Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 74 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 20 wrz 2014, 08:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Humor, edukacja, zabawa

Temida Stankiewicz-Podchorecka, krytyk teatralny

To znakomite przedstawienie już od pierwszej sceny swoją żywiołowością, tańcem, śpiewem, muzyką, feerią barw porywa dziecięcą publiczność. I tak jest przez cały czas trwania tego niezwykle uroczego spektaklu. Tym, co dzieje się na scenie, zainteresowane są nie tylko dzieci, świetnie bawią się też ich rodzice, a nawet dziadkowie.

Na samym początku, nim rozpocznie się przedstawienie, na dużym ekranie pojawia się postać wybitnej aktorki, Ireny Kwiatkowskiej. Projekcja trwa krótko, ale uśmiechnięta, pełna ciepła i serdeczności twarz artystki pozostaje w pamięci. To właśnie jej dedykowany jest ten spektakl. Zmarła w 2011 roku, gdyby żyła, obchodziłaby teraz swoje 102. urodziny. Irena Kwiatkowska kochała dzieci, swoich, niestety, nie miała. Miłość do dzieci wyrażała nie tylko poprzez pomoc finansową, ale i poprzez twórczość artystyczną. Spora część jej ogromnego, wspaniałego dorobku to właśnie przedstawienia teatralne, programy telewizyjne, słuchowiska radiowe adresowane do dzieci. Wielu z nas na pewno pamięta słynny wiersz Juliana Tuwima „Ptasie radio” genialnie interpretowane przez Irenę Kwiatkowską jako słuchowisko dla dzieci na antenie Polskiego Radia. To artystyczne mistrzostwo świata. Aktorka, stosując onomatopeje, przedstawiła szeroki wachlarz ptasich dźwięków, śpiewów, posługując się jedynie głosem. Może warto by przypomnieć na antenie radiowej tamto wybitne nagranie.

Teatr dzieciom
Dwa lata temu, w setną rocznicę urodzin Ireny Kwiatkowskiej, z inicjatywy rodziny aktorki powstała Fundacja im. Ireny Kwiatkowskiej dla zachowania pamięci o tej wielkiej artystce i kontynuowania jej przesłania wśród nowych pokoleń, które towarzyszyłoby także współczesnym przedsięwzięciom kierowanym do dzieci. I w takim właśnie duchu został zrealizowany spektakl „Wanna Archimedesa” Krzysztofa Jaślara z muzyką Krystyny Kwiatkowskiej (prywatnie bratanicy Ireny Kwiatkowskiej), którego producentem jest Fundacja im. Ireny Kwiatkowskiej.

To założenie programowe fundacji, które uwyraźnia się w „Wannie Archimedesa”, jest ważne i potrzebne, a dziś szczególnie, kiedy istnieje tak silna presja na seksualne deprawowanie dzieci, nawet tych maleńkich. W niektórych przedszkolach poddaje się je w ramach seks-edukacji praniu mózgów, co prowadzi do demoralizacji i całkowitej degradacji osobowości małego człowieka. Te opętańcze pomysły odwołujące się do najniższych instynktów, popędów, wyrosłe na fundamencie ideologii gender, nierzadko mają swój wyraz w przedstawieniach teatralnych dla dzieci. Nawet w teatrach lalkowych. Zresztą, widać przecież gołym okiem, jak wszystkie przestrzenie naszego życia nasiąkają tą antyludzką, niebezpieczną ideologią.

Tym bardziej więc nieocenione staje się szlachetne przesłanie idące od patronki fundacji Ireny Kwiatkowskiej i promieniujące na najnowszy spektakl dla dzieci wystawiony w Teatrze Rampa na Scenie Dziecięco-Młodzieżowej, której kierownikiem artystycznym jest Cezary Domagała, reżyser, autor wielu wspaniałych przedstawień dla dzieci.

Nauka przez zabawę
„Wanna Archimedesa” posiada to, co jest najistotniejsze w teatrze przeznaczonym dla dziecięcej i młodzieżowej widowni: bazuje na fundamencie podstawowych wartości, zawiera szlachetną odmianę humoru, posługuje się poprawną polszczyzną (bez wulgaryzacji języka), bawi, daje radość publiczności i w prawidłowy sposób kształtuje wrażliwość artystyczną małych odbiorców. Przy tym jest w pełni komunikatywnym spektaklem, który aktywizuje dzieci do myślenia, ponieważ jest to spektakl w najlepszym tego słowa znaczeniu edukacyjny. Prócz fantastycznej zabawy dziecięca widownia wzbogaca tu swoją wiedzę.

Spektakl ma formę musicalu. Doskonała, lekka, bardzo melodyjna muzyka (ani cienia agresji, co dzisiaj już rzadko się zdarza) Krystyny Kwiatkowskiej oraz świetne piosenki do zapamiętania i nucenia przez dzieci, jak na przykład „Na pokładzie Santa Marii” o wyprawie Krzysztofa Kolumba, gdzie cała widownia śpiewała, bo tekst był wyświetlany z projektora. Myślę, że to będzie największy hit muzyczny tego spektaklu. A dodatkową atrakcją premierowego przedstawienia było zaśpiewanie fragmentu przez Ryszarda Rynkowskiego, który przyszedł na premierę z rodziną. Siedzącego na widowni artystę wypatrzył Krzysztof Tyniec, zszedł ze sceny, podsunął Rynkowskiemu mikrofon i powiedział „Rychu, śpiewaj”. Fabuła przedstawienia jest dla dzieci w pełni czytelna. Nie ma tu żadnej gmatwaniny, silenia się na tzw. nowoczesny język przekazu i obrazu. Oto jesteśmy w szkolnej klasie, trwa lekcja, którą prowadzi Profesor Rozumny (Krzysztof Tyniec, znakomity, to chyba najlepsza rola aktora, przynajmniej w ostatnim czasie), a pomaga mu jego Asystentka (w pełni wyrazista Dominika Łakomska). Lekcja dotyczy historii ważnych odkryć naukowych i prowadzona jest w fantastyczny sposób. Dzieci dowiadują się, w jakich okolicznościach powstało prawo Archimedesa, co znaczy grawitacja, skąd bierze się cień, jak było z odkryciem Ameryki przez Kolumba czy z wynalezieniem maszyny parowej przez Jamesa Watta itd., itd. Słowem, atrakcji co niemiara.

Taniec i śpiew
Na scenie prócz Profesora Rozumnego i jego Asystentki są także uczniowie: najlepsza w klasie Prymuska w wykonaniu Michaliny Brudnowskiej operującej wspaniałym głosem, rolę Melepety gra szczupłej budowy i niedużego wzrostu Dorota Osińska, o wielkim jak dzwon głosie (ta sama, którą często można usłyszeć w Radiu Maryja w doskonałej artystycznie interpretacji pięknej pieśni poświęconej św. Janowi PawłowiII „Zostań z nami”), postać Lizusa (w każdej klasie jest taki) prezentuje niezwykle zabawnie Konrad Marszałek, a rolę Repetenta, najstarszego ucznia powtarzającego już któryś raz tę samą klasę, gra z właściwym sobie poczuciem humoru Robert Kowalski. Świetna rola należy także do Doroty Jaremy, która wprawdzie nie jest uczennicą Profesora Rozumnego, ale jako Ciotka Grawitacji piosenką i tańcem na wesoło ilustruje zagadnienie przyciągania ziemskiego.

Muzyka, wspaniale wykonany, pełen dynamiki taniec w układzie Ingi Pilchowskiej, świetna, pomysłowa scenografia Joanny Kuś z komicznym centralnym punktem, jakim jest wanna, bajecznie kolorowe kostiumy Bożeny Ślagi i doskonałe, na wysokim poziomie artystycznym wykonanie zarówno wokalne, jak i taneczne sprawiają, że spektakl ogląda się z wielką przyjemnością. Ajuż to, co potrafi ze swoją sylwetką wyczyniać Krzysztof Tyniec, to dużej klasy wspaniała ekwilibrystyka. Aktor gra całym sobą, dialoguje, monologuje, śpiewa, tańczy, uczy, przepytuje publiczność, prowadzi konkurs, daje nagrody dzieciom, które poprawnie odpowiedziały na pytania podsumowujące wiedzę nabytą podczas spektaklu itd., itd. Przy tym niezwykle żywy kontakt z dziećmi aktor nawiązuje z miejsca, jak tylko pojawi się na scenie. I ta temperatura utrzymuje się do końca przedstawienia. Doskonały spektakl, sama świetnie się bawiłam.
--------------------------------------------------------------------------------

„Wanna Archimedesa”, scen., teksty piosenek i reż. Krzysztof Jaślar, muz. Krystyna Kwiatkowska, chor. Inga Pilchowska, scenog. Joanna Kuś, kost. Bożena Ślaga, prod. Fundacja im. Ireny Kwiatkowskiej, Teatr Rampa, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/98693,hum ... abawa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 04 paź 2014, 07:41 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Wyrzynanie watahy

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Zakończony niedawno przegląd polskiej współczesnej dramaturgii nie tylko nie napawa optymizmem, ale wręcz odbiera nadzieję, że teatr podniesie się z upadku, w jaki popadł już wiele lat temu, i obecnie coraz bardziej pogrąża się w swej haniebnej, demoralizującej i niszczącej sztukę działalności. Owszem, są wyjątki, ale przecież te śladowe ilości dobrego artystycznie, uczciwego etycznie, wartościowego teatru nie zmieniają krajobrazu polskich scen. Zorganizowany przez Instytut Teatralny niewielki przegląd polskich sztuk współczesnych Nówka Sztuka, który odbył się w Warszawie, reklamowany był jako przegląd najlepszych inscenizacji współczesnych polskich tekstów dramatycznych. Przedstawienia te zostały zakwalifikowane do finału Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Spośród zaprezentowanych sztuk zatrzymajmy się na dwóch: „Tato nie wraca” Piotra Rowickiego, bo dotyka ważnego problemu, oraz „Na Boga!” Jarosława Murawskiego, bo jest reprezentatywna dla tych wszystkich niszczących nurtów, które dziś zalewają sceny teatralne.

„Tato nie wraca” to monodram w wykonaniu Agnieszki Przepiórskiej. Tytuł nawiązuje do słów znanej ballady Adama Mickiewicza „Tato nie wraca ranki i wieczory/ we łzach go czekam i trwodze”. Słowa te mogłyby posłużyć za motto spektaklu, ale tytuł ballady „Powrót taty” już nie, gdyż w sztuce Piotra Rowickiego nie ma powrotu ojca. Porzucił żonę oraz trzyletnią córeczkę i przez dwadzieścia kilka lat nie interesował się nimi. Teraz córka ma blisko trzydzieści lat, jest kobietą wykształconą biznesowo, ma ważne stanowisko w bankowości, jest perfekcyjnie przygotowana do zawodu, niezależna materialnie. Wydawałoby się więc, że ta kobieta sukcesu doskonale radzi sobie w każdej sytuacji. Także emocjonalnej i psychicznej. Okazuje się, że nie. Że trauma nabyta w dzieciństwie pozostaje w człowieku na zawsze.

Oto pewnego dnia w banku pojawił się nowy klient, starszy mężczyzna, w którym bohaterka opowieści rozpoznała swojego ojca. Ale czy to na pewno on? Czy to tylko podobieństwo albo jakaś intuicja wyrastająca z nieustannego oczekiwania na powrót ojca, zarówno wtedy, kiedy była jeszcze dzieckiem, jak i później, gdy dorastała.

Pojawienie się przybysza wyzwala u kobiety wspomnienia z okresu dzieciństwa, lat szkolnych, studiów i wchodzenia w dorosłość. Powodują one gwałtowny przypływ ogromnego żalu do ojca. Brakowało go jej na każdym etapie życia, zazdrościła koleżankom i kolegom wywodzącym się z pełnych rodzin. Brak ojca spowodował, że czuła się człowiekiem niepełnym, odrzuconym, niepotrzebnym. Dlatego też w dwójnasób starała się być perfekcyjna w zawodzie, by niejako udowodnić nieobecnemu ojcu, że mimo porzucenia osiągnęła wysoki status społeczny, zawodowy. Ucieczka w ową zawodową perfekcję jest ucieczką przed traumą, która ją ugniata, czasem wręcz paraliżuje.

Spektakl ten ma jeszcze dodatkową przestrzeń znaczeniową. Otóż podobno tekst monodramu został napisany w oparciu o prawdziwe doświadczenia grającej w przedstawieniu aktorki Agnieszki Przepiórskiej. Można zatem powiedzieć, że gra ona swoje życie, a nawet że to rodzaj autoterapii przez sztukę. Agnieszka Przepiórska prowadzi rolę w sposób przekonywający, jest wyrazista i prawdziwa w odsłanianiu swoich przeżyć, w prezentowaniu rozmaitych stanów emocjonalnych. Widzimy ją jako dorosłą kobietę, ale wystarczy chwila, założenie kołnierzyka szkolnego, podkolanówek, mimika, inny ruch, byśmy zobaczyli w niej dziewczynkę, nastolatkę wychowywaną bez ojca, na którego powrót nieustannie czekała.

Aktorka precyzyjnie, prostymi środkami rysuje portret swojej bohaterki. Szkoda tylko, że zawodzi reżyseria Piotra Ratajczaka z niepotrzebnym nachalnym „uatrakcyjnianiem” spektaklu w postaci wychodzenia aktorki do widzów, siadaniem na kolanach, przytulaniem się. Tęsknota za ojcem nie oznacza, że porzucone dziecko przytula się do każdego mężczyzny. Tym bardziej że Agnieszka Przepiórska na scenie gra i dorosłą kobietę, i dziecko. Wchodząc jednak na widownię i siadając na kolanach widza, jakoś nie przypomina dziecka. Ten wymyślony przez reżysera zabieg jest absolutnie niepotrzebny, wręcz żenujący.

Jeśli chodzi o temat i podjęcie istotnego problemu, spektakl skłania do zastanowienia się nad miłością rodzicielską, nad poczuciem odpowiedzialności za drugiego człowieka, za rodzinę. Do prawidłowego rozwoju dziecka, by nie wzrastało w traumie, by normalnie funkcjonowało w relacjach z innymi ludźmi, by nie pogrążało się w kompleksach, potrzeba obojga rodziców: matki i ojca. Temat bardzo na czasie. Bo wbrew genderowym bredniom feministek i homoseksualistów dziecku nie jest wszystko jedno, kto je wychowuje, kto się nimi opiekuje – normalni rodzice czy dewianci: dwóch „tatusiów” lub dwie „mamusie”.

Z kolei drugi spektakl „Na Boga!” Jarosława Murawskiego w reżyserii Marcina Libera jest wyrazem zapiekłej nienawiści środowisk lewackich i lewacko-liberalnych do krzyża, religii, Kościoła katolickiego w Polsce i próbą zdyskredytowania za wszelką cenę katolików, a nawet wykluczenia ich z przestrzeni publicznej, zwłaszcza z życia politycznego.

Padają tu fałszywe oskarżenia pod adresem Papieża Piusa XII o współpracę z III Rzeszą, wypowiadane są wyrwane z kontekstu słowa z przedwojennego „Ateneum kapłańskiego” ks. Stefana Wyszyńskiego, jakoby darzącego sympatią faszystę Mussoliniego. Oskarża się tu nawet Pana Boga, odbywając sąd nad Nim, co prowadzi do niby-śmierci Boga przez samospalenie, a wcześniej władzę przejmuje Szatan, którego, zgodnie z ideologią genderową, gra aktorka stylizowana na postać androgeniczną. Jest oskarżenie Kościoła katolickiego przez proboszcza o najrozmaitsze zbrodnie. Ksiądz zwraca się do Boga: „Wyjrzyj zza chmur, krwiopijco, nie dość, żeś uśmiercił jedynego syna? Coś dla mnie zrobił? Wiedz, że więcej dostałem od księcia ciemności”. Po czym popełnia samobójstwo.

Nie do zliczenia nagromadzenie wątków wziętych z publicystyki, gdzie jest i sprawa smoleńska, i krzyż na Krakowskim Przedmieściu, i Judasz z plecami posiekanymi jak Chrystus, i półnagi Belzebub z siekierą, który ma symbolizować ciemnotę i agresywną nienawiść katolika, itd., itd. Marny, odmóżdżony kabaret. Artystyczne zero. Jedyny cel, jaki pewnie przyświecał duetowi Murawski – Liber, to zdeprecjonować katolików, ośmieszyć, wykazać ich drugorzędność, a wręcz ukazać ich jako podgatunek człowieka, który jako taki nie nadaje się przecież do niczego, tym bardziej na przykład do startowania w wyborach, które nas czekają. Ale głównie chodzi o wzbudzenie nienawiści, bo „Na Boga!” jest przykładem mowy nienawiści do Kościoła katolickiego w Polsce i do katolików.

Jak wiadomo, Kościół stanowczo przeciwstawia się groźnym ideologiom z gender na czele wymierzonym przeciwko dobru człowieka, które lewackie i lewacko-liberalne ugrupowania próbują na siłę wprowadzać do życia publicznego poprzez ustawy sejmowe, konwencje, wtargnięcie do szkół, przedszkoli, wydawanie darmowego elementarza itp.

Trudno więc dziwić się takiej postawie obu panów, wszak autor tego marnie i bełkotliwie napisanego tekstu, prymitywnej, kiczowatej rymowanki identyfikowany jest z „Gazetą Wyborczą”. A jeśli chodzi o reżysera Marcina Libera, dość spojrzeć na jego dotychczasowe przedstawienia, jak m.in. „Zawiadamiamy was, że żyjemy” (2009) w Muzeum Powstania Warszawskiego, spektakl przygotowany na rocznicę Powstania, hańbiący pamięć tego wielkiego zrywu niepodległościowego i ośmieszający powstańców, „III Furie”, „Utwór o Matce i Ojczyźnie” i inne.

Wszystkie spektakle przedstawiają Polaków katolików jako zapyziałe prymitywne typy antysemickie, szkodzące i opóźniające postęp cywilizacyjny. Nie pozostaje więc nic innego, jak „wyrżnąć watahę”, że zacytuję słowa znanego „myśliciela” zasiadającego dziś na stolcu marszałkowskim w Sejmie. No więc lewacki duet Murawski – Libera spektaklem „Na Boga!” realizuje ową „światłą” myśl, próbując wyrżnąć z życia publicznego katolicką „watahę”.

--------------------------------------------------------------------------------

„Tato nie wraca” Piotra Rowickiego, reż. Piotr Ratajczak, Teatr WARSawy; „Na Boga!” Jarosława Murawskiego, reż. Marcin Liber, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu. Oba spektakle prezentowane w Warszawie w ramach festiwalu Nówka Sztuka.

http://www.naszdziennik.pl/wp/101411,wy ... atahy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 25 paź 2014, 08:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Klątwa Okrągłego Stołu, czyli Kreon 2010

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Jak klątwa ciążąca na rodzinie tebańskiego króla Kreona prowadzi do tragedii Greków, tak magdalenkowy Okrągły Stół sprzed ćwierćwiecza niczym klątwa zawisł nad Polską, prowadząc w konsekwencji do dramatu Polaków. Czy właśnie takie przesłanie należy odczytywać z najnowszej premiery Teatru Nie Teraz z Tarnowa „Kreon 2010” w reżyserii Tomasza Antoniego Żaka zaprezentowanej w warszawskim „Amicusie”?

Kiedy po odsłonięciu kurtyny ukazała się poszarpana, przedziurawiona w kilku miejscach biało-czerwona szachownica, zajmująca całą tylną przestrzeń sceny, wiadomo już było, gdzie są współczesne Teby i komu dedykowany jest spektakl. Tym bardziej że premiera „Kreona 2010” odbywała się w dniu III Konferencji Smoleńskiej, stając się niejako artystyczną pointą tego wydarzenia.

Na osi czasu
Nie bez istotnego znaczenia jest też miejsce premiery, Dom Pielgrzyma „Amicus” na warszawskim Żoliborzu, tuż przy kościele św. Stanisława Kostki, w którym bł. ks. Jerzy Popiełuszko głosił homilie i przy którym znajduje się jego grób. Poprzedniego dnia, w trzydziestolecie porwania i męczeńskiej śmierci księdza, przybyły tu tysiące ludzi, by uczestniczyć w uroczystej Mszy Świętej upamiętniającej tę tragedię krwawo zapisaną na kartach polskiej współczesnej historii. Tragedię Polski i Polaków. Świeże kwiaty i wieńce na grobie oraz jeszcze palące się wokół kościoła i na ulicy znicze dopełniały wymowy spektaklu, przywołując pamięć tamtych, wypełnionych modlitwą i płaczem dni października 1984 roku. Tak jak 26 lat później, w kwietniu 2010 roku na Krakowskim Przedmieściu. Też kwiaty, znicze i tysiące ludzi zjednoczonych w modlitwie i płaczu. Wielka, przejmująca swym bólem wspólnota ludzi zebranych wokół tych samych wartości. Jak dobrze, że pamięć ludzka jest bytem wolnym, autonomicznym i że rozmaici manipulatorzy nie mogą jej unicestwić.

Wspomniana szachownica i porozrzucane na scenie podróżne walizki to jedyna scenografia tego przedstawienia. Nic więcej nie trzeba. Ta symbolika jest wystarczająca, by podać widzowi trop, którym podąża spektakl, a my za nim. Reszta zawiera się w słowie wypowiadanym przez protagonistów i wyśpiewanym przez chór. Prócz tytułowego bohatera Kreona (gra go Przemysław Sejmicki), drugą główną postacią spektaklu jest Ismena (w tej roli Magdalena Zbylut). To z jej perspektywy śledzimy zdarzenia wokół Antygony, która na scenie nie pojawia się, jedynie mówi się o niej.

Tomasz Antoni Żak, dokonując adaptacji „Antygony” Sofoklesa, zmienił tytuł i ograniczył obsadę do dwóch postaci: Kreona i Ismeny oraz dwuosobowego Chóru (Ewa Tomasik i Aleksandra Pisz), do którego dołącza czasem Magdalena Zbylut. Przy tym trzeba od razu powiedzieć, że reżyser nie ingerował w myśl autora, w tkankę ideową utworu, w pełni zachowując przesłanie dzieła oryginalnego.

Z Teb do Smoleńska
Spektakl Tomasza Antoniego Żaka ma swoją historię, która ściśle wiąże się z historią Polski. Najnowszą. Otóż pierwsze wystawienie „Antygony” Sofoklesa pod nazwą „Kreon” w Teatrze Nie Teraz odbyło się w 2009 roku. Spektakl zagrano kilka razy, po czym nagle w kwietniu 2010 roku reżyser zawiesił pokaz przedstawienia. Katastrofa smoleńska spowodowała, że nie byli w stanie dalej grać. „Nasza teatralna opowieść o żądzy władzy, o zdradzie, o odpowiedzialności i o Bogu zdała nam się ’kiczowatą literacką fikcją’ wobec tego, co wydarzyło się naprawdę. Nie umiałem Teb przenieść do Smoleńska i trzeba było kilku lat, aby uporządkować w sobie myśli i emocje i móc wrócić na scenę i raz jeszcze odczytać dramat Sofoklesa. Odczytać go ’po Smoleńsku’.

I właśnie tym kluczem interpretacyjnym należy odbierać nową inscenizację tragedii Sofoklesa. Inscenizację wpisującą się nie tylko w smoleński dramat, ale i szerzej, w konsekwencje owej tragedii przywodzącej na pamięć także wcześniejsze rany, które nadal krwawią, jak Katyń czy jak trudności z ekshumacjami bohaterów z Łączki.

Tak więc mamy antyczne greckie Teby przeniesione tupolewem pod rosyjski Smoleńsk, a stamtąd już krok tylko do współczesnej Polski. Ubrany w czarny garnitur Kreon w inscenizacji Tomasza Antoniego Żaka jest władcą współczesnym, prezentującym arogancję dzisiejszej władzy i mającym na celu własne dobro, własną karierę, a nie dobro państwa. Kiedy w bratobójczej walce o władzę w Tebach giną dwaj bracia Antygony i Ismeny: Eteokles i Polinejkes, Kreon jednego z nich, Eteoklesa, podnosi do rangi bohatera i każe godnie, z należnymi honorami pochować. Natomiast zakazuje pochówku drugiego, Polinejkesa, traktując go jako zdrajcę politycznego. Rzucone ciało Polinejkesa na pożarcie psom i dzikiemu ptactwu ma być przykładem odstraszającym dla niesubordynowanych, buntujących się przeciwko władzy. A kiedy niegodząca się z królewskim nakazem Antygona pochowa jednak ciało brata zgodnie z sumieniem i sprawiedliwymi prawami boskimi, które przedkłada nad prawa stanowione, prawa władzy, Kreon każe ją żywcem zamurować, by powoli umierała w strasznym cierpieniu. Wprawdzie pod wpływem sprzeciwu społecznego, a zwłaszcza Ismeny, zmieni potem zamiar, ale będzie już za późno. Antygona zdąży odebrać sobie życie.

Tak jest w warstwie fabularnej. A w podtekście jawi się refleksja reżysera: kto jest bohaterem, a kto nie. Gdzie jest właściwe miejsce pochówku bohaterów: na Łączce czy w Alei Zasłużonych. Komu Wawel, a komu „pamięć przez psy i ptaki w polu poszarpana”? W jednym z wywiadów przed premierą Tomasz Antoni Żak powiedział: „Są chwile w dziejach narodu, że ów nieznośny patos jest tak potrzebny, jak ożywcza źródlana woda, zwłaszcza gdy zaczyna nam się mylić Bóg, Honor i Ojczyzna z grillem, synekurą i ’świętym spokojem’”.

Pytania o Polskę
Przedstawienie stylizowane jest na formę teatru rapsodycznego, gdzie główny akcent położony jest na słowo. Mówione i śpiewane. Skromna scenografia, a także wyciszenie z ekspresji ruchu i gestu aktorskiego (pozostaje tylko to, co niezbędne dla wyartykułowania myśli), nie rozprasza uwagi widza i pozwala mu na skupienie się na słowie.

To spektakl znakomity artystycznie, zrealizowany przez Tomasza Antoniego Żaka w pięknej formie inscenizacyjnej, ze świetnie poprowadzonymi rolami: Przemysława Sejmickiego, tytułowego Kreona, i Magdaleny Zbylut jako Ismeny, a także doskonale muzycznie i wokalnie zinterpretowany przez Magdalenę Zbylut, Ewę Tomasik i Aleksandrę Pisz. Przy tym jest to przedstawienie mądre, o pogłębionej refleksji i bardzo ważne nie tylko obecnie. Zawiera w przetworzonej formie artystycznej pytania i refleksje wywiedzione wprawdzie z antycznego dramatu greckiego, ale jakże aktualne w dzisiejszej Polsce. I jeszcze jedno: brak fizycznej obecności na scenie postaci Antygony sprawia, że widz jakoś podświadomie oczekuje jej pojawienia się. Owo zawieszone gdzieś nad sceną oczekiwanie Antygony można odebrać jako metaforę oczekiwanej sprawiedliwości w sprawie katastrofy smoleńskiej, a także w innych sprawach współczesnej Polski.

--------------------------------------------------------------------------------

„Kreon 2010” według „Antygony” Sofoklesa, reż. Tomasz Antoni Żak, oprac. wokalne Tomasz Lewandowski, premiera gościnnie w Domu Pielgrzyma „Amicus” w Warszawie, Teatr Nie Teraz, Tarnów.

http://www.naszdziennik.pl/wp/105339,kl ... -2010.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 29 lis 2014, 08:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Wojna, wolność, grzech, krzyż

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Obrazek
Scena ze spektaklu „Po drugiej stronie grzechu” (FOT. M. KHOURY/TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA)


Najnowsza premiera Teatru Wielkiego-Opery Narodowej „1914” to wieczór baletowy składający się z trzech autonomicznych etiud baletowych: „Nevermore…?”, „Msza polowa” i „Zielony stół”. Każdy z tych baletów jest innego autorstwa, powstał w innym czasie, innym kraju i w innej estetyce. A mimo to w pewnym sensie stanowią one jedność. Tym, co je łączy, jest spojrzenie na wojnę i ostrzeżenie przed nią.

Spektakl Roberta Bondary „Nevermore…?” pokazuje grupę ludzi wrzuconych w wir zdarzeń historycznych. Balet dzieli się na trzy części. Pierwsza to czas pokoju, gdzie ludzie żyją codziennymi sprawami (w układzie choreograficznym akcent położony na technikę tańca, pokaz sprawności). Część druga to wojna (warstwa muzyczna przypomina dźwięk strzałów i spadających bomb). Obserwujemy tę samą ludzką zbiorowość wrzuconą w sam środek konfliktu zbrojnego (diametralna zmiana rytmu, dynamika ruchu, ekspresja). Całość zamyka część trzecia ukazująca czas powojenny i dramatyczne skutki, z jakimi borykają się ludzie okaleczeni fizycznie i psychicznie działaniami wojennymi. W pamięci pozostaje pełna symboliki przejmująca scena samotnego człowieka próbującego uwolnić się zza krat więziennych.

Dramat człowieka

Drugi balet składający się na wieczór baletowy „1914” to „Msza polowa”. Autor choreografii, Jiři Kylián, w 1980 r. stworzył układ do muzyki napisanej w 1939 roku przez jego rodaka, czeskiego kompozytora Bohuslava Martinů. Tancerzom wspaniale towarzyszył męski chór Opery Narodowej, pięknie i przejmująco śpiewający teksty liturgiczne „Ojcze nasz”, „Kyrie elejson,” „Agnus Dei”, „Boże nasz” ze znakomitym solo wokalnym Adama Szerszenia.

Wieczór baletowy „1914” zamknęła etiuda baletowa „Zielony stół” autorstwa nieżyjącego już niemieckiego choreografa Kurta Joossa z 1932 roku. Ukazuje pewien cynizm i bezduszność dyplomatów podejmujących decyzje o działaniach wojennych. Sami w wojnie nie biorą czynnego udziału, wysyłają na nią żołnierzy, którzy giną. Idee i emocje, znakomicie wyrażone poprzez ekspresję ruchu, układają się w czytelną i wciąż aktualną wypowiedź będącą sprzeciwem wobec przemocy, agresji, zniewolenia człowieka, posyłania go na pewną śmierć.

Bez Boga nie ma życia

Premiera spektaklu „1914” zainaugurowała VI Dni Sztuki Tańca. W ramach tego minifestiwalu pokazano kilka spektakli baletowych, m.in. „Kopciuszka” z Teatru Wielkiego w Poznaniu, warszawskie „Obsesje” Polskiego Baletu Narodowego i „Po drugiej stronie grzechu” z Teatru Baletu Borisa Ejfmana z Sankt Petersburga. Spektakl Ejfmana zamykał tegoroczne Dni Sztuki Tańca. Ten wybitny artystycznie spektakl niesie piękno estetyczne, harmonię gestu, płynność ruchu, profesjonalizm najwyższego lotu i perfekcję najdrobniejszego szczegółu, co sprawia, że oglądamy go z zachwytem. Ale poza walorami stricte artystycznymi to także spektakl o ogromnie ważnej wymowie. Zwłaszcza w dzisiejszym świecie cierpiącym na kryzys ducha i prześladującym chrześcijan.

Spektaklem „Po drugiej stronie grzechu” Boris Ejfman, wprowadziwszy pewne zmiany, powraca do „Braci Karamazow” Fiodora Dostojewskiego sprzed lat. Główne postaci to trzej bracia Karamazow: Dymitr, Iwan i Aleksiej, ich ojciec Fiodor i Gruszeńka. Całość zbudował choreograf wokół wyrażonej w powieści myśli Dostojewskiego: „Jeśli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone”. Od siebie zaś Ejfman dodaje, że dzisiaj ta myśl powinna brzmieć: „Bóg istnieje, a mimo to wszystko jest dozwolone”. Tymi słowami pobudza widza do refleksji nad katastrofalną kondycją duchową dzisiejszego świata odrywającego człowieka od Boga. Życie człowieka pozbawione wymiaru transcendentalnego jest puste, skoncentrowane wyłącznie na jego indywidualnej przyjemności. Świat bez otwarcia się na transcendencję grozi katastrofą moralną. I wtedy to już wszystko wolno. Nawet zabić. A skoro wolno zabić człowieka, to znaczy, że nie ma zbrodni. A zatem nie ma grzechu.

Stary Karamazow, ojciec, jest symbolem człowieka zdeprawowanego, człowieka bez żadnych granic moralnych, człowieka, dla którego grzech jest normalną codzienną egzystencją. Pożądanie i rozwiązłość stymulują go. Spośród jego synów tylko Aleksiej, mnich, egzystuje w innej przestrzeni duchowej i moralnej. Ale destrukcyjne geny ojca także w nim się w pewnym momencie odzywają. Zrzuca sutannę, odrzuca Boga. A kiedy pojawia się Chrystus w białej szacie, by uwolnić człowieka od zguby, walczy z Nim i każe Mu się wynosić. Postać w białej szacie odchodzi więc i staje przy krzyżu, z gotowością poddania się kolejnemu krzyżowaniu. Tłuszcza, wśród której są bracia, używa wolności aż do zatracenia. Ale kiedy krzyż z hukiem zostaje rzucony na podłogę, Aleksiej opamiętuje się, zrozpaczony tym, co zrobił, przytula się do krzyża z miłością, jakby chciał przeprosić za siebie i wszystkich, którzy go sprofanowali. Bierze krzyż na ramiona i powoli wchodzi z nim na górę, niczym na współczesną Golgotę.

Czytelnie wyrażone, w pięknej estetyce na najwyższym poziomie artystycznym, jasne i z ducha chrześcijańskie przesłanie, iż z grzechu można się podnieść i być zbawionym, jest czymś zupełnie wyjątkowym w dzisiejszym teatrze i w ogóle sztuce. Kto dzisiaj w niby-chrześcijańskiej Europie odważyłby się zrealizować taki spektakl? Który teatr w Polsce (poza „Naszym Teatrem” i pięknym spektaklem Barbary Dobrzyńskiej „Sen o krzyżu”) odważyłby się obecnie pokazać na scenie krzyż nie w celu profanacji, lecz jako ratunek dla człowieka? Który ze współczesnych artystów miałby odwagę stanąć w obronie krzyża i nie pozwolić na bluźniercze poniewieranie nim na scenie? Szkoda tylko, że ten rosyjski spektakl przybył do nas w tak niedobrym czasie, jeśli chodzi o klimat polityczny i o relacje polsko-rosyjskie.

„1914” – spektakl złożony z trzech baletów: „Nevermore…?” Roberta Bondary, muz. Prasqual, Steve Reich i Paweł Szymański; „Msza polowa” Jiřego Kyliána, muz. Bohuslav Martinů; „Zielony stół” Kurta Joossa, muz. Friedrich A. Cohen, Teatr Wielki-Opera Narodowa, Warszawa. „Po drugiej stronie grzechu” wg „Braci Karamazow”, chor. Boris Ejfman, muz. Modest Musorgski, Siergiej Rachmaninow, Richard Wagner, Teatr Baletu Borisa Ejfmana, Sankt Petersburg. Spektakl prezentowany w ramach VI Dni Sztuki Tańca w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/115879,wo ... krzyz.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 02 gru 2014, 18:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Jak widać Szekspira formowało klasyczne wychowanie i realistyczna kultura. Jego literacka wnikliwość i przenikliwość jest owocem tradycji realistycznej niesionej pokoleniom przez katolickie chrześcijaństwo.

Szekspir był katolikiem? Kolejne odkrycie może pomóc w ustaleniu prawdy

W Saint-Omer, w północnej Francji odkryto nieznany dotąd egzemplarz pierwszego wydania dramatów Szekspira, tak zwanego pierwszego Folio, wydanego w 1623 r. w nakładzie 800 egzemplarzy.

Rzuca to kolejne światło na związki angielskiego pisarza z Kościołem katolickim. Odnaleziony w ubiegłym miesiącu starodruk należał bowiem do zbiorów katolickiego kolegium, które w tym niewielkim miasteczku nieopodal Calais kształciło synów katolickich uciekinierów z Anglii. Co więcej, naniesione ręką poprawki i komentarze, dowodzą, że dramaty te były wystawiane w tym kolegium.

O przynależności Szekspira do katakumbowego Kościoła katolickiego w Anglii dyskutuje się od dawna. Odkrycie w Saint-Omer pokazuje, że kilka lat po śmierci był on dobrze znany i ceniony w środowisku katolickich uchodźców.

Kilka lat temu Arcybiskup Canterbury Rowan Williams przyznał, że William Szekspir był prawdopodobnie katolikiem. Taką tezę wysuwano już wcześniej w Rzymie. Rowan Williams opierał swoje przypuszczenia na analizie sztuk Szekspira, a ściślej na ujęciu w nich koncepcji przebaczenia i łaski bożej - znacznie bardziej reglamentowanych w 16-wiecznym protestantyzmie niż w Kościele Katolickim.

W 2009 roku Kolegium Angielskie - katolickie seminarium duchowne w Rzymie - ogłosiło, że ma wśród swych dokumentów pergamin podpisany - i to aż trzykrotnie - przypuszczalnie przez Szekspira w latach 1585 - 1589, kiedy w i tak skromnej biografii dramaturga widnieje kilkuletnia luka. Wiadomo też, że Szekspir miał krypto-katolików w rodzinie, wśród przyjaciół i protektorów.

KAI, polskieradio.pl

kra

Read more: http://www.pch24.pl/szekspir-byl-katoli ... z3KlF86VwM

http://www.pch24.pl/szekspir-byl-katoli ... 478,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 13 gru 2014, 08:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Wybrali niebo

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Próżno by szukać na zawodowych, instytucjonalnych, a także offowych scenach teatralnych przedstawienia, które w jakikolwiek sposób wpisywałoby się w okres adwentowy. W ten wyjątkowy okołoświąteczny czas, jakim jest oczekiwanie na Boże Narodzenie. Chodzi o przedstawienia, które jeśli już nie tematem czy problemem, to chociażby samym klimatem nawiązywałyby do tego szczególnego okresu. Ale nawet tego nie ma. Właściwie nie powinno mnie to już dziwić. Dzieje się tak bowiem co najmniej od kilkunastu lat, a może i więcej.

Czas Bożego Narodzenia czy okres Wielkiego Postu i świąt Zmartwychwstania Pańskiego od dawna nie znajdują żadnej korespondencji z tym wszystkim, co oglądamy na scenach teatralnych. A nierzadko są to przedstawienia wręcz bluźniercze. Nie mówię tu o pięknych, pozytywnych wyjątkach, bo takie też są, na szczęście. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że w kraju, gdzie ponad dziewięćdziesiąt procent Polaków deklaruje swoją przynależność do Kościoła katolickiego, teatry zachowują się, jakby znajdowały się i funkcjonowały w zupełnie innej kulturze, ba, nawet innej cywilizacji. Dość popatrzeć na dobór repertuarowy rozmaitych scen, sposoby interpretacji sztuk i inscenizacji.

Zresztą tak dzieje się nie tylko w teatrze, ale w całej współczesnej kulturze oferowanej dziś odbiorcom. Prawdziwa nazwa świąt, czyli Boże Narodzenie, właściwie przestała już funkcjonować w tzw. instytucjonalnym obiegu. W jego miejsce weszło słowo „Gwiazdka”. O świętach Zmartwychwstania Pańskiego już nie wspomnę; tu symbolikę ogranicza się do obrazka kurczaka lub zajączka.

Bądź wierny

Na szczęście na tej „pustyni” można jeszcze znaleźć życiodajne źródełka płynące spokojnym, skromnym nurtem, gdzieś na uboczu, z dala od mainstreamowych „atrakcji”. Takim źródełkiem są dwie premiery teatralne, które ostatnio obejrzałam: „Miecz obosieczny” i „Wybieram niebo”. I choć są to dwa różne przedstawienia przygotowane i zaprezentowane przez alumnów III kursu w dwóch warszawskich seminariach: jedno w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Warszawsko-Praskiej („Miecz obosieczny”), drugie w Wyż- szym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie („Wybieram niebo”), to łączy je rzecz podstawowa: przeciwstawienie się koniunkturalizmowi, wierność sumieniu, odwaga głoszenia prawdy przez głównych bohaterów obu spektakli, droga do świętości oraz kierowanie się wymiarem etycznym przy podejmowaniu trudnych wyborów w życiu.

Niedawno wysłuchałam na antenie Radia Maryja przemówienia św. Jana Pawła II z 1979 roku wygłoszonego do społeczności Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Aktualność słów sprzed trzydziestu pięciu lat jest wręcz porażająca. Ale ta aktualność rozszerza się także na blisko pięćset lat wcześniej, zwłaszcza jeśli chodzi o wątek koniunkturalizmu. Ojciec Święty przypomniał wówczas słowa Chrystusa skierowane do apostołów, że nie będą mieli łatwego życia. Każdy, kto będzie ich zabijał, będzie przekonany, iż robi przysługę Bogu. Ale – wzywał Jan PawełII – chrześcijanin nie może się bać przyznawać do swojej wewnętrznej prawdy ze wszystkimi tego konsekwencjami. Przyszłość Polski –mówił Ojciec Święty – zależy od tego, ilu będzie ludzi w ten sposób dojrzałych.

Tomasz More odmawia

Oba przedstawienia ukazują postaci dwóch świętych: Tomasza More’a i Filipa Neriego, którym za głoszenie prawdy groziło niebezpieczeństwo, a mimo to nie ulegli, odważnie przeciwstawili się koniunkturalizmowi. Droga trudnego piękna życia ludzkiego.

Akcja „Obosiecznego miecza” według dramatu Jerzego Zawieyskiego rozgrywa się w XVI-wiecznej Anglii za panowania króla Henryka VIII (gra go Jan Staruchowicz), który nie uzyskawszy zgody Stolicy Apostolskiej na unieważnienie swego małżeństwa i nowy związek z Anną Boleyn, zrywa więź z papiestwem. Ogłasza siebie głową nowego Kościoła anglikańskiego i żąda od poddanych akceptacji swojej decyzji. Parlament nakazał wszystkim złożenie przysięgi na posłuszeństwo królowi. Niepodporządkowanym grozi śmierć.

Głównym bohaterem sztuki jest Tomasz More (w tej roli Jan Łaski), filozof, autor słynnej „Utopii”, polityk, doradca króla Henryka VIII, kanclerz Anglii. Mimo nacisku ze strony króla oraz lorda szambelana Tomasza Cromwella (Jan Roztocki) i innych najważniejszych osób w państwie, a także arcybiskupa Tomasza Cranmera, który prędko przeszedł na anglikanizm (gra go Daniel Lubański), Tomasz More, kierując się wiernością swemu sumieniu, zdecydowanie odmawia złożenia przysięgi nowej głowie Kościoła, za co zostaje skazany na śmierć i ścięty.

Opiekun ubogich

Natomiast główną postacią spektaklu „Wybieram niebo” jest Filip Neri (gra go Bartłomiej Kita), szesnastowieczny kapłan włoski, który pragnął zostać misjonarzem w Indiach, ale Bóg tak pokierował jego życiem, że pozostał w Rzymie i tu dokonał wspaniałych rzeczy, które wyniosły go do chwały ołtarzy.

Spośród wielu dzieł św. Filipa Neriego do najważniejszych (prócz utworzenia Bractwa Świętej Trójcy opiekującego się pielgrzymami i chorymi) należy przygarnięcie dzieci ulicy, bezdomnych sierot. Święty Filip Neri daje im nadzieję, miłość, dobroć. Przywraca najuboższym godność, uczy miłości do Boga, rozwija pragnienie dobra i piękna, jest dla nich właściwie wszystkim: ostoją, bezpieczeństwem, matką i ojcem.

Ale żeby móc tak działać, Filip Neri niejednokrotnie doświadczał upokorzeń i był przedmiotem drwin nie tylko ważnych osobistości z dworu książęcego, ale i ze strony swych przełożonych. Piękna postać warta upowszechnienia. I piękne ewangeliczne przesłanie tyczące świętości. Dobrze więc, że klerycy WMSD przypomnieli świętego, mało chyba u nas znanego.

Oba spektakle kładą nacisk na słowo. W „Wybieram niebo” wykorzystana jest scenografia, która kilkakrotnie zmienia się, no i sporo jest ruchu. Natomiast „Miecz obosieczny” przypomina formę teatru rapsodycznego. Wyłożona zielonym suknem scena jest właściwie pusta. Aktorzy mają niełatwe zadanie. Duże partie dialogowe pozbawione niemal scen „sytuacyjnych” koncentrują uwagę widza na aktorze i słowie. Wszyscy klerycy, zarówno w spektaklu „Miecz obosieczny”, jak i w przedstawieniu „Wybieram niebo”, zagrali swoje role z wielkim oddaniem i wyraźnym osobistym zaangażowaniem w ich religijną tematykę.

„Zabawa” w teatr w seminariach przygotowujących przyszłych księży – poza wyrabianiem wrażliwości na piękno sztuki – jest znakomitym praktycznym „ćwiczeniem” dykcji, ustawienia głosu, przekazywania myśli i akcentowania ważniejszych partii wypowiedzi itp. Przyda się w przyszłości, kiedy klerycy już jako księża będą głosić kazania. Vide: nasz ukochany święty Jan Paweł II głosił homilie, przemawiał, i to w różnych językach, tak że odbiorcy, nawet innych religii, słuchali z zapartym tchem. Boży teatr.

„Miecz obosieczny” według Jerzego Zawieyskiego, scen. i reż. Jerzy Zelnik, Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Warszawsko-Praskiej.

„Wybieram niebo”, scen. Sebastian Józikowski, opieka art. Wojciech Asiński, Wyższe Metropolitalne Seminarium Duchowne w Warszawie.

SPEKTAKL „WYBIERAM NIEBO”

PATRONAT "Nasz Dzienniki"

WYŻSZE METROPOLITALNE SEMINARIUM DUCHOWNE ŚW. JANA CHRZCICIELA

UL. KRAKOWSKIE PRZEDMIEŚCIE 52/54, WARSZAWA

Alumni III roku WMSD mają zaszczyt zaprosić na sztukę teatralną „Wybieram niebo”. Jest to spektakl poruszający fundamentalne kwestie: Dla kogo jest świętość Jak i gdzie mogę stawać się świętym?

Seminarzyści szukają odpowiedzi na te pytania w historii Filippo Neriego, pełnego zapału i poczucia humoru kapłana, żyjącego w XVI wieku. Marzy on o wstąpieniu do jezuitów i wyjechaniu na misje. Niestety na drodze do realizacji planu pojawia się mnóstwo przeszkód. Opieka artystyczna: Wojciech Asiński.

TERMINY SPEKTAKLI W GRUDNIU:

13.12.2014 (sobota) o godz. 17.30 i 19.30
14.12.2014 (niedziela) o godz. 16.00 i 18.30
17.12.2014 (wtorek) o godz. 19.00
20.12.2014 (sobota) o godz. 19.30
21.12.2014 (niedziela) o godz. 16.00 i 18.30

Rezerwacja telefoniczna: 789 079 796
lub drogą elektroniczną: www.wmsd.waw.pl


http://www.naszdziennik.pl/wp/118399,wybrali-niebo.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 21 gru 2015, 00:28 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7496
Lokalizacja: Podlasie
Na długie zimowe wieczory chciałbym zaproponować sztukę "Gość oczekiwany" na podstawie dramatu Zofii Kossak.




lub








"Gość oczekiwany", czyli "obraz sceniczny w pięciu odsłonach", po raz pierwszy ukazał się nakładem Wydawnictwa Pallotinum w 1948 roku. Akcja koncentruje się wokół odwiedzin, jakie zapowiedział tytułowy gość - Jezus. Jego przybycia oczekują równie niecierpliwie wiejski biedak i bogaty młynarz. Obok dwóch głównych bohaterów pojawiają się interesowny społecznik, szukający sensacji dziennikarz, obłudna dewotka, bezpardonowo walczący o wyborców polityk i wiele innych postaci, uosabiających doskonale znane dorosłym, a nieobce też dzieciom postawy i zachowania. Opowieść o "Gościu oczekiwanym" jest zarazem przypowieścią o wierze, nadziei i pokorze, ale także o pysze, zachłanności, głupocie. O karze i o nagrodzie, nawet dla grzesznika, jeśli zrozumie własne błędy i poprosi o przebaczenie. Tak uniwersalna w swej wymowie sztuka, wyrasta jednak z polskiej obyczajowości i tradycji. Widowisko zostało zrealizowane w naturalnych wnętrzach starych chat z połowy ubiegłego stulecia, ze starannie odtworzonym oryginalnym wystrojem. [PAT]
http://filmpolski.pl/fp/index.php?film=521360

Sztuka teatralna w pięciu aktach. Autorka pisała o niej: "Bajka ta jest obrazem dramatu, jaki codziennie i na całym świecie, w milionach replik, rozgrywa się pomiędzy Bogiem a ludźmi. Bóg nieustannie przychodzi do ludzi, narzuca się im. Odtrącony powraca wielokrotnie. Ludzie, którzy przyjmują Go w prostocie i bezinteresownej miłości, są przezeń obdarowani hojną, opływającą miarą, są szczęśliwsi niż mogli wymarzyć. Natomiast biada tym, którzy pragną widzieć Boga dla spodziewanych korzyści lub podporządkowania Go innemu panu".
http://gloria24.pl/gosc-oczekiwany

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 23 lis 2016, 12:24 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7496
Lokalizacja: Podlasie
Antypolskie hieny sterowane przez "GieWu" przyjdą nawet pod teatr, aby protestować przeciwko odradzaniu się polskości ...
Zacytujmy jeszcze raz Norwida :

Coś zwichniętego jest w Polsce współczesnej. A zwichniętego jest to, że się rozlał szeroko po Polsce nihilizm. Zasadą tego polskiego nihilizmu jest: sprowadzić wszystko i wszystkich do własnej niziny i do perspektywy prywatnej...

Inteligencja polska i inteligencja w Polsce została poniżona i zupełnie wyłączona z miejsc i czasów gdzie wagi najwyższej decyzje o losie narodu zapadają. Tak to jest! Od lat cała inteligencja nic w narodzie nie znaczy ─ a jeśli mu basuje i, gorzej, przypochlebia się, to znaczy jeszcze mniej niż nic. (…) I kim są ci, co się inteligentami być mniemają? Kilka setek dobrze płatnych lokai i garstka ludzi szlachetnych bez butów. Reszta zaś tylko się za inteligentów podaje - ale są to wszystko albo oszuści albo uzurpatorzy...



Odrażający, brudni, źli…

Obrazek

Nie bez powodu zaczynam od tytułu włoskiego filmu sprzed dokładnie 40 lat. Symbolicznie opisuje on pseudoelity świata kultury III RP. Uświadomiły mi to bardzo wyraźnie różne okoliczności towarzyszące ostatniej premierze Teatru Nie Teraz, czyli „Powrotu Norwida”. Swoistą kulminacją tych odczuć był wyjazd do Wrocławia, gdzie nasz spektakl prezentowaliśmy w sławnym „do bólu” Teatrze Polskim.

O ile film Ettore Scoli sprzed czterech dekad, opisujący subkulturę slumsów, łagodziła konwencja komediowa, to subkultura postkomunistycznej i liberalnej inteligencji żerującej na strukturach państwa jest śmiertelnie prawdziwa i dużo lepiej jej stan obecny definiowałoby określenie: zakłamani, przerażeni, pełni nienawiści.

To, że świat kultury wyższej został zawłaszczony przez sztukę bulwarową jest oczywiste. Ale inwazja antyestetyki, to równocześnie deprecjonowanie wartości tradycyjnych, takich jak rodzina, Ojczyzna czy Wiara. W efekcie ludzie roślinnieją, a to, co nimi w konsekwencji takiej edukacji kieruje, nie pochodzi już z głowy i serca, ale lokalizuje się poniżej pasa.

Charakterystycznym dla tej wojny kulturowej, którą ludzkości już dawno temu wypowiedziało tzw. lewactwo, jest jej antychrześcijański charakter. Nic dziwnego, bo to właśnie chrześcijaństwo, będące ideowym fundamentem europejskości, jest jedynym gwarantem człowieczeństwa, a więc danej nam przez Boga wolności wyboru. A tego wszyscy przed- i pokomunistyczni rewolucjoniści nigdy nie zaakceptują. Oczywistym jest więc, że oflagowują się hasłem: „Nie oddamy wam kultury”. Czyli, z obfitości serca usta mówią. Oni dobrze wiedzą, że kultura (konkretnie chodzi o władzę nad instytucjami kultury!) daje panowanie nad elektoratem, co w demokracji jest najważniejsze. Nic więc dziwnego, że popadają we wściekły amok w kontekście zmiany na stanowisku dyrektorskim w Teatrze Polskim we Wrocławiu, boć i w tej instytucji są w mniejszości. A to przecież tylko jedna z dziesiątek, dziesiątek scen teatralnych w Polsce, które miesiąc w miesiąc, rok w rok lewoskrętnie indoktrynowały widza, czy chciał tego, czy nie.

Jednym z najbardziej wyświechtanych epitetów, którym beneficjenci komunizmu i postkomunizmu opluwają ludzi inaczej myślących, jest pejoratywne określenie – skrajna prawica. Zwykle towarzyszą temu stygmatyzujące przymiotniki: narodowa i katolicka. Zabieg tak prosty, jak i chamski. Od lat próbuje się tym sposobem wmówić ludziom, że wszelka opresyjność nas dotykająca wiąże się z wiarą i patriotyzmem. Niestety, pomimo wielkiej pracy „GieWu” i innych „zaprzyjaźnionych mediów”, nie udało się po orwellowsku przerobić historii. Wciąż dobrze wiemy, że obozy koncentracyjne i ludobójstwo, to pomysł i praktyka rządzenia lewicy. Nie udało się też zafałszować faktu, że w Europie za wiarę w Boga lub za przynależność narodową masowo mordowali nie wyznawcy Krzyża czy rojaliści, a jakobini i bolszewicy, a więc jak najbardziej lewicowi rewolucjoniści. W potocznej (ludowej) mowie zachowały się zwroty jednoznacznie wartościujące strony tego światopoglądowego sporu. I tak, z jednej strony mamy ludzi „robiących coś na lewo”, czyli niezgodnie z uznawaną normą; mamy też „lewusów”, czyli takich, którzy nic nie umieją. Z drugiej strony są ludzie prawi; jest również prawo, czyli coś, co porządkuje i kodyfikuje funkcjonowanie państwa i społeczeństwa.

Tacy właśnie „lewi” osobnicy próbują zatrzymać świat, który właśnie się obudził i próbuje – dodam, że bardzo nieśmiało – wyzwolić się z tej lewicowej niewoli, z tego dekonstrukcyjnego opętania.

Garstka hunwejbinów pikietuje scenę we Wrocławiu i haniebnie obraża jej nowego dyrektora. Po pond 20 latach panoszenia się z jedną ideologią w ofercie, ci hipokryci zaklejają sobie dzisiaj usta taśmą, jakby jakakolwiek zmiana nie miała prawa bytu, a sam teatr był ich własnością prywatną. Równocześnie „GieWu” podsyca stos, na którym ma ostatecznie spłonąć „pisowski dyrektor”. W „GieWu” nie ma miejsca na zdanie drugiej strony, ale myliłby się ten, kto nazwałby takie dziennikarstwo amatorskim. Tak się profesjonalnie robi nienawiść. A że przy tym wyrywa się z kontekstu, kłamie, pomawia, przekręca słowa i cytaty, opisuje zdarzenia i spektakle, których się nie widziało itd. itp., to tylko standardowe znamiona ich warsztatu.

„Powrót Norwida” ma trzy arcypolskie sygnatury. Ta najważniejsza to rzecz jasna sam Cyprian Norwid, twórca odrzucony, wyklęty, wypędzony i skazywany na zapomnienie. Bardzo niewygodny, bo „mówi, jak jest”. Drugim znakiem definiującym to przedstawienie jest autor dramatu, czyli Kazimierz Braun i jego życiorys artystyczny, naukowy i… emigracyjny. Tu również mamy do czynienia z wielką postacią kultury polskiej, z mistrzem teatru i człowiekiem odrzuconym, wypędzonym oraz lekceważonym przez całe lata. I teraz, gdy obchodzi swe 80-lecie, uświetnione Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, przyznanym mu przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę, właśnie teraz, gdy wieńczy poniekąd swą wspaniałą drogę twórczą spektaklem w Teatrze Nie Teraz, właśnie w ten czas wyjątkowy ONI próbują to przemilczeć albo opluskwić i ośmieszyć.

No i jeszcze znak trzeci – mój Teatr Nie Teraz. Piszę to bez fałszywej skromności. 36 lat to wystarczająco długi okres dla zespołu artystycznego, aby nie musieć udowadniać swej wartości oraz dokonań, które – jak chciała Opatrzność – wpisują się w łańcuch narodowej i katolickiej polskiej tradycji w sztuce. I trudno mi jest przecenić wagę naszego występu w Teatrze Polskim, bo to nie tylko docenienie naszej teatralnej pracy, ale przede wszystkim realny powrót prof. Brauna do Wrocławia, z którego wypędzili go komuniści. To również symboliczny powrót Cypriana Norwida na nasze sceny, do naszych serc i głów.

Czytam paszkwil „GieWu” wysmarowany w związku z prezentacją „Powrotu Norwida” w Teatrze Polskim” i… cytuję Norwida:

Coś zwichniętego jest w Polsce współczesnej. A zwichniętego jest to, że się rozlał szeroko po Polsce nihilizm. Zasadą tego polskiego nihilizmu jest: sprowadzić wszystko i wszystkich do własnej niziny i do perspektywy prywatnej.

Myślę o tych z pozaklejanymi ustami, o byłym dyrektorze-amatorze bez studiów, o tych medialnych cynglach i innych szczekających na karawanę i znów cytuję:

Inteligencja polska i inteligencja w Polsce została poniżona i zupełnie wyłączona z miejsc i czasów gdzie wagi najwyższej decyzje o losie narodu zapadają. Tak to jest! Od lat cała inteligencja nic w narodzie nie znaczy ─ a jeśli mu basuje i, gorzej, przypochlebia się, to znaczy jeszcze mniej niż nic. (…) I kim są ci, co się inteligentami być mniemają? Kilka setek dobrze płatnych lokai i garstka ludzi szlachetnych bez butów. Reszta zaś tylko się za inteligentów podaje - ale są to wszystko albo oszuści albo uzurpatorzy.

Teatr Polski we Wrocławiu to w tej chwili chyba najważniejsza reduta w walce o tożsamość polskiej kultury. Istotniejszym jest teraz obronić tam dyrekturę Cezarego Morawskiego, niż odebrać dyrekcję Janowi Klacie w krakowskim Teatrze Starym. Bo już nie tylko o symbole chodzi. Tym razem chodzi o życie.

Tomasz A. Żak

http://www.pch24.pl/odrazajacy--brudni- ... 556,i.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 23 lis 2016, 12:43 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2565
Coltrane ,
cytując Norwida,
sami odnajdujemy w niej odpowiedz,i nic nie szkodzi,ze Norwid pisał to w innym czasie,innej rzeczywistości
"Coś zwichniętego jest w Polsce współczesnej. A zwichniętego jest to, że się rozlał szeroko po Polsce nihilizm. Zasadą tego polskiego nihilizmu jest: sprowadzić wszystko i wszystkich do własnej niziny i do perspektywy prywatnej...
"
ludzkość niczego się nie uczy ,powiela natomiast wciąż stare błedy,kiedyś krzyczeli ukrzyżować Chrystusa,a dzisiaj jestem pewna,ze zrobili by to samo,gdyby był z nami...
i nie dotyczy to tylko Polski,Polski,która jeszcze zachowała w tej jednej drugiej jakąś moralność,etykę i nade wszystko Wiarę,
ale jest jeszcze ta "druga"
czyli
Odrażający, brudni, źli…
te czarne Kobiecinki,Pchły Szachrajki i im POdobne indywidua
serdeczne pozdrowienia
i Jezu,ufam Tobie :)
ps a Sorros i jego bachory,staną kiedyś przed Bogiem i wtedy zobaczą jak nędznymi byli ROBAKAMI


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 23 lis 2016, 14:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Obawiam się, że dziś Norwidowi zabrakłoby słów.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 19 sty 2017, 16:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Jaki kanon lektur z języka polskiego?

Czekamy na gruntowne działania MEN przywracające humanistyce należną rangę w życiu człowieka i Narodu.

Słowo „kanon” pochodzi z greki, a jego znaczenie od prostego pręta poprzez pręt mierniczy stało się w końcu normą i prawidłem w sztuce. Gdy więc dziś mowa jest o kanonie literatury dla szkoły podstawowej w zakresie kształcenia literackiego, to niewątpliwie chodzi o jakieś miarodajne dzieła, które mają wyjątkowe znaczenie w procesie wychowania i formowania młodych ludzi. Ale kanon to nie tylko dzieła o istotnym znaczeniu dla kultury. To również dzieła, które swym zasięgiem obejmują niejako z urzędu (za sprawą Ministerstwa Edukacji Narodowej) wszystkich młodych ludzi z uwagi na obowiązek szkolny. Oznacza to, że kanon ma olbrzymią siłę oddziaływania zarówno co do treści, jak i co do zakresu. I dlatego też o kanon toczyć się mogą spory, a nawet walka, zwłaszcza w dobie wojen kulturowych, kiedy dominacja polityczna opiera się nie tylko na sile fizycznej, ale nade wszystko na sile psychiczno-duchowej. A ta ostatnia kształtuje się właśnie pod wpływem procesu edukacji, w tym kanonu.

Nic więc dziwnego, że zmiany w układzie politycznym nie dotyczą tylko spraw ściśle politycznych, ale również obejmują swym zasięgiem zmiany w systemie, treściach, metodach i celach edukacji. Tak dzieje się i obecnie, gdy po rządach układu lewicowo-liberalnego władzę przejęły środowiska centroprawicowe, z mocno deklarowaną linią patriotyczną i chrześcijańską. Jest to okazja, by system edukacji uzdrowić po latach dominacji środowisk lewicowych, wyraźnie nastawionych antypatriotycznie i antyreligijnie.

Bez Homera, bez klucza

Na stronach MEN pojawił się projekt nowej podstawy programowej dla języka polskiego (https://men.gov.pl/projekt-podstawa-programowa). Wszedł on w fazę konsultacji społecznych i dlatego, przed ostatecznym zatwierdzeniem, warto włączyć się do dyskusji. A warto głównie dlatego, że gdy machina już ruszy, to skutki obejmą kolejne roczniki uczniów, a może i pokolenia.

Podstawa programowa składa się z dwóch elementów. Pierwszy to omówienie celów kształcenia i treści nauczania. Drugi to właśnie kanon, czyli zestaw lektur, z jakimi uczeń ma się zapoznać i jakie mają być na lekcjach omawiane. Kanon dzieli się na literaturę obowiązkową i uzupełniającą. Zarówno gdy chodzi o pierwszy, jak i o drugi element, odnaleźć można wiele cennych uwag, zaleceń i pozycji. To cieszy, jak choćby uwaga, że „język polski jest kluczowym przedmiotem nauczania” i że „dbałość o wzbogacenie zasobu słownictwa uczniów należy do obowiązków nauczycieli wszystkich przedmiotów”. Cieszy również obecność dzieł takich autorów, jak Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz, Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski i wielu innych, naprawdę pomnikowych, bez których polski kanon literacki nie będzie kanonem, co w jakiejś mierze ma ciągle miejsce obecnie, gdy obowiązuje jeszcze poprzedni kanon. Ale właśnie… jeżeli rozpoczynamy dyskusję nad nowym kanonem, to musimy też podzielić się pewnymi uwagami.

O ile szereg autorów i dzieł jest naprawdę cennych czy wręcz bezcennych, o tyle całość musi być uporządkowana, i to według jakiegoś klucza, zwłaszcza że przedmiot zwany językiem polskim obejmuje, jak czytamy w tym dokumencie, nie tylko kształcenie literackie, ale również kulturowe. Otóż w przypadku kultury zachodniej u jej podstaw nie leży ani „Gilgamesz”, ani „Pięcioksiąg Konfucjański”, lecz „Iliada” i „Odyseja” Homera. Nie da się zrozumieć kultury zachodniej, w tym również polskiej, bez odwołania do tego, kto – jak podkreślał Platon – „Helladę wykształcił i wychował i jeżeli chodzi o ustrój i o kulturę we wszystkich sprawach ludzkich” (Państwo, 606E). Nie tylko Helladę, bo później Rzym i Paryż, Wilno i Lwów, i Warszawę. A posiadamy wiele znakomitych tłumaczeń na polski, więc jest nie do pomyślenia, żeby każdy polski uczeń, przynajmniej w siódmej lub ósmej klasie, nie słyszał nic o Homerze i nie miał okazji do posłuchania i zarecytowania choćby wybranych fragmentów, które zostaną z nim na całe życie, formując jego kulturę.

Nie ma też Wergiliusza, tego poety, który obok Horacego i Owidiusza przejął dziedzictwo kultury greckiej i przygotował grunt pod powstanie cywilizacji łacińskiej. Nie ma też „Boskiej komedii” Dantego, w której średniowieczne chrześcijaństwo znalazło swój niebiański wręcz wyraz. Jak można zrozumieć i smakować literaturę i kulturę zachodnią – i klasyczną kulturę polską! – bez dotknięcia choćby fragmentów Homera, Wergiliusza, Dantego? Nie chodzi tu o studia literackie w szkole podstawowej, ale właśnie o to muśnięcie geniuszu w kilku wersach, ale pod okiem nauczyciela, który jest świadom, jak niezwykłej rzeczy dokonać może słowo wielkiego poety.

Poeci greccy i łacińscy wskazują na podstawy i ramy nie tylko literatury, ale i kultury zachodniej. Bez nich kultura zachodnia nie jest zrozumiała, jest zbiorem dzieł przypadkowych, jednych lepszych, drugich gorszych, ale nie stanowiących całości, gdzie byłaby jakaś logika i panowałby wspólny duch. A jeśli brak całości, to wszystko sprowadza się do gustu, niekoniecznie wykształconego. Bez arcydzieł greckich i rzymskich nie byłoby ani literatury francuskiej, ani włoskiej, ani niemieckiej, ani polskiej. Ta literatura musi być uwzględniona, bo dopóki istnieje kultura zachodnia, dopóty kultura klasyczna jest aktualnym i ciągle życiodajnym źródłem.

Pisarze naszej tożsamości

Literatura różnych narodów europejskich, posiadając zakorzenienie w literaturze greckiej i rzymskiej, ma też własny posmak i koloryt. Balzac to nie to samo co Goethe, a Puszkin to nie to samo co Mickiewicz. Trzeba tę różnorodność rozpoznać i uwzględnić. Bo choć na etapie kształcenia obejmującym klasy IV-VIII uczeń zapoznaje się z dziełami obcojęzycznymi w tłumaczeniu na polski, to jednak warto oddzielić literaturę obcojęzyczną od literatury polskiej. Powiedzieć można więcej: literatura polska jest tak bogata, że powinna stanowić odrębną ścieżkę kształcenia, bo to jest nasza literatura i ona winna wśród dzieł nowożytnych i współczesnych formować nas w szczególnym stopniu. Bez megalomanii, ale mało jest narodów, które mogłyby szczycić się taką liczbą pisarzy, jak właśnie Polacy. Nasza siła jest w polskiej kulturze literackiej, w której ciągle zbyt mało, niestety, uczestniczymy.

Kształtując kanon, musimy oddać sprawiedliwość wielkim autorom polskim. Dziwi więc, dlaczego w kanonie nie znalazło się miejsce dla pisarza, który zaliczony został do panteonu trójcy wieszczów. Jest nim Zygmunt Krasiński, autor nie tylko „Irydiona” i „Nie-Boskiej komedii”, ale cudownych utworów poetyckich i tysięcy jakże przenikliwych listów. To takich autorów młodzież polska ma nie znać? A Maria Rodziewiczówna – tak zasłużona dla ocalenia ducha narodowego w czasie zaborów, a w okresie międzywojennym bardziej poczytna nawet od Sienkiewicza – czy też ma być w kanonie literatury polskiej nieobecna? Nie bez powodu jej dzieła objęte były cenzurą w czasach komunistycznych, bo potrafiły przemawiać w imię wartości wielkiej kultury polskiej do szerokich mas i do ludzi młodych. Gdy urzędu cenzury już nie ma, to tym bardziej Marii Rodziewiczównie należy się miejsce w kanonie lektur Narodu niepodległego.

Nie chodzi o to, by Czytelnika zarzucić setkami nazwisk polskich powieściopisarzy i poetów czy tysiącami ich dzieł, ale o oddanie sprawiedliwości tym, których twórczość miała istotne znaczenie i rangę, a nawet w dalszym ciągu jest zdolna formować ducha polskiego najwyższych lotów.

Wróćmy do kaligrafii

Schodząc na ziemię, gdy przyglądamy się propozycji podstawy programowej, gdzie tak wiele miejsca poświęca się doskonaleniu umiejętności formułowania wypowiedzi ustnych i pisemnych, zdumiewa, dlaczego nie pojawia się słowo „kaligrafia”. Przecież to słowo obecne jest na wszystkich świadectwach przedwojennych, a nawet z okresu zaborów. Zostało wyeliminowane w czasach PRL. Wskutek tego wyrastały kolejne pokolenia (i wyrastają do dziś!), które nie potrafią pisać, które – mówiąc kolokwialnie – bazgrolą. Dlaczego nie wprowadzić obowiązkowej kaligrafii na poziomie klas I-III, skoro kaligrafia ułatwia pisanie, czyni je pięknym i łatwym w czytaniu? Choć coraz częściej wysługujemy się klawiaturą komputera, to jednak pisanie kaligraficzne jest nie do zastąpienia i pełni szereg funkcji pozapisarskich, jak choćby to, że wzmacnia koncentrację albo inteligentnie koordynuje funkcje motoryczne dłoni.

Proponowany przez MEN kanon jest krokiem w dobrą stronę, a na pewno jest to inna strona niż ten kanon, jaki ustanowiła rządząca wcześniej koalicja. W nowej propozycji jest jednak szereg niedociągnięć, które zostały zasygnalizowane. W zależności od tego, czy będą wzięte poważnie pod uwagę czy nie, dyskusja może być kontynuowana. Warto zauważyć, że w kanonie jest furtka dla lektur, których wybór zależy od decyzji nauczyciela. Tym wyborem powinni zainteresować się rodzice. Na przykład obowiązkowe jest poznanie niektórych wierszy Stanisława Barańczaka. Jednym z takich wierszy jest „wybitne dzieło” „Bóg, Trąba i Ojczyzna”, w którym poeta kpi z Papieża; nauczyciel może ten wiersz wybrać. I co dalej? Co powie uczniom, którzy ze zdumieniem czytać będą paszkwil na świętego?

Z drugiej strony z pewnymi dziełami nie można przedobrzyć. Warto np. byłoby się zastanowić, czy w ramach kształcenia literackiego sięgać po dzieło filozoficzno-teologiczne Jana Pawła II „Pamięć i tożsamość”, które jest dziełem równie ważnym, co intelektualnie trudnym, wymagającym głębszego wykształcenia. A może jednak w to miejsce należałoby wprowadzić jakże piękny wiersz „Myśląc Ojczyzna”?

Główny problem z określeniem zawartości kanonu z języka polskiego polega na tym, że przedmiot ten zawiera nie tylko dzieła czysto artystyczne, ale obejmujące wiele dziedzin humanistyki, takich jak filozofia, teologia, retoryka, nie mówiąc już o językach klasycznych, jak greka czy łacina. Niestety, dehumanizacja programu kształcenia ciągle trwa, nie ma filozofii, nie ma retoryki, nie ma greki i łaciny, a język polski jako przedmiot nie jest w stanie uzupełnić tylu braków. Na razie należy wymienić dawny kanon na nowy, ale w perspektywie trzeba mieć na uwadze gruntowniejszą reformę, która humanistyce przywróci należną jej rangę w życiu nie tylko człowieka i nie tylko humanistów, ale całego Narodu.

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

http://www.piotrjaroszynski.pl/felieton ... -polskiego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 24 sty 2017, 21:29 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Od bluźnierstwa do homoerotyki. Najnowsza historia TVP Kultura

TVP Kultura już po tak zwanej dobrej zmianie zdążyła wyemitować nie tylko antykatolickie „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, czy niebywale bluźniercze „Ukrzyżowanie – święty skandal”, lecz także porno-gniot „Sponsoring”. Teraz zamierza uraczyć swoich widzów festiwalem twórczości niemieckiego reżysera-homoseksualisty, który zmarł w wyniku przedawkowania narkotyków. Panie dyrektorze Matyszkowicz, basta!

„Od 23 do 27 stycznia TVP Kultura zaprasza na retrospektywę jednego z największych reżyserów światowego kina - Rainera Wernera Fassbindera”, ogłasza z dumą kierowana przez Mateusza Matyszkowicza antena. Pokazy filmów zaplanowano codziennie na godz. 20.20.

Zmarły 10 czerwca 1982 roku w Monachium w wyniku przedawkowania narkotyków reżyser, był homoseksualistą poświęcającym wiele miejsca w swej twórczości osobom należącym do subkultury LGTB.

W ramach festiwalu, utrzymywana z podatków TVP Kultura, zamierza pokazać już 25 stycznia film „W roku 13 pełni”. Zacytujmy jego anons zamieszczony na internetowej stronie publicznego nadawcy: „Szkoda, że nie jesteś kobietą” - usłyszał Erwin od kolegi zaraz po tym, jak wyznał mu miłość. Mężczyzna wziął sobie słowa ukochanego do serca i… stał się Elwirą. Film pokazuje jej ostatnie dni życia. Tytuł „W roku 13 pełni” nawiązuje do wiary w wyjątkowe znaczenie w życiu człowieka lat, w których księżyc przybiera 13 pełni. Laureat Brązowego Hugo na MFF w Chicago.

Aby jednak co bardziej konserwatywnie usposobieni widzowie nie poczuli się zszokowani nagłą obecnością homoproblematyki na antenie TVP Kultura, wcześniej, bo już w sobotę 21 stycznia wyemitowano obraz w reżyserii Tomasza Wasilewskiego zatytułowany „Płonące wieżowce”. Film ukazuje banalną i kanciastą historyjkę rodem z broszurek LGTB. Przytoczmy opis fabuły: Podczas przyjęcia trenujący pływanie amatorski sportowiec Kuba poznaje studenta uniwersytetu, Michała. Między młodymi mężczyznami rodzi się silna więź. Niepokoi ona Kubę, który od kilku lat związany jest z kelnerką Sylwią. Kuba i Michał zakochują się w sobie, a Sylwia zaczyna obawiać się, że utraci ukochanego. Świat całej trójki wywraca się do góry nogami.

Nie trzeba dodawać, że film obfituje w obrzydliwe homo-sceny. Co ciekawe, kiedy w 2015 roku „Płonące wieżowce” zostały zaprezentowane w publicznej telewizji, środowiska obecnie wspierające rząd płomiennie protestowały. Czy będzie podobnie i tym razem? A może jednak szefostwo TVP Kultura zostanie na łamach „niezłomnie niezależnych” mediów „rozgrzeszone” z powodu stosunkowo późnej pory emisji filmu – 23.20?
Usprawiedliwianie nocną porą możliwości pokazywania bezeceństw nie od dziś należy wszak do żelaznego repertuaru promotorów zepsucia i moralnej degrengolady. Sąsiaduje ono z takimi powodami epatowania golizną, czy nawet bluźnierstwem, jak „wolność artystyczna” oraz „zamknięty charakter imprezy”. Zresztą ten ostatni bywa przywoływany także w przypadku tego, co pojawia się na dużym bądź małym, szklanym ekranie. Brzmi wówczas jak swoista antyzachęta; „jak Ci się nie podoba, to nie włączaj, nie oglądaj, nie idź do kina”. Szkoda, że ten wyjątkowo perfidny sposób uzasadniania pojawia się także u tzw. prawicowców, niepomnych na obecność w moralnym nauczaniu Kościoła grzechów cudzych. Warto przytoczyć choćby dwa z nich, bo któż dziś pamięta, że grzechem jest zezwalać na grzech drugiego, oraz milczeć na grzech cudzy. Czy wspomniane sposoby usprawiedliwiania obecności grzechu nieczystości w kulturowej przestrzeni nie stanowią przykładu współczesnego oblicza jednego z grzechów cudzych? Co dopiero mówić o publicznym zgorszeniu, do którego rękę przykłada obecne kierownictwo TVP Kultura!

Największe cięgi za obecność homopropagandy, bluźnierstw, czy mówiąc oględnie śmiałych obyczajowo projektów filmowych w TVP Kultura winny spaść zatem na głowę szefującego anteną Mateusza Matyszkowicza. Być może jemu i środowisku, z którego się wywodzi czyli hipster prawicy, bliskie są balansowanie na krawędzi oraz nakaz powszechnego dialogowania, jednak czy aby na pewno godzi się, aby w tym duchu realizowana była misja mediów publicznych znajdujących się pod rządami partii deklarującej swe przywiązanie do katolicyzmu i tradycji?

Kultura stanowi pole bitwy nie od dziś. Zrozumieli to niestety różnej maści lewacy biorący na poważnie wskazówki Arturo Gramsciego, zachęcającego do położenia maksymalnego nacisku na ideologiczne zdominowanie kultury. Takie działanie miało zapewnić lewicy hegemonię, nawet w przypadku utraty władzy politycznej. Obserwując otaczający nas świat zmagających się ze sobą idei, można z wielkim bólem serce powiedzieć: stało się...

Wystarczy bowiem uważnie posłuchać niektórych krytyków publikujących opinie na łamach deklarujących prawicowość mediów, aby odkryć, iż ich język i sposób analizy nie są zbytnio odległe od tego, co robią ich – dumnie podnoszący sztandar rewolucji kulturowej – koledzy po fachu.

Za przykład ilustrujący to zjawisko niech posłuży zagadnienie obecności tzw. rozbieranych scen w filmie, czy w literaturze. Co odkryjemy? Otóż, że dla wielu uważających się za prawicowych krytyków nie stanowią one już żadnego problemu. Także – o zgrozo – kiedy odnajdują je u autorów publikujących w „niezależnych mediach”. Szkoda, że takim brakiem wrażliwości jest ukąszona TVP Kultura pod rządami Matyszkowicza. Stacja nie potrafi, lub nie chce znaleźć się w awangardzie nadawców „moralnie bezpiecznych”.

W tym kontekście nie sposób nie przypomnieć utyskiwania Mateusza Matyszkowicza nad lewicowo-liberalną proweniencją konsumentów kultury: „Największym problemem jest słabość konserwatywnej publiki. Proszę pójść na premierę do Teatru Wielkiego i zobaczyć, kto siedzi na widowni. Siedzi elita liberalna i lewicowa. To znaczy, że konserwatyści odpuścili kulturę...” - mówił w rozmowie z „Plus Minus”.

Prawda! Trudno się z tak postawioną diagnozą nie zgodzić! To bowiem co spotkało teatr, stanowi doskonały przykład ukazujący skutki zdobycia przez lewicę hegemonii w danej dziedzinie kultury. Pójście do teatru oznacza obecnie narażenie się na obcowanie z najgorszego sortu plugastwem, uderzającym we wszystko co drogie sercu katolika i Polaka. Zasługujące na uznanie inicjatywy próbujące wyrwać scenę teatralną z paszczy demona, są niestety kroplą w morzu. Podobnie, choć może nie aż tak tragicznie, wygląda sprawa produkcji kinowych. Trudno się dziwić, że tzw. przeciętnemu odbiorcy perspektywa obcowania z kulturą jawi się jako zagrożenie dla poczucia przyzwoitości. Niestety, zaproponowana przez Matyszkowicza konstrukcja programu TVP Kultura, nadal tą intuicję potwierdza.

Czy jednak Polacy nie zgłaszają aspiracji do uczestnictwa w kulturze? Wręcz przeciwnie! W większości przypadków ma ona, co prawda, charakter okazjonalny i ograniczony w czasie (przytoczmy choćby tłumy podczas „Nocy muzeów”, czy olbrzymie zainteresowanie transmisjami Konkursu im. Fryderyka Chopina), jednak czyż nie jest to iskierka, którą warto podsycać? A przecież obecność demoralizującego repertuaru na antenie publicznego nadawcy, zamiast rozbudzić tę iskierkę, raczej ją zdławi. Czy bowiem rzeczywiście zbuduje się „konserwatywną publiczność”, gotową wydawać ciężko zarobione pieniądze na udział w kulturze, poprzez pokazywanie obrzydliwości w stylu „Salo, czyli 120 dni Sodomy”, nawet czterdzieści minut po północy.

TVP Kultura pod rządami Mateusza Matyszkowicza, mimo szumnych deklaracji i zapowiedzi, wciąż kuleje. Co gorsze, nie widać żadnych zwiastunów ozdrowieńczych prądów. Można było przypuszczać, iż po gorszącej – i wręcz niemożliwej do wybaczenia – wpadce z emisją bluźnierczych produkcji, władze TVP Kultura wykażą więcej czujności w doborze repertuaru. Tak się jednak nie stało, bowiem w wizji realizowanej przez Matyszkowicza jest dla takich skandalicznych „dzieł” miejsce.

Spór o kulturę zawsze będzie ostry, bowiem zawsze będzie dotykał pryncypiów – tego, czy ich źródła ulokujemy w nauczaniu Kościoła, które stanowi ostateczną instancję oceny wszelkiej działalności, czy też uznajemy autonomię sztuki, gdyż „artyście wolno więcej”. Wydaje się, że w TVP Kultura przyjęto drugą koncepcję. Kolejne wpadki z emisją „wzbudzających kontrowersje” wyrobów pseudoartystycznych są zatem tylko kwestią czasu.
Może zatem, czas na zmianę, tym razem naprawdę dobrą?

Łukasz Karpiel

http://www.pch24.pl/od-bluznierstwa-do- ... 974,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 06 kwi 2017, 10:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Twórzmy kulturę z pierwiastkami religijnymi!

W jego ramach już od 28 lat z inicjatywy znanego dolnośląskiego działacza Juliana Golaka w przygranicznych rejonach Polski i Czech organizowane są Polsko-Czeskie Dni Kultury Chrześcijańskiej. Rozpoczynając Eucharystię celebrowaną przez kapłanów zaangażowanych w to przedsięwzięcie, ks. bp Ignacy Dec wskazał, że jest to inicjatywa, która przynosi piękne owoce w postaci dobrej współpracy między naszymi narodami. Od samego początku przebiega ona pod hasłem „Bądźmy Rodziną”.

– To bardzo aktualne zadanie, byśmy byli rodziną w gronie narodów europejskich, żeby cała Europa, w tym i Środkowo-Wschodnia, była rodziną, która się nie kłóci, prowadzi kulturalną polemikę, ale nie działa nigdy przeciwko drugiemu, tylko dla drugich – akcentował ks. bp Dec.

W homilii zwrócił uwagę, że w kulturze są i powinny być obecne pierwiastki religijne, jako że człowiek z natury jest istotą religijną.

– Już w starożytności Tertulian sformułował tezę: „Anima naturaliter christiana” – „Dusza z natury jest chrześcijańska”. Także wielu filozofów średniowiecznych i nowożytnych wskazywało na bytowe otwarcie się człowieka na to, co transcendentne. Nie wolno z kultury usuwać elementów religijnych, gdyż byłaby to wtedy kultura „kadłubowa”, pozbawiona ważnego naturalnego rysu. W XX wieku aż do dzisiejszych czasów mieliśmy próby eliminowania z kultury pierwiastków religijnych i wówczas obracało sie to przeciwko samemu człowiekowi. Dochodziło do niszczenia człowieka, a nawet całych narodów – podkreślał ks. bp Dec.

– Jesteśmy zaniepokojeni, że niektórzy przywódcy dzisiejszej Unii Europejskiej lekceważą, a nawet pogardzają wartościami religijnymi. Nie wróży to naszemu kontynentowi nic dobrego. My, jako chrześcijanie, winniśmy opowiadać się za Europą chrześcijańską. Przecież Europę zbudowali chrześcijanie. Pamiętamy, że z gleby chrześcijańskiej wyrosły najpiękniejsze pomniki kultury europejskiej. Mówimy dzisiaj głośno o potrzebie reformy Unii Europejskiej. Wydaje się, że trzeba jej przywrócić zdrowy fundament, którym jest Dekalog i wartości chrześcijańskie. Nie wystarczą wartości gospodarcze, ekonomiczne. Potrzebne są wartości etyczne i religijne – dodawał.

Duszpasterz diecezji świdnickiej zaznaczył, że trzeba ciągle powracać do ojców jedności europejskiej, którzy 60 lat temu w Traktatach Rzymskich kreślili wizję naszego kontynentu, w której wartościom religijnym, etycznym i moralnym przypisali fundamentalną rolę.

– Coraz częściej w środowiskach ludzi myślących i odpowiedzialnych wysuwany jest postulat, by Unię Europejską przekształcić we „Wspólnotę Narodów Europy” i oprzeć ja na wartościach chrześcijańskich, na co wskazywali już pierwsi ojcowie jedności europejskiej: Robert Schuman, Konrad Adenauer i Alcide de Gasperi – podkreśla ks. bp Ignacy Dec. Jego zdaniem, brak granic, swoboda przepływu towarów i ludzi, wspólna waluta nie wystarczą do zbudowania trwałej wspólnoty.

– Gdy mamy kontynuować podjętą przed 28 laty inicjatywę organizacji Polsko-Czeskich Dni Kultury Chrześcijańskiej, kultywując szczytne hasło: „Bądźmy rodziną”, pamiętajmy o wymiarze religijnym i moralnym tego dzieła – apelował, kończąc homilię, ordynariusz diecezji świdnickiej.

Po Eucharystii jej uczestnicy udali się do Teatru Miejskiego, gdzie osobom szczególnie zaangażowanym w organizację Polsko-Czeskich Dni Kultury Chrześcijańskiej, zarówno po stronie polskiej, jak i czeskiej, wręczono odznaki „Zasłużony dla Województwa Dolnośląskiego” oraz „Zasłużony Działacz Kultury Polski i Republiki Czeskiej”.

W dalszej części spotkania przedstawiciele władz samorządowych, różnych instytucji i stowarzyszeń zaprezentowali propozycje programowe tegorocznych Polsko-Czeskich Dni Kultury Chrześcijańskiej, na które złożą się przedsięwzięcia liturgiczne, koncerty, spotkania, wystawy itp.

Marek Zygmunt

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... jnymi.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 17 gru 2017, 13:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30798
Bursztynowy Ołtarz Ojczyzny

Obrazek

To jest nasze wotum wdzięczności Bogu za Jego obecność na drogach naszej historii, za dar Ojczyzny i ewangeliczny siew Kościoła, z którego wyrastało to, co wielkie i twórcze na polskiej drodze – powiedział ks. abp Sławoj Leszek Głódź podczas Mszy św. sprawowanej w bazylice św. Brygidy w Gdańsku z okazji odsłonięcia i poświęcenia Bursztynowego Ołtarza Ojczyzny, wzniesionego na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości.

W bazylice św. Brygidy zgromadzili się także stoczniowcy i górnicy oraz inni związkowcy „Solidarności” i kombatanci, a także członkowie rządu i parlamentarzyści, przedstawiciele władz samorządowych oraz współtwórcy Bursztynowego Ołtarza.

Uroczystości zostały zaplanowane z okazji 47. rocznicy krwawej masakry robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. oraz 36. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Ich centralnym punktem jest odsłonięcie i poświęcenie Bursztynowego Ołtarza Ojczyzny w kościele św. Brygidy, świątyni świata pracy i polskiej „Solidarności”, której patronuje bł. ks. Jerzy Popiełuszko.

– Tu czcimy relikwie św. Jana Pawła II i bł. ks. Jerzego Popiełuszki. To właśnie decyzją Stolicy Apostolskiej, którą dziś reprezentuję, błogosławiony ks. Jerzy został ustanowiony patronem „Solidarności” – przypomniał na wstępie liturgii ks. abp Pennacchio.

16 grudnia 1970 r. był tragiczną datą w dziejach Gdańska, kiedy padły pierwsze strzały do protestujących stoczniowców.

– Przystępując do sprawowania Eucharystii, wspominamy też bolesne rocznice, które dziś obchodzimy: 47. rocznicę wydarzeń grudniowych w Gdańsku i Gdyni oraz 36. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Modlitwą otaczamy wszystkie ofiary. Niech Pan Bóg obdarzy ich nagrodą życia wiecznego – powiedział nuncjusz apostolski.

W homilii ks. abp Sławoj Leszek Głódź nazwał bazylikę św. Brygidy, gdzie zbudowano Bursztynowy Ołtarz Ojczyzny, „szańcem narodowej pamięci”, w którym znajduje się wiele pamiątkowych tablic, epitafiów i pomników – znaków trudu i cierpienia, jakie dokonały się w historii Polski.

Pomysłodawcę stworzenia Bursztynowego Ołtarza – ks. prał. Henryka Jankowskiego, proboszcza parafii pw. św. Brygidy, metropolita gdański nazwał z kolei tym, który w latach 70. ubiegłego wieku podniósł z ruin tę świątynię, do której wstępu broniły komunistyczne władze.

Tragedia Grudnia 1970 i Grudnia 1981 na Wybrzeżu Gdańskim – rocznice, jakie ma upamiętniać Bursztynowy Ołtarz Ojczyzny – były „ogniwem Narodu na drodze ku wolności”, a wspomnienie o tych krwawych wydarzeniach wciąż trwa – podkreślił ks. abp Głódź.

– W wielu waszych sercach, bracia i siostry, zapisany jest tamten czas. Pamięć o poległych, zakatowanych, o prześladowanych, o łamaniu sumień, ale także o emigracji tysięcy – powiedział metropolita gdański.

Ks. abp Głódź zaznaczył, że „chrześcijańskie przebaczenie nie generuje zaniku pamięci, nie odwraca się od obowiązku świadczenia prawdy, ale także nie obraża poczucia sprawiedliwości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości”.

– I nie dawajmy posłuchu tym manipulatorom o wypalonym sumieniu, wyzbytym empatii do krzywdy tamtych lat, ani tym, którzy kiedyś stawali także w pierwszym szeregu podziemnego oporu przeciw represjom stanu wojennego – podkreślił ks. abp Głódź.

Metropolita gdański nawiązał także do postaci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Przypomniał, że w swoim nauczaniu, kształtując etos pokolenia stanu wojennego, z uporem powtarzał on słowa św. Pawła „Nie daj się zwyciężyć złu”. – I taka powinna być chrześcijańska miara: miara dobra, także naszych czasów roku 2017, naszych postaw i naszych sporów – zaznaczył ks. abp Głodź.

Kaznodzieja zaznaczył, że dziś ten dzień ma szczególny akcent, jakim jest odsłonięcie i poświęcenie Bursztynowego Ołtarza Ojczyzny. – To jest nasze wotum wdzięczności Bogu: za Jego obecność na drogach naszej historii, za wiano polskich dziejów, za dar Ojczyzny, za ewangeliczny siew Kościoła, z którego wyrastało to, co wielkie i twórcze na polskiej drodze; za pokolenia idące przez swój czas z Chrystusem i Jego Matką, za ludzi wiernych, miłujących, co Polskę kochają, a nie złorzeczą – wymieniał metropolita gdański.

Dodał, że Ołtarz jest też wotum wdzięczności za „to, co dobre stało się na Pomorzu Gdańskim oraz gdańskie wotum za Niepodległą, która przed stu laty odrzuciła pęta niewoli”.

Polska – zaznaczył ks. abp Głódź – przeszła w tym stuleciu wiele tragicznych doświadczeń, ale „pozostała wierna imperatywowi wolności, wierze ojców, tradycji chrześcijańskiego narodu”.

Po homilii odsłonięcia Bursztynowego Ołtarza Ojczyzny dokonał prezydent Andrzej Duda, a poświęcił go ks. abp Salvatore Pennacchio, nuncjusz apostolski w Polsce.

W modlitwie poświęcenia prosił Boga, by pobłogosławił „ten Bursztynowy Ołtarz Ojczyzny, który wznosimy, upamiętniając stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości”.

Po Mszy św. głos zabrał prezydent Andrzej Duda. Wyraził wdzięczność za możliwość odsłonięcia Bursztynowego Ołtarza Ojczyzny, który wieńczy dzieło odbudowy bazyliki św. Brygidy, rozpoczęte 47 lat temu przez ks. prał. Henryka Jankowskiego.

Przypomniał o wielkich patronach „Solidarności” – św. Janie Pawle II i bł. ks. Popiełuszce – których wizerunki znajdują się w gdańskiej świątyni. Nazwał ją „kościołem Solidarności”. – Z tragicznych wydarzeń Grudnia 1970 i 1981 wyrosło wielkie dzieło odrodzenia Rzeczypospolitej, zrzucenia kajdan i przywrócenia Polakom godności, a państwu wolności, niepodległości i suwerenności – mówił prezydent.

– To niezwykle ważne dni dla Polski i dla Gdańska – dni pamięci i patriotycznego uniesienia, że możemy złożyć to wotum dziękczynne dla Boga i Jego Matki za opiekę nad naszą Ojczyzną, za odzyskanie wolności – powiedział prezydent Andrzej Duda.

Bursztynowy Ołtarz Ojczyzny zaprojektował prof. Stanisław Radwański, były rektor gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, a współautorem projektu i zarazem jego głównym wykonawcą jest słynny pomorski artysta bursztynnik Mariusz Drapikowski. Prace nad nim trwają od 17 lat i jeszcze się nie zakończyły.

Śmiały projekt kompozycji, mierzącej 12 m wysokości, biegnącej półkolem długości 10 m, został doskonale wkomponowany w gotycką przestrzeń świątyni. Konstrukcja ołtarza o powierzchni 120 m jest ze stali, gałęzie winnego krzewu z pozłacanej prawdziwym złotem miedzi oraz bardzo dużo elementów ze srebra najwyższej próby, a każdy element nasączony jest bursztynem.

Centralnym elementem ołtarza jest niezwykły obraz Matki Bożej, patronki świata pracy, namalowany po masakrze grudniowej z 1970 r. przez ks. Franciszka Znanieckiego, artystę z Pelplina.

Madonna i Dzieciątko otrzymały bursztynowe korony, poświęcone przez Jana Pawła II 6 lipca 2001 r., i wspaniałą, rzeźbioną sukienkę z unikatowej odmiany białego bursztynu. W mosiężnych koronach dla Maryi i Dzieciątka znalazło się 28 rubinów, upamiętniających 28 robotników Wybrzeża, którzy zginęli w Grudniu 1970. Korony zostały ufundowane przez prezydenta Lecha Wałęsę i jego małżonkę Danutę. Poniżej znajduje się logo „Solidarności”.

Po obydwu stronach obrazu rozmieszczono figury św. Brygidy Szwedzkiej (patronki Europy) i św. Elżbiety Hesselblad – brygidki, która podczas wojny pomagała rodzinom żydowskim w Rzymie, chroniąc je przed zagładą. Po bokach prezbiterium zasiadają majestatyczne, zadumane figury z brązu Jana Pawła II i ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, przewodników ku wolności.

W ołtarzu umieszczono relikwie męczennika „Solidarności”, jak i piękny, bursztynowy relikwiarz św. Jana Pawła II – oba metrowej wysokości. Poniżej obrazu Matki Bożej znajduje się monstrancja z bursztynu o wysokości 1,73 metra, wykorzystywana w latach 2000-2014 podczas procesji Bożego Ciała ulicami Gdańska. W monstrancji widnieje drzewo życia, z którego wyrasta Jezus na krzyżu.

Całą konstrukcję ołtarza spina olbrzymich rozmiarów winorośl, a pod sklepieniem zrywa się do lotu biały bursztynowy orzeł. Na tej samej wysokości instalowane są właśnie polskie krzyże: niepodległościowe, solidarnościowe, partyzanckie i te z przydrożnych kapliczek.

Ołtarz jest nadal rozbudowywany. Kolejnym elementem będą złote łany zbóż z bursztynowymi kłosami, symbolizujące Eucharystię.

RP, KAI

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... zyzny.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 74 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /