Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 140 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 10  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 27 sie 2012, 13:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Św. Augustyn: trofeum Chrystusa

W chwili, gdy z hukiem upadało zachodnie imperium rzymskie, w paradoksalny sposób trwał jeden z najwyższych i najsilniejszych filarów Kościoła i cywilizacji zachodniej: Augustyn z Hippony. Jego nauczanie jest dzisiaj bardziej aktualne niż kiedykolwiek.

Augustyn urodził się w Tagaście, niewielkim mieście Północnej Afryki, w roku 354, jako syn poganina Patrycjusza i chrześcijanki Moniki. Poznał wiarę katolicką, lecz nie został ochrzczony. Sam mówił o sobie, że był kłamcą, zapalonym wielbicielem gier i przedstawień cyrkowych.

Człowiek zniewolony

Trzy potężne więzy krępowały Augustyna: pragnienie ludzkich zaszczytów, błędy manichejskie i żądze cielesne. Czegóż więc – sądząc po ludzku – można się było spodziewać po Aureliuszu Augustynie? Niewiele.

Dlaczego więc przypadek Augustyna okazał się nadzwyczaj chwalebny? To proste: czekała nań łaska Boża, ponieważ Bóg wybrał go, aby pokazać moc swojej łaski zdolnej rozjaśniać nawet najgłębsze ciemności i przemieniać najbardziej nawet łasą na pochlebstwa próżność w pokorę oraz oczyszczać ciała i dusze splamione lubieżnością.

Historia Augustyna w oczywisty sposób pokazuje prawdę słów Pisma, iż z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi (Mt 3, 9). To dlatego późniejszy Augustyn tyle razy, tak przekonująco i poruszająco mówił o łasce Bożej.

Przykład ważniejszy od słów

Na proces powrotu Augustyna do Boga wpłynęły liczne i zróżnicowane czynniki. Nigdy nie zarzucił on intelektualnych poszukiwań prawdy. Poddawał surowej krytyce różne punkty widzenia, uczciwie oceniając własne odkrycia i odrzucając wszystko, co okazywało się nieprawdą lub błędem. Nie znał jeszcze prawdy, nie wiedział, gdzie ją znaleźć, ale pilnie poszukiwał.

Cieszył się przyjaźnią dobrych ludzi, mniej odeń utalentowanych, ale znacznie lepiej się prowadzących. To ich przykład, bardziej niż słowa, przekonał go w końcu o pustocie jego własnych zamiłowań.

Gdy przebywał w Mediolanie, wielkie wrażenie wywarł na nim tamtejszy biskup – św. Ambroży – wykształcony i elokwentny, wspaniały mówca, co Augustyn, profesor literatury i retoryki, z miejsca docenił. Ale nie doskonałość łaciny Ambrożego najmocniej zachwyciła Augustyna, lecz pasterska posługa biskupa w pełni oddanego swej misji kapłańskiej, głęboko zatroskanego o potrzeby duchowe wiernych i oddanego nieprzerwanej lekturze Pisma Świętego, by móc tłumaczyć ludowi chrześcijańskiemu jego życiodajne słowa.

Syn matczynych łez

Jednak nie sama lektura św. Pawła polecona przez Ambrożego przemieniła Augustyna. Kluczowym czynnikiem w procesie nawrócenia niespokojnego ducha okazała się jego matka.

Ta godna podziwu kobieta zdołała już skłonić do nawrócenia przed śmiercią swego pogańskiego męża. Kiedy więc Augustyn wyjechał z Afryki do Italii, Monika podążyła za nim, srodze cierpiąc na duszy z powodu stylu życia syna. Jako chrześcijance nie wystarczały jej sukcesy, jakie odnosił, i zaszczyty, jakie nań spadały, skoro pozostawał z dala od Boga. Każdego dnia, a czasem nawet dwa razy dziennie Monika udawała się do świątyni, aby błagać Boga o nawrócenie Augustyna. Gdy kiedyś zwierzyła się ze swej zgryzoty pewnemu biskupowi, ten wysłuchawszy jej, wyrzekł prorocze słowa: Niemożliwe, by zatracił się syn, nad którym tyle łez wylano!

Ukojenie serca

Łaska działała powoli, lecz nieodwracalnie. Augustyn w końcu porzucił grzeszne życie i z zaangażowaniem przygotowywał się do chrztu – głęboko odczuł to, co później przekuje w nieśmiertelne zdanie: Stworzyłeś nas dla siebie, Panie, i niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie.

Wraz z Augustynem ochrzczony został także jego syn Hadeodat, chłopiec bystry i spragniony Boga, o którym ojciec z pokorą mówił, że nie włożył weń nic oprócz własnego grzechu. W rzeczywistości jednak bardzo się przejmował jego chrześcijańskim wychowaniem i starał się naprawić swój grzech, pomagając synowi odrodzić się do życia wiecznego w Duchu Świętym. Niedługo potem Hadeodat zmarł, a jego ojciec stawił czoła temu doświadczeniu z wiarą, odnajdując pociechę w dziele Bożym, które się w nim dokonało.

Wzór chrześcijańskiej matki

Wkrótce po chrzcie Augustyna zmarła też jego święta matka. Przed śmiercią powiedziała do Augustyna: Synu, mnie już nic nie cieszy w tym życiu. Niczego już się po nim nie spodziewam, więc nie wiem, co ja tu jeszcze robię i po co tu jestem. Jedno było tylko życzenie, dla którego chciałam trochę dłużej pozostać na tym świecie: aby przed śmiercią ujrzeć ciebie chrześcijaninem katolikiem. Obdarzył mnie Bóg ponad moje życzenie, bo widzę, jak wzgardziwszy szczęściem doczesnym, stałeś się Jego sługą. Co ja tu robię jeszcze? (Wyznania, IX, 10).

Oto prawdziwa matka, która martwi się przede wszystkim o zbawienie syna, a nie o jego sukcesy zawodowe i finansowe! Czymże bowiem są sukcesy tego świata wobec tego, co ma wartość najwyższą: łaski życia w Bogu?

Jakież to smutne widzieć dzisiaj chrześcijańskich rodziców, którzy czynią tyle wysiłków dla zapewnienia powodzenia swoim dzieciom, jednocześnie zaniedbując ich wychowanie chrześcijańskie i wcale nie dbając o to, by służyć im przykładem własnego życia i chrześcijańskiej moralności, a czasem wręcz przecząc nauczaniu Chrystusa i Kościoła!

Imperia upadają, Boże dzieło trwa

Już jako katolik, Augustyn powrócił do rodzinnej Afryki, gdzie został mnichem i kapłanem, a niedługo później biskupem Hippony, niewielkiego portu w Numidii, niezbyt ludnej diecezji o drugorzędnym znaczeniu. Otrzymawszy sakrę biskupią, nadal żył jako mnich w swojej wspólnocie.

Życie episkopalne dzielił Augustyn między troskę o powierzoną sobie owczarnię i powołanie pisarskie. Nieprzerwanie pisał nocami, ponieważ obowiązki pasterskie nie zostawiały mu czasu w dzień. Przez dobre dwanaście lat z okładem pisał po nocach Miasto Boga, a przez osiemnaście lat Traktaty o Najświętszej Trójcy. Był wielkim bojownikiem o czystość wiary katolickiej. Wiele lat życia poświęcił walce z herezją manichejską (tą samą, do której dołączył za młodu), podobnie jak obronie wiary przed donatystami i zwalczaniu rodzącej się herezji pelagiańskiej.

Ten mistrz wiary, trofeum Chrystusa, Doktor Kościoła zmarł w roku 430 w Hipponie oblężonej przez Wandalów, gdy nieuchronnie zbliżał się koniec Imperium Romanum. Imperium wkrótce upadło, pozostało jednak dzieło Boże i Boży człowiek, którego słowa i przykład wciąż pomagają i dopingują do poszukiwania Boga.

Jeśli za mało miłuję, spraw, abym mocniej miłował. Nie potrafię zmierzyć miłości, nie wiem, o ile bardziej powinienem Cię kochać, by życie moje pobiegło w Twoje objęcia i już nigdy się od Ciebie nie odwróciło aż do chwili, gdy się na zawsze ukryje w świątyni Twej obecności. To jedno tylko wiem, że źle mi jest bez Ciebie, źle nie tylko wokół mnie, lecz i we mnie samym, a wszelkie bogactwo, które nie jest moim Bogiem, to nędza (Wyznania, XIII, 8).

Kardynał Jorge Arturo Medina Estévez (Chile) – były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

http://www.pch24.pl/sw--augustyn--trofe ... 167,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 27 sie 2012, 14:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Filar Zachodu

Święty Augustyn to bez wątpienia jeden z najważniejszych filarów cywilizacji europejskiej – jego myśl odcisnęła niezatarte piętno na mentalności Zachodu. Bez przesady rzec można, iż rzymski Kościół „myśli świętym Augustynem”. Zresztą i na protestantach ciąży ogromny dług wdzięczności wobec świętego z Hippony – wszak z jego to nauki Luter wywiódł swą herezję, Kalwin zaś wołał z przekonaniem: Augustyn jest cały nasz! Trudno zaprawdę o myśliciela bardziej wpływowego.

Warto wracać do świętego Augustyna – jego pisma, choć powstałe z górą półtora tysiąca lat temu, nie przestają zachwycać aktualnością, ba, niektóre wydają się wręcz skierowane do dzisiejszych chrześcijan. Czyż bowiem nie jak zatroskana o stan ducha XXI wieku publicystyka brzmi opus magnum afrykańskiego Doktora Kościoła – De civitate Dei?

Ów traktat O państwie Bożym przedstawia dzieje świata jako historię dwóch państw – istniejących równolegle, lecz diametralnie różnych – państwa Bożego oraz państwa ziemskiego. Pierwsze z nich to domena wszystkich ludzi podążających za Chrystusem Królem, gdy mieszkańcy drugiego maszerują równym krokiem pod sztandarami szatana.

Poddani Króla Niebieskiego są ludźmi wolnymi, z własnej chęci i potrzeby współpracującymi z Łaską Bożą, obywatele zaś państwa ziemskiego to niewolnicy – przede wszystkim samych siebie, własnych słabości, ambicji i żądz.

Dwie miłości – pisze biskup Hippony – zbudowały dwa państwa: miłość własna aż do pogardy dla Boga i miłość do Boga aż do pogardy dla siebie. Jedna czci siebie samą, druga Pana; jedna żebrze o sławę wśród ludzi, największą chwałą drugiej jest Bóg.

Próżno jednak szukać ich odpowiedników wśród istniejących państw czy politycznych systemów. Granica między nimi – podobnie jak granica między Chrystusem a złem – przechodzi bowiem w nas samych. To granica – jak trafnie zauważa wybitny znawca starożytności chrześcijańskiej, kanadyjski franciszkanin, Adalbert G. Hamman – między moją duszą pogańską, a moją duszą chrześcijańską. Granica niedostrzegalna dla wszystkich prócz Boga.

Państwo Boże nie jest też modelem idealnego ustroju – święty Augustyn przestrzega przed próbami wprzęgnięcia Boga do ochrony doczesnych struktur, które, z samej definicji kruche i nietrwałe, muszą podlegać rozkładowi. Z drugiej strony, wcale nie potępia on istniejących państw, nie głosi też ucieczki z tego świata, a wręcz przeciwnie: twierdzi, że miejsce chrześcijan jest w służbie publicznej – mają tam świecić przykładem. Mogą, wręcz powinni zajmować nawet najwyższe stanowiska w swoich państwach, pod warunkiem jednak, iż nie stracą z oczu państwa Bożego. Nawet pośród wrogów, nawet w największym niebezpieczeństwie. Nie wolno bowiem uchylać się od poświęceń, tłumacząc to złymi czasami. Czasy są takie, jacy my jesteśmy. Nie ma dobrych czasów, są tylko dobrzy ludzie.

Autor Państwa Bożego dzieli ludzi na mieszkańców ziemi, dostrzegających jedynie doczesny aspekt własnej egzystencji, oraz pielgrzymów, których celem jest państwo niebiańskie – Królestwo Boże, gdzie czeka na nas Jezus, gdzie wraz z Nim mamy królować. Więc idź – woła święty – idź, nie błądząc ani nie drepcząc w miejscu. Śpiewaj i maszeruj.

Biskupowi Hippony trudno zarzucić prawienie kazań oderwanych od rzeczywistości – żył on wszak w nader burzliwych czasach – na własne oczy widział, jak przemija postać tego świata (1 Kor 7, 31). Kiedy Hipponę oblegli najdziksi wśród zachodnich barbarzyńców Wandalowie, nie ustając w duszpasterskim trudzie, stał się duszą oporu.

Święty Augustyn całym swym życiem pisał księgę nadziei w czasach Apokalipsy. Nadziei pokładanej w Panu Królestwa, które nie jest z tego świata. Nadziei, która każe nam realizować jakże bliską augustyńskiemu duchowi dewizę życiową innego z wielkich świętych: papieża Piusa X: Instaurare omnia in Christo – wszystko odnowić w Chrystusie!

Jerzy Wolak

http://www.pch24.pl/filar-zachodu,5301,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 27 wrz 2012, 07:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Uniwersytet Biblijny w Telewizji Trwam

Telewizyjny Uniwersytet Biblijny rozpoczyna działalność w Telewizji Trwam. Prowadzić go będzie Dzieło Biblijne im bł. Jana Pawła II. Uroczysta inauguracja odbędzie się w najbliższą sobotę w Kielcach z udziałem wybitnego biblisty ks. kard. Gianfranco Ravasiego, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Kultury.

Telewizyjny Uniwersytet Biblijny to projekt przewidziany na lata. Bardzo wymowny jest czas, kiedy rozpoczyna swoją działalność. Pierwszy wykład telewizyjny odbędzie się w dzień fatimski - w sobotę, 13 października br. Będzie to dokładnie dwa dni po tym, jak uroczyście w Kościele katolickim zainaugurowany zostanie Rok Wiary. - To będzie nasz, wraz z dyrekcją Telewizji Trwam, skromny, a jednak wymagający wielkiego wysiłku wielu biblistów wkład w przeżywanie Roku Wiary - podkreśla w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego im. Jana Pawła II, dyrektor Instytutu Nauk Biblijnych KUL. Zwraca uwagę na potrzebę analizowania Słowa Bożego i szerzenia go we współczesnym świecie, bo ono oświeca, oczyszcza, nawraca i przemienia człowieka. - Głównym celem wykładów będzie wyjaśnianie tekstów Pisma Świętego, aby stawało się ono chlebem dla naszych dusz, aby w naszym codziennym życiu umacniało wiarę - zaznacza ks. prof. Witczyk. Wyraża nadzieję, że dzięki Telewizyjnemu Uniwersytetowi Biblijnemu w wielu sercach wiara, która może została uśpiona, pogrzebana pod ciężarem grzechów, złych nałogów, zaniedbań, zostanie pobudzona.

Jednocześnie dzięki Telewizji Trwam ukazany zostanie potencjał polskich biblistów, którzy będą się dzielić posiadaną wiedzą ze wszystkimi. - Dzięki Uniwersytetowi każdy będzie miał przywilej korzystania z bogactwa wiedzy ludzi, którzy tak dużo czasu i energii poświęcili na zgłębianie tajemnic Pisma Świętego, Słowa Bożego - mówi "Naszemu Dziennikowi" o. Zdzisław Klafka CSsR z Radia Maryja. - Dzięki tej inicjatywie poszerza się zakres tego, co już jest podejmowane przez Radio Maryja i Telewizję Trwam w dziedzinie ewangelizacji - dodaje. Wykłady będą emitowane w Telewizji Trwam na żywo w każdą drugą i czwartą sobotę miesiąca, przez cały rok, z wyjątkiem miesięcy wakacyjnych (lipca i sierpnia) w godz. 10.00-11.00.

Telewizyjny Uniwersytet Biblijny to odpowiedź na apel Ojca Świętego Benedykta XVI zawarty w posynodalnej adhortacji "Verbum Domini". Papież zaprasza do tego, aby Ewangelia była przybliżana nie tylko w kościołach, ale aby wielki skarbiec, jakim jest Pismo Święte, otwierać również przed ludźmi poprzez środki społecznego przekazu. Ojcowie Redemptoryści odpowiadają na to zaproszenie, aby poprzez Telewizję Trwam dzielić się Słowem Bożym przy wykorzystaniu nowoczesnych technik medialnych. Ojciec Święty w "Verbum Domini" pisze, że Biblia jest kodem kulturowym, a więc pozwala zrozumieć głębię kultury chrześcijańskiej i nie tylko. - Jak mówi Papież, Biblia wnosi podstawowe wartości antropologiczne i filozoficzne w życie świata, stąd też każdy człowiek, który chce być obywatelem Europy, obywatelem świata, winien mieć dobre rozeznanie w tym kodzie kulturowym, jakim jest Pismo Święte - podkreśla ks. prof. Witczyk.

Powołane zostały cztery "katedry" - zespoły biblistów, które poprowadzą wykłady w czterech kategoriach tematycznych: teologia biblijna Starego i Nowego Testamentu, trudne pytania do Biblii, egzegeza wybranych fragmentów Pisma Świętego, wykłady z zakresu historii archeologii i geografii Ziemi Świętej. Każdy wykład będzie się kończył zachętą do lektury, z których większość zostanie zamieszczona w internecie na stronie Dzieła Biblijnego. Profesorowie podawać będą także tytuły książek dla pragnących jeszcze bardziej pogłębić konkretny temat. W Telewizyjny Uniwersytet Biblijny zaangażowani będą najlepsi bibliści polscy, cieszący się wielkimi osiągnięciami naukowymi.

Uroczysta inauguracja Telewizyjnego Uniwersytetu Biblijnego odbędzie się w sobotę w Kielcach. Msza św. na rozpoczęcie jego działalności odprawiona zostanie o godz. 10.00 w kościele seminaryjnym pw. Świętej Trójcy. Inaugurując działalność Telewizyjnego Uniwersytetu Biblijnego, gość z Watykanu ks. kard. Gianfranco Ravasi wygłosi wykład na temat "Biblijna tożsamość chrześcijanina w świecie współczesnym". Uroczystości transmitować będą Radio Maryja i Telewizja Trwam.

Małgorzata Bochenek

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... trwam.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 24 lis 2012, 10:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Nie jesteśmy stąd

ks. Paweł Siedlanowski

Z królowaniem Chrystusa jest pewien kłopot. Każda próba jego opisania rozbija się o ludzkie wyobrażenia władzy, panowania, dominacji. Dają temu wyraz nawet autorzy biblijni. Współczesne monarchie, nawet jeśli jeszcze gdzieś w świecie ocalały, zasadniczo zostały sprowadzone do roli ornamentu bądź symbolu, ewentualnie kojarzą się z despotyzmem, dyktaturą, okrucieństwem różnej maści kacyków, którzy za nic mają prawo i ludzkie życie. Nałożenie któregokolwiek z tych wzorów na prawdę o Chrystusie Królu Wszechświata zawsze zakończy się porażką. Sprawę rozstrzyga precyzyjnie sam Jezus, który mówi do Piłata: "Królestwo moje nie jest z tego świata". Określa także cel swojego królowania: "Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu". Nie ma tu triumfalizmu, jest pokora.

Każdy z nas miał i ma swoją wizję Boga. Piłat i Kajfasz, Piotr i Judasz, setnik pod krzyżem i Longinus, który przebił bok Chrystusa. Inaczej postrzegał Go Szaweł - zmieniło się to, gdy doświadczył mocy Zmartwychwstałego pod Damaszkiem. Inaczej widzieli Go apostołowie przed Pięćdziesiątnicą i po niej. Wszyscy mieli kłopot z jednym: nie mogli pojąć, jak Bóg stanął pomiędzy ludźmi jako maluczki - aż do tego stopnia, że pozwolił się ukrzyżować. I jak to możliwe, że mając za sobą potęgę hufców anielskich, można się wyzbyć wszelkich atrybutów władzy? To jest paradoks, który od dwudziestu wieków nie daje nam spokoju. Dlatego uroczystość ta jest tak naprawdę dniem bardzo niewygodnym.

Co zatem oznacza uczynić Jezusa Chrystusa Panem i Królem swojego życia? To znaczy przyjmować tak jak On najmniejszych, potrzebujących, odrzuconych, prześladowanych. Wchodzić w Jego historię bycia maluczkim, pokornym sługą. Nie bać się tracić swojego życia dla innych, kochać i przebaczać tak, jak On to czynił. Gromadzić w jedno to, co grzech rozproszył. Trudne? Bardzo. Ale z Chrystusem nie ma rzeczy niemożliwych.

http://www.naszdziennik.pl/wp/15987,nie ... -stad.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 05 sty 2013, 13:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Prezent

Ewa Polak-Pałkiewicz

Na najbardziej rodzinne ze świąt otrzymaliśmy niezwykły prezent. Książka ks. Henri Delassus Duch rodzinny w domu, społeczeństwie i państwie, o której od czasu do czasu w tym miejscu wspominałam, już jest wydana i czeka pod symboliczną choinką, którą są dobre księgarnie katolickie.

Dlaczego jest tak niezwykła? Ks. Delassus był Francuzem zakochanym w swojej ojczyźnie, jak mało kto rozumiał jej historię. Nade wszystko jednak ten cieszący się przyjaźnią Piusa X teolog i wydawca, dziekan katedry w Lille, wiedział, że porządek społeczny zaprowadzony przez rewolucję francuską jest nietrwały. Że wcześniej czy później drogę utoruje sobie do umysłów ludzkich prawda, iż prawdziwy ład społeczny, polityczny, ekonomiczny da się na ziemi stworzyć jedynie przez odwzorowanie pierwotnego zamysłu Bożego co do społeczeństw, który uosabia każda rodzina ludzka. A jego najpiękniejszym wzorem jest Święta Rodzina z Nazaretu. O tym jest ta książka. Książka tchnąca nadzieję, przynosząca olbrzymią radość. Radość, jaką ma się odczytując na nowo – mocno już zatarty, dla wielu ludzi niewyraźny – zapis najważniejszego z praw, prawa naturalnego, dotyczącego w tej samej mierze rodzin, co społeczeństw i państw. Książka napisana jest z cudowną prostotą, na jaką stać tylko wielki umysł. Słowa: „intelektualista”, „erudyta” z pewnością nie są wygórowanymi określeniami w stosunku do tego prałata domu papieskiego, który w najczarniejszym dla Francji okresie, gdy Republika umacniała swoją laickość, zamykając szkoły katolickie, deprawując młodzież, osłabiając rodzinę, kompromitując władzę, nie zwątpił w powrót do szlachetnej harmonii między ludźmi, opartej na wzajemnej miłości i więzi zakorzenionej w przyrodzonej hierarchii. Czym jest ta hierarchia? Czy jest w niej coś arbitralnego, jak wmawiali nam oświeceniowcy i marksiści? Przeciwnie. Jest ona najbardziej korzystną dla człowieka, najbardziej naturalną formą organizacji grup ludzkich, począwszy od rodziny. Jej podstawą jest zamysł Boży, od którego nie ma i nie będzie odwołania. Wszystkie zaś próby zniesienia jej kończą się równie tragicznie, co żałośnie. „Prawda o społeczeństwie znajduje się na antypodach utopii demokratycznej. Ta utopia, głoszona przez encyklopedystów i rozpowszechniana w świecie, począwszy od Rewolucji, opiera się na całkowitej równości. Marzy jej się państwo społeczne, które uznaje jedynie jednostki, i to jednostki społecznie równe. Nie tego chciał Bóg.(...) W rodzaju ludzkim, należącym do jednego, jedynego rodzaju, panowałaby równość, gdyby wszyscy otrzymali istnienie bezpośrednio z rąk Stwórcy. Lecz Bóg miał inne zamiary. Chciał, byśmy otrzymywali życie jedni od drugich i byli tak właśnie stworzeni, nie w wolności i równości społecznej, lecz w zależności od naszych rodziców i w hierarchii, która musiała zrodzić się z tej zależności”.

Odkrycie, jak piękna jest hierarchia Bożego porządku, jak płodny i twórczy jest ład wzajemnej miłości i szacunku, jak dosłownie niczego nie brakuje temu pierwotnemu zamysłowi Boga – i jak głupie, małe i przynoszące nieszczęścia są ludzkie próby „poprawienia” go czy wprowadzenie na jego miejsce jakichś innych pomysłów – to ogromna radość. Prawdziwe święto. Cudowny odpoczynek dla ducha. Dziś zwłaszcza, gdy rodzinę, jako prawzór prawidłowego społeczeństwa, usiłuje się, z powodu ludzkiej pychy i szaleńczego egoizmu wyeliminować, warto wodzić rękoma po wypukłych literach starego jak świat zapisu, wyrytego na dnie każdego ludzkiego serca – o tym, jak i dla jakiego celu zostaliśmy stworzeni w rodzinach. I jak wielkie przyniosło to pożytki państwom, które tę prawdę rozumiały, chroniły, zgłębiały. Jak były szczęśliwe.

Dzieło ks. Delassus to także niezwykły podręcznik historii, w którym spotykamy bohaterów tak bardzo zapomnianych – a dzisiejszym pokoleniom już całkiem nieznanych – jak władcy państw starożytnych, jak katoliccy królowie Francji: wszyscy, którzy pomyślność swoich ojczyzn zbudowali na miłości do rodziny. W tym węższym znaczeniu i w znaczeniu szerszym, bowiem narody, w wizji teologa i historyka z Lille, połączone są bardziej jeszcze niż więzami kultury i tradycji – w dalszych pokoleniach – więzami krwi.

Ks. Henri Delassus: Duch rodzinny w domu, społeczeństwie i państwie, Wyd. Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi. Biblioteka Kontrrewolucji.

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedz ... 0552&nr=37


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 08 sty 2013, 08:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Bóg jest źródłem pokoju

Agnieszka Gracz

Pokój buduje się wciąż na nowo przez ochronę człowieka i jego praw. Zadanie to stanowi wyzwanie dla wszystkich krajów i nieustannie musi być inspirowane transcendentną godnością osoby ludzkiej i zasadami wpisanymi w jej naturę – mówił Benedykt XVI podczas wczorajszego spotkania z watykańskimi dyplomatami.

Wczoraj przed południem Ojciec Święty w Sali Królewskiej Pałacu Apostolskiego spotkał się z korpusem dyplomatycznym akredytowanym przy Watykanie. Tradycyjne noworoczne spotkania Papieża z dyplomatami są nie tylko momentem składania noworocznych życzeń, ale przede wszystkim czasem rewizji wydarzeń minionego roku i zwrócenia uwagi na palące problemy państw i regionów oraz brak pokoju. – Pokój buduje się wciąż na nowo przez ochronę człowieka i jego podstawowych praw – przypomniał Benedykt XVI. W przemówieniu odniósł się również do działań na rzecz wprowadzenia lub poszerzenia ustawodawstwa depenalizującego i liberalizującego aborcję, także w krajach o tradycji chrześcijańskiej. – W tym kontekście cieszę się, że w styczniu ubiegłego roku rezolucja Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy wezwała do zakazu eutanazji – mówił Ojciec Święty. Papież wyraził zaniepokojenie orzeczeniem Międzyamerykańskiego Trybunału Praw Człowieka dotyczącego zapłodnienia in vitro, które – jak powiedział – „w sposób arbitralny przedefiniowuje moment poczęcia i osłabia obronę życia przed narodzeniem”. Jako działania niszczące pokój i uderzające w godność człowieka Ojciec Święty wskazał aborcję, zapłodnienie in vitro, eutanazję, jak też ograniczenie wolności religijnej.

Papież zwrócił również uwagę, że nie bez znaczenia pozostaje edukacja, które pomaga w „przezwyciężaniu ubóstwa i chorób, wprowadzaniu systemów prawa sprawiedliwego i szanującego ludzką godność”. – Istnieje ponadto pilna potrzeba formowania przywódców, którzy w przyszłości pokierują krajowymi i międzynarodowymi instytucjami publicznymi – mówił Benedykt XVI.

Ojciec Święty, dziękując dyplomatom watykańskim za zaangażowanie, wskazał jednocześnie na liczne zagrożenia pokoju i konflikty oraz na spoczywającą na władzach cywilnych i politycznych „poważną odpowiedzialność” za działania na rzecz pokoju. Papież ponowił apel o złożenie broni w rejonach krwawych konfliktów, przede wszystkim w Syrii „rozdzieranej przez nieustanne masakry i będącej areną straszliwych cierpień ludności cywilnej”, ale również w Kongo i Nigerii.

– Do was należy być na ziemi obrońcami ładu i pokoju między ludźmi. Lecz nie zapominajcie: to Bóg (…) jest wspaniałym twórcą ładu i pokoju na świecie – powiedział Ojciec Święty na zakończenie spotkania z korpusem dyplomatycznym, cytując Pawła VI.

http://www.naszdziennik.pl/wp/20251,bog ... okoju.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 23 lut 2013, 12:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
KOMU WŁADZĘ DAĆ, A KOMU ODEBRAĆ

Ks. Stanisław Małkowski
Warszawska Gazeta 22 – 28 lutego 2013 r.
KOMENTARZ TYGODNIA

W piątek 22 lutego obchodzimy święto Katedry św. Piotra. Katedra, czyli krzesło jest symbolem władzy św. Piotra i jego następców. Tę władzę Jezus zapowiada po piotrowym wyznaniu wiary (Mt 16, 13-19), a następnie - już po swoim zmartwychwstaniu w odpowiedzi na piotrowe wyznanie miłości – daje (J 21, 15-17).

Wszelka władza pochodzi od Boga (Rz 13, 1), który jest jej źródłem, ale płynąca woda, oddalając się od źródła, może stopniowo przemienić się w ściek. Boga trzeba słuchać bardziej niż ludzi (Dz 5, 29). Lojalność i posłuszeństwo wobec władzy ma swoje ograniczenia, przy tym władza duchowna, odnosząca się do wiary i moralności, nie jest tożsama z władzą społeczną i polityczną. Jednak polityka ma być poddana prawu moralnemu. Sprawiedliwa władza jest służbą wobec ludzi i wspólnego dobra.

Udział w potrójnej władzy Chrystusa: prorockiej, kapłańskiej i królewskiej ma każdy ochrzczony, przez wierność prawdzie, ofiarną dobroć i społeczną miłość. Polityka zwrócona przeciwko prawom boskim i ludzkim przemienia się w szatańską karykaturę władzy, tworząc zgraję złoczyńców i błaznów kierujących się zasadą: „quo principi placuit legis habet vigorem” (co spodobało się władcy, ma moc prawa).

W tę stronę zmierza dzisiejsza władza w Polsce, uderzając w wolność, własność i życie; taka jest orientacja polityki europejskiej i światowej w duchu rozwiązań totalitarnych i globalistycznych. O ile starożytne pogaństwo niosło ze sobą szacunek dla natury, kultury i prawa, tradycja grecka i rzymska stały się budulcem cywilizacji zachodniej, o tyle współczesne pogaństwo niszczy podstawy cywilizacji, narzucając relatywizm i nihilizm.

Zły duch nazwany przez Jezusa „księciem tego świata” oraz „kłamcą i mordercą od początku” chce poddać sobie ludzi w celu ich zniszczenia doczesnego i wiecznego. Mówi o tym Matka Boża w niedawnym orędziu:

„Moje kochane dzieci, ta walka, w której uczestniczy cała ludzkość, jest skutkiem buntu szatana przeciwko Bogu. To walka ducha Antychrysta przeciwko Chrystusowi, antykościoła przeciwko Kościołowi, śmierci przeciwko życiu. Nie można zająć miejsca pośrodku! Albo opowiadacie się za Moim Synem, za Jego Ewangelią, albo przeciwko Niemu i przeciwko prawdzie. Wszystko, co jest „pomiędzy”, nosi w sobie półprawdę i zafałszowane światło, których szerzycielem jest szatan, Lucyfer – wąż. Mój Boski Syn, Jego Ewangelia i Jego dzieło są nadal znakiem sprzeciwu i przedmiotem nienawiści w świecie. Świat odrzuca Mojego Boskiego Syna za namową szatana, ulegając jego pokusom i intrygom. Jego działanie i moc rozszerzyły się na wszystkie poziomy życia.

Dlatego nasze dzieci, dzieci poświęcone Mojemu Niepokalanemu Sercu odczuwają ucisk i prześladowanie, które z każdym dniem wzrastają. Ostateczny cel walki to bezpośrednia konfrontacja sił ciemności z Bogiem, z Jego i Moimi dziećmi. To jest walka, w której uczestniczy święta Matka Kościół, nieustannie poddawana próbie wytrwałości. Jej zwycięstwo jest pewne, gdyż Mój Boski Syn Kościoła nigdy nie opuści. Jako Oblubienica Mojego Boskiego Syna musi jednak przejść tę samą drogę, jaką przeszedł Mój Boski Syn: ukrzyżowanie, opuszczenie, ciszę grobu, wreszcie zmartwychwstanie. Dlatego proszę was Moje drogie dzieci, abyście całym swoim życiem przylgnęli do Mojego Boskiego Syna i stali się Jego świadkami. Bądźcie roztropni i czujni. Nadchodzi czas zmartwychwstania prawdy! Nadchodzi czas zwycięstwa Kościoła i tryumfu Mojego Niepokalanego Serca”.

Zwycięstwo Boga i ludzi Jemu wiernych jest więc pewne. Służba zwycięstwu wymaga wytrwania i ofiar. Obrona przed zakłamaną i często zakamuflowaną niszczycielską agresją przeciwnika toczy się w rozproszeniu w wielu miejscach w Polsce: tu trochę się opóźni wprowadzenie szkodliwych ustaw i przepisów, tam na razie uratuje się zagrożone dobro. To za mało. Osobiste zwycięstwo spełnia się przez nawrócenie i oddanie się Chrystusowi.

Społeczne i narodowe zwycięstwo wymaga czegoś więcej: uznania władzy Boga i Jezusa Króla we wszystkich dziedzinach życia z zachowaniem kompetencji poszczególnych ośrodków władzy. Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko tak właśnie widział polaryzującą się scenę polityczną w Polsce lat osiemdziesiątych. Z jednej strony – „Solidarność” odwołująca się do Boga, a z drugiej – wojna, której dowództwo jest Bogu i ludziom przeciwne.

Chytry manewr założycielski III RP zatarł granice między dobrem a złem, wojną a pokojem, bezprawiem a prawem. Brońmy więc naszych granic ufając i poddając się bezgranicznej miłości Boga. Niedzielna Ewangelia o Przemienieniu Jezusa (Łk 9,28-36) dodaje nam odwagi.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 18 mar 2013, 07:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Bóg ma twarz ubogich

Poniedziałek, 18 marca 2013 (02:06) Do kapłanów, osób konsekrowanych i świeckich archidiecezji [Buenos Aires]

Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty.
Wróćcie już teraz do Pana, waszego Boga,
bo On jest współczujący i łagodny,
nieskory do gniewu, bogaty w miłosierdzie.

Powoli przyzwyczajamy się do słuchania i oglądania, dzięki środkom społecznego przekazu, czarnej kroniki współczesnego społeczeństwa, przedstawianej z nieomal perwersyjną radością, a także przyzwyczajamy się do tego, by jej doświadczać i by ją odczuwać w naszym otoczeniu i na sobie. Dramat rozgrywa się na ulicy, w dzielnicy, w naszym domu, i – dlaczego by nie – w naszym sercu.

Wszystkie maski świata

Żyjemy z przemocą, która zabija, która niszczy rodziny, wywołuje wojny i konflikty w tylu państwach świata. Żyjemy z zawiścią, nienawiścią, oszczerstwem, świeckością w naszym sercu. Natomiast cierpienie niewinnych i nastawionych pokojowo nie jest dla nas policzkiem.

Pogarda dla praw osoby i narodów słabszych nie leży daleko od nas. Potęga pieniądza z jego demonicznymi skutkami, jak narkotyki, korupcja, handel żywym towarem – łącznie z handlem dziećmi – w połączeniu z biedą materialną i moralną to moneta obiegowa.

Upadek godnej pracy, smutek emigracji i brak perspektyw dołączają do tego chóru, a nasze błędy i grzechy jako członków Kościoła też nie są czymś obcym. Nasz własny egoizm, choć potrafimy go usprawiedliwić, nie jest przez to mniejszym grzechem. Brak wartości moralnych w społeczeństwie wkracza do rodzin, do dzielnic, do miasteczek i miast, mówi nam o naszych ograniczeniach, o naszej słabości i naszej niezdolności do tego, aby naprawić tę niekończącą się listę czynników sprzyjających destrukcji.

Pułapka, w której doświadczamy naszej niemocy, zmusza nas do refleksji: Czy ma sens próba zmiany tego wszystkiego? Czy możemy w związku z tym coś zrobić? Czy warto w ogóle chcieć coś zmieniać, jeśli świat kroczy w tańcu karnawałowym, traktując wszystko jako tylko chwilowe? Oczywiście, gdy już maski opadną, ukazuje się prawda i – choć dla wielu zabrzmi to anachronicznie – znowu pojawia się grzech, który rani nasze ciało z całą swą niszczycielską mocą, wykrzywiając przeznaczenie świata i historii.

Na wirażu

Wielki Post ukazuje się nam jako krzyk prawdy i pewnej nadziei, która przychodzi do nas, by odpowiedzieć, że tak, że można nie używać makijażu i nie trzeba sztucznie się uśmiechać, jakby nic się nie stało. Tak, jest możliwe, że wszystko będzie nowe i odmienione, ponieważ Bóg ciągle jest „bogaty w dobroć i miłosierdzie, ciągle gotów, by przebaczać” i nas pobudza, aby zaczynać od nowa.

Dziś na nowo jesteśmy zaproszeni, aby wejść na drogę wielkanocną ku Życiu, drogę, na której jest krzyż i wyrzeczenie, która jest uciążliwa, ale nie jałowa. Jesteśmy zaproszeni, aby zobaczyć, że coś jest nie w porządku w nas samych, w społeczeństwie lub w Kościele – i byśmy to zmienili, weszli w wiraż, byśmy się nawrócili.

W tych dniach mocno wybrzmiewają i stanowią wyzwanie słowa proroka Joela: „Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego!” (Jl 2, 13). To jest zaproszenie skierowane do każdego ludu, nikt nie jest wykluczony.

Rana grzechu

Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty sztucznej pokuty pozbawionej gwarancji na przyszłość.

Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty w sposób czysto zewnętrzny i mając na widoku tylko własne zadowolenie.

Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty modlitwy powierzchownej i egoistycznej, która nie dociera do wnętrza prawdziwego życia, aby pozwolić się dotknąć Bogu.

Rozdzierajcie serca wasze, aby powiedzieć za psalmistą: „Zgrzeszyliśmy”.

„Grzech jest raną duszy: Och, biedna rano, pozwól się opatrzyć twojemu Lekarzowi! Pokaż mu ból twych win. I pamiętaj, że przed Nim nie skryją się nasze sekretne myśli. Spraw, żeby odczuł jęk twojego serca. Porusz Go, aby współczuł twoim łzom, twojemu uporowi. Naprzykrzaj się! Aby posłuchał twych westchnień, aby twój ból dotarł do niego w taki sposób, że w końcu będzie mógł ci powiedzieć: Pan wybaczył ci twój grzech” (św. Grzegorz Wielki).

Taka jest rzeczywistość naszego ludzkiego rodzaju. To właśnie ta prawda może zbliżyć nas do autentycznego pojednania… z Bogiem i z ludźmi. Nie chodzi tutaj o umniejszenie poczucia własnej wartości, tylko o to, aby zgłębić najdalsze zakamarki naszego serca i wziąć na swe barki tajemnicę cierpienia i bólu, która ciąży na nas od wieków, od tysięcy lat… od zawsze.

Rozdzierajcie serca wasze, abyśmy mogli dzięki powstałej szczelinie widzieć prawdę.

Pojednajcie się

Rozdzierajcie serca wasze, otwórzcie wasze serca, gdyż tylko do serca rozdartego i otwartego może wejść miłość miłosiernego Ojca, który nas kocha i nas uzdrawia.

Rozdzierajcie serca wasze, mówi prorok, a św. Paweł nieomal na kolanach nas prosi: „pojednajcie się z Bogiem”. Zmiana dotychczasowego trybu życia to znak i owoc rozdartego i pojednanego serca, doświadczonego miłością, która nas przerasta.

To jest właśnie wskazówka, w obliczu tylu ran, które nas bolą i które mogą nas doprowadzić do pokusy bycia zatwardziałym.

Rozdzierajcie serca wasze, aby modląc się w ciszy i skupieniu, doświadczyć słodyczy Bożej czułości.

Rozdzierajcie serca wasze, aby odczuwać tyle cierpiących istnień, na które nie możemy pozostawać obojętni.

Rozdzierajcie serca wasze, abyśmy mogli obdarowywać taką miłością, jaką sami jesteśmy obdarowywani, abyśmy mogli pocieszać w taki sam sposób, w jaki nas pocieszono, i dzielić się tym, co otrzymaliśmy.

Solidarność w pokucie

Okres liturgiczny, który dzisiaj zaczął się w Kościele, nie jest potrzebny tylko nam osobiście, gdyż ma także przemienić naszą rodzinę, naszą społeczność, nasz Kościół, naszą ojczyznę, cały świat.

Mamy czterdzieści dni na to, by się nawrócić, biorąc za wzór świętość samego Boga; przemieńmy się we współpracowników, aby otrzymać łaskę i możliwość odbudowania na nowo ludzkiego życia, aby każdy człowiek doświadczył zbawienia, które otrzymaliśmy dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.

Oprócz modlitwy i pokuty, jako znaków naszej wiary w moc Świąt Wielkanocnych, które wszystko przemieniają, podejmiemy, jak poprzednio [2010], naszą inicjatywę „gestu pokutnej solidarności”. Tak jak Kościół w Buenos Aires, który wychodzi na spotkanie Świąt Wielkanocnych i wierzy w istnienie Królestwa Bożego, musimy sprawić, by z naszych zranionych serc, które spragnione są nawrócenia, narodziła się łaska i gest potrzebny do tego, aby ukoić ból tylu naszych braci, którzy idą razem z nami: „Żaden akt cnoty nie może być wielki, jeżeli za nim nie idzie pożytek dla innych… Tak więc, im bardziej spędzasz dzień na poszczeniu, im częściej śpisz na gołej ziemi i karmisz się popiołem, i ciągle wzdychasz, jeśli nie czynisz dobra dla innych, nie robisz nic wielkiego” (św. Jan Chryzostom).

Módlcie się za mnie

Jako że obchodzimy Rok Wiary, jest to także szansa, którą ofiarował nam Bóg, abyśmy dorośli i dojrzeli do spotkania z Panem, którego możemy dostrzec w cierpiącej twarzy tylu dzieci bez przyszłości, w drżących dłoniach zapomnianych staruszków, w chwiejących się kolanach tylu rodzin, które każdego dnia muszą stawić czoło życiu, często bez nikogo, kto by ich wsparł.

Życzę Wam świętego Wielkiego Postu, pokutnego i płodnego Wielkiego Postu, a przede wszystkim proszę Was o to, żebyście się za mnie pomodlili. Niech Jezus Wam pobłogosławi, a Najświętsza Maryja Panna ma Was w swej opiece.

Z ojcowskim oddaniem
Kardynał Jorge Mario Bergoglio SJ
Buenos Aires, 13 lutego 2013 r., Środa Popielcowa

tłum. Piotr Jaroszyński
Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... ogich.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 26 mar 2013, 08:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Jak wśród apostołów mógł znaleźć się złodziej i zdrajca?

Nie powołanie, ale wytrwanie decyduje o zbawieniu

Diakon Franciszek Refleksje na 25 Marca, 2013, Wielki Poniedziałek

Na uczcie u cudownie wskrzeszonego Łazarza Judasz widząc Marię Magdalenę namaszczającą stopy Jezusa drogocennym olejkiem oburzył się i powiedział: „Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim”? Zamiast się cieszyć, że Jezus został w ten sposób wyróżniony on się irytuje nad wydatkiem nie swoich pieniędzy. Święty Jan zaraz przy tym dodaje: „ Powiedział zaś to, nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano” (J 12, 6).

Można się dziwić, jak wśród apostołów mógł się znaleźć człowiek, który okazał się złodziejem i zdrajcą?

Judasz był postacią intrygującą. Był naocznym świadkiem cudów Jezusa, a jednak wątpił i do końca nie wierzył. Nawet cud wskrzeszenia człowieka, który był już cztery dni w grobie nie przekonał go. Podobną postawę zaprezentowali arcykapłani, jak czytamy w dzisiejszej Ewangelii. Zamiast bliżej zainteresować się tym faktem, oni postanowili stracić Łazarza, gdyż wielu z powodu tego niezwykłego cudu uwierzyło w Jezusa. Stykamy się tutaj z tajemnicą nieprawości. Nawet tak wielki cud nie przekonał tych, co nie chcieli uwierzyć i zmienić swojego życia.

Niektórzy twierdzą, że zdrada Judasza była konieczna, aby mogło dokonać się zbawienie świata. Co prawda, on przyczynił się do pojmania Jezusa, jednak aresztowanie Jezusa mogło się dokonać w inny sposób, bez jego udziału.

O Judaszu Jezus powiedział, że lepiej byłoby dla niego, aby się nie urodził. Jednak co do swojego urodzenia Judasz nie miał wyboru, tak samo jak i co do swojego powołania, gdyż o tym decyduje Bóg. „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem”- mówi Jezus do apostołów (J 15, 16). Tutaj wchodzimy w sferę tajemniczych wyroków Bożej Opatrzności i ludzkiej wolnej woli. Jaki byłby los Judasza, gdyby nie spotkał Jezusa i czym innym zajmowałby się w swoim życiu? Problem jednak tkwi nie w rodzaju powołania lecz w osobowości człowieka, czy się jest uczciwym, pokornym, pracowitym, odpowiedzialnym, rzetelnym, itp. Gdziekolwiek Judasz by się znalazł, postępowałby zgodnie ze swoją wewnętrzną dyspozycją.

Okradał apostołów z ich skromnych zapasów, tym bardziej oszukiwałby i okradałby innych. Na pewno nie był takim, na samym początku powołania go na apostoła. Tak jak inni apostołowie, z osobą Jezusa, wiązał pewne ziemskie nadzieje. Jednak oni z czasem zmienili swoje nastawienie. Judasz, niestety, pozostał przy swoim. Dlaczego zdradził? Czyżby 30 srebrników mogło go zadowolić? Wydając Jezusa może sądził, że w obliczu śmierci On ulegnie i wykorzysta Swoją cudowną moc, ogłaszając się publicznie Mesjaszem i królem, pokona Rzymian i założy żydowskie imperium? Judasz nie pozwolił Jezusowi posłużyć się sobą, przeciwnie, to on chciał posłużyć się Jezusem.

Judasz jednak nie był do końca zdeprawowany. Sumienie go ruszyło,

zaczął żałować i zwrócił pieniądze, które otrzymał za zdradę Jezusa. Żal

jego jednak nie był skierowany do Jezusa, ale do siebie samego. Taki żal jest żalem niedoskonałym prowadzącym do rozpaczy. Nic dziwnego, że w końcu targnął się na swoje życie. Św. Piotr przeciwnie, kochał Jezusa i żałował, że zdradził swojego najlepszego przyjaciela. Żałował Jezusa, nie siebie.

Powołanie jest Bożym darem i jednocześnie życiowym zadaniem możliwym do wykonania. Judasz miał szansę zrealizowania swojego życiowego powołania i Jezus nie pomylił się powołując go na apostoła. Jednak wytrwanie w tym powołaniu zależało już od samego Judasza, od jego współpracy z łaską Bożą. Nie powołanie, ale wytrwanie decyduje o zbawieniu. Każda bowiem droga, każde powołanie, małżeńskie czy konsekrowane wymaga wytrwałości. Jeżeli dzisiaj mamy tyle rozwodów, tyle osób konsekrowanych sprzeniewierzających się swemu powołaniu, to nie dlatego, że ci ludzie minęli się ze swoim powołaniem, ale że w nim nie wytrwali. Los Judasza jest ostrzeżeniem dla wszystkich tych, którzy zamiast zbawienia, na pierwszym miejscu stawiają ziemską karierę i materialny dobrobyt. „Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?” (Mk 8, 36).

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 31 mar 2013, 11:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Wojciech Wencel

Wszyscy jesteśmy wybrani

Kończy się epoka pobożnej defensywy, zaczyna się czas świadectw.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 12/2013

Duch wionie, kędy chce. Kto się spodziewał, że nowym następcą św. Piotra zostanie mało znany w Europie kardynał z dalekiej Argentyny? Tylko bez ściemniania, proszę, z ręką na sercu... Zabawna była konsternacja większości mediów, dla których konklawe jest biurokratyczną procedurą bez udziału Boga, czymś w rodzaju wyborów przewodniczącego Komisji Europejskiej. Dziennikarze wzorowo odrobili pracę domową, sporządzając listę faworytów, a Duch Święty potraktował ich niepoważnie! Zamiast „sprawnego menedżera”, który „uporządkuje sprawy Kurii Rzymskiej” – przyjaciel ubogich. Zamiast „pragmatycznego dyplomaty”, który rozwiąże „wizerunkowy kryzys” Kościoła, dostosowując go do żądań bojówek homoseksualnych i feministycznych – współczesny apostoł. A w pierwszym orędziu zamiast sprostowania plotek o współpracy z dyktaturą – „twarda mowa” („któż jej słuchać może?”) o potrzebie niesienia krzyża. I to imię, które sobie upodobał: „Franciszek” – wiążące nadzieję na odnowę katolicyzmu z osobistym nawróceniem, życiem w ewangelicznej prostocie i głoszeniem słowa Bożego!

„Potrzeba, aby w czasie konklawe Michał Anioł uświadomił ludziom –/ Nie zapominajcie: Omnia nuda et aperta sunt ante oculis Eius./ Ty, który wszystko przenikasz – wskaż!/ On wskaże...” – pisał Jan Paweł II w „Tryptyku rzymskim”. Nie pomylił się. Dobry Bóg, przed którego oczami wszystkie nasze dzienne (i nocne) sprawy są odsłonięte, po raz kolejny wskazał odpowiedniego człowieka do pełnienia papieskiej misji. Nie jest to, jak twierdzą świeccy komentatorzy, wybór niekorzystny dla Europy. Wręcz przeciwnie. Pontyfikat Franciszka daje nam, Europejczykom, szansę na wyrwanie się z jałowego biadolenia nad upadkiem lokalnej kultury i zaprasza nas w drogę apostolską. Kończy się epoka pobożnej defensywy, zaczyna się czas świadectw. Wybór Franciszka to jednocześnie przypomnienie, że wszyscy – jako chrześcijanie – jesteśmy ludem wybranym. I każdy z nas może świadczyć o cudach, których Jezus Chrystus dokonał w jego życiu. Mnie np. przed trzema laty wyciągnął z dna alkoholizmu. Jeśli uważasz, że dla Ciebie nie zrobił nic, spójrz raz jeszcze na swoją historię. On tam jest, nawet jeśli trudno Go dostrzec w ciemności. I czeka na spotkanie.

Jako wielbiciel polskiego mesjanizmu zawsze miałem trochę dystansu wobec hiszpańskich korzeni mojej formacyjnej wspólnoty. No bo jeśli w objawieniach św. Faustyny Chrystus mówi wyraźnie, że z Polski „wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje”, to po co wtrąca się w to dzieło jakiś Kiko Argüello ze swoimi pieśniami, ikonami i ogólnie estetyką flamenco? Po wyborze Franciszka muszę chyba pozbyć się fochów. Nowy papież tylko pozornie jest bowiem pasterzem egzotycznym. W istocie wiąże główne chrześcijańskie ośrodki świata hiszpańskojęzycznego: żywą religijność Ameryki Łacińskiej z misyjnym zapałem Drogi Neokatechumenalnej, która każdego roku dostarcza Kościołowi nowych prezbiterów, zakonników i wędrownych katechistów. Konsekwencją formacji w niewielkich, braterskich „kuźniach wiary” jest świadczenie o darmowej miłości Boga na ulicach, osiedlach, także w środowiskach z tzw. marginesu społecznego. Podobnie widzi przyszłość Kościoła papież Franciszek. Jeszcze jako kardynał tak mówił o sytuacji w rodzinnej Argentynie: „By ewangelizować, trzeba wyjść poza swój krąg, trzeba iść do ludzi, nie czekać, aż oni przyjdą. U nas trzeba jechać na peryferie. (…) Prawdą jest, że wychodząc na ulice, jak każdemu człowiekowi, kobietom i mężczyznom, i nam może zdarzyć się wypadek. Ale jeśli Kościół zostanie zamknięty w sobie samym, zamknięty w swojej jaźni, zestarzeje się”.

Wygląda na to, że jako Polacy nie mamy monopolu na ewangelizację. W prostowaniu ścieżek Panu wyraźnie wyprzedza nas ostatnio świat hiszpańskojęzyczny, dla którego iskrą z Polski było nauczanie Jana Pawła II. Z tego globalnego ożywienia trzeba się cieszyć. Kiedyś hiszpańscy konkwistadorzy chrystianizowali Amerykę Południową. Teraz ich potomkowie mają szansę zanieść światło Chrystusa z powrotem do starego kraju i przeobrazić europejską kulturę. Przez 500 lat metody ewangelizacji radykalnie się zmieniły, ale poganie, jak dawniej, potrzebują nawrócenia. Cała Europa jest dziś terenem misyjnym.

Mój entuzjazm dla nowego papieża nie oznacza, mimo wszystko, przejścia na pozycje kosmopolityczne. Napisałem kiedyś, że każdy chrześcijanin powinien zdawać egzamin z historii Polski, i również Franciszka ten obowiązek nie ominie. Nasze wspaniałe dzieje nie są bowiem lokalną własnością, ale uniwersalistycznym świadectwem trwałej miłości Chrystusa do człowieka. Ich głoszenie to nie wyraz zbiorowego egocentryzmu, lecz dzielenie się Słowem wcielonym. Dobrze byłoby, gdybyśmy na dobry początek podsunęli Franciszkowi kilka lektur z narodowego kanonu. Najbliższą okazją będą Światowe Dni Młodzieży w Rio de Janeiro. Wprawdzie mnie tam zabraknie, ale mój szesnastoletni syn już siedzi na walizkach. Jak go znam, spakował Biblię i masę herbatników na agapę. Zanim wsiądzie do samolotu, mam zamiar upchnąć mu do bagażu „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego”, „Anhellego” oraz „Krzyże i miecze”. Ale o tym na razie cicho sza! Niech się chłopak zorientuje na miejscu.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2013 ... brani.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 20 kwi 2013, 06:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Świecie bez Dekalogu, dokąd podążasz?

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Przedstawienie „Quo vadis” Janusza Wiśniewskiego w stołecznym Teatrze Polskim ma głęboką w swej wymowie klamrę kompozycyjną. Spektakl otwiera Neron, prowadząc orszak i wygłaszając monolog o potędze swojej władzy, a przedstawienie kończy święty Piotr. Obie te postaci doskonale grane, Neron przez Halinę Łabonarską, a święty Piotr w wykonaniu Wiesława Komasy, pozostają ze sobą w kontrze. Przychodzą wszak z diametralnie różnych porządków i każdy z nich przynosi inną wizję świata. Neron to symbol władzy totalitarnej, niszczącej, święty Piotr zaś to nadzieja i ocalenie.

Między tymi dwiema kluczowymi scenami: początkową i finałową, toczy się życie. A właściwie biegnie w szalonym tempie. Co jakiś czas bowiem rytmicznie do muzyki Jerzego Satanowskiego przebiega przez scenę tłum ściśnionych postaci, jedna za drugą. To bieg przez ludzką egzystencję, trwający nieustannie bieg przez życie. Odbywa się w pośpiechu, takim samym ruchem dla wszystkich według płynącego z głośnika, narzuconego rytmu.

Imago mundi

Dopiero między tymi przejściami korowodów pojawiają się króciutkie scenki indywidualnych ludzkich losów, wydarzeń, historii składających się na ludzkie życie. A to młoda kobieta (interesująca Marta Kurzak) najpierw kilkakrotnie pojawia się z niemowlęciem, które karmi piersią, a potem widzimy ją z różańcem w ręku, zbolałą po śmierci dziecka. W innej scence młoda kobieta (Joanna Halinowska), wyskakując z pociągu, popełnia samobójstwo z miłości do człowieka, który odrzuca jej uczucie. Jeszcze w innej odsłonie wdowa rozpacza po śmierci męża, nie umie się odnaleźć w tym świecie (przejmująco poprowadzona postać przez Ewę Domańską). Przerywnikiem między scenami jest postać osła (świetny, wyrazisty Piotr Cyrwus), a także Śmierci (Marcin Jędrzejewski). Jest też wątek Petroniusza (w tej roli Jerzy Schejbal), scenka z jego ukochaną Eunice (Marta Dąbrowska), jest spotkanie potentata internetowego Billa Gatesa (Krystian Modzelewski) ze Steve’em Jobsem (Marek Kudełko) itd., itd. Każda z tych miniscenek i każdy z podjętych wątków ma swoją wymowę i kończy się pointą. Nikt tu nie jest szczęśliwy, każdy przeżywa jakiś ból i lęk.

W tych przechodzących, przebiegających korowodach od czasu do czasu widzimy też Nerona. Postać cesarza pojawia się kilkakrotnie, za każdym razem jest wprawdzie tym samym Neronem, ale zawsze w trochę innej wersji. W zależności od tego, jaki tekst mówi. Na początku Neron wygłasza monolog w oparciu o tekst „Tym czasom” Audena, gdzie postacią centralną jest Herod. Neron, mówiąc słowami Heroda, niejako utożsamia się z nim, podkreśla, że jest tetrarchą, że władzę otrzymał od Boga, ale chce być równy Jemu, ba, nawet Go przewyższyć. W innej scenie jawi się jako osoba przez chwilę wrażliwa na piękno poezji, mówiąc „Sonety” Szekspira, by za chwilę pokazać, że jest tyranem. W finałowej scenie spożywania posiłku mówi o swojej śmierci. Obrzydliwa postać je, a właściwie pożera makaron w nieestetyczny sposób, co doprowadza go do śmierci z przejedzenia. Scena wyraźnie inspirowana filmem „Mondo cane”. Tak dogorywa władza nawet największych potęg, wydawałoby się niezniszczalnych.

Dokąd idziemy

Halina Łabonarska w każdej z tych scen prezentuje coraz to nową przestrzeń funkcjonowania Nerona i odsłania coraz to inne jego cechy charakterologiczne. Wspaniale poprowadzona rola. Ubrana w mundur żołnierza z epoletami generalskimi i zawieszonym na piersi orderem, o niebywale, wręcz karykaturalnie pogrubionej sylwetce, z wypomadowaną na biało twarzą i krótką, przylizaną fryzurą przypomina hitlerowskiego „fryzjerczyka”. Ale też w innym miejscu ma coś z sowieckiego generała czy wcześniej Heroda. Neron Haliny Łabonarskiej jest symbolem władzy, i to władzy totalnej, która bezkarnie może robić, co zechce. Neron nie musi się przed nikim tłumaczyć, naród jest dla niego masą całkowicie podporządkowaną władzy. Ale owa tyrania nie jest tu pokazana wprost, Halina Łabonarska zmusza widza do współpracy, do wyłowienia owej tyranii dyktatora ze stylu mówienia, zachowania, zmiany tonacji głosu, na przykład gwałtownego zwrotu sylwetki w przeciwną stronę, by sprawdzić, czy lud zachowuje się karnie itd., itd.

Neron w doskonałej, bogatej znaczeniowo, w pełni przekonującej interpretacji Haliny Łabonarskiej jest postacią pełną obrzydliwości, symbolizuje świat, który nurza się w brudzie, upadku wartości, wynaturzeniu. To świat, który podeptał Dekalog i pragnie żyć bez Boga, co prowadzi do upadku cywilizacji chrześcijańskiej, a to z kolei tworzy przestrzeń dla nowych, neopogańskich systemów wyniszczających człowieka. Zło jednak nie może bezkarnie tryumfować.

Scena śmierci Nerona, niszczyciela ludzkich dusz, demona, nie kończy przedstawienia. W spektaklu od czasu do czasu pojawia się postać człowieka różniącego się od pozostałych. W pewnym momencie mówi przepiękny wiersz Józefa Wittlina „Ból drzewa”, identyfikując się z drzewem krzyża, na którym Pan Jezus został ukrzyżowany, a tym samym dokonało się zbawienie świata. Dopiero w finale ujawnia się jako święty Piotr, który na tle płonącego Rzymu wskazuje na wartości, do których musimy wrócić: Bóg, wiara, Kościół. Cóż za wspaniała i głęboko zinterpretowana rola Wiesława Komasy, który wskazując drogę ocalenia ludzkości i całej cywilizacji, przejmująco wypowiada słowa wzięte z „Księcia niezłomnego” Juliusza Słowackiego: „Bóg jest ucieczką moją i obroną”.

Myślę, że przedstawienie Janusza Wiśniewskiego ze swoją wyrazistą i jednoznaczną wymową ideowo-światopogladową jest także credo samego reżysera. I choć spektakl ten, w którym reżyser wykorzystał oprócz tekstu „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza także wiele innych utworów, m.in. Eliota, Rilkego, Achmatowej, Cwietajewej, to jednak jest to autorski teatr Janusza Wiśniewskiego. Taki, jaki oglądaliśmy i jaki już znamy z jego poprzednich spektakli. Tak pod względem formalnym, estetycznym, jak i pod względem wymowy ideowej. Sienkiewiczowskie pytanie: „Quo vadis, Domine?”, Janusz Wiśniewski w swoim spektaklu uniwersalizuje i pyta: „Dokąd podążasz, człowieku, świecie, cywilizacjo, odrzucając Dekalog?”. Ważny, przejmujący spektakl, jakże ogromnie potrzebny na dziś.

„Quo vadis słowami Sienkiewicza, Eliota, Audena i innych”, reż. i insc. Janusz Wiśniewski, choreog. Emil Wesołowski, muz. Jerzy Satanowski, Teatr Polski, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/30317,swi ... azasz.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 16 maja 2013, 06:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Teologia a polityka

Prof. Jacek Bartyzel

Swego czasu zaprezentowaliśmy na łamach „Naszego Dziennika” sylwetkę hiszpańskiego myśliciela i polityka Juana Donosa Cortesa (1809-1853), koncentrując się na jego trzech wielkich mowach wygłoszonych w Kortezach w latach 1849-1850 (Trylogia apokaliptyczna Juana Donosa Cortesa, „Nasz Dziennik”, 2-3 czerwca 2012, nr 128). Tym razem skupimy naszą uwagę na jego teologiczno-politycznym opus magnum – opublikowanym w 1851 roku „Szkicu o katolicyzmie, liberalizmie i socjalizmie, rozważanych w swoich zasadach fundamentalnych” (Ensayo sobre el catolicismo, el liberalismo y el socialismo, considerados en sus principios fundamentales).

Myśl przewodnią swojej apologetyki autor wyraził już w pierwszym zdaniu tego dzieła: „Na dnie każdej wielkiej kwestii politycznej leży zawsze jakaś wielka kwestia teologiczna”. Dowody zależności pojęć politycznych od pojęć religijnych znajduje Donoso Cortés w całej historii społeczeństw cywilizowanych, począwszy od antynomii pomiędzy starożytnym Wschodem a „Zachodem”, reprezentowanym przez antyczną Grecję. Panujący w orientalnych despocjach panteizm religijny skazywał ludy na wieczne niewolnictwo w ogromnych, lecz nietrwałych imperiach, podczas gdy grecki politeizm owocował tłumnymi republikami ludzi i bogów, gdzie bogowie – często zbrodniczy, swarliwi i cudzołożni – mieli w sobie pierwiastek aż nazbyt ludzki, a ludzie – bohaterscy i utalentowani w sztukach i filozofii – pierwiastek boski.

Chrześcijaństwo przemieniło zarówno społeczeństwo, zamieniając pogańskie panowanie siły na pojęcie władzy jako publicznej służby Bożej: „Królowie poczęli panować w imię Boże, narody poczęły słuchać książąt jako piastunów władzy pochodzącej od Boga”. Co najważniejsze, odejmując z jednej strony władcom doczesnym nienależny im atrybut boskości, a z drugiej strony wyprowadzając legitymizację ich władzy z autorytetu boskiego, chrześcijaństwo odebrało raz na zawsze jakiekolwiek usprawiedliwienie obu politycznym przejawom grzechu pychy – tyranii panujących i rewolucji poddanych. Chrześcijaństwo nie mogłoby jednak mieć tak dobroczynnego wpływu, gdyby Kościół katolicki nie był instytucją o pochodzeniu nadprzyrodzonym. Bez pierwiastka nadnaturalnego, bez działania łaski, w cywilizacji widzi się tylko skutki, a nie przyczyny. Kościół zatem nie jest jednym tylko ze składników cywilizacji europejskiej, ale jest samą tą cywilizacją, ponieważ dał jej to, co czyni ją jednością, co stanowi jej istotę. Cywilizacja europejska jest po prostu cywilizacją katolicką. Najpoważniejszą konsekwencją takiego podejścia jest zbędność osobnej, autonomicznej względem teologii, teorii politycznej. Charakterystyczne, że nie tylko w tytule „opus magnum”, ale w całym wywodzie Donosa liberalizmowi i socjalizmowi przeciwstawiony został katolicyzm, a nie na przykład konserwatyzm.

Donoso Cortés koncentruje się na rozważaniu czterech kardynalnych zagadnień teodycei:

1. tajemnicy wolnej woli i ludzkiej wolności;

2. pytania: „skąd zło” (unde malum)?;

3. zagadki dziedziczności grzechu pierworodnego;

4. sensu ofiary krwawej i zadość- uczyniającej.

Teoria wolności

Wolność rozważa Donoso Cortés w trojakim sensie: jako doskonałość, jako środek do jej osiągnięcia oraz w perspektywie historia sacra, jako jej dzieje w niebie i na ziemi, wraz ze skutkami jej nadużycia przez anioły i ludzi.

Autor odrzuca naprzód pospolite mniemanie, jakoby istotą wolnej woli była możność wybierania pomiędzy dobrem a złem (resp. „wolność wyboru”). Gdyby tak było istotnie, pociągałoby to za sobą dwa, jego zdaniem, niedorzeczne następstwa: pierwsze, co do człowieka, że im doskonalszy by się stawał, tym mniej byłby wolny (gdyż doskonaląc się, nie mógłby już podlegać pociągowi do zła), toteż zachodziłaby sprzeczność pomiędzy doskonałością a wolnością; drugie, co do Boga, że to On nie byłby wolny, ponieważ w Bogu nie może być dwóch sprzecznych dążeń – ku dobru i ku złu. Pozytywnie, wolność nie polega zatem na możności wybierania pomiędzy dobrem a złem, lecz jest po prostu własnością woli rozumnej.

Należy jednak rozróżnić pomiędzy wolnością doskonałą a cząstkową. Pierwszą, tożsamą z doskonałością rozumu i woli, znaleźć można tylko w Bogu, toteż doskonale wolny jest tylko Bóg. Człowiek natomiast – niedoskonały, jak każdy byt stworzony – jest tylko względnie wolny. Co więcej, stopień wolności możliwy do osiągnięcia przez człowieka jest wprost proporcjonalny do stopnia posłuszeństwa okazywanego Stwórcy: gdy człowiek miłuje Boga i okazuje należny respekt Bożemu prawu,

wzrasta w wolności, gdy natomiast oddala się od Boga i gardzi prawem Bożym, poddaje się władzy szatana, stając się jego niewolnikiem.

Możność pójścia za złem – czyli T„wolność wyboru” – jest rzeczywista, ale mylne jest postrzeganie w niej istoty wolności; to jedynie przypadłość wynikająca z niedoskonałości woli ludzkiej, a zatem słaba i niebezpieczna dla człowieka, stwarzająca zagrożenie popadnięcia w niewolę u „przywłaszczyciela”. Komu więc zależy na osiągnięciu prawdziwej wolności – wolności od grzechu – winien tedy raczej starać się przywieść tę możność do spoczynku, a nawet utracić ją, o ile to możliwe, zupełnie, co jest osiągalne tylko przy pomocy łaski. Bez łaski, także uczynkowej, nie można nic, co najwyżej się zgubić. Uwalniająca z grzechu łaska nie przeczy jednak wolności, ponieważ jej działanie wymaga współdziałania człowieka. Jak uczy teologia fundamentalna, człowiekowi udzielana jest łaska dostateczna do poruszania woli lekkim pociąganiem; gdy człowiek za nią idzie, jego wola zlewa się z wolą Bożą i w ten sposób łaska dostateczna staje się skuteczna. Pojęta jako środek do doskonałości, wolność woli ludzkiej jest, w świetle powyższego, „najdziwniejszym z dziwów Bożych” z tego powodu, że człowiek może oprzeć się Bogu i mieć swoje „straszliwe” zwycięstwo, a mimo to Bóg „pozostaje zwycięzcą, a człowiek zwyciężonym”, przegrywając swoje zbawienie.

Skąd zło?

Błędne ujęcia głównego problemu teodycei – pogodzenia niedoskonałości wolnej woli ludzkiej z dobrocią i sprawiedliwością Bożą – są, zdaniem Donosa, następstwem nie czego innego, jak właśnie błędnej definicji wolności. Umysł nią przesiąknięty nie potrafi wytłumaczyć sobie, dlaczego Bóg ciągle ustępuje przed błądzącą wolą ludzką oraz pozwala na bunt i anarchię na ziemi. Przerażony tym widokiem musi popaść w manicheizm, który potrafi na swój sposób wytłumaczyć naturę walki oraz dwoistości dobra i zła, ale nie jest zdolny wytłumaczyć natury pokoju i jedności, jak również przekonująco dowieść czyjegokolwiek zwycięstwa ostatecznego. Wymagałoby to bowiem zniweczenia jednego lub drugiego pierwiastka, a nie sposób pojąć zniweczenia tego, co miałoby być bytem substancjalnym. Rozwiązanie tej sprzeczności podaje jedynie katolicyzm, który tłumaczy wszystko, wskazując ontologiczną różnicę pomiędzy Bogiem a człowiekiem, będącą także wyjaśnieniem pochodzenia zła bez konieczności substancjalizacji zła albo zaprzeczania wszechmocy lub dobroci Bożej.

Bóg, jako Dobro bezwzględne, jest sprawcą wszelkiego dobra. Niemożliwe więc, aby był sprawcą zła, bo „Bóg nie może w [stworzenie] włożyć tego, czego w Nim nie ma; a właśnie zła w Bogu nie ma” Z drugiej strony, Bóg nie może też umieścić w czymkolwiek dobra bezwzględnego, bo to znaczyłoby stworzyć drugiego Boga. Wszelkiemu stworzeniu Bóg udziela zatem tylko dobra względnego, „coś z tego, co w Nim jest, ale co Nim nie jest”. Skoro Bóg jest Twórcą wszystkiego, to wszelkie stworzenie, jako takie, jest względnie dobre – nawet szatan. Szatan bowiem, stając się tym, czym został z własnego wyboru, czyli Złym, nie utracił przez to natury anielskiej, która, jako stworzona przez Boga, jest dobra. Mimo tego, że wszystkie byty stworzone są dobre, zło jest w świecie i czyni w nim straszliwe spustoszenie. Ta zagadka domaga się wyjaśnienia trzech kwestii: Skąd zło pochodzi? Czym zło jest? Jakim sposobem jest ono jednak w ostateczności czynnikiem powszechnej harmonii?

Swój początek zło ma w użytku, jaki człowiek (a przed nim upadłe anioły) czyni z wolności woli, którą został obdarzony, nazywaną właśnie pospolicie „wolnością wyboru” między dobrem a złem, którą adekwatnie i precyzyjnie należałoby nazywać wolnością połączenia się z Dobrem, istniejącym niezależnie od człowieka, czyli z Bogiem, albo oddalenia się od Niego i zaprzeczenia Mu przez to oddalenie oraz zwrócenia się ku złu, czyli ku nicości. Pojawienie się zła jest zatem skutkiem podwójnego przeczenia: przeczenia umysłu, co powoduje błąd (negację prawdy), oraz przeczenia woli, co powoduje zło (negację dobra). Oba przeczenia są jednocześnie bezwzględnym za-przeczeniem Bogu, ponieważ prawda i dobro substancjalnie są Bogiem, więc jedną i tą samą rzeczą, rozważaną tylko z dwóch różnych punktów widzenia. Owo za-przeczenie nie wyrządza wprawdzie żadnej szkody Bogu, wprowadza natomiast dysharmonię do stworzenia. O ile przed buntem aniołów i upadkiem człowieka wszystko w stworzeniu (nawet materia) ciążyło ku Bogu, ku prawdzie i dobru, o tyle po tych dwóch metafizycznych rebeliach powstał nieporządek polegający na rozłączaniu tego, co Bóg chciał złączyć, a łączeniu tego, co Bóg chciał rozdzielić. Innymi słowy, ruch ciążenia ku Bogu został przez zbuntowanego anioła i upadłego człowieka zamieniony na ruch obrotowy około siebie samego; tak szatan, jak i człowiek samego siebie uczynił swym celem ostatecznym. Donoso Cortés afirmuje zatem, z całą mocą swojej płomiennej retoryki, pochodzącą od św. Augustyna tezę filozofii katolickiej o identyczności dobra z bytem i niemetafizyczności zła. Zło „jest” niebytem: nie istnieje substancjalnie. „Stąd wynika, że to wyrażenie ’zło’ nie wywołuje innego pojęcia, prócz pojęcia ’nieporządku’, ponieważ zło nie jest jakąś rzeczą, ale tylko nieporządnym sposobem bytu rzeczy, jakie nie przestały być istotowo dobrymi”.

Co się natomiast tyczy kwestii pogodzenia dopuszczalności czynienia przez człowieka zła z wszechmocą opatrznościowej woli Bożej, to Donoso Cortés głosi, że owej „straszliwej wolności” psucia harmonii i piękna stworzenia Bóg nie dałby człowiekowi, gdyby nie był pewien, że może ją obrócić na narzędzie swoich planów i powstrzymać spustoszenie. Rzecz w tym, że rozdział pomiędzy Stwórcą a stworzeniem, rzeczywisty pod jednym względem (moralnym), staje się pozorny pod innym względem (bytowych więzów zależności). Pierwotnie – przed buntem i upadkiem – istoty rozumne i wolne były połączone z Bogiem siłą Jego łaski. Oddzieliły się przez grzech, zrywając węzeł łaski, lecz oddalając się od Boga mocą swojej woli, w inny sposób zbliżają się do Niego, gdyż albo wpadają w ręce Jego sprawiedliwości, albo stają się przedmiotem Jego miłosierdzia. Aby wyjaśnić, jak to się dzieje, Donoso przywołuje średniowieczną jeszcze metaforę stworzenia jako koła, którego Bóg jest pod jednym względem obwodem, a pod innym środkiem. Jako środek Bóg pociąga ku Sobie, jako obwód – ogarnia. Byty stworzone natomiast albo ciążą ku Stwórcy jako ku środkowi, albo się oddalają, lecz wówczas spotykają się z Nim jako z obwodem, więc „gdziekolwiek się podzieją, zawsze są pod ręką Bożą”. Jeśli człowiek może być scharakteryzowany jako istota, która wprowadza nieporządek do porządku, to boskość Boga polega również na tym, że może On wydobywać porządek z nieporządku, zamieniając rozdział chwilowy na połączenie nierozerwalne. Kto nie chce się z Nim połączyć przez wieczystą nagrodę, zostaje połączony przez wiekuistą karę. Kres (cel), do jakiego ma dojść każde stworzenie, jest wybrany przez Boga; ono wybiera jedynie drogę – albo ku potępieniu, albo ku zbawieniu.

Ideologie, czyli przeczenia

Pojęcie zła jako nie-bytu i fałszu jako nie-prawdy znajduje zastosowanie w przeprowadzanej przez Donosa konfrontacji katolicyzmu z ideologiami liberalizmu i socjalizmu. Ich fałszywość jawi się tu właśnie jako brak ontologicznej i epistemologicznej pozytywności. Tak liberalna, jak i socjalistyczna koncepcja zła jest nadto rażąco nieadekwatna do rzeczywistości z powodu szukania go tam, gdzie go nie ma, a przeoczania jego istotnych przejawów.

Liberałowie postrzegają zło w sferze instytucji politycznych, odziedziczonych po przodkach, a więc przede wszystkim w monarchii chrześcijańskiej, natomiast socjaliści twierdzą, iż zło tkwi w instytucjach społecznych, na czele z rodziną i własnością prywatną. Z punktu widzenia doraźnej gry sił partyjnych jest to różnica poważna i skutkująca w bycie społecznym, skoro dążenia liberałów mogą się wydawać stosunkowo umiarkowane (zastąpienie ustroju monarchii tradycyjnej ustrojem demokratyczno-parlamentarnym), natomiast zamiary socjalistów godzą w same fundamenty społeczeństwa – czemu liberałowie także się sprzeciwiają. Jednak w świetle teologii i antropologii filozoficznej różnica ta znacznie się zmniejsza, a nawet staje się nieistotna, ponieważ obie szkoły odrzucają katolicki dogmat o upadku stworzenia i skaleczeniu natury ludzkiej przez grzech pierworodny. I w oczach liberałów, i socjalistów człowiek jest istotnie dobry – nie w sensie natury stworzonej jako dobra, lecz zawsze i bezwzględnie – a zło jest zawsze instytucjonalne, tyle tylko, że jedni i drudzy wskazują na różne instytucje. W każdym wypadku oznacza to jednak re-ontologizację zła, i w tym właśnie sensie można mówić o „manicheizmie” obu ideologii.

Istotna różnica pomiędzy liberalizmem a socjalizmem polega na stopniu, w jakim zaprzeczają one prawdzie o pochodzeniu zła, głoszonej przez katolicyzm. Liberalizm czyni to w sposób niekonsekwentny i – można rzec – bojaźliwy; boi się przeczyć stanowczo i żal mu wyrzec się jakiejkolwiek zasady. Rewolucję polityczną liberalizm pochwala, nazywając ją wolnościową, a rewolucję społeczną zwalcza, też nie dostrzegając, że pierwsza pociąga za sobą drugą: „równowaga, jakiej szuka liberalizm pomiędzy socjalizmem a katolicyzmem, jest najzupełniej niemożliwa”, dlatego ostatecznie „szkoła (…) liberalna w każdym razie musi abdykować albo w ręce socjalistów, albo w ręce katolików”. Bezsilność „szkoły liberalnej” bierze się wtedy stąd, że nie jest ona zdolna nawet do tego, aby konsekwentnie przeczyć, co zastępuje jałowymi i niekonkluzywnymi już w założeniu dysputami. „Szkoła ta panuje wówczas tylko, gdy społeczeństwo się rozkłada: chwila jej panowania jest chwilą tą przechodnią i nikłą, w której świat nie wie, czy wybierze Barabasza, czy Jezusa, i pozostaje w wahaniu między twierdzeniem dogmatycznym a zupełnym przeczeniem. Społeczeństwo pozwala wówczas przewodzić nad sobą tym, którzy nie śmieją mówić: ’twierdzę’, ale którzy też nie mają odwagi mówić: ’przeczę’, lecz zawsze odpowiadają słówkiem: ’rozróżniam’. Najwyższym interesem tej szkoły jest, aby nie nadszedł dzień przeczeń stanowczych, albo stanowczych twierdzeń; i żeby przeszkodzić jego nadejściu, ucieka się ona do rozprawiania, jako do najlepszego środka pomieszania wszystkich pojęć i szerzenia sceptycyzmu”. Liberalizm skazany jest jednak na klęskę, ponieważ „człowiek jest stworzony do działania, a ustawiczne rozprawianie nie godzi się z działaniem, i dlatego przeciwne jest naturze człowieczej. Nadchodzi więc dzień, w którym lud, idąc za popędem swoich uczuć, występuje na place publiczne i ulice, stanowczo wybiera Barabasza albo Jezusa, i w proch rozbija trybunę sofistów”.

Większa „śmiałość” socjalizmu polega natomiast na tym, że z hipotezy dobroci człowieka socjaliści wyprowadzają jednocześnie dwa konsekwentne wnioski: o doskonałości człowieka (co faktycznie jest jego deifikacją) oraz o identyfikacji zła z Bogiem (czyli z ideą Boga, będącą „straszydłem sumienia”). „Złoty wiek” w socjalistycznej wersji zakwitnie wówczas, „gdy zaginie wiara w Boga, panowanie rozumu nad zmysłami i panowanie rządów nad ludami: czyli, co na jedno wyjdzie, gdy zbydlęcone tłumy będą siebie uważać za bóstwo, prawo i rząd”. W ujęciu Donosa ów socjalistyczny ustrój przyszłości jawi się jako idealny despotyzm, będący połączeniem panteizmu zarazem politycznego, społecznego i religijnego. Socjalizm prowadzi do przyznania człowiekowi (kolektywnemu) godności odkupiciela społeczeństwa, tym samym zatem głosi dwie te same tajemnice, co katolicyzm (o pochodzeniu zła i o odkupieniu), lecz perwersyjnie je odwracając; gdy katolicyzm „twierdzi dwie rzeczy proste i naturalne: że człowiek jest człowiekiem i czyni sprawy ludzkie, a Bóg jest Bogiem i działa sprawy Boże, to socjalizm twierdzi dwie rzeczy niepojęte: że człowiek przedsiębierze i dokonywa dzieła Boże, a społeczeństwo wykonywa dzieła właściwe człowiekowi”.

W ostatecznym rozrachunku, jeśli liberalizm, który podkreśla swoją „neutralną” świeckość, jest tylko „antyteologią”, to w socjalizmie postrzega Donoso Cortés fałszywą teologię, będącą nieudolnym plagiatem Ewangelii, niedorzecznym „półkatolicyzmem”, tworzącym sobie nowego „boga” w kolektywnym człowieku.

Dziedziczność grzechu

Teodycea byłaby niekompletna, gdyby prócz odpowiedzi na pytanie o naturę i pochodzenie zła nie dawała wytłumaczenia dogmatu dziedziczności grzechu pierworodnego przez wszystkie pokolenia. Donoso Cortés wie, że zwłaszcza ten dogmat – bez którego zarazem katolicyzm traci rację swojego istnienia – jest powodem największego „zgorszenia” i dla czysto naturalnej sprawiedliwości, i dla mentalności nowożytnej. Jak można być grzesznikiem, nie grzesząc samemu, i to już z chwilą narodzin? Na jakiej podstawie można mówić o dziedziczeniu grzechu Adama, a zatem o nieuchronnym następstwie tegoż w postaci kary, bez winy osobistej? Wszystko to zdaje się urągać i rozumowi, i poczuciu słuszności, jak również pozostawać w sprzeczności z głoszoną przez religię chrześcijańską prawdą o niewyczerpalności Bożego miłosierdzia.

Chociaż pytanie powyższe stawiane jest zazwyczaj na płaszczyźnie etyki, odpowiedź Donosa transcenduje na poziom ontologii, albowiem wyjaśnieniem pozornej sprzeczności między brakiem winy osobistej i dziedziczeniem grzechu oraz ponoszeniem za niego odpowiedzialności jest dwoistość struktury bytowej człowieka. Praojciec Adam był zarazem jednostką i rodzajem ludzkim, a grzech został spełniony, zanim jednostka i rodzaj rozdzieliły się (przez potomstwo). Adam zgrzeszył więc obiema swoimi naturami: zbiorową i jednostkową. Adam jednostka wprawdzie umarł, ale Adam zbiorowy żyje nadal, toteż wraz z życiem przechowuje swój grzech: „Adam zbiorowy i natura ludzka jedną i tą samą są rzeczą; natura więc ludzka jest ustawicznie winna, ponieważ ustawicznie jest grzeszna”. Każdy człowiek, przychodząc na świat, jest grzesznikiem, bo ma naturę ludzką, a natura ludzka została skażona: „Zgrzeszyłem, gdy byłem Adamem, i już dojrzałym, zanim dostałem imię, jakie noszę, i zanim na świat przyszedłem. Gdy Adam wyszedł z rąk Bożych, byłem już w nim, a on był we mnie, gdy ja wyszedłem z łona mojej matki; nie mogąc oddzielić się od jego osoby, nie mogę oddzielić się od jego grzechu”.

W każdej istocie ludzkiej jest jednocześnie pierwiastek indywidualny, stanowiący jej substancjalną jedność osobową, i pierwiastek wspólny dla całego rodzaju ludzkiego. Ten pierwszy, otrzymywany przez każdego osobnika od jego rodziców, stanowi jedynie przypadłościową formę istnienia; drugi natomiast, otrzymywany (poprzez Adama) od Boga, jest istotą każdego bytu ludzkiego, i to właśnie przesądza o partycypacji każdego w grzechu. Grzechy indywidualne są już tylko „dorzucaniem” do grzechu pierworodnego, który był zarazem jeden i powszechny, wyjątkowy i zawierający zarodkowo wszystkie grzechy. Nie było i nie będzie nigdy człowieka, który indywidualnie mógłby zgrzeszyć tak jak Adam: „Rzucamy tylko plamy na plamy: jeden Adam zbrukał czystość śnieżną”.

W dziedziczności winy i kary –więc, bez wątpienia, w cierpieniu – nie powinno się upatrywać zła, lecz jedyne dobro, jakie możliwe jest w stanie nieodwracalnego faktu zepsucia człowieka. Gdyby nie kara –w istocie lecząca – skażenie byłoby nieodwracalne, a Bóg nie miałby sposobu dosięgnięcia (obdarzonego wolnością) człowieka Swoim miłosierdziem. Odrzucając karę, znosimy także możliwość odkupienia. Kara jest tą właśnie szansą ratunku, odmówioną upadłemu aniołowi, która zadzierzga nowy węzeł pomiędzy Stwórcą a człowiekiem. Nie przestając być relatywnym złem, jako cierpienie, kara staje się wielkim dobrem ze względu na cel, jakim jest oczyszczenie grzesznika.

Sens ofiary krwawej

Koronującym całość punktem teodycei Donosa jest wywód na temat konieczności i znaczenia ofiary krwawej i przebłagalnej – najpowszechniejszej, znanej prawie wszystkim religiom, a jednocześnie najbardziej tajemniczej i też na pozór odrażającej oraz niedorzecznej.

Pierwszą ofiarę krwawą złożył Abel, i – co osobliwe – ponieważ była krwawa, była miła Bogu, w przeciwieństwie do bezkrwawej ofiary Kaina. Jeszcze bardziej osobliwe jest to, że Abel, który przelewa krew na ofiarę przebłagalną, ma do jej przelewu wstręt i ginie, bo nie chce przelać krwi zawistnego brata, zaś Kain, odmawiający złożenia ofiary krwawej w celu przebłagalnym, lubi przelewać krew do tego stopnia, że zabija brata. Ten ciąg paradoksów prowadzi Donosa do konkluzji, że przelewanie krwi jest oczyszczeniem lub zmazą stosownie do celu, dla którego się dopełnia.

Dlaczego jednak wszyscy, w ten czy inny sposób, w ogóle krew przelewają? Otóż przelew krwi jest koniecznym skutkiem winy Adama. Ponieważ jednak nastąpiła obietnica Odkupienia przez podstawienie Odkupiciela na miejsce winnego, wykonanie wyroku zostało zawieszone aż do Jego przyjścia. Abel natomiast – dziedzic i wyroku, i obietnicy zawieszającej wyrok – stanowi ofiarę pamiątkową i symboliczną Odkupienia. Jego ofiara jest tak doskonała, że wyraża wszystkie dogmaty katolickie: jako ofiara w ogóle jest aktem wdzięczności i czci Boga; jako ofiara krwawa oznajmia dogmat grzechu pierworodnego, dziedziczności winy, kary i solidarności oraz stanowi przypomnienie obietnicy Odkupienia; wreszcie, jest symbolem prawdziwej ofiary Baranka bez zmazy. W kolejnych pokoleniach objawienie pierwotne, wraz z przekazem sensu ofiary Abla, uległo jednak zaciemnieniu, wskutek tej okoliczności, że jednocześnie dziedziczony był przez wszystkich ludzi grzech pierworodny, korumpujący także ludzki rozum. Najbardziej wypaczoną, okrutną i przerażającą konsekwencją błędnego pojmowania sensu i celu ofiary krwawej było oczywiście składanie ofiar z ludzi.

W czym tkwił błąd ludów przedchrześcijańskich? Właśnie w tym fragmencie Donoso Cortés pozwala w pełni smakować finezję swojej retoryki, subtelność rozumowania i wirtuozerię w sposobie dowodzenia. Jego wywód złożony jest z ciągu (rozpoczynanych anaforami) pytań retorycznych, na które za każdym razem – z wyjątkiem pytania ostatniego – pada odpowiedź przecząca.

Czy starożytni mylili się, sądząc, że sprawiedliwość Boża wymaga zadośćuczynienia? Nie, nie mylili się. Czy błądzili, sądząc, że zadośćuczynić można tylko przelewem krwi? Nie, nie błądzili. Czy nieprawdą jest, że jeden może zadośćuczynić za grzechy wszystkich? Nie, to jest prawdą. A może fałszywe było ich przekonanie, że ofiara musi być niewinna? I to nie było fałszem. Jedynym – lecz za to o potwornych konsekwencjach –ich błędem było mniemanie, że taką (skuteczną) ofiarą może być jakikolwiek człowiek. Ten jeden błąd, to jedno odstępstwo od „dogmatu katolickiego” „zamieniło świat na morze krwi”. Wniosek zaś stąd –zawsze, zdaniem Donosa, aktualny –że kiedy ludzie utracą cokolwiek z chrześcijaństwa, dzikie i krwawe barbarzyństwo jest nieuniknione.

Autor jest filozofem polityki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

http://www.naszdziennik.pl/wp/32726,teo ... ityka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 26 maja 2013, 23:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wpolityce.pl/artykuly/53924-xxi- ... tyce.pl%29

XXI wiek ma to do siebie, że ciężko znaleźć człowieka, który by nie był poraniony. Warto przywrócić Duchowi Świętemu należne Mu miejsce w naszym życiu
opublikowano: 19 maja, 14:31

Niedziela Zesłania Ducha Świętego, C (J 20,19-23).

Wieczorem w dniu Zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.


1. Początek

Cała tajemnica naszego życia chrześcijańskiego, zaczyna się od chrztu świętego. Nie byłoby kapłanów, sióstr, naszych rodziców i nas, gdyby nie chrzest święty. W chwili przyjęcia tego sakramentu otrzymaliśmy Ducha Świętego, i od tamtej pory Jezus, prowadząc nas przez życie, jeszcze bardziej tę obecność odnawia, pogłębia, jeszcze bardziej nas ze sobą scala. Problem polega na tym, że myśląc o Duchu Świętym, często przyjmujemy jedną z dwóch skrajnych postaw. Czasem odsuwamy Go na margines, bo bliższy jest nam Bóg Ojciec, a najbliższy – Jezus. Duch Święty pojawia się wprawdzie na bierzmowaniu, w katechezie, w jakiejś modlitwie, ale zawsze z boku, jakby mniej ważny. Albo przeciwnie: są grupy, których członkowie o niczym innym nie mówią, tylko o Duchu Świętym – i nazywamy ich nawiedzeńcami czy schizolami.


2. Miejsce dla Ducha

Warto przywrócić Duchowi Świętemu należne Mu miejsce w naszym życiu. Nie przeceniać Go ani nie spychać na bok. On chce być obecny jako ten, którego obiecał nam Jezus, jako Duch prawdy, Duch pocieszenia, Duch miłości, Duch przypominający słowa Jezusa, Duch Ożywiciel, Duch uzdrowienia. I Duch Święty ma takie uprzywilejowane miejsce – w naszych sercach. Po to Kościół obchodzi uroczystości, przeżywa tajemnice – żeby zrozumieć rolę Ducha Świętego, zwrócić mu Jego miejsce, odpowiednio Go czcić, uwielbiać. On jest dla nas wszystkich. Nie trzeba być specjalnie wybranym, by zostać przez Niego dotkniętym. Jezus posyła Ducha Świętego do wszystkich, którzy o to proszą. Mówi: „Przyjmijcie Ducha Świętego”. Nie mówi: „Jeśli będziesz łysy, kolorowy, gruby, chudy, to tchnę na ciebie Ducha Świętego”. Nie – On przechodzi przez zamknięte drzwi twojego lęku, obaw, pogubienia życiowego i mówi: „Przyjmij Ducha Świętego” niezależnie od tego, na jakim etapie jesteś.
To przyjęcie Ducha Świętego sprawia, że zaczynamy się zmieniać. Nie trzeba nic więcej poza przekonaniem, że On jest pośród nas, że towarzyszy ci w każdej sytuacji twojego życia – czy cierpisz, śmiejesz się, upadasz czy wstajesz, On jest obok ciebie. Działa w twoim sercu, napełnia je odwagą i siłą do walki, podnosi cię, uzdrawia twoje rany. A przede wszystkim: objawia ci Jezusa. Jestem księdzem zaledwie cztery lata, ale dzięki temu, że Duch objawia Jezusa, przez ten okres nie widziałem tylko jednego z cudów na własne oczy: wskrzeszenia. Takie rzeczy czyni Jezus przez Ducha Świętego. Podobnie jak przed dwoma tysiącami lat.


3. Żyć w Duchu Świętym

Żyć w Duchu Świętym to doświadczać Jego obecności dzięki widzialnym znakom, które czyni. Bo tak jak dwadzieścia wieków temu tak i dziś na całym świecie głosi się Ewangelię o Królestwie Bożym. Ludzie są uzdrawiani z chorób, na które medycyna nie ma odpowiedzi. Grzechy są odpuszczane. Jezus rozprawia się ze złem, które poniewiera człowieka. Widziałem ludzi, którzy wstawali z wózków, odrzucali kule, wychodzili z depresji, kiedy najlepsi psychiatrzy nie potrafili pomóc. Trzymałem na rękach ludzi, z których wychodziły złe duchy. Takich rzeczy dokonuje Jezus mocą Ducha Świętego dzisiaj, codziennie, dwadzieścia cztery godziny na dobę. To jest obecność Ducha Świętego: w każdej biedzie ludzkiego życia, w każdej ranie ludzkiego serca, ale też w każdym szczęściu.
Kiedyś odwiedziłem parafię, w której organizowane były msze święte z modlitwą o uzdrowienie. Podczas adoracji Pan przyszedł ze słowem, że pośród zgromadzonych ludzi jest mężczyzna chorujący na ból stóp, niemogący stać na nogach od kilku lat, czujący, jakby w jego stopy wbijano gwoździe. Później, kiedy jeszcze trwała modlitwa, kapłan zaprosił tych, którzy zostali uzdrowieni przez Jezusa tego wieczora, do wyjścia z ławek i klęknięcia przed Najświętszym Sakramentem, a jeśli ktoś ma odwagę – do wypowiedzenia świadectwa. Wyszedł mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat, w garniturze, i powiedział, że od trzech lat cierpiał na ostrogę pięty. Nie do wyleczenia farmakologicznie, a do operacji bał się podejść, gdyż groziła kalectwem. W czasie modlitwy poczuł ciepło i luz w bucie – pierwszy raz od dawna. Wszystko zniknęło. Mężczyzna powiedział: „Mogę wstać, choć lekarze nie dawali szans”. Jezus uzdrawia mocą Ducha, nawet jeśli lekarze nie są w stanie tego uczynić.
Ulubionym miejscem działania Ducha Świętego jest serce człowieka. Nie znajdziesz Go w sklepie czy na łące, nie znajdziesz w wyjątkowym sanktuarium, do którego pojedziesz, jeśli nie poszukasz Go w swoim sercu; będziesz tylko całe życie błądzić i wypatrywać. A wszystko zależy od ciebie: musisz tylko odważyć się otworzyć serce i powiedzieć: „Duchu Jezusa, objaw mi się w moim sercu”. To tam rozgrywa się wielka duchowa walka o to, byś uratował Jezusa w swoim życiu. Byś żył z Jezusem i spotkał się z Nim w niebie. Bez Ducha Świętego, czyli bez łaski uświęcającej, bez czystego serca, umieramy: trwamy w ciemności, rujnujemy relacje z ludźmi i odrzucamy Boga. Kiedy zamykamy się na Ducha Świętego wszystko obumiera.
Żyć na co dzień w Duchu Świętym to pozwolić Bogu dotknąć ran naszych serc. XXI wiek ma to do siebie, że ciężko znaleźć człowieka, który by nie był poraniony. Niszczy nas wiele spraw. Mnóstwo krzywdy doświadczamy w rodzinach, wspólnotach, od „przyjaciół”. I Jezus chce dotykać ludzkiego wnętrza, chce to wszystko leczyć: zdradzoną miłość, serca sponiewierane przez nałogi i przemoc. On chce przychodzić bez względu na to, kim jesteś, ile masz lat, jakie masz problemy. Do każdego z nas. Żyć w Duchu Świętym to pozwolić Mu wkroczyć w swoją intymność, codzienność, przeżywane kłopoty i troski.

ks. Michał Olszewski SCJ. Redaktor naczelny www.PROFETO.pl - Sercański Portal Ewangelizacyjny


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 16 cze 2013, 19:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
.Ewolucjonizm, ale jaki? - o. Mieczysław A. Krąpiec .



„Ewolucjonizm czy kreacjonizm?" -- VI Międzynarodowe Sympozjum Filozoficzne z cyklu: „Przyszłość cywilizacji Zachodu"; organizator: Katedra Filozofii Kultury KUL, Fundacja „Lubelska Szkoła Filozofii Chrześcijańskiej", Universidad Abat Oliba CEU (Hiszpania), Gilson Society (USA) oraz Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej (Toruń); Lublin, 18 kwietnia 2007. gilsonsociety.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Rozważania duchowo - filozoficzne
PostNapisane: 18 cze 2013, 08:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30962
Ewolucjonizm czy kreacjonizm

prof. Mieczysław Ryba 2010-07-08

Uwagi na marginesie pracy „De idee religionis genesi in evolutionismo Darvino-Spenceriano” ks. Idziego Radziszewskiego

Dla środowisk Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego ogromne znaczenie ma postać Idziego Radziszewskiego, założyciela wszechnicy lubelskiej. Niezwykle ważny jest kontekst powołania do życia uczelni, a w szczególności cel, jaki przyświecał założycielowi. Ksiądz Radziszewski w dużym stopniu swoje poglądy ukształtował w czasie pobytu w Lowanium (1898-1900), gdzie napisał pracę doktorską noszącą tytuł „Geneza idei religijnej w ewolucjonizmie darwińsko-spencerowskim”[1]. Praca ta była napisana pod kierunkiem ks. prof. Dezyderego Merciera, późniejszego kardynała i prymasa Belgii. Mercier był dyrektorem Wyższego Instytutu Filozoficznego, powstałego przy lowańskim uniwersytecie[2]. Doktorat Radziszewskiego został napisany po łacinie, w swoim artykule posługuję się tłumaczeniem autorstwa księdza Władysława Świdra[3]. Ogromną zasługę w odnalezieniu rękopisu dzieła ks. Radziszewskiego odegrała profesor Grażyna Karolewicz. To dzięki jej uprzejmości mogłem skorzystać ze wspomnianego rękopisu[4].

Badania prowadzone w Instytucie związane były z filozofią scholastyczną, przy wykorzystaniu jednak najnowszych wówczas osiągnięć nauk szczegółowych. Miało to szczególne znaczenie ze względu na wszechobecny w kręgach uniwersyteckich pozytywizm, starający się wykazać sprzeczność między nauką a wiarą. Nauki przyrodnicze traktowano wręcz na sposób religijny[5]. Filozofowie chrześcijańscy czerpali inspirację do swoich działań z nauczania papieża. Leon XIII w encyklice „Aeterni Patris” jednoznacznie przeciwstawiał się tezom scjentystów, pragnących usprzecznić wiarę i naukę[6].

Prof. Mercier i jego uczniowie starali się zapoznawać z najnowszymi odkryciami nauk przyrodniczych i społecznych, chcąc z pozycji tomistycznych wejść w naukową dyskusję z pozytywistami. W szczególności starano się zapoznać z pracami dotyczącymi przyrody, matematyki, socjologii, historii i prawa[7]. Po powrocie z Lowanium Radziszewski pisał: „Neoscholastycy prześcigają się nawzajem, i słusznie, w przyswajaniu sobie danych naukowych, które są gromadzone (…) [Nauki – M. R.] czyż nie wzbudzają słusznego podziwu z powodu świetnych, do jakich doszły wyników? I czyż neoscholastyk ma być obcy temu wspaniałemu ruchowi? Nie, nie może i nie powinien trzymać się na uboczu, jako widz obojętny (…)”[8]. Uznanie dla osiągnięć nauk przyrodniczych i sprzeciw wobec ustaleń filozofii pozytywistycznej – oto główny wysiłek neoscholastyków z Lowanium. Ów sprzeciw wyraził się z jednej strony w rozwoju filozofii neotomistycznej, z drugiej w odrzuceniu tezy o sprzeczności nauki i wiary[9].

Olbrzymią rolę we wzroście oddziaływania antyreligijnie usposobionych scjentystów odegrała darwinistyczna i post-darwinistyczna teoria ewolucji, na bazie której wielu uczonych starało się obalać kreacjonistyczną naukę Kościoła. Niektórzy naukowcy twierdzą, że ewolucjonistyczne teorie społeczne w sposób zasadniczy zaważyły na kulturze europejskiej, sprowadzając ją na tory agnostyczne lub ateistyczne.

Zatem temat pracy doktorskiej Idziego Radziszewskiego był dobrany niezwykle celnie, czynił bowiem przedmiotem badań jeden z zasadniczych sporów naukowych ówczesnej Europy i świata. G. Karolewicz pisze: „Zarówno tematyka rozprawy doktorskiej z pogranicza filozofii i teologii, jak jego rozwiązanie wprowadza nas w typowy warsztat pracy naukowej ks. Radziszewskiego. W warsztacie tym można wysunąć pewne cechy charakterystyczne, a mianowicie: podejmowanie złożonych problemów w relacji wiara a nauka, znajomość literatury obcej i włączenie jej wyników do badań, co było bardzo cenne i nie izolowało kraju od myśli zachodnioeuropejskiej, rozwiązywanie zagadnień w duchu tomizmu, z wyzyskaniem wyników nauk szczegółowych, jak historii, biologii oraz wszechstronna polemika z kierunkami przeciwnymi nauce Kościoła”[10]. Jak widzimy, Idzi Radziszewski wpisywał się tym samym w metodykę badań prowadzonych w Instytucie kardynała Merciera.

Radziszewski wykazywał w swoim dziele, że Karol Darwin upatrywał początki religii w animizmie. Wiara w duchy, zdaniem twórcy teorii ewolucji, pozwalała człowiekowi pierwotnemu tłumaczyć niezrozumiałe dla niego zjawiska przyrodnicze[11]. W podobnym kierunku prowadził swoje rozważania Herbert Spencer. Religia jako wynik błędu poznawczego (Spencer), a zarazem jako wyraz ewolucyjnego rozwoju człowieka, który w początkowym stadium rozwoju szukał infantylnych sposobów tłumaczenia zjawisk natury (Darwin) – to tezy, które Radziszewski zbijał starając się wykazać sprzeczność powyższych poglądów.

Stojąc na założeniach ewolucjonistycznych należałoby wszak założyć, że religia wraz z biegiem dziejów powinna zanikać. Człowiek rozwijając się porzucałby krępujące jego umysł teorie. Tymczasem na gruncie historii i socjologii można wykazać, że po czasach kryzysu religijnego w różnych momentach dziejowych, następowało spore ożywienie w tej dziedzinie. „Wreszcie – twierdził Radziszewski – faktem jest, że religia nigdzie do tej pory nie zanikła mimo ogromnego postępu nauk”. Nasz uczony pisał: „Czy religia powstała w tak „naturalny” sposób, jak wywiódł filozof? Człowiek wpadał w iluzję, sam się oszukiwał, ależ te rzeczy nie są wcale „naturalne”, normalne lecz przeciwnie, anormalne! Założywszy jednak nawet, że to naturalne, jak może trwać ta religia na błędzie osadzona? Jeśli jest fałszywa, dopuszczając rozwój postępowy, to czy może się ona poprawić względnie nawet odrzucić czy też nie? Jeśli nie potrafi, to nieszczęsny ten rodzaj ludzki, skazany na życie wieczyste w mrokach błędów i nic nie zostaje niż gorzki sceptycyzm i rozpacz. Jeśli zaś może, czemuż, przeciwnie, jak się już rzekło, widzimy w miejsce zaniku religii od wielu już wieków – jej stan pomyślny?! Czemuż między tylu ludami wszechświata nie ma żadnego wyzbytego z religii? Czemuż nawet i w naszych czasach, tak sławionych z postępu, kultury, nauki nie znika ona, lecz ma tylu obrońców i niezliczonych zwolenników? Jeśli jest jakaś religia właściwa, to czyż jej początek może być taki, jaki zakreślił Spencer, tj. błąd i iluzja? Od jakiego to w końcu momentu (skoro już raz wyszła ona w kolebce z iluzji i błędu) – weszła na nową ścieżkę prawdy i jak mogła się dokonać przemiana wprost istotna bez esencjalnej zmiany religii samej”[12].

Socjologiczne argumenty serwowane przez Idziego Radziszewskiego odniesione były do myśli św. Tomasza z Akwinu. Tej myśli wierna była na przełomie wieków wszechnica w Lowanium, myśl tę propagował Kościół. Filozofii tomistycznej starał się być wierny również Idzi Radziszewski[13]. Wykładowi Radziszewskiego towarzyszyła kreacjonistyczna wizja świata, jeśli idzie o pochodzenie człowieka oraz przekonanie o naturalnym (metafizycznym) pochodzeniu religii. W doktoracie naszego autora czytamy: „Pojęcie Bytu – wyższego przynajmniej – początkowo niepełne, stanie się z czasem doskonalsze jak i człowiek postępuje w odkrywaniu doskonałości świata, co są pewnymi śladami doskonałości Bożych. Doszukawszy się wreszcie innych także argumentów dojdzie do poznania Bytu Najwyższego i nieskończenie doskonałego. (…) I wnet się też upewni ten człowiek, że i on sam jest dziełem Bożym i że tak on sam, jak i wszystkie jego sprawy zależą od tego Najwyższego Bytu. Zmysł zależności nakaże mu posłuszeństwo wobec swego Stwórcy: przeświadczony bowiem o tej prawdzie, że swą egzystencję zawdzięcza mocy i hojności boskiej, poczuje się zobowiązany do wdzięczności i powodowany do wszechstronnego oddania”[14]. Tezy zawarte w rozprawie doktorskiej rozwinął Idzi Radziszewski w pracy „Geneza religii w świetle nauki i filozofii” wydanej w 1911 roku[15].

W 2007 roku w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odbyła się sesja naukowa zorganizowana przez Katedrę Filozofii Kultury KUL, zatytułowana „Ewolucjonizm czy kreacjonizm”. Referaty konferencyjne doskonale wpisują się w kontekst badań prowadzonych na przełomie wieków XIX i XX przez Idziego Radziszewskiego. Prof. Piotr Jaroszyński zauważył, że „spór: ewolucjonizm czy kreacjonizm osiąga swoje apogeum w sporze o rozumienie człowieka”[16].

Zaś ojciec prof. Mieczysław Albert Krąpiec, idąc tropem myśli tomistycznej, pisał: „Gdyby istniała przemiana i ewolucja bez przyczyny, bez dostatecznej racji bytowej, wówczas coś mniej bez uzasadnienia stawałoby się czymś więcej, wówczas niebyt w jakimś sensie przechodziłby w byt. A z niczego nic nie powstaje. Jeśli zatem istnieje ewolucja, jeśli istnieje rozwój, to istnieje współmierny czynnik warunkujący i „uniesprzeczniający” ten rozwój. Przyczyna Pierwsza i jej obecność (szczególnego rzędu) w świecie we wszystkich zjawiskach, we wszystkich procesach i stanach bytowych jest dostateczną racją bytu, uniesprzeczniającą fakty ewolucji. A fakty tak zwanej ewolucji darwinowskiej są naturalnym doborem stale dokonującym się w przyrodzie”[17].

Widzimy zatem, że kwestie podjęte przez księdza Idziego Radziszewskiego w pracy doktorskiej do dzisiaj rozgrzewają umysły filozofów i do dzisiaj spór o ewolucjonizm należy do najważniejszych w kulturze i we współczesnym uniwersytecie. Wprawdzie Idzi Radziszewski zajął się głównie aspektem religijnym w teoriach ewolucjonistycznych, jednakże w istocie rzeczy dotykał kwestii fundamentalnych – pytania o pochodzenie człowieka. Odpowiedź na to pytanie zasadniczo warunkowała też koncepcję nauki uprawianej w całej rozległej dziedzinie humanistyki i teologii. Ostatecznie w sposób kluczowy wpływała też na koncepcję uniwersytetu. Jeżeli zatem chcemy postawić sobie pytanie o cel założenia KUL, główną ideę katolickiej uczelni, musimy sięgnąć do tych ważnych, omawianych tu dzieł Ojca Założyciela.

Artykuł ukazał się w „Zeszytach Społecznych KIK” 2009.


[1] Por. S. Vaihinger (I. Radziszewski), Geneza idei religijnej w ewolucjonizmie darwińsko–spencerowskim, tłum. ks. W. Świder , mnps. w posiadaniu autora.

[2] G. Karolewicz, Trzy listy ks. Idziego Radziszewskiego do kardynała Mercier, „Archiwa Biblioteki i Muzea Kościelne” 1983, s. 196; zob. także: S. Domińczak, Kardynał Mercier 1851-1926, Wilno 1927, s. 12-13.

[3] Ksiądz Władysław Świder (1907-1995) był profesorem historii sztuki sakralnej oraz języków w Seminarium Duchownym w Tarnowie. W latach 1963-1966 był rektorem tegoż Seminarium. Wybitny językoznawca, tłumaczenie pracy Idziego Radziszewskiego jego autorstwa jest w posiadaniu prof. Grażyny Karolewicz.

[4] Oryginalny tytuł pracy brzmi: „De idee religionis genesi in evolutionismo Darvino-Spenceriano”. Por.: G. Karolewicz, Lowanium w życiu i działalności ks. Idziego Radziszewskiego, „Ateneum Kapłańskie” 1980, t. 94, s. 72.

[5] G. Karolewicz, Trzy listy, s. 196.

[6] Taż, Ksiądz Idzi Radziszewski 1871-1922, Lublin 1998, s. 46.

[7] Tamże, s. 47.

[8] I. Radziszewski, Odrodzenie filozofii neoscholastycznej, Warszawa 1901, s. 25.

[9] „Wszak tylko mała nauka – pisał Radziszewski – jak to już dawno zauważył Bacon z Werulamu, odwodzi od Boga, a wielka – do Boga prowadzi”. Tamże, s. 5; por. G. Karolewicz, Geneza Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, w: Katolicki Uniwersytet Lubelski. Wybrane zagadnienia z dziejów uczelni, red. G. Karolewicz, M. Zahajkiewicz, Z. Zieliński, Lublin 1992, s. 51.

[10] G. Karolewicz, Trzy listy, s. 196 – 197.

[11] S. Vaihinger (I. Radziszewski), Geneza idei religijnej, s. 21 – 22.

[12] Tamże, s. 43. Po powrocie do kraju w 1911 roku Radziszewski pisał: „I dlatego to religia jest tak powszechna jak rodzaj ludzki, tak dawna jak człowiek na ziemi, tak trwałą, że nic jej nie potrafi wykarczować, i tak zasadniczo jednakowa we wszystkich ludziach, mimo najrozmaitsze między ludami różnice”. I. Radziszewski, Geneza religii w świetle nauki i filozofii, Włocławek 1911, s. 188.

[13] Por. tenże, Credo nowożytnego filozofa, Włocławek 1913, s. 5.

[14] S. Vaihinger (I. Radziszewski), Geneza idei religijnej, s. 51

[15] Zob. I. Radziszewski, Geneza religii

[16] P. Jaroszyński, Personalizm a kreacjonizm, w: Ewolucjonizm czy kreacjonizm, red. P. Jaroszyński, Lublin 2008, s. 171.

[17] M. A. Krąpiec, Ewolucjonizm, ale jaki?, w: Ewolucjonizm, s. 39.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=48


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 140 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 10  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 15 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /