Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 101 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 7  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 12 mar 2012, 11:51 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Ze światem coś jest nie tak

Tkwimy w środku matriksu. I choć w każdej chwili możemy go opuścić, wolimy ciepło i spokój hermetycznej bańki – pisze Marek Magierowski w najnowszym numerze kwartalnika „Fronda”.

Gdybyśmy oglądali jedną telewizję, a w niej wyłącznie seriale oraz – od czasu do czasu – jakiś program informacyjny, gdybyśmy wertowali jedną, niezbyt wiarygodną gazetę oraz jeden kolorowy tygodnik, gdybyśmy czytali jedynie książki z pierwszej dziesiątki bestsellerów Empiku, gdybyśmy się spotykali tylko ze znajomymi podzielającymi nasze poglądy, gdybyśmy spędzali więcej czasu na Facebooku niż na świeżym powietrzu, moglibyśmy odnieść wrażenie, że żyjemy w matriksie. Że odgradzamy się od rzeczywistości, preferując sztuczny świat otoczony szczelną powłoką, ze stałym klimatem, stałą temperaturą, plastikowymi uczuciami i poczuciem niczym niezmąconej błogości.

Gdyby tylko... ale zaraz, zaraz... Czy przypadkiem nie oglądamy jednej telewizji, a w niej swoich ulubionych seriali z ulubionymi bohaterami? Czyż nie kartkujemy codziennie tej samej gazety, nie kupujemy co poniedziałek tego samego tygodnika, nie czytamy grafomańskich książek z listy przebojów największej sieci księgarni? Czy nie rozmawiamy wyłącznie z tymi przyjaciółmi, z którymi na pewno nie pokłócimy się o Smoleńsk, o Tuska, o Palikota, o in vitro i o małżeństwa homoseksualistów? Czy nie zajmujemy się przez pół dnia klikaniem na „lajki” i akceptowaniem kolejnych „friendsów”, nie zamieniając z nimi ani słowa?

Co tak naprawdę dociera do nas ze świata zewnętrznego, co nie byłoby kłamliwym sloganem, sprzedawanym co pięć minut na żółtym pasku telewizyjnego ekranu, czy pełnym manipulacji i zwykłych bredni tekstem na pierwszej stronie poczytnego dziennika?

Matrix wydawał się dotąd funkcjonować jako rzeczywistość równoległa, narzucona przez ciemne siły, obca i nachalna. Słabe jednostki poddawały się jej ochoczo, najczęściej nieświadomie, z czasem nawracając się na nową religię. Jednak im bardziej intruzywny stawał się matrix, tym większa rodziła się potrzeba buntu. Społeczeństwa mające za sobą doświadczenie życia w systemach totalitarnych sprzeciwiały mu się instynktownie, gdyż był sprzeczny nie tylko z ludzką naturą, lecz także z wyznawanymi przez większość wartościami moralnymi.

Dziś żyjemy – teoretycznie – w społeczeństwach wolnych i otwartych.

Demokracja święci triumfy w kolejnych regionach świata – w krajach Maghrebu, w Iraku, kiełkuje nawet w Birmie. Mamy natychmiastowy i niemal nieograniczony dostęp do informacji, do skrajnych opinii i do najrozmaitszych punktów widzenia. Jesteśmy bogatsi, lepiej wykształceni, bardziej mobilni, odważniejsi. Wydawałoby się, że w takich okolicznościach ludzkość powinna być na matrix uodporniona. Tymczasem jesteśmy świadkami odwrotnego procesu – tkwimy w matriksie, który zbudowaliśmy sami, dobrowolnie, bez konieczności uginania karku przed wszechwładnym, okrutnym nadzorcą, bez konieczności akceptowania zasad nowej wiary. Tkwimy w środku, mimo iż furtka, przez którą możemy wyjść na zewnątrz, cały czas widnieje przed naszymi oczami i w każdej chwili możemy ją otworzyć.

W przeciwieństwie do protagonistów słynnej trylogii braci Wachowskich, ludzie czują się dobrze w swoich wygodnych, ciepłych bańkach, postrzegając zewnętrzną rzeczywistość jako pełną niebezpieczeństw dżunglę, w której nie obowiązują żadne reguły i w której na ich życie czyhają drapieżcy. Nawet najbliższe otoczenie: krewni, sąsiedzi, przyjaciele, nie są już dla nich stuprocentowo „pewni”. Paradoksalnie, zagrożenie przychodzi dzisiaj nie ze strony matriksu, lecz... spoza niego.

Socjologowie spłodzili już setki tomów dzieł poświęconych wyobcowaniu i osłabieniu więzi społecznych, które leżą u podstaw tego zjawiska. „Wyobcowanie miałoby być pochodną i negatywnym rezultatem współczesnej kondycji człowieka, ceną, jaką ludzie płacą za dobrodziejstwo efektywnie działających i samoregulujących się rynków, sprawnie pracującego aparatu państwa oraz poszerzających się w nieskończoność wolności obywatelskich” – pisze Harry F. Dahms z Uniwersytetu Tennessee w swojej pracy The Matrix Trilogy as Critical Theory of Alienation: Communicating a Message of Radical Transformation („Trylogia Matriksu jako krytyczna teoria alienacji: przekaz radykalnej transformacji”), w której zanalizował socjologiczne aspekty słynnego cyklu filmów. „Używając języka Matriksu – ciągnie Dahms – możemy stwierdzić, iż nowoczesna socjologia zaczęła się na początku XIX wieku od badania wszechobecnego przekonania, iż «ze światem coś jest nie tak» – jak zauważył Morpheus”.

Dwieście lat później znów okazuje się, że ze światem „coś jest nie tak”. Żyjąc w wygodnym matriksie, nieustannie narzekamy na niedogodności, które uparcie nam przeszkadzają. Gromadzimy dobra, upajamy się luksusami, ale towarzyszy nam poczucie winy, że nie przyłączamy się do zbożnej akcji zbawiania planety i naprawiania krzywd, które stały się udziałem innych – uciemiężonych, dyskryminowanych, prześladowanych za poglądy, kolor skóry czy – to najnowsza moda – orientację seksualną. Jednak nadal trzymamy się zasady: „Nie wychodzić z bańki”. Zapewne dlatego najgorliwszymi obrońcami praw gejów i lesbijek są ci, którzy żadnego geja i lesbijki nigdy nie widzieli na oczy. Łatwiej jest wtedy zaangażować się w ową „szczytną akcję”, bo niezgodne z naszymi wyobrażeniami fakty, obrazy czy statystyki po prostu do nas nie docierają i nie zakłócają percepcji rzeczywistości.

Podobnie jest w przypadku ludzi żarliwie wspierających Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Na początku stycznia każdego roku wystawiają dłoń przez niewielki lufcik w swojej bezpiecznej bańce i wrzucają banknot lub dwa do puszki z serduszkiem. Westchnienie ulgi, poczucie spełnienia, zasłużony odpoczynek. Wystawienie ręki raz w roku jest bezpieczne. Wystawianie jej codziennie – mogłoby być ryzykowne. A wyjście z bańki po to, by zaangażować się głębiej w jakąkolwiek misję o charakterze charytatywnym – pomoc w hospicjum, udział w obozie dla niepełnosprawnych, opiekę nad ludźmi starszymi – w ogóle nie wchodzi w grę. Bo oznaczałoby konieczność opuszczenia gniazda.

„Z tym światem coś jest nie tak”. Tak, chcemy go naprawić, zamartwiamy się globalnym ociepleniem i losem następnych pokoleń, niedoskonałościami kapitalizmu, chciwością bankierów, niedolą wietnamskich biedaków, pracujących za dolara dziennie w fabrykach produkujących modne ciuchy. Jak jednak przystąpić do owej naprawy, skoro boimy się jak ognia tego, co znajduje się poza „zewnętrzną powłoką”?

W Avatarze Jamesa Camerona główny bohater jest upośledzonym fizycznie żołnierzem piechoty morskiej, wysłanym z misją na odległą planetę. Także on wkracza do nieswojego świata – pół-Matriksu, w którym toczy żywot równoległy: jest niejako „duszą” wyhodowanego sztucznie przedstawiciela tubylczego plemienia. Jake Sully staje się łącznikiem między światem zdegenerowanym, pozbawionym resztek moralnych odruchów, zabiegającym jedynie o władzę i dobra materialne (w tym wypadku rzadki i drogi surowiec występujący na Pandorze) a dziewiczym światem urokliwej planety, społecznością, która zachowała swoje pradawne obyczaje i hierarchię, kultywuje tradycje i jest pod każdym względem „czystsza” i lepsza od społeczności Ziemian.

Jake Sully jest naszym odkupicielem. Wchodzi w skórę jednego z przedstawicieli owego „czystego” plemienia, przeżywa nawrócenie, w końcu opiera się dawnym przełożonym, broniąc pierwotnej cywilizacji przed nagą siłą i brutalnością najeźdźców.

Czy musimy go naśladować? Czy musimy analizować wszystkie fabularne warstwy filmu, odniesienia, aluzje? Nie. Wystarczy, że obejrzymy film w naszej bańce, stwierdzimy publicznie, że to „trafna alegoria amerykańskiego imperializmu, a w szczególności wojny w Iraku”, i będziemy mogli dalej żyć własnym życiem, przekonani, iż właśnie uczyniliśmy Dobro, oglądając wysokobudżetowy, hollywoodzki film z tzw. przesłaniem, które w mig zrozumieliśmy i które przekażemy dalej.

Możemy się naszymi spostrzeżeniami podzielić w internecie, co robimy zazwyczaj z wielką ochotą i pewną dozą ekshibicjonizmu. Opinie aprobowane przez matrix podpisujemy własnym nazwiskiem, nieco mniej ortodoksyjne – pseudonimem. Zagłębiamy się po szyję w cyberprzestrzeń, oczekując nieskrępowanej wolności i jak największej liczby „lajków”. Tymczasem zamykamy się w kolejnej klatce, która izoluje nas od prawdziwego życia. Z kilku badań i sondaży przeprowadzonych w ostatnich latach w USA wynika, iż w amerykańskim społeczeństwie wyobcowanie nasila się mniej więcej od połowy lat 80. ubiegłego wieku.

Socjologowie Miller McPherson, Lynn Smith-Lovin i Matthew Brashears, którzy dogłębnie analizują tę tendencję, utrzymują, że rozwój telefonii komórkowej i internetu wręcz stymuluje postępujący rozkład tkanki społecznej. Ich zdaniem portale społecznościowe z łatwością wygrywają ze spotkaniami sąsiedzkimi, kółkami samopomocy, lokalnymi klubami dyskusyjnymi czy bibliotekami. Jednak geograficzny zasięg internetu sprawia, że zachwiane zostają proporcje między prawdziwym otoczeniem, istniejącym za drzwiami naszego mieszkania czy za płotem ogrodu, a otoczeniem wirtualnym, które imponuje rozpiętością, choć jest tak bardzo puste. Oddziałuje wyłącznie na zmysł wzroku, rozprasza i nie daje innym zmysłom nawet jednej setnej tej przyjemności, którą może dać spacer po alejkach najbliższego parku. McPherson, Smith-Lovin i Brashears zwracają uwagę na tę geograficzną „autoamputację” – ludzie z pełną świadomością poprzecinali nici, które łączyły ich z najbliższym sąsiedztwem, częstokroć dużo bardziej inspirującym niż internetowe sieci społecznościowe, z coraz to nowymi zachętami, możliwościami i atrakcjami.

Uzależnienie od matriksu – także w wersji wirtualnej – wpływa na nasze decyzje polityczne, biznesowe, kulturowe. Trendy przychodzą falami i trudno im się oprzeć. Jeśli jakaś telewizja, gazeta lub tygodnik choćby w minimalnym stopniu wypełniają naszą potrzebę naprawiania świata, „z którym coś jest nie tak”, zaczynamy odczuwać skłonność do identyfikowania się właśnie z tymi mediami, które – w powszechnym mniemaniu – „szerzą dobro”. A wówczas gładko poddajemy się indoktrynacji także w tych dziedzinach, które z naprawianiem świata mają niewiele wspólnego.

Po jakimś czasie przychodzi odrętwienie, umysł zaczyna reagować na coraz bardziej banalne bodźce. W naszej ciepłej bańce czujemy się coraz lepiej. Tym lepiej, iż miliony innych ludzi zachowują się tak samo, niczym żaby poddawane elektrycznym impulsom. Odczuwamy z nimi więź i solidarność. Dzięki temu możemy szybko zdusić w sobie jakiekolwiek oznaki zwątpienia i ochotę do wychodzenia na zewnątrz. Po co, jeżeli nikt się na to nie decyduje?

W matriksie wszyscy pokornie przyjmują role, które są im nieodwołalnie narzucane. Niewyobrażają sobie, by sami mogli je zmienić, bo nie widzą w tym żadnych korzyści, a jednocześnie pragną, by wszyscy wokół pozostali przy swoich rolach. Byliby zagubieni, gdyby nagle książę okazał się żebrakiem, znany aktor – draniem, a hulaka – abstynentem. Ludzi, którzy odrzucają swoje role, system szybko wypluwa, jako nieuczciwych i... nieautentycznych.

W innym znakomitym filmie – Truman Show Petera Weira – bohater jest przez widzów darzony sympatią i miłością, lecz w pewnym momencie ryzykuje, gdyż zaczyna walczyć z kłamstwem. Obserwatorzy nie potrafią zrozumieć, dlaczego złamał zasady, dlaczego zrezygnował ze swojej roli i stara się opuścić świat, w którym przecież powinno mu być tak dobrze. Ostatecznie telewidzowie zaczynają mu kibicować, ale nie dlatego, że uznali jego racje i dążenia, lecz dlatego, iż zmieniły się bieguny Zła. Widzowie – w przypadku Truman Show stanowiący masę zarządzającą matriksem – narzucili po prostu inną rolę Christofowi, demiurgowi w szatach telewizyjnego reżysera. Rolę Złego. Albowiem poczuli się przez niego oszukani.

Zmiana ról jest więc możliwa tylko w jednym wypadku: gdy ludzie utopieni w matriksie chcą zachować swój błogostan i poczucie, iż czynią Dobro.

W szczególnie bezlitosny sposób wykorzystują tę zasadę media, narzucając role politykom. Ten jest pragmatykiem, tamten furiatem. Ten wykazuje odpowiedzialność, tamten może nas doprowadzić na skraj katastrofy. Rzeczywiste cechy, zdolności, poglądy, ambicje, a nawet biografia są przez telewizje i gazety bez ustanku kształtowane tak, by pasowały do przeznaczonej dla danego polityka roli. W przypadku Trumana Burbanka ten eksperyment przeprowadzano na żywym organizmie – Christof i jego współpracownicy podejmowali wszystkie decyzje dotyczące życia swojego „podopiecznego”, od dnia jego urodzin: co będzie czytał, z kim będzie się spotykał, w kim się zakocha. Dzisiaj media mają de facto podobną władzę. Wprawdzie nie decydują, z kim się spotka i co powie polityk, ale decydują o tym, jaki przekaz trafi ostatecznie do czytelników i widzów. Decydują zatem o obrazie, który powstaje w umysłach odbiorców – obrazie pasującym, rzeczjasna, do wcześniej ustalonej roli.

W ostatniej scenie Truman Show, gdy bohater opowieści otwiera drzwi i przechodzi ze świata wirtualnego do realnego, wierni fani programu, oglądający go od lat, sięgają po telewizyjne piloty i zaczynają zmieniać kanały, by znaleźć kolejny spektakl typu reality. Taki, który umocni ich w przekonaniu, iż życie w matriksie może być znośne, a nawet przyjemne. I że z rzeczywistym światem ciągle „coś jest nie tak”.

Marek Magierowski

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/ ... _tak_19719


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 20 mar 2012, 09:49 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
W mojej wiosce wszystko po staremu.

„Szanowałam pana kiedyś, za to że był pan odważny i obiektywny, teraz uważam, ze przekreśla pan swoje dokonania ślepym radykalizmem” - taki cytat znalazłem w mailu od pewnej osoby, która oburza się tym co wypisuje w swoich notkach.

Słowa poważne, warto je sobie wziąć do serca, a jako, że Wielki Post trwa postanowiłem je przemyśleć. Oczywiście co kogo mogą obchodzić dylematy jakiegoś tam Gadowskiego... – potraktowałem jednak tą, było nie było poważną przyganę, jako punkt wyjścia do przemyślenia szerszego problemu – odpowiedzi na pytanie: co dziś w w Polsce oznacza bycie radykalnym?

Czy potrzeba bycia wolnym, buntowanie się przeciwko politycznie uzasadnianym ograniczeniom już, samo w sobie, jest radykalne?

Czy koniunkturalne trzymanie buzi w ciup, liczenie na profity związane z wyrachowanym milczeniem, jako jedyne, spełnia kryteria rozsądku, przemyślanego spoglądania na rzeczywistość?

A skoro już o rozsądku mowa, to czy brak wyczulenia na propagandowe kłamstwa jest postępowaniem rozsądnym?

Kiedy jadę autobusem, podsypiam, gapię się przez okno, słowem - obdarzam kierowcę dużym zaufaniem, kiedy jednak widzę, ze wykonuje on niebezpieczne manewry i brutalnie stara się uciszyć protestujących pasażerów, to nadal mam spokojnie siedzieć na swoim siedzeniu?

Moje zaufanie ma pewne granice i wiem, ze jeśli nie doprowadzę do zmiany stylu jazdy, lub, wypadku braku reakcji ze strony kierowcy, nie zatrzymam autobusu, nie zmienię kierwocy, to mogę czekać jedynie na katastrofę.

Wtedy, o ile przeżyję, gadanie: - no przecież mówiłem, żeby przestał – nie ma już najmniejszego znaczenia.

Zaufanie ma swoje granice, a działania premiera Tuska coraz bardziej przypominają mi manewry nieodpowiedzialnego kierowcy.

Czy jeśli zdroworozsądkowo wiem, ze tłumienie wolnej wypowiedzi, administracyjna eliminacja mediów opozycyjnych prowadzi do patologizacji ładu demokratycznego w moim kraju, to mam milczeć? Milczeć w imię rozsądku, pozytywnego myślenia na siłę?

A może mam bielmo na oczach, źle definiuję zjawiska? Jestem zaślepiony nienawiścią?

Posłaniem dziennikarza w demokratycznym kraju jest patrzenie silnym, władzy na ręce – czy to już samo w sobie jest radykalizmem?

Jeśli widzę wazeliniarstwo zamiast rzetelności, to mam milczeć?

Jak wytłumaczę się wtedy moim synom, gdy po latach spytają jak wykonywałem swój zawód, jak mogłem zezwolić na spsienie standardów?

Pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych wiodłem niekończące się spory z Andrzejem Urbańczykiem i nieustannie zarzucałem mu jak oni, dziennikarze PRL, mogli pozwolić na takie upodlenie zawodu. Nawiasem mówiac, wiem że to niepopularne, ale uważałem Andrzeja za interesującego i na swój sposób uczciwego faceta. Ze smutkiem przyjąłem jego śmierć. Był chyba jedynym „komunistą” z którym trącałem się kieliszkiem.

Dziś będąc w sytuacji, gdy pojawiają się symptomy sterowania mediami przez władzę, mam milczeć, milczeć w imię ucieczki przed etykietką radykała?

Czy domaganie się uczciwości i przyzwoitości samo w sobie w środowisku dziennikarskim jest uznawane za radykalizm?

Cóż więc, na miłość boską, tym radykalizmem nie jest?

Prawdę mówiąc z etykietka radykała nie czuję się źle, ale czy tylko tyle wystarczy by chodzić w aureoli radykała, grzać się w jej mitologii?

Czy szacunek do polskiej tradycji, przywiązanie do sentymentalnych często makatek samo w sobie wyczerpuje znamiona radykalizmu?

Czy domaganie się uczciwości wobec kościoła, świadomość jego zasług dla polskiej niepodległości jest radykalizmem?

Czy sarkanie na absurdalne pomysły feministek, gay politykierów i gówniarzy lżących polskie symbole narodowe 11 listopada w Warszawie jest przejawem radykalizmu?

Czy dostrzeganie zagrożeń dla polskiej niepodłegłości płynacych z Berlina i Moskwy jest awanturnictwem?

Czy domaganie się wstania z kolan w sprawie śledztwa smoleńskiego jest oszołomstwem?

Czy protest przeciwko skrajnemu zaangażowaniu politycznemu, agresywnemu niszczeniu poglądów przeciwnych uprawianych przez „Gazetę Wyborczą” i TVN jest czymś wstydliwym, oszołomskim?

Jeśli tak, to istotnie jestem - radykałem, ale łapie się na tym, ze byłem nim od urodzenia.

Może jednak to polski świat, w ostatnich latach tak mocno się przesunął, ze to co kiedyś było normą, oczywistością i instynktem, teraz niepostrzeżenie stało się skrajnością?

Być może nie istnieją już pojęcia normy i wariactwa, służby i prywaty, Polskości i zdrady....

Być może wszystko jest relatywne, a prawda kroczy po krzywej statystycznej.

Jeśli tak, to ja w mojej wiosce, będę żył po swojemu, a wy róbta co chceta.

P.S.

Mogę wymierać jak mamuty, ale póki co - hi hi - widzę, że jakoś nie grozi mi samotność.

http://wgadowski.salon24.pl/400621,w-mo ... po-staremu


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 25 mar 2012, 19:05 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Prawo wyboru

Wybór między prawdą a kłamstwem wcale nie jest taki łatwy jakby się z pozoru wydawało. Pomijając fakt, że może być trudno je rozróżnić, to jeszcze należy uwzględnić kwestę smaku. Prawda bywa gorzka, a kłamstwo z reguły słodkie.

Jednak, jako autorka kryminałów, zapewniam Państwa, że każde kłamstwo ma powiązanie z niecnymi postępkami. Jeśli ktoś nam wmawia, że może być wiele prawd, to nie tylko kłamie, ale zaraz będzie próbował nas naciągać.

Społeczeństwa demokratyczne, dawno temu, wypracowały sposób obrony przed zakusami łotrów. Kłamca zostawał automatycznie wykluczany z grona władzy. Dlaczego piszę o tym w czasie przeszłym? A no, dlatego, że obecnie udało się ten stary zwyczaj zmienić. Wybieranie kłamcy na prezydenta stało się „trendy”. Kłamiący minister nikogo już nie razi. Za komuny powszechnie się uważało, że każdy kłamać musi. Czy musi teraz? Mam wątpliwości.

Pazerność kłamcy rośnie w miarę jedzenia. A najlepszą pożywką jest niewiedza tych, którzy są w karcie dań.

Ostatnio jesteśmy świadkami „szerokiej konsultacji społecznej na temat wydłużenia wieku emerytalnego”. O co chodzi? Oczywiście o skrócenie wieku emerytalnego, czyli czasu pobierania emerytury. Ot, prostacki skok na kasę. Nikt zdrowo myślący nie tylko nie będzie domagał się pracy od staruszków, ale im jej nie da! Niepotrzebni mogą odejść. Czy na pewno tego chcemy dla naszych dzieci i wnuków?

Niewolnik to człowiek, który wszystko musi i nic nie może. Człowiek wolny nic nie musi, ale wszystko może.

Małgorzata Todd

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 27 mar 2012, 08:29 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Chrystus, do którego strzelano w Polsce.

Podczas II wojny światowej w kościele św. Doroty w Licheniu hitlerowcy urządzili szkołę dla chłopców z Hitlerjugend. Młodych Niemców zaprawiano – w okrucieństwie. Kiedy w lipcu 1944 roku chłopcy zaczęli się skarżyć swojej wychowawczyni Bercie Bauer, że w kościele “coś ich straszy” wymierzyła ona z pistoletu i strzeliła do krucyfiksu.

“Gdyby Bóg istniał, powinien natychmiast mnie ukarać” – powiedziała. Kilka godzin później, kiedy jechała na stację kolejową do Konina, przelatujący samolot – prawdopodobnie niemiecki, ostrzelał jej wóz. Berta Bauer zginęła na miejscu. Kule trafiły ją dokładnie w te same miejsca na ciele, w których znajdują się otwory po kulach na krucyfiksie.

Kaplica Świętego Krzyża mieści się w podziemiu kościoła Matki Bożej Częstochowskiej na terenie Sanktuarium Licheńskiego, gdzie odbiera cześć obraz Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski. Jej powierzamy siebie i wszystkie sprawy naszej Ojczyzny.

Tu, nad ołtarzem, znajduje się ten niewielki krucyfiks, – widnieje na nim 13 śladów po kulach.

Wiele osób jeździ i pielgrzymuje po całym świecie, a tymczasem…
cudze chwalicie a swego nie znacie…

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 03 kwi 2012, 07:17 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
SIGNUM SMOLENSCIANUM

Jesteśmy pokoleniem smoleńskim, zatem Smoleńsk jeśli już musiał się zdarzyć, jeśli już zamiast zjednoczyć, podzielił to niech każdy spróbuje poszukać w sobie choć siły do przyjęcia faktu, że jest z pokolenia smoleńskiego !

Jesteśmy też pokoleniem Błogosławionego Jana Pawła II. I to jest fakt – tak nazywaliśmy siebie za Jego pontyfikatu i po Jego śmierci. Mówiliśmy o Nim, mówimy o Nim, będziemy mówić - jutro, za miesiąc, za rok, 10 i 100 lat. Był, jest i będzie zawsze częścią naszego życia, nas samych. Dlatego będziemy o Nim mówić dopóki ród Lecha nad Wisłą między Bugiem i Odrą, Bałtykiem i Tatrami pieczętować się orłem białym będzie i póki ostatni jego potomek nie opuści tego padołu... W blasku Jego chwały znajdowali, znajdują i znajdować będą pociechę i ukojenie maluczcy, blasku Jego chwały używali, używają i używać bądą celebryci i różne gnidy „herbu świecznik i żyrandol”...

Sformułowanie "pokolenie Jana Pawła II" jakoś specjalnie nikomu nie przeszkadzało. Nawet za komuny gdy Jan Paweł II był dla rządzących komunistów nie kryształkiem, nie szczyptą soli w oku, ale całą Wieliczką z Bochnią razem wziętymi i do n-tej potęgi. Nawet dość krótko po śmierci polskiego Papieża był moment, który „zmęczeniem tematem” raczej trudno było nazwać, ale „nowopolscy” antagoniści JP II szybko dali sobie spokój. Bo znaleźli w sobie siłę do przyjęcia faktu, że JP II nie da się pojmować i przyjmować oddzielnie, bez Polski i Polaków, bez wiary w Boga.

Jesteśmy pokoleniem smoleńskim. I to jest fakt, którego nic i nikt nie zmieni. Dlatego, że na siłę uczyniono świadkami Smoleńska, drugiego Katynia, skazano na bycie pokoleniem smoleńskim – Polaków, ich dzieci i wnuki, wszystkich żyjących 10 kwietnia 2010 r. Bez wyjątku, cały naród bez znaczenia na indywidualny status społeczny – prezydent, premier, członek rządu RP czy szeregowy wyborca stołeczny, wojewódzki, gminny, miastowy, wiejski, z Polski „A”, z Polski „B”, NN menel spod mostu....

To Polacy, ich dzieci i wnuki ponoszą dziś skutki smoleńskiego dramatu. Będą je ponosić jutro i pojutrze, za tydzień, za miesiąc, za rok. Za 10 i 100 lat będą ponosić je wnuki wnuków ich wnuków. I znów, i ciągle, i wszyscy bez wyjątku ! Nawet całkiem bez znaczenia jest czy są z sekty pancernej brzozy lub zwolennikami hipotezy o maskirowce, eksplozji, mocherami spod znaku Radio Maryja czyli oszołomami, faszystami, bydłem albo odcinają się zupełnie od wszystkiego i wszystkich, dożywając beztrosko dni swoich w habicie Zakonu Świętego Spokoju.. Bez znaczenia są preferencje i gusty wszelkie. Bez znaczenia jest nawet czy winni Smoleńska poniosą karę...

Bez znaczenia bo tak czy inaczej Smoleńsk to piętno. Piętno wypalone przez Przeznaczenie na każdym, kto był żywym świadkiem tragedii 10 kwietnia 2010. Signum smolenscianum już noszą wszyscy i nosić je będą. Tylko lub aż dlatego, że... są Polakami, są obywatelami polskimi. Nieważne czy są nimi z urodzenia czy tylko z dokumentu, nieważne czy dewizą ich jest „polskość to nienormalność” czy „Bóg, Honor, Ojczyzna” !

...Nie przypadkiem przywołuję te wszystkie szczegóły... Wielki Tydzień to czas na dokonanie duchowego remanentu, na oczyszczenie się z fałszu, kłamstwa, nienawiści by z sercem czystym i wolnym przeżyć cud Zmartwychwstania. Tym wszystkim, w których Smoleńsk wyzwala złość, ironię i inne negatywne emocje – względem ofiar tej tragedii, ich bliskich oraz tych wszystkich dla których poznanie prawdy o Smoleńsku jest sprawą najwyższej wagi chcę uświadomić, że tym nie zmyją, nie zrzucą z siebie signum smolenscianum, nie pozbędą się miana członków pokolenia smoleńskiego. Signum smolenscianum nosimy wszyscy bez wyjątku i bez znaczenia na rodzaj osobistego stosunku do Smoleńska.

Jesteśmy pokoleniem smoleńskim, zatem... Smoleńsk - jeśli już musiał się zdarzyć, jeśli już zamiast zjednoczyć, podzielił to niech każdy spróbuje poszukać w sobie choć siły do przyjęcia faktu, że jest z pokolenia smoleńskiego !

Albo niech po prostu zamilczy...



http://contessabalcanese.salon24.pl/404 ... lenscianum


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 06 kwi 2012, 10:11 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Pan Jezus demokratycznie na śmierć skazany

Historia uczy, że chrześcijaństwa nie da się pogodzić z demokracją. Prawdy tej wielokrotnie dowiedziono, dogłębnie ją zanalizowano, wnioski z tego płynące przez stulecia ogłaszano, a mimo to niesłabnąca armia „chrześcijańskich demokratów” usilnie dąży do zaślubienia owych dwóch organizmów nie bacząc, iż tworzy hybrydę – byt sztuczny, śmieszny i jałowy.

Wszystkie poważniejsze błędy i herezje w łonie Kościoła zawierały w sobie próby udemokratycznienia na siłę instytucji, która z samego założenia jest hierarchiczna, ufundowana zaś na Boskim autorytecie, nie na międzyludzkich umowach. Spójrzmy tylko na naukę Wiklifa, Lutra bądź Kalwina, przestudiujmy założenia koncyliaryzmu, febronianizmu czy ruchu Wir sind Kirche – wszędzie znajdziemy ziarna demokracji.

W tym miejscu zapewne zabrzmi oburzony głos „chrześcijańskiego demokraty”, iż chrześcijaństwo było i jest z natury demokratyczne, tylko w przeszłości nie przystawało do ducha czasów!

Nieprawda – najlepiej dowodzą tego czasy dzisiejsze: wiek demokracji wprost nieokiełznanej, która dawno już przestała być jedynie systemem powoływania urzędników państwowych, stając się powszechnie panującą ideologią, ba, państwową religią opartą na magicznym wręcz rytuale. Demokracja stanowi dziś przedmiot powszechnego kultu. W dzisiejszym demokratycznym świecie Bóg dawno przestał być najwyższym dobrem – nie jest nim teraz już nawet człowiek – liczy się tylko demokracja. Czyż więc nie jest bożkiem, idolem, bałwanem, przed których wyznawaniem przestrzega nas pierwsze przykazanie Boże?

Nie ma miejsca na Prawdę

Czy zatem można demokrację pogodzić z wiarą i moralnością chrześcijańską? Nie, ponieważ w demokracji nie ma miejsca na prawdę. Panoszą się w niej najrozmaitsze, sprzeczne ze sobą opinie publiczne, a racja jest po stronie tego, kto ma za sobą większość głosów. A wartości, moralność, Dekalog? W demokracji co najmniej nie istnieją, o ile wręcz nie są postrzegane jako siła hamująca, którą należy jak najszybciej zneutralizować (czyli wyeliminować). Istotą i fundamentem demokracji jest międzyludzka umowa. Skoro więc umówimy się, że, na przykład, normę stanowić ma nurzanie się w plugastwie, bo sprawia nam fizyczną przyjemność, a fizyczne zadowolenie (jak już się wcześniej umówiliśmy) ma być najwyższą ludzką wartością, to chrześcijaństwo z miejsca stanie się wrogiem publicznym numer jeden. Albo włączy plugastwo w zestaw najprzedniejszych dobrych uczynków. Tertium non datur.

Jeśli człowiek jest najwyższym autorytetem, swoim własnym stwórcą, to o tym co jest dobre, a co złe rozstrzyga większość głosów. Uczynki nie dzielą się na dobre i złe, ale na te, na których kogoś przyłapano, i na te, które uszły płazem. (…) Nie ma ducha, nie ma absolutu. A więc dobro i zło zależy od decyzji parlamentu, tak samo jak zakaz przyjmowania zakładów totalizatora i sprzedaży alkoholu po wpół do jedenastej wieczorem – jak trafnie rzecz ujął angielski pisarz William Golding. W demokracji zmiana odwiecznych, świętych zasad to kwestia pięciu minut przy korzystnym rozkładzie głosów w parlamencie. W praktyce więc system w pełni demokratyczny w pełni respektujący zasady chrześcijańskie to mrzonka lub pobożne życzenie.

Do czego zaś to wszystko prowadzi? Na pewno do absurdu – przykładu w tej materii dostarcza wspólnota anglikańska sprzed fali powrotów na łono Kościoła rzymskiego, której biskupi większością głosów odrzucili dogmat o istnieniu piekła. Osobiście pytałem wówczas, czy Pan Bóg podpisze tę ustawę. Ośmieliłem się wręcz zasugerować, że chyba powinien, bo inaczej większością głosów może zostać odwołany. Co też się wkrótce stało – anglikanie w kwestii swej pobożności zagłosowali nogami, w miejsce kościoła wybierając inne formy duchowej aktywności.

Lekcja demokracji

Czy Wielki Piątek to dzień stosowny dla tego typu rozważań? Czy w dzień, w którym umarł Chrystus, nie powinniśmy raczej odsunąć od siebie spraw tak przyziemnych, by wspiąć się na wyżyny transcendentnej kontemplacji eschatologicznego misterium? Tyle wokół tej polityki, pełnej podziałów i wrogości – czy nie lepiej w czas Paschalnego Triduum skupić się na własnej duszy? Owszem – święte słowa – niniejszy tekst ma właśnie służyć przypomnieniu tego, ze szczególnym wskazaniem na niemożliwość wykluczenie z rachunku sumienia sfery publicznej, bo to w niej wykluwają się grzechy najpotworniejsze.

Nie dajmy się łapać na lep przewrotnej retoryki pięknoduchów. Nie wolno nam z refleksji natury duchowej wykluczać kwestii politycznych, bo – zwłaszcza w demokracji – nie ma takiej sfery życia, która nie wiązałaby się z polityką. A żaden dzień w takim stopniu nie nadaje się do rozważań na temat demokracji jak Wielki Piątek – dzień, w którym mocą demokratycznej procedury zgładzono Króla.

Wielki Piątek to znakomita lekcja demokracji. Oto na prowincji rodzi się masowy ruch społeczny, w którym „grupa trzymająca władzę” upatruje zagrożenia dla własnej uprzywilejowanej pozycji. Czują lęk przed jego Przywódcą, gdyż cały tłum był zachwycony Jego nauką (Mk 11, 18). Podczas zamkniętego spotkania wpływowego lobby zapada więc decyzja o likwidacji zagrożenia – nie obeszło się bez kontrowersji, które jednak sprawnym popisem demagogii szybko uciął Kajfasz: Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród (J 11, 49-50). Ważne tylko, by nie doszło do tego w czasie święta, żeby wzburzenie nie powstało wśród ludu (Mt 26, 5). W czasie święta bowiem gościło w Jerozolimie liczne grono pielgrzymów z prowincji, a takich właśnie – mieszkańców odległych od stolicy regionów – odizolowana od realnego życia narodu „elita” obawia się najbardziej.

Na łasce demosu

Jezusa aresztowano bezprawnie i osądzono nielegalnie – jakież to demokratyczne, jeśli tylko dysponuje się większością. Później zaś żydowski demos podburzony przez wpływowe lobby faryzeuszy głosował w zgromadzeniu przed rzymskim pretorium za Jego ukrzyżowaniem, a uczniowie Pańscy nie mogli na to nic poradzić – byli w mniejszości. W tym kontekście przychodzi na myśl arcydemokratyczne narzędzie – badanie opinii publicznej. O jego jałowości najtrafniej świadczy porównanie Wielkiego Piątku z Niedzielą Palmową. Tłum, który w entuzjastycznym powitaniu Jezusa słał mu pod nogi własne płaszcze, teraz lży opluwa i bije niosącego krzyż. Zaprawdę, łaska demosu na pstrym koniu jeździ.

Ale z drugiej strony, skąd wiemy, czy to w istocie ten sam tłum? Aresztowanie i proces przeprowadzono wszak po kryjomu, stąd wielu sympatyków Jezusa nie miało pojęcia, co się z Nim dzieje, zwłaszcza że działo się to w piątek, kiedy pobożni Żydzi skupiają się przede wszystkim na nadchodzącym szabacie, a w ten dzień mieli jeszcze na głowie przygotowanie do Paschy. Najprawdopodobniej więc doszło do zaistnienia innego mechanizmu demokracji – przedstawicielstwa. Demos, jak wiadomo, spożywa kawior ustami przedstawicieli. Niekoniecznie własnych. I tak właśnie sprawa mogła wyglądać w dniu męki Pańskiej, wiemy wszak, iż starszyzna żydowska powołała licznych fałszywych świadków – wielu zeznawało fałszywie przeciwko Niemu (Mk 14, 56). Niewykluczone więc, iż również w gronie wołających: Na krzyż z Nim! (Mt 27, 23) znalazła się większość starannie wyselekcjonowanych.

Czyż nie tłumaczy to również niezrozumiałego zaślepienia tłumu. Na próżno Piłat trzy razy stwierdzał, że Jezus jest niewinny, na próżno trzy razy dowodził, iż nie znajduje w Nim żadnej winy – nieszczęsny naród ustami przedstawicieli (wcale niekoniecznie swoich) dopuścił się największego bluźnierstwa, słowami: Poza cezarem nie mamy króla! (J 19, 15) w istocie wyrzekając się Boga.

Triduum Paschalne – czas wzmożonego zastanowienia nad samym sobą i otaczającym światem – powinno nam uzmysłowić, że rozpamiętywane w nim wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat oraz okoliczności, w jakich do nich doszło, to nie przebrzmiała pieśń historii, lecz zawsze aktualna nauka, nie tylko w stricte religijnym znaczeniu tego słowa – refleksja natury religijnej ma w naszych umysłach natychmiastowo skutkować refleksją społeczno-polityczną. Tak przecież zostaliśmy stworzeni – jako zoon politikon – istota z natury swej społeczna dążąca ku wpólnemu dobru.

Jerzy Wolak

http://www.pch24.pl/pan-jezus-demokraty ... 494,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 15 kwi 2012, 08:35 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Dwa Katynie...

Wczoraj minęło dwa lata od tragicznego w skutkach, prawdopodobnego zamachu na życie 96 znamienitych Polaków, z parą prezydencką Lechem i Marią Kaczyńskimi na czele...

Osobiscie mój zasób słów na wyrażenie mojego bólu po stracie tylu wielkich Polaków już się wyczerpał, podobnie jak wyczerpał się ów zasób słów, którymi opisałem rządzące nami elity tzw. III RP lub lepiej chyba PRL-bis. Sądzę, że trafnie przedstawiają mój stosunek do owych elit niektóre wczorajsze okrzyki demonstrujących: "Tusk! Gdzie Twój mózg" czy ""Komorowski zdrajca Polski".

Należy jednak zastanowić się nad pewną cienką granicą pomiędzy opisywaniem i demonstrowaniem przeciwko znanym nam realnie faktom i wydarzeniom, które wedle nas są tragiczne dla Polski a faktami lub wydarzeniami, które relatywnie i w odniesieniu do przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości wydawały się bardziej negatywnie wpływać na losy Polski i Polaków.

Niedawno w swoim poście wskazywałem, iż rzeczą niedopuszczalną jest interpretowanie zdarzeń historycznych w odniesieniu do innych (np. obecnych) warunków zewnętrznych i wewnętrznych w których owe zdarzenia się dokonywały.

W tym kontekście należy rozpatrywać też tragedię smoleńską, która wydarzyła się niejako w wyniku ludobójstwa i mordu katyńskiego, dokonanego na Polakach w kwietniu 1940 roku... w okrutny przecież sposób i przez komunistycznych, marksistowskich Sowietów. 70 lat po tej zbrodni ludobójstwa zginęło w tym samym niemal dniu i miejscu znów wielu Polaków, z których większość stanowiła prawdziwe elity mogące w przyszłości zrobić wiele dobrego dla naszej Ojczyzny.

Prezydent Lech Kaczyński z pozostałymi pasażerami feralnego samolotu leciał uczcić śmierć 22 tysięcy najznamienitszych Polakóww, którzy mogliby stanowić "trzon" powojennych elit budujących ponownie wolną Polskę. Tych ludzi po II WŚ zabrakło a później również zabrakło też relatywnego przywódcy im podobnych - generała W. Sikorskiego, który też w przedziwny sposób zginął w katastrofie lotniczej...

Wielu naszych rodaków zabrakło po II WŚ. Też tych, których mordowali marksistowscy, nizistowscy Niemcy... Zabili wielu naukowców, ale też zwykłych ludzi... Zabrakło też tych, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim. Jakże nasza Ojczyzna musiała też zubożeć tracąc żołnierzy wykletych i ich sprzymierzeńców... Ilu Polaków wymordowało polskie i sowieckie tzw "bezpieczeństwo" a ilu zmuszono do emigracji po ogłoszeniu Stanu Woejennego (1,5 mln osób?)...

Pamiętajmy zawsze o nich wszystkich tak, aby nowe zbrodnie nie zacierały wagi zbrodni przeszłych. Bowiem przecież wymordowanie w kwietniu 1940 roku około 22 tysięcy - elitarnych pod wzgledem wiedzy, wykształcenia i wielu innych cech - Polaków przez sowieckie - w większości składające się na tym obszarze z ludzi pochodzenia żydowskiego - hordy NKWD (nienawistników wobec Polski i Polaków) nie pozwoliło nam odbudować prawdziwie wolnej Polski aż do dziś!

Smutne jest też to, że Polska po 1989 roku nie wykształciła dostatecznie wielu wybitnych ludzi, którzy z łatwością zastąopiliby choć większą cześć tych haniebnie zapewne pomordowanych uczestników lotu do Smoleńska. Czyżby naprawdę ich nie było i nie ma? A może są tylko ukryci w pajęczynie matni szykan, gróźb, strachu i lęku o siebie i swoich bliskich... Wszak tyly już się wieszało jakoś samemu lub wpadało pod koła sowieckich tirów...

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...

http://krzystofjaw.salon24.pl/407475,dwa-katynie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 21 kwi 2012, 08:04 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Bez prawdy nie ma wolności

Obecnie przeżywane Misterium Paschalne najpierw ukazało nam bolesną prawdę o tym, że naszego Pana Jezusa Chrystusa, który do końca nas umiłował, ukrzyżowano i złożono do grobu, aby na zawsze tam pozostał. Moce zła chciały też pogrzebać chrześcijaństwo już w jego początkach. Dziś dzieje się podobnie, zarówno w stosunku do Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego Chrystusa, jak i do Jego Kościoła.
Próby pogrzebania chrześcijaństwa podjęte przez poprzednie totalitaryzmy - hitlerowski i bolszewicki, są obecnie kontynuowane przez totalitaryzmy lewicowe i libertyńskie. Coraz wyraźniej odczuwa to Kościół w Polsce. Jednak jako pierwsze najboleśniej odczuwają to media katolickie: Radio Maryja, Telewizja Trwam, "Nasz Dziennik" i inne dzieła przy nich powstałe. Są one atakowane za to, że mają odwagę mówić prawdę o Bogu, Kościele, Ojczyźnie, Narodzie, rodzinie, a także prawdę o władzy, polityce i mediach.
Zanim odważono się likwidować Telewizję Trwam przez nieprzyznanie jej miejsca na cyfrowym multipleksie, właściwie od samego początku istnienia Telewizji i Radia Maryja dokonywano prób ich eliminowania, rozpętując przeciwko nim wojnę medialną i administracyjną. Zastosowano wszelkie niegodziwe metody ich dyskredytacji i eliminacji. Podważano ich wiarygodność po to, aby w odbiorze społecznym nie znalazły zaufania ani poparcia. W celu upokorzenia i ośmieszenia o. dyrektora Tadeusza Rydzyka, jego współpracowników oraz całej Rodziny Radia Maryja znieważano ich i oczerniano. Posuwano się wręcz do perfidnych kłamstw, złośliwych prowokacji, przypisywania czegoś, co nie zostało powiedziane.
Media mają służyć prawdzie, wolności i godności człowieka, a nie tak, jak to się dzieje w naszej Ojczyźnie, władzy i jej celom. Kiedy w 1990 r. powoływano Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, zakładano, że jej wybierani na sześcioletnią kadencję członkowie zrezygnują z uczestnictwa w życiu politycznym i zachowają apolityczność. Niestety, praktyka jest inna aniżeli założenia teoretyczne. Do KRRiT wybierane są osoby działające dla dobra tych partii politycznych, którym zawdzięczają nominację. KRRiT, której zadaniem miało być strzeżenie niezależności mediów przed naciskami ze strony polityków, sama stała się narzędziem politycznej presji. Stanowi to zagrożenie nie tylko dla wolności mediów, ale też dla ich ogólnego poziomu etycznego. Radio Maryja i Telewizja Trwam otwarcie i odważnie głoszą prawo katolików do własnych mediów. Jest to jedno z podstawowych praw osoby ludzkiej, ponieważ każdy człowiek jest istotą wolną, świadomą i odpowiedzialną, a o jego wartości stanowi to, że pochodzi od Boga, nosi w sobie Jego podobieństwo oraz został odkupiony przez Jezusa Chrystusa.
Z takiego chrześcijańskiego pojmowania ludzkiej godności wynikają określone prawa człowieka, które są absolutne i nadrzędne wobec państwa, w tym prawo do prawdy, wolności oraz katolickich mediów. Ich najgłębszą podstawą jest godność osoby ludzkiej, zaś zadaniem - ochrona i zabezpieczenie tej godności. Te prawa stanowią nierozerwalną jedność. Nie może być ochrony sumienia i godności bez prawdy, bez będącej podstawą bytu własności oraz bez dóbr kulturowych. Toteż państwo jest zobowiązane do ochrony tych praw oraz do tworzenia warunków umożliwiających ich pełną realizację przez zapewnienie wszystkich praw wolnościowych, społecznych i solidarnościowych. Żadna władza nie może ich ustawowo nadać ani tym bardziej ustawowo znieść, ponieważ zostają one nabyte w momencie poczęcia.
Prawda o należnych każdej osobie prawach jest powszechnym przeświadczeniem współczesnego świata, co wyraża się w licznych deklaracjach prawnych - państwowych i międzynarodowych. Niestety, w naszej Ojczyźnie ujawniają się coraz to nowe formy naruszania tych praw, w tym prawa do posiadania głoszących prawdę mediów.
Należne każdej osobie ludzkiej i każdej wspólnocie prawo do wolności religijnej zajmuje pierwsze miejsce wśród wszystkich praw wolnościowych. Wolność jest zależna od prawdy. Prawdę moralną człowiek odkrywa w sumieniu. Rozpoznając dobro i zło, podejmuje decyzje i wyraża je na zewnątrz w swoim postępowaniu. Toteż wolność Kościoła jest podstawową zasadą w całym porządku cywilnym oraz w stosunkach między Kościołem i władzami publicznymi. Państwo powinno wstrzymać się z jakąkolwiek ingerencją i nie stawać na przeszkodzie w spełnianiu aktów religijnych. Tymczasem jesteśmy świadkami szerzenia się destrukcyjnego sekularyzmu rozumianego jako poglądy i zwyczaje, w których człowiek wyraża swoje oderwanie od Pana Boga, karmi się antychrześcijańską ideologią oświeceniową i pragnie dokończyć dzieła niszczenia religii rozpoczętego przez francuskich rewolucjonistów poprzez odrzucenie etosu chrześcijańskiego, a wprowadzenie nihilizmu i relatywizmu. Demokrację chce się przekształcić w "grobokrację". Wojujący sekularyzm, który prowadzi obecnie zażartą walkę z Bogiem, moralnością chrześcijańską oraz Kościołem, jest wspierany przez uniwersytety, parlamenty i laickie media.
Mając do dyspozycji wielkie pieniądze, nie tylko upowszechniają one ideologię zła, ale też ustanawiają nowy nieład prawny i polityczny. Jakże często za te pieniądze bluźnią Bogu, szydzą z nas, katolików, oraz podburzają inne religie i kultury do prześladowania chrześcijan.
Radio Maryja i Telewizja Trwam są na pierwszej linii w walce z siłami chcącymi zniszczyć Kościół i osłabić katolicką Polskę, aby nie była już bastionem wiary w Europie i na świecie. Rola tych katolickich mediów jest niezwykle trudna, ale piękna, ważna i obiecująca. Poprzez Radio Maryja Matka Najświętsza chce, aby w końcu zatriumfowało Jej Niepokalane Serce. Dlatego też skupione wokół tego Radia katolickie media dążą do tego, aby Chrystus odniósł pełne zwycięstwo, które będzie źródłem naszej radości i szczęścia tu, na ziemi, oraz w wieczności. Paschalne misterium doskonale uczy nas, jak opuścić grób, w którym świat na zawsze chciał pochować Zbawiciela. Tylko w naszym umęczonym, ale i zmartwychwstałym Mistrzu Jezusie Chrystusie osiągamy punkt kulminacyjny naszego chrześcijańskiego życia i nasze zwycięstwo. W tym duchu Radio Maryja, Telewizja Trwam, "Nasz Dziennik" i inne dzieła przy nich skupione starają się być pokornymi i posłusznymi narzędziami Zmartwychwstałego Chrystusa.

Ks. bp Edward Frankowski biskup pomocniczy diecezji sandomierskiej

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=nn06.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 28 kwi 2012, 15:42 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Film o Kościele bez Boga

Gdy konfrontacja przeobraziła się w otwartą walkę z Kościołem, do której coraz częściej angażuje się i wykorzystuje środki społecznego przekazu i instytucje państwowe, najwyższy czas, by odsłaniać i piętnować mechanizmy oraz sposoby zwalczania i lekceważenia wiary chrześcijańskiej i wierzących. W ten nurt wpisują się poczynania, które wykorzystują autorytet Kościoła i rozmiękczają tożsamość katolicką. Wyrafinowany przykład antykościelnej polityki stanowi obrazoburczy film "Habemus Papam. Mamy papieża". Po jesiennej promocji zapadło milczenie na jego temat, co może zachęcić ludzi i środowiska, które usiłowały go w Polsce upowszechnić, do pokazania go w publicznej telewizji.


Parodiowanie Papieża z Polski
Film, który powstał we współpracy włosko-francuskiej, to paszkwil na osobę i pontyfikat Jana Pawła II, nakręcony nie bez artystycznej finezji, lecz jednoznacznie antypapieski. Reklamowany jako "przewrotna komedia o papieżu... który nie chciał zostać papieżem", jest przewrotny w najgorszym znaczeniu tego słowa. Kościół katolicki, konklawe i kardynałowie zostali przedstawieni jako środowisko naiwnych błaznów, którzy w przerwach między intrygami i knowaniami dają upust skrywanym żądzom, kompleksom i fobiom. Reżyser, włoski ateista Nanni Moretti, nie ukrywa pogardy dla Kościoła i jego czołowych przedstawicieli, a w celu zwiększenia efektu ubiera całość w prześmiewcze szaty uwalniające rozum od obowiązku myślenia i dające upust emocjom, rzecz jasna - negatywnym. Bohaterowie filmowego Kościoła nie mówią o Bogu ani Go nie potrzebują, zaś taki wizerunek Kościoła ma się utrwalić w pamięci i świadomości widzów.
Głównym bohaterem filmu jest Papież, ale - żeby było jasne - nie jakiś papież ani artystyczny symbol papiestwa, lecz Jan Paweł II. Nie ma potrzeby uszczegółowiania i ukonkretniania rozmaitych filmowych wątków, których pierwowzorami są epizody z życia Karola Wojtyły - Jana Pawła II. Samo pisanie o nich zaśmiecałoby wyobraźnię i powodowało skutki podobne do roztrząsania detali pornografii. Twórcy filmu zadali sobie niemały trud dokładnego "przenicowania" biografii Papieża Polaka, poczynając od lat jego młodości i ówczesnych aspiracji poetycko-teatralnych po sprawowanie długiego pontyfikatu, naznaczonego pod koniec skutkami starości i postępującej choroby. Nie mieli żadnych hamulców ani wahań, by wybrane epizody zinterpretować i przekształcić w duchu otwarcie antykatolickim. Nie tylko obraz, lecz i oryginalna ścieżka dźwiękowa w języku włoskim nie zostawiają złudzeń: aluzje do osoby i pontyfikatu Jana Pawła II są zbyt wyraziste, by ich nie dostrzec i nie skojarzyć.
"Nowy papież... nie chce być papieżem" - czytamy w ulotce rozdawanej w kasach przy kupnie biletów. Gdy ogląda się film, coraz bardziej nasuwa się konstatacja, że nie o artystyczną wizję tu chodzi. Autentyczne sceny z pogrzebu Jana Pawła II, które pojawiają się na początku filmu, stoją na usługach przewrotności o wydźwięku retrospektywnym: sugerują cyniczną i kpiarską ocenę pontyfikatu Papieża z Polski. Żeby parodiowanie nie było zbyt nachalne, Papież - wybrany podczas filmowego konklawe - ucieka z Watykanu i błąka się po Rzymie. Nietrudno rozpoznać w tym "dyskretnego" nawiązania do słynnych "ucieczek" Jana Pawła II z Watykanu i związanych z nimi perypetii, przywoływanych we wspomnieniach osób, które wtedy towarzyszyły Papieżowi.
W ulotce czytamy także: "Sytuacja grozi wielkim światowym skandalem. Jedynymi osobami, które mogą mu zaradzić, są Rajski, Polak będący od lat rzecznikiem Stolicy Apostolskiej (rewelacyjna rola Jerzego Stuhra), i wybitny profesor psychiatrii (Nanni Moretti), który ma "wyleczyć" papieża". Rajski to filmowa karykatura nie tyle rzecznika Stolicy Apostolskiej, ile osobistego sekretarza Jana Pawła II. Nie jest przypadkiem, iż wybrano do tej filmowej roli Polaka, obsadzając w niej Jerzego Stuhra. Najpierw zdziwiłem się, że ów znany aktor wziął udział w antykatolickim i antypolskim paszkwilu. Zdziwienie ustąpiło miejsca zażenowaniu, gdy przeczytałem jego odpowiedź na słowa, że film na pewno natrafi na sprzeciw i krytykę duchowieństwa i wiernych. Jerzy Stuhr odpowiedział bez skrupułów, że "nie zależy mu na opinii biskupów", co w filmie jaskrawo widać. W jednej z kluczowych scen Rajski wypowiada się po polsku, dając poznać widzom, kogo naprawdę gra.

Na służbie antyewangelizacji
Nie bez znaczenia jest również to, kto i jak promował ten film w Polsce. Na ulotce rozdawanej w kinach widnieje logo następujących sponsorów: radiowa Trójka, Religia.tv, "Tygodnik Powszechny", "Więź", "Film", "Gazeta Wyborcza", "Metro", AMS i Gazeta.pl. Łatwo rozpoznać zaprzyjaźnione między sobą środowiska i gremia, połączone więziami ideologicznymi, finansowymi i przyjacielskimi oraz koligacjami rodzinnymi. To w dużym stopniu forpoczta "Kościoła otwartego", który w ostatnim okresie przeżywa coraz głębszy kryzys, a więc i coraz większą frustrację i irytację. Jednak tym razem znów posunięto się zbyt daleko, co można porównać z hucpą wydania przez krakowski Znak oszczerczej i antypolskiej książki Jana T. Grossa. Potwierdza się zasada, że przekraczanie granic bezkarności rodzi pokusę ponawiania i nasilania zasiewu cynizmu. Dystrybucją filmu zajmuje się Roman Gutek, współtwórca Gutek Film i właściciel warszawskiego kina Muranów, nagradzany i nagłaśniany przez "Gazetę Wyborczą".
Nie zabrakło pochlebnych recenzji "Habemus papam". Najcenniejsze dla dystrybutora pochodziły od kilku osób duchownych, zaś ich wypowiedzi to zachęta do gruntownej i szczerej refleksji nad kondycją niewielkiej, lecz głośnej grupki duchowieństwa wykorzystywanego przez ideologów "Gazety Wyborczej". Przyszedł im w sukurs Tadeusz Sobolewski: "Wielki film (...) jest w nim zawrotna odwaga i szczerość". To wymowna ilustracja częstego procederu, polegającego na promowaniu miernoty oraz nagłaśniającego i popierającego wypowiedzi i utwory żenująco płaskie oraz moralnie dwuznaczne i szkodliwe. Od 2005 r. pod szyldem Kościoła nasila się w Polsce systematyczny i starannie zaplanowany proceder jego podmywania i destrukcji. Ataki z zewnątrz nie są tak niebezpieczne, jak erozja umiejscowiona wewnątrz wspólnoty wierzących. Przypomnijmy słowa Jana Pawła II zapisane w książce "Przekroczyć próg nadziei": "Wciąż na nowo Kościół podejmuje zmaganie się z duchem tego świata, co nie jest niczym innym jak zmaganiem się o duszę tego świata. Jeśli bowiem z jednej strony jest w nim obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim także obecna potężna anty-ewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje programy i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii i ewangelizacji. Zmaganie się o duszę świata współczesnego jest największe tam, gdzie duch tego świata wydaje się być najmocniejszy. W tym sensie encyklika "Redemptoris missio" mówi o nowożytnych areopagach. Areopagi te to świat nauki, kultury, środków przekazu, są to środowiska elit intelektualnych, środowiska pisarzy i artystów". Nie wolno milczeć, gdy właśnie te nurty i ludzie wynajmują swe umiejętności i zdolności na służbę wrogów Kościoła. Tak samo nie wolno udawać, że wszyscy, którzy korzystają z kontaktów z duchownymi i ich wsparcia, chcą wyłącznie dobra Kościoła i jego wiernych. Największym wrogiem wiary w Boga jest bierność Jego wyznawców. Gdy w listopadzie ubiegłego roku oglądałem ów film, na widowni było zaledwie kilkanaście osób, zaś po dwóch tygodniach film zniknął z repertuaru kin warszawskich. Widzowie ocenili "Habemus papam" nogami, co musiało wzbudzić irytację jego dystrybutorów i piewców. W rozmowie z jednym z wysoko postawionych pracowników Telewizji Polskiej usłyszałem, że na razie TVP nie może sobie pozwolić na jego zakup. Jednak znając mechanizmy istniejące w obecnej TVP, należy się spodziewać, że chodzi o przeczekanie i pewnego dnia film zostanie pokazany w publicznej telewizji. Zanim do tego dojdzie, trzeba nazwać rzeczy po imieniu i ostrzec przed żałosnym paszkwilem na Papieża Polaka, a także przed poczynaniami tych, którzy zachwalając ów film, powołują się na autorytet Kościoła.

Ks. prof. Waldemar Chrostowski biblista, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my11.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 06 maja 2012, 20:35 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
prof. dr hab. Ewa Nawrocka

Nauka, uczelnie: zapaść czy agonia

Wystąpienie prof. dr hab. Ewy Nawrockiej - profesora Uniwersytetu Gdańskiego, Kierownika Katedry Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej, wygłoszone na konferencji "Wściekłość i oburzenie. Obrazy rewolty w kulturze współczesnej" na Uniwersytecie Gdańskim, 18 kwietnia 2012 roku. Wystąpienie pokazuje jak bardzo chory jest nasz system kształcenia; jak wiele w nim patologii, udawania i fikcji. W pewnym sensie - to metafora całej Polski.

Oto treść wystąpienia:

To moje wystąpienie nie jest referatem, po którym można by bić brawa ani gwizdać, no chyba że z oburzenia. Bo ono jest wyrazem bólu, nawet nie oburzenia ani wściekłości, ale właśnie bólu. I chciałabym, żeby państwo wysłuchali tego wystąpienia właśnie w taki sposób. (...)

Wiele nas boli, wiele nas oburza, i jest ku temu wiele powodów, wiele i różnych. Wyczuwanych, odczuwanych, uświadamianych, rzeczywistych albo urojonych, obiektywnych i subiektywnych, w skali mikro naszej prywatnej egzystencji, całego uniwersytetu, wydziału filologicznego, polonistycznego podwórka, czy najszerzej - całego kraju.

Rozmawiamy o tym w domu, w rodzinach, w naszych uniwersyteckich pokojach, w bufecie, na korytarzach, na prywatnych spotkaniach, w kuluarach sesji i oficjalnie w konferencyjnych wystąpieniach, z głębokim bólem i płomiennym oburzeniem. Niektórzy piszą listy do koleżanek i kolegów z innych uczelni, do Rady Wydziału, do rektora Uniwersytetu, do prasy. Wszyscy mają poczucie, ba, pewność, że jest źle, bardzo źle. Z polonistyką, z humanistyką, z nauką, z uniwersytetami, z kondycją duchową społeczeństwa. Że będzie jeszcze gorzej. Wszystko toczy się po równi pochyłej. Jesteśmy obolali, oburzeni. Nawet najostrzejsze słowa nie są w stanie tego wyrazić.

Co z tego wynika? Nic. Wielkie, piramidalne, obezwładniające nic. Pracownicy Katedry Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej postanowili coś zrobić. To było w styczniu tego roku. Na początek wypowiedzieć, spisać nasze bóle i nasze oburzenie, spisać "czyny i rozmowy", jak mówi poeta. Po to, by zdiagnozować stan rzeczy, opisać rzeczywistość i nasze jej rozpoznanie. Zwróciłam się drogą mailową, a także ustnie, osobiście, do wszystkich kierowników katedr Instytutu Filologii Polskiej, a także do niektórych zaprzyjaźnionych koleżanek i kolegów z innych filologicznych instytutów z prośbą, by odpowiedzieli pisemnie na pytanie: co nas boli, co nas oburza.

To było w styczniu. I co? I nic. Odpowiedziało 9 osób. 7 z naszej katedry, jeden językoznawca i jeden historyk literatury. 9 osób na przeszło 80 pracowników Instytutu Filologii Polskiej. 9 sprawiedliwych, czy 9 naiwnych? 9 frustratów, czy 9 anarchistów? Dlaczego nasza inicjatywa nie znalazła odzewu? Czy pytanie zostało źle sformułowane, nie w porę? Czy już tak długo i tak głęboko zanurzyliśmy się w szambie, że pokochaliśmy to swoje poniżenie i smród rozkładu? (...)

Ta sytuacja mówi coś o nas samych. Dał o sobie znać kompleks Stefka Marudy. Nie warto, na pewno się nie uda, żadne działanie i gadanie nie mają sensu. Nic od nas nie zależy, jakoś to będzie, jakoś się ułoży, najlepiej bez naszego udziału.

Może jest jeszcze gorzej. Obezwładniający konformizm czy wręcz zwykłe tchórzostwo, lęk przed wychyleniem się, odsłonięciem, narażeniem się, każdy ma coś do stracenia. Młodzi pracownicy stają pod ścianą i perspektywą gilotyny. Umowy o pracę adiunktów, zawarte na czas określony, krótki, bo trzyletni, mogą nie zostać przedłużone, i wtedy na bruk. Habilitacja niezrobiona w terminie - na bruk. Może być i tak, że pomimo wszystkich 4 pozytywnych recenzji, rektor zaangażuje się w naciski na Radę Wydziału, by uwaliła habilitanta. To przypadek z Wydziału Oceanografii. Albo recenzje habilitacji są po kumotersku zawsze bardzo pozytywne. Albo wprost przeciwnie - pryncypialnie negatywne, wychodząc z założenia jedynie słusznej, jedynie naukowej, jedynie obowiązującej metodologii. Jest więc czego się bać.

Wniosek o profesurę belwederską może zostać przez Radę Wydziału odrzucony z powodów ideologicznych. Kandydat na profesora jest zanadto religijny, czytaj: katolicki. To przypadek polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Albo światopoglądowo niewyrazisty, lub uformowany w minionej, niesłusznej, czytaj komunistycznej epoce.

Pasje lustracyjne, rozmaicie i przeciwstawnie motywowane są w środowisku naukowym w stanie wrzenia. Jak wiadomo, nowa ustawa o szkolnictwie wyższym w sprawie profesury pozbawia Radę Wydziałów prawda decydowania. Wprowadza właściwie sądy kapturowe, których tajne wyroki muszą zostać zaakceptowane. Ale jest i druga strona medalu, równie obrzydliwa. Przedłużenie umowy o pracę adiunkta oraz awans na profesora uczelnianego musi odbywać się drogą konkursu. Tylko, że te konkursy są ustawione, są fikcją. Wszak chcemy przedłużyć umowę "naszemu" adiunktowi, bo jest dobry, ale także dlatego, że jest "nasz", bez względu na to, jak dobrzy będą konkurenci stający do konkursu, i nieświadomi, że biorą udział w żenującej fikcji, upokarzającej wszystkich uczestników tej farsy.

Jest jeszcze gorzej. Są adiunkci nie do ruszenia, mimo że ich obecność na Uniwersytecie jest wielką pomyłką, o czym wszyscy wiedzą. Nie robią latami, i nie zrobią habilitacji. Albo robią ją na kompromitującym poziomie. Wykorzystali wszystkie możliwe urlopy, są stale na zwolnieniach lekarskich, potem wchodzą w wiek emerytalny i stają się nietykalni. Blokują etaty, demoralizują studentów, generują koszty edukacji, trzeba za nich organizować płatne zastępstwa, olewają swoje nauczycielskie obowiązki.

Profesorowie w zdecydowanej większości, jakby z zasady, w nic się nie angażują. Zamknięci w wieży słoniowej "nauki czystej" robią swoje. To znaczy piszą swoje kolejne książki, znane w wąskim gronie specjalistów, których nie czytają nawet ich studenci. Jeżdżą na kolejne konferencje krajowe i zagraniczne, zapraszani drogą półprywatną. Zresztą to tylko ich stać na zapłacenie wpisowego, 300-400 a nawet 500 złotych, opłacenie podróży i hotelu, w sumie 700 do 1000 złotych za wyjazd konferencyjny. Potem publikują w książkach konferencyjnych, które muszą udawać monografię, bo za monografię liczy się więcej punktów niż za referat wygłoszony na konferencji.

Piszą na prawo i lewo recenzje doktoratów i habilitacji, ktoś je musi pisać, ale często w wąskim kręgu wzajemnych usług: ty mojemu, ja twojemu. Pracują na paru etatach, chcą w spokoju dotrwać do emerytury. Już się nie wychylą, nie nadstawią głowy, nie zajmą stanowiska. Często znudzeni, wypaleni, zniechęceni, cyniczni, bez wiary w skuteczność jakiegokolwiek działania zmierzającego do zmiany status quo, albo dostosowujący się do każdej sytuacji.

Powszechny, zatrważający upadek etyki w nauce jest tajemnicą poliszynela. A wokół rozrasta się i umacnia Rzeczpospolita Urzędasów. Pracownicy naukowi - zwróćmy uwagę na tę nazwę: "pracownicy naukowi" - pełniący funkcje kierownicze w katedrach, instytutach, dziekanatach, zmieniają się w sterowanych odgórnie urzędników. Dniami i nocami, przez tygodnie i miesiące, kosztem zdrowia, snu, nerwów, własnej pracy naukowej i dydaktyki, piszą sprawozdania, wypełniają ankiety, liczą godziny, przecinają siatki, kombinują jak wyprowadzić władze zwierzchnie i ministerialne w pole, wymyślają nowe nazwy przedmiotów, zadrukowują tony papieru, co parę dni zmieniają wyliczenia i wykresy bo rektorat przysyła nowe wytyczne, coraz to spływające z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Urzędasy na wszystkich szczeblach władzy, oderwani od rzeczywistości, zanurzeni w papierach, sprawozdaniach, protokołach, projektach, notach, liczbach, punktach, grantach - obezwładniają, paraliżują, zatruwają, straszą, grożą. W imię fikcji, utopii, matriksu, iluzorycznej reformy w imię nowoczesności, innowacyjności, europejskości i mitycznej Ameryki jako wzoru.

Nikomu nie przychodzi do głowy elementarne pytanie: po co komu Uniwersytet?! I jaki powinien być. Czy kiedykolwiek na którejkolwiek Radzie Wydziału i na Senacie odbyła się dyskusja o istocie powinności, o duchu Uniwersytetu? Nigdy. W ciągu 45 lat mojej pracy, najpierw w Wyższej Szkole Pedagogicznej a potem na Uniwersytecie byłam członkiem różnych gremiów, Rady Wydziału i Senatu, i nigdy [nie było takich dyskusji].

Tak, wiem, teraz jest czas na weksle, nie na książki. Cytuję przenikliwe i prorocze słowa niegdysiejszego młodego i buńczucznego polityka Kongresu Liberałów, który dziś jest odpowiedzialny za kierunek zmian w kraju: "Gdański Uniwersytet jest największym deweloperem na Pomorzu. Buduje od lat coraz większe, coraz nowocześniejsze i coraz droższe budynki." [Nie jesteśmy pewni, gdzie kończy się cytat, ale logicznie właśnie tu - red.] Daje zarobić niezliczonej ilości wykonawców i firm dostawczych, a one rewanżują się decydentom bynajmniej nie bukietami kwiatów. Pensje tzw. pracowników naukowych, już nawet nie uczonych, raczej wyrobników wyrabiających swoje ustawowo wymagane godziny stoją w miejscu na poziomie najniższym w ramach płacowych widełek. Aby zorganizować spotkanie studentów z naszym emerytowanym profesorem w jakiejkolwiek sali na wydziale musimy uzyskać pisemną zgodę kanclerza na bezpłatne jej wykorzystanie. Każdy sposób zarobienia pieniędzy jest dobrze widziany.

Rektor Uniwersytetu Gdańskiego, jako jedyny kandydat na stanowisko, wybrany po putinowsku na drugą kadencję przez stary Senat, w imię oszczędności wymusza redukcję godzin dydaktycznych. Nie tylko drastyczne ograniczenie ich ilości, ale i zamianę ćwiczeń na wykłady w proporcji 50 na 50 procent. Odmawia zgody na nowe etaty, nawet na wymianę emeryta-profesora na adiunkta. Wymusza likwidację nadgodzin obsadzaniem zajęć przez doktorantów. Nie daje sobie wytłumaczyć, że istotą edukacji w szkole wyższej, zresztą nie tylko uniwersyteckiej, ale zwłaszcza w dziedzinie humanistyki, jest rozmowa, dialog, komunikacja. A to da się przeprowadzić przede wszystkim na ćwiczeniach i konwersatoriach. I nie w grupach ponad 30-o osobowych. Nie ma innej drogi skutecznej edukacji do życia w społeczeństwie niż żywy kontakt studenta z nauczycielem, adiunktem, profesorem, człowieka z człowiekiem. I to chciałabym napisać dużymi literami: CZŁOWIEKA Z CZŁOWIEKIEM. W rozmowie, dyskusji, sporze, polemice. Gdzie mamy się tego nauczyć jak nie tu, na Uniwersytecie.

Zarządzający nauką w tym kraju nie zdają sobie sprawy z tego, że Uniwersytet to nie tylko budynki, przeszklone hole, labirynty korytarzy, windy i najdroższa aparatura, martwa, kamienna, szklana pustynia. Bo Uniwersytet to przede wszystkim sprawa ducha, intelektu, bezinteresownej miłości do wiedzy i nauki, ciekawość i zapał, radość i odwaga myślenia, sztuka zadawania pytań i szukania odpowiedzi. To pasja tworzenia, umiejętność komunikacji i dialogu, to przestrzeń obcowania z wartościami, to uczenie. Ludzie z wiedza i pasją, odważni i etyczni, uczciwi i prawi, niezależni od urzędasów i politycznej koniunktury. Ich podstawową powinnością jest uczciwe, twórcze, niezależne, wolne, niezadekretowane myślenie, krytyczne myślenie. I tego mają uczyć studentów w procesie wzajemnie stymulowanej intelektualnej interakcji. Czy to jeszcze gdziekolwiek istnieje?

Bezmyślna i nieodpowiedzialna reforma szkolnictwa podstawowego i średniego doprowadziła do kompletnej zapaści edukacyjnej. Jej autorzy i orędownicy już gryzą siebie, a nauczyciele zmagają się z przeszkodami nie do przeskoczenia. A my dostajemy studentów niedouczonych, niemyślących, intelektualnie leniwych i biernych, do tego aroganckich i niezainteresowanych studiami poza zdobyciem papieru.

Ale czy mamy prawo narzekać? Bez sprzeciwu pogodziliśmy się z likwidacją egzaminów wstępnych i regułami nowej, ogłupiającej, testowej matury.

A właściwie co Uniwersytet oferuje swoim studentom? Coraz to nowe kierunki - bo za to są punkty. Kierunki, na których wciskamy im iluzoryczną, nikomu do niczego niepotrzebną, pozorną wiedzę, której oni i tak nie przyswajają, bo już wiedzą, i już widzą, że to się im do niczego nie przyda. Uprawiamy wzajemne, obrzydliwe, oszukańcze praktyki. My ratujemy swoje etaty, kombinując skąd by tu jeszcze znaleźć godziny, które rektor i ministerstwo każą nam ograniczać.

Studenci nie uczą się i nie umieją się uczyć. Nie czytają literatury, nie myślą. Nie są w stanie zbudować dłuższej, spójnej merytorycznej wypowiedzi ustnej. Piszą z błędami stylistycznymi i ortograficznymi. Trudno się nawet temu dziwić. Język polski jest dyskryminowany jako język naukowy. Punktuje się publikacje w językach obcych. Kultura języka w społeczeństwie jest na coraz niższym poziomie. Jego żenującą kalekość widać, słychać i czuć w atakujących nas zewsząd wypowiedziach polityków i dziennikarzy.

A studenci? Czy żądają, by od nich czegoś wymagano? By uczciwie rozliczano z tych wymagań? Czy skarżą się na olewanie zajęć, na niepunktualnych i nieprzygotowanych do zajęć wykładowców, nudne ćwiczenia i wykłady, powtarzane na pierwszym i drugim stopniu edukacji tematy, ćwiczenia, metody dydaktyczne? Nie chodzą na zajęcia i nieskończenie zaliczają ćwiczenia, wymuszają kolejne terminy egzaminów. Władze idą im na rękę. Egzaminatorzy kapitulują ze zmęczenia, zniechęcenia, obrzydzenia. Mało kto odważa się oblać studenta - bo rozpadnie się grupa, bo zabraknie godzin, bo zagrożone będą nasze etaty.

Czy studenci oburzają się na praktyki łapówkarskie? Czy potępiają ściąganie i kupowanie prac licencjackich i magisterskich? Notorycznie zrzynają z internetu. Czy razi ich wulgarne słownictwo, rynsztokowy język kolegów i, niestety, koleżanek, rozbrzmiewający w tych murach?

Powszechnie daje znać o sobie syndrom kacetu. Jedni są ofiarami, drudzy katami, i to na zmianę. Jedni i drudzy są sobie potrzebni, podzielili się funkcjami i rolami, weszli w te wyznaczone role i jakoś dobrze im z tym.

A może nie należy obrażać się na rzeczywistość? Może prorocze hasło prymatu weksla nad książką należy obrócić na swoją korzyść? Może należy zlikwidować państwowe uczelnie w obecnym kształcie? Rozwiązać anachroniczne, skostniałe uniwersytety, rozpędzić na cztery wiatry ministerstwo nauki. Skoro państwo nie ma pieniędzy na naukę, na nic nie ma pieniędzy, niech się odczepi. Niech zapanuje wszechwładne, zdrowe prawo rynku. Wiedza jest towarem, trzeba ją dobrze sprzedać i drogo kupić. Żadnych etatowych pracowników naukowych, żadnych ministerialnych programów, żadnych państwowych dotacji, nominacji i kontroli.

"Rób co możesz" - mówi anioł we śnie do Czesława Miłosza. Zawsze coś możesz zrobić. Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębin. Organizujmy się w uniwersyteckie korporacje lokalne, skrzyknijmy się i stwórzmy atrakcyjne programy nauczania, własne zasady finansowania. Papiery i dyplomy nieważne, bo i tak w praktyce liczą się umiejętności, nie papiery. Niech rynek weryfikuje naszą przydatność na uniwersytetach nowego typu. Wymyślmy sobie takie uniwersytety.

I spójrzmy prawdzie w oczy: w obecnej formie i w obecnej kondycji nie jesteśmy społeczeństwu do niczego potrzebni. Sfrustrowani, wypaleni, bezwolni, zastraszeni, narzekający, niezdolni do solidarności, na pewno nie jesteśmy potrzebni. Wyobraźmy sobie, że sfrustrowany rzeźnik nie jest w stanie rozebrać tuszy wołu, a wypalony rolnik zaorze pół pola i nie posieje, a depresyjny dróżnik nie przestawi zwrotnicy.

"Z wiosną idą chmury, z chmury piorun uderza". Niech uderzy. Zbliża się maj. Pamiętajmy o paryskim maju 1968.

Ogłaszam alarm dla uniwersyteckiej społeczności. Niech trwa.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=80


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 09 maja 2012, 06:56 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Do czego prowadzi gloryfikowany współcześnie relatywizm? Jak zafałszowuje nam obraz dziejów i obraz świata?

Różnice w odpowiedzialności Polaków i Niemców

Czasy dzisiejsze, powszechnego demokratyzmu, nie lubią rozmawiać o różnicach. Wszak wszyscy jesteśmy tacy sami, a jeżeli są między nami jakieś różnice to zwykle nieistotne i nie mogące powodować różnic w traktowaniu czy ocenianiu. Budując nowe czasy, wszystko trzeba zrównać. Ciekawe tylko czy np. wszyscy miłośnicy równości zrównaliby i do jednego worka „zabójca” wrzuciliby: zawodowego mordercę, żołnierza zabijającego na polu walki oraz żonę zabijającą męża – tyrana domowego w akcie samoobrony? No przecież, wszyscy uczynili to samo – zabili drugą osobę. Na szczęście w dziedzinie prawa demokratyzm nie do końca jest rozpowszechniony i dość starannie odróżnia się tam rozmaite sytuacje faktyczne.

Ma jeszcze prawo jedną przydatną rzecz. Domniemania i ciężar dowodu. Ciężar dowodu eliminuje nam ludzi, którzy chcą być dopuszczeni do poważnej dyskusji mówiąc: „gospodarka komunistyczna jest najlepsza”. Można im wtedy odpowiedzieć: to znajdź Pan przykład racjonalnej gospodarki komunistycznej, a potem może pogadamy. Podobnie jest z domniemaniami. Też pozwala nam ominąć bezproduktywną dyskusję o tym, że gospodarka komunistyczna jest lepsza od kapitalistycznej. Uznaje się, że kapitalistyczna jest najlepsza. A jak ktoś znajdzie dowody na to, że jednak komunistyczna, to proszę bardzo. Tylko niech nas nie zmusza do udowadniania, że ziemia jest okrągła, a nie płaska.

Za chwilę tu podanemu przykładowi, od którego chcę wyjść w pokazywaniu różnic w odpowiedzialności za Holocaust w czasie II WŚ, można z pewnością zarzucić trywialność. Ale może wychodząc od prostych rzeczy, zrozumiemy te bardziej skomplikowane, tak abyśmy do jednego worka nie wrzucali Jedwabnego i Auschwitz-Birkenau.

Wyobraźmy sobie fabrykę ciastek, w której jeden z pracowników z własnej złośliwej inicjatywy wsypuje do ciasteczek arszenik, skutecznie w ten sposób kończąc życie konsumentów tych ciastek. Będzie odpowiadał za morderstwo? Jak najbardziej. Jaka będzie natomiast odpowiedzialność właściciela fabryczek i innych pracowników? Otóż, właściciel musi ponosić odpowiedzialność za to jakich pracowników sobie dobiera, za to jaki nadzór nad nimi prowadzi. Właściciel będzie miał do udowodnienia, że nadzór nad pracownikami jaki sprawował eliminował możliwość dosypywania przez nich arszeniku. Jeżeli natomiast udowodnimy, że właściciel widział, że jego pracownik wsypuje arszenik i nic z tym nie zrobił, to będzie można wyciągnąć z tego domniemanie że działał wspólnie z tym pracownikiem i będzie odpowiadał za morderstwo. Pracownika dosypującego arszenik za samo dosypywanie arszeniku stawiam pod zarzutem morderstwa. Właściciela też możemy za zarzut morderstwa, ale tylko gdy udowodnimy mu, że wiedział o procederze swojego pracownika i wyrażał na to zgodę. Innych pracowników możemy natomiast oskarżyć tylko wtedy gdy dowiemy się, że widzieli o tym procederze i nie próbowali go przerwać zawiadamiając chociażby o tym właściciela.

Trochę inaczej odpowiedzialność rozłoży nam się w sytuacji, gdy to właściciel fabryczki nakaże wszystkim swoim pracownikom dosypywać arszeniku. Oczywiście, że będzie odpowiadał za morderstwo i nie będzie mógł uciec przed odpowiedzialnością – mówiąc, że on tylko kazał, ale sam nigdy nie dosypywał, wiec samemu nie przyczynił się do zabójstwa nikogo. Pracownicy dosypujący arszenik też będą odpowiadać za morderstwo, ale będą mogli próbować uciec przed odpowiedzialnością tłumacząc, że działali pod przymusem. W tym jednak przypadku odpowiedzialność spadnie na wszystkich, a ostatecznie największą odpowiedzialność – sprawstwo kierownicze, będzie ponosić właściciel fabryczki. Takie będzie domniemanie wynikające ze stanu faktycznego, i ciężar dowodu spadnie na samych pracowników fabryczki, którzy będą musieli udowodnić że maksymalnie opierali się przeciwko rozporządzeniom właściciela i działali pod przymusem.

Gdy więc Państwo Niemieckie zaczęło wydawać ustawy antysemickie, a po konferencji z Wansee eksterminacja Żydów stała się oficjalną polityką III Rzeszy, to w tym momencie na właścicielach Niemiec – obywatelach Niemiec, ciąży odpowiedzialność za tą politykę. Niemcy gdyby w 1942 roku podnieśli jakieś powstanie przeciwko tej politycy – mieliby dziś argument, że się z tą polityką nie zgadzali. Wina Niemców bardziej leży nie od strony tego, że byli wykonawcami – z czego zawsze mogą się wybronić, że wykonywali tylko rozkazy. Ich wina jest pochodną tego, że to oni są i byli „właścicielami” Niemiec i że to oni pozwolili na uchwalenie takiego a nie innego prawa. Z sytuacji faktycznej wynika domniemanie, że wszyscy Niemcy popierali politykę Nazistów i to na Niemcy mają ciężar dowodu wykazania tego, że byli niewinni.

W przypadku Polski. Czy ktoś ma jakieś dokumenty na to, że oficjalna polityka Rządu RP w czasie wojny dążyła do wymordowania Polskich Żydów? Akty prawne sygnowane przez Polskie władze, w których zachęca się do mordowania obywateli polskich wyznania mojżeszowego? Dokumenty na prowadzenie takich akcji w trybie nieformalnym. Jeżeli już jakąś odpowiedzialność wobec Polski można wyciągnąć, to tylko za brak nadzoru nad swoimi obywateli dokonującymi morderstw nad Żydami w czasie wojny. Ale tu nasz Rząd może to odeprzeć zarzutem, że od dnia 2 IX 1939 roku po kapitulacji ostatnich jednostek Armii Polskiej stracił faktyczną zdolność wykonywania władzy na terytorium Polski i funkcje te zostały przejęte przez państwa okupacyjne – Niemcy i Związek Sowiecki. Tym bardziej natomiast nie można wyciągać odpowiedzialności wobec innych obywateli Polskich, którzy nie mogą się wstydzić działania swojego Państwa i nie mogą też ponosić odpowiedzialności za działania niektórych swoich współrodaków. Domniemanie jest w tej sytuacji faktycznej takie, że Polska walczyła z Nazizmem i sprzeciwiała się polityce eksterminacji. Polacy nie muszą udowadniać swojej niewinności. Ciężar dowodu jest przesunięty na tych, którzy szukają w naszej historii „Jedwabnego”. I nawet z tak udowodnionych zbrodni nie można jednak wysnuć wniosku, że w czasie wojny wszyscy Polacy mordowali Żydów.

http://grudqowy.salon24.pl/415414,rozni ... -i-niemcow


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 11 maja 2012, 16:02 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Ptaki i ludzie – SOWA

Sztuka kamuflażu wśród ptaków polega na upodobnieniu się do środowiska w celu ukrycia się przed wrogami lub zamaskowania swoich prawdziwych intencji, czyhając na swoją ofiarę jak jest w przypadku drapieżców. Kamuflaż może przybierać formę upodabniania się do koloru podłoża, układu cieni, nieregularnych wzorów itp.

Tak jest u ptaków a jak jest u ludzi?

Warto sięgnąć do chińskiego klasyka słynnego Sun Tzu, którego myśli są nadal aktualne dla polityków, biznesmenów, wojskowych oraz wszelakich służb widnych i tajnych.Aktualne i stosowane w praktyce.

W swoim znakomitym dziele „ Sztuka wojny, które liczy ponad 2, 5 tysiąca lat - tak oto mądrze prawi;

…Mądrzy władcy i przebiegli dowódcy pokonują przeciwników i dokonują wybitnych czynów, ponieważ z wyprzedzeniem zdobywają wiedzę o wrogu.

Takiej wiedzy nie uzyskuje się od zjaw ani duchów, ani na podstawie wniosków wypływających z różnych zjawisk, nie z obserwacji Nieba, ale od ludzi, ponieważ jest to wiedza o rzeczywistej sytuacji nieprzyjaciela.

Istnieje pięć typów szpiegów: miejscowy, wewnętrzny, nawrócony, czyli podwójny agent, martwy, czyli rozgłaszający, oraz żywy. Jeżeli wszystkich pięć typów współpracuje ze sobą i nikt nie zna ich Tao, to mamy do czynienia z „ metodą duchów „. Dla władcy to istny skarb.

Szpiedzy miejscowi to zatrudnieni przez nas ludzie z lokalnego terenu.

Szpiedzy wewnętrzni to zatrudnieni przez nas ludzie, którzy piastują stanowiska w kraju przeciwnika.

Podwójni agenci to zatrudniani przez nas szpiedzy nieprzyjaciela.

„ Martwi”, czyli rozgłaszający szpiedzy to ludzie zatrudnieni, aby poza granicami państwa siać dezinformację. Trzeba im podsuwać fałszywe informację, żeby do szpiegów przeciwnika docierała nieprawda.

Żywi szpiedzy to tacy, którzy wracają ze zdobytymi informacjami.

Kto nie jest wnikliwy i bystry nie potrafi dostrzec treści pod maską kamuflażu.

Wnikliwość i jeszcze raz wnikliwość!

Niech Niebo i Ziemia będą z Wami.

http://taomm.salon24.pl/415848,ptaki-i-ludzie-sowa


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 20 maja 2012, 19:40 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Parę słów o "katolickiej" wersji GW.

Precz z grzechem

Co może robić tygodnik z nazwy i tradycji katolicki, który postanowił kiedyś być sztandarem „katolicyzmu otwartego"?

Katolicy kupować go już nie chcą, bo nie widzą w nim obrony prawd i zasad swojej wiary, tylko wręcz przeciwnie − nieustanne ich rozmywanie, podmywanie i podgryzanie. A dla nie-katolików i tak pozostaje wciąż pismem katolickim, co znaczy w ich przekonaniu: nudnym, nienowoczesnym i nie ich.

Teoretycznie wyjścia są dwa: albo wrócić do korzeni i starać się odzyskać czytelnika katolickiego, albo zalecać się do tych, którzy na metkę „medium katolickie" reagują odmownie.

Z przyczyn psychologicznych pierwsze wyjście w grę nie wchodzi. Wymagałoby przyznania się przez tworzące tygodnik środowisko przed samymi sobą do błędu. I nie tylko do zwykłego przyznania się, ale i jakiegoś rozrachunku z pomysłem „katolicyzmu otwartego", który w praktyce okazał się − jak dowodzą choćby zawodowe życiorysy wychowanków tygodnika − wydłużeniem w czasie apostazji i rozpisaniem jej na szereg decyzji drobnych, niezauważalnych, a więc łatwiejszych do podjęcia. Sprowadzenie krzyża do roli bibelotu na biurku intelektualisty, zredukowanie wiary do miłego obyczaju przodków, jak sianko na wigilijnym obrusie i kapusta z grzybami inaczej się oczywiście skończyć nie mogło. Jeśli katolicyzm kapituluje przed nowoczesnością i ucieka ze sfery publicznej do prywatności, to staje się niezdolny do udzielania tych odpowiedzi na podstawowe pytanie − a religia, która tych odpowiedzi nie udziela, na diabła komu jest potrzebna (par excellence).

Tygodnikowym katolikom z przyzwyczajenia pozostaje zatem tylko jedno wyjście: jakoś się przypodobać tym, którzy katolicyzmu nie cenią i nie lubią. Wiadomo, jest taki mechanizm, że się docenia i wspiera renegata z wrogiego obozu. Wspomniany tygodnik doświadczył tego po spektakularnym, choć na głos nie wypowiedzianym wymówieniu przez jego redaktora naczelnego posłuszeństwa zakonnego. Gdy ksiądz Boniecki (bo przecież każdy czytelnik od pierwszej chwili wie, jaki to postkatolicki tygodnik mam na myśli), naplótłszy konfundujących wiernych głupstw, został przez zakonną zwierzchność skarcony i poproszony, aby powstrzymał się od wystąpień publicznych, zaczął udzielać się na spotkaniach „zamkniętych", z których szczegółowe relacje natychmiast lądowały na pierwszych stronach wpływowych gazet. A „Tygodnik Powszechny" zaczął mobilizować wokół siebie kampanię poparcia dla błądzącego kapłana. W efekcie sprzedaż wzrosła mu o prawie 4 tysiące egzemplarzy. W liczbach bezwzględnych to niewiele, ale przymierzone do zamierającej od lat sprzedaży tygodnika oznaczało zwiększenie jej o jedną piątą.

Najwyraźniej ten impuls wyczerpał się już i tygodnik postanowił pójść dalej. Mamy przecież sezon Pierwszych Komunii Świętych, obyczaju od dawna niepomiernie irytującego tutejszych „europejczyków". Postkatolickie pismo postanowiło więc „wszcząć dyskusję" nad koniecznością zrewidowania tej tradycji. Przed pierwszą komunią dzieci odbywają pierwszą spowiedź świętą − i to właśnie uznali postkatolicy za dobry punkt do ataku. Z obłudną troską o dzieci, narażane tym archaicznym obyczajem na stres, wystąpili oni z tezą, że spowiedź to nazbyt wielki szok psychiczny dla ośmiolatka, że zmuszanie go do rachunku sumienia, żalu za grzechy, a już co najgorsze wyznawania jakiemuś księdzu win sprawia, iż dziecko doświadcza stanów lękowych, moczy się w nocy i w ogóle. No i cała ta stresująca, by nie rzec wprost, barbarzyńska toczka: konfesjonały, kolejki do nich... No, nie. Dawajmy komunię jak leci, każdemu, potraktujmy prawo do sakramentu jak jeszcze jedno z praw człowieka. A kto ewentualnie będzie chciał chodzić do spowiedzi, to jakoś tam, kiedyś, później, gdy już będzie wystarczająco dojrzały...

No dobrze, żeby za bardzo się nie wgłębiać w zbędne polemiki, zapytam tygodnikowych „otwieraczy" katolicyzmu o sprawę zasadniczą: a kiedy waszym zdaniem człowiek jest „wystarczająco" dojrzały?

Zapewne, jak ktoś chce znaleźć przykłady strasznego wpływu spowiedzi na psychikę ośmiolatka, to je znajdzie (choćby wśród dzieci ludzi, którzy wstąpiwszy na równię pochyłą „katolicyzmu otwartego" zaniechali pracy nad katolickim wychowaniem swych pociech). Ja bez trudu mógłbym wskazać wiele przykładów ludzi pełnoletnich, którzy nadal elementarnej dojrzałości nie osiągnęli. Właśnie dlatego, że nikt tego nigdy od nich nie wymagał.

Takich ludzi oczywiście przybywa. Współczesna kultura produkuje ich wręcz masowo. Ludzi, którzy, jak to już raz pozwoliłem sobie podsumować, coraz wcześniej osiągają dojrzałość płciową i coraz później, albo zgoła i nigdy, dojrzałość życiową. „Bohaterem naszych czasów" staje się wieczny bachor, do późnej starości oczekujący, że ktoś się będzie nim zajmować, ktoś zadba, by w swej beztrosce nie zrobił sobie krzywdy i ktoś w razie czego uchroni go od konsekwencji jego własnych złych wyborów. Dla człowieka wychowywanego wedle tego wzorca żaden wiek nie jest dobry, aby go uczyć korzystać z własnego sumienia, oceniać swoje postępowanie, żałować tego, co w nim było złe i naprawiać to. I odwrotnie, dla człowieka wychowywanego normalnie nigdy nie jest na to zbyt wcześnie, byle umieć dostosować sposób wprowadzania moralnej tematyki do wrażliwości dziecka. Odwracając pseudoszlachetne obiekcje tygodnika powiem, że jeśli czyjeś dziecko w wieku ośmiu lat nie umie odbyć pierwszej spowiedzi ze zrozumieniem i pożytkiem, to znaczy, że jego rodzice nadają się do chowania świń, a nie dzieci.

„Troska" autorów „Tygodnika Powszechnego", gdyby potraktować ją życzliwie i poważnie, i tak nie dość daleko idzie. To nie jest sprawa wieku. Idąc ich tropem myślenia, spowiedź jest cała, jako taka, reliktem barbarzyńskich czasów, kiedy usiłowano człowiekowi wpoić poczucie winy. Kiedy szermując pojęciem „grzechu" diaboliczni macherzy z „kościoła kat.", jak nas pogardliwie nazywa palikociarnia, podporządkowywali sobie ludy (celem materialnego ich wyzysku) łudząc je rzekomo posiadaną władzą „rozgrzeszania". Człowiek współczesny, aby osiągnąć pełną wolność, musi się tego przesądu, jakim jest „grzech", całkowicie wyzwolić. Zrozumieć, że nic nie jest złe, jeśli sprawia mu przyjemność, sprzyja samorealizacji. Zapytajcie choćby niejakiego Nergala, o którym tak życzliwie wypowiadał się tyleż poczciwy, co pomylony staruszek w koloratce, szefujący wspomnianemu postkatolickiemu tygodnikowi.

Ayn Rand − skądinąd od chrześcijaństwa nader odległa − pisała, że nie można szukać kompromisu między chlebem a trucizną. Kultura, która zwalcza poczucie winy, nie da się pogodzić z sakramentem pokuty, i postawa „pośrednia", że niby kto chce, może się spowiadać, ale dopiero jak dorośnie, jest tylko kapitulacją; tak jak i z innymi sprawami, jest tak, że kto nie nauczy się spowiadać w dzieciństwie, na 99,9 procenta nie nauczy się już też tego nigdy. Nie da się z nowoczesnością pogodzić fundamentalnego dla wiary przekonania, że człowiek jest grzeszny, więc potrzebuje doskonalenia się. A skoro się nie da, nie należy próbować: katolik nie ma po prostu innego wyjścia, niż być nienowoczesny. Jeśli mimo wszystko próbuje, przestaje być katolikiem, nawet jeśli jeszcze nawykowo używa pewnych zapamiętanych z dzieciństwa pojęć. Jak targetowa czytelniczka pism kobiecych, która jeśli powie „zgrzeszyłam", to wyłącznie po to, by wyznać, że skusiła się na pączka czy inną bombę kaloryczną.

Rafał Ziemkiewicz

http://www.rp.pl/artykul/776919,878206- ... m.html?p=1


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 12 cze 2012, 06:40 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Człowiek nad polityką

Polityka ma służyć Narodowi i poszczególnym obywatelom, a nie odwrotnie - o tym władze państwowe nie mogą zapominać. Inaczej dochodzi do degeneracji życia społecznego i wybuchu niezadowolenia, podkreślał wczoraj w Bydgoszczy ks. kard. Tarcisio Bertone, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej

Najbliższy współpracownik Ojca Świętego Benedykta XVI ks. kard. Tarcisio Bertone uroczyście zainaugurował działalność Centrum Studiów Ratzingera w Bydgoszczy, którego siedzibą stała się Kujawsko-Pomorska Szkoła Wyższa. To jedyna założona przez Fundację Watykańską Józefa Ratzingera taka placówka w Polsce i trzecia na świecie. Centrum powstało w Polsce z woli samego Papieża. - Jest to znaczące wydarzenie w historii tej młodej uczelni, ale także Bydgoszczy i Polski - podkreślał wczoraj sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej.
Cele tej nowej inicjatywy to promocja wiedzy i studiów z zakresu teologii i nauczania ks. kard. prof. Josepha Ratzingera, organizowanie i wspieranie konferencji naukowych, nagradzanie wybitnych teologów, studentów. - Centrum chce koordynować, popierać współpracę istniejących już różnych instytucji zajmujących się badaniem dorobku ks. prof. Ratzingera, chce również koordynować tę pracę w stopniu światowym - podkreśla w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ks. prof. KPSW dr Mariusz Kuciński, który pokieruje jego pracami. Zwraca uwagę, że Ojciec Święty Benedykt XVI chciałby, aby powstała sieć uczelni uniwersyteckich, które będą miały odwagę pomagać młodemu człowiekowi stawiać poważne pytania o to, kim jest, jaki jest sens jego życia, i jednocześnie będą miały odwagę towarzyszyć studentowi w szukaniu poważnych odpowiedzi. - Zatem Centrum w Polsce staje się zaczątkiem tworzenia sieci właśnie takich uniwersytetów - zwraca uwagę ks. Kuciński.

Centrum mieści się w Kujawsko-Pomorskiej Szkole Wyższej w Bydgoszczy, z którą umowę podpisała Fundacja Watykańska Józefa Ratzingera - Benedykta XVI. - Współpraca z tą fundacją to dla naszej uczelni ogromny zaszczyt, gdyż dotąd to wyróżnienie spotkało tylko trzy uczelnie w Europie, w tym dwie włoskie - wyznaje w rozmowie z nami dr Helena Czakowska, rektor i profesor Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej w Bydgoszczy. Wczoraj ks. kard. prof. Tarcisio Bertone w uznaniu jego osiągnięć na polu naukowym, społecznym i kulturowym został odznaczony przez Senat Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej w Bydgoszczy najwyższym wyróżnieniem - tytułem profesora honorowego. Został on przyznany po raz pierwszy w dwunastoletniej historii uczelni. Dostojny gość z Watykanu wygłosił także prelekcję pt. "Wkład Josepha Ratzingera - Benedykta XVI w refleksję etyczną nad współczesną ekonomią". Sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej mówił w nim o istniejącym powiązaniu między ekonomią, etyką, polityką, filozofią i religią. - Jeśli polityka zapomina, choćby tylko o fakcie tego swego zasadniczego przeznaczenia dla obywateli, nieuchronnie degeneruje się i rodzi niezadowolenie. Jeśli natomiast polityka odnajduje siebie jako narzędzie służby dobru wspólnemu, wówczas zdaje sobie sprawę, że nie może nie być blisko ludzi, w żywej tkance społeczeństwa - podkreślał ks. kard. Tarcisio Bertone.

u Pomost między wiarą a kulturą - wykład ks. kard. Tarcisio Bertonego - s. 13-15
Społeczeństwa, aby mogły się harmonijnie rozwijać i mieć przed sobą przyszłość, potrzebują trzech autonomicznych zasad: wymiany równoważnych wartości (poprzez umowy), redystrybucji bogactwa (poprzez podatki) i wzajemności (poprzez dzieła, które faktami świadczą o braterstwie), przypominał wczoraj ks. kard. Tarcisio Bertone. Podkreślił, że te trzy zasady muszą łączyć się z dwoma innymi: solidarnością i pomocniczością. - Solidarność jest etyką przyjazną człowiekowi, to znaczy, że państwo musi zagwarantować interesy wszystkich, zwłaszcza tych, którzy nie pracują albo już nie pracują. Oznacza to, że w globalnym społeczeństwie nikt nie może być wykluczony ze względu na wiek, chorobę, bezrobocie, za to, że jest dzieckiem czy rodziną w trudnej sytuacji. Tym bardziej nie mogą być wykluczone przyszłe pokolenia, te dzieci, które jeszcze nie są wśród nas obecne, ale już są w naszych marzeniach i planach - tłumaczył sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej. Zwrócił również uwagę, że w imię zasady pomocniczości państwo powinno pozostawić dużą przestrzeń dla ludzi, samorządów, organizacji społecznych, nie ograniczając ich uprawnionych inicjatyw, lecz raczej pobudzając ich do podjęcia odpowiedzialności. Za Kompendium Nauki Społecznej Kościoła przypomniał, iż nikt, a przede wszystkim władze państwowe, nie może zapomnieć, że "wspólnota polityczna pozostaje zasadniczo w służbie społeczeństwu obywatelskiemu i - w ostatecznym rozrachunku - osobom i grupom, które to społeczeństwo tworzą", a nie odwrotnie. Ksiądz kardynał Bertone nawiązał także do odbywających się w Polsce i na Ukrainie rozgrywek piłkarskich. Stwierdził, że warto pamiętać przy tej okazji, iż wygrać można tylko wtedy, jeśli gra się w zgranej drużynie. - I warto mieć dobrego trenera - dodał z uśmiechem ksiądz kardynał, wskazując, że swego czasu takim "najlepszym trenerem" mediolańscy piłkarze ogłosili Benedykta XVI.

Na rzecz dobra wspólnego

Gość z Watykanu zaznaczył, że godność człowieka i naturalne normy etyczne w świetle wiary i rozumu to dwa "reflektory", które w nauce społecznej i w myśli Josepha Ratzingera - Benedykta XVI oświetlają najlepszą drogę działania w złożonym współczesnym świecie. To właśnie one dają niezawodną nadzieję współczesnemu człowiekowi, ocenił ks. kard. Bertone. Najbliższy współpracownik Ojca Świętego podkreślił także, że "zaangażowanie społeczno-polityczne - zaangażowanie na rzecz dążenia do dobra wspólnego - należy do chrześcijańskiej koncepcji życia ludzkiego i dlatego krytykę moralną życia politycznego należy oceniać za właściwą, a nie równorzędną z wywodem politycznym". Zwrócił uwagę, że polityka musi się zastanowić, czym jest dobro wspólne, ale wcześniej musi odpowiedzieć na pytanie, czy w centrum działania społecznego i gospodarczego stoi jeszcze człowiek.
- Osoby wierzące mają obowiązek funkcjonowania w życiu społecznym, politycznym - zaznacza w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dr Aleksander Zioło, socjolog. Odnosząc się do słów księdza kardynała, zwraca uwagę, że przeprowadzone przed kilku laty badania wykazały, iż osoby wierzące, praktykujące są - używając skrótu myślowego - lepszymi obywatelami, są bardziej aktywne, zaangażowane w sprawy społeczne w sferze publicznej. - Wynika z tego, że zaangażowanie religijne polepsza aktywność obywatelską - podkreśla. - Kardynał Ratzinger, Papież Benedykt XVI od wielu lat wskazuje na potrzebę obecności w życiu publicznym wierzących ludzi świeckich. Sfera publiczna potrzebuje świadków religii chrześcijańskiej, katolickiej, czyli takich ludzi, którzy nie tylko mówią o wartościach, ale starają się je realizować w życiu prywatnym i przenoszą w sferę działalności publicznej - dodaje dr Aleksander Zioło.

Promocja myśli Benedykta XVI

- Centrum Studiów Ratzingera to nie nowa szkoła. Centrum ma koordynować istniejące już instytucje czy też współdziałać z nimi, ale także promować rozwój kolejnych, nowych - wyjaśnia ks. dr Mariusz Kuciński. Dyrektor Centrum Studiów Ratzingera zaznacza, że będzie ono propagować metodologię pracy prof. Ratzingera, czyli w oparciu o studiowanie Pisma Świętego, nauczanie Ojców Kościoła szukać odpowiedzi na problemy i pytania stawiane przez współczesnego człowieka. Otwarcie takiego Centrum w Polsce to wielkie wyróżnienie. - To ogromne uznanie Ojca Świętego dla ducha uniwersyteckiego, dla młodzieży, polskich studentów. To nie tylko ogromne wyróżnienie, ale uznanie tego, że Polska jest godna podjąć taką inicjatywę i jest zdolna ją udźwignąć - zaznacza ks. prof. Kuciński. Informuje, że razem z watykańską Fundacją Centrum organizuje także konferencję, która 8 i 9 listopada br. odbędzie się w Rio de Janeiro. - Konferencja zostanie poświęcona ewangelizacji, prawdziwemu obrazowi człowieka i temu, jak współczesny świat redukuje ten obraz - mówi dyrektor Centrum. Zaznacza, że listopadowa konferencja będzie skierowana do świata uniwersyteckiego całej Ameryki Łacińskiej, ma służyć także przygotowaniu do spotkania Papieża Benedykta XVI z młodzieżą w 2013 roku właśnie w Rio de Janeiro.

Drogą myślicieli wiary

Ksiądz prałat Giuseppe A. Scotti, przewodniczący Fundacji Watykańskiej J. Ratzingera - Benedykta XVI, inaugurację Centrum Studiów Ratzingera w Bydgoszczy scharakteryzował jako prawdziwą inwestycję w przyszłość człowieka. - Nie tworzymy tutaj nowego wydziału teologii, nie jesteśmy konkurencją dla historycznych i ważnych uniwersytetów, ale chcemy razem podążać tą drogą wielkich myślicieli wiary. Również z tymi wielkimi myślicielami, których znajdujemy dzisiaj na naszych uniwersytetach, którzy tutaj, i przede wszystkim tutaj, mogą znaleźć pomoc i możliwość prezentacji swojego dorobku - zaznaczył ks. prałat Scotti. Podstawowym celem działania Centrum, jak podkreślało wczoraj wielu prelegentów, jest poszukiwanie prawdy o człowieku i o otaczającym go świecie. Ksiądz Kuciński podziękował Benedyktowi XVI za ogromne zaufanie do naszego Narodu. Przyznał także, iż powstał pomysł ufundowania nagrody "Master Ratzinger", którą otrzymywać mogliby najwybitniejsi badacze myśli Josepha Ratzingera. Z kolei prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski udekorował ks. kard. Bertonego Medalem Prezydenta Miasta - najwyższym odznaczeniem przyznawanym przez władze Bydgoszczy.
Uroczystości inauguracji Centrum odbyły się w ramach dwudniowej naukowej konferencji międzynarodowej "Etyka i ekonomia w świetle nauczania Benedykta XVI" wpisującej się w XXV Bydgoskie Dni Społeczne.

Agnieszka Żurek Bydgoszcz

Współpraca Małgorzata Bochenek

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 15 cze 2012, 06:31 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30978
Łamanie sumień farmaceutów

Z dr. Krzysztofem Wąsowskim z Uniwersytetu Warszawskiego, adwokatem, specjalistą w dziedzinie prawa administracyjnego i koncesyjnego, rozmawia Bogusław Rąpała

Według Głównego Inspektora Farmaceutycznego aptekarze nie mogą odmawiać sprzedawania środków antykoncepcyjnych, powołując się na klauzulę sumienia. Czy stanowisko GIF jest zgodne z prawem?
- Według mnie, tego typu działania Głównego Inspektora Farmaceutycznego noszą znamiona nadużycia prawa i uprawnień. Klauzula sumienia wynikająca z Konstytucji RP gwarantuje wolność przy sprzedaży produktów, które są bądź nie są zgodne z czyimś sumieniem. Z naszej Konstytucji wynika także swoboda działalności gospodarczej. Jak wiadomo, aptekarze prowadzą taką działalność i trudno sobie wyobrazić sytuację, że ktoś ich zmusza do sprzedaży określonego asortymentu leków.

GIP grozi, że apteki, które się nie zastosują, mogą stracić licencję. To realna groźba?
- To skomplikowana sprawa, ponieważ jest to kwestia zasad, na jakich udzielane są licencje aptekarskie. Są to dość ogólne sformułowania mówiące o tym, że jeżeli zostają przekroczone jakieś przepisy prawa, nawet te niższego rzędu, to taka licencja może być cofnięta.

Główny inspektor farmaceutyczny Zofia Ulz argumentuje, że Prawo farmaceutyczne zobowiązuje aptekarzy do "posiadania produktów leczniczych i wyrobów medycznych w ilości i asortymencie niezbędnym do zaspokojenia potrzeb zdrowotnych miejscowej ludności". Czy na pewno należy do nich zaliczać środki antykoncepcyjne?
- W moim przekonaniu, one oczywiście takimi produktami nie są. Natomiast mamy tutaj do czynienia ze sporem interpretacyjnym, ponieważ prawo w tym przypadku jest niejasne i nie ustanawia konkretnej granicy pomiędzy poszczególnymi pojęciami typu: wyrób medyczny czy środek leczniczy. Tak naprawdę jest to pozostawione trochę do uznania odpowiednim organom wykonawczym państwa, które - jak widzimy - rozumieją te przepisy w sobie właściwy sposób i trudno z tym dyskutować.

Te niejasne przepisy dają możliwość nadużyć, ale być może również stwarzają możliwości obrony dla aptek, którym będzie groziło odebranie licencji.
- Dokładnie tak. Ale możliwości obrony są tylko w konkretnych sprawach. Widzę tutaj szereg argumentów za tym, żeby aptekarze, powołując się na ten sam przepis, co Główny Inspektor Farmaceutyczny, mogli bronić wolności swojego sumienia i wolności wyboru.

Co teraz powinni zrobić aptekarze, którzy nie chcą w swoich aptekach sprzedawać środków antykoncepcyjnych?
- Niewątpliwie powinni się zgłosić do prawników. Ponieważ są to kwestie wykonywania prawa, a nie jego stanowienia, wszystko zależy od konkretnych okoliczności i strategii pełnomocników prawnych, którzy będą doradzać w danej sprawie. Szkoda tylko, że zmusza się aptekarzy do obrony swoich interesów na ścieżce prawnej, która z reguły jest kosztowna, bo to państwo powinno gwarantować im prawo do swobodnego wykonywania zawodu. Państwo powinno również choć trochę zaufać samorządom aptekarskim, a nie zmuszać ich do prowadzenia jakichś wojen z organami władzy. To smutne.

Również Rada Europy w 2010 r. przyjęła rezolucję zatytułowaną "Prawo do klauzuli sumienia w ramach legalnej opieki medycznej", w której wzywa do respektowania prawa pracowników medycznych do klauzuli sumienia. Jeśli z tego prawa korzystają w Polsce lekarze, to dlaczego odmawia się go farmaceutom?
- Myślę, że jest to jakaś niezrozumiała chęć nawiązywania do pewnych trendów, które koncentrują się w krajach Europy Zachodniej. Nie wiem, czy nie bierze się to też z jakiegoś kompleksu przedstawicieli naszych władz wykonawczych, aby być bardziej europejskimi niż cała reszta Europy. Co może zaskakiwać, europejskie trybunały wydają ostatnio wyroki zmierzające raczej w kierunku ochrony sumienia. A my poprzez naszą interpretację chcemy być bardziej otwarci niż ci, których za takich uznajemy. Nie chciałbym tego tematu w jakiś sposób upolityczniać, bo to byłoby bardzo proste, ale dla mnie całkowicie niezrozumiała jest ta zbyt duża ingerencja władzy. Być może też organy administracji państwowej chcą pokazać, że są potrzebne do nadzorowania aptekarzy. Ale tak naprawdę powinno się ich nadzorować na zupełnie innych polach, nie w kwestiach sumienia. Wydaje się, że jest dużo więcej potrzebnych leków, których nie możemy czasem dostać w aptece, a powinny być tam dostępne.

Dlaczego zapis o klauzuli sumienia nie zapewnia wystarczającej ochrony aptekarzom?
- Trudno powiedzieć, jaki jest ładunek normatywny klauzuli sumienia. Wiem, że były prowadzone prace, które miały sprawić, iż będzie ona miała formę aktu normatywnego i zostanie wprowadzona do przepisów. Tak naprawdę jesteśmy jednak na początku drogi wprowadzania klauzuli sumienia, tak jak i innych zasad etycznych. Mają one charakter bardziej deontologiczny niż normatywny i wywierają raczej wpływ na interpretację prawa, same natomiast sztywnym, twardym prawem nie są. Dużo więc zależy od orzecznictwa sądu i od organów administracji.

A na razie część aptek może stracić licencję na sprzedaż leków. I komu to ma służyć?
- Być może jest jakiś nacisk firm farmaceutycznych mający na celu wyeliminowanie z rynku niektórych aptek. Jest to też zagranie bardzo medialne, które odciąga uwagę od istotnych problemów życia codziennego. Naprawdę nie ulega żadnej wątpliwości, że środki antykoncepcyjne lekami ratującymi życie nie są i koncentrowanie na tym problemie uwagi opinii publicznej jest zupełnie niepotrzebne.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 101 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 7  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 9 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /