Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 75 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 06 lis 2012, 19:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Savoir-vivre wyraża katolicką postawę wobec świata!

"W przeszłości to elity były religijne stąd savoir-vivre był elementem cywilizacji chrześcijańskiej. Dziś uznaje się etykietę za nieważną, ludzie religijni uznają, że savoir-vivre można zastąpić pobożnością. Elita nie tylko nie buduje swojego autorytetu ale popada w pewną schizofrenię kulturową" - mówi w rozmowie z PCh24.pl doktor Stanisław Krajski, filozof, publicysta, autor prac z zakresu savoir-vivre.

Czy można mówić o wzroście zainteresowania tematyką savoir-vivre w ciągu ostatnich lat?
Zainteresowanie tym tematem utrzymuje się od lat choć, ostatnio wyraźnie się zwiększa. Powodem jest też rosnące zapotrzebowanie na tę wiedzę ze strony biznesu, który chciałby dorównać poziomem zachodniemu. Od lat 80. savoir-vivre i etykieta zaczęły być uważane za elementy „biznesowe”, pozwalające na uniknięcie problemów i zmniejszenie kosztów. Praktyka pokazywała, że wiele strat finansowych wiązało się z zachowaniami niewłaściwymi z punktu widzenia savoir-vivre. Zmieniono też podejście do etykiety: początkowo dominowało podejście „naucz się i zastosuj”, okazało się jednak, że nadal w praktyce biorą górę złe nawyki. Podam jeden przykład: pewien amerykański biznesmen w trakcie kolacji, po której miał podpisać ważną umowę, nabierając na talerz musztardę oblizał łyżeczkę, bo tak zawsze robił w domu. Zrobiło to bardzo złe wrażenie, poskutkowało niepodpisaniem umowy. Takie wypadki prowadziły do poszerzenia wymagań co do dobrych manier, do oczekiwań stosowania etykiety 24 godziny na dobę, tak by stała się ona niejako drugą naturą.

Dziś obserwuję duże przyspieszenie w rozpowszechnianiu się zasad savoir-vivre. W ostatnim roku 90 proc. szkoleń, jakie przeprowadziłem, dotyczyło zachowania przy stole. Być może znaczną rolę odgrywają tutaj kontakty biznesowe z Niemcami, ponieważ przywiązują oni bardzo dużą wagę do zachowań w tym obszarze. Mniej jest dla nich ważny ubiór, przy stole wymagane jest jednak właściwe zachowanie. Druga przyczyna wiąże się z nowym zjawiskiem: pojawiają się młodzi ludzie między 20. a 30. rokiem życia, którzy gdzieś się dowiadują o savoir-vivre i uznają go za własny sposób na życie. Trzeci powód, to pojawienie się nowych książek, materiałów i szkoleń. Ludzie, którzy się z nimi zetknęli zaczynają wymagać tych umiejętności również od innych. Coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że należy unkać w swoim życiu zawodowym i prywatnym ludzi pozbawionych kultury, którzy ignorują zasady savoir-vivre i wskazania etykiety.

Renesans zainteresowania etykietą to jeden z sygnałów świadczących o kształtowaniu się klasy średniej?
W Polsce nie ma klasy średniej, bo nie było jej w epoce PRL-u, aktualnie stoją jej na przeszkodzie względy finansowe. Klasyczna klasa średnia to ludzie z wyższym wykształceniem, pracujący w sposób umożliwiający im niezależność finansową. To osoby z własnymi przedsiębiorstwami lub wykonujący wolne zawody, dysponujący czasem wolnym, cieszące się finansową stabilnością. Z czasem wolnym wiążą się ambicje inne niż finansowe, potrzeby kulturowe. W Polsce tacy ludzie pojawiają się w małym zakresie, ponieważ gospodarka została opanowana przez koncerny, mało jest średnich firm wobec dużej liczby wielkich koncernów. To jest źródło takich problemów jak brak polskiej opinii publicznej. Społeczeństwo bez klasy średniej jest kalekie, nie jest wolne, nie może posiadać suwerennego państwa. Stąd też nazwa mojego bloga „Savoir- vivre i nowa klasa średnia”.

Mówi się równocześnie o postępującej „makdonaldyzacji”, o przejmowaniu nowych obszarów przez globalną pop-kulturę. Dlaczego uprzejmość, staranność, najwyższa jakość są właśnie wartościami klasy średniej?
Zawsze istniał lud, istniała klasa średnia i elity (np. arystokracja bądź magnateria). Nigdy nie uległo to zachwianiu, nawet w komunizmie istniała „czerwona” arystokracja. Proces demokratyzacji doprowadził do tego, że każdy może wejść do klasy średniej. Natomiast wybór savoir-vivre jako sztuki życia, to wybór człowieka mającego czas, wykształcenie, kulturę i ambicje dotyczące własnego życia. Te warunki spełnia zazwyczaj około 20 procent społeczeństwa. Macdonaldyzacja dotyka ludu, któremu zabiera się jego własną kulturę. Ten segment społeczeństwa zawsze w Polsce naśladował klasę średnią; widać to było w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów, kiedy lud ze szlachtą był bardzo blisko, poddając się łatwo jej wpływom. Tymczasem lud poddany reklamie łatwo ulega swoistej degeneracji.

Równocześnie wskazuje się na problem proletaryzacji samych elit.
Problem polega też na tym, że w latach 60. XX wieku na Zachodzie arystokracja upadła, wyniszczono klasę średnią. Upadły średnie przedsiębiorstwa i majątki ziemskie. Na to miejsce weszła nowa „klasa średnia” i nowa „arystokracja”, czyli ludzie którzy zdobywali pieniądze i czuli się skrępowani przez etykietę, moralność, tradycję. Powstała wówczas pustka. Dzieci tego pokolenia zaczęły tęsknić za savoir-vivre. Wielki biznes nie spełnia wszystkich warunków klasy średniej, ponieważ cechuje go brak czasu potrzebnego dla życia kulturalnego i realizacji wyższych potrzeb. Stabilizacja finansowa, namysł nad własną sytuacją zawodową i społeczną doprowadził do tego, że klasa średnia zaczęła się, w pewnym ograniczonym zakresie, odradzać. Myślę, że przyszłość Europy jest pod tym względem pozytywna i to wbrew temu co się z tą Europą próbuje robić.

W publikacjach sprzed II wojny światowej kwestie etykiety i savoir-vivre starano się stawiać w szerszej perspektywie etycznej a także religijnej. Czy to perspektywa, którą należy dziś odzyskać?
Savoir-vivre jako taki jest tworem katolicyzmu, wyraża katolicką postawę wobec świata. Ksiądz Witkowiak, autor przedsoborowego podręcznika etykiety dla kleryków, pisał, że savoir-vivre jest elementem realizacji przykazania miłości bliźniego, a samo jego nieprzestrzeganie jest grzechem, z którego należy się spowiadać. Filozofia savoir-vivre jest stała - albo się ją przyjmuje albo odrzuca. Stawia ona dwa nakazy: „Bądź szlachetny!” oraz: „W każdej sytuacji przestrzegaj przykazania miłości bliźniego!”. Sprowadza się to do pamiętania o drugim, do okazywania mu szacunku i troski o jego potrzeby. Stało się jednak tak, co budzi moje przerażenie, że w środowiskach katolickich savoir-vivre kojarzy się dziś z elitami ateistycznymi, twierdzi się, że nie jest to katolikom potrzebne. Spotkałem się nawet z opinią, że Chrystus nie przestrzegał zasad savoir-vivre! To olbrzymie nieporozumienie.

Jeśli szukamy głębszego filozoficznego uzasadnienia, to znajdziemy je w myśli św. Tomasza z Akwinu. Na kartach „Sumy Teologicznej” opisuje on cnotę wielmożności. Dotyczy podejścia do pieniądza, który ma być narzędziem realizacji szlachetności.

Katolickie elity stoją dziś przed koniecznością „odzyskania” savoir-vivre jako praktykowanej miłości bliźniego.
Społeczeństwo będzie katolickie, jeśli klasa średnia i elity będą katolickie. Jeśli elity i klasa średnia są areligijne, to i lud podlegać będzie zeświecczeniu, na początku w tych sferach, które nie wydają się bezpośrednio związane z religią. W przeszłości to elity były religijne, stąd savoir-vivre był elementem cywilizacji chrześcijańskiej. Dziś uznaje się etykietę za nieważną, ludzie religijni uznają, że savoir-vivre można zastąpić pobożnością. Elita nie tylko nie buduje swojego autorytetu, ale popada w pewną schizofrenię kulturową (miesza się to, co chrześcijańskie i to co pogańskie) - takie wzorce przenoszą się na inne segmenty społeczeństwa.

To jest też problem kapłanów. Kiedyś uważało się, że duchowny przynależy do klasy średniej i powinien promieniować nie tylko Ewangelią, ale i kulturą wyższą i cywilizacją. Świetnie rozumiał to święty biskup Józef Sebastian Pelczar, autor jednego z pierwszych polskich podręczników savoir-vivre dla duchownych. Do dzisiaj księża w diecezji przemyskiej są wrażliwi w perspektywie savoir-vivre. Czasami jednak sami księża narzekają, że coraz częściej seminarium przygotowuje wyłącznie do funkcji kapłańskich, a nie daje ogólnego wykształcenia humanistycznego, potrzebnego do sprawowania funkcji autorytetu społecznego - promieniowania kulturą wyższą o charakterze chrześcijańskim.

Dziękuję za rozmowę.

Stanisław Krajski - filozof, publicysta, autor "Savoir vivre. Podręcznik w pilnych potrzebach”, „Savoir vivre jako sztuka zycia. Filozofia savoir vivre”, „Savoir vivre – 250 problemów”.

Rozmawiał Mateusz Ziomber

http://www.pch24.pl/savoir-vivre-wyraza ... z2BRYwaTdf


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 15 lis 2012, 08:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Mocna lekcja naszej historii

Lekcja historii według Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Stanisława Wyspiańskiego i Mariana Hemara - tak brzmi pełny tytuł spektaklu literacko-muzycznego autorstwa śpiewaczki operowej i aktorki Barbary Dobrzyńskiej.

Cieszy wiadomość, że po kilku latach nieobecności wraca to znakomite przedstawienie. Z niewielkimi zmianami w obsadzie, dodaniem kilku tekstów i zmianą tytułu. Poprzednio zatytułowane było "Polska, ale jaka´´.

Parę lat temu ten cieszący się ogromnym powodzeniem u publiczności spektakl, po tzw. gościnnej prezentacji w różnych miejscach, musiał zejść z afisza z powodu braku sceny, na której mógłby być grany. Mimo iż autorka przedstawienia Barbara Dobrzyńska czyniła wszelkie starania, by znaleźć miejsce, i mimo że publiczność dopytywała się o ten spektakl (bo wieść o nim tzw. pocztą pantoflową rozniosła się bardzo szybko, choć media - poza "Naszym Dziennikiem" - nie były nim zainteresowane) - nie udało się go znaleźć.

Teatry, którym osobiście polecałam to przedstawienie, też nie były nim zainteresowane. Pewnie dlatego, że nie mieściło się ono w obowiązującym nurcie poprawności politycznej. Teatry wolały wystawiać badziewie (tak czynią przecież i obecnie) aniżeli wartościowe przedstawienie mówiące o naszej polskiej rzeczywistości. Bo "Lekcja historii" w sposób satyryczny - w formie literackiego kabaretu - opowiada o naszych polskich dziejach.

Poprzez utwory Mariana Hemara Barbara Dobrzyńska rysuje wizerunek Polski powojennej, PRL, a wykorzystane w spektaklu dzieła naszych wieszczów budzą - uśpionego dziś - ducha Narodu Polskiego.

Przedstawienie prezentowane obecnie nabiera dodatkowych znaczeń i wpisuje się w aktualną sytuację społeczno-polityczną naszej Ojczyzny, która - jak widzimy - budzi sprzeciw Polaków manifestujących głośno swoją dezaprobatę.

Wystarczy spojrzeć na mapę Polski, codziennie odbywają się w różnych miejscach naszego kraju protesty, manifestacje Polaków domagających się wolności słowa, miejsca dla jedynej katolickiej Telewizji Trwam na multipleksie, wyjaśnienia tragedii smoleńskiej, nielikwidowania nauki religii w szkołach oraz historii i nauczania jej zgodnie z prawdą historyczną. Głos sprzeciwu płynie także wobec zabijania dzieci tylko dlatego, że są chore, wprowadzania tylnymi drzwiami eutanazji, wyprzedawania Polski po kawałku, prowadzenia na kolanach polityki wobec Unii Europejskiej itd., itd.

Właśnie w ten kontekst, tak bolesny dla naszej Ojczyzny, wpisuje się spektakl Barbary Dobrzyńskiej. Jakże aktualnie brzmi dziś zawarty w przedstawieniu monolog Konrada z "Wyzwolenia" Stanisława Wyspiańskiego: "Warchoły to wy, co czołgacie się u obcych rządów i całujecie najeźdźcom łapy, uznając w nich prawowitych wam królów. (...) Wy, lokaje i fagasy cudzego pyszalstwa, którzy wyciągacie dłoń chciwą po pieniądze - po łupież pieniężną, zdartą z tej ziemi, której złoto i miód należy jej samej i nie wolno jej grabić. Warchoły to wy, co się nie czujecie Polską i żywym niewoli poddaństwa protestem".

- Kiedy przygotowywałam spektakl, szukałam odpowiednich fragmentów w twórczości naszych wielkich wieszczów. Trafiłam na fragment monologu Konrada "Warchoły to wy..." itd. z "Wyzwolenia" Stanisława Wyspiańskiego i uświadomiłam sobie, że właśnie on był pomijany w rozmaitych inscenizacjach, a jeśli już się pojawił, to w formie tak zawoalowanej, że nie oddawał ani ducha, ani idei utworu, ani intencji autora. Czyżby inscenizatorzy aż tak bardzo bali się rządzących? Myślę, że gdyby Stanisław Wyspiański żył współcześnie, nie pozwoliłby na takie wypaczanie jego myśli i zubażanie idei oraz przesłania utworu. Dlatego przywracając właśnie ten fragment, składam hołd wybitnemu twórcy i wielkiemu patriocie - mówi Barbara Dobrzyńska.

W przedstawieniu wystąpią aktorzy scen warszawskich: Zuzanna Lipiec, Witold Bieliński, Tomasz Bieliński, Maria Gąsiorek, Jan Kasprzyk, Barbara Dobrzyńska. Artystom akompaniować będą Maria Silva i Witold Wołoszyński. Scenariusz i reżyseria jest dziełem Barbary Dobrzyńskiej.

Spektakl będzie prezentowany w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim w Warszawie w najbliższą sobotę, 17 listopada (to spektakl zamknięty, tylko dla zaproszonych gości), oraz w niedzielę, 18 listopada, i w przyszłym tygodniu 24 i 25 listopada. Początek w soboty o godzinie 19.00, zaś w niedziele o godzinie 19.30. O terminie następnych spektakli, już grudniowych, poinformujemy Państwa w "Naszym Dzienniku".

Temida Stankiewicz-Podhorecka

http://www.naszdziennik.pl/mysl/15160,m ... torii.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 18 lis 2012, 18:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
O godność człowieka i poszanowanie tradycji

Drugi dzień kongresu rozpoczął się tradycyjnie Mszą św. pod przewodnictwem o. dr. Tadeusza Rydzyka CSsR. Dyrektor Radia Maryja w czasie homilii pytał o sens zajmowania się kulturą. Ponadto ukazał różne wymiary kultury, która obejmuje życie społeczne, a także sprawia, że całe narody mogą przetrwać w obliczu zagrożeń.

Pierwszym dzisiejszym prelegentem był Edmund Adamus, dyrektor departamentu ds. małżeństwa i życia rodzinnego diecezji Westminster. Poruszył on temat prób budowania cywilizacji miłości w Wielkiej Brytanii poprzez oparcie jej na podstawowej komórce społecznej, jaką jest rodzina. Przestrzeganie tradycyjnych wzorców jest szczególnie trudne w bardzo zlaicyzowanym społeczeństwie brytyjskim.

Następne dwa wykłady koncentrowały się na różnorakich problemach kulturowych dotykających społeczeństwa hiszpańskojęzyczne. Doktor Ruth Gutierrez Delgado przybliżyła słuchaczom obyczaje i myśl w języku komunikacji w zdominowanym przez postmodernizm kraju Cervantesa. Natomiast przedstawicielka Wenezueli, dr Corina Yoris de Piacenza opisała szczegółowo proces osłabiania katolicyzmu w Ameryce Łacińskiej. Kluczowe role w tej stopniowej erozji wiary odgrywają przybierające na sile tendencje lewicowe oraz spadek zaangażowania samych katolików w budowanie wspólnoty bazującej na prawdziwych wartościach.

Niezwykle interesujące było opisanie religijnych mutacji wśród mieszkańców kontynentu afrykańskiego. Dokonał tego dr Aimable-Andre Dufatanye z katolickiego Uniwersytetu w Lyonie. Stwierdził on, że bieda, niestabilność polityczna oraz zapaść edukacyjna przyczyniają się do szerzenia antykultury wśród ludzi z tych rejonów. Wiara chrześcijańska ulega w ich sercach zachwianiu, wpadają w szpony groźnych sekt. Jest to szczególnie łatwe w tych rejonach, gdzie nadal duchowość jest kształtowana poprzez wpływy wierzeń animistycznych.

Profesor Geert Demuijnck i ks. dr Stefan Scholz zaprezentowali rozdźwięk pomiędzy polityką, kulturą a religią w swoich rodzinnych krajach, Francji i Niemczech. Prelengenci mówili o absurdach poprawności politycznej we Francji, skrajnym wycofaniu chrześcijaństwa z życia publicznego i utracie ducha wiary nawet w środowisku szkół katolickich.

Prelekcja prof. Piotra Jaroszyńskiego, wykładowcy na KUL i w WSKSiM, dotyczyła kwestii przyćmiewania kultury wysokiej przez kulturę masową. Często jest to działanie celowe, nakierowane na zniszczenie warstwy państwotwórczej w narodzie. Nie przypadkiem okupanci pragnący wymazać Rzeczpospolitą z map rozpoczynali swoje działania od niszczenia inteligencji poprzez deprecjonowanie jej roli lub eliminację fizyczną. Tylko odwołanie się do marginalizowanego dziedzictwa cywilizacji łacińskiej może naszemu Narodowi przywrócić dawny blask.

Na zakończenie słowo do zebranych skierował o. dr Tadeusz Rydzyk CSsR, założyciel WSKSiM i jeden z inicjatorów kongresu, który podkreślił rolę toruńskiej uczelni w krzewieniu kultury i integralnym wychowywaniu młodych ludzi.

Patronat medialny nad kongresem objął „Nasz Dziennik”.

Jędrzej Kwiatkowski, Toruń

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... dycji.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 19 lis 2012, 08:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Znakomita premiera

Dzięki determinacji jednej osoby - znakomitej aktorki Barbary Dobrzyńskiej, powstała w Warszawie nowa scena "Nasz Teatr". Miejsce ważne dla polskiej kultury. Teatr, który bawi i uczy.

Spektakl literacko-muzyczny "Lekcja historii według Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Stanisława Wyspiańskiego i Mariana Hemara", w reżyserii znanej aktorki Barbary Dobrzyńskiej, zainaugurował w sobotę działalność nowej sceny w Warszawie pod nazwą "Nasz Teatr". Przedstawienie prezentowane jest w dolnym kościele pw. Wszystkich Świętych przy placu Grzybowskim. Przedsięwzięciu patronuje "Nasz Dziennik".

- Pomyślałam sobie, że brakuje teatru, w którym widz poczułby się bezpiecznie, nie byłby obrażany wulgaryzmami, brzydkim językiem padającym ze sceny, deprecjonowaniem patriotyzmu i szydzeniem z wartości, którymi dla każdego katolika są krzyż, Ewangelia, Słowo Boże - mówi Barbara Dobrzyńska o motywach powstania "Naszego Teatru".

Premierowe przedstawienie ma formę kabaretu literackiego w tym najlepszym, najszlachetniejszym znaczeniu. Zarówno w treści, doborze repertuaru, jak i w samej konstrukcji spektaklu.

Barbara Dobrzyńska znakomicie połączyła utwory satyryczne Mariana Hemara, jego wiersze i piosenki, z wielką literaturą naszych wieszczów: Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza i Stanisława Wyspiańskiego, a także z tekstami ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. W spektaklu występują znani aktorzy: Zuzanna Lipiec, Barbara Dobrzyńska, Witold Bieliński, Tomasz Bieliński, Maciej Gąsiorek, Jan Kasprzyk. Nie tylko recytują, ale również tańczą i śpiewają, odgrywają całe scenki kabaretowe.

Znakomite utwory w interpretacji wybitnych artystów, szeroka paleta środków wyrazu - od ciętej satyry po wzniosły patos, wzbudziły wielki aplauz publiczności.

- Wychodząc z teatru, pomyślałem, że Barbara Dobrzyńska jest jedynym reżyserem, który potrafi robić takie przedstawienia, w których prezentuje polską kulturę i które są zarazem głęboko patriotyczne. Historia się powtarza, nie trzeba tworzyć nowych tekstów. Utwory czołowych polskich poetów opisują sytuacje, które są znów naszymi problemami - zwraca uwagę dr Stanisław Krajski.

- Zaskakujące, że tak dobrzy aktorzy mogą występować tylko na takich scenach, bo nie mają dostępu do telewizji publicznej i innych mediów - dodaje filozof kultury.

Klamrą spinającą cały spektakl jest tytułowa "lekcja historii", która okazuje się wciąż aktualna i potrzebna.

- To ważne, że Barbara Dobrzyńska wraz z grupą aktorów podjęła problem historii w powtarzającym się wydaniu - co było i co jest. W krzywym zwierciadle zobaczyliśmy nasz czas zanotowany przez wielkich poetów - konstatuje prof. Krystyna Czuba, medioznawca.

- Dobrze, że takie tematy są poruszane, że mamy czas na refleksję. Wszystko to jest aktualne, mocne. Cieszę się, że mimo skromnych środków udało się przygotować tak doskonałe przedstawienie. Warto, by jak najwięcej młodzieży mogło je zobaczyć - dodaje.

Fragment wiersza "Szli krzycząc: Polska!" Juliusza Słowackiego rozpoczynający spektakl literacko-muzyczny Barbary Dobrzyńskiej "Lekcja historii według Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Stanisława Wyspiańskiego i Mariana Hemara" stanowi motto całego przedstawienia. Wynikające z wielkiej troski o Ojczyznę pytanie "Jaka Polska?" jest pytaniem wybrzmiewającym obecnie nadzwyczaj aktualnie i przywodzącym na myśl wiele refleksji, a wśród nich pytanie związane z niedawnymi wydarzeniami obchodów 11 Listopada, kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości.

Zatem, jaka Polska? Czy taka, jak ta "kotylionowa", maszerująca z prezydentem Bronisławem Komorowskim, w komfortowych warunkach, niczym i nikim niezakłócana? Czy też taka, która idąc w Marszu Niepodległości, prowokowana przez policję, zastraszana, polewana wodą, gazowana i ostrzeliwana, mimo - chwilami wręcz dramatycznych - przeszkód dała wyraz swej miłości do Ojczyzny, domagając się wolności głoszenia prawdy?

Spośród wierszy Mariana Hemara jest w "Lekcji historii..." ogromnie zabawna "Narada satyryków", "Leniuch", "Kompleks władzy", "Gomułka", monolog perfekcyjnie wykonany przez Witolda Bielińskiego, gdzie każdy detal został opracowany mistrzowsko. A tekst ten aż kusi do przerysowań, lecz Witold Bieliński nigdy tej granicy nie przekracza.

Są też Hemarowskie "Dziady" na wesoło ("Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co będzie, co będzie") w ogromnie zabawnym wykonaniu Barbary Dobrzyńskiej i Zuzanny Lipiec. Salwy śmiechu na widowni budzą też dyrektywy (autentyczne!) Unii Europejskiej, z tą chyba najbardziej absurdalną, która mówi, że "kura przy produkcji jaj hodowlanych ma stać pazurami do przodu". Albo inna: przepis nakazujący liczenie sęków w desce czy też ślimakoryba jako nazwa dla ślimaka.

Nie mogło zabraknąć piosenek Hemara. Doskonale zagrany i zaśpiewany, a właściwie zamiauczany przez koci duet, czyli Zuzannę Lipiec i Barbarę Dobrzyńską, żart muzyczny "Koty" Gioacchina Rossiniego wspaniale rozbawił publiczność. Podobnie jak Zuzanna Lipiec w piosence "Maryla" (chodzi o Marię Wereszczakównę-Puttkamerową, ukochaną Mickiewicza). Ale ta lekka, bawiąca i rozśmieszająca publiczność część spektaklu po pewnym czasie ustaje, zmienia się klimat przedstawienia. To przejście jest łagodne, można powiedzieć naturalne.

Na scenę wchodzi Marian Hemar w osobie Macieja Gąsiorka i śpiewa słynne "Słowiki". Jedna z najpiękniejszych piosenek Hemara ubrana w strofy poetyckie jest wyrazem jego wielkiej tęsknoty za Polską. Z emigracyjnej perspektywy patrzy poeta na Polskę, do której już nigdy nie wróci. Maciej Gąsiorek znakomicie interpretuje słowa Hemara, na pewnym wyciszeniu, refleksji i z dyskretną nutą nostalgii. Podobnie jak wspaniale mówiony przez Barbarę Dobrzyńską wiersz "Inwokacja", w którym Hemar woła: "O, Poezjo! Ostatnia linio polskiej obrony!".

I teraz już towarzyszą nam inne klimaty, podniosłe, wielkie sprawy polskie wypowiadane słowami naszych wieszczów. Jakże porażająco aktualnie wybrzmiewają wersy Słowackiego "Polsko, ciebie błyskotkami łudzą" czy fragmenty "Wyzwolenia" Stanisława Wyspiańskiego: "Warchoły, to wy, co czołgacie się u obcych rządów i całujecie najeźdźcom łapy, uznając w nich prawowitych nam królów. (...) Wy, co się nie czujecie Polską...".

A także przejmujący w swej treści wiersz "Ojczyzna" Hemara. Oba utwory mistrzowsko powiedziane przez Jana Józefa Kasprzyka. A potem, już pod koniec spektaklu, Chopin, który przeniósł Polskę w nuty, w muzykę i kiedy Polacy utracą Ojczyznę, on im ją muzyką przypomni. Barbara Dobrzyńska mistrzowsko interpretuje - mówiąc i śpiewając - piękne, liryczne strofy poetyckie Hemara poświęcone naszemu geniuszowi: "Cudem jakimś wziął Ojczyznę w dłonie i przemienił ją w gorzkie harmonie".

Czytelność przekazu myśli, doskonale wyakcentowane pointy, świetna interpretacja aktorska, znakomicie opracowana i wykonana część muzyczna (akompaniament: Witold Wołoszyński), to główne walory tego spektaklu. Starannie dobrana obsada aktorska, gdzie każdy z wykonawców wciela się w kilka różnych postaci, daje doskonały efekt.

Początek i koniec przedstawienia stanowią ramę kompozycyjną wypełnioną dziełami dwóch wybitnych Polaków: w prologu słowami wielkiego poety, patrioty Juliusza Słowackiego, w epilogu zaś słowami wielkiego Prymasa, męża stanu, patrioty kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Na zadane na początku przedstawienia pytanie Juliusza Słowackiego: "Jaka Polska?", odpowiedź pada w finale spektaklu słowami ks. kard. Stefana Wyszyńskiego: "Jesteśmy u siebie, we własnej Ojczyźnie, mamy prawo czuć się jak u siebie w domu". Mocny, głęboki i zarazem przejmujący finał. A potem już tylko dźwięki Chopinowskiego "Poloneza" kończące ten wspaniały artystyczny wieczór, podnoszący nas na duchu w tak trudnym dla naszej Ojczyzny czasie.

Temida Stankiewicz-Podhorecka

http://www.naszdziennik.pl/mysl/15488,z ... miera.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 20 lis 2012, 09:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Nowa warszawska scena

Pod patronatem "Naszego Dziennika"
Temida Stankiewicz-Podhorecka

Z Barbarą Dobrzyńską, aktorką, śpiewaczką operową, reżyserem i autorką widowisk patriotycznych, rozmawia Temida Stankiewicz-Podhorecka

Sobotnia premiera sztuki "Lekcja historii według Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Stanisława Wyspiańskiego i Mariana Hemara" według Pani scenariusza i w Pani reżyserii zainaugurowała "Nasz Teatr". Jak zrodziła się ta nowa warszawska scena?
- Brakowało mi teatru, w którym widz poczułby się bezpiecznie, nie będąc obrażany wulgaryzmami, brzydkim językiem padającym ze sceny, deprecjonowaniem patriotyzmu i szydzeniem z wartości, którymi dla każdego katolika są krzyż, Ewangelia, Słowo Boże. "Nasz Teatr" będzie teatrem wspaniałych aktorów, dla których aktorstwo jest powołaniem i misją przekazywania wielkiej polskiej literatury kolejnym pokoleniom Polaków. Będzie teatrem aktorów, dla których etyka zawodowa oznacza szacunek dla widza i autora, perfekcyjny warsztat i godne reprezentowanie swojego nazwiska w przedsięwzięciach artystycznych, które nie uwłaczają godności osoby ludzkiej. Jeżeli aktorzy biorą udział w produkcjach będących zaprzeczeniem sztuki, to przecież promują miernotę intelektualną i artystyczną, że już nie wspomnę o udziale aktorów w przedsięwzięciach świadomie propagujących antypolskość, gdzie mylone są fakty historyczne, vide Maciej Stuhr.

Postawa, że wszystko jest na sprzedaż, szkodzi przede wszystkim samym artystom dającym "twarz" miałkim sztukom.
- Tak. Za dużo już mamy różnych "Sąsiadów" Grossowych, "Naszych klas" Słobodziankowych i temu podobnych. Wielu aktorów nie szanuje dziś ani swego talentu, ani dorobku artystycznego, vide Piotr Adamczyk, któremu dane było zagrać wspaniale rolę Jana Pawła II, czy Adam Woronowicz w roli księdza Jerzego Popiełuszki. Obaj artyści niedługo potem wystąpili w filmie wyszydzającym właśnie te wartości, które tak wspaniale zaprezentowali swoim talentem, wcześniej kreując postaci wielkich świętych Polaków. Nie chciałabym mieć w "Naszym Teatrze" błaznów, którzy nie wiedzą, co znaczy być polskim aktorem. Takim jak Tadeusz Fijewski, Władysław Hańcza, Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz czy Janusz Zakrzeński. A więc takich, którzy nigdy nie zeszli poniżej poziomu godności zawodu aktorskiego, który jest niezwykle odpowiedzialny, gdyż prezentując na scenie różne postaci, formuje świadomość publiczności w kierunku dobra lub zła.

W dobie wszechwładnie panującego relatywizmu granica między wartością a antywartością, między dobrem i złem jest zamazywana. Widz gubi się i przyjmuje "antysztukę" jako sztukę wysoką. O czym to świadczy?
- W obecnych czasach, z żalem to stwierdzam, młode pokolenie widzów nie zna innego teatru - teatru pięknego słowa, gestu, kostiumu, wspaniałych manier, wielkiej literatury niosącej głębokie treści. To pokolenie widzów jest karmione pseudosztuką i szmirą. Serdecznie współczuję młodzieży, gdyż ja miałam jeszcze szczęście jako młoda aktorka poznać etos zawodu aktorskiego, o który dbał m.in. Kazimierz Dejmek. Zabraniał on aktorom Teatru Polskiego występowania w reklamach i rozmaitych miejscach nielicujących ze sceną Teatru Polskiego. Pamiętam, że kiedy otrzymałam propozycję kontraktu, aby śpiewać romanse rosyjskie w nocnym lokalu "Rasputin" w Paryżu, mój dyrektor, Kazimierz Dejmek, kiedy się o tym dowiedział, powiedział krótko: "Albo lokal nocny w Paryżu, albo Teatr Polski". Oczywiście wybrałam Teatr Polski.

Do kogo mają być adresowane sztuki wystawiane przez "Nasz Teatr"?
- Do widza, który kocha polską kulturę, tradycję i obyczaje. Dlatego kolejnym przedsięwzięciem "Naszego Teatru" będzie "Wigilia w polskim domu". Przedstawieniem tym pragniemy przypomnieć, jak należy przygotować się do świąt Bożego Narodzenia, gdzie głównym gościem będzie nie telewizor, ale dziadkowie, rodzice i dzieci wspólnie śpiewające kolędy.

Jaki będzie dalszy repertuar?
- W karnawale zamierzamy pokazać "Rozterki małżeńskie", spektakl oparty na pastiszach operowych, skeczach i piosenkach Mariana Hemara. Będzie grany na przemian z przedstawieniem "Hemar semper fidelis".

Czy mają Państwo w planach pokazy swoich spektakli w innych miastach w Polsce?
- Tak, jesteśmy gotowi przyjechać na każde zaproszenie. Są przecież sale w kościołach, domy katolickie, gdzie możemy wystawiać nasze przedstawienia.

Kto występuje w pierwszym przedstawieniu "Lekcja historii..."?
- Zuzanna Lipiec, Witold Bieliński, Tomasz Bieliński, Maciej Gąsiorek, Jan Kasprzyk i ja. Akompaniują Maria Silva i Wiktor Wołoszyński. Najbliższe spektakle odbędą się 24 listopada o godz. 19.00 oraz 25 listopada o godz. 19.30 w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych na pl. Grzybowskim w Warszawie.

Premierowa sztuka prezentowana w "Naszym Teatrze" dzięki darmowym wejściówkom jest dostępna dla każdego. Jak to się Pani udało w dobie kryzysu?
- To dzięki wielkiej polskiej patriotce, wspaniałej nauczycielce polonijnej, pani Elżbiecie Kasprzyckiej z Londynu, która jest sponsorem premiery "Naszego Teatru" i która także jest jednym ze sponsorów stypendiów w WSKSiM w Toruniu dla zdolnej młodzieży z ubogich rodzin. Pragnę złożyć jej wraz z zespołem artystycznym "Naszego Teatru" serdeczne podziękowania.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/15554,now ... scena.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 16 lut 2013, 08:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
„Nasz Teatr” w Londynie

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Z Barbarą Dobrzyńską, aktorką, śpiewaczką, założycielką „Naszego Teatru”, rozmawia Temida Stankiewicz-Podhorecka

„Nasz Teatr” istnieje zaledwie od trzech miesięcy, a wystawił już trzy premiery. To rzecz niespotykana w tak krótkim czasie.

– Jesteśmy z tego powodu ogromnie szczęśliwi. Cieszymy się, że mamy już naszą publiczność, dla której został stworzony „Nasz Teatr”.

Mało tego. Przygotowali Państwo już następną premierę: „Hemar – semper fidelis”, którą zaprezentują Państwo w sobotę i niedzielę w Londynie.

– Tym spektaklem pragniemy pokazać wspaniały folklor lwowski i przypomnieć to piękne polskie miasto, w którym urodził się Marian Hemar i wielu wybitnych polskich patriotów. Ze Lwowem na przykład był związany poeta, satyryk Marian Załucki, ze Lwowa pochodził też aktor i piosenkarz Jerzy Michotek oraz wielu innych Polaków kochających to miasto i dających temu wyraz w swojej twórczości.

Po wojnie większość z nich zamieszkała na tzw. ziemiach zachodnich nie z własnej woli.

– Zostali zmuszeni przez Stalina do opuszczenia rodzinnych stron. Utracili swoje ziemie, majątki, domy na Kresach Wschodnich i musieli się osiedlić na tzw. ziemiach zachodnich, z których obecnie są wyrzucani.

Tym spektaklem „Nasz Teatr” przywraca pamięć o Lwowie.

– A tym samym przez utwory Hemara przybliżamy jego postać, wspaniałego polskiego patrioty pochodzenia żydowskiego, który w swoim wierszu „Trzy powody” zawarł następujące słowa:

Nie idę, z biegiem mody, na żadne jakieś ugody z żadnymi reżymieszkami.

Mam trzy ważne powody. Raz, że jestem ze Lwowa.

Lwów – tak wmówiłem sobie – polega na mnie, że do śmierci świństwa nie zrobię. Że się nie będę bratał z żadną rodzimą szują,

z tych, co się Lwowa wyparły i jeszcze zbójom dziękują za to, że nam go ukradli.

Ten wiersz jest w programie spektaklu?

– Tak. Podobnie jak i ten Hemarowski fragment:

Mogłem urodzić się w Pińsku, w Radomiu czy w Leżajsku,

mógłbym dziś Horacjusza przekładać po hebrajsku,

mógłbym być w Izraelu satyrycznym gwiazdorem –

w tym sęk, że bym nie mógł, bo jestem Polakiem amatorem.

Z miłości, od pierwszego wejrzenia, a nie z przymusu,

Tym bardziej muszę strzec mego amatorskiego statusu.

Co jeszcze zobaczą widzowie Waszego przedstawienia w Londynie?

– W tym spektaklu pokazujemy rodzajowe scenki batiarów lwowskich, także wspaniałe, mistrzowsko napisane przez Hemara operowe pastisze, przepiękne piosenki, które pisał m.in. dla swojej ukochanej żony, słynnej aktorki, Marii Modzelewskiej.

Droga Hemara ze Lwowa do Londynu przypomina o losie tysięcy polskich uchodźców.

– Przez to, że w 1939 roku napisał słynną piosenkę „Ten wąsik”, śpiewaną w warszawskim teatrzyku Qui Pro Quo, ośmieszającą Hitlera, znalazł się na liście gestapo i musiał się ukrywać. Podobnie jak Ludwik Sempoliński, który tę piosenkę genialnie wykonywał. Z powodu tegoż „Wąsika” ambasador niemiecki w Warszawie ostro interweniował. Hemarowi na szczęście udało się uciec z Polski przez granicę rumuńską na Wschód. Tam spotkał się z Armią Andersa i wraz z jego żołnierzami znalazł się w Jerozolimie, gdzie napisał przepiękny wiersz „Dwie Ziemie Święte”, w którym porównuje Ziemię Świętą w Jerozolimie do polskiej ziemi świętej. A potem wraz z armią Andersa przybył do Londynu. Tu założył swój teatr, pracował w BBC i Radiu Wolna Europa, podtrzymując Polaków na duchu swoimi wierszami patriotycznymi i satyrami politycznymi oraz wspaniałymi piosenkami ośmieszającymi reżim bolszewicki, komunistyczny i faszystowski.

Ten znakomity dorobek twórczy Mariana Hemara zebrała już nieżyjąca Włada Majewska, artystka, aktorka Hemara, wspaniała polska patriotka, lwowianka zakochana we Lwowie do końca swego życia. Władzie Majewskiej należy się oddzielny tekst wspomnieniowy.

– Jak najbardziej. To właśnie dzięki niej możemy dziś korzystać z genialnej twórczości Hemara i przybliżać ją społeczności polskiej. A zwłaszcza młodym pokoleniom, które w ten sposób mogą poznać niezakłamaną, a prawdziwą polską historię zawartą w twórczości Hemara, w jego satyrach, wierszach, piosenkach. Jak w „Rozmowie z żołnierzem”, wierszu z naszego spektaklu:

„I po coście się bili?” – potrząsali głową.

A żołnierz odpowiedział: „Bośmy dali słowo.

A jesteśmy z takiego narodu, co słowa – choćby zdychał – nie złamie.

Sczeźnie, a dochowa”.

„A o coście się bili?” A żołnierz powiedział:

„Żeby świat się nauczył, żeby o tym wiedział,

By sobie wspomniał kiedyś – może za lat tysiąc –

Że umiałem dotrzymać, com musiał poprzysiąc”.

W teatrze, który Hemar założył w Londynie, występowała właśnie Włada Majewska.

– A także Renata Bogdańska- -Andersowa, Irena Delmar, Lola Kitajewicz, Szczepcio i Tońcio. Akompaniowała im Maria Drue. Wspaniała akompaniatorka, pianistka i kompozytorka. Na spektakle Hemara w Londynie przychodził prezydent Edward Raczyński, generał Władysław Anders.

Czyli polska elita emigracyjna.

– Bywali też żołnierze Andersa pochodzący z Kresów, którzy już nie mogli powrócić do swojej Ojczyzny. Dlatego Hemar poprzez swoje utwory przypominał Polskę i tęsknotę za Ojczyzną. Jak w tym wierszu, którym – można powiedzieć – modlił się: „Boże, oddałbym Ci cały Londyn, to dostatnie, bezpieczne życie za możliwość powrócenia do mojego pięknego, biednego, kochanego Lwowa”.

Przedstawienie premierowe „Hemar – semper fidelis” będą Państwo grać w Londynie m.in. w Windsor Hall na Ealingu, obok kościoła pw. NMP Matki Kościoła. A po powrocie premiera w Polsce?

– Nie od razu. Dopiero gdy skończy się Wielki Post, a więc po świętach Zmartwychwstania Pańskiego. Natomiast w czasie Wielkiego Postu, po uzgodnieniu terminu z księdzem proboszczem parafii Wszystkich Świętych, będziemy chcieli powtórzyć spektakl „Ja jestem Traugutt” w związku ze 150. rocznicą Powstania Styczniowego. Przygotowujemy i chcielibyśmy pokazać także w czasie Wielkiego Postu program „Chopin – polski geniusz”. I podczas tego właśnie spektaklu zamierzamy zbierać podpisy pod protestem przeciwko używaniu nazwiska Chopin na butelkach wódki.

Najwyższy czas ukrócić ten niecny proceder reklamiarski.

– Próbowałam już wielokrotnie. Może tym razem poskutkuje.

Dziękuję za rozmowę.

Temida Stankiewicz-Podhorecka

http://www.naszdziennik.pl/mysl/24226,n ... dynie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 06 kwi 2013, 06:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Na krawędzi otchłani

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Tak pamiętamy, w Ewangelii św. Łukasza jest opis, jak Pan Jezus uzdrowił dziesięciu trędowatych, a tylko jeden z nich upadł na twarz przed Chrystusem i podziękował. Był to Samarytanin. Pan Jezus zapytał: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu?”.

W przedstawieniu „Cudotwórca”, wyreżyserowanym przez Wawrzyńca Kostrzewskiego w stołecznym Teatrze Dramatycznym, główny bohater, Frank Hardy, „uzdrowił” dziesięciu mieszkańców wsi i tylko jeden z nich podziękował. Frank powiada do Grace: „A gdzie jeszcze dziewięciu?”. Kim jest Frank? Hochsztaplerem budującym swoją karierę na manipulowaniu ludzką naiwnością? Czy człowiekiem wyjątkowym, obdarzonym nadprzyrodzoną mocą leczenia chorych? A jeśli tak, to skąd płynie ta moc, z jakiego źródła: dobrego czy złego? Brian Friel, autor sztuki, znany irlandzki dramaturg, nazywany często współczesnym Czechowem irlandzkim, nie daje ostatecznej odpowiedzi. Pozostawia ją naszej inteligencji, intuicji, wierze, światopoglądowi. Niemniej, pewne zachowania Franka, jego rys psychologiczny, alkoholizm, cynizm uczuciowy, łatwe wpadanie w złość, agresywny sposób bycia i destrukcyjny wpływ na najbliższych nie umiejscawiają go po stronie Dobra.

Teatr rapsodyczny
Kameralna, trzyosobowa sztuka Friela zbudowana jest z oddzielnych monologów. To duże wyzwanie dla reżysera i aktorów. Z drugiej strony zaś, pozwala reżyserowi na własną inwencję twórczą, a aktorom na poszukanie „w sobie” klucza do granej postaci, bo na wzajemne tzw. rozgrywanie sytuacji nie ma co liczyć. Autor tekstu takiej szansy aktorom nie stworzył.

Reżyser przedstawienia Wawrzyniec Kostrzewski doskonale wykorzystał możliwości tkwiące w tekście i – jeśli tak można powiedzieć – uteatralizował go. Stworzył spektakl w rodzaju teatru rapsodycznego, gdzie uwaga widza skoncentrowana jest na słowie i gdzie wygłaszanych kwestii nic nie rozprasza: ani koncepcja inscenizacyjna, ani sytuacje sceniczne, ani scenografia. Każdy z aktorów mówi swój monolog oddzielnie, snop światła pada wówczas tylko na tę właśnie postać.

Trójka aktorów wprawdzie nie wchodzi ze sobą w relacje osobowe bezpośrednio, ale by zachować pewien logiczny związek między postaciami, reżyser utrzymuje bohaterów spektaklu na scenie przez cały czas. Zawsze gdy jeden z nich wygłasza swój monolog, dwoje pozostałych znajduje się gdzieś z tyłu sceny, w tle. I choć nie znajdują się na pierwszym planie, to wiadomo, iż opowiadana historia dotyczy także ich. Prowadzona przez Wawrzyńca Kostrzewskiego narracja pokazuje wspólne przeżycia bohaterów dramatu, choć różnie przez każdego z nich interpretowane. Konkluzja i pointa należą do widza.

Całość umieścił reżyser w scenografii tonącej w szarościach, wypełnionej starymi, teatralnymi fotelami. Taka przestrzeń nie skupia na sobie uwagi widza, jest zimna i odpychająca. I o to właśnie chodzi. Te ciemnoszare przestrzenie wnoszą depresyjny klimat, który dopełnia znakomita, utrzymana w nastroju ciągłego niepokoju muzyka autorstwa Piotra Łabonarskiego. Trzeba dodać, że muzyka – choć dość dyskretnie podawana – pełni w tym przedstawieniu bardzo ważną funkcję. Wraz z szarością scenografii sugeruje depresyjny stan ducha bohaterów. Nikt z tej trójki nie czuje się szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.

Ludzie zagubieni
Wawrzyniec Kostrzewski umieścił swoich bohaterów w przestrzeni – można powiedzieć – pozarealnej, gdzieś w zaświatach. Może w czyśćcu, a może już w otchłani, gdzieś na krawędzi piekła, całkowitego zagubienia i zatracenia człowieka. Wprawdzie nie jest to powiedziane wprost w tym przedstawieniu, ale forma inscenizacji, dekoracje, światła, sposób prowadzenia narracji, nastrój spektaklu i klimat muzyczny wyraźnie sugerują takie właśnie odniesienia. Stąd owa depresyjność stanu ducha bohaterów. Wszyscy oni są w jakiś sposób naznaczeni piętnem destrukcji pochodzącej od Franka Hardy’ego, tytułowego cudotwórcy. Ich opowieści dotyczą czasu przeszłego, wszyscy bowiem już nie żyją. I z tamtej perspektywy analizują swoje życie. Każde z nich widzi je inaczej i inaczej ocenia. Dlatego opowiadana przez nich historia, choć dotyczy tych samych sytuacji, różni się w ocenie oraz interpretacji zdarzeń.

Każdy z aktorów to inna osobowość ludzka, artystyczna, inny temperament, każdy z nich jest kontrapunktem dla pozostałej dwójki. Adam Ferency jako Frank jest pełen prawdy psychologicznej. Wierzymy mu, kiedy nękają go wątpliwości i zastanawia się, skąd ma moc uzdrawiania. Czy to jest w nim samym, czy przychodzi z zewnątrz, czy też jest wynikiem wiary, jaką pokładają w jego „uzdrowieniach” chorzy, poddając się mu całkowicie? Kulminacyjna scena, kiedy opowiada, jak wyprostowuje choremu skrzywiony palec i pełen pychy stwierdza, że to tylko „rozgrzewka”, a najważniejsze ma nastąpić, czyli uzdrowienie siedzącego na wózku inwalidzkim sparaliżowanego człowieka, Ferency ma już w mimice twarzy zapisaną tragedię. Nie uda mu się ten akt uzdrowienia. Nie zawoła do sparaliżowanego: „Wstań”, i ten wstanie, tak jak wstał paralityk na wezwanie Pana Jezusa. Pycha zgubiła Franka. Wieśniacy zabili go siekierami, uznając za oszusta. Doskonała, dramatyczna rola Adama Ferencego.

Znakomity Andrzej Blumenfeld w roli Teddy’ego, impresaria Franka, prowadzi swego bohatera w całkowicie odmiennej tonacji, stanowiącej świetny kontrapunkt dla głównego bohatera. Tak jak kontrapunktem dla depresyjnej szarości scenograficznej jest wiele mówiąca czerwień sukni Grace granej wyraziście przez Martę Król.

Poza czasem
Na to znakomite artystycznie przedstawienie składa się kilka elementów. Prócz świetnej gry aktorskiej, doskonała i inteligentna reżyseria, intrygujące budowanie narracji i wspaniałe prowadzenie aktorów. Dużą rolę pełni również komunikatywne wykorzystanie przestrzeni scenicznej z usadowieniem na niej pustych foteli sugerujących, iż ta w pewnym sensie kaleka przestrzeń jest czasem, który już przeminął, i że pojawiające się w tej przestrzeni postaci są poza czasem. Ponadto wspaniała muzyka Piotra Łabonarskiego – łącząca motyw harmonii, liryki z klimatem depresji, lęków, niepokojów – sprzyja pogłębionej refleksji i po trosze stanowi rodzaj komentarza do zdarzeń. A wykorzystanie dźwięku sugerującego upływ czasu poprzez dyskretny ton przypominający tykanie zegara jest wyrazistym, symbolicznym znakiem.

„Cudotwórca” Wawrzyńca Kostrzewskiego dowodzi, że ten inteligentny i utalentowany reżyser potrafi nie tylko wydobywać z tekstu najistotniejsze, podskórne treści, ale posiada też doskonałe wyczucie sceny, prowadzące w kierunku teatru autorskiego. To już dzisiaj rzadkość. Tekst Briana Friela nie należy do łatwych i atrakcyjnych scenicznie. Wawrzyniec Kostrzewski znalazł jednak własne, doskonałe rozwiązanie na przełożenie sztuki Friela na scenę w taki sposób, by głębokie treści, jakie są w niej zawarte, zawładnęły widzem w tym najlepszym znaczeniu. To wielka i rzadka dziś umiejętność u reżyserów. Aż trudno uwierzyć, że spektakl „Cudotwórca” jest dopiero teatralnym debiutem reżyserskim Wawrzyńca Kostrzewskiego.

„Cudotwórca” Briana Friela, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, przekł. Elżbieta Jasińska, scenogr. i kostiumy Marta Dąbrowska-Okrasko, muz. Piotr Łabonarski, Teatr Dramatyczny, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/28901,na- ... hlani.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 18 kwi 2013, 06:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Antidotum na trudne czasy

Tak jak artyści w stanie wojennym grają głównie, choć nie jedynie, w kościołach. Nie poruszają tematów błahych, lecz te, które dotykają Polski w jej najistotniejszych aspektach: polskiej kultury nierozerwalnie związanej z wiarą katolicką, narodowej historii, tradycji i obyczajów.

Dojrzałą grę aktorską i wysmakowaną oprawę muzyczną łączą ze starannie dobranym repertuarem, w którym strofy wieszczów koegzystują z tekstami najwybitniejszych Polaków i z głęboką, choć podaną w lżejszej formie kabaretu literackiego, refleksją.

– Spotkać można opinię, że „Nasz Teatr” służy odbudowie ducha Narodu Polskiego. Nie powiem, żeby to nie było naszą intencją, gdyż w utworach, które prezentujemy w spektaklach, ich autorom przyświecała właśnie ta idea – mówi Barbara Dobrzyńska, założycielka „Naszego Teatru”. – Była ona potrzebna Polakom nie tylko kiedyś pod zaborami czy za komuny, ale jest aktualna również dziś.

Sursum corda

„Nasz Teatr” nie jest teatrem instytucjonalnym. Stanowi przedsięwzięcie artystyczne bez stałych etatów, a większość aktorów pracuje zarobkowo w innych miejscach. Łączy ich miłość do teatru, jakiego brakuje w tej chwili w Polsce, odwołującego się do tradycyjnych polskich wartości i kultywującego piękną polszczyznę. Dla tej idei aktorzy potrafią często grać bez pobierania honorarium.

Zespół stanowią aktorzy scen warszawskich: Barbara Dobrzyńska, Zuzanna Lipiec, Witold Bieliński, Tomasz Bieliński, Maciej Gąsiorek, Jan Józef Kasprzyk; akompaniuje Maria Silva i Witold Wołoszyński. – Łączy nas to, że chcemy robić rzeczy piękne i prawdziwe, szukać w tym, co nas otacza, w poezji i w teatrze rzeczy, które czy to widza, czy to nas mają rozwijać i podnosić na wyższy poziom duchowy – podkreśla Zuzanna Lipiec. – Staramy się znaleźć dla wszystkich ten moment podnoszenia serca w górę, to sursum corda!

Do pierwszego spektaklu „Lekcja historii według Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Stanisława Wyspiańskiego i Mariana Hemara” próby trwały ponad miesiąc, codziennie po parę godzin, by wszystko było dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Barbara Dobrzyńska przykłada wielką wagę do kultury wypowiedzi, dba, by słowo było wypowiadane z pietyzmem, nie toleruje żadnych potknięć językowych. Aktorzy bardzo poważnie traktują publiczność. – To się też bierze z nazwy. „Nasz Teatr” – teatr widzów i aktorów. Nie chcemy, aby rampa na scenie tworzyła jakąś granicę między nami, ale to ma być budowanie wspólnoty wokół polskiej kultury. Czuje się taki powiew wiosny Polaków – podnosi Jan Józef Kasprzyk, aktor, historyk i prezes Związku Piłsudczyków, który współpracuje z panią Barbarą Dobrzyńską od 1997 roku. Artysta wskazuje, że jego uczestnictwo w „Naszym Teatrze” wynika m.in. z poczucia potrzeby odpowiedzi na aktualną diagnozę Marszałka Józefa Piłsudskiego, który w II RP ubolewał, że „w odrodzonym państwie polskim nie nastąpiło odrodzenie duszy Narodu”. – Jestem głęboko przekonany, że w tym odrodzonym państwie, w którym teraz żyjemy, też nie nastąpiło odrodzenie duszy Narodu – uważa Jan Kasprzyk. – A odrodzenie tej duszy musi również następować przez kulturę, przez słowo naszych wieszczów, przez słowo Mariana Hemara. Artysta przypomina, że większość utworów prezentowanych w programie „Naszego Teatru” Hemar wygłaszał na antenie Radia Wolna Europa w czasach, gdy to radio było głosem budzącym sumienia. – Taką rolę pełni dziś Radio Maryja, Telewizja Trwam czy – miejmy nadzieję – „Nasz Teatr” – uważa aktor. – Chcemy budzić ducha Narodu przez przypominanie wieszczów, przypominanie Hemara, przypominanie słowem, muzyką i piosenką o tych wartościach, które się nie zmieniają i ciągle są bardzo ważne. Nie tylko sztuka, ale też modlitwa odgrywa w „Naszym Teatrze” dużą rolę. Każdy spektakl, choć publiczność tego nie widzi, zaczyna się od zawierzenia artystów Matce Bożej i od prośby o pomoc św. Michała Archanioła. Po przedstawieniu artyści znów tworzą krąg modlitewny, by dziękować za udany występ.

– Zespół stanowią ludzie wierzący, niewstydzący się Pana Boga, a także myślący – że się tak wyrażę – po polsku, stąd łatwiejszy jest nasz wspólny kontakt ze sobą – stwierdza Barbara Dobrzyńska. – „Nasz Teatr” pragnie żyć treściami literackimi, które są wysokiego lotu artystycznego, literackiego, duchowego. I to nas właściwie połączyło.

Pięć miesięcy i cztery premiery

Nowa warszawska scena zainaugurowała swoją artystyczną działalność pięć miesięcy temu, 17 listopada 2012 roku spektaklem literacko-muzycznym pt. „Lekcja historii według Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Stanisława Wyspiańskiego i Mariana Hemara”.

Kolejną premierą był spektakl pt. „Wigilia w domu polskim” wystawiony 29 grudnia w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych w Warszawie. Było to barwne, pełne radości, zabawy i głębszej refleksji familijne przedstawienie.

Następna premiera jako wyraz czci dla największego polskiego zrywu narodowowyzwoleńczego odbyła się w wigilię 150. rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego i nosiła znamienny tytuł „Ja jestem Traugutt”. W przedstawieniu gościnnie wystąpił Ryszard Morka, wybitny polski bas, solista Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. – To było wielkie i niepowtarzalne przeżycie – opowiada artysta. – Niewiele jest koncertów, które na mnie zrobiły tak kolosalne wrażenie, i muszę przyznać, że momentami, słuchając tych tekstów, trudno było opanować wzruszenie. Trzeba było mocno zebrać siły, żeby przenieść treści i emocje zawarte w utworach, które śpiewałem. Bogu dziękuję, że mogłem wziąć udział w tym wydarzeniu artystycznym i gdzieś ten maleńki znaczek w ludzkich sercach zrobić.

Z kolejną premierą artyści „Naszego Teatru” udali się aż do Londynu. Tam w siedzibie Ogniska Polskiego i w Windsor Hall na Ealingu wykonali dla polonijnej publiczności spektakl „Hemar – semper fidelis”. Z tysięcy utworów tego wybitnego, choć zapoznanego w Polsce poety, króla polskiej satyry i kabaretu, bezkompromisowego przeciwnika totalitaryzmu komunistycznego, za co peerelowskie władze pobawiły go paszportu, Barbara Dobrzyńska wybrała te, które zilustrowały jego tyle dramatyczne, co znamienne dla polskiej emigracji wojennej losy: lwowską młodość, ucieczkę z kraju przed gestapo, szlak bojowy z bitwą pod Tobrukiem, aż do londyńskiej emigracji.

Wystawienie spektaklu z utworami Mariana Hemara w miejscu, gdzie działał teatr Hemarowski i gdzie część widowni doskonale pamięta jego autorskie przedstawienia, był – zdaniem aktora Witolda Bielińskiego – jak dotąd największym wyzwaniem artystycznym zespołu. Przedstawiciele starej londyńskiej emigracji nie ukrywali, że zawsze bali się konfrontacji z kolejnymi próbami reaktywowania Hemara, zwłaszcza w wykonaniu artystów z Polski, gdyż często nie były to udane próby. W przypadku „Naszego Teatru” było inaczej. – Pani Barbara Dobrzyńska napisała bardzo dobry scenariusz. Trafiła w dziesiątkę z doborem wierszy i piosenek Hemara. To plus wspaniała gra wykonawców złożyło się na bardzo udany program – nie żałowała słów uznania pani Irena Delmar-Czarnecka, prezes Związku Artystów Scen Polskich za Granicą, wybitna aktorka występująca w sztukach Mariana Hemara. – Od tej gwiazdy jego teatru usłyszeliśmy, że gramy właśnie tak, jak należy grać Hemara. I to był dla nas największy komplement – podkreśla Witold Bieliński.

– To było wzruszające przeżycie, ponieważ patrzyłem w oczy ludzi, którzy go doskonale znali – dzieli się swoimi wrażeniami Maciej Gąsiorek, który wcielił się w spektaklu w rolę Mariana Hemara.

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Od początku patronat nad działalnością artystyczną „Naszego Teatru” sprawuje „Nasz Dziennik”. Aktorzy teatru uważają, że dzięki temu mecenatowi medialnemu, a także uzyskaniu stałego miejsca przedstawień w dolnym kościele Wszystkich Świętych w Warszawie ich wcześniejsza okazjonalna współpraca mogła przybrać charakter ciągły.

– Staliśmy się stałym zjawiskiem na teatralnej mapie Warszawy, mamy swoją widownię, która przychodzi na kolejne premiery czy spektakle, a nasi widzowie rozpoznają nas na ulicy, podchodzą i pytają, kiedy będzie kolejna premiera, opowiadają o swoich wrażeniach, interesują się losami „Naszego Teatru” – wskazuje Witold Bieliński.

Na ścisły związek Naszego Teatru z „Naszym Dziennikiem” wskazuje też Barbara Dobrzyńska. „Nasz Dziennik” posiada wspólny z „Naszym Teatrem” nie tylko pierwszy człon nazwy, ale również tę samą hierarchię wartości.

– Mamy teraz może jedyną wiarygodną polską gazetę, którą jest „Nasz Dziennik”, piszący prawdę i mający określonych czytelników, więc chcielibyśmy, aby „Nasz Teatr” był jakby kontynuacją przekazywanych tam myśli i idei w tworzywie artystycznym tak jak my aktorzy je rozumiemy i odczuwamy – podkreśla Barbara Dobrzyńska.

Wolny wstęp na spektakle będący w dzisiejszych ciężkich czasach nieraz warunkiem uczestnictwa w życiu kulturalnym sprawia, że utrzymanie się zespołu teatralnego na wysokim poziomie bez dotacji i stałych funduszy to niezwykle trudne zadanie. Na szczęście od czasu do czasu pojawiają się sponsorzy, dzięki którym teatr może funkcjonować. To dzięki pani Elżbiecie Kasprzyckiej z Londynu, wieloletniej nauczycielce polonijnej, nowa scena mogła rozpocząć działalność. Sponsorem „Naszego Teatru” jest także jego publiczność, która skromnymi datkami przyczynia się do realizacji kolejnych spektakli.

Adam Kruczek

http://www.naszdziennik.pl/mysl/30062,a ... czasy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 27 kwi 2013, 06:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Udany powrót, urocze wspomnienie

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Nie ma tu żadnych dewiacji, nie ma ustawionego w centralnym miejscu klozetu, nikt nie biega nago po scenie, nie ma obscen i promocji homoseksualizmu. Wszystko tu jest prostolinijne i tradycyjne. Począwszy od reżyserii, poprzez scenografię, aż po grę aktorów. Tradycja aż dziw. Wprawdzie niezmiernie rzadko, ale bywają jeszcze takie przedstawienia. Do nich należy najnowsza premiera w warszawskim Teatrze Syrena „Jesienne manewry” Petera Coke’a w reżyserii Krzysztofa Szustera.

Brytyjski dramaturg i aktor zarazem, Peter Coke napisał pogodną, pełną ciepła komedię o grupie ludzi w podeszłym wieku, którzy pragną pomóc swoim przyjaciołom, tak jak oni emerytom. Ci starzy ludzie znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji, muszą opuścić dotychczasowe mieszkania, które nie są ich własnością. Mają niskie emerytury i nie stać ich na kupienie lokum. Pozostaje w najlepszym razie dom opieki społecznej. W tej sytuacji grupka emerytów postanawia zdobyć fundusze na kupienie mieszkania dla swoich kolegów i koleżanek. I tu zaczyna się właściwa akcja.

„Staruszkowie” wpadają na „genialny” pomysł, by docierać do bardzo bogatych ludzi i różnymi metodami przekonywać ich do składania ofiar pieniężnych na rozmaite, fikcyjne cele. Wszystko to sprawia, iż udają, że są kimś innym niż w rzeczywistości. Można powiedzieć, że to w pewnym sensie syndrom Janosika, który zabierał bogatym i dawał biednym.

Krzysztof Szuster po raz kolejny sięgnął po tę zabawną komedię. Wiele lat temu sztukę Petera Coke’a wyreżyserował w kilku teatrach, m.in. w 1986 roku w byłym Teatrze Popularnym w Warszawie, rok później w gdańskim Teatrze Wybrzeże, a w 1989 w Teatrze Telewizji. Można by zatem powiedzieć, iż jest to najbardziej ulubiona sztuka tego reżysera. Czy tak jest, nie wiem, ale sam fakt, że Krzysztof Szuster sięga po tę właśnie komedię kilka razy, o czymś świadczy.

Nie jest to wielka literatura podejmująca na przykład jakieś transcendentalne tematy czy poruszająca głębokie problemy natury psychologicznej nurtujące człowieka. „Jesienne manewry” nie aspirują do takich wyżyn filozoficzno-intelektualnych, natomiast sztuka jest świetnie napisana pod względem dramaturgicznym, ze znakomicie skrojonymi postaciami. I – co nie mniej ważne – są to role w większości przeznaczone dla aktorek i aktora w wieku „mocno” emerytalnym. A trzeba dodać, iż jest to rzecz niemałej wagi. O ile aktorzy mężczyźni mają szansę realizować się w zawodzie, i to w głównych rolach, w wieku nawet tzw. zaawansowanym, na przykład po osiemdziesiątce (jeśli tylko pozwoli im na to pamięć, aby nauczyć się roli, i mają dość siły, by zagrać ), o tyle nie dotyczy to aktorek. Problem bierze się z braku literatury dla ról aktorek. Jeśli chodzi o postacie kobiece, to nieporównywalna większość sztuk zawiera role dla kobiet młodych i w wieku średnim. Natomiast aktorki w wieku lat siedemdziesięciu i więcej jeśli pojawiają się w sztuce, to najwyżej w rolach epizodycznych, a nie głównych, pierwszoplanowych. Oczywiście, są wyjątki, które i tak nie zmieniają statystyki w tym względzie.

Natomiast w „Jesiennych manewrach”, prócz dwóch ról dla młodych wykonawców (w przedstawieniu grają Marta Walesiak i Marcin Piętowski na zmianę z Dariuszem Kordkiem), wszystkie pozostałe autor napisał dla aktorek i aktora w wieku emerytalnym. I to nie jako drugorzędne czy epizodyczne, lecz wszystkie równorzędne. Przed premierą Krzysztof Szuster żartował nawet, że średnia wieku aktorów w przedstawieniu wynosi sporo ponad siedemdziesiąt lat.

Reżyser trafnie dobrał obsadę. Oprócz wyżej wspomnianych jest siedem aktorek: Barbara Krafftówna, Irena Kownas, Krystyna Tkacz, Ewa Szykulska, Zofia Czerwińska, Aleksandra Górska i Teresa Lipowska oraz jeden aktor – Marek Barbasiewicz. Wszyscy to diametralnie różne osobowości, temperamenty aktorskie, cechy charakterologiczne i środki wyrazu. Zderzenie tych postaci na scenie tworzy tzw. naturalną dramaturgię, niezależnie od litery tekstu. Wszystkie role wyraziste, w pełni wiarygodne i aż kipią od dynamiki. I to tej dynamiki wyrażonej środkami artystycznymi, a nie pustą, bezsensowną bieganiną, czym najczęściej raczą nas dziś teatry.

Każdy z wymienionych artystów to epoka polskiego teatru. Wszyscy mają w swoim bogatym dossier różnorodność zagranych postaci i swoje miejsce w historii polskiego teatru. Umieszczenie ich w jednym przedstawieniu ma jeszcze dodatkowe znaczenie, przypomina bowiem o niegdysiejszych latach świetności naszej sceny, kiedy teatr był jeszcze prawdziwym teatrem.

I myślę, że ten aspekt miał też na uwadze reżyser spektaklu, dobierając obsadę. Bo przedstawienie Krzysztofa Szustera jest uroczym wspomnieniem teatru, jakiego już dziś prawie nie ma. Teatru „w starym stylu”, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, gdzie każdy detal scenograficzny ma swoje znaczenie, gdzie dowcip ma swoją klasę i gdzie aktorzy grają postaci, nie odbierając im człowieczeństwa, lecz przydając im ciepła i pogody ducha. Co zwłaszcza w „Jesiennych manewrach” jest przecież niezbędne.

No i muzyka, której dobór nie jest przypadkowy, lecz współtworzy klimat spektaklu i odsyła widza do pewnej estetyki poetyckiej, którą – podobnie jak prawdziwy teatr – też już dziś odstawiono do kąta. Lejtmotywem muzycznym jest tu bowiem instrumentalne wykonanie znanej, ogromnie zabawnej piosenki z Kabaretu Starszych Panów, doskonale interpretowanej niegdyś przez Wiesława Michnikowskiego „Wesołe jest życie staruszka”. Tytuł tej piosenki w pewnym sensie nadaje się na motto przedstawienia Krzysztofa Szustera. Piszę „w pewnym sensie”, ponieważ bohaterowie „Jesiennych manewrów” wprawdzie są już w jesieni życia, ale witalności, humoru, bystrości umysłu i sprytu w działaniu mogą pozazdrościć im dwudziesto- i trzydziestolatkowie. Swoim starszym kolegom mogą pozazdrościć także prawidłowej dykcji, melodii zdania, właściwego akcentowania wyrazów itd.

To świetnie wyreżyserowane i dobrze zagrane przedstawienie ma jeszcze jeden aspekt. Jest mianowicie spektaklem powrotu. Krzysztof Szuster, aktor, reżyser, który w swoim dorobku ma przede wszystkim komedie, interesuje się też myślistwem, jest również wielkim miłośnikiem koni, kolekcjonerem pojazdów i uprzęży z różnych epok. Lata temu odszedł z teatru do biznesu zgodnego ze swoimi zamiłowaniami. Teraz powrócił, pokazując swoim przedstawieniem, że teatr jest dla niego miejscem ważnym i godnym. I że tego miejsca nie można zaśmiecać skandalizowaniem, poniewieraniem aktorów w obscenach i obrażaniem widza.
--------------------------------------------------------------------------------

„Jesienne manewry” Petera Coke’a, reż. Krzysztof Szuster, scenog. i kost. Agnieszka Renke, chor. Aleksandra Wojtanowicz, Teatr Syrena, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/31015,uda ... ienie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 04 maja 2013, 07:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Bez ducha, uczuć i wiary – wydmuszka

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Warszawskie Spotkania Teatralne skłaniają do pesymistycznych refleksji. Bo jeśli to, co obejrzeliśmy, jest reprezentatywne dla obecnego życia teatralnego w Polsce, to naszą Melpomenę toczy dziś ciężka choroba niemocy twórczej, artystycznej, intelektualnej. Diagnoza jest taka, iż mamy teatr bez ducha. Wydmuszkę bez uczuć i wiary.

Zmienił się organizator Warszawskich Spotkań Teatralnych, a co za tym idzie – festiwal wrócił do źródła, czyli do Teatru Dramatycznego. Ta zmiana spowodowała, iż tegoroczny festiwal różni się od poprzednich przede wszystkim tym, że w tamtych edycjach dominowały klimaty wulgarnie seksualne, postrzegane prawie wyłącznie w wydaniu obsesyjnie dewiacyjnym, jak choćby natrętna wręcz promocja homoseksualizmu, prezentowane z lubością przez reżysera sceny kazirodcze itp. I takich spektakli na polskich scenach jest obecnie multum. Dobrze, że organizatorzy obecnego festiwalu nie ulegli „pokusie” nękania publiczności takim badziewiem. Ale za to niektóre inne klimaty obecne w poprzednich wydaniach festiwalu były także w tegorocznym.

„Pieśni Leara” – głębia i piękno
Spośród czternastu przedstawień pokazanych na festiwalu tylko jedno jest wybitne – to „Pieśni Leara” w reżyserii Grzegorza Brala (Teatr Pieśń Kozła we Wrocławiu). Nie jest to linearna opowieść o królu Learze. Rzecz składa się z udramatyzowanych i zinterpretowanych aktorsko pieśni. Reżyser wybrał z dramatu Szekspira kilka kluczowych scen i na nich buduje narrację, którą przekazuje w postaci śpiewanej. Wspaniała synchronizacja słowa, muzyki, gestu, ruchu tworzy rytm nadający spektaklowi swoistą dramaturgię i wybrzmiewa polifonicznie. I jakież wspaniałe wykonanie, aktorskie i wokalne.

Z pozostałymi spektaklami jest różnie, nawet jeśli aktorsko bez zarzutu, jak na przykład w spektaklu „Posprzątane” w reżyserii Mariusza Grzegorzka z doskonałą rolą Gabrieli Muskały (Teatr Jaracza w Łodzi), to z kolei mamy do czynienia z bardzo średniej jakości tekstem autorstwa Sarah Ruh. Natomiast jeśli jest już wspaniały tekst, jak „Wiśniowy sad” Czechowa (Teatr Polski w Bydgoszczy), to „dzięki” reżyserii Pawła Łysaka oglądamy jakieś nudne dziwadło z fatalnym aktorstwem, bezsensownie udziwnionym, co sprawia, że nie ma to nic wspólnego z Czechowem.

Można by powiedzieć – ambitny festiwal, bo aż trzy razy Szekspir: wspomniane „Pieśni Leara”, „Ryszard III” i „Titus Andronicus”. Jednak każdy z tych utworów został albo przerobiony na współczesność, jak efektowny wizualnie „Ryszard III” (reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Jaracza w Łodzi), albo wzięto tylko fragmenty, albo poza tytułem rzecz nie miała nic wspólnego z Szekspirem jak „Titus Andronicus”. Pojawiły się przedstawienia, którym niewiele brakowało, by zyskać miano świetnych, lecz były stanowczo za długie, co rwało dramaturgię, jak w przypadku dość zabawnego musicalu „Frankenstein” (scen. i reż. Wojciech Kościelniak, Teatr Capitol we Wrocławiu). Podobnie wydłużony ponad miarę był „Korzeniec” z Sosnowca w reż. Remigiusza Brzyka. Z kolei w ciekawie rozpoczętej „Komedii obozowej” z Legnicy reżyser Łukasz Czuj tak nagmatwał, że w końcu chyba nikt nie wiedział, o co chodzi.



Należy przeprosić
Za niektóre spektakle organizatorzy powinni przeprosić publiczność. W pierwszym rzędzie za przywiezioną z Teatru Katony w Budapeszcie „Naszą klasę” autorstwa Tadeusza Słobodzianka w reż. Gábora Máté, rzecz napastliwie antypolską. To ta sama sztuka, o której kiedyś pisałam w związku z jej premierą w warszawskim Teatrze na Woli. Słobodzianek zrobił już na niej karierę międzynarodową, sztuka wystawiana jest w różnych krajach. Autor podjął w niej temat Jedwabnego, gdzie powtarza kłamstwa Grossa, ukazując Polaków jako dzicz antysemicką, jako prymitywną nację. A do tego „ubecką”. Podczas gdy ich żydowscy koledzy, koleżanki to osoby subtelne, o wysokim ilorazie inteligencji itd. Marne przedstawienie, dlaczego więc zostało zaproszone na ten festiwal aż z Budapesztu? Taki wyjątek zrobiono, bo szefem festiwalu jest Tadeusz Słobodzianek? Och, nieładnie, nieładnie… Ktoś o innych poglądach byłby z miejsca posądzony o nepotyzm. No, ale pan Słobodzianek ma za sobą „salon”.

Można powiedzieć, że festiwal miał pewną ramę kompozycyjną. Jednak żaden to powód do chwały, wszak rozpoczął się i zakończył miernotą. Zaprezentowane na rozpoczęcie WST przedstawienie z Opola „Dwanaście stacji” Tomasza Różyckiego w reżyserii Mikołaja Grabowskiego stanowi przykład, jak nie należy grać, jest zaprzeczeniem aktorstwa. A pokazany na zakończenie festiwalu spektakl w koprodukcji polsko-niemieckiej (Teatr Polski we Wrocławiu i Staatsschauspiel w Dreźnie), z obsadą polsko--niemiecką, „Titus Andronicus” niby według Szekspira, w reżyserii Jana Klaty, to wstyd i hańba dla teatru. No i przykład paskudnego podlizywania się Niemcom kosztem odbierania godności Polakom jako Narodowi oraz ośmieszania i deprecjonowania polskości. Zresztą, nie po raz pierwszy.

Czyżby Jan Klata nie wiedział, że podlizywanie się ma swoje granice? Jeśli już ma taką mentalność lizusowską, może podlizywać się komu chce jako osoba prywatna w swoim prywatnym teatrze, w przedstawieniu zrealizowanym za własne pieniądze. Ale ten antypolski spektakl został sfinansowany także z moich podatków. Ponadto Jan Klata nie jest osobą prywatną. Od początku tego roku został pasowany przez ministra kultury na dyrektora jednej z najważniejszych scen w Polsce, Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, który jako jedyny obok Teatru Narodowego w Warszawie nosi nazwę Narodowy (chodzi o teatry dramatyczne). Nawiasem mówiąc, wielokrotnie pisałam, że tytuł ten powinien być odebrany Staremu Teatrowi, bo poziom, na który sprowadził tę scenę jej poprzedni wieloletni dyrektor Mikołaj Grabowski, już dawno sięgnął dna. Nowy dyrektor Jan Klata – jak widać po zainteresowaniach, guście estetycznym, „antyerudycji” i antypolskości – nie daje nadziei na przywrócenie tej scenie jej dawnej świetności. „Titus Andronicus” to rzecz o relacjach polsko-niemieckich. Rzymian, czyli Niemców, grają niemieccy aktorzy, a Polacy zostali obsadzeni tu w roli barbarzyńców. I jak przystało na barbarzyńców, są prymitywni, zapóźnieni w rozwoju osobowym i cywilizacyjnym w stosunku do Niemców, czyli Rzymian. Spektakl, poza imionami bohaterów, w niczym nie przypomina tragedii Szekspira. W warstwie artystycznej jest prymitywnym bełkotem. Trumny, na których postaci jeżdżą po scenie jak na wózkach, dzikie wycie aktorów, supergłośny łomot muzyczny są nie do wytrzymania. Niżej chyba już nie można.

Refleksje pofestiwalowe
Nie było spektaklu prezentującego polską wielką literaturę niosącą głębokie treści. Zabrakło tematów i problemów o charakterze pogłębionej refleksji, tyczącej stanu duchowości współczesnego człowieka, mówiącej o spustoszeniu duchowym i moralnym społeczeństwa, któremu odbiera się jego tożsamość religijną, narodową, kulturową. To są tematy potrzebne na dziś, natychmiast. Poważne potraktowanie na scenie tej sfery naszego życia pozwoli teatrowi wrócić na właściwe miejsce w hierarchii sztuk, czyli do uzasadnionego używania nazwy teatru jako sztuki wysokiej.

Zamiast więc babrać się w ośmieszaniu Kościoła, duchownych, symboli religijnych i narodowych – jak to czyni we wszystkich swoich przedstawieniach najbardziej prymitywny duet, jaki w ogóle zaistniał w naszym życiu teatralnym, czyli Strzępka i Demirski (nie rozumiem, dlaczego zaproszono na festiwal ich okropnie marne, bełkotliwe przedstawienie, będące wygłupem poniżej jakiegokolwiek poziomu „Położnice ze Szpitala św. Zofii”) czy Jan Klata i wielu innych (których na szczęście nie prezentowano na festiwalu) oraz cała gromada pozostałych – należy wziąć się do pracy. Jeśli reżyserzy nie są w stanie podołać tak szlachetnym wyzwaniom, to przecież jest wiele innych miejsc pracy poza teatrem.

http://www.naszdziennik.pl/wp/31550,bez ... uszka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 11 maja 2013, 05:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Zamiast kary – nagrody

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Festiwali teatralnych w Polsce nie brakuje. Z roku na rok pojawia się ich coraz więcej. W niektórych ośrodkach nawet po kilka. I jakoś znajdują się na to pieniądze. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby ilość przechodziła też w jakość. No i gdyby takie przeglądy spektakli stawały się dla teatru zdrową, artystyczną i intelektualną inspiracją do działań twórczych. Ale tak nie jest. W większości oglądamy żenujące przedstawienia, których wartość artystyczna jest żadna. Są to najczęściej mierne spektakle bazujące głównie na skandalizowaniu. I właśnie najczęściej takie antywartości decydują o „wielkości” dzieła.

Ponadto do udziału w tych licznych przeglądach teatralnych zapraszane są w większości te same przedstawienia. Klucz jest taki, że jeżeli spektakl pojawi się na jakimś festiwalu, to właściwie ma już zapewnione uczestnictwo w pozostałych tego typu przeglądach. Przykładem jest tu najgorszy duet pseudoteatralny, czyli Monika Strzępka (reżyser) i Paweł Demirski (autor sztuk). Można powiedzieć: duet dyżurny, wszak ich spektakle obsługują jeśli nie wszystkie, to większość festiwali. Winę za to ponoszą nie ci, którzy te spektakle realizują, lecz ci, którzy tę miernotę wybierają i zapraszają (tzw. selekcjonerzy, szanowne komisje i dyrektorzy festiwali).

Festiwal w prywatnym warszawskim Teatrze IMKA różni się od pozostałych przeglądów teatralnych głównie tym, że trwa – uwaga – cały rok. Rozpoczął się w styczniu 2013 roku i według organizatorów ma trwać do końca roku. Nie wiem, czy gdzieś jeszcze w Polsce jest podobna impreza teatralna o tak długim terminie.

Nawet tuman może być wybitny

Dobór przedstawień na ten festiwal pod względem gustu estetycznego i w ogóle pod względem poziomu artystycznego, nagromadzenie wulgaryzmów językowych i obrazowych spektakli oraz tematyki przedstawień (a więc krytyka Kościoła, ośmieszanie symboliki religijnej, szyderstwa z ikony Matki Bożej), kontrowersji obyczajowych itd. – właściwie nie różni się od pozostałych przeglądów teatralnych. Pomijając wyjątki, jak na przykład dobre, interesujące przedstawienie w IMCE „Wodzirej” w reżyserii Remigiusza Brzyka podejmujące ważne problemy natury społeczno-psychologicznej, a także sprawy tożsamości, manipulacji jednostką itp.

Główny bohater, Lutek Danielak (dobra rola Wojciecha Błacha), jest aktorem, który nie zrobił kariery, gra w reklamówkach. I oto pojawia się możliwość poprowadzenia balu jako wodzirej. Chętnych jest wielu, musi zawalczyć o tę „rolę”. Z poradnika instruktażowego, jak zrobić karierę, dowiaduje się, że nawet tuman czy taki przeciętniak jak on może stać się kimś ważnym, osobowością wybitną. Trzeba tylko uwierzyć w siebie, być asertywnym, przebojowym, iść do przodu nawet kosztem innych, nie zważając na żadne morale, sumienie itp. Bo „ty jesteś Michałem Aniołem swojego życia. A Dawid, którego rzeźbisz, to ty” – podpowiada mu poradnik. Na pytanie, co dla niego jest ważniejsze – rodzina czy kariera, odpowiada: kariera.

Znakomite odniesienie do funkcjonujących dziś rozmaitych otumaniających ludzi nurtów pseudofilozoficznych, jak New Age i innych, gdzie człowiekowi wmawia się, że nie potrzebuje Boga, bo sam może siebie uzdrowić, wskrzesić itp. Dobry spektakl, a byłby bardzo dobry, gdyby reżyser skrócił niektóre sceny, co nadałoby przedstawieniu pewien rytm i większą zwartość dramaturgiczną. Ale tego typu spektakle nie należą do tych najczęściej zapraszanych na przeglądy teatralne. Rekordowymi bywalcami festiwalowymi są inne. Weźmy dla przykładu dwa takie spektakle pokazane w ramach festiwalu w IMCE.

Od kiedy dewiacja nazywa się tabu

„Lubiewo”, według książki Michała Witkowskiego, w reżyserii Piotra Siekluckiego (Teatr Nowy w Krakowie), to – najkrócej mówiąc – promocja homoseksualizmu. Obsceniczne sytuacje (wręcz „klozetowe”), wulgaryzm w słowie i obrazie. Coś obrzydliwego, nieestetycznego, trudno wysiedzieć do końca, bo zbiera się na mdłości. Kiedyś mówiło się o kimś, komu można zaufać, że jest „zdrowy na umyśle”. Otóż myślę, że żaden twórca „zdrowy na umyśle” (i nie tylko na umyśle) nie zająłby się takim badziewiem. Ten spektakl jest niczym innym jak tylko babraniem się w ekskrementach. I to z lubością. To dopiero przykład dewiacji. I pomyśleć: przedstawienie to zostało nagrodzone na festiwalu prapremier w Bydgoszczy za – uwaga – przełamywanie tabu! A ja mam pytanie do szanownego jury: od kiedy dewiacja nazywa się „tabu”?

Drugie przedstawienie pokazane w Teatrze IMKA, które także jest często zapraszane na festiwale i nagradzane, to „osławiony” już spektakl z Teatru Polskiego w Bydgoszczy „Popiełuszko” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, w reżyserii Pawła Łysaka. To ten sam spektakl, który został oprotestowany przez radnych prawicy w Bydgoszczy. Wiele wskazuje na to, że tak agresywnie antyklerykalne przedstawienie ma na celu podważenie świętości błogosławionego księdza Jerzego i niedopuszczenie do wyniesienia go na ołtarze jako świętego.

Jak można się domyślić w oparciu o spektakl, zarówno autorce tekstu, jak i reżyserowi wyraźnie zależy na zdyskredytowaniu Kościoła jako instytucji i obciążeniu winą za śmierć kapłana ówczesnego Prymasa Józefa Glempa, który w spektaklu został przedstawiony karykaturalnie jako zniedołężniały grubas. Przykrywanie czarną płachtą samochodu ma tutaj charakter groteskowy, podobnie zresztą jak interpretacja zabójstwa księdza przez ubeków, którzy mówią: „Jesteśmy mordercami, jesteśmy niewinni, jesteśmy narzędziami w rękach Boga”. Temu narodowemu dramatowi, jakim było okrutne zamordowanie księdza Jerzego, został tu odjęty tragizm, mordercy zaś zostali przedstawieni całkiem sympatycznie, na wesoło, co sprawia, że publiczność się śmieje.

Za co nagrody?

To marny tekst, wypaczający istotę tragedii. Jawi się więc pytanie, z jakiego powodu autorka sztuki otrzymała w Gdyni nagrodę za te wypociny? Jakimi kryteriami kierowali się jurorzy? I czy w ogóle jakiekolwiek kryteria (poza polityką) wchodziły tutaj w grę? Również reżysersko jest to rzecz nieudolna. A mimo to także spektakl otrzymał nagrodę. Widocznie jurorom nie przeszkadza chaotyczna narracja, bezsensowne nagromadzenie wątków, które nijak mają się do całości, fatalne prowadzenie aktorów przez reżysera, gdzie połowa tekstu jest wybełkotana, bo aktorzy nie mają pojęcia o dykcji, będącej przecież podstawowym narzędziem zawodu aktora itd., itd. Cały wysiłek twórców spektaklu idzie w kierunku „dowalenia” Kościołowi, polskiej tradycji i wartościom narodowym (anty-Polak mówi: „czarna banda wchodzi do mojego domu”). To anty-Polak jest tutaj głównym bohaterem. Jego racje mają być przyjmowane jako te właściwe. Jak należy rozumieć umieszczenie postaci księdza Popiełuszki i anty-Polaka razem w bagażniku samochodu? To kolejna groteskowo potraktowana scena. Podobnie jak wprowadzenie wątku profesora „od kur”, co ma być aluzją do kurii warszawskiej, że nie wspomnę już o parodiowaniu na wesoło pieśni „Boże, coś Polskę”, „Rozszumiały się wierzby płaczące…” czy „Czerwone maki”. Podobnie groteskowo wybrzmiewa scena pozowania księdza Jerzego na Chrystusa Ukrzyżowanego. A już scena, w której ksiądz Jerzy wychodzi z worka i (chyba z zaświatów) mówi do matki: „Mamo, płynę do ciebie” – przekracza wszelkie normy przyjęte w kulturze kraju cywilizowanego.

Księdzu Jerzemu został tu odjęty klimat sakralny. Zarówno prosty (żeby nie powiedzieć prostacki, a chwilami wręcz prymitywny) sposób bycia, jak i ubiór („cywilna” podkoszulka i dżinsy) stylizują go na osobę świecką. Jest przecież jakaś granica etyczna, której się nie przekracza, bez względu na wyznawany światopogląd i system wartości.

http://www.naszdziennik.pl/wp/32247,zam ... grody.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 22 cze 2013, 07:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Narodowy, czyli niepodległy

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

W kontekście zakończonej trzeciej już edycji Spotkań Teatrów Narodowych, jawi się podstawowe pytanie: czy w dzisiejszym zglobalizowanym świecie teatry narodowe mają jeszcze rację bytu? Myślę, że bardziej aniżeli kiedykolwiek dotąd. Bardzo potrzebne, tak jak zresztą w ogóle kultura narodowa. Podstawowe narzędzie globalizacji, jakim jest dyktat relatywizmu obejmującego dziś właściwie wszystkie przestrzenie naszej egzystencji, sprawia, iż to, co dotąd wyodrębniało poszczególne kultury danych krajów, w tym oczywiście teatry – obecnie ulega uniformizacji.

Nośnik wartości

W myśl ideologii poprawnościowej zaciera się naturalne granice międzykulturowe, narodowe, co prowadzi do jakiegoś bełkotliwego melanżu, sztucznego tworu, który nie przynosi pożytku, lecz rodzaj niebezpiecznej choroby. W ten sposób niszczy się świadomość historyczną narodu, a wraz z tym poczucie odrębności kulturowej. Tym samym pozbawia się naród pamięci o jego dziedzictwie kulturowym dającym gwarancję duchowej niepodległości.

I właśnie o tę duchową niepodległość chodzi, która silnie ugruntowana w naszej tradycji narodowej wielokrotnie pokazała na przestrzeni dziejów, iż tym, co najbardziej ludzi łączy i umacnia ich tożsamość, jest wiara i kultura narodowa. W tym oczywiście teatr o charakterze narodowym. Używam terminu „teatr narodowy” nie w odniesieniu do konkretnego adresu, lecz myślę o teatrze, który stawia sobie za cel wyrażanie narodu. Teatr jako nośnik pewnych wartości tworzących tożsamość narodową, religijną, kulturową konkretnej wspólnoty ludzkiej zamieszkałej w swoim ojczystym kraju. Taki teatr, zgodnie ze swoją nazwą, jest odbiciem życia duchowego danego narodu. W tym znaczeniu teatr narodowy można realizować nie tylko w budynku z zawieszonym szyldem „Teatr Narodowy”, ale na każdej scenie, czy to w metropolii, czy gdzieś na prowincji. Chodzi bowiem nie o oficjalną nazwę, lecz o treści, jakie niesie. Taki teatr narodowy będzie różnił się od innych teatrów na świecie. Będzie miał własną osobowość.

Pozostał tylko szyld

Oczywiście teatry nie mają obowiązku tworzyć na swoich scenach wyłącznie teatru narodowego. Ale scena, która ma w oficjalnej nazwie „Teatr Narodowy” – taką powinność posiada. I zgodnie z nią ma realizować swoje posłannictwo z pokolenia na pokolenie. Nie oznacza to, że grać może tylko klasykę. Dramaturgia najnowsza także może być nośnikiem wartości łączących tradycję z współczesnością i podejmować tematy wyrażające naród, jego kondycję egzystencjalną itp. Na teatrze narodowym spoczywa też obowiązek aktu twórczego prezentowanego na pewnym poziomie artystycznym, poniżej którego nie powinno się schodzić. Jak to wszystko wygląda w praktyce, niestety, wiemy.

W Polsce – jeśli chodzi o sceny dramatyczne – mamy dwa teatry z oficjalnym szyldem „Narodowy”. Jeden w Warszawie, a drugi to Stary Teatr w Krakowie. Temu w Krakowie – o czym już wielokrotnie pisałam – powinna być odjęta zaszczytna nazwa „Narodowy” i zamieniona na „Antynarodowy”. Od lat bowiem obserwujemy totalne niszczenie tej zasłużonej niegdyś sceny. Najpierw teatr ten doprowadził do dna Mikołaj Grabowski, a od początku tego roku dzieło zniszczenia kontynuuje kolejny dyrektor Jan Klata. Można odnieść wrażenie, że to nie polski teatr, lecz obcy, wykupiony przez kogoś, kto nienawidzi Polaków, karykaturuje i ośmiesza polskość oraz Kościół i naszą wiarę, która – jak wiadomo – jest nieodłącznie związana z polską historią. Że nie wspomnę już o rozmaitych obsesjach seksualnych dewiantów. I jakoś to nie przeszkadza ministrowi Bogdanowi Zdrojewskiemu.

Natomiast Teatrowi Narodowemu w Warszawie zarzucam brak w repertuarze wielkich dzieł naszej literatury narodowej, takich jak „Dziady”, „Kordian”, „Nie-Boska komedia”, „Wesele” itp. Znajdujący się w repertuarze „Aktor” Norwida czy „Sprawa” („przerobiony” Słowacki), czy „Balladyna” sprzed iluś sezonów nie zmieniają postaci rzeczy. To powinien być ustawowy obowiązek, by placówka kulturalna o charakterze narodowym pielęgnowała nasze dziedzictwo kulturowe. I by stale w repertuarze znajdowały się wielkie dzieła.

Występy gościnne

Obejrzeliśmy przedstawienia z Wiednia („Książę Homburg”), z Wilna („Wygnanie”), ze Sztokholmu („Sonata widm”) i Petersburga („Liturgia zero”). Każdy z tych spektakli prezentował elementy zakorzenione w kulturze kraju, z którego przyjechał.

„Książę Homburg” Kleista (reż. Andrea Breth) to przedstawienie nadzwyczaj wysmakowane estetycznie, bardzo malarskie w oszczędnej scenografii. Spektakl szlachetny w wyrazie, podejmujący ważny temat, świetnie zagrany, w wyciszonej ekspresji i pięknie zinscenizowany. Andrea Breth dowiodła wspaniałego poczucia formy teatralnej. To rzecz o władzy, bezdusznej literze regulaminu, którego przestrzeganie jest ważniejsze aniżeli dobro człowieka.

Natomiast pod względem bogactwa ekspresji na przeciwległym krańcu można umieścić spektakl z Petersburga „Liturgia zero” według „Gracza” Dostojewskiego w reżyserii Walerija Fokina. Rzecz o graczu hazardziście, dla którego cały świat zamknął się w ruletce, to przejmująco pokazana degradacja człowieka, którego uzależnienie od hazardu doprowadza do ruiny. Smutne przesłanie spektaklu jest bardzo aktualne. Dzisiejszy człowiek pozbawiony wiary, Boga ulega rozmaitym uzależnieniom i traci swą podmiotowość. Nie potrafi odnaleźć swej tożsamości, nie odróżnia rzeczywistości prawdziwej od świata wirtualnego. Spektakl wspaniale wyreżyserowany i doskonale zagrany, a rola Babci w wykonaniu Ery Ziganszyny to prawdziwy majstersztyk aktorski.

W diametralnie innym klimacie został zrealizowany spektakl przywieziony ze Sztokholmu „Sonata widm” Augusta Strindberga. Reżyser spektaklu, Mats Ek, to wizjoner teatru, dla którego każdy element w budowie spektaklu jest istotny, ale najważniejszy jest ruch. To właśnie poprzez ruch i taniec wybrzmiewają tu najważniejsze problemy zawarte w dramacie Strindberga. Wilnianie w spektaklu „Wygnanie” w reżyserii Oskarasa Koršunovasa pokazali problem emigracji młodych Litwinów do Anglii za chlebem. Niepotrzebnie tyle krzyku, nadekspresji, bieganiny. Rozczarował mnie ten spektakl. No i po co te antypolskie wtręty? Nie rozumiem też, dlaczego pies w spektaklu Litwinów nazywa się po polsku Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. Najdelikatniej mówiąc, niestosowne te dygresje.

Spotkanie Teatrów Narodowych, Warszawa, Teatr Narodowy.

http://www.naszdziennik.pl/wp/36448,nar ... legly.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 28 cze 2013, 06:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
KulturaJan Paweł II, Przyszłość człowieka zależy od kultury.

Przemówienie wygłoszone 2 czerwca 1980 roku w UNESCO, WIĘŹ 1980 nr 7-8. (fragment)

7. Człowiek, który w widzialnym świecie jest jedynym ontycznym podmiotem kultury, jest też jedynym właściwym jej przedmiotem i celem. Kultura jest tym, przez co człowiek, jako człowiek, staje się bardziej człowiekiem: bardziej ?jest?. Na tym także opiera się owo kapitalne rozróżnienie pomiędzy tym, czym człowiek jest, a tym, co posiada, pomiędzy ?być? a ?posiadać?. Kultura pozostaje zawsze w istotnym i koniecznym związku z tym, czym (raczej: kim) człowiek ?jest?, natomiast związek jej z tym, co człowiek ?ma? (posiada), o tyle jest ważne dla kultury, o tyle jest kulturotwórcze, o ile człowiek poprzez to, co posiada, może równocześnie pełniej ?być? jako człowiek, pełniej stawać się człowiekiem we wszystkich właściwych dla człowieczeństwa wymiarach swego bytowania. Doświadczenie różnych epok, nie wyłączając naszej, przemawia za tym, ażeby o kulturze myśleć i mówić przede wszystkim w konstytutywnym związku z samym człowiekiem, a dopiero wtórnie i pośrednio w związku z całym światem jego wytworów. Nie zmienia to w niczym faktu, że o zjawisku kultury orzekamy na podstawie tychże wytworów – przez co też równocześnie wnioskujemy o człowieku. Ta kolejność – typowe a posteriori poznawcze, zawiera w sobie podstawę do ustalenia zależności ontyczno-przyczynowych w kierunku odwrotnym. Człowiek, i tylko człowiek, jest sprawcą i twórcą kultury: człowiek, i tylko człowiek, w niej się wyraża i w niej się potwierdza.

8. Spotykając się na płaszczyźnie kultury jako podstawowego faktu, który łączy wszystkich tutaj zebranych, który jest fundamentem powstania UNESCO i jej celów – spotykamy się tym razem wokół człowieka, poniekąd w nim samym: w człowieku. Ten człowiek, który wyraża się i obiektywizuje w kulturze i poprzez kulturę, jest jeden, cały i niepodzielny. Jest podmiotem i sprawcą kultury. Nie sposób myśleć o nim wówczas tylko jako o wypadkowej wszystkich warunków jego bytowania, np. jako o wypadkowej panujących w danej epoce stosunków produkcji. czy to znaczy, że owo kryterium nie stanowi także klucza do rozumienia historyczności człowieka, do rozumienia jego kultury oraz jej wielorakiego rozwoju? Owszem, stanowi, i to bardzo cenny klucz, ale nie podstawowy, nie konstytutywny. Kultury ludzkie niewątpliwie odzwierciedlają różnorodny układ stosunków produkcji – jednakże nie sam ten układ konstytuuje kulturę, ale człowiek, który w takim układzie żyje, akceptuje go czy też usiłuje zmienić. Nie da się pomyśleć kultury bez ludzkiej podmiotowości i ludzkiej sprawczości. W dziedzinie kultury człowiek jest zawsze faktem pierwszym: pierwotnym i podstawowym. Jest to zaś zawsze człowiek jako całość: w integralnym całokształcie swojej duchowo-materialnej podmiotowości. I jeśli słuszny jest podział kultury na duchową i materialną, zależnie od charakteru i treści wytworów, w których się ona przejawia, to równocześnie należy stwierdzić, że z jednej strony dzieła kultury materialnej świadczą zawsze o jakimś uduchowieniu? materii, o poddaniu tworzywa materialnego energiom ludzkiego ducha: inteligencji, woli – z drugiej zaś strony dzieła kultury duchowej świadczą, na odwrót, o swoistej materializacji? ducha i tego, co duchowe. Oba te ciągi wytworów zdają się w dziełach kultury być równie pierwotne i odwieczne. Oto dostateczna podstawa, ażeby rozumieć kulturę poprzez integralnego człowieka, poprzez całą rzeczywistość jego podmiotowości (wniosek teoretyczny) – i ażeby w kulturze szukać zawsze całego integralnego człowieka w całej prawdzie jego duchowo-cielesnej podmiotowości, i ażeby na ten autentyczny ludzki układ, na tę wspaniałą syntezę ducha i materii (ciała) nie nakładać apriorycznych rozróżnień i przeciwstawień. Zarówno bowiem jakakolwiek absolutyzacja materii w strukturze ludzkiego podmiotu, jak też idealistyczna? absolutyzacja ducha w tejże strukturze nie oddają rzeczywistej prawdy o człowieku – i nie służą też jego kulturze.

całość:

http://laboratorium.wiez.pl/teksty-kore ... owieni&p=1

http://arkanoego.net/index.php/kultura/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 06 lip 2013, 07:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Konfrontacja różnych estetyk

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Międzynarodowy Festiwal Szkół Teatralnych, jaki co dwa lata odbywa się w Warszawie, stanowi okazję do zastanowienia się nad kilkoma istotnymi sprawami. Jest takie powiedzenie: jaka szkoła, taki teatr. Oczywiście to tylko część prawdy. Jak wiadomo, na dzisiejszy kształt teatru silny wpływ ma także kilka innych czynników, niezależnych od szkolnictwa kształcącego artystów sceny. Teatr nie jest odizolowaną od życia wyspą, lecz immanentną częścią społeczeństwa. Prądy, nurty, które obecnie funkcjonują w kulturze, przemiany cywilizacyjne, obyczajowe, kulturowe, ideologizacja życia itp., mają silny wpływ na kształtowanie oblicza teatru.

Niemniej szkoła teatralna odgrywa tu bardzo istotną rolę. Jej zadaniem jest wskazywanie stojącym u początku drogi młodym artystom prawidłowego kierunku, uczenie zasad i techniki warsztatu aktorskiego, takiego jak budowanie postaci, dialogowanie, sposób poruszania się, noszenia kostiumu (zwłaszcza z epoki) itd. Ale szkoła teatralna powinna być także miejscem szczególnym, gdzie wyrabia się u młodzieży aktorskiej dobry gust estetyczny, gdzie kształtuje się jej wrażliwość na piękno sztuki teatru, gdzie twórcze marzenia mają wymiar poetycki, a nie brukowy, zwulgaryzowany, i gdzie swoje uzasadnienie znajdują słynne Norwidowe słowa „piękno po to jest, by zachwycało”.

Demoralizacja na scenie

Kiedyś mówiło się, że dopóki młodzież aktorska znajduje się pod opieką szkoły, dopóty nie grozi jej „zainfekowanie” modnymi, patologicznymi nurtami szalejącymi na scenach i niszczącymi sztukę. Okazuje się, że dzisiaj nie ma już takiego miejsca ochronnego. Nierzadko jako spektakle dyplomowe studentów aktorstwa prezentowane są sztuki, które swoją tematyką, wulgaryzmem obrazu i języka, zamiast na scenę nadają się do rubryki „Porno na żywo”.

I właśnie pod taką winietą powinien figurować jeden z dwóch spektakli reprezentujących Polskę w ramach 7. Międzynarodowego Festiwalu Szkół Teatralnych. Chodzi o przedstawienie Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi „Shopping and Fucking” Marka Ravenhilla w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Wstrętna, obrzydliwa pornografia homoseksualna na żywo. Niektóre osoby wyszły, bo – jak potem usłyszałam – zbierało się im na wymioty, na mdłości. Jeśli to jest przedstawienie dyplomowe, które ma pokazywać umiejętności aktorskie, to ja mam pytanie: Do jakiego rodzaju teatru przygotowuje aktorów łódzka szkoła? Czy pan Mariusz Grzegorzek, rektor tej uczelni, oraz pani Zofia Uzelac, dziekan Wydziału Aktorskiego, mogliby udzielić odpowiedzi? Bo coś mi się wydaje, że państwo pod słowem „teatr” rozumieją całkiem inną przestrzeń…

Ponadto, przecież ci młodzi artyści już z samej swej natury i marzeń o aktorstwie noszą w sobie wrażliwość na piękno, na prawdę, na poetycki język. Dla nich teatr jest sztuką pisaną przez duże „S”. Nie zdążyli jeszcze poznać tego, co określamy jako antysztukę i co wdziera się do teatru, niszcząc go artystycznie i moralnie. Odbieranie im tej wrażliwości i nurzanie młodzieży aktorskiej w rynsztokowej „estetyce” już na samym progu wchodzenia do zawodu jest nie tylko czymś niepedagogicznym, lecz także głęboko niemoralnym ze strony władz uczelni.

Ale widocznie te rynsztokowe obscena trafiły w gust szacownego jury, które nagrodziło dwoje aktorów tego pornograficznego spektaklu: Paulinę Gałązkę i Piotra Bondyrę. Dziwię się także Radzie Artystycznej dokonującej wyboru przedstawień, że umieściła spektakl „Shopping and Fucking” w repertuarze festiwalu. Natomiast świetne przedstawienie ze szkoły teatralnej w Krakowie „Niech no tylko zakwitną jabłonie” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka nie zostało zaklasyfikowane do konkursu. Pokazano je na zakończenie festiwalu, poza konkursem. Dlaczego?

Klasyka w cenie

Jeśli chodzi o reprezentowanie Polski, na szczęście publiczność mogła zobaczyć także inne przedstawienie dyplomowe, bardzo piękne, głębokie w wymowie i doskonale zagrane – „Noce sióstr Brontë” Susanne Schneider w reżyserii Bożeny Suchockiej. W pełni zasłużona nagroda za rolę dla Afrodyty Weselak. To spektakl Akademii Teatralnej w Warszawie.

Spośród konkursowych przedstawień do najciekawszych należą „Bracia Karamazow” z Wilna. Wspaniałe wykonanie całego zespołu. Widać, że aktorzy wzajemnie się wspierają i choć grają zespołowo, to nie gubią własnej osobowości artystycznej. U kilku z nich dostrzegalne są już zadatki na duże aktorstwo, na przykład w doskonale poprowadzonej roli Dymitra Karamazowa przez Simonasa Dovidauskasa czy roli Devila przez Pauliusa Markevičiusa. Spektakl jest tak zrealizowany, by każdy z aktorów mógł zaprezentować swoje umiejętności. Należy dodać, iż aktorzy są znakomicie przygotowani wokalnie, mają wspaniale ustawione głosy. Udowodnili to w scenach ze śpiewem cerkiewnym. W zupełnie innej poetyce, ale również interesująco wybrzmiał spektakl studentów z Petersburga „Cudotwórca” według powieści Charmsa.

Natomiast włoskie przedstawienie to przede wszystkim interesująca forma inscenizacyjna i ona tu dominuje. A w spektaklu dyplomowym najważniejsze jest budowanie roli, gdzie użycie środków wyrazu jest świadomie dobierane przez aktora. Inscenizacja zaś ma pomagać, uwyraźniać rolę. Bo nie inscenizacja, lecz warsztat aktorski jest oceniany. Zresztą, niewiele było takich spektakli, które pozwalałyby aktorom na zaprezentowanie swoich umiejętności w konsekwentnym budowaniu roli, gdzie pojawia się rozwój postaci, rozmaite emocje, stan ducha itp. Najczęściej były to krótkie scenki, jak na przykład w spektaklu „Możliwości” z Glasgow, gdzie aktorzy prezentowali się w różnych gatunkach, czy to w tonacji komediowej, groteskowej, czy zupełnie serio.

Jednak poznanie umiejętności aktorskich wymaga sztuki zawierającej tzw. pełnokrwiste postaci, które przeżywają uczucia, dramaty, pozostając oczywiście w relacji z pozostałymi bohaterami dramatu. I tutaj utwory Czechowa są najlepszym materiałem. Słowacy z Bańskiej Bystrzycy pokazali „Mewę”, dowodząc, jak niełatwo jest budować rolę krok po kroku.

Dobrze, że istnieje festiwal, który daje możliwość skonfrontowania różnych metod nauczania. To artystyczne spotkanie pozwala młodzieży aktorskiej z różnych krajów na wzajemne podpatrywanie swoich warsztatowych umiejętności, różnych estetyk, różnego widzenia teatru. Nie jest wykluczone, że o kształcie współczesnego teatru, jaki czeka nas za kilka lat, będzie współdecydowała, a nierzadko i decydowała właśnie ta młodzież aktorska. Istotne jest więc, z jakimi wartościami, z jaką estetyką będzie się identyfikowała. W toczącej się obecnie batalii o kształt ideowy współczesnego świata teatr bierze aktywny udział. Niestety, coraz częściej szkodliwy dla samej sztuki i dla publiczności. Ważne jest, by ci młodzi aktorzy, wchodząc do zawodu, postrzegali swój udział w nim jako przestrzeń budowania prawdy i dobra. A takie nastawienie w dużej mierze zależy od tego, z jakimi pedagogami będą mieli do czynienia na etapie szkoły.

http://www.naszdziennik.pl/wp/43055,kon ... tetyk.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 20 lip 2013, 06:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Artystycznie, duchowo i kontemplacyjnie

Teatr piórem Temidy
Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

W sytuacji gdy rozmaite postmodernistyczne pseudofilozofie z rodowodem marksistowskim, którym patronuje nowa lewica, zawłaszczają dziś wszystkie dziedziny sztuki, wypierając chrześcijańską kulturę, muzyka klasyczna, a zwłaszcza sakralna, jest jak wyspa niezbywalnych wartości i estetycznego piękna.

Wprawdzie to, co wartościowe w kulturze, broni się samo, bo to przecież publiczność dokonuje wyboru, kupując bilet. Tak przynajmniej można by sądzić, ale obecne zawirowania spowodowane dyktatem relatywizmu i poprawności politycznej oraz rewolucją kulturową i obyczajową wprowadzają niebezpieczeństwo zaburzeń we właściwym rozróżnianiu przez publiczność sztuki wartościowej od narzuconego chłamu i zamierzonej indoktrynacji odbiorcy. Sztuka wszak stała się dziś zakładnikiem ideologii i interesów ekonomicznych, co toruje drogę naporowi agresywnego laicyzmu.

Mimo niesprzyjających warunków, jakie niesie współczesna rzeczywistość, to jednak wielka sztuka, zwłaszcza wspaniała, genialna muzyka broni swojego status quo, m.in. poprzez prezentację dzieł na przykład w ramach odbywających się festiwali. Dzieje się tak dzięki twórczym inicjatywom ludzi. Tak właśnie rozpoczął się w 2008 roku Praski Festiwal Muzyki Kameralnej i Organowej odbywający się odtąd corocznie w katedrze św. Floriana na warszawskiej Pradze.

Sztuka wysoka
Inicjatorem festiwalu i jego dyrektorem artystycznym jest dr hab. Jan Bokszczanin, artysta organów, pedagog. Absolwent Akademii Muzycznej w Warszawie w klasie organów, a także stypendysta University of North Texas. Artysta uczestniczył w licznych kursach mistrzowskich prowadzonych przez znakomitych profesorów europejskich i amerykańskich. Współpracuje z wieloma zespołami kameralnymi i orkiestrami polskimi i zagranicznymi. Ma w swoim dorobku artystycznym kilkanaście płyt z muzyką organową. Rokrocznie organizuje w Warszawie Praski Festiwal Muzyki Kameralnej i Organowej, a także inne cykle koncertowe.

To właśnie upór Jana Bokszczanina sprawił, że ten festiwal ujrzał światło dzienne. Ale też w dużej mierze przyczynił się do tego ówczesny proboszcz katedry praskiej, obecnie biskup pomocniczy diecezji warszawsko-praskiej, ks. bp dr Marek Solarczyk, patron honorowy tego wyjątkowego przedsięwzięcia. To dzięki tym dobrym i twórczym ludziom możemy słuchać wspaniałej muzyki w znakomitym wykonaniu i do tego w tak wyjątkowym, najodpowiedniejszym miejscu sprzyjającym kontemplacji. Katedra na Pradze, prócz zarówno zachwycającej szaty architektonicznej zewnętrznej, jak i pięknej architektury wnętrza, posiada wielkie walory w postaci znakomitej akustyki i wysokiej klasy instrumentu koncertowego, jakim są potężne, 57-głosowe organy o bardzo pięknym brzmieniu. Dzięki temu występ organistów w każdej edycji festiwalu jest jego immanentną, ważną częścią. Ale repertuar nie zamyka się tylko w muzyce organowej, jest też inny piękny instrument, flet, no i są śpiewacy.

Wielkie dzieła
Festiwal ma bogaty i piękny dorobek artystyczny. Występowali tu najprzedniejsi artyści. „Dopracował się” też swojej stałej publiczności, która przychodzi tu każdego roku. Pojawiają się również nowi słuchacze, wśród nich wakacyjni turyści, wszak miejsce prezentacji koncertów znajduje się w pobliżu Starówki, gdzie latem skupia się życie towarzyskie, wycieczkowe, turystyczne.

Spośród czterech koncertów znajdujących się w tegorocznym repertuarze festiwalu dwa już się odbyły w pierwszy weekend lipca. W sobotę, 6 lipca, wybrzmiał koncert kameralny w wykonaniu młodych utalentowanych artystów, duetu Katarzyny Pawelec (flet) i Marcina Kryńskiego (organy). W programie wieczoru znalazły się utwory m.in. Bacha i Händla. Natomiast następnego dnia, w niedzielę, 7 lipca, mogliśmy wysłuchać wspaniałego koncertu w doskonałym wykonaniu mistrzów: Elżbiety Grodzkiej-Łopuszyńskiej (sopran) i Juliana Gembalskiego (organy). A w programie wielkie dzieła wielkich klasyków: aria Gabriela z oratorium „Stworzenie świata” Haydna, „Preludium” i „Fuga c-moll” Bacha, aria z oratorium „Mesjasz” Händla i inne.

Przed nami są jeszcze dwa interesujące koncerty wyłącznie organowe. Dziś wystąpią młodzi artyści organów: Aneta Sienkiewicz i Michał Kopyciński, którzy wykonają utwory Johanna Sebastiana Bacha, Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego, Louisa Vierne i innych. Festiwal zakończy się jutro recitalem znakomitego artysty organów, Jana Bokszczanina. W wykonaniu artysty oprócz chyba najbardziej znanego utworu organowego Jana Sebastiana Bacha, jakim jest „Toccata” i „Fuga d-moll”, znajdą się także utwory mniej znane, jak „Aria” Georgija Muszela, kompozytora zafascynowanego muzyką ludową Uzbekistanu, czy „Passacaglia” z opery „Katarzyna Izmajłowa” Dymitra Szostakowicza, a także usłyszymy polską muzykę Feliksa Borowskiego (I Sonata).

Pytanie do władz
Szkoda, że to piękne dzieło, jakim jest festiwal, zamyka się w tym roku tylko w czterech koncertach. Oczywiście z powodu braku funduszy. Ratusz nie był skłonny dofinansować festiwalu. Zasłanianie się władz stolicy brakiem pieniędzy nie może być wiarygodne w sytuacji, gdy miasto finansuje rozmaite paskudne przedsięwzięcia, na przykład teatralne, które przynoszą wstyd i hańbę naszej Ojczyźnie. No więc, jak to jest? Na obrzydliwe „pornosy” pseudoteatralne są pieniądze, a na wartościową sztukę, na znakomite koncerty stanowiące prawdziwą ucztę duchową, na którą ludzie czekają i której są spragnieni – nie ma środków. Jakimi kryteriami posługują się władze miasta w przyznawaniu dotacji? I czy w ogóle termin „kryteria” funkcjonuje w przestrzeni ratusza? I jak długo jeszcze władze miasta będą traktować ratusz jak swoje prywatne latyfundium, którym mogą zarządzać według własnych upodobań, znajomości, interesów itp.?

VI Festiwal Muzyki Kameralnej i Organowej, 6-21 lipca 2013 roku, Warszawa, katedra warszawsko-praska, ul. Floriańska 3. Koncerty rozpoczynają się o godz. 19.00, wstęp wolny. Dyrektor artystyczny: dr hab. Jan Bokszczanin. Prowadzenie koncertów: Joanna Bokszczanin, Jan Bokszczanin.

http://www.naszdziennik.pl/wp/48601,art ... yjnie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 75 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /