Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 22 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Czy "byle co" to też sztuka?
PostNapisane: 30 cze 2014, 07:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31345
Sztuka prezentuje twórcę. Jaki twórca, taka sztuka. Sztuka służy człowiekowi, jego rozwojowi, doskonaleniu się, wzrastaniu.
Antysztuka prezentuje system i służy systemowi (a nie człowiekowi), służy też degradacji człowieka, jego poniżaniu.
Kultura tworzy sztukę.
Ideologie tworzą antysztukę.
Kultura ma w sobie wymiar Boski. Wznosi człowieka.
Ideologie mają w sobie nie tyle wymiar, co ładunek szatański. Wciągają one człowieka w otchłań niebytu.


Chrystusowa Golgota i argentyńska miernota

To oczywisty truizm, że ludzie, których wyobraźnia i kaliber twórczy sprowadzają się wysypania worka kartofli na podłogę galerii artystycznej, mogą się chwycić wyłącznie skandalu, żeby zyskać rozgłos. Jak Bozia poskąpiła talentu, to trzeba dowalić Bozi. Niejaki Rodrigo Garcia, argentyński tandeciarz, ale za to bez wstydu i hamulców, postanowił się wybić, idąc za przykładem głupka, który nasikał do słoika i wstawił krucyfiks. To znany precedens dla wszelkiej miernoty, która konia nie potrafi poprawnie narysować, ale ma ambicje na miarę Michała Anioła.

Także Garcia zmontował dzieło, które każdy może sobie zmontować nawet w domu, jeśli nie żal mu dwóch dni czasu. Każdy bowiem może rozebrać na scenie parę osób, wylać na nie parę kubłów farby, włożyć im w usta parę bluźnierstw i na koniec obmyślić jakiś obsceniczno-obrazoburczy tytuł. Dosłownie każdy i ja się podejmuję pisać trzy takie "sztuki" jak ta Garcii na tydzień, z tym, że ja mam silny opór, żeby robić z siebie durnia nawet za duże pieniądze, jak zresztą wszyscy normalni ludzie.

Wiarygodność moralnego wzmożenia środowiska Gazety Wyborczej z powodu odwołania prymitywnej szmiry z Festiwalu Malta jest proporcjonalna do braku wstydu i odwagi argentyńskiego bałwana, który dobrze wie, że katolicy krzywdy mu nie uczynią poza protestami wobec jego durnych przedstawień. Szczwany hochsztapler doskonale sobie zdaje sprawę, że gdyby zaczepił w ten sam sposób Żydów lub Muzułmanów, to byłaby jego ostatnia „sztuka” w życiu i to bez dwóch zdań.

Dlatego za tło swoich skandali obrał sobie chrześcijaństwo i obraża wyłącznie chrześcijan, bo parafrazując babcię Pawlakową, wolność wolnością, ale życie droższe od wolności. Cwana gapa z tego Garcii i ma świadomość, że Muzułmanie by mu łeb ucięli bez zbędnych ceregieli, a Żydzi podobnie dorwaliby go na końcu świata. Taka to odwaga artystyczna, bardzo dobrze wykalkulowana i obliczona nie tylko na zyski, ale także na swoje bezpieczeństwo.

Nie ma tu zatem mowy o żadnej wolności artystycznej wypowiedzi, bo tyle co mówi i robi Garcia, to powiedzieć i zrobić może każdy sutener i tirówka, degenerat spod budki z piwem, czyli mówiąc bez ogródek, każda hołota bez czci i sumienia. Im bardziej skandaliczna durnota, tym bardziej upozowana na arcydzieło i nasz Rodrigo nie w ciemię bity, swoje kompletnie puste wybryki ubiera w wyszukany kontekst, plotąc androny o wyimaginowanej rzeczywistości i różnych punktach widzenia na religię.

A nasza szpagatowa elita spod znaku biłgorajskiego nihilisty nie posiada się z egzaltowanego zachwytu, jak publiczność opisana przez Prusa w „Lalce”, która zachwycała się włoską miernotą tylko dlatego, że śpiewała po włosku. Najbardziej trafnie, choć na pewno bezwiednie ujął istotę rzeczy redaktor Wojciech Maziarski z Gazety Wyborczej. W ślepym zacietrzewieniu, wyzywając katolików od talibów za protest przeciwko chamskiemu knotowi Garcii, Maziarski nazwał tę miernotę „elitarnym dziełem argentyńskiego reżysera”.

I to określenie Maziarskiego jest celne w sensie wyjątkowości, z tym, że ta zachwalana elitarność spektaklu Garcii jest na miarę pijaka, który narobił w gacie w miejscu publicznym, cieknie mu z nogawek, ale jeszcze na dodatek z głupkowatym uśmiechem kłania się przygodnym widzom. To jest elitarność Garcii i tu przyznajemy pełną rację Maziarskiemu.

Jak już wspomniałem co i rusz pojawia się dzieło sfrustrowanego nieudacznika, przeważnie wykonane w jakichś awangardowych technikach (klasyczne nie poddają się bowiem tandeciarzom). A to wypchane zwierzaki poustawiane jeden na drugim; a to „artysta” wypróżni się na swój obraz albo tylko na podłogę; jeszcze inny obleśniak rozbierze się do rosołu i ociera się o Chrystusa na krzyżu. Nie ma granicy obciachu, jeśli chodzi o ambitnych tandeciarzy i do tego jesteśmy przyzwyczajeni od dawna.

Mamy jednak swoje granice, gdy chodzi o obrazę naszych przekonań, naszej wiary i najświętszych uczuć. Niech sobie Garcia zbierze grupę swoich akolitów i fanów, zabierze do lupanaru, dark room`u czy innego burdelu i tam niech sobie chodzą po ścianach z sufitem włącznie, naćpani i upaprani w gównie po uszy, skoro mają taki kaprys, nikt im złego słowa nie powie. Ale nie mogą tego robić publicznie w kraju, w którym olbrzymia większość deklaruje wiarę w tego Chrystusa, którego oni parodiują w obsceniczny sposób, dla których tenże Chrystus jest największą świętością, a krzyż symbolem i uosobieniem wiary.

Jeśli ktoś wierzy, że jednym z fundamentów demokracji jest poszanowanie praw mniejszości, to tym bardziej powinien mieć świadomość, że większość nie pozwoli sobie wchodzić na głowę cwaniakowi z miodem w uszach. Jak już macie tyle pieniędzy, że nie wiecie na co wydać, to zamawiajcie sobie u argentyńskiego wydrwigrosza wizyty domowe. Ten wasz Garcia bowiem ma tyle wspólnego ze sztuką, co Ostap Bender z przedsiębiorczością, a hołota z Hollywood.

PS. Już jutro, czyli w sobotę zapraszam na kolejny odcinek Alfabetu Szczerego Przywódcy na portalach wPolityce i wSumie. Będą hasła na literę "P" (część I), a wśród nich Palikot, Podsłuchowa Afera - bardzo na czasie i na miejscu, a także co do osoby naszego szczerego przywódcy...

http://seaman.salon24.pl/593187,chrystu ... a-miernota


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy "byle co" to też sztuka?
PostNapisane: 30 cze 2014, 11:12 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7560
Lokalizacja: Podlasie
Aerolit napisał(a):
Chrystusowa Golgota i argentyńska miernota

Szczwany hochsztapler doskonale sobie zdaje sprawę, że gdyby zaczepił w ten sam sposób Żydów lub Muzułmanów, to byłaby jego ostatnia „sztuka” w życiu i to bez dwóch zdań.


Dokładnie. Miałby przechlapane do końca życia. Żydzi czy Muzułmanie nie pozostawiliby na nim suchej nitki.

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy "byle co" to też sztuka?
PostNapisane: 13 paź 2014, 14:47 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31345
Kiedyś sztuka wydobywała ze zwykłego naszego codziennego świata jakąś inność, jakąś wartość, jakąś prawdę, morał, coś co budziło podziw, zachwyt, szacunek, uznanie.
Dzisiaj "sztuka" już jest inna. Niczego nie wydobywa, nie wznosi ponad, nie kreuje. Dzisiaj "sztuka" rywalizuje ze śmietnikiem, z szambem, z wysypiskiem śmieci, z patologią i nikczemnością tych co się odczłowieczyli, z nędzą duchową tych, którzy upadli tak nisko, że już ich niemal nie ma jako ludzi.
Dzisiejsza "sztuka" prześciga się z marginesem społecznym w dziedzinie patologii bluźnierstwa. Dzisiejsza "sztuka" stara się przysłonić sobą resztki normalności w ludzkiej twórczości.


Szalone lata sześćdziesiąte. Kreacja kaskadowa.

Izabela Brodacka

2014-10-12 Tekst drukowany w numerze 41 ( 382) Gazety Warszawskiej

W czasie pracy przy komputerze zwykle słucham Bacha. Skusiłam się na Wariacje Goldbergowskie w wykonaniu Glena Goulda. I nigdy więcej. W pewnej chwili wariacje zastąpiły jakieś prostackie dźwięki. Okazało się, że koncert jest przerwany przez reklamę przepisu kulinarnego na polędwicę w pomarańczach. Raz na zawsze odechciało mi się Bacha z komputera.

To doskonała metafora współczesnego świata. Nie ma podziałów, nie ma świętości. Nie sposób się zabezpieczyć przed chamstwem, przed polędwicą w pomarańczach, przed podpaskami ze skrzydełkami, środkami na wzdęcia i przed jarmarczną tęczą. Doścignie cię nawet przed kościołem Zbawiciela.

Istotą kultury jest umiejętność rozróżniania. Nie chodzi o ustalanie hierarchii. Rozumiem, że każda hierarchia jest solą w oku i kamieniem obrazy dla lewicy. Nie da się jednak funkcjonować nie wiedząc czy jesteś w kościele czy w burdelu. Nie wiedząc czy za chwilę usłyszysz Bacha czy tatę Kazika - nie przesądzając nawet, który muzyk był lepszy. Jak ostatnio na festiwalu muzycznym „Sacrum i Profanum” w Krakowie.

Chciałabym odpowiedzieć sobie na pytanie - Jak to się stało? Jaki był udział nas wszystkich, którzy w szalonych latach sześćdziesiątych świetnie się bawiliśmy, w tym rozchwiewaniu wszelkich wartości?

Pewien mój znajomy przydźwigał wówczas do domu rękę manekina. Wolę nie dochodzić jak ją zdobył. Umieścił tę rękę w sedesie zaginając na brzegu muszli palce, tak jakby ktoś usiłował się z sedesu wydostać. Matka znajomego zasłabła. Potem ręka, ku radości gości, wisiała na łańcuszku i każdy musiał ją uścisnąć spuszczając wodę .

Inny znajomy miał w korytarzu Murzynka z puszką. Twierdził, że kupił go na giełdzie staroci ale najprawdopodobniej ukradł go w jakimś kościele. Kiedy wrzucało się do skrzynki monetę Murzynek kiwał głową. Znajomy nieźle na nim zarabiał. Musiał tylko trochę zainwestować w „płyny integracyjne”, a potem do Murzynka ustawiała się kolejka dobroczyńców. Tego Murzynka naprawdę mu zazdrościłam. Był tak ohydny, że aż piękny.

Do dobrego tonu należały prezenty takie jak gipsowy bocian z dzidziusiem na plecach tudzież krasnoludki i grzybki, które kupowało się na odpuście w Łowiczu. Zdobiły potem niejeden ogród. U mnie w domu do tej pory panoszą się rogi nieszczęsnego łosia zamordowanego przez jakiegoś pradziadka męża. Przez pewien czas wieszałam na nich korale z Jabloneksu. Czeska sztuczna biżuteria było to w tamtych czasach estetyczne dno dna. Korale miały podkreślić mój dystans do rogów i do rozrywek pradziadka. Potem doszłam do wniosku, że dość mizdrzenia się. Albo rogi wyrzucam albo przyjmuję je z dobrodziejstwem inwentarza . Rogi zostały. Z prawdziwą satysfakcją za to wyrzuciłam korale.

Te zachowania najprościej byłoby traktować jako rodzaj dekadencji - wczesne objawy przesilenia stuleci, objawy wielokrotnie przecież przewidywanego końca historii, końca sztuki, polityki i właściwie końca wszystkiego. Nowoczesność, szczególnie w jej zgrzebnym socjalistycznym wydaniu była dla nas niestrawna, dlatego uciekaliśmy w żart, w persyflaż. Tak hartowała się ponowoczesność. Uważam jednak, że to mizdrzenie się, podszywanie się, mimetyzm elit miał w Polsce o wiele poważniejsze podłoże.

Salony intelektualne jak już kiedyś wspominałam realizowały ideał „ the melting pot”- tygla. Spotykały się w nich może nie dosłownie ofiary z katami, ale dzieci ofiar z dziećmi katów. W tej sytuacji wiele tematów z oczywistych przyczyn było tabu, więc pozostawała do dyspozycji tylko „nieznośna lekkość bytu”.

Czy my wszyscy kultywując estetyczny żart byliśmy świadomi, że jesteśmy harcownikami świata à rebours, na wspak.? Istnieje powieść pod tym tytułem, której autorem jest Joris-Karl Huysmans.

O ile pamiętam bohater tej książki nawet odżywiał się na wspak, czyli przez lewatywę.



Dla mnie osobiście zdumiewające było gdy estetyczny żart nagle zmieniał swój status i stawał się dziełem sztuki. Mam na myśli hiperrealizm uprawiany przez Ewę Kuryluk. Artystka przemalowała ze zdjęcia scenę imprezy towarzyskiej, oraz scenę swojej kłótni z facetem na jakimś pomoście. Można było rozpoznać znajomych- prezentowali się „jak żywi”. Trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek mógłby ten żart traktować poważnie. A jednak okazało się, że nie doceniłam ważnego prądu in statu nascendi. Po hiperrealizmie już nic w dziedzinie sztuki nie mogło mnie zdziwić. Ta sama Kuryluk rozwieszała na krzesłach brudne (niech będzie, nie pierwszej świeżości ) szmaty. Pięknie rozwieszała. Czy jej mistrzostwo w pięknym rozwieszaniu szmat miało coś wspólnego z pozycją polityczną jej ojca? Jakieś brzydkie sugestie? A jednak prawomocne.

W 1917 roku Marcel Duchamp zaszokował świat wystawiając w galerii pisuar. W ten ironiczny sposób zlikwidował wszelkie ograniczenia stawiane artyście. Zainaugurował również obyczaj wystawiania w galeriach różnych przedmiotów jako „readymade”- gotowe do podjęcia roli dzieła sztuki. Czym różni się zatem pisuar pozostawiony w galerii przez hydraulika naprawiającego toalety od pisuaru, który ustawił Duchamp? Różni go intencja. Duchamp kreuje dzieło sztuki mówiąc niejako do pisuaru: „stań się dziełem”. Czy hydraulik mógłby poważyć się na taki akt kreacji i czy byłby on skuteczny? Absolutnie nie. Hydraulik nie jest artystą i kropka, a sztuka jest to – z definicji - to co robią artyści. A skąd się biorą artyści? I tu jest pies pogrzebany! Artyści biorą się z ich uznania przez środowisko.

Nie będę małostkowa i przyjmę dla uproszczenia, że fakt wywodzenia się Duchamp'a z rodziny artystycznej nie miał wpływu na uznanie pisuaru za dzieło sztuki. W przypadku naszych rodzimych postmodernistów nie sposób jednak podobnego wpływu ignorować. Szmata pozostawiona przez sprzątaczkę i szmata Kuryluk to zupełnie inne byty. Jedna jest i pozostanie szmatą, druga będzie funkcjonować jako dzieło sztuki na mocy aktu „kreacji z niczego” przez artystkę wykreowaną też z niczego przez jej środowisko.

Kreacja kaskadowa – to najtrafniejsze określenie tego zjawiska.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... Itemid=119


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy "byle co" to też sztuka?
PostNapisane: 22 lis 2014, 08:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31345
Błoto i śmieci

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

Z pewnością o najnowszej premierze warszawskiego Teatru Studio trudno będzie zapomnieć. Ale nie dlatego, by „Rewizor” był przedstawieniem znakomitym (bo jest akurat odwrotnie), lecz dlatego, że nigdy dotąd głównym bohaterem dramatu Gogola nie było… błoto. W warszawskim spektaklu podłoga sceny wypełniona jest błotnistą mazią, w której taplają się aktorzy, smarują nią twarze, udają, że zjadają grudy błota i wszyscy wzajemnie nim się obrzucają. Owo nurzanie się w tej brei, spożywanie z koryta obiadu przez Chlestakowa (Eryk Kulm), ma upodobnić człowieka do zwierzęcia, a konkretnie do świni, której sztuczna postać widnieje na scenie pośród różnych klamotów, śmieci i czegóż tam jeszcze. Żal mi tylko dobrych aktorów: Doroty Landowskiej, Łukasza Lewandowskiego, Krzysztofa Stelmaszyka, Łukasza Simlata i innych, którzy „dali z siebie wszystko” w tak marnej sprawie. Jedyna rzecz do zaakceptowania to znana, stara piosenka, dumka rosyjska „Kałakolczik” puszczana z nagrania za kulisami.

Reżyserem tego „arcydzieła” jest Nikołaj Kolada z Jekaterynburga, dość znany już teatromanom w Polsce, albowiem wyreżyserował u nas kilka spektakli. A teraz będzie już bardzo znany, bo warszawski Teatr Studio zorganizował Festiwal Kolady, w ramach którego pokazano trzy przedstawienia wyreżyserowane przez niego w polskich teatrach (oprócz „Rewizora” „Marzenie Nataszy” z Teatru Jaracza w Łodzi oraz „Maskaradę” Lermontowa z Teatru Słowackiego w Krakowie) oraz cztery („Borys Godunow”, „Hamlet”, „Wiśniowy sad” i „Tramwaj zwany pożądaniem”) przywiezione z Uralu w Rosji, z teatru w Jekaterynburgu, gdzie Nikołaj Kolada prowadzi własny teatr. Ponadto pokazano filmy o nim i jego teatrze w Jekaterynburgu, były czytania sztuk teatralnych Kolady (jest autorem około stu utworów), spotkania z nim oraz koncerty itd., itd. Przez dziesięć dni w okolicy Teatru Studio zapanował „Koladyzm”.

Wszystkie spektakle Kolady, zarówno te rosyjskie, jak i te realizowane w Polsce, stanowią swoistą karykaturę wobec litery tekstu. A tym samym silnie ingerują w tkankę utworu, zmieniając jego ideę, wymowę, myśl autorską. Weźmy na przykład „Wiśniowy sad” Czechowa i dobór obsady. Centralna postać sztuki, Raniewska (Wasilina Makowcewa), prócz karykaturalnego stroju i cyrkowego sposobu bycia jest wyraźnie dużo młodsza od swojej scenicznej córki. Ogromnie wzruszająca u Czechowa postać staruszka Firsa tu grana jest przez młodzieńca (Aleksandr Zamurajew), i to w sposób, powiedziałabym, cyniczny. Zatem finał przedstawienia jest zaprzeczeniem myśli Czechowa. Nie mówiąc już o całym spektaklu, który przypomina cyrk z klaunami.

Upiorne monstra

Zrównanie człowieka ze zwierzęciem zdaje się być obsesją Nikołaja Kolady. Świadczy o tym nie tylko „Rewizor”, ale i inne spektakle w jego reżyserii, na przykład przywieziony z Jekaterynburga „Hamlet” Szekspira (uważam za całkowite nadużycie podpisywanie nazwiskiem Szekspira tego beznadziejnego kiczu), gdzie postaci upodobnione są do dzikich zwierząt, bełkoczą, dyszą, charczą z wyrzuconymi na zewnątrz językami, poruszają się jakimś „kicaniem” jak małpy, a na szyi mają założone smycze. Reżyser pewnie chciał nam dobitnie powiedzieć, że Dania pod rządami króla Klaudiusza – bratobójcy jest jednym wielkim więzieniem, stąd ludzie na smyczy. Tylko że te prymitywne postaci nie przypominają ludzi. Trudno więc im współczuć.

Hamlet zaś, prezentując ogromny tatuaż na plecach, budzi skojarzenia dalekie od Szekspira. Zresztą ten sam aktor, Oleg Jagodin, w innych spektaklach, na przykład w „Tramwaju zwanym pożądaniem” Tennesee Williamsa, gdzie gra paskudną postać prymitywnego, agresywnego, a nawet faszyzującego Polaka Stanleya Kowalskiego, też jest wytatuowany. Czyżby to było logo tego aktora? Utalentowanego. Szkoda tylko, że pokazanego wyłącznie w karykaturze i przerysowaniu. A sam spektakl wyraźnie utrzymany jest w klimacie antyamerykańskim.

Odebranie ludziom tego, co człowiecze, godności osoby ludzkiej i zrównanie ich ze zwierzęciem, a nawet usytuowanie człowieka na równi z błotem (jak w „Rewizorze”), jest nie do przyjęcia. Bo nie tylko nie zawiera nawet krzty wiarygodności postaci i sprawy, którą aktor gra, ale tworzy fałszywy, skonstruowany wbrew porządkowi natury, filozofii, logiki i w ogóle wszystkiego sztuczny twór ni to człowieka, ni to zwierzęcia, ni to przedmiotu.

Szkoda pieniędzy

Festiwal Kolady w warszawskim Teatrze Studio każe się zastanowić, czy każdej miernocie można bezkarnie urządzać festiwale. I to jeszcze miernocie obcej (rosyjskiej), jakbyśmy swojej nie mieli aż nadto. Śmieci najróżniejszego autoramentu przelewają się dziś przez teatry w Polsce, niszcząc podstawową tkankę naszego dorobku narodowego w zakresie kultury (vide: ostatnie realizacje „Dziadów” m.in. w Poznaniu w reż. Radosława Rychcika). Dzieje się tak za przyzwoleniem, a nawet – powiedziałabym – poparciem obecnie urzędującej władzy, która ochoczo łoży pieniądze na ową miernotę. Tak jest i tym razem, bo jak czytamy w materiałach festiwalowych – Festiwal Kolady został dofinansowany ze środków ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

Czyżby minister Małgorzata Omilanowska, dysponując groszem podatników, uznała, że ów festiwal będący wielką promocją nie tylko samego Kolady, ale też i Jekaterynburga, jest dla polskiej kultury i dziedzictwa narodowego czymś niezbędnym? Bo ja uważam, że ten festiwal – najdelikatniej mówiąc – nie tylko nie wniósł nic konstruktywnego do naszego życia kulturalnego, ale był stratą czasu i pieniędzy. O co najmniej dwuznacznym klimacie polityczno-moralnym, jaki stworzył się wokół niego, lepiej nie wspomnę.

„Rewizor”, „Hamlet”, „Wiśniowy sad”, „Tramwaj zwany pożądaniem” i in. w ramach Festiwalu Kolady, Teatr Studio, Warszawa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/114589,bl ... mieci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy "byle co" to też sztuka?
PostNapisane: 19 cze 2015, 14:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31345
Bluźnierstwo, prymitywizm, chamstwo podniesione są dzisiaj przez kacyków lewackich do poziomu sztuki. Cóż, jacy artyści taka sztuka.

Broń masowego zgorszenia

Obrazek
MOCAK - Muzeum Sztuki Wspolczesnej w Krakowie. Wystawa "Gender w sztuce". N/z. Lidia Krawczyk & Wojtek Kubiak "Genderqueer", fotografia. fot. Grzegorz Kozakiewicz / FORUM


Trudno się dziwić cierpiącym z powodu kolejnych wykwitów tzw. wolności artystycznej, przejawiających się w bluźnierczych i demoralizujących artefaktach. Staje tu od razu pytanie o skuteczność pokojowego sprzeciwu. Myśl o czynnym przeciwdziałaniu zgorszeniu jest tym silniejsza, im bardziej pseudosztuka staje się narzędziem służącym propagowaniu ohydy i zepsucia. Tak jak chociażby ostatnio w przypadku wystawy krakowskiego MOCAK-u, pt. „Gender w sztuce”.

„Jeśli Ci się nie podoba, możesz tam nie iść” – tego typu argument pada często w trakcie dyskusji o prowokacyjnych wystawach, koncertach czy innych wydarzeniach podszywających się pod kulturę i sztukę. Oczywiście jest w tej uwadze sporo prawdy. Nie żyjemy póki co w czasach, gdy wizyty w krakowskim MOCAK-u są obligatoryjne a nieobecność na koncertach Behemotha podlega karze. Czy jednak to, co dzieje się za murami galerii bądź na muzycznej bądź teatralnej scenie możemy kwitować wzruszeniem ramion oraz deklaracją: to mnie nie dotyczy, ja tam nie bywam?

Otóż zdecydowanie nie!

Odpowiedź na pytanie „dlaczego” wydaje się oczywista z wielu powodów. Primo: czy fakt, że do bluźnierstw oraz profanacji dochodzi poza naszym wzrokiem i słuchem oraz bez udziału naszej obecności pomniejsza ich grzeszność wynikającą z obrażania Boga? Secundo: czy powszechny dostęp do wystaw obfitujących w nieomal pornograficzne, demoralizujące „dzieła” nie jest poważnym zagrożeniem dla moralnej kondycji dzieci i młodzieży?

To tylko dwa z wielu pytań cisnących się na usta wraz z obecnymi coraz częściej w przestrzeni publicznej wydarzeniami niosącymi w sobie olbrzymi potencjał gorszenia i szerzenia wszelkiej maści wynaturzeń. Kluczowym słowem dla opisu tych prowokacyjnych wystąpień zdaje się być „zgorszenie”. Warto temu, coraz bardziej zapominanemu pojęciu przyjrzeć się z bliska.

Szczególnie mocno brzmią w tym kontekście słowa zaczerpnięte z Ewangelii św. Mateusza, przytoczmy je w tłumaczeniu księdza Jakuba Wujka: A ktoby zgorszył jednego z tych małych, którzy w mię wierzą, lepiéj mu, aby zawieszono kamień młyński u szyje jego, i zatopiono go w głębokości morskiéj. Biada światu dla zgorszenia; albowiem musząć przyjść zgorszenia: a wszakże biada człowiekowi onemu, przez którego zgorszenie przychodzi.

Już podczas krakowskiej Nocy Muzeów - dzień po premierze wystawy „Gender w sztuce” – można było dostrzec wśród zwiedzających osoby bardzo młode oraz dzieci. Trudno wymazać z pamięci obraz nastoletniej dziewczynki stojącej vis-à-vis zestawu bezwstydnych zdjęć grupy nagich mężczyzn. Co dzieje się w umyśle tak młodej osoby spoglądającej na tego typu „dzieła”?

Czym wytłumaczyć obecność rodziny z bardzo małym dzieckiem na tego typu prezentacji? Być może rodzice nie wiedzieli, co czai się w murach MOCAK-u, być może chcieli po prostu odwiedzić muzeum. Niewykluczone jednak, że było wręcz przeciwnie. Wtedy także i oni są adresatami słów z Mateuszowej perykopy…

Kolejne dni nic w tej materii nie zmieniły. Gorszące obrazy, mimo wielu głosów protestu, pozostają na wyciągnięcie ręki. Oczywiste, iż osoby orientujące się choćby pobieżnie w tym, co prezentowane jest krakowskiej galerii, omijają ją z daleka. Pozostają jednak jeszcze wycieczki i grupy zorganizowane, którym w ramach „atrakcji” zafunduje się wizytę w owym przybytku. Warto pamiętać także o ciekawskiej młodzieży wiedzionej atmosferą skandalu otaczającego wystawę. Nie można także wykluczyć sytuacji, w której szerzący postęp pedagodzy zechcą uraczyć swoich podopiecznych zwiedzaniem ekspozycji „Gender w sztuce”. Jak wiele młodych umysłów zanurzonych w odmętach „wyzwolonej” pseudosztuki przyjmie za swoją myśl pokusę, by spróbować – w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa - żyć inaczej?…

Niemal każde ze zwanych eufemistycznie „kontrowersyjnymi”, nibykulturalnych wydarzeń spotyka się z reakcją środowisk oburzonych ich prezentacją. Dziesiątki internetowych petycji, liczne demonstracje pod stosownymi instytucjami oraz pozwy sądowe stały się nieodłącznymi narzędziami w walce z zawodowymi obrazoburcami korzystającymi nierzadko z publicznego grosza. Jednak to wszystko może z czasem nie wystarczyć – łatwo bowiem dostrzec postępujące rozzuchwalenie demoralizatorów przekraczających kolejne granice. Skoro więc ich działalność nastawiona na prowokowanie milczącej większości jest najczęściej bezkarna, powoli nadchodzi więc czas poszukiwania nowych rozwiązań, dostosowanych do zmieniającej się rzeczywistości.

Łukasz Karpiel

http://www.pch24.pl/bron-masowego-zgors ... 455,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy "byle co" to też sztuka?
PostNapisane: 23 lut 2017, 08:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31345
Zelnik o "Klątwie": Teatr, który się wtrąca do piekieł

Gościem SalveTV był Jerzy Zelnik, który odniósł się do spektaklu „Klątwa” i do tego, gdzie kończy się wolność twórcza, a zaczyna rynsztok. To nie jest sztuka, to jest manifestacja, pewien demonizm, danie sobie upustu, żeby wykrzyczeć jakąś swoją wściekłość".

"To zawsze jest kwestia sumienia, sumienia artystycznego, poczucia przyzwoitości, moralności. (…) To nie jest sztuka, to jest manifestacja, pewien demonizm, danie sobie upustu, żeby wykrzyczeć jakąś swoją wściekłość" - mówił Jerzy Zelnik. Aktor przyznał, że otrzymywał wiele telefonów z prośbą o komentarz nt skandalicznego spektaklu w Teatrze Powszechnym.

"Ten teatr wtrąca się do piekieł w tym wypadku. (…) Można powiedzieć, że bezmyślni dedykują ten teatr bezmyślnym" - dodał. "Ten spektakl to krzyk protestu przeciw, bezrozumny krzyk, sama emocja ludzi, którzy nie zadają sobie trudu, żeby samodzielnym myśleniem dojść do prawdy. Tam jest też rodzaj kompleksu niewykorzystanych artystów, którzy chcą zwrócić, poprzez skandal, uwagę na siebie" - podkreślał Zelnik. Gość SalveTV przyznał, że spektakl obraża nie tylko widzów, ale także aktorów.
"Tam nie ma żadnego szacunku dla autora, który się w grobie przewraca. „Klątwa” Wyspiańskiego, jakiego Wyspiańskiego? Może „klątwa” spotka ten teatr" - zastanawiał się aktor

Jak dodawał, „publiczność reagowała aplauzem”

"To było dla mnie zdumiewające, bo widziałem wiele inteligentnych twarzy, wydawałoby się wrażliwych, w czasie spektaklu były aprobujące śmiechy. To, że ludzie dają się otumanić, wyglądający na ludzi inteligentnych, to jest też taki smutek" - zaznaczył Jerzy Zelnik, dodając: "Nie nazywam tego sztuką, to jest manifestacja. Aby aktorom nie było jednak zimno, zrobiono ją pod dachem".

Zelnik przyznał, że takie sceny nie powinny się pojawiać nie tylko w powszechnym teatrze, ale również w prywatnym.

"Jeżeli ocieramy się o przestępstwo, o obrażanie uczuć religijnych, to nie ma różnicy, czy jest to teatr prywatny czy publiczny, to podlega tej samej jurysdykcji" - podkreślił.

http://www.stefczyk.info/publicystyka/o ... 9394319763


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Czy "byle co" to też sztuka?
PostNapisane: 28 sty 2019, 16:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31345
Teatr nienawiści

Rozmowa z Temidą Stankiewicz-Podhorecką, krytykiem teatralnym, publicystką

Obrazek

Czy jako krytyk teatralny widzi Pani zjawisko eskalacji lewicowych treści, przemycania ich do świadomości społecznej m.in. przez teatr, jak również przez szeroko pojętą kulturę?
– Niestety tak. Żyjemy w okresie trwającej i wciąż rozwijającej się rewolucji aksjologicznej, gdzie wartości moralne, estetyczne, poznawcze, religijne, kulturowe są nieustannie poddawane brutalnemu rewizjonizmowi, który przybiera różne formy. Przy tym relatywizacja wartości powoduje brak oparcia w czymś trwałym. A ponieważ u podłoża tkwi ideologia lewicowa, którą należałoby sklasyfikować jako neomarksistowską ze względu na program, zadania i cel, który realizuje, więc wszystkie siły skoncentrowane są na usunięciu z przestrzeni publicznej Pana Boga. Chrześcijaństwo stanowi dla tych środowisk główną przeszkodę w budowaniu wizji świata, a w nim człowieka bez Boga. Chrześcijaństwo bowiem wychowuje do miłości, a nie do nienawiści.

Bez względu na to, czy ideologię antychrześcijańską realizują środowiska tzw. liberalne, lewicowo-liberalne, lewicowe czy liberalno-demokratyczne, to fundament jest przecież ten sam: lewicowy, neomarksistowski. A to, że owe środowiska przybierają rozmaite nazwy, to chyba już nikogo nie zmyli, bo przecież widzimy, jak dziś wygląda kultura, która niemal w całości jest kształtowana przez lewicę. Śladowe wyjątki nie mają tu znaczenia, nie przebiją się przez lewicowy mur, bo są za słabe na stworzenie formacji alternatywnej, na tyle silnej, by miała zdecydowany wpływ na treści i formę przekazów zawartych w kulturze.

A poza Polską? Kto formuje dziś kulturę w Europie?
– Właśnie ludzie lewicy. A więc wszystkie te nurty, pseudofilozofie, prądy literackie tworzące kulturę, w tym teatr, mają jeden wspólny fundament: ideologiczny. Dotyka to wszystkich przestrzeni kultury, ale weźmy dla przykładu teatr. Tutaj nie wymiar stricte artystyczny i intelektualny stanowi priorytetowe kryterium przy doborze repertuaru, sposobie realizacji spektakli i ich formie inscenizacyjnej. Kryterium podstawowym jest podłoże lewicowo-ideologiczne, polityczno-poprawnościowe. Chodzi o to, aby w przedstawieniach świat był postrzegany z pozycji lewacko-liberalnej ideologii, z odrzuceniem wartości chrześcijańskich. A to prowadzi do niebezpiecznych konsekwencji.

Człowiek, jako postać w sztuce, jest ograniczony do materii. Został uprzedmiotowiony, pozbawiony sfery duchowej. A jak wiadomo, człowieka nie można inaczej postrzegać, jak tylko integralnie: poprzez sferę ducha, intelektu i ciała. Jak więc ten lewicowy teatr, odzierający człowieka z tego, co jest istotą człowieczeństwa, może przekazywać prawdę o osobie ludzkiej. Ponadto taki teatr, odbierający godność i degradujący człowieka do funkcji wyłącznie biologicznej, a nawet fizjologicznej, otwiera sobie furtkę do pomiatania człowiekiem i nieszanowania życia jako wartości nadrzędnej.



Czy według Pani przedstawienie „Klątwa” w warszawskim Teatrze Powszechnym jest tego przykładem?
– Jak najbardziej. I nie tylko ten spektakl, i nie tylko ten teatr. Ale właśnie to przedstawienie urosło do rangi pewnego wzorca dla innych teatrów i reżyserów, którzy obecnie wręcz prześcigają się w prezentowaniu na scenie niszczenia człowieka z jego wszystkimi przymiotami ludzkimi. Przy takim założeniu oraz przyjęciu zasady absolutnej wolności artystycznej, która jest z gruntu fałszywa, bo nie istnieje coś takiego jak totalna wolność artystyczna, polegająca na tym, że można z postacią ludzką na scenie zrobić wszystko. I właśnie w „Klątwie” to obserwujemy.



Co przemawia za tym, by „Klątwa” została zdjęta z repertuaru teatru?
– Wszystko, każda scena, każdy element tego spektaklu. To przedstawienie jest wyrazistym przykładem języka nienawiści. Mało tego, jest podżeganiem do nienawiści wobec Kościoła, katolików, polskich patriotów. Wykorzystywanie krzyży trzymanych w rękach aktorów ubranych w sutanny do obrzydliwych scen pornograficznych czy scena bluźniercza Julii Wyszyńskiej z figurą św. Jana Pawła II jest czytelnym dowodem nienawiści wobec ludzi wiary i nie tylko, bo wobec każdego przyzwoitego człowieka. Inna scena, ścięcia piłą krzyża, jest wymownym wyrazem zagrzewania do agresywnych zachowań wobec Kościoła, wiernych, a nawet niewierzących, bo krzyż Chrystusowy jest wpisany w nasze polskie dzieje, w naszą historię, tradycję. A już sytuacja, w której aktorka schodzi na widownię i mówi o zbiórce pieniędzy na wynajęcie mordercy, aby zabił Jarosława Kaczyńskiego, jest czytelna wprost. I niech dyrekcja Teatru Powszechnego nie ucieka od odpowiedzialności za nawoływanie do nienawiści i niech nie odwraca kota ogonem, pisząc oświadczenia, że prawica nie rozumie sztuki.

To, że kilka dni po zabójstwie Pawła Adamowicza, 16 stycznia, spektakl został zagrany z pominięciem owej sceny zbiórki pieniędzy na zamordowanie Kaczyńskiego, nie świadczy wcale o jakiejkolwiek ekspiacji ze strony teatru. Zespół, zamiast tej sceny, uczcił minutą ciszy pamięć Pawła Adamowicza. Brak owej przemocowej sceny dotyczył tylko tego jednego wieczoru. Następne przedstawienia „Klątwy”, jak zapewniał teatr w oświadczeniach, będą grane w całości, jak dotąd.

Teatr Powszechny podlega miastu. Dyrektor Paweł Łysak powinien już dawno utracić swoje stanowisko, ale zamiast tego teatr był przez poprzednią prezydent Warszawy, Hannę Gronkiewicz-Waltz, hojnie finansowany z naszych podatków. A teraz przy kontynuatorze Gronkiewicz-Waltz, prezydencie Rafale Trzaskowskim, też – jak widać – niczego temu teatrowi i jego dyrektorowi nie zabraknie.

Czy takich przykładów nienawiści, kierowanej w stronę katolików, osób o konserwatywnych poglądach, w teatrze jest więcej?
– Jest bardzo dużo. Doświadczyłam tego osobiście kilkakrotnie. Na przykład w warszawskim Teatrze Studio w maju 2018 roku po premierze „Żab”, spektaklu przygotowanym, myślę, specjalnie dla homoseksualistów, w reżyserii też zdeklarowanego homoseksualisty Michała Borczucha, zostałam zaatakowana – na szczęście była to napaść tylko słowna – przez grupę homoseksualistów. Tylko dlatego, że mam inne poglądy, że nie godzę się na propagowanie przez teatr wrogiej człowiekowi ideologii genderowej itp. To powoduje, że jestem nazywana homofobką. A warto pamiętać, że obecne mainstreamowe media piszące o teatrze to głównie tzw. salon o lewackiej ideologii i genderowym myśleniu. Trudno pominąć inne przykłady siania nienawiści na scenach teatralnych, jak choćby spektakl „Malowany ptak” według powieści Jerzego Kosińskiego, w reżyserii Mai Kleczewskiej, w koprodukcji kilku teatrów: Żydowskiego, Polskiego w Poznaniu i TR w Warszawie. Ten haniebny polakożerczy spektakl aż zionął językiem nienawiści wobec Polaków. Najkrócej można powiedzieć, że jego zadaniem było zminimalizowanie, nawet zdjęcie z Niemców winy za holokaust i przypisanie jej Polakom. Takie spektakle tworzą na świecie fałszywy wizerunek Polaka jako krwawego, jadowitego antysemity, który mordował Żydów. I to nie tylko w czasie wojny, ale i przed wojną, i po niej. Czy ktoś za ten fałszywy wizerunek Polaków w spektaklu będącym przecież jawną erupcją nienawiści, wręcz szczuciem na Polaków, poniósł jakiekolwiek konsekwencje? Ależ skąd. Chwalba w recenzjach mainstreamowych nie miała końca. Dodajmy, iż premiera odbyła się w 2018 roku, kiedy teatry powinny obchodzić stulecie odzyskania niepodległości przez naszą Ojczyznę.

Dziękuję za rozmowę.

Paulina Gajkowska

https://naszdziennik.pl/mysl/205335,tea ... wisci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 22 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /