Polskie-Forum.pl | Polskie Forum Dyskusyjne | Niezależne Forum Dyskusyjne | Niezależne opionie polityczne | aktywność obywatelska | wolna dyskusja | wybory prezydenckie • Zobacz wątek - Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro

Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 02 lut 2013, 09:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Ta cywilizacja, którą obecnie próbuje się nam nachalnie narzucić, jest wyjałowiona z piękną, z dobroci, z miłości, jest zakłamana, zafałszowana i opiera się na patologicznie pojmowanej rzeczywistości. Dobro, piękno, miłość itp. w tej cywilizacji są na nowo zdefiniowane i nie pokrywają się tradycyjnym ich rozumieniem. Rzeczywistość w tej cywilizacji nie istnieje obiektywnie i nie tworzy nam przez samo swoje istnienie naturalnego ładu. Rzeczywistość tej cywilizacji narodziła się (uroiła się) w mózgach jej propagatorów i daleko odbiega o rzeczywistości, w której jest faktycznie usadowiony nasz świat i która tworzy podstawy i tło naszego życia.
Wariaci (czyt. ideolodzy) tworzą nam nasz świat i zmuszają poprzez prawo do akceptacji ich patologicznych wizji.


Mistyfikacja rzeczywistości

Beata Falkowska

Kłamstwo w polityce jest zadawanym naszej świadomości i tożsamości gwałtem. Zazwyczaj ma na celu maskowanie jeszcze większej przemocy, która dokonuje się w jego cieniu. Jak dalece zainstytucjonalizowane kłamstwo może stać się narzędziem władzy i społecznej kontroli, doświadczyliśmy w PRL. Stanowiące rdzeń systemów totalitarnych metodyczne fałszowanie rzeczywistości po 1989 roku zainfekowało sferę publiczną równie zajadle jak za komuny, wskutek czego polska polityka w dużym stopniu została sprowadzona do roli decorum kryjącego realnie rządzący postkomunistyczny układ.

Gdy przy meblu bez kantów zastępy opozycjonistów fraternizowały się z partyjną wierchuszką, pewna aktorka ogłaszała „koniec komunizmu”, a znany „opozycjonista” perorował o jego „prometejskim rysie”, rozpoczęło się rozbrajanie bomby z napisem „PRL”. Od 1989 roku kłamstwo założycielskie III RP koroduje narodową tkankę. Zacieranie konturów i linii demarkacyjnych pomiędzy łajdactwem a bohaterstwem, którego w PRL nie brakowało, oportunizmem a wiernością wartościom najwyższym, przełożyło się na efekt moralnej i ideowej próżni, w której funkcjonuje znaczna część społeczeństwa, stygmatyzację tych, którzy kłamstwo demaskują, atrofię społecznych więzi i parcelację narodowej wspólnoty na wyniszczające się wrogie obozy. To zapewnia układowi inercję.

III RP grzęźnie w coraz większym bagnie pogrążana przez kolejne afery, wyciągane z szaf kwity, seryjnych samobójców, bezkarne czerwone dynastie. Porównywana do rosyjskiego tupolewa, sięgnęła dna 10 kwietnia 2010 roku. Gdy w błocie smoleńskiego lasu Donald Tusk nad ciałami narodowej elity wymieniał uściski z Władimirem Putinem, już wiedział, że będzie mógł jedynie brnąć w pętle łgarstw.

Dzieje kłamstwa w III RP wkroczyły po 10 kwietnia w nowy etap, w którym dozwolone jest wszystko. Jednego dnia każdy z członków gabinetu Tuska może wyjść i oświadczyć: było właśnie tak, po to, by nazajutrz skwitować sprawę lakonicznym: no, tak to nie było. Bez znieczulenia, bez zbędnego sztafażu kreacji, bez szukania minimum wiarygodności. Cytując dosłownie orwellowskie Ministerstwo Prawdy, ekipa Platformy Obywatelskiej ogłosiła: „Wojna jest pokojem, wolność jest niewolnictwem, ignorancja jest siłą”.

To nie fabrykowanie antyświata decyduje o trwaniu systemu kłamstwa, lecz stworzenie obywatela doskonale obojętnego na serwowaną fikcję. Donald Tusk i stojący za nim postkomunistyczny establishment uwierzyli, że dzięki mariażowi z medialnym mainstreamem i znaczącej kontroli nad informacją stworzą społeczeństwo wykazujące (w części potrzebnej do wygrywania wyborów) całkowite désintéressement w obszarze poszukiwania prawdy materialnej o otaczającym świecie.

Na tę postawę pewnego segmentu społeczeństwa składa się nie tylko praca PR-owców Platformy, ale blisko pół wieku PRL z jej systemową walką z chrześcijaństwem i polskością, dewaluacją postawy obywatelskiej, zohydzeniem polityki jako domeny cynizmu i koniunkturalizmu. Wszystkie te trendy są twórczo kontynuowane po 1989 roku. Upowszechnienie przekonania, że polityka to brudna robota, ma legitymizować dopuszczenie wszelkich chwytów, a eliminacja z życia publicznego chrześcijaństwa z jego kanonem norm i powinności ma pozbawić ludzi wielowiekowej podpory i moralnego kompasu, dając pole do popisu specom od manipulacji. Fatalizm tych rozważań rozjaśnia pewność, że system oparty na kłamstwie musi upaść, choć perforacja łańcucha blag nie jest oczywiście łatwa. Skorumpowany przez kłamstwo publiczny dyskurs dysponuje przebogatym arsenałem falsyfikacji, a na rzecz trzymania nas w zbiorowej iluzji pracuje konglomerat partyjnego aparatu, mediów i różnorakiej proweniencji „autorytetów”. Niebezpieczne dla systemu kłamstwa są wszelkie czynniki wobec niego zewnętrzne i niezależne. Jan Paweł II pisał o „tajemnicy dobra”, „którego zło nie potrafi zniszczyć, które krzewi się niejako wbrew złu i na tej samej glebie”.

Czasem wystarczy impuls, niewielki wyłom w murze zasłaniającym oślepionemu społeczeństwu światło prawdy o nim samym. Tak jak przypadkowy wyciek kilku szczerych wyznań socjalistycznego premiera Węgier Ferenca Gyurcsányego w 2006 roku doprowadził nie tylko do przegranej jego formacji politycznej, ale i wejścia całego państwa na drogę jakościowego przełomu w życiu narodowym.

Potrzeba nam takiego katharsis. By słowa krążące w politycznym dyskursie znów zaczęły opisywać naszą rzeczywistość, a nie mistyfikować, by na pierwszym planie znalazły się w końcu realne problemy Polaków, a nie maskujące je igrzyska.

http://www.naszdziennik.pl/wp/22720,mis ... tosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 02 lut 2013, 09:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
W tej cywilizacji wszystko jest inne od dotychczas znanego. Inna jest kultura, inna jest logika, inna jest moralność, inna jest prawda itd.
A ilu z nas już poszło za tym co nam podrzucono, ilu z nas się w tym już odnalazło.
A co z tymi, którzy mają oczy ku patrzeniu, a uszy...., a rozum....?
Co z nami?
Mamy się zredukować duchowo, kulturowo, moralnie, estetycznie do narzucanego nam siłowo (prawnie) obłędu ideologicznego?


Obietnice bez pokrycia

Krzysztof Losz

Styl rządzenia Polską opiera się na składaniu obietnic, o których wiadomo z góry, że nie będą zrealizowane – widać to zwłaszcza od czasu objęcia władzy przez Donalda Tuska. I niestety, wydaje się, że wielu Polaków już się do tego przyzwyczaiło, traktuje to jako rzecz jak najbardziej normalną.

Premier Tusk jest mistrzem w składaniu niespełnionych obietnic. Robił to zarówno podczas kampanii wyborczych, jak i sejmowych exposé. Było ich tak dużo, że dziennikarze, ekonomiści, politolodzy do tej pory nie są w stanie ustalić liczby złożonych przez Tuska obietnic. Wyliczenia mówią, że tylko w pierwszej kadencji (2007-2011) premier zadeklarował wykonanie 200 różnych działań, a spełnił jedynie 40, a i to często były sprawy mało znaczące.

Oczywiście, ciężar gatunkowy tych zapowiedzi był różny, ale przecież Tusk roztaczał przed nami wizje, z których wynikało, że Polska będzie krajem nowoczesnym, sprawnie zarządzanym, z tanią administracją; że będziemy płacić niższe podatki, a warunki prowadzenia biznesu ulegną znacznej poprawie, wzrosną pensje, spadnie bezrobocie. Słowem, będziemy „drugą Irlandią” i Polacy będą wracać z emigracji do Ojczyzny. Słyszeliśmy deklaracje, że powstaną w szybkim tempie tysiące kilometrów nowych autostrad i dróg ekspresowych, a linie kolejowe i dworce zostaną zmodernizowane. Rząd miał też zapewnić Polsce bezpieczeństwo energetyczne, a obywatelom więcej wolności osobistej przez „zerwanie z IV RP”. Premier obiecywał ponadto Polakom dobrze działającą służbę zdrowia, z krótkimi kolejkami do lekarzy, poprawę jakości kształcenia, opiekę nad rodzinami.

W 2011 roku Tusk już był mniej hojny w składanych deklaracjach, zwłaszcza podczas exposé (bo w trakcie kampanii znowu obiecywał złote góry), ale co ciekawe, spełnił akurat te, które okazały się najbardziej dotkliwe dla społeczeństwa, jak podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat. Zastanawiające jest i to, że Tusk oraz większość PO chcą też spełnić obietnice składane środowiskom lewicowym, feministkom czy lobby homoseksualnemu – dowodem jest ostatnia próba przeforsowania ustawy o związkach partnerskich – ale o sprawach rzeczywiście ważnych dla społeczeństwa nie raczą już pamiętać.

Obiecanki nic nie kosztują

„Na obietnicy nikt nie zbankrutuje” – to mogłoby być motto rządów Donalda Tuska. Gdyby premier spełnił to, co zapowiadał, nasz kraj wyglądałby zupełnie inaczej. Teraz, po doświadczeniach, jakie mamy z Tuskiem, możemy śmiało powiedzieć, że premier od początku mamił pustymi deklaracjami, doskonale wiedział, że nie da się ich spełnić. Program budowy autostrad prawie od początku był nierealizowany, wiele dróg, które mieliśmy mieć gotowe już na Euro 2012, do tej pory nie powstało. To samo jest z liniami kolejowymi.

Mieliśmy mieć zapewnione bezpieczeństwo energetyczne, a mamy coraz droższy gaz i prąd. Tusk solennie nas zapewniał, że pod jego rządami spadną obciążenia fiskalne dla obywateli i firm, a w rzeczywistości jego rząd podniósł VAT, co najdotkliwiej odczuli rodzice mający na wychowaniu małe dzieci (VAT na produkty dla najmłodszych wzrósł z 7 do 23 proc.) i ludzie ubożsi, którzy więcej muszą płacić za żywność i inne podstawowe potrzeby. Przedsiębiorcy nadaremnie czekają też na ułatwienia w prowadzeniu biznesu, bo „jedno okienko” okazało się fikcją, a rosną za to koszty działalności w postaci wyższych podatków i składek rentowych. Zdaniem ekonomistów, to, że Polska dość dobrze sobie do tej pory radziła w sytuacji kryzysu, jaki ogarnął większość państw UE, to zasługa samych Polaków, a nie rządu. A skoro firmy nie miały od niego należytego wsparcia, jest to rzeczywiście ogromny sukces. Niestety, sytuacja jest trudna i przedsiębiorcy nie są w stanie spełnić innej obietnicy premiera – że bezrobocie będzie malało, a nasze zarobki rosły.

Gdyby Tusk spełnił swoje obietnice dotyczące służby zdrowia, bylibyśmy teraz leczeni w doskonale wyposażonych szpitalach i przychodniach, bez kolejek, a lekarze i pielęgniarki byliby dobrze opłacani. W zamian mamy jednak coraz gorszy poziom opieki, ogromne kolejki do lekarzy, szpitale – nawet te renomowane jak Centrum Zdrowia Dziecka – stojące na skraju bankructwa, drożejące leki, bo państwo oszczędza na refundacji. Rząd niespecjalnie się tym przejmuje, najwidoczniej Tusk wierzy we własną propagandę i słowa byłej minister zdrowia, a obecnie marszałek Sejmu Ewy Kopacz, że „kolejki do lekarzy są dłuższe z powodu bogatej oferty”.

W tej sytuacji takie niezrealizowane deklaracje szefa Platformy Obywatelskiej, jak zapewnienie Polakom dostępu do szerokopasmowego internetu, a wszystkim gimnazjalistom laptopów, to już drobnostki.

Za PRL znane było powiedzenie, że jak władza obiecuje, że coś zabierze, to zabiera. A jak obiecuje, że coś da, to obiecuje. Jak ulał pasuje to do obecnych rządów. Można też dokonania Donalda Tuska podsumować słowami, które często słyszy się w Sejmie, nawet od niektórych posłów koalicji, że „premier robi wszystko dokładnie odwrotnie, niż obiecywał”. Mieliśmy mieć tanie państwo, a w latach 2007-2011 liczba urzędników wzrosła o blisko 100 tysięcy, zaś ich utrzymanie kosztuje rocznie podatnika kilkanaście miliardów złotych.

Radosna twórczość rządu i ministra finansów Jacka Rostowskiego zaowocowała gigantycznym wzrostem długu publicznego, który z około 500 mld zł w 2007 r. wzrósł do prawie 850 mld zł w 2012 roku. W rzeczywistości jest on wyższy, bo dzięki księgowym sztuczkom Rostowskiego wiele miliardów zadłużenia poupychano w różnych publicznych instytucjach (jak Krajowy Fundusz Drogowy). Wszystko po to, by oficjalnie dług publiczny nie przekroczył jeszcze zapisanego w Konstytucji 55-procentowego PKB, co zmuszałoby rząd do drastycznego cięcia wydatków. Tego Tusk nam na pewno nie obiecywał.

Szef rządu i minister skarbu Aleksander Grad przyrzekali nam za to, że znajdą inwestorów dla polskich stoczni, aby w tych zakładach dalej budowano statki. Tusk i Grad publicznie dali słowo, że mają inwestora z Kataru, tylko że nikt go nigdy nie zobaczył i szef rządu od początku wiedział, że tak to się skończy.
Za rządów PO mieliśmy też być krajem ludzi wolnych, np. od inwigilacji, która podobno szerzyła się za IV RP, wolnych od ingerencji służb specjalnych w nasze życie, bo Tusk „ma zaufanie do obywateli”. Puste deklaracje, bo inwigilacja jest nawet wedle oficjalnych danych znacznie szersza niż za rządów PiS, a ostatnim przykładem, jak rząd traktuje obywateli, jest program oplatania dróg siecią fotoradarów.

Obiecałem, to wypełnię

Szkoda, że rząd Donalda Tuska nie jest tak gorliwy w spełnianiu obietnic składanych Polakom, tak jak sprawnie wprowadza w życie rozwiązania, które obiecuje unijnym decydentom. Przykładem może być pakiet energetyczno-klimatyczny. Polska już dawno wypełniła zobowiązania dotyczące redukcji emisji CO2, ale nasze obecne władze zgodziły się na kolejne ograniczenia. Koszty tego poniosą Polacy, ponieważ będziemy musieli więcej płacić za prąd i inne produkty. Bo gdy pakiet w pełni wejdzie w życie, polska gospodarka będzie musiała zapłacić za prawo do emisji CO2 ponad 25 mld euro rocznie – większość kosztów poniesie energetyka i do 2020 roku nasze rachunki za prąd ulegną co najmniej podwojeniu. Dla porównania Francja praktycznie nic nie zapłaci za wdrażanie pakietu.

Choć nie należymy do strefy euro, to jednak Tusk w imię „europejskiej solidarności” zaangażował nasze pieniądze w ratowanie unijnej waluty. Już przekazaliśmy na to 6 mld euro z naszych rezerw walutowych – to ponad 24 mld zł – a część ekspertów twierdzi nawet, że nasz wkład w rzeczywistości może urosnąć w ciągu kilku lat do 100 mld złotych. Podpisaliśmy też pakt fiskalny, który oddaje Brukseli kontrolę nad naszymi finansami, polski rząd popiera też utworzenie unii bankowej, również wbrew polskim interesom.

Po co Tusk to robi? Bo takie są oczekiwania UE, a przede wszystkim Niemiec. Tusk chce być „unijnym prymusem”, nie zważając na koszty, jakie ponoszą za jego marzenia Polacy. W tym też należy upatrywać tego, że znaczenie Polski na arenie międzynarodowej słabnie, choć Tusk zarzekał się, że jego celem jest wzmocnienie roli naszego kraju, zwłaszcza w Europie. I właśnie jednym z największych oszustw tej ekipy jest wmawianie Polakom, że jesteśmy „znaczącym krajem UE”, podczas gdy fakty temu przeczą. Najważniejsze decyzje zapadają w UE, poza Polską, my staliśmy się klientem Niemiec, a nasza polityka zagraniczna przestała być suwerenna. Symbolem zaś rządów Tuska jest katastrofa smoleńska i śledztwo w tej sprawie.

Tusk nie był pierwszy

Można się zastanawiać, jak to możliwe, że premier i partia, którzy tak wiele Polakom naobiecywali, a niewiele z tego spełnili, cieszą się mimo wszystko sporym poparciem społecznym. Oczywiście, mają w tym swój udział media tzw. głównego nurtu, wspierające Tuska w walce z prawicową opozycją, które są częścią rządowej propagandy, dzięki czemu Polacy są karmieni nieprawdziwymi informacjami, straszeni powrotem PiS do władzy. Ale to nie tłumaczy wszystkiego.

Niestety, najnowsza historia Polski pełna jest niespełnionych obietnic i oszustw politycznych. Kłamstwem będącym fundamentem III RP były obrady Okrągłego Stołu i następujące po nich wybory czerwcowe w 1989 roku. Wbrew oficjalnej interpretacji to, co działo się w Polsce, było realizacją sowieckiego planu. Moskwa szukała ludzi do nowej ekipy, która przejęłaby władzę z rąk skompromitowanej PZPR, ale gwarantowała też, że Polska pozostanie w sowieckiej strefie wpływów. Dlatego rozmowy PZPR z opozycją zaczęły się przy akceptacji Moskwy nie w 1988 r. w Magdalence, ale już w 1986 roku. Rację miał też francuski historyk i sowietolog Alain Besançon, który już w 1990 r. otwarcie stwierdził: „To, co dzieje się w Polsce, to właśnie to, czego chciał dokonać Gorbaczow u wszystkich swych satelitów. Niemal wszędzie manewr ten zakończył się niepowodzeniem. Powiódł się w Polsce i to jest największym sukcesem Gorbaczowa”.

Dobrobyt na papierze

Drugim oszustwem na wielką skalę była i jest polityka gospodarcza większości rządów po 1989 roku. Miliony Polaków poniosły koszty realizacji drakońskiego planu Balcerowicza, choć obiecywano im, że czeka ich tylko krótki okres wyrzeczeń. Od początku zmian, jakie następowały od 1989 r., zakładano też prywatyzację państwowych przedsiębiorstw. Zmieniały się kolejne ekipy, ale filozofia prywatyzacyjna się nie zmieniała. Obowiązywała „złota reguła”, sformułowana jeszcze w 1991 r. przez premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego i ministra przekształceń własnościowych Janusza Lewandowskiego, że dany zakład jest wart tyle, ile ktoś za niego chce zapłacić. Potem okazywało się, że wiele firm jest „nic niewartych”. To otworzyło drogę do wyprzedaży dobrych firm za bezcen, często tylko po to, aby zagraniczny nabywca je zamknął i przejął ich rynek zbytu.

Bezustannie władze przyrzekały nam, że przeciętny Polak odniesie wymierne korzyści dzięki reformom. Program Powszechnej Prywatyzacji miał z nas uczynić kapitalistów, a uczynił pośmiewiskiem Europy. Premier Jerzy Buzek obiecywał Polakom, że dzięki jego reformie emerytalnej będą żyli w dobrobycie na starość, wypoczywali pod palmami niczym emeryci niemieccy czy amerykańscy. Ale pod palmami odpoczywają co najwyżej zarządzający funduszami emerytalnymi, bo oni zawsze zarabiają. Pozorne zmiany w OFE zaordynowane przez Tuska nic tu nie zmienią.

Zresztą Jerzy Buzek zapamiętale reformował państwo, dzięki niemu mieliśmy mieć lepszą ochronę zdrowia (kasy chorych), edukację (gimnazja), lepszą administrację (powiaty i województwa). Szkoda tylko, że skutki tych reform okazały się odwrotnie proporcjonalne do obietnic, a ich finalny skutek teraz widzimy.

Zbrodnie bez kary

W 1989 r. mieliśmy zacząć budować uczciwe i sprawne państwo, którego do tej pory nie możemy się doczekać. Jednym z powodów tego stanu rzeczy jest brak lustracji i dekomunizacji. Nie było rozliczenia z dawnym systemem, ukarania winnych zbrodni komunistycznych. Ile lat trwał proces zomowców, którzy zabili górników z „Wujka” i jakimi zakończył się wyrokami? Ile lat sądy zmagają się z osądzeniem winnych masakry stoczniowców na Wybrzeżu w 1970 roku i odpowiedzialnych za stan wojenny? A ilu komunistycznych zbrodniarzy w togach – sędziów i prokuratorów – zostało skazanych za morderstwa sądowe dokonane na gen. Emilu Fieldorfie „Nilu”, rotmistrzu Witoldzie Pileckim i tysiącach innych żołnierzy i patriotów? Ilu śledczych torturujących więźniów odpowiedziało za swoje czyny? Czy skazano esbeków, którzy najpewniej stali za śmiercią ks. Stefana Niedzielaka, ks. Stanisława Suchowolca, ks. Sylwestra Zycha i innych kapłanów oraz działaczy antykomunistycznych? Swojego obowiązku nie wypełnili sędziowie, którzy też uniknęli rozliczenia za swoją działalność w czasach PRL. Profesor Adam Strzembosz, były I prezes Sądu Najwyższego, przyznał po latach, że naiwnie wierzył w samooczyszczenie się środowiska sędziowskiego z osób skompromitowanych. Tak się nie stało, więc sędziowie, którzy nadal orzekali – ale już w imieniu III RP – nie mieli interesu w rozliczaniu komunistycznych przestępców.

Kłamstwa, manipulacje, oszustwa, które Polacy widzą od 1989 roku, niestety spowodowały, że „przyzwyczailiśmy się” do tzw. elit. Wielu Polaków nie wierzy, że to może się zmienić, dlatego przestali zwracać uwagę na to, co robi rząd. A w takich warunkach władza czuje się bezkarna. Czas, aby to się zmieniło.

http://www.naszdziennik.pl/wp/22762,obi ... rycia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 02 lut 2013, 09:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Wielki Brat, czyli Główny Psychopata nowej cywilizacji, czyli nasz nowy bóg, przemawia do nas poprzez media gwałcąc nasze intelekty, a steruje nami poprzez urzędy gwałcąc naszą duchową i fizyczną niezależność, podmiotowość, wolność.

Media – pierwsza władza

Prof. Mieczysław Ryba

Pomysł, aby rok 2013 ogłosić Rokiem Edwarda Gierka, doskonale obrazuje stan kulturowy, w jakim tkwimy dzięki podtrzymywanej przez środowiska postkomunistyczne „propagandzie sukcesu”. To w dekadzie Gierka ogłoszono, że Polska jest dziesiątą potęgą gospodarczą świata, produkcja stali i węgla bije wszelkie rekordy, a dobrobyt mieszkańców rośnie. Wszelkie protesty społeczne, szczególnie te z roku 1976, były określane jako wybryki „warchołów” i „chuliganów”, którzy przeszkadzają budować nową Polskę. W tym samym czasie bezpieka wciąż toczyła swoje gry operacyjne przeciwko społeczeństwu, do Konstytucji wprowadzono zapis o sojuszu ze Związkiem Sowieckim (co miało wzmacniać pozycję Gierka w układzie władzy), trwała walka z Kościołem.

Czy tamte czasy nie kojarzą się nam z dzisiejszymi? Wprawdzie ustrój inny, inny podmiot dominujący na arenie międzynarodowej (Unia Europejska), ale metody propagandowe te same.

Media na smyczy

Każdy doskonale wie, że tzw. demokracja nie może funkcjonować normalnie bez wolności słowa. Wolność słowa zaś jest gwarantowana przez wolność mediów. Monopolizacja w tym obszarze musi prowadzić do ukrytego totalitaryzmu. Im bardziej rzeczywistość odbiega od deklarowanej przez władzę, tym bardziej władza stara się zamknąć usta wszystkim oponentom. Ponieważ gołym okiem widać dziś, że nasza „zielona wyspa” pogrąża się w coraz większym kryzysie, a dziura budżetowa łatana jest wszystkim, czym się da (wycofywanie się NFZ z refundowania leków, fotoradary itp.), tym większe zabiegi, by w przestrzeni medialnej nie przebijał się głos krytyki, mogący doprowadzić do upadku władzy. Najbardziej widać to w obszarze stacji telewizyjnych. Chodzi o to, że współczesna publiczność tylko w małym procencie czyta jakieś czasopisma. Zdecydowana większość korzysta z telewizji. Media elektroniczne mają niewątpliwie największe możliwości sugestii, gdyż obraz działa na człowieka wyjątkowo mocno. Tu właśnie możemy znaleźć odpowiedź, dlaczego władza tak bardzo przestraszyła się Telewizji Trwam. Chodzi o to, że raz pokazany materiał przez taką telewizję może się rozejść w milionach odsłon poprzez internet i nie tylko.

Współczesna demokracja w Polsce niby ma znamiona praworządności. Funkcjonują niszowe tygodniki opozycyjne, pozornie każdy może się wypowiadać i krytykować rząd. Ale pogłębia się proces zastraszania. Doskonale to obrazuje proces twórcy strony internetowej Antykomor.pl. Niewątpliwie reżyserzy polskiej sceny publicznej starają się też wykorzystać aparat sądownictwa do duszenia wolności słowa.

W mocno zmonopolizowanym rynku mediów władza stara się zarządzać emocjami społecznymi poprzez bardzo wyszukane, a przez to skuteczne metody propagandowe. Wyodrębniły się już całe gałęzie wiedzy opisujące sztukę reklamy i manipulacji. Politykę traktuje się jak towar, gdzie zamiast prostych spotów wyborczych o wiele skuteczniejsze jest lokowanie produktu w różnych programach rozrywkowych (talk-show itp.), gdzie polityk stara się lansować jako „swój chłop”, o dobrym poczuciu humoru i doskonałej prezencji. Taki występ daje o wiele więcej niż godzinne referowanie własnego programu czy własnych osiągnięć.

Ponieważ z biegiem czasu władza „zużywa się” i ludzie coraz mniej wierzą w jej zapewnienia, próbuje się zdobyć poparcie społeczne poprzez wywoływanie poczucia strachu. Zatem atak na przeciwnika politycznego czy ideowego ma zdeformować jego wizerunek w oczach wyborców. We współczesnym systemie, gdzie partie finansowane są z budżetu państwa (a to skutkuje zabetonowaniem sceny politycznej), podświadomie zmusza się obywateli do wyboru tzw. mniejszego zła, czyli partii aktualnie rządzącej. Partia konkurencyjna jest, w opisie propagandy, pokazana jako wcielenie najgorszych cech. Odbieranie ludziom dobrego imienia poprzez skomasowany atak medialny to gra niezwykle cyniczna, okrutna, ale w procesie wyborczym skuteczna.

Techniki Manipulacji

Równie często stosowana jest metoda wywoływania tematów zastępczych. Gdy władza obnaża swoją korupcyjną stronę albo podejmuje niepopularne decyzje (przykład – podwyższenie wieku emerytalnego), szuka się tematu zastępczego. Tym tematem może być wszystko, byle rozgrzewało do czerwoności emocje społeczne. Może to być atak na finanse Kościoła, może to być afera związana z dzieciobójstwem (np. sprawa Madzi itp.). Ważne, żeby odciągnąć uwagę ludzi od spraw trudnych dla władzy i przesunąć ją na boczny tor. Jeśli media są powolne władzy, taka metoda bywa niezwykle skuteczna.

Jeszcze gorsze rzeczy dzieją się w przestrzeni medialnej, jeśli idzie o prawodawstwo dotykające najbardziej wrażliwych od strony moralnej przestrzeni życia społecznego. Dzięki dr. Bernardowi Nathansonowi wyszły na jaw wszystkie kłamstwa propagandy medialnej przed wprowadzeniem ustawodawstwa aborcyjnego w USA. Okazało się, że dokonano niebotycznej liczby manipulacji, by przekonać społeczeństwo, że taka zmiana prawna jest konieczna. Pokazywanie rzekomo zgwałconej nastoletniej dziewczynki, która nie chce urodzić poczętego dziecka, wzbudzanie litości widzów wobec rzekomej ofiary gwałtu to technika powielana w wielu krajach. Po latach okazuje się, że gwałtu nie było, a sceny tragedii były kręcone na poczet efektu psychologicznego kreowanego na olbrzymią skalę.

Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia w Polsce podczas kampanii medialnej dotyczącej przemocy w rodzinie. Codziennie niemal pokazywano dzieci maltretowane przez patologicznych rodziców. I mimo że w ostatnich latach zachowań patologicznych w rzeczywistości nie przybyło, w mediach przybyło kilkaset razy więcej opisów tych zdarzeń. Później pokazywano wypowiedzi pseudofachowców, którzy twierdzili, że maltretowanie dzieci jest prostą konsekwencją dawania przez rodziców klapsa niesfornym pociechom. Twierdzenie, że od klapsa do mordu dziecka jest prosta droga – to twierdzenie całkowicie chore i całkowicie niespójne od strony logicznej. Ale w mediach poprzez umiejętną manipulację obrazami wszystko da się przekazać. Konsekwencją tej propagandy była nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i penalizacja klapsa. I tak władza jednym aktem ustawodawczym uczyniła przestępcami wszystkich rodziców.

Witajcie w totalitarnym świecie

Nieprzypadkowo media nazywane są czwartą władzą. Niektórzy wręcz mówią, że jest to pierwsza władza. Żaden rząd nie utrzyma się długo, gdy nie ma przyjaznego albo przynajmniej obiektywnego zaplecza medialnego.

Media mogłyby w polityce spełniać bardzo pozytywną rolę. Wielkie, makiawelistyczne gry, które toczą się na płaszczyźnie politycznej, można by łatwo obnażyć przed obywatelami, gdyby świat medialny tego chciał. Można by też promować wszelkie dobro, które się w polityce dzieje. W ten sposób dziennikarze wychowywaliby polityków do służby publicznej. W przeciwnym razie uczestniczą w brudnej grze, której skutki są trudne do przewidzenia w dłuższej perspektywie.

Zwykły człowiek nie ma czasu szczegółowo śledzić, co dzieje się w polityce. Tym bardziej nie jest w stanie prosto i szybko odróżnić prawdy od manipulacji. W tym właśnie powinien mu pomóc świat dziennikarski. Jeśli tego nie robi, jeśli zaprzęga się do machiny manipulacyjnej, przyczynia się w sposób niepomierny do totalizacji życia publicznego.

W świecie medialnym, gdzie nie rządzi prawda, ale polityczny i ideologiczny interes, można z człowiekiem zrobić wszystko. Zabić go psychicznie, odebrać dobre imię, zniszczyć jego życie prywatne i publiczne. Można też kreować najgorsze zboczenia jako normalność, a największe kreatury jako mężów stanu. Taki świat, świat zakłamanych mediów musi prowadzić do zakłamania i do upadku życia politycznego, a w konsekwencji do powstania państwa totalitarnego w świecie z pozoru zachowującym atrybuty demokracji.

Autor jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku KUL, wykładowcą w WSKSiM w Toruniu.

http://www.naszdziennik.pl/wp/22761,med ... ladza.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 02 lut 2013, 09:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Flecista z Hameln, czyli o manipulacji w polityce

Prof. Jacek Bartyzel

Zjawisko manipulacji politycznej – jak zresztą w innych dziedzinach życia społecznego – jest faktem powszechnym i, co równie ważne, powszechnie odczuwanym, co nie znaczy, że zawsze poprawnie kojarzonym i odczytywanym. Pewnej generalnej wskazówki odnośnie do tego, czym jest manipulacja, dostarcza nam już etymologia tego słowa. Chociaż w powszechny obieg weszło ono dopiero w czasach współczesnych, wywodzi się od nowołacińskiego (średniowiecznego) słowa „manipulus”, będącego zrostem słów „manus”, czyli ręka, oraz „pulus”, czyli możliwy, od „plenus”, to znaczy pełny. Dosłownie oznacza ono więc „trzymać czyjąś dłoń” lub „mieć kogoś w ręku”, a zatem „sterować” kimś lub czymś ręcznie, posługując się przy tym przeinaczaniem, naginaniem, wykorzystywaniem do swoich celów czy wręcz knowaniem, knuciem, krętactwem, machinacjami, machlojkami i oszustwem. Jeżeli więc wyjdziemy od tego elementarnego znaczenia manipulacji, to znaczy faktu, iż należy ona do klasy czynności „wykonywanych ręcznie”, to – pomijając nawet owe ujemne, pejoratywne skojarzenia, które przed chwilą przytoczyliśmy – niewątpliwie sytuuje się ona poniżej tych czynności, którymi kieruje „głowa” („capito”), intelekt, rozum, roztropność. Wszakże za rzeczywisty postęp w jakiejkolwiek dziedzinie życia uważamy, i słusznie, wynalazek, który oszczędza człowiekowi fizycznej pracy rąk, „sterowania ręcznego”. Już zatem na tym poziomie rozważań zjawisko manipulacji w polityce musimy uznać za jakąś wielką porażkę człowieka, który zamiast „używać głowy”, aby rozumnie, zgodnie z naturą ludzką, zabiegać o realizację dobra wspólnego bliźnich, z którymi złączyła go więź pochodzenia i przeznaczenia, ucieka się do pomocy „rąk”, aby nimi manipulować.

Manipulowanie poglądami

Oczywiście powyższemu rozróżnieniu „głowy” i „rąk” można by przeciwstawić spostrzeżenie, iż manipulowanie – zwłaszcza w dziedzinie tak „wysokiej” z natury rzeczy, bo jedynie zdolnej zaktualizować potencję „towarzyskiej”, społecznej natury człowieka, jak polityka – również wymaga jakiegoś posługiwania się „głową”, a nawet pewnej biegłości w tym zakresie. Manipulowanie w polityce jest z pewnością czynnością znacznie bardziej skomplikowaną (i „intelektualną”) niż na przykład ręczne mielenie zboża za pomocą żarna. Biorąc pod uwagę tę konieczną poprawkę, musimy wprowadzić nowe rozróżnienie już o charakterze moralnym: pomiędzy prawym a niegodziwym posługiwaniem się rozumem, co odnosi się zarówno do celów stawianych sobie w akcji politycznej, jak i środków gwoli temu stosowanych. Tu nie wystarczą już dociekania etymologiczne, lecz musimy poszukać określenia bardziej precyzyjnego, ugruntowanego w racjonalnym rozpoznawaniu rzeczywistości. Taką definicję manipulacji, dokonującą pogłębionego i wieloaspektowo ujęcia zjawiska, przedstawia wybitny socjolog i analityk socjotechniki politycznej Janusz Goćkowski (1935-2010) w swoim ostatnim dziele „Traktat o inżynierii polityki” (Pułtusk 2009), a brzmi ona następująco: „…»manipulację« pojmujemy jako wpływanie na poglądy i przekonania, a przed wszystkim na decyzje i akcje przez to, że obiektom oddziaływania przekazuje się informacje, których funkcją zamierzoną jest:

a) dezinformowanie/dezorientowanie odnośnie do faktów, intencji, planów;
b) skłonienie do wyboru wariantów działania korzystnych dla manipulatora, a odrzucenie – niekorzystnych;
c) spowodowanie, że manipulowany przyjmie jako istotny składnik swoich wyobrażeń »odpowiednie założycielskie definicje stanu rzeczy«, tzn. takie, które są »macierzami definicji sytuacji« w mnogości przypadków” (s. 588).

Redefinicja tolerancji

Warto zwrócić szczególną uwagę na trzeci podany wyżej wyznacznik manipulacji, jako że wydaje się on być najwyższym, najbardziej „wyrafinowanym”, a przez to decydującym o skuteczności jej składnikiem. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, w której manipulujący napotyka dla swych niecnych zamiarów poważną przeszkodę w postaci zadawnionych i ugruntowanych w powszechnym „zmyśle moralnym” takich „założycielskich definicji stanu rzeczy”, które nijak nie dadzą się pogodzić z „nowatorskimi” zamysłami manipulatora. Dobrym i wciąż aktualnym przykładem może tu być kwestia redefinicji pojęcia tolerancji, co dla „sił postępu”, dążących do narzucenia społeczeństwu zupełnie nowych standardów moralnych i hierarchii wartości, było i jest warunkiem koniecznym pomyślnego przeprowadzenia swoich zamysłów. „Założycielska definicja” zastana tolerancji oznaczała cierpliwe znoszenie w imię czy to miłości bliźniego, czy to pragnienia zachowania pokoju społecznego, lub jednego i drugiego jednocześnie, poglądów lub zachowań, które same w sobie są błędne i/lub naganne. Tak rozumiana – i praktykowana – tolerancja zawierała w sobie zatem zarówno jednoznacznie ujemną ocenę moralną owych poglądów i zachowań, jak i ograniczoność jej obowiązywania, czyli pewien „próg tolerancji”, poza którym to, co złe i fałszywe, tolerowane już być nie może. Dla tych, których intencją jest jednak zyskanie pełnego, społecznego i prawnego uznania dla owych poglądów i zachowań, taka definicja tolerancji była więc oczywiście nieprzydatna, a nawet „szkodliwa”. Musieli oni przeto skonstruować nową, alternatywną, „założycielską definicję stanu rzeczy” – w tym wypadku tolerancji, zredefiniowanej jako pozytywna, wstępna i bezwarunkowa afirmacja każdego mniemania i każdego zachowania („stylu życia” lub „orientacji”), połączona – co jest nieuniknionym i logicznym następstwem tej afirmacji – z zakazem piętnowania owych mniemań i zachowań, a ostatecznie nawet ich penalizacją.

Wynikające z tej zredefiniowanej „tolerancji afirmatywnej” równouprawnienie (egalitaryzacja) wszystkich „stylów życia” jest totalnie destrukcyjne dla ładu egzystencji ludzkich wspólnot, albowiem zakłada nieuchronnie zakaz stawiania pytań i udzielania wiążących powszechnie odpowiedzi na nie, dotyczących podstawowych kategorii istnienia: prawdy, dobra i piękna.

Ojciec politycznej manipulacji

Manipulacja polityczna – i nieodłączne od niej kłamstwo polityczne – jest oczywiście zjawiskiem tak starym, jak polityka w ogóle. Zachodzi jednak nader istotna różnica ilościowa i jakościowa pomiędzy, by tak rzec, „kłamstwem starym” a „kłamstwem nowym” i odpowiadającymi im „stylami” manipulacji politycznej w epokach dawniejszych a współczesnością, choć sięgającą swoimi narodzinami przełomu pomiędzy wiekami zwanymi średnimi a nowożytnością. Nie jest przypadkiem, że pierwszym świadomym „teoretykiem” manipulacji politycznej – i autorem jej „podręcznika” – był żyjący właśnie w tej epoce Florentczyk Niccolò Machiavelli. Jego dzieło bowiem, niezależnie od inwencji intelektualnej autora, wyraża dwie fundamentalne zmiany, które nastąpiły w tej epoce w jego środowisku i w otoczeniu, tj. w komunach miejskich wczesnorenesansowej Italii, by potem rozprzestrzenić się na cały świat. Pierwszą z nich jest pojawienie się władzy nowego typu i pochodzenia – nieopartej na tradycji, legitymizmie, prawie zwyczajowym – awanturnika, kondotiera, „człowieka znikąd”, który władzę zawdzięcza splotowi fortuny i własnej przebiegłości; przypomnijmy, że makiaweliczny „nowy książę” („il principe nuovo”) to „książę plebejski”. Drugą okolicznością jest rozpad organicznej struktury wertykalnej (pionowej) społeczeństwa złożonego z uporządkowanych hierarchicznie stanów i zastąpienie jej horyzontalną (poziomą) strukturą mechaniczną ugrupowań tworzonych według kryteriów klientystyczno-personalnych („ludzie” tego lub owego polityka) i ideologicznych.

Skokowy przyrost manipulacji politycznej w naszej epoce stanowi zatem następstwo dwóch zjawisk: pojawienia się nowego (oddolnego) sposobu wyłaniania przywództwa politycznego, co wymaga intensyfikacji zabiegów celem zyskania poparcia już na etapie dochodzenia do władzy, oraz rozdarcia jedności ciała społecznego przez „partie” posługujące się ideologiami jako nowym i całościowym sposobem obrazowania świata, alternatywnym dla religii, moralności, filozofii i tradycji. Uformowany na tych założeniach nowy porządek demokracji masowej przybrał jednak dwojaką postać.

W „masowej demokracji totalitarnej” (jak w komunizmie czy narodowym socjalizmie) manipulacja odbywa się w zasadzie jawnie, dzięki skupieniu pełni władzy w rękach jednej monopartii i systemowi fizycznego terrroru, wymuszającego posłuch także dla obrazu świata skonstruowanego na zasadzie kłamstwa totalnego (mitologii opracowanej przez „kapłanów” tego systemu) i szerzonego drogą powszechnej indoktrynacji.

W „masowej demokracji liberalnej” natomiast, gdzie deklarowaną zasadą jest pluralizm poglądów i stronnictw oraz swoboda wypowiedzi, manipulacja musi dokonywać się w sposób bardziej ukryty i już na etapie wcześniejszym niż sprawowanie władzy, tak aby zindoktrynowane w sposób dla nich niezauważalny „masy” wchłonęły przygotowane dla nich treści jeszcze zanim „suwerennie” oddadzą swoje głosy na partie mające w nich imieniu rządzić. Toteż najpilniejszą rzeczą jest wyuczenie ich, aby głosy te nie padły na partie „niewłaściwe” z punktu widzenia demoliberalnego establishmentu. Kluczowa rola w demokracji liberalnej przypada politycznemu marketingowi uprawianemu według tych samych sprawdzonych wzorców, co kampanie reklamowe w handlu. Arcyfigurą manipulatora demokratycznego jest więc szczurołap z Hameln, wywabiający szczury w pożądanym kierunku z pomocą uwodzicielskiej muzyki z „cudownego” fletu.

Autor jest filozofem polityki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

http://www.naszdziennik.pl/wp/22763,fle ... ityce.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 04 lut 2013, 07:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
„Cywilizacja” nienawiści

Jezus Chrystus dokonał istotnego przełomu przez przykład i przykazanie budowania całego życia indywidualnego i społecznego na miłości Boga, bliźniego oraz siebie samego. Jednakże jest to zadanie tyleż istotne, co trudne, wymagające odpowiedniego ukształtowania całej osoby ludzkiej. Toteż każde pokolenie wymaga wychowania do miłości od nowa. W historii występują trudne do wytłumaczenia fazy wyżu i niżu duchowego przy ciągłym wzroście cywilizacji technicznej.

Nienawiść wobec religii

Niestety, dzisiejsza cywilizacja popadła w taki duchowy kryzys, że w dużej mierze zapomina o wzniosłości budowania na miłości i buduje prawie na samej nienawiści w różnych odmianach, co oczywiście doprowadzi w bliżej nieokreślonej przyszłości do upadku całej cywilizacji i w wymiarze duchowym, i w wymiarze materialnym. Jest znacznie gorzej niż za czasów tzw. pogańskich, gdyż poganie uznawali wartości duchowe i solidarność.

Jak to jest u nas w Polsce? Jako człowiek związany przez ponad 66 lat z KUL zacznę od naszych niektórych spraw. Oto Instytut Jana Pawła II, wydający wysoko ceniony w świecie i otwarty na wszystkie opcje kwartalnik „Ethos”, przeżywa wielkie trudności finansowe, musiał już zwolnić połowę personelu. Zwrócił się do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z prośbą o sfinansowanie międzynarodowego projektu badawczego z dziedziny bioetyki. Ministerstwo odrzuciło ten wniosek właśnie z powodu nienawiści do katolicyzmu: „ze względu na charakter wyznaniowy KUL Jana Pawła II, wykluczający rzetelność naukową”, jak poinformował mnie ks. Alfred Wierzbicki, dyrektor Instytutu Jana Pawła II. Ministerstwo może nie mieć pieniędzy, ale za taką argumentację powinien być kryminał. Coś podobnego zgłosił pewien Francuz do prezydenta Francji, a mianowicie, żeby nie uznawać żadnych dyplomów, stopni i tytułów naukowych ludzi związanych z Kościołem. Tylko patrzeć, jak u nas po tej linii ministerstwo zażąda unieważnienia wszystkich dyplomów Akademii Krakowskiej i Uniwersytetu Jagiellońskiego od XIV wieku, bo uczelnię tę zakładał Kościół i do XVI wieku prawa nauczania nadawał Papież. Były już bowiem wnioski niektórych marksistów, by nie uznawać dyplomów KUL. Wiara w Boga nie zaślepia umysłu, lecz niewiara połączona z nienawiścią ogranicza myślenie.

Z kolei przewodniczący KRRiT chciał podać do sądu o. dr. Tadeusza Rydzyka za słowa, że i tym razem odmowa Telewizji Trwam miejsca na multipleksie jest już postanowiona. Tymczasem nie trzeba było „wykradać” takiej tajemnicy, bo była wypowiedź, że miejsce to ma otrzymać telewizja społeczno-religijna, ekumeniczna, tolerancyjna i prospołeczna, co oznacza, że nie będzie to Telewizja Trwam, gdyż nasi liberałowie przez religię rozumieją religioznawstwo, przez ekumenizm – mieszanie różnych religii, przez tolerancję – godzenie się na łamanie Dekalogu, a przez ducha społecznego – poprawność polityczną. „Gazeta Wyborcza” (12-13.01.2013) podała zagadkowo, że ma to być telewizja „w duchu nauczania Stolicy Apostolskiej i jedności z Episkopatem”. Oznacza to niechybnie, że chce się wbić klin między Telewizję Trwam a Episkopat i tak perfidnie usprawiedliwiać swoją odmowę.

Ciągłe pogardzanie wsią polską

Wieś polska była zawsze pewnym symbolem dawnej tradycji, religijności i ziemi polskiej. Dlatego ateizm publiczny dzisiaj szczególnie nią pogardza. W całej historii, może od XII tysiąclecia przed Chr., występuje taki dramat, że choć z rolnictwa powstały stałe osiedla, potem miasta i państwa, to miasto i państwo zrodziło warstwę społeczną wykorzystującą rolnika i ciemiężącą go. W rezultacie przez całe tysiąclecia toczyły się spory, a nawet krwawe walki o ziemię i los chłopa. Przeróżne były rodzaje posiadania ziemi. Najczęściej jednak miało miejsce odbieranie chłopu ziemi i czynienie z niego wyrobnika lub niewolnika. Tak było w feudalizmie, kapitalizmie i komunizmie. Zdawało się nam, że to już minęło. Tymczasem nie. W neokapitalizmie i lewicowym liberalizmie znowu dąży się do niszczenia gospodarstw rodzinnych, pozbawienia chłopów własności ziemi, oddawania jej wielkim latyfundiom i w rezultacie do zlikwidowania instytucji wsi jako rzekomo przestarzałej, bo istniejącej już od blisko 14 tysięcy lat. Jest to nawiązanie do pradawnej praktyki ciemiężenia rolników przez arystokrację. U nas ostatnio postawa ta ujawniła się w tym, że na Ziemiach Odzyskanych chłop mógł mieć tylko dzierżawę wieczystą. Posiadał jedynie prawo pierwokupu ziemi po pegeerach, co było jednak wielką ironią, gdyż nie miał pieniędzy. Musiała być jakaś tajna umowa między rządem niemieckim a polskim, według której za jakieś dla nas korzyści ze strony Niemiec pozostawiliśmy im możliwość „odzyskania” tych ziem drogami ekonomicznymi.

I oto teraz nasiliła się bardzo praktyka wykupywania naszych ziem przez cudzoziemców za pośrednictwem tzw. słupów, czyli Polaków, którzy otrzymują na to odpowiednie kapitały z Zachodu. A w 2016 roku nie będą już nawet potrzebne podstawione osoby. Rządy udają przed naszymi rolnikami, że nic nie wiedzą, a przywódcy PSL udają, że sprawę zbadają. Nie ma więc instytucji, która broniłaby chłopów i Polski, dlatego trzeba oddać chwałę rolnikom, którzy dziś coraz mocniej demonstrują przecież w interesie nas wszystkich. Trzeba za wszelką cenę bronić polskiej ziemi, nawet siłą, wobec złej polityki rządów. Odczytali to dobrze ludzie Samoobrony i Andrzej Lepper, a ponieważ naruszyli jakiś punkt ideologii unijnej, doznali wielkich prześladowań i pomówień ze strony UE oraz naszych władców. Tak więc powtarza się stary syndrom. W typowo rolniczym Imperium Rzymskim, gdy dwaj trybuni ludowi bracia Tyberiusz i Gajusz Grakchowie w II w. doprowadzili do uchwały, by latyfundyści arystokratyczni nie zagarniali dla siebie całości ziem zdobytych, lecz częścią uwłaszczyli chłopów bezrolnych, to arystokraci doprowadzili do śmierci obu braci i licznych ich zwolenników, a ciało Tyberiusza wrzucili do Tybru. A przecież Grakchowie chcieli słusznie wzmocnić zarówno armię, jak również państwo. Również u nas jest coraz więcej spraw polskich, których musimy bronić siłą przed złą wolą oszołomów. Właściwie to w polityce wieś polska jest spychana ze sceny głównej, tak jak i Kościół. Jest w tym coś demonicznego. Wszyscy chcą wieś polską tylko odpolonizowywać, ateizować i w rezultacie niszczyć. Oczywiście ogół weźmie tę tezę za zbyt radykalną, ale za mało ludzi rozumie, że taki radykalizm leży u podstaw ideologii liberalnej.

Dziedziczenie polityki nienawiści

Tak jak istnieje dziedziczenie przez pokolenia kultury, obyczajów, umysłowości, tak też jest niestety, jak się okazuje, dziedziczenie walczącego ateizmu społecznego, antykultury, prymitywizmu, dzikości i ducha przestępczego. I my tego w Polsce obecnie doświadczamy. Działa u nas jakby wedyjskie prawo karmana, według którego dobro, ale i zło, nie znika wraz z człowiekiem, z pokoleniem, lecz tworzy pewien ciąg realny, bilansuje się w dalszych czasach i tworzy złowrogi klimat: „Kto krzywdzi, niech jeszcze krzywdy wyrządza, i plugawy niech się jeszcze plugawi” (Ap 22, 11). I u nas SLD dziedziczy w dużej mierze zło komunizmu, Ruch Palikota – zło nihilizmu, Platforma Obywatelska i Unia Wolności – zło laicyzmu i liberalizmu, a wszystkie one wraz z ugrupowaniami ateistów społecznych – zło ateizmu i relatywizmu moralnego, choć niektóre jednostki są tak niezorientowane ideowo, że nawet nie wiedzą, co dziedziczą. W każdym razie sytuacja Polski pod ich rządami robi się tragiczna. Całość społeczeństwa natomiast poddaje się znanemu z historii prawu wahadła, które bardzo długo nie wygasa: od jednej fazy do przeciwnej, a po rozczarowaniu powraca od przeciwnej do pierwszej, od komunizmu do kapitalizmu, a zaraz od kapitalizmu znów do komunizmu. Choć z latami zakres wahania jest coraz mniejszy, to jednak towarzyszy mu stała, wzajemna nienawiść. Brakuje czynnika stabilizującego i obiektywnego. Mógłby być nim Kościół katolicki, ale jest coraz bardziej kneblowany przez ateizm państwowy i szkalowany przez barbarzyńców duchowych.

Niewola państwa za długi

W starożytnych państwach jeśli dłużnik nie oddał długu, choćby z powodu nieszczęścia, był brany przez wierzyciela do niewoli, często z całą rodziną, albo służył wierzycielowi, albo był sprzedawany. W mądrych Atenach Solon (ok. 635-560), reformator, dokonał tzw. strząśnięcia długów, czyli ich unieważnienia, żeby ratować życie państwowe. Ale praktyka niewoli w każdym innym miejscu trwała do czasów nowożytnych. Dziś taka lichwa społeczna ma wymiar międzynarodowy i międzypaństwowy. Oto jedno państwo ubogie zaciąga dług u innego, bogatszego, a i państwo bogate zaciąga dług w imperium banków światowych. Taka jest dziś struktura gospodarcza świata, którym rządzą finanse. I o ile wielkie państwa zadłużone na biliony dolarów jeszcze nie poszły w pełną niewolę bankowych panów świata, muszą tylko poddać się wpływom ich ideologii, głównie antymoralnej, to małe państwa są już właściwie w niewoli swoich wierzycieli. Pokazali to doskonale Niemcy, którzy za długi chcą przejąć ponad sto wysp greckich i kilka portów. Jeszcze do tego nie doszło, ale jeśli Grecja będzie nadal w UE, to dojdzie. W ogóle UE jest wykoncypowana jako wierzycielka swoich członków państwowych, przynajmniej w późniejszym czasie, i jej gospodarka jest rodzajem zakładania kajdan na ubogie państwa. Natomiast najszybsze jest branie małych państw w niewolę ideologiczną, moralną, kulturową i ateistyczną. UE chce zawładnąć samymi duszami państw i zniewolić je. To dokonuje się już coraz wyraźniej wobec Polski. Mogłaby nas z tego wyrwać chyba tylko rewolucja, ale obroża ekonomiczna jest straszliwa. Dlaczego nasi politycy tego nie rozumieją? Koncepcja UE została zbudowana na zasadzie światowej lichwy totalnej, a nie na zasadzie altruistycznej miłości, jak planowali ojcowie założyciele.

Nienawiść do prawdy, dobra, prawa i ładu

Cały współczesny świat liberalny i postkomunistyczny charakteryzuje, mówiąc najkrócej, brak dyscypliny w myśleniu, logice, moralności, działaniu i w życiu. Sprawiło to złe rozumienie wolności – tylko jako buntu i burzenia wszystkiego. Pod wieloma względami u nas robi się już gorzej niż na Zachodzie, bo tam życie było bardziej ustabilizowane. U nas wolność bardziej przypomina ucieczkę z obozu i życie już bez żadnej sankcji, nic nas na serio nie obowiązuje. Robimy się jak rozwydrzeni nastolatkowie. Spójrzmy choćby na różne męty ideologiczne, społeczne, polityczne, kulturowe, moralne, obyczajowe, niektóre całe partie polityczne. Państwo może i chce dyscyplinować życie społeczne, ale tylko w aspekcie materialnym: przez urzędników, biurokrację, kary finansowe, kary fizyczne, a przede wszystkim przez uchwalanie całego morza coraz to nowych praw, których już nikt nie przestrzega poza korzystającymi na tym prawie. Nie stosuje się środków humanistycznych, pedagogicznych, etycznych i duchowych i wyższych idei. Wywodzi się to z materializmu i ateizmu państwowego. Tak i Polska, niestety, chyli się ku upadkowi.

Atmosfera nienawiści

Dużo się mówi o trudnościach gospodarczych, a mało o trudnościach w innych dziedzinach życia, w których szerzy się nienawiść. Toteż trzeba jeszcze wymienić niektóre przejawy nienawiści.

Najgorsze jest to, że dzisiaj jakby dąży się do tego, żeby całą cywilizację i kulturę duchową przepajać nienawiścią głównie do wyższej idei człowieka i do samego Boga, w tym po prostu wściekłością na katolicką etykę seksualną i rodzinną. Dąży się do odebrania Kościołowi wszelkiego wpływu na życie doczesne, a cóż dopiero mówić o nowej ewangelizacji przez media ogólnopolskie. Jednocześnie rozwija się zorganizowany i nieustający atak na duchowieństwo, jak robili to Niemcy i komuniści, na instytucje kościelne, zniesławianie Kościoła w odzyskiwaniu przezeń dóbr i nieruchomości zrabowanych nieprawnie przez komunistów, a wreszcie i na Fundusz Kościelny, którego nie znieśli nawet stalinowcy, choć – jak mówi ks. Prymas Józef Kowalczyk – służył on wtedy tylko prawosławiu, protestantom i narodowcom. Do tego dochodzi arogancja prezydenta, premiera, KRRiT, Ruchu Palikota i SLD wobec Papieża i Episkopatu Polski w sprawach medium katolickiego. Tworzy to atmosferę, która wpływa stronniczo nie tylko na urzędy, ale niekiedy i na sądy oraz prokuratury. Niektórzy nienawistni dziennikarze zaatakowali nawet kibiców pewnych klubów piłkarskich za to, że szukając między sobą zgody, spotkali się na Jasnej Górze. Wymowny jest też brak reakcji najwyższych władz państwowych na profanację Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, Obrazu będącego wielką świętością całej Polski. W ogóle różni ateiści publiczni i bluźniercy uważają się jednak za życzliwych dla Kościoła, bo chcą być chowani w liturgii kościelnej.

Oczywiście cierpią w takiej atmosferze nie tylko gorliwi katolicy, ale także wszyscy ludzie wyróżniający się prawością, uczciwością, mądrością, pracowitością, sprawiedliwością, szlachetnością i życiem wyższymi wartościami. Jednak tacy ludzie raczej nie wysuwają się na czoło w życiu państwowym, lecz przeważnie kombinatorzy, gracze, oszuści. Nawet w kulturze zbyt duże znaczenie ma ohyda, fałsz, zło, niesprawiedliwość. Zbyt duże znaczenie mają ci, co zohydzają wszystko, co polskie, wzniosłe, bohaterskie, ideowe. Ideałem ma być jakiś homo europaeus, który jest w zasadzie burzycielem wszelkich wyższych wartości. Nie ma uczciwości między rządem a społeczeństwem, jasności i przejrzystości w prawodawstwie i administracji, poszanowania praw przeciwników politycznych, ochrony praw ludzi opluwanych i oskarżanych, nienależących do orientacji rządzącego, uczciwego gospodarowania pieniędzmi publicznymi, nie ma czystych metod zdobywania i wykonywania władzy i politycy zbyt często kierują się tylko swoim interesem, a nie ogólnonarodowym (Jan Paweł II, ks. Prymas Józef Kowalczyk).

W niektórych dziedzinach brakuje ładu, mądrości, miłości ludzkiej, jak choćby w przemyśle, szkolnictwie wszystkich stopni, służbie zdrowia, rolnictwie, budownictwie, kolejnictwie, w służbach specjalnych, w prawodawstwie. Czyż już nie ma u nas mądrych i zdolnych prawników? A powiedzmy sobie szczerze: większość praw, ustaw i uchwał rządowych powinno się wyrzucać do kosza, takie są niedopracowanie, zawierają błędy i jakby celowo zostawiane wieloznaczności. Dotyczy to niekiedy nawet rzeczy najprostszych. Śmiejemy się z udziwnionych zaleceń instancji unijnych. Ale czasami sami je prześcigamy. Nie można było np. ze spokojem przyjąć wymogu związanego z eWUŚ, by szpitale codziennie sprawdzały, czy ich pacjenci nie stracili w międzyczasie ubezpieczenia. A jeśli są ubezpieczeni, lecz nie figurują w spisie, to i chorzy, nawet obłożnie, czy nieprzytomni, mieliby codziennie pisać oświadczenie, że są ubezpieczeni. Szczęście, że zostało to odwołane. Ale nie było to takie wesołe, bo biurokracja i bezwzględność złych urzędów jest przerażająca, jeszcze gorsza niż na Zachodzie. A Polacy charakteryzowali się kiedyś szlachetnością, szerokomyślnością i empatią.

Władcy liberalni delektują się swoim wyniesieniem i układają hymny na swoją cześć, nie zajmują się już sprawami zwykłych obywateli. Nie bronią ich przed większymi trudnościami, nieszczęściami, oszustami, aferzystami, publicznymi złodziejami, gangami, mafiami, nieuczciwymi urzędnikami i przed obłędnymi ideologiami. O poszkodowanych powiadają sobie beztrosko czy ironicznie: „Czemu dali się oszukać?”. Jak w przypadku Amber Gold i 33 innych parabanków.

I wreszcie pogarda dla Dekalogu, rzekoma wolność, prowadzi w Polsce, niestety, do wielkiego rozpasania seksualnego na wszelkie sposoby. Brak samodyscypliny i dyscypliny społecznej w życiu seksualnym był zawsze znakiem upadku społeczeństwa i państwa.

Coraz wyraźniej rodzi się pytanie, jak ma się zachowywać Kościół, tzn. biskupi, księża, zakony i świeccy katolicy wobec całej tej ateizującej cywilizacji nienawiści. Są tu możliwe dwa stanowiska. Według pierwszego, biernego, to cierpliwe, męczeńskie znoszenie wszelkich prześladowań, wybaczanie, modlitwa i oczekiwanie, że prawda zwycięży. Według drugiego – bezprawie, które przy dzisiejszych środkach może całkowicie zniszczyć Kościół. Należy się mu przeciwstawiać modlitwą społeczną, słowem, ale i czynem. Myślę, że trzeba dziś oba te stanowiska łączyć: bronić religii i Kościoła czynnie, a jednocześnie duchowo powierzyć się Bogu i apelować do sumień prześladowców. Trzeba pamiętać, że komuniści byli wielkimi łgarzami, ale słabszymi niż okłamujący nas liberałowie z Zachodu. Bo łgarstwa tamtych były dla nas oczywiste i „grubo ciosane”, i tylko nienawiść do historycznej Polski lub ciemnota dawała im posłuch. Większość polskich komunistów z czasem wiedziała, że oszukują. Natomiast liberałowie czynią jeszcze większe szkody Kościołowi i Polsce, bo chodzą w glorii najwyższej kultury i cywilizacji świata, a dzięki technice ze swoimi kłamstwami docierają do wszystkich. Dlatego pierwszym zadaniem katolicyzmu jest dziś rozpraszanie gęstniejącej mgły obłudy i nienawiści, która pokrywa szczyty społeczne w Polsce i zasłania prawdę i miłość.

Przede wszystkim człowiek jako istota osobowa – rozumna, wolna i dobra – jest największym cudem świata (Sofokles, V wiek przed Chr.) i spełnia się w rozumnej i miłosnej relacji do Boga osobowego. Jeśli jednak neguje Boga jako swój sens, zwłaszcza przez popełnianie zła moralnego, staje się istotą najbardziej niespełnioną, bezsensowną i tragiczną. Jest takie paradoksalne prawo, że kto zwalcza Boga, to musi czcić diabła.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

http://www.naszdziennik.pl/mysl/22897,c ... wisci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 06 lut 2013, 17:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Spójrzmy okiem autora, a myślę, że nasze oczy widzą podobnie i zobaczmy jak nam dobrze i dziś, i kiedyś wśród naszych przyjaciół aliantów.
Jak łatwo i chętnie nas pouczają, nauczają kultury, ogłady, nawet szacunku też nas uczą, uczą zrozumienia i tolerancji, bo prawa człowieka są dla nich najważniejsze, bo ludzkie dobro jest ich najwyższym celem. Niemal wszędzie bronią demokracji i stają po stronie krzywdzonych i słabszych. My Polacy uczmy się od nich i zapomnijmy o swojej kulturze, naszych tradycjach, naszych dokonaniach.
Jakże słowa Marii Rodziewiczówny, wypowiedziane pod koniec Powstania Warszawskiego, odzwierciedlają tę okrutną prawdę o której pisze poniżej Wojciech Wencel. Powiedziała wówczas: "tylko my pozostaliśmy rycerzami"


Wojciech Wencel

Wieczne rozczarowanie

Po drobiazgowym śledztwie dziennikarskim w sprawie katastrofy smoleńskiej reporterom National Geographic udało się ustalić ponad wszelką wątpliwość, że „jak walnęło, to się urwało”.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 30 stycznia 2013

Z fabularyzowanego dokumentu, który swoją „światową premierę” miał w ostatnią niedzielę, dowiedzieliśmy się ponadto, iż brzoza była pancerna, w kokpicie odbywał się zjazd nieproszonych gości, a pierwszy pilot zdecydował się lądować z obawy przed utratą pracy. W roli niezbitych dowodów wystąpili aktorzy. Jako scenariusz posłużył raport MAK przełożony na język teatru przez tzw. komisję Millera. W narratora wcielił się publicysta „Gazety Wyborczej”. Jednym zdaniem, zachodni profesjonalizm w podręcznikowym wydaniu! Światli licealiści nie muszą już zarzucać swoim wrogom klasowym wiary w „teorie spiskowe”. Dostali do dyspozycji argument z najwyższej półki: – Albo wierzysz Macierewiczowi, albo National Geographic!

Ktoś powie, że cykl „Katastrofa w przestworzach” nie jest miarodajny. I będzie żałował, że dokumentu o smoleńskiej tragedii nie wyprodukowała stacja BBC, bo tam obowiązują „najwyższe standardy”, a poziom obiektywizmu zapiera dech w piersiach. Cóż, mam zupełnie inne zdanie. Jestem pewny, że każda duża telewizja zachodnia, która podjęłaby temat, wypuściłaby na rynek film bliźniaczo podobny do produkcji National Geographic. Z bólu i bezradności płyną gorzkie słowa: „To wina rządu, że świat wierzy w wersję Rosjan”. Faktycznie, rząd Tuska zrobił wszystko, by utrwalić rosyjski scenariusz. Jednak prawda jest bardziej brutalna: świat wierzy w wersję Rosjan, ponieważ chce w nią wierzyć. W równym stopniu dotyczy to zachodnich mediów i polityków.

Naiwna jest polska wiara, że dyplomacja demokratycznych potęg respektuje jakiś moralny porządek. Pełne dobrej woli, ale w gruncie rzeczy śmieszne było niedawne zbieranie podpisów pod petycją do administracji Baracka Obamy. – Jeśli się zmobilizujemy, będą musieli na to pismo odpowiedzieć! Efekt? Odpowiedzieli. Wklejając linki do raportu MAK i komisji Millera. Czy mogło być inaczej? Od kwietnia 2010 r. niektórzy z nas starają się rozbudzić powszechną nadzieję: – Amerykanie wiedzą, co naprawdę zdarzyło się w Smoleńsku. I jutro albo pojutrze ujawnią prawdę, a świat wymierzy sprawiedliwość. W jednym zgoda: oczywiście, że Amerykanie wiedzą. Ale nie powiedzą. Milczeć będą też Anglicy i Francuzi. Tradycja zobowiązuje.

Mam wrażenie, że wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy z tego, czym w istocie była zdrada aliantów w Teheranie i Jałcie. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc staliśmy się trądem na obmytym z wojennego kurzu cielsku tzw. „wolnego świata”. Zanim rządowi emigracyjnemu ostatecznie cofnięto uznanie, cenzurowano i zamykano gazety, a zachodni dyplomaci i publicyści bez żenady pisali o polskiej „megalomanii”, która przeszkadza w relacjach z Rosją. Stosunek do naszych żołnierzy na ulicach europejskich miast zmienił się o 180 stopni. A przede wszystkim z zimną krwią wydano na śmierć najwierniejszych sojuszników, przywódców polskiego i jugosłowiańskiego (gen. Draža Mihajlović) podziemia niepodległościowego. W wierszu opublikowanym w maju 1946 r. Stanisław Baliński pisał o poległych bohaterach: „Wierzyli bowiem, że giną/Za wolność swoją i innych./(...) – Grzeszyli/(...) Wieczne rozczarowanie/Racz im dać, Panie...”.

Po tym przełomie „cywilizowany świat” przestał być mitycznym stróżem człowieczeństwa, arbitrem moralności, gwarantem dotrzymywania sojuszy i świadkiem „zbrodni nad zbrodniami”. Niewiele łączy go z duchem prawdy i wolności. Jest zwyrodnialcem, który nigdy otwarcie nie postawił kwestii odpowiedzialności za swoją zdradę. Oczywiście, w epoce zimnej wojny amerykańskie interesy były zbieżne z polską myślą niepodległościową. Istniało też kilku zachodnich prezydentów, którzy potrafili pięknie mówić o Polsce. Ale to akurat umiemy robić sami, romantyczniej i wiarygodniej. Kataklizmem byłoby dla nas wyrzeczenie się wspólnotowego powołania. Musimy jednak pamiętać, że ceną za idealizm jest samotność. Lepiej pozbyć się złudzeń już tu, na Ziemi, i nie wymagać honoru od tych, którzy dawno się go pozbyli. Wieczne rozczarowanie racz nam dać, Panie, żebyśmy nie szukali wybawiciela wśród możnych tego świata. Ty jesteś naszym przyjacielem i zbawcą. Nie mamy innego.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2013 ... wanie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 07 lut 2013, 15:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Albo „kruchta” - albo Suchta

„Stwór podeszły wiekiem, co kobietą być już przestał, a nigdy nie był człowiekiem” - pisał Tadeusz Boy-Żeleński co prawda o „matronie krakowskiej” - ale myślę, że tylko dlatego, że nie znał pani profesor Joanny Senyszyn, do której te słowa pasują idealnie. Wprawdzie jej życiorys w „Wikipedii” koncentruje się na okresie następującym po roku 1994 - ale przecież i przed rokiem 1994 też było życie, również polityczne, w którym pani Joanna uczestniczyła w szeregach Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - i to od połowy lat 70-tych, aż do jej rozwiązania. Wprawdzie w roku 1980 wstąpiła też do „Solidarności” - ale czy z potrzeby serca, czy raczej wykonując zadanie - tego pewnie już nigdy się nie dowiemy - chociaż fakt, iż pisuje w tygodniku „Fakty i Mity” skupiającym w swoim czasie, a także i dzisiaj, rozmaite typy spod ciemnej gwiazdy, przemawia raczej za tą drugą możliwością.

Nawiasem mówiąc, ostatnio Sąd Apelacyjny w Warszawie, rozpoznając sprawę z powództwa Jana Kobylańskiego przeciwko Radosławowi Sikorskiemu usłużnie uznał, że określenie „typ spod ciemnej gwiazdy” nie przekracza granic dozwolonej prawem krytyki, więc chyba można już go używać również na scharakteryzowanie redaktorów „Faktów i Mitów” na czele z panem Romanem Kotlińskim, któremu - oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody” - przytrafił się casus pascudeus z czekistami i który, w naturalnym tego następstwie, odnalazł się w dziwnie osobliwej trzódce posła Palikota. Ciekawe, czy określenia: „typ spod czerwonej gwiazdy”, albo dla odmiany - „typ spod gwiazdy sześcioramiennej”, też nie wzbudzałyby wątpliwości niezawisłego sądu?

W ogóle niezawisłe sądy ostatnio chyba zanadto się rozdokazywały. A to każą Krzysztofowi Wyszkowskiemu przeprosić byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju za verba veritatis , a to stwierdzą, że określenia „cham” można używać w stosunku do prezydenta Rzeczypospolitej, a to odbiorą dziecko rodzicom, bo są „za biedni”... Czy przypadkiem nie za dużo władzy lekkomyślnie powierzyliśmy przebierańcom dodającym sobie prestiżu przy pomocy „głupich, średniowiecznych łachów” - jak Oriana Fallaci nazwała burkę, jaką kazano jej założyć na okoliczność rozmowy z ajatollachem Chomeinim?

Ale mniejsza już o byłych konfidentów i niezawisłe (he,he!) sądy, bo mówimy przecież o pani profesor Joannie Senyszyn. Boy-Żeleński pisze o „stworze”, co „nigdy nie był człowiekiem”. Czy to też można odnieść do pani profesor? Z uwagi na długoletnią przynależność do kolaboranckiej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, którą założyli i kierowali sowieccy agenci i której celem było utrzymanie Polski w politycznej zależności od Związku Sowieckiego, z całą pewnością jest ona „typem spod czerwonej gwiazdy”. No dobrze - ale czy taki typ jest człowiekiem, czy nie? Jeśli nawet - to człowiekiem sowieckim, który od normalnego człowieka różni się tym, iż wyrzekł się wolnej woli. Potwierdzenie tego znajdujemy w statucie PZPR, który już na początku stwierdza, że „idea, której służy PZPR - to idea komunizmu” - która, nawiasem mówiąc, na równi z hitleryzmem została potępiona przez obowiązującą konstytucję - a członkiem partii mógł zostać tylko ten, kto uznawał te zasady ideowe.

Krótko mówiąc - był komunistą - chyba, że wstąpił do partii ze względu na karierę i korzyści materialne. Uprzejmie zakładam, że pani Joanna Senyszyn nie wstąpiła do PZPR gwoli ułatwienia sobie ścieżki kariery naukowej, czy żeby dostać talon na dużego „Fiata”, tylko z przekonania - ale to tylko potwierdza podejrzenia, że już wtedy zdecydowała się zostać człowiekiem sowieckim - bo członek partii obowiązany był nie tylko do przestrzegania „dyscypliny partyjnej” - a więc posłuszeństwa wobec szajki zwanej „komitetem”, ale również - do „szczerości” względem partii. Czy również wobec jej „zbrojnego ramienia”, czyli czekistów? Dzisiaj partyjniacy trochę się tej szczerości wstydzą i wypierają - ale czyż za komuny szczerość wobec czekistów nie była aby liściem do wieńca sławy i to w dodatku takim, co warunkował karierę? Ha! Wygląda na to, że charakterystyka Boya pasuje do pani Joanny Senyszyn idealnie pod każdym względem!

Jak przystało na zatwardziałą, mimo zewnętrznych znamion pulchności, bolszewicę, pani Joanna Senyszyn demonstruje nieprzejednaną wrogość do Kościoła katolickiego, który dla bolszewików zawsze był solą w oku, utrudniającym ruszenie z posad bryły świata. Ta banda zadufałych idiotów wyobraża sobie, iż bryłę świata można ruszyć z posad bezkarnie. Tymczasem zniszczyć fundamenty cywilizacji jest może i łatwo - ale czyż ktokolwiek ma złudzenia, że taka np. pani Senyszyn potrafi zbudować cywilizację alternatywną? O tym nie ma mowy; nawet dla głów znacznie tęższych od belwederskich kujonów byłoby to zadanie ponad siły, a cóż dopiero dla absolwentów akademii pierwszomajowych? Ostatnie głosowanie w Sejmie nad „związkami partnerskimi” najwyraźniej ją rozczarowało, bo widocznie sądziła, że już jest w ogródku i wita się z gąska.

Stąd jęk zawodu, jaki wydała spod serca gorejącego, że „póki nie miną rządy kruchty, nie doczekamy się normalnej, europejskiej prawicy”. Nietrudno się domyślić, że ta „normalna, europejska” to taka, która uznaje ideowe zasady partii komunistycznej i głosuje bez skreśleń - bo taki przecież był ideał demokracji socjalistycznej, któremu pani profesor basowała, nieprawdaż? Krótko mówiąc - albo „rządy kruchty”, to znaczy - oparcie systemu prawnego na zasadach etyki chrześcijańskiej - albo rządy siuchty - typów spod czerwonej gwiazdy do spółki z typami spod gwiazdy sześcioramiennej. Ci ostatni też czasami bywają szczerzy, więc przy okazji paryskiej demonstracji sodomitów i gomorytek za legalizacją sodomskiego kuplerstwa z możliwością przywłaszczania sobie cudzych dzieci, najważniejszy w naszym nieszczęśliwym kraju Cadyk zeznał, że „związki partnerskie” to tylko wstęp do następnego ruchu. Krótko mówiąc - krok po kroku ruszać z posad bryłę świata, czyli niszczyć znienawidzoną i przez czekistów i przez Cadyków cywilizację łacińską.

Stanisław Michalkiewicz

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2737


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 18 lut 2013, 08:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Głęboka renowacja

Na naszych oczach Polska staje się krajem dewastowanych cmentarzy katolickich, profanowanych pomników bohaterów narodowych i tablic pamiątkowych. To bardzo wymowny obraz naszego państwa i narodowej kondycji. W sobotę z Krakowa nadeszły informacje o zniszczeniu pomnika Danuty Siedzikówny ps. „Inka”, bohaterskiej sanitariuszki 5. Wileńskiej Brygady AK, zamordowanej przez komunistycznych oprawców. Ktoś paskudnie pomalował jej wizerunek farbą. Naprawa będzie trudna i czasochłonna. Popiersie nabrało już naturalnej patyny, farba wniknęła w cokół wykonany z piaskowca, dlatego jej zmycie bez uszkodzenia powłoki wymaga specjalistycznych umiejętności i sprzętu. Jakiś żałosny tchórz podniósł rękę na pamięć o dziewczynie, która tak bohatersko zachowała się podczas śledztwa.

Najgorsze jest to, że ten wandalizm zupełnie mnie nie zdziwił. Spotykam ludzi tak głęboko zdemoralizowanych przez czasy PRL i komunizm, jak głęboko w skałę wniknęła ta farba. Nasze słabe i ułomne państwo nigdy nie zdecydowało się na gruntowną naprawę narodowych charakterów. Edukacja historyczna kuleje, a tak zwany przemysł pogardy, który działa nieustannie od kilku lat, celowo gra na kompleksach tej zdemoralizowanej i kalekiej części społeczeństwa. Ten dramat się pogłębia. Nie dalej jak trzy miesiące temu pewien mężczyzna sprofanował cudowny obraz Matki Bożej Królowej Polski w jasnogórskim sanktuarium. W szybę pancerną chroniącą Jej wizerunek również trafiła fiolka z farbą. Kultura, w której dbamy o poszanowanie świętości, bohaterów, pamięci zmarłych – została zakwestionowana. Barbarzyńskie zwyczaje zaczynają być trwałym elementem naszej codzienności. Zadziwiające, że wszystkie te „incydenty” mają miejsce w czasie pokoju, gdy pseudoelity wytyczają nam nowe standardy mające chronić wszelkie mniejszości, prześladowane lub – według ich mniemania – dyskryminowane grupy. Gdy dzieci uwrażliwia się na najbardziej absurdalne ekologiczne zabobony.

W ostatnim czasie coraz częściej ofiarami „nieznanych sprawców” padają miejsca mające upamiętniać ofiary smoleńskie. W nieodległej przeszłości uszkadzano również pomniki Romana Dmowskiego czy płk. Ryszarda Kuklińskiego. Także Danuta Siedzikówna „Inka” nie zaznała spokoju po śmierci. I choć pamięć o niej jest przywracana, to do dziś nie wiemy, gdzie spoczywa jej ciało. Sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” brała udział w walkach z sowieckim okupantem – oddziałami NKWD i ich najemnikami z Urzędu Bezpieczeństwa i KBW. Została zamordowana – tak jak ofiary Katynia i jej towarzysze broni z niepodległościowego podziemia antykomunistycznego – strzałem w tył głowy. Choć poddawano ją torturom, nie ujawniła informacji o kolegach z oddziału i ich dowódcy. Na tle lansowanych dziś gwiazd telewizji, reklamy, polityki jest głośnym znakiem sprzeciwu. Wysmarowany farbą pomnik w parku Jordana w Krakowie przemawia jeszcze dobitniej. Zło można naprawić, ale nie ograniczajmy się do zwykłej renowacji. Wychowujmy nasze córki i synów tak, by w każdym czasie potrafili zachować się „jak trzeba”.

Maciej Walaszczyk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... wacja.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 22 lut 2013, 07:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Nagroda za niezłomną postawę

Piątek, 22 lutego 2013 (02:08) Pierwsze i podstawowe wyzwanie współczesnego świata to wołanie o obecność Boga w naszym życiu, obecność Boga prawdziwego, realnie przeżywaną – mówił wczoraj ks. abp Józef Michalik na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego po otrzymaniu honorowego doktoratu tej uczelni.

Proszę zwrócić uwagę, w polskim parlamencie ani w mediach nie ma intensywnej, gorącej dyskusji o Polsce, o wizji jej przyszłości, o strategii perspektywicznej Narodu, a jeśli te tematy się pojawiają, to często na jakichś marginesach albo wśród publicystów katolickich w „Naszym Dzienniku”, w Telewizji Trwam – mówił ks. abp Józef Michalik na UKSW po otrzymaniu honorowego doktoratu tej uczelni. Przewodniczący Episkopatu Polski wyraził szczere podziękowanie za wyróżnienie i liczną obecność gości, a w wykładzie zwrócił uwagę na wyzwania Kościoła wobec znaków czasu współczesnej Europy i na realizm Kościoła katolickiego w Polsce w ocenie zjawisk społecznych i rzeczywistości. UKSW uhonorował ks. abp. Michalika najwyższą godnością akademicką za „postawę i zasługi wybitnego kapłana Kościoła katolickiego i Syna narodu polskiego”. „(…) Jako arcypasterz powierzonych sobie Kościołów partykularnych wykazuje postawę niezłomną w obronie wiary i praw ludzi wierzących, a zarazem otwartą na świat, który potrzebuje zbawienia” – odczytał uchwałę ks. prof. Piotr Tomasik, dziekan Wydziału Teologicznego UKSW. Na uroczystości w wypełnionej auli Jana Pawła II na UKSW byli obecni nuncjusz apostolski w Polsce ks. abp Celestino Migliore, przedstawiciele Episkopatu Polski, metropolici i ordynariusze archidiecezji i diecezji polskich, Kościoła prawosławnego, przedstawiciele świata polityki i nauki.

– Do nas należy rozeznawanie znaków czasu – mówił ks. abp Michalik, przypominając zalecenia Pana Jezusa, jakie pozostawił swoim uczniom. Wskazując na współczesne przemiany globalne, zagrożenia wiary, rodziny, społeczeństwa, narodu, metropolita przemyski mówił, że naszym zadaniem jest identyfikowanie współczesnych kryzysów i szukanie rozwiązań.

Przewodniczący KEP przestrzegał przed odłączeniem oceny moralnej od wydarzeń społecznych i politycznych, od uchwalanych ustaw i stylu rządzenia państwem. – Ludzie wiary i sumienia nie mogą się wymawiać od zaszczytu zaangażowania w rozeznawanie współczesnej rzeczywistości i podejmowanie wysiłków, aby wśród wyścigu poszukiwań nauk medycznych, społecznych, ekonomicznych czy kosmicznych nie zagubiono człowieka – wskazywał ks. abp Michalik. Podkreślił znaczenie sumienia oświeconego wiarą, które uzdrawia logikę polityków oraz społeczników i stawia pytania o dobro wspólne. – Kościół ma obowiązek wskazywać kryteria poprawnego sumienia, mówić o przydatności lub o niebezpieczeństwach zawartych w programach czy projektowaniu ustaw sprzecznych z etyką – mówił, dodając, że nie można oczekiwać od Kościoła poparcia konkretnego kandydata w wyborach. Przewodniczący KEP zaznaczył, że Kościół w Polsce nie może zrezygnować z mówienia o tym, co uważa w dzisiejszej rzeczywistości za dobre i złe, za niegodne i nie do zniesienia dla godności człowieka. Podkreślił jednocześnie, że nie można nie protestować wobec odrzucania historycznej prawdy o chrześcijańskich korzeniach Europy, wobec różnych oskarżeń Kościoła o obskurantyzm, prób prawnej eliminacji krzyża z przestrzeni publicznej.

Agnieszka Gracz

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... stawe.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 14 maja 2014, 08:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Głosiciele Prawdy, Dobra i Piękna, na naszych oczach przeobrażają się w obrońców tych Wartości. Bóg to Prawda, Miłość, Piękno, Dobro.
Szatan to nienawiść, zakłamanie, brzydota, zło.
Nienawiść i zło wciąż walczy z Dobrem i Pięknem. Załganie wciąż walczy z Prawdą. Rozpusta i zdziczenie wciąż walczy z Miłością.
Na festiwalu Eurowizji ideologia pokonała kulturę, sztukę. Bzdura ideologiczna pokonała piękno.
Świat stacza się w otchłań zwyrodnienia. Ci którzy to widzą, ci którzy temu przeciwdziałają, to współcześni "wrogowie ludu".
Ci którzy najwyraźniej to dostrzegają i próbują światu jego zmierzch uzmysłowić, są prześladowani najbardziej.


Taktyka knebla

Kościół jako silny rzecznik prawa naturalnego coraz bardziej uwiera agendy ONZ współpracujące z proaborcyjnymi organizacjami
Piotr Falkowski

Komitet przeciwko Torturom traktuje Stolicę Apostolską jako reprezentującą cały Kościół katolicki, tak jakby miała ona jurysdykcję w sensie prawno-politycznym nad wszystkimi katolikami na świecie, zwłaszcza duchownymi, co jest nieprawdą.

Szczegółową analizę prawną tego problemu zaprezentowało Centrum Solidarności, Prawa i Sprawiedliwości w Strasburgu (SCLJ). Przypomina ono, że to nie pierwszy tego rodzaju przypadek. W styczniu także Komitet ds. Praw Dziecka w swoim raporcie zalecał „podjęcie wszechstronnego przeglądu swoich regulacji prawnych, w szczególności prawa kanonicznego, celem zapewnienia jego pełnej zgodności z konwencją”. Jeśli Stolica Apostolska nie podporządkuje się temu, to może zostać oskarżona o łamanie konwencji, co może doprowadzić nawet do utraty statusu państwa-obserwatora ONZ.

Mecenas Rafał Dorosiński z Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris wskazuje, że o to właśnie chodzi środowiskom stojącym za antykatolickimi posunięciami agend ONZ. – Status państwowy pozwala przedstawicielom Stolicy Apostolskiej zabierać głos i być rzecznikiem prawa naturalnego na forum międzynarodowym. To od dawna kłuje w oczy reprezentantów dominującego tam zupełnie innego spojrzenia – tłumaczy.

Stolica Apostolska przystąpiła do Konwencji w sprawie zakazu stosowania tortur oraz innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania z 1984 roku (CAT) w 2002 roku. Jednocześnie złożyła Deklarację Interpretacyjną, w której oświadczyła, że „stając się stroną Konwencji w imieniu Państwa Miasta Watykanu, podejmuje się stosować do niej o tyle, o ile Konwencja ta jest zgodna ze specyfiką tego Państwa”. Chodziło o uznanie wyznaniowego charakteru Watykanu, w którym źródłem praw jest nauka Kościoła katolickiego i prawo kanoniczne. Konwencja nakłada na sygnatariuszy obowiązek okresowego składania raportów na temat stanu przestrzegania jej zasad.

W pierwszym takim raporcie dotyczącym Watykanu napisano: „Będąc kompleksowym połączeniem boskiego prawa pozytywnego, boskiego prawa naturalnego i prawa ludzkiego, prawo kanoniczne odzwierciedla i wyraża Kościół katolicki: jego pochodzenie, znaczenie, duchową i moralną misję, strukturę organizacyjną, nadprzyrodzony cel oraz duchowe i doczesne dobra”. Wskazano, że „boskie prawo pozytywne i boskie prawo naturalne (bądź po prostu ’prawo naturalne’) stanowią niezmienne normy wyrażane przez Dekalog i poznawalne za pomocą prawego rozumu. Wskazują podstawowe normy życia moralnego wyrażane w nauczaniu Kościoła i zawarte w Katechizmie Kościoła Katolickiego”.


Korekty na żądanie
Stosunek Stolicy Apostolskiej do wartości chronionych przez konwencję był od początku pozytywny. Stosowanie tortur nie jest w żadnym wypadku problemem w Watykanie, ale zadeklarowano „moralne wsparcie i współpracę ze społecznością międzynarodową w zakresie przeciwdziałania torturom” przede wszystkim poprzez wyrażanie nauki Kościoła nakazującej bezwzględny szacunek dla ludzkiego życia.

To nie znaczy, że Kościół ma na żądanie oenzetowskiego komitetu zmieniać i dostosowywać do jego oczekiwań swoje prawo kanoniczne, które dotyczy rzeczywistości duchowej, a nie politycznej. Byłoby to łamanie prawa do wolności religijnej, gdyż prawo kanoniczne wyraża w sposób jurydyczny zasady wiary i życia Kościoła.

SCLJ zwraca uwagę, że art. 18 ust. 1 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych przyznaje „wolność posiadania lub przyjmowania wyznania lub przekonań według własnego wyboru oraz wolność do uzewnętrzniania indywidualnie czy wspólnie z innymi, publicznie lub prywatnie, swej religii lub przekonań”.

Nie ma możliwości, by poprzez przystąpienie do CAT i innych międzynarodowych traktatów Stolica Apostolska zgodziła się podporządkować prawo kanoniczne dwuznacznym i zmiennym postanowieniom tych traktatów, jednostronnie interpretowanym i wdrażanym przez niewielką grupę. Komitet Praw Człowieka ONZ orzekł, że „praktykowanie i nauczanie religii bądź wyznania obejmuje działania integralnie związane z prowadzeniem przez grupy religijne ich podstawowych spraw, takich jak wolność wyboru ich religijnych liderów, kapłanów i nauczycieli, wolność zakładania seminariów bądź szkół religijnych i wolność opracowywania i dystrybuowania tekstów i publikacji religijnych”, zatem Stolica Apostolska ma zagwarantowaną „niezależność od świeckiej kontroli lub manipulacji, zdolność do decydowania, bez ingerencji państwa, o swoich sprawach dotyczących zarządzania i struktury, jak i tych dotyczących wiary oraz doktryny”.


Gumowa konwencja
Jeszcze nie wiadomo dokładnie, jakie zastrzeżenia do prawa kanonicznego sformułuje Komitet przeciwko Torturom, ale Komitet Praw Dziecka uznał, że „niektóre zasady prawa kanonicznego nie są zgodne z przepisami konwencji, w szczególności te odnoszące się do prawa dzieci do ochrony przed dyskryminacją, przemocą i wszelkimi formami wykorzystania seksualnego i przemocy seksualnej” i zarekomendował „podjęcie przez Stolicę Apostolską całościowego przeglądu jej ram prawnych, w szczególności prawa kanonicznego tak, aby zapewnić jego pełną zgodność z konwencją”.

Żeby powiązać Stolicę Apostolską z zapisami konwencji dotyczącej tortur, członkowie Komitetu przeciwko Torturom i pracujący dla nich eksperci włączyli z własnej inicjatywy do interpretacji konwencji problematykę przestępstw seksualnych, o których treść konwencji niczego nie mówi.

– Komitet sam w pewien sposób interpretuje pojęcia konwencji, rozszerzając ich zakres, na przykład włączając w zakres danego pojęcia pewne działania, które u jej początków nie było brane pod uwagę – tłumaczy mec. Dorociński. Eksperci SCLJ podkreślają, że polityka agend ONZ stanowi próbę wykreowania obowiązków stron konwencji znacznie wykraczających ponad to, na co wyrażały zgodę w momencie przystępowania do niej. Tak naprawdę Komitet przeciw Torturom czyni z własnych poglądów rodzaj quasi-religii, będącej w opozycji do wiary katolickiej.

Urząd Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka i działające przy nim komitety, takie jak Komitet ds. Dzieci i Komitet przeciw Torturom, rozwinęły procedurę monitorowania i raportowania, która w praktyce zmusza państwa-strony do składania raportów obciążających same siebie. Wykorzystuje też procedurę raportowania do kierowania wobec stron zaleceń podjęcia konkretnych rozwiązań, zaangażowania się w konkretne programy i ratyfikowania rekomendowanych umów międzynarodowych, do czego nie ma podstaw w konwencji. Komitet nie jest też uprawniony do tworzenia na podstawie raportów państw zbiorczych „ogólnych komentarzy”. A ukazały się już trzy takie publikacje, w których komitet przedstawia swoją interpretację konwencji i wyjaśnia obowiązki stron. Należy to ocenić jako działanie wbrew deklarowanym intencjom, szkodzące systemowi ochrony praw człowieka, gdyż dochodzi do próby kreowania nowych „praw człowieka” i odpowiadających im obowiązków oraz wprowadzania do sfery prawa międzynarodowego pojęć i koncepcji, co do których nie ma międzyrządowego porozumienia.


Przymus agendy
Agendy ONZ w efekcie działają jednocześnie w roli prawodawczej, wykonawczej, jak i kontrolno-sądowniczej, wbrew demokratycznym zasadom rozdziału tych uprawnień. Do tego nie istnieje żadna instytucja odwoławcza od postanowień działających w ten sposób tzw. ciał traktatowych. Komitety tworzą nowe prawo poprzez narzucanie własnych interpretacji konwencji, monitorują ich stosowanie i szkolą własnych pracowników oraz przedstawicieli państw w zakresie rozumienia i stosowania tych nowych interpretacji.

Członkowie Komitetu przeciw Torturom powinni być, według zasad ONZ, niezależni i nie powinni przyjmować od nikogo instrukcji. Tymczasem wiadomo, że to Urząd Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka odgrywa dominującą rolę w kształtowaniu polityki komitetu. Wiadomo też o regularnych kontaktach i wymianie korespondencji pomiędzy komitetem a wieloma organizacjami pozarządowymi znanymi z krytyki Kościoła katolickiego i podważania jego nauki m.in. w sprawie prokreacji i aborcji. Często podmioty uczestniczą w finansowaniu programów komitetu. Stawia to pod znakiem zapytania bezstronność członków komitetu i ich doradców.

http://www.naszdziennik.pl/wp/77160,taktyka-knebla.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 03 lip 2014, 07:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro jest stałym gościem w naszym domu. Pozwalamy medialnym zdziczałym celebrytom bezkarnie kłamać w miejscu w którym mieszkamy. Słuchamy ich i napełniamy swoje serca i umysły sączącą się z telewizorów mieszanką głupoty, kłamstwa i mniej istotnej prawdy.
Dobrowolnie poddajemy się ich słowu, ich obrazowi rzeczywistości. Godzimy się na życie w zakłamaniu, niekiedy nawet nie uświadamiając sobie tego.
Marniejemy jako ludzie, zatracamy coś co jest niewyobrażalnie wielkie i przynależy do człowieka. Gubimy się w tym bajzlu, i zaczynamy mówić ich językiem i myśleć tak jak oni nam sugerują, podpowiadają.


Gdy telewizor zmienia się w domownika
Share on emailShare on facebookShare on twitterMore Sharing ServicesCzwartek, 3 lipca 2014 (02:04) Badania potwierdzają, że młodzież gimnazjalna wolny czas spędza, oglądając telewizję (75 proc. badanych). Komputer i jego użytkowanie jest wciąż na drugim miejscu. Bo gra w komputerowe gry i serfuje po sieci, słucha muzyki 38 proc. badanych. To ostatnie jest możliwe też coraz częściej dzięki sieci – poprzez internetowe wyszukiwarki. Ponad 30 proc. badanych poświęca czas na naukę, zajęcia dodatkowe i naukę języków obcych. Pięć procent szuka zabawy w lokalach i na dyskotekach, pięć procent korzysta z rozrywki w kinie lub teatrze.

Młodzi analfabeci
Rodzice coraz rzadziej mają wgląd w to i kontrolę nad tym, w jaki sposób ich dzieci spędzają wolny czas. Wystarczy im, że mają na ten temat ogólną wiedzę. Często ignorują fakt, że nastolatek, przejawiając podstawowe problemy z pisaniem i czytaniem, ogranicza się do słuchania wideoklipów, oglądania filmów w sieci i odtwarzania muzyki z mp4.

Klasyczne czytanie gimnazjalistów ogranicza się do gromadzenia „ściąg” i bryków szkolnych lektur z sieci. Tym bardziej że nauczyciele tolerują znajomość lektury tylko z filmowej ekranizacji. Jeśli młody człowiek już sięga po słowo pisane, to jest to zazwyczaj kolorowa prasa. A dokładniej, rodzaj „kalek” zagranicznych periodyków, redagowanych w stylu – jak najmniej tekstu, jak najwięcej zdjęć.

Gdyby rodzice przejrzeli gazetki, które finansują, zorientowaliby się, że płacą za treści, które konsekwentnie instruują ich własne dzieci przeciw nim samym. Córka i syn edukują się na tematy w rodzaju: jak uwieść dziewczynę czy chłopaka? Jak przeżyć inicjację seksualną, jakie później stosować skuteczne rodzaje środków antykoncepcyjnych? Reszty dopełniają opisy zdrad i romansów z życia gwiazd Hollywood, horoskopy oraz porady diet, ilustrowane fotografiami chorobliwie chudych dziewcząt.

Dziewczyna, sięgając po swoją gazetę, regularnie utwierdza się w mniemaniu, że wymaga poprawy i naprawy. Zaś nudę jej dnia codziennego może tylko ubarwić jak najszybciej podjęte życie seksualne. Ten rodzaj pseudoedukacyjnych „pisemek” na polski rynek wprowadzili w latach 90. wydawcy niemieccy. Wysokonakładowy „Popcorn” (400 tys. nakładu), „Bravo Girl” (450 tys. nakładu) czy „Dziewczyna” (370 tys. nakładu) nie pozostawiły nikomu najmniejszych z szans.

Miałkie i szkodliwe treści kolorowych gazet umacnia telewizja. Ta wciąż zabiera młodym widzom wiele czasu, rozleniwia i blokuje kreatywne myślenie. Większość badań potwierdza, że w ciągu dnia przed telewizorem spędzają oni około czterech i więcej godzin. Tyle samo spędzają przed ekranem ich rodzice. Dzieci, obserwując rodziców, naśladują ich. Często jedynej domowej rozrywki dostarcza całej rodzinie telewizja. W pokoju telewizyjnym spędza się wolny czas, jada posiłki, przy włączonym telewizorze odbywa się większość rozmów.

Telewizja tak przyciąga, gdyż przenosi w świat cudownych obrazów: przyrody, jezior, gór, widoków jak z baśni. Możemy dzięki niej poznawać kulturę, sztukę i naukę. Wiele programów rodzi i rozwija pozytywne emocje, sprawia, że lepiej rozumiemy problemy osób i środowisk, których na co dzień nie spotykamy.

Jednak nie jest dobrze, gdy telewizja zmienia się w stałe domowe tło – „teletapetę”. Gdy staje się świadkiem wszystkiego, co rozgrywa się w domu. Gdy programy płyną mimo uwagi i woli jej odbiorców. Także gdy podczas rozmów z gośćmi, w życiu towarzyskim i rodzinnym dominuje telewizyjny przekaz. Wtedy coraz mniej czasu jest na czytanie, spacer, rozmowy czy choćby hobby.

Często w pokoju dziecinnym stoi drugi telewizor, gdzie młodsze dzieci, ulegające jeszcze pierwotnej telefascynacji, chłoną obrazy z uwagą, popadając bezwiednie w teleuzależnienie. Recypując treści coraz bardziej niepożądane, nawet gdy wydaje się, że są to filmy na dobranoc.

Pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia głośna w Japonii była historia, gdy około 600 japońskich dzieci z drgawkami i podrażnieniem oczu trafiło do szpitala po obejrzeniu popularnej japońskiej dobranocki „Kieszonkowy potwór”. Lekarze przypuszczali, że epileptyczny atak mogła wywołać scena eksplozji, której towarzyszyło na ekranie pulsujące białe i czerwone światło.

Specjaliści z klinik neurologii potwierdzili, że napady padaczkowe mogły być spowodowane przez miganie ekranu telewizora lub monitora komputerowego, ale także inne bodźce świetlne. Takie, które przypominają działanie świateł stroboskopowych podczas dyskotek. Mogło to być związane z występowaniem tak zwanej światłoczułej epilepsji, o której może nie wiedzieć nawet sam chory.

Gdy płyną obrazy…
Telewizja to dużo różnorodności przy małym wysiłku. Od telewizyjnego strumienia łatwo jest uzależnić się dzieciom, ale też i dorosłym.

O ile jednak dorosły już jest psychicznie ukształtowany, dziecko nie potrafi samodzielnie wybierać i wartościować proponowanych treści. Najmłodsze dzieci wprost imitują przedstawiane zachowania i słowa. Identyfikują się dosłownie z tym, co widzą na ekranie. Imitują sposób mówienia i zachowania postaci czy animowanych zwierzątek i bohaterów.

Z czasem obrazy telewizyjne zaczynają odbiorcę nużyć. Przewijające się przed oczyma obrazy są coraz bardziej okrutne, agresywne, złowrogie i niezrozumiałe. Pojawiają się wtedy apatia, bierność, ograniczanie relacji z otoczeniem. Oglądane treści odkładają się w umyśle. Stałe oglądanie telewizji sprzyja recepcji treści nieprzeznaczonych dla młodych. Odbiorcę elektryzują drastyczne horrory. Ekrany zalewa krew i wypełniają roztrzaskane ludzkie szczątki. Oś wielu filmów stanowią tortury i masakry. Nawet produkcje przyrodnicze przedstawiają rozrywające się wzajemnie zwierzęta, gdzie silniejsze pożerają bez litości słabsze i chore. Każdy widz, tym bardziej młody, chłonąc takie obrazy, z czasem zaczyna się… uodparniać i obojętnieć. Poruszają go już tylko zdjęcia i filmy coraz drastyczniejsze.

Przemysł telewizyjny i filmowy zarabia krocie, wprowadzając na rynek filmowe gadżety. Towarzyszą one kolejnym odcinkom seriali i dominują niemal całkowicie w świecie wyobraźni młodych widzów. Czasem przybiera to wymiar horroru. W Stanach Zjednoczonych wyprodukowano teddy bear, czyli misia „przytulankę” naśladującego posturę mordercy.

Na rynku znalazło się pięć kolekcji figurek, które obrazowały życie i dzieła największych bohaterów zła – seryjnych morderców, ze wszystkimi szczegółami ich przerażających dokonań. Przedstawiono m.in. Freddiego Kruegera, sprawcę 28 zabójstw. W sieci zaczęły powstawać fankluby seryjnych zabójców, gdzie ich członkowie za 95 centów mogli otrzymać kopie aktu zgonu mordowanych kobiet i mężczyzn. Widownię fascynowała także osobowość seryjnych morderców – konieczność zabijania, niskie IQ, wysoki poziom testosteronu i ostateczna autodestrukcja.

Eskalacja przemocy
Psychologowie mediów wskazują na pewną prawidłowość – powtarzający się kontakt z przemocą oglądaną w telewizji, czy internecie obniża wrażliwość na podobne sytuacje w rzeczywistości. Z drugiej strony, wzmaga rzeczywiste zachowanie agresywne, a nawet okrucieństwo. Mogą je przejawiać osoby, nawet nie mające okazji, do poczucia krzywdy – wystarczy, że obserwowały podobne zachowanie w przekazach medialnych.

Badacze zachowań odbiorców mediów alarmują, że coraz częściej nieletni mordercy przyznają, iż starali się na kolegach potwierdzić sekwencje działań postępowania mordercy z popularnego serialu. Amerykańscy badacze potwierdzają –każde dziecko w USA, zanim skończy czternaście lat, ma szansę obejrzeć na ekranie osiem tysięcy zabójstw. Profesor Maria Braun-Gałkowska, dodaje: „Nawet jeśli zobaczy tylko połowę, to i tak o cztery tysiące za dużo”. Zauważa się także, że dawnej agresja na ekranie była domeną mężczyzn – dziś coraz częściej widzimy agresywne kobiety.

W zabawach z rówieśnikami młodzież i dzieci utożsamiają się z filmowymi bohaterami Hollywood. Polska telewizja, wraz z komercjalizacją rynku, wcale nie pozostaje w tyle za Zachodem. Już w 1997 r. w marcu polscy widzowie mogli oglądać o godz. 20.00 w Telewizji Polsat film „Ostry poker w Małym Tokio”, w którym znalazły się 63 sceny zabójstw. Przedstawiciele stacji, tłumacząc godzinę tak wczesnej emisji morderczego kina, objaśniali, iż jest to „typowy schemat współczesnych filmów akcji”.

Walka o widza
Każdy widz to oddzielny świat. Sześciolatek reaguje na ten sam obraz inaczej niż dwunastolatek. Inaczej też reaguje odbiorca emocjonalnie stabilny od widza niezrównoważonego. Inaczej zainteresowany tematem, inaczej obojętny. Inaczej oddziaływuje przekaz przyjazny, podany w wolnym, równym rytmie, bez efektów drażniących, od nacechowanego agresją i podanego w szarpanych sekwencjach. Neurofizjolodzy uważają także, że ruchome obrazy są odbierane i przechowywane w innych częściach mózgu niż odczyty werbalne.

W prezentacji obrazów i dźwięków liczy się bardziej „jak?” niż „co?”. Treść ma mniejsze znaczenie od sposobu przekazu. Producenci filmów wiedzą, że widz postrzega mniej na ekranie niż się potocznie sądzi. Musi bowiem widzieć, słyszeć i często jeszcze czytać, np. listy dialogowe. Dlatego uruchamiają się co najmniej dwie lub nawet trzy tak zwane procedury dekodowania, zwykle w ciągu ułamków sekund. Młody i dorosły widz dekoduje-rozpoznaje najpierw już znane obrazy i dźwięki, wtedy koncentruje się właśnie na nich.

Przy błyskawicznie zmieniających się sekwencjach obrazu zdarza się, że przekazy zyskują zupełnie odmienny sens od tego, który zakładali jego twórcy. Z tego powodu wiele filmów wypełniają coraz bardziej gwałtowne bodźce. A reżyserzy i realizatorzy kina akcji odwołują się do najprostszych orientacyjnych odruchów widza. W stylu – gdy coś najpierw zadrga – potem musi trzasnąć. Paradoksalnie, takie eksploatowanie percepcji widza szybko go nudzi.

Wielogodzinne ślęczenie przed ekranem wywiera negatywny wpływ na rozwój fizyczny. Jednak wyłączenie telewizora przychodzi z trudem. Zmieniające się obrazy i dźwięki wywołują fizjologiczne, odczuwalne dosłownie pobudzenie organizmu widza. Naciśnięcie wyłącznika wprowadza wtedy w nagłą emocjonalną próżnię. Nawet dorosły, tym bardziej młody, nie wie, co zrobić ze wzbudzonym wewnętrznym poruszeniem. Cała mądrość rodzica polega wtedy na tym, by taki moment u dziecka zauważyć. I potrafić pomóc guzik pilota nacisnąć.

Dr Hanna Karp

http://www.naszdziennik.pl/mysl/83915,g ... wnika.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 04 lip 2014, 06:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Człowiek oderwany od rzeczywistości, od natury i od wynikającej z nich kultury, a tworzący swój świat w oparciu o własną wyobraźnię, to wariat. Tylko wariat może zastanawiać się czy można postrzegając człowieka dostrzec w nim sumienie.
A jeżeli już nawet to sumienie zostanie dostrzeżone, to wariat podejmuje się ustanowienia takiego prawa, które zapanuje nad sumieniem, podporządkuje je sobie.

I jak takiego lewackiego wariata traktować poważnie, tak jak on sam tego dla siebie wymaga, traktując innych jak gorszych od siebie.
Świat lewacki, to świat antropocentryczny, w którym okrojony z rozumu i z serca człowiek skrabie się po drabinie swojej chorej wyobraźni, aby w hierarchii bytów, zająć wyższe miejsce niż sam Bóg.
Musimy przede wszystkim zdawać sobie sprawę jakie zagrożenie dla nas, dla świata, dla narodów, dla kultury, dla normalności stanowi lewackie wariatkowo.


Trybunał nad sumieniem

Anna Ambroziak

Trybunał Konstytucyjny przyjął do rozpatrzenia wniosek Naczelnej Rady Lekarskiej w sprawie klauzuli sumienia.

Wniosek NRL złożyła w marcu br., a więc jeszcze zanim prof. Bogdan Chazan, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie, stał się ofiarą wadliwie skonstruowanych przepisów.

– Cieszymy się, że samorząd lekarski mógł tak istotną dla lekarzy kwestią zająć się wcześniej i złożyć wniosek w Trybunale, zanim powstały opinie i raporty różnych osób i instytucji. Jesteśmy zadowoleni, że temat podjął również Rzecznik Praw Obywatelskich. Otrzymaliśmy informację, że wniosek będzie rozpatrywany przez Trybunał w pełnym składzie. Oczekujemy dogłębnego zbadania, czy granice korzystania z wolności sumienia zostały dla lekarzy wytyczone prawidłowo. W szczególności ważne jest dla nas, czy obowiązek wskazania innego lekarza przez lekarza odmawiającego świadczenia ze względu na konflikt sumienia jest zgodny z Konstytucją RP. Czekamy na zawiadomienie o terminie rozprawy – mówi prezes NRL Maciej Hamankiewicz.

Naczelna Rada Lekarska zaskarżyła do TK przepis art. 39 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty jako niezgodny z zasadą wolności sumienia sformułowaną w Konstytucji RP oraz Międzynarodowym Pakcie Praw Obywatelskich i Politycznych z 19 grudnia 1966 r. w zakresie, w jakim nakłada na lekarza obowiązek wykonania niezgodnego z jego sumieniem świadczenia zdrowotnego, mimo że zwłoka w udzieleniu tego świadczenia nie spowodowałaby niebezpieczeństwa utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia. Według Rady, przepisy obligujące lekarza odmawiającego wykonania świadczenia do wskazania innego podmiotu, które by to świadczenie wykonał, są nie tylko niezgodne z zapisami Ustawy Zasadniczej, ale stwarzają pozory prawa do wolności sumienia.

TK zajął się wnioskiem samorządu lekarskiego dość szybko. Czy orzeczenie rozwieje wątpliwości w sprawie lekarza, który postępując zgodnie z własnym sumieniem, nie zgadza się na zabicie chorego dziecka ani na wytypowanie podmiotu, który by aborcję wykonał? Tak właśnie postąpił prof. Bogdan Chazan, który jednocześnie zapewnił, że zagwarantuje matce i dziecku pełną opiekę okołoporodową, wskazał też instytucje, które oferują dalszą opiekę. Postępowania wyjaśniające w tej sprawie trwają. Prowadzi je Rzecznik Praw Pacjenta, który we wstępnym raporcie ocenił, że doszło do naruszenia prawa pacjentki do informacji oraz do zgłoszenia sprzeciwu od orzeczenia lub opinii lekarskiej; taka ma być też konkluzja kontroli krajowego konsultanta w dziedzinie ginekologii, która została zlecona przez ministra zdrowia (informację o tym podał wczoraj TVN24). Postępowanie wyjaśniające prowadzi ponadto rzecznik odpowiedzialności zawodowej NIL oraz władze warszawskiego Ratusza, który jest organem założycielskim dla szpitala na Madalińskiego.

http://www.naszdziennik.pl/wp/84000,try ... eniem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 10 lip 2014, 08:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Ideologie, podobnie jak mitologie tworzą obszary zamknięte, ograniczające życie indywidualne i życie zbiorowe.
Człowiek, społeczeństwo zorganizowane ideologicznie żyje niczym w klatce. Zakres możliwości działania i myślenia, a przez to świadomość i tożsamość są z góry ustalone i nie podlegają jakiejkolwiek społecznej dyskusji.
W mitologii społeczeństwo zamknięte jest w krainie baśni i podporządkowane ustalonemu "ładowi" niczym w ideologii.
Analogia między mitologią, a ideologią jest daleko idąca, z tą różnicą, że mitologie są rodzajem wielowiekowych tradycji, wierzeń, jakby pozafilozoficznym sposobem rozumienia rzeczywistości, a ideologie są chwilowymi trendami dominującymi organizację życia społecznego, wybujałymi z chorej ludzkiej wyobraźni.
Kultura jest już uporządkowaną formą zorganizowanego życia społecznego i na bazie filozofii tworzy otwartą, i wciąż poszerzającą się przestrzeń bytowania społecznego. W kulturze dominują poznanie, rozumienie, moralność, twórczość (sztuka) i religia.
Kultura zbliża do siebie ludzi, wygładza ich emocje i uczucia, daje im perspektywę rozwoju intelektu i wprowadza w świat nadprzyrodzony.


To walka ideologiczna

Sławomir Jagodziński

Z ks. bp. Stefanem Regmuntem, przewodniczącym Zespołu ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Sławomir Jagodziński

Profesor Bogdan Chazan stał się pierwszą ofiarą nagonki na lekarzy, którzy podpisali Deklarację Wiary. O czym to świadczy?
– Przyznam, że nie spodziewałem się tak wielkiego ataku na lekarzy, którzy podpisali tzw. Deklarację Wiary. Warto przypomnieć genezę tej inicjatywy. Była ona formą dziękczynienia z racji kanonizacji Jana Pawła II wyrażonego przez środowiska lekarskie. Została złożona na Jasnej Górze podczas Ogólnopolskiej Pielgrzymki Służby Zdrowia w darach ofiarnych. Chodziło o to, żeby lekarze potwierdzili, że żyją tą nauką, którą zostawił im Jan Paweł II. Ten dokument podkreśla sprawy życia ludzkiego. Próbuje nam przybliżyć prawdę, że jeżeli przyjmujemy, że człowiek jest stworzeniem, a Bóg Stwórcą, to nikt nie ma prawa w nie ingerować i decydować o życiu czy śmierci innego człowieka.

Wracając do nagonki na lekarzy. Człowiek, który deklaruje się jako katolik, nie może być zmuszany do tego, żeby działał jak osoba nielicząca się z własnym sumieniem. I dlatego przy okazji tego ataku jako wierzący przypominamy społeczeństwu swoje prawa wynikające z Konstytucji RP, art. 53. Przypominamy też nauczanie św. Jana Pawła II zawarte chociażby w encyklice „Evangelium vitae”, w której nasz wielki rodak podkreśla bardzo mocno prawo ludzi wierzących do tego, aby nie traktować decyzji innych osób o zabijaniu dziecka poczętego jako wiążących. Przypominamy też rezolucję Rady Europy z 7 października 2010 r., która uznaje, że żaden szpital, żadna placówka czy osoba nie mogą być przedmiotem presji czy dyskryminacji ani ponosić żadnej odpowiedzialności, jeśli odmówi wykonania, asystowania bądź jakiegokolwiek zabiegu, który mógłby spowodować śmierć embrionu ludzkiego, bez względu na przyczynę takiego działania.

W tym ataku na lekarzy i profesora Chazana zauważamy pewne elementy walki ideologicznej. Dostrzegamy, że nie próbuje się chronić życia dziecka czy życia matki, ale po prostu chce się wdrażać pewne ludzkie prawa, które są sprzeczne z katolicką nauką.



Już wcześniej Szpital Świętej Rodziny został ukarany za obronę życia chorego dziecka. Co można powiedzieć o ministerstwie, urzędzie, w których są podejmowane tak skandaliczne decyzje?
– Dziecko, które poczęło się pod sercem matki, niezależnie, czy jest zdrowe, czy chore, ma prawo się narodzić. I trzeba zrobić wszystko, aby otrzymało właściwą opiekę medyczną i było otoczone troską personelu. Droga narodzin zarówno dziecka zdrowego, jak i chorego powinna być podobna. Finał tego oczekiwania na poród, okresu prenatalnego, może być różny. Jednak ogólna opieka lekarza, psychologa, troska o dziecko, również w trudnych momentach po narodzinach, są urzędowo zagwarantowane i nikt nie ma prawa traktować dziecka, czy to zdrowego, czy chorego, według własnych koncepcji. Nie ma prawa decydować, czy powinno żyć, czy nie. Na przykładzie prof. Chazana widać, że lekarze, którzy tak do tego podchodzą, którzy chronią życie, są dziś atakowani i zwalniani z pracy. Poprzez karę dla szpitala ci wszyscy, którzy należą do całego zespołu, zostali jakby napiętnowani społecznie przez ludzi, którzy nie zawsze mają odpowiednią wiedzę. Nie tak powinno działać ministerstwo. Ono powinno w sposób dojrzały, roztropny towarzyszyć temu zespołowi, by wyjaśnić wszystkie okoliczności sprawy. Pomóc w tym, aby społeczeństwo dowiedziało się całej prawdy o pewnych wydarzeniach, faktach, o prawodawstwie, o niebezpieczeństwach. Nie powinno być stroną. Wtedy kiedy staje się stroną, występuje jako partia polityczna, a nie urząd, który ma służyć dobru wspólnemu.

A przecież ministerstwo ma być przede wszystkim instytucją, która służy życiu ludzkiemu. Ono nie może stawiać siebie po stronie aborcji. Wszelkie kontrole, każde podjęcie decyzji, które utrwala pewien model zachowywania się ministerstwa, nie może prowadzić do deprecjonowania jednostki szpitalnej i pracujących tam lekarzy. Ministerstwo i szpital są dla pacjentów. Matka będąca w stanie błogosławionym powinna mieć godne warunki dla siebie i dziecka. Musi być otoczona opieką, musi być chroniona. I nikt nie powinien także pacjentom Szpitala Świętej Rodziny dodawać lęków, tylko wspierać placówkę w zapewnieniu odpowiedniej opieki, a nie zmuszać lekarzy do zabijania dzieci poczętych.

Z inicjatywy metropolity łódzkiego w archidiecezji łódzkiej pojawił się pomysł złożenia się po złotówce na zapłacenie tej kary nałożonej przez Ministerstwo Zdrowia na Szpital Świętej Rodziny. W ten sposób mówimy: pieniędzmi nas nie przestraszycie, tylko prawda może nas wyzwolić. Tylko prawda, która będzie podana konkretnie, właśnie odnośnie do lekarzy, odnośnie do matki, odnośnie do dziecka, może zmienić nasze myślenie. Dlatego też z wielkim podziwem, szacunkiem odnosimy się do inicjatywy ks. abp. Marka Jędraszewskiego, a także do wszystkich, którzy ją poparli.

Niestety, niektórzy uważają, że chore dziecko lepiej zabić, niż żeby cierpiało. Gdzie tkwi błąd takiego myślenia?
– Chciałbym zwrócić uwagę, że chore dziecko, niepełnosprawne, w świecie konsumpcji, pieniądza, władzy, przyjemności, jest bardzo często rozumiane jako życiowe ograniczenie dla rodziny, dla społeczeństwa, dla państwa. Na szczęście nie wszyscy tak uważają. Są rodziny, które nawet mając zdrowe dziecko, adoptują dziecko niepełnosprawne czy chore i z tego tytułu przeżywają wielką radość, że mogą zabezpieczyć to życie, które przyszło od Boga. My, wierzący, wiemy, że osoba chora, niepełnosprawna określana jest przez Kościół jako skarb Kościoła. Bo obecność dziecka chorego i niepełnosprawnego wnosi w życie społeczne pewien impuls do refleksji, do tego, byśmy spojrzeli na życie trochę inaczej. Cierpienie jest tajemnicą i darem, który choć jest trudny do przyjęcia, może zmieniać nasze środowisko. Uświadamia, że nie pieniądz, nie kariera, nie przyjemność, ale jeszcze coś innego decyduje o naszym szczęściu. Często ludzie chorzy, niepełnosprawni nadają sens życia wielu osobom. Wiele też osób niepełnosprawnych, chociaż niosą ciężar swego stanu, czuje się ludźmi szczęśliwymi.

Nikt z nas nie ma prawa przeprowadzać selekcji ludzi ze względu na jakieś kryteria i skazywać ich na zagładę. Wszędzie, gdzie podejmowano taką próbę, pozostały wyrzut sumienia, ból. Pamiętamy te wszystkie zbrodnie dokonywane w historii. Dokonywali ich ci, którzy uważali, że mają prawo do takiego decydowania, bo to było zgodne z prawem stanowionym. Ale to było prawo nieludzkie, co pokazała historia.

Księże Biskupie, czy ta bitwa o klauzulę sumienia lekarzy nie jest właśnie decydująca w ogólniejszej walce o prawo osób wierzących do kierowania się w życiu społecznym, zawodowym wiarą?
– To nie jest tak, że mamy dwie twarze. Jedna jest w domu, a druga tam, gdzie wykonuję swój zawód. Mamy być i w życiu społecznym, i zawodowym, i rodzinnym chrześcijanami. Wprowadzać wartości, którymi się kierujemy jako ludzie wierzący, w codzienne nasze posługiwanie. Ta sytuacja związana z atakiem na lekarzy pozwala przypomnieć pewne prawa, które obowiązują, a które jakby zostają przemilczane. „Każdy człowiek ma prawo do wolności myśli, sumienia i religii” – czytamy w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka (art. 18). Konstytucja naszego państwa na ten temat też się wypowiada, wspomniana Rezolucja Rady Europy, Kodeks etyki lekarskiej czy sama przysięga Hipokratesa. To wszystko jest po stronie lekarzy, którzy uznają klauzulę sumienia, czyli uważają, że nie będą działali wbrew swojemu sumieniu. Obecny atak na sumienie lekarzy ma podłoże ideologiczne i może stanowić groźny precedens. Jako katolicy musimy bronić swych praw, które wynikają z powszechnych praw względem ludzi. To też wyzwanie dla społeczeństwa, które musi przebudować swoje myślenie w duchu poszanowania wolności sumienia innych.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/84631,to- ... iczna.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 22 lip 2014, 06:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Siewcy kąkolu

Marek Czachorowski

Przypomniane ostatnio chrześcijanom ostrzeżenie przed wyrywaniem kąkolu nie oznacza wezwania do obojętności wobec jego zasiewu. Praktykuje się go dzisiaj jednak w biały dzień i na oczach wszystkich. Zamiast przeszkodzić w splątywaniu umysłów, niekiedy jeszcze dosiewa się umysłowego chwastu. Gdyby nawet całkowicie ograbiła nas PO na swoje kolacje, byłaby to jednak mniejsza strata niż popsucie nam dobrze funkcjonującego rozumu w sprawach dobra i zła.

Odmian antyewangelicznego kąkolu jest wiele, ale ich wspólnym mianownikiem jest zakwestionowanie tego pierwszego Bożego daru, którym jest rozum. Na nim oparte są nie tylko ludzka wolność i „społeczne” otwarcie na innych, ale także chrześcijańska obietnica Bożego życia. Rozprawę z prof. Chazanem traktować należy jako zamach na nasze przekonanie o rozumności rozstrzygania moralnych sporów. Przeciwnicy rozumu sypnęli nam zatem po oczach kąkolem albo z ukrycia, albo wprost. Mieniąc się niekiedy „obrońcami życia”, a niekiedy obrońcami kobiet lub państwa; wierzącymi lub niewierzącymi. Ponad tymi podziałami wspólnie jednak podważyli sensowność racjonalnego rozstrzygnięcia sporu i opowiedzieli się za koniecznością posłuchania jakiejś władzy – czy to świeckiej, czy duchowej. Część siewców kąkolu i stosowane przez nich metody zostały zidentyfikowane, a część jeszcze nie.

Odkrywcami możliwości ludzkiego rozumu także w życiu moralnym są starożytni Grecy, co stanowi ich cywilizacyjny wkład dla całej ludzkości. Przypomnieli o tym skarbie zarówno obrońcy, jak i przeciwnicy „siłowego” rozwiązania w sprawie prof. Chazana.

Jedni odwołali się do tragedii Antygony jako świadectwa istnienia niepisanego prawa moralnego, któremu zawsze należy być posłusznym, nawet jeśli władza (Kreon, Stalin czy UE) każe inaczej. Drudzy natomiast wmawiają nam, że odkrywcy ludzkiego rozumu – starożytni Grecy – usprawiedliwiali zabijanie własnych, zwłaszcza chorych i ułomnych dzieci. Przykładem może być Edyp, po urodzeniu rzucony przez swojego ojca na pożarcie dzikich zwierząt. Jego córka to Antygona.

Opowiadanie o Edypie i Antygonie w rozmaity sposób układali greccy tragicy, szukając najlepszego wyrazu prawdy moralnej. Inny rozkład akcentów, a nawet inny układ wydarzeń niż u Sofoklesa mamy przedstawiony w „Fenicjankach” Eurypidesa, trzeciego największego tragika całej ludzkości. U Sofoklesa zabrakło wyjaśnienia, co ma z sobą zrobić król Edyp, niewinny, chociaż zabił własnego ojca i poślubił swoją matkę. Jest on w dodatku ofiarą swojego ojca, który skazał go na śmierć dla własnej korzyści. To zatem opowieść o naszej współczesności, z możliwością bycia abortowanym przez własnych rodziców, możliwością dokonywania eutanazji na rodzicach i możliwością poślubieniem własnej matki lub własnego ojca, skoro praktykuje się sztuczne zapłodnienie z wykorzystaniem „dawców gamet”.

Moralne zadanie Edypa wyjaśnia nam dopiero Eurypides. Los Edypa ma być „nauką dla Grecji”, „mądrością bogów”, a wina jego synów polegała na tym, że wstydząc się swojego ojca, uwięzili go w mieście, uniemożliwiając mu wypełnienie jego powołania. Ale po ich śmierci Antygona wyprowadza z Teb swojego ślepego ojca, nauczyciela całej Hellady, a teraz i całej ludzkości. Ale finał opowieści dopiero przed nami. Pewnie zaskoczył nas tytuł tragedii Eurypidesa – „Fenicjanki”. Antygona i jej matka w swoim pochodzeniu to właśnie Fenicjanki, czyli potomstwo biblijnego Kanaana, syna Chama. Założycielem Teb był Kadmos, Fenicjanin. Już zatem wiemy, co mogło się w Tebach wydarzyć. Prawdziwa sodoma i gomora. Niemiłosiernym ojcem Edypa był wnuk Kadmosa, król Lajos, uważany przez Greków za wynalazcę homoseksualizmu. Ze Starego Testamentu wiemy też, że Kananejczycy składali Baalowi ofiary z własnych dzieci, co eksportowali do Teb. Ale już Kreon, kolejny władca tego miasta, odrzuca złożoną mu ofertę zabicia swojego syna dla dobra państwa.

Widzimy zatem, że także Grecy – odkrywcy ludzkiego rozumu – musieli walczyć z cywilizacją śmierci przywleczoną przez potomstwo Kanaana. Wiecznotrwała tragedia grecka mówi i tutaj o zwycięstwie cywilizacji rozumu i życia. Nie dajmy sobie zatem nasiać kąkolu nierozumienia moralnych zwycięstw ludzkości.

http://www.naszdziennik.pl/wp/86851,siewcy-kakolu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Cywilizacja nie oparta na prawdzie i odrzucająca dobro
PostNapisane: 25 lip 2014, 06:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30853
Nie depczcie głosu sumienia

Jak to się dzieje? Skąd się bierze jakościowa słabość przymiotnika „legalny”? Warto przypomnieć, że pochodzi on od łacińskiego terminu „lex”, który oznacza prawo. „Legalny” winno więc określać prawny charakter wielu rzeczywistości, z którymi się spotykamy.

Pojęcie prawa natomiast ma swoje źródło w prawie Bożym. Nie zapominajmy o tablicy Dziesięciu Przykazań. To słowo jednak w kulturze światowej zakorzeniło się dzięki Imperium Romanum, czyli Cesarstwu Rzymskiemu. Pełniło rolę swego rodzaju spoiwa, które cementowało tę potęgę, wyjątkowo wielką jak na owe czasy.

Tymczasem prawo stanowione przez odpowiednie ciała, jakie podówczas istniały, zaczęło być manipulowane przez licznych władców. Jedne ustawy przeczyły kolejnym normom. Upadek Cesarstwa Rzymskiego zbiegł się z upadkiem ówczesnego prawa.

Wędrówki ludów doprowadziły ten kryzys do ostateczności. W tym czasie odpowiedzialność za ratowanie kultury śródziemnomorskiej i zapewnienie wychowania nowych plemion wędrownych z konieczności musiał przejąć Kościół katolicki. Efektem będzie pojawienie się i z czasem zakorzenienie się etosu rycerskiego, co świadczyło o sukcesie zasad moralnych, którym będą w przyszłości służyły uniwersytety, szkolnictwo powszechne i stopniowo wyłaniające się z ówczesnych prądów sądownictwo. Powstają kodeksy praw. Nadejdzie czas na instytucję świadka i realnej możliwości obrony.

Było też czymś oczywistym, że prawo stanowione nie może być sprzeczne z prawem Bożym z racji samego pochodzenia. I to było akceptowane. Mogły się pojawić pewne skrajności i jakby przechylanie się w jedną lub drugą stronę, ale to były dosyć rzadkie wypadki.

Obowiązuje prymat sumienia
Niestety, w naszych czasach, przynajmniej w pewnych krajach, zaczęto zmierzać do całkowitego oderwania prawa stanowionego od jakiejkolwiek relacji z etyką. Każdy władca usiłował normować rzeczywistość współobywateli pod kątem własnego widzimisię, często zmieniając prawo. To samo zaczęły robić instytucje powołane do stanowienia prawa, niekiedy wyjątkowo często odwołując własne ustawy, nieraz dość radykalnie. Siłą rzeczy tego rodzaju prawo zaczęło tracić na znaczeniu.

Skoro bowiem można coś zmieniać niemal jak rękawiczki, to cóż to oznacza? Słabość konkretnych ustaw, nawet ich nijakość. I dlatego „legalny” może znaczyć coś, co dzisiaj obowiązuje, a jutro ta sama czynność może być karalna. I tak prawo stanowione stało się służebnicą władców i władcy, ale przestało być zbiorem przepisów, norm stojących na straży sprawiedliwości, życia ludzkiego i ogólnego bezpieczeństwa. Manipulacje widoczne przy stanowieniu prawa, przetargi polityczne dodatkowo osłabiły znaczenie prawa. Prawo jako takie nie jest już uważane za fundament społecznej zbiorowości, ale jako zbiór norm zabezpieczających posiadanie władzy i zbijanie majątku.

Niestety, gra prawem została także wykorzystana przy manipulacjach życiem ludzkim i w ogóle w odniesieniu do bezpieczeństwa człowieka, jego autentycznej wolności i możliwości bycia sobą. W związku z tym powrócił problem sumienia, bo skoro prawo było stanowione wedle jakiegoś widzimisię, to czy każdy człowiek jest zobowiązany do jego zachowania? Rzecz jasna, że są władze, które siłą wymuszają posłuszeństwo takiemu prawu, ale to nie rozwiązuje problemu.

Zdawał sobie z tego sprawę Papież Jan Paweł II, dlatego pisał: „Nie ulega wątpliwości, że zadanie prawa cywilnego jest inne niż prawa moralnego, a zakres jego oddziaływania węższy. Jednak w żadnej dziedzinie życia prawo cywilne nie może zastąpić sumienia ani narzucić norm, które przekraczają jego kompetencje” (EV 71). Człowiek bowiem został obdarzony przez Stwórcę sumieniem, a więc głosem, który mu pomaga w odróżnianiu dobra od zła. Jest ono dzwonkiem alarmowym. Sumienie zapewnia człowiekowi, przy normalnym rozwoju, prawość w odróżnianiu zła od dobra. Sumienie jest gwarantem wolności człowieka. Ktoś, odrzucając sumienie, traci swoją niezależność, a poddaje się bezwarunkowo różnym normom, które nie stoją na straży ani jego życia, ani jego rozwoju. Wolność, i to pełną, gwarantuje człowiekowi sumienie.

Faryzeim władzy i mediów
Problem ten dał o sobie znać w ostatnich tygodniach, kiedy znaleźli się ludzie, którzy domagali się lekceważenia norm sumienia bez odwołania się do mocnych argumentów, a opierając się jedynie na emocjach i egoizmie niektórych. W pewnych krajach, o dużej kulturze prawniczej, instytucje stanowiące prawo dostrzegły znaczenie respektowania głosu sumienia. Tak jest i w polskiej Konstytucji. Tymczasem są osoby, którym się to nie podoba. Chciałyby, aby wszyscy, depcząc głos sumienia, poddawali się naciskom hedonistycznym, pozostawiając daleko wszelkie etyczne zasady. A to wiedzie, rzecz jasna, do moralnego zniewolenia.

W walce o prawo do słuchania głosu sumienia Kościół nigdy się nie poddał i nie podda. Nie zwyciężyli ci, którzy chcieli złamania tajemnicy spowiedzi. Niczego nie uzyskali ci, którzy na wszelkie sposoby zmierzali do zagłuszenia sumienia, choćby nawołując do cząstkowej dezercji. Widać to w zachowaniu prezydent Warszawy i ministra zdrowia. Jeśli tobie sumienie nie pozwala, to wskaż tego, który to zrobi. Przecież to nakłanianie do faryzeizmu, do dwulicowości, a więc do postawy wyjątkowo obrzydliwej w świetle zdrowej etyki.

Konsekwencją takich postaw, które niestety były wyjątkowo ostro propagowane przez nasze media, głównie komercyjne, jest osłabienie oddziaływania prawa stanowionego, deprecjacja legalizmu jako takiego i lojalności w ogóle. Kościół natomiast, domagając się praworządności budowanej na prawie spójnym z prawem naturalnym, czyli Bożym, przyczynia się do odzyskania przez prawo stanowione właściwego miejsca w kształtowaniu postaw i zachowań, gwarantując także szacunek społeczny. Niestety, krzykliwe media nie biorą tego pod uwagę. Wciąż osłabiają szacunek dla prawa, zaniżając jego jakość etyczną, i prowadzą do chaosu.

Skoro bowiem Sejm przyjmuje ustawę nie z racji na argumenty etyczne i moralne w ogólności, a jedynie w oparciu o dyscyplinę partyjną, to staje się sprawcą pogwałcenia sumień wielu posłów o słabszej kondycji moralnej. Jest to działalność niegodna względem ludzkiej tożsamości. Prowadzi to bowiem do osłabienia znaczenia prawa w życiu publicznym. Warto więc pamiętać o tym, kto jest tego sprawcą.

Ks. bp Antoni Pacyfik Dydycz

http://www.naszdziennik.pl/mysl/87605,n ... ienia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /