Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 103 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 7  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 12 cze 2012, 15:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Spuścizna po świętej Hildegardzie z Bingen

17 września 1179 roku, o czwartej nad ranem, na wygwieżdżonym niebie, niedaleko Bingen, daje się zobaczyć tajemnicze zjawisko świetlne. Wśród ciemności na firmamencie rozbłyskają dwie promienne tęcze, które w najwyższym punkcie krzyżują się pod kątem prostym. W miejscu ich przecięcia widoczny jest okrąg i wpisany w niego krzyż. Rośnie on stopniowo, by w końcu sięgnąć ramionami aż po horyzont. Wokół gigantycznego krzyża pojawiają się mniejsze okręgi z krzyżami. Mimo tak wczesnej pory, kilka osób jest świadkami cudu. Ich okrzyki pełne zdumienia i lęku wyrywają ze snu mieszkańców Bingen i okolicznych wiosek. Na dworze gromadzi się coraz liczniejszy tłum obserwatorów dziwnego wydarzenia. Olbrzymi jaśniejący krzyż długo jeszcze widnieje na nocnym niebie, a po pewnym czasie zaczyna stopniowo maleć, by wreszcie stać się świetlnym punktem na wschodnim krańcu nieba. Świadkowie rozpoznają miejsce, nad którym zawisa: klasztor benedyktynek w Rupertsbergu. Właśnie wówczas, 17 września 1179 roku, około piątej nad ranem umiera przeorysza, Matka Hildegarda. W dniu swego powrotu do domu Ojca Niebieskiego ma 81 lat. Jest ona jedną z najniezwyklejszych świętych wspaniałego i kwitnącego ogrodu średniowiecza.
Urodziła się w zamku, nieopodal Bingen, w pobliżu miejsca, gdzie Ren staje się legendą w zbiorowej pamięci Niemców. Hildegarda umrze na jednym z okolicznych wzgórz, po przebyciu mistycznej i wewnętrznej wędrówki w zaciszu własnej klasztornej celi, później zaś - pełnego pasji, kaznodziejskiego szlaku wiodącego przez niemieckie miasta i wsie, gdzie przemawia do tłumów, opowiadając o wizjach i odwiedzinach z Niebios, jakich dane jej było doświadczyć. Spokojna dusza kontemplatyczki rozbłyska wtedy płomieniem Bożego ognia, tego samego, który Jezus „przyszedł rzucić na ziemię” i jakże „gorąco pragnął, aby on już zapłonął”. Zjawisko świetlne z 17 września 1179 przemawia do tysięcy jego naocznych świadków o tym, że dusza posłuszna Bogu staje się światłem na podobieństwo Pana, który jest Światłością Świata.

Uzdrowić chorą duszę i ciało

Wizje św. Hildegardy utwierdzają nas w wierze, iż człowiek jest ostatecznym celem Stworzenia. Szczęście i zdrowie zostają mu zapewnione wówczas, gdy podporządkowuje się on prawom wszechświata i w pełni przyjmuje plan miłości Bożej: oto dwie strony jednej, nadprzyrodzonej rzeczywistości. Cielesność rządzi się swymi prawami, konkretnie wpisanymi w porządek Stworzenia. Dusza też podlega pewnemu prawu: jest nim miłość, istota Stworzyciela. Dusza i ciało zostały zranione przez grzech i są chore. Troska o duszę i uzdrowienie ciała pozostają w zasięgu znakomitej większości istot ludzkich. Słowo Boże objawia nam drogę do tego celu w Piśmie Świętym, a Jezus Chrystus, Bóg wcielony, ukazuje nam ją w dziejach świata. Hildegarda, dzięki swemu darowi i powołaniu, pozwala zrozumieć swoim i naszym współczesnym, w jaki sposób ukoić duszę pokojem Chrystusowym oraz uzdrowić ciało za pomocą leków ofiarowanych nam przez naturę. Grzech zranił wprawdzie istotę ludzką, jej duszę i ciało, natura zawiera w sobie jednak antidotum na to zranienie. Stwórca ukrył w niej niezawodną farmakopeę, która swą skutecznością przewyższa leki syntetyzowane chemicznie przez ludzkie laboratoria. Święta odkrywa przed nami w ten sposób drogi wiodące do uzdrowienia. Przez całe stulecia interesowano się duchowym i medycznym przesłaniem tej wyjątkowej nadreńskiej benedyktynki. Niestety, w czasach triumfu medycyny analitycznej i zarozumiałego scjentyzmu, „Physica” oraz „Causae et curae” popadną w zapomnienie. Określane jako „brednie pewnej mniszki”, staną się przedmiotem wzgardy. W obliczu sytuacji bez wyjścia, w jakiej znalazły się nauki medyczne przesadnie podzielone, sfragmentaryzowane i zatomizowane, powracamy dziś do intuicji podsuniętych przez niektóre wybitne umysły kroczące drogą doświadczenia, niekiedy pod wpływem nieodpartego wewnętrznego impulsu. Lub też ku realistycznym mistykom, takim, jak Hildegarda z Bingen, rzeczniczka tego, co nadprzyrodzone.

Tajemnica jej wiedzy

Jej postać wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Czy jej znajomość leków pochodzi od Boga? Święta zapewnia nas o tym z niezachwianą wiarą. Nie jest ona autorką tego, co przekazuje. Językiem własnej epoki opisuje ludzki organizm z taką samą pewnością, z jaką prezentuje swą znajomość człowieczej duszy. Wiedza ta została jej objawiona, nie zaś zdobyta przez nią w drodze nauki. Mądrość Hildegardy jest mądrością wiary, a Bóg - jej Nauczycielem. W Niemczech pojawiają się coraz liczniejsze analizy jej dzieł. Laboratoria medyczne potwierdzają jej teorie. We Francji, św. Hildegarda znana jest od niedawna. Mamy obecnie dostęp do jej pism, wydawanych przez kilka dziesięcioleci po wojnie przez benedyktynki z klasztoru w Eibingen k. Rüdesheim nad Renem. Krążą pogłoski, że część rękopisów jest przechowywana w ukryciu przez Związek Farmaceutów Niemieckich. Czy chodzi o niepublikowane dotąd dzieła Hildegardy? Tajemnica oczekuje wyjaśnienia. Matka Hildegarda jest naszą współczesną. Nie zapominajmy, że w oczach Boga „tysiąc lat (...) jest jak dzień” (Ps 89, 4). Związana ze św. Hildegardą kosmiczna wizja prowadzi nas w świat XXI wieku, czasu globalnego pojmowania realiów pozamaterialnych i fizycznych. Stulecia XIX i XX dzieliły, analizowały, odgradzały i separowały. Nadchodzi epoka wielkich syntez, które scalą podzielony świat nauki, spoglądający w zwierciadło wiedzy rozbite na tysiąc okruchów, z przerażeniem Fausta, obserwującego, jak z probówki wyłania się homunkulus. Bez owej przemiany zatomizowanemu światu groziłoby ostateczne zniszczenie, w wyniku którego zamiast ziemi pozostałaby już tylko czeluść.

Nauka w służbie stworzenia

Jest prawdopodobne, że w poszukiwaniu globalnej wizji świata, człowieka i jego życia, coraz więcej naukowców będzie poświęcać uwagę natchnionym pismom nadreńskiej mistyczki. Jej objawienia będą traktowane jako przedmiot badań naukowych. Hildegarda otwiera przed nami nowe a zarazem odwieczne drogi, mogące uwolnić naukę od jej mechanistycznych przeszkód oraz oddać ją w służbę Stworzeniu. To ostatnie jest „dobre” w oczach Boga, podczas gdy człowiek zostaje oceniony przezeń jako coś „bardzo dobrego”. Mówi nam o tym pierwszy rozdział Księgi Rodzaju we fragmencie zwieńczającym opis sześciu dni stworzenia świata.

Nowe perspektywy

Na owej drodze, człowiek będzie musiał nauczyć się nowego sposobu patrzenia na rzeczywistość, odnalezienia Bożej perspektywy, danej mu przez Stwórcę, ale zaciemnionej przez grzech. Pryzmatem dla nowego spojrzenia jest łaska, a wyostrza się ono dzięki codziennemu przyswajaniu Słowa Bożego. Świadkiem prawdziwości tego, o czym mowa, jest Hildegarda. Wszystko jest łaską, również wiedza. Łaska zaś jest przekazywana przez Jezusa Chrystusa, który rekapituluje w sobie alfę i omegę Stworzenia. Św. Hildegarda uchyla bramy prowadzącej ku nowym przestrzeniom. Wcześniej otwarły się już, lub zostaną w przyszłości otwarte, bramy do zadziwiających tajemnic. Chora ludzkość znajdzie w nich nieznane sposoby uzdrawiania ciała i duszy, nierozłącznie związanych ze sobą w planie Bożej Miłości.

W centrum wszechrzeczy

Najcudowniejszym kluczem do nowych obszarów wiedzy jest ludzki genom. Również on poucza nas o tym, co św. Hildegarda wiedziała dzięki objawieniu: wszystko podlega Bożemu prawu. Człowiek powstaje w wyniku działania praw fizycznych o niezwykłej złożoności, powinien zaś podporządkować się prawu Bożemu, by zapewnić sobie pełny rozkwit i szczęście. Zwłaszcza na nowym etapie rozwoju nauki, na jakim znalazła się ludzkość, z wszystkimi możliwościami profanacji sanktuarium życia - klonowaniem, medycyną genetyczną, diagnostyką prenatalną i terapią genową! „Pogłębianie wiedzy nie jest celem samym w sobie” – powiada papież Jan Paweł II. Aby jeszcze bardziej zbliżyć się do celu, jakim jest: 1) rozszyfrowanie nieskończonej złożoności Stworzenia na płaszczyźnie fizycznej; 2) szukanie nowych rozwiązań w moralności, stosownie do wciąż ubogacanego skarbca wiedzy – należy w obu przypadkach działać w świetle danego ludziom przez Boga Objawienia, którego istotą jest prymat miłości... Mamy Objawienie przekazane ludziom przez Boga i zapisane w Biblii, Słowie Bożym, oraz objawienia dane wybranym duszom, takim, jak św. Hildegarda z Bingen. Czyż nie powinniśmy prosić Boga, aby posłał nam dziś nową, uprzywilejowaną duszę, by przez nią objawić, u zarania nowej epoki, misterium i tajemnice owego dowodu ludzkiej tożsamości zapisanej w wielkiej księdze życia? Zwróćmy uwagę na ciekawą zbieżność – hebrajski rdzeń imienia Bożego ADoNai, zawiera litery przekaźnika informacji genetycznej, DNA, kontrolującego aktywność zdrowych komórek. Możemy dopatrywać się tu symbolu stworzenia człowieka na podobieństwo Boże.

http://voxdomini.com.pl/sw/sw49.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 13 cze 2012, 14:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Niemiłosierna głupota

"Kto dobre uczynki czyni, oświeca mu Pan Bóg rozum, a kto okrutny na bliźniego i nie czyni miłosierdzia nad nim, zaślepnieje w rozumie swoim i rady dobrej nie znajdzie". Tak zwracał się do posłów przed wiekami ksiądz Piotr Skarga. "Bądźcie miłosierni na ubogie i strapione, a Pan Bóg oświeci rozumy wasze"- mówił dalej. O tajemniczym związku między praktykowaniem miłosierdzia a pomnażaniem mądrości w dawnych wiekach wiedziało wielu światłych Polaków. Tak działał św. profesor Akademii Krakowskiej Jan Kanty, a wcześniej św. Królowa Jadwiga, oboje gorliwie łączyli uczynki miłosierne z poszukiwaniem prawdy i trudną sztuką rządzenia. Sam ksiądz Skarga był nie tylko pierwszym rektorem Uniwersytetu Wileńskiego, ale i twórcą Arcybractwa Miłosierdzia w Krakowie. "Bądźcie miłosierni, a Pan Bóg oświeci rozumy wasze"- ta prosta rada dobiega do nas z dawnych lat.

Jeśli obserwujemy dziś panoszenie się głupoty w dziedzinie rządzenia państwami, panoszenie się głupoty w ekonomii, panoszenie się głupoty w mediach, to stan ten idzie w parze z zapomnieniem praktykowania miłosierdzia przez rządzących, przez ekonomistów i przez ludzi mediów. Skupmy się na świecie środków przekazu. W przeważającej większości kierują one swój program do ludzi młodych silnych i bogatych, w przedziale wieku od 16 do 49 lat, do takich, na których mogą zarobić reklamodawcy. Mało tam miłosierdzia, a jeśli jest, to traktowane po kupiecku. Do programów informacyjnych włącza się celowo wzruszające historie dziecka, czy bezdomnego, któremu ktoś podarował worek pieniędzy, jednak intencją nie jest pomnożenie dobra, ale zwiększenie liczby widzów przed telewizorem. Ubodzy i strapieni znikają z pola zainteresowania, gdy temat jest trudny, mało atrakcyjny i barwny. Jeszcze pół biedy, gdy chodzi o pojedyncze nieszczęście - to staje się chwilowym newsem, krótkotrwałym słomianym ogniem. A już zupełnie nie ma prób zajęcia się wieloletnimi problemami rodziców nieuleczalnie chorych dzieci albo klęską bezrobocia. Niemiłosierne jest też i to, że tak mało przedstawia się przykładów dobrych, kochających się rodzin, rodzin wielopokoleniowych, kultywujących polskie tradycje. Pamiętajmy, że to Bł. Jan Paweł II upominał się, by media przedstawiały bardziej pozytywny obraz ludzi starych, by ukazywały ich cenny wkład w społeczność, a zwłaszcza ich rolę w przekazywaniu kultury. Wydaje się, że pewne uczynki miłosierne co do duszy powinny być szczególnie przedmiotem zainteresowania dobrych mediów. Wątpiącym dobrze radzić. Grzeszących upominać. Nieumiejętnych pouczać. Strapionych pocieszać. Zróbmy krótki przegląd, które programy, zawierają takie właśnie elementy? Brak miłosierdzia w mediach to przyczyna panoszenia się w nich głupoty.

Ale jest jeszcze groźniejszy aspekt nieobecności miłosierdzia w mediach. Nie bez przyczyny mówi się o wszechwładzy środków przekazu. One panują nad nastrojami ludzi i kształtują ich poglądy. Media to dzisiejszy pan i władca, ogólnoświatowy cesarz. Miłosierdzie jest podstawowym atrybutem dobrego władcy. Jeśli nie praktykuje on miłosierdzia, prowadzi swoich poddanych na zatracenie i jest uosobieniem zła, a nie dobra. Dlatego ważne jest, by dokładać wszelkich starań o pomnażanie miłosierdzia w świecie mediów, by wspierać media miłosierne.
Rok 2012 przejdzie do historii jako rok obrony TV Trwam, nie przypadkiem jest to jednocześnie rok księdza Piotra Skargi, którego czterechsetną rocznicę śmierci obchodzimy. Jesteśmy w ważnym punkcie zwrotnym, decyduje się, czy w naszej Ojczyźnie przybywać będzie mądrości w mediach i polityce, mądrości pozyskanej dzięki praktykowaniu miłosierdzia, czy też - panoszyć się będzie głupota niemiłosierna.

Ksiądz Skarga modlił się tymi słowami:

"Panie, daj nam mądrość, nie tak dla nas, jako dla ludu Twego, o którym obmyśliwamy, i dla wiela sług Twoich świętych a niewinnych w tym królestwie. Dla chwały Twojej, która jest w tej ziemi Twojej szczepiona, aby nie ustawała(...) Hiszpania wojny sąsiedzkimi zabawiona, Francja na poły kacerstwy zarażona, Niemcy błędami swoich doktorów giną, królestwo angielskie, duńskie, szwedzkie, herezje pożarły, inszy Niemcy zakon Twój święty podeptali. U nas trochę ostatków sług wiernych Twoich: nie puszczajże nas z obrony Twej, a daj mądrość na oddalenie tych niebezpieczeństw, które nad głowami naszymi zawisły".

Serdecznie Państwa pozdrawiam.

Barbara Bubula

http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=31084


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 24 cze 2012, 17:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
George Orwell

PISARZE WOBEC LEWIATANA (1948)

Tłum. Rolex

Sytuacja pisarza w czasach omnipotencji państwa jest tematem, który został już dość obszernie zgłębiony, jakkolwiek większość materiału poglądowego, który mógłby być w tej dyskusji przydatny, wciąż pozostaje poza zasięgiem naszej wiedzy. Nie chciałbym w tym momencie opowiadać się za lub przeciw patronatowi państwa nad sztuką; chciałbym jedynie wskazać, jaki zakres ingerencji państwa musi znajdować przynajmniej częściowe przyzwolenie płynące z charakteru dominującej intelektualnej aury; w tym właśnie kontekście chcę rozważyć postawę pisarzy i artystów – ich chęć bądź niechęć do podtrzymywania ducha wolności.

Jeśli za dziesięć lat odnajdziemy siebie samych płaszczących się przed kimś takim jak Żdanow, to będzie tak najprawdopodobniej dlatego, że właśnie na to zasłużyliśmy. Nikogo nie trzeba przekonywać, że obserwujemy dziś silną fascynację praktyką totalitaryzmu wśród angielskiej piszącej inteligencji, ale nie mam ambicji zajmować się żadnym zorganizowanym i świadomym ruchem, takim jak komunizm, ale efektem, jaki myśl polityczna i postulat konieczności zajęcia politycznego stanowiska wywołuje wśród ludzi dobrej woli.

Żyjemy w wieku polityki. Wojna, faszyzm, obozy koncentracyjne, pałki policyjne, bomby atomowe, itd, są tym, na czym skupiamy nasze codzienne myśli, a co za tym idzie, czym zajmujemy się pisząc, nawet jeśli nie nazywamy rzeczy po imieniu. Nie sposób temu zapobiec. Jeśli jesteśmy na tonącym okręcie, nasze myśli krążą wokół idei tonących okrętów. Zawężeniu uległ nie tylko obszar naszych literackich zainteresowań, ale również nasz stosunek do literatury zabarwił się lojalnościami, które w przebłyskach refleksji rozpoznajemy jako dalekie od literackich.

Od zawsze miałem przeczucie, że nawet w najlepszych dla literatury czasach krytyka literacka jest oszustwem, jeśli przy braku jakichkolwiek powszechnie przyjętych reguł każde zewnętrzne odniesienie, które nada sens literackiej ocenie, że ta a ta książka jest „dobra” bądź „zła”, polega na wynalezieniu zestawu reguł usprawiedliwiających uprzednią, instynktowną preferencję.

Każda autentyczna reakcja wobec książki, jeśli ktoś w ogóle reaguje, jest zwykle taka: „lubię tę książkę” albo „nie lubię tej książki”, a to co przychodzi potem jest racjonalizowaniem uprzednio dokonanego wyboru. Niemniej stwierdzenie: „lubię tę książkę” nie jest reakcją niewłaściwą w odniesieniu do literatury; reakcja niewłaściwa wyglądałaby tak: „Ta książka staje po mojej stronie, dlatego muszę odnaleźć w niej racje”. Rzecz jasna, kiedy ktoś chwali książkę ze względów politycznych może być szczery w tym znaczeniu, że odczuwa silne pozytywne emocje z nią związane, ale zdarza się często, że to partyjna solidarność domaga się oczywistego kłamstwa.

Każdy, komu przydarzyło się recenzować książki dla politycznych periodyków zna to zagadnienie doskonale. Generalnie, jeśli piszemy dla gazety, z której linią polityczną się zgadzamy, wtedy grzeszymy działaniem, a jeśli dla gazety z obozu przeciwnika, wtedy grzeszymy przez zaniechanie. W każdym przypadku, niezliczone ilości kontrowersyjnych książek za lub przeciw sowieckiej Rosji, za lub przeciw syjonizmowi, za lub przeciw kościołowi katolickiemu, i tym podobne, są oceniane zanim zostały przeczytane, a więc w efekcie zanim zostały napisane. Wiemy z góry na jaki odbiór mogą liczyć periodykach. A jednak nieuczciwość, w znacznej części nieuświadomiona, nakazuje udawać, że stosujemy w ocenach jakieś standardy literackie.

Jest oczywiste, że inwazja polityki w świat literatury musiała się zdarzyć. To musiało się zdarzyć, nawet gdyby szczególny problem totalitaryzmu nigdy by się nie pojawił, ponieważ wytworzyliśmy w sobie rodzaj stałego wyrzutu sumienia, którego nasi dziadkowie nie mieli – pochodną świadomości niesprawiedliwości i nędzy świata, i wywiedzionego z poczucia winy przekonania, że ktoś powinien coś w związku z tym zrobić, co sprawia, że czysto estetyczne nastawienie do rzeczywistości jest niemożliwe.

Nikt już nie może poświęcić się literaturze w takiej pełni, jak poświęcali się jej Joyce czy Henry James. Nieszczęśliwie, wzięcie na siebie politycznej odpowiedzialności polega dzisiaj na poddaniu się ortodoksjom i partyjnym nakazom, z całą uległością i nieuczciwością, których to podporządkowanie wymaga. Odmiennie niż to było w przypadku pisarzy wiktoriańskich, zdarzyło nam się żyć w świecie ostro zarysowanych ideologicznych podziałów, w którym wie się od pierwszego wejrzenia, jakie myśli są heretyckie.

Współcześnie piszący intelektualista żyje i tworzy w ciągłym strachu nie przed opinią publiczną w szerokim ujęciu, ale przed opinią grupy, do której należy. Co do zasady, całkiem szczęśliwie, jest tych grup więcej niż jedna, niemniej istnieją obszary gdzie króluje ortodoksja ogólna. Sprzeciw wobec niej wymaga wyjątkowej odporności, a i tak zazwyczaj kończy się spadkiem dochodów o połowę przez długie lata. Jest oczywiste, że w ciągu ostatnich piętnastu lat dominującą ortodoksją, szczególnie wśród ludzi młodych, była ta „lewicowa”. Kluczowymi słowami są tutaj: „postępowy”, „demokratyczny”, „rewolucyjny”, a za wszelką cenę należy unikać być kojarzonym z takimi pojęciami jak „burżuazyjny”, „reakcyjny”, i „faszystowski”. Dzisiaj prawie wszyscy, nawet większość katolików i konserwatystów, są „postępowi”, albo przynajmniej życzyliby sobie takimi być. Nikt, jak sadzę, nie opisze siebie jako „burżuja”, tak jak nikt wykształcony w stopniu wystarczającym, by rozumieć znaczenie tego słowa, za żadne skarby świata nie przyzna się do bycia winnym grzechu antysemityzmu.

Dziś wszyscy jesteśmy dobrymi demokratami, antyfaszystami, antyimperialistami, brzydzącymi się podziałami klasowymi, odpornymi na uprzedzenia rasowe, i tak dalej. Nie ma wątpliwości, że dzisiejsza, lewicowa ortodoksja jest lepsza niż snobistyczna, religijna, i konserwatywna ortodoksja, która dominowała dwadzieścia lat temu, kiedy to Criterion i (na niższym poziomie) londyński Merkury dominowały na rynku periodyków literackich. Jest lepsza, bo przynajmniej obiektem jej zainteresowania jest społeczeństwo w formie, jakiej życzy sobie większość ludzi. Niemniej i ona ma swoje deformacje, które wykluczają poważną dyskusję nad zagadnieniami, do których istnienia nie można się przyznać. Cała ta lewicowa ideologia, scjentystyczna i utopijna, była wynaleziona przez ludzi, którzy nie mieli realnych szans na objęcie władzy. Z tego powodu była ideologią ekstremistyczną, całkowicie odrzucającą monarchię, rządy, prawa, więzienia, siły policyjne, armie, sztandary, granice, patriotyzm, religię, konwencjonalną moralność, a – w rzeczy samej – całą konstrukcję rzeczywistości.

Aż do czasów wciąż obecnych w naszej żywej pamięci, siły lewicy we wszystkich krajach walczyły przeciwko tyranii, która wydawała się być niezniszczalna, i łatwo było założyć, że jeśli ten jej szczególny rodzaj – kapitalizm – miałby zostać obalony, socjalizm przemógłby. Co więcej – lewica odziedziczyła po liberałach pewne raczej wątpliwe przekonania, takie jak to, że prawda zwycięży a prześladowcy pokonają się sami, lub to, że człowiek jest z natury dobry, a jeśli jest zepsuty, to jedynie pod wpływem środowiska, w którym żyje. Ta idealistyczna postawa postulująca dążenie do doskonałości pozostała w każdym z nas, i objawia się kiedy protestujemy (dla przykładu) przeciwko rządowi Partii Pracy, który uchwala wysokie przychody dla królewskich córek albo waha się przy okazji nacjonalizacji przemysłu stalowego. Oprócz tego udało nam się zgromadzić w naszych umysłach całą serię nieuświadomionych, sprzecznych wewnętrznie przekonań, a to jako skutek kolejnych wolt przeciw rzeczywistości.

Pierwsza taka wolta to ocena rewolucji rosyjskiej. Z powodu jakichś złożonych przyczyn, niemalże cała angielska lewica została doprowadzona do punktu, w którym zaakceptowała rosyjski reżim jako socjalistyczny, przyznając jednak w głębi duszy, że i duch i praktyka tego reżimu są całkiem obce wszystkiemu, co określamy mianem „socjalizm” w naszym kraju.

Stąd wzięła się pewnego rodzaju schizofreniczna w swojej istocie maniera myślenia, że słowa takie jak “demokracja” potrafią nieść dwa zupełnie niespójne znaczenia, kiedy to obozy koncentracyjne i masowe deportacje są dobre i złe jednocześnie. Kolejnym ciosem dla lewicowej ideologii było pojawienie się faszyzmu, który wstrząsnął pacyfizmem i internacjonalizmem lewicy, ale nie spowodował ostatecznego przemodelowani lewicowej doktryny. Doświadczenie niemieckiej okupacji nauczyło Europejczyków tego, co ludzie w krajach kolonizowanych dobrze wiedzieli już wcześniej, a mianowicie tego, że konflikty klasowe nie są wszystkim, co ma znaczenie, i że jest coś takiego jak interes narodowy. Po Hitlerze ciężko było utrzymywać na poważnie, że „wróg jest w naszym własnym kraju” i że narodowa niepodległość nie ma żadnej wartości. I pomimo, że wszyscy to wiemy, i że działamy w zgodzie z tą wiedzą, to kiedy przychodzi konieczność działania ciągle czujemy, że wypowiedzenie tego głośno byłoby rodzajem zdrady.

Ostatecznie dochodzimy do największej trudności, a mianowicie takiej, że lewica jest dzisiaj u władzy, i jest zobowiązana wziąć odpowiedzialność i podejmować rozsądne decyzje. Lewicowe rządy prawie że bez wyjątku rozczarowują swoich zwolenników, a to z tego powodu, że nawet jeśli dobrobyt który obiecują jest osiągalny, pozostaje zawsze ten niekomfortowy okres przejściowy, o którym nikt nie wspominał na początku. W tym momencie widzimy nasz rząd, borykający się z ciężkimi gospodarczymi trudnościami, który musi w rzeczywistości walczyć ze swoją własną, przeszłą propagandą. Kryzys, którego doświadczamy nie jest jakąś nagłą, niespodziewaną katastrofą, niczym trzęsienie ziemi, i nie jest spowodowany przez wojnę, ale co najwyżej przyspieszony pod jej wpływem. Dziesiątki lat wstecz można było przewidzieć, że coś takiego jak kryzys się przydarzy. Już od XIX wieku nasz dochód narodowy, zależny w dużej mierze od odsetek od zagranicznych inwestycji, pewnych rynków zbytu i tanich surowców w koloniach, był w najwyższej mierze niestabilny. Było pewne, że wcześniej czy później coś pójdzie nie tak i zostaniemy zmuszeni, by nasz eksport zrównoważył nasz import, a kiedy ostatecznie zostaliśmy do tego zmuszeni, brytyjski standard życia, włączając w to standard życia klasy pracującej, gwałtownie się obniżył, przynajmniej na jakiś czas.

A jednak lewica, pomimo że była hałaśliwie antyimperialistyczna, nigdy nie przedstawiła tych spraw jasno. Przy różnych okazjach lewica była w stanie przyznać, że brytyjscy robotnicy skorzystali do pewnego stopnia z grabieży Azji i Afryki, ale zawsze pozwalała na pozostawienie złudzenia, że jeśli przestaniemy grabić, to i tak ciągle będziemy mogli cieszyć się dobrobytem. W rzeczywistości robotnicy zostali porwani przez idee socjalistyczne, bo wmawiano im, że są eksploatowani, w czasie gdy brutalna prawda była tak, że to oni eksploatowali. Dziś, jak wszystko wskazuje, osiągnęliśmy historyczny moment, kiedy standard życia klasy pracującej nie może być utrzymany, by nie wspominać o jego podniesieniu. Nawet jeśli wydusimy z bogatych życie, ludzie w swojej masie muszą konsumować mniej albo produkować więcej. Czy może przesadzam opisując bagno, w którym tkwimy po uszy? Może i tak być i cieszyłbym się, gdyby się okazało, że się mylę.

Istotą moich rozważań jest jednak obserwacja, że cała ta sprawa nie może być uczciwie dyskutowane w środowisku ludzi o lewicowych poglądach. Obniżanie płacy i wydłużanie czasu pracy jest odbierane jako dziedzicznie anty-socjalistyczny środek zaradczy, i dlatego musi zostać odrzucony z góry, niezależnie od tego, w jakim stanie znajduje się gospodarka. Jakakolwiek próba sugestii, że zastosowanie takich środków może się okazać nie do uniknięcia, jest równoznaczne z podjęciem ryzyka otrzymania łatki, którą tak bardzo obawiamy się otrzymać. Jest bezpieczniej unikać problemu i udawać, że możemy dojść do ładu w drodze redystrybucji dochodu narodowego na jego obecnym poziomie.

Akceptowanie ortodoksji jest jednoznaczne z zaakceptowaniem nierozwiązywalnych sprzeczności. Spójrzmy na następujący przykład: wszyscy wrażliwi ludzie są zbuntowani przeciwko industrializacji i jej produktom, a jednocześnie zdają sobie sprawę, że walka z biedą i walka o emancypację klas pracujących wymaga nie ograniczenia zjawiska industrializacji, ale jego pogłębienia. Albo inny: jest faktem, że są pewne typy prac, których wykonywanie jest absolutnie niezbędne, a jednak nie są wykonywane, jeśli nie towarzyszy im jakaś forma przymusu. Lub taki: niemożliwe jest prowadzenie efektywnej polityki zagranicznej bez posiadania potężnych sił zbrojnych. Przykłady można mnożyć. W każdym z powyższych przykładów istnieją rozwiązania, które są proste, ale mogą być zaproponowane jedynie wtedy, gdy ktoś odważy się na nielojalność wobec oficjalnej ideologii. Zwyczajowa próba zmierzenia się z tego rodzaju wyzwaniami kończy się tym, że spycha się pytanie, bez podjęcia próby odpowiedzi, w najdalsze zakamarki jaźni, i kontynuuje powtarzanie sprzecznych sloganów. Nie trzeba szukać głęboko wśród recenzji i treści magazynów prasowych, żeby odkryć efekty tego typu myślenia.

Nie sugeruję oczywiście, że intelektualna nieuczciwość jest właściwa wyłącznie socjalistom i lewicowcom, albo że występuje w tych środowiskach ze szczególnym natężeniem. Po prostu – przyjęcie jakiejkolwiek politycznej samodyscypliny wydaje się być nie do pogodzenia z integralnością osobowości pisarza. To stwierdzenie odnosi się w takim samym stopniu do ruchów takich jak pacyfizm lub personalizm, które deklarują swój dystans wobec codziennej walki politycznej. Samo brzmienie słów kończących się na „-izm” wydaje się ciągnąć za sobą odór propagandy. Lojalności gromadne są konieczne, ale jednocześnie śmiertelnie trujące dla literatury, tak długo jak literatura pozostaje produktem indywidualności. Jeśli tylko przyzwoli się takim lojalnościom mieć wpływ, nawet negatywny, na twórcze pisanie, rezultatem jest nie tylko zakłamanie, ale często wypalenie się inwencji twórczej.

No dobrze, ale co z tym zrobić? Czy mamy wysnuć wniosek, że obowiązkiem każdego pisarza jest trzymanie się z dala od polityki? Oczywiście że nie! W żadnym wypadku; tak jak powiedziałem, żadna myśląca osoba nie może pozostawać poza polityką w czasach jej omnipotencji. Sugeruję wytyczenie wyraźniejszej niż to czynimy dzisiaj linii podziału pomiędzy naszymi politycznymi i literackimi lojalnościami, oraz zapoznanie faktu, że chęć dokonania jakichś odrażających, ale koniecznych rzeczy, nie powinna pociągać za sobą obowiązku wpojenia sobie przekonań, które za tymi rzeczami zwyczajowo stoją. Kiedy pisarz angażuje się w politykę, powinien to czynić jako obywatel, jako istota ludzka, ale nie jako pisarz. Osobiście nie sądzę, żeby miał prawo, biorąc pod uwagę charakterystykę jego wrażliwości, do uchylania się od podejmowania przyziemnej, brudnej politycznej roboty.

Tak jak każdy inny człowiek, powinien być przygotowany na wygłaszanie odczytów w pełnych przeciągów halach, pisanie kredą na trotuarach, zbieranie podpisów z wyborczym poparciem, rozdawanie ulotek, a nawet na wzięcie udziału w wojnie domowej, jeśli to absolutnie konieczne. Jednak cokolwiek by nie robił dla swojej partii, nie powinien nigdy dla niej pisać. Powinien jasno postawić kwestię, że jego pisanie jest czymś osobnym. Powinien być zdolny do współpracy, a jednocześnie – o ile tak zdecyduje – do całkowitego odrzucenia oficjalnej ideologii. Nie powinien nigdy zatrzymać się w rozwijaniu własnych myśli, nawet jeśli mogłoby to prowadzić do herezji, i nie powinien nigdy przejmować się swoją nie-ortodoksją, nawet jeśli inni rozpoznają jej aurę, a tak zapewne będzie.

Jest bardzo prawdopodobne, że jest dzisiaj złym znakiem dla pisarza, jeśli nie jest podejrzewany o reakcyjne skłonności, tak jak było złym znakiem dla pisarza, jeśli nie był podejrzewany o sympatie wobec komunizmu dwadzieścia lat wcześniej.

Ale czy to oznacza, że pisarz powinien nie tylko odmówić poddaniu się dyktatowi partyjnych bosów, ale również powinien powstrzymywać się od pisania o polityce? Raz jeszcze, zdecydowane: nie! Nie ma powodu, by pisarz nie mógł pisać posługując się nawet nieokrzesaną polityczną manierą, jeśli ma taką wolę. Powinien jedynie czynić to jako indywidualność, jako autsajder, jako najbardziej niechciana guerilla na flance regularnej armii. Taka postawa jest całkiem zgodna z potocznie rozumianą polityczną przydatnością. Jest rozsądne, by podać przykład, chcieć walczyć w wojnie, o której sądzimy, że da się ją wygrać, i odmówić jednocześnie brania udziału w tworzeniu propagandy wojennej. Może się zdarzyć, jeśli pisarz jest intelektualnie uczciwy, że jego pisarstwo i jego polityczna aktywność pozostają w sprzeczności. Są też takie okoliczności, kiedy jest to w oczywisty sposób niepożądane, ale wtedy lekarstwem jest nie fałszowanie własnych uczuć, ale milczenie.

Podpowiadanie, ze kreatywny autor w czasach konfliktu powinien podzielić swoje życie na dwie sfery, może się wydawać albo defetystyczne albo frywolne, jednak w praktyce nie widzę nic innego, co mógłby zrobić. Zamknąć się w wieży z kości słoniowej byłoby niemożliwe i niepożądane. Zaakceptować podporządkowanie się już nie tyle partyjnej machinie, ale nawet ideologii jakiejś grupy, oznaczałoby akt literackiego samozniszczenia. Czujemy, że ten dylemat jest bolesny, jako że dostrzegamy konieczność politycznego zaangażowania się widząc jednocześnie jak brudny i degradujący jest to świat. I wciąż większość z nas skłania się ku przekonaniu, że każdy wybór, nawet wybór polityczny, jest wyborem pomiędzy dobrem i złem, i jeśli jakaś rzecz jest konieczna, musi być również dobra. Powinniśmy, jak sądzę, wyzbyć się tego przekonania, który jest właściwy przedszkolu. W polityce nie można uczynić nic więcej ponad to, niż zadecydować, które zło jest mniejsze, i zdarzają się w niej sytuacje, z których jedynym wyjściem jest zachowywanie się jak demon albo szaleniec.

Wojna, dla przykładu, może być konieczna, ale nie jest w oczywisty sposób ani dobra ani rozsądna. Nawet wybory parlamentarne nie są całkowicie przyjemnym czy też wzniosłym spektaklem. Jeśli już musisz brać udział w takich przedstawieniach, a sądzę, że musisz, o ile nie jesteś impregnowany starością, głupotą, albo hipokryzją, to musisz również umieć ochronić część siebie w stanie nienaruszonym. Dla większości ludzi ten problem nie pojawi się w takim kształcie, bo ich życia już są rozdzielone. Większość ludzi żyje w pełni poza pracą zawodową, i nie zachowuje żadnego emocjonalnego związku pomiędzy pracą i aktywnością polityczną. Nikt od nich nie oczekuje, żeby w imię partyjnej lojalności degradowali swój status do statusu robotnika. Od artysty, a szczególnie od pisarza, właśnie tego oczekuje się w pierwszym rzędzie – w zasadzie, to jest jedyna rzecz, jakiej oczekują od niego politycy. Jeśli im odmówi, nie znaczy to jednak wcale, że jest skazany na bezczynność. Większa część jego istoty, ta aktywna, może działać tak zdecydowanie, a nawet tak gwałtownie - jeśli wymaga tego sytuacja - jak nikt inny. Jednak jego twórczość, tak długo jak ma zachować jakąkolwiek wartość, będzie produktem tej rozsądniejszej części jaźni, która pozostaje obok zapamiętując uczynki i uznając ich konieczność, ale nie dając się zwieść kłamstwom na temat ich prawdziwej natury.

http://hekatonchejres.salon24.pl/428974,wobec-lewiatana


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 12 lip 2012, 19:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Wojciech Wencel

Nie jestem wielorybem

Dlaczego morze nie może mnie uwieść?

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 27/2012

Zaczęły się wakacje i w wielu domach powrócił odwieczny dylemat: w góry czy nad morze? Osobiście rozwiązałem ten problem prawie ćwierć wieku temu, samotnie przemierzając Bieszczady i Beskid Niski. Od tamtej pory większość urlopowych tygodni spędzam w polskich górach. Wprawdzie jako kawaler skakałem po Orlej Perci, a z rodziną gramolę się na Szczeliniec, ale sztuka jest sztuka. Uczyniwszy na wieki wybór, wybierać już nie muszę. Nie przeszkadza to znajomym z głębi Polski widzieć we mnie wieloryba. Ilekroć dowiadują się, że mieszkam w Trójmieście, natychmiast wołają: – O jakże zazdroszczę. To cudowne mieć morze za oknem! Po pierwsze nie morze, tylko Zatokę Gdańską, a po drugie nie za oknem, tylko hen daleko za mgłą. Żeby tam dotrzeć, musiałbym godzinę jechać komunikacją miejską. Moi rozmówcy są zszokowani, gdy dowiadują się, że wspólnie z żoną i dziećmi podejmuję ten wysiłek raz w roku albo rzadziej.

Dlaczego morze nie może mnie uwieść? Odpowiedzią niech będzie fragment mojego tekstu do ułożonej przez Zbigniewa Jankowskiego antologii „Morza polskich poetów”, która nieprzyzwoicie długo czeka na druk w wydawnictwie słowo / obraz terytoria. Wbrew pozorom nie namawiam nikogo, by po tej lekturze zmieniał wakacyjne plany. Wielka woda jest tu raczej metaforą, która pozwoliła mi kiedyś wnikliwiej spojrzeć na własne życie.

Morze budzi grozę przez swoją widzialną żywiołowość, ale także przez swój tajemniczy związek ze złem. W kulturach pierwotnych jednoznacznie kojarzono morze z siedliskiem demonów. Od Homera wiemy o istnieniu Syren, pół-kobiet, pół-ptaków, które kuszącym śpiewem wabiły żeglarzy po to, by ich uśmiercić. Przepływający statkiem obok ich wyspy Odyseusz ocalił swych towarzyszy i siebie tylko dlatego, że za radą bogini Kirke zalepił im uszy woskiem, a sam kazał się przywiązać do masztu. Z kolei w mitologii greckiej powracających z wyprawy po złote runo Argonautów uratował Orfeusz, który zagłuszył syreni śpiew własną pieśnią i grą na lirze.

Wizja wybrzeża pełnego kości tych, którzy usłyszeli nieludzki głos, zapomnieli o świecie i zginęli, zawsze silnie działała na moją wyobraźnię. Śpiew Syren zapewne dlatego wydaje mi się tak wiarygodny, że łatwo skojarzyć go z trywialnymi pokusami wieku męskiego: pragnieniem ucieczki od rodzinnej odpowiedzialności czy alkoholową eskalacją poczucia mocy. Oczywiście każda z tych pokus daje jedynie iluzję szczęścia, nieuchronnie kończąc się dramatem kuszonego i jego najbliższych. W rzeczywistości nie można bowiem skutecznie „wyskoczyć” z własnej historii, której reżyserem jest Bóg. Ilekroć zapominam o Nim i staram się żyć według własnego planu, moje życie traci sens. Staję się łatwym łupem Syren.

Morze jest więc dla mnie metaforą ludzkiego upadku, depresji, chaosu wynikającego z nieposłuszeństwa. Nieprzypadkowo biblijny Jonasz, który zamiast zgodnie z wolą Bożą iść do Niniwy ucieka statkiem do Tarszisz, trafia na morskie dno, gdzie zostaje połknięty przez wielką rybę. Z nakazu Boga ryba wyrzuca krnąbrnego proroka na ląd. Jest ocalony, bo się nawrócił. Ale ten pobyt na dnie, przekroczenie „zaworów ziemi” zostawia wyraźny ślad w wyobraźni czytającego. Ma się wrażenie, że właśnie w morskiej głębinie mieści się tajemniczy napęd istnienia. Życie jest chaosem, przestrzenią „bojaźni i drżenia”, klatką szalejących demonów. Żyjąc po swojemu, jesteśmy skazani na klęskę, tylko nawrócenie pozwala wyjść z tej opresji cało.

Kiedy w styczniu 2004 roku płynąłem promem do Visby, huk fal przypominał mi, że zło, cierpienie i śmierć zawsze będą nam towarzyszyć. Wiara wcale nie oznacza zniesienia chaosu świata. Przeciwnie – stawia człowieka naprzeciw żywiołów. Ale konsekwentnie rozwijana pozwala mu chodzić po wodach śmierci. W Ewangelii św. Mateusza Chrystus przychodzi do łodzi apostołów, krocząc po jeziorze. Na ich lękliwe okrzyki odpowiada: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!”. Dalszy ciąg jest wskazówką dla wszystkich chrześcijan: „Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym” (Mt 14,28-33).

Moja wiara nie jest tak mocna, żeby już dziś chodzić po wodach śmierci, a więc ufać Bogu na tyle, by cierpliwie znosić upokorzenia i stawiać czoło pokusom. Mam jednak nadzieję, że jeśli kiedyś znów trafię na dno, Pan ocali mnie, jak ocalił Jonasza i Piotra. Skąd ta nadzieja? Już raz byłem tam, gdzie zgrzytają „zawory ziemi”, i Bóg mnie stamtąd wyciągnął. Poemat „Imago mundi” to zapis tej podróży przez otchłań morza. Pełnej grozy, ale i fascynującej. Bolesnej, ale koniecznej do zbawienia, bo to ona pomogła mi odkryć własną niemoc i potęgę Stworzyciela. Kiedy ponownie usłyszę syreni śpiew, nie chcę naśladować Orfeusza. Modlę się, by zawołać jak Piotr: „Panie, ratuj mnie!”.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... rybem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 17 lip 2012, 15:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
O komórce z Bogiem i bez Niego

Wspominałem już tu być może o pewnym moim koledze, który choć, jak idzie o wiek, mógłby być spokojnie moim synem, jest właśnie moim kolegą, i to kolegą nie byle jakim. Takim kolegą, z którym lubię się spotykać, a jak zaczniemy gadać, to właściwie możemy już nie kończyć. Siedzimy sobie więc od czasu do czasu z tym moim kolegą, otwieramy flaszkę za flaszką, słuchamy muzyki, albo oglądamy jakieś DVD, czas leci, a ja sobie myślę, ze to jest jedna z tych sytuacji, które Anglicy określając zwrotem „click in”. Poznajemy kogoś i od razu wiemy, że coś się stało. Coś co sprawia, że jest inaczej niż zwykle. I jest okay.

A więc – rzadko bo rzadko – ale spotykam się niekiedy z tym moim kolegą i sobie gadamy. Jest w tej relacji jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż to co nazywamy ogólnie poglądami, on ma całkowicie inne od moich. To znaczy, i on i ja oczywiście zgadzamy się co do tego, że nie należy kraść, kłamać i dręczyć innych ludzi, że bycie uprzejmym to wartość, a nie obciach, że można prowadzić rozmowę, nie używając jako przerywnika słowa ‘kurwa’ i nie wspominając wciąż o tzw. dupach, no i jeszcze że polskie komedie są absolutnie beznadziejne. Poza tym jednak dzieli nas już niemal wszystko.

Weźmy takiego Kuczoka. Mój kolega uważa, że Kuczok jest pisarzem świetnym. Weźmy Jarosława Kaczyńskiego – Kaczyński jego zdaniem jest do niczego. Pan Bóg – oczywiście nie istnieje. Religia – kupa śmiechu. Polska, patriotyzm, Smoleńsk – w ogóle nie ma o czym gadać. Gdybym miał jednym zdaniem przedstawić pogląd na życie mojego kolegi, określiłbym, go jako klasycznego humanistę, z tych humanistów dla których na przykład to że senator Piesiewicz wybrał się na dziwki i kokę nie jest w ogóle tematem rozważań etycznych, a co najwyżej intelektualnych. Aha! On jeszcze lubi zespół Hej i uważa, że Nosowska jest dobrą piosenkarką.

Spędziliśmy więc jeden z naszych wieczorów, i tak się jakoś złożyło, że kiedy już obgadaliśmy tego Kuczoka i nowe DVD Radiohead, i kiedy już obejrzeliśmy sobie krótki, zaledwie, dwudziestopięciominutowy, ale za to oscarowy – i to jaki! – film Six Shooter, kolega mój włączył koncert Nicka Cave’a i pozostałą część tego wieczoru przegadaliśmy, rozmawiając o Bogu jako czymś wyłącznie irracjonalnym i czymś całkowicie racjonalnym. Bardzo inspirująca to była rozmowa. Ja utrzymywałem, że ateizm jest zachowaniem dokładnie tak samo rozumnym, jak wiara w Tarota i w to, że Harry Potter to postać historyczna. No i jeszcze, że jeśli ja od czasu do czasu zaczynam drżeć przed Nieznanym, to do głosu dochodzi już tylko ta kompletnie bezmyślna część mojego człowieczeństwa. Kolega mój z kolei twierdził odwrotnie – że właśnie irracjonalna jest wiara w to, że Bóg istnieje. Ja mu mówię, że jeśli my tak siedzimy nad tą flaszką i sobie elegancko rozmawiamy, a na ekranie telewizora śpiewa Nick Cave, to w sposób absolutnie oczywisty za tym stoi On. Bo po prostu inaczej się nie da. I że dla mnie ten fakt jest oczywisty nie dlatego, że ja wierzę w duchy, ale wręcz przeciwnie – dlatego, że ja w duchy nie wierzę. I że jeśli czasem w nocy zrywam się z krzykiem myśląc, że Boga nie ma, to na tej samej zasadzie, jak czasem drętwieje mi na plecach skóra, bo mam dziwne wrażenie, że coś chodzi po pokoju. A on na to, że nieprawda. Że to są tylko komórki. A ja mu na to, że to bardzo ciekawe. Nie wierzy w duchy, natomiast wierzy w komórki. Co za bezsens! Toż to najbardziej wieśniacki zabobon. A on się ze mnie śmieje. I tak to mniej więcej sobie szło.

No i nagle zeszło na dzieci i in vitro. Kolega wygłosił kwestię z mojego punktu widzenia strasznie trywialną i jeszcze bardziej przewidywalną, że co ma zrobić para, która chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu tego dziecka mieć nie może, ja mu na to odpowiedziałem – równie trywialnie i przewidywalnie – że „chcenie” dziecka nie jest ani argumentem ani tym bardziej jakąkolwiek wartością, a ponieważ już obaj byliśmy odpowiednio nakręceni, dalej już było tylko ciekawiej. I w pewnym momencie przyszło mi do głowy coś tak niezwykłego, że mój biedny kolega zupełnie stracił głowę, ja się ucieszyłem, że już wiem, o czym muszę napisać kolejny tekst, a moje dzieci – kiedy z nimi jeszcze wczoraj w nocy tę swoją myśl skonsultowałem – stwierdziły, że się bardzo głęboko i w sposób oczywisty mylę. No ale ja już tak mam, że się do swoich mysli – szczególnie jeśli uważam je za bardzo oryginalne – bardzo mocno przyzwyczajam. Proszę posłuchać.

Było otóż tak, że w pewnym momencie mój kolega wspomniał o tej swojej ewentualnej chęci posiadania dzieci, ja go spytałem, a po cholerę mu dzieci, on rzucił, że choćby po to, żeby kontynuować linię, ja mu na to powiedziałem, ze to jest powód wyjątkowo marny i nagle przypomniała mi się kobieta o nazwisku Szyszkowska i pewien z nią stary bardzo wywiad, kiedy ona wygłosiła następującą opinię. Ona jest bardzo mianowicie zrozpaczona sytuacją taką oto, że natura stworzyła człowieka, a więc byt wyposażony w rozum, a z nim w marzenia, pragnienia i tak zwany ból istnienia i świadomość nieuchronnego końca tego istnienia. Mówiła Szyszkowska, że natura wykazała się tu okrucieństwem wręcz nie do opisania. Jak można było stworzyć człowieka z jego pragnieniem zycia i powiedzieć mu, że umrze i że z niego nie zostanie nic?

A ja sobie wtedy pomyślałem, że skoro człowiek nie wierzy w Boga, w Jego słowa o tym by żyć i się rozmnażać, i w życie wieczne, po co do licha mu te dzieci? Jeśli spojrzeć na to całkowicie racjonalnie, to przede wszystkim on sprowadzając je na świat skazuje je wyłącznie na ów ból istnienia, a sobie ściąga na głowę wyłącznie kłopot. No bo – wciąż zachowując ten pozorny racjonalizm – posiadanie dzieci, to kiepska inwestycja. I to bez względu na to, czy się je ma z miłości, czy z przypadku. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej one są wynikiem miłości, tym gorzej, bo wszelkie związane z nimi zmartwienia są już tylko większe. Ma człowiek te dzieci i od pierwszych dni musi się głownie o nie martwić. Że albo zachorują, albo stanie im się jakaś krzywda, albo umrą w wypadku, lub na jakąś chorobę. Musi wydawać na nie swój czas, swoją energię i pieniądze. Musi wciąż się martwić tym, czy one się dobrze uczą, czy są mądre, czy są grzeczne, a jeśli się uczą źle i są niegrzeczne – to już jest zmartwienie nie do przejścia. Później one dorastają i albo zaczynają chuliganić, albo wpadają w anoreksję. I tak przez dziesiątki lat, dzień w dzień. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. Bo kiedy dzieci są małe, to jeszcze jakoś można je kształtować. Później one idą sobie w cholerę z domu i dobrze jeśli od czasu do czasu wpadną na obiad i nie powiedzą nam przy okazji czegoś przykrego.

Ktoś mnie spyta, a czy jeśli jest Bóg, to wszystko to co napisałem wyżej traci swoją moc? Odpowiem, że tak. Jeśli jest Bóg, to wszystko o czym napisałem wyżej, traci swoją moc. Właśnie tak. Dlaczego? Bo Pan Bóg nadaje temu jedyny sens. Tylko On.
Oczywiście, może być tak, że wszystko pójdzie dobrze. Że te dzieci i będą mało chorowały, i nie przydarzy im się w życiu większa krzywda, i że kiedy dorosną, będą nas nadal kochały i chciały z nami spędzać czasem wspólnie czas. Że się nie będą kłócić , rozwodzić i wpadać w jakieś ciężkie kłopoty. I że same nie będą miały zmartwień związanych ze swoją pracą i z domem i ze swoimi z kolei dziećmi. I że wnuki, które nam dadzą też będą dobre i słodkie. A kiedy będziemy już starzy i bezradni, zechcą nas nadal kochać i nas wspierać. To oczywiście jest możliwe. Natomiast biorąc pod uwagę wszelkie szanse i zagrożenia, zyski i straty, wydaje mi się, że z całkowicie racjonalnego punktu widzenia – a więc z punktu widzenia kogoś, kto uważa, że są tylko komórki – dzieci, to nie jest żaden interes. Mówiąc językiem biznesu – ryzyko jest zwyczajnie dużo za duże.

I odwrotnie, jeśli żyjemy w jakimś luźnym związku bez żadnych ślubów i obietnic, ze świadomością tego bólu istnienia, o którym mówiła Szyszkowska, po co sobie dokładać dodatkowych wyzwań? I to w dodatku wyzwań, które wiążą się z jakimiś zobowiązaniami. Jeśli są pieniądze i coś co za te pieniądze można kupić, w tym wszystkim dziecko może stanowić najwyżej jeszcze jeden kaprys. Jak nowy samochód, czy ładna koszula lub kapelusz. Wprawdzie podczas tamtej naszej rozmowy słuchaliśmy tylko Nicka Cave’a i trochę Radiohead, i nie było mowy o Jaggerze czy Richardsie, czy Stewarcie, ale popatrzmy na nich. Ja nie wiem, ile oni mają sztuk dzieci i ile oni sobie w życiu poświecili wzajemnie czasu i emocji, ale podejrzewam że płodząc tych chłopców i te dziewczynki, wszyscy zorganizowali sobie wszystko tak, żeby ich to za dużo nie kosztowało. A więc domyślam się też, że z ich punktu widzenia, posiadanie dzieci to na ogół czysta frajda. No ale, jak wiemy, ta akurat sytuacja jest bardzo niestandardowa. Zwłaszcza że nie jest wykluczone, że każdy z nich wcale nie jest żadnym ateistą, lecz należy do jakiegoś fajnego kościoła.

A ja myślę o ateistach i o swoim przekonaniu, że ateizm jest czymś całkowicie irracjonalnym i bezrozumnym. Fikcją i zabobonem. Że jeśli przyjmujemy jako fakt to że Boga nie ma i że jest tylko ten krótki czas i już tylko gwiazdy, to ja za takie życie serdecznie dziękuję. Nie tylko dlatego, że ono jest zwyczajnie po żydowsku nieopłacalne, ale też dlatego, że jest czymś kompletnie nielogicznym. Powiedziałbym, że wręcz nienaukowym. I myślę że mam tu bezwzględną rację. Że jeśli mamy do czynienia z kimś całkowicie przekonanym o absolutnej wyższości Nauki nad Miłością, w takim sensie że to pierwsze to humanizm, a drugie to przesąd, to mamy do czynienia z kimś całkowicie zaplątanym. Zaplątanym w taki gąszcz ciemności, że z niego jedyna już droga wyjścia to wiara w UFO, lub w Drzewo, lub w Śnieg. Albo w sznur na szyję. A więc w coś co pobożni wieśniacy określają słowem ‘Szatan’. I tym określaniem zamykają sprawę skutecznie i ostatecznie.

Wspomniałem tu o konsultacjach jakie przed napisaniem tego tekstu przeprowadziłem z moimi dziećmi. I o tym, że za moje myśli zostałem przez nie zrugany. Nie pokażę im tego, co napisałem, bo boję się, że mi powiedzą, że mam tego tekstu absolutnie nie publikować, bo sobie tylko narobię wstydu. Jednak zaryzykuję. Zobaczymy co będzie. Czekam z rozdartą na piersi koszulą.

http://osiejuk.salon24.pl/434544,o-komo ... -bez-niego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 21 lip 2012, 09:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Kapłan wobec ateistycznego liberalizmu

W liczącej dwa tysiące lat historii Kościoła każde pokolenie kapłańskie przeżywało swoje radości i smutki, zwycięstwa i klęski, dni chwały i poniżenia.

Poza realizowaniem zawsze tego samego zadania, jakim dla każdego kapłana jest nawracanie ludzkich serc i prowadzenie ludzi do zbawienia, każde pokolenie kapłańskie musiało odpowiadać na znaki swojego czasu, a jednocześnie musiało być zawsze znakiem sprzeciwu wobec ulegającego wpływom zła świata.

Tak było w starożytności, kiedy chrześcijaństwo było prześladowane, a męczeństwo za wiarę stanowiło zwyczajne zwieńczenie losu kapłańskiego.

Tak było w wiekach późniejszych, kiedy pomimo powszechnej akceptacji dla chrześcijaństwa, targane było ono herezjami, sektami i odstępstwami, a także bezwzględnie niszczone w basenie Morza Śródziemnego przez wyznawców islamu.

Tak było w okresie reformacji, która spowodowała krwawe i bynajmniej nie przez Boga kierowane wojny religijne, które spustoszyły wielkie części Europy i przyniosły okrutną śmierć tysiącom chrześcijan ginących z rąk innych chrześcijan.

Tak było w epoce oświecenia i wywołanej przez ateistyczne ideologie rewolucji francuskiej, która w imię bezbożnych haseł, wymyślonych przez niektórych intelektualistów, wyniszczyła w samej Francji ponad milion katolików, w tym wielu kapłanów.
Ateistyczne, bezbożne hasła i programy walki z chrześcijaństwem przejęły dziewiętnastowieczne i dwudziestowieczne ateistyczne ideologie, które wywołały nowe rewolucje, wojny i zbrodnie tak wielkie, że żaden człowiek nie jest w stanie sobie ich wyobrazić. A wśród dziesiątków milionów chrześcijan, którzy byli dręczeni, zabijani, torturowani, zniesławiani i poniżani przez bolszewickich, hitlerowskich, komunistycznych i faszystowskich bandytów, były tysiące kapłanów, którzy w najgorszej męce i cierpieniu pozostawali solidarnie z umęczonym chrześcijańskim ludem.

Publiczne świadectwo

Trudno dziś wyobrazić sobie nam, osobom współczesnym, z których wielu nie pamięta już nie tylko czasów prześladowań hitlerowskich, ale nawet czasów późnokomunistycznych, czasów stanu wojennego i męczeństwa księdza Popiełuszki - przed jak wielkimi wyzwaniami stawać musieli kapłani i z czym musieli się zmagać w tamtych czasach. Jak bardzo trudno było im pełnić zadania duszpasterskie w sytuacji ustawicznej opresji, kiedy byli bezustannie nękani, podsłuchiwani, oskarżani i karani - więzieniem lub dotkliwymi karami pieniężnymi - za gorliwą pracę kapłańską, kiedy rabowano bez skrupułów własność kościelną, kiedy na rozmaite sposoby utrudniano pracę katechetyczną i duszpasterską.

Jak trudno było ówczesnym kapłanom zachować wierność Bogu, Kościołowi i - co niezwykle ważne - swojemu powołaniu kapłańskiemu.

Jak trudno było w świecie wrogich, nienawistnych mediów, w skoordynowanej, prowadzonej przez setki tysięcy specjalnie szkolonych sług reżimu komunistycznego akcji ateizacji społeczeństwa, ogarniającej szkoły, uczelnie, urzędy, wojsko, milicję, tzw. ORMO, i całe życie publiczne - być znakiem sprzeciwu przeciwko temu wszystkiemu, przeciw temu kosmicznemu wprost szatanowi, podobnemu do apokaliptycznego smoka z milionami krwawych i bluźniących bez przerwy paszcz.

Przez dziesięciolecia tylko kapłani byli w Polsce znakami sprzeciwu wobec komunistycznego totalitaryzmu. To oni moralnie i mentalnie przygotowali polski Naród do opozycji i rewolucji solidarnościowej. W czasach stalinowskich i później, prawie do końca lat siedemdziesiątych, to tylko oni w naszym kraju byli z Narodem i podtrzymywali go w jego wierności Bogu i Ojczyźnie, w jego umiłowaniu wolności, sprawiedliwości i niepodległości.

To oni dawali w czasach prześladowań stanu wojennego schronienie opozycjonistom, nie pytając ich o przekonania religijne i zasady moralne. Nie liczyli bynajmniej na wdzięczność. Od wielu, którzy Kościołowi zawdzięczali bardzo dużo, nie doczekał się on nie tylko najdrobniejszego znaku wdzięczności, lecz nawet śladu zrozumienia dla jego misji. Przeciwnie, został wkrótce oszczerczo zaatakowany za to, że jakoby pragnie wywierać zbyt wielki wpływ na życie Narodu Polskiego, za to, że rzekomo wtrąca się do polityki, że rzekomo pragnie ustanowić w Polsce teokrację itd.


W tym ataku na Kościół, zwłaszcza na początku lat dziewięćdziesiątych, zjednoczyły się postkomunistyczne, lewackie ugrupowania z wyznawcami ateistycznego liberalizmu. Dysponując potężnymi mediami i politycznymi wpływami, wspólnie zaczęły występować przeciw chrześcijańskim zasadom moralnym. Wspólnie zaczęły głosić kompletny relatywizm moralny, permisywizm i kosmopolityzm. Wspólnie zaczęły się domagać aborcji na życzenie. Wspólnie, gdzie tylko mogły, zaczęły podważać autorytet Kościoła i domagać się, by wiara stała się sprawą całkowicie prywatną, a działalność księży, by ograniczyła się do kościołów i zakrystii.

Oświeceniowa ideologia wolności

Niektórzy tę wspólnotę ideową i programową nowej lewicy i nowego antychrześcijańskiego liberalizmu przyjęli ze zdumieniem. Nie mogli zrozumieć, dlaczego siły te tak solidarnie występują przeciw zasadom wiary i moralności chrześcijańskiej.

Tymczasem odpowiedź jest prosta. Komunizm we wszystkich swoich postaciach i postkomunizm, modernizm i postmodernizm, libertynizm i tzw. poprawność polityczna, dla której tubą propagandową stały się dziś najrozmaitsze media, wszystko to czerpie swoje żywotne siły z tzw. oświeceniowego programu ojców rewolucji francuskiej, takich jak Diderot, Wolter, Rousseau, La Metrie, Holbach i inni. W programie tym naczelną ideą była idea całkowitego wyzwolenia i całkowitej wolności. Wolności od wszelkiej władzy, od wszelkiego autorytetu, od wszelkich zasad moralnych i religijnych. To dlatego francuscy rewolucjoniści wołali na ulicach Paryża: precz z królami, książętami, biskupami, księżmi, nauczycielami, zarządcami, burmistrzami. Precz z państwem, szkołą, urzędem, policją i Kościołem. Precz z każdym, kto ośmiela się powiedzieć: powinieneś żyć tak i tak, powinieneś się liczyć z takimi i takimi zasadami, powinieneś wierzyć w to i to, powinieneś przestrzegać prawa, powinieneś zachowywać Dekalog.

W imię tych, tzw. oświeceniowych haseł, mordowano, burzono, niszczono, dopuszczano się niewiarygodnych wprost zbrodni i zawsze zwalczano Kościół, który nie zgadzał się i nigdy nie zgodzi na anarchię moralną, który nawołuje do uznania najwyższego autorytetu Boga i Jego przykazań, który nie zgadza się na deptanie prawa naturalnego, na zabijanie niewinnych nienarodzonych dzieci w aborcji i starych ludzi w eutanazji, na absurdalne związki homoseksualne, na zbrodnicze pseudonaukowe doświadczenia na ludzkich embrionach; który domaga się wolności ewangelizowania, który przypomina ustawicznie, że człowiek nie jest zwierzęciem, lecz dzieckiem Bożym; że jego los nie kończy się na fizycznej śmierci; a także to, że jako istota wolna i świadoma odpowiedzialny jest za życie, z którego przed Bożym sądem musi zdać kiedyś rachunek.

Od ponad dwustu lat ateistyczny program oświeceniowy przyjmowany jest przez coraz to nowe siły polityczne i wywoływane przez nie rewolucje w różnych krajach. Ubiera się go w różne formy. A zależnie od posiadanej realnej siły i władzy politycznej wciela w życie społeczne. W razie potrzeby kamufluje. Ale zawsze promotorzy tego programu identyfikują go z postępem, nauką, nowoczesnością i "świetlaną" przyszłością świata. Działo się tak w przeszłości i dzieje się tak nadal, mimo że ludzie, którzy program ten ongiś wcielali w przeszłości w życie, spowodowali nieprzeliczone zbrodnie i ofiary. Program ten w wielu krajach nadal jest wcielany w życie, mimo że opiera się na totalnym - pochodzącym od ojca wszelkiego zła - kłamstwie.

Nietolerancja katolików

Od ponad dwustu lat Kościół podejmuje swoją misję w takim właśnie świecie. Posłany jest przecież do całego świata, do wszystkich narodów i ludów. I wszystkim ma za zadanie głosić Ewangelię. I wszystkim ma za zadanie mówić, co jest dobre, a co złe, oraz co jest prawdziwe, a co fałszywe. I to ostatnie, czyli głoszenie prawdy, jest szczególnym kamieniem obrazy dla współczesnego postmodernizmu i liberalizmu, dla wspominanej już "poprawności politycznej". Wyznawcy tych ideologii bowiem we współczesnym, zachodnim zwłaszcza świecie, atakują nieubłaganie chrześcijaństwo, a nawet w ogóle monoteizm judeochrześcijański, za to, że ośmiela się głosić, iż jest posiadaczem objawionej przez Boga, niezmiennej, ponadczasowej prawdy. Zwolennicy tych ideologii uważają, że jeśli ktoś twierdzi, iż zna niezmienną prawdę, iż wie, jaki jest prawdziwy sens ludzkiego życia, jakie postępowanie jest dobre, a jakie złe moralnie - to taki człowiek jest z definicji nietolerancyjny, zamknięty na inne poglądy, ksenofobiczny itd.

Był czas, kiedy Kościół katolicki, w odpowiedzi na oświeceniową antychrześcijańską ideologię, która go zaskoczyła, zaczął przyjmować postawę wyłącznie obronną, postawę oblężonej twierdzy. W XIX wieku bardzo mocno podkreślano w związku z tym w Kościele znaczenie autorytetu, tradycji i konieczność odrzucenia jakichkolwiek nowych idei i nowożytnej cywilizacji. Starano się odgrodzić Kościół od otaczającego go świata, w którym era przemysłowa wstrząsała wartościami religijno-moralnymi i niszczyła jego wypracowany w ciągu wieków obraz. Przez to Kościół stawał się coraz bardziej odległy od nowoczesnych społeczności, które przestawały rozumieć jego misję i sens jego istnienia.

Nowa epoka Kościoła

Rozumiał to doskonale opatrznościowy Papież Jan XXIII, który zwołał Sobór Watykański II, zakończony czterdzieści siedem lat temu i stanowiący, tak jak w swoim czasie sobór trydencki, nową epokę w życiu Kościoła wędrującego przez wieki wraz z ludem Bożym, dla którego zbawiania został założony. 3

Sobór Watykański II na nowo uświadomił Kościołowi najgłębszą treść jego misji. Zbliżył go do ludzi. Uświadomił mu, że ma być z nimi w ich codziennym życiu; że ma być sumieniem świata i jego oczami dostrzegającymi wyraźnie dobro i zło, prawdę i fałsz, piękno i brzydotę, miłość i nienawiść. Pokazał mu, że nowożytna nauka, technologia i techniczna cywilizacja nie są rywalami wobec Stwórcy, lecz przeciwnie, są - jak to cudownie opisują już starożytne psalmy - oznaką wielkości Boga i wyrazem Jego odwiecznych planów. Sobór Watykański II pokazał całemu światu, że nauka Chrystusowa nie odwraca się od budowania lepszego, piękniejszego świata, lecz że bierze w tym budowaniu fundamentalny udział.

Po Wielkim Piątku historii ludzkości, jakim była pierwsza połowa XX wieku, kiedy ludzkie życie i godność człowieka zostały tak straszliwie sponiewierane, Sobór Watykański II z niezwykłą mocą podkreślił prawdę o nienaruszalnej wielkości i godności ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Z wielką mocą wezwał także wszystkich ludzi dobrej woli do obrony prawdy Bożej, która jest wieczna i niezmienna i której źródłem nie jest demokratyczne głosowanie uczestników debaty sejmowej czy dyskusji telewizyjnej odbywanej w najróżniejszych programach w rodzaju "Kto ma rację" czy też "Decyzja należy do ciebie" - lecz że źródłem tej prawdy jest sam Bóg, który rozstrzygnął na zawsze, w co wierzyć, jak postępować i jaki jest sens życia każdego z nas.

To sam Bóg jest twórcą minimum etycznego złożonego z wierności i wiary, sprawiedliwości i prawdziwości, solidarności i miłości bliźniego, a także z wolności, która nie niszczy słusznego prawa do życia i wolności innych ludzi. Bez takiego minimum etycznych wartości żadne społeczeństwo nie przetrwa, każde rozpadnie się w gruzy. Wartości takich nie jest przy tym w stanie uchwalić sobie demokratycznie żadne społeczeństwo. Jeśli chce je mieć, musi zwrócić się do Boga. Musi pójść na Górę Synaj, po Dekalog. Nie może samo dla siebie stać się źródłem dobra i prawdy.

Nie jesteśmy sami

My, kapłani początku trzeciego tysiąclecia ery chrześcijańskiej, mamy obowiązek czynnego udziału w budowaniu lepszego, bliższego Bogu świata w tym miejscu, w którym postawiła nas Opatrzność. Nie przerażajmy się ogromem problemów i zagrożeń wyłaniających się przed współczesnym chrześcijaństwem i współczesnym kapłanem. Nie mówmy, tak jak mówili Apostołowie: Jak można kilkoma rybami i plackami nakarmić wielotysięczną rzeszę? Nie mówmy więc: Jak można poradzić na tyle zła, grzechu, nieszczęść i najrozmaitszych problemów naszych wiernych? Jak można być znakiem sprzeciwu wobec pełnego pychy, rozpusty, kłamstwa i oszustwa otaczającego nas ze wszystkich stron świata? Jak można sobie poradzić z własną słabością wyrażającą się w tendencji do ulegania wygodnemu, konsumpcyjnemu stylowi życia; a może w uleganiu chciwości i praktycznemu materializmowi; a może nieczystości; a może pysze i najróżniejszym ludzkim ambicjom i wielu innym złym skłonnościom?

Nie mówmy tak i tak nie myślmy. To prawda, że jesteśmy słabi i grzeszni. Ale przecież nigdy nie jesteśmy sami. Z nami zawsze jest Chrystus. Jest realnie i osobowo w Eucharystii, która za sprawą naszej transcendentnej wprost kapłańskiej władzy, pojawia się na naszych ołtarzach. Jest w tabernakulach naszych kościołów. Jest z nami, gdy się modlimy. Gdy cierpimy. Gdy pomagamy potrzebującemu człowiekowi. Z Nim, z Chrystusem, spotykamy się w Piśmie Świętym i w każdym naszym bliźnim. Chrystus jest z nami w każdej chwili naszego życia i tylko On potrafi to, co małe, co niepozorne - zwielokrotnić i uczynić potężnym; tak jak cudownie rozmnożył chleb i ryby.

Bonum est diffusivum sui uczyli nas scholastycy. Dobro jest rozlewne. Rozlewna jest dobroć, miłosierdzie i moc Boża. Dzięki naszemu małemu kapłańskiemu wkładowi, dzięki naszej niewielkiej ofierze, dzięki przyjętemu z pokorą krzyżowi, dzięki niepozornej, niewidocznej dla innych, uczciwej i oddanej bliźnim pracy kapłańskiej Chrystus może napełnić świat ogromnym dobrem, przebaczeniem i miłością.

Ale bądźmy - w tym trudnym współczesnym świecie, w świecie niewrażliwym już na słowa, lecz tylko na autentyczne świadectwo życia - prawdziwą, nie zwietrzałą solą. Bądźmy kapłanami, każdym swoim słowem i czynem świadczącymi o Bogu. Bądźmy kapłanami, którzy nie tylko mówią o Bogu, którzy nie tylko organizują modlitwę dla innych, lecz sami z Bogiem jak najczęściej rozmawiają, lecz którzy sami się gorliwie modlą, sami adorują Najświętszy Sakrament. Odrzućmy konsumpcyjny tryb życia i ogarniające niektórych współczesnych kapłanów zeświecczenie, przejawiające się być może w ich całkiem niekapłańskich zainteresowaniach, w niekapłańskim języku, w niegodnych kapłana zachowaniach, w całkowicie świeckim stroju, w upodobaniu do luksusu, w kulcie dla rzeczy. Odrzućmy to wszystko, ponieważ sprawia, że ci, którzy mają zastępować Chrystusa na ziemi, stają się niekiedy karykaturą kapłana i zamiast zbliżać ludzi do Boga, oddalają ich od Niego, za co odpowiedzą przed Jego sądem, który może przyjść w każdej chwili naszego życia.

Ciągle jest czas na refleksję nad pytaniami: co uczyniliśmy z naszym świętym, wiecznym kapłaństwem? Czy wytrwaliśmy w wierności Chrystusowi? Czy upadając niekiedy na niełatwej drodze życia, potrafimy powstać i prosić Boga o przebaczenie? Czy jesteśmy w stanie dokonać przemiany naszego życia, które czasami może przypominać głębokie koleiny, z których tak trudno się wyrwać, chociaż wiemy dobrze, że wiodą nas na zatracenie? A także na pytanie, czy jesteśmy w stanie sprostać kapłańskim zadaniom w świecie zagrożonym przez niszczący chrześcijaństwo ateistyczny liberalizm.

Ks. abp prof. Stanisław Wielgus, arcybiskup senior archidiec. warszawskiej, wieloletni rektor KUL

http://www.naszdziennik.pl/mysl/5196,ka ... lizmu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 27 lip 2012, 12:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Na Sądzie Bożym bez głosowań

Radio Maryja, TV TRWAM, SIM Radio, wykładowca WSKSiMPan Bóg nie stoi obok rzeczywistości człowieka, ale wszedł w tę rzeczywistość. Rzeczywistość, którą stworzył, a którą człowiek ogromnie skomplikował. Pan Bóg widzi człowieka całego i ma odpowiedź dla człowieka całego. Tymczasem dzisiaj coraz częściej człowiek stawia Panu Bogu szlaban – w życiu osobistym, rodzinnym, a także w życiu społecznym. Mówi się o rozdziale Kościoła od państwa, mówi się o „neutralności światopoglądowej”. Ciekawe, że ta „neutralność światopoglądowa” zazwyczaj oznacza poglądy antykatolickie, więc z neutralnością nie ma nic wspólnego to po prostu słowo – wytrych określonego światopoglądu. Sam światopogląd niesie przecież ze sobą określony ładunek. Dlatego dodaje się do tego „neutralność”, a kto zachowuje tzw. „neutralność światopoglądową” ten jawi się jako lepszy, zobiektywizowany, ten nie staje po żadnej ze stron, za niczym się nie opowiada, a więc ma prawo rozstrzygania, bycia arbitrem. Tylko dlatego, że stał się wyznawcą „neutralności światopoglądowej”, może rozstrzygać co jest dobre a co złe, co wolno i czego nie wolno, co jest postępowe a co wsteczne, co jest cool i co jest obciachem. Ale powiedzmy sobie otwartym tekstem – to jeden z poglądów, który próbuje przejąć rząd dusz, także w Polsce. Musimy bardzo uważać na różnego rodzaju eufemizmy, określenia, które w rzeczywistości zafałszowują realizm naszego życia, naszej rzeczywistości, naszych wyborów i naszych postaw. Łudzą porządkowaniem, ale w rzeczywistości wprowadzają bałagan. Bo porządek już raz na zawsze Pan Bóg ustalił.

Funduje się nam bałaganiarski synkretyzm we wszystkich obszarach życia, także w dziedzinie wiary i moralności. Robią to ci, którzy ponoszą odpowiedzialność za przestrzeń życia społecznego. Jeżeli polityk zasiadający na takim czy innym urzędzie, choćby nawet na fotelu prezydenta, mówi, że ma poglądy katolickie, że Kościół katolicki to jego Kościół, ale jego czyny nie są katolickie – bo przecież jest urzędnikiem – to co to oznacza? Jeśli jestem katolikiem, mówię o tym, mówię, że mam poglądy katolickie to za tym muszą iść czyny katolickie. Dzisiaj stworzyła się moda wśród polityków, którzy od jakiegoś czasu w Polsce rządzą, żeby deklarować, iż są katolikami i działać nie po katolicku. I rosną takie hybrydy, nieokreślone stwory parareligijne – powodując zgorszenie u jednych, a u drugich błogie samousprawiedliwienie.

Jak wytłumaczyć prostemu człowiekowi, który dzwoni do radia i pyta: „Dlaczego ludzie, którzy notorycznie i publicznie głoszą naukę sprzeczną z nauczaniem Kościoła, popadają w recydywę głoszenia poglądów sprzecznych z Bożymi przykazaniami, chlubią się tym, że są za aborcją in vitro, za zamrażaniem zarodków – z honorami przyjmowani są w kościele, udziela się im Komunii świętej, do której przystępują itd.? Jak to tłumaczyć człowiekowi, który słusznie czarnego nie nazywa białym? Nie tłumaczę, bo nie wiem.

To niestety nie ma nic wspólnego z prawdziwą wiarą, bo prawdziwa wiara domaga się uczynków. Jeśli masz poglądy katolickie, pełnij czyny katolickie. Zasłanianie się urzędem to słaby argument przed Bogiem. Na Sądzie Ostatecznym prezydent, premier, poseł, senator, minister nie będą stali jako urzędnicy, ale jako konkretni ludzie z imienia i z nazwiska, którym w określonym czasie więcej dano – możliwości czynienia dobra i równocześnie odpowiedzialności. Ale oni jako urzędnicy, zasłaniając się „neutralnością światopoglądową”, na klamce urzędu do którego weszli, zostawili swoją wiarę. Dlatego minister zdrowia(!) – tak zdrowia - szuka człowieka i kliniki, w której zostanie zamordowane dziecko poczęte. Ale deklaracja jest - katolik. Czy jest to katolicyzm ukryty czy pozorowany? Mieli możliwość stanowienia prawa sprawiedliwego, w poszanowaniu prawa Bożego, ale wybrali urząd. I za to odpowiedzą na Sądzie jako konkretne osoby – z imienia i z nazwiska – bez ochrony BOR, bez tabuna urzędników, doradców, gabinetów politycznych, doradców wizerunkowych. Staną wobec Boga z prawdą o sobie. Pan Bóg nawiązuje z nami relacje osobowe, a nie relacje urzędowe. Ludzie, którzy w Polsce doszli do urzędów często o tym zapominają. Pan Bóg jest potrzebny na dokładkę, biskup do zdjęcia, a papieża dobrze zaprosić w roku, gdy będę starał się o prezydenturę. Wtedy głosząc poglądy antykatolickie ucałuję papieża w pierścień, ludzie zobaczą obrazek i zagłosują.

Źle się bawicie panie i panowie politycy! Przypominam, że będziemy sądzeni według Ewangelii, a nie zasad demokracji liberalnej. Na Sądzie Bożym nie będzie żadnych głosowań, maszynki do głosowania – kto ma większość ten wszystko przegłosuje, nie będzie żadnych układów, żadnych kolegów w Trybunale. Będzie Bóg wszechmogący, który jest „ojcem sierot i wdów opiekunem” i który bezbłędnie rozpozna wilka w owczej skórze w swojej owczarni.

Przypominam słowa proroka Eliasza wypowiedziane do ludu: Dopókiż będziecie chwiać się na obie strony? Jeżeli Jahwe jest [prawdziwym] Bogiem, to Jemu służcie, a jeżeli Baal, to służcie jemu!» [1 Krl 18,21]. Odwagi!

O. Dariusz Drążek CSsR

http://www.naszdziennik.pl/blogaid/praw ... ml#entry27


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 28 lip 2012, 19:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Bo­że wy­cho­wa­nie

Cho­ra Pol­ska po­trze­bu­je le­ka­rza a nie zna­cho­ra lub tru­ci­cie­la. Ma­my w Pol­sce zna­cho­rów u wła­dzy, bę­dą­cych jed­no­cze­śnie tru­ci­cie­la­mi. Spo­łecz­na obo­jęt­ność du­żej czę­ści na­ro­du, śpią­cych ry­ce­rzy umoż­li­wia i uła­twia roz­wój cho­ro­by, bez­kar­ność tru­cia. Daw­nym wy­na­laz­kiem by­ła trut­ka na szczu­ry, no­wym wy­na­laz­kiem jest „trut­ka na lu­dzi”.

Duch Świę­ty, któ­ry od Oj­ca i Sy­na po­cho­dzi, zstę­pu­je na zie­mię aby nie­bo z zie­mią po­łą­czyć. Po­jed­na­nie lu­dzi z Bo­giem do­ko­na­ne mo­cą Krwi Chry­stu­sa ma do­peł­nie­nie w po­sta­ci dzia­ła­nia Du­cha Praw­dy. Jed­ność Bo­żo-ludz­ka i mię­dzy­ludz­ka sta­je się ob­ra­zem jed­no­ści Osób Trój­cy Świę­tej. Po­dzia­ły nie do po­ko­na­nia w opar­ciu o ludz­kie si­ły prze­kra­cza i zwy­cię­ża Bóg. Na­to­miast twór­cą po­dzia­łów jest dia­beł – ta­ki jest ety­mo­lo­gicz­ny sens grec­kie­go sło­wa „dia­bo­los” (od dia-bal­le­in – dzie­lic). Pierw­szy po­dział stał się w Ra­ju, gdy Adam i Ewa zgrze­szy­li; na­stęp­ny – gdy Ka­in za­bił Abla; ko­lej­ny – gdy lu­dzie po­sta­no­wi­li zjed­no­czyć się bez Bo­ga i przy­wró­cić świa­tu raj utra­co­ny za po­mo­cą uto­pij­ne­go pro­jek­tu wie­ży Ba­bel. W ten sam spo­sób po­stę­pu­je dzi­siaj dia­beł wraz z ludź­mi, któ­rzy mu słu­żą (no­mi­na sunt od­io­sa). „Nie” rzu­co­ne Bo­gu i czło­wie­ko­wi przy­kry­te jest uto­pią jed­no­ści kosz­tem kłam­stwa. Bóg w swo­im mi­ło­sier­dziu po­mie­szał ję­zy­ki bu­dow­ni­czym wie­ży Ba­bel aby nie do­pu­ścić do zre­ali­zo­wa­nia fik­cji ra­ju na zie­mi. Duch Świę­ty w da­rze ję­zy­ków i wza­jem­ne­go ro­zu­mie­nia się lu­dzi na­pra­wia to, co daw­ni i współ­cze­śni bu­dow­ni­czo­wie wie­ży Ba­bel ze­psu­li i psu­ją. Dia­beł chce roz­bić wszel­kie au­ten­tycz­ne wspól­no­ty, w któ­rych za­wie­ra się ob­raz Trój­cy Świę­tej mał­żeń­stwo, ro­dzi­nę, na­ród, Ko­ściół. Te­go je­ste­śmy świad­ka­mi. Kto krzyw­dzi lu­dzi, nisz­czy wspól­ne do­bro, wal­czy z Krzy­żem, hi­sto­rią i re­li­gią w szko­le, szko­dzi Pol­sce, ten słu­ży złu i Złe­mu. Cze­go wię­cej trze­ba, aby Po­la­cy na­uczy­li się od­róż­niać do­bro od zła, praw­dę od kłam­stwa, wspól­no­tę od uto­pij­ne­go prze­stęp­cze­go wspól­nic­twa Bóg jest wy­cho­waw­cą lu­dzi i na­ro­dów, do­pusz­cza ujaw­nie­nie się skut­ków zła, aby po­bu­dzić si­ły obro­ny przed złem. Po­dob­nie – symp­to­my cho­ro­by po­zwa­la­ją po­znać cho­ro­bę, le­czyć pa­cjen­ta i cho­ro­bę po­ko­nać. Cho­ra Pol­ska po­trze­bu­je le­ka­rza a nie zna­cho­ra lub tru­ci­cie­la. Ma­my w Pol­sce zna­cho­rów u wła­dzy, bę­dą­cych jed­no­cze­śnie tru­ci­cie­la­mi. Spo­łecz­na obo­jęt­ność du­żej czę­ści na­ro­du, śpią­cych ry­ce­rzy umoż­li­wia i uła­twia roz­wój cho­ro­by, bez­kar­ność tru­cia. Daw­nym wy­na­laz­kiem by­ła trut­ka na szczu­ry, no­wym wy­na­laz­kiem jest „trut­ka na lu­dzi”. Broń­my się więc przed tru­ciem w me­diach, w szko­le, w Sej­mie i Se­na­cie, są­dach i w rzą­dzie. Kto od­su­nie od wła­dzy tru­ci­cie­li Bóg dał nam wol­ność, aby­śmy czy­ni­li z niej ro­zum­ny uży­tek. Po­stu­la­tem pol­skie­go ro­zu­mu jest ra­to­wać cho­rą oj­czy­znę. Le­kar­stwem jest praw­da po­da­wa­na z mi­ło­ścią – ve­ri­tas in ca­ri­ta­te.

Wciąż roz­le­ga­ją się w Pol­sce gło­sy prze­ciw­ko spo­łecz­ne­mu pa­no­wa­niu Chry­stu­sa Kró­la w oj­czyź­nie. Pe­wien ka­zno­dzie­ja kil­ka dni te­mu, w nie­dziel­nej ho­mi­lii oświad­czył „Je­zus nie chce być Kró­lem Pol­ski”. Bo­gu dzię­ki Je­zus jest in­ne­go zda­nia. Lecz „w tym ca­ły jest am­ba­ras, że­by dwo­je chcia­ło na raz”. Ma­ry­ja chcia­ła być Kró­lo­wą Pol­skiej Ko­ro­ny i jest. Po­dob­nie Je­zus – chce być Kró­lem Pol­ski i bę­dzie.

Ks. Sta­ni­sław Mał­kow­ski

http://www.warszawskagazeta.pl/wydarzen ... ychowanie-


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 30 lip 2012, 08:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Romuald Gładkowski – “Credo in unum Deum”

Kiedy wszechświat jest traktowany jako samoistniejacy, kiedy nie dostrzega się Pana Boga stojącego ponad wszechświatem, wówczas wszystko, co nas otacza, staje się święte; jak to ma miejsce u pogan, a jest bardzo dobrze widoczne w panteiźmie. Właśnie chrześcijaństwo, oddając Bogu, Istocie Najwyższej, wszystko co święte, zdesakralizowało wszechświat. Chrześcijaństwo rozgraniczyło Stwórcę od rzeczy stworzonych. Chaos myślowy pogan został uporządkowany.

Starożytne pogaństwo poczęło zamierać razem z rzymskim imperium. Poganie, przegrywając konfrontacje z nauka Chrystusa Pana, przeczuwając swój bliski koniec, usiłowali ratować się przyjmując od chrześcijan ogólny pogląd na świat, ich dobroć i entuzjazm. Zbyt wyraźnie rzucała się w oczy wyższość chrześcijan w pożyciu rodzinnym, w stosunkach sąsiedzkich, w spełnianiu obowiązków wobec ojczyzny. Poganie, jeszcze u schyłku II wieku po narodzeniu Chrystusa, desperacko broniąc się przed całkowitym przyjęciem stylu życia chrześcijan, usiłowali kopiować moralność chrześcijańska i ewangeliczne nauczanie. Nic z tego, nie udało się poganom uzyskać czegokolwiek, co byłoby równoważne entuzjazmowi religijnemu chrześcijan. Mity pogańskie pozostają niezmienne, a każda próba ich modyfikowania kończy się niepowodzeniem. Religie pogańskie, jako zrodzone z ludzkiej fantazji, są martwe, statyczne. Nie mogło więc dojść do syntezy religijnej. Nie mogą też istnieć równocześnie dwie prawdziwe religie, czy dwie równoważne moralności. Gdy dwie rywalki zetkną się ze sobą, jedna z nich musi ustąpić. Siedemnaście wieków temu ustąpili poganie. W Europie do głosu doszła cywilizacja łacińska.

Tysiąc lat później, w cywilizacji łacińskiej powstały luki, które umożliwiły odrodzenie się pogaństwa. Przecież, najpierw, w XIV wieku, wytworzył się bałagan w Stolicy Apostolskiej, a dopiero potem, w wieku XV, powstał protestantyzm, jako zjudaizowana forma chrześcijaństwa. Później przyszła myśl, że można mieć religię bez Boga. Sięgnięto nawet po buddyzm, który właśnie taka religią jest. Na nowo poczęto zachwycać się okultyzmem i magią, tworząc pseudoreligie natury ściśle intelektualnej. Humanizm i neoplatonizm stały się faktem.

Rozum ludzki, nieodłączny atrybut chrześcijaństwa, w wiekach od XIV do XVIII uległ wynaturzeniu zwanym racjonalizmem. Religie katolicką, chrześcijaństwo w ogóle, zaczęto traktować jako podgatunek pierwotnej mądrości “naturalnej”. Racjonaliści poczęli głosić, że rozum ludzki jest wykładnią pojmowania i interpretacji zagadnień dotyczących świata nadprzyrodzonego. W sukurs przyszli im alchemicy, usiłując przyspieszyć obiecane przez Chrystusa Pana nadejście królestwa niebieskiego, przyspieszyć przywrócenie człowiekowi utraconego raju poprzez manipulacje związkami chemicznymi.

W okresie Renesansu humanizm był wykładany zaledwie na kilku uniwersytetach; za to w wieku XVIII stał się podstawą “racjonalizmu klasycznego” w wydaniu Bacona, Descartesa, Spinozy, Kanta i pozostałych. Rozrastający się w ten sposób humanizm doprowadził do rozwoju nauki opartej na ateistycznych postulatach. W okresie Oświecenia stan względnej równowagi pomiędzy chrześcijaństwem a neopogaństwem został zachwiany. Do osiemnastego wieku było ściśle określone, i przyjęte, co jest herezją, niezależnie od miejsca w hierarchii państwa i narodu. Kościół katolicki był w stanie podjąć zaradcze środki, jak publiczna ekskomunika, czy teź poprzez odpowiednie działanie w twórczości artystycznej. Kontrakcja Kościoła Św., na odradzanie się pogaństwa, wyraźnie uwidoczniła się w literaturze, malarstwie i muzyce.

Jednak, w końcu duchowe zasoby Kościoła rzymskiego się wyczerpały. W wieku XVIII wszystko nagle zmieniło się. Duży wpływ na zmianę sytuacji wywarli zajadle antykatoliccy intelektualiści, jak Voltaire, czy Lessing, wsparci “postępowym” klerem, który otwarcie odstąpił od wyznawania doktrynalnej i moralnej nadrzędności Kościoła świętego w życiu człowieka.

Kapłan katolicki, jako myśliciel chrześcijański, powinien opierać swoje wywody na motywach ściśle doktrynalnych i teologicznych. Jednak, trudno jest mu dyskutować z kimś, kto nie przyjmuje argumentów opartych na wierze, a nawet na wydarzeniach historycznych. Starając się lepiej zrozumieć wrogów katolicyzmu, kapłani zbliżyli się do nich, by z czasem pozwolić na podjęcie dyskusji (dialogu), na warunkach narzuconych przez przeciwnika. Niestety, krok po kroku, szukając argumentów nie do odparcia, pogrążyli się w racjonalizmie. Istotnie, argumenty się znalazły, ale nie mają one już nic wspólnego z religią katolicką. Gdy racjonalizm zawładnął światem intelektualnym, nawet w sferach moralności i metafizyki odnaleziono antykatolickiego sojusznika. Poparto więc agnostycyzm Kanta i poczęto domagać się przeprowadzenia rewizji pojęć biblijnych i Ewangelii świętej.

Agnostycyzm wyszedł z założenia, że rozum ludzki jest zamknięty w kręgu zjawisk widocznych. A więc Pan Bóg nie może być bezpośrednim przedmiotem wiedzy, nie może też być uważany za podmiot historyczny. Dalej, po odrzuceniu objawienia Bożego, do głosu doszedł immanentyzm życiowy, który wytłumaczenie religii znajduje w człowieku. Zwolennicy Kanta poczęli głosić, że religia jest pewną formą życiową, wywodzącą się z potrzeby ukrytej w podświadomości człowieka, którą mogą wyzwolić odpowiednie warunki. Najczęściej twierdzą, że istnienie Boga jest wytworem zbiorowego strachu w określonych etapach historii. W konsekwencji, wiara dla nich jest uczuciem, a nie poznaniem. Każdy człowiek, ich zdaniem, musi przemyśleć swoją wiarę. Z owych przemyśleń powstają dogmaty, które powinny się zmieniać, dostosowując się do wymogów czasu. Zatem, poczęli głosić, że dogmaty, jako zmienne i chwiejne, nie mają większego znaczenia w religii.

Zrodziła się w ten sposób herezja zwana modernizmem, którą Ks. Paul A. Wickens określa jako

“(1) herezja, która utrzymuje, iż religia katolicka, jej zasady wiary i zasady moralne, musi być przystosowana do współczesnego świata;

(2) wszystkie doktryny objawione są pod znakiem zapytania (sceptycyzm), wielu z nich się zaprzecza. Modernizm doprowadza do utraty łaski Bożej, napawa jeszcze większym sceptycyzmem i prowadzi do dalszej jej utraty”.

Pod sloganem otwartości intelektualnej, modernizm przemycił do katolickiej moralności coś w rodzaju pornoteologii, która godzi się z wolna miłością, z próbnymi małżeństwami, z małżeństwami homoseksualnymi, z prawem do aborcji, do zażywania narkotyków, godzi się z pomysłem zrównania płci, co przejawia się w agitacji do wyświęcania kobiet na kapłanki, a wszystko jest przypieczętowane powszechnym rozgrzeszeniem. Idea “nowego chrześcijaństwa” modernistów opiera się na pięciu podstawowych założeniach

1. Antropocentryzm. Religia ma skupiać się głównie na człowieku, a nie na Panu Bogu. Bóg jest miłowany i czczony w człowieku. Zatem, religia antropocentryczna wytwarza wypaczoną miłość do człowieka jako obiektu miłości Pana Boga, którego stawia na drugim planie, a w konsekwencji neguje.

2. Immanentność świata. Królestwo Boże jest tutaj na ziemi, a nie po ponownym przyjściu Chrystusa. Zbawienie oznacza wyzwolenie od grzechów społecznych i od wyzysku ekonomicznego. Tym samym, religia przeobraża się w ideologię polityczną.

3. Nowa forma ewangelizacji. Ewangelia święta ma służyć biednym i posiada charakter ekonomiczny, a nie duchowy.

4 . Nowa struktura Kościoła. Kościół ma być częścią świata i służyć światu. Zatem, musi rozwiązać wszystkie istniejące dotycbczas instytucje kościelne. Każdy członek Kościoła może spełniać funkcję kapłana. Zatem, nagle “zapomina się”, że Kościół św. jest dziełem Chrystusa Pana i Ducha Świętego, a nie “świata”.

5. Nowa forma adoracji Chrystusa. Jezus Chrystus jest dla modernistów wyzwolicielem ubogich. Jest Człowiekiem służącym bliźnim. Jest Wielkim Buntownikiem. Stworzenie tak fikcyjnej sylwetki Chrystusa Pana ma na celu dać wsparcie dla propagandy marksizmu i rewolucji.

Papież, św. Pius X, podzielił przyczyny modernizmu na a) natury moralnej (wścibstwo i pycha, prowadzące do zuchwałości); b) natury intelektualnej (ignorancja w dziedzinie scholastyki, prowadząca do kojarzenia fałszywej filozofii z wiarą) . Jednak, nie mogłoby dojść do modernizmu bez uprzedniego powstania liberalizmu filozoficznego.

LIBERALIZM.

Liberalizm filozoficzny wyszedł ze sceptycznego założenia, iż zarówno prawda oraz fałsz są pojęciami wzglądnymi, są czymś, co zrodziło się w umyśle człowieka. Wprowadzono nowe słowo “intelektualista” – co oznacza człowieka zredukowanego wyłącznie do ludzkiego intelektu, który prawdę zastąpił “opinią” na temat przedmiotu. Błędnie poczęto gloryfikować rozum ludzki, który rzekomo ma być najwyższym sędzią w ocenie prawdy i postępowania człowieka. Doszło do tego, że chcąc być bohaterem w oczach świata, trzeba wejść w konflikt z Bożymi przykazaniami.

Poza nami istnieje porządek rzeczy, którego skutki możemy dostrzec. Ten porządek rzeczy, ustanowiony przez Stwórcę, nie może być zakłócony bezkarnie. Brak uznania dla istniejącej rzeczywistości sprowadza zakłamanie, grzech, zło. Badając rzeczywistość dociekamy prawdy, gdyż prawda jest zawsze w zgodzie z istniejącym stanem rzeczy. Przywiązanie do prawdy jest jedyną siłą, która chroni człowieka przed upadkiem, gdyż moralność jest korzystaniem z prawdy. Zatem, prawo moralne powinno być nakazem trzymania się rzeczywistości ustanowionej przez Pana Boga. Tu nie może być miejsca dla etyki sytuacyjnej. Kaprys, własne widzi mi się, nie może być sędzią otaczającego nas świata. Opinia potrzebuje autorytetu, a bez niego jest niczym. Prawda uzyskuje autorytet z uznania rzeczywistości stworzonej przez Boga. “Intelektualista”, czy “partia”, nie może być wyrocznią dla prawdy; może jedynie proponować metodę służenia narodowi. Nic poza tym.

Liberalizm dlatego jest zgubny, gdyż odciąga nas od prawdy.

Jednym z pierwszych zwolenników liberalizmu był Marcin Luter, który, w imię dowolnej interpretacji Pisma Św., zerwał z Kościołem rzymskim. Niemniej jednak, dopiero po wybuchu rewolucji francuskiej z 1789 roku stało się widoczne wyraźnie, że główną bitwę z Kościołem katolickim, z religią rzymskokatolicką, rozegra liberalizm. Deklaracja Praw Człowieka, z czasów tejże rewolucji, była podsumowaniem doktryny liberalizmu 1 wprowadzeniem jej w życie. Można ją określić jako rozbudowaną formę “złotej reguły” Hillela. Deklaracja ta została potępiona przez Papieża Piusa VI.

Zmasowany atak na Sakramenty święte Kościoła katolickiego, podsycany przez Synagogę, rozpoczął się w okresie Reformacji. Sakramenty święte nieskończenie przynoszą wiernym Chrystusa Pana. Chcąc pozbawić katolików wiary w boski charakter Jezusa Chrystusa, musiano więc rozpocząć od prób zabrania im sakramentów, od zabrania łącznika z boskim Odkupicielem. Te obrażające Pana Boga zakusy zostały potępione na Soborze trydenckim (1545-63).

Jest na ogół wiadomo, że ciałem wykonawczym Synagogi są tajne sprzysiężenia, zwane masonerią. Ich dziełem była rewolucja francuska z 1789 roku, a także wspomniana już Deklaracja Praw Człowieka, wprowadzająca do polityki liberalne zasady. Rozpoczęto od “burzenia tronów i ołtarzy”, poprzez zawołanie anarchistów “Ni Boga, ni Pana ” , a skończono na dyktaturze, gdzie tyran oświadczał “Republika , to ja!”.

Kiedy każdy ma prawo mówić i robić co mu się rzewnie podoba, mamy do czynienia z anarchią. Żaden naród nie może rozwijać się przebywając w stanie anarchii. Życie narodu nie może spocząć na opinii przypadkowej zbiorowości, kolektywu. Gdy wszyscy chcą rządzić, nikt nie rządzi. Pewien ład i porządek jest konieczny. Czy komuś to się podoba, czy też nie, w świecie istnieje Boży porządek. Zatem, anarchia doprasza się o przywrócenie porządku. Stąd, chaos toruje drogę dyktaturze. Nic więc dziwnego, że wszystkie porewolucyjne rządy,
które były dziełem sprzysiężenia, pod pretekstem obrony “wolności” człowieka przed jakimikolwiek ograniczeniami moralnymi, przed dogmatami religii katolickiej, przed autorytetem Ewangelii Św., tworzyły autorytatywny i monopolistyczny etatyzm.

Każde wprowadzenie liberalizmu w życie musi zakończyć się tyrańską opresją, skoro tam adorację Boga przeobraża się w adorację człowieka. Deifikacja człowieka jest nieuniknioną konsekwencją filozofii liberalizmu. Kiedy istnienie Boga uzna się za mit, najwyższą istotą staje się człowiek a to umieszcza go w ateistycznym komunizmie.

Dla masonów Jezus Chrystus nie jest Synem Bożym. Nie uznają też piekła, ani nieba, nie istnieje dla nich Trójca Święta, a jedynie panteistyczny Wielki Architekt Wszechświata, będący częścią tegoż wszechświata. Masoni są zdania, iż człowiek jest istotą najwyższą za swego życia na ziemi. Nic więc dziwnego, że zbudowana na takich podstawach epoka Oświecenia wypowiedziała Kościołowi katolickiemu wojnę na śmierć i życie.

Został zaatakowany jeden z fundamentalnych dogmatów Kościoła Św., a mianowicie, dogmat o boskim Wcieleniu – dogmat, który jest oparty na faktach historycznych i jest podbudowany rozumowaniem, tak teologicznym, jak i filozoficznym, przez Doktorów Kościoła Św. i liczne Sobory. Zaatakowano dogmat, który nas, katolików, zdecydowanie rozdziela od pogan, u których bogowie, przybierający ludzką postać, są wytworem ludzkiej fantazji. Dla dogodzenia liberalistycznemu widzi mi się, poczęto ignorować fakty historyczne, a mianowicie, fakt Męki i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, czy fakt Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.

Chcąc osłabić ich znaczenie, poczęto próbować nadać im charakter jedynie symboliki, która rzekomo ma pogłębiać naszą wiarę. W rezultacie, wytworzyła się dowolność w tłumaczeniu Ewangelii św., dowolność w katechicznym nauczaniu i w respektowaniu liturgii. Zawodowi “intelektualiści” poczęli robić wysiłki w kierunku rozbicia jedności Trójcy świętej, gdyż nie są w stanie tego pojąć wyłącznie na drodze intelektualnej. W wyniku zawężonego umysłowo racjonalizmu, znaleźli się nawet tacy, którzy zaprzeczyli, że Chrystus w ogóle istniał. W rezultacie, powstała niezliczona ilość sekt chrześcijańskich, czczących bądź to wyłącznie Boga Ojca, jak świadkowie Jehowy i cały ruch synkretyczny, ze Światową Radą Kościołów na czele, bądź tylko Ducha Świętego, jak zielonoświątkowcy, bądź wyłącznie “Jezusa”, co ma miejsce u sekt murzyńskich, które w rozgorączkowaniu, podszytym okultyzmem, zapominają o Osobach pozostałych. Chrześcijaństwo, pozbawione opieki Doktorów Kościoła Św., prowadzi albo do przesadnego racjonalizmu, bądź też do zabobonnej dewocji.

Rozum ludzki nie może być powyżej prawdy objawionej. Jest poniżej. Proszę zauważyć, do czego doprowadzili protestanci, odchodząc od Kościoła Św., a polegając wyłącznie na Biblii, na własnym rozumowaniu i doświadczeniu. Sekty poczęły mnożyć się jak szarańcza. W Światowej Radzie Kościołów jest ich ponad dwieście pięćdziesiąt! Każda z nich posiada własny punkt widzenia na “prawdę”. Ile to może mieć wspólnego z prawdą – Niewiele.
Religia nie jest tworem opartym wyłącznie na rozumie, na spekulatywnej filozofii, która jest zobowiązana by wytłumaczyć przed ludzkim rozumem każdą doktrynę. Religia, jako ogniwo łączące człowieka ze świętością, posiada dogmaty, obrzędy i symbole, jest zabarwiona elementami estetyki i tradycji.

Zadaniem religii jest przygotować duszę człowieka na przyjęcie Boga, udzielić człowiekowi pomocy w poznawaniu Boga i w odkrywaniu Jego obecności w świecie oraz w historii. Jak, w takim układzie, ktoś, bez gruntownego przygotowania w kierunku poznania Boga, może decydować, co jest dla niego dobre i jaką drogą będzie podążać przez życie; czy też, w jaki sposób będzie interpretować Ewangelię Św. Od tego są przecież Doktorzy Kościoła św., teolodzy i postacie świętych. Misterium nauki Kościoła św. nie da się ująć w formułki racjonalizmu. Gdy tak się dzieje, przestajemy różnić się od pogan.

To, co jest “racjonalne”, nie zawsze musi być lepsze, czy wartościowsze. Nawet słowo “racjonalny” jest dyskusyjne. Znane nam fakty i wyniki badań naukowych należą do zbioru “cesarskiego”. Oddajmy je więc “cesarzowi”; a rzeczy święte pozostawmy dla Pana Boga. Wówczas będziemy mieli zbiory uporządkowane.

Odrodzony poganizm w okresie Renesansu, ośmielony niezmordowaną działalnością antykatolicką Synagogi i tajnych sprzysiężeń, począł robić starania, by raz na zawsze pozbyć się cywilizacji łacińskiej, ostoi katolicyzmu. W epoce Średniowiecza poganie walczyli ze scholastycyzmem, a w okresie Renesansu uratowali przed unicestwieniem sekularystyczny światopogląd. Dzięki temu, epoka Oświecenia zatrzęsła Kościołem katolickim, wprowadzając do niego modernizm i sekularyzację.

Każda nowa ideologia zakłada, że dominujący dotychczas światopogląd jest już bliski zagłady. Heretycy z okresu Reformacji byli przekonani, że Kościół katolicki był już na dnie rozkładu moralnego. Sekty protestanckie poczęły głosić, że żyjący w ich czasach Papież jest Antychrystem. Mijały pokolenia, Papieże się zmieniali, a “nowa era” nie nadchodziła. Pomimo tego, niektóre sekty, jak świadkowie Jehowy, nadal widzą Antychrysta w każdym Papieżu. Jest to ciężki przypadek ludzkiego zbłądzenia. – Jednak, powstałe wielkie zamieszanie w szeregach duchowieństwa katolickiego, jego powolne zeświecczanie się, utrzymuje pogan w przeświadczeniu, że epoka chrześcijaństwa dobiega końca.

Pogląd swój opierają na założeniu, iż bieg czasu i historii ma charakter cykliczny, czyli na fałszu udowodnionym naukowo i historycznie; gdyż upadłe cywilizacje, na które neopoganie sie powołują, jako na dowód potwierdzający cykliczność cywilizacyjną, były jedynie najrozmaitszymi dewiacjami cywilizacyjnymi i nie mogą dać podstaw do stawiania takich hipotez.

Cały świat należy do Pana Boga, pomimo, iż jest tymczasowy. Wszystko co ziemskie jest tymczasowe. Ma swój początek i koniec. Nawet żydzi, mimo, iż byli ludem wybranym, w wyniku pogrążenia się w świecie zmysłów, utracili swoje wyróżnienie. Zatem, pojęcie cykliczności czasowej jest wytworem pradawnego egzystencjalizmu, który nadaje rzeczom i zdarzeniom takie znaczenie, jakie odpowiada obranemu sposobowi życia. Tam rzeczywistość i urojenia są wymienne.

Poganie wiedzą doskonale, że w królestwie Chrystusa Pana nie może być dla nich miejsca. Lekcją poglądową dostali już od proroków; począwszy od Abrahama, poprzez Mojżesza, sięgając czasów Ptolemeusza II. To właśnie prorocy przepowiedzieli Kościół Chrystusowy, Kościół katolicki. Stąd u pogan tak dużo zajadłości pod adresem katolicyzmu. Fakt, że Kościół katolicki nadal istnieje i wydaje się być obecny we wszystkich zakątkach świata, wrogowie katolicyzmu tłumaczą tym, iż Watykan jest wyjątkowo elastyczny, że “doktryna katolicka nie jest wykuta w kamieniu, ale jest zmienna”, jak to ostatnio złośliwie pisał, na łamach “The Toronto Star”, Tom Harpur, z okazji wizyty Jana Pawła II w USA. Co więcej, poczęto głosić, że Kościół katolicki stara się zachować swoją dominującą pozycję poprzez ideologie liberalizmu i socjalizmu (!); wykorzystując w tym celu najpierw burżuazję, a obecnie proletariat. Wrogowie katolicyzmu twierdzą, że dla przypodobania się nowopowstałym warstwom społecznym, a więc, burżuazji i proletariatowi, Watykan poświęcił swoich odwiecznych sojuszników, to jest, ustrój monarchiczny i arystokrację.

Dziwne, że tak często katolicyzm jest kojarzony z monarchią; pomimo, iż właśnie monarchie, jak pruska i rosyjska, były najgłębiej wciągnięte w dzieło prześladowania katolików. Można przecież podać jako przykład i republiki, które były na wskroś katolickie wenecka, genueńska, czy kantony szwajcarskie. Nie w tym więc rzecz, jaki ustrój jest Watykanowi milszy. Głównie chodzi o to, kogo w nim uznaje się za istotę najwyższą Pana Boga, czy człowieka. Warto jest o tym wspomnieć, gdyż niejeden czytelnik spotka się zapewne z mędrkami, którzy będą przytaczać tego rodzaju argumenty w antykatolickiej dyspucie.

To prawda, że poprzez odmitologizowanie świata i odrzucenie teorii cykliczności dziejowej, chrześcijaństwo zbliżyło się niebezpiecznie do racjonalizmu, który jest tradycyjną pułapką dla myśli ludzkiej. Religie pogańskie, oparte na założeniu cykliczności czasowej, nie posiadają filozofii historycznej, gdyż historia nie jest im potrzebna. Prawdą jest również, że chrześcijanie nie pojawili się od razu z opracowaną filozofią historyczną. Została ona wypracowana przez Doktorów Kościoła katolickiego, za sprawą Ducha Świętego. Prawdą jest też, że bez podstaw filozofii historycznej katolicyzmu Hegel i Marks nie byliby w stanie wypracować antychrześcijańskiej filozofii walki klasowej i racjonalistycznego dialektyzmu naukowego.

Jednak, to nie Kościół katolicki wymyślił socjalizm i liberalizm. Są to złośliwe, sekularystyczne odpryski chrześcijaństwa, które niszczą wiarę w Boga. Ruch socjalistyczny, czy komunistyczny, był zainicjowaną przez Synagogę próbą oderwania od Kościoła św. ludzi biednych, opuszczonych, prześladowanych i cierpiących. Jest to sekularystyczna próba osiągnięcia stanu świętości poprzez przyłączenie się do walki klasy uciskanej. W wyniku, zrodził się taki potworek, jak chrześcijańscy marksiści, dla których Karol Marks jest postacią czystą.

Winią jedynie Engelsa i Lenina, że do marksizmu dodali materializm naukowy i ateizm. Rs. Arthur F. McGovern SI usiłuje dowieść, w książce pt. „Marxism An American Cristian Perspective” 1980 rok, że marksizm ma poparcie w Ewangelii św. Łukasza. Taki pogląd jest ewidentną herezją! Socjalizm poznaliśmy już wszyscy. Większość z nas jego bezsens odczuła na swoich barkach. Za to liberalizm, działający z ukrycia, często w sposób zawoalowany, nie jest ogółowi dobrze znany. Warto więc zatrzymać się przy liberalizmie nieco dłużej.

Liberalizm, z punktu widzenia doktrynalnego, jest herezja, gdyż głosi antydogmatyczne zasady i wdraża je w życie. Jest świeckim poglądem, że człowiek jest rzeczą świętą, co w brutalny sposób odzwierciedliło się w indywidualizmie. Lansowany tam subiektywizm ma dać człowiekowi “wyzwolenie”. Prowadzi to do indywidualizmu; to znaczy do poglądu, że prawda jest w człowieku, że człowiek ją tworzy. W konsekwencji, liberalistyczna koncepcja “wolności” pozwala człowiekowi mówić i robić to, co sprawia mu przyjemność. O ile człowiek może respektować wyłącznie siebie samego, to nie jest to wolnością tych, którzy tworzą naród.

Bowiem, filozoficzny liberalizm pozwala tak postępować, w imię “wolności”, jak to się komuś tylko spodoba. Jest więc wówczas miejsce na homoseksualizm, na prostytucję, na zabiegi przerywania ciąży, na opilstwo, narkomanię, rozwody itp. Prawo do zmiany poglądów daje prawo do zmiany męża, czy żony, daje prawo do zmiany ojczyzny, a nawet żołnierz przebywający w koszarach, w imię “wolności”, może nagle zacząć wypowiadać poglądy wrogie interesom własnego narodu i wojska, w którym służy.

Zgodnie ze zliberalizowanym prawem, istnienie rodziny staje się sprawą bez znaczenia, a bękart jest stawiany na równi z dziećmi z prawego łoża, owocem miłości męża i żony. W imię zachowania absolutnej wolności dziecka, ojciec nie ma prawa go skarcić, czy naprowadzić na właściwą drogę, zgodną z wypróbowanym przez wieki kodem moralnym. Zliberalizowana pedagogika jest nastawiona na danie dziecku pełnej możliwości wypowiedzenia własnych zachcianek, a kształtowanie osobowości jest pozostawione jego motywacjom.

Szkolne pacholę nie poznaje rzeczywistości, nie nabywa prawdy, nie rozwija cnót. Dziecko samo wybiera co jest dla niego dobre, a co nie. Czyli, jest to celowe zbliżenie się do magii Orientu, gdzie cały świat rzeczywisty jest traktowany jako iluzja.

Każdy zdrowy rozwój tkwi w tradycji, jest kontynuacją napoczętego dzieła. Jedynie działalność wywrotowa, z chwilą zakończenia rewolucji, rozpoczyna budowę nowej szlachty. To jest perwersja i nie ma nic wspólnego z rozwojem łączącym przeszłość z przyszłością. Uczciwy respekt wobec prawdy, wobec prawd ustanowionych przez Boga, automatycznie przekreśla “wolność” filozofii liberalizmu.

Człowiek, jako dzieło Boże, jest przede wszystkim osobą. Jest niepowtarzalny, posiada wolną wolę, jest inteligentny, niezastąpiony i nie dający się scharakteryzować w sposób zupełny. Dzięki rozumowi i wolnej woli człowiek jest w stanie kontaktować się z Bogiem i przyjmować prawdy objawione. Wolność człowieka jest wyjątkową siłą pozwalającą mu wybierać rzeczy dobre i prawdziwe. Tylko w prawdzie i w moralności człowiek odnajduje swoją wolność. Tym samym, wolność jest ograniczona duchowo i moralnie. Każda forma wolności człowieka musi być celowa i odpowiedzialna.

Nieograniczona wolność człowieka jest iluzją pełną niedorzeczności. Człowiek pragnąc iść przez życie bezpiecznie – gdyż ma do wyboru tylko dwie możliwości życie, albo śmierć – musi trzymać się kodu etycznego, objawionego nam przez Pana Boga. To są przepisy naszego “ruchu życiowego”. Liberalizm, tuszując wszystkie ludzkie błędy, ożywia je jeden po drugim, prowadzi do herezji zakłamania. W konsekwencji, wprowadzona przez liberalizm wieloznaczność słowa “wolność” przynosi ogólne rozczarowanie.

Człowiek, posiadający naturalne pragnienie, aby być” niezależnym od innego człowieka, gdy zbliży się do jego spełnienia, natychmiast zaczyna się rozglądać za karierą społeczną, za bogactwem i zapomina o liberalistycznych ideach, że wszystko jest równe i jednakowo ważne. Pragnie się wybić. Wówczas, chcąc utrzymać liberalizm przy życiu, trzeba odwołać się do przemocy. A to oznacza, że idea liberalizmu jest nie do spełnienia. Wszystkie herezje rozpoczynały się od słownych dywagacji, a kończyły się konfliktem idei.

Doktryna liberalizmu, głosząca, że nie ma zupełnej prawdy w religii, podważa podstawy wiary, zaprzeczając w zasadzie wszelkim dogmatom katolickim, będąc sama w sobie dogmatem o całkowitej niezależności rozumu ludzkiego. Szaty liberalizmu są urozmaicone. Ukazuje się światu w formie naturalizmu, racjonalizmu, modernizmu, komunizmu i humanizmu. W miejsce poszanowania dla autorytetów wprowadził racjonalizm. Według doktryny liberalizmu, to rozum ludzki ma mierzyć i tworzyć prawdy życiowe, oczywiście większością głosów w plebiscytach, czy na posiedzeniach parlamentu, bądź sejmu nie zważając na Pana Boga i na Jego autorytet. Zatem, w konsekwencji, to Bóg i Kościół św. mają dogadzać zachciankom człowieka, dopasowywać się do “wymogów czasu”. A to już jest nic innego jak bunt ludzkiego intelektu przeciwko Bogu. Bunt przeciwko Panu Bogu jest najcięższym przewinieniem człowieka. Atakuje nadprzyrodzony porządek rzeczy. Oddala człowieka od Pana Boga najdalej jak to jest możliwe. Taki bunt kończy się nienawiścią do Pana Boga, która jest domeną mocy piekielnych. Utwierdza to mnie w przekonaniu, że wszelkie herezje spoczywają na dnie Piekła.

Liberalizm jest praktycznym działaniem Synagogi w systematycznej walce z Kościołem katolickim. Wyrabia on w katolikach “mentalność masońską”, a prof. Feliks Koneczny określiłby, że judaizuje katolika. Posługując się doktryną liberalizmu, świat Lucyfera walczy z Kościołem Chrystusa Pana.

Prawo do wyznawania czego tylko dusza zapragnie, nadrzędna rola Państwa w dziedzinie moralności, zeświecczenie szkolnictwa i pożycia rodzinnego, sekularyzacja w każdym zakątku życia ludzkiego, odmawiająca prawa do interwencji w postępowanie człowieka, jakie ono by nie było, a w sumie, zbiorowy ateizm, jest wynikiem wypaczonej wolności, wyłaniającej się z racjonalizmu. Prowadzi to nieuniknienie do przeobrażenia opinii prywatnej w opinię kolektywu. Obiecywane przez zwolenników liberalizmu “wyzwolenie” nigdy nie nadejdzie, gdyż uwolnienie się od więzów rodzinnych, od poczucia narodowego, od patriotyzmu, od autorytetów w hierarchii Państwa, czy Kościoła Św., powoduje, że permanentna rewolucja, “wola ludu”, wobec której człowiek staje się bezradny, zamienia ludzi w niewolników.

Liberalizm umieszcza człowieka w dziczy. Jeżeli ktoś jest zapatrzony wyłącznie w siebie, odnajduje tylko siebie. W zliberalizowanym narodzie rodzi się znieczulica, wygasa zdolność do miłowania, serce wysycha.

Zliberalizowana ekonomia poza zyskiem nie uznaje żadnych innych kryteriów produkcji. Zrodziła ona nieludzki kapitalizm XIX wieku. Tam nie mogło być miejsca na katolickie aspekty moralne. Tworzono fakty dokonane, a prawo je uświęcało. Wytworzyła się etyka sytuacyjna, a więc, etyka podwójna, potrójna itd. W ten sposób dotarto do moralności cywilizacji żydowskiej. Tam prawo jest tak zmienne jak zmienną jest opinia publiczna. Takim prawem można usankcjonować największe łajdactwo pod słońcem.

Odrodzona Polska, po traktacie wersalskim, również odczuła skutki liberalizmu. W przedwojennej Polsce uosobieniem liberalizmu była piłsudczyzna. Jak pisze Jędrzej Giertych, w III części “Tysiąc lat histroii polskiego narodu”, str. 102,

“trzynaście lat rządów obozu Piłsudskiego straszliwie Polskę zdemoralizowało, a przede wszystkim zdemoralizowało i zdezorganizowało aparat państwowy”.

Nie bez winy są tu członkowie ruchów narodowego i ludowego, stanowiący przytłaczającą większość Polaków. Trudno jest oprzeć sie wrażeniu, że zbyt dużo czasu poświecono na ćwiczenie się w krasomówstwie i tęsknocie za nawróceniem żydów. Ułatwiło to Piłsudskiemu postawić naród polski przed faktem dokonanym. Drogą przewrotu majowego, przejął nieodwracalnie władze w swoje ręce. Nie znalazł się nikt kto byłby w stanie temu zapobiec. Po zamachu majowym, nikt już w Polsce nie zechciał słuchać krasomówców.

Rozgoryczenie, z powodu spotkanego zawodu, trwa do dziś. Wywodząca się z liberalizmu piłsudczyzna ma również swoich zwolenników w Polsce współczesnej. Przychodzi to tym łatwiej, że ruch ten jest podsycany przez te same obce agentury, które obłowiły się na piłsudczyźnie przed wojną, a szczególnie w czasie i po drugiej wojnie światowej. Poza tym, rozwojowi liberalizmu, jako ruchowi antykatolickiemu i antynarodowemu, sprzyja odradzający się neopoganizm.

Istotnie, liberalizm, jako herezja, nie tylko prowadzi człowieka do grzechu, ale niszczy odporność moralną, zagłusza sumienie. Kwitnie wówczas moda na samousprawiedliwianie się że inni też kradną, piją, dopuszczają się nierządu, rozwodzą się, czy poddają się zabiegom spędzającym płód. U bogobojnych ludzi, od czasów stworzenia Ewy, ciąża kobiety była zawsze kojarzona z Bożym błogosławieństwem. Jednak, grzeszny człowiek, dążący do nieograniczonego hedonizmu, wprowadził bluźniercze pojęcie “niechcianej ciąży” oraz jej konsekwencji “niechcianego dziecka”. Dziecko coraz częściej jest widziane jako produkt uboczny aktywności seksualnej, mającej dawać przede wszystkim orgazmiczną rozkosz. Współczesny ruch wyzwolenia kobiet dąży do wyzwolenia się spod “tyranii ciąży” i konieczności “hodowania dzieci”. Lansowana przez niego aborcja, jako radykalny środek na rozwiązanie obu “problemów”, jest świętokradczym sięganiem po władzę nad życiem i śmiercią, która należy wyłącznie do Boga. Pan Bóg, mimo nieograniczonej dobroci swojej, nie może tego bluźnierstwa przepuścić płazem. Tak prowadzący się człowiek jest skazany na zatracenie doczesne i wieczne. Historia ludzkości potwierdziła to wielokrotnie.

Liberalistyczna próba szanowania wszystkiego, w imię “wolności”, w istocie nie szanuje niczego. Tłumi opinię człowieka osobowego, opinię organiczną, na rzecz opinii zbiorowej, a więc mechanicznej, martwej. Przejawia się to w zliberalizowanych środkach masowego przekazu. Bezosobowa forma propagandy wyrabia złudne przeświadczenie, iż “nowy pomysł” ma za sobą wielu naukowców, teologów, że istnieje rozsądny powód, by odrzucić rzeczy stare, tradycję. Celowo wprowadzono zwyczaj na używanie bezosobowego “się”, zamiast osobowego “ja”, a także bezosobowej formy, np. dokonano, skradziono, zdefraudowano, zmarnotrawiono, oszukano, zepsuto, przepito itd. – Studentom, piszącym prace dyplomowe, czy też rozprawy naukowe, profesorowie wyższych uczelni zalecają tego rodzaju formę wypowiadania myśli, jako “bardziej bezpieczną”. – Ludzi mających ten sam pogląd można policzyć, a nie zważyć lub pomierzyć. Zatem, w świecie liberalizmu nigdy nie jest wiadomo co owe “się” jest warte ilościowo i jakościowo. Żeruje na tym kampania na rzecz aborcji, czy wolnomyślicielstwa w ogóle. Jest to wyrabianie kolektywnego sposobu myślenia. Stąd, w konsekwencji, są “błędy i wypaczenia”, ale nie ma winowajców.

Przy tym, jaka tu wygoda dla członków sprzysiężenia Nie ma nazw i nazwisk, jest tylko nieuchwytny, bo bezosobowy, winowajca, a więc niekaralny. Zatem, przyzwyczaja się ludzi do obecności przewinienie niekaralnego, czyli jest wyrabiane przeświadczenie, że może istnieć grzech bez kary.

W konsekwencji, liberalizm rozmiękcza charaktery, pozbawia osobowości. Zostaje również wypaczona pozycja zawodowa i rodzinna. I tak, ojciec przestaje być głową rodziny, a staje się czymś w rodzaju oberżysty; duchowni, zamiast służyć Panu Bogu, wola służyć Państwu lub permanentnej rewolucji; posłowie i ministrowie stają się funkcjonariuszami itp. Zanika poczucie godności osobistej i gotowości do podjęcia decyzji, ryzyka, czy poświęcenia się dla innych. Dochodzi do tego, że nikt nie jest w stanie aby móc zrobić cokolwiek i jakkolwiek. Dochodzi do społecznej impotencji, gdyż tam, gdzie nie ma trwałych zasad, znikają ludzie. – Skąd my to znamy

Od końca XIX wieku niewiara w istnienie Boga stała się przyjmowalną alternatywą światopoglądu. Zawsze cywilizacja łacińska miała pogan, wyznawców Szatana, niedowiarków, agnostyków, czy ateistów; ale przez pierwsze półtora tysiąca lat chrześcijaństwa stanowili oni nieliczną grupę i byli omijani. Z chwilą nastania liberalizmu, zaczęli tworzyć widoczną, a zarazem zaakceptowaną, składową europejskiej kultury. Wytworzyło się dziwactwo, które można nazwać religią bez Boga. Rozwijająca się gwałtownie sekularystyczna nauka poczęła mienić się uzdrowicielem ludzkości, obiecała stworzyć “Królestwo Człowiecze”; obiecała otworzyć wszechświat dla człowieka. Życie rodzinne, społeczne i polityczne nabrało czysto świeckiego charakteru. Ta nowoczesna forma niedowiarstwa otrzymała nazwę modernizmu.

Według modernistów, wiara jest pozostawiona na pastwę laski intuicji istoty myślącej i nie jest wynikiem Bożego objawienia. Czyli, nie jest prawdą obiektywną, jak to naucza Kościół Św. Aby móc chronić liberalistyczną “wolność”, wolnomyślicielstwo, wprowadzono system natury politycznej, zwany tolerancjonizmem. Doktryna jego głosi, że każdy ma prawo uznawać własną hierarchię wartości. Oznacza to, że nie ma stałych podstaw wiary w Boga, że Kościół św. może anulować “przestarzałe” dogmaty, nie dostosowane do “wymogów czasu” .

Dla modernistów dogmaty Kościoła św. są pozbawione prawdy absolutnej i obowiązują jedynie wówczas, kiedy je ogłoszono. Dla katolika, natomiast, prawda objawiona jest jedna i niezmienna. Istotnie, czasami dogmat nie jest doskonały, gdyż został opracowany przez człowieka, istotę niedoskonałą, ale jest bezwzględnie potrzebny, ponieważ został objawiony za sprawą Ducha Świętego. Rozwój doktrynalny umacnia pozycję Kościoła katolickiego, pogłębia jego świętość, a nie jest przekreśleniem przeszłości, co niektórym może się wydawać .

Liberalizm prowadzi do radykalnej formy niemoralności. Moralność wymaga standardów i przewodnika, wymaga hierarchii wartości, wymaga pewnego porządku w kodzie moralnym, a to liberalizm przekreśla. Zatem, liberalizm uwalnia człowieka od poczucia grzechu, dając człowiekowi ułudne przeświadczenie, iż jakoś to będzie, że może jakoś uda się uchronić przed konsekwencjami Sądu Ostatecznego. Doktryna tolerancjonizmu wprowadziła modę na “tolerancję”, co daje wolność do wszystkiego. Ich “tolerancja” ma na celu usunięcie wszelkich norm moralnych, a więc, zbanalizowanie faktu istnienia grzechu, uczynienie z Szatana “równego kumpla”, z którym można przyjemnie współżyć. W imię “tolerancji” wszyscy chcą być “liberalni”, z “postępowymi” katolikami włącznie.

Znaleźli się już tacy, którzy twierdzą, że pojęcie grzechu wymyślił św. Augustyn.

Czyżby tak słabo znali Księgę Rodzaju Ten nieznordowany upór, by w jakiś sposób oczyścić Szatana od epitetu “ojca grzechu”, jest zdumiewający. Osłabiając znaczenie grzechu, moderniści kładą coraz to większy nacisk na miłość Bożą, a wyciszają zagadnienie bojaźni Bożej. Nic dziwnego, że prowadzi to do herezji, skoro mamy do czynienia z odstępstwem od Składu Apostolskiego. “Boga się bój i przykazań Jego przestrzegaj, bo cały w tym człowiek! Bóg bowiem każda sprawę weźmie pod sąd, wszystko, choć ukryte czy dobre było, czy złe” {Koh 12, 13-14).

Jak pisał swego czasu Ks. Kardynał J.H. Newman , bez bojaźni Bożej słowo miłość jest czczym frazesem. Bez bojaźni Bożej religia staje się herezją, stwarza wizję Boga rozdającego wszystkim darmową mannę. Jest to próba wyciszania zapowiedzi nadejścia Sądu Ostatecznego, a to jest już ewidentnym nawrotem do pogaństwa.

Tracąc dążność do wprowadzania w życie codzienne zasad naszej wiary, tracimy katolicką koncepcje grzechu pierworodnego, która jest w harmonii z koncepcją stworzenia świata przez Boga. Jest też doskonałym wytłumaczeniem grzesznej natury ludzkiej i potwierdzeniem nieskończonej dobroci Bożej. Katolicka doktryna grzechu pierworodnego tak silnie przekonywuje, iż przez wieki przyjmowano ją bez zastrzeżeń, w pełnym przekonaniu, że inaczej być nie mogło. Niestety, modernizując się na dobre w życiu codziennym, coraz mniej pozostawiamy miejsca w naszej świadomości na rzeczy tak doniosłe, jak wieczne zbawienie i obraza Pana Boga.

Dzisiaj niewielu katolików ma pełne przekonanie do doktryny grzechu pierworodnego, szczególnie wśród księży “postępowych”. Trzymając się liberalistycznej bezosobowości, najpierw grzech zastąpiło słowo “wina”, czemu nieco później nadano charakter więcej “naukowy” (słabszy od “naukowego”), mówiąc już tylko o “poczuciu winy”, czyli dając grzechowi wymiar bezosobowy. Jak już wspomniałem, konsekwencją bezosobowości jest zbiorowa odpowiedzialność, a więc żadna. Obecnie, to już mamy nawet zbiorowe rozgrzeszenie, a więc, też żadne. Przyjmując Komunię św. po takim “rozgrzeszeniu”, dopuszczamy się świętokradztwa, czyli ciężkiej obrazy Pana Boga.

Odrzucając naukę Kościoła Św., liberalizm głosi, że wszystkie religie są równoważne. Dochodzimy więc do indyferentyzmu religijnego. W zliberalizowanym świecie Papież nie jest już najwyższym kapłanem. Tak wyśmiewany, przez modernistów, dogmat o nieomylności Papieża w istocie rzeczy pozwala godzić rozbieżne opinie, pozwala zbliżyć się do prawdy, a co najważniejsze, przeciwdziała rozbiciu na sekty religijne, co jest na porządku dziennym u protestantów. Tam, każdy może założyć swój “kościół”. Otwarcie wrót dla wewnętrznego doświadczenia osobistego przyczynia się do gwałtownego wzrostu ilości sekt “charyzmatycznych”, których przywódcy twierdzą, iż posiadają stały kontakt z Niebem. Jedną z najnowszych jest odrost iluminatów, Bractwo Białe (White Brotherhood), na czele z prorokiem Mark L, Prophet i jego pomocnicą, też prorokiem, Elizabeth C. Prophet, która twierdzi, że ma codzienne kontakty z aniołami. I znajdują się ludzie, co w to wierzą. Nawet w katolickiej Portugalii, jak oznajmiła z dumą p. Elizabeth. – Czy w Polsce już także

Religia ma zbliżać ludzi do Boga. Powinna też ludzi jednoczyć., W świecie protestanckim jest na odwrót. Protestantyzm ludzi dzieli i oddala od Boga, gdyż koncentruje się na człowieku i jego zachciankach. Przy braku niezależnego autorytetu, bez przewodnictwa dogmatów i liturgii, które są podstawą prawdziwej wiary w Boga, wszelkie spory dotyczące Ewangelii św. pozostają u nich nieroztrzygnięte. Naukę Apostołów poczęto naginać do własnych, ziemskich celów; co rozwija hipokryzję. Powstał już dziwoląg w postaci religii środków masowego przekazu, czyli upolitycznionej herezji. Wszystko to ma miejsce pod płaszczykiem liberalizmu, czy też “konstytucyjnej wolności sumienia”.

Protestantyzm, w sposób naturalny, sprzyja tolerancji błędu. Odrzucając autorytet Kościoła Św., nie posiada ani kryteriów, ani definicji wiary. Tam każdy, w oparciu o własny osąd, może dowolnie interpretować objawienie Boże. Protestantyzm, odrzucając dogmaty, liturgię, Sakramenty Św., z Kapłaństwem na czele, doprowadził do desakralizacji religii, nadał jej charakter ściśle racjonalny. W takiej sytuacji, protestanci muszą dojść do wniosku, że każda religia jest sobie równa. Jako argument, zwolennicy liberalizmu podają, że każda religia zawiera prawdę cząstkową, np. że istnieje “siła wyższa”. Nawet masoni wierzą w “Wielkiego Architekta”. Tak niewielu zastanawia się nad tym, że Pan Bóg objawił nam jedną religię, a nie wiele i to ze sobą sprzecznych. Jest to równia pochyła, po której człowiek powoli stacza się do stanu religijnej anarchii, w którym wiara w Boga zanika, następuje poganienie.

Oczywiście, każdemu rozwojowi herezji akompaniuje krytyka Kościoła katolickiego, krytyka wyznania rzymskokatolickiego. Jesteśmy więc atakowani przez protestantów za tak bogatą liturgię i obrzędy. Jako argument podają, że tego nie ma w Biblii. Gdyby obrzędy i liturgia nie miały znaczenia, czy były czymś zbożnym, to Jezus Chrystus nie przyszedłby do św. Jana Chrzciciela, aby się ochrzcić. Jezus Chrystus, jako Syn Boży, nie miał konieczności by się chrzcić, a jednak to uczynił, aby tym samym podkreślić doniosłość obrzędów i liturgii w życiu religijnym. Nasz Odkupiciel przestrzegał również wszystkie obrzędy żydowskie, zgodnie z wymogami Prawa. Podobnie postąpili Apostołowie. Dopiero zesłanie Ducha Świętego utwierdziło ich w przekonaniu, że śmierć Chrystusa na Krzyżu przekreśliła wymóg podporządkowania się obrzędom żydowskim, jako rzeczy koniecznej by móc uzyskać zbawienie.

Ponadto, Pismo św. dotyczy spraw wiary w Jezusa Chrystusa i Jego Odkupienie, a nie jest sztywnym dyktandem w jaki sposób należy to robić. Od tego są Doktorzy Kościoła św., od tego są teolodzy natchnięci przez Ducha Swiątego, od tego są postacie świętych. Kościół św. jest uzupełnieniem Pisma św., jest organizatorem życia religijnego. Stąd, obok Sakramentów św. ustanowionych przez Chrystusa Pana, jak Chrztu, Najświętszego Sakramentu i Kapłaństwa, Kościół św. wprowadził dodatkowe. Uroczyste wyświęcanie kapłanów, grzebanie zmarłych, bierzmowanie, czy ślub, a przede wszystkim Msza św. w języku łacińskim, budząca zachwyt przez stulecia, nawet u ludzi z innych wyznań, mają na celu służyć chwale Bożej i pogłębiając wiarę w Boga.

Dostojnego gościa przyjmujemy w domu doprowadzonym do wysokiego połysku, z przepychem na jaki nas tylko stać, a co dopiero mówić o przyjęciu Pana Boga. Ponadto, jak można naprawdę czcić Syna Bożego, Jezusa Chrystusa, jednocześnie ignorując Jego Matkę Przecież to robią protestanci! Jeżeli kultem Najświętszej Maryi Panny Kościół katolicki dopuszcza się idolatrii, jak twierdzą protestanci, to wówczas arianizm byłby prawdziwą religią.

Nic więc dziwnego, że Ks. Kardynał Newman doszedł do przekonania , iż protestanci popadli w pełny arianizm, anglikanie w półarianizm, a jedynie Kościół rzymski, walcząc z liberalizmem, pozostał tym, czym był od początku. Nie zapominajmy jednak, że Ks. Kardynał John Henry Newman (1801-90) głosił słowo Boże w XIX wieku, w czasach, kiedy Kościołowi katolickiemu zazdroszczono Papieży i podziwiano ich za heroizm, za ich zdecydowanie w obronie Tradycji i zasad Wiary św.

Skoro jest już mowa o protestantyzmie, to warto jeszcze poruszyć sprawę modlitwy, gdyż wiąże się ona bezpośrednio z zagadnieniem liturgii w Kościele katolickim. Protestanci, i nie tylko oni, w swojej ignorancji odrzucają wszelkie standardowe formy modlitwy. Pragną być bardziej oryginalni i silą się na własne, które chętnie wypowiadają przed audytorium. Taka modlitwa, zazwyczaj rozwlekła, często wprowadza jej autora w stan głębokiej podniety, który u protestantów kończy się histerycznym płaczem, wrzaskami, niekontrolowaną gestykulacją, a nawet wyciem i tarzaniem się. Ta szczególna forma hipokryzji, tracąca faryzejstwem, którą zdecydowanie potępił Jezus Chrystus, zamykając przed nią bramy Nieba, nie ma nic wspólnego z nawiedzeniem przez Ducha Świętego, jak to uzasadniają zielonoświątkowcy. W tym już palce macza Szatan.

Taka forma modlitwy Pana Bogn obraża. Dom Boży nie jest jeszcze jednym miejscem do wzajemnej adoracji. “Zważaj na krok swój, gdy idziesz do domu Bożego” (Koh 4,17) . Życie religijne nie jest rzeczą “łatwą i przyjemną”, jak to chcieliby mieć moderniści, skupiając głównie uwagę na medytacjach, zamiast żyć w zgodzie z Ewangelią św. Dobrowolnie wyzbywać się modlitw, w imię chorobliwie pojętego postępu, które były w użyciu przez Chrystusa Pana, Apostołów i Świętych Pańkich, odłączać się od rzeczy wspaniałych i wielkich, nie jest mądre. Wielość słów rodzi mowę głupią (Koh 5,2), rzuca w objęcia faryzejstwa.

Tak to już bywa z ułomną naturą ludzką, że bez ustalonego programu zajęć człowiek nic nie robi. Również przestaje się modlić, lub modli się w zależności od nastroju. Najpierw zaniedbujemy codzienny pacierz, następnie regularne uczęszczanie na niedzielną Mszę Św., a w dalszej kolejności przychodzi zwątpienie w dogmaty Kościoła św. ; i tak, dzień po dniu, odchodzimy od wiary w Boga. Odchodząc od tradycji, od liturgii i obrzędów, siłą rzeczy udajemy się do jaskini. Głębokość wiary jest wprost proporcjonalna do intensywności modlenia się (lex orandi lex credendi) . Zatem, ilu zliberalizowanych katolików wierzy w skuteczność modlitwy Ilu modli się regularnie A ilu modli się klęcząc – Czyż powrót do Pana Boga nie następuje jedynie wówczas, gdy nadchodzi stan zagrożenia; w myśl brzydkiej zasady jak trwoga, to do Boga Czy modlitwa nie jest czasami kierowana chęcią dogodzenia własnej zawiści lub próżności A potem przychodzi zdziwienie, że modlitwa nie przynosi spodziewanego skutku. Tu już jesteśmy w objęciach magii, poganiejemy, gdyż modlitwę stawiamy na równi z czarodziejskim zaklęciem, zapominając, że Pan Bóg nie asystuje w zawistnej walce, jak to ma miejsce w wierzeniach pogan, pełnych bożków, którzy walczą ze sobą na żądanie człowieka. Pan Bóg ma zasady, od których nigdy nie odstępuje. Jako doskonałość absolutna, prowadzi z nami grę uczciwie. (….)

http://marucha.wordpress.com/2012/07/09 ... unum-deum/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 05 sie 2012, 14:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
SI DEUS NOBISCUM QUIS CONTRA NOS

KOMENTARZ TYGODNIA

Jezus porównuje w przypowieściach Królestwo Niebieskie do skarbu ukrytego w roli i do kupca poszukującego pięknych pereł (Mt. 13, 44-46). Skarb należy nabyć wraz z rolą, bo według dawnego prawa własność roli oznaczała też własność tego, co się w roli ukrywa.

Wieczność poznajemy i przyjmujemy w doczesności. Niewidzialny Bóg objawia się w widzialnym świecie. Znaki, które widzimy i słyszymy kierują nas ku temu, czego „oko nie widziało i ucho nie słyszało”.

W instytucjonalnym, zorganizowanym Kościele, w którym są święci i grzesznicy, rozpoznajemy Światło Krzyża i Eucharystii. Drogocenna perła, dla której warto sprzedać wszystko, powstała jako owoc cierpienia żywego organizmu. Podobnie nasze cierpienie połączone z Krzyżem Chrystusa daje udział w chwale zbawionych, tworzy perłę.

„Będą walczyć z tobą lecz cię nie zwyciężą, bo Ja jestem z tobą” – mówi Bóg do proroka Jeremiasza (Jer. 15, 20). „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam” – powie św. Paweł (Rz. 8, 31).

Tryb warunkowy tych słów jest wezwaniem do wiary: ty bądź z Bogiem w miłości i posłuszeństwie a Bóg będzie z tobą. Odrzucenie Boga prowadzi do odrzucenia zbuntowanego człowieka. Kpiny z Boga i Matki Bożej nie mogą pozostać bez kary. Bezbożne władze Warszawy chcą sprowadzić na stolicę nieszczęście zezwalając na bluźnierczo-satanistyczne przedstawienie.

Zgoda na zło jest współdziałaniem ze złem i Złym. Dlatego potrzebne jest zbiorowe wynagradzanie za zniewagę Boskiego majestatu. Dlatego uczestniczyłem w różańcu wynagradzającym przy pomniku sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego Prymasa Polski; dlatego trwa modlitwa przy Krzyżu na Krakowskim Przedmieściu.

Matka Boża do nas mówi:

”Czas jest bardzo poważny i wiele Moich dzieci nie zdaje sobie sprawy z ogromu zagrożenia. Cierpienie, którego doświadcza teraz tak wiele Moich dzieci z powodu kataklizmów i nieszczęść staje się coraz większe. Ale musicie też wiedzieć, że bunt człowieka staje się coraz bardziej zuchwały, dlatego przyroda wraz z całym stworzeniem występuje przeciwko człowiekowi. Aniołowie z „czterech narożników ziemi”, o których czytacie w Apokalipsie, są gotowi aby poprzez siły przyrody ujawnić gniew Boży, który obejmie całą ziemię. Wszystkie kontynenty odczuwają dziś skutki grzechu poprzez wydarzenia i zmiany w przyrodzie, będące wynikiem buntu człowieka przeciwko pierwotnemu porządkowi. Skutki tego buntu odczuwają wszyscy: sprawiedliwi i niesprawiedliwi. Podobnie jak słońce świeci nad dobrymi i złymi, tak też sprawiedliwość Boża dotyka całego stworzenia, aby wszyscy mieli jednakową szansę oczyszczenia i przemiany. Wszyscy zgrzeszyli lecz przez Krew Mojego Boskiego Syna, przelaną na Krzyżu, każdy ma jednakową szansę powrotu do Boga. Ale szatan coraz zacieklej zwodzi ludzi wmawiając im, iż wszystkie te anomalie można wytłumaczyć w sposób naturalny. Tymczasem są one wynikiem waszych grzechów, waszego sprzeciwu wobec praw Bożych. Człowiek uległ pokusie szatana, który jest panem chaosu i zamieszania i sam w swojej pysze zaczął ingerować w stworzenie, jakby chciał udowodnić, że to on jest panem stworzenia. Jesteście dziś świadkami, jak przyroda sprzeciwia się pysze człowieka i ziemia nie wydaje już spodziewanego plonu, ponieważ ludzie odrzucili błogosławieństwo Boże. Nie lękajcie się jednak, gdy macie Boga w sercu, macie wszystko! Dzisiaj tak wiele Moich dzieci nie potrafi zaufać, bo spogląda na świat oczami zdolnymi widzieć tylko materię zupełnie zapominając o tym, co duchowe. Kto Boga będzie pragnął, będzie nasycony. Skoro nie szukacie i nie pragniecie Chleba Życia, musicie być przygotowani, że nadejdzie czas, gdy zabraknie wam chleba powszedniego. Troszczcie się o ten pokarm, który nie przemija ale daje życie wieczne. Zaufajcie Bogu! Powierzcie Mu całą waszą przyszłość i bądźcie świadkami Jego Miłosierdzia abyście mogli stać się prawdziwymi, wypróbowanymi i odważnymi świadkami Jego sprawiedliwości. Znakiem waszej wiary jest Krzyż, którego się nie wstydźcie!”

Ks. Stanisław Małkowski
Warszawska Gazeta 03 - 09 sierpnia 2012 r.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 13 sie 2012, 06:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Budujmy na skale

Z JE ks. bp. Marianem Rojkiem, nowym ordynariuszem diecezji zamojsko-lubaczowskiej, rozmawia Małgorzata Bochenek

Obowiązkiem biskupa jest prowadzenie ludzi do zbawienia. To bardzo odpowiedzialne zadanie, które obecnie będzie realizował Ekscelencja jako ordynariusz diecezji.
- Człowiek w takiej sytuacji uświadamia sobie swoją niegodność. Jestem biskupem dopiero kilka lat [sakrę biskupią ks. bp Marian Rojek otrzymał w 2006 r.], a więc to zaproszenie jest w pewnym sensie związane także z pewnym zaskoczeniem. Z drugiej strony jest to też wezwanie do głębszego zawierzenia i zaufania Bogu. Pan Bóg, dając pewne zadania i polecając nowe obowiązki, da też łaskę do tego, aby je podjąć i wypełnić.

Powołanie Księdza Biskupa na pasterza diecezji zamojsko-lubaczowskiej nastąpiło w roku duszpasterskim, którego hasło brzmi: "Kościół naszym domem". Czy wyznaczy ono kierunki w nowej posłudze?
- Oczywiście. Nie wyobrażam sobie innej sytuacji. Nie wyobrażam sobie Kościoła, który by nie był domem. Pojęcie dom w sensie poprawnym, autentycznym, głęboko chrześcijańskim jest zawsze związane z tym, co jest pozytywne, daje bezpieczeństwo, pozwala człowiekowi się rozwijać, co pokazuje mu jego godność, przygotowuje go do życia, pomaga wzrastać w świętości. To wszystko odnosimy do Kościoła. Jeżeli ktoś nie czuje się w Kościele jak w domu, to musi korygować swój obraz Kościoła. Na myśl nasuwa się biblijny obraz mówiący o budowaniu na skale i na piasku. Jeżeli budujemy na fundamencie, którym jest Chrystus, wówczas nie obawiamy się różnych zewnętrznych nawałnic, burz, bo takie przychodziły, przychodzą i będą przychodziły. Dom zbudowany na piasku może być nawet przepiękny, bogaty zewnętrznie i duży, nie oprze się jednak sytuacjom kryzysowym, zagrożeniom. Konieczna jest troska o człowieka, o jego dobro duchowe, postawę moralną i życie Bożym prawem. Troska o pełny rozwój człowieka zgodnie z Bożym prawem. To jest budowanie na skale.

O tym budowaniu na skale przypomina także wybrane przez Księdza Biskupa zawołanie: "Eucharystia Chlebem Życia"...
- Chleb Życia jest nam potrzebny, aby życie było prawdziwe i pełne. Tym Chlebem jest sam Jezus Chrystus, On, Jego Słowo, Jego Miłość, która przychodzi do nas. W obrazie chleba jest zawarte wszystko, co konieczne dla życia w pełnym wymiarze doczesnym. Eucharystia wprowadza nas, zapowiada i daje nam już udział w życiu wiecznym. Człowiek tak bardzo zatroskany o to, aby nie brakło mu środków do życia, by nie brakło materialnego codziennego chleba, nie może zapominać o wymiarze duchowym, eschatologicznym.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Bochenek

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... skale.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 14 sie 2012, 06:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Embrion, któremu pozwolono dorosnąć

Ci, którzy usiłują usprawiedliwić aborcję, często starają się pomniejszyć człowieczeństwo embrionu lub mu go wręcz odmówić. Na przykład na forum internetowym jeden z uczestników dyskusji napisał niedawno: "Stałem się człowiekiem w momencie, w którym moje zmysły zaczęły działać tak, jak zmysły istoty ludzkiej. Przedtem byłem po prostu masą komórek".

W innym komentarzu nastąpiła kontynuacja tego stanowiska: "Zbitka komórek w macicy kobiety nie jest istotą ludzką. Żyje dzięki kobiecemu ciału i jest jego częścią". Celem tego typu stwierdzeń jest oczywiście przyzwolenie, aby kobieta mogła zrobić ze swoim ciałem, co tylko chce, włącznie z usuwaniem wszelkich "zbitek komórek", które mogą stwarzać zagrożenie dla jej wolności.

Jednak te komórki nie stwarzają zagrożenia w taki sam sposób, jak mogą robić to komórki nowotworowe. Komórki embrionu zakłócają za to styl życia kobiety, domagając się, aby przez kilkanaście miesięcy skupiła swoją uwagę na gaworzącym, ruchliwym niemowlaku, następnie - przez kilka lat - na małym dziecku, które potrzebuje edukacji, dalej zaś na niesfornym i upartym nastolatku, który przeistacza się w dorosłego, a potem ewentualnie na wnukach, i tak dalej. Komórki zarodka nie są "tylko" zbitką komórek, ale żywą kwintesencją człowieczeństwa, znanego jako "istota ludzka" - cudownie skomplikowana, wysoce uporządkowana i zorganizowana, rosnąca, rozwijająca się i rozbudowująca w niezwykle precyzyjny sposób wraz z każdą upływającą godziną w fazie życia wewnątrzmacicznego.

Embriony oczywiście nie przeistaczają się samorzutnie w ludzi w momencie, gdy ich zmysły zaczynają działać lub gdy ich nerki zaczynają oczyszczać krew. Nie przekształcają się w ludzi, gdy ich jelita zaczynają przetwarzać pokarm czy kiedy ich serce zaczyna bić, gdy kończyny zaczynają się poruszać, bądź gdy mózg zaczyna funkcjonować. Każda z tych funkcji pojawia się na określonym etapie normalnej ścieżki wzrostu i rozwoju zarodka.

Wzrost i rozwój embrionu składa się z precyzyjnie choreografowanych reakcji biochemicznych i zmian fizjologicznych, które mogą zostać częściowo zakłócone przez pewne leki. Na przykład w latach 50. i na początku lat 60. przepisywano kobietom w ciąży jako lek na poranne nudności talidomid. Specyfik ten został szybko uznany za przyczynę poważnych wad rozwojowych i ułomności u noworodków. Destrukcyjny wpływ talidomidu spowodował wydanie zakazu stosowania go na całym świecie, gdyż ponad 10 tys. dzieci urodziło się z poważnymi wadami spowodowanymi przez ten właśnie lek. Były wśród nich noworodki ze skróconymi lub brakującymi rękami, z dłońmi wyrastającymi z barku i pozbawionymi kciuków oraz z podobnymi problemami kończyn dolnych, jak również deformacjami oczu, uszu, serca, narządów płciowych, nerek i innych organów.

Filozofowie i politycy twierdzą czasami, że embrion przed ósmym tygodniem ciąży nie jest jeszcze człowiekiem, sugerując tym samym, że wczesne aborcje, eksperymenty na zarodkach itp. powinny być dopuszczalne. Z dramatu związanego z talidomidem z późnych lat 50. i wczesnych 60. jasno wynika, że jeśli kobiety nie nosiłyby w sobie istot ludzkich przed ósmym tygodniem życia, to przyjmowanie przez nie teratogenu (powodującego wady rozwojowe embrionów), jaki znajdował się w talidomidzie, nie budziłoby obaw, ponieważ żaden człowiek nie byłby zagrożony przez lek. Jeśli w pierwszym trymestrze ciąży nie byłoby istoty ludzkiej, to nie doszłoby do niepełnosprawności. Jak powszechnie wiadomo, najbardziej wrażliwym na leki okresem ciąży jest pierwszy trymestr, a konkretnie czas pomiędzy 4. i 7. tygodniem. Większość dzieci urodzonych bez kończyn było narażonych na działanie talidomidu w tym właśnie czasie, który zwolennicy aborcji chcą niejako zataić i udawać, jakoby człowieka wtedy jeszcze nie było.

Każda istota ludzka powstaje w momencie zapłodnienia i istnieje jako biologiczna kontynuacja tego procesu. Po przebiciu ścianki komórki jajowej przez plemnik następuje widoczna depolaryzacja w poprzek błony, która uruchamia kaskadę biochemicznych wydarzeń i zmian następujących stopniowo, w sposób nieprzerwany, prowadzący do fazy dorosłego podatnika.

Tymczasem komórka jajowa, jeśli zostanie po prostu pozostawiona sama sobie, bez obecności plemników, przeżywa jedynie kilka godzin, a następnie obumiera. Po połączeniu się z plemnikiem komórka jajowa jako taka już nie istnieje. Istnieje człowiek w najwcześniejszym, embrionalnym stadium swojego życia, który genetycznie różni się od swojej matki, a jednocześnie zostaje wprowadzony na drogę "dorastania". Stanowi nową istotę, która może żyć przez okres dłuższy niż sto lat. Takie zarodki są najpierw karmione w łonie matki, następnie przez matczyne piersi, a później przy stole rodzinnym oraz w restauracjach. Każdy z nas jest właśnie takim embrionem, któremu pozwolono dorosnąć.
--------------------------------------------------------------------------------

Ks. dr Tadeusz Pacholczyk uzyskał doktorat w dziedzinie neurologii (neuroscience) na Uniwersytecie Yale i kontynuował pracę naukową na Harwardzie. Jest kapłanem diecezji w Fall River (Massachusetts) oraz dyrektorem do spraw nauczania i oświaty w Narodowym Katolickim Ośrodku Bioetycznym(National Catholic Bioethics Center) w Filadelfii. Zob. www.ncbcenter.org.

Ks. dr Tadeusz Pacholczyk

http://www.naszdziennik.pl/swiat/7289,e ... osnac.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 17 sie 2012, 07:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
OGIEŃ I LÓD - „teorie” totalitarystów

[Totalitaryzmy mają zadziwiająca zdolność do posługiwania się, a często nawet wierzenia, w różne bzdury naukawe. Przecież komunizm- bolszewizm promował „teorie” Łysienki, np. o przemianie żyta w pszenicę, czy Olgi Lepieszyńskiej o „powstaniu życia” w źle wymieszanym kisielu z komórek czy glonów. Komsomołki oddawały swe macice dla powstania hybrydy szympans - bonobo- kobieta radziecka...

Hitleryzm, w swej wersji okultyzmu „nakazywał” wiarę w lodowy Wszechświat. Jest to dobrze udokumentowane, a przypominam, bo to się znów powtarza:


Globaliści, szczególnie w odmianie UE, nakazują ludom i państwom wierzyć w „efekt cieplarniany”. Ci ostatni są o tyle silniejsi i sprytniejsi od poprzedników, że każą sobie jeszcze za to płacić tysiące miliardów Euro. MD]



Z książki Francis King Szatan i swastyka
Okultyzm w partii nazistowskiej, str. 199 i nast. Wydawnictwo AXIS , Poznań 1996


OGIEŃ I LÓD

Rozdział trzynasty

Zbuduję obserwatorium. w którym reprezentowane będą trzy wielkie kosmologiczne koncepcje w dziejach świata - Ptolemeusza, Kopernika i Hőrbigera. Adolf Hitler, 28 kwietnia 1942 roku

Aby być do­brym narodowym socjalistą, należy przyjąć założenia teorii Horbigera za pewnik

Rok 1937 był dla Heinricha Himmlera bardzo pracowity. Sen z powiek spędzały mu wypadki homoseksualizmu w SS. Himmler wydał specjalne rozkazy, wedle których osoby oskarżone o homose­ksualizm należało po postawieniu pod sąd "wysłać... do obozu kon­centracyjnego i zastrzelić podczas próby ucieczki". Był także wielce zaabsorbowany projektami herbów dla prominentów SS i wciąż je­szcze zaangażowany w irytujące spory, które wybuchły poprzednie­go roku pośród stronników lodowej teorii wszechświata Hansa Hőrbigera.

Kim był Hans Hőrbiger i na czym polegała jego lodowa teoria? Dlaczego obchodziła tak bardzo Reichsfuhrera SS?

Urodzony w Austrii w 1860 roku Hőrbiger rozpoczął swe zawodo­we życie jako kowal, ale wkrótce porzucił kowalstwo na rzecz techni­ki. Zaprojektował kilka pomp hydraulicznych, wymyślił nowy i udo­skonalił dotychczasowy mechanizm zaworowy oraz założył własną firmę. Okazała się ona dostatecznie dochodowa, by umożliwić Hőr­bigerowi przejście na wczesną emeryturę i poświęcenie się swoim za­interesowaniom - kosmologii i astronomii, innymi słowy, na rozwi­nięcie lodowej teorii wszechświata. Jeszcze jako chłopiec, Hőrbiger spoglądając na księżyc, doszedł do przekonania, że jest on prawdopo­dobnie cały z lodu. W 1882 widok komety "skrzącej się jak lód" przy­pomniał mu o jego wcześniejszych poetyckich konkluzjach, zaś dzie­sięć lat później miał widzenie - niemal wizję - w którym zostało mu objawione, że pole grawitacyjne Słońca rozciąga się zaledwie na odległość trzykrotnej orbity Neptuna. Pewnego dnia był też świad­kiem niewielkiej eksplozji, do której doszło w następstwie upadku roz­topionego metalu na zmrożone błoto.

W przebłysku objawienia zdał sobie sprawę z pochodzenia układu słonecznego - planety powstały w wyniku wybuchu Słońca i są resztkami po wielkich eksplozjach, jakie nastąpiły po zderzeniach Słońca z olbrzymimi bryłami lodu... Prze­strzeń kosmiczna wypełniona jest rozrzedzonym wodorem i drobnymi kryształkami lodu. Te z kolei koagulują w olbrzymie bryły lodowe i uderzają w gwiazdy. Eksplozja, do jakiej w rezultacie dochodzi, nie tylko wyrzuca w przestrzeń wielkie kule materii gwiezdnej (które zbi­jają się w planety), ale również wiele powietrza z tych planet, które łącząc się z wodorem z przestrzeni kosmicznej, tworzy wielką chmu­rę orbitujących cząstek lodu ("bolidów" lub meteorów). W wypadku naszego Słońca chmura ta jest widoczna gołym okiem - bowiem Droga Mleczna nie jest, jak zdają się sugerować obserwacje telesko­powe, zgrupowaniem wielu gwiazd, lecz szczególnie gęstą gromadą takich meteorów.

W miarę upływu czasu prędkość meteorów zostaje spowolniona na skutek tarcia z międzygwiezdnym wodorem. Meteory, łącząc się ze sobą i tworząc jeszcze większe bloki, poruszają się ruchem spi­ralnym w kierunku Słońca. W rezultacie zewnętrzne planety znaj­dują się pod nieustannym bombardowaniem brył lodu, a wokół nich tworzy się pokrywa lodowa gruba nawet na setki mil. Na szczęście Ziemia uniknęła tego niebiańskiego ostrzału, bowiem chroni nas Księżyc, również zresztą otoczony powłoką lodową.

Koncepcje Hőrbigera są oczywiście, z naukowego punktu widze­nia, nie do utrzymania. Albedo Księżyca (zdolność odbijania świa­tła) jest znacznie słabsze niż lodu - słabsze nawet niż albedo Ziemi - podczas gdy koncentracja materii Saturna jest znacznie mniejsza, niż byłaby w sytuacji, gdyby pokryty był lodem. Próbując radzić sobie z tymi faktami, Hőrbiger ratował się ucieczką w niewyjaśnione po­jęcie "cienia grawitacyjnego", a gdy krytycy byli dość odważni, by wyrażać swoje wątpliwości, zwykł wykrzykiwać: "Wierzcie mnie, a nie równaniom matematycznym! Kiedy wreszcie przekonacie się, że matematyka jest bezwartościowa?"

Przed pierwszą wojną światową Horbiger zyskał entuzjastyczne­go wyznawcę w osobie Philippa Fautha, dyrektora szkoły, który był również wyróżniającym się astronomem amatorem, specjalistą od obserwacji Księżyca. W roku 1913 Fauth wydał Kosmogonię gla­cjalną, główne dzieło Hőrbigera, książkę, która - jak i późniejsze literackie produkcje Hőrbigera i jego zwolenników - ujawnia znacz­ny, choć nie poświadczony przez autora, intelektualny dług wobec madame Bławatskiej oraz, prawdopodobnie, wobec Fouriera.

Hőrbiger - podobnie jak rosyjska okultystka - uważał, że histo­ria ludzkości sięga znacznie głębiej w przeszłość, niż przyznaje kla­syczna nauka. Tak jak ona twierdził, że Ziemia w przeszłości miała wiele satelitów - i że dzisiejszy Księżyc, choć starszy niż Ziemia, jest jej satelitą od stosunkowo krótkiego czasu.

Hőrbiger tłumaczył owe ekscentryczne poglądy, rozwijając tzw. lodową teorię wszechświata. Ruch wszystkich planet, twierdził, zwal­nia tarcie pomiędzy nimi a cząsteczkami lodu i międzygwiezdnym wodorem. W konsekwencji planety poruszają się mchem spiralnym w kierunku Słońca, ginąc ostatecznie w jego ogniu. Dzięki większej gęstości cząsteczek lodu w bliskości Drogi Mlecznej, zewnętrzne pla­nety napotykają na większe tarcie i wpadają na Słońce o wiele szyb­ciej niż te, które znajdują się bliżej środka naszego układu słonecz­nego. Efekt ten jest szczególnie widoczny, gdy chodzi o mniejsze, zewnętrzne planety, gdyż stosunek ich powierzchni do objętości jest większy niż w wypadku takich gigantów, jak Saturn czy Jowisz. Kiedy małe planety wchodzą w orbitę Ziemi podczas swej wędrówki ku Słońcu, są przez nią przechwytywane i stają się jej satelitami - księ­życami.

Wciąż jeszcze za sprawą tarcia zwalniają biegu i nadal przesu­wają się ruchem spiralnym w dół, ale teraz już w kierunku Ziemi.

Kiedy osiągną granicę strefy Roche'a - tj. odległości (różnej w zależności od masy satelity), przy której orbitujące ciało niebie­skie zostaje rozerwane przez siły grawitacji - rozpadają się na drobne części, a Ziemia bombardowana jest najpierw kawałkami lodu, na­stępnie błotem, a wreszcie skałą. Ostatecznie wszystkie księżycowe szczątki roztrzaskują się o Ziemię, która od tego momentu pozba­wiona jest księżyca aż do czasu, kiedy kolejna posuwająca się spiralnie planeta zostanie przechwycona przez ziemskie pole grawita­cyjne. Przyjęcie takiego nowego satelity jest oczywiście wydarze­niem bardzo gwałtownym - towarzyszą mu geologiczne wypiętrze­nia oraz powodzie.

Przed naszym Księżycem Ziemia miała przynajmniej sześć innych, których wejście na orbitę okołoziemską oraz zniszczenie odpowiada sześciu okresom geologicznym w historii Ziemi, poprzedzającym obe­cny. Człowiek - jak się okazuje - był już istotą cywilizowaną w trzeciorzędzie, który zakończył się jakieś 250 tysięcy lat temu, pamięta częściowo destrukcję poprzedniego księżyca i pojawienie się obecnego satelity Ziemi, co nastąpiło zaledwie 15 tysięcy lat temu. Pamięć o tym - niejasna i niesprecyzowana - ujawnia się zarów­no w snach, bowiem reminiscencje tych katastrof odcisnęły się w rasowej podświadomości, jak i w legendach, folklorze i świętych pismach różnych narodów. Księga Apokalipsy, na przykład, jest ni mniej ni więcej, tylko pomieszanym sprawozdaniem z historii wo­jen religijnych, które trwały bezpośrednio przed rozpadnięciem się satelity z trzeciorzędu, w owym czasie znajdującego się tak blisko Ziemi, że przesłaniał jedną piąta nieba i orbitował z taką prędkością, że aż trzykrotnie w ciągu dnia doprowadzał do zaćmienia słońca...

Gospodarcze załamanie rynku, które nastąpiło w wyniku militar­nej klęski Niemiec w listopadzie 1918 roku, odbiło się niekorzystnie na finansowej pozycji Hőrbigera, ale nie przeszkodziło mu w gorączkowej kampanii wymierzonej przeciwko klasycznej kosmo­logii. Maszyny drukarskie produkowały sterty broszur i ulotek, orę­downicy lodowej teorii wszechświata przerywali wystąpienia mów­ców na konferencjach astronomicznych okrzykami: "Precz z or­todoksją, chcemy Horbigera", a sam Hőrbiger ogłosił, że "albo uwierzycie we mnie i w to, co mówię, albo zostaniecie potraktowani jak wrogowie". W latach dwudziestych lodowa teoria wszechświata zyskała pewne poparcie zarówno w Niemczech, jak i w Austrii. Obłą­kańcze teoretyzowanie jej zwolenników i gorączkowa nienawiść wobec "nauki oficjalnej" nie tylko odwoływały się do tego, co irra­cjonalne, ale dostarczały też wytłumaczenia tajemniczego zatonię­cia Atlantydy - rzekomego wydarzenia, które nabrało olbrzymiego znaczenia dla wielu "narodowych" okultystów. Ten kataklizm, jak wiele jemu podobnych - takich jak zatopienie mitycznego konty­nentu Lemurii - wytłumaczono w następujący sposób:

Gdy satelita zbliża się coraz bardziej do Ziemi, coraz bardziej wzra­sta też ciąg grawitacyjny (siła przyciągania). Wskutek tego przypły­wy oceanów stają się coraz większe i po jakimś czasie osiągają po­ziom, w którym różnice zasięgu przypływów i odpływów muszą być mierzone już nie w metrach, lecz w kilometrach. W końcu, kiedy sa­telita zaczyna się zbliżać do orbity, na której rozpoczyna się proces jego zniszczenia, i zaczyna okrążać Ziemię z olbrzymią prędkością, sytuacja znowu się zmienia. Nie ma już mowy o zwyczajnych przy­pływach i odpływach, ale tworzy się jeden rozległy "przypływ opa­sujący" - olbrzymia koncentracja mas wody, utrzymująca się jako stałe wybrzuszenie wokół równika.

Taka koncentracja wody w tropikach wywołuje podwójny efekt. Północne obszary, które normalnie znajdowały się pod wodą, stają się suchym lądem, a wszystkie tropikalne i subtropikalne rejony zo­stają całkowicie zatopione, z wyjątkiem dużych wzniesień, jak na przykład Andy.

W tym samym czasie, gdy pojawia się "przypływ opasujący", do­chodzi do wyraźnej redukcji ziemskiej siły ciążenia na skutek silne­go przyciągania satelity. W rezultacie zwierzęta i roślinność zaczy­nają się rozrastać do niezwykłych rozmiarów. Jak można się domy­śleć, tłumaczy to pojawienie się dinozaurów.

W wiekach poprzedzających kataklizm, 250 tysięcy lat temu, w czasach, gdy Ziemię okrążał poprzednik naszego obecnego sateli­ty, wysoki płaskowyż Andów - wtedy zaledwie kilkaset metrów nad poziomem spiętrzonego "opasującym przypływem" morza ­ stał się ośrodkiem światowej cywilizacji. Kultura ta została jednak zniszczona wraz z eksplozją satelity z trzeciorzędu. Na jej miasta spadł deszcz wielkich odłamków skał z rozpadającego się księżyca, a ustanie przyciągania satelity sprawiło, że wody z pasa równikowe­go spłynęły do stref podbiegunowych, zatapiając je całkowicie i pozostawiając cywilizację andyjską cztery kilometry nad poziomem morza - skazaną na oddychanie rozrzedzonym powietrzem.

Zwolennikom każdej pseudonauki prawie zawsze udaje się zna­leźć jakiś "dowód" prawdziwości swych z góry przyjętych teorii.

Zwolennicy teorii Hőrbigera nie byli tu wyjątkiem i udało im się odnaleźć ślady cywilizacji andyjskiej w ruinach miasta Tiahuanaco, które - jak zapewniają nawet dzisiaj - ma podobno 250 tysięcy lat.

W rzeczywistości miasto to, godne uwagi z powodu megalitycz­nych budowli - m.in. tak zwanej "Bramy Słońca", wyrzeźbionej z pojedynczej bryły kamiennej, szerokiej na prawie cztery metry, wy­sokiej na przeszło trzy metry i ważącej coś około dziesięciu ton ­powstało nie dawniej niż tysiąc pięćset lat temu. Dlaczego jego bu­downiczowie usytuowali je w okolicy leżącej na wysokości czterech tysięcy metrów, pozostaje zagadką. Być może Tiahuanaco nie tyle było miastem żywych, co raczej miastem bogów, zbudowanym na miejscu uważanym za szczególnie święte z powodu bliskości niebios.

Załamanie się "przypływu opasującego" wystarczało do wyjaśnie­nia wielu olbrzymich kataklizmów, które - jak wierzyli okultyści - wydarzyły się w czasach prehistorycznych - na przykład zato­pienia Lemurii. Nie tłumaczyło to jednak satysfakcjonująco zniszcze­nia Atlantydy, bowiem poprzedni satelita upadł przecież pod koniec trzeciorzędu, a do katastrofy Atlantydy doszło przypuszczalnie ja­kieś 9-15 tysięcy lat przed naszą erą.

Wyznawcy teorii Hőrbigera nie poczuli się tym specjalnie zbici z tropu. Zaginiony kontynent, o którym pisał Platon, zatonął - po­wiadali - w wyniku gigantycznego wstrząsu sejsmicznego będące­go konsekwencją napięć grawitacyjnych wywieranych na Ziemię po przechwyceniu przez nią naszego obecnego księżyca, do czego do­szło ich zdaniem zaledwie 12 - 13 tysięcy lat przed Chrystusem. Te same napięcia doprowadziły do czasowego ustania ruchu obrotowe­go Ziemi, co tłumaczyłoby cud ze Starego Testamentu - zatrzyma­nia słońca dla Jozuego. Tego rodzaju "wytłumaczenie" opowieści ze Starego Testamentu jest bardzo podobne do niektórych interpretacji starożytnych mitów i legend, w co zaangażowany był Velikovsky, autor doskonale sprzedającej się książki Światy w kolizji. Choć nie ma dowodu na to, że pisma Hőrbigera wywarły bezpośredni wpływ na Velikovskiego, widać, że w ekscentrycznych teoriach tych dwóch kosmologów-amatorów pobrzmiewa ta sama nuta twórców irracjo­nalnych teorii - pragnienia, aby uznano je za racjonalne.

Hőrbiger umarł w roku 1931, lecz jego koncepcje go przeżyły i większość jego zwolenników z radością przyjęła dojście nazistów do władzy. Obalenie "tradycyjnej" polityki, czego dokonał Hitler, postrzegali oni jako wydarzenie porównywalne z ich własnym, wielce upragnionym i bliskim - jak wierzyli - obaleniem "tradycyjnej, ortodoksyjnej" fizyki i astronomii.

L. Sprague de Camp cytował coś, co wydaje się anonimowo wy­danym manifestem Hőrbigera: "Nasi nordyccy przodkowie dawali sobie świetnie radę wśród lodów i śniegów, wiara w lodową teorię wszechświata jest więc konsekwentnym i naturalnym dziedzictwem po człowieku nordyckim". I dalej: "Narodowi socjaliści, którzy przy­jęli tak wiele dziwacznych idei i pomysłów, akurat na tą pozostali obojętni”. Mylił się: w rzeczywistości wielu nazistów pozytywnie zareagowało na Lodową teorię wszechświata. Heinrich Himmler był jednym z nich. Adolf Hitler jest kolejnym przykładem.

Kiedy dokładnie naziści i wyznawcy teorii Horbigera spotkali się po raz pierwszy, nie wiadomo. Bardzo możliwe, że Hitler czytał bro­szury propagujące Lodową teorię wszechświata jeszcze przed rokiem 1914 w Wiedniu, kupując je od tych samych "narodowo-okul­tystycznych" księgarzy, od których nabywał pisma Lanza von Lic­benfelsa. Pewne jest natomiast, że Ottocar Prohaszka był bliskim przyjacielem Hőrbigera i zagorzałym zwolennikiem jego teorii. Co więcej, utrzymywał dobre stosunki z kierownictwem partii nazistowskiej od 1924 roku aż do swojej śmierci w roku 1927.

Prawdopodobnie Himmler zapoznał się z kosmologią Hőrbigera na początku lat dwudziestych - niewiele ekscentrycznych teorii i umknęło jego uwagi - ale oddanym entuzjastą lodowej teorii wszechświata stał się dopiero po założeniu Ahnenerbe.

Wydawcą pisma „Germanien", oficjalnego organu Ahnenerbe, był niejaki dr von Hase, którego zbzikowane pomysły zaskarbiły mu nic kłamaną sympatię Himmlera. Von Hase, żarliwy wyznawca teorii Hőrbigera, znał się też bardzo dobrze z Edmundem Kissem, którego H. S. Bellamy - anglo-austriacki uczeń Horbigera i propagator kosmologii mistrza w świecie angielskojęzycznym - nazwał "poetą Atlantydy". W 1935 roku Kiss, który pisał powieści osnute na zmie­szanych wątkach lodowej teorii wszechświata i ideologii atlantyjskiej Hermanna Wirtha (który, przypomnijmy, był pierwszym dyrektorem Ahnenerbe), planował zorganizowanie wyprawy w góry Etiopii, gdzie miał nadzieję odnaleźć nie tylko ślady ludzkiej cywilizacji z okresu trzeciorzędu, ale i fragmenty poprzedniego satelity Ziemi. Pod wpły­wem von Hasego i jego kolegów o podobnych zapatrywaniach na teorię Horbigera, Himmler nie tylko zgodził się wspomagać finansowo absurdalne badania prowadzone przez Kissa, ale założył też podsek­cję meteorologiczną w Ahnenerbe, której celem było przewidywa­nie pogody według zasad lodowej teorii wszechświata. Badaniami tymi kierował dr Scultetus, przyjaciel i współpracownik wspomnia­nego już Philippa Fautha, wydawcy Kosmogonii glacjalnej.

Himmler nie poprzestał na tym. Ogłosił mianowicie, że jako Re­ichsfuhrer SS obejmuje lodową teorię wszechświata swoim protek­toratem (był to prawdopodobnie jedyny wypadek w historii, kiedy policjant czuł się zobowiązany bronić jakiejś teorii naukowej). Bom­bardował innych hitlerowskich prominentów broszurami propagują­cymi teorię Horbigera (już w 1937 roku Himmler wysłał paczkę ta­kich materiałów Goeringowi). Wykorzystywał Gestapo do wstrzy­mywania publikacji artykułów krytykujących teorię lodową i upierał się nawet przy pomyśle, aby niemiecka ekspedycja w Himalaje prze­prowadziła eksperymenty mające ją potwierdzić.

Tak silne było poparcie Himmlera dla lodowej teorii wszechświata, że - jak zanotował w swoich pamiętnikach Alfred Rosenberg ­niektórzy członkowie partii nazistowskiej uwierzyli, że aby być do­brym narodowym socjalistą, należy przyjąć założenia teorii Horbigera za pewnik. Aby zatrzeć to wrażenie, Rosenberg rozesłał do wszyst­kich regionalnych biur NSDAP pismo okólne - tak przynajmniej twierdził. Istnienie okólnika nie zostało z całą pewnością udowodnio­ne, ale niewykluczone, że Rosenberg miał tu na myśli swoją wypo­wiedź z grudnia 1937 roku. Wypowiedź ta, ogólnie rzecz biorąc, wy­mierzona była w działalność Ahnenerbe. Rosenberg nawiązywał w niej do "problemów prowadzenia badań nad fizyką kosmiczną... oraz geologią prehistoryczną, które ostatnio wysunęły się na czo­ło..." Twierdził, iż "partia nazistowska nie może w żadnym razie zajmować wobec tych zagadnień stanowiska opartego na ideologicz­nym dogmatyzmie".

Tymczasem kolejne potwierdzenia przychylno­ści partii zachęciły stronników lodowej teorii wszechświata do dal­szej aktywności. W 1936 roku "Illustrierte Beobachter", czasopismo, którym bardzo interesował się Josef Goebbels, zamieściło trzy ob­szerne artykuły poświęcone nowej kosmologii. Następnego roku SA, wciąż liczne i wpływowe ugrupowanie partyjne - mimo utraty pre­stiżu politycznego po wymordowaniu przez Hitlera większości kie­rownictwa w czystce w 1934 roku - wydało broszurę na temat lo­dowej teorii wszechświata. W broszurze tej autor, kryjący się pod pseudonimem Rudolf von Elmayer-Westenbrugg, sformułował cał­kowicie narodowosocjalistyczną wersję kosmologii Horbigera, łącząc ją z elementami wybranymi z Mitu dwudziestego wieku Rosenberga oraz głosząc, że teoria względności Einsteina miała się tak do lodo­wej teorii wszechświata "jak Talmud do Eddy"! Takie zestawienie Talmudu - zbioru norm religijno-prawnych powstałego w żydo­wskiej diasporze - i Eddy - zbioru legend o bogach nordyckich - musiało sprawiać szczególną przyjemność tym nazistom, którzy byli zwolennikami teorii Horbigera.

Jako naziści uważali bowiem Talmud za dzieło godne jedynie pogardy (popularna broszura Ro­senberga nosiła tytuł Niemoralność i rozpusta Talmudu), zaś jako zwolennicy Horbigera spoglądali na Eddę jak na szczególnie świętą, alegoryczną relację z wydarzeń, do których doszło w czasie zniszcze­nia poprzedniego księżyca Ziemi. Warto zwrócić uwagę, że maszy­nopisy prac H. S. Bellamy'ego, poświęconych takiej właśnie inter­pretacji Eddy, wciąż jeszcze krążą pomiędzy angielskojęzycznymi zwolennikami teorii Horbigera.

Nawet jeszcze przed publikacją broszury von Elmayera-Westen­brugga najaktywniejsi z tych, którzy propagowali nową kosmologię jako całkowicie zgodną z ideologią narodowego socjalizmu, zaczęli toczyć ze sobą spory. Konflikt wyrósł z pozornie niewinnego spo­tkania grupy zwolenników teorii Horbigera w Bad Pyrmont. Wśród uczestników byli: dr Scultetus - kandydat Himmlera na kierownika kierującej się tą teorią sekcji meteorologicznej Ahnenerbe; von Hase, również z Ahnenerbe; Heinz Voigt, który w roku 1920 wydał pierw­sze popularne opracowanie na temat teorii Horbigera, oraz Edmund Kiss, "poeta Atlantydy".

Na zakończenie spotkania zebrani okulty­ści wydali dziwaczny manifest, w którym - po rytualnym oznajmieniu swojej satysfakcji z powodu poparcia Himmlera dla ich teo­rii - wyrazili opinię, że lodowa teoria wszechświata jest szczegól­nie ważna dla narodu niemieckiego jako "autentyczny intelektualny skarb aryjski", przekonywali o ważności "naukowego" przepowia­dania pogody opartego na tej teorii, wezwali do powołania "intelek­tualnego Fuhrera dla teorii", bezpośrednio podległego Himmlerowi, i zaproponowali na to stanowisko syna Horbigera (ze Scultetusem jako zastępcą), po czym przeszli do zawoalowanej groźby pod adre­sem "pewnych panów", a dokładnie Hinzpetera, Fischera i von Et­zdorfa, którzy z własnej woli nie chcieli współpracować z sygnata­riuszami manifestu.

Owych trzech odszczepieńców było zagorzałymi okultystami, których, w przeciwieństwie do autorów manifestu, niewiele obcho­dziło, czy kosmologia Horbigera zostanie zaakceptowana przez nau­kowy establishment, czy też nie. Fischer na przykład był astrolo­giem, który uważał, że lodowa teoria wszechświata podeprze jego przepowiednie. Scultetus i jego koledzy z kolei bardzo dbali o to, aby odcinać się od praktyk okultystycznych - pragnęli zamanife­stować, że ich własne odejście od powszechnie przyjętych poglądów jest krokiem intelektualnie odpowiedzialnym, chcąc w ten sposób zyskać akademicki prestiż i uznanie świata nauki. Sen z powiek spę­dzał im szczególnie von Etzdorf. Dałoby się jeszcze założyć, mówi­li, że pod surową kontrolą dr. Scultetusa można by zmusić Fischera i Hinzpetera do przeprowadzenia wartościowych badań naukowych, ale żadną miarą nie można dopuścić do tego, by von Etzdorf miał cokolwiek do powiedzenia w kwestii rozwoju lodowej teorii wszech­świata. Von Etzdorf był zbzikowanym dziwakiem, oni - naukow­cami. Teoria Horbigera powinna być wolna od jakiejkolwiek skazy czy śladu dziwactwa...

Fischer, mimo że został potraktowany przez sygnatariuszy mani­festu dość łagodnie, oszalał z wściekłości. Lodowa teoria wszech­świata była oczywiście oparta na naukowych założeniach, ale to sarno dotyczyło przecież astrologii! Scultetus i jego sprzymierzeńcy za­chowywali się jak Żydzi! Albo jeśli już nie jak Żydzi, to jak masoni. Kto wie, może są masonami! Napisze o tym do Himmlera. Trzeba się zająć tą sprawą, i to na najwyższym szczeblu.

List ów, opatrzony datą z sierpnia 1936 roku, był wręcz komiczny - zabawna była głównie wściekłość i napuszenie Fischera. Pisał o "istotnych konsekwencjach" dla "Partii, Narodu i Państwa..." Tyl­ko on, Fischer, i jego współpracownicy doceniają właściwe znacze­nie lodowej teorii wszechświata. Voigt jest niebezpiecznym chrze­ścijaninem i równie niebezpiecznym masonem. Co do Horbigera ju­niora, to, że jest on najstarszym synem proroka, nie powinno przesłaniać jego niebezpiecznych poglądów: jest katolikiem, a nawet gorzej - druidem, autorem rozpowszechnianej prywatnie broszury o Wielkiej Loży Zakonu Druidów. Von Hase z Ahnenerbe jest nawet jeszcze gorszy, to oszust, który tak naprawdę wcale nie interesuje się lodową teorią wszechświata, chce ponadto w gangsterski sposób wykupić całą literaturę po Horbigerze za zaniżoną cenę i ustanowić dla siebie zyskowny monopol.

Krótko po doręczeniu tego listu, Fischer zniknął ze sceny gorącz­kowych polemik na temat teorii Horbigera. Być może po prostu zmę­czyło go to i postanowił skoncentrować się na "swojej" astrologii albo, co również jest możliwe, posunął się zbyt daleko w atakach na von Hasego i skończył w jakimś obozie koncentracyjnym.

Wydaje się jednak, że jego list wpłynął jednak na stanowisko Himmlera, bowiem rok później Hans Horbiger został pozbawiony swojej funkcji w sekcji meteorologicznej. Pomimo to dr Scultetus kontynuował pracę nad przepowiadaniem pogody według zasad teo­rii Horbigera seniora.



Na tym etapie należałoby się zastanowić nad intrygującym pyta­niem: czy wielce niedokładne bądź mylne prognozy pogody pocho­dzące albo z Ahnenerbe, albo z jakiegoś innego źródła, gdzie kiero­wano się teorią Horbigera, mogły mieć istotny - katastrofalny ­wpływ na strategię Hitlera w wojnie ze Związkiem Radzieckim zimą przełomu 1941 i 1942 roku?

Hitler najechał na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku. Po­czątkowo zdawało się, że znowu jest na drodze do kolejnego błyska­wicznego zwycięstwa. Szeroko zakrojone kleszczowe uderzenia do­prowadziły do okrążenia i zniszczenia całych radzieckich armii.

W połowie lipca niemieckie czołgi były już w odległości niecałych czterystu kilometrów od Moskwy.

Niewykluczone, że gdyby w owym czasie Hitler zezwolił genera­łowi Bockowi i jego Grupie Armii Środek na kontynuowanie pocho­du na Moskwę, miasto zostałoby zdobyte, Armia Czerwona i jej na­prędce sformowane oddziały poniosłyby decydującą porażkę, a Stalin musiałby prosić o pokój. Zamiast tego Hitler popełnił wtedy swój pierwszy duży błąd strategiczny. Przez prawie osiem tygodni grupa armijna Bocka stała bezczynnie, unieruchomiona jego rozkazem, pod­czas gdy jej dywizji zmechanizowanych użyto do wsparcia Grupy Armii Północ w nieudanym ataku na Leningrad i Grupy Armii Połu­dnie, której zadaniem było zawładnięcie żyznymi ziemiami na Ukra­inie.

Dopiero na początku października zezwolono Grupie Armii Śro­dek na podjęcie marszu. Dwa tygodnie później jej formacje znalazły się w odległości zaledwie stu trzydziestu kilometrów od Moskwy. Teraz jednak było już za późno - pierwszy śnieg spadł 7 paździer­nika. Od początku listopada oddziały Bocka zmuszone były walczyć przy coraz większym mrozie. Działa i karabiny zaczęły się zacinać, gdyż zamarzał smar, napędowe paliwo syntetyczne zaczęło się roz­dzielać na części składowe, a co gorsza, żołnierze ubrani byli je­szcze w lekkie letnie mundury. Nie mieli zimowych butów, ciepłych czapek, nawet białych strojów maskujących czy ciemnych okularów chroniących przed śnieżną ślepotą. 6 grudnia Armia Czerwona przy­stąpiła do kontrofensywy.

Pomimo braku odpowiedniego wyposażenia zimowego, pomimo straszliwych warunków atmosferycznych, niemieckie linie trzymały się mocno, chociaż kosztem dużych strat. Do wiosny 1942 roku od­działy niemieckie miały około 1 680 000 zabitych i rannych żołnie­rzy, nie licząc chorych. Tylko osiem ze 162 dywizji zachowało pełną zdolność bojową i zaledwie 150 czołgów było w dobrym stanic tech­nicznym. Nie będzie dużą przesadą, jeśli powiemy, że to właśnie powolne wyczerpanie sił niemieckich zimą 1941/1942 roku, a nie Stalingrad czy Kursk, było rzeczywistym punktem zwrotnym woj­ny. I chociaż Hitlerowi udało się do jesieni wysłać na front o wiele więcej wojska niż poprzedniego roku, Związek Radziecki zyskał tak bardzo potrzebny czas - czas na przeszkolenie nowych armii, na przestawienie fabryk na Uralu z produkcji traktorów na produkcję czołgów, na otrzymanie z Zachodu tak bardzo potrzebnych środków transportu.

Dlaczego Hitler nie zdołał dostarczyć na czas odpowiedniego wy­posażenia zimowego dla swojej armii? Odpowiedź na to pytanie, którą podawali niektórzy okultyści, została streszczona przez Pauwelsa i Bergiera:



Przyrównanie ognia do duchowej energii jest jeszcze jedną archety­pową ideą ludzkości. Ktokolwiek posiada taką moc, posiada ogień. Choć może się to wydać dziwne, Hitler był przekonany, że gdziekolwiek po­stąpią jego wojska, zimno i mróz same będą przed nim ustępować...

Zwolennicy tcorii Horbigera, którzy twierdzili, że są w stanic przewidzieć pogodę na całej naszej planecie z wyprzedzeniem miesięcznym a nawet kilkuletnim, ogłosili tego roku nadejście stosunkowo łagodnej zimy. Był jednak jeszcze jeden czynnik: podobnie jak inni zwolennicy teorii wiecznego lodu, Hitler był stanowczo przekonany. że zawarł przy­mierze z mrozem i śnieżne równiny Rosji nie zdołają opóźnić jego marszu na Wschód. Ludzkość pod jego przywództwem stała właśnie u progu nowego cyklu - cyklu ognia. Zima musiała więc ustąpić przed jego niosącymi płomień legionami.



Twierdzenie, że Hitler był "przekonany o tym, że zawarł przy­mierze z mrozem" można oczywiście włożyć między bajki. Nie ma żadnego powodu, aby wątpić, że w swoich kampaniach na ziemiach rosyjskich Hitler polegał na geniuszu wojskowym, który - jak wie­rzył - posiadał, a nie na jakimś mistycznym pakcie czy porozumie­niu ze śnieżnymi gigantami z nordyckiej mitologii. Cóż jednak z poprzednią sugestią - że Hitlerowi nie udało się zaopatrzyć swo­ich armii w odpowiedni zimowy ekwipunek, ponieważ horbigeriańscy meteorolodzy przewidzieli łagodną zimę? Trzeba uczciwie przyznać, że nie ma żadnych udokumentowanych dowodów na to, że wyznaw­cy teorii Horbigera mieli jakiś wpływ na strategiczne decyzje Hitle­ra w 1941 roku. Nie oznacza to jednak, że nie było takiego oddziały­wania i nie sposób pominąć sugestii zawartych w tekście Pauwelsa i Bergiera.

Nie ma wątpliwości, że Hitler nie tylko znał lodową teorię wszech­świata, ale był do niej bardzo przychylnie nastawiony. Co więcej, był przekonany, że tylko kosmologia Horbigera dostarcza satysfak­cjonującego wytłumaczenia pewnych stałych elementów występują­cych w wielu pradawnych mitach i legendach.

Nie ma niczego takiego, co nie pozwalałoby nam przypuszczać - po­wiedział - że mitologia jest odbiciem wydarzeń, do których faktycz­nie kiedyś doszło, a o których ludzkość zachowała niejasną

i niesprecyzowaną pamięć. We wszystkich legendach, czy to ustnych, czy pisanych, wspomina się o jakimś olbrzymim kosmicznym katakli­zmie. To, co mówi na ten temat Biblia, nie jest wyłącznym doświadcze­niem Żydów, ale zostało z całą pewnością zapożyczone przez nich od Babilończyków i Asyryjczyków. W legendach nordyckich czytamy o walce bogów z gigantami... Tłumaczy to jedynie hipoteza o katastrofie, która całkowicie zniszczyła ludzkość posiadającą już rozwiniętą cywi­lizację. Materialne pozostałości naszej prehistorii są być może zale­dwie kopiami przedmiotów należących do bardziej odległej przeszłości... Jakie mamy dowody na to... że obok przedmiotów wykonanych z kamienia nie istniały również podobne wykonane z metalu? Wytrzy­małość brązujest ograniczona... Poza tym nie ma dowodu, że cywiliza­cja, która istniała przed kataklizmem, znajdowała się w rozkwicie dokładnie w tych rejonach, które dziś są przez nas zamieszkałe... Kto wie, jakich odkryć można by dokonać, gdybyśmy mogli zbadać lądy, które obecnie znajdują się pod wodą?

Skłaniam się ku akceptacji kosmicznych teorii Horbigera. Nie jest nie­możliwe, że dziesięć tysięcy lat przed naszą erą doszło do zbliżenia Ziemi i Księżyca, co w konsekwencji wtrąciło Księżyc na jego obecną orbitę. Jest również możliwe, że Ziemia przyciągnęła do siebie atmo­sferę Księżyca, co radykalnie zmieniło wamnki życia na naszej plane­cie... Wydaje mi się, że na te pytania będzie można odpowiedzieć w dniu, w którym człowiek intuicyjnie pojmie związki pomiędzy tymi faktami, w ten sposób wyznaczając naukom ścisłym drogę, którą mają podążać.

Prawie miesiąc później Hitler powrócił do tematu:

W czasach Ptolemeusza wielkim krokiem do przodu było stwierdzenie, że Ziemia ma kształt kuli, i że gwiazdy krążą wokół niej. Od tego czasu

odnotowujemy już stały postęp nauki... Najpierw Kopernik. On z kolei mocno już został zapomniany i tak też pozostanie. W naszych czasach kolejny krok naprzód zrobił Horbiger...

... Najistotniejszym pytaniem jest, czy Ziemia pochodzi ze Słońca, czy też raczej ma tendencję do stałego zbliżania się ku niemu. Dla mnie nie ma wątpliwości, że satelity przyciągane są przez planety zupełnie tak, jak te ostatnie przyciągane są przez oś układu - Słońce. Ponieważ nie istnieje coś takiego jak próżnia, możliwe, że ruch obrotowy i postępowy planet może być stale wyhamowywany. W związku z tym, na przykład, nie jest wcale wykluczone, że Mars może się stać któregoś dnia satelitą Ziemi.



Skąd Hitler zaczerpnął wiedzę na temat lodowej teorii wszech­świata? Pogłoski, powtarzanej w kręgach okultystów od 1945 roku, że Hitler i Horbiger spotkali się kilkakrotnie przed śmiercią tego ostat­niego w 1931 roku, nie można zlekceważyć pomimo braku jakich­kolwiek dokumentów. Jest też oczywiste, że przed nadzwyczajnym i nagłym przypływem poparcia dla partii nazistowskiej, co udowo­dniły wybory do Reichstagu w 1930 roku, dostęp do Hitlera było wicie łatwiejszy niż później. Możliwe również, że - jak wspo­mniałem wcześniej w tym rozdziale - Hitler czytał broszury Horbigera jeszcze w przedwojennym Wiedniu.

W każdym razie można wskazać dwa źródła informacji o lodowej teorii wszechświata Horbigera. O pierwszym z nich można wniosko­wać z treści Listu wysłanego przez Brunona Galkego, wysokiej rangi oficera SS, do pewnej osoby z Monachium. James Webb opubliko­wał pełny tekst tego listu w swoim Occult Liberation (wyd. Alcove Press), lecz w tym kontekście nie będę już go omawiał. Drugie źródło, z którego Hitler dowiedział się o tej teorii, miało charakter literacki.

Krótko przed cytowanym wcześniej monologiem Hitlera o lodowej teorii Horbigera, wygłoszonym w nocy z 25 na 26 stycznia 1942 roku, Flihrer wypowiedział się na temat książki o pochodzeniu rasy Ludz­kiej, z którą się niegdyś zapoznał. Chociaż nie wymienił jej tytułu, nie ulega wątpliwości, że miał na myśli książkę Edgara Oaque Vrwelt. Sage und Menschheit, bowiem kolejne wypowiedzi Hitlera na temat "olbrzymiego kosmicznego kataklizmu" były tylko streszczeniem nie­których konkluzji Daque dotyczących kosmologii Horbigera. Podziw Hitlera dla okultystycznych teorii E. Daquc nie był wcale nowy ­wyraził go prawie dziesięć lat wcześniej w rozmowach z Hermannem Rauschningiem.

Pewien uczony z Monachium - pisał Rauschning" - autor kilku prac naukowych. napisał również osobliwe rzeczy o świecie prehistorycz­nym. o mitach i wizjach człowieka tych czasów o formach percepcji i siłach nadprzyrodzonych. To w jego wywodach pojawiło się trzecie oko. organ magicznej percepcji Nieskończoności. obecnie zredukowa­ne do postaci szczątkowej - szyszynki. Spekulacje tego rodzaju fascynowały Hitlera i czasami bywało, że był nimi całkowicie pochłonięty. Sam postrzegał swoją zadziwiającą karierę jako potwierdzenie działa­nia ukrytych mocy... Ludzkość. głosił, jest w trakcie znacznych przeo­brażeń. Proces zmiany. który trwał tysiące lat, miał się właśnie dopełnić. Słoneczny okres ludzkości dobiegł końca. Nadchodząca epoka zaczy­nała się ujawniać w pierwszych wielkich postaciach ludzkości. posta­ciach nowego typu. Podobnie jak... świat. który musi się bez ustanku odnawiać, gdy stary porządek ginie wraz ze swoimi bogami... tak i człowiek musi się teraz odwrócić. aby osiągnąć wyższy poziom.?



Kim zatem był ów Edgar Daquć, człowiek, którego okultystyczne

przemyślenia tak bardzo zafascynowały Hitlera? Jakie były źródła jego nauk?

Urodzony w 1878 roku Daqué był zarówno intelektualistą, uzna­nym naukowcem, specjalistą od prehistorii i profesorem na uniwer­sytecie w Monachium, jak i zapalonym okultystą, wielbicielem teo­zofii pani Bławatskiej. Jego Urwelt. Sage und Menschheit zostało opublikowane po raz pierwszy w 1924 roku i cieszyło się pewnym powodzeniem w tych kręgach naukowców, które wykazywały skłon­ność do mistycyzmu i magii. Co ciekawe, książka Daqué została wy­dana, jak większość jego pozostałych prac, przez Diedrichsa - eks­centrycznego wydawcę chodzącego w spodniach ze skóry zebry i oddającego cześć słońcu.

Daque usiłował pogodzić w Urwelt klasyczne, zgodne z powsze­chnie przyjętymi zasadami spojrzenie na prehistorię z okultystyczną wersją historii ewolucji człowieka zaprezentowaną w Doktrynie tajemnej madame Bławatskiej. Poczesne miejsce zajmowała w tej pra­cy kosmologia i lodowa teoria wszechświata Horbigera, której ob­szerny - i życzliwy - opis zamieścił Daque.

Gdy ta książka została wydana, Hitler odsiadywał wyrok za udział w puczu monachijskim w 1923 roku. To właśnie w więzieniu ją prze­czytał i tam właśnie przekonał się do kosmologii Horbigera.



Tak wciąż jeszcze głosi plotka krążąca wśród okultystów, Hitler uwierzył w prognozy z sekcji meteorologicznej opanowanej przez wyznawców teorii Horbigera i sądził, że zima 1941-1942 będzie łagodna. Co jednak z argumentami historyków, którzy twierdzą, że armia niemiecka nie była przygotowana do zimy, gdyż Hitler prze­widywał błyskawiczne zwycięstwo nad Armią Czerwoną i wierzył, że do końca grudnia niemieccy żołnierze znajdą sobie wygodne i ciepłe kwatery na zimę? Otóż Hitler wcale nie oczekiwał, że wojnę z Rosją zakończy przed końcem roku 1941. Świadczy o tym rozkaz wojenny nr 37, wydany 10 października 1941 roku, w którym Hitler wspomina o "ostatecznym zajęciu" Murmańska, półwyspu Kola i linii kolejowej do Murmańska dopiero w roku następnym. Co do jego do­mniemanego przeświadczenia, że Wehrmacht znajdzie się zimą w bezpiecznych i ciepłych kwaterach, trudno zgadnąć, gdzie Hitler chciał je znaleźć, skoro sam zarządził całkowite zniszczenie wielu miast rosyjskich. Gdzie, na przykład, znalazłyby schronienie przed śniegiem i mrozem oddziały przypuszczające szturm na Leningrad? Przecież w rozkazie dotyczącym przyszłości miasta, wydanym 29 września, ogłosił, że podjął decyzję o "starciu miasta z powierzchni ziemi". Nawet instalacje portowe, na które miała apetyt niemiecka marynarka wojenna, miały zostać zniszczone. Hitler zamierzał "okrą­żyć miasto, a następnie zrównać je z ziemią" za pomocą bombardo­wań i ognia artyleryjskiego.

Trudno zatem podtrzymać tezę wysuwaną przez historyków, że Hitler oczekiwał końca wojny i rozlokowania swoich oddziałów na kwaterach jeszcze przed początkiem zimy. Na jej poparcie, jak się zdaje, trudno przedstawić satysfakcjonujące wytłumaczenie, pozo­staje zatem możliwość, że - jak utrzymują okultyści - do kata­strofy doprowadziła wodza Niemiec meteorologia oparta na założe­niach teorii Horbigera, w którą Hitler bez wątpienia wierzył.

Jeśli tak było, to właśnie wiara Hitlera w okultystyczną kosmologię ura­towała Rosję - a może i cały świat - przed włączeniem do Rze­szy, która wówczas rzeczywiście mogłaby okazać się tysiącletnią.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=47


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 21 sie 2012, 16:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Doszło już do tego, że musimy podejmować decyzje w sprawach naturalnie oczywistych. Tak nam tę rzeczywistość pogmatwano, że wielu nie potrafi się w tym bałaganie moralno - mentalnym odnaleźć.

Musimy bronić tradycyjnego małżeństwa

Edukujcie ludzi na temat możliwych skutków zmieniania definicji małżeństwa w Polsce. Jeśli zamiary homoseksualnego lobby się powiodą, Kościół nie będzie mógł nauczać, że małżeństwo jest związkiem jednego mężczyzny i jednej kobiety – mówi w rozmowie z PCh24.pl Rosie Huray, pracująca dla Minnesota Catholic Conference, organizacji będącej częścią koalicji na rzecz tradycyjnego małżeństwa w Minnesocie.

Zrezygnowała Pani z pracy w kancelarii prawniczej z powodu popierania przez nią tzw. małżeństw jednopłciowych. Czy może Pani opowiedzieć o swojej decyzji?

- Tak, to prawda. Jestem osobą wierzącą, próbującą żyć według zasad ewangelicznych, a mój pracodawca powodował, że przychodzenie do biura i wykonywanie moich obowiązków stawało się coraz trudniejsze z powodu promowanych tam ideologii, które uważam za moralnie niewłaściwe. Choć podczas mojej 13-letniej pracy było takich sytuacji więcej, dwie konkretne sprawy spowodowały, że w końcu odeszłam.

Pierwsza miała miejsce wtedy, kiedy moja kancelaria sponsorowała „the Big Gay Race”, wydarzenie promujące homoseksualne pseudomałżeństwa w stanie Minnesota. Byłam temu sponsoringowi przeciwna z powodów moralnych. Gdyby firma, jak głosi jej polityka różnorodności, naprawdę chciała promować „otwarte na wszystkich środowisko pracy”, zachowałaby neutralność w kwestii jednopłciowych „małżeństw”.

Drugi incydent wydarzył się podczas United Way Week [organizowanego przez United Way, podczas którego pracownicy firm angażują się w działalność dobroczynną, współpracując z różnymi organizacjami non-profit - przyp. ND]. Jeden ze wspólników kancelarii wysłał pracownikom e-mail dla uczczenia „małżeństwa” zawartego pomiędzy dwoma homoseksualistami, z których jeden był prawnikiem kancelarii. Warto dodać, że w Minnesocie „małżeństwo” homoseksualne nie jest ani legalne, ani uznane przez prawo. List jednak wychwalał taki związek, a także wspomniał o umożliwionej przez jedną z agencji United Way adopcji przez tamtą parę dwójki dzieci. Przy tej okazji negatywnie skomentowano inną organizację: Boy Scouts of America - za niedopuszczanie homoseksualistów do pełnienia funkcji liderów.

W listopadzie mieszkańcy stanu Minnesota mają głosować w sprawie jednopłciowych „małżeństw”, a właściwie odrzucenia lub zatwierdzenia poprawki do stanowej konstytucji definiującej małżeństwo jako związek jednej kobiety i jednego mężczyzny. Czy w innych stanach miały miejsce podobne inicjatywy? Jeśli tak, czy w jakimś stanie takie „małżeństwa” jednopłciowe zostały wprowadzone w wyniku referendum?

- Tradycyjna definicja małżeństwa została utrzymana w 31 spośród 31 stanów, w których była poddana pod głosowanie powszechne. W każdym ze stanów, gdzie jednopłciowe „małżeństwa” są legalne, decyzja została podjęta albo przez sędziów, albo przez polityków, nie zaś w głosowaniu powszechnym.

Wygląda na to, że w Minnesocie najczęściej używanym argumentem za jednopłciowymi „małżeństwami” jest stwierdzenie, że „każdy” powinien mieć prawo do małżeństwa i że nie można „nikogo” dyskryminować. Czy ludzie, którzy się posługują tym sloganem, naprawdę uważają, że np. związki pomiędzy dorosłym synem i matką, dorosłym rodzeństwem lub związek kilku dorosłych osób, którzy się na niego godzą, powinny być legalne? Czy o to chodzi w tym ruchu?

- Myślę, że zanim zaczniemy mówić o tym, kto może zawierać związek małżeński, powinniśmy się zastanowić, czym małżeństwo w swej istocie jest. Otóż, to związek wyłącznie jednego mężczyzny i kobiety na całe życie, oparty na miłości i zaufaniu, współczuciu i szlachetności oraz otwartym na poczęcie dzieci. Z punktu widzenia natury, anatomii dwie osoby tej samej płci nie mogą zawrzeć związku małżeńskiego potrzebnego do spłodzenia dzieci. A więc osoby tej samej płci nigdy nie mogą zawrzeć małżeństwa.

Jednak jeśli w małżeństwie ma chodzić tylko o „uczucie”, to z tego punktu widzenia każdy mógłby zawrzeć małżeństwo z kim chce: matki z córkami, ojcowie z synami, bracia z siostrami. I czemu nie poligamiczne? Dlaczego ograniczyć małżeństwo tylko do dwóch osób, jeśli trzy osoby się kochają? Nadszedł czas, aby społeczeństwo zadało sobie pytanie: co jest celem małżeństwa i dlaczego w ogóle je stworzono?

Niektóre amerykańskie firmy poparły „małżeństwa” homoseksualne, np. w ubiegłym roku sieć sklepów JCPenney. Obecnie sytuacja finansowa firmy nie jest dobra, więc zwalnia pracowników. Czy myśli Pani, że to z powodu tego poparcia i bojkotu, który po nim nastąpił?

- Nie znam sytuacji finansowej JCPenney, ale wiem, że wielu moich przyjaciół przestało tam robić zakupy w maju, kiedy sklep wypuścił reklamę przedstawiającą dwie kobiety, które „wzięły ślub”.

Inna firma, Chick-fil-A [sieć restauracji typu fast food - przyp. ND] stanęła po stronie tradycyjnego małżeństwa i także spotkała się z bojkotem, ale jednocześnie z szerokim poparciem. Czy myśli Pani, iż to dobrze, że biznes opowiada się za którąś ze stron?

- Dla firm to trudna decyzja. Kiedyś, aby podjąć decyzję moralnie właściwą, dany prezes mógł po prostu zwrócić się do prawa naturalnego. Prawo naturalne jest niezmienne i trwałe pośród zmian historycznych. Zasady, które są jego wyrazem, pozostają ważne w swojej istocie. Stanowi ono konieczną podstawę do opracowania zasad moralnych oraz prawa cywilnego (Katechizm Kościoła Katolickiego, 1979 r.).

Obecnie firmy jednak bardziej przejmują się polityczną poprawnością, ponieważ otwarte opowiadanie się za czymś, co jest moralnie właściwe, prawdopodobnie zostanie ośmieszone i w końcu odbije się na wyniku finansowym. Przykład Chick-fil-A dobrze pokazał, co może spotkać firmę po tym, jak jej prezes, Dan Cathy, poparł tradycyjne małżeństwo.

Jakich rad mogłaby Pani udzielić ludziom w Polsce, którzy chcieliby przeciwstawić się lobby homoseksualnemu?

- W Stanach mówi się: Sunlight is the best disinfectant [słowa jednego z sędziów Sądu Najwyższego, Louisa Brandeisa, odnoszące się do potrzeby przejrzystości i otwartości, które można przetłumaczyć: „światło dzienne jest najlepszym środkiem czyszczącym” - przyp. ND]. Edukujcie ludzi na temat możliwych skutków zmieniania definicji małżeństwa w Polsce. Jeśli zamiary homolobby się powiodą, Kościół nie będzie mógł nauczać, że małżeństwo jest związkiem jednego mężczyzny i jednej kobiety, gdyż będzie to uważane za przykład bigoterii. Dzieci będą uczone od najmłodszych lat, że niektóre dzieci mają dwie mamy, a inne dwóch tatusiów, a inne dwie mamy i jednego tatusia. Wszystko będzie dozwolone.

A co najważniejsze, wzmacniajcie istniejące małżeństwa. Zacznijcie zakładać grupy wsparcia dla małżeństwa przy kościołach i centrach kultury. Silne małżeństwo oznacza silną rodzinę. Atak na małżeństwo ze strony popkultury i mediów trwa od lat. Statystyki dotyczące par żyjących razem bez ślubu rosną, podczas gdy liczba zawieranych małżeństw spada.

Spotkałam raz na zjeździe osób wspierających tradycyjne małżeństwo Szwedkę, która powiedziała mi, że w jej kraju praktycznie nikt już nie zawiera związków małżeńskich w ich tradycyjnym rozumieniu. Tam prawo dotyczące małżeństwa jest genderless, nie odnosi się do przeciwnych płci. Czy tego chcemy dla naszego kraju i świata? Dla dobra naszych dzieci i wnucząt zacznijmy pracować nad tym, aby wzmocnić małżeństwo, a nie je redefiniować! Musimy o tym mówić!

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Natalia Dueholm

http://www.pch24.pl/musimy-bronic-trady ... 123,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Ład Boży, czy ludzkie (o)błędne koło?
PostNapisane: 27 sie 2012, 12:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31044
Wiara a wiedza - CzK i Lenin

[Przypominam w związku z wiejącym w Polsce ZEFIREM ze Wschodu. 27 sierpnia 2012 MD]
[z książki Vladimira Volkoff, „Kroniki anielskie”, czwarta nowela, Wyd. KKK]


[Genialny fizyk metafizyczny PP udowodnił matematycznie istnienie Boga w Trójcy. Na jego nieszczęście - stało się to w czasie rewolucji bolszewickiej. Dowiedziało się CzK, profesor jest w gabinecie Lenina, a rozmawia z nim Feliks Edmundowicz (dla ciemniaków - Dzierżyński) ]

[mówi Żelazny Feliks: ] [str. 99]

...Zajmijmy się teraz owym narzędziem przebóstwienia czło­wieka, które zwie się wiarą. Jest to narzędzie sensu stricte. Kiedy Jezus mówi o wierze przenoszącej góry, należy to brać dosłow­nie. Wiara to buldożer. Wróćmy do cudów. Zdarzają się tylko wtedy, gdy wiara jest wystarczająco silna. Wiara została poczyta­na Abrahamowi za cnotę. Wiara jest dla człowieka przepustką do tamtego świata. Spójrzcie na mnichów, którzy dla niej gotowi są zrezygnować z doświadczeń męskości. Spójrzcie na męczenni­ków, którzy dla niej pozwalają rozszarpać swoje ciało na kawałki. Wiara to obrona przed upadkiem. Wiara to znaczona karta Pana Boga. Cała zawiera się w jednej formule, równie ge­nialnej co wzór Einsteina: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie". Gdyby nie był w niebie, czyli gdzie indziej, nie byłoby wiary.

Albowiem wiara zakłada brak pewności. Przypomnijcie sobie Pawła z Tarsu. Powiedział, że Grecy szukają mądrości, Żydzi znaków, a jedyne, co można im zaoferować, to ukrzyżowany Bóg. Czyż nie oznacza to, że wiara jest jedyną możliwą drogą?

Postanowiliśmy więc zniszczyć wiarę, która jako jedyna może doprowadzić do realizacji Bożego planu [...]

--------------

- Powstaje następujące pytanie - ciągnął Feliks Edmundowicz. - Co się stanie, gdy ludzie zyskają pewność, że Bóg istnieje?

To prawda, nie wszyscy zrozumieją wasze matematyczne wy­wody, ale ludzie mają zaufanie do lepiej od siebie wykształco­nych. Nikt nie podważa odkryć Newtona czy Einsteina, a jeśli pewnego dnia kosmonauci polecą na Księżyc, to cała ludzkość przyjmie to za fakt, choć nie będzie im w tej podróży towarzy­szyła. Tylko, że taki kredyt zaufania nie ma nic wspólnego z wiarą. Wynika z tak zwanego poznania pośredniego, a to coś in­nego. Zatem na słowo kilku uczonych ludzie przyjmą, że Bóg ist­nieje, podobnie jak przyjmują, że E = mc2.

Czy ich życie się zmieni? Zakładam, że będą starali się zabez­pieczyć. Spróbują dowiedzieć się od Bóstwa, jaki jest aktualny kurs grzechów i kar, dobrych uczynków i nagród. I jeśli tę wiedzę posiądą, będą ją stosowali najlepiej jak potrafią, w swoim dobrze pojętym interesie. Jeśli zaś nie posiądą, to zgodnie z własnym in­stynktem spróbują prognozować i podejmować ryzyko. Wszyscy dobrze wiemy, że istnieje policja, a mimo to popełniamy przestęp­stwa. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Zdaję sobie sprawę, że przed Nim raczej trudno się ukryć. Skoro jednak Bóg nie może na poważnie domagać się, żebyśmy byli doskonali (sam nas stwo­rzył, wie, jacy jesteśmy), to mamy jakiś margines tolerancji. Lu­dzie będą mieli nadzieję, że ten margines jest spory i nie staną się wiele lepsi.

Będą natomiast, być może, chodzili w niedziele i święta do ko­ścioła. Trzeba będzie zbudować więcej cerkwi. Ale będą do tego podchodzili jak do służby wojskowej. Z obowiązku. Żeby sobie uzbierać więcej zasług. A przecież nawet ja, który wywodzę się z Kościoła rzymskokatolickiego, dobrze wiem, że zasługi to tyl­ko element dyscyplinujący i Duch Święty nic do tego nie ma. Może będą dawali większe jałmużny, ale tylko tak, jak się płaci podatki. I będą co tydzień przyjmowali komunię - tak jak się przyjmuje lekarstwo.

Jak widzicie, dalekie to wszystko od planu Jezusa Chrystusa, który mówi: "Weź swój krzyż i pójdź za Mną". W wierze jest swoisty dynamizm, ponieważ jest ona chwiejna. W wiedzy tego dynamizmu nie ma - właśnie dlatego, że z definicji jest ona czymś pewnym. [...]

Jest inny problem, powiecie. Ludzie przestaną się zapisywać do organizacji ateistycznych, zatriumfują kółka różańcowe, a komu­niści i ich partie poniosą klęskę. I co z tego! Co nam po partiach i samych komunistach? Zdecydowanie wolimy kółko różańcowe bez Chrystusa od bolszewickiej komórki partyjnej wciąż jeszcze zajętej walką z Chrystusem. Włodzimierz Iljicz ma takie powie­dzonko, które lubi powtarzać: ,,.Kto kogo dopadnie?". Tylko to się liczy.

Tak, ludeczkowie zamiast się gimnastykować, będą chodzili na pielgrzymki, zamiast Międzynarodówkę będą śpiewać kantyczki i będą adorować ikony zamiast haseł na murach. I co z tego? My pierwsi się nawrócimy. Tu obecny Włodzimierz Iljicz każe się wybrać patriarchą (sami wiecie, że jeśli chodzi o infiltrację, to nie ma sobie równych), a ponieważ oszczędzamy na ekumenizmie, w trymiga zostanie papieżem. Słowo będzie nasze! Bóg może działać jedynie przez Kościół - sam narzucił taką regułę, więc skoro to my będziemy Kościołem...? Nie macie chyba złudzeń co do związku: Marks-Lenin? Marks tylko użycza nam swego na­zwiska. W innych czasach Włodzimierz Iljicz byłby Ariuszem, Julianem Apostatą, Konstantynem Kopronimem, papieżycą Jo­anną - Bóg wie kim jeszcze. Jest Antychrystem lub jest nikim. (Iljicz wydawał się rozbawiony; kołysał głową, a jego łysina rzu­cała świetlne refleksy, kiedy znalazła się w kręgu światła abażuru).

Chcecie wiedzieć, co się stanie, gdy ludzie nabiorą pewności, że Bóg istnieje? Chrystus przegra, bo Jego gra opiera się na miłości i wolności. A tam, gdzie jest pewność, nie ma wolności.

I święty Adam mógłby równie dobrze nie tknąć owocu z Drzewa Dobra i Zła. Powiem więcej - Feliks Edmundowicz mimo woli podniósł głos, jakby rozgrzane wnętrzności powodowały goto­wanie się jego umysłu - jeśli człowiek zyska pewność istnienia Boga, to drugim Adamem będzie I1jicz, a nie Chrystus. I to dzięki wam. Skutek? Zbawienie stanie się niemożliwe, gdyż zniszczone zostanie narzędzie zbawienia.

Ale to jeszcze nie wszystko, Piotrze Piotrowiczu. Jest jeszcze lepiej, znacznie lepiej.

Przyznacie, że człowiek został stworzony z pewnymi fizycz­nymi i duchowymi potrzebami. Musi jeść, pić, rozmnażać się. Musi też wierzyć. Zupełnie jakby miał jakiś tajemniczy gruczoł wydzielający hormon wiary. Naturalnym obiektem tej wiary jest Bóg. Bóg lepiej lub gorzej pojmowany, Bóg osobowy lub nieoso­bowy, dobry lub zły, pojedynczy lub mnogi. Taki czy inny – ale zawsze Bóg. Przypuśćmy jednak, że ów instynkt, być może naj­silniejszy spośród wszystkich, jakimi zostaliśmy obdarzeni, zo­staje nagle zaburzony. Że staje w obliczu, jak by to powiedzieć wakatu. Że ten gigantyczny gejzer wiary, który tryska z nas nie­ustannie, pozbawiony zostaje przedmiotu. Co się wtedy stanie?

- Nastąpi atrofia - mruknął Piotr Piotrowicz.

- Tak. Matki w końcu tracą mleko, a prawiczki popadają w impotencję. Ale tylko wtedy, gdy ich gruczoły nie znajdą ujścia dla swoich wydzielin. Jeśli udowodnimy, że Bóg istnieje, to przejmiemy kontrolę nad narządem wiary, tak jak się przejmuje fabrykę maszyn ciężkich, żeby uczynić z niej fabrykę armat. Tyl­ko tak możemy sprawić, że ludzie będą wierzyli w to, czego nie ma, bo już nie będą mogli wierzyć w to, co jest. Nieważne, że będą wiedzieli, że Bóg jest, i tak będą woleli wierzyć w coś inne­go, bo ludzie generalnie wolą wierzyć niż wiedzieć - to ich główna cnota, ich zasadnicza, nie-burżuazyjna cecha. A i dla nas to lepiej, bo nas z kolei interesuje działanie, a wiara bardziej sprzyja dowodzeniu akcją niż pewność.

[----]

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=47


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 103 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 7  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /