Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 88 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 22 gru 2012, 18:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Polska to nie źródło bogacenia się upiorów bolszewickich, lewactwa i wszelkiego światowego robactwa, kosztem naszych polskich, pochylonych i upokorzonych karków.
Polacy to nie dzikusy bez kultury, bez świadomości i bez tożsamości. Polacy to nie osobnicy żyjący "tu i teraz", bez cienia refleksji nad własną przeszłością i bez troski o przyszłość. Jako naród wyrastamy z mroku dziejów i przez ostatnie tysiąclecie dorobiliśmy się własnej kultury, własnej tożsamości i własnej godności. Musimy to co najpiękniejsze, najwartościowsze i najszlachetniejsze w naszej kulturze na nowo obudzić i rozniecić wśród Polaków, poderwać naród do odbudowy naszej wspaniałej Ojczyzny. Nie lękajmy się. To nasi ciemiężcy niech się nas lękają.


Ks. prof. Stanisław Koczwara: Odzyskać Polskę

Publikujemy referat księdza Stanisława Koczwary pt. "Odzyskać Polskę", wygłoszony podczas Forum Dziennikarzy Katolickich w Hebdowie. Profesor Instytutu Teologicznego w Wilnie był gościem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, które w dniach 30.11-2.12 zorganizowało w prowadzonym przez Ojców Pijarów Centrum Wiara i Kultura – spotkanie ludzi mediów i Kościoła, a także działaczy społecznych.


Odzyskać Polskę

W tym wystąpieniu sięgamy dalej niż tylko do młodych adeptów trudnej sztuki służenia narodowi. Sięgamy wprost do duszy polskiej, która jak nigdy dotąd jest zagrożona wszechświatową hegemonią kłamstwa. Jeśli czynię to na zaproszenie Stowarzyszenia Katolickich Dziennikarzy, to dlatego, że wy macie być ogniskami myśli wolnej, to znaczy wolnej od tchórzostwa płaszczącego się przed poprawnością polityczną, czyli kłamstwem.

Od chwili tzw. Trzeciej Rzeczypospolitej, ta poprawność zapanowała nad Polską, rozkłada ją i do grobu prowadzi. Skąd się ona wzięła? Jest ona bezpośrednim wynikiem rozwielmożnionego dzisiaj libertynizmu. Przez libertynizm rozumiem stan duszy, który się wytwarza pod hipnozą triumfów materializmu praktycznego w całym świecie, a zwłaszcza w Europie. To jest stan duszy, w którym zanika zmysł moralny, religijny, estetyczny i wszystko, co duszę człowieka, jej godność i wartość stanowi. Więc wołanie o duszę jest nicią przewodnią tego wystąpienia.

Dziś, gdy rozwiały się wszystkie piękne sny, które łączyliśmy w Polsce z rokiem osiemdziesiątym minionego stulecia, z czasem Solidarności, zwracamy się, my, którzyśmy przeżyli ten czas, do młodych zastępów Polaków już nie słowami: „Odzyskajmy Polskę”, ale: „Miejcie litość nad Ojczyzną”.

W Wilnie, gdzie dane mi jest pracować, z okien naszego Instytutu Teologicznego widać gmach Uniwersytetu, gdzie dwieście lat temu Mickiewicz wraz z jego towarzyszami i jego przyjaciele wkroczyli na drogę, która „orlą lotów potęgą sięga, gdzie wzrok nie sięga, łamie czego rozum nie złamie”. Słowa te, dziś wyrażają zadanie trudniejsze niż wtedy, gdy Wieszcz kreślił „Odę do Młodości”. One, w odniesieniu do świata, wyrażają potrzebę ratowania cywilizacji ludzkiej, w Europie, jej bytu duchowego, w Polsce, ratowania jej państwowości i duchowej niepodległości przed unicestwieniem, jakie nieuchronnie niesie ze sobą antycywilizacja śmierci.

Stoją dziś naprzeciw siebie dwie potęgi: jedna oparta na miłości Boga i człowieka, druga oparta na zniszczeniu idei Boga i idei człowieka jako istoty, która myślą i duszą sięga ponad materię.

Zdawać by się mogło, że idea bestializacji człowieka, najpodlejsza, jaką człowiek kiedykolwiek się kierował, powinna by wywołać potężną, zdrową reakcję u samego zainteresowanego, czyli człowieka. Tymczasem z bólem trzeba stwierdzić brak i to rozpaczliwy, odporności i moralnej i intelektualnej. Również w Polsce panuje jakiś stan hipnozy; nie tylko patrzymy na walkę z wszelkimi zasadami, na których społeczeństwa stały i stoją, ale imponuje nam zuchwałością to bezbożnictwo nie cofające się przed żadnymi konsekwencjami. Tysiącletnia kultura polska, o której powiadał Jan Paweł II, że z niej wyrósł i nosi ją w sobie, kapituluje wobec zalewu antykultury. Dzieje się tak między innymi dlatego, że nie słychać o niej ani w domu, ani w szkole, ani w sejmie, coraz rzadziej słyszy się o niej na ambonie, tym ostatnim jej bastionie. Więc jak ona ma być obecna w krwi i w kości, w sercu i umyśle narodu? Natomiast pierwszy lepszy frazes z areopagu, a raczej ze śmietniska obcego, cudzego, napełnia nas zabobonną bojaźnią, składamy mu broń i bijemy czołem przed każdym fetyszem, byleby na nim wypisane były jakieś modne hasła tolerancji, demokracji i europejskości. Jeśli jeszcze są one powtarzane przez media, jak mówi Ojciec Tadeusz – mętnego pochodzenia, a ja dopowiem, że zalatują one czosnkiem i cebulą, to grzęźniemy wszyscy w nędznym chlewie pseudowolności, wyzuwamy się z sumienia i zatracamy z wolna swój narodowy charakter, tracąc tym samym szacunek u obcych.

To, co mówię, nie jest moim odkryciem, ani poglądem osobistym (jeśli by tak było, to nie śmiałbym tego z tej mównicy głosić); deprawacja myśli, na którą wskazuję, jest faktem rzucającym się w oczy i dlatego mówiąc o niej, w ten sposób wyrażam swój protest wobec tej deprawacji. A mówię to dlatego, że jako naukowiec mam obowiązek wychowywać młodych obywateli Polski, nie zaś bezdusznych karierowiczów, ani tępych sekciarzy, ani obłąkanych demagogów. Mówiąc otwarcie o zewnętrznych i wewnętrznych zagrożeniach chcę powiedzieć o obowiązku walki z tymi zagrożeniami. Więc każdy z nas: kapłan na ambonie, naukowiec na swej uczelnianej katedrze, dziennikarz w mediach, polityk w instytucjach państwowych ma o tym wiedzieć. Trzeba okiem serca – jak mawiała Eliza Orzeszkowa – spojrzeć „na wielką linię cierpienia rzuconą na świat”, a zwłaszcza na swoją ojczyznę i rozmyślając nad tym, co ją toczy i rozkłada, wyrabiać sobie każdy z nas winien myśl krytyczną, pogląd jasny, hart woli i mocne postanowienie wydobycia jej ze śmiertelnego grzechu lenistwa duchowego, bo ten jest źródłem tej nieodporności na zło, które jak rak toczy duszę narodu.

Na czym w tej walce mamy się oprzeć? Na religii chrześcijańskiej. Więc pierwsze wskazanie jakie by należało dać młodym ludziom zajmującym się życiem publicznym, to wzbudzenie w sobie poczucia dumy z tego, że jesteśmy chrześcijanami. Ono uratowało w starożytności kulturę klasyczną i na niej pozwoliło nowym ludom zbudować gmach w pełni ludzkiej Europy (Respublika Christiana). Mówiąc w olbrzymim skrócie, chrześcijaństwo uczyniło to przez prostą zasadę: „Ora et labora!” „Módl się i pracuj!” I na tej zasadzie oprę swoje szczegółowe wskazania, jak dzisiaj odzyskać Polskę? Pierwszą z nich już poznaliśmy: oprzeć się na chrześcijaństwie.

Jesteśmy w roku wiary; do historyka, zwłaszcza starożytnika, przemawia całą swą głębią Jubileusz 1700-lecia edyktu mediolańskiego, epokowego wydarzenia dającego chrześcijaństwu wolność. Lecz akt ten poprzedzony był bitwą na Moście Mulwijskim, gdzie cesarz Konstantyn Wielki kazał walczyć swojej armii pod znakiem Krzyża, bo tak natchnęło go Niebo: touto nika, in hoc vince, w tym znaku zwyciężaj! I zwyciężył.

Czyż to wezwanie i wynikające zeń zwycięstwo Konstantyna nie jest skierowane i do nas? Jeśli czujemy obowiązek walki z niewolnictwem materii, która nas degraduje do bezmyślnych zjadaczy chleba, to czyż nie mamy jej stoczyć pod znakiem Krzyża, by odnieść zwycięstwo? Patrząc na Krzyż jasno widzimy, że ku wolności wyswobodził nas Chrystus. I w jego świetle widzimy, że postęp zewnętrzny, techniczny, którym tak się dziś pyszni ludzkość, wpędza w barbarzyństwo, dając i jednostkom i narodom coraz doskonalsze narzędzia do wytępienia człowieka, wolnego dziecka Bożego. A w tedy cywilizacja i kultura wrócą tam skąd przyszły, do dzikich hord stepowych.

Przed niebezpieczeństwem tym, mamy się więc chwycić tej kotwicy zbawienia, jaką daje religia chrześcijańska. I tylko na gruncie katolicyzmu, który jeden jedyny głosi i broni realizmu Boga w historii, zdołamy na nowo wypracować wielką politykę, o której nauczał Platon, że jest „królewską sztuką wzajemnego przenikania się umysłów”. Ma być ona w naszym wydaniu umiejętnością budowania mostów od mojego „ja” do każdej innej jaźni, od mojego narodu do innych narodów. Do uprawiania takiej polityki zachęcam i wzywam. Młodzi Polacy powinni postępować tak, aby wyraz Polska nie odpychał, lecz był atrakcyjny dla innych narodów. Taką była Rzeczpospolita Obojga Narodów: domem polskim otwartym dla innych, promieniejąca swoją polityczną kulturą na ościenne narody. Więc ta polityka jest jasna i prosta, wypływa z chlubnej tradycji ojczystej. Jeśli ją ktoś podejmie, to sam zobaczy jak wyrabia ona moralnie do tego stopnia, że jest on w stanie nie tylko przenieść ją na szeroką widownię życia publicznego, ale uratować państwo, ojczyznę od klęski, a kulturze na wskroś humanistycznej zapewnić zwycięstwo.

Druga wskazówka dla młodego adepta życia publicznego to obecność tradycji we wszelkich swoich poczynaniach. Dziś widać we wszystkim pośpiech. Ulega temu i Kościół w swej ludzkiej szacie. Tymczasem podług słów Zbawiciela: „w cierpliwości posiądziecie wasze życie” mamy najpierw obudzić w sobie łączność pokoleń w nieprzerwalności celowej pracy, bo nie wiadomo kiedy który z pracowników odwołany będzie do wieczności. Bo znowu Zbawiciel nam przypomina: „Nie znacie dnia ani godziny”. W świetle tych słów mamy więc świadomość, że sama praca nie od krótkości życia zależy lecz od tej wyższej kultury duchowej, która wyrabia tradycję, stanowiącą łącznik pokoleń i rękojmię powodzenia każdej większej pracy, każdego na dalszą metę obliczonego przedsięwzięcia w życiu prywatnym – a cóż dopiero w publicznym. Tak więc należy w sobie obudzić zdolność do rozumienia tradycji i do przejęcia się nią, bo ona jest początkiem zdolności dożycia publicznego. Zapoczątkowuje się to w rodzinie. I tu mamy następną radę dla młodego człowieka.

Dziś, gdy życie publiczne jest zdemoralizowane, ci którzy chcą działać w życiu publicznym często nie mają sił i sposobności walczyć skutecznie ze złem. Ale mimo to nie są pozbawieni wpływania na kształt życia publicznego przez życie prywatne. Zamknięcie się w jego kręgu, by nie mieć do czynienia ze złem, założenie rodziny, wychowanie należycie dzieci okazuje się mieć wartość bezcenną dla życia publicznego. Bo życie narodu opiera się na życiu rodzin, z których się składa. Każdy dom polski jest częścią Ojczyzny. A jeśli w nim wychowuje się dzieci w zamiłowaniu tradycji, do czystego serca, do czystych rąk, do skromności w używaniu darów życia i młody człowiek wyniesie to wszystko z domu rodzinnego, to dom taki pracuje przy samych fundamentach życia publicznego i z jego stanowiska staje się prawidłem wszelkich poczynań społeczno-politycznych. Młody człowiek mający takie wychowanie będzie w przyszłości obywatelem biorącym udział w życiu publicznym w miarę możności przysłużenia się sprawie publicznej, a nie w miarę zysków i zaspokojenia ambicji. Bo nie będzie pomyślności dla spraw publicznych, gdy one znajdą się w ręku nieuczciwych karierowiczów. Gdzie większość obywateli jest przekupna, a nauczona bogacić się kosztem publicznym, gdzie służalstwo względem możnych uchodzi za dowód roztropności, a branie pensji od cudzych nie zabija nikogo w opinii, tam państwo nie może róść w potęgę.

Wniosek nasuwa się prosty: nie powinno się w ogóle dopuszczać do pracy publicznej, a zwłaszcza do zaszczytów z niej płynących ludzi nie mających zasług około pracy we własnym domu będącej pracą około fundamentów narodu.

Kolejna rada, która staje się postulatem:

Promować na wszelkie sposoby kulturę polską. Jeśli się ją pozna, to widzi się jej…dostojeństwo, przed którym należy skłonić głowę. Wszelka praca kulturalna dostarcza ludzkości narodów. A naród, przypominam za Norwidem, jest to najstarszy po Kościele obywatel świata. Więc uświadomienie narodowe, to wytwór pracy najdostojniejszej, urabiającej obok wpływów religijnych naszą duszę; to najwyższy nabytek długiego rozwoju dziejowego, to świadectwo udoskonalenia, do którego dochodzi się zwolna, długim a ciężkim trudem całych pokoleń, wśród walk o byt i walk duchowych, wśród bólów i zawodów, ale też z myślą przewodnią, mającą wieść do coraz większego udoskonalenia duchowego, na coraz wyższe stopnie kultury własnej, narodowej. Bez kultury narodowej nie ma narodu; jedno bez drugiego - to absurd! Powtórzmy zatem: narodowość wyrabia się przez dostojeństwo pracy kulturalnej – i nie ma innej do tego drogi.

Następna wskazówka:

W tym co robimy, mamy być wielkimi. A pierwszy kardynalny warunek wielkości, to charakter wyrobiony jak najwcześniej, zdolny do służby w życiu publicznym.

Służy się Ojczyźnie mniej lub więcej skutecznie w miarę stopnia posiadania wiedzy zawodowej czyli profesjonalizmu. Niechaj każdy Polak zna się na czymś, ale dokładnie. I niech nas Bóg strzeże od ludzi znających się na wszystkim. Gdy patrzę na polityków, to stwierdzam, że znają się na wszystkim, nawet na reformie Dekalogu, oczywiście podług ich widzimisię.

Dalsza rada i dla dziennikarzy, i dla polityków: Nie służyć jakiejś partii politycznej, ale Ojczyźnie. Partyjnictwo oznacza zanik ideałów, śmierć owych haseł, przy dźwięku których mocniej biją serca. Jest ono wynikiem zwyrodnienia wielkich idei w ręku małych, bardzo małych ludzi.

I ostatnia rada z dziedziny: „labora!” „pracuj!” dla młodego Polaka, to wyrobienie w sobie umiejętności znoszenia z godnością zawodów życia, czy nawet klęsk życiowych. Jak motto życiowe winny nam brzmieć w uszach słowa Marszałka Piłsudskiego wypisane przy jego trumnie w kaplicy Srebrnych Dzwonów: „Być pokonanym i nie ulec, to zwycięstwo”. Jest to probierz najdoskonalszy godności osobistej.

Teraz rady, a właściwie jedna rada z obszaru „ora!” „módl się!”

By zajmować się polityką trzeba mieć w sobie, poczucie powinności. I tu kłania się filozofia. Filozofować to znaczy żyć myśląc. W tym znaczeniu każdy powinien być filozofem. A co jest zadaniem filozofii? Trzeba tu przytoczyć słowa wielkiego myśliciela szwajcarskiego Karola Secrétan`a który powiada tak: „Zadaniem filozofii jest dać objaśnienie zjawisk takie, ażeby usprawiedliwionym zostało to pierwszeństwo, które obowiązani jesteśmy przyznać powinności”. Oczywiście, można o powinności i jej absolutnym znaczeniu wątpić, ale jest to wątpienie zbrodnicze. Świadomość zaś powinności, to świadomość moralna, to głos, to imperatyw sumienia, który z samej natury swojej wiąże się z potrzebą czegoś absolutnego, wzniesionego ponad zmienność i znikomość, ponad modny dziś relatywizm. Mówiąc językiem religii, potrzeba ta jest głosem Boga, albowiem w idei Boga skupiają się najwyższe aspiracje człowieka i idea ta nakłada powinność realizowania jej życiem własnym.

Arystoteles określał człowieka, jako Zoon politikon, istotę społeczną. Określenie to jest nieścisłe, bo człowiek jest istotą, która wzrok swój do góry podnosi, która się modli. I wspomniany przez nas Secrétan dzielił ludzi na dwie kategorie: na modlących się i na tych, co się nie modlą. Ten fakt (mówi Malcolm Quin, angielski pozytywista), że człowiek jest istotą, która się modli, przewyższa znaczeniem swoim indywidualnym, społecznym wszystkie przez sztukę, naukę, filozofię i historię w rachubę brane fakty – i cała przyszłość ludzka zawisła od tego, czy ludzie nadal modlić się będą, czy nie. Tylko człowiek modlący się, polityk modlący się wierzy, że powinność wobec ojczyzny jest dobrem moralnym i nie jest przelotnym złudzeniem kilku nerwowych ugrupowań czy organizacji partyjnych, ale że to dobro opiera się na naturze rzeczy. A jeśli w nie wierzy, to wierzy również w Boga i widzi, że powinność jest przyczyną rzeczy i prawdą najwyższą.

Straszliwy w niszczycielskiej swej gwałtowności prąd ateizmu publicznego, który nas zewsząd ogarnia (płynący ze struktur nieboszczki Unii), a przed którym płaszczą się i czołgają ci panowie politycy, co podeptawszy sumienie, honor, godność i poczucie powinności wobec ojczyzny jeżdżą do Brukseli, by tam się uczyć i wróciwszy nauczać swoich, jak polskość z oblicza Polski wymazać, do barbarzyństwa upodobnić, - prąd ten w swej najgłębszej treści wojną wypowiedzianą modlitwie, jest próbą zbestializowania człowieka. Powinność wobec Polski każe nam wejść w głąb własnego sumienia i tam zapytać siebie czy mamy się wyrywać do życia publicznego, póki nie pogłębimy się na wewnątrz? A jeśli tak, jeśli nie co inne lecz poczucie powinności każe nam w nie wejść, to jak posiądziemy wpływy na kształt życia polskiego nie bójmy się nowości, ale wypróbujmy wpierw ich stosunek do polskości pomni, że tam tylko można z pożytkiem wprowadzać nowości, gdzie starego zostaje na tyle, żeby rzecz sama – Polska, nie przestawała być sobą.

W zeszłym roku w Wilnie w Ostrej Bramie podczas mszy świętej z udziałem premiera Polski przypomniana została postać św. Jadwigi króla Polski. Ta licząca sobie wówczas kilkanaście lat miała, jak mało kto z panujących, rozwinięte poczucie powinności wobec narodów powierzonych jej panowaniu. Ono ją wiodło do tego, by zadbać o zbawienie swoich poddanych. W tym celu podjęła starania w Rzymie u papieża Bonifacego IX, by Rok Jubileuszowy 1389 mógł być obchodzony w Polsce. W ten sposób wielu ludzi mogło skorzystać z łaski odkupienia. W kazaniu padło pytanie, czy współcześni politycy, przywódcy państw choćby pomyśleli, że ich powinnością jest nie tylko troska o byt doczesny narodu, ale troska o jego zbawienie? Nie wiem, czy to pytanie dotarło to do serc obecnych wtedy w Wilnie polityków, ale rok później, w stolicy Litwy, miała miejsce uroczystość poświęcenia ołtarza ku czci św. Pani Wawelskiej, w którym spoczęły jej relikwie. Spoczęły również po to, by przypominały wszystkim zajmującym się sprawami publicznymi, że szczególnie dziś zbawienie Ojczyzny zawisło od ludzi wierzących w powinność służenia narodowi według słów Zbawiciela; „przyszedłem nie aby mi służono, lecz aby służyć”.

Ostatnia refleksja.

Gdy pytamy: jak odzyskać Polskę? To odpowiadam. Już przez to samo, że mówimy o tym, że się spotykamy, odzyskujemy ją. Bo jak powiedział Niemcewicz, sekretarz Tadeusza Kościuszki w czasie odzyskiwania Polski z rąk zaborców: „Śmiałe i swobodne wyjawienie uczuć i myśli obywatela pierwszą jest cechą dziejów wolnego narodu” (t.1, s. 50)

http://www.ksd.media.pl/aktualnoci/926- ... kac-polske


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 04 sty 2013, 06:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Nie będzie wasal niemiecki, czy jakiś bolszewik pluł nam w twarz i wyzywał od nienawistników. Nie możemy mu na to pozwolić.

„Mowa nienawiści” czy „mowa prawdy”?

Ktoś publicznie podniósł oskarżenie z powodu, jak to nazwał, „mowy nienawiści”. Wśród oskarżonych wymienieni są także duchowni, zwłaszcza ich wypowiedzi na ambonie. Za posługiwanie się „mową nienawiści” mają być nawet nakładane kary, które ustanowi odpowiedni organ państwowy.


Co to jest „mowa nienawiści”? Trzeba spróbować otworzyć to zastanawiające sformułowanie, by zobaczyć, co ono może zawierać, i by dokonać rozróżnień niezbędnych dla zorientowania się, do kogo lub do czego, i w jakim sensie mogłoby lub powinno być ono odnoszone.
W sformułowaniu „mowa nienawiści” zasadniczy jest rzeczownik „nienawiść”. Słowo „nienawiść” można rozpatrywać z wielu punktów widzenia. Chciałbym je rozważyć przede wszystkim w świetle Objawienia.

1. Rozpocznę od stwierdzenia, może prowokującego: Nienawidzi Bóg! Czy to nie bluźnierstwo? Bóg jest miłością. Co wspólnego ma miłość z nienawiścią? Nie ma nic wspólnego. Miłość jest zaprzeczeniem i przeciwieństwem nienawiści. Nie mogę jednak cofnąć stwierdzenia: Bóg nienawidzi. Bóg nienawidzi zła. Bóg kocha człowieka, każdego człowieka. Paradoksalnie najbardziej kocha grzesznika, a więc tego, który dopuszcza się zła. Nienawidzi jednak zła, którego on się dopuszcza. I tu, w świetle Objawienia, pojawia się pierwsze fundamentalne rozróżnienie: Należy miłować człowieka, natomiast zło trzeba nienawidzić.
Bóg nie jest przyczyną zła. Bóg stworzył świat i wszystko, co stworzył, jest dobre. Zło weszło na świat wraz z grzechem, jaki popełnił pierwszy człowiek, ulegając pokusie szatana.
Dlaczego Bóg nienawidzi zła? Bo zło wyniszcza człowieczeństwo człowieka; spycha człowieka w ciemności duchowe i moralne; zaciera sens i cel jego życia; odbiera mu radość i pokój; obraca piękno w brzydotę i w brutalność; wprowadza człowieka w egzystencjalne zagubienie; wyzwala w nim wrogość. Przede wszystkim jednak zło oddala człowieka od Boga, powoduje w nim bunt przeciw Bogu, gniew, a nawet nienawiść.

2. Pan nienawidzi zła i miłuje tych, co zła nienawidzą (Ps 97, 10; Am 5, 15). Uczniowie Jezusa, zwłaszcza ci, którym został powierzony urząd pasterski, nie mogą milczeć wobec zła. Święty Paweł pisze do Tymoteusza, biskupa: „Zaklinam Cię… głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem czas, że zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań będą sobie mnożyli nauczycieli, bo ich uszy świerzbią” (II Tm 4, 1-4). Będą bardziej miłować „rozkosz niż Boga” (por. II Tm 3, 4).
Święty Paweł sporządził nawet listy zła, które wyklucza z Królestwa Bożego. Wspomnę chociażby jedno takie zestawienie. Znajduje się ono w Pierwszym Liście do Koryntian: „Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6, 9-10). Czy św. Paweł posługuje się tu „mową nienawiści”? Można tak powiedzieć. Posługuje się mową nienawiści wobec zła. Takie mowy należy wygłaszać, należy powtarzać je za Apostołem.
Głosicielom Słowa nie wolno tolerować zła. Nie wolno im także rezygnować z dosadnych sformułowań zwłaszcza tam, gdzie zło uderza w same fundamenty ludzkiej egzystencji, gdzie godzi w porządek oparty na obiektywnej prawdzie i zasadach moralnych.

3. Bóg nienawidzi zła i miłuje tych, co zła nienawidzą. Spotyka się natomiast ludzi, którzy miłują zło i nie mogą znieść Boga ani tych, co zła nienawidzą (por. Ps 6, 8; Rz 1, 30; J 15, 18-19). Gdzie mieści się źródło takiej nienawiści? Nie tyle w mowie, ile w sercu człowieka, w jego myślach, woli, uczuciach. Jak ją tam dostrzec? Przecież Bóg tylko wie, co mieści się w sercu człowieka.
Człowiek rzadko kiedy objawia w mowie nienawiść, jaką powoduje się w stosunku do tych, wobec których żywi wrogość. Raczej mowa służy mu do ukrywania wrogich uczuć. Bywa, że jego mowa nawet obfituje w słowa pochwał i schlebiania, podczas gdy faktycznie, poza plecami, usiłuje komuś podważyć dobrą opinię lub pozbawić go jakiegoś dobra. Nienawiść łączy się tu z obłudą, którą w mocnych słowach piętnował Jezus u faryzeuszy.
Nienawiść, będąca prawdziwym motorem działania, chociaż starannie ukrywana, staje się rozpoznawalna nie tyle w mowie, ile w czynach. Szczególnie wówczas, gdy komuś wyrządzana jest krzywda i czyniona niesprawiedliwość, i to rzekomo w trosce o jego dobro oraz o zachowanie prawa. Tu nienawiść łączy się nie tylko z obłudą, lecz także z gwałceniem prawa.
W tym kontekście trudno pominąć pewne zjawiska i działania przedstawicieli władz cywilnych, budzące zdziwienie i niepokój ludzi wierzących, zwłaszcza katolików. Do tych działań trzeba dziś zaliczyć m.in.:
– manipulacje związane z prawem do obecności w szkołach katechezy wśród przedmiotów objętych tzw. ramówką,
– działania podejmowane ze strony władz, odnoszące się do przekształcenia Funduszu Kościelnego,
– arbitralne pozbawianie katolików prawa do traktowania Telewizji Trwam i Radia Maryja na równi z innymi podmiotami w dziedzinie mediów.

4. Kilka słów należy powiedzieć jeszcze o zjawisku tzw. szatańskiej nienawiści, jaka z niebywałą mocą pojawiła się we współczesnym świecie. Szatan nienawidzi Boga. Nienawidzi też tych, którzy wierzą w Boga, którzy Go publicznie wyznają. Nienawidzi znaków wiary. W ostatnim czasie jesteśmy świadkami zadziwiającej nienawiści do krzyża, Pisma Świętego, Jasnogórskiego Wizerunku Maryi. „Szatańska nienawiść” posuwa się w wielu miejscach do masowych mordów wyznawców Chrystusa przy milczącej zgodzie współczesnego, rzekomo „postępowego” świata, wykrzykującego bezustannie puste hasła o równości praw, tolerancji, pluralizmie, demokracji, i czego tam jeszcze.
„Nienawiść szatańska” wprost triumfuje w legalizowaniu i praktykowaniu eksterminacji istot ludzkich na etapie początków ich istnienia (tzw. aborcja) oraz na etapie nieuleczalnej choroby, „wyeksploatowania” sił, posuniętego wieku (eutanazja).
Współczesna cywilizacja, mająca do dyspozycji niewyobrażalne do niedawna osiągnięcia i możliwości, zamiast stwarzać warunki, by ludzie poczęci, chociaż niechciani, mogli się urodzić i żyć, a starsi i nieuleczalnie chorzy doznawać pomocy ze strony cywilizacyjnego postępu, włącza najnowocześniejsze osiągnięcia w zadawanie tym ludziom tzw. humanitarnej śmierci. To obłęd! Cywilizacja postępu zostaje tu zdegradowana do cywilizacji śmierci.
I tak zwycięża władztwo nienawiści i obłudnego kłamstwa; władztwo szatana, zabójcy od początku i ojca kłamstwa.

5. „Kto z was jest bez grzechu…” (J 8, 7). Kto z was jest czysty i wolny od nienawiści? Spójrzcie we własne życie, w waszą przeszłość wszyscy, którzy chcecie innych oskarżać.
Pamiętajcie! Zło winno być zawsze nazywane po imieniu, językiem wyrazistym, jeśli potrzeba, także mocnym i dosadnym, bez eufemizmów, bez irenizmu. Żadnych kompromisów tam, gdzie bronić trzeba fundamentalnych praw: prawa do życia od poczęcia do naturalnej śmierci; prawa małżeństwa jako jedynego, prawdziwego związku mężczyzny i kobiety, prawa rodziny opartej na małżeństwie mężczyzny i kobiety. W tych sprawach wszystkich obowiązuje jedna jedyna mowa. Jest to mowa prawdy.

Ks. bp Stanisław Napierała

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... rawdy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 05 sty 2013, 07:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Ziemia to bezcenny skarb naszej Ojczyzny. Ziemia to nasz polski bezcenny skarb. Kto podnosi rękę na naszą polską Ziemię, ten chce nas zniszczyć. Tylko tak można odczytać te działania. Te działania to nic innego tylko ... zbrodnia.

Niedocenione zasoby

mgr inż. Magdalena Józefecka

Że wszystko z ziemi pochodzi, a ziemia ma jeden smak we wszystkich rzeczach.
Wiesław Myśliwski „Kamień na kamieniu” (rozdział VIII Chleb)

Posiadanie ziemi – po wzbogaceniu jej w nakłady pracy i kapitału – generuje produkcję o określonej wartości, ale także umożliwia jeszcze dostęp do złóż (minerałów i kopalin), przynosi korzyści z tytułu posiadania przestrzeni (miejsca) na budowę, składowanie i zapewnia inne użytkowanie. Przez wieki posiadanie ziemi było podstawą dobrobytu i źródłem przywilejów społecznych, wynikiem czego jest emocjonalne przywiązanie do ziemi, w Polsce zwanej ojcowizną. To postrzeganie i przywiązanie do ziemi niejednokrotnie było jedną z najważniejszych przyczyn wojen w historii.

Wielu ekonomistów dobrowolnie przyznaje, że w pełni nie dostrzegali potencjału, jakim dysponuje ziemia, prawdziwego, jedynego źródła wszelkich bogactw, i tym samym rzadko w swych rozważaniach brali w pełni jej możliwości pod uwagę. Ten trend ulega znacznemu odwróceniu, obserwując to, co się dzieje w ostatnich latach m.in. z cenami ziemi, ze względu na fakt, że ziemia zaczyna być traktowana jako inwestycja.

Polska na tle innych krajów członkowskich Unii Europejskiej, a nawet Europy, jest krajem powierzchniowo dużym. Obszar Polski wynosi 312,7 tys. km2 (31,3 mln ha), co daje 0,81 ha na osobę. O potencjale produkcyjnym rolnictwa w dużej mierze decyduje ilość użytków rolnych. W przypadku naszego kraju stanowią one 60,5 proc. jego powierzchni. W ciągu prawie siedemdziesięciu lat obszar użytków rolnych w Polsce zmniejszył się o ponad 2 mln ha. Średniorocznie ubywa nam około 35 tys. ha ziemi rolniczej. Jest to wynik industrializacji i urbanizacji naszego kraju oraz wzrostu lesistości, zwłaszcza po 1960 roku. Należy jednak zauważyć, że w tym okresie nastąpił także wzrost liczby ludności. W rezultacie obszar ziemi rolniczej na jednego obywatela zmniejszył się prawie o połowę. Jednakże na tle innych państw powierzchnia użytków rolnych na osobę w Polsce jest wyższa od średniej na świecie. Zasoby ziemi rolniczej na osobę w skali świata są zróżnicowane, od 4 arów w Japonii do prawie 3 ha w Australii. Powoduje to „głód ziemi”, czego efektem jest między innymi wycinanie lasów amazońskich i przeznaczenie tych terenów pod uprawy rolne. W Europie z niedoborem ziemi najlepiej „poradzili” sobie Holendrzy, odzyskując teren z morza i tworząc poldery, na których jest prowadzona intensywna produkcja rolna. Jak pokazują badania, w ciągu pięćdziesięciu lat Europa nie będzie sama w stanie się wyżywić, to znaczy produkcja dostarczana przez rolnictwo europejskie nie będzie w stanie pokryć zapotrzebowania wewnętrznego na żywność. Jest to kolejny element przemawiający za tym, że obserwowany w Polsce ubytek ziemi rolnej jest zjawiskiem niekorzystnym, a rolnik jako zawód jest niezwykle istotny. Dlatego też gospodarowanie w rolnictwie, w warunkach wolnego rynku, wymaga wsparcia finansowego. Dzieje się tak dlatego, że produkcja rolnicza jest specyficzna.

W Polsce na szczęście pomimo kryzysu gospodarczego nie doświadczamy jeszcze aż takiego „głodu ziemi”, jak na świecie czy w innych krajach, w szczególności UE-15. Świadczą o tym chociażby dane największego „potentata”, jeśli chodzi o zasoby ziemi przeznaczonej do sprzedaży i dzierżawy, jakim jest Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa. Z przejętych w latach dziewięćdziesiątych zasobów Agencja do dziś rozdysponowała dopiero około 50 procent. Jak wynika z danych Agencji, do sprzedaży pozostało jeszcze prawie 2 mln ha. Niestety, rolnicy wykazują brak zainteresowania kupnem tej ziemi. Wynika to z dysparytetu dochodów rolników, który w Polsce wynosi około 40 procent. Oznacza to, że przeciętny polski rolnik dysponuje 2,5-krotnie niższymi dochodami od osób zatrudnionych w innych sektorach i po prostu nie stać go na zakup pomimo chęci rozwoju gospodarstwa i jego zasobów. Jak wynika z danych GUS, za grunty rolne w 2012 roku średnio trzeba było zapłacić więcej niż 20,6 tys. złotych. Jest to o 13,4 proc. więcej niż w 2011 roku. Warto dodać, że pewny wzrost zainteresowania zakupem ziemi rolniczej występuje od roku 2003, w związku z integracją Polski z UE. Ceny gruntów rolnych pną się – ale czy rzeczywiście windują je rosnące dochody rolników i dopłaty bezpośrednie? Czy też ziemia traktowana jest jako doskonała inwestycja i to spekulacje windują jej ceny? Wzrost cen ziemi wynika z faktu, że tak dużej rentowności jak przy sprzedaży ziemi nie można było osiągnąć przy wielu innych inwestycjach. Ceny ziemi winduje również między innymi rozwój infrastruktury drogowej i budownictwa mieszkaniowego, ponieważ zwiększa atrakcyjność lokalizacyjną wielu miejscowości. Do tego ceny gruntów nakręcają mieszkańcy miast, którzy coraz częściej przenoszą się na wieś, gdzie budują swoje domy. Wniosek jest jeden – grunty rolne drożeją z wielu powodów, głównie ze względu na rozszerzenie możliwości ich wykorzystania, i chyba mało kto przypuszczałby kilka lat temu, że w niedługim czasie przysłowiowe pole zdrożeje aż tak bardzo. Dane nie kłamią – od 2007 roku do dziś cena przeciętnego hektara ziemi rolnej poszła w górę o przeszło 267,6 procent.

posting.php?mode=reply&f=9&t=3537


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 05 sty 2013, 07:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Ziemia to podstawa naszej kultury, to jej podłoże. Ziemia to nasza kultura.

SKARB BEZ OCHRONY

Krzysztof Losz

Polska jest krajem zasobnym w ziemię rolniczą, choć znaczna jej część to grunty niskich klas. Niestety, ta zasobność nie przekłada się na dostępność użytków rolnych na rynku, które mogliby kupić rolnicy chcący powiększyć swoje gospodarstwa. Trudno jest im kupić nawet ziemię, którą sprzedaje państwo.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2012 r. w posiadaniu rolników znajdowało się około 17,2 mln ha – to więcej niż połowa powierzchni kraju (31,3 mln ha). Przy czym same użytki rolne to 15 mln ha, resztę zajmują np. działki, na których stoją budynki gospodarcze, stawy czy nieużytki. Trzeba też zauważyć, że dominujący u nas rolnicy indywidualni mają w swoich rękach 15,4 mln ha gruntów.

Niestety, z roku na rok maleje powierzchnia nieruchomości rolnych – w 2011 r. zajmowały one prawie 17,8 mln ha, czyli o prawie 600 tys. ha więcej niż w ubiegłym roku. A jeszcze w 2002 roku, podczas Powszechnego Spisu Rolnego, podano, że powierzchnia gospodarstw rolnych wyniosła 19,3 mln hektarów. Z kolei pierwszy spis rolny w III RP (1996 r.) pokazał, że wtedy w rękach rolników było blisko 21 mln ha ziemi. Ale przez ten czas wielu rolników zrezygnowało z produkcji, a ich ziemia została rozparcelowana na działki budowlane – ten proces widać zwłaszcza na wsiach leżących wokół dużych miast, które straciły rolniczy charakter.

Małe gospodarstwa

Jeśli chodzi o wielkość gospodarstw, to Polska jest krajem z rozdrobnionym rolnictwem. Średnią powierzchnię gospodarstwa GUS oblicza na 11,13 ha, a Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa na 10,38 ha, ale ARiMR liczy tylko działki rolne, na które wypłaca dopłaty bezpośrednie. Niemniej obserwujemy stopniową koncentrację ziemi, bo co roku rośnie powierzchnia przeciętnego gospodarstwa. ARiMR podaje, że największe gospodarstwa mamy w województwach: zachodniopomorskim (30,67 ha), warmińsko-mazurskim (22,88 ha) i lubuskim (20,78 ha). Najmniej ziemi mają rolnicy z województw: małopolskiego (3,88 ha), podkarpackiego (4,56 ha) i świętokrzyskiego (5,49 ha). Dla porównania – w woj. dolnośląskim przeciętne gospodarstwo ma 16,05 ha, w kujawsko-pomorskim – 15,04 ha, lubelskim – 7,45 ha, łódzkim – 7,52 ha, mazowieckim – 8,50 ha, opolskim – 17,99 ha, podlaskim – 12,20 ha, pomorskim – 18,94 ha, śląskim – 7,14 ha, a w wielkopolskim – 13,41 hektara.

Proces powiększania gospodarstw rolnych wymusza przede wszystkim ich specjalizacja, jeśli bowiem ktoś chce utrzymywać się z rolnictwa, to niezależnie, czy zajmuje się hodowlą zwierząt, czy uprawą roślin, musi dysponować sporym areałem (wyłączając np. gospodarstwa ogrodnicze). Niemniej rolnicy w całym kraju narzekają na brak wolnych gruntów do kupienia. Nie każdy ma szczęście, że może kupić grunty od sąsiada, który np. przechodzi na emeryturę i sprzedaje swoje nieruchomości. Sytuacja byłaby pod tym względem o wiele lepsza, gdyby nie bieda i bezrobocie, jakie dotykają miliony Polaków. Część drobnych rolników z chęcią sprzedałaby swoją ziemię innym producentom, ale tego nie robi, bo ma przynajmniej ubezpieczenie w KRUS, a to, co uda się wyhodować lub zebrać w gospodarstwie, zapewnia rodzinom minimum egzystencji. – Gdyby w Polsce nie było takich problemów z pracą, wielu rolników już dawno sprzedałoby ziemię, żyliby z tego, co zarobiliby w mieście – mówi Agnieszka Romanowska, doradca zawodowy. – Do pozbywania się ziemi wielu rolników zniechęcają ponadto przykre doświadczenia z początku lat 90. ubiegłego wieku, gdy z zakładów przemysłowych zwalniano najpierw tzw. chłoporobotników. Przed nędzą ratowało ich wtedy tylko to, że mieli kawałek ziemi. Więc teraz swoje grunty traktują jako najpewniejsze zabezpieczenie na przyszłość – dodaje. Dlatego można powiedzieć, że mamy w kraju głód ziemi, bo chętnych na jej kupno jest więcej niż potencjalnych gruntów do nabycia.

Drogie użytki rolne

Ziemia rolna w Polsce od kilkunastu lat systematycznie drożeje – w niektórych latach ten wzrost cen sięgał nawet 50 procent. Pośrednicy nieruchomości spodziewają się, że jeszcze przynajmniej przez kilka lat będziemy notować dwucyfrowy wzrost wartości działek rolnych. Co istotne, droższe są grunty sprzedawane przez osoby prywatne niż państwowa ziemia zbywana przez Agencję Nieruchomości Rolnych. Według najnowszych danych dotyczących III kwartału 2012 r. średnia cena hektara ziemi sprzedawanego przez ANR wyniosła 20 tys. 557 zł, podczas gdy prywatne grunty były o kilka tysięcy zł droższe. Najwyższe ceny uzyskano w województwach: dolnośląskim (32,7 tys. zł), wielkopolskim (27,9 tys. zł) i opolskim (23,9 tys. zł), a najniższe w województwach: świętokrzyskim (13,2 tys. zł), lubuskim (13,3 tys. zł) i lubelskim (13,6 tys. zł/ha). ANR podaje, że w porównaniu z III kwartałem 2011 r. ziemia podrożała o 3443 zł, czyli o 20 procent.

GUS, który podaje ceny nieruchomości rolnych, sumując sprzedaż prywatną i państwową, informuje, że w III kwartale minionego roku za jeden hektar gruntu płacono przeciętnie 24 tys. 736 zł – to o 5 tys. zł więcej niż w III kwartale 2011 roku i prawie 7 tys. zł więcej niż w tym samym okresie 2010 roku. Co ciekawe, najwyżej wyceniano ziemię w Wielkopolsce (32 tys. zł), w woj. kujawsko-pomorskim (31,9 tys. zł) i opolskim (30 tys. zł). To potwierdza zjawisko obserwowane od lat, że największy popyt na ziemię rolniczą występuje na Kujawach i w Wielkopolsce, a przez to i grunty tam są drogie.

Oczywiście, jak w przypadku każdych statystycznych zestawień, to tylko pewne dane orientacyjne, bo wartość konkretnej nieruchomości nie zależy wyłącznie od klasy ziemi, ale również od jej położenia, sąsiedztwa czy wreszcie od wielkości. Dlatego np. w Banku Ziemi można znaleźć oferty niedużych działek wycenianych po 1-2 zł za metr kwadratowy – wtedy za 3-hektarową nieruchomość trzeba zapłacić 30-60 tys. złotych. Ale też nie brakuje propozycji sprzedaży dużych gospodarstw rolnych, których wartość jest spora. Przykładami mogą być choćby nieruchomości koło Ustki: w jednym przypadku za 100 ha trzeba zapłacić 2,5 mln zł (2,5 zł za m2), a w drugim za 75 ha sprzedający chce dostać ponad 3,7 mln zł (prawie 5 zł za m2). Z kolei w Goleniowie 57 ha wyceniono na 1,25 mln zł (2,19 zł za m2). Jeszcze więcej pieniędzy – 9 mln zł – musi mieć osoba, która chciałaby kupić gospodarstwo we wsi Grabowo w gminie Gołdap. Ma ono jednak powierzchnię aż 460 ha (1,95 zł za m2). Jeśli ktoś szuka mniejszej działki, może kupić 12 ha ziemi w gminie Łęczyca za jedyne 324 tys. zł (2,7 zł za m2).

Dla porównania – trzyhektarowa nieruchomość spod Bytowa, którą sprzedaje ANR, ma cenę wywoławczą 43 tys. 850 zł (prawie 1,5 zł za m2).

Ziemia dla rolników

Nie każdy może jednak kupić ziemię rolną: może to uczynić tylko ktoś, kto ma przynajmniej zawodowe wykształcenie rolnicze – może to też zrobić osoba legitymująca się średnim lub wyższym wykształceniem nierolniczym. Kwalifikacje rolnicze posiada też ten, kto osobiście prowadził gospodarstwo rolne przez 5 lat lub przez 5 lat pracował w gospodarstwie rolnym. Musi też mieć stałe zameldowanie w gminie, gdzie chce kupić grunt, ponadto po zakupie ziemi gospodarstwo takiego rolnika nie może mieć powierzchni większej niż 300 hektarów.

Państwowe grunty są zbywane na przetargach ograniczonych (adresowanych do osób z danej gminy) lub nieograniczonych, ale nasze prawo stanowi, że w pewnych przypadkach ANR może zablokować transakcję kupna-sprzedaży nawet między osobami fizycznymi. Wtedy Agencja może sama nabyć taki grunt, korzystając z prawa pierwokupu (musi zapłacić tyle, na ile umówili się niedoszli kontrahenci, chyba że cenę ziemi obniży sąd). ANR może bowiem uznać, że zakup gruntu przez konkretnego nabywcę jest niezgodny z polityką rolną państwa: zazwyczaj chodzi o zapobieżenie nadmiernej koncentracji ziemi przez jednego nabywcę czy też wyeliminowanie spekulacji ziemią. Ale z takich uprawnień Agencja korzysta bardzo rzadko.

Trzeba jednak pamiętać, że zanim notariusz sporządzi umowę kupna-sprzedaży, ANR sprawdzi, czy kupujący grunty rolne ma do tego prawo. Jeśli w ciągu 30 dni nie zostaną zgłoszone zastrzeżenia, uznaje się, że można bez problemu podpisać taki kontrakt.

Państwo za mało pomaga

Nabycie ziemi to mimo wszystko drogi interes, bo niewielu rolników stać na jej zakup – nie mają oni aż takich zasobów finansowych w gotówce. Przyjmując bowiem, że hektar gruntu kosztuje około 25 tys. zł, rolnik musiałby wydać na jego zakup 25 ton pszenicy (w najlepszych gospodarstwach średnie plony pszenicy z hektara to około 7 ton), ponad 4 tony żywca wieprzowego lub wołowego czy też około 21 tys. litrów mleka. To bardzo dużo, bo przecież od tego, co rolnik dostaje w skupie, trzeba odliczyć koszty produkcji, więc w jego kieszeni zostaje niewiele pieniędzy i tym samym ma on ograniczone możliwości nabywcze. Dlatego tak ważne jest to, aby państwo wspierało finansowo rolników chcących kupić ziemię na powiększenie swoich gospodarstw.

Niestety, okazuje się, że pomoc na zakup ziemi przez rolników indywidualnych jest mała. Teoretycznie można się starać o przyznanie kredytu preferencyjnego na zakup użytków rolnych (część odsetek płaci za rolnika budżet państwa). Może on być udzielony na utworzenie nowego gospodarstwa rolnego (musi ono mieć powierzchnię równą przynajmniej średniej wojewódzkiej, ale nie większą niż 300 ha) czy też na powiększenie już istniejącego. Zgodnie z decyzją UE z 2009 roku polski rząd może wydać na pomoc dla rolników przy zakupie 400 mln zł i dotyczy to okresu 2010-2013. Unia zakładała, że przy tym wsparciu rolnicy kupią 600 tys. ha ziemi. Ale do osiągnięcia tego wskaźnika wciąż daleko, bo Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa wypłaciła bankom do tej pory tylko niespełna 150 mln zł na dopłaty do oprocentowania kredytów na zakup ziemi – za ich pomocą rolnicy kupili niespełna 150 tys. hektarów. Z kolei Agencja Nieruchomości Rolnych udzieliła producentom rolnym pomocy przy zakupie państwowej ziemi w latach 2010-2011 na kwotę niespełna 25 mln zł (danych za 2012 rok jeszcze nie ma). Tak więc raczej nie wykorzystaliśmy do końca 2012 roku nawet połowy unijnego limitu i trudno się spodziewać, żeby w 2013 r. udało się wydać resztę pieniędzy. Chyba że administracja państwowa zacznie działać energiczniej, bo przecież obecny rok będzie ostatnim, gdy można jeszcze będzie udzielać preferencyjnych kredytów na zakup ziemi rolnej. Tym bardziej że rolnicy zgłaszają o wiele wyższe zapotrzebowanie na takie pożyczki, niż ARiMR i ANR są w stanie przydzielić.

Ale problem z kredytami preferencyjnymi jest jeszcze inny. Jeśli bowiem np. jeden rolnik chce sprzedać ziemię drugiemu rolnikowi, ale ten pierwszy w przeszłości zaciągnął na zakup gruntu kredyt z dopłatą do oprocentowania, to ten drugi nie może już z takiego wsparcia skorzystać. Z tego powodu część transakcji nie dochodzi do skutku.

Cudzoziemcy czekają na 2016 rok

Sytuacja na rynku gruntów rolnych zmieni się w Polsce diametralnie po 1 maja 2016 roku, gdy cudzoziemcy z państw UE będą mogli bez problemów kupować ziemię pod uprawę roślin i hodowlę zwierząt. Skończy się bowiem wtedy 12-letni okres ochronny, jaki uzyskał nasz kraj podczas negocjacji akcesyjnych – zaczął on być liczony od 1 maja 2004 r., czyli momentu przyłączenia Polski do Unii. Teraz cudzoziemcy mogą kupować grunty rolne w naszym kraju, ale pod warunkiem, że uzyskają zgodę od ministra spraw wewnętrznych, który wcześniej pyta o opinię ministra rolnictwa. – Według oficjalnych danych obywatele UE kupili dotychczas w Polsce tylko 2 tys. ha ziemi, a 100 tys. ha jest wydzierżawione przez spółki z mniejszościowym kapitałem zachodnim – mówił na jednym z posiedzeń sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Zbigniew Abramowicz, dyrektor departamentu gospodarki ziemią w ministerstwie rolnictwa. Ale eksperci twierdzą, że te dane są zaniżone, bo tysiące hektarów ziemi zostały kupione przez obcokrajowców przez podstawione osoby, a prawdziwi właściciele tych gruntów ujawnią się po 1 maja 2016 roku.

Dyrektor Abramowicz podkreślał, że także po zakończeniu okresu ochronnego cudzoziemcy będą musieli spełniać warunki przystąpienia do przetargów na zakup ziemi, czyli muszą być zameldowani przez 5 lat w danej gminie, muszą osobiście prowadzić gospodarstwo i posiadać odpowiednie wykształcenie rolnicze. – ANR powinna jednak przyspieszyć sprzedaż państwowych gruntów polskim rolnikom, aby po 1 maja 2016 roku nie wykupili tej ziemi cudzoziemcy – podkreśla Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. – Na Zachodzie ziemia jest wciąż o wiele droższa niż w Polsce, ponadto w takich krajach jak Holandia czy Dania brakuje wolnych gruntów rolnych i tamtejsi farmerzy z chęcią przyjadą kupować ziemię w Polsce – podkreśla Jerzy Chróścikowski, szef rolniczej „Solidarności”.

Co więcej, niektórzy specjaliści obawiają się, że obcokrajowcy wykupią nie tylko państwową ziemię, jakiej nie zdąży sprzedać ANR, ale również w ich ręce trafi wiele gruntów prywatnych. Bo zachodni kupcy będą mogli przebić oferty cenowe zgłaszane przez polskich rolników. Tu często nie będzie sentymentu – kto da więcej, ten zostanie właścicielem ziemi.

Co z rodzinnymi?

W Konstytucji zapisano, że podstawą ustroju rolnego w Polsce jest gospodarstwo rodzinne, czyli takie, które ma nie więcej niż 300 hektarów. Ten model daje szansę na utrzymanie tradycyjnego charakteru polskiej wsi, jej bioróżnorodności, walorów przyrodniczych, środowiskowych. Ale polityka państwa nie może się ograniczać tylko do zapisu o gospodarstwach rodzinnych. Na razie w bliskiej perspektywie czasowej nie widać dla nich zagrożeń, chociaż wielu wpływowych ekonomistów i polityków opowiada się za zmianą tego modelu. Ich zdaniem, rację bytu mają tylko wielkie gospodarstwa towarowe, a te małe powinny po prostu zniknąć. To dlatego postuluje się np. likwidację KRUS, obciążenie rolników wysokimi podatkami, aby zmusić ich do sprzedaży ziemi, którą przejęłyby duże gospodarstwa, często będące w rękach obcokrajowców. Miejmy nadzieję, że taki scenariusz nigdy nie zostanie zrealizowany.

http://www.naszdziennik.pl/wp/20009,ska ... hrony.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 24 mar 2013, 19:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Wojciech Wencel

Mój drugi obieg

Mamy sporo dużych mediów, które rzucają światło na bieżącą politykę, ale równie ważne są niewielkie „laboratoria kultury”.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 20 lutego 2013

Przed 10 kwietnia 2010 r. w telewizyjnych programach publicystycznych często można było usłyszeć termin „debata publiczna”. Po tej dacie nawet specjaliści od okrągłych zdań przestali go używać. Większość z nas wycofała się z głównego nurtu w reakcji na eskalację nienawiści i sposób przedstawiania smoleńskiej tragedii. Inni potrzebowali więcej czasu, by pozbyć się złudzeń. Grupowe rozczarowanie przeżyli publicyści „niepokorni”, którzy przez wiele miesięcy próbowali obronić swoje miejsce w mainstreamie. Okazało się, że system III RP potrzebuje wprawdzie koncesjonowanych buntowników, ale nie tak bardzo, by pozwolić im redagować „niepokorne” gazety. Systemowi wystarczą pojedynczy „rozsądni dziennikarze” albo szermierze nowej ewangelizacji, którzy przyjmą zaproszenie do „Loży prasowej” czy programu Tomasza Lisa. Na szczęście jest ich coraz mniej, bo nikt na dłuższą metę nie lubi występować w roli idioty.

Pożegnawszy się z filozofią dialogu, można było zrobić tylko jedno: budować drugi obieg. Czy termin ten w odniesieniu do niezależnych mediów zdał egzamin? Ciągle słyszę, że jest nietrafny, bo kojarzy się z „drugą kategorią”. Mnie bardziej kojarzy się z literaturą podziemną lat „Solidarności” albo – w jeszcze większym stopniu – z niepodległościową kulturą emigracyjną w opozycji do krajowej propagandy. Językowo jest to określenie precyzyjne. Niech martwią się „niepokorni”, krnąbrne dzieci systemu. Drugi obieg jest wobec tego systemu niezależny i samowystarczalny. Mam wrażenie, że jego powszechną akceptację w środowiskach niepodległościowych utrudnia jedynie triumfalizm, bo przecież bliskie nam wartości to po prostu depozyt polskiej inteligencji, który powinien być rdzeniem kultury narodowej. Zgoda, ale co nam z poczucia dumy, skoro dla instytucji państwowych kultura narodowa to happeningi, instalacje i transgresje płciowe, a dla większości Polaków – koncerty Dody Elektrody. Pora wreszcie zdać sobie sprawę z faktu, że czytelne dla nas hasła polskości: „Mickiewicz” czy „Piłsudski” nie działają już jak dźwięk złotego rogu. Projekt kultury, który jest w III RP realizowany, zakłada całkowite zerwanie z polską tradycją. Potrzeba nam pokory, by w drugim obiegu odbudować rdzeń, wokół którego będą mogły wzrastać kolejne pokolenia. Nawet przy radykalnej zmianie polityki kulturalnej państwa potrzeba wielu lat, by ten drugi obieg stał się pierwszym.

Dla „śmiesznej nędzy polskiej”,/ Dla sensu nad klęską/ Wszystkiemu na przekór/ Budować co można,/ Co zbudowane/ To nasze – pisał Kazimierz Wierzyński. Od 2010 r. patrzę na polską kulturę przez soczewkę tego wiersza. Mamy sporo dużych mediów, które rzucają światło na bieżącą politykę, ale równie ważne są niewielkie „laboratoria kultury”. Krakowskie „Arcana” – dwumiesięcznik, wydawnictwo i portal – to instytucja, która z racji tradycji i intelektualnego potencjału wydaje się naturalnym centrum drugiego obiegu. Niedawne zmiany w redakcji wprowadziły nieco zamieszania, ale misja trwa. Zdecydowanie najciekawszym „drugoobiegowym” portalem kulturalnym jest obecnie Hej-kto-Polak.pl. Każde aktualne wydarzenie: książkę, film, felieton, rocznicę, redakcja z dużą erudycją „obudowuje” kontekstem kulturowym i historycznym. Wydawnictwo LTW Marii i Marka Jastrzębskich to z kolei skarbnica kultury emigracyjnej. Na koncie wiele wartościowych reedycji plus kilka świetnych nowości, choćby „Głową w mur” Krzysztofa Wyszkowskiego. Wreszcie „Nowe Państwo”, którego chwalić mi na tych łamach nie wypada. Poprzestanę więc na uwadze, że jeżeli kolega Lisiewicz nie wyda w tym roku książki ze swoimi tekstami o pisarzach emigracyjnych, zrobię to pod własnym nazwiskiem.

Oczywiście, takich „laboratoriów kultury” jest więcej. Wspaniałą pracę wykonują redaktorzy serwisu blogpress.pl, wszechstronnie dokumentując spotkania z twórcami drugiego obiegu, czy emigracyjni twórcy z portalu marszpolonia.com. Na papierze ukazują się znakomite pisma: zielonogórski miesięcznik „Nad Odrą” czy olsztyńska „Debata”. Wbrew pozorom, drugi obieg wcale nie jest jednorodny. To kopalnia różnych niepodległościowych tradycji. Warto poświęcić czas i uwagę, by bliżej poznać własną.
Autor: Wojciech Wencel o 00:36

http://wojciechwencel.blogspot.com/2013 ... obieg.html

Pamiętajmy, że Polska to nie jest prywatne ranczo lewackich złodziei, ale nasza, Polaków Ojczyzna.
Musimy ją odzyskać, dla nas i dla naszych potomków.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 26 mar 2013, 07:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Nie ulegajmy zniechęceniu i bezczynności

– Jesteście nadzieją dla Kościoła i Ojczyzny, i dla świata – zwrócił się wczoraj ks. abp Wacław Depo, metropolita częstochowski, do studentów Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej z Torunia. Społeczność akademicka tej uczelni wraz z o. dr. Tadeuszem Rydzykiem, założycielem, oraz o. dr. Zdzisławem Klafką, rektorem, pielgrzymowała wczoraj do Królowej Polski na Jasną Górę.

Władze uczelni, studentów i wykładowców w imieniu Ojców Paulinów, gospodarzy miejsca, powitał o. prof. Zachariasz Jabłoński.

– Uczelnia ma służyć kształtowaniu młodych, ale także w tym wymiarze duchowym, moralnym, za co jesteśmy toruńskiej uczelni wdzięczni – mówił definitor generalny zakonu paulinów. Życzył całemu środowisku aktywnej posługi, a szkole możliwości rozwoju.

Mszy św. w kaplicy Cudownego Obrazu przewodniczył ks. abp Wacław Depo, metropolita częstochowski. W homilii zaznaczył, że młodzi ludzie przyjechali do domu Matki zawierzyć Jej wszystko, co składa się na ich przyszłość.

– Witam was jako ludzi odważnych w wierze, opowiadających się po stronie Chrystusa. Trzeba mieć odwagę, żeby określić się w tym miejscu i na tej uczelni – podkreślił ks. abp Depo.

Dodał, że pielgrzymowanie do tego miejsca maryjnego zawierzenia jest przedłużeniem intensywnej komunii doświadczanej w okresie Wielkiego Postu przez znamienną decyzję emerytowanego Ojca Świętego Benedykta XVI i wybór nowego Papieża Franciszka.

– Jesteście nadzieją dla Kościoła i Ojczyzny, i dla świata. Pobudzeni w Roku Wiary poczuciem odpowiedzialności za osobiste i wspólnotowe przylgnięcie do Chrystusa w Jego Kościele, przyjmujemy słowa Ojca Świętego Franciszka z uroczystości Niedzieli Palmowej na placu św. Piotra: „Nie powinniśmy uwierzyć Złemu, który mówi nam: ’Nic nie możecie uczynić przeciwko kłamstwu i przemocy, korupcji, niesprawiedliwości i przeciw swoim grzechom’. Nigdy nie wolno nam się przyzwyczajać do zła. Z Chrystusem możemy przemieniać sami siebie i świat” – mówił za Papieżem Franciszkiem ksiądz arcybiskup.

– Czyż te słowa nie są również rodzajem promieni nadziei dla bardzo trudnego etapu zmagań o tożsamość katolickich środków społecznego przekazu, w tym dla słusznego miejsca na multipleksie dla Telewizji Trwam? – pytał kaznodzieja.

Podkreślił, że nie możemy uwierzyć Złemu, iż jesteśmy bezradni wobec kłamstwa i dyskryminacji.

– Drodzy pielgrzymi dróg odpowiedzialności za prawdę słów i obrazu przekazywanego w naszych mediach katolickich, trzeba nam trwać w pewności, że Duch Święty da Kościołowi odwagę, aby nie tylko wytrwać, ale przede wszystkim szukać nowych metod i dróg ewangelizacji. Nie ulegajmy zniechęceniu i bezczynności – apelował ks. abp Depo.

Ojciec dr Tadeusz Rydzyk życzył, by wszystkie katolickie media w Polsce przeżywały prawdziwy rozkwit.

– Byśmy w Polsce mieli tyle mediów katolickich, ile w Polsce jest katolików, i tyle procent polskich, ile procent w Polsce jest Polaków – podkreślił dyrektor Radia Maryja. I dodał: – A katolickie nie znaczy wyłącznie pobożnościowe. Katolickie to znaczy, że odnosi się do Boga i do człowieka – wyjaśnił.

Po Eucharystii młodzi wysłuchali wykładu dr. Mieczysława Guzewicza na temat świętości życia i uczestniczyli w Drodze Krzyżowej na jasnogórskich wałach.

Katarzyna Cegielska, Jasna Góra

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... nosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 14 kwi 2013, 17:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Polska to nasza ukochana Ojczyzna, nie pozwólmy zdziczałemu barbarzyństwu bolszewickiemu Jej i nas zniszczyć. Nie dajmy prymitywnym dzikusom lewackim zniszczyć europejskiej kultury i prawdy historycznej o europejskich dziejach.

Wolni ludzie to dziesiejsza arystokracja. Witold Gadowski o potrzebie wojowania

Lewactwo zniszczy samo siebie, ale przy okazji chce ze sobą pociągnąć na dno cały nasz świat, naszą Europę.

„Czyście dzisiaj podpałką pod swój własny ogień”
Moulana Dżalaloddin Rumi


W odróżnieniu np. od Oriany Fallaci ja nie boję się Islamu, w ogóle – jak każdy wolny i w miarę silny człowiek – nie boję się obcych, raczej mnie intrygują, ciekawią. Pasjami więc przemyśliwuje zarówno nad strofami mojego ukochanego Zbigniewa Herberta jak i nad mistrzowskimi, natchnionymi sonetami Rumiego – islamskiego sufiego, mistrza i nauczyciela, który jest ode mnie odległy o prawie dziewięćset lat.

Człowiek wolny nie może bać się innych ludzi, musi wychodzić im naprzeciw. To, że dziś chrześcijańska Europa jest w defensywie jest wyłącznie jej zasługą, a właściwie zasługą szaleńców, którzy korzystając z europejskich owoców, tucząc się na jej chrześcijańskim rozpędzie, postanowili podpiłować gałąź na której sami siedzą.

Nienawiść do katolicyzmu, tradycji, rzymskiej filozofii i prawa tak ich pożera, że nie zauważają faktu, że w ogniu zmian pierwsi pójdą do pieca. Nie będą potrzebni nowym, młodzieńczo energicznym formacjom, jakie po Europie nastąpią!

Nie jest winą Islamu, że jest młody, dynamiczny i ogarnia coraz to nowe terytoria. Nie jest winą Judaizmu, że poważnie traktuje Boga i ortodoksyjnie żąda spełniania jego woli.

Piszę o tym wszystkim, aby powiedzieć Wam, że my też nie musimy się niczego obawiać – musimy jedynie twardo stać przy naszych prawach, musimy podnieść głowy i walczyć. Każdy tam gdzie jest i każdy sposobami na jakie go stać. Walka jednego człowieka jest początkiem wielkiego ciągu zmian. Jeden wolny człowiek znaczy tyle co całe zastępy tefauenowsko pozbawionych odwagi sług.

Wolni ludzie to dzisiejsza arystokracja.

Zaręczam Wam, że te pseudonowoczesne mięczaki nie maja w sobie ani męstwa, ani hartu potrzebnego do walki z nami. Będą kłamać, będą używać swoich mediów, będą się puszyć, aby nas nastraszyć, będą chować się za wykreowanymi przez siebie aktorami, celebrytami, pseudoartystami i nowymi (uwolnionymi od naszej etyki) autorytetami, ale tak naprawdę to banda tchórzy i mięczaków.

Dziś rzeczy mają się tak, że albo my wygramy z lewackimi rozwalaczami wszystkiego i na powrót sprawy wrócą do normy, albo biernie poczekamy, aż oni sprowadzą na nas – albo na nasze dzieci – prawdziwy koniec naszego porządku rzeczy, koniec naszej cywilizacji, naszej Polski, naszego społeczeństwa, naszych rodzin i naszego stylu życia.

Islam chce żyć według wartości własnej religii, terroryzm i ideologia dżihadu jest takim samym zagrożeniem dla islamskich społeczeństw jak ideologie Adolfa Hitlera i Karola Marksa dla Europy.

My nie bójmy się obcych, przybyszy – jeśli idą za nimi wartości Wielkich Ksiąg.

Pamiętajmy jednak, że nie ma darmowego lunchu i strzec się należy Greków, którzy niosą dary. Lewactwo wiele mówi o darmowym dawaniu, a tylko wprowadza czarnego, drewnianego konia do brzucha Europy.

Grecy wiedzieli po co to czynią, lewacy nie wiedzą nawet skąd pochodzą.

Lewactwo nienawidzi same siebie, nie lubi człowieka takim jakim on jest, chce go więc zmienić, przeklonować, wytworzyć in vitro – byle tylko oderwać mu korzenie, byle tylko zniszczyć jego myślenie i uzależnić od swoich halucynogennych ideologii.

Lewactwo zniszczy samo siebie, ale przy okazji chce ze sobą pociągnąć na dno cały nasz świat, naszą Europę.

Durni lewacy nie wiedzą, ze pierwsi położą głowy w momencie, gdy nasz kontynent opanują radykalni dżihadyści.

Dziś lewacy popierają palestyńskich terrorystów i jednocześnie gromią Izrael. Kiedy terroryści zapukają do ich drzwi pozostanie po nich – i po ich ideologii – jedynie krwawa pręga na ich drzwiach.

Świat przetrwa tak jak chce Bóg, a chwilowe mody spowodują jedynie chwilowe rzezie. Nic nowego pani Środo.

Witold Gadowski
Dziennik chuligana

http://www.stefczyk.info/blogi/dziennik ... 7209077576

http://ewastankiewicz.wordpress.com/201 ... more-11689


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 18 kwi 2013, 07:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
O tym kto rządzi Polską można się domyślić słuchając i oglądając media. Na pewno nie są to Polacy. Ale kiedyś był taki czas że Polska była nasza i to nasz polski głos płynął falami eteru do Polaków.

Tu Polskie Radio Warszawa

Piotr Szubarczyk

Pierwszą stacją radiową na świecie był Pittsburgh, nadający od 2 listopada 1920 roku. Pierwsza audycja Polskiego Radia zaczęła się 18 kwietnia 1926 r. o godzinie 17.00: „Halo, halo, Polskie Radio Warszawa, fala 480”. Otwarcia dokonał premier Aleksander Skrzyński.

Wcześniej były piękne epizody. Ze stacji na warszawskiej Cytadeli nadano w listopadzie 1918 r. radiogram do Paryża, informujący o odrodzeniu się Rzeczypospolitej Polskiej! Już od 1 lutego 1925 r. nadawano serwis PAT i komunikaty meteorologiczne. Radio było dla młodych Polaków „hitem”. Konsolidowało społeczeństwo polskie i edukowało. Uczyło pięknego języka i kultury.

Polska pokryła się falami radiowymi z Krakowa, Poznania, Katowic, Wilna, Lwowa, Łodzi, Torunia, Baranowicz, Łucka i Niepokalanowa. Panowała fałszywa opinia, że radio było elitarne. Już w roku 1938 liczba abonentów przekroczyła milion!

Od 2 stycznia 1927 r. Polskie Radio nadawało z nadajnika na fali długiej 1115 m (269 kHz) na Forcie Mokotowskim. W Krakowie uruchomiono stację już 15 lutego 1927 roku. Radio nadawało hejnał z wieży kościoła Mariackiego w Krakowie, transmitowany przez Warszawę I na całą Polskę od 1928 roku.

24 maja 1931 r. otwarto nową stację Warszawa I z nadajnika w Raszynie – na fali długiej 1339 m (224 kHz). Najsilniejszego w Europie! Raszyn słychać było z odległości 4 tysięcy kilometrów! Antena 280 m, zawieszona na dwóch stalowych masztach wysokości 200 m, była najwyższa na świecie!

1 września 1939 r. o godz. 6.30 Polskie Radio nadało najważniejsze słowa w swej historii: „A więc wojna! (…). Wszyscy jesteśmy żołnierzami. Musimy myśleć tylko o jednym: walka aż do zwycięstwa!”.

Po wojnie Polskie Radio się odrodziło, ale nie jako radio polskie, tylko polskojęzyczne. Nad wszystkim czuwał sowiecki cenzor, panowało wszechogarniające kłamstwo. Z tego upadku Polskie Radio do dziś się jeszcze na dobre nie podniosło.

http://www.naszdziennik.pl/wp/30106,tu- ... szawa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 18 kwi 2013, 07:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Co sie stalo?

Dlaczego nas nie było pól miliona?
Płonne były moje nadzieje, ze 10 Kwietnia zapoczątkuje koniec tego układu. Płonne były moje nadzieje, ze jak wyjdziemy tego dnia , to już nie wrócimy do domów, póki ten rząd nie ustąpi. Myśmy z tych domów nie wyszli! Nawet na 11 Listopada było nas więcej, niż 10 Kwietnia, nie mówiąc już o demonstracji w obronie TV TRWAM 28 września zeszłego roku, kiedy było nas, według rożnych obliczeń, od 200 tysięcy do pól miliona. Dlaczego nie było nas tym razem pól miliona albo więcej? Dlaczego było nas, według obliczeń Gazety Polskiej, 80 tysięcy a nie 800 tysięcy? Co się stało?
Jeszcze za mało rozkradli, za mało zniszczyli, za mało odmóżdżyli nasze dzieci abyśmy w końcu wyegzekwowali nasze prawa? Co musi się stać, abyśmy powiedzieli KONIEC? Zabili nam Prezydenta
oraz elitę tego kraju, i ciągle nami rządzą, rządzą i pomiatają, i poniżają, i wciskają kit, a my nawet na demonstracje nie pójdziemy, bo deszcz, bo śnieg, bo zimno, z domu wychylić się nie chce? Teraz przez kraj przetoczy się wielka powódź, bo wały nie zabezpieczone, bo rzeki nie uregulowane, bo infrastruktura się rozlatuje, a my siedzimy w domu i oglądamy telewizje? Jeśli Ty, ja, on i ona się nie ruszymy, jeśli nie zaczniemy w końcu spełniać naszego obywatelskiego obowiązku, co w naszym przypadku jest tożsame z instynktem samozachowawczym to będziemy potępieni na wieki wieków. My i nasze dzieci. Co się z nami stało? Może zamiast pisania blogów i innych artykułów, lepiej cytować z “Pana Cogito”, lub Baczyńskiego, lub Norwida. Tak jak zrobił to wspaniały Ksiądz Biskup Łowicki Józef Zawitkowski który w swojej homilii, powtarzając “Ach, ty trudna Polsko””, cytował najwspanialsze urywki z wielkich Polaków Czy slow już brak? Czy jego homilia była wskazówką, ze czas gadania się skończył, bo wszytko co nam trzeba wiedzieć, już zostało powiedziane, już zostało napisane i trzeba nam zacząć działać?
Co dalej? Czy “nam ducha starczy i dla nas i dla was?” Co się stało, ze było nas tylko 80 tysięcy?
Co się stało?

mieczdamoklesa

http://ewastankiewicz.wordpress.com/201 ... #more-5163


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 23 kwi 2013, 06:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Im wolno wszystko, w ich ustach słowo „ch…j” brzmi jak manifest artystyczny

Zanim z kościołów uczynią gejowskie tancbudy

Ostatnio nabrałem namiętności do włóczenia się po naszym kraju. Jeżdżę sobie zatem i słucham ludzi, rozmawiam z nimi i…mam w sobie coraz więcej optymizmu.

Nawet na terenach gdzie tradycyjnie postkomunisci i neokomuniści (zaraz wyjaśnię) zbierali w wyborach największy haracz ludzie coraz częściej stają się obywatelami, to znaczy potrafią krytycznie analizować rzeczywistośc wokół i szukać dróg do jej zmiany.

Obywatel tym różni się od „szarego statystycznego człowieka”, że nagle zrozumiał jak wiele zależy od niego, potrafi tupnąć nogą i – jako wolny człowiek – stara się obronić swoją suwerenność umysłową i obywatelską.

Obywatel coraz mniej spogląda w telewizyjny ekran, a coraz mocniej szuka odpowiedzi w książkach i własnych doświadczeniach.

Zielona Góra, Wolsztyn, Starogard Gdański, Lebork i Słupsk, to moje ostatnie doswiadczenia.

Rozmawiając z niezwykle ciekawymi i coraz mocniej zaniepokojonymi mieszkańcami tych miast, słuchając ich uwag na spotkaniach autorskich (na każdym zapełnione sale), doszedłem do banalnego, w swej oczywistości, wniosku.

Otóż fenomen przetrwania Polskości, podczas ponad stu dwudziestu lat niewoli, polegał na dwóch zjawiskach: magnetycznym i kulturowym oddziaływaniu dworu, ziemiaństwa, oraz nieocenionej roli polskiego kościoła katolickiego.

Sowieciarze zdawali sobie z tego sprawę – pierwsze ich działania były zatem skierowane przeciwko ziemiaństwu. Reforma rolna miała na celu unicestwienie tego fenomenu na wieki wieków amen. Przez pięćdziesiąt lat niszczono wszystko co z polskim ziemiaństwem mogło mieć jakikolwiek związek, wycinano w pień i pauperyzowano ludzi podejrzanych o ziemiańską Polskość.

Drugi atak skierowany został na kościół. Nawiezione – jak nawóz pod polskę sowiecką – hordy naturalizowanych mieszkańców Polski czyniły wszystko, aby kosciół zohydzić, oderwać od Polaków, skompromitować.

Jak wiadomo sowieciarzom guzik z tego wyszło i nawet rozpaczliwa próba odwrócenia kolei rzeczy w postaci próby zabójstwa papieża Jana Pawła II nie na wiele się zdała.

Fenomenu dworków i ziemiaństwa pozbyliśmy się jednak bezpowrotnie.

Po 1989 roku neokomunisci (tu nastąpi wyjaśnienie terminu), przed dwadzieścia lat, przygotowywali grunt pod ostateczne rozprawienie się z kościołem. Wykorzystano do tego postesbecką agenturę wewnątrz samego kościoła, oraz szybkie zbudowanie kapitału, który stworzył neokomunistyczne media.

Pora w tym miejscu wyjaśnić, ze przez termin „neokomuna” rozumiem dzisiejszą emanację janczarstwa wyhodowanego przez przywiezionych na sowieciarskich wozach obcych.

Dziś oni właśnie walnie zarządzają głównymi mediami oraz tworzą tzw „salony opiniotwórcze Trzeciej Rzeczpospolitej”.

Neokomunizm to nic innego jak zmutowany (leninowski) plan stworzenia „nowego człowieka”. Zmieniły się metody, nie zmienił się jednak główny cel – nowy człowiek ma ze wstrętem spogladać na księży i jaskrawie odżegnywać się od „zabobonnych” katolickich wierzeń.

Nikt już nikomu nie wyrywa paznokci, nikt nikogo nie ćwiczy nahajem – wystarczy ładna pani z telewizji, wystarczy ofensywnie forsowana moda.

Okupacja terytorium zmieniła się w okupację umysłów. Dzisiejsze wnuki Stalina, wolą czytać Deridę, Gramsciego i Ortegę y Gasseta. Tak długo maszerowali przez instytucje, że zawędrowali na ich szczyty. Dziś po prostu wykorzystują swoją pozycję i bezwzględnie eliminują każdego, kto śmiałby podejmować z nimi dyskusję na równych prawach.

Dla neokomów nie ma bowiem dyskusji z myślącymi inaczej, takich należy śmiertelnie ośmieszyć, wyszydzić i zdeptać.

Polski kościół błędnie odczytał ich powierzchowne umizgi, dał im urosnąć w siłę na tyle, że teraz ,już otwarcie, rzucają hasła wzywające do rozprawy z ciemnym klerem.

Jeśli dzisiejsze „elity” mają zaakceptować kapłana, to musi być on słaby, zhołdowany i tańczący w rytm ich progresywnej partytury. Inni nie mają szans.

Po co chcą rozbić kościół?… ano bo jest on ciągle konkurencyjną – wobec medialnych dywizji – instytucją, która kształtuje świadomość Polaków, a neokomy nie znoszą żadnej konkurencji.

Wyplenić kościół, to dziś tyle co ostatecznie zaprowadzić nad Wisłą ich noekomunistyczne porządki.

Neokomy bowiem to totalitaryści czystej wody, tylko zamiast tłuc butami na zgromadzeniach (jak czynił to niemodny już dziś Nikita Chruszczow), tłuką codziennie medialnymi młotkami w głowy „szarych ludzi”.

Im wolno wszystko, w ich ustach słowo „ch…j” brzmi jak manifest artystyczny.

Wiedzcie jednak, że jeśli uda im się ta ofensywa, to niewiele będzie już można potem z polskości zebrać.

Neokomy – jako wnuki Stalina – nie znoszą bowiem ludzi z korzeniami, bo samo ich istnienie jest dla nich nieustającym źródłem wyrzutów sumienia, poczucia bycia nie u siebie i nie na miejscu.

Dworki nam spalili, nie pozwólmy zatem, aby od środka (jak choćby „Tygodnik Powszechny”), czy też zza murów – jak „Gazeta Wyborcza”, TVN i jej siostry – uczynili nam ze świątyń gejowskie tancbudy.

Dopóki żywy jest w Polsce kościół katolicki dopóty naród ma gdzie się schronić. Tam bowiem przetrwać może prawdziwa kultura, refleksja, wartości i patriotyzm, tam też toczyć się znów będzie – pełna sporów – dyskusja o naprawie państwa.

Witold Gadowski

http://ewastankiewicz.wordpress.com/201 ... more-11890


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 20 cze 2013, 20:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Wojciech Wencel

Ludzie z głębszego podziemia

Mój alfabet, czyli o tych, którzy dają nadzieję.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 23/2013
W modzie jest ostatnio pisanie alfabetów. Nie chodzi o systemy literek, lecz o książki, których autorzy dzielą się opiniami na temat osobiście poznanych polityków, artystów czy dziennikarzy. Wydawnictwa chętnie to drukują, bo czytelnicy są ciekawi, co dany celebryta myśli prywatnie o innych celebrytach – od Alfy do Omegi. Zanim książka trafi do księgarń, dział marketingu odbezpiecza bombę zegarową. Zazwyczaj puszcza do mediów kontrolowany przeciek, że opinie autora mogą budzić „kontrowersje”. Wybuch, czyli skandal towarzyski, ma nastąpić dokładnie w dzień premiery.

Czasem wydaje mi się, że i ja mógłbym napisać taki alfabet. Wprawdzie jestem postacią z ostatniej strony katolickiego tygodnika, a nie z pierwszych stron gazet, ale spotkałem już w życiu tyle osób o znanych nazwiskach, że z opinii o nich dałoby się złożyć solidny wolumin. Sęk w tym, że nie byłaby to książka „kontrowersyjna”. W felietonach można i niekiedy trzeba postawić twarde zarzuty, zakpić z czyjejś postawy, a nawet pożartować z niezbyt rozgarniętej miny. Osobowe hasło w alfabecie to jednak co innego: pieczęć trwale odciśnięta na czole. Byłoby głupio umierać ze świadomością, że zostawiam w książce negatywne sądy, z których za życia się spowiadałem.

Mimo to myśl o napisaniu własnego alfabetu wciąż chodzi mi po głowie. Tyle że byłaby to książka zupełnie inna od klasyki gatunku. Oprócz kilkudziesięciu celebrytów spotkałem bowiem w swoim życiu kilkanaście osób, które zrobiły na mnie znacznie większe wrażenie. Nie chodzi nawet o przyjaciół, z którymi łączą mnie bezpośrednie relacje. Raczej o tych, których dłoń uścisnąłem raz, może dwa razy, przy okazji wieczoru autorskiego albo wspólnej podróży. Po krótkiej rozmowie powinni byli zniknąć z mojego horyzontu jak tylu innych. A jednak zostali. Myślę o nich równie często jak o najbliższych przyjaciołach, wyławiam z internetu wiadomości o ich publicznych działaniach, stawiam ich sobie za wzór, zastanawiam się, co zrobiliby na moim miejscu. Choć o tym nie wiedzą, nieustannie wywierają na mnie wpływ. Dlaczego?

Pewnie dlatego, że w każdej z tych osób dostrzegłem kiedyś człowieka integralnego, żyjącego i myślącego bezinteresownie, sumiennego, głęboko zaangażowanego po stronie dobra. W ich słowach i czynach nie było cienia kalkulacji. Było za to ewangeliczne tak – tak, nie – nie. Poeta Janusz Andrzejczak, zakochany w polskich lasach pielgrzym, trochę podobny do Edwarda Żentary z jego kreacji w filmowej „Siekierezadzie”. Poeta Miloš Doležal, ocierający łzy w trakcie nagrywania wywiadu z wiejską staruszką – świadkiem prześladowań czeskich katolików w okresie stalinowskim. Maria Dorota Pieńkowska, kustosz w warszawskim Muzeum Literatury, ocalająca archiwalne nagrania głosów polskich pisarzy. Wiesław Ratajczak, profesor UAM, praktyk conradowskiej etyki i wielkopolskiej pracowitości. Aleksander Rybczyński, żeglarz i poeta z Toronto, wrażliwy kontynuator tradycji powojennej emigracji. Jarosław Żejmo, polonista w żeńskim Prywatnym Gimnazjum i Liceum Sióstr Niepokalanek w Szymanowie.

Bohaterów mojego alfabetu jest więcej. Niektórych nie wymieniam, bo ich nazwiska są nie do znalezienia przez Google, innych – bo nie wypada mi wychwalać publicystów „Gościa Niedzielnego”. Wszystkich na własny użytek nazywam „ludźmi z głębszego podziemia”. Nazwa wyrwana z kontekstu politycznego, ale w tym przypadku chodzi o coś więcej. Po Smoleńsku sporo pisałem o potrzebie stworzenia „drugiego obiegu”, który pozwoli odbudować polską kulturę, chroniąc nas przed antypatriotyczną i antychrześcijańską propagandą głównych mediów. To kulturalne „podziemie” jest dziś realną siłą. Mamy swoje gazety, rozgłośnie radiowe, stacje telewizyjne... Ale bohaterowie mojego alfabetu działają jeszcze głębiej – na poziomie miłości, cichej modlitwy i świadectw we własnych środowiskach. Mają w sobie ten rodzaj pokory, który każe wykonywać pracę obliczoną na pokolenia. Są ludźmi czystego serca, pełnymi pasji, bólu, ale i anielskiej cierpliwości. Niektórych spotykam w warszawskiej archikatedrze podczas smoleńskich miesięcznic. Na odległość wymieniamy uśmiechy, żeby za chwilę zgubić się w tłumie. Nie chciałbym, żeby mieli wrażenie, że się mijamy.

Uboga w duchu Alfo, zasmucona Beto, i ty Gammo, która łakniesz i pragniesz sprawiedliwości, jestem dumny, że razem tworzymy wspólnotę. I jestem wdzięczny Bogu za to, że powołał nas do życia w jednym czasie. Ilekroć czuję się przytłoczony walcem tego świata, myślę o Was. Jesteście jak źdźbła trawy, które wiecznie odrastają. Dopóki trwacie, dopóty żywa jest we mnie nadzieja na prawdziwie wolną Polskę.

A Ty, drogi Czytelniku, zanim stwierdzisz, że zanudzam Cię osobistymi wyznaniami, pomyśl o swojej historii. I spróbuj ułożyć własny alfabet, żeby wydobyć z cienia pięknych ludzi, których Bóg postawił na Twojej drodze. Traktowani osobno, mogą łatwo zgubić się w pamięci. Pozostać szlachetnymi wyjątkami od reguły, godnymi współczucia straceńcami, którzy na serio traktowali swoje powołanie. Połączeni w duchu obudzą w Tobie nadzieję. Staniecie się armią Boga, zdolną skutecznie przeciwstawić się potędze zła: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach,/ Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi,/ Bo u Chrystusa my na ordynansach –/ Słudzy Maryi!”.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2013 ... iemia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 22 lip 2013, 14:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Widziałem Armię Pana Boga

Nie ma w Polsce takiej medialnej gwiazdy, autorytetu, polityka, idei czy wydarzenia, które potrafiłoby zgromadzić w jednym miejscu setki tysięcy nieprzypadkowych ludzi.

Rodzina Radia Maryja w dzisiejszym świecie ze zanikającymi międzyludzkimi więziami i oddalaniem się człowieka od człowieka, to prawdziwy cud.

Lewacko-liberalne środowiska z kpiną nazywają to dziwacznym zjawiskiem socjologicznym lub lekceważąco, prymitywną „religijnością ludyczną”. Osoby wierzące widzą w tym palec Boży i nadzieję na odrodzenie naszej Ojczyzny.

Media, które nigdy nie omieszkają zdać relacji z kilkusetosobowej parady równości czy innego przemarszu dewiantów, w przypadku corocznej lipcowej Pielgrzymi Rodziny Radia Maryja najczęściej milczą.

Ich środowisko złożone z ludzi światłych, postępowych, czyli Europejczyków pełną gębą, nie jest w stanie pojąć, jak to możliwe, że na własny koszt ludzie najczęściej niezamożni nie żałując trudu i wyrzeczeń są w stanie pokonać nieraz setki kilometrów i przybyć pod Jasna Górę by stanąć razem, jako jedna wielka polska rodzina.

Irytację, gniew i nieukrywaną nienawiść powoduje to, że mimo wielokrotnie większych środków finansowych i medialnej siły, taka „Gazeta Wyborcza” czy TVN nie byłyby w stanie zgromadzić w jednym miejscu tylu swoich sympatyków, co Radio Maryja, nawet fundując darmowe piwo, kiełbaski oraz koncerty Dody, Flinty czy jakiejś Peszkówny.

Jako Częstochowianin czuję się w obowiązku poinformować tu na łamach Warszawskiej Gazety, że w niedzielę 14 lipca 2013 roku widziałem w moim mieście potężną Armię Pana Boga, którą stanowili uczestnicy XXI Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasna Górę.

Plac pod jasnogórskim szczytem był wypełniony po brzegi, a chyba nie ma w Polsce takiego drugiego miejsca, którego pojemność byłaby lepiej rozeznana. Już od czasów ubeckich i esbeckich, niezliczonych pielgrzymek oraz wizyt papieża Jana Pawła II, służby przy pomocy specjalnej siatki naniesionej na mapę placu dokładnie wyliczyły, że mieści się tam 300 tysięcy osób. Ale nie to jest najważniejsze. Chodzi o to, że wypełniają go zawsze osoby niezwykłe, żeby nie powiedzieć niezwykle niebezpieczne dla każdego reżimu.

„Naród zaś jest to prosty człowiek. Czego się pługiem nie dogrzebie, nie domodli u krzyża i nie dopłacze w cichym łkaniu - to przetoczy się nad nim - jak uczoność łacińska, jak protestantyzm lub doktryny encyklopedystów zeszłowiecznych. A każde prawe serce polskie jest jednym pulsu uderzeniem tej zbiorowej osoby. Głosem Tego Narodu - jest harmonia ojczysta - mieczem - jedność i zgoda - celem - prawda. On idzie przez krew, popiół, przez rozczarowanie i przez słowo - przez milczenie pokory i to, co Dzisiaj się nazywa (...) Przez "dziś" rozumiem tedy to poświęcenie się codzienne i cogodzinne, co chwilowe i to widzenie w każdej dobie narodowego interesu - które jedno podoła tak wielkiej sprawie jak nasza i okolicznościom tak splątanym..."(C.K. Norwid, Myśli o Polsce i Polakach, Białystok 1983, s. 9, 24).

Tu jest Polska, chciałoby się powiedzieć. Polska wielka, liczna, potężna i taka, która skutecznie przeciwstawi się działającym perfidnie wśród nas, wrogom Boga Ojczyzny i Honoru.

Te zaciekłe ataki na środowisko Radia Maryja wcale nie dziwią i stają się bardziej zrozumiałe dla każdego, kto miał szczęście znaleźć się kiedyś w takiej masie rozmodlonych kochających Polskę rodaków.

Zobaczyłem to, co u włodarzy III RP budzi paniczny strach. To zjednoczeni w modlitwie, ufający Bogu patrioci zgromadzeni w ilości budzącej przerażenie Systemu.

Polska będzie Polską tylko wtedy, kiedy nadejdzie władza, która będzie dumna i z tej części swojego społeczeństwa, która w ubiegłą niedzielę zgromadziła się na Jasnej Górze, oraz potrafi wykorzystać jej siłę i energię.

Do zgromadzonych bezpośrednio zwrócił się z błogosławieństwem papież Franciszek, tak perfidnie wykorzystywany przez anty-kościół z Czerskiej i Wiertniczej, co bardzo celnie określił w ostatnim numerze Warszawskiej Gazety Krzysztof Osiejuk pisząc, że „Reżim leci Franciszkiem”.

To z „ambon” tego anty-kościoła alfonsi uczą nas moralności, złodzieje uczciwości, zdrajcy wierności, kłamcy prawdomówności, a upadli księża i zakonnicy mający na sumieniu grzech śmiertelny złamania przysięgi danej Bogu i porzucenie duchownego stanu z zapałem „naprawiają” Kościół i pouczają papieża.

Na koniec uroczystości zgromadzony tłum odśpiewał „Boże coś Polskę” z dłońmi uniesionymi do góry i palcami tworzącymi literę „V”.

To jest wielka i niepokonana Armia Pana Boga, która wkrótce zwycięży. Już jestem o to spokojny

http://kokos.salon24.pl/522360,widziale ... -pana-boga


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 27 sie 2013, 06:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Bez wiary Polska się rozpadnie

Z JE ks. abp. Gerhardem L. Müllerem, prefektem Kongregacji Nauki Wiary, rozmawia o. Zdzisław Klafka CSsR

Przeżywamy w Kościele Rok Wiary. Jakie są główne zagrożenia dla wiary chrześcijańskiej?
– Mogą się one pojawić już w samym Kościele, jeśli zamiast treści wiary głoszona będzie jakaś ideologia. Istnieją również zagrożenia z zewnątrz: ze strony sekularyzmu, relatywizmu i agnostycyzmu. Wszystkie te zagrożenia nie są naturalnie czymś nowym; są one znane od początku chrześcijaństwa. Już w historii zbawienia Starego Testamentu obecni byli wrogowie ludu Bożego. Ze strony politeizmu istniało w tamtych czasach niebezpieczeństwo pomieszania wiary z innymi wierzeniami lub też oparcia się na władzy świeckiej zamiast zaufania Bożej pomocy. W całej historii chrześcijaństwa dochodziło do wielkich prześladowań wyznawców Chrystusa: już u samych jego początków w Jerozolimie, przez Nerona w Cesarstwie Rzymskim, aż do czasów współczesnych.

Najokrutniejsze prześladowania chrześcijan wystąpiły w XX wieku w systemach totalitarnych. One to próbowały budować świat bez Boga, bez naturalnego prawa moralnego, bez szacunku dla życia i ludzkiej godności. Niech to będzie dla nas nauką, że Bóg w swojej miłości i prawdzie prowadzi nas dobrą drogą. Wszyscy razem, nie tylko Kongregacja Nauki Wiary, lecz także biskupi, kapłani, osoby zakonne, nauczyciele religii, wszyscy, którzy zajmują się katechezą lub przepowiadaniem Słowa Bożego, wszyscy musimy dawać świadectwo Bożej miłości. W szczególności zaś w działalności charytatywnej Kościoła. O tym się często zapomina, myśląc, że nie jest to takie ważne. Miłość Boża musi jednak być okazywana bardzo konkretnie. Mówił o tym Papież Benedykt XVI w swojej encyklice „Deus caritas est”, że nie da się oddzielić miłości Bożej od miłości ludzkiej.

Jak Ekscelencja ocenia stan wiary chrześcijańskiej w Europie i na świecie?
– Istnieją bardzo różnorodne kierunki w poszczególnych krajach w Europie i w Ameryce. Tradycje mają wiele cech pozytywnych, ale zawierają też zjawiska negatywne. Z jednej strony tradycje jakiejś wielkiej grupy chrześcijan mogą wspierać danego człowieka w jego osobistym życiu wiary. Z drugiej zaś istnieje niebezpieczeństwo, że człowiek osiądzie na laurach, stanie się zmęczony, ospały i nie przyswoi sobie zbyt głęboko owych tradycji. W takim wypadku tradycje mogą stać się zwyczajnym tradycjonalizmem. Wprawdzie obchodzi się uroczystości chrześcijańskie, takie jak Pierwsza Komunia Święta, bierzmowanie, idzie się do spowiedzi, obchodzi się święta, lecz wewnętrznie nie znajduje to pogłębienia. Jeśli w takim wypadku powieje silny wiatr z przeciwnej strony, jeśli nasili się propaganda antyklerykalna, wtedy łatwo obrać kurs w innym kierunku.

Istnieją również kraje na świecie, w których chrześcijanie są mniejszością. W takich krajach, jak np. Korea Południowa czy Indie, chrześcijaństwo rozwija się w godny podziwu sposób. Wszędzie tam, gdzie ludzie odkrywają chrześcijaństwo, nie jest ono jedynie towarem importowanym z Europy, lecz spotkaniem z Jezusem Chrystusem, Synem Bożym. Bóg stworzył wszystkich ludzi, wszyscy też są Mu jednakowo bliscy. Stąd zawsze istnieją ludzie, którzy spotykają Chrystusa, niezależnie od historii czy kultury. Jesteśmy przekonani, że wszystkie kultury mogą włączyć się w wielki nurt życia Kościoła. Obserwujemy to najlepiej w uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Zbierają się przedstawiciele różnych kultur i języków, a mimo to wszyscy rozumieją przepowiadane Słowo Boże, które przecież skierowane jest do wszystkich. Wszyscy też doświadczają, że są złączeni w Chrystusie, że istnieje tylko jedna rodzina Boża, jeden Kościół, który obejmuje wszystkich ludzi.

Jaką rolę dla Kościoła polskiego widzi Ekscelencja we współczesnej Europie?
– Polska widziana z daleka jest jednolitym katolickim krajem. Z Polską wiąże się katolicka tożsamość – tysiąc lat chrześcijaństwa. Każdy, kto ma choć trochę rozumu w głowie, zdaje sobie sprawę, że bez wiary katolickiej Polska jako naród rozpadłaby się, pogrążyła w nihilizmie. Stąd należy zachęcać wszystkich Polaków do tego, aby przypominali sobie nieustannie tę wielką tradycję własnej tożsamości. Tożsamość ta sprawdziła się w wielu konfliktach i walkach, zwłaszcza w nowszej historii Polski. Tożsamość ta wszystko to przetrwała. Dzięki niej nie można obrać fałszywej tonacji czy pójść za głosem syren i ponieść klęskę. To wszystko jest możliwe, bo – jak uczy historia – całe narody ponoszą klęskę, gdy zapominają o swoim powołaniu i misji. Polska jest ważnym krajem w sercu Europy. Niemcy, Polska i Francja nawet od strony geograficznej stanowią centrum Europy.

Polska jest ponadto pomostem łączącym Europę ze Wschodem, z owymi wielkimi kulturami Rosji czy innych krajów słowiańskich. Toteż uważam, że Polska odgrywa wielką rolę nawet na polu ekumenizmu, dialogu z prawosławiem, gdyż na szczęście również Rosja wyzwoliła się z narzuconego systemu. Biskupi mają do odegrania wielką rolę w procesie pojednania. Stąd również dzisiaj winny angażować się zarówno katolicki Episkopat Polski, jak i prawosławny Episkopat Rosji. W duchu chrześcijańskim winny zachęcać i być aktywne na rzecz pojednania, głębokiego wewnętrznego pojednania.

Kościół wnosi również swój wkład w jedność poszczególnych ludzi oraz całych narodów. Polska w tej historycznej oraz geograficznej przestrzeni może spełnić wyjątkową misję, ale może ją również zaniedbać, jeśli pójdzie za metafizycznym relatywizmem oraz praktycznym materializmem. Zobrazujmy to pewnym przykładem. Jeśli organizm jakiegoś narodu lub ciało Kościoła nie jest wypełnione żywymi komórkami, rozpada się. Podstawową komórką wspólnoty Kościoła, społeczeństwa i państwa może być jedynie rodzina. Ta zaś jest oparta na wzajemnej małżeńskiej miłości między mężczyzną i kobietą. Dobrze, że Polska sprzeciwia się pewnym tendencjom Europy Zachodniej, uważając, że nie jest postępem, jeśli małżeństwo zostaje sprowadzone do dowolnej formy ludzkiego współżycia, a jego specyficzna rola zostaje pominięta. Jeśli mówi się o postępie i tradycji, to małżeństwo jest taką postępową formą, gdyż jest to jedyna droga, która zapewnia przyszłość.

Benedykt XVI z odwagą mówił, że grozi nam dyktatura relatywizmu. Jak Ekscelencja ocenia system i ideologię liberalizmu?
– To, co dziś nazywamy liberalizmem, ma długą historię. Taki sposób myślenia funkcjonował już w filozofii oświecenia, z której to zrodziła się wielka rewolucja oraz dziewiętnastowieczny liberalizm. Był on liberalny w stosunku do samego siebie. Jednakże w wielu krajach, takich jak Włochy, Niemcy czy Francja, kierował się mocno w stronę zwalczania Kościoła. Podejmowano próby wyparcia Kościoła z życia publicznego. Szafowano hasłami przekonującymi, jakoby religia była sprawą prywatną. Zapominano o tym, że poszczególny człowiek jest wolny w wyborze oraz publicznym okazywaniu swoich przekonań religijnych. Hasło to było jedynie zamiennikiem mniemania, jakoby to do nich należała sfera życia publicznego, jakoby to było ich „poletko”. A jakaś grupka „zacofanych osób”, które nie zrozumiały, o co chodzi, może sobie w domu powiesić obraz Matki Bożej, lecz poza tym nie ma nic do powiedzenia w życiu publicznym. Podobnie jak w prawodawstwie, w parlamentach, w szkołach, w instytucjach wychowawczych, na uniwersytetach. Widzimy jednak, co było owocem powstałego wtedy nihilizmu. Wielkie ideologie polityczne XX wieku mają swoją genealogię, która bynajmniej nie wynikała z pobożności jednostek. Dla Europy było to katastrofą, ciosem. Owym libertyńskim siłom, które w żaden sposób nie są liberalne, gdyż nie chcą uznać wolności religijnej, udało się wyrwać z istoty prawodawstwa europejskiego odniesienie do Boga. Przez to przyczyniły się one do upadku idei Konstytucji Europejskiej. Obecnie nie chcą nawet wspomnieć, że Europa ukształtowana jest przez chrześcijaństwo, że jest ono łączącą ją klamrą. Na bazie XIX-wiecznej ideologii próbowano natomiast stworzyć społeczeństwo zsekularyzowane, które miałoby służyć interesom pewnych grup.

To nie ma jednak nic wspólnego z wolnością…
– Wolność religijna w pełnym tego słowa znaczeniu nie oznacza, że tylko prywatnie cieszę się wolnością sumienia i wyznania. Takie prawo byli w stanie przyznać nawet komuniści w sowieckiej konstytucji. Wolność religijna oznacza możliwość pełnego praktykowania religii bez państwowego przymusu czy społecznego nacisku oraz możliwość pełnego uczestnictwa w życiu społecznym. Dlatego uważam, że to niesamowicie ważne, abyśmy jako chrześcijanie ze względu na demokrację nie pozwolili owym ideologiom zepchnąć się do jakiejś pustej przestrzeni, lecz abyśmy rzeczywiście współtworzyli „bonum commune” (dobro wspólne). My przecież szanujemy ludzi o innych przekonaniach. Możemy z nimi razem żyć i ich szanować. Musimy także respektować odmienne poglądy, inne religie, lecz to nie znaczy, że pozwolimy się wyprzeć z centrum życia społecznego. Dla dobra wspólnego niezbędny jest wkład wielu osób w duchu chrześcijańskim; jest on znaczący oraz skierowany ku przyszłości. Nie może być tak, że zarówno w obszarach kultury medialnej, w środkach masowej komunikacji, w uniwersyteckim życiu naukowym, jak i w systemach prawnych oraz w prawodawstwie dopuszczalne jest myślenie, iż jeśli ktoś popełnił jakieś przestępstwo, to z założenia zostanie inaczej potraktowany przez sąd tylko dlatego, że jest księdzem bądź przynależy do Kościoła. Tutaj obowiązuje jedna zasada – że wszyscy ludzie są równi wobec prawa. W tym względzie osoby odpowiedzialne za różnego rodzaju dziedziny życia muszą starać się unikać osądzania osób kościelnych na podstawie swoich uprzedzeń. W państwie prawa muszą być wydawane wyroki zgodne z prawem. Prawo nigdy nie może stać się środkiem jak w jakiejś ideologii XX wieku, w której manipulowano prawem. Podobna sytuacja panowała wtedy również na uniwersytetach. Tak było w Niemczech i krajach sowieckich. Jeśli ktoś na jakimś uniwersytecie nie odpowiadał ideologii, w najlepszym wypadku zostawał usunięty z uniwersytetu. Taka sytuacja nie może się powtórzyć, na to nie może być społecznej zgody, a my musimy słuchać przestróg i wyciągać wnioski z historii. Antyklerykalizmu, który częściowo do dzisiaj funkcjonuje, zwłaszcza we wpisach i komentarzach w internecie, nie można nazwać inaczej niż bandytyzmem. To zamach na wolność, równouprawnienie oraz godność osoby ludzkiej.

Czy na zakończenie zechciałby Ksiądz Arcybiskup wypowiedzieć słowo, które mogłoby być rodzajem przesłania dla Polaków?
– Jest to niezwykle trudne zadanie, ponieważ trwa pewien proces. Mogę jedynie powtórzyć, że Polska nie może zagubić ani swojej tożsamości, ani wiary katolickiej. Rodzina jest najważniejsza. Troska o dzieci i młodzież musi nam leżeć szczególnie na sercu. Oni mają do tego prawo; troska o młodzież jest dla rodziców, wychowawczyń w przedszkolach, nauczycielek i nauczycieli w szkole, kapłanów i wychowawców rzeczą szczególnie piękną. To wyjątkowo doniosła i piękna rzeczywistość, bo to niezwykle ważne, aby młodzi ludzie byli szczęśliwi i wewnętrznie zadowoleni, aby wzrastali jako otwarci i ukierunkowani na przyszłość. Wiarę w żywego Boga powinni postrzegać jako dar, a nie jako jakąś ciążącą na nich spuściznę. Dziedzictwo wielkiej tradycji zobowiązuje, ono też obdarza siłą i ufnością w świetlaną przyszłość, która rysuje się przed nami wszystkimi, a którą przygotował nam dobry Bóg.

Dziękuję za rozmowę.

--------------------------------------------------------------------------------

Rozmowa została wyemitowana w Telewizji Trwam 11 sierpnia br.

o. Zdzisław Klafka CSsR

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... adnie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 14 wrz 2013, 16:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Prof. Witold Kieżun: “Smutno mi, że umieram nie w tej Polsce, o którą walczyłem…”

Smutno mi, że umieram nie w tej Polsce, o którą walczyłem… To jest bardzo bolesne. Wymieramy, straciliśmy markę na świecie, jesteśmy całkowicie uzależnieni…

- mówi w rozmowie z “Bliżej” prof. Witold Kieżun, ekonomista, powstaniec warszawski, więzień sowieckich łagrów, autor książki „Patologia transformacji”.

To bardzo mocny i poruszający wywiad. 91-letni Kieżun z dużym dystansem i niezwykle celnie opisuje stan, w jakim znalazł się nasz kraj, a zwłaszcza polska gospodarka:

W tej chwili struktura gospodarki polskiej jest strukturą gospodarki kraju skolonializowanego, tak samo jak struktura Burundi, Rwandy i krajów afrykańskich. 95% kapitału bankowego, 90% kapitału handlowego i praktycznie rzecz biorąc minimalny procent własnych przedsiębiorstw produkcyjnych…

- mówi Kieżun.

Podając przykład tej zależności opisuje strukturę polskich przedsiębiorstw:

Na 100 największych przedsiębiorstw mamy ok. 30 procent, ale cały szereg polskich przedsiębiorców ma również kapitał zagraniczny. W dalszym ciągu praktycznie rzecz biorąc nie jesteśmy u siebie, jesteśmy w kieszeni kapitału zagranicznego

- przekonuje ekonomista.


W rozmowie z “Bliżej” Kieżun mocno krytycznie opisuje transformację ustrojową z końca lat 80.:

Partia, która buduje socjalizm wprowadza kapitalizm w Polsce. To 23 grudnia 1988 roku. Co następuje później? W parę miesięcy później powstaje dziewięć banków komercyjnych, które udzielają już kredytów na zakup, funkcjonowanie prywatnych przedsiębiorstw. To początek nomenklaturowego pomysłu. Istnieją badania, które wskazują, że 62% średniej większości przedsiębiorstw są w posiadaniu dawniejszej nomenklatury

- ubolewa Kieżun, mówiąc o kulisach transformacji i tego jak tercet Geremek-Kuroń-Michnik. Szczegółowo wyjaśnione jest to w nagraniu, które serdecznie polecamy.

Jak wyglądały te kulisy?

Powstaje tylko problem, kto to będzie realizować. Zapraszają Trzeciakowskiego, on odmawia, bo uznał, że ten projekt nie może być zrealizowany. Odmawia też Józefiak… Wreszcie zupełnie przypadkiem – to są kandydatury „z notatnika” – znaleziono moje nazwisko. Dostaję telefon od ambasadora w Nairobi, czy mogę natychmiast wrócić do Polski. (…) Ja mówię: proszę pana, mój projekt się kończy za rok. I wówczas Kuczyński mówi jest kapitalny kandydat: Balcerowicz, który pracował w instytucie badań nad marksizmem i leninizmem przy KC PZPR, no ale był na stypendium w ramach tej akcji zorganizowanej przez Amerykanów – stypendia głównie dla młodej kadry partyjnej. Te stypendia były bardzo mądrze pomyślane – jeśli ktoś przyjeżdża z Polski na cały rok do USA, to on jest całkowicie zindoktrynowany

- mówi Kieżun.

Ekonomista nie zostawia też suchej nitki

Stosuję się tę samą konwencję, która była zastosowana do Afryki. Przyjeżdżają przedstawiciele wielkich korporacji, dają łapówki i kupują za 10-15 procent, a najważniejsze przedsiębiorstwa zostały przejęte w trybie wrogiego przejęcia. Przykład? ZSUT – trzy olbrzymie zakłady: Warszawa, Węgrów, Bydgoszcz – po 6, 8 tys. pracowników, produkcja telefonów i swojego rodzaju monopol na telefony w Związku Radzieckim

- tłumaczy.

Uczestnik Powstania Warszawskiego opisuje również to, jak wygląda struktura systemu bankowego w Polsce i jak mocno różni się to od krajów z zachodu Europy:

Niemcy mają sześć procent banków zagranicznych, Francja chyba dwanaście. Tam dochodzi maksymalnie do 20 procent. U nas w tej chwili na 63 banki tylko cztery są polskie. (…) Finanse są całkowicie opanowane. To samo jeśli chodzi o produkcję. Ten proces dotyczy wszystkich krajów środkowej Europy. Wielki kapitał zachodni przejął działkę, gdzie są dobrzy pracownicy, sprawni inżynierowie i gdzie są tanie koszty transportu

- mówi.

W rozmowie prof. Kieżun nie ukrywa również rozczarowania postawą większości rządzących naszym krajem. Zdaniem ekonomisty powodów tego stanu rzeczy trzeba szukać w przejęciu idei “S”:

Tragedia polega na tym, że idea Solidarności została zawłaszczona przez ludzi z innego systemu. To nie byli ludzie wychodzący z filozofii chrześcijańskiej i solidarnej, katolickiej nauki społecznej. Tego się nie zna, to byli ludzie z zupełnie innego obozu. Ludzie, którzy wyrośli jednak w filozofii leninizmu, marksizmu i syndromu wroga – każdy, kto ma inne zdanie, trzeba zniszczyć fizycznie albo psychicznie. To jest moher, to jest zaścianek, nie reprezentuje żadnej kultury intelektualnej, a wszystko co wy reprezentujecie jest stare i przeszłe. (… ) Smutno mi, że umieram nie w tej Polsce, o którą walczyłem… To jest bardzo bolesne. Wymieramy, straciliśmy markę na świecie, jesteśmy całkowicie uzależnieni…

- mówił wyraźnie wzruszony Kieżun.

Ocenił też to, jak wygląda

Niemcy zniszczyli naszą młodość, wymordowali nas połowę. A teraz praktycznie rzecz biorąc, gdy minister spraw zagranicznych amerykańskich chce się porozumieć z UE, to do kogo dzwoni? Do pani Merkel. Prezydent USA jedzie do Berlina, a nie Brukseli. A nasz minister jedzie do Berlina, by wytłumaczyć, że Niemcy miały mieć priorytet. Jesteśmy pod okupacją, okupacją ekonomiczną. Straciliśmy samodzielność, o którą się biliśmy…

- przekonywał.

Kieżun odniósł się też do protestów związkowców. Jego zdaniem wszyscy obywatele powinni wesprzeć manifestacje i sympatyzować z protestującymi:

Gdyby zdrowie pozwalało, absolutnie poszedłbym na protest. Formy tej manifestacji powinny być nie tylko udziałem robotników, ale nas, inteligencji, ludzi, którzy czytają, znają historię i odpowiednie wykształcenie. To dla nich niesłychanie ważne – to protest społeczny

- zakończył.

http://ewastankiewicz.wordpress.com/201 ... walczylem/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska to nasz kraj, nasza Ojczyzna.
PostNapisane: 11 paź 2013, 07:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Zawsze z „Solidarnością”

Od ponad 30 lat uczestniczy we wszystkich przełomowych wydarzeniach, jakie rozegrały się w Polsce.

Pomoc prawna związkowcom NSZZ „Solidarność”, dążenie do rozliczenia zbrodni komunistycznych i uchwalenia Konstytucji na miarę Niepodległej, obrona suwerenności Polski, przywrócenie honoru i czci polskim bohaterom – już ta lista jego najważniejszych inicjatyw wystarczy, by ujrzeć polityczny kompas moralny wskazujący, jak w trudnych czasach można być bezkompromisowym człowiekiem zasad.

W zasadzie cała polityczna droga Piotra Ł. Andrzejewskiego związana była z „Solidarnością” i jej ideami. Tak było zarówno wtedy, gdy podejmował działalność opozycyjną, obejmował mandat senatorski jako kandydat związku, jak i wtedy, gdy te afiliacje nie były formalnie tak wyraźne. Nigdy też nie należał do żadnej partii.

– Ideały solidarnościowe traktuje bardzo zasadniczo, jako pewną podstawę do działań publicznych – zwraca uwagę prof. Wiesław Jan Wysocki, historyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, współpracujący z mecenasem Andrzejewskim w wielu inicjatywach naukowych i politycznych. – Jest indywidualnością mieszczącą się w kategoriach wartości, przedstawicielem pewnego świata niezależności duchowej. Nie chce być nigdy niczym skrępowany, choćby dyscypliną partyjną.

Rozliczyć zbrodnie komunistyczne

Prawdziwego hartu ducha i odwagi mecenas Piotr Andrzejewski dowiódł w mrocznych czasach stanu wojennego. Bronił działaczy opozycji w wielu procesach politycznych. Badał w konspiracji przypadki niewyjaśnionych zabójstw, ofiar „nieznanych sprawców”, śmierci księży, niezidentyfikowanych ofiar komunistycznego terroru, doświadczał aktów sprzeniewierzania się zasadzie niezawisłości przez peerelowskich sędziów, gdy bronił działaczy opozycyjnych. Zapewne te doświadczenia przyczyniły się do tego, że krytykował naiwne przekonanie prof. Adama Strzembosza, pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, o samooczyszczeniu się środowiska sędziowskiego, i zawsze opowiadał się za bezwzględnym rozliczeniem sprawców zbrodni komunistycznych.

Od 1995 r. mec. Andrzejewski jako przedstawiciel społeczny reprezentujący NSZZ „Solidarność” uczestniczy w procesie w sprawie Grudnia ’70. Przed sądem wykazywał, że tragedia grudniowa była specjalnie eskalowana przez jedną z pezetpeerowskich frakcji, aby odsunąć od władzy ekipę Władysława Gomułki. W związku z tym apelował do sądu o uznanie masakry robotników za zbrodnię komunistyczną i zbrodnię przeciwko ludzkości w zakresie sprowadzenia niebezpieczeństwa powszechnego o wielkich rozmiarach dla życia, zdrowia, mienia na terenie całego kraju.

W czasie procesu, gdy usiłował ustalić zakres kontaktów między bezpośrednio kierującymi atakami na robotników a gen. Wojciechem Jaruzelskim, ówczesnym ministrem obrony, sąd uznał jego pytania za niedopuszczalne i tak jak w procesach politycznych w latach 80. pozbawił go prawa do zadawania pytań. Wyrok, który wiosną br. zapadł w tym procesie, mec. Andrzejewski uznał za kolejny dowód na to, że III RP nie potrafi, a nawet nie chce, uporać się z rozliczeniem zbrodni komunistycznych.

Wieloletni przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, obecnie poseł PiS Janusz Śniadek, jest pełen uznania dla aktywności mec. Andrzejewskiego w czasie tego procesu.

– Jeszcze gdy stałem na czele związku, dostawałem od niego wyczerpujące informacje na temat jego przebiegu – wskazuje. – Traktował swoją rolę w tym procesie niezwykle solidnie. Od zawsze był i jest bardzo związany z ideą „Solidarności” i to jego zaangażowanie nie wynika z ambicji politycznych, ale z potrzeby serca. Jego postawa i przekonania są głęboko autentyczne.

Przez lata mec. Andrzejewski blisko współpracował z Wojciechem Ziembińskim, wybitnym działaczem niepodległościowym antykomunistycznej opozycji, razem z nim podejmował szereg inicjatyw politycznych. Jedną z nich była konferencja pt. „O likwidację skutków zmowy Hitler – Stalin” zorganizowana w gmachu Senatu 15 września 1999 r. z udziałem dwóch dysydentów rosyjskich – Władimira Bukowskiego i Wiktora Suworowa.

– To była udana akcja storpedowania niefortunnego pomysłu, aby Sejm RP w sprawie Katynia pojednał się z Rosją za pośrednictwem stowarzyszenia Memoriał – uważa prof. Wysocki, który w czasie konferencji wygłosił jeden z referatów. – My uważaliśmy, że partnerem dla naszego Sejmu w tej sprawie jest rosyjska Duma, a z Memoriałem spotykać i wymieniać jakieś moralne gwarancje może ewentualnie Rodzina Katyńska – dodaje.

W wyniku tej konferencji doszło do powołania komitetu założycielskiego Międzynarodowego Trybunału Społecznego do Osądzenia Komunizmu. W ścisłej współpracy z Komitetem Norymberga II, na którego czele stoi mec. Andrzejewski, obydwie te struktury dążą do uznania zbrodni komunistycznych za zbrodnie przeciwko ludzkości i rozwiązania na szczeblu międzypaństwowym kwestii odszkodowań dla ich ofiar od Federacji Rosyjskiej jako prawnego sukcesora ZSRS.

Zerwać z prawną kontynuacją PRL

Działając wspólnie z Wojciechem Ziembińskim, Piotr Andrzejewski podjął wiele starań na rzecz przywrócenia ciągłości prawnej między II a III Rzecząpospolitą. Wynika to z jego przekonania, że za punkt wyjścia III RP przyjęto błędnie pełną legalność i obowiązywanie prawa PRL. Miał duży udział w organizacji w marcu 1998 r. senackiej konferencji dotyczącej tego zagadnienia, a następnie zainicjował prace nad podjęciem przez Senat RP uchwały w sprawie przywrócenia ciągłości prawnej II i III Rzeczypospolitej Polskiej. Uchwałę tę Senat przyjął 16 kwietnia 1998 roku.

– W tej inicjatywie senatorowi Andrzejewskiemu, działającemu wraz z grupą innych prawników, nie chodziło o dosłowne przeniesienie przedwojennych przepisów, bo przecież zmieniło się w Polsce bardzo wiele, gdy chodzi o uwarunkowania, w jakich żyjemy, ale o rozwiązania, które czyniły władzę jasną, czego nie gwarantuje niestety obecnie obowiązująca Konstytucja – wskazuje prof. Wiesław Wysocki.

Wcześniej jako senator z listy „Solidarności” Piotr Andrzejewski był założycielem i uczestnikiem Społecznej Komisji Konstytucyjnej „Solidarności” i ugrupowań centroprawicowych. W efekcie powstał obywatelski projekt Konstytucji, pod którym podpisało się ok. 2 mln Polaków, co było podstawą późniejszego sukcesu wyborczego AWS. Projekt ten również nawiązywał do polskiego prawodawstwa międzywojennego.

O Polskę suwerenną

Piotr Andrzejewski należy do grupy eurorealistów, którzy ostrzegają przed negatywnymi skutkami warunków, na jakich Polska weszła do Unii Europejskiej. Nie wyzwoliwszy się jeszcze ostatecznie z okowów komunizmu, możemy popaść w kolejne uzależnienie – tym razem od organów unijnych. Niebezpieczeństwo takie stwarzają zwłaszcza zapisy traktatu z Lizbony. W związku z tym Piotr Andrzejewski znalazł się w grupie senatorów PiS, która głosowała przeciwko ratyfikacji przez Polskę tego traktatu.

– Była wówczas szansa na zablokowanie w Senacie ratyfikacji traktatu z Lizbony, ale niestety klub senatorów PiS się podzielił, część wstrzymała się od głosu, część zagłosowała za ratyfikacją, a większość przeciwko – wspomina prof. Ryszard Bender, ówczesny senator z klubu PiS. – Jestem pełen uznania dla postawy senatora Andrzejewskiego i jego kompetencji prawniczej.

Piotr Andrzejewski nie poprzestał na samym głosowaniu, lecz zebrawszy 30 senatorskich podpisów, złożył wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie traktatu lizbońskiego za niezgodny z Konstytucją RP. W inicjatywie tej chodziło głównie o to, by wewnętrznym prawem wyznaczyć granicę, dzięki której strona polska będzie miała możliwość – zgodnie z polskim porządkiem konstytucyjnym – zaakceptowania lub odrzucenia prawa kształtowanego w UE. Trybunał nie przychylił się do tego wniosku, uznając, że traktat lizboński jest zgodny z Konstytucją.

Chwała bohaterom

Zerwanie z totalitarnym reżimem komunistycznym w Polsce oznacza dla mecenasa Piotra Andrzejewskiego również przywrócenie Polakom pamięci o ich autentycznych bohaterach narodowych. To dlatego zdecydował się w 2007 r. przewodniczyć Komitetowi Organizacyjnemu Roku Generała Władysława Andersa. W ramach tych obchodów dokonano odsłonięcia popiersia generała w Krakowie, odbył się ogólnopolski konkurs wiedzy patriotycznej, uroczystości rocznicowe w Polsce, we Włoszech i Wielkiej Brytanii. W londyńskim Imperial War Museum zrealizowano projekt edukacyjny na temat armii Andersa.

Od zarania III RP mec. Andrzejewski zabiegał także o należne miejsce w polskiej historii i zmazanie hańbiących wyroków sądowych dla żołnierzy podziemia niepodległościowego.

Był pełnomocnikiem rodziny w procesie rehabilitacyjnym rotmistrza Witolda Pileckiego – jednej z pierwszych tego rodzaju spraw po 1989 roku. Dopiero na drugim posiedzeniu Wojskowy Sąd Najwyższy uwolnił rotmistrza i pozostałe skazane z nim osoby od stawianych im podczas procesu sfingowanych zarzutów, podkreślając niesprawiedliwy charakter wydanych wyroków, które zapadły z naruszeniem prawa.

– Pan Piotr Andrzejewski zrobił dużo dobrego dla naszej rodziny, a to były jeszcze trudne czasy – wspomina Zofia Pilecka-Optułowicz, córka rotmistrza. – Za pierwszym razem odmówili rehabilitacji. To była ważna sprawa, bo na ten proces czekała masa ludzi – podkreśla.

Pani Zofia pamięta, że o terminie procesu dowiedziała się od swoich krewnych z Koszalina, bo podobno sąd nie miał adresu do żony i dzieci Witolda Pileckiego, w co zupełnie nie wierzy.

– Na procesie pan Piotr Andrzejewski mówił z takim żarem, wyraźnie, dobitnie. Widać było, jak czyste są jego intencje. A do tego jeszcze ta prezencja… – wspomina córka rotmistrza Pileckiego.

Dopiero ustawa z 23 lutego 1991 r. o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego otworzyła drogę prawną do szerokiej rehabilitacji prawnej żołnierzy wyklętych.

Adam Kruczek

http://www.naszdziennik.pl/mysl/56475,z ... oscia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 88 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /