Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 30 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 27 paź 2012, 19:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Twarze kobiety

Anna Janowska

„W Polsce ujawnia się dzisiaj konieczność leczenia społeczeństwa z chorób moralnych” – pisze Ewa Polak-Pałkiewicz w książce pt. Kobieta z twarzą. Trudno nie zgodzić się z tą diagnozą, trzeba jednak również mieć świadomość, że „bez udziału matek, żon, dziewcząt nie uda nam się ta terapia”. Ta pewność nie wynika z kobiecego szowinizmu, ale opiera się na mądrej ocenie naszych dziejów: „To fakt bezsporny – pisze Autorka – że w czasach nieszczęść narodowych i politycznych rodzina, religia, tradycja przetrwały w Polsce dzięki kobietom”. Od pierwszych stron lektury zwraca uwagę różnorodność wyłaniających się z niej kobiecych porterów. Portrety kobiet malowane przez kobietę. Malowane dosłownie i w przenośni. Kobiety na ilustracjach – także będących dziełem Ewy Polak-Pałkiewicz – są subtelne i poetyczne, patrzą na świat oczami dostrzegającymi jego wewnętrzne piękno i harmonię. Portrety kobiet zawarte w tekstach są różne. Właściwie to niektóre z tych wizerunków chciałoby się ukryć głęboko za szafą. Bo oto czytamy o szacownej aktorce, opowiadającej o scenicznej karierze, a także o swoim wstręcie do ciąży, o tym, jak sobie „radziła” z tym problemem. Bo oto – przypomina Autorka – zaglądając do tzw. prasy kobiecej, znajdziemy wywiady, których treścią są kolejni mężowie i romanse, zawartość szaf, marki perfum, których stosowanie czyni kobietę szczęśliwą. Co więcej, wysokie nakłady szmirowatych pisemek co tydzień znikają z kiosków. Zapewne ich czytelniczki nie wiedzą, że „w Polsce toczy się walka o życie. Jednym z jej ogniw jest walka o nową kobietę. Doskonale wyglądającą, zapatrzoną w swoje odbicie w lustrze, korzystającą z porad wróżek i astrologów, pozornie silną i niezależną, traktującą religię jako zabawę. Zdolną w każdej chwili do zbrodni dzieciobójstwa na rzecz kariery, wolności lub nienagannej sylwetki”. I wreszcie felieton, który dał tytuł całej książce: „kobieta z twarzą” to miss Korei Południowej, autorka wystawy fotografii roznegliżowanych dziewcząt, którą zatytułowała Comfort woman. Potem koreańska miss na kolanach przepraszała grupę swoich rodaczek, które w czasie ostatniej wojny były w niewoli, gdzie zmuszano je do prostytucji. Stąd określenie comfort woman, nadane im przez żołnierzy korzystających z ich usług. Dlaczego przepraszała? Zapewne zrozumiała, że swoją wystawą sprowadziła kobietę do roli produktu w kolorowym opakowaniu – przedmiotu, który można mieć. Nie jest to, na szczęście, jedyny w tej książce portret „kobiety z twarzą”. Autorka już na początku przypomina, że w dziejach Kościoła nigdy dotąd nie było tylu beatyfikowanych kobiet, co za pontyfikatu Jana Pawła II. W dalszych rozdziałach pisze o świętych i błogosławionych, ale także o innych, niewyniesionych do chwały ołtarzy nauczycielkach dobra i miłości, kobietach silnych wiarą, która pozwoliła im ukształtować swoje życie zgodnie z wyznawanymi wartościami.

Zachęta do przeczytania tej książki wynika z przekonania o polecaniu lektury mądrej i ubogacającej, szkiców – jak zastrzegła Autorka w podtytule – o życiu, o śmierci i o miłości, a więc tematów dotyczących każdej i każdego z nas.

Ewa Polak-Pałkiewicz, Kobieta z twarzą, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2005. Adres Wydawnictwa: ul. L. Żeligowskiego 16/20, 04-476 Warszawa.

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedz ... 0515&nr=41


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 04 lis 2012, 11:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Na przecięciu rasy i płci

Ewa Polak-Pałkiewicz

To nie dowcip, tak właśnie sytuują miejsce swoich działań feministki tzw. trzeciej fali, a więc ich najnowsza generacja. Istotą lewackich ruchów kontrkulturowych jest unikanie deklaracji politycznych i przenikanie ze swoją ideologią do różnych organizacji, struktur, zwłaszcza tych, które kształtują myślenie, obraz świata: do mediów, kultury, szkół, partii politycznych. Mieliśmy właśnie próbkę tego stylu działania, obserwując poczynania organizacji homoseksualistów, którym udało się – przed i po tzw. paradzie w Warszawie, zdelegalizowanej przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego – zyskać poparcie większości mediów, w tym publicznych, ludzi świata kultury, polityków, a nawet zapewnić sobie ochronę rzekomo apolitycznej policji. (Polska policja, zamiast bronić porządku prawnego, rozpędzać nielegalną demonstrację, atakowała tych, którzy demonstrowali przeciwko homoseksualistom). Jak to się mogło stać? Czyżby w Polsce dokonała się już zmiana mentalności? Czyżby istniało szerokie przyzwolenie dla publicznej demoralizacji? Wróćmy do metody działania współczesnych feministek – opisanej przez jedną z działaczek ruchu, Agnieszkę Graff, w Wysokich Obcasach z 21 maja br. – ponieważ pozwala ona zrozumieć mechanizmy pewnego sukcesu, jaki tego rodzaju działania odnoszą, nawet w społeczeństwach ocenianych jako tradycyjne i katolickie. Jeżeli ktoś sądziłby, że ruch feministyczny w Stanach Zjednoczonych np. zanika, byłby w błędzie – wyjaśnia autorka. „Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Trzeciej fali więcej jest w internecie niż na ulicach. W kulturze niż w polityce. Jest płynna – przenika do innych ruchów społecznych. I jest zafascynowana mediami, muzyką, popkulturą”. Ten opis idealnie oddaje strategię organizacji homoseksualistów. Idźmy dalej. „Trzecia fala to wielość kultur, tożsamości etnicznych, rasowych, religijnych, a także płci, orientacji seksualnych i «spraw» do załatwienia. Feministkę trzeciej fali można spotkać w każdym z wielu ruchów społecznych – ekologicznym, alterglobalistycznym, antywojennym – czy w działaniach na rzecz mniejszości seksualnych”. Wielość ras to jeszcze nie polski problem, ale na pewno Polska jest terenem ekspansji najrozmaitszych organizacji – od „Zielonych” po anarchistów, które mają wspólny rodowód: rok 1968, rewolucja przeprowadzana na Zachodzie, która miała na celu zmiecenie tradycyjnych instytucji społecznych, przede wszystkim rodziny, i zanarchizowanie życia państwa, pod hasłem „rewolucji seksualnej”. Dziś w pierwszych szeregach tych bojowych oddziałów międzynarodowej lewicy znajdują się feministki i homoseksualiści. Z powodu braku rzetelnej dyskusji nad ich postulatami w mediach udało im się dokonać przewrotnego zabiegu: wmontować w świadomość wielu ludzi przeświadczenie, że brak przyzwolenia państwa na postulowane przez nich praktyki: aborcję, której domagają się feministki, „małżeństwa” o takim samym statusie prawnym jak małżeństwa normalne, to wyraz ich „prześladowań”, zatem mają moralne prawo demonstrować na ulicach swoje „przekonania”. Udział w tych demonstracjach członków rządu (wicepremier Jarugi-Nowackiej) czy wicemarszałka Sejmu (p. Nałęcza), to skrajny przykład anarchizacji polskiego państwa, ale zarazem ciche przyznanie się lewicy, że to ona właśnie przez animowanie i wspieranie takich działań – przeciwko kulturze i moralności – realizuje swoje strategiczne cele polityczne, które pozostają wciąż te same, co sto i więcej lat temu. Ten sam jest też instrument szantażu moralnego wobec społeczeństwa, by dało przyzwolenie dla tych działań – dawniej, u zarania ruchu komunistycznego, szantażowano walką o zniesienie nierówności ekonomicznych i „wyzwolenie” klasy robotniczej, dziś szantażuje się rzekomymi prześladowaniami wobec homoseksualistów i aborcjonistów. Smutne, ilu ludzi daje się wciąż nabierać na te hasełka. Oczywiście, w imię swoiście pojmowanych „praw człowieka”.

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedz ... 0526&nr=18


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 06 lis 2012, 09:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Misja hrabiny Tarnowskiej

Ewa Polak-Pałkiewicz

„Za życia matki zmiany nie miały większego znaczenia; czuliśmy, że dom dzieciństwa wciąż istnieje, a bezinteresowna matczyna miłość jak tarcza chroni nas przed złem”. Te słowa wplotła w swoją opowieść o wydarzeniach politycznych i dyplomatycznych z lat I i II wojny światowej jedna z cichych, nieznanych współczesnym bohaterek tych dwóch wojen – Maria Tarnowska. Jej Wspomnienia, napisane po angielsku w latach 50., nigdy nie doczekały się wydania amerykańskiego, co było zamiarem autorki. Książka miała być dla ludzi Zachodu szansą poznania prawdy o Powstaniu Warszawskim i losach Polaków w czasie okupacji. Maria Tarnowska – komendant frontowej czołówki Czerwonego Krzyża z czasów wojny bolszewickiej, naczelna siostra tej organizacji w Polsce międzywojennej, w czasie ostatniej wojny porucznik AK, prezes PCK i parlamentariusz do rozmów z Niemcami, by ocalić jak najwięcej ludności cywilnej – przez lata pozostawała nieobecna także w świadomości Polaków. Na temat zasług tej wielkiej damy polskiej dyplomacji, odważnie upominającej się o godność człowieka w czasie największej dla Polski i Europy próby – lapidarnie wyraził się niemiecki oficer, protokolant rokowań w trakcie rozmów kapitulacyjnych Powstania Warszawskiego: „W momencie, gdy protokół był gotów, mieliśmy wrażenie, że to nie Polacy kapitulują, lecz my – przed starą hrabiną”.

Książka Marii Tarnowskiej, w której opisane są te fakty, jest jednak niezwykła przede wszystkim jako świadectwo kobiecości w dawnym stylu, kobiecości, która dziś jest ośmieszana i niszczona. Kluczem do zrozumienia heroizmu autorki wobec barbarzyńców ze Wschodu i Zachodu była jej postawa – nawet nie siostry miłosierdzia, ale – matki. Matki wobec wszystkich ciemiężonych, narażonych na niewinną śmierć, rannych i głodnych. Dlatego pomiędzy opisem poruszających wydarzeń z dziejów frontu trzech wojen z zapartym tchem śledzimy w książce rozwój refleksji o istocie macierzyństwa, które jest sednem kobiecości. Macierzyństwa duchowego i biologicznego, zawsze jednak podporządkowanego myśli o tym, że kobieta żyjąca dla innych, zdolna zrezygnować z egoizmu i próżności, by ocalić życie, lub prawdę, która jest życiem, współpracuje z Bogiem. Maria Tarnowska odsłania swoją drogę do kobiecości wyzbytej pustki, którą niesie nadmierny akcent na sprawy materialne, drogę, którą zarysowała przed nią jej własna matka. Była nią Maria księżna Światopełk-Czetwertyńska z domu Uruska, założycielka Katolickiego Związku Polek, obrończyni greckokatolickiej ludności na Podlasiu, ale nade wszystko mądra, pełna oddania żona i matka sześciorga dzieci. „Od lat pewne środowiska pouczają kobiety – pisze Maria Tarnowska – zarówno bogate, jak i ubogie, że trzeba żyć własnym życiem i zaniechać nudnego prowadzenia domu z myślą o mężu i dzieciach. Co gorsza, podważa się sens wielkiego daru udzielonego nam przez Boga – poświęcenia dla innych (...). Panoszy się egoizm, wspólne życie jest nie do zniesienia, mnożą się rozwody. W owym zamęcie, w klimacie nieustannej konfrontacji, zdrady i cynizmu rośnie młode pokolenie, które musi stawić czoło odwiecznemu dylematowi ludzkości: jak osiągnąć równowagę między potrzebami duchowymi i materialnymi? Skąd kolejne pokolenia mają czerpać wiedzę i świadomość potrzebną do znalezienia własnej drogi, siłę niezbędną do urzeczywistnienia zamierzeń oraz przekonanie o rozwoju ludzkości, skoro brak im w dzieciństwie matczynej czułości, która stanowi trwałą podstawę szacunku dla ideałów, a także wiary w ich istnienie?”.

W czasach, gdy kobiety tak często są nieszczęśliwe z powodu dzieci i męża, bo sądzą, że przez nich tracą wolność, urodę i możliwość błyszczenia – co, jak pouczają kobiece magazyny, jest podstawową powinnością kobiety – książka zapomnianej bohaterki Podziemnej Polski jest jak haust czystej wody pośród lepkiej brei, podsuwanej zewsząd, rzekomo dla ugaszenia pragnienia. Zagubienie kobiet to utrata przez nie świadomości, jaka jest hierarchia ich życiowych zadań. To marginalizowanie i bezradność wobec najbardziej twórczego zadania, jakie powierzone zostało przez Boga kobiecie, a którym jest miłość do męża i wychowanie dzieci. Niezrozumienie, że wszystko inne jest mało istotnym, choć często miłym, dodatkiem. Wspomnienia heroicznej „starej hrabiny” – która jako młoda dziewczyna sama przeszła przez krótki etap próżności, a pod koniec życia nie zostały jej oszczędzone doświadczenia komunistycznego więzienia, a mimo to pozostała osobą pełną wewnętrznej radości – są zdrową i orzeźwiającą lekturą dla wszystkich pań, które są przerażone życiem i zniechęcone do własnej kobiecej kondycji i z nadzieją oczekują „wyzwolenia”.

Maria Tarnowska, Wspomnienia, KAW 2002

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedz ... 0530&nr=24


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 11 maja 2013, 21:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
List starej feministki do młodej

Moja Droga Siostro,

zauważyłam ostatnio, że jakaś frustracja cię ogarnia, kiedy patrzysz na środowisko feministyczne i nie wiesz, w którym kierunku poprowadzić własną karierę. Doszłam więc do wniosku, że dojrzałaś do tego, aby cię w sprawy feminizmu lepiej wtajemniczyć.

Tak, zapewne powiesz, że odmian feminizmu jest wiele i że właśnie skończyłaś studia podyplomowe na ten temat. To jednak nie ma tu nic do rzeczy. Rozumiesz, musimy też na czymś zarabiać, mieć jakieś miejsca pracy, więc studia feministyczne do tego głównie służą. Jednak prawda jest taka, że feminizm to abstrakcja, niemająca nic wspólnego z rzeczywistością. Z rzeczywistością mają wiele wspólnego feministki, które są całkiem realne i materialne.

Aby zrozumieć którędy droga, musisz tu poznać główne rozgraniczenie. Feministki dzielą się na pewne grupy. Najbardziej prestiżową są Feministki Usługujące Koncernom, czyli FUKi. Tak nazywamy same siebie w naszym własnym gronie. Lubimy zresztą wyzywające brzmienie tego akronimu. Publicznie, oczywiście się nim nie posługujemy z wiadomych względów. Ktoś inny mógłby przecież go rozwinąć inaczej, np. feministki udające kobiety albo jeszcze bardziej obraźliwie: feministki u koryta.

Tak, wiem, może to dla ciebie z początku brzmieć dość szokująco, ale wkrótce zrozumiesz, że nic w tym takiego nie ma. Chyba, że nie chcesz zostać feministką realną, czyli tą FUKą i dalej drzemać w świecie feministycznych fantazji i fantasmagorii.

Dawno temu zdarzały się wśród nas takie przypadki. Były to feministki bezkompromisowe, które próbowały atakować różne instytucje. Na przykład niemiecka organizacja terrorystyczna feministek Rota Zora zaatakowała w 1975 r. sąd federalny w Karlsruhe za decyzję w sprawie prawa aborcyjnego. Tym feministkom chodziło o aborcję bez ograniczeń i pokazały swoje poglądy przy pomocy środków wybuchowych. Ta sama grupa zaatakowała firmę farmaceutyczną Schering za wyprodukowanie primodosu/duogynonu, odpowiedzialnego za deformacje płodowe. Inne grupy chciały tępić wszelką farmakologiczną antykoncepcję za zatruwanie kobiecego organizmu. Występowały też przeciwko firmom biotechnologicznym odpowiedzialnym za in vitro. Jest nawet ciągle taka w Europie, założona w Holandii, o nazwie FINRRAGE (Feminist International Network of Resistance to Reproductive and Genetic Engineering http://www.finrrage.org/). Słyszałaś o niej?

Zakładam, że nie słyszałaś, bo jakie media wysokonakładowe dziś by o nich chciały mówić czy pisać? Jestem za to prawie pewna, że potrafisz wymienić kilka innych organizacji z Holandii, o których w mediach się nie milczy. FINRRAGE to margines. A feministki nie chcą być marginesem. Mają swoje ambicje, chcą coś znaczyć. I potrzebują do tego pieniędzy. Biznes jest więc naszym sprzymierzeńcem. A są to poważne pieniądze. Firmy farmaceutyczne produkujące antykoncepcję i środki farmaceutyczne używane przy in vitro to jeden filar. Wchodzą tutaj również producenci prezerwatyw. Drugi to organizacje pozarządowe zajmujące się dystrybucją antykoncepcji i produkowaniem aparatury aborcyjnej. Trzeci to władza.

Znowu tutaj marszczysz czoło, bo przypomina ci się, że feminizm był antysystemowy, miał atakować instytucje patriarchalne. Pamiętaj jednak, że jeśli chcemy coś znaczyć, mieć wpływ na zmianę świata, alians biznesowo-systemowy czyni nas niezniszczalnymi. Tu nie chodzi tylko o dotacje rządowe.

Zauważ taką prawidłowość. Dzięki producentowi antykoncepcji możemy mieć pieniądze. Robimy mu za to badania rynkowe w ramach raportów. Subtelnie reklamujemy ich produkty w internecie i w szkołach. Dostajemy przy okazji prezerwatywy do rozdania, część zachowujemy dla siebie (pamiętaj, aby zawsze nosić w torebce!). Na konferencjach, w mediach lobbujemy za przymusową edukacją seksualną w szkołach. Tu jest nam potrzebna władza, żeby to uchwalić w parlamencie na skalę krajową. Inaczej nasi sponsorzy uznaliby, że jesteśmy nieskuteczne. A tak, wyobrażasz sobie naszą użyteczność i pole rażenia?

Jeśli bardzo przeszkadza ci współpraca z mężczyznami, prezesami firm, układanie się z politykami, zawsze pamiętaj o tym, że płeć jest dla nas kategorią elastyczną. Nie ma niczego wspólnego z biologią. Patrz więc na nich jakby byli jeszcze nieodkrytymi kobietami.

Wracając jednak do podziału na feministki. Drugą znaczącą grupą są Feministki Usługujące Feministkom (FUFy). Znowu uczulam cię, żeby nie używać tego terminu publicznie. Sama powiedz, co lepiej brzmi? FUKa czy FUFa? W której grupie chciałabyś się znaleźć?

Przy tej okazji muszę ci szczerze napisać, że relacja między FUKami i FUFami bywa czasem frustrująca i napięta. Sama to widzisz po sobie. Żeby cię pocieszyć napiszę, że nie jest ona inna wśród samych FUK. Sposobem na rozładowanie napięcia jest zabieranie FUF na konferencje aborcjonistów albo warsztaty o edukacji seksualnej. Lepiej zacząć od Szwecji, potem obiecać wyjazd do Nowego Jorku albo coś zupełnie egzotycznego. Przy czym gratyfikacje należy dawkować. Płacą organizatorzy, ale FUFy nie muszą o tym wiedzieć. Rozumiesz? Należy je zabierać po jednej, maksimum dwie, żeby była między nimi zdrowa rywalizacja, dzięki czemu mogą być bardziej wydajne.

Bycie FUFą jest atrakcyjne dla bardzo młodych dziewczyn, które mało o życiu wiedzą, jeszcze mniej o polityce i układach. Rozumieją one za to, że bez nas nie miałyby dostępu do ważnych kontaktów, to znaczy finansów. FUFy są dla nas oczywiście pożyteczne, a nawet niezbędne. Wystawiamy je do działań balansujących na granicy legalności oraz do tych, które mogą się spotkać z dużym oporem (np. rodziców w przypadku edukacji seksualnej). Naganianie klientów firmom produkującym antykoncepcję w szkołach jest dość czasochłonne, ale one wiedzą, że od czegoś trzeba zacząć. Nęcą je zresztą wyjazdy do Szwecji. A do tego lubią rozmawiać o seksie. Czują sie wtedy dużo starsze i dojrzalsze.

Przejdźmy teraz do twojej sytuacji. Znajdujesz się teraz na rozdrożu. Masz kilka dróg do wyboru. Możesz albo stać się marginesem i przejść w polityczny niebyt, pozostać FUFą albo przejść do feministycznej elity FUK. Wydaje mi się, że wyłożone tu sprawy są dla ciebie jasne i długo przekonywać się nie trzeba. Pamiętaj, że mam co do ciebie szerokie plany i pokładam w tobie wielkie nadzieje. Być może rozważę twoją kandydaturę na stanowisko prezeski organizacji Feministki na rzecz Koncernów? To również nieoficjalna nazwa. Stamtąd już tylko droga na europejskie salony.

Życzę ci powodzenia w twoim zadaniu,
Twoja Siostra

http://www.pch24.pl/list-starej-feminis ... 774,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 31 paź 2013, 07:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
To że ktoś jest okaleczony ideologicznie to się zdarza. Miał pecha i wpakowano mu do głowy, a może i do serca trochę patologicznego brudu.
Ale żeby szerzyć wszem i wobec i na dodatek zmuszać do patologii, to jest już zbrodnia przeciw ludzkości. To ludobójstwo kulturowe. To ściąganie człowieka z jego drogi na wyżyny kultury w otchłań nihilizmu. To jest zbrodnia, a zbrodnia domaga się kary.


Ulubienica feministek

Platforma Obywatelska w kwestiach ideologicznych mocno skręciła w lewo, a symbolem tych zmian był awans poseł Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, bardzo ciepło przyjęty przez feministki i środowiska homoseksualne.

W zasadzie nie wiadomo, jak tytułować panią minister. Oficjalna nazwa jej urzędu to pełnomocnik rządu do spraw równego traktowania, ale podczas wielu publicznych wystąpień, wywiadów Kozłowska-Rajewicz każe siebie nazywać „pełnomocniczką”. Co jest zgodne z postulatami środowisk feministycznych żądających, aby kobiety zajmujące wysokie stanowiska nazywać marszałkinią, ministrą, prezeską.

Niewątpliwie na sprawowaniu urzędu pełnomocnika rządu Agnieszka Kozłowska-Rajewicz chce budować swoją polityczną pozycję. – Ona wyczuła, skąd wieje wiatr, że Donald Tusk kieruje Platformę w lewą stronę. I im bardziej będzie mu zależało na poparciu lewicy, tym większe szanse na awans będą mieli politycy pokroju pani pełnomocnik, która ma poparcie wpływowych środowisk lewicowych, czy wręcz lewackich – mówi nam jeden z posłów Platformy Obywatelskiej. – Zresztą już jej powołanie do rządu w 2011 r. było ukłonem w stronę tych środowisk – podkreśla.

Kętrzyn – Poznań – Warszawa

Agnieszka Kozłowska-Rajewicz pochodzi z Kętrzyna, urodziła się w rodzinie nauczycielskiej i jak wspominali jej znajomi, była to tradycyjna, katolicka rodzina. Pani minister podkreśla, że jest osobą wierzącą, chodzi w niedzielę do kościoła, ale to jej nie przeszkadza w forsowaniu pomysłów sprzecznych z nauką Kościoła, takich jak in vitro, czy też w promowaniu legalizacji układów homoseksualnych i próbie nadania im takich samych praw, jakie mają rodziny. Co więcej, zgłaszała publicznie nawet pomysły głębokiej „reformy” Kościoła, której elementami miałyby być m.in. zniesienie celibatu i dopuszczenie kobiet do kapłaństwa.

Agnieszka Kozłowska maturę uzyskała w liceum w Kętrzynie i wyjechała do Gdańska, aby na miejscowym uniwersytecie studiować biologię. Szybko jednak zmieniła plany i przeniosła się na Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, aby zgłębiać antropologię człowieka.

Po studiach przez kilkanaście lat była pracownikiem naukowym na Wydziale Biologii UAM, gdzie obroniła pracę doktorską z biologii człowieka. Obok pracy naukowej zajmowała się też pisaniem programów i podręczników szkolnych. Kilka razy wyjeżdżała na staże na uniwersytety w Wielkiej Brytanii, Holandii i w Niemczech.

Pod koniec lat 90. zajęła się polityką, podobno za namową męża Andrzeja, z zawodu politologa.

Z Unii do Platformy

Pierwszą partią Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz była – mocna wówczas w Poznaniu – Unia Wolności. To z niej wywodzili się obaj prezydenci miasta od 1990 roku (poprzedni – Wojciech Szczęsny Kaczmarek i obecny – Ryszard Grobelny). Ale szybko wyczuła, że przyszłość należy do Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej, dlatego bez wahania razem z mężem przeszła do nowej formacji. W poznańskiej PO kierowała Sekretariatem Edukacji.

W 2005 roku nie udało się jej dostać do Sejmu, ale rok później została wybrana do Rady Powiatu Poznańskiego. W 2007 roku już była posłem. Jej awans to z jednej strony efekt przychylności dla niej Waldy’ego Dzikowskiego, szefa wielkopolskiej PO, a z drugiej – parytetów. Donald Tusk chciał się przypodobać środowiskom feministycznym i zdecydował, że w pierwszej piątce listy w każdym okręgu wyborczym muszą być dwie kobiety i Kozłowska-Rajewicz dostaje wysokie, trzecie miejsce, co ułatwia jej zdobycie mandatu posła. Gdy w 2010 roku trwają wybory do władz regionalnych PO, w Poznaniu Agnieszka Kozłowska-Rajewicz popiera Rafała Grupińskiego, który walczył z jej mentorem Waldym Dzikowskim. Wygrywa ten pierwszy.

Jedni mówią, że zmiana sojuszy to efekt politycznego pragmatyzmu, bo Grupiński okazał się silniejszy, a inni że to koniunkturalizm.

– Agnieszka Kozłowska-Rajewicz po prostu uznała, że przy Dzikowskim już nic nie osiągnie. Ona nie kieruje się w polityce sentymentami. Zresztą w naszej partii takie postawy są promowane, Donald Tusk woli koniunkturalistów od ideowców, ludzi kierujących się lojalnością wobec kolegów, bo ci drudzy mogą chcieć budować jakieś swoje sfery wpływów w partii – tłumaczy senator PO.

Także Waldy Dzikowski nie krył rozgoryczenia, ale nie nazywał postępowania swojej młodszej koleżanki „niewdzięcznością”. Przynajmniej oficjalnie. – W prywatnych rozmowach miał do niej pretensje. Bo on pomagał jej w stawianiu pierwszych kroków w poważnej polityce, promował w partii, a ona odpłaciła mu za to wszystko „ciosem w plecy”, popierając jego największego rywala – przyznaje jeden z poznańskich polityków PO.

Ale współpraca z Rafałem Grupińskim nie układa się różowo. Szef Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej jest w partii uważany za osobę o bardziej umiarkowanych poglądach, jednak ich spory wynikały głównie z tego, że Grupiński to także jeden z głównych stronników Grzegorza Schetyny, który stopniowo traci wpływy w partii. Pani pełnomocnik zaś uważa się teraz za człowieka premiera Donalda Tuska i stoi po jego stronie.

Kurs na feminizm

Dla wielu działaczy i parlamentarzystów PO awans Kozłowskiej-Rajewicz do kancelarii premiera nie był zaskoczeniem. Od początku poprzedniej kadencji parlamentu zaangażowała się w „postępowe” projekty Platformy, takie jak ustawa o parytetach, której celem miało być zwiększenie udziału kobiet w polityce i biznesie. Była też aktywna w pracach nadzwyczajnej podkomisji ds. ustaw bioetycznych i in vitro. To tam bardzo blisko współpracowała z Małgorzatą Kidawą-Błońską, popierając jej liberalny projekt ustawy o in vitro. I zaczęła być coraz bardziej znana w środowiskach feministycznych. Promowała np. projekt ustawy żłobkowej zgodny z postulatami feministek. Twardo też sprzeciwiała się jakimkolwiek projektom ustaw zmierzającym do całkowitego zniesienia, a przynajmniej ograniczenia aborcji.

Znajomość z Kidawą-Błońską zdecydowała o tym, że po wyborach w 2011 r. Donald Tusk zaproponował Agnieszce Kozłowskiej-Rajewicz stanowisko pełnomocnika rządu ds. równego traktowania. Premierowi jej kandydaturę podpowiedziała Kidawa-Błońska, a Tusk szukał właśnie kogoś na miejsce Elżbiety Radziszewskiej, gdyż poprzednia minister pełnomocnik była dla premiera za mało postępowa. Tusk słabo jednak znał Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz i dlatego polegał na opinii Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, do której ma ogromne zaufanie.

Od razu też szef rządu zapunktował u feministek i lobby homoseksualnego. Dla nich Elżbieta Radziszewska była kiepskim pełnomocnikiem, bo nie dość energicznie realizowała ich postulaty, co więcej, wiele z nich – zdaniem obu wpływowych środowisk – wręcz torpedowała. Radziszewskiej zarzucano też „strach przed biskupami”, czego nie odczuwa Kozłowska-Rajewicz.

Ona – tak jak premier – „nie klęka przed biskupami”. I dlatego w oficjalnych deklaracjach i w poufnych rozmowach ze współpracownikami premiera Tuska padały postulaty zdymisjonowania Elżbiety Radziszewskiej. Tusk nie chciał co prawda działać pod ich dyktando, ale wybory i tworzenie nowego rządu były doskonałym pretekstem do dokonania zmiany na stanowisku pełnomocnika.

Gdy Donald Tusk ogłosił tę nominację, została ona przyjęta przez „postępowców” z entuzjazmem. Henryka Bochniarz, jedna z liderek feministycznego Kongresu Kobiet, mówiła, że jej środowisko bardzo dobrze przyjęło nominację Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz. Równie ciepło oceniono tylko awans Joanny Muchy na ministra sportu.

– Agnieszka Kozłowska-Rajewicz zaangażowała się w walkę o parytety i wytrwale broniła interesów kobiet – komplementowała panią pełnomocnik Bochniarz. Zresztą ustawa parytetowa była w praktyce przygotowana i promowana przez Kongres Kobiet. Ponadto dla feministek pani pełnomocnik jest ideałem kobiety łączącej działalność polityczną z wychowaniem syna jedynaka. Z kolei działacze ze środowisk homoseksualistów, lesbijek, transseksualistów liczyli, że nowa pełnomocnik wreszcie zrealizuje ich postulaty. Z tego powodu dochodziło do ostrych sporów między panią pełnomocnik a posłami i senatorami z tzw. konserwatywnego skrzydła Platformy Obywatelskiej.

Jeden z najgłośniejszych dotyczył konwencji w sprawie przemocy wobec kobiet. Przestrzegali oni przed tym, że pod płaszczykiem konwencji dojdzie do wprowadzenia feministycznych przepisów uderzających w rodzinę. Dopiero premier rozstrzygnął ten spór, popierając konwencję. Teraz, gdy w PO tzw. frakcji konserwatywnej już nie ma, ratyfikowanie dokumentu ma przebiec bez kłopotów.

Gorzej idzie z in vitro czy ustawą o związkach partnerskich, bo PO nie chce drażnić swoich umiarkowanych wyborców, a ci będą partii bardzo potrzebni podczas serii wyborów w 2014 i 2015 roku. Tracąca w sondażach Platforma musi dbać o każdy głos.

Krzysztof Losz

http://www.naszdziennik.pl/mysl/58300,u ... istek.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 26 lis 2013, 08:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Genderrewolucja a kobiety

Marek Czachorowski

Każda ideologia z samej definicji posługuje się kłamstwem. Tak też jest w przypadku już nie tylko „maszerującej przez instytucje”, ale wręcz galopującej przez urzędy, szkoły i przedszkola ideologii „gender”. Rewolucyjne wrzenie wznieca się nawet w obrębie katolickiej wspólnoty. „Teologię wyzwolenia” poprzedniego stulecia próbuje się zastąpić dzisiaj „teologią gender”. Dziwią się wrogości wobec niej w „Tygodniku Powszechnym”, a ostatnio w jednym z duszpasterstw akademickich w Warszawie. Dla młodych katolików i katoliczek ma się specjalną wersję genderyzmu, wprawdzie także zabójczą, ale działającą z opóźnieniem, bo słodką dla ich podniebienia strawę. Jest to opowieść o dziejowym ucisku kobiet przez mężczyzn.

Nic bardziej nie boli chrześcijan – nie powinno boleć – jak brak miłości bliźniego. Na wieść o odwiecznej krzywdzie kobiet same zginają się ze wstydem kolana chrześcijańskich mężczyzn, a niemy wyrzut zdobi dzisiaj wiele twarzy chrześcijańskich kobiet. Radość zaś wstępuje w ich dusze, przeradzając się nawet w perlisty śmiech, dopiero wtedy, kiedy słyszą, że kiedyś, w czasach jakoby jeszcze większego ucisku kobiet, ich ideałem było np. „milczenie” i „wstydliwość”.

Jakże się dzisiaj nie śmiać? Wstydliwości nie uczą uprawiane nawet w świątyniach – w okresie letnim – pokazy pięknego kobiecego dekoltu (na temat tego dekoltu wypowiadał się już Homer, jeden z nauczycieli ludzkości). Opatrzono je ostatnio – w jednej z warszawskich świątyń – akompaniamentem kołysanki dla nowo narodzonego szatana, znanej z „kultowego” filmu, rozpoczynającego światową zabawę z satanizmem. Nic zatem dziwnego, że nie tylko krawcowe i egzorcyści, ale także historycy mają dzisiaj pełne ręce roboty. Jakże nie oburzać się na epoki, które o ekspozycję tego piękna nie dbały? Ale już Rousseau trafnie zauważył (w Liście o widowiskach), iż ekspozycja kobiecych dekoltów musi wzbudzać trwogę i z tym związany brak zainteresowania mężczyzn. Widzimy to na własne oczy w epoce epidemii heterofobii, nękającej coraz szersze grono mężczyzn, uciekających przed kobietami w homoseksualizm.

O wspomnianym„milczeniu” jako szczególnej cnocie i ozdobie kobiety – cnocie sławionej przez Greków, uczonej przez Homera i włożonej w usta Peryklesa – dzisiaj nawet nie sposób wspominać bez niepotrzebnego narażania się kryptogenderystkom na męki. Dla ich przekonania wcześniej trzeba by odbudować gmach jeszcze starożytnej teorii moralnych cnót i wad, w poważnym stopniu nadwerężonej duchowymi zawieruchami, nękającymi nieustannie Europę. Co zaś do cnoty „posłuszeństwa mężowi” – nauczanej przez św. Pawła i św. Tomasza – to gotowi są mówić na ten temat tylko wypróbowani w duchowych bojach kaznodzieje, którzy zgadzają się nawet na męczeństwo. Jakże nam zatem bronić się przed ideologią „gender”, według której nie ma istotnej różnicy pomiędzy mężczyzną i kobietą, a więc jakoby bez sensu jest mówienie o swoistości kobiety i jej moralnych zalet?

Podjudzanie kobiet przeciwko mężczyznom regularnie prowadzi się od początku nowożytności, zwłaszcza od epoki oświecenia (XVIII wiek), postulując wyrwanie ich z „kojca dla niemowląt” (I.Kant). Niedawno jednak zauważono, iż bez zniszczenia „heteroświata” nie sposób wyzwolić kobiet z wiekowej niewoli. Podgrzewa się zatem myślenia o historii, dbające nie o prawdę, ale o rewolucyjny czyn. Nowożytność i „ponowożytność” uwielbia takie traktowanie przeszłości, czyli urządzanie jej głośnego pogrzebu, pełnego kpin i szyderstwa. Nieraz dajemy się wciągnąć w tę rewolucyjną komedię i biadolenie nad rzekomą dotychczasową dyskryminacją kobiet, np. w starożytnej Grecji. Czy tak było? W jakim zakresie i w jaki sposób? Sprawa ta jest jeszcze do zbadania, jeśli nie chcemy bezrozumnie powtarzać wciskanych nam nowożytnych kłamstw o przeszłości relacji pomiędzy mężczyznami i kobietami.

http://www.naszdziennik.pl/wp/60641,gen ... biety.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 16 gru 2013, 08:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
O kobiecie

Podejmując rozważania nad podstawami antropologicznymi i teologicznymi kondycji kobiety, Kościół bierze udział w dziejowym procesie promocji kobiety, obejmującym działalność różnorodnych ruchów, i sięgając do samych korzeni jej osobowego bytu, wnosi do tego procesu najcenniejszy wkład. Ale pierwszą i najważniejszą przyczyną, która skłania Kościół do przyjęcia takiej postawy, jest posłuszeństwo wobec Boga, który tworząc człowieka „na swój obraz”, „mężczyzną i niewiastą stworzył ich” (Rdz 1, 27), oraz przyjęcie Jego wezwania do poznawania, podziwiania i przeżywania planu Stwórcy. Ten plan został wpisany „na początku” i na zawsze w samą istotę osoby ludzkiej – mężczyzny i kobiety – a więc w najistotniejsze elementy jej struktury i w jej najgłębsze dynamizmy. I właśnie ten plan, pełen mądrości i miłości, domaga się zgłębienia całego bogactwa jego treści; bogactwa, które „od początku” stopniowo objawia się i urzeczywistnia przez całe dzieje zbawienia, osiągając swój szczyt w „pełni czasu”, gdy „zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty” (Ga 4, 4). Ta „pełnia” trwa w ciągu dziejów: Kościół poprzez swoją wiarę, a także dzięki życiu wielu kobiet chrześcijańskich nie przestaje – i winien to czynić zawsze – odczytywać planu Boga względem kobiety.

Adhortacja apostolska „Christifideles laici”, nr 50

Człowiek od początku został stworzony jako „mężczyzna i niewiasta” (por. Rdz 1, 27). Pismo Święte samo wyjaśnia ten przekaz: mężczyzna, chociaż był otoczony przez niezliczone stworzenia świata widzialnego, zdaje sobie sprawę, że jest sam (por. Rdz 2, 20). Bóg pomaga wówczas człowiekowi wyjść z sytuacji osamotnienia: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam: uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc” (Rdz 2, 18). W stworzenie kobiety została więc wpisana od początku zasada pomocy: pomocy – należy to podkreślić – która nie ma być jednostronna, ale wzajemna. Kobieta jest dopełnieniem mężczyzny, tak jak mężczyzna jest dopełnieniem kobiety: kobieta i mężczyzna są komplementarni. Kobiecość realizuje „człowieczeństwo” w takim samym stopniu jak męskość, ale w sposób odmienny i komplementarny.

Kiedy Księga Rodzaju mówi o „pomocy”, chodzi tutaj nie tylko o pomoc w zakresie działania, ale także w zakresie bycia. Kobiecość i męskość są komplementarne nie tylko z punktu widzenia fizycznego i psychicznego, ale ontycznego. Tylko dzięki łasce tej dwoistości elementu „męskiego” i „kobiecego” człowieczeństwo realizuje się w pełni.

List do kobiet, 1995 r., nr 7

Osobowe zasoby kobiecości na pewno nie są mniejsze od zasobów męskości – są tylko inne. Kobieta więc – podobnie zresztą jak mężczyzna – musi pojmować swe osobowe „spełnienie”, swą godność i powołanie w oparciu o te zasoby, według tego bogactwa kobiecości, jakie otrzymała w dniu stworzenia i które dziedziczy jako sobie właściwy wyraz „obrazu i podobieństwa Bożego”. Tylko na tej drodze może być przezwyciężane także owo dziedzictwo grzechu, na jakie naprowadzają biblijne słowa: „Ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”. Przezwyciężanie tego złego dziedzictwa jest, z pokolenia na pokolenie, zadaniem każdego człowieka, zarówno kobiety, jak i mężczyzny. W każdym bowiem wypadku, w którym mężczyzna jest odpowiedzialny za to, co uwłacza osobowej godności kobiety i jej powołania, postępuje on wbrew swojej własnej godności i własnemu powołaniu.

List apostolski „Mulieris dignitatem”, nr 10

http://www.naszdziennik.pl/wp/62564,o-kobiecie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 27 gru 2013, 08:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Feministyczna twarz terroryzmu

Slawomir Jagodzinski

Święta Bożego Narodzenia upodobali sobie wrogowie wyznawców Chrystusa jako czas szczególnych ataków na chrześcijan. Niestety, tegoroczne święta również spłynęły męczeńską krwią choćby wiernych w Iraku, którzy nie na długo mogli się pocieszyć Bożym Narodzeniem jako świętem państwowym. Terroryzm ekstremistów islamskich czy hinduistycznych wszyscy zgodnie potępiają, walczą z nim, chociaż i tak nie za bardzo to się przekłada na bezpieczeństwo w krajach, gdzie do niego dochodzi. Ale te święta pokazały zupełnie inną twarz swoistego terroryzmu ideologicznego, związanego feministycznym lobby proaborcyjnym. I to nie mniej groźnego. Najpierw przykłady:

Francja. Feministyczna grupa Femen sprofanowała kościół pw. Świętej Magdaleny w Paryżu. Młoda kobieta położyła przed głównym ołtarzem kawałek cielęcej wątroby mający przestawiać płód, a potem oddała mocz na schodach ołtarza. Na jej nagim ciele widniał wulgarny napis, odnoszący się do apelu domagającego się depenalizacji aborcji i legalizacji zabijania poczętych dzieci.

Niemcy. Po rozpoczęciu wigilijnej Mszy św. w kolońskiej katedrze, którą sprawował znany ze swej zdecydowanej postawy w obronie życia ludzkiego i małżeństwa ks. kard. Joachim Meisner, z pierwszego rzędu ławek podniosła się 20-letnia dziewczyna i zrzucając z siebie górną część garderoby, skoczyła na podest ołtarza. Aktywistka Femenu na piersiach miała namalowany napis „I am God” (Jestem Bogiem). Rzekomo chciała w ten sposób zaprotestować „przeciwko patriarchalnej i seksistowskiej” postawie kardynała.

Polska. Jedna z działaczek feministycznych zapowiada, że w Wigilię Bożego Narodzenia dokona aborcji. Media tę deklarację – nie wiadomo zresztą, czy prawdziwą, czy fałszywą, ale na pewno prowokacyjną – nagłaśniają. I to wtedy, gdy miliony chrześcijan przygotowują się do radosnych i rodzinnych świąt, oczekując narodzin Jezusa. Szczególny prezent dla swego dziecka wymyśliła ta pani: śmierć pod choinkę. Jej tłumaczenie jeszcze bardziej odsłania to barbarzyństwo proaborcyjne. – Mam w sobie potężny sprzeciw wobec mówienia przez kogokolwiek poza matką o tym, że od początku ciąży mamy do czynienia z dzieckiem – deklaruje ta osoba. A o tym, „ile jest dziecka w dziecku” i kiedy już całe będzie dzieckiem, ma decydować „emocja” kobiety, „kwestia jej osobistej wrażliwości”, bo „jej uczucia są ważniejsze”.

Koszmar. W tym miejscu przypomina się święto Młodzianków Betlejemskich, które będziemy obchodzić jutro. Poświęcone jest ono niewinnym dzieciom, które Herod kazał wymordować z obawy przed nowo narodzonym Jezusem. Wszystkie te zdarzenia są przykładem działań mających znamiona terroryzmu. Zawierają w sobie wystarczającą dozę przemocy lub groźby jej użycia wobec osoby ludzkiej, jaką jest też dziecko poczęte. Mają na celu zastraszenie i wymuszenie na ogromnej grupie społeczeństwa ustępstw w drodze do osiągnięcia określonych celów, aby nawet ze złamaniem prawa zmusić pozostałych obywateli do określonych zachowań. To tragiczne, ale więcej współczucia w ostatnich dniach było słychać dla karpia niż dla poczętego dziecka.

http://www.naszdziennik.pl/wp/63569,fem ... ryzmu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 04 sty 2014, 12:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Dramat współczesnej kobiety

Carol Jackson Zawsze wierni, nr. 1 (179) 2014


Jeśli pragniecie ocenić współczesne społeczeństwo pod względem zwykłej ludzkiej szczęśliwości – przyjrzyjcie się twarzom kobiet. Kobieta jest znacznie wrażliwsza od mężczyzny na sprawy ducha; i wszystko co odczuwa lub kim jest, wypisane jest po dwudziestym piątym, trzydziestym roku życia na jej twarzy.

Czego pragną kobiety?

Jesteśmy jednak obecnie do tego stopnia zaabsorbowani modą, iż rzadko dostrzega¬my, w jaki sposób stan duszy współczesnej kobiety znajduje wyraz w jej oczach i obliczu. Przeoczamy przez to fakt, że większość ame¬rykańskich kobiet, zarówno tych wyemancy¬powanych, jak i piękności ze sprzedawanych w milionowych nakładach powieści, płacze co noc przed zaśnięciem albo też nieustannie daje wyraz swemu rozgoryczeniu i frustracji.

Natura kobiety jest przedmiotem rozwa¬żań filozoficznych i duchowych. By jednak dowiedzieć się, w jakim celu została ona stworzona, nie potrzeba sondaży przepro¬wadzonych przez Instytut Gallupa. W isto¬cie nie byłyby nam one nawet w tym zbyt pomocne. Kobiety, podobnie jak wszystkie istoty ludzkie, stworzone zostały dla Boga, zarówno w tym życiu, jak i w wieczności. Szczególne ich powołanie polega jednak na tym, by kochać i służyć, by kochać Boga i służyć Mu zazwyczaj w innym człowieku. Można powiedzieć, że kluczem do zrozumie¬nia natury każdej kobiety - oraz jej szcz꬜cia czy tragedii - jest odkrycie, kogo ona kocha. Tymczasem mężczyzna, pomimo iż posiada to samo ostateczne przeznaczenie, często potrafi zakochać się w jachcie, samo¬chodzie czy korporacji.
Rozważając kwestię uczuć kobiety, powie¬dzieć trzeba, że może być szczęśliwą jedy¬nie wówczas, gdy te uczucia będą właściwie ukierunkowane i odwzajemnione. Właściwe ukierunkowanie oznacza, że głównym podmiotem jej miłości powinien być Bóg. Zaś wszystkie inne osoby, które obdarzy ona swą miłością, winy być przez nią kochane w Chrystusie. Jeśli przyjrzymy się sytuacji współczesnej kobiety w tym właśnie świetle, zrozumiemy, iż społeczeństwo nasze zdra¬dziło ją na każdej płaszczyźnie.

Tragedia zmarnowanej ofiary

Dramat dojrzałej, współczesnej kobiety, posiadającej dorosłe już dzieci, jest drama¬tem zmarnowanej ofiary. W planie Bożym małżeństwo jest dla większości kobiet dro¬gą do uświęcenia, ołtarzem dla składania każdego dnia ofiar miłości i poświęcenia.
Do tego stopnia pomaga ono w wykorzenia¬niu egoizmu, że nawet obecnie rzadkością jest widok kobiety samolubnej, chyba że sto¬sując antykoncepcję odmówiła ona zgody na przyjęcie potomstwa, będącego naturalnym owocem małżeństwa. Macierzyństwo auto¬matycznie przydaje kobiecie godności i dostojeństwa, które wzrastają wraz ze zwięk¬szaniem się liczebności rodziny oraz ilości
podejmowanych ofiar.
Normalna kobieta, chrześcijanka czy poganka, troszczy się przede wszystkim o swe dzieci, dając im pierwszeństwo przed sobą. Zapewnia im porządne ubrania, sama zadowalając się byle czym, umożliwia im edukację, wyrzekając się nowych mebli czy perfum. Normalna kobieta nie zauważa na¬wet swych poświęceń, ponieważ kocha swe dzieci i ma świadomość jak bardzo one jej potrzebują. Wszystko to należy do Bożego planu i stanowi preludium do wiecznego szczęścia. Jest niejako dla życia ducho¬wego etapem czyśćcowym, stanowiącym przygotowanie do radości ze zjednoczenia z Bogiem. Chrześcijańska kobieta, kochając swe¬go męża oraz dzieci, powinna nieustan¬nie rozwijać w sobie tęsknotę za tym, co współczesna psychologia określa okresem "pustego gniazda", kiedy dzieci ostatecznie opuszczają dom, udając się na studia lub zakładając własne rodziny. Powinna za nim tęsknić, ponieważ mogąc poświęcić więcej czasu na osobistą modlitwę, będzie wów¬czas skuteczniej mogła wyzbyć się miłości własnej i poczynić postęp w życiu ducho¬wym. Powinna być już dostatecznie doj¬rzała duchowo, by postrzegać minione wy¬rzeczenia jako drobnostki i mieć nadzieję, że będzie mogła wkrótce prowadzić życie bardziej skromne, proste i kontemplacyjne, niż to było możliwe w otoczeniu dorasta¬jących dzieci. Podobnie jak święte królowe, powinna planować zawczasu posługi, jakie będzie mogła świadczyć chorym lub po¬trzebującym, gdy ręce jej będą już mogły okazać miłość najmniejszym z umiłowa¬nych przez Chrystusa.

Okrutne kłamstwa na temat kobiet

Tragedia kobiet w średnim wieku, którym Bóg dał ten czas właśnie dla ich uświęcenia, staje się dla nas oczywista, jeśli przysłucha¬my się pierwszemu lepszemu konkursowi radiowemu, w którym odsłaniają one kulisy swego prywatnego życia. Audycje te są wy¬jątkowo odrażające i wulgarne, słuchając ich nie sposób jednak nie zauważyć, że dramat ten dotyka również pozornie bardziej kultu¬ralne mieszkanki dzielnic podmiejskich, któ¬re marnują ostatnie lata swego życia na bry¬dża, podróże oraz plotki. Wszyscy wydają się współpracować, by minione lata wyrzeczeń nie przyniosły oczekiwanych przez Boga owoców.
"Teraz wreszcie możecie mieć nowy samo¬chód, wybrać się na Bermudy, mieć eleganc¬ką fryzurę, najnowszą zmywarkę i modne ciuchy" - krzyczą reklamy, którym dzielnie sekunduje opinia publiczna. W rzeczywi¬stości przekaz ten oznacza: "Teraz, gdy choć w pewnym stopniu zdołałaś wyzbyć się mi¬łości własnej, możesz nauczyć się znów ko¬chać jedynie samą siebie, tak że ostatecznie stracisz swą duszę. A jeśli jej nawet nie stra¬cisz, będziesz musiała przejść oczyszczenie jeszcze raz, i to w sposób znacznie bardziej bolesny - w czyśćcu".
Mężowie ze swej strony powiększają je¬dynie tę tragedię, choć z różnych powodów. Zgodnie z wypaczoną ideą miłości małżeń¬skiej (więcej na ten temat napiszemy dalej), uważa się obecnie, że kobieta musi podtrzy¬mywać miłość swego męża poprzez atrakcyj¬ność fizyczną. Jakże okrutna jest droga świa¬ta w porównaniu do drogi Bożej! W Bożym planie mężczyzna i jego żona przed osiągnię¬ciem wieku średniego wzrastają w duchowej jedności do tego stopnia, że najpiękniejsza nawet osiemnastoletnia sekretarka, pomimo całego swego czaru, nie będzie zdolna zdo¬być zainteresowania męża.
Ponadto, zgodnie z filozofią tego świata, miłość nigdy się nie pogłębia - jest zawsze powierzchowna i fizyczna. Skazuje to na tortury kobiety usiłujące rozpaczliwie i bez powodzenia zachować młodzieńczą figurę wyglądając w wyniku tych zabiegów coraz bardziej żałośnie. Zawsze muszą stosować jakąś dietę, podczas gdy w istocie powinny pościć, usiłując zbliżyć się do ideału święto¬ści. Ponieważ nie akceptują cierpienia, dlate¬go cierpią podwójnie. Stają się nieskończenie bardziej samotne, odwracając się od samot¬ności. Diabeł jest okrutnym panem.

Dramat połowicznej ofiary

Dramat połowicznej ofiary dotyczy nie¬zamężnych kobiet, które nie są zakonni¬cami. Być może najlepszym sposobem na zrozumienie ich losu jest spojrzenie na to zagadnienie z perspektywy historycznej. Stan wolny - mówiąc ściśle - jest niena¬turalny. Jest tolerowany i dopuszczany jedy¬nie w kontekście chrześcijańskim, w którym może mu zostać nadana rola nadprzyrodzo¬na. Społeczeństwa pogańskie nigdy nie tole¬rowały bezżeństwa kobiet (poza wyjątkami), popychając je ku konkubinatowi lub prosty¬tucji.
Jednym z najdonioślejszych społecz¬nych skutków chrześcijaństwa był fakt, iż nadało ono niezamężnym kobietom osobny status oraz funkcję. Mogły one stać się "oblubienicami Chrystusa", kobietami, które były zbyt nie¬cierpliwe, by dochodzić do miłości Bożej poprzez pośrednictwo człowieka i wybiera¬ły bezpośrednią drogę natychmiastowego i całkowitego ofiarowania się Stwórcy: albo w życiu pozbawionym wszystkiego - poza tym co niezbędne do kontemplacji, albo w ramach zgromadzenia zakonnego odda¬nego dziełom miłosierdzia. Jako oblubienice Chrystusa kobiety te były w stanie kochać w sposób najpełniejszy i miłość ich wypeł¬niała całą Europę w służbie ubogich i cho¬rych, bezdomnych, trędowatych i prostacz¬ków. Oblicza ich cechowała radość i spokój, a ludzie mówili o nich, jak to czynią do dziś:
"Nigdy nie wiadomo, ile lat ma zakonnica - one zawsze wyglądają młodo".

Reformacja protestancka zniszczyła życie zakonne, w niektórych krajach całkowicie, w innych zaś częściowo. Protestantyzm nie był jednak w stanie wymazać z pamięci pra¬wa do nie wchodzenia w związek małżeński, ani ideału służby w dziełach miłosierdzia. Ostatnich kilka stuleci było świadkami po¬stępującej deprecjacji statusu niezamężnej kobiety, w miarę jak odchodziła ona stop¬niowo od swej roli oblubienicy Chrystusa.
Do dziś pozostał nam z tego okresu relikt w postaci określenia "stara panna", który kojarzony jest nierozerwalnie ze szlachet¬ną filantropią. Nazwy potoczne mają w so¬bie z reguły coś z prawdy, nawet jeśli jest to prawda okrutna. Nikt nigdy nie nazywał za¬konnicy "starą panną". To żyjące w świecie "stare panny" były zgorzkniałe, ponieważ nie mogły kochać w pełni i ofiarować się w sposób całkowity.
Obecnie wydaje się, iż owo połowiczne wy¬rzeczenie przestaje już kobiety satysfakcjono¬wać. Nauczycielki, pielęgniarki i pracownice socjalne, poza wyjątkowymi sytuacjami, nie kierujące się miłością Chrystusową, mają dość połowicznych ofiar oraz prowadzenia samotnego choć użytecznego życia. I zaczy¬nają koncentrować się na sobie. Domagają się więcej pieniędzy, nie zdając sobie sprawy z faktu, iż ich frustracja ma całkowicie inne źródło i że od poczucia rozczarowania ucie¬kają w ruinę moralną.

Kobiety wybierające karierę

Inne zagadnienie stanowi problem ko¬biet wybierających karierę zawodową, co jest pośrednim skutkiem emancypacji. Nie analizując szczegółowo genezy tego zjawiska, przyjrzyjmy się bliżej ich obecnemu położe¬niu. Nie ulega dyskusji, że kobieta robiąca karierę zawodową nie może być szczęśliwa. Może jednak odczuwać częściowe spełnienie, gdy dzięki tej pracy pomóc może wiekowej matce lub bratu przygotowującemu się do ka¬płaństwa, albo gdy pracuje jedynie chwilowo i uważa to za coś ekscytującego. Powód tego jest bardzo prosty. Wystarczy zadać sobie pytanie: kogo kocha kobieta poświęcająca się karierze zawodowej?
Ze swej natury musi ona kochać kogoś całą swą istotą. Nie kocha ona Boga, a przy¬najmniej nie kocha Go dostatecznie. Jest to oczywiste z samej definicji. Zazwyczaj pró¬buje sił w biznesie, przyjmuje posadę pań¬stwową, oddaje się sztuce - innymi słowy podejmuje jakiś rodzaj działalności świeckiej. Wyklucza w ten sposób motyw nadprzyro¬dzony - nie uznaje więc Boga za Pana swe¬go życia. Większość robiących karierę ko¬biet usiłuje postępować wbrew swej naturze. Udają one, że potrafią upodobnić się do m꿬czyzn, postępować rzeczowo i obiektywnie, że są zadowolone ze swego losu. Jeśli wikłają się w romanse, usiłują nadać im pozory do¬raźnego związku, sprawiając wrażenie, że nie angażują się uczuciowo.
Im bardziej błyskotliwa jest ich kariera (w oczach świata), tym większą wykazu¬ją skłonność do zaburzeń emocjonalnych i ulegania neurozom. Istnieje też cała rzesza pracujących zawodowo kobiet, które kochają się w swych szefach, świadomie lub nieświa¬domie, angażujących się niekiedy w niemo¬ralne związki i rozbijających własne rodziny.
Kobieta nie jest w stanie poświęcić się cał¬kowicie Amalganted Pickle Company czy National Horseshoes Inc., nie angażując się równocześnie osobiście. Biznes wykorzystuje ten fakt, ponieważ w interesie firmy leży po¬siadanie w pełni oddanych pracownic, a jeśli często trzeba nakłaniać je do pozostawania w pracy po godzinach, dobrze jest mieć przy¬stojnego kadrowego. Dotyczy to zwłaszcza sekretarek, które trafnie określa się niekiedy mianem "biurowych żon". W dziesiątkach tysięcy biur na terenie całego kraju "ważny pan Jones" opuszcza biuro wcześnie, uda¬jąc się na partię golfa, a później na drinka i obiad, podczas gdy "Mary Jane Smith" pra¬cuje do ósmej wieczór, porządkując kore¬spondencję. Często sama nie wie, dlaczego tak postępuje, zaś "pan Jones" jest najczęściej wystarczająco tępy, by przyjąć jej ofiarę, nie zastanawiając się nad skutkami, jakie to ma dla jej prywatnego życia.
Jedynym sposobem, by pragnąca zrobić karierę kobieta mogła ustrzec się przed zabu¬rzeniami emocjonalnymi, jest w tej sytuacji skierowanie całej jej miłości na kogoś, kogo interesy są tożsame z jej własnymi interesa¬mi, to jest na nią samą. Nie trzeba dodawać, że musi to ostatecznie doprowadzić do ka¬tastrofy, daje jednak złudną nadzieję, że nie zostanie się zranionym przez innych (osoba, którą się kocha, zawsze może nas zranić).
Skoro jednak robiąca karierę zawodową ko¬bieta "uwalnia się" od tego niebezpieczeństwa, skierowując swą miłość na siebie samą, staje się istotą bezwzględną, napełniającą lękiem całe swe otoczenie. W przeciwieństwie do niej
uganiający się za pieniędzmi czy władzą m꿬czyzna potrafi być niekiedy ciepły i ludzki. Nie trzeba dodawać, że kobieta taka znajduje się w znacznie poważniejszym niebezpieczeń¬stwie duchowym niż sekretarka, na której ktoś się wyżywa czy buchalterka, która pota¬jemnie kocha się w głównym księgowym.

Świecki apostoł

Samotna kobieta musi na powrót zwrócić się ku Chrystusowi, ofiarując Mu całą swą miłość i przywiązanie. Łatwo jest powie¬dzieć, że powinna wyjść za mąż lub wstąpić do zakonu. Często nie jest to jednak możliwe.
Wyjściem nie jest również kontynuowanie świeckiego trybu życia i równoczesne odpra¬wianie nowenn na wzór zakonnic. Obecnie najlepszym rozwiązaniem problemu samot¬nych kobiet wydaje się być świecki apostolat, jakiś rodzaj Akcji Katolickiej, który pozwala skoncentrować życie na Chrystusie i zara¬zem odegrać bardzo ważną rolę we współ¬czesnym świecie. Gdziekolwiek dziewczęta zwróciły się ku jakiejś poważnej formie apo¬stolatu, widoczne u nich wcześniej oznaki frustracji, neurozy, osamotnienia i zagubie¬nia, zaczęły zanikać. Życie nie wydaje się im już tak trudne. Ścieżki Pańskie są łatwe i do¬stępne dla każdego.

Dramat powierzchownego związku

Poszukując źródła tragedii współczesnych zamężnych kobiet, nietrudno jest odkryć, że jest nim błąd co do natury ludzkiej miłości. Kościół uczy nas, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Współczesny świat to neguje, twierdząc, iż stworzeni zo¬staliśmy na obraz i podobieństwo zwierząt. Związek kobiety i mężczyzny w małżeństwie - uczy Kościół - stanowi odzwierciedlenie związku Chrystusa i Jego Kościoła. I może być zrozumiały jedynie w tym świetle. Jest to związek duchowy, którego wyraz stanowi zjednoczenie ciał.
Świat natomiast przekonuje nas, iż zjed¬noczenie mężczyzny i kobiety w małżeń¬stwie przypomina gody zwierząt, różniąc się od nich jedynie tym, iż towarzyszy mu pew¬na doza uczuciowości i świadomości, jako że rodzaj ludzki stanowi wyższy rodzaj zwie¬rząt. Tak więc świat przygotowuje młodych ludzi do małżeństwa, nauczając ich "filozofii świata" i technik miłości fizycznej (wyposa¬żając ich w środki antykoncepcyjne), przez co zawierają oni związki fizycznie dojrzali, lecz duchowo zupełnie infantylni. W miarę jak relacje małżeńskie stają się (w sposób nie¬unikniony) stopniowo coraz bardziej złożone i wymagające, wydawcy zarzucają rynek górą publikacji zawierających instrukcje dotyczą¬ce urozmaicenia życia seksualnego.
Doprowadza to zranionych małżonków na kozetkę psychologów i do spraw rozwodo¬wych. W rzeczywistości nie ma czegoś takie¬go, jak niezgodność charakterów. Problemem jest brak duchowej harmonii, za którą kryje się brak rozwoju duchowego lub całkowity zanik życia nadprzyrodzonego. Czyż w takich warunkach małżeństwo mogłoby przetrwać?
Powróćmy jednak do zamężnej kobiety. Ze swej natury musi ona kochać kogoś całą swą istotą. Kogo więc kocha? Powinna, oczy¬wiście, kochać Boga oraz swego męża, jako pośrednika pomiędzy nią a Chrystusem. Jednak w większości przypadków wcale tak nie jest.
Kobieta posiada naturalną skłonność do kochania swego męża, jak gdyby był on Bogiem, jej prawdziwym celem ostatecznym. Potrzeba kochania i ofiarowania się w cało¬ści należy do jej natury. Prowadzić to jednak może również do katastrofy: jeśli mąż staje się jej bogiem, zaczyna mu być ona podporządkowana w sposób nieuchronnie prowa¬dzący do tragedii. Postępowanie męża staje się dla niej normą moralną: dobre jest to, co mu sprawia przyjemność, a złe to, co mu się nie podoba, podczas gdy zgodnie z Bożym planem ma być ona członkiem rodziny, któ¬ry przestrzega i przekazuje normy moralne otrzymane od Boga. Kiedy całe doczesne szczęście kobiety zależy od męża, on zaś jest częstokroć dość marnym wzorem do naśla¬dowania, staje się zazdrosna i stopniowo za¬czyna wymagać od niego więcej uwagi i cza¬su, niż jest skłonny jej poświęcić. Ostatecznie mąż nie będzie już w stanie znieść tego nie¬naturalnego kultu, któremu towarzyszą za¬zwyczaj łzy i wybuchy emocji, kobieta zaś doprowadzona zostanie na skraj załamania nerwowego. Może ona wówczas odkryć, iż jej mąż jest w istocie glinianym bożkiem i wskutek tego rozczarowania może go znie¬nawidzić.
Jeśli kobieta nie kocha nade wszystko Boga i nie ma "kultu" swego męża - boga, to zawsze istnieje niebezpieczeństwo, iż prze¬sadnie przywiąże się do swoich dzieci. Pod płaszczykiem matczynej troskliwości mnó¬stwo kobiet poszukuje w swych dzieciach samozadowolenia, uzależniając od siebie sy¬nów i okradając córki z ich własnego życia. Przykłady tego znaleźć możemy praktycznie wszędzie.
Może się również zdarzyć, że zamężne ko¬biety, podobnie jak kobiety samotne, zwrócą swą miłość ku sobie samym. Wszelka miłość sprowadza się ostatecznie albo do miłości własnej albo do umiłowania Boga. Ci jednak, którzy kochają kogoś innego poza sobą, nie są jeszcze bezwzględnymi egoistami, nawet jeśli ich miłość do Boga pozostaje bardzo niedoskonała. Zdecydowana, świadoma mi¬łość własna, jak u świeżo poślubionej żony, która kocha się w strojach i nie chce mieć dzieci, oznacza poczynienie ostatecznego wyboru na samym progu życia - wyboru pomiędzy Bogiem a sobą samą.

Poniżanie kobiet u pogan i współcześnie

Cechą charakterystyczną cywilizacji po¬gańskich było nieodmiennie poniżanie kobie¬ty. Zarówno w cywilizowanych Atenach, hin¬duistycznych Indiach czy we współczesnych Chinach na próżno doszukiwać się można szacunku dla kobiet, jaki cechuje chrześci¬jańskie społeczeństwo Zachodu. Poniżanie to może przyjmować dwie formy: kobiety re¬dukowane są do roli niewolnic oraz stają się obiektami służącymi do zaspakajania przy¬jemności. Społeczeństwo nasze wielkimi kro¬kami powraca do pogaństwa, przywracając obie te formy upodlenia kobiety.
Ostatecznym rezultatem ruchu eman¬cypacyjnego stało się niewolnictwo kobiet. Tysiące z nich, pracujących w biurach i fa¬brykach, których każdy gest ujęty jest regula¬minem, stały się uprzedmiotowione, tworzą prawdziwe armie niewolnic, na których bu¬dowana jest nowa pogańska cywilizacja. Nie wszyscy to dostrzegają, gdyż chwilowo przy¬najmniej zachęcamy nasze nowe niewolnice, by ubierały się jak "gwiazdy" Hollywood i zaspakajamy ich głód życia jego namiast¬ką w postaci filmów, telewizji i romansideł. Płacimy im nawet dobrze, jednak już ćwierć wieku temu Belloc przypominał nam, że nie¬wolnictwo jest nadal niewolnictwem, nawet jeśli jest dobrze opłacane - i łagodzone tele¬wizją oraz deserami czekoladowymi.
Upadek moralny w połączeniu z plagą rozwodów, kontrolą urodzeń oraz innymi "zdobyczami cywilizacji" zredukowały status kobiety do rangi para-prostytucji. Tą właśnie postchrześcijańską atmosferą oddychają obec¬nie kobiety, począwszy od wieku dojrzewa¬nia. Praca na rzecz prawdziwej emancypacji, którą przyniósł im Chrystus, będzie dla nich jak rozpoczynanie wszystkiego od początku. Nie mogą już zadowalać się resztkami god¬ności, stanowiącymi pozostałość po cywi¬lizacji chrześcijańskiej. Będą musiały wyty¬czyć całkowicie nową drogę - jak św. Agata i św. Agnieszka.
Nie może to być jednak droga identyczna, ponieważ wspomniane święte były samotnymi męczennicami, przeciwsta¬wiającymi się woli swych ziemskich rodziców i pogańskiego społeczeństwa.
Współczesne katolickie dziewczęta mają sposobność do łączenia się z innymi w świec¬kim apostolacie, nie tyle po to, by opierać się władzy i ponosić śmierć, lecz by wykorzy¬stać pozostałą jeszcze wolność do niesienia Chrystusa, czystości i szczęścia młodszemu pokoleniu, któremu rodzice nie uznali za stosowne przekazać nawet szczątkowej for¬my chrześcijaństwa. Podobnie jednak jak męczennice pierwszych wieków, i one mogą I zostać odrzucone przez swych pogrążonych w materializmie rodziców.

Nie mniej miłości, ale więcej

Istnieje tylko jedno lekarstwo na trage¬dię kobiet, która czyni dzisiejsze społeczeń¬stwo dosłownie doliną łez: jest nim wła¬ściwe ukierunkowanie i postęp w miłości. Przygnębieniem napełniają pseudo-rozwią¬zania podsuwane przez kolorowe magazyny kobietom. których problemy widzą często bardzo wyraźnie i których nieszczęście z pew¬nością nie uchodzi ich uwadze. Czyż mogą one sugerować rozwiązania inne niż powierz¬chowne? Czyż mogą proponować coś poza tym, co mogłoby złagodzić ich ból? Brydż nie jest żadnym lekarstwem, nie jest kluczem do szczęścia. Nie da go również nowa sukienka, romans, rejs czy dobra książka.
W przeciwieństwie do obojętnych mꬿów, Chrystus przyjmuje z radością miłość oraz całkowite oddanie - i wynagradza je tysiąckrotnie. W przeciwieństwie do dzieci, zawsze oczekuje On czułości z naszej stro¬ny. W przeciwieństwie do świata, przebacza nam, niezależnie od tego, jak nisko upadli¬śmy. Może uzdrowić nieczystego, podobnie jak skierował na drogę cnoty kobietę pochwyconą na cudzołóstwie.
Zasadnicze znaczenie ma tu fakt, iż kobieta musi kochać w sposób całkowity i że istnieje tylko jedna Osoba, którą może ona obdarzyć miłością w sposób bezpieczny i dający jej sa¬tysfakcję. To Jezus Chrystus. A im bardziej nieuporządkowane są jej obecne miłości, tym bardziej pełne będzie musiało być nawrócenie do miłości Chrystusa. Poza Chrystusem nie ma lekarstwa na dramat współczesnej kobie¬ty. A skoro tylko miłość jej zostanie ukierun¬kowana na Niego, wszelkie relacje między¬ ludzkie zostaną automatycznie uzdrowione i umocnione.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 18 sty 2014, 10:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Skarb kobiecości

Dr Jarosław Szarek

Od wieków wierne swemu kobiecemu powołaniu strzegły domowego ogniska, wypełniały macierzyńskie powinności. W ciężkich sytuacjach odważnie stawały wobec przeciwności. Siłą charakteru, hartem ducha rekompensowały cielesną delikatność. Nikt wtedy nie ustanawiał sztucznych parytetów, nie „uszczęśliwiał” ich ideologicznymi wynaturzeniami degradującymi kobiecość, a one nierzadko zmieniały bieg dziejów, odciskały trwały ślad na epokach, w których przyszło im żyć.

Błogosławiona matka Marcelina Darowska tak pisała o kobiecie: „Historia uczy, że w ręku jej spoczywały nieraz losy całych narodów”. Od kobiet zależała ich pomyślność bądź upadek, gdyż „gdzie są dobre matki, żony i obywatelki, tam kwitnie szczęście i dobrobyt, i moralna siła”. Ta prawda sprawdziła się wielokrotnie i nie miało znaczenia, czy były to władczynie jak św. królowa Jadwiga (1373-1399), czy proste kobiety jak matka bł. ks. Jerzego Marianna Popiełuszko (1920-2013).

Kobiety mężne i mądre
Jedne poświęciły się wychowaniu swych dzieci, inne służbie drugiemu człowiekowi i Ojczyźnie. Królowa Jadwiga z mądrości i miłości uczyniła swą drogę do świętości. Teofila Sobieska (1607-1661) – matka siedmiorga dzieci – wśród nich triumfatora spod Wiednia – kobieta żarliwej pobożności, niepospolitej odwagi i stanowczości. Ewa Felińska (1793-1859) – matka dziesięciorga dzieci, w tym św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, zaangażowana w niepodległościową konspirację, jako pierwsza Polka zesłana na Sybir. Jadwiga Zamoyska (1831-1923) – matka czworga dzieci, wychowawczyni pokoleń dziewcząt w szkole życia chrześcijańskiego pod hasłem „Służyć Bogu – służąc Ojczyźnie, służyć Ojczyźnie – służąc Bogu”. Józefina Salis-Zizers Ledóchowska (1831-1909) – matka dziewięciorga dzieci, wśród nich m.in. św. Urszuli Ledóchowskiej, bł. Marii Ledóchowskiej, ks. Włodzimierza Ledóchowskiego, przełożonego Generalnego Towarzystwa Jezusowego, Ignacego Kazimierza Ledóchowskiego, gen. Wojska Polskiego, żołnierza Armii Krajowej, zmarłego w niemieckim obozie koncentracyjnym. Róża z Potockich Raczyńska (1849-1937) – matka pięciorga dzieci, „jedna z największych, o ile nie największa, inteligencja, jakie w życiu spotkałem” – pisał o niej Stanisław Mackiewicz. Maria Tarnowska (1880-1965), działaczka Polskiego Czerwonego Krzyża, oficer Armii Krajowej, w końcowych dniach Powstania Warszawskiego uczestniczyła w rozmowach z Niemcami na temat ewakuacji ludności cywilnej. Stanisława Leszczyńska (1896-1974) – położna, pod okupacją niemiecką zaangażowana w Narodowych Siłach Zbrojnych, aresztowana z mężem i trojgiem dzieci, wywieziona została do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, gdzie przyjęła 3 tysiące porodów. Elżbieta Zawacka „Zo” (1909-2009) – żołnierz Armii Krajowej, jedyna kobieta cichociemna, awansowana do stopnia generała, uhonorowana Orderem Orła Białego.

Czas na święte matki
Dziesięć kobiet, z różnych epok i stanów, łączyło jedno – żarliwa modlitwa. „Święci mieli prawie zawsze matki świątobliwe, a ludzie znakomici matki znakomite. Iluż to świętych i bohaterów, według własnego ich świadectwa, wyrobienie zasad i charakteru matkom swoim zawdzięczało!” – napisze Jadwiga Zamoyska w swym podręczniku „O wychowaniu”. Królowa Jadwiga wiele godzin spędzała pod wawelskim krzyżem. Jadwiga Zamoyska z Działyńskich zapamiętała matkę „długie chwile przepędzającą na modlitwie”. Rodzice Róży z Potockich co wieczór wspólnie odmawiali pacierz, a na stoliku jej mamy leżało często czytane „Naśladowanie Chrystusa” Tomasza à Kempis. A ileż było modlitwy w pałacu Ledóchowskich i prostym domu Popiełuszków. Modlącą się przed posiłkiem i pracą i po nich zapamiętały dzieci Stanisławy Leszczyńskiej, które swój dom nazwały wręcz „małym niebem” pełnym miłości i pokoju. Jak zauważyła Maria Tarnowska: „Niewiele trzeba, by dzieciństwo upłynęło szczęśliwie. Wystarczy prawdziwa miłość i rozsądek, żeby wychować zdrowego, normalnego człowieka. Potomstwo biednych rodziców wiedzie często radosny żywot, natomiast zbytek czy nadmiar wygód niekiedy psują charakter…”.

„Przez ogień doświadczenia”
Niemal każda z opisywanych kobiet doświadczyła również ogromnego cierpienia. Dla Ewy Felińskiej była to śmierć kolejnych dzieci, w tym ukochanej Pauliny. Krzyżem było również syberyjskie zesłanie. Swą mężną matkę wspominał, dzisiaj już święty, ks. abp Szczęsny Feliński: „Cnota jej przez ogień doświadczenia przeszła i w tak licznych próbach hartu nie straciła. Córka, żona, matka, pani domu, przyjaciółka, we wszystkim wzorowa była… Zaiste wszystkie dobra przez nią nam przyszły”.

Wiek później Maria Tarnowska przeszła przez niemieckie więzienie na Pawiaku. Z kolei Stanisława Leszczyńska trafiła do Oświęcimia, gdzie mimo rozkazu, aby traktować noworodki jako martwe, mimo bicia nie podporządkowała się temu i przyjęła trzy tysiące porodów. „Jej życie dowodzi, że nie ma takich warunków, w których można zmusić kogoś do zabicia dziecka, nawet w obozie śmierci” – wspominał syn, a ona tłumaczyła, „że jak brała dziecko na ręce, to miała wrażenie, że trzyma Dzieciątko Jezus. I to Dzieciątko było z nią w Oświęcimiu i dlatego nic się jej nie mogło stać. Przed taką postawą nawet diabeł pierzcha”. Nazywano ją „aniołem dobroci”. W obozie spotykała wojennego zbrodniarza „anioła śmierci” doktora Josefa Mengele, ale „Mama o nikim źle nie mówiła, nawet o nim”.

Jakże podobne jest świadectwo Marianny Popiełuszko, gdy po zamordowaniu jej syna ks. Jerzego przez komunistów powiedziała: „Dla mnie jego śmierć to jest kamień na całe życie. Co tu mówić, to taka wielka boleść… Ale nikogo nie osądzam, śmierci niczyjej nie żądam. Pan Bóg sam kiedyś osądzi. Ile trzeba, tyle mordercy będą musieli odpokutować. Niech im Pan Jezus daruje. Najbardziej bym się cieszyła, żeby się oni nawrócili”.

Dar poświęcenia dla innych
Dzięki takiemu wychowaniu przez matki, dzieci, które nawet chwilowo błądziły, zawsze wracały na dobrą drogę. Tak było z Marią Tarnowską ze Światopełk-Czetwertyńskich. Jej mama „wiedziała, że przede wszystkim ma obowiązek wychować dzieci i nauczyć je przestrzegania Bożych przykazań”. Mając jednak 16 lat, Maria uległa przypadłości tego wieku, „stając się próżną i głupią pannicą, zajętą wyłącznie strojami i własną prezencją” i spędzając wiele czasu przed lustrem, co nawet jej przyjaciółka skomentowała słowami: „Jesteś kompletną idiotką i taka już chyba zostaniesz”.

Dwa lata później „rzuciła się na oślep w wir zabaw” i flirtów „z każdym młodzieńcem”. Wkrótce szczęśliwie poślubiła swego męża. Opuszczając dom rodzinny, gdy pociąg ruszył, zobaczyła jeszcze swoją matkę czyniącą w powietrzu znak krzyża. Wyniesione z domu rodzinnego zasady okazały się silniejsze niż chwilowe zagubienie.

Po latach Maria Tarnowska pisała: „Od lat pewne środowiska pouczają kobiety, zarówno bogate, jak i ubogie, że trzeba żyć własnym życiem i zaniechać nudnego prowadzenia domu z myślą o mężu i dzieciach. Co gorsza, podważa się sens wielkiego daru udzielonego nam przez Boga – poświęcenia dla innych. Magiczne słowo ’postęp’ sprawia, że rodzina, stanowiąca podstawę dobrze zorganizowanych społeczeństw, upada wolno, ale nieuchronnie. Panoszy się egoizm, wspólne życie jest nie do zniesienia, mnożą się rozwody. W owym zamęcie, w klimacie nieustannej konfrontacji, zdrady i cynizmu rośnie młode pokolenie…”. Najskuteczniejszym lekarstwem są zatem „dobre matki i żony…”. To one mogą skutecznie powstrzymać ten zamęt.

Przed ponad pół wiekiem Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński ostrzegał: „Zważcie, jak się zbrutalizowało życie. Pomyślcie tylko, choć odrobinę, jak ono wygląda pod wpływem tej czysto doktrynerskiej i nierozumnej manii zrównania kobiety i mężczyzny we wszystkim. Czy obraz tych poczciwych kobiet, jak jakichś potworów w buciorach, włóczących się po ulicy, popychanych przez ludzi pracy codziennej i trudu, czyż to jest tak wielki postęp?”.

Dzisiaj, kiedy już nie „buciory”, a obłąkane ideologie degradujące niewieścią wrażliwość, delikatność, piękno chcą uczynić ze współczesnych kobiet „potwory”, odpowiedź na prymasowskie pytanie: „Czyż to jest postęp?”, jest oczywiście przecząca.

http://www.naszdziennik.pl/wp/65662,ska ... cosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 21 sty 2014, 18:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Człowiek czy potwór?

Lewacki ciemnogród. Zabijają nienarodzone dzieci, bo środki, które promują nie „chronią” przed ciążą

Gwiazdą medialną mijającego tygodnia postanowiła zostać Katarzyna Bratkowska, która w programie „TAK czy NIE” (Polsat News), oznajmiła, że w Wigilię zabije dziecko, które nosi w swoim łonie.

Cóż, jeżeli rzeczywiście nosi i postanowiła uczynić z tego taki akt rewolucyjny dokonując uśmiercenia swojego potomka, to nie tyle tej kobiecie należy zapewnić dozór policyjny, ale raczej otoczyć opieką psychiatryczną. Zamroczenie umysłu bowiem jest tutaj ewidentne, a jak widać ten stan nie jest przejściowy tylko permanentny, bo Katarzyna Bratkowska powtórzyła to samo dziennikarzowi portalu naTemat.pl. Czy Bratkowska jest w ciąży - czy to jej oświadczenie to tylko taki zabieg pijarowski, żeby się głośno o niej i „sprawie” zrobiło, czy może jest to tylko ciąża urojona, co też nie jest wykluczone w przypadku kogoś komu się uroiło, że dziecko w łonie matki to nie jest dziecko tylko jakiś zarodek i można to coś usunąć w imię jakiegoś innego „dobra” - zapewne wkrótce się dowiemy, bo jak widać wojująca feministka nie chce, żeby szum medialny wokół niej przycichł.

Ale przy okazji dowiadujemy się więcej ciekawych rzeczy o stanie umysłu, a raczej o stanie otępienia tego umysłu wśród lewackiej, „postępowej” elity.

Bratkowska bowiem w odpowiedzi na jedno z pytań dziennikarza naTemat.pl mówi:

Odwoziłam na zabieg przyjaciółkę, która stosowała potrójne zabezpieczenie. Gdyby nie zdecydowała się na przerwanie ciąży, nie byłaby w stanie utrzymać swoich dwóch synów, przełożyła dobro dwóch przedszkolaków nad życie zarodka.

Czyli pomogła przyjaciółce, aby jej dziecko, zostało rozerwane na kawałki i wylądowało w szpitalnym kuble. Proszę mi wytłumaczyć, czym się to różni od słynnej sprawy łódzkiej, która tak zbulwersowała opinię publiczną, kiedy to odnaleziono w beczkach zwłoki czwórki noworodków, mordowanych przez swoich rodziców na przestrzeni kilku lat? Tu kubeł, tu beczka. I w jednej i drugiej sprawie chodziło o sprawy czysto materialne, tamci rodzice też nie byliby przecież w stanie utrzymać swoich dzieci.

To jest dokładnie ten sam ciemnogród , te same motywy, tylko w jednym wypadku wyrok wykonany przed narodzeniem, w drugim tuż po przyjściu dziecka na świat. Ta sama więc ciemnota umysłowa, to samo zamroczenie, które powoduje, że człowiek wyłącza naturalne, ludzkie odruchy. Czy dziecko ląduje w kuble, w beczce, w plastikowej torbie w śmietniku to jest zawsze ten sam akt, akt zabójstwa, zawsze bardzo podobnie motywowany - dziecko jako przeszkoda w utrzymaniu innych dzieci, jako przeszkoda w karierze, jako przeszkoda w dostatnim życiu, jako po prostu przeszkoda na drodze do osiągnięcia własnego szczęścia.

Najbardziej jednak śmieszne i żałosne są te wszystkie wypowiedzi tych feministek, które z jednej strony bredzą o potrzebie edukacji seksualnej, edukują innych i siebie nawzajem o zabezpieczeniach przed „niepożądaną ciążą”, po czym od tego samego środowiska płynie informacja, że nie pomogło nawet „potrójne zabezpieczenie”. Przez lata tłumaczyły te same pokręcone indywidua o tych środkach „zaradczych”, o tych pigułkach, gumkach i nie wiem co tam jeszcze tego trzeciego do zabezpieczenia potrzebne jest, a tu taka niespodzianka…

No tak, ale już skoro się tak stało, że przydarzyło się takie „nieszczęście”, że zawiodły niezawodne środki, to trzeba sięgnąć w związku z tym, korzystając z wiedzy jaką dostarcza nam edukacja seksualna, po rozwiązanie ostateczne, czyli aborcję, która w zależności od różnych etapów rozwoju dziecka , stosuje inne narzędzia do jego uśmiercenia. Tyle tylko, lewacki Ciemnogrodzie, nie ma żadnego znaczenia jak nazwiecie takie dziecko. Czy będzie to blastocysta, zarodek, embrion, płód - czyli nazwiecie sobie tak, żeby w żadnym wypadku to dziecko wam z dzieckiem nie mogło kojarzyć, tylko żeby kojarzyło się z czymś bliżej nieokreślonym, z jakimś jedynie ciut bardziej skomplikowanym związkiem chemicznym.

Zawsze będzie to dziecko, zawsze. Naukowymi nazwami tego faktu nie zmienicie, a sumienia nie zagłuszycie głośnymi tyradami, występami w telewizjach, na konferencjach, kongresach, manifach. Nawet jeżeli wydaje się wam, że to się wam już udało.

http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik- ... rzed-ciaza


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 25 sty 2014, 10:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Feminizm niszczy osobę

o. Marek Raczkiewicz CSsR, Madryt

Feminizm ideologiczny jest krokiem w procesie dekonstrukcji osoby – powiedział ks. bp Reig Plà, przewodniczący Komisji ds. Rodziny i Obrony Życia Episkopatu Hiszpanii. Ordynariusz diecezji Alcalá de Henares wziął udział w prezentacji książki „Teologia feministyczna, znaczenie i ocena” (M. Hauke, La teología feminista, significado y valoración), która odbyła się na Uniwersytecie Francisco de Vitoria w Madrycie.

Autor książki podjął w niej próbę analizy wpływu feminizmu na teologię katolicką oraz życie kościelne. – Argumenty, na których opiera się feminizm, w swoich kolejnych ewolucjach doprowadziły do powstania ideologii gender, a także teorii queer i cyborg – uzasadniał ks. bp Reig Plà. Feminizm stopniowo stawał się coraz mocniejszy na polu opinii publicznej i kultury. I stopniowo od „feminizmu równości” przechodził do „feminizmu radykalnego lub feminizmu ginocentrycznego”. Ordynariusz diecezji Alcalá de Henares zwrócił uwagę na „teologię kobiety”. W ostatnich latach Kościół dał szereg wskazówek, zachęcając kobiety do tego, by stały się promotorkami „nowego feminizmu”, który – „bez poddawania się pokusie modelu machistowskiego – potrafiłby uznać i wyrazić prawdziwy geniusz kobiety”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/66285,fem ... osobe.html

Nam, czyli ludziom, a w szczególności kobietom, feminizm jest potrzebny jak psu piąta noga. W cywilizowanym świecie wszelkie międzyludzkie relacje tworzy i zapewnia kultura. Gdy kultura jest z życia społecznego wypierana przez ideologie, to starająca się o dominację utopia ideologiczna tworzy na siłę nowe anty kulturowe relacje miedzy ludźmi. Wprowadza wówczas różne gmatwające rozumienie i gmatwające życie pojęcia, jak sprawiedliwość dziejowa, nowy świat, nowy porządek, wiodąca siła i również takie jak feminizm, aborcja, antysemityzm, faszyzm, genderyzm, nauki wiodące, eugenika, socjalizm, liberalizm, itp. Jak grzyby po deszczu wyrastają nam gadające głowy zwane autorytetami i rusza nagonka na człowieka, na społeczeństwa, na narody, na kulturę, na wiarę, na Kościół, na normalność, na godność człowieka, na jego bezpieczeństwo.
Sowieckie barbarzyństwo ideologiczne stworzyło homosowietykusa, nazistowskie barbarzyństwo stworzyło nadczłowieka, a aktualnie rozpychające się wśród nas barbarzyństwo stara się stworzyć homogenderusa.
Feminizm jest jedną z dróg dojścia do takich przekształceń społeczno – obyczajowych, które umożliwią współczesnemu barbarzyństwu osiągnąć zamierzone cele.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 11 lut 2014, 10:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Dobra żona

Jadwiga Zamoyska

Piotr Jaroszyński

Kobiety po zamążpójściu mają zwykle czas, siły i wszystkie władze umysłu i ducha tak pochłonięte, że rozwój ich umysłowy pozostaje takim, jakim był w dzień ślubu, a raczej w dzień zaręczyn. W starszym wieku powiększają one czasami swój zasób umysłowy poważnym czytaniem, ale w pierwszych latach małżeństwa, właśnie kiedy młody małżonek najbardziej by potrzebował powierniczki, doradczyni, „pomocnicy” według słowa Bożego i to wykształconej, zdarza się, że ma żonę dobrą i pełną poświęcenia, ale zupełnie ograniczoną. Dalej, dzieci podczas nauk mają matkę, która ani ich naukami pokierować nie może, ani nawet zrozumieć, czego dzieci się uczą. Nauczyciele wnet te braki spostrzegają i odpowiednio z taką panią się liczą.

Brak rozwoju umysłowego, nieumiejętność skupienia myśli, niezdolność do poważnego zgłębienia spraw, o których się słyszy, wywołują w życiu kobiet jeszcze inne ujemne skutki. Są osoby, które, jeżeli sobie zdają sprawę z braku wykształcenia, tak są tym onieśmielone i w takie o sobie wpadają zwątpienie, że nigdy z własnym zdaniem odezwać się nie śmią, chociażby nawet, zdrowym rozsądkiem wiedzione, mogły wydać najlepsze. Inne zaś w przeciwną wpadają ostateczność i wskutek niezmiernie ograniczonego widnokręgu umysłowego nie przypuszczają, ażeby istniał jakiś obszar wiedzy i myśli poza błahostkami, które im czas i głowę zaprzątają. Takie przez zwykłą sobie powierzchowność stają się plagą dla otaczających.


Fragment pochodzi z: „O pracy”, Lublin 2001.

--------------------------------------------------------------------------------

Stan małżeński stawia przed kobietą wiele wyzwań. Najłatwiej uchwytne są obowiązki związane z troską o sprawy materialne, ważne i niezbędne. Ale na nich nie może się kończyć sens bycia razem, ponieważ jeszcze ważniejsza, a zarazem trudniejsza, jest umiejętność budowania wspólnoty duchowej zarówno między małżonkami, jak i dziećmi. Ta wspólnota obejmuje religię i kulturę, one dopiero umacniają więzi rodzinne, które trwać będą do końca życia.

http://www.naszdziennik.pl/wp/67863,dobra-zona.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 11 mar 2014, 07:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30730
Ostrzeżenie Dnia Kobiet

Marek Czachorowski

Omija się chyłkiem Dzień Kobiet, bo wymyślili to „święto” organizatorzy krwawych socjalistycznych zbrodni XX wieku. Ale ich ogromne zainteresowanie „wyzwoleniem” kobiet ostrzega przed poważnym zagrożeniem. Wprawdzie od początków ludzkości toczy się gigantyczne zmaganie o kobiety, ale dzisiaj jesteśmy chyba w jego punkcie szczytowym.

Zdaniem „ojca historii” – Herodota – zmaganie o kobiety stanowi sedno cywilizacyjnego napięcia pomiędzy Europą (Grekami) a Azją. Persowie dziwili się, że Grecy z tak błahego powodu jak porwanie kobiety (Heleny) ruszyli na wojnę z Troją. Czyżby brakowało im kobiet? Czy jednej z nich nie da się wymienić na inną? Tak to dzisiaj myśli międzynarodówka „miłośników kobiet”, zjednoczonych „wspólnotą żon”, obiecywaną w „Manifeście komunistycznym”. Barbarzyńcy zawsze traktują kobiety tak samo jak niewolników (informuje Arystoteles w „Polityce”), inaczej zatem niż antyczni Grecy uważający kobiety za „przyjaciółki”, czyli równe mężczyznom. Aż do końca cywilizacji łacińskiej ludzkość rozmyślać będzie zatem o wojnie trojańskiej kończącej się wspaniałym hymnem na temat godności jedynej i niepowtarzalnej kobiety. Nawet boginki nie zatrzymały Odyseusza swoją nieprzemijającą urodą i obietnicą nieśmiertelności, a także – co dla Greka było najważniejsze – ofertą wiedzy podanej w sposób piękny, bo syrenim śpiewem.

Ale to nie wierną Penelopę sławią na marcowych „manifach”, tylko – mającą słabość do mężczyzn – Helenę, a jeszcze bardziej Messalinę, czyli patronkę publicznych kobiet z mass mediów (każdy chętny może otrzymać ich fotki od resortowego dziecięcia lub wnuka). Zapanował też sezon na kobietę „po przejściach”, wrogą wobec mężczyzn, najlepiej lesbijkę. Skarżą się zatem mężczyźni (w raporcie francuskiego magazynu „Elle”, nr 2984, 10 III 2003), iż kobiety ich „znokautowały”, a młodsi z nich – jeszcze pełni nadziei, właściwej młodości – nazywają to „kobiecą dominacją”. Zgadza się z tymi uciśnionymi mężczyznami sama Elisabeth Badinter, niezwykle wpływowa liderka światowego ruchu feministycznego, „towar” eksportowy Francji. Samo Ministerstwo Spraw Zagranicznych Francji i ambasada francuska w Polsce fundują nam przekłady jej rozlicznych dzieł traktowanych jako lektura obowiązkowa na gender studies. Zdaniem następczyni Simone de Beauvoir, współczesne zniewolenie mężczyzn w Europie (zwłaszcza Francji) to „fałszywa ścieżka”, bo celem feministycznej rewolucji nie jest przejęcie władzy przez kobiety, ale zakończenie dziejowego zmagania z jakoby śmiertelnie niebezpiecznym poglądem, że istnieje i zobowiązuje jedna, powszechna i niezmienna ludzka natura – z jej zróżnicowaniem na naturę mężczyzny i kobiety – wiecznotrwały projekt bycia człowiekiem, bycia mężczyzną i kobietą.

Przyglądają się z zaświatów temu swojemu potomstwu – walczącemu z ludzką naturą – nowożytni intelektualiści, mający ten sam pogląd na temat kobiet, różniący się tylko szczegółami odpowiadającymi ich biografiom pełnym problemów z kobietami. Zazwyczaj to tzw. starzy kawalerowie, z wyjątkiem przede wszystkim Karola Marksa, ale miał on jeszcze służącą, która urodziła mu prawdziwego proletariusza. Także Rousseau – oprócz cudzych żon – miał służącą, ale co roku rodziła mu dzieci, które oddawał do przytułku. Kartezjusz z kolei miał córkę, ale nie miał żony. Locke miał się cieszyć względami żony swojego mecenasa. Kant nie był żonaty, być może dlatego, że uważał, iż kobiety zbyt dużo myślą o śmierci swoich mężów, o czym ma świadczyć dbałość o wygląd (zawczasu chcą zrobić dobre wrażenie na innych mężczyznach). Tę bardzo skrótową wyliczankę może zamykać biografia Michaela Foucaulta (uważanego za następcę Sartre’a – a o nim zabrakłoby tu miejsca), homoseksualisty omijającego kobiety, ale nie chłopców, bo głośnego obrońcy pederastii (praktykującego ją na ulicach Warszawy), jednej z pierwszych ofiar AIDS, skutkiem homoseksualnych sadomasochistycznych praktyk. Wszyscy ci nowożytni intelektualiści zgodnie twierdzą, że kobieta nie jest w pełni człowiekiem (można ją zatem traktować tylko instrumentalnie), ale według jednych – nigdy nie osiągnie ludzkiego poziomu, a według drugich – stanie się tak, ale trzeba najpierw ją siłą wyzwolić z „kojca dla niemowląt” (Kant, Mill, Marks). Dzień Kobiet ostrzega zatem przed tym zagrożeniem.

http://www.naszdziennik.pl/wp/70793,ost ... obiet.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kobieta czy feministka?
PostNapisane: 07 maja 2014, 17:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/03/08 ... j-kobiety/

Dramat współczesnej kobiety
Posted by Marucha w dniu 2014-03-08 (sobota)

Jeśli pragniecie ocenić współczesne społeczeństwo pod względem zwykłej ludzkiej szczęśliwości – przyjrzyjcie się twarzom kobiet. Kobieta jest znacznie wrażliwsza od mężczyzny na sprawy ducha; i wszystko co odczuwa lub kim jest, wypisane jest po dwudziestym piątym, trzydziestym roku życia na jej twarzy.

Czego pragną kobiety?
Jesteśmy jednak obecnie do tego stopnia zaabsorbowani modą, iż rzadko dostrzega­my, w jaki sposób stan duszy współczesnej kobiety znajduje wyraz w jej oczach i obliczu. Przeoczamy przez to fakt, że większość ame­rykańskich kobiet, zarówno tych wyemancy­powanych, jak i piękności ze sprzedawanych w milionowych nakładach powieści, płacze co noc przed zaśnięciem albo też nieustannie daje wyraz swemu rozgoryczeniu i frustracji.
Natura kobiety jest przedmiotem rozważań filozoficznych i duchowych. By jednak dowiedzieć się, w jakim celu została ona stworzona, nie potrzeba sondaży przepro­wadzonych przez Instytut Gallupa. W isto­cie nie byłyby nam one nawet w tym zbyt pomocne. Kobiety, podobnie jak wszystkie istoty ludzkie, stworzone zostały dla Boga, zarówno w tym życiu, jak i w wieczności. Szczególne ich powołanie polega jednak na tym, by kochać i służyć, by kochać Boga i służyć Mu zazwyczaj w innym człowieku. Można powiedzieć, że kluczem do zrozumie­nia natury każdej kobiety – oraz jej szczę­ścia czy tragedii – jest odkrycie, kogo ona kocha. Tymczasem mężczyzna, pomimo iż posiada to samo ostateczne przeznaczenie, często potrafi zakochać się w jachcie, samo­chodzie czy korporacji.
Rozważając kwestię uczuć kobiety, powie­dzieć trzeba, że może być szczęśliwą jedy­nie wówczas, gdy te uczucia będą właściwie ukierunkowane i odwzajemnione. Właściwe ukierunkowanie oznacza, że głównym podmiotem jej miłości powinien być Bóg. Zaś wszystkie inne osoby, które obdarzy ona swą miłością, winy być przez nią kochane w Chrystusie. Jeśli przyjrzymy się sytuacji współczesnej kobiety w tym właśnie świetle, zrozumiemy, iż społeczeństwo nasze zdra­dziło ją na każdej płaszczyźnie.

Tragedia zmarnowanej ofiary
Dramat dojrzałej, współczesnej kobiety, posiadającej dorosłe już dzieci, jest drama­tem zmarnowanej ofiary. W planie Bożym małżeństwo jest dla większości kobiet dro­gą do uświęcenia, ołtarzem dla składania każdego dnia ofiar miłości i poświęcenia.
Do tego stopnia pomaga ono w wykorzenia­niu egoizmu, że nawet obecnie rzadkością jest widok kobiety samolubnej, chyba że sto­sując antykoncepcję odmówiła ona zgody na przyjęcie potomstwa, będącego naturalnym owocem małżeństwa. Macierzyństwo auto­matycznie przydaje kobiecie godności i dostojeństwa, które wzrastają wraz ze zwięk­szaniem się liczebności rodziny oraz ilości podejmowanych ofiar.
Normalna kobieta, chrześcijanka czy poganka, troszczy się przede wszystkim o swe dzieci, dając im pierwszeństwo przed sobą. Zapewnia im porządne ubrania, sama zadowalając się byle czym, umożliwia im edukację, wyrzekając się nowych mebli czy perfum.
Normalna kobieta nie zauważa na­wet swych poświęceń, ponieważ kocha swe dzieci i ma świadomość jak bardzo one jej potrzebują. Wszystko to należy do Bożego planu i stanowi preludium do wiecznego szczęścia. Jest niejako dla życia ducho­wego etapem czyśćcowym, stanowiącym przygotowanie do radości ze zjednoczenia z Bogiem. Chrześcijańska kobieta, kochając swe­go męża oraz dzieci, powinna nieustan­nie rozwijać w sobie tęsknotę za tym, co współczesna psychologia określa okresem “pustego gniazda”, kiedy dzieci ostatecznie opuszczają dom, udając się na studia lub zakładając własne rodziny. Powinna za nim tęsknić, ponieważ mogąc poświęcić więcej czasu na osobistą modlitwę, będzie wów­czas skuteczniej mogła wyzbyć się miłości własnej i poczynić postęp w życiu ducho­wym. Powinna być już dostatecznie doj­rzała duchowo, by postrzegać minione wy­rzeczenia jako drobnostki i mieć nadzieję, że będzie mogła wkrótce prowadzić życie bardziej skromne, proste i kontemplacyjne, niż to było możliwe w otoczeniu dorasta­jących dzieci. Podobnie jak święte królowe, powinna planować zawczasu posługi, jakie będzie mogła świadczyć chorym lub po­trzebującym, gdy ręce jej będą już mogły okazać miłość najmniejszym z umiłowa­nych przez Chrystusa.

Okrutne kłamstwa na temat kobiet
Tragedia kobiet w średnim wieku, którym Bóg dał ten czas właśnie dla ich uświęcenia, staje się dla nas oczywista, jeśli przysłucha­my się pierwszemu lepszemu konkursowi radiowemu, w którym odsłaniają one kulisy swego prywatnego życia. Audycje te są wy­jątkowo odrażające i wulgarne, słuchając ich nie sposób jednak nie zauważyć, że dramat ten dotyka również pozornie bardziej kultu­ralne mieszkanki dzielnic podmiejskich, któ­re marnują ostatnie lata swego życia na bry­dża, podróże oraz plotki. Wszyscy wydają się współpracować, by minione lata wyrzeczeń nie przyniosły oczekiwanych przez Boga owoców.
“Teraz wreszcie możecie mieć nowy samo­chód, wybrać się na Bermudy, mieć eleganc­ką fryzurę, najnowszą zmywarkę i modne ciuchy” – krzyczą reklamy, którym dzielnie sekunduje opinia publiczna. W rzeczywi­stości przekaz ten oznacza: “Teraz, gdy choć w pewnym stopniu zdołałaś wyzbyć się mi­łości własnej, możesz nauczyć się znów ko­chać jedynie samą siebie, tak że ostatecznie stracisz swą duszę. A jeśli jej nawet nie stra­cisz, będziesz musiała przejść oczyszczenie jeszcze raz, i to w sposób znacznie bardziej bolesny – w czyśćcu”.
Mężowie ze swej strony powiększają je­dynie tę tragedię, choć z różnych powodów. Zgodnie z wypaczoną ideą miłości małżeń­skiej (więcej na ten temat napiszemy dalej), uważa się obecnie, że kobieta musi podtrzy­mywać miłość swego męża poprzez atrakcyj­ność fizyczną. Jakże okrutna jest droga świa­ta w porównaniu do drogi Bożej! W Bożym planie mężczyzna i jego żona przed osiągnię­ciem wieku średniego wzrastają w duchowej jedności do tego stopnia, że najpiękniejsza nawet osiemnastoletnia sekretarka, pomimo całego swego czaru, nie będzie zdolna zdo­być zainteresowania męża.
Ponadto, zgodnie z filozofią tego świata, miłość nigdy się nie pogłębia – jest zawsze powierzchowna i fizyczna. Skazuje to na tortury kobiety usiłujące rozpaczliwie i bez powodzenia zachować młodzieńczą figurę wyglądając w wyniku tych zabiegów coraz bardziej żałośnie. Zawsze muszą stosować jakąś dietę, podczas gdy w istocie powinny pościć, usiłując zbliżyć się do ideału święto­ści. Ponieważ nie akceptują cierpienia, dlate­go cierpią podwójnie. Stają się nieskończenie bardziej samotne, odwracając się od samot­ności. Diabeł jest okrutnym panem.

Dramat połowicznej ofiary
Dramat połowicznej ofiary dotyczy nie­zamężnych kobiet, które nie są zakonni­cami. Być może najlepszym sposobem na zrozumienie ich losu jest spojrzenie na to zagadnienie z perspektywy historycznej. Stan wolny – mówiąc ściśle – jest niena­turalny. Jest tolerowany i dopuszczany jedy­nie w kontekście chrześcijańskim, w którym może mu zostać nadana rola nadprzyrodzo­na. Społeczeństwa pogańskie nigdy nie tole­rowały bezżeństwa kobiet (poza wyjątkami), popychając je ku konkubinatowi lub prosty­tucji.
Jednym z najdonioślejszych społecz­nych skutków chrześcijaństwa był fakt, iż nadało ono niezamężnym kobietom osobny status oraz funkcję. Mogły one stać się “oblubienicami Chrystusa”, kobietami, które były zbyt nie­cierpliwe, by dochodzić do miłości Bożej poprzez pośrednictwo człowieka i wybiera­ły bezpośrednią drogę natychmiastowego i całkowitego ofiarowania się Stwórcy: albo w życiu pozbawionym wszystkiego – poza tym co niezbędne do kontemplacji, albo w ramach zgromadzenia zakonnego odda­nego dziełom miłosierdzia. Jako oblubienice Chrystusa kobiety te były w stanie kochać w sposób najpełniejszy i miłość ich wypeł­niała całą Europę w służbie ubogich i cho­rych, bezdomnych, trędowatych i prostacz­ków. Oblicza ich cechowała radość i spokój, a ludzie mówili o nich, jak to czynią do dziś:

“Nigdy nie wiadomo, ile lat ma zakonnica – one zawsze wyglądają młodo”.
Reformacja protestancka zniszczyła życie zakonne, w niektórych krajach całkowicie, w innych zaś częściowo. Protestantyzm nie był jednak w stanie wymazać z pamięci pra­wa do nie wchodzenia w związek małżeński, ani ideału służby w dziełach miłosierdzia. Ostatnich kilka stuleci było świadkami po­stępującej deprecjacji statusu niezamężnej kobiety, w miarę jak odchodziła ona stop­niowo od swej roli oblubienicy Chrystusa.
Do dziś pozostał nam z tego okresu relikt w postaci określenia “stara panna“, który kojarzony jest nierozerwalnie ze szlachet­ną filantropią. Nazwy potoczne mają w so­bie z reguły coś z prawdy, nawet jeśli jest to prawda okrutna. Nikt nigdy nie nazywał za­konnicy “starą panną“. To żyjące w świecie “stare panny” były zgorzkniałe, ponieważ nie mogły kochać w pełni i ofiarować się w sposób całkowity.
Obecnie wydaje się, iż owo połowiczne wy­rzeczenie przestaje już kobiety satysfakcjono­wać. Nauczycielki, pielęgniarki i pracownice socjalne, poza wyjątkowymi sytuacjami, nie kierujące się miłością Chrystusową, mają dość połowicznych ofiar oraz prowadzenia samotnego choć użytecznego życia. I zaczy­nają koncentrować się na sobie. Domagają się więcej pieniędzy, nie zdając sobie sprawy z faktu, iż ich frustracja ma całkowicie inne źródło i że od poczucia rozczarowania ucie­kają w ruinę moralną.

Kobiety wybierające karierę
Inne zagadnienie stanowi problem ko­biet wybierających karierę zawodową, co jest pośrednim skutkiem emancypacji. Nie analizując szczegółowo genezy tego zjawiska, przyjrzyjmy się bliżej ich obecnemu położe­niu. Nie ulega dyskusji, że kobieta robiąca karierę zawodową nie może być szczęśliwa. Może jednak odczuwać częściowe spełnienie, gdy dzięki tej pracy pomóc może wiekowej matce lub bratu przygotowującemu się do ka­płaństwa, albo gdy pracuje jedynie chwilowo i uważa to za coś ekscytującego. Powód tego jest bardzo prosty. Wystarczy zadać sobie pytanie: kogo kocha kobieta poświęcająca się karierze zawodowej?
Ze swej natury musi ona kochać kogoś całą swą istotą. Nie kocha ona Boga, a przy­najmniej nie kocha Go dostatecznie. Jest to oczywiste z samej definicji. Zazwyczaj pró­buje sił w biznesie, przyjmuje posadę pań­stwową, oddaje się sztuce – innymi słowy podejmuje jakiś rodzaj działalności świeckiej. Wyklucza w ten sposób motyw nadprzyro­dzony – nie uznaje więc Boga za Pana swe­go życia. Większość robiących karierę ko­biet usiłuje postępować wbrew swej naturze. Udają one, że potrafią upodobnić się do męż­czyzn, postępować rzeczowo i obiektywnie, że są zadowolone ze swego losu. Jeśli wikłają się w romanse, usiłują nadać im pozory do­raźnego związku, sprawiając wrażenie, że nie angażują się uczuciowo.
Im bardziej błyskotliwa jest ich kariera (w oczach świata), tym większą wykazu­ją skłonność do zaburzeń emocjonalnych i ulegania neurozom. Istnieje też cała rzesza pracujących zawodowo kobiet, które kochają się w swych szefach, świadomie lub nieświa­domie, angażujących się niekiedy w niemo­ralne związki i rozbijających własne rodziny.
Kobieta nie jest w stanie poświęcić się cał­kowicie Amalganted Pickle Company czy National Horseshoes Inc., nie angażując się równocześnie osobiście. Biznes wykorzystuje ten fakt, ponieważ w interesie firmy leży po­siadanie w pełni oddanych pracownic, a jeśli często trzeba nakłaniać je do pozostawania w pracy po godzinach, dobrze jest mieć przy­stojnego kadrowego. Dotyczy to zwłaszcza sekretarek, które trafnie określa się niekiedy mianem “biurowych żon”. W dziesiątkach tysięcy biur na terenie całego kraju “ważny pan Jones” opuszcza biuro wcześnie, uda­jąc się na partię golfa, a później na drinka i obiad, podczas gdy “Mary Jane Smith” pra­cuje do ósmej wieczór, porządkując kore­spondencję. Często sama nie wie, dlaczego tak postępuje, zaś “pan Jones” jest najczęściej wystarczająco tępy, by przyjąć jej ofiarę, nie zastanawiając się nad skutkami, jakie to ma dla jej prywatnego życia.
Jedynym sposobem, by pragnąca zrobić karierę kobieta mogła ustrzec się przed zabu­rzeniami emocjonalnymi, jest w tej sytuacji skierowanie całej jej miłości na kogoś, kogo interesy są tożsame z jej własnymi interesa­mi, to jest na nią samą. Nie trzeba dodawać, że musi to ostatecznie doprowadzić do ka­tastrofy, daje jednak złudną nadzieję, że nie zostanie się zranionym przez innych (osoba, którą się kocha, zawsze może nas zranić).
Skoro jednak robiąca karierę zawodową ko­bieta “uwalnia się” od tego niebezpieczeństwa, skierowując swą miłość na siebie samą, staje się istotą bezwzględną, napełniającą lękiem całe swe otoczenie. W przeciwieństwie do niej uganiający się za pieniędzmi czy władzą męż­czyzna potrafi być niekiedy ciepły i ludzki. Nie trzeba dodawać, że kobieta taka znajduje się w znacznie poważniejszym niebezpieczeń­stwie duchowym niż sekretarka, na której ktoś się wyżywa czy buchalterka, która pota­jemnie kocha się w głównym księgowym.

Świecki apostoł
Samotna kobieta musi na powrót zwrócić się ku Chrystusowi, ofiarując Mu całą swą miłość i przywiązanie. Łatwo jest powie­dzieć, że powinna wyjść za mąż lub wstąpić do zakonu. Często nie jest to jednak możliwe.
Wyjściem nie jest również kontynuowanie świeckiego trybu życia i równoczesne odpra­wianie nowenn na wzór zakonnic. Obecnie najlepszym rozwiązaniem problemu samot­nych kobiet wydaje się być świecki apostolat, jakiś rodzaj Akcji Katolickiej, który pozwala skoncentrować życie na Chrystusie i zara­zem odegrać bardzo ważną rolę we współ­czesnym świecie. Gdziekolwiek dziewczęta zwróciły się ku jakiejś poważnej formie apo­stolatu, widoczne u nich wcześniej oznaki frustracji, neurozy, osamotnienia i zagubie­nia, zaczęły zanikać. Życie nie wydaje się im już tak trudne. Ścieżki Pańskie są łatwe i do­stępne dla każdego.

Dramat powierzchownego związku
Poszukując źródła tragedii współczesnych zamężnych kobiet, nietrudno jest odkryć, że jest nim błąd co do natury ludzkiej miłości. Kościół uczy nas, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Współczesny świat to neguje, twierdząc, iż stworzeni zo­staliśmy na obraz i podobieństwo zwierząt. Związek kobiety i mężczyzny w małżeństwie – uczy Kościół – stanowi odzwierciedlenie związku Chrystusa i Jego Kościoła. I może być zrozumiały jedynie w tym świetle. Jest to związek duchowy, którego wyraz stanowi zjednoczenie ciał.
Świat natomiast przekonuje nas, iż zjed­noczenie mężczyzny i kobiety w małżeń­stwie przypomina gody zwierząt, różniąc się od nich jedynie tym, iż towarzyszy mu pew­na doza uczuciowości i świadomości, jako że rodzaj ludzki stanowi wyższy rodzaj zwie­rząt. Tak więc świat przygotowuje młodych ludzi do małżeństwa, nauczając ich “filozofii świata” i technik miłości fizycznej (wyposa­żając ich w środki antykoncepcyjne), przez co zawierają oni związki fizycznie dojrzali, lecz duchowo zupełnie infantylni. W miarę jak relacje małżeńskie stają się (w sposób nie­unikniony) stopniowo coraz bardziej złożone i wymagające, wydawcy zarzucają rynek górą publikacji zawierających instrukcje dotyczą­ce urozmaicenia życia seksualnego.
Doprowadza to zranionych małżonków na kozetkę psychologów i do spraw rozwodo­wych. W rzeczywistości nie ma czegoś takie­go, jak niezgodność charakterów. Problemem jest brak duchowej harmonii, za którą kryje się brak rozwoju duchowego lub całkowity zanik życia nadprzyrodzonego. Czyż w takich warunkach małżeństwo mogłoby przetrwać?
Powróćmy jednak do zamężnej kobiety. Ze swej natury musi ona kochać kogoś całą swą istotą. Kogo więc kocha? Powinna, oczy­wiście, kochać Boga oraz swego męża, jako pośrednika pomiędzy nią a Chrystusem. Jednak w większości przypadków wcale tak nie jest.
Kobieta posiada naturalną skłonność do kochania swego męża, jak gdyby był on Bogiem, jej prawdziwym celem ostatecznym. Potrzeba kochania i ofiarowania się w cało­ści należy do jej natury. Prowadzić to jednak może również do katastrofy: jeśli mąż staje się jej bogiem, zaczyna mu być ona podporządkowana w sposób nieuchronnie prowa­dzący do tragedii. Postępowanie męża staje się dla niej normą moralną: dobre jest to, co mu sprawia przyjemność, a złe to, co mu się nie podoba, podczas gdy zgodnie z Bożym planem ma być ona członkiem rodziny, któ­ry przestrzega i przekazuje normy moralne otrzymane od Boga.
Kiedy całe doczesne szczęście kobiety zależy od męża, on zaś jest częstokroć dość marnym wzorem do naśla­dowania, staje się zazdrosna i stopniowo za­czyna wymagać od niego więcej uwagi i cza­su, niż jest skłonny jej poświęcić. Ostatecznie mąż nie będzie już w stanie znieść tego nie­naturalnego kultu, któremu towarzyszą za­zwyczaj łzy i wybuchy emocji, kobieta zaś doprowadzona zostanie na skraj załamania nerwowego. Może ona wówczas odkryć, iż jej mąż jest w istocie glinianym bożkiem i wskutek tego rozczarowania może go znie­nawidzić.
Jeśli kobieta nie kocha nade wszystko Boga i nie ma “kultu” swego męża – boga, to zawsze istnieje niebezpieczeństwo, iż prze­sadnie przywiąże się do swoich dzieci. Pod płaszczykiem matczynej troskliwości mnó­stwo kobiet poszukuje w swych dzieciach samozadowolenia, uzależniając od siebie sy­nów i okradając córki z ich własnego życia. Przykłady tego znaleźć możemy praktycznie wszędzie.
Może się również zdarzyć, że zamężne ko­biety, podobnie jak kobiety samotne, zwrócą swą miłość ku sobie samym. Wszelka miłość sprowadza się ostatecznie albo do miłości własnej albo do umiłowania Boga. Ci jednak, którzy kochają kogoś innego poza sobą, nie są jeszcze bezwzględnymi egoistami, nawet jeśli ich miłość do Boga pozostaje bardzo niedoskonała. Zdecydowana, świadoma mi­łość własna, jak u świeżo poślubionej żony, która kocha się w strojach i nie chce mieć dzieci, oznacza poczynienie ostatecznego wyboru na samym progu życia – wyboru pomiędzy Bogiem a sobą samą.

Poniżanie kobiet u pogan i współcześnie
Cechą charakterystyczną cywilizacji po­gańskich było nieodmiennie poniżanie kobie­ty. Zarówno w cywilizowanych Atenach, hin­duistycznych Indiach czy we współczesnych Chinach na próżno doszukiwać się można szacunku dla kobiet, jaki cechuje chrześci­jańskie społeczeństwo Zachodu. Poniżanie to może przyjmować dwie formy: kobiety re­dukowane są do roli niewolnic oraz stają się obiektami służącymi do zaspakajania przy­jemności. Społeczeństwo nasze wielkimi kro­kami powraca do pogaństwa, przywracając obie te formy upodlenia kobiety. [U pogańskich Słowian kobieta jednak cieszyła się wielkim szacunkiem - admin]
Ostatecznym rezultatem ruchu eman­cypacyjnego stało się niewolnictwo kobiet. Tysiące z nich, pracujących w biurach i fa­brykach, których każdy gest ujęty jest regula­minem, stały się uprzedmiotowione, tworzą prawdziwe armie niewolnic, na których bu­dowana jest nowa pogańska cywilizacja. Nie wszyscy to dostrzegają, gdyż chwilowo przy­najmniej zachęcamy nasze nowe niewolnice, by ubierały się jak “gwiazdy” Hollywood i zaspakajamy ich głód życia jego namiast­ką w postaci filmów, telewizji i romansideł. Płacimy im nawet dobrze, jednak już ćwierć wieku temu Belloc przypominał nam, że nie­wolnictwo jest nadal niewolnictwem, nawet jeśli jest dobrze opłacane – i łagodzone tele­wizją oraz deserami czekoladowymi.
Upadek moralny w połączeniu z plagą rozwodów, kontrolą urodzeń oraz innymi “zdobyczami cywilizacji” zredukowały status kobiety do rangi para-prostytucji. Tą właśnie postchrześcijańską atmosferą oddychają obec­nie kobiety, począwszy od wieku dojrzewa­nia. Praca na rzecz prawdziwej emancypacji, którą przyniósł im Chrystus, będzie dla nich jak rozpoczynanie wszystkiego od początku. Nie mogą już zadowalać się resztkami god­ności, stanowiącymi pozostałość po cywi­lizacji chrześcijańskiej. Będą musiały wyty­czyć całkowicie nową drogę – jak św. Agata i św. Agnieszka.
Nie może to być jednak droga identyczna, ponieważ wspomniane święte były samotnymi męczennicami, przeciwsta­wiającymi się woli swych ziemskich rodziców i pogańskiego społeczeństwa.
Współczesne katolickie dziewczęta mają sposobność do łączenia się z innymi w świec­kim apostolacie, nie tyle po to, by opierać się władzy i ponosić śmierć, lecz by wykorzy­stać pozostałą jeszcze wolność do niesienia Chrystusa, czystości i szczęścia młodszemu pokoleniu, któremu rodzice nie uznali za stosowne przekazać nawet szczątkowej for­my chrześcijaństwa. Podobnie jednak jak męczennice pierwszych wieków, i one mogą I zostać odrzucone przez swych pogrążonych w materializmie rodziców.

Nie mniej miłości, ale więcej
Istnieje tylko jedno lekarstwo na trage­dię kobiet, która czyni dzisiejsze społeczeń­stwo dosłownie doliną łez: jest nim wła­ściwe ukierunkowanie i postęp w miłości. Przygnębieniem napełniają pseudo-rozwią­zania podsuwane przez kolorowe magazyny kobietom. których problemy widzą często bardzo wyraźnie i których nieszczęście z pew­nością nie uchodzi ich uwadze. Czyż mogą one sugerować rozwiązania inne niż powierz­chowne? Czyż mogą proponować coś poza tym, co mogłoby złagodzić ich ból? Brydż nie jest żadnym lekarstwem, nie jest kluczem do szczęścia. Nie da go również nowa sukienka, romans, rejs czy dobra książka.
W przeciwieństwie do obojętnych mę­żów, Chrystus przyjmuje z radością miłość oraz całkowite oddanie – i wynagradza je tysiąckrotnie. W przeciwieństwie do dzieci, zawsze oczekuje On czułości z naszej stro­ny. W przeciwieństwie do świata, przebacza nam, niezależnie od tego, jak nisko upadli­śmy. Może uzdrowić nieczystego, podobnie jak skierował na drogę cnoty kobietę pochwyconą na cudzołóstwie.
Zasadnicze znaczenie ma tu fakt, iż kobieta musi kochać w sposób całkowity i że istnieje tylko jedna Osoba, którą może ona obdarzyć miłością w sposób bezpieczny i dający jej sa­tysfakcję. To Jezus Chrystus. A im bardziej nieuporządkowane są jej obecne miłości, tym bardziej pełne będzie musiało być nawrócenie do miłości Chrystusa. Poza Chrystusem nie ma lekarstwa na dramat współczesnej kobie­ty. A skoro tylko miłość jej zostanie ukierun­kowana na Niego, wszelkie relacje między­ ludzkie zostaną automatycznie uzdrowione i umocnione.

Carol Jackson
Zawsze wierni, nr. 1 (179) 2014

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 30 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /