Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 91 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 10 lis 2014, 22:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
Kościół gwarantem jedności Narodu

Kościół jest jedynym gwarantem jedności i trwałości Polaków jako Narodu - zaznacza ksiądz arcybiskup Henryk Hoser, ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej.

Ksiądz arcybiskup w rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną (KAI) zaznaczył, że 11 listopada to dla Polaków przede wszystkim dzień dziękczynienia Bogu za dar wolności i suwerenności oraz „okazja do rachunku sumienia z naszego stosunku do tego, co nazywamy dobrem wspólnym”. - Warto się zastanowić, na ile jestem użyteczny dla mojej Ojczyzny? W jakim stopniu przyczyniam się do jej rozwoju i czy rzeczywiście traktuję ją jako dar od Boga? – pytał ks.abp Hoser.

Nawiązując do 96. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości ordynariusz warszawsko-praski zwrócił uwagę, że „wolność i państwowość nie są nam dane raz na zawsze, trzeba o nie nieustanie się troszczyć”. - Tymczasem mimo upływu lat wśród Polaków wciąż można obserwować waśnie, spory i coraz większe dystansowanie się od życia publicznego - wskazał ksiądz arcybiskup.

Jednocześnie dodał, że jeśli nie podejmiemy wysiłku walki z naszymi narodowymi wadami, to możemy ją stracić, podobnie jak nasi przodkowie w XVIII wieku i w wieku XX.

Zdaniem ks. abp. Hosera, tym, co najbardziej rozbija jedność naszego kraju, jest pogłębiający się indywidualizm jednostkowy i grupowy. - Prywatyzacja życia prowadzi do tego, że coraz mniej nas obchodzi interes narodowy. Koncentrujemy cała naszą uwagę na sprawach materialnych. Owocem tego jest względne przywiązanie do kraju - mówił w rozmowie z KAI. Jak dodał: ludzie mają dzisiaj poczucie kosmopolityzmu, uważając, że wszędzie można żyć dobrze, jeśli otrzymuje się wysokie wynagrodzenie. - Tymczasem człowiekowi to nie wystarcza. Nawet jeśli buduje sobie prywatne małe ojczyzny, to one nigdy nie będą trwałe. Tylko większa zbiorowość może człowiekowi zapewnić godne istnienie - zaznaczył pasterz warszawsko-praskiego Kościoła.

Ksiądz arcybiskup wskazał również na rolę Kościoła katolickiego w procesie odzyskania przez Polskę niepodległości. - Mimo upływu lat i przemian społeczno-politycznych to się nie zmieniało. Także dziś patrząc na Polaków mieszkających poza granicami kraju, możemy stwierdzić, że Kościół wciąż jest miejscem, które ich skupia i organizuje. To przy parafiach prowadzone są niedzielne szkoły, w których dzieci uczą się języka polskiego i naszej narodowej historii - przypomniał ks. abp Henryk Hoser.

IK

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... arodu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 20 lis 2014, 19:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
"Polacy, doceniajcie to, co macie!"

Bracia Karnowscy rozmawiają o polskości ze Stefanem Meetschenem.
W najnowszym numerze tygodnika „wSieci” Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają o polskości ze Stefanem Meetschenem, publicystą, korespondentem niemieckiego katolickiego pisma „Die Tagespost”.
Stefan Meetschen w wywiadzie mówi o swoim zauroczeniu Polską i fascynacją twórczością Krzysztofa Kieślowskiego. "Co mnie ciągnęło do Polski: melancholijny, refleksyjny sposób widzenia świata, wciąż jednak intelektualny, a nie materialny, stosunek do rzeczywistości, w Niemczech już rzadko spotykany. Oczywiście szybko się przekonałem, że postawa bohaterów „Dekalogu” Kieślowskiego, ludzi raczej milczących, rozważających wszystko, mających głębokie życie duchowe, nie jest tak powszechna, jak początkowo sądziłem, ale i tak żyje się tu inaczej" - wspomina rozmówca.
W wywiadzie publicysta zwraca uwagę na specyficzną i niepowtarzalną misję i rolę Kościoła w Polsce.
"Polacy nie powinni tracić z oczu tego, co mają, powinni się o to troszczyć z całych sił. Znając Kościoły zachodnie, mogę stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, że słowa krytyki, jakie zwłaszcza ostatnio spadają na polski Kościół, są niesprawiedliwe. Polski Kościół wciąż ma do spełnienia wielką misję zarówno w kraju, jak i wobec świata. To jest to, czego naprawdę świat potrzebuje i co można innym nieść" - zaznacza Stefan Meetschen.
W rozmowie wskazuje również na zagrożenia, jakie niesie ze sobą masowa sekularyzacja.
"Z perspektywy Niemca, który chodzi do polskiego kościoła, wciąż mam poczucie obecności w żywym Kościele, pełnym wiernych. Widzę biskupów i księży, którzy wspaniale, na najwyższym poziomie, pełnią swoje posługi. Widać to nawet w takich szczegółach jak postawa księży, którzy nie wstydzą się chodzić po ulicy w koloratce i sutannie, co w Niemczech jest niemal nie do pomyślenia" - zauważa Meetschen.
Jakie niebezpieczeństwa mogą stać na drodze rozwoju chrześcijaństwa w Polsce? O kondycji polskiego Kościoła mówi Stefan Meetschen w najnowszym numerze największego konserwatywnego tygodnika opinii w Polsce - „wSieci”, w sprzedaży od 17 listopada br., także w formie e-wydania. Szczegóły na http://www.wsieci.pl/e-wydanie.html.

Czytaj oryginalny artykuł na: http://www.stefczyk.info/publicystyka/o ... z3JdLqocpb

http://www.stefczyk.info/publicystyka/o ... 2266436136


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 24 lis 2014, 06:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
W sercu Kościoła

Obrazek

Z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim, biblistą, laureatem Nagrody Ratzingera 2014, rozmawia Małgorzata Bochenek

Księże Profesorze, serdeczne gratulacje z okazji otrzymania tak prestiżowej nagrody, jaką jest Nagroda Ratzingera. Czym ona jest dla Księdza Profesora osobiście?

– Dziękuję. To najbardziej znacząca nagroda w Kościele katolickim dotycząca teologii. Nagroda ta pochodzi z samego serca Kościoła. Nie jest przyznawana przez jakieś przypadkowe gremium czy takie, które ukonstytuowało się gdzieś na obrzeżach Kościoła. Jest to nagroda, która wyraża, odzwierciedla teologię ugruntowaną w Piśmie Świętym i Tradycji. Teologia jest wiarą szukającą zrozumienia. Nagroda ta potwierdza, że teologiczne poszukiwania, czyli refleksja nad wiarą, mają głęboki sens i są prowadzone we właściwym kierunku.

Podkreślając radość z przyznania nagrody, mówił Ksiądz Profesor, że jest ona wielkim zobowiązaniem. Do czego mobilizuje?

– Mobilizuje do jeszcze większej odpowiedzialności za wierność Kościołowi i Ewangelii. Zawsze odpowiedzialnie starałem się wypowiadać w sprawach religijnych i teologicznych. Teraz, po wejściu do grona bardzo prestiżowego, ta świadomość odpowiedzialności jest jeszcze większa. Każda wypowiedź, opinia wyrażana na tematy religijne czy moralne ma jeszcze większe znaczenie. Odpowiedzialność jest bardzo ważnym aspektem tej nagrody. Rozmawiając z pozostałymi laureatami, czułem to samo, że ich głos znaczy więcej niż przed jej przyznaniem. To wymaga wielkiej rozwagi i rzetelności, a nade wszystko wierności nauczaniu Kościoła.

Jednym z wymiarów działalności Księdza Profesora jest duszpasterstwo biblijne, pielgrzymki do Ziemi Świętej, ale także katechezy. Podkreśla Ksiądz, że Pismo Święte jest Księgą Życia. To właśnie na kartach Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu powinniśmy szukać odpowiedzi także na obecne problemy?

– Ważność Biblii dla dzisiejszego człowieka wyraża się na dwóch płaszczyznach. Biblia przynależy do kanonu kultury europejskiej i światowej. Zatem wszyscy, którzy chcą poznać kulturę europejską, a daleko bardziej ci, którzy chcą nią żyć, powinni znać Biblię. Pismo Święte jest kluczem do naszej europejskiej tożsamości. Bez Biblii nie możemy siebie zrozumieć. Sztuka, malarstwo, rzeźba, muzyka, powieści, poezja, cała twórczość europejska czerpie natchnienie z Biblii, która bez przerwy oddziałuje na kulturę europejską.

Druga płaszczyzna to ta, że Biblia, Stary i Nowy Testament, jest fundamentem chrześcijaństwa. Jesteśmy zakorzenieni w całej Biblii w jej pierwszej części, czyli w dziejach i historii biblijnego Izraela, oraz w drugiej jej części, czyli w historii i losach Jezusa Chrystusa, jak też w początkowych dziejach Kościoła apostolskiego. To są nasze korzenie, tam jest nasza geneza. Jeżeli chcemy zrozumieć i wiedzieć, co to znaczy być chrześcijaninem, wyznawcą Jezusa Chrystusa, Biblia jest podstawowym drogowskazem. Jest ona normą chrześcijańskiej wiary i chrześcijańskiego życia, wyznacza kierunki wiary, wskazuje na to, co prawdziwe, a co fałszywe, co mieści się w obrębie chrześcijaństwa, a co z chrześcijaństwem nie ma nic wspólnego.

Jako mieszkańcy Europy i ludzie wszczepieni w kulturę europejską, a jeszcze bardziej jako chrześcijanie mamy wielką powinność sięgania po Biblię, bez niej bylibyśmy znacznie ubożsi, przestalibyśmy być sobą.

Tymczasem Kościołowi zarzuca się ciągle, że jest wierny Tradycji, że „nie idzie z duchem czasu”…

– Kościół nie może być inny niż tradycyjny. Tradycja jest siłą i światłem Kościoła. Są dwa fundamenty teologii i życia chrześcijańskiego: Pismo Święte i Tradycja. Pismo Święte też wyrosło z Tradycji biblijnego Izraela i Kościoła apostolskiego, jest jej owocem i zarazem stanowi pokarm Tradycji chrześcijańskiej. Odrzucić Tradycję znaczyłoby odrzucić korzenie, swoją przeszłość. Kościół z Tradycji czerpie życiodajne soki. Tradycja wciąż żyje.

Kościół nie jest jedną instytucją czysto ludzką, którą można opisać w kategoriach socjologicznych, psychologicznych czy ekonomicznych i na tym poprzestać. Kościół jest dziełem Ducha Świętego. Kościół przynależy do Jezusa Chrystusa, co więcej – Jezus żyje w swoim Kościele, to życie jest zabezpieczone przez wierność Tradycji.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... ciola.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 30 mar 2015, 06:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
Rok Życia Konsekrowanego

Zamyślenia wielkopostne 2015 „Wiarą znudzonemu”

Wielki Poniedziałek

Ojciec Święty Franciszek napisał list
do osób konsekrowanych w roku,
który jest Rokiem Życia Konsekrowanego.
Konsekrowany, tzn. tylko Bogu poświęcony,
a co w tym liście? Ojciec Święty prosi:

1. Aby ludzie zakonów odkryli na nowo
drogi minionych pokoleń
i wielbili Boga za Jego dary.
2. Aby ciągle i na nowo budowali życie wspólne,
aby byli mistrzami komunii.
3. Aby z nadzieją patrzyli w przyszłość,
nie ulegając pokusie liczb i wydajności,
wbrew przepowiedniom proroków nieszczęścia,
lecz aby byli przebudzeni i czujni.

Dzień 2 lutego każdego roku,
czyli nasze święto Matki Boskiej
Gromnicznej,
jest świętem osób konsekrowanych.
Spotykamy siostry tzw. czynne,
które podejmują w życiu prace im zlecone,
ale są i siostry klauzurowe (zamknięte),
te, które w ukryciu nieustannie modlą się za nas.

Zakony są dla Kościoła skarbem i ozdobą.
Zakonnice i zakonnicy składają śluby:
ubóstwa, czystości i posłuszeństwa.
I tak na całe życie?
Tak na całe życie.
Zakony są kolebką europejskiej kultury.
To zakony zakładały uniwersytety,
zakonnicy przepisywali księgi,
uczyli kultury rolnej, prowadzili
szkoły, szpitale, domy opieki.

Zawołanie benedyktynów brzmi tak:
Ora et labora – módl się i pracuj.
Wszystkie zakony tak żyją, trwając
w pracy i na modlitwie.
Podziwiam Cię, Siostro!
Podziwiam Cię, Bracie!
To trzeba bardzo wierzyć
i mocno kochać
Boga i ludzi.

O, jak dobrze mieć swoją siostrę,
wiem, że ona się za mnie modli.
Moje uczone, pracowite i święte Siostry,
smutny byłby bez Was świat.

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... anego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 04 kwi 2015, 07:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
Co zrobić, gdy pojawiają się wątpliwości w wierze?

Doświadczenie wątpienia może być paradoksalnie bardzo pozytywne. Często bywa okazją do pogłębienia aktu wiary. Pamiętajmy również, że św. Jan od Krzyża porównał swoje doświadczenie wiary do „nocy ciemnej”, a św. Teresa od Dzieciątka Jezus przeżywała próby wiary pisząc, że jadała przy stole z największymi ateistami – mówi dla portalu PCh24.pl o. dr Marek Wójtowicz SJ.

Ogłoszony w 2012 r. przez Benedykta XVI Rok Wiary miał stać się antidotum na pogłębiający się – szczególnie w krajach europejskich – kryzys wiary. Jak Ojciec sądzi, jakie są przyczyny masowych odejść z Kościoła?

Kościół, dzięki działającemu w nim Duchowi Świętemu, nigdy nie ulega pesymistycznemu myśleniu jeśli chodzi o trud głoszenia Ewangelii. Przykładem pozostaje dla nas Jan Paweł II, który nie lękał się atmosfery niewiary, jaka zapanowała we Francji czy w innych krajach Europy. Podobną nadzieją, że Europa odkryje na nowo prymat Boga i powróci do Chrystusa, był cały pontyfikat Benedykta XVI, zwłaszcza jego pielgrzymki do Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Nigdy w historii nie było łatwo głosić Dobrej Nowiny, zawsze dokonywało się to za cenę męczeństwa. Wystarczy wspomnieć historię św. Wojciecha czy św. Stanisława, a w naszych czasach bł. księdza Jerzego Popiełuszki. Przyczyn oddalenia się od Kościoła jest wiele: propaganda zniechęcająca do chrześcijaństwa, pogoń za dobrami materialnymi i wygodą życia, nagłaśnianie w mass mediach grzechów ludzi Kościoła czy brak wyrazistego świadectwa ze strony uczniów Chrystusa. Nie należy się tym zniechęcać! Trzeba na nowo podejmować trud osobistego nawrócenia, by tam, gdzie się uczymy, pracujemy i wypoczywamy, dawać świadectwo spójnej i gorliwej wiary.

Czy za tymi odejściami stoi raczej kryzys moralności czy kryzys wiary? Ludzie odchodzą od Chrystusa dlatego, że wygodniej im na przykład żyć bez ślubu, czy też dlatego, że mają problemy z uwierzeniem w dogmaty i prawdy wiary?

Kryzys moralny jest ściśle powiązany z kryzysem słabej wiary. Przypomniał nam o tym św. Jan Paweł II w encyklice Veritatis splendor, dlatego warto do niej powracać. Jeśli zabraknie fundamentu odniesienia do Boga ludzkich czynów, wtedy wszystko wolno: nawet skrzywdzić lub zabić drugiego człowieka, jak to działo się pośród ludzi owładniętych ideologią komunistyczną czy nazistowską, a dzisiaj obserwujemy to w parlamentach świata, gdzie ustanawiane jest „prawo” do aborcji czy eutanazji... Współczesna, hałaśliwa w wielu swych nurtach (sub)kultura, nie uczy już myślenia, pogłębionej refleksji nad sobą w duchu rachunku sumienia i poczucia elementarnej uczciwości. Rodzice mają zbyt mało czasu, by poświęcić go dzieciom. W kinie, w telewizji czy radio proponowane są wzorce zachowań z gruntu niechrześcijańskie i antyludzkie, na przykład pigułka „dzień po” bez recepty dla 15-latek! Rozwód można uzyskać zbyt szybko, za mało liczą się w tej osobistej historii rodziców ich własne dzieci... Jeśli do tego dojdzie brak katechezy czy pogłębionej wiedzy religijnej to ma to wpływ na codzienne życiowe wybory także ludzi wierzących. Najlepszym wprowadzeniem w katolickie dogmaty jest codzienna modlitwa rodziców, bez której wiara zanika. Bardzo ważna jest też żywa więź miłości w rodzinie otwartej także na potrzebujących.

Ludzie, którzy poważnie podchodzą do spraw swojej wiary, starają się pogłębić wiedzę na jej temat. Niekiedy też, słysząc opinie krytyków wyznawanej religii, zaczynają zastanawiać się nad kontrargumentami. W ten sposób rodzi się apologetyka. Czasem jednak człowiek może sobie nie poradzić w dyskusji i mogą zrodzić się u niego wątpliwości. Czy wątpliwości są same w sobie niewłaściwe?

Wielką pomocą do pogłębienia wiary i zdobycia argumentów w jej obronie (por. 1 P 3, 15) jest przede wszystkim Pismo święte czytane i przyswajane na medytacji. Są też oczywiście wielkie dzieła wybitnych teologów, jak na przykład św. Tomasza z Akwinu. W 1992 roku Jan Paweł II podarował nam Katechizm Kościoła Katolickiego, który może stać się naszym osobistym przewodnikiem na drogach Bożych. Doświadczenie wątpienia może być paradoksalnie bardzo pozytywne. Często bywa okazją do pogłębienia aktu wiary. Wielu świętych doświadczyło wątpienia, jak św. Augustyn. Swoje duchowe zmagania w procesie nawrócenia spisał on w Wyznaniach. Pamiętajmy również, że św. Jan od Krzyża porównał swoje doświadczenie wiary do „nocy ciemnej”, a św. Teresa od Dzieciątka Jezus przeżywała próby wiary pisząc, że jadała przy stole z największymi ateistami. To dlatego Fryderyka Nietzschego nazwała swoim „biednym braciszkiem”, za którego się modliła. W wieku szesnastu lat wielki kryzys wiary przeżył św. Rafał Kalinowski, o jego nawrócenie modliła się cała jego rodzina. Święci mogą być dla nas najlepszymi przewodnikami w doświadczeniu żywej wiary, zwłaszcza święci męczennicy. W próbach oni się wiele modlili i nie tracili nigdy nadziei. Św. Jan od Krzyża napisał przepiękny mistyczny poemat „Żywy płomień miłości”, gdy był więziony przez swoich współbraci w więzieniu w Toledo. Św. Maksymilian Maria Kolbe nie tracił nadziei nawet w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, pocieszał więźniów, spowiadał. Podobnie czynił bł. Wincenty Frelichowski w obozie w Dachau. Wielką nauczycielką na czas duchowych zmagań jest św. Faustyna Kowalska, która pośród największej duchowej udręki opisanej w Dzienniczku nie przestawała ufać Bogu. Wszyscy oni patrzyli na przykład wiary pełnej zaufania Bogu jaką mieli Abraham, Mojżesz, Hiob, Eliasz czy Jeremiasz.

Co zrobić, gdy człowiek spróbuje wypróbowanych przez świętych metod, i nadal targają nim wątpliwości? Czy przyczyna takiego stanu może leżeć w innej sferze niż tylko ludzki rozum?

Nigdy nie należy przestać ufać Bogu. W trudnościach prośmy o modlitwę naszych bliskich i znajomych. O nasze zwycięstwo modlą się siostry z zakonów klauzurowych. Pamiętajmy, że wiara jest największym darem Boga, dlatego nie wszystko od nas zależy. „Powierz Panu swą drogę i zaufaj Mu, reszty On sam dokona” – poucza nas psalmista. Czasem trzeba długo czekać na pocieszenie ze strony Boga. To, co w naszym życiu trudne, a często też oczyszczające jak na przykład cierpienie, ofiarujmy w intencji bliskiej nam osoby. Wtedy łatwiej nam będzie dźwigając krzyż próby, która sprawi, że głębiej i radośniej popatrzymy na nasze życiowe zmagania. Ziarno wpadłszy w ziemię musi obumrzeć, aby przynieść obfity owoc, zapewnia nas Pan Jezus.

W jaki sposób postępować, by odpowiednio wyważyć proporcje między fides et ratio – wiarą i rozumem?

Tutaj poleciłbym encyklikę Jana Pawła II Fides et ratio wydaną w 1998 roku. Jest w niej opisana droga dochodzenia człowieka do wiary, która nie boi się pytań ze strony filozofów. To oni, przez to, że zadają nam trudne czy niewygodne pytania, przyczyniają się do pogłębienia naszego rozumienia Boga. Pomagają też odejść od wiary może czasem nieco infantylnej do wiary dojrzałej, przenikającej wszystkie sfery naszego życia, także naukę. Tak też rozumiał doświadczenie wiary Benedykt XVI w liście apostolskim Porta fidei, w którym ogłaszał Rok Wiary.

Bóg zapłać za rozmowę!

Rozmawiał Kajetan Rajski

http://www.pch24.pl/co-zrobic--gdy-poja ... 922,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 07 kwi 2015, 07:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
Zakończenie

Zamyślenia wielkopostne 2015 „Wiarą znudzonemu”

Wtorek Wielkanocny
I tak minęło 40 dni
naszych wielkopostnych zamyśleń
w Roku Pańskim 2015.
Dziękuję Wam za cierpliwość.
Tak chciałem mówić do mego
towarzysza wiarą znudzonego,
aby się obudził i na nowo uwierzył,
ale tak z entuzjazmem i radością.

– Ksiądz pozwoli, w zakończeniu
i ja dopowiem kilka słów.
Ja słuchałem
jednak księdza słów.
Niektóre poruszyły moje myślenie, moje sumienie,
ale wie ksiądz,
co mnie przekonało?
– Nie wiem.
– Wyznanie Tomasza.
Pan mój i Bóg mój! (J 20,28)

Nie wiem, czy to Pan Jezus powiedział,
czy to ksiądz dopisał:
I nie bądź, chłopie, niedowiarkiem,
bo to dziś wstyd,
mówić, że nie wierzę.

Pewnie, że wstyd,
bo jeśli ktoś ma rozum pod czaszką
i serce pod żebrami,
i oczy, i uszy,
to któregoś dnia wyzna:
Któż jak Bóg i nic nad Boga!

Zachowam Was w pamięci
i w sercu.
Będę pamiętał w pacierzu
i Was proszę o modlitwę,
żeby Pan Jezus mnie uzdrowił.

Zostańcie z Bogiem, Alleluja!

Ks. bp Józef Zawitkowski

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... zenie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 22 maja 2015, 07:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
Czym jest apostolskość?

Treści, które głosi apostoł, nie są jego wymysłem, jest to prawda objawiona – powiedział ks. prof. Tadeusz Guz podczas homilii wygłoszonej dla redakcji „Naszego Dziennika”.

W czwartek, 14 maja 2015 r., w klasztorze Sióstr Loretanek w warszawskim Rembertowie ks. prof. Tadeusz Guz odprawił Mszę św. i wygłosił homilię dla redakcji „Naszego Dziennika”.

Podczas homilii ks. prof. Guz wyjaśniał, jak wielkie znaczenie ma służba apostolska człowieka oraz co ją determinuje.

„Treść święta apostoła Macieja wskazuje nam na wielki dar, jaki nasz Pan Jezus Chrystus ofiarował nam i całemu światu w postaci apostołów. Czyli tych uczniów Pana, którym nasz zbawiciel objawił pełnie siebie – swojego bóstwa i człowieczeństwa”.

Całą homilię można zobaczyć TUTAJ: http://www.naszdziennik.pl/galeria/1374 ... skosc.html

RS

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... skosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 04 cze 2015, 20:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
Najświętsze Trzy Hostie

Zapomniany cud Eucharystyczny z 1399 r. przypomniano ostatnio w Poznaniu. Wznowiona została książka Mieczysława Noskowicza z 1926r., która poświęcona jest temu wydarzeniu.

Świętokradztwo

W 1399 r. żydzi przekupili dwie kobiety w Poznaniu, matkę i córkę, by postarały się o konsekrowane Hostie. Kobiety postanowiły wykraść je z kościoła Dominikanów przy ul. Szewskiej (dziś kościół o. Jezuitów). Po nabożeństwie ukryły się w kącie, czekając na zamknięcie kościoła. Kiedy zostały same, matka dwukrotnie próbowała otworzyć drzwiczki tabernakulum, ale za każdym razem jakaś siła rzucała ją o ziemię. Wreszcie za trzecim razem, podtrzymywana przez córkę, wyjęła cyborium, a z niego trzy Hostie, które zawinęła w białą chusteczkę. Obie znów ukryły się w kącie, czekając na otwarcie kościoła i na popołudniowe nabożeństwo. Łatwo im było zmieszać się z wiernymi, a po nabożeństwie opuściły kościół bez przeszkód. Od razu udały się do żydów, którzy zapłacili im umówioną sumę i zabrali trzy Najświętsze Hostie. Rabini i starsi kahału, w sumie trzynastu żydów, poszli z Hostiami do kamienicy zwanej Świdwińską przy ul. Sukienniczej (dziś ul. Żydowska) i tam w piwnicy ustawili stół, na który rzucili Hostie. Chcieli sprawdzić, czy jest to prawdziwe Ciało Pana Jezusa. Najstarszy z żydów przebił nożem jedną z Hostii i wtedy wytrysnęła z niej krew na jego twarz. Za chwilę reszta żydów przy świetle pochodni kłuła bez opamiętania trzy Najświętsze Hostie, mimo że krew z nich lała się po całym stole. Bluźnili przy tym i „rzucali najpotworniejsze obelgi przeciw Chrystusowi”.

Obrazek
Monstrancja z trzema Najświętszymi Hostiami w kościele Bożego Ciała w Poznaniu


W 1570 r. kustosz poznański i kanonik warmiński ks. Tomasz Treter opublikował po łacinie historię trzech Hostii, która wydarzyła się w Poznaniu w 1399 r. Do dziś, jak pisał, a więc do czasu, kiedy powstała jego książka, ślady Krwi Najświętszej wylanej z Hostii „wprawiają wpatrujących się w wielkie podziwienie i uszanowanie. Pobudzają też cudownie pobożne serca do oddania Chrystusowi-Odkupicielowi powinnego dziękczynienia, za to, że nie tylko na Golgocie, podczas gorzkiej męki Swej raczył dla zbawienia rodzaju ludzkiego wylać obficie Krew Swoją Najświętszą, ale i tutaj w Poznaniu, na udowodnienie prawdy wiary katolickiej, jako w Najświętszym Ołtarza Sakramencie jest prawdziwie Ciało i prawdziwa Krew Jego”.

Cudowne uzdrowienia

Żydzi coraz większy podnosili wrzask, pastwiąc się nad Hostiami. Im więcej krwi tryskało, „w tym większy szał nienawiści i większą żądzę wywarcia całej swej złości popadli”. Ponieważ kamienica znajdowała się w dzielnicy żydowskiej, więc słyszący te krzyki żydzi zbiegli się na tę „Boga znieważającą ceremonię”. Tylko jedna żydówka, niewidoma od urodzenia, kiedy dowiedziała się, że rabini doświadczają, czy w chlebie, którzy chrześcijanie uważają za swoją największą świętość, jest rzeczywiście prawdziwe Ciało i Krew Jezusa, zaczęła się do niego modlić o uzdrowienie. Gdy tylko skończyła swoją modlitwę, Pan Jezus cudownie przywrócił jej wzrok. Wyszła na ulicę i zaczęła głośno wyznawać Chrystusa.

Żydzi przestraszyli się następstw tego coraz głośniejszego czynu i postanowili pozbyć się Hostii. Próbowali je spalić, ale Hostie wychodziły z ognia i unosiły się nad płomieniami nietknięte. Wrzucali je wiele razy do ustępu, a potem do studni, która do dziś znajduje się w dolnej kaplicy kościoła Pana Jezusa, a wtedy było to pomieszczenie, w którym bezcześcili oni Ciało Chrystusa, ale i te próby zniszczenia Hostii okazały się daremne. W końcu postanowili zakopać je za miastem na trzęsawiskach. 15 sierpnia 1399 r. w Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny zawinęli je w płótno i wysłali dwóch starszych kahału, którzy poszli przez miasto. Po drodze mijali żebrzącego kalekę, który został cudownie uzdrowiony. Przechodzili obok domu, w którym leżał umierający człowiek. I on został uzdrowiony. Jednak nie zwracali w ogóle uwagi na te znaki Boże, tylko „trwali w swej zaciętości przeciw Chrystusowi”. W końcuprzyszli na miejsce, które uznali za najlepsze do pozbycia się tu „zbrodniczo zbezczeszczonych Hostii Najświętszych”. Dziś znajduje się tu kościół Bożego Ciała w Poznaniu. Wtedy było to miejskie pastwisko bydła. Tam zakopali Hostie, zarzucili je błotem i wrócili do domu.

Cud Eucharystyczny

W następną niedzielę 22 sierpnia pasterz trzody miejskiej, Maciej, przyprowadził na pastwisko bydło. Było to miejsce, gdzie żydzi zakopali trzy Najświętsze Hostie. Zostawił tam swego syna, a sam poszedł na Mszę św. do miasta. W pewnej chwili chłopiec zobaczył, jak wszystkie krowy i woły uklękły przednimi nogami i głowy podniosły do góry. Zobaczył trzy Hostie, unoszące się jak motyle w powietrzu. Kiedy ojciec wrócił z kościoła, syn opowiedział mu, co się wydarzyło na pastwisku. Maciej nie chciał w to uwierzyć. Lecz niedługo obaj zobaczyli klękające bydło i unoszące się w powietrzu trzy Hostie. Sami upadli na kolana. Zaraz potem Maciej pobiegł do miasta, by opowiedzieć o cudzie. Najpierw udał się do radcy grodzkiego, który jednak nie uwierzył w to, o czym mówił pasterz. Radca skierował skierował go do magistratu. Tam Maciej opowiedział wszystko burmistrzowi Poznania. Ten uznał to za brednie i kazał zamknąć Macieja w wieży. Drzwi więzienia zamknięte na ciężkie rygle same się otworzyły, a więzy opadły z rąk pasterza. Cudownie uwolniony poszedł znowu do radcy i powtórzył to, co już raz opowiedział. Radca kazał jeszcze raz zamknąć Macieja, ale zwołał urzędników magistratu, ławników i proboszcza kościoła farnego, którzy udali się na miejsce wskazane przez pasterza. Zobaczyli klęczące bydło i trzy Najświętsze Hostie latające w powietrzu. Oddali cześć Bogu ukrytemu w cudownych Hostiach i wrócili do miasta. Radca wypuścił Macieja na wolność i zwołał naradę magistratu. Potem wszyscy wraz z księdzem proboszczem poszli do biskupa poznańskiego Wojciecha Jastrzębca.

Obrazek
Kościół Bożego Ciała w Poznaniu


Obrazek
Kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa przy ul. Żydowskiej w Poznaniu


Biskup po wysłuchaniu relacji urzędników magistratu, zwołał duchowieństwo Poznania, do którego przyłączyły się bractwa i cechy oraz tysiące wiernych. Przy dźwięku dzwonów wszystkich kościołów na miejsce cudu udała się cała ta wielka procesja. Kiedy biskup nakazał najstarszemu z kapłanów podnieść rękami Najświętsze Hostie z błota, te, jak żywe motyle, same uniosły się w górę i opadły na patenę, którą trzymał ksiądz. We wspaniałym pochodzie triumfalnym procesja powróciła do miasta, udając siędo kościoła farnego, gdzie złożono Najświętsze Hostie w tabernakulum.

Potem nastąpiły spory, w którym kościele ostatecznie mają się znaleźć cudowne Hostie. Ale Pan Bóg sam wskazał miejsce. Hostie bowiem znikły z zamkniętego tabernakulum kościoła farnego i przeniosły się tam, gdzie je znaleziono. W ten sposób trzy razy Najświętsze Hostie po kilku godzinach przenosiły się na pastwisko, chociaż za każdym razem umieszczano je w innym kościele. Unosiły się tam w powietrzu i wszyscy mogli je zobaczyć. Zrozumiano, że Pan Jezus chce, by to w tym miejscu oddawano mu cześć. Biskup polecił wybudować tu drewnianą kaplicę.

Wyrok

Zrozumiano też, że Hostie objawiły się cudownie wskutek świętokradztwa, ponieważ ktoś wcześniej musiał je wykraść z kościoła. Do ratusza zgłosili się świadkowie. Jednym z nich był cudownie uzdrowiony kaleka, a drugim żydówka, która odzyskała wzrok. To ona przyczyniła się do ujęcia żydów i wynajętych przez nich kobiet. Żydów postawiono przed sądem, ale najpierw wypierali się wszystkiego. W końcu przyznali się do winy i opowiedzieli szczegółowo, „jak się pastwili nad Najświętszymi Hostiami”. Wskazali też kobiety-świętokradczynie, Krystynę i Annę, które przyznały się do swojej winy. W tamtych czasach kradzieże, świętokradztwo i zbezczeszczenie religijnych świętości karano śmiercią. Rabina i trzynastu starszych kahału oraz Krystynę i jej córkę skazano na spalenie na stosie. „O fanatycznej nienawiści żydów ku Chrystusowi, która najprawdopodobniej była powodem tak strasznego wyroku, pisze jeszcze ks. Tomasz Treter w dziele swoim, co następuje: ‘A co im do łatwiejszego duszy zbawienia niemałej przydać mogło pomocy, tego oni na złe zażywając i w ślepocie, zatwardziałości swojej zostając, na większe jeszcze bluźnierstwa, ba nawet uszów chrześcijańskich niegodne, podawali się, cieszyli i chlubili w rzeczach niegodziwych. A zatem, gdy na pozyskanie ich Bogu, czas daremnie i staranie trawiono, dekret śmiercio debrali na siebie, na którą ochotnym sercem szli, jakoby z Abrahamem, Izaakiem i Jakóbem patryarchami wieczerzą jeść mieli’. Jak z powyższego słusznie można przypuszczać, że do tak strasznego wyroku przyczyniła się najwięcej nienawiść fanatyczna żydów oraz ich bluźnierstwa, jakich nawet wobec sądu nie szczędzili Bogu utajonemuw Najświętszych Hostiach”, pisze Noskowicz. Wyrok wykonano na podmiejskich polach.

Żydzi postanowili jednak zaprzeczyć, że zbrodni świętokradztwa dokonali oni. Zwalili całą winę na syna pasterza Macieja – Pawełka, któremu przypisali kradzież cyborium z kościoła Dominikanów, zbezczeszczenie Hostii, a następnie zrzucenie winy na żydów. Według nich trzynastu żydów z rabinem i dwoma kobietami zostało spalonych niewinnie. Gmina żydowska wniosła do króla Władysława III prośbę o wznowienie procesu. Zarządzono powtórne bezstronne śledztwo w 1434 r. i wznowiono proces, który trwał 20 lat. Żydzi nie umieli jednak dostarczyć przekonywających dowodów na niewinność uprzednio skazanych osób. Sąd po rozpatrzeniu materiału zaostrzył jeszcze wyrok. Gmina żydowska musiała co roku wpłacać na procesję Bożego Ciaładatek w wysokości 800 tynfów, a co sto lat trzech starszych z gminy musiało iść z nożami w ręku na czele procesji.

Kościoły

Obrazek
Rzeźba przedstawiająca żydów usiłujących utopić Najświętsze Hostie (kościół Bożego Ciała)


Król Władysław Jagiełło ufundował w miejsce drewnianej kaplicy na polu, gdzie miał miejsce cud trzech Najświętszych Hostii, murowany kościół Bożego Bożego Ciała, którego budowę rozpoczęto w 1406 r. Przed bitwą pod Grunwaldem król Jagiełło ślubował, że jeśli ją wygra, odbędzie pieszą pielgrzymkę do Poznania, aby nawiedzić kościół Bożego Ciała i pokłonić się Jezusowi w Najświętszym Sakramencie, co też uczynił. Przyszedł do Poznania 25 listopada 1410 r.

W latach 1465-1470 Karmelici na miejscu kościoła Jagiełły wybudowali znacznie większy kościół wraz z klasztorem. Jak pisze Noskowicz: „Świątynia BożegoCiała była swego czasu tak poważną, że biskupi poznańscy,wjeżdżając pierwszy raz do Poznania, aby objąć rządy w diecezji, wstępowali najpierw do kościoła Bożego Ciała, aby tutaj podziękować Bogu za wyniesieniena godność biskupią”. Kościół Bożego Ciała w Poznaniu był słynny w całej Polsce jako miejsce cudowne. W roku 1609 ks. Tomasz Treter wydał „Księgę Cudów” tego kościoła, która zawiera opis 376 cudownych interwencji zokresu lat 1493-1604. Cudy te nastąpiły po nawiedzeniu kościoła Bożego Ciała i oddaniu tu pokłonu Najświętszemu Sakramentowi.

Kult Bożego Ciała w Poznaniu miał w średniowieczu charakter ogólnopolski i był porównywalny z kultem Matki Bożej Częstochowskiej. Kult ten wychodził poza granice Polski. Kościół poznański był w grupie kilkunastu najważniejszych sanktuariów europejskich. W Polsce kult poznański rozwinął się w XV i XVI w. i był w tym czasie silniejszy niż kult jasnogórski, który rozwinął się w XVII i XVIII w.

W 1704 r. po długich staraniach, po uzyskaniu kamienicy Świdwińskiej, gdzie żydzi kłuli nożami Ciało Pana Jezusa znajdujące się w trzech Hostiach, gdzie nastąpił cud krwi wytryskującej z tych Hostii i gdzie zamurowali oni w filarze okna pocięty na kawałki, zakrwawiony stół, na którym bezcześcili ciało Pańskie, oraz po wsparciu uzyskanym w dekrecie papieskim na soborze trydenckim, Karmelici wznieśli na gruzach tej kamienicy nową świątynię zwaną dziś kościółkiem Pana Jezusa. Kościół został poświęcony przez ówczesnego biskupa poznańskiego Hieronima Wierzbowskiego.

Pierwszą historię trzech Najświętszych Hostii napisał wielki historyk Jan Długosz. Uczynił to kilkanaście lat po wydarzeniach z 1399 r. Pisali o cudzie również: Kromer, Miechowita i cytowany ks. Tomasz Treter. W 1926 r. wydano w Poznaniu książkę Mieczysława Noskowicza pt. „Najświętsze trzyHostie 1399”. Niedawno wznowiono tę książkę w tym samym Poznaniu. „GazetaWyborcza” i inne podobne media, szukające we wszystkim, co polskie i katolickie, antysemityzmu, uznały ją za antysemicką. Tymczasem książka ta nie ma nic wspólnego z antysemityzmem. Opisuje cud Eucharystyczny, który miał miejsce, który widziało tysiące ludzi i który opisali historycy, w tym Jan Długosz. Wielki polski król Władysław Jagiełło ufundował w miejscu cudu kościół, który stał się słynny w całej Europie. Dopiero potem miejsce to zostało zapomniane i „wyciszone”. Trzeba mu przywrócić pamięć.

Marianna Dark

Książkę Mieczysława Noskowicza „Najświętsze Trzy Hostie” w wersji oryginalnej wznowiło Wydawnictwo WERS z Poznania.

Wydawnictwo WERS
Skr. Poczt. 59, Oddział 4, 60-962 Poznań 10
e-mail: wolna-polska@wp.pl

Gorąco polecamy tę lekturę!


http://www.bibula.com/?p=56365


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 14 cze 2015, 18:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
Ewangelia

Mk 4,26-34

Jezus powiedział do tłumów: „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo”.

Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”.

W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją zrozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.

Potencjał ziarna

Kościół. Po ludzku nie da się go objaśnić. Zbudowany na fundamencie apostołów, oparty na wierze w Zmartwychwstałego, którego przecież tylko nieliczni widzieli, dotykali. Otulony powiewem Bożego Ducha. Sztafeta pokoleń przekazujących sobie wzajemnie wiarę trwa już nieprzerwanie dwadzieścia wieków – i trwać będzie do końca świata. To potęga. Nie człowiek nadaje jej kierunek i nie ludzki potencjał został w niej zapisany, ale potencjał Boży – witalna siła ziarna, które najpierw musi obumrzeć, aby wydać plon, i które, choć małe, „najmniejsze ze wszystkich ziaren”, wyrasta w potężne drzewo, dające ukojenie wszystkim, którzy się pod nie schronić zechcą. Nie dzieje się to mocą ludzkiej świętości, bo do niej zostaliśmy dopiero wezwani. Dużo tu brudu, grzechu, swojej woli, by budować po swojemu i wedle swoich kryteriów wznosić zręby cywilizacji. Pozornie sytuacja jest patowa – jakże Bóg może zdziałać cokolwiek, jeśli człowiek nie chce? A jednak. Wystarczy mała szczelinka w skamieniałym ludzkim sercu, by łaska Boża mogła rozbłysnąć. Wystarczy odrobina dobrej woli, wiara nawet tak mała jak ziarnko gorczycy, aby Królestwo Boże zaczęło w nas wzrastać, by ziemia wydała plon.

ks. Paweł Siedlanowski

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... gelia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 18 cze 2015, 13:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
Co się stało z Akcją Katolicką?

Obrazek

W czerwcu 1905 roku papież św. Pius X wydał encyklikę Il fermo proposito, w której po raz pierwszy pada nazwa Akcja Katolicka w odniesieniu do rozkwitającego wówczas na wielką skalę ruchu apostolskiego wśród wiernych świeckich. W okrągłą 110-tą rocznicę ogłoszenia tego dokumentu warto przypomnieć wzniosłą misję tej organizacji tak, jak wyraziły ją dokumenty papieskie i działalność jej wybitnych działaczy. Jednocześnie warto uczynić rachunek sumienia, co zrobiliśmy z Akcją Katolicką w obliczu postępującej laicyzacji w szeregach samych bojowników Kościoła Świętego.

„Oto nasz cel, nasz wielki ideał. Zmierzamy ku cywilizacji katolickiej, która ma powstać na ruinach dzisiejszego świata, podobnie jak cywilizacja średniowiecza zrodziła się na ruinach świata rzymskiego” – tak brzmiał pierwotny manifest Akcji Katolickiej. Jakże aktualny dziś – można by powiedzieć. Nawet bardziej aktualny, skoro na każdej płaszczyźnie życia obserwujemy degradację tych wartości, które stworzyły wspaniałą średniowieczną Christianitas.

Kościół w osobach swoich wybitnych Najwyższych Pasterzy XIX i XX wieku odczytał bezbłędnie znak czasu, jakim był z jednej strony zalewający świat laicyzm, z drugiej zaś ożywienie ducha apostolskiego wśród wiernych świeckich. Już Leon XIII kładł szczególny nacisk na ruchy religijne laikatu, na czoło których wybiła się Akcja Katolicka. Popierali ją kolejni papieże, żeby wymienić choćby św. Piusa X, zalecającego tę organizację encyklice Il fermo proposito i w liście pasterskim Notre Charge Apostolique, czy też Piusa XI, gorącego zwolennika Akcji Katolickiej, przywołującego jej misję w kontekście budowania na świecie społecznego panowania Jezusa Chrystusa Króla (wiekopomna encyklika Quas primas).

Apostolatem świeckich w zbrodnię laicyzmu

Były nuncjusz papieski w II Rzeczpospolitej Polskiej, Achille Ratti, już w pierwszej encyklice napisanej po wyborze na Tron Piotrowy, zatytułowanej Ubi arcano Dei uznał za słuszne zachęcić do „świętego boju” właśnie „grupę ruchów, organizacji i dzieł występujących pod nazwą Akcji Katolickiej”. Nie bez powodu Pius XI, papież, który zapisał się w dziejach Kościoła jako jeden z najgłośniejszych propagatorów Chrystusowego prawa do sprawowania niepodzielnych rządów zarówno nad narodami, jak i państwami, wsławił się również jako ten, który nadał właściwe oblicze akcji świeckich katolików, którzy w przestrzeni domowej i publicznej mieli owe słodkie rządy Syna Bożego zaprowadzać.

„Pius XI powierzył katolikom zadanie rechrystianizacji społeczeństwa poprzez rozszerzanie i umacnianie Królestwa Chrystusowego; w tym też celu wprowadził liturgiczne święto Chrystusa Króla, które odtąd miało być co roku obchodzone w ostatnią niedzielę października” – pisał o tej wielkiej misji laikatu prof. Roberto de Mattei w książce Krzyżowiec XX wieku - biografii wybitnego działacza brazylijskiej Akcji Katolickiej, prof. Plinia Corrêi de Oliveiry.

„Zbrodnia [laicyzmu] nie zaraz dojrzała, lecz od dawna kryła się wśród państw. Zaczęto bowiem od zaprzeczenia panowania Chrystusa nad wszystkimi narodami; odmówiono Kościołowi władzy nauczania ludzi, ustanawiania praw, rządzenia narodami, którą to władzę otrzymał Kościół od samego Chrystusa, by ludzi prowadzić do szczęśliwości wiekuistej” – pisał Pius XI w encyklice Quas primas. Ten sam niepokojący znak odczytał również szereg działaczy świeckich na całym świecie. Zawiązywali się oni w związki, którym św. Pius X nadał nazwę Akcji Katolickiej, początkowo we Włoszech, potem w innych krajach – z organizacją na wzór włoski, bądź według własnych pomysłów, dostosowanych do charakteru poszczególnych narodów.

Słodkie panowanie z domieszką goryczy

Podobnie jak we wszystkich wiekach chrześcijaństwa, tak i w dobie rozkwitu Akcji Katolickiej okazało się, iż nie dla wszystkich słodkie jarzmo Chrystusowej nauki przekazywanej przez Kościół jest do przyjęcia. Były to czasy, w których coraz większą popularność zyskiwała fałszywa eklezjologia Maritaina i Teilharda de Chardin, którzy chcieli przemienić Kościół w swego rodzaju humanistyczne stowarzyszenie ludzi dobrej woli pod patronatem bliżej nieokreślonej siły, nazywanej Bogiem. Modernistyczne błędy i nielogiczne koncepcje tak zwanych liberalnych katolików zostały wprawdzie potępione przez kolejnych Namiestników Chrystusa, ich zarzewie znajdowało jednak coraz to nowe sposoby, by zajmować umysły wiernych.

„Akcja Katolicka wraz z «ruchem liturgicznym» stanowiły ulubioną sferę infiltracji dla polityczno-społecznego modernizmu, który – po okresie ukrytej inkubacji – pojawił się na początku lat trzydziestych” – pisze prof. de Mattei. To właśnie w łonie brazylijskiej Akcji Katolickiej pojawiały się pierwsze samowolne eksperymenty liturgiczne, takie jak kładzenie nacisku na charakter uczty i rolę dialogu pomiędzy kapłanem a wiernymi poprzez odwrócenie się księdza versus populum i dialogiczność liturgii.

Z drugiej strony właśnie w sferze społeczno-politycznej „liberalny katolicyzm” wydawał swoje zgniłe owoce. Na świecie utwierdzał się nowy, ukuty w upiornych mrokach masońskich loży, model stosunków publicznych, oparty na rozdziale Tronu i Ołtarza. Miało to tragiczny skutek dla kształtowania się społeczno-politycznych koncepcji, coraz bardziej oderwanych od sankcji moralnej i od sarcum i od jasnego opowiedzenia się po stronie sił konserwatywnych. Pojawił się także postulat neutralności politycznej Kościoła, dziś stanowiący już dogmat laickiego świata.

Związane z Akcją Katolicką brazylijskie czasopismo Legionário, którego współtwórcą był Plinio Corrêa de Oliveira, zwróciło się do wybitnego dominikańskiego teologa, ojca Réginalda Garrigou-Lagrange, z prośbą o skomentowanie owego hasła, iż „Kościół nie jest ani na prawicy ani na lewicy”. Dominikanin odpowiedział zdecydowanie: „Jestem człowiekiem prawicy i nie widzę powodu, dla którego miałbym ten fakt ukrywać. Jestem przekonany, że wielu z tych, którzy używają cytowanego zdania, wypowiada je w celu porzucenia prawicy i prześliźnięcia się na lewicę. Starając się unikać przesady w jedną stronę, przesadzają w drugą, jak to się ostatnimi laty zdarzało we Francji. Uważam również, że nie powinniśmy mylić prawdziwej prawicy z rozmaitymi pseudo-prawicami, które bronią fałszywego, a nie prawdziwego ładu. Prawdziwa zaś prawica broni ładu ufundowanego na sprawiedliwości i wydaje się odzwierciedlać to, co Pismo Święte nazywa «prawicą Boga» gdy głosi, iż Chrystus zasiada po prawicy Ojca, a wybrani staną po prawicy Najwyższego”.

Brazylijska rozgrywka

W 1943 roku ukazała się książka Plinia Corrêi de Oliveiry W obronie Akcji Katolickiej. Autor, będący jednocześnie prezesem diecezjalnej Akcji w São Paulo i redaktorem naczelnym czasopisma Legionário, akcentował w tej publikacji niepokojący aspekt negatywny organizacji – to znaczy, jaka ona nie powinna być, a jaka niestety stawała się wskutek nadużyć i niekontrolowanych eksperymentów inspirowanych przez kościelnych progresistów.

Książka ta była owocem długiego i niełatwego, a nieraz nawet bolesnego namysłu nad ówczesną kondycją Kościoła. De Oliveira akcentował już wtedy niebezpieczeństwo płynące z – rozpanoszonych już dzisiaj – błędów w rodzaju egalitaryzacji Kościoła, czy też ekumenizmu rozumianego jako budowanie wspólnej płaszczyzny dialogu, z pominięciem misji nawracania i bagatelizującej śmiertelne dla duszy zagrożenie, jakim herezja i odstępstwo od prawdziwego Kościoła Chrystusowego.

Książka W obronie Akcji Katolickiej, wydana została z imprimatur miejscowej hierarchii i zaaprobowana osobiście przez papieża Piusa XII, pomimo okresu prześladowań jej i samego autora przez progresywistyczną część duchowieństwa brazylijskiego. Nie bez powodu owa publikacja stała się takim kamieniem niezgody, skoro sygnalizowane w niej zagrożenia zostały niedługo potem potępione w oficjalnych dokumentach papieskich, żeby wymienić choćby encyklikę o liturgii Mediator Dei ogłoszoną przez Sługę Bożego Piusa XII. Papież potępił w niej między innymi, występujące właśnie w ramach ruchu „liturgizmu” realizowanego przez Akcję Katolicką, aberracje liturgiczne takie jak sprawowanie Mszy Świętej tyłem do Pana Boga (tak zwana Msza przodem do ludu), czy też odrywanie samego ołtarza od tabernakulum.

Zasadniczym pytaniem, jakie zadawał profesor Corrêa de Oliveira było pytanie o katolickość jego kraju w kontekście rodzącego się dylematu tożsamościowego. „Chcemy Brazylii na wskroś brazylijskiej? Uczyńmy ją więc na wskroś katolicką. Chcemy zabić duszę Brazylii? Pozwólmy więc wydrzeć sobie wiarę” – mawiał późniejszy kierownik katedry historii cywilizacji na Wydziale Prawa Uniwersytetu w São Paulo oraz historii nowożytnej i współczesnej na Papieskim Uniwersytecie Katolickim. Pytanie to w sposób oczywisty odnosi się do tych wszystkich krajów, w których niegdyś cywilizacja chrześcijańsko-klasyczna stanowiła obowiązujący model stosunków społecznych i państwowych.

Żarliwość, z jaką działacze Akcji Katolickiej realizowali swój społeczny apostolat wyraża przemowa prof. de Oliveiry na Kongresie Eucharystycznym w São Paulo w roku 1942. „Opatrznościowa misja Brazylii polega na wzrastaniu wewnątrz własnych granic ku dziełu rozwijania świetności cywilizacji prawdziwie rzymskiej, katolickiej i apostolskiej, ku pełnemu miłości skąpaniu całego świata w tym potężnym świetle, które będzie prawdziwym lumen Christi promieniującym z Kościoła”.

Soborowy czarny scenariusz

Pomimo gorącego poparcia znakomitych papieży XX wieku dla walki o zachowanie właściwego charakteru Akcji Katolickiej, niepokojące tendencje okazały się niezwykle silne i ze szczególnym natężeniem wybuchły w ślad za aggiornamento, jakie wprowadził Sobór Watykański II. „Dewiacje liturgiczne i sekularystyczne zrodzone w łonie Akcji Katolickiej wybuchły w końcu i na kształt raka rozwinęły się w okresie posoborowym, ukazując nową wizję samego Kościoła. Wszakże już w tamtych latach awangardowi teologowie w rodzaju Yvesa Congara czy Karla Rahnera podejmowali wysiłki zmierzające do sformułowania na bazie rozwoju Akcji Katolickiej nowej, egalitarnej «teologii laikatu», już wówczas zakładającej kapłaństwo kobiet”.

Potępiani przez kolejnych papieży moderniści, progresiści, liberalni katolicy i dewianci liturgiczni mieli oprócz zmiany Mszy Świętej i egalitaryzacji Kościoła jeszcze jeden naczelny cel – zdetronizowanie Chrystusa Króla, wyrażające się zlikwidowaniem państw wyznaniowych w myśl masońskich postulatów. Według modernistycznej koncepcji wiara rodzi się w człowieku, a Chrystus jest bardziej niepokornym działaczem społecznym, niż Monarchą absolutnym, uprawnionym do sprawowania rządów nad światem i podporządkowywania władców tego świata berłu swego prawa i swej świętej woli.

Do refleksji skłania dekret Soboru O apostolstwie świeckich, który pełen jest niejasnych sformułowań na temat królestwa Chrystusowego, sentencji na temat „przepajania miłością” wszystkiego dookoła, nie ma w nim natomiast absolutnie żadnego odniesienia do wyrażonej wprost przez Piusa XI już na początku XX wieku idei społecznego panowania Chrystusa Króla i nieodłącznego jej elementu, czyli podporządkowania wszelkiej władzy świeckiej słodkiemu panowaniu Syna Bożego. Język tego tekstu soborowego pozbawiony jest konstytutywnej cechy dotychczasowych dokumentów kościelnych, mianowicie „chirurgicznej” precyzji każdego sformułowania, które wychodziło na świat z wysokości Urzędu Nauczycielskiego wykładającego objawienie.

„Królestwo Chrystusowe” traci w tym kontekście swoje konkretne odniesienie do zagadnień ustroju państwa i charakteru społeczeństw, które uznają prawa tego królestwa za obowiązujące. Oczywiście jest w tym dekrecie mowa o Akcji Katolickiej, ale znowu trzeba zauważyć, że nie ma ani słowa o diagnozowanym zarówno przez poprzednich papieży, jak i samych działaczy Akcji Katolickiej postępie wojującego laicyzmu.

Powstaje pytanie, czy Ojcowie Soborowi, debatując na temat apostolatu świeckich i samej Akcji Katolickiej niejako „na odległość”, nie mieli pojęcia o rzeczywistej kondycji i niepokojącym fermencie neo-modernistycznym w jej łonie, czy też może nie chcieli zauważać tych zjawisk? Zaskakuje i niepokoi brak tych dwóch punktów – aspektu społeczno-politycznego i aspektu współczesnych zagrożeń – które wedle wszelkich dotychczasowych prawidłowości powinny znaleźć się w tym ważnym dokumencie. Nie przesadzimy zatem twierdząc, iż czarny scenariusz dotyczący spustoszenia, jakie progresywizm może zasiać w Kościele znalazł swój niepokojący finał już nie w niszowym gronie nieortodoksyjnych aktywistów Akcji Katolickiej, ale w fakcie, iż sam Sobór Powszechny, podobnie jak zaniedbał swój kardynalny obowiązek, jakim było potępienie komunizmu, tak też nie wywiązał się z zadania kontynuowania starań Piusa XI i jego następcy w zakresie zachowania i przywracania rządów Jezusa Chrystusa w porządku nie tylko społecznym, ale i państwowym.

Jest król, ale czy są poddani?

W takiej sytuacji współczesnym działaczom Akcji Katolickiej nie będzie łatwo kontynuować dziedzictwa ich poprzedników. Pozostaje jednak ufać, że obfitość nauk papieskich i przykładów wybitnych postaci takich jak prof. Plinio Corrêa de Oliveira pozostaną probierzem siły i skarbnicą wiedzy na temat tego, jak powinien wyglądać prawdziwy apostolat świeckich, zgodny z jego istotą wyrażoną przez de Oliveirę na łamach czasopisma Catolicismo: „To nade wszystko Król Niebieski. Ale Król, który władzę sprawuje już na tym świecie. Król, który z definicji posiada władzę najwyższą i pełną. Król ustanawia prawa, rządzi i sądzi, a jego panowanie staje się efektywne, kiedy poddani uznają jego uprawnienia i poddają się jego prawom. Jezus Chrystus uprawniony jest panować nad nami wszystkimi. On ustanowił prawa, On rządzi i On będzie nas sądził. Naszym zaś obowiązkiem jest uczynić królewską władzę Chrystusa efektywną poprzez posłuszeństwo jego prawom”.

Pozostaje również ufać, że współcześni poddani Chrystusa Króla odczytają właściwie słowa napisane przez prof. Corrêa de Oliveirę w dramatycznych chwilach przemian po śmierci Piusa XII: „Naszym motywem przewodnim winna być konstatacja, iż dla ziemskiego porządku Zachodu nie ma zbawienia poza Kościołem. Powinniśmy pragnąć cywilizacji całkowicie, absolutnie, w każdym calu rzymskiej, katolickiej i apostolskiej. Upadek wszelkich pośrednich ideałów politycznych, społecznych czy kulturalnych jest oczywisty. W drodze do Boga nie można się zatrzymywać. Zatrzymanie oznacza odwrót, powoduje zamęt. Pragniemy tylko jednego: pełnego katolicyzmu”.

http://www.pch24.pl/co-sie-stalo-z-akcj ... 438,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 18 kwi 2016, 08:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
966. Mieszko, książę Polski, został ochrzczony

Obrazek

Jeden z odpisów najstarszego rocznika polskiego, tzw. Świętokrzyskiego Dawnego, zanotował bardzo krótko i sucho fundamentalne dla Polski wydarzenie historyczne i religijne, zarazem w urzędowym wówczas języku łacińskim: „DCCCCLXVI Mysko dux Polonie baptizatur”, co się wykłada na język polski, w tamtych czasach jeszcze niepisany: „966. Mieszko, książę Polski, został ochrzczony”. Ten lakoniczny zapis kronikarski miał oznaczać całe Mysterium Poloniae.

Narodzenie się Polski
Ta krótka notatka oznacza narodzenie się Polski w sensie historycznym, państwowym, chrześcijańskim i etnicznym, feudalnym. Dla nas, Polaków, oznacza to, że na scenie publicznej Europy i Kościoła katolickiego w średniowieczu pojawiła się nasza Matka i nasza Ojczyzna, której jednak imię dopiero się kształtowało po łacinie, zapewne od plemienia Polan: „Polonia”, „Polenia” czy też „Polania”. Był to już największy kraj Słowian Zachodnich skupiający bardzo pokrewne sobie plemiona o wspólnym pniu językowym: Polan w dolinie Warty, Kujawian, Mazowszan, Pomorzan, Lubuszan po obu stronach Odry, pięć plemion śląskich (Dziadoszanie, Bobrzanie, Ślężanie, Opolanie, Gołęszyce), Lędzian na południowym wschodzie i Wiślan nad górną i środkową Wisłą, tworzących też związek kilkuplemienny. Toteż nasza dziś „jubileuszowa” anamneza biegnie z miłością ku tym wszystkim naszym protoplastom.

W wieku IX ukształtowały się dwa główne ośrodki: Polan, zwany później Wielkopolską, i Wiślan, zwany Małopolską.

Od połowy IX wieku rządziła Polonią dynastia legendarnego Piasta, „oracza”, „rolnika” (arator) czy „kołodzieja”. Ciekawe, że w legendach prawie wszystkich znaczących państw i królestw na samym początku występuje walka między dobrem a złem, czyli między władcą dobrym a władcą złym. Władcą złym miał być Popiel czy dynastia Popielidów. Zostali oni usunięci, a na ich miejsce Bóg wskazał Piasta jako człowieka dobrego, prostego, pokornego i oddanego Bogu. Mieli to sprawić dwaj posłańcy Boscy, o imionach Jan i Paweł, jakby wieszczący nam św. Jana Pawła II. Za historycznych już władców dynastii piastowskiej przyjmuje się dziś kolejno książąt: Siemowita, Leszka (Lestka), Siemomysła i właśnie Mieszka (księcia w latach ok. 960-992), nazywanego już przez niektórych królem. Ostatnio przyjmuje się, że pierwszym gniazdem Piastowiczów nie było Gniezno, lecz silny gród w Gieczu k. Poznania z IX w., a Gniezno dopiero od roku 940. Przy czym Mieszko, syn Siemomysła, został księciem Gniezna w roku 960, zapewne jako najstarszy z trzech braci.

Jest takie ciężkie prawo dziejowe, że prawie każde większe państwo rodzi się w wielkich bólach i we krwi. Toteż żeby państwo mogło się ukształtować, rozwinąć i trwać, potrzebowało silnego przywódcy, odpowiednich środków materialnych i ludzkich i odpowiedniej dyplomacji. Na historyczną sytuację Mieszka składały się ciężkie uwarunkowania: potrzeba utrzymania i rozwoju władzy, konieczność umacniania jedności i spójności międzyplemiennej, a także pozyskiwania nowych plemion, obrona państwa przed potężnymi i okrutnymi Lutykami (Lucicami, Wilkami), bitną grupą plemion połabskich, odpieranie ataków Czechów i Morawian i wreszcie zabezpieczanie księstwa przed margrabiami niemieckimi, czyli takimi „wodzami misyjnymi”, którzy mieli za zadanie szerzyć chrześcijaństwo i ducha europejskiego wśród pogańskich Słowian, nie tylko przez kontakty życiowe, ale też często ogniem i mieczem. Przy tym Niemcy uważali, że ziemie i kultury materialne nie są własnością pogan, lecz są własnością nadaną przez Boga zdobywcom kraju pogańskiego. Było to ogromne nadużycie dokonywane w imię chrześcijaństwa. Zakwestionuje je dopiero Polak, ks. prof. Paweł Włodkowic, na Soborze w Konstancji.

O skali zagrożenia ze strony niemieckiej świadczy choćby fakt, że margrabia Marchii Wschodniej Gero (zm. 965) około roku 960 zaprosił 30 plemiennych książąt słowiańskich na ucztę „przyjaźni” i wszystkich ich wymordował (Kronika Widukinda). Mieszko musiał się z nim liczyć. I tak okazał się wytrawnym dyplomatą, człowiekiem opatrznościowym, wybitną osobowością, władcą mądrym, a przede wszystkim obdarzonym wizją Polski jemu „zadanej”.

Fakt chrztu
Bardzo doniosła była sama idea przyjęcia chrztu i chrześcijaństwa przez Mieszka. Zapewne do państwa Piastów docierali już wcześniej różni przygodni misjonarze, zwłaszcza do kraju Wiślan, ale nie mogłaby być ona zrealizowana przynajmniej bez zgody księcia jako monarchy. I dokonała się w obmyślanym momencie politycznym. Była jednak samodzielna, na co wskazuje wdrażanie jej przez księcia powolne i roztropne, i – jak widać po skutkach – była z inspiracji Ducha Świętego.

Książę Mieszko zawarł w pewnym momencie sojusz z chrześcijańskim już księciem czeskim Bolesławem I Srogim i w roku 965 pojął za żonę jego córkę Dobrawę („Dobra”) (zm. 977), bardzo gorącą chrześcijankę – christianissima (Gall Anonim), która stała się apostołką Polski. Wymogła ona na mężu oddalenie siedmiu dotychczasowych żon pogańskich (liczba żon świadczyła o bogactwie Mieszka, bo dar ślubny męża za żonę był bardzo wysoki). W XIX wieku podnoszono nawet sprawę beatyfikacji Dobrawy. Chrzest odbył się w roku 966 – zapewne w Wielką Sobotę, zgodnie z prawem kościelnym, i wypadało to kalendarzowo 14 kwietnia. Ceremonia chrztu odbyła się albo na Ostrowie Lednickim, albo w Poznaniu. Przybyła na nią grupa duchownych z Pragi, a wśród nich kapelan Dobrawy, Iroszkot, benedyktyn, Jordan, który w roku 968 został biskupem w Poznaniu i podlegał bezpośrednio Papieżowi, a nie metropolii magdeburskiej (erygowanej w roku 967), czego chcieli Niemcy. Ale Mieszko zabezpieczał się przed potężnymi i ekspansyjnymi Niemcami jeszcze w inny sposób. Oto gdy jego syn z Dobrawy, Bolesław, ukończył siedem lat, odbyły się postrzyżyny, oznaczające, że chłopiec oddaje się swemu rodowi, ojciec wysłał w roku 973 pukiel włosów Bolesława z Poznania do Rzymu Papieżowi Benedyktowi VI na znak, że książę Polski oddaje swego syna i państwo pod opiekę Stolicy Apostolskiej. Z kolei ok. roku 991, żeby uregulować sytuację prawną państwa, złożył je „w dziedzictwo św. Piotrowi” (Papieżowi Janowi XV), co dawało opiekę papiestwa nad krajem i gwarantowało nienaruszalność granic. Krótkie i niejasne streszczenie tego aktu zachowało się w regestach papieskich z końca XI w. i zaczyna się od słów „Dagome iudex”. Odtąd Polska weszła w orbitę polityczną: papiestwo – cesarstwo i pozostała już na zawsze wierna Rzymowi.

Pierwsze owoce polityczne chrztu
Chrzest władcy w owych czasach oznaczał cały obszerny i głęboki proces obejmujący życie codzienne, rodzinę, dwór, otoczenie, władców grodów, wojsko, administrację, lud, stosunki międzyplemienne, międzynarodowe i inne. Powoli powstawało nowe państwo, jego duszą stawał się Kościół katolicki. Wieloplemienne i grodowe państwo przechodziło w terytorialne i wkraczało na wielką scenę europejską, wchodziło do rodziny chrześcijańskich państw Europy pozostających pod autorytetem Papieża i w dużej części cesarstwa niemieckiego, które wówczas chciało kontynuować cesarstwo rzymskie.

Idee polityczne i państwowotwórcze Mieszka kontynuował z większą jeszcze dynamiką jego syn z Dobrawy, Bolesław Wielki (992-1025), już z formalnym tytułem króla. Bardzo doniosłym wydarzeniem historycznym dla młodego państwa polskiego stał się po męczeńskiej śmierci i kanonizacji św. Wojciecha zjazd gnieźnieński w roku 1000. Uczestniczyli w nim: cesarz Otton III, Bolesław Chrobry, legaci papiescy i delegacja polska, bawiąca na kanonizacji św. Wojciecha w Rzymie, z bratem św. Wojciecha Radzimem Gaudentym, prekonizowanym na arcybiskupa. Legaci odczytali bulle papieskie, uzgodnione z cesarzem, ustanawiające Gniezno jako arcybiskupstwo i metropolię Polski oraz trzy biskupstwa: krakowskie, wrocławskie i kołobrzeskie. Kościół polski stał się niezależny od niemieckiego. Ponadto cesarz wyraził zgodę na koronację Bolesława Chrobrego i w tym celu wręczył Bolesławowi gwóźdź z krzyża Chrystusa i włócznię św. Maurycego jako symbole króla chrześcijańskiego. Bolesława miał przy tym nazwać „bratem i współpracownikiem cesarstwa oraz przyjacielem i towarzyszem ludu rzymskiego”. Jednak z powodu sprzeciwu następnych cesarzy Bolesław mógł koronować się dopiero w roku 1025, natomiast metropolia gnieźnieńska przetrwała jako właściwie prymasowska do czasów Prymasa Józefa Glempa (właściwe stanowiska prymasa o różnych uprawnieniach zniósł Jan Paweł II, idąc za duchem Soboru Watykańskiego II, pozostało tylko prymasostwo honorowe związane z niektórymi metropoliami).

Jest też poważna supozycja, że w spotkaniu idealisty Ottona III i Bolesława Chrobrego Wielkiego zabłysła wielka idea polityczna całej Europy. Bardzo wiele mówi iluminowany ewangeliarz bamberski sprzed roku 1015 przedstawiający cztery kobiece alegorie oddające hołd Ottonowi III jako chrześcijańskiemu cesarzowi rzymskiemu zakładającemu królestwo chrześcijańskie. Alegorie te to cztery sukcesywne wielkie państwa chrześcijańskie: Roma, Galia, Germania i Sclavinia (Polonia). Królestwo Polskie zatem miało obejmować i zwierać cały środkowo-wschodni świat europejski, wyrażać niejako bardziej mistyczny świat ewangeliczny, może św. Jana Apostoła, zamykać chrześcijański świat zachodni, dołączając do niego Kościół Słowian i służyć jako pomost do Kościoła Bizantyjskiego. Taką wizję Królestwa Chrześcijańskiego w Polsce próbował realizować Chrobry. Do takiej religijno-politycznej wizji roli Polski nawiązywali faktycznie potem nieraz filozofowie historii Polski. Wizja taka mieści się niewątpliwie w pojęciu chrztu narodu czy królestwa lub państwa. Dlatego indywidualiści chrzcielni dziś zaciekle ją zwalczają.

Owoce duchowe
Chrzest ma istotne znaczenie dla indywidualnej osoby ludzkiej: gładzi wszystkie grzechy, rodzi do nowego życia, przez które człowiek staje się mistycznie, ale realnie dzieckiem Bożym dzięki więzi z Chrystusem, Synem Bożym, czyni człowieka Świątynią Bożą i daje najwyższą komunię osobową z Trójcą Świętą. Ale chrzest przez to samo ma też z istoty swej strukturę społeczną i społecznorodną. Właśnie wiąże najgłębiej z Trójcą Świętą, z Chrystusem, czyni cząstką Ciała Chrystusa społecznego, tworzy Kościół niewidzialny i zarazem widzialny, a daje kapłaństwo wspólne, chrzcielne, polegające na prowadzeniu na sposób ofiarniczy życia według Ducha i wreszcie umożliwia głębszą jedność i solidarność między wierzącymi i ochrzczonymi wraz z nadzieją na zbudowanie Królestwa Chrystusowego i Królestwa Bożego.

Trzeba pamiętać, że choć sama istota chrztu, zarówno w zakresie indywidualnym, jak i społecznym, ma charakter zbawczy i nadprzyrodzony, to jednak wtórnie rzutuje także bardzo znacząco na życie doczesne. Toteż w zakresie społecznym mówi się nie tylko o chrzcie Mieszka jako jednostki, lecz dlatego, iż jako monarcha był kategoryczną formą społeczną, słusznie mówi się także o „narodzie ochrzczonych”, o „chrzcie Narodu Polskiego” czy też po prostu o „chrzcie Polski”. W rezultacie zatem chrzest księcia Mieszka niejako nadał Narodowi w ogóle „imię własne” i tworzy wyższą tożsamość narodową, nadaje mu duchowość chrześcijańską, zwraca oczy także ku transcendencji, doskonali życie moralne, społeczne i kulturowe, a wreszcie nadaje najwyższy sens historii Narodu.

Doniosłość chrztu
Kształtowanie profilu religijnego, moralnego, społecznego i kulturowego

a) Chrzest jako sakrament i związana z nim nauka przyniósł Polsce przede wszystkim rzeczywistość jednego, prawdziwego Boga jako Stwórcy, Zbawcy, Pana historii i Miłości do człowieka. W ślad za tym chrześcijaństwo przynosiło naukę o najwyższej godności człowieka, o sensie życia i historii, o życiu wiecznym, o najwyższych ideach. I od razu umacniało młode państwo, dając mu jedność, zwartość, komunię, umocnienie władzy, ład w rodzinie, monogamię, wiarę w Opatrzność i dobry los, w nieśmiertelność duszy i zmysł wspólnoty. Wydaje się, że religijność Polaków ma do dziś charakter przede wszystkim chrystyczny i ściśle związany z maryjnym, który podkreśla wysoki akcent emocjonalny. Bardzo wczesne było zawołanie: „Jezus, Maryja” – nie tylko jako bojowe, lecz przede wszystkim jako codzienne. Maryja już od XIV w. była uważana za Królową Polski, jak i za Matkę Polski. Przejawiał się w tym miłosny mistycyzm religijności polskiej.

b) Doniosłe znaczenie miało przyjmowanie zasad chrześcijańskiej moralności, jakkolwiek jest to zawsze proces długotrwały. Dosyć wcześnie zaczęto odrzucać pogański despotyzm ojca rodziny, wielożeństwo, uśmiercanie przy pogrzebie dostojnika jego żon (lub i niektórych innych bliskich), składanie ofiar z ludzi, prawo pomsty, sprzedawanie ludzi i inne. Chrześcijaństwo natomiast szerzyło idee wielkiej godności człowieka, życie traktowało jako dar Boży i rozwijało na szeroką skalę wszelkie akcje charytatywne.

c) Dzięki przyjęciu chrześcijaństwa z Zachodu społeczeństwo polskie wkroczyło w wielowieczny, najdoskonalszy nurt najwyższych kultur świata, przez starożytną Grecję, Rzym, do łacińskiej kultury średniowiecza. Wzięliśmy wynalazki, technikę, naukę, sztukę, wielkie idee, pismo, prawo, filozofię, teologię, systemy edukacyjne, na długo język łaciński, niektóre obyczaje i inne. Między innymi przyjęliśmy cykl tygodniowy ze świętowaniem niedzieli. Nie sposób tu wyliczać całego wkładu Polaków do kultury Europy i świata.

Ale warto wymienić kilka zapomnianych niesłusznie naszych postępowych w swoim czasie wielkich idei społecznych i państwowych, które niewątpliwie wynikały z naszego wkroczenia w życie publiczne w duchu chrztu Chrystusowego.

Są to: rozwaga, unikanie umysłowych i społecznych ekstremizmów, bez absolutyzmu, bez ateizmu państwowego, „państwo bez stosów” (J. Tazbir), bez wojen religijnych, azyl dla wszystkich prześladowanych w całej Europie średniowiecznej, pełna „demokracja szlachecka”, „Polska otchłanią dla królów, niebem dla szlachty, czyśćcem dla duchowieństwa, piekłem dla chłopów, rajem dla Żydów, kopalnią złota dla kupców” (epitet z XVII w., A. Brückner), gościnność dla wszystkich, pierwszy pełny parlamentaryzm w Europie, zakaz stosowania kary śmierci (dla szlachcica) (1347), zakaz konfiskaty majątku bez wyroku (1422), zakaz łączenia władzy wykonawczej z sądowniczą (1422), zakaz karania bez wyroku (1425), zakaz stanowienia ogólnych praw przez króla bez sejmu (1505), odrzucenie niemieckiej zasady: „czyja władza w regionie, tego religia” (1556), nietykalność ogniska domowego (bez zgody gospodarza) (1588), zrównanie w prawie prawosławnych z katolikami (1341, 1430, 1444), pierwsza w Europie wolność wyznania dla wszystkich wspólnot religijnych (1573), pierwsza w Europie konstytucja (1791). Także zastosowanie ewangelicznej formuły wzajemnego przebaczenia po krwawych wojnach między narodami, jak między Niemcami i Polską: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” (1965), co bywa już stosowane w szerokim świecie i pozareligijnym, np. między Chinami a Japonią, a św. Jan Paweł II zradykalizował tę regułę w postać przeproszenia w 2000 roku wszystkich ludzi i wszystkie ludy i narody, które ucierpiały niesprawiedliwie od chrześcijan na przestrzeni owych dwóch tysięcy lat. I wreszcie mocna obrona przez Kościół praw człowieka i praw narodu (S. Wyszyński, św. Jan Paweł II) i inne. Wszystko to było wyprowadzane z Ducha chrztu świętego rzutującego na całość życia ludzkiego.

d) I wreszcie Polska potraktowała swój Chrystusowy chrzest w wymiarze uniwersalnym jako zobowiązujący do altruistycznego służenia innym ludom i narodom, nie tylko chrześcijańskim, co w roku 1831 wyraziło się w formule: „Za wolność waszą i naszą” (warszawskie wsparcie rosyjskich dekabrystów przeciw despotyzmowi cara). Na przestrzeni historycznej były to m.in.: obrona Litwy przed Krzyżakami i Moskwą, osłona dalszej Europy przed Tatarami (poczynając od wieku XIII), obrona przed Turkami (częste, zwłaszcza odsiecz wiedeńska 1683), przed bolszewikami (1920), przed Sowietami (1944-1956), przed hitleryzmem (1939-1945), przed totalitaryzmem komunistycznym („Solidarność”) i inne. Także nieustanna natchniona działalność polskiej hierarchii i całego Kościoła, w tym i św. Jana Pawła II, broni Naród Polski i inne narody przed tragiczną cywilizacją śmierci. Również w obecnej sytuacji nowej śmiercionośnej ideologii liberalistycznej, relatywistycznej, ateistycznej społecznie i państwowo Duch Święty dany w chrzcie Polski rozpala i rozświeca na cały świat zbawczą prawdę i łaskę Miłosierdzia Bożego, która będzie dziś nową Arką Noego dla ludzkości tonącej w złu (św. Faustyna, św. Jan Paweł II). A nawet Duch chrzcielny, tchniony na Polskę w roku 2015, na proroczych wyborców, na polityków i na nasze władze, czyni Polskę obecną duchową odtrutką społeczno-polityczną dla całego organizmu UE w dziedzinie moralnej i duchowej.

Sprawdza się też u nas nauka, że chrzest ma również wymiar misyjny. Duch łagodności polskiej sprawił, że nie nawracaliśmy nikogo ogniem i mieczem. A dziś mamy ponad dwa tysiące naszych misjonarzy, kapłanów, zakonników, sióstr i z daru Bożego świeckich, którzy są posłańcami Chrystusa na cały świat. Ponadto ponad tysiąc kapłanów polskich duszpasterzuje w krajach europejskich do niedawna katolickich, a dziś bardzo religijnie słabnących. Z wielkim rozrzewnieniem patrzyliśmy, jak Duch chrztu działał przepotężnie na całym świecie w osobie św. Jana Pawła II, którego – jak on sam mówił – przygotował i wyposażył Kościół polski i uniwersalistyczna i personalistyczna kultura polska (dotychczasowa). I pewien „bilans” życia Polski ochrzczonej widać także w tym, że mamy od początku do dziś 268 kanonizowanych i beatyfikowanych, nie licząc już ogromnych rzesz najwspanialszych ludzi ze wszystkich stanów, formalnie świętymi nieogłoszonych.

Ku przełamaniu kryzysu
Trzeba wszakże pamiętać, że już według apostolskich formuł liturgicznych w chrzest uderzały najmocniej siły Złego, co wymagało otwartego odrzekania się diabła. Tak i dziś narzuca się myśl, że chyba nadchodzi moment, kiedy musi nastąpić jakiś chrzest świata, który jest wstrząsany potężnym kryzysem religijnym, moralnym, ideowym i kulturowym. A za tym kryzysem zdaje się kryć zły duch, któremu coraz więcej ludzie dają posłuch. Nie sposób całej problematyki kryzysu streścić, ale – biorąc biblijnie – działania Złego i dziś można sprowadzić do trzech wielkich pokus, jakie stosował diabeł nawet i do Jezusa jako człowieka (Mt 4,1-11; Łk 4,1-13). Są to:

1. Pokusa „przemieniania kamieni w chleb” – jest to pokusa materializmu, w której jest tylko głód materii, przyjemności, pokusa uznania siebie za boga i pokusa wyszydzania Chrystusa i wiary, gdyż u jej podstaw była niewiara w Jezusa jako Boga, co miałoby się pokazać w Jego niemocy przemieniania kamienia w chleb.

2. Druga pokusa to pokusa pychy, pokazywania światu rzekomej swej przeogromnej wielkości, rzekomej niezależności od nikogo i wszechmocy: „aniołowie nosić cię będą” (Mt 4,6), a jednocześnie jest to kuszenie Jezusa w formie przywoływania Go pod sąd: jeśli rzeczywiście jesteś Bogiem, to udowodnij to, pokaż się światu, bo bez ukazania swojej przygniatającej mocy nikt Ci nie uwierzy.

3. I pokusa chciwości, zdobycia „wszystkich królestw świata” (Łk 4,5) za cenę hołdu złożonego diabłu jako bogu, czyli za poddanie się złu moralnemu; „Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie twoje” (Łk 4,7). Jest to sugerowanie, że Bóg odbiera człowiekowi sens świata, radość posiadania i wolność moralną, że człowiek otrzyma „wszystkie królestwa świata oraz ich przepych” (Mt 4,8), jeśli odrzuci istnienie Boga, Jego władzę, przykazania moralne i uzna prymat zła.

Dzięki Bogu ogół ochrzczonych Polaków przezwycięża te pokusy i traktuje je tylko jako próby naszej wiary, wartości i wierności łasce chrztu w jej przede wszystkim wymiarze indywidualnym, ale też i społecznym. Okazuje się to szczególnie mocno w kontekście 1050. rocznicy chrztu Mieszka i Polski. Nie mniej przerażająca jawi się nam brzydota Złego w pewnych kręgach ludzi, którzy wprost szaleją, gdy się wiąże duchowo Chrystusa i Jego Kościół z publicznym życiem kraju. Widzimy w tym niestety zwycięstwo Złego. Nie można tej potworności zrozumieć inaczej. Toteż zwycięstwo godne Polaka widzimy tylko w ożywieniu łaski chrztu i w serdecznym powierzeniu całej Ojczyzny miłości i miłosierdziu Chrystusa, Pana historii i naszego Króla, oraz macierzyńskiemu Sercu Maryi, naszej także ponadtysiącletniej Królowej. I tak cała historia Polski staje się najwspanialszym teatrem Bosko-ludzkim, teatrem walki o prawdę, o dobro, o rzeczywistość istnienia, a nie teatrem zła, fałszu i gry w nicość, teatrem zbawienia, a nie gry w ciemność bezsensów.

Bóg w historii
Oczywiście dzieje Narodu ochrzczonego nie były i nie będą idylliczne. Wręcz przeciwnie, są one zawsze jakieś tajemnicze, zaskakujące, głębokie, a przede wszystkim przemienne: dobre i złe, podniosłe i haniebne, ciche i burzliwe, kojące i torturujące, niosące nadzieję lub desperację, prawdziwe albo fałszywe. Ale mają one mimo wszystko jedno absolutnie pewne odniesienie, którym jest Bóg i nasza relacja do Niego. Toteż nie chcę niczego i nikogo spłycić i zbanalizować w jego historii, w jego egzystencji będącej cudem pokonywania nicości. Jednakże jeżeli chodzi o obecny dar czasu dla Polski, to jedno jest tragiczne i nie do przebaczenia, a mianowicie te wszystkie demoniczne próby tak wielu zbłąkanych Polaków czy obywateli polskich oddania naszego życia, naszej Ojczyzny, cudu naszej osobowości społecznemu Złemu, czyli społecznemu diabłu, którego osadza się jako pana tego świata na miejsce Boga i Chrystusa, „których umysły zaślepił bóg tego świata, aby nie olśnił ich blask Ewangelii” (2 Kor 4,4). Można wytrzymać, że tak bardzo i złośliwie się różnimy, bo jeszcze Ibrahim ibn Jakub w roku 965 zauważył, że jesteśmy ludem bardzo niezgodnym, a gdyby nie to, to ze względu na inne walory bylibyśmy niepokonani. Można ścierpieć, gdy ktoś pluje na Ojczyznę, na Polskę, gdy ktoś ciągle rzuca potwarze na Matkę Kościół, gdy prześladuje naszego współczesnego ewangelizatora krajowego, twórcę wielkich mediów katolickich i polskich, gdy ktoś zieje nienawiścią do wierzących, a mających władzę w kraju… Ale są granice: nie pozwolimy, żeby otwarte siły demoniczne wyrzucały Boga z naszej historii, z naszego życia, z naszej Rodziny Polskiej i żeby zamiast Civitas Poloniae narzucili nam jakąś Civitas diaboli. Co do obecności Boga, Chrystusa, Matki Bożej w całym życiu społecznym i publicznym w Polsce, jeśli nie będziemy w niewoli, to nie będzie żadnego „kompromisu”, nasz kompromis byłby zbrodnią na Chrystusie. Nasza Ojczyzna została ochrzczona, jest ochrzczona i pozostanie ochrzczona w Zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

http://www.naszdziennik.pl/mysl/156091, ... czony.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 20 kwi 2016, 08:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30672
Kościół w liczbach po 1050 latach

„Polacy nie tylko przyjęli chrześcijaństwo, ale je tworzyli i tworzą” – napisali biskupi polscy w komunikacie po minionym zebraniu plenarnym. Widać to na różnych polach życia religijnego i społecznego. Z badań Głównego Urzędu Statystycznego i Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego przeprowadzonych na 1050-lecie Chrztu Polski wynika, że w 2014 r. w naszej Ojczyźnie było ponad 32,9 mln katolików skupionych w ponad 10 340 parafiach. Obecnie posługuje ok. 31 tys. księży, ponad 20 tys. sióstr zakonnych i ok. 1 tys. braci zakonnych. W latach 2008-2014 notuje się stały procent przystępujących do Komunii Świętej (ok. 16 proc.) i stała pozostaje liczba uczestniczących w niedzielnej Mszy Świętej (ok. 40 proc.). Możemy się cieszyć, że do 2014 r. zostało ogłoszonych z naszej Ojczyzny 34 świętych i 225 błogosławionych. Tak więc Polska jest jednym z krajów, który ma najwięcej świętych i błogosławionych na świecie.

Parafie i klasztory w Polsce – podobnie jak w innych krajach – są miejscem troski o ducha i ciało. Praktycznie do XVIII w. instytucje kościelne były głównym, a czasem jedynym miejscem edukacji oraz opieki społecznej. W XVIII w. ok. 60 proc. parafii w Małopolsce posiadało swój tzw. szpital, czyli dom pomocy społecznej. W tym samym czasie ok. 40 proc. parafii w naszym kraju miało własną szkołę. Po wojnie, jeszcze w 1946 r., Caritas prowadziła 256 szpitali. Obecnie Kościół katolicki jest największą instytucją charytatywną w Polsce.

Cyfry wiele mówią. Ukazują one, jak bardzo chrześcijaństwo troszczy się o człowieka, bo – jak mawiał św. Jan Paweł II – człowiek jest drogą Kościoła.

ks. prof. Paweł Rytel-Andrianik

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... atach.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 20 maja 2016, 20:02 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3191
"Przekazałem to, co otrzymałem". Cenckiewicz o biskupie Lefebvre
Wiara, etyka - Kościół

ŚRODA, 22 LUTEGO 2012 06:59 ŹRÓDŁO/AUTOR FRONDA, SŁAWOMIR CENCKIEWICZ
AddThis Social Bookmark Button
Arcybiskup Marcel Lefebvre |

Obrazek
fot. za Fronda.pl

Sławomir Cenckiewicz dla portalu fronda.pl o arcybiskupie Marcelu Lefebvre, trudnym dialogu lefebrystów z Watykanem i ostatniej biografii duchownego. „Byliśmy świadkami zaślubin Kościoła z ideami liberalnymi” – powiedział na zakończenie soboru abp Lefebvre – „W ten sposób zostały naruszone podstawy wiary, moralności i dyscypliny kościelnej, przed czym ostrzegali wszyscy papieże”.

„Oni mają kościoły, ale to my zachowaliśmy wiarę” – powiedział w kazaniu przeciwko arianom św. Atanazy Wielki. Słynne słowa Doktora Kościoła, który w IV wieku niemal w pojedynkę prowadził walkę z zabójczą herezją Ariusza, dla tysięcy katolików po Soborze Watykańskim II stały się drogowskazem i zachętą do walki przeciwko współczesnym błędom. Stąd też wielu z nich, w osobie i postępowaniu arcybiskupa Marcelego Lefebvre’a upatruje nowego św. Atanazego, zaś posoborowy kryzys Kościoła porównuje do „nocy ariańskiej”, która za przyzwoleniem hierarchii zatriumfowała ówcześnie w całym świecie chrześcijańskim. Podobnie zdaje się uważać bp Bernad Tissier de Malerais – autor opublikowanej właśnie naukowej, ale i wyjątkowej biografii swojego duchowego ojca. Jej lektura jest konieczna dla wszystkich, którzy pragną zrozumieć złożoność obecnie prowadzonych rozmów teologicznych-kanonicznych Bractwa Św. Piusa X i Stolicy Apostolskiej.

Zwyczajny ksiądz
Marceli Lefebvre (ur. 1905 r.) stronił zawsze od porównań do św. Atanazego. Był skromny i nieśmiały. Powtarzał często, że wyjątkowa sytuacja, w jakiej znalazł się Kościół i jego wierni na przełomie lat 60. i 70., zmusiły go do roli przywódcy katolickich tradycjonalistów. Od pierwszych chwil swojego kapłańskiego powołania „widział się w roli duchowego ojca, przywiązanego do swoich parafian i wpajającego im wiarę i chrześcijańskie obyczaje”. „Taki był mój ideał” – mówił. To jego pobożni rodzice – świątobliwa Gabriela i Rene Lefebvre, wskazali Marcelowi inną drogę. W 1923 r. postanowili by dołączył do swojego starszego brata – również Rene, który wybrał kapłaństwo i studiował w Rzymie. „Twój brat jest w Rzymie i ty też pojedziesz do Rzymu, nie ma o czym mówić, nie zostaniesz w diecezji” – mówił stanowczo ojciec przyszłego arcybiskupa. W ten sposób 18-letni Marcel trafił do Seminarium Francuskiego w Rzymie, które od połowy XIX wieku prowadzili misjonarze ze Zgromadzenia Ducha Świętego pod wezwaniem Najświętszego i Niepokalanego Serca Maryi Panny.

Odraza dla prawd umniejszonych…
Marcelego na całe życie ukształtowały dwie szkoły – rodzinna i seminaryjna. Katolickie wychowanie, jakie dali mu rodzice, którzy ofiarowali na służbę Bogu pięcioro swoich dzieci, zostało ubogacone w Seminarium Francuskim w Rzymie. To tam Marceli stał się żołnierzem Chrystusa. Zawdzięczał to przede wszystkim ks. Henrykowi Le Floch, który od 1904 r. kierował seminarium i „wpajał uczniom wiarę zarówno w zasady, jak i w praktyczną skuteczność prawdy katolickiej”. Łączył wielką pobożność i bogate życie wewnętrzne z apologetyką i obroną Kościoła. Pewien mnich ze słynnego opactwa w Solesmes powiedział o nim: „Nauczyłeś nas, Ojcze, szacunku dla pełnej prawdy i odrazy dla prawd umniejszonych…”. „Dziękuję mu z całego serca, bo to on pokazał nam drogę Prawdy” – powtarzał przy różnych okazjach wyświęcony w 1929 r. na księdza Marceli Lefebvre – „To on nauczył nas, kim dla świata i Kościoła byli papieże i czego nauczali przez półtora stulecia: antyliberalizmu, antymodernizmu, antykomunizmu, całej doktryny Kościoła w tych kwestiach. Naprawdę pozwolił nam zrozumieć i żyć walką prowadzoną przez kolejnych papieży z niezłomną konsekwencją w celu uchronienia Kościoła i świata przed plagami, które nas dzisiaj gnębią. Było to dla mnie objawienie”.

Kierunek Gabon
Otrzymana w Seminarium Francuskim solidna formacja kapłańska predestynowała młodego ks. Lefebvre’a do znaczącej roli w Kościele. W 1930 r. był już doktorem filozofii i teologii. Nie chciał jednak piąć się po szczeblach watykańskiej lub francuskiej hierarchii. Zrodziło się w nim misjonarskie powołanie i pasja, których konsekwencją było wstąpienie do Zgromadzenia Ducha Świętego („duchaczy”). Fascynacja duchowością ojca Jakuba Libermanna, studiowanie dzieł św. Tomasza z Akwinu i ćwiczenia duchowe św. Ignacego Loyoli kierowały jego myśli w stronę ludzi wciąż nieznających Chrystusa. „Życie zakonnika ze Zgromadzenia Ducha Świętego – pisał w 1931 r. – powinno być kontemplacją oddającą się działaniu. Należy usunąć, na ile to możliwe, rozdział pomiędzy modlitwą i pracą. Nie porzucajmy Boga, aby Go dać naszym braciom”. Stąd też w 1932 r. ks. Marceli Lefebvre wsiadł na statek w Bordeaux i udał się Gabonu. Podróżował w buszu, budował kościoły i seminaria dla gabońskich księży, zwalczał pogański kult i składanie ofiar z ludzi, udzielał sakramentów, egzorcyzmował, katechizmował dorosłych i dzieci, walczył z żółtą febrą, głodem, poligamią, handlem żywym towarem… Był – jak wówczas mówiono – przełożonym od wszystkiego, ale zawsze z różańcem w ręku. Jego misjonarskiego zapału nie ostudziły nawet smutne wieści o śmierci matki (1938 r.), upadku Francji (w 1940 r.) i losach ojca, którego w 1942 r. Niemcy zamordowali w obozie w Sonnenburgu (aktualnie Słońsk). Już wówczas legenda Lefebvre’a rozszerzała się po całym Gabonie. „Mamy szczęście, że Bóg zesłał nam tego człowieka! Cóż to za wspaniały człowiek!” – powtarzali tubylcy. To również dzięki niemu, w latach 1932-1945 liczba gabońskich katolików wzrosła z 33 do 85 tys.!

Niedoszły kardynał
Gorliwość i zasługi misyjne ks. Marcelego Lefebvre szybko dostrzeżono w Świętej Kongregacji Krzewienia Wiary i Sekretariacie Stanu. W 1947 r. papież Pius XII mianował go biskupem i wikariuszem apostolskim w Dakarze. Odpowiadał wówczas za całą Francuską Afrykę Zachodnią, zamieszkiwaną przez 20 milionów ludzi. W tym zagłębiu muzułmańskim bp Lefebvre kontynuował swoją pracę misyjną szczególnie dbając o trzy dzieła – szkołę średnią, seminarium duchowne i zakonne zgromadzenia złożone z tubylców, którzy w perspektywie czasu mieli przecież objąć stery Kościoła w Afryce. Wciąż odróżniał się pracowitością, na tyle, że po niespełna roku od objęcia wikariatu Dakaru Pius XII podniósł Lefebvre’a do godności delegata apostolskiego. Od tej pory Lefebvre odpowiadał już nie tylko za Afrykę Zachodnią, ale również Kamerun, Francuską Afrykę Równikową i Somalię, nie licząc Maroka, Sahary, Madagaskaru i Reunion. W specjalnym breve papież pisał: „Rządził ojciec tak roztropnie, mądrze i aktywnie wikariatem apostolskim w Dakarze i z tak wielką gorliwością rozszerzał królestwo Chrystusa, że sądzimy, iż będzie dobrym wyborem powierzenie ojcu kierownictwa delegaturą, w całkowitym przekonaniu, że szczególne talenty ojca, a zwłaszcza sprawdzona już gorliwość oraz inne zdolności, które predestynują ojca do objęcia tego stanowiska, będą wielkim i zbawiennym pożytkiem dla tej delegatury”. Lefebvre erygował nowe parafie i diecezje, fundował klasztory, bierzmował, wyświęcał kapłanów i konsekrował biskupów. Dbał o czystość katolickiej doktryny i piękno liturgii, której powagę strzegł przed fałszywą inkulturacją – pogańskimi tańcami i „tam-tamami”. W 1955 r. został pierwszym arcybiskupem Dakaru. Gdyby nie śmierć Piusa XII w 1958 r. abp Lefebvre zostałby zapewne wkrótce kardynałem…

W obliczu „odnowy”
Jan XXIII zapoczątkował zupełnie nowy kurs w dziejach Kościoła. Janowe „aggiornamento” szybko dosięgło osobiście abp Lefebvre. Jako „konserwatysta” już w 1959 r. został pobawiony funkcji delegata apostolskiego. Trzy lata później musiał opuścić Dakar, by objąć na krótko rządy w małej diecezji Tulle. Wciąż był jednak ważną postacią życia kościelnego. W 1962 r. został mianowany Asystentem Tronu Papieskiego, doradcą Świętej Kongregacji Rozkrzewiania Wiary i przełożonym generalnym Zgromadzenia Ducha Świętego. Był doskonale przygotowany do walki, jaką miał stoczyć siedząc w ławach Soboru Watykańskiego II. Już w pierwszych dniach soboru wyraził publicznie swój niepokój, kiedy na liście ekspertów teologicznych zauważył nazwiska obłożonych cenzurą i karami kościelnymi niewiernych nauce Kościoła duchownych – o. Yves’a Congara, o. Henri de Lubac’a i o. Karla Rahnera. Później, u boku kilku kardynałów, stoczył prawdziwy bój w obronie mszy św., którą nowatorzy pozbawić chcieli ofiarnego charakteru przesuwając akcent na błędnie pojętą aktywizację wiernych i „sprawowanie Wieczerzy Pańskiej”. Spór wokół konstytucji o liturgii był jedynie zapowiedzią wojny, która rozgorzała pomiędzy ojcami soboru. Skupione wokół Międzynarodowego Zgromadzenia Ojców konserwatywne skrzydło Kościoła, liczące około 200 biskupów, przegrywało w praktyce większość soborowych bitew stoczonych wokół rozumienia wolności religijnej, ekumenizmu, misji, kolegialnej władzy w Kościele, potępienia współczesnych herezji, komunizmu, godności osoby ludzkiej… „Byliśmy świadkami zaślubin Kościoła z ideami liberalnymi” – powiedział na zakończenie soboru abp Lefebvre – „W ten sposób zostały naruszone podstawy wiary, moralności i dyscypliny kościelnej, przed czym ostrzegali wszyscy papieże”.

Prawdziwe aggiornamento
Wielu duchownych traciło zapał i oczekiwało upragnionej emerytury. Zaniepokojony obrotem spraw i postawą Pawła VI, kardynał Alfredo Ottaviani wyznał pod koniec soboru, że wolałby jak najszybciej umrzeć by mieć pewność, że umiera jeszcze w Kościele katolickim. Marceli Lefebvre nie zamierzał bezczynnie przyglądać się tej „odnowie” i ratował co mógł – wciąż wizytował misje prowadzone przez „duchaczy”, reorganizował seminaria i stawiał na formację kapłanów. Ponad wszystko stał jednak na straży czystości wiary i dyscypliny kościelnej. Był zaniepokojony postępującą rebelią. Wielu coraz częściej mówiło o potrzebie zastąpienia „misji” w „dialog ekumeniczny”. Postępowała laicyzacja życia kapłańskiego. Lefebvre przypominał, że sutanna „oznacza oddzielenie od świata i zawiera świadectwo dane Naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi”. „Strój świecki, rezygnacja z jakiegokolwiek świadectwa dawanego poprzez strój wyraźnie oznacza brak wiary w kapłaństwo, brak szacunku dla zmysłu wiary bliźnich, a ponadto tchórzostwo, brak odwagi w bronieniu własnych przekonań”. „Naszego aggiornamento – wołał Lefebvre w 1965 r. – nie przeprowadzajmy w duchu neoprotestantyzmu niszczącego źródła świętości. Niech kierują nami święte pragnienia, które były motorem życia wszystkich świętych dokonujących reform i odnowy z miłości do Chrystusa Ukrzyżowanego, zachowujących posłuszeństwo, ubóstwo i czystość. W ten sposób zdobyli ducha poświęcenia, ofiary i modlitwy, które uczyniły z nich apostołów”. Pod koniec 1968 r. „duch odnowy” na dobre zagościł w Zgromadzeniu Ducha Świętego. Nie mogąc się z tym pogodzić abp Lefebvre złożył dymisję.

W obronie mszy
W tym czasie pod wodzą zaprzyjaźnionego z papieżem ks. Annibale Bugniniego eksperymentowano z liturgią mszalną. Kiedy podczas synodu biskupów w 1967 r. ów prałat zaprezentował efekty swojej pracy wielu biskupów było zdumionych tym, co zobaczyli, a niektórzy z nich – jak kardynał Josyf Slipij – w proteście opuścili Kaplicę Sykstyńską. Całość tego eksperymentu przypominało raczej protestanckie nabożeństwa, które są jedynie „pamiątką Ostatniej Wieczerzy”, a nie uobecnieniem tej samej ofiary, jaką na Kalwarii złożył Pan Jezus. Usunięcie z mszy modlitw pokutnych, znaków krzyża, odwołań do Trójcy Przenajświętszej, wyrzucenie tzw. Kanonu sięgającego czasów apostolskich, odłączenie ołtarza od tabernakulum i usytuowanie kapłana tyłem do Najświętszego Sakramentu, a nawet zmiana formuły konsekracyjnej niszczyły dwutysiącletnią tradycję liturgiczną Kościoła i miały zbliżyć katolików do protestantów. Max Thurian z ekumenicznej wspólnoty w Taizé szczerze wyznał: „jednym z owoców tego będzie fakt, iż wspólnoty niekatolickie będą mogły celebrować Wieczerzę Pańską, używając tych samych modlitw, co Kościół katolicki. Teologicznie jest to możliwe”. Wśród oglądających kolejne wersje mszy przygotowanej przez papieskiego liturgistę był także abp Lefebvre. „Słuchając tego godzinnego wykładu – wspominał – mówiłem sam do siebie: «To niemożliwe, żeby ten człowiek cieszył się zaufaniem Ojca Świętego, że to właśnie jego Papież wybrał, aby przeprowadzić reformę liturgii!» Mieliśmy przed sobą człowieka, który z pogardą i wręcz niewyobrażalną bezceremonialnością deptał wielowiekową liturgię. Byłem zdruzgotany. Zwykle dość łatwo przychodzi mi publiczne zabieranie głosu, jak to czyniłem na przykład podczas soboru. Ale tym razem nie miałem sił, aby podnieść się z miejsca. Słowa uwięzły mi w gardle”. Protestowali inni – zakonnicy, biskupi i kardynałowie. Na nie wiele się to zdało. Paweł VI i tak wprowadził nowy obrzęd mszy, którą określił mianem „zgromadzenia ludu Bożego, który jednoczy się pod przewodnictwem kapłana, aby celebrować pamiątkę Pańską”. Wstrząśnięci tym kardynałowie Antonio Bacci i Alfredo Ottaviani napisali do papieża, że nowa msza „tak w całości, jak w szczegółach, wyraźnie oddala się od katolickiej teologii mszy świętej”.

„Biskup faszystów”
Opór przeciwko mszy Pawła VI legł u podstaw założenia w latach 1969-1970 Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X. Wspierany przez wielu kapłanów i hierarchów (również w Watykanie) przy aprobacie dwóch lokalnych biskupów, abp Lefebvre założył w Szwajcarii pierwszy dom i otworzył seminarium duchowne. Do tego czasu katolicki ruch tradycjonalistyczny na całym świecie działał w rozproszeniu, choć skupiał dziesiątki tysięcy wiernych i setki kapłanów. Lefebvre chciał przede wszystkim ratować kapłaństwo i mszę: „zasadniczą przyczyną obecnego kryzysu Kościoła jest bowiem osłabienie kapłaństwa. Kapłaństwo zaś jest skoncentrowane na Świętej Ofierze Mszy”. Otwarciu seminarium w Econe od samego początku towarzyszyły kłopoty. Dyscyplina, noszenie sutanny, tradycyjna teologia, „stara liturgia” a nade wszystko rzesze wiernych i dziesiątki powołań kapłańskich, zaniepokoiły wielu kościelnych liberałów, których „odnowione” seminaria opustoszały a kościoły świeciły pustkami. Za ich namową Paweł VI zażądał od abp. Lefebvre’a „przyjęcia nowego mszału jako konkretnego znaku posłuszeństwa”. O tym jednak nie mogło być mowy. Zatwierdzone wcześniej statuty Bractwa Św. Piusa X gwarantowały odprawianie mszy wyłącznie według rytu trydenckiego. W 1976 r. Paweł VI oznajmił, że nowy mszał „zastąpił” dawną liturgię i potępił arcybiskupa. Lefebvre stał się wówczas wrogiem publicznym. Zgodnie atakował go episkopat francuski, kurialiści rzymscy, postępowi katolicy w PRL spod znaku „Tygodnika Powszechnego”, a sowiecka „Izwiestia” określiła mianem „biskupa faszystów i nietolerancji”.

Duch Asyżu
Jednak postępujący ekumenizm jedynie utwierdzał Marcela Lefebvre’a w obranej drodze. Kardynałowie i biskupi, zgromadzeni w bazylice św. Pawła za Murami, zostali po raz pierwszy pobłogosławieni przez anglikańskiego „prymasa”. Paweł VI zaczął propagować potępioną przez swoich poprzedników ideę „Kościołów siostrzanych”, uznając, że Kościół jest rzekomo „wewnętrznie podzielony”. „Ekumenizm nie jest misją Kościoła – odpowiadał Lefebvre – Kościół nie jest ekumeniczny, Kościół jest misyjny. Kościół misyjny ma na celu nawracanie, Kościół ekumeniczny ma zaś na celu szukanie prawdy pośród błędów i tym się zadowala. Oznacza to zaprzeczenie prawdzie głoszonej przez Kościół. Z uwagi na ów ekumenizm, nie mówi się już o wrogach Kościoła. Ci, którzy tkwią w błędach, są teraz naszymi braćmi. W konsekwencji nie ma już potrzeby walki z błędami. Mówi się nam: «zaprzestańmy walk!»”.

Niepokornemu arcybiskupowi wydawało się, że gorzej już być nie może. Dlatego też z nadzieją powitał wybór kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Papież pochodził z Polski, a więc uchodził za konserwatystę. Już w listopadzie 1978 r. Jan Paweł II przyjął Lefebvre’a, który zapewnił, że jest gotów „zaakceptować Sobór odczytywany w świetle Tradycji”. Papież wydawał się dość otwarty na „eksperyment Tradycji”. Jednak, ku zdumieniu wielu tradycjonalistów „polski papież” nie tylko kontynuował dialog ekumeniczny, ale wprowadził go na zupełnie nowe tory. Spotkanie religii w Asyżu w 1986 r. było dla wielu prawdziwym wstrząsem. Wikariusz Chrystusa zrównany z wyznawcami innych religii. Animiści przynieśli swoje węże, Indianie oddawali się czarom i wzywali duchy, a w jednym z kościołów przeznaczonych na ów „dialog” uczniowie Dalajlamy postawili na tabernakulum posąg Buddy! „Poważne zgorszenie, we właściwym rozumieniu tego słowa, oznacza nakłanianie do grzechu – grzmiał Lefebvre – Poprzez ekumenizm, poprzez uczestnictwo w kulcie fałszywych religii, chrześcijanie tracą wiarę. I to jest zgorszenie. Katolicy nie wierzą już, że jest tylko jedna prawdziwa religia, jeden prawdziwy Bóg, Trójca Święta i Nasz Pan Jezus Chrystus”.

Operacja przetrwanie
Doświadczenie Asyżu na tyle poruszyło sumienie abp. Marcelego Lefebvre i jego przyjaciela z Brazylii – bp. Antonio de Castro Mayera, że zdecydowali się oni wyświęcić biskupów. O swoim zamiarze poinformowali Stolicę Apostolską. Rozpoczęły się długie rozmowy z kardynałem Josephem Ratzingerem, które w istocie zakończyły się fiaskiem. Podirytowany kolejną rundą rozmów z Ratzingerem, który zabiegał o akceptację przez tradycjonalistów nowej mszy, Lefebvre odpowiedział: „Wasza działalność zmierza do dechrystianizacji społeczeństwa i Kościoła, my zaś pracujemy nad jego chrystianizacją. Dla nas Nasz Pan Jezus Chrystus jest wszystkim, jest naszym życiem. Kościół to Nasz Pan Jezus Chrystus. Kapłan to drugi Chrystus, Msza jest tryumfem Jezusa Chrystusa poprzez Krzyż. Nasze seminarium jest całkowicie ukierunkowane na panowanie Naszego Pana Jezusa Chrystusa. A wy czynicie coś zupełnie przeciwnego: Eminencja właśnie chciał mi dowieść, że Nasz Pan nie może i nie musi panować w społeczeństwie”. Decyzja została podjęta. 30 czerwca 1988 r. abp. Lefebvre i bp. de Castro Mayer bez mandatu papieskiego konsekrowali czterech biskupów za co spotkała ich ekskomunika. „Przekazałem wam, to co otrzymałem” – powiedział Lefebvre – Wydaje mi się, że słyszę głosy wszystkich papieży, począwszy od Grzegorza XVI, Piusa IX, Leona XIII, św. Piusa X, Benedykta XV, Piusa XI, Piusa XII mówiące: „Co wy robicie z naszym nauczaniem, z naszą pracą apostolską, z wiarą katolicką, chcecie ją porzucić? Czy pozwolicie jej zniknąć z tej ziemi? Chrońcie skarb, który wam powierzyliśmy. Nie porzucajcie wiernych, nie porzucajcie Kościoła! Zachowajcie ciągłość Kościoła! Od czasów bowiem Soboru, władze rzymskie przyjęły i wyznają to, co my potępiliśmy”.

Pośmiertny triumf?
Abp Marcel Lefebvre zmarł w marcu 1991 r. Jego zgromadzenie liczy dziś ponad 500 księży, 300 zakonnic i zakonników, blisko 1000 kościołów i kaplic, 6 seminariów duchownych i działa na wszystkich kontynentach. „Nie miałem specjalnego objawienia – przyznał wcześniej Lefebvre – i niestety nie jestem mistykiem. Działałem tak, jak wynikało z okoliczności”. Często powtarzał, że nie chce nic robić od siebie i dla siebie, chciał być zawsze sługą Chrystusa i Jego Kościoła, kochał ludzi i jednocześnie bronił prawdy katolickiej. „Co go pobudzało do działania?” – zastanawia się autor jego biografii, by za chwilę odpowiedzieć: „Bez wątpienia upór, dziedziczna cnota Flamandów, którą ten zaradny faber (robotnik, rzemieślnik, kowal) obdarzony był w dwójnasób, na co od trzech stuleci wskazywało nazwisko i zajęcia Lefebvrów. Można by chyba uznać to wręcz za klucz do wyjątkowego losu tego dostojnika, przedstawianego w mediach jako typowy „samotny rycerz”, mimo, że on sam zawsze podkreślał, że nigdy nie zwykł postępować wedle osobistego uznania”.

Dwadzieścia lat po jego śmierci historia coraz częściej przyznaje mu rację. Benedykt VI coraz częściej piętnuje relatywizm doktrynalny, upadek dyscypliny i destrukcję liturgii w Kościele. Jeszcze zanim Joseph Ratzinger wstąpił na Tron Piotrowy diagnozował kryzys w Kościele w sposób, który zbliżał go do stanowiska Bractwa Św. Piusa X. Osobiście powrócił nawet do liturgii trydenckiej, którą publicznie odprawiał m. in. we Francji i w Niemczech. Jednocześnie już od lat osiemdziesiątych kardynał Ratzinger mówił, że mimo Soboru Watykańskiego II, który zapowiadał „wiosnę Kościoła”, doszło do „zapaści w wielu sferach”, które sięgają „samych korzeni Kościoła”. Nie wahał się wyznać, że nastąpił wręcz „wewnętrzny rozłam Kościoła”, który stał się „jednym z najpilniejszych problemów naszych czasów”. „Jesteśmy zajęci ekumenizmem i zapominamy przy tym, że Kościół podzielił się w swoim wnętrzu” – mówił Ratzinger. Ubolewał przy tym, że „rozumienie Kościoła zostało u katolików zrelatywizowane. Nie chcą oni dalej uznawać, że Kościół daje im autentyczną gwarancję prawdy”. Najbardziej dramatyczny opis stanu Kościoła sformułował niemal w przededniu swojego wyboru na Stolicę Piotrową. Dnia 25 marca 2005 r. odczytano tekst rozważań, które kardynał Ratzinger przygotował na wielkopiątkową drogę krzyżową w rzymskim Koloseum. Dla wielu słowa te brzmiały wręcz szokująco: „Panie, tak często Twój Kościół przypomina tonącą łódź, łódź, która nabiera wody ze wszystkich stron. Także na Twoim polu widzimy więcej kąkolu niż zboża. Przeraża nas brud na szacie i obliczu Twego Kościoła. Ale to my sami je zbrukaliśmy! To my zdradzamy Cię za każdym razem, po wszystkich wielkich słowach i szumnych gestach. Zmiłuj się nad Twoim Kościołem”. Nie przypadkowo tekst rozważań opisujący kondycję współczesnego Kościoła trafił rychło na sztandary katolickich tradycjonalistów, a w rozmowach ze Stolicą Apostolską odwoływał się do nich bp Bernard Fellay – przełożony generalny Bractwa Św. Piusa X.

W 2007 r. ogłosił motu proprio Summorum Pontificum, które bez ograniczeń zezwala każdemu księdzu na odprawianie mszy trydenckiej. Na początku 2009 r. następca św. Piotra polecił ogłosić dekret o „zwolnieniu” z kary ekskomuniki biskupów wyświęconych przez abp. Lefebvre w 1988 r. Papież zaprosił Bractwo Św. Piusa X do rozmów, które mimo burz i wichur wciąż trwają…

Bernad Tissier de Malerais, Marcel Lefebvre. Życie, Dębogóra 2010, ss. 740

*Sławomir Cenckiewicz (ur. w 1971 r.) - historyk, autor wielu publikacji naukowych i źródłowych. Opublikował m.in.: "Oczami bezpieki. Szkice i materiały z dziejów aparatu bezpieczeństwa PRL" (nagroda w Konkursie Literackim im. Józefa Mackiewicza w 2005 r. oraz wyróżnienie w Konkursie Literackim im. Brutusa w 2005 r.), "Tadeusz Katelbach (1897-1977). Biografia polityczna" (Nagroda im. Jerzego Łojka w 2006 r.), "Sprawa Lecha Wałęsy" (wyróżniona nagrodą w Konkursie Literackim im. Józefa Mackiewicza w 2009 r.), "Śladami bezpieki i partii. Studia. Źródła. Publicystyka i Gdański Grudzień ‘70. Rekonstrukcja. Dokumentacja. Walka z pamięcią", "Anna Solidarność".

http://wolnapolska.pl/index.php/Ko%C5%9 ... d-237.html

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 02 lip 2016, 11:44 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7471
Lokalizacja: Podlasie
Ataki na Kościół oznaką dobrego kierunku Kościoła

Obrazek

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 11 lip 2016, 11:34 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7471
Lokalizacja: Podlasie
Nad czym pracuje inteligencja katolicka w Polsce?
by Sacerdos Hyacinthus

Rozbiór wiary katolickiej, doktryny, kultu i moralności, postępuje – jawnie i nachalnie. Zwodzenie globalne.
Jakie elementy poważnej katolickiej diagnozy stanu rzeczy możemy znaleźć w polskich środowiskach tak zwanej inteligencji katolickiej?


treści katolickie:
sacerdoshyacinthus.com
verbumcatholicum.com
twitter.com/SacHyacinthus

https://sacerdoshyacinthus.com/2016/07/ ... -w-polsce/

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 91 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /