Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 101 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 25 sty 2014, 10:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Wolność to też odpowiedzialność

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Z o. Zdzisławem Klafką CSsR, rektorem Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Izabela Kozłowska

„Oblicza wolności” to kolejne sympozjum z cyklu „Oblicza...” organizowane w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej (WSKSiM) w Toruniu. Dzisiejsza konferencja będzie dotyczyć różnych przestrzeni wolności m.in. w mediach, w polskim prawie, w twórczości artystycznej. Dlaczego w tym roku zostanie zwrócona uwaga właśnie na oblicza wolności?

– Od początku istnienia WSKSiM z inspiracji ks. bp. Adamy Lepy i o. dr. Tadeusza Rydzyka CSsR, rektora założyciela naszej uczelni, odbywają się w jej murach sympozja naukowe, które pragną podejmować refleksję nad aktualnymi palącymi problemami, aby konkretnie wyjść z pomocą Polakom w odpowiedzialnym procesie formacji ich sumień.

Sympozja te organizowane są z okazji liturgicznego wspomnienia św. Franciszka Salezego – patrona mediów. Widząc, jak dechrystianizacja dotyka boleśnie społeczności o korzeniach chrześcijańskich i wpływa na zanik zmysłu moralnego, pragniemy wychodzić naprzeciw szerzącemu się kryzysowi etycznemu, aby otwierać ludziom oczy na realne ich zagrożenia. Naocznie możemy zauważyć, że istnieje często wyraźny rozdźwięk między wiarą a moralnością w aspekcie eklezjalnym oraz rozdźwięk między prawdą i wolnością w aspekcie kulturowym.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że ten rozdźwięk pochodzi od narzucania dzisiaj antropologii bez Boga i bez Chrystusa. „Taki typ myślenia – napisał kiedyś Jan Paweł II w adhortacji apostolskiej Ecclesia in Europa – doprowadził do tego, że uważa się człowieka za absolutne centrum rzeczywistości, każąc mu w ten sposób wbrew naturze rzeczy zająć miejsce Boga, zapominając o tym, że to nie człowiek czyni Boga, ale Bóg czyni człowieka” (n. 9). Jesteśmy świadkami, jak wiele współczesnych światowych rządów pragnie usuwać Boga z przestrzeni publicznej.

Im wszystkim warto przypomnieć słowa wspominanego dziś w liturgii Kościoła patrona mediów św. Franciszka Salezego, który napisał: „Błędem jest zatem, nieomal herezją, usuwanie pobożności z wojskowych koszar, z rzemieślniczych warsztatów, z dworu książąt, z mieszkań małżonków” (Wprowadzenia do życia pobożnego). Tam, gdzie wywyższa się człowieka kosztem Boga, tam nie bierze się pod uwagę istnienia prawdy obiektywnej; tam liczy się tylko niczym nieskrępowana wolność poszczególnych jednostek. Możemy powiedzieć, że dzisiaj rzeczywiście mamy do czynienia z herezją wypaczonej wolności. Dla wielu współczesnych ludzi to wręcz religia, a szczególnie religia chrześcijańska, stała się wrogiem wolności. Stąd pochodzi ta nienawiść do Kościoła. W dialogu ze współczesnym światem jako uczniowie Chrystusa powinniśmy posiadać jasne pojęcie, czym jest prawdziwa wolność, aby samemu nie popaść w niewolę.

Nauka Kościoła przychodzi nam z pomocą: „Ilekroć człowiek pragnie się wyzwolić od prawa moralnego i uniezależnić się od Boga, bynajmniej nie uzyskuje swej wolności, lecz ją niszczy. W miarę oddalania się od prawdy staje się łupem samowoli; stosunki braterskie między ludźmi ulegają zniszczeniu, ustępując miejsca terrorowi, nienawiści i lękowi” (Instrukcja o chrześcijańskiej wolności i wyzwoleniu). Wszyscy dzisiaj jesteśmy mamieni różnymi mirażami wolności i dlatego przy pomocy odbywającego się sympozjum Oblicza wolności w WSKSiM pragniemy wspólnie odkrywać to prawdziwe oblicze wolności.

W ostatnim czasie mogliśmy doświadczyć ograniczania wolności np. katolików w dostępie do Telewizji Trwam. Z drugiej strony dostrzegamy brak jakichkolwiek granic m. in. w sztuce. Jakie są tego przyczyny?

– W pełni się zgadzam z Pani opinią, że absurdalne utrudnienia ze strony instytucji o charakterze konstytucyjnym w przyznaniu miejsca na platformie cyfrowej jedynej w Polsce telewizji o profilu katolickim – Telewizji Trwam, to doskonały przykład ograniczania wolności katolików w „wolnej” Polsce.

Tym bardziej dziwi to, że decydenci w tej sprawie szczycą się „solidarnościowymi” korzeniami, a przecież wolny dostęp katolików do mediów przynależał do jednych z ważniejszych postulatów „Solidarności” wobec komunistycznego reżimu. Ogromnie boli też nas fakt, że polska kultura i sztuka, dzięki której ocalała nasza tożsamość narodowa choćby pośród ciemnych czasów zaborów, przeżywa swój głęboki kryzys, a nawet upadek, przy pełnym przyzwoleniu władzy odpowiedzialnej za strzeżenie i rozwój wspólnego dobra duchowego naszej Ojczyzny.

Jakie są tego przyczyny? Myślę, że główną przyczyną jest zły użytek z własnej wolności. Pragnąć wolności nie jest czymś złym, ale wolność nie może być wolna od braku odpowiedzialności za dobro i prawdę. Kościół zawsze uznawał za słuszną wrażliwość ludzi na wolność i żarliwie wręcz o nią zabiegał i wciąż zabiega, ale jednocześnie zawsze przestrzegał, że można ją pojąć w sposób fałszywy, w myśl słów św. Pawła: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę” (1 Kor 6, 12).

Przy fałszywym zrozumieniu istoty wolności buduje się dzisiaj „cywilizację śmierci” opartą na sloganie „róbta, co chceta”. Miarą tej cywilizacji śmierci są potrzeby i zachcianki jednostki, które za wszelką cenę trzeba spełnić. Ta cywilizacja wytwarza obraz Boga i religii na miarę swoich egoistycznych potrzeb, gdzie nie ma miejsca na krzyż i ofiarę, a przecież nic tak nie humanizuje człowieka, jak wolny dar z siebie na służbę innym. W takim kontekście nie dziwi fakt, że Kościół ze swoim nauczaniem uważany jest za „zniewalający” ludzi, a w efekcie znienawidzony jest przez świat.

Część rodaków nie uświadamia sobie, że w imię głośno wykrzykiwanych dzisiaj przez zwolenników ideologii gender haseł wolności i demokracji można popełniać równie wielkie zbrodnie jak w systemach totalitarnych. Zło nie przestaje być złem, nawet jeśli zostanie zaakceptowane „jako dobro” przez „demokratyczną większość”.

Co jest sztuką, a co nie jest? Niech odpowiedzią na to pytanie będą słowa błogosławionego Jana Pawła II. Pierwsze napisane w 1996 roku z okazji V Światowego Kongresu Filozofii Chrześcijańskiej: „W dziedzinie niezmiernie ważnych relacji między wolnością i prawdą oraz wolnością a dobrem istnieje w myśli współczesnej zakłócenie, które może mieć katastrofalne skutki dla obecnej i przyszłej kultury. Oderwana od prawdy i dobra wolność staje się zagrożeniem dla człowieka”. Drugie zaś zawarte w Liście do artystów: „W rozległej panoramie kultury każdego narodu artyści mają swoje miejsce. Gdy idąc za głosem natchnienia tworzą dzieła naprawdę wartościowe i piękne, nie tylko wzbogacają dziedzictwo kulturowe każdego narodu i całej ludzkości, ale pełnią także cenną posługę społeczną na rzecz dobra wspólnego”. Prawdziwa sztuka winna zawierać przynajmniej trzy kryteria: kryterium prawdy, dobra i piękna, a to wszystko na rzecz dobra wspólnego!

Wolność stała się także pewnym krzykliwym hasłem wykorzystywanym w różnych aspektach naszego życia. Jest Ojciec rektorem WSKSiM, jaka powinna być wolność polskich uczelni?

– W kontekście tego pytania przychodzą mi na myśl słowa Jana Pawła II zawarte w adhortacji Ecclesia in Europa: „»Zapomnienie o Bogu doprowadziło do porzucenia człowieka« i dlatego »nie należy się dziwić, jeśli w tym kontekście otworzyła się rozległa przestrzeń dla swobodnego rozwoju nihilizmu na polu filozofii, relatywizmu na polu teorii poznania i moralności, pragmatyzmu i nawet cynicznego hedonizmu w strukturze życia codziennego«. Europejska kultura sprawia wrażenie »milczącej apostazji« człowieka sytego, który żyje tak, jakby Bóg nie istniał” (n. 9). Jednoznaczną też postawę zajmował Ojciec Święty Benedykt XVI, który wykorzystywał każdą sposobność, aby upomnieć się o dyskryminowanych ludzi z racji wyznawanej religii.

Niech przykładem będą choćby tylko te słowa wypowiedziane do Korpusu Dyplomatycznego w 2011 roku: „Innym przejawem marginalizacji religii, a w szczególności chrześcijaństwa jest usuwanie z życia publicznego świąt i symboli religijnych w imię uszanowania osób wyznających inne religie lub niewierzących. Postępując w ten sposób, nie tylko ogranicza się prawo wierzących do publicznego wyrażania swej wiary, lecz odcina się także własne korzenie kulturowe, które umacniają głęboką tożsamość i spójność społeczną licznych narodów. W ubiegłym roku niektóre kraje europejskie poparły odwołanie się rządu włoskiego w dobrze znanej sprawie dotyczącej eksponowania krzyża w miejscach publicznych. Pragnę wyrazić wdzięczność władzom tych państw, a także wszystkim, którzy zaangażowali się w tym duchu, episkopatom, organizacjom, stowarzyszeniom obywatelskim lub religijnym, w szczególności Patriarchatowi Moskwy oraz innym przedstawicielom hierarchii prawosławnej, jak również wszystkim osobom – wierzącym, a także niewierzącym – które zechciały okazać swoje przywiązanie do tego symbolu, będącego nośnikiem wartości uniwersalnych”.

Co tyczy się zaś wolności uczelni o charakterze katolickim, to warto sobie przypomnieć, że nasz rodak Jan Paweł II w czasie jednej ze swoich podróży apostolskich do Ojczyzny przywołał racje, jakie przyświecały w momencie powołania Rady Naukowej Konferencji Episkopatu Polski. Jak była ta racja? Oto zasadniczy powód: „Kościół musi mieć prawo i musi mieć środki stanowienia o swojej własnej nauce. Musi mieć prawo i musi mieć środki stanowienia o swojej własnej nauce zarówno pod względem merytorycznym, treściowym z uwzględnieniem całej analogii czy analogiczności tej treści, jak też i pod względem strukturalnym, personalnym itd.”. Przypominam sobie w tym względzie słowa prefekta Kongregacji Wychowania Chrześcijańskiego ks. kard. Zenona Grocholewskiego, który wspominał już wielokrotnie, że władze Tajwanu – kraju, w którym nie ma za wielu katolików – pozwalają, aby kadra wykładowców dobierana była zgodnie z charakterem uczelni katolickiej.

W WSKSiM organizowanych jest wiele konferencji, spotkań i sympozjów. Jakie one mają znaczenie dla kształtowania studentów?

– Muszę przyznać, że faktycznie naukowe konferencje, sympozja czy kongresy często o charakterze międzynarodowym wpisują się na stałe w działalność naszej uczelni. Ma to wielorakie ubogacające znaczenie nie tylko dla samych studentów. Wykładowcy pochodzący z różnych środowisk akademickich całego świata dają przestrzeń dla wymiany myśli, poglądów z naszą kadrą naukową. Przy okazji nawiązują się piękne wzajemne ludzkie więzi, co owocuje choćby bogatą współpracą międzynarodową w ramach programu Erasmus.

Te sympozja czy kongresy są bardzo intensywne i momentami ogromnie wymagające uwagi słuchaczy, ale są wyjątkową okazją, aby niejako w pigułce otrzymać dosyć szeroki zakres wiedzy. Pełnią one również bardzo ważną rolę na polu formacyjnym, gdyż nasi studenci posiadają wiele sposobności, aby nie tylko wysłuchać teoretycznych prelekcji naszych gości, ale również pobyć z ludźmi – świadkami w klimacie bardziej braterskim. Warto też podkreślić, że bardzo często staramy się o to, aby za pośrednictwem Radia Maryja, Telewizji Trwam czy też akademickiego radia internetowego SIM, naukowe prelekcje głoszone w naszej uczelni przez zaproszonych specjalistów z różnych dziedzin wiedzy, docierały do naszych słuchaczy i telewidzów. W taki oto sposób poszerza się nasza uczelniana aula o nieskończoną liczbę studentów, dla których nie ma ograniczeń wieku.

Dziękuję za rozmowę.

Izabela Kozłowska

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... lnosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 28 sty 2014, 16:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Refleksje po Dniu Judaizmu

Ks. prof. Waldemar Chrostowski

Na tegoroczny Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce ks. bp Mieczysław Cisło, aktualny przewodniczący Komitetu Konferencji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem, wydał oświadczenie, w którym postawił pytanie: „Jakie znaczenie mają słowa Szaloma Ben Horina, który powiedział, że ’wiara w Jezusa nas dzieli, wiara Jezusa nas łączy’”? To pytanie, włączone do oficjalnej wypowiedzi biskupa, sugeruje, że formuła, którą przedłożył Shalom Ben Chorin (1913-1999), izraelski dziennikarz i religioznawca (jego syn od 2009 r. pełni funkcję rabina w liberalnej synagodze w Berlinie), zawiera treści, które mogą być przyjęte i powielane przez katolików. Dlatego warto i trzeba się temu przyjrzeć.

Wierzę w Syna Bożego
Zacznijmy od pierwszego członu: „Wiara w Jezusa nas dzieli”. To dość sugestywne stwierdzenie wymaga istotnego doprecyzowania, odzwierciedla bowiem przede wszystkim żydowskie zapatrywania na Jezusa. Ich trzon stanowi przekonanie, że Jezus to człowiek, który przez swoich wyznawców, czyli chrześcijan, został ubóstwiony. Ci Żydzi, którzy dają wyraz pozytywnemu nastawieniu wobec chrześcijaństwa i chrześcijan, umieszczają Jezusa w rzędzie wielkich postaci Izraela, o których mowa na kartach Biblii hebrajskiej, dodając, że chociaż jest kimś ważnym, to chrześcijanie poszli o wiele za daleko i związali z Jezusem przymioty boskie. Inni Żydzi, których nastawienie wobec chrześcijaństwa jest negatywne oraz obarczone wielkim potencjałem niechęci i wrogości, stawiają Jezusa zupełnie poza obrębem judaizmu i żydowskości. Tak czy inaczej, sedno żydowskiego spojrzenia stanowi przeświadczenie, że Jezus z Nazaretu został deifikowany, analogicznie jak poganie w starożytności i później deifikowali swoich wybranych bohaterów, przypisując im tożsamość i cechy boskie. Skoro tak, „wiara w Jezusa” stanowi oczywisty zamach na czystość wiary Izraela w jedynego Boga, czyli na czystość religii monoteistycznej, w wyniku czego chrześcijaństwo jest postrzegane jako groźna odmiana pogaństwa. Takie zapatrywania podziela większość religijnych Żydów, aczkolwiek – zwłaszcza w krajach o większości chrześcijańskiej – z nimi się nie obnosi.

Natomiast chrześcijańskie wyznanie wiary brzmi: „Wierzę w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego”. Taka również jest myśl przewodnia tegorocznego roku duszpasterskiego: „Wierzę w Syna Bożego”. Wyznajemy nie to, że Jezus z Nazaretu, którego życie i nauczanie opisują cztery Ewangelie, został ubóstwiony, ale to, że Bóg dla nas i w celu naszego zbawienia stał się w Jezusie prawdziwym człowiekiem. Powierzchowne spojrzenie nie dopatrzy się tu zasadniczej różnicy, ale solidna teologia, jako wiara szukająca zrozumienia i prawidłowego wyrażenia, musi ją widzieć i respektować. Chrześcijaństwo stawia w centrum nie Jezusa człowieka, czyli Jezusa historycznego, ale Boga, który jest jedyny, i w osobie oraz za pośrednictwem Jezusa jeszcze pełniej objawił nam siebie, to jest misterium bogactwa swego wewnętrznego życia. Wyznajemy, że jedyny Bóg istnieje jako Ojciec, Syn i Duch Święty. To nie Jezus człowiek doczekał się ubóstwienia przez swoich wyznawców, którzy – patrząc z żydowskiej perspektywy – sprzeniewierzyli się wierze Izraela, lecz dzięki misterium wcielenia Syna Bożego, zapowiadanym i przeczuwanym w biblijnym Izraelu, natura ludzka zyskała nową godność: Bóg stał się w Jezusie jednym z nas, czyli bratem wszystkich ludzi i każdego człowieka. Podejmujemy więc i podzielamy wyznanie: „Słuchaj, Izraelu, Pan, nasz Bóg, jest Panem jedynym [lub: jedynie]” (Pwt 6, 4). Jednak zbawcza inicjatywa Boga – stojąca na przedłużeniu wielu wcześniejszych i nie tak radykalnych inicjatyw, o których mowa w Starym Testamencie – która znalazła wyraz we wcieleniu Syna Bożego, sprawiła, że poznaliśmy Boga głębiej i pełniej niż Izraelici w czasach, które poprzedziły narodziny Jezusa.

Nasuwa się pytanie: czy chrześcijanie nie poszli za daleko, to jest czy nie wyszli poza ramy wyznaczone wiarą i pobożnością starotestamentowego Izraela, ludu Pierwszego Przymierza? Odpowiedź obejmuje dwa aspekty. Po pierwsze, rzeczywistość wiary starożytnego Izraela zawsze zawierała wątek mesjański, którego składnik stanowi nadzieja na radykalnie nowe działanie Boga wykraczające poza wszelkie ludzkie możliwości i uwarunkowania. W jej nurcie przewijał się wątek Mesjasza cierpiącego, najtrudniejszy, a zarazem najbardziej wzniosły i niosący zapewnienie, którego prawdziwość Izrael uznawał, że Bóg jest zawsze po stronie cierpiących i prześladowanych. Wcielenie Syna Bożego wniosło nową jakość: Bóg nie tylko jest po stronie cierpiących i prześladowanych, lecz, przyjmując ludzki los, stał się w Jezusie jednym z nich. W tym miejscu trzeba przypomnieć zbyt rzadko przytaczane słowa Jana Pawła II: „Czy można się dziwić, że nawet wyznawcom jedynego Boga, którego Abraham był świadkiem, trudno jest przyjąć wiarę w Boga ukrzyżowanego? Uważają, że Bóg może być tylko potężny i wspaniały, absolutnie transcendentny i piękny w swojej mocy, święty i nieosiągalny dla człowieka. Bóg może być tylko taki! Nie może On być Ojcem i Synem, i Duchem Świętym. Nie może być Miłością, która siebie daje, która siebie pozwala widzieć, słyszeć i naśladować jako człowiek, która siebie pozwala krępować, bić po twarzy i krzyżować. To nie może być Bóg…! Tak więc w samym środku wielkiej monoteistycznej tradycji jest obecne takie głębokie rozdarcie” (Przekroczyć próg nadziei, Lublin 1994, s. 30). Jan Paweł II podsuwa do refleksji myśl, że przyczyną kontestacji i sprzeciwu wobec Jezusa ze strony części Izraelitów stało się – ich zdaniem zbyt radykalne i dlatego niemożliwe – wejście Boga w historię ludzkości. To, co nas, chrześcijan, różni od wyznawców judaizmu rabinicznego, nie zasadza się na tym, że opowiadamy się za ubóstwieniem Jezusa, ale że, wyznając prawdę o Bogu w Trójcy Świętej Jedynym, objawioną przez samego Boga, wyznajemy w Jezusie Chrystusa, to jest zapowiadanego i oczekiwanego Mesjasza (greckie „Chrystus” jest odpowiednikiem hebrajskiego „Mesjasz”) oraz Syna Bożego. Właśnie ta wiara dzieli chrześcijan i wyznawców judaizmu, ale – tak dochodzimy do drugiego aspektu – chodzi o wyznawców judaizmu rabinicznego. Są to spadkobiercy i kontynuatorzy postawy tych Żydów, którzy już za życia Jezusa powiedzieli „nie” Bogu, który w Jezusie stał się człowiekiem. Ta odmowa narastała i nasilała się, na skutek czego w rabinicznej tradycji żydowskiej nagromadziło się mnóstwo pierwiastków antychrześcijańskich. Wyrażając zrozumienie dla żydowskich trudności i wahań wobec Boga, w których Jan Paweł II upatruje swoistą obronę Boga przed Nim samym, jednak ich nie podzielamy, lecz uznajemy wypełnienie się wszystkich nadziei mesjańskich obecnych w Starym Testamencie oraz przyjmujemy nowość obecności i działania Boga w osobie Jezusa Chrystusa. Chcemy też skutecznego przezwyciężania zaszłości i stereotypów, które po stronie żydowskiej przedstawiają nas w krzywym zwierciadle i dotkliwie wypaczają naszą tożsamość. W tym miejscu trzeba podkreślić, że w obrębie starotestamentowego Izraela znalazło się też wielu wyznawców jedynego Boga, którzy w kontekście osoby i dzieła Jezusa powiedzieli Mu swoje „tak”. Pierwsza z nich to Maryja, w której „dokonało się przejście od nadziei żydowskiej do nadziei chrześcijańskiej” (Jan Paweł II) – i to zanim Jezus został poczęty i w Betlejem przyszedł na świat. Maryja nie zapoczątkowała „wiary w Jezusa”, lecz w pełni zawierzyła Bogu, który we współpracy z Nią urzeczywistnił kluczowy etap planu zbawienia.

Bilansując, dzieli nas – chrześcijan i wyznawców judaizmu – wiara w Jezusa Chrystusa, to jest w Jezusa Mesjasza i Syna Bożego. Nasza wiara nie jest wypadkową wyjątkowego uznania czy podziwu, który przekształcił się w deifikację Jezusa, ale otwarciem i odpowiedzią na radykalnie nowy etap objawienia Bożego. Jej istotę wyraża początek Listu do Hebrajczyków: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” (1, 1-2).

Wiara Jezusa
Nieprawdziwy, a w dużym stopniu również niebezpieczny, jest drugi człon, czyli stwierdzenie, że „wiara Jezusa nas łączy”. Właściwie stoi ono na przedłużeniu poprzedniego, sugerując, że Jezus z Nazaretu nie był nikim więcej niż inne postacie biblijnego Izraela, a zatem nie miał żadnej innej świadomości o sobie, o Bogu i swoich więzach z Bogiem niż ta, jaką mieli pozostali gorliwi, religijni Żydzi. Konsekwencję stanowi postrzeganie i przedstawianie Jezusa jako pobożnego wyznawcy Boga, który bez reszty wpisuje się w życie religijne wielopostaciowego judaizmu swoich czasów, może jedynie z tym wyjątkiem, że posunął się zbyt daleko w swej krytyce oficjalnej religii, co doprowadziło do konfliktu z jej wpływowymi przedstawicielami, a w końcu do śmierci. W forsowanej w obrębie politycznej poprawności i nagłaśnianej w ostatnich latach wersji tych dramatycznych wydarzeń odpowiedzialnością za mękę i śmierć Jezusa są obarczani starożytni Rzymianie, przede wszystkim dlatego, że nikt nie czuje się zobowiązany do ich obrony.

Tak dochodzimy do subtelnej kwestii samoświadomości Jezusa. W najbardziej wyostrzonej postaci bywa stawiane pytanie: czy Jezus wiedział, że jest Bogiem? W dawnej i współczesnej teologii chrześcijańskiej mnożą się rozmaite dociekania i pojawiają różne odpowiedzi, których pobieżny przegląd wymaga ogromnej wnikliwości i zajmuje wiele miejsca. Nigdy nie będziemy mieć pełnej wiedzy na temat samoświadomości Jezusa, czyli tego, jak postrzegał On i przeżywał siebie i swoją misję. Wiemy jednak, że będąc człowiekiem, „Jezus czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2, 52, zob. też 2, 40). Wraz ze wzrastaniem rosła też wiedza Jezusa o świecie oraz wszczepienie w życie religijne i pobożność biblijnego Izraela, a więc rosło również rozumienie i przeżywanie oczekiwań i nadziei mesjańskich wyrażonych w Starym Testamencie. Ponieważ nie traktujemy, jak czynią to wyznawcy judaizmu, ewangelicznej narracji o zwiastowaniu w Nazarecie jako niedorzecznej bajki, lecz uznajemy i wyznajemy rzeczywistość dziewiczego poczęcia przez Maryję, to musimy przyjąć, że okoliczności poczęcia i narodzin Jezusa były przedmiotem ponawianej refleksji Maryi oraz Jej rozmów prowadzonych z dorastającym i dorosłym Synem, których celem było cierpliwe dociekanie, kim jest Jezus i co Bóg zamierza przez Niego osiągnąć. Nie ulega wątpliwości, że Jezus był – po Józefie – pierwszą osobą, która w odpowiednim momencie swego życia dowiedziała się o dziewiczym poczęciu, które z perspektywy Józefa opisuje Ewangelia według św. Mateusza (1, 18-25), a z perspektywy Maryi – Ewangelia według św. Łukasza (1, 26-38). Maryję i Jezusa łączyła ta tajemnica, niewątpliwie mająca wpływ na Jego samoświadomość. Wraz z rozpoczęciem publicznej działalności stale rosła świadomość Jezusa odnośnie do wyjątkowości własnej osoby i misji. Nie wyrastała z jakiegoś systemu religijnego ani z osobistych dywagacji, lecz z autentyczności wyjątkowego przeżywania Boga oraz Jego bliskości, a także skuteczności działania Bożej mocy. Wiara Jezusa znajduje wyraz w rozmaitych sytuacjach Jego życia, w których wyraża się niezłomne przekonanie, że nie jest jeszcze jednym bohaterem wiary Izraela, ale kimś, kto pozostaje w absolutnie unikatowej relacji z Bogiem. Widać to zwłaszcza w Ewangelii według św. Jana i nie jest to tylko rezultat wiary Kościoła, lecz żywe świadectwo stanu świadomości Jezusa. Trwały fundament życia i działalności Jezusa stanowi w Jego własnym przekonaniu Bóg, którego mocą działa. Przejawem tej samoświadomości jest zwłaszcza odpuszczanie grzechów. Gdy niektórzy z uczonych w Piśmie odebrali to jako bluźnierstwo, Jezus potwierdził swoje słowa skutecznym uzdrowieniem paralityka (Mt 9, 1-8). Wprawdzie na kartach Starego Testamentu jest mowa o wielu uzdrowieniach i uzdrowicielach, ale żaden z nich nie obwieszczał władzy odpuszczania grzechów ani jej nadzwyczajnie nie potwierdzał. Dla odmiany to roszczenie jest wyraźnie obecne w nauczaniu i działalności Jezusa, a zatem wyraża Jego samoświadomość. W kluczowych momentach Jezus dawał ją poznać swoim uczniom, bo wiedział, że ich wiara zostanie wystawiona na ciężką próbę. W nawiązaniu do przemienienia Jan Paweł II napisał: „Trudność Golgoty, jej prowokacja jest tak wielka, że Bóg sam chciał uprzedzić Apostołów o tym, co miało nastąpić pomiędzy Wielkim Piątkiem a Niedzielą Paschalną” (s. 66).

Chrześcijanie w spotkaniu z wyznawcami judaizmu nie mogą powiedzieć, że „wiara Jezusa nas łączy”. Łączą nas pewne formy i przejawy zewnętrznego wyrażania wiary biblijnego Izraela, a potem wiary żydowskiej, jak modlitwa zakorzeniona w Starym Testamencie, pielgrzymki do Jerozolimy czy uczęszczanie do synagogi. Nie brakuje jednak licznych przejawów kontestowania przez Jezusa rozpowszechnionych wówczas, a potem podtrzymywanych i rozwijanych w judaizmie rabinicznym form pobożności, jak rozporządzenia o czystości rytualnej czy sprawa rozumienia i objaśniania Tory. Co więcej, Jezus zajął miejsce Tory i nie stało się to dopiero we wczesnym Kościele, ale już za Jego życia. Wcielenie Syna Bożego, obok zawierzenia i akceptacji, już wtedy skutkowało negatywną reakcją wielu Żydów, którzy całkowicie inaczej wyobrażali sobie wejście Boga w historię Izraela i świata. Jan Paweł II wyraził to tak: „Ten wielki protest nazywa się naprzód Synagogą, a potem Islamem. I jedni, i drudzy nie mogą przyjąć Boga, który jest tak bardzo ludzki. Protestują: ’To nie przystoi Bogu’. ’Powinien pozostać absolutnie transcendentny, powinien pozostać czystym Majestatem – owszem, majestatem pełnym miłosierdzia, ale nie aż tak, żeby sam płacił za winy swojego stworzenia, za jego grzech’” (s. 49).

Bilansując, nie jest tak, że „wiara Jezusa nas łączy”, bo gdyby to była prawda, nie byłoby szczególnych i uzasadnionych podstaw, by w Bożym planie zbawienia uznać Go za kogoś absolutnie wyjątkowego. Byłby co najwyżej równy Abrahamowi, Mojżeszowi czy Dawidowi, co wpisuje Jezusa w ramy wyznaczone przez Stary Testament, albo – jak uważa większość Żydów – czyni z Jezusa uzurpatora i groźnego apostatę oraz stawia poza granicami żydowskości i judaizmu. Po stronie chrześcijańskiej naiwnym rezultatem bezkrytycznego postrzegania „wiary Jezusa” są sugestie, że Jezus żył, myślał, nauczał i działał tak samo jak wszyscy ówcześni wyznawcy Boga, a nawet tak samo jak wyznawcy judaizmu rabinicznego, których – znowu bezkrytycznie – traktuje się jako prostych kontynuatorów judaizmu biblijnego.

Zamiast zakończenia
Po kilkunastu latach, które upłynęły od ustanowienia w 1998 r. Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce (taka jest poprawna nazwa), ta inicjatywa wciąż pozostaje bezprecedensowa i unikatowa. Wbrew rozmaitym informacjom nigdzie nie ma ona zasięgu ogólnokrajowego, chociaż są diecezje czy miasta (np. w Austrii, we Włoszech), w których jest praktykowana. Nie można więc nie zauważyć, że inne Episkopaty nie poszły, jak dotąd, w ślady Episkopatu Polski. Nie jest to bynajmniej zarzut, ponieważ inicjatywa jest potrzebna i cenna, ale pod warunkiem, że będzie poprawnie i rzetelnie realizowana. Nie powinien to być jednodniowy albo trwający kilka dni festiwal kultury żydowskiej, w którym udział biorą również prominentni katolicy, ani tym bardziej nie może to być przeszczepianie na grunt katolicki spojrzenia właściwego Żydom i ich religii kosztem zaciemniania czy nawet wypaczania prawdy Ewangelii. Gdyby istotnie judaizm był tak nam bliską, atrakcyjną i skuteczną ofertą zbawczą, to właściwie dlaczego mielibyśmy pozostać chrześcijanami?

Idea Dnia Judaizmu powinna być realizowana zgodnie ze swoim pierwotnym zamysłem, który legł u jej podstaw i przesądził o jej przyjęciu. Chodzi o przezwyciężanie antyjudaistycznego i antyżydowskiego balastu tam, gdzie on nadal istnieje, oraz o wzajemność w tym wysiłku po stronie żydowskiej, polegającą na usuwaniu balastu antychrześcijańskiego i antykościelnego, bo go też nie brakuje. Chodzi również o wypracowywanie odnowionej katolickiej teologii judaizmu. Od ponad ćwierć wieku są powtarzane słowa Jana Pawła II, wypowiedziane 13 kwietnia 1986 r. w rzymskiej Synagodze Większej, że religia żydowska nie jest dla naszej religii czymś zewnętrznym, lecz czymś wewnętrznym, a stosunek do niej jest inny niż do każdej innej religii. Problem w tym, że traktuje się te słowa jako punkt dojścia, a nie – jak być powinno – punkt wyjścia rzetelnej katolickiej refleksji teologicznej. A przecież obchodzony w Kościele katolickim w Polsce doroczny Dzień Judaizmu stanowi nie tylko dobrą ku temu okazję, lecz i zobowiązanie.

Autor jest dyrektorem Instytutu Nauk Biblijnych UKSW, członkiem Komitetu Teologicznego PAN.

http://www.naszdziennik.pl/wp/66521,ref ... aizmu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 30 sty 2014, 15:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2013/12/07 ... narchista/

Chrześcijanin nie może nie być monarchistą
Posted by Marucha w dniu 2013-12-07 (sobota)

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie obserwowane od lat zjawisko bezmyślnego powtarzania pewnych formułek i tekstów. W tym wypadku nie chodzi jednak o powtarzanie tego, co podaje do myślenia pewna gazeta, którą Grzegorz Braun nazywa „Gwiazdą śmierci”, lecz o bezrefleksyjne powtarzanie tekstów będących dla chrześcijan chlebem codziennym.
Podczas spotkań z Grzegorzem Braunem częstokroć pada pytanie o monarchistyczne przekonania znanego reżysera, przy czym pytający zazwyczaj sprawiają wrażenie ludzi szczerze zdziwionych faktem, że ktoś może nie być demokratą.
Dlaczego mnie to intryguje? Ano dlatego, że często są to ludzie, którzy właśnie wyszli z wieczornej Mszy św., gdzie powtarzali „Przyjdź KRÓLESTWO Twoje” albo śpiewali „My chcemy Boga, my PODDANI” czy „Maryjo, KRÓLOWO Polski”. Odmawiali, śpiewali, a potem wracali do swoich demokratycznych czy niekiedy nawet socjalistycznych postaw i poglądów. Istne (jak by powiedział Nikodem Dyzma) „fiksum dyrdum”. Jeszcze bardziej dziwię się niektórym księżom, którzy w kazaniach mówią coś o „obywatelach Królestwa Bożego”….
Chrześcijanin powinien pamiętać, że Bóg JEST KRÓLEM, że Jego Syn, Jezus Chrystus JEST KRÓLEM i dlatego też nie ma co walczyć o Jego intronizację. Bóg NIE JEST królem elekcyjnym i NIKT nie ustanowił Go królem. Tak samo Jego Syn. Przy okazji warto zauważyć, że jeśli ktoś ma prawo „intronizować” to ma też prawo „detronizować” i nikt mi nie zagwarantuje, że kiedyś jakaś „demokratycznie wybrana większość” nie pokusi się o akt detronizacji.
Sprawa jest prosta: albo to uznajemy, albo nie mówmy, że jesteśmy chrześcijanami i nie powtarzajmy tekstów, z którymi nie współgrają nasze postawy i poglądy. Nie można być jednocześnie monarchistą i (co nie daj Boże!) socjalistą. Żadne gremium z Kolegium Kardynalskim i Soborem Powszechnym włącznie nie jest władne obalić MONARCHII Bożej. Bóg nie da się zmienić w „obywatela Boga” jak nieszczęsny król Ludwik XVI w „obywatela Capet”.
Chrześcijanin NIE MOŻE nie być monarchistą i tyle. Oczywiście, Królestwo Boże jest przykładem monarchii idealnej, której nie dorównuje żadna ludzka instytucja o tej nazwie. Ale Pan Bóg pokazuje ludziom, że to ON ustanawia warunki i nikt nie znajdzie się w Jego Królestwie inaczej, niż je spełniając. Z Panem Bogiem nie ma dyskusji.
W Królestwie Bożym nie ma parlamentu, debat, głosowań ani wyborów powszechnych. I chrześcijanie powinni MYŚLEĆ nad treścią, tego, co mówią i śpiewają. Cóż, nie każdy jest chrześcijaninem i nie każdy być nim musi. Bóg nikogo do niczego nie przymusza. Nie każdy musi być chrześcijaninem, ale skoro nim już jest, niech wie, że nie do niego należy ustalanie reguł gry.

Autor: Jan Przybył
Doktor teologii.
Przez 18 lat wykładał historię Kościoła i Historię kultury polskiej w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie.
Autor 2 książek o Kamieńcu Podolskim, pilot wycieczek na Kresy. Specjalność: Historia Kościoła (zwłaszcza dzieje duchowości), historia kultury polskiej (zwłaszcza myśl religijna i filozoficzno-społeczna polskiego Romantyzmu i kultura polska na kresach południowo-wschodnich dawnej Rzeczypospolitej), myśl teologiczna i filozoficzna Mikołaja Bierdiajewa.

http://prawica.net/36574


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 05 lut 2014, 08:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Czytając Conrada: HONOR

Joseph Conrad był pisarzem angielskim. W swoich utworach literackich, z jednym wyjątkiem, nie poruszał spraw polskich. Wyjątek ten to krótkie opowiadanie „Książę Roman”, którego bohaterem jest książę Sanguszko. Poza tym zdecydowana większość utworów związana jest z morzem: dzieje się na morzu, blisko morza i dotyczy ludzi morza, a ludzie ci stanowią wyjątkową mozaikę ras, narodowości i kultur.

Wiemy jednak, że Joseph Conrad był Polakiem, nazywał się Józef Konrad Korzeniowski. Pojawia się wobec tego żal: jaka szkoda, że nie pisał po polsku. Żal ten znalazł nawet formę oburzenia, gdy jedna z bardziej znanych i zasłużonych w naszej literaturze autorek pisała, że najsilniejsi i najzdolniejsi Polskę opuszczają. Miała na myśli Conrada, który wówczas zdobywał uznanie międzynarodowe (E. Orzeszkowa, Emigracja zdolności, 1899). Ta skarga płynąca z pobudek patriotycznych miała swoje uzasadnienie, tyle że nie wyczerpywała tematu i nie dotykała istoty problemu. Chodzi bowiem o indywidualną drogę życia i zew, na który człowiek odpowiada.

Zew morza
Conrad nie wyjechał z Polski jako znany pisarz, który postanowił pisać po angielsku na tematy, które przyniosą mu sławę. Wyjechał, mając lat 17, jako sierota, bo najpierw stracił ukochaną matkę Ewę, a później bezwzględnie mu oddanego ojca Apolla. Oboje rodzice byli ofiarami represji carskich, a ich zdrowie nadszarpnęło nie tylko przymusowe zesłanie na Syberię, ale również ból spowodowany cierpieniami polskiego Narodu. Conrad wyjechał nie dlatego, że chciał uciec z Polski, ale dlatego że od dzieciństwa marzył o tym, żeby zostać marynarzem i pływać po odległych morzach i oceanach. I został. Nie tylko marynarzem, ale kapitanem najsłynniejszej wówczas floty, jaką była brytyjska marynarka handlowa. W owych czasach nie było to łatwe, trzeba było reprezentować bardzo wysoki poziom umiejętności, żeby zajść aż tak wysoko.

A potem odezwało się to dziwne powołanie pisarskie. Pierwsza powieść, „Szaleństwo Almayera”, powstawała jeszcze w czasie pracy na statku, którym Conrad dowodził. Gdy przekonano go, że jego utwór jest coś wart, zszedł na ląd i oddał się bez reszty sztuce pisarskiej. Pisał po angielsku, choć języka tego nauczył się dopiero na morzu. Wcześniej świetnie znał polski, gdyż jego ojciec był poetą i przykładał wielką wagę do kultury języka polskiego; znał doskonale francuski, bo z tego języka Apollo tłumaczył na polski arcydzieła literatury francuskiej; znał dobrze łacinę, której nauczył się w słynnym gimnazjum św. Anny w Krakowie, do którego przez pewien czas uczęszczał. Angielskiego jednak nie znał. Więc nauczyć się języka angielskiego tak późno i nauczyć się go tak, żeby stać się pisarzem należącym do dziś do czołówki autorów anglojęzycznych, to nie lada sztuka, a właściwie coś unikalnego. Conrad tego dokonał, choć jako Polacy, którzy mają trudności z wymową słów angielskich, możemy dodać na pocieszenie, że do końca życia mówił po angielsku z polskim akcentem.

Czy faktycznie twórczość Conrada jest polska tylko w jednym utworze, tym, który został wspomniany na początku? To zależy, jak się patrzy i jak się czyta. Można czytać po to, żeby przenieść się wyobraźnią na dalekie morza i w odległe lądy, by tam znaleźć ukojenie dla zatroskanej duszy. Tylko że tam nie ma Polski. Można czytać po to, by napawać się stylem artystycznego języka. Tam też nie ma Polski, bo to jest język angielski. Można śledzić akcję i przygody dzielnych marynarzy i samotnych kapitanów. Itam Polski nie ma. Więc czy w ogóle jest?

Z dziejów honoru
Tak. Polska jest w duszy niektórych bohaterów. Polska jest w duszy samego Conrada. Ale jak? Po czym to poznać? Bardzo prosto. Kto Polakiem, ten to zobaczy i odczuje. A wtedy zadrży mu serce, bo odnajdzie nasz polski świat na dalekich morzach i odległych lądach. Chodzi o postawę wobec życia, wobec trudności, wobec wyzwań, wobec ludzi, wobec samego siebie.

Zajrzyjmy choćby do najbardziej znanej powieści, jaką jest „Lord Jim”. W przedmowie Conrad pokazuje klucz do duszy głównego bohatera, czego nie mogła pojąć jedna z czytelniczek. Działo się to we Włoszech, choć nie wiemy, czy ta pani była Włoszką. Otóż stwierdziła ona, że jej ta powieść się nie podoba, ponieważ w niej „wszystko jest takie chorobliwe”. Conrad, gdy to usłyszał od jednego z przyjaciół, zamyślił się, po czym stwierdził: „Doszedłem ostatecznie do wniosku, że wziąwszy nawet pod uwagę okoliczności łagodzące – (…) –owa pani nie mogła być Włoszką. Ciekaw jestem, czy była w ogóle Europejką. W każdym razie łaciński temperament nie mógłby dostrzec nic chorobliwego w dotkliwym poczuciu utraconego honoru”. Łaciński temperament to honor, a honor to nie choroba. A właśnie honor stanowił istotę lorda Jima. Utrata honoru to jakby utrata duszy. By oddać dramat utraty honoru, Conrad szukał słów i dlatego pisał, aż powstał „Lord Jim”. Pisał „o jednym z nas”, z nas, łacinników, z nas, Polaków. Bo czyż to hasło „honor” nie przewija się ciągle przez nasze polskie dzieje? A gdy go brak, czujemy się nieszczęśliwi, nie dlatego że biedni, ale że upodleni.

Tu jest klucz do twórczości Conrada, która choć rozgrywa się na dalekich morzach i odległych lądach, wśród ludzi różnych ras i kultur, jest ciągle twórczością polską. A to dlatego, że Conrada interesuje przede wszystkim nasza postawa, to, co dzieje się we wnętrzu człowieka, w jego duszy, interesuje go moralna postawa człowieka w sytuacjach ekstremalnych, a takich podczas żeglugi nie brakuje. A nie jest to rosyjskie „duszoiskatielstwo”, w którym zdecydowanie przeważa zło. U Conrada przeważa dobro.

I właśnie nasza polska kultura, stanowiąc kwiat cywilizacji łacińskiej, jest szczególnie wrażliwa na wszystko, co dotyka sumienia i honoru. Na zewnątrz, gdy ktoś takiej motywacji nie zna, gdy liczy się tylko interes lub egoizm, wyglądać to może groteskowo lub rozpaczliwie, ale dla nas, jeśli została w nas choćby odrobina polskiej duszy, takim nie jest. Wtedy czytając Conrada, rozumiemy, że gdyby był tylko pisarzem angielskim, twórczość jego mogłaby zupełnie inaczej wyglądać, przybrałaby zupełnie inny kierunek, zabrakłoby tej jakże subtelnej wrażliwości moralnej i tego potężnego zmysłu honoru. A to Conrad wyniósł z rodzinnego domu, domu na wskroś łacińskiego, domu polskiego. Dlatego warto ciągle wracać do twórczości naszego wielkiego rodaka, by i dziś od niego uczyć się polskości i tego, co w nas było najpiękniejsze.

Prof. Piotr Jaroszyński

http://www.naszdziennik.pl/mysl/67330,c ... honor.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 15 lut 2014, 12:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Walentynki czyli miłość zabita

Jak co roku w dzień świętego Walentego, dla ateistycznej niepoznaki zwany walentynkami, katusze przeżywają tzw. single. Pisze się o tym coraz więcej. Niewielu zauważa jednak, że medialno-reklamowa romantyczna ofensywa atakuje również wszystkich tych, którzy miłości nie pojmują wyłącznie w kategoriach erotycznych.

Początek „walentynkowego tygodnia”. Jak co dzień jechałam samochodem, a jako ze nie lubię ciszy przerywanej wyłącznie warkotem silnika, włączyłam radio. Nie przypuszczałam, że popełniam największy tego dnia błąd, choć przecież już kilka godzin wcześniej lekko przypaliłam obiad i zgubiłam kolczyk.

Z odbiornika wydobywał się głos lektora reklamującego lokaty bankowe. Chwilę później rozpoczął się festiwal obrzydliwej seks-propagandy, przerywany przypomnieniami o zbliżającym się rychło czternastym dniu lutego.
Aż trzy kolejno następujące po sobie spoty reklamowe miały zachęcić mnie lub mojego męża do zakupu tabletek, dzięki którym nie będzie on miał już „problemów z męskością”. Kilka tygodni temu myślałam jeszcze, że coraz częstsza emisja reklam różnorakich specyfików działających „do godziny od zażycia” wynika z jakiejś plagi impotencji. Skoro jednak w tygodniu kończącym się walentynkami tego typu reklamy pojawiają się jeszcze częściej wiem już, że to jedynie próba stworzenia czegoś na kształt szału seks-zakupów przypominającego grudniowy szał przedświąteczny, który już dawno mistrzowie marketingu wszczepili Polakom jako obowiązkowy element „przygotowań do świąt”.

W lutym mamy więc odgórnie planowany szał przedwalentynkowy. Objawia się on właśnie reklamami produktów zwalczających problemy, o których jeszcze dosłownie kilka lat temu nie mówiło się głośno. W dzisiejszych czasach prawdziwy mężczyzna jednak przed 14. lutego powinien „zadbać o siebie”, a radiowa reklama chętnie mu w tym pomoże.

Szał dotyczy oczywiście nie tylko „medykamentów” dla mężczyzn. Wszak żeby wszystko było „w porządku w walentynkową noc”, również i ja powinnam o wszystko zadbać. Dlatego zaraz po reklamach dotyczących „wznoszących się żagli” usłyszałam następujące zdanie: „czy wiesz już, czy Twoje walentynki będą bezpieczne”? Dość wystraszona próbowałam przypomnieć sobie jak najprędzej, jakie zagrożenia mogą na mnie czekać tego wyjątkowego dnia. Zafrapowana wsłuchałam się więc w słowa sympatycznej Pani, która zmysłowym głosem uświadomiła mi na czym owo niebezpieczeństwo polega. Otóż w walentynkową noc mogłabym zajść w ciążę, więc lepiej abym się przed tym „zabezpieczyła” (sic!), tak aby „nie tylko on mógł skupić się na przyjemności”.

Wysiadając z auta postanowiłam nie słuchać już radia. Sama zdecyduję kiedy będę chciała zastanawiać się nad moim życiem intymnym! W domu włączyłam jednak telewizor. Sama nie wiem, dlaczego oczekiwałam czegoś innego od tego, co usłyszałam w radiu. Z telewizora spoglądała na mnie sympatyczna kobieta w otoczeniu innych pań. Narzekała, że tej nocy „nic z tego”, bo boli ją brzuch. Koleżanki przybyły jednak z natychmiastowym ratunkiem. Przekazały bohaterce klipu kolejny specyfik, mający umożliwić jej to, co według twórcy reklamy i ja „lubię najbardziej”. Przypomniałam sobie program nadawany w jednej z telewizji śniadaniowych. Znana aktorka ubolewała w nim, że rzadko ma czas na „intymność”. Prowadzący spijał głupawe słowa z jej nabrzmiałych od silikonu ust. A ja zadawałam sobie tylko pytanie – dlaczego niby miałoby mnie to obchodzić?!

Razem z mężem obchodzimy dzień świętego Walentego. Oboje uważamy, że to bardzo ładny, choć świeży i importowany zwyczaj. Trudno jest więc nie ulec modzie na obdarowywanie się z tej okazji prezentami. Zwykle robię zakupy przez Internet, uruchomiłam więc komputer, by znaleźć stosowny upominek. Znalezienie strony z prezentami nie nastręcza większej trudności, niemal na każdym dużym portalu można za pomocą jednego kliknięcia zdecydować czy chcesz zamówić prezent „dla niej” czy „dla niego”. Doprawdy nie wiem co mnie podkusiło, by po radiowo-telewizyjnych doświadczeniach szukać prezentu z pomocą sieci! Jako prezent dla męża internet zaproponował mi ręcznik z odciśniętym śladem kobiecych warg (reklamujący go model nie pozostawił złudzeń, na co mój mąż miałby go sobie założyć), bokserki z serduszkiem, i pen-drive z napisem druga część prezentu wieczorem ilustrowany dodatkowo roznegliżowanymi tylnymi częściami ciała jakiejś kobiety. Wyłączyłam również i komputer.

Byłam naiwna. Sama nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego uznałam, że zbliżające się walentynki mają być okazją do okazywania sobie miłości w sposób w jaki rozumiem ją ja, mój mąż, moi rodzice i dziadkowie. Szumnie zapowiadany „dzień zakochanych” jest w mediach niczym innym jak „dniem seksu”, bo tylko tak przedstawia się dziś miłość. Majtki, prezerwatywy, tabletka na potencję i oto mamy miłość! – tak zdają się wołać do nas media i płacący im reklamodawcy.

Nie wiem kiedy to się stało. Pamiętam, że jeszcze naprawdę nie tak dawno miłość nie oznaczała jedynie kontaktów intymnych ulepszonych gadżetami rodem z seks-shopu. A przecież dziś można je nabyć w każdym kiosku! I robią to piętnastoletnie dziewczynki wierzące, że skoro w radiu, telewizji i internecie tak definiuje się miłość, to seks musi być miłością. A miłość seksem.

Chciałabym, by dziennikarze telewizyjni przestali urządzać audycje o seksie, a zastanowili się wraz z gośćmi co zrobić by miłość przedstawiano jako rzeczywiście miłość, by przestała kojarzyć się wyłącznie z seksem? I co ma w walentynki zrobić kobieta obdarowująca męża nie tylko ciałem, ale po prostu miłością?

Telewizyjni dziennikarze nigdy jednak nie zdecydują się na postawienie takiego pytania. Musieliby bowiem radzić widzom, by przestali oglądać prowadzone przez nich programy. Zabijają one nie tylko inteligencję, o czym napisano już dziesiątki artykułów. Zabijają one także miłość. Najbrutalniej właśnie w tak zwany dzień zakochanych.

Małgorzata Jackowska

http://www.pch24.pl/walentynki-czyli-mi ... 131,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 08 mar 2014, 09:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Z Narodem i dla Narodu

Ks. kard. Stefan Wyszyński

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Były takie sytuacje dla Kościoła, żeśmy przegrywali z rządami. I nadal możemy przegrywać z rządem takim czy innym, z partią – taką czy inną, z państwem – takim czy innym, ale nie wolno nam przegrać z narodem! Nasza wrażliwość na to, co się w duszy narodu dzieje, musi być ciągle wyostrzona. Nasza czujność musi być taką, jak Małaczewski powtarzał w swoim sławetnym „Koniu na Górze”: przyłożywszy ucho do ziemi, mamy wsłuchiwać się, co tam w tej polskiej ziemi się dzieje.

Nasza wrażliwość musi być na to wyostrzona. Gdybyśmy już nie mieli miejsca w narodzie, jak to się często dzieje w niektórych społecznościach, byłoby źle. Tak jest w wielu państwach, z którymi Kościół ma kontakt właśnie dlatego, że istnieją narody, w których nie ma miejsca dla Kościoła, a jest jeszcze tam jakieś państwo gotowe do rozmawiania ze Stolicą Świętą. Może być pokusą przeniesienie tego dostrzeżenia na stosunki polskie. Tymczasem u nas nie ma analogii!

Powiedzmy, że w Afryce czy gdzie indziej Kościół może się oprzeć tylko o państwo. Natomiast w Polsce Kościół musi się przede wszystkim oprzeć o naród, bo jesteśmy posłani, abyśmy szli i nauczali naród polski. Najmilsi księża biskupi… Ja nie chcę być tu mentorem ani kim innym, jestem sługą…


Fragment pochodzi z przemówienia podczas 147. Konferencji Episkopatu Polski, 11 III 1975 r.
--------------------------------------------------------------------------------

Kościół w Polsce był zdolny przetrwać najtrudniejsze nawet chwile nie tylko dlatego, że zawsze był wierny Bogu, ale również dlatego, że w sposób bezwarunkowy był z Narodem i był dla Narodu. To jest ta niezwykła tajemnica siły polskiego katolicyzmu, zdolnego do przetrwania w warunkach wręcz beznadziejnych. Być z Narodem mimo presji wywieranej przez protestantyzm, prawosławie, masonerię, ateizm, komunizm, liberalizm. Tak to widział Prymas Tysiąclecia, taki program wysuwał na przyszłość, sługa Boży, sługa Narodu.

http://www.naszdziennik.pl/wp/70530,z-n ... arodu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 05 kwi 2014, 08:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Społeczności wirtualne

Dr Tomasz M. Korczyński

W liście apostolskim z 2005 roku pt. „Szybki rozwój” bł. Jan Paweł II wskazuje na pozytywne owoce rozwoju środków społecznego przekazu, wielkie możliwości, jakie one otwierają dla głoszenia Ewangelii w XXI wieku, jak i na wyzwania oraz zagrożenia, jeżeli zabraknie odpowiedzialności, sumienia, miłości, mądrości w ich wykorzystywaniu. Narzędziami nowoczesnych środków masowego przekazu są także nowe media i rozwijane techniki komunikowania się ludzi ze sobą.

Wyniki badań socjologicznych ukazują, że podstawową wartością młodzieży polskiej, obok rodziny i przyjaciół, jest spędzanie wolnego czasu. Czy nowe media – Facebook, Twitter, Skype, które otwierają, przede wszystkim przed młodymi ludźmi, nowe perspektywy – nie są jednak na tyle ekspansywne, aby pochłonąć i zdominować wolny czas młodzieży, który mogłaby ona spożytkować na pogłębianie realnych, widzialnych i tradycyjnych wspólnot?



Samotne wyspy
Powszechność uczestnictwa w portalach społecznościowych jest już niejako oczywistością, wielu młodych ludzi nie wyobraża sobie życia bez stałego dostępu do internetu czy bez możliwości kontaktowania się z ludźmi za jego pośrednictwem. Niewątpliwie portale są szybkim i dość wygodnym środkiem komunikacji międzyludzkiej, jednak ich nadmiar może odbić się na osobowości, szczególnie u dzieci, które coraz częściej spędzają swój czas nie tyle w towarzystwie członków własnej rodziny, przyjaciół czy nauczycieli, ale przy komputerze.

Klasyczne instytucje wychowania uosobione w postaci rodziców, dziadków (i innych członków rodziny), przyjaciół, sąsiadów, nauczycieli, duszpasterzy są i były fundamentem rozwoju i kształtowania wiedzy, tożsamości oraz osobowości nowych członków oraz adeptów każdego społeczeństwa, jednak współczesne agendy wychowania są trudniejsze do scharakteryzowania, uchwycenia, przeanalizowania, a ponadto tracą ów rys „osoby” na rzecz zdepersonalizowanych i odhumanizowanych instytucji. Sieć relacji interpersonalnych jest znacznie bardziej rozbudowana i utrwalana przez trudno uchwytne grupy nieformalne, takie jak produkty powstałe w sieci internetowej. Powstałe nowe typy quasi-wspólnot w postaci społeczności wirtualnych, powołanych przez coraz większe zaangażowanie młodzieży w nowoczesne formy spędzania czasu w sferze wirtualnej za pomocą CMC (Computer Mediated Communication) oraz szczególnie popularnych usług IRC (Internet Relay Chat), mogą powodować wzrost zagrożenia utraty bliskich i głębszych relacji międzyludzkich.

Współczesne media są z jednej strony poważnym zagrożeniem powodującym alienację, z drugiej strony, przeciwnie, mogą, o ile będzie się mądrze nimi posługiwać, pogłębiać relacje międzyludzkie.

Badania socjologiczne wskazują, że pomimo popularności i mnogości wielu internetowych portali społecznościowych w Polsce i tak na pierwszym miejscu młodzież akademicka stawia bezpośrednie spotkania z ludźmi, a internet nie przeszkadza im w częstych kontaktach w realnym świecie. Ponadto wraz ze wzrostem częstotliwości komunikacji za pomocą portali społecznościowych wzrasta także częstotliwość bezpośrednich spotkań. Zaznaczę przy tym, że dotyczy to jednak młodzieży, która pokoleniowo nie wyrosła jeszcze, od początku swojego wchodzenia w świat społeczny, w „internetowym” otoczeniu, w którym wirtualne społeczności były już oczywistością. Badania nad wpływem społeczności wirtualnych warto realizować na pokoleniach, dla których nie istniał świat przed Facebookiem, Skype’em, czatami, Twitterem i innymi portalami społecznościowymi.

Nie tylko partner do nauki
Rodzice w momencie zakupu swojemu dziecku komputera, telefonu czy iPada zakładają zazwyczaj, że dzięki nim zdobędzie i pogłębi ono swoją wiedzę na temat technologii, świata, a przygotowane w ten sposób do życia będzie nadążać za technologicznymi nowinkami, które są uznawane przez rówieśników i dorosłych, niejako niepodlegające dyskusji jako oczywiste i drogocenne, i użytkowane na co dzień. A zatem punktem wyjściowym tego przeświadczenia jest to, że nowe media to niemal równoprawni partnerzy i nauczyciele do zgłębiania wiedzy, użyteczne okno na świat i narzędzie do miłego spędzania czasu.

Czy rzeczywiście? Nie można zapominać, że wraz z dostępem do sieci wzrasta niebezpieczeństwo popadnięcia w nałóg konsumpcji jej wytworów, stykania się z rzeczywistością destrukcyjną dla zdrowego rozwoju i wzrostu duchowego dzieci (wystarczy wspomnieć o brutalnych grach komputerowych, o stronach porno, wulgarnych i agresywnych filmach), i co gorsza, możliwość narażania ich na niekontrolowane kontakty z obcymi ludźmi w sferze wirtualnej, które mogą się przerodzić w kontakty realne, niekoniecznie odpowiednie dla naszych podopiecznych.

Obawy reżimów
Społeczności wirtualne mają swoją moc, której nie ignorują nawet dyktatorzy. Reżimy panicznie boją się nowoczesnej technologii. Chiny, Arabia Saudyjska cenzurują sieć. Premier Turcji Recep Tayyip Erdogan oznajmił niedawno, że „wyrwie internet z korzeniami”, a w Iranie istnieje ministerstwo, które wydaje pozwolenia swoim obywatelom na zakładanie kont na Facebooku czy Twitterze. Wywołuje to ogromny sprzeciw Irańczyków, bo muszą stawać na głowie, aby w ogóle móc mieć dostęp do społeczności wirtualnych, natomiast prezydent Hasan Rouhani, który jest aktywnym użytkownikiem Twittera, już takich ograniczeń nie ma. Nie można się w sumie owym dyktatorom dziwić. Przypomnę, że rewolucja w Egipcie, która wstrząsnęła posadami całego państwa i zdmuchnęła Hosniego Mubaraka, została zainicjowana przez umawianie się młodych ludzi na Facebooku, aby dotrzeć razem na plac Tahrir i wyrazić swój sprzeciw wobec władz.

Wirtualna aktywność
Wspomniałem o zagrożeniach oraz o pozytywnych stronach nowych mediów. Zaangażowanie wirtualne ma także swoje słabe strony. Można je nazwać pułapką „nieefektywnego działania”. Na licznych forach, głównie anonimowych, ale nie tylko, zasada „lubię to” tworzy pozór zaangażowania i aktywności społecznej. To działanie istnieje tylko w sieci, nie na ulicy. Kliknięcie lub podpis to w gruncie rzeczy niewiele, i może być nawet osłabiające w sytuacji, gdy potrzeba jednoznacznego, odważnego, mocnego zaistnienia w przestrzeni publicznej. Wyrażenie w sieci swojego sprzeciwu często nie ma siły sprawczej, a „zaangażowany” w ten sposób „aktywista” ma poczucie dobrze wykonanego zadania. Tymczasem to dopiero pierwszy krok, a drugiego zazwyczaj już się nie robi. Czy gdyby nie setki tysięcy manifestacji w naszej Ojczyźnie, Telewizja Trwam zdobyłaby miejsce na multipleksie? Gdyby zamiast miliona podpisów rodziców zaniepokojonych posyłaniem do szkół sześciolatków na ulicach polskich miast protestowałoby milion obywateli przeciwko skandalicznej decyzji władz polskich, czy nie uzyskalibyśmy więcej?

Akcje wirtualne, jakie prowadzi m.in. organizacja CitizenGO, które są godne nagłaśniania i sam zachęcam, by jak najczęściej brać w nich udział, mają tę właśnie piętę Achillesa. Podpisywanie petycji to za mało, aby móc zmieniać rzeczywistość. Dopiero aktywne uczestnictwo w przestrzeni publicznej, angażowanie się niejako fizycznie oraz widzialnie, jest niezbędne do pełni sukcesu. Kiedy demonstrujący swoje poglądy mogą się policzyć, zobaczyć, poznać, dodać sobie otuchy, przestraszyć reżimy, wówczas mogą przeforsować swoje ideały. I tego nigdy społeczności wirtualne nie zastąpią, dlatego nie zdobędą przewagi nad tradycyjnymi relacjami interpersonalnymi.

I na koniec refleksja w związku ze zbliżającym się okresem Pierwszych Komunii Świętych. Warto się zastanowić, czy stosy najnowocześniejszego sprzętu komputerowego czy telekomunikacyjnego są rzeczywiście dobrym pomysłem na prezent pierwszokomunijny. Czy zamiast nowego iPada, zestawu modnych gier czy innych gadżetów, nie warto pokusić się o wartościowy prezent, który przetrwa próbę czasu, a dziecko nie znudzi się nim wraz z wyprodukowaniem kolejnej gry i jeszcze nowocześniejszego telefonu czy komputera.

http://www.naszdziennik.pl/wp/73640,spo ... ualne.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 08 kwi 2014, 06:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Kompromis uzgodniony z Kościołem?

Na obraz Boży go stworzył
(Rdz 1, 27)

W dyskusji nad prawną ochroną życia, również w ostatnich tygodniach, jak echo wraca sformułowanie, które wydaje się logicznym i uspokajającym ludzkie sumienie rozwiązaniem. Mianowicie przypadki, w których matka może swobodnie zabić swoje dziecko, a lekarz służy jej wiedzą medyczną, aby ta zbrodnia odbyła się w warunkach maksymalnie bezpiecznych, to wyjątki jakoby uzgadniane z Kościołem, to znaczy ze środowiskiem, które traktowane jest jako instytucja odpowiedzialna za propagowanie właściwych ocen moralnych.

Do tego niby-uzgodnienia dochodzą dwa bardzo kuszące argumenty. Po pierwsze, że jest to kompromis, a słowo to budzi w nas przychylne nastawienie. Gdy strony ustąpią ze swego na tyle, żeby się spotkać, to każdy spór ma szansę zakończenia. Kompromis jako metoda współistnienia przeciwnych środowisk jest mile widziany. Dlaczego więc nie miałby w takim wyciszaniu ludzkich sporów brać udziału również Kościół? Po drugie, stosuje się szantaż, że gdy naruszymy ten uzgodniony kompromis, to pojawią się takie wpływowe środowiska, których reprezentanci w Sejmie, dysponując znaczną liczbą posłów, wrócą do pełnej liberalizacji prawa aborcyjnego, co zresztą w ostatnich latach również miało miejsce w historii naszego parlamentaryzmu.

Żeby więc nie dopuścić do głosu tych skrajnie liberalnych – chętnie nazywają się lewicowymi – przedstawicieli środowisk ustawodawczych, nie tykamy rozwiązań kompromisowych nawet wtedy, kiedy one okazują się nieszczelne i pod pretekstem gładkich sformułowań faktycznie kryją każdą pazerność na pieniądze specjalistów od bezbolesnego zabijania i podsuwają uspokajanie sumienia zagubionym i wystraszonym matkom.

Dochodzi do tego jeszcze jeden argument. Tym razem wypowiedź Ojca Świętego Jana Pawła II w encyklice „Evangelium vitae”, w której Papież aprobuje niby kompromisowe rozwiązanie i mówi, że parlamentarzysta, kierując się prawym sumieniem, może udzielić poparcia propozycjom nie do końca uczciwym, ale wprowadzającym ograniczenia szkodliwości istniejącego prawa (EV, nr 73). W dyskusji ten fragment encykliki jest wyjątkowo nadinterpretowany i próbuje się nim osłonić każde nieetyczne zachowanie parlamentarzysty.

Kilka zdań wyjaśnień w odniesieniu do tak sformułowanych twierdzeń. Po pierwsze, Kościół nie jest stronnictwem politycznym, które stanowi prawo na zasadzie proporcji głosów i różnych wyliczeń na poziomie studiowania opinii publicznej. Kościół jest świadkiem Ewangelii, jest świadkiem prawdy i ma obowiązek dawać świadectwo prawdzie w każdej sytuacji. W odniesieniu do poruszonego tematu ma obowiązek głoszenia ochrony każdego życia i całego życia. My nie jesteśmy uczestnikami przetargów, na których ustala się kwoty dotyczące istot ludzkich przeznaczonych do odstrzału w ramach eugenicznych programów. Zadaniem Kościoła nie jest „wydyskutowanie” jak najmniejszej liczby zabitych ludzi w ramach programowego oczyszczania społeczeństwa z jednostek niepotrzebnych, a zwłaszcza słabych.

Po drugie, encyklika „Evangelium vitae”, na którą tak chętnie powołują się zwolennicy kompromisów, na samym początku tekstu przypomina, że „głoszenie Ewangelii życia jest źródłem niezłomnej nadziei i prawdziwej radości dla każdej epoki dziejów. Ewangelia miłości Boga do człowieka, Ewangelia godności osoby i Ewangelia życia stanowią jedną i niepodzielną Ewangelię” (EV, nr 2).

Zbliża się czas liturgicznego uobecnienia historii zbawienia w jej szczytowym momencie – Chrystusowa śmierć – znak miłości wydanej do końca i równocześnie zwycięstwo nad śmiercią Chrystusa Zmartwychwstałego, który umiłował Kościół i wydał zań samego siebie (por. Ef 5, 25).

Ks. bp Stanisław Stefanek TChr

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... iolem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 23 kwi 2014, 07:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Moje spotkanie

Filip Frąckowiak

Staram się unikać przynależności do pokolenia JPII. Gdy jestem wpychany do tego szerokiego społecznego spektrum, czuję, jakbym znalazł się w grupie popkulturowych wyznawców kremówek. Tych wszystkich uwiedzionych przedstawieniem Jana Pawła II jako ikony właśnie w popkulturze. Jednak istotą pontyfikatu Papieża było o wiele więcej niż tylko Jego żarty. Często obserwuję starania mediów, aby wzruszenie odebrało pierwszeństwo refleksji i modlitwie.

Byłem przed laty świadkiem, jak grupa ludzi spragnionych bezpośredniego kontaktu z Janem Pawłem II „rzuciła” się przez barierki w Auli Pawła VI na naszego Papieża. Było to po jednym z koncertów na cześć słabego już bardzo Ojca Świętego. Przypominało to natarcie klientów na sklep z cenowymi obniżkami. Trudno oceniać potrzeby ducha każdej z tych osób. Wszak to nasz Papież Polak. Jego ojcowski uśmiech tak koił wewnętrznie cierpienia każdego z nas. Mnie jednak zabrakło przekonania, by przekroczyć metalowe barierki i znaleźć się w tej grupie. Z odległości 10 metrów przyglądałem się błogosławiącemu Ojcu Świętemu. Spotkanie dobiegło końca i pozostałem tak samotnie siedzący w rzędach auli. Przez następne godziny ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem i smutkiem zastanawiałem się, czy nie straciłem raz na zawsze szansy na może najpiękniejszą chwilę życia.

Późnym wieczorem, gdzieś w okolicach fontanny di Trevi, podszedł do mnie jeden z pracujących w Rzymie księży, Polak. Okazało się, że wiedział, że jestem z polskiej grupy obecnej na koncercie. Opowiedziałem mu, jak wyglądało to moje „spotkanie” z Ojcem Świętym, a ksiądz zapytał, czy potrafię wstać rano. Gdy odpowiedziałem, że oczywiście, kazał mi czekać przy Spiżowej Bramie wcześnie o poranku. Tego dnia patrzyłem już na naszego Ojca Świętego, nie łapiąc okazji. To była ta chwila, na którą czekałem i która była najpewniej jedną z najpiękniejszych w moim życiu.

Podobnie jak dla mnie, tak i dla milionów Polaków najważniejszymi momentami życia były bliższe i dalsze spotkania z Janem Pawłem II. Wraz z nimi spadł na nas obowiązek niesienia i przekazywania całego dziedzictwa Papieża Polaka. Nie tylko wzruszeń, ale i tego, co było wypowiedziane tym bardzo stanowczym tonem.

http://www.naszdziennik.pl/wp/75291,moje-spotkanie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 26 kwi 2014, 08:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Głośmy prawdę, a błąd sam się zniszczy

Beata Falkowska

Z prof. Richardem J. Fafarą, filozofem z Adler-Aquinas Institute w USA, rozmawia Beata Falkowska

Co spowodowało, że katolicki Papież Jan Paweł II stał się światowym autorytetem w czasie zimnej wojny bez względu na religijne i kulturowe zróżnicowanie Ameryki?
– Autorytet Papieża wynikał z odwoływania się do wartości, które przekraczają religie i kultury, i tak właśnie ludzie to odbierali. Ponieważ termin „wartości” niesie w sobie założenie, że wszelkie idee moralne są subiektywne i względne, że są jedynie zwyczajami i konwencjami, że mają cel instrumentalny i utylitarny i że są charakterystyczne dla poszczególnych osób i społeczeństw, Papież nie pozwalał, by mogły być źle zrozumiane. Przywiązywał wagę do precyzyjnego definiowania, co rozumie przez wartości, wskazując ich odniesienie do niezmiennej i obiektywnej prawdy; wartości należące „do samej istoty i natury człowieka, które wynikają z prawdy o człowieku oraz wyrażają i chronią godność osoby; wartości zatem, których żadna jednostka, żadna większość ani żadne państwo nie mogą tworzyć, zmieniać ani niszczyć, ale które winny uznać, szanować i umacniać” („Evangelium vitae”, 71). Odnosił się do fundamentalnych wartości poszanowania życia i rodziny, gościnności, tolerancji, sprawiedliwości i uniwersalności w związku z dobrem wspólnym. W ostatecznym rozrachunku wartości pochodzą od samego Boga. Stany Zjednoczone mają silne chrześcijańskie korzenie, przynajmniej w teorii, co sprawiało, że Amerykanom łatwiej było rozpoznać i przyjąć wartości moralne przedkładane przez Papieża. Tak było także w przypadku prezydenta Reagana, który całym sercem popierał stwierdzenie Jana Pawła II: „Głośmy prawdę, a błąd sam się zniszczy”.



Jakie było rzeczywiste znaczenie osobistych spotkań Ojca Świętego i prezydenta Reagana?
– Dziewięciodniowa wizyta Papieża w Polsce w 1979 roku kilkakrotnie przypomniała Jego rodakom o ich prawdziwej tożsamości i zaczęła przesuwać światowe granice. To był początek duchowego i psychologicznego trzęsienia ziemi, które wywołało upadek komunizmu we wschodniej Europie. Ojciec Święty nie kwestionował bezpośrednio władzy, nie wzywał do powstania ani nie mówił Polakom, że mają wyrzucić swoich ateistycznych panów. Nie mówił tego, czego oczekiwały rządy, ruchy wyzwoleńcze czy polskie związki zawodowe. Mówił to, czego chciał Bóg. Zapewniał, że „Chrystus nigdy nie zgodzi się, żeby człowiek był jedynie środkiem produkcji”, zachęcał Polaków, by podążali za „wewnętrzną prawdą” i unikali konformizmu, mówił o prawie do samookreślenia i uczciwości i wzywał do słowiańskiej solidarności w obliczu nienazwanego wspólnego wroga. Podejście Papieża wskazywało na to, co oczywiste: jesteśmy chrześcijanami, jesteśmy tutaj i jesteśmy zjednoczeni bez względu na to, co mówią komuniści i ich kartografowie. Po wizycie Ojca Świętego w Polsce w 1979 roku Ronald Reagan już nigdy nie był taki sam. Możliwe, że w tym samym czasie obu tych wybitnych mężów stanu doszło do tych samych strategicznych konkluzji. Imperium komunistyczne miało znacznie więcej słabych punktów, niż wcześniej się wydawało.

Kilka miesięcy po tym, gdy Jan Paweł II przybył do Białego Domu w 1981 roku, Ronald Reagan napisał: „Po wizycie Ojca Świętego w Polsce towarzyszy mi poczucie, że religia może okazać się dla Sowietów piętą Achillesa”. Od początku swej prezydentury Reagan rozumiał, że powstanie „Solidarności” jest dla Moskwy wielkim zagrożeniem, a wielką szansą dla Zachodu. „To było to, na co czekaliśmy od drugiej wojny światowej” – napisał Reagan w swojej autobiografii. Podczas pierwszego spotkania prezydenta Reagana z Janem Pawłem II w Watykanie 7 czerwca 1982 roku byli sami przez 50 minut w bibliotece watykańskiej – modlili się i rozmawiali. Reagan przekonywał Papieża o swoim poważnym zaangażowaniu na rzecz pokoju i rozbrojenia i o tym, że to jego zaangażowanie, w pełni zgodne z wartościami katolickimi i interesami Watykanu, kształtuje politykę USA. To pozwoliło moralnie Ojcu Świętemu popierać politykę Reagana pomimo niezgody w określonych sprawach i konieczności wyjaśnień. Papież i prezydent podzielali duchowy punkt widzenia i wizję sowieckiego imperium. Byli przekonani, że to, co słuszne i prawdziwe, ostatecznie przeważy w planie Opatrzności. Ateistyczny komunizm żył w zakłamaniu, uważali więc, że upadnie, gdy zostanie w pełni zrozumiany. Żaden człowiek nie wierzył wówczas, że komunizm może szybko upaść, ale podczas tego pierwszego spotkania Ojciec Święty i prezydent postawili sobie oraz instytucjom Kościoła i Ameryki taki cel. I od tego dnia obaj pracowali nad doprowadzeniem do tego w Polsce. Ich pierwsze spotkanie w Watykanie, gdy dyskutowali o polityce zagranicznej i obronnej Reagana, było dźwignią historii, która doprowadziła do upadku komunizmu.

Może Pan powiedzieć coś więcej o spotkaniu z 2 maja 1984 roku w Fairbanks na Alasce? Zna Pan jakieś interesujące okoliczności?
– Reagan i Jan Paweł II spotkali się na krótko w Fairbanks w maju 1984 roku, gdzie obaj mieli postój podczas podróży. Reagan opowiadał Ojcu Świętemu o swojej ostatniej wizycie w Chinach. „Starałem się im wyjaśnić, czym jest Ameryka i kim jesteśmy, wyjaśnić naszą wiarę w Boga, naszą miłość, naszą prawdziwą miłość do wolności” – mówił Reagan. Jan Paweł II z zadowoleniem przyjął to duchowe przesłanie Reagana do Chińczyków. Prezydent mówił publicznie: „Amerykę założyli ludzie, którzy szukali wolności, by czcić Boga i ufać, że On poprowadzi ich przez codzienne życie”. Ale prawdziwie przełomowym spotkaniem w cztery oczy było to pierwsze w Watykanie w czerwcu 1982 roku.

Co łączyło tych dwóch wyjątkowych ludzi poza wspólnym celem pokonania komunizmu: osobowość, dalekosiężna wizja, filozofia, chrześcijaństwo?
– Oni bardzo do siebie pasowali, zmieniając historię. Jako ludzie teatru wierzyli w moc słów i siłę mediów w kształtowaniu i rozprzestrzenianiu ich przesłania. Mieli charyzmatyczne osobowości, co pozwalało im w naturalny sposób zjednywać sobie ludzi. Charakteryzowały ich optymizm i zdrowe poczucie humoru. Obu nazwano „wielkimi” ze względu na zasady, którymi żyli, i ich zasługi dla ludzkości. W trzech obszarach w szczególny sposób daje się odczuć zasadniczą wspólnotę Papieża i prezydenta: przekonania religijne, polityczna ocena komunizmu i to, że przeżyli próby zamachu. Możliwe, że najbardziej znaczące jest to, iż obaj byli artystami obznajomionymi ze sceną, literaturą, poezją, sztuką przemawiania i tworzenia scenariuszy. Artysta poświęca dużo uwagi scenariuszowi, postaciom, kształtowaniu historii. Artysta stara się ogarnąć pełen zakres tego, co się dzieje, całość sytuacji, jest kreatywny, ma intuicję. Ktoś powiedział, że wielki przywódca ma więcej wspólnego z artystą niż z ekonomistą, i to jest prawda. Artysta ma wyobraźnię. Myślę, że to tłumaczy polityczną błyskotliwość tych dwóch ludzi, zdolność do widzenia sytuacji jasno i jej rozszyfrowywania. Może brak takich zdolności jest tym, czego Zachodowi brakuje na dzisiejszej międzynarodowej scenie politycznej.

Jan Paweł II podkreślał, że upadek komunizmu jest nieunikniony z powodu jego błędnych podstaw ideowych. Ronald Reagan podzielał to stanowisko?
– Ronald Reagan był oddanym chrześcijaninem, który nienawidził komunizmu nie tylko dlatego, że szykanował ludzi ekonomicznie i politycznie, ale także dlatego, że ograbiał ich duchowo. Kiedy pracował jako aktor, zdał sobie sprawę, że liberalne ośrodki filmowe i artystyczne, do których należał, zostały przejęte przez komunistów w ramach wysiłków na rzecz przejęcia kontroli w przemyśle filmowym Hollywood. I zobaczył, że nawet w Stanach Zjednoczonych rząd federalny stał się tak potężny, iż mógł ustawiać politykę i udaremniać pragnienia nie tylko zwykłych obywateli, ale i wybranych członków Izby Reprezentantów w Kongresie. W rezultacie porzucił swój liberalizm i został konserwatystą wychwalającym zalety ograniczonego rządu i przewagę prywatnej przedsiębiorczości. Żartował, że socjalizm działa tylko w dwóch miejscach – w niebie, gdzie nie jest potrzebny, i w piekle, gdzie już go mają. Reagan jest też znany z takiego powiedzenia: „Kto to jest komunista? To ktoś, kto czytał Marksa i Lenina. A kto to jest antykomunista? To ktoś, kto zrozumiał Marksa i Lenina”.

Nie brakuje Panu takiego układu sił, gdy światowe przywództwo było jasne i silne, chociaż konflikt bardzo ostry?
– Nie, nigdy. Wolę nie wspominać tamtych czasów pod żadnym względem. Zdecydowanie nie. Przede wszystkim na poziomie zwykłych ludzi nie zapominajmy, jak wyglądało życie codzienne w bloku komunistycznym podczas zimnej wojny. Kocham Polskę, moi dziadkowie w niej się urodzili i przez lata moja rodzina pozostawała w kontakcie z krewnymi w Polsce, ale nie przed 1960 rokiem, kiedy to moja mama i ciocia odwiedziły naszą rodzinę w Polsce i otrzymaliśmy informacje z pierwszej ręki o udrękach i utrapieniach życia w kraju komunistycznym. Potem od 1975 do 1979 roku w trakcie pracy nad habilitacją w Warszawie miałem możliwość nauki języka i poznania niezwykle bogatej kultury polskiej, ale szybko stało się jasne, że Polacy żyli miażdżeni przez totalitaryzm. Polacy, których poznałem, byli na wysokim poziomie intelektualnym i pełni życia w sferze duchowej pomimo wszystkich trudności i lęków związanych z życiem w opresyjnym reżimie. Dowiedziałem się, jak ogromną cenę płacą jednostki i rodziny w systemie komunistycznym i sowieckim. Wątpię, czy jakikolwiek Polak chciałby wrócić do tamtych czasów. Na szerszym poziomie politycznym może się wydawać, że w sytuacji, gdy są dwa supermocarstwa wiedzące, jaką broń każde z nich posiada, i zdające siebie sprawę, że naprawdę możliwa jest wzajemna destrukcja, świat był mniej niebezpieczny niż dzisiaj, gdy mamy wiele uzbrojonych potęg, które nie są racjonalne. Ale świat nie był „mniej niebezpieczny”, gdy istniał ZSRS i miał całkowitą kontrolę nad większą liczbą krajów niż jakiekolwiek mocarstwo ma obecnie. Podczas zimnej wojny nie byłoby na pewno kryzysu na Ukrainie, a przynajmniej nie takiego, że Zachód miałby możliwość oddziaływania, po prostu zostałby stłumiony. Protesty w sowieckich państwach satelickich 1956 i 1968 roku na Węgrzech i w Czechosłowacji zostały brutalnie zmiażdżone, były ofiary śmiertelne i wielkie represje. Koniec zimnej wojny wyznacza moment ogromnego postępu wolności w Europie i byłych republikach sowieckich i znacząco przyczynił się do redukcji występowania i trwania konfliktów zbrojnych na świecie. Geniusz polskiego Papieża Jana Pawła II i prezydenta USA Ronalda Reagana polega na tym, że odegrali kluczową rolę w doprowadzeniu do załamania komunizmu i końca zimnej wojny bez jednego wystrzału i śmiertelnej ofiary.

O czym chciałby Pan powiedzieć w wykładzie na KUL podczas sympozjum „Jan Paweł II wobec totalitaryzmów”?
– Jestem zachwycony i czekam z niecierpliwością na udział w konferencji wspominającej kluczową rolę Papieża Jana Pawła II w walce z totalitaryzmem w Polsce. Z okazji obchodów 20. rocznicy upadku muru berlińskiego korespondent z Berlina opisał desperackie próby liberałów, by odwrócić historię. Podczas trwających ok. cztery dni obchodów rocznicy przemówienia prominentnych osobistości przesiąknięte były polityczną poprawnością i nie zawierały wspomnienia prezydenta USA Ronalda Reagana ani komunizmu. Nie mówiły, kto zbudował mur i dlaczego. Były pozbawione historycznego kontekstu i tylko z kilkoma wzmiankami o Janie Pawle II. Ale Michaił Gorbaczow, prezydent Związku Sowieckiego, który próbował desperacko utrzymać system sowiecki, był wielokrotnie wspominany. Lewica próbuje od 1990 roku przypisać zasługi w zakończeniu zimnej wojny Gorbaczowowi, a Reagan i Papież tak naprawdę zostali zignorowani. Gorbaczow jest wciąż szanowany za to, że nie wysłał czołgów, by ocalić sowieckie imperium, ale nie postrzega się go jako siłę sprawczą historii. Jego reformy były odpowiedzią Związku Sowieckiego na presję wywieraną przez dwóch bohaterów. Gorbaczow był więc skutkiem, a nie przyczyną. Bez Papieża Jana Pawła II i Reagana i nie byłoby Gorbaczowa.

Dziękuję za rozmowę.

--------------------------------------------------------------------------------

Poglądy i opinie wyrażone w tym tekście pochodzą od autora i nie zawsze odzwierciedlają politykę i stanowisko Armii USA lub jakiejkolwiek instytucji państwowej USA.

http://www.naszdziennik.pl/wp/75618,glo ... szczy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 28 kwi 2014, 07:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Świętość, którą poświadcza napór zła

Na różne sposoby można opisywać pontyfikat Jana Pawła II. Tak dzieje się teraz, i tak będzie w przyszłości. Nie ma w tym nic dziwnego. Do natury bowiem dobra duchowego, a takie pozostawił po sobie Jan Paweł II, należy to, że każdy może z niego korzystać do woli, a co ważniejsze – dobra tego nie ubywa i nikomu nie zabraknie. Każdy może zaczerpnąć z niego tyle, ile zdoła „unieść” i spożytkować.

Dobra duchowe, w odróżnieniu od dóbr materialnych, nie antagonizują. Nic więc dziwnego, że po duchowe bogactwo Jana Pawła II sięga tak wielu ludzi. Czynią to zarówno ludzie wierzący, jak i niewierzący, mahometanie, hinduiści, buddyści czy inni. Każdy na miarę swoich potrzeb i chęci ubogaca się i doskonali. Jest tylko jeden warunek: dobra wola i dobra intencja.

Inwazja zła

Są jednak i tacy, dla których to właśnie dobro duchowe, które pozostawił po sobie Jan Paweł II, jest „wyzwaniem” do jego deprecjacji, ba, do działania na rzecz jego odwrotności, czyli dla zła. Widzimy to dziś w sposób bardzo wyraźny i czytelny w dominujących ateistyczno-laicyzujących nurtach kulturowych współczesnej Europy, a także i Polski. Spotykamy w programach niektórych partii politycznych, a także instytucji państwowych (jak choćby Parlament Europejski) zaprogramowane zamykanie się na dobro duchowe, co więcej – negację tego dobra, a nawet programową jego destrukcję. Od momentu głośnego wołania „Santo subito” na placu św. Piotra podczas uroczystości pogrzebowych w Europie, i nie tylko, zaczął być podnoszony jeszcze głośniejszy krzyk, a także podejmowane konkretne działania środowisk ateistyczno-laickich negujących to wszystko, co Jan Paweł II wniósł do kultury Europy i świata, by uczynić ją cywilizacją miłości, a nie śmierci. Widzimy i dotykamy, jakby w sposób namacalny, zmagania się zła z dobrem, cywilizacji śmierci z cywilizacją miłości, tego, co stanowi dobro człowieka, z tym, co mu zagraża, zmagania się życia i śmierci.

Co dziwniejsze, ostatnie miesiące i lata w kulturze europejskiej obfitują w uderzenia w te obszary świętości ludzkiego życia, które Jan Paweł II bezkompromisowo odsłaniał, których bronił i które ochraniał, choćby takie jak: życie ludzkie, rodzina, mężczyzna i kobieta, płciowość i cielesność oraz Kościół. Cały pontyfikat Jana Pawła II służył między innymi temu, aby ukazać tak poszczególnym społeczeństwom, jak i całemu światu uniwersalne obszary świętości, a więc takie punkty ludzkiego życia i działania, które dla wszystkich powinny przedstawiać najwyższą wartość. Dziś można by mówić o swoistej „inwazji zła” na te szczególnie ukazywane przez Jana Pawła II obszary świętości, które z okazji Jego kanonizacji są właśnie poddane atakowi i próbie destrukcji.

Atak na świętość życia ludzkiego

Pierwszą z takich świętości, na którą wskazywał Jan Paweł II, była świętość życia ludzkiego od momentu poczęcia do naturalnej śmierci.

Kto śledzi i śledził duszpasterski program Jana Pawła II, nie ma wątpliwości, że ochrona życia poczętego stanowiła dla niego jedną z najważniejszych świętości. Stąd z jego ust padały jednoznaczne i ostre oceny: „Po upadku ustrojów zbudowanych na ’ideologiach zła’ [niemiecki nazizm i rosyjski komunizm] wspomniane formy eksterminacji w tych krajach wprawdzie ustały, utrzymuje się jednak nadal legalna eksterminacja poczętych istnień ludzkich przed ich narodzeniem. Również i to jest eksterminacja zdecydowana przez demokratycznie wybranie parlamenty i postulowana w imię cywilizacyjnego postępu społeczeństw i całej ludzkości” („Pamięć i tożsamość”, s. 20). Czy słynne zdanie z jednego z kazań w czasie pielgrzymki do Polski: „Naród, który zabija swoje dzieci, jest narodem bez przyszłości”.

Jak wspomina Wanda Półtawska, Jan Paweł II jako biskup krakowski „był przerażony tym, jak żyje młodzież. W sposób szczególny przejął się tym, gdy komuniści narzucili ustawę o aborcji. Jako młody lekarz z przerażeniem oglądałam w klinice ginekologicznej kolejkę dziewczyn czekających na zabicie własnego dziecka. On był tym przejęty i cała jego działalność służyła jednemu: ukazywaniu i bronieniu świętości życia” (Ratować świętość, „Niedziela”, 23 III 2014, s. 12). W ukazywaniu świętości ludzkiego życia, jego nienaruszalności od momentu poczęcia do naturalnej śmierci, był bezkompromisowy. O świętości życia poczętego, także tego „niedołężnego”, dał świadectwo własnym życiem. Nie ukrywał swojej „niedołężności”, „niesprawności”, „starości” – by przekonać świat i społeczności ludzkie, a także każdego z osobna, że i ten okres ludzkiego życia jest święty.

Ten obszar świętości ludzkiego życia: od poczęcia do naturalnej śmierci – jest najbardziej atakowany przez współczesną kulturę i cywilizację, którą Jan Paweł II określił jako cywilizację śmierci. W naukach medycznych spotykamy „wyścig” w wynajdywaniu środków antykoncepcyjnych i wczesnoporonnych, by na wszelkie sposoby ułatwić zabijanie poczętego życia. Ponadto parlamenty państw zostały wprzęgnięte w nieustanne poszerzanie prawa do zabijania tak dzieci nienarodzonych, jak i nieuleczalnie chorych, a także ludzi starszych i niedołężnych (prawo do aborcji, prawo do eutanazji nawet dzieci, jak przegłosował parlament belgijski, i inne).

Atak na świętość rodziny

Drugi obszar świętości, na który wskazywał Jan Paweł II, to świętość rodziny. Rodzina, choć złożona z ludzi słabych i grzesznych, jest jednak miejscem świętym, umocnionym sakramentem małżeństwa. Ona bowiem jest początkiem wszystkiego. Początkiem życia. Początkiem człowieczeństwa. Początkiem dobra i świętości. Nic więc dziwnego, że tak wielką wagę przywiązywał do przygotowania do życia w rodzinie, do miłości małżeńskiej i rodzicielskiej, do miłości i odpowiedzialności. „Jan Paweł II bardzo cierpiał np. z powodu degradacji polskiej rodziny, nie tylko zresztą polskiej, ale i światowej. Proszę pamiętać – wspomina Wanda Półtawska – że za naszych czasów nie było tyle rozwodów, rodzina była chroniona przez państwo i przez Kościół. Na naszych oczach nastąpił rozpad rodziny, lawinowo wręcz zaczęła wzrastać liczba rozwodów, pojawiło się prawo do zabijania dzieci. Papież cały czas nad tym ubolewał, do końca życia jego problemem było, jak uratować rodzinę ludzką”.

I ten obszar świętości ludzkiego życia stał się przedmiotem najbardziej ostrego ataku w czasach współczesnych. „Myślę na przykład – ubolewał Jan Paweł II – o silnych naciskach Parlamentu Europejskiego, aby związki homoseksualne zostały uznane za inną postać rodziny, której przysługiwałoby również prawo adopcji. Można, a nawet trzeba się zapytać, czy tu nie działa również jakaś inna jeszcze ’ideologia zła’, w pewnym sensie głębsza i ukryta, usiłująca wykorzystać nawet prawa człowieka przeciwko człowiekowi oraz przeciwko rodzinie” („Pamięć i tożsamość”, s. 20). Propagowanie związków partnerskich zamiast małżeństw, związków homoseksualnych czy lesbijskich, pełzający dyktat dewiacji seksualnych połączony z ich promocją i najbardziej nagłaśniane przez środki przekazu tworzone pseudoprawa, manifestacje itp., to najboleśniejsze uderzanie w ten obszar świętości, który wskazywał i ochraniał Jan Paweł II.

Uderzenie w świętość mężczyzny i kobiety

Trzecim obszarem jest świętość ludzkiej płciowości. „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich” to tytuł katechez, które stanowiły podstawę do nauczania o roli płciowości w życiu człowieka. O integralnej roli ciała w życiu osobowym człowieka, jak i płci. O potrzebie wzajemnego poznawania się i o faktycznym bogactwie płynącym z tego zróżnicowania. Bogactwie, które uzupełnia, a nie dzieli, nie antagonizuje. „Najpierw rozwinął temat miłości i odpowiedzialności – wspomina Wanda Półtawska – a w następnej analizie filozoficznej próbował odpowiedzieć na pytanie, kim są osoby, które kochają i mają kochać. (…) Potem pojawiła się ’teologia ciała’, powstał maszynopis książki pt. ’Mężczyzną i niewiastą stworzył ich’”.

I ten obszar świętości doczekał się jednego z najostrzejszych ataków i deprecjacji. Ideologia gender, która w ostatnich latach i miesiącach wciska się drzwiami i oknami do społeczeństw europejskich, a także Polski, jest namacalnym przykładem naporu „ideologii zła”. Zła, które ma jeden cel: zniszczyć człowieka, niszcząc jego naturalne środowisko, tj. rodzinę, bogactwo zróżnicowania płciowego, w miejsce wzajemnego szacunku wprowadzając walkę płci, podważając fundament człowieczeństwa osoby ludzkiej, negując naturę człowieka. Ideologia uderza we wszystko, co najbardziej ludzkie w człowieku, w rodzinie, w społeczeństwie.

Atak na świętość ciała ludzkiego

Inny obszar świętości, który promował Jan Paweł II, to świętość ciała ludzkiego. Odwoływał się przy tym do słów św. Pawła, który w Liście do Koryntian wołał: „Bracia, czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście”. Takie określenie człowieka wraz z jego cielesnością nie ma sobie równego w dziejach refleksji nad człowiekiem. W tym określeniu człowiek wraz z całym swoim uposażeniem cielesno-duchowym został podniesiony do niebywałej godności. Godności bycia świątynią, miejscem, w którym przebywa Bóg. To ze względu na tę wielką godność Bóg wzywa nas do świętości i do wzajemnej miłości, bo Bóg jest święty i jest miłością, i zarazem ostrzega: „Jeśli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg”.

Także i ta sfera świętości życia ludzkiego została poddana zmasowanemu atakowi. Rozbudowany na niewyobrażalną skalę, zwłaszcza w internecie, przemysł pornograficzny czyni olbrzymie spustoszenia, zwłaszcza w umysłach i sercach ludzi młodych. Propagowanie i promowanie rewolucji seksualnej przez napór ideologii gender nie jest czymś przypadkowym, tak w Polsce, jak i w krajach Europy. Do tego dodajmy handel kobietami, który upowszechnia się w krajach Europy Zachodniej, wykorzystywanie przez bogate kraje kobiet i mężczyzn z krajów biednych – to głos wołający o pomstę do Nieba.

Atak na świętość Kościoła katolickiego

Kolejnym obszarem świętości, na który od początku swojego pontyfikatu wskazywał Jan Paweł II, był Kościół. Kościół bowiem jest widzialnym znakiem Chrystusa. Nie ma Chrystusa bez Kościoła i nie ma Kościoła bez Chrystusa. Kościół jest Kościołem Chrystusa. Tam bowiem człowiek znajduje źródło miłosierdzia w sakramencie pokuty, tam odnajduje środki zbawienia złożone w sakramentach. „Rozmawiałam ostatnio z człowiekiem – wspomina Wanda Półtawska – który mówił, że jest wierzący, ale do Kościoła nie chodzi, bo Kościoła nie potrzebuje. Pan Bóg nie potrzebuje Kościoła, bo Kościół to ’tacy a tacy księża’. Człowieku, w jakiego ty Boga wierzysz? Co znaczy, że Kościół jest ci niepotrzebny? Jesteś święty? Jak umrzesz, to bez księdza nie dostaniesz rozgrzeszenia, nie pójdziesz do Nieba. Kościół jest ci potrzebny do rozgrzeszenia grzechów, nie do czego innego”.

I ten obszar świętości życia ludzkiego został w sposób szczególny zaatakowany tak w Polsce, jak i w świecie. Błędy i grzechy pojedynczych ludzi Kościoła, wyolbrzymione do monstrualnych wymiarów, systematycznie powtarzane i nagłaśniane przez prasę, radio i telewizję, nie mogą przekreślać świętości Kościoła. Bowiem poza Kościołem, który jest znakiem widzialnym Chrystusa, nie ma zbawienia. To znaczy nikt inny, żadna inna instytucja widzialna nie dysponuje takimi środkami, które w Kościele złożył Chrystus. I czy się to komu podoba, czy nie, taka jest prawda o Kościele. Tymczasem środowiska laicko-ateistyczne, wykorzystując słabości ludzi Kościoła, chcą zwalczać i negować prawo Kościoła do istnienia, do prowadzenia ewangelizacji, rozwijania w człowieku tego, co w nim najbardziej szlachetne i ludzkie, odkrywania i wyzwalania w nim dziecięctwa Bożego. To tak, jakby wykorzystując słabości ludzi władzy, polityków, chciałoby się negować prawo funkcjonowania państwa i jego potrzeby, a wykorzystując słabości rodziców, kwestionować prawo funkcjonowania rodziny, i wykorzystując słabość lekarzy, kwestionować potrzebę i dobro służby zdrowia.

Odważnie czynić dobro

Kanonizacja Jana Pawła II to dobra okazja, by właśnie o tych obszarach świętości życia ludzkiego przypomnieć i objąć je szczególną troską i ochroną, a co ważniejsze – podjąć zorganizowane działania, by te obszary poszerzać i powiększać. Tam bowiem, gdzie organizuje się zło, tam również powinno organizować się dobro. Zło bowiem należy dobrem zwyciężać. Braki dobra, które wypełnia zło, należy zapełniać dobrem, a przy tym nie zniechęcać się, widząc i doświadczając naporu tego zła. Jak pisał Jan Paweł II w książce „Pamięć i tożsamość”, „jest to poniekąd zgodne z naturą zła, tak jak je definiuje, zgodnie z ujęciem św. Augustyna, św. Tomasz z Akwinu. Zło jest zawsze brakiem jakiegoś dobra, które w danym bycie powinno się znajdować, jest niedostatkiem. Nigdy nie jest jednak całkowitą nieobecnością dobra. W jaki sposób wyrasta i rozwija się na zdrowym podłożu, stanowi poniekąd tajemnicę. Tajemnicą jest również owo dobro, którego zło nie potrafiło zniszczyć, które się krzewi niejako wbrew złu, i to na tej samej glebie. Przypomina to ewangeliczna przypowieść o pszenicy i kąkolu (…). Można powiedzieć, że ta przypowieść jest kluczem do rozumienia całych dziejów człowieka. W różnych epokach i w różnym znaczeniu ’pszenica’ rośnie razem z kąkolem, a ’kąkol’ razem z ’pszenicą’. Dzieje ludzkości są widownią koegzystencji dobra i zła. Znaczy to, że zło istnieje obok dobra; ale znaczy także, że dobro trwa obok zła, rośnie niejako w tym samym podłożu ludzkiej natury. Natura bowiem nie została zniszczona, nie stała się całkowicie zła, pomimo grzechu pierworodnego. Zachowała zdolność do dobra i to potwierdza się w różnych epokach dziejów”. Wszelkie więc zło, którego doświadczamy, wzywa nas do czynienia dobra. Zagnieździło się ono bowiem tam, gdzie wystąpił brak w dobru, gdzie nastąpiło uszczuplenie tego dobra. Zatem świętość Jana Pawła II jest wezwaniem do odważnego budowania obszarów świętości ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, świętości rodzin, świętości ludzkiej płciowości i cielesności, odbudowywania świętości ludzi Kościoła i wspólnot kościelnych. Każde zaś, nawet najmniejsze uczynione dobro, każdy zapełniony dobrem brak, tak w życiu osobistym, jak i społecznym, jest pomniejszeniem obszaru zła, a powiększeniem obszaru dobra, czyli świętości.

Ks. prof. Andrzej Maryniarczyk SDB

http://www.naszdziennik.pl/mysl/75764,s ... r-zla.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 02 maja 2014, 06:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Świętość to maksymalny zysk

Z ks. prof. Tadeuszem Guzem, kierownikiem Katedry Filozofii Prawa KUL, rozmawia Jolanta Tomczak

Ksiądz Profesor pracuje na uczelni, której wykładowcą przez prawie ćwierć wieku był ks. prof. Karol Wojtyła, od niedzieli czczony jako święty. Jakie są ślady obecności autora „Osoby i czynu” na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim?
– Nasz uniwersytet od 2005 roku nosi imię Jana Pawła II. Każdy student jest zobowiązany do wysłuchania serii wykładów na temat katolickiej nauki społecznej i myśli społecznej Jana Pawła II. Organizowane są liczne konferencje, sympozja, spotkania z myślą naszego profesora, wielkiego uczonego, Papieża – dzisiaj już świętego, wobec którego mamy olbrzymie zobowiązania. To bez wątpienia jeden z największych ludzi naszych czasów. Co więcej, sądzę, że postać Ojca Świętego – Jego życie, Jego postawa katolicka, kapłańska, naukowa, papieska i w ogóle ludzka – będzie wywierać znaczący wpływ na dzieje świata. Formowanie ludzi świadomych tego dziedzictwa to nasze ogromne zadanie i jeszcze większa odpowiedzialność. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że dla tej wielkiej sprawy można i powinno się w przyszłości dokonać jeszcze więcej.

Czołówki światowych mediów zdominowała w tych dniach kanonizacja dwóch Papieży. Ale czy świętość naprawdę jest wartością, z którą świat się liczy?
– Tak byłoby, gdyby Bóg był brany na serio. Ale spójrzmy na płaszczyznę myślenia filozoficznego całej ludzkości, czyli płaszczyznę racjonalności człowieka w jej istocie, którą oczywiście najprecyzyjniej określa myślenie filozoficzne i cały warsztat filozofii jako nauki i fundamentalnej dziedziny kultury. Otóż jeżeli w tym obszarze ludzkiej myśli, duchowości i kultury Bóg jest – jak stwierdził kiedyś Jan Paweł II – kimś nieobecnym, to wtedy rozumiemy, że przez nieobecność Boga dezaktualizuje się właściwie w szeroko pojętej duchowości współczesnego człowieka także zagadnienie świętości jako najważniejszego celu wszystkich ludzkich dążeń: i duchowych, i cielesnych, osobowych, naukowych, religijnych, moralnych, gospodarczych oraz politycznych.

Na placu św. Piotra często słyszeliśmy od pielgrzymów: „Uformował całe moje życie, jest dla mnie ojcem”. Oznacza to, że oczywistym emocjom poszczególnych osób towarzyszy także namysł nad rolą Jana Pawła II w ich życiu.
– To pozytywny sygnał. Postać Ojca Świętego, także z uwagi na Jego doświadczenie życiowe, jest aktualna, fascynująca, wielopłaszczyznowa. Zdecydowanie nie był to człowiek jednowymiarowy, który zdecydowałby się na kroczenie poprzez świat jakąś wąską ścieżynką. Jego pasją był Bóg. Właśnie ten fakt zadecydował o doprowadzeniu Karola Wojtyły do świętości. Oczywiście, była to droga. Jan Paweł II poszukiwał intelektualnie, moralnie i osobowościowo tego, co to znaczy, że Bóg istnieje i że ja jestem powołany do istnienia przez Stwórcę.

Czego potrzeba, żeby podobną drogę rozpocząć?
– Czasem naprawdę niewiele. Kiedy w niedzielę wracałem po kanonizacji, zapytałem w autobusie pewną Włoszkę, na którym przystanku powinienem wysiąść. Pomogła mi. Wyjęła telefon komórkowy, odnalazła mapę i powiedziała, że jedzie jeszcze dalej, więc pokaże mi, gdzie mam wysiąść. Kiedy zobaczyła, że jestem księdzem, wywiązała się między nami rozmowa. Włoszka przedstawiła się jako studentka trzeciego roku ekonomii. Opowiadała, że przed dwoma laty straciła ojca, jest sama, a do tego poważnie chora. I pytała: „Jak sobie z tym wszystkim poradzić? Jak wierzyć w Boga, skoro istnieje śmierć, skoro człowiek choruje, skoro mamy tyle trosk?”.

I jak Ksiądz Profesor na te pytania zareagował?
– W najkrótszych słowach wyjaśniłem, że doskonała rzeczywistość pochodzi od Boga, natomiast to wszystko, o czym mówi, co jest jej problemem, mogę zrozumieć i wczuć się w to. „Są to bardzo bolesne problemy: utrata kogoś najbliższego i kłopoty ze zdrowiem. Ale – dodałem – to, o czym pani mówi i co jest pani krzyżem, pani cierpieniem, to nie pochodzi od Boga, lecz racją dla tej negacji rzeczywistości jest diabeł, który chciał złamać dzieło Boga, chciał pokonać Boga, zniszczyć wszystko, co istnieje. A kim jest nasz Bóg? On jest Miłością. Pani studiuje ekonomię, więc interesuje się także zagadnieniem zysku.

Dlatego chcę pani powiedzieć, że dla mnie osobiście największy zysk to poznać Boga, który jest odwieczną Miłością i który jako odwieczna Miłość stworzył świat z miłości i przeznaczył cały świat do odwiecznej miłości. To jest zaproszenie dla pani i dla mnie – poznać Boga Miłości objawionego w Jezusie z Nazaretu. Wtedy nastawimy się na największy zysk. Jeżeli będzie pani trwać w Bogu, to osiągnie maksymalny zysk, jaki można sobie na tym świecie zaskarbić, i to dla całej wieczności”. Głęboko się nad tym zamyśliła. Nie sądzę, żeby szybko zapomniała tę rozmowę.

Papież Franciszek dokonał syntezy, przedstawiając Jana XXIII jako „Papieża posłuszeństwa Duchowi Świętemu”, a Jana Pawła II jako „Papieża rodziny”. Biorąc pod uwagę, że Ojciec Święty ma globalny ogląd problemów współczesności, możemy odczytać, że potrzeba nam szczególnie otwartości wobec natchnień pochodzących od Boga oraz rozwiązywania problemów rodzin?
– Ojciec Święty chciał zaakcentować pewne aspekty działalności Piotrowej nowych świętych, żeby przez to zainspirować cały Kościół i całą ludzkość do wkroczenia na drogę Bożą. Temat posłuszeństwa należy do kwestii o charakterze fundamentalnym. Dlaczego? Patrząc negatywnie, dlatego że przez nieposłuszeństwo całe stworzenie jako doskonałe dzieło Boga zostało zranione. Czyli tak jak przebiegała ta rozmowa ze studentką ekonomii – człowiek widzi, że coś w dziejach świata „nie gra”, że te rany są głębokie, nie tylko w postaci chorób i cierpień duchowych i fizycznych, lecz także śmierci. Dzieje się tak wskutek grzechu – nieposłuszeństwa.

Papież przywołuje cnotę posłuszeństwa Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu, który to dar ofiaruje nam właśnie Duch Święty – ale jest to dar wysłużony przez Jezusa Chrystusa. Duch Święty rozdziela te zasługi Jezusa, które uzyskaliśmy jako dzieci Boga przez Jego wielkie dzieło zbawcze, ukoronowane najpierw Męką, Krzyżem i Śmiercią na Golgocie, a następnie Zmartwychwstaniem i chwalebnym Wniebowstąpieniem, powrotem do Domu Ojca. Właśnie tutaj w osobie Jezusa: w Jego myśleniu, nauczaniu, postawie, szeroko pojętej działalności, a przede wszystkim w Jego cudach, zauważamy, że chciał być we wszystkim absolutnie, to znaczy święcie posłuszny woli Ojca.

Bo przecież Syn Boży wie, co mówi. Jako odwieczny Syn wie doskonale, że On sam został wypowiedziany jako Słowo odwieczne przez Ojca, czyli zrodzony przez Ojca. To rzecz zdumiewająca, że przywołanie cnoty posłuszeństwa w odniesieniu do postaci życia i dzieła św. Jana XXIII rzeczywiście oznacza, że Duch Święty chce nas wszystkich dzisiaj prowadzić i coraz bardziej doskonale pomagać nam realizować posłuszeństwo względem Boga. Bo z tego posłuszeństwa rodzi się szczyt doskonałości człowieka, bo to jest pewne imię do uzyskania osobistej świętości w Bogu. Dlatego wzorem Matki Najświętszej – najdoskonalszej osoby ludzkiej w całych dziejach świata – widzimy, że najważniejszym pojęciem, które wypowiedziała, było „fiat” – niech się tak stanie, niech się stanie wola Twoja.

A co to znaczy? Słowem „fiat” Matka Najświętsza jako Niepokalana Dziewica wyraża swoje osobiste posłuszeństwo i ono stoi u samych podstaw świętości. Bóg nie żądałby od człowieka niczego, co byłoby niemożliwe dla naszej natury i osoby obdarzonej dodatkowo łaską Najwyższego. Inspiruje nas, zaprasza i dopomaga nam dotrzeć tylko do tego, co jest realnie możliwe. Świętość w Bogu jest realnie możliwa, ale nie wyłącznie mocą naszej natury, lecz natury wspartej łaską. Dlatego że jako stworzenie rozumne nie istnieliśmy nigdy jako sama natura ludzka, czyli jako sama osoba ludzka, lecz człowiek rajski był cudowną harmonią osoby, natury i łaski Bożej. Jako osoby stworzone nie możemy istnieć bez łaski Bożej.

A jeśli chodzi o tytuł, którym został nazwany Jan Paweł II?
– Wskazanie przez Ojca Świętego Franciszka na św. Jana Pawła II jako na „Papieża rodziny” jest też bardzo charakterystyczne, wiąże się zresztą również z problematyką posłuszeństwa. Temat rodziny jest dziś kluczowy. Przede wszystkim rodzina to nie jest coś przypadkowego. To najdoskonalsza wspólnota w świecie widzialnym, w kosmosie, ponieważ w sposób najwspanialszy ukazuje nam wspólnotę Osób Boskich, która jest wieczna. Jeżeli chodzi o wymiar natury, to można powiedzieć, że każdy człowiek jest obrazem Boga w Trójcy Świętej Jedynego, a w rodzinie uwidacznia się w jeszcze doskonalszy sposób.

Ojciec, matka i dziecko, jako najdoskonalszy w porządku natury owoc ich małżeństwa, tworzą podstawową wspólnotę ludzką i są czymś jednym w człowieczeństwie, a zarazem różnorodnym przez to, że są różnymi osobami. Istnieją trzy Osoby Boskie – widzimy, że analogia rodziny jest tu wręcz idealna. Ojciec Święty Jan Paweł II odwoływał się do pojęcia „genealogia divina”: Boskie pochodzenie człowieka w sposób bardzo szczególny, najdoskonalszy, uzewnętrznia się we wspólnocie rodzinnej, kiedy małżonkowie stają się rodzicami i darują życie, realizując Boski plan stworzenia człowieka. Coś wielkiego, niezwykłego. Także w tym wymiarze można powiedzieć, że dobrze pojęta rodzina ludzka jest obrazem i podobieństwem Boga w Trójcy Świętej Jedynego, czyli ponownie widzimy, że przez wspieranie rodziny i szacunek dla niej ludzkość ukazuje swoją wiarę w Boga jako Stwórcę.

Jeżeli załamałaby się ta bytowość – a więc rodzina jako związek jednego mężczyzny z jedną kobietą, i to pobłogosławionych przez Boga – to wtedy mielibyśmy najkrótszą drogę do załamania się Boskiego planu stworzenia, a tym samym najkrótszą drogę do końca świata.

Być może postawę pokornego przywódcy, daną nam do naśladowania, powinni przemyśleć liderzy, wśród nich politycy, którzy dawno zatracili rozumienie tego, czym jest służba.
– Jest to również problematyka ściśle związana z problematyką Boga. Dotykamy tutaj bardzo ważnej płaszczyzny władzy. Dobrze pojęta rzeczywistość przewodniczenia związana jest bezpośrednio z władzą Boską, ponieważ każde prawo do kierowania drugim człowiekiem stanowi o władzy jednego człowieka nad drugim, a skoro władza pochodzi od Boga, to On jest Praracją wszelkiej władzy, tak jak naucza św. Paweł Apostoł. Ideał dobrze pojętego przywództwa odzyskamy, jeżeli ludzkość umocni się na drodze ku Bogu jako władcy świata, władcy swojego dzieła, całego kosmosu.

Kryzys przywództwa jest dzisiaj powszechny – począwszy od kryzysu małżeństwa i rodziny. Właściwie od tego kryzysu nie jest wolna żadna instytucja na świecie. A to oznacza, że musimy na nowo zreflektować się jako ludzkość i odczytać właściwie źródło władzy, które jest w Bogu, i chcieć poznawać codziennie na nowo kierownictwo Boga nad światem, czyli Bożą Opatrzność. Tylko w mocy Bożej Opatrzności powinien działać każdy przywódca w każdym wymiarze istnienia człowieka.

W przeciwnym razie będzie to proces manipulowania, a nie kierowania ludzkością czy drugim człowiekiem. Najwyższym celem każdego kierownictwa jest doprowadzić człowieka do Boga. Ale ponieważ ta droga zjednoczenia z Bogiem ma wiele etapów, u jednego człowieka więcej, u drugiego mniej, w związku z tym na każdym etapie dobrze pojęty kierownik – przywódca, dyrektor, prezydent czy osoba duchowna – powinien mieć w świadomości to, aby być samemu związanym z najwyższym władcą, czyli z Bogiem objawionym, i każdy krok swojego rządzenia pozwolić uformować myślą i wolą Najwyższego Króla Boskiego.

Wtedy dopiero możemy powiedzieć, że kierownictwo jest dobrze pojęte, ponieważ podmiot kierownictwa jest z całą świadomością, duchowością, jednym słowem – z całym człowieczeństwem zanurzony w przyjaźń z Bogiem. Wówczas może codziennie wszystkie swoje akty działania właściwie ukształtować, tak żeby miały wymiar jak największej doskonałości.

Święci Papieże wywracają do góry nogami komercyjne rozumienie sukcesu. Kto dzisiaj szuka ogołocenia, wyrzeczeń, umartwień?
– Z całą pewnością można powiedzieć, że świętość jest najdoskonalszym pojęciem sukcesu, dlatego że dla człowieka Bożego nie ma większego sukcesu ponad to, że uzyska tę doskonałość, dla której został przez Boga w Trójcy Świętej Jedynego stworzony, i tę doskonałość, która została jednocześnie okupiona Najświętszą Krwią naszego Najmiłosierniejszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Zawsze gdy myślimy o jakimkolwiek porządku, czy to natury, czy łaski, to myślimy z jednej strony o tym cudownym Bogu Stworzycielu, a z drugiej – o tym samym cudownym Bogu Zbawicielu i Jego odwiecznej miłosiernej miłości.

Dlatego jeżeli oderwalibyśmy – co się nierzadko rzeczywiście czyni – pojęcie sukcesu od pojęcia świętości Boga, czyli od rozumienia Boga jako Świętego i jako Praracji wszelkiej świętości, to wtedy rzeczywiście mielibyśmy do czynienia z pojęciem sukcesu, które byłoby wewnętrznie sprzeczne. Na przykład sukces gospodarczy choćby współczesnych pokoleń Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych czy Chin jest nierzadko okupiony setkami milionów ludzi biednych, chorych, nienarodzonych, starych, spracowanych. Nie o takim sukcesie nauczał Jezus z Nazaretu. Wprost przeciwnie, ukazywał same głębiny sukcesu: czy jesteś biedny, czy bogaty, czy wykształcony, czy prosty, czy pochodzisz z tego czy innego narodu, czy jesteś w takim czy innym wieku – twoim zasadniczym celem powinno być dążenie do doskonałości. Świętym możesz zostać jako człowiek tylko w Bogu, więc w tym aspekcie droga do sukcesu człowieka wiedzie także wyłącznie poprzez tę Drogę, której na imię Jezus Chrystus.

Sama wymowa aktu kanonizacyjnego jest bardzo bogata.
– Zauważamy, że uroczystość kanonizacyjna pokazała nam szereg różnych nurtów, które są istotne dla kroczenia do Nieba całej ludzkości, nie tylko narodów polskiego i włoskiego. Z jednej strony jest nurt Janowy, czyli nurt miłości, a z drugiej strony jest nurt Pawłowy – żaru poświęcenia się, radykalnego oddania – tak jak uczynił to choćby święty Jan Paweł II u samego początku Jego drogi Piotrowej pod pojęciem „Totus Tuus”. Czyli całkowite oddanie się Bogu, i to nie tylko Papieża Kościoła świętego. Oznacza to także drogę dla każdego człowieka, świeckiego, duchownego, dla ludzi w różnym wieku i różnych zawodów, kobiety i mężczyzny, dla państw, nauki, sztuki, moralności, religii – wszystkich dziedzin naszego ludzkiego życia i działania.

Z jednej strony miłowanie Boga, z drugiej – dokonanie czynu godnego tej miłości. Wtedy mamy syntezę Janowo-Pawłową. Dzień kanonizacyjny pokazał, że ta linia ściśle katolicka i tylko w katolicyzmie osiągająca swoje apogeum – ze względu na to, że religia katolicka jest najdoskonalszą religią, bo jest objawiona – to wielka głębia. Niesamowita jest wymowa aktu kanonizacyjnego i tych linii Janowo-Pawłowych dla dziejów Polski, Europy i świata.

Jakie korekty według Księdza Profesora trzeba by przeprowadzić w naszym życiu społecznym, żeby było ono w zgodzie z nauczaniem Jana Pawła II?
– Wydaje mi się, że Polska powinna się zadumać nad nauczaniem papieskim, które nie było niczym zaskakującym, tylko było całe oparte na dotychczasowym nauczaniu Kościoła świętego i z niego wynikało. Jan Paweł II uczynił to oczywiście na swój charakterystyczny sposób i także ten wymiar jest dla katolików w Polsce i dla wszystkich Polaków bardzo ważny. Sądzę, że zarówno dla nauki polskiej, jak też sztuki, moralności, a także w pewnym sensie religijności nas, Polaków, potrzeba dość istotnych korekt. Na przykład na polu nauki, jeżeli Polakom nie uda się przywołać prawdy i wprowadzić jej w samo centrum poszukiwania rozumowego i wszelkiej pracy rozumowej, to Polska nie tylko nie będzie się rozwijać w sensie duchowym, ale nie będzie się również rozwijać ekonomicznie.

Bo bez prawdy nie ma wielkiej ekonomii. Prawda poprzedza miłość w porządku poznania, natomiast w porządku wolności to miłość jest tym, co koronuje prawdę. Jeżeli się oderwie prawdę od miłości czy miłość od prawdy, to wtedy nie mamy do czynienia ani z prawdą, ani z miłością. Tylko w ich koegzystencji prawda pozostaje prawdą i człowiek jeszcze głębiej wnika w ten wielki, naprawdę cudowny świat poznania prawdy, a z drugiej strony – ta prawda stanowi najważniejszy pokarm dla wolności. Bo tak jak miłość syci się prawdą, tak prawda syci się miłością. I z tego powstaje wielka symfonia tych dwóch wielkich linii: św. Jana Apostoła i Ewangelisty oraz św. Pawła Apostoła. Polsce potrzeba zagłębienia się w te dwie wielkie linie katolicyzmu, które stanowią w pewnym sensie jego pełnię. Bo rzeczywiście prawda i miłość to najkrótsza droga do świętości ducha. A jeżeli na fundamencie świętości ducha człowiek uświęca ciało, to nie może go szybciej uświęcić, niż budując właśnie na prawdzie i miłości. Dopiero wtedy następuje uświęcenie ciała.

Jeżeli pytamy, czego Polsce dzisiaj potrzeba, to właśnie istotowego przeniknięcia polskiej nauki prawdą Bożą i miłością Bożą, polskiej sztuki – pięknem Bożym, polskiej moralności – prawem Bożym, polskiej religijności – świętością Bożą. Bo cóż to jest za religijność, która nie dąży do świętości? Taka religijność rozmija się istotowo z sobą samą. Dlatego też widzimy, że cała kultura polska, czego nauczał nas Jan Paweł II, wymaga uformowania jej Bogiem w Trójcy Świętej Jedynym.

Dopiero wtedy będziemy mieć wielką naukę, sztukę, ekonomię, politykę i na wysokim poziomie forum publiczne, a więc świat mediów, nośników informacji. Jeżeli będziemy wszystko formować Bogiem Przenajświętszym, czyli Bogiem Ojcem, Synem i Duchem Świętym, to wtedy Polska będzie kroczyć swoją niepowtarzalną drogą do świętości, do której została powołana i w której wydaje mi się, że w sposób zupełnie niepowtarzalny właśnie pojawił się Karol Wojtyła, a dzisiaj już św. Jan Paweł II Wielki. Trzeba nam na Nim budować, studiować Jego nauczanie, o Nim dyskutować, dzielić się tym bogactwem i przekazywać je następnym pokoleniom. I to im więcej, tym wspanialej, tym korzystniej dla Polski.

Dziękuję za rozmowę.
Jolanta Tomczak

http://www.naszdziennik.pl/mysl/76151,s ... -zysk.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 08 maja 2014, 21:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2014/05/08 ... -slownika/

Paląca potrzeba dobrego słownika
Posted by Marucha w dniu 2014-05-08 (czwartek)

Kiedy zapytano Konfucjusza, co należy zrobić, aby powstrzymać upadek obyczajόw odpowiedział, że należy zredagować słownik.
W wielu tekstach, ktόre możemy czytać na portalach internetowych związanych z ruchami nacjonalistycznymi, z trzecią pozycją, z nurtem autonomistycznym czy solidarystycznym często zauważam zdanie, ktόre prawie zawsze brzmi mniej więcej w ten sposόb :
„należy położyć kres niewolniczej pracy Polakόw w przedsiębiorstwach zależnych od wielkiego kapitału „.
Rozumiem, o co młodym publicystom chodzi i w pełni popieram ich postulat. Dodam, że za najważniejsze zadanie uważam likwidację istnienia wielkiego kapitału i globalnej super – klasy ( zwanej też globalną oligarchią). Ale przestrzegałbym zdecydowanie przed posługiwaniem się terminem niewolnictwo.
W Grecji i w Rzymie niewolnik był członkiem rozszerzonej rodziny, a to właśnie rozszerzona rodzina znajduje się historycznie u podstaw społeczności organicznej. Niewolnika przyjmowano do rodziny w trakcie ceremonii religijnej; przed ogniskiem domowym – razem z synami – składał on ofiarę przodkom, po czym dzielił z rodziną skromny posiłek rytualny. W następstwie aktu religijnego paterfamilias nabierał wobec niego nieograniczonych praw ale prawom tym towarzyszyły obowiązki – obowiązki ojca rodziny wobec niewolnika szły bardzo daleko.
Niewolnik mόgł pόźniej zostać wyzwolony. On i jego potomstwo stawali się wtedy klientami. Więzy religijne nie ustawały nigdy.
Może mi ktoś zarzucić, że przecież niewolnik mόgł zostać bardzo surowo ukarany czy nawet skazany na śmierć. To prawda – ale i wobec synόw ojciec miał prawo stosowania nieograniczonej kary; dysponowal wobec syna prawem życia i śmierci. W Rzymie jeszcze za konsulatu Cycerona pewien ojciec skazał syna na śmierć i wykonał wyrok. Prawo to wyplywało z jego funkcji sędziego – kapłana.
Dzisiejsze „społeczeństwo” nie jest społecznością organiczną i z tego względu mόwienie o niewolnikach jest poważnym nadużyciem. Stosunki kapitalistyczne przypominają raczej stosunki jakie panowały między więźniami a esesmanami w hitlerowskich obozach zagłady (w sowieckich obozach zagłady wyglądało to inaczej – były zorganizowane w inny sposόb). Dlatego lepiej mόwić o systemie wyniszczania niż o niewolnictwie.
Używanie prawidłowej terminologii jest bardzo ważne – inaczej długo jeszcze będziemy posługiwać się pojęciami wymyślonymi w marksistowskich laboratoriach nowego sensu słόw.
Innym przykładem pomyłki terminologicznej jest posługiwanie się terminem miasto. Sam wielokrotnie popełniłem ten błąd. Trzeba raczej mόwić o aglomeracjach. Miasta – aby mogły szczycić się tą nazwą – muszą być samorządne i – w mniejszym lub większym stopniu – wolne lub autonomiczne. Ani w Polsce ani we Francji żadna aglomeracja nie spełnia tego warunku. Mamy do czynienia wyłącznie z zonami masowego osiedlenia.
Lewica w swej wojnie przeciw cywilizacji grecko – łacińskiej nigdy nie zamknęła frontu manipulacji terminologią i musimy starannie dobierać określenia – inaczej ulegniemy ideowej kontaminacji.

Antoine Ratnik

http://antoineratnik.wordpress.com/2014 ... -slownika/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 16 maja 2014, 08:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Praca dla pracy nie ma sensu, podobnie życie dla samego życia też nie ma sensu.
Praca dla dobra wspólnego jest sensowna, podobnie życie dla wzrastania, rozwoju, dla otoczenia, dla zrozumienia, ma sens.
Praca urzędnicza jest często wymierzona w dobro wspólne, nie wspiera, nie troszczy się, a działa najczęściej z czyjegoś polecenia na szkodę dobra wspólnego. Jest zajęciem pasożytniczym. Inwazja pasożytów kończy się chorobą, śmiercią.
Zło aby mogło skutecznie szkodzić musi się legalizować. Stąd UE, tuskowy rząd, ustanawiają tyle różnych anty ludzkich i anty polskich praw, aby móc skutecznie niszczyć. Rozwija się tylko republika kolesiów, reszta narodowej gospodarki upada.
Administracja to biurokracja, to nie tylko marazm, ale to korupcja, to zaprzaństwo, to zdrada, to niszczenie.


Kasta urzędników

Prof. Jan Stanisław Łoś

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Kto się raz nauczył urzędować, a zwłaszcza kto w swoim życiu nigdy nic poza urzędowaniem nie robił, ten bardzo prędko staje się niezdolny do wszelkiej innej pracy, szczególnie zaś niesympatyczna będzie dlań wszelka praca połączona z jakimkolwiek namacalnym wynikiem. Z wszelką pracą owocną połączone jest jakieś ryzyko, za wszelkim ryzykiem idzie odpowiedzialność rzeczowa, której urzędujący boi się jak ognia, godząc się co najwyżej na odpowiedzialność formalną, bo tej łatwo jest zadość uczynić przez ścisłe stosowanie się do precedensów, co znowu uwalnia od samodzielnego myślenia. Drugim doskonałym sposobem uchylenia się od rzeczowej odpowiedzialności tam, gdzie urzędowanie polega na oddaniu głosu za lub przeciwko komuś, jest głosować jak wszyscy, tj. zgodnie z panującymi w danej chwili nastrojami tłumu. Urzędowanie ateńskich sędziów polegało właśnie na oddawaniu głosów, a nastrojów tłumu nie brakło w trybunałach, w których naraz zasiadało po kilkuset sędziów. Urzędujący obywatel ateński zatracał zatem z biegiem czasu zdolność do samodzielnego myślenia, gospodarczo był zabezpieczony na bardzo niskiej wprawdzie trzyszóstakowej stopie życia, ale dzięki temu właśnie tracił wszelkie właściwości, które mogłyby były go ponad tę trzyszóstakową stopę wynieść. Zanik zmysłu gospodarczego u obywatela ateńskiego był przyczyną, że pozostał on już do końca ubogim, choć Ateny w drugiej ćwierci IV wieku przeżyły drugi okres pięknego gospodarczego rozwoju.

Fragment pochodzi z: „Hellada na przełomie”, 1938 r.
--------------------------------------------------------------------------------

Najlepszy nawet ustrój społeczny może ulec zepsuciu nie wskutek najazdu obcych, ale wskutek rozrastającej się biurokracji. Biurokracja generuje w każdym ustroju swoisty rodzaj mentalności, który sprowadza się przede wszystkim do tego, że urzędnik wyzbywa się jak najszybciej poczucia realnej odpowiedzialności społecznej, a uwagę kieruje przede wszystkim na zabezpieczenie swojej pozycji. Chowa się więc za parawanem przepisów, nakazów i zakazów. Potem ściąga rodzinę i znajomych, aż wytwarza się nowa warstwa ludzi, którzy wysysają ze społeczeństwa żywotne soki, kosztem ogólnego rozwoju i bezpieczeństwa. Tą drogą poszły kiedyś starożytne Ateny, bogate w geniuszy, a zaduszone przez biurokrację.

http://www.naszdziennik.pl/wp/77393,kas ... nikow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 29 maja 2014, 09:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Ofiary ideologii

Gilbert Keith Chesterton

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

W chrześcijaństwie nigdy nie zazna się spokoju. Publiczna krytyka i publiczne dążenie do zmian, które są stałym elementem naszych dziejów, biorą się bowiem z pewnego ducha, ukrytego zbyt głęboko, by go zdefiniować. Jest głębszy niż demokracja, ba, często może wydawać się z nią sprzeczny, kiedy broni jakiejś mniejszości lub jednostki. Nieraz zostawia na pustkowiu dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, aby odnaleźć jedną zbłąkaną owieczkę. Nieraz rzuca na szalę całe państwo, by naprawić pojedynczą krzywdę. Będzie czynił sprawiedliwość, choćby niebiosa miały runąć. Najlepiej ujął go w słowa nie tyle nawet ów wielki dżentelmen podczas rewolucji francuskiej, który rzekł, że wszyscy ludzie są wolni i równi, co raczej ów wieśniak, który mawiał, że jak by nie było, człowiek to zawsze człowiek.

Fragment pochodzi z: „Obrona człowieka”

--------------------------------------------------------------------------------

Chrześcijaństwo tym różni się od ideologii, że wielkimi słowami nie zasłania rzeczywistości. Taką rzeczywistością jest w chrześcijaństwie każdy człowiek, jedyny i niepowtarzalny, stworzony na obraz Boga. Tymczasem ideologia na plan pierwszy wysuwa wielkie hasła i abstrakty, które jakże często skutecznie zasłaniają konkretnych ludzi, a nawet w imię tych haseł prowadzona jest bezwzględna walka, która pociąga za sobą miliony ofiar, konkretnych, nie abstrakcyjnych. Zdarza się, że tę prawdę lepiej rozumie zwykły wieśniak niż profesor.

http://www.naszdziennik.pl/wp/78653,ofi ... logii.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 101 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /