Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 140 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 6, 7, 8, 9, 10  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 01 lip 2016, 10:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://delurski.pl/6154/postmodernizm-i-ekumenizm/

Postmodernizm i ekumenizm

Powiedzmy, że ktoś wybiera się w podróż z Warszawy do Gdańska, ale wybiera drogę przez Kair. W takiej sytuacji każdy normalny człowiek puknąłby się w głowę i zwróciłby uwagę, że to bezsensowne nadrabianie kilometrów. Analogia do dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego jest dość oczywista. Uczynkiem miłosierdzia jest „upominać błądzących”. Nawet pośrednie utwierdzanie kogoś, że równie dobrą trasą z Warszawy do Gdańska, jak ta przez Toruń, jest ta przez Kair, jest głupotą i uczynkiem bez miłosierdzia.
Czy więc można się zbawić w innych religiach i wyznaniach?
Nie, bowiem człowiek nie zbawia się, ale jest zbawiony przez Boga.
Czy więc człowiek może być zbawiony w innych wyznaniach i religiach?
Tak, ale nie wynika to z samych tychże religii. Jeśli człowiek wyznający inną religię czy wyznanie zostaje zbawiony, to tylko dzięki Chrystusowi i Kościołowi. Jak napisał św. bp Józef Bilczewski:
„Kto zaś bez własnej ciężkiej winy nie jest członkiem Kościoła katolickiego może być zbawionym, jeśli mianowicie w dobrej wierze religję swoją niekatolicką uważa za prawdziwą, a w razie wątpliwości szczerze i usilnie szuka prawdy i chowa przykazania Boże. Taki innowierca, choć się sam nazywa prawosławnym lub protestantem, w oczach Bożych jest katolikiem, należy do duszy Kościoła rzymskiego, składającej się ze wszystkich sprawiedliwych na ziemi. A jeśli umrze w stanie łaski poświęcającej, nietylko może być zbawionym, ale idzie na pewno na szczęście z Bogiem wieczne” (O Kościele Chrystusowym). Jeśli więc ktoś, kto nie jest katolikiem, zostaje zbawiony, to tylko pomimo swojej religii, nigdy zaś dzięki swojej religii. Taki jest sens dogmatycznego sformułowania wyrażonego przez Sobór Florencki:
„Święty Kościół Rzymski mocno wierzy, wyznaje i głosi, że nikt, kto nie jest w Kościele katolickim, nie tylko poganie, ale i żydzi, albo heretycy i schizmatycy, nie mogą dostąpić żywota wiecznego, lecz pójdą w ogień wieczny, „który zgotowany jest diabłu i aniołom jego” (Mt 25, 41), jeżeli przed końcem życia nie będą przyłączeni do niego [Kościoła]. (…) Nikt też, choćby nie wiedzieć jakie dawał jałmużny, a nawet przelał krew dla Imienia Chrystusowego, nie może być zbawiony, jeżeli nie wytrwa w łonie i jedności Kościoła katolickiego”.
We wspomnianym liście święty biskup Józef Bilczewski zaznacza także „Z drugiej strony przyznajemy głośno, że Kościół katolicki, który nie kładzie granic miłosierdziu Bożemu wobec błądzących, nie zna rzeczywiście tolerancji, ustępstw, kompromisów wobec błędu, herezji„. I dalej „Słowem, jak żaden człowiek o zdrowym rozumie nie przystanie, że dwa jest tyle co siedem i że światłość księżyca jest równe światłu słońca, tak i Kościół katolicki nie przyzna, że błąd może doprowadzić do nieba tak samo, jak prawda”. Powyższe słowa są wyrazem katolickiej zasady potępiania grzechu i błędu, ale nie potępiania grzesznika czy błądzącego. Taką postawę zajmował przede wszystkim sam Pan Jezus, który grzeszników upominał stanowczo i jasno, ale z miłością. Przed krzywdzicielami się bronił, faryzeuszy publicznie demaskował, a ludziom słabym ufał i powierzał zadania. I to jest wzór nie tylko na Rok Miłosierdzia, ale i na każde spotkanie ekumeniczne i międzyreligijne. Wobec błądzącego należy jasno i z miłością powiedzieć prawdę. Być może błądzący tej prawdy nie przyjmie (np. bogaty młodzieniec), ale niepowiedzenie prawdy będzie w tym miejscu poważnym zaniedbaniem, żeby nie powiedzieć wprost grzechem przeciw miłości. W paradygmacie dzisiejszego ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego, Pan Jezus pobiegłby za młodzieńcem i wspólnie ucieszyliby się, że tenże zachowuje przykazania. Jezus powiedział mu prawdę (dlatego „spojrzał z miłością”) i wezwał do pójścia za Nim. Kiedy młodzieniec odszedł, Jezus nie gonił za nim, nie szukał tego co ich łączy. Powiedzenie, że Jezus nie kochał bogatego młodzieńca byłoby głupotą, więc należy przyjąć, że kochał go, ale mądrze. Benedykt XVI napisał zdanie, które genialnie podsumowuje ten aspekt dzisiejszego ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego:
„Bez prawdy miłość staje się sentymentalizmem. Miłość staje się pustym słowem, które można dowolnie pojmować. Na tym polega nieuchronne ryzyko, na jakie wystawiona jest miłość w kulturze bez prawdy. Pada ona łupem emocji oraz przejściowych opinii jednostek, staje się słowem nadużywanym i wypaczonym i nabiera przeciwstawnego znaczenia” (Caritas in veritate).
Żeby lepiej zrozumieć ów konieczny związek miłości z prawdą, trzeba prześledzić trzy wątki z historii starożytnego Kościoła. Najpierw pierwsze kazanie Papieża, czyli mowa św. Piotra zaraz po Zesłaniu Ducha Świętego (żeby było ciekawiej, zwolennicy dzisiejszego ekumenizmu bardzo lubią się powoływać na Zesłanie Ducha i na pierwotny Kościół). Kontekst jest taki, że w Jerozolimie na żydowskie święto zgromadziła się duża liczba żydów. Piotr, napełniony Duchem, wychodzi więc i mówi (Dz 2, 1-41):
„Jezusa Nazarejczyka, Męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o czym sami wiecie,tego Męża, który z woli postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście.Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim (…). Niech więc cały dom Izraela wie z niewzruszoną pewnością, że tego Jezusa, którego wyście ukrzyżowali, uczynił Bóg i Panem, i Mesjaszem. Gdy to usłyszeli, przejęli się do głębi serca: «Cóż mamy czynić, bracia?» – zapytali Piotra i pozostałych Apostołów.«Nawróćcie się – powiedział do nich Piotr – i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego.Bo dla was jest obietnica i dla dzieci waszych, i dla wszystkich, którzy są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz».
W wielu też innych słowach dawał świadectwo i napominał: «Ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia!».Ci więc, którzy przyjęli jego naukę, zostali ochrzczeni. I przyłączyło się owego dnia około trzech tysięcy dusz”. Przypomnę, że słowa te zostały wypowiedziane do religijnych żydów! Na próżno szukać dziś nawet podobnych słów ze strony ludzi Kościoła wobec wyznawców judaizmu. Piotr nie zaczął od tego, że wiele mamy wspólnego i tym się cieszymy, ale powiedział tzw. kerygmat i wezwał żydów do nawrócenia. Efekt to około trzech tysięcy nawróconych. Dziś, efekt jest taki, że każda ze stron zmarnowała trochę czasu na wspólne bycie w jednym miejscu i każdy rozszedł się do domu w poczuciu dobrze spełnionego zadania.
Kolejną historią z kart młodego Kościoła jest nawrócenie Szawła pod Damaszkiem. To także bardzo ciekawa scena, w której sam Bóg nie respektuje sloganów o wolności religijnej i pierwiastkach uświęcenia obecnych w każdej religii. Szaweł – gorliwy żyd i faryzeusz. Pod Damaszkiem przeżywa nawrócenie. Sam Bóg uznaje, że trzeba interweniować. „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?” Zwraca uwagę fakt, że w tym prostym pytaniu Jezus utożsamia się z Kościołem! Szaweł przechodzi od judaizmu do chrześcijaństwa, od ciemności do światła (trzy dni pozostał niewidomy), od prześladowania do wyznawania aż po męczeńską śmierć. Bóg nie prowadzi dialogu ekumenicznego z Szawłem, mówi „wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić”. Tu swoją rolę ma odegrać Kościół. W mieście jest bowiem Ananiasz, którego Bóg posłał na spotkanie Szawła. Po pierwsze miał odnaleźć Szawła, później przywrócić mu wzrok i na końcu Szaweł przyjmuje chrzest. Trzy czasowniki znaleźć, otworzyć oczy i doprowadzić do chrztu. Taką rolę Bóg powierzył Kościołowi wobec żydów. Takie świadectwo daje Słowo.
W końcu trzecie spotkanie. Ten sam Paweł, tym razem w Atenach, spotyka Greków (pogan). Poproszony, aby zabrać głos na Areopagu, wychodzi od ich doświadczenia (ołtarz „nieznanemu bogu”) i głosi im prawdę o Jezusie Chrystusie. Wzywa także bardzo konkretnie do nawrócenia. Jednak dla wychowanych na greckiej filozofii mieszkańców Aten słowa o zmartwychwstaniu są nie do zrozumienia. Paweł ponosi klęskę, ale nie całkowitą. Autor Dziejów Apostolskich zapisuje „Niektórzy jednak przyłączyli się do niego i uwierzyli. Wśród nich Dionizy Areopagita i kobieta imieniem Damaris, a z nimi inni”. Tradycja głosi, że Dionizy był pierwszym biskupem Aten. Paweł nie miał sobie równych w głoszeniu żydom, że Jezus jest Mesjaszem. Wielu z nich się nawracało, wielu nie uwierzyło, jak zapisuje autor Dziejów „(…) Paweł oddał się wyłącznie nauczaniu i udowadniał Żydom, że Jezus jest Mesjaszem. A kiedy się sprzeciwiali i bluźnili otrząsał swe szaty i powiedział do nich: ‚Krew wasza na waszą głowę, jam nie winien. Od tej chwili pójdę do pogan’.” Czy ktoś z Czytelników może sobie wyobrazić co dziś działoby się gdyby podobne słowa padły podczas wizyty papieża czy biskupa w synagodze?
Dla nas, ludzi przesiąkniętych ideą wolności, równości i braterstwa, zupełnie absurdalnie brzmią potępione przez papieża Piusa IX tezy z Syllabusa:
„15. Każdy człowiek ma swobodę wyboru i wyznawania religii, którą przy pomocy światła rozumu uzna za prawdziwą.
16. Ludzie mogą znaleźć drogę do wiecznego zbawienia i osiągnąć to wieczne zbawienie przez praktykowanie jakiejkolwiek religii.
17. Należy mieć przynajmniej zasadną nadzieję co do zbawienia wiecznego tych wszystkich, którzy w żaden sposób nie przynależą do prawdziwego Kościoła Chrystusowego.
18. Protestantyzm nie jest niczym innym, jak tylko jedną z różnych form tej samej prawdziwie chrześcijańskiej religii, w której tak samo można się podobać Bogu, jak i w Kościele katolickim”.
Druga obserwacja dotyczy modernizmu. Święty Pius X nazwał modernizm „zbiorem wszystkich herezji”. Święty biskup Józef Sebastian Pelczar wtórował „Na początku XX. wieku zwolennicy modernizmu i ‚reformowanego katolicyzmu’ wymagają zdemokratyzowania rządów Kościoła, zreformowania Kongregacji rzymskich, zwłaszcza Kongregacji Indeksu i św. Inkwizycji, zredukowania ceremonii liturgicznych, zaprowadzenia liturgii w języku narodowym, rozluźnienia karności kościelnej i zniesienia celibatu. Rozumie się, że gdyby te dążności wzięły górę, z religii i z Kościoła ledwie by ślad pozostał” (Obrona religii katolickiej). W każdym razie Kościół wielokrotnie potępiał modernizm a nawet wprowadzono nakaz składania przysięgi antymodernistycznej (obowiązek ten zniósł Paweł VI w 1967r.). Od czasów II Soboru nie słychać już potępień modernizmu. Rozwiązania są więc zasadniczo dwa. Albo modernizm zwalczono całkowicie, albo moderniści doszli do władzy w Kościele, więc sami siebie potępiać nie będą.
Jaki to ma związek z ekumenizmem i dialogiem międzyreligijnym?
„Wiek XIX stał pod znakiem Kanta, filozofa protestantyzmu, za którego zasługę nieśmiertelną uważano, że raz na zawsze odłączył wiarę od wiedzy, przekazując tej ostatniej wszystko to, co doświadczeniem stwierdzić można, wszystko inne ogłaszając za przedmiot wiary. na tej to podstawie oparł swą naukę o Bogu, którego istnienie rozumem udowodnione być nie może, lecz tylko jako postulat potrzeb praktycznych pewnej tolerancji się domaga. Protestantyzm chciwie tę myśl pochwycił, uwalniając się tym od obowiązku odpowiadania na zarzuty niedowiarków. Także na katolików Kant nie został bez wpływu. Czując potrzebę zastosowania się do wymagań czasu, szukali pewni apologeci innych dróg dla udowodnienia istnienia Boga. Niestety drogi były zwodnicze i stąd nieudane próby, jak ontologizm i tradycjonalizm, a w najnowszej formie modernizm. Ostatni opierając się na zdaniu Kanta, że ścisłe dociekanie tylko doświadczeniem jest możliwe, chce doświadczyć Boga w świadomości swojej i w tym widzieć dowód przemawiający do psychiki dzisiejszej. Usiłowania same w sobie sprzeczne, gdyż, według modernizmu, tylko świat zjawisk doświadczalnych dla zmysłów i rozumu jest dostępny” (M. Karas [red.], Modernizm potępiony przez papieży). Wspomniany już Kant postulował utworzenie powszechnej religii ludzkości, która oparta byłaby na modelu chrześcijańskim, jednak bez znamion konfesyjności. Kantowi zawdzięczamy także postulat tolerancji i wolności sumienia. W świecie po-nowoczesnym (post-modernistycznym) religia stała się zjawiskiem typowo ludzkim, więc istnieje w relacjach międzyludzkich a jej podstawowa wartość leży w użyteczności. „W ten sposób religię sprowadza się, jak u Kanta, do porządku moralnego. Nie wymaga ona treści objawieniowych ani – tym bardziej – dogmatycznych. Pozostaje kwestią dyskursu, czyli negocjacji. Spełnia się w nieustannym odnoszeniu się wzajemnym do siebie i innych; łagodzi albo wzmacnia podejmowane wybory i decyzje, z heroicznym przekonaniem, że żaden Bóg w tym międzyludzkim wydarzeniu nie jest potrzebny. Cóż zatem pozostaje? Myśleć o tym, czego nie można poznać” (J. Sochoń, Ponowoczesne losy religii). Dodać do tego należy jeszcze postmodernistyczne przekonanie, że „to, co poznajemy, nie jest i nigdy nie będzie prawdą obiektywną, lecz jedynie idealizującą, subiektywną interpretacją i twórczą grą językową. Nie ma zatem prawdy obiektywnej” (S. Wielgus, Postmodernizm) i mamy gotowy przepis na współczesną praktykę ekumeniczną i tę dotyczącą dialogu międzyreligijnego. Powiedzenie, że istnieje prawda obiektywna i absolutna jest współczesną świecką herezją. Dodanie, że jej depozytariuszem i strażnikiem jest Kościół katolicki zakrawa o szaleństwo. Współczesna praktyka ekumeniczna/międzyreligijna nie tylko jest w pewien sposób przełożeniem myślenia postmodernistycznego na łono Kościoła. Robi ona krzywdę samym „braciom odłączonym” (utwierdzając ich w błędzie). Podważa ona także samo nauczanie moralne Kościoła. Dzieje się tak ponieważ z jednej strony Kościół stoi na straży jasnych zasad moralnych a z drugiej strony pozwala sobie na relatywizm słów i gestów w sferze dogmatycznej i eklezjologicznej.
W Starym Przymierzu Izrael był figurą Kościoła. Bóg wybrał ten lud i zawarł z nim przymierze, dał im swoje Prawa. Czytając ST widzimy jednak, że żydzi co jakiś czas mieli skłonność do zdrady Boga jedynego przez związek z innymi ludami i kultami. Kończyło się to zazwyczaj katastrofą, wypędzeniem lub/i niewolą. Żydów Starego Przymierza można więc nazwać prekursorami ekumenizmu/dialogu międzyreligijnego. I faktycznie słowo „ekumenizm” pojawiło się wśród amerykańskich rabinów na określenie ich stosunków z licznymi sektami protestanckimi. W 1928 roku w Sztokholmie miało miejsce międzyreligijne spotkanie. W tym samym roku papież Pius XI wydał encyklikę „Mortalium animos”, pisząc w niej m. in.:
„Wyznawcy tej idei (tj. ekumenizmu) nie tylko są w błędzie i łudzą się, lecz odstępują również od prawdziwej wiary, wypaczając jej pojęcie i stopniowo popadają w naturalizm i ateizm. Z tego jasno wynika, że ktokolwiek popiera podobne idee lub bierze udział w ich przedsięwzięciach, odstępuje zupełnie od religii przez Boga objawionej”.
„Utrzymywać, że wszystkie religie są głosem prawdy, jest największą niedorzecznością. Nie dosyć na tym, wszystkie religie chcą pochodzić z nieba, i w samej istocie ta z nich będzie prawdziwą, która tego dowieść potrafi; inne zaś pozostaną urojeniem lub kłamstwem… Jestże rzeczą podobną do prawdy, aby wszystkie religie, wszystkie wyznania, zarówno były miłymi Bogu? Wszakże nieskończona prawda nie może kochać błędu, a to co jest złem nie może się podobać dobroci bez granic! Ten zatem co twierdzi, że wszystkie religie zarówno są dobre, że za pomocą jakiegokolwiek wyznania człowiek dopełnia obowiązków swoich względem Boga, bluźni przeciwko prawdzie, urąga dobroci Stworzyciela” (J. Balmes, O sposobie osiągnienia prawdy. Filozofia praktyczna).


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 03 paź 2016, 10:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2015/12/23/braterstwo/

Braterstwo
Posted by Marucha w dniu 2015-12-23 (środa)

Obrazek

Różnimy się między sobą cechami indywidualnymi, ale im bardziej odstajemy od ogółu, tym większą potrzebą staje się braterstwo z innymi. Wzmaga ono siły witalne, co sprzyja podejmowaniu czynów.
Działania człowieka powinny mieć na celu urzeczywistnianie ideałów. To one udoskonalają – w rezultacie realizacji – świat rzeczywisty.
Drzemie w nas wiele możliwości, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. Braterstwo wzmaga siły psychofizyczne i nabiera szczególnego znaczenia w trudnych okolicznościach. Poprzednie pokolenia wychowywały się w szacunku dla braterstwa broni. Czyn zbrojny, a ściślej jego kult, charakteryzował do niedawna polski patriotyzm.
Łatwiej jest określić czym nie jest braterstwo niż ściśle je zdefiniować. Niewątpliwie sprzeczna z braterstwem jest nielojalność, niesłowność, nieszczerość, stwarzanie pozorów, filantropia.
Braterstwo wiąże się z zaufaniem do współbraci. W nawiązaniu tej szczególnej relacji nie przeszkadza poziom wykształcenia, różnica lat, czy odmienny pogląd na świat. Interesujące, że jest to więź immoralna, bowiem występuje także w więzieniach między skazanymi, czy na przykład dochodzi do głosu wśród członków mafii.
Dzięki braterstwu nie jest się wyizolowaną jednostką. Na wartość tej więzi wskazali już w starożytności stoicy żywiąc w konsekwencji nadzieję na świat w przyszłości pozbawiony wojen.
Braterstwo może być spełnione także w kręgu osób zespolonych więziami rodzinnymi. Podkreślam to, ponieważ rodzina opiera się o więzy krwi, a te nie gwarantują automatycznie głębokiego porozumienia. Nie są to więc odosobnione przypadki, że w czasie świąt, zasiadając przy rodzinnym stole, czujemy brak silnych więzi. Zdarza się, że włączony telewizor ratuje tę sytuację.
Osamotnienie jest siłą destrukcyjną i dlatego niejeden z nas przemierza wiele kilometrów, by uczynić zadość rodzinnej tradycji wigilijnej. Nawet jeżeli czuje się w czasie spotkania niedosyt, czy pewne rozczarowanie, to w jakiejś mierze równoważy to urok niezwykłego wieczoru wigilijnego i smak potraw zapamiętanych od dzieciństwa.
Wspólny stół jest swoistym azylem. Odświętnie ubrani przeżywamy urok choinki i świątecznej krzątaniny. Oczywiście święta Bożego Narodzenia mają wymiar religijny, ale zarazem patriotyczny i rodzinny. Śnieg, z reguły towarzyszący tym dniom, nadaje baśniowy urok światu przykrywając to, co szare i brudne. Eskimosi mają w swoim języku wiele określeń śniegu stosownie do jego konsystencji i odcieni bieli. Urzekają sople lodu i malowane przez mróz niepowtarzalne obrazy na okiennych szybach.
Święta Bożego Narodzenia i ten czas szybko zapadających ciemności sprzyja głębszej refleksji, zastanowieniu się ku czemu zmierzamy i jacy właściwie jesteśmy. Wieczór wigilijny łączy się wszak z atmosferą wzajemnej życzliwości, zrozumienia i pojednania. U podstaw tego leży wybaczanie doznanych krzywd, cierpień i przykrości. W tym nastroju łamiemy się opłatkiem.
Wybaczanie, bądź kultywowanie nawet uzasadnionych cierpień, ma głębokie następstwo w psychice człowieka. W imię mądrego egoizmu powinniśmy wyrzucać z pamięci doznane krzywdy. Inaczej rodzi się gorycz, a także bariera miedzy nami a tymi, których poznamy, a więc tymi, którzy nie zawinili. Warto nadać wieczorowi wigilijnemu znaczenie przełomowej daty od której zaczniemy wiele spraw w naszym życiu od nowa.
Zaufaniem należy obdarzać tych, którzy nas nie zawiedli. Warto o tym pamiętać, ponieważ sentymenty nie ustają wraz z rozczarowaniem. Postawa wybaczania jest pożyteczna dla wybaczającego, bowiem w rezultacie mniej pozostaje w nas negatywnych emocji.
Wybaczając zachowujmy dystans, którego wcześniej nie było, bo mądrość podpowiada, by nie oczekiwać zbyt wiele, gdy już ktoś zawinił. Ale krzepiąca jest ufność wobec tych, których jeszcze nie poznaliśmy, jak również wobec tych, którzy nie mieli okazji być przez nas sprawdzeni, bo nie pojawiła się sytuacja próby.

Prof. Maria Szyszkowska
Myśl Literacka, nr 90/grudzień 2015

http://mysl-polska.pl/729


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 19 lis 2016, 21:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://cudajezusa.pl/napomnienia-duszy- ... ie-spotka/

Napomnienia duszy czyśćcowej. Nigdy nie trać odwagi i nie zniechęcaj się, niezależnie od tego, co cię spotka.
7 listopada, 2016|Świadectwa|0 komentarzy



Napomnienia duszy czyśćcowej. Nigdy nie trać odwagi i nie zniechęcaj się, niezależnie od tego, co cię spotka.
Ćwicz się w pamięci na obecność Bożą i w oczyszczaniu intencji. Dobry Bóg poszukuje dusz Jemu oddanych, które by Go kochały dla Niego samego. Jak mało ich ma! Pragnie On, byś należała do liczby tych prawdziwych Jego przyjaciół. Wielu ludzi kocha Boga (takie jest ich mniemanie), ale oni Go kochają tylko dla siebie samych! I na tym się kończy!
Żyj zawsze w obecności dobrego Boga. Mów Mu o wszystkim, jako Przyjacielowi. Czuwaj bardzo nad swoim wnętrzem.
Trzeba tak kochać Jezusa, aby znajdował w twym sercu miłe mieszkanie, gdzie by mógł odpoczywać – jeśli tak rzec można – po tylu doznawanych wszędzie zniewagach. Powinnaś Go kochać za obojętnych, za tchórzliwych, a przede wszystkim za siebie samą.

Obrazek

Bóg chce, żebyś tylko Nim była zajęta – Jego miłością i wypełnianiem Jego świętej woli. Zajmując się Bogiem, trzeba się też zajmować duszami. Niewielka to zasługa zbawić siebie samego.
Czuwaj bardzo nad swoim wnętrzem, zachowaj swe małe troski dla samego Jezusa. On może dać ci wszystko, co ci przedtem zabrał.
Nie uskarżaj się przed nikim z byle powodu, nawet przed Przełożoną. Zachowaj te małe cierpienia dla siebie i dla twego Jezusa, któremu powinnaś mówić o wszystkim.
Trzeba być stale skupioną w swoim wnętrzu, a zwłaszcza w czasie różnych zajęć, i to tak, jak w czasie dziękczynienia po Komunii świętej.
Nie czyń niczego bez wcześniejszego skupienia się przez chwilę i bez zapytania o zdanie Jezusa, który przebywa w twym sercu…
Często rozważaj, jak wielką miłością Bóg cię kocha. Bądź bardzo wierna wszystkim natchnieniom łaski.
Dobry Bóg nie żąda rzeczy ponad siły. Pragnie On Jedynie, by całe nasze serca należały do Niego.
W każdej chwili pytaj swego serca, czy sprawiasz przyjemność dobremu Bogu. Stawiaj sobie również pytanie, czy czasem nie robisz czegoś, co by mogło Mu sprawić przykrość. To będzie coraz bardziej przyciągało do ciebie błogosławiony wzrok dobrego Jezusa.
Zawsze rano skieruj do Jezusa krótką modlitwę, by Go uwielbić we wszystkich kościołach, w których jest opuszczony. Przenoś się tam myślą i mów Mu o tym, jak bardzo Go kochasz i że chciałabyś Mu wynagrodzić za opuszczenie, w jakim pozostaje. Odnawiaj tę intencję wiele razy dziennie, a sprawisz tym przyjemność dobremu Jezusowi.
Dobry Bóg pragnie, żebyś stale o Nim myślała, abyś też wszystko wykonywała pod Jego wejrzeniem: modlitwy, prace; słowem – abyś, w miarę możności, nigdy nie traciła Go z oczu.
Gdy cierpisz, nie użalaj się przed wszystkimi. To ci ulgi nie przynosi. Powinnaś o tym powiedzieć w pierwszym rzędzie Jezusowi. Ty zaś – przeciwnie, często udajesz się do Niego na końcu.
Mówiłam ci już, że dobry Bóg szuka w świecie dusz kochających Go, lecz kochających miłością dziecięcą i pełną czułości; ta zaś, co i prawda, ma być pełna czci, lecz zarazem nacechowana serdecznością.
Niestety, nie znajduje On takich dusz! Liczba ich jest mniejsza niż się przypuszcza, bo ludzie zbyt ciasno patrzą na Serce dobrego Boga. Uważają też, że dobry Jezus jest zbyt wielki, by można się było do Niego zbliżyć, stąd i miłość, jaką mają dla Niego, jest w rezultacie chłodna. Cześć dla Niego wyradza się w końcu w pewnego rodzaju obojętność.

Obrazek

(…) powinnaś dojść do tak wielkiego zjednoczenia z Bogiem, by cię już nic nie wyprowadzało z równowagi: troski ani radości, powodzenia ani niepowodzenia, czyjeś względy ani niechęć. Trzeba, żeby nic z tego wszystkiego nie robiło na tobie najmniejszego wrażenia, lecz by Jezus w tobie górował nad wszystkim, a ty byś była nieustannie w Niego wpatrzona w swym wnętrzu, by móc chwytać w lot Jego najskrytsze pragnienia.
Bądź miła dla osób, które są mniej sympatyczne, a może zrobiły ci coś złego, a to w tym celu, aby zaprzeć się samej siebie. Jezus będzie z tego zadowolony. Gdybyś wiedziała, kim jest dobry Bóg! O, wtedy nie byłoby ofiary, której nie chciałabyś ponieść ani cierpienia, przed którym byś się cofnęła, aby móc Go widzieć, choć przez minutę!
Powiedz mi wobec tego, na czym polega prawdziwa świętość?
– Wiesz dobrze, ale skoro chcesz, powtórzę to, o czym ci już mówiłam tyle razy: prawdziwa świętość polega na zapieraniu się siebie od rana do wieczora, na życiu w duchu ofiary, na stałym odrzucaniu swego ludzkiego „ja”, pozwalaniu Bogu na urabianie siebie według Jego myśli, na przyjmowaniu z głęboką pokorą i w poczuciu własnej niegodności łask pochodzących z Jego dobroci, na utrzymywaniu siebie w możliwie stałym przeżywaniu obecności Boga, z jednoczesnym wykonywaniem wszystkich czynności na Jego oczach, tak by nie szukać innego niż On świadka swych wysiłków ani innej nagrody, niż od Niego pochodząca. O wszystkich innych zasadach już ci mówiłam. Takiej świętości wymaga i oczekuje Jezus od dusz, które chcą należeć wyłącznie do Niego i żyć Jego życiem. Reszta jest tylko złudzeniem.
Gdyby się choć czasem zastanawiano nad wiecznością! Nad tym, czym jest to ziemskie życie w porównaniu z dniem, który dla wybranych nigdy nie zajdzie, ale też z nocą, która dla potępionych nigdy się nie rozjaśni! Na ziemi wszystko się kocha, przywiązuje się do wszystkiego z wyjątkiem Boga, który powinien być naszą jedyną miłością a nie otrzymuje jej od nas. Jezus w tabernakulum oczekuje serc kochających i nie znajduje ich. Zaledwie jedno na tysiąc kocha Go należną Mu miłością!
Dobry Bóg patrzy nie tyle na wielkie dzieła i czyny heroiczne, co na zwykłą czynność, małą ofiarę, byle wykonywaną z miłości. Nieraz nawet mała ofiara, znana jedynie samemu Bogu i duszy, przyniesie większą zasługę niż wielka, a rzęsiście oklaskiwana. Trzeba prowadzić głębokie życie wewnętrzne, by nie kierować ku samemu sobie czegokolwiek z pochwał, które się otrzymuje.
Nigdy nie trać odwagi i nie zniechęcaj się, niezależnie od tego, co cię spotka.
Gdyby Jezus chciał, mógłby cię doprowadzić do wybranego dla ciebie szczytu doskonałości w kilka godzin, w mgnieniu oka. A tymczasem nie! Woli On raczej widzieć twoje wysiłki, pragnie, byś sama się przekonała i zobaczyła, jak stroma i wyboista jest droga doskonałości.
Ty nie starasz się o czystość intencji tak, jak Bóg by tego pragnął. I tak, zamiast ofiarowywać niejasno, niewyraźnie swoje czynności, mogłabyś to czynić znacznie owocniej, wyraźniej określając swoją intencję przez zwrócenie się wprost do Jezusa. Na przykład podczas posiłków mów: „Mój Jezu, nakarm moją duszę Twoją świętą łaską, tak jak teraz karmię swoje ciało”. Kiedy prowadzisz lekcję: „Mój Jezu, pouczaj moją duszę, tak jak ja uczę dzieci”. Kiedy myjesz twarz, ręce: „Mój Jezu, oczyść moją duszę, tak jak ja to czynię ze swym ciałem”. Tak samo postępuj przy każdej dobrej czynności. Przyzwyczajaj się mówić do Jezusa zawsze w sposób serdeczny, wszystko też czyń i mów ze względu na Niego…



Cierpienia fizyczne i duchowe są udziałem przyjaciół Jezusa w czasie ich pobytu na ziemi. Im bardziej Jezus kocha duszą, tym więcej pozwala jej uczestniczyć w męce, którą poniósł z miłości ku nam. Szczęśliwa dusza tak uprzywilejowana! Ileż zasług może zdobyć! Jest to najkrótsza z dróg prowadzących do nieba. Nie bój się więc cierpienia, przeciwnie – kochaj je, bo ono zbliża do Tego, którego kochasz.
Jeżeli chcesz, żeby twe czynności podobały się Jezusowi, niech każda z nich zawiera choć małą ofiarę, coś, co kosztuje. Bez tego nie ma zasługi.
Jezus krzyżuje na ziemi przede wszystkim te dusze, które najbardziej kocha, lecz krzyż zesłany przez Boga cechuje zawsze słodycz domieszana do goryczy. Inaczej jest z krzyżami, które nas spotykają z naszej własnej winy: te przynoszą tylko gorycz.
Nie ma świętości bez cierpienia! Gdy jednak pozwolisz swobodnie działać w sobie łasce, gdy Jezus posiądzie twą wolę, a ty pozwolisz Mu być nad sobą Panem absolutnym – wówczas krzyże, choćby były ciężkie, nie będą już ciążyły. Miłość wszystko pochłonie. Do tego czasu będziesz cierpiała, i to nawet niemało, bo nie w jednej chwili dusza dochodzi do uwolnienia się od wszystkiego i do kierowania się w życiu czystą miłością. Jezus patrzy z radością na twe wysiłki.
Trzeba, żebyś wzniosła się ponad ziemię i ponad wszystko, co cię otacza, by się pogrążyć w Jego świętej woli. Musisz dojść do tego, aby nie stracić Go z oczu nawet na minutę. Nie sądź, że tak cię to pochłonie, byś nie mogła wypełniać swoich obowiązków! Powoli dostrzeżesz, że dzieje się wręcz odwrotnie, bo dusza najbardziej zjednoczona z Jezusem będzie również najbardziej staranna we wszystkich swych obowiązkach. Ten, którego ona kocha, pracuje dla niej, stanowiąc, jeśli tak można powiedzieć, jedno z nią.
Niech wiara ożywia wszystkie twe czynności! Niech twoja ufność pokładana w Jezusie i w Jego miłości pozwoli ci zabrać się wielkodusznie do wszystkiego, czego wymaga On od ciebie! Każdego ranka budząc się mów swemu Umiłowanemu: „O mój Jezu, oto jestem, aby pełnić Twoją wolę; co chcesz, abym czyniła, by się Tobie dzisiaj podobać?”

Obrazek

Zanim Jezus doprowadzi jakąś duszę do głębokiego zjednoczenia ze sobą oczyszcza ją przez próby, a im większe są Jego zamiary względem niej, tym cięższe są również zsyłane na nią próby. Szatan widzi dobrze, że Bóg ma wyjątkowe zamiary względem ciebie, toteż sam cię dręczy i sprawia, że dręczą cię jego sojusznicy… Nie zniechęcaj się tym, Bóg ci pomaga i będzie pomagał. Walcz mężnie.

Bóg swój cel osiągnie pomimo wysiłków piekła.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 03 kwi 2017, 09:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.pch24.pl/20-cytatow-na-temat ... 518,i.html

20 cytatów na temat grzechu. Aktualne od wieków
Data publikacji: 2017-04-01 06:00
Data aktualizacji: 2017-03-30 16:35:00

Obrazek

Choć świat próbuje przekonać nas, że grzech już nie istnieje, że wszystko nam wolno, i że bliższe człowieka jest hasło „róbta co chceta”, niż „nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”, nigdy nie powinniśmy zapominać, że popełniając grzech narażamy się na wieczne potępienie.

O tej prostej prawdzie od wieków pamiętali święci – najwięksi ludzie Kościoła. Dziś cieszą się oni już obecnością Boga w Niebie. Jeśli chcemy do nich dołączyć – unikajmy grzechu! Może nam w tym pomóc tych dwadzieścia cytatów:
1. Bardziej od samego grzechu, Boga gniewa i obraża to, że grzesznicy nie odczuwają żadnego żalu za swoje grzechy. Św. Jan Chryzostom.

2. Grzeszy ten człowiek, który chce więcej otrzymać od swego bliźniego niż dać z siebie Panu Bogu. Św. Franciszek z Asyżu.

3. Czy nie jest absurdem to, że tak bardzo troszczysz się o sprawy ciała, natomiast wcale nie troszczysz się o duszę, która zostaje opuszczona, brudna, mizerna i wycieńczona z głodu z powodu grzechu? Św. Jan Chryzostom.

4. Lepiej utracić honor, wszystkie dobra i życie, niż obrazić Boga choćby lekkim grzechem, bo grzech jest złem nieskończenie większym. Św. Maksymilian Maria Kolbe.

5. Słudze Bożemu, tylko jedno nie powinno się podobać: grzech. Św. Franciszek z Asyżu.

6. Ranami są grzechy, ponieważ one niszczą jedność natury ludzkiej. Św. Beda Czcigodny.

7. Gdy ktoś ma zdrowy węch natychmiast pozna odór grzechu. Św. Augustyn.

8. Jeśli grzech jest u ciebie królem, to ile wad, ile grzechów, tyle królów. Tacy królowie też mają tron w umysłach wielu ludzi. Jednakże, jeżeli kto wyznaje Chrystusa, natychmiast zwycięża takiego króla, strąca go z tronu swego umysłu. Jakże mógłby pozostać tron szatana w człowieku, w którym został wzniesiony tron dla Chrystusa? Św. Ambroży.

9. Grzech wprowadził nieprzyjaźń między nami a Bogiem, trzeba, abyśmy przez karcenie się powrócili do pokoju ze Stwórcą. Św. Grzegorz Wielki.

10. Dopóki jesteśmy pielgrzymami na tej ziemi wygnania, naszej radości przeciwstawia się grzech. Kto jest niewolnikiem grzechu nie może nawet radości powąchać. Przeciwstawia się jej przede wszystkim ambicja, jej wrogiem jest zmysł oraz próżność i obmowa. Św. Filip Nereusz.

11. Biedni grzesznicy, jeżeli pomyślę, że niektórzy umrą nie zasmakowawszy nawet godziny szczęścia umiłowanego Boga. Gdyby nawet można było się potępić bez narażenia na cierpienie naszego Pana. Ale to też nie jest możliwe. Św. Jan Maria Vianney.

12. Grzesznik słusznie może się porównać z tym, kto na swym ramieniu niesie ogromny ciężar. Idzie zgarbiony, przychodzi spóźniony, może nawet poślizgnąć się i przewrócić. Tak dzieje się z grzesznikiem, który niosąc ciężar winy, idzie z trudem ku niebu i nierzadko spada w przepaść zła. Św. Albert Wielki.

13. Nie ciesz się jak głupiec, ponieważ podczas gdy wiesz, ile grzechów popełniłeś, nie wiesz, czy Bóg cię przyjął. Lękaj się Boga, ale miej ufność w Nim. Św. Jan od Krzyża.

14. Człowiek grzeszny, stworzony na obraz Boga, w konsekwencji porzuca Go, trafia do krainy, gdzie wszystko jest na opak, daleko od Najwyższego, gdzie nie jest już Jego odbiciem i gdzie staje się niepodobny nie tylko do Boga, ale także do swojej prawdziwej natury ludzkiej. Św. Augustyn.

15. Jak długo chodzi człowiek w ciele, nie może uniknąć wszystkich grzechów, nawet lekkich. Lecz tych grzechów które nazywamy lekkimi, wcale sobie nie lekceważ, jeśli je ważysz. Lękaj się, kiedy je liczysz. Wiele drobnych rzeczy tworzy jedną wielką rzecz, wiele kropli wypełnia rzekę, wiele ziaren tworzy stos. Jaką więc mamy nadzieję? Przede wszystkim ich wyznanie. Św. Augustyn.

16. Pan Bóg wie dobrze w jakim nikczemnym garnku dusze nosimy, dlatego dał spowiedź jako krynicę, żebyśmy się w niej myli, bo życie brudzi każdego jak błoto. Św. Brat Albert Chmielowski.

17. Ranami są grzechy, ponieważ one niszczą jedność natury ludzkiej. Św. Beda Czcigodny.

18. Jak ryby tracą wolność, kiedy są poza wodą, tak rozsądna dusza zaczyna być spętanym niewolnikiem, kiedy grzechem oddziela się od Boga. Św. Franciszek Salezy.

19. Dusza przyzwyczajona do grzechu powszechnego kończy na tym, że nie dostrzega granic dzielącej ją od ciężkiej winy. Bł. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej.

20. Boję się tylko dwóch rzeczy, śmiertelnego grzechu, który zabija duszę i śmierci cielesnej, która zaskakuje tego, kto znajduje się w niełasce u Boga.
Św. Jan Bosko.

malk


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 18 kwi 2017, 11:23 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30980
Świadkowie Zmartwychwstałego

Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa dokonało się bez świadków. Nie był to powrót do obecnego życia, czyli reanimacja zwłok, jak wskrzeszenie młodzieńca z Nain (Łk 7,11-17), córki Jaira (Mk 5,35-43) lub Łazarza (J 11,1-44), lecz wejście w radykalnie inny wymiar egzystencji.

Wskrzeszeni przez Jezusa powrócili do doczesności oraz życia przed swoją śmiercią, ale w przyszłości musieli znowu umrzeć. Zmartwychwstanie Jezusa to wydarzenie absolutnie nowe, czyli przejście do życia niepodlegającego już władzy śmierci. Żaden człowiek – nawet ci, którzy pilnie strzegli grobu Jezusa – nie doświadczył zewnętrznych objawów powstania Go z martwych. Mamy jednak do dyspozycji bezcenne świadectwa o spotkaniach ze Zmartwychwstałym, które stały się udziałem Jego uczniów i osób, które przed śmiercią Mu towarzyszyły.

Świadectwo Apostoła Pawła
Najstarsze utrwalone na piśmie świadectwo o zmartwychwstaniu Jezusa zachowało się w 15 rozdziale Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian. List został napisany w Efezie w roku 55 lub 56, podczas trzeciej podróży misyjnej Apostoła Narodów. W obszernym piśmie udziela on istotnych pouczeń doktrynalnych i moralnych, poświęcając pod koniec wiele miejsca centralnej prawdzie wiary chrześcijańskiej, przejętej z tradycji i opartej na osobistym doświadczeniu wewnętrznej przemiany pod Damaszkiem. Przypominając Ewangelię głoszoną w Koryncie, Paweł napisał: „Przekazałem wam na początku to, co przejąłem, że Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy, że został pogrzebany, że zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem, i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli. Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim apostołom. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi” (1 Kor 15,3-8).

Przekazałem wam na początku to, co przejąłem„ (1 Kor 15,1) – te słowa nie zostawiają wątpliwości, że prawda o zmartwychwstaniu Jezusa należy do najstarszych i najważniejszych filarów chrześcijańskiej wiary i katechezy. Paweł uwydatnia mocny związek między ”przyjęciem„ i ”przekazaniem„, co przesądza o wiążącym charakterze tej prawdy. Nie mówi niczego, co pochodzi wyłącznie od niego, lecz kładzie nacisk na świadectwo wiarygodnych świadków. W jednej z katechez wygłoszonych w Roku Świętego Pawła Benedykt XVI powiedział: ”Ważne jest, by dostrzec związek między głoszeniem zmartwychwstania tak, jak formułuje to Paweł, a sposobem głoszenia go w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich sprzed czasów Pawła. Tu możemy naprawdę zobaczyć, jak ważna jest tradycja poprzedzająca Apostoła, którą on – z wielkim szacunkiem i sumiennie – pragnie ze swej strony przekazać […]. Tradycja, do której nawiązuje, jest źródłem, z którego należy czerpać„ (5 XI 2008). Paweł opiera całe swoje nauczanie na zmartwychwstaniu Jezusa, traktowanym nie jako idea czy koncepcja, ale rzeczywistość oznaczająca radykalnie nowe wejście Boga w historię i trwałe przezwyciężenie śmierci.

Wyznanie wiary w zmartwychwstanie Jezusa opiera się na dwóch zasadniczych przesłankach. Po pierwsze, jest zgodne z zapowiedziami Pisma, czyli świętych ksiąg Izraela. Paweł, chociaż ich nie przytacza, ma na myśli określone teksty Starego Testamentu, które w jego czasach i wcześniej były rozumiane w taki właśnie sposób. Podkreśla, że starotestamentowe oczekiwania i zapowiedzi mesjańskie doczekały się spełnienia, co nie umniejsza absolutnej nowości tego, co się wydarzyło. Wprawdzie Jezus wiele razy zapowiadał swoje zmartwychwstanie, ale uczniowie nie dopuszczali do siebie myśli o Jego męczeńskiej śmierci, zaś o zmartwychwstaniu sądzili, że nastąpi ono dopiero na końcu czasów. Okazało się, że stanowi jednak całkowicie nowy wymiar egzystencji w doczesności, jaką znamy. Zmartwychwstanie odsłoniło też pełny sens starotestamentowych tekstów, a także znaczenie Krzyża, doprowadzając uczniów do wyznania wiary w Jezusa jako Syna Bożego.

Po drugie, prawda o zmartwychwstaniu Jezusa opiera się na zgodnym świadectwie Jego uczniów i wyznawców. Wyszczególniając kolejność chrystofanii, czyli ukazywania się Zmartwychwstałego, Paweł kładzie mocny nacisk na pierwszeństwo Piotra, przytaczając jego aramejskie imię – Kefas. To właśnie Piotr, któremu Jezus powierzył szczególną odpowiedzialność za Kościół, stał się podstawą wiary Kościoła i strażnikiem prawdy o zmartwychwstaniu. Wspomaga go grono Dwunastu oraz ”więcej niż pięciuset braci„, którzy, tak jak Piotr, doświadczyli obecności Zmartwychwstałego. Paweł nie wyjaśnia, na czym ona polegała, powtarza bowiem to, co przejął, czyli swoistą aklamację i wyznanie wyrażające samą istotę założycielskiej prawdy chrześcijaństwa. Umierając na krzyżu i zmartwychwstając, Jezus sprawił wyzwolenie z mocy grzechu i śmierci. Oba wydarzenia stanowią kluczowe elementy historii zbawienia, która trwa, gdyż Chrystus umarł ”za nasze grzechy„.

Do wiarygodnego świadectwa uczniów Paweł dodaje osobistą przemianę pod Damaszkiem. Jego słowa brzmią tyleż pokornie, co dramatycznie, gdy nadmienia: ”Bo jestem najmniejszy z apostołów i nie jestem godny zwać się apostołem, gdyż prześladowałem Kościół Boży„ (1 Kor 15,9). Dawna mroczna przeszłość w rezultacie spotkania ze Zmartwychwstałym i przyjęcia Jego łaski stała się podglebiem dla intensywnej i niezwykle owocnej działalności ewangelizacyjnej. Dociekając, kiedy i od kogo Paweł otrzymał to wyznanie zwieńczone własnym świadectwem, komentatorzy zwracają uwagę na dwie możliwości, a mianowicie katechezę otrzymaną w Damaszku tuż po nawróceniu albo wiedzę nabytą dwa lata później, podczas krótkiego pobytu w Jerozolimie oraz spotkań z Piotrem i Jakubem. Ale istnieje trzecia możliwość: prześladując pierwszych wyznawców Chrystusa, zetknął się z prawdą o Jego zmartwychwstaniu, którą oni niezłomnie wyznawali, po czym w drodze do Damaszku skutecznie doświadczył jej potwierdzenia. Chrześcijańskie wyznanie wiary stało się głównym filarem jego nowej tożsamości i fundamentem głoszenia Ewangelii.

Świadectwa czterech Ewangelii
Cztery Ewangelie, w kształcie, w jakim weszły do kanonu ksiąg Nowego Testamentu, powstały później niż Pierwszy List do Koryntian. Świadectwa o spotkaniach ze Zmartwychwstałym mają w nich formę narracji, czyli opowiadań o przeżyciach poszczególnych osób. Narracje wyrosły z tradycji, czyli pamięci opartej na konkretnych wydarzeniach, zachowanej i ocalonej dla wszystkich pokoleń wyznawców Chrystusa. Jedne narracje wskazują na pusty grób, do którego złożono martwe ciało Jezusa, lecz sam pusty grób nie może być wystarczającym dowodem zmartwychwstania. Inne opowiadają o ukazywaniu się Zmartwychwstałego w różnych miejscach i okolicznościach, odzwierciedlając dwa zasadnicze nurty, czyli tradycje jerozolimskie i galilejskie.

Ewangelia według św. Mateusza zachowała świadectwo Marii Magdaleny i ”drugiej Marii„ o pustym grobie, ich spotkaniu ze Zmartwychwstałym oraz ukazywaniu się Jedenastu w Galilei. Ewangelia według św. Marka opowiada o zdumieniu i strachu kobiet, które wczesnym rankiem udały się do grobu, ukazaniu się anioła obwieszczającego zmartwychwstanie Ukrzyżowanego oraz Jego ukazaniu się Jedenastu. Ewangelia według św. Łukasza potwierdza obecność kobiet przy pustym grobie i mówi o obecności Piotra oraz zawiera opowiadanie o uczniach zmierzających do Emaus i ukazywaniu się Jezusa apostołom. Ewangelia według św. Jana utrwaliła najbardziej rozbudowaną pamięć zachowaną w tradycji jerozolimskiej i galilejskiej, opowiadając o Marii Magdalenie oraz Piotrze i Janie przy pustym grobie, ponawianym ukazywaniu się Jezusa wobec Dwunastu i ”niewiernym„ Tomaszu, a także o chrystofaniach nad Jeziorem Galilejskim i przekazaniu Piotrowi władzy pasterskiej. Wszystkie narracje noszą silne znamiona spontaniczności, co sprawia, że trudno je uporządkować i ustalić precyzyjną kolejność opisywanych wydarzeń.

Ewangeliści zgodnie opowiadają o tym, co się wydarzyło, i przytaczają słowa Zmartwychwstałego wypowiedziane do wybranych świadków. Zachowując najważniejsze fakty, nie troszczą się o ich uzgadnianie i wyjaśnianie, dzięki czemu mają znamiona autentyczności. Między głoszeniem wiary w zmartwychwstanie Jezusa, utrwalonym w Pierwszym Liście do Koryntian, a narracjami włączonymi do Ewangelii istnieje znamienna różnica. Paweł powołuje się wyłącznie na świadectwa mężczyzn, w czym znajduje wyraz specyficznie semicki sposób patrzenia, bo w sądach dopuszczani na świadków byli wyłącznie mężczyźni. Jego wyznanie wiary idzie po linii ”oficjalnej„, która zachowuje normy właściwe dla procesu Jezusa i skazania Go na śmierć. Natomiast czterej ewangeliści uznają wielką rolę i zasługi kobiet, które za życia wiernie towarzyszyły Jezusowi, a po Jego śmierci zamierzały dopełnić podstawowych obowiązków pogrzebowych. Nagrodą za wierność motywowaną miłością i wrażliwością stały się nieoczekiwane spotkania z Jezusem Chrystusem.

Wyznania wiary i narracje stanowią dwa sposoby świadczenia o Zmartwychwstałym. Mając odmienny charakter, wzajemnie siebie potrzebują i nawzajem się uzupełniają. Odzwierciedlają pamięć o wydarzeniach, a za pomocą wybranej formy jej przekazywania odkrywają ich znaczenie. W drugiej części trylogii ”Jezus z Nazaretu„ Benedykt XVI napisał: ”W swej strukturze prawnej Kościół jest oparty na Piotrze i Jedenastu, jednak w konkretnej postaci życia kościelnego kobiety są ciągle tymi, które otwierają drzwi Panu, które towarzyszą Mu aż pod krzyż i dlatego mogą Go spotykać także jako zmartwychwstałego„ (s. 280).

Nowotestamentowe świadectwa o Zmartwychwstałym nie zostawiają żadnych wątpliwości, iż nie powrócił do życia biologicznego, jakie znamy, lecz przeszedł do nowej postaci człowieczeństwa. Inność tej egzystencji jest tak ogromna, iż musimy się powstrzymywać przed zbyt daleko idącymi wyobrażeniami. Zmartwychwstały Pan ukazuje się jako człowiek podobny do innych ludzi, ale chociaż jest ten sam, co podczas ziemskiego życia, to już nie taki sam. Wszyscy, którzy doświadczyli Jego paschalnej obecności, mieli wielkie trudności z właściwym przedstawieniem tego, co przeżyli. Radykalnie nowy rodzaj egzystencji i spotkania, jakie ona umożliwiła, sprawił, że – inaczej niż przed męką i śmiercią Jezusa – apostołowie i uczniowie stali się niezłomnymi świadkami Zmartwychwstałego, gotowymi do wyznawania tej prawdy aż po męczeństwo i przyjęcie śmierci.

Ks. prof. Waldemar Chrostowski

http://www.naszdziennik.pl/mysl/180261, ... alego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 14 maja 2017, 08:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wpolityce.pl/kosciol/339564-matk ... +Najnowsze)

Matka Boża w Fatimie nie przestrzegała zasad poprawności politycznej. "Mówiła rzeczy niezgodne z duchem czasów"
opublikowano: 2017-05-13 10:00:58+02:00


autor: PAP/EPA


Z perspektywy kultury dominującej dziś w świecie zachodnim objawienie Matki Bożej w Fatimie było skandaliczne. Mówiła bowiem rzeczy niezgodne z duchem czasów i z pewnością nie przestrzegała zasad poprawności politycznej.
1. Pierwsza tajemnica fatimska dotyczyła wiecznego potępienia. Maryja pokazała dzieciom piekło, do którego trafiają rzesze grzeszników. Świadkowie, którzy widzieli pastuszków tuż po objawieniu, opowiadali, że na ich twarzach malowała się groza, przerażenie i szok. Łucja wspominała, iż widok piekła, demonów oraz męczarni potępionych był tak potworny, że umarłaby ze strachu, gdyby wcześniej Maryja nie zapewniła jej, że zabierze ją do Nieba. W ten sposób Matka Boża złamała zasady bezstresowego wychowania. Według reguł obowiązującej dziś pedagogiki, przez straszenie piekłem naraziła dzieci na niepotrzebne lęki i traumatyczne przeżycia. W wielu krajach zapewne odebrano by Jej prawa rodzicielskie. Jednak przesłanie maryjne idzie także na przekór współczesnej praktyce duszpasterskiej i katechetycznej Kościoła. Dominuje bowiem tendencja, by mówić ludziom jedynie o nieskończonym Miłosierdziu Bożym i nie wspominać o grzechach śmiertelnych, piekle oraz możliwości wiecznego potępienia. Tymczasem Matka Boża uznała, że jest to widocznie sprawa najwyższej wagi, skoro zdecydowała się postawić ją jako pierwszą podczas najbardziej doniosłego objawienia maryjnego w historii. Przyjąć w pełni przesłanie fatimskie oznacza więc mówić ludziom więcej o piekle, aby ostrzec ich przed realnym zagrożeniem.
2. Matka Boża wezwała pastuszków do pokuty, postu, ascezy i umartwienia. Są to praktyki dziś raczej niepopularne i w Kościele powszechnie nieobecne lub całkowicie zmarginalizowane. Jeżeli ludzie decydują się na wyrzeczenia, to raczej są to diety i głodówki dla zdrowia i urody, a nie akty duchowe. W Fatimie dzieci na skutek wezwania Maryi brały na siebie dobrowolnie cierpienia w intencji ratowania grzeszników od piekła. Na przykład przewiązywały się pod ubraniami kłującym powrozem tak mocno, by sprawiało im to ból, i chodziły tak przez cały dzień. Nie zostały za to zganione przez Matkę Bożą, lecz doczekały się z Jej strony pochwał. Maryja powiedziała im tylko, by zdejmowały sznurek na noc. Znów idzie to wbrew współczesnej mentalności i praktyce duszpasterskiej Kościoła, w którym nikt dziś nie zachęca do tego typu postępowania. A w Fatimie Matka Boża nie tylko zachęcała, ale i pochwalała. Co w tym kontekście oznacza przyjęcie orędzia fatimskiego? Anioł z trzeciej tajemnicy krzyczy: „Pokuty pokuty, pokuty!” A pokuta ma swoje konkretne przejawy…
Trzecia tajemnica fatimska ma charakter apokaliptyczny. Przynosi wizję sądu ognistego wiszącego nad światem oraz męczeństwa niezliczonej rzeszy chrześcijan. To obraz, w którym nie miejsca na kompromis Kościoła z duchem czasów. Świat jawi się przestrzenią walki duchowej, której stawka pozostaje najwyższa. To kłóci się z dominującą dziś nie tylko w świecie zachodnim, ale także w wielu środowiskach katolickich retoryką, że najważniejszy jest spokój społeczny, bezpieczeństwo, zgoda, współpraca ponad podziałami itd. Okazuje się, że są sprawy ważniejsze. Kardynał Joseph Ratzinger w książce „Raport o stanie wiary” oddał sens trzeciej tajemnicy fatimskiej, cytując słowa Jezusa z Ewangelii: „jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”. Albo – albo. Nie ma trzeciej możliwości. Nie ma żadnej prawdy, która leży pośrodku.
Objawienia Matki Bożej w Fatimie są więc dziś wielce niepoprawne. Czy wybrzmi to należycie podczas ich setnej rocznicy?

autor: Grzegorz Górny


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 16 maja 2017, 09:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.bibula.com/?p=95666#utm_sour ... medium=rss

Sercem orędzia fatimskiego jest alternatywa pomiędzy pokutą a karą
Aktualizacja: 2017-05-13 10:23 am

Opatrzność dała światu sto lat na nawrócenie. Jednak do nawrócenia nie doszło – mówi prof. Roberto de Mattei, wybitny włoski historyk i publicysta katolicki, w rozmowie z Piotrem Doerre.
Powiedział Pan kiedyś, że zetknięcie się z orędziem fatimskim wpłynęło na całe Pańskie życie…
Poznałem orędzie fatimskie, kiedy byłem bardzo młody, i orędzie Matki Bożej wywarło na mnie niezwykle silny wpływ duchowy, ale również i intelektualny, bo dało mi klucz do interpretacji historii współczesnej. Przesłanie fatimskie jest z jednej strony dramatyczne, ale z drugiej strony otwiera serce na bezgraniczną nadzieję na przyszłość. I to poruszyło moje młode serce już ponad 40 lat temu.

Ale dlaczego Pan, jako historyk, nie tylko, interesuje się tym, co zaszło w 1917 roku w Fatimie, ale nawet nazywa to, co tam się stało, jednym z najważniejszych wydarzeń minionego stulecia?
Fatima to najważniejsze wydarzenie historyczne XX wieku. Podkreślam słowo „historyczne”, ponieważ wielu katolików, myśląc o objawieniach takich jak Fatima, Lourdes czy inne, chciałoby je sprowadzić, ograniczyć do doświadczenia religijnego poszczególnych osób. A to rozróżnienie pomiędzy wiarą prywatną a obiektywizmem zdarzeń historycznych jest fałszywe, bo Fatima jest zdarzeniem, które miało miejsce w konkretnym miejscu i w określonym momencie historii – w 1917 roku w Portugalii – i ten aspekt historyczny, moim zdaniem, jest bardzo ważny.
Po drugie, Fatima to orędzie profetyczne. Jest ono głęboko związane z tym, co wydarzyło się w Rosji w tym samym, 1917 roku. Historia Rosji i historia Fatimy przeplatają się i krzyżują przez cały XX wiek. To wydaje mi się najważniejszym aspektem.
Czy dziś, 100 lat po objawieniach, orędzie Fatimskie się wypełniło? Wiemy wszak, że pewne wydarzenia, przepowiedziane przez Matkę Bożą, jak II wojna światowa, miały już miejsce. System sowiecki, zapoczątkowany rewolucją bolszewicką 1917 roku, nie panuje już nad połową świata…
Sercem przesłania z Fatimy są dwa zdania. Pierwsze: „Rosja rozprzestrzeni swoje błędy na świecie”, drugie: „W końcu moje Niepokalane Serce zatryumfuje”. W Fatimie Matka Boża mówi o błędach, czyli podkreśla wymiar ideologiczny, wymiar doktrynalny historii, co często jest zaniedbywane. Odniesienie do komunizmu jest tu ewidentne. Ale w ciągu dwudziestego wieku wielu antykomunistów ograniczało się do zwalczania czy krytykowania powierzchownego aspektu komunizmu. Skupiali się oni na aspekcie przemocy, który symbolizowały gułagi, sowieckie czołgi, rakiety skierowane w stronę Zachodu. I były to z pewnością pewne przejawy komunizmu. Ale za tymi materialnymi przejawami przemocy istnieje doktryna. Doktryna, która zawiera się w formule materializmu dialektycznego – twierdzeniu, że cała rzeczywistość to materia, materia w ewolucji bez żadnej zasady czy wartości duchowej lub transcendentalnej. Komunizm to również ewolucyjna i relatywistyczna wizja historii.
Pomiędzy rokiem 1989 a 1991 komunizm sowiecki upadł, ale wydaje się, ze upadek tego reżimu politycznego był jedynie upadkiem powłoki kryjącej doktrynalne błędy komunizmu. A błędy te uniosły się w powietrze, jakby swego rodzaju miazmaty ideologiczne, które rozprzestrzeniły się poza żelazną kurtyną, na całym Zachodzie. A więc, moim zdaniem, rozprzestrzenienie się błędów Rosji na świecie nastąpiło po upadku Związku Radzieckiego w jeszcze większym stopniu niż we wcześniejszych latach. Można więc powiedzieć, że przepowiednia fatimska jest przepowiednią jeszcze niewypełnioną, bo w naszych czasach rozpowszechnianie błędów komunizmu osiąga swoje apogeum, swój zenit, a triumf Niepokalanego Serca jeszcze nie nastąpił.
No właśnie, niektórzy badacze orędzia fatimskiego, którzy twierdzą, że wypełniło się ono już w chwili upadku systemu sowieckiego, zapominają, że przecież orędzie skierowane było do całego świata, który – co ciężko raczej kwestionować – nie nawrócił się.
W 1917 roku Matka Boża przyniosła ludzkości przesłanie, które w części nie zostało poznane, nie zostało bowiem rozpowszechnione. I tu leży odpowiedzialność także Kościoła katolickiego, który powinien był włożyć więcej wysiłku, żeby rozpowszechnić to przesłanie. Z drugiej strony przesłanie nie zostało przyjęte również ze strony tych, którzy je poznali. Myślę tu nie tylko o problematycznym poświęceniu Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, ale też o rozpowszechnieniu praktykowania pięciu pierwszych sobót miesiąca. Przecież jest to praktyka, która jest w zasięgu każdego człowieka. Niestety ta praktyka została bardzo słabo rozpowszechniona. Ludzkość się nie nawróciła.
W Fatimie Matka Boża nie prosiła tylko o gesty formalne, jak poświęcenie Rosji Niepokalanemu Sercu, ale poprosiła też, i przede wszystkim, o nawrócenie umysłów i serc. Centralny motyw przesłania to wołanie o pokutę, apel, który Anioł powtarza trzy razy w trzeciej tajemnicy. Co to znaczy pokuta? Pokuta to znaczy przede wszystkim żal za własne grzechy i to nie tylko za grzechy prywatne, indywidualne, ale żal także za grzechy publiczne, za grzechy popełnione przez społeczeństwo. Społeczeństwo zachodnie, które wprowadza do swojego prawodawstwa rozwód, aborcję, eutanazję, tak zwane małżeństwo homoseksualne, to społeczeństwo, które nie tylko nie żałuje, nie pokutuje, ale wręcz afirmuje publicznie grzech. W ten sposób odwraca się plecami do Fatimy, robi coś przeciwnego, niż wskazuje Fatima. I jak tu się dziwić, że dochodzi ciągle do tragedii, że mamy wojny, rewolucje, klęski żywiołowe? Będziemy je mieć nadal, bo sercem przesłania z Fatimy jest alternatywa pomiędzy pokutą, czyli żalem za grzechy, a karą za nie! Trzeba wybierać, nie ma innej możliwości, tylko żal za własne grzechy publiczne i prywatne może pomóc w uniknięciu, oddaleniu kary.

Porusza Pan problem pokuty i kary, pojęć niepopularnym we współczesnym świecie, ba, nawet współczesnym Kościele.
Ale przecież sercem orędzia fatimskiego jest właśnie alternatywa pomiędzy pokutą a karą. Trzeba sobie wyjaśnić, co rozumiemy poprzez „pokutę” i „karę”. Słowo „pokuta” nie oznacza wyłącznie form pokuty fizycznej czy też rezygnacji z jakiejś przyjemności natury osobistej. Pokuta to przede wszystkim żal, żal za własne grzechy. Nie tylko nasze osobiste grzechy, ale grzechy całego społeczeństwa, grzechy zbiorowości. Matka Boża prosi, aby odrzucić w sposób całkowity i radykalny grzechy publiczne, które społeczeństwo zachodnie popełniało w ciągu ostatnich stu lat. Ten żal, ta pokuta to warunek stawiany przez Matkę Bożą, aby uniknąć kary. Jeżeli tej pokuty nie ma, kara jest nieunikniona. A przecież duch hedonizmu i relatywizmu, który charakteryzuje współczesny Zachód, jest przeciwieństwem pokuty. Zachód idzie więc drogą przeciwną w stosunku do tej, o którą prosi Matka Boża. Ale to droga, która prowadzi do przepaści, która prowadzi do samobójstwa Europy i Zachodu, i całej ludzkości. Bo to droga autodestrukcji. Autodestrukcji, bo ludzkość odwraca się plecami do prawa Bożego i naturalnego. A kara jest nieodłączną częścią złamania prawa. Ta kara to nie jest kara, która czeka tylko każdego z nas osobiście, po śmierci. Ale to też kara zbiorowa, publiczna, społeczna, ponieważ grzechy całych narodów popełniane są w sposób zbiorowy tutaj, na ziemi, a jako że narody nie mają przyszłości w życiu po śmierci, ale żyją na ziemi, to właśnie na ziemi będą nagradzane albo karane. Narody, które się nawrócą, przeżyją, ale te, które się nie nawrócą i będą nadal grzeszyć publicznie, będą z pewnością ukarane. I to jest alternatywa, od której nie można uciec.
Spójrzmy na Fatimę ponownie okiem historyka. Każdego, kto bliżej zainteresuje się objawieniami w Cova da Iria, uderza symbolika ich dat, wiążąca się z symboliką dat szczególnie znaczących dla procesu rewolucyjnego.
W historii istnieją daty symboliczne, jak 1517, czyli rok rewolucji zapoczątkowanej przez Lutra. Następnie 1717 – początek działalności masonerii, która była zapleczem rewolucji francuskiej. Wiemy wszak, że rewolucja francuska 1789 roku była przygotowana – z punktu widzenia politycznego i intelektualnego – przez loże masońskie. Kolejna taka znacząca data to 1917 – moment wybuchu rewolucji w Rosji.
Wiemy także, że w roku 1689, sto lat przed rewolucją francuską, Najświętsze Serce Pana Jezusa objawiło się siostrze Marii Małgorzacie Alacoque, w klasztorze w Paray-le-Monial. Zakonnica otrzymała wówczas przesłanie dla całej ludzkości.
W najtrudniejszych momentach historii, kiedy grzech najbardziej się rozprzestrzenia, zawsze następuje interwencja z Nieba, dająca nam receptę, rozwiązanie, antidotum. I sto lat przed rewolucją francuską objawienia Najświętszego Serca były taką receptą zaproponowaną ludzkości. Ale królowie Francji nie odpowiedzieli na to wezwanie i sto lat później doszło do rewolucji francuskiej. Dopiero wówczas Ludwik XVI dokonał poświęcenia swojego królestwa Najświętszemu Sercu. Ale stało się to za późno, kiedy monarcha był już w więzieniu, w przeddzień śmierci na gilotynie.
Z kolei dziś, w 2017 roku upływa sto lat od objawień fatimskich. To skłania nas do refleksji, bo ten rok może być rokiem tak pełnym znaczeń jak rok 1789 w stosunku do 1689. Tak jak Najświętsze Serce dało sto lat na nawrócenie ludzkości, wówczas przede wszystkim Francji, tak i w tym przypadku Opatrzność dała światu być może sto lat na nawrócenie. Jednak do nawrócenia nie doszło. Co nas czeka w przyszłości? Prawdopodobnie kara znacznie większa niż rewolucja francuska.
Wspomniał Pan, że Kościół w przeszłości też nie do końca odpowiedział na orędzie fatimskie i zamiast usilnie go propagować, przejął się nim dopiero po wielu latach. Wystarczy przypomnieć, że III tajemnica fatimska ujawniona została nie wówczas, kiedy życzyła sobie tego Matka Boża, ale dopiero po 40 latach. Ale teraz jest już chyba znacznie lepiej – Kościół powszechnie świętuje 100-lecie objawień, kolejni papieże pielgrzymują do Fatimy.
Myślę, że niestety, także i dzisiaj jest wiele zaniechań ze strony kleru katolickiego. W sytuacji wielkiego zamieszania kapłani powinni wykorzystywać przesłanie fatimskie jako drogowskaz. Dziś świat pogrążony jest w chaosie, a objawienia prywatne, takie jak to z Fatimy, są pewnego rodzaju przewodnikiem duchowym, które Niebo daje ludzkości w najbardziej zagmatwanych okresach historii.
Kiedy Matka Boża sto lat temu przekazała swoje orędzie, było ono skierowane nie tylko do ludzi żyjących w roku 1917, ale także do ludzi z przyszłości, również z naszych czasów. Dzisiaj ci, którzy idą za orędziem fatimskim, mogą odnaleźć w nim mocne ukierunkowanie. Dzięki temu przesłaniu nie tylko są w stanie zrozumieć przyczyny strasznego kryzysu, w którym jesteśmy pogrążeni. Fatima daje im też siłę, nadprzyrodzoną energię, nadprzyrodzoną ufność potrzebne do pokonania tego kryzysu – abyśmy nie popadli w zniechęcenie i pesymizm.
Orędzie fatimskie zaprasza nas do reakcji i do walki. Przede wszystkim jednak zapewnia o zwycięstwie. Dlatego zdanie: „Na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje” ma ogromne znaczenie, bo jest to obietnica historyczna. Przeznaczeniem Niepokalanego Serca Maryi jest królowanie w historii wśród narodów. To jest obietnica, która musi się spełnić, ponieważ Bóg nie mówi niczego przypadkowo, Maryja nie składa niewykonalnych obietnic. Jeżeli to obiecała, to dlatego, że kiedyś ta obietnica się wypełni.
Dziękuję za rozmowę.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 23 maja 2017, 18:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2017/05/2 ... o-negacji/

Romano Amerio o prawie naturalnym i konsekwencjach jego negacji
Posted by Marucha w dniu 2017-05-21 (niedziela)

Obrazek

Czym jest prawo naturalne? Według świętego Tomasza to uczestnictwo rozumu ludzkiego w wiecznym zamyśle Stwórcy. Prawo stanowione przez władzę stanowi jego odzwierciedlenie.
Taka koncepcja uniemożliwia legalizację przeciwnych naturze wybryków, takich jak aborcja czy homo-małżeństwa.
Co się jednak dzieje, gdy człowiekowi przyznaje się autonomię w kwestii decydowania o tym, czym jest prawo? Wtedy legalne zostaje to, czego chce sędziowska klika. Albo demokratyczna większość. Skutek to upadek cywilizacji.
Pojęcie prawa naturalnego znane było już starożytnym. Jak przypomina Romano Amerio, Sofokles w „Królu Edypie” opisuje je jako „przemierzające szczyty” i „nie mogące legnąć w zapomnieniu”. „Nie od dziś i nie od wczoraj trwa, lecz żyje wiecznie”, czytamy w „Antygonie”. Jego majestat opiewali również Rzymianie. Prawe sumienie i niezmienne prawa przyrody Seneka uważał za najpiękniejsze rzeczy pod słońcem.
Prawo naturalne to nie wymysł Kościoła. Ten jednak potwierdza jego istnienie. Zgodnie z cytowaną w obecnym Katechizmie nauką świętego Tomasza z Akwinu „prawo naturalne nie jest niczym innym, jak światłem poznania złożonym w nas przez Boga; przez nie poznajemy, co należy czynić, a czego należy unikać. To światło lub to prawo dał Bóg stworzeniu”.
Leon XIII w encyklice „Libertas” dodał, że „prawo naturalne jest zapisane i wyryte w duszy każdego człowieka, ponieważ jest ono rozumem ludzkim nakazującym czynić dobro, a zakazującym grzechu… Jednakże ten przepis rozumu ludzkiego nie mógłby mieć mocy prawnej, gdyby nie był głosem i wykładnią wyższego rozumu, któremu nasz rozum i nasza wolność powinny być poddane”.
O prawie naturalnym nie zapominali nawet świeccy filozofowie nowożytni. „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”, pisał Immanuel Kant na kartach „Krytyki praktycznego rozumu”.
Prawo naturalne to pomost łączący katolików i innowierców posługujących się swym naturalnym rozumem. Jak pisał święty Paweł: „bo gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające” (Rz 2,14-15).
Może więc ono stanowić fundament dobrze rozumianego dialogu. Dziwi zatem jego negacja przez teologicznych postępowców. Nie zawsze dokonuje się ona wprost. Niekiedy metodą okazuje się przemilczenie.


Majestat prawa naturalnego

Jak zauważa Romano Amerio „majestat prawa moralnego wynika z jego niewzruszonej mocy, która w Boga utożsamia się z samym bytem Boga. Dzieli ono Jego przymioty, jakimi są wieczność i absolut, i nie ma nic wspólnego z ideą stwarzania: podobnie, jak Bóg, prawo moralne nie miało początku, a tradycja teologiczna Kościoła zawsze wykluczała możliwość, by było ono jednym ze stworzeń. Świat został stworzony, ale prawo moralne jest niestworzone”.
Prawo naturalne to porządek absolutny, poznawany przez rozum. Jego znajomość daje ogólną wiedzę o tym, jak należy postąpić we wszystkich przypadkach. Dostosowaniem go do konkretnych przypadków i okoliczności zajmuje się kazuistyka. Jednak owo dostosowanie nie oznacza relatywizacji prawa naturalnego.


I skutki jego negacji…

Niestety radykalni rewolucjoniści nie tylko kwestionują obiektywizm i absolutny charakter prawa, lecz wprost je odrzucają. Dobrym przykładem jest tu Jean Paul Sartre, negujący istnienie natury ludzkiej. Jak zauważa Romano Amerio „atak na prawo naturalne przeradza się u modernistów w próbę wymazania różnic między istotami oraz usunięcia zależności bytów, które ze swej natury są zależne. Wolność podmiotu wierzga przeciwko absolutowi Boskiego Prawodawcy, o którym Victor Hugo napisał, że „jest, jest i jeszcze raz jest”. Zbuntowany umysł neguje swą zależność od Stwórcy.
Kwestionowanie prawa naturalnego w łonie katolicyzmu nastąpiło dopiero za sprawą progresywistycznej teologii. Romano Amerio powołuje się tu na przykład kardynała Suenensa. W swoim liście duszpasterskim o seksualności z 1976 roku nie wspomina on o prokreacji, jako wynikającym z prawa naturalnego celu małżeństwa. Pisze natomiast o przełamaniu rozmaitych „tabu”. Czy owym tabu jest właśnie prawo naturalne?
Podejście to nasuwa na myśl poglądy, jakie głosił David Hume. Ów XVIII wieczny szkocki filozof zaliczył prawo do tej samej kategorii co przesąd. Wprawdzie doceniał je, ale tylko z powodu jego użyteczności dla dobra społeczeństwa.


…i jej konsekwencje

To nie tylko akademicka dyskusja. Negacja istnienia prawa naturalnego wiąże się z ogromnymi konsekwencjami praktycznymi. Prowadzi do transformacji prawodawstwa państw, a wraz z nim do przemian w obyczajach i stylu życia milionów ludzi. Co istotne, tak radykalne odejście od prawa naturalnego, jak to dokonujące się na Zachodzie od rewolucji obyczajowej końca lat 60-tych to w erze chrześcijańskiej novum.
„Odżegnanie się”, zauważa Romano Amerio „od prawa naturalnego nie tylko w filozoficzno-teologicznych teoriach intelektualistów, lecz również w sferze obyczajów i ustawodawstwa, wprowadza jakąś ważną i dramatyczną cezurę w historii ludzkości. Wcześniej – nawet za panowania reżymów wrogich Kościołowi – społeczeństwa chrześcijańskie kształtowały małżeństwo i rodzinę zgodnie z kanonami naturalnej sprawiedliwości”.
Dziś często jest dokładnie odwrotnie. W myśli prawniczej dominuje pozytywizm. Prawo szanuje się najwyżej z tego powodu, że za jego nieprzestrzeganie grozi sankcja. Albo stara się ominąć za wszelką cenę. W najgorszym razie prawo państwowe rozumie się nie tylko jako coś odrębnego od etyki, lecz jako środek do wprowadzania kontr-etyki. Sędziowie uzurpują sobie rolę demiurgów kreujących nowy ład prawny. W ten sposób dokonują odgórnej transformacji kultury całego społeczeństwa.
Najdobitniej pokazuje to przykład Sądu Najwyższego w Stanach Zjednoczonych. Instytucja, zamiast ograniczyć się do realizacji swojej szlachetnej roli gwaranta Konstytucji zajęła się de facto kreacją prawa. W 1973 roku 9 tamtejszych sędziów dokonało legalizacji aborcji na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Z kolei w 2015 roku stwierdziło, że każdy Amerykanin dysponuje uprawnieniem do zawarcia homo-małżeństwa.
Problem ten dotyczy jednak nie tylko Stanów Zjednoczonych. Na całym Zachodzie i nie tylko „odpowiednie kodeksy, które przez stulecie były wzorowane na prawie kanonicznym, całkowicie się uniezależniły i są dziś kształtowane zgodnie z zasadą autonomii człowieka. Przejawami tego stanu rzeczy są upowszechnienie instytucji rozwodu, legalizacja związków homoseksualnych, obligowanie położnych (i ginekologów) do przeprowadzania aborcji”.
Pół biedy z resztą, jeśli niemoralne prawo wynika z sędziowskiego dyktatu. Gorzej, gdy stanowi w pełni demokratyczny wybór. Wtedy najdobitniej świadczy bowiem o upadku cywilizacyjnym.

Marcin Jendrzejczak

Źródło: Romano Amerio, Iota Unum. Książkę Romano Amerio pt. „Iota Unum” można zamówić w Wydawnictwie ANTYK, 05-806 Komorów, Klonowa 10a, tel. 227580359, antyk@wolfnet.pl

http://www.pch24.pl/romano-amerio-o-pra ... z4hhrDLke7


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 25 maja 2017, 19:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://forumdlazycia.wordpress.com/201 ... katolikow/

Tajemnica siły i potęgi katolików
Opublikowano Sierpień 14, 2016 by emjot

Obrazek

Nieraz słyszymy skargę: — Chcę się poprawić, chcę być lepszy, ale nie mogę.
W historii czytamy o wielkich wodzach i zwycięzcach, którzy jednak nie potrafili ujarzmić swoich złych skłonności. — Taki na przykład głośny Aleksander Wielki umiera przedwcześnie z powodu rozwiązłego życia.
Rozglądając się naokół widzimy zastraszający wprost zanik moralności, — zwłaszcza wśród młodzieży, — a nawet powstają związki iście piekielne, mające w programie zbrodnię i rozwiązłość. — Członkowie to owego związku popełnili głośne w Wilnie morderstwo profesora przy egzaminach.
Kina, teatry, literatura, sztuka — kierowane w wielkiej części niewidzialną ręką masonerii, — zamiast szerzyć oświatę, — gorączkowo pracują w myśl uchwały masonów:
— My Kościoła katolickiego nie zwyciężymy rozumowaniem, ale zepsuciem obyczajów.
Jak się temu oprzeć?
Zdawać by się mogło, że takie przyznanie własnej niemocy, — jak nie mogę się poprawić w podobnych okolicznościach — to objaw pokory.
Tymczasem gnieździ się w nim ukryta pycha.
A to w jaki sposób?
Otóż ci ludzie w wielu rzeczach przyznają, — że mogą to lub owo uczynić, tylko tej lub innej wady ujarzmić w takich lub innych okolicznościach nie są w stanie.
To wszystko dowodzi tylko, — że liczą oni jedynie na własne siły i uważają, że do tej granicy własnymi siłami to lub owo potrafią.
Tymczasem jest to nieprawdą, kłamstwem, — bo własnymi siłami, sami z siebie, — bez pomocy Bożej — my nic i to zupełnie nic nie potrafimy (por. J 15,5).
Wszystko, czym jesteśmy i cokolwiek mamy i możemy, — to od Pana Boga mamy i to w każdej chwili życia od Niego otrzymujemy,
— bo trwanie w istnieniu to nic innego, jak ciągłe otrzymywanie tego istnienia.
Sami więc z siebie nic nie potrafimy, chyba tylko zło, które właśnie jest brakiem dobra, porządku, siły.
Jeżeli uznamy tę prawdę i spojrzymy na Boga, od którego otrzymujemy w każdej chwili wszystko, co mamy, — natychmiast widzi­my, że On, Bóg, i więcej dać może i pragnie jako najlepszy Ojciec dać nam wszystko, co nam jest potrzebne.
Gdy jednak dusza sobie przypisuje to, co jest darem Bożym, — czyż Pan Bóg może ją obsypywać łaskami?
Przecież wtedy utwierdzałby ją w fałszywym i aroganckim mniemaniu.
Więc z miłosierdzia swojego nie daje tej obfitości darów i… — dozwala nawet upadek, — by dusza poznała wreszcie, czym jest sama z siebie, — by na sobie nie polegała, — ale z całą ufnością jedynie Jemu się oddała.
Stąd też upadki były dla świętych — szczeblami do doskonałości.
Biada jednak duszy, która nawet tego ostatecznego lekarstwa nie przyjmie, ale w pysze pozostając mówi: — nie mogę się poprawić, bo Pan Bóg też jest sprawiedliwy i z każdej udzielonej łaski zażąda ścisłego rachunku.
Cóż więc czynić należy?
Oddać się zupełnie z ufnością bez granic w ręce Miłosierdzia Bożego, którego uosobieniem z Woli Bożej jest Niepokalana.
Nic sobie nie ufać, bać się siebie, — a bezgranicznie zaufać Jej i w każdej okazji do złego do Niej jak dziecko do matki się zwracać, a nigdy się nie upadnie.
Twierdzą święci, — że kto do Matki Bożej modli się w pokusie, — na pewno nie zgrzeszy,
— a kto przez całe życie do Niej z ufnością się zwraca, — na pewno się zbawi.

***

Źródło: Św. Maksymilian Maria Kolbe o masonerii i Żydach. Pisma Wybrane, Krzeszowice 1998, s. 17-19

Za; https://forumdlazycia.wordpress.com/201 ... =44e3968df


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 31 maja 2017, 18:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.wyszperane.info/2016/08/14/m ... i-masonow/

Modlić się za Żydów i masonów!

z: http://www.pch24.pl/modlic-sie-za-zydow ... 183,i.html

Obrazek
Fot. Jakub Porzycki / FORUM


Przeciwnicy beatyfikacji i kanonizacji św. Maksymiliana często podnosili kwestię obsesyjnego – ich zdaniem – stosunku o. Kolbego do Żydów i masonerii. Oskarżano go – człowieka, który stworzył projekt rakiety! – o sprzyjanie… obskurantyzmowi, ciemnocie, zabobonowi, „zamkniętemu” i „nacjonalistycznemu” katolicyzmowi. Wreszcie, wytoczono przeciw niemu działo największe – oskarżenie o antysemityzm.
Niektórzy nawet posunęli się do porównań poglądów na „kwestię żydowską” Hitlera i św. Ojca Kolbego. Święty męczennik był opluwany, nazywany „żydożercą”. Nawet dziś jego pamięć jest szargana przez liberalnych zwolenników „katolicyzmu otwartego” i „społeczeństwa obywatelskiego”. Mając w świadomości fakt, iż pojęcia antysemityzmu używa się współcześnie raczej jako knebla, który ma zamknąć usta osobom inaczej myślącym, spójrzmy czymże ten święty człowiek, który ofiarował swe życie, by uratować od śmierci bliźniego, zasłużył na publiczną chłostę pomówień…
Ojciec Kolbe był gorącym katolikiem, czcicielem Niepokalanej Dziewicy, duchowym synem św. Franciszka. Trudno więc się dziwić, że ostrzegał przed zawartymi w Talmudzie bardzo negatywnymi określeniami chrześcijan i jawnymi bluźnierstwami przeciw Chrystusowi! I na tym przede wszystkim Maksymilian skupiał swoją uwagę jeśli chodzi o „kwestię żydowską”. Z drugiej jednak strony pożerała go miłość i troska o zbawienie wszystkich ludzi. W liście z 18 lipca 1935 roku pisał z Nagasaki do o. Mariana Wójcika, redaktora „Małego Dziennika”: Miłość wobec każdej duszy, włączając Żydów, masonów i heretyków, jest (…) jedyną drogą. (Pisma, tom II, nr 63, s. 182-186).
Oczywiście, był krytyczny wobec judaizmu, ostrzegał przed ekonomicznymi działaniami niektórych przedstawicieli narodu żydowskiego, niemniej należy cały czas mieć na uwadze fakt, że widział w Żydach bliźnich, za których się modlił i chciał im przyjść z pomocą.
O braku uprzedzeń rasowych niech świadczy choćby jego podziw dla Alfonsa Ratisbonne’a, nawróconego na katolicyzm Żyda. Warto podkreślić, że swą pierwszą Mszę św. Ojciec Kolbe odprawił w rzymskim kościele s. Andrea delle Fratte, w miejscu, gdzie Alfons miał cudowną wizję Matki Bożej, po której już na zawsze przylgnął do Kościoła Chrystusowego.
Swej – pozbawionej uprzedzeń – miłości do bliźnich, dał także świadectwo na początku wojny, gdy w Niepokalanowie znalazło schronienie ponad 1500 Żydów. Wbrew opiniom wrogów założyciela Niepokalanowa o „obsesji antyżydowskiej”, możemy znaleźć stosunkowo niewielką ilość wypowiedzi Świętego na ten temat. Z 2006 jego zachowanych listów, tylko 4 zawierają wzmianki o Żydach; z 396 artykułów, odczytów, notatek czy kazań radiowych, tylko 9 porusza tę kwestię.
W liście z Japonii (z 23 sierpnia 1934 roku) do br. Łukasza Kuźmy pisał: Co się tyczy Żydów, uważam, że należałoby poważnie podjąć zadanie nawrócenia ich, ale w sposób roztropny, doprawdy bardzo roztropny. Niekoniecznie trzeba o tym pisać na łamach „Rycerza”, ani w ogóle nie w sposób głośny. Być może w odpowiednim czasie „Rycerz” w jidysz spełni to zadanie. („Pisma”, tom 3)
Trudno za deklarację „antysemityzmu” uznać fragment artykułu z 1923 roku, jaki ukazał się w „Rycerzu Niepokalanej”, w którym o. Kolbe napisał – zgodnie z prawdą – iż wielu wodzów bolszewizmu, masonerii i teozofii w Polsce i na świecie, to osoby narodowości żydowskiej. Nawet jeśli chodzi o ekspansję ekonomiczną Żydów, bardziej kładł nacisk na rozwój polskich przedsiębiorstw, niż walkę z tą ekspansją: Lepiej jest nie mówić o wypieraniu Żydów, lecz raczej o rozwijaniu polskich przedsiębiorstw [list z 18 grudnia 1934 do wydawców „Małego Dziennika” (Pisma”, tom 3)].
Jak pisze o. Roman Aleksander Soczewka OFMConv, św. Maksymilian wskazywał konkretne środki nawrócenia Żydów i sam je stosował. Są to: modlitwa, katecheza i dyskusja z Żydami, podsuwanie im lektury, obdarowywanie Cudownym Medalikiem, wydawanie miesięcznika „Rycerz Niepokalanej” w języku hebrajskim lub jidysz, świętość życia i asceza, apele kierowane do Żydów.
Założyciel Niepokalanowa zwracał uwagę, by nawracając, postępować roztropnie i to bardzo roztropnie, bez budzenia nienawiści do Żydów, (…) gdy poproszą dobrowolnie o chrzest, bez antysemityzmu.
Trzeba przyznać, że o. Maksymilian Kolbe widział niebezpieczeństwo ze strony wielu Żydów i masonów. Ze strony Żydów – ekonomiczne i ideowe, ze strony masonów – przede wszystkim ideowe. Często – ku przestrodze – cytował zasady masońskie: Zniszczyć wszelką religię, a zwłaszcza chrześcijańską oraz: My Kościoła katolickiego nie zwyciężymy rozumowaniem, ale zepsuciem obyczajów.
Żydów i masonów traktował na równi z grzesznikami, heretykami, schizmatykami, poganami i ateuszami, których trzeba nawrócić na chrześcijaństwo dla ich dobra, dla dobra Polski i dla dobra, czyli chwały Niepokalanej Matki Bożej.
Św. Maksymilian mówił wprost, że nawrócenie to przekonanie potrzebującego nawrócenia, że jest on w błędzie, podanie mu Prawdy, która jest tylko jedna, i udzielenie sakramentu chrztu.
W kontekście „kwestii żydowskiej” warto przywołać wojenne wspomnienia franciszkanina br. Innocentego Wójcika (zmarłego w 1994 r.) z Niepokalanowa, który był świadkiem życia i działalności Świętego. Gdy Niemcy wkroczyli do Niepokalanowa (19 września 1939 roku), zabrali wszystkich zakonników do obozu. Gdy po trzymiesięcznej niewoli wygnańcy powrócili, Niepokalanów był zajęty przez Niemców (…). Maszyny zrabowane, wywiezione. W grudniu tegoż roku przywieziono około 2000 wysiedlonych Polaków z Poznańskiego i z Pomorza oraz 1500 Żydów. Ludzie ci wyrzuceni ze swoich domów często w nocy, słabo ubrani, nierzadko chorzy, z dziećmi – byli w opłakanym stanie. Wyrzuceni z pociągu, przepędzeni do baraków Niepokalanowa czuli się jak skazańcy. Ojciec Maksymilian z braćmi zatroszczył się, aby tym ludziom zorganizować jakieś pożywienie i ogrzać mieszkania. Bracia szli żebrać do gospodarzy po wioskach. Inni rozbierali mniej potrzebne szopy, parkany, aby ogrzać zmarzniętych. „Musimy wszystko zrobić, by ulżyć doli tych biedaków wyrzuconych z gniazd rodzinnych, pozbawionych najpotrzebniejszych rzeczy. Zajmijcie się tym, dzieci drogie, bo to nasza misja na najbliższe dni” – mówił o. Maksymilian.
Żydzi byli najbardziej nieszczęśliwi i niezaradni. Jednak atmosfera dobroci i troski o wszystkich przywracała spokój, budziła jakąś nadzieję i lepsze samopoczucie. Ojciec Maksymilian odwiedzał wysiedlonych i otaczał ich troskliwą opieką. Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, u nas było chłodno i głodno. Ojciec Maksymilian prosił braci, aby coś przygotowali dla wysiedlonych, zarówno dla Polaków, jak i Żydów. Był też św. Mikołaj dla dzieci. Bracia kwestowali w tym celu w Warszawie i okolicy.
Łatwiej jest dawać, gdy się posiada, ale wtedy odczuwaliśmy brak żywności. Porcje chleba a nawet zupy były wydzielane, aby dla każdego starczyło. Bracia ciężko pracowali w różnych warsztatach, potrzebowali więc pożywienia. Mimo to wydzielało się i dla wysiedlonych Żydów, tak jak dla swoich bliskich. Nie był to jednorazowy gest, ale trwało to dłuższy czas, dopóki Niemcy nie wywieźli wysiedlonych i Żydów w nieznane. O. Maksymilian nie bał się Niemców i później kilku Żydów ukrywało się w Niepokalanowie. Często żywiono ich, gdy przychodzili do furty klasztornej.
Taki oto był stosunek św. Maksymiliana do „kwestii żydowskiej”…

Artykuł jest fragmentem książki „Święty Maksymilian. Z miłości do Niepokalanej”, którą można zamówić na stronie swietymaksymilian.pl

Read more: http://www.pch24.pl/modlic-sie-za-zydow ... z4HKxhu5Ph


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 09 lip 2017, 08:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.pch24.pl/walka-duchowa--najl ... 795,i.html

Walka duchowa: najlepsze metody na pokonanie Złego
Data publikacji: 2016-09-07 08:00
Data aktualizacji: 2016-09-07 09:32:00

O walce duchowej niewiele się mówi w dzisiejszych czasach. Wydaje się to niepotrzebnym i niemodnym straszeniem. Tymczasem bez względu na chwilowe mody człowiek musi mierzyć się z szatańskimi pokusami – dziś tak samo jak kilkaset lat temu. Na szczęście są nadal duchowni idący pod prąd obowiązującym trendom. Jeden z nich porusza temat metod duchowej walki. W fascynujący sposób pisze o tym co dla katolika powinno być oczywiste – modlitwie, pokucie i bezlitosnej walce ze złem.

Ojciec Ed Broom OMI na swoim blogu porusza kwestię duchowych środków walki ze złem - także tym osobowym. Podkreśla, za papieżem Pawłem VI, że istnieją dwie skrajności w odniesieniu do zła. Pierwsza polega na zaprzeczaniu samego istnienia Złego Ducha. Druga zaś na wyolbrzymianiu jego potęgi. Tymczasem nie umywa się ona - przekonuje duchowny - do mocy Boga, Niepokalanej i świętych.

W przeciwstawianiu się wpływom Złego szczególną rolę odgrywa czujność. To właśnie jej brak doprowadził do upadku apostołów. Gdy jesteśmy kuszeni przez diabła, powinniśmy jasno zdać sobie z tego sprawę twardo się przeciwstawić. Samo uświadomienie sobie napadu ze strony wrogiej siły duchowej to klucz do odparcia ofensywy.

Po drugie, jak przekonuje o. Broom, niezwykle istotne jest unikanie okazji do grzechu. Ryzykowne postępowanie może łatwo doprowadzić do upadku. Dlaczego Ewa zerwała zakazany owoc? Bo zbytnio zbliżyła się do drzewa, na którym on rósł.

Niemniej istotna jest pokuta i modlitwa. Ta ostatnia może przybierać formę tyleż krótkich, co potężnych aktów strzelistych. Mogą one nieoczekiwanie szybko zmusić Złego do ucieczki. Wielkim wsparciem mogą okazać się także sakramentalia. Szkaplerz Karmelitański, medalik św. Benedykta czy woda święcona. Ta ostatnia - skromna i niepozorna - jest postrachem dla pysznego Nieprzyjaciela.

Duchowny podkreśla także ogromną rolę, jaką w walce duchowej odgrywa pokuta, rachunek sumienia i kontemplacja. Zauważa także, że reakcja na pokusę musi być natychmiastowa. W przeciwnym bowiem razie osłabiamy naszą wolę i otwieramy Złemu drzwi. Bardzo pomocne jest także zapoznawanie się ze Słowem Bożym i wdrażanie go w życie.

Naczelnym wrogiem czystości duszy jest lenistwo. Mówi o tym zarówno "Dzienniczek" świętej Faustyny, jak i słowa św. Jana Bosco. Za największe zagrożenie dla swoich wychowanków uważał wakacje. Zdawał sobie bowiem doskonale sprawę, że zbyt dużo czasu wolnego, poświęconego zabawie osłabia czujność i otwiera drogę Złemu.

Doskonałym środkiem przeciwko napadom zła jest także otwartość na kierownika duchowego i posłuszeństwo jego radom. Nieprzyjaciel woli, by pokusy były czymś tajemnym, nieujawnionym innym osobom. Tymczasem samo ujawnienie ich kierownikowi duchowemu stanowi poważny, często decydujący krok do pokonania pokusy.
O pomoc w walce ze złym duchem powinniśmy prosić Osoby szczególnie potężne. Jedną z nich jest Matka Boża, nazywana przez Meksykanów "generałem". Ona bowiem zmiażdżyła głowę starodawnego węża. Nieoceniona okaże się także pomoc św. Michała Archanioła. Jego skuteczność jest bowiem obecnie równie silna, co w czasach, gdy pokonał wodza zbuntowanych zastępów niebieskich.

"Starodawny wąż, szatan, może atakować nas swoim językiem i zionąć jadem, lecz jeśli polegamy na Maryi, Ona zmiażdży jego plugawą głowę. Niech żyje Chrystus Król! Niech żyje Maryja Królowa! Niech żyją Jezus i Maryja!" - kończy swój artykuł o. Ed Broom.

Tego typu teksty są szczególnie istotne w czasach zapominania o rzeczywistości duchowej walki. Dziś mało mówi się o istnieniu osobowego zła. Dowodem na jest choćby rezygnacja z egzorcyzmu podczas Chrztu czy też z modlitwy do św. Michała Archanioła po zakończeniu Mszy świętej. Określenie „Kościół Wojujący” niemal zniknęło z użycia.

Tymczasem stan współczesnego świata zachodniego staje się coraz bardziej opłakany. Grzech nie tylko jest tolerowany, lecz także staje się prawnie uprzywilejowany. Pokazuje to choćby legalizacja małżeństw homoseksualnych. Złemu duchowi udało się przekonać ludzi, że nie istnieje, co umożliwiło mu sukcesy. Miejmy nadzieję, że dzięki takim duchownym jak o. Broom przypomnimy sobie nie tylko o istnieniu Nieprzyjaciela, ale także o skutecznych sposobach pokonania go.

Źródła: catholicgentleman.net / catholicexchange.com

mjend


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 23 sie 2017, 18:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://gloria.tv/article/8C9Y1WEndZvADZuE7ioYqJSB4

12 stopni pychy według św. Bernarda
Eryk Łażewski | Sier 21, 2017

Co ciekawe, według tego świętego opata i Doktora Kościoła z XII wieku każdy stopień pychy może stać się stopniem pokory. W jaki sposób?

Wszyscy znamy powiedzenie, że „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Mało kto jednak wie, że przysłowie to ma związek z pierwszym traktatem mistycznym św. Bernarda z Clairvaux. Ten cysterski mnich w 1124 r. napisał bowiem „Księgę o stopniach pokory i pychy”. Pierwszym z tych stopni jest zaś, właśnie ciekawość. Wyliczmy tu je wszystkie.

1. Ciekawość

Chodzi tu o niepotrzebne interesowanie się bliźnimi. Niepotrzebne, czyli nie będące ani wzywaniem pomocy, ani jej udzielaniem.

Czytaj także: Pięć praktycznych wskazówek wychowawczych od rodziców św. Tereski
https://pl.aleteia.org/2017/08/20/piec- ... w-tereski/

2. Lekkomyślność

Polega ona na łatwym przechodzeniu od zazdrości, do radości ze swojej wydumanej wyższości. Zazdrość pojawia się wtedy, gdy pyszałek widzi kogoś od siebie lepszego. Radość zaś, jest wtedy, kiedy grzesznik dostrzega kogoś od siebie gorszego.

3. Niestosowna wesołość

Niestosowna, gdyż wynikająca ze zwracania uwagi na swe domniemane zalety, z czym łączy się nieuznawanie zasług drugiego. O człowieku, w którym panuje owa wesołość Bernard pisze, że jest on „skory do żartów, skłonny i pochopny do śmiechu”.

4. Chełpliwość

Można ją rozpoznać w wielomówstwie. Jeżeli więc ktoś jest chełpliwy, to – według Bernarda – łaknie on „i pragnie słuchaczy, przed którymi mógłby się popisać…, na których mógłby wylać to, co czuje, aby dowiedzieli się o jego wielkości”.

5. Odrębność

Wspomniana odrębność to po prostu lenistwo „w spełnianiu obowiązków wspólnych”, ale za to wielka gorliwość w realizacji wszystkiego, co odróżnia pyszałka od innych członków jego grupy.

6. Zarozumiałość

Zarozumiałość jest wiarą w to, iż się jest doskonalszym od innych.

7. Zuchwałość

Człowiek charakteryzujący się zuchwałością, „na zebraniach zajmuje pierwsze miejsce, w naradach pierwszy zabiera głos”.

8. Obrona grzechów

Sposoby tej obrony są rozmaite, np. ktoś stwierdza: „Nie zrobiłem tego”.

9. Kłamliwe wyznawanie grzechów

Pojawia się ono wtedy, gdy zaprzeczanie czynów publicznie znanych nic nie da. Lepiej wtedy (w mniemaniu pyszałka) w sposób udawany przyznać się do winy. Ludzie, którzy tak robią, „zmieniają winę swoją, powiększają tak bardzo, że wszystkie czynione im zarzuty brzmią niewiarygodnie… Kiedy zaś wina jest tak oczywista, iż w żaden sposób ukryć jej niepodobna, udają skruchę w głosie, choć nie ma jej w duszy”.

Czytaj także: Świętość na opak, czyli o drodze dla niedoskonałych
https://pl.aleteia.org/2017/05/04/swiet ... skonalych/

10. Bunt

Chodzi tu o bunt wobec przełożonego. Przełożonym, o którego tu chodzi, jest opat lub przeor klasztoru. Ale może to być również rodzic w przypadku buntującego się dziecka lub szef w pracy. Skutkami buntu są: opuszczenie danej wspólnoty np. rodzinnej i idąca za tym swoboda grzeszenia.

11. Swoboda grzeszenia

Z jej powodu człowiek – nie bojąc się już przełożonych (np. rodziców), ani nie wstydząc się innych członków wspólnoty (np. rodzeństwa) – „z tym większym wyuzdaniem, podsycanym całkowitą swawolą, zaspokaja swe żądze”. Na tym stopniu pychy, człowiek nie wyzbył się jednak jeszcze bojaźni Boga i dlatego dopuszcza się grzechów „nie bez pewnego wahania”.

12. Nałóg grzechu

Jeżeli jednak pierwsze występki grzesznika nie spotkają się z karą Bożą, wtedy taki nieszczęśnik szuka nowych rozkoszy; „te zaś uwodzą coraz bardziej. Rozbudza się pożądanie, rozum popada w stan uśpienia, a nałóg zacieśnia pęta”. Z powodu tego nałogu, człowiek „traci rozum” i bezmyślnie zbliża się do śmierci. To znaczy do potępienia wiecznego w piekle. Wtedy również, jak szaleniec, mówi on: „Nie ma Boga!”

Czytaj także: Św. Antoni Zaccaria: Pierwszy kanonizowany lekarz i jego recepta na świętość
https://pl.aleteia.org/2017/07/05/sw-an ... -swietosc/

Za kogoś, kto jest na którymś ze stopni pychy, nasz święty poleca się oczywiście modlić. Aby, gdy już się opamięta, znalazł się na odpowiednim stopniu pokory. Według Bernarda bowiem, każdy stopień pychy może stać się stopniem pokory. Będzie tak wtedy, gdy zamiast ulegać np. nałogowi grzeszenia, człowiek go w sobie rozpozna i zacznie z nim walczyć.

W takim przypadku 12 stopień pychy stanie się 1 stopniem pokory. „Podobnie 11 będzie drugim. 10 – trzecim. 9 – czwartym. 8 – piątym. 7 – szóstym. 6 – siódmym. 5 – ósmym. 4 – dziewiątym. 3 – dziesiątym. 2 – jedenastym. 1 – dwunastym”.

Cytaty pochodzą z „Księgi o stopniach pokory i pychy” przetłumaczonej przez S. Kiełtykę i zamieszczonej w książce „O miłowaniu Boga i inne traktaty”, Poznań 2000.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 06 wrz 2017, 18:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://ewapolak-palkiewicz.pl/odslona-gietrzwaldu-iii/

Odsłona Gietrzwałdu (III)
Posted on 29.08.2017 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Ona zmiażdży głowę węża

„Ludzie mówią o katolicyzmie, jakby to był rodzaj jakiejś duchowej spółdzielni, do której dołączasz, a później masz udział w zyskach”, zauważyła współczesna angielska pisarka, Muriel Spark, nawrócona z anglikanizmu. „Ale wiara katolicka to naprawdę coś więcej”.
Jest jakaś tajemnica w fakcie, że jako ci, którzy widzą i słyszą rzeczy dla innych niedostrzegalne i niesłyszalne, a obiektywnie istniejące – na mocy uroczystego orzeczenia Kościoła – wybierane są dzieci. Matka Boża przychodząc do wiejskich dzieci w epoce, gdy warstwy wyższe w Europie, zwłaszcza burżuazja, kręgi finansjery, administracji państwowej, miały o sobie wyjątkowo wysokie mniemanie, przychodzi więc także w istocie do wyrzutków społecznych. Fakt ten mącił spokój nie tylko zadeklarowanych ateistów i wyrafinowanych sceptyków. Był wyzwaniem, czy nawet publicznym zgorszeniem zwłaszcza dla ludzi, którzy cały wysiłek swojego życia włożyli w to, by „być naprawdę kimś”. Olśnić świat, wzbogacić się, zasłużyć na to, by bliźni oddawali im pokłon. (Czy jest jakaś różnica między tymi ambicjami a dzisiejszym pragnieniem „zaistnienia” w mediach, które spędza sen z oczu tak wielu młodym i starszym, czego symbolem jest ten krótki dialog znajomych: „Czego jesteś dziś taki wniebowzięty? – Wystąpiłem w reklamie Coca coli! Teraz czuję, że naprawdę żyję”).
Dlaczego więc w XIX i na początku XX wieku, by usłyszeć orędzie z nieba, by ujrzeć chwałę Maryi wybierane były prawie zawsze dzieci? Czy nie dlatego, że są pozbawione skłonności do sceptycyzmu, podejrzliwości wobec prawdy, która przyjmują ufając autorytetowi, czyli po prostu, mają wiarę? Jeżeli ją mają, jeżeli ich bliscy o to zadbali. „(…) żaden z filozofów żyjących przed Chrystusem, mimo wszystkich swoich wysiłków, nie wiedział tyle o Bogu i o tym, co konieczne do zbawienia, ile dzisiaj wie prosta kobieta, dzięki swojej wierze”, mówił św. Tomasz z Akwinu. „Wiara w formie gotowej i przystępnej przedstawia nam wszystko to, co trzeba wiedzieć, aby życie przeżyć dobrze”.

Obrazek
Hiacynta Marto i Łucja Dos Santos (Fatima 2017)


Dwunastoletnia Barbara Samulowska z Gietrzwałdu – w 1877 roku czarnowłosa dziewczynka o twarzy ciemnej jak oliwka, nieregularnych rysach, zadartym nosku, za dużych ustach i wystających zębach, wesoła i żywa jak iskra, o której mówiono, że „nie chodzi tylko skacze, gdy chcesz ją zatrzymać, ledwie się obróci, ledwie posłucha, wyrwie się i ucieka. Jest to obraz niczym nie skrępowanej swobody, obraz prostoty i natury”. Justyna Szafrańska, trzynastolatka, to jej przeciwieństwo. „(…)wstydliwości wielkiej, chodzi między ludźmi, jakby ich nie widziała, gdy pomaga w pracy, np. w nakrywaniu stołu, to wcale nie odrywa oczu od roboty swojej, choć izba pełna ciekawskich”. Nieśmiała, poważna, nadwrażliwa, dziś powiedziano by „wycofana”; nauka przychodziła jej z trudem, zdany pomyślnie egzamin z katechizmu – przed pierwszą Komunią – napawał ją radością. Takim to personom Matka Boża objawiła się sto sześćdziesiąt razy, przychodząc na klon nieopodal kościoła przez osiemdziesiąt dwa dni.. Rozmawiała z nimi po polsku, odpowiadała na pytania, a także prosiła o odmawianie różańca, powstrzymanie się od grzechów, życie w trzeźwości, czynienie pokuty i zbudowanie kaplicy. „Wydarzenia odbiły się szerokim echem w całej ówczesnej Europie, odświeżając zarazem niewygodną sprawę polską. Do Gietrzwałdu zaczęli masowo napływać pielgrzymi. Już w trakcie ich trwania miejscowość nawiedziło około trzysta tysięcy osób, w tym około dwustu księży”, odnotowuje kronikarz wydarzeń, ks. Krzysztof Łatak.
Wszystkie „widzące” dzieci w miejscach najbardziej znanych objawień Matki Bożej, mogły nie umieć pisać, nie znać tabliczki mnożenia, ani nawet zasad prostego dodawania i odejmowania, ale to nie znaczy, że były ignorantami w tym, co najważniejsze. Że były „głupie”. Przeciwnie, ich umysł działał prawidłowo, znały prawdy katechizmowe, dzięki swoim rodzicom i katechetom. Czy nie jest to dowód na to, że dla Boga liczy się stokroć bardziej wiara niż wiedza czysto racjonalna, która dziś pochłaniamy ogromnymi haustami? Już nam pojemności mózgowej niemal brakuje, nie starcza czasu, by to wszystko przyswoić, przetrawić, a przede wszystkim nie mamy kryteriów jej porządkowania. A jak przypomina św. Tomasz, to nie dzięki wiedzy, a „dzięki wierze rozpoczyna się w nas życie wieczne. Nie jest ono niczym innym jak poznaniem Boga. To jest życie wieczne – mówi Jezus – aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga (J 17, 3)”.
Można sądzić, że Matka Boża chciała ukazywać się i rozmawiać z tymi, których wiara była najbardziej jednoznaczna, szczera, pozbawiona obłudy. To nie znaczy, że nierozumna, naiwna i płytka. Przeciwnie. Właśnie logiczna, spójna, czysta. Gietrzwałd, tak samo jak Lourdes i Fatima, przekreśla racjonalistyczne oczarowanie ludzkiego umysłu, ukazuje, że nonsensem jest pojmowanie prawdy obiektywnej jako wymysłu ludzkiej wyobraźni, fantazji, przejawu wybujałej religijności. „Każdy krok postawiony w Lourdes [w Fatimie, w Gietrzwałdzie – EPP] kieruje nas ku rzeczywistości istniejącej n i e z a l e ż n i e od wewnętrznych uczuć. Ta rzeczywistość pobudza wiele uczuć, natomiast sama nie bierze z nich początku. Jest realna, obiektywna, istniejąca niezależnie od tego, co człowiek nosi w swoim wnętrzu. Lourdes [Fatima, Gietrzwałd] jest obiektywnym zjawiskiem, przed którym stoją miliony ludzi, nieskorych, by cokolwiek sobie wymyślać, a już szczególnie, by wymyślać sobie religię. Bardzo często są to ludzie w ogóle niewierzący. (…) Do Lourdes [Gietrzwałdu, Fatimy] trzeba jechać gotowym na wszystko, to znaczy na przyjęcie wszystkiego, co Bóg da, wszystkiego, co wynika z faktów, których Bóg jest przyczyną”, pisze współczesny niemiecki ksiądz (FSSPX).

Obrazek
Widok Lourdes


Można być pewnym, że umysł tak wybitnie inteligentnego człowieka, jakim był Bismarck nie był na to przygotowany. Miał on swoje założenia, swoją koncepcję. Była przez niego wypieszczona, był z niej dumny. Wydawało mu się, że własną myślą potrafi na wylot przenicować wszystko. Także to, jak myślą Polacy, jacy są przy tym nieskoordynowani, niefrasobliwi, jak zostają w tyle za narodem tak ambitnym i tak sprawnie działającym, niczym dobrze naoliwiona maszyna, jak Niemcy. Polacy byli dla niego czymś na kształt uprzykrzonej muchy, która go nieustannie denerwowała, ale którą musiał znosić, bo była niebywale sprytna.
Bismarck chciał uporządkować rzeczywistość polityczną według planu, który nosił w głowie, który nieustannie poprawiał i ulepszał. Ziemie polskie miały się stać niemieckimi – nie tylko administracyjnie, ale dogłębnie, gruntownie. Żadna cena nie mogła być zbyt wygórowana, by cel ten osiągnąć. Nawet fakt, że wielu w Europie pamiętało, że w istocie nie były one wcale własnością państwa pruskiego, zostały zagrabione, a ludność na nich istniejąca od wieków miała własną tożsamość narodową, religijną, kulturową. Kanclerz Rzeszy nie był jednak gotowy na wszystko! Nie dopuszczał możliwości, że oprócz jego wiedzy, jego wizji, jego uporządkowanego planu, przejrzystego schematu, istnieje jeszcze ogromna rzeczywistość, której nie da się ogarnąć myślą, do której nie da się dopasować żadnej koncepcji. A przede wszystkim, że oprócz jego władzy istnieje jeszcze inna, zupełnie inna, do niczego nie podobna władza. Jego przekonania podpowiadały mu, że kult Boga, kult Matki Najświętszej u polskich – także i niemieckich – katolików, to coś subiektywnego, wynik fantazji, tradycji, nawyków, intelektualnego prostactwa. Nie obowiązują tu żelazne prawa natury i solidne, stałe reguły, jakimi rządzą się społeczności ludzkie. A Bóg jest jedynie produktem ludzkich uczuć. Uczuć ludzi słabych, nieradzących sobie z trudami życia, a może też nadmiernie pobudzonych, uczuciowych, egzaltowanych, aż chorych z tego nadmiaru uczuć. Kimś takim był przecież on sam, w krótkim okresie swej młodości, gdy po sąsiedzku widywał nadzwyczaj uroczą i o dobrym sercu młodą kobietę, która jednak nie mogła zostać jego żoną.
Trzeba dodać, że owi XIX-to i XX – wieczni nieletni „widzący” byli bez wyjątku wychowani w środowiskach, w których potrafiono oddawać Bogu cześć. I czyniono to bez ociągania się. Nikt tam nigdy nie pracował w dni świąteczne. Święta Maryjne obchodzone były tak jak wszystkie święta kościelne. Z atmosfery pobożności wypływał w Gietrzwałdzie nawyk odmawiania modlitwy Anioł Pański także w dni powszednie, trzy razy dziennie, by choć na chwilę oderwać się od pracy i zwrócić się do Boga. (Dziś niestety nierzadko sami duszpasterze namawiają parafian, by pracowali w niedzielę, twierdzą na przykład, że nie jest grzechem zbieranie zboża, czy siana w niedzielę, przed deszczem. Jakby to, czy będziemy mieli co do ust włożyć zależało wyłącznie od człowieka, od jego pracowitości, nie od Boga. A suszę, deszcz i burzę zsyła nie Bóg, a natura. Z niekoniecznej pracy w dni świąteczne sami się dziś najczęściej rozgrzeszamy, topnieje liczba tych, którzy dają dobry przykład).

Obrazek
Aleksander Gierymski – Anioł Pański


Dlaczego więc nawet w takim środowisku, jak Gietrzwałd, w sierpniu 1877 roku Maryja była smutna i mówiła, że więcej nie przyjdzie, bo ludzie nie traktują Jej z szacunkiem? Jej słowa były pełne wyrzutu: „Nie ma żadnego poszanowania dla Mnie, ludzie nawet nie klękają, jeżeli nie nastąpi poprawa, nie przyjdę więcej”, powiedziała dziewczynkom.
Zewnętrzna postawa jest wyrazem stanu naszego umysłu i naszej duszy; tu nie chodzi o jakiś rytuał przyklękania, Bogu nie są potrzebne nasze pobożne gesty, ale nasze intencje, nasza szczerość; tu chodzi o świadomość, kim jest Bóg. Zatrważający jest zanik tej świadomości, godne pożałowania myślenie, że można żyć tak, zachowywać się tak, jakby Boga nie było. Anioł fatimski prawie czterdzieści lat później uczył portugalskich pastuszków klękać przed Bogiem, gdy się modlą, choć gdzie jak gdzie, ale w portugalskiej czy polskiej wiosce to, co nazywamy bojaźnią Bożą zachowane zostalo z pewnością lepiej niż w europejskich metropoliach tamtego czasu. Klękanie to najbardziej naturalna postawa człowieka wobec Boga. Jedyna właściwa. Uniżenie się człowieka wobec majestatu Boga to akt, który przynosi nieprawdopodobny wręcz pożytek nam samym, przypomina, kim jest Bóg, a kim jesteśmy my. Matka Boża najbardziej troszczy się właśnie o to.
A jednak już w XIX i XX wieku zdarzało się, że zapominano o tym. Dziś klękanie podczas Komunii św. uważane jest w wielu miejscach za rodzaj ekstrawagancji.

[img]http://ewapolak-palkiewicz.pl/wp-content/uploads/2017/08/Stanisław-Debicki-Modlitwa-1887.jpg[/img]
Stanisław Dębicki – Modlitwa


Czy jednak wszyscy, którzy byli bezpośrednimi świadkami cudów w Lourdes, Fatimie i Gietrzwałdzie, lub tylko znali je ze słyszenia, z niezliczonych relacji, z prasy religijnej i codziennej, odchodzili z tych miejsc jako ludzie wierzący? Nie. Mimo jednoznaczności wydarzeń w Lourdes, Fatimie i Gietrzwałdzie, mimo, że miały i mają tu miejsce fakty, którym nikt nie może zaprzeczyć, są ludzie, którzy nie są w stanie wyciągnąć z tego wniosków. Pozostają zimni, nieprzejednami jak faryzeusze. A przy tym nierzadko dziwnie zabobonni.
„(…) nienawrócony świat purytański lub pogański, ale może zwłaszcza purytański, ma bardzo osobliwe wyobrażenie o zbiorowej jedności katolickich spraw bądź myśli. Jego przedstawiciele, nawet jeśli nie są zapamiętałymi wrogami [Kościoła], tworzą najdziwniejsze spisy rzeczy, które ich zdaniem stanowią o życiu katolików, niezwykły wybór przedmiotów, takich jak świece, różańce, kadzidło (zwykle ulegają wrażeniu ogromnego znaczenia i nieodzowności kadzidła), szaty, ostrołukowe okna, a później cały zbiór rzeczy istotnych i nieistotnych rzucony w jakiejkolwiek kolejności: posty, relikwie, praktyki pokutne albo osoba papieża” (G.K. Chesterton, The Well and the Shallows tłum. Mariusz Krzewina).
Jeden z historyków opisał uroczystą “pielgrzymkę” Niemców z Wielkopolski do posiadłości Bismarcka Warcino z okazji jego osiemdziesiątych urodzin, we wrześniu 1894 roku. Ponad tysiąc osób licząca grupa zaopatrywała się na szlaku w „mydło Bismarcka”, „noże Bismarcka”, a także „tabaki, haczyki i spławiki z jego inicjałami oraz książęce podobizny niepojętej brzydoty” (wszystko do kolekcji z dwustu pięćdziesięcioma wieżami, które w całych Prusach na jego cześć nieustannie ustawiali Niemcy). Kanclerz był już emerytem i uraczył przybyłych – po solidnej porcji oracji i gratulacji z ich strony – przemówieniem, w którym przestrzegał przed „polskim zagrożeniem” uosobionym przez szlachtę i duchowieństwo, oraz ganił nowego kanclerza, Leo von Caprivi, za złagodzenie polityki germanizacyjnej. W swoim ogromnym parku otoczającym pałac w Warcinie były Kanclerz, namiętny myśliwy, grzebał ukochane psy i umieścił czternaście ich kamiennych nagrobków oraz jeden naturalnej wielkości posąg swojego ogiera zwanego Motylkiem, pod którym spoczywają do dziś zwłoki zwierzęcia.

Obrazek
Otto von Bismarck pod koniec życia w swojej posiadłości Warcino


Gdy pytamy o powody, dlaczego we Francji i Polsce Matka Boża objawiła się prawie w tym samym czasie jako Niepokalanie Poczęta, to warto przypomnieć, że był to czas ogłoszenia przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu N.M.P. (8 grudnia 1854 r.). Ale i fakt, że w Polsce kult Niepokalanie Poczętej był znany i zakorzeniony od dawna i to nas w Europie w pewnym sensie wyróżniało. W 1510 roku biskupi na synodzie w Gnieźnie uchwalili, by w naszym kraju obchodzono Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny jako uroczyste święto z oktawą. Szczycił się kultem tego przywileju Matki Bożej zwłaszcza Lwów – całą archidiecezję lwowską oddano pod opiekę Niepokalanie Poczętej Panienki. Pieczęć archidiecezji nosiła Jej wyobrażenie. Gdy w XVI wieku innowiercy zaczęli bluźnić przeciw Niej i stało się to powszechną plagą, magistrat Lwowa zgromadził sto argumentów teologicznych i filozoficznych, które przemawiały za tą prawdą wiary i przesłał je papieżowi. W XVII w. o. Stanisław Papczyński założył zakon Marianów, którego celem było rozpowszechnianie czci Niepokalanego Poczęcia Maryi. Król Władysław IV ustanowił order Niepokalanego Poczęcia, który miał być przyznawany za zasługi obrońców kraju. Jak pisze ks. Piotr Sosnowiecki: „Kiedy w 1699 r. odbierano Turkom Kamieniec Podolski, Polacy musieli się zobowiązać zostawić półksiężyc na chrześcijańskiej świątyni, która najeźdźcom służyła jako minaret. Traktatu tego dochowali w ten sposób, że na półksiężycu umieścili figurę Matki Bożej Niepokalanie Poczętej”[1]. Od tego czasu postać Niepokalanej depczącej półksiężyc jest zwieńczeniem wielu świątyń polskich, zwłaszcza tych na Kresach.
Kardynał John Henry Newman, wielki teolog, nawrócony z anglikanizmu, w jednym z kazań, wygłoszonym 1854 r., na cztery lata przed ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matki Najświętszej, uświadomił słuchaczom strategię Maryi, która nie ma odpowiedników w żadnym ludzkim działaniu:
„ (…) od samego początku Kościół głosił Chrystusa, zasiadającego na tronie w swojej świątyni, ponieważ był On Bogiem – niemożliwe było, aby Wyrocznia Prawdy ukrywała przed wiernymi prawdziwy przedmiot ich adoracji. Z Maryją rzecz miała się inaczej. Wypadało, aby Ona, stworzenie, matka i kobieta, stała z boku, czyniąc przejście dla Stwórcy; ażeby usługiwała swemu Synowi, przekonując świat, że zasługuje na jego hołd poprzez swoją pełną słodyczy i wdzięku postawę. Dopiero, gdy zaczęto lekceważyć Jego imię, wtedy Ona przyszła Mu z pomocą. Kiedy odrzucono Emmanuela, wówczas Matka Boga wysunęła się, niejako do przodu. Gdy heretycy ogłosili, że Bóg nie stał się człowiekiem, wówczas nadeszła godzina Jej własnej chwały. A gdy się to działo, Ona również poradziła sobie z walką, ale walczyła nie dla siebie. Żadne ostre spory, żadni prześladowani wyznawcy, żadni herezjarchowie, żadne anatemy nie były konieczne, aby Jej osoba stopniowo ukazała się w pełni. Jak dzień po dniu w Nazarecie wzrastała w łasce i zasługach, a świat nic o Niej nie wiedział, tak też w ciszy została wyniesiona wysoko i zajęła swoje miejsce w Kościele poprzez łagodne oddziaływanie, naturalną koleją rzeczy. (…) Na Syjonie mocno stanęlam… Wyrosłam jak cedr na Libanie i jak cyprys na górach Hermonu. (…) Tak wyrosła, niezasadzona ludzkimi rękami, i odniosła swoje skromne zwycięstwo, i wywiera swój łagodny wpływ, o który nie prosiła. Kiedy pośród Jej dzieci powstała dysputa wokół Jej osoby, Ona ją wyciszyła. Gdy wysuwano pod Jej adresem zastrzeżenia, Ona zrezygnowała ze swych praw i czekała – aż do teraz. I w naszych czasach, jeśli taka będzie wola Boga, Maryja otrzyma swą najjaśniejszą koronę – oto (…) będzie sławiona jako niepokalanie poczęta”.


Sir Everett Millais – Kard. John Henry Newman


Kardynał Newman nazywa Maryję obrończynią wielu prawd, na jej delikatny, kobiecy, ale nieugięty zarazem sposób. Każda z nich jest prawdą o Jej Synu, a więc i o Niej. Wszystko, co Ona mówi i czyni, jest opowieścią o Nim – i o niebie, które przychodząc na ziemię Ona uosabia.
Dlatego odkryć Ją mogą – nie na sposób sentymentalny – ludzie uważni, logiczni, bystrzy, konsekwentni, dobrzy obserwatorzy, którzy łączą skutek z przyczyną, ocean ze źródłem, firmament z jego Twórcą. Ludzie uczciwi intelektualnie, a zarazem wrażliwi jak poeci, jak niewinne dzieci, bo tylko tacy ludzie dostrzegą bogactwo znaczeń w prawdach, jakie głoszone są przez Kościół na temat Maryi – głoszone były i wcześniej, i w czasach Newmana i potem, aż do Soboru – oraz ich piękno i harmonię. Syn i Matka muszą być zawsze razem. Jeśli uznajemy bóstwo i człowieczeństwo Syna, uznanie boskiego macierzyństwa Maryi jest „zabezpieczeniem apostolskiej doktryny przed wszelką wieloznacznością”.
„Gdy z upływem czasu złe duchy i fałszywi prorocy stali się silniejsi śmielsi, znajdując nawet dojście do katolickiej wspólnoty wierzących”, ciągnął kardynał Newman, „wówczas Kościół prowadzony przez Boga nie znalazł skuteczniejszego i pewniejszego sposobu na ich wyrzucenie, niż użycie przeciw nim tego właśnie słowa Deipara. Z drugiej strony, gdy kolejny raz owe złe duchy i fałszywi prorocy wynurzyli się z królestwa ciemności w XVI wieku, planując całkowite zniszczenie wiary chrześcijańskiej, nie potrafili znaleźć pewniejszego środka dla realizacji swego nienawistnego celu, jak szyderstwa i bluźnierstwa przeciw przywilejom Maryi – dobrze wiedzieli, że jeżeli raz uda im się przekonać świat, aby zlekceważył Matkę, bardzo szybko pojawi się też brak czci dla Syna. Kościół i Szatan w tym jednym byli zgodni, że Syn i Matka są zawsze razem. Doświadczenie trzech ostatnich stuleci potwierdziło ich świadectwo: katolicy, którzy czcili Matkę, nadal czczą i Syna, podczas gdy protestanci, którzy teraz przestali oddawać cześć Synowi, zaczęli od szyderstw z Jego Matki”. („The Glories of Mary for the Sake of Her Son”, Discourses Addressed To Mixed Congregations, Londyn, Nowy Jork, Bombaj, 1906, tlum. Paweł K. Dlugosz; za: Zawsze Wierni nr 12 (151))


Everett Millais – Jezus w Domu rodzinnym (fragment)


Może dlatego Matka Boża, która w Gietrzwałdzie objawiła się jako Królowa, w chwale, na wspaniałym tronie, otoczona najpiękniejszymi Aniołami, oddającymi Jej hołd, wyraziła smutek, gdy nie okazano Jej szacunku, czyli nie zrozumiano obrazu, jaki się ukazał ludzkim oczom. Objawiła się na ziemi, która zawsze należała do Niej. Nigdy nie skaził jej protestancki błąd i nonszalancja ignorantów religijnych przeradzająca się we wzgardę.
Trzeba wreszcie przywołać postać gietrzwałdzkiego proboszcza z czasów objawień, ks. Augustyna Weichsela. „Objawienia z początku przysporzyły mu czci, ale wkrótce drwiny, pogardę i wszelkiego rodzaju prześladowanie”, tak wspomina jeden ze współczesnych mu księży, jego sąsiad. „Dlatego kilkakrotnie będzie pozywany do sądu, trzymany pod strażą przez policjantów, nie jeden raz jego osoba nie jest bezpieczna przed mordercami (15.X.1877). Z objawień nie ma żadnego zysku materialnego, ale szkody, ponieważ darmo żywi wielu pielgrzymów i ponieważ przy tym niejedno ginie. Jego zdrowie jest bardzo osłabione przez liczne zajęcia duszpasterskie dla pielgrzymów, tak że dalej może pracować z wielkim trudem i poświeceniem. (…) Ze strony przeciwników uczyniono mu zarzuty, że skłania się do mistycyzmu, że jest pobożnisiem i marzycielem. W jego szczerość absolutnie nie można wątpić. W protokołach podaje on takie fakty, które przemawiają przeciw prawdziwości objawień. Jego sumienie nie pozwala opuścić czegoś niekorzystnego”.

Obrazek
Ks. Augustyn Weichsel


„Ludzie mówili, że ksiądz Weichsel to święty”, takie zdanie często pojawia się w opisie wydarzeń w gietrzwałdzkiej parafii. „Opis jego cnót oraz praktyk wzmacniali słowami „mocno” albo „gwołt”, czyli: „gwołt pościł”, „gwołt w kościele siedział”, „gwołt się modlił”, a był „mocno dobry”, „mocno pobożny”, „mocno uprzejmy”, „mocno przyjemny””, pisze o Proboszczu z Gietrzwałdu ks. Krzysztof Łatak CRL „(…) Przede wszystkim był to człowiek świątyni, co w przypadku księdza i proboszcza jest niezwykle ważne. Żył w cieniu ołtarzy. (…) Jego duchowa siła ujawniła się w odprawianych kilkakrotnie egzorcyzmach, które na świadkach robiły ogromne wrażenie. (…) W Gietrzwałdzie ks. Weichsel spędził czterdzieści lat swego życia. Był tu gospodarzem i duszpasterzem. Parafia miała wówczas spory folwark (…). Wszyscy przybywający do Gietrzwałdu w czasie objawień i później z uznaniem wyrażali się o jego uprzejmości i gościnności. Podejmowanie w Gietrzwałdzie duchownych i zezwalanie im na odprawianie mszy świętych w kościele w czasie kulturkampfu było zresztą jedną z przyczyn nakładanych na niego kar, a także osadzenia go w areszcie w Olsztynie. (…) Umierając kazał spalić wszystkie księgi dłużnicze, aby nie wiedziano kto i co był mu winien. Kiedy wyszedł z więzienia parafianie procesjonalnie wprowadzili go do kościoła; kiedy leżał śmiertelnie chory modlili się o cud, a kiedy zmarł trumnę z ciałem obnieśli trzy razy wokół kościoła, zanim złożyli ją w grobie. (…) Historykowi zajmującemu się hagiografią jego postać kojarzyć się może z postacią św. Jana Marii Vianney, głośnego proboszcza w Ars we Francji, zmarłego 4 sierpnia 1859 roku i beatyfikowanego 8 września 1904 roku”.
O nadzwyczajnych objawieniach w Gietrzwałdzie ks. Augustyn Weichsel powiadomił biskupa warmińskiego Filipa Krementza 8 sierpnia 1877 r. Oprócz szczegółowego opisu wydarzeń na podstawie relacji wizjonerek, dodał: „Co do mnie, to jestem całkowicie przekonany o rzeczywiście zachodzącym objawieniu, częściowo kiedy patrzę na dzieci, z twarzy których można wyczytać niewinność, szczerość, owszem prostotę dziecięcą, częściowo poruszony do wiary przez inne okoliczności, gdy przyszli do mnie ludzie, a można o nich mówić otwarcie, którzy odbyli tu podróż przywiedzeni łaską Bożą”. Proboszcz na czas objawień rozdzielił dziewczynki i zapewnił im mieszkanie u gospodarzy cieszących się dobrą opinią, by uniknąć nawet pozoru, że ktoś z bliskich wywiera na nie wpływ. Józef Gross, gospodarz z Woryt, u którego zamieszkała Barbara, zeznał przed Komisją biskupią: „Jest u mnie od czterech tygodni. W tym czasie poznałem ją jako bardzo dziecinną. W żaden sposób nie jest przebiegła, nawet musi się ją nazwać prostą lub naiwną. (…) Nauczyciel chwali szczególnie wspaniałomyślność dziecka. Rodzice są prawymi ludźmi szczególnie matka jest bardzo skromna i gorliwa w służbie Bożej”.
Ks. Weichsel postarał się o przyjęcie Justyny Szafrańskiej i Barbary Samulowskiej – zgodnie z wolą Maryi – przez Siostry Miłosierdzia z Lidzbarku Warmińskiego. Gdy zakonnice zostały stamtąd przez Niemców wypędzone, Justyna i Barbara przez Chełmno dotarły do Pelplina, gdzie, wydawało się, były już bezpieczne. Tu ukończyły szkołę, a następnie obie wstąpiły do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. Wysłano je jednak po roku do Paryża, mając na uwadze ich bezpieczeństwo, bo władze pruskie wciąż wykazywały nadmierne zainteresowanie ich osobami; w roku 1884 znalazły się w paryskim domu macierzystym zgromadzenia przy Rue du Bac, gdzie pięćdziesiąt lat wcześniej objawieniami obdarzona została siostra Katarzyna Labourè, późniejsza święta, apostołka Cudownego Medalika.

Obrazek
Siostra Barbara Stanisława Samulowska w Gwatemali pod koniec życia (lata 50 XX w.)


Barbara jako siostra zakonna najpierw zajmowała się dziećmi z ochronki, po dziesięciu latach została wysłana do Gwatemali i tam pozostała do końca swego długiego życia, posługujac głównie w szpitalu. Jest kandydatką na ołtrze, jako wzorowa, pełna poświęcenia dla bliźnich, cierpliwa i wielkiej dobroci zakonnica. Droga Justyny z kolei, po kilku latach pobytu w klasztorze, stała się pogmatwana; zdecydowała się opuścić Zgromadzenie, jej życie nie było szczęśliwe.
Ks. Weichsel był świadkiem owoców, jakie przyniosły objawienia, nie tylko w jego parafii. Obserwował odrodzenie życia religijnego, także poza Warmią, zapał do modlitwy, rozwój bractw trzeźwości, liczne powołania zakonne. Spora grupa Warmiaków ślubowała abstynencję do końca życia. Małe parafianki ks. Weichsla, które widziały Matkę Bożą i rozmawiały z Nią, zostały otoczone przez niego ojcowską opieką. Było oczywiste, że skoro stały się tak znane wśród pielgrzymów, ludzie oblegali ich domy, domagali się relacji ze spotkań z Matką Bożą, a są jeszcze dziećmi, ta popularność nie będzie im służyć, zwlaszcza w czasach kulturkampfu. Zagrożone były aresztowaniem przez pruską policję, wzrost nastrojów patriotycznych był bowiem ewidentny [2] nie tylko w sąsiedztwie Gietrzwałdu, nie tylko na Warmii; do miejsca objawień ciągnęły milionowe tłumy, przede wszystkim Polacy, ale także Litwini, Niemcy. Najczęściej piechotą lub wozami i koleją. Także szlachta i ziemianie przyjęli tę formę podróżowania, nie widziało się w Gietrzwałdzie wystawnych powozów.
Istnieją narody, które długo noszą w pamięci historycznej wspomnienie swoich wielkich klęsk. Towarzyszy im ono niczym ból zęba, z którym nie sposób żyć. I choć mijają setki lat, wciąż szukają odwetu. Otto von Bismarck był człowiekiem z pamięcią zatrutą zwycięstwami historycznymi Polski (co nie przeszkadzało mu być uznawanym przez swój naród za n a j s k u t e c z n i e j s z e g o niemieckiego polityka). Jaki działa ten mechanizm? Bismarck – świadomie lub intuicyjnie – kontynuował strategię Lutra i jego następców, którzy starali się zlikwidować katolicyzm na ziemi niemieckiej, postrzegany jako „podległość wobec Rzymu, niegodną prawdziwego patrioty niemieckiego” (Vittorio Messori). Messori przypomina też, że to wcale nie zamach stanu doprowadził w Niemczech Hitlera do władzy – i dlatego chybione jest sprowadzanie Hitlera do bezbarwnej marionetki w rękach sił o wiele go przewyższających. „Jest błędem wystawianie go na pośmiewisko, czynienie z niego karykatury w filmie Dyktator Charliego Chaplina. To właśnie idąc za domniemaną kukłą, za przemyślaną karykaturą, naród należący do najbardziej utalentowanych i wykształconych w świecie podpalił Europę i nie wahał się przed ostatecznymi ofiarami”.


F. v. Lenbach – Otto von Bismarck


Bismarcka nikt kukłą nie nazywał. Mawiano o nim „zdziczały geniusz” (Julian Klaczko), „kanalia” (Agenor Maria hr. Goluchowski, w czasach Bismarcka minister spraw zagranicznych Austro-Węgier), a prof. Józef Feldman, autor dzieła Bismarck a Polska (1938), choć widział wyraźniej niż inni cynizm jego polityki, nie wahał się uznać go za „najbystrzejszego polityka swego stulecia”. A jednocześnie sam Bismarck potrafił wypowiadać na temat Polaków opinie dość rozbieżne. Można w nich odnaleźć ślad fascynacji narodem, który był tak bardzo od Niemców różny, denerwował, ale i intrygował. Bismarck przyznawał na przyklad, że jesteśmy mistrzami świata „w konspiracyjnym współdziałaniu znanym w całej Europie” i zarazem ostrzegał, że nasza kulturowa przewagę nad Rosjanami, fakt, że bijemy ich na głowę umiejętnością finezyjnego działania i wykształceniem, powoduje, że potrafimy wywoływać wśród nich nastroje wywrotowe oraz nastawiać opinię rosyjską przeciw Niemcom. Solą w oku była też dla niego solidarność polskiego ziemiaństwa i chłopów w zaborze pruskim. Coś takiego było u Niemców nie do pomyślenia, rozwarstwienie kulturowe i materialne społeczeństwa było w Prusach czymś na kształt koegzystowania dwóch różnych cywilizacji .
Określenie wojny władz pruskich z Kościołem katolickim i katolikami za czasów Bismarcka mianem „walki o cywilizację (kulturę, oświatę)” zdradzało zamysł identyczny jak idea Lutra – oderwać siłą ludność poddaną władzy cywilnej sprawowanej przez protestantów od znienawidzonego Rzymu, „ostoi wstecznictwa i umysłowego zacofania”. Czyniono to zawsze i niezmiennie w imię p o s t ę p u, ekspansji, zaboru ziem i bogactw oraz zimnego, technicznego pragmatyzmu.


Wojciech Kossak – Rugi pruskie


„…ci protestanci udają zawsze, że nasz Kościół jest przeciwko oświacie”, przypominał prof. Stanisław Tarnowski ((1837–1917), rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jeśli prześladowanie Kościoła nazwano walką o oświatę (Kulturkampf), to zabieg ten miał taki cel, by Kościół poddać władzy świeckiej „nawet w rzeczach duchownych”. Przemyślna strategia wprawiona w ruch przeciwko Polakom przez ulubieńca pruskich mieszczan i bogatych chłopów – choć sam tym żywiołem pogardzał, będąc snobistycznego usposobienia, i zawsze liczył w głębi ducha na przyjaźń głów koronowanych – dla którego nie istniały rzeczy niemożliwe, wola uchodziła za żelazną, sława jaśniała w całej Europie, a sukcesy polityczne wydawały się płynąć nieprzerwanym strumieniem, przyniosła końcowy rezultat przeciwny do zaplanowanego. W rozprawie z Polakami Bismarck poniósł dotkliwą porażkę. Twórca niemieckiego państwa opiekuńczego stracił w końcu łaskę cesarza, został w upokarzający dla siebie sposób zmuszony do dymisji (w 1890 roku); zarzucano mu, że jego polityka jest niegodna wielkiego mocarstwa. Niektórzy historycy wciąż powołują się na patriotyzm Bismarcka, który miał być jego główną motywacją. Ale pojawia się też słowo „obsesja”. Nie wykluczone, że stosunek Bismarcka do Polaków miał w sobie coś z natręctwa. Wielkość Niemiec – państwa zjednoczonego, z najważniejszym obszarem, jakim były Prusy, ziemią, która historycznie do nich nie należała – jako cel, opanowała jego umysł i psychikę. Do odbudowy Polski nie chciał dopuścić, bo musiałoby się to odbyć kosztem Prus, bez których potęga Niemiec stałaby się problematyczna. Tak samo uważali i postępowali Krzyżacy. Tą samą teutońską zasadą wobec Polaków kierowała się Rosja.
Swoją potęgę Prusy zbudowały na rozbiorowej grabieży polskiej ziemi. Polska żyjąca wciąż w Polakach dzięki ich wierze, była stałym wyzwaniem dla Żelaznego Kanclerza, a może i niepokojem. Tlącym się gdzieś na dnie duszy wyrzutem sumienia. Klęska jego polityki była jego klęską osobistą (zbiegła się zresztą w czasie z chorobą i śmiercią bardzo kochanej przez niego żony, Johanny von Putkammer; nie chciał złożyć jej ciała w grobie, trzymał je przez kilka lat, obłożone lodem, w swojej oranżerii). Pomimo tak licznych talentów i uznania go za męża opatrznościowego przez protestanckich Niemców, przeświadczonych o swym powołaniu do stuprocentowego sukcesu. Wszystko przecież było tak solidnie przemyślane!

Obrazek
Bernardeta Soubirous (Lourdes, 1858 r.)


Sen

Tłum gęstniał, zewsząd nerwowe pytania
cofnąć się niepodobna, odwrócić na pięcie
— z Kimś ważnym miało dojść do spotkania
o dziewczynie szeptano w szarym swetrze

W końcu stanąłem tuż przed Jej obliczem
i wtedy zrozumiałem, że to musi być Ona
więc na Nią czekałem przez całe me życie
— bez słów rozmowa była, ta wytęskniona

Patrzyłem Jej w oczy, ucałowałem w rękę
zwróciła spojrzenie w stronę swego Syna
więc to był Sąd, tak Życie stało się wieczne
— i decyzja, w mgnieniu oka się ustaliła

Młodzieniec w płaszczu, chyba z powstania
skąd tylu ludzi, których nigdy nie znałem
mijamy stopnie kamienne jak przykazania
wspinamy się w górę nie męcząc się wcale

Wszyscy złączeni ofiarą dawnych intencji
mówią do siebie w zrozumiałych językach
pod chmurami znika gwar Metropolis
mozołu Wieży Babel stąd wcale nie widać

Ile trwać będzie podróż, może sto wiosen
już wyraźnie zagina się czas i przestrzeń
i wszystkie aromaty w jednym flakonie
którego zawartość nigdy się nie wyczerpie

Wojciech Miotke (sierpień 2017)




Ciąg dalszy niebawem

https://www.youtube.com/watch?v=7VURGGRGoCM

[1] Ks. Piotr Sosnowiecki: Królowa Korony Polskiej, Pelplin 1932
[2] Ojciec Honorat Koźmiński, zamknięty przez władze carskie w areszcie domowym w klasztorze kapucyńskim w Zakroczmiu, na wieść o objawieniach Matki Bożej założył pierwsze – z licznych później powstałych z jego inspiracji – zgromadzenie zakonne.

Powiązane Wpisy:
Odsłona Gietrzwałdu (II)
http://ewapolak-palkiewicz.pl/odslona-gietrzwaldu-ii/
Odsłona Gietrzwałdu
http://ewapolak-palkiewicz.pl/oslona-gietrzwaldu/
Gdy zniżamy loty… (część III)
http://ewapolak-palkiewicz.pl/gdy-zniza ... konczenie/
Nowe szaty cesarza (część III)
http://ewapolak-palkiewicz.pl/nowe-szat ... czesc-iii/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 25 wrz 2017, 07:55 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30980
Znak Królestwa Bożego

Jeśli chrześcijanin, podobnie jak kameleon, przybiera kolory swojego otoczenia, nie stanowi już namacalnego znaku Królestwa Bożego: a przecież jesteśmy powołani, aby nadawać smak środowiskom, w których się znajdujemy przez dawanie jasnego i jednoznacznego świadectwa naszej katolickiej wierze – mówił w sobotę, 23 września, ks. kard. Robert Sarah podczas Ogólnopolskiego Forum Duszpasterskiego, które odbyło się w Poznaniu.

Prefekt watykańskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów był gościem specjalnym spotkania w stolicy Wielkopolski pod hasłem: „Jesteśmy napełnieni Duchem Świętym (por. Dz 2,4)”. Słowa te są tematem przyszłorocznego programu duszpasterskiego Kościoła w Polsce.

W auli Centrum Wykładowo-Konferencyjnego Politechniki Poznańskiej ks. kard. Sarah wygłosił referat nt. „Duch świętości w Kościele”. Przypomniał, że Duch Święty objawia się jako Ten, który jest od samego początku związany z Wieczernikiem. – Z Wieczernika, z tego małego pomieszczenia, wyszedł Kościół katolicki napełniony tchnieniem Ducha Świętego, aby z czasem zdobyć cały świat dla Chrystusa – mówił do uczestników forum gość z Watykanu.

W prezentowanym wykładzie zauważył, że misja Kościoła nie zależy od inicjatywy człowieka, ale jest owocem działania Ducha Świętego. Prefekt watykańskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zwrócił uwagę na najważniejsze posłannictwo Kościoła, którym jest „misja duchowa i nadprzyrodzona, zmierzająca do zbawienia dusz i roztaczająca opiekę nad ciałem o tyle, o ile jest to ukierunkowane na zbawienie duszy".

Ks. kard. Sarah przypomniał, że ekonomia sakramentalna Kościoła jest ściśle powiązana z misterium wylania Ducha Świętego na Kościół, a „świętość i uświęcenie Kościoła, dzieła Ducha Świętego, dokonują się w sposób bardzo konkretny poprzez materialną widoczność siedmiu świętych znaków sakramentalnych”.

Zaznaczył, że mówiąc o statystykach i liczbach w Kościele, nie należy zwracać uwagi na liczbę wiernych, ale na świętość i jedność Kocioła. – Nie bójmy się, Drodzy Bracia, jeśli czasami w pewnych miejscach lub w pewnych momentach nasza liczba zmniejsza się do niewielkich, nawet bardzo niewielkich rozmiarów – mówił gość z Watykanu. – Dla Kościoła kluczową jest nie kwestia ilości, ale świętości, jedności Kościoła w Duchu Świętym, jedności doktryny i nauczania moralnego – podkreślił purpurat.

Prefekt watykańskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów przestrzegał też przed „wywietrzeniem soli naszej wiary", „kupczenia słowem Bożym lub jego zafałszowaniem". – Nie wolno nam poświęcać jakości duchowej na rzecz liczb, w przeciwnym wypadku będziemy mieli wielu takich, którzy definiują się katolikami, ale którzy głęboko zasmucają Ducha Świętego przez swoje postępowanie i przez skażone grzechem serca – stwierdził prelegent.

Podkreślił, że jeżeli poświęca się prawdę po to, aby uniknąć trudności wpisanych w dawanie świadectwa wierze, chrześcijanin nie jest już solą i na nic się nie przyda. Ks. kard. Sarah przypomniał, że Jezus prosi nas, abyśmy nie pozwolili wywietrzeć soli naszej wiary, co wiąże się z koniecznością wytrwania w wierze katolickiej i zachowaniem ciągłości nauczania moralnego Kościoła.

– Należy więc na poziomie duszpasterskim koniecznie odnaleźć właściwą równowagę pomiędzy elitarnym rygoryzmem, który każe wyobrażać sobie Kościół jako wspólnotę doskonałych, a szkodliwym laksyzmem, który nawet przy dobrych intencjach przyciągnięcia do Kościoła jak największej liczby wiernych, dokonuje nieuprawnionych cięć w dziedzinie doktryny wiary, nauczania moralnego Kościoła i obyczajów – podkreślił purpurat.

Mówiąc o zachodniej kulturze, zauważył, że pojęcie grzechu zostało w niej rozmyte i prawie już nie funkcjonuje w świadomości społecznej, a wśród wiernych, ale także kapłanów, obserwuje się niechęć do sakramentu pojednania. Ks. kard. Sarah wyraził opinię, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest „powszechne duchowe zdezorientowanie, polegające na zachowaniu z jednej strony ogólnego przeświadczenia o własnej grzeszności, z drugiej zaś na zatraceniu świadomości co do natury grzechu, a w konsekwencji do konieczności wyznania go i błagania Boga o wybaczenie”.

Prefekt watykańskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów stwierdził, że zgodnie z dzisiejszym sposobem myślenia dla wielu nic nie jest już grzechem. – Cudzołóstwo już nie istnieje, są tylko ludzie, którzy żyją razem, ponieważ się kochają; kochać spontanicznie i szczerze, według własnych subiektywnych upodobań i tendencji, nie jest już grzechem – mówił gość z Watykanu. Zaznaczył, że w ten sposób rozumuje się dzisiaj również wewnątrz Kościoła katolickiego. – A jest tak dlatego, że nie wierzy się już w Chrystusa, czyli nie traktuje się poważnie ceny za Jego Krew przelaną w ofierze za nas jako za grzeszników. Jeśli już nie wierzymy w grzech, nie potrzebujemy też odkupienia, zbawienia i Chrystusa, a Jego wcielenie i śmierć są dla nas bezużyteczne. Nie musimy już żałować za popełnione zło i nawracać się – stwierdził ks. kard. Sarah.

Przypomniał, że zgodnie ze słowami Jezusa, Tym, który przekona świat o grzechu, sprawiedliwości i sądzie, jest Duch Święty.

Podkreślił również, że „niezawodnym znakiem, że Duch świętości działa w naszych sercach, jest to, że poważnie traktujemy nasz grzech, nie lekceważymy go, nie stroimy sobie żartów ze straszliwej śmierci Chrystusa na Krzyżu”. Jeśli jednak Duch Święty nie działa w nas, konsekwencje są odwrotne: „grzech nie jest traktowany poważnie; głosi się lub pisze, że można dopuszczać się wszystkiego lub prawie, oraz że wszystko jest dopuszczalne dla człowieka posiadającego subiektywnie dobre intencje; nie zwraca się uwagi na konsekwencje własnego postępowania; żyje się w stanie ustawicznej okazji do popełnienia grzechu; lekceważy się sakrament pojednania; nie żałuje się za grzechy, a nawet okazuje pogardę lub wyśmiewa tych, którzy pokutują”.

Prelegent zachęcił do zaufania uświęcającemu działaniu Ducha Świętego, który jest w nas. Przypomniał, że otrzymaliśmy Ducha Świętego, który jest Duchem męstwa Chrystusa. – I tej mocy potrzebujemy dzisiaj znacznie bardziej niż kiedykolwiek. Tak wiele zła, tyle zamieszania, wątpliwości i obaw, które wypełniają nasze serca i umysły. Bądźmy mężni! Zaufajmy uświęcającemu działaniu Ducha Świętego, który jest w nas! – zaapelował ks. kard. Sarah.

W tym roku po raz pierwszy forum duszpasterskie organizowane w Poznaniu przybrało nazwę ogólnopolskiego.

W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele parafii, członkowie różnych ruchów, stowarzyszeń katolickich i parafialnych rad duszpasterskich z całego kraju, m.in. z diecezji warszawskiej, łódzkiej, kaliskiej, tarnowskiej, toruńskiej, zielonogórsko-gorzowskiej, koszalińsko-kołobrzeskiej oraz poznańskiej.

Organizatorem Poznańskiego Forum Duszpasterskiego była Akcja Katolicka.

RS, KAI

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... ozego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 18 paź 2017, 08:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.ultramontes.pl/scupoli_utarczka.htm

UTARCZKA DUCHOWA
CZYLI NAUKA POZNANIA, POKONANIA SAMEGO SIEBIE,
I DOJŚCIA DO PRAWDZIWEJ DOSKONAŁOŚCI CHRZEŚCIJAŃSKIEJ


KS. WAWRZYNIEC SCUPOLI


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 140 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 6, 7, 8, 9, 10  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /