Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 76 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 03 sie 2013, 07:47 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Wakacyjne premiery – obok świetnych miernoty

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Myślę, że wakacyjne premiery powinny różnić się od przedstawień wystawianych w tzw. sezonie. Latem na widowni zasiada w większości publiczność przyjezdna, z kraju i zagranicy. Nie chodzi o to, że dla wakacyjnej widowni należy tworzyć teatr łatwy, śmieszny i głupawy. Wakacyjne przedstawienia, owszem, powinny mieć element relaksacyjny, ale też w atrakcyjny sposób zaznajamiać widza, zwłaszcza tego z zagranicy, z naszą kulturą, tradycją, obyczajowością. Mamy wszak z czego korzystać. Na przykład sierpień – ileż tu znamiennych dat, tak ważnych dla naszej polskiej tożsamości, jak choćby obchodzona parę dni temu 69. rocznica Powstania Warszawskiego. Może wreszcie teatry zainteresowałyby się promowaniem polskości, a nie ciągłym jej deprecjonowaniem.

Świdermajer na scenie

Spośród premier lata chyba najbardziej w wakacyjnym klimacie utrzymany jest spektakl „Porwanie Sabinek” w reżyserii Emiliana Kamińskiego w warszawskim Teatrze Kamienica. Tę austriacką komedię, autorstwa braci Franza i Paula Schonthanów, przetłumaczoną i przerobioną przez Juliana Tuwima, znakomicie wyreżyserował Emilian Kamiński. Powstał pełen humoru stylowy wodewil, świetnie zagrany, z dynamicznie poprowadzoną akcją i celnie dobraną obsadą, gdzie każda postać niesie inny temperament, inną osobowość, inny charakter i dysponuje innymi środkami wyrazu. Pełna zabawnych perypetii historia dzieje się w Otwocku na początku XX wieku. Jest więc stylizacja na tamtą epokę i na tamtą obyczajowość. Zarówno w scenografii, kostiumie, części muzycznej, jak i słownej.

Oto spokojne życie rodziny Owidowiczów zostaje nagle zakłócone w związku z przyjazdem do Otwocka teatru objazdowego, którego dyrektor Strzyga-Strzycki (Emilian Kamiński) wystawia sztukę „Porwanie Sabinek”, napisaną przez nauczyciela łaciny Jędrzeja Owidowicza (Wojciech Duryasz tą pięknie zagraną rolą obchodzi 50-lecie swojej pracy artystycznej) w sekrecie przed rodziną. Całe zamieszanie wynika stąd, iż pani Ernestyna, żona profesora (w pełni wiarygodna rola Doroty Kamińskiej), nie znosi teatru. I zabiegi o utrzymanie w tajemnicy autora tej sztuki stanowią oś akcji.

Cały zespół gra wspaniale, a Emilian Kamiński w vis comica dosłownie przeszedł samego siebie, ukazując ogromne możliwości aktorskie w dziedzinie komedii. A trzeba dodać, iż wyciskanie u widza łez ze śmiechu to o wiele trudniejsze zadanie aniżeli zagranie postaci tragicznej. Ekspresją wyrazu i temperamentem aktorskim dominuje Olga Sarzyńska w doskonale poprowadzonej roli Madzi, nieznośnej, o despotycznym charakterze córki Owidowiczów. Wszyscy grają wybornie. To jedno z nielicznych przedstawień, w którym gra zespołowa nie jest tylko pustym terminem.

Warto dodać, iż w scenografii użyto oryginalnych elementów drewnianej architektury letniskowej, tzw. świdermajera. W tym stylu na przełomie XIX i XX wieku budowane były m.in. w Otwocku drewniane budynki z charakterystycznymi drewnianymi, ażurowymi zdobieniami werand i ganków. Emilian Kamiński odnalazł w Otwocku nie całkiem jeszcze spalony w pożarze budynek i ocalałe fragmenty takiego właśnie ażurowego zdobienia wykorzystał w scenografii swojego przedstawienia, dzięki czemu widz może sobie mniej więcej wyobrazić, jak wyglądało pod względem architektonicznym podwarszawskie miasteczko na początku XX wieku.

Kawa i arszenik

Inny spektakl komediowy, również w Teatrze Kamienica, który także miał premierę w czasie wakacji i grany jest przez całe lato, to „Dziś wieczór arszenik, czyli komedia z kawą” autorstwa Carlo Terrona w reżyserii Tomasza Obary. Ta kameralna, dwuosobowa sztuka łączy elementy klasycznego kryminału i komedii z elementami psychodramy. Akcja rozgrywa się w sylwestra. Elegancko ubrana para małżonków w średnim wieku prowadzi ze sobą grę. Z jednej strony wzajemnie oskarżają się o nieudane życie, twierdząc, że mają już siebie dość, z drugiej – okazuje się, że łączy ich wielka miłość i nie wyobrażają sobie życia bez siebie. A więc miłość czy nienawiść? Kto komu wsypał arszenik do kawy? A może nikt nikomu.

Sztuka przypomina filmy Hitchcocka z charakterystycznym dla nich suspensem i oczywiście przymrużeniem oka. Świetnie napisane dialogi tworzące rytm spektaklu, narracja prowadzona na przecięciu kryminału i komedii, zaskakujące zwroty akcji trzymające widza w napięciu i ciekawości, zagadkowość sytuacji, która dopiero w finale się wyjaśnia. A do tego wyraziste role Marii Pakulnis (aktorka doskonale gra rolę żony, oddając jej zmienność nastrojów: czułości na zmianę z obojętnością, a nawet goryczą) i Miłogosta Reczka (mąż).

Odradzamy

Przedstawień teatralnych, które miały premiery w okresie wakacji, jest jeszcze kilka. Ale nie na wszystkie warto poświęcić czas. O niektórych lepiej od razu zapomnieć. Jak na przykład o najnowszym spektaklu Michała Zadary „Wszyscy byli odwróceni” według opowiadania Marka Hłaski napisanego na początku lat 60., będącego wynikiem trzykrotnego (1959, 1961 i 1969) pobytu pisarza w Izraelu. Opowiadanie pokazuje pewien istotny problem społeczny w Izraelu, a mianowicie konflikt między Żydami urodzonymi na tamtych ziemiach, czyli „Sabrami”, a Żydami nowo przybyłymi z Europy Wschodniej (zwłaszcza z Polski) i osiadłymi w Izraelu.

Michał Zadara niczego nie zrozumiał z utworu Hłaski. Zrobił spektakl będący żenującą miernotą, niemającą nic wspólnego z opowiadaniem Hłaski. Aktorzy snują się po scenie i strasznie wrzeszczą na siebie. I to wszystko. Dlaczego publiczność go nie wygwizdała? Zastanawiające jest to, iż ten marny reżyser w krótkim czasie zrobił tak oszałamiającą karierę. No cóż, bywają różne lobby…
--------------------------------------------------------------------------------

„Porwanie Sabinek”, reż. i scenog. Emilian Kamiński, „Dziś wieczór arszenik”, reż. Tomasz Obara, Teatr Kamienica, Warszawa.

„Wszyscy byli odwróceni”, reż. Michał Zadara, spektakl będący koprodukcją, prezentowany w Muzeum Historii Żydów Polskich, Warszawa.


http://www.naszdziennik.pl/wp/49902,wak ... rnoty.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 15 sie 2013, 19:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik- ... tyce.pl%29

Po co nam kultura? "Ponosimy taką samą odpowiedzialność za kształtowanie swojej kultury, jak za losy własnej rodziny. Jedno zależy od drugiego"
opublikowano: 28 lipca, 20:06

Czasami warto przypominać rzeczy oczywiste, bo często o nich zapominamy. Jedną z najważniejszych rzeczy dla człowieka jest kultura. Sam ją kształtuje, w niej żyje, bez niej obejść się nie może, a mimo to nie bardzo zdaje sobie sprawy do jakiego stopnia jest od niej uzależniony. Nie zauważa jej istnienia tak samo, jak istnienia powietrza.

Czym więc jest ta kultura? Najpopularniejsza definicja słownikowa mówi, że jest to całokształt materialnego i duchowego dorobku ludzkości wytworzonego w ogólnym rozwoju historycznym. Z podziału ogólnego, wynikają kolejne na: kulturę materialną, duchową, kulturę rolniczą, biologiczną, fizyczną itp. Kultura może dotyczyć całokształtu działalności człowieka lub wybranego odcinka czasu.

Jak widać na podstawie tej pobieżnej definicji kultura to nie tylko sztuka, literatura, teatr, ale wszystko to, co człowiek stworzył w swoich dziejach. Ma ona więc znaczenie raz bardziej ogólne, innym razem zawężone do określonego okresu. Termin ma więc charakter wieloznaczny. Cywilizacja natomiast jest określoną sumą kultur wypływających z tego samego korzenia kulturowego, choć ostatnio ze względu na niekontrolowany rozwój technologiczny zmienia swoje znaczenie w kierunku bardziej technicznym. (Ale cywilizacją nie będziemy się tu zajmować).



Kultura decyduje o harmonii życia człowieka

Kultura obyczaju reguluje stosunki międzyludzkie. Obyczaj został ukształtowany na przestrzeni wieków i jest odpowiedzią na położenie geograficzne (rola słońca, akwenów wodnych, gór), na doświadczenia historyczne (geopolityka), ale również i na specyfikę charakterologiczną (sposób zmagania się z życiem). Nie jest jakimś stereotypem w dzisiejszym, politycznym rozumieniu; jest natomiast doświadczeniem pozwalającym człowiekowi trwać i żyć w miejscu, którym się znalazł. Więcej, każdy człowiek, naród, państwo chcąc się rozwijać musi kształtować swoją koncepcję kulturową. To właśnie ona decyduje o tożsamości w równym stopniu człowieka, jak i kultury, którą on stworzył. Ruch napędza życie w człowieku – mówi się, że „ruch, to życie”. Podobnie dzieje się z kulturą, jeżeli nie ma w sobie życia – ginie. Ruch dla człowieka jest motorem życia, jego receptory umieszczone są głównie w miejscach najbardziej używanych: stopy, dłonie; kultura natomiast napędzana jest pracą określonej grupy ludzi i też na swoje wrażliwe obszary (receptory).

Jednym z najbardziej wrażliwych obszarów kultury jest jej język. To sposób wyrażania swoich myśli decyduje o precyzji myślenia, przekazu i dyskusji. Subtelność języka decyduje też o statusie danej kultury, a także statusie jej reprezentantów. Opis za pomocą języka knajackiego lub wulgarnego może imponować w knajpie, ale na uniwersytecie nie może mieć zastosowania. Jeżeli przeniesiony zostanie na uczelnie, zaświadczy o ich niskim poziomie. Rzecz w tym, że język subtelny nie jest słyszalny, po prostu nie dochodzi do uszu i nie zapada w pamięć! Nie subtelność języka jest więc dzisiaj w cenie (poezja prawie nie istnieje), lecz jego dosadność, przesadność i proletaryzacja. Tylko taki jest słyszalny i taki dociera do odbiorcy. Język ten nie nadaje się do opisu otaczającego nas świata, a tego opisu domaga się kultura. Warto więc zapytać, jaki jest dzisiejszy język Polaków? Najkrócej mówiąc, pozostawia on bardzo wiele do życzenia. Na smutne pocieszenie można dodać, że nie jest on wyjątkiem. Przypadłość ta dotyczy chyba całej cywilizacji łacińskiej. Wracając na własne podwórko, można zauważyć, że jaki język, taki opis i taka kultura.

Kolejnym bardzo wrażliwym obszarem jest intelektualny przekaz pokoleniowy. Językiem prostym można przekazać tylko proste wnioski, zupełnie nieadekwatne ani do geopolitycznego doświadczenia, ani dla zabezpieczenia podstawowych interesów jednostki czy grupy kulturowej. Blokada przekazu to mordowanie rodzimej kultury. Przekaz kulturowy przekazywany jest przez rodzinę, szkołę, uczelnie, prasę, radio i telewizję. One decydują więc o poziomie intelektualnym obywatela i całego społeczeństwa; one decydują o zwartości i sile danej kultury i możliwości porozumienia się między sobą. Nie ma co ukrywać, że w Polsce ostatnich 70 lat ów przekaz blokowany był strukturalnie. Najpierw w PRL-u, a potem jej kontynuacji – III RP. Dziś wielu z nas sądzi, że ów przekaz wydaje się zbyteczny, tak jakby można było zapomnieć o własnej matce, własnym ojcu i dziadkach. Taki stosunek do przeszłości to powtarzanie tej samej drogi, którą przemierzyli nasi przodkowie i powielanie ich tragicznych doświadczeń. Wielu z nas jeszcze myśli, że początkiem nowej ery był PRL. A tymczasem był on nie tylko zupełnie obcy naszej kulturze, ale został stworzony przeciwko: polskiej tradycji i polskiej kulturze. Powołany został po to, aby ją zniszczyć. PRL był kontynuacja zaboru rosyjskiego.

Przekaz kojarzy się ze znajomością własnych dziejów i własnej historii. Bez tej wiedzy, żadna szansa na normalny rozwój, ani normalne życie nie istnieje. Każdą szansę trzeba rozwijać a każdy dorobek kulturowy bronić. Tak już ułożony jest ludzki świat. Brak wiedzy o samym sobie, odrzucanie wiedzy o sobie, lub gorzej – uznawanie się za kogoś kim się nie jest, to nic innego jak samobójstwo kulturowe. Brak wiedzy czyni z człowieka naiwny mechanizm, który wykorzystuje się do celów obcych. Brak wiedzy o sobie wyprowadza człowieka z pola uprawy własnej kultury i kulturę tę pozostawia w ugorze. Człowiek przestaje pracować na siebie, a zaczyna pracować na innych. I ci inni, prędzej czy później, wypomną mu, że porzucił swoją pracę i kulturę. Wkład pracy, jaki włoży na rzecz obcego, nie będzie miał żadnego znaczenia, bo tak traktuje się najemników… Przykładów jest oczywiście znacznie więcej.

Jak zdestabilizować kulturę?

Destabilizacja kultury wymaga więcej czasu niż destabilizacja gospodarcza. Gospodarkę można zdestabilizować w ciągu pokolenia, ale świadomość doznanej krzywdy wzmacnia stare kulturowe korzenie i wzmaga motywacje obronne. Na taki rozwój sytuacji dawniej odpowiadano eksterminacją inteligencji, czy po prostu całych grup ludności lub narodów. Dzisiaj próbuje się zastosować dwa w jednym. Zaczyna się od destabilizacji podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina. Sensacyjny przekaz informacji, a nawet interpretacji naukowej, odciąga uwagę społeczną od sedna sprawy. Społeczeństwo, które atakowane jest sensacją nie ma czasu i spokoju ani na refleksję, ani na przegląd najważniejszych wydarzeń. Nie jest zdolne do żadnej syntezy, tak potrzebnej jej do właściwej oceny świata, w którym żyje. Konsekwencją takiej postawy jest powolny upadek wszystkiego: poziomu szkolnictwa, mediów, usług, pracy itd.; zaczyna upadać poziom rozmów towarzyskich, wzajemnego szacunku i ambicji. Człowiek zaczyna wykorzystywać drugiego człowieka. Upada więc kultura i państwo, które ma być dla niej domem, potem upada sam człowiek. Tak więc wszystko zależy od stosunku do własnej kultury.

Ponosimy taką sama odpowiedzialność za kształtowanie swojej kultury, jak za losy własnej rodziny. Jedno zależy od drugiego. Każda rodzina musi mieć swój dom, ale ten dom rodzinny musi mieć swoje państwo – a więc dom domów. Bez państwa ani rodzina, ani rodzina rodzin i jej własność – rodzinne domy wraz z kulturą którą reprezentują, nie będą w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa. Nie będą w stanie uchwalić takiego prawa, które pozwoli zachować im własność i niezależny byt, ani zmobilizować potrzebnej siły na obronę własnego posiadania. Wszystko więc stoi na kulturze i stosunku do niej. Kultura jest bankiem wiedzy, a ten kształtuje świadomość. Warto też zauważyć, że wszystkie przeciwne nam systemy nie walczą z gospodarką, choć jej osłabienie traktują jako zubożenie lub likwidację siły, lecz walczą z kulturą po to, by narzucić jakiegoś nowego człowieka. Tak jest od ponad 200 lat z wyjątkiem okresu II RP. Pod zaborami mieliśmy być Rosjanami lub Niemcami/Prusakami, w okresie PRL proletariuszami, a obecnie możemy stać się narodem zbędnym, co zresztą już miało miejsce w okresie II wojny światowej.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 31 sie 2013, 06:38 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Sztuka ciszy

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Przedstawić w teatrze całą gamę ludzkich uczuć, nie wypowiadając przy tym ani jednego słowa, może tylko sztuka mimu, która na szczęście jeszcze przetrwała. A jak pokazał odbywający się na Scenie Na Woli w Warszawie XIII Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu, który zakończy się dzisiejszego wieczoru, pantomima jako wyjątkowy gatunek teatru – mimo niesprzyjających okoliczności – jest w stanie się obronić. Ale pod jednym warunkiem: że zachowa swój wspaniały fundament, to znaczy czystość gatunku, i że właśnie na nim budować będzie nową jakość. Tegoroczny festiwal jest tego doskonałym potwierdzeniem.

Tegoroczny przegląd teatrów pantomimy w zasadzie ukazał pewną ideę, jaka łączy wszystkie te spektakle (a przynajmniej większość), które obejrzeliśmy podczas festiwalu. Mimo że teatry pochodzą z różnych krajów. Chodzi o pewne odniesienia do klasyki gatunku tej sztuki. Można nieco żartobliwie powiedzieć, że nad tegorocznym festiwalem opiekuńczo spoglądał z góry Marcel Marceau. Większość spektakli nawiązywała do estetyki tego nieżyjącego już wybitnego artysty, mistrza sztuki mimu. Gdyby żył, w tym roku obchodziłby 90. urodziny. A niektóre spektakle były wręcz hołdem złożonym temu artyście.

Prawdziwa kreacja

Takim właśnie przedstawieniem utrzymanym w stylu tradycyjnej pantomimy Marcela Marceau jest „Agua de Lagrimas” w reżyserii Lionela Ménarda. Ten znakomity spektakl w wykonaniu aktorów Warszawskiego Centrum Pantomimy opowiedziany jest językiem Marcela Marceau. Wszyscy wykonawcy: Marta Grądzka, Ewelina Grzechnik, Maja Pieczarek, Paweł Kulesza i Bartłomiej Ostapczuk, zaprezentowali dobre przygotowanie edukacyjne i wysokie umiejętności artystyczne. A Bartłomiej Ostapczuk grający główną postać może zapisać tę rolę w poczet swoich najlepszych dokonań artystycznych. To prawdziwa kreacja.

Aktor poprowadził swego bohatera poprzez rozmaite sytuacje, ukazując całą rozpiętość jego wewnętrznych przeżyć. Frollo Bartłomieja Ostapczuka przeżywa na zmianę strach, niepokój, bezradność, radość, fascynację poznaną kobietą, nieodwzajemnioną miłość, silne wzruszenia. Zewnętrznie odrażający, brudny, zaniedbany, bezdomny kloszard. Ale wystarczy grymas twarzy, ułożenie sylwetki, układ rąk, jeden delikatny gest, by zobaczyć w nim zupełnie innego człowieka. Wtedy nie zauważamy jego powierzchowności, a widzimy stan ducha Frolla i świat jego wewnętrznych przeżyć. Tutaj każdy ruch, każdy gest, każdy szczegół jest świadomie użyty, uruchamia odpowiednią sferę przeżyć i niesie znaczenie.

Bohater Bartłomieja Ostapczuka jest wzruszający i zarazem zabawny. Łączy w sobie melancholię Chaplinowskiego bohatera, subtelnie wyrażony humor oraz Pierrota z komedii dell’arte. Piękna rola, doskonały spektakl. I – co ważne – przedstawienie ma charakter fabularny, opowiada pewną historyjkę, dzięki czemu możemy śledzić rozwój postaci. Ważną funkcję odgrywa tu znak plastyczny. Byłaby wielka szkoda, gdyby ten premierowy spektakl Warszawskiego Centrum Pantomimy nie znalazł się w stałym repertuarze teatru, bo w pełni na to zasługuje.

Pamięci Marcela Marceau poświęcili swój występ artyści z Ukrainy Quartet De.Kru w spektaklu wyreżyserowanym przez Liubov Cherepakhinę (na podstawie własnego scenariusza), prezentując – można powiedzieć – kwintesencję sztuki mimu. Ich spektakl składający się z samych etiud był prezentacją doskonałego warsztatu umiejętności, pokazu czystej, pięknej pantomimy łączącej klasykę ze współczesnymi środkami wyrazu. Pantomimy, w której znalazło się miejsce i na dramat, i na komedię, i na realność przekazu, i na minifabułkę, i na metaforyczny skrót odwołujący się do poezji oraz tego wszystkiego, co zawarte jest w niej między wierszami. Przemiana postaci następuje tu błyskawicznie, a widz też błyskawicznie odbiera kolejne wcielenia aktora.

Ten czteroosobowy zespół pokazał, iż artysta mimu jest całkowicie samowystarczalny. Nie potrzebuje ani scenografii, ani rekwizytów, bo narzędzia, którymi się posługuje, tkwią w ciele, w rękach, nogach, twarzy, oczach. W całej sylwetce. Za pomocą swego ciała, giętkości dłoni, tułowia, stóp, wyrazistości oczu i całej mimiki kreuje rzeczywistość w najrozmaitszych jej wymiarach, od czysto zewnętrznych wydarzeń do przeżyć całkowicie introwertycznych. Może wykreować świat zewnętrzny i wewnętrzny postaci, którą gra, jej radość i smutek, jej płacz i zakochanie. Wszystko. Ale żeby to przekładało się czytelnie na drugą stronę rampy, w kierunku publiczności, potrzeba znakomitych artystów. I taki okazał się zespół z Ukrainy, po raz pierwszy goszczący na warszawskim festiwalu.

Dotrzeć do istoty teatru

Ku klasycznej pantomimie skierowany był także otwierający festiwal znakomity spektakl „Szatnia” według scenariusza i w reżyserii Zbigniewa Szymczyka w wykonaniu Wrocławskiego Teatru Pantomimy, będącego spadkobiercą unikatowego w skali światowej teatru, założonego niegdyś przez Henryka Tomaszewskiego. Ten wybitny artysta stworzył wspaniały teatr promujący podstawowe wartości, afirmujący życie, w centralnym miejscu stawiający człowieka nigdy nieodartego z jego godności i istoty człowieczeństwa. W sferze artystycznej aktorzy prezentowali najwyższy kunszt sztuki mimu.

Natomiast po śmierci Tomaszewskiego – teatr ten, niestety, odszedł daleko od idei założyciela, podupadł moralnie i artystycznie, prezentując czasami spektakle wręcz urągające wspaniałej artystycznej tradycji tego miejsca. „Następca” Tomaszewskigo – Aleksander Sobiszewski, w niektórych spektaklach, dając wyraz swojemu zapiekłemu antyklerykalizmowi, nie panował wręcz nad stroną artystyczną przedsięwzięcia, nie mówiąc już o wymowie moralnej, etycznej spektaklu, jak to było na przykład w niegdysiejszym przedstawieniu „Science fiction” ohydnie karykaturującym postać chorego Jana Pawła II.

Dziś pod dyrekcją Zbigniewa Szymczyka Wrocławski Teatr Pantomimy, prezentując spektakl „Szatnia”, oddaje hołd swemu założycielowi. Przedstawienie, sięgając do źródła wrocławskiej pantomimy, wykorzystuje motywy choreografii z archiwalnych spektakli Henryka Tomaszewskiego. Zbigniew Szymczyk, budując swój spektakl na przywołanych fragmentach z przedstawień mistrza, próbuje odtworzyć wspaniałą tradycję tego miejsca, na niej budować nowe i w ten sposób próbować dotrzeć do istoty teatru tworzonego niegdyś przez Tomaszewskiego.

Dla tych, którzy osobiście pamiętają spektakle Tomaszewskiego, „Szatnia” jest wzruszającą podróżą w rejony prawdziwej, pięknej, o głębokiej wymowie pantomimy w jej czystym gatunku. Zastanawiam się tylko, czy obecnemu szefowi teatru wystarczy odwagi i wytrwałości w tworzeniu dzieła kultywującego tradycję sztuki pantomimicznej w tym najlepszym, najgodniejszym znaczeniu.

Uczta na zakończenie

Na zakończenie festiwalu publiczność czeka wspaniała uczta artystyczna – występ wybitnych artystów grupy Bodecker & Neander Compagnie nawiązującego do estetyki pantomimy Marcela Marceau. Można powiedzieć, że początek i koniec festiwalu ujęte są w klamrę kompozycyjną wyznaczającą kierunek formalno-ideowy obecnego festiwalu. Jest to wyraźne ukierunkowanie ku pantomimie opartej na tradycyjnym języku mimu i czystym gatunku tej sztuki, co nie oznacza zamknięcia się na różnorodność interpretacji. Ale owe poszukiwania różnorodności muszą być oparte na trwałym fundamencie, jakim jest czysty gatunek pantomimy. Właśnie spektakl określony jako wieczór współczesnej pantomimy, w którym wystąpili artyści z różnych krajów, jest uwyraźnieniem owej idei różnorodności sztuki mimu, którą łączy jednak ten sam fundament.

Dobrze, że jest taki festiwal, który nie ulegając naciskowi chorej mody dyktującej promocję rozmaitych dewiacji, w skromnych warunkach robi wspaniałą, piękną rzecz, zarówno pod względem artystycznym, edukacyjnym, duchowym, jak i w ogóle kulturowym. A już miał być skasowany, bo ministerstwo nie zamierzało wyłożyć grosza. Widocznie w guście ministra Bogdana Zdrojewskiego nie mieści się teatr, w którym nie obraża się Polaków, nie pokazuje się obscen i nie promuje się homoseksualizmu. Ale publiczność wierna festiwalowi nie dała za wygraną, szturmowała ministra na różne sposoby, aż w końcu pieniądze się znalazły.

http://www.naszdziennik.pl/wp/52524,sztuka-ciszy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 27 wrz 2013, 07:07 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Ambasador kultury

Jest naukowcem o ugruntowanej, światowej pozycji. Nie onieśmiela jednak swoją wielkością.

Przebywanie z nim to przede wszystkim ubogacanie ducha. Wybitny filozof, twórczo rozwija klasyczną filozofię realistyczną, nawiązując do najlepszych tradycji humanistyki. Ale przede wszystkim ukochał polską kulturę zakorzenioną w cywilizacji łacińskiej. Temu pozostaje wierny.

Korzenie

Profesor Piotr Jaroszyński wyszedł z domu o głębokich tradycjach patriotycznych. Pielęgnowano w nim zarówno pamięć o narodowych powstaniach – dziadek ze strony mamy pochodził z Pniew i był powstańcem wielkopolskim, jak i o Kresach – rodzina ojca pochodzi z Nowogródczyzny, a w latach 40. była zesłana na Syberię.

Profesor, jeśli tylko może, towarzyszy swojemu ojcu w wyprawach na Białoruś, tak jak w te wakacje, gdzie podczas wykładów spotykał się z Polakami mieszkającymi w Lidzie i w Grodnie. Odbył też sentymentalną wizytę nad Niemnem.

– Podczas takich wyjazdów profesor bardzo przeżywa, że to, czego doświadczył jego ojciec podczas swojej młodości, zamiera. To są w tej chwili jakieś zgliszcza w postaci architektury czy ludzi, którzy język polski kojarzą z modlitwą, a coraz mniej z własną kulturą, która kiedyś była ich codziennością – mówi ks. dr Paweł Tarasiewicz z Katedry Filozofii Kultury KUL, uczeń prof. Jaroszyńskiego. I dodaje, że dla profesora ojciec, Czesław Jaroszyński, nadal jest przewodnikiem, który mu towarzyszy, jeśli może, i od którego wiele się uczy.

Mistrz słowa

Dom miał wielkie znaczenie w edukacji młodego Piotra. Sam przyznaje, że szkoła na pierwszych poziomach nauczania – podstawowa i liceum – odegrała minimalną rolę w jego życiu. Ale w domu tętniącym wysoką kulturą języka polskiego zawsze żywa była poezja, piękne polskie słowo. To za sprawą teatru, z którym od dziecka profesor był zaprzyjaźniony dzięki rodzicom grającym na deskach warszawskich scen. Dlatego mistrzowie słowa w domu rekompensowali mu z nawiązką niedostatki edukacyjne PRL-owskiej szkoły.

– Profesor jest osobą wykształconą w atmosferze sztuk wyzwolonych, gdzie cnota jest wartością wiodącą. W związku z tym mamy do czynienia z człowiekiem charakteru, nie tylko z człowiekiem, który porusza się swobodnie w dziedzinie wiedzy, którą reprezentuje, ale przede wszystkim człowiekiem bardzo poukładanym, człowiekiem charakteru – mówi ks. dr Paweł Tarasiewicz. Jak dodaje, profesora charakteryzuje także brak rozdźwięku między tym, co mówi, a tym, co robi. Jest osobą bardzo spójną.

Po liceum przyszedł czas na wybór studiów. Wtedy dopiero zaczął się okres poważnej edukacji szkolnej za sprawą obranego kierunku i uczelni. W trzeciej klasie szkoły średniej Piotra Jaroszyńskiego zaciekawiła trzytomowa „Historia estetyki” Władysława Tatarkiewicza.

Zarówno ta książka, jak i w ogóle zamiłowanie do czytania, analizowania i słuchania ludzi mądrych stały się przyczynkiem do wyboru studiów. Rozpoczął swoją przygodę z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej, na sekcji filozofii teoretycznej. Były to lata 70., a na czele KUL stał sam mistrz – o. prof. Mieczysław Albert Maria Krąpiec, twórca Lubelskiej Szkoły Filozoficznej, która będzie mieć tak duży wpływ na młodego człowieka, że sam stanie się jej częścią i będzie ją z powodzeniem rozwijał.

Tacy profesorowie jak wspomniany ojciec Krąpiec i inni (ks. prof. Stanisław Kamiński, prof. Stefan Swieżawski, ks. prof. Marian Kurdziałek i wreszcie sam ks. prof. Karol Wojtyła, który do czasu wyboru na Stolicę Piotrową był kierownikiem Katedry Etyki) rozwinęli w Piotrze Jaroszyńskim umiłowanie mądrości i prawdy, tak że bez reszty oddał się zgłębianiu filozofii. Sprzyjała temu mała grupa studentów – z uwagi na ministerialne limity na całym Wydziale Filozofii na KUL na roku mogło studiować zaledwie 30 osób. Profesor poznał łacinę i grekę, a dzięki temu mógł studiować spuściznę Talesa, Pitagorasa, Sokratesa, Platona, Arystotelesa, św. Augustyna, Tomasza z Akwinu i innych w oryginale.

Piotr Jaroszyński związał swoje życie zawodowe z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim, a po powstaniu Radia Maryja stał się jednym z filarów toruńskiego środowiska. Dało mu ono jeszcze większą możliwość głoszenia prawdy, dotarcia z mądrością do ludzi za pośrednictwem radiowej anteny, Telewizji Trwam, a także do młodych ludzi w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej.

Naukowiec

Profesor Piotr Jaroszyński jest profesorem uczelnianym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1990 roku uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych w zakresie filozofii dzięki rozprawie „Estetyka czy filozofia piękna”. Jego bezkompromisowość stanęła na przeszkodzie w uzyskaniu profesorskiego tytułu belwederskiego. Ale jak mówią jego współpracownicy, profesor nie zabiega o tytuły, bo jest skoncentrowany na człowieku.

Dla prof. Jaroszyńskiego ważni są ludzie, którzy uczestniczą w jego seminariach, magistranci, studenci, współpracownicy, goście, których zaprasza na konferencje.

– Wiem, że dla współczesnego naukowca kariera zawodowa, awans są najważniejsze, ale w przypadku pana profesora to są rzeczy bardzo formalne, drugorzędne i nie stanowią wyzwania, które należy jak najszybciej podjąć i je zrealizować. Profesor nie należy do osób, które polują na awans – mówi ks. dr Paweł Tarasiewicz, uczeń profesora.

Ale oddajmy także głos mistrzowi profesora – nieżyjącemu już o. prof. Mieczysławowi Krąpcowi. Ze słów, które napisał we wstępie do jednej z książek Piotra Jaroszyńskiego „Etyka. Dramat życia moralnego”, wynika, że obcy jest autorowi książki poklask. „Autor nie chciał być w ukazywaniu doktryny oryginalny, kierujący uwagę czytelnika na swoje pomysły i rozwiązania. Sprawa jest bowiem zbyt poważna, by zalecać swe czysto subiektywne pomysły, chociażby one mogły wywołać chwilowe zafascynowanie i poklask. Piotr Jaroszyński chciał – i to mu się udało – włączyć się w ciągle żywy i potężny nurt filozofii klasycznej i przedstawić znane i uznane sformułowania oraz uzasadnione rozwiązania problemów moralnych” – napisał wówczas o. prof. Krąpiec i ta charakterystyka prof. Jaroszyńskiego jako naukowca jest aktualna także dzisiaj.

Profesor Piotr Jaroszyński wiele publikuje. Są to książki i artykuły naukowe w języku polskim i obcych, bierze udział w krajowych i zagranicznych konferencjach i je współorganizuje (jak chociażby Międzynarodowe Kongresy w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej). Profesor jest także twórczym publicystą, żeby wspomnieć choćby liczne felietony trafnie analizujące naszą rzeczywistość emitowane w Radiu Maryja, artykuły publikowane w „Naszym Dzienniku”, książki wydawane przez Wydawnictwo Dom Polski założone przez profesora.

Poliglota

Wyniesione z domu rodzinnego zamiłowanie do pięknego słowa sprawiło, że sam stał się mistrzem słowa, który stara się tę miłość zaszczepić także młodym ludziom.

– Krzewi umiłowanie polskiej mowy i kultury. Na swoich zajęciach i wykładach stara się zawsze w bardzo pozytywnych barwach przedstawiać Polskę, umiłowanie patriotyzmu i język polski. Na wszystkich wykładach, nie tylko na retoryce, ale także na filozofii podkreśla piękno języka polskiego także przez własne doświadczenia. Opowiadając studentom o swoich podróżach, stara się ich zachęcić do tego, aby byli ambasadorami kultury polskiej, gdziekolwiek pojadą, gdziekolwiek będą bez względu na wiek, na rodzaj studiów – podkreśla dr Imelda Chłodna z Katedry Filozofii Kultury KUL.

– Profesor Jaroszyński posługuje się biegle kilkoma językami, jest człowiekiem rozpoznawalnym na świecie – mówi ks. dr Paweł Tarasiewicz. Język angielski, niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, rosyjski nie stanowią dla niego bariery. W nauce języków obcych najważniejsze są dla niego osobiste kontakty.

– Kiedy np. jest w Hiszpanii, stawia sobie wysoko poprzeczkę i rozmawia po hiszpańsku. Języka uczy się nie tylko od profesorów na uniwersytecie, ale wszędzie. Podczas podróży stara się rozmawiać z różnymi ludźmi, np. ze sklepikarzem, na targu, w hotelu. Uczy się w ten sposób języka mówionego – podkreśla dr Imelda Chłodna.

Podróże z wędką

Profesor Piotr Jaroszyński ma wiele pasji, dzięki którym relaksuje się, odpoczywa. Uwielbia podróżować. Ale wyjazd w świat nie może być jedynie sposobem na zabicie czasu czy lekarstwem na nudę. Podróże traktuje jako poznawanie różnych miejsc i kultur dla autentycznego ubogacania się.

W czasie wyjazdów profesor wiele fotografuje. – Utrwala pewne elementy w czasie swoich pobytów, zwłaszcza w kontekście natury, przyrody. Podróżując, szuka takich miejsc, gdzie ma kontakt z przyrodą. Budynki ze szkła i stali raczej go nie interesują. Szuka miejsc albo odnoszących się do historii klasycznej, chrześcijańskiej, jeśli chodzi o architekturę czy myśl zapisaną w bibliotece, albo przenosi się na łono natury i tam spędza czas – mówi ks. dr Paweł Tarasiewicz.

A kiedy już jest na łonie przyrody, szczególnie w swoim wakacyjnym królestwie na Suwalszczyźnie – udaje się nad wodę i wędkuje. – Wędkarstwo jest czymś wpisanym w jego sposób na życie. Tak się regeneruje, odzyskuje siły witalne. To dla niego naprawdę duża rzecz – zaznacza ks. dr Paweł Tarasiewicz. Suwalszczyzna jest terenem Polski najmniej skażonym przez człowieka, dlatego można tu szybko wypocząć.

Katarzyna Cegielska

http://www.naszdziennik.pl/mysl/55176,a ... ltury.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 12 paź 2013, 08:36 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Niemy krzyk Hamleta

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Publiczne oświadczenie Jacka Tyskiego, że w swoim balecie „Hamlet” w Operze Narodowej koncentrował się na tym, by z szacunkiem dla autora i zgodnie z literą tekstu odtworzyć fabułę dramatu Szekspira, uważam dziś – i to bez przesady – za wyraz odwagi. Bo dzisiaj, w czasach dominującej pychy tzw. ponowoczesnych pseudoartystów, do dobrego tonu należy „poprawianie” Szekspira albo jeszcze lepiej – dopisywanie autorowi własnych, reżyserskich wypocin. Nie mówiąc już o reżyserowaniu tekstów największego dramaturga w sposób silnie ingerujący w tkankę utworu, co całkowicie zmienia wymowę ideową i przesłanie dzieła oryginalnego. Bo przecież reżyser musi powiedzieć coś od siebie. No i na afiszu obok jego nazwiska będzie drugie: Szekspir. Większej nobilitacji nie trzeba.

Ból istnienia
Jacek Tyski nie idzie tym tropem. Nie poprawia i nie dopisuje, ale ma odwagę powiedzieć, że chce być wierny tekstowi. Artysta ma już w swoim dossier dokonania choreograficzne, ale „Hamlet” jest jego pierwszą choreografią pełnospektaklową. W swoim najnowszym przedstawieniu artysta opiera się na silnym, sprawdzonym fundamencie, którym jest klasyka baletu oraz tradycyjne podejście do utworu i środków wyrazu artystycznego, jak również ogólnie estetyka, język baletu. W swojej choreografii Jacek Tyski pięknie łączy klasyczne podstawy ze współczesnym językiem baletowym, a nawet z elementami pantomimy i aktorstwa dramatycznego, co pozwala na budowanie szczególnego rodzaju napięcia dramaturgicznego w spektaklu.

Choreograf wprawdzie główny akcent położył tu na relacje między Hamletem (w tej roli Sergey Popov) i Ofelią (Aleksandra Lia- shenko), ale i pozostałym osobom dramatu, jak m.in. Gertrudzie (Magdalena Ciechowicz), Klaudiuszowi (Carlos Martin Pérez), Horacemu (Paweł Koncewoj), Poloniuszowi (Sebastian Solecki), Rozenkrancowi (Patryk Walczak), Gildensternowi (Kenneth Dwigans), Laertesowi (Vladimir Yaroshenko), stworzył przestrzeń na pełną wypowiedź. Wszyscy artyści, cały zespół, w pełni z tego skorzystali, tworząc wyraziste postaci. Przy czym dodajmy, że każdemu z bohaterów Jacek Tyski stworzył choreografię uwypuklającą indywidualny rys charakterologiczny, własną osobowość, temperament, rytm i skalę wewnętrznych przeżyć, co sprawia, iż postaci te w trakcie rozwoju akcji ewoluują. Kilkakrotne solo Hamleta – Popova wyraziście oddaje świat duchowo-emocjonalny duńskiego księcia. A pojawiający się bodaj dwukrotnie dramatyczny w wyrazie „niemy krzyk” Hamleta, inspirowany ekspresjonistycznym obrazem norweskiego artysty Edwarda Muncha „Krzyk”, wyraża – podobnie jak u Muncha – egzystencjalny ból człowieka współczesnego. Rozpacz. Hamlet cierpi. Jest zrezygnowany, nie widzi dla siebie światełka w tunelu. Nie ma na kim się oprzeć, czuje się zdradzony przez własną matkę, odrzuca miłość Ofelii, jej śmierć samobójcza staje się dlań dodatkowym bólem. Ukazujący się mu Duch ojca nakłada nań obowiązek pomszczenia jego śmierci, co przerasta nie tyle siły Hamleta, ile jego wrażliwość. Młody książę jest przygnieciony zadaniem, w którego realizację zwątpił, bo ma świadomość przeważającej siły oporu materii, zewnętrznych trudnych okoliczności i braku zaufania do otoczenia, a zwłaszcza zdrady ze strony rodzonej matki. Przybiera postawę szaleńca, by wypełnić powierzone mu przez Ducha ojca zadanie zemsty na stryju i uchronić się przed światem, którego morale nie akceptuje.

Szekspir i Beethoven
Hamlet to niełatwa rola. Głębia i bogactwo osobowości wpisane w tę postać przez Szekspira wymagają od artysty bogatej osobowości ludzkiej i aktorskiej, potrzebnej do ukazania stanu ducha bohatera. Szekspir w tej postaci zawarł kwintesencję aktorskiego wnętrza i ludzkich rozterek. Ta rola jest wyzwaniem dla każdego artysty – czy to dla aktora dramatycznego, czy artysty baletu. Tyle że aktor dramatyczny wspiera się słowem, które w tym dramacie zajmuje miejsce pierwszorzędne. Artysta baletu całe bogactwo osobowości Hamleta musi przekazać środkami pozasłownymi, własnym ciałem, gestem, mimiką, ruchem. Jacek Tyski wprowadził jednak do swojego baletu trzykrotnie słowo mówione. W tym nie mogło zabraknąć najsłynniejszego w historii dramatu monologu Hamleta „być albo nie być”. Mówiony jest z offu, z nagrania.

Sergey Popov ma świetne warunki zewnętrzne do roli Hamleta. I je wykorzystuje. Dopełnieniem zaś jest mimika. Twarz artysty wyraża jego stan ducha. Popov gra całym ciałem. Silna koncentracja i precyzja każdego kroku, ruchu, gestu pokazują rzetelne techniczne przygotowanie. Szkoda tylko, że zabrakło trochę spontaniczności, artystycznego szaleństwa. Ale to jest do zrobienia, zwłaszcza gdy ma się dobry warsztat będący podstawą.

Partię Ofelii bardzo pięknie zatańczyła Aleksandra Liashenko. W jej interpretacji Ofelia przeżywa rozmaite stany ducha, od dziewczęcego zakochania w Hamlecie, a potem odtrącenie przez niego, po szaleństwo prowadzące do śmierci. Doskonała rola, narysowana delikatną i zarazem mocną kreską, pozostaje w pamięci. Także świetny duet stworzyli Magdalena Ciechowicz jako królowa Gertruda, matka Hamleta, i Carlos Martin Pérez w roli Klaudiusza, stryja Hamleta. Dynamika osobowości i wyrazistość postaci.

Powstał interesujący artystycznie spektakl znakomicie zatańczony nie tylko przez solistów, ale przez cały zespół, z czytelnie i konsekwentnie od początku do końca poprowadzoną myślą. Szybka i dynamiczna akcja pełna rytmu i tempa (jak pojawianie się Rozenkranca i Gildensterna, spotkanie księcia z matką czy pojedynek Hamleta z Laertesem) na zmianę ze scenami wolniejszymi, refleksyjnymi podnoszą dramaturgię przedstawienia. A bardzo piękna, doskonale dobrana i dramatycznie wybrzmiewająca muzyka Beethovena nie tylko współtworzy klimat, ale jest też znakomitym komentarzem do przebiegu akcji.

Jacek Tyski nadał swojemu udanemu przedstawieniu ciekawą ramę kompozycyjną. Przedstawienie rozpoczyna się śmiercią Ofelii i przechodzącym konduktem pogrzebowym, a kończy śmiercią Hamleta i również przechodzącym konduktem pogrzebowym. Reszta stanowi retrospekcję.

„Hamlet”, balet Jacka Tyskiego w dwóch aktach wg Williama Szekspira, choreogr. Jacek Tyski, muz. Ludwig van Beethoven, scenogr. i wideo Robert Majkut, kost. Tijana Jovanović, Teatr Wielki-Opera Narodowa, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/56542,nie ... mleta.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 18 paź 2013, 08:35 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7534
Lokalizacja: Podlasie
W sztuce musi być zawarte Piękno, Prawda i Dobro. Nie wolno więc stawiać pomników gwałcicielom, ani ukazywać zbrodni. Kundel – beztalencie ze szkoły, gdzie brylowała Kozyra ze swą rzeźnią – goni za rozgłosem. Dziwi mnie, że dają mu ten – jakże na jego „rynku” pożądany rozgłos – portale „prawicowe”.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=119

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 16 lis 2013, 10:54 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Obok sztuki antysztuka

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Odbywający się już po raz piąty przegląd spektakli baletowych w ramach Dni Sztuki Tańca w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie pokazał, iż taniec – podobnie jak inne sztuki tworzące obraz współczesnej kultury – ulega dziś silnej presji mody na tzw. estetykę modern, która najczęściej nie jest budowana na fundamencie klasyki, lecz stanowi jej zaprzeczenie. Z tym wiążą się wartości, wizja człowieka i świata, nie tylko sztuki.

Spośród zaprezentowanych spektakli niektóre daleko odbiegały od klasycznej formuły baletu. Przywiezione ze Szwecji przedstawienie „Plateau Effect” w wykonaniu słynnego zespołu Cullberg Ballet nie jest baletem. Cała akcja spektaklu skupia się tu na zwijaniu i rozwijaniu ogromnej płachty, która chwilami przypomina wzburzone fale na morzu. Nie wiadomo, o co chodzi. Głośna muzyka techno również nie prowadzi widza na czytelny trop. Może odpowiedź zna choreograf Jefta van Dinther. Jedyną pozytywną wartością, jaką dostrzegłam w tym przedsięwzięciu, jest brak obscenów.

Obrzydliwość
A to wcale niemało. Zwłaszcza w kontekście Kieleckiego Teatru Tańca, który zaprezentował „Święto wiosny” Igora Strawińskiego w choreografii Angelina Preljocaja. Nie wiem, do jakiego adresata kieruje swój spektakl Angelin Preljocaj, moim zdaniem, do takiego, który odwiedza domy publiczne. Już sam początek spektaklu rozpoczynający się od zdjęcia przez tancerki tej najintymniejszej osobistej bielizny i porzucenia jej na scenie po to, by panowie tancerze mogli z tą bielizną obcować, pokazuje kierunek spektaklu. Dalej jest już tylko pornografia. Zbliżenia damsko-męskie i męsko-męskie. W finale taniec nagiej dziewczyny jako ofiary złożonej na powitanie wiosny. Całość wyrażona tzw. tańcem modern. Pornograficzne sceny w teatrze nie są już niczym nowym, więc może nie powinnam się aż tak dziwić, ale kiedy siedzący przede mną znany dziennikarz znanej gazety po zakończeniu tego „pornosa”, wyrażając swój entuzjazm i zachwyt, zaczął mocno klaskać i krzyczeć „Brawo!” – oniemiałam.

Owszem, „Święto wiosny” nie jest bajeczką dla dzieci na dobranoc. Niemniej są pewne granice, gdzie można mówić o sztuce. Przekroczenie tych granic w kierunku obrzydliwych obscenów najczęściej łączy się albo z chorą wizją twórcy, albo z celowym działaniem obliczonym na nagłośnienie swego nazwiska. W tej sytuacji trudno to zakwalifikować jako sztukę. Nawet gdy rzecz prezentowana jest na scenie profesjonalnej.

Warszawska publiczność miała okazję porównać dwie inscenizacje „Święta wiosny”. Balet ten bowiem zaprezentował także Bałtycki Teatr Tańca w choreografii Izadory Weiss. Gdański spektakl odznaczył się ogromną dynamiką wykonawczą i sprawnym operowaniem przez panią choreograf scenami zbiorowymi, co wpłynęło na zwartość dramaturgiczną całości i przydało spektaklowi sporego waloru wizualnego. W warstwie fabularnej zaś przedstawienie Izadory Weiss wyraźnie pokazuje zaangażowanie artystki w kierunku ideologii feministycznej.

Gdańszczanie pokazali dwa spektakle w choreografii Izadory Weiss. Prócz wspomnianego „Święta wiosny” także „Sen nocy letniej” według komedii Szekspira. Spektakl sprawnie zatańczony, choć nie brak w nim dłużyzn. Wszelkie jednak niedomagania zostały natychmiast zapomniane dzięki scenie z rzemieślnikami (ogromnie zabawna) oraz doskonale pomyślanemu finałowi. Oba spektakle zarówno inscenizacyjnie, jak i choreograficznie zrealizowane są w formule tańca współczesnego.

Litewski akcent
Natomiast diametralnie inny klimat wprowadził Litewski Narodowy Teatr Opery i Baletu. Wilnianie pokazali dwa spektakle, w obu pojawiły się polskie akcenty. „Barbara Radziwiłłówna” w choreografii Anżeliki Choliny to rzecz o miłosnej historii Barbary i polskiego króla Zygmunta Augusta. Ten pełnospektaklowy, fabularny balet utrzymany jest w konwencji tańca klasycznego (pointy, kostiumy, ruch, gest stylizowane na epokę). Niektóre fragmenty urzekają malarskością, jak na przykład scena polowania. Choć można by ją skrócić. Tak zresztą jak parę innych scen. Spektakl w pełni profesjonalnie zatańczony. Zwolenników tańca modern na pewno nie zadowala.

Drugie przedstawienie Litwinów, „Čiurlionis” w choreografii Polaka, Roberta Bondary, to przejmująca opowieść o artyście, malarzu, kompozytorze litewskim, który wiele lat spędził w Polsce, tu inspirował się polską muzyką, malarstwem i w ogóle polską kulturą. Wrażliwa natura artysty doprowadziła go do silnej schizofrenii, a w konsekwencji do śmierci. Sporo czasu spędził w polskim sanatorium. Spektakl Roberta Bondary oddaje klimat zmienności nastrojów artysty aż po całkowitą depresję, co podkreśla scenografia tonąca w szarościach i półmroku. Interesujące przedstawienie, choć nie do końca czytelne w odbiorze, zwłaszcza jeśli chodzi o sobowtóra bohatera, który ma symbolizować rozdwojenie jaźni Čiurlionisa.

Klasyka górą
Ale najlepszym pod każdym względem spektaklem pokazanym w ramach Dni Sztuki Tańca jest przedstawienie gospodarza, czyli Polskiego Baletu Narodowego w Warszawie „Sen nocy letniej” według Szekspira w choreografii Johna Neumeiera. Publiczność miała możliwość porównać tę inscenizację ze wspomnianym wcześniej spektaklem Izadory Weiss. To dwie różne wizje baletu i w ogóle teatru. Spektakl Neumeiera to bardzo piękne i mądre przedstawienie. Ten znakomity choreograf łączy formułę tradycyjną, klasyczną z tańcem współczesnym. Ale podstawą jest taniec klasyczny. Dopiero na nim buduje resztę. Bez znajomości techniki tańca klasycznego artysta nie podoła wymogom, jakie stawia tancerzowi Neumeier. Bo źródło prawdziwej sztuki wciąż tkwi w klasyce. I żadne nurty postmodernistyczne tego nie mogą zmienić. Choć inwazja postmoderny jest obecnie niezwykle agresywna.

We współczesnej sztuce dominuje dziś tzw. estetyka brzydoty, będąca konsekwencją nurtów postmodernistycznych, dla których koncepcja człowieka zakorzeniona jest w ideologii marksistowskiej. A więc pozareligijna, umiejscowiona poza Dekalogiem. Stąd charakter współczesnej kultury w większości jest sprzeczny z chrześcijańską wizją człowieka. Wszystko, co łączy się z tradycją, która – jak wiadomo – pełni rolę porządkującą, jest dziś przez większość twórców kultury rugowane ze świadomości społecznej. Miejsce harmonii, estetyki piękna, wartości dobra i prawdy wpisanych w chrześcijańską wizję człowieka w kulturze zajmuje dziś chaos i wspomniana estetyka brzydoty. Dotyczy to nie tylko treści, jakie niesie dzisiaj sztuka, ale i formy, w jakiej owe treści wyraża.

Wyrazistym tego przykładem jest najnowsza sytuacja w Starym Teatrze w Krakowie, którego dyrektor artystyczny Jan Klata dopuszcza się już nie tylko gwałtu na sztuce, ale swoją pseudotwórczością popełnia moralne przestępstwo, które powinno być ukarane zgodnie z polskim kodeksem karnym.

Przykład buntu publiczności podczas czwartkowego spektaklu „ Do Damaszku” w reżyserii Jana Klaty dowodzi, że są granice wytrzymałości widzów. Jak podają media, część widowni opuściła salę po pełnych dewiacji, skrajnie wulgarnych i erotycznych scenach z Krzysztofem Globiszem kopulującym ze scenografią i Dorotą Segdą wulgarnie imitującą akt seksualny. I jakby tego było mało, szczyt bezczelności i chamstwa wykazał sam Jan Klata, każąc wynosić się publiczności z teatru. Usprawiedliwianie się w takich sytuacjach tzw. prowokacją artystyczną jest wybiegiem pozwalającym pseudoartystom na realizowanie ich chorych przedsięwzięć, i to za publiczne pieniądze.

Panie ministrze, co jeszcze musi się zdarzyć w teatrach, by podjął pan właściwą decyzję uwolnienia scen teatralnych w Polsce od takich dewiantów?

Panie ministrze, co jeszcze musi się zdarzyć, by wreszcie podjął pan decyzję uwolnienia Starego Teatru, o wieloletniej pięknej tradycji, od celowo niszczycielskiej działalności Jana Klaty?

Wielokrotnie w swoich publikacjach zwracałam uwagę ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego na to, iż działalność Jana Klaty nie tylko niszczy polską kulturę, ale więcej: jest zagrożeniem polskiej racji stanu.

--------------------------------------------------------------------------------

V Dni Sztuki Tańca, Teatr Wielki – Opera Narodowa, Warszawa; „Do Damaszku”, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/59752,obo ... ztuka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 28 lis 2013, 08:58 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Drogowskazy kultury

Sto lat temu Polski nie było na politycznych mapach świata. Odrodziła się jesienią 1918 r. jak mityczny Feniks z popiołów, także dlatego, że mimo represyjnej polityki zaborców przetrwała kultura Narodu Polskiego.

Poczucie wspólnoty cementowały utwory wielkich romantyków, a tęsknotę za potęgą Rzeczypospolitej budowała proza Henryka Sienkiewicza. Na bolesne, ale konieczne rozliczenia z wadami zwracał uwagę Stefan Żeromski, a marzenia o czynie, który da wolność, rozbudzał Stanisław Wyspiański. Ci twórcy postawili drogowskazy na mapie splątanych dróg Narodu.

Czy wychowywać bez Sienkiewicza?

Literatura i sztuka tamtego czasu zbudowały polski kod kulturowy, bez którego właściwie niemożliwe wydaje się budowanie wspólnoty narodowej również w czasach współczesnych. A jednak okazuje się, że znaleźli się eksperymentatorzy, którzy uważają, że można wychować młode pokolenie, uszczuplając jego edukację o utwory Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza czy Żeromskiego.

Ministerstwo Edukacji Narodowej wprowadziło w tym roku szkolnym nowy kanon lektur obowiązujących na poszczególnych stopniach nauczania. Najgorzej wygląda to w programach przewidzianych dla gimnazjów: zniknął „Pan Tadeusz”, zniknął Słowacki, a z bogatej twórczości Sienkiewicza pozostawiono do wyboru tylko jedną pozycję. Może to być „Quo vadis”, „Krzyżacy” lub „Potop”.

Żeby lista nie świeciła pustkami, zapełniono ją… dowolnym kryminałem Agathy Christie lub Artura Conana Doyle’a oraz fragmentami utworów z gatunku fantasy. I choć, jak zapewnia MEN, z „Panem Tadeuszem” młodzież może spotkać się w liceum, to już niestety „Konrada Wallenroda” nie pozna, a ze Słowackim zetknie się tylko w wymiarze symbolicznym, podobnie jak z Krasińskim, Żeromskim czy Baczyńskim.

Jak alarmują nauczyciele, ze względu na uszczuplenie godzin lekcyjnych języka polskiego w klasach, które nie są ukierunkowane humanistycznie, nie ma możliwości, aby omówić szerzej twórczość Prusa, Orzeszkowej, Reymonta czy Wyspiańskiego. Zaleca się więc czytanie najwyżej „Lalki” i „Wesela”, a resztę… omawia się we fragmentach. Nie za szerokich, rzecz jasna, bo brak czasu. Dla przykładu, z całego „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej zaleca się przeczytanie tylko rozmowy Benedykta Korczyńskiego z synem, co stanowi zaledwie 4 z blisko 450 stronic powieści! Czy tak fragmentaryczna analiza utworu pozwala na jego zrozumienie? A podobnie rzecz się ma z „Kordianem” Juliusza Słowackiego, czy „Nie-Boską komedią” Zygmunta Krasińskiego.

Czym powinien być kanon lektur

Takie zmiany wywołały lawinę protestów nauczycieli, artystów, animatorów kultury, podobnie zresztą jak wcześniejsze decyzje ograniczające do minimum edukację historyczną w polskich szkołach. MEN zapewniło, że nowe zasady dają polonistom „większą swobodę w wyborze lektur pod kątem zainteresowań swoich uczniów”. Dziwne to zapewnienie.

Dotychczas wydawało się oczywiste, że kanon lektur nie może służyć jedynie do rozbudzenia nawyku czytania, co oczywiście też jest ważne w dobie wszechobecnej kultury obrazka wypierającej słowo pisane. Dobór lektur powinien służyć kształtowaniu postaw, wyrabianiu charakteru, poznaniu polskiego doświadczenia historycznego i obcowaniu z bogactwem języka.

Powinien być konstruowany tak, aby przekazać dorastającemu obywatelowi wzorce niezbędne do tego, aby mógł identyfikować się ze wspólnotą, w której żyje. To jeden z ważniejszych elementów tworzących Naród i państwo. I dlatego lekcja polskiego nie powinna mieć charakteru wyłącznie poznawczego, choć przy takim uszczupleniu materiału również na tym traci. Powinna zawierać także aspekt wychowawczy.

Wszechobecna awangarda

Jeszcze niedawno edukację kulturalną znakomicie uzupełniał teatr. A teraz na palcach jednej ręki wymienić można przykłady inscenizacji klasyki, które bez zabawy formą dadzą widzowi klucz do zrozumienia oraz odnalezienia myśli i przesłania Słowackiego, Krasińskiego czy Wyspiańskiego. Dominuje jakaś chorobliwa wręcz moda, że każda inscenizacja ma tylko szokować. I że ten szok, wywołany wyłącznie formą, to najlepsze zdefiniowanie pojęcia „katharsis”, czyli „oczyszczenia”, leżącego u podstaw starożytnego teatru greckiego. Powstają spektakle, w których wszystko sprowadza się do eksperymentów scenicznych, w których im więcej drwin z religii, wulgarności, nieuzasadnionego erotyzmu czy wręcz pornografii, tym lepiej.

Paradoksalnie, wszechobecne staje się to, co kiedyś nazywało się awangardą teatralną, a awangardą – uczciwie wystawiona klasyka. Co gorsza, przygotowuje się spektakle, w których świadomie przeinacza się sens utworu, nadając mu kontekst zgodny z duchem politycznej poprawności. Smutne, że w czołówce tego procesu staje w ostatnim czasie np. Narodowy Stary Teatr w Krakowie, który z założenia powinien być swego rodzaju „metrem z Sevres” polskiej kultury.

Czara goryczy przepełniła się tam ostatnio podczas przedstawienia „Do Damaszku” przerwanego przez oburzoną część widowni. A jak donoszą media krakowskie, z planowanej na grudzień premiery „Nie-Boskiej komedii” wycofała się blisko połowa obsady, protestując wobec całkowitego wypaczenia istoty tego dramatu Zygmunta Krasińskiego.

Potęga słowa

Wybitny aktor Janusz Zakrzeński, który zginął w katastrofie smoleńskiej, zauważał wielokrotnie, że „aktor nie może mówić językiem ulicy”. W zajęciach ze studentami i w swoich książkach podkreślał, jak wielką moc ma słowo. I jak wielkie znaczenie dla kształtowania ducha narodu ma teatr, który powinien być świątynią słowa.

Powoływał się często na wspaniały drogowskaz dla twórców kultury, jaki pozostawił w „Liście do artystów” Jan Paweł II. Ojciec Święty pisał w nim: „Społeczeństwo potrzebuje bowiem artystów (…), którzy zabezpieczają wzrastanie człowieka i rozwój społeczeństwa poprzez ową wzniosłą formę sztuki, jaką jest sztuka wychowania”. Podkreślał, że artyści „nie tylko wzbogacają dziedzictwo kulturowe każdego narodu i całej ludzkości, ale pełnią także cenną posługę społeczną na rzecz dobra wspólnego”, oraz że „istnieje pewna etyka czy wręcz duchowość służby artystycznej, która ma swój udział w odrodzeniu każdego narodu”.

Wskazania zawarte w papieskim liście stały się ważną inspiracją dla grupy aktorów, którzy z inicjatywy i pod przewodnictwem wybitnej aktorki i reżysera Barbary Dobrzyńskiej tworzą od roku „Nasz Teatr” W swych założeniach chce on nawiązywać do tradycji teatru, w którym nie forma, która przerasta i zaciera treść, ale wypowiedziane ze sceny słowo stanowi wartość nadrzędną.

W ciągu kilku miesięcy istnienia zespół „Naszego Teatru” w kolejnych spektaklach czerpał więc z bogactwa dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych autorów, których dzieł tak niewiele ostało się w kanonie lektur i na scenach polskich teatrów. Niezmiernie ciepłe przyjęcie ze strony zapełnionych po brzegi widowni Warszawy, Lublina, Puław, Szczecina, Stargardu Szczecińskiego, Kielc, Skierniewic, a także Londynu wskazuje, że ludzie pragną obcować z taką formą sztuki i że chcą spektakli, w których słowo broni się samo i nie potrzebuje eksperymentów i szokujących udziwnień.

Publiczność chce wsłuchać się w to, co pisali o Polsce i Polakach Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Stanisław Wyspiański czy Marian Hemar. Bo ich utwory, często przepełnione wielką goryczą, powstały nie po to, byśmy dokonywali narodowego samobiczowania, ale abyśmy stawali się lepsi. I bogatsi wewnętrznie również dzięki pięknu słowa. Bo jak wskazywał Cyprian Norwid:

„piękno na to jest, by zachwycało

Do pracy – praca, by się zmartwychwstało”.

Dlatego też rozpoczynając nowy sezon my, aktorzy „Naszego Teatru”, pragniemy przypomnieć publiczności, zwłaszcza młodemu pokoleniu, koleje losu naszej Ojczyzny w oparciu o twórczość polskich wieszczów i patriotów sztuką „Lekcja historii…”. Bilety na spektakl, który odbędzie się w najbliższą niedzielę o godz. 19.00 w Warszawie w Sali Teatralnej w Oratorium przy ul. Kawęczyńskiej, można nabyć w księgarni „Naszego Dziennika”.

Jan Józef Kasprzyk

http://www.naszdziennik.pl/mysl/60890,d ... ltury.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 30 lis 2013, 10:02 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Powrót sacrum na scenę

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Zastanawiające jest, dlaczego „Odprawa posłów greckich” tak rzadko bywa wystawiana na scenach teatralnych w Polsce. Czy dlatego, że jest napisana językiem staropolskim, a więc zbyt trudnym w odbiorze dla dzisiejszego widza?

Najnowsze wystawienie tego pierwszego w naszych dziejach i jedynego polskiego dramatu literackiego doby renesansu w reżyserii Ryszarda Peryta w warszawskim Teatrze Polskim dowodzi, iż język Kochanowskiego nie stanowi przeszkody w zrozumieniu treści sztuki i zawartego w niej przesłania. Pod warunkiem wszakże, iż piękno, kunszt poezji Jana Kochanowskiego ma szansę pełnego artystycznego wybrzmienia w doskonałym aktorskim wykonaniu. No i że reżyser rozumie, z jaką materią literacką ma do czynienia. Tutaj jedno i drugie zostało spełnione.

Wojna trojańska
„Odprawa posłów greckich”, oparta na „Iliadzie” Homera, opowiada o przybyciu do Troi króla Sparty Menelausa i Odyseusza w celu odebrania Parysowi (gra go Tomasz Brzostek) pięknej Heleny (Marta Kurzak), żony Menelausa (Szymon Kuśmider), którą Parys, książę trojański, uprowadził do Troi. Jak głosi mit, Helenę podarowała mu bogini piękności Afrodyta. Parys ani myśli się jej wyrzekać, nie zgadza się na jej odejście, mimo iż taka postawa wywoła konflikt z Grekami, słynną wojnę trojańską. Jego ojciec, Priam, król Troi (w tej roli Krzysztof Kumor) nie podejmuje stanowczej decyzji, pozostawia ją radzie miejskiej (dzisiaj powiedzielibyśmy większości parlamentarnej), której większość – przekupiona przez Parysa – odmawia wydania Heleny mężowi. Przeciwny takiej decyzji Antenor (Bogusław Kier), jedyny sprawiedliwy i zarazem głos rozsądku, przegrywa z konformistyczną postawą większości. Incydent kończy się tragicznie dla Troi.

Ryszard Peryt usunął niektóre postaci, wśród nich Odyseusza i Kasandrę, a ich kwestie włożył w usta pozostałych. I tak na przykład Marta Kurzak w wymownej, czerwonej sukni jest tu Heleną, ale i Kasandrą w chwili, gdy wygłasza jej słynny monolog. Ponadto reżyser włączył do spektaklu inne teksty, spoza „Odprawy…”, jak m.in. niektóre Psalmy, fragmenty tłumaczonej przez Kochanowskiego III pieśni „Iliady” znanej jako „Monomachija Parysowa z Menelausem”, pieśni Kochanowskiego „Sobie śpiewam a muzom”, a także dobrze nam znaną śpiewaną dziś w kościołach pieśń „Czego chcesz od nas, Panie”. Wszystko to są utwory Kochanowskiego. Myślowo i artystycznie wzajemnie się uzupełniają, tworząc spójną całość kompozycyjną i – powiedziałabym – duchową. Teksty Jana Kochanowskiego są przecież pięknym wyznaniem wiary wybitnego poety, na co Ryszard Peryt w swoim spektaklu zwrócił szczególną uwagę. I choć temat wzięty jest z mitologii, opowiada o wydarzeniach antycznych w dawnej Troi, to jednak treści i przesłanie wybrzmiewa w tym spektaklu całkiem współcześnie. Dramat ten, tak jak prawie cała twórczość Jana Kochanowskiego, powstał z zatroskania o Ojczyznę. Dzieła tego wielkiego poety, jednego z najwybitniejszych twórców renesansu w Europie, wyprzedzały swoją epokę, tak jak później w romantyzmie Norwid twórczością i myślą również wyprzedzał swoje czasy. Norwid był zakochany w twórczości Kochanowskiego, często go cytował. Kochanowskiego czytali pisarze baroku, oświecenia, romantyzmu, pozytywizmu, Młodej Polski, dwudziestolecia międzywojennego, pokolenia powojenne, drugiej połowy dwudziestego wieku, do jego „Pieśni świętojańskiej o sobótce” nawiązywał w swojej twórczości Karol Wojtyła. Głęboką fascynację Kochanowskim widać także u Ryszarda Peryta. Reżyser nie tylko doskonale rozumie dzieło Kochanowskiego w całym szerokim kontekście tematu i przesłania, ale i wie, jak tę wspaniałą staropolską sztukę zaprezentować, by trafiła do dzisiejszego widza i by dzieło mistrza słowa, ojca poezji polskiej, Jana Kochanowskiego uzyskało właściwy kształt sceniczny.

Piękno słowa
Przedstawienie Ryszarda Peryta jest przykładem absolutnej i doskonałej perfekcji w pracy reżysera z aktorem. Dramat Kochanowskiego to niełatwy tekst dla współczesnego aktora, najczęściej nieprzywiązującego wagi do tak podstawowej i ważnej umiejętności aktorskiej jak dykcja. Toteż nierzadko słyszymy ze sceny jakieś wybełkotane kwestie, które trudno zidentyfikować jako język polski. Kładzie się to cieniem nie tylko na warstwie artystycznej przedstawienia, ale niestety ma swoje znaczenie wykraczające poza samą sztukę. Dbałość o polską mowę, pielęgnacja języka ojczystego jest powinnością każdego Polaka. Stanowi przejaw patriotyzmu. Dzisiejsza wulgaryzacja języka polskiego na scenach teatralnych i w ogóle w kulturze współczesnej, wykoślawianie i karykaturowanie polskiej mowy to nic innego, jak zaplanowane działanie antypatriotyczne.

Toteż dbałość o czystość i wyrazistość języka polskiego na scenie jest dziś – poza kilkoma wspaniałymi przykładami – zjawiskiem prawie nieobecnym. Czasem zdarzy się jeszcze cudowny rodzynek, jak przedstawienie „Odprawa posłów greckich”. Ten tekst wymaga wyjątkowej wyrazistości dykcji. I okazuje się, że jest to możliwe do zrobienia. Aktorzy Ryszarda Peryta podają tekst wzorcowo. Wszyscy. A już Antenor Bogusława Kierca (zwłaszcza gdy mówi „Wy, którzy Pospolitą Rzeczą władacie,/ A ludzką sprawiedliwość w ręku trzymacie…) to –można powiedzieć – szczyty aktorstwa. Rapsodycznego. Bo spektakl Ryszarda Peryta można odebrać jako hołd złożony niegdysiejszemu krakowskiemu Teatrowi Rapsodycznemu Mieczysława Kotlarczyka, gdzie swoim wspaniałym talentem aktorskim zachwycał publiczność Karol Wojtyła.

„Odprawa posłów greckich” w Teatrze Polskim zrealizowana jest właśnie w konwencji rapsodycznej. Łącznie z dekoracją, kostiumami. Wyłożona ciemną materią niemal pusta scena z umieszczonymi tylko po lewej i prawej stronie garderobianymi lustrami okolonymi światłami (co ma symbolizować teatr) niczym nie rozprasza widza. Do tego dochodzi wspaniała, utrzymana w klimacie spektaklu i zarazem będąca komentarzem do wydarzeń scenicznych muzyka grana na żywo na fortepianie przez wybitnego muzyka i kompozytora Włodka Pawlika. W tej scenerii kwestie wypowiadane przez aktorów wprost do nas, widzów, uzyskują pełną naszą koncentrację właśnie na słowie. To bardzo trudne zadanie dla artystów, ale jak widać, możliwe do wykonania, i to z pełnym sukcesem artystycznym.

Młodzież aktorska powinna oglądać to przedstawienie, by uczyć się, jak należy mówić na scenie.

--------------------------------------------------------------------------------

„Odprawa posłów greckich” Jana Kochanowskiego, scen. i reż. Ryszard Peryt, dekoracje i kostiumy Dorota Kołodyńska, światło Mirosław Poznański, muzyka Włodek Pawlik, Teatr Polski, Warszawa. Przed użyciem zapoznaj się z ulotką, która zawiera wskazania, przeciwwskazania, dane dotyczące działań niepożądanych i dawkowania oraz informacje dotyczące stosowania produktu leczniczego, bądź skontaktuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu i zdrowiu.

http://www.naszdziennik.pl/wp/61119,pow ... scene.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 03 gru 2013, 08:19 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Z tęsknoty za prawdziwymi wartościami

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Sala wypełniona do ostatniego miejsca, owacje, kwiaty dla artystów. „Nasz Teatr” powraca ze znakomitym spektaklem literacko-muzycznym Barbary Dobrzyńskiej „Lekcja historii według Słowackiego, Mickiewicza, Wyspiańskiego i Hemara”. Publiczność długo i na stojąco biła brawo.

Zainteresowanie „Lekcją historii…” jest tak wielkie, że przedstawienie w reżyserii Barbary Dobrzyńskiej zaprezentowano w niedzielę, 1 grudnia, dwukrotnie: o godz. 16.00 i 19.00. Tym razem w nowym miejscu – w Sali Teatralnej w Oratorium przy bazylice Najświętszego Serca Jezusowego Księży Salezjanów na warszawskiej Pradze. Sala okazała się miejscem niezwykle przyjaznym zarówno dla aktorów, jak i dla publiczności. Na wieczornym spektaklu obecny był proboszcz parafii ks. Edmund Modzelewski SDB, którego reakcja wskazywała na to, że przedstawienie bardzo się podobało. Oba spektakle zostały przyjęte gorącym aplauzem.

„Lekcja historii według Słowackiego, Mickiewicza, Wyspiańskiego i Hemara”, tak jak wszystkie spektakle „Naszego Teatru”, cieszy się ogromnym powodzeniem u publiczności. Stanowi doskonałą odtrutkę na niszczycielską działalność współczesnej kultury. A przy tym jest to przedstawienie znakomite artystycznie. Za pomocą satyry ukazuje nasze polskie dzieje. Tak jak je postrzegali i dali temu wyraz swoim piórem wybitni polscy poeci, pisarze, wielcy patrioci, dla których słowa „Bóg, Honor, Ojczyzna” stanowiły jedność i budowały naszą tożsamość.

Teksty najwybitniejszych mistrzów pióra znakomicie interpretowali aktorzy: Witold Bieliński, Jan Józef Kasprzyk, Maciej Gąsiorek, Tomasz Bieliński oraz Barbara Dobrzyńska – autorka scenariusza i reżyser przedstawienia. Przy fortepianie akompaniował Witold Wołoszyński. Spektakl przywraca scenie piękno słowa, gestu – czyli prawdę i urodę teatru. Wartości tak dziś skrzętnie usuwane przez reżyserów, co doprowadziło do zniszczenia klasycznej w formie i treści sztuki teatru, wyrażającej się w niosącej wartości formie inscenizacyjnej i godnej oprawie scenograficznej. Tego wszystkiego dziś już w teatrach nie ma. Cieszy to, że mimo tzw. polityki odmóżdżania Polaków we wszystkich przestrzeniach naszego życia, nie zabito w ludziach tęsknoty za prawdziwymi wartościami, za pięknem, prawdą i dobrem, o które warto walczyć. Tak jak to czyni „Nasz Teatr” swoimi przedstawieniami.

„Lekcja historii…” daje odpór wszystkim staro- i nowolewicowym nurtom i prądom w sztuce, które niby mają za zadanie tworzenie nowego języka artystycznego, a de facto ich celem jest realizacja planu niszczenia tego, co jest istotą człowieczeństwa, czyli duchowości.

Ze względu na wielkie zainteresowanie spektaklem „Lekcja historii według Słowackiego, Mickiewicza, Wyspiańskiego i Hemara” zostanie powtórzona w niedzielę, 8 grudnia, w tym samym miejscu, czyli w Sali Teatralnej w Oratorium parafii Najświętszego Serca Jezusowego na Pradze przy ul. Kawęczyńskiej 53.

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... ciami.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 28 gru 2013, 11:17 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Światłość lub ciemność, czyli niebo lub piekło

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Doprawdy niespodziankę sprawił nam, a już na pewno mnie, Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie najnowszą premierą dyptyku operowego „Jolanta”/„Zamek Sinobrodego” w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Można powiedzieć, że to – zamierzony lub niezamierzony – prezent na święta Bożego Narodzenia. Wszak „Jolanta” Piotra Czajkowskiego to opera z ducha religijna, chrześcijańska, promująca prawdę, dobro i sławiąca Pana Boga, zaś „Zamek Sinobrodego” Béli Bartóka to metafora piekła. Zatem wybieraj człowiecze: światłość albo ciemność. I pamiętaj, że będziesz ponosił konsekwencje swojego wyboru. Wyboru drogi życia.

Bajka o królewnie
Owszem, można tak interpretować. Ale reżyser przedstawienia Mariusz Treliński w wywiadach udzielonych przed premierą i w rozmowie zamieszczonej w programie do przedstawienia niejako narzuca swoją interpretację, z którą osobiście się nie zgadzam. Nie zgadzam się, biorąc za podstawę interpretacji libretto obu jednoaktowych oper: zwłaszcza „Jolanty”, której libretto oparte jest na dramacie o baśniowej historii pięknej królewny niewidomej od urodzenia, która nie wie o tym, że nie widzi. Jej ojciec i całe otoczenie ukrywa kalectwo przed dziewczyną, by nie poczuła się osobą nieszczęśliwą. Jolanta (Tatiana Monogarova) nie wie, że jej ojciec (Alexei Tanovitski) jest królem. Mieszka w leśnym domku pod opieką służby.

Pewnego dnia w lesie pojawia się młodzieniec, hrabia Vaudemont (Sergei Skorokhodov) i olśniony piękną dziewczyną zakochuje się w niej, a ona w nim. Ma swój wewnętrzny bogaty świat, silnie rozwiniętą wyobraźnię i głębokie życie duchowe. Gdy dowiaduje się, że jest niewidoma i że może poddać się operacji, początkowo nie chce, ale miłość do Vaudemonta sprawia, że godzi się na operację i odzyskuje wzrok. Śpiewa z radością, dziękując Bogu. Finałowa scena ślubu przypomina oratorium śpiewane na cześć Stwórcy, „Bądź pochwalony, Boże Wszechmocny, jesteś prawdą świata” – śpiewają bohaterowie i chór.

Opera Piotra Czajkowskiego jest z ducha i przesłania chrześcijańska. Bohaterowie często odnoszą się do Boga, śpiewają na chwałę Bożą. Ojciec Jolanty, król Rene, prosi Boga o uratowanie córki. Vaudemont śpiewa, wyrażając zachwyt nad światłem jako najpiękniejszym darem Stwórcy. Oboje, Jolanta i Valdemont, we wzruszającym duecie sławią Pana i Jego dobroć, doskonałość. Rozświetlona, tonąca w jasności finałowa scena przypomina hollywoodzkie filmy, co można potraktować jako swego rodzaju „prztyk” ironiczny. Ale pamiętajmy, że „Jolanta” jest baśnią, więc scenografia z pewnego rodzaju założoną „kiczowatością” może nie tyle jest tu usprawiedliwieniem, ile po prostu nie razi aż tak bardzo.

Ręka Sinobrodego
Razi mnie natomiast podawana w wywiadach nadinterpretacja Mariusza Trelińskiego, który w operze Czajkowskiego dopatrzył się rzeczy, których tam nie ma. Rozumiem, że potrzebne mu to było do koncepcji połączenia oper Czajkowskiego i Bartóka damską postacią. Tak więc według reżysera Judyta (w tej roli Nadja Michael), bohaterka opery Béli Bartóka „Zamek Sinobrodego”, to po prostu ciąg dalszy życia Jolanty, która porzuciwszy dom, rodzinę przychodzi do krwawego zamku, którego zamożny właściciel, hrabia Sinobrody ma opinię mordercy poprzednich żon.

W interpretacji Mariusza Trelińskiego (wyraźnie ukierunkowanej profeministycznie) Jolanta przychodzi do Sinobrodego (Gidon Saks), ponieważ odżywa w niej tęsknota do tzw. silnej ręki uosabiającej brutalnego mężczyznę. Pana i władcy kobiety. W operze Czajkowskiego ojciec Jolanty, król Rene, ma prawą rękę ubraną w czarną rękawicę, co sugeruje, iż jest to sztuczna, metalowa dłoń. A więc idąc tym tokiem myśli, relacja Jolanty z ojcem była – jak powiada Mariusz Treliński w wywiadzie opublikowanym w programie do przedstawienia – „niezwykle silna, zaborcza, nadopiekuńcza”. Reżyser próbuje nawet doszukać się tu jakiejś chorej fascynacji erotycznej, co jest całkowitą bzdurą i nadużyciem interpretacyjnym. Ale właśnie taka interpretacja pozwala mu przemienić Jolantę w późniejszą Judytę złaknioną silnej męskiej dłoni. Bo Sinobrody również ma prawą rękę w czarnej rękawicy.

Potęga głosu
Łączenie postaci Jolanty i Judyty nie ma logicznego sensu, każda z nich bowiem przychodzi z innego porządku rzeczy, każda prezentuje inny system wartości, inną tożsamość, każda żyje w innym wymiarze ludzkim i duchowym. Są jak awers i rewers. Podobnie te dwie opery, tak diametralnie różne rzeczywistości, z których każda należy do innego porządku. Można powiedzieć: światłość i ciemność, niebo i piekło. Albowiem symboliczną wędrówkę Judyty do kolejnych drzwi wielkiego zamku można postrzegać jako metaforę wędrówki po kolejnych kręgach piekła. Aż do siódmego ostatecznego kręgu, z którego już nie ma wyjścia. Pozostaje wieczna ciemność. Otchłań. Taką otchłanią kończy się przedstawienie.

Reżyseria Mariusza Trelińskiego łączy tak diametralnie różne gatunki, jak opera i film. Ten spektakl z założenia jest inspirowany filmem grozy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby reżyser nie zdominował postaci efektami multimedialnymi. W tej sytuacji bohaterowie obu oper nie mają szans na uwyraźnienie swojej głębi przeżyć duchowych. Z niewielkimi wyjątkami są potraktowane zbyt jednowymiarowo.

W warstwie muzyczno-wokalnej spektakl byłby znakomity, gdyby można było w pełni usłyszeć wszystkich śpiewaków. Tymczasem w partii Jolanty uzdolniona aktorsko Tatiana Monogarova, o ładnej lirycznej barwie głosu, nie zawsze przebija się przez orkiestrę prowadzoną przez Bassema Akiki. Słyszalna jest tylko od czasu do czasu. Nie mówiąc już o lekarzu Ibn-Hakia (Edem Umerov), którego prawie w ogóle nie słyszymy. Natomiast w pełni słyszalny był silny bas Alexieja Tanovitskiego. Wspaniale wybrzmiała para w operze Bartóka: Nadja Michael jako Judyta i Gidon Saks w partii Sinobrodego. Mocne, wielkie głosy zarazem oddające rozmaite niuanse sytuacyjne i dramaturgiczne.

Bez względu na mniejsze czy większe krytyczne uwagi jest to ważne przedstawienie, ponieważ skłania do wielu refleksji, dyskusji, a nade wszystko do zastanowienia się, gdzie przebiega granica między światłem a ciemnością…--------------------------------------------------------------------------------

„Jolanta” Piotra Czajkowskiego” i „Zamek Sinobrodego” Béli Bartóka, dyr. Bassem Akiki, reż. Mariusz Treliński, scenog. Boris Kudlička, kost. Marek Adamski, Teatr Wielki – Opera Narodowa, Warszawa, koprodukcja: Metropolitan Opera, Nowy Jork.

http://www.naszdziennik.pl/wp/63685,swi ... ieklo.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 03 sty 2014, 10:13 
Offline
Stażysta

Dołączył(a): 09 lis 2012, 17:23
Posty: 165
NAJAZD HUNÓW



Beata Falkowska



Stara się sprawiać wrażenie dystyngowanego, wysublimowanego konesera sztuki, ale jego styl kierowania ministerstwem kultury predestynuje go raczej do zastępu sprawnych politruków, propagujących za publiczne pieniądze zdobycze postmodernistycznej antykultury. – Według mnie, to, co robi minister Bogdan Zdrojewski, to sabotaż kulturowy. Nie jest to przesadne stwierdzenie, skoro nie przeszkadza mu niszczenie teatrów narodowych, oper, galerii i muzeów poprzez oddanie kierownictwa tych instytucji w ręce pseudoartystów pokroju pana Klaty – mówi aktorka Barbara Dobrzyńska. Zdrojewski, niczym współczesny Attyla – symbol barbarzyńców niszczących z furią chrześcijańskie Cesarstwo Rzymskie, dokonuje destrukcji polskiej kultury, zostawiając za sobą gruzy i zgliszcza.

Promocja tandety

Ostatnia afera z przedstawieniem „Do Damaszku” w Teatrze Starym w Krakowie, ostentacyjnie oprotestowanym przez publiczność, i słowa poparcia Zdrojewskiego dla Jana Klaty, dyrektora teatru, wpisują się w politykę konsekwentnie realizowaną przez resort, która sprowadza się do promocji najbardziej wulgarnej tandety, byleby była dość antykatolicka i antynarodowa.

Jak zawsze w podobnych sytuacjach po skandalu w Teatrze Starym pojawiło się pustosłowie o wolności sztuki i pluralizmie. – Będę bronił różnorodności artystycznej i praw artystów do tworzenia. W żadnym wypadku nie chciałbym, aby cenzura wróciła – stwierdził Bogdan Zdrojewski po spektaklu. Wyłuszczał, że teatr jest miejscem o wielu obliczach i powinien prezentować różne rodzaje estetyki, a zróżnicowanej publiczności należy się zróżnicowany repertuar. „Idąc do teatru, chcemy zobaczyć sztukę. Jak będziemy chcieli zobaczyć seks, to pójdziemy do klubu pornograficznego (…)” – skomentował wywody ministra jeden z internautów. Nic dodać, nic ująć.

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny, zastanawia się, czy promowanie w kulturze ideologii gender, rozmaitych dewiacji homoseksualnych i kazirodczych zgodne jest z osobistym gustem ministra. – Pytam, bo takie właśnie przedsięwzięcia finansuje. Że dla przykładu wymienię tylko obrzydliwy, obsceniczny, promujący homoseksualizm spektakl „Lubiewo” w Teatrze Nowym w Krakowie (to teatr prywatny, ale współfinansowany przez ministra), antynarodową działalność Starego Teatru w Krakowie czy finansowanie sztuki „Popiełuszko” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, gdzie winę za męczeńską śmierć kapłana właściwie przerzuca się na hierarchów Kościoła, a esbeków traktuje się lekko i zabawowo – stwierdza Stankiewicz-Podhorecka. Barbara Dobrzyńska dodaje, że skoro Zdrojewski jest takim wielbicielem pseudoartystów, niech salonem „sztuki nowoczesnej” uczyni swoje własne mieszkanie. – Niech nie zapełnia za nasze pieniądze państwowych galerii antysztuką i szmirą. Aby wytwory różnych Nieznalskich nie bulwersowały i nie straszyły nas i nieszczęsnej polskiej młodzieży, proponuję, żeby pan minister ozdabiał nimi swój własny dom, skoro mu się tak bardzo podobają – punktuje aktorka.

Profanacje, pieniądze i prokuratura

Na razie jednak to w Centrum Sztuki Współczesnej w szacownych murach Zamku Ujazdowskiego, historycznej siedzibie książąt mazowieckich, trwa w najlepsze festiwal perwersji i profanacji zwany „sztuką nowoczesną”. Bluźnierczy film „Adoracja” profanujący krzyż wywołał falę protestów. Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście wszczęła dochodzenie w sprawie obrazy uczuć religijnych. Poseł Anna Sobecka wysunęła żądanie, by minister kultury odwołał dyrektora CSW Fabio Cavallucciego, i dała początek społecznej akcji wzywającej ministra kultury do zdymisjonowania Włocha. – Pan minister naraża dziedzictwo narodowe na bezczeszczenie. Temu trzeba postawić tamę – podkreśla Barbara Dobrzyńska.

Zdrojewski ma słabość do cudzoziemców. Reprezentantką kultury polskiej na 54. Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Wenecji (rok 2011) była izraelska „artystka” Yael Bartana. Głównym motywem zaprezentowanej filmowej trylogii jej autorstwa była działalność Ruchu Żydowskiego Odrodzenia w Polsce, wymyślonego przez Bartanę tworu politycznego domagającego się powrotu ponad trzech milionów Żydów do Polski. Odtwórcą głównej roli w filmie był Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej”. Moi rozmówcy podkreślają, że pieniądze na lewicowe przedsięwzięcia płyną z resortu kultury szerokim strumieniem, a jednocześnie np. Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze” boryka się z olbrzymimi kłopotami.

Jeśli o pieniądzach mowa, dodajmy, że ostatnie tygodnie przyniosły także zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez ministra kultury. Złożył je laureat Oscara Zbigniew Rybczyński. Jego zdaniem, dyrektor Centrum Technologii Audiowizualnych we Wrocławiu Robert Banasiak oraz Bogdan Zdrojewski nie dopełnili obowiązków i nie powiadomili w odpowiednim czasie prokuratury o finansowych nieprawidłowościach, do jakich miało dojść we wrocławskim Centrum. To Rybczyński miał wykryć finansowe machlojki i zawiadomić o tym Zdrojewskiego. Wkrótce potem został usunięty ze stanowiska. Dziś głośno publicznie krytykuje działania ministra kultury.

Płynnie o pornografii i komunie

Kolejną instytucją kultury na poletku Zdrojewskiego wydatnie wspierającą „nowoczesność” jest Polski Instytut Kultury Filmowej. Najsilniejszy rezonans wywołała decyzja PISF o dofinansowaniu kwotą miliona złotych perwersyjnego filmu Larsa von Triera „Antychryst”. A oto jak Zdrojewski bronił decyzji PISF i samej produkcji w odpowiedzi na poselskie zapytanie: „’Antychryst’ nie jest filmem pornograficznym ani satanistycznym, ale jest to psychologiczny thriller, o ostrym spojrzeniu na cielesność ludzkiej egzystencji w przyrodzie”.

Słowa iście godne człowieka, który otwarcie Kongresu Kultury Polskiej w 2011 roku powierzył specjaliście od „płynnej rzeczywistości” i utrwalaczowi władzy ludowej w jednym, Zygmuntowi Baumanowi. Rok wcześniej Bauman odebrał z rąk Zdrojewskiego medal Zasłużony Kulturze – Gloria Artis. Jeszcze w tym roku po skandalu z wręczeniem Baumanowi doktoratu honoris causa Dolnośląskiej Szkoły Wyższej Zdrojewski bronił tamtej decyzji i hołubił Baumana: „Kiedy wręczałem mu Gloria Artis, okoliczności związane z jego życiorysem nie były znane, gdyby były, proces podejmowania decyzji byłby inny. Pewnie miałbym istotną wątpliwość, ale rozstrzygnąłbym ją na korzyść profesora. Ale trzeba pamiętać, że Gloria Artis to odznaczenie za działalność na rzecz kultury, a w przypadku Baumana jego dorobek w tej materii jest gigantyczny i za to otrzymał to odznaczenie. Jego element w życiorysie tego faktu akurat nie zmienia. Osoby dokonujące ocen życiorysów znanych osób są potrzebne, ale niestety ze smutkiem stwierdzam, że większość analiz dotyczących Zygmunta Baumana jest niezwykle powierzchownych”.

Ministra słabość do lewicy ma różne oblicza. Jednym z nich jest polityka dotacji dla czasopism. Od lat jednym z największych jej beneficjentów jest „Krytyka Polityczna”, a w gronie szczęśliwych wybrańców resortu kultury dominują periodyki lewicowo-liberalne, jak „Res Publica Nova” czy „Gdański Przegląd Polityczny”, pomijane zaś są pisma konserwatywne.

Blokowanie muzeum

Jeśli w ciągu najbliższych miesięcy nie rozwiąże się kwestia sfinansowania budowy stałej siedziby Muzeum Historii Polski, dyrektor placówki Robert Kostro nie wyklucza dymisji. Konkurs na projekt przyszłego gmachu muzeum rozstrzygnięto w 2009 roku i od tamtego czasu sprawa utknęła w martwym punkcie, a muzeum mieści się w tymczasowej siedzibie, nijak mającej się do rangi instytucji.

Sytuacja wokół Muzeum Historii Polski jasno obrazuje wektory polityki ministerstwa kultury i całego rządu. Na placówki o tradycyjnym narodowym charakterze, niosące unikalny kapitał wychowawczy i tożsamościowy, po prostu nie ma środków. Podobnie jak woli i serca. Profil narodowego muzeum staje zapewne ością w gardle ministrom rządu Donalda Tuska i samemu premierowi. Cała para i finanse idą za to w budowę Muzeum Historii II Wojny Światowej w Gdańsku, które – jak zapewnia i premier Tusk, i dyrektor placówki Paweł Machcewicz – na pewno nie będzie poświęcone wyłącznie polskiej martyrologii i polskiemu oporowi w czasie II wojny światowej. „Polskie doświadczenia muszą być pokazane na tle innych narodów, na tle całej wojny, która była przecież konfliktem globalnym, nie walczyliśmy w tej wojnie sami. Tylko w ten sposób mamy szansę zaistnieć w światowej debacie historycznej, być lepiej rozumiani, wpływać na świadomość historyczną innych” – zapewniał Machcewicz. Dodajmy, że Zdrojewski oraz Hanna Gronkiewicz-Waltz zostali wyróżnieni za „ich wybitne przywództwo w unikalnym partnerstwie publiczno-prywatnym, które zaowocowało powstaniem Muzeum Historii Żydów Polskich”.

– Z tych trzech placówek Muzeum Historii Polski traktowane jest najgorzej. Działania resortu kultury wokół tego muzeum obrazują to, co rząd Tuska robi z kwestią historii narodowej, poczynając od drastycznego ograniczenia nauki historii w szkołach po faktyczne zablokowanie Muzeum Historii Polski – mówi poseł Jan Dziedziczak z sejmowej komisji kultury. – Projekt, który miał pokazywać Polakom, z czego mogą być dumni, do czego mogą się odwoływać, z drugiej strony przybliżać naszą historię obcokrajowcom odwiedzającym stolicę, został całkowicie storpedowany. A klarowne przedstawienie swojej historii w muzeach jest czymś naturalnym w stolicach europejskich. Szczególny nacisk na ten cel widać w polityce Berlina – dodaje.

Z podobnym murem obojętności jak Muzeum Historii Polski spotyka się koncepcja budowy Muzeum Kresów Wschodnich. – Jest to inicjatywa wyrażana co najmniej od 10 lat, jak do tej pory nie znalazła zrozumienia u władz. Mamy prywatne przedsięwzięcia, jak podwarszawskie Muzeum Lwowa i Kresów Wschodnich w Kuklówce. Są to jednak przedsięwzięcia niewyczerpujące potrzeb, a przede wszystkim niewsparte państwową opieką – komentuje Ewa Siemaszko, dokumentalista historii Kresów. – Oczywiste jest, że z tamtych terenów wyrosła co najmniej połowa naszej kultury. Zlekceważenie tego jest co najmniej dziwne. To jest zubażanie nas o jakąś część tożsamości, odcinanie od korzeni i zawężanie do Polski Centralnej – dodaje.

Zamiast promocji tego, co w naszej kulturze jest wartością, a poprzez unikalny charakter może stanowić walor dla cudzoziemców, Zdrojewski wybiera wydeptany szlak postmodernistycznego obrazoburstwa, w którym wszelkie palmy pierwszeństwa już dawno zostały rozdane na Zachodzie. – W okresie rozbiorów tylko wiara i dziedzictwo kulturowe ocaliło Polaków przed rozmyciem się na płaszczyźnie Europy i świata. Dziś za przyzwoleniem rządu to dziedzictwo jest niszczone. Ja się nie boję ministra kultury, ja się boję kultury ministra kultury – podsumowuje Barbara Dobrzyńska.

http://www.naszdziennik.pl/wp/64165,najazd-hunow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 11 sty 2014, 11:27 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Duszne klimaty

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Z ogarniającej scenę i widownię ciemności powoli wzrok widza wyławia dwie postaci. Jesteśmy w mieszkaniu Rogożyna oczekującego gościa. Tą osobą jest Myszkin. Cała akcja przedstawienia toczy się w jednej przestrzeni mrocznego pokoju. Znajdujące się w tle drzwi prowadzą do wyjścia z tego dusznego (dosłownie i w przenośni) mieszkania, w którym dwaj mężczyźni zmagają się z dramatyczną sytuacją śmierci drogiej im kobiety. Tak rozpoczyna się spektakl „Nastasja Filipowna” w reżyserii Andrzeja Domalika w warszawskim Teatrze Ateneum.

Przedstawienie oparte jest na motywach powieści „Idiota”, głównie na ostatniej części dzieła Fiodora Dostojewskiego dotyczącym rozmowy Rogożyna i Myszkina. Wprawdzie Andrzej Domalik, reżyser i autor adaptacji, skorzystał tu z pomysłu Andrzeja Wajdy, ale tylko w punkcie wyjścia. Centralne postaci to dwaj mężczyźni, Rogożyn i Myszkin, oraz nieobecna na scenie tytułowa Nastasja Filipowna, której ciało, po morderstwie, spoczywa w sąsiednim pokoju. Mimo fizycznej nieobecności kobiety jest ona osią dramaturgiczną spektaklu. To wokół jej postaci toczy się akcja, o niej się mówi i przywołuje retrospektywnie rozmaite sytuacje z jej udziałem. To ona jest tu punktem odniesienia wszystkich zdarzeń.

Imiona miłości
Rogożyn i Myszkin to dwa diametralnie różne światy. Tych dwóch bohaterów powieści Dostojewskiego dzieli wszystko, począwszy od wyglądu zewnętrznego aż po ich świat wewnętrzny. Każdy z nich przychodzi wszak z innego porządku i reprezentuje inny system wartości. Są jak czerń i biel. Jedyna rzecz, która ich łączy, to postać kobiety, Nastasji. Obaj ją kochali, ale każdy z innego powodu i w inny sposób. Myszkin kochał ją – jak mówi – nie miłością, lecz żałością. Rogożyn natomiast kochał ją szaleńczo, zachłannie i egoistycznie do tego stopnia, że wolał ją zabić, niż utracić. I zabił w obawie, że znowu go porzuci dla Myszkina lub kogoś innego.

Wielkiej urody Nastasja Filipowna to typ kobiety fatalnej, femme fatale. Nie tylko dla mężczyzny, ale także dla samej siebie. Ze szlacheckim rodowodem, jako dziecko osierocona przez rodziców, wychowywana przez obcego człowieka, który ją zdeprawował, co w konsekwencji doprowadziło do jej samodestrukcji, cierpienia i zadawania cierpienia zakochanym w niej mężczyznom. Jedynym człowiekiem, którego naprawdę kochała, był Myszkin, tytułowy idiota powieści Dostojewskiego. Ale od niego też uciekała, podobnie jak od Rogożyna.

Teraz, po jej śmierci, obaj mężczyźni podsumowują swoje życie, przypominają rozmaite zdarzenia, a wszystko związane jest z postacią Nastasji. Ta noc upływa im na czuwaniu przy zwłokach kobiety znajdujących się w sąsiednim pokoju.

Dwa krzesła
To kameralne dwuosobowe przedstawienie opiera się wyłącznie na słowie. Aktorzy nie mają tu możliwości podparcia się rekwizytami czy sytuacjami scenicznymi. Reżyser posadził artystów na dwóch krzesłach ustawionych naprzeciwko siebie. Całą opowieść i tragizm sytuacji muszą zagrać odpowiednio podanym słowem. Toteż dialog między bohaterami powinien chwilami aż iskrzyć się, by wydobyć na zewnątrz wszystkie te emocje, które tłamszą w sobie. Niestety, w spektaklu właściwie do iskrzenia nie dochodzi.

Rogożyn i Myszkin to dwie różne osobowości ludzkie i aktorskie, różnie przeżywają cierpienie, różnie eksponują swoje emocje. Rogożyn to dość prymitywna natura, gwałtowny, niepohamowany charakter, pochodzi z rodziny kupieckiej, ma kompleksy, które skrzętnie ukrywa, przykrywając je agresywnym zachowaniem. Zwłaszcza po pijanemu. Jego przeciwieństwem jest książę Myszkin. Człowiek o nadzwyczaj delikatnej wrażliwości, z którą spogląda na świat i ludzi. Jest chodzącą dobrocią, przebacza wszystkim ich ułomności, zachowania. Powiada: „Chrystus jest w drugim człowieku”. Myszkin cierpi na epilepsję, uchodzi za idiotę, sam siebie też za takiego uważa, choć nie zawsze. Oczywiście, określenie Myszkina idiotą ma tu także przełożenie metaforyczne. W świecie, w którym dominują silne, agresywne jednostki, wynoszące się pychą ponad innych, ktoś, kto jest osobą delikatną, kto wszystkim przebacza i pochyla się serdecznie nad drugim człowiekiem, uważany jest za idiotę.

Tajemnica duszy
W Ateneum Rogożyna gra Marcin Dorociński, a Myszkina Grzegorz Damięcki. Zestawienie na scenie tych dwóch aktorów na zasadzie opozycji nie do końca się sprawdziło. Owszem, jest różnica charakterów i wynikające stąd różne sposoby zachowania mężczyzn, ale nie przenosi się to w całości na psychologiczną wiarygodność postaci, które grają. Są oczywiście fragmenty silniej poruszające widza, ale częściej wynikają one z tekstu aniżeli z przekonującej ekspresji środków aktorskich. Zwłaszcza jeśli chodzi o Rogożyna w wykonaniu Marcina Dorocińskiego. Nie widzę powodu, dla którego środkiem wyrazu artystycznego mają być odgłosy charczącego, wymiotującego Rogożyna. Że tak przeżywa śmierć ukochanej kobiety, którą zresztą sam zamordował? To dość prymitywny rodzaj ekspresji. Ból po stracie Nastasji można pokazać innym środkiem artystycznym. No i chciałoby się wiedzieć, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz, w duszy Rogożyna. Ponadto część tekstu wypowiadana przez aktora jest niezrozumiała, należałoby popracować nad dykcją. To zadanie dla reżysera.

Nieporównanie ciekawiej prowadzi swoją rolę Grzegorz Damięcki. Jego Myszkin jest chwilami wręcz przejmujący, a scena, w której opowiada zasłyszaną historię pewnego morderstwa popełnionego na przyjacielu przez przyjaciela tylko po to, by zabrać koledze zegarek, oraz cały wątek dotyczący wiary w Boga to najlepszy fragment przedstawienia. Jednak chciałoby się zobaczyć bardziej pogłębioną psychologicznie postać Myszkina, współuczestniczyć w jego bólu egzystencjalnym, w jego cierpieniu wynikającym z nadwrażliwości, zagubienia w świecie, w którym dla takich jak on nie ma miejsca.

Ponadto relacje między bohaterami nie zawsze przekonują. Na przykład szarpanie słabowitego, cherlawego Myszkina przez silnego fizycznie Rogożyna to za mało, aby uwyraźnić, co ich dzieli, a co jest wspólną płaszczyzną ich wzajemnych relacji. Myślę też, że dramaturgii spektaklowi dodałoby skrócenie trochę początku. Ta nadmiernie rozciągnięta niema scena, która – jak sądzę – w intencji reżysera ma za zadanie budowanie nastroju i powolne wprowadzanie widza w klimat przedstawienia, daje efekt wręcz odwrotny. W pewnym momencie zaczyna nużyć.

„Nastasja Filipowna” Fiodora Dostojewskiego, adapt. i reż. Andrzej Domalik, scen. Marcin Stajewski, kost. Jagna Janicka, Teatr Ateneum, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/64928,duszne-klimaty.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 18 sty 2014, 10:36 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Miłość w jedną stronę: Żydów do Niemców

Temida Stankiewicz-Podhorecka krytyk teatralny

Ekscentryczne jest już samo zestawienie dwóch tak różnych postaci. Ona, Hannah Arendt, Żydówka; on, Martin Heidegger, Niemiec popierający Hitlera. Ona ma lat osiemnaście, on blisko czterdzieści. Ona, studentka filozofii, on – jej profesor. Ona po uszy w nim zakochana, on – żonaty, ojciec dwóch synów, wdaje się z nią w romans.

Autorka sztuki Savyon Librecht określa ich relacje jako wielką miłość, która przetrzymała niemiecki nazizm i holokaust. Moim zdaniem, jest to raczej jednostronne uczucie: Arendt do Heideggera. On zaś traktuje tę znajomość instrumentalnie. Ponadto relacja ta już od samego początku była moralnie nie do zaakceptowania, więc nic dobrego z tego „związku” wyniknąć nie mogło. I nie wyniknęło.

Z filozofią w tle
„Rzecz o banalności miłości” w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego w warszawskim Teatrze Dramatycznym to opowieść właśnie o tych dwojgu filozofach dwudziestowiecznych, o ich wzajemnych relacjach. Rzeczywisty czas akcji to 4 grudnia 1975 roku. Hannah Arendt (Halina Skoczyńska) w jej nowojorskim mieszkaniu odwiedza młody człowiek, Michael (w tej roli Mateusz Weber), podający się za doktoranta filozofii uniwersytetu w Jerozolimie. Chce ze słynną panią profesor filozofii, czy raczej teoretykiem polityki (jak określa siebie Arendt), przeprowadzić wywiad na potrzeby naukowe swojego uniwersytetu. Ale to tylko pozór, bo tak naprawdę Michael nie jest doktorantem, lecz synem Rafaela Mendelsona, przyjaciela Hannah z czasów uniwersyteckich w Niemczech lat dwudziestych i trzydziestych.

Rafael bardzo kochał Hannah, ona zaś traktowała go wyłącznie jako kolegę, dobrego przyjaciela, ale nie kandydata na męża. Nie kochała go. Obiektem jej miłości był Martin Heidegger. Kiedy Hitler doszedł do władzy, Hannah i Rafael stracili ze sobą kontakt. Teraz, po latach, jego syn przyjeżdża, by rzucić Hannah w twarz oskarżenie, że to ona z racji swojego związku z Heideggerem jest winna temu, iż jego ojciec znalazł się w obozie koncentracyjnym. Rafael umarł w tym błędnym przekonaniu. Dopiero po wielu latach jego syn dowiaduje się, że Hannah nie ponosi tu winy. Wcześniej wielokrotnie wstawiała się u Heideggera w sprawie doktoratu Rafaela, który był jej najbliższym przyjacielem. Wizyta Michaela, syna przyjaciela z lat studenckich, uruchamia wspomnienia Hannah. Wszystkie związane są z Martinem Heideggerem.

Na usługach Hitlera
Wawrzyniec Kostrzewski wielopłaszczyznowo buduje swoje przedstawienie. Jedna płaszczyzna to czas rzeczywisty, w którym akcja toczy się jednego dnia w jednym pomieszczeniu, mieszkaniu Hannah Arendt w Nowym Jorku. Pozostałe płaszczyzny to retrospekcje, zdarzenia przywoływane z przeszłości w różnym okresie życia bohaterów, głównie są to lata dwudzieste i trzydzieste, ale są też sceny z lat powojennych. Ta wielopłaszczyznowa narracja znakomicie koresponduje z wielopoziomową przestrzenią interpretacyjną sztuki i jej ideową wymową. Tak też prowadzone są postaci bohaterów. Ich relacje przebiegają w kilku płaszczyznach, co pozwala ukazać zachodzącą na przestrzeni lat metamorfozę obu bohaterów, zarówno Hannah Arendt, jak i Martina Heideggera. U każdego z nich owa metamorfoza przebiegała w innym kierunku, co pokazuje, jak wiele ich jednak dzieliło, choć niemało też łączyło, zwłaszcza w pierwszym okresie.

Heidegger uznawany jest za jednego z największych filozofów niemieckich dwudziestego wieku. Ale jego filozofia, myśl ideologiczna, światopogląd odrzucający Boga służyły złej sprawie. Aż trudno uwierzyć, bo wychowywał się w wierze katolickiej. Jego rodzice byli religijni, ojciec posługiwał w parafii jako kościelny. To właśnie Kościół katolicki poprzez stypendia wspierał jego wykształcenie. Po małżeństwie z protestantką Heidegger zaczął szybko wchodzić w środowiska protestanckie, zgłębiać naukę Marcina Lutra, tego, który twierdził, że „zanim Bóg stał się Bogiem, musiał wpierw stać się diabłem”. Ta fascynacja Lutrem zmieniła światopogląd Heideggera, co przedstawił w 1927 roku w swoim najważniejszym dziele „Byt i czas”, ukazującym całkowitą sekularyzację myśli tego filozofa. A dalej było wstąpienie do NSDAP w 1933 r. i kariera zawodowa. Apoteozował Hitlera i ideologię III Rzeszy. Nigdy nie potępił i nie odwołał swojego stanowiska wobec niemieckiego nazizmu. A żył jeszcze długo po wojnie, zmarł w 1976 roku.

W przedstawieniu Heidegger wygłasza peany na cześć Hitlera, mówiąc, że przychodzi ktoś silny, kto zajmie się odbudową niemieckiej kultury. Największej kultury na świecie, większej od greckiej. Hitler przywróci Niemcom wielkiego ducha – mówi Heidegger. W tej scenie jest już innym człowiekiem aniżeli ten, którego poznajemy na początku jako profesora, filozofa, który uwodzi swoją najzdolniejszą studentkę, Żydówkę, Hannah Arendt. Tę ewolucję postaci w kierunku zła, ciemności Adam Ferency zagrał w pełni przekonywająco. Znakomicie. Nie tylko wypowiadanym tekstem, ale i tembrem głosu, sylwetką, mimiką.

Niemcy i Żydzi
Hannah Arendt, mimo iż nie akceptowała wstąpienia Heideggera do partii hitlerowskiej, nie odrzuciła go. Zresztą pozostała lojalna wobec filozofa do końca. Nawet wtedy, gdy spotkali się już po wojnie, w 1950 roku, gdy on, starając się o denazyfikację, potrzebował jej jako świadka na swoją korzyść. Nie świadczyła, ale też nie potępiła go publicznie. A gdy twierdził, że ma czyste sumienie, nie wyśmiała go. Ta świetna scena spotkania po latach i rozmowy w wykonaniu Haliny Skoczyńskiej jako Hannah Arendt i Adama Ferencego w roli Martina Heideggera to jedna z najważniejszych scen w przedstawieniu i wielce wymowna ideowo.

Postać Hannah Arendt była dość kontrowersyjnie odbierana, zwłaszcza po wojnie, w środowiskach żydowskich. Nie tylko ze względu na postać Heideggera, ale też z uwagi na jej stanowisko w sprawach niemiecko-żydowskich. W przedstawieniu jest scena, w której Michael, syn jej żydowskiego przyjaciela, pełen goryczy wyrzuca z siebie słowa skierowane przeciwko swojej nacji, mówiąc o żydowskiej namiętności do Niemców, o fascynacji kulturą i siłą Niemców, o zauroczeniu niemieckością; „niemieckość Żydów zakochanych w Niemcach to smutna historia niemieckich Żydów” – puentuje. Ale dla Hannah Arendt Martin Heidegger był ostatnim niemieckim romantykiem. Tak go postrzegała.

Postać Hannah Arendt prowadzona jest przez dwie aktorki. Bohaterkę w starszym wieku gra Halina Skoczyńska. Jest wyciszona, stateczna, chwilami melancholijna, jakby żyła wspomnieniami o Heideggerze. Przez całe życie był dla niej ważny. Bez względu na etyczną stronę jego zachowań. W postać młodej Hanny wcieliła się Martyna Kowalik. To znakomicie zagrana rola, a przy tym cóż za wspaniała dykcja u tej młodej, początkującej aktorki. Widać tu dużą i jakże owocną pracę reżysera z aktorką i ze wszystkim aktorami.

Rolę Rafaela oraz jego syna Michaela świetnie gra również młody, początkujący aktor Mateusz Weber. Dynamicznie, z emocją i dużą ekspresją, ale umotywowaną tekstem i tylko tam, gdzie trzeba.

No i muzyka Piotra Łabonarskiego, jakże doskonale wpisująca się w to, co dzieje się na scenie, i tworząca dodatkowy klimat. Słuchaliśmy już pięknej muzyki Piotra Łabonarskiego w poprzednim znakomitym spektaklu Wawrzyńca Kostrzewskiego „Cudotwórca”. To bardzo uzdolniony muzycznie młody artysta. A przejmująco zaśpiewana przez Mateusza Webera smutna pieśń pozostaje w pamięci na długo. Zresztą tak jak całe to doskonale pomyślane (także scenograficznie ze stosami książek), wyreżyserowane i zagrane przedstawienie.
--------------------------------------------------------------------------------

„Rzecz o banalności miłości” Savyon Liebrecht, reż. Wawrzyniec Kostrzewski, scenog. i kost. Marta Dąbrowska-Okrasko, muz. Piotr Łabonarski, Teatr Dramatyczny, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/65663,mil ... emcow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kultura i jej rola w kształtowaniu człowieczeństwa.
PostNapisane: 21 sty 2014, 09:16 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31060
Sukces Naszego Teatru

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Spektakl „Naszego Teatru”, według scenariusza i w reżyserii Barbary Dobrzyńskiej, „Hemar semper fidelis”, którego premiera odbyła się w niedzielę, 19 stycznia, dowodzi, że teksty Mariana Hemara odzwierciedlają także naszą współczesną rzeczywistość. Mimo iż powstały kilkadziesiąt lat temu, ich aktualność jest wręcz porażająca, co powinno skłonić do głębszej refleksji nie tylko publiczność teatralną, ale przede wszystkim rządzących dziś naszą Ojczyzną. Bo choć zmieniły się treść i temat, mechanizmy pozostały te same.

„Hemar semper fidelis” ma formę kabaretu literackiego z odniesieniem do najlepszej tradycji tego typu przedstawień teatralnych, po których notabene dziś już chyba nie ma nawet śladu.

Spektakl Barbary Dobrzyńskiej konsekwentnie od pierwszej po ostatnią scenę rozwija myśl założoną już na etapie scenariusza, wspaniale pomyślanego i zrealizowanego na scenie. Przedstawienie ujęte jest w piękną ramę kompozycyjną, która nadaje mu rytm, swoistą dramaturgię i kierunek interpretacyjny wykorzystanych tu utworów Hemara oraz wymowy ideowej i przesłania dzieła.

Przedstawienie podzielone na trzy części, odpowiednio dobranymi utworami Hemara prowadzi widza poprzez losy poety. Rozpoczyna wspaniale zinterpretowana przez Barbarę Dobrzyńską słynna piosenka o Lwowie „Tyle jest miast”, która stanowi prolog i zarazem motto spektaklu. A kończy znana i bardzo piękna piosenka „Słowiki” w doskonałym, przejmująco wzruszającym wykonaniu Macieja Gąsiorka. A potem, już w finale, słuchamy „Słowików” rozpisanych na głosy w wykonaniu całego zespołu.

Wspomnij mnie
Oto przy stoliku usytuowanym z boku sceny siedzi Marian Hemar (w tej świetnie prowadzonej roli Leszek Golański). W zasadzie jest tu narratorem opowieści o sobie, ale od czasu do czasu włącza się też jako postać w scenki spektaklu, czy to słowem mówionym, czy śpiewem.

Cała pierwsza część spektaklu to wątek lwowski. Nie mogło więc zabraknąć słynnych batiarów (Jan Józef Kasprzyk, Witold Bieliński i Tomasz Bieliński oraz Maciej Gąsiorek) w wiązance piosenek będących nieodłącznym elementem lwowskiego folkloru. W tej konwencji jest też ogromnie zabawna scenka „Na Wysokim Zamku” wykonana z dużą dozą charakterystyczności przez duet Zuzanna Radowicz i Maciej Gąsiorek oraz równie zabawnie zinterpretowana przez Tomasza Bielińskiego „Mucha”.

Część druga spektaklu to Warszawa, gdzie – jak mówi Marian Hemar w osobie Leszka Golańskiego – zakochał się bez pamięci w aktorce Teatru Polskiego, Marii Modzelewskiej, oświadczył się, ochrzcił w wieku 36 lat, by wziąć z nią ślub w warszawskim kościele Wizytek. Idylla nie trwała długo, bo Modzelewska porzuciła go dla jakiegoś „oficerka”, z którym uciekła do Ameryki. Słowa Hemara ilustruje świetna krótka scenka w wykonaniu Barbary Dobrzyńskiej śpiewającej znane przedwojenne szlagiery z repertuaru Modzelewskiej, dla której Hemar pisał piosenki: „Pensylwania” i „Wspomnij mnie”, oraz Leszka Golańskiego w utworze „Nie będziesz ty, to będzie inna”. Jeszcze kilka piosenek z przedwojennego kabaretu ze słynnymi przebojami „Si petite” w mistrzowskim wykonaniu Barbary Dobrzyńskiej z pełną, wielce wymowną mimiką. Także „Nie ma mowy” zaśpiewane przez Zuzannę Radowicz to popisowa aktorska interpretacja tej piosenki.

Na londyńskim bruku
Część kolejna to II wojna światowa, losy Hemara związane z wędrującymi polskimi wojskami pod wodzą generała Władysława Andersa. Ilu- stracją do tej części jest wiersz „Dwie ziemie święte” (inspirowany pobytem w Jerozolimie, gdzie polscy żołnierze z tęsknoty za Ojczyzną ufundowali III i IV stację Drogi Krzyżowej).

I część ostatnia – Londyn, emigracja. Tu Hemar założył swój teatr, gdzie prócz prezentowania zabawnych historyjek, jak na przykład pastisze oparte na muzyce m.in. oper Rossiniego (ogromnie śmieszna scenka małżeńska w wykonaniu Barbary Dobrzyńskiej i Witolda Bielińskiego) czy skecz „U krawcowej” (duet: Zuzanna Radowicz i Barbara Dobrzyńska), grane były rzeczy poważne.

Marian Hemar nie zaakceptował władzy komunistycznej, nie wrócił do kraju, czekał na wolną, w pełni suwerenną Polskę. Wyraz niezgodzie na okupację sowiecką Polski dawał w swojej twórczości, także na antenie Radia Wolna Europa i BBC. Nie trzeba było długo czekać na konsekwencje, komunistyczne władze w kraju odebrały mu polskie obywatelstwo. Nigdy już nie wrócił do Polski, ale do końca życia bardzo za nią tęsknił.

Wciąż na czasie
Każda z części ma swój własny klimat, który w miarę posuwania się akcji ewoluuje, zapowiadając niejako następny etap życia Hemara i losów naszej Ojczyzny. Przechodzenie w kolejne części to majstersztyk reżyserski Barbary Dobrzyńskiej. Wszystko się tu wspaniale łączy, jedno wypływa z drugiego i stanowi spoistą całość: od śmiechu, zabawy, lekkiej muzy, po dramat niewoli politycznej. Klimat budowany jest stopniowo. Fraszki, wiersze lekkie, zabawne powoli przechodzą w utwory poważne, o głębokiej treści, jak na przykład poemat o występie Zespołu Artystycznego Armii Czerwonej w Londynie, którym zachwycali się Anglicy. Doskonała aktorska interpretacja Jana Kasprzyka z narastającym poczuciem grozy – to jedna z najważniejszych i najlepszych scen spektaklu.

Podobnie prezentuje się Witold Bieliński w piosence dramatycznej „Ten wąsik”. Aktor świadomie nawiązał do postaci Chaplina i mi- strzowsko wykonał utwór. Od lekkiej, śmieszno-smutnej „Titiny” bezbłędnie wszedł w budzącą grozę rzeczywistość niemieckiego, hitlerowskiego nazizmu. Witold Bieliński zaprezentował swój talent także w kierunku komediowym w scenie rozmowy Gomułki z cenzorem na temat „Pana Tadeusza”, gdzie proponuje dokonać zmiany w tekście, na przykład „Rosjo, ojczyzno nasza”. Maciej Gąsiorek w roli cenzora z charakterystycznym wiernopoddańczym pochyleniem sylwetki mówi wszystko o tamtych czasach. Ale czy tylko o tamtych?

Z całości na pierwszy plan wysuwa się żarliwy patriotyzm Hemara i niewysłowiona tęsknota za Polską, której nie nazywał inaczej, jak swoją ukochaną Ojczyzną. – Wzruszające przedstawienie. Zdążyłam się jeszcze urodzić we Lwowie, całą tradycję lwowską i tęsknotę za Lwowem niósł mój ojciec. Cieszę się, że Lwów wrócił tu na scenę – nie kryje radości Marta Zielińska. – Słuchałam Hemara jako kilkunastoletnia dziewczynka w Radiu Wolna Europa, co tydzień mówił jeden ze swoich wierszy, przeważnie była to satyra na rządy PRL, a później Włada Majewska śpiewała jakąś jego piosenkę.

Nasza wspólnota
Po zakończeniu spektaklu najpierw cisza i po chwili burza oklasków. – Nie ulega wątpliwości, że jest to dalece udana próba powrotu do klasycznego wzorca teatru i sztuki teatralnej – zwraca uwagę ks. prof. Tadeusz Guz, wybitny filozof, który oglądał premierowe przedstawienie. – Bez wątpienia teatr pełni w życiu narodu bardzo istotną funkcję, ponieważ jego celem jest zilustrować prawdę za pomocą słowa aktorskiego i całej postawy aktora – dodaje ksiądz profesor.

Długotrwałe owacje na stojąco i wielkie wzruszenie na twarzach po obu stronach rampy: publiczności i aktorów, dowiodło jeszcze jednej rzeczy, iż Polacy są spragnieni takiego teatru i w ogóle kultury, która nie jest skierowana przeciwko, lecz ku człowiekowi.

– Jesteśmy z siostrą zachwycone. To nasze pierwsze spotkanie z „Naszym Teatrem”, cieszymy się, że mogłyśmy być na premierze. Znałyśmy twórczość Hemara, ale nie wszystko, zwłaszcza druga część spektaklu, odtwarzająca losy wojenne i okres londyński w życiu artysty, zawierała nieznane nam utwory. Bardzo piękne, potrzeba więcej takich przedstawień – mówi Elżbieta Czeredys.

Założony i prowadzony przez Barbarę Dobrzyńską „Nasz Teatr” poprzez taką właśnie działalność artystyczną buduje coraz większą wspólnotę ludzi jednoczących się wokół tych samych wartości. Wspólnych nam, publiczności na widowni i aktorom na scenie. Można powiedzieć, że „Nasz Teatr”, który wkroczył już w drugi rok swojej działalności, jest „budowniczym” pewnej formacji kulturowej, narodowej, ideowej, a także religijnej. Albowiem wszystkie te elementy znajdują swoje odzwierciedlenie w dotychczasowych premierach „Naszego Teatru”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/65904,suk ... eatru.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 76 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /