Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 115 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 11 sie 2014, 07:42 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Równościowy paternalizm

Nowy minister od równości będzie forsować feministyczno-genderową konwencję Rady Europy (rzekomo „o przeciwdziałaniu przemocy”). Te ideologie pozbawiły zachodnie kultury dwóch największych owoców małżeństwa: prawdziwie ludzkiej miłości i otwartości na przyjęcie potomstwa. Teraz ponadnarodowe „prawo” ma w ten sam sposób uszczęśliwić Polaków.

W wywiadzie dla PAP Małgorzata Fuszara, przyjmując profesorską pozę, ustawia przeciwników pseudonaukowych mrzonek (ekscytujących Kongres Kobiet) w roli tych, którym emocje i budząca politowanie niewiedza przesłaniają te „zbawienne” prawdy. Kiedy „moralnych panikarzy” się uspokoi i pouczy, pole sporu pozostanie niewielkie – trzeba będzie ustalić jedynie akceptowalne narzędzia wprowadzania ideologii wyznawanej przez panią minister. O takich sprawach, jak moralna (nie)godziwość in vitro, konieczność urzędowego ustalania relacji panujących w małżeństwie i rodzinie oraz niezbędność usankcjonowania związków partnerskich Fuszara z drugą panią profesor rozstrzygnęły już w latach 90.

Pani minister czuje jednak ducha czasu. Choć nie zamierza z nami się liczyć w powyższych sprawach, jest grupa, której racji trzeba z uwagą wysłuchać. To środowiska LGBT, ich inicjatywy mogą liczyć na wsparcie.

Przede wszystkim jednak pani minister wie lepiej (od kobiet), czego potrzeba Polkom. Problemy, z którymi z dnia na dzień zmagają się polskie kobiety, wśród nich członkinie największej kobiecej (w niemałej mierze) organizacji w Polsce, jaką jest Rodzina Radia Maryja – zastąpić mają ulubione tematy niszowego feministycznego środowiska.

Jeśli jakaś Polka jest na stanowisku, musi być feministką – poucza Fuszara. Ideolog określa żelazne prawa i układa z nich konwencje. Nie wie, że do prawdziwych sukcesów bardziej prowadzi ofiarna miłość niż bunt.

Minister jest „ponadpartyjna”: swojej ideologii chce podporządkować wszystkie partie, silniejsze urzędy i naukę. Ktoś musi skutecznie pouczyć wypełniające Polskę rozhisteryzowane ignorantki i ignorantów. Jak na zwolennika równości podwładna premiera wykazuje się zaskakującym… paternalizmem!

Gdy minister udzielała wywiadu, Kościół wspominał kobietę, patronkę Europy Edytę Stein. Tę panią profesor wątpienie i studia nad ludzką mądrością doprowadziły do odkrycia i wysławiania miłości. Nie zniszczyła jej nawet przemoc holokaustu.

Radosław Brzózka

Autor jest redaktorem naczelnym lubelskich „Zeszytów Społecznych KIK” oraz wortalu Realitas.pl. Współpracuje z Instytutem Edukacji Narodowej.

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... alizm.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 30 sie 2014, 09:50 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Chcemy lekarzy sumienia

Jestem poruszony ostatnimi wydarzeniami w naszym kraju, które nie dają mi spokoju. Chodzi mi m.in. o głośną medialną nagonkę na prof. Bogdana Chazana. Pan profesor odmówił zabicia nienarodzonego chorego dziecka i nie wskazał innego lekarza, który dokonałby zabójstwa. Ta postawa spowodowała atak na profesora. Podpisał on obok 3 tysięcy innych osób Deklarację Wiary, której istotą jest uznanie, że głos sumienia jest ważniejszy niż to, co wymyślą sobie politycy. Uważam, że nie możemy pozwolić, by łamano sumienia osób, w których ręce powierzamy swoje zdrowie, a nawet życie.

Furia, z jaką zaatakowano pana profesora, świadczy o tym, że przeciwnikom tradycyjnych wartości najwyraźniej zależy na tym, by lekarze wierni głosowi sumienia zostali skreśleni z życia publicznego.

Lewicowi i liberalni politycy nie dopuszczają do myśli, żeby objąć klauzulą sumienia inne grupy zawodowe – nauczycieli, aptekarzy. Bez wspólnego zaangażowania sytuacja będzie stawała się jeszcze bardziej dramatyczna. Co będzie, jeśli za kilka lat wydane zostaną przepisy, żeby nie reanimować ludzi zbyt starych? Kto przeciwstawi się takiemu prawu, gdy zabraknie lekarzy sumienia?

Cała nagonka na prof. Bogdana Chazana i pozostałych lekarzy, którzy podpisali Deklarację Wiary, ma odwrócić naszą uwagę od codziennych problemów, jak kolejki do lekarzy specjalistów czy na zabieg w szpitalu. […]

Jeżeli pozostaniemy bezczynni, będą łamane w majestacie prawa sumienia następnych lekarzy. Uważam, że musimy zdecydowanie wyrazić nasz protest przeciwko prawu, które nie chroni dostatecznie lekarzy. Istnienie lekarzy, którzy zdają się na sumienie, to przecież realna ochrona mego zdrowia, jak również innych pacjentów. Jedynie nasze zaangażowanie może sprawić, że wśród lekarzy pozostaną ci, którzy przestrzegają przysięgi Hipokratesa od pierwszego dnia pracy w zawodzie lekarskim. […]

Polacy przyznający się do wiary katolickiej muszą zbudować zaporę dla wrogów Kościoła i całym sercem i modlitwą popierać pana profesora Bogdana Chazana za jego niezłomną postawę. Z wyrazami poparcia dla pana profesora

Eugeniusz Łoś,
Dobiegniew

http://www.naszdziennik.pl/wp/94339,listy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 30 wrz 2014, 09:07 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Dewianctwo przyssało się do naturalnej tkanki społecznej i niczym pasożyt robi wszystko, aby tę tkankę zniszczyć.
Nowotwór lewacki to obecnie największe zagrożenie dla ludzkości. Nie cofnie się przed żadną podłością. Zrobi wszystko aby zniszczyć.
Zniszczyć nas ludzi, nasz świat i wszystko co nasze. Szuka tylko łagodnego początku, abyśmy się nie zorientowali co chce naprawdę z nami uczynić. Mami nas lewacki oszust, swoją rzekomą dobrocią. Mami i szykuje swoją kolejną zbrodnię, podobnie jak to robili jego dziadowie: Stalin, Hitler, Bierut....


Pogrzebać mit Matki Polki

Ks. bp Stanisław Stefanek TChr

Do naszego parlamentu wraca dyskusja nad konwencją Rady Europy o zapobieganiu i przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Wydawało się, że gremia tworzące prawa zatroszczą się o najpilniejsze potrzeby związane z funkcjonowaniem państwa. Okazuje się jednak, że nie jest to tak ważne jak wykonanie poleceń z centrali europejskiej.

Trzeba by się zająć skandalicznym i prowokującym do niepokojów społecznych systemem ogromnej dysproporcji płacowej. Jest to przemoc decyzji politycznych zamieniona w konkretne zyski majątku. Między głodującymi i bezdomnymi a ministrami, którzy na odejście otrzymują miliony, jest różnica poziomu życia. Odbija się ona szerokim echem w świadomości społecznej i może zaowocować nie tylko groźnym rozwarstwieniem pozycji materialnej Polaków. W jakimś szczególnym momencie może stać się materiałem wybuchowym, który łatwo uruchomić, np. przez służby specjalne, jeżeli tylko uznają to za stosowne, by nas wyprowadzić na ulice i stworzyć bezpośrednie zagrożenie ładu społecznego. To są poważne problemy i to są przykłady szczególnej przemocy. Sam fakt, że większość parlamentarna, którą dysponuje koalicja, funkcjonuje jak maszynka bez uwzględniania głosów opozycji, bez odnoszenia się do argumentów – jedynym argumentem jest to, że jest nas więcej i decydujemy „tak, bo tak”, nie godzimy się na projekty ustaw opozycji „nie, bo nie” – już ten fakt jest najbardziej drastycznym przykładem „demokratycznej przemocy”. Trzeba by pójść jeszcze dalej i obserwować, co się dzieje w oparciu o istniejące instytucje powołane niby dla opieki nad rodziną. Zdarzające się konflikty sąsiedzkie łatwo zamienić w tej chwili w donos na temat przemocy stosowanej wobec dzieci i łatwo takim szantażem i paragrafem zamienić poradnie rodzinne na posterunki przesłuchań policyjnych, a psychologa nie tylko uzbroić w język prokuratora, ale nawet we władzę sędziego, który wydaje gotowe wyroki, nie słuchając do końca swoich rozmówców. Mamy wystarczającą liczbę przykładów przemocy, która w majestacie prawa i w imię polepszenia bezpieczeństwa społecznego prowadzi do napięć i nierzadko krzywd.

Skąd bierze się ten upór, czyli „pójście w zaparte” parlamentu? Przecież są głosy specjalistów, są wyraźne zalecenia, że ratyfikacja konwencji jest wysoce niewskazana z powodu wielu ułomności tegoż tekstu. Chociażby tytułem przykładu wymienić kilka: system wartości zawarty w konwencji, na których opiera się życie społeczne, w żaden sposób nie da sie pogodzić z naszym porządkiem konstytucyjnym. Sama konwencja nie stanowi skutecznego instrumentu zapobiegania i zwalczania przemocy, ponieważ nie wskazuje na realne źródła przemocy. Nie mówi ani o alkoholizmie i innych uzależnieniach, ani o obecności przemocy w środkach społecznego przekazu, ani o patologii społecznej, jak chociażby daleko posunięty liberalizm moralny. Wskazuje natomiast na instytucje, które doskonale przez wieki funkcjonują, tworzą więzy rodzinne: jak rola kobiety i mężczyzny w rodzinie, jak zadania rodziców wobec dzieci i dzieci wobec rodziców. Te naturalne więzy, niezależnie od wyjątków, sprawdziły się i zostały przez konwencję podważone, a przez to treść uregulowań prawnych nie wypełni zadania, które zapowiada jej tytuł.

Te pytania mogłyby się doczekać odpowiedzi, gdybyśmy zajrzeli do niektórych środowisk popierających takie myślenie i taki typ stanowienia prawa. Zacytuję jedną z wypowiedzi: „W przededniu wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej istnieje potrzeba zaktywizowania na skalę masową rodzimych feministek, by nie przepuściły okazji, jakie niesie polityka równościowa tej organizacji. Pora pogrzebać mit Matki Polki i żądać praw i realnej, a nie pozornej władzy dla siebie i dla innych kobiet. […] Wyszliśmy z założenia, że równy udział kobiet i mężczyzn w pracy i życiu rodzinnym jest warunkiem wstępnym praktycznej realizacji równości mężczyzn i kobiet, mobilizacji pełnego potencjału siły roboczej w Unii Europejskiej” (M. Ksieniewicz, „Specyfika polskiego feminizmu”).

Mamy więc cel istotny. Siła robocza przedłużona o wiek emerytalny, kobieta wolna od obciążeń rodzinnych – takie warunki stawia menedżer – to treści, które towarzyszą polskiej rzeczywistości od roku 1945, kiedy na plakatach pojawiła się „kobieta na traktorze”, wzywając wszystkie swoje koleżanki do pracy produkcyjnej, lekceważąc misję rodzicielską, wychowawczą, kulturotwórczą, obyczajową kobiety. Największą przeszkodą w takim zaprzęgnięciu polskiej kobiety do pracy w Unii Europejskiej jest jej poczucie godności. Uważa się za matkę, za Polkę, za żonę. Ta fundamentalna świadomość każdej kobiety nazwana jest mitem, który przeszkadza w zapędzeniu polskiej kobiety do eurokołchozu. Przy takim zestawieniu argumentów można się domyślać, dlaczego parlament dostał polecenie, ażeby w trybie przyspieszonym doprowadzić do uruchomienia mechanizmów wyłączających każdą kobietę z jej naturalnego środowiska. Może się to dziać w majestacie prawa pod pretekstem pomocy rodzinie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/100561,po ... polki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 06 paź 2014, 20:08 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Dewianci krok po kroku systematycznie wprowadzają nas do swojego kokona ideologicznego w którym ponoć ma nam być lepiej i równiej niż w świecie który powstał w wyniku pokoleniowego nawarstwiania się ładu kulturowego.

Komu w kokon temu czas.
Ja zostaję w świecie który mnie urodził i wychował.


Prof. Pawłowicz: Co konkretnie proponuje Konwencja?

Czy poza relacjami homo, bis, poli, trans, zoo-, pedo- są tu np. także kazirodztwo, nekrofilia, relacje trans-gatunkowe? - pyta w kontekście Konwencji o przemocy poseł PiS prof. Krystyna Pawłowicz.

Jako prawnik i poseł, wzywam panią premier Ewę Kopacz do zdefiniowania typów działań i relacji między ludźmi, miedzy kobietami, mężczyznami, dziećmi i zwierzętami, które jako „niestereotypowe” – na podstawie Konwencji o przemocy – rząd chce propagować w miejsce wskazanych do zwalczania ról i zachowań „stereotypowych”, tradycyjnych (czyt. naturalnych). Zbliżające się głosowanie nad przyjęciem Konwencji w Polsce wymusza sprecyzowanie, co Polacy będą musieli zaakceptować, i co państwowy aparat będzie wprowadzał w życie, jak zmieniał przepisy, dla kogo itp. Jako posłowie, musimy wiedzieć, co, czym zastępujemy: jakie tradycyjne zachowania, jakimi „niestereotypowymi”. Co konkretnie proponuje Konwencja?

Proszę o konkretną listę takich „niestereotypowych” działań, ról i zachowań ludzkich aby Polacy, w tym posłowie, mogli wyrobić sobie pogląd, jakie konkretnie działania Konwencja ta dopuszcza i zachwala. By mogli poznać granice dewiacji, które rząd chce poprzez Konwencję wprowadzić frontalnie do polskiego życia społecznego, rodzinnego, do edukacji, do systemu prawnego itp., i chce je pod różnymi rygorami propagować.

Czy poza relacjami homo, bis, poli, trans, zoo-, pedo- są tu np. także kazirodztwo, nekrofilia, relacje trans-gatunkowe (np. relacje z małpą, kozą, psem)? Gdzie Konwencja zakreśla granicę wolności obyczajowo-seksulanej, jakie są kryteria interpretowania „niestereotypowości” ról, o których mowa w Konwencji? Sama Konwencja nakazując propagowanie przez struktury państwa relacji i ról „niestereotypowych”, nie precyzując o jakie przykładowe role i relacje chodzi, żąda realizacji postulatu „pełnej różnorodności” i wolności w tym zakresie. Konwencja ta nie zakreśla żadnych granic w deprawacji, degradacji i patologii w relacjach seksualnych miedzy ludźmi, a nawet miedzy ludźmi i zwierzętami.

Wiemy już, że Donald Tusk akceptuje kazirodztwo, gdyż publicznie oświadczył, że zapoznał się dokładnie z dorobkiem naukowym pani prof. M. Fuszary, która kazirodztwo propaguje i pochwala. Były premier oświadczył publicznie, iż w całości się z jej poglądami i dorobkiem zgadza i że jest to właśnie ta osoba, której szukał na stanowisko pełnomocnika rządu do spraw równego traktowania. Czy również pełnomocnika do spraw ds. kazirodztwa?

Zwracam się również do odpowiednich władz Uniwersytetu Warszawskiego z pytaniem, czy mają wiedzę o treściach przekazywanych i propagowanych na tej uczelni przez panią prof. M. Fuszarę w ramach prowadzonych przez nią tzw. gender studies, opłacanych ze środków publicznych, w których aktywnie działa również m.in. prof. M. Płatek? Pracownicy naukowi, którzy prowadzą jakiekolwiek zajęcia dydaktyczne na Uniwersytecie są standardowo zobowiązani do przygotowania szczegółowych konspektów co do treści zajęć: seminariów, konwersatoriów, wykładów. Czy te zasady stosowane są także w przypadku treści wykładanych i propagowanych w ramach gender studies? Jeśli tak, to dlaczego władze Uniwersytetu Warszawskiego dopuszczają do propagowania prawnie zabronionych dewiacji, np. kazirodztwa. Prof. M. Fuszara już w 2012 na wykładzie pt. Nienormatywne praktyki rodzinne, wygłoszonym na konferencji zorganizowanej przez Uniwersytet Warszawski, tj. Instytut kierowany przez panią M. Fuszarę, wprost zachwalała i zachęcała do akceptacji relacji kazirodczych (nienormatywne praktyki rodzinne). Wykłady i zajęcia propagujące pełną „różnorodność płciową”, w tym kazirodztwo tj. relacje rodzeństwa między sobą i rodziców z dziećmi, czyli działania prawnie zakazane, prowadzone są publicznie i bezkarnie w ramach gender studies bez żadnej reakcji ze strony władz uczelni.

Czy i jak władze Uniwersytetu Warszawskiego zamierzają zareagować na te skrajnie nieodpowiedzialne działania prof. Fuszary i kierowanej przez nią placówki? Czy zweryfikowane i usunięte zostaną treści prawnie karalne z działalności gender studies, jak propagowanie kazirodztwa i tym podobnych wynaturzeń o daleko idących szkodliwych skutkach społecznych, popularyzowane przecież w ramach Uniwersytetu Warszawskiego?

Pan prof. J. Hartman za zachęcanie do kazirodztwa został pociągnięty przez Uniwersytet Jagielloński do odpowiedzialności dyscyplinarnej; minister zdrowia zwolnił go z Rady Etyki przy urzędzie tego ministra. Usunęła go nawet ze swojego składu organizacja, która sama znana jest ze skrajnie demoralizujących, wynaturzonych pomysłów i idei. Nawet dla tej partii propagowanie kazirodztwa było nie do zaakceptowania. Należałoby oczekiwać takiej samej negatywnej oceny działań pani prof. M. Fuszary na UW, jak negatywnie ocenił Uniwersytet Jagielloński pana prof. J. Hartmana.

Jako prawnik i poseł oczekuję pilnej odpowiedzi od pani premier Kopacz wobec zbliżającej się ratyfikacji Konwencji o przemocy.

Jako emerytowany pracownik naukowy, który 36 lat przepracował na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Prawa, oczekuję również reakcji władz mojej macierzystej Uczelni, która postawiłaby tamę coraz powszechniejszym opiniom o schlebianiu przez mój Uniwersytet lewackiej poprawności politycznej i przyzwoleniu na bezkarne głoszenie dowolnych, wynaturzonych poglądów.

Prof. Krystyna Pawłowicz

Czytaj oryginalny artykuł na: http://www.stefczyk.info/publicystyka/o ... z3FOQZQecA

http://www.stefczyk.info/publicystyka/o ... 1876332148


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 25 paź 2014, 07:37 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Dewianci to nie tylko zwyrodnialcy seksualni, ale wszelkiej maści karły moralne, gotowe kłamać, grabić, oszukiwać, zabijać.
Dzisiejsi dewianci funkcjonują głownie po lewej stronie polityki, to całe wynaturzone lewactwo.


Zastraszyć Kościołem

Nie dziwi wcale, że po 1989 r. w wiadomej propagandzie wraca jak bumerang technika straszenia Kościołem, sprawdzona niegdyś w propagandzie bolszewików, a teraz wspierana nową technologią medialną. Jednocześnie odradza się w różnych postaciach marksizm, który przeszedł do historii jako ideologia nienawiści, a obecnie poszukuje nowych wyznawców, wszak ludzi typu homo sovieticus wciąż nie brakuje.

Propaganda w starym stylu
Straszenie społeczeństwa należy do najbardziej prymitywnych technik propagandowych. Uruchamia się ją, gdy już wszystko zawiodło i gdy zabrakło argumentów. Straszenie ludzi znajdowało uprzywilejowane miejsce w systemach propagandowych komunizmu, nazizmu i w PRL. Próby straszenia Kościołem podejmowano również w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, z równoczesnym lekceważeniem skutków komunizmu. Jedną z form straszenia z tamtego czasu było w Polsce ukazywanie Kościoła jako wroga wolności. Do tego zarzutu odniósł się nawet Papież Jan Paweł II, gdy w 1997 r. we Wrocławiu w homilii na zakończenie Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego tak mówił: „To, że Kościół jest wrogiem wolności, jest szczególnym nonsensem tu, w tym kraju i na tej ziemi, wśród tego narodu, gdzie Kościół tyle razy dowiódł, jak bardzo jest stróżem wolności i to zarówno w minionym stuleciu, jak i obecnie i w ostatnim pięćdziesięcioleciu. Jest stróżem wolności!”.

Na liście działań prowadzących do zastraszenia Polaków Kościołem dopisali się ostatnio „ludzie nauki” w apelu skierowanym do polskich władz.

Publiczny donos czy kreowanie wroga?
W propagandzie politycznej i światopoglądowej, gdy brakuje siły argumentu, sięga się po argument siły. Zastraszanie jest jednym z takich „argumentów”, obliczonych na naiwność obywateli. Sygnatariusze apelu nie zdążyli zauważyć, że Polacy już nie są społeczeństwem frajerów. Odnosi się wrażenie, że opublikowany tekst zredagowany został w stanie histerycznego zacietrzewienia w stosunku do Kościoła katolickiego w Polsce, czego dowodem jest choćby fakt, że nie stwierdza się nawet najmniejszego pozytywu w jego misji, co jest wyrazem skrajnej tendencyjności apelu. A ponadto nie uwzględnia się takich „szczegółów”, jak choćby fakt, że w Konstytucji nie ma mowy o neutralności światopoglądowej, mówi się natomiast o światopoglądowej i religijnej bezstronności władzy publicznej i państwowej.

Najbardziej niepokoi, że w tekście „ludzi nauki” mamy do czynienia nie tylko ze świadomym preparowaniem czarnego PR w odniesieniu do Kościoła, ale jest to próba przedstawienia go jako wroga publicznego. Tak należy rozumieć choćby zarzut, że działalność Kościoła „prowadzi do degradacji państwa i obniżenia jego prestiżu w skali kraju, a nawet międzynarodowej”. Kościół jest więc, zdaniem „ludzi nauki”, szkodnikiem, a więc wrogiem. Z nieodległej historii wiadomo, jaki los powinien spotkać „wroga ludu”. To nic, że ten „wróg” jest urojony. Istotny jest fakt, że taki obraz Kościoła katolickiego w Polsce przedstawia się w mediach. Wiadomo zaś, że zarówno w mediach, jak i w propagandzie politycznej i ideologicznej nie ma przypadków. Osiąganie zaś za wszelką cenę zleconego zadania sprawia, że wtedy cel uświęca środki i w myśl zasady Niccola Machiavellego eliminuje tym samym głos sumienia.

Nowy totalitaryzm?
Kościół stoi na straży wartości chrześcijańskich i patriotycznych. Tylko one się sprawdziły. Dziś już nie wystarczą wartości rynkowe, czy tym bardziej „wartości” wzięte z arsenału zbankrutowanych ideologii, które chce się przemycić, tym razem w wyszukanym opakowaniu.

Jan Paweł II w encyklice „Centesimus annus” przestrzega: „Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. Wcześniej stwierdza, że totalitaryzm, który rodzi się z negacji obiektywnej prawdy, niesie z sobą także negację Kościoła. Nic więc dziwnego, że Kościół chce chronić człowieka przed widmem totalitaryzmu. Realizuje tę misję, gdy naucza o sumieniu i jego roli w życiu moralnym i społecznym, oraz gdy pomaga człowiekowi w jego prawidłowym uformowaniu. Z perspektywy czasu wiadomo, do czego doprowadziły w obszarze sumienia dwa najgroźniejsze totalitaryzmy – sowiecki i nazistowski. Było ono metodycznie zadeptywane i odrzucane na zawsze jako wymysł „ideologii burżuazyjnej”. Wskutek tego ludobójstwo w XX w. rozwinięto do niespotykanych dotąd rozmiarów. Uśmiercając sumienie, totalitaryzm stał się wylęgarnią różnych postaci łotrostwa i bandytyzmu. Miejsce sumienia zajął teraz wydawany rozkaz, który miał usprawiedliwiać najpotworniejsze zbrodnie. Ilustracją procesu degradacji człowieczeństwa jest wyznanie jednego z największych zbrodniarzy nazistowskich – Hermanna Göringa: „Nie mam sumienia. Moje sumienie zwie się Adolf Hitler”. Podobnie mogliby powiedzieć o Stalinie zbrodniarze sowieccy.

Nie wolno przeto zapominać o apelu Jana Pawła II, z jakim w Skoczowie zwrócił się do rodaków w 1995 r. w wygłoszonej homilii: „Polska woła dziś o ludzi sumienia. Nasz wiek XX był okresem szczególnych gwałtów zadawanych ludzkim sumieniom. Pamiętamy, jak doniosłą rolę odegrał w tamtych czasach Kościół jako obrońca praw sumienia – i to nie tylko ludzi wierzących! Pod hasłem tolerancji w życiu publicznym i w środkach przekazu szerzy się wielka nietolerancja”.

A zatem misja, jaką wypełnia Kościół w Polsce, jest nie do przecenienia. Tak było zawsze. W swojej posłudze więc nie może on realizować sowieckiego czy nazistowskiego modelu funkcjonowania, gdzie nieprzekraczalną granicą jego misji miałyby być „zgodnie z prawem” kruchta i zakrystia.

Należy więc pilnie obserwować naprawiaczy nowego ładu społecznego, aby na bieżąco wiedzieć, jak daleko posuwają się oni w procesie eliminowania Kościoła z życia narodu i państwa. Niestety, apel „ludzi nauki” wskrzesza upiory z czasów, które kojarzą się Polakom najgorzej.

Ks. bp Adam Lepa

http://www.naszdziennik.pl/mysl/105341, ... iolem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 12 lis 2014, 08:24 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Dajmy odpór bestii

Małgorzata Bochenek

Polsce zagraża nie „dzika horda bolszewicka”, ale „wykształcona politycznie bestia, która niszczy młodzież” – przestrzegał ks. bp Józef Zawitkowski w przeddzień święta odzyskania przez Polskę Niepodległości podczas Mszy św. w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Wołominie.

Rodzina Radia Maryja w wigilię 96. rocznicy odzyskania niepodleg- łości modliła się w intencji Ojczyzny na ziemi cudu nad Wisłą, w Wołominie, w parafii Matki Bożej Częstochowskiej. Dziękowano także za 90 lat istnienia tej wspólnoty parafialnej i proszono, aby była wierna Bogu, Chrystusowi i Ewangelii.

– Naród umiera, wymiera! Odbierzcie jeszcze dzieciom miłość, a młodzieży rozum, zostanie nam Polska ugorem pachnąca – przestrzegał w homilii ks. bp Zawitkowski. Kaznodzieja zwrócił uwagę na zagrażające Polsce partie, które wprowadzają do szkół programy genderowe. – Pobożność bezbożnych przed wyborami wzrosła. Teraz idą do Komunii Świętej i ci, co złorzeczyli wcześniej samemu Bogu i przykazaniom – mówił, wzywając jednocześnie do czujności, by nie dać się zwieść wyborczej propagandzie polityków.

Ksiądz biskup zwrócił uwagę, że w wołomińskiej parafii pracowali kapłani „kochający Boga i Ojczyznę i każdy z nich zostawił tu ślady swej modlitwy i pracy”. – Mieszkańcy Wołomina mieliście wielkich i świętych kapłanów – mówił, przywołując zasługi kolejnych proboszczów.

Kaznodzieja zwrócił uwagę, że „wracają czasy przeklęte i znów podpalają kościoły, i znów napadają na księży”. – Przyszły czasy, kiedy pobić księdza, to cnota. Ta bezbożność nie wzrusza zgniłej Europy – ubolewał ks. bp Zawitkowski. Wyraził nadzieję, że postawa ks. Ignacego Skorupki, który zginął z krzyżem w ręku za Boga i Ojczyznę, może „wzruszy bezbożnych”. – I tam, gdzie stoi grzeszna tęcza gejów na placu Zbawiciela, usłyszą kiedyś słowa Archanioła: I któż jak Bóg! Bo nic nad Boga – mówił ksiądz biskup, przywołując słowa poety.

Kaznodzieja przypomniał postać nauczyciela Leopolda Rusiniaka i ks. Franciszka Rudzkiego, którzy za obronę wiary zostali rozstrzelani przez bolszewików. – Nauczyciel i ksiądz zginęli za krzyż i orła. To chyba ostatni obraz w moich oczach męczeńskiej Polski, gdzie nauczyciel i ksiądz razem idą na śmierć, za Boga i Ojczyznę – podkreślał. – A dziś w szkołach panuje euroepidemia. Czego bolszewicy nie zrobili, zrobią ludzie oświeceni, źli, nam obcy kulturowo i niedouczeni – ocenił. Odwołując się do zwycięskiej bitwy 1920 roku, która rozegrała się w pobliżu Wołomina, ks. bp Zawitkowski przypomniał, że to miasto podobnie jak Radzymin ma tytuł bohatera.

Obecny na Mszy św. o. dr Tadeusz Rydzyk CSsR, zaznaczył, że przybył do tej parafii, aby wyrazić wdzięczność za decyzje władz miasta służące życiu i rodzinie. W uchwale Rady Powiatu Wołomińskiego znalazł się zapis: „Szpital Powiatowy w swojej działalności kieruje się bezwzględnie zasadą ochrony życia ludzkiego”. Taki zapis ma zapewnić personelowi medycznemu swobodne korzystanie z klauzuli sumienia.

Dyrektor Radia Maryja zwrócił uwagę, by głosując podczas wyborów samorządowych, kierować się kwestiami merytorycznymi oraz brać pod uwagę owoce dotychczasowej pracy poszczególnych kandydatów. – Trzeba zawsze trzymać z Panem Bogiem – podkreślił.

Ojciec Tadeusz Rydzyk dziękował także za „Szkoły Przyjazne Rodzinie” promujące wychowanie w duchu chrześcijańskich wartości. – W świecie trwa walka przeciwko rodzinie, również w Polsce. Prowadzona jest polityka antyrodzinna, chcą zniszczyć Naród, wiarę – ostrzegał. – Dziadowie i ojcowie wasi zatrzymali bolszewizm idący na Europę i świat, i teraz wy zatrzymujecie nową bolszewię, nową lewicę. Bóg zapłać za przykład wiary – dziękował dyrektor Radia Maryja.

Podczas Mszy św. modlono się m.in. za rządzących, aby w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem nie dbali o prywatne interesy, ale o dobro Narodu. O chwałę nieba proszono dla bohaterów poległych w walkach za niepodległość Ojczyny. Młodzież z III LO im. Jana Pawła II w Wołominie zaprezentowała program słowno-muzyczny „Jan Paweł II – nauczyciel miłości do Ojczyzny”. Jednym z owoców poniedziałkowego spotkania jest powstałe przy wołomińskiej parafii Matki Bożej Częstochowskiej Koło Radia Maryja, utworzone z dotychczasowych przyjaciół i sympatyków tej katolickiej rozgłośni z Torunia. Gospodarzem spotkania był ks. prałat Sylwester Sienkiewicz, proboszcz parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Wołominie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/112593,da ... estii.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 15 lis 2014, 20:40 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Samowola budowlana HGW: Tęcza stoi nielegalnie!

Tęcza stojąca na Placu Zbawiciela w Warszawie, symbolizująca arogancki bunt mniejszości przeciwko większości Polaków, jest w świetle Prawa Budowlanego „urządzeniem tymczasowym”.
Tęcza została zainstalowana, zgodnie ze zgłoszeniem w urzędzie Prezydent Gronkiewicz – Waltz, działającej w sprawach budowlanych jako starosta, tylko na 120 dni.
Tęczę postawiono 3 lata temu. Jak wiadomo, termin 120 dni od zainstalowania tęczy minął już bardzo dawno. Po 120 dniach ten, kto postawił „instalację tymczasową” musi z mocy prawa rozebrać ją. Wynika to wprost z Prawa Budowlanego, które nie przewiduje instytucji przedłużenia czasu dla „urządzenia tymczasowego”. Na tym właśnie polega istota prawna instalacji „tymczasowej”. Ma ona stać właśnie tylko tymczasowo, w czasie podanym w zgłoszeniu, i nie może stać się z czasem instalacją „trwałą”.
Starosta, w przypadku Warszawy funkcję tę wykonuje HGW, miał ustawowy obowiązek usunięcia instalacji po upływie 120 dni. Miał doprowadzić do obowiązkowej rozbiórki tęczy, w sytuacji, gdy stawiający sami tego nie zrobili. HGW jako starosta, z tego obowiązku się nie wywiązała.
O dziwo, tęcza została odbudowana (postawiona na nowo) przez Prezydent Warszawy panią HGW za publiczne pieniądze. HGW tęczę („instalację tymczasową”) odbudowała bez wymaganego zgłoszenia. Odbudowała ją w sytuacji, gdy instalacja ta po upływie 120 dni już dawno była nielegalna. W tej sytuacji HGW, która wzniosła (odbudowała) nową tęczę, dokonała samowoli budowlanej, zrobiła to na koszt publiczny. Pani Prezydent powinna być powinna być potraktowana w takiej sytuacji przez nadzór budowlany jak każdy inny petent. Pani Prezydent nie dokonała koniecznego, wymaganego Prawem Budowlanym zgłoszenia zbudowania tej kolejnej tęczy na nowo, jako instalacji tymczasowej. Ponieważ czas zgody na pierwsza tęczę minął po 120 dniach od pierwszej instalacji, a postawienie bądź odbudowa drugiej tęczy odbyła się z naruszeniem prawa, gdyż bez zgłoszenia stawiania tej nowej instalacji tymczasowej (tęczy), więc pani prezydent Gronkiewicz-Waltz dopuściła się samowoli budowlanej w czystej postaci. Zrobiła to przypomnijmy, ze środków publicznych, czyli naszych. Naruszenie prawa przez prezydent Warszawy HGW jest kwalifikowanym naruszeniem prawa, gdyż pani Gronkiewicz-Waltz jest profesorem prawa na stołecznym uniwersytecie. Mimo to rażąco naruszyła prawo, tj. dokonała samowoli budowlanej, ponieważ w jej chwili postawienia przez HGW, tęcza już była i pozostaje ciągle niezgłoszoną samowolą budowlaną.
W zaistniałej sytuacji Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego miał obowiązek prawny wydać decyzję o natychmiastowej rozbiórce nielegalnej od dawna tęczy, niezależnie, czy odbudowy tęczy po spaleniu, czyli samowoli budowlanej dokonała sama prezydent Gronkiewicz-Waltz. Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego miał obowiązek doprowadzić do natychmiastowego usunięcia samowoli budowlanej tj. tęczy, bez względu na rangę osoby, która tę samowolę dokonała. Mówię natychmiastowe, gdyż w przypadku samowoli budowlanej nie ma żadnych terminów, w czasie których mogłyby one stać i być akceptowane. Inspektor Powiatowy nie mógł czekać aż do tej pory i nie reagować, nie zainteresować się i nie zrobić nic w sprawie dawno już naruszonego prawa.
Co więcej, Pani Prezydent Warszawy HGW, po pierwszym spaleniu tęczy mówiła również coś, co jest kompromitacją dla prawnika, a tym bardziej dla profesora prawa, iż po każdorazowym spaleniu lub innym zniszczeniu tęczy ona ją natychmiast odbuduje, i też z publicznych pieniędzy. Czyli pani Gronkiewicz-Waltz zapowiedziała, że będzie kontynuować samowolę budowlaną, będzie trwać w takiej samowoli prawnej na przekór mieszkańcom Warszawy, ku uciesze środowisk patologicznych. Cały czas pamiętajmy, iż czas wystawienia „instalacji tymczasowej” tj. 120 dni minął już bardzo dawno. Po tym terminie HGW powinna była doprowadzić jako starosta (organ właściwy w sprawach budowlanych) do jej usunięcia.
Ponieważ Prezydent Warszawy nie zadziałała zgodnie z prawem, po pierwszym spaleniu tęczy, powinien był włączyć się Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego i zażądać usunięcia tęczy, jako już nielegalnej. Nie zrobił tego także po dwóch kolejnych odbudowach, dokonanych przez panią prezydent HGW również na koszt podatników.
Kompromitującym skandalem prawnym jest, iż pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, profesor prawa przecież administracyjnego, wykonując publiczne zadania i gospodarując publicznymi pieniędzmi zapowiedziała, że będzie dalej naruszać Prawo Budowlane, podczas, gdy powinna szanując je, już dawno doprowadzając do usunięcia tęczy z Placu Zbawiciela. Jeśli sama prof. prawa HGW popisuje się nieznajomością prawa i jego oczywistym lekceważeniem z powodów ideologicznych, to prawo powinien znać jednak Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego.
W tej sytuacji, niniejszym publicznie zgłaszam Powiatowemu Inspektorowi Nadzoru Budowlanego sprawę samowoli budowlanej dokonanej przez Prezydent m.st. Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz i wnoszę o wydanie z urzędu decyzji o nakazie natychmiastowej rozbiórki tęczy na Placu Zbawiciela, jako instalacji od dawna nielegalnej.
Jednocześnie wnoszę do Prokuratora Rejonowego, by wszczął postępowanie przeciwko Prezydent m.st. Warszawy o trwanie przez nią w samowoli budowlanej i publiczne zapowiadanie przez nią dalszego łamania prawa, co ma zamiar uczynić po każdym zniszczeniu tęczy.
Tu należy zadać pytanie Mieszkańcom Warszawy, a zwłaszcza prawnikom: Czy można głosować na obecną Prezydent Warszawy panią Gronkiewicz-Waltz, która mając szczególny obowiązek przestrzegania prawa jednocześnie wykazuje się arogancją lub nieznajomością prawa? Kto zagłosuje na obecną Prezydent Warszawy zagłosuje na trwanie przez kandydatkę w bezprawiu, co jest najgorszą rekomendacją na nadchodzącą kadencję. Kto raz złamał prawo, chwali się tym, okazuje arogancję, ten zawsze złamie prawo, wasze, Mieszkańcy Warszawy prawo.

Prof. Krystyna Pawłowicz

http://wpolityce.pl/polityka/222100-sam ... ielegalnie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 17 gru 2014, 09:25 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Nie dajmy się zakrzyczeć dewiantom. Nie dajmy się zastraszyć przez nich. Nie może tak być, że patologia zdominuje świat człowieka, a normalność będzie prześladowana.
Czy takiego świata dla nas i dla potomnych chcemy?


Gender: ostrzegać!

Prof. Piotr Jaroszyński

Opowieści na temat tego, co dzieje się w Niemczech, mrożą krew w żyłach. Genderyzacja małych dzieci jest obowiązkowa, a jeżeli rodzice chcą się temu przeciwstawić, to dzieci są im odbierane. Wszystkie dzieci. Rodzice wpadają w rozpacz, nie mają jak się bronić, bo nikt nie chce się za nimi ująć.

Obecny na VII Międzynarodowym Kongresie „Katolicy i prawda” (WSKSiM, 28-29.11.2014) ks. dr Ralph Weimann zwrócił uwagę, że po dojściu Hitlera do władzy przynajmniej niektórzy publicznie wyrażali swój sprzeciw, a szczególne znaczenie miała encyklika „Mit brennender Sorge” Papieża Piusa XI, którą odczytano w kościołach jakby znienacka, jednego dnia, bez wcześniejszych zapowiedzi, tak aby reżym nie zdążył jej zablokować. I to było ważne, ocaliło sumienia tych, którzy wskutek braku pełnej wiedzy mogli ulec totalitarnej manipulacji. Dziś jest jednak inaczej, choć nadciąga inny totalitaryzm. W wielu krajach brakuje choćby jednego oficjalnego głosu sprzeciwu. Tymczasem zło jest potworne, a szkody praktycznie nie do naprawienia. Dlatego każdy głos sprzeciwu jest na wagę złota.

Gdy bowiem będzie już po wszystkim, gdy władza zaprowadzi przymusową genderyzację, gdy do domu wracać będą zniszczone w swej najgłębszej intymności dzieci, wówczas większość z rodziców zareaguje u nas tak, jak zwykle reagują ci, którzy bagatelizują zagrożenie. Będzie jedno wielkie usprawiedliwienie: „Bo myśmy nie wiedzieli, bo nikt nam tego nie powiedział, nikt nas nie ostrzegał”. Niestety, taka reakcja będzie miała miejsce. A choć polscy rodzice zachowali jeszcze normalne odruchy (dzieci należą do rodziców, a nie do państwa), to taka reakcja post factum nie będzie tak naprawdę usprawiedliwieniem. Przecież listem z końca grudnia 2013 r. Episkopat Polski dobitnie wyraził swój sprzeciw wobec gender. Ten list można w każdej chwili znaleźć w internecie na stronie Konferencji Episkopatu Polski, również w wersji angielskiej. Trzeba więc znaleźć, przeczytać, zrozumieć, przerazić się naprawdę, a nie na żarty, i… ostrzegać innych. Bo tu nie chodzi o spór polityczny, ale o spór moralny, tu chodzi o dobro dzieci, które gender może zniszczyć.

Właśnie trzeba nadal ostrzegać, bo wiedza do szerokich mas dociera długo i nie z jednego źródła. Nie wystarczy raz powiedzieć czy raz napisać. Trzeba wracać, powtarzać i ostrzegać, żeby w razie nieszczęścia nie odezwał się chór „niewinnych”: „a myśmy nie wiedzieli!” No to wiedzcie, zainteresujcie się już teraz, bo informacje można znaleźć, byle tylko z właściwych źródeł. Tej sprawy nie można zbagatelizować. Trzeba ostrzegać, ciągle ostrzegać, Polskę i świat.

http://www.naszdziennik.pl/wp/119059,ge ... zegac.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 30 gru 2014, 14:09 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Homoseksualizm to choroba duszy

Dzisiejsze dyskusje na temat homoseksualizmu w Polsce są mocno zideologizowane. Cień sugestii, że homoseksualizm powinno się leczyć skazuje na kpiny i szyderstwa

A taka jest główna teza książki „Walka o normalność" autorstwa holenderskiego psychologa dr Gerarda J.M. van der Aardwega. Jej polskie tłumaczenie pojawiło się właśnie nakładem wydawnictwa „Fronda".

Homo correctness

Dotychczas na rynku można było prędzej zapoznać się z publikacjami, które zachowania homoseksualne promowały lub ubierały w kostium popkultury. Takie zabiegi stosuje się zarówno w podręcznikach dla szkół, proponowanych przez rozmaite stowarzyszenia walki o tolerancję jak i w beletrystce wydawanej przez modne oficyny.

Nie wspominając o historiach z kolorowych magazynów i amerykańskim przemyśle filmowym, który opakowuje to wszystko we „wzruszającą" papkę, jak w przypadku oscarowego hitu „Tajemnica Brokeback Mountain".

Polityczna poprawność każe o homoseksualizmie mówić dobrze albo wcale. Homoseksualizm się wspiera, żywi się nim i robi na nim niezłe pieniądze. Homoseksualiści to ważna grupa docelowa wielu firm, a z drugiej strony homoseksualni designerzy maja ogromny wpływ np. na świat mody. Sami więc tworzą popyt na określony produkt.

Kluby gejowskie, gejowska i lesbijska literatura, parady równości i oferty kulturalne „tylko dla gejów" to dla wielu dowód kroczenia w awangardzie postępu. Dla dr Gerarda J.M. van der Aardwega i większości ludzi to wciąż jednak coś nienormalnego. Takiego określenia nie ośmielą się użyć już niektórzy „otwarci" katolicy, którzy „pochylają się" z troską nad dramatem homoseksualisty. I w rytm muzyki „Queen" będą raczej nucić „too much love will kill you" niż otwarcie przyznają, że skłonności homoseksualne można i trzeba leczyć. Tak, jak każdą inną fobię czy neurozę.

Od zrozumienia do wyleczenia

Dzisiaj takie stwierdzenia budzą największe kontrowersje. Z odsieczą polskiemu odbiorcy przychodzi holenderski psycholog, który w swojej książce zebrał doświadczenia ponad trzydziestu lat pracy z trzystoma pacjentami, mającymi problem z homoseksualizmem.

„Walka o normalność" to napisany żywym językiem praktyczny przewodnik po (auto)terapii homoseksualizmu. To, jak pisze autor, „konstruktywna pomoc i wsparcie dla mężczyzn i kobiet cierpiących na niechciane homoseksualne uczucia i zachowania".

Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej, holenderski psycholog stara się zdefiniować homoseksualizm i przybliżyć przyczyny jego występowania. W drugiej, przedstawia krok po kroku praktyczne zasady (auto)terapii.

Od zrozumienia, czym naprawdę jest homoseksualizm i co go wywołuje do podjęcia skutecznej terapii droga jest teoretycznie prosta, choć w praktyce pełna zakrętów i pełna pułapek.

W poszukiwaniu spełnienia swoich fantazji

Homoseksualista to człowiek nieszczęśliwy i samotny. Prekursor leczenia gejów w Holandii, zmarły w 1965 r. prof. Johan Leonard Arndt po wieloletniej praktyce powiedział: „Nigdy nie widziałem zdrowego i szczęśliwego homoseksualisty".

Jak pisze w swojej książce dr Aardweg, homoseksualizm „ nie jest odosobnioną preferencją, ale wyrazem specyficznej neurotycznej osobowości". A dogmat o jego nieodwracalności to mit, który służy interesom wyemancypowanych homoseksualistów. Homoseksualizm nie jest więc ani zaprogramowany, ani uwarunkowany genetycznie (co wykazały badania na bliźniętach jednojajowych), ani wreszcie nieodwracalny. Wprost przeciwnie, należy go leczyć podobnie, jak inne neurozy: depresję, fobie, obsesję czy inne anomalie seksualne - pisze Aardweg.

Uczucia i zachowania homoseksualne są nabyte. Najczęściej w wieku dorastania. Przyczyn jest wiele. Większość homoseksualistów ma zaburzony kontakt z ojcem lub matką, lub obojgiem naraz. Do tego dochodzi relacja dojrzewającego dziecka z otoczeniem, w którym może dojść do poczucia niższości z powodu swojej płci albo niemożliwości wypełnienia typowych ról, jakie się z nią wiążą. Chłopak, który nie uczestniczy w „chłopięcych" zabawach, może przez pół życia grać rolę błazna, byle by tylko uzyskać akceptację rówieśników. Pod maską „duszy towarzystwa" może kryć się dramat „nienależenia", jak określa to holenderski psycholog. Inną przyczyną może być traumatyczne przeżycie, jak kontakt homoseksualny. Ale także litowanie się nad sobą i tendencja do tworzenia sobie iluzji na swój temat i otaczającego świata.

Homoseksualizm wyrasta na glebie inności, nienależenia, litowania się nad sobą i infantylizacji. Egocentryzm jest dla homoseksualnych uczuć i zachowań idealną pożywką. Miłość homoseksualna nie jest miłością, tylko szczenięcym, sentymentalnym, głęboko narcystycznym pragnieniem erotycznym. „Homoseksualista nie szuka drugiej osoby, ale raczej spełnienia swoich fantazji" - pisze autor „Walki o normalność". Para homoseksualistów to dwa „biedactwa", zaabsorbowane sobą. To dlatego homoseksualiści tak często zmieniają partnerów. Bo dwie osoby tej samej płci nie są w stanie dać sobie tego, co mężczyzna i kobieta.

Wola zmiany i praktykowanie cnót

Aardweg nie wierzy w techniki, które streszczają słowa: „ zahipnotyzuj mnie, a obudzę się nowym człowiekiem". Jak twierdzi, musimy na nowo odkryć stare prawdy, takie jak odwaga, szczerość, cierpliwość, dystans do siebie, czy poczucie humoru. Droga do wyleczenia trwa długo, zazwyczaj pięć lat, a i nie zawsze kończy się sukcesem. Zaczyna się od szczerej diagnozy swojego stanu, prowadzącej do samowiedzy. Potem musi nastąpić, codziennie odnawiana, decyzja zmiany dotychczasowego życia. Samodyscyplina, dystans, pokora i zdrowa samoakceptacja - to kolejne elementy prawidłowej terapii. A więc zrozumienie, trening i rzecz kluczowa - czyli prawidłowo ukierunkowana wola.

Aardweg przyznaje, że ludziom religijnym jest łatwiej, gdyż „ z homoseksualizmem jest tak samo jak z innymi niemoralnymi działaniami: im większa wewnętrzna moralna dezaprobata, tym łatwiej jest powiedzieć ‘nie'". A podejście chrześcijańsko-psychologiczne daje - zdaniem autora - najlepszą gwarancję zmiany.

Najwyższy czas obalić mit o nieodwracalności homoseksualizmu. Jest to jedna z tych bzdur, w które - jak pisał George Orwell - tylko intelektualiści mogli uwierzyć.



Artur Bazak: Dlaczego napisał Pan taką książkę?

Dr Gerard J.M. van der Aardweg: Z kilku powodów. Dostawałem mnóstwo listów z całej Europy i Ameryki, w których rozmaici ludzie opowiadali mi o swoich problemach związanych z homoseksualizmem. Dlatego praktyczny poradnik dla tych, którzy cierpią z powodu swoich uczuć i zachowań homoseksualnych, wydał mi się najlepszą odpowiedzią.

Artur Bazak: Czyli względy praktyczne?

Dr Gerard J.M. van der Aardweg: Nie tylko. W terapii ludzi, mających problemy ze swoją seksualnością ważne jest uświadomienie sobie znaczenia wymiaru duchowego tego zjawiska. Homoseksualizm - w podejściu akademickim - jest często postrzegany jako zjawisko psychologiczne, problem emocjonalny. A jest czymś znacznie więcej. To choroba duszy. Wielu psychologów wciąż jeszcze nie uwzględnia tej moralnej perspektywy.

Artur Bazak: Dlaczego Pana zdaniem to takie ważne?

Dr Gerard J.M. van der Aardweg: Ponieważ, kiedy odrzucimy tę perspektywę będziemy poruszać się po powierzchni zjawisk. Nie dotrzemy do ich istoty. Podejście, jakie daje moralność, a zwłaszcza zakorzeniona w chrześcijaństwie, sprowadza się w terapii do „praktykowania cnót" - dawno zarzuconej praktyki samodoskonalenia człowieka.

Artur Bazak: Ćwiczenie w cierpliwości, konsekwencji, umiarze, itp. to Pana zdaniem rozwiązanie dylematów osób homoseksualnych?

Dr Gerard J.M. van der Aardweg: Nieco sprawę upraszczając, można powiedzieć, że tak.

Artur Bazak: Jest Pan psychologiem i stosuje Pan zasady obowiązujące w tradycji tej nauki. Ale twierdzi Pan jednocześnie, że skuteczność terapii jest większa wtedy, kiedy opiera się na motywacji religijnej.

Dr Gerard J.M. van der Aardweg: Dokładnie tak. Chrześcijańska koncepcja człowieka jest po prostu prawdziwa. Chrześcijaństwo sprowadza rzecz do konkretu. Lepiej rozpoznaje przyczyny i proponuje najlepsze rozwiązania. Poza tym nie wierzę w „terapię rozmowy". Tylko konsekwentne praktykowanie pewnych zachowań prowadzić może do wyleczenia skłonności, jaką jest homoseksualizm.

Artur Bazak: Chrześcijaństwo jest postrzegane przecież jako ideologia wykluczenia, która dyskryminuje homoseksualistów, odmawiając im prawa do wolności wyboru stylu życia.

Dr Gerard J.M. van der Aardweg: Ale tylko przez ludzi, którzy mają zniekształcony pogląd na ludzka psychikę. Wielu z nich wie, że się myli. Ale powtarzają te kłamstwa, bo tak się przyjęło. Homoseksualizm w ich oczach nie jest problemem, wymagającym leczenia, ale równoprawną preferencją seksualną, jak każda inna. Próby leczenia odbierane są jako akty dyskryminacji...

Artur Bazak: ...które wcześniej dotykały czarnych i kobiety, a teraz są zmorą homoseksualistów.

Dr Gerard J.M. van der Aardweg: No właśnie. I tu jest pies pogrzebany. Próby leczenia homoseksualizmu umieszcza się obok rasizmu i dyskryminacji z powodu płci. A to fałszywa perspektywa. Płeć i rasa są cechami wrodzonymi, w przeciwieństwie do uczuć i zachowań homoseksualnych, które są nabyte.

Artur Bazak: Dlatego można je leczyć, co tak oburza najgłośniejszych rzeczników homoideologii.

Dr Gerard J.M. van der Aardweg: Nieprzypadkowo tytuł mojej ksiązki to "Walka o normalność". O walce już mówiliśmy. To, z jednej strony praca wewnętrzna osoby dotkniętej homoseksualizmem, ale drugiej także walka o uznanie, że homoseksualizm można i trzeba leczyć.

Artur Bazak: To prowadzi nas nieuchronnie do wniosku, że homoseksualizm - nie bójmy się tego powiedzieć - nie jest normalny.

Dr Gerard J.M. van der Aardweg: Niestety zbyt mało ludzi mówi o tym głośno. Powoli jednak się to zmienia. Największy hałas robią samozwańczy ideolodzy homoseksualizmu, wspierani przez silne lobby i polityczną poprawność. Nie możemy się poddawać tej mentalnej tyrani!

(Gość Niedzielny, nr7/17 lutego 2008)

http://arturbazak.salon24.pl/22491,homo ... roba-duszy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 05 sty 2015, 15:31 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Dewianci w swoim marszu do postempu i w walkach z zacofaniem tak się wyalienowali, że ludźmi są już tylko z wyglądu. Kiedy postemp będzie już całkowity, a zacofanie w pełni wykorzenione, to już nas ludzi na świecie nie będzie, bo po co my komu, kiedy wszystko ma być postempowe, modernowate i takie kul, trendy, a my wciąż byśmy chcieli dreptać w miejscu, w zaścianku, we wsteczności. Czas ludzkość odmienić, tak skutecznie, aby już nic z niej nie pozostało.
Śpijmy więc, a lewaccy dewianci, niech nas … odmieniają.


Ciąża jest barbarzyńska, czyli nadchodzi czas sztucznych macic

„Fakt, że kobiety zachodzą w ciążę i rodzą dzieci, by je posiadać, a mężczyźni tego nie robią, jest niesprawiedliwością, która powinna zostać przezwyciężona przez ektogenezę”, uważa dr Anna Smajdor z University of East England, która znajduje coraz więcej zwolenników.
„Koniec ciąży” – ogłosił w styczniu 2012 roku znany amerykański ekonomista i politolog Jeremy Rifikin. „Za życia jednego pokolenia będziemy prawdopodobnie mieć do czynienia z masowym zastosowaniem sztucznych macic do rozwoju dzieci”[1] – przekonywał Rifkin.

Niezależnie od tego, czy uważa się go za ekonomicznego i naukowego szarlatana, czy też jest się jego wielbicielem, trudno niestety odmówić mu racji przynajmniej w kwestii tego, że za kilka, kilkanaście lat sztuczne macice rzeczywiście staną się rzeczywistością, a znając nastawienie współczesnych społeczeństw Zachodu – mogą stać się raczej normą niż wyjątkiem. I niewątpliwie pojawi się masa bioetyków, prawników i polityków, którzy zapewniać będą, że sztuczne macice i rodzenie w nich dzieci to nie tylko niechętnie akceptowalna w pewnych sytuacjach konieczność, ale wręcz największe odkrycie nauki, z którym każdy normalny człowiek musi się pogodzić.

Na takie tezy nie trzeba zresztą czekać aż do momentu, gdy pojawią się realnie działające maszyny do „rozwijania dzieci”. One są już teraz. Nikki Olson i Hankl Pellisier, dziennikarze specjalizujący się w nowych technologiach i zwolennicy transhumanizmu, już teraz przekonują, że ektogeneza (tak określa się rozwijanie dzieci w sztucznych macicach) będzie wielkim przełomem, który całkowicie zmieni naszą cywilizację. Dzięki niej kobiety i embriony będą bezpieczniejsze; każdy – także geje, lesbijki, transseksualiści czy zwyczajni onaniści – będzie mógł mieć dziecko; kariery zawodowe kobiet nie będą już blokowane przez ciąże i porody; znikną różnice między rolami ojca i matki; ułatwione zostaną terapie genetyczne (chodzi o to, że prościej będzie rodzić dzieci-leki); a „życie seksualne przestanie być rujnowane przez groźbę ciąży”[2].

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, opinia ta wcale nie jest żartem. Coraz więcej ekspertów zaczyna bronić takiej możliwości, a nawet głosić jej całkowitą i bezwarunkową pochwałę, w imię walki – jak to określiła jedna z prekursorek radykalnego, marksistowskiego feminizmu

Shulamith Firestone – z „barbarzyńską ciążą”, z którą nowoczesne społeczeństwa będą musiały skończyć, tak jak skończyły z walką klas[1].

KRÓTKA HISTORIA PEWNEGO MARZENIA
Sztuczne macice po raz pierwszy pojawiły się nie w twórczości feministek, ale u Aldousa Huxleya. W Nowym wspaniałym świecie przedstawił on wizję, w której dzieci pochodzić miały ze specjalnych ośrodków „Rozrodu i warunkowania”, gdzie powstawać mieli nowi obywatele. „Pan Foster rzetelnie im wszystko mówił. Mówił im o rozwoju embriona w jego łożysku z otrzewnej. Nakłonił ich do skosztowania wzbogaconego surogatu krwi, którym embrion jest karmiony. Wyjaśnił, dlaczego musi się go stymulować placetyną i tyroksyną. Mówił o wyciągu z corpus luteum. Pokazał strzykawki, które rozstawione co dwanaście metrów, od zera do 2040, robiły embrionowi automatyczne zastrzyki. Mówił o owych stopniowo wzrastających dawkach śluzu, jakie stosowano na ostatnich sześciu metrach trasy. Opisał sztuczny krwiobieg macierzyński umieszczony na każdej butli na sto dwunastym piętrze (…) Zademonstrował im prosty przyrząd, za pomocą którego podczas ostatnich dwóch spośród każdych ośmiu metrów ruchu wszystkie embriony są równocześnie potrząsane, by oswoić je z ruchem (…) Zatarł ręce. Oni rzecz jasna nie zadowalają się zwykłą pracą nad rozwojem embrionów: byle krowa to umie. – My ponadto przeznaczamy i warunkujemy. Nasze niemowlęta wybutlowujemy w postaci uspołecznionych istot ludzkich, w postaci alf lub epsilonów, w postaci przyszłych krawców lub… – chciał

powiedzieć «przyszłych zarządców świata», ale się powstrzymał i rzekł: – przyszłych dyrektorów ośrodków rozwoju”[1] – opisywał Aldous Huxley wielką maszynę rozpłodową, z zawartą w niej sztuczną macicą. I choć szczegóły się różnią, to takie instytucje istnieją, a jedynym, co różni je od Huxleyowskiej wizji, jest fakt, że zazwyczaj nie są własnością państwa, lecz pozostają prywatną inicjatywą, w której każdy może „warunkować” swoje dzieci na własną modłę.

Sztuczne macice pojawiły się także w twórczości Arthura C. Clarke’a, Philipa K. Dicka (w Bożej inwazji), Franka Herberta czy wreszcie w Epizodzie Drugim Gwiezdnych wojen. Od jakiegoś czasu nie są one już jednak tylko marzeniem (lub obawą) literatów, ale coraz bardziej realną rzeczywistością. Zespoły amerykańskie czy japońskie są coraz bliżej stworzenia „mechanizmów”, w których zarodek czy embrion mógłby się rozwijać aż do momentu osiągnięcia zdolności do samodzielnego przeżycia poza organizmem matki (mechanizmem sztucznej macicy). Problemem, z jakim (przynajmniej na razie) nie radzą sobie naukowcy, jest dostarczenie rozwijającemu się człowiekowi wystarczającej do rozwoju tkanki nerwowej ilości tlenu. Jednak zespół Thomasa Shaffera z Temple University w Filadelfii doprowadził już do narodzin jagniąt, które „hodowane” były w sztucznej jamie owodni zawierającej sztuczny płyn imitujący naturalne wody płodowe wzbogacone o nadfluorek węgla. Inną drogę wybrała dr Helen Hung-Ching Liu, która próbuje stworzyć sztuczne łono w oparciu o syntetyczny szkielet „wyścielony błoną śluzową pobraną z macicy kobiety, poddany następnie działaniu hormonów w celu wytworzenia naturalnych warstw, identycznych jak w żywym organizmie. Szkielet jest zbudowany z materiału, który z czasem ulega rozpuszczeniu, pozostawiając izolowaną macicę”[2]. Macice takie można by nie tylko wykorzystywać do „hodowania” dzieci, ale też przeszczepiać kobietom, które po rozmaitych operacjach nie posiadają takiego narządu. W podobnym kierunku zmierza też japoński zespół badawczy Juntendo University z Tokio, którego celem jest pomoc kobietom niemogącym urodzić dziecka z powodu zmian macicy, uniemożliwiających utrzymanie ciąży.

Badania te – przynajmniej w części – niewiele mają zatem wspólnego z wizjami Huxleya czy Firestone. Ich celem jest raczej przeniesienie częściowo ukształtowanego już dziecka, w przypadku trudności z utrzymaniem ciąży, do innego środowiska i tam umożliwienie mu rozwoju. Z takim zastosowaniem sztucznych macic moglibyśmy mieć do czynienia w przypadku ciąży pozamacicznej. Ciąża taka nie może skończyć się narodzinami, a jeśli nie zabije się dziecka, to może umrzeć matka. W takiej sytuacji bioetycy, także część bioetyków katolickich, przyjmują zasadę podwójnego skutku i godzą się na wycięcie chorej części organizmu kobiety wraz z dzieckiem. Gdyby jednak powstały sztuczne macice, rozwijające się w nieprawidłowym miejscu dziecko można by przenieść do takiego urządzenia i tam pozwolić mu się narodzić. Inną sytuacją, w której

pomóc mogłyby takie urządzenia, są rozmaite schorzenia nowotworowe niepozwalające kobiecie donosić ciąży i skazujące jej dziecko na śmierć[1].

Christopher Kaczor wskazuje z kolei, że sztuczne macice mogłyby zakończyć ostatecznie debatę na temat aborcji. Jeśli bowiem większość z jej zwolenników mówi wyłącznie o prawie kobiety do uwolnienia się od niechcianego zarodka, a nie o prawie do jego zabicia, to umożliwienie przeniesienia zarodka w którejś z faz jego rozwoju do sztucznej macicy powinno w istocie zakończyć jakąkolwiek dyskusję nad zabijaniem nienarodzonych[2]. Sztuczna macica bowiem pozwala zarówno zachować wolność kobiety od „niechcianej ciąży”, jak i zachować życie samego dziecka.

Nie brak także innych argumentów na rzecz badań nad sztucznymi macicami. „Technologia ektogenezy służyć może jednak nie tylko jako zastępnik surogatek. Tworzy ona także istotne możliwości do zastosowania ektogenezy w chirurgii transplantacyjnej” – przekonuje Stephen Coleman. Wykorzystanie narządów pobieranych od ludzi wyhodowanych w sztucznych macicach mogłoby – jego zdaniem – rozwiązać wszystkie problemy związane z transplantologią. Nie byłoby już odrzutów, bowiem narządy byłyby hodowane z identycznych komórek, co u pacjenta, a samych narządów nigdy by nie brakowało[3].

Te ostatnie argumenty pokazują jednak, że w debacie nad sztuczną macicą nie można pominąć także innego jej typu, który miałby umożliwić nie tylko przeniesienie rozwijającego się już, a nie mogącego osiągnąć odpowiedniej dojrzałości człowieka, ale także pozwalałby „wyhodować” zarodki powstałe w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego. I właśnie takie macice budzą największe nadzieje, ale też największe obawy we współczesnym świecie. Dla feministek i zwolenników rozmaitych teorii genderowych dają one nadzieję na całkowite przezwyciężenie natury. Chrześcijanom czy konserwatystom uświadamiają niezwykle boleśnie, że możliwa jest jeszcze większa dehumanizacja prokreacji niż ta, z którą mamy do czynienia w przypadku zapłodnienia pozaustrojowego.

TECHNO-MACIERZYŃSTWO
Dla części radykalnych feministek ektogeneza oznacza ostateczne wyzwolenie się z – by zacytować ponownie Firestone – „tyranii reprodukcji”[4]. „Sztuczna macica może wyzwolić kobiety z niewoli ciąży. Choć wiele kobiet może niewątpliwie wybrać ciążę i może nawet celebrować

swój wybór, jako lepszy dla ich embrionów, inne mogą wybrać inaczej (…) Niezależnie jednak od tej możliwości wyboru, trudno dostrzec argumenty, które przeczyłyby tezie, że powstanie sztucznych macic leży w najlepszym interesie kobiet.

Oferując więcej wolności i wyboru, kiedy i czy w ogóle zajść w ciążę, daje

Ektogeneza sprawia, że znika główna biologiczna, ale też społeczna różnica między kobietami a mężczyznami.

ona kobietom, które często muszą balansować między wychowaniem dzieci, ciążą a własną karierą, większą elastyczność” – zachwala ektogenezę Gregory Pence. Jego zdaniem, zasadniczą zaletą tej formy rodzenia dzieci jest również to, że zdecydowanie wydłuża ona prokreacyjne zdolności kobiety. „W pewnych przypadkach może mieć to radykalne konsekwencje. Kiedy jedyne dziecko sześćdziesięcioletniej kobiety nagle zginie, mogłaby ona przenieść wcześniej zamrożony swój zarodek do takiej macicy”[1] – zachwyca się amerykański bioetyk.

Jednak najistotniejszym argumentem za sztucznymi macicami pozostaje dla zwolenników rozmaitych nurtów feministycznych jego „wyzwalająca

z płci” moc. Ektogeneza sprawia, że znika główna biologiczna, ale też społeczna różnica między kobietami a mężczyznami. Kobiety przestają być zdeterminowane biologicznie, a ciąża i rodzenie dzieci nie jest już ich wyłączną prerogatywą. W tej sytuacji macierzyństwo i ciąża przestają być cechą wyróżniającą kobiety, a męskość i kobiecość, szczególnie w ich wymiarze społecznym, radykalnie się do siebie upodabniają. Mężczyzna, jeśli z macierzyństwa wyjąć ciążę, może również stać się matką[2]. W tej wizji świata nie ma miejsca na męskość i kobiecość w ogóle, rodzina zaś powinna zostać zastąpiona, jako zagrożenie dla wolności, innymi stylami życia. Firestone, zanim postradała zmysły, sformułowała zresztą i taką opinię, postulując, by dzieci były wychowywane w kobiecych komunach, bez dostępu do mężczyzn[3]. Film Seksmisja miał, jak widać, godnych intelektualnych poprzedników.

Śmiech zamiera jednak na ustach, gdy uświadomimy sobie, że tego typu pomysły nadal są kolportowane, a przekonanie Firestone, iż „ciąża jest barbarzyństwem” wciąż inspiruje bioetyków do poszukiwań i stawiania wymogów współczesnemu państwu. Dr Anna Smajdor z University of East England wprost domaga się od współczesnych państw, by przekazywały więcej środków na badania nad sztuczną macicą. Dlaczego? Bowiem, zdaniem brytyjskiej bioetyk, ciąża i dolegliwości z

nią związane są fundamentalną niesprawiedliwością, której naprawienia można i trzeba wymagać od państwa. „Fakt, że kobiety zachodzą w ciążę i rodzą dzieci, by je posiadać, a mężczyźni tego nie robią, jest niesprawiedliwością, która powinna zostać przezwyciężona przez ektogenezę”[1] – oznajmia Smajdor. „Ciąża jest jak skok na bungee. Oczywiście kobiety zazwyczaj dobrowolnie podejmują decyzję o skoku, który pociąga za sobą określone ryzyko. Jednak istotowa niesprawiedliwość polega na tym, że kiedy mężczyzna decyduje się na skok – on jest w stanie wykonać go bez tego ryzyka, jakie jest związane z tą decyzją u kobiety. Kiedy mężczyzna chce mieć potomstwo, może to zrobić bez narażania swojej cielesnej integralności, zdrowia czy prywatności”[2] – podkreśla Smajdor. I na tym właśnie polegać ma owa niesprawiedliwość, o której mowa. Połowa ludzkości wolna jest od bólu i cierpienia związanego z ciążą i rodzicielstwem, a także od społecznych jego konsekwencji. Jeśli zaś tak jest, to społeczeństwo ma obowiązek – jeżeli istnieją ku temu możliwości – przezwyciężenia owej fundamentalnej niesprawiedliwości.

Rozważania Smajdor doskonale pokazują, jakie są ideologiczne założenia feministycznych zwolenniczek ektogenezy. Nie próbują one nawet ukrywać, że ich celem jest nie tyle sprawiedliwość, ile absolutna równość w tożsamości kobiet i mężczyzn. Cechy wyróżniające kobiecość i męskość mają zostać unicestwione przez technikę czy biotechnologię. Różnorodność człowieczeństwa, której najbardziej widocznym przejawem jest właśnie podział na – uzupełniające się – kobiecość i męskość, ma zostać zniszczona i zastąpiona genderowym projektem bezpłciowej równości. I to – jak w przypadku Herbertowego Damastesa – bez względu na koszty. Smajdor i jej koleżanki (choć nie brak w tym gronie także mężczyzn) wymyśliły „łoże na miarę doskonałego człowieka” i chcą do niego „przyrównywać złapanych podróżnych”. A wszystko po to, by „ludzkości obrzydliwie różnorodnej (…) dać jeden kształt”[3]. I dokładnie, jak w wierszu Herberta, nie liczą się koszty ideologicznego projektu, a jedynie jego cel.

MACIERZYŃSTWO POZBAWIONE JAKIEJKOLWIEK WARTOŚCI
Najlepszym tego dowodem jest fakt, że Smajdor w swoich dwóch programowych artykułach poświęconych „sztucznym macicom” nie dostrzega ani jednego korzystnego zjawiska związanego z ciążą i porodem. Są one jedynie przeszkodą, złem, które trzeba usunąć z drogi. „Piętnaście procent wszystkich kobiet w ciąży doświadcza potencjalnie zagrażających życiu komplikacji” – oznajmia Smajdor takim językiem, by jakakolwiek polemika z tak napisanymi opiniami stała się niemożliwa (cóż bowiem oznaczać mają „potencjalnie zagrażające życiu komplikacje”?). „W latach 2000-2002 zmarło 13,1 kobiet na 100 tysięcy rodzących” – szokuje danymi bioetyk (warto zauważyć, że bardziej niebezpieczna niż ciąża i poród jest jazda samochodem). Wreszcie oznajmia:„Ciężarne kobiety zwykle cierpią z powodu takich problemów zdrowotnych, jak nawracające bóle, przemęczenie, dolegliwości jelitowe i urologiczne” oraz dodaje, że kobiety zanim zajdą w ciąże, powinny być ostrzegane o wszystkich tych zdrowotnych skutkach. Nie bez znaczenia jest także to, że w trakcie ciąży i po niej „stres poporodowy”, a także inne skutki zdrowotne mogą wpływać na sytuację kobiet w społeczeństwie16.

Całe to zło nie jest równoważone jakimikolwiek korzyściami. Ciąża nie pomaga w nawiązaniu bliższej relacji z własnym dzieckiem, nie jest potrzebna, by psychologicznie oswoić się z nowymi wyzwaniami, nie ma też wagi emocjonalnej. Dlaczego? Bo gdyby miała, to zdaniem Smajdor, oznaczałoby to, że rodzice adopcyjni są gorszymi rodzicami niż naturalni. Innym, nie mniej absurdalnym argumentem, jest to, że gdyby ciąża miała znaczenie, to ojcowie nie mogliby kochać swoich dzieci[1].

Brytyjska bioetyczka nie jest w stanie zupełnie dostrzec, że rodzicielstwo adopcyjne czy ojcostwo są zwyczajnie innym rodzajem (w przypadku adopcji często trudniejszym) miłości. I że ta różnica nie odbiera wartości ani jednemu, ani drugiemu, pokazuje tylko różnorodność ludzkich zaangażowań i ludzkich relacji. Tak proste stwierdzenia są jednak ideolożce obce. Dla niej liczy się równość. Wszyscy mają być tacy sami, a jeśli coś jest inne, to należy to sprowadzić do tego, co sama już poznała, i co sama jest w stanie zrozumieć.

Przesada? Otóż nie. Gdy inny bioetyk, Timothy Murphy, zwraca jej uwagę na fakt, że dla wielu kobiet ciąża jest ważnym i potrzebnym, a nawet wzbogacającym doświadczeniem, Smajdor odpowiada: „Jestem sceptyczna wobec wniosków, jakie mamy z tego wyciągać. Kobiety zazwyczaj przeżywają ciążę z wiedzą, że nie ma dla niej alternatywy, jeśli chce się mieć dziecko. Nie ma zatem powodów, by kwestionować wartość ciąży, jeśli chce się mieć dziecko. Moja argumentacja stanie się zrozumiała, gdy będzie można oddzielić od siebie ból i cierpienie ciąży od dobra, jakim jest posiadanie dziecka”[2].

Zaskakujące jest także to, że Smajdor w swoich tekstach w ogóle nie bierze pod uwagę dobra dziecka pochodzącego ze sztucznej macicy. W jej pierwszym tekście z roku 2007 dziecko nie istnieje w ogóle, zaś w nowszym artykule z 2012 roku uwagi o ryzyku, jakie nieść może z sobą dla dziecka „wyhodowanie” w sztucznej macicy, zbywane są uwagami o tym, że każda metoda porodu ma jakieś wady. „Sugeruję, że ektogeneza może nie być doskonała. Ale ciąża też nie zawsze jest doskonała. Ona jest ryzykowna i traumatyczna dla kobiety i dla dziecka; część dzieci po porodzie jest uszkodzona, a część umiera. Istnieją także pewne korzyści z niewaginalnych narodzin”19 – przekonuje Smajdor.

Problem polega tylko na tym, że w ten sposób pomija ona całkowicie pytania o psychoemocjonalny rozwój dziecka, który zapewnić może muwyłącznie kontakt z żywą, a nie sztuczną matką. Brak w tekstach Smajdor zrozumienia, że dziecko ma także emocje, że jego pamięć sięga aż do życia płodowego, a emocje matki kształtują podejście do świata dziecka. „Emocje związane z łożyskiem, pierwszym obiektem płodu, są prekursorem podstawowych ludzkich odniesień do świata, a łożysko jako narząd

Kościół mógłby się zgodzić na stosowanie sztucznych macic wszczepianych do organizmów kobiet, które z jakichś powodów pozbawione są własnej macicy.

dostarczający pokarmu i tlenu jest źródłem pozytywnych odczuć, które są prototypem uczuć dodatnich, np. miłości”[1] – wskazuje Dorota Kornas-Biela. Ale na te argumenty, znane przecież każdemu psychologowi rozwojowemu, Smajdor pozostaje głucha.

Nie jest ona wyjątkiem. George Pence na przykład wzywa do ogromnej ostrożności w samym stawianiu pytania o dobro dziecka. Dlaczego? Jego zdaniem bowiem argument ten zbyt często używany jest przez konserwatystów, którzy „dobro dziecka” utożsamiają z „heteroseksualną rodziną”. A dalej, zamiast zająć się realnymi zagrożeniami dla rozwoju psychoemocjonalnego rozwoju dziecka, wskazuje, że istnieją okoliczności, w których sztuczna macica może być lepsza niż matka. „Niektóre matki podczas ciąży używają alkoholu, kokainy, tytoniu i innych substancji mogących ranić płód (…) Dzięki umieszczeniu dziecka w środowisku wolnym od używek dziecko otrzymuje lepsze warunki rozwoju”[2] – zachwala Pence. A dalej podaje kolejne argumenty za sztucznymi macicami: dzięki tym urządzeniom można uniknąć zakażenia dziecka wirusem HIV. A do tego dziecko będzie mogło być lepiej kontrolowane i przebadane. Słowem: same zalety, ani słowa o wadach takiego rozwiązania. Tak jakby one w ogóle nie istniały.

Peter Singer zachowuje się podobnie, wyśmiewając argument nienaturalności takiej procedury i wskazując (nie bez racji), że gdyby chcieć go stosować, to zakazane powinno być także zapłodnienie in vitro[3]. Z tym ostatnim trudno się nie zgodzić, tyle że Singer wyciąga z tego wniosek, iż trzeba się zgodzić na sztuczne macice, a nie zakazać sztucznej prokreacji.

MIĘDZY IDEOLOGIĄ A NAUKĄ
Symptomatyczne pominięcia argumentacyjne doskonale pokazują, że u podstaw ślepej akceptacji sztucznych macic leży nie tyle nauka czy tym bardziej refleksja etyczna, ile ideologia. Celem zwolenników ektogenezy pozostaje przemiana rzeczywistości ludzkiej, zniszczenie naturalnych różnic między kobiecością a męskością oraz zastąpienie ich kulturowym projektem genderowym. Kobiecość i męskość – jako kontinuum wybieranych, płynnych tożsamości – ma zastąpić zdefiniowaną biologicznie płeć. Ta ostatnia ma przestać się liczyć. Każdy ma wybierać, kim chce być, i jak sam będzie rozumiał swoją kobiecość czy męskość. Ograniczenia biologiczne właściwe kobiecości – przede wszystkim te związane z prokreacją – mają zostać zlikwidowane za pomocą techniki. W istocie projekt ten jest zatem swoistą kontynuacją marksizmu, bowiem jego celem jest stworzenie nowego człowieka, który zostałby wyzwolony z dotychczasowych zniewoleń (niegdyś klasowych, teraz biologicznych). Kobiety wyzwolone z biologii mogłyby lepiej planować swoje kariery i wreszcie uzyskałyby pełną równość z mężczyznami23.

Ideologia ta jest całkowicie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem czy nawet szerzej z antropologiczną tradycją judeochrześcijaństwa, które opierają się na Księdze Rodzaju. Jan Paweł II – zarówno w Mężczyzną i niewiastą stworzył ich, jak i w Mulieris dignitatem – pokazuje, że męskość i kobiecość (jako dwa oblicza tego samego człowieczeństwa) nie tylko nie mogą, ale nawet nie powinny być sprowadzone do siebie. Różnica między mężczyzną a kobietą jest fundamentem daru, komunikatu, a wreszcie odkrywania siebie w potomstwie. „Wszak każde z dwojga, mężczyzna i kobieta, nie jest tylko przedmiotem biernie określonym przez swoje ciało i płeć, i w ten sposób «przyrodniczo» zdeterminowanym. Owszem, przez to, że każde z obojga jest mężczyzną lub kobietą, jest właśnie sobą i jest «dane» drugiemu jako jedyny i niepowtarzalny podmiot, jako «ja», jako osoba. Płeć stanowi nie tylko o somatycznej indywidualności człowieka, ale równocześnie określa jego osobową tożsamość i zarazem osobową konkretność. I właśnie w tej osobowej tożsamości i konkretności, jako niepowtarzalne «ja» kobiece/męskie zostaje człowiek «poznany»”[1] – wskazuje Jan Paweł II.

Podział płci nie jest zatem dla osoby akceptującej antropologię Księgi Rodzaju rzeczywistością uwarunkowaną kulturowo, ale zawsze odnosi nas do ontologii i, konsekwentnie, do stworzenia. Biologiczna specyfika męskości i kobiecości ma zatem znaczenie, jest istotna i jako taka nie powinna być zmieniana. Nie tylko dlatego, że ostatecznie jest to niemożliwe, ale również dlatego, że każda próba niszczenia zasad wpisanych w stworzenie kończy się nieszczęściem. Uznanie, że kobiety i mężczyźni są tacy sami, nie tylko nie pomaga kobietom, ale wciska je w schematy, którym nie powinny podlegać, a dodatkowo niszczy strukturę rodziny, która opiera się na różnicy płci, i bez niej zwyczajnie nie istnieje.

W dynamikę męskości i kobiecości, stanowiących człowieczeństwo, wpisana jest także płodność, która jest nie tyle techniką prokreacji, ile

zwieńczeniem daru, jaki stanowią dla siebie wzajemnie mężczyzna i kobieta. Biblijne „poznanie” mężczyzny przez kobietę i kobiety przez mężczyznę nieuchronnie przekracza tę relację i prowadzi ku trzeciemu, jakim jest dziecko. „Rodzenie sprawia, że «mężczyzna i kobieta (jego żona)» poznają się wzajemnie w tym «trzecim», który jest z nich obojga. W konsekwencji owo poznanie staje się odkryciem, poniekąd objawieniem w świecie widzialnym nowego człowieka, w którym tamci oboje: mężczyzna i kobieta rozpoznają na nowo siebie, swoje człowieczeństwo, swój żywy obraz”25 – wskazuje Jan Paweł II. Prokreacja, podobnie jak cała płciowość, nie jest zatem tylko metodą realizowania celu, jakim jest posiadanie potomstwa, ale stanowi element realizacji człowieczeństwa i uświęcenia małżonków. Bez tego duchowego wymiaru nie tylko traci ono sens, ale też pozbawione zostaje wymiaru podmiotowego, prowadząc do uprzedmiotowienia wszystkich uczestników tej relacji: mężczyzny, kobiety i dziecka. On staje się tylko narzędziem do osiągnięcia celu, jakim jest dziecko (lub w innej sytuacji przyjemności), ona podobnie, dziecko zaś staje się przedmiotem realizacji pragnień (ewentualnie przeszkodą w ich zaspokojeniu).

Sprzeciw wobec takiego uprzedmiotowienia jest jedną z przyczyn, dla których Kościół radykalnie sprzeciwia się sztucznym metodom zapłodnienia, rozrywającym jedność aktu małżeńskiego. „Życie ludzkie powinno być przekazywane poprzez rodzinę założoną przez małżeństwo, jedno i nierozerwalne, podniesione dla chrześcijan do godności sakramentu. Przekazywanie życia ludzkiego jest powierzone przez naturę aktowi osobowemu i świadomemu i jako takie jest poddane najmędrszym prawom Bożym, prawom niezłamalnym i niezmiennym, które wszyscy powinni przyjąć i zachowywać. Nie można więc używać środków ani iść metodami, które mogą być dozwolone w przekazywaniu życia roślin i zwierząt. Niech więc wszyscy uważają życie ludzkie za święte, a to dlatego, że od samego początku wymaga działania Boga Stwórcy. Ten więc, kto odstępuje od tych Bożych praw, nie tylko uwłacza Jego Majestatowi i okrywa hańbą siebie samego i rodzaj ludzki, lecz także podważa u samych podstaw siłę społeczności, do której należy”[1] – pisał Jan XXIII.

Kongregacja Nauki Wiary w Instrukcji Donum vitae rozwija tę myśl w odniesieniu do sztucznych metod zapłodnienia: „Przekazywanie życia nowej osobie, w którym mężczyzna i kobieta współpracują z mocą twórcy, powinno być owocem i znakiem wzajemnego oddania osobowego małżonków, ich miłości i wierności małżeńskiej”[2]. Już tylko samo

to zdanie pozwala odrzucić postulaty tej części zwolenników sztucznych macic, którzy chcieliby dzięki nim doprowadzić do zastąpienia normalnej prokreacji. W Donum vitae nie brak jednak także innych, równie mocnych argumentów na rzecz odrzucenia ektogenezy. „Dziecko ma prawo do tego, by zostać poczętym, by być noszonym w łonie, narodzonym i wychowanym w małżeństwie”28 – wskazuje Kongregacja Nauki Wiary. Do pomysłów ektogenezy odnieść można także zapisy potępiające „macierzyństwo zastępcze”, które zostaje odrzucone, bowiem „obraża ono godność i prawo dziecka do poczęcia, do okresu ciąży i wychowania przez własnych rodziców”[1]. Dokładnie takie same zarzuty wytoczyć można przeciwko sztucznym macicom, z tą różnicą, że są one już całkowicie zdehumanizowane. Jeśli zatem macierzyństwo zastępcze przypomina w jakimś stopniu prostytucję, to powierzenie pełnej ciąży sztucznej macicy byłoby odpowiednikiem seksu z gumową lalką.

ZAKŁAD ANTROPOLOGICZNY
Argumentacja przedstawiona przez Kościół zakłada oczywiście przyjęcie antropologicznej matrycy Księgi Rodzaju. Bez niej staje się ona niezrozumiała. Wydaje się jednak uprawnioną propozycja swoistego antropologiczno-etycznego zakładu Pascala, który jednak w odróżnieniu od swojego pierwowzoru miałby jedynie znaczenie doczesne. Polegałby on na przyjęciu – na próbę – założeń Kościoła i sprawdzenia (choćby przez czysto myślowe porównanie z argumentacją przeciwników), czy nie są one bezpieczniejsze zarówno dla społeczeństwa, jak i dla jednostek. W przypadku ektogenezy (czyli jednego z możliwych zastosowań sztucznej macicy) sprawa wydaje się dość oczywista. Zgoda na jej stosowanie oznacza przyzwolenie na całkowitą redefinicję macierzyństwa i ojcostwa, które utraciłyby swój biologiczny fundament, zburzenie biologicznych podstaw płci i zastąpienie ich płynnymi narracjami genderowymi, ale przede wszystkim wystawienie na ogromne niebezpieczeństwo ekto-dzieci, czyli ludzi, którzy pochodziliby ze sztucznych macic. Nikt nie jest przecież w stanie stwierdzić, jakie byłyby skutki – zarówno biologiczne, jak i psychiczne czy przede wszystkim emocjonalne – hodowania dzieci w sztucznych mechanizmach… Testowanie ich na żywych istotach jest niedopuszczalne z punktu widzenia każdego systemu etyki medycznej. Nawet Jan Hartman, choć w wielu kwestiach proponuje rozwiązania skrajnie niekorzystne dla życia i zdrowia, przyjmuje, że do przeprowadzania eksperymentów na żywych istotach ludzkich konieczne jest wykluczenie eksperymentów grożących uczestnikom śmiercią lub trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, a także świadoma zgoda uczestnika na eksperyment. Obu tych warunków nie da się spełnić w przypadku ekto‑dzieci[2].

Warto też zadać sobie pytanie, jak wyglądałby świat zaludniony przez ludzi pozbawionych na najwcześniejszym etapie swojego rozwoju matczynego ciepła, akceptacji, miłości czy choćby dźwięku bicia serca? Obawiam się, że nie byłby to świat wymarzony do życia

(wbrew temu, co twierdzi Smajdor, nawołująca do tego, by każdy odpowiedział sobie na pytanie, czy chciałby żyć w społeczeństwie A, w którym kobiety cierpią z powodu ciąży, czy w społeczeństwie B, w której nie cierpią[1]), a najbliższą mu rzeczywistością byłby obraz przedstawiony w powieści Michaela Houllebecqua Możliwości wyspy. Jej bohaterami są klony, które dzięki sztucznym technikom prokreacji zatraciły biologiczny wymiar człowieczeństwa, u których płeć (co przecież pozostaje marzeniem zarówno Smajdor, jak i Firestone czy Pence’a) przestała mieć jakiekolwiek determinujące znaczenie. Wraz z tym utracili oni jednak także zdolność do miłości, poświęcenia i szczęścia, które – w przypadku ludzi – niezmiennie związane jest zarówno z biologią, jak i zdolnością do ponoszenia ofiar. I choć owi wymyśleni neoludzie pochodzili z klonowania, to w istocie ich doświadczenie o wiele bliższe jest pomysłom zwolenników ektogenezy, którzy chcą hodować ludzi, tak jak hoduje się rośliny.

Przyjęcie zakładu antropologicznego opartego o Księgę Rodzaju chroni przed takim niebezpieczeństwem, a wbrew częstym zarzutom, wcale nie blokuje rozwoju nauki. Jak wskazuje ks. dr Andrzej Muszala, choć katolicka bioetyka odrzuca pomysł ektogenezy, to dopuszczać może, w pewnych bardzo konkretnych sytuacjach, stosowanie sztucznej macicy. Moralnie godziwe byłoby na przykład przeniesienie do sztucznej macicy embrionu, który rozwijałby się w ciąży pozamacicznej (ekotopowej) czy w przypadku poważnego zagrożenia ciąży normalnej. „Należy dokonać rozróżnienia między przenoszeniem embrionu (embryo transfer – ET), a przenoszeniem płodu (foetus transfer – FT). Embryo transfer jest zwykle jednym z etapów sztucznego zapłodnienia (…), podczas gdy foetus transfer polega na wyjęciu i przemieszczeniu rozwijającego się w macicy płodu ludzkiego w jakimś późniejszym okresie. Takie przenoszenie płodu stosowane jest już z moralną aprobatą – także ze strony etyki personalistyczno-chrześcijańskiej – w niektórych klinicznych przypadkach, jak np. urodzenie niewłaściwie ułożonego dziecka przez zabieg cięcia cesarskiego, przeniesienie wcześniaka do inkubatora, usiłowania transferu ciąży ekotopowej do jamy macicy. Analogicznie zatem foetus transfer nie wzbudza moralnych zastrzeżeń, jeśli stosowany jest dla ratowania życia dziecka”32 – wskazuje ks. Muszala. W takiej sytuacji, choć oczywiście zabieg taki byłby eksperymentem na

żywym organizmie, można by go usprawiedliwić tym, że jest on jedyną, choć o nieznanej skuteczności, metodą ratowania życia.

Moralna zgoda na stosowanie sztucznych macic (w szczególnych – co trzeba podkreślić jeszcze raz – okolicznościach) nie ogranicza się przy tym tylko do późnych transferów. Zdaniem księdza Muszali, Kościół mógłby się też zgodzić na stosowanie sztucznych macic wszczepianych do organizmów kobiet, które z jakichś powodów pozbawione są własnej macicy. Nad takim rozwiązaniem pracuje zespół doktor Helen Hung-Ching Liu, chcącej – o czym była już mowa – wytwarzać sztuczne macice, które mogłyby być przeszczepiane, tak jak zastawki serca, kobietom. „Gdyby jego prace zakończyły się sukcesem, wówczas zarówno zapłodnienie, jak i cały prenatalny rozwój dziecka mógłby odbywać się wewnątrz organizmu matki. Mielibyśmy zatem do czynienia z zadziwiającą sytuacją zastosowania wczesnej sztucznej macicy bez ektogenezy! Ponieważ macica – w przeciwieństwie do jajników – należy do tzw. narządów funkcjonalnych, nie zaś decydujących o tożsamości osobowej, zatem taki zabieg jawiłby się jako moralnie akceptowalny”[1] – wskazuje ks. Muszala.

Te przykłady pokazują całkowicie jednoznacznie, że zakład antropologiczny Księgi Rodzaju, chroniąc godność człowieka i jego prokreacji, blokując możliwość nieprzewidywalnej transformacji społeczeństwa i człowieczeństwa, pozostawiałby jednocześnie ogromną przestrzeń badawczą dla nauk medycznych. Ograniczając je zewnętrznymi regułami moralnymi, pozwalałby zachować im jednak ludzki wymiar i chroniłby przed działaniami niebezpiecznymi, głupimi a niekiedy wprost zbrodniczymi.


[1] Tamże, s. 56.


[1] A. Smajdor, The Moral Imperative for Ectogenesis, s. 343. 32 A. Muszala, dz. cyt., s. 48.


[1] Donum vitae, I, A, 3.

[2] Por. J. Hartman, Bioetyka dla lekarzy, Warszawa 2009, s. 157.


[1] Jan XXIII, Mater et magistra, par. 3B, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP ... iki/mater_ magistra_15051961.html (data dostępu 28 stycznia 2012).

[2] Kongregacja Nauki Wiary, Donum vitae. Instrukcja o szacunku dla rodzącego się życia ludzkiego i o godności jego przekazywania, II, A, 1, W trosce o życie. Wybrane dokumenty Stolicy Apostolskiej, Tarnów 1998, s. 373. Dokładnie tak samo, choć w bardziej skondensowanym ujęciu, ujmuje rzecz późniejsza instrukcja Konregacji Nauki Wiary Dignitas personae. „Jeżeli chodzi o leczenie bezpłodności, nowe techniki medyczne powinny uszanować trzy podstawowe dobra: a) prawo do życia i do integralności fizycznej każdej istoty ludzkiej od poczęcia aż do naturalnej śmierci; b) jedność małżeństwa, pociągającą za sobą wzajemne poszanowanie prawa małżonków do stania się ojcem i matką wyłącznie dzięki sobie[19]; c) specyficznie ludzkie wartości płciowości, które «wymagają, by przekazanie życia osobie ludzkiej nastąpiło jako owoc właściwego aktu małżeńskiego, aktu miłości między małżonkami». Techniki przedstawiane jako pomoc do przekazywania życia «nie dlatego są do odrzucenia, że są sztuczne. Jako takie świadczą o możliwościach sztuki medycznej, jednak powinno się je oceniać pod kątem moralnym w odniesieniu do godności osoby ludzkiej, wezwanej do realizacji powołania Bożego, w darze miłości i w darze z życia»” – można przeczytać w instrukcji. Kongregacja Nauki Wiary, Instrukcja Dignitas personae dotycząca niektórych problemów bioetycznych, par. 12, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/kongregacje/ kdwiary/dignitas_personae_12122008.html#_ftn21 28 Tamże.


[1] Jan Paweł II, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich, Watykan 1986, s. 82. 25 Tamże, s. 86.


[1] D. Kornas-Biela, Rozwój dziecka nie narodzonego, w: W obronie poczętego, red. H. Krenczowski, Pelplin 1991, s. 37.

[2] G. Pence, What’s So Good About Natural Matherhood, s. 82.

[3] P. Singer, D. Wells, Ectogenesis, w: „Ectogenesis. Artificial Womb Technology and Future of Human Reproduction, ed. S. Glefand, J.R. Shook, Amsterdam-New York 2006, s. 17-18. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Singer, jako jeden z nielicznych, przyznaje jednak, że sprawdzenie, czy sztuczne macice są bezpieczne dla dziecka, wymagają wieloletnich badań, i to na żywych ludziach… 23 N. Olson, H. Pellisier, dz. cyt.


[1] Tamże, s. 342. Podobne argumenty o tym, że gdyby ciąża miała znaczenie, to kochać dziecka nie mogliby ojcowie, ciocie i dziadkowie znajduje się w innym tekście Smajdor. A. Smajdor, In Defence of Ectogenesis, „Cambridge Quarterly of Healthecare Ethics” 21 (2012), s. 93.

[2] A. Smajdor, In Defence of Ectogenesis, s. 92-93. 19 Tamże, s. 96.


[1] A. Smajdor, The Moral Imperative for Ectogenesis, „Cambridge Quarterly of Healthecare Ethics” 16 (2007), s. 338.

[2] Tamże, s. 341.

[3] Z. Herbert, Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi, w: tenże, Wiersze wybrane, Kraków 2005, s. 270. 16 A. Smajdor, The Moral Imperative for Ectogenesis, s. 340.



[1] G. Pence, What’s So Good About Natural Matherhood, w: Ectogenesis. Artificial Womb Technology and Future of Human Reproduction, ed. S. Glefand, J. R. Shook, Amsterdam-New York 2006, s. 83.

[2] M. Sander-Staudt, Of Machine Born?, w: tamże, s. 111-112.

[3] J. Rich, An Introduction to Modern Feminist Theory, s. 19.


[1] Tamże, s. 43.

[2] Ch. Kaczor, Could Artificial Wombs End the Abortion Debate?, „The National Catholic Bioethics Quarterly” Summer 2005, s. 287.

[3] S. Coleman, The Ethics of Artificial Uteruses. Implicantion for Reproduction and Abortion, Berlington, Aldershot 2004, s. 152.

[4] N. Mahjouri, Techno-Maternity: Rethinking the Possibilities of Reproductive Technologies, „thirdspace” issue, 1/ November 2004, www.thirdspace.co/journal/article/viewArticle/236/157 (data dostępu 27 stycznia 2012).


[1] A. Huxley, Nowy wspaniały świat, tłum. B. Baran, Warszawa 2000, s. 14.

[2] A. Muszala, Dylematy moralne związane z wykorzystaniem sztucznej macicy, w: Evangelium vitae – most ku przyszłości, red. J. Brusiło OFM Conv, ks. A. Świerczek, Kraków 2011, s. 40.


[1] S. Firestone, Dialectic of Sex, http://www.marxists.org/subject/women/a ... ticsex.htm (data dostępu 27 stycznia 2012).


[1] J. Rifkin, The End of Pregnancy, „The Guardian of London”, 17 stycznia 2012.

[2] N. Olson, H. Pellisier, Artificial Wombs Will Spawn Nowe Freedoms, Intitute for Ethics and Emergiong Technologies, www.ieet.org/index.php/IEET/IEETblog (data dostępu 27 stycznia 2012).

http://www.pismofronda.pl/ciaza-jest-ba ... nych-macic


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 12 lut 2015, 16:48 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Od serduszka do pejcza. Krótka historia walentynek

Zaczęło się gdzieś w latach 90. Pojawiające się w okolicach 13 lutego tandetne, czerwone serduszka zdominowały nadwiślański krajobraz. To jednak już przeszłość. Tegoroczne walentynki mają nowy symbol. Uzbrojonego w pejcz Christiana Greya.

Pornograficzne opisy w literaturze nie należą do rzadkości, pojawiają się także niestety u tzw. prawicowych autorów. Co dobitnie pokazuje, że „pornográphos” , czyli „pisanie o nierządnicach” stało się już zjawiskiem całkowicie oswojonym. Jeśli nawet autorzy, posługujący się prawicową, ba konserwatywną retoryką nie wahają się przed wtłaczaniem w swoje tomy pikantnych fragmentów, to czego można oczekiwać od popkulturowego mainstreamu?

Walentynki wersja poprawiona
Oto z okazji walentynek 2015 r. światło dzienne ujrzała ekranizacja bestsellerowej powieści E. L. James „50 twarzy Greya”. Książka opisuje relacje i stosunki seksualne między absolwentką uniwersytetu Anastasią Steele a młodym biznesmenem Christianem Greyem. Dodać należy, że mowa głównie o stosunkach sadomasochistycznych. Właściwie można by zbyć milczeniem to „epokowe dzieło” zarówno w formie drukowanej jak i filmowej, gdyby nie fakt jego gigantycznej popularności oraz równie imponującej kampanii reklamowej promującej ekranizację.

Uprawnia to do traktowania fenomenu „50 twarzy” w kategoriach socjologicznych. Zdecydowanie nie mamy bowiem do czynienia tylko z produktem mającym nabić kabzę jego twórców. Oto na naszych oczach przekraczana jest kolejna granica. Mamy wszak do czynienia z promocją zaburzenia seksualnego, którego podstawę stanowi poniżenie, upokorzenie i przemoc. Marginalne, funkcjonujące dotąd jedynie na pornograficznych stronach, ukrytych w zakamarkach globalnej sieci zjawisko zyskuje teraz blask made in Hollywood! Halo, halo, zwolennicy ratyfikacji „antyprzemocowej” konwencji, gdzie jesteście?

Porno dla każdego!
Słowem, które szczególne drażni koryfeuszy seksualnej rewolucji jest „wstyd”. Ileż to atramentu wylano, ileż znaków postawiono, by przekonać, iż kategoria ta należy do świata, którego już nie ma. Trudno zliczyć prace, w których autorzy namawiają do całkowitego odrzucenia pojęcia wstydu jako maksymalnie opresyjnego i szkodliwego. Publiczne mówienie o życiu seksualnym dla wielu stanowi już normę. Pokazywanie go na wielkim ekranie także nikogo już nie dziwi. W branży muzycznej seksualizacja teledysków to norma, przypominają one coraz bardziej pornograficzne klipy. Podtrzymywanie atmosfery skandalu wymaga przecież ciągłego podsycania zainteresowania swoją osobą. Kolejne produkcje muszą tym samym być coraz ostrzejsze i perwersyjne.

Bez większego zaskoczenia zatem należy przyjąć wprowadzanie „na salony” sadomasochizmu. To prosta, choć bardzo bolesna konsekwencja odrzucenia zasad chrześcijańskiej moralności. Nie ostatnia, trzeba dodać. Warto w tym momencie przypomnieć casus „kazirodczych” wypowiedzi Jana Hartmana. Przyjęcie genderowego punktu widzenia, relatywizującego zasady moralne musi prowadzić do akceptacji zboczeń, a przynajmniej podejmowania prób dyskutowania o ich ewentualnej legalizacji. Obecnie przyszedł czas na oswojenie „sadomasochizmu”. Uczyniono to z resztą w wyjątkowo obrzydliwy sposób podpinając się pod „walentynkowe serduszko”.

Co prawda od dłuższego czasu można było zaobserwować nasycanie anturażu lutowego „święta” atmosferą zmysłowości, czego dowodem może być próba wylansowania na idealny prezent już nie np. poduszeczki z napisem LOVE a raczej erotycznej bielizny. Jednak propozycja złożona przez popkulturę z okazji tegorocznych walentynek to jednak chyba zupełnie nowa jakość w starej jak świat walce o duszę ludzką.

Jan Winnicki

http://www.pch24.pl/od-serduszka-do-pej ... 932,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 17 lut 2015, 10:39 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Dewianci z piedestału władzy próbują wmówić nam, że człowieczeństwo można rozpatrywać w oderwaniu od ciała fizycznego.
Skoro można to ja np. czuję się słoniem, a może nawet lokomotywą, czy też zwykłym garnkiem, lub guzikiem.

I kto tu wariat?
Kiedyś człowieka - lokomotywę, czy człowieka - słonia leczono, a dziś wmawia się nam, że to my jesteśmy głupi, zacofani, nienawistni, nieczasowi, a ludzie - lokomotywy, ludzie - słonie, to coś normalnego, to awangarda współczesnego człowieczeństwa.

A taki np. chłop - baba, czy baba - chłop, to nawet więcej niż awangarda, to wzór dla młodzieży, wzór dla dzieci i wzór dla niemowląt, to nowoczesna droga na której młodzi mają się rozwijać i osiągać sprawności seksualne zawierające w sobie wszystko to co do niedawna było określane jako zboczenia, a obecnie jest określane jako nowoczesność, świetlaność, itp. awangardzizmy, a nawet jako nauka … jako nauka ….


Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego w obronie gender

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wydało specjalne stanowisko co do zajęć i badań dotyczących gender na uczelniach. Podkreśla w nim, że gender studies to nauka, która odnosi się do „zjawisk społecznych i kulturowych, a nie biologicznych. Barierę przed ideologizacją nauki stanowi metodologia, sprawdzalność stawianych tez oraz ocena niezależnych środowisk naukowych”.

Stanowisko zostało wydane w związku z napływającymi do ministerstwa pytaniami w sprawie zajęć i badań dotyczących gender na uczelniach. Stanowisko resortu podpisała minister prof. Lena Kolarska-Bobińska. „Minister nauki i szkolnictwa wyższego opowiada się za otwartością badań naukowych i dociekań, zostawiając pełną swobodę krytyki naukowej powstających teorii. Pozwala to bowiem na nieskrępowany rozwój myśli nad istotnymi zjawiskami społecznymi” – czytamy w dokumencie.

Minister zwraca uwagę, że jest zobowiązana do poszanowania Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. „Artykuł 33. Konstytucji mówi, że kobiety i mężczyźni mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym. Mają też równe prawo do kształcenia, zatrudnienia i awansów, do jednakowego wynagradzania za pracę jednakowej wartości, do zabezpieczenia społecznego oraz do zajmowania stanowisk, pełnienia funkcji oraz uzyskiwania godności publicznych i odznaczeń”.

Zdaniem prof. Kolarskiej-Bobińskiej, „badania nad gender, jako interdyscyplinarnym obszarem badawczym, podejmowane są w obrębie wielu dyscyplin akademickich, m.in. w socjologii, filozofii, historii, psychologii, antropologii kultury, literaturoznawstwie, historii sztuki, ekonomii, prawa i in. Prowadzone są w świecie od lat 50-tych XX wieku. Ich wynikiem są publikacje zarówno w formie artykułów, jak i monografii czy nawet encyklopedii gender”.

Tłumacząc swoje stanowisko minister podkreśla, że „Gender studies, które rozwinęły się w ramach nauk społecznych, socjologii i antropologii kulturowej, odnoszą się do zjawisk społecznych i kulturowych, a nie biologicznych. Barierę przed ideologizacją nauki stanowi metodologia, sprawdzalność stawianych tez oraz ocena niezależnych środowisk naukowych”.

Minister Kolarska-Bobińska zadeklarowała, że resort szkolnictwa wyższego będzie wspierał wszystkie elementy polityki równości płci, do których odwołują się europejskie programy operacyjne i nowy program ramowy Horyzont 2020. Podkreśla, że „zasady polityki równościowej stanowią istotne ogniwo tych programów, a ich odrzucenie eliminowałoby polskich uczonych z możliwości korzystania ze środków unijnych, które są znaczące”.

Przypomnijmy, że na początku stycznia br. pracownicy naukowi kilku polskich uczelni poparli biskupów, którzy w liście na Niedzielę Świętej Rodziny przestrzegali przed ideologią gender. „Obserwujemy z niepokojem wprowadzanie tzw. studiów gender w polskich uczelniach, to ośmiesza polską naukę” - napisali naukowcy.

„Jako pracownicy naukowi polskich uczelni dopowiadamy za naszymi biskupami wprost: ideologia gender, o której mówią pasterze Kościoła i tzw. studia gender, są tym samym. Szerzyciele propagandy gender i wykładowcy na tych, rzekomo naukowych, kierunkach, to często te same osoby. Od dawna wprowadzanie tych tzw. „studiów gender” w polskich uczelniach obserwujemy z niepokojem. Jest to tak naprawdę ośmieszanie polskiej nauki. Obecna debata jest dobrym momentem, by powiedzieć, że te pseudonaukowe przedsięwzięcia powinny z polskich uczelni zniknąć” – czytamy w stanowisku.

Z kolei inna grupa naukowców zarzuciła biskupom podważanie dorobku nauk społecznych i tworzenie zagrożenia dla wolności badań naukowych. „Dialog między porządkiem wiary a porządkiem rozumu wymaga wzajemnego poszanowania i uznania ich autonomii” – czytamy w tym stanowisku.

Źródło: KAI

http://www.pch24.pl/ministerstwo-szkoln ... 487,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 31 mar 2015, 06:43 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Dewinci ze szczebla władzy wymiatają ze świata ludzkiego normalność.

Gender knebluje

Szkoła katolicka w USA usunęła katechetkę za wypowiedzi w internecie krytykujące „małżeństwa homoseksualne” – czytamy w dzisiejszym „Naszym Dzienniku”.

Nie pomogły protesty katolików z całych Stanów. Co gorsza, krytyków Patricii Jannuzzi poparł biskup diecezji Metuchen, do której należy szkoła, Paul Gregory Bootkoski. Według niego, wpisy katechetki na jednym z portali społecznościowych „wywoływały niepokój i nie odzwierciedlają nauczania Kościoła o tolerancji”.

Komentarze Jannuzzi wpisują się w toczącą się debatę publiczną i sprawiają wrażenie bardzo umiarkowanych. Niektóre cytują lub relacjonują wypowiedzi Papieża Franciszka i jego poprzedników.

„Potrzebujemy zdrowych rodzin z matką i ojcem dla dobra dzieci i ludzkości” – napisała m.in. Jannuzzi.

http://www.naszdziennik.pl/swiat/134213 ... bluje.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 12 maja 2015, 07:31 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Droga wszelkich patologii od właściwego ich postrzegania aż do zachwytu nimi i wbudowywanie ich nam do naszych świadomości to cele wszelkich form bolszewizmu począwszy od komunizmu, nazizmu do feminizmu, genderyzmu i jakiego by tam jeszcze nekrofilizmu.
Nasz świat opanowały siły zła i destrukcji i to one dziś decydują o tym co jest be, a co cacy.
Be jest moralność, be jest rozsądek, be jest kultura, religia, wiara, tradycja, troska, współczucie, empatia, estyma, małżeństwo, miłość itd.
Cacy jest homoseksualizm, nihilizm, relatywizm, ateizm, total-kopulacjonizm, prymitywizm, aborcja, eutanazja i co by tam jeszcze....
A jak te ideologie nami manipulują?
Przeczytajmy.


Walka o akceptację eutanazji i kani­balizmu - krok po kroku

W jaki sposób zalegalizować jakiekolwiek zjawisko, od eutanazji aż po kanibalizm?

Krzyżowiec nr 1, pismo Krucjaty Młodych, 1/2015

We współczesnym, „tolerancyjnym” społeczeństwie, nie kierującym się sztywnymi ideałami, a któremu w rezultacie brak jasnego rozróżnienia pomiędzy dobrem a złem, istnieje technika, która po­zwala zmieniać powszechne nastawienie do pomysłów uznawa­nych za zupełnie nieakceptowalne.

Technika ta, zwana "oknem Overtona", polega na kon­kretnej sekwencji działań, mających na celu osiągnięcie po­żądanego rezultatu. "Może być bronią nawet efektywniejszą niż bomba atomowa w niszczeniu ludzkich wspólnot", uważa publicysta Jewgiennij Gorżalcan.



W swoim artykule na portalu Adme podaje on radykalny przykład, jak zmienić w akceptowalną ideę legalizacji kani­balizmu krok po kroku: od fazy, w której uznaje się to za działanie odrzucające i nie do pomyślenia, zupełnie prze­ciwną moralności publicznej, aż do przekształcenia się w rzeczywistość akceptowaną przez masy i przez prawo.

Nie osiąga się tego przez bezpośrednie pranie mózgu, ale poprzez techniki bardziej wyszukane. Są one skuteczne dzięki spójnemu i systematycznemu wcielaniu w życie, w taki sposób, aby społeczeństwo nie zdawało sobie sprawy z odbywającego się procesu, uważa Gorżalcan.



Pierwszy etap: z nieakceptowalnego do rady­kalnego

Dzisiaj, oczywiście, kwestia legalizacji kanibalizmu znaj­duje się na bardzo niskim poziomie akceptacji w "oknie możliwości" Overtona, jako że społeczeństwo postrzega to zjawisko jako absurdalne i nie do przyjęcia. Stanowi to te­mat tabu.

W celu zmiany takiego postrzegania można przenieść tę kwestię w sferę naukową, opierając się na zasadzie wolno­ści wypowiedzi. Przyjmuje się, że dla naukowców nie ist­nieją tematy tabu. Jest zatem możliwa organizacja, na przykład, sympozjum etnologicznego dotyczącego egzo­tycznych rytuałów polinezyjskich plemion. W trakcie spo­tkania dyskutuje się na temat konferencji, otrzymując oparte na autorytecie naukowym deklaracje dotyczące ka­nibalizmu. Gwarantuje się w ten sposób w społeczeństwie przejście z nastawienia negatywnego i nieustępliwego do podejścia bardziej pozytywnego.


Jednocześnie należy stworzyć radykalną grupę kanibali, nawet jeśli istniałaby tylko w internecie, która będzie z pewnością zauważona i cytowana przez liczne media. Rezultatem pierwszego etapu Overtona jest zniknięcie tabu. Nieakceptowalny dotąd temat zaczyna być dyskutowany.



Drugi etap: od radykalnego do akceptowalnego

Na tym etapie konieczne jest dalsze powoływanie się na naukowców i argumentacja, że nie można nie dostrzegać nowych zdobyczy wiedzy na temat kanibalizmu. Jeżeli ktoś uchyla się od rozmowy o tym, będzie uważany na nietole­rancyjnego hipokrytę.


Potępiwszy nietolerancję, koniecznym jest również stwo­rzenie pewnego eufemizmu dla samego zjawiska, po to, aby rozdzielić istotę problemu od jego pochodzenia, oddzielić słowo od jego znaczenia. W ten sposób kanibalizm staje się "antropofagią", a następnie "antropofilią" .

Równolegle można stworzyć precedens jako punkt odnie­sienia, historyczny, mitologiczny, współczesny lub po pro­stu wymyślony. Najważniejsze jest jednak, żeby był dobrze uzasadniony, aby mógł być używany jako dowód, że antro­pofilia w zasadzie może zostać zalegalizowana.

Trzeci etap: od akceptowalnego do zdroworoz­sądkowego

Na tym etapie koniecznym jest promocja następujących pomysłów: "chęć jedzenia ludzi jest usprawiedliwiona ge­netycznie", "czasami człowiek powinien się do tego odwo­łać, jeżeli zachodzą sprzyjające warunki" albo "wolny człowiek ma prawo do decydowania o tym, co je".

Rzeczywiście przeciwnicy takich pomysłów, tj. ludzie sto­jący twardo na ziemi, którzy nie są obojętni na problem, zamieniają się od razu w oczach opinii publicznej w radykalnych przeciwników, któ­rych rolą jest reprezentowanie wizerunku sza­leńczych psychopatów, agresywnych oponentów antropofilii, którzy wzywają do palenia kanibali żywcem, razem z innymi reprezentantami mniejszości.

Eksperci i dziennikarze ukazują na tym etapie, że na przestrzeni historii ludzkości zawsze do­chodziło do przypadków zjadania jednych ludzi przez drugich, i że było to normalne.

Czwarty etap: od zdroworozsądkowe­go do popularnego


Środki masowego przekazu, z pomocą polityków i innych znanych osób, mówią już otwarcie o antropofilii. Zjawisko to zaczyna pojawiać się w filmach, w tekstach popularnych piosenek, w teledyskach. Na tym etapie zaczyna również działać technika, która zakłada promocję odnoszenia się do znanych postaci historycznych, które praktykowały antro­pofilię.

W celu usprawiedliwienia zwolenników legalizacji zjawiska można odwołać się do człowieczeństwa przestępców po­przez stworzenie ich pozytywnego wizerunku, mówiąc na przykład, że życie zmusiło ich do antropofilii.


Piąty etap: od popularnego do politycznego

Kategoria ta zakłada już rozpoczęcie przygotowań rozwią­zań legislacyjnych w celu legalizacji zjawiska. Grupy naci­sku skupiają się we władzy i publikują ankiety, które w sposób oczywisty potwierdzają wysoki wskaźnik zwolenników legalizacji kanibalizmu w społeczeństwie. W świadomości publicznej powstaje nowy dogmat: "Zakazywanie jedze­nia ludzi jest zakazane".
Jest to typowa dla liberalizmu technika, która działa wskutek użycia tolerancji jako pretekstu do zabicia tabu. W trakcie ostatniego etapu "ruchu okien" Overtona od popularnego do politycznego, społeczeństwo doznało już roz­łamu. Dotychczasowe normy ludzkiej egzy­stencji zostały podważone lub nawet zniszczone poprzez przyjęcie nowych praw.

Gorżalcan podsumowuje, że koncepcja "okien możliwości", opisana początkowo przez Josepha Overtona może rozcią­gnąć się na którekolwiek zjawisko. Jest ona szczególnie ła­twa do wcielenia w tolerancyjnym społeczeństwie, w którym tak zwana wolność wypowiedzi przekształciła się w odczłowieczanie i gdzie na naszych oczach usuwane są jedna za drugą granice, które chroniły społeczeństwo od przepaści autodestrukcji.
Jewgiennij Gorżalcan Adme.ru / Actualidad.rt.com Tłum. Marcin Iwanowski

=================

Jak krok po kroku przyzwyczaić społeczeństwo do dewiacji seksualnych?


Środowiska obierające sobie za cel propagowanie dewiacji seksualnych nie są ruchami spontanicznymi. Mają one określony program działania, jak krok po kroku doprowadzić do tego, by zaburzenia seksualne stały się normą. Jak przejść od wrogości wobec nich, poprzez obojętność aż do zwalczania ludzi wykazujących zdrowy rozsądek. Oto jeden z przykładów:


1. Usunąć pojęcia związane z transseksualizmem z wykazu chorób i zaburzeń.

2. Usunąć kategorię płci z oficjalnych dokumentów.

3. Zakazać stosowania zabiegów wpisujących osoby interseksualne (posiadające cechy cielesne obu płci) w binarny system płciowy (albo mężczyzna, albo kobieta).

4. Darmowy (czyli opłacany z pieniędzy podatnika) dostęp do terapii hormonalnych i operacji (bez potwierdzenia od psychiatry).

5. Walka z tzw. transfobią, czyli indoktrynacja najmłodszych w kierunku akceptacji transseksualizmu oraz ściganie i karanie osób nieprzychylnych temu zjawisku.

Międzynarodowa Kampania Stop TransPatologizacji

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=53


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Dyktatura dewiantów
PostNapisane: 01 cze 2015, 15:36 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
"Tęczowi" przyłapani na kłamstwie. Wyniki badań dotyczące akceptacji "homomałżeństw" sfałszowane

Obrazek
fot.REUTERS/Danish Siddiqui


Prestiżowe czasopismo naukowe „Science” usunęło opublikowane wcześniej badania, których autorzy twierdzili, że łatwo można przekonać przeciwników „małżeństw jednopłciowych” do zmiany opinii w tej kwestii, jeśli będą oni mieć chociażby krótkotrwały kontakt z aktywistami homoseksualnymi. Analiza, która obiła się szerokim echem w USA w związku z trwającą kampanią na rzecz powszechnej legalizacji związków sodomskich, została sfałszowana.

Badanie odnośnie tego, w jaki sposób kontakt osobisty działaczy homoseksualnych wpływa na zmianę opinii w kwestii przyznania praw dla homoseksualistów została przygotowana przez doktoranta UCLA Michaela Lacoura.
Otrzymał on wsparcie znanego politologa z nowojorskiej uczelni, Columbia University, profesora Donalda Greena. Lacour przyznał się do sfałszowania niektórych danych. Wyjawił także, że kłamał w sprawie źródeł finansowania badania. Analizę pomogli mu zrobić homoseksualiści z Los Angeles LGBT Center. Odrzuca jednak insynuacje, że płacił gotówką osobom biorącym udział w badaniu, nakłaniając je do kłamstwa.

Prof. Green napisał list do czasopisma „Science”, w którym ubolewał nad zaistniałą sytuacją i przeprosił redaktorów, recenzentów oraz czytelników periodyku naukowego za wprowadzenie w błąd.

Do ujawnienia fałszerstwa doszło po tym, jak inny doktorant Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkley, Joshua Kalla próbował rozszerzyć metody badawcze Lacoura w celu analizy równości osób transpłciowych na Florydzie. Okazało się, że rodząca duże nadzieje wśród sodomitów analiza Lacoura ma się nijak do rzeczywistości.

Kalla powiedział, że badania Lacoura, które zyskały znaczny rozgłos w prasie krajowej, były "bardzo ekscytujące, częściowo dlatego, że nie stanowiły jedynie analizy teoretycznej. Mogły być stosowane w trwającej kampanii na rzecz legalizacji tak zwanych małżeństw jednopłciowych." Jednak, kiedy skontaktował się on z firmą ankieterską, która miała pomagać Lacourowi, okazało się, że firma ta nic nie wie o badaniu.

Kalla i jego współpracownicy odkryli szereg innych nieprawidłowości dot. przygotowania analizy przez Lacoura. Doktorant nie uzyskał wsparcia – jak wcześniej twierdził - Williams Institute, Fundacji Forda i Fundacji Evelyn and Walter Haas. Jego badania całkowicie sfinansowało lobby homoseksualne z Los Angeles.

Magazyn „New York” donosi, że Lacour miał w przyszłym miesiącu rozpocząć pracę wykładowcy na Uniwersytecie w Princeton. Rzecznik uczelni Martin Mbugua zapowiedział, że wszystkie dostępne informacje dot. osiągnięć Lacoura zostaną ponownie przeanalizowane i dopiero potem podjęte zostaną odpowiednie kroki w sprawie zatrudnienia lub odrzucenia kandydatury Lacoura.

Źródło: newsmax.com., AS.

http://www.pch24.pl/-teczowi--przylapan ... 075,i.html

Któż z nas chciałby abyśmy już w niedługim czasie pod wodzą UE i PO tak oto wyglądali:

Obrazek
A wszystko możliwe, że taki wygląd będzie obowiązkowy, bądź tylko konieczny, aby nie zwracać na siebie uwagi i móc dyktaturę sodomitów jakoś tam przeżyć.
Dziś jeszcze jest czas i są możliwości spłukania ich do szamba, ale musimy się za to wziąć. Oni nie odpuszczą.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 115 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /