Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 101 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 13 cze 2014, 07:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Źródło wszelkich łask

ks. prof. Janusz Królikowski

Każda forma kultu w Kościele ma swoją bardziej lub mniej bezpośrednio widoczną prehistorię. Wyrasta ona zarówno z refleksji teologicznej, jak i z żywych doświadczeń spotkania z Bogiem, które rodziło się w jakimś nurcie duchowym. Podobny proces dotyczył kultu Najświętszego Serca Jezusa. Narodził się on w bardzo określonym, stopniowo rozwijającym się i dojrzewającym nurcie pobożności i teologii. Gdy zatem dzisiaj mówimy o kulcie i znaczeniu duchowym kultu Najświętszego Serca Jezusa, gdy chcemy go odnowić, a przede wszystkim odnowić zawarte w nim przesłanie świętości, musimy sięgnąć do jego genezy, która zawsze może inspirować, przypominając pewne treści i motywacje. Nasz cel jest zawsze jakoś w naszym początku.

Wnętrze naszego Zbawiciela
Od czasów starożytnych w nurcie chrześcijańskim zarówno prostych wierzących, jak i wpływowych teologów zastanawiała tajemnica serca ludzkiego. Wychodząc od wypowiedzi biblijnych, w których temat ludzkiego serca jest nadzwyczaj częsty, próbowano uchwycić jego tajemnicę, aby pomóc człowiekowi w zwróceniu go do Boga. Już dla pierwszych pokoleń chrześcijańskich było ewidentne, że w chrześcijaństwie najważniejsze jest serce, czyli to, co najbardziej wewnętrzne i głębokie w człowieku. Zbawcze spotkanie z Bogiem następuje właśnie w głębi ludzkiej istoty. Ten fakt w znacznym stopniu ukierunkował interpretacje ludzkiego losu, szczególnie ludzkiego działania, a jego potwierdzenie możemy z łatwością znaleźć u Orygenesa, wielkiego teologa z Aleksandrii (zm. 253/254).

Wraz z rozwojem teologii chrześcijańskiej kwestia serca ludzkiego zyskiwała na znaczeniu, a apogeum tego rozwoju znalazła w refleksji i nauczaniu św. Augustyna (zm. 430). Do dzisiaj jego nauczanie na ten temat ma podstawowe znaczenie, gdyż jak nikt inny zdołał on wypowiedzieć wiele tajemnic ludzkiego serca, pokazując, w jaki sposób z tej wiedzy korzystać w relacji z Bogiem oraz w wychowawczym kształtowaniu człowieka. Między innymi z tego powodu św. Augustyn w ikonografii kościelnej jest ukazywany z sercem w ręce. Wielu innych teologów i kaznodziejów chrześcijańskich owocnie korzystało z pism św. Augustyna, jak na przykład Papież św. Grzegorz Wielki (zm. 604).

To przypomnienie najwybitniejszych myślicieli chrześcijańskich i ich wkładu w refleksję nad ludzkim sercem jest ważne przede wszystkim z tego powodu, że na tym gruncie narodziła się następnie refleksja nad „wnętrzem” Chrystusa. Była to najpierw refleksja teologiczna nad Jego duszą ludzką – skoro był prawdziwym człowiekiem, to miał również prawdziwą ludzką duszę. Następnie wiele uwagi poświęcono Jego ludzkiej woli – skoro był prawdziwym człowiekiem, to miał również prawdziwą ludzką wolę, a dzięki temu także wola człowieka została zbawiona, a więc została przed nim otwarta droga prowadząca do prawdziwej i zbawczej wolności. Szczególne miejsce zajmuje tutaj wielki teolog wschodni – św. Maksym Wyznawca (zm. 662), który zasłynął jako nieugięty obrońca prawdziwej woli Boskiej i prawdziwej woli ludzkiej w Jezusie Chrystusie. Ówczesna kontrowersja zwróciła wielką uwagę na wewnętrzny wymiar prawdziwego człowieczeństwa Chrystusa, pokazując jego znaczenie dla zrozumienia dzieła zbawienia człowieka i podkreślenia, że dokonuje się ono przede wszystkim na poziomie woli.

Nie znamy dokładnie wszystkich przyczyn, które doprowadziły do tego, że w refleksji teologicznej nad osobą i dziełem Jezusa Chrystusa w VIII i IX wieku zwrócono szczególną uwagę na Jego wnętrze, na Jego świadomość, na Jego wolę, na Jego wiedzę, na kwestię wzrastania w łasce, na Jego działanie i podejmowane przez Niego decyzje, a więc w jakiś sposób zbliżono się do Jego wnętrza, czyli po prostu do Jego serca. Stopniowo ta problematyka zaczęła nabierać coraz większego znaczenia, a nawet dominować w spojrzeniu na Jezusa Chrystusa. Nie był to jakiś ezoteryzm, ale poszukiwanie głębszego rozumienia tajemnicy wcielenia Syna Bożego oraz zbawienia człowieka. Na początku drugiego tysiąclecia kwestia świadomości Chrystusa i tego wszystkiego, co dotyczy Jego wnętrza, była już stałą, a poniekąd nawet standardową kwestią refleksji teologicznej. Można tylko podziwiać, jak daleko zaszła, na przykład u św. Tomasza z Akwinu czy u św. Bonawentury. Oznaczało to także lepsze rozumienie człowieka.

„Wymiana serc”
Mimo rozwoju teologicznego, który nastąpił, i mimo wielkiego wysiłku, który podejmowały kolejne pokolenia teologów, ta ważna i subtelna problematyka teologiczna nie znajdowała jakiegoś szerszego zastosowania w pobożności chrześcijańskiej, ewentualnie proponowane sposoby zastosowania refleksji teologicznej były co najmniej ułomne, nie znajdując szerszego przyjęcia. Nie umiano przejść od teologii do życia, chociaż niewątpliwie następowało pogłębienie pobożności.

Wówczas nastąpiło bardzo ciekawe zjawisko, poniekąd sam Bóg wyszedł naprzeciw ludzkiej nieporadności. Wzbudził On w Kościele wielkie kobiety mistyczki, które zdołały wyrazić w swojej pobożności i w swoich nadzwyczajnych doświadczeniach, udokumentowanych w pismach, tajemnicę Najświętszego Serca Jezusa i odniosły ją bardzo bezpośrednio do swojego życia. Zasadniczą rolę odegrały w tym względzie mniszki cysterskie z Helfty w Saksonii – św. Gertruda Wielka (zm. 1301) i św. Mechtylda z Hackeborn (zm. 1299). Warto zwrócić uwagę, że autorytet teologiczny św. Gertrudy uznał Papież Leon XIII, zatwierdzając w 1889 r. Litanię do Najświętszego Serca Jezusa, której wezwania pochodzą z pism mistyczki z Helfty. Dzięki temu do dzisiaj nasza pobożność, a zwłaszcza modlitwa, która formuje się w szkole Najświętszego Serca Jezusa, znajduje się w jakiś sposób pod wpływem św. Gertrudy Wielkiej.

Dla mistyczek z Helfty przebite na krzyżu Serce Jezusa stanowiło źródło miłości, której szczytem przyjęcia w doświadczeniu mistycznym była „zamiana serc”. Przeżyły one taką chwilę w swoim utożsamieniu z Chrystusem, że w końcu sam Jezus zabiera im ich serce, aby w to miejsce dać swoje. Podobne doświadczenie przeżyje później także św. Małgorzata Maria Alacoque.

W Sercu Jezusa mistyczki z Helfty widziały symbol miłości, ośrodek Jego życia intelektualnego, duchowego i uczuciowego, jak również źródło wszelkich łask. Przez swoje Serce Jezus zwraca się do człowieka, objawiając mu Ojca, dokonując jego zbawienia i udzielając każdego potrzebnego daru. Można powiedzieć, że na gruncie tej mistyki Serce Jezusa oznacza po prostu „miejsce”, w którym Bóg staje się najbardziej dostępny człowiekowi, a tym samym jest to „miejsce”, przez które człowiek wchodzi w Boga z odpowiedzią swojej wiary i swojej miłości. W tym znaczeniu kult Serca Jezusa może być odczytywany jako propozycja duchowa, organizująca całe życie wiary chrześcijanina.

Na ziemiach polskich
Po św. Gertrudzie i św. Mechtyldzie zarówno teologia, jak i pobożność twórczo spotkały się ze sobą, powoli tworząc wpływową szkołę życia duchowego oraz dojrzewając pod względem teologicznym. W tej szkole wzrastali duchowo wielcy święci, kobiety i mężczyźni. W tym miejscu wspomnijmy, że w średniowieczu kult Najświętszego Serca Jezusa był propagowany na ziemiach polskich. Zaznaczył wpływ u bł. Judyty (Jutty) z Chełmży (zm. 1260), która w swoich wizjach spoczywała na piersi Jezusa, ranie Jego boku i Serca. W następnym wieku doświadczenia duchowe związane z Sercem Jezusa głęboko wpłynęły na duchowość bł. Doroty z Mątew (zm. 1394). Zranione Serce Jezusa widzi ona jako szczytową manifestację Jego miłości do każdego człowieka. Kult Serca Jezusa ma dla niej dominujący wymiar pasyjny.

Teologia dokonała więc stopniowego uzasadnienia kultu Najświętszego Serca Jezusa, a doświadczenia duchowe i mistyczne pokazały jego praktyczne znaczenie i duchową płodność. Na tym gruncie mogły potem przyjść kolejne doświadczenia świętych i mógł dokonać się systematyczny rozwój teologii.

http://www.naszdziennik.pl/wp/82041,zro ... -lask.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 25 lip 2014, 11:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Definicja idiotki, definicja kretyna

Na studiach miałem koleżankę, która wykazywała szczególne skłonności. Ilekroć na ćwiczenia zadane było poznanie jakiegoś zagadnienia to ona wykuwała na pamięć treść zadanych rozdziałów.
Zauważył to kiedyś adiunkt i poprosił ją o wypowiedzenie swoimi słowami to - co przeczytała w zadanych rozdziałach. Na co koleżanka trajkotała dalej to - co wykuła na pamięć.
Przyznam, że podziwiałem jej wysiłek, bo niejedną noc nie przespała - by wykuć na pamięć przerabiany temat.
Współczułem jej później bo - mimo ogromnego wysiłku - obniżono jej ogólne oceny.

Wśród ludzi wykształconych wyodrębnić możemy dwie kategorie:
1. Ci - którzy wykuli na pamięć zadany temat - bez jakiegokolwiek zrozumienia..
2. Ci - którzy zrozumieli zagadnienie, a dzięki temu je zapamiętali.

Należę do tej drugiej kategorii. Jeżeli czegoś nie zrozumiem - to nie jestem w stanie zapamiętać.
Pamiętam - jak w wieku 10 lat zapamiętywałem obszerne fragmenty poezji Mickiewicza - bo przed oczami pojawiały mi się obrazy.
Ale dużo trudniej było z poezją Słowackiego, którego mistyczne obrazy mógł zrozumieć tylko wykształcony czytelnik.

Koleżanka mająca problem ze zrozumieniem tekstu czytanego - byłaby pewnie doskonałą bibliotekarką i specjalistką w dziedzinach wymagających encyklopedycznej wiedzy. Ale ona chciała zostać polonistką.
Ileż jej podobnych nauczycielek katowało nas w przeszłości, gdy wymagały - "jedynie słusznej" interpretacji utworu.

Generalna różnica pomiędzy umysłem mężczyzny, a kobiety polega na tym, że mężczyzna musi zrozumieć to - co chce zapamiętać.
Kobiety najczęściej zapamiętują poprzez skojarzenia.
I w tej definicji ograniczam się zdefiniowania zjawiska.
Osoba wykształcona nie będzie z tego powodu wartościować inteligencji kobiet i mężczyzny.
Kobiety dysponują umiejętnością - całkowicie obcą dla większości mężczyzn - a więc intuicją. A w historii człowieka - była to umiejętność wyjątkowo cenna.
Kobiety wykazują najczęściej dużo większy racjonalizm - od mężczyzn kierowanych przez hormony.
Nie wyobrażam sobie również, by mężczyzna mógł osiągnąć coś - co nazywamy sukcesem, bez udziału kobiet.
I wystarczy, by scedować na mężczyznę wychowanie dzieci, by obciąć mu przysłowiowe "skrzydła".

Nie wyobrażam swojego życia, bez intelektualnej obecności kobiet. (Choć ostatnio moje kobiety zachowują się jak policjant, który rozlicza mnie z moich własnych zasad.)

Dlatego, jedynie idiota może bredzić o wyższości mężczyzn nad kobietami.
Takim idiotą jest - bez wątpienia Janusz Korwin Mikke, który rozmawia z wojującymi pseudo-feministkami ich językiem pogardy.
To, że Korwin Mikke dostał poparcie od znacznej grupy kobiet - nie jest wynikiem jego inteligencji lecz tego, że z przeciwnej strony, a więc w instytucjach rządowych - zasiadają kompletne idiotki, a więc kobiety, które zapamiętują teksty bez ich zrozumienia.
Skutkiem tego jest tragiczna sytuacja kolejnego pokolenia młodych Polaków.
I działając zgodnie z łacińską maksymą "głupcy - gdy ich bieda dosięgnie - w przeciwieństwa uciekają", niektóre osoby widzą w Korwinie Mikke jakieś racjonalne myślenie.
Chociaż Korwin Mikke mianuje się "umysłem ścisłym" - to nie rozumie najprostszych pojęć z dziedziny ekonomii.
W latach - gdy ja pisałem o zagrożeniach dla stabilności ekonomicznej świata - wynikających ze złodziejskich machinacji światowego kapitału - Korwin Mikke powoływał się na Arthura Laffera dokładnie w takim samym stylu - jak komuniści przywoływali Marxa i Engelsa.
Kilka lat temu Laffer dowiódł swojego ubóstwa intelektualnego w rozmowie z Peterem Schiffaem doradcą ekonomicznym jednego z najinteligentniejszych amerykańskich polityków Rona Paula.
Na YT znajdą tą dyskusję w materiale zatytułowanym "Historia pewnego zakładu, czyli kto przewidział kryzys".
http://www.youtube.com/watch?v=DpHZ-c3kw98

Otóż Korwin Mikke bredził dokładnie tak samo -jak Laffer i Milton Friedmann, a gdy załamanie gospodarcze - przed którym latami przestrzegałem - dokonało się, to Korwin przysłowiowo odwrócił kota ogonem i stwierdził, że to w wyniku "socjału" w Stanach Zjednoczonych. Tym samym - po raz kolejny dowiódł, że nie nie rozumie najprostszych pojęć z dziedziny ekonomii!
Pamiętam - jak 12 lat temu uczestniczyłem spotkaniu propagandowym, które służyło indoktrynacji pro-unioneuropejskiej.
W trakcie niego zadałem prowadzącej to spotkanie kobiecie - bardzo proste pytanie o mechanizmy ekonomiczne.
Skutkiem tego odebrano mi mikrofon, a idiotka stwierdziła, że nie będzie odpowiadać na "prowokacje".

W polskiej myśli filozoficznej, która wyrażana była zawsze poprzez kulturę - pojawili się w wieku dwudziestym Skamandryci.
To nurt poetycko-literacki, który reprezentowali spolonizowani Żydzi.
Ich wyjątkowość wynikała z krytycznej analizy kultury żydowskiej i polskiej.
Tak - jak dziś Polacy mieszkający za granicą - dużo lepiej rozumieją polskie problemy z racji poznania innych kultur, tak samo Skamandryci - z dystansu patrzyli na otaczającą rzeczywistość.
W 1961 roku - przemilczany przez władze komunistyczne Skamandryta Marian Hemar, napisał na emigracji wiersz pod tytułem "Kto rządzi światem".
Do dnia dzisiejszego jest on aktualny i doskonale opisuje kolejne nieRzady Trzeciej Rzeczypospolitej.

Po latach rozmyślań,
niemal u schyłku życia,
dokonałem niezmiernie
głębokiego odkrycia.

Moje wielkie odkrycie
raz na zawsze, niezbicie
rozwiązuje odwieczną
zagadkę, mianowicie,

rozstrzyga nieomylnie,
ustala niezachwianie
ostateczną odpowiedź
na ciekawe pytanie,

co dręczy nas od wieków
i wciąż wraca od nowa:
Kto rządzi światem? Jaka
mafia anonimowa?

Nie wierzcie w bajki.
Nie ma żadnego Synhedronu
sekretnych władców nie ma.
Nie ma "Mędrców Syjonu".

Wiec to bajka. I bujda,
że "światem rządzą kobiety"
i nieprawda, że światem
rządzą Żydzi - niestety.

Nie my, t.j. nie oni.
Nie Żydzi i nie masoni,
nie mormoni, nie kwakrzy
nie fabrykanci broni.

Nie junkrzy, nie sztabowi
wojskowi kondotierzy,
nie monopole, kartele,
bankierzy ni bukmacherzy,

Nie związki zawodowe,
nie "standard oil", nie Watykan,
nie internacjonałka
kalwinów czy anglikan,

nie międzynarodówka
komuny, czy "kapitału" -
Ktoś inny. Kto? - pytacie.
Zaraz, ludzie, pomału.

Gotowiście na wszystko?
Ha, dobrze, jam też gotów.
Słuchajcie: światem rządzi
wielka zmowa idiotów.

Światem rządzi sekretna
międzynarodówka
agresywnego durnia
i nadętego półgłówka.

Trade union grafomanów,
tajna loża bęcwałów,
klub ćwierćinteligentów,
konfederacja cymbałów,

areopag jełopów,
jałowych namaszczeńców,
pompatycznych ważniaków,
indyczych napuszeńców.

To oni, sprzymierzeni
w powszechnym związku, który
rozstrzyga o powodzeniu
teatru, literatury,

Gramofonowej płyty,
filmu, obrazu, symfonii.
To oni decydują
o kulturze, to oni.

Przydzielają posady
stypendia, nagrody, szanse,
ordery, renumeracje,
bonusy i awanse.

Samym instynktem głupoty
odnajdują się wzajem.
Rozumieją się wspólnym
językiem i obyczajem.

I hasłem, które woła
z ochota raźną i rączą:
kretyni wszystkich krajów
łączcie się! Więc się łączą.

Przeciw wszelkim ambicjom,
przeciw wszystkim talentom,
przeciwko swoim wrogom,
przeciw nam - inteligentom.

To oni - pan generał,
co dziś rozumie bezwiednie,
jak dziś szach mach, wygrać
wszystkie wojny poprzednie.

To cenzor, który skreśla
wszystkie mądre kawały,
tak, aby w rękopisie
same głupie zostały.

To krytyk, co bełkoce,
chociaż nikt go nie słucha
i czepia się cudzego
pióra, jak wesz kożucha.

Ekonomista, który
kosztem ogólnej nędzy
uzdrowi "wymianę dewiz"
i "pokrycie pieniędzy".

To polityk, mąż stanu
dyplomata, co wkopie
niewinnych ludzi w Azji,
w Afryce i w Europie

w tak trudne sytuacje,
w tak kręte labirynty,
w tak polityczne kanty
w dyplomatyczne finty,

że z nich jedyne wyjście
na świat i światło Boże -
przez wojnę, której nikt nie chce,
przez rzeki krwi i morze.

No cóż, oni nas trzymają
w ryzach, za twarz i pod batem.
to ONI - i to jest właśnie
ta mafia, co rządzi światem.

A jaka na nich rada?
Bo czuję, moi mili,
że z dziecięcą ufnością
pytacie mnie w tej chwili,

Muszę prawdę powiedzieć,
wbrew ufności dziecięcej:
niestety, nas jest za mało.
Durniów jest znacznie więcej.

My skłóceni, więc słabi.
durnie zgodni, więc silni.
my się często mylimy.
durnie są nieomylni.

My sceptycy, zbłąkani
na ziemi i na niebie.
A ONI tak aroganccy
i tacy pewni siebie

i tacy energiczni,
że serce z trwogi mdleje.
Ach, nie znam żadnej rady.
Mam tylko jedną nadzieję.

Żyję tylko tą drobną
otuchą i nadzieją,
że my umiemy śmiać się.
A durnie nie umieją.

Kto wie... może po wiekach,
kto wie... może w oddali,
to jedno przed durniami
obroni nas i ocali.

Tym śmiechem was zasłonię
i do serca przygarnę.
I może nie pójdziemy
ze wszystkim na he... marne


Marian Hemar


W toku dalszej publicystyki nieraz będę odnosił się do ludzi prymitywnych, którzy deformują nasze życie.
A najlepiej jest określić ich słowami kolejnego Skamandryty - Juliana Tuwima:

„Karta z dziejów ludzkości „

Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.

Tutejsza idiotko! – rzekł kretyn miejscowy -
Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

Miejscowa kretynka odrzekła – Z ochotą,
Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.

Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko
I poszedł do kina z tutejsza idiotką.

Na miłym macaniu spłynęła godzinka
I była szczęśliwa miejscowa kretynka.

Aż wreszcie szepnęła: – kretynie tutejszy!
Ten film, mam wrażenie, jest coraz nudniejszy.

Więc poszli na sznycel, na melbe, na winko,
Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.

Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.

W ten sposób dorobią się córki lub syna:
Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.

By znowu się mogli spotykać przed kinem
Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem
.


Dlatego na potrzeby dalszej publicystyki opisałem powyżej pojęcie "idiotki" i "kretyna".

24 lipiec 2014
Artur Łoboda

http://zaprasza.net/a.php?article_id=32659


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 01 sie 2014, 07:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Nauczyciel ma prawo działać zgodnie z sumieniem

Oświadczenie Przewodniczącego KEP

Z Ministerstwa Edukacji Narodowej dochodzą ostatnio wezwania do zachowania neutralności w szkołach. Nauczyciel, który nie zachowuje neutralności, łamie prawo – grozi pani minister. Jej zdaniem nauczyciel, który podpisałby Deklarację Wiary i będzie się stosował do przepisów w niej zawartych, powinien się liczyć z reakcją dyrektora szkoły, organu prowadzącego i wojewody, który uruchomi postępowanie dyscyplinarne wobec takiego nauczyciela; nauczyciel, który podpisałby Deklarację Wiary, łamałby Konstytucję, która mówi, że wszyscy obywatele mają takie same prawa i obowiązki bez względu na wyznanie i światopogląd, oraz przepisy Karty Nauczyciela. Pani minister przywołała artykuł 6 Karty, w którym zapisano, że „nauczyciel obowiązany jest […] kształcić i wychowywać młodzież w umiłowaniu Ojczyzny, w poszanowaniu Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, w atmosferze wolności sumienia i szacunku dla każdego człowieka oraz dbać o kształtowanie u uczniów postaw moralnych i obywatelskich zgodnie z ideą demokracji, pokoju i przyjaźni między ludźmi różnych narodów, ras i światopoglądów”.

Nie istnieje „neutralność światopoglądowa”
a. W odpowiedzi na te groźby pragnę zauważyć, że w Konstytucji RP nie istnieje sformułowanie „neutralność światopo- glądowa”. Konstytucja mówi natomiast o bezstronności religijnej i światopoglądowej władzy publicznej i państwowej (Konstytucja RP, art. 25 ust. 2: „…Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych…”). W myśl tego przepisu organy administracji państwowej mają być bezstronne wobec światopoglądu nauczycieli, rodziców i dzieci, a więc nie mogą narzucać im własnego światopoglądu.

W tej sprawie zabrała głos Rada Społeczna przy Arcybiskupie Poznańskim (10.12.2010). Zwraca ona uwagę na to, że dzisiaj źródłem wielu nieporozumień jest teoretycznie poprawna zasada aksjologicznej bezstronności (neutralności) państwa. Postanowienie Konstytucji RP, art. 25 ust. 2 pozornie brzmi bardzo przekonująco. Ma jednak poważną wadę: jest niemożliwe do spełnienia. Stanowi pustą deklarację. Władze publiczne nie mogą bowiem uchylać się od zajmowania stanowiska w sprawach o fundamentalnym znaczeniu nie tylko dla życia poszczególnych osób, ale także dla wspólnot, które tworzą lub w których żyją obywatele. Chodzi tu o już obowiązujące czy dopiero proponowane regulacje prawne dotyczące np. ochrony życia, związków homoseksualnych, życia rodzinnego, treści programów szkolnych, wielu spraw związanych z etyką, sumieniem, religią itd. Gdyby w sprawach nauczania religii Państwo miało być rzeczywiście bezstronne, to nie powinno się tymi sprawami w ogóle zajmować (np. zakazywać czy nakazywać czegokolwiek w tym zakresie). Jest to jednak niemożliwe. Wymagają tego różne względy organizacyjne, finansowe, ale przede wszystkim ideowe, wynikające z woli zainteresowanych.

Każde stanowisko wynika z jakiegoś światopoglądu i ma konsekwencje w sferze światopoglądowej. Państwo, wkraczając na te obszary, nigdy nie jest bezstronne. Musi bowiem oprzeć się na określonym światopoglądzie. W naszym kręgu kulturowym, w tym zwłaszcza w Polsce, najczęściej ma do wyboru albo światopogląd materialistyczny (ateistyczny), albo światopogląd oparty na chrześcijaństwie. Innej możliwości w praktyce nie ma. Dotyczy to większości najważniejszych problemów związanych z przekonaniami religijnymi, światopoglądowymi i filozoficznymi obywateli, które każde państwo zmuszone jest jakoś regulować prawnie. Jeżeli np. państwo obejmuje ochroną prawną cały proces ludzkiego życia albo legalizuje przerywanie tego życia w arbitralnie określanym przez siebie momencie, sytuacji ekonomicznej czy zdrowotnej lub pozostawia osobom trzecim decyzję o życiu innych, to nie można nazywać tego bezstronnością prawodawcy. Prawodawca może jedynie zastępować rozwiązania oparte na jednym światopoglądzie regulacjami zgodnymi z innym światopoglądem. Musi jednak zawsze stanąć po stronie określonych poglądów.

Człowiek ma zawsze prawo działać zgodnie z sumieniem
b. To właśnie jest źródłem konfliktów sumienia u ludzi prawych. Bo chociaż większość zgadza się co do świeckiego charakteru państwa, co do tego, że państwo powinno mieć charakter świecki, to jednak niektórzy utożsamiają świeckość z laicyzmem, który postuluje zamknięcie religii w sferze życia prywatnego jednostki, co w praktyce oznacza czynną ateizację. Zasada świeckości państwa powinna być rozumiana jedynie w ten sposób, że władze publiczne nie będą narzucały obywatelom wyznawania określonej religii lub ideologii. Świeckość państwa nie polega zatem na usuwaniu krzyży z przestrzeni publicznej lub religii ze szkół, ale raczej na dbaniu o to, aby nie było dyskryminacji z powodu światopoglądu.

W spotkaniu z laicyzmem człowiek ma zawsze prawo działać zgodnie z sumieniem i wolnością, by osobiście podejmować decyzje moralne. Nie jest to nowa zasada. Król wywodzący się z dynastii Jagiellonów, Zygmunt II August, gdy w Europie wprowadzono prawa zniewalające swobodę religijną oraz łamano wolność sumienia, powiedział do swoich poddanych: „Nie jestem panem waszych sumień”. Była to polska odpowiedź na nowinki ideologii zwanej: „czyja władza, tego religia”.

Człowieka „nie wolno więc zmuszać, aby postępował wbrew swojemu sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej” (Dignitatis humanae, 3). Każdy z nas ma sumienie, aby działać zgodnie z prawym sumieniem, czyniąc dobro i unikając zła. Sumienie moralne wymaga umiejętności słuchania głosu prawdy, bycia posłusznym jego wskazówkom. Prawdziwa wartość życia jednostki oraz życia społecznego zależy od prawego sumienia każdego człowieka, od zdolności każdego i wszystkich do rozpoznania dobra, oddzielenia go od zła i cierpliwego starania się, aby je realizować. Wierność sumieniu, mimo wielkich nacisków otoczenia, kształtuje ludzi dużego formatu. „Jeśli sumienie – zgodnie z przeważającym dziś myśleniem spycha się wraz z religią i moralnością do sfery tego, co subiektywne – na kryzys Zachodu nie ma lekarstwa, a Europa skazana jest na regres. Jeśli jednak sumienie odkrywa się na nowo jako miejsce słuchania prawdy i dobra, odpowiedzialności przed Bogiem i braćmi w człowieczeństwie, która jest siłą przeciw wszelkiej dyktaturze, to wówczas jest nadzieja na przyszłość” (Benedykt XVI, Zagrzeb, 5.06.2011).

Gdy dochodzi do konfliktu między dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, obywatel ma zawsze prawo do sprzeciwu sumienia. „Obywatel nie jest zobowiązany w sumieniu do przestrzegania zarządzeń władz cywilnych, jeżeli są one sprzeczne z wymogami porządku moralnego, z podstawowymi prawami osób lub wskazaniami Ewangelii (Katechizm Kościoła Katolickiego, 2242).

Odmowa udziału w złu jest obowiązkiem moralnym
Niesprawiedliwe prawa stawiają ludzi moralnie prawych w obliczu dramatycznych problemów sumienia: gdy wymaga się od nich współpracy [kolaboracji] w działaniach moralnie złych, mają oni obowiązek odmówić uczestnictwa w tych działaniach (Jan Paweł II, encyklika „Evangelium vitae”, 73). Odmowa ta jest nie tylko obowiązkiem moralnym, lecz także podstawowym prawem człowieka, które właśnie dlatego, że jest prawem człowieka, powinno być uznawane i chronione przez prawo cywilne: „Kto powołuje się na sprzeciw sumienia, nie może być narażony nie tylko na sankcje karne, ale także na żadne inne ujemne konsekwencje prawne, dyscyplinarne, materialne czy zawodowe” (KNSK, 399; Jan Paweł II, encyklika „Evangelium vitae”, 74).

Stanowczym nakazem sumienia jest niepodejmowanie formalnego współudziału [kolaboracji formalnej] w tych praktykach, które co prawda zostały dopuszczone przez prawodawstwo cywilne, ale są sprzeczne z prawem Bożym. Takiego współdziałania nie wolno nigdy usprawiedliwiać, ani powołując się na poszanowanie wolności innych ludzi, ani też opierając się na fakcie, że prawo cywilne je przewiduje i nakazuje. Nikt nie może się uchylić od odpowiedzialności moralnej za popełnione przez siebie czyny (por. Rz 2,6; 14,12).

Gdyby więc ministerstwo zmierzało w tym kierunku, by pod pozorem bezstronności szkoły wprowadzać do niej skrajnie ideologiczne programy nauczania, stojące w sprzeczności z godnością człowieka, z Konstytucją (art. 48 i 53), zdrowym rozsądkiem i przekonaniami rodziców oraz ignorując to, że ani społeczeństwo, ani państwo nie powinny zmuszać nikogo do działania wbrew jego sumieniu ani zabraniać zgodnego z nim działania, to istotnie samo przyczynia się do tworzenia realnych przesłanek do niepokojów w szkole.

Abp Stanisław Gądecki

Metropolita Poznański,

przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

http://www.naszdziennik.pl/wp/88835,nau ... eniem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 30 wrz 2014, 15:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Wojciech Wencel

Znowu będzie wojna?

Europa, która wyzionęła ducha, nie jest w stanie dłużej trwać w obecnym kształcie.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 37/2014

To się nie ma prawa wydarzyć. Nie teraz, gdy Polska jest członkiem NATO i Unii Europejskiej. Władimir Putin pręży muskuły, bo chce odbudować mocarstwowy wizerunek Rosji, jednak nie zaryzykuje globalnego konfliktu. Ukraina? Co tam Ukraina! Przecież nie należy do naszego świata, nie mamy wobec niej żadnych zobowiązań. Być może Amerykanie i Brytyjczycy – w nagrodę za nuklearne rozbrojenie – obiecali respektować jej integralność terytorialną, ale zrobili to dwadzieścia lat temu w formie kurtuazyjnej deklaracji. Czyli było to dawno i nieprawda.

Zresztą ci Ukraińcy też nie są święci. Tylko czekają, żeby nas porąbać siekierami jak na Wołyniu w 1943 roku. Na szczęście w porę się w tym połapaliśmy. „W naszym interesie jest, aby ta wojna (rosyjsko-ukraińska – przyp. WW) trwała jak najdłużej, bo angażuje ona zarówno rosyjski imperializm, jak i ukraiński nacjonalizm o ponad tysiąc kilometrów od naszej granicy” – naucza Rafał Ziemkiewicz. I dodaje, iż „trzeba liczyć się także z możliwością, że przyjdzie nam kiedyś współpracować z Rosją przeciwko najbliższym wschodnim sąsiadom, jeśli staną się nam wrodzy”.

Współpracować z Rosją? Mój Boże... Gdy Putin osiąga kolejne cele na drodze przetestowanej przez Hitlera, publicysta tygodnika „Do Rzeczy” wieszczy polsko--rosyjski sojusz w obronie naszych granic. To nic, że ukraińscy żołnierze walczą dziś z demonem Wschodu o własną niepodległość. Każdy z nich jest zapewne „faszystą” i skrywa pod hełmem znamię bestii, która chce pożreć pół Europy.

Zostawmy jednak fobie Ziemkiewicza i skupmy się na realnych zagrożeniach. Czy rzeczywiście Putin blefuje, konflikt na Ukrainie rozejdzie się po kościach, a rosyjskie uderzenie na Warszawę jest projekcją z gatunku science fiction? Gdy przegląda się rejestr wydarzeń 1939 roku, trudno nie zauważyć analogii do naszych czasów. W marcu Niemcy proklamowały utworzenie Protektoratu Czech i Moraw i zmusiły Litwę do oddania portowej Kłajpedy. 6 kwietnia w Londynie ogłoszono polsko-brytyjskie zobowiązanie do udzielenia wzajemnej pomocy w wypadku bezpośredniego lub pośredniego zagrożenia niepodległości. W reakcji na ten sojusz 28 kwietnia Hitler wygłosił w Reichstagu przemówienie, w którym wypowiedział Anglii układ morski, polsko--niemiecki pakt o nieagresji uznał za zerwany z winy Polski i ujawnił skrywane dotąd przez dyplomatów żądania „powrotu Gdańska do Rzeszy” i budowy autostrady eksterytorialnej przez Pomorze.

Polska prasa obszernie relacjonowała te wydarzenia, śledziła ofensywę nazistowskiej propagandy i donosiła o incydentach wywoływanych przez niemieckich prowokatorów. A jednak Polacy w swojej masie nadal nie tracili humoru, mając nadzieję, że beczka prochu, na której posadził ich los, jednak nie wybuchnie. W „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” jakiś żartowniś tłumaczył, że wojny nie będzie, bo... niemieckie biura podróży wciąż oferują swoim klientom egzotyczne wycieczki.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że o wybuchu wojny zdecydowała nie tylko determinacja Niemców i Sowietów. Równie ważnym czynnikiem była duchowa słabość ówczesnej Europy, która stworzyła swoim obywatelom iluzję wiecznego dobrobytu i bezpieczeństwa. Niedawno w „Gazecie Polskiej Codziennie” ukazał się ważny tekst Wandy Zwinogrodzkiej o arogancji dzisiejszych zarządców Europy, którzy uwierzyli, że hedonistyczna, uwolniona od „chrześcijańskich przesądów” kultura jest obiektywną wartością dla całej ludzkości. Twórcy „nowego wspaniałego świata” nie rozumieją, dlaczego „Putin ostrzeliwuje Donieck, skoro może bogacić się na handlu z Zachodem i stopniowo adaptować do tamtejszych standardów”. Dziwią się żyjącym w Londynie czy Paryżu dżihadystom, którzy chcą zbrojnie wspierać Państwo Islamskie, zamiast korzystać z uroków liberalnej demokracji. Nie dostrzegają, że oferując wyłącznie nowe technologie, zdrowe jedzenie i redukcjonistyczne ideologie w rodzaju ekologii, europejska kultura ignoruje naturalną ludzką tęsknotę do Boga, poświęcenia dla idei i przekraczania śmierci. Nic dziwnego, że nasz kontynent jest dziś zupełnie bezbronny wobec wojującego islamu czy „wynaturzonej namiastki religii”, czyli rosyjskiego imperializmu.

Niestety to wszystko prawda. Europa, która wyzionęła ducha, nie jest w stanie dłużej trwać w obecnym kształcie. Jeśli z politycznego punktu widzenia istnieją pewne szanse na zażegnanie globalnego konfliktu, to spojrzenie w perspektywie cywilizacyjnej nie pozostawia złudzeń. Wojna wydaje się nieunikniona i tylko miłosierny Bóg może nas przed nią uchronić.

Po 10 kwietnia 2010 roku miałem nadzieję, że Polacy masowo podejmą inną batalię. Pisałem o potrzebie walki z własnym lenistwem, niechęcią do podejmowania wielkich wyzwań, minimalizmem oczekiwań i wyobraźni. Marzyłem, że jako naród odzyskamy pasję, odwagę i zdolność do ponoszenia ofiar. Od tamtej pory historia wyraźnie przyspieszyła. Może czas już – choćby ku przestrodze – przypomnieć słowa Kazimierza Wierzyńskiego, zapisane 27 sierpnia 1939 roku we „Wstążce z Warszawianki”: „Powstaje dramat – żywy. Okopcie kurhany/ I żywi na kurhanach, na okopach stańcie./ Naprawdę dokonywa się świat rymowany,/ Biją polskie zegary kurant po kurancie./ Naprawdę idzie pożar. Na ściany się wedrze/ Gęstą łuną, co wszystko z tych murów pościera/ Oprócz krwi zapisanej na waszej katedrze:/ Że tym się tylko żyje, za co się umiera”.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2014 ... wojna.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 11 sty 2015, 15:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
CZŁOWIEK WOBEC PIĘKNA, PRAWDY I DOBRA

porządek aksjologiczny i dramat wartości według myśli filozoficznej Józefa Tischnera

1. Dramat wartości

Żywiołem filozofa jest świat pytań. Drogą filozofa jest poszukiwanie. Poczujmy się zatem przez chwilę filozofami, to znaczy wejdźmy w świat pytań, które jak światło latarni morskiej przywołują nas ku sobie; pytań na pozór prostych i zwykłych. Czy piękna dziewczyna jest zawsze zarazem dobra? Czy przyjaciel, który mówi prawdę o postępowaniu, zawsze wypowiada słowa miłe i piękne? Czy to, co naprawdę dobre, musi być zawsze bezwzględnie wypowiedzianą prawdą? Pytania te, które odwołują się wprost do naszego codziennego doświadczenia, odkrywają przed nami świat, w którym uobecnia się jakiś dramat. Dramat ten jest dramatem dziejącym się w świecie wartości, dotyczy bowiem wartości podstawowych: piękna, prawdy i dobra.
Dlaczego to, co piękne, nie zawsze jest dobre? Dlaczego to, co dobre, nie zawsze odsyła wprost do prawdy? Dlaczego ujawnia się jakiś konflikt pomiędzy wartościami? Nasz sposób doświadczania ideałów aksjologicznych – zauważa Józef Tischner – owych wartości: piękna, prawdy i dobra ma charakter dramatyczny[1]. Twórca Filozofii dramatu dochodzi do przekonania, że „dobro, prawda i piękno non convertuntur, lecz »spierają się« między sobą o pierwszeństwo”[2]. Dokonując różnych wyborów, zadajemy sobie pytanie: „Które wartości są niższe, a które wyższe, które pierwsze, a które wtórne?”[3]. W ludzkie doświadczenie świata wartości wpisane jest doświadczenie dramatu. W dramacie tym nie tyle dobro walczy ze złem, prawda z kłamstwem, a piękno z brzydotą, lecz dobro, prawda i piękno toczą wzajemny spór „o miejsce w hierarchii i pierwszeństwo w rywalizacji. (...) Co stoi wyżej – pyta Tischner – piękno czy dobro, piękno czy prawda, prawda czy dobro? O co człowiek jako istota dramatyczna powinien zabiegać najpierw: o prawdę, dobro [czy też] o piękno?”[4]. Pytanie to prowadzi bezpośrednio do najważniejszego z pytań, jakie może postawić sobie człowiek w czasie swojego istnienia: co nadaje najgłębszy sens mojemu życiu? Wszyscy dobrze wiemy o tym, że dramat poszukiwania odpowiedzi na to pytanie nie wyczerpuje się w rozważaniach intelektualnych. Wszystko może stać się pustą gadaniną, jeżeli wartość pozostanie jedynie na poziomie słów. Niemniej jednak refleksje filozoficzne mogą stać się zachętą, pobudką czy też – jak mówił Søren Kierkegaard – przedmową do mowy właściwej. Mową właściwą zaś wydaje się po prostu życie człowieka.
Pragniemy zatem przyjrzeć się nieco szerzej trzem stadium egzystencji: stadium estetycznemu, etycznemu i religijnemu. Podział ten, który zawdzięczamy Kierkegaardowi, odwołuje się do trzech idei aksjologicznych: piękna, prawdy i dobra. W filozofii po Kierkegaardzie znajdujemy filozoficzne propozycje egzystencji, w których tym, co najważniejsze, tym, co pierwsze, jest albo zabsolutyzowane piękno (filozofia Friedricha Nietzschego), albo zabsolutyzowana prawda (filozofia Martina Heideggera) lub też zabsolutyzowane dobro (filozofia Emmanuela Lévinasa i Józefa Tischnera). Istotne jest zrozumienie i pamiętanie o tym, na czym polega absolutyzacja. Zabsolutyzowane oznacza tutaj niezależne, oderwane, postawione jako absolutnie pierwsze. Łaciński czasownik „absolvo, ere” to tyle, co odwiązywać, uwalniać, wyzwalać[5].
Piękno absolutne to piękno postrzegane niezależnie ani od prawdy, ani dobra. Absolutna prawda to prawda widziana niezależnie od dobra i piękna. I absolutne dobro to dobro niezależne od prawdy i piękna. Mam nadzieję, że proste przykłady uwidocznią nam bardziej to, o czym będzie mowa.

2. Zabsolutyzowane piękno

Jak już zostało powiedziane wyżej, z propozycją zabsolutyzowanego piękna wystąpił w swojej filozofii Friedrich Nietzsche. Według niego, tylko piękno potrafi nadać ludzkiemu życiu właściwy blask i sens. W Narodzinach tragedii napisał: „w znaczeniu, jakie mają dzieła sztuki, tkwi nasza godność najwyższa – bo tylko jako zjawisko estetyczne jest istnienie i świat usprawiedliwiony na wieki”[6]. Tischner zauważa: „Rozstrzygnięcie to oznacza zajęcie stanowiska w sporze: dobro jest jedynie o tyle dobrem, o ile jest pięknem, prawda jest o tyle prawdą, o ile jest piękną prawdą. Istnienie, dobro i prawda dochodzą do absolutnego usprawiedliwienia w pięknie”[7]. Dla Nietzschego, jak wiemy, ideałem nie był świat chrześcijański, ale antyczny świat przedsokratejski. Sokrates, jego zdaniem, a później także Chrystus i chrześcijaństwo przyczynili się do zniszczenia wielkiej filozofii. Stąd sam Nietzsche postulował powrót do wielkości wcześniejszego świata.
Spróbujmy wyjaśnić to w możliwie najprostszy sposób. W świecie, w którym żyjemy, są bogaci i biedni, szczęśliwi i wiecznie zapłakani, radośni i cierpiący, zakochani i nieszczęśliwi. Tak po prostu jest. Los każdego jest inny. Istotne nie jest to, co nas w życiu spotyka, istotne jest to, co my z tym robimy. A powinniśmy – zdaniem Nietzschego – uczynić jedno: przeżywać swoje życie poprzez kategorię piękna, co wcale nie oznacza związku z prawdą i dobrem. Ilustrujący tę sytuację przykład stanowi postawa Nerona. Dla Nerona bowiem widok płonącego Rzymu i palonych żywcem ludzi był swoistym przeżywaniem piękna. Pięknu zabsolutyzowanemu, to znaczy oderwanemu od dobra i zła, prawdy i kłamstwa, grozi szaleństwo irracjonalnego upojenia.
Czy piękno zatem usprawiedliwia? Czy piękno zbawia? Czy piękno nadaje najpełniejszy sens ludzkiej egzystencji? Chrześcijaństwo strąca piękno z piedestału panowania. Chrystus na krzyżu nie był piękny. Myślę, że film Mela Gibsona Pasja między innymi chciał ukazać tragedię bólu i cierpienia Chrystusa, w którym nie było piękna, ale były właśnie ból i cierpienie. „Jak wielu osłupiało na Jego widok – czytamy u proroka Izajasza – tak nieludzko został oszpecony Jego wygląd i postać Jego była niepodobna do ludzi”[8]. I znów odwołajmy się do przykładu z życia: jeżeli żona traci piękno swojej twarzy z powodu na przykład wypadku, czy można ją wtedy porzucić dla innej piękniejszej kobiety?

3. Zabsolutyzowana prawda

Panowanie prawdy to pokusa, zwłaszcza dla filozofów i różnego rodzaju ideologów. To nawet przestroga dla filozofów, aby nigdy nie stali się ideologami i nie umieszczali prawda na piedestale. Wydawałoby się, że przecież o to najbardziej chodzi, aby naprawdę być. O prawdę bycia upominał w się swojej filozofii M. Heidegger. Filozof ten nie pytał o dobro i zło, ale w pierwszym rzędzie stawiał pytanie o prawdę. Heidegger pytał o prawdę bycia. Co jednak począć, gdy w grę wchodzi prawdziwy morderca? Czy nie lepiej byłoby, gdyby odnosiła się do niego kategoria nieprawdy, kłamstwa? Co począć w przypadku prawdziwego kłamcy? Czy prawdziwy kłamca naprawdę jest prawdziwy? Rację miał austriacki psychiatra i psycholog Alfred Adler, gdy w pracy Sens życia napisał: „Brzmi to dziwnie, ale może każdy człowiek doświadczył, że miał rację i że z tego właśnie wyniknęło nieszczęście”[9]. Ileż to razy żałowaliśmy w życiu tego, że upierając się przy swojej racji, pokłóciliśmy się z najbliższymi! Co z prawdą, która potrafi zabić nadzieję? Czy lekarz powinien słabemu psychicznie, załamanemu już i tak człowiekowi dowalić prawdą jak obuchem w głowę? Co z sytuacją gdy w imię prawdy szerzy się i podsyca wzajemną nienawiść?
Wydaje się, że problem nie istnieje tak długo, jak długo prawdy się poszukuje. Problem zaczyna się wówczas, gdy komuś wydaje się, że prawdę „ma”. Problem ten nieco w nieco żartobliwym tonie zilustrował, posługując się gwarą góralską, J. Tischner: „I powiym to jesce: choćbyś nawet prowde poznoł, to jej drugiemu nie przekozes. Jak przekazujes, to przekazujes słowa, a sprawa ostaje. Słowa krązą, a sprawy ostajóm. Cy ty wiys, co drugi widzi, kie ty godos „cyrwóne”? Co ón widzi to samo, co ty? Cy wies, co baba cuje, kie ty godos: „jeść mi sie fce”? Telo ci powiym: tego, co ty cujes, ona nie cuje! Kie jedyn i drugi fce dójść prowdy, to z tego ino bitki powstajóm. Nie prowdy sukoj, ale kolegów”[10].

4. Dobro na piedestale

Zarówno E. Lévinas, jak i J. Tischner uważają, że dobro jest wartością pierwszą. Życie człowieka nabiera właściwego blasku, a prawda okazuje się rzeczywiście prawdą bycia nie inaczej, jak właśnie dzięki dobru. Dobro – według obu tych myślicieli – usprawiedliwia sens egzystencji i nadaje mu najgłębszy wymiar. Powstaje pytanie: dlaczego? Dlaczego właśnie dobro należy wynieść na piedestał, ponad prawdę i piękno? W filozofii Lévinasa i Tischnera istotne znaczenie posiada Drugi. Nie ma filozofii Lévinasa, a także Tischnera bez Drugiego. „Doświadczeniem źródłowym – mówi Tischner – jest doświadczenie drugiego człowieka”[11]. A główny dramat przeżywany przez człowieka to dramat miłości i nienawiści, zdrady i przebaczenia, spotkania i rozstania. „Zajmuję się filozofią osoby – wyznaje dalej Tischner – i pytam, jak musi być zbudowana osoba, żeby mogło się wydarzyć spotkanie”[12]. Spotkanie w pełni, to znaczy takie spotkanie, które tym jest pełniejsze, im więcej wzajemnego zaufania. Istotne pytanie, jakie się teraz pojawia brzmi: co tworzy fundamentalny warunek wzajemnego zaufania? Co może prawdziwe zbliżyć ludzi ku sobie?
W powieści Skrzywdzeni i poniżeni Fiodor Dostojewski ukazuje postać Nelly, chorej dziewczynki, której matka dopiero co zmarła w okropnej nędzy. Dziewczynkę wyrwał ze środowiska złych, perfidnych ludzi główny bohater powieści i zaopiekował się nią. Sprowadził lekarza, podeszłego już w wieku człowieka, „najpoczciwszego Niemca w Petersburgu”. Kiedy lekarz podawał dziewczynce rozpuszczone w wodzie lekarstwo, dziewczynka zawadziła ręką o łyżkę i wszystko rozlało się na podłodze. Podobnie zrobiła za drugim razem. Zawsze jednak zadawała to samo pytanie: a czy teraz pan mnie lubi? Po drugim razie staruszek, ocierając twarz chusteczką, rzekł: Ach! Znowu... Jak to niedobrze! Ale... można rozpuścić jeszcze jeden proszek... „Nelly stropiła się strasznie. Oczekiwała naszego gniewu, myślała, że zaczniemy na nią krzyczeć, robić wymówki, może podświadomie chciała tego nawet w tym momencie, aby móc wybuchnąć histerycznym płaczem, porozrzucać znowu proszki, a może nawet potłuc coś ze złości i tym zaspokoić swoje kapryśne, obolałe serduszko (...).
Nagle, zdumiona anielską dobrocią skrzywdzonego przez nią staruszka i cierpliwością, z jaką rozpuszczał dla niej trzeci z kolei proszek bez słowa wymówki, Nelly ucichła. Sarkazm znikł z jej warg, twarz nagle się zarumieniła, oczy zwilgotniały; chwilę patrzyła na mnie i zaraz się odwróciła. Doktor podał lekarstwo. Spokojnie i nieśmiało wypiła je, pochwyciła czerwoną, pulchną rękę starca i powoli spojrzała mu w oczy.
– Pan... się gniewa dlatego, że jestem zła – powiedziała, lecz nie dokończyła, schowała się pod kołdrę, nakrywając się z głową, i głośno, spazmatycznie się rozpłakała.
– O, drogie dziecko, nie płacz... To nic, to tylko nerwy, proszę, napij się wody (...). Dobre, wdzięczne dziecko – powiedział doktor uroczyście i tkliwie. – Biedna dziewczynka!
Od tego dnia pomiędzy nim i Nelly nawiązała się jakaś osobliwa, dziwaczna sympatia (...). Nelly go bardzo pokochała i zawsze witała go wesołym uśmiechem, choćby była nie wiem jak smutna przed jego przyjściem. Ze swej strony, staruszek zaczął przychodzić codziennie, a czasem i po dwa razy dziennie, nawet wtedy gdy Nelly zaczęła już chodzić i zupełnie wracała do zdrowia; zdawało się, iż tak go oczarowała, że nie mógł wytrzymać ani jednego dnia, nie słysząc jej śmiechu i żartów z niego, nieraz bardzo zabawnych”[13].
Pozostawiliśmy pytanie: co może prawdziwie zbliżyć ludzi ku sobie? Odpowiedź stała się oczywista: Dobro. W zakończeniu do Filozofii dramatu Józef Tischner napisał: „Szczęście przychodzi, gdy człowiek wybiera Dobro przeciwko złu, które go wciąga. Wybierając udzielające się człowiekowi Dobro, człowiek staje się szczęśliwy. Im wyższe dobro wybiera, tym mocniejsze życie. Wybierając wciąż życie wedle dobra, człowiek wznosi się ku czemuś, co jest ponad czasem. Jest przeświadczony, jakoby samo Wiekuiste Serce pociągało go ku sobie. Człowiek wprowadził swój kruchy los pod dach Dobra, które mu błogosławi”[14].
Chciałem, ażeby te słowa były tylko i aż zachętą, pobudką czy też przedmową do mowy właściwej. A mową właściwą jest po prostu codzienne życie człowieka. Dziękując za życzliwe wysłuchanie, życzę każdemu nieustannego wzrastania w Dobru, które prawdziwie uszczęśliwia.



[1] Por. J. Tischner, Myślenie w żywiole piękna, Kraków 2004, s. 21.
[2] Tamże.
[3] Tamże.
[4] Tamże, s. 21–22.
[5] Por. Mały słownik łacińsko-polski, red. J. Korpanty, Warszawa 2001, s. 10.
[6] F. Nietzsche, Narodziny tragedii, przeł. L. Staff, Kraków 1907, s. 5.
[7] J. Tischner, Myślenie w żywiole piękna, dz. cyt. s. 22.
[8] Iz 52, 14.
[9] A. Adler, Sens życia, przeł. M. Kreczowska, Warszawa 1986, s. 172.
[10] J. Tischner, Historia filozofii po góralsku, Kraków 2001, s. 37.
[11] Tenże, Spotkanie. Z ks. Józefem Tischnerem rozmawia Anna Karoń-Ostrowska, Kraków 2003, s. 128.
[12] Tamże, s. 132.
[13] Por. F. Dostojewski, Skrzywdzeni i poniżeni, przeł. Wł. Broniewski, London 1992, s. 267–272.
[14] J. Tischner, Filozofia dramatu, Paris 1990, s. 257.

http://stefan-szary.pl.tl/Cz%26%23322%3 ... -dobra.htm


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 14 sty 2015, 08:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Rewolucja po Bożemu

Wiesz, że każdy nasz czyn ma ogromny wpływ na cały świat? Dobro, uśmiech, podanie ręki – rozchodzi się jak fala. Zło tak samo. Człowiek jest częścią świata. Ma udział w tworzeniu jego przyszłości...

Słowa te wypowiedział do swej żony Piotr Łuszcz „Magik”, polski raper, członek grupy muzycznej „Paktofonika”. W nich zawarta jest mocna zachęta do życia w odpowiedzialności za każdy swój czyn i wypowiedziane słowo. Ta świadomość wynika ze spotkania z Kimś, z jakiejś głębszej refleksji, które dają światło i otwierają na nowy Cel. Dzięki niemu nic nie jest już takie, jakie było wcześniej. Wszystko się zmienia w moim życiu, gdy przez moje słowa i czyny zmieniam świat. Świadomość ta prowadzi do poznania największej prawdy – bezwarunkowej miłości Boga względem każdego z nas. Bez niej doświadczamy swej nicości, odziedziczonej słabości, która jednak w świetle doświadczenia Boga chętnie nam przebaczającego, przeradza się w proces nawrócenia i świadczenia o tym wobec wszystkich. Zostajemy wówczas obdarowani światłem na naszej drodze – charyzmatem miłości, który pokonuje wszelkie nasze obawy, leczy rany i zbliża ludzi do siebie.

Charyzmat jest szczególnym darem Ducha Świętego, który zostaje udzielony wiernym po to, aby mogli we właściwy sposób wypełniać nakazaną im służbę we wspólnocie Ludu Bożego. Cnota miłości jest najważniejszym, a zarazem najbardziej subtelnym spośród wszystkich charyzmatów, które wymienia św. Paweł. Ten dyskretny dar, który nie krzyczy wobec pozostałych i spektakularnych, Apostoł Narodów uważa za podstawę, za światło, bez którego, jak pisze w Hymnie o Miłości, wszelka posługa charyzmatyczna nie miałaby sensu, byłaby niczym. Św. Paweł chce nam powiedzieć, że świat zmieniają nie cuda, ale miłość.

Niestety, konsekwencje grzechu pierworodnego i wszystkich grzechów osobistych ludzi powodują w świecie stan grzeszności – grzech świata (J 1, 29). Uderza on w każdego człowieka, wywierając na niego zły wpływ przez trudne sytuacje wspólnotowe i zdeformowane struktury społeczne, które są owocem grzechów ludzi. Kiedy więc przychodzimy na ten świat, zastajemy na nim walkę. Tak to już jest. Możemy przejść wobec niej obojętnie. Możemy być jednymi z tych, którzy chcą zmieniać zastany świat, ale bez zmiany siebie, tak po prostu na siłę narzucając wszystkim swoje zasady i przez to jeszcze bardziej go rujnując. Możemy w końcu zabrać się za jego odnowę w duchu słów Lwa Tołstoja: „Wszyscy chcą zmieniać świat, ale nikt nie chce zacząć od siebie” – zaczynając od właściwej strony – od siebie.

Jeśli chce się coś odnowić, trzeba poznać pierwowzór, formę oryginalną danej rzeczy. Spójrzmy więc na Jezusa – rewolucjonistę miłości i Jego naukę potwierdzaną znakami, która zainspirowała świat tak, że do dzisiaj rozchodzi się jak fala. Jak zauważył niemiecki teolog Walter Kasper, w centrum moralności Jezusa Chrystusa nie stała przemoc, która prowokowała inną przemoc, ale miłość. Jezus nie chciał zadawać ran, ale je leczył. Przez przykazanie miłowania nieprzyjaciół położył kres spirali nienawiści i zemsty. Wymagał nawet odrzucenia gniewu i sam przeszedł drogę nie-przemocy i gotowości na cierpienie. Rozdawał to, co miał, bo – jak mówił – więcej radości jest w dawaniu aniżeli w braniu. Złamał wszelkie ówczesne konwencje społeczne i religijne, nauczając, że miarą prawdziwego miłosierdzia nie jest prawo, ale sam człowiek. Nie dzielił ludzi na przyjaciół i nieprzyjaciół. W swoim zachowaniu był tak radykalny, że stał się doskonałym „instrumentem” dla bycia i działania Boga w historii.

Bez wątpienia czyny i słowa Jezusa przyniosły bezpośrednie konsekwencje dla całego świata. Trwanie w opozycji do zła przedstawiło Go nam jako jeszcze bardziej rewolucyjnego od innych ludzi „zmieniających” świat przemocą. Jezus Chrystus dwa tysiące lat temu rozpoczął przewrót, który do dzisiaj zmienia świat. Pomódl się do Niego o światło, odpowiedz sobie na pytanie: kim dla mnie jesteś, Panie? Zacznij żyć świadomie i, jeśli tylko chcesz, stań się uczestnikiem Jego rewolucji. Wiedz, że On jest takim wodzem, który za jedną rzecz, której się wyrzekniesz dla Niego, za jeden kubek wody dany dziecku w Jego imię, da po stokroć więcej. On ci cały twój trud na tym świecie wynagrodzi. Weź więc świadomy udział w tworzeniu Jego przyszłości!

* * *

Kl. Marcin Klimaszewski CR
seminarzysta Międzynarodowego Kolegium Zmartwychwstańców w Rzymie, student II roku teologii na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, w wolnej chwili lubi grać na organach oraz słuchać muzyki

http://www.niedziela.pl/artykul/114946/ ... -po-Bozemu


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 20 sty 2015, 11:08 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7536
Lokalizacja: Podlasie
To jest żaba. A to jest zbiornik z ciepłą wodą. Gdyby teraz żaba znalazła sie w gorącej wodzie, natychmiast z niej wyskoczy. To logiczne. To rzeczywiście ją boli.
Kiedy żaba znajdzie się w zimnej wodzie, siedzi w niej. Gdyby teraz temperatura wzrastała bardzo powoli, żaba niczego nie zauważy. Gdy woda dojdzie do staniu wrzenia, żaba będzie już całkiem martwa.

Reakcje zaawansowanych społeczeństw są podobne, jak u tej żaby w gorącej wodzie. Przyzwyczajają się one do stopniowo zmieniających się warunków i nie pamiętają zbyt wiele z tego, co było przedtem.


Dlatego powinniśmy teraz spojrzeć na termometr i zobaczyć, czy aby woda nie jest już dla nas za gorąca.

Wojciech Mann 2009

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 16 cze 2015, 07:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Życie bez wiary traci sens

W uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny księża biskupi przestrzegali przed pokusą prywatyzacji wiary. Wykluczenie zasad wiary z życia publicznego prowadzi nie tylko do ateizacji społeczeństwa, ale również do głębokich przemian kulturowych, cywilizacyjnych i moralnych. Dlatego jeśli Naród Polski odrzuci Boga, to nie będzie to już ten sam Naród i w ogóle to już nie będzie Naród Polski. Odrzucenie Boga to nie jest to samo, co odrzucenie takiego czy innego polityka, a odrzucenie Dekalogu co odrzucenie programu jakiejś partii. Wiara zawiera najbardziej podstawowe prawdy dotyczące racji i sensu ludzkiego istnienia. Bez wiary życie ludzkie staje się bezsensowne.

Ten, kto nas pcha w niewiarę, wyraźnie dąży do tego, żebyśmy stali się istotami bezmyślnymi i niemoralnymi, bo przecież w prawdach wiary zawarte są również podstawowe zasady postępowania. Ich odrzucenie kończy się skrajnym libertynizmem, a jedynym prawem staje się prawo silniejszego. To powrót do stanu ludzi dzikich, tyle że uzbrojonych w nowoczesne środki technologiczne, ale w środku, wewnątrz, ci nowocześni a bezbożni politycy, dziennikarze, biznesmeni to są bardzo niebezpieczni barbarzyńcy. Propagując, coraz bardziej nachalnie, świat bez Boga i bez wiary, chcą zwykłych ludzi uczynić bezbronnymi, bo przecież bez Boga zwykły człowiek nie znajdzie sił, by oprzeć się złu i by w ogóle rozeznać, co jest dobre, a co złe, ponieważ wszystkie pojęcia i słowa są celowo mieszane (subiektywizm, relatywizm). W takim zamieszaniu ludzie wierzący mogą zwrócić się do Objawienia, do nauczania Kościoła, by odnaleźć porządek i ład, prawdę i dobro. A co będzie, gdy od wiary odejdą? Kto będzie dla nich wyrocznią? Kto pomoże im się odnaleźć? Stalin, Hitler, a może upadła piosenkarka? Musimy w tym wszystkim zachować zdrowy rozum, który wyraźnie nam podpowiada, że inną rangę posiada potwierdzone autorytetami dziedzictwo liczące tysiące lat, a inną doraźna propaganda, której źródeł ani autorów tak naprawdę do końca nie znamy. Na pewno jednak dobrze nam nie życzą, raczej chcą nas mocniej zniewolić, dlatego właśnie chcą nas pozbawić najważniejszego dla nas oparcia, jakim jest wiara w Boga.

Piotr Jaroszyński

http://www.piotrjaroszynski.pl/felieton ... traci-sens


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 26 cze 2015, 18:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Czyn wewnętrznie zły

Z ks. prof. Pawłem Bortkiewiczem TChr, wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Rafał Stefaniuk

Minister zdrowia prof. Marian Zembala stwierdził, że nowa ustawa o in vitro nie stoi w konflikcie z nauczaniem Kościoła, z nauką teologów i Jana Pawła II. Księże Profesorze, Jan Paweł II poparłby ustawę o in vitro?
– Takie wypowiedzi rażą ignorancją na poziomie, jakbyśmy my mówili o ludzkiej prokreacji w kategoriach dzieworództwa albo kamieni filozoficznych i innych tego rodzaju bzdur. To jest wypowiedź niegodna człowieka, który legitymuje się tytułem naukowym i który wypracował elementarną zdolność czytania. Wypowiedzi Jana Pawła II na temat in vitro są absolutnie jednoznaczne. In vitro jest tzw. intrinsece malum, czyli czynem wewnętrznie złym, którego nic nie może usprawiedliwić. Na ten temat mowa była w instrukcji Kongregacji Nauki Wiary Donum vitae. Wreszcie bardzo wyraźnie mówił o tym sam Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae” czy liście do rodzin. Nie ma tu więc najmniejszego cienia wątpliwości. Tej wątpliwości nie pozostawia także Katechizm Kościoła Katolickiego. Panu prof. Zembali powiedziałbym, a przy tym zalecił – bierz i czytaj, człowieku! Masz co czytać i możesz uzyskać prostą wykładnię wiedzy na ten temat.

Brak wiedzy to jedna rzecz, a jakie inne powody tego typu stwierdzeń Ksiądz Profesor dostrzega?
– To jest sprawa bardzo skomplikowana. Wydaje mi się, że „brak wiedzy” jest pewnym zabiegiem manipulacyjnym. Mimo wszystko mam szacunek dla pań i panów posłów, ministra Zembali, szefa MSW Teresy Piotrowskiej, która jest z wykształcenia teologiem czy także posła prof. Stefana Niesiołowskiego, którzy wielokrotnie deklarują swój katolicyzm, że nie wierzę, żeby nie mogli przeczytać prostego tekstu ze zrozumieniem. I dlatego śmiem twierdzić, że jest to pewnego rodzaju manipulacja. Jest to próba wywarcia presji popartej autorytetami naukowymi czy politycznymi i przekonania do swojej racji tej części społeczeństwa, która nie sięga po te teksty. Starają się więc przekonać tych ludzi do tego, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż jest w rzeczywistości. Inaczej mówiąc, przy poparciu in vitro widzę tylko dwie możliwości - ignorancję albo ideologizację rzeczywistości. W przypadku tych osób, które wymieniłem, liderów partii rządzącej, to nie podejrzewam ich o tak kompletną ignorancję i tak kompletną niemoc umysłową, która by ich wykluczała z życia publicznego. Dlatego też podejrzewam ich o sferę manipulacji ideologii.

Dwa tygodnie temu premier Ewa Kopacz gościła na audiencji u Papieża Franciszka i prosiła go o modlitwę w intencji Polaków. Wczoraj parlament przyjął rządową ustawę o in vitro. W ciągu dwóch tygodni da się aż tak bardzo zmienić poglądy?
– To są poglądy stałe, które w tej chwili uzyskują uwidocznienie. Musimy powiedzieć bardzo jasno, że nie mamy nic wspólnego z ludźmi o poglądach Kościoła katolickiego, a więc nie są katolikami. To jest jedynie kamuflaż. Kiedyś mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, że establishment polityczny partii komunistycznej ukrywał swoje pooglądy i od czasu do czasu manifestował je w kościele, dziś mamy sytuację dokładnie odwrotną. Establishment partyjny manifestuje publicznie swój katolicyzm, ale w decyzjach bardzo konkretnych demonstruje w sposób jednoznaczny swoje podejście antykatolickie.

Episkopat apelował do posłów w sprawie in vitro. Jak katolik ma się odnosić do apeli Episkopatu? Może je ignorować?
– To są apele, które nie wyrażają prywatnych poglądów biskupów, tylko wyrażają nauczanie Kościoła katolickiego. Katolik jest zobowiązany do przestrzegania tych zasad. Przejdźmy na niższy poziom. Będąc członkiem korporacji czy jakiejkolwiek instytucji, deklaruję się do realizowania pewnego kodeksu zasad w niej zawartych. Tym bardziej dotyczy to sfery tak poważnej jak życie i wiara, a więc przynależność do Kościoła. Jeżeli ktoś ignoruje to nauczanie, to nie ignoruje poglądy któregoś z hierarchów, a całego Kościoła i Chrystusa żyjącego w tym Kościele. To jest bardzo poważna sprawa, bo dotyczy bardzo poważnej rzeczy.

Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... e-zly.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 01 lip 2015, 16:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Rozwód a romantyzm

Obrazek
Rozwód a romantyzm


Ujawniane od czasu do czasu statystyki dotyczące rozwodów przerażają wszystkich, którzy pamiętają iż rodzina jest podstawą społeczeństwa. Podaje się liczne powody braku trwałości dzisiejszych małżeństw. Prof. Plinio Corrêa de Oliveira w znakomitym eseju sprzed kilkudziesięciu lat udowodnił, że jednym z tych bagatelizowanych powodów jest mocno promowany dziś romantyzm. Przypominamy ten tekst ku rozwadze wszystkich fanów hollywoodzkich filmów i utrzymanych w romantycznym duchu powieści.

Niemal we wszystkich pracach poświęconych krytyce rozwodów wykorzystuje się argumenty akademickie, które mogą być przekonujące jedynie dla intelektualistów. Zasadniczo jednak, nie można ich stosować chcąc przekonać opinię publiczną, która reprezentując wszak najróżniejsze poglądy (od obstawania przy nierozerwalności związków małżeńskich po popieranie rozwodów), bardziej skłania się ku drugiemu stanowisku.

Zwolennik rozwodów może być łatwo sprowadzony do roli biernego, znudzonego i zakłopotanego odbiorcy, wysłuchującego rozstrzygających argumentów, potwierdzonych faktami i liczbami na temat, jak bardzo krzywdzący jest rozwód dla rodziny i dla całego państwa. Może nawet przez chwilę pozostanie on cicho, jedynie szemrając coś pod nosem, ale po chwili powróci do punktu wyjścia mówiąc: "No dobrze, wobec tego nieszczęśliwi małżonkowie nie mogą na nowo zacząć swojego życia? Czy jest to sprawiedliwe, aby pozbawiać ich prawa do zbudowania na nowo własnego szczęścia?". Przeciwnicy rozwodów dobrze wiedzą, jak częste są tego rodzaju stanowiska. I nawet dobitne argumenty logiczne nie są w stanie przekonać ludzi je wygłaszających. Dlatego też efektywna kampania przeciw rozwodom, jeśli chce do nich trafić, musi wziąć ten fakt pod uwagę. Musimy sobie zdać sprawę z tego, że jeszcze nie udało się w pełni znaleźć sposobu dotarcia do ludzi o takiej właśnie mentalności.

Czym romantyzm jest w rzeczywistości?
Koniecznie trzeba poznać przyczynę takiego stanu rzeczy i znaleźć argumenty, które na nich podziałają. Z tego powodu podejmujemy dziś problem romantyzmu. Książki historyczne uczą nas, iż romantyczny sposób myślenia już dawno umarł. Jest to prawda, jeśli mówimy o romantyzmie jako o pewnym ruchu w literaturze czy sztuce. Ale czy rzeczywiście romantyzm umarł, jeśli mówimy szerzej, o życiu? Czy rzeczywiście romantyczny sposób myślenia i czucia nie ma obecnie żadnego wpływu na mentalność? W szczególności zaś nie ma wpływu na sprawę rozwodów? Czy dzisiaj postawy ludzkie są wolne od wpływu romantyzmu?

Przypomnijmy sobie najpierw kilka typów bohaterów romantycznych. Pierwszy typ bohatera -"uczuciowy". To młodzian o wytwornych i wyraźnych rysach, którego wielkie melancholijne oczy są zapatrzone w odległy horyzont. Ma on zmierzwione włosy i niedbałe ubranie. Jest człowiekiem wielkich nieokreślonych aspiracji, zmęczonym szukaniem "prawdziwej miłości". W najskrytszym zakamarku jego duszy kryje się trwoga. Są tam nieopisane pragnienia znalezienia "bratniej duszy", która go zrozumie. Przecież gdzieś musi istnieć taka istota na tym świecie. On jej rozpaczliwie poszukuje, bo tylko z nią będzie szczęśliwy.

Drugi typ bohatera romantycznego, to typ "straszny". Pod względem moralnym jest on identyczny z pierwszym typem. Pozbawiony jest męskości, choć pozostaje człowiekiem masywnej, atletycznej budowy i ma raczej ciemną urodę z oper Wagnera. Ma wysoki status społeczny i ogromne wpływy - właściwie posiada wszystko, co tylko życie może zaoferować. Jednak - i tu mamy romantyczny scenariusz - w jego sercu powstaje głęboka rana, paląca miłość, kolosalne rozczarowanie, które sprawia, że jest zimny, bo jest przekonany, że nigdy nie znajdzie miłości mogącej sprostać jego pragnieniom.

Symetrycznie mamy wzory bohaterek romantycznych. Nietrudno będzie znaleźć parę typowych przykładów. Pierwszy, to typ "delikatnej" kobiety. Jest ona czarująca, ma filigranową budowę ciała i delikatną duszę. Zaczyna płakać, gdy tylko pojawia się drobny ból. Jakiekolwiek zawirowania duszy sprawiają, że cierpi. Nosi w swoim sercu wielkie pragnienie poświęcenia się komuś i pragnie, aby ktoś ją zechciał. Wymaga opieki z powodu swej kruchości, którą odzwierciedla jej spojrzenie, melancholijny głos, wytworność cech oraz delikatny wygląd.

Innym przykładem będzie typ "wspaniały", "majestatyczny". Olśniewająca piękność z postawą i zachowaniem godnym królowej. Jest naturalnym centrum uwagi, szacunku i poświęcenia. Ma wyniosłą (i zgubną) prezencję. Ale oczywiście w głębi jej duszy jest ukryty ogromny i rozdzierający ból. To gorycz przeszłego rozczarowania. Niepokój i brak nadziei na znalezienie kogoś, kto mógłby ją zrozumieć. U jej stóp poeci, książęta, milionerzy bezskutecznie jęczą i błagają. A ona pozostaje niewzruszona. Z wyniosłym wzrokiem, z jeszcze większym i głębszym smutkiem szuka w najodleglejszych zakamarkach świata przez całe życie czegoś, czego nigdy nie znajdzie. A czego szuka? Wielkiej miłości, tak jak ją rozumie. Miłości zgodnej z jej wyimaginowanymi "najszlachetniejszymi" aspiracjami. Przechowuje to wszystko w sercu jak jakąś wielką tajemnicę.

Wciąż jest więcej romantyków, niż nam się zdaje
Być może, drogi Czytelniku, będziesz się śmiał, bo czyż nie jest to staromodne? Ale czy ktokolwiek dzisiaj, jeśli zobaczy młodego mężczyznę lub młodą kobietę, mknących we wspaniałych samochodach, w tej epoce lekkości, rekreacji i sportu będzie wątpił w to, że w tych oświeconych czasach romantyzm mamy już dawno za sobą? Współczesny młody człowiek jest „praktyczny”, silny, radosny, wydaje się być mocno osadzony w rzeczywistości i żądny sukcesu. Młoda dama także jest „praktyczna”, niezależna, przedsiębiorcza i często spragniona działania. Jest zadowolona ze swojego życia i pragnie czerpać wszystko, co ono jej daje. Co zatem ma ona wspólnego z bohaterką romantyczną, która doprowadzała nasze babcie do łez? Współczesny utylitaryzm stworzył klimat tolerancji dla małżeństw zawieranych z cynicznych pobudek finansowych. Nikt z nas nie zaprzeczy, że na zawierane obecnie małżeństwa mają znacznie większy wpływ niż dawniej kalkulacje dotyczące stanu posiadania i wpływów społecznych danych osób. Ale gdyby ogromna liczba małżeństw w ten sposób zawartych skłoniła nas do konkluzji, że jest to ogólna zasada, to bardzo się zdziwimy.

„Sentyment” wciąż bowiem pozostaje bardzo wpływowy, pomimo całego utylitaryzmu. I jeśli go przeanalizujemy, to dojdziemy do wniosku, że jest on w porównaniu z sentymentem ze starych romantycznych opowiadań powierzchowny i zmodernizowany. W demokratycznych czasach wyróżniające się i wyjątkowe charaktery nie są już bowiem akceptowane. Współczesny "bohater" jest "zwyczajnym chłopakiem", a bohaterka jest "fajną dziewczyną". Mechanizacja współczesnego życia zmusza ich do tego, aby w mniejszym stopniu odstawali od bohaterów z dawnych czasów, zwłaszcza jeśli chodzi o te niekończące się wędrówki umysłu. Wszystko to w jakiś sposób ogranicza sentymentalność oraz fantazjowanie.

Jednak te ograniczenia nie występują jeśli chodzi o miłość. Wtedy zawsze mamy do czynienia z tym samym słodkim sentymentalizmem i tymi samymi nieokreślonymi pragnieniami. To jest to samo niezrozumienie, to samo poszukiwanie uczucia, ten sam kryzys, to samo pragnienie sentymentalnego, niekończącego się szczęścia i ta sama chroniczna niepewność. Aby tego dowieść, nie musimy przeprowadzać badań literatury czy filmów, które mamy w obfitości dzisiaj, a które naprawdę kształtują "ducha mas". Wystarczy, że nasz czytelnik będzie miał odrobinę rozsądku, aby przekonać się do naszych spostrzeżeń. W rzeczy samej, wiele współcześnie zawieranych małżeństw w wyniku tzw. zakochania się jest opartych na ideach bezpośrednio przepojonych romantycznym sentymentalizmem. I w tym tkwi problem.

Istnieje dziś część małżeństw zawieranych z wyrachowania, mając na względzie własne interesy oraz część opartych na tzw. uczuciu. I właśnie na te ostatnie ma wpływ romantyzm. Ich trwanie w przeważającej mierze uzależnione jest od tego, jak długo ten wspólny interes bądź uczucie będzie w stanie utrzymać małżonków we wspólnocie. Nie ma potrzeby drążenia kwestii małżeństw zawieranych z wyrachowania. Myślę, że jest to zagadnienie zrozumiałe. Skoncentrujmy się raczej na wpływie romantyzmu.

Wrodzona frywolność romantyzmu
Przede wszystkim musimy podkreślić, że romantyzm jest z natury frywolny. Z góry zakłada istnienie wielkich cnót u "bohaterki" czy "bohatera". Ale w ostatecznej analizie cnoty te nie mają większego wpływu na przetrwanie wzajemnego uczucia. Sentymentalizm jest zasadniczo bardzo wyrozumiały. Wybacza prawdziwe moralne defekty, niewdzięczności, niesprawiedliwości, a nawet otwarte zdrady. Ale nie wybacza trywialności! Taką trywialnością będzie np. chrapanie w nocy, nieświeży oddech bądź jakiekolwiek drobne niedomaganie natury ludzkiej, przywara, która może raz na zawsze zabić romantyczne sentymenty. Romantyczne sentymenty, o czym należy pamiętać, mogą spowodować, że od tych błahych powodów z łatwością można przejść do znacznie poważniejszych przyczyn uskarżania się. A wtedy codzienne życie jest niekończącym się pasmem błahych wymówek, które trudno komukolwiek znieść.

Z tego też powodu powszechne staje się mówienie o rozczarowaniach, które przychodzą po miesiącu miodowym. "Po tym okresie - ktoś mi powiedział - moja żona nie zwodziła mnie, ale napełniła rozczarowaniem". Romantyzm ze swej istoty i z definicji stworzony jest z iluzji, z zachcianek, niekontrolowanych namiętności i nieprawdopodobnych uczuć, które mogą istnieć tylko w świecie marzeń. W rezultacie, w krótkim czasie, uczucia, które były jedyną psychologiczną podstawą małżeńskiej stabilności zaczynają gasnąć. Naturalnie ci, którzy znajdą się w takiej sytuacji życiowej, nie sięgają do sedna problemu. Nie rozumieją, dlaczego ich pragnienia były całkowicie nieosiągalne i szczerze dochodzą do prostego wniosku, że popełnili błąd. Nie znaleźli jeszcze tego szczęścia - małżeństwo go im nie dało. Przyzwyczajeni do życia tylko wyłącznie dla siebie, szukając szczęścia wyłącznie swojego, a przyzwyczajeni do postrzegania szczęścia jako zaspokojenia sentymentalnych pragnień, będą sądzić, że ich życie zostało nieodwracalnie zrujnowane - o ile oczywiście nie będą się starali zaspokoić tych iluzji w inny sposób. Co więcej, będą sądzić podobnie o życiu wielu innych osób, które popełniły ten sam "błąd". Dlatego też rozwód będzie się jawił jako coś zupełnie koniecznego, jak powietrze, bez którego nie można żyć.

Romantyzm jako egoizm
Stąd, w tym stanie ducha i umysłu, jakie wrażenie może zrobić na nich poważna argumentacja sprzeciwiająca się rozwodom, poparta li tylko suchym językiem statystyk? Taka osoba, przyzwyczajona do mentalnych wędrówek, ale nie do myślenia, nie zniesie jakiejkolwiek formy argumentacji, a zwłaszcza tej bardzo poważnej. Prosty język liczb wydaje się jej śmieszny. Dlatego też widać, że ci, którzy zgodnie z tradycyjnym nauczaniem Kościoła dotyczącym nierozerwalności związku małżeńskiego przemawiają używając argumentacji opartej na moralności czy zdrowym rozsądku, do swych odbiorców zwyczajnie nie trafiają. Odbiorcy ci są wszak zainteresowani jedynie osiągnięciem własnego szczęścia i to żyjąc w świecie marzeń i fantazji.

W końcowej analizie romantyzm jawi się więc jako czysty egoizm. Romantyk szuka jedynie własnego szczęścia. Myśląc o miłości drugiego człowieka stawia go w pozycji instrumentu do zaspokojenia swoich pragnień. Łaknie tego emocjonalnego szczęścia tak bardzo, że jeśli popuści wodze sentymentom, to jest on w stanie dopuścić się najgorszego zła, nie zważając na hamulce moralne i to, co podpowiada zdrowy rozsądek. Pragnie w brutalny sposób zaspokoić swoje instynkty.

A przecież na egoizmie niczego nie można zbudować, w szczególności zaś rodziny. Dlatego koniecznie należy rozpocząć ogromną antyromantyczną ofensywę. Należy wytłumaczyć fundamentalną różnicę między miłością chrześcijańską a romantycznym sentymentalizmem, wciąż będącym w modzie. Należy tłumaczyć, że miłość chrześcijańska jest przeniknięta nadprzyrodzonością, jest pełna zdrowego rozsądku i równowagi; głęboko święta, autentyczna i szlachetna. Ona triumfuje nad dzikimi wędrówkami wyobraźni i zbuntowanymi zmysłami, a także nad zmysłową, egoistyczną miłością niepohamowanych namiętności.

Tak długo jak sentymentalno-romantyczna koncepcja wpływa na punkt widzenia zaręczonych par, każde małżeństwo będzie niepewne, ponieważ będzie zbudowane na niepewnej, trzęsącej się, wulkanicznej podstawie ludzkiego egoizmu. Owszem, rodzina jest podstawą społeczeństwa - ale św. Augustyn naucza, że istnieją dwie społeczności: Państwo Szatana, zbudowane na miłości własnej, pozbawione Boga, oraz Państwo Boga oparte na miłości Bożej i pozbawione miłości własnej. Małżeństwa oparte na romantycznych sentymentach i egoizmie nie są fundamentami Państwa Bożego.

Prof. Plinio Corrêa de Oliveira
Tekst w języku polskim pierwotnie opublikowano w piśmie "Krzyżowiec".
Śródtytuły od redakcji PCh24.pl


http://www.pch24.pl/rozwod-a-romantyzm,36592,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 03 wrz 2015, 07:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Wojna - Głupcze!!

Wojny od zarania dziejów prowadzone były w jednym i tym samym celu – pozyskania środków materialnych, terenu i ludzkiego potencjału w formie taniej siły roboczej. Jeszcze u schyłku ostatniego stulecia niemiecka doktryna „drang nach osten” otwarcie mówiła o przejęciu wschodnich terenów Europy dla rozszerzenia „strefy życiowej” Niemców i terytorium III Rzeszy kosztem Polski, Czech, Słowacji i Zachodniej Rosji. Pozyskiwanie środków finansowych odbyło się wtedy metodą bandyckiej kradzieży, stosowaną skutecznie przez tysiące lat począwszy od potyczek prowadzonych jeszcze przez ludzi zamieszkujących jaskinie. Dwudziesty pierwszy wiek przyniósł niespotykaną dotąd rewolucję technologiczną, co pociągnęło za sobą zmianę modelu życia każdego człowieka oraz wiele innowacji socjo-technologicznych. Do najważniejszych należy jednak ta, o której jak dotąd nikt nie mówi otwarcie. Żaden światowy polityk głównego nurtu nie miałby śmiałości nawet o tym wspomnieć, a którykolwiek z dziennikarzy sugerujący chociażby problem zostałby bez pracy i z przybitą metką teoretyka-konspiratora. Tą tajemniczą nowalijką techniki jest –WOJNA. Sławny traktat Von Klaushevitz’a definiował wojnę, jako przedłużenie polityki pokojowej, jednak dzisiaj ta teoria nabrała całkiem innego znaczenia. Zachowując całkowicie wspomniane wyżej wojenne atrybuty, dzisiejszy konflikt dwudziestego pierwszego wieku trwa od kilkudziesięciu lat. Nie walczą w nim ze sobą armie na polu bitwy, ale tajemniczy zwycięzcy bez wystrzału otrzymują to, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu kosztowałoby morze krwi. Wojna taka trwa w kilku krajach, najwyraźniej jednak efekty jej widać w chwili obecnej w Polsce.

1. Wyniszczenie siły żywej mogącej zagrozić przyszłemu podporządkowaniu administracyjnemu podbitego obszaru.

Nie jest dzisiaj żadną tajemnicą, że „Solidarność” stworzona została i przez cały okres działania kontrolowana była przez bolszewicki Urząd Bezpieczeństwa. Poprzez późniejsze wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, bolszewicy przy niewielkich ofiarach w ludziach przeprowadzili bezkrwawe narodowe powstanie, którego celem było wyprowadzenie na „światło dzienne” z konspiracji, patriotycznego elementu społeczeństwa. Podobne zasady stosowała carska „Ochrana” organizując w Polsce powstania podczas zaborów. Ruchawki takie, ściśle kontrolowane przez carskich agentów zawsze doprowadzały do tego samego celu- likwidacji patriotycznie nastawionych i gotowych na wszystko Polaków. W tamtych czasach jednak, światowa sytuacja polityczna pozwala na przeprowadzenie krwawych rzezi. W końcu dwudziestego wieku taktyka taka nie miała racji bytu, a i okazała się całkowicie niepotrzebna w osiągnięciu tego samego celu. Po zwycięstwie w wyborach i ustanowieniu władzy zdrajcy Wałęsy (ps. Bolek) większość z prawdziwych Polaków i zarazem bohaterów lat 80-tych została poddana szykanom i zmuszona do opuszczenie kraju. Ci, którzy zostali borykali się przez całe życie z problemami egzystencjonalnymi żyjąc często w warunkach urągających człowieczeństwu. W ślad za nimi wypędzono z Polski za chlebem w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat ponad trzy miliony ludzi!!

Aby dokonać oczyszczenia terenu przeciwnika z 3,000,000 milionów ściśle wyselekcjonowanej siły żywej, która mogłaby zaszkodzić przyszłej, narzuconej przez wroga administracji podbitego obszaru, należałoby w konwencjonalnej wojnie wybić, co najmniej 12,000,000 ludności z danego terenu i nawet wtedy nie miałoby się całkowitej pewności, że ci najzdolniejsi, najpracowitsi i krnąbrni zostaliby usunięci. Zastosowana w Polsce technologia wojny nowoczesnej uzyskała zaskakującą skuteczność w stosunkowo niedługim czasie. Zapewniła także pozbycie się kolejnych pokoleń na rzecz niewolniczej pracy na nisko-płatnych stanowiskach w zaprzyjaźnionych naszym wrogom układach państwowo-finansowych nazywanych dla zmylenia krajami zachodu.

2. Zdobycie terenu wroga

Dzięki naszemu bohaterowi narodowemu złożonemu na wieczny odpoczynek obok królów w kryptach Wawelu, Polska od następnego roku stanie się krajem, w którym każdy cudzoziemiec będzie mógł kupić ziemię uprawną, a nawet Lasy Państwowe, co zapewne zostanie już wkrótce oficjalnie „odtrąbione”. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, że Polacy nie mają pieniędzy, a międzynarodowi banksterzy już puścili w ruch swoje „pieniężne drukarki”. Nikt nie będzie protestował, bo przecież ci, co mogliby to zrobić - powyjeżdżali.

3. Pozyskanie środków materialnych przeciwnika.

Pozyskanie naszych, polskich bogactw narodowych rozpoczęło się już od niesławnego porozumienia w Magdalence, gdzie międzynarodowi banksterzy dzięki swoim agentom takim jak Geremek, Mazowiecki i Mi-michnik, ułożyli misterny plan rozkradzenia Polski. Na pierwszy rzut poszły państwowe zakłady, które najpierw planowo bankrutowano, a potem sprzedawano za „parę złotych” swoim ludziom, dostającym pożyczki z banków bez żadnych „niepotrzebnych” formalności. Wielkie i dzisiaj legendarne fortuny polskich miliarderów powstały według tego samego schematu. Tata ubek dał synkowi parę milionów dolarów, które zaoszczędził zapewne w ciągu pracy na ubecji w PRL-u. Synek dostał kontrakt z państwa i potroił inwestycję w kilka miesięcy. Potem za to, co zarobił kupił po okazyjnej cenie kilka fabryk i zaraz sprzedał jakimś tam Francuzom czy Niemcom robiąc na tym prawdziwe „kokosy”. Pismaki z okolicznych „gazetek” i telewizji w międzyczasie stworzyli mit polskiego biznesmena o światowym umyśle i nadludzkich biznesowych zdolnościach. W ten sposób mieliśmy nagle paru Kulczyków i Solorzów, z których powinniśmy być przed światem dumni. Była to jednak, jak to zwykle bywa w grach wojennych zasłona dymna. Prawdziwe pieniądze wyjechały z Polski nie na milionowych jachtach i prywatnych odrzutowcach, ale w ciszy biur maklerskich i finansowych operacji banksterskich hochsztaplerów. Według oficjalnych danych Global Finacial Integrity http://www.gfintegrity.org/issues/data-by-country/ w latach 2003 do 2012 z Polski w nielegalny sposób wyprowadzono ponad 53 miliardy dolarów!!! Nawet nikt tego nie zauważył, bo i kto miałby, skoro "kurnika pilnują lisy". Te same "lisy" planują teraz jak tu „wydrzeć” z Polski 65 miliardów na odszkodowania za mienie żydowskie pozostawione podobno w naszym kraju. Czy im się to uda? Pewnie tak, skoro nie mogliśmy upilnować w ciągu dziewięciu lat ponad 53 miliardów, czyli 17 milionów dolarów dziennie, 680 tysięcy dolarów na godzinę, 12 tysięcy dolarów na minutę - to, te 65 miliardów wypłynie z Polski jeszcze szybciej, tym bardziej, że od 2013 do dzisiaj podobno podwojono złodziejski proceder. Czy kogoś to jeszcze obchodzi? Niestety większość z nas i tak przecież nie ma czasu na to, żeby być Polakiem.

http://www.nasznowyjork.org/5/post/2015 ... upcze.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 11 mar 2016, 20:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.pch24.pl/mozemy-jeszcze-wygr ... 786,i.html

Możemy jeszcze wygrać walkę o cywilizację
Data publikacji: 2016-03-10 12:00
Data aktualizacji: 2016-03-11 11:47:00

Jeszcze da się odwrócić zły bieg wydarzeń, w Polsce i na świecie, jednak pod warunkiem, że zechcemy pracować i zechcemy się modlić. Potrzeba milionów osób działających radykalnie na rzecz obrony życia, na rzecz suwerennej Polski, na rzecz ewangelizacji. Jeśli będzie modlitwa i będzie praca, to damy radę! - mówi w rozmowie z PCh24.pl Piotr Zajkowski, działacz antyaborcyjny, autor filmu pt. „Gender. Historia i polityka”.

Dlaczego my, katolicy przegrywamy wojnę kulturową?
Patrząc tylko po ludzku, w perspektywie ziemskiej, najprawdopodobniej pierwszym powodem jest brak funduszy. Za pieniądze można osiągnąć bardzo wiele, włącznie z tym, że nawet bylibyśmy w stanie przekonać złego człowieka do czynienia dobra. Siły zła robią odwrotnie - za pieniądze kupują dobrych ludzi żeby czynili zło.

Narody w Europie i świecie zasadniczo straciły władzę nad swoimi państwami. Rządy sprawowane są przez siły lewicowe. Jeśli ktoś ma w ręku stery, ma również dostęp do pieniądza. Dzięki temu właśnie lewica demoralizuje ludzi, realizuje swoje projekty. To, że najbogatsi, najbardziej wpływowi, w tym masoneria, wspierają projekty lewicowe, jest kwestią dodatkową.

My pieniędzy nie mamy, brak nam środków na tworzenie teatrów, filmów, przestrzeni kultury, która w decydujący sposób wpływa na świadomość ludzi.

Oczywiście, trzeba też wziąć pod uwagę wymiar duchowy tego problemu. Tu wyraźnie widać, że chrześcijaństwo obumiera i traci swoją siłę rozpędu, moc oddziaływania na innych. Wierzący już nie zdobywają nowych areopagów, kolejnych przyczółków. Przeciwnie – oddajemy te już kiedyś przez nas zajęte. Powodem takiej sytuacji jest właśnie nasza słabość duchowa.

Do wymienionych czynników dodałbym również regres męskości. Ludzie – w tym należący do Kościoła – nie wykazują się przedsiębiorczością, zdolnością do wyjścia ze swymi pomysłami naprzód. Nie rodzimy w sobie nowych planów, idei, pomysłów i nie wdrażamy ich w życie. Zasadniczo czekamy aż jakiś rząd coś zrobi, coś zadekretuje, da jakieś pieniądze. Czekamy na innych. Mówię tu bardziej przez polski pryzmat chrześcijaństwa. Stan, który opisuję wynika z faktu, że od trzystu lat – może z krótką przerwą w okresie międzywojennym – nie mamy własnego państwa. Nie jesteśmy suwerenami we własnym kraju. Ciągle ktoś nami rządzi. Nie wyssaliśmy z mlekiem matki elementarnego przeświadczenia: „Polska to jest mój dom. Ja tu jestem gospodarzem. Ja decyduję za moją rodzinę i ojczyznę. Wara kłamcom i złodziejom od mojego domu! Nie pozwolę wam niszczyć mojej wiary”.

W okresie PRL, w czasach prymasa Wyszyńskiego Kościół może trochę jeszcze bronił swojej suwerenności. W III RP jednak kompletnie nie rozeznał znaków czasu, w tym wojny kulturowej, jaką komuniści wytoczyli nam po 1989 roku. Powstaje pytanie, czy nie ostrzegał z lenistwa, czy po prostu nie rozeznał sytuacji. Pan Bóg to wie, ja nie wiem.

Dzisiaj europejskie lewactwo wchodzi do naszego domu i rządzi się jak chce. Oddajemy pole. Ba, sami jesteśmy głęboko zainfekowani. W polskich, chrześcijańskich rodzinach od lat 80. sieje gigantyczne spustoszenie pornografia. Nie oszukujmy się, że chrześcijaństwo w Polsce jest zdrowe. Brakuje nawet diagnozy tego stanu, księża dzisiaj nie mają odwagi jej postawić.

Czemu Kościół przestał stawiać opór?
Być może w seminariach zbyt słabo wychowano księży do walki o nową rzeczywistość. Może skupiano się na przede wszystkim na oporze przeciwko siłowej agresji systemu komunistycznego przeciwko Kościołowi a zapomniano o oddziaływaniu kulturowym. Ta kwestia w seminariach kompletnie nie jest obecna. W swoich wypowiedziach ksiądz profesor Tadeusz Guz wskazuje, że przyszłych księży nie kształci się już w duchu klasycznej filozofii i to jest – moim zdaniem – największy rak toczący formację kapłanów.

Jeżeli już małe dzieci, wśród których są też przyszli duchowni, nie będą wychowywane do pełni prawdy, przygotowywane do odpierania ataków czekających je w przyszłości, młode pokolenie czeka kulturowa zmiana. Zaakceptują ją jako rzecz oczywistą. Jeszcze do niedawna dzieci były w Polsce odbierane rodzicom z powodu biedy przy powszechnej społecznej akceptacji. Do porządku dziennego przeszliśmy nad rozdzielaniem rodzin na przykład z powodu braku ciepłej wody! (przez całe wieki wodę trzeba było gotować na piecu i dzieci jakoś się wychowywało). Pod względem kulturowym zbliżamy się zatem do skrajnie lewackiej Szwecji.

Wpływy nowych prądów są tak silne, że przyjmujemy rzeczy złe za normalne, wręcz oczywiste. Nawiasem mówiąc, cała idea zmiany kulturowej polega na tym, by zło przedstawić jako dobro a dobro jako zło.
Mam tu pretensje do polskiego Kościoła z lat 90., że nie mówił o tym głośno. Dwadzieścia lat temu, jako młody człowiek rozumiałem z naszej rzeczywistości tyle, że rozkradany jest nasz narodowy majątek, ale nie dostrzegałem i nie pojmowałem zasadniczej idei dokonujących się przemian.

Także dzisiaj księża w sposób jednoznaczny nie przekazują wiernym, na przykład, chrześcijańskiej prawdy o antykoncepcji. Gdyby to robili, pewnie wielu ludzi natychmiast wyszłoby z kościoła.

To dlatego tak łatwo stajemy się biernymi narzędziami w rękach polityków, którzy potrzebują nas przy okazji wyborów i wtedy sami prezentują się jako wierzący, a po objęciu stanowisk postępują wbrew zdrowej moralności i nauczaniu Kościoła?
Ponieśliśmy kompletną porażkę ewangelizacyjną. Jeżeli prawdy ogólnie znane i powszechnie dziś lekceważone, byłyby każdego dnia przypominane, podkreślane podczas homilii czy spowiedzi, gdyby Kościół na co dzień żył prawdą, którą zobowiązany jest głosić, nie byłoby takiego samooszukiwania się wśród katolików. Najlepszym przykładem jest tu delikatna, ale podstawowa kwestia moralności dotyczącej sfery płciowej.

Prawdziwych katolików, którzy przyjmują całość nauczania Chrystusowego, żyją nim i do tego jeszcze dają świadectwo światu, jest bardzo mało, może kilka procent. Cała reszta prezentuje postawę „katolika kulturowego”, który po wyjściu z Mszy przestaje być już wierzącym. W wyznawaniu wiary brakuje nam powagi, odpowiedzialności za siebie i za Kościół. To jest porażka nie tylko kleru, ale całego Kościoła. Zgubiliśmy gdzieś sens.

Kiedy czytam papieskie encykliki sprzed II wojny światowej, widzę w nich radykalizm. One nazywają aborcję zbrodnią, jasno potępiają modernizm. Dzisiejsza nauka to jeden wielki zamęt w porównaniu do jednoznacznej konsekwencji Kościoła przedwojennego. Uważam, że to oczywista kwestia: straciliśmy główny korzeń, główny pień naszej wiary. Traktujemy tę wiarę nieuczciwie, niepoważnie, a skoro tak, to nie mamy problemu w tym by przystąpić do Komunii świętej, a za chwilę zagłosować na partię jawnie bądź bardziej skrycie przeciwną nauczaniu Kościoła. Takie czy inne zaniedbanie duszpasterskie w połączeniu z ogromnym wpływem toczącej się rewolucji, w tym również mediów sprawia, że nasze chrześcijaństwo w coraz większym stopniu jest po prostu zjawiskiem zwyczajowym.

Jest Pan zaangażowany w sprawę obrony życia. Akurat na tym polu zaobserwować można wzrost zdrowej świadomości społecznej, bowiem większość Polaków sprzeciwia się zabijaniu nienarodzonych. Czy upatrywałby Pan w tym fakcie przesłanek wskazujących na możliwość odwrócenia – na naszą korzyść – losów zmagania o kształt cywilizacji?
To bardzo dobry przykład świadczący o tym, jak przysłowiowa garstka ludzi, którym zależy na czymś istotnym, może zrobić dużo dobrego. W Polsce aktywnych obrońców życia, odwiedzających parafie, propagujących duchową adopcję dzieci nienarodzonych, inicjujących rozmaite akcje w obronie życia, trochę jest. To nie są tysiące ludzi, raczej setki, które jednak od wielu lat działają systematycznie i skutecznie.

Jeżeli znajdziemy trochę robotników, którzy chcą pracować i robią to z oddaniem i sercem, Pan Bóg im błogosławi. Widać wyraźnie, że modlitwa praktykowana w Polsce przez coraz więcej osób przynosi owoce. Praktyka duchowej adopcji jest coraz bardziej popularna. Działalność obrońców życia, w tym również wielu księży, przynosi – obok duchowych, których nie znamy – również widzialne efekty. W Polsce więc ruch pro-life jest coraz bardziej widoczny. Potrzeba nam jednak dużo większego zaangażowania. Krucjata Różańcowa za Ojczyznę liczy, przykładowo, sto tysięcy osób a powinno ich być pięć milionów.

Możemy jeszcze odwrócić zły bieg wydarzeń, w Polsce i na świecie, jednak pod warunkiem, że zechcemy pracować i zechcemy się modlić. Potrzeba milionów osób działających radykalnie na rzecz obrony życia, na rzecz suwerennej Polski, na rzecz ewangelizacji. Jeśli będzie modlitwa i będzie praca, to damy radę! Nie może skończyć się na poziomie narzekania, że ci ludzie są tacy, a tamci owacy. Nie! Dzisiaj ja, tutaj, teraz zmieniam samego siebie. Podejmuję modlitwę, podejmuję dodatkową pracę na rzecz dzieci nienarodzonych, na rzecz Ojczyzny, na rzecz kultury chrześcijańskiej. W ten sposób robię swoje własne „pięćset plus” dla Polski. Wtedy możemy liczyć na Boże błogosławieństwo i na realną zmianę. Ora et labora!

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Roman Motoła


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 25 mar 2016, 08:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Najważniejsi ludzie świata…

Czy Papież ma dywizje? – miał zapytać Stalin, który chciał na gruzach pokonanej Europy zbudować nowe imperium. Gdy pytał o papieskie wojsko, zapewne nie było to pytanie retoryczne, lecz wyrażony został cel komunizmu, jakim było zburzenie Rzymu. Bo pokonanie stolicy katolicyzmu było i jest dążeniem wielu potęg usiłujących wprowadzić nowy porządek światowy. I nie chodzi tu o islam, który wydaje się tylko groźnym narzędziem zaślepionych ideologicznie sił w Europie. Ta ślepota ducha obezwładniła Europę i pozwoliła Stalinowi zniewolić niemal cały kontynent. To brak ducha w narodzie niemieckim wydał go na pastwę obłąkanej hitlerowskiej ideologii. A przecież Niemcy aspirowały w dwudziestym wieku do miana kulturowego, naukowego i technicznego przewodnictwa ludzkości, a oddały wszystkie osiągnięcia w ręce morderczej ideologii.

Co sprawia, że potęgi ekonomiczne nie potrafią bronić swoich obywateli przed przemocą? Przed Bitwą Warszawską w roku 1920 Józef Piłsudski miał zadać pytanie: Czy żołnierz sowiecki wie, o co się bije? Pewnie nie bardzo wiedział, gdyż rosyjska klęska w tej wojnie była ogromna. To moralność odgrywa kluczową rolę w wojnach. Gdy jej zabraknie, na nic zdadzą się czołgi, karabiny, samoloty.

Tę słabość okazuje dziś Europa, która poza zamiataniem ulic nic nie ma do zaoferowania tzw. emigrantom. Zza projektu „wielkiej unii” wygląda pustka, konsumpcjonizm i niechęć do tych, którzy krytykują brak umiaru w zaspokajaniu materialnych potrzeb. Ona odzwierciedla się w ludzkich duszach. Widać ją w umysłach polskiej młodzieży, o czym niedawno pisał prof. Aleksander Nalaskowski. Według niego, charakterystycznym stanem młodzieży jest emigracja wewnętrzna. Jest to wyraz swoistego niemego protestu wobec braku życiowych perspektyw, wobec propozycji hedonistycznego wychowania, które – naśladując wzory europejskie – wiodło do zmarginalizowania ekonomicznego i społecznego młodzieży. Jak zauważa profesor, ta propozycja spowodowała zanik aktywności kulturowej i organizacyjnej, tak charakterystycznej dawniej dla młodych ludzi.

Jak wypełnić naturalne oczekiwania tej młodzieży? Jak wprowadzić ją na drogę wyzwolenia z nakręcającej się spirali obojętności, przechodzącej często w nienawiść? Odpowiedź nie jest trudna, choć ciągle unikana. Wyjściem jest droga prowadząca wzwyż, powrót do Chrystusowych ideałów. A na tej drodze najważniejszymi przewodnikami, poza rodzicami, są kapłani. Oni zawsze w dziejach naszego Narodu towarzyszyli młodzieży, wskazując jej właściwe cele i środki. Byli w szkołach i organizacjach pozaszkolnych. Sami często tworzyli organizacje wychowawcze. Oni są prawdziwymi przyjaciółmi młodzieży w jej duchowym wzroście.

Dziś deprecjonuje się wartość kapłańskiego powołania. Nie sięga się do mądrości kapłańskiej w życiu publicznym. Kapłani są grupą, która jest najbardziej niszczona przez współczesny świat, ponieważ zawsze będą się przeciwstawiać ideologicznym utopiom, zawsze będą wierni zasadom Boga, a nie tego świata. Ta największa wojna nowoczesnej Europy trwa od pięciuset lat, od czasów reformacji, trwa nieustanna wojna z Chrystusowym kapłaństwem. Nikt dotąd nie policzył, ilu księży poniosło śmierć w nowożytnej w Europie tylko dlatego, że wskazywali na Boga jako na źródło człowieczeństwa.

Dziś jest Wielki Czwartek, święto ustanowienia Eucharystii, dzień wyjątkowego uniżenia Boga w stosunku do człowieka. Jest to także święto kapłanów, ludzi powołanych do uobecniania ofiary Chrystusa i rozdzielania Komunii Świętej. Nie można przecenić ważności tego dnia. Bez powtarzania Chrystusowej drogi, bez „dywizji kapłanów”, żaden człowiek ani cały świat nigdy nie osiągnie pokoju.

Dr Andrzej Mazan

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... wiata.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 08 kwi 2016, 07:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Idąc Krakowskim Przedmieściem

„Wokół krzyżyka narosło wiele nieporozumień czy, jak kto woli, kuszących legend. Jedna z nich głosi, że krzyżyk wcale nie zaginął w czasie lotu. Nie zgubił się w lesie, który wyrósł na Krakowskim Przedmieścia. Nie zatonął w rzece, która wyrosła na Krakowskim Przedmieściu. Koniec był iście bajkowy”.

To słowa wydobyte z tekstu książki – powieści, która ma być zapisem wydarzeń przed i po 10 kwietnia 2010 roku. Książka zajmuje niemal całość jednej z witryn księgarni im. Bolesława Prusa, niemal na wprost wejścia na Uniwersytet Warszawski na Krakowskim Przedmieściu. Kilkanaście miesięcy temu w tej witrynie królowały pozycje genderowe, w nie mniej ambitnej aranżacji, jak ów cytat. Idąc do Pałacu Prezydenckiego, zauważyłem „powieść” i cytat z niej wyjęty. Minąłem kiosk, gdzie zauważyłem najnowsze wydanie jednego z tygodników głoszące z okładki 6 lat kłamstwa smoleńskiego. Chodzi o szerzenie kłamstwa o zamachu.

Nie miałem czasu, by wejść do kościoła św. Anny, gdzie niedawno grupa wyznawczyń sekty pewnej gazety dokonała próby profanacji świątyni. Kpina z krzyża, szydzenie ze śmierci i pogarda dla życia. To jest credo ludzi mniej lub bardziej odpowiadających się po stronie tzw. opozycji. Inaczej, to credo autorów przemysłu pogardy, to credo wyznawców dewiacji kultury.

I powiem prosto i wyraźnie – nie są oni z Ojczyzny mojej. I myślę, że czas dać wyraz temu, co winno być sprzeciwem wobec tego stanu rzeczy. Formą tego sprzeciwu powinna być marginalizacja. Formą marginalizacji może i powinno być zrezygnowanie z szeregu mediów. Natomiast w sprawach takich, jak profanacja, nie wystarczy marginalizacja. Świętości się broni, za świętość ludzie gotowi są oddać życie. O świętość i szacunek dla niej trzeba walczyć. Może dobrze by było, by powstały w Polsce instytucje na wzór Ordo Iuris, które służą pomocą prawną, w tym także w zakresie aktów oskarżenia.

Ostatnie miesiące pokazały, że takie działania mogą przynieść pewien skutek. Kiedy prawnicy stanęli w obronie prof. Chazana, okazało się, że prawo w Polsce nie musi być pod dyktando polityków. Może być prawem niezawisłym.

Myślę, więcej, jestem pewien, że takich aktów, jak zorganizowana akcja profanacji w kościele św. Anny, nie można zostawić bez odzewu. Zwłaszcza w Roku Miłosierdzia. Bo miłosierdzie jest aktem skupienia się na godności człowieka. Lepiej zatem i bardziej godnie dla niego jest, by został osądzony i ukarany, niż miałby siedzieć w szambie, mniemając, że to jest najwłaściwsze dla niego miejsce. Człowiek ukarany ma szansę resocjalizacji, w szambie się tonie.

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... sciem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 13 kwi 2016, 14:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://myslkonserwatywna.pl/prof-bartyz ... olityczny/

Prof. Bartyzel: Elementarny katechizm polityczny
Arkadiusz Jakubczyk | 26 września 2015 | 0 Komentarzy


Ołtarz i tron!


Co jest legalne?

Legalne jest to, co jest zgodne z prawem.

Co jest prawowite?

Prawowite (légitime) jest to, co jest zgodne z prawem sprawiedliwym (juste): ostatecznie zatem to jest prawowite, co jest zgodne z wolą Stwórcy, Autora praw natury. Stwórca zaś obwieszcza swoją wolę na dwa sposoby:

— poprzez naturę, której prawa są dostępne rozumowi;

— przez Objawienie.

Co to jest społeczeństwo tradycyjne?

Społeczeństwo tradycyjne (traditionnelle), które możemy określić również jako heteronomiczne, to społeczeństwo, które rozpoznaje, przynajmniej pośrednio, naturę ludzką i boskie pochodzenie praw odpowiadających tej naturze. Ogół tych praw, niezależnych od woli ludzkiej, stanowi to, co nazywamy prawem naturalnym. Wszyscy muszą je uznać i starać się mu podporządkować.

W każdym człowieku istnieje naturalna skłonność do postępowania zgodnego z rozumem, co jest w rzeczywistości działaniem podług cnoty — pisze św. Tomasz [z Akwinu]. Konfucjusz i Arystoteles dochodzą do takich samych wniosków w tym, co dotyczy wad i cnót.

Takie społeczeństwo tradycyjne, które nie jest koniecznie chrześcijańskie, posiada pewną prawowitość (une certaine légitimité) przez to, że stara się spełniać wolę boską, chociaż nie rozpoznaje jej doskonale.

Prawie wszystkie społeczeństwa sprzed 1789 roku mogą być uważane za tradycyjne, jak na przykład cesarstwo chińskie, japońskie czy ottomańskie…

Co to jest chrześcijańskie społeczeństwo tradycyjne?

Chrześcijańskie społeczeństwo tradycyjne jest takim społeczeństwem tradycyjnym, które dzięki Objawieniu poznało Boga w ściślejszy sposób i stara się w zupełności spełniać Jego wolę, zwłaszcza przez uznawanie Chrystusa Króla.

A przecież tenże sam Arystoteles, który zidentyfikował osiągalne dobro (szczęście dzięki cnotliwemu życiu), nie potrafił wyjaśnić tego, że człowiek próbuje prowadzić cnotliwe życie, będąc ku temu skłanianym jedynie przez swoją naturę.

Wiedza zdobyta przez sam rozum jest [bowiem] niekompletna i tylko Bóg może dostarczyć człowiekowi brakujących informacji.

Poprzez Objawienie Bóg poucza ludzi o:

— swoim życiu wewnętrznym: Słowo (Verbe) mówi ludziom, że jest Bogiem, czyli Ojcem, Synem i Duchem Świętym, oraz o Ich relacjach;

— ich prawdziwym celu: zwieńczeniem życia cnotliwego jest szczęście doskonałe (le bonheur parfait), nie na ziemi, ale urzeczywistniane z Bogiem w innym świecie;

— powodach ich trudności w uzgodnieniu się z moralnością naturalną, z cnotami, którymi ona jest, nie tylko z powodu zła przez nich rozpoznawanego, ale również zła trudnego do zidentyfikowania, bo przechodniego, czyli grzechu pierworodnego;

— środkach wzmacniających ich wolę i pozwalających osiągnąć ich prawdziwy cel, czyli o sakramentach.

W niczym nie przecząc ludzkiej naturze, Objawienie umożliwia człowiekowi, wraz z Łaską, lepiej spełnić swoją naturę: dlatego powiada się, że Łaska podnosi naturę, nie zastępując jej, ale ją dopełniając i doskonaląc.

Ponieważ chrześcijańskie społeczeństwo tradycyjne wypełnia najściślej wolę Stwórcy – lub przynajmniej próbuje to czynić – to jest ono najbardziej prawowite.

Co to jest społeczeństwo nowoczesne?

Społeczeństwo nowoczesne (moderne), które możemy określić również jako autonomiczne, jest społeczeństwem odrzucającym zarówno naturę ludzką, jak i boskość (divinité), a więc Objawienie.

Wszystkie społeczeństwa nowoczesne wywodzą się z Rewolucji 1789 roku.

W przeciwieństwie do społeczeństwa tradycyjnego, które co najmniej odnosi się do transcendencji, te społeczeństwa, w których człowiek zajmuje miejsce Boga w decydowaniu o tym, co dobre, a co złe, bez żadnego odwołania się do Niego, są nieprawowite (illégitimes).

spolszczył: professor Jacek Bartyzel

Za: Catéchisme politique élémentaire, „La Gazette Royale. Organe de l’Union des Cercles Légitimistes de France”, avril-mai-juin 2012, nº 131, p. 2.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 101 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /