Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 77 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 25 sty 2014, 10:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Zabawne przygody Pchły Szachrajki

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Wystawiona w Teatrze Narodowym na scenie Studio bajka Jana Brzechwy „Pchła Szachrajka” w reżyserii Anny Seniuk bawi i wciąga wszystkich, małych i dużych. Bo to jest i prawdziwa bajka, i prawdziwy teatr. A rozpoczynające spektakl pytanie ze sceny: „Chcecie bajki?”. I chóralna odpowiedź dzieci z widowni: „Tak! Tak!” – od razu wprowadza dialog między sceną i widownią. Dzieci śledzą bieg wydarzeń na scenie, angażują się emocjonalnie w to, co widzą, i reagują szczerze, prawdziwie, bo wchodzą w tę sceniczną rzeczywistość całym sobą i nierzadko dialogują ze sceną. Dzieci to najwspanialsi widzowie teatralni. Aktorzy uwielbiają dziecięcą widownię.

Bajka dla dużych i małych
Urocze przedstawienie Anny Seniuk jest przykładem żywego kontaktu aktorów z dziećmi. Obserwowałam tę dziecięcą widownię i nie widziałam, aby którekolwiek z dzieci nudziło się czy marudziło, że chce do domu. I nie ma co się dziwić, bo na scenie działo się dużo, w dobrym tempie, z dobrą muzyką, barwnymi kostiumami, żartobliwie pomyślaną choreografią oraz dowcipem i komizmem zawartym w słowie i obrazie. No, bo trudno nie zareagować zdrowym, szczerym śmiechem, gdy na scenie pojawia się ogromnie zabawny słoń, którego świetnie gra Piotr Piksa, mówiący i śpiewający potężnym basem, albo gdy trzy koleżanki (Kinga Ilgner, Paulina Korthals, Anna Markowicz) Pchły Szachrajki plotkują o niej, zwracając się do widowni, czy bal u Szerszenia (Bartłomiej Bobrowski), czy postać króla (Kacper Matula), czy wreszcie scena w sądzie (Paweł Paprocki jako sędzia). No i najważniejsza postać, tytułowa Pchła Szachrajka, która lubi psocić, płatać wszystkim figle, szachrować na własną korzyść itd., itd. Gdy w scenie w cukierni, kiedy zamówiła trzydzieści rurek z bitą śmietaną, a zjadła tylko jedną i za tę jedną zapłaciła, a po jej wyjściu okazało się, że wszystkie rurki są puste, bo wyjadła z nich śmietanę – dziecko na widowni głośno zastanawiało się, jak ona to zrobiła.

Wspaniały kontakt z dziećmi już od samego wejścia ma Ewa Konstancja Bułhak jako tytułowa Pchła Szachrajka. Aktorka doskonale gra tę postać, sprawia wrażenie, jakby była urodzona do tej roli. Mówi, porusza się, nosi się w charakterystyczny sposób, ogromnie zabawny, dowcipny, ale i podkreślający cechy charakteru Pchły Szachrajki. Cały zespół, wszyscy aktorzy grają wspaniale, każdy swoim sposobem i kostiumem czytelnie podkreśla charakter postaci, którą gra. Spektakl, ze świetnie dopasowaną do charakteru przedstawienia muzyką Macieja Małeckiego, jest mówiony i śpiewany. Wszystko to tworzy całość przemawiającą komunikatywnie do maluchów.

To familijne przedstawienie także dorosłym sprawia dużą przyjemność, bo przecież jest w nas coś z dziecka. Dorosłość, starzenie się nie zabija w nas marzeń, wyobraźni, fantazji. Może tylko zmniejsza ich wymiar, no i wpisuje się w inne, aniżeli u dziecięcej widowni realistyczne konteksty. A okazja powrotu nas, dorosłych, choć na chwilę do dziecięcego świata wyobraźni ożywia nas, pobudza do dobrych myśli i łagodzi nasze zachowania. Oczywiście pod warunkiem, iż jest to naprawdę bajka, a nie agitka propagandowa wprowadzająca za pomocą sztuki tzw. ideologię gender. A to, jak widzimy, niestety zdarza się dziś nawet w przedszkolach, gdzie pod płaszczykiem zabaw dziecięcych wprowadza się tzw. edukację seksualną i „katuje się” nią maluchy, których wiek, osobowość, wyobraźnia i całe jestestwo domaga się innego świata. Świata dziecięcego z należnymi mu atrybutami, do których należy właśnie bajka.

Morał jest ważny
Można śmiało powiedzieć, że „Pchła Szachrajka” wyreżyserowana przez Annę Seniuk jest spełnieniem dziecięcych potrzeb, a zarazem formuje w prawidłowym kierunku morale małego człowieka i wyrabia gust estetyczny na odbiór sztuki. Bawi, pobudza wyobraźnię, edukuje, wyczula na granicę dobra i zła, mówi, że kłamstwo jest złe, a przyznanie się do winy i skrucha zostają nagrodzone. A przy tym wskazuje na poprawną polszczyznę. Tekst jest pisany wierszem, łatwą rymowanką dostosowaną do percepcji dziecka, dzięki czemu maluchy łatwo zapamiętują fragmenty.

Wszystko to bardzo ważne, bo dziś, gdy uważnie przejrzymy książeczki dla dzieci, propozycje zabaw, a także przedstawienia teatralne, zauważymy, jak silnie zostały zrelatywizowane pojęcia dobra i zła, jak bardzo granica między nimi jest zamazywana. Żyjemy w czasach silnej presji zewnętrznej na formowanie osobowości dziecka w kierunku wytyczonym przez tzw. poprawność polityczną, gdzie rodzicom nierzadko odbiera się prawo do wychowywania dziecka zgodnie z podstawowymi wartościami. W tej sytuacji niełatwo jest przebić się z dobrym, prawidłowym, ugruntowanym na Dekalogu przekazem sztuki, literatury, zabaw dziecięcych.

A ponadto w dobie gier komputerowych i SMS-owego porozumiewania się niełatwo dziś zrealizować przedstawienie dla dzieci w taki sposób, aby zainteresować je teatrem. Oczywiście nie tylko dziś jawi się problem, jak „robić” teatr dla dzieci, ale dziś zyskuje on wymiar szczególny z uwagi na ogólny dostęp dzieci do zdobyczy technicznych współczesnej cywilizacji, jak komputer, film już nie tylko w 3D, ale nawet w 4D, telefon komórkowy, z którym dzieci obcują już na etapie przedszkola. Maluch wprawdzie nie zna jeszcze alfabetu, ale posługiwać się „komórką” już potrafi.

Reżyserzy i w ogóle autorzy twórczości dla dzieci, traktujący poważnie swoje zadanie, mają nie lada problem, wszak poprzez swe dzieła – literackie, filmowe, teatralne, operowe, plastyczne – są przecież odpowiedzialni za formowanie się wrażliwości tych małych odbiorców na sztukę, muzykę, a nawet za formowanie się osobowości dziecka w oparciu o odbiór sztuki. Bo przecież na wykreowanych przez twórców dziełach uczą się postrzegania świata z niezbędnym rozróżnieniem dobra i zła. Dziś w ten bajkowy świat tworzony przez dorosłych dla dzieci wdarły się nurty postmodernistyczne. Ta postmodernistyczna kultura, z założenia nieodnosząca się do Boga i wyrażająca się w relatywizmie moralnym, w relatywizowaniu prawdy i w ogóle wszystkich wartości ma swoje odzwierciedlenie także w twórczości adresowanej do dzieci. Na szczęście zdarzają się jeszcze, wprawdzie śladowo, ale bywają takie właśnie urocze, mądre, wartościowe i dostosowane do percepcji dzieci przedstawienia, jak to o Pchle Szachrajce pokazane z wielką kulturą i dowcipem.
--------------------------------------------------------------------------------

„Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy, reż. Anna Seniuk, muz. Maciej Małecki, scenog. Anna Sekuła, chor. Weronika Pelczyńska, Teatr Narodowy – scena Studio, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/66316,zab ... rajki.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 22 lut 2014, 08:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Trzeba słuchać Boga

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Niezwykle rzadko wystawiany w teatrach dramat Stanisława Wyspiańskiego „Bolesław Śmiały” zamknął rok obchodów stulecia Teatru Polskiego w Warszawie. Akcja dramatu toczy się w XI wieku, a treść osnuta jest wokół konfliktu króla polskiego Bolesława, zwanego Śmiałym, z biskupem krakowskim, św. Stanisławem ze Szczepanowa. Dwie wielkie postaci średniowieczne, które odcisnęły trwały ślad w polskich dziejach. W historycznych przekazach niewiele znajdujemy na ten temat wiadomości o charakterze dokumentalnym. Stanisław Wyspiański już po napisaniu „Bolesława Śmiałego” kilkakrotnie wracał w swojej twórczości do tematu sporu obu tych wielkich postaci, czy to w „Skałce”, czy w rapsodach, czy w „Argumentum do dramatu Króla Bolesława i Biskupa Stanisława”. Jacek Popiel, autor scenariusza przedstawienia, wykorzystał te utwory.

Ów spór Bolesława i biskupa należy do najbardziej dramatycznych momentów w naszej historii. Bolesław Śmiały i biskup Stanisław to dwie diametralnie różne osobowości, dwie różne wizje polskiej państwowości, dwa różne systemy wartości, zwłaszcza w kategorii moralnej. Tragizm owego konfliktu zakończonego zamordowaniem biskupa Stanisława zasadza się właściwie na tym, że obaj kochali Polskę i obaj czuli się reprezentantami Bożej woli na ziemi, ale każdy z nich widział to inaczej i inaczej postępował. Ponadto w owym konflikcie każdy z nich doznał indywidualnej tragedii.

Święty patron
Biskup męczennik był kapłanem bezkompromisowym, bronił wartości moralnych i ludzkiego życia, tak jak i dziś naucza Kościół. Król zaś, można powiedzieć, wybitny polityk, potężny, władczy i okrutny zarazem monarcha, w swych posunięciach uważa się za pomazańca Bożego, ale nie żyje w zgodzie z przykazaniami Bożymi. Ma żonę (w spektaklu gra ją Małgorzata Lipmann) i liczne kochanki, znany jest z rozwiązłych zachowań, gwałtownego reagowania i folgowania swoim namiętnościom. Ponadto potrafi być okrutny w wymierzaniu kary tym, którzy zawiedli go na polu bitwy. Bolesław dążył do wzmocnienia pozycji polskiego państwa na świecie. Zgodnie ze swoją dalekosiężną polityką prowadził bitwy, wojny.

Biskup Stanisław krytykował niemoralne życie króla, brał w obronę poddanych przed surowością monarchy, bronił ich życia, żądał uwolnienia ludzi skazanych na śmierć. Finał okazał się tragiczny dla biskupa, z rozkazu króla został zamordowany podczas odprawiania Mszy Świętej na Skałce w Krakowie, jego ciało poćwiartowano. Prochy św. biskupa Stanisława przeniesione zostały kilka lat później na Wawel, postać męczennika otoczono głębokim kultem. Naród stanął po stronie biskupa, a król po dokonaniu zbrodni musiał uciekać z Polski. Schronienie znalazł na Węgrzech.

Król bez majestatu
Przedstawienie w Teatrze Polskim utrzymane jest w konwencji teatru rapsodycznego, skoncentrowane na słowie. Rozwiązań sytuacyjnych jest niewiele, a te, które się pojawiają, mają w zasadzie charakter symboliczny. Bo cała akcja fabularna rozgrywa się głównie w warstwie słownej. W większości skąpo oświetlona scena tworzy mroczny klimat spektaklu. Scenografia autorstwa Izy Toroniewicz też nie wnosi jaśniejszych, radośniejszych klimatów. W tej samej mrocznej tonacji utrzymane są pozostałe elementy, obszerna kolumna wypełniająca tył sceny czy zsuwająca się z góry belka, która pełni tu kilka funkcji. Podłogę stanowi rozsypany torf, w którym król Bolesław (Piotr Cyrwus) z pogańską Krasawicą (w tej roli Lidia Sadowa) nurzają się ubłoceni na twarzy i ciele. Zresztą umorusane twarze mają także inne postaci.

Konstrukcja spektaklu wydaje się prosta, jednak fabuła przedstawienia opowiedziana jest dość zawile. Jeśli ktoś wcześniej nie zapoznał się z dramatem Wyspiańskiego, może nie do końca zrozumieć, o co tak naprawdę toczy się spór i co oznaczają niektóre sceny, jak na przykład wejście biskupa Stanisława (postać spokojnie, powściągliwie prowadzona przez Krystiana Modzelewskiego), któremu w tle towarzyszą wierni, kosynierzy ze sztandarami, jak podczas świąt narodowych i kościelnych, a także podczas bitew (notabene scena o urodzie plastycznej). Albo dlaczego Krasawica (Lidia Sadowa) ma tatuaże na ciele. Czyżby chodziło o wskazanie tropu współczesnego? Jeśli tak, to zbyt banalny ten trop.

Ponadto sceny damsko-męskie króla z dziewką pogańską niepotrzebnie nasycone są silną nadekspresją i trwają nazbyt długo. Epizody te wszak nie są kluczowe dla całości spektaklu, mają jedynie podpowiedzieć widzowi, że król folguje swoim namiętnościom, nie liczy się z prawowitą małżonką itd. Twórcy spektaklu najwyraźniej nie znaleźli w pełni czytelnego w odbiorze przełożenia dramatu Wyspiańskiego na scenę. Choć, trzeba powiedzieć, że pomysł inscenizacyjny jest interesujący, ale niestety nie do końca wykorzystany. Niektóre sceny mają w sobie element malarskości, ładnie komponują się plastycznie, jak na przykład padający deszcz czy zapalone świece. Tytułowy bohater, król Bolesław Śmiały, w wykonaniu Piotra Cyrwusa w niczym nie przypomina monarchy. Odjęta została mu wszelka dostojność królewska, zarówno pod względem zachowania, wyglądu, jak i sposobu mówienia. A przecież doprowadził Polskę do politycznej potęgi. Musiał zatem odznaczać się silną osobowością i przebiegłością polityczną.

W spektaklu zaś okropnie ubrany w brudną, poplamioną (pewnie tym błotnistym torfem) koszulę przypomina raczej parobka wiejskiego, prostaka o dużej sile fizycznej. A przy tym moralnie jest nie do przyjęcia. Rozumiem, że najprawdopodobniej duet reżyserski Bartosz Zaczykiewicz i Andrzej Seweryn tak właśnie wykoncypowali tę postać, by ukazać tzw. silnie „biologiczną” osobowość króla Bolesława, jego mentalność, temperament. Nie przekonuje mnie to podane w takiej formie.

Pozostałe postaci – jakkolwiek niektóre zaznaczają się bardziej wyraziście, jak na przykład Lidia Sadowa – stanowią głównie tło dla wyeksponowania rysu charakterologicznego króla.

Można powiedzieć, że pozytywną niespodziankę sprawił mi biskup Stanisław w wykonaniu Krystiana Modzelewskiego. Wprawdzie jego postać jest może zanadto wyciszona i odsunięta w za daleki plan, ale, o dziwo, kapłan nie jest tu poddany deprecjacji, ośmieszeniu, karykaturze. A dziwię się dlatego, że w dobie walki z Kościołem, jeśli dziś na scenie pojawia się postać kapłana, to zazwyczaj po to, by ukazać go w wersji wyłącznie negatywnej, karykaturalnej.

„Bolesław Śmiały” Stanisława Wyspiańskiego, scen. Jacek Popiel, reż. Bartosz Zaczykiewicz i Andrzej Seweryn, scenog. Iza Toroniewicz, Teatr Polski, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/69077,trz ... -boga.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 01 mar 2014, 09:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Chodź, matka czeka

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

W pytaniu syna skierowanym do ojca: „Tato, czy ty mnie kochałeś?”, najbardziej przejmujące jest pełne napięcia i niepokoju oczekiwanie na odpowiedź, jakby od tego zależało dalsze życie Saszki. Owo pytanie o miłość jest lejtmotywem przedstawienia „Saszka. Sen w dwóch aktach” w reżyserii Wojciecha Urbańskiego w warszawskim Teatrze Współczesnym. A zarazem jest to pytanie stanowiące fundament, na którym rodzą się wszystkie pozostałe wątki i refleksje zawarte w spektaklu.

Rzecz w warstwie fabularnej wydawałaby się nadzwyczaj prosta, niczym specjalnym niewyróżniająca się spośród wielu podobnych zdarzeń. Jest to opowieść o relacjach rodzinnych. Oto do domu rodzinnego po długiej nieobecności powraca syn Aleksandr, Saszka (Borys Szyc). Ale dom, do którego wraca, nie jest już tym samym domem, który pamięta, ogniskiem rodzinnym. Podczas nieobecności Saszki zmarła matka, a wkrótce po niej odszedł jej mąż, ojciec Saszki. Zmarł na zawał serca. Nie mógł odnaleźć się po śmierci żony. Dla Saszki mieszkanie, dom, w którym się wychował, ma szczególne znaczenie, jest niejako depozytariuszem pamięci rodzinnej i potwierdzeniem tożsamości mężczyzny. Dlatego tak wielką wagę przywiązuje do ścian, mebli, otoczenia domu, bo każdy kąt nasiąknięty jest pamięcią o rodzicach i o wpajanych mu od dzieciństwa wartościach. Kultywuje tradycje rodzinne, widzi w tym ostoję wartości i obronę przed rozpadającym się dziś światem, który daleko odszedł od tego, co jest prawdą, dobrem i pięknem. Dlatego za wszelką cenę pragnie utrzymać dom rodzicielski. A to okazuje się wielkim problemem. Saszka ma rodzeństwo, cztery siostry (w tych rolach: Kinga Tabor, Kamila Tuboth, Monika Pikuła i Monika Kwiatkowska). Ale żadna nie została w domu, każda żyje już na swoim. Siostry, z wyjątkiem jednej z nich, Anny (świetna rola Moniki Kwiatkowskiej), nie są zainteresowane utrzymaniem domu, chcą go sprzedać i podzielić się pieniędzmi. Brat wchodzi w sytuację konfliktową z rodzeństwem, co kończy się jego przegraną. I tyle, jeśli chodzi o treści fabularne.

Pomiędzy
Ale to tylko warstwa zewnętrzna. Przedstawienie ma tzw. drugie życie. W spektaklu pojawia się nieżyjący już ojciec rodziny, Dmitricz (doskonała rola Janusza Michałowskiego). Możemy to odczytywać jako sceny z przeszłości, zwłaszcza gdy rozmawia ze swoim sąsiadem, Jurasikiem (lekko żartobliwie narysowana postać przez Damiana Damięckiego). Ale te retrospektywne sceny mieszają się z czasem teraźniejszym, wszak ojciec ukazuje się synowi i prowadzi z nim rozmowy na aktualne tematy, wśród których dominuje polecenie naprawy studni. Przy każdej wizycie ojca Saszka zadaje mu pytanie, czy kochał syna. Dmitricz był ojcem dość surowo wychowującym. Niewiele uczuć okazywał synowi, uważając go trochę za nieudacznika. Pewnie dlatego Saszka na ochotnika zgłosił się do służby wojskowej, by dowieść ojcu swej męskiej odwagi.

Owe spotkania ojca z synem odbywają się we śnie, a także podczas wizyt Saszki u dziwnego człowieka, Alberta (Sławomir Orzechowski), który niejako przenosi Saszę do innego świata. Bardzo pięknie i czytelnie przenikają się tu dwie diametralnie różne rzeczywistości. Każda z nich należy do innego porządku. Jedna to rzeczywistość stricte realna, czas, w którym bohaterowie żyją, funkcjonują, wchodzą ze sobą w relacje. To rzeczywistość widzialna dla wszystkich bohaterów. Druga to pogranicze metafizyki, zaświatów i snu. Ta rzeczywistość jest niewidzialna dla większości bohaterów sztuki. Funkcjonuje w niej Dmitricz, ojciec Saszki, to jego przestrzeń życia. Pojawia się tu także Saszka. Przestrzeń ta bywa widzialna, a może tylko odczuwalna również dla Alberta (interesująco poprowadzona rola przez Sławomira Orzechowskiego).

Jawa czy sen
Myślę, że łączenie obu tych rzeczywistości i przechodzenie jednej w drugą było najtrudniejszym zadaniem dla reżysera. Bardzo łatwo wszak można popaść w kiczowatość i narazić się na śmiech ze strony widowni. Tutaj wrażliwość i wyczucie przez reżysera granicy, której nie można przekroczyć, okazały się idealne. Reżyser nie „zagadał” do cna owej czułej i delikatnej przestrzeni, jaką jest życie wewnętrzne człowieka. Inteligentnie pozostawił publiczności miejsce na interpretację zgodnie z własnym widza porządkiem. Porządkiem związanym ze sferą duchowości.

Także świetna gra aktorów dowodzi znakomitego porozumienia reżysera z zespołem. Dzięki temu przedstawienie osiągnęło głębię i dodatkowy wymiar. A konsekwentnie prowadzona w całym spektaklu niespieszna narracja tworzy klimat właściwy dramatom Czechowa. To zauroczenie Czechowem młodego białoruskiego autora sztuki Dmitrija Bogosławskiego harmonijnie splata się z podobnym zainteresowaniem reżysera spektaklu Wojciecha Urbańskiego. A to przekłada się czytelnie na grę aktorską całego zespołu, w tym głównego bohatera. Przebywanie na granicy jawy i snu wymaga od Borysa Szyca jako Saszki niebywałej dyscypliny i dobrej relacji z pozostałymi aktorami, zwłaszcza z Januszem Michałowskim w roli ojca oraz ze Sławomirem Orzechowskim, postacią jakby z innego wymiaru. Borys Szyc wchodzi w te dwie różne rzeczywistości płynnie, komunikatywnie dla widza oddzielając je od siebie czasami tylko jakimś niuansem, aby nie przerysować i nie zagmatwać tego, co jest najistotniejsze w postaci Saszki. To trudna i udana rola aktora. A sceny rozmów Borysa Szyca jako syna z Januszem Michałowskim w roli ojca należą do prezentacji dobrego, interesującego aktorstwa, gdzie relacje między postaciami są nie tylko warsztatowo świetnie poprowadzone, ale i w pełni wiarygodne psychologicznie.

Postawione na początku pytanie, powracające raz po raz w czasie sztuki, pozostaje w zasadzie bez odpowiedzi. Dopiero na samym końcu, w finałowej scenie, podczas kolejnego spotkania Saszki z ojcem, pewnie gdzieś już na granicy życia ziemskiego i wiecznego, padają znamienne słowa ojca skierowane do syna: „Chodź, matka czeka”. Odtąd już będą razem. Saszka nie musi więc pytać, czy ojciec go kocha, bo ma teraz oczywisty dowód ojcowskiej miłości. To najgłębiej przejmująca i najpiękniejsza scena w całym przedstawieniu. Scena, można powiedzieć, o charakterze teologicznym, będąca odważnym wyznaniem wiary.

„Saszka. Sen w dwóch aktach” Dmitrija Bogosławskiego, reż. Wojciech Urbański, scenog. Marta Zając, kost. Paulina Czernek, muz. Dominik Strycharski, Teatr Współczesny, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/69733,cho ... czeka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 15 mar 2014, 07:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Ideologia przesłoniła miłość

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Powstało już wiele rozmaitych baletów na podstawie „Romea i Julii” Szekspira, z muzyką też bardzo zróżnicowaną. Do najbardziej znanych wersji należy balet Siergieja Prokofiewa. Najnowsza baletowa inscenizacja „Romea i Julii” w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie jest dziełem świetnego polskiego choreografa Krzysztofa Pastora, który uwspółcześnił dramat, przenosząc akcję sztuki w XX wiek. Jawi się zatem pytanie o zasadność owego uwspółcześnienia.

Na przestrzeni lat w baletowej wersji „Romea i Julii” nie brakowało tzw. oryginalnych pomysłów unowocześnienia dramatu. Najnowszą wersję, w choreografii Krzysztofa Pastora, zdominowała polityka. Najsłynniejsza miłosna historia przeniesiona w dwudziesty wiek została tu silnie wpisana w kontekst społeczny i polityczny z wyraźnie zaznaczoną tożsamością dwóch przeciwstawnych, wrogich sobie nie tylko rodów, ale całych ugrupowań, obozów politycznych. Zamiast renesansowej Werony opowieść rozpoczyna się w latach trzydziestych XX wieku w jakimś mieście we Włoszech. Potem wojna i czas odbudowy, lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. I na koniec lata dziewięćdziesiąte. Zmienia się historia, zmienia się rzeczywistość, a problem Julii i Romea trwa – chce nam w ten sposób powiedzieć Pastor.

Retusz Szekspira

Pierwszy akt to okres rządów Mussoliniego, rodzina Capulettich zalicza się do jego zwolenników. Ojciec Julii, pan Capuletti (Wojciech Ślęzak), i należący do rodziny Tybalt (Paweł Koncewoj), ubrani w czarne mundury, są pokazani jako przywódcy sympatyków ruchu faszystowskiego. Ich oponenci to rodzina Montecchich, w jasnych kostiumach – co ma budzić sympatię widza, utożsamieni zostali z „opcją lewicową”. Mocno dziwi takie ideologiczne rozłożenie akcentów.

Na głównej ulicy miasta, po której Włosi odbywają częste spacery, Romeo Montecchi i jego przyjaciele raz po raz napotykają Tybalta z ojcem Julii, co doprowadza za każdym razem do zaczepek, wzajemnej agresji, a nawet bójki. Ostatnie takie spotkanie zakończyło się tragicznie śmiercią Merkutia (Carlos Martin Pérez), przyjaciela Romea, i śmiercią Tybalta. Dramatyczna scena znakomicie warsztatowo rozegrana tańcem z elementami aktorstwa. Ten polityczny rozdział dwóch rodów należących do wrogich sobie, przeciwstawnych ugrupowań uniemożliwia zwieńczenie legalnym ślubem wielkiej wzajemnej miłości Julii i Romea. Młodzi biorą ślub w ukryciu, ale – jak wiadomo – nie nacieszą się sobą, bo wkrótce dosięgnie ich śmierć.

Tak wygląda warstwa fabularna wynikająca z libretta, które ma jednak spore odstępstwa od dramatu Szekspira. Nie tylko w przesłaniu, ale na przykład w zakończeniu spektaklu. W tekście oryginalnym finał pokazuje, iż śmierć Romea i Julii nie poszła na marne, doprowadziła do wzajemnego przebaczenia i pogodzenia się zwaśnionych rodów. Spektakl Pastora pozbawiony jest tej szekspirowskiej puenty. Kończy się śmiercią głównych bohaterów. Twórca spektaklu, spoglądając na ów szekspirowski dramat poprzez pryzmat toczących się dzisiaj wojen, agresji, zacietrzewień i ideologii, wyraźnie nie uwierzył w możliwość pozytywnego zakończenia wieloletniej waśni.

Reżyser, umieszczając historię miłości Romea i Julii w kontekście konfliktu, walki, odniósł się wyraźnie do realiów współczesnego świata i zagrożeń wojną, jakie niesie współczesna rzeczywistość. Idąc tym tropem, można by dywagować, biorąc za przykład obecny konflikt zbrojny na Ukrainie. Dwoje młodych, zakochanych w sobie ludzi, Rosjanka i Ukrainiec, chciałoby się pobrać, założyć rodzinę. Czy byłoby to dziś możliwe? Taka dowolnie szeroka interpretacja na pewno poszerza zakres znaczeniowy dramatu Szekspira, ale zarazem oddala nas od źródła, czyli litery tekstu. Wyznam szczerze, iż nie jestem zwolenniczką uwspółcześniania i dopisywania znaczeń utworom, zwłaszcza wybitnym dziełom klasyki. Nie przekonuje mnie naginanie interpretacji dzieła klasycznego do współczesnej poprawnościowej ideologii. Dzieło, które w swej źródłowej wersji przedstawia przecież całkowicie inne realia wynikające z epoki i dostarczające nam, współczesnym, wiedzy o tamtej epoce, ludzkich zachowaniach, relacjach, obyczajowości, sytuacjach społecznych itd. To przecież zupełnie inny utwór.

Propaganda w teatrze
W warstwie artystyczno-wykonawczej dynamiczna, z dużą dozą ekspresji choreografia Krzysztofa Pastora łączy technikę tańca klasycznego (artyści tańczą na pointach) z tańcem modern. Od strony technicznej, warsztatowej rzecz nie podlega krytyce. Każdy detal jest tu profesjonalnie opracowany i zaprezentowany, a niektóre sceny zbiorowe urzekają wykonaniem, co nie jest łatwym zabiegiem choreograficznym właśnie w scenach zbiorowych. Wspaniały duet Aleksandry Liashenko i Maksima Wojtiula w scenie miłosnego tańca Romea i Julii, sceny balu u Capulettich, taniec rodziców Julii (Marta Fiedler i Wojciech Ślęzak), żartobliwe zaczepki Merkutia (Carlos Martin Perez) i także pozostali tancerze – wszyscy pokazali profesjonalne przygotowanie i umiejętność szybkiego przechodzenia z techniki klasycznej do współczesnej. Do tego wielka, urzekająca muzyka Prokofiewa pod dyrekcją Łukasza Borowicza wybrzmiewa w korelacji z tym, co widzimy na scenie.

Puszczone zaś z projektora dekoracje i fragmenty filmów dokumentalnych pokazują czas historyczny: Mussolini, bojówki, wojna, zbombardowane miasta, czas pokoju. A pod koniec spektaklu jawi się twarz Berlusconiego w czytelnym kontekście. Można powiedzieć: od Mussoliniego do Berlusconiego. No, to już gruba przesada. Od pewnego czasu środowiska nowej lewicy (czyli lewica skrzyżowana z liberałami), zawłaszczające coraz więcej przestrzeni – co najbardziej wyraźnie widać właśnie w sztuce, w teatrze – szermują pojęciem „faszyzm” w odniesieniu do ludzi prawicy kultywujących patriotyzm, wyznających chrześcijański system wartości, odrzucających dewiacyjne związki homoseksualne i przeciwstawiających się ideologii gender. Nowa lewica, używając słowa „faszyzm”, próbuje ich skompromitować.

Ucieczka choreografa od romantycznej wersji inscenizacji „Romea i Julii” (a przecież chodzi tu o miłość) na rzecz politycznego i ideologicznego zaangażowania przypomina dzisiejszą lewicową publicystykę, a to nie pomaga spektaklowi. Ochłodziło go z emocji. Bo, prócz niewątpliwych zalet warsztatowych, które przedstawienie posiada, ta historia tragicznej miłości dwojga młodych ludzi nie wzbudziła we mnie żadnych uczuć, nie poruszyła mnie, uczyniła mnie obojętną na los bohaterów.
--------------------------------------------------------------------------------

„Romeo i Julia”, balet Siergieja Prokofiewa, libretto Krzysztof Pastor i Willem Bruls wg Williama Szekspira, choreogr., Krzysztof Pastor, dyryg. Łukasz Borowicz, scenog. i kost. Tatyana van Walsum, dramaturg Willem Bruls, Polski Balet Narodowy, Teatr Wielki – Opera Narodowa, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/71339,ide ... ilosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 03 kwi 2014, 06:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Kultura to prawda. Jeżeli treśc tzw. kultury wypełnia zakłamanie to, to już nie jest kultura, tylko propaganda.

Listy z Kozielska

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Z Barbarą Dobrzyńską, aktorką i założycielką „Naszego Teatru”, rozmawia Temida Stankiewicz--Podhorecka
Przygotowuje Pani specjalny spektakl, którym „Nasz Teatr” uczci 74. rocznicę zbrodni katyńskiej i 4. rocznicę tragedii smoleńskiej.
– Pragnę te smutne dla nas, Polaków, rocznice upamiętnić dokumentalnym spektaklem „Z Katynia do Smoleńska – prawda, pamięć, przebaczenie”. Nie tylko ze względu na przypomnienie ludobójstwa w Katyniu, Miednoje czy Charkowie, ale także z uwagi na przypomnienie świadka tamtych wydarzeń, jeńca z Kozielska, ks. prałata Zdzisława Jastrzębiec Peszkowskiego. Ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski, kapelan Rodzin Katyńskich, darzył mnie wielką przyjaźnią i zaufaniem, powierzając mi wielokrotne realizowanie uroczystych koncertów upamiętniających Katyń. Ksiądz prałat już nie żyje, dlatego należy podjąć jego misję. Misję odkłamywania historii, którą on właśnie rozpoczął. To dzięki niemu świat współczesny usłyszał o ludobójstwie polskich oficerów i polskiej inteligencji w Katyniu. To ks. prałat Peszkowski nieomal „przymusił” ówczesnego prezydenta Rosji Borysa Jelcyna, aby ten przekazał Lechowi Wałęsie dokumenty dotyczące tego ludobójstwa.

Przypomnijmy, jakie to były dokumenty.
– Do najważniejszych należy notatka Ławrientija Berii z 5 marca 1940 r., na której widnieją zbrodnicze podpisy Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa, Mikojana, zlecająca ludobójstwo polskich oficerów w Katyniu, Miednoje, Charkowie i wielu innych miejscach w Rosji. A także druga, ściśle tajna notatka szefa KGB ZSRS Aleksandra Szelepina dla Nikity Chruszczowa z 3 marca 1959 r., potwierdzająca fakt zamordowania przez NKWD 21 857 Polaków w ramach zbrodni katyńskiej.

Widzowie będą mieli okazję poznać te najważniejsze dla sprawy Katynia źródła podczas spektaklu „Z Katynia do Smoleńska”. „Nasz Teatr” zaprezentuje się w nowej odsłonie – sceny faktu?
– Tak. Pragniemy pokazać scenę rozmów między Stalinem, Churchillem i Rooseveltem w Jałcie. A także spotkanie gen. Władysława Andersa z Churchillem oraz przedstawić wnioski Specjalnej Komisji Śledczej Kongresu Stanów Zjednoczonych do Zbadania Zbrodni Katyńskiej z lat 1951-1952. Przypominamy również – jak wspomniałam – notatkę Berii dla Stalina i notatkę Szelepina dla Chruszczowa.

Dotąd we wszystkich spektaklach „Naszego Teatru” dużą rolę wyznaczała Pani warstwie muzycznej. Jak będzie tym razem?
– Spektakl bez muzyki czy pieśni, jeśli jest wyrażony tylko słowem mówionym, bywa dość monotonny. Pieśń, muzyka czy piosenka często budują atmosferę danego spektaklu. Dlatego w „Naszym Teatrze” zawsze będzie słowo i muzyka. Tak jest i teraz w przedstawieniu „Z Katynia do Smoleńska”. Dodam, że w spektaklu wystąpi wielu nowych aktorów grających postaci oficerów katyńskich, ich żon i córek oczekujących na listy od mężów i ojców.

Wracając do postaci ks. Zdzisława Peszkowskiego. Czy kapelan Rodzin Katyńskich został jakoś uhonorowany przez Rzeczpospolitą za swoją walkę o prawdę o Katyniu?
– Mimo tak wielkiej zasługi księdza, jaką była jego misja odkłamywania historii, nie otrzymał on żadnego odznaczenia, np. Orderu Orła Białego, którym uhonorowano np. Jacka Kuronia, Adama Michnika, Leonida Kuczmę czy Wiktora Juszczenkę. Ksiądz Zdzisław Peszkowski zmarł w 2007 roku. Nawet po śmierci nie otrzymał żadnego odznaczenia. A nie byłoby przecież rocznicy mordu katyńskiego, nagłośnionego na cały świat, gdyby nie niezłomna, bezkompromisowa postawa ks. Peszkowskiego w dochodzeniu do prawdy katyńskiej. Zapytałam kilka osób blisko z nim związanych, jaka jest przyczyna niehonorowania jego osoby. Odpowiedziano mi, że ks. Peszkowskiego, który uratował się z Kozielska, obrzucano fałszywymi oskarżeniami o agenturalność. Tylko dlatego, że przeżył…

A gdyby został zabity, jak jego koledzy, strzałem w tył głowy w Katyniu?
– No właśnie, ciekawe, kto nagłaśniałby całemu światu ludobójstwo w Katyniu, Charkowie, Miednoje i wielu innych miejscach w Rosji… Czy pan Michnik, czy pan Kuczma, a może pan Juszczenko? Nie trzeba posiadać wysokiego ilorazu inteligencji, żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie. Heroicznej postawy księdza nie zauważali w Polsce różnej maści niedouczeni urzędnicy państwowi i ludzie pełni złej woli. Ale jak już mówiłam w „Polskim punkcie widzenia” w Telewizji Trwam, nie tylko ks. Peszkowski został pomówiony. Niemal ci sami ludzie upatrzyli sobie kolejnego „księdza agenta” – ks. abp. Stanisława Wielgusa. Rzuciły się na niego różnej proweniencji niedouczki dziennikarskie, uważając się za autorytety moralne i kościelne, a więc mające prawo do wydawania wyroków na księży Kościoła katolickiego. Ja bym im zaproponowała, żeby przestali ścigać „agentów” w sutannach, a zajęli się własnym i paru innymi środowiskami, w których aż roi się od sprzedawczyków Ojczyzny, czy to w ekonomii, czy w polityce, czy w kulturze.

Do tej pory pomówionych księży nie przeproszono ani nie wynagrodzono im doznanej krzywdy.
– Czy nie jest zastanawiające, że gdy któryś z księży katolickich podejmie ogromnej wagi zadanie historyczne czy moralne, ważne dla Polski, to od razu pewne środowiska robią z niego agenta? Radziłabym tym nieszczęsnym dziennikarzynom, aby jako tacy znakomici śledczy zajęli się odnalezieniem morderców ks. Stefana Niedzielaka, który stworzył sanktuarium katyńskie na Starych Powązkach w Warszawie, odnalezieniem morderców ks. Romana Kotlarza, ks. Stanisława Suchowolca, ks. Sylwestra Zycha. Chciałoby się, aby panowie dziennikarze zaczęli bronić Kościoła katolickiego i dobrego imienia błogosławionego Jana Pawła II, którego kanonizację próbują różne zdeprawowane środowiska nowej lewicy zniesławić i zniszczyć klimat oczekiwania na nowego polskiego świętego.

Dziękuję za rozmowę.
Temida Stankiewicz-Podhorecka

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... elska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 05 kwi 2014, 07:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Miernota aż wstyd

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Czas Wielkiego Postu jest piękną i wyjątkową okazją do zagłębienia się w tej przestrzeni naszego życia, która związana jest z duchowością. Sztuka, teatr, wydawałoby się, że już z samej definicji, powinny temu sprzyjać i służyć odbiorcom swoimi przedsięwzięciami artystycznymi. Tymczasem – pomijając śladowe wyjątki – jest wręcz odwrotnie. Owszem, są nawet przedstawienia, w których na scenie pojawia się postać Chrystusa, jak na przykład w najnowszej premierze Teatru Imka „Klątwa, odcinki z czasu beznadziei”, tylko spójrzmy, w jakim kontekście się pojawia i kim jest ten sceniczny Chrystus. To po prostu karykatura postaci Zbawiciela i parodia Jego nauczania.

Spektakl „Klątwa, odcinki z czasu beznadziei” to pierwszy odcinek zamierzonego na polityczny serial teatralny przedsięwzięcia autorstwa tandemu Strzępka/Demirski, szeroko reklamowanego w mediach jeszcze na długo przed premierą. Zarówno warszawską, jak i krakowską, bo rzecz powstała w koprodukcji Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie i Teatru Imka w Warszawie. W teatralnym folderze reklamowym napisano, że „utrzymane w konwencji political fiction i horroru przedstawienie pomyślane jest jako wielowątkowa opowieść demontująca mechanizmy rządzące historią”. Napisane na wyrost.

Żenujący poziom
Pierwszy odcinek ma jakoby pokazać, iż z powodu rozczarowania działalnością polityków i władzy społeczeństwo swoje zaufanie przeniosło w inne rejony, niejako metafizyczne: zaczyna wierzyć w rozmaite znaki i przepowiednie. Oto nagle jednego dnia w jakiś dziwny sposób giną kolejno wszyscy znaczący politycy, posłowie na Sejm i ważne postaci. Ich śmierć nie jest dostatecznie wyjaśniona, ale nie to jest istotne. Ta sytuacja doprowadza do kryzysu i na ziemię zstępuje Jezus Chrystus, wprowadzając nowy porządek. Postać Chrystusa grana przez Dobromira Dymeckiego narysowana jest grubą groteskową kreską, co raz po raz wywołuje śmiech na widowni. Aktor paraduje z nagim torsem, często stając tyłem do widowni, abyśmy zobaczyli krwawe ślady na jego wysmaganych biczem plecach. Po twarzy aktora spływa krew z miejsc symbolizujących rany po koronie cierniowej. Nie braknie też krwawych śladów, stygmatów na dłoniach i sączącej się krwi z przebitego boku.

W charakteryzacji aktora nie żałowano czerwonej farby. A nonszalancki i niestroniący od wulgaryzmów sposób bycia tej scenicznej figury, która ma niby przedstawiać Chrystusa, jest tak wypaczony i skarykaturyzowany, że postać ta jest zaprzeczeniem jakiejkolwiek wiarygodności. Już nie tylko w znaczeniu teologicznym, ewangelicznym czy historycznym (Jezus przecież żył, chodził, nauczał w konkretnym czasie historycznym i konkretnym miejscu na ziemi), ale także aktorskim, artystycznym. To zwyczajna miernota pseudoartystyczna. Dziwię się, że zawodowy aktor może prezentować aż taką amatorszczyznę. Nawet jeśli pani reżyser kazała, to przecież aktor też ma chyba coś do powiedzenia od siebie, czegoś przecież w szkołach teatralnych w Polsce aktorzy się uczą. Przynajmniej dotąd tak było.

Zresztą jakżeby mógł być pokazany Pan Jezus zgodnie z prawdą przekazu ewangelicznego, skoro zarówno autor tej grafomanii Paweł Demirski, jak i reżyser tego scenicznego bełkotu Monika Strzępka propagują, gdzie tylko mogą, swoje marksistowskie sympatie. I jak widać, bardzo im się to opłaca. Raz po raz otrzymują nagrody i wielkie poparcie mediów lewicowo-liberalnych. Zarówno w tym spektaklu, jak i we wszystkich pozostałych tandemu Strzępka/Demirski mamy do czynienia z propagowaniem lewicowej wizji świata, a więc świata bez Boga, bez wartości chrześcijańskich itd.

Rządzą barbarzyńcy
Wizualnie i treściowo spektakl jest nagromadzeniem chaosu. Zarówno w planie teatru żywego, na scenie, jak i na wideo, gdzie na ekranie telebimów widzimy aktorów spektaklu, krzyż, rysowanie kręgu piekielnego itp. Podstawowym środkiem wyrazu artystycznego jest telefon komórkowy, którym przez cały czas posługują się na scenie aktorzy. Można powiedzieć, że telefon właściwie został tu upersonifikowany, a tym samym potraktowany na równi z aktorami, którzy niemal każdą wypowiedzianą kwestię „wzbogacają” wulgaryzmami.

Zebrane na scenie przedmioty przypominają jakieś śmietnisko, na które wyrzuca się niepotrzebne rzeczy. Ciekawe, co ma symbolizować prawdziwa woda w przestrzeni scenicznej, po której reżyser każe aktorom chodzić, pluskać się w niej, leżeć, przewracać się, jak na przykład robi to Krzysztof Dracz, który za chwilę pojawi się jako biskup, mówiąc: „Królestwo moje nie jest z tego świata”. Po czym położy się krzyżem na podłodze. Także para ślubna (Klara Bielawka i Paweł Tomaszewski) brodzi po wodzie. Czy to prymitywna, prześmiewcza aluzja do sceny ewangelicznej, gdy Pan Jezus chodzi po wodzie? A te worki z piaskiem to z kolei aluzja do powodzi?

Totalny chaos dotyczy także mieszania czasów (Warszawa 2014 r., 1945 r. ) i postaci. Co ma na przykład oznaczać obrazek na ekranie, na którym pojawia się twarz Roberta Biedronia, która w pewnym momencie stapia się z wizerunkiem twarzy Matki Bożej Nieustającej Pomocy? Albo inna scena, w której Klara Bielawka ucharakteryzowana na Matkę Bożą śpiewa piosenkę, a Dobromir Dymecki wygina się, w dziwaczny sposób tańczy, wygłupia się. A po pewnym czasie, nawiązując do miłosierdzia, mówi, iż miłosierdzie „to są jakieś homoseksualne wartości”.

I cóż takiego za sprawą wymienionych scen chcieli nam autorzy i wykonawcy całej tej obrazoburczej maskarady powiedzieć? Przede wszystkim tworząc karykaturę postaci Chrystusa, próbują Go zdeprecjonować. Ma to prowadzić do zbanalizowania, odebrania wagi i atrybutu boskości Chrystusa w odbiorze publicznym. To jest główny cel. Artystycznie (bieganina, wrzaski, szarpanina) jest to rzecz tak marna, że nie do przyjęcia w teatrze zawodowym.

„Klątwa, odcinki z czasu beznadziei” Pawła Demirskiego, reż. Monika Strzępka, scenog. i kost. Michał Korchowiec, muz. Jan Suświłło, wideo Tomek Michalczewski, Teatr Imka, Warszawa, w koprodukcji z Teatrem Łaźnia Nowa, Kraków.

http://www.naszdziennik.pl/wp/73638,mie ... wstyd.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 12 kwi 2014, 08:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Odpowiadając na głos Boga

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Teatry w większości jakoś nie zauważają wielkiego wydarzenia, jakim jest kanonizacja Jana Pawła II. Tym bardziej więc należy się chwała młodzieży studenckiej z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, która podjęła się realizacji przedstawienia na motywach dramatu Karola Wojtyły „Brat naszego Boga”.

Spektakl ma charakter teatralno-filmowy i stanowi wotum dziękczynne studentów WSKSiM za dar błogosławionego Jana Pawła II w roku jego kanonizacji. Jest to koprodukcja WSKSiM oraz Telewizji Trwam, co pozwala mieć nadzieję, że dzięki temu przedstawienie będzie dostępne dla szerokiej publiczności poprzez Telewizję Trwam.

Witold Ludwig, reżyser „Brata naszego Boga”, student WSKSiM w Toruniu, podjął się rzeczy niełatwej. Bo tekst Karola Wojtyły mówi o duchowości człowieka, o jego relacjach z Bogiem. Ten tekst czyta się kilkuwarstwowo. Witold Ludwig wyreżyserował przedstawienie w dość oryginalnej konwencji, połączenia dwóch diametralnie różnych gatunków: teatru żywego planu z filmem. Powstał spektakl teatralno-filmowy. Dokrętki filmowe kręcone były w kilku miejscach związanych z osobą Brata Alberta. W części filmowej występuje wielu statystów i profesjonalne grupy rekonstrukcyjne Powstania Styczniowego. Narratorem w tym przedsięwzięciu artystycznym jest Janusz Szydłowski, świetny lektor filmowy, muzykę specjalnie dla tego spektaklu napisał wybitny kompozytor Michał Lorenc, a udźwiękowienie warstwy filmowej jest dziełem znakomitego operatora dźwięku Michała Muzyki, zaś autorem zdjęć filmowych i montażystą obrazu jest Paweł Niemiec z Telewizji Trwam.

Spektakl ma liczną obsadę, występują m.in. Piotr Zajączkowski (Brat Albert/Adam Chmielowski), Magdalena Michalik (Helena Modrzejewska), a trzech wielkich polskich malarzy grają: Karol Niechciał (Józef Chełmoński), Maksymilian Kosowski (Stanisław Witkiewicz) i Maciej Piech (Leon Wyczółkowski). W rolach bezdomnych występują: Michał Matuszak, Szymon Gąsiorowski i Piotr Brzezina, Dziewczynkę z zapałkami gra Martyna Hedzielska, a postać Anioła Stróża Aleksandra Hejda. Śpiewającym wykonawczyniom, Małgorzacie Czerneckiej i Karolinie Babik, akompaniuje Stanisław Mąka.



Wyzwanie artystyczne i duchowe
„Brat naszego Boga” w reżyserii Witolda Ludwiga jest dla całego zespołu wykonawców dużym wyzwaniem artystycznym i duchowym. Cieszy fakt, iż ci młodzi ludzie sięgają po tak trudny i wymagający odpowiedzialności tekst, który ich ubogaca i formuje. Dramat Karola Wojtyły jest ogromnie wymagający zarówno pod względem intelektualno-filozoficzno-teologicznym, jak i aktorskim oraz pod względem przełożenia dramatu na znak teatralny. Witold Ludwig, jak widać, podjął odważnie to zadanie i znalazł pomysł na szersze, multimedialne dotarcie do widzów. Nie tylko młodych, którzy z zawartymi w spektaklu treściami poprzez zaproponowaną przez twórców formę multimedialną zbliżą się jeszcze bardziej do postaci Brata Alberta i lepiej zrozumieją, w czym tkwi istota człowieczeństwa.

„Brat naszego Boga” w warstwie fabularnej jest opowieścią o malarzu i powstańcu styczniowym, Adamie Chmielowskim, który porzuca malarstwo i jako brat Albert oddaje się w służbę ludziom ubogim. W tej działalności odnajduje siebie jako osobę pełną. Postać Adama Chmielowskiego wpisana jest w spektaklu w szerszy kontekst historyczny i społeczny, co sprawia, że jest to także opowieść o wojnie i cierpieniu, sztuce i miłosierdziu, które w tym zamyśle reżyserskim wiążą się ze sobą.



Jan Paweł II a Brat Albert
Adam Chmielowski, czyli Brat Albert, którego Jan Paweł II wyniósł do chwały ołtarzy, odegrał niemałą rolę w wyborze drogi kapłańskiej Karola Wojtyły. Już jako Papież o łączącym go związku duchowym z Bratem Albertem napisał: „Dla mnie jego postać miała znaczenie decydujące, ponieważ w okresie mojego własnego odchodzenia od sztuki, literatury i od teatru, znalazłem w nim szczególne duchowe oparcie i wzór radykalnego wyboru drogi powołania”.

Obdarzony wielkim talentem Adam Chmielowski, porzuciwszy sztukę, pomagał najuboższym, odrzuconym, dla których nie było miejsca w społeczeństwie. Tworzył dla nich tzw. ogrzewalnie, przytułki, podniósł człowieczą godność tych nędzarzy. Był wśród nich, dla nich żebrał, dla nich kwestował. Był jak apostoł pośród nich.

Dokonując takiego właśnie wyboru drogi życiowej, zrezygnował z czegoś, co przecież było jego miłością, zrezygnował ze sztuki. Odpowiedział Panu Bogu „tak”. Miłość do Boga okazała się nieporównywalnie większa aniżeli miłość do sztuki. I o tym właśnie, o przemianie duchowej artysty w zakonnika, o powołaniu i wyborze większej miłości, wyborze wymagającym ofiary w postaci rezygnacji z czegoś, co się kocha, jest dramat Karola Wojtyły „Brat naszego Boga”. Dramat, który czyta się poprzez pewną paralelność wyborów drogi życiowej: bohatera utworu Brata Alberta i autora dramatu Karola Wojtyły, który również powiedział Panu Bogu „tak”, rezygnując z czegoś, co było dlań niezwykle ważne, co kochał i w czym osiągał sukcesy, mianowicie z aktorstwa w Teatrze Rapsodycznym u Mieczysława Kotlarczyka. Ta rezygnacja na pewno nie była łatwa.

Wybór przez studentów WSKSiM tego właśnie dramatu do realizacji jest więc jak najbardziej odpowiedni na ten czas oczekiwania na kanonizację Jana Pawła II.
--------------------------------------------------------------------------------

„Brat naszego Boga” na motywach dramatu Karola Wojtyły, scenariusz i reżyseria Witold Ludwig, muzyka Michał Lorenc, lektor Janusz Szydłowski, WSKSiM oraz Duszpasterstwo Akademickie WSKSiM, Toruń.

http://www.naszdziennik.pl/wp/74342,odp ... -boga.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 02 maja 2014, 07:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
O Miłości, która jest najważniejsza

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Już sam tytuł „Miłość mi wszystko wyjaśniła” wskazuje na główne przesłanie spektaklu złożonego z utworów Karola Wojtyły. To kameralne dwuosobowe przedstawienie w reżyserii Wiesława Komasy i Mai Barełkowskiej zostało przygotowane z myślą o uczczeniu kanonizacji Jana Pawła II i nawiązuje do estetyki niegdysiejszego krakowskiego Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka, gdzie Karol Wojtyła występował jako aktor.

Trzon spektaklu stanowią fragmenty dramatu „Przed sklepem jubilera” połączone z monologiem Hioba z dramatu poetyckiego „Hiob”, a wzbogacone kilkoma utworami pochodzącymi z poematu „Pieśń o Bogu ukrytym”. Całość stanowi zwartą opowieść o miłości. Ludzkiej i Boskiej. O miłości człowieka do człowieka i o miłości do Boga.

Dialogi o miłości
Bohaterką opowieści jest Anna (świetna rola Mai Barełkowskiej), którą poznajemy w chwili dla niej bardzo szczęśliwej, w dniu, w którym oświadczył się jej Andrzej. Anna dokładnie opisuje uczucia i myśli, które towarzyszyły jej podczas zaręczyn. Oboje z Andrzejem pełni nadziei snuli marzenia o wspólnym życiu. Ważną rolę, niejako proroczą, odgrywa tu Jubiler (Wiesław Komasa doskonale prowadzi postać), który mówi do narzeczonych wybierających obrączki ślubne takie oto słowa: „Ciężar tych złotych obrączek to nie ciężar metalu, ale ciężar właściwy człowieka, każdego z was osobno i razem obojga”. Obrączki będące tu symbolem małżeńskiej miłości są lejtmotywem spektaklu.

Po latach Anna i Andrzej przeżywają kryzys małżeński. Anna, rozczarowana i rozgoryczona, swoją obecną rolę w małżeństwie (ogromnie zakochanych niegdyś dwojga ludzi) postrzega jako „tylko sumę obowiązków”. I nie godzi się z tym. Przekonana, że miłość się wypaliła, że mąż jej już nie kocha, przechodząc obok sklepu Jubilera, postanawia sprzedać swoją obrączkę. Ale Jubiler, położywszy ją na wagę, mówi, iż ta nic nie waży, waga wskazuje zero. „Widocznie mąż pani żyje, wtedy żadna obrączka z osobna nic nie waży, ważą tylko obie. Moja waga jubilerska ma tę właściwość, że nie odważa metalu, lecz cały byt człowieka i los” – mówi Jubiler. Tę znamienną treść odwołującą się do jedności małżeństwa sakramentalnego i transcendentalnego wymiaru bytu człowieka, Jubiler dopełnia słowami: „Anno, jak mam ci tego dowieść, że po drugiej stronie wszystkich naszych miłości, które wypełniają nam życie – jest Miłość”. Zrozumienie wymiaru człowieka pozostającego w relacji z Bogiem pozwala uratować miłość ludzką, małżeńską.

Sens cierpienia
Zestawienie przez twórców spektaklu medytacji o małżeństwie z monologiem Hioba jest tu w pełni umotywowane i dopełnia narracji pod kątem jej metafizycznego wymiaru. Miłość, ta prawdziwa, nie zawsze jest łatwa, nierzadko wymaga od człowieka wyrzeczeń i ofiary. Los Hioba uosabiającego niezawinione cierpienie jest wciąż aktualny i skłania do metafizycznych zamyśleń nad wielkością miłości i sensem cierpienia.

Monolog Hioba w wykonaniu Wiesława Komasy wybrzmiewa niezwykle dramatycznie. Kiedy aktor na przemian raz na ściszeniu, raz na silnie podniesionym głosie woła słowami Hioba: „Twoja jest Wola i Twoja jest Moc. Tyś dał, Tyś wziął. Niech będzie Imię Twe błogosławione” – przełamuje ton tzw. spokojnej narracji i podnosi dramaturgię całego spektaklu. To w warstwie stricte teatralnej, a w przestrzeni duchowej skłania widza do wejścia w głąb własnej duszy, własnego życia wewnętrznego i zastanowienia się nad naszymi osobistymi relacjami z Panem Bogiem.

Dopełnieniem całości są słowa zawarte w poemacie Karola Wojtyły „Pieśń o Bogu ukrytym” uważanym przez wielu badaczy za najpiękniejsze wyznanie miłości w polskiej liryce. Autor poematu prostymi słowami, ale jakże głębokimi teologicznie i egzystencjalnie, wyznaje swoje credo: „Miłość mi wszystko wyjaśniła, miłość mi wszystko rozwiązała – dlatego uwielbiam tę Miłość, gdziekolwiek by przebywała”. Spektakl został zrealizowany z minimalnym użyciem środków teatralnych, tak by nie zakryć piękna i głębi zawartej w poetyckim słowie Karola Wojtyły. By cała uwaga widza skupiała się na treści i sensie słów znakomicie wypowiadanych przez dwoje aktorów – Maję Barełkowską jako Annę i Wiesława Komasę w roli Jubilera i Hioba. Symboliczna scenografia, piękne, wewnętrzne skupienie i wyrazistość interpretacji aktorskiej połączona z subtelnością i delikatnością użycia gestu i mimiki oraz świetne dysponowanie głosem, pauzowanie i dyskretny ruch sceniczny wydobywają na pierwszy plan walory artystyczne tkwiące w twórczości Karola Wojtyły. Przede wszystkim podkreślają muzyczność, wręcz śpiewność frazy poetyckiej. A przy tym wskazują na siłę przekazu głębokich treści tkwiących w tej twórczości i bogactwo obrazowania myśli, co predestynuje większość utworów Karola Wojtyły do życia scenicznego. Nie tylko dramaty. Ten spektakl dowodzi, jak głęboko teksty Karola Wojtyły ubogacają nas i formują pod względem intelektualno-filozoficzno-teologicznym, a także kulturowym i etycznym. Przedstawienie pokazuje, jak ta twórczość bogato nasycona jest treściami humanistycznymi, co nie pozostaje bez budującego wpływu na kształt całej naszej współczesnej kultury. U dzisiejszych twórców ten walor prawie już nie istnieje. Spektakl dodatkowo wzbogaca świetnie dobrana, refleksyjna muzyka zdobywcy Oskara, Jana A.P. Kaczmarka.
--------------------------------------------------------------------------------

„Miłość mi wszystko wyjaśniła” na podstawie utworów Karola Wojtyły, adaptacja i reżyseria Wiesław Komasa i Maja Barełkowska. Spektakl miał swoją premierę w Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie w ramach Festiwalu Gorzkie Żale.

http://www.naszdziennik.pl/wp/76115,o-m ... ejsza.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 12 maja 2014, 07:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Piękny i wzruszający

Najnowsza premiera Naszego Teatru wpisuje się w charakter tego teatru, który w swej artystycznej działalności realizuje program wartości narodowych, religijnych, społecznych i kulturowych. Znakomity spektakl „Chopin – polski geniusz” przywołuje postać naszego największego kompozytora ukazując jego życie od wczesnego dzieciństwa, przez młodość i wiek dojrzały aż po śmierć.

Ta opowieść o Chopinie ilustrowana jest jego utworami fortepianowymi i pieśniami. Obok tak znanych, jak „Życzenie” ze słowami Adama Mickiewicza, doskonale zaśpiewane przez Justynę Stępień, większość pieśni rzadko jest dziś wykonywana. Wszystkie prezentowane tu utwory łącznie z pieśniami stanowią wspaniałe dopełnienie narracji słownej.

Życie Chopina pokazane jest tu częściowo na tle epoki i wydarzeń historycznych, przede wszystkim Powstania Listopadowego, co nie pozostało bez wpływu na stan ducha kompozytora przebywającego już w tym czasie poza Polską. Wtedy właśnie powstał wspaniały Polonez fis-moll, po którym niemiecki kompozytor, Robert Schuman, powtarzając za carem powiedział, iż dzieła Chopina to są armaty ukryte w kwiatach. Na wieść o klęsce powstania Chopin napisał bardzo piękną i przejmującą pieśń „Leci liście z drzewa, co wyrosło wolne…”, którą w spektaklu fenomenalnie zaśpiewał Witold Żołądkiewicz.

Narratorem jest Barbara Dobrzyńska, która prowadzi całość i jest autorką scenariusza oraz reżyserem spektaklu. Wszystkie przywołane tu zdarzenia z życia Chopina nie są opowiedziane, a właściwie odczytane przez narratora. Ale niektóre sytuacje zostały rozegrane jako humorystyczne scenki. Obok doskonale zinterpretowanej przez Barbarę Dobrzyńską warstwy słownej, wielkim walorem spektaklu jest jego część muzyczna w wykonaniu znakomitych śpiewaków Justyny Stępień dysponującej wspaniałym sopranem o pięknie wybrzmiewającej łagodnej barwie i Witolda Żołądkiewicza operującego wspaniałym mocnym barytonem. A młody pianista, Krzysztof Tokarski, jeszcze student, ale już niezwykle utalentowany, swoją znakomitą interpretacją Mazurków, Preludiów i Poloneza fis-moll wprowadza widza w świat chopinowskiej muzyki.

Ukazana w spektaklu osobowość Chopina jest bogata i złożona psychologicznie. Artysta przechodzi rozmaite stany duchowe i emocjonalne, które znajdują swoje odzwierciedlenie w jego muzyce. Ten bardzo piękny i niezwykle wartościowy spektakl, doskonale pomyślany i zrealizowany przez Barbarę Dobrzyńską przybliża widzom postać genialnego Polaka. Jest tu wiele chwil niezwykle wzruszających. Ale najbardziej przejmujący jest wspaniale odczytany przez Barbarę Dobrzyńską list przyjaciela Chopina, księdza Aleksandra Jełowickiego, w którym autor opisuje ostatni etap życia Chopina i jego nawrócenie tuż przed śmiercią.

Wypełniona po brzegi sala Domu Pielgrzyma Amicus przy Kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie chłonęła w wielkim skupieniu treści spektaklu. A po jego zakończeniu widzowie powstali z miejsc i wyraźnie wzruszeni w długich owacjach na stojąco dawali wyraz swojej wdzięczności artystom za ten piękny wieczór.

„Chopin – polski geniusz”, scenariusz i reżyseria Barbara Dobrzyńska, Nasz Teatr . Spektakl prezentowany gościnnie w Domu Pielgrzyma Amicus przy kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie.

http://www.naszdziennik.pl/mysl/76982,p ... ajacy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 13 maja 2014, 07:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Wielowymiarowy, głęboki i piękny

TEATR PIÓREM TEMIDY

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Uczestniczyłam w czymś niebywałym, jeśli chodzi o premierę teatralną. Myślę, że po raz pierwszy – przynajmniej w moim doświadczeniu widza – spektakl otrzymał tak wyjątkową i piękną klamrę kompozycyjną, jeśli tak można to „technicznie” określić. Otóż przed rozpoczęciem spektaklu „Chopin – polski geniusz” i po zakończeniu ksiądz Tadeusz Bożełko, proboszcz warszawskiej parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, po wspólnie odmówionej modlitwie udzielił wszystkim błogosławieństwa. Zarówno spektaklowi, jak i publiczności. Odmówiliśmy też modlitwę za śp. Fryderyka Chopina, któremu ten spektakl jest poświęcony.

Historia życia Chopina przedstawiona jest w otoczeniu umieszczonych na czarnej kotarze dwóch portretów: św. Jana Pawła II oraz bł. ks. Jerzego Popiełuszki. W skromnie zaprojektowanej scenografii, w centrum sceny ustawiono stylową kanapę, po lewej stronie pianino, po prawej stolik, przy którym narrator tej opowieści Barbara Dobrzyńska prezentuje postać Fryderyka Chopina. Doskonały aktorsko i niezwykle sugestywny sposób narracji Barbary Dobrzyńskiej, uruchamiając wyobraźnię widza, sprawia, że mimo iż przywoływane zdarzenia – poza kilkoma wyjątkami – w zasadzie nie są zainscenizowane i nie rozgrywają na scenie, lecz o nich się opowiada, to jednak widzowie uczestniczą w tej opowieści emocjonalnie. I to jest widoczne. Nieczęsto zdarza się tak silne skupienie i cisza na widowni trwająca ponad dwie i pół godziny, bo tyle mniej więcej trwa spektakl.

Biografia geniusza
Oczami wyobraźni śledzimy losy Chopina, najpierw jako cudownie utalentowanego dziecka, które w wieku siedmiu i ośmiu lat nie tylko perfekcyjnie gra na fortepianie i daje koncerty, ale ma już w swoim kompozytorskim dorobku utwory, jak Polonez g-moll, dedykowany ojcu na urodziny, a którym to utworem bardzo interesują się poważni muzykolodzy. „Widzimy” go później jako wrażliwego młodzieńca przeżywającego uczucie miłości do Konstancji Gładkowskiej, podróżującego po Europie, by w 1830 roku już na zawsze opuścić Polskę. Paryż, życie towarzyskie, obiady u Radziwiłłów, wielka miłość do Del- finy Potockiej, nowe znajomości, Liszt, Delacroix, przyjaźń z George Sand, osamotnienie, śmierć.

Wszystkie stany ducha, jakie Chopin przeżywał, jego nastroje czy to radości, czy smutku, czy lęku, mają odzwierciedlenie w jego utworach. Tak jest m.in. z mazurkami, polonezami czy preludiami, z których część słyszymy w doskonałym pianistycznym wykonaniu Krzysztofa Tokarskiego. O mazurkach biografowie Chopina mówią, iż jest to osobisty dziennik kompozytora pisany przez całe życie i wyrażający jego tęsknoty za cudownie spędzonym dzieciństwem w domu rodzinnym, za młodością, za Ojczyzną. Zaś o preludiach nasyconych poetyką melancholii i tęsknoty, wyrażających smutek, niepokój i dramat duszy Fryderyka, André Gide pisał, iż te najkrótsze dzieła Chopina mają w sobie czyste piękno rozwiązania jakiegoś problemu. A po wysłuchaniu Poloneza fis-moll, będącego wyrazem bólu Chopina, jego reakcją na wieść o klęsce Powstania Listopadowego, niemiecki kompozytor Robert Schuman zacytował znane słowa użyte przez cara, że utwory Chopina to armaty ukryte w kwiatach.

Pieśni i piosnki
Ważną częścią spektaklu są pieśni Chopina, które zwykło się uważać za poboczny nurt jego twórczości. Ale to właśnie w pieśniach znajdujemy bardzo osobiste i bardzo polskie tony. Właśnie na przykładzie tych utworów widać, jak otaczająca Chopina rzeczywistość była dla niego inspiracyjna przy komponowaniu. Nie ma ich wiele, znamy 17 pieśni. W spektaklu, obok tych najbardziej znanych, jak „Życzenie” do słów Stefana Witwickiego, znakomicie zaśpiewanej przez Justynę Stępień dysponującą wspaniałym sopranem o pięknej, łagodnej barwie głosu, są też pieśni niezmiernie rzadko dziś wykonywane.

Do nich należy napisana po upadku Powstania Listopadowego, pełna dramatycznej refleksji pieśń „Leci liście z drzewa, co wyrosło wolne” w genialnym wykonaniu Witolda Żołądkiewicza operującego wspaniałym, mocnym, dramatycznym barytonem. Repertuar pieśni jest tak dobrany, by ukazać różnorodność klimatów i inspiracji twórczej Chopina. Na przykład „Piosnka litewska” o rodowodzie stricte ludowym jest przykładem uroczego i delikatnego poczucia humoru Chopina. Ta rozmowa między matką i córką, przedstawiona w formie teatralnej scenki i rozpisana na duet: Justyna Stępień i Barbara Dobrzyńska, która dysponuje wspaniałym głosem mezzosopranowym, poprzez interpretację aktorską oddaje także psychologiczne niuanse relacji matki i córki.

Po zakończonym przedstawieniu jego autorka Barbara Dobrzyńska zaapelowała do publiczności o sprzeciw wobec używania nazwiska Chopin do promocji alkoholu.

„Chopin – polski geniusz”, scenariusz i reżyseria Barbara Dobrzyńska, muz. Fryderyk Chopin, „Nasz Teatr” gościnnie w Domu Pielgrzyma Amicus w Warszawie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/77057,wie ... iekny.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 24 maja 2014, 09:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Jest perfekcja, lecz brak ducha

TEMIDA STANKIEWICZ-PODHORECKA KRYTYK TEATRALNY

Jacques Lassalle wyreżyserował „Króla Leara”, czytając uważnie tekst Szekspira i nie ulegając presji mody na tzw. pisanie dramatu na nowo, z silną i prymitywną aktualizacją na dzisiaj, co niestety obecnie często obserwujemy przy wystawieniach dzieł dramaturga. Szkoda tylko, że reżyser posłużył się tłumaczeniem Stanisława Barańczaka, które nierzadko rozmija się z wiernością wobec litery tekstu oryginalnego, bywa, że zmienia jego wymowę, a nawet stoi w sprzeczności z oryginałem. W każdym razie mnie ta specyficzna współczesność języka Barańczaka przeszkadza w odbiorze. Głównie dlatego, że banalizuje głębię problemu. Zresztą, Jacques Lassalle w programie do przedstawienia przyznaje, iż przekład ten go nie satysfakcjonuje. Dlaczego więc tak wybrał?

Jest to spektakl z odniesieniami właściwie uniwersalnymi co do miejsca i ponadczasowymi co do czasu akcji. Lear Andrzeja Seweryna jest wprawdzie w pełni perfekcyjnie zagrany, ale pozostawia mnie obojętną na tragizm tej postaci. Owszem, jest to rola ukazująca znakomitą znajomość rzemiosła aktorskiego Andrzeja Seweryna, ale zabrakło mi tu nasycenia Leara duszą, sercem, uczuciami, wnętrzem. I pewnie dlatego końcowa scena spektaklu, w której zrozpaczony Lear wnosi na rękach ciało martwej córki Kordelii (Lidia Sadowa), pozostawia mnie w pewnym dystansie do tego, co dzieje się na scenie i – jako widz – nie jestem w stanie współodczuwać z cierpiącym ojcem jego tragedii. Ponadto nie znajduję uzasadnienia, dlaczego Lear całuje martwą córkę w usta. Budzi to u odbiorcy pewną dwuznaczność.

Dramat ojca
Ewolucja postaci Leara przebiega w trzech etapach. Na każdym z nich dokonuje się pewna zmiana w jego osobowości i co za tym idzie – w postrzeganiu przezeń świata. W pierwszym etapie Lear nie budzi u widza sympatii. Już od samego początku jest pełnym pychy królem i apodyktycznym, egoistycznym, złym ojcem. Postanowił abdykować i królestwo przekazać córkom. Pewnie z wygodnictwa. Zwołuje swoje trzy córki i dwóch zięciów (najmłodsza nie jest jeszcze zamężna) i dzieli królestwo.

Nim jednak to nastąpi, żąda od nich deklaracji, że kochają ojca. Goneryla (Marta Kurzak) i Regana (Anna Cieślak) zapewniają go o swoim oddaniu, ale najmłodsza, Kordelia (Lidia Sadowa), milczy. Nie wierzy w puste słowa sióstr zachłannie nastawionych na otrzymanie majątku. Ona kocha ojca i czynem tego dowiedzie. Ale pełen pychy i egoizmu król wydziedzicza Kordelię i każe jej opuścić kraj. Królestwo dzieli między Gonerylę i Reganę. Jednak życie przynosi mu niespodziankę. Córki zagarnęły majątki, lecz ojca nie chcą u siebie widzieć. To prawda, że jest nieznośny, despotyczny i trudno z nim wytrzymać. Ale dał im królestwo, władzę i niezależność. Wypędzony przez nie wędruje teraz ze swoim błaznem (Jarosław Gajewski w swoim stylu, charakterystycznie prowadzi rolę) jako człowiek bezdomny, aż popada w obłęd. I to jest drugi etap ewolucji postaci Leara, gdzie bohater Szekspira dokonuje całkowitego zwrotu w oglądzie świata. Dokonuje rewizji swoich poglądów, zetknął się wszak z realnym światem, i to nie z pozycji tronu, lecz jako człowiek wyrzucony na margines życia. Przestał być królem, stał się człowiekiem w łachmanach poznającym życie od innej, prawdziwej strony. A przez to staje się widzowi bliższy, bardziej wiarygodny. Tu następuje metamorfoza postaci. Na wpół obłąkany widzi ostrzej.

I w końcu etap trzeci, wielki ból ojca po stracie córki Kordelii, którą bardzo skrzywdził, a która – stając w jego obronie – poniosła śmierć. Lear poznaje najwyższą wartość życia – miłość. Ale jest już za późno. I w tym trzecim etapie postać Leara u Szekspira wybrzmiewa największym ładunkiem dramatyzmu, co powinno sprawić, że widz będzie współodczuwał razem z bohaterem jego los.

Tak więc konstrukcja postaci króla jest złożona i tak aktorsko powinna być prowadzona, by ta przemiana bohatera wpływała na zmianę uczuć widza wobec Leara. Ów proces powinien odbywać się paralelnie. Ale nie zawsze tak się dzieje. Zależy to od sposobu inscenizacji, reżyserskiej wizji dzieła Szekspira i interpretacji aktorskiej. W spektaklu Lassalle’a niestety zabrakło owej siły uczuć, która przebiłaby się na widownię.

Monodram emocji
W warstwie kompozycji przedstawienie jest chwilami zbyt rozwlekłe i celebrowane, co osłabia dramaturgię całości. Choć nie brakuje w owym celebrowaniu scen bardzo pięknych, jak na przykład zrealizowane w estetyce malarskiej przechodzenie wojsk. Scena nie tylko interesująca wizualnie, ale też świetnie budująca klimat. Myślę, że gdyby reżyser nieco „ściągnął” przynajmniej kilka scen, całość zyskałaby na zwartości artystycznej i spektakl otrzymałby niezbędną dynamikę przynajmniej w kilku planach zdarzeń. Parę rzeczy uważam tu za zbędne, na przykład budowę leśnej chaty pod ziemią, która de facto nie pełni jakiejś istotnej roli.

Mam też uwagi co do interpretacji postaci córek. Goneryla i Regana niemal od początku zachowują się przesadnie agresywnie. Zwłaszcza Regana Anny Cieślak, sprawiająca wrażenie osoby opętanej, diabelskiej, wypełnionej chorobliwą agresją, grana jest z tak ogromnym przerysowaniem, że traci wiarygodność i staje się postacią wręcz kabaretową. Także przerysowana w agresywnym zachowaniu jest Goneryla Marty Kurzak. Nawet Kordelia to osoba zimna, oschła, pozbawiona łagodności. Mimo to spośród damskich postaci właśnie Kordelia w wykonaniu Lidii Sadowej jest najbardziej wiarygodnie prowadzona. Rozgrywane zbyt realistycznie niektóre sceny zamiast poczucia tragizmu wywołują wesołość na widowni. Tak jest z horrorystycznym wyłupianiem oczu hrabiemu Gloucesterowi (Jerzy Schejbal) czy zakuciem w dyby posłańca od Leara.

Przedstawienie Jacquesa Lassalle’a w dużej mierze jest właściwie monodramem Andrzeja Seweryna. Mimo iż znajdują się tu inne wątki, jak ten z dramatem postaci hrabiego Gloucestera i jego syna Edgara (Krystian Modzelewski). Jerzy Schejbal w roli Gloucestera, prócz sytuacji z wyłupianiem oczu, ma także poważną scenę o sporej sile emocjonalnej, kiedy oślepiony, dręczony wyrzutami sumienia, iż skrzywdził ukochanego syna, pragnie zakończyć życie.

Mimo uwag przedstawienie „Króla Leara” w reżyserii Lassalle’a jest ważną pozycją. Tym bardziej że reżyser potraktował literę tekstu odpowiedzialnie. I właśnie wprost z tekstu wyprowadził swoją koncepcję inscenizacyjną.

--------------------------------------------------------------------------------

„Król Lear” Williama Szekspira, reż. Jacques Lassalle, scenog. i kost. Dorota Kołodyńska, Teatr Polski, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/78200,jes ... ducha.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 07 cze 2014, 07:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Nawrócenie kata i ofiary

TEMIDA STANKIEWICZ-PODHORECKA KRYTYK TEATRALNY

Otoczone wysokimi budynkami niewielkie patio historycznej PAST-y w Warszawie okazało się niezwykle adekwatnym miejscem na pokazanie dramatu Romana Brandstaettera „Dzień gniewu” w reżyserii Tomasza A. Żaka. Przejmujące w swej głębokiej wymowie, piękne przedstawienie Teatru Nie Teraz z Tarnowa to wydarzenie artystyczne. I nie tylko artystyczne. Ten spektakl o wielkich walorach etyczno-moralnych, tak zresztą, jak i pozostałe przedstawienia Teatru Nie Teraz, sięga do historii i poprzez sztukę opowiada dzieje naszej Ojczyzny. Czyni to wbrew panującemu obecnie terrorowi poprawności politycznej, która fałszuje i niszczy naszą historię.

Zwycięstwo Krzyża
Autor dramatu Roman Brandstaetter, urodzony w Tarnowie Żyd, a zarazem polski patriota i katolik, pisarz, znawca Biblii, autor dzieła „Jezus z Nazarethu”, ukazuje w „Dniu gniewu” relacje polsko-żydowsko-niemieckie w czasie drugiej wojny światowej. Akcja sztuki toczy się w klasztorze męskim podczas okupacji niemieckiej. Uciekający z ulicznej łapanki Żyd przeskakuje przez płot klasztoru, szukając u zakonników schronienia przed gestapo. I takie schronienie otrzymuje. Mimo śmiertelnego niebezpieczeństwa, które z tego powodu grozi wszystkim mieszkańcom klasztoru.

To jedna płaszczyzna toczącej się akcji spektaklu. Druga, nieodłącznie związana z pierwszą, to dramat wewnętrznych zmagań bohaterów i piękne studium nawrócenia. Główny bohater, Żyd, Emanuel Blatt (znakomita rola Andrzeja Króla), utracił wiarę w Boga. Bo – jak twierdzi – jeśli Bóg istnieje, to dlaczego pozwala na takie cierpienia swego wybranego narodu. Widząc zaś odważną postawę przeora zakonu (Józef Hamkało) dającego schronienie Żydowi, nie może zrozumieć, dlaczego to robi, narażając życie swoje i całego klasztoru.

Przedstawienie Tomasza A. Żaka ma znamiona misterium. W programie do spektaklu reżyser napisał, że praca nad tekstem dramatu Brandstaettera uświadomiła zapomnianą już dzisiaj prawdę, że kto nie jest z Chrystusem, jest z szatanem. A odwołując się do treści „Dnia gniewu”, należy ufać stwierdzeniu, że „wiara czyni cuda”, ale też pamiętać, że chodzi o wiarę w Chrystusa cierpiącego, ukrzyżowanego i zmartwychwstałego.

Finałowa scena, kiedy oficer gestapo Walter Born (doskonały w tej roli Maciej Małysa), ironizując, zakłada Żydowi na głowę zwinięty drut jako koronę cierniową, po czym narzuca mu na ramiona czerwoną materię, a do ręki daje szpicrutę, którą zazwyczaj okłada swoich „niewolników”, Polaków i Żydów – jest wstrząsająca. Otóż ten niemiecki zbrodniarz klęka przed Żydem, którego dla ośmieszenia przyodział na wzór Chrystusa, i próbuje ironicznie złożyć mu pokłon. Żyd wie, że to ostatnie chwile jego życia, bo gestapowiec wyciągnie pistolet i zastrzeli go. Przedtem jednak musi go upokorzyć i ośmieszyć. A czyż mógłby bardziej aniżeli właśnie w ten sposób? Jego, Żyda, który nie uznał nigdy Chrystusa za Boga? Tymczasem Born nie powstaje z podłogi, lecz szlocha, przewartościowuje swoje życie. Wiele lat temu przecież z obecnym przeorem byli przyjaciółmi, klerykami, razem studiowali w seminarium w Rzymie. Potem jeden z nich został księdzem, drugi wybrał zbrodniczą drogę, zafascynowała go ideologia Hitlera. Jako Niemiec poczuł potęgę swojej nacji. A teraz przed Żydem, którego przed chwilą poniewierał, doświadcza łaski nawrócenia. Daruje Blattowi życie i odchodzi. Wiemy, że na Borna czeka wyrok Polski Podziemnej i kiedy stąd wyjdzie, zginie. Nim jednak to się stanie, spadają mu łuski z oczu. A Żyd, Emanuel Blatt? Pewny, że umrze, nie może pojąć, jak to się stało, że ocalał. Za jego plecami jest krzyż Chrystusowy, Blatt odwraca się, obejmuje krzyż i szlochając, woła: Adonai, Adonai…

Sytuacja ta mimo woli nasuwa widzowi skojarzenia autobiograficzne z autorem dramatu Romanem Brandstaetterem, ochrzczonym, nawróconym na katolicyzm Żydem, który tak ukochał Chrystusa, że do końca życia dawał temu wyraz swoją postawą. Wyznam szczerze, iż chyba nigdy dotąd nie widziałam w teatrze tak subtelnie podanej, a zarazem wstrząsająco głębokiej i tak bardzo wiarygodnie zagranej sceny nawrócenia. Kata i ofiary.

Hołd dla Polaków
To doskonale pomyślane i wyreżyserowane przedstawienie jest wspaniale i w pełni prawdziwie zagrane przez wszystkich aktorów. Andrzej Król znakomicie, niezwykle konsekwentnie prowadzi rolę Emanuela Blatta, ukazując dyskretne ewoluowanie postaci. Maciej Małys jako Walter Born, jakby urodzony do tej roli, każdy detal jest przez niego perfekcyjnie zagrany. Józef Hamkało, bardzo pięknie, na takim, powiedziałabym, dyskretnym, pełnym psychologicznej prawdy, duchowym wyciszeniu prowadzi postać przeora klasztoru. Także bardzo wyraziście, z domieszką charakterystyczności, chwilami wręcz niuansowo wybrzmiewa postać Julii Chomin w znakomitym wykonaniu Agnieszki Brodzik. Nawet niewielka, epizodyczna rola Człowieka z Podziemia zagrana jest przez Karola Piotra Zapałę w pełni wyraziście i wiarygodnie. A wszystko to rozgrywa się w znakomitej oprawie scenograficznej i ze świetną muzyką.

Napisany w 1962 roku „Dzień gniewu” można określić także jako hołd Brandstaettera złożony pamięci Polaków, którzy podczas wojny w różnych miejscach dawali schronienie Żydom, ocalając im życie, za co sami ginęli męczeńską śmiercią z rąk Niemców. Z tego tekstu, a co za tym idzie – także i z przedstawienia Tomasza A. Żaka emanuje siła wiary w Kościół Chrystusowy. Ten spektakl to także protest przeciwko pomawianiu nas, Polaków, o antysemityzm i przerzucaniu winy z Niemców na Polaków, choćby przez haniebne używanie na świecie sformułowania typu „polskie obozy koncentracyjne”.

--------------------------------------------------------------------------------

„Dzień gniewu” Romana Brandstaettera, scenog. i reż. Tomasz A. Żak, muz. i pieśni Adam Strug, Teatr Nie Teraz z Tarnowa. Spektakl można było obejrzeć w Warszawie dzięki organizatorowi – Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego.

http://www.naszdziennik.pl/wp/81456,naw ... fiary.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 28 cze 2014, 08:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Ideologia przesłoniła miłość

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Bajecznie kolorowa scena mieniąca się rozmaitymi barwami kostiumów tancerzy, dynamika i poezja układu choreograficznego, pięknie poprowadzone postaci, uroda tańca klasycznego na pointach, wspaniała harmonia ruchu, gestu, a nawet mimiki zsynchronizowana z muzyką i znakomicie poprowadzona Orkiestra Opery Narodowej przez Aleksieja Bakłana – wszystko to składa się na najnowszą premierę baletu „Don Kichot” w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie.

Mimo upływu wieków po tę powieść Cervantesa raz po raz sięgają twórcy teatralni. Istnieje wiele rozmaitych inscenizacji, w tym także przedstawień baletowych. Ale żadna z nich do tej pory nie przewyższyła słynnej wersji baletowej z 1869 roku autorstwa wybitnego francuskiego choreografa Mariusa Petipy i Aleksandra Gorskiego z muzyką pochodzącego z Austrii Ludwiga Minkusa. Nieprzemijające wartości artystyczne właśnie tej wersji spowodowały, że została ona uznana za kanoniczną i mimo 145 lat od jej powstania nadal znajduje się w repertuarach najbardziej prestiżowych scen baletowych na świecie. Oczywiście prócz stricte zdyscyplinowanego powielenia wzorca mistrzów nierzadko jawi się we współczesnych przeróbkach, ale na fundamencie choreografii Petipy i Gorskiego.

Symbol wartości nieprzemijających
Znany wszystkim Don Kichot, bohater powieści Cervantesa z początku siedemnastego wieku, to marzyciel, błędny rycerz wędrujący po świecie ze swoim giermkiem Sancho Pansą i odznaczający się iście rycerską odwagą. Niekoniecznie z tego powodu, iż walczy z wiatrakami, co stanowi element humorystyczny powieści i wielu inscenizacji teatralnych, ale dlatego, że odwagę Don Kichota pieczętuje chwalebność jego czynu. Wypowiada bowiem światu walkę w obronie takich wartości jak sprawiedliwość, dobro, miłość, prawda. Oczywiście nie tylko w dzisiejszej dobie jest to walka z wiatrakami, niemniej „Rycerz Smętnego Oblicza” – jak określa go Sancho Pansa – w swej walce o wartości nie ustaje. A przyświeca mu portret pięknej Dulcynei, która istnieje wyłącznie w jego marzeniach i której ślubował wierność jako „damie swego serca”. Zważywszy, iż Don Kichot to „rycerz błędny”, owa nierealna – jak byśmy dziś powiedzieli – wirtualna Dulcynea jest jak najbardziej umotywowana. Tak jest w powieści Cervantesa.

Natomiast w balecie zostały przesunięte akcenty. W warszawskiej inscenizacji prócz solistycznych ról na pierwszy plan wybijają się sceny grupowe. Widowiskowość jest dużym walorem tego spektaklu. Postać Don Kichota (Siergiej Basałajew) pełni tu rolę bardziej symboliczną aniżeli narracyjną. Owszem, pojawia się, nawet na metalowym koniu, ale nie jako narrator ani też główny bohater, którego dzieje prezentowane są na scenie.

Don Kichot jest tu łącznikiem scen, postacią wnoszącą element komizmu i spoczywa na nim bardziej zadanie aktorskie z gatunku pantomimy połączonej z komedią dell’arte aniżeli baletowe. Zabawny sposób poruszania się i odpowiednio ucharakteryzowana twarz określają charakter postaci i znakomicie wkomponowują się w kontekst scen, w jakich pojawia się wraz ze swoim giermkiem, Sancho Pansą (Paweł Koncewoj). Dobre, wyraziste poprowadzenie postaci przez Siergieja Basałajewa jako Don Kichota oraz Pawła Koncewoja w roli giermka Sancho Pansy.

Żywiołowość i feeria barw
Dzieje tytułowego bohatera nie są głównym akcentem tego spektaklu. Tę rolę pełni tu para Kitri (znakomita Maria Żuk) i Basilio (świetny Władimir Jaroszenko). Kitri jest uroczą córką karczmarza Lorenza (Zbigniew Czapski-Kłoda) zakochaną ze wzajemnością w cyruliku Basilio. Ale jej ojciec ma wobec niej inne plany, pragnie wydać ją za mąż za starego i zamożnego szlachcica Gamache’a (Sebastian Solecki). I głównie wokół tego wątku toczy się akcja baletu. Natomiast sceny przygód podczas podróżowania po świecie Don Kichota z giermkiem są jedynie projekcją wyobraźni bohatera, dzięki której akcja przemieszcza się w różne miejsca. A to jesteśmy na którymś z placów w Barcelonie ze spacerującymi przechodniami, a to gdzieś w pobliżu taboru cygańskiego (scena aż kipi od wspaniałego dynamicznego tańca), a to na dworze księcia, gdzie odbywa się wesele uwieńczonej ślubem zakochanej w sobie pary Kitri i Basilio. Tutaj, na zamku, widzimy już inny rodzaj układu choreograficznego, nie ma już tej żywiołowości jak na placu, to taniec dworski, który jest wysublimowany, pełen szlachetnej dystynkcji i obowiązujących manier.

Wszyscy wykonawcy zarówno w partiach solowych, jak i w scenach zespołowych prezentują poziom naprawdę w pełni perfekcyjny, a niektóre popisy solo i w duetach są wykonane wręcz mistrzowsko, jak na przykład w finale słynne pas de deux Kitri i Basilia, które w pewnym sensie jest już autonomicznym bytem na tyle, że nierzadko bywa wykonywane podczas uroczystych gal baletowych.

Uroczy bajkowy świat
Autor obecnej wersji choreograficznej, Aleksiej Fadieczejew, jest wprawdzie wierny historycznej literze zapisu choreografii Petipy i Gorskiego, ale nie jest to tzw. ślepe naśladownictwo, lecz piękne, twórcze wykorzystanie klasycznego wzorca i nadanie mu także własnego śladu.

Nareszcie oglądamy balet w pięknych, bajecznie kolorowych kostiumach, a nie w bieliźnie czy w szarym rozciągniętym podkoszulku, czym najczęściej raczą nas twórcy tego pięknego przecież gatunku sztuki. W tym spektaklu już same kostiumy wystarczają za całą scenografię, są – można powiedzieć – dekoracją sceny. Scenografia też jest. Ale dość skrótowo potraktowana. Wystarczy jeden czy dwa elementy, by wyobraźnia widza powędrowała we właściwym kierunku. Dzięki temu scena nie jest „zagadana” przez scenografa, a zarazem mieni się barwami z dominacją czerwieni. Tak więc kostiumy, rekwizyty z charakterystycznymi wachlarzami tancerek, kastaniety, dynamika tańca, rodzaj muzyki – wszystko to wprowadza widza w świat kolorowej Hiszpanii z centralnymi postaciami tej uroczej, wielowątkowej opowieści.

Ten spektakl przypomina zapomnianą już dziś przez wielu choreografów, czy wręcz odstawioną przez nich do lamusa, rzecz przecież oczywistą, iż taniec klasyczny jest sztuką wielką i piękną. Urody tańca na pointach nie zastąpi żadna nowoczesna technika tańca modern z płaskim ustawianiem całej stopy na podłodze, co dziś jest już stałym elementem w spektaklach baletowych. Na pointach tańczy się już rzadko. A właśnie ta klasyczna forma – że użyję metafory – pozwala płynąć tancerkom nad sceną, nie dotykając stopami podłogi, jak to dzieje się w wielu scenach obecnej inscenizacji „Don Kichota”.

Prócz wielkiej przyjemności, jaką sprawia widzowi oglądanie tego wspaniałego spektaklu (m.in. bolero w wykonaniu Karoliny Sapun i Carlosa Martina Pereza czy Yuka Ebihara jako tancerka uliczna tańcząca w towarzystwie torreadorów, a także Marta Fiedler jako Piccilia) „Don Kichot” jest także znakomitym potwierdzeniem wysokiej profesjonalności całego zespołu Polskiego Baletu Narodowego, który w ciągu kilku lat – można powiedzieć, na naszych oczach – tak znakomicie podniósł swoje umiejętności. „Don Kichot” to spektakl adresowany do widza w każdym wieku. Można powiedzieć – balet familijny.

--------------------------------------------------------------------------------

„Don Kichot” balet, choreografia Mariusa Petipy i Aleksandra Gorskiego, nowa wersja choreograficzna Aleksiej Fadejeczew, dyrygent Aleksiej Bakłan, scenog. i kost. Thomas Mika, Polski Balet Narodowy, Teatr Wielki – Opera Narodowa, Warszawa, koprodukcja: Królewski Balet Flandrii, Antwerpia.

http://www.naszdziennik.pl/wp/83464,ide ... ilosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 09 sie 2014, 08:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Litania umierającej Warszawy

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Z niepokojem szłam do Muzeum Powstania Warszawskiego, aby obejrzeć spektakl „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego w reżyserii Krystyny Jandy. Prezentowane w Muzeum już od dziewięciu lat premiery teatralne ku upamiętnieniu Powstania Warszawskiego z roku na rok coraz bardziej sięgały dna i urągały pamięci Powstania i powstańców. Najkrócej mówiąc – były hańbą, a nie upamiętnieniem bohaterów i tego wielkiego zrywu niepodległościowego. Ale na szczęście w tym roku stało się inaczej, co mnie cieszy i pozwala mieć nadzieję, że dyrektor Muzeum Powstania Jan Ołdakowski może wreszcie zmieni swoje upodobania artystyczne w dobrym kierunku.

Pamiętnik Białoszewskiego
Miron Białoszewski napisał „Pamiętnik z powstania warszawskiego” w 1970 roku. A więc po wielu przemyśleniach, które stworzyły pewien dystans do tamtych wydarzeń. Nie jest to zatem rzecz pisana na bieżąco, w emocji świeżych doświadczeń, lecz kreacja literacka, ale przedstawiająca prawdziwe zdarzenia i obrazy. Ponadto przełom lat 60. i 70. nie był czasem sprzyjającym pamięci o Powstaniu, wręcz przeciwnie. Cenzura była szczególnie uwrażliwiona na temat Armii Krajowej i Powstania Warszawskiego. Utwory rzetelnie dokumentujące Powstanie nie miały żadnych szans na publikację. Książka Mirona Białoszewskiego, mimo że nie gloryfikuje Powstania i nie pokazuje portretów bohaterskich powstańców, także podlegała cięciom cenzury.

Białoszewski nie był uczestnikiem Powstania, nie brał czynnego udziału w walkach z Niemcami, tak jak większość jego kolegów z pokolenia Kolumbów. Jego „Pamiętnik…” jest spojrzeniem na Powstanie z pozycji cywila. Autor opisuje dramat ludności cywilnej, warszawiaków chroniących się w piwnicach przed bombardowaniem, poszukujących żywności, wody, starających się przeżyć ten koszmar. Jest mowa o straszliwej rzezi na Woli dokonanej przez Niemców na warszawiakach, o wybuchających w piwnicach granatach, gdzie gromadzili się ludzie, o kanałach, którymi Białoszewski przechodził, niosąc rannego powstańca itd., itd. U Białoszewskiego jest tylko ta jedna, cywilna strona Powstania, nie wiemy nic o żołnierzach, AK-owcach, tych, którzy walczyli, ginęli za Warszawę, za Polskę. Nie widać tu celu, idei Powstania, jaką wagę miało dla następnych pokoleń. Perspektywa, którą przyjął autor, jego postawa wobec Powstania oraz sposób narracji i eksperymentalna forma zapisu sprawiły, że książka ta stała się w pewnym stopniu alternatywą dla narracji powstańców, którzy w tym okresie mieli marne szanse na publiczne prezentowanie obrazu Powstania. Alternatywą dość kontrowersyjnie przyjmowaną, czemu trudno się dziwić. I to z kilku powodów.

Forma, jaką przyjął dla swojej opowieści Białoszewski, ma wiele wspólnego z nurtem „nouveau roman” (nowa powieść), który przywędrował do nas z Francji i w latach 60. i 70. stał się w Polsce modny w twórczości literackiej. Technika zapisu nie zachowuje porządku przyczynowo-skutkowego, fragmenty opisów, wątki, różne elementy, detale rwą się, mieszają się ze sobą, powtarzają, co tworzy wprawdzie pewien rytm, ale w warstwie fabularnej nie ułatwia czytania.

Tak zbudowany jest utwór Białoszewskiego i w tym kierunku poszło przedstawienie. Krystyna Janda połączyła część słowną z muzyczną. Powstał spektakl – oratorium. I od razu trzeba powiedzieć, że od strony muzycznej spektakl jest znakomity. Jerzy Satanowski napisał muzykę, w której – prócz tak charakterystycznych dla kompozytora paru krótkich, „urywanych” dźwięków – jest konsekwentnie rozwinięta linia melodyczna. Dzięki temu, można powiedzieć, muzyka opowiada fabułę i zarazem komentuje ją wraz ze znakomitymi śpiewakami: Anną Gadt (pierwszy sopran), Agnieszką Kiepuszewską (alt), Iwoną Kmiecik (drugi sopran), Wojciechem Myrczkiem (bas) i Marcinem Wawrzynowiczem (tenor) oraz z orkiestrą świetnie poprowadzoną przez Wojciecha Zielińskiego. Spektakl wychodzi od partytury muzycznej, która organizuje mu całą przestrzeń artystyczną, tworzy klimat i akcentuje ważne wątki.

Spektakl właściwie pozbawiony jest scenografii, jedynym jej elementem są dobrze prowadzone światła. Całość została znakomicie pomyślana, Krystyna Janda umieściła wykonawców na antresoli, w sporej odległości od widzów siedzących na dole. Pozwala to publiczności koncentrować się na tekście i stronie muzycznej oraz refleksyjnie włączać się w klimat oratorium. Prócz warstwy muzycznej i słowa śpiewanego ważne miejsce zajmuje słowo mówione. Narratorem spektaklu jest Krystyna Janda. Niestety, aktorka ze sporą dozą agresji wykrzykuje tekst na tzw. jednej nucie przez prawie cały spektakl, co prowadzi do monotonii w odbiorze. W ten sposób „morduje” piękną i przejmującą „Litanię piwnic” zawartą w książce Białoszewskiego. Dopiero pod koniec w finale ścisza głos. A finał jest stanowczo za długi i monotonnie mówiony.

Myślę, że problem tkwi w braku decyzji co do roli narratora: czy jako osoby beznamiętnie, spokojnie relacjonującej zdarzenia, czy też zaangażowanej emocjonalnie w to, co mówi. Bo jeśli tekst ma być interpretowany na emocji, to skala tej emocji powinna się układać niczym sinusoida, co miałoby uwyraźnienie na przykład w zmianie natężenia i barwy głosu. Nie znajduję też powodu, dla którego został na siłę wtrącony do tego oratorium wątek Powstania w getcie żydowskim. Co ma Powstanie Warszawskie do powstania w getcie? Owszem, w książce Białoszewskiego jest o tym mowa, ale przecież Krystyna Janda jako autorka adaptacji utworu Białoszewskiego nie przeniosła na scenę literalnie całej książki, lecz dokonała wyboru wątków. I w ramach wyboru wybrała na finał getto. W jakim celu?

Wzruszającym akcentem stanowiącym godną pointę był pomysł z zapaleniem na widowni zniczy. Te palące się światełka to nasza pamięć o tych z barykad i tych z piwnic. A ta przejmująca cisza na widowni po zakończonym spektaklu jest naszym wspólnym, artystów i publiczności, hołdem złożonym powstańcom i cywilnej ludności Warszawy. Po raz pierwszy od lat, w tym szczególnym miejscu wypełnionym pamiątkami i naznaczonym ofiarą krwi można było wreszcie zobaczyć przyzwoity, godny tego miejsca spektakl.

O Powstaniu w Teatrze Studio
Tego samego dnia obejrzałam też i wysłuchałam innej, doskonałej realizacji „Pamiętnika z powstania warszawskiego”. W Teatrze Studio w Warszawie gościnnie zaprezentowano koncert w reżyserii Jerzego Bielunasa z mocną, o szerokiej rozpiętości gatunkowej i dużym ładunku dramatycznym muzyką Mateusza Pospieszalskiego i w wykonaniu wokalnym Kingi Preis, Adama Nowaka i samego kompozytora Mateusza Pospieszalskiego oraz chóru. Narracji dopełniał ekran, na którym pojawiały się dokumentalne zdjęcia umierającej pod ciosami Niemców Warszawy. Poza jedną uwagą: zbyt nadmiernego nagłośnienia, aż do bólu uszu, reszta zachwyca.

Wspaniały, przejmujący, oddający tragizm tamtych dni spektakl ukazujący muzycznie kolejne etapy umierania Warszawy. Kinga Preis śpiewająca „Litanię piwnic” uzmysławia nam, jak wiele było modlitwy w tych pełnych dramatu dniach. W piwnicach, podwórkach, bramach, mieszkaniach, wszędzie. „Wtedy jeszcze ludzie wierzyli” – pisze Białoszewski.

„Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, adapt. i reż. Krystyna Janda, muz. Jerzy Satanowski, Muzeum Powstania Warszawskiego; „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, scen. i reż. Jerzy Bielunas, muz. Mateusz Pospieszalski, gościnnie w Teatrze Studio, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/90419,lit ... szawy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 16 sie 2014, 08:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Zaprzepaszczone życie

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

W kameralnej, trzyosobowej sztuce Hanocha Levina „Jakobi i Leidental”, wyreżyserowanej przez Marcina Hycnara na Małej Scenie Teatru Powszechnego w Warszawie, głównym bohaterem jest samotność. A właściwie lęk przed samotnością. Już samo przełożenie na znak teatralny tak subtelnego uczucia, jakim jest samotność, to zadanie niełatwe. Tym bardziej jeśli reżyser ma ambicje zrobienia interesującego przedstawienia na dobrym poziomie artystycznym, przedstawienia pobudzającego publiczność do pogłębionej refleksji.

Spektakl Marcina Hycnara jest w pełni udany. Ta liryczna, nieco melancholijna komedia o samotności to ostatnia premiera Teatru Powszechnego w Warszawie za dyrekcji Roberta Glińskiego. Nowy sezon teatru rozpocznie się już pod nowym kierownictwem Pawła Łysaka.

Historia, jakich wiele
W warstwie fabularnej rzecz przedstawia się w sposób dość prosty, nieskomplikowany. Ale oprócz czysto zewnętrznej, fabularnej opowieści spektakl niesie treści o wiele głębsze, prowokujące do zastanowienia się nad drogą, jaką wybraliśmy w życiu. Bo czas pędzi nieubłaganie, mijają dni, lata. To od nas zależy, czy nie zmarnotrawimy danego nam tu, na ziemi, czasu. Nikt z nas przecież nie wie, ile go otrzymał.

Jakobi (Michał Sitarski) i Leidental (Jacek Braciak) są przyjaciółmi. Mieszkają po sąsiedzku i od wielu lat wspólnie spędzają czas, grają w domino, piją herbatę, rozmawiają, nierzadko sprzeczają się o jakieś drobiazgi i tak biegną im lata. Jakiegoś specjalnego celu w życiu nie mają.

Aż oto pewnego dnia Jakobi dochodzi do wniosku, że marnuje życie, szkoda mu czasu na przyjaźń. Postanawia opuścić dom, w którym mieszka, i wyjechać. Ale nie wyjedzie, bo na przechadzce spotyka interesującą kobietę, Rut (Edyta Olszówka). Jak sama powiada, jest pianistką. Kocha muzykę, świat odbiera jako zespół wspaniałych dźwięków. Jakobi zakochuje się w pięknej pianistce i oświadcza się jej. Leidental, przerażony perspektywą osamotnienia, jak osierocone dziecko wędruje krok w krok za przyjacielem i jego narzeczoną. Boi się zostać sam. Niektóre sytuacje są z zamierzenia groteskowe, jak na przykład ta, gdzie Leidental przepasuje się wstążką i ofiaruje siebie jako prezent ślubny młodej parze. Potem zaczyna rywalizować z Jakobim o Rut, co sprawia, iż kolejne sceny stają się komedią w dobrym guście.

Samotne wyspy
Sztuka Levina jest połączeniem elementów groteski, komedii, dramatu i liryzmu, co świetnie reżysersko uchwycił Marcin Hycnar i co znakomicie oddają aktorzy, tworząc bogate znaczeniowo i charakterologicznie postaci. Każdy z bohaterów ma własną osobowość, różni się od pozostałych charakterem, temperamentem, spojrzeniem na świat. Ale jest coś, co łączy ich wszystkich – lęk przed samotnością.

Wzruszający jest Leidental, kiedy tak bardzo zabiega, by Rut i Jakobi zgodzili się na jego towarzystwo. Jacek Braciak doskonale prowadzi postać Leidentala. Jego bohater raz jest wzruszający, za moment ogromnie zabawny, by po chwili ukazać tragizm postaci. Prócz świetnie opanowanego warsztatu, aktor znakomicie „ogrywa” swoje uwarunkowanie zewnętrzne. Jest niedużego wzrostu i raczej drobnej postury. Wykorzystuje to, świadomie nawiązując do postaci chaplinowskiego bohatera z domieszką postaci sztuk Becketta. Zresztą Beckettowski klimat jest w pełni zamierzony i obecny w całym spektaklu.

Na przeciwległym krańcu charakterologicznym jest Jakobi w wykonaniu Michała Sitarskiego. Aktor gra postać dominującą nad Leidentalem. Jakobi Sitarskiego jest człowiekiem bardziej świadomym i dość niezależnym, samodzielnym, bardziej egoistycznym. Wydawałoby się więc, że lęk przed samotnością go nie dotyczy. A jednak nie chce być sam. Świetnie, wyraziście poprowadzona rola.

Pięknie, dynamicznie, zabawnie, a zarazem przejmująco gra postać pianistki Edyta Olszówka. Aktorka szeroko wykorzystuje środki wyrazu, w dużej mierze kierując się w stronę charakterystyczności, nierzadko prezentowanej dość brawurowo. Tworzy bogatą osobowościowo, pełnowymiarową postać Rut. A przy tym interesująco śpiewa songi głosem z lekka zachrypniętym. Wszyscy, cała trójka – Jakobi, Leidental i Rut – czynią wszystko, aby zainteresować sobą pozostałych i nie dopuścić, by ogarnęło każdego z nich dojmujące uczucie niepotrzebności.

Świat wydrążony
Szczerze mówiąc, nie jestem miłośniczką dramaturgii Hanocha Levina. Już widzę to zdziwienie na wielu twarzach, wszak ten nieżyjący już (nim zmarł, cierpiał z powodu choroby nowotworowej i z perspektywy łóżka szpitalnego postrzegał świat), ale modny izraelski pisarz, autor sztuk teatralnych, grany jest przecież na wielu scenach świata, także w Polsce sporo jego sztuk znajduje się w repertuarach teatrów. Moja – najdelikatniej mówiąc – wstrzemięźliwość wobec twórczości Levina bierze się głównie stąd, że zawarte w jego utworach wulgaryzm językowy i obsceniczność redukują postaci ludzkie do czynności fizjologicznych. Pozbawienie człowieka wymiaru transcendentalnego – a takie są właśnie postaci ludzkie w sztukach Levina – prowadzi do straceńczej filozofii.

U Hanocha Levina nie ma postaci szczęśliwych o perspektywicznym spojrzeniu na świat. To świat, w którym nie ma nadziei. Ogołoceni z duchowości bohaterowie jego sztuk wypełnieni są lękiem egzystencjalnym. Życie stanowi dla nich ciąg utrapień, niepokojów i lęku przed samotnością, która im nieustannie towarzyszy. Samotnością prowadzącą do starości, a następnie do śmierci. Dla nas, ludzi wierzących w Boga, ziemska egzystencja stanowi przejście do życia wiecznego. Dla niewierzących koniec ziemskiego życia jest końcem wszystkiego. Jawi się zatem jako bezdenna pustka, daremność człowieczego bytowania i tragedia a priori wpisana w ludzką egzystencję. Ten skrajny pesymizm, choć ubrany często w kostium komediowy, gdzieś podskórnie łączy utwory Levina z teatrem Becketta, którego postaci cechuje przejmująca samotność. Niemniej Beckett i Levin prócz pewnych podobieństw to jednak dwie różne filozofie życia. No i dwa różne teatry.

Jest jednak w dorobku dramaturgicznym Hanocha Levina kilka sztuk o niemałym ładunku nostalgiczno-lirycznym, gdzie owa pesymistyczna filozofia postrzegania świata, a w nim życia człowieka, jest częściowo złagodzona poprzez swoisty cudzysłów, w jaki autor ujmuje sprawy dotyczące egzystencji człowieka. Właśnie ów cudzysłów pozwala reżyserowi na taką interpretację utworu, gdzie choć na chwilę pojawi się tzw. światełko w tunelu. I do tych niewielu sztuk należy „Jakobi i Leidental”, liryczna komedia opowiadająca o ludziach, którzy chcą być kochani, ale nie potrafią z siebie nic dać. Ich lęk przed uczuciem samotności i niepotrzebności jest lękiem postrzeganym z perspektywy ich egoizmu. Jeśli go tylko przełamią, będą żyć pełnią życia. Ale czy przełamią?

Obsesyjnie powracający w twórczości Levina temat odrzucenia, niepotrzebności, samotności człowieka można wpisać w przemiany społeczno-kulturowe, jakie dokonują się dzisiaj w dobie globalizacji ateistycznej. Przemiany tak silnie przecież naznaczone indywidualizmem, utylitaryzmem, z dominacją nastawienia na hedone. Wszystko to prowadzi do nowego typu samotności współczesnego człowieka.

„Jakobi i Leidental” Hanocha Levina, reż. Marcin Hycnar, scenog. Julia Skrzynecka, muz. Czesław Mozil, Teatr Powszechny, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/91653,zap ... zycie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 77 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /