Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 77 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 03 mar 2012, 09:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Przejmujące misterium

To bardzo piękne, mądre, wypełnione duchowym bogactwem przedstawienie, choć niepozbawione potknięć artystycznych. Wystawione w jakże odpowiednim dla niego czasie, w okresie Wielkiego Postu. Przewiduję jednak, że "Zwiastowanie" Paula Claudela w Teatrze Polskim będzie narażone na zdyskredytowanie w mediach i ośmieszenie. A wszystko z powodu głęboko religijnej tematyki, którą podejmuje i do której estoński reżyser Lembit Peterson podszedł nie z kpiną, nie polemicznie, lecz z powagą, zachowując wierność tekstowi, i poprzez ten spektakl dał także świadectwo swojej wiary.
"Zwiastowanie" jest odważnym wyzwaniem rzuconym dzisiejszej Europie próbującej oderwać się od korzeni chrześcijańskich i w miejsce Dekalogu sformułować nowy, marksistowsko-libertyński porządek rzeczy jako fundament tzw. nowoczesnej cywilizacji, której zadaniem jest stworzenie "nowoczesnego" człowieka. A więc wolnego od "przesądów" religijnych (bo tak przez "nowoczesnych" postrzegana jest wiara w Boga), tolerancyjnego, zindywidualizowanego, negującego istnienie prawdy obiektywnej, wolnego od wszystkiego i do wszystkiego, wyznającego relatywizm moralny, etyczny, wypreparowanego z istoty człowieczeństwa, czyli sumienia, nieszanującego życia (aborcja, eutanazja), akceptującego rozmaite dewiacje seksualne, otwartego na eksperymenty z własną płcią itd., itd.
Owi "inżynierowie" przeformułowujący przestrzeń kulturową - i co za tym idzie - naszą cywilizację zbudowaną na fundamencie chrześcijańskim, jako narzędzi do budowy swojej chorej wizji nowego świata używają sztuki, kultury, nauki. Toteż kiedy czytamy książki czy gdy oglądamy filmy, wystawy współczesnej sztuki wizualnej, przedstawienia teatralne, odnosimy wrażenie, jakby wszystko to było zrealizowane przez jedną i tę samą osobę. Wszędzie człowiek jest uprzedmiotowiony, odarty z godności osoby ludzkiej, jego życie duchowe jest w zaniku, rodzinę pokazuje się wyłącznie w kontekście negatywnym, małżeństwo zostało zastąpione przez związki partnerskie, najchętniej tej samej płci, tłumy homoseksualistów, transwestytów, transseksualistów i różnych przerobionych na panów pań i odwrotnie - przewalają się przez sceny, ekrany, stronice książek. Że nie wspomnę już, co wtłacza się w głowy studentom na uczelniach czy dzieciom w szkołach podstawowych, a nawet przedszkolach. Tak owi "inżynierowie" próbują zawładnąć duszami ludzkimi, stworzyć nowego, "nowoczesnego" człowieka.

Nawrócenie w katedrze
W tym kontekście "Zwiastowanie" stanowi niemal wojnę wypowiedzianą owym "inżynierom" pragnącym zdławić w człowieku świadomość bycia dzieckiem Bożym. Przedstawienie łączy w sobie kilka duchowych przestrzeni, które wzajemnie się przenikają. Pierwsza, bez której nie byłoby tekstu, należy do autora dramatu, Paula Claudela. W "Zwiastowaniu" autor daje wyraz swojemu głębokiemu katolicyzmowi. Claudel to piękny przykład nawrócenia. Gdy miał osiemnaście lat, w Boże Narodzenie wstąpił do katedry Notre Dame w Paryżu, ale nie z potrzeby ducha, lecz dla inspiracji pisarskiej "dekadenckich gryzmołów", jak wyznał w autobiografii. "Uwierzyłem z taką mocą przekonania, z takim porywem całego jestestwa, z przeświadczeniem tak dogłębnym, z taką oczywistością niedopuszczającą cienia wątpliwości". Odtąd cała jego twórczość przeniknięta jest duchem chrześcijańskim i stanowi afirmację wiary katolickiej. Sztuki dramatyczne Claudela stały się - jak ktoś pięknie określił - wyrazem duszy katolika głoszącej tajemnice wiary. I tak właśnie jest w "Zwiastowaniu".
Drugą duchową przestrzenią spektaklu jest temat i bohaterowie sztuki zaświadczający o relacjach człowieka z Bogiem. Trzecią zaś przestrzeń duchową tworzy sam reżyser, Lembit Peterson. Podobnie jak Claudel, nawrócony katolik. O swoim zetknięciu się z dramatem Claudela tak mówi: "Kiedy przyjąłem katolicyzm, z zapałem poszukiwałem literatury związanej z moimi nowymi przekonaniami, dzieł autorów chrześcijańskich i przede wszystkim katolickich, inspirowanych, podobnie jak ja, naukami apostołów".
Kolejną rzeczywistość duchową wnoszą niektórzy aktorzy, głównie Halina Łabonarska. Całość przedstawienia jest splotem tych wszystkich duchowych światów, które harmonijnie się łączą, uzupełniają i przenikają wzajemnie, tworząc niezwykle bogaty i wzruszająco piękny świat wewnętrzny spektaklu. To ewenement w dzisiejszym teatrze. Lembit Peterson podszedł do tekstu z wielkim szacunkiem, zrozumieniem istoty przesłania utworu i, co najważniejsze, odnalazł w mistycznym klimacie "Zwiastowania" napisanego 100 lat temu własny świat wewnętrzny. Ta identyfikacja reżysera z utworem Claudela pokazuje, jak silna może być więź między twórcami żyjącymi w różnych epokach, krajach, kulturze pod warunkiem, że fundament, na którym budują swoje dzieła, jest ten sam.

Opowieść o wierze
Spektakl zrealizowany został w konwencji realistycznej, czyli "normalnie", bez eksperymentowania. Cała podskórna warstwa symboliczna tekstu pokazana jest w przedstawieniu przez relacje między postaciami, znakomitą scenografię i bardzo trafnie dobraną, piękną muzykę. Główny akcent spoczywa tu na przekazie słownym, jak niegdyś w legendarnym Teatrze Rapsodycznym Mieczysława Kotlarczyka.
Akcja toczy się na francuskiej wsi w XV wieku. Ojciec rodziny Anne Vercors (Jerzy Schejbal) wyrusza samotnie na pielgrzymkę do Jerozolimy. Zakładając, że może nie wrócić, powierza opiekę nad domostwem Jakubowi (Tomasz Błasiak), któremu pragnie oddać za żonę swą starszą córkę Wiolenę (Lidia Sadowa). Jakub, przejmując dorobek całego życia swego teścia, jest odtąd głową rodziny, której losy nieoczekiwanie potoczą się dramatycznie. Młodsza córka Vercorsów Mara (Marta Kurzak), siostra Wioleny, także jest zakochana w Jakubie i nie dopuści do małżeństwa z Wioleną. To ona, Mara, będzie żoną Jakuba, co nie pozostanie bez konsekwencji dla całej rodziny. A Wiolena odpowie na powołanie Boga.
"Zwiastowanie" jest poetycką opowieścią o istocie wiary. Bohaterowie pozostają w bliskich relacjach z Bogiem, starają się odczytać Jego wolę i ją realizować. Wypełniają swoje powołanie, choćby nawet trzeba było zrezygnować z własnych planów. Narracja toczy się niespiesznie, zdarzeń sytuacyjnych jest niewiele, aktorzy mówią swoje kwestie, nierzadko pauzując, by utrzymać klimat, który jest tu budowany od pierwszej po ostatnią scenę. Każda postać ma własną osobowość nakreśloną przez autora tekstu. Ale na to nakładają się jeszcze osobowość aktorska i odwołania do postaci biblijnych oraz bohaterów funkcjonujących w literaturze światowej. Tak jest w przypadku Mary granej przez Martę Kurzak wyraziście, mocno. Między siostrami, Marą i Wioleną, istnieje opozycja, tak jak między biblijnym Kainem (Mara) i Ablem (Wiolena) czy jak u Słowackiego między Balladyną (brunetka Mara) i Aliną (blondynka Wiolena), a nawet można tu przywołać agresywną w zachowaniu szekspirowską Kasię z komedii "Poskromienie złośnicy". Mara Marty Kurzak ma w sobie coś z każdej z tych postaci. Jest przeciwieństwem Wioleny, uosabia żywioł życia. Wie, że jest Bóg, ale buntuje się przeciwko Niemu, nie chce Go słuchać, jest harda, egoistyczna, chwilami sprawia wrażenie, jakby przemawiał przez nią diabeł. Szkoda, że ta niezwykle utalentowana, młoda aktorka prowadzi Marę niemal na jednej tonacji. I to bardzo agresywnej. Owszem, ma motywację, bo jej Mara jest zbudowana na kontrze wobec Wioleny. Ale żeby postać zyskała wiarygodność u widza, nie może wszystkich kwestii wypowiadać na jednotonalnej wysokiej agresji. Tu konieczna jest ingerencja reżysera.
Natomiast Wiolena w wykonaniu Lidii Sadowej, postać z założenia mistyczna, niestety, nie przebija się ze swoim duchowym wnętrzem. Owszem, jest wyciszona, pokornie przyjmująca swoje powołanie, chwilami nawet wywołuje u widza współczucie, ale nie unosi się ponad realia. Jakub grany przez Tomasza Błasiaka przychodzi jakby z kontrastowo innej rzeczywistości. Myślę, że to za duży kontrast. Jerzy Schejbal w roli ojca rodziny jest postacią wprowadzającą do spektaklu nieco lżejszy ton, ma poczucie humoru, jest troskliwym opiekunem rodziny i kochającym mężem. Anne Jerzego Schejbala budzi u widza zaufanie. Brakuje mi tu jednak zapatrzenia w głąb siebie. Ale scena, w której trzyma na rękach umierającą córkę Wiolenę, to jedna z najpiękniejszych w spektaklu. Widać tu wyraźne odwołanie do Króla Leara opłakującego śmierć córki.

Wielka rola
Jego żonę i matkę Mary oraz Wioleny gra Halina Łabonarska. To najlepsza rola w przedstawieniu. Nieporównywalna. Wybitna aktorka wnosi do spektaklu oprócz wielkiej klasy aktorstwa artystycznego także własną przestrzeń duchową. Kiedy przeczuwając, że wkrótce umrze, w scenie pożegnalnej siedzi samotnie na ławce i mówi: "Cierpienie własne jest niczym, ale to, co się zadało innym, przeszkadza...", jej twarz wyraża głębokie zatopienie się w zupełnie innym wymiarze. A padające na twarz artystki światło dodaje granej przez nią postaci klimatu mistycznego. Myślę, że osobiste doświadczenie wiary Haliny Łabonarskiej ma tutaj wielkie znaczenie. Zwłaszcza kiedy wypowiada kwestie odnoszące się do Boga, gdy nie chce zgodzić się, aby mąż opuścił rodzinę i udał się na pielgrzymkę, mówi: "Jeruzalem jest tak daleko, ale Bóg w Tabernakulum jest przecież tutaj, z nami". Wypowiada te słowa w sposób naturalny, a zarazem tak przekonująco, jakby wręcz widziała, że Bóg jest blisko, tuż przy nich obojgu. Ten klimat nadprzyrodzoności jawi się jakby przy okazji, dyskretnie, nie nachalnie, a jakże wyraziście zapada w pamięć widza. Wielkie aktorstwo Haliny Łabonarskiej można zobaczyć w każdej granej przez nią scenie. Nie tylko tam, gdzie tekst podpowiada religijne uniesienie, gdzie mistyka wybija się na pierwszy plan, ale i tam, gdzie toczy się normalne, codzienne życie rodzinne, jak w początkowej części przedstawienia, gdzie prowadzi rozmowę z mężem, prasując bieliznę. Czyni to tak naturalnie, że widz czuje się, jakby podpatrywał dzień powszedni w jakiejś rodzinie.
To ważne i piękne przedstawienie traci niestety na rozciągłości niektórych scen. Konieczne są skróty, zwłaszcza tam, gdzie są długie, niepotrzebne pauzy, gdzie sceny są "przegadane". Mimo uwag przedstawienie to niesie wielkie, uniwersalne wartości, które dziś są brutalnie zwalczane.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
krytyk teatralny
--------------------------------------------------------------------------------

"Zwiastowanie" Paula Claudela, reż. Lembit Peterson, scenog. i kost. Pille Jänes, oprac. muz. Marius Peterson, Teatr Polski, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my13.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 08 mar 2012, 10:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Badania lingwistyczne
nad pochodzeniem języków


Wbrew pozorom uczeni specjalizujący się w naukach humanistycznych mają sporo do powiedzenia nie tylko na temat biblijnej relacji o wieży Babel, ale także na temat modelu ewolucyjnego, który zakłada, iż ludzie zostali ukształtowani na obraz małp a nie na podobieństwo Boże. Na stronie tej omawiane są liczne zagadnienia związane z pochodzeniem dzisiejszych języków oraz poważnymi problemami wynikającymi z próby dopasowania badań w dziedzinie lingwistyki do teorii ewolucji. Już na samym początku należy jasno i wyraźnie stwierdzić, iż badania wszelkich znanych nam języków (współczesnych czy starożytnych) nie potwierdzają w najmniejszym nawet stopniu modelu ewolucyjnego.

Wyniki badań lingwistów nie potwierdzają modelu ewolucyjnego

W pojęciu ewolucjonisty język jest jednym z najnowszych wytworów ewolucji - zdecydowana większość lingwistów z obozu ewolucjonistów umieszcza pojawienie się pierwszego dosyć dobrze rozwiniętego języka nie wcześniej niż 40 czy 50 tysięcy lat temu. Przyjmując rozwój od prymitywnych do bardziej złożonych form komunikowania się powinien więc tu nadal pozostać jeszcze jakiś ślad ewolucji, jeśli porównamy języki używane przez totalnie prymitywne ludy do tych używanych przez wysoce rozwinięte i ucywilizowane społeczeństwa.
Jeszcze w XIX stuleciu ewolucjoniści byli przekonani, iż badając języki prymitywnych społeczeństw, takich jak ludy zamieszkujące tropiki Amazonii, Konga czy wysp Oceanii odkryją słabiej rozwinięte systemy komunikowania się używane przez te mniej ucywilizowane społeczeństwa. Byłby to w rzeczy samej doskonały dowód na ewolucję człowieka i obalenie biblijnej 'bajeczki' o wieży Babel. Jednak wiele lat dogłębnych i żmudnych badań nad językami prowadzonych w XIX i XX wieku przynosiło (i nadal przynosi) ewolucjonistom praktycznie same rozczarowania. Okazało się, między innymi, iż język 'prymitywnych dzikusów' nie jest ani trochę zacofany w porównaniu do języka 'wysoce ucywilizowanych spadkobierców Oświecenia'. John Lyons, światowej sławy lingwista, w swojej książce "Language and Linguistics. An Introduction" (Cambridge: CUP, 1981) - praca ta jest dostępna w każdej bodajże bibliotece uniwersyteckiej takich kierunków jak filologia angielska czy lingwistyka stosowana - pisze o tym w sposób następujący:

1.7. Nie ma żadnych prymitywnych języków

Nadal dosyć często słyszy się laików mówiących o prymitywnych językach a nawet powielających zdyskredytowany mit jakoby istniały jakieś ludy, których język składa się z paruset wyrazów uzupełnionych gestami. Prawda jest taka, iż każdy z dotychczas badanych języków - niezależnie od tego jak prymitywne bądź niecywilizowane pod innymi względami mogłoby się nam wydawać społeczeństwo, które go używa - po dogłębnej analizie okazał się być złożonym i wysoce rozwiniętym systemem komunikowania się. Oczywiście, całe pojęcie ewolucji kulturowej od barbarzyństwa do cywilizacji jest samo w sobie wysoce wątpliwe. Ale nie do lingwisty należy wypowiadanie opinii na temat jego prawdziwości. Jednak jest on [lingwista] w stanie stwierdzić, iż nie odkryto dotychczas żadnego związku pomiędzy różnymi etapami rozwoju kulturowego, przez które przeszły społeczeństwa a typami języka używanego w tych stadiach kulturowego rozwoju. Na przykład, nie istnieje nic takiego jak typ języka epoki kamienia; lub też - biorąc pod uwagę ogólną strukturę gramatyczną - typ języka, który charakteryzowałby społeczeństwa trudniące się zbieractwem czy pasterstwem z jednej strony, i współczesne uprzemysłowione społeczeństwa z drugiej strony. [...] w ciągu dziewiętnastego wieku lingwiści zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, iż jakkolwiek daleko wstecz usiłowano prześledzić historię danych języków w tekstach, które dotrwały do naszych czasów niemożliwym było dostrzeżenie w nich jakichkolwiek śladów ewolucyjnego rozwoju od bardziej prymitywnego do bardziej zaawansowanego stanu.
Lyons 1981:27-9


Krótko mówiąc ani w historii któregokolwiek z języków (a mamy możliwość badania tekstów powstałych nawet 4 tysiące lat temu), ani pośród języków używanych obecnie nawet przez tak prymitywne społeczności jak np. Indianie z buszu Amazonii nie zauważono niczego co byłoby jakąś bardziej prymitywną postacią języka. Reguły rządzące składnią, morfologią czy gramatyką języków używanych przez prymitywne i niecywilizowane społeczeństwa są tak złożone, doskonale rozwinięte i przemyślane, iż absolutnie w niczym nie odbiegają stopniem rozwoju od takich języków jak angielski, chiński czy polski. Innymi słowy, nie istnieją absolutnie żadne dowody na poparcie ewolucjonistycznych teorii o rozwoju mowy ludzkiej od małpich wrzasków poprzez tworzenie prostych zdań do obecnej postaci istniejących języków. Wręcz przeciwnie: dogłębna analiza języków używanych przez społeczeństwa znajdujące się na różnym etapie cywilizacyjnego czy kulturowego rozwoju nie wykazała między nimi żadnych, najmniejszych nawet różnic, jeśli chodzi o stopień 'rozwoju' języka. Wszystko wskazuje na to, iż żadnego rozwoju po prostu nie było - człowiek otrzymał zdolność mówienia i operowania doskonale rozwiniętym językiem już od samego momentu stworzenia.

Język: dzieło małp czy dar Stwórcy?

Już od paru stuleci uczeni propagujący czysto materialistyczny i ateistyczny model świata usiłowali znaleźć odpowiedź na pytanie w jaki sposób mowa ludzka mogła powstać bez udziału Boga. Poniższą listę hipotez odnoszących się do genezy języka ludzkiego stworzono w oparciu o podręczniki językoznawstwa napisane w języku angielskim:


Fromkin, V. i Rodman, R. (1988). An Introduction to Language. (Fourth edition). Orlando: Holt, Rinehart and Winston, Inc., strony 416-7.

Yule, G. (1985). The Study of Language. Cambridge: CUP., strony 2-3.
Jedna z teorii zakładała, iż najwcześniejsza forma języka powstała poprzez dźwiękonaśladownictwo zwane inaczej onomatopeją. Innymi słowy teoria ta sugerowała, iż prymitywne słowa mogły być imitacjami naturalnych dźwięków, które pierwsi ludzie słyszeli wokoło. Wyrazy utworzone na tej zasadzie istnieją w każdym języku - w polskim przykładami są czasowniki 'brzęczeć, szeleścić, kukać, syczeć, świstać, turkotać, klekotać, kwiczeć' czy słowa typu 'kukuryku'. Teoria ta była propagowana aż do początków XX wieku, lecz została ostatecznie porzucona z kilku bardzo istotnych powodów. Po pierwsze, twory nie wydające żadnych dźwięków - nie mówiąc już o pojęciach abstrakcyjnych - nie mogły powstać na zasadzie dźwiękonaśladownictwa. Po drugie, język nie jest jedynie zbiorem słów, które są nazwami dla różnych obiektów i czynności. Po trzecie, wyrazy dźwiękonaśladowcze nie stanowią nawet 1% wszystkich słów któregokolwiek z języków.
Jean Jacques Rousseau wpadł na podobny pomysł. Według jego teorii pierwotny język składał się z okrzyków i odgłosów będących wyrazem bólu, strachu, zdziwienia, przyjemności, złości czy radości - 'krzyki natury' miały być rzekomo pierwszymi objawami języka. Jako przykłady mogą tu posłużyć 'auć, au-ła, ho-ho-ho, oij'. Problem z tą teorią polega na tym, iż odgłosy, które ludzie wydają pod wpływem różnych emocji zawierają dźwięki, czy też kombinacje dźwięków których często nie da się znaleźć nigdzie indziej w ich języku. Z tego też powodu większość lingwistów uważa je za mało prawdopodobnych kandydatów na źródło dźwięków któregokolwiek z języków.

Kolejna hipoteza sugerowała, iż język wytworzył się z rytmicznego chrząkania ludzi pracujących razem. Innymi słowy, grupa pierwotnych ludzi rozwinęła rzekomo zbiór chrząkań, jęków, pomruków i przekleństw, których używali przy podnoszeniu i przenoszeniu ciężkich kamieni, gałęzi czy zdobyczy. Zakłada się tu więc, iż wydawane dźwięki odgrywały istotną rolę w życiu społecznym grup ludzi i język ludzki rozwinął się w kontekście społecznym. Chociaż teoria ta przedstawia przypuszczalny kontekst w jakim dźwięki wydawane przez ludzi mogłyby zostać wykorzystane, to jednak nie daje żadnej odpowiedzi na temat genezy tychże dźwięków. Jak to stwierdza Yule (1985:3) 'małpy człekokształtne i inne naczelne mają chrząkania i społeczne zawołania, ale nie wydaje się by rozwinęły zdolność mówienia'.
Sir Richard Paget, podobnie jak rzesze innych lingwistów, dostrzegł poważne ułomności każdej z tych 3-ech teorii. W "Human Speech" (1930) wysunął więc własną hipotezę, według której mowa ludzka rozwinęła się z odruchowych gestów i 'języka ciała' (nie tylko kończyny, ale także język i wargi brały rzekomo udział w tym pierwotnym systemie komunikowania się): jako że ręce ludzi były stale zajęte pracą z użyciem narzędzi język i wargi stały się głównymi organami odpowiedzialnymi za gestykulację - tak według opinii wielu językoznawców powstał język. Jednak Yule podkreśla istotne ułomności tej teorii - '[...] trudno jest wyobrazić sobie faktyczny 'ustny' aspekt, który odzwierciedlałby wiele takich gestów. Ponadto, istnieje niesamowicie dużo wiadomości [tj. przesłań] lingwistycznych, których, wydawałoby się, nie da się przekazać poprzez ten typ gestykulowania' (Yule 1985:4). Prawdą jest to, iż gesty odgrywają istotną rolę w życiu 'naczelnych', jednak - jak to zostanie dalej przedstawione - nie można porównywać systemu komunikowania się małp człekokształtnych do mowy ludzkiej. Lyons podsumowuje ten temat związków pomiędzy gestami a mową stwierdzeniem, iż 'nie tylko we wszystkich znanych językach to kanał głosowo-słuchowy jest wykorzystywany w pierwszym rzędzie i w sposób naturalny do ich przekazu, ale także wszystkie znane języki cechują się mniej więcej równą złożonością, jeśli chodzi o ich strukturę gramatyczną' (Lyons 1981:29). Nikt nie potrafi wytłumaczyć jak mogło do tego dojść, jeśli dzisiejsze języki rzeczywiście powstały z prostych systemów komunikowania się, w których krótkie wiadomości przekazywane były za pomocą gestów.

Jak widać teoria ewolucji nie spełnia swojego zadania w dziedzinie językoznawstwa - zamiast ułatwiać pracę badaczy utrudnia ją do tego stopnia, że obecnie istnieje kilka teorii odnośnie genezy ludzkiej mowy, z których każda stoi na granicy logiki i zdrowego rozsądku. Lingwiści nie są w stanie dojść do porozumienia w tej kwestii, gdyż każda hipoteza na temat pierwotnej postaci języka jest pełna absurdów i nienaukowych założeń. Najprościej byłoby przyjąć, że język jest darem Boga, ale obaliłoby to całą teorię ewolucji, według której Bóg - jeśli nawet istnieje - ma człowieka daleko w tyle i nigdy mu nic nie dał oprócz choroby i śmierci, a wszelkie dobro którego doświadczamy jest dziełem przypadku i inteligentnie trafionych mutacji (czyli mikro cudów, które wg pewnej legendy czasami zdarzają się w przyrodzie).

Każda z obecnie postulowanych neo-darwinowskich hipotez odnośnie genezy języka pozostawia wiele do życzenia. Jednak największy problem dla każdej ewolucyjnej teorii pochodzenia ludzkiej mowy stanowi olbrzymia przepaść dzieląca nasz język od systemów komunikowania się stosowanych przez tzw. naczelne.

Nie dla psa kiełbasa - język nie dla małp

http://potop-exodus.w.interia.pl/babel/lingwisci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 21 mar 2012, 18:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Victora Klemperera "LTI, Lingua Tertii Imperii - notatnik filologa".

[Niezwykle AKTUALNE: wszystkie Lisy, Stokrotki, Kolendry i ich pomiot - stosują , . Na nas.. MD]
Poniżej fragment tej książki:

"Język jednak nie tylko tworzy i myśli za mnie, kieruje on także moimi uczuciami, steruje całym moim życiem duchowym i to tym bardziej, im bardziej nieświadomie i w sposób naturalny sie nań zdawać. A jeśli ten uczony język składa sie z elementów zatrutych lub staje się nośnikiem trucizny? Słowa mogą działać jak maleńkie dawki arszeniku. Przyjmuje sie je niezauważenie, wydaje się, że nie maja działania, a jednak po jakimś czasie ich trujący wpływ ujawnia się.

Jeśli dostatecznie długo to, co bohaterskie i prawe nazywa ktoś fanatycznym, to w końcu naprawdę sam musi uwierzyć, że fanatyk to prawy bohater i że bez fanatyzmu po prostu nie można być bohaterem. Słowa fanatyczny i fanatyzm nie zostały wymyślone przez III Rzeszę, ona to jednak dokonała zmiany ich wartości i w ciągu jednego dnia użyła ich więcej razy niźli inne epoki w ciągu wielu lat. III Rzesza niewiele słów stworzyła sama, być może, a nawet najprawdopodobniej, w ogóle żadnego. Język nazistowski często odwołuje się do wzorów z zagranicy, niemal wszystko pozostałe przejmuje z języka niemieckiego okresu przed-hitlerowskiego. Dokonuje jednak przy tym całkowitej zmiany wartości i częstości użycia słów, czyni własnością ogółu to, co przedtem należało do jednostek lub małych grup, rekwiruje dla partii to, co przedtem było własnością ogółu, przesyca swoja trucizną słowa, syntagmy i zdania, czyni język sługa swego straszliwego systemu, zdobywa w nim swój najsilniejszy, najbardziej jawny i zarazem najtajniejszy środek propagandowy.
Ukazanie trucizny tkwiącej w LTI i ostrzeganie przed nią to, jak sądzę, coś więcej niż uwagi starego belfra. Jeśli jakieś naczynie stołowe przestaje być kultowo nieskalane, wówczas prawowierni Żydzi oczyszczają je przez zakopanie w ziemi. Wiele słów, których używali naziści należałoby na długo złożyć w masowym grobie, niektóre zaś nawet na zawsze"


Cytat pochodzi z książki wydanej przez Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie, Toronto 1992
Obecnie dostępne są dwie wersje językowe: angielska i niemiecka.
Linki poniżej:
http://www.amazonka.pl/language-of-the- ... 4993.bhtml
http://www.amazonka.pl/lti_victor-klemp ... 0314.bhtml

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=100


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 13 maja 2012, 10:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Świat według bardzo kiepskich

Czytałam wiele interpretacji przyczyn wyboru upiornej, pseudo ludowej przyśpiewki na hymn Euro. Nie znalazłam najprostszej - wybrano ją przez infantylną przekorę. Swego czasu rekordy powodzenia w Internecie miał film, w którym produkował się niejaki pan Kononowicz. Wiele młodych osób namawiało mnie (zaśmiewając się) do jego obejrzenia. Zapewniam, że nie były to osoby życzliwe inwalidzie ani te, które przejęły się na serio jego proroctwami ( „nie będzie nic”).
Z równym upodobaniem internauci przesyłali sobie nagranie Durczoka rugającego, z wdziękiem ruskiego kaprala, swoich współpracowników, czy też nagranego z bliska Enrique Iglesiasa wydającego do mikrofonu (podczas koncertu przed gmachem TV) dźwięki przypominające skrzek rozjechanej żaby, podczas gdy z głośników płynęła piosenka z playbacku. Popularność tych nagrań jest popularnością a rebours i dokładnie na tej zasadzie wybrano hymn Euro.
Większość komentatorów widzi w hymnie Euro signum upadku kultury wysokiej, efekt zdominowania masowych gustów przez odmóżdżonych miłośników hałasu i kiełbasek z grilla. Nic bardziej mylnego. Bezmózgowcy pomykający szybką furą , przy akompaniamencie odbieranych całym organizmem infradźwięków, nienawidzą ze wszystkich sił muzyki ludowej. Trudno również uwierzyć, że uwiodły ich wdzięki starszawych, wiejskich kobitek.
Tu ciąg zależności jest zupełnie inny. Mazowsze i Śląsk (cokolwiek nie mówić o głosach i urodzie wykonawców, stylizowanych na ludowe utworów) były niezamierzonym pastiszem autentycznej muzyki ludowej. Utwór wyśpiewywany przez dziarskie babuleńki jest w pełni zamierzonym pastiszem Mazowsza i Śląska. Jako pastisz pastiszu, czyli pastisz do kwadratu trafia w infantylne zamiłowanie ludzi do groteski, do przedrzeźniania, do przyprawiania gęby ( również sobie), do ucieczki w gombrowiczowska pupę.
„ Spoko koko” to żartobliwy persyflaż. Przypomina modne kiedyś ozdabianie mieszkań gipsowymi figurami z odpustu „ tak obrzydliwymi, że aż pięknymi” czy plastikowymi różami w wazonie. W zabawie w wielopiętrową ironię, w przedrzeźnianie gustów, nie ma nic złego. Lepiej jednak gdy odbywa się ona w zamkniętym gronie. Jej uczestnicy nie ryzykują w ten sposób, że ktoś potraktuje dosłownie ich – prezentowane z porozumiewawczym przymrużeniem oka- gusta no i nie zaśmiecają otoczenia przedmiotami swych perwersyjnych upodobań.
Wybór hymnu Euro te granice prywatności zdecydowanie przekroczył.

Upodobanie do brzydoty ma nurt gargantuiczny, nurt tragiczny i nurt gombrowiczowski. Nurt gargantuiczny to na przykład konkursy pierdzenia podczas Oktoberfest, czy zapasy kobiet w kisielu.
Nurt tragiczny upodobania do brzydoty odnajdujemy w zachowaniach z okresu dojrzewania kiedy młody człowiek, aby przegryźć łączącą go z rodziną pępowinę, odrzuca uznawane przez nią wartości.
Młodzieńcze upodobanie do brzydoty jak i spetryfikowane upodobanie do brzydoty u osobników programowo niedojrzałych (u różnych turpistów i innych poetes maudits) nie mają w sobie- w przeciwieństwie do nurtu gargantuicznego- nic żartobliwego. Są przesycone autentycznym egzystencjalnym bólem. Zarówno poete maudit jak i zbuntowany nastolatek obrażają wartości, które ich zawiodły, wartości, na które uprzednio sam się obrazili.
Nurt gombrowiczowski to potrzeba zasłaniania się kolejnymi, maskami, żeby nikt nie mógł uchwycić naszego prawdziwego „ja”. Odnajdziemy go choćby w ironicznym stylu filozofowania Leszka Kołakowskiego uniemożliwiającym ustalenie co naprawdę chciał powiedzieć i w co wierzył. Nie wiemy na przykład czy był marksistą czy tylko tak sobie żartował, i czy Bóg był wyłącznie jedną z jego stylistycznych figur. Tłumaczą go czasy w których żył i filozofował. Ludzie mówili wtedy zupełnie cos innego niż myśleli, a robili jeszcze coś innego.
Relikty „mowy ezopowej” do tej pory ciążą nad rodzimą sztuką i literaturą. Relikty mowy ezopowej to hybryda nurtu gombrowiczowskiego i gargantuicznego. To ironiczne, a jednocześnie pełne kompleksów epatowanie brzydotą, któremu towarzyszy porozumiewawcze mrugnięcie okiem do widza, dające do zrozumienia, że twórca zupełnie co innego myśli i co innego uważa za wartościowe.
Esencją tego jest polski serial, w którym kiepscy aktorzy kiepsko parodiują kiepskich aktorów.
Hymn Euro też wpisuje się w ten nurt.

Zarówno piłka kopana jak i hymn Euro niewiele by mnie obchodziły gdyby na te igrzyska (zamiast chleba) nie wydano bezmyślnie tak wielkich sum publicznych pieniędzy.

A nieszczęsny hymn najpierw przez dłuższy czas będzie torturował nasze uszy, a potem stanie się naszym logo, naszą kiepską specialite de la maison.

Izabela Brodacka

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 24 maja 2012, 06:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Polacy jako siła robocza - po co im kultura

Gdzie nie spojrzeć, wszędzie szkodnictwo i niszczycielstwo. Ale nie spontaniczne, lecz - jak pokazują przykłady - odgórnie zaplanowane i zgodnie ze scenariuszem realizowane. To niszczenie w Polsce polskości i wszystkiego, co łączy się z przywracaniem świadomości narodowej i ukazywaniem prawdy o naszych dziejach najnowszych, najjaskrawiej widać w teatrze, w sztuce i w ogóle w przedsięwzięciach kulturalnych. Prócz ośmieszania i dyskredytowania polskości trwa proces tzw. odmóżdżania Polaków. Wystarczy przyjrzeć się programowi nauczania szkolnego czy przedstawieniom w teatrach oraz komu i na jakie przedsięwzięcia "kulturalne" władze dają pieniądze, a komu odbierają.

Początkowo ten niszczycielski proces odbywał się w białych rękawiczkach i dla niepoznaki szedł drobnymi, aczkolwiek skutecznymi kroczkami. Teraz już rządząca władza nie ma żadnych zahamowań w owej realizacji zabójczego dla Polaków scenariusza. Nie tylko w przestrzeni sztuki, kultury, ale i w pozostałych dziedzinach naszego funkcjonowania. Wszystko wskazuje na to, że uśmierca się te przedsięwzięcia, które rozwijają nas jako jednostki ludzkie, jako Polaków i jako Naród w przestrzeni życia duchowego, intelektualnego, moralnego, etycznego. A więc w tych przestrzeniach, które definiują naszą tożsamość narodową, religijną, kulturową.

Na ulicę wychodzą dziś manifestować swój sprzeciw wobec niszczącej nas, Polaków, działalności rządu różne grupy społeczne, różne środowiska. Ale chyba po raz pierwszy wyjdzie na ulicę teatr. Oto 29 maja o godz. 15.00 artyści Warszawskiej Opery Kameralnej pojawią się na Krakowskim Przedmieściu przed gmachem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Stuosobowy zespół zagra jeden z najpiękniejszych i najbardziej przejmujących utworów, jakie zna świat, czyli "Requiem" Wolfganga Amadeusza Mozarta. Artyści zamanifestują w ten sposób swój sprzeciw wobec sytuacji grożącej likwidacją tego wyjątkowego teatru w Polsce, jakim jest Warszawska Opera Kameralna. Będą też apelować do ministra kultury, by wziął teatr pod opiekę, nadając mu status Narodowej Instytucji Kultury. Tę dramatyczną sytuację zafundował teatrowi Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego, dramatycznie obcinając dotację. Owszem, innym teatrom też zmniejszono środki, ale Warszawskiej Operze Kameralnej obcięto finanse nieproporcjonalnie najwięcej. Jakby za karę. Nawet nie ma co porównywać. Można co najwyżej pomyśleć, że zrobiono to specjalnie, by WOK unicestwić. Teatr ten, założony i prowadzony od 50 lat przez Stefana Sutkowskiego, na trwałe wpisał się w nasze dziedzictwo narodowe. Jest jedną z nielicznych już w Polsce wysp, gdzie prezentowana jest wielka sztuka, wielkie dzieła, te z najwyższej półki. Tu czerpie się z bogactwa naszego dziedzictwa narodowego i promuje prawdziwe wartości, pielęgnuje tradycję, jednocześnie nie zaniedbując współczesnego języka artystycznego, ale takiego, który prowadzi do rozwoju, a nie jest bełkotem służącym do niszczenia wartości. Publiczność doznaje tu wyjątkowych wrażeń artystycznych i przeżyć duchowych. Bo w tym teatrze między sceną a widownią zachodzi szczególna interakcja. Interakcja budowana na fundamencie wartości podstawowych, niezbywalnych. Warszawska Opera Kameralna jako jedyny teatr na świecie ma w swoim repertuarze wszystkie dzieła sceniczne, jakie napisał Mozart. Ewenement polega tutaj też na tym, iż wszystkie te dzieła zrealizował jeden reżyser, wybitny polski artysta, doskonały znawca i miłośnik opery Ryszard Peryt. Rokrocznie odbywa się tu Festiwal Mozartowski, na który specjalnie przyjeżdżają melomani z zagranicy. Teatr ten jest naszą chlubą, doskonałą wizytówką Polski. To najlepszy ambasador polskiej kultury na świecie. Piękny i godny. A jaki będzie teraz, jeśli się ostanie? Skoro Polacy mają stanowić jedynie zaplecze siły roboczej dla Unii Europejskiej, to po co im kultura, zwłaszcza ta wysoka? Dyrektor Stefan Sutkowski złożył dymisję, która została przyjęta. Ale artyści zawalczą jeszcze w sobotę, 26 maja. W sposób właściwy dla nich: muzyką i śpiewem. Na scenie teatru i w ogrodzie zimowym od godz. 17.00 do godz. 2.30 będą prezentowane fragmenty oper. Wystąpią wolontarialnie wspaniali artyści tego teatru. Wstęp wolny. Kto zechce, będzie mógł uczestniczyć w niezwykłym wydarzeniu. A warto, bo być może to ostatnia już okazja. Wprawdzie Festiwal Mozartowski dzięki protestom wielu ludzi odbędzie się na przełomie czerwca i w lipcu, ale będzie to już festiwal pożegnalny.

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my09.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 25 maja 2012, 20:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Widzę, więc myślę

Tekst w katalogu wystawy Jana Bortkiewicza w Muzeum w Kownie (2010). Przedruk w „Arkanach”.

Niech wasza mowa będzie: Tak – tak, nie – nie. (Mt. 5.37). Tak właśnie mówi o świecie i o sobie polski artysta fotografik, Jan Bortkiewicz.

Urodził się w Wilnie (1945). Kilka wileńskich zdjęć w tej wystawie ma więc wagę szczególną. Dwa z nich dają pojęcie o tym, co ceniono w jego rodzinie i co dla niego stało się cenne. Oto jego ojciec, który śpiewał w chórze podczas uroczystego złożenia serca marszałka Piłsudskiego (1936) w grobie jego matki na cmentarzu Na Rossie. A oto babcia Jana Bartkiewicza (1918): osiemnastoletnia panna – żołnierz stworzonych przez Piłsudskiego Legionów, które niosły ojczyźnie niepodległość. (Będąc malcem, słyszałem, z jaką czcią babcia wymawia niezrozumiałe dla mnie wtedy słowa: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Dziś, w jesieni mego życia, wiem, jaką świętość stanowiły dla tamtego pokolenia, i nie potrafię pogodzić się z tym, że dla większości ludzi, których spotykam, słowa te przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.)

Klimat miasta urodzin wyraża kilka wileńskich świątyń ukazanych na fotografiach w podniosłym, klasycznym, kultywowanym przed wojną stylu: katedra św. Stanisława, kościół św. Anny i bazylika św. Pawła. Jest też tak bliskie sercu autora tych fotografii sanktuarium Marii Panny, której już w pierwszych słowach „Pana Tadeusza” kłaniał się Adam Mickiewicz: Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie!

Miastem, z którym Jan Bortkiewicz związał niemal całe swoje życie, jest Wrocław. Zrujnowany w 80% w ostatniej fazie wojny, Wrocław A. D. 1945 był „miastem bez mieszkańców”, do którego ze Lwowa, z Wilna i z innych miejsc na wschodnich kresach Rzeczypospolitej przybyli „mieszkańcy bez miasta”. I dla nich, i dla tego grodu nad Odrą rozpoczęło się nowe życie. Tu Jan Borkiewicz chodził do szkół, tu kształcił się w dziedzinie sztuki, tu wyrósł na wielkiego artystę, tu od kilkunastu lat kieruje galerią fotografii i organizuje wystawy fotografików z różnych krajów.

Na frontonie pierwszego polskiego muzeum sztuki, jakie z początkiem XIX wieku stworzono w Puławach, widniał napis: „Przeszłość – Przyszłości”. Chyba nie można by celniej określić roli, jaką dzieła sztuki odgrywają w historii i w kulturze – będącej przecież „rozmową tych, którzy są, z tymi, którzy byli”. Jeśli więc kiedyś przyszłość zapyta, jaka była nasza teraźniejszość, to najbardziej znaczącą odpowiedzią będą stworzone przez współczesnych nam artystów dzieła sztuki. Tak właśnie widzi sens swej wędrówki przez życie z aparatem w dłoni Jan Bortkiewicz. Utrwalić, wyrwać przemijaniu: chwile, które przeżyłem, rzeczy, które widziałem, i ludzi, których spotkałem. Wpisać w mój list do „tych, co przyjdą”, to, co sprawiało mi ból, co mnie drażniło, co budziło mój niepokój, a także to, co kazało się zadziwić nad cudem istnienia, co było źródłem radości, zachwytów i fascynacji. I wreszcie – dać zapis pytań, które zadawałem światu i które pozostały bez odpowiedzi.

Ludzie niezwykli

Gdyby z twórczości Jana Bortkiewicza (z całym jej bogactwem motywów tematycznych, stylów i poetyk) wybrać tylko portrety ludzi niezwykłych, to już one, ze względu na poziom ich artyzmu, dają mu miejsce wybitne w polskiej fotografii. Portret człowieka ukazany na zdjęciu nie może się sprowadzać do „tego, co widać”. Winien zawierać również to, czym ów człowiek emanuje z głębi swego wnętrza. Ponieważ sam obiektyw aparatu nie jest w stanie tego dokonać, rolą artysty, który tym aparatem się posługuje, jest wczytać się w osobowość osoby portretowanej, usłyszeć głos jej duszy i – poprzez uchwycony w ułamku sekundy wyraz jej twarzy, kształt sylwetki czy gest ręki – sprawić, że również my, widzowie, ów głos usłyszymy.

Wśród portretowanych przez Jana Bartkiewicza osób są muzycy. Obok gwiazd jazzu (Buddy Rich, Jan Garbarek, Chick Corea, Billy Cobham, Marcus Miller, John Scofield, Krzysztof Zgraja, Garry Burton, Miles Davis) – są pianiści (Garrick Ohlsson, Krystian Zimerman) i kompozytorzy (Eugeniusz Knapik, Witold Lutosławski). Są też przedstawiciele innych dziedzin sztuki: malarstwa (Jan Tarasin), teatru (Jerzy Grotowski), pantomimy (Henryk Tomaszewski), poezji (Tadeusz Różewicz). Są wybitne postaci świata nauki i sportu. Portretując ich wszystkich, Bortkiewicz zgłębiał fenomen ich niezwykłości. Wyrażał im wdzięczność za to, że świat wokół nich potrafili czynić lepszym, ciekawszym, sensowniejszym. Dwóm z nich – Janowi Tarasinowi i Witoldowi Lutosławskiemu – składał hołd. Bo poznaniu ich zawdzięcza przemianę, jaka się w nim dokonała. Zawdzięcza sposób podejścia do kwestii harmonii, piękna i ładu w sztuce, a także do tego, co jest naprawdę ważne i o co warto zabiegać w życiu.

Ludzie bez twarzy

Partyjni sekretarze, działacze, funkcjonariusze, umieszczeni na różnych szczeblach władzy karierowicze – te indywidua o charakterystycznej fizjonomii – stanowili nieodłączny składnik polskiej antroposfery w latach 1945-1989. Rozpierali się na ekranach telewizorów i na pierwszych stronach gazet. Z ich „mową-trawą” nachodzili nas z radiowych głośników. Byli to ludzie bez twarzy. Ludzie? Raczej poruszane przez jakąś ukrytą siłę manekiny. Te ludzkie kukły produkował panujący wtedy ustrój, który kładł piętno szarości, zgrzebności i brzydoty nie tylko na otaczających nas przedmiotach, domach i miastach, lecz także na twarzach swoich wiernych synów. Oto jeden z nich. Nie raz naprzykrzał się również autorowi tej wystawy. Jego portretu nie mogło więc zabraknąć. Jest znakiem czasu, który minął. Ale – czy na zawsze?

Ludzie z plastiku

Przed rokiem świat fetował urodziny lalki Barbie (9.03.1959). Dziś ta osóbka z plastiku, choć liczy sobie pięćdziesiąt lat, jest ciągle młoda i smukła, i co najważniejsze – sprzedaje się w setkach milionów egzemplarzy. Barbie – upragniona zabawka małych dziewczynek i model kobiecej urody w oczach nastolatek. Często, niestety, coś więcej niż model. Bo Barbie rzuca wyzwanie, by do jej szczupłej sylwetki się upodobnić. Ile dziewcząt wpadło w anoreksję, ile przepłaciło tę barbizację własnym życiem – o tym mistrzowie marketingu milczą.

W dyptyku Jana Bortkiewicza obok Miss Barbie zjawia się żywa kobieta, dziwnie do Barbie podobna. Jest jedną z wielu niewiast, które pragną się przeistoczyć w człeko-nie-podobne monstrum z plastiku.

W mowie „O godności człowieka” (1486) autorstwa wczesnorenesansowego humanisty Giovanniego Pico della Mirandoli Bóg zwraca się do człowieka: Nie uczyniłem ciebie ani ziemiańskim, ani ziemskim, ani śmiertelnym, ani nieśmiertelnym, abyś sam w sposób wolny i godny ciebie tworzył siebie, nadając sobie kształt, jaki zechcesz.

O tempora! O mores! – wołano w dawnym Rzymie. Dziś autor dyptyku z lalką Barbie stawia pytanie: W jakim świecie żyjemy? Czy już w tym, w którym ludzkie istoty – tak jak inne seryjnie produkowane przedmioty – będą się kształtowały według tej samej plastikowej matrycy?

Ludzie odrzuceni

Kobieta z leciwym rowerem i z koszem szyszek. Spotkana gdzieś na skraju lasu zapewne nie zwróciłaby niczyjej uwagi. Lecz tu, na zdjęciu, przykuwa do siebie nasz wzrok, składa jakieś świadectwo. Palone w piecu szyszki są dla niej jedyną szansą ogrzania się w zimie. Na inny opał jej nie stać.

A oto ludzie, którzy – jak krety – wczołgują się w nory o szerokości nie większej niż ich ciała, drążone w głąb na kilkanaście metrów w zboczu jakiegoś wzniesienia. Ryzykując własnym życiem, wybierają z ziemi kawałki węgla. Byli górnikami w wałbrzyskich kopalniach, ale po ich zamknięciu są bez pracy.

Jaką twarz ma dziś polska bieda? Taką właśnie. Jan Bortkiewicz stawia nam przed oczy ludzi odrzuconych, ludzi bez szans, bez widoków na lepsze jutro, bez możliwości użalenia się komukolwiek na swój los. Ludzi, z których sternicy życia gospodarczego uczynili „odpady transformacji”. Widz o wrażliwym słuchu usłyszy dobiegające zza kadru fotografii pytania: Gdzie się podziała „Solidarność”? Czy prawo do pracy i chleba ma być prawem tylko dla niektórych?

Obraz i słowo

To, co widzimy na obrazie, można próbować opisać słowami. Jednak ów opis, choćby najbardziej wnikliwy, nie jest w stanie wyczerpać treści obrazu ani, tym bardziej, jej zastąpić. Obraz bowiem ukazuje te sfery rzeczywistości, do których słowo po prostu nie ma dostępu. Słuszny wydaje się więc pogląd, że dobry obraz (także ten stworzony przez artystę fotografika) jest samowystarczalny i powinien mówić sam za siebie. Czasem jednak słowo, nawet bardzo krótkie, dołączone do obrazu w sposób istotny zmienia jego treść i razem z nim tworzy nową znaczącą strukturę.

Tego rodzaju związek słowa i obrazu stał się motywem głośnego dzieła Emblemata (1531), które wywarło wielki wpływ na malarstwo europejskie w XVI i XVII wieku. Jego autor, Andrea Alciati, stworzył niezwykle bogaty repertuar schematów zwanych przez niego emblemami, w których rysunkowi towarzyszył krótki tekst. Tekst ów nie był jednak prostą eksplikacją rysunku, lecz raczej słownym kontrapunktem, sugerującym widzowi trzeci element: pewne pojęcie, którego treść była czymś nowym w stosunku do treści rysunku i towarzyszącej mu inskrypcji. Podobny zabieg stosuje w niektórych swoich dziełach Jan Bortkiewicz. Oto siatka pęknięć na kamieniach posadzki, w zasadzie – nieregularnych, tyle że nanizanych na dwie równoległe linie. Z punktu widzenia wizualnego – ciekawa kompozycja geometryczna, wykreowana nie przez artystę, lecz przez „czas”, którego „ząb” niszczy nawet kamień. Dołączona przez autora fotografii informacja nadaje temu, co widzimy, zupełnie inny sens. Jest to mianowicie ślad zniszczeń, jakie na posadzce przed katedrą w Wilnie poczynił 18 września 1939 roku (a więc w pierwszym dniu po napaści Rosjan na Polskę) sowiecki czołg. Zranione kamienie to ślad jego gąsienic. Jaką myśl ewokuje ta „obrazowa realność” i towarzyszący jej podpis? Że nawet sacrum i piękno jest bezbronne wobec przemocy, barbarzyństwa i niszczycielskiej pasji.

Inne emblematyczne dzieło: trzy stanowiące tryptyk, podobne w fakturze kompozycje, o gamie kolorystycznej rozpiętej między szarością i bielą. Czyżby to były sfotografowane obrazy jakiegoś malarza z kręgu taszyzmu, który zapełnił te płaszczyzny, improwizując, wciągając do gry przypadek?. A może artysty posługującego się techniką drippingu, w którym rozpryskiwaniem farby na płaszczyźnie rządzi ślepy traf? Towarzyszący tryptykowi podpis rozwiewa wątpliwości: to fotografia pieniącej się wody przy tamie we Włocławku. Tam właśnie oficerowie służby bezpieczeństwa wrzucili ciało zamordowanego przez nich księdza Jerzego Popiełuszki.

A więc: nie żadne dzieło sztuki, ale skłębiona, jakby w gniewie, woda. Wtedy była jedynym świadkiem zbrodni, a dziś ciągle śpiewa requiem zamęczonemu kapłanowi.

Mowa przedmiotów

Omnia mea mecum porto. Słowa greckiego mędrca, Briasa z Prieny, w wersji łacińskiej, jaką nadał im Cyceron, miały sens przenośny: Cały mój majątek noszę z sobą = Cały bowiem mój majątek to mądrość. Skomponowany z przedmiotów ułożonych w określony sposób obok siebie „obraz” Bortkiewicza nadaje łacińskiej paremii inny sens: Oto rzeczy, które mam pod ręką, gdziekolwiek jestem i działam jako fotograf. Są atrybutem mej profesji, kreślą niejako mój portret.

Bo rzeczywiście: rzeczy, gdy wsłuchamy się w ich szept, potrafią powiedzieć bardzo wiele o człowieku, który je „wybrał”, „oswoił”, po nie sięga, nimi się posługuje, z nich zbudował swój mały świat.

Jakże wymowny jest w fotografii Bortkiewicza strój, w którym słynny judoka, członek narodowej kadry, paradował na międzynarodowych mityngach. Ów strój, mający coś z majestatu narodowej flagi i stanowiący wspomnienie najpiękniejszych chwil w życiu, jego właściciel sprzedał na targu za cenę (25 zł) taniego obiadu. Ojczyzno moja, ile cię trzeba cenić! – wołał Mickiewicz na wstępie wielkiego poematu. A dziś? Ileż mówi o duszy człowieka ten sprzedany strój.

Głód prawdy

Ceglana ściana. Na jej tle quasi-obraz: w centrum białego prostokąta ułożony z dużych liter greckiego alfabetu fryz: ???????. Pisany małymi literami napis ów miałby nieco inny kształt: ???????. Autor tej kompozycji przywołał kluczowe dla starożytnej kultury greckie słowo: PRAWDA.

Od razu przychodzi na myśl Sokrates broniący jej majestatu przed tezami sofistów. Ich rzecznik Gorgiasz twierdził, że „prawda to rzecz względna”, zależy od tego, kto ją głosi. Sokrates uczył zaś, że prawda istnieje, a powinnością człowieka jest ją miłować i nie szczędzić wysiłków w dążeniu do jej poznania.

Dziś historia zatoczyła koło. Powrócił relatywizm. Zewsząd rozlega się jazgot współczesnych gorgiaszów i piłatów, z ich cynicznym pytaniem: „Cóż jest prawda?” Czy przebije się głos jej obrońców, takich Jan Paweł II, który ostatniej encyklice wieńczącej jego nauczanie dał tytuł „Veritatis splendor” – „Blask prawdy”?

W obrazie z greckim słowem ??????? Jan Bortkiewicz zawarł swoje credo. Jego dzieła wyrastają z głodu prawdy. Z przekonania, że „artysta jest tym, który wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu”. Który widzi ów świat wyraźniej niż inni. Dlatego bardziej skłonny jest do myślenia. I stawiania pytań. Tych samych, które kiedyś pojawiły się jako motto jednego z obrazów Gauguina: Kim jesteśmy? Skąd przychodzimy? Dokąd zmierzamy?

http://www.marekjandyzewski.pl/index_tekst_07.php


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 29 maja 2012, 20:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Warszawa: gwiazdy sportu promowały „Ewangelię dla sportowca i kibica”

Skoczek narciarski Kamil Stoch oraz była mistrzyni i rekordzistka świata w rzucie młotem Anita Włodarczyk promowali „Ewangelię dla sportowca i kibica”, wydaną przez Edycję Świętego Pawła księży paulistów. Promocja książki, opublikowanej z okazji EURO 2012 i olimpiady w Londynie, odbyła się 29 maja w warszawskim Muzeum Sportu i Turystyki.

Dyrektor wydawnictwa, ks. Tomasz Lubaś SSP poinformował, że książka zawiera tekst Nowego Testamentu z komentarzami, modlitewnik oraz świadectwa takich wybitnych sportowców, jak: Marcin Gortat, Marcin Dołęga, Jerzy Dudek, Tomasz Wałdoch czy Mariusz Wlazły. Ujawnił, że do ostatniej chwili czekano (bezskutecznie) na obiecane teksty od Agnieszki Radwańskiej i Roberta Kubicy.

Krajowy duszpasterz sportowców, ks. Edward Pleń SDB poinformował o programie duszpasterskim Kościoła katolickiego w związku z EURO 2012. Jednym z jego elementów jest katecheza na temat kulturalnego kibicowania, prowadzona na trzech poziomach szkół. „Te katechezy powinny być kontynuowane także po EURO, to powinien być proces, a nie tylko okazjonalne działanie” – przekonywał ks. Pleń.

Deklarował, że gdyby jakiś kibic zagraniczny przybyły do Polski na mistrzostwa Europy w piłce nożnej znalazł się w potrzebie, uzyska pomoc Kościoła. Ks. Pleń, jako kapelan polskich olimpijczyków, zauważył, że atmosfera wielkich zawodów sprzyja zbliżeniu zawodników do Boga wedle reguły: „Jak trwoga, to do Boga”. Jednak, jak podkreślił salezjanin, nie można Panem Bogiem manipulować, zwracać się do Niego tylko w chwilach potrzeby. „To nie ma być tylko jednorazowy akt, to ma być treść całego życia sportowca” – dowodził ks. Pleń.

Młociarka Anita Włodarczyk wyznała, że obecność Boga w jej życiu jest czymś normalnym. Zwraca się do Niego nie tylko w chwilach ciężkich, ale także wtedy, kiedy przeżywa radość. W swoim środowisku stara się zwracać uwagę, gdy ktoś nie zachowuje się zgodnie z duchem Ewangelii. Anita Włodarczyk nie ma problemu, aby pogratulować zwycięstwa innej rywalce, choć jej niemiecka przeciwniczka, rekordzistka świata Betty Heidler nie zdobyła się nigdy na taki gest, kiedy Polka z nią wygrywała.

Kamil Stoch wyznał, że ma za co być wdzięczny Bogu, co odczuwa zwłaszcza doznając „wspaniałości lotu”. Jego zdaniem skoczkowie narciarscy, uprawiający bardzo niebezpieczny sport, „żyją w z zgodzie z Panem Bogiem”. Odnosząc się do powiedzenia: „Jak trwoga, to do Boga”, Kamil Stoch zażartował: „Słyszałem plotkę, że odkąd zacząłem wygrywać, Austriacy załatwili sobie kapelana”.

Sportowców pytano jak uchronić się przed gwiazdorstwem i pokusą pychy. „Staram się myśleć tak, jak to robiłem przed sukcesem” – deklarowała Anita Włodarczyk. Skoczek Kamili Stoch mówił natomiast, że bardzo ważną rzeczą jest to, jakimi ludźmi sportowiec się otacza. „Powtarzam moim najbliższym: jeżeli zobaczycie u mnie oznaki wody sodowej, powiedzcie mi o tym” – mówił pięciokrotny zwycięzca zawodów o Puchar Świata.

Konferencję prowadził znany dziennikarz sportowy Przemysław Babiarz.

http://ekai.pl/diecezje/warszawska/x551 ... -i-kibica/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 31 maja 2012, 06:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Nie rezygnuję z prawdy i piękna

Z Jerzym Zelnikiem, aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym, rozmawia Bogusław Rąpała

Rzadko ostatnio można Pana spotkać na deskach teatralnych. Dlaczego?
- Nie jestem wielbicielem tego, co się obecnie dzieje w teatrze. Od dłuższego czasu nie uczestniczę w pracach teatralnych, nieczęsto jestem również widzem. Jestem teraz raczej poza środowiskiem. Grałem w teatrze przez ponad czterdzieści lat, teraz odczuwam coś w rodzaju zmęczenia materiału. Doszedłem też do wniosku, że w teatrze dzieje się zbyt mało ważnych rzeczy, żeby brać w tym dalej udział.

Ma Pan na myśli zbyt słaby repertuar?
- Bardzo często jest to naginanie klasyki, dobrej literatury, do jakichś emocjonalnych czy erotycznych niespełnień reżyserów albo ich kompleksów. Ta dobra literatura jest zaniżana do poziomu realizatorów. Nie chce mi się brać udziału w jej tandetnych przeróbkach. Jeśli zaś chodzi o współczesną literaturę teatralną, to jaki koń jest, każdy widzi. W zasadzie bazuje ona na fantazjach erotycznych lub pastwi się nad ludzkością, prezentując głównie negatywne postawy, bez pokazywania kontrapunktu w postaci czegoś pozytywnego, jasnego, dającego nadzieję czy budzącego jakieś lepsze uczucia u odbiorcy.

To czym się Pan teraz zajmuje?
- Głównie domem, rodziną. Rzecz jasna, nie zrywam z zawodem: od czasu do czasu jakiś film, nagrywam też liczne audiobooki, np. Wojciecha Sumlińskiego "Z mocy bezprawia´´ czy Andreasa Englischa "Uzdrowiciel´´. I przede wszystkim to, co uprawiam już od lat ponad czterdziestu: uczestniczę w koncertach związanych z wybitną muzyką i poezją, królową literatury. Jest to przekaz słowa na najwyższym poziomie, który dotyczy zarówno spraw eschatologicznych, jak i filozoficznych, dotyczących człowieka i jego kondycji. To mi najbardziej odpowiada, jest od lat najbliższe. Staram się także nie rezygnować z formy, aby być wiernym temu norwidowemu przykazaniu o prawdzie w pięknie i przekazywać słowo w sposób możliwie osobisty i głęboko przeżyty. Dlatego bardzo długo i pilnie się przygotowuję do swoich występów, które są często występami jednorazowymi. To jednak nie zwalnia mnie z walki o jakość.

Co się stało z tą jakością w teatrze?
- Bardzo często w teatrze zawierane są zbyt daleko idące kompromisy. Spotyka się grupa ludzi, którzy chcą za wszelką cenę podobać się publiczności, którzy bazują na błahej literaturze niemającej żadnego ciężaru gatunkowego. To mi nie wystarcza i nie chcę w tym brać udziału. Małe formy, czyli występy jedno- lub dwuosobowe, dają mi natomiast szansę pełnej kontroli, a więc wyboru literatury, którą - według mnie - warto się dzielić z innymi, oraz możliwość dążenia do formy, która wydaje się najlepsza dla tej literatury. Stawiam sobie najwyższe wymagania. Staram się, żeby publiczność zyskała coś takiego, co będzie dla niej nowe, co będzie jakimś rodzajem objawienia w dziedzinie treści lub formy. Chcę, by to publiczność wspinała się na palce do tej literatury, a nie żebym ja kłaniał się w pas tandetnym gustom.

A nie obawia się Pan, że z tego powodu przyjdzie mniej osób?
- Najczęściej było tak, że tzw. wyższa sztuka wynikała z głębokiej potrzeby artysty, powstawała w zgodzie z jego sumieniem. Artysta nie tworzy sztuki po to, żeby za wszelką cenę podobać się publiczności. Niestety, w tej chwili bożkiem jest oglądalność. Nieważne, żeby trafić do ludzi z jakimś gustem, wrażliwością - ważne, żeby było ich dużo. A jak jest ich dużo, o! - to sztuka jest coś warta. Jakość ustępuje przed ilością, szczególnie w telewizji.

W ten sposób wypaczane są gusta młodego pokolenia widzów i koło się zamyka.
- Wiadomo, że jeżeli na scenie wystawiana jest tandeta i wszyscy biją brawo, to młodzież, jeśli jest nieświadoma i dopiero się kształci, również bije brawo. Być może właśnie w ten sposób kształtują się złe gusta. Ale przecież teatr to nie jedyny sposób na kształcenie młodzieży. Nic nie zastąpi dobrej książki, która - według mnie - jest podstawowym źródłem przeżycia estetycznego czy filozoficznego.

Kiedy ostatnio zdarzyło się Panu widzieć dobrą sztukę teatralną?
- Nie tak dawno oglądałem "Skarpetki opus 124" w Teatrze Telewizji w reżyserii Macieja Englerta z Wojciechem Pszoniakiem i Piotrem Fronczewskim. Było to zagrane znakomicie i z ogromnym poczuciem humoru. Właśnie ta inscenizacja jest dobrym punktem odniesienia do tego, co jest jeszcze pozytywnego w sztuce. Jeszcze Polska teatralna nie zginęła, póki są takie wydarzenia jak to.

Niedawno podpisał się Pan pod listem otwartym przedstawicieli środowisk artystycznych i naukowych w obronie Telewizji Trwam. Został on opublikowany tuż po tym, jak reprezentanci tzw. Salonu wsparli KRRiT i rząd w dyskryminacyjnych praktykach wobec katolickiej telewizji.
- Wydaje mi się, że ci ludzie, choć mają usta pełne słów o tolerancji i demokracji, reagują ze słabo skrywaną wrogością wobec nie ich punktu widzenia. Lękają się, zatroskani o własne status quo. Lękają się Telewizji Trwam. To nasze prawo, w demokracji nie może być monopolu na informację, monopolu spojrzenia na politykę, sprawy religijne czy społeczne. Telewizja Trwam ma do zaproponowania coś innego niż inne media, jak chociażby pielgrzymki papieskie, których nie można obejrzeć nigdzie indziej, katechezy czy Msze św. z udziałem wspaniałych duszpasterzy. To się katolickiemu w większości społeczeństwu po prostu należy.

Marsze to dobry sposób na wywalczenie tego prawa?
- Jak powiedział szef "Solidarności" Piotr Duda, jeżeli nie ma możliwości wynegocjowania czegoś w tak zwanym demokratycznym kraju, to trzeba szukać jakiejś innej formy zamanifestowania swoich poglądów i potrzeb. W każdej demokracji wyjście na ulicę jest ostatecznością, ale w tym przypadku nie ma innej możliwości. Na dodatek cały czas mamy do czynienia z przekłamaniami - za przykład może posłużyć kwietniowy Marsz w obronie Telewizji Trwam w Warszawie, w którym wzięło udział nie dwadzieścia tysięcy, jak to podawała większość mediów, ale blisko sto dwadzieścia tysięcy manifestujących. Tak więc na każdym kroku widać zniekształcanie rzeczywistości służące obronie własnego punktu widzenia. Ci, którzy występują wobronie Telewizji Trwam i Radia Maryja, chcą mieć dostęp do pełnej prawdy. Są to media opozycyjne z konieczności, ponieważ gadające głowy w innych stacjach telewizyjnych i radiowych bardzo często zbyt powierzchownie podchodzą do różnych polemicznych spraw. W Radiu Maryja i Telewizji Trwam jest czas na głęboką i wszechstronną analizę problemu, której dokonują politycy opozycyjni zakrzykiwani i "zatupywani" w innych mediach.

Radio Maryja wypełnia też pewną lukę w zapotrzebowaniu na kulturę wysoką w mediach. Czy według Pana, robi to skutecznie?
- Od dwóch lat dopiero słucham regularnie Radia Maryja. Jest mi teraz niezbędne. Modlę się, uczę się, polemizuję w myślach z niektórymi wypowiedziami. Czuję pewien niedosyt w dziedzinie literatury filozoficzno-religijnej. Przydałoby się może takie okienko pośród innych propozycji.

W środowisku artystycznym jest dzisiaj wolność słowa?
- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ ostatnio nie konfrontowałem się z żadną taką sytuacją, gdy na przykład jako reżyser chciałem wystawić jakąś sztukę, ale miałem z tym problem, ponieważ jej autor jest "na indeksie". A prawdopodobnie do takich należą dziś np. Waldemar Łysiak czy Jarosław Marek Rymkiewicz. Dostęp tych autorów do mediów faworyzowanych przez rządzących jest albo utrudniony, albo wręcz niemożliwy. Istnieje jakaś cicha cenzura, tzn. ludzie o poglądach niezgodnych z poglądami "redaktora naczelnego" nie są mile widziani, są zwalniani z pracy. To przypomina dawne, PRL-owskie czasy, jakieś zachłyśnięcie się władzą i nacisk, żeby życie opisywać na kolorowo, a kłopoty rządu tłumaczyć kryzysem lub błędami poprzedników.

W kulturze też nie można więcej i lepiej, bo jest kryzys?
- Żyjemy w czasach, w których sztuka jest na samym końcu, jeśli chodzi o zainteresowanie ze strony rządzących. O przedstawicielach sztuki przypominają oni sobie co cztery lata, przed wyborami, aby móc podeprzeć się ich twarzami. Natomiast na co dzień jest z tym bieda. Przecież sztuka wysoka na ogół nie obroni się bez sponsora narodowego. Sztuka to jedna z najważniejszych wizytówek, jakie ma naród. Oczywiście bardzo ważne jest również to, czy obywatelom wiedzie się dobrze w sensie ekonomicznym. Ale przecież nie ilość wyprodukowanych lodówek czy traktorów decyduje o jego tożsamości, ale osiągnięcia artystyczne i naukowe. Są to wartości, które przetrwają wieki, decydujące o tym, że jeden naród jest na ustach innych. Oczywiście bywało i tak, że samotny artysta, który nie dojadał, tworzył arcydzieło. Ale żeby wystawić operę czy zrobić film, trzeba się uciec do wsparcia przez narodowego czy samorządowego sponsora. Naprawdę, nie samym Euro 2012 żyje Naród.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 07 cze 2012, 14:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Znany piłkarz wspiera akcję Krucjaty Młodych

Robert Lewandowski: nie wstydzę się Jezusa!

Szczere wyznanie napastnika reprezentacji Polski! Do akcji „Nie wstydzę się Jezusa” dołączył typowany na gwiazdę rozpoczynającego się turnieju Euro 2012 – Robert Lewandowski. Najlepszy polski piłkarz bez kompleksów mówi o znaczeniu wiary w jego życiu, zarówno zawodowym, jak i prywatnym.

- We współczesnym świecie wszystko idzie bardzo szybko, nieraz zapominamy o naszych wartościach i o tym, co tak naprawdę jest dla nas najważniejsze. Dlatego też ta wiara pomaga mi na boisku, ale też i poza nim, aby być po prostu dobrym człowiekiem i popełniać jak najmniej błędów – wyznaje popularny „Lewy”.

Zobacz świadectwo Roberta Lewandowskiego:



Piłkarz wypowiedział powyższe słowa w trakcie ostatniego etapu przygotowań reprezentacji Polski przed Mistrzostwami Europy, które w piątek 8 czerwca rozpoczynają się w Polsce i na Ukrainie.

Wyznanie wiary Lewandowskiego to kolejne świadectwo w kadrze Franciszka Smudy. Oprócz niego, akcję „Nie wstydzę się Jezusa” oficjalnie poparł pomocnik Jakub Błaszczykowski. Wielu innych piłkarzy polskiej reprezentacji w licznych wywiadach podkreśla swoją przynależność do Kościoła Katolickiego. Nie ukrywa tego również trener Smuda, którego można spotkać na Mszach świętych odprawianych w krakowskiej Kolegiacie św. Anny.

http://www.pch24.pl/robert-lewandowski- ... 214,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 08 cze 2012, 07:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Brak sacrum zubaża kulturę

Zniknięcie sacrum nieuchronnie zubaża kulturę - powiedział Benedykt XVI w czasie Mszy św. poprzedzającej tradycyjną procesję Bożego Ciała ulicami Rzymu. Wieczorem sprzed Bazyliki św. Jana na Lateranie przeszła ona do Bazyliki Matki Bożej Większej.

W homilii poprzedzającej rzymską procesję Bożego Ciała Ojciec Święty zwrócił uwagę na potrzebę refleksji na temat wartości kultu eucharystycznego, a zwłaszcza adoracji Najświętszego Sakramentu. Zaznaczył, iż Sakrament Miłości, jakim jest Eucharystia, powinien przenikać nasze codzienne życie. Nie może się ograniczyć tylko do wymiaru przeżywania samej Mszy Świętej. Takie podejście grozi nam "ogołoceniem czasu i przestrzeni" z obecności Boga w naszym życiu. - Błędem jest przeciwstawianie celebracji i adoracji, jak gdyby ze sobą konkurowały - wskazał Benedykt XVI. Zaznaczył, że kult Najświętszego Sakramentu stanowi jakby "środowisko duchowe", w którym wspólnota może sprawować Eucharystię dobrze i w prawdzie. Dodał, że chwile "czuwania eucharystycznego przygotowują sprawowanie Mszy św., przygotowują serca na spotkanie tak, że staje się ono jeszcze bardziej owocne". Ojciec Święty zaznaczył, że długie przebywanie razem w ciszy przed Panem obecnym w Najświętszym Sakramencie jest jednym z najbardziej autentycznych doświadczeń naszego bycia Kościołem, "które komplementarnie idzie w parze ze sprawowaniem Eucharystii, gdy słuchamy Słowa Bożego, śpiewamy, przystępujemy wspólnie do stołu Chleba Życia". Podkreślił, że nie można oddzielać komunii i kontemplacji. Wyjaśniając tę zależność, Ojciec Święty mówił: - Aby komunikować się naprawdę z inną osobą, muszę ją znać, umieć stać w milczeniu obok niej, słuchać jej, patrzeć na nią z miłością. Prawdziwa miłość i prawdziwa przyjaźń zawsze żyją tą wymianą spojrzeń, intensywnym milczeniem, wymownym, pełnym szacunku i czci, tak by spotkanie było przeżywane głęboko, w sposób osobowy, a nie powierzchownie.
Papież przestrzegł, że sama Komunia sakramentalna może stać się z naszej strony powierzchownym gestem. Natomiast w prawdziwej komunii, przygotowanej przez "rozmowę modlitwy i życia, możemy wypowiedzieć Panu słowa zaufania, takie jak niedawno powtórzone w psalmie responsoryjnym: "Jam sługa Twój, syn Twej służebnicy. Ty rozerwałeś moje kajdany. Tobie złożę ofiarę pochwalną i wezwę imienia Pana"".

MJ, KAI

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 17 lip 2012, 21:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Mirosław Salwowski (cristiada3@wp.pl)

Paulo Coelho - herezje w mistycznym wydaniu

Od początku l. 90 - tych XX wieku tryumfy na światowych rynkach księgarskich święci twórczość brazylijskiego pisarza Paula Coelho. Do 2003 roku, napisane przez niego książki, zostały wydane w 140 krajach, przetłumaczone na 56 języków, a ich łączny nakład wyniósł ok.50 milionów egzemplarzy. Można powiedzieć, iż tym czym ostatnio dla dzieci stały się przygody Harry'ego Pottera, tym są dla rzesz młodzieży i dorosłych powieści Coelho. Wychodzące spod jego pióra książki trafiają na czołówki bestsellerów, stając się dla naukowców przedmiotem socjologicznych i kulturoznawczych dyskusji, a dla milionów zwykłych czytelników skarbcem mądrości oraz rad, którymi należy kierować się w życiu. Paulo Coelho jest dziś doradcą UNESCO, a w latach 1998 - 2004 był gościem specjalnym Światowego Szczytu Ekonomicznego w Davos, gdzie w 2000 roku został uhonorowany prestiżową nagrodą "Crystal Award 99". Moda na książki tego brazylijskiego pisarza, dotarła też do Polski. Od 1995 roku, wydano u nas 8 książek jego autorstwa (jeśli doliczyć do tego zbiór przeprowadzonych z nim wywiadów będzie ich 9), których sprzedano póltora miliona egzemplarzy. Sam Coelho gościł w naszym kraju pięciokrotnie, a na spotkania z nim przychodziło tysiące fanów, gotowych stać nawet na mrozie, by tylko otrzymać dedykację swego ulubionego autora. Prawdziwą furorę w Polsce, robi, określana już mianem "kultowej" książka pt. "Alchemik", której wysprzedano ok. 450 tyś egzemplarzy, a w 2001 roku zostało ona wprowadzona nawet do szkół jako lektura uzupełniająca (z kolei Hollywood planuje jej ekranizację).
Jako, że pisarstwo Paula Coelho dociera do setek milionów ludzi na całym świecie - przyjmując, iż jedna wykupiona książka jest czytana przez 4 - 5 osób, można szacować, iż jego powieści czytało ok. 6 mln Polaków i ponad 200 mln ludzi w innych krajach - warto zatrzymać się przez chwilę nad sylwetką tego twórcy, orz przesłaniem jakie wyłania się z jego działalności.


Od satanizmu do katolicyzmu?

Ów brazylijski pisarz urodził się 24 sierpnia 1947 roku, w Rio de Janeiro, w pobożnej katolickiej rodzinie. Od 7 roku życia mały Paulo był wychowywany przez jezuitów w szkole im. św. Ignacego Loyoli. W okresie dorastania pragnął zostać aktorem, mimo sprzeciwu rodziców, którzy w tym środowisku zawodowym widzieli sporo moralnego zepsucia i degeneracji. Na tym tle popadł w ostry konflikt z rodzicami. W miarę dorastania młody Coelho coraz bardziej wyobcowywał się z gorliwie chrześcijańskiej atmosfery domu rodzinnego i klasztornej szkoły. Zaczął upijać się, brać narkotyki (jak sam to określa w "dawkach dla konia"), praktykował rozpustę (nie wyłączając nawet eksperymentów z homoseksualizmem). Jednocześnie, z zamiłowaniem wczytywał się w dzieła propagujące życie wyzwolone od wszelkich zasad, autorstwa m.in.; takich osób jak Aleister Crowley, czołowego teoretyka satanizmu, który sam o osobie mówił z dumą, jako o "najbardziej zdeprawowanym człowieku świata". Zafascynowany filozofią Crowleya, w końcu lat 60 - tych ub. stulecia, Coelho przystąpił do grupy "Alternatywne społeczeństwo", której celem było kontestowanie tradycyjnych cnót chrześcijańskich, promowanie okultyzmu i totalnej anarchii, a zwłaszcza zachwalanie libertynizmu seksualnego. Działalność Coelho i ugrupowania z którym był związany wzbudziła niepokój, rządzącej wówczas Brazylią, dyktatury o prawicowych tendencjach, co skończyło się jego aresztowaniem i torturami, jakim był poddawany w wojskowym wiezieniu. To doświadczenie, znacznie ostudziło rewolucyjne zapędy młodzieńca, tak że w wieku 26 lat porzucił on swą ultralewicową działalność, a zamiast tego zajął się pracą w jednym z wydawnictw muzycznych. Początków obecnej drogi życiowej Paula Coelho należy doszukiwać się w 1979 r., kiedy to podczas pobytu w dawnym obozie koncentracyjnym w Dachau miał tajemnicze widzenie zjawy pod postacią mężczyzny. Dwa miesiące po tym niezwykłym wydarzeniu, przyszły pisarz ponownie ujrzał owego mężczyznę, który tym razem zachęcił go, by powrócił do katolicyzmu i odbył pieszą pielgrzymkę dawnym średniowiecznym szlakiem do hiszpańskiego sanktuarium Santiago de Compostela. Jak twierdzi Coelho, ów osobnik należy do tajemnego zakonu katolickiego i stał się jego duchowym przewodnikiem. W roku 1987 Paulo Coelho pisze swą pierwszą książkę "Pielgrzym", będącą opisem duchowych doświadczeń nabytych w czasie wędrówki do Santiago de Compostela. Od tego czasu, na łamach książek, oraz za pośrednictwem licznych wypowiedzi udzielanych mass mediom, Coelho kreuje się na żarliwie katolickiego pisarza. Jak mówi; definitywnie zerwał z satanizmem i narkotykami, uznaje wszystkie dogmaty wiary katolickiej, zaś wszystkie swe książki poprzedza cytatami z Pisma świętego albo kościelnymi modlitwami, tj. "Zdrowaś Maryjo". Pisarz ten uważa również, iż to za jego sprawą, odrodził się ruch pielgrzymkowy do Santiago de Compostela, albowiem zanim opublikował swe refleksje związane z pielgrzymką do tego sanktuarium, przez lata niemal nikt nie odwiedzał owego miejsca, a dziś pielgrzymuje tam setki tysięcy ludzi.
Czy mamy zatem do czynienia ze św. Pawłem Apostołem naszych czasów, który porzucając libertynizm i satanizm, poświęcił się apostołowaniu prawdziwie katolickiej mistyki? Czy dusze milionów gorliwych czytelników jego książek są karmione zdrowym duchowym pokarmem, który może pomóc im odnaleźć autentyczny spokój i radość w chaosie współczesnego świata?

Trucizna w ładnym opakowaniu

Oczywiście, powinniśmy doceniać i błogosławić wszelkie dobro, jakie się pojawia. Nie można też za wszelką cenę, wszędzie doszukiwać się zła. Nie wolno przyjmować postawy węży, które swym jadem próbują zepsuć najzdrowsze rzeczy, a podobnie postępuje każdy kto trucizną swych podejrzeń jako złe tłumaczy nawet najszlachetniejsze uczynki i intencje bliźnich. Z drugiej strony, nie od dziś wiadomo, iż szatan jest bardzo inteligentnym oraz przebiegłym stworzeniem, inspirowane przez siebie zło potrafi on przykryć pozorami dobra. Diabeł na wzór tępiciela szczurów, nie podaje swej duchowej strychniny w czystej i nierozcieńczonej postaci, ale umieszcza ją w środku zdrowej oraz pożywnej potrawy. Nie bez powodu Ojcowie Kościoła mawiali, że szatan jest małpą Pana Boga. Biblia wielokrotnie ostrzega nas przed takim podstępnym działaniem demonów mówiąc o: fałszywych apostołach, pracownikach zdradzieckich, którzy tylko przybierają postać apostołów Chrystusowych ( 2 Kor 11, 13 - 14), ludziach przekręcających ewangelię Chrystusową (Gal 1, 6 - 7), fałszywych prorokach i fałszywych mesjaszach (Mk 13, 22), osobach kłamliwie prorokujących w Imię Boże (Jer 14, 14), wilkach przychodzących w owczym odzieniu. Fałsz ubrany w szaty mistyczno - religijnych uniesień, albo filozoficznych, stanowi wielkie niebezpieczeństwo, albowiem będzie on bardzo urzekający dla ludzi poszukujących prawdziwej duchowości, którzy z dala będą trzymać się od przesiąkniętych kultem pieniądza, seksem i brutalnością, filmów, książek czy spektakli. Dość już szkody wyrządzili pobożnym katolikom różni fałszywi mistycy, by wspomnieć choćby tylko o Vassuli Rydden czy Anthony'm de Mello, aby móc zakrywać oczy na herezje i fałszywe doktryny skrywane pod płaszczem duchowości.
Twórczość Coelho jest właśnie takowym klasycznym, wręcz podręcznikowym przykładem, zwiedzenia pod pozorami dobra. Książki tego pisarza zawierają wiele rad, refleksji i pouczeń, które mogą być uznane za pożyteczne oraz zdrowe, choć trzeba dodać, iż są one sformułowane tak ogólnikowo, że mogą być interpretowane na wiele sposobów, przez co ludzie najróżniejszych światopoglądów i religii potrafią się z nimi zgodzić, nie korygując niczego ze swych dotychczasowych przekonań. Choćby ten sam fakt, winien skłonić nas do ostrożności wobec Coelho. Jeden z największych kapłanów katolickich - św. Jan Maria Vianney podczas egzorcyzmów usłyszał od demona następujące wyznanie: Jak bardzo podobają mi się te ogólnikowe kazania wielkomiejskich kaznodziei, które nikomu nie wadzą. Szatan dodał też, iż bardzo nienawidzi Proboszcza z Ars za jego bardzo konkretne kazania. Istotnie, tradycyjna chrześcijańska duchowość daleka jest od powtarzania miałkich banałów, za co skupia się na jasnym odróżnianiu dobra od zła, nazywaniu prawdy i kłamstwa po imieniu, tak by nie było wątpliwości co jest grzechem, a co cnotą. Powtarzanie miło brzmiących ogólników i hasełek, nie może przynieść dużo dobra, a w dalszej perspektywie sprzyja tylko usypianiu sumień. Gdyby jednak problem z Coelho polegał tylko na tym, iż jego pisarstwo jest wypełnione jedynie takimi banalnymi sformułowaniu, mimo wszystko, nie należałoby wszczynać alarmu, a książki te można by uznać, choć za mało wartościowe, to jednak przynajmniej nie za groźne i zabójcze dla dusz. Prawdziwe niebezpieczeństwo kryjące się za tym sławnym brazylijskim pisarzem to fakt, iż w gąszczu banałów i ogólników czyhają, wrogie tradycyjnej doktrynie katolickiej, prawdziwe herezje, błędy, oraz bluźnierstwa, które Coelho propaguje za pośrednictwem książek i udzielanych przez siebie wywiadów. Przyjrzyjmy się teraz tym najbardziej rzucającym się w oczy fałszom.

Jednym z takowych jest pochwała, jaką Coelho obdarza magię. Twierdzi on, że jego duchowy przewodnik (owa zjawa, która objawiła mu się w Dachau), prócz zachęt do ponownego przyjęcia wiary katolickiej, poradził mu też zwrócenie się "dobrą stronę magii". Autor światowych bestsellerów posłuchał owego tajemniczego osobnika i dziś twierdzi, że jest magiem odrzucającym "czarną magię", w odróżnieniu od "białej magii", która ma nieść dobro ludziom (zobacz: Juan Aries, "Zwierzenia pielgrzyma - rozmowy z Paulem Coelho", Warszawa 2003, s. 99 - 100). Można spytać się, czy podający się za katolika Coelho zna ustępy w Pisma świętego, w których Bóg nazywa wszelkie czary obrzydliwością? Czy zdaje sobie sprawę z nauki Kościoła, która bardzo jasno uczy, iż: wszystkie praktyki magii i czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągnąć nadnaturalną władzę nad bliźnim - nawet w celu zapewnienia mu zdrowia - są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności (KKK 2117)?

Bardzo groźna jest również koncepcja Boga, którą proponuje Coelho. Na zadane pytanie: Kim jest dla ciebie Bóg?, odpowiada on: Doświadczeniem wiary. Niczym więcej. Uważam, że próba definicji Boga jest pułapką. Zadano mi już to pytanie na spotkaniu autorskim i odpowiedziałem: «Nie wiem. Bóg nie jest dla mnie tym samym, czym jest dla ciebie», i publiczność zaczęła bić brawo. Właśnie to czują ludzie, że nie istnieje Bóg, który pasuje wszystkim, bo to jest bardzo indywidualne (patrz: jw., s. 34). Choć Pan Bóg jest dla ludzi pewną tajemnicą, albowiem nasz rozum i zmysły nie ogarniają Jego wielkości, mądrości, dobroci oraz potęgi, to jednak poglądy mówiące, iż nie można o Stwórcy powiedzieć niczego pewnego do tego stopnia, że wszystko w tej dziedzinie stanowi tylko kwestię indywidualnych, subiektywnych uczuć albo doświadczeń, są czystą herezją. Przecież to sam Pan Bóg wielokrotnie objawiał się ludziom mówiąc im o Swych cechach i charakterze. Sobór Watykański I potępił jako sprzeczne z wiarą katolicką opinie, iż jednego i prawdziwego Boga, Stwórcę i Pana naszego, nie można poznać ze stworzeń w sposób pewny przy pomocy naturalnego światła rozumu, oraz, że jest rzeczą niemożliwą albo niewskazaną, ażeby człowiek został pouczony przez Objawienie Boże o Bogu i czci jaką powinien mu oddać (kanon 1 i 2). Tenże Sobór poucza też: Temu objawieniu Bożemu należy przypisać, że to, co wśród rzeczy Boskich przez się jest niedostępne rozumowi ludzkiemu, także w obecnym stanie rodzaju ludzkiego wszyscy mogą poznać łatwo, z wielką pewnością i bez domieszki błędu (Konstytucja Dei Filius). To agnostyczne i modernistyczne pojmowanie Boskości prowadzi Coelho do propagowania swego rodzaju panteizmu. Najmocniej jest to widoczne w powieści "Alchemik" (Warszawa 1995). Książka ta opowiada o wędrówce pewnego młodzieńca, który pośród różnorakich przygód oraz doświadczeń odnajduje sens życia i prawdę o wszechświecie. Cóż ma być ową prawdą? Mówi nam o tym narracja i niektóre dialogi zawarte w "Alchemiku" : «Wszystko jest jednym» - pomyślał młody człowiek (...) Pamiętaj o tym, co już ci mówiłem: ten świat jest jedynie widzialną częścią Boga (...)I znam też Duszę Świata, bo prowadzimy ze sobą długie rozmowy podczas wędrówki bez końca po orbicie. Powiedziała mi, że największym jej zmartwieniem jest to, że tylko minerały i rośliny pojęły, że wszystko jest jedną i tą samą Rzeczą (...) Młodzieniec zanurzył się w Duszy Świata i ujrzał, że Dusza Świata jest częścią Duszy Boga, a Dusza Boga jest jego własną duszą. I odtąd mógł czynić cuda. W dobie wszechobecnego materializmu i hedonizmu, wszystko to może wyglądać na bardzo piękne i uduchowione, jednak takie tezy już dawno zostały odrzucone przez doktrynę katolicką. Bł. Pius IX w "Syllabusie" piętnuje następującą opinię: Nie istnieje żadne najwyższe, najmędrsze opatrznościowe Bóstwo, odrębne od wszystkich rzeczy tego świata. Bóg jest tym samym, czym jest natura rzeczy, i dlatego podlega zmianom. Bóg rzeczywiście rodzi się w człowieku i w świecie; zatem wszystko jest Bogiem i ma udział w najrzeczywistszej substancji Boga, jednym i tym samym są Bóg i świat, a więc duch i materia, konieczność i wolność, prawda i fałsz, dobro i zło, sprawiedliwość i niesprawiedliwość (1). Z agnostycyzmem, modernizmem i panteizmem, krok w krok, maszeruje obojętność religijna, z której autor "Alchemika" czyni niemal swój sztandar. Największym niebezpieczeństwem na drodze duchowych poszukiwań są guru, mistrzowie, fundamentalizm, to co nazwałem wcześniej duchową globalizacją. Kiedy ktoś mówi: Bóg to jest albo tamto; Mój Bóg jest potężniejszy niż twój (...) Tak wybuchają wojny (patrz: "Zwierzenia pielgrzyma", s. 25). Pojmuję religię jako sposób wspólnego «oddawania czci» a nie posłuszeństwo. To dwie zupełnie różne sprawy. Można czcić Buddę, Allacha, Boga, Jezusa, kogokolwiek. Ważne jest, że w jednej chwili grupa ludzi łączy się z tajemnicą, czujemy się bardziej zespoleni, bardziej otwarci na życie, rozumiemy że nie jesteśmy samotni w świecie, że nie żyjemy sami. Tym właśnie dla mnie jest religia, a nie jakimś zbiorem zasad i przykazań narzuconych przez innych (patrz: jw., s. 25 - 26). Trzeba kultywować ideę tolerancji, która mówi, że jest miejsce dla wszystkich w sferze religii, polityki czy kultury. Że nikt nie powinien nam narzucać swojej wizji świata. Jak mówi Jezus: « W domu Ojca mego jest mieszkań wiele». Nie ma powodu, byśmy wszyscy gnieździli się na jednym piętrze czy mieli te same poglądy. Bogactwo jest w wielości, w różnorodności. Inaczej to faszyzm! Fundamentalizm spycha nas w mroki najgorszego zacofania z przeszłości. Trzeba otwarcie głosić, że można być ateistą, muzułmanem, katolikiem, buddystą czy agnostykiem i nie stanowi to żadnego problemu. Każdy jest panem swojego sumienia (patrz: jw., s. 77). Wszystkie drogi prowadzą do tego samego Boga. My mamy swoją drogę, to nasz wybór, ale tych dróg jest sto lub dwieście (patrz: jw., s. 185). Nie mówię, że katolicyzm jest lepszy czy gorszy niż inne religie, ale to moje korzenie kulturowe, moja krew (patrz: jw., s. 26). Takie poglądy, nie dziwią gdy wypowiadane są przez człowieka twierdzącego, iż "próba definicji Boga jest pułapką", "wszystko jest jednym", a "świat jest częścią Boga". Jeśli tak się rzeczy mają, to istotnie wszystko jedno, czy oddaje się hołd Panu Jezusowi, czy też bije się pokłony drzewom, kamieniom, posążkom Buddy, "świętym" szczurom, krowom, bogactwu, przyjemnościom czy cielesnym żądzom. Wówczas rzeczywiście nie moglibyśmy odróżniać prawdy od herezji, cnoty od nieprawości, i wszystko byłoby drogą do Królestwa Niebieskiego. Całe szczęście istnieje Objawienie Boże i Magisterium Kościoła, które je przechowuje, dzięki czemu możemy rozpoznać jak bardzo poglądy Paula Coelho są błędne i okropne. Jeśli prawdą byłby promowany przez tego pisarza indyferentyzm religijny, to za "faszystowskie" i "fundamentalistyczne" trzeba by uznać choćby takie fragmenty Biblii jak: Kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony (Mk 16, 16), Bez wiary zaś nie podobna jest podobać się Bogu (Hebr 11,6), Wszyscy bogowie pogan to demony (Psalm 95), Nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie (J 14,6), I nie ma w nikim innym (jak w Jezusie Chrystusie) zbawienia. Nie ma bowiem innego imienia pod niebem, danego ludziom, w którym byśmy mieli być zbawieni (Dz Ap 4, 12), Ale co poganie ofiarują, czartom ofiarują, a nie Bogu ( 1 Kor 10, 20). Pan Bóg jest samą Prawdą i Świętością, dlatego brzydzi się wszelkimi herezjami, błędami i bluźnierstwami. Wyznawany przez Paula Coelho indyferentyzm religijny tradycyjna doktryna katolicka zawsze piętnowała w najostrzejszych słowach jako: bezsens (Pius VI), tragiczna i zawsze godna potępienia herezja (Pius VII), fałszywa i absurdalna maksyma, albo raczej majaczenie (Grzegorz XVI), bezbożna i absurdalna zasada, smutny błąd, wolność zguby (bł. Pius IX), droga do ateizmu (Leon XIII). Również w ostatnich czasach Stolica Apostolska napiętnowała podobne opinie: Jest sprzeczne z wiarą katolicką uznawanie różnych religii świata za drogi zbawienia komplementarne z Kościołem (...) utrzymywanie, że owe religie - rozważane w nich samych - są drogami zbawienia, nie ma podstaw w teologii katolickiej, także dlatego, że religie te zawierają pominięcia, niedostatki i błędy dotyczące podstawowych prawd o Bogu, człowieku i świecie (Dokument Kongregacji Nauki Wiary z 24 stycznia 2001). Ciekawy, jak nazwałby Coelho tych wszystkich Świętych, którzy niejednokrotnie oddawali swe życie, aby tylko wyrwać dusze ze szpon herezji, schizmy, albo bałwochwalstwa? Czy faszystą jest dla niego np.; św. Bonifacy, który pisał: Do waszej łaskawej braterskości ślę najgorętsze prośby, żebyście (...) prośbami waszej pobożności zdołali wyjednać, aby Bóg i Pan nasz Jezus Chrystus, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawienie i doszli do poznania prawdy, nawrócił do wiary katolickiej serca pogańskich Sasów, żeby zerwali sidła szatańskie, w które wpadli i nie mogą się z nich wydostać, i żeby przyłączyli się do dzieci matki Kościoła (List do współbraci w Niemczech)? A może fundamentalistą określiłby św. Pawła Miki, który przed swą śmiercią rzekł: Myślę, że skoro doszedłem do tej chwili, nikt z was nie będzie mnie podejrzewał o chęć przemilczenia prawdy. Dlatego oświadczam wam, że nie ma innej drogi zbawienia poza tą, którą podążają chrześcijanie. Ponieważ ona uczy mnie wybaczać wrogom oraz wszystkim, którzy mnie skrzywdzili, dlatego z serca przebaczam królowi, a także wszystkim, którzy zadali mi śmierć i proszę ich, aby zechcieli przyjąć chrzest (Słowa do prześladowców)?
Herezje w dziedzinie religii, często pociągają za sobą również wypaczenia w sferze moralności. Niestety ta prawidłowość sprawdza się przy lekturze Paula Coelho. W powieści "Demon i panna Prym" (Warszawa 2002) jeden z wątków opowiada o proboszczu małego miasteczka. Ów ksiądz zapytuje raz pewnego mądrego i świątobliwego biskupa (a więc postaci pełniącej w dziele rolę swoistego autorytetu i wyroczni), cóż winien czynić, by było to miłe Stwórcy, na co otrzymuje następującą odpowiedź: Skądże mam wiedzieć, co podoba się Wszechmogącemu? Czyń to, co dyktuje ci serce, a Bogu się to spodoba (tamże: s. 153). Tradycyjna doktryna katolicka, w odróżnieniu od tego fikcyjnego, książkowego hierarchy, uczy jednak, iż Pan Bóg objawił nam swe przykazania i prawa, które obowiązują zawsze i wszędzie. Nawet czyjeś subiektywne przekonanie o dobroci jakiegoś czynu, nie przemienia go automatycznie w "miły Bogu": Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (Jan Paweł II, "Veritatis splendor" 81). Jeśli czyny są same z siebie grzechami, jak na przykład kradzież, cudzołóstwo, bluźnierstwo, lub tym podobne, to któż ośmieliłby się twierdzić, że gdy dokonane zostają dla dobrych powodów, nie są już grzechami lub - co jeszcze bardziej nielogiczne - są grzechami usprawiedliwionymi? (św. Augustyn, "Contra mendacium"). Gdy nie istnieją uniwersalne i absolutne normy moralne, trudno się dziwić, iż grzech śmiertelny zaczyna być postrzegany jako droga prowadząca do szczęścia, radości i spokoju ducha. Paulo Coelho, właśnie w ten sposób ukazuje czyny oraz myśli przeciwne cnocie czystości i wstydliwości. W książce "Weronika postanawia umrzeć" (Warszawa 2003) opowiedziana jest historia chorej psychicznie niewiasty - Weroniki, która nie może odnaleźć sensu i radości życia. To wszystko zmienia się z chwilą, kiedy Weronika w czasie pobytu w szpitalu psychiatrycznym obnaża się i onanizuje przed jednym z pacjentów - Edwardem. Masturbacji towarzyszą perwersyjne fantazje seksualne, w których Weronika odbywa stosunki seksualne z wieloma kobietami i mężczyznami jednocześnie. W ten sposób Weronika odzyskuje prawdziwe szczęście i spokój duszy, udzielając go jednocześnie obserwatorowi swych nieczystych praktyk: Edward przez cały czas stał nieruchomo, ale coś w nim zdawało się odmienione: w jego oczach malowała się czułość. « Było mi tak cudownie, że potrafię dostrzec miłość wszędzie, nawet w oczach schizofrenika» (tamże: s. 142 - 143), Choć spotkała (dotąd) wielu mężczyzn, to jednak nigdy nie dotarła do granic swych najskrytszych pragnień (...) Och, gdyby tak każdy mógł poznać swoje wewnętrzne szaleństwo i żyć z nim! Czy świat byłby przez to gorszy? Nie, ludzie byliby sprawiedliwsi i bardziej szczęśliwi (tamże: s. 143), Było jej lekko na duszy, nawet przestał ją dręczyć strach przed śmiercią. Przeżyła to, co zawsze ukrywała sama przed sobą. Doświadczyła rozkoszy dziewicy, prostytutki, niewolnicy i królowej (s. 144 - 145).Gdy Weronika zwierza się ze swych przeżyć koleżankom, otrzymuje takie oto porady: Popatrz mi prosto w oczy i zapamiętaj to, co ci powiem. Istnieją tylko dwie zakazane rzecz - jedna przez ludzkie prawo, druga przez boskie. Nigdy nie zmuszaj nikogo do stosunku - bo to jest uznawane za gwałt. I nigdy nie próbuj tego z dziećmi, bo to największy z grzechów. Poza tym, jesteś wolna. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pragnie dokładnie tego samego, co ty (s. 144), Są ludzie, którzy przez całe życie czekają na chwilę, którą ty przeżyłaś wczorajszej nocy, i nie odnajdują jej. Dlatego, jeśli przyjdzie ci umrzeć teraz, umieraj z sercem pełnym miłości (s. 172).Gloryfikację obrzydliwości seksualnych niesie również, najnowsza, w Polsce wydana w końcu kwietnia b. roku, powieść Paula Coelho pt. "Jedenaście minut". Książka ta, nieraz w pornograficzny sposób, relacjonuje zawodowe perypetie pewnej prostytutki o imieniu Maria. Najgorsze w tej powieści jest jednak to, iż cudzołóstwo oraz dewiacje są tu otaczane aurą świętości. Przykładowo, seksualny sadomasochizm jest przyrównywany do praktyk pokutnych stosowanych przez wielu Świętych, tj. samobiczowania, noszenia włosiennicy, itp. W jednej, z końcowych scen opisany jest, z najbardziej ohydnymi szczegółami, stosunek seksualny Marii ze swym kochankiem, po czym następuje chwila, w której kochanek mówi: Niech będzie błogosławiona kobieta, którą tak bardzo kocham, a następnie odczytuje wspólniczce swego grzechu obszerne fragmenty Księgi Koheleta. Jakże daleko autor książek "Weronika postanawia umrzeć" i "Jedenaście minut" odszedł od tradycyjnego nauczania katolickiego, które mówi: Lecz uczynki ciała są jawne, są nimi nierząd, nieczystość, bezwstyd (...) a o nich powiadam wam, jak przedtem mówiłem, że ci, co takie rzeczy czynią, królestwa Bożego nie dostąpią (Gal 5, 19 - 21), to bowiem wiedzcie i rozumiejcie, że żaden rozpustnik, albo nieczysty, albo chciwiec, to znaczy bałwochwalca nie ma dziedzictwa w królestwie Chrystusowym i bożym. Niech was nikt nie zwodzi próżnymi słowy: dla tych bowiem przychodzi gniew Boga na synów niedowiarstwa (Ef 5, 5-7). A ja wam powiadam, że każdy, który patrzy na niewiastę, aby jej pożądał, już ją scudzołożył w sercu swoim (Mt 5, 28), Ciało zaś nie jest dla wszeteczeństwa, lecz dla Pana, a Pan dla ciała. Czy nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusowymi?... Uciekajcie przed wszeteczeństwem. Wszelki grzech, jakiego człowiek się dopuszcza, jest poza ciałem; ale kto się wszeteczeństwa dopuszcza, ten grzeszy przeciwko własnemu ciału (1 Kor 6, 13,15, 18), O nierządzie zaś i wszelkiej nieczystości albo chciwości niechaj nawet mowy nie będzie wśród was, jak przystoi świętym (Ef 5,3). Za to jak bardzo poglądy Paula Coelho zgadzają się z przekonaniami Antora Szandora La Veya- założyciela "Kościoła Szatana" i autora "Biblii Szatana", który w swym "dziele" deklaruje: Szatan reprezentuje zaspokajanie żądz zamiast wstrzemięźliwości (...)Satanizm toleruje wszystkie rodzaje zachowań seksualnych, które należycie zaspokajają twoje indywidualne żądze - możesz być heteroseksualny, homoseksualny, biseksualny lub nawet aseksualny, jeżeli tak wybrałeś. Satanizm sankcjonuje również każdy fetysz i dewiację, które wzbogacą twoje życie seksualne dopóki biorą w tym udział osoby, które same mają na to ochotę. Twórczość Coelho doskonale też pasuje do instrukcji św. Oficjum (dzisiejszej Kongregacji Nauki Wiary) z 5 maja 1927 roku, piętnującej tych pisarzy, którzy nie wahają się: zmysłowości chorobliwej otaczać nimbem rzeczy świętych, łącząc bezwstydne uniesienia miłosne z jakąś pseudopobożnością i fałszywym mistycyzmem religijnym, jak gdyby godząc wiarę z najbezwstydniejszym jej zaprzeczeniem i cnotę z rozpustą (...) posunęli się do tego stopnia, że w książkach swych rozwodzą się nad występkami, o których apostoł nawet wspominać zakazał uczniom Chrystusa.

O innych ideach oraz postawach Paula Coelho wrogich nauce katolickiej można by jeszcze dużo pisać. Tak, czy inaczej widać jak na dłoni, że człowiek ten wciąż wierzy w sporą część rzeczy, które wyznawał za swej burzliwej młodości, kiedy to był zdeklarowanym libertynem, anarchistą i satanistą. Dziś po prostu, przedstawia je milionom swych czytelników w bardziej "grzecznej" i mniej wulgarnej formie. Czyni to jego twórczość tym bardziej niebezpieczną, albowiem w ten sposób łatwiej ona trafia do chrześcijańskich serc. Musimy zdać sobie sprawę, że agnostycyzm, modernizm, panteizm, czarnoksięstwo, obojętność religijna, relatywizm moralny, oraz libertynizm seksualny, winny być z obrzydzeniem traktowane przez każdego chrześcijanina. Dlatego do książek tego człowieka należy zastosować starą, dobrą biblijną zasadę: Uciekaj przed grzechem jak przed wężem, bo jeśli się do nich zbliżysz, ukąszą cię (Koh 21,2).

14 V 2004

http://www.krajski.com.pl/index.htm


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 23 lip 2012, 20:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Antypolonizm nasz powszechny.

Śp. Ania Walentynowicz pytana, dlaczego wybiera się do Smoleńska mimo złego stanu zdrowia, odpowiedziała, że jedzie z pielgrzymką do grobów polskich męczenników, żeby prosić o zatrzymanie kolejnego rozbioru Polski.

Od dwóch lat obserwuję z przerażeniem, ale i z pewnego rodzaju fascynacją, jak ów rozbiór, a właściwie likwidacja polskości nabrawszy tempa zbliża się ku końcowi. Około 15% dorosłej ludności opowiada się za polską kultura i tradycją, reszta albo ma wszystko w nosie, albo życzy sobie jak najszybszej tej kultury i tradycji likwidacji. Na naszych oczach powstał nowy paradygmat kulturowy i nie ma on poczciwej twarzy twórców Tygodnika Powszechnego ani nie reprezentuje sobą rzekomo europejskich wzorców GW. Nie – on ma twarz i język Palikota i Urbana. Wykrzywiony nienawiścią i tępym rechotem prostaka świński ryj. Mózg nabity stalinowską propagandą i wdrukowaną przez kolejne pokolenia zdrajców tępą zawiścią wobec „polskich panów”.

Ilość kłamstw, pomówień i ordynarnych przekrętów w przestrzeni medialnej budzi pełne niedowierzania zadziwienie. Jak to możliwe, żeby tak bezkarnie kłamać Ano możliwe, wystarczy trochę poczytać z historii sowieckiej, żeby wiedzieć, że to nic nowego, stare, sprawdzone metody – zniszczyć elity, zniszczyć edukację, odnieść się do najgorszych instynktów i wszystko można wmówić.

Smoleńsk stał się cezurą – naród wytrzymał i nie wyszedł z brukowcami na ulice No to teraz można już z nim zrobić wszystko. I tak oto historia przyspieszyła i w ciągu dwóch lat dokończono proces robienia z Polaków bezmyślnej tłuszczy zagryzającej się wzajemnie w wyścigu do koryta.

Pierwszym i najważniejszym zadaniem było zniszczenie języka i to się już udało, młodzież nie rozumie polszczyzny. Nie zna słów, nie rozumie paradoksów, nie odczytuje asocjacji – jest na poziomie pisma obrazkowego. Wiem, co mówię, bo przecież mam z tym do czynienia na co dzień. To nie jest zła młodzież – ona jest bezradna wobec propagandy i zdając sobie sprawę ze swojego niedostatku po prostu wycofuje się z życia publicznego. Wychowano już zatem całe pokolenia bezradnych niewolników.

Czym jest kultura Kultura jest wyrazem człowieka. Jest potwierdzeniem człowieczeństwa. Człowiek ją tworzy — i człowiek przez nią tworzy siebie. Tworzy siebie wewnętrznym wysiłkiem ducha myśli, woli, serca. I równocześnie człowiek tworzy kulturę we wspólnocie z innymi. Kultura jest wyrazem międzyludzkiej komunikacji, współmyślenia i współdziałania ludzi. Powstaje ona na służbie wspólnego dobra — i staje się podstawowym dobrem ludzkich wspólnot.

Kultura jest przede wszystkim dobrem wspólnym narodu. Kultura polska jest dobrem, na którym opiera się życie duchowe Polaków. Ona wyodrębnia nas jako naród. Ona stanowi o nas przez cały ciąg dziejów. Stanowi bardziej niż siła materialna. Bardziej nawet niż granice polityczne. Wiadomo, że naród polski przeszedł przez ciężką próbę utraty niepodległości, która trwała z górą sto lat — a mimo to pośród tej próby pozostał sobą. Pozostał duchowo niepodległy, ponieważ miał swoją kulturę. Więcej jeszcze. Moi kochani wiemy, że w okresie najtragiczniejszym, w okresie rozbiorów, naród polski tę swoją kulturę ogromnie jeszcze ubogacił i pogłębił, bo tylko tworząc kulturę, można ją zachować.”

Jan Paweł II



Przemówienie do młodzieży zgromadzonej na Wzgórzu Lecha 3 czerwca 1979 roku.

Zła nie wolno tolerować, bo ono wtedy wygrywa. Kłamstwo, pomówienie, plugawy język – pozostając bezkarne niszczą tkankę wspólnej kultury. Jeśli ktoś sądzi, że służąc kłamstwu będzie nagrodzony, to głęboko się myli – będzie jego pierwszą ofiarą. Jeśli ktoś myśli, że tolerancja wobec zła jest właściwym zachowaniem, już jest zła niewolnikiem (to ostatnie zdanie dedykuję zwłaszcza blogerom i administracji tego portalu).

Zło dobrem zwyciężaj - o tak, jak najbardziej. Ale cóż jest dobro Czyżby to było milczenie i wycofanie, jakieś „demokratyczne” popiskiwania Nie, dobro to czynny udział w przeciwdziałaniu złu. To totalna pogarda i nietolerancja dla zła. Ilu z nas stać na taką pogardę, na obronę prawdy w każdej sytuacji, bez względu na koszty

Kto Ty jesteś Polak mały......bardzo mały......

PS. Notka specjalna z okazji 22 lipca

http://eska.salon24.pl/435698,antypolon ... powszechny


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 29 sie 2012, 06:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Zakrzykiwanie ciszy to zakrzykiwanie sumienia

Pantomima to wyjątkowy gatunek teatru wymagający specjalnych warunków do twórczego rozwoju i funkcjonowania.

Podejmując bowiem ważny, głęboki temat o człowieku i wartościach podstawowych prezentuje go w sposób bezsłowny, używając ciszy oraz takich środków wyrazu, które są przynależne tej sztuce w jej czystym gatunku. Mówię o prawdziwej pantomimie, klasycznej. Te pragnienia odrodzenia pantonimy powracają co roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu.

Teatr z samej swej istoty należał kiedyś do kultury wysokiej. Ale to już przeszłość. Owszem, można jeszcze czasem trafić na prawdziwie wartościowy, głęboki myślowo i na odpowiednim poziomie artystycznym spektakl. Ale będzie to tylko wyjątek, któremu media nie poświęcą wiele miejsca. Bo w ramach ideologii polityki poprawnościowej promującej tzw. wielką tolerancję i co za tym idzie - nieokiełznaną wolność, hałaśliwa muzyka na scenie, wulgaryzm językowy i obrazowy, brutalizacja wartości, agresywna wizualizacja tematu (nierzadko obrazoburczego) itd., itd. mają do spełnienia konkretną funkcję.

Chodzi o zakrzyczenie ciszy, która jest przecież niezbędna do głębszej refleksji nad naszym życiem, nad istotą człowieczeństwa. Cisza pozwala zajrzeć nam w nasze sumienie. A wszystko to należy przecież do wartości duchowych, z którymi - jak widać - współczesnej kulturze zupełnie nie po drodze.

Zakrzykiwanie ciszy to zakrzykiwanie sumienia. Wiedzą o tym doskonale ci, którzy pragną stworzyć nową cywilizację oderwaną od chrześcijańskich korzeni Europy. Kultura, sztuka, teatr w osobach twórców i artystów biorą w tym dziele, a raczej antydziele, aktywny udział. Pantomima nie jest wyspą, stanowi przecież część współcześnie tworzonej kultury na świecie. Uważam, że i tak dość długo trzymała się swego kształtu źródłowego, klasycznego, podejmującego tematy duchowe człowieka. Dopiero parę lat temu zaczęły przenikać do niej zjawiska i formy obce samej istocie pantomimy, należące do antykultury.

Bez użycia słowa

W tegorocznym przeglądzie spektakli prezentowanych przez artystów z Włoch, Anglii, Niemiec, Czech i Polski nie znalazły się przedstawienia obrazoburcze, obsceniczne czy promujące rozmaite dewiacje seksualne, co - jak wiadomo - jest dziś niemal wymogiem repertuarowym na rozmaitych festiwalach. Chwała za to Bartłomiejowi Ostapczukowi, dyrektorowi festiwalu, który sam też jest aktorem mimem, choreografem, reżyserem oraz doskonałym znawcą tej wyrafinowanej sztuki. Festiwal pokazał, że powrót do pięknej, klasycznej pantomimy będzie niezwykle trudny.

Przegląd unaocznił, iż teatr mimu wprawdzie ewoluuje, ale nie w stronę pantomimy czystego gatunku. Występuje duża różnorodność form, estetyk i technik, co stanowi odbicie rozmaitych nurtów funkcjonujących obecnie na świecie.

Generalizując, można jednak powiedzieć, że kierunek, w którym najwięcej teatrów pantomimicznych podąża, to spektakle komediowe, najczęściej z użyciem klownady. Ponadto zazwyczaj mamy do czynienia z artystami uprawiającymi mimodramy solo lub z duetami, a niezwykle rzadko z zespołami.

Mało dziś można spotkać na świecie teatrów pantomimy z prawdziwym zespołem artystycznym, tak jak na przykład kiedyś był u nas doskonały, niezastąpiony do dziś, teatr Henryka Tomaszewskiego, silny przede wszystkim mimem zbiorowym. Polska pantomima ma okazję realizowania się w tym właśnie duchu zbiorowego mimu. I w tym widzę szansę na odrodzenie pantomimy prawdziwej. Oczywiście, wymaga to edukacji, czasu i ludzi z pasją, świadomych istoty tej sztuki.

Czy wiem, dlaczego milczę

Obecnie oglądamy głównie etiudy, z których nie wszystkie są opowieścią o jakimś zdarzeniu. Często jest to popis wyłącznie techniczny. Do wyjątków należy występująca solo znakomita aktorka Nola Rae z Anglii, która w swoim mimodramie "Elizabeth´s Last Stand" przedstawiła fabularną historyjkę o pewnej starszej pani, której wydaje się, że jest królową angielską. Humorystyczna rzecz, świetnie zagrana. Artystka łączy klownadę ze sztuką pantomimy, tańcem i lalkarstwem.

Solo wystąpił także artysta z Włoch Paolo Nani w spektaklu "List", w którym zaprezentował pisanie listu na wiele różnych sposobów. Typowo familijny spektakl utrzymany w konwencji komedii slapstickowej kina niemego.

Z polskich zespołów najlepszy był Wrocławski Teatr Pantomimy, który pokazał dwie sztuki: "Poławiaczy papieru" inspirowanych twórczością Franza Kafki oraz "Dom Bernardy Alba" w oparciu o dramat Federica Garcii Lorki. W pierwszej części wystąpili sami mężczyźni, w drugiej zaś kobiety. Reżyserem obu części jest Zbigniew Szymczyk. Formalnie, technicznie, a także pod względem estetyki spektakl (zwłaszcza część pierwsza) nieco zbliżony jest do tradycji legendarnego teatru Henryka Tomaszewskiego.

W odbiorze spektaklu bardzo przeszkadzała mi muzyka nagłośniona do granic wytrzymałości. Zwłaszcza w "Poławiaczach papieru", gdzie na pierwszy plan wysuwała się muzyka, a nie temat, nie opowieść i nie artyści. Natomiast całkowitym nieporozumieniem okazał się spektakl polsko-czeski w reżyserii Petra Bohác˙a, inspirowany twórczością Schulza "13 miesiąc/Requiem dla Brunona Schulza". Mówiąc najkrócej: nikt nie wiedział, o co w tym przedstawieniu chodzi. Rzecz bełkotliwa w odbiorze, z bardzo głośną muzyką.

Prawdziwym wydarzeniem artystycznym w tym roku był duet z Niemiec Bodecker & Neander Company. To kwintesencja pantomimy. Artyści pokazali czystą, utrzymaną na wysokim poziomie artystycznym pantomimę.

Wieczór składał się z dziesięciu etiud. Wszystkie różniące się tematem, nastrojem, jedne zabawne, inne smutne, wzruszające. Każdy szczegół doprowadzony do najwyższej perfekcji. To był popis maestrii pantomimicznej w zakresie techniki, formy, pomysłowości.

Artyści zaprezentowali całe spektrum możliwości tkwiących w ciele mima, w jego rękach, nogach, twarzy, oczach, w całej sylwetce. Pokazali, że pantomima jest sztuką autonomiczną i nie potrzebuje wspomagania innymi gatunkami czy - inaczej mówiąc - zaśmiecania.

Pokazali też, że artysta mimu jest całkowicie samowystarczalny, że środkiem przekazu jest jego ciało, gest, mimika, ruch. Używając swego ciała jako narzędzia może wykreować świat zewnętrzny oraz świat wewnętrzny, duchowy postaci, którą gra. Pod warunkiem jednak, że używa tego świadomie, rozumie, dlaczego wykonuje taki, a nie inny gest i - co najważniejsze - wie, dlaczego milczy.

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

http://www.naszdziennik.pl/mysl-teatr/8 ... ienia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 07 wrz 2012, 06:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Chopin i jego Europa

Dużo wielkiej i pięknej muzyki, wielu wspaniałych solistów i znakomitych zespołów oraz wyjątkowa atmosfera sprawiły, że zakończony niedawno Międzynarodowy Festiwal Muzyczny "Chopin i jego Europa" można porównać do cudownej wyspy. Wyspy dziwnie ocalałej pośród powszechnie już zwulgaryzowanej sztuki. Na szczęcie barbarzyńcy niecałkowicie jeszcze zawłaszczyli przestrzeń muzyki poważnej.

W tym roku festiwal odbywał się pod hasłem „Od Bacha do Debussy’ego i Kilara”. Wprawdzie muzyka Wojciecha Kilara zaprezentowana została tylko w dwóch utworach: skomponowaną w 1986 „Orawą” oraz „Polonezem” (1998 r.) z filmu „Pan Tadeusz”. Ale dobre i to. Zwłaszcza że ten wybitny kompozytor w tym roku obchodzi 80. urodziny. Natomiast seria koncertów muzyki Bacha stanowi tutaj punkt odniesienia. Chopin - jak wiadomo - był nadzwyczaj zafascynowany Bachem, uważał go za swego mistrza. Z kolei nazwisko Claude’a Debussy’ego umieszczone w tytule wiąże się z okrągłą, 150. rocznicą urodzin tego znakomitego kompozytora.

Wśród gwiazd najbardziej oczekiwana była – wzorem lat ubiegłych – Martha Argerich, która już przyzwyczaiła nas do koncertowania około północy. Każde jej wyjście na scenę podczas dwóch wieczorów to nie tylko doskonały koncert, ale też wspaniały, uroczy teatr. Teatr pracy rąk na klawiaturze, teatr mimiki odzwierciedlającej na twarzy stan ducha i przeżycia artystyczne pianistki. A przy tym obserwujemy jakże cudowne relacje między solistami, orkiestrą i dyrygentem.

Ów teatr jawił się także przy koncertach innych pianistów, że wymienię tylko Yuliannę Avdeevą, Danila Trifonowa czy Alejandro Petraso. Teatr to także niektórzy dyrygenci, na przykład „tańczący” Michael Güttler dyrygujący inauguracyjnym koncertem. Cóż to za wspaniały widok. Wprawdzie sam koncert nie w całości udany.

Uwertura do opery „Monbar, czyli Flibustierowie” Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego to bardzo piękna muzyka i z ducha polska, do tego – jako ciekawostka – wykonana po raz pierwszy na historycznych instrumentach. Rzecz niezwykle rzadko grywana.

Teatralna „pantomima” dyrygenta chwilami na sobie skupiała całą uwagę publiczności, odsuwając nieco na dalszy plan wsłuchiwanie się w brzmienie muzyki Dobrzyńskiego.

Natomiast „Koncert fortepianowy e-moll” Fryderyka Chopina w wykonaniu Alexandra Melnikova, niestety, zawiódł oczekiwania. Wprawdzie po części można usprawiedliwić słynnego pianistę, wszak grał z obandażowanym palcem, bo trzy godziny przed koncertem skaleczył się, ale dziwić może też usilne wpatrywanie się w rozłożone nuty, co sprawiało wrażenie, jak gdyby wykonawca nie był przygotowany dostatecznie. Prawdę mówiąc, dotąd nie widziałam, by któryś z wykonawców „Koncertu fortepianowego e-moll” Chopina pilnie wpatrywał się w każdą nutkę. Zazwyczaj artyści grają ten utwór z pamięci. Po koncercie Melnikov „tłumaczył się”, że miał wielką tremę przed polską publicznością, no i że po raz pierwszy grał ten koncert.

Także finał festiwalu trzeba podzielić na połowę. O ile Dmitri Alexeev wspaniale zagrał „Koncert fortepianowy D-dur na lewą rękę” Maurice’a Ravela, biegle operując wyłącznie lewą ręką, prawą zaś trzymając opuszczoną wzdłuż ciała (wizualnie rzecz biorąc, to także rodzaj teatru, gestycznego), o tyle zawiodła Valentina Lisitsa w „Koncercie fortepianowym e-moll” Chopina. Wprawdzie można by użyć tu znanego teatralnego powiedzonka „co nie dograła, to dowyglądała”, bo artystka urody niemałej.

Tak więc inauguracja i częściowo finał nie za bardzo wypadły, ale za to reszta (poza kilkoma wyjątkami) przyniosła wiele wspaniałych przeżyć artystycznych, z tego już najwyższego poziomu (oczywiście w ramach możliwości festiwalowych). Do takich należy – prócz wspomnianej już Marthy Argerich – m.in. recital Danila Trifonova, występ doskonałej skrzypaczki Isabelli Faust, Janusza Olejniczaka, Marii João Pires czy Jana Lisieckiego z Kanady, który po raz pierwszy wziął udział w tym festiwalu w wieku 12 lat jako nadzwyczaj utalentowane dziecko. Dziś ma 17 lat i gra wspaniale. Przy tym prezentuje nienaganne maniery, jest skromnym młodym człowiekiem, nie kreuje siebie, ale stara się oddać w pełni muzykę, którą gra.

Wśród pofestiwalowych refleksji – jak dla mnie - na czoło wybija się propagowanie muzyki polskiej. Bo obok wielkich mistrzów: Mozarta, Beethovena, Brahmsa, Griega, Liszta, Ravela, Schumanna, Mendelssohna, są też polscy kompozytorzy. Usłyszeliśmy – prócz znanych – utwory rzadko grywane albo wręcz zapomniane. I tak jak w roku ubiegłym przypomniano m.in. znakomitą muzykę Juliusza Zarębskiego (wydaną z tej okazji na płycie w wykonaniu Marthy Argerich), tak teraz mogliśmy kontemplować wspaniałe dzieło szkolnego kolegi Chopina, Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, znakomitą uwerturę do całkowicie zapomnianej i dopiero dziś odkrywanej świetnej opery „Monbar”. Mam nadzieję, że dzięki festiwalowi wszystkie utwory tego wspaniałego kompozytora i wielkiego patrioty, który w trudnym czasie dla Polski (zabory, Powstanie Listopadowe) nie opuścił Warszawy, nie emigrował, uważał, że tu jest jego miejsce - zaczną funkcjonować w polskim życiu muzycznym, a nawet dalej.

Podczas koncertów mogliśmy posłuchać muzyki także innych znakomitych polskich kompozytorów: Franciszka Lessla, Maurycego Moszkowskiego, Romana Maciejewskiego i Józefa Wieniawskiego (brata Henryka Wieniawskiego). Jak widać, festiwal sukcesywnie przywraca z dalekiej niepamięci muzykę naszych znakomitych twórców, zapomnianą z różnych powodów. Najczęściej politycznych. Carscy zaborcy, jak wiadomo, nie godzili się na rozpowszechnianie polskiej kultury. A potem, mimo upływu lat i odzyskania niepodległości, w większości pozostali w zapomnieniu. Dzięki festiwalowi wzbogaca się nasz muzyczny dorobek narodowy.

Jeśli zaś chodzi o współczesnych polskich kompozytorów, to już po ubiegłorocznym festiwalu dopominałam się o muzykę Henryka Mikołaja Góreckiego, zmarłego w ubiegłym roku najwybitniejszego polskiego współczesnego kompozytora. Nie tracę jednak nadziei, że może za dwa lata podczas jubileuszowej, dziesiątej edycji festiwalu usłyszymy muzykę Góreckiego oraz że wreszcie przyjmie zaproszenie na festiwal Krystian Zimmerman, o co od lat zabiega dyrektor festiwalu Stanisław Leszczyński.

Temida Stankiewicz-Podhorecka

http://www.naszdziennik.pl/mysl/9221,ch ... uropa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 28 wrz 2012, 15:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31125
Piękno po to jest, by zachwycało

Teatr piórem Temidy
Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Share on emailShare on facebookShare on twitterShare on facebook_likeSłowa Norwida pochodzące z poematu "Promethidion" można by umieścić jako motto spektaklu Borisa Ejfmana "Rodin", zaprezentowanego w Operze Narodowej przez Teatr Baletu z Petersburga. Bo, rzeczywiście, piękno estetyczne, harmonia gestu, płynność ruchu, profesjonalizm wysokiego lotu i perfekcja najdrobniejszego szczegółu sprawiają, że balet Ejfmana oglądamy z zachwytem.

Droga, jaką odbył Boris Ejfman od przymusowego pobytu na Syberii, gdzie urodził się jako dziecko zesłańców, do sławy, jaką cieszy się dziś na świecie, to droga niełatwa, a często wyboista i wymagająca siły charakteru oraz odporności psychicznej. To także świetny materiał na libretto baletu. Bohaterowie spektakli Ejfmana to postaci najczęściej ze świata sztuki, znani artyści, kompozytorzy, postaci literackie. A tematem, który niczym lejtmotyw przewija się przez te spektakle, jest pytanie o ideę sztuki, o jej ulotność, o proces tworzenia nierzadko wymagający ofiarności ze strony artysty. Ejfman głęboko wchodzi w sferę przeżyć wewnętrznych swych bohaterów, przekłada na język baletu to, co najtrudniejsze: duchowość i głębokie emocje. I, co najważniejsze, czyni to w sposób czytelny dla każdego widza. Bez względu na jego status intelektualny, społeczny, wrażliwość artystyczną itd. To rzadkość, by balet psychologiczny, a taki właśnie tworzy Ejfman, trafiał w sposób komunikatywny do szerokiej publiczności.

Bohaterem najnowszego, premierowego baletu "Rodin" jest słynny francuski rzeźbiarz August Rodin i jego uczennica, nadzwyczaj utalentowana Camille Claudel, siostra wybitnego poety i dramaturga chrześcijańskiego, Paula Claudela. Dramatyczny, wyniszczający romans Rodina i Claudel doprowadził do obłędu Camille i zamknięcia jej w zakładzie psychiatrycznym, zaś w Rodinie pozostawił na zawsze poczucie winy, z którym do końca swego życia nie był w stanie się uporać. Ten dramat artysty, który z jednej strony uległ wielkiej namiętności do młodej dziewczyny, wybitnie utalentowanej rzeźbiarki, z drugiej zaś kochał swoją rodzinę, żonę i syna i nigdy się z nimi nie rozstał - wpłynął na jego prace artystyczne i psychikę, wywołując stany depresyjne wynikające także z zazdrości twórczej o rzeźby Camille. Spektakl rozpoczyna się i kończy sceną tańca obłąkanych w szpitalu psychiatrycznym. I to jest czas rzeczywisty toczącej się akcji. Początek i koniec stanowią ramę kompozycyjną całości. Reszta to reminiscencje tytułowego bohatera. To psychologiczny balet. Główną osią libretta nie jest dramat obojga bohaterów, lecz proces twórczy, czyli to, co czuli i jak przeżywali, tworząc swoje wielkie dzieła, i jaką cenę za tę twórczość zapłacili. Spektakl Ejfmana poprzez układ choreograficzny i formy plastyczne pokazuje całe bogactwo życia wewnętrznego bohaterów. Wyraziście eksponowana głębia przeżyć emocjonalnych głównych postaci tego baletowego dramatu jest niezwykle silna, odczuwa się to na widowni.

A wiele scen jest tak pięknych artystycznie i zarazem głęboko przejmujących, że widz współodczuwa z bohaterami ich dramat, na przykład ból psychiczny popadającej w obłęd, skulonej z przerażenia Camille, która nie może uwolnić się od osaczających ją zewsząd głosów. Z kolei sceny w pracowni Rodina pokazujące proces tworzenia rzeźby to majstersztyk aktorski, plastyczny, baletowy.

Doskonali, wybitni soliści Oleg Gabyshev w partii Rodina, Lyubov Andreyeva w roli Camille i Nina Zmievets jako żona Rodina, Rose Beuret, zaprezentowali niebywale wielkie umiejętności artystyczne, pokazujące, jak piękną, poetycką i zachwycającą sztuką może być balet.

"Rodin" balet Borisa Ejfmana, muz. Maurice Ravel, Camille Saint-Sa‘ns, Jules Massenet, chor. Boris Ejfman, dekor. Zinoviy Margolin, kost. Olga Shaishmelashvili, Teatr Baletu Borisa Ejfmana z Sankt Petersburga. Prezentacja w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie w ramach festiwalu IV Dni Sztuki Tańca.

http://www.naszdziennik.pl/wp/11010,pie ... ycalo.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 77 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /