Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 101 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 04 lis 2016, 09:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://marucha.wordpress.com/2016/11/0 ... ek-mierny/

Ernest Hello: Człowiek mierny
Posted by Marucha w dniu 2016-11-03 (czwartek)

Ernest Hello – Studia i szkice, Lwów 1912

Powiedzcie w tym lub owym salonie, że ten lub ów człowiek sławny jest człowiekiem miernym: wszyscy się zdziwią i powiedzą, że to paradoks; ale bo nie wiedzą, co to jest człowiek mierny.
Czy człowiek mierny jest ograniczonym, głupcem, idiotą? Broń Boże! Głupstwo jest na jednym końcu świata, geniusz na drugim, mierność znajduje się pośrodku. Nie mówię, że zajmuje punkt cen­tralny świata duchowego, byłoby to zupełnie co innego; zajmuje on w nim miejsce pośrednie.
Czy człowiek mierny należy do tej sfery, która w filozofii, w po­lityce i w literaturze zowie się złotym środkiem? Czy podziela pa­nujące w tej sferze przekonania? I to nie.
Ten, co należy do złotego środka, wie o tym i chce być takim. Człowiek mierny należy do złotego środka bezwiednie. Należy doń z natury, nie z przekonania; z charakteru, nie z przypadku. Niech będzie gwałtownym, krańcowym, skłonnym do uniesień, niech się oddala jak chce od opinii pośrednich, niemniej przeto, pozostanie zawsze miernym. Nawet jego gwałtowność będzie mierna.
Rysem charakterystycznym, bezwzględnie charakterystycz­nym, człowieka miernego jest uległość względem opinii publicz­nej. Nie mówi on nigdy, zawsze tylko powtarza. Sądzi on człowie­ka wedle jego wieku, wedle stanowiska, powodzenia i fortuny. Ma głęboki szacunek dla ludzi znanych z jakiego bądź względu, np. dla tych, którzy wiele drukowali. Będzie on starał się o wzglę­dy swego największego wroga, jeśli ten stanie się głośnym, ale za nic miałby swego najlepszego przyjaciela, gdyby nikt go przed nim nie wysławiał. Nie pojmuje on, aby człowiek jeszcze nieznany, bied­ny, którego zowią po imieniu, z którym obchodzą się lekceważąco, mógł być człowiekiem genialnym.
Choćbyś był największym z ludzi, jeśli cię znał dzieckiem, sądzi, że będziesz aż nadto zaszczycony, gdy cię porówna z Marmontelem [francuski encyklopedysta – admin]. Nie ośmiela się w niczym wziąć inicjatywy. Jego uwielbienia są prze­zorne, jego zachwyty urzędowe. Pogardza młodymi. Tylko, gdy jakaś wielkość zostanie uznaną, zawoła: “Czy nie przeczuwałem tego?”.
Ale nie powie nigdy wobec wschodzącej zorzy człowieka niezna­nego: “Oto chwała i przyszłość!”. Kto odważy się rzec do pracowni­ka nieznanego: “W tobie jest geniusz! “, sam wart jest chwały, którą obiecuje. Rozumieć, to dorównać, mówił Rafael.
Człowiek mierny może mieć jakieś specjalne uzdolnienia, może mieć talent. Ale intuicja zupełnie mu jest odjęta. Nie ma i nigdy nie będzie miał drugiego wzroku. Może się czegoś nauczyć, nie może odgadnąć. Uznaje on niekiedy jaką ideę, ale nie dostrzeże i nie zro­zumie jej zastosowań rozlicznych, a jeśli przedstawicie mu ją w od­miennej postaci, nie pozna jej i odtrąci ją.
Przyznaje niekiedy jakąś zasadę; jeśli wszakże zwrócicie się do następstw owej zasady, powie, że przesadzacie.
Gdyby wyraz przesada nie istniał, człowiek mierny wynalazłby go.
Człowiek mierny sądzi, że chrześcijaństwo jest użytecznym środkiem ostrożności i byłoby nieroztropnie odrzucić je. Niemniej przeto nienawidzi go w głębi duszy; niekiedy żywi znów dlań pe­wien szacunek konwencjonalny, taki sam, jak dla książek mają­cych powodzenie. Ale żywi szczególną odrazę do katolicyzmu, za­rzuca mu przesadę, woli o wiele protestantyzm, który poczytuje za umiarkowany. Jest on zwolennikiem wszelkich zasad i wszelkich ich przeciwieństw.
Człowiek mierny może mieć pewien szacunek dla ludzi cnotli­wych i dla ludzi utalentowanych. Czuje zawsze obawę i wstręt wo­bec świętych i ludzi genialnych; uważa ich za przesadzonych.
Zapytuje on, na co zakony religijne, szczególnie kontemplacyj­ne. Uznaje siostry miłosierdzia, bo ich działalność rozwija się przy­najmniej częściowo w świecie widzialnym. Ale zapytuje, co komu przyjdzie z karmelitanek?
Jeśli człowiek z natury mierny stanie się prawdziwym chrze­ścijaninem, nieodzownie przestaje być miernym. Może nie stać się człowiekiem wyższym, ale wyzwolony jest z mierności przez rękę mieczem władnącą. Człowiek, który miłuje, nigdy nie jest mierny.
Człowiek prawdziwie mierny uwielbia wszystko po trosze, ale nic całkowicie i z zapałem. Jeżeli mu powtórzycie jego własne my­śli i własne uczucia, oddane z pewnym entuzjazmem, będzie nie­zadowolony. Powie, że przesadzacie; będzie wolał swych wrogów, jeśli są zimni, aniżeli przyjaciół, jeśli są gorącego ducha. Najwięcej ze wszystkiego nie cierpi zapału.
Człowiek mierny ma jedną tylko namiętność: nienawiść dla piękna. Będzie on może powtarzał w tonie banalnym jakąś praw­dę banalną. Wypowiedzcie jednak tę samą prawdę w świetnej for­mie, wyprze się jej, bo napotka piękno, swego wroga osobistego.
Człowiek mierny lubi pisarzy, którzy w żadnej kwestii nie mówią tak ani nie, którzy nic nie twierdzą i oszczędzają wszelkie sprzecz­ne mniemania. łączy on w swych upodobaniach jednocześnie Voltaire’a, Rousseau i Bossueta. Zgadza się on chętnie, żeby zaprze­czano chrześcijaństwu, ale chce, by to czyniono uprzejmie, z pew­nym umiarkowaniem. Ma on szczególną miłość dla racjonalizmu i rzecz dziwna, także dla jansenizmu. Zachwyca się wyznaniem wia­ry Wikarego Sabaudzkiego.
Poczytuje za zuchwalstwo wszelkie twierdzenie, gdyż wyklucza ono zdanie przeciwne. Ale jeśli jesteś trochę zwolennikiem i trochę przeciwnikiem wszelkich twierdzeń, przyzna ci rozum i umiarko­wanie. Będzie się unosił nad delikatnością twego umysłu i powie, że znasz się na subtelnych odcieniach.
Chcąc uniknąć zarzutu nietolerancji, który człowiek mierny sta­wia wszystkim, posiadającym siłę przekonania, należałoby uciec się do zupełnego zwątpienia, ale nie trzeba przy tym nazywać zwątpie­nia po imieniu. Trzeba mu nadać postać opinii umiarkowanej i ma­jącej wzgląd na opinie bieżące lub opinie przeciwne i trzeba uda­wać, że się coś mówi, podczas gdy w istocie rzeczy nie mówi się nic.
Należy do każdego zdania dodawać różne łagodzące omówienia: być może, jeśli wolno się tak wyrazić itp.
W chwili działania, gdy ma coś do spełnienia, człowiek mierny trapiony bywa jedną obawą – obawą kompromitacji. Wygłasza on też wówczas najbardziej oklepane ogólniki z ostrożnością i skrom­nością człowieka, który się lęka, by jego słowa zbyt śmiałe nie wy­wołały groźnych wstrząśnień.
Gdy sądzi jaką książkę, pierwsze słowo jego dotyczy zawsze drob­nych szczegółów, zazwyczaj właściwości stylu. To jest dobrze napisa­ne, mówi on, gdy styl jest płynny, letni, bezbarwny i lękliwy. I prze­ciwnie, uważa, iż rzecz twoja źle jest napisana, gdy życie w niej krąży, kiedy pisząc tworzysz język, kiedy wygłaszasz swe myśli w owym sty­lu jednolitym, po którym poznać można szczerość pisarza. Lubi on literaturę bezosobistą, nie cierpi książek wymagających myślenia. Lubi te, które podobne są do wszystkich, te, co się zgadzają z jego zwyczajami, nie psują mu jego formułek, które mieszczą się w jego schematach, te, które się umie na pamięć, zanim się je przeczyta­ło, bo podobne są do wszystkich, które się czytało od dzieciństwa.
Człowiek mierny utrzymuje, że Chrystus powinien był poprze­stać na zalecaniu miłości, a wstrzymać się od czynienia cudów; ale większą jeszcze odrazę budzą w nim cuda czynione przez świętych, szczególnie przez świętych nowożytnych. Jeśli przy nim wspomnieć o zdarzeniu nadprzyrodzonym a współczesnym, odpowie, że legen­dy mogą bardzo dobrze wyglądać w Żywotach świętych, ale że lepiej tam je pozostawić; jeśli zaś zwrócicie mu uwagę, że potęga Boża ta sama jest dzisiaj, co niegdyś, odpowie, że przesadzacie.
Człowiek mierny utrzymuje, że we wszystkich rzeczach jest trosz­kę złego i troszkę dobrego, że nie trzeba być absolutnym w swych sądach itp. Jeśli obstajesz silnie przy prawdzie, człowiek mierny powie, że zbytnio sobie ufasz. On tak pyszny, nie wie, co to pycha.
Jest on skromny i pyszny zarazem, uległy wobec Woltera, zbunto­wany przeciw Kościołowi. Hasłem jego okrzyk Joaba: “Śmiały jedy­nie przeciw Bogu”.
Człowiek mierny, powodowany obawą rzeczy wyższych, mówi, że ceni nade wszystko zdrowy rozum, ale nie wie, co to jest zdrowy rozum. Rozumie on pod tym wyrazem zaprzeczenie tego wszyst­kiego, co wielkie.
Człowiek mierny może posiadać w wysokim nawet stopniu to, co nazywają sprytem, ale nie może posiadać inteligencji, która jest zdolnością odczytywania idei w faktach.
Człowiek inteligentny wznosi głowę, aby wielbić i czcić; człowiek mierny wznosi głowę, aby szydzić; wszystko, co jest ponad nim, wy­daje mu się śmiesznym, nieskończoność wydaje mu się nicestwem.
Człowiek mierny nie wierzy w diabła.
Człowiek mierny ubolewa, że religia chrześcijańska posiada dogmaty; wolałby, żeby głosiła tylko czystą moralność; a jeżeli mu powiecie, że moralność jej wynika z jej dogmatów, jak wniosek wy­nika z zasady, odpowie, że wpadacie w przesadę.
Miesza on fałszywą skromność, która jest kłamstwem urzędo­wym pospolitych pyszałków, z pokorą, która jest boską i naiwną cnotą świętych.
Między pokorą a skromnością oto jaka zachodzi różnica: Człowiek fałszywie skromny poczytuje swój rozum za wyższy od prawdy Bożej i niezależny od niej, ale uznaje chętnie swą niższość przed rozumem Woltera. Uważa się za niższego od najbardziej pła­skich głupców osiemnastego wieku, ale wyśmiewa się ze św. Teresy.
Człowiek pokorny pogardza wszelkim kłamstwem, choćby było wielbione na całej ziemi, a klęka przed wszelką prawdą.
Człowiek mierny wydaje się zazwyczaj skromnym, nie może zaś być pokornym, a jeżeli się nim staje, przestaje być miernym.
Człowiek mierny wielbi Cicerona na ślepo i bez zastrzeżeń; nie zowie go po imieniu, lecz nazywa go “wielkim mówcą rzymskim”. Przytacza od czasu do czasu: ubinam gentium vivimus?
Człowiek mierny jest najzawziętszym, a zarazem najzimniej­szym wrogiem człowieka genialnego. Przeciwstawia mu siłę bezwładności, siłę w oporze okrutną, przeciwstawia mu swe przyzwyczajenia machinalne i niezwalczo­ne, twierdze swoich starych przesądów, swoją obojętność niechęt­ną, swój sceptycyzm złośliwy, ową nienawiść głęboką, która podob­na jest do bezstronności, przeciwstawia mu oręż ludzi bez serca, twardość głupoty.
Geniusz liczy na entuzjazm, żąda, aby mu się całkowicie odda­no. Człowiek mierny nie oddaje się nigdy całkowicie. Nie ma on en­tuzjazmu ani litości – te dwie rzeczy idą zawsze w parze.
Skoro człowiek genialny jest zniechęcony i sądzi się bliskim śmierci, człowiek mierny patrzy nań z zadowoleniem; rad jest temu konaniu. Mówi wtedy: “Czyż nie przewidywałem tego? Ten czło­wiek po złej kroczył drodze, zbyt wiele miał zaufania w sobie”. Jeżeli człowiek genialny odnosi tryumfy, człowiek mierny pełen zawiści i niechęci przeciwstawi mu przynajmniej wielkie wzory klasyczne, jak się wyraża, to jest ludzi sławnych wieku przeszłego i będzie się starał pocieszyć nadzieją, że przyszłość sprostuje błędy dzisiejsze.
Człowiek mierny ma o wiele więcej złości, aniżeli sądzi sam, ani­żeli sądzą inni; złość jego maskuje właściwa mu oziębłość. Nie unosi się on nigdy. W gruncie rzeczy chciałby zgładzić ród ludzi wyższych, a nie mogąc tego dokonać, drażni ich przez zemstę. Popełnia drob­ne niegodziwości, które dzięki swej małości nie wydają się niego­dziwymi. Kłuje szpilkami i cieszy się patrząc na krew płynącą, pod­czas gdy zabójcę przeraża często widok krwi. Człowiek mierny nigdy się nie przeraża. Czuje poparcie w sile liczebnej podobnych sobie.
Człowiek mierny jako literat należy zazwyczaj do liczby szczę­śliwców, o których mówią, że się w czepku urodzili. Łatwe powo­dzenia są zwykłym jego udziałem. Nie pomnąc na stronę istotną, a chwytając strony przypadkowe każdej rzeczy, płynie z prądem zda­rzeń i czatuje na każdą dobrą sposobność, a skoro mu się powiodło, staje się dziesięćkroć bardziej miernym. Sądzi siebie, podobnie jak i wszystkich, wedle powodzenia. Podczas gdy człowiek wyższy czuje swą siłę wewnętrzną i czuje ją szczególnie wtedy, gdy inni ją zapo­znają, człowiek mierny poczytywałby się za głupca, gdyby za takie­go uchodził, a na odwrót czerpie on pewność siebie z pochwał, jakie odbiera; jego mierność wzmaga się w stosunku do jego wziętości.
Ale zapytacie może, skąd się bierze jego powodzenie?
Czy nie zdarzyło wam się kiedy przy czytaniu książki słynnego autora, uchodzącej powszechnie za dzieło znakomite, czy nie zda­rzyło wam się zamknąć ową książkę z niechęcią i powiedzieć so­bie: “Jakim sposobem te stronice mogły zjednać rozgłos autorowi, gdy powinny raczej skazać go na zapomnienie? I jakim sposobem pewne nazwiska, które powinny by się znajdować między najbar­dziej znanymi, zupełnie są obce ogółowi ludzi? Dlaczego nielicz­ni przyjaciele tego, o którym myślę w tej chwili, lękliwie szepczą między sobą jego imię, nie ośmielając się publicznie go wymienić, gdyż nie ma ogólnego uznania? Czy sława ma swe tajemnice, czy też miewa kaprysy?”.
Oto odpowiedź: Sława i powodzenie nie są do siebie podobne; sława ma tajemnice, powodzenie ma kaprysy.
Człowiek mierny nie walczy. Może mu się powodzić na razie, ale zawsze w końcu dozna klęski. Człowiek wyższy walczy zrazu, a osiąga powodzenie później. Człowiekowi miernemu powodzi się, gdyż płynie z prądem; człowiek wyższy odnosi tryumfy, gdyż pły­nie przeciw prądowi.
Powodzenie osiąga się, idąc za innymi; sławę zdobywa się, idąc przeciw innym.
Każdy człowiek, który staje się głośnym, osiąga to wtedy, gdy jest przedstawicielem pewnej części rodzaju ludzkiego.
Oto rozwiązanie wszelkich zagadnień.
Natury wyższe mają za przedstawicieli ludzi wielkich, natury niższe są wyobrażone przez ludzi małych. Obie grupy mają swo­ich delegatów w zgromadzeniu powszechnym. Ale jedna zapew­nia swym delegatom powodzenie, druga zapewnia swoim sławę.
Ci, co schlebiają przesądom i przyzwyczajeniom współcze­snych, idą wprost do powodzenia: to są ludzie swego czasu. Ci, któ­rzy zwalczają przesądy i przyzwyczajenia, ci, co oddychają w wie­ku obecnym powietrzem wieku przyszłego, prowadzą innych i idą sami wprost do sławy: to są ludzie wieczności.
Oto dlaczego odwaga, niepotrzebna do zdobycia powodzenia, jest nieodzownym warunkiem sławy. Ci tylko są wielcy, którzy ludziom rozkazują, zamiast słuchać ich rozkazów, którzy rozkazują samym sobie, a nie ulegają swoim słabościom, którzy przez ten sam wysiłek tłumią swe własne zniechęcenie i opór świata zewnętrznego. To, co zwiemy wielkością, jest promieniowaniem władztwa duchowego.
Człowiek mierny, mający powodzenie, odpowiada obecnym pragnieniom innych ludzi.
Człowiek wyższy, osiągający tryumf, odpowiada nieznanym przeczuciom ludzkości.
Człowiek mierny może okazać innym ludziom te ich strony, które im są znane.
Człowiek wyższy objawia ludziom te ich strony, których zupeł­nie nie znają.
Człowiek wyższy wstępuje w nasze wnętrze głębiej, aniżeli my sami zwykliśmy weń wstępować; daje mowę naszym myślom; bli­żej jest obznajomiony z nami, aniżeli my sami.
Wzbudza w nas zarazem gniew i radość, jak człowiek, który by nas budził, by nam ukazać wschód słońca. Wyciągając nas z do­mów naszych, aby nas wprowadzić do własnych swych dziedzin, wstrząsa, niepokoi nas, a wprowadza nas jednocześnie do sfery wyższego pokoju.
Człowiek mierny, pozostawiając nas tam, gdzie nas zastał, daje nam martwą spokojność, która nie jest tym samym, co pokój.
Człowiek wyższy nieustannie dręczony, rozdzierany wewnętrz­nie przez przeciwieństwo ideału i rzeczywistości, odczuwa lepiej niż ktokolwiek wielkość ludzką i dotkliwiej niż ktokolwiek nędzę ludz­ką. Czuje się on silniej porwany ku dziedzinom wzniosłości ideal­nej, będącej ostatecznym celem naszym i śmiertelniej ugodzony przez odwieczny upadek naszej biednej natury. Zaraża on nas tymi sprzecznymi uczuciami, których sam doznaje. Zapala w nas miłość Bytu i budzi w nas nieustannie świadomość naszej nicości.
Człowiek mierny nie odczuwa ani wielkości, ani nędzy, ani Bytu, ani nicości. Nie jest ani unoszony ani strącany, zatrzymuje się na przedostatnim stopniu drabiny, niezdolny wstąpić wyżej, zbyt le­niwy, ażeby zstępować niżej. W sądach swoich i w dziełach swoich zastępuje on rzeczywistość przez konwenans, uznaje to tylko za słuszne, co znajduje miejsce w przegródkach jego pojęć, potępia to, co się usuwa spod określeń i z kategorii dobrze mu znanych, jak ognia lęka się zdumienia i nigdy nie zbliżając się do straszliwej ta­jemnicy życia, unika starannie szczytów i otchłani, wśród których wodzi ona swych przyjaciół.
Człowiek genialny wyższy jest od tego, czego dokonywa. Myśl jego przewyższa jego dzieła.
Człowiek mierny niższy jest od tego, czego dokonywa. Dzieło jego nie jest urzeczywistnieniem jego myśli: jest to praca wykonana wedle pewnych reguł. Człowiek genialny uważa zawsze swe dzie­ło za nieskończone. Człowiek mierny jest pełen swego dzieła, pe­łen siebie samego, pełen marności, pełen próżni, pełen próżności; ta wstrętna osobistość zawiera się całkowicie w tych dwóch wyra­zach: Oziębłość i Próżność.

Ernest Hello
Źródło: Zawsze wierni, nr. 4(185) lipiec 2016

http://www.bibula.com/?p=88590


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 20 lis 2016, 21:29 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7532
Lokalizacja: Podlasie


Gdybym nie był katolikiem

Gdybym nie był katolikiem i chciałbym znaleźć prawdziwy Kościół w dzisiejszym świecie, szukałbym takiego Kościoła, który nie żyje w zgodzie ze światem; innymi słowy, szukałbym Kościoła, którego świat nienawidzi. Powodem, dla którego postępowałbym właśnie w ten sposób, byłoby to, że jeśli Chrystus jest w którymkolwiek z dzisiejszych kościołów na świecie, musi być wciąż tak samo nienawidzony, jak nienawidzono Go, gdy przebywał na ziemi w swoim Ciele.

Obrazek

Jeśli chcesz znaleźć dziś Chrystusa, szukaj Kościoła, który nie ma dobrych układów ze światem. Szukaj Kościoła, który jest znienawidzony przez świat, podobnie jak Chrystus był nienawidzony przez świat. Szukaj Kościoła, który oskarżany jest o zacofanie, tak jak naszego Zbawiciela oskarżano o ignorancję i nieuctwo. Szukaj Kościoła, z którego ludzie szydzą i na który spoglądają jak na coś gorszego, podobnie jak szydzili z naszego Pana, ponieważ pochodził z Nazaretu. Szukaj Kościoła, który oskarżany jest o to, że jest w nim szatan, podobnie jak nasz Zbawiciel oskarżany o to, iż opętał Go Belzebub, książę ciemności. Szukaj Kościoła, którego zniszczenia w imię Boga domagają się ludzie w każdej epoce fanatyzmu, podobnie jak ukrzyżowali oni Chrystusa myśląc, że służą w ten sposób Bogu. Szukaj Kościoła odrzuconego przez świat ze względu na to, że obstaje on przy swojej nieomylności, podobnie jak Piłat odrzucił Chrystusa za to, iż nazwał On samego siebie Prawdą. Szukaj Kościoła, który odrzucony jest przez świat, podobnie jak nasz Zbawiciel został odrzucony przez ludzi. Szukaj Kościoła, który pośród zamętu sprzecznych opinii miłowany jest przez swoich członków tak, jak miłują oni Chrystusa, szanując głos Kościoła jako głos jego Założyciela, aż zaczniesz coraz lepiej rozumieć, że jeśli Kościół nie cieszy się popularnością tego świata i jeśli nie jest z tego świata, to musi być z innego świata. A ponieważ jest z innego świata, jest on nieskończenie miłowany i nieskończenie nienawidzony, tak jak nasz Pan Jezus Chrystus. Tylko Boskość może być nieskończenie nienawidzona i nieskończenie miłowana. I dlatego Kościół jest Boży.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Przedmowa do "Radio Replies Vol. 1", 1938r.

http://abp-fulton-j-sheen.blogspot.com/ ... ikiem.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 25 gru 2016, 09:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Boży Syn przychodzi w rodzinie

Ks. prof. Jan Machniak z Uniwersytetu Papieskiego JP II w Krakowie

Obrazek

Boże Narodzenie to czas szczególny, czas radości. Rozpoczyna się Pasterką, Mszą św. pasterzy, bo to oni pierwsi usłyszeli, że Pan Jezus urodził się w Betlejem. Zobaczyli aniołów Bożych, zwiastunów, którzy przyszli, którzy obwieścili im tę radosną nowinę i zaprosił ich do Betlejem. Pasterze uwierzyli mu i poszli. Znaleźli niewiastę, Józefa i małe Dziecię. To był początek. Tak zaczęła się wielka tajemnica Boga, który stał się człowiekiem, który przyszedł na ziemię jako małe dziecię. Jako pierwsi przywitali go prości, ubodzy ludzie. Ofiarowali Mu najprostsze dary, jakie z sobą mieli. A potem przyszli następni. Przybyli nawet królowie z dalekich stron. Ludzie z Jerozolimy, z całej Judei, z Palestyny, Galilei. Wszyscy szli oglądać to małe Dziecię, które się narodziło, bo ludzie oczekiwali na przyjście Mesjasza. Prorocy zapowiadali Go.

Jezus Chrystus, Boży Syn przychodzi w rodzinie. Przychodzi w tak naturalny i prosty sposób, jak każdy człowiek. Wybrał tak prostą drogę. Nie jakąś cudowną, nadzwyczajną. Z tego powodu to święto jest świętem wszystkich rodzin. To jest jednocześnie przypomnienie dla nas, że największa tajemnica – tajemnica życia przychodzi przez rodzinę. Rodzice są świadkami tej wielkiej tajemnicy tak jak Maryja i Józef.

Cała tradycja próbowała jakoś wyrazić tę tajemniczośś i jednocześnie piękno tej chwili. Stąd w naszych kościołach mamy szczególny wystrój, piękne, proste szopki, pełne sianka. Dziecina, którą tam widzimy przypomina nam o miłości, którą z sobą przyniosła. Każdy może przyjść. Popatrzyć, pochylić się i przyjąć Bożego Syna do swego serca.

Not. MP

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... zinie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 31 gru 2016, 16:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
W Polsce zapłonął ogień

Z ks. Piotrem Glasem, kapłanem posługującym w Wielkiej Brytanii, prowadzącym egzorcyzm nad Polską podczas Wielkiej Pokuty, rozmawia Beata Falkowska

W jakiej parafii posługuje Ksiądz obecnie na Wyspach?
– Od września posługuję w dużej miejscowości Reading, niedaleko Londynu, w której jest kilka parafii.

Wśród Księdza parafian są Polacy?
– Nie, Polaków tu nie ma, to nie jest polska dzielnica. Wierni z mojej parafii to Anglicy, dużo Irlandczyków, Filipińczyków.

Posługiwał Ksiądz także w Polsce? Pytam, by może spróbować porównać życie polskiej i brytyjskiej parafii.
– W Polsce posługiwałem w latach 1989-1992. To już odległy czas, inne pokolenie. Trudno porównywać, bo jak teraz jadę do Polski, to otwieram szeroko oczy ze zdumienia, patrząc na to, co się dzieje.

Co Księdza szokuje?
– Zmieniło się całe społeczeństwo. Sekularyzacja poszła w galopującym tempie. Nie wiem, czy duszpasterstwo nadąża za tymi procesami. Są oczywiście takie miejsca, gdzie skala działań jest adekwatna do zagrożeń – księża wychodzą do ludzi, do młodych, szukają nowych środków dotarcia do nich, ale to za mało. Kościół za wolno poszedł także za zmianami np. w obszarze mediów, które mogą być albo wspaniałym narzędziem ewangelizacji, albo upodlenia człowieka. Mamy w Polsce wspaniałe katolickie media, ale powinno być ich więcej.



Niektórzy zadowalają się tym, co mamy, konstatując, że u nas i tak jest lepiej niż na Zachodzie.
– Nie wiem, czy to jest dobre myślenie. Przecież tylu młodych odeszło od Kościoła, tylu ludzi potraciliśmy. Jezus powiedział: „Po owocach ich poznacie”. Patrzę na te owoce w Wielkiej Brytanii. Młodzi Polacy przyjeżdżają tu i rozpływają się, nie ma ich w żadnym kościele. Tylko 10 proc. Polaków w Wielkiej Brytanii uczestniczy w formach duszpasterstwa w parafiach. Mój kolega pracuje w polskiej misji, jest proboszczem w dużej miejscowości, gdzie mieszka ponad 20 tys. Polaków, a na Msze św. przychodzi 800-900 osób. Pytam, gdzie jest 19 tysięcy? Jeszcze nie jesteśmy w takiej sytuacji jak Brytyjczycy, tutaj panuje pogaństwo, ale te statystyki o czymś świadczą. Ale jak jest święcenie pokarmów w Wielką Sobotę, to ulice trzeba zamykać, takie ciągną tłumy. Gdy ci ludzie wracają do rodzinnych domów, do Polski, to także często idą na Mszę św., bo tak wypada przed mamą, sąsiadami. Dlaczego nie ma ich w kościołach w Wielkiej Brytanii? Bo nie ma wiary. Przecież ci Polacy są w większości ochrzczeni, bierzmowani, przeszli katechizację w szkole. Dlaczego nie widać owoców? Może czegoś zabrakło? Może to było tylko „szkolenie kościelne”?

Jak głosić dziś Ewangelię o Jezusie, mówić o Panu Bogu ludziom żyjącym na pustyniach miast? Potrzeba nam proroków jak ogień?
– Wielu kapłanów nie wierzy w to, co ma. Miałem niedawno rekolekcje dla kapłanów w Polsce. Przyjechali księża, którzy chcą czegoś więcej, dowiedzieć się nowych rzeczy, nauczyć się. Byli zarówno młodzi, jak i starsi księża. Jeden kapłan na koniec płakał, jak zobaczył, jaką moc ma modlitwa kapłana. Mówiłem do tych księży: „Do Polski zapraszany jest ks. Bashobora, o. Manjackal. I dobrze, Pan Bóg się nimi posługuje, ale przecież was jest w Polsce 35 tys., przecież wśród was znajdą się tysiące Manjackalów. Każdy z nas ma te dary, ale musicie się obudzić”.

I wyjść poza schemat, że nic się nie da zrobić.
– Trzeba księżom uwierzyć w dar kapłaństwa, w swoje charyzmaty. Każdy z nas ma charyzmaty, bo był chrzczony i bierzmowany. Duch Święty, gdy zaczniemy działać, pomoże. W Polsce tkwi ogromny potencjał. Gdyby tylko co dziesiąty ksiądz obudził się, ujrzał pełnię kapłaństwa, wyszedł do ludzi, nie bał się o opinię ludzką, wyobraża sobie pani, co by się działo? Kiedyś prowadziłem forum charyzmatyczne w Chicago, które odbywało się pod hasłem: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię”, i działy się tam cuda, bo ludzie chcieli w końcu usłyszeć kogoś, kto wierzy w to, co mówi, który sam przeżył kiedyś rozpalenie ogniem.

Takie dotknięcie Ducha Świętego jest rzeczywistością dostępną dla każdego?
– Nie o to chodzi, że każdy ma iść na stadion i głosić Ewangelię. Ale można mieć charyzmatyczną wiarę, pracując w szpitalu, w hospicjum, jako katecheta czy dziennikarz. Przez tę przeciętność dzieje się to, co obserwujemy dzisiaj – szarość i bylejakość. Ilu ludzi na Mszach św. naprawdę się modli, a ilu ma rutynowe nastawienie do Liturgii? Ilu ma prawdziwą wiarę w to, co dzieje się w Kościele? To dotyka także kapłanów. Jak mają na nas spływać łaski, jeśli nie wierzymy w to wszystko? Pan Bóg działa zawsze, ale potrzeba naszego zaangażowania. Charyzmatyczna wiara jest potrzebna szczególnie tym, którzy przez dar kapłaństwa mają rozpalać tę wiarę w tych, którzy żyją w rodzinach, wychowują dzieci i naprawdę mają ciężej niż my, duchowni.

Przyjęcie z wiarą takich duchowych przełomów jak Wielka Pokuta czy Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana zaowocuje w naszej historii?
– Po tylu latach pracy za granicą, gdy dziś, u progu 2017 roku, patrzę na to, co dzieje się na świecie, słowa, że Polska jest narodem wybranym, nabierają innego wymiaru. Coraz bardziej widzę, że nasza Ojczyzna stała się bastionem prawdziwej wiary chrześcijańskiej. Także prawdziwa pobożność maryjna, tak głęboko zakorzeniona, powoduje, że Polska jest tym miejscem, z którego wyjdzie iskra, gdzie Pan Bóg zacznie budować coś nowego na świecie. Europa dzisiaj to nowy Babilon. Potrzeba nam czytać Apokalipsę, bo tam to wszystko jest opisane. To, co panuje na Zachodzie, to pogaństwo i postchrześcijaństwo. Tych ludzi nic już nie rusza, nawet jak cud się wydarzy, to oni sobie to wytłumaczą.

Wielka Pokuta była takim cudem, znakiem nie tylko dla Polski, ale i całego świata?
– Na Wielkiej Pokucie 15 października spodziewaliśmy się maksymalnie 5 tys. osób, a przyjechało 150 tys. To był wyraz potężnej wiary Polaków. Na Jasnej Górze zobaczyłem ludzi, którzy przybyli tylko w jednym celu: aby się modlić. Zobaczyłem najzwyklejszych, najprostszych ludzi, którzy na kolanach spędzają godziny, którzy modlą się Nowenną Pompejańską, odprawiają ją nawet po kilkanaście razy, oddają się Matce Bożej według św. Ludwika Grignion de Montforta. To jest już niespotykane w Europie. Później otrzymałem telefon od znajomej mistyczki. Opowiadała mi, jak zobaczyła podczas Wielkiej Pokuty otwarte nad Częstochową Niebo, Maryję i tysiące dusz, które szły z krajów ościennych, ze Wschodu i z Zachodu, bo przez naszą modlitwę na Jasnej Górze znajdowały kanał do Nieba. Na ile to jest prawdziwe, nie wiem. Na pewno Pan Bóg okazał swą potężną moc. To nie był ogień, który zapłonął i wygaśnie. Pan Bóg coś planuje dla naszej Ojczyzny, potrzebował tej pokuty przed Aktem Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana, na zakończenie Roku Miłosierdzia, przed rozpoczęciem roku stulecia Fatimy. Oby owoce tych wydarzeń rozlały się po Polsce, na parafie. Obszernie zrelacjonował to tylko „Nasz Dziennik”. Pytanie, dlaczego inne media, nawet katolickie, wyciszyły to, często przemilczały, kto tym kierował?

Podczas Wielkiej Pokuty Naród Polski prosił o wybaczenie grzechów i win. Na Zachodzie poczucie grzechu to już rzadkość.
– Tu ludzie nie przepraszają, nie uznają grzechu, żniwo zbiera herezja powszechnego zbawienia, przekonanie, że wszyscy idziemy do Nieba.

Za brakiem świadomości, kim jest Bóg, idzie brak świadomości, że istnieje także Jego odwieczny przeciwnik?
– W Kościele w ogóle za mało mówi się o duchowej walce. Dlaczego straciliśmy w parafiach wielu mężczyzn? Bo straciliśmy ducha walki, a mężczyzna jest stworzony do walki o byt, o kobietę, o Ojczyznę i także do walki o wiarę.

Zapomnieliśmy, że jesteśmy na wojnie w wielu obszarach życia katolików: rodzinnym, małżeńskim, parafialnym, społecznym…
– Tymczasem Maryja w objawieniach w Fatimie i w innych objawieniach prywatnych wciąż powtarza: walka trwa, walka ze smokiem, z masoneriami i na zewnątrz, i wewnątrz Kościoła. Jak człowiek to czyta, ma świadomość tych rzeczy, nabiera duchowej siły i rozumie to, co dzieje się z nim i wokół niego. Rozumie choćby mechanizm pokusy, jak diabeł chce zniszczyć mnie i innych. Bez tej świadomości będę traktował wiarę subiektywnie, emocjonalnie, a jak przyjdzie kryzys, wówczas wiarę stracę. Z religii katolickiej zrobiliśmy religię dla pań, a zapomnieliśmy o elemencie walki, który właśnie dziś jest nam tak bardzo potrzebny. Zresztą największe święte to były najwyższej klasy wojowniczki. Spójrzmy na św. Faustynę, ta kobieta płakała i walczyła. Podobnie jak bł. ks. Michał Sopoćko, który do końca walczył o Boże Miłosierdzie, umierał w samotności i odrzuceniu.



Maryja jest naszym wielkim wsparciem na ten czas walki. Ta, która miażdży, u końca czasów, głowę węża…
– To jest jedyna nadzieja. Ona sama mówi, że tylko ci, którzy zatopią się w Jej Sercu, zawierzą Jej całkowicie, ci będą naprawdę przy Jej Synu. To jest jedyna w tej chwili droga. Kto nie ma Maryi za Matkę, nie ma Boga za Ojca. Maryja dziś nie jest opcją, która może być, ale nie musi, nie jest dodatkiem, jakimś wyborem duchowości. „Zwycięstwo, jeśli przyjdzie, będzie to zwycięstwo Maryi” – powiedział ks. kard. Hlond, i to nie były jakieś czcze słowa. Ona, Świątynia Salomona, Oblubienica Ducha Świętego, jest Wszechpośredniczką łask, przez Jej dłonie otrzymujemy Ducha Świętego. Pytanie, jakim duchem posługują ci, którzy odrzucają Maryję, czy to jest Duch Święty? Jezus sam powiedział, że „nie każdy, który Mi mówi: ’Panie, Panie!’, wejdzie do królestwa niebieskiego”.

Opowiada Ksiądz o szczególnej roli Maryi, której doświadczył w czasie odprawiania egzorcyzmów?
– Tak, w momencie, kiedy brakowało mi narzędzi, gdy już nic nie działało, a demon się śmiał, Duch Święty podpowiedział w pewnym momencie: „Wezwij Maryję”. „Tylko nie Ona” – wrzeszczał demon. On nienawidzi Matki Najświętszej, bo Ona jest człowiekiem, jednym z nas. I demon wie, że świat będzie ocalony przez Maryję. Człowiekowi została dana władza nad upadłym archaniołem. On wie, że już jest zniszczony. Maryja jest Tą, która powiedziała „fiat”, a on: „Nie będę służył”. Dlatego tłumaczę ludziom, że Różaniec to nie jest „klepanie”, wiem, bo sam kiedyś „klepałem”, ale to jest potężna modlitwa. A jaką moc ma Nowenna Pompejańska, trzy części Różańca odmawiane przez 54 dni!



„Klepał” Ksiądz pacierze? Jak to było zatem u Księdza z rozgrzaniem wiary?
– Stało się to w samotności, bez nikogo. W 2007 roku byłem w Taizé z młodzieżą z parafii, niezbyt mi się podobało, bo było tam z nami 5 tys. młodzieży z Niemiec, która przyjechała w ramach przygotowań do bierzmowania, atmosfera była biwakowa. Narastała we mnie złość. Dziś wiem, że to było demoniczne, bo jak coś dobrego się szykuje, demon atakuje. W pewnym momencie wyszedłem poza kampus do maleńkiego kościółka, pomodlić się. Siadłem, zacząłem czytać Pismo Święte i przyszło na mnie takie olbrzymie dotknięcie Bożej łaski, nie mogłem się ruszyć. Miałem pełną świadomość, ale byłem jak sparaliżowany, przy czym miałem niesamowite poczucie Obecności. Siedziałem tam kilka godzin, potem poprosiłem Pana Boga, by już mi zabrał to doświadczenie. Wróciłem do kampusu, choć jeszcze przez jakiś czas pozostawałem jakby w innej rzeczywistości. To było dotknięcie Ducha Świętego.



Boga spotykamy zawsze w najmniej spodziewanym czasie?
– Nie można wymusić tego na siłę, emocjonalnie, psychicznie. Każdy ma inne doświadczenie. Może Pan Bóg chciał mi wówczas powiedzieć: „Słuchaj, jestem”, albo: „Coś dla ciebie szykuję”. Może: „Musisz iść do spowiedzi, zmienić swoje życie kapłańskie, wyjść z marazmu”.

To był początek zmian w Księdza kapłańskim życiu?
– Zacząłem najpierw sam wewnętrznie się zmieniać. Ujrzałem, że to, co wydawało mi się normalne, wcale takie nie było, było zastojem, a ja byłem księdzem z automatu, spełniałem tylko swoje funkcje. Zobaczyłem, na jak wielu poziomach duchowych jeszcze nie byłem. Słuchałem wówczas bardzo wielu różnych konferencji duchowych, otworzyłem się na rzeczy, których nigdy nie robiłem. Tu, w Wielkiej Brytanii, w pogańskim kraju, organizowałem w piątek adoracje, godziny święte, wprowadziłem później element modlitwy o uzdrowienie, działy się tam wówczas cuda. Przychodziły tłumy ludzi, a pamiętajmy, że to był piątek, kiedy na Zachodzie idzie się do pubu, na dyskotekę, a nie do kościoła. Potem pojawiła się droga do bycia egzorcystą, to trwało 10 lat, widziałem wówczas cuda, które działy się w ciągu kilku minut, poprzez modlitwę i wiarę. I to ostatnie doświadczenie: Wielka Pokuta. Nigdy w życiu nie myślałem, że będę prowadził egzorcyzm kraju. Dziś jestem szczęśliwy, że dostąpiłem tej łaski, nawet gdyby to miała być ostatnia rzecz, którą w życiu zrobiłem. To wszystko jest możliwe tylko dzięki temu, że kiedyś człowiek otworzył się na Ducha Świętego. On także pokaże nam drogę do nieznanego jeszcze momentu, który rozpoczął się w Częstochowie i Łagiewnikach. Mocno wierzę, że dla Boga wszystko jest możliwe, jeżeli wierzymy z całego serca.

Beata Falkowska

http://www.naszdziennik.pl/mysl/173359, ... ogien.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 30 sty 2017, 10:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.wyszperane.info/2017/01/28/s ... idualizmu/

Sully czyli pochwała indywidualizmu.

z: http://dakowski.pl/index.php?option=com ... Itemid=119

Zapomniałam zabrać z domu skierowania od prowadzącego ciążę lekarza. „Czy bez tego idiotycznego papierka dziecko się nie urodzi?”– zapytałam zniecierpliwiona. „Urodzi się, urodzi, ale będzie nielegalne”
Izabela BRODACKA

Jestem skrajną indywidualistką. Wybierałam sobie zawsze takie dziedziny sportu jak jeździectwo czy turystyka kwalifikowana ( zostałam kiedyś pouczona, że tak się powinno nazywać swobodne poruszanie się w różnych górach świata z użyciem sprzętu i tego się trzymam ) gdzie liczy się wysiłek indywidualny, a nie zespołowy. W dodatku sport uprawiałam zawsze wyłącznie dla przyjemności a nie dla wygranej czy dla rywalizacji z kimkolwiek.

Kolektyw, kolektywne decyzje, wszelkie procedury związane z działaniem zbiorowym wywołują u mnie reakcje wręcz alergiczne. Łatwo to wytłumaczyć faktem, że dorastałam we wczesnym PRL gdzie karmieni byliśmy do mdłości sowieckimi hasłami i ideałami. Do znudzenia wpajano nam hasła Majakowskiego z poematu o Leninie : единица –вздор, единица – ноль ( jednostka to bzdura, jednostka to zero) i zmuszano do praktyk rodem z Makarenki takich jak ocenianie ucznia przez klasę, samokrytyka składana przed klasą, czy wyznaczanie uczniowi kary za przewinienia przez klasowy kolektyw. Kto tego nie zna z autopsji nigdy nie zrozumie dlaczego podobne praktyki budzą w ofiarach PRL aż taką nienawiść. Najlepszym tego dowodem jest obecnie dopuszczanie oceniania uczniów przez kolegów z klasy ( ocena koleżeńska i samoocena). Duch Makarenki unosi się nad polską szkołą.

Indywidualne decyzje i indywidualną odpowiedzialność zastąpiły w życiu społecznym procedury. Ordynator szpitala w którym zmarło dziecko nie objęte właściwą opieką oświadczył publicznie, że zachowane zostały procedury. „ Zatem jeżeli dziecko zmarło zgodnie z procedurą to wszystko jest w porządku?”- dopytywała się dociekliwa dziennikarka, a lekarz spokojnie potwierdził.

Procedury zdominowały wszelkie dziedziny życia społecznego związane z ryzykiem gdyż zgodność postępowania z procedurą chroni przed odpowiedzialnością prawną. Współcześnie nie ma miejsca na dylematy moralne lorda Jima, na indywidualną odpowiedzialność za swoje czyny. „Jeżeli mam do wyboru utratę pacjenta w zgodzie z procedurami albo uratowanie go w sposób sprzeczny z procedurą wybieram utratę pacjenta. A właściwie inaczej, robię to do czego zmuszają mnie przepisy i niech się dzieje wola Nieba”- powiedział mi zaprzyjaźniony lekarz.

Dziedziną szczególnie zdominowaną przez procedury jest lotnictwo. Każdy pilot przed startem odczytuje tak zwaną check-listę ( listę sprawdzającą) czyli zestaw koniecznych czynności. Każdy przed lądowaniem porozumiewa się z wieżą i wykonuje jej polecenia nawet jeżeli wieża jest jak w Smoleńsku obskurnym baraczkiem, lampy sygnalizacyjne wiszą na sznurkach, a przekazywane przez wieżę informacje i polecenia ( jesteście na kursie i na ścieżce) mają wątpliwą wartość. Sytuację pogłębia skomputeryzowanie samolotów i zautomatyzowanie wielu czynności. Nie znam się na samolotach, ale najbezpieczniej czuję się w samochodzie, w którym okna otwierają się korbką i który można korbą odpalić. Zdarzyło mi się w zimie przy 25 stopniowym mrozie jechać przez wiele godzin z oknem samochodu przesłoniętym tylko kurtką gdyż z przyczyny awarii komputera nie dało się tego okna zamknąć i od tego czasu ufam tylko rozwiązaniom technicznie najprostszym.

Dlatego tak ogromne wrażenie zrobił na mnie wyczyn kapitana Chesley Sullenberga, który zwodował airbusa na rzece Hudson ratując w ten sposób życie załodze i wszystkim bez wyjątku pasażerom. Tuż po starcie w wyniku zderzenia ze stadem ptaków przestały działać oba silniki samolotu. Wieża poleciła pilotom lądowanie na lotnisku Teterboro jednak Sully wiedząc, że nie jest w stanie tam dotrzeć zdecydował się na własną odpowiedzialność lądować lotem szybowcowym na szerokiej części rzeki Hudson. Podobno dość brutalnie zakończył rozmowę z wieżą polecając, aby nie przeszkadzano mu w skomplikowanym manewrze.

Uświadommy sobie ile razy znaleźliśmy się w sytuacji gdy mogliśmy rozwiązać jednym cięciem jakiś problem, tak jak Aleksander Macedoński węzeł gordyjski, ale odstąpiliśmy od tego pod presją otoczenia przyzwyczajonego do biurokratycznych procedur, biurokratycznej hierarchii i zbiurokratyzowanych struktur. Jeden z moich znajomych z Gdańska, alpinista przemysłowy i żeglarz jadąc kiedyś do Tczewa wąską szosą trafił na karambol. Energicznie zajął się ewakuacją poszkodowanych z pojazdów i udzielaniem im pierwszej pomocy. Przybyłe na miejsce zdarzenia straż pożarna i pogotowie oddały się bez słowa pod jego komendę. Kiedy jednak policjanci zaczęli pytać go o rozkazy tytułując w dodatku panem inspektorem, zrozumiał, że został wzięty za jakąś ważną figurę w cywilu i się przestraszył, że ktoś się do niego przyczepi. Dyskretnie starał się wycofać z miejsca zdarzenia, ale nie pozwolili na to dziennikarze ujęci sprawnym przeprowadzeniem akcji ratunkowej. Do końca musiał grać rolę ważnej figury incognito, gdyż rozumiał, że gdyby bez jego komendy zmarło wiele osób byłoby to z punktu widzenia prawa zupełnie w porządku natomiast osoby te zostały uratowane w pewnym sensie nielegalnie.

Znam podobne sprawy z autopsji. Kiedy za głębokiego PRL zgłosiłam się do szpitala przy ulicy Żelaznej w Warszawie do porodu nie zostałam przyjęta gdyż zapomniałam zabrać z domu skierowania od prowadzącego ciążę lekarza. „Czy bez tego idiotycznego papierka dziecko się nie urodzi?”- zapytałam zniecierpliwiona. „Urodzi się, urodzi, ale będzie nielegalne”- odpowiedział zachwycony swoim dowcipem dyżurny lekarz.

Kapitana Sullenberga zamiast podziękowań spotkały zarzuty. Sceny rozprawy przed Narodową Radą Bezpieczeństwa Transportu, wypowiedzi dyspozycyjnych ekspertów, usiłujących udowodnić, że jeden silnik maszyny pozostawał sprawny, a lotnisko Teterboro było w zasięgu samolotu, to po doświadczeniach ze śledztwem w sprawie katastrofy smoleńskiej najbardziej dla mnie dramatyczne sekwencje filmu „Sully”, który właśnie schodzi z naszych ekranów. Widać było jak na dłoni, choć nikt tego nie sformułował explicite, że eksperci nie potrafili pogodzić się z sukcesem wielkiego indywidualisty i znakomitego fachowca, kapitana Sully.

Tekst drukowany w Warszawskiej Gazecie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 06 lut 2017, 15:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Komputer jednak mocno zmienił swą funkcję na przestrzeni dziejów. Kiedyś była to maszyna matematyczna, potem maszyna cyfrowa, a dziś to maszyna społeczno-polityczna.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 09 lut 2017, 13:01 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7532
Lokalizacja: Podlasie
Asindziej napisał(a):
Komputer jednak mocno zmienił swą funkcję na przestrzeni dziejów. Kiedyś była to maszyna matematyczna, potem maszyna cyfrowa, a dziś to maszyna społeczno-polityczna.


To prawda, z tym że komputer staje się maszyną społeczno-polityczną dopiero w połączeniu z internetem.
Bez internetu nadal pozostaje maszyną cyfrową.

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 15 lut 2017, 09:54 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7532
Lokalizacja: Podlasie
Aerolit napisał(a):
Walentynki czyli miłość zabita


Miłość walentynkowa kontra miłość katolicka

Obrazek

Choć Walentynki wywodzą się ze wspomnienia katolickiego męczennika, to współcześnie dzień świętego Walentego staje się okazją dla promocji wulgarności. Sprowadzanie miłości do aspektu cielesnego czy banalnego romantyzmu kłóci się jednak z katolickim spojrzeniem na tę kwestię. Niestety współczesna kultura, a także niektórzy ludzie Kościoła odeszli od niego bardzo daleko. Tym bardziej warto przypomnieć sobie naukę Kościoła w tej sprawie.

Walentynki podobnie jak wiele innych tradycji obecnych w cywilizacji zachodniej wywodzą się z Kościoła katolickiego. Co wiadomo o świętym Walentym? De facto niewiele, oprócz tego, że w III wieku zginął śmiercią męczeńską. W drugiej połowie XX wieku Kościół pozostawił lokalnym władzom duchowym decyzję o jego ewentualnych wspomnieniach liturgicznych. Wynikało to właśnie ze skromnej wiedzy historycznej na jego temat.

Ów niedostatek danych faktograficznych umożliwił mitologizację postaci i związanych z nią zwyczajów. W XIV wieku „walentynki”, jako święto romantycznej miłości obchodzono w kręgu angielskiego poety Geoffrey Chaucera. Od tej pory kwitła sentymentalno-romantyczna poezja związana z tym świętem. Niekiedy wysokich estetycznych lotów. Wszak temat ten poruszano choćby w Hamlecie Williama Shakespeare’a. W XIX wieku na Zachodzie upowszechnia się zwyczaj kartek na 14 lutego. W kolejnym stuleciu wieku rozciągnięto go na różnego rodzaju podarki.

Stąd już tylko krok do dzisiejszej komercjalizacji. Walentynki uchodzą współcześnie za święto istniejące głównie, o ile nie wyłącznie w celach handlowych. Dla macherów od marketingu to wielka szansa. Wszak po Bożym Narodzeniu zalega na półkach wiele niesprzedanego towaru. Wystarczy tylko przerobić opakowania na walentynkowe. I wcisnąć klientom jako nowe.

Problem z romantyzmem
O ile na takich zwyczajach korzystają sprzedawcy, to z punktu widzenia trwałości rodziny i społeczeństwa budzą one spore wątpliwości. Oczywiście obchodzenie walentynek samo w sobie to nie grzech. Jednak sprowadzanie miłości do wymiaru romantyczno-komercyjnego oznacza jej banalizację. Nawet romantyzm w swej wzniosłej, „czystej” postaci niesie ze sobą zagrożenia. Takie jak choćby rozwody.

Sprowadzanie miłości do pięknych uczuć, gustownych podarków i miłych chwil to gotowa recepta na rozpad związku. Te bowiem trwają tylko przelotnie. Potem pojawia się codzienność: zaczyna się dostrzegać wady drugiej strony. Życie okazuje się odległe od marzeń. Romantyk podejmuje wówczas decyzję o rozstaniu i poszukiwania swego „prawa do szczęścia” gdzie indziej. Jeśli trwa w związku małżeńskim, to decyduje się na rozwód.

W Europie małżeństwo rozpada się co pół minuty. Dziennie dochodzi do 2650 rozwodów - jak wynika z raportu Instytutu Polityki Rodzinnej „Sprawozdanie z ewolucji rodziny w Europie na rok 2014”. Polska znajduje się w nim na niechlubnym piątym miejscu pod względem rozpadu związków małżeńskich W naszych miastach rozwodami kończy się 44 procent z nich. Na wsi „jedynie” 22,7 procent. Jak zauważyła profesor Ewa Budzyńska, socjolog rodziny z Uniwersytetu Śląskiego w rozmowie z „Rzeczpospolitą” to emocje decydują dziś o zawarciu małżeństwa. Jednak namiętności nie starcza na dłużej niż kilka lat. Gdy te gasną, zbliża się rozwód - przekonuje socjolog.

Romantyczna rewolucja polega na buncie uczuć przeciw woli i rozumowi. Ten bałagan w ludzkim wnętrzu prowadzi do chaosu w rodzinie i społeczeństwie. Jednak rewolucja może zajść jeszcze dalej. Aż do buntu ciała przeciw duszy. Widać to w dzisiejszej kulturze, epatującej cielesnością i wulgarnością. W tej kulturze „uprawiać miłość” oznacza uprawiać stosunek seksualny. Na takowy jest oczywiście miejsce – w sakramentalnym małżeństwie. Jednak miłość to coś o wiele głębszego, niż kwestie cielesne i uczuciowe aspekty. Przyjrzyjmy się zatem jej katolickiemu rozumieniu.

Miłość a chrześcijaństwo
Miłość to najważniejsza cnota dla chrześcijanina. Stanowi de facto wyróżnik naszej religii. W świecie starożytnym miłość Boga do człowieka uważano za niemożliwą. Tak w każdym razie twierdził Arystoteles. Jego zdaniem, Bóg nie zniży się do miłości człowieka, jako istoty niższej od niego. Platon zaś uznawał miłość, za „dziecko Biedy”. Wskazywał, że wiąże się z nią pewna niedoskonałość.

W ten pogański światopogląd chrześcijaństwo wprowadza nagłą rewolucję. Bóg nie tylko staje się Człowiekiem, ale także ponosi za niego śmierć krzyżową. Ta gorsząca dla wielu postawa staje się dla naśladowców Chrystusa wzorem. Miłość chrześcijańska obejmująca nie tylko bliskich, lecz także nieprzyjaciół, a nade wszystko Boga przewyższa możliwości ludzkiej natury. Umożliwia męczeństwo za wiarę czy heroiczną pomoc ubogim. Historia Kościoła pokazuje niezliczone dowody owej caritas.

W teologii katolickiej miłość to nie uczucie. To ostatnie stanowi najwyżej dodatek. Dodatek bynajmniej niekonieczny. Jak podkreśla święty Tomasz z Akwinu na kartach Summy teologicznej „nie jakiekolwiek lubienie ma charakter miłości, ale lubienie, które połączone jest z życzliwością, a mianowicie wówczas, gdy kogoś lubimy życząc mu dobra. Kiedy jednak przedmiotom które lubimy nie życzymy dobra, a natomiast ich dobra pożądamy dla siebie, jak na przykład lubimy wino lub konia czy coś podobnego, wówczas lubienie to nie jest przyjaźnią a raczej pożądaniem”. Świat współczesny rozumie miłość jako pożądanie psychiczne (romantyzm) czy fizyczne (rewolucja seksualna). Myśl katolicka postrzega ją jako cnotę skierowaną także ku Bogu.

Na czym polega miłość do Stwórcy? Oddajmy głos Ewangelii: „Miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań” (1 J 5, 3). Nie chodzi tu oczywiście o formalizm, lecz o zgodność woli człowieka z wolą Boga. Ta zaś wyrażona jest w szczególny sposób właśnie w przykazaniach. Dlatego rozdzielanie caritas od prawa, jak w katolickim progresywizmie, to absurd. Gdyby prawo nie istniało, to nie wiadomo jak miałaby przejawiać się miłość – zauważa szwajcarski filozof Romano Amerio.

Równie absurdalne jest – twierdzi autor „Iota Unum” - rozdzielanie miłości od prawdy. Kłóci się to ze strukturą Trójcy Świętej. Wszak Duch Święty – Miłość pochodzi od Logosu – Prawdy. Niestety teologiczni postępowcy o tym zapominają. W skrajnych przypadkach głoszą nawet tezę, jakoby tylko miłość była wartością. Autorzy, tacy jak niejaki Ugo Spirito głoszą jakoby wymagała ona wstrzymania się od jakiegokolwiek osądzania. Koniec z sądami wartościującymi, z rozdziałem na dobro i zło – kochajmy wszystko i wszystkich bezkrytycznie. W imię miłości zanegujmy inne wartości. Do kosza należy wrzucić nawet fundamenty logiki, takie jak zasada niesprzeczności. Wszak zgodnie z nimi zło nie jest dobrem.

W myśl zwolenników tego typu wszechmiłości rację bytu traci też kara. Nie istnieje bowiem zło wymagające skarcenia. To także odejście od doktryny katolickiej. Jak bowiem pisze święty Paweł „(…) kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje. Trwajcież w karności! Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił?” (Hbr 12,5-7). Kara służy nie satysfakcji autorytetu, lecz poprawie ukaranego. Wymierza się ją nie z upodobania w cudzym cierpieniu, lecz z miłości.

Ordo caritatis
Miłość to zatem nie ślepa siła, ale cnota idąca w parze z prawdą i prawem. W jej praktykowaniu istnieć musi pewien ład. Teologia katolicka mówi o porządku miłości – ordo caritatis. Najważniejszym obiektem miłości, przekonuje święty Tomasz, jest sam Bóg. To On, jako największe Dobro powinien stać się przedmiotem największej miłości.

Co zaś z ludźmi? Czy caritas oznacza jakiś humanitarny altruizm? Niezupełnie – przekonuje święty Tomasz. Po Bogu najbardziej należy kochać własną duszę. To ona stanowi bowiem główną przyczynę naszej wdzięczności względem Stwórcy. Niedopuszczalne jest zatem narażanie się na grzech w imię dobra bliźniego. Powinniśmy natomiast rezygnować z dóbr cielesnych dla dobra jego duszy. Postępując w ten sposób wyrażamy także troskę o swe zbawienie.

Chrześcijańska miłość jest także odmienna od laickiego humanizmu, kultu ludzkości. Nie należy kochać wszystkich na równi, jak chcieliby powierzchowni interpretatorzy Chrystusowego przykazania miłości bliźniego. Niektórzy są wszak bardziej nam bliscy od innych. Bóg nie wymaga lekceważenia tej naturalnej skłonności. Przeciwnie – w Swoim Słowie zachęca do szczególnej troski o najbliższych i potępia przeciwną postawę. „A jeśli kto nie dba o swoich, a zwłaszcza o domowników, wyparł się wiary i gorszy jest od niewierzącego”, głosi święty Paweł w Liście do Tymoteusza (Tm 5,8). Na szczególną miłość zasługują nie tylko najbliżsi, lecz także najbardziej cnotliwi. Bliskość relacji jest jednak w tym przypadku ważniejsza, niż większa doskonałość. Oto cudowny realizm świętego Tomasza z Akwinu.

Zgodnie z porządkiem miłości, po miłości Boga, należy kochać siebie, żonę, dzieci, rodziców, rodzeństwo, przyjaciół, domowników, sąsiadów, rodaków i resztę. W takiej mniej więcej kolejności – uczy Encyklopedia Katolicka. Jednak ordo caritatis dotyczy nie tylko osób, lecz również dóbr. Najważniejsze są te dotyczące zbawienia, na drugim miejscu – wewnętrzne i naturalne – takie jak dusza i ciało, a na trzecim – zewnętrzne, takie jak reputacja, bogactwo et cetera. Ponadto im pilniejsza potrzeba, tym prędzej należy spieszyć z pomocą. Dlatego też zdarza się, że w szczególnym przypadku należy pomóc na przykład umierającemu obcemu, a nie cierpiącemu na drobną dolegliwość bratu.

Porządek miłości a lewica
Ordo caritatis to antyteza mentalności lewicowej. Nie wolność, równość, braterstwo, ale konkretny człowiek powinien stać się obiektem miłości. Nie każdy na równi, jak chcieliby egalitaryści wszelkiej maści. Kochanie „ludzkości” jest proste, bo de facto niewiele kosztuje. Prawdziwa sztuka to uczynienie czegoś dla sąsiada czy rodaka. Tak – rodaka – bo ten musi nam leżeć na sercu bardziej, niż osoba z innego narodu. Lewica i liberałowie forsujący masowe przyjmowanie obcych kulturowo imigrantów najwyraźniej o tym zapominają. Jednak zapominają o tym także skrajni nacjonaliści – nawet ci powołujący się na naukę świętego Tomasza. A tymczasem powinniśmy być gotowi także do miłowania ludzi z obcych narodów. Można krytykować i potępiać błędy. Nie wolno jednak nienawidzić czy przekreślać z pamięci nikogo – nawet wrogich czy obcych narodów i ich przedstawicieli.

Chrześcijanin powinien miłować bliźnich, czyli ludzi. A także Boga i aniołów. Aniołów – nie złe duchy. Ludzi – nie zwierzęta i rośliny. Te ostatnie można kochać wówczas, gdy służą dobru ludzi czy chwały Boga. Umiarkowana troska o środowisko, wynikająca z dbałości o dobro osób i chwałę Boga jest zatem uzasadniona. Jednak nie do przyjęcia jest głoszona przez ekologistów perwersja miłości polegająca na pragnieniu zachowania organizmów niższych z uwagi na nie same czy nawet wbrew człowiekowi.

Święty Pius X zwrócił uwagę, że musimy odbudować cały świat, poczynając od jego fundamentów. Do tej odbudowy nie dojdzie jednak, nim ludzie, rodziny i społeczeństwa przypomną sobie na nowo czym tak naprawdę jest miłość. I jak należy ją wdrażać w życie.

Fragmenty Summy Teologicznej za tłumaczeniem księdza Andrzeja Głażewskiego (wersja elektroniczna: www.katedra.uksw.edu.pl/suma/suma_indeks.htm)

Marcin Jendrzejczak

http://www.pch24.pl/milosc-walentynkowa ... 458,i.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 20 kwi 2017, 19:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
A jaki jest stosunek lewactwa do człowieka?

Chrześcijaństwo broni człowieka

Chrześcijaństwo to najlepsze zabezpieczenie przed pojawiającymi się ideologiami totalitarnymi, które zagrażają godności ludzkiej. Podkreślił to wczoraj w Warszawie ks. kard. Gerhard Müller, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, w czasie konferencji naukowej zorganizowanej z okazji 90. urodzin Papieża seniora Benedykta XVI.

W czasie naukowego spotkania w siedzibie Episkopatu Polski bardzo szeroko omawiano koncepcję państwa w perspektywie nauczania Benedykta XVI, relacje Kościoła i państwa, a także kierunki ich rozwoju. Swoją wdzięczność organizatorom konferencji w specjalnym liście wyraził Papież senior, podkreślając, że są to zagadnienia kluczowe dla przyszłości naszego kontynentu. Bowiem – jak zaznaczył – „zestawienie między pojęciami radykalnie ateistycznymi Państwa i powstaniem Państwa radykalnie religijnego wśród ruchów muzułmańskich prowadzi nasze czasy do sytuacji wybuchowej, której skutków doświadczamy każdego dnia. Te radykalizmy wymagają pilnie, byśmy rozwinęli przekonywające pojęcie Państwa, które udźwignie konfrontację między tymi wyzwaniami i pomoże je przekroczyć”.

Godność człowieka
Wobec pojawiających się współcześnie niebezpieczeństw ostoją jest dziedzictwo kulturowe, jakie niesie ze sobą chrześcijaństwo. – Chrześcijaństwo to najlepsze zabezpieczenie przed pojawiającymi się ideologiami totalitarnymi, które zagrażają godności ludzkiej i mogą zniszczyć demokrację konstytucyjną oraz pluralistyczne społeczeństwo – podkreślił w swoim przemówieniu prefekt Kongregacji Nauki Wiary ks. kard. Gerhard Müller. W wykładzie „Koncepcja państwa w perspektywie nauczania kard. Josepha Ratzingera/Benedykta XVI” zwracał uwagę, że Kościół jest adwokatem godności człowieka i jego praw. – Człowiek nie istnieje z woli państwa, ale państwo z woli człowieka – zaznaczył ksiądz kardynał.

Małgorzata Jędrzejczyk

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... wieka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 16 sie 2017, 07:44 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7532
Lokalizacja: Podlasie
Internetowe pytanie na lato

„O nierządzie zaś i wszelkiej nieczystości albo chciwości niechaj nawet mowy nie będzie wśród was, jak przystoi świętym” (Ef 5, 5).

Człowiek jest istotą rozumną. Rozumność wiąże się z celowością działań.
Rodzi się pytanie: W jakim właściwie celu niektórzy publikują w internecie zdjęcia swoje (lub swoich bliskich) w stroju plażowym?

Sine verecundia nihil est rectum, nihil honestum.
Bez skromności nie ma nic prawego, nic szlachetnego.


https://verbumcatholicum.com/2017/08/16 ... e-na-lato/

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przemyślenia, obserwacje, rozważania, refleksje
PostNapisane: 19 wrz 2018, 18:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
„Katolicy otwarci” nie radzą sobie w dobie skandali

Obrazek
fot. pixabay.com


W ostatnich tygodniach w mediach internetowych można było przeczytać wiele oszczerczych zarzutów wobec Kościoła. A to że jest zacofany, a to znów, że zabrania kochać innych ludzi, że nieuczciwie walczy o wpływy i że nie ma już współczesnemu człowiekowi nic do zaoferowania, a nawet, że kończą się powody do trwania w Nim. „Nihil novi” – mógłby ktoś powiedzieć – „antykatolicka nagonka trwa od lat, a w ostatnim czasie przybiera ona jedynie na sile”. I miałby rację gdyby nie jeden niezwykle niepokojący fakt: do wspomnianych wniosków doszli publicyści portali internetowych, które same siebie nazywają… „katolickimi”.

Duchowe położenie człowieka we współczesnym świecie porównać można ze zgubieniem się w wielkim, gęstym lesie. Totalna dezorientacja, poczucie ciągłego zagrożenia i wszechogarniająca ciemność nocy, którą przełamać może – i wlać w ten sposób w serce kilka kropel nadziei – jedynie światło Księżyca. To jednak jest skutecznie tłumione przez wyrastające wysoko nad ziemię monstrualne drzewa upiornie kołyszące gałęziami i przeraźliwą mgłę spowijającą wszystko w zasięgu wzroku.

Symbolem Księżyca posługiwali się Starożytni Ojcowie oraz między innymi św. Tomasz z Akwinu, by wyjaśnić pierwszym chrześcijanom niesłychaną naturę Kościoła. Mysterium lunae, tajemnica Księżyca opowiada o Mistycznym Ciele rzucającym światło pośród ciemności najczarniejszych nocy ludzkości, dając tym samym ludziom wszystkich epok ratunek i wskazując drogę. Sęk jednak w tym, iż Kościół sam własnego światła nie posiada, dlatego opromienia Ziemię odbijając światło Chrystusa.

Publicyści portali Aleteia.pl oraz Deon.pl w swoich rozważaniach na temat trwania w Kościele skupili się jednak tylko i wyłącznie na tym, co blokuje nam dostęp do światła rzucanego nam przez Kościół, bez najmniejszej próby choćby wspomnienia o Jego istocie. Jola Szymańska (Aleteia.pl) przyznała wprost: „Nie pasuję do Kościoła. (…) Nie chodzi o dziesiątego czy piętnastego wierzącego, który gardzi ludźmi wokół. Chodzi o przyzwolenie na to, żeby rządziły nami różnie interpretowane idee, a nie uczciwa miłość do drugiego człowieka. Dlaczego zostawać w takim Kościele? Nie wiem jeszcze. Wiem, że jestem rozczarowana i potrzebuję czasu. Próbuję odnaleźć samą siebie w całkiem nowej, duchowej rzeczywistości”.

Z kolei podpisany jako „dziennikarz DEON.pl, publicysta, teolog (sic!) Michał Lewandowski wyraża następującą refleksję: „Często zastanawiam się, co właściwie jeszcze robię w tym Kościele. Co ma do zaoferowania facetowi przed trzydziestką, który od prawie parunastu lat obserwuje jego poczynania. Smutno mi, bo nie mam odpowiedzi na to pytanie. I o zgrozo czuję, że bardziej niż pociągany, czuję się wypychany z jego wnętrza. Kiedyś czułem się, że jest moim domem, teraz jego ściany wyglądają coraz bardziej obco”.

W opublikowanych dzień po dniu tekstach doszukać się można samych zarzutów wobec Mistycznego Ciała. Jeśli wierzyć narracji autorów Kościół jest przegniły między innymi polityczną korupcją, „mową nienawiści”, brakiem miłosierdzia, seksizmem i… „nudnymi kazaniami o niczym” aż do fundamentów. Należy jednak pamiętać, że Jego wielkim błogosławieństwem jest fakt, iż fundamentem jest tu Chrystus, architektem Duch Święty a niezmierzoną łaską sakramenty. Opuszczanie Go z powodu bałaganu jest tak samo niepoważne co śmiertelnie groźne.

Wodząc wzrokiem za tym, co palcem wytykają Szymańska i Lewandowski, można oczywiście zauważyć, że w niektórych miejscach światło Chrystusa odbijane przez Kościół jest przytłumione, niedostrzegalne dla nieprzyzwyczajonych jeszcze do ciemności oczu. Ale to nie wina Księżyca, że jego blask nie dociera do ludzi, którzy z własnej woli stoją zanurzeni w gęstej mgle. Trudno zgodzić się z tym, żeby odpowiedzialnością za ludzkie grzechy obarczać Kościół – ze swej natury i powołania nawołujący do nawrócenia.

To nie Kościół odpowiada za nadużycia, krzywdy i niewierności tylko ludzie (często – i trzeba to przyznać z ogromnym bólem serca – mający wpływ na Jego funkcjonowanie), którzy nie stosują się do Jego Nauczania. Tym co stanowi o jego fundamencie (a o czym wspomniani publicyści nie wspominają ani razu) jest pochodzenie od Chrystusa, który ulecza wszystkie nieprawości mocą sakramentów, a te dostępne są jedynie w Kościele. I już sam ten fakt jest dostatecznie istotnym powodem, aby w Domu Bożym trwać.

Owszem, Kościół należy oczyszczać, tak samo dziś jak i przez całą Jego historię. Ale należy robić to stojąc w Jego szeregach; nie poza Nim. Od kogo, jeśli nie od „katolickich publicystów”, z których jeden tytułuje się teologiem (!), wymagać należy wiedzy na tak elementarny temat?

Sugerowanie, że nauczanie Jezusa Chrystusa można realizować poza Kościołem jest bluźnierstwem ciężkiego kalibru. Nie mielibyśmy Kościoła gdyby nie Chrystus, ale nie mielibyśmy Chrystusa gdyby nie Kościół. Benedykt XVI, jeszcze jako młody profesor, pisał: „bez względu na jakąkolwiek zdradę – obecną lub przyszłą – w Kościele, bez względu na to, jak dalece jest prawdą, iż Kościół nieustannie musi przymierzać się do Chrystusa, ostatecznie nie zachodzi między Kościołem i Chrystusem żadne przeciwieństwo. To za sprawą Kościoła pozostaje On żywy – pomimo upływu historii, przemawia On do nas dzisiaj, jest dzisiaj z nami jako Mistrz i Pan, jako Brat czyniący z nas wszystkich siostry i braci. Kościół, dając nam Jezusa Chrystusa, czyniąc Go w świecie żywą obecnością, rodząc Go ciągle na nowo poprzez wiarę i modlitwę, jedynie on daje ludzkości światło, zakotwiczenie i miarę, bez których nie sposób jej sobie wyobrazić. Kto pragnie obecności Jezusa Chrystusa w życiu ludzkości, nie znajdzie jej wbrew Kościołowi, a jedynie w nim”.

Można w najciemniejszą noc spojrzeć przez teleskop na oblicze Księżyca i dojść do wniosku, że to jałowy regolit pokryty szpetnymi bliznami. Ale trzeba mieć świadomość, że tylko on, w tej najciemniejszej nocy schowanej za gęstą, przeraźliwą mgłą, daje światło i nie pozwala zginąć.

Mateusz Ochman

https://www.pch24.pl/katolicy-otwarci-n ... 925,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 101 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /