Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 12 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 12 gru 2012, 08:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Zło zawsze stoi po stronie zła. A jeżeli nie może jeszcze otwarcie tego uczynić to bagatelizuje je. Do czasu.

Gwiazdy pani prezydent

Są takie wydarzenia, które w opinii publicznej pełnią funkcję katalizatorów. To, jaką postawę wobec nich przyjmiemy, jest jednocześnie jasnym przekazem, po której stronie stajemy, jakie wartości wybieramy. Są również takie sprawy, wobec których stosunek lekceważący, ironiczny czy wręcz prześmiewczy - mówiąc wprost - jest sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem, obnaża miałkość, w skrajnych przypadkach złą wolę, a często również posuniętą do granic absurdu poprawność polityczną. Dzisiaj tożsama jest ona z otwartą walką z Kościołem i przybiera najpaskudniejsze formy.

Ta walka eskaluje i przeraża. Ale jak się okazuje, nie każdego. Hanna Gronkiewicz-Waltz ze stoickim spokojem przyjmuje to, co wydarzyło się w niedzielę na Jasnej Górze. Świętokradcza profanacja Cudownego Obrazu Matki Bożej nie jest najwidoczniej dla osoby, która deklarowała swego czasu głęboką pobożność, niczym strasznym.

Tok rozumowania prezydent Warszawy zasadza się na tendencyjnym komentarzu w stylu "takie rzeczy mają miejsce, bo zdarzają się nieodpowiedzialni ludzie".

Swoimi "wyważonymi" refleksjami Gronkiewicz-Waltz postanowiła podzielić się z Moniką Olejnik. "To jest pytanie do astrologów, czy to nie są jakieś gwiazdy czy planety, które mają wpływ na temperamenty naszego życia. Ja czasami tak myślę, bo przecież różne zdarzenia mają miejsce też w innych krajach". Cóż to za enigmatycznie ujęte "różne zdarzenia"?

Czy prezydent Warszawy ma na myśli wściekle antyklerykalne, lewackie bojówki profanujące kościoły katolickie? A może urzędnicze represje wobec pracowników niewstydzących się swojej wiary i noszących krzyżyki na szyi? Czy na galopujące w kierunku jawnie antychrześcijańskim prawodawstwo również wpływ mają gwiazdy?

Szkoda, że pani prezydent nie sprecyzowała, czyje dokładnie temperamenty są determinowane przez ruch planet. A może tych, którzy walczą z Kościołem i deklarują nienawiść wobec wartości chrześcijańskich? Takich bojowników o wyzwolenie spod jarzma kleru nie brakuje zwłaszcza w partii Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Pani prezydent idzie jednak dalej w swoich rozważaniach i winą za ataki na Kościół obarcza... Kościół. Według niej, "kler" zbyt mocno angażuje się w politykę. Ergo: sam jest sobie winien. I oczywiście tradycyjnie oskarżenie pada w kierunku ojca Tadeusza Rydzyka, który według Gronkiewicz-Waltz jest "żelaznym przykładem" takiego skrajnego angażowania się w politykę. Nihil novi. Znamy to od lat.

Najgorsze w tym wszystkim jednak nie jest to, że słyszymy po raz kolejny ze strony polityka partii rządzącej, że wszystkiemu winny jest Kościół. Nie pierwszy raz pada argument: kapłani są sami sobie winni, niech się nie wychylają, niech siedzą cicho, to nie dostaną po głowie. Obecne elity cierpią na kompletną znieczulicę duchową. Nawet krótka rozmowa w komercyjnej stacji może pokazać, jak dalece Platformę uwiera Kościół. I nie wiadomo, dokąd zaprowadzi ich ta batalia o świecką nowoczesność, w której nawet kazania są kontrolowane pod kątem mowy nienawiści.

Paulina Gajkowska

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ydent.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 17 gru 2012, 11:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Obrazek
Czy człowiek mógłby skrzywdzić tę małą ludzką i bezbronną istotkę?
Cywilizację śmierci wraz z aborcją, szerzą wśród ludzi niestety, ale postępowe, czy nawet postempowe ... potwory.
Tylko środowiska ludzkie blisko związane z sztanem są w stanie zabijać i akceptować zabójstwo nienarodzonego człowieka.
Tylko świat demonów zajmuje się mordowaniem i szerzeniem ideologii mordu nienarodzonych. To nie są ludzie, to są demony.
Zabiją i zniszczą wszystko co stoi na ich psychopatycznej drodze destrukcji. Szerzą zło i karmią się nim.
Krew mają nie tylko na rękach, ale i na języku i .... na zębach.
Ich naturę oddał poprzez wygląd Memling w swoim "Sądzie ostatecznym". Tak wyglądają dzisiejsze celebryty, autorytety moralne i przewodnicy ideologiczni, polityczni, czy medialni.

Obrazek
Fragment obrazu Memlinga ilustrujący lewacką stronę rzeczywistości. Te ciemne postacie to dzisiejsze autorytety moralne i czołówka lewackiej elyty.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 19 gru 2012, 08:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Karły moralne, czy inaczej, parafrazując ich własne wymysły, zaplute karły bolszewizmu, to postacie z naszej najtragiczniejszej historii. To już nie ludzie, tylko wyzute z ludzkich odruchów potwory, gotowe na każdą podłość, byle utrzymać się przy korycie i żyć na koszt zniewolonych Polaków. Bez uczuć, bez empatii, bez godności, honoru, a nawet bez elementarnej przyzwoitości, dzień po dniu karmiły nas i nadal karmią bólem i krzywdą w imię swoich zachłanności, swojej służalczości i swoich patologii.
Teraz jest trochę inaczej. Zmieniły się im priorytety dla zmylenia mas ludzkich, ale ich cele są wciąż te same. Chcą pasożytniczo żyć na narodowej zniewolonej tkance. Są niczym nowotwory przyssane do karmiciela i powoli lecz skutecznie go mordujące.


KOLĘDA DZIECINNA

Mija 23. rocznica wypuszczenia na wolność ostatniego więźnia politycznego PRL. Tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia 1989 roku mój Ojciec Józef Szaniawski wyszedł z więzienia w mazurskim Barczewie.

Pamiętam dokładnie chwilę, gdy jako 9-letni chłopiec późnym zimowym wieczorem niecierpliwie stałem przy zaszronionym oknie, wyczekując samochodu rodziców. Przykładałem nos do szyby najmocniej, jak to było możliwe, aby wychylić się i dojrzeć zbliżające się światła.

Pamiętam bardzo dokładnie, gdy tej pierwszej nocy, po 5 latach, Tata po raz pierwszy głaskał mnie po głowie. Tak długo go nie było, że tamten dziewięciolatek nawet nie wiedział, co powiedzieć. Nie wiedział, gdzie był Ojciec, ani że ta rozłąka miała trwać nie 5, a 10 lat. W milczeniu leżałem na łóżku, a jego ciężka, ale łagodna dłoń przesuwała się po moich skroniach.

Pisał w 2010 roku na łamach „Naszego Dziennika” o swojej najsmutniejszej wigilii w celi w Barczewie, dawnym zamku krzyżackim, a później pruskim więzieniu. W 1986 roku spędzał ją sam w karcerze za „złe zachowanie”. Słyszał w oddali stłumione dzwony wzywające na Pasterkę. Aby otrzymać więzienny posiłek, klękał przed specjalnie skonstruowaną kratą w drzwiach (tzw. tygrysówka dla szczególnie niebezpiecznych więźniów). Chlebem dzielił się sam ze sobą.

Po drugiej stronie muru, daleko stamtąd, w ciepłym domu z Mamą byłem ja. Przeżywałem swoją Wigilię Bożego Narodzenia. Nieświadomie, niewinnie. Nie wiedziałem, gdzie jest Tata. Miał już mój list, który napisałem do niego. A właściwie tylko koślawo, dziecięco podpisałem: „Filip”. I przy tym moim, być może pierwszym w życiu podpisie, jakiś klawisz wstawił pieczątkę: „Cenzurowano”.

Jak musi boleć serce ojca, gdy już nie może być ze swym dzieckiem „sam na sam”, nawet na papierze. Tata pokazał mi ten ostemplowany list, dopiero gdy miałem dwadzieścia lat. Późno. Nigdy nie zapomnę tego ani władzy PRL, ani temu złemu państwu. Zabrali mi Tatę na 5 lat, a chcieli na 10. I nie była to wina mojego Ojca. Sąd, który go uniewinnił w 1990 roku, nie dopatrzył się w jego współpracy z radiem Wolna Europa działalności innej niż dziennikarska.

Czy tak samo łagodna jak dłoń mojego Ojca była ręka Janusza Palikota, gdy gładził dłonie gen. Wojciecha Jaruzelskiego w szpitalu 13 grudnia 2012 roku? Czy gdy Janusz Palikot ściskał słabe ręce starca odpowiedzialnego za te wszystkie dramaty, myślał o małych dzieciach takich jak ja? Ile tysięcy ich było czekających na swoich ojców przez całe dekady PRL? Ile ich było w grudniu 1970 roku? Ile ich było w grudniu 1981 roku?

A tych dat, nie zawsze tak wyrazistych, bo czasem ojcowie byli zabierani skrycie, nie da się zliczyć. Generał Wojciech Jaruzelski tego PRL-u nie zakończył, on go utrwalał – z każdym kolejnym aresztowaniem. I nie jest w najmniejszym stopniu jego zasługą polska ucieczka do wolności. Czy Janusz Palikot mówiąc: „Stop nienawiści, trzeba wesprzeć chorego generała”, myślał o tysiącach dziecięcych listów, takich najczulszych i najdelikatniejszych, najbardziej niewinnych, obrzydliwie kontrolowanych przez funkcjonariuszy PRL?

Przed nami czas wybaczania, jedna z najpiękniejszych tradycji związanych z Bożym Narodzeniem. Niech zatem w następnych latach ci, którzy będą wybaczać temu strasznemu oprawcy, przez którego płakały dzieci w Polsce, przyjmą czas grudniowych dat za rekolekcje poprzedzające akt przebaczenia.

Filip Frąckowiak

http://www.naszdziennik.pl/mysl-felieto ... cinna.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 21 gru 2012, 13:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Wszędobylskie lewactwo otumaniające i deprawujące świat, to ludzie, ideologowie, czy po prostu potwory?
Ja nie mam wątpliwości
.

Zabić, gdy nie chcą umrzeć!

Aleksandra Michalak, członek Fundacji PRO - Prawo do Życia

Lifesitenews donosi, że w jednym z duńskich szpitali w 2010 roku 144 na 877 abortowanych w drugim trymestrze ciąży dzieci urodziło się żywych, a liczba wcześniaków przeżywających własną aborcję z roku na rok wzrasta. Tak jakby same dzieci dopominały się o swoje prawo do życia. Niestety nie spotykają się choćby z odrobiną człowieczeństwa czy litości ze strony dorosłych. W Danii pozostawia się je na śmierć.

Z podobnymi morderczymi procedurami mamy do czynienia też w innych krajach, np. w Kanadzie bądź Norwegii. Od miesięcy próbujemy się dowiedzieć, jak to jest z zabijaniem dzieci w Polsce. Już po raz trzeci złożyliśmy wniosek, w którym domagamy się od prof. Wielgosia, kierującego Kliniką Ginekologiczną Szpitala Klinicznego im. Dzieciątka Jezus, udzielenia nam szczegółowych informacji odnośnie do technik i procedur zabijania, a także szczegółów dotyczących ratowania dzieci żywo urodzonych. Skoro statystyki innych krajów pokazują, że 1 na 6 dzieci rodzi się żywych, a aborcji chorych dzieci dokonuje się najczęściej w zaawansowanej ciąży, to gdzie są te dzieci, które przeżyły? Co się z nimi stało?

W Danii ludzie od aborcji proponują przedaborcyjny zastrzyk z potasu do serca dziecka, aby zwiększyć prawdopodobieństwo martwego urodzenia. W Niemczech rodzice Tima z zespołem Downa pozwali szpital do sądu za "straty moralne", gdyż nie poinformowano ich o możliwości urodzenia żywego dziecka w wyniku aborcji. W USA prezydent Obama zgodził się na aborcję okołoporodową, a więc wyciąganie dziecka nóżkami, by następnie wbić w szyję igłę i wyssać mózg. Przecież o zabiciu dziecka mówi się wtedy, gdy jego głowa wyjdzie z kanału rodnego matki.

Tak z dziećmi, które nie chcą umrzeć, "radzą sobie" inni. Jak radzi sobie prof. Wielgoś?

IK

http://www.naszdziennik.pl/swiat/18628, ... mrzec.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 30 gru 2012, 10:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Co nam się wyłania z obrazu współczesnego człowieka władzy? Czy nie aby pytanie tytułowe wątku?

Ktoś musi umrzeć, żeby żyć mógł ktoś

Iza Brodacka

Kilka lat temu przez media przetoczyła się dyskusja na temat transplantologii. Ujawnienie kilku afer związanych z przeszczepianiem narządów, sprawa doktora G, oraz programy poświecone osobom, które niespodziewanie obudziły się ze śpiączki spowodowały wówczas radykalne zmniejszenie liczby dawców. W sukurs medykom ruszyli celebryci.

„Gdyby nie postępy w transplantologii znacznie krócej tworzyliby swoje dzieła reżyser Robert Altman i kompozytor Tadeusz Nalepa” napisał Piotr Gabryel w „Rzeczpospolitej”. Jednemu z artystów przeszczepiono serce, drugiemu nerkę. O poprzednich właścicielach serca i nerki nie dowiedzieliśmy się niczego. To anonimowi dawcy części zamiennych, których opłaca się kokietować póki żyją, aby umieścili w portfelu stosowną deklarację, ale nie ma najmniejszego powodu żeby się nimi zajmować po ich użytecznej śmierci.

Pod akcją „ Tak dla przeszczepów” podpisało się wówczas, oprócz Piotra Gabryela bardzo wiele znanych osób, w tym Rafał Ziemkiewicz i Bronisław Wildstein, których szczerze mówiąc nie podejrzewałam o udział w podobnych przedsięwzięciach, zarezerwowanych zwykle dla egzaltowanych panienek, pierwszych dam i aktorek namawiających (jak Krystyna Janda) młodych ludzi do „dzielenia się narządami”.

Do edukowania społeczeństwa w kierunku szczodrobliwego stosunku do narządów zmarłych krewnych włączyły się popularne seriale. W serialu „Na Wspólnej” jedna z bohaterek flirtuje z młodym człowiekiem, któremu przeszczepiono serce jej zmarłego męża. Nie jestem w stanie śledzić serialu, a w szczególności tego idiotycznego i niesmacznego wątku, ale pedagogiczne intencje autorki scenariusza są wyraźne.

Światowe osobistości dając przykład Kowalskiemu jak powinien zachowywać się elegancki i światły człowiek ryzykują niewiele, bo albo są zbyt wiekowe, albo zbyt znane, aby bezkarnie rozebrać je na części zamienne. Anonimowy Kowalski nie może być jednak zupełnie pewien, że coś takiego go nie spotka.

Znam przypadek dziewczynki, która po upadku z konia zapadła w śpiączkę i życie zawdzięcza tylko determinacji ojca. Nie słuchając lekarzy usiłujących uzyskać zgodę na pobranie od córki narządów, umieścił ją w prywatnej klinice, gdzie została skutecznie obudzona.

Kiedyś życie mógł nam odebrać żołnierz, kat albo przestępca. Nigdy lekarz. Od czasów Hipokratesa, etyka lekarska uległa jednak nieodwracalnej erozji, a nad medycyną unosi się duch doktora Mengele.

Zabójstwa dokonywane w białych (a raczej w gumowych) rękawiczkach ułatwia ustawa o, tak zwanym eufemistycznie, „testamencie życia”. Jej projekt nie był konsultowany ze środowiskiem lekarskim -przede wszystkim z onkologami, anestezjologami i specjalistami od medycyny paliatywnej. Wiedzą oni najlepiej, że ludzie nieuleczalnie chorzy, nawet w stadiach terminalnych, walczą najczęściej ( wbrew oczywistości) o każdy dzień życia, domagając się kosztownych terapii, mierząc ciśnienie, stosując rygorystyczne diety. Nieliczne przypadki tych, którzy naprawdę chcieliby umrzeć, mają jednak otworzyć furtkę prawną do zaniechania leczenia ludzi młodych, nadających się na części zamienne, którzy podpisali kiedyś bezmyślnie „testament śmierci” niesłusznie zwany „ testamentem życia”. ( kłania się tu Wielki Językoznawca) Taki dokument podpisuje osoba zdrowa, antycypując swoją ocenę, niewyobrażalnej dla niej sytuacji.

Wiemy jednak, że ocena własnej sytuacji zmienia się choćby z wiekiem. Wiele nastolatek twierdzi na przykład, że życie po trzydziestce nie ma żadnego sensu - a potem na szczęście większość zmienia zdanie. Wspomniana wyżej niefortunna amazonka, u której stwierdzono śmierć pnia mózgu, nie miałaby jednak możliwości zmiany zdania i gdyby nie ojciec, zostałaby w majestacie prawa zamordowana. W dyskusji w TVN ( niestety nie pamiętam daty) brała udział matka podobnie uratowanego z rąk lekarzy chłopca.

Ewentualnym obrońcom dobrego imienia lekarzy przypomnę, że znalazły się w tym szlachetnym gronie indywidua, zadające pacjentowi okrutną śmierć przez uduszenie, dla 300 złotych od zakładu pogrzebowego. ( Proces „łowców skór”).

Przewodniczący zespołu do spraw bioetyki, Jarosław Gowin kazał nam wierzyć na słowo, że „testament życia” nie ma nic wspólnego z eutanazją. Wspierał go Piotr Winczorek twierdząc, że zaniechanie leczenia nie jest eutanazją ani pomocą w samobójstwie: „ponieważ śmierć zadają nie ludzie, a nieubłagane siły przyrody”.

Trudno uwierzyć, że jeden z panów jest filozofem a drugi znanym prawnikiem. Jeżeli ofiara wypadku ma krwotok tętniczy, a obecny przy tym pan Winczorek zaniecha zawiązania opaski zaciskowej, to za śmierć ofiary przez wykrwawienie odpowiada przed sądem pan Winczorek, a nie nieubłagana przyroda ani Pascal, który sformułował odpowiednie prawo fizyki.

Twarde fakty to: starzenie się społeczeństw, połączone z zapaścią systemów emerytalnych i ochrony zdrowia oraz światowy kryzys finansowy. W takich okolicznościach zawsze rośnie liczba litościwych, którzy są gotowi dopomóc ludziom starym czy chorym- oczywiście dla ich własnego dobra-w przeniesieniu się do lepszego świata. Faktem jest również żywiołowy rozwój światowego rynku handlu narządami. Powinno to skłaniać szlachetnych propagatorów „dobrej śmierci” oraz „życia po życiu -ale w kawałkach”, do zastanowienia się czy dobrze wiedzą, w czym uczestniczą.

Bo jak to mówią, głupota nieodróżnialna jest w skutkach od faszyzmu.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 04 sty 2013, 17:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Odwróćmy na chwilę znaczenie tych dwu słów: "człowiek, czy potwór"
Człowiek może świętować swoje religijne święta, pod warunkiem, że nie są to święta katolickie.
A święta katolickie, czy szerzej chrześcijańskie świętują .... tylko potwory.

A miało być, że to potwory utrudniają życie ludziom. Więc wróćmy do istoty i zastanówmy się kto w tym artykule jest człowiekiem, a kto potworem?


„ Świecznik” czy „Menora”?

Scena, jaką opiszę to wprost wymarzony temat na film Stanisława Barei. Ach gdyby śp. Pan Stanisław żył.

Miejsce akcji - gmach sejmu Rzeczpospolitej Polskiej

Czas akcji – 8 grudnia 2012 roku, siódmy dzień żydowskiego święta Chanuka

W rolach głównych: rabin Shalom Stambler, ambasador Izraela w Polsce, David Peleg, były ambasador Izraela w Polsce prof. Szewach Weiss.

Płatni statyści: Wanda Nowicka (Ruch Palikota), Jerzy Wenderlich (SLD), Robert Biedroń (Ruch Palikota) w białej jarmułce na głowie. Następuje uroczyste zapalenie siódmej świecy na dziewięcioramiennym świeczniku zwanym chanukija.

Cała wymieniona przez mnie trójka statystów i jednocześnie fałszywców, obłudników oraz dwulicowców to jak wiemy niezmordowani wojownicy o „świeckość państwa”.

Oto kilka cytatów.

Wanda Nowicka:

„Wiarą nie należy epatować. To sfera sacrum, w życiu publicznym powinna być ograniczona do minimum. Szczególnie tej zasadzie wierne powinny być osoby publiczne, które często wykorzystują fakt przynależności do kościoła jak polityczną trampolinę.”

„Krzyż jest zakłóceniem bezstronności”


Robert Biedroń:

„Myślę, że prezydent powinien stronić od obnoszenia się z religią w miejscach publicznych”

„To idealny moment, zaczynamy nową debatę o Polsce, zaczynamy od nowa układać nasz dom. Jak go mamy porządkować, kiedy w tym domu w nocy powieszono jakiś symbol religijny jakieś wiary, który dzieli społeczeństwo (…) stajemy się zakładnikami krzyża
"

Jerzy Wenderlich:

„Nie chcemy walczyć z kościołem, ale uważamy, że symbole religijne swoje miejsce powinny mieć w kościele(…)Kościół w Polsce "nachalnie" zagospodarowuje przestrzeń publiczną i przekracza swoje kompetencje”

"...chyba najlepszą przestrzenią do symboliki religijnej jest jednak przestrzeń kościelna. Tam jest miejsce dla krzyży, dla wszystkich innych symboli, tam się można skupić, tam wszystko to można poddać refleksji, tam wszystko to nie jest wymuszone, tam to wszystko jest naturalne. Więc przywróćmy ten stan do poziomu stania na nogach, a nie na głowie i do wiecznych awantur.
"

To jeszcze nie koniec.

Ta sama Wanda Nowicka czcząca w budynku polskiego parlamentu żydowskie religijne święto już kilka dni później, bo 19 grudnia, tuż przed Bożym Narodzeniem ogłasza ustanowienie „Kryształowego Świecznika”, jako nagrody za budowę „świeckiego państwa” w Polsce.

W kapitule nagrody ten sam Robert Biedroń, a ponadto, Magdalena Środa, Jan Hartman oraz upadły były kapłan Stanisław Obirek, który zasłynął uwiedzeniem żony izraelskiego dyplomaty.

Obecność w tym „obiektywnym” gronie profesora UJ Jana Hartmana, wiceprzewodniczącego żydowskiej loży B’nai B’rith w Polsce ukazuje nam, na czym polegać ma ta „święckość państwa”.

W kraju zamieszkiwanym w przeszło 90 procentach przez katolików pewna grupka mianowana przez establishment III RP, jako „elity” próbuje w bezczelny i prowokacyjny sposób wyrugować z przestrzeni publicznej chrześcijaństwo, które stanowiło od wieków spoiwo polskiego państwa i kształtowało jego tysiącletnią historię, decydowało o jego sile oraz woli przetrwania w trudnych dla narodu chwilach.

Lewacki fetysz o nazwie „święckość państwa” to ewidentnie tylko pretekst dla tej sfory zdemaskowanych naszych wrogów, których działania mają na celu zniszczenie Polski.

Oni doskonale wiedzą, że:

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem - Polska jest Polską, a Polak Polakiem

Do nagrody „Kryształowego Świecznika” nominowano między innymi Lesława Maciejewskiego - za walkę o usunięcie krzyża z sali obrad Rady Miasta Świnoujście. Janusza Ostoję-Zagórskiego za zdjęcie krzyża w Sali Senatu Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy oraz tandeciarę- kabotynkę, Marię Peszek - za płytę "Jezus Maria Peszek”, na której autorka wyraziła, jakże miłe sercom „elit” przesłanie mówiące o tym, że „krzyż jej wisi” i „nie oddałaby za Polskę ani jednej kropli krwi”.

Nie oszukujmy się.

Oficjalnie ustanowiono w Polsce nagrodę za walkę z Krzyżem i Kościołem, a jej nazwa zamiast „Kryształowy Świecznik” powinna brzmieć raczej „Kryształowa Menora”.

Jak widać nadal obowiązuje w Polsce powiedzenie imć Jana Onufrego Zagłoby herbu „Wczele”:

Już tak widać jest, że kto się o Radziwiłła otrze, ten sobie wytarty kubrak zaraz ozłoci. Łatwiej tu, widzą, o promocję niż u nas o kwartę gniłek. Wsadzisz rękę w wodę z zamkniętymi oczami i już szczupaka dzierżysz

Artykuł opublikowany w ogólnopolskim Tygodniku Warszawska Gazeta

http://kokos.salon24.pl/476693,swiecznik-czy-menora


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 08 sty 2013, 07:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Proces o spóźnioną aborcję

Para z Anglii domaga się 300 tys. funtów odszkodowania z powodu niewykrycia choroby dziecka podczas badań prenatalnych. Dziewczynka urodziła się ze schorzeniem, które według rodziców kwalifikowało ją do aborcji.

Roszczenia finansowe związane z tzw. złym urodzeniem zdarzają się coraz częściej. Tego typu powództwa są konsekwencją zalegalizowanego zabijania poczętych dzieci. Równowartość 1,5 mln zł ma pomóc małżeństwu z południowej Anglii w zapewnieniu opieki nad niedawno urodzoną córką dotkniętą poważną niepełnosprawnością. Dziewczynka urodziła się bez kilku kości, być może ma też inne anomalie. Musi znajdować się pod nadzorem dwóch specjalistów. To oznacza wyższe niż przeciętne koszty opieki i wychowania. Pieniądze miałby wypłacić szpital, który według rodziców tym wydatkom „nie zapobiegł” – jak wynika z pozwu skierowanego do sądu. Rodzice najwyraźniej podchodzą do kwestii zdrowia dziecka utylitarnie, skoro staje się ono tytułem do odszkodowania.

Błąd diagnostyczny

Ponad 40-letni rodzice mają jeszcze dwoje starszych dzieci. Kobieta późno zorientowała się, że jest w ciąży. Nieświadomie poddała się zabiegowi operacyjnemu. Gdy już para dowiedziała się o mającym przyjść na świat dziecku, przywiązywała dużą wagę do badań prenatalnych. Matka była pod opieką szpitala im. Johna Radcliffe’a w Oksfordzie. To duża placówka prywatna, ale udzielająca świadczeń medycznych w ramach państwowej opieki medycznej (ang. National Health Service, NHS). Szpital jest klinicznym ośrodkiem kształcenia lekarzy słynnego oksfordzkiego uniwersytetu i cieszy się dobrą opinią.

W Wielkiej Brytanii w ramach NHS wykonuje się badania ultrasonograficzne na różnych etapach ciąży. Jedno w 11.-14. tygodniu i drugie w 18.-23. tygodniu (w Polsce kobiety są badane zazwyczaj cztery razy). Żadne badanie nie wykryło jednak anomalii u dziecka, które urodziło się pod koniec ubiegłego roku. Dopiero wtedy okazało się, że dziewczynka jest poważnie chora.

Kara za życie

Rodzice twierdzą, że gdyby dowiedzieli się o nieodwracalnych wadach wrodzonych dziecka, zabiliby je przed urodzeniem. Aborcja jest w tym kraju od 1967 r. niekaralna (poza Irlandią Północną). W przypadku tzw. przyczyn medycznych nie ma żadnych ograniczeń wiekowych. Z powodu prawdopodobieństwa choroby na Wyspach ginie rocznie ok. 2 tys. 300 dzieci, najczęściej z powodu zespołu Downa. Łączna liczba aborcji przekracza tu rocznie 190 tysięcy.

W Anglii kwestię „odszkodowania” w procesie o tzw. złe urodzenie rozstrzygnie sąd. Opinia publiczna jest podzielona. Najbardziej hałaśliwe są środowiska feministyczne, proaborcyjne. Powołują się na gwarantowane przez ustawę prawo wyboru: urodzenia lub terminacji ciąży, czyli zabicia dziecka. Skoro szpital wprowadził kobietę w błąd co do „fundamentalnej dla życia rodziny kwestii”, musi ponieść konsekwencje – argumentują aborcjoniści. O życiu dziecka oczywiście nie wspominają.

Postawę domagania się odszkodowania za narodzenie się dziecka jednak wielu Brytyjczyków potępia. Głosy sprzeciwu padają nie tylko ze strony organizacji obrońców życia, ale także stowarzyszeń zrzeszających niepełnosprawnych i walczących o ich prawa. Także w komentarzach do internetowej wersji artykułu przeważają opinie co najmniej zdystansowane do postawy nieujawnionych z nazwiska rodziców z Oksfordu.

Sam szpital od chwili złożenia pozwu milczy. Wcześniej konsultant położnictwa przeprosił rodziców dziewczynki za popełniony błąd diagnostyczny. Stwierdził, że „tego typu defekty zazwyczaj są wykrywane” i cały zespół jest sytuacją „bardzo rozczarowany”.

Prawnicy w państwach dopuszczających legalne zabijanie poczętych dzieci posiadają już spore dossier spraw tego rodzaju. Określa się je mianem „wrongful birth” (złe narodzenie) – gdy rodzi się dziecko, które mogło być legalnie zabite, ale z jakichś powodów tak się nie stało. Wyróżnia się też „wrongful life” (złe życie) – gdy toczy się spór o odmowę legalnej eutanazji lub ma miejsce roszczenie chorych, którzy nie widzą sensu swojego życia, o to, że nie dokonano na nich aborcji (czasem kierowane przeciwko rodzicom!). O „wrongful conception” (złe poczęcie) mówi się, gdy rodzice skarżą nieskuteczność antykoncepcji.

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/swiat/20271, ... orcje.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 18 lut 2013, 09:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Powtórny mord na „Ince”

Piotr Czartoryski-Sziler

Nieznani sprawcy oblali farbą pomnik bohaterskiej sanitariuszki Armii Krajowej Danuty Siedzikówny „Inki”, który stoi w parku Jordana w Krakowie.

– To jest uderzenie w wielkie wartości, bo „Inka”, młoda dziewczyna, niemająca nawet 18 lat, została zamordowana przez komunistycznych oprawców. Według mnie, nie jest to zwykłe chuligaństwo, bo zwykłe chuligaństwo dotyczyłoby innych pomników. „Inka” jest zaś dla młodzieży ikoną, jak należy postąpić w obliczu śmierci. To młoda dziewczyna, lecz wielka patriotka – mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Zofia Pilecka-Optułowicz, córka rotmistrza Witolda Pileckiego.

Pomnik „Inki” był zawsze bardzo ważny dla pani Zofii, która uczestniczyła w jego odsłonięciu. Jest dumna, że został usytuowany tak blisko pomnika jej ojca. – To przepiękny monument, który wśród innych stojących w parku Jordana jawił mi się jako symbol, wspaniałe „patriotyczne dziecko”. Pamiętam, jak „Inka” w ostatnich chwilach życia powiedziała: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Jestem wzburzona tym, co się stało. Kto śmiał podnieść rękę na jej pomnik? Według mnie, zamordowano ją po raz drugi – stwierdza Zofia Pilecka-Optułowicz.

Wandale oblali farbą zarówno popiersie „Inki”, jak i postument pomnika. – Kiedy rano przyjechałem do parku, zastałem przerażający widok: zamalowane różnokolorowymi farbami popiersie „Inki” oraz napis wygrawerowany na cokole – relacjonował w sobotę Kazimierz Cholewa, prezes Towarzystwa Parku im. dr. Henryka Jordana. Jak dodał, „sprofanować taką postać, to jest potworne i barbarzyńskie”.

Do dewastacji doszło najprawdopodobniej w nocy z piątku na sobotę. Policja dokonała już oględzin pomnika i poszukuje sprawców wandalizmu. Czyszczenie monumentu ma się rozpocząć jutro.

Przy pomniku stanęła wczoraj obywatelska warta honorowa, ludzie przynosili znicze i kwiaty.

Pomnik Danuty Siedzikówny „Inki” odsłonięto w parku Jordana w sierpniu zeszłego roku. Jest 19. ze znajdującej się tam serii „Wielkich postaci XX wieku”, którą zapoczątkowano pod koniec ubiegłego stulecia. W parku stoją także popiersia m.in. bł. Ojca Świętego Jana Pawła II, ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, Józefa Piłsudskiego, gen. Leopolda Okulickiego, gen. Władysława Andersa, gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” czy rotmistrza Witolda Pileckiego. Danuta Siedzikówna „Inka” była sanitariuszką 5. Wileńskiej Brygady AK. Wczesną wiosną 1946 roku nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą „Żelaznym”, dowódcą jednego ze szwadronów „Łupaszki”. Służyła w tym szwadronie jako łączniczka i sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciwko NKWD i UB. Aresztowana i torturowana przez UB w lipcu 1946 r., została oskarżona o udział w związku zbrojnym, mającym na celu obalenie siłą władzy ludowej oraz mordowanie milicjantów i żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku skazał ją na karę śmierci. 28 sierpnia 1946 r. niespełna 18-letnia Siedzikówna została zastrzelona strzałem w głowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/24340,pow ... -ince.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 12 mar 2013, 07:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
O ichtiologii ma prawo mówić tylko ryba

Izabela Brodacka 10 marca 2013

Wyobraźmy sobie hipotetycznie taką sytuację. Ktoś wybrał się z przyjacielem na zimowy spacer po lesie. Na przykład w okolicy Sopotu. Niespodziewanie pośliznął się i złamał nogę. Przyjaciel mówi mu:” wybacz, mam bilety na koncert musze się śpieszyć, ktoś cię na pewno znajdzie. A poza tym każdy z nas szedł na własną odpowiedzialność” i odchodzi. Wydaje się to absurdalne, ale wcale tak nie jest.

Zjeżdżałam kiedyś z koleżanką Wiką po ciemku z Kasprowego. Omal nie wywróciłam się na leżącym narciarzu. Miał otwarte złamanie nogi, które sam zabezpieczył. Trząsł się – z zimna lub z szoku. Powiedział, że był na nartach z kolegą i kolega miał zawiadomić GOPR. Kolega bardzo się spieszył, bo miał randkę w Zakopanym. Wika pojechała do Kuźnic po pomoc , a ja zostałam z narciarzem. Nie było jeszcze wtedy w Polsce telefonów komórkowych. Okryłam go własną kurtką . Choć jestem bywała w górach, trzęsłam się też jak barani ogon. Czas dłużył nam się strasznie.

Po przybyciu goprowców okazało się że kolega rannego nikogo nie zawiadomił. W Kuźnicach od nartostrady do goprówki trzeba parę kroków podejść. Kolega był zapewne spóźniony na randkę.

Nie zajmowałyśmy się już rannym. Był w fachowych rękach. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończyło.

Nie pamiętam daty ale to łatwo ustalić. Na Bałtyku panował sztorm. Jacht ze Śląska wzywał pomocy. Gdy załoga grzała się już w Górkach przyznali, że zgubili kapitana. Wypadł za burtę przed falochronem. Na pytanie dlaczego nie powiedzieli o tym kiedy była jeszcze szansa znalezienia go, z całą szczerością odparli, że było im strasznie zimno i wiedzieli, że gdyby zaczęły się poszukiwania, musieliby dłużej marznąć.

Leszek Cichy zabrał na Aconcaguę 19 osób. Grupa wyruszyła 18 stycznia bieżącego roku. Była to jedna z modnych ostatnio wypraw trekkingowych . Dla uczestników jest to okazja do pięknej wycieczki i otarcia się o alpinistyczne sławy. Dla alpinistycznych sław źródło pieniędzy. W drodze na szczyt jeden z uczestników, Jacek Krawczyński zaginął. Leszek Cichy zawiadomił policję górską. Następnego dnia zaginionego szukał helikopter. Pięć dni po jego zaginięciu koledzy, przy okazji nieudanego zresztą ataku na szczyt, niemrawo szukali jego śladów. Zwinęli obóz, wrócili do Mendozy . Zwiedzili jakby nigdy nic wodospady Iguazu, pojechali do Rio na karnawał.

Rodzina Krawczyńskiego dowiedziała się o jego zaginięciu po 7 dniach. Jak się okazało Krawczyński zabłądził w łatwym terenie. Jego zwłoki znalazła kobieta zbierająca w parku narodowym ziółka. Leszek Cichy, himalaista też dałby radę tam dojść, nawet bez tlenu.

Ale nie miał najmniejszego zamiaru. Przecież każdy idzie w góry na własną odpowiedzialność. Teraz prawnicy będą się zastanawiać czy Krawczyński był klientem Cichego. Od tego zależy wynik sprawy sądowej, którą, być może wytoczy mu rodzina zmarłego.

Nawet jeżeli dla Cichego ścieżka w krzakach, na której znalazła zwłoki Krawczyńskiego zwykła zielarka, była zbyt ekstremalna, żeby go szukać na własną rękę, powinien zawiadomić rodzinę. Może znalazłby go -jeszcze żywego -jakaś ciocia, albo żona.

Cichy zachował się dokładnie tak jak załoga jachtu ze Śląska. Zawiadomienie rodziny spowodowałoby kłopoty. Może nie udałby się wyjazd na karnawał w Rio. Po co to?

Nie widać go przez lornetką- to po nim, znaczy nie żyje. Tak raczył się wypowiedzieć w TV w sprawie Berbeki, który nie wrócił z Broad Peak.

Wiele lat temu miałam wziąć udział w eksploracyjnej wyprawie w Ałtaj którą organizował (czytaj – dostał na nią kasę) pewien alpinista o znanym nazwisku. Zapytałam kolegę, też alpinistę, do którego miałam zaufanie co o tym myśli. „ Ja nie pojechałbym z nim nawet do Świdra (podwarszawska miejscowość letniskowa) , ale ty rób co chcesz „ – powiedział z przekonaniem. Wycofałam się natychmiast.

Nie mówimy o warunkach ekstremalnych. O poruszaniu się na dużych wysokościach, przy skrajnym niedotlenieniu, na granicy życia i śmierci. Mówimy o zwykłej wyprawie, w czasie której ktoś może złamać nogę, zostać ugryziony przez węża, rozchorować się na ciężką anginę.

W świetle nowego paradygmatu uczestnicy wyprawy mieliby pełne prawo zostawić chorego z gorączką w namiocie i kontynuować wycieczkę. Przecież każdy żyje na własną odpowiedzialność.

Ta zaraza rozlewa się na całe życie społeczne. Lekarze zastanawiają się teraz czy dziecko, któremu odmówili pomocy zmarło zgodnie z procedurą. Moi znajomi alpiniści oburzają się gdy publicznie zabiera głos ktoś spoza ich ścisłej czołówki. Bo o ichtiologii ma prawo mówić tylko ryba.

Ale powstaje już prywatny obieg informacji. Chcemy wiedzieć z kim się wybieramy na morze czy w góry.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 05 gru 2014, 09:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Wybór J-23

Leszek Żebrowski

Minuta ciszy w polskim Sejmie dla Stanisława Mikulskiego to symbol obecnej III RP. Zawsze ideowo i politycznie zaangażowany, zawsze po „jedynie słusznej” stronie. Zaczął swą służbę dla systemu komunistycznego w 1945 roku. W połowie marca koło Łaska rozpoczęto formowanie specjalnej jednostki Milicji Obywatelskiej województwa łódzkiego. Szefem wyszkolenia był w niej por. MO Jan Mikulski, a jednym z jego podwładnych – jego syn Stanisław, późniejszy „kapitan Kloss”. Jednostka została wysłana do Warszawy na dalsze szkolenie i dozbrojenie. Osobiście zajął się nią Franciszek Jóźwiak, komendant główny MO.

Towarzysz Jana i Stanisława Mikulskich z tej jednostki zanotował: „Skierowani zostaliśmy w rejon Białegostoku i Augustowa na bandy leśne i reakcyjne podziemie. […] Działalność naszej grupy była bardzo niebezpieczna, po kilka dni i nocy robiliśmy obławy w lasach, wsiach i małych miasteczkach, gdzie ukrywały się różne zgrupowania band i reakcyjnego podziemia”. Były to po prostu pacyfikacje terenów najmniej podatnych na szybkie skomunizowanie.

Późniejsza działalność Stanisława Mikulskiego była zatem konsekwencją tamtego etapu, choć mógł przecież zachować choćby neutralność wobec wrogiego dla Polaków ustroju. W 1945 r. wywózki na Sybir, obławy, aresztowania, tajne i jawne egzekucje były na porządku dziennym. Każdy, kto był choć trochę wrażliwy moralnie i czuły na krzywdy innych, musiał zdawać sobie sprawę z tego, jak komuniści walczą „o ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej”.

Towarzysz Stanisław Mikulski wybrał współdziałanie ze zbrodniczym systemem. Był członkiem Związku Walki Młodych i Związku Młodzieży Polskiej, Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, wreszcie został funkcjonariuszem partii komunistycznej (jako sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej w Teatrze Polskim w Warszawie). Dosłużył się członkostwa w Komitecie Centralnym, co było zastrzeżone dla najbardziej zaufanych towarzyszy. Wyżej było już tylko Biuro Polityczne… Był także dygnitarzem w peerelowskiej dyplomacji, służąc oczywiście na placówce w Moskwie.

Zasłynął rolą „kapitana Klossa” – sowieckiego oficera tajnych służb, obłaskawiając w ten sposób miliony telewidzów i przyzwyczajając ich do akceptacji fałszywego wizerunku „naszych sojuszników”.

Ale gdyby wojnę wygrał Hitler, „wyzwalając” nas spod okupacji komunistycznej i ustanawiając w konsekwencji jakieś pronazistowskie państwo, to jak ocenialibyśmy rolę filmową aktora wcielającego się w postać dzielnego gestapowca lub esesmana, który wykonuje nie mniej odpowiedzialne zadania w szeregach NKWD, siejąc tam grozę i zniszczenie? I jak potraktowalibyśmy jego działalność w najwyższych organach władzy NSDAP? Czy III RP też uczciłaby takiego bohatera?

http://www.naszdziennik.pl/wp/116973,wybor-j-23.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 05 gru 2018, 19:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
O diabelskich źródłach komunizmu. Stalin był SATANISTĄ?

Były seminarzysta gruziński Józef Dżugaszwili vel Stalin podpisywał swoje pierwsze prace pseudonimami „Demonoszwili” i „Biesoszwili”. Pierwszy komisarz ludowy do spraw oświaty w rządzie bolszewickim Anatolij Łunaczarski marzył o wcieleniu Religii Gatunku Ludzkiego właśnie w osobie Szatana. Wybitny poeta rosyjski Welimir Chlebnikow uważał, że „Nowy Człowiek Teurgiczny”, czyli Kosmiczny Antropos, będzie sumą Bestii i Liczby.

Na temat ezoterycznych źródeł nazizmu ukazało się wiele interesujących książek, począwszy od pracy Leona Halbana z roku 1947, a skończywszy na wydanej w 1989 roku pozycji Nicholasa Goodrick-Clarke’a. Na faktach w nich przedstawionych oraz ich interpretacjach żerują twórcy kultury masowej, stąd pojawienie się na rynku tylu sensacyjnych książek i filmów o astrologach Hitlera czy SS-manach jako poszukiwaczach zaginionej Arki.



Niektórzy badacze (między innymi Norman Cohn, Alain Besançon, Michaił Agurski czy Aleksandr Dugin) coraz częściej ostatnio poruszają temat ezoterycznych źródeł komunizmu. Tezy, które próbują wyjaśnić fenomen marksizmu jako coś więcej niż tylko wcielanie w życie suchego materializmu i mechanicznego praktycyzmu, pojawiły się też w książkach dwóch włoskich profesorów: Polityka i magowie Giorgio Galli oraz Polityczna i ezoteryczna kultura rosyjskiej lewicy 1880-1917 Nicola Fumagalli. O niektórych aspektach okultystycznych korzeni komunizmu pisali też między innym watykański badacz ezoteryzmu, Massimo Introvigne oraz amerykańska uczona Berenice Glatzer-Rosenthal, która podczas konferencji „Le Delfi Magique” w Lyonie wygłosiła wykład Okultyzm we współczesnej Rosji i sowieckiej kulturze. Sporo materiałów na ten temat zebrali również członkowie grupy badawczej „Politica Hermetica” pod kierownictwem prof. Emila Pula. Fundamentalna praca na temat całości związków komunizmu z ezoteryzmem jeszcze nie została napisana, warto jednak już teraz wspomnieć o niektórych ich aspektach.

Karol „der Teufel” Marks

Skandal! Ukraińskich marynarzy bronić będą... ROSJANIE! Skandal! Ukraińskich marynarzy bronić będą... ROSJANIE!
Najwybitniejszy biograf Adolfa Hitlera, brytyjski historyk Alain Bullock wyraził wprost sugestię, że wódz Trzeciej Rzeszy był opętany. Podobną opinię sformułował jeszcze w 1922 roku twórca antropozofii Rudolf Steiner, który nazwał wówczas Hitlera wcieleniem Arymana.

Jeśli chodzi o Marksa, to nie ma pewności, czy był opętany. Wiadomo natomiast, że należał do sekty satanistów. Jego dzieciństwo i młodość nic takiego nie zapowiadały.

Wychowany był w protestanckiej rodzinie pochodzenia żydowskiego. Jego praca maturalna nosiła tytuł Zjednoczenie wiernych w Chrystusie i zawierała credo jej autora:

Pozostawajcie w jedności z Chrystusem, w najserdeczniejszej, żywej społeczności przeniknięci miłością Chrystusa. Miejcie serca otwarte dla braci, z którymi Jezus łączy nas głęboką miłością, za których sam się ofiarował.

Archiwum historii socjalizmu i rozwoju ruchu robotniczego w Niemczech przechowuje świadectwo gimnazjalne Marksa, w którym profesorowie przy przedmiocie „wychowanie religijne” napisali: „znajomość wiary Chrystusowej i zasad moralnych – jasna i budująca”.

Światopogląd Marksa zmienił się radykalnie w 1841 roku pod wpływem spotkania z czołowym ideologiem socjalizmu, Mosesem Hesse. Ten ostatni w liście z 2 września 1841 roku do Bertolda Auerbacha pisał: „Dr Marks, to jest imię mojego bożka. Jest on jeszcze całkiem młodym człowiekiem, najwyżej 24 lat. On zada ostateczny cios średniowiecznej religii i polityce”.
Podczas studiów uniwersyteckich Marks parał się poezją, której wymowa była satanistyczna [„Poezje satanistyczne” Karola Marksa publikowane były we „Frondzie” 1 – przypis redakcji]. W „Rozpaczliwej modlitwie” pisał:

Tak więc Bóg wydarł mi moje wszystko,
w nieszczęściach, ciosach losu.
Te wszystkie jego światy
rozwiały się bez nadziei powrotu.
I nie zostaje mi nic od tej pory, jak tylko zemsta.
Chcę sobie zbudować tron na wysokościach.
Jego szczyt będzie lodowaty i gigantyczny.
Jego wałem ochronnym będzie obłąkańczy strach,
jako szczyt najczarniejszej agonii.
A kto podniesie na ów tron swój zdrowy wzrok,
odwróci się od niego blady i milczący jak śmierć.
Wpadnie w pazury ślepej, dreszczem przejmującej
śmiertelności, aby jego szczęście znalazło grób.

Motyw zemsty na Bogu pojawia się nie tylko w twórczości literackiej młodego Marksa, ale także w jego prywatnej korespondencji. Tak pisał on w jednym z listów do swego ojca Heinricha:

Chcę się mścić na Tym, Jedynym, co w niebie króluje […] Spadła zasłona, zerwała wszystko, co dotychczas było święte, teraz muszą być ustanowieni nowi bogowie

Szczególne miejsce w twórczości literackiej Marksa zajmował jego poemat „Oulanem”. Tytułowy zwrot to anagram świętego słowa „Emanuel”. Emanuel – biblijne imię Jezusa – oznacza po hebrajsku „Bóg z nami”. Jego odwrócenie znaczy tyle, co „my bez Boga” (odłączeni od Niego naszą świadomą decyzją, zerwaniem). „Oulanem” jest kluczowym słowem czarnych mszy satanistycznych, w których cała liturgia i symbolika (na przykład odwrócony krzyż) jest odwróceniem, parodią i szyderstwem z liturgii i symboliki chrześcijańskiej.

Poemat Marksa wskazuje wyraźnie, że satanizm rytualny nie był mu obcy, wymowa zaś utworu jest jednoznaczna:

On uderza pałeczką i daje mi znak
a ja, z coraz większą pewnością
tańczę taniec śmierci.
I oto są także Oulanem! Oulanem!
To słowo rozbrzmiewa jak śmierć,
po czym przedłuża się aż do wygaśnięcia.
Zatrzymaj się! Ja go trzymam!
I oto wznosi się wtedy z mego umysłu,
Jasne, jak powietrze, spojone, jak moje kości.
Lecz ja mam siłę gnieść was moimi ramionami
i miażdżyć was (ludzkość),
z siłą huraganu, podczas gdy nam wspólnie
otwiera się przepaść rozwarta w ciemnościach.
Zatoniecie aż do głębin,
A ja pójdę z wami śmiejąc się.

Fatalne wyniki 'Jednej Rosji'. Stracą władzę? Fatalne wyniki 'Jednej Rosji'. Stracą władzę?
Inny z kolei utwór Marksa „Le Menestrel” zawiera poetycki opis zaprzedania duszy szatanowi:

Wyziewy piekielne pochodzą od mego mózgu
I napełniają go aż ja staję się szalony.
Aż moje serce staje się zupełnie zmienione.
Patrz na tę szpadę,
Książę ciemności sprzedał ją.

Jest rzeczą charakterystyczną, że dla wielu XIX-wiecznych postępowców szatan był wzorem do naśladowania i obiektem gloryfikacji. Rosyjski anarchista Bakunin, z którym Marks przez długi czas (do ostatniego zjazdu I Międzynarodówki) utrzymywał przyjacielskie kontakty, tak pisał o szatanie:

Diabeł jest pierwszym wolnomyślicielem i zbawicielem świata. On uwolnił Adama, wycisnął mu na czole zwycięstwo i wolność ludzkości przez uczynienie go nieposłusznym.

Karol Marks lubił być nazywany diabłem. Jego syn Edgar w liście do ojca z 31 marca 1854 roku zwraca się do niego: „Mój kochany diable”. Natomiast żona Marksa, Jenny w korespondencji z 1844 roku pisze do niego: „Twoim ostatnim listem pasterskim, najwyższy kapłanie i biskupie dusz, napełniłeś swoje biedne owce spokojem i pokojem”.

Nieprzypadkowo francuska pisarka Françoise Giroud zatytułowała swoją biografię: Jenny Marks, czyli żona diabła. Książka ta kończy się stwierdzeniem: „Złudzenie umarło, mit się rozpadł, socjalizm naukowy pozostanie najtragiczniejszą ułudą naszego stulecia. Jenny von Westphalen, istota pełna miłości i wiary, stała się jego pierwszą i dobrowolną ofiarą”.

Karol Marks był dla swojej żony prawdziwym tyranem, ona zaś pokornie znosiła wszelkie upokorzenia. Warto dodać, że dwie córki Marksa – Eleonora i Laura – popełniły samobójstwo, zaś troje dzieci zmarło z niedożywienia. Poza tym autor Kapitału był nałogowym alkoholikiem, tonącym w długach, które spłacał za niego bogaty finansista Fryderyk Engels. Ten ostatni łożył też na utrzymanie nieślubnego syna Karola Marksa z jego służącą Lenchen.

Wielka Ezoteryczna Rewolucja Październikowa

W przedrewolucyjnej Rosji dość dużą popularnością cieszył się neookultyzm reprezentowany przez Zakon Martynistów (od imienia twórcy sekretnej doktryny, Louis-Claude’a de Saint Martina; szerzej o martynistach pisze między innymi Mircea Eliade w eseju „Okultyzm a świat współczesny”). Do zakonu tego należeli: wybitny malarz rosyjski Nikołaj Roerich wraz z małżonką Heleną, akademik prof. Oldenburg, rzeźbiarz Siergiej Mierkułow (przyrodni brat Gurdżijewa), redaktor pisma „Russkoje bogatstwo” Paweł Makijewski oraz niejaki Aleksander Barczenko. Ten ostatni był znanym w Rosji hipnotyzerem, pisarzem-okultystą i założycielem „Jedynego Robotniczego Bractwa” – organizacji skupiającej wielu martynistów. Jej członkowie, podobnie jak teozofowie związani z Madame Blavatsky, utrzymywali, że na Wschodzie (najprawdopodobniej w Tybecie lub w Himalajach) istnieje podziemna kraina, praojczyzna Ariów, zamieszkiwana przez świętych, nieśmiertelnych ludzi (czy też raczej nadludzi), którzy z ukrycia uczestniczą w kierowaniu sprawami świata. O wierzeniach tych pisali Rene Guénon w Królu Świata oraz Ferdynand Ossendowski w książce „Przez kraj bogów, ludzi i zwierząt”.

Pojawienie się komunizmu i jego triumfy zostały odebrane przez wielu okultystów jako aktywne włączenie się do walki o duszę świata owych niewidzialnych nieśmiertelnych. Rewolucję bolszewicką postrzegali oni jako mistyczną akcję. W zakonie Barczenki popularna była koncepcja budowy socjalizmu rozumianej jako restauracja „wieku złotego” w dziejach ludzkości.

Wszystko to pozostałoby w akademickich ramach, gdyby nie znajomość jednego z okultystów Pawła Makijewskiego z rewolucjonistą Glebem Bokijem, który zawsze interesował się naukami tajemnymi. W 1909 roku Makijewski wprowadził Bokija do loży martynistów. Po latach Bokij stał się jednym z najbardziej wpływowych czekistów w państwie i kierował nawet Oddziałem Specjalnym GPU [GPU to późniejsza nazwa CzeKa, poprzedzająca NKWD – przypis autora].

W 1924 roku w mieszkaniu Aleksandra Barczenki zjawili się oficerowie GPU: Riks, Otte, Lejsmer-Szwarc i Bliumkin, którzy zaproponowali mu inkorporowanie swoich okultystycznych idei w struktury GPU. Barczenko zgodził się i od tego czasu „Jedyne Robotnicze Bractwo” stało się częścią sowieckiego kontrwywiadu, a pieczę nad nim sprawował Bokij. Zajmowało się ono wykorzystywaniem zjawisk paranormalnych do pracy wywiadowczej i kontrwywiadowczej. Barczenko (najpierw pracownik laboratorium biofizyki Politechniki Moskiewskiej, potem Moskiewskiego Instytutu Energetycznego, a w końcu laboratorium neuroenergii w Instytucie Medycyny Eksperymentalnej) uczył czekistów telepatii, hipnozy oraz technik okultystycznych. Chodziło o opanowanie niekonwencjonalnych technik porozumiewania się na odległość czy werbowania współpracowników.

W archiwach Gestapo, zdobytych przez Armię Czerwoną, a znajdujących się obecnie w Centrum Przechowywania Kolekcji Historyczno-Dokumentalnych w Moskwie, znajdują się akta sprawy niejakiego Jagilskiego, młodego Niemca, który w latach 30. związał się z grupą buddystów w Berlinie. Z czasem „buddyści” nakłonili go do współpracy z wywiadem sowieckim. Jagilski najpierw zgodził się, ale potem powiadomił o wszystkim Gestapo.

Pod koniec lat 30., kiedy szefem NKWD został jeden z członków Bractwa – Jagoda, zaplanowana została tajna ekspedycja do Tybetu w poszukiwaniu podziemnej krainy Ariów. Plany te przerwała w 1937 roku czystka w elitach władzy dokonana przez Stalina, który z dwudziestu dwóch członków swojego rządu kazał wówczas zabić aż osiemnastu. Aresztowany i rozstrzelany został także Bokij, a wraz z nim wszyscy jego współpracownicy. Ich los podzielił także wszechwładny Jagoda.

To zaledwie jeden przykład działalności ezoterycznych struktur wewnątrz władzy sowieckiej. Rosyjscy historycy piszą też o innych podobnych do niej organizacjach – czasami zaprzyjaźnionych ze sobą, czasami wrogo nastawionych, konkurujących ze sobą lub odizolowanych – takich jak grupa anarchisty Karelina czy „Zakon Polarnych”, do którego miał należeć Tuchaczewski. O ich znaczeniu oraz rzeczywistym wpływie trudno powiedzieć coś więcej, dopóki nie zostaną otworzone sowieckie archiwa. Nie ulega jednak wątpliwości, że nurt ezoteryczny w komunizmie istniał i czeka on na swoich badaczy. Jednak nawet przy obecnym stanie badań nad tym problemem widać podobieństwo komunistycznego okultyzmu do ezoteryzmu hitlerowskiego: ten sam motyw „aryjskich przodków”, ta sama fascynacja Tybetem, podobne zainteresowanie telepatią i hipnozą, swoisty „kosmizm” i eschatologia.

Aleksandr Dugin, najwybitniejszy obecnie przedstawiciel tradycjonalizmu integralnego w Rosji, jest zdania, że bolszewizm nie zniszczył wcale ezoterycznej tradycji rosyjskiej, lecz przyswoił ją sobie w nowej formie. Zdaniem Dugina głównym rysem sowieckiego komunizmu nie był wcale materializm, lecz kosmizm.

Pierwszym jego propagatorem był Nikołaj Fiodorow, który po „iluminacji” w 1851 roku zaczął głosić konieczność stworzenia „Nowego Człowieka Teurgicznego”, wykorzystując w tym celu osiągnięcia nauki i psychologii. [Przypomnijmy, że teurgia jest odmianą magii, okultyzmu, polegającą na wywieraniu presji na bóstwo lub duchy w celu zmuszenia ich do pożądanego działania].

Kontynuatorem myśli Fiodorowa stał się jeden z głównych ideologów komunistycznych, Aleksandr Bogdanow. W swej powieści pod tytułem Czerwona gwiazda opisuje budowę komunizmu na Marsie – planecie, która w Kabale i gnozie oznacza Szatana. Komunizm propagowany przez Bogdanowa ma charakter magiczny i teurgiczny, „bogiem proletariatu” jest Szatan. Dugin przypomina, że były seminarzysta gruziński Józef Dżugaszwili vel Stalin podpisywał swoje pierwsze prace pseudonimami „Demonoszwili” i „Biesoszwili”.

Pierwszy komisarz ludowy do spraw oświaty w rządzie bolszewickim Anatolij Łunaczarski marzył o wcieleniu Religii Gatunku Ludzkiego właśnie w osobie Szatana. Wybitny poeta rosyjski Welimir Chlebnikow uważał, że „Nowy Człowiek Teurgiczny”, czyli Kosmiczny Antropos, będzie sumą Bestii i Liczby.

W polskim piśmiennictwie jako jedyny podobne wątki rozwinął Adam Pomorski w swej pracy „Duchowy proletariusz” (1996). Ów tytułowy „duchowy proletariusz” to właśnie wspomniany wyżej „Nowy Człowiek Teurgiczny”, innymi słowy: radziecki Übermensch, czyli homo sovieticus. Pomorskiego bardziej niż okultyzm czy ezoteryzm tej myśli interesuje jej gnostycyzm, kosmizm i teurgizm.

Zgodnie z twierdzeniem Carla Schmitta, wszystkie znaczące pojęcia nowoczesnej polityki to nic innego jak zsekularyzowane pojęcia teologiczne. We wschodniej tradycji chrześcijańskiej bardziej niż w zachodniej rozwinęła się refleksja eschatologiczna oraz myśl o przemienieniu, przebóstwieniu człowieka. Dość wspomnieć świętego Grzegorza z Nyssy (z jego teorią sfragidacji), świętego Grzegorza Palamasa (o którego nauce Georgios Mantzaridis wydał niedawno książkę zatytułowaną Przebóstwienie człowieka) czy świętego Serafina z Sarowa (który według świadectwa swojego ucznia Motowiłowa doznał przemienienia podobnego jak Chrystus na górze Tabor).

Wraz z postępującą dechrystianizacją idee te w zsekularyzowanej formie znalazły się również w arsenale pojęciowym komunistów. Ideę powszechnego wskrzeszenia zmarłych rozwinął w XIX wieku Nikołaj Fiodorow. Była to gnostycka antyutopia, niemniej wyraźnie odwoływała się do chrześcijaństwa. Fiodorow twierdził, że po Chrystusie siła zbawienia zamieszkała wśród ludzi, toteż realizacja zbawienia zależy w całości od ludzi. Dlatego wzywał on do eschatologicznego przeobrażenia cywilizacji, wprzęgnięcia wszystkich ludzkich sił, zdolności i osiągnięć naukowych w celu powszechnego zmartwychwstania nie tylko duchem, ale i ciałem. Czyn eschatologiczny, do którego wzywał, miał ewidentnie wymiar sakralny.

Warto wspomnieć, że koncepcja Fiodorowa legła u podstaw rozwoju sowieckiej kosmonautyki. Mianowicie jeden z jego uczniów, Konstanty Ciołkowski, tak się przejął wizjami swojego mistrza, że stwierdził, iż po powszechnym zmartwychwstaniu zabraknie dla ludzi miejsca na Ziemi, dlatego trzeba pomyśleć o kolonizacji kosmosu. Strach przed przeludnieniem pchnął Ciołkowskiego, zwanego dziś ojcem rosyjskiej kosmonautyki, do badań nad budową statków kosmicznych. Pracę kontynuował jego uczeń, Siergiej Koroliow – w przyszłości główny konstruktor sowieckiego programu rakietowego.

Koncepcję Fiodorowa zrewolucjonizował, usunąwszy z niej elementy nawiązujące do chrześcijaństwa, Aleksandr Bogdanow – główny ideolog Proletkultu, masowej organizacji komunistycznej (w szczytowym momencie liczącej 400 tysięcy osób), dążącej do stworzenia „kultury proletariackiej”. Polegać ona miała na zniesieniu „podziału na uczonych i nieuczonych, na rządzących i rządzonych, na organizatorów i organizowanych, na psychiczny i fizyczny wymiar człowieka, na świadomość i byt, na poznanie i działanie”.

Jak widzimy, idea ta zakładała radykalną przemianę człowieka przez kolektywnie zorganizowane doświadczenie pracy. Ta przemiana dotyczyć miała także samej natury człowieka – jego śmiertelności. Bogdanow przejęty był fiodorowską koncepcją wskrzeszenia ludzkości, którą pojmował jako Człowieka Kosmicznego, a nie jako zbiorowisko jednostek. Właściwym celem rewolucji komunistycznej była – jego zdaniem – walka ze śmiercią. Przebóstwiony duchowo proletariusz zamienić miał się w człowieka kosmicznego – Antroposa, zaś rewolucyjna apokatastaza miałaby być odwróceniem kosmogonii. Droga do celu wieść miała przez walkę starego człowieka z nowym (to, co w chrześcijaństwie miało charakter wewnętrznej walki duchowej – w komunizmie stało się krwawą łaźnią zgotowaną swym przeciwnikom).

Bogdanow był przekonany, że droga do nieśmiertelności prowadzi przez badania nad krwią (Księga Kapłańska mówi: „Życie całego organizmu jest zawarte we krwi; w niej żyje dusza”). Założył więc w Moskwie Instytut Transfuzji Krwi, gdzie przeprowadzał naukowe eksperymenty. Stało się to zresztą przyczyną jego śmierci w 1929 roku, gdyż jeszcze przed odkryciem grup krwi dokonał na sobie transfuzji krwi od gruźlika po przebytej malarii.

Zdaniem Dugina ezoteryczny bolszewizm od samego początku znajdował się pod wpływem zapośredniczonej z wierzeń egipskich idei rezurekcji zmarłych, powstrzymania procesu gnicia i transformacji zwłok do nowego życia. Mauzoleum Lenina, w którym zakonserwowane jest ciało i mózg wodza rewolucji, zbudowane zostało według planów zbliżonych do egipskich ściętych piramid, w jakich na powtórne ożycie czekały zabalsamowane zwłoki faraonów. Wiosną 1997 roku dyrektor Mauzoleum Lenina oświadczył, że jest technicznie możliwe sklonowanie Włodzimierza Iljicza.

Co ciekawe, Bogdanow głosił teorię „współpracy pokoleń”, będącą zsekularyzowaną wersją obcowania świętych. Pisał, że umarli „z grobu podają nam pomocną dłoń w naszym dążeniu do ideału”. Zdaniem Adama Pomorskiego, w dziele Bogdanowa i kontynuatorów jego myśli nastąpiła „gnostycyzacja nieśmiertelności, tj. przeniesienie jej z idei zaświatów i apokaliptycznej perspektywy przyszłości do wiecznej teraźniejszości praktykowanego antropokosmizmu”.

W latach 20. wielu wysokiej rangi działaczy bolszewickich, między innymi Iwan Stiepanow-Skworcow czy Michaił Pokrowski, głosiło potrzebę zajęcia się przez naukę proletariacką problemem wskrzeszania umarłych. Znany historyk marksistowski z czasów rewolucji październikowej, prof. Nikołaj Ryżkow twierdził wprost, że „w odległej przyszłości przed ludzkością otwiera się możliwość omnipotencji w pełnym sensie tego słowa, aż po komunikację z innymi światami, nieśmiertelność, wskrzeszenie tych, którzy żyli dawniej, a nawet stworzenie nowych planet i układów planetarnych”.

Osobną grupę wewnątrz ruchu bolszewickiego stanowili też biokosmiści, którzy wysunęli hasło: „Proletariat to zwycięzca burżuazji, śmierci i przyrody”. Ich manifest ukazał się 4 stycznia 1922 roku w oficjalnym organie rządu sowieckiego Izwiestia, zaś jeden z głównych ideologów grupy Paweł Iwanicki głosił, że

„ludzkość proletariacka oczywiście nie ograniczy się do urzeczywistnienia nieśmiertelności jedynie żyjących, nie zapomni o poległych w imię urzeczywistniania ideału społecznego, przystąpi do wyzwolenia ostatnich uciśnionych, do wskrzeszenia tych, którzy żyli dawniej”. Tak więc proletariat stał się bogiem w sensie nie tylko metaforycznym, ale jak najbardziej religijnym: miał moc zwyciężania śmierci i wskrzeszania zmarłych.

Warto wspomnieć, że na podstawie doświadczeń Bogdanowa powstała i rozwinęła się w Związku Sowieckim nowa gałąź medycyny – juwenologia, czyli nauka o odmładzaniu. Jej specjaliści z czasem mieli swój udział w podtrzymywaniu przy życiu kremlowskiej gerontokracji. W latach 70. sowiecki botanik Wasilij Kupriewicz pisał:

„Natura, która wymyśliła śmierć, musi nam też podpowiedzieć sposoby walki z nią”.

W powojennym ZSRR kwestię nieśmiertelności przejęły więc naukowe laboratoria. W dzisiejszej Rosji niegdysiejsi juwenologowie propagują osiągnięcia inżynierii genetycznej. Niektórzy z nich z pism Konstantego Ciołkowskiego i Waleriana Murawjowa wywodzą hasła cywilizacyjnej zmiany genotypu ludzkiego.

Warto też nadmienić, że gnostycki kolektywizm Bogdanowa powiązany był z kultem kobiety. Najwybitniejszy pisarz „proletkultowski” Andriej Płatonow stworzył hymn ku czci Wielkiej Matki – odkupicielki świata, zaś w tekście pod tytułem Dusza świata napisał wprost: „Kobieta to odkupienie szaleństwa wszechświata”. Nie miało to jednak nic wspólnego z rozpowszechnioną w prawosławiu pobożnością maryjną, lecz raczej z lewą gnozą wielkiej bogini.

Najwyraźniej ów zwrot od chrześcijaństwa do zsekularyzowanych koncepcji prześledzić można na przykładzie ewolucji twórczej Aleksandra Błoka, który całe życie poszukiwał prawdziwego wcielenia Wiecznej Kobiecości. Na początku odnajdywał ją w Sofii czyli Mądrości Bożej, następnie w swojej ukochanej Liubow Mendelejewej, potem w Rosji, a w końcu w Dziewicy Rewolucji, do której w swoich wierszach zanosił modły.

Idea „proletkultowska” znikła w latach 30. wraz ze stalinowskimi czystkami, choć odradzała się jeszcze później w historii ZSRR w zmienionych formach. Tym niemniej trzeba stwierdzić, że koncepcje teurgicznego kosmizmu miały ogromny wpływ na życie intelektualne Rosji w XX stuleciu. We wstępie do swej książki”Duchowy proletariusz” Adam Pomorski pisze:

Polskiego czytelnika, nie dość zorientowanego w rosyjskich personaliach, ostrzec trzeba przed zrozumiałą poniekąd – zważywszy charakter cytowanych poniżej tekstów – skłonnością do uznania osób, idei i dzieł tutaj omawianych za margines dziejów umysłowych Rosji. Rzecz ma się wprost przeciwnie. Ze sporadycznymi wyjątkami – głównie dla działaczy politycznych – znakomita większość wymienianych tu osób należy do najściślejszej elity intelektualnej i artystycznej Rosji w ostatnim (i poprzednim) stuleciu. Zasięg oddziaływania ich autorytetu i ich idei sięga jak najgłębiej w czasy nam współczesne.

Zenon Chocimski, tekst ukazał się w piśmie Fronda (nr 9/10)

http://www.fronda.pl/a/o-diabelskich-zr ... 19143.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek, czy potwór?
PostNapisane: 06 mar 2019, 20:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31303
Zdarta płyta

Wiele lat temu poznałam pewną panią psycholog, która doradzała młodzieży w ośrodku wychowawczym. Otóż ta pani szczyciła się, że wysłała licealistę, który miał problemy z nadopiekuńczą matką do burdelu. Jej zdaniem kuracja odniosła sukces -chłopak zerwał z rodziną, zażądał alimentów, wyprowadził się z domu. Pani psycholog była bardzo dumna ze swego wyczynu i opowiadała o tym chętnie w towarzystwie. Nie chcę się nawet zastanawiać co o tej formie terapii myśleli rodzice chłopca.
Następny psycholog kliniczny, z którym miałam do czynienia opiekował się kolejarzami którzy spowodowali wypadek i przeżywali z tej przyczyny traumę. Nie wiem jak mógł pomagać swoim pacjentom gdyż sam był – jak to mówią moi uczniowie -zakręcony jak słoik z dżemem.

Ordynator jednego ze szpitali psychiatrycznych, czynny homoseksualista cierpi na rodzaj sytuacyjnej choroby dwubiegunowej. Po każdym przypadkowym kontakcie seksualnym wpada w panikę podejrzewając, że zaraził się wirusem Hiv. Idzie więc na badania, czeka w depresji na ich wynik, jest on na szczęście negatywny ( tym razem się udało !) wpada w euforię, szuka kolejnego przypadkowego kontaktu. I da capo al fine. Trudno mi uwierzyć, że mógłby komukolwiek w czymkolwiek pomóc.
Ostatnio popis profesjonalizmu dała Elżbieta Podleśna, terapeutka uzależnień z 15-letnim stażem w warszawskim szpitalu, która uczestniczyła w brutalnej napaści na dziennikarkę telewizyjną panią Magdalenę Ogórek. Jedyny komentarz który się tu nasuwa to: Medice cura te ipsum.

Nie warto już nawet wspominać Andrzeja Samsona, do którego sądy rodzinne kierowały na terapię dzieci, a który okazał się być pedofilem, a w każdym razie zbieraczem zdjęć pornograficznych z udziałem dzieci. Niektórzy rodzice dzieci autystycznych byli podobno zadowoleni z jego terapii polegającej na stymulacji erotycznej. I tu jest pies pogrzebany. Dewianci zdarzają się w każdej populacji i jeżeli z własnego wyboru trafisz na lekarza przestępcę możesz mieć tylko pretensję do losu albo do siebie. Możesz żałować, że nie zwracałeś uwagi na niepokojące sygnały przy pierwszej wizycie. O wiele gorzej jest gdy na taką przymusową terapię kieruje ciebie lub twoje dziecko sąd. Jesteś wtedy ofiarą systemu.
Z mego nauczycielskiego doświadczenia wynika, że psychologię wybierały jako kierunek studiów najczęściej osoby, które jak mawiali ich złośliwi koledzy, nie mogły zrozumieć nawet definicji logarytmu. Dodam, że często były to osoby z własnymi nie rozwiązanymi problemami psychicznymi, które miały nadzieję, że zbliżywszy się do świątyni wiedzy psychologicznej niejako automatycznie te problemy rozwiążą. Tym często słabym intelektualnie i zaburzonym osobom system daje ogromną władzę nad ludźmi i możliwość decydowania o ich losach.

Chciałabym być dobrze zrozumiana. Nie widzę nic złego ani groźnego w tym, że tak zwany profiler pomaga policji w typowaniu przestępcy. Dla mnie równie dobrze policja mogłaby wróżyć z kart, albo korzystać ze wskazówek jasnowidza, do czego zresztą podobno często dochodzi. Gdyby jednak opinia jasnowidza miała decydujące znaczenie przy ustalaniu lub uzasadnianiu wyroku sądu nie byłoby to w porządku. Podobnie każdy ma prawo wierzyć w co chce, w terapię Gestalt, w test plam atramentowych Rorschacha, w latającego potwora spaghetti. Nie ma jednak zgody na to żeby na postawie takich magicznych kryteriów oceniać ludzi, ich prawo do wychowywania własnych dzieci czy ich odpowiedzialność karną za popełnione przestępstwa. A przede wszystkim nie wolno oddawać władzy nad naszym życiem ludziom, których nie mamy powodu szanować, a którzy okazują się w praktyce bardziej wszechmocni niż instytucje prawa.

Czasy są niepokojące. Kiedyś lekarz służył pacjentowi wyłącznie pomocą. Teraz może go skazać na śmierć jak to było w przypadku małego Evansa, a nawet wcielić się w rolę kata i pilnować aby wyrok śmierci został wykonany. Biegły psycholog czy psychiatra sądowy może uwolnić przestępcę od kary, może również skazać starego człowieka na pobyt w zamkniętym ośrodku co w wielu przypadkach oznacza jego śmierć. Tymczasem lekarz ani psycholog nie powinien pełnić funkcji sędziego ani kata. Lekarz i psycholog powinien zachowywać się zgodnie z etosem swojego zawodu, którego standardy wyznaczył Hipokrates. W szczególności psycholog nie może brać udziału w ulicznych burdach.
Przyczyną nadmiernej władzy psychologów i psychiatrów nad społeczeństwem jest wielkie zaufanie ludzi do autorytetów w szczególności do autorytetu nauki . Potwierdza to słynny eksperyment Miligrama

Ochotnicy zgłaszający się po przeczytaniu w prasie ogłoszenia byli przekonani, że biorą udział w badaniu „wpływu kar na pamięć”.
W pierwszym eksperymencie przebadano 40 osób w wieku od 20 do 50 lat. Piętnaście z nich było robotnikami, 16 przedstawicielami handlowymi lub przedsiębiorcami, 9 reprezentowało wolne zawody. Każdy z badanych był testowany indywidualnie. Badany widział w laboratorium tylko „osobę badaną”. W rzeczywistości był to pomocnik eksperymentatora odgrywający rolę badanej osoby. Prawdziwy badany „ nauczyciel” miał za zadanie karać złe odpowiedzi rzekomego badanego czyli „ ucznia” impulsami prądu o rosnącym napięciu.
„Nauczyciel” otrzymywał na początku jeden próbny wstrząs elektryczny o napięciu 45 V, który odczuwał jako bolesny.
Następnie „ucznia” umieszczano w pokoju oddzielonym od laboratorium szybą i przywiązywano do krzesła, a „nauczyciel” raził go prądem. Napięcie pierwszego impulsu wynosiło 15 V, ostatni impuls miał mieć napięcie 450V. Jak się okazało większość badanych bez wahania w imię nauki torturowała niewinnego bliźniego i podwyższała aplikowane mu napięcie przy akompaniamencie jego rozpaczliwych wrzasków.
Oczywiście że się powtarzam jak zdarta płyta. Pocieszam się jednak, że mam godnego poprzednika. Otóż Katon starszy każde swe wystąpienie w Senacie kończył jak wiadomo zdaniem: Ceterum censeo Carthaginem esse delendam (a poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć).

A ja poza tym sadzę, że trzeba ukrócić nadmierną władzę psychologów.

https://naszeblogi.pl/52697-zdarta-plyta


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 12 ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 10 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /