Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 72 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 06 sie 2012, 17:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Ks. Wąsowicz: Kibicom należą się głębokie podziękowania i brawa za ich postawę i edukację patriotyczną

- W wiadomej gazecie pisano o tym, że na pewno kibice zakłócą powstańcze uroczystości. Dzień wcześniej na Placu Krasińskich, masowo rewidowano młodzież w koszulkach przygotowanych przez kibiców, sprawdzano plecaki, spisywano. Czemu ma to służyć? Sam zostałem wylegitymowany i sprawdzono mi plecak dlatego że byłem ubrany w koszulkę ze znakiem Polski Walczącej i szalik Lechii z napisem "Bóg, Honor i Ojczyzna". Jak takie działania nie mają się kojarzyć z komunizmem? - mówi portalowi Fronda.pl ks. Jarosław Wąsowicz, salezjanin, duszpasterz kibiców, kibic Lechii Gdański, były działacz Federacji Młodzieży Walczącej.

Jak ksiądz ocenia tegoroczne obchody Powstania Warszawskiego?

- Dla mnie było to wspaniałe patriotyczne przeżycie. W tym roku tak zaplanowałem swój urlop, żeby móc cały dzień spędzić w Warszawie. Od rana wraz z kibicami Legii rozwoziłem okolicznościowe znicze w różne miejsca związane z Powstaniem Warszawskim i bohaterstwem walczących w nim mieszkańców stolicy. Brałem udział w uroczystościach w Parku Dreszera, później przyglądałem się mrówczej pracy kibiców Legii na Powązkach. Rozdawali tysiące okolicznościowych chorągiewek przygotowanych własnym kosztem, przystrajali nimi mogiły powstańców, wcześniej rozprowadzali okolicznościowe koszulki z powstańczymi symbolami.

Na godzinę przed głównymi uroczystościami własnym transportem zwozili na Powązki kombatantów, gdzie przygotowali dla nich krzesełka i wodę. Podziwiałem niezwykłą sprawność organizacyjną setek młodych ludzi zaangażowanych w działania logistyczne związane z uroczystościami.

Sam pobyt na Powązkach to czas zadumy i refleksji, modlitwy za tych co nie bali się podnieść z kolan i wbrew logice świata walczyć o najwyższe wartości, które budują naród i społeczeństwo. Logika świata się nie zmieniła i do dziś słychać głosy krytyki wobec ich ówczesnej heroicznej postawy. Odnotować muszę także wiele wzruszających dla mnie rozmów z powstańcami zgromadzonymi przy kwaterach kolegów i przyjaciół poległych w 1944 r. Wielokrotnie wyrażali wdzięczność za patriotyczną postawę kibiców i młodych ludzi, którzy nie dają zapomnieć o najlepszych synach naszego narodu. Cieszy mnie także, że uroczystości związane z wybuchem Powstania, przyjeżdża do Warszawy coraz więcej ludzi z całej Polski, którzy korzystając z urlopów chcą w tym szczególnym dniu być w sercu naszej Ojczyzny i oddać hołd bohaterom wolnej Polski.

W tym roku przykładowo spotkaliśmy się na Powązkach i Powstańczym Kopcu w gronie byłych działaczy Federacji Młodzieży Walczącej z różnych ośrodków naszego kraju. W latach 80 - tych FMW było największą antykomunistyczną organizacją podziemną o niepodległościowych programie, która skupiała młodzież szkolną, robotniczą i studencką w kilkunastu miastach Polski i której udało się zbudować prężnie działające struktury ogólnopolskie. Odegrało ona wiodąca rolę w protestach roku 1988 r. i ulicznych manifestacjach 1989 r. Wydawał na terenie Polski ponad sto tytułów podziemnej prasy dla młodzieży. Teraz po latach spotykamy się przy różnych okazjach. W tamtych latach czuliśmy sie spadkobiercami idei młodych ludzi walczących w Powstaniu Warszawskim, więc na obchodach nigdy nas nie brakuje. Ponadto pojawiły się delegacje kibiców różnych klubów z całej Polski. To kolejny dowód na to, że dla ważnych wartości środowisko to pomimo wzajemnych codziennych rywalizacji i animozji potrafi się łączyć. Pamięć o Powstaniu Warszawy łączy wiele patriotycznych środowisk i to jest piękne.

Czy wyrażanie głośnej dezaprobaty dla władzy, nawet jeżeli jest ona słuszna bo wyraziła np. zgodę na koncert skandalizującej Madonny, powinno czy nie powinno odbywać się podczas obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego?

- Odpowiedź na to pytanie nie jest proste. Z jednej bowiem strony stajemy wobec wydarzenia, które winno na wieki stać się narodowym misterium patriotyzmu i poświęcenia dla najwyższych wartości i trzeba je przeżywać jak najbardziej godnie. Z drugiej jednak strony rzeczywistość pokazuje, że niekoniecznie prowadzi się dzisiaj w Polsce właśnie taką politykę, która promuje takie wartości jak honor, cywilna odwaga, poświęcenie dla idei, obrona polskiej racji stanu, kult narodowych bohaterów. Przykładów pokazujących na wręcz odwrotne tendencje - są setki.

Wobec systematycznego rugowania historii z programów nauczania, zdumiewających decyzji związanych z polityką zagraniczną, lekceważenie głosu milionów Polaków domagających się równouprawnienia w mediach, zgoda na poniżanie, wyśmiewanie i przyzwolenie na zwykłe chamstwo, jakie miało chociażby swego czasu na Krakowskim Przedmieściu, odchodzenie od chrześcijańskich wartości i tradycji budzi sprzeciw tych, którzy czują się wykluczeni, ponieważ od kilku już lat pomimo ciągłych petycji, protestów, manifestacji ich głos jest ignorowany. I właśnie tak, a nie inaczej reagują na pojawienie się na uroczystościach upamiętniających tych, którzy w sercu i na sztandarach mieli wyryte hasło "Bóg, Honor i Ojczyzna", polityków którzy decydują dzisiaj o takiej a nie innej linii programowej realizowanej w sprawach, które powyżej przywołałem.

Może zamiast rozdzierać szaty, wsłuchać się w krzyk tej nie małej grupy osób, którzy tak a nie inaczej wyrażali swój sprzeciw wobec rzeczywistości. Pomyśleć dlaczego słychać krzyki "Zdrajcy", "Hańba", po prostu wysłuchać racji tych ludzi i wyciągnąć wnioski, zrewidować swoje dotychczasowe poczynania. Koncert Madonny jest kolejnym dowodem na to, że nie bardzo chyba decydentom jest dzisiaj blisko do wartości, które dla patriotycznej części naszego narodu, a tacy ludzie ginęli w Powstaniu, są naprawdę ważne.

Ostro komentowane jest zachowanie na Kopcu Powstania Warszawskiego. Ksiądz był wtedy na Kopcu. Jak było naprawdę?

- Myślę, że częściowo udzieliłem już odpowiedzi na to pytanie powyżej. Analiza tego, co wydarzyło się na Kopcu, też wymaga pewnego czasu i pogłębionej refleksji wszystkich uczestników sporu jaki w pewnym momencie tam zaistniał. Warto wziąć wszystkie czynniki pod uwagę, nie tylko te, o których słyszymy dzisiaj z mediów głównego nurtu, bo wydają mi się tendencyjne. Mogę jedynie wyrazić ubolewanie, że równie ostro nie reagują np. na wygwizdanie przez uczestników koncertu gwiazdy promującej pornografię i obrażającej uczucia religijne wielu milionów naszych rodaków filmu o Powstaniu Warszawskim. Słyszał pan gdzieś głosy oburzenia? Albo wtedy gdy pijana swołocz drwiła z krzyża, i gasiła pety na starszych ludziach, publicznie bluzgała i obrażała uczucia tych, którzy na modlitwie gromadzili się na Krakowskim Przedmieściu? Jeden z głównych polityków, który został na Powązkach wygwizdany, mówił wtedy o sympatycznym happeningu.

Nie można też nie brać pod uwagę całej atmosfery, jaka wytworzono wśród kibiców przy okazji obchodów rocznicowych. W wiadomej gazecie pisano o tym, że na pewno zakłócą oni powstańczych uroczystości. Dzień wcześniej na Placu Krasińskich, masowo rewidowano młodzież w koszulkach przygotowanych przez kibiców, sprawdzano plecaki, spisywano. Czemu ma to służyć? Sam zostałem wylegitymowany i sprawdzono mi plecak dlatego że byłem ubrany w koszulkę ze znakiem Polski Walczącej i szalik Lechii z napisem "Bóg, Honor i Ojczyzna". Jak takie działania nie mają się kojarzyć z komunizmem? Podczas mojej rewizji powiedziałem zresztą policjantowi, że ostatni podobną sytuację przeżywałem 25 lat temu kiedy ZOMO i milicja rewidowały i spisywały wszystkich chłopaków w 'biało - zielonych" szalikach, którzy pojawiali się w okolicach kościoła św. Brygidy w Gdańsku, gdzie śp. ks. Henryk Jankowski co tydzień odprawiał Mszę św. w intencji Ojczyzny. Często bywali na nich ci, którzy dzisiaj sypią gromy z jasnego nieba na kibiców, którzy krzyczą "Precz z komuną!' czy "raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę” i wydają rozkazy policji, żeby postępowały dokładnie tak samo jak w latach 80-tych działała milicja. Jak mają reagować kibice na prezydent stolicy, która zezwala rosyjskim kibicom na marsze i prezentowanie sowieckiej symboliki, czy koncert wspominanej już powyżej pani o niskiej reputacji moralnej? Zresztą na Kopcu skandowano także w stronę Hanny Gronkiewicz-Waltz: "Dziękujemy za Madonnę!" i tego jakoś w mediach nie podają. Wątków tego wydarzenia jest naprawdę wiele, trzeba na nie spojrzeć z dystansu i przeanalizować. Jako uczestnik tych wydarzeń zamierzam to w najbliższym czasie zrobić i opublikować na łamach prasy.

Czy kibice ze swoją specyfiką oddawania czci bohaterom, będą mieścić się w oficjalnych obchodach patriotycznych rocznic (1 sierpnia i 11 listopada), czy z każdym rokiem będą coraz bardziej piętnowani i marginalizowani?

- Kibice w Polsce w wielu przypadkach ocalili w środowiskach młodzieżowych pamięć o naszej historii i narodowych bohaterach. Wobec takiej a nie innej polityki historycznej to właśnie stadiony i zaangażowanie kibiców pozwoliły przedrzeć się do świadomości młodego pokolenia wiedzy o Powstańcach Wielkopolskich, Warszawskich, Żołnierzach Wyklętych o zbrodniach stanu wojennego, komunistycznych zdrajcach i pachołkach Moskwy. Trzeba pamiętać, że działalność patriotyczna kibiców to nie tylko manifestacje, czy stadionowe oprawy. To także działalność edukacyjna, organizowanie wykładów historycznych, pokazów filmowych dzieł, których nie można doświadczyć w telewizji, całoroczna pomoc kombatantom, organizowanie paczek, wspieranie naszych rodaków na dawnych Kresach Wschodnich. Mógłbym w tym miejscu przytoczyć setki przykładów na taką właśnie działalność. Odsyłam do wielu artykułów, które na ten temat napisałem.

Warto jednak przypomnieć, że 1 sierpnia w wielu miejscach Polski właśnie kibice organizowali uroczystości upamiętniające Powstańców Warszawskich. Chyba najbardziej znaną, z niezależnych oczywiście mediów, jest fantastyczna manifestacja i oprawa przygotowana podczas meczy Śląska: „Niech mówią, że klęska, że uczcić nie należy. Śląsk Wrocław jest dumny z Powstańczych Żołnierzy!”. Kibicom więc należą się głębokie podziękowania i brawa za ich postawę i edukację patriotyczną, którą niestety przyszło im dzisiaj zastępować polską szkołę, a ci którzy te działania napiętnują i próbują marginalizować sami o sobie wystawiają świadectwo.

Gen. Ścibor-Rylski zapowiedział wczoraj, że w związku z niewłaściwym wykorzystywaniem znaku Polski Walczącej zostanie on zastrzeżony i będzie prawnie chroniony. To bardzo smutna informacja puentująca obchody 1 sierpnia. Czy przez to "kotwica" przestanie być powszechnym emblematem patriotycznej tożsamości, również wśród kibiców?

- Nie bardzo wiem na czym w związku z omawianymi przez nas wydarzeniami ma polegać niewłaściwe wykorzystanie znaku Polski Walczącej i po co zastrzegać symbol, który dla polskich patriotów zawsze i tak będzie najpierw wyryty w sercach, a nie na koszulkach czy innych gadżetach. Będzie kojarzył się z pozytywnym przesłaniem, że nawet wbrew nadziei, sytuacji politycznej, warunków zewnętrznych czy wewnętrznych, ważne jest to, że "Polska Walcząca" to Polska walcząca do końca.

Rozmawiał Jarosław Wróblewski

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/ ... der_23057/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 03 paź 2012, 19:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Aleksander Ścios

NIE ZATRZYMUJCIE TEGO MARSZU

Jeśli opozycyjność ma znaczyć więcej niż werbalny sprzeciw, jeśli ma być twórcza i prowadzić do kreowania nowej rzeczywistości - powinna odrzucać wszystko co proponuje III RP – z jej mediami, establishmentem i samozwańczymi elitami. Nie tylko ze względu na ich fałsz, intelektualną marność i semantyczne zaprzaństwo, ale dlatego, że niemożliwe jest budowanie społeczności ludzi wolnych wraz z tymi, którzy noszą piętno niewolnictwa. Kto próbuje takiej sztuki – nie tylko nie ocali niewolników, ale zgubi ludzi pragnących wolności.
"W wielkiej wspólnocie żyjących nie ma miejsca ani dla wampirów, ani dla upiorów, ani dla zmór nocnych” – przypomniał przed miesiącami Jarosław Marek Rymkiewicz i te słowa poety trzeba odczytać wprost, poza ich wymiarem symbolicznym.
Wielką „wspólnotę żyjących” poznaliśmy podczas sobotniego marszu. Jego atmosferę mogą zrozumieć tylko ci, którzy pamiętają manifestacje roku 1980 i noszą w pamięci doświadczenia komuny. Wbrew opiniom niektórych „konstruktywistów”, próbujących sprowadzić oppositio do walki z „wydłużeniem wieku emerytalnego, podnoszeniem podatków i polityką antyrodzinną" – myślę, że był to akt autentycznego buntu i zanegowania całego porządku III RP.

„Życie w komunizmie jest piekłem, ale nie dla wszystkich” – pisał przed laty Leopold Tyrmand, - „Jest piekłem dla ludzi dobrej woli. Dla uczciwych. Dla rozsądnych. Dla chcących pracować z pożytkiem dla siebie i dla innych. Dla przedsiębiorczych. Dla tych, którzy chcą coś zrobić lepiej, wydajniej, ładniej. Dla tych, którzy chcą rozwijać, wzbogacać, pomnażać. Dla wrażliwych. Dla prostolinijnych i skromnych. Natomiast dobrze prosperują w komunizmie głupcy nie dostrzegający własnej marności i śmieszności. Doskonale powodzi się służalcom, oportunistom i konformistom; wiedzie im się tym lepiej, że z czystym sumieniem mogą nie robić nic, albowiem i tak nie sądzą, że należy coś robić w zamian za serwilizm - czują się zwolnieni z wszelkiej odpowiedzialności co wzmaga ich znakomite samopoczucie”.
Ponieważ komunizm nie ma nic wspólnego z ideologią ani doktryną polityczną, dokonanie prostego zabiegu i zastąpienie tego określenia nazwą „III RP”, nie będzie nadużyciem. Pozwoli nam celnie zdefiniować obecną rzeczywistość oraz dostrzec, że państwo to jest sukcesorem komunistycznego piekła.
Ta prawda uwidoczni się jeszcze mocniej, gdybyśmy słowami Tyrmanda próbowali opisać bezmiar hipokryzji i oszustw towarzyszących poczynaniom grupy rządzącej:
„Nikt, kto skłonny jest walczyć o godność własną – pisał autor „Złego” - i chce pozostać w zgodzie z własnym sumieniem, nie zgodzi się na to, żeby nazywać dzień nocą, ciemnotę kulturą, zbrodnię przyzwoitością, niewolę wolnością - na mocy dekretu komunistycznych władców. Poprzez kłamstwo komunizm staje się wszechobecny, przeobraża się we własność bytu, partnera istnienia, element panteistyczny, z którym nawet ścinanie paznokci ma coś wspólnego. Groza kryjąca się w tym stanie rzeczy jest nie do pojęcia dla ludzi …”
Ten sam semantyczny terroryzm, z którego komuniści uczynili narzędzie swojej władzy, jest dziś użyty przeciwko dążeniom milionów Polaków. Działaniem medialnych terrorystów sprowadza się nas do poziomu zakładników kilku pojęć – cepów, narzuconych jako ograniczenie dla naszych pragnień i postulatów.

Czy nie jest to mechanizm opisany niedawno przez prof. Legutkę, który dostrzegając „naturę i rozmiar destrukcji, jakiej dokonała Platforma Obywatelska w polskim narodzie”, trafnie dostrzegał w nim cechę, jaką posiadała PZPR? Mechanizm, który nie tylko upodabnia grupę rządzącą do partii komunistycznej, ale stawia nas w sytuacji społeczeństwa poddanego dyktatowi „rozbestwionego kłamstwa jakim komunizm wypełnił swój świat”.
Przykłady tego kłamstwa towarzyszą nam od chwili powołania rządu PO-PSL, a od dnia tragedii smoleńskiej stało się ono fundamentem obecnej władzy. Na nim zbudowano prezydenturę Bronisława Komorowskiego oraz oparto kolejną kadencję Donalda Tuska. Produkt tego kłamstwa – wszechobecny „aparat nienawiści”, jest dziś gwarantem obcych wpływów. To z zachowań antypolskich apatrydów, kraje sąsiedzkie czerpią wiarę w polską głupotę i rozgrywają nasze losy w teatrze globalnych interesów. To z postaw polskojęzycznej mniejszości, dla której „moskiewska prawda” znaczy więcej od życia Polaków, wyrasta pogarda, z jaką traktują nas kremlowscy ludobójcy.
Czy dostrzegając tę patologię, wolno nam uznać tych ludzi za rodaków lub obdarzyć ich godnością Polaka – tylko dlatego, że zrządzeniem Opatrzności urodzili się w kraju nad Wisłą? Jak wówczas scalić nasz ból i gniew z aroganckim samozadowoleniem smoleńskich łgarzy? Jak pogodzić marzenia o wolnej Polsce z realiami stworzonymi przez sukcesorów, dla których polskość będzie zawsze wroga i nienormalna?
Gdy z odwagą przyjmiemy diagnozę polskiej rzeczywistości, trzeba postawić pytanie - wolno nam poprzestać na negacji tylko niektórych jej elementów? Zmienić nazwiska ministrów i zachować wpływy grupy rządzącej? Stworzyć „rząd fachowców” i umocnić władzę lokatora Belwederu? Zadbać o sprawy gospodarcze i utrwalić układ w służbach specjalnych? A może odwołać się do miraży nieistniejących mechanizmów i mamić Polaków potęgą karty wyborczej?

Ci, którzy proponują taką drogę, powinni też wskazać system wartości, jakim zmierzyli polską rzeczywistość oraz metodę, pozwalającą im oddzielić rzeczy dobre od złych. Jeśli odwołują się do szlachetnego oppositio – niech powiedzą, gdzie przebiega granica ich sprzeciwu i na czym się ona opiera? Czy pozwala ona rozmawiać z Polakami za pośrednictwem ośrodków propagandy? Czy umożliwia gradacje na złych i dobrych polityków grupy rządzącej? Czy zezwala na wspieranie inicjatyw Pałacu Prezydenckiego lub sprowadza się do jałowych wniosków „o konstruktywne wotum nieufności”? A może chce dziś wyciszyć głosy krytyki i stworzyć z „naszych” mediów kolejne partyjne komunikatory?


„Ta myśl może się wydać śmieszna, ale jedyny sposób walki z dżumą to uczciwość” – mówi jeden z bohaterów „Dżumy”. I zapewne jest to norma śmieszna, gdy widzimy jak żyją ludzie prawi, nieprzystosowani do polskiej codzienności, zepchnięci na jej margines.
Ci, dla których życie w III RP jest piekłem.
Spotkałem tych ludzi podczas sobotniego marszu i wiem, że ktokolwiek spróbuje ich oszukać, paktować zza ich pleców z niewolnikami lub łudzić zwycięstwem wyborczym – będzie nie tylko podobny rządzącym apatrydom, ale zaprzepaści ogromny potencjał.
Nie wolno odrzucać broni przeciwko bezkształtowi dławiącemu Polskę. Dziś jest nią siła słowa, nazywania rzeczy po imieniu, bez światłocieni i zabójczych kompromisów. Inaczej - walka z potworem żyjącym z kłamstwa, stanie się walką z cieniem. By uczynić go widocznym, trzeba nazwać prawdziwym imieniem, obnażyć i powalić w bezpośredniej bitwie.
Ten kto uważa, że można zwyciężyć bez otwartego konfliktu z grupą rządzącą – jest głupcem, albo rzecznikiem własnych interesów. W całą koncepcję autentycznego oppositio wpisany jest sprzeciw, wola walki i intencja burzenia złych fundamentów. Podważanie tego porządku prowadzi do absurdu, w którym miarą „demokracji” byłby serwilizm i uległość, a wyrazem skuteczności - amoralny koniunkturalizm.
Traktowanie III RP jako reprezentacji narodu lub odbiorcy obywatelskich roszczeń – jest nie tylko bezcelowe, ale tworzy niebezpieczny klimat konwalidacji obecnego układu i wprowadza w błąd miliony Polaków, przekonanych, że żyją w świecie demokracji. Jeśli z doświadczeń ostatnich lat mamy wynieść mądrą konkluzję, musi ona dotyczyć całego obszaru relacji społecznych i prowadzić do gruntownych zmian w myśleniu o Polsce. Nie wolno utrwalać poglądu, jakoby niepodległość tego państwa kupiono za cenę „okrągłego stołu” ani wspierać przekonania, że układ III RP działa w warunkach pełnej suwerenności.
Obowiązek reprezentantów narodu polega na odrzuceniu całego bagażu antyludzkiej i antypolskiej tradycji, zatruwającej nasze życie od ponad dwóch dekad.


Dlatego sobotniego marszu nie wolno zatrzymać na stacji „konstruktywnej opozycji” lub kierować na manowce pseudodemokracji. Trzeba zrobić odważny krok i z gniewu ludzi uczciwych wytyczyć drogę do wolnej Polski.

http://bezdekretu.blogspot.com/2012/10/ ... arszu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 23 lis 2012, 19:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Magia ekranu, prawda programu

Ewa Polak-Pałkiewicz

24 października 2005 wieczorem Polacy usłyszeli trzy dobre nowiny. Jedna obwieściła prezydenturę Lecha Kaczyńskiego. Druga była wiadomością o tym, że kampanię wyborczą przegrała większość mediów. Nie po raz pierwszy – choć tym razem było to niezwykle wyraziste – mogliśmy się przekonać, jak bezwzględny jest to przeciwnik. Zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego nie było personalnym zwycięstwem nad Donaldem Tuskiem. To było zwycięstwo o wiele trudniejsze, nad światem medialnym, zaangażowanym w sposób pozbawiony uczciwości – ale także profesjonalizmu, kultury politycznej, a często i osobistej – po jednej stronie wyborczej walki.

Trzecia nowina zabrzmiała znacznie mniej rozgłośnie, przytłumiona wrzawą ogłaszanych wyników, a przecież nadawała tej pierwszej specjalny sens i oprawę: Polska tego dnia zyskała nowych świętych. Dzień zwycięstwa Lecha Kaczyńskiego zbiegł się z dniem kanonizowania przez Benedykta XVI abp. Józefa Bilczewskiego i ks. Zygmunta Gorazdowskiego. Mieliśmy w ostatnich latach szczęście przeżywać wiele kanonizacji i beatyfikacji, ale połączenia jedną datą okoliczności tak radosnych jeszcze nie było. Czy to nie jest znak do odczytania? Znak „z dalekiego kraju”, z wyżyny niebieskiej, skąd uśmiecha się do nas Ojciec Święty? Tak zatroskany za życia o nasz los, tak pragnący dla nas prawdziwego dobra, godziwych warunków rozwoju, wolności, która umożliwi odrodzenie moralne kraju. Tak jednocześnie „zabiegany” w ciągu lat swej posługi wokół kanonizacji i beatyfikacji polskich męczenników i świadków wiary, których życiorysy traktował zawsze jako najlepszą lekcję historii i człowieczeństwa. Nie ma żadnych gwarancji, że obudziliśmy się po 24 października 2005 r. w Polsce, której pragnęliby dla współrodaków polscy święci. Przeciwnie, czeka nas wszystkich ogromny trud, by taką Polskę – Polskę na miarę marzeń Jana Pawła II – stworzyć. I nie ma się co oszukiwać, że będzie łatwo. Przeciwnicy nie złożyli broni. Jednak efekt tym razem może być proporcjonalny do wysiłku władz i wszystkich ludzi dobrej woli. Został bowiem przekłuty wielki balon, nadmuchiwany przez lata przez nieprzychylnych takiemu wysiłkowi specjalistów od kreowania rzeczywistości – na ekranach, antenach i na szpaltach gazet. Rzeczywistości pożądanej przez ludzi żyjących z tego, że ktoś im udziela zaufania na kredyt bez pokrycia, że ktoś daje się uwieść ich zaklęciom.

Śledzenie kampanii wyborczej w reżyserii sztabu lidera PO związane było z uczuciem upokorzenia. Jej etapy – łącznie z podsumowującym stwierdzeniem: „Zwycięstwo Kaczyńskiego to zwycięstwo Leppera” – miały dezawuować myślenie, a gloryfikować płytkie emocje. Fakt, że przyłączyła się do tego cała „medialna Polska”, zwłaszcza media publiczne – wyjątek stanowiły media katolickie – więcej mówi o zagrożeniu, jakie niosło ewentualne zwycięstwo PO, niż jej faktyczna bezprogramowość. Taktyka zaś sprowadzała się do tego, by zaatakować człowieka – nie bojąc się chwytów rodem z dziecięcych podwórek: że niski, że gruby, „niemedialny” – a nie skonfrontować się z wizją państwa, która została przedstawiona przez PiS. Dziś ludzie orientacji PO wraz ze światkiem medialnym, nie mogąc otrząsnąć się z klęski, próbują naśmiewać się ze zwycięstwa Lecha Kaczyńskiego i jego formacji, sugerując, że jest zasługą „prymitywnej Polski wschodniej”, którą stanowią „niewykształceni” i „konserwatywni” chłopi, „myślący kategorią resentymentów PRL-owskich”. Tymczasem jest akurat na odwrót: polska prowincja ze wschodu, południa i centrum okazała się niezależna w swych reakcjach, wolna, odporna na socjotechnikę i psychotechnikę, ale także – myśląca kategoriami propaństwowymi, nie mgławicami ideologicznymi. Wygrało, można by rzec, społeczeństwo obywatelskie, o które dopominały się przez lata „transformacji” „autorytety moralne” i „osobistości telewizyjne”. Ale był to werbalizm. Społeczeństwo obywatelskie, czyli ludzie poświadczający, że rozumieją potrzeby państwa, że chcą uczestniczyć w naprawie państwa – o ile w sposób uczciwy i racjonalny przedstawia się im program naprawy – są groźni dla wszystkich, którzy stawiają sobie jako zadanie „uwodzić tłum”. Dlatego nigdy nie będą przez uwodzicieli traktowani inaczej jak w sposób instrumentalny, pełen pogardy. Zawsze będą tymi złymi, tą kulą u nogi, która nie pozwoli rzekomo przedostać się Polsce do „lepszego świata”.

Straszenie socjalizmem, ciemnotą, konserwatyzmem powinno raz na zawsze przejść ludziom, którzy nie rozumieją problemów Polski – dlatego wolą bujać w obłokach medialnych miraży – po przytomnym komentarzu jednej z najbardziej wpływowych gazet zachodnich – Financial Times. Gazeta zauważyła, że program gospodarczy PiS jest, jeśli porównać go z programami zachodniej prawicy, na wskroś liberalny, czyli daje szansę wolności gospodarczej. Od przyjęcia tej konstatacji mógłby się rozpocząć wielki powrót z rzeczywistości wirtualnej, wytworzonej na użytek kampanii medialnej, na ziemię.

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedz ... 0545&nr=25


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 03 gru 2012, 07:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Razem możemy wiele

Przemówienie o. dr. Tadeusza Rydzyka CSsR, dyrektora Radia Maryja

Kochani Księża Biskupi, Księża, Siostry, wszyscy świeccy oraz ci, którzy nas słuchają i oglądają. Zobaczcie, co się dzieje, kiedy jest komunikacja, kiedy ludzie ze sobą rozmawiają. Wtedy budzi się miłość i ukochanie prawdy, którą jest Pan Bóg, wówczas ludziom jest dobrze być ze sobą. Człowiek nie jest samotną wyspą, a razem możemy uczynić wiele.

Wszystko dlatego, że słuchamy Ducha Świętego, Jego natchnień i idziemy razem. Takie są rezultaty małych cegiełek, z których można zrobić bardzo wiele. Przykładem jest Radio Maryja i inne dzieła przy nim wyrosłe. Przykładem są kościoły budowane w Polsce za grosze. Niektórzy mówią, żeby "pazerni" księża oddali to, co zagrabili. Któż to zagrabił? Widzimy kto. Nic nie jest zagrabiane - tu są tylko dobrzy ludzie, wdowi grosz, a zwłaszcza modlitwa cierpiących, modlitwa dzieci i młodzieży, dobra wola wszystkich ludzi, którzy kochają, którzy odkryli prawdę. (Zobaczcie, ile godzin można wytrzymać, na stojąco!). Za to wszystko dzisiaj dziękujemy Panu Bogu. Trzeba dziękować, cieszyć się i nie patrzeć pesymistycznie w przyszłość. To diabeł podpowiada pesymizm. Zwycięstwo należy do Chrystusa. To widać po nas wszystkich, po Rodzinie Radia Maryja.

Wydawało się, że Polacy są rozproszeni, a zobaczcie, w 3 tygodnie około 10 tys. ludzi zmobilizowało się i przybyło do Rzymu. To jest miłość. Media mają być środkami społecznego komunikowania, rozmawiania. W domu się rozmawia, a Kościół jest domem i Ojczyzna jest domem. Żeby było dobrze, trzeba rozmawiać na argumenty: prawdy i dobra. Nie trzeba dogadywać sobie nawzajem, tylko dogadywać się - dla dobra wspólnego. Za to dogadywanie się dziękujemy serdecznie. Dziękujemy za "dogadywanie się" z Panem Bogiem, dziękujemy za modlitwę. (...)

http://www.naszdziennik.pl/wp/16835,raz ... wiele.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 12 gru 2012, 16:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Strona agresywna chce ograniczyć wolność wiary

Wypowiedź dla Radia Maryja prof. Zdzisława Krasnodębskiego, socjologa.

W społeczeństwach zachodnich mimo, że mamy do czynienia z procesem sekularyzacji i wypierania katolików ze sfery publicznej obserwujemy rodzaj pokojowej koegzystencji. Nie ma takich zjawisk jak Ruch Palikota. One występowały w latach 70. Natomiast w Polsce jest to związane z podgrzewaniem atmosfery, gdzie w zasadzie nie ma nic świętego. To jest jednak porywanie się na polską świętość.

Wszyscy byliśmy wychowani na trylogii. Wiemy co to znaczy nawet jeżeli ktoś jest niewierzący. Dziś widzimy uderzanie w symbol. Mieliśmy okazję obserwować różnego rodzaju działania podczas demonstracji na Krakowskim Przedmieściu. W Polsce toczy się spór kulturowy, czy nawet wojna kulturowa. Nie ulega wątpliwości, po której stronie jest agresja.

Całe życie wykładałem na uniwersytecie. Za czasów komunistycznych pisałem, zajmowałem się różnymi nurtami filozofii, nigdy jako intelektualista w Polsce nie czułem się ograniczony przez Kościół, ani przez ludzi wierzących. Nigdy nie czułem się dyskryminowany. Natomiast zawsze w swojej działalności natykałem się na czyn ze strony ludzi oświeconych. Kiedyś oświeconymi byli marksiści, teraz są feministki, itd.
To przybiera różne formy. To są ci ludzie, którzy nurty takiej ideologii starają się kontrolować, nakazać coś, ustalić pewne bariery. Oczywiście robiąc to wszystko pod pozorami wolności. To tak samo jak z tzw. językiem nienawiści. Wiemy kto tę nienawiść szerzy i kto mówi o miłości. Widać tę perwersję języka. To jak prokuratura, która jednocześnie mówi, że był trotyl, ale nie było środków wybuchowych.
To jest operacja na języku, przeinaczanie wszystkiego. Strona agresywna, strona, która chce ograniczyć wolność, wolność wiary, która jest tutaj podstawowym osiągnięciem robi to rzekomo w imię wolności. Strona, która jest w jakimś sensie agresywna mówi o tolerancji i porozumieniu. Za chwilę będziemy mieli ustawę o nienawiści, ta która będzie służyła, aby ścigać krytyków tego rządu.

http://www.radiomaryja.pl/informacje/st ... osc-wiary/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 27 cze 2013, 06:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wychowawca pokoleń kapłanów

Bogusław Rąpała

Ksiądz profesor Czesław Bartnik lubi powracać do rodzinnych Źrebiec koło Szczebrzeszyna. Tu kształtował się jego patriotyzm i tutaj zrodziło się jego powołanie do kapłaństwa. Ten wybitny teolog i filozof, a także wielki autorytet moralny w tym roku obchodzi 60. rocznicę święceń kapłańskich. Jest wychowawcą dziesiątek pokoleń kapłanów i teologów. Tak jak ks. Piotr Skarga przed wiekami, tak dziś ks. prof. Bartnik budzi ludzkie sumienia, odważnie broniąc wartości chrześcijańskich oraz tradycji narodowej.

Dużo o Bogu

Urodził się 9 sierpnia 1929 roku. Dziś z siedmiorga rodzeństwa żyje tylko on i jego o dziesięć lat młodsza siostra Róża. Ich ojciec, który był szewcem i rolnikiem, w czasie wojny służył w AK. To on uczył swoje dzieci patriotyzmu. Natomiast po matce rodzeństwo Bartników odziedziczyło głęboką religijność. W takim domu dojrzewało kapłańskie powołanie nie tylko młodego Czesława, ale także o dwa lata starszego brata Józefa, który wstąpił do zakonu jezuitów.

Tych dwóch braci łączyły szczególnie bliskie relacje, choć mieli różne charaktery. – Józef był spokojny, Czesław bardziej energiczny i nerwowy. Gdy coś zbroili, Czesław zdążył uciec, a Józio nie, i to jemu się obrywało – wspomina pani Róża Brodziak, siostra ks. prof. Bartnika. Bracia bardzo dużo czytali i podobno układali nawet swój własny słownik. Józef miał bardzo pozytywny wpływ na młodszego Czesława. – Życzyłbym każdemu takiego brata – mówił na jego pogrzebie ks. prof. Bartnik.

Ze wspomnień pani Róży wynika, że Czesław od dziecka miał skłonność do zapisywania swoich myśli i spostrzeżeń. Te dotyczące wsi zapiski pamiętnikarskie wykorzystał w swojej książce „Mistyka wsi: z autobiografii młodości 1929-1956”, która doczekała się czterech wydań.

Umiejętność pięknego wysławiania się oraz pierwsze oznaki kapłańskiego powołania można było zauważyć u ks. prof. Czesława Bartnika już w latach wczesnej młodości. Podobno w pamięci sąsiadów zachowało się wspomnienie bawiącego się przed domem kilkuletniego chłopca, który wdrapywał się na stojącą przed domem gruszę i stamtąd wygłaszał kazania. – Ludzie mówili, że pewnie będzie księdzem – opowiada pani Róża. Gdzieś w domu ma zeszyt brata z czasów, gdy był uczniem gimnazjum w pobliskim Szczebrzeszynie. – Jego wypracowania oceniano zawsze bardzo dobrze, ale do oceny dopisywano jedną uwagę: Za dużo o Bogu – opowiada młodsza siostra. A kiedy po kilkudziesięciu latach ks. prof. Czesław Bartnik zjawił się na uroczystości poświęcenia sztandaru szkoły, której był uczniem, wśród jego dawnych kolegów i koleżanek można było usłyszeć określenie, jakim – znając jego umiejętność pięknego wysławiania się – obdarzyli go już za czasów uczniowskich – „złotousty”. Jednym z milszych wspomnień pani Róży są opowiadane jej przez Czesława i Józefa bajki na dobranoc, które sami wymyślali.

Podczas jednej ze spowiedzi Czesław zapytał spowiednika, czy może „pójść na księdza”. Usłyszał pozytywną odpowiedź, wręcz zachętę. W 1948 r. zdał maturę w Liceum Ogólnokształcącym im. św. Stanisława Kostki w Lublinie i wstąpił do seminarium. Święcenia kapłańskie przyjął 21 czerwca 1953 roku. Od najmłodszych lat czuł ogromny pociąg do wiedzy, dlatego jeszcze jako kleryk rozpoczął studia filozoficzne oraz teologiczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Kształcenie kontynuował na studiach doktoranckich z teologii fundamentalnej i religiologii. Studiował również historię i teologię w Instytucie Katolickim w Paryżu i na Uniwersytecie Katolickim w Leuven w Belgii. Wykładał filozofię, teologię i historię Kościoła na KUL oraz w seminariach duchownych. W 1980 r. otrzymał tytuł profesora zwyczajnego i przez lata pełnił funkcję dyrektora sekcji teologii dogmatycznej KUL. Jest czynnym członkiem Towarzystwa Naukowego KUL, Komisji Nauki Wiary Episkopatu Polski, a także Komitetu Nauk Teologicznych PAN.

Troskliwy opiekun

Ksiądz profesor Bartnik jest tytanem pracy. Spod jego pióra wyszło ponad 3 tys. publikacji, w tym ponad 90 książek. – Wiecznie ma coś do zrobienia – mówi jego siostra.

Wśród jego byłych uczniów są również księża biskupi. Jednym z nich jest metropolita częstochowski ks. abp Wacław Depo, który wszystkie stopnie naukowe zdobył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim właśnie pod kierunkiem ks. prof. Czesława Bartnika. W 980 r. obronił pracę magisterską, a w 1984 r. doktorat z teologii dogmatycznej. – Ksiądz profesor Bartnik prowadził nas po personalistycznych drogach Kościoła. On głosi Ewangelię życia nie tylko słowem mówionym i pisanym, ale przede wszystkim czynem – zauważa ks. abp Depo. Zwraca uwagę na ojcowski stosunek księdza profesora, który był ze swoimi wychowankami zarówno w chwilach radosnych, jak i w momentach przepełnionych bólem i cierpieniem. Przypomina pogrzeb swojej matki, na który ks. prof. Bartnik przybył pomimo podeszłego wieku i nie najlepszego stanu zdrowia.

– Dla nas liczyła się jego troska o studentów – podkreśla ks. abp Depo. Akurat na czas studiów księdza arcybiskupa przypadł okres stanu wojennego. Nazajutrz po jego ogłoszeniu ks. prof. Bartnik, nie będąc pewnym dalszych losów katolickiej uczelni, zaprosił wszystkich swoich studentów i doktorantów do seminarium duchownego w Lublinie. – Pamiętam to jak dziś. Powiedział nam, żebyśmy w czasie tej ciemnej nocy, która nie wiadomo, jak długo potrwa, pamiętali, że jesteśmy ze sobą związani prawdą i ta prawda musi kiedyś zwyciężyć. To spotkanie było dla mnie świadectwem niezwykłego zaufania ks. prof. Bartnika do Bożej Opatrzności – wspomina ks. abp Wacław Depo. To, na co zwraca szczególną uwagę, opisując postać swojego byłego promotora, to prostota wiary. – Jest dla nas świadkiem żywej mądrości płynącej z daru Bożego i z bojaźni bożej – wyjaśnia. Ksiądz profesor Bartnik odznacza się również doskonałym zmysłem Kościoła Chrystusowego, przez co jego opinie dla wielu bywają niewygodne, a on sam jest atakowany. To, na co jeszcze zwraca uwagę ks. abp Depo, to „niekarykaturalna” współpraca ks. prof. Bartnika z innymi duchownymi oraz ludźmi świeckimi. – Nie wchodzi w żadne układy, ale tam, gdzie trzeba powiedzieć prawdę, tam ją mówi i o niej pisze – komentuje ks. abp Depo.

Dar wspólnoty

Ksiądz dr hab. Ryszard Kozłowski ze Zgromadzenia Księży Filipinów w latach 90. pisał doktorat o ks. prof. Bartniku. Jak mówi, robi wszystko, aby jak najwięcej ludzi dowiedziało się o tym wybitnym teologu. Nazywa go swoim mistrzem duchowym. Na podstawie lektury prac ks. prof. Bartnika, a przede wszystkim na podstawie własnych z nim spotkań, doszedł do wniosku, że ks. prof. Bartnik posiada niezwykłą intuicję pozwalającą zajrzeć w głąb duszy drugiego człowieka. Ma w sobie coś z proroka. – Jego myśl wybiega daleko do przodu. Badając myśl, koncepcję, kulturę czy historię, potrafi przewidzieć nie tyle dalszy bieg wydarzeń, co ogólny klimat kulturowy i polityczny – zauważa ks. Kozłowski.

Ksiądz profesor Czesław Bartnik jest twórcą personalizmu uniwersalistycznego, kierunku filozoficznego, który w centrum swoich badań stawia osobę.

– On nauczył mnie szerokiego spojrzenia na Boga, na świat i na innych poprzez pryzmat osoby, czyli w sposób najpiękniejszy, najbardziej wysublimowany, duchowy i najbardziej prawdziwy – twierdzi ks. Kozłowski. Jest zafascynowany tym, w jaki sposób ks. prof. Bartnik pisze o sakramentach. – To nie są oderwane od ziemi rozważania teologiczne, ale teksty bardzo ciepłe i życiowe – wyjaśnia.

Kazania i artykuły ks. prof. Czesława Bartnika są przepełnione troską o Polskę. Często pojawia się w nich słowo „Ojczyzna”. Znany jest ze swojego umiłowania polskości. – Ksiądz profesor pokazuje nam, że położenie geograficzne nie jest ślepym trafem, ale opatrznościowym darem. Jest to dar miejsca, a przede wszystkim wspólnoty ludzi żyjących tutaj od pokoleń. Ta wspólnotowość naszej polskiej drogi, oparta o wiarę w Chrystusa i zaufanie do Jego Matki, jest fundamentalną sprawą, jest naszym być albo nie być dla przyszłości – tłumaczy ks. abp Depo.

Ksiądz Kozłowski zauważa, że ks. prof. Bartnik jest również znany ze swojego ciętego języka. – To wyraz jego ojcowskiej troski o Ojczyznę. Bo ks. prof. Bartnik jest bardzo wrażliwym i czułym człowiekiem – zapewnia. O tym, że księdza profesora bardzo niepokoi to, co się obecnie dzieje w Polsce, wspomina także jego siostrzenica. – Jest zaniepokojony szerzącym się w Polsce antyklerykalizmem i ateizacją społeczeństwa, a szczególnie młodzieży. To go najbardziej martwi – podkreśla siostrzenica Lilianna Bartnik, która regularnie odwiedza ks. prof. Bartnika w Domu Księży Emerytów w Lublinie. Jak mówi pani Lilianna, te odwiedziny umacniają i pogłębiają jej wiarę poprzez wspólne rozmowy oraz książki, które jej podsuwa. Oczywiście zakres tematów dotyczy też spraw rodzinnych, wspomnień z czasów dzieciństwa, życia na wsi dzisiaj i przed laty. W tych rozmowach łatwo wyczuć lokalny patriotyzm księdza profesora, podobnie jak w głoszonych przez niego kazaniach. – Ten patriotyzm jest bardzo widoczny w kazaniach wygłaszanych w miejscowościach, które odwiedza. Są one związane z daną miejscowością i osadzone w historii – opowiada pani Lilianna, która jest częstą towarzyszką podróży księdza profesora do rodzinnych Źrebiec.

Ksiądz profesor Bartnik często podkreśla, że pochodzi z rodziny chłopskiej. – Z jego prac przebija wielka prostota, a jednocześnie głębia refleksji i krytycyzm. Nie interesują go żadne fantazje i fikcje. Stąd jego przywiązanie do historii – dodaje ks. Kozłowski.

Ze względu na podeszły wiek i stan zdrowia ksiądz profesor rzadziej niż przed laty bywa w Źrebcach. Teraz przyjeżdża już tylko w odwiedziny. Ale przed laty, gdy jeszcze żył brat Józef, razem spędzali urlop w rodzinnej wiosce. We wspomnieniach pani Róży zachował się obraz, gdy we troje szli na koniec wsi, spacerowali po łąkach i gawędzili o tym, jak wieś wyglądała kiedyś, a jak wygląda dzisiaj. – On czuje się człowiekiem wsi – podkreśla pani Róża.

Ksiądz Ryszard Kozłowski i dwóch jego kolegów pracuje obecnie nad książką poświęconą księdzu profesorowi, która będzie nosiła tytuł „Myśleć i wierzyć”. – Chcemy pokazać ks. prof. Bartnika od strony jego człowieczeństwa – wyjaśnia ks. Ryszard. Jeden z rozdziałów został napisany w oparciu o teksty autobiograficzne ks. prof. Bartnika. Między innymi w oparciu o nie powstał tytuł mającej się wkrótce ukazać książki. – Ksiądz profesor Bartnik jest człowiekiem głęboko wierzącym i głęboko myślącym, całkowicie oddanym Jezusowi Chrystusowi i Jego Kościołowi – podkreśla ks. Kozłowski.

http://www.naszdziennik.pl/wp/40034,wyc ... lanow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 07 lip 2013, 10:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wojciech Wencel

Reytan szalony

Czytając najnowszą książkę Jarosława Marka Rymkiewicza, biedny chrześcijanin musi zmierzyć się z tradycją polskiego szaleństwa, które bywało odpowiedzią na doświadczenie narodowej klęski.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 5 czerwca 2013

Zapożyczony od Jana Matejki tytuł „Reytan. Upadek Polski” odsyła do wydarzeń z 21 kwietnia 1773 r., gdy poseł ziemi nowogródzkiej rzucił się na próg izby sejmowej i rozdarłszy koszulę na piersi, zaklinał uczestników sesji na rany Chrystusa, by nie zatwierdzali rozbioru Polski. Bohaterem książki jest jednak tyleż człowiek niezłomny, przepełniony obywatelską troską i wiarą w Boga, co wariat wieziony furmanką do rodzinnej Hruszówki, związany i nakryty słomą, zamknięty przez rodzinę w murowance z zakratowanym oknem, całkiem nagi, połykający rozbite szkło lub wypruwający sobie wnętrzności. Miotany tajemnymi siłami samobójca, któremu odmówiono miejsca w poświęconej ziemi.

Stając twarzą w twarz z Reytanem, jesteśmy zmuszeni spojrzeć w przekrwione oczy Konrada z Wielkiej Improwizacji, Jana Lechonia tuż przed jego skokiem z wysokiego piętra nowojorskiego hotelu czy Ryszarda Siwca płonącego na Stadionie Dziesięciolecia. Choć Rymkiewicz nie podejmuje tych wątków, analogie narzucają się same. Czy pod wpływem Hiobowych doświadczeń zaciera się granica między żarliwą wiarą a opętaniem? Czy samobójcza śmierć jest skutkiem wyostrzonej wrażliwości na los ojczyzny, czy egoistyczną ucieczką z krzyża?

Rymkiewicz tradycyjnie próbuje zrobić coś z Nietzschego. Nie byłby sobą, gdyby zrezygnował z łączenia polskiego liberum veto z duchem wiecznego przeczenia i wolą mocy. Na szczęście te ekstrawagancje mieszczą się w jednym rozdziale. W pozostałych poeta świetnie ukazuje anatomię zdrady, która jest z siebie dumna, i – za Adamem Mickiewiczem – obnaża nikczemność „ludzi rozsądnych”. Negatywnymi bohaterami jego książki są tchórzliwy król Stanisław August Poniatowski i cyniczny marszałek Adam Poniński. Od czasu wydania pamfletu Karola Zbyszewskiego „Niemcewicz od przodu i tyłu” (1939 r.) obaj ci zdrajcy ojczyzny nie byli tak mocno chłostani. Jeśli jednak Zbyszewski zadowalał się radosną kpiną, to Rymkiewicz sięga w głąb żywiołów rządzących się ponadludzką logiką. Mądrze pisze o losie konstytuującym wspólnotę wolnych Polaków, języku, pamięci narodowej i czarnej rzece, przepływającej pod fundamentami życia.

Nie mamy pewności, co się dzieje z duszą Reytana (Rymkiewicz nie wierzy w żadne życie wieczne), ale w wymiarze politycznym mit nowogródzkiego posła pełni funkcję ocalającą. Miał rację Lechoń, kiedy dostrzegał odradzanie się Reytanowskiego ducha w kolejnych wskrzesicielach narodu – od powstańców listopadowych po Józefa Piłsudskiego. I gdy przywoływał go w kontekście dramatycznych realiów 1944 r.: „Dziś, kiedy na świat cały grzmią moskiewskie spiże,/ Gdy niejedno poselstwo stopy w Moskwie liże,/ A oklask dla przemocy brzmi na wszystkie strony –/ Ten Rejtan znów podnosi nie łeb podgolony,/ Lecz głowę wychynioną z dantejskiego piekła,/ Z której, zda się, krew cała narodu wyciekła”.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2013 ... alony.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 06 sie 2014, 09:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Warownia wolności

Stanisław Łoś

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Sprawa reformy rolnej jest dziś równie na porządku dziennym, jak w Grecji V i IV wieku przed Chrystusem. Odebranie ziemi obszarnikowi jest to postulat wspólny tak warstwie rządzącej, tj. inteligenckiemu proletariuszowi, jak drobnemu chłopstwu […]. Proletariat inteligencki, dążąc do zniszczenia własności wielkiej lub uważanej przez siebie za wielką, dąży przede wszystkim do zaspokojenia uczucia nienawiści, jakie żywi do „ludzi wysokich na cztery łokcie”, to znaczy do ludzi, którzy mogą być niezależni i niezawiśli w swej pozycji społecznej od nominacji i rangi. Skłonni z natury rzeczy do uprawiania skrajnej polityki konsumenta, dąży proletariat inteligencki do zniszczenia tej warstwy, która w dziedzinie tak ważnej, jak produkcja środków żywności, może z dużą siłą i znajomością rzeczy bronić interesów produkcji. Umiejąc już tylko urzędować, [proletariat inteligencki] pragnie zniszczyć ostatnie warownie samodzielnej gospodarki i uczynić z rolnictwa teren działalności dla niezliczonych urzędów i urzędników. Zmandaryzowanie wsi, poprzez różne lepiej lub gorzej zamaskowane formy jej kolektywizacji (gospodarka „zespołowa”), jest ostatecznym celem polityki agrarnej inteligenckiego proletariatu […]. Celem bezpośrednim jest zniszczenie posiadaczy ziemi, celem dalszym jest obrócenie chłopa w parobka upaństwowionego kooperatywnego kolektywu rządzonego przez biurokrację.

Fragment pochodzi z „Hellady na przełomie”

--------------------------------------------------------------------------------

Choć każdy człowiek jest z natury bytem suwerennym, to jednak nie każdy ma środki na to, aby swoją suwerenność rozwijać i umacniać. Wśród takich środków na pierwszym miejscu należy postawić własność ziemską, która jest trwała, a nie bogactwo, które jest ulotne. Chodzi o ziemię, która jest ziemią rodzinną, której nie ukradł komunizm, której nie przejęły farmy. Ziemia nie za mała, by starczyło na niezależność, ale i nie za duża – by starczyło dla innych. Ziemia daje oparcie nie tyko jednostce, ale całej rodzinie, i to w wymiarze wielu pokoleń. Z tego właśnie powodu rodzina roztropna i zapobiegliwa pilnie strzeże własności ziemskiej. W czasach PRL newralgicznym punktem walki przeciwko zniewoleniu była obrona prywatnej własności ziemi. Tylko Polacy w całym obozie zdominowanym przez Sowietów tę walkę wygrali.

http://www.naszdziennik.pl/wp/89773,war ... nosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 27 sie 2014, 09:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Europo, pamiętaj!

Henryk Sienkiewicz

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Zwracam się do Pana w sprawie „Ankiety” przeciw wywłaszczeniu, przypuszczając, że ona Pana żywiej niż innych obchodzi. Książka wyszła. Dlaczego „Kurier” o niej milczy? […] Przecież jest to dokument historyczny wielkiej wagi – i akcja polityczna z naszej strony może największa i najszersza ze wszystkich, jakie zostały przez lwowską Radę Narodową przedsiębrane. Naprzód, kto nie przesiadywał tak jak ja zagranicą, ten nie może mieć pojęcia, do jakiego stopnia niedawno jeszcze nie tylko sprawy polskie, ale samo istnienie narodu polskiego było wykreślone i zapomniane w ludzkich myślach. Taki stan rzeczy zmienił się w świecie literacko-artystycznym już nieco dawniej, natomiast w politycznym kwestia polska nie istniała wcale albo jeśli istniała, to myślano o niej mimochodem, jak o sprawie wewnętrznej rosyjskiej. Otóż w znacznej części dzięki „Ankiecie” sprawa zaboru pruskiego stała się sprawą europejską. Najprzedniejsze głowy w Europie zmuszone zostały o niej myśleć, zastanawiać się, sądzić. Rozumiem, że każdy naród powinien oglądać się na siebie, nie na zagranicę, ale również każdy, jeśli nie chce, by świat przechodził nad nim ustawicznie do porządku dziennego, powinien dawać i składać świadectwo życia, powinien mówić: „jestem”. „Ankieta” to właśnie takie: „jestem”.

Fragment pochodzi z listu do Władysława Rabskiego, 28.04.1909.

--------------------------------------------------------------------------------

Sienkiewicz bardzo dużo podróżował. Dzięki temu nie tylko poszerzał swoje horyzonty intelektualne i artystyczne, ale również polityczne. Bo dopiero z pespektywy zewnętrznej mógł lepiej zobaczyć, jak daleko karygodne rozbiory Polski uznane zostały za coś normalnego, co w zasadzie nie mogło już być odwrócone. A jednak ten mistrz polskiego słowa, wraz z gronem postaci wielkiego formatu jak choćby Ignacy Jan Paderewski, dokonał rzeczy niemożliwej: przywrócił prawa Polski i Narodu Polskiego świadomości europejskiej i światowej. Najpierw było serce i myśl, a potem nastąpił czyn. I Polska powstała.

http://www.naszdziennik.pl/wp/93719,eur ... ietaj.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 28 mar 2015, 21:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Coraz mniej jest ciepła bliskości pomiędzy ludźmi. Gubimy swoje korzenie. Dajemy je sobie podcinać wszędobylskim światowcom lewackim. Rozmieniając swój język na drobne, makaronizując go i "unowocześniając" przestajemy się rozumieć. Tracąc ziemię, przestajemy być u siebie, a w konsekwencji przestajemy być sobą. Nasza kultura staje się nam obcą. Skąd więc mamy wiedzieć że jesteśmy Polakami. Jak mamy odczuwać polskość, więź narodową, patriotyzm, siłę, godność, gdy i siebie i wszystko co nasze roztrwoniliśmy?

Świat i pies

W wielu, a może nawet w większości polskich domów czy mieszkań spotkać można najstarsze z udomowionych zwierząt - psa. Czasem jest to mały piesek, nieomal maskotka, np. ratlerek, a czasem wielkie psisko jak wilczur czy dog. I co ciekawe - te psy są z ludźmi nie tylko w dużych domach z ogrodem, ale bardzo często w małych mieszkankach blokowych, w których, wydawałoby się, dla ludzi jest za mało miejsca, a cóż dopiero mówić o psie. Niektórzy oczywiście się na to oburzają: Po co trzymać zwierzęta w mieszkaniach, jeśli nie pełnią one konkretnej pożytecznej funkcji? Tym bardziej jest to nieracjonalne, że rosną koszty utrzymania, trzeba więcej sprzątać i wychodzić z psem na spacer. A jednak choć ludziom trudno, to pies musi być. Skąd się to bierze? Czy to jakiś atawizm, a więc odezwanie się w człowieku pradawnych instynktów, czy też narastająca wśród ludzi samotność?

Św. Augustyn przed ponad półtora tysiącem lat w monumentalnym dziele O Państwie Bożym tak pisał: „Po państwie lub mieście następne z kolei miejsce zajmuje świat. W nim upatrują trzeci stopień społeczności ludzkiej ci, którzy, zaczynając od domu rodzinnego, przechodzą potem do miasta, by w końcu pójść jeszcze dalej i dojść aż do świata. A ten tak jak zlewisko wód, im jest rozleglejszy, tym bardziej pełny niebezpieczeństw".

Spytajmy: Jakie główne niebezpieczeństwo płynie ze strony świata? Wojna? Napaść? Kradzież? Nie. Zdumiewające, ale św. Augustyn na pierwszym miejscu wymienia coś, co właśnie dotyka nas dziś. Według niego niebezpieczeństwo polega na tym, że człowiek stać się może obcy drugiemu człowiekowi, i ta obcość może być większa niż wśród niemych zwierząt należących do różnych gatunków. Człowiek staje się obcy drugiemu człowiekowi. Co jest powodem tej obcości? Św. Augustyn odpowiada, że jest nim różnica języków. „Bo kiedy wskutek samej różności języków nie mogą oni dzielić się wzajemnie swymi myślami, wówczas tak widoczne podobieństwo natury wcale nie pomaga do zjednoczenia się ludzi w społeczność". Aby powstała społeczność, musi być coś wspólnego, co ludzi łączy, a tym czymś są wspólne myśli i pragnienia. Dopiero wtedy ludzie mogą czuć się bezpiecznie. Tylko że myśli i pragnień bezpośrednio nie widać; potrzebujemy więc wspólnego języka, aby je przekazać. I dopiero wówczas tworzymy ludzką społeczność. Bez wspólnego języka nie ma społeczności.

Ale przecież wiemy, że ludzki język jest bardzo złożony, że składa się nań nie tylko warstwa brzmieniowa, ale również sensy, które tak samo pojmujemy i tak samo odczuwamy, że język kieruje naszą uwagę na te same sprawy lub te same rzeczy. Wspólny język ma miejsce dopiero wówczas, gdy przy pomocy znanych sobie słów mówimy o znanych sobie sprawach, tak samo rozumianych i ocenianych. To jednak nie dzieje się od razu, na to składa się kształcenie, tradycja i dom. Dopiero przy istnieniu takiego języka kwitnie społeczność, bo ludzie mogą być sobie bliscy. Jeśli natomiast wkroczy coś obcego, nie tylko obcy dźwięk, ale obce znaczenia, obce oceny, obce sprawy, to społeczność będzie się rozpadać, a ludzie staną się sobie obcy.

Niestety, tak od ponad poł wieku dzieje się z nami - jesteśmy zalewani językiem polskopodobnym, w którym część słów jeszcze jest polska, ale sensy, upodobania, oznaczane rzeczy są coraz bardziej niepolskie. Weźmy choćby takie słowo jak „cześć". Większość mieszkańców Polski je zna, ale iluż znaczenia jego nie rozumie, a nawet jeśli rozumie, to nie ceni, a więc o cześć nie zabiega. Słowo „ojczyzna" jakże bliskie jest „ojcowiźnie", a ojcowizna - czyż nie jest to w rodzinie lub w narodzie dziedziczona z pokolenia na pokolenie ziemia? A przecież wielu jest w Polsce takich, dla których ojczyzna - ojcowizna - ziemia nic nie znaczy i nic nie oznacza, wielu jest też, którzy tę ziemię chcą przehandlować i wyprzedać. Jak tu mówić o społeczności, gdy się nie rozumiemy albo gdy różnią nas fundamenty, na których każda społeczność musi być zbudowana?

U progu odzyskiwania po zaborach niepodległości Aleksander Bruckner w Walce o język pisał: „Każdy naród stoi ziemią, którą włada i uprawia, i językiem, co go wyodrębnia od sąsiadów, bliższych i dalszych. Zrzeszenia, którym obojga nie dostaje, tworzą wyznanie lub stan, nie naród; kto oboje utracił, skazał się na zagładę".

Dla narodu zagłada oznacza rozpad społeczności. Może to przybrać formy fizycznego unicestwienia, a może też być formą duchowego wyobcowania, gdy ludzie są obok siebie, ale nic ich nie łączy - ani myśl, ani serce. I wtedy właśnie nastąpi to, o czym przed ponad półtora tysiącem lat mówił św. Augustyn: jeżeli brak możliwości nawiązania kontaktu, nie pomoże podobieństwo tej samej ludzkiej natury i człowiek chętniej będzie obcował ze swoim psem, aniżeli z obcym człowiekiem. Powtórzmy: gdy świat zastąpi Ojczyznę i rodzinę, to człowiek będzie wolał towarzystwo swojego psa niż drugiego człowieka. Czy nie warto dziś, gdy mamy jeszcze szanse uratowania Polski, nad tym pomyśleć?

Piotr Jaroszyński
"Patrzmy na rzeczywistość"

http://www.piotrjaroszynski.pl/felieton ... iat-i-pies


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 25 gru 2016, 09:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Pogańskie pochodzenie Bożego Narodzenia? To bzdura!

Obrazek
Pokłon pasterzy, Bracia Le Nain, 1644. National Gallery w Dublinie


Żadne antyczne źródła nie wskazują, że 25 grudnia wyznawcy mitraizmu obchodzili święto narodzin swojego bożka. Z kolei rzymskie narodziny słońca były celebracją bardzo późną. Pojawiała się ona w tym samym czasie, co chrześcijańskie Boże Narodzenie. Pogłoski o pogańskim pochodzeniu daty naszego święta są efektem wrogości części protestantów do Bożego Narodzenia – mówi w rozmowie z Michałem Wałachem ksiądz profesor Józef Naumowicz, historyk, znawca antycznej literatury chrześcijańskiej i dzieł Ojców Kościoła, autor książki „Narodziny Bożego Narodzenia”.

Często słyszymy, że 25 grudnia jako dzień obchodów Bożego Narodzenia nawiązuje do kultów pogańskich, czy to mitraizmu czy narodzin słońca. Ksiądz profesor w swojej nowej książce pt. „Narodziny Bożego Narodzenia” obala takie teorie. Skąd w ogóle wziął się pomysł, by łączyć dzień narodzenia Syna Bożego z uroczystościami pogan?

Taka idea zrodziła się w klimacie polemiki religijnej w czasach nowożytnych. Chociaż sam luteranizm przejął Boże Narodzenie, to niektóre grupy protestanckie odrzuciły obchody tego ważnego święta. Niektóre odłamy nawet bardzo silnie zwalczały Boże Narodzenie kiedy dochodziły do władzy. Czynili tak na przykład purytanie, gdy zdobyli w angielskim parlamencie większość. W Anglii obowiązywał oficjalny zakaz obchodów Bożego Narodzenia. Z kolei prezbiterianie w Szkocji wprowadzili zakaz, a nawet funkcjonowały kary za obchodzenie świąt narodzenia Zbawiciela. Takie prawo obowiązywało przez 300 lat, aż do lat 60. XX wieku. Podobna sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie większość od zawsze stanowili protestanci. Tam również były zakazy obchodów Bożego Narodzenia. 25 grudnia stał się świętem federalnym dopiero w roku 1870.

Protestantyzm to nie tylko zakazy Bożego Narodzenia. To również polemika z celebracją 25 grudnia. Protestanci wskazywali, że uroczystość nie ma korzeni biblijnych, a oni chcieli obchodzić tylko te święta, które są nakazane w Biblii, a więc niedzielę i święta przypadające w niedzielę jak Wielkanoc i Zesłanie Ducha Świętego. Inne zaś – jak twierdzili – są wymysłem papistów i zostały przyjęte z pogaństwa, aby je zastąpić, przy okazji przyjmując z nich wiele elementów niechrześcijańskich.

Taki jest początek polemiki z Bożym Narodzeniem, próbą pokazywania jego rzekomo pogańskich korzeni. Dzisiaj ten obraz przetrwał u Świadków Jehowy i Adwentystów Dnia Siódmego, którzy nieustannie powtarzają, że święto jest pogańskie, powstałe tylko po to, żeby zastąpić starożytny mitraizm.

Jak więc było naprawdę?

Prawda historyczna jest inna niż przedstawiali ją w przeszłości niektórzy autorzy protestanccy. Żadne źródło antyczne nie podaje 25 grudnia jako święta narodzin Mitry. To mit utworzony w XIX wieku i powtarzany do dzisiaj nawet w opracowaniach naukowych. Nie ma również dowodów na obchody narodzin bóstw egipskich. Istniało natomiast tego dnia jedno święto – narodzenia słońca niezwyciężonego (łac. Sol Invictus) – które w opinii przeciwników Bożego Narodzenia jest tak ważne i wielkie, że Kościół w Rzymie ustanowił święto Narodzenia Pana Jezusa właśnie 25 grudnia, aby zastąpić pogańskie celebracje.

Taka koncepcja również jest fałszywa. Rzymskie narodziny słońca, jakie przypadało 25 grudnia, to święto bardzo późne. Pojawia się w tym samym czasie, co chrześcijańskie Boże Narodzenie – pierwsze świadectwa mamy dopiero z IV wieku. Ponadto Sol Invictus nie było świętem znaczącym. To była dla pogan uroczystość drugorzędna. Gdyby katolicy chcieli zastąpić jakąś pogańską uroczystość, to istniało kilkadziesiąt innych świąt, groźnych dla Bożego Narodzenia, z którymi można było walczyć. Ze świętem Sol Invictus Kościół nigdy nie walczył, bo i nie było z czym. Gdy czytamy wszystkie pierwsze kazania na Boże Narodzenie, a najwięcej wygłosił ich święty Augustyn, ale i inni wielcy kaznodzieje IV, V i jeszcze VI wieku, to nie ma w nich żadnej polemiki z pogańskim świętem narodzenia słońca. To dowodzi, że nasze święto nie powstało w celu zastąpienia uroczystości pogańskiej, albo przejmowania czegokolwiek z pogaństwa.

To jest jedna z tez z mojej nowej książki. Druga, całkowicie nowa i niespotykana w dotychczasowych opracowaniach mówi, że święto Bożego Narodzenia po raz pierwszy było obchodzone w Betlejem, czyli tam gdzie się Pan Jezusa narodził i gdzie znajduje się Bazylika Narodzenia Pańskiego. W Betlejem z pewnością nie chodziło o zastępowanie jakiegokolwiek święta pogańskiego, tylko o uczczenie narodzenia Jezusa Chrystusa, objawienia się Boga w Jezusie Chrystusie. Stąd pierwotne podstawy tego święta były czysto chrześcijańskie i logiczne.

Jednak wokół daty 25 grudnia istnieją pewne nieporozumienia. Nie ma wszak pewności, że to właśnie tego dnia na świat przyszedł Zbawiciel.

25 grudnia to data przesilenia zimowego. Do tego dnia noc się wydłuża, zwiększa się ciemność, a 25 grudnia następuje przełom w kalendarzu astronomicznym, w porach roku, w naturze. Zaczyna się wydłużać dzień. Datę wybrano na dzień Bożego Narodzenia dlatego, że najlepiej ilustruje czym jest narodzenie Pana Jezusa, które zawsze było przedstawiane w Biblii jako przyjście Światłości na świat, czy to jako pojawienie się Gwiazdy z Jakuba, czy przyjście Słońca Sprawiedliwości. Święty Jan Ewangelista mówi: przyszła Światłość na świat i rozświetliła ciemność nocy. To jest zawsze przyjście Światła. 25 grudnia to najlepsza data, żeby tę prawdę obrazować.

Czyli więc 25 grudnia możemy traktować jako termin wybrany symbolicznie?

Tak, wybrano ją z powodów symbolicznych, ale trzeba od razu dodać, że data jest w pełnej zgodzie z układem roku liturgicznego, jaki istniał wcześniej. Wtedy mieliśmy dwa główne święta: Wielkanoc i Pięćdziesiątnicę (Zesłanie Ducha Świętego). Zauważmy, że data Wielkanocy, zgodnie z wolą Pana Boga, została wyjawiona Mojżeszowi. Pascha i jej dzień są w Księdze Wyjścia opisane. Musi to być po wiosennej równonocy, po pierwszej pełni księżyca. Mamy więc symbolikę pór roku (wiosny), równonocy i pełni księżyca. Księżyc jest niezwykle ważny w tradycji żydowskiej, w której obowiązuje kalendarz księżycowy, inny niż rzymski – słoneczny.

Kiedy powstało kolejne święto – Boże Narodzenie – to również ono musiało być wyznaczane przez podobne elementy symboliczne i astronomiczne. Taki był układ chrześcijańskiego roku liturgicznego. Żadna religia, czy to rzymska, grecka, egipska czy inna, nie miała takiego układu roku liturgicznego, który byłby zakorzeniony w te przełomowe momenty roku astronomicznego, czyli przesilenia zimowego i równonocy.

Wiąże się to z chrześcijańską ideą uświęcania czasu. Tak jak dzień uświęcamy poranną i wieczorną modlitwą, tak samo uświęcamy rok, włączając nasze święta w bieg natury. Nie po to, żeby czcić naturę, ale po to, żeby natura, pory roku i zjawiska astronomiczne pomagały nam bardziej czcić prawdziwego Boga.

Ksiądz profesor pisze w książce „Narodziny Bożego Narodzenia”, że pierwsze próby ustalenia daty narodzin Pana Jezusa łączyły ją z Wielkanocą. Jak to się stało, że dzisiaj świętujemy przyjście Zbawiciela na świat 25 grudnia? Czy trwały na ten temat dyskusje, spory?

Nie było na ten temat żadnych sporów czy nawet dyskusji. Analogią dla płynnego przejścia może być na przykład kult świętego Jana Pawła II. Zmarł 2 kwietnia. Zazwyczaj świętych wspominamy w dniu ich śmierci, ale 2 kwietnia często wypada Wielki Tydzień, Wielki Post, albo dni po Wielkanocy. Jest wtedy tyle świąt, że wspomnienie św. Jana Pawła II nie mieści się. Wybrano więc drugą datę: symboliczną, ale znaczącą. Nawet nie datę jego wyboru, gdyż też jest zajęta, ale datę inauguracji pontyfikatu. Stąd 22 października jest dniem wspomnienia św. Jana Pawła II.

Podobnie w przypadku Bożego Narodzenia. Początkowo samą datą narodzenia Pana Jezusa nie interesowano się specjalnie. Byli jednak miłośnicy historii wyznaczający tę datę. Wyznaczali ją na wiosnę, na Wielkanoc. Dopóki nie istniało osobne święto daty narodzenia Pana Jezusa, całość Jego tajemnic świętowano na Wielkanoc. Tak samo jak w dniu Paschy żydzi świętują nie tylko wyjście z Egiptu, ale i wszystkie cudowne interwencje Pana Boga. Tak samo było i u nas.

Kiedy tworzono osobne święto Bożego Narodzenia należało znaleźć inną datę w ciągu roku. Musiała być jednak znacząca, symboliczna, żeby mówiła coś o święcie. Ale żadnych sporów nie było, ponieważ od początku nie upierano się przy tej dacie. W chrześcijaństwie nie traktujemy daty albo miejsca w sposób magiczny. W Betlejem jest Grota Narodzenia, w której pielgrzymi całują Gwiazdę, uważając, że właśnie tam narodził się Pan Jezus. Ale może On urodził się metr dalej. Jednak to właśnie w tym miejscu oddajemy cześć Jego narodzeniu. Podobnie z datą 25 grudnia. Nie upieramy się, że to właśnie wtedy Pan Jezus się narodził, jednak w tym dniu, wybranym i zatwierdzonym przez Kościół i Tradycję, świętujemy przyjście Światłości na świat.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Michał Wałach.

http://www.pch24.pl/poganskie-pochodzen ... 226,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy damy sobie wydrzeć to co jest nam najdroższe?
PostNapisane: 21 gru 2017, 08:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Obrońmy jasełka

Grupa rodziców próbowała wymusić na dyrekcji szkoły zrezygnowanie z wystawiania przez dzieci jasełek i śpiewania kolęd. Jak obronić tradycje katolickie i prawo do wychowywania w nich naszych dzieci, radzi Instytut Ordo Iuris.

Zaniepokojeni rodzice, których dzieciom odmawia się prawa do wystawiania jasełek czy wspólnego śpiewania kolęd, zgłaszają się po porady prawne do Instytutu Ordo Iuris. W jednej ze szkół w Małopolsce podczas zebrania dwoje niewierzących rodziców wyraziło żądanie, aby w szkole nie odbywały się jasełka czy jakiekolwiek przedstawienia o charakterze religijnym. – Rodzice podnosili „argument”, że organizowanie jasełek jest sprzeczne ze „świeckością szkoły”, że jest to indoktrynacja dzieci wbrew ich woli. Wychowawca klasy poinformował dyrektora o tej sytuacji. Dyrektor zwrócił się do mnie z pytaniem, czy organizowanie jasełek w szkole czy innych tego typu przedstawień religijnych koliduje z jakimiś przepisami prawa – relacjonuje Konrad Dyda, współpracujący z Ordo Iuris.

Ordo Iuris przygotował ekspertyzę, w której wykazano, że nikt nie może pozbawiać dzieci prawa do wystawiania jasełek czy śpiewania kolęd. To wynika z prawa rodziców do wychowania w duchu tożsamości narodowej i chrześcijańskiej. – Preambuła Konstytucji RP mówi o kulturze zakorzenionej w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu. Artykuł 5 Konstytucji nakazuje organom państwa strzec dziedzictwa kulturowego, w tym także tego inspirowanego chrześcijaństwem, a jednym z jego elementów są jasełka, kolędy i uroczyste obchodzenie świąt Bożego Narodzenia. Przepisy prawa oświatowego również nakazują respektowanie chrześcijańskiego systemu wartości oraz krzewienia wśród młodzieży poszanowania dla kultury narodowej. Poszanowanie i respektowanie tych elementów dokonuje się także przez ich kultywowanie – tłumaczy dr Marcin Olszówka, analityk Ordo Iuris. – Nie jest zatem dopuszczalne, aby zabraniać dzieciom, których rodzice sobie tego życzą, organizowania jasełek czy śpiewu kolęd. Nie mogą tego zabronić ani władze placówki, ani tym bardziej inni rodzice. Jeżeli ktoś nie życzy sobie, aby jego dziecko brało udział w jasełkach, to ma do tego prawo, ale nie może swojej woli narzucić większości – dodaje.

Coraz częściej pojawiają się grupy osób przeciwnych chrześcijaństwu, tradycyjnej kulturze polskiej, które chcą narzucić swoją wolę większości. – W wielu miejscach nie obchodzi się już świąt Bożego Narodzenia, elementy o charakterze religijnym lub w jakikolwiek sposób nawiązujące do chrześcijaństwa są eliminowane z przestrzeni publicznej w mniejszym lub większym stopniu. Jeżeli nie będziemy reagować w odpowiednim momencie, nie będziemy walczyć o przysługujące nam prawa, za kilka lub kilkanaście lat może okazać się, że również w Polsce zaczną się pojawiać tego typu obos-trzenia, całkowicie dyskryminujące katolików – podkreśla dr Marcin Olszówka.

We Francji sąd najwyższy zdecydował, że szopki w tamtejszych szkołach muszą być pozbawione symboli religijnych.

Według zapowiedzi, Instytut Ordo Iuris jeszcze przed świętami wyda poradnik dla rodziców i placówek oświaty. Będzie on dostępny na stronie www.ordoiuris.pl. Już teraz jest tam zamieszczona analiza prawna autorstwa dr. Marcina Olszówki dotycząca podstaw prawnych organizacji jasełek w szkołach i przedszkolach. Prawnik rozprawia się z fałszywymi argumentami o rzekomej „świeckości szkoły”. – Takiego przepisu w polskim prawie nie ma od 1991 roku, był za to w PRL – podkreśla. Ordo Iuris udziela też bezpłatnej pomocy prawnej rodzinom, które spotykają się z próbą zakazu wystawiania szkolnych lub przedszkolnych jasełek i śpiewania kolęd. Zgłoszenia można kierować na adres: biuro@ordoiuris.pl.

Ponadto na stronie: www.maszwplyw.pl można podpisać petycję do minister edukacji narodowej wzywającą do podjęcia działań zapewniających poszanowanie polskich tradycji w polskich szkołach i przedszkolach.

Małgorzata Bochenek

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... selka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 72 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /