piotr” „prymitywnym bezsensem”

Nietzsche mniema, iż „Jezus”, który buduje swój Kościół na Piotrze i kolegium apostołów oraz ich pomocnikach, czyli na „kapłanach”, „zwalcza” „hierarchię wewnątrz wspólnoty”, czyli przekreśla tym samym apostolski charakter swojego dzieła. To świadczyłoby o sprzeczności w Jezusie i dlatego nie jest prawdą. Ma on jednak rację w tym sensie, że „zamach na kapłanów i teologów […]” jest także zamachem „na Kościół”, ale niestety w myśli Nietzschego „słusznym”. Być może jedyną zasługą „uczniów” Jezusa jest fakt „przetłumaczenia” jego „całkiem w symbolach i nieuchwytności rozpływający się byt”, ażeby w ogóle móc „trochę zrozumieć” według Nietzschego całkowicie mętnego nauczania Mistrza z Nazaretu. Skąd taka niejasność nauki Chrystusowej?

„Kościół” jako „suma” „chorego barbarzyństwa”

„Nasza epoka” pragnie uczynić „bezsens wiarygodnym, że na początku chrześcijaństwa stoi grubiański Twórca cudów i bajka o Zbawicielu”. Wewnętrzna wymowa tych „dziejów” tylko człowieka Jezusa, czyli „wszystko duchowe i symboliczne jest późniejszym rozwojem” gmin chrześcijańskich, jak twierdzili m.in. Strauss, Hegel i inni krytycy historyczni Pisma Świętego. W miarę upływu czasu i osiągania coraz to bardziej „niedojrzałych mas” ludzkich „potrzebnym” było według Nietzschego, aby „wulgaryzować i uprymitywniać chrześcijaństwo”, które „połknęło nauki i ryty wszelkich podziemnych kultów imperium rzymskiego”, czyli „bezsens wszelkiego rodzaju chorego rozumu”. Nietzsche twierdzi, iż ten proces jest nawet „konieczny” ze względu na „chorą, niską i wulgarną” strukturę samej „wiary” chrześcijańskiej.

Dlatego też „Kościół” pojęty jest według niego jako „śmiertelnie nieprzyjacielska forma względem każdej prawości, każdej wielkości duszy, każdej karności ducha, każdej wspaniałomyślnej i dobrotliwej ludzkości”. Nietzsche zwraca się przeciwko „wszystkim pojęciom Kościoła”, które traktuje jako „najgorsze faryzejstwo” i stąd jego radykalny atak oraz odrzucenie całej społeczności Bosko-ludzkiej „Kościoła” Chrystusowego jako „chorego barbarzyństwa”.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/141349, ... ego-3.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 08 sie 2015, 06:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Małżeństwo i rodzina według Nietzschego (4)

Obrazek

Czym Nietzsche, prezentujący siebie nie tylko jako „okazyjnego adwokata diabła”, lecz co więcej, „nieprzyjaciela Boga”, zastąpi tak radykalną negację Boga chrześcijańskiego i Jego Kościoła św. o sakramentalnej strukturze jako Ciała Mistycznego wcielonego Syna Bożego Jezusa Chrystusa, jeżeli nazywa on Kościół „katolickim domem obłąkanych”, który ad „’maiorem dei honorem’ kanonizował tylko wariatów i największych kłamców”, a całe „chrześcijaństwo” z największą pogardą dyskredytuje jako „dotychczas największe nieszczęście ludzkości”? Dlatego, według niego, „nie do przecenienia są tutaj prześladowania chrześcijan”, ponieważ „chrześcijaństwo jest formą rozpadu starego świata”, pogrążonego „w najgłębszej niemocy”.

Jakżeż są te słowa Nietzschego o prześladowaniu uczniów Chrystusa i dzisiaj aktualne, kiedy dokonuje się być może największe prześladowanie chrześcijan w całych dotychczasowych dziejach świata! Czyżby świat islamski potrafił rozegrać tę sprzeczność pośród samych chrześcijan wprawdzie z taką wręcz bestialską brutalnością, ale na swoją korzyść? Czyżby najważniejszym słowem dramatycznej myśli Nietzschego był „nihilizm”?

Ubóstwienie „nihilizmu” zamiast Boskiego „chrześcijaństwa”?

Nietzsche pyta sam siebie: „Nihilizm stoi przed drzwiami: Skąd przychodzi do nas ten najbardziej przerażający ze wszystkich gości, który odrzuca ”Boga„ jako ”Prawdę„, promuje ”zwątpienie w moralność„, tzn. w ”wartość, sens, życzeniowość„ oraz w ”ludowe ideały: mądrego„ czy ”świętego„? Głównej przyczyny nihilizmu upatruje on w wymyśleniu ”imaginacyjnych przyczyn„, takich jak np. ”Boga„ ”chrześcijaństwa„ oraz Kościoła jako wspólnoty Bosko-ludzkiej, które jako ”świat fikcyjny„ ”fałszują, pozbawiają wartości i negują rzeczywistość„ jak choćby realność ”narodu„. Stąd należy przede wszystkim poddać ”krytyce pojęcie Boga chrześcijańskiego„, którego poprzedza ”Bóg Izraela„, ażeby ”naród, który jeszcze wierzy w siebie, miał swojego boga„. Po co? Po to, aby móc wyrazić wdzięczność. Ale powstaje pytanie: komu?

Skoro Nietzsche interpretuje całą treść ”religii„ jako ”formę wdzięczności„ ”swojemu bogu„, tzn. dokładniej, ”sobie samemu„, względnie ”swojemu narodowi„, to religijność oznacza wtedy, iż ”jest się dla siebie samego wdzięcznym: do tego potrzebuje się boga. Taki bóg musi móc być pożytecznym i szkodzić, musi móc być przyjacielem i wrogiem – podziwia się go w dobrym i złym. Przeciwna naturze kastracja boga do boga tylko dobrego leży tutaj poza wszelką życzeniowością. Potrzebuje się boga złego tak jak dobrego„, twierdzi Nietzsche, który bez wątpienia z tymi poglądami stoi u samych źródeł ideologii Trzeciej Rzeszy Niemieckiej w postaci socjalizmu usiłującego ubóstwić ”rasę nordycką„ jako ”boga„ (Alfred Rosenberg).

Czyż w tym samym ciągu ideologizacji myśli katolickiej nie stoją, niestety, dzisiaj poglądy niektórych współczesnych myślicieli niemieckich z katolickiego Kościoła nad Renem, którzy na synodzie biskupów w Rzymie domagają się ”Komunii św.„ i innych sakramentów św. dla ”rozwiedzionych i żyjących w innych związkach osób„? Czyżby chodziło przy tym o innego ”boga„, i to ”narodowego„, który jest ”inny„ aniżeli ten Objawiony w Jezusie Chrystusie jako absolutnie uniwersalnym Mesjaszu i interpretowany obiektywnie przez doctrina sacra Magisterium Kościoła św. zbudowanego na św. Piotrze, a przecież nawet dla świadomości przeciętnego katolika na całym okręgu ziemskim taki fałszywy ”bóg„ nie istnieje?

Powracając do Fryderyka Nietzschego, czy on sam nie ma żadnych obaw w tym rozpaczliwym marszu ku nihilizmowi?

”Wieczna nicość„ ”najbardziej paraliżującą myślą„

Jeżeli ”trwanie„ życia człowieka i realnego świata traktowane jest niekiedy według Nietzschego jako ”komedia bez końca„, to pomimo wszystko rozumienie ”egzystencji„ ludzkiej jako bytu ”bez celu„ i ”nadaremnie„ stanowi ”jedną z najokropniejszych form„ istnienia. Z tego rodzi się ”najbardziej ekstremalna forma nihilizmu: nicość (’bezsensowne’) wiecznie!„. Czy Nietzsche wyciąga z tego konstruktywny wniosek? Czy pragnie przezwyciężyć w jakiejkolwiek formie tę radykalnie negatywną perspektywę nihilistycznego ”paraliżu„ wskutek obiektywnej straty najwyższych dóbr jak: Boga i nieśmiertelności oraz każdego typu doskonałości duszy i ducha oraz osoby i ciała ludzkiego?

”Ewangelią przyszłości„ ”nihilizm„!

Wprost przeciwnie, Nietzsche określa siebie jako ”pierwszego doskonałego nihilistę Europy, który ten nihilizm już sam w sobie przeżył do końca, który ma go za sobą, pod sobą, poza sobą„ oraz który jako jedyny może nosić tytuł ”ewangelii przyszłości„. Jej istotę stanowi ”wola do władzy„, tzn. ”próba przewartościowania wszystkich wartości„, co niejako ”ten doskonały nihilizm„ prześcignie, ale to właśnie nihilizm jest jej ”logicznym i psychologicznym warunkiem„.

Ta nowa ”ewangelia„, a nowa dlatego, że tamta stara ”Ewangelia„ Jezusa z Nazaretu ”jest niczym więcej jak typową nauką socjalistów„, może się zrodzić ”tylko na nim (nihilizmie) i z niego„ i dlatego jest on ”konieczny„. To nie jest żadna forma kryzysu, jak chcieliby tego np. chrześcijanie katoliccy, lecz wprost przeciwnie ”nihilizm jest do końca pomyślaną logiką naszych wszystkich wielkich wartości i ideałów„. Stąd najpierw należy ”przeżyć nihilizm, ażeby dotrzeć tam, czym była wartość tych ’wartości’… Kiedyś są nam potrzebne nowe wartości…„. Jak je osiągnąć? Między innymi poprzez pojęcie ”państwa„ jako ”zorganizowanej niemoralności„ i odpowiednio niemoralnej ”policji, prawa karnego, stanów, handlu, rodziny„, a także poprzez postawę ”woli do władzy, do wojny, do zagarnięcia, do zemsty„. Należy ”odłożyć cnoty posłuszeństwa, obowiązku, miłości ojczyzny„ i ”zachować dumę, surowość, moc, nienawiść„, które ”sprzeciwiają„ się etyce chrześcijańskiej, ale są ”konieczne„ do przygotowania się w ”dwóch następnych wiekach„, tzn. XX i XXI, na ”nadejście nihilizmu„ jako jedynie prawdziwej ”ewangelii przyszłości„ dla ”naszej całej kultury europejskiej„, stwierdza z żelazną konsekwencją Fryderyk Nietzsche – nihilista par excellence.

”Nihilizm fundamentalny„

Potęgowanie się nihilistycznego charakteru myśli Nietzschego polega na tym, że człowiek z jednej strony nie pozostaje po prostu przy ”negacji, przy nie„, lecz co więcej, z drugiej strony ”pojmuje te dotychczas zanegowane strony egzystencji nie tylko jako konieczne, lecz jako godne życzenia: i nie tylko jako godne życzenia w aspekcie dotychczas afirmowanych stron […], lecz ze względu na nie same, jako mocniejsze, owocniejsze, prawdziwsze strony istnienia, w których się jaśniej wyraża jego wola„. Ten typ nihilizmu przyznaje zasadzie zła jako zła – ono jest tutaj ontologizowane, a nie zrozumiane jako negacja rzeczywistości – priorytet bytowy, poznawczy i moralny przed zasadą dobra, by wypowiedzieć swoje ”dionizyjskie ’tak’ względem świata, jakim on jest, bez redukcji, wyjątków i wyborów„.

Nihilizm moralny ”najwyższą kulturą„

W ”całkiem konkretnej interpretacji„ rzeczywistości, tj. w ”chrześcijańsko-moralnej, tkwi nihilizm„, mniema Nietzsche oraz dodaje, że ”kto pozwala utracić Boga, ten„ – najpierw – ”tym surowiej trzyma się wiary w moralność„. O jaką moralność chodzi? Otóż według niego ”człowiek […] potrzebował wcześniej Boga„, aby otrzymać ”usprawiedliwienie zła„, ale obecnie likwiduje on ”wojnę przeciwko złu„, ponieważ nie poszukuje już więcej wybawienia z jakiegoś ”zła„. Jego moralność nihilistyczna ”inspiruje„, względnie ”fascynuje go nieładem świata bez Boga, światem przypadku, w którym to, co okropne, niejasne, gorszące, należy do istoty„ jego.

Co więcej, Nietzsche wyznaje: ”Cała moralno-religijna interpretacja jest tylko formą poddania się złu„ moralnemu, czyli osobowo patrząc, szatanowi. Ten nihilistyczny trend etyczny nazwany jest tutaj ”symptomem najwyższej kultury„.

Ideologia ”nadczłowieka„ jako wcielenie ”szatana„

”Nie człowiek„ jako człowiek ”leży mi na sercu„, lecz wyłącznie ”nadczłowiek„ – ”ten jest moim pierwszym i jedynym„. Nietzschemu nie chodzi o człowieka jako ”bliźniego, najbiedniejszego, najbardziej cierpiącego, najlepszego„. Dlaczego? Ponieważ według Nietzschego ”ci mali ludzie: ci są największym niebezpieczeństwem nadczłowieka„. Ten tragiczny myśliciel dopowiada: ”O, moi bracia, co ja mogę miłować w człowieku, to jest, że jest on przejściem i unicestwieniem„ i tylko wtedy, gdy ”wy wyżsi ludzie pogardzacie, to czyni moją nadzieję„. Dlaczego?

”Człowiek jest zły„ – ”tak mówili mi na pocieszenie najmądrzejsi„, ponieważ ”zło jest najlepszą mocą człowieka„ i dlatego ”nauczam„, ”że to, co najbardziej złe, jest potrzebne człowiekowi do tego, co najlepsze„. ”’Ja’ zniewala i zabija. […] Ono chce jego boga urodzić i całą ludzkość oglądać u jego stóp„. To jest Nietzscheański postulat konieczności szatana. Natomiast ”błędem dziedzicznym filozofów„ jest rozumienie ”’człowieka’ jako aeterna veritas„, czyli jako ”pozostającego tym samym we wszelkim strumieniu„ zmian, nie przyznając, że ”człowiek stał się, że także władza poznawcza stała się„ i wszystko, co jest, jest procesem w czasie i przestrzeni świata. Także ”wszystkie nasze organy poznania i zmysły są rozwijane ze względu na warunki utrzymania i rozwoju„, ale tylko wewnątrz tego świata.

”Nihilizm czynu„ a ”chrześcijański dyletantyzm Lutra„

Nietzsche bardzo trafnie zauważa w postawie ”Lutra„ i ”reformatorów„ ”najbrutalniejsze […] instynkty, które istnieją„, polegające na interpretacji ”każdorazowego czynu„ jako ”grzechu„ oraz pochodzącego ”od diabła„, co ogranicza życie ludzkie do ”bezczynności„ poprzez ”absolutne odwrócenie się od siebie samego, zanurzenie się w przeciwieństwo, tylko jako iluzja (’wiara’) ich egzystencja była do wytrzymania„, natomiast ”czyny„ nie posiadają w protestantyzmie żadnej relewancji przed Bogiem. Sprzeczne byłoby to z zasadą Lutra ”sola fides„ – ”jedynie wiara„.

W swoim nihilistycznym projekcie Nietzsche twierdzi, że ”nic nie byłoby pożyteczniejsze i bardziej do wspierania jak konsekwentny nihilizm czynu„, który ujawnia się niekiedy w osłabionej formie ”pesymizmu„ i pewnych ”fenomenów chrześcijaństwa„: ”Jesteśmy dojrzali, aby nie być; dla nas rozumnym jest, aby nie być„. Ale to dotyczy tylko ”natury selektywnej„, a nie wszystkich. Jak zatem przekonać wszystkich z ”naukową sumiennością„, pyta Nietzsche, aby przeszli na stronę ”surowszej formy zaraźliwego nihilizmu„, który ”naucza i praktykuje wolną śmierć (a nie słabsze wegetowanie przed siebie ze względu na fałszywą postegzystencję)„ w nieprawdziwym dla niego wiecznym i doskonałym Królestwie Bożym jako życiu wiecznym z Bogiem i mieszkańcami Nieba? Dla Nietzschego najważniejsze jest w tym typie nihilistycznej myśli, aby uczyć się ”zabijania w pełni żądzy„, ponieważ do ”życia„ jako życia przynależy ”zabijanie„.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/141775, ... ego-4.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 17 sie 2015, 06:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Czytając artykuły ks. prof. Tadeusza Guza można prześledzić i zrozumieć jak nawarstwiała się patologia ideologiczna od czasów Lutra do chwili obecnej. Wynaturzenia formułowane przez kolejnych wymyślaczy rzeczywistości, zaczęły ludziom przysłaniać prawdziwą rzeczywistość i stopniowo sprowadzać ich do rzeczywistości urojonej. Dzisiejsze podejście do człowieka, do rodziny, do narodów, jest kulminacją wszystkich patologii jakie miały okazję pojawić się i rozwinąć, niczym tkanka nowotworowa na zdrowym ciele zdroworozsądkowej rzeczywistości.
Patologia rodzi coraz większą patologię, a efekt patologizacji naszego życia, niechybnie obróci się w sposób tragiczny przeciwko nam. Nam zwykłym ludziom.


Małżeństwo i rodzina według Nietzschego (5)

Obrazek

Nihilistyczne religie razem wzięte„ tworzą ”usystematyzowane historie chorób pod religijno-moralną nomenklaturą„, które należy zdemaskować dzięki nihilizmowi jako nihilizmowi. Jak to jest możliwe?

Skoro Nietzsche definiuje ”wiarę„ jako czysto subiektywistyczny akt ludzki, czyli jako wewnętrzne życzenie, a nie jako obiektywną łaskę Boga prawdziwego, wlaną w ludzki rozum w celu poszerzenia jego poznania Prawdy w ogóle, to konsekwentnie ”wiara jest„ wyłącznie ”uznaniem czegoś za prawdziwe„. A wtedy dochodzi on do ”ekstremalnej formy nihilizmu„ jako ”wiedzy: że każda wiara, każde uznanie czegoś za prawdziwe jest fałszywe, ponieważ nie istnieje żaden prawdziwy świat„, a tylko ”perspektywistyczny pozór, którego pochodzenie leży w nas„ ze względu na to, iż ”my wciąż potrzebujemy węższego, skróconego, uproszczonego świata„.

Nietzsche zdaje sobie sprawę z tego, jak niebezpieczne jest to balansowanie człowieka na linie nihilizmu, czyli równoczesnego uznania ”konieczności kłamstwa„, ale ”bez unicestwienia„ samego siebie i tego nawet ”ciasnego świata„, czego sam doświadcza jako ”szoku„, jak pisze w 1876 roku, gdy zrozumiał, ”dokąd chciał dążyć Wagner„, będący według jego przyjaciela Nietzschego ”być może niemieckim nieszczęściem„, i jak on sam zagubił całkowicie cel życia, czując się ”zmęczonym, zużytym, spożytkowanym„. I wtedy pomimo przyjęcia zasad nihilizmu Nietzsche dąży mocą jego ”instynktu„ do ”usprawiedliwienia życia„ – nawet w tym, co jest ”najokropniejsze, najbardziej zawikłane i zakłamane„, co Nietzsche wyraża pod pojęciem ”dionizyjskie„.

”Chrześcijaństwo„ jako ”religia nihilistyczna„ dopuszczone jest przejściowo przez Nietzschego z racji na ”bardzo dziwne!„ trwanie tej religii w niektórych ”narodach„. Ale o jakie chrześcijaństwo chodzi? Nietzsche odpowiada, stojąc na gruncie nihilizmu: ”Chrześcijańską jest doskonała obojętność względem dogmatów, kultu, kapłanów, teologii. […] Ono nie potrzebuje ani nauki o osobowym Bogu, ani o grzechu, ani o nieśmiertelności, ani o zbawieniu, ani o wierze„. To nihilistyczne chrześcijaństwo ”nie potrzebuje żadnej metafizyki, a jeszcze mniej ascetyzmu, jeszcze mniej chrześcijańskiej ’nauki o przyrodzie’„, ponieważ ”nasza epoka jest w pewnym sensie dojrzała„ do uznania ”chrześcijańskości„ nihilistycznej ”bez absurdalnych dogmatów„.

Chrześcijaństwo ”nihilistyczne„ demaskuje ”cud transsubstancjacji„, czyli Eucharystii św. jako ”braterstwo przez wspólne spożywanie pokarmu i napoju według hebrajsko-arabskiego zwyczaju„, a w ogóle według Nietzschego ”Jezus z Nazaretu zwalczył […] sakrament„ i cały ”porządek kościelny„, co oznacza także ”nową interpretację ’Chrystusa na Krzyżu’. Ta śmierć nie była w sobie właśnie rzeczą główną… ona była tylko jednym więcej znakiem, jak należy się zachować względem przełożonych i ustaw tego świata – nie bronić się… W tym tkwił ten wzór„.

”Nihilizm radykalny„ jako ”wojna z […] chrześcijaństwem„

Jest on według Nietzschego ”przekonaniem absolutnej nietrwałości egzystencji, jeżeli rozchodzi się o wartości najwyższe, które uznaje się„. Promuje się ”wiedzę, w której uznaje się, że nie mamy najmniejszego prawa zastosować pozaświatowości„. Nihilizm ten neguje w gruncie rzeczy cały kosmos, żądając negacji ”rzeczy w sobie„, ponieważ ich afirmacja byłaby akceptacją Boga chrześcijańskiego i ”konkretnej moralności„ chrześcijańskiej. Dla Nietzschego ”ta cała nauka o tym, w co powinno się wierzyć, ta cała ’prawda’ chrześcijańska jest zarozumiałym zakłamaniem„, które należy całkowicie odrzucić. Tak jak ”nie istnieje żadna prawda, że nie istnieje żadna właściwość rzeczy, że nie istnieje żadna ’rzecz w sobie’„, czyli żadna istota rzeczywistości, tak właśnie dochodzi do ”samego nihilizmu, i to najbardziej ekstremalnego„. To ”poznanie jest następstwem wyolbrzymionej ’prawdziwościowości’: tym samym następstwem wiary w moralność„, ponieważ chrześcijańskie ”moralne sądy wartościujące są posądzeniami, zaprzeczeniami„, a cała ich ”moralność jest odwróceniem się od woli do egzystencji…„. Dlatego Nietzsche ”rozważa chrześcijaństwo jako najcięższe w negatywne skutki kłamstwo zgorszenia, które dotychczas istniało jako wielkie nieświęte kłamstwo„, względem którego ”zmusza„ on wszystkich ”do wojny„, skoro ”Kościół jest barbaryzowaniem chrześcijaństwa„. Zupełnie zdumiewające jest inne twierdzenie Nietzschego o tym, że ”wojna przeciwko złu […] o wiele gruntowniej zatruwa aniżeli jakakolwiek nieprzyjaźń od osoby do osoby„, nawet jeżeli dotyczy to wojny przeciwko ”diabłu i złym duchom„. Taka ”wojna„ ”kończy się najbardziej umęczoną i niespokojną konstytucją (stanem rzeczy)„ człowieka walczącego ze złem.

”Nihilizm„ ”ideałów„

Jeżeli według Nietzschego ”oddziela się ideał od tego, co rzeczywiste, to odrzuca się to rzeczywiste, zubaża się je, zaprzecza się jemu. ’Piękno ze względu na piękno’, ’prawda ze względu na prawdę’, ’dobro ze względu na dobro’ – to są trzy formy złego spojrzenia na rzeczywiste„. Podobnie dzieje się z ”antagonizmami„: ”’piękny i brzydki’, ’prawdziwy i fałszywy’, ’dobry i zły’„ będącymi ”jakimiś stałymi i trwałymi kompleksami, które ich przeciwnicy rozdzielają od siebie„ ze względu na akceptację ”Boga„, traktowanego przez nich ”równocześnie jako Objawienie wyższego świata„.

Przykładem takiej postawy jest św. ”Franciszek z Asyżu„ uznany przez Nietzschego za ”neurotycznego, epileptycznego wizjonera jak Jezus„. Dlatego ”Wojna„ jest w takich poglądach jakby zaprogramowana jako ”środek rozdziału, który wzmacnia izolację…„ i którą musi się według niego podjąć, ponieważ ”ten rodzaj ideału jak ’Bóg’ pozostaje zawieszonym nad ludzkością!„, którą trzeba z tej największej niewoli wyzwolić. Przecież ”ta cała ’nauka o cudach’, włączywszy zmartwychwstanie, jest konsekwencją samouwielbienia gminy, która to, co przypisywała sobie samej, przypisywała w wyższym stopniu jej Mistrzowi„. Tym bardziej należy przezwyciężyć ”chrześcijańską […] donkichoterię heroizmu…„ jako wyraz ”mocy zgorszenia ideału chrześcijańskiego, któremu uległa m.in. „święta Teresa” z Avila, w przeciwnym razie „Ewangelia” Jezusa „zapowiada sąd wielu przeszkodom szczęścia, błędom, powikłaniom, dziełom diabła – wszystko typowe dla nauki socjalistów”, mniema Nietzsche.

„Nihilizm filozoficzny”

Dla Nietzschego „’myślenie’, jak stosują je teoretycy poznania, w ogóle nie występuje: to jest całkowicie swawolna fikcja”. Dlaczego? „’Duch’, trochę, co myśli: możliwie w ogóle ’duch absolutny, czysty, pur’ – ta koncepcja jest wyprowadzonym następstwem fałszywej samoobserwacji, która wierzy w ’myślenie’: tutaj jest po pierwsze akt wyimaginowany, który w ogóle nie występuje, ’myślenie’, a po drugie wyimaginowany jest substrat-podmiot, w którym każdy akt myślenia ma swoją rację i nic innego: to znaczy, że zarówno czyn, jak i sprawca są wymyśleni”.

Nietzsche zakłada a priori, dokładniej powiedziawszy, przejmuje od Lutra, względem którego wyznaje jego „najbardziej wewnętrzną zależność od ducha Lutra”, tezę o tym, że „świat […] jest istotnie fałszywy” i dlatego też „prawdziwościowość” jest na tym świecie „tendencją sprzeczną z naturą”, a jeśli chodzi o sferę poznania, to właściwe jest tylko przyjęcie coraz to „wyższej potencji fałszywości”, bowiem „prawda jest rodzajem błędu”, a więc „nie istnieje żadna prawda”. Temu poglądowi powinien służyć „filozof”, aby coraz głębiej poznać tę „fałszywość” rzeczywistości i ją naturalnie głosić. Jeżeli jednak chciałby się on zobowiązać względem „prawdy i bytu”, to należałoby je najpierw „zaprojektować” wszystko jako „świat bytu jak ’Bóg’ według jego obrazu”, co jest po prostu absurdem. Analogicznie Nietzsche pojmuje „chcenie”, czyli „wolną wolę” jako „czystą fikcję”.

Tak zwany filozof „chce” „odrestaurować” „starą cnotę”, „nowych autorytetów”, „idealnego państwa po tym, jak pojęcie ’państwa’ przeżyło się”. Dlaczego klasyczne cele filozofii są przez Nietzschego wykluczone? Z racji innego pojęcia „rozumu”, będącego ex definitione według Nietzschego wyłącznie „stanem relacji różnych namiętności i pożądań”, czyli rozum jest zredukowany do bycia zmysłowością człowieka, a nie transcendentną władzą poznawczą względem zmysłów. Stąd protestuje on przeciwko „poniżeniu namiętności” i żądz w człowieku oraz promuje „’nihilizm’” jako „przenikające uczucie – ’nicości’”, a na przykładzie negacji „cudu”, sklasyfikowanego jako „zabobon”, przywołuje negatywny stosunek „judaizmu i najstarszego chrześcijaństwa” „względem cudu” jako fundamentu jego stanowiska intelektualnego, czyli „relatywnej racjonalności”. Miejsce Prawdy jako najważniejszego przedmiotu rozumu ludzkiego i jego aktywności np. naukowej zajmuje relatywizm, tzn. teza o tym, że „żadna prawda nie istnieje”, co jest wyznaniem „wiary nihilistów”. Dlatego Nietzsche uznaje „’nihilizm’ jako ideał najwyższej mocy ducha”, w którym to „nihilizmie” „filozof odpoczywa sobie inaczej i z innymi” jako „mężczyzna wojownik poznania tkwiący nieprzerwanie w walce z samymi brzydkimi prawdami”, ponieważ „prawda jest brzydka”, czyli jest w istocie „fałszem” i „kłamstwem”, które „musi być adorowane – a nie prawda”, bo „kłamstwo […] jest boskie”. Interesujący jest jednak fakt, że Nietzsche reformację nazywa „wielkim kłamstwem w historii, jakoby zepsucie Kościoła było przyczyną reformacji! Tylko samookłamywanie się ze strony agitatorów – tam były mocne żądania, których brutalność bardzo potrzebowała religijnej zasłony”.

„Nihilizm” wszelkiej celowości antyautorytaryzm

Samo pytanie „po co?” niepokoi nihilizm Nietzschego i powiada, że człowiek „wychodzi przy tym z przyzwyczajenia, wskutek którego cel jest postawiony, dany, żądany z zewnątrz” przez „jakiś ponadludzki autorytet”, czyli w przypadku chrześcijan przez Boga Objawionego. Z racji zapomnienia lub odrzucenia przez wielu tej „wiary” w Absolut Osobowy usiłowano pomimo to na gruncie „starego przyzwyczajenia” uznać „inny autorytet”, który „mógłby mówić wiążąco i nakazywać cele i zadania” człowiekowi, i tak np. narzucono albo „sumienie” jako „środek zastępczy za osobowy autorytet”, Boski wprawdzie, „uwolnione od teologii, ale tym bardziej imperatywne moralnie”, albo „autorytet rozumu”, albo „historię z immanentnym duchem”. Dokonywano takich zabiegów tylko po to, aby uniknąć „ryzyka dania sobie samemu celu” i „przesunąć odpowiedzialność” na kogoś lub coś innego, co jest równoznaczne z „akceptacją fatalizmu”.

Obecnie „mówi się” w duchu nihilistycznym, że „1. określony cel nie jest wcale potrzebny, 2. jest w ogóle niemożliwy do przewidzenia” i dlatego Nietzsche postuluje „absolutny brak zaufania względem organizacyjnej mocy woli dla całości” rzeczywistości, co „oznacza nihilizm”, że wskutek tego, iż „najwyższe wartości zatracają się”, to stąd „brakuje celu. Brakuje odpowiedzi na pytanie ’Po co?’”. Nihilizm nie dopuszcza jakiegokolwiek „zadania w takim życiu: – niczego nie chce”, jest „formą ’bóstw epikurejskich’; brakuje wszelkiej racji i stawiania celów”. Jedynym, co „pozostaje” jako „cel”, jest „wola do żądzy (namiętności) – i nic więcej! […] wszystko inne (rodzaj życia i opuszczenia życia) jest tylko środkiem do celu…”, tzn. „nihilizm” jest „normalnym stanem”, którego „maximum” „aktywności” stanowi „potężna moc zniszczenia”, natomiast „pasywny nihilizm” jest, mówiąc językiem nihilistów-postmodernistów, „zmęczony” czy „wyczerpany” w procesie „dekonstrukcji” całej rzeczywistości oraz w negacji transcendentnego Boga. Rozpaczliwe wołanie Nietzschego o „nowe po co?” dla „człowieka, który staje się” nie tylko „mniejszym”, lecz w ogóle zanika, nie wystarczy… bo wtedy mamy do czynienia faktycznie z „okresem katastrofy” nihilizmu, która „ludzi przesiewa”.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/142195, ... ego-5.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 22 sie 2015, 07:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Małżeństwo i rodzina według Nietzschego (6)

Obrazek
Zdjęcie: Gody w Kanie Gerard David ok. 1500 r./ -


Jak zatem na gruncie totalnego nihilizmu Nietzsche konkretyzuje swoją koncepcję człowieka, o którym już trochę była mowa, małżeństwa i rodziny?

„Osoba” ludzka „sprzeczna z naturą”

Chociaż od czasu do czasu pojawia się w jego pismach pojęcie „osoby”, to należy właściwie zrozumieć jej nihilistyczny sens. Skoro człowiek nie jest, według Nietzschego, „substancją”, lecz tylko „relatywnie izolowanym faktem” w sensie przypadłości, to jest ona „stratą” i „nie ma żadnego sensu” w sobie samej, stwierdza on. Najprecyzyjniejszym pojęciem dla „osoby” człowieka jest według niego „pojęcie wynaturzenia”, które zostało uprzyczynowione najpierw przez „żydowskie kapłaństwo”, a następnie przez „kapłaństwo” „Jezusa z Nazaretu” jako „Syna Boga”. Potrzebowali oni, według Nietzschego, „teologicznej transfiguracji” „kapłańskiego rodzaju człowieka” Jezusa w „Boga” Jezusa, aby „móc uwierzyć w siebie” jako osoby, ale to jest podwójne „zafałszowywanie dziejów ludzkości” i dlatego „Nowy Testament” jest „księgą-zgorszeniem”. Czym jest zatem małżeństwo, jeżeli persona humana nie istnieje, a Słowo Boga „gorszy” ludzi?

Małżeństwo – „umową”, a nie sakramentem

W pojęciu małżeństwa nie chodzi, według Nietzschego, ani o „miłość”, ani o „pieniądze”, ani o „instytucję”, lecz o „pozwolenie społeczne, które jest udzielane dwóm osobom do wzajemnego zaspokajania płciowego pod warunkami, które rozumieją się same przez się, które mają na oku zainteresowanie społeczeństwa”. Stąd takie pojęcie „bazuje na wierze w ’dobre społeczeństwo’, w rycerskie jakości główne, w zobowiązanie”. Podkreśla on, że „nie powinno się dla tego nadużywać słowa miłości!”. Dlaczego? Ponieważ dla „dwojga miłujących się […] to zaspokojenie płciowe nie jest właśnie niczym istotnym, a właściwie tylko symbolem” dla „jednej części w małżeństwie bezwarunkowego poddaństwa, dla drugiej symbolem wyrażenia zgody na nie, czyli znakiem przejmowania posiadania drugiego jako rzeczy”. Chociaż Nietzsche zapewnia w innym miejscu, iż „dobre małżeństwo opiera się na talencie do przyjaźni”, ale jak może do niej dojść, skoro „kobiety” nazywa on sprzecznie „najbardziej umiłowanymi i najbardziej absurdalnymi stworzeniami” i jak „idziesz do kobiety, to nie zapomnij bicza!”, ponieważ kobieta jest „żmiją”, natomiast „mężczyzna” „bezowocnym zwierzęciem”, który „powinien zostać wychowany do wojny, a kobieta dla wypoczynku wojownika: wszystko inne jest głupotą”.

„Każde małżeństwo” pojęte jest podobnie jak u Marcina Lutra jako „sprawa gminy”, a nie Kościoła, ponieważ jest tylko „umową”, a nie sakramentem. Nietzsche kpi sobie z mężczyzny, który „biegnie z kobietką do Kościoła” i „składa przysięgę” małżeńską sakramentalną „przed kapłanem, zamiast się wstydzić” takiej „wielkiej pomyłki!” Czy zatem małżonkowie mogą decydować istotnie o swoim życiu i życiu ich dzieci?

„Małżeństwa na próbę”

Według Nietzschego, „małżeństwo” powinno być „na próbę, zalegalizowane (na lata, na miesiące)”, ale nie zgodnie z treścią przysięgi małżeńskiej w Kościele katolickim, „że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny i wszyscy Święci”. W usta „rzetelnych” mężczyzn i kobiet Nietzsche wkłada następujący tekst: „Dajcie nam próbę i małe małżeństwo, ażebyśmy dostrzegli, czy nadajemy się do małżeństwa wielkiego! To jest wielka rzecz być zawsze we dwoje!”. Oczywiście nie zamierza on wyprowadzać ich z błędu tkwiącego w pojęciu „małżeństwo na próbę”, czyli z faktu całkowitego uprzedmiotowienia drugiego, bowiem „wypróbowywać” można tylko przedmioty, a nie osoby! To potwierdza zwrot Nietzschego o jego „miłości do nadczłowieka” będącego instrumentem, a nie osobą ludzką.

„Społeczeństwo”, a nie Bóg – „wielkim mandatariuszem życia”

„Społeczeństwo jest wielkim mandatariuszem życia” i dlatego przed nim i przez niego rozstrzyga się „życie”, a nie przez świadomą i wolną decyzję samych małżonków w ich współpracy z Bożą łaską: społeczeństwo „powinno takiemu (życiu) przeszkodzić” jak „życie błędne”, czyli chore, natomiast w „licznych przypadkach społeczeństwo powinno sprzyjać płodzeniu” nowych ludzi. Ono trzyma w gotowości, „bez względu na pochodzenie, pozycję i ducha najsurowsze reguły przymusu, pozbawienia wolności, w pewnych okolicznościach kastracji”. Dla Nietzschego „zakaz biblijny: ’nie zabijaj!’” stanowi „naiwność w porównaniu do powagi zakazu życia dla dekadenckich” ludzi: ’nie płódźcie!’„.

Nie ma miłości bez Boga

Nietzsche szczerze przyznaje, iż dla ”miłości musi istnieć Bóg„ jako ”Osoba„. Taki właśnie ”Bóg, który jest […] cały miłością„, ”nie byłby zdolny do najmniejszej egoistycznej postawy„ – czy człowiek może sobie ”życzyć„, by być jak tamten ”Bóg„ ”miłością, wszystkim dla innych, nic nie czynić dla siebie„? Ale to jest, według Nietzschego, ”niemożliwe„. Stąd także ”miłość do bliźniego„ czy ”miłość nieprzyjaciół„ są ”bezsensowne„, ponieważ ”miłość„ jest tylko ”formą zmysłowości„. ”Chrześcijańska nauka o bezinteresowności i miłości„ jako ”ofiarowania siebie samego„ drugiemu – nie tylko w małżeństwie – służy, według Nietzschego, ”wzmacnianiu egoizmu„ i jest ”przeciwną zasadzie selekcji„ ”wszystkich cierpiących […] zdegenerowanych„, zamiast ”przekazywać„ ich śmierci. ”Chrześcijaństwo„ jest ”potęgą konserwującą„ dla ”słabych„, ”solidarnością ze słabymi, przeszkodą selekcji„, ”altruizmem„, ”pseudo-humanitaryzmem„, który ”nikogo nie poświęca…„. Takie ”usposobienie„ należy nazwać według Nietzschego ”ekstremalną niemoralnością„, ”zbrodnią na życiu„. Nietzsche forsuje antymiłość do drugiego człowieka jako ”szlachetną miłość człowieka„, która ”żąda ofiary dla dobra gatunku„, bo tylko ”gatunek„, czyli to, co ogólne, trwa dalej: ”Ratuje się swoje życie osobiste od śmierci, kiedy żyje się życiem ogólnym„. Chrześcijańska ”miłość do jednego jest barbarzyństwem, ponieważ ona jest praktykowana na niekorzyść wszystkich pozostałych. Także miłość do Boga„.

Promocja grzechu cudzołóstwa

Nietzsche, wychodząc od sprzeczności w ludziach, dochodzi do artykulacji niepojednywalnej sprzeczności pomiędzy nimi: ”Wielu mianowicie obiecane jest małżeństwo […] wielu, którzy są sobie obcy jak mężczyzna i kobieta: – kto pojął to całkowicie, jak obcy są sobie mężczyzna i kobieta!„. Czy może Nietzsche podejmuje jakąś próbę ich przezwyciężenia? Wprost przeciwnie: ”Mało ’godnym życzenia’„ jest dla niego ”zbliżenie się i pojednanie płci. Rozwijać to, co typowe dalej„, czyli ”przepaść„ pomiędzy mężczyzną i kobietą musi się ”stale głębiej rozrywać„, ponieważ ich natury są sprzeczne w sobie, tak jak zresztą cała rzeczywistość. Nietzsche przyznaje jednak: ”Jeżeli odpada wyobrażenie Boga, to odpada także uczucie ’grzechu’ jako wykroczenia przeciwko Boskim przykazaniom, jako plamy na poświęconym Bogu stworzeniu„. Stąd w jego myśli ateistycznego nihilizmu taka promocja grzechu ”cudzołóstwa„ zamiast propozycji współpracy z łaską w celu wydoskonalenia osłabionego grzechem bytu mężczyzny i kobiety.

Utylitaryzm małżeństwa

Nietzsche mniema, iż człowiek przed zawarciem małżeństwa powinien postawić sobie pytanie: ”Czy wierzysz, że będziesz się dobrze zabawiał z tą kobietą aż do późnego wieku? Wszystko inne w małżeństwie jest przejściowe, ale najczęstszy czas współżycia przynależy do rozmowy„. Nietzsche dodaje, iż ”mężczyzna jest dla kobiety środkiem„ m.in. ”przeciwko prostytucji„, której on przecież nie zakazuje. Natomiast ”kobieta„ jest dla ”prawego mężczyzny: niebezpieczeństwem i grą. Dlatego chce on kobiety jako najniebezpieczniejszej zabawki„, podsumowuje Nietzsche.

Dla niego ”małżeństwo jest dla dwudziestolatków potrzebnym instytutem, dla trzydziestolatków użytecznym, ale niepotrzebnym instytutem: dla życia późniejszego staje się ono szkodliwe i wspiera duchowy niedorozwój mężczyzny„, ponieważ ”miłuje się na końcu jego żądzę, a nie to, co pożądane„, czyli nie pożądanego człowieka jako człowieka, co uniemożliwia sama żądza jako żądza ze względu na jej uprzedmiatawiającą naturę.

”Konkubinat„ przed ”małżeństwem„!

Takie małżeństwo, które pragnie zrealizować swoje cele wyższe i niższe, ”używa zmysłowości tylko jako rzadkiego okazyjnego środka ze względu na wyższy cel, zamiast być „zatroskanym” i zasięgać naturalnej pomocy„ w zinstytucjonalizowanym ”konkubinacie„. Dlatego, według Nietzschego, który upomina ”szlachetne […] kobiety„ w kwestii pamiętania o ”zmysłowości„ w małżeństwie, należy uwzględnić to, iż ”z racji zdrowia mężczyzny żona powinna służyć także do wyłącznego zaspokojenia potrzeby płciowej„ męża, zaś ”osiągnięcie potomstwa staje się przypadkowe„. Skoro tak, to żona, która posiada w małżeństwie wiele zadań, ”nie może być również konkubiną„, ponieważ wtedy ”wymagałoby się od niej zbyt wiele„. Nietzsche ubolewa wprost, że ”także konkubinat został skorumpowany: przez małżeństwo„. Też z tej racji ”w przyszłości„ dla Nietzschego konkubinat powinien być zrehabilitowany i stać się relacją fundamentalną i priorytetową pomiędzy mężczyzną i kobietą, a małżeństwo relacją drugorzędną.

Rodzina bez dzieci

Tylko dla ”tamtych szlachetnych, wolno usposobionych kobiet„ ”małżeństwo pomyślane jest w jego wyższym rozumieniu jako przyjaźń dusz dwojga ludzi różnej płci„ oraz ”zawarte w celu spłodzenia i wychowania nowej generacji„, ale do celowości małżeństwa jako małżeństwa w sensie nihilizmu ten cel nie jest tak zdefiniowany, po prostu ”dziecko„ nie jest ”celem„ istnienia małżonków. Wprawdzie Nietzsche nominalnie mówi także o ”dziecku„ jako ”celu„, ale to pojęcie ”cel„ oznacza w jego języku również bycie ”środkiem„, a nie celem samym w sobie.

Owszem, dla ideologii Nietzschego potrzebne są ”dzieci„ także po to, aby stały się ”prawodawcami przyszłości, panami ziemi„, i dlatego należy zatroszczyć się ”o małżeństwa„, które są w tej myśli w pełni zinstrumentalizowane, aby stały się ogniwami-środkami w powstawaniu ”nadczłowieka„. Czy taka nihilistyczna wizja rodziny może mieć nadzieję na trwanie?

”Rozpad rodziny„ jako istotnie przynależny do ”dziejów nowoczesnego spustoszenia„ świata jest jedną za najważniejszych tez tragicznej myśli Fryderyka Nietzschego, który ubolewa, że ”wciąż pozwala się Kościołowi na wdarcie się we wszystkie istotne elementy i główne punkty pojedynczego życia„ człowieka i dlatego też ”wciąż mamy […] ’małżeństwo chrześcijańskie’„, zamiast takiej sytuacji międzyludzkiej, w której moglibyśmy ogłosić koniec małżeństwa i rodziny: ”Jeżeli ja byłbym bogiem i to bogiem dobrej woli, to małżeństwa ludzi uczyniłyby mnie bardziej niecierpliwym aniżeli wszystko inne„, ponieważ dalsze istnienie małżeństw i rodzin sprawi, że ”na przyszłość nic nie będzie z ludzkości, jednostkowi ludzie zanikają, przypadek małżeństw czyni niemożliwym wszelki rozum wielkiego gangu ludzkości – zakończmy z byciem gorliwymi widzami i głupcami tej pokazowej gry bez celu!„.

http://www.naszdziennik.pl/mysl/142479, ... ego-6.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 29 sie 2015, 07:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Niemiecki Darwin (1)

Obrazek
Opłakiwanie Chrystusa - Fra Angelico 1436-1441 Zdjęcie: arch./ -


Dlaczego Ernst Haeckel, który jako pierwszy w historii myśli ludzkiej postawił tezę o „pochodzeniu człowieka od małpy”, nazywany słusznie także „niemieckim Darwinem”, jest w swoich ewolucjonistycznych sformułowaniach w pewnym sensie ważniejszy od Charlesa Darwina, twórcy tzw. teorii ewolucji jako materialistycznej próby interpretacji powstania i istnienia świata?

Prawdą jest to z jednej racji, a mianowicie, Haeckel wyciągnął z hipotezy Darwina o ewolucyjnym materializmie, bazującym na zasadach makromutacji i selekcji materii – niepotwierdzonych nawet przez jeden jedyny „eksperyment”, którego ważność dowodowa dla prawdziwości tez nauk szczegółowych: biologii, chemii i fizyki, znana jest dobrze także Haecklowi – wszystkie najważniejsze filozoficzno-teologiczne konsekwencje, z których najistotniejszymi są: odrzucenie Boga Objawienia chrześcijańskiego jako „mitu”, zredukowanie człowieka do „zwierzęcia” poprzez określenie jego „rzeczywistego pokrewieństwa” z „naturalnym systemem zwierząt” oraz sklasyfikowanie „od dzieciństwa głęboko zakorzenionych” poglądów o „stworzeniu człowieka” i „zbawieniu” przez Boga chrześcijańskiego jako „zabobonów”. Skutkiem tego jest zdefiniowanie relacji małżeńsko-rodzinnych na gruncie „podstawowej zasady filogenetycznej” Haeckla jako „najważniejszego, ogólnego prawa rozwoju organicznego”, co oznacza, iż każda bytowość ludzka jest powtórzeniem dziejów powstania i istnienia świata roślinno-zwierzęcego z materii, wywodzącego się z jakiejś „hipotetycznie” przyjętej „prakomórki” będącej źródłem dla „najprostszego wielokomórkowego stanu” jako „gminy” względnie „stada komórek”. Skoro Haeckel za Darwinem i innymi materialistami ogranicza horyzont istnienia i poznania do „materii” i jej właściwości, to jak pojmuje on Objawienie?

„Objawienie” Boga chrześcijańskiego – „zabobonem”

Teza Haeckla jest jasna: „Te rzekome ’Objawienia’, na których wspierają się te mity”, tzn. prawdy wiary głoszone przez Kościół katolicki, są „niepojednywalne z najpewniejszymi wynikami naszego nowoczesnego poznania przyrody”. Zwolennicy „Objawienia” w Jezusie Chrystusie wyjaśniają sprawy przekraczające rozumienie naszego ducha ludzkiego na „nadprzyrodzonej drodze Objawienia”. Z niego „wyprowadzają ważność dogmatów lub sentencje wiary”, których celem jest uporządkowanie życia człowieka – także w sensie „nauki moralnej” na fundamencie „Boskich praw”. Tak pojęte „Boskie inspiracje tworzą podstawę rozlicznych mitów i legend”, a w gruncie rzeczy są one według Haeckla wyłącznie „pochodzenia ludzkiego”, ponieważ wszystko, co Boskie, jest „wymysłem ludzkim”, a „’dziecięca wiara’ w te nierozumne Objawienia jest zabobonem nie do utrzymania”.

W przeciwieństwie do tego Haeckel opowiada się za „prawdziwym objawieniem, tj. prawdziwym źródłem rozumowego poznania, które znajduje się w przyrodzie”. Jest to postulat ewolucjonistyczny, ale także przyjęty przez tego ewolucjonistę a priori, tzn. bez dostarczenia jakiegokolwiek dowodu na prawdziwość swojej tezy. Jedynym bytem, który istnieje, jest przyroda i dlatego Haeckel uznaje ją za „jedyny i wyłączny”, „bogaty skarb prawdziwej wiedzy”, zaczerpniętej przez rozum ludzki z doświadczenia i poznania przyrody. Ten materialista ewolucjonistyczny podkreśla, iż „każdy rozumny człowiek z normalnym mózgiem i normalnymi zmysłami czerpie […] z przyrody to prawdziwe objawienie i uwalnia się tym samym od zabobonu, który narzuciły mu Objawienia religii”. Zapytajmy zatem w kontekście totalnej kontestacji Objawienia nadprzyrodzonego w sensie chrześcijaństwa katolickiego w inspirowanej „teorią ewolucji” Darwina myśli Haeckla, co dzieje się w tym systemie materializmu z myślą o „Bogu”?

„Jeden Bóg” i zarazem „Trójosobowy” według Haeckla „mitem”

Ten ewolucjonista jest świadom, że „ludzkość od tysiącleci traktuje Boga jako ostateczną i najwyższą przyczynę wszystkich zjawisk” oraz jako „przyczynę skutkową” całego świata. Zasadniczej krytyce Haeckel poddaje kilka pojęć Boga, a najradykalniej katolicką naukę o Jednym i zarazem Trójosobowym Panu wszechrzeczy. W chrześcijaństwie ten „jeden Bóg” istnieje w „Trzech Osobach”: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Zaczerpnięte jest to z „Ewangelii”, które m.in. według Davida Friedricha Straussa nie są autorstwa ewangelistów i w dodatku według ateistycznego Haeckla „na tysiące sposobów ze sobą sprzeczne!” oraz „pozostawiają nas o właściwych relacjach pomiędzy tymi Trzema Osobami całkowicie w ciemności i nie dają na pytanie o ich pełną tajemniczości jedność żadnej jakoś zadowalającej odpowiedzi”. Co więcej, jakie „zamieszanie” „musi z konieczności gotować naszym dzieciom” ta „niejasna i mistyczna nauka o Trójcy Świętej na ich pierwszej lekcji szkolnej”, gdy na lekcji religii muszą się uczyć: „trzy razy jeden jest jeden! – a zaraz potem na drugiej lekcji”, czyli na matematyce: „trzy razy jeden jest trzy! Sam przypominam sobie bardzo dobrze”, wyznaje Haeckel, „wątpliwości, które ta ewidentna sprzeczność wzbudziła we mnie już na pierwszej lekcji”.

Co ciekawe, Haeckel wspiera swoją krytykę katolickiego chrześcijaństwa, przywołując antytrynitarną postawę Mahometa, który według niego słusznie odrzucił „dogmat o Trójcy Świętej” jako „sprzeczne w sobie zdanie wiary” o istnieniu Jednego i zarazem Trójosobowego Boga i to sprzeczne według niego „z zasadami naszego rozumu”, jak też pozbawione „jakiejkolwiek wartości”. Czy w takim razie prawda o Bogu jako Stworzycielu kosmosu może zostać ocalona?

„Wszechmocny Stwórca Nieba i Ziemi” – „mitem”

Według „wyznania wiary narodów chrześcijańskich” „Bóg Ojciec jest ’wszechmocnym Stwórcą Nieba i Ziemi’”, co jest dla niego sprzecznym z „naukową kosmogonią, astronomią i geologią” i dlatego „niemożliwym do utrzymania mitem”. Stąd Haeckel pochwala wszystkich na czele z Darwinem, którzy pracowali nad „udowodnieniem naturalnej przyczynowości dla zjawisk przyrody i wyparciem wiary w cuda”, na czym się też i zakończyło, ponieważ żaden eksperyment nie potwierdził zasadności materializmu i ewolucjonizmu Darwina, co oznacza w paradygmacie nauk przyrodniczych, obowiązującym także na tym etapie ich rozwoju w nauce współczesnej, falsyfikację „teorii ewolucji”, czyli określenie jej jako w swojej istocie fałszywej. Jak jednak ten ewolucjonizm usiłuje wyjaśnić powstawanie gatunków istot żywych?

„Prapłodzenie się” materii wprowadzone jest w myśli Haeckla w miejsce wiecznie świadomego i wiecznie wolnego aktu stworzenia Boga „Stwórcy”. „Z cudu ’stworzenia’ możemy całkowicie zrezygnować wtedy”, gdy zaproponujemy „naturalne dzieje stworzenia” albo samostwarzanie się „matczynej ziemi” w akcie „prapłodzenia się” „pierwszych Moner” jako prapoczątków „prakomórki” Haeckla, z której rzekomo w długich przestrzeniach czasowych miały się rozwinąć różnorodne gatunki roślin, zwierząt i ludzi. A więc „teoria ewolucji” tego typu Darwinowsko-Haecklowskiego jest świadomym i wolnym aktem detronizacji Boskiego Kreatora wszechświata oraz próbą wprowadzenia w Jego miejsce materii ze wszystkimi jej postaciami, której przypisano absolutne właściwości, obiektywnie zarezerwowane przecież wyłącznie dla Osobowego Boga Objawienia Starego i Nowego Testamentu jako prawdziwego Absolutu. Kim jest dla tego nurtu ateistycznego materializmu Syn Boga Ojca?

Chrystus – „fantastyczny mit”

Mówienie o „Chrystusie” jako „jednorodzonym Synu” Boga Ojca przynależy także do poziomu „wyobrażenia Boga w postaci człowieka”, czyli jest produktem fantazji ludzkiej. Według Haeckla, „uczłowieczenie Boga, wyobrażenie, że ’najwyższa Istota’ odczuwa, myśli i postępuje podobnie do człowieka (jeżeli nawet w najdostojniejszej formie), odgrywa jako antropomorfizujący monoteizm najwyższą rolę w dziejach kultury”. Chrześcijaństwo z jego wiarą w Syna Bożego jako prawdziwego Człowieka zaczerpnęło, według niego, „dużą część jego mitologii bezpośrednio ze starszego judaizmu”, tzn. „Chrystus stoi na ramionach Mojżesza”, tak jak „Nowy Testament opiera się” na „bazie Starego Testamentu”. Dlatego też dla Haeckla „ten mit o poczęciu i narodzinach Jezusa Chrystusa jest czystym wymysłem i stoi na tym samym poziomie irracjonalnej wiary w cuda” co „inne mity innych religii”.

Wprawdzie częściowo słuszne jest, według niego, stwierdzenie, iż „Biblia jest […] ’Księgą wszystkich książek’”, ale w gruncie rzeczy jej prawdziwość została „wstrząśniętą w jej najgłębszych fundamentach” poprzez „historyczną” „krytykę współczesną” Davida Friedricha Straussa. Dlaczego? Ponieważ chrześcijaństwo tylko „teoretycznie” zachowało wiarę w „jednego Boga”, ale praktycznie uległo „najróżniejszym formom politeizmu”, czego przykładem jest „sama nauka o Trójcy Świętej”. Przecież „Trzy Osoby, które odróżniane są jako: Ojciec, Syn i Duch Święty […] są i pozostają również trzema różnymi indywiduami” i to jako „antropomorficzne osoby!”, czyli jako wyłącznie ludzkie postaci. Takim był „sam Chrystus, ten szlachetny, całkiem wypełniony miłością ludzi Prorok i fantasta”, który „stał poniżej poziomu klasycznego kształcenia kulturowego; On znał tylko tradycję żydowską; On sam nie pozostawił po sobie żadnego wersetu”. Jezus „nie miał żadnego pojęcia […] o wysokim stanie poznania świata”. Skoro dla Haeckla Jezus z Nazaretu nie jest Bogiem, lecz tylko człowiekiem, to dlatego według niego Chrystus nie posiada absolutnej wiedzy i mądrości, która charakteryzuje rozum Boski w interpretacji katolickiej.

Analogicznie antropomorfistycznie Haeckel interpretuje wydarzenia zbawcze: Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Pańskiego: Jezus „wycierpiał tę pełną bólu śmierć podobnie jak tysiące innych męczenników za jego przekonanie prawdy, jego wiary i jego nauki”, ale nie za „wybawienie ze wszystkich grzechów, ze śmierci i władzy diabła” upadłej ludzkości i całego wszechświata. Stąd jego „zstąpienie do piekieł, zmartwychwstanie i wniebowstąpienie” jest dla Haeckla „fantastycznym mitem” „barbarzyńskich ludów”, podobnie jako „wyobrażenie o ’sądzie ostatecznym’, gdzie ’Chrystus siedzi po prawicy Ojca’”. Obietnice „życia wiecznego” są dla Haeckla z racji braku akceptacji dogmatu o „nieśmiertelności duszy” „pustymi” i wręcz wprowadzającymi ludzi myślących w błąd, o czym świadczy fakt, iż Haeckel przyznaje rację Mahometowi, że „on nie mógł się zdecydować, aby w Chrystusie dojrzeć coś innego jak jednego proroka, równego Mojżeszowi”, że nie uznał w Jezusie z Nazaretu prawdziwego Boga.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/142831, ... win-1.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 02 wrz 2015, 06:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Skutki demonokracji

Obrazek

Parlamenty, uniwersytety, media i przemysł rozrywkowy – to pola wywierania wpływu przez lewacki ateistyczny liberalizm – przestrzega ks. abp Stanisław Wielgus, arcybiskup senior archidiecezji warszawskiej. W poniedziałek wieczorem w sanktuarium maryjnym w Janowie Lubelskim przewodniczył Mszy św. z udziałem Rodziny Radia Maryja.

Okazją do spotkania w parafii św. Jana Chrzciciela było 30-lecie koronacji cudownego wizerunku Matki Bożej Łaskawej Różańcowej. W homilii ks. abp Wielgus zwrócił uwagę na nową ideologię zła, wyrosłą podobnie jak hitleryzm i komunizm z lewicowych filozofii.

– Ideologie te skompromitowały się i upadły, publicznie je potępiono, ale ich podstawowy program dechrystianizacji i ateizacji świata został przejęty przez nową ideologię nazywaną przez św. Jana Pawła II nową ideologią zła – podkreślał ks. abp Wielgus.

Nowa lewacka ideologia nie zrezygnowała z wrogości wobec chrześcijaństwa, zwłaszcza wobec Kościoła katolickiego.

– Ta nowa ideologia nie atakuje frontalnie, ale w sposób ukryty. Idzie za wskazaniami lewicowego włoskiego filozofa o nazwisku Gramsci, który domagał się od swoich zwolenników, aby podjęli długi, być może dziesiątki lat trwający, tzw. marsz przez instytucje, polegający na stopniowym opanowywaniu całego życia społecznego i politycznego współczesnych narodów przez wrogów chrześcijaństwa – tłumaczył ks. abp Stanisław Wielgus.

Obecnie program stopniowego wyrzucania Boga z życia narodów jest na całym świecie nieustannie i coraz skuteczniej realizowany przez lewacki ateistyczny liberalizm. Koncentruje się on na działaniach mających na celu opanowanie czterech istotnych dziedzin życia narodów. – Mianowicie na opanowaniu ich parlamentów, ich uniwersytetów, ich czołowych mediów oraz przemysłu rozrywkowego – wyliczał ksiądz arcybiskup, powołując się na wybitnego socjologa, laureata Nagrody Nobla Petera Bergera.

Stąd też – jak mówił ks. abp Wielgus – czołowe światowe uniwersytety, zwłaszcza humanistyczne, są bardzo często w rękach lewackich, bezbożnych profesorów. – Nie dziwmy się, że najbogatsze, najbardziej wpływowe współczesne media dyszą wprost nienawiścią do Kościoła katolickiego, głównego przeciwnika nowej ideologii zła – podkreślił ks. abp Wielgus.

W duchu tej ideologii pracują wytwórnie filmowe, które wmawiają swoim odbiorcom, że „zboczenia seksualne, rozwody, życie bez sakramentalnego małżeństwa, aborcja, eutanazja, genderyzm i wiele innych moralnych nieprawości to dowód na nowoczesność i postęp, którego hamulcem jest jakoby Kościół katolicki”.

Demonokracja
Jak zwrócił uwagę ks. abp Wielgus, współczesna demokracja, która miała oznaczać rządy ludu, zmieniła się w demonokrację. – Prawo i moralność się nie utożsamiają – mówił. Kaznodzieja podkreślił, jak ważne jest zahamowanie „lewackich zamiarów” wydawania bezbożnych praw. Niestety, jak wskazał, często się to nie udaje, gdy w parlamencie zasiadają ludzie bezbożni, chcący się przypodobać demonicznemu duchowi czasu.

Dlatego obowiązkiem każdego Polaka, zwłaszcza katolika, jest uczestniczenie w życiu publicznym, np. w wyborach parlamentarnych. Jako wyraz braku odpowiedzialności i niezorganizowania jest fakt, że Europą, w 80 proc. chrześcijańską, rządzą ludzie, którzy przyszłość chcą budować bez Boga i bez Ewangelii, „którzy depczą w ustanawianych przez siebie prawach Dekalog i prawo naturalne, którzy nie liczą się z wiarą milionów ludzi”.

– Jest rzeczą niezrozumiałą że Polska, w ponad 90 proc. katolicka, wybiera tak często do rządów, na senatorów i posłów, ludzi niemających nic wspólnego z wiarą naszą i naszych przodków, tą wiarą, za którą walczyły i umierały całe pokolenia Polaków – podkreślił ks. abp Wielgus.

W spotkaniu w Janowie Lubelskim uczestniczył o. dr Tadeusz Rydzyk CSsR. Dyrektor Radia Maryja wezwał do budowania jedności z Chrystusem na prawdzie i miłości, by odnawiać Polskę. W czasie uroczystości zgromadzeni ponowili akt osobistego oddania się Matce Bożej.

Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Janowie Lubelskim to miejsce szczególne w diecezji sandomierskiej. Do Pani Ziemi Janowskiej przybywają liczne grupy pielgrzymkowe z kraju i zagranicy oraz pielgrzymi indywidualni.

Małgorzata Bochenek

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... racji.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 05 wrz 2015, 05:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Niemiecki Darwin (2)

Obrazek
Zdjęcie: Lodovico Carracci -1608-1610/ -


Haeckel jest świadom, że w wierze katolickiej „Duch Święty jest trzecią Osobą” Boską, ale dla niego jawi się On zupełnie takim samym „mitem” jak Bóg Ojciec czy Syn Boży. Duch Święty jest, według niego, „Istotą mistyczną, nad której niepojętą relacją do ’Syna’ i do Ojca miliony teologów chrześcijańskich od 1900 lat nadaremnie rozbijały sobie głowę”. W przeciwieństwie do tego procesu „nasza ’monistyczna idea boga’, która harmonizuje jedynie z oczyszczonym poznaniem przyrody współczesności (zob. ”teoria ewolucji„), poznaje ’boskiego ducha we wszystkich rzeczach’”.

Ta monistyczna ideologia nie uznaje w swoim „bogu” „żadnej istoty osobowej”, lecz w przypadku chrześcijańskiej prawdy o Osobie Ducha Świętego dostrzega jedynie wskazówkę do wyobrażenia sobie Boskiego Ducha Boga Ojca i Boga Syna jako „ducha przyrody”, czyli jako „nieskończoną sumę wszystkich mocy przyrody”. Czyżby ideologia jego ewolucjonizmu, poza całkowitym odrzuceniem Boga Objawionego w Chrystusie, nie posiadała żadnego własnego wyobrażenia boga?

„Przyroda” – „nową” „boginią prawdy” ewolucji

W 1914 roku Haeckel składa „wyznanie swojej wiary” monistycznej, w której „przez sześćdziesiąt lat badał świat i człowieka”, ale stale – „w sensie Goethego” – „szukał boga w przyrodzie” i doszedł do wniosku, iż „czysta prawda jest do znalezienia tylko w świątyni poznania przyrody”. Stąd istnieje, według Haeckla, konieczność zastąpienia „światopoglądu chrześcijańskiego”, opartego na „rzekomych Objawieniach” „religii żydowsko-chrześcijańskiej”, przez „monistyczną filozofię”, w której „bogini tej prawdy zamieszkuje w świątyni przyrody”, a nie w „otępiałych halach klasztorów, w ciasnych więzieniach szkół kościelnych ani nie w pachnących kadzidłami Kościołach chrześcijańskich”.

Haeckel zastrzega się, że to rozumienie „boga” jako „prawdy” nie ma nic wspólnego z „wiarą w nadprzyrodzone ’cuda’ i obłędnym tworem ’życia wiecznego’”, lecz z „cennymi darami, którymi obdarowała nas bogini prawdy”, oraz „wspaniałymi owocami” „poznania” świata przyrody i „nieoszacowanym zyskiem jasnego, jednolitego światopoglądu” ewolucjonistycznego, którego „koniecznością” jest, aby „bóg nie był naprzeciw świata materialnego postawiony jako zewnętrzna Istota, lecz należy Jego jako ’boską siłę’ lub ’poruszającego ducha’ włożyć do wnętrza samego kosmosu”.

Co dzieje się z klasycznym i chrześcijańskim pojęciem Dobra?

„Przyroda” – jedynym „boskim ideałem wiecznego dobra”

Analogicznie do zastąpienia „Boga” przez „przyrodę”, a „prawdy” przez „nauki przyrodnicze” ma się sprawa „dobra”, które ta materialistyczna „religia monistyczna” przywłaszcza sobie po prostu z dziedzictwa chrześcijańskiej moralności, odrzucając naturalnie Urząd Nauczycielski Kościoła Chrystusowego i poniżając go jako „watykańską karykaturę tamtej czystej nauki, która kulturę europejską, dla jej nieskończonych strat, opanowała przez dwanaście wieków”. Otóż tamte ideały moralności katolickiej, jak miłość Boga i bliźniego oraz inne, stają się teraz „przykazaniami humanitarnej miłości i cierpliwości, współcierpienia i pomocy”, ale z pewną istotną różnicą, że „tamta chrześcijańska nauka o cnotach” „odrzuciła egoizm”, któremu „nasza monistyczna etyka” ewolucjonistyczna, wyznaje Haeckel, „przypisuje równą wartość”, co oznacza, iż „miłość” i „nienawiść” mają tę samą wartość etyczną, co jest faktycznie typowe dla materializmu ewolucjonistycznego, w którym „walka na śmierć i życie” wszystkich istot stanowi najważniejszą zasadę ontologicznego rozwoju.

„Przyroda” – jedynym „pięknem”

„W największym przeciwieństwie do chrześcijaństwa występuje nasz monizm na obszarze piękna”. Człowiek chrześcijański, zamiast podziwiać „wszelakie piękno” „przyrody”, zwrócił się zasadniczo ku „Bogu” Objawionemu i zatopił się w „adoracji” Jego Boskości, „pogardzając przyrodą i odwracając się od jej wszystkich nieskończonych inspiracji”. Dodatkowo, podejmując praktyki ascetyki chrześcijańskiej, tenże chrześcijański człowiek postępował wbrew „przyrodzie” i dlatego chrześcijańskie rozumienie piękna czy „sztuki chrześcijańskiej” Haeckel klasyfikuje jako „contradictio in adiecto”. Stąd ewolucjonistyczne pojęcie „piękna” musi zostać oderwane od chrześcijańskiego pojęcia Boga i człowieka, Kościoła i świata, prawdy i dobra. „Nasz monizm naucza”, że „jesteśmy śmiertelnymi dziećmi ziemi” i jako takie mamy „szczęście” tylko w „doczesności”, stąd powinniśmy czerpać obficie i bez żadnych ograniczeń jak z „niewyczerpalnej pełni piękna” naszej „planety” oraz „poznawać cudowne układy jego mocy przyrodniczej” w ewolucjonistycznie oraz immanentystycznie (wyłącznie wewnątrzkosmicznie) pojętym „wiecznie wielkim ’powstawaniu i ginięciu’”.

„Przyroda” – „’trójcą’ monizmu” XIX wieku

W nowo urządzonym zarówno przez nauki humanistyczne, jak też nauki przyrodnicze XIX-wiecznym „pałacu rozumu” „nasz nowo zdobyty światopogląd” pozwala nam na „pobożne oddawanie czci prawdziwej ’trójcy’ dziewiętnastego stulecia, trójcy prawdy, dobra i piękna” przyrody. Tylko przed tymi „trzema przepięknymi boginiami zginamy nasze kolana w adoracji uwielbienia […] prawdy, dobra i piękna” świata. Zaś z ich „naturalnego zjednoczenia i wzajemnego uzupełnienia osiągamy nasze czyste pojęcie boga”, czyli ten „trójjedyny ideał boga”, tzn. tę „prawdziwą w sensie przyrody trójcę monizmu”, której zbliżające się dwudzieste stulecie będzie budować jego ołtarze!„.

Ażeby jednak móc skonkretyzować ten nowy ”kult tych boskich ideałów„ rewolucji ewolucjonistycznej, najpierw należy według Haeckla radykalnie rozprawić się z ”panującymi formami religijnymi chrześcijaństwa„, a w szczególności z chrześcijaństwem katolickim jako dla tej ideologii w świetle jej samośwadomości najniebezpieczniejszym. Następnie chodzi o ”zastąpienie„ go przez ”nasz światopogląd„ materialistyczny, którego ”monistyczne badania naukowe przyrody„ powinny stać się ”poznaniem prawdy, monistyczna etyka jako wychowanie do dobra, monistyczna estetyka jako troska o piękno – to są te trzy główne obszary naszego monizmu„. Poprzez ich zjednoczenie w powiązanym z nim ”wykształceniem„ ”zdobywamy tamten prawdziwy związek religii i nauki„.

Na jakiej drodze Haeckel chce dokonać swojej rewolucji?

Ewolucjonistyczna ”reformacja„ jako ”rewolucja„

Ze względu na olbrzymie zasługi chrześcijaństwa katolickiego od wielu wieków, ”pomimo wszystkich błędów i braków„, Kościół ”zrósł się z naszym życiem kulturowym„ i z tej racji głównej ”przy uzasadnieniu naszej religii monistycznej musimy się możliwie podłączyć pod istniejące instytucje„, aby w powolnym procesie, a nie z pomocą ”rewolucji siłowej„, przeprowadzić w tychże instytucjach kościelnych ”rozumową reformację naszego religijnego życia duchowego„, stwierdza dosłownie Ernst Haeckel, zapewne nie przewidując, że Kościół zbudowany na św. Piotrze będzie trwał aż do początku XXI wieku i nie pozwoli rozsadzić się także jego pewnej odmianie ducha ”reformacji„ niejako od wewnątrz chrześcijaństwa.

Haeckel przyznaje szczerze, iż ”badania naukowe„ powinny iść w następującym kierunku: ”nadać naszym trzem ideałom rozumu postać przepięknych bogiń„: ”bogini prawdy, piękna, cnoty„. Chodzi przy tym o taką ”postać„ ideologiczną, ażeby ”nasz monizm„ w tak precyzyjny sposób ”stosunek„ tych ”bogiń„ ”dopasował„ do ”adekwatnych wartości chrześcijańskich„, aby te pierwsze mogły te drugie bez reszty ”zastąpić„ w publicznej debacie, a nawet w sposobach wewnętrznej argumentacji ściśle chrześcijańskiej.

Kim, względnie czym, jest dla tego nurtu ideologicznego Osoba Maryi – Niepokalanej Matki Boga Człowieka?

Matka Najświętsza Maryja jako ”czwarte Bóstwo„

Maryja, przedstawiana przez chrześcijan jako ”Dziewica„, względnie jako ”Niepokalana Matka Chrystusa odgrywa wielką rolę„. Niektórzy uprawiają taki ”kult Madonny„, że ma się wrażenie, jakby to był jakiś ”kobiecy monoteizm„ obok ”monoteizmu męskiego„ tych trzech wspomnianych ”Osób„ ”Trójcy Świętej„, wręcz ”wypieranych„ przez Maryję jako ”Królową Nieba„. Ernst Haeckel pochwala Mahometa, który ”uwielbianie Niepokalanej Dziewicy Maryi jako ’Matki Boga’„ traktował jako ”zarozumiałą służbę bóstwom„. Skoro sam Pan Bóg zatraca w myśleniu Haeckla swoje realne istnienie, to cóż mówić o Matce Jezusa Chrystusa.

”Aniołowie„ i ”święci„ – produktami ”fantazji wierzących chrześcijan„

Dla ewolucjonizmu ”aniołowie„ i ”’święci’ wszelkiego rodzaju„ nie mają żadnej realnej egzystencji, lecz są wymysłem ”fantazji„ szeroko pojętego chrześcijaństwa, które w całości stoi w sprzeczności z rzeczywistością przyrody i dlatego tworzy iluzoryczną ”społeczność ’świętych’„, dołączając ich do grona ”rządu niebiańskiego„.

Podobnie negatywny los podzielają w tym obiektywnie ateistycznym materializmie Haeckla ”muzykalni aniołowie„, którzy rzekomo w ”’życiu wiecznym’ troszczą się o przyjemności koncertowe„ i których tam ”nie brakuje„. Ale skoro sami ”aniołowie„ są chimerami, to i ”życie wieczne„ jest takiego samego typu, po prostu nie istnieje.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/143221, ... win-2.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 12 wrz 2015, 09:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Niemiecki Darwin (3)

Obrazek

Z jednej strony Haeckel przyznaje, że Kościół katolicki jako „chrześcijaństwo łacińskie”, zwane też „papiestwem”, jest „jedną z najwspanialszych” instytucji, „’historyczno-światową wielkością’ pierwszej klasy” i pomimo „szturmów czasu raduje się jeszcze dzisiaj największym wpływem” na dzieje wielu ludzi globu i wielkiej części świata.

„Kościół rzymskokatolicki” założycielem, a nie „niszczycielem” uniwersytetu

Z drugiej jednak strony Haeckel twierdzi – wbrew historycznym faktom i ich obiektywnej interpretacji – że „Kościół” jest jednym z „najdziwniejszych zjawisk”, ponieważ w czasie „średniowiecza światowa władza papiestwa odznacza się ciemnym charakterem; oznacza ona śmierć wszelkiego wolnego życia duchowego, wstecznictwo wszelkiej prawdziwej nauki, rozpad wszelkiej czystej moralności”, co było równoznaczne z „barbarzyństwem”.

Wprawdzie Haeckel nadmienia niektóre zasługi średniowiecza i kultury katolickiej, jak: „poezja i sztuka artystyczna, scholastyczna uczoność i filozofia patrystyczna”, ale pomimo to, według niego, Kościół nie wykorzystał tego do „podniesienia, lecz do prześladowania ducha wolnych badań naukowych”. Czyżby Haeckel nie pamiętał o podstawowych prawdach z historii nauki, że to właśnie Kościół katolicki jest autorem instytucji uniwersytetu i największym mecenasem nauki wieków średnich, a jego przedstawiciele, jak św. Józef Kalasanty z Hiszpanii, ale działający w Rzymie, opracował do dzisiaj funkcjonujący system kształcenia dzieci i młodzieży na całym cywilizowanym globie ziemskim?

Kościół Chrystusowy stróżem wolności człowieka i wolności nauki

Czyżby Haeckel nie pamiętał, że to katolicka „nauka święta” opracowała dogmat wiary katolickiej o wolności człowieka w jego duchowości, czyli o wolności w sobie, wolności względem Boga i innych osób, a ostatecznie o wolności względem otaczającego go świata?

Inne, także bezpodstawne zarzuty, Haeckel kieruje pod adresem Kościoła Chrystusowego, iż zmuszał on ludzi „wyłącznie do przygotowania się na ’życie wieczne w zaświatach’, do pogardzania przyrodą, odwrócenia się od jej studiów” i dopiero „reformacja” Marcina Lutra, według niego, „przyniosła zmianę na lepsze na początku XVI wieku”. Ta ostatnia właśnie, w sprzeczności z nauką Kościoła rzymskokatolickiego, określiła całkowitą korupcję świata po grzechu pierworodnym, czyli kosmos potraktowała jako „natura corrupta”. To skutkowało negacją zarówno wolności woli ludzkiej, jak i negacją rozumu, który też został, według Lutra, całkowicie zdeformowany, oraz negacją ciała ludzkiego jako istotnie zbrakowanego. Nikt przed Lutrem tak zasadniczo negatywnie nie pojmował świata. Osiągnięcia naukowe z astronomii Mikołaja Kopernika najbardziej negatywnie skrytykowali Luter i Melanchton, czego świadom jest Haeckel, wspominając, iż Luter „odrzucił wielki czyn ducha Kopernika jako głupotę”. To nikt inny jak Luter i jego reformacja odrzucili naukowość nauk i doprowadzili tym samym do wielkiego kryzysu naukowości jako takiej, z którym zmagają się także nasze pokolenia naukowców.

Kościół katolicki obrońcą rozumu i wiary

Także następne zarzuty Haeckla pod adresem Kościoła są sprzeczne z prawdą, iż Kościół „postawił wiarę ponad rozumem i żądał ślepego poddaństwa tego ostatniego (rozumu) pod pierwszą (wiarę)”, co faktycznie uczynił dopiero Luter z reformacją. Kościół katolicki zawsze nauczał, iż „łaska zakłada naturę”, czyli zawsze cenił rozum jako wielki dar poznawczy ludzkiego ducha, otrzymany od Boga Stwórcy, w którym – jak uczy św. Tomasz z Akwinu – „zamieszkuje wiara”, w niczym nieograniczająca naszego rozumu, a tym bardziej go nie eliminująca, jak twierdzi Luter, lecz wprost przeciwnie, rozszerzająca jego horyzonty poznawcze aż do nieskończonych.

„Papieże rzymscy największymi szarlatanami”

Według wywodzącego się z protestantyzmu luterańskiego Haeckla, „papieże” okazują się wcieleniami „złego ducha”, i to „największymi, jakich kiedykolwiek wydała religia!”. Czyż nie jest to dosłownie język wysoko cenionego przez tego ewolucjonistę Marcina Lutra, który też papieży nazwał „największymi antychrystami” w historii świata?

Haeckel czyni ten zarzut papieżowi m.in. z racji „nowych kanonizacji, które powiększają liczbę antropomorficznych trabantów Nieba”. Ta „dziwna społeczność rajska” otrzymała, według Haeckla, na Soborze Watykańskim I poprzez ogłoszenie dogmatu o nieomylności papieża jeszcze jedną „świętość” o „randze bóstwa”, tzn. papieża jako „zastępcy Chrystusa”. Jeżeli dojdzie do tego przyjęta przez naukę papieży teza o istnieniu „’osobowego diabła’ i ’złych aniołów’”, to „papizm” dostarcza nam dzisiaj tak „wielobarwny obraz najliczniejszego politeizmu, że hellenistyczny Olimp okazuje się naprzeciwko tego jako mały i zbrakowany”. Nie ma się co dziwić, dodaje Haeckel, że „reformacja, która uwolniła zniewolony rozum z tyranii papizmu, prześladowana jest przez tę jako najprymitywniejsza herezja”.

Sakrament „spowiedzi” „najbardziej godnym przekleństwa”

Także „celibat, spowiedź osobista i rachunek sumienia” przynależą, według Haeckla, do „najbardziej szkodliwych i godnych przekleństwa instytucji papieskiego absolutyzmu”, służących, według Haeckla, papieżowi do ucisku człowieka, zamiast zrozumieć, jak wielkim darem Bożym jest ten sakrament na drodze prawdziwego wyzwolenia człowieka, jego ducha i ciała ludzkiego z wszelkich więzów, z których on sam się wyzwolić nie potrafi, ponieważ tylko Pan Bóg odpuszcza grzechy – i temu ostatecznie służy spowiedź w sensie katolickim.

„Uwolnić szkołę z niewoli Kościoła” katolickiego jako „niebezpieczniejszego aniżeli […] wszystkie pozostałe religie”

Ażeby móc utorować drogę wolności „ateistycznym badaczom przyrody” oraz ich antychrześcijańskiemu myśleniu, należy „wtargnąć w XX stuleciu ze światłem oświecenia nauk przyrodniczych do ogólnego nauczania szkolnego”, co jest realnie możliwe, ale pod jednym warunkiem: „uwolnienia szkoły z niewoli Kościoła”. To z kolei zmusza do uwolnienia „współczesnego państwa” ze „związków z rządem Kościoła”, ażeby „nie dogmaty konfesyjnej wiary, lecz jasne poznanie rozumnego myślenia zostało podniesione do podstawy prawdziwego kształcenia”. Wskutek tego „panujący zabobon” chrześcijański „ustąpi miejsca rozumnej wiedzy o przyrodzie”, a tym samym „monistycznemu przekonaniu o jedności boga i świata”.

„Naukę i rozum” należy bronić, według Haeckla, przed „Kościołem katolickim” i jego „ostrymi atakami” na nie, nauczając prawdy o „jedynie zbawiającej” wspólnocie Kościoła, ponieważ „Kościół rzymsko-katolicki” z racji bycia „potężną organizacją” jest „niebezpieczniejszy aniżeli […] wszystkie inne religie”.

„’Religijna’ wiara jest stale wiarą w cuda i stoi jako taka z naturalną wiarą rozumu w niepojednywalnej sprzeczności”, ponieważ jest „zabobonem”

Haeckel pisze, że „wiara chrześcijańska w stworzenie, Trójjedyność Boga, w Niepokalane Poczęcie, w zbawienie, zmartwychwstanie i wniebowstąpienie Chrystusa itd. jest czystym wymysłem i nie może być zjednoczona z rozumnym poznaniem przyrody”. Skąd ewolucjonista Haeckel czerpie dowody na zasadność swojego myślenia?

Haeckel nie ukrywa, iż „przekonuje nas bezpartyjna ’Krytyka czystego rozumu’” Immanuela Kanta, oceniająca radykalnie negatywnie „wszystkie […] formy wiary, będące ”nieprawdziwymi i nierozumnymi„, które pojęte są tam jako ”produkty wymyślonej fantazji i bezkrytycznej tradycji„. Dlatego też ”rozumna nauka musi je wszystkie razem wzięte i osobno jako wytwory zabobonu odrzucić„. ”Wiara„ nadprzyrodzona jest też ”sprzeczna„ z ”prawami przyrody„. Dzieci poddane formacji religijnej są odseparowywane ”od poznania prawdy i przekazywane zabobonowi„. Stąd Haeckel postuluje, aby ”każdy przyjaciel człowieka„ opowiedział się za ”rozdziałem szkoły i Kościoła„ i ”wspierał wszelkimi środkami szkołę bezwyznaniową jako najwartościowszą instytucję nowoczesnego państwa rozumu„.

”Nauczanie szkolne„ ograniczone wyłącznie do ”doczesności„

W związku z tym, że ludzkie życie rozpoczyna się wraz z ”zapłodnieniem matczynej komórki jajowej„, a kończy definitywną ”śmiercią„, to ”stosownie do tego nasza monistyczna etyka ma jedynie zadanie takiego ukształtowania tego życia ziemskiego tak dobrze, pięknie, szczęśliwie, jak to jest możliwe; nasze wychowanie nie może mieć żadnego innego zadania jak wychowywać naszą młodzież dobrze, począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa, ale wyłącznie dla tej ’doczesności’„ pojętej przez Haeckla jako materialistyczna ”przyroda„. Czyżby Haeckel nie miał żadnego innego pojęcia ”kościoła„ dla współczesnego człowieka?

”Przyroda„ jako ”kościół„ ”nowoczesnego człowieka„ – przejąć świątynie rzymskokatolickie

Konsekwentną odpowiedzią Haeckla na pytanie o ”kościół„ dla człowieka dzisiaj jest wskazanie na to, iż ”nowoczesny człowiek„, bazujący na ”nauce i sztuce„ i ”przyrodzie„ jako ”religii„, ”nie potrzebuje żadnego szczególnego kościoła, żadnej ciasnej i ograniczonej przestrzeni„. Dlaczego? Ponieważ gdziekolwiek tylko ten ”nowoczesny człowiek„ nie spojrzy na ”wolną przyrodę„ jako ”universum„ czy na tylko jedną z jej ”części„, to wprawdzie doświadcza w niej ”twardej walki o byt„, ale obok tego także tego, co ”prawdziwe, piękne i dobre„, czyli tenże ”nowoczesny człowiek„ ”znajduje wszędzie we wspaniałej przyrodzie swój ’kościół’„.

Owszem, nie ulega wątpliwości, że Kościół rzymskokatolicki ma piękne świątynie, ale tak jak ”w szesnastym stuleciu papizm musiał odstąpić rozliczne kościoły reformacji, tak też będzie w dwudziestym stuleciu, gdy ich wielka część przejdzie na rzecz ’wolnych gmin’ monistycznych„ ”nowoczesnego„ ”kościoła„ ”religii monistycznej„ Haeckla i jego ateistycznych zwolenników antykościoła.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/143613, ... win-3.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 19 wrz 2015, 05:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Niemiecki Darwin (4)

Obrazek
Zdjęcie: Raffaello/ -


Od odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek, zależy rozumienie jego podstawowych relacji względem drugiego człowieka w małżeństwie, rodzinie i każdej społeczności. Kim, a może dokładniej, czym jest człowiek według ewolucjonisty Haeckla?

„Człowiek” – „najwyższym i najszlachetniejszym produktem” „przyrody”

„Człowiek jest przecież tylko wyżej rozwiniętym zwierzęciem kręgowym i wszystkie strony życia ludzkiego znajdują swoje paralele albo prawidłowiej ich niższe stadia rozwoju ukształtowane wcześniej w królestwie zwierząt”, które ostatecznie dalej „sprowadzają się do chemicznych i fizykalnych procesów, a więc do przyczyn mechanicznych” jako „prawdziwej przyczynowości” życia ludzkiego. Haeckel odrzuca świadomie „wszelkie mistyczne i nadprzyrodzone moce” chrześcijańskiego „Boga Osobowego jako Stwórcy świata” i klasyfikuje prawdę o stworzeniu świata przez Boga jako „ślepą wiarę w dogmat nadprzyrodzonego stworzenia”, którego negatywnym skutkiem jest m.in. „fałszywy dogmat o stałości i niezależnym stworzeniu pojedynczych rodzajów”.

Teza Haeckla z 1866 roku jest prosta i chodzi w niej o „powstanie rodzaju ludzkiego […] z królestwa zwierząt” i dlatego człowiek, według niego, nie jest żadnym homo sapiens Boskiego pochodzenia, lecz „małpą-człowiekiem” i jako taki musi on „podczas swego indywidualnego rozwoju” w stanie embrionalnym „przechodzić” „filogenetyczną” historię jego „roślinnych” i „zwierzęcych przodków”, którzy też „przez wiele milionów lat przechodzili ich […] transformację” od materii nieożywionej do ożywionej. Tak oto doszło, według Haeckla, do „zniszczenia” „chrześcijańskiego obrazu człowieka” przez „modernistyczną biologię”.

Człowiek – „zwierzęciem”, a nie „osobą”

Wprawdzie Haeckel używa językowo pojęcia „osoba” w opisie człowieka, ale za tym pojęciem nie kryje się adekwatne znaczenie, sens czy treść, które są typowe dla metafizycznego i chrześcijańskiego rozumienia człowieka jako osoby.

Otóż, według Haeckla, „egzystencja każdej pojedynczej osoby ludzkiej, podobnie jak tamta każdego innego, płciowo spłodzonego zwierzęcia kręgowego, rozpoczyna się w momencie zapłodnienia, w tym momencie, w którym komórka jajowa matki łączy się z komórką spermy ojca. Obydwie komórki płciowe, przyciągające się wzajemnie przez chemiczną działalność zmysłów (’erotyczny chemotropizm’), stapiają się potem do tworzenia nowej okrągłej komórki (cytula)”, z której poprzez rekapitulację całej filogenezy dochodzi w łonie matki do „antropogenezy” jako powtórzenia pierwotnego „pochodzenia człowieka od małpy”, co ma rzekomo artykułować „fundamentalna zasada biogenetyczna” Haeckla, oparta na „niekwestionowalnych, pewnych faktach”.

Już samo chemiczno-biologiczne określenie aktu zapłodnienia uzewnętrznia jego materialistyczną koncepcję człowieka jako zwierzęcia. Zresztą ten ewolucjonista podkreśla nieustannie, iż jakiekolwiek wyższe „dążenie do celu”, względnie jakaś transcendentna „finalność”, charakterystyczna dla osób np. ludzkich, nie wchodzi tutaj w rachubę. A przecież dowód z celowości w klasycznej filozofii jest zarówno dowodem na istnienie Boga, jak i na istnienie osób ludzkich. Warto jeszcze podkreślić, że Haeckel powołuje się wprawdzie na „embriologiczne pokrewieństwo” człowieka i zwierzęcia, ale sam jako uczony nigdy nie widział embrionu ludzkiego, ponieważ badał tylko embriony psów, ale wnioski wypowiadał o rozwoju embrionalnym człowieka, co już w oczach jego współczesnych przekreśliło rzetelność jego „naukowości”.

Ewolucjonistyczny „człowiek” bez „duszy” i „ducha”

Haeckel nie ukrywa, że pytanie o „duszę człowieka” należy do „najbardziej kontrowersyjnych problemów nauki”, ale on sam rozstrzyga tę kwestię negatywnie, tzn. odmawia radykalnie człowiekowi istnienia „duszy” i „ducha” jako „niezależnej od ciała ’istoty’”. Haeckel zachowuje samo pojęcie „duszy” ludzkiej, ale definiuje ją jako „sumę czynności mózgu”, czyli jako „funkcję” mózgu. W takim układzie rzeczy „dusza” Haeckla jest po prostu częścią ludzkiego ciała, podobnie jak ma to miejsce u innych „ssaków”. Dla niego nie istnieje żaden rozum jako władza poznawcza odrębna od mózgu, ani nie istnieje „żadna ’wolna wola’”, a tym samym nie istnieje „żadna osobowa nieśmiertelność duszy”.

Skoro „mózg” przyjęty jest przez Haeckla a apriori jako „rzeczywisty organ życia duchowego” człowieka w sensie ewolucjonistycznym, to faktycznie wraz ze „zniszczeniem” „mózgu” następuje zniszczenie wszystkich „czynności duchowych”, czyli śmierć człowieka, chociaż pewne czynności wegetatywno-sensytywne mogą jeszcze pomimo tego funkcjonować. Wydaje się, że dzisiejsi zwolennicy poglądu śmierci mózgu ludzkiego jako właściwej śmierci człowieka opierają się na tym postulacie Ernsta Haeckla.

Zmysłowość jako najdoskonalsze źródło poznania ludzkiego

To ewolucjonistyczne pojęcie „duchowości” będzie jeszcze bardziej zrozumiałe w świetle rozumienia sfery poznawczej w człowieku. Według Haeckla, „człowiek nie okazuje się w związku z ukształtowaniem jego zmysłów w żadnym wypadku” niczym innym „jak najdoskonalszym i najwyżej rozwiniętym zwierzęciem kręgowym”.

Skoro osoba ludzka jest przez niego zredukowana do zwierzęcia, to najdoskonalszą sferą poznania ewolucjonistycznie pojętego człowieka jest „działalność zmysłowa” „wszelkiego poznania prawdy” oraz „organy myślenia”, ale pojęte przez Haeckla jako wyłącznie „system nerwowy” człowieka. W tym sensualistycznym „duchu” stwierdza on: „W pełni prawdy powiada Albrecht Rau: ’Wszelka nauka jest ostatecznie poznaniem zmysłowym’”, ponieważ „duch” czy „dusza” jest zawsze pojęta jako „duch” i „dusza” przyrody, czyli jako zmysłowość i wegetatywność świata przyrody. Tak pojęta „duchowość” ludzka jest tylko „częścią” otaczającego ją świata zwierząt i roślin oraz materii nieożywionej, których człowiek nie jest w stanie transcendować poznawczo: „Nasza dusza ludzka jest tylko niesamowicie drobną cząstką tej wszystkoogarniającej ’duszy świata’, podobnie jak nasze ludzkie ciało tworzy tylko indywidualną cząstkę większego zorganizowanego świata cielesnego”. „Dusza”, „rozum”, „świadomość” są „wyłącznie funkcjami mózgu”, a same w sobie są „masą nerwów”, czyli „częściami” zmysłowości przyrody. Jak zatem należy traktować chorych ludzi?

Ewolucjonistyczna „zasada selekcji” i konieczność eugeniki

Przypomnijmy, że „zasada selekcji” Darwina jest zasadą uśmiercania gatunku niższego, aby poprzez śmierć jako śmierć wyprowadzić doskonalszy i „wyższy” gatunek. Haeckel, czcząc Darwina m.in. za postulat „zasady selekcji”, krytykuje zasadniczo chorych i niepełnosprawnych – w szczególności „chorych rodziców”, którzy „przekazują” „następnym generacjom” „nieuleczalne zło […] dziedziczne” w postaci obciążonych ich własnymi chorobami dzieci. W swoim piśmie „Die Lebenswunder” stwierdza: „[…] także zabicie nowonarodzonych niepełnosprawnych dzieci, jak praktykowali je np. Spartanie w celu selekcji najzdolniejszych, nie może z racji rozumowych podpadać pod pojęcie ’morderstwa’, jak dzieje się to w naszych współczesnych księgach prawa. O wiele bardziej musimy je (dzieciobójstwo) uznać za celową i pożyteczną regułę zarówno dla uczestniczących (czyli samych chorych dzieci), jak i dla społeczeństwa”.

Haeckel opowiada się też przeciwko, z pozycji jego ewolucjonistycznego utylitaryzmu, względnie darwinizmu społecznego, „setkom tysięcy nieuleczalnie chorych, dosłownie chorych umysłowo, trędowatych, chorych na raka itd.”, którzy, według niego, „są sztucznie podtrzymywani przy życiu i których męki są starannie przedłużane, bez jakiegokolwiek pożytku dla nich samych albo dla całości” (Die Lebenswunder, 1904) ich społeczności. Te tezy Ernsta Haeckla stały się podstawą dla ideologii rasy i praktyk eugenicznych w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej zarówno w odniesieniu do innych narodów, jak i własnego niemieckiego, co zaświadczają tacy historycy jak np.: William H. Tucker, Rolf Winau, Helmut Zander, ale już za życia Haeckla pisał o tym – za zgodą Haeckla – w artykule „Ernst Haeckel i eugenika” jego uczeń Wilhelm Schallmayer.

Eutanazja jako inny skutek śmiercionośnej ewolucji

W przeciwieństwie do „niepełnosprawnych”, których powinno się uśmiercać bez ich zgody, innym ciężko chorym powinno się, według Haeckla, stworzyć możliwość dobrowolnego odejścia od życia, czyli eutanazję. W swoim piśmie „Ewigkeit” („Wieczność”) postuluje on jako jeden z pierwszych Niemców, aby „nieuleczalnie chorzy psychicznie, cierpiący na raka albo trąd, którzy sami życzą sobie ich zbawienia”, mogli zażyć „małą porcję morfiny albo cyjanku potasu”, co „uwolniłoby nie tylko te same godne pożałowania stworzenia, lecz także ich najbliższych od wieloletniego ciężaru bezwartościowej i pełnej męki egzystencji”.

Pamiętamy, że w praktykach zagłady milionów osób z różnych narodów Trzecia Rzesza Niemiecka zastosowała te metody w swoich niemieckich obozach śmierci. Jakaż szkoda, że wiele niemieckich i żydowskich mediów na globie już o tej prawdzie historycznej nie pamięta, przerzucając w swojej zaprogramowanej ignorancji oraz w zwalczaniu w większości jeszcze katolickiej Rzeczypospolitej winę na Polskę i jej „obozy zagłady”, z których żaden nie należał do Polski. Nawet taki ewidentny fakt jak istnienie obozu w Oświęcimiu oraz w Oświęcimiu-Brzezince na terenie wcielonym do Trzeciej Rzeszy Niemieckiej uchodzi uwadze niektórym przedstawicielom wspomnianych narodów: Niemców i Żydów. Wprawdzie nie zaskakuje amnezja niektórych Niemców, ale z pewnością u niektórych Żydów, którzy właśnie w okupowanej przez nazistowskie Niemcy Polsce znaleźli najwięcej „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, i to pomimo że wyłącznie na terenach naszej Ojczyzny czekała ich najwyższa kara śmierci za ratowanie Żydów.

Ideologia totalnej śmierci człowieka

„Nieśmiertelność”, „osobowość” duszy jest „całkowicie nie do utrzymania”, bo to nie jest według tego ewolucjonisty żaden „dogmat o wrodzonej i wszystkim rozumnym ludziom przypadającej” duszy. Haeckel argumentuje dalej: „Nasza monistyczna antropologia przekonała nas pewnie”, że „egzystencja osobista każdego człowieka – z ciałem i duszą – równie pewnie kończy się wraz ze śmiercią”, jak ona „zapoczątkowała” swoje istnienie wraz z „powstaniem pierwotnej komórki”, z której powstały wszystkie istoty żywe.

Ks. prof. Tadeusz Guz

http://www.naszdziennik.pl/mysl/143981, ... win-4.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Świat (życie) w kleszczach ideologii
PostNapisane: 26 wrz 2015, 14:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31186
Niemiecki Darwin (5)

Obrazek

Skoro ewolucjonista Haeckel wyprowadza – za Darwinem – bytowość człowieka bezpośrednio z rozwijającej się ewolucyjnie materii świata zwierzęcego, tzn. z „ssaków”, to „wszystkie jego morfologiczne, fizjologiczne i psychologiczne właściwości” (III, s. 467) powstały według niego z jego roślinno-zwierzęcych przodków.

Stada zwierzęce – „źródłem” ludzkich małżeństw i rodzin

„Nie miłujący Ojciec” Bóg, stwarzając człowieka jako mężczyznę i jako kobietę, określił dla swoich „stworzeń” rozumnych i wolnych „wszystkie relacje” małżeńskie, rodzinne i społeczne w ogóle zgodnie z Jego „celem” oraz dla tego, co „najlepsze” dla nich, lecz te „instynkty społeczne” ludzi „powstały przez dopasowanie się do ich”, czyli zwierzęcych, zwyczajów życia i przez przekazanie dziedzictwa na wszystkich członków danej klasy„. A zatem to nie Osobowy Stwórca Boski jest ”źródłem, z którego powstały ’zwyczaje’ ludzi„ do tworzenia związków małżeńsko-rodzinnych, lecz ”długa drabina postępującego rozwoju„ ”starszych„ i ”wyższych„ bytowo gatunków zwierzęcych. ”Najmniej rozwinięte rasy ludzi (dzicy)„ powstały według Haeckla z ”człowieka-małpy„, zaś z niego dopiero powoli rodziła się ”wyższa obyczajowość moralna barbarzyńców, a później powstały jeszcze doskonalsze obyczaje narodów kulturowych„, ale pozostających pod względem ich natury zwierzętami.

Małżeństwo – żadnym sakramentem, lecz tylko ”przypadkową„ umową czasową

Dla Haeckla, który w miejsce Trójcy Świętej w interpretacji katolickiej wprowadził trzy właściwości przyrody jako ewolucjonistyczną ”trójcę substancji„: ”1. materię, 2. energię, 3. psychom„ oraz przyjął a priori, iż ”praracją wszelkiego bytu, wszelkiego stawania się i przemijania„ jest właśnie przyroda jako według niego ”wszechbóg, pantheos, ten „bóg uniwersalny” jest wieczny i nieprzemijający, nieskończony w przestrzeni i czasie; on nie jest osobowy i świadomy; on rządzi światem przez jego „wieczne, żelazne, wielkie prawa”. Dlatego „kosmos jako całość jest posłuszny temu nieświadomemu prawu przyrody” i stąd nic, co dzieje się np. między ludźmi, jak choćby akt zawarcia małżeństwa czy jego rozpadu, nie dokonuje się na gruncie racjonalności i wolności kobiety i mężczyzny, lecz „wszystko dzieje się z absolutną koniecznością według mechanicznego ’prawa przyczynowości’”, pojętej oczywiście według niego materialistycznie. Co ciekawe, kontradyktoryjne myślenie Haeckla artykułuje jego tezę fatalistyczną o tym, iż „przy tym” procesie przyrody jako wyrazu „absolutnej konieczności” „największą rolę odgrywa ślepy przypadek”. Ten ostatni wyraża brak jakiegokolwiek związku pomiędzy „wieloma wydarzeniami”, co nie przeszkadza Haecklowi mniemać, że „pomimo tego każdy pojedynczy” byt „jest zawsze koniecznym następstwem przyczyn skutkowych”. Jakie skutki praktyczne w jego osobistym życiu małżeńsko-rodzinnym miał ten zwrot Haeckla w kierunku „ateistycznego pojęcia substancji”?

„Antypapież” Haeckel i jego protestanckie małżeństwa

W 1862 roku Haeckel ożenił się ze swoją protestancką kuzynką Anną Sethe, ale po jej śmierci w 1864 roku zawarł w 1867 roku drugie małżeństwo także z protestantką Agnes Huschke, córką profesora Emila Huschke – anatoma, zoologa i embriologa. Z tego w świetle systematycznych analiz „trudnego” małżeństwa narodziło się troje dzieci: Walter, Elisabeth i chora psychicznie Emma, której pomimo swoich poglądów o konieczności stosowania eugeniki w stosunku do takich chorych, nie uśmiercił. W 1910 roku, po tym jak środowiska masońskie wybrały go za jego „zasługi” za zwalczanie religii chrześcijańskiej katolickiej w Rzymie na „antypapieża”, Haeckel wystąpił ze zboru protestanckiego, a ty samym zerwał ślub-umowę zawartą po protestancku. Czyżby był to jedynie zwykły przypadek?

„Miłość matki, życie rodzinne…”

Wskutek negacji duszy i ducha osobowego w człowieku Haeckel zapodmiatawia życie małżeńskie i rodzinne wyłącznie w sferze zmysłowości i to w dodatku kierowanej wyłącznie zasadami biologii, chemii i fizyki, ponieważ innych zasad jego ewolucjonistyczne pojęcie świata nie zna. Skoro nie ma w człowieku osoby, to nie ma także i ducha, a zatem nie istnieją w nim żadne zasady duchowe, jak np. intelektualno-moralne. Dlatego też całość życia małżeńsko-rodzinnego sprowadza się do przeżyć zmysłowo-wegetatywnych, i to pojętych nie np. „instynktowo”, jak czyniła to klasyczna zoologia w stosunku do świata zwierząt, lecz czysto „mechanicznie” i zarazem na gruncie nieobliczalnego oraz dosłownie „ślepego przypadku” jako faktycznie ewolucjonistycznego mitu Haeckla. O prawdziwej miłości pomiędzy małżonkami oraz rodzicami a dziećmi nie może być tutaj mowy, ponieważ nie ma w tym myśleniu wolnej woli, a pozostają tylko zwierzęce „naturalne popędy” „egoizmu” i „altruizmu” będące „rówouprawnionymi”, aby „zachować społeczeństwo”, co jest typowe dla teorii ewolucji Darwina postulującej konieczność istnienia „nienawiści” jako motoru i treści unicestwiającej niższe gatunki „zasady selekcji” jako ten – według Haeckla – „właściwy darwinizm”. Poprzez tę negatywną siłę „selekcja” jako uśmiercanie staje się paradoksalnie zasadą „wyższego rozwoju”. Praktycznie oznacza to unicestwienie małżeństwa, aby na jego rozpadzie zbudować jeszcze „wyżej rozwinięty” związek mężczyzny i kobiety, czyli „związek rozwiedzionych…”. Ta antykatolicka świadomość zyskuje dzisiaj coraz bardziej prawo obywatelstwa, niestety także pośród części hierarchii kościelnej i części Ludu Bożego, będących m.in. pod wpływem tej ateistycznej i antychrześcijańskiej „teorii ewolucji”, co dalece pogłębia kryzys życia i kultury małżeńsko-rodzinnej pośród znacznej części rodziny ludzkiej na okręgu ziemskim.

„Wiara” katolicka – „niszczycielką” „szczęścia rodzin”!

„Wiara” chrześcijańska i w szczególności „katolicka” „zniszczyła […] szczęście rodzin i pojedynczych osób” m.in. poprzez „wojny religijne”, „inkwizycję” czy „różnice w wierze”. „Najgorszym skutkiem” dla Haeckla jest „konfesyjne nauczanie religii” w szkole, co według niego niszczy „rodziny” i „państwa”, a nade wszystko „sprzeczne jest” jako „zabobon” z „rozumem dzieci”. Czyżby Haeckel faktycznie tak wysoko cenił rozum? Czyżby rzeczywiście miał on rację z jego negacją całej treści wiary katolickiej z pozycji „osiągnięć” ówczesnych nauk przyrodniczych? Czy ten ewolucjonista miał adekwatne argumenty za swoją antyboską i antykatolicką postawą ludzką i naukową?

Haeckel świadomie fałszował wyniki swoich badań nad człowiekiem i przyrodą

Tuż po ukazaniu się pierwszego wydania jego pisma „Naturalna historia stworzenia” w 1874 roku, w którym usiłuje „udowodnić” tezę o pochodzeniu człowieka od małpy, a tym samym całkowicie odrzucić prawdę wiary katolickiej o stworzeniu człowieka przez Boga Kreatora, profesor anatomii z Bazylei Wilhelm His pisał, czy tablice zawarte w tym piśmie Haeckla na str. 242 z embrionami człowieka, małpy i psa oraz na str. 248 z embrionami psa, koguta i żółwia nie są de facto „każdorazowo trzema zdjęciami tej samej laski drewnianej, ale przedstawionej pod trzema różnymi tytułami!”. Haeckel dopiero po 34 latach, czyli w 1908 roku na łamach „Berliner Volkszeitung” „przyznał się”, że „część moich licznych obrazów embrionów jest sfałszowana” ze względu na „niepełny” i „niewystarczający materiał obserwacyjny”, który miał do dyspozycji i dlatego Haeckel „konstruował” ideologiczne treści na potrzeby jego ewolucyjnej „hipotezy”. On nigdy nie widział nawet jednego embrionu człowieka, a w swoich publikacjach zamieszczał jego obrazy i je materialistycznie interpretował.

Embriolog Erich Blechschmidt i przezwyciężenie ideologii ewolucjonizmu Haeckla

Profesor medycyny Blechschmidt należy do najsłynniejszych embriologów naszej epoki, którzy mieli odwagę i determinację, by rzetelnie zbadać bytowość człowieka w stanie jego embrionalnego rozwoju, mając po II wojnie światowej realne techniczne, a nade wszystko naukowe możliwości do intensywnych badań człowieka w okresie jego życia w łonie matki. Sam wyznaje: „Jako studentom przedstawiano nam biogenetyczną zasadę fundamentalną Ernsta Haeckla, który poszukuje rozwoju organizmu” człowieka z „filogenezy, tj. z dziejów” przyrody. „Wprawdzie rozpoznałem jego nieadekwatność jako historyczną interpretację do wyjaśnienia biologicznych związków przyczynowych”, ale „nie miałem wątpliwości co do stwierdzanych przez Haeckla opisów oględzin stanu rzeczy. Wskutek przez wiele lat zgromadzonej dokumentacji”, dotyczącej realnych oględzin embrionów ludzkich, które z różnych racji losowych były dostarczane do jego Uniwersyteckiego Instytutu Anatomii, najpierw na Uniwersytecie w Getyndze, a następnie we Freiburgu i Br., „okazało się ku naszemu zadziwieniu, że te przez Haeckla postulowane oględziny i tym samym ich interpretacja były fałszywe”. Profesor Blechschmidt dodaje: „Dzisiaj jest udowodnione, że wyobrażenia Haeckla były fałszywe i że wszystkie doświadczenia, uratowania czegoś z nich, musiały się nie powieźć. Jego wyobrażenia nie mają ważności także i w innym sensie albo tylko w zasadzie, albo tylko dla pojedynczych przypadków. Ta biogenetyczna zasada fundamentalna nie ma żadnej wartości”, podsumowuje Blechschmidt, który prowadził badania naukowe nad ponad 200 tysiącami embrionów ludzkich.

„Człowiek jest człowiekiem od początku” (E. Blechschmidt)

Dzięki „nowoczesnym sposobom badań naukowych” w medycynie oraz adekwatnym metodom pracy naukowej i zobowiązanej względem prawdy interepretacji w naukach medycznych powiodła się z jednej strony falsyfikacja najważniejszej tezy Haeckla o „naukowo niemożliwym do utrzymania myśleniu rekapitulacyjnym”, czyli o powtarzaniu przez każdego człowieka w łonie matki trzydziestu stadiów rozwoju roślinno-zwierzęcego, ale co jest jeszcze ważniejsze, to teza Blechschmidta o „człowieku od początku”, czyli od momentu poczęcia w sercu matki zwyciężyła. Nowoczesna genetyka uczy nas dzisiaj, że łańcuch chromosomów w organizmie ludzkim w całej historii rozwoju osoby ludzkiej od jej poczęcia „nie zmienia się, lecz zawsze pozostaje typowo ludzkim”. Z tych i jeszcze wielu innych racji prof. Blechschmidt, w miejsce sfalsyfikowanego ewolucjonizmu Darwina i Haeckla, zaproponował prawdę o „zasadzie zachowania indywidualności” w każdym stadium rozwoju embrionalnego człowieka oraz na każdym etapie ludzkiego bytowania na Ziemi: „Indywidualność ludzkiej istoty żywej pozostaje zachowaną począwszy od zapłodnienia, podczas całego trwania rozwoju aż do śmierci, a zmienia się tylko” zewnętrzny „obraz ukazywania się” człowieka jako osoby. Wykluczone zatem z medycznego punktu widzenia jest mówienie o „stawaniu się człowieka”. Wprost przeciwnie, „byt człowieka nie jest żadnym fenomenem, który rezultuje z ontogenezy, lecz rzeczywistością, która jest warunkiem ontogenezy”, ponieważ „człowiek nie staje się człowiekiem, lecz jest człowiekiem od poczęcia”, podsumowuje wielce zasłużony nie tylko dla współczesnych nauk medycznych prof. Erich Blechschmidt, lecz także dla uratowania chrześcijańskiego obrazu człowieka jako niepowtarzalnej osoby ludzkiej, a tym samym dla uratowania chrześcijańskiego obrazu małżeństwa i rodziny we współczesnej nauce i, daj Boże, w nauczaniu Magisterium Kościoła na zbliżającym się synodzie biskupów poświęconym sprawie małżeństwa i rodziny oraz w szeroko pojętej świadomości chrześcijan katolickich i wszystkich ludzi dobrej woli.

Słowa podziękowania

Redakcji „Naszego Dziennika” pragnę wyrazić bardzo serdeczną wdzięczność nie tylko za solidną merytoryczną współpracę, lecz także za niecodzienną odwagę cywilną do wielomiesięcznego publikowania treści wieloaspektowo trudnych. Wszystkim Czytelnikom składam wyrazy chrześcijańskiej wdzięczności za ducha wspólnoty myślenia chrześcijańskiego wokół Bożej nauki o katolickim rozumieniu małżeństwa i rodziny.

Ks. prof. Tadeusz Guz, kierownik Katedry Filozofii Prawa KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/144341, ... win-5.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 152 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 6, 7, 8, 9, 10, 11  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /