Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 107 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 04 kwi 2014, 07:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Państwo Boże

Prof. Feliks Koneczny

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Póki świeża jest ta świadomość, że kapłan polski to zarazem patriota, dopóki faktu tego nie zamaże w myślach ogółu wroga agitacja; póki zmieszana z obcymi cywilizacjami literatura nie poderwie tradycji wieszczów, niechajże Kościół nie omieszka chwycić w ręce sztandaru wielkich celów historycznych. Te cele wskazując, określając je, polonizując je, torujmy przez Polskę drogę ku Civitas Dei [Państwu Bożemu]. Wtedy Polak zrośnie się z tymi celami, a przez to pośrednio jeszcze mocniej z katolicyzmem. Jest w naturze polskiej sporo czynników tego rodzaju, iż otwierają się Kościołowi w Polsce prawdziwie wspaniałe możliwości. Ku szczytom prowadzić trzeba i śmiało iść!

Fragment pochodzi z: „Kościół w Polsce wobec cywilizacji”

--------------------------------------------------------------------------------

Nie jest łatwo odczytać cele, które pokazują drogę i są wyzwaniem. Znacznie łatwiej jest narzekać, bo narzekanie nie wymaga od nas żadnego wysiłku i żadnej odpowiedzialności. Tymczasem przykład ludzi wielkich, w tym wielkich Polaków, pokazuje, że jako zasadę swojego życia przyjęli: nie narzekać, do celu wytrwale dążyć. Wymagało to nie tylko siły woli i męstwa, ale również jasnego widzenia celu. My ten cel mamy, jest to nasz cel historyczny, od niego zaczęliśmy nasz pochód, gdy Polska powstała. O nim mówił Piotr Skarga, o nim przypominał Prymas Tysiąclecia, do niego niestrudzenie nawoływał bł., a wkrótce św. Jan Paweł II. Wielkie autorytety. Największe.

http://www.naszdziennik.pl/wp/73517,panstwo-boze.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 25 kwi 2014, 06:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Co wzmacnia Kościół

Ks. kard. August Hlond

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Kościół bywał zwalczany. Zaznał wszelkich ucisków, które Chrystus zapowiedział: „Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą (Jan 15, 20). Skąd ta walka z Chrystusem i z Kościołem? „Mnie ma świat w nienawiści, bo ja świadectwo daję o nim, że złe są uczynki jego” (Jan 7, 7). Cierpienie to charyzmat posłannictwa Kościoła. Szkodzą mu wewnętrzne słabości, natomiast zewnętrzne utrudnienia, więzienie, obozy i wyroki śmierci wywołują na obliczu Kościoła rumieńce wiecznej czerstwości. Nie będąc tworem ludzkiej ewolucji, Kościół będzie z ręki ludzkiej cierpiał, zginąć nie może.

Fragment pochodzi z „O Kościele Chrystusowym”, 1945

--------------------------------------------------------------------------------

Człowiek nie lubi przyznawać się do winy, a cóż dopiero partie polityczne, a zwłaszcza ludzie władzy. Nie tylko nie lubią, ale wręcz nienawidzą tych, którzy śmieją wskazywać ich nieprawość ukrytą za fasadą praworządności, kłamstwo ukryte za słodkim uśmiechem czy wreszcie cynizm płynący z buty. Nic więc dziwnego, że Kościół, który stoi na straży Dekalogu, a więc podstawy wszelkiej moralności, musi mieć wielu wrogów. Ale to nie znaczy, że musi im ulegać. Przeciwnie, broniąc zasad, jest jeszcze bardziej sobą, jest jeszcze mocniejszy.

http://www.naszdziennik.pl/wp/75547,co- ... sciol.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 12 maja 2014, 08:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Nie przemogą

Ks. kard. August Hlond

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Kościół bywał zwalczany. Zaznał wszelkich ucisków, które Chrystus zapowiedział: „Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą (Jan 15, 20). Skąd ta walka z Chrystusem i z Kościołem? „Mnie ma świat w nienawiści, bo ja świadectwo daję o nim, że złe są uczynki jego” (Jan 7, 7). Cierpienie to charyzmat posłannictwa Kościoła. Szkodzą mu wewnętrzne słabości, natomiast zewnętrzne utrudnienia, więzienie, obozy i wyroki śmierci wywołują na obliczu Kościoła rumieńce wiecznej czerstwości. Nie będąc tworem ludzkiej ewolucji, Kościół będzie z ręki ludzkiej cierpiał, zginąć nie może.

Fragment pochodzi z: „O Kościele Chrystusowym”, 1945

--------------------------------------------------------------------------------

Człowiek nie lubi przyznawać się do winy, a cóż dopiero partie polityczne, a zwłaszcza ludzie władzy. Nie tylko nie lubią, ale wręcz nienawidzą tych, którzy śmieją wskazywać ich nieprawość ukrytą za fasadą praworządności, kłamstwo ukryte za słodkim uśmiechem czy wreszcie cynizm płynący z buty. Nic więc dziwnego, że Kościół, który stoi na straży Dekalogu, a więc podstawy wszelkiej moralności, musi mieć wielu wrogów. Ale to nie znaczy, że musi im ulegać. Przeciwnie, broniąc zasad, jest jeszcze bardziej sobą, jest jeszcze mocniejszy.

http://www.naszdziennik.pl/wp/76976,nie-przemoga.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 05 cze 2014, 06:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Tajemnica Serca Jezusa – wielkie i „małe” Triduum

Odnawiana i uobecniana przez liturgię tajemnica Zmartwychwstania Chrystusa ma na celu proklamację najradośniejszej nowiny: zwycięstwa Chrystusa nad grzechem, szatanem i śmiercią.

Ten tryumf Bożego Miłosierdzia, jego zwycięstwo uobecnia się w sakramentach świętych. Z tego też powodu ustanowienie ich (początki i źródło) Kościół tak wyraziście i jednoznacznie celebruje w Wielkim Triduum Paschalnym.

W Wielki Czwartek obchodzi pamiątkę ustanowienia Najświętszej Eucharystii i kapłaństwa.

Z kolei w Wielki Piątek przez uroczyste rozważanie Męki Pańskiej oraz wywyższenie krzyża głosi tajemnicę Odkupienia, tajemnicę śmierci Chrystusa, potwierdzoną przebiciem Jego Serca. To właśnie w tej celebracji szczególnie ukazane jest źródło sakramentu pokuty (odpuszczania grzechów) oraz cześć dla Najświętszego Serca Jezusa.

Wreszcie w ciągu całej Wielkiej Soboty najmocniejsze w swoim liturgicznym wyrazie są milczenie i głęboka cisza. Ona to wyrasta z kontemplacji Ukrzyżowanego, na wzór postawy wiary Maryi. Ma oddawać tajemnicę Jej Niepokalanego Serca, wielkość Jej wiary i ufności. W tej wierze Maryja przewodzi Kościołowi! Choć to Serce przeszyte było mieczem bólu, to jednak pełne jest wdzięczności okazywanej Bogu za wielki, zapowiadany od wieków dar Odkupienia.

„Małe” Triduum jako pogłębianie paschalnego orędzia wielkiego Triduum
Bogactwo tajemnicy Paschy Pana domaga się od nas ciągłego jej odczytywania i pogłębiania przez życie Ewangelią wspomagane i karmione sakramentalną łaską. Tylko wtedy będzie ono w nas prawdziwie i trwale owocować. Boża Opatrzność i Mądrość sprawiły, że okazją do stałej formacji paschalnej stało się w naszych parafiach praktykowanie pierwszego czwartku, pierwszego piątku oraz pierwszej soboty miesiąca. To swoista miesięcznica Wielkiego Triduum Paschalnego. Nazwę ją „małym” Triduum, zakorzenionym w wielkim Triduum. Takie osobliwe, liturgicznie wyodrębnione przeżywanie Misterium Paschy ma swoją logikę oraz pozwala na regularne, duszpasterskie uaktywnianie mocy kształtowania chrześcijańskich sumień oraz życiowych postaw jako świadków Bożej Miłości. Jest „uprawą” świętej pamięci o Godzinie Syna Człowieczego. Stanowi zachętę i okazję do nieustannego czerpania duchowych darów z otwartych przez Chrystusa w Kościele źródeł łaski.

Wielki Czwartek a pierwszy czwartek miesiąca – Godzina Święta
Wielki Czwartek to tajemnica ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa. To także lekcja prawdziwej miłości i jedności, jakiej Pan Jezus udziela przez obmycie nóg swoim uczniom. Kościół wsłuchuje się wtedy z uwagą w Arcykapłańską Modlitwę Chrystusa. Objawia ona przecież pełnię pragnień naszego Zbawiciela, który „do końca nas umiłował” oraz gorąco pragnął spożyć z nami tę Paschę (por. Łk 22,15). Pierwszy czwartek miesiąca ma osobliwie przypominać i podejmować cały żar pragnień Chrystusowego Serca. Te pragnienia Jezus potwierdził słowem „pragnę” (J 19,28) podczas męki na krzyżu. Potwierdza je nadal poprzez swój Kościół. Swoistym przypomnieniem ewangelicznych, niezmiennie aktualnych pragnień Pana Jezusa były objawienia Jego Najświętszego Serca. Zostały one przekazane Kościołowi przez francuską siostrę wizytkę, św. Małgorzatę Marię Alacoque. Był to czas, kiedy w Polsce królował Jan III Sobieski. Te XVII-wieczne objawienia były i są wielkim wołaniem Miłości Bożego Serca o odstąpienie ludzi od postawy obojętności na dramat grzechu. Nawołują do odwrócenia się od cynicznego i lekceważącego stosunku do przykazań Bożych. Były apelacją o wyzbycie się obojętności na sprawy Boże, na dar odkupieńczej, jakże bolesnej śmierci Chrystusa, co w mistycznych wizjach podkreślała cierniowa korona, okalająca przebite Serce Jezusa. To cierpienie Chrystusa objawiło się już w żalu skierowanym do Piotra w Ogrójcu: „Jednej godziny nie mogłeś ze Mną czuwać?” (Mk 14,37).

W naszych parafiach pierwszy czwartek miesiąca jest wspólnotowym dziękczynieniem za dar Uczty Eucharystycznej sprawowanej w naszych parafiach, za kapłanów, dzięki którym Chrystus może zwoływać i karmić swój Boży lud. Podejmowana jest praktyka tzw. Godziny Świętej – adoracji Najświętszego Sakramentu. Warto podczas niej odczytywać z 17. rozdziału Ewangelii św. Jana właśnie Arcykapłańską Modlitwę Jezusa jako Jego modlitwę za naszą konkretną wspólnotę. Niech ta modlitwa wybrzmiewa, ciągle na nowo uaktualnia się w naszych wspólnotach i w naszych sercach. Niech praktykowanie Świętej Godziny będzie wnikaniem, przyjmowaniem i rozpalaniem żaru miłości Syna Bożego. To czas wypraszania nowych, jakże potrzebnych, powołań kapłańskich i zakonnych nie tylko dla Kościoła w diecezji, ale w całej Polsce i na świecie. Niech będzie także wymadlaniem dobrych, opartych na Bożej Miłości małżeństw i rodzin. Niech będzie podkreśleniem faktu nieustannej obecności Chrystusa w parafialnej czy klasztornej świątyni. Niech będzie wynagradzaniem za obojętność, z jaką Chrystus spotyka się u tylu ludzi, lekceważących sakrament Eucharystii.

Wielki Piątek i pierwszy piątek – kult Najświętszego Serca Jezusowego
Tajemnica otwartego Serca Jezusa, z którego wypływają krew i woda, to wielka tajemnica naszej wiary. Stanowi ona centrum liturgii Wielkiego Piątku. Dla pogłębienia tej tajemnicy przeżywamy w naszych parafiach nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca. Zgodnie ze wspomnianymi już objawieniami Najświętszego Serca Pana Jezusa wynagradzamy za wszelkie zniewagi, chcąc w pełni przyjąć Bożą Miłość. Praktykujemy spowiedzi święte z intencją wynagradzającą oraz Komunie Święte. Znana jest praktyka nabożeństwa dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Jako objawiona św. Małgorzacie Marii Alacoque odpowiada na Chrystusowe wezwanie do ponownego narodzenia się (por. J 3,3). Ma ono swoją duchową symbolikę. Tak jak dziecko rozwija się pod sercem matki przez dziewięć miesięcy, tak chrześcijanin duchowo ma rozwijać się przy Sercu Jezusa. Podobnie jako umiłowany uczeń Jezusa, który nie opuścił swego Mistrza. Jego duchową siłą było to, że znał Serce Mistrza, spoczywał na Nim. Praktyka pierwszych piątków ma nas zagłębiać w Miłość Bożą i dawać siłę do świadectwa o niej wobec innych.

Wielka Sobota i pierwsza sobota – szkoła wiary Niepokalanego Serca Maryi
Wiele już napisano w „Naszym Dzienniku” o tym nabożeństwie. W ramach „małego” Triduum mamy uczyć się od Maryi, jak przyjmować Jezusa, jak kształtować swoje życie według Jego Ewangelii i Jego Miłosiernego Serca. Nikt tak jak Maryja nie wsłuchiwał się w Mistrza. Nikt nie rozważał Jego słów tak jak Ona. I nikt nie był Mu tak wierny jak Ona. To Ją dał swemu ukochanemu uczniowi w testamencie jako Mistrzynię i Nauczycielkę wiary. Mamy więc w pierwsze soboty wpatrywać się w Niepokalane Serce Maryi i razem z Nią okazać największą wierność Sercu Jezusa. Jednocześnie mamy – tak jak pragnął tego Jezus w Fatimie, a co przekazała Siostra Łucja – wynagradzać Jej Sercu za wszelkie zniewagi. Jezus domaga się od ludzi czci i miłości do swojej Matki.

„Małe” Triduum stanowi całość i jest comiesięcznym pogłębianiem duchowości paschalnej
Dzięki objawieniom Najświętszego Serca Pana Jezusa oraz objawieniom fatimskim możemy powiedzieć, że Opatrzność Boża sprawiła, że pierwszy czwartek, pierwszy piątek i pierwsza sobota mają przypominać Wielkie Triduum Paschalne. Ich przesłanie odsyła do Tajemnicy Eucharystii i Serca Bożego, które na krzyżu otworzyło dla nas źródło wszystkich sakramentów Kościoła. Choć w wyniku układu kalendarza nie zawsze te dni występują w kolejności jeden po drugim, to jednak od strony duchowego sensu, duszpastersko-teologicznego przesłania, stanowią one wzajemne, integralne uzupełnienie. Nawet gdy przychodzi je przeżywać w różnych tygodniach, w odstępie czasowym, to nie szkodzą one sobie wzajemnie. Wręcz przeciwnie – wyzwalają potrzebę ich wzajemnego duchowego połączenia. Domagają się duchowego współwystępowania oraz jednozgodnego odniesienia do Tajemnicy Paschy. Dopiero gdy przeżywane są w duchowej jedności, w jednym paschalnym sensie – wtedy ujawniają całe pokłady Bożej Mądrości oraz Miłości Bożego Serca. Dopiero wtedy stanowią jedną, wzmocnioną – paschalną formację wiernych. Nie są one wtedy jedynie zbiorem izolowanych praktyk pobożnościowych, mozaiką odmiennych nabożeństw, podyktowanych osobistą wrażliwością duchową zarówno kapłanów, jak i wiernych.

Kilka uwag na temat spowiedzi wynagradzających
Na koniec jeszcze kilka ważnych uwag. Wymagana w orędziach Serca Pana Jezusa oraz Niepokalanego Serca Maryi comiesięczna spowiedź wynagradzająca ma być przeżywana właśnie w jednym i tym samym duchu paschalnym. Nie należy jej traktować jako lękowo pomnażanego zbioru spowiedzi. Mam tutaj na myśli nienaturalne i bez faktycznej potrzeby sztuczne zwielokrotnianie przystępowania do sakramentu spowiedzi, po to jedynie, aby ją osobno „zaliczyć” jako pierwszopiątkową i osobno jako pierwszosobotnią. Byłoby to niepoprawne rozumienie objawień i samego sakramentu spowiedzi świętej.

W spowiedzi wynagradzającej chodzi o to, aby w jednym sakramencie pokuty, podejmowanym w okolicy pierwszego piątku czy pierwszej soboty miesiąca, wzbudzić jedną wspólną intencję wynagradzającą za grzechy raniące Najświętsze Serce Jezusa oraz Niepokalane Serce Maryi.

Na specjalną uwagę zasługuje także to, iż sama spowiedź nie musi być przeżywana dokładnie w pierwszy piątek czy w pierwszą sobotę miesiąca. Może być praktykowana również w innym dniu tygodnia i miesiąca. Byleby we wspomniany pierwszy piątek czy też w pierwszą sobotę przyjąć Komunię Świętą w stanie łaski uświęcającej, wzbudzając w sobie intencję w celu wynagrodzenia za zniewagi wyrządzane Sercu Jezusowemu oraz Niepokalanemu Sercu Maryi. Siostra Łucja jednoznacznie opisuje to w swoich pismach. Kiedy 15 lutego 1926 roku podczas objawienia w Pontevedra na prośbę kapłanów zapytała Pana Jezusa w sprawie ważności dnia spowiedzi wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: „Spowiedź może być wcześniej, jest ważna nawet dłużej niż 8 dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wykażą intencję zadośćuczynienia za zniewagi Niepokalanego Serca Maryi”. Przytaczam to specjalnie, aby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące tej kwestii. Jak wspomniałem, jedna spowiedź ze wzbudzoną intencją wynagradzającą spełnia warunki zarówno nabożeństwa pierwszych piątków, jak i pierwszych sobót miesiąca.

O. dr Stanisław Przepierski OP

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... iduum.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 06 cze 2014, 07:24 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Odnowić pamięć o Bożej miłości (1)

Ks. prof. Janusz Królikowski

Kult Najświętszego Serca Jezusa ma bardzo długie dzieje w Kościele. Tak jak w przypadku każdej formy kultu, tak i tu naznaczony jest on powolnym dojrzewaniem, uzależnionym od duchowych doświadczeń wielu świętych, a także od doświadczeń całych wspólnot kościelnych. W kulcie kościelnym nic nie dzieje się gwałtownie, ale wszystko przechodzi przez dłuższy bądź krótszy okres prób i weryfikacji. Wyraża się w tym pewna pedagogia, której domaga się także duchowość i pobożność – chodzi przede wszystkim o to, by wiernym proponować to, co służyć może wszystkim i w każdym miejscu. Przejawy pobożności prywatnej są zawsze możliwe i Kościół je pochwala, ale przyjmuje i propaguje to, co ma znaczenie uniwersalne. Chodzi o to, by nie narzucać wszystkim tego, co jest tylko poniekąd prywatnym doświadczeniem duchowym czy też wyrazem osobistej pobożności.

W tym znaczeniu w połowie XVIII wieku doświadczenie kultu Najświętszego Serca Jezusa i jego twórcze oddziaływanie na wiernych dojrzało na tyle, że można było przystąpić w Kościele do nadania mu wymiaru uniwersalnego, którego wyrazem byłoby wprowadzenie go do liturgii Kościoła przez zatwierdzenie odpowiedniego oficjum, czyli zestawu modlitw włączonych do brewiarza odmawianego przez wszystkich kapłanów i zakonników, a także Mszy Świętej, czyli formularza liturgicznego, którym wyrażałby swoją wiarę i pobożność cały Kościół. Taki akt stanowił zawsze w Kościele najwyższą formę aprobaty w ramach pobożności i duchowości.

Polski „Memoriał”
Widząc bardzo szerokie utrwalenie się kultu Najświętszego Serca Jezusa w pobożności chrześcijańskiej, osiągniętą dojrzałość jego uzasadnienia teologicznego oraz zbawienne skutki, jakie wywierał w życiu wiernych, biskupi Królestwa Polskiego oraz przedstawiciele Arcybractwa Najświętszego Jezusa z Rzymu skierowali prośby do Świętej Kongregacji Obrzędów, na której kiedyś spoczywała troska o autentyczność kultu w Kościele, o zatwierdzenie oficjum i Mszy Świętej o Najświętszym Sercu Jezusa. Biskupi polscy swoją prośbę poparli przygotowanym „Memoriałem”, w którym przedstawili racje teologiczne, na których opierali swoją prośbę. „Memoriał” jest więc właściwie całościowym traktatem teologicznym, który odegrał ważną rolę w pracach rzymskiej kongregacji i przyczynił się do udzielenia pozytywnej odpowiedzi na skierowane prośby.

Efektem postępowania przeprowadzonego w Świętej Kongregacji Obrzędów był dekret, w którym przychylono się do przedstawionych próśb, zatwierdzając oficjum i Mszę Świętą. Stało się to 26 stycznia 1765 roku. Papież Klemens XIII zatwierdził dekret kongregacji 6 lutego 1765 roku. Zbliża się więc 250. rocznica tego ważnego wydarzenia w życiu Kościoła powszechnego, które nosi także wyraźnie polski rys. Z obydwu racji, a mianowicie z racji jego powszechnego znaczenia, a także z racji jego polskiego rysu, rocznica zasługuje na wydobycie i głębokie przeżycie. Ogłoszony 250 lat temu dekret wywarł wielki wpływ na życie wiernych, przyczyniając się wydatnie do ożywienia pobożności katolików, a nawet stając się wprost uprzywilejowaną szkołą świętości, w której uczyli się właściwie wszyscy święci. Gdy patrzymy na życiorysy polskich świętych z dwóch ostatnich stuleci, łącznie ze świętym Janem Pawłem II, możemy z łatwością zauważyć, że kult Najświętszego Serca Jezusa stanowi wątek przewodni ich duchowości i pobożności, przekładając się na różne formy zaangażowania i aktywności. Trzeba pamiętać, że jest to kult nie tylko wewnętrzny i poniekąd prywatny, ale wydatnie wpisana jest w niego troska o rozwój życia kościelnego, a także życia społecznego i politycznego w duchu chrześcijańskim. Jest to więc kult o szerokim oddziaływaniu formacyjnym.

Znaczenie człowieczeństwa Jezusa
Mając na uwadze polski rys zawarty w kulcie Najświętszego Serca Jezusa, warto przy okazji rocznicy uświadomić sobie, że w polskiej tradycji duchowej znajduje się wiele elementów, które zasługują na zauważenie i wydobycie, łącznie z postawieniem sobie jasnego pytania, w jaki sposób te doświadczenia odnosić do naszej współczesności i dzisiejszych wyzwań. Nie mamy potrzeby czuć kompleksów wobec innych tradycji duchowych, a dzisiaj jesteśmy też w stanie wypracować odpowiedni model życia chrześcijańskiego, który odpowiadałby naszej tradycji, a także dostrzeganym potrzebom i wyzwaniom kościelnym i społecznym.

Uzasadniając zatwierdzenie oficjum i Mszy Świętej, dekret Świętej Kongregacji Obrzędów zwrócił uwagę na dwa motywy wyrażanej zgody. Podkreślono najpierw, że kult Najświętszego Serca Jezusa ma charakter „uzupełniający” w stosunku do istniejącego już kultu. Kongregacji chodziło o jeszcze jedno zwrócenie uwagi wierzących na Jezusa Chrystusa, który stanowi punkt wyjścia, centrum i wypełnienie kultu chrześcijańskiego, a zwłaszcza o wydobycie zbawczego znaczenia Jego człowieczeństwa, będącego „narzędziem zbawienia”. Działo się to przecież w okresie, gdy pod naciskiem myślicieli oświeceniowych znacząco deprecjonowano ciało w religii, sprowadzając ją tylko do sfery umysłowej i wewnętrznej. Dokonywano w ten sposób redukowania społecznego znaczenia wiary chrześcijańskiej. Następnie w dekrecie zaznaczono, że w kulcie Najświętszego Serca Jezusa chodzi o „symboliczne odnawianie pamięci o boskiej miłości, z jaką Jednorodzony Syn Boży przyjął naturę ludzką i stawszy się posłusznym aż do śmierci, powiedział, że daje przykład innym, iż jest cichy i pokornego serca”.

Zbawcza miłość
Przedmiotem kultu jest więc zbawcza miłość Jezusa Chrystusa, którą Kościół chce i może wyrażać na sposób symboliczny. Miłości Chrystusa i jej wielkości – podobnie jak zresztą także miłości ludzkiej – nie da się wyrazić tylko w sposób racjonalny, choćby przy pomocy najsubtelniejszych pojęć i teorii teologicznych, ponieważ obejmuje ona całego Chrystusa i każdy Jego czyn, dlatego zachodzi potrzeba odwołania się w tym do symboliki, która posiada zdolność syntetycznego ujmowania całości. Symbolika serca jest do tego najbardziej przystosowana. Serce jest symbolem, który odznacza się zdolnością do syntetycznego uchwycenia całości postaci i dzieła Chrystusa – zbawczej miłości Boga-Człowieka. Serce najlepiej wyraża, że Jezus jest Miłością wcieloną. Oprócz tego symbol ma to do siebie, że zawarty jest w nim ważny moment przyciągający i pobudzający do odpowiedzi. Dlatego nacisk dekretu na ten symboliczny wymiar kultu Najświętszego Serca Jezusa. I znowu można powiedzieć, że w epoce, w której wiara, a zwłaszcza jej chrystocentryzm, znajdowała się w głębokim kryzysie, to intensywne odniesienie do Chrystusa, a zwłaszcza do Jego miłości, która przemawia w każdym czasie i do każdego człowieka, stało się wskazówką dla kierunku podjęcia odnowy życia chrześcijańskiego. Wskazanie zresztą okazało się słuszne.

Racje teologiczne wyrażone w dekrecie Świętej Kongregacji Obrzędów, mające uzasadniać kult Najświętszego Serca Jezusa, podobnie jak sytuacja duchowa naszych czasów, są na nowo warte zauważenia. Żyjemy w okresie nacisków kulturowych podobnych do tych sprzed dwóch i pół wieku – usiłuje się religijność sprowadzić do sfery czysto racjonalnej oraz wyeliminować jej wpływ na życie społeczne. W tej sytuacji bardziej przekonany powrót do kultu człowieczeństwa Jezusa Chrystusa, w którym wyraził On swoją miłość do człowieka (ponad którą nie da się pomyśleć niczego większego), jawi się jako szczególnie aktualny, ponieważ przypomina o potrzebie zaangażowania religijnego całego człowieka, podobnie jak i domaga się odniesienia tego zaangażowania do wszystkich sfer życia ludzkiego, łącznie ze sferą życia zawodowego, społecznego i politycznego. Symbolika serca, do której odwołuje się kult chrześcijański, zachowuje swoją wymowę i nadal ma charakter imperatywu, dlatego można podjąć próbę ożywienia go na miarę nowej wrażliwości w ramach sytuacji duchowej naszych czasów.

--------------------------------------------------------------------------------

WŁĄCZ SIĘ W NOWENNĘ PIERWSZYCH PIĄTKÓW MIESIĄCA.

Od dziś, 6 czerwca, do 6 lutego przyszłego roku.

Warunki:

Uczestnictwo we Mszy Świętej i przyjęcie Komunii Świętej wynagradzającej Sercu Jezusowemu za grzechy swoje i całego świata przez dziewięć kolejnych pierwszych piątków miesiąca. W każdy piątek w „Naszym Dzienniku” przybliżać będziemy tajemnice kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa.

SERDECZNIE ZACHĘCAMY!

http://www.naszdziennik.pl/wp/81352,odn ... sci-1.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 01 lip 2014, 06:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Religia, wiara to wyższe niż nauka formy rozumienia rzeczywistości. Nauka nie przekracza intelektu, tłumaczy istotę świata zorganizowanego fizycznie.
Wiara przekracza umysł człowieka i próbuje zrozumieć istotę świata ponad fizycznego, świata metafizycznego.
W świecie kultury nauka i wiara się uzupełniają, współistnieją i współpracują.
W świecie ideologii nauka jest w opozycji do wiary, do religii i stara się je niszczyć.
My musimy dokonać świadomego wyboru, czy chcemy żyć w obszarze kultury, czy też w obszarze ideologii.
Życie w obszarze ideologii robi wrażenie łatwiejszego, przyjemniejszego i nie wymaga od nas pracy na rzecz rozwoju.
Życie w przestrzeni kultury rozwija naszą świadomość, tożsamość i wprowadza nas na drogę, która jest Prawdą i Życiem.


Religia nie jest prywatną sprawą

Fragmenty rozmowy z JEm. ks. kard. Gerhardem L. Müllerem, prefektem Kongregacji Nauki Wiary, przeprowadzonej przez o. Zdzisława Klafkę CSsR, wyemitowanej w Telewizji Trwam i Radiu Maryja
Jak przebiegają przygotowania do synodu? Czy istnieje konieczność wprowadzenia korekty w zakresie doktryny czy też praktyki pastoralnej Kościoła dotyczącej małżeństwa, rodziny i seksualności?
– Konieczność korekty pewnych tendencji dotyczy społeczeństw, które są skierowane przeciwko małżeństwu i rodzinie. Chodzi tu więc na pewno o kraje zachodnie, ale również północnoamerykańskie. Niektóre tendencje rozwijające się w tych krajach noszą znamiona rewolucji seksualnej. Polegają one na zatarciu znaczenia różnicy pomiędzy mężczyzną a kobietą, na niedocenianiu znaczenia rodziny w kontekście samych małżonków oraz duchowego i fizycznego rozwoju dzieci.

Dziś, z Bożą pomocą, musimy próbować głosić pełną prawdę o małżeństwie, o mężczyźnie i kobiecie czy wreszcie o rodzinie, ponieważ tylko małżeństwo i rodzina są podstawową komórką wszelkiego zdrowego rozwoju społeczeństwa, państwa, wspólnoty, a także Kościoła. Kościół określamy przecież mianem „famiglia chiesa domestica” (Kościół domowy). To w nim doświadczamy w pewnym sensie tego, czym jest Kościół, a mianowicie tego, że szczęście oraz wspólnota z Bogiem możliwe są jedynie dzięki doświadczeniu tych wartości we wspólnocie rodziny. Jeśli nie zrozumiemy, że rodzina jest Kościołem w zarodku, nie zrozumiemy też, czym jest Kościół na płaszczyźnie parafii, diecezji, świata. To zaś niesie ze sobą niebezpieczeństwo, że Kościół będzie postrzegany jedynie jako potężna organizacja, a nie jako rodzina Boża.

Kościół jest rodziną podobną do tej, w której są ojciec i matka, dzieci i dziadkowie. To zaś jest najważniejszym wymogiem dla dobrego rozwoju całego społeczeństwa, narodu, do którego przynależymy. Jeszcze radykalniej dostrzegamy to w obrazie negatywnym: jeśli małżeństwo i rodzina nie funkcjonują, wtedy wymierają narody, wtedy nie ma równowagi pomiędzy ludźmi młodymi i starszymi, wtedy zagrożone jest dobro duchowe i kulturalne, my zaś sami jesteśmy tańczącym na wulkanie społeczeństwem dobrobytu, bez nadziei na jutro.

Kościół z pewnością nie potrzebuje zmieniać swojej nauki, Kościół tej nauki zmienić nie może. Słowo Boże jest niezmienialne. Ono jest i pozostanie sobą na zawsze, nam zaś daje życie, łaskę i szczęście. Tymi, którzy muszą się przemieniać, czynić pokutę, nawracać się i rozpoczynać na nowo, jesteśmy my, ludzie. Pan Bóg nie potrzebuje ani pokuty, ani nawrócenia, ani odnowy. Tego wszystkiego potrzebujemy jedynie my.

Czym jest klauzula sumienia według Magisterium Kościoła i czy dotyczy ona tylko zawodu lekarza?
– Klauzula sumienia oznacza, że w naszej wiedzy, w naszym sumieniu jesteśmy odpowiedzialni przed Bogiem – zarówno w odniesieniu do kwestii prawdy, jak i do prawa moralnego. Działanie winno być zgodne z zasadą, że dobro należy czynić, a zła unikać; że prawdę należy uznać, a błąd i fałsz odrzucić. Nawet jeśli ludzie dochodzą do jakiegoś subiektywnego przekonania lub sami precyzują niektóre kwestie dotyczące ich czynów i nawet jeśli błądzą, muszą mimo to kierować się sumieniem; czasem także wtedy, gdy wynikają z tego określone konsekwencje.

Sądzę jednak, że także w prawie naturalnym narzucają się pewne kwestie, których zasadniczo nie można inaczej interpretować w odniesieniu do jakiejś innej kultury lub jakiegoś innego sposobu rozumienia: że nie wolno mi odebrać życia drugiemu człowiekowi, że nie mogę czynić zamachu na jego własność, niszczyć jego małżeństwa – nie wolno mi tego podważać, nie wolno mi tego zniszczyć. Sądzę, że jest to oczywiste i można to spotkać także w innych kulturach. Chodzi oczywiście nie tylko o to, czy jest to obecne w bardzo wielu kulturach, ale że jest to także wynik refleksji intelektualnej. Gdyby było inaczej, okazałoby się, że każde społeczeństwo mogłoby zostać zniszczone, tzn. gdyby ludzie sprzeciwili się prawdzie, prawu do posiadania własności, prawu do życia drugiego człowieka.

I dlatego też, jak sądzę, nauka o sumieniu rozwinięta została zarówno przez teologię katolicką, jak i filozofię. Jednak to cała ludzkość wniosła w nią wkład i dlatego nie możemy z niej zrezygnować. I nie jest to jakaś abstrakcyjna doktryna, lecz jest to także historyczne doświadczenie, które zostało przez nas dokonane właśnie w XX wieku – co się dzieje, jeśli władza państwowa lub poszczególne osoby czy grupy nie postępują zgodnie z własnym sumieniem.

Nie musimy – jak sądzę – w Polsce tłumaczyć, jakie są tego katastrofalne skutki. A zatem jest oczywiste, że to nie tylko jakaś większość lub wyimaginowana większość decyduje oraz że nie wolno jej swojej ideologii narzucić innym.

Nowoczesne państwo demokratyczne nie jest oparte na decyzjach większości dotyczących prawa moralnego lub powinności jednostki, która jest wezwana do posłuszeństwa prawdzie, ale opiera się na prawach człowieka, które mają charakter uprzedni w stosunku do działań państwa i zawsze stanowią kryterium, aby uchwałę parlamentarną można było – nawet jeśli została przyjęta większością głosów – zaakceptować czy skrytykować. Nie można po prostu powiedzieć, że to, co zostało przyjęte większością głosów, jest już prawdą, a także że jest moralnie dobre i rozumne. Sądzę, że taka gorzka nauka wypływa z ideologii politycznych XX wieku. I nigdy nie powinniśmy zrezygnować z tego historycznego doświadczenia lub też powinniśmy po prostu zacząć od podstawowego przekonania, które może być zaakceptowane przez wszystkich ludzi. Prawdą jest to, co stawia nam wymagania, a nie to, co jest dla nas użyteczne i to, co nam się akurat podoba. Dobre zaś jest to, co naprawdę należy czynić, złe jest to, co należy zwalczać.

Kilka tysięcy polskich lekarzy i studentów medycyny podpisało tzw. Deklarację Wiary, uznającą pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim (stanowionym). W konsekwencji może im grozić utrata pracy albo niedopuszczenie do realizacji zawodu lekarza. Co w tym względzie mówi Magisterium Kościoła?
– Dowiedziałem się o tym dopiero tutaj, podczas mojego pobytu w Polsce, ale pochwalam to i bardzo się cieszę, że to właśnie w Polsce katolicy świeccy podejmują takie inicjatywy. Coś takiego nie musi już wychodzić od biskupów, od hierarchii. Przecież wszyscy jesteśmy Kościołem, ale też jesteśmy złączeni z ludźmi dobrej woli, nawet jeśli oni nie są katolikami, nawet jeśli nie są chrześcijanami.

Jest całkiem oczywiste i jasne jak dzień i słońce, że nikt nie może być zmuszany, nikt nie może być zobowiązywany, nikt nie może być naciskany, aby czynił coś złego. Zabijanie dziecka w łonie matki jest przestępstwem, jak mówi Sobór Watykański II – zabijanie ludzkiego życia, i to nie tylko życia w ogóle, lecz konkretnego życia, tej konkretnej osoby, która od początku swego zaistnienia posiada prawo do ochrony. My sami, którzy obecnie jesteśmy dorośli, byliśmy też kiedyś w tym stanie embrionalnym. Ten stan jest konieczny, aby dziecko mogło się narodzić. Całowane przez swoją matkę, karmione przez nią, gdy mama ociera łzy z oczu, gdy potem stajemy się przyjaciółmi naszych rodziców i później stopniowo dorastamy, aby żyć razem z nowo powstającą rodziną.

1

Z tego względu w wielu krajach europejskich należy po prostu gruntownie zmienić tę fałszywą postawę. Rzeczywiście potrzebujemy w tym względzie nawrócenia, odnowy. Nie jest to jakaś specjalna nauka Kościoła, ale wywodzi się to z naturalnego prawa moralnego obowiązującego wszystkich. Nie wolno zabijać człowieka, zwłaszcza wtedy gdy potrzebuje on pomocy w łonie swej matki. I dlatego jest to niesprawiedliwe, gdy ludzie muszą ponosić szkody, szczególnie w związku ze swoim zawodem, tylko dlatego, że wzbraniają się uczynić coś złego.

Myślę, że również w niektórych instytucjach europejskich i w parlamentach narodowych dotarliśmy do takiego trudnego punktu, w którym uważa się, że można odrzucić sumienie człowieka. Tam często podawane są złe przykłady. Na przykład, że nie mogę w moim sumieniu powiedzieć, że moje sumienie zabrania mi płacić podatki. To nie jest decyzja sumienia. Sumienie odnosi się do dobra i zła wszelkich postaw i ich moralnego punktu widzenia.

Nie chodzi o to, że ja sobie tak po prostu zasłonię mój egoizm, powołując się na swoje sumienie. To jest całkiem coś innego. To przecież to podstawowe przekonanie, właśnie w przypadku człowieka, że w łonie matki mamy do czynienia z prawdziwym człowiekiem, z niepowtarzalną osobą, którą należy chronić. I jeśli państwo nie jest gotowe, by to czynić, z powodu jakiejś fałszywej ideologii, z powodu fałszywego rozumienia wolności, nie wolno temu samemu państwu nikogo zmuszać albo zobowiązywać zewnętrznym przymusem, albo przymuszać do jakiegoś działania i grozić konsekwencjami w życiu zawodowym. Uważam, że należy tutaj tę fałszywą ideologię nazwać i zarazem ją odrzucić.

W niektórych rzeczywistych przypadkach mamy do czynienia z próbami przypisywania ludziom takiego myślenia. Jest to przecież jakiś monstrualny proces, w ramach którego próbuje się poprzez pedagogikę, książki, zakazy mówienia i myślenia – że tak to nazwę – wpędzić całe społeczeństwo w taki mainstreaming jednomyślności. Coś takiego w żaden sposób nie powiodło się w minionych czasach. Wówczas ludzie musieliby milczeć i tylko w domu mogliby wyrażać swoje przekonania, gdyby groziły państwowe sankcje za to, że w kwestiach moralnych wypowiada się prawdę wynikającą z prawa naturalnego, moralnego prawa naturalnego albo u nas z Bożego objawienia. Myślę, że są to już niepokojące zmiany. Dobrze więc, że również ludzie świeccy podnoszą swój głos i są po prostu gotowi te niesprawiedliwe kary wziąć na siebie. W ten sposób powstaje społeczny ruch, który pokazuje państwu jego granice. Człowiek bowiem stoi ponad państwem. Państwo zaś winno służyć człowiekowi, a sumienie człowieka ma pierwszeństwo przed prawem pozytywnym (stanowionym), zwłaszcza wtedy gdy to prawo sprzeciwia się prawu naturalnemu.

Jak my jako katoliccy chrześcijanie winniśmy się zachowywać wobec mnożących się bluźnierstw przeciw Bogu ze strony tzw. nowoczesnej kultury? Czy mamy się tylko modlić i nadstawiać lewy policzek?
– Jezus dał przed Piłatem ten przykład, a właściwie przed najwyższym kapłanem, którego jeden ze sług, który chciał być stuprocentowym sługą, wymierzył Mu policzek, powiedział: „Dlaczego mnie bijesz? Jeżeli powiedziałem nieprawdę, udowodnij mi to. A jeżeli mówiłem prawdę, to dlaczego mnie bijesz?”.

Nie powinniśmy oddawać, ale mamy także prawo być traktowani jako obywatele. Te ataki w mediach, filmach, telewizji, talk-show i pismach, ten neoateizm o skrajnie agresywnym charakterze nie są pod względem treści niczym innym wobec tego, czym były nazistowska i komunistyczna propaganda skierowana przeciw Kościołowi. Zostało to już nazwane przez niektórych nieudacznych filozofów oświecenia, co zresztą stanowi całą polemikę przeciw chrześcijaństwu już od czasów Ojców Kościoła, Celsusa i Orygenesa. W tym sporze przytoczono te same argumenty. To jednak pokazuje właściwie tę agresywność, że pod względem treści nie można chrześcijaństwu niczego zarzucić, bowiem gdyby miało się pewność co do argumentów, wówczas nie trzeba by się było uciekać do kpin i szyderstw oraz znieważeń i wyzwisk.

Jeśli ze spokojem czytamy te rzeczy i poddajemy je ocenie, wówczas pokazuje się, że rozgrywa się to na intelektualnie i moralnie niskim poziomie. Uważa się, że należy się wobec nas zachowywać teraz w sposób tak zarozumiały i arogancki oraz mieć poczucie wyższości. Myślę jednak, że za tym niewiele się kryje. Diabeł czyni wiele hałasu, to należy do jego natury, i powinniśmy zachować tu całkowity spokój.

Co prawda także sądy i publiczna przemoc winny nam też unaocznić, że katolicy, chrześcijanie, mają dokładnie te same prawa obywatelskie i że nie mogą się skrywać za wolnością przekonań. Krytycy mogą powiedzieć, że nie wierzą w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, że nie mogą jej sobie wyobrazić. Ale powinni na tym poprzestać, a nie oświecać nas jako niewykształconych i filozoficznie zacofanych. Myślę, że oni także odesłaliby nas z powrotem, gdybyśmy obchodzili się z ich opiniami i wyobrażeniami w ten sposób.

Myślę, że chodzi także o to, że nie mogą oni powiedzieć merytorycznie, by wpaść na pomysł obrażania lub dyskryminowania osób, przedstawiania nas w negatywnym świetle, w którym złe zachowanie jednego chrześcijanina posłuży za dowód, że Kościół czy też kapłaństwo jako całość będą właśnie w ten sposób odrzucone.

Należałoby więc radzić temu neoateizmowi więcej opanowania, korzystania z własnego rozumu i zachowania po prostu normalnego dystansu wobec ludzi o różnych światopoglądach i zdaniach. A przede wszystkim należy stanowczo odeprzeć sformułowane przez kogoś twierdzenie, jakoby religia była sprawą prywatną. Uważam to za opinię zsekularyzowaną, ateistyczną lub agnostyczną, chcącą stanowić miarę dla wszystkich i dla sfery publicznej. A to, co myślą inni, przeważająca większość chrześcijan, to ich prywatna sprawa. Kto właściwie ma prawo uznać dużą część społeczeństwa za prywatną i obsadzić pozycję sfery publicznej? Do wolności religijnej należy to, że roszczę sobie prawo do sumienia prawdy i że tym samym mogę być obecny publicznie także w instytucjach państwowych.

Czy jako chrześcijanin mogę nie używać państwa, by uprawiać pracę lobbystyczną na rzecz Kościoła katolickiego? Wiemy przecież, że wiara dochodzi do głosu za sprawą wolności, a nie manipulacji lub presji państwowej. Ale oczekujemy tego także od innych. To, że ateiści lub agnostycy także ze swej strony nie posługują się państwem lub je wykorzystują, by odsunąć je w sferę prywatną, to postawa, jaką znamy z jakobinizmu i innych ideologii politycznych roszczących sobie prawo do absolutnego obsadzenia publicznych instytucji państwa, wychowania, kultury i sprawowania totalitarnej kontroli. I wszystkie inne, jeśli ich nie wykończą lub zniszczą, to zepchną do sfery prywatnej. Także kiedy mówią, że krzyż nie ma czego szukać w sferze publicznej, to wtedy musi zniknąć z parlamentu danego kraju, którego większość to katolicy i chrześcijanie będący nośnikami życia całego narodu i reprezentujący jego historię oraz kulturę.

Jeżeli żyję w kraju w większości islamskim, to muszę tam jakoś akceptować symbolikę większości. Nie muszę jednak przyjmować wiary muzułmanów, lecz w ich symbolach wyznawać pewne wartości, a kiedy islamski burmistrz jest w islamskim kraju, akceptuję i toleruję to także jako chrześcijanin, że żyje on swoją islamską wiarą i może także zdradza ją publicznie, dopóki nie prześladuje mnie w moim chrześcijańskim przekonaniu. Ale u nas, gdzie większość populacji stanowią przecież chrześcijanie, ktoś, kto jest chrześcijaninem w polityce, może pokazać także na swoim stanowisku, że tym chrześcijaninem jest, i na przykład we Francji zabranianie w miejscach publicznych noszenia islamskich strojów – czy się one komuś podobają, czy nie – lub noszenie krzyży bądź habitów w państwowych instytucjach jest naruszeniem praw człowieka.

W imieniu Telewizji Trwam i Radia Maryja dziękuję serdecznie Eminencji za okazywaną życzliwość i za piękne świadectwo radykalnej służby Kościołowi w dzisiejszym świecie.

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... prawa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 10 lip 2014, 12:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://adam-czlowiek.blogspot.com/2014/ ... encie.html

Nie zapominajcie o sakramencie pojednania

Obrazek

"To właśnie nade wszystko w konfesjonale objawia się miłosierdzie Boże" - pisał w jednym z "Listów do kapłanów" Ojciec Święty. W sakramencie pojednania miłosierny ojciec wychodzi na spotkanie marnotrawnego syna. Ojciec Tomasz Roztworowski SJ, wspominając wakacje z Karolem Wojtyłą, pisze: "Uderzył mnie (...) następujący fakt - po porannej Mszy św. jedna z uczestniczek kajaków, prosiła o spowiedź. Patrzyłem z daleka na sprawowany przez Wujka sakrament pojednania. Po skończonej spowiedzi pocałował on ją w czoło, jak czyni ojciec chcąc okazać dziecku czułość i szacunek" (Zapis drogi, s. 201). Jan Paweł II pokazywał swoim przykładem i uczył nas w swoich pismach, byśmy spowiedź zawsze łączyli z tajemnicą miłosierdzia Bożego. Tylko wtedy możemy ustrzec się od pokus i lęków, jakie mogą się w nas rodzić w związku z tym sakramentem. Tylko wtedy w kapłanie zobaczymy miłosiernego ojca, który wychodzi nam na spotkanie i przygarnia nas do serca; tylko wtedy bez niepokoju przejdą nam przez usta słowa: "Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Tobie"; tylko wtedy konfesjonał będzie świadkiem radości ojca, który nakłada nam najlepszą suknię, daje pierścień na rękę, sandały na nogi i wyprawia ucztę na naszą cześć, bo "byliśmy umarli a znów ożyliśmy, zaginęliśmy, a odnaleźliśmy się". To jest istota miłosierdzia, to jest istota spowiedzi, zdaje się mówić Ojciec Święty nawiązując do przypowieści o synu marnotrawnym (por. Łk 15, 11-32) w dwóch dokumentach: w encyklice o Bożym miłosierdziu (Dives in misericordia) oraz w adhortacji apostolskiej o sakramencie pojednania (Reconciliatio etpaenitentia). W duchu tych tekstów chcemy przygotować się do spowiedzi.
Podobnie, jak syn marnotrawny na początku naszej drogi pokuty, musimy uświadomić sobie, że oddaliliśmy się od ojca, zgrzeszyliśmy. Spoglądamy na swoje wnętrze dokonując rachunku sumienia. Do tablicy przykazań Bożych przykładamy swoje myśli, czyny. Badamy w czym zawiedliśmy, czego zaniedbaliśmy. Pomocne w tym czytaniu sumienia są różnego rodzaje poradniki rachunku sumienia, np. dla dzieci, młodzieży, małżonków, dorosłych, które drogę nakreśloną przez Boga w Dekalogu i Ewangelii przekładają na język konkretnych pytań. Odpowiadając w szczerości na postawione pytania, dobrze wypełnimy pierwszy warunek dobrej spowiedzi.
Rachunek sumienia pozwala nam rozpoznać, że tak, jak syn marnotrawny otrzymał od ojca majątek i roztrwonił go, tak i my roztrwoniliśmy dary Boże. Świadomość popełnionego zła i zaniedbanego dobra prowadzi nas do żalu za grzechy. To w nim aktem woli zdecydowanie odrzucamy drogę, która nie wiedzie do Boga, a na którą przez grzeszne czyny i myśli zeszliśmy. Jeśli, pomimo odprawionego rachunku sumienie, nasze serce jest zatwardziałe i nie kieruje się w stronę skruchy, tym bardziej winniśmy dołożyć starań, by ten żal wybrzmiał z naszego wnętrza. Pomocną radę daje w tym względzie św. Faustyna: "Przy każdej spowiedzi wspomnę na mękę Pana Jezusa, i w tym obudzę skruchę serca. O ile to możliwe za łaską Bożą - zawsze się ćwiczyć w żalu doskonałym. Na tę skruchę poświęcę większą chwilę czasu" (Dz 225).
Zdecydowane odrzucenie grzechów wiąże się z pragnieniem niegrzeszenia na przyszłość z miłości do Boga. Jako chrześcijanie jesteśmy wezwani by być dziećmi światłości i na to powołanie chcemy odpowiedzieć poprzez decyzję o odwróceniu się od ciemności grzechu. Mocne postanowienie poprawy, wyrażające wolę całkowitego zerwania ze złem musimy przekuć na język konkretnych postanowień. Koncentrujemy się na jednym lub kilku grzechach, z którymi chcemy w sposób szczególny walczyć po spowiedzi. W ten sposób wstępujemy na drogę nawrócenia, drogę która przyprowadza człowieka do Boga, jak syna marnotrawnego do ojca.
Tak przysposobieni duchowo kierujemy się ku kratom konfesjonału, by w szczerej spowiedzi "zawierzyć siebie samego, pomimo grzechu, miłosierdziu, które przebacza". Wsłuchajmy się w rady Pana Jezusa udzielone św. Faustynie: "Pragnę powiedzieć trzy słowa do duszy, która pragnie stanowczo dążyć do świętości i odnosić owoc, czyli pożytek ze spowiedzi. Pierwsze, całkowita szczerość i otwartość. Najświętszy i najmądrzejszy spowiednik nie może gwałtem wlać w duszę tego, co pragnie, jeżeli dusza nie będzie szczera i otwarta. Dusza nieszczera, skryta, naraża się na wielkie niebezpieczeństwo w życiu duchowym i sam Pan Jezus nie udziela się takiej duszy w sposób wyższy, bo wie, że ona nie odniosłaby korzyści z takich łask szczególnych. Drugie słowo - pokora. Dusza nie korzysta należycie z sakramentu spowiedzi, jeżeli nie jest pokorna. Pycha duszę utrzymuje w ciemności. Ona nie wie i nie chce dokładnie wniknąć w głąb swej nędzy, maskuje się i unika wszystkiego, co by ją uleczyć miało. Trzecie słowo - to posłuszeństwo. Dusza nieposłuszna nie odniesie żadnego zwycięstwa, chociażby ją sam Pan Jezus bezpośrednio spowiadał. Spowiednik najdoświadczeńszy nic takiej duszy nie pomoże. Na wielkie nieszczęścia naraża się dusza nieposłuszna i nic nie postąpi w d skonałości, i nie da rady w życiu duchowym. Bóg najhojniej obsypuje duszę łaskami, ale duszę posłuszną" (Dz 113). W momencie absolucji każdy grzech zostaje odpuszczony i zgładzony poprzez działanie Zbawiciela. Sakramentalna łaska rozgrzeszenia objawia miłosierdzie Boga, czyli prawdę o "miłości, która jest potężniejsza od śmierci, potężniejsza od grzechu i zła każdego, miłości, która dźwiga człowieka z największych upadków i wyzwala z największych zagrożeń". Jest pocałunkiem miłosiernego ojca, który wita marnotrawnego syna.
Sakrament pojednania wieńczy zadośćuczynienie. Jest ono wyrazem włączenia naszego umartwienia, w mękę Chrystusa, który przez ofiarę krzyża wysłużył nam przebaczenie. Ojciec Święty zachęcał, byśmy nie sprowadzali zadośćuczynienia wyłącznie do odmawiania pewnych modlitw, ale by obejmowało ono akty czci Bożej, uczynki miłości, miłosierdzia i wynagrodzenia. Zadośćuczynienie wyraża nasze zaangażowanie, by rozpocząć nowe życie.
Pilnujmy, byśmy na spotkanie z miłosiernym Bogiem w sakramencie pojednania przychodzili co miesiąc. A jeśli obciążymy sumienie grzechem ciężkim, to nie zwlekajmy z jego wyznaniem, ale od razu skierujmy się do konfesjonału. Bóg czeka tam na nas. "Powiedz duszom - mówił Pan Jezus do św. Faustyny - gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia; tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawiać dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku już nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone - nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni. O biedni, którzy nie korzystają z tego cudu miłosierdzia Bożego; na darmo będziecie wołać, ale będzie za późno" (Dz 1448). A Jan Paweł II dodaje: "Jeżeli chcecie się dowiedzieć, czym jest wewnętrzne wyzwolenie i prawdziwa radość, nie zapominajcie o sakramencie pojednania. W nim kryje się tajemnica ciągłej młodości duchowej" (Kowno, 06.09.1993).


Maria Zboralska


Congregavit nos in unum Christi amor ________________________________


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 01 sie 2014, 06:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Początki kultu Najświętszego Serca Jezusa w Polsce

Odnowić pamięć o Bożej Miłości (9)

Kult Najświętszego Serca Jezusa w Polsce rozwijał się w podobnym tempie jak w Europie Zachodniej. Niezwykle pięknym i wymownym jego przejawem są doświadczenia mistyczne bł. Doroty z Mątowów (1347-1394). Szczególnego dynamizmu kult Serca Jezusowego nabrał, gdy do Polski przybyli jezuici, którzy niemal od samego początku w ramach swojej posługi zwracali uwagę na Najświętsze Serce Jezusa. Wśród propagatorów tego kultu już w nowej formie na pierwszym miejscu znajduje się jezuita Kacper Drużbicki (1590-1662), któremu zawdzięczamy pierwsze określenia teologicznej specyfiki kultu Najświętszego Serca Jezusa oraz pierwszy modlitewnik, w którym zaproponowane założenia teologiczne przełożył na język modlitwy („Meta cordium Cor Jesu”, Kalisz 1683; „Serce Jezusowe – meta albo cel serc stworzonych”, Poznań 1696). Oprócz o. Drużbickiego znaczącą rolę w propagowaniu kultu Najświętszego Serca Jezusa odegrali wybitni kaznodzieje jezuiccy: Stanisław Skibicki (1613-1690), Tomasz Młodzianowski (1622-1686) i Jan Kwiatkiewicz (1629-1703).

Pierwsze Bractwa Najświętszego Serca Jezusa w Polsce
Wiadomości o objawieniach doznawanych przez św. Małgorzatę Marię Alacoque bardzo szybko zaczęły docierać za pośrednictwem Sióstr Wizytek do Polski. Ich pierwsze ślady możemy znaleźć w biografii s. Teresy Kotowiczówny (1661-1714) z klasztoru w Warszawie. Pijar o. Paulin Wiązkiewicz (1660-1729), który przez dłuższy czas był kierownikiem duchowym w tym klasztorze, zapoznał się z objawieniami w Paray-le-Monial i stał się ich gorącym orędownikiem i propagatorem. Na prośbę wizytek podjął działania zmierzające do utworzenia specjalnego bractwa, które żyłoby w duchu zasad wynikających z teologii Najświętszego Serca Jezusa oraz propagowało ten kult. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że zatwierdzenie bractwa przez Papieża, zwłaszcza bractwa stawiającego sobie jakiś cel związany z nową formą kultu, było traktowane jako wstępna aprobata tego kultu, otwierająca drogę do zatwierdzenia odpowiedniego oficjum brewiarzowego i formularza mszalnego, a w końcu do zatwierdzenia wspomnienia czy święta liturgicznego. Pierwsze więc Bractwo Najświętszego Serca Jezusa zostało założone 30 maja 1705 r., a inauguracja jego działalności odbyła się rok później, 11 czerwca 1706 r., w pijarskim kościele Najświętszej Maryi Panny Zwycięskiej (dziś katedra polowa Wojska Polskiego przy ul. Długiej).

Na użytek bractwa w 1706 r. o. Wiązkiewicz wydał w drukarni pijarskiej pierwszy modlitewnik do Najświętszego Serca Pana Jezusa: „Skarb nowy dotąd niewiadomych łask i nieznanych dobrodziejstw Najświętszego Serca Jezusowego…”. Na jego podstawie poznajemy, że bractwo stawiało sobie trzy zasadnicze cele: adorację Najświętszego Serca Jezusowego w Najświętszym Sakramencie, współczucie z Najświętszym Sercem z powodu grzechów zadających Mu rany w czasie męki, wyjednywanie rozmaitych łask potrzebnych rodzajowi ludzkiemu przez pamięć o Jego miłości.

Konkretną pomoc dla realizacji tych celów stanowiły zebrane w modlitewniku teksty modlitw: akty codziennego oddania Sercu Jezusowemu, godzinki, litania, akty na rozmaite okoliczności, quinquenna, czyli nabożeństwo na pięć piątków (ku czci pięciu ran Pana Jezusa), sposób przeżywania Mszy Świętej w łączności z Sercem Jezusa, modlitwy na rozmaite święta liturgiczne, wykaz odpustów przyznanych członkom bractwa, a w końcu pieśń o Najświętszym Sercu.

Kolejne bractwa powstawały bardzo szybko. W 1707 r. powstało bractwo w Łukowie, w 1711 r. w Piotrkowie Trybunalskim, w 1717 r. przy kościele Wizytek w Krakowie, gdzie zostało uroczyście wprowadzone w 1718 roku. Warto podkreślić, że krakowski klasztor Wizytek stał się szybko centrum szerzenia kultu Serca Jezusa na ziemiach polskich. Szczególną rolę odegrała w tym względzie ówczesna dynamiczna przełożona Teresa Szembekówna (ur. ok. 1668), autorka licznych pism. Do 1765 r. funkcjonowało w Polsce około dziewięćdziesięciu Bractw Najświętszego Serca Jezusa, przy czym powstawały nie tylko przy kościołach i kolegiach pijarów, ale także innych zakonów.

Warto pamiętać, że modlitewnik wydany przez o. Wiązkiewicza w języku łacińskim został później przetłumaczony na języki francuski i niemiecki, przyczyniając się do szerzenia kultu Najświętszego Serca Jezusa w Europie. W nim też znajduje się pierwszy w Polsce sztych Serca Bożego, rytowany przez pijara br. Rocha Markowskiego. Modlitewnik, kilkakrotnie wznawiany w XIX w., cieszył się niezmiennie popularnością. W 1723 r. o. Wiązkiewicz wydał w Warszawie także zbiór rozważań o Sercu Zbawiciela zatytułowany „Delicye nieba i ziemi…”, w którym dokonał pogłębienia teologicznego jego rozmaitych aspektów, tak że stały się one inspiracją dla późniejszych kaznodziejów i teologów.

Wkrótce po śmierci o. Wiązkiewicza polscy pijarzy podjęli starania o uzyskanie w Stolicy Apostolskiej zatwierdzenia formularza Mszy Świętej o Boskim Sercu i oficjum. Początkowo nie spotkały się one z pozytywnym przyjęciem, ale to one stanowią ważny etap ostatecznego zatwierdzenia święta Najświętszego Serca Jezusa w 1765 roku.

Język modlitwy pierwszych czcicieli Najświętszego Serca Jezusa
Pragnąc przybliżyć klimat duchowy, w którym rozwijał się na początku kult Najświętszego Serca Jezusa w Polsce, proponuję trzy akty modlitewne ku czci Serca Zbawiciela z modlitewnika o. Wiązkiewicza:

Akt adoracji
Panie Jezu Chryste, którego prawdziwie i rzetelnie wyznawam obecnego w Przenajświętszym Sakramencie, adoruję Cię z jak największą mogę pokorą, na podziękowanie za miłość tę, którą Serce Twoje Boskie ma ku mnie, ofiaruję Ci wszystkie akty głębokiego uszanowania, powolności, cierpliwości i miłości, które Serce Twoje czyniło podczas życia Twego śmiertelnego, a to w nagrodę wszystkich moich oziębłości, niecierpliwości i niezgadzania się z wolą Twoją świętą. Otwórz mi, Panie, Serce Przenajświętsze, aby odtąd było mi miejscem ucieczki i odpoczynku mego; już więcej nie chcę mieć inszej skłonności, tylko do Niego samego. Amen.

Akt miłości
O Najsłodsze Serce Jezusa, Zbawiciela mojego, dziwuję się tak wiele dobrodziejstw Twoich, mojej niewdzięczności widokom, przychodzę do Ciebie jako do przepaści miłosierdzia i miłości. Czemuż, o Boże mój, wynalazłeś ten nowy sposób ofiarowania się za nas w Przenajświętszym Sakramencie? Czy mało-ć się zdało, żeś się raz ofiarował na więzy, bicze, boleści, wzgardy i śmierć krzyżową; trzeba-ć i teraz, gdyś jest wielbionym i nieśmiertelnym, wystawiać się widomie na częste wzgardy w tym Sakramencie miłości, gdzie nieraz znieważony i prawie pod nogi miotany jesteś, od tych nawet, którzy by Cię powinni goręcej miłować.

Ach, czemuż nie umieram od żalu, widząc się być z nieszczęśliwej tych niewdzięczników liczby? Przebij, Boże, strzałą miłości Twojej serce moje i uczyń koniec niewdzięcznościom moim. Wspomnij, iż Serce Twoje Przenajświętsze, będąc obciążone grzechami w Ogrójcu i na krzyżu było strapione, ubolewało nad nędzą moją; nie dopuszczaj tedy, aby smutek Twój, boleści, krew, łzy i pot krwawy, który ciężkości Serca Twojego wycisnęły, był nie daremny.

Tknij skutecznie serce moje, kochany Zbawicielu, który lubom jest niewdzięczny i całe niegodny miłości Twojej, nie przestajesz mię jednak miłować. Umiłowałeś mnie natenczas, gdym ja Ciebie nie miłował, a nawet i nie pragnął tego, żeś mię kochał, lecz teraz, gdy tego pragnę, daj mi, o co Cię serdecznie proszę.

Daję-ć serce moje, złóż je w Twojem, a spraw, żeby ten moment był momentem nawrócenia mego, od którego bym Cię począł kochać i nigdy nie przestał. Niech będę cale oddany miłości Twojej, jako wieczny niewolnik; niech umrę sam w sobie, abym więcej nie żył, tylko w Tobie i dla Ciebie. Amen.

Akt żalu
O Boże Zbawicielu mój, którego Serce zranione miłością i boleścią za grzechy wszystkiego świata, czemuż nie mam tego żalu i bólu, któregom Ci był przyczyną dla zbrodni moich? Proszę Cię pokornie, nagródź oziębły żal mój tym, któryś Ty miał, wyraź na sercu mojem bojaźń i obrzydliwość najmniejszej obrazy Twojej taką, jaką jej nienawidzi Najświętsze Serce Twoje, przemień moje nędzne, a uczyń podobne Twemu najczystszemu i zawsze gorejącemu Ojca Twego niebieskiego miłością; oświadczam się, iż więcej nic nie chcę miłować, tylko to, co Serce Twoje miłuje, jako także tym się brzydzę, co się Jego najczystszej miłości nie podoba. Amen.

ks. Janusz Królikowski

http://www.naszdziennik.pl/mysl/88893,p ... olsce.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 16 sie 2014, 07:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Żyć prawdziwą wiarą

Z ks. prałatem Marianem Kopko, kustoszem sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Krzeszowie, rozmawia Marek Zygmunt
Marek Zygmunt

Księże Prałacie, co sprawia, że na Wielki Odpust Krzeszowski do sanktuarium tak licznie przybywają pielgrzymi?
– Maryja ich tutaj zaprasza. Od XIII wieku Matka Boża obrała sobie to szczególne miejsce w Krzeszowie. Najpierw w tutejszym klasztorze posługiwali benedyktyni, potem cystersi, a od kilku lat kapłani diecezji legnickiej. W dawnych latach pielgrzymowali tutaj Polacy, Ślązacy, Czesi, Słowacy, Niemcy, Węgrzy, Serbołużyczanie. W owych czasach było ich rocznie ok. 100 tysięcy. W ub.r. do Krzeszowa pielgrzymowało ok. 150 tysięcy wiernych z całego świata, oprócz Polski m.in. z Niemiec, Czech, Austrii, Rosji i USA. Pielgrzymi doznają tutaj wielu łask. Doświadczają duchowego umocnienia. Uczą się od Matki Bożej Łaskawej chrześcijańskiej służby człowiekowi.

Jakie szczególnie prośby kierowane są przez pątników do krzeszowskiej Matki Bożej Łaskawej?
– Przede wszystkim prośby o dar potomstwa, aby przez Jej wstawiennictwo rodziły się nowe dzieci. Mamy na to dowody, że ludzie otrzymują tutaj taką łaskę. Dwa lata temu za przyczyną Matki Bożej Łaskawej uzdrowiona została z choroby nowotworowej młoda kobieta z Jeleniej Góry. Lekarze nie wiedzą, dlaczego choroba ustąpiła, ale my wiemy, że to był cud za pośrednictwem Matki Bożej Łaskawej. W każdą środę zanosimy do Niej przedstawione wcześniej prośby i podziękowania. Dotyczą one głównie właśnie uzdrowienia z choroby, z nałogu alkoholizmu, pozyskania pracy, wyboru męża, żony.

W sanktuarium trwa też wiel- kie dziękczynienie za św. Jana Pawła II…
– Ukoronowanie przez Ojca Świętego Jana Pawła II krzeszowskiej ikony Matki Bożej Łaskawej koronami papieskimi, 2 czerwca 1997 roku, na lotnisku w Legnicy trzeba nazwać najważniejszym cudem. Dzięki tej koronacji zaczęło przybywać tutaj coraz więcej pielgrzymów. A to krzeszowskie sanktuarium dzięki tej koronacji, rzeszom pątników żyje cały czas prawdziwą wiarą, nadzieją i miłością.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/91605,zyc ... wiara.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 27 sie 2014, 07:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wiara domaga się intelektu

Agnieszka Paprocka-Waszkiewicz

Wiara domaga się intelektu, musi być oparta na wiedzy, nie może być tylko emocją – mówił ks. bp Grzegorz Balcerek w sanktuarium Matki Słowa Przedwiecznego w Tulcach, gdzie w poniedziałkowe popołudnie zgromadziła się Rodzina Radia Maryja.

W wigilię uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej ks. bp Grzegorz Balcerek, sufragan archidiecezji poznańskiej, przypominał znaczenie Ślubów Jasnogórskich zainicjowanych przez ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Kaznodzieja wskazał również na znaczenie Ruchu Pomocników Maryi Matki Kościoła założonego przez Prymasa Tysiąclecia. – Ksiądz Prymas wiedział, że aktywna grupa przekonanych chrześcijan będzie zdolna tworzyć nurt wiary mobilizujący do aktywnych działań – zaznaczył ks. bp Balcerek. Kaznodzieja wskazał, że zadaniem ruchów jest praca dla dobra Kościoła, nigdy zaś konkurowanie między sobą. – Jak powinna wyglądać duchowa kondycja członka każdego ruchu? – pytał ksiądz biskup. – Nie będzie nikt prawdziwym apostołem Jezusa, jeśli nie będzie napełniony Duchem Świętym – podkreślił.

Wskazał jednocześnie, że jeśli chcemy przyjąć wskazanie św. Pawła i „oblec pełną zbroję Bożą”, musimy „myśleć i czuć jak Kościół, znać naukę Kościoła, umieć uzasadnić swoją wiarę, odpowiedzieć na zarzuty i wątpliwości braci, prostować negatywnie kształtowane przez media prądy światopoglądowe”. A to, jak zaznaczył ks. bp Balcerek, wymaga nieustającego kształcenia się w sprawach wiary, korzystania z katechez Radia Maryja, a także zaopatrzenia się w domową biblioteczkę religijnej literatury.

Mszę św. poprzedziła audycja słowno-muzyczna poświęcona Leonowi Barciszewskiemu, pochodzącemu z Tulec prezydentowi Gniezna i Bydgoszczy, który zginął śmiercią męczeńską z rąk gestapo. Po programie ks. kanonik Marian Libera – proboszcz parafii w Tulcach, przedstawił historię parafii i znajdującego się przy sanktuarium cudownego źródełka.

http://www.naszdziennik.pl/wp/93693,wia ... lektu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 29 sie 2014, 06:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Godne adoracji Najświętsze Serce

W wypowiedziach na temat kultu Najświętszego Serca Jezusa często pojawia się wątek, że jego przeciwnikami byli janseniści. Kwestia ta wymaga przynajmniej krótkiego wyjaśnienia, ponieważ janseniści przyczynili się – paradoksalnie – do pogłębienia doktrynalnego teologii Serca Jezusa i do włączenia kwestii Jego kultu do oficjalnego nauczania Kościoła.

Jansenizm był nurtem religijnym i intelektualnym, a także społecznym i politycznym, który rozpowszechnił się bardzo szeroko w XVII i XVIII wieku najpierw we Francji, a potem w różnym stopniu na całą Europę. Najprościej mówiąc, był to nurt rygorystyczny, który mocno akcentował kwestię grzechu i niegodności człowieka. Zakładając, że do zbawienia nie wystarczy żal doskonały, janseniści zalecali odmawianie rozgrzeszenia w przypadku uporczywych grzechów śmiertelnych; występowali przeciw częstej Komunii Świętej, a jeśli ją dopuszczali, to pod tyloma warunkami, że praktycznie nie były one możliwe do spełnienia. Z rygoryzmem łączył się u jansenistów pesymizm i postulat ucieczki od świata, odrzucenia dóbr ziemskich i rezygnacji z działalności publicznej.

W wielu punktach były to postulaty sprzeczne z założeniami, które postulowano w ramach kultu Serca Jezusa, a mianowicie z potrzebą Komunii Świętej w życiu chrześcijańskim pojmowanej nie jako nagroda za święte życie, ale jako siła i umocnienie do walki z grzechem; z postulatem odnawiania życia publicznego przez nawrócenie i wynagrodzenie; z postulatem bycia w świecie na sposób święty. Janseniści, akcentując słusznie potrzebę powszechnego dostępu do Pisma Świętego, traktowali je jednak zbyt jednostronnie, odrzucając to wszystko, co nie ma bezpośredniego uzasadnienia biblijnego. Dlatego też zwalczali objawienia św. Małgorzaty Marii Alacoque, uważając je za niedopuszczalną nowość w Kościele.

W odniesieniu do kultu Najświętszego Serca Jezusa jansenizm przybierał na sile za sprawą ks. bp. Scypiona Ricciego (1741-1809) – od 1780 r. biskupa w Pistoi w pobliżu Florencji. W 1781 r., rok po konsekracji biskupiej, ks. bp Ricci ogłosił list duszpasterski, w którym wystąpił przeciw aprobowanej przez Stolicę Świętą czci „mięśnia nazywanego Sercem Jezusa”, którą niektórzy fanatycznie propagują. Podkreślał, że jedynie „Jezus, pełen miłości symbolizowanej przez Serce, jest jednym i jedynym przedmiotem ustanowionego nowego święta”. Odmawiał więc adoracji Sercu Jezusa, a sam kult uznawał za niebezpieczne nowinkarstwo. Zawiesił w swojej diecezji święto Serca Jezusa.

Mimo sprzeciwu ze strony Papieża Piusa VI ks. bp Ricci zwołał do Pistoi synod, który obradował w latach 1786-1787, a który wypowiedział się przeciw kultowi Najświętszego Serca, uznając Jego adorację za „cześć oddawaną stworzeniu”, a samo święto za nowinkarstwo. Uchwały synodu spotkały się z potępieniem ze strony Papieża Piusa VI, które wyraził w konstytucji „Auctorem fidei” z 28 sierpnia 1794 roku.

Reakcja Papieża Piusa VI
Na temat wypowiedzi synodu z Pistoi o Sercu Jezusa Pius VI odpowiedział: „Zdanie, które twierdzi, że ’adorować wprost Człowieczeństwo Chrystusa, tym bardziej jakąś jego część, będzie zawsze czcią oddawaną stworzeniu’, o ile słowo ’wprost’ oznacza potępienie kultu adoracji, którą wierni kierują do Człowieczeństwa Chrystusowego, jak gdyby taka adoracja, którą odbiera Człowieczeństwo, a nawet dające życie Ciało Chrystusa – wprawdzie nie ze względu na samo siebie jako ciało, ale jako zjednoczone z Bóstwem – byłaby boską czcią oddawaną stworzeniu, a nie raczej jedną i tą samą czcią, jaką się czci Słowo Wcielone z Jego własnym ciałem – jest fałszywe, wprowadzające w błąd, uwłaczające i obrażające należną cześć, którą wierni oddają i powinni oddawać Człowieczeństwu Chrystusa”. Wypowiedź tę Papież Pius VI sprecyzował później przez podkreślenie, że adorowanie Serca Jezusa nie jest oddawaniem czci tylko „jakiejś części” Jego ciała, ale całemu Człowieczeństwu, które pozostaje osobowo zjednoczone z Jego Bóstwem. Jest to więc adoracja osoby Słowa Wcielonego, ponieważ Jego Serce jest Sercem osoby Słowa Bożego.

Na temat samego nabożeństwa Papież udzielił takiej odpowiedzi: „Nauka, która nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusa włącza do nabożeństw, które zwie nowymi, błędnymi albo przynajmniej niebezpiecznymi: gdy rozumie się przez nie nabożeństwo zatwierdzone przez Stolicę Apostolską, [to nauka ta] jest fałszywa, zuchwała, szkodliwa, obrażająca pobożność i obelżywa dla Stolicy Apostolskiej”.

Kult Najświętszego Serca nie ma więc za przedmiot jakiegoś bezosobowego bytu, ale osobę wiecznego Słowa. Uznanie prawomocności adoracji Serca Jezusa nie było niczym nowym, ale tylko rozwinięciem kultycznym tego, co powiedziały z punktu doktrynalnego sobory starożytnego Kościoła, szczególnie II Soboru Konstantynopolitańksiego z 553 roku. Komentatorzy konstytucji „Auctorem fidei” Piusa VI zgodnie podkreślali od samego początku ten fakt, że Papież broni tezy, iż jest to „rozwinięcie” dotychczasowego kultu Chrystusa, spójne z tradycją kultu w Kościele, a nie jakaś nowinka.

Trzeba tutaj przypomnieć, że z teologicznego punktu widzenia problem dotyczył rozumienia zbawienia, a przede wszystkim w jaki sposób rozumiemy udział w nim Człowieczeństwa Chrystusa. Tradycyjna doktryna katolicka mocno podkreśla, że zbawienie dokonało się dzięki temu, że Syn Boży we wcieleniu przyjął integralną naturę ludzką, a w ten sposób dokonał integralnego zbawienia każdego człowieka. Zwolennicy jansenizmu nie byli precyzyjnie zwolennikami tak rozumianego zbawienia, łącząc je zbyt jednostronnie z Bóstwem Chrystusa. Z tej racji dowartościowanie Serca Jezusa jako symbolu całego człowieczeństwa budziło ich opory. W odniesieniu do naszych współczesnych problemów, a zwłaszcza niektórych zastrzeżeń odnośnie do kultu Najświętszego Serca Jezusa, można zauważyć pojawianie się tego samego problemu – występuje dzisiaj wiele trudności z uznaniem faktu, że we wcieleniu Syn Boży stał się integralnym człowiekiem i że dzięki temu cały człowiek został zbawiony. Z drugiej strony trzeba także zauważyć, że rozwijanie autentycznego kultu Najświętszego Serca Jezusa prowadzi do coraz głębszego rozumienia zbawienia człowieka, a więc przyczynia się do odnowienia w pełni autentycznej i wzniosłej wizji człowieka.

Świadectwo męczenników
Nie jest sprawą bagatelną także fakt, że kult Serca Jezusa ujęty w duchu wypowiedzi Papieża Piusa VI ma także potwierdzenie dane przez męczenników, którzy w pełnym znaczeniu są „męczennikami Serca Jezusa”. W lipcu 1794 r. karmelici z Compiègne zostali skazani na śmierć z powodu ich „dziecinnych wierzeń i niedorzecznych praktyk religijnych”; zajmowali się oni rozdawaniem obrazków religijnych z przedstawieniem Serca Jezusa i Maryi i śpiewali pieśni o Sercu Jezusa.

Był to także problem polityczny – obrazy z Sercem Jezusa były w okresie rewolucji francuskiej widziane jako manifest polityczny. Symbol Serca był widziany jako znak rozpoznawczy katolików z Wandei, którzy nie zgadzali się na to, co działo się w czasie rewolucji we Francji, a zwłaszcza na to, co robiono z Kościołem. Męczennicy ze znakiem Serca Jezusa trwali wierni przy Kościele katolickim wobec nacisków Kościoła konstytucyjnego. Serce Jezusa było znakiem sprzeciwu, który przypieczętowali krwią liczni katolicy francuscy, nie tylko wspomniani karmelici z Compiègne. Wielu z nich za posiadany obraz Serca Jezusa, najbardziej wymownego symbolu miłości Boga do ludzi, zostało aresztowanych i wtrąconych do więzień. Także ten fakt powinien przemawiać za autentycznością kultu Najświętszego Serca Jezusa i być zachętą do jego propagowania i rozwijania.

Ks. Janusz Królikowski

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... serce.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 23 wrz 2014, 18:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Znaki wiary

Kościół, jak powiedział podczas swej pierwszej homilii Ojciec Święty Franciszek, jest ciągle w drodze. Idziemy, a to niesie ze sobą odpowiedzialność bycia świadkiem. Nie zachowujemy tej wielkiej miłości, Prawdy wyłącznie dla siebie. W naturze ludzkiej jest zresztą wpisana zasada dzielenia się swoimi pasjami, hobby, radościami, nadziejami. Rozmawiamy o tym, co nas fascynuje. Jeżeli nasza wiara jest zdrowa, świetlista, jeśli jej sól nie wywietrzała, to chcemy o niej opowiedzieć, a przede wszystkim opowiedzieć o Chrystusie innym.

Chrześcijaństwo jest misyjne w swej istocie i wrogowie krzyża o tym doskonale wiedzą, dlatego chcą, żeby katolik poszedł na kompromis. Wyznają zasadę: „Jeśli masz ochotę, to wierz, zachowaj to dobro dla siebie, ale nie głoś, nie przemieniaj serc, nie głoś Chrystusa”.

Pod ideałami neutralności światopoglądowej i państwowej, która jest de facto cynicznym nihilizmem, chce się zgasić płomień wiary, a przecież zgodnie z poleceniem Jezusa światła Ewangelii nie zapala się i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim.

Wiele krajów Zachodu ustaliło odwrotne zasady. Często możemy się spotkać bowiem z pomysłami na chrześcijaństwo tworzonymi przez lewicowe, feministyczne, libertyńskie i ateistyczne środowiska, że prawo do wiary, owszem, nie może być negowane, ale należy wszelkie działania społeczne, zwane praktykami religijnymi zamknąć w czterech ścianach domów lub kościołów. Najlepiej gdyby na tych kościołach nie było krzyży i innych symboli religijnych.

Od Jerozolimy, czyli od domu

Chrześcijanin nie powinien poddawać się presji dyskryminującej nowomowy, która w gruncie rzeczy jest stara jak samo chrześcijaństwo. Krzyż zawsze wywoływał sprzeciw. Symbole katolickie, gest i rytuał demaskowały katolików przed ich wrogami. Za ich sprawą byli prowadzeni na rzeź.

Jeżeli mamy realizować w sposób efektywny misję, jaką wyznaczył nam Chrystus, musimy wyjść z domów, z kościołów, aby nieść prawdę Ewangelii innym ludziom. Jezus, posyłając swoich uczniów, kiedy rozsyłał ich na cały świat, powiedział znamienne słowa, które trochę nam umykają, bo znamy dobrze drugą część jego mowy: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię”. Ale zanim padły te decydujące o losach ludzkości, również Europy, wytyczne, Mistrz powierzył Apostołom zadanie rozpoczęcia działalności od Jerozolimy, od swoich, a dopiero potem ruszenie w różne strony świata. Nasza postawa wymaga tej wielkiej determinacji pierwszych Apostołów.

Warto przywoływać wydarzenie opisane w Dziejach Apostolskich, aby naświetlić metodę działania chrześcijanina, także w obecnej postmodernistycznej rzeczywistości. Może nawet zwłaszcza teraz. Kiedy Piotr i Jan zostali zatrzymani przez władze świątynne za nauczanie w imię Chrystusa, następnie postawieni przed Sanhedrynem, wypowiedzieli ważne słowa, które stały się mottem kardynała Stefana Wyszyńskiego. „Przywołali ich potem i zakazali im w ogóle przemawiać, i nauczać w imię Jezusa. Lecz Piotr i Jan odpowiedzieli: »Rozsądźcie, czy słuszne jest w oczach Bożych bardziej słuchać was niż Boga? Bo my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli«. Oni zaś ponowili groźby, a nie znajdując żadnej podstawy do wymierzenia im kary, wypuścili ich ze względu na lud, bo wszyscy wielbili Boga z powodu tego, co się stało” (zob. Dz 4,18-21).

My także nie możemy nie mówić, nie świadczyć, nie okazywać, nie uczestniczyć w rytuałach, które od wieków przekazuje nam Kościół Święty. To sprawa wyboru i dojrzałości wewnętrznej, a nie puste znaki, czcze manifestacje.

Dr Tomasz M. Korczyński

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... wiary.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 26 wrz 2014, 07:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Najświętsze Serce Jezusa i życie polityczne

Odnowić pamięć o Bożej miłości (17)

Wiek XIX, zwłaszcza jego druga połowa, odznaczał się niezwykłym i wszechstronnym dynamizmem w poszukiwaniu adekwatnych form czci Najświętszego Serca Jezusa oraz kształtowania w jego świetle życia osobistego i społecznego. Patrząc retrospektywnie na ten fakt, uwagę zwraca baron Alexis de Sarachaga (1840-1918), arystokrata hiszpański, i jego zaangażowanie, którego owoce wciąż trwają w Kościele. W młodości zajmował pozycje republikańskie i liberalne, ale potem nawrócił się, porzucił dyplomację, w której służbie pozostawał, będąc nią głęboko nieusatysfakcjonowany, i zajął się szerzeniem społecznego królestwa Jezusa Chrystusa. Na ukierunkowanie jego życia i podjętych działań decydujący wpływ miało spotkanie z jezuitą Viktorem Drevonem (1820-1880).

Człowiek czynu – Alexis de Sarachaga
Sarachaga po swoim nawróceniu zachwycił się ideą restauracji społecznego królestwa Chrystusa, którego podstawy wypracował wspomniany już we wcześniejszym naszym felietonie jezuita Henryk Ramière, a którą propagował z pewnymi nowymi akcentami Drevon. Zasługą tego ostatniego było złączenie tej idei z dziełem komunii wynagradzającej, którą praktykujemy do dziś w ramach kultu Najświętszego Serca Jezusa. Odnowa życia duchowego i społecznego domaga się ekspiacji za indywidualne i zbiorowe obrażanie Boga. Dopiero potem ta praktyka została przyjęta przez Apostolstwo Modlitwy.

Sarachaga był człowiekiem czynu wyrastającego z idei obecnych w kulcie Serca Jezusa. Po opublikowaniu przez Ernesta Renana książki „Żywot Jezusa” założył akademię i orszak Chrystusa, aby bronić Jego boskości i królowania. Następnie, po wprowadzeniu rozdziału między Kościołem i państwem, którego promotorem był rząd hiszpański po detronizacji w 1869 r. królowej Izabeli, zaczął podkreślać znaczenie polityczno-społeczne kultu Serca Jezusa. Widząc nieporządek w ówczesnym świecie, będący owocem diabelskiej zmowy liberalno-protestanckiej, mającej na celu zastąpienie prawa Bożego prawem ludzkim w relacjach między narodami, wskazał jako jedyną drogę ocalenia powrót do królewskiej władzy Chrystusa za pośrednictwem Kościoła. W 1871 r. opublikował książkę o bardzo wymownym tytule: „Chrystus króluje. Jedyne zbawcze wołanie dla Hiszpanii, jedyne zbawcze wołanie dla Europy, jedyne zbawcze wołanie dla świata”. Zachęcał w niej katolików do utworzenia nowej rycerskiej szlachty, która zastąpiłaby istniejącą, niezdolną już do obrony praw Chrystusa Króla. W tej książce, o czym warto pamiętać, pojawia się idea, która później wejdzie do nauczania i kultu Kościoła, ścisłego związku między kultem Serca Jezusa i kultem Chrystusa Króla. Propozycja ta pozostaje żywa do dziś, zasługując na aktualizację w dzisiejszej pobożności i w propozycjach o charakterze pastoralnym.

W 1882 r. Sarachaga w Paray-le-Monial założył Stowarzyszenie Społecznego Królestwa Jezusa Chrystusa. Jego celem miały być działania propagujące doktrynę królewskości Chrystusa. Punktem wyjścia tych działań miało być orędzie, które za pośrednictwem św. Małgorzaty Marii Alacoque w doznanych przez nią objawieniach zostało skierowane do króla Ludwika XIV, a które w nowym kontekście społecznym i politycznym miało stać się remedium na rewolucyjną sekularyzację, która sto lat po objawieniach uderzyła w ludzkość i mogła doprowadzić do katastrofy kulturowej i politycznej. Aby takie remedium mogło być skuteczne, potrzebowało narzędzi kulturowych. Mając to na względzie, z inicjatywy o. Devona, Sarachaga zaczął wspierać finansowo tworzenie w Paray biblioteki i muzeum, w którym byłyby zbierane świadectwa historyczne i artystyczne dotyczące Eucharystii i Najświętszego Serca. Miało to być wymowne i widoczne świadectwo miłości do Chrystusa wyrażającej się we wszystkich epokach, przypominające o powszechności tej miłości oraz potrzeby uznania i przyjęcia królewskiej władzy Chrystusa. Po śmierci o. Devona w 1880 r. Sarachaga przejął inicjatywę w propagowanym dziele, zwracając uwagę na potrzebę uformowania nowej elity katolickiej autentycznie żyjącej kultem Najświętszego Serca, która ze swej strony mogłaby oddziaływać na masy katolickie i życie społeczne. W tym celu doprowadził między innymi do powstania budowli w formie świątyni jońskiej, nazwanej Hiéron, na której fasadzie kazał umieścić napis: „A Jésus-Hostie Roi – Jezusowi-Hostii Królowi”. Tam umieścił zebrane kolekcje, niestrudzenie głosił liczne konferencje, przyjmował pielgrzymów i oprowadzał po muzeum. W bardzo krótkim czasie propagowana idea zaczęła wydawać obfite owoce, poszerzając się za sprawą licznych współpracowników, których zaczęła pociągać propagowana idea społecznego królowania Chrystusa. Dla propagowania głoszonych idei Sarachaga założył czasopismo „Królestwo Jezusa Chrystusa”. Być może najważniejszym wątkiem, który został podkreślony w licznych artykułach na łamach tego czasopisma, jest związek między kultem eucharystycznym i królowaniem społecznym Chrystusa, który w rozmaitych postaciach jest żywy do dziś.

Jezuita Jan Maria Sanna Solaro – hołd poddania
Ważnym wydarzeniem w propagowaniu kultu Serca Jezusa przez Sarachagę było spotkanie w 1883 r. z włoskim jezuitą Janem Marią Sanna Solaro, który przeniósł jego idee do Włoch, szczególnie do Rzymu, gdzie inspirowały między innymi nauczanie Papieża Leona XIII i już za pośrednictwem nauczania papieskiego rozeszły się one po świecie. Najbardziej znaczącym wkładem wniesionym przez o. Sannę Solaro było pokazanie, że kult Najświętszego Serca Jezusa może być skuteczną inspiracją w dziedzinie polityki. Bynajmniej nie było to upolitycznienie kultu Najświętszego Serca Jezusa, ale pokazanie jego możliwego oddziaływania na tę coraz bardziej newralgiczną dziedzinę życia społecznego i kulturowego. Chodziło w takim postawieniu sprawy o wydobycie z kultu Najświętszego Serca i obecnych w nim idei teologiczno-duchowych czegoś w rodzaju remedium duchowego, mogącego uleczyć społeczeństwo od różnych form zła, które je zdominowały, a których leczenie domagało się także szerokich działań o charakterze politycznym. Oczywiście, aby te działania mogły być skuteczne, muszą rodzić się w sercu nawróconych polityków i wszystkich mających udział w życiu społecznym. Spoczywa więc na społecznościach i poszczególnych chrześcijanach zadanie poddania się Sercu Jezusa, które będzie prowadzić potem do przekładania się na głoszenie i wprowadzanie w życie, także w dziedzinie politycznej, królewskiego panowania Chrystusa, a tym samym społeczeństwo będzie mogło doznawać odnowy duchowej i kulturowej.

Sanna Solaro zaproponował bardzo konkretne „narzędzie” dla urzeczywistniania tej idei. Miał nim stać się akt poświęcenia się Sercu Jezusa – akt wybitnie religijny, mogący mieć postać indywidualną lub wspólnotową – ale dopełniony przez „akt hołdu”. Ten „akt hołdu”, nawiązujący do średniowiecznej tradycji społecznej, miał być formalnym i publicznym uznaniem na poziomie społecznym, że Chrystus jest Królem społeczności i domaga się On zaangażowania, aż do przelania krwi, na rzecz wprowadzenia porządku chrześcijańskiego i uznania władzy Papieża nad społeczeństwem. Ojciec Sanna Solaro proponował zarówno w swoich pismach, jak i w swoich działaniach potrzebę szerokiego ruchu katolickiego, który, obejmując grupy i instytucje lokalne, będzie stopniowo prowadził do złożenia aktu hołdu Chrystusowi na poziomie narodowym, w który włączą się także władze cywilne. Będzie to droga do odbudowania społeczeństwa chrześcijańskiego, w którym zostanie na nowo uznane władanie społeczne Chrystusa, urzeczywistniające się w Kościele i przez Kościół, zwłaszcza przez Papieża. Wielu polityków chrześcijańskich w całym świecie poważnie potraktowało idee, które propagował o. Sanna Solaro, kierując się w swojej działalności teologią i kultem Najświętszego Serca Jezusa.

Z idei propagowanych przez o. Sanna Solaro narodzi się w bardzo krótkim czasie idea intronizacji Najświętszego Serca Jezusa, która przybierze postać intronizacji rodzin, znanej i propagowanej do dziś, a także będzie stopniowo rozwijać się jako intronizacja społeczna, która znana jest również w Polsce i posiada niewątpliwe znaczenie społeczne, a także polityczne. Chodzi w niej o podniesienie poziomu życia społecznego i politycznego w duchu chrześcijańskim, który jest duchem uniwersalnym.

ks. prof. Janusz Królikowski

http://www.naszdziennik.pl/mysl/99825,n ... yczne.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 04 paź 2014, 07:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Komunia dla rozwiedzionych?

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

Od 5 do 19 października 2014 r. będzie obradował w Watykanie synod biskupów poświęcony rodzinie. Omawiany będzie m.in. trudny problem, czy i ewentualnie pod jakimi warunkami rozwiedzeni i żyjący w nowych związkach cywilnych mogliby przyjmować Komunię Świętą, będąc bez ślubu kościelnego. Jest to problem wielki, gdyż z jednej strony prawo kościelne takim ludziom Komunii zabrania, a z drugiej w niektórych krajach niemal co trzecie małżeństwo się rozpada i ludzie ci są pozbawieni tego istotnego dla życia religijnego daru Chrystusowego.

Sakrament małżeństwa
Małżeństwo w Kościele katolickim to trwały i nierozerwalny (jeśli był ważny) związek kobiety i mężczyzny, dopełniający całe ich życie wspólne i stanowiący podstawową komórkę społeczeństwa, zarówno w państwie, jak i w Kościele. Występowało ono od początków znanej nam historii ludzkiej, choć przybierało różne formy społeczne czy obrzędowe, m.in. była poligamia, czyli wielożeństwo (wiele żon jednocześnie), albo i poliandria, czyli wielomęstwo (jedna żona, a wielu mężów). Chrystus Pan nauczał, że według zamysłu Stwórcy miała być tylko monogamia (jeden jedyny mąż i jedna jedyna żona), gdzie kobieta i mężczyzna mieli stanowić „jedno ciało”, czyli „jednego człowieka” (Mk 10-5-8; Mt 19,4-6; Rdz 1,27; 2,24). Dla Żydów Mojżesz zgodził się na poligamię ze względu na „zatwardziałość ich serc” (Mk 10,5; Mt 19,8). W łonie przyrody Bóg stworzył człowieka dwupłciowego dla dobra biogenezy, rozwoju psychicznego, społecznego i duchowego.

Według nauki Chrystusa, wolą Boga jest nie tylko, by małżeństwo było monogamiczne, lecz także nierozerwalne, tak że jeśli ktoś świadomie i w sposób wolny małżeństwo rozrywa, to łamie wolę Boga, grzeszy przeciw Niemu, a także przeciw społeczności ludzkiej. „Faryzeusze pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając [Jezus] zapytał ich: ’Co wam nakazał Mojżesz?’. Oni rzekli: ’Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić’. Wówczas Jezus rzekł do nich: ’Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę; dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!’. W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. Powiedział im: ’Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo’” (Mk 10,2-12. Por. Mt 5,31-32; 19,3-9; Łk 16,18).

U Mateusza (5,32; 19,19) są wtrącone słowa: kto oddali swoją żonę „z wyjątkiem przypadku nierządu – porneia”… Otóż liczne Kościoły wschodnie słowo „porneia” tłumaczyły jako „cudzołóstwo”. Stąd przyjmowały rozwód kościelny w przypadku cudzołóstwa i w konsekwencji możliwość drugiego i następnych ślubów kościelnych. Tymczasem badania przyznały rację Kościołowi katolickiemu, że „porneia” oznacza „kazirodztwo”.

A to jest zasadnicza różnica. W owym czasie bowiem wśród pogan na Bliskim Wschodzie był zwyczaj zawierania małżeństw nawet z najbliższymi krewnymi, co było niezgodne z prawem Bożym. Stąd ów wtręt należy tłumaczyć następująco: „z wyjątkiem przypadku związku kazirodczego”, czyli nieważnego i tak, niezgodnego z wolą Bożą (J. Bonsirven, J. Homerski). Dlatego cudzołóstwo nie rozrywało małżeństwa samo z siebie, była możliwa pokuta i przebaczenie, a jeśli nie, to separacja. Rozwód kościelny mógł być, choć niepolecany, tylko wtedy, gdy jedna strona była pogańska i nieochrzczona (tzw. przywilej Pawłowy: 1 Kor 7,15-16).

Pierwotne chrześcijaństwo wyniosło małżeństwo bardzo wysoko. Uznało je za sakrament, ustanowiony w Kanie Galilejskiej (J 2,1-11) i odwzorowujący zaślubiny Chrystusa z Eklezją (Kościołem) (Ef 5,22-37; Kol 3,18-19; 1 P 3,1-7). Jest to sakrament miłości między mężem i żoną oraz ich obojga z Bogiem i zarazem sakrament przymierza na zawsze między mężem a żoną oraz ich obojga z Bogiem. Nie jest to więc związek tylko cielesny czy tylko emocjonalny, lecz przede wszystkim całoosobowy: umysłowy, duchowy, moralny, społeczny i twórczy, niejako związanie dwóch światów w jeden, z zachowaniem oczywiście swoich właściwości, zadań, cech, godności i wolności. Po dwóch niespełna tysiącach lat św. Jan Paweł II określi małżeństwo jako „communio personarum”, czyli jako „komunię osób”, będącą pełnym darem jednej dla drugiej, a razem odniesionych ku Bogu. Bóg daje im i ich rodzinie szczególną łaskę sakramentalną, która ich uświęca i wspiera w wypełnianiu wszystkich zadań doczesnych i religijnych. Sakramentu udzielają oni sobie nawzajem, ale w łonie Ciała Mistycznego Jezusa, czyli w łonie Kościoła, i dlatego ślub jest zawierany w obecności czynnika kościelnego (bez niego mógł być zawarty tylko w sytuacji ciężkiego prześladowania Kościoła, np. w Związku Sowieckim).

U wielu ludzi budzi, zwłaszcza dziś, pewien sprzeciw nierozerwalność małżeństwa „aż do śmierci”, ale to czyni właśnie sakramentalność małżeństwa i radykalizm ewangeliczny. Dla wielu Kościołów prawosławnych powtórne małżeństwo ma być sprzeczne z Ewangelią, ale jest dopuszczalne – jak za Mojżesza – ze względu na „słabość ludzką”. Ten drugi ślub nie jest już uroczysty. Po zawarciu drugiego wymaga się pokuty i powstrzymania się od Komunii przez kilka lat. Podobnie „pokutuje się” po trzecim małżeństwie, dopiero czwarte jest zakazane. Przy czym uważa się, że Komunia gładzi wszystkie grzechy, także związane z rozwodem, nawet bez spowiedzi. Wschód ma inną logikę. We wspólnotach protestanckich małżeństwo nie jest sakramentem, tylko zwykłym religijnym aktem wiary w Stwórcę, ale seks pozamałżeński jest grzechem. Jednak coraz szerzej jest przyjmowana antykoncepcja, aborcja, in vitro i szerzą się ogromnie rozwody. Dla jednych i drugich rozwód nie jest żadną przeszkodą do przystępowania do Stołu Pańskiego, a jednak i to jest teraz niezmiernie rzadkie.

Komunia Święta
Eucharystia spełniona w Komunii, czyli przyjęciu Ciała i Krwi Pańskiej, daje człowiekowi wierzącemu udział w życiu Bożym Trójcy Świętej i Bóg udziela się człowiekowi ze swoją uprzedzającą miłością. Tak tworzy się jedno Ciało z Chrystusem. Komunia wymaga stanu łaski, gładzi grzechy lekkie, nie ciężkie czy śmiertelne, i jest samym szczytem życia religijnego (KKK nry 1391-1401). Wierny przystępujący do Komunii musi mieć wiarę, że jest w niej realnie, choć na sposób misterium, osoba Jezusa Chrystusa, musi być ochrzczony i być w stanie łaski: „kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,29).

Wykluczeni są od przyjęcia Komunii: niebędący w stanie łaski, czyli żyjący w grzechu śmiertelnym (1 Kor 11,29; 5,1.5), nieochrzczeni, niezłączeni z Kościołem, publiczni grzesznicy – „bez szaty godowej” (Mt 22,12), wierni ekskomunikowani i obłożeni interdyktem po wyroku, wierni po rozwodzie cywilnym, którzy zawarli inny związek cywilny oraz żyjący tylko w związkach małżeńskich cywilnych, w związkach wolnych i na próbę (Familiaris consortio nr 82 i 84), a wreszcie masoni i im podobni, członkowie i zwolennicy partii nieuznających wartości religii i zwalczających chrześcijaństwo oraz Kościół (ks. prof. Czesław Krakowiak). W przypadku grzechu ciężkiego przed Komunią obowiązuje spowiedź.

Co do interkomunii, to – krótko mówiąc – Kościół katolicki przyjmuje do Komunii prawosławnych bez zastrzeżeń, protestanci zaś powinni wyznać wiarę w obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Kościół godzi się także na przystępowanie katolików do Komunii w cerkwi, tyle że prawosławni nie chcą dopuszczać katolików, uważając nas za heretyków. Nie wolno natomiast katolikom przystępować do Stołu Pańskiego u protestantów, ponieważ oni nie uznają realnej obecności Chrystusa w Eucharystii i nie mają sakramentu kapłaństwa. Kościół katolicki nie pyta jednych i drugich o stan łaski, prawdopodobnie zakłada, jak niektórzy prawosławni, że Komunia gładzi wszystkie grzechy.

Problemy z Komunią dla rozwiedzionych
Mówimy tu, oczywiście, o żyjących w nowych związkach małżeńskich. W związku z Komunią nasuwają się następujące problemy:



1. Jeżeli nie było kanonicznego orzeczenia nieważności poprzedniego małżeństwa kościelnego, to nowy związek jest sprzeczny z prawem Chrystusowym i zaciąga ciężką winę, której – według całej tradycji katolickiej – sama Komunia Święta nie gładzi. Może to mieć miejsce jedynie przy Wiatyku, gdy spowiedź jest już niemożliwa. W normalnych warunkach spowiedź nie ma sensu, gdyż spowiadający się musiałby zmienić swoje życie i zerwać ten nowy związek, żeby otrzymać rozgrzeszenie. Owszem, niektórzy powiadają, że wystarczy, gdy obie osoby będą żyły jak brat z siostrą, ale to nierealne i powodowałoby wielki kompleks życiowy.



2. Jak można dopuszczać do Komunii np. człowieka, który jest znany w danym środowisku jako nieżyjący w związku sakramentalnym? Czy to nie niszczy całej dyscypliny sakramentalnej, liturgicznej i moralnej? Ktoś np., kto opuścił swoją pierwszą żonę ze wspólnymi dziećmi i związał się z jakąś „pierwszą i prawdziwą swą miłością życia”, może przystępować jednocześnie z porzuconą do Komunii Świętej, dokonując najwyższego aktu komunii z Chrystusem? Czy ze strony Kościoła nie byłoby to nobilitowanie bluźnierstwa? Owszem, może winę za rozpad małżeństwa ponosić druga strona, porzucona, ale kto to rozsądzi w akcji liturgicznej.



3. Ewentualna praktyka dawania Komunii Świętej rozwiedzionym prowadzi wprost do degradacji, a nawet i do zniesienia sakramentu małżeństwa. Dla katolików sakrament małżeństwa nie jest li tylko zwykłym rytem prawno-liturgicznym, ale trwałym znamieniem łaski Bożej i komunii z Chrystusem. Degradacja sakramentu małżeństwa pociąga za sobą z koniecznością także redukcję Komunii Świętej do jakiejś czynności zwyczajowej czy nawet magicznej, co robią nieraz z Komunią wyznawcy innych religii. Albo Komunia w tym przypadku miałaby być tylko rodzajem świeckiej nobilitacji wobec otoczenia.



4. Komunia dla rozwiedzionych i żyjących w związku niesakramentalnym aprobowałaby rozerwalność małżeństwa sakramentalnego. Małżeństwo sakramentalne jest wtedy sprowadzane do zwykłego świeckiego kontraktu na określony czas. Wpływa to także bardzo ujemnie na dzieci tych ludzi, jeśli są one świadome sytuacji. Komunia taka degraduje w ich oczach samą Eucharystię, sakrament małżeństwa i Kościół. Widzą one to wszystko jako grę i życiową kombinację. Również nie usprawiedliwia tego „silne, sentymentalne pragnienie Chrystusa” u ludzi bardzo sentymentalnych, bo to przywodzi na myśl także usilne pragnienie dziecka z in vitro, co jest po prostu skrajnym i grzesznym egoizmem, bo po trupach innych.



5. Z kolei taka praktyka Komunii niweczy poczucie grzechu, przede wszystkim w dziedzinie seksu, a w konsekwencji degraduje sakrament pokuty, w tym spowiedzi. Nakłada się na to przede wszystkim współczesny duch libertynizmu, hedonizmu i egoizmu. Już w latach 60. ub. wieku, tuż po soborze, który nieraz odbierano jako zwolnienie z dyscypliny seksualnej, spowiadający się we Francji, Belgii, Holandii nie wyznawali już swoich grzechów, a tylko mówili: „Prowadzę życie niepogłębione religijnie”. To wszystko! Zresztą dziś uciera się zwyczaj Komunii bez spowiedzi w ogóle. Sami święci! A więc problem rozwodników wiąże się ściśle z głębokim upadkiem religijnym całego społeczeństwa w ogóle i nie można go traktować wyimkowo.

6. Komunia zbyt „łatwa” i bez dyscypliny moralnej ulega spowszednieniu, a nawet profanacji. Oto niektóre wspólnoty katolickie sprowadzające sakramenty i religię do samego sentymentu, do szukania „błogostanu” uczuciowego, zbierają się gdzieś w piwnicy z kapłanem lub i bez niego, zapalają świece, biorą wielki jak stół placek, łamią po kawałku i „rozkoszują się bliskością Pana”, przy czym opowiadają różne pseudoreligijne brednie. Dzisiaj coraz częściej chce się religii czysto irracjonalnej, odpowiednio do wielkiego irracjonalizmu współczesnego życia duchowego.



7. Sakramentalny charakter zarówno Eucharystii, jak i małżeństwa stanowi podstawowy element całej konstrukcji kościelnej od początku. Jego pomniejszenie, a zwłaszcza odrzucenie, rujnuje całą logikę Kościoła katolickiego, strukturalną i duchową. Wprowadzenie praktyki Komunii dla łamiących wolę Chrystusa nie ogranicza się bowiem tylko do poszczególnych par, lecz rzutuje na całą społeczność Kościoła, który szybko musiałby przejść albo na humanizm protestancki, albo na nieokreśloność Wschodu, albo na instytucję czysto charytatywną. W tej postaci to do Komunii musiałyby być dopuszczane także osoby żyjące w związkach partnerskich i homoseksualnych i byłoby to dla nich jeszcze łatwiejsze niż dla nieformalnych związków heteroseksualnych.



8. I wreszcie mogłoby to być jakimś ustępstwem wobec ogólnoświatowej akcji, jaką od połowy XX wieku rozwijają liberałowie, trockiści i neolewica, by całe życie społeczeństw objąć m.in. skrajną seksualizacją, wyrzucić z niego całkowicie „surową” etykę katolicką i zrujnować doszczętnie sam Kościół. Niestety, ta powszechna akcja osiąga duże rezultaty i wpływa nawet na samo duchowieństwo. Takie sterowane zresztą przez właścicieli tego świata mentalności destruktywne kształtują nieraz ducha całych społeczeństw. Dziś już małżeństwo żyjące wysoko etycznie bywa często publicznie zawstydzane. I tak libertynizm seksualny jawi się jako poważna herezja współczesna, bo jest ona nie tylko praktyką, ale przede wszystkim doktryną.

Z problematyki pastoralnej
Praktyka udzielania Komunii Świętej osobom żyjącym w związkach nieformalnych w Kościele pojawiła się w Niemczech tuż po Soborze Watykańskim II. Na razie nie w formie ciągłej, lecz w szczególnych okolicznościach, np. przy okazji Pierwszej Komunii Świętej dzieci. Potem udzielano też Komunii „z potrzeby żywej religijności”, jednak nie w swoim kościele, żeby „nie gorszyć” swojego otoczenia. Taka praktyka duszpasterska przenikała także, choć po cichu i wyjątkowo, i do Polski.

Kiedy w Niemczech praktyka ta przybrała szerokie rozmiary, św. Jan Paweł II zakazał jej specjalnym listem skierowanym do biskupów niemieckich. Wówczas listu nie przyjęli biskup Rottenburga – Stuttgartu Walter Kasper oraz biskup Moguncji Karl Lehmann. Żeby jednak nie doprowadzić do wielkiego konfliktu z Episkopatem Niemiec, Jan Paweł II po pewnych ich gestach obu uczynił dyplomatycznie kardynałami. Jednakże do dziś Jan Paweł II i popierający go Benedykt XVI są krytykowani jako zbyt „surowi”. Ale, jak widzimy, praktyka udzielania Komunii ludziom bez uregulowania statusu sakramentalnego, choć przyhamowana, nie przyniosła rozwoju religijności w Niemczech, lecz raczej przyczyniła się do dalszego jej upadku.

Jednocześnie we Francji, też ciągle niespokojnej intelektualnie, próbowano innych rozwiązań. A mianowicie część kanonistów zaczęła głosić, że sakrament małżeństwa nie dokonuje się od razu w momencie ślubu, lecz dopiero zaczyna się rodzić i może dojrzewać do właściwego stanu, zwłaszcza co do nierozerwalności, przez całe lata, 10, 20 i więcej. A zatem sakrament może dojrzeć do swego znaczenia, a może nie dojrzeć. Toteż przed pełnym „dojrzeniem” można wszystko zerwać i „zaczynać” nowe małżeństwo. Oczywiście i te poglądy Watykan odrzucił.

Dziś modne się stało powoływanie się we wszystkim na Miłosierdzie Boże jako „największy przymiot Stwórcy”. Jednak i Miłosierdzie nie może być wyjęte z całości. Za Gomułki krążył wśród studentów taki kwiz: Czym się różni Gomułka od Pana Boga? Odpowiedź by była taka: Pan Bóg jest nieograniczenie miłosierny, a Gomułka jest niemiłosiernie ograniczony.

Ale poważnie. Idea Miłosierdzia Bożego jest bardzo istotna i jest łaską dla naszych czasów szczególnie. Ale bywa nadużywana. Znamy choćby takie „miłosierne” zdanie, że „Bóg kocha cię takiego, jakim jesteś”, co sugeruje, że Bóg kocha z powodu grzechów, a nie pomimo grzechów, czyli im więcej będziesz grzeszył, tym bardziej Bóg będzie cię kochał, bo ty jesteś tego wart jako ty. Podobnie miłosierdzie ma dziś zastępować dawną apokatastazę, czyli naukę, że wszyscy ostatecznie będą zbawieni, łącznie z szatanem. Miłosierny Bóg ma to uczynić, choćby te istoty nie chciały zbawienia.

Niewątpliwie nadchodzą czasy i dla Kościoła, żeby żył bardziej Miłosierdziem Bożym i swoim. Wszystkie niemal religie świata ulegały z wiekami pewnej humanizacji, personalizacji, łagodnieniu, ociepleniu. Wiemy np., że i w Kościele katolickim bardzo łagodnieją różne prawa, np. dyscyplina postu, taktyka rządzenia, wolność osobista itd. Tak się ma także dyscyplina prawna w ogóle. Miłosierdzie zatem staje się szczególną łaską czasu. Ale miłosierdzie i rozwój nie rozbijają istoty religii i Kościoła. Nie możemy doprowadzić do całkowitego subiektywizmu religijnego i do emocjonalizmu, a także do schlebiania słabości, błędom i bezprawiu. Chrystus nie może być uważany za „kumpla” albo lud Kościoła za nauczyciela Chrystusa, jak chcą niektórzy katolicy liberalni.

Przykładem takiej mentalności jest dzisiejsza forma uczenia w szkole: to nie nauczyciel naucza dzieci, jak mówi samo słowo „nauczyciel”, lecz uczeń uczy nauczyciela. Jest to wariactwo pedagogiki liberalnej. Trzeba i w Kościele posłuchać sentencji Papieża św. Leona Wielkiego (zm. 461): populus est docendus, nonsequendus – lud trzeba nauczać, a nie za nim iść (Ep XII). Jakkolwiek więc każda wielka epoka Kościoła wnosi jakieś nowe światło w tłumaczeniu Objawienia, to jednak nie nauczają nas słabości ludzkie, lecz zawsze Chrystus. Dlatego też żadna ankieta nie może być ważniejsza od Pisma Świętego.

x
Jak widzimy już po tej próbce, problem Komunii dla rozwiedzionych i żyjących w innych związkach jest bardzo ciężki i wieloaspektowy. Z jednej strony – waga Eucharystii jako „matki sakramentów”, a z drugiej strony – sakramentalne przykazanie Chrystusa i cierpienie rozwiedzionych osób szczerze religijnych. A do tego dochodzi słabnące coraz bardziej wartościowanie obu sakramentów. Z duszpasterstwa wiemy dobrze, że coraz częściej osoby kohabitujące ze sobą nie chcą ani Eucharystii, ani ślubu kościelnego, choć nie mają żadnych przeszkód. Zapytani odpowiadają: „O, jakoś tak wyszło!”. Trzeba odradzać w ogóle ducha religijności, wiary, miłości i prawości.

Toteż myślę, że należy w naszym temacie zachować przede wszystkim wolę Chrystusa co do małżeństwa. Rozwiedzeni nie są przecież wykluczeni ani z życia religijnego, ani z Kościoła. Nie są pozbawieni wielkich darów Bożych. Mogą prowadzić życie chrześcijańskie, społeczne, modlitewne, misyjne, charytatywne i kulturalne w duchu chrześcijańskim. Jeśli pozostają religijni, to stają się mądrzejsi życiowo, bardziej pokorni, prawdziwi, refleksyjni i może bardziej serdecznie tęsknią za Chrystusem. Innym pokazują, że Kościół i religię traktują poważnie i posłusznie. A swoim dzieciom i bliskim pokazują, jak różnorakie i różnoważne są losy człowiecze i, jeśli trzeba, przestrzegają przed ich komplikacjami.

A przede wszystkim mogą prosić Boga o łaskę skruchy za swe ewentualne winy i słabości, a głównie o łaskę doskonałej miłości Boga, która to miłość gładzi grzechy, nawet ciężkie, tyle że trzeba je kiedyś wyznać na spowiedzi.

Przez chrzest i bierzmowanie otrzymali przecież ducha Bożego: „Nie otrzymaliście przecież – mówi Pismo – ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów /za dzieci/, w którym możemy wołać: Abba, Ojcze, Tato!” (Rz 8,15. Por. Ga 4,6). I możemy w każdym stanie powtarzać za Jezusem: „Abba, Tato, dla Ciebie wszystko jest możliwe, lecz nie to, co ja chcę, ale to, co Ty, niech się stanie” (Mk 14,36).

Jeśli chodzi o metody duszpasterskie, to warto sięgnąć i do wybitnych metod nawet pogańskich. Mam tu na myśli czasy upadku republiki rzymskiej i postępowanie Cezara Augusta Oktawiana (30 przed n.Chr. – 14 po n.Chr.). Tamta faza dziejów Rzymu była podobna do naszej dziś. Wśród wyższych sfer Rzymian degeneracja moralna i kulturalna dogłębna. Wojny domowe, szał walki o władzę, godności i zaszczyty. Mordy między rodami. Powszechne uprawianie seksu i rozpusty. Niemal powszechne i wielokrotne rozwody. A także częste unikanie zawierania małżeństw. Unikanie potomstwa, aborcja, jeśli już dziecko, to raczej tylko jedno, najwyżej dwoje, i to właśnie u bogatych. Ucisk ubogich i niewolników. Rozboje i kradzieże. Oszustwa handlowe i ograbianie krajów podbitych lub skonfederowanych. Ucisk chłopów. Brak własnych ludzi na żołnierzy, trzeba ich najmować od barbarzyńców.

A jednak Cezar August tak odrodził Państwo Rzymskie, że nastała długa Pax Romana i imperium nabrało mocy na dwieście czy trzysta lat. Jak to zrobił? Mówiąc krótko: dzięki mocnej osobowości, przez stanowienie mądrych praw, przez odrodzenie małżeństwa i rodziny rzymskiej, przez odrodzenie religijności, podniesienie dyscypliny i moralności, przez podnoszenie kultury i sztuki, budzenie ducha patriotyzmu rzymskiego i przez rozwinięcie karnej armii. W każdym razie było to działanie integralne, nie tylko na jednym izolowanym odcinku, i bez kompromisów w stosunku do zdegenerowanych klas.

Podobnie i dziś w Kościele problem Komunii prowadzi do problemu małżeństwa, problem małżeństwa do problemu całej rodziny, problem rodziny do problemu społeczeństwa, problem społeczeństwa do problemu bardzo zdegenerowanego państwa, problem państwa do problemu religii i Kościoła. Przychodzi konieczność odrzucenia ateistycznych i przeważnie niemoralnych państw dzisiejszych, by utworzyć autentyczne państwa. Bo dopiero prawdziwa współpraca państwa i religii może się przyczynić do rozwoju i postępu ludzkości w dziedzinie materialnej i zarazem duchowej.

Walka państwa z religią i walka religii z państwem prowadzą do upadku współczesnego świata. Ale i religia musi być godna. Pojawienie się współcześnie terroryzmu w imię Boga jest wielką tragedią i samobójstwem dla islamu i niektórych innych religii. Ale i coraz liczniejsze państwa na świecie robią się znów terrorystyczne wobec religii i Kościołów, przypisując sobie przy tym atrybuty boskie. Wydaje się jednak, że do rozwiązywania nowych wielkich problemów, zwłaszcza etycznych, będzie potrzebny nowy sobór, który by dopełnił Vaticanum II.

http://www.naszdziennik.pl/wp/101415,ko ... onych.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 28 paź 2014, 07:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Jesteśmy, by leczyć rany

Z ks. abp. Stanisławem Gądeckim rozmawiają ks. Leszek Gęsiak SJ z Radia Watykańskiego i Marcin Perłowski z „Naszego Dziennika”
Księże Arcybiskupie, spotykamy się po bardzo ważnym etapie pracy Kościoła, po zakończeniu bardzo ważnego synodu. Proszę o pierwsze refleksje i podsumowanie tego, co wydarzyło się w auli synodalnej w ostatnich dniach, a zwłaszcza w końcówce obrad.
– Gdy myślę o tych dwóch tygodniach synodalnych, chciałbym zwrócić uwagę na trzystopniowość, która towarzyszyła temu, podobnie jak innym synodom. Na początku: „Relacja ante disceptationem”, która została przedstawiona przez ks. kard. Petera Erdö. Zyskała ona dość duże uznanie ze względu na swoją kompletność i na wyważony sposób przedstawienia problemów związanych z małżeństwem i kazusami specjalnymi, tzn. z małżeństwami regularnymi i małżeństwami nieregularnymi. Ta pierwsza wersja po dyskusji została sformułowana na nowo, z uwzględnieniem głosów, które padły w międzyczasie.

Powstała zatem relacja po dyskusji [Relatio post disceptationem – przyp. red.], która wzburzyła zgromadzenie synodalne i swoim przesłaniem wywołała sporo złego echa na świecie. Szczególnie negatywne echo wywołało ujęcie dwóch, trzech punktów, na których skupiła się prasa międzynarodowa. Była to wersja, z którą wielu ojców synodalnych się nie identyfikowało; przedstawiała wizję odległą od przekonania wielu zgromadzonych. Tłumaczono się później, że trudno jest zsyntetyzować relacje ok. 180 ojców synodalnych. Że „Relatio post disceptationem” musiała zostać opublikowana, bo podczas innych synodów ją publikowano.

Dlatego ojcowie synodalni z dużym napięciem oczekiwali na to, co znajdzie się – po dyskusji w grupach językowych – w trzecim tekście („Relatio Synodi”). W tychże grupach (circuli minores) z większą dokładnością poddano analizie brzmienie poszczególnych punktów. Na koniec prac każda z 10 grup językowych przygotowała riassunto, czyli krótką syntezę swojej pracy. Te dziesięć syntez przedstawiało obraz tematu znacznie odbiegający od tego, co znajdowało się w poprzednim „Relatio post disceptationem”. Po odczytaniu tych syntez powstał problem stosowności ich publikacji, były to bowiem w dalszym ciągu teksty robocze. Ostatecznie jednak zostały one opublikowane w wersjach językowych i przyniosły mediom powód do następnych spekulacji.

Po przedstawieniu syntez pracy grup językowych przystąpiono – z uwzględnieniem ich treści – do zredagowania treści trzeciego tekstu, tym razem już nie w formie tekstu roboczego, ale w formie dokumentu („Relatio Synodi”). Tekst tego „Relatio” został przegłosowany – punkt po punkcie – i przyniósł ulgę. Na 62 punkty tylko 3 nie otrzymały większości kwalifikowanej. 59 punków zostało uznane za sformułowane w sposób odpowiadający dotychczasowemu nauczaniu Kościoła. „Relatio Synodi” zostało przekazane Ojcu Świętemu, a sekretarz synodu obiecał ją opublikować, z wynikami głosowania nad poszczególnymi punktami.

To może z nieco innej strony: po negatywnym oddźwięku wobec drugiej wersji można było odnieść wrażenie walki toczącej się na synodzie. Czy takie było doświadczenie Księdza Arcybiskupa?
– Synod jest pracą pod przewodnictwem Ducha Świętego. Także to, iż 183 ojców synodalnych mówi różne rzeczy, jest wpisane w kolegialność. Zanim zacznie się synod, z góry wiadomo, że – ze względu na różną wrażliwość, przygotowanie i pochodzenie – pojawią się także sprzeczne zdania. Ostatecznie nawet te sprzeczności mają swoje znaczenie, ponieważ one zwracają uwagę na słabe punkty dyskutowanych tematów, które należy skorygować.

Poczucie walki? Nie mam takiego poczucia. Synod to wspólna droga, to kolegialność, to służba Kościołowi każdego i wszystkich. Nie przyjechaliśmy do Rzymu, aby z kimkolwiek walczyć, ale by służyć i to w taki sposób, jaki każdy z nas uważa za najlepszy. Chcieliśmy przedstawić sprawy małżeństwa i rodziny z punktu widzenia własnego doświadczenia duszpasterskiego po to, by Ojciec Święty miał jak najpełniejszy obraz rzeczywistości, by mógł dać jak najlepszą odpowiedź na bolączki dzisiejszego świata.

Jak zatem przebiegały głosowania nad „Relatio Synodi”? Czy podczas końcowych prac doszło do odrzucenia jakichś zaproponowanych punktów?
– Było 183 ojców na 192, którzy byli uprawnieni do głosowania, z czego wynikało, że większość dwóch trzecich stanowiła 123 głosy. Każdy punkt, który zyskał więcej niż 123 głosy, przechodził jako przyjęty przez synod, a każdy, który zyskał mniej – nie przechodził. O wysokim poziomie „Relatio Synodi” świadczy to, że na 62 punkty, z których ten dokument się składa, tylko 3 zostały odrzucone (punkty 52, 53 i 55), nie zyskując kwalifikowanej większości.

Najmniej głosów zyskał punkt 52, dotyczący tych, którzy się rozwiedli, a następnie zawarli związki cywilne, a mieliby otrzymać możliwość przystępowania do sakramentów pokuty i pojednania oraz Eucharystii w sprzeczności z dotychczasową praktyką Kościoła.

Ten punkt stanowił oko cyklonu w całej medialnej propagandzie typu liberalnego, która uprzedzała i towarzyszyła synodowi.

Punkt 53, mówiący o Komunii duchowej, która mogłaby zastąpić ewentualnie Komunię sakramentalną, wzbudził znaki zapytania, dlatego przeznaczono go do dalszego studiowania.

Punkt 55 – który dotyczy osób o orientacji homoseksualnej – z jednej strony podkreśla potrzebę zachowywania delikatności i unikania dyskryminacji wobec tych osób ze względu na ich ludzką godność. Z drugiej strony – wyraźnie podkreślono, że nie istnieje żadna analogia, nawet odległa, między związkami homoseksualnymi oraz planem Bożym dotyczącym małżeństwa i rodziny.

To oznacza, że 59 punktów zostało przyjętych. Jakie są główne linie tego dokumentu?
– Dokument ten jest prosty, skondensowany i to jest jego mocną stroną. Składa się z trzech części.

Pierwsza część jest poświęcona analizie status quo, czyli analizie aktualnej sytuacji małżeństw i rodzin na całym świecie. Nie jest to relacja z tego czy innego kraju, takiej czy innej grupy lub stowarzyszenia, ale relacja usiłująca oddać sytuację, jaka panuje we wszystkich krajach, przez co nabiera dość ogólnego charakteru. Dotyczy to zarówno spraw pozytywnych, jak i negatywnych.

Ten rozdział jest stosunkowo krótki i sprowadzony do niewielu punktów. Przedstawia on najpierw kontekst społeczno-kulturowy (osamotnienie, niemożność spokojnego przeżywania małżeństwa w konfrontacji z trudną sytuacją społeczno-ekonomiczną). Mowa również o wykorzystywaniu seksualnym, przemocy, migracjach, pornografii, prostytucji, o upadku demograficznym i biotechnologiach. Dalej mówi o odpowiedzialności państwa za wspieranie rodzin na płaszczyźnie legislacyjnej. O znaczeniu życia emocjonalnego oraz o wyzwaniach, jakie stoją w tym względzie przed duszpasterstwem.



Kolejna część ukazuje dobrą nowinę o rodzinie…
– Druga część dokumentu została najbardziej przepracowana, ponieważ pierwotnie nie zawierała Ewangelii rodziny, czyli nie przedstawiała tego, jak powinien wyglądać ideał chciany przez Chrystusa. Przepracowano tę część w sposób zasadniczy i w rezultacie został zredagowany tekst satysfakcjonujący. Znajdujemy w nim przedstawienie porządku stworzenia i odkupienia. Mowa o Bogu, który leczy i przemienia serca poprzez łaskę.

Oprócz Ewangelii odwołano się tym razem do Magisterium Kościoła. Pojawiło się odniesienie do „Gaudium et spes”, do „Humanae vitae” bł. Papieża Pawła VI, do św. Jana Pawła II i jego „Familiaris consortio”, także do jego katechez i Listu do rodzin „Gratissimum sane”. Dalej odniesiono się do Benedykta XVI („Deus Caritas est” i „Veritas in caritate”), a także do Ojca Świętego Franciszka („Lumen fidei”). Tak Pismo Święte, jak i dokumenty Magisterium Kościoła wspólnie podkreślają, że małżeństwo i rodzina są przede wszystkim wzajemnym darem, darem całkowitym, gdzie Pan Bóg konsekruje miłość małżonków, ofiarując im jednocześnie pomoc w zachowaniu wierności. Za przykład postawiono Rodzinę z Nazaretu.

Nowy wymiar duszpasterstwa rodzin polegałby na zwróceniu uwagi na sprawę małżeństw cywilnych między mężczyznami a kobietami, na małżeństwa tradycyjne i kohabitacje. Kiedy związki te osiągają znaczną stabilność poprzez więź publiczną, kiedy charakteryzują się głębokim uczuciem, odpowiedzialnością w odniesieniu do potomstwa, zdolnością do przezwyciężania prób, wówczas należy im towarzyszyć w rozwoju ku sakramentowi małżeństwa.

Ważną część dokumentu stanowią też wyzwania duszpasterskie.
– Trzecia część dokumentu dotyczy perspektyw duszpasterskich. Mowa tu o głoszeniu Ewangelii rodzinom dzisiaj w różnych kontekstach, zwłaszcza w tych najbardziej pilnych. O ewangelizacji, prymacie łaski i nawróceniu misyjnym, a jednocześnie o kryzysie wiary i silnej wierze, która nie poddaje się presjom kulturowym. Ponadto traktuje o potrzebie zmiany języka, odwołania się do Pisma Świętego oraz o odnowieniu praktyki pastoralnej. Zwraca uwagę na konieczność radykalnej odnowy praktyki duszpasterskiej, przezwyciężającej spojrzenie indywidualistyczne. Podkreśla potrzebę odnowy formacji kapłanów, diakonów, katechetów i innych pracowników duszpasterskich oraz większe zaangażowanie samych rodzin.

Gdy idzie o narzeczonych, dokument wskazuje na wagę cnót i kładzie nacisk na wzrost cnoty czystości, która stanowi dobre przygotowanie do małżeństwa. Dalej wskazuje na potrzebę większego zaangażowania się całej wspólnoty w pracę duszpasterską, w szczególności na świadectwo samych rodzin, które winny wspierać tych, którzy są słabi. Omawia w tym względzie rolę parafii, stowarzyszeń, ruchów kościelnych, nowych wspólnot. Podkreśla też znaczenie duchowości rodziny, modlitwy i uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii, zachęcając pary do regularnego spotykania się w celu krzewienia rozwoju życia duchowego i solidarności w konkretnych potrzebach życiowych. Wspomina, że liturgie, nabożeństwa i Eucharystie sprawowane dla rodzin, zwłaszcza w rocznicę ślubu, mają istotne znaczenie dla promowania ewangelizacji przez rodzinę.

Wskazuje na potrzebę dialogu pastoralnego z ludźmi żyjącymi w związkach cywilnych czy konkubinatach, z tymi, którzy żyją ad experimentum, lub z małżeństwami tradycyjnymi. Potrzebna jest troska o rodziny zranione (żyjące w separacji, rozwiedzeni, którzy nie zawarli nowych związków, rozwiedzeni w nowych związkach, rodziny z jednym rodzicem). Ważne jest nawiązanie dialogu duszpasterskiego z takimi osobami, aby poznać elementy ich życia, które mogą prowadzić do większego otwarcia na Ewangelię małżeństwa w całej jej pełni.

Nowa wrażliwość dzisiejszego duszpasterstwa polegać ma na wydobyciu elementów pozytywnych, obecnych w małżeństwach cywilnych i – zachowując należne rozróżnienie – w konkubinatach. Potwierdzając jasno przesłanie chrześcijańskie, należy wskazywać także na konstruktywne elementy tych sytuacji, które nie odpowiadają mu jeszcze albo już nie odpowiadają. Mówi także o konieczności przygotowania nowych, pastoralnych dróg, które by towarzyszyły rodzinom rozbitym.

W sposób szczególny odnoszą się do tych sytuacji słowa Papieża Franciszka: „Kościół będzie musiał wprowadzić swoich członków – kapłanów, zakonników i świeckich – do tej ’sztuki towarzyszenia’, aby wszyscy nauczyli się zawsze zdejmować sandały wobec świętej ziemi drugiego (por. Wj 3,5)”.

Na końcu został poruszony temat procedur stwierdzania nieważności małżeństwa, które miałoby mieć przyspieszony rytm. Usprawnienie procedury, oprócz przygotowania dostatecznej liczby odpowiednich pracowników, duchownych i świeckich, poświęcających się temu pierwszoplanowo, wymaga podkreślenia odpowiedzialności biskupa diecezjalnego, który w swej diecezji mógłby powierzyć odpowiednio przygotowanym konsultantom zadanie bezpłatnego doradzania stronom w sprawach ważności ich małżeństwa. Tego rodzaju funkcja może być wypełniana przez urząd lub wykwalifikowane osoby (por. „Dignitas connubii”, art. 113,1).

Osoby rozwiedzione, które jednak nie zawarły nowego związku małżeńskiego, będące często świadkami wierności małżeńskiej, zachęca się do przyjmowania Komunii Świętej, która wspiera je w ich stanie. Parafia i duszpasterze winni towarzyszyć tym osobom troską, zwłaszcza wtedy, gdy mają dzieci lub są w trudnej sytuacji ubóstwa.

W omawianej części dokumentu znajduje się też kwestia Komunii Świętej dla rozwiedzionych?
– W trzeciej części tego dokumentu mowa wreszcie o rozważaniu możliwości dostępu rozwiedzionych, którzy ponownie zawarli związki małżeńskie, do sakramentów pokuty i Eucharystii. Jedni ojcowie synodalni opowiadali się za utrzymaniem obecnej dyscypliny na mocy konstytutywnej więzi między udziałem w Eucharystii a komunią z Kościołem i jego nauczaniem o nierozerwalnym małżeństwie. Inni opowiadali się za przyjęciem do Stołu Eucharystycznego „w pewnych szczególnych sytuacjach i pod ściśle określonymi warunkami, nade wszystko, kiedy chodzi o przypadki nieodwracalne i związane z zobowiązaniami moralnymi wobec dzieci, które mogłyby znosić niesprawiedliwe cierpienia”. Ewentualny dostęp do sakramentów musiałby być poprzedzony procesem pokutnym pod kierunkiem biskupa diecezjalnego.

Sprawę przekazano do dalszego studiowania, wskazując na rozróżnienie między obiektywną sytuacją grzechu a okolicznościami łagodzącymi, zważywszy, że „poczytalność i odpowiedzialność za działanie mogą zostać zmniejszone, a nawet zniesione” na skutek różnych „czynników psychicznych lub społecznych” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 1735).

Te punkty zostały wsparte ostrzeżeniem, by organizacje międzynarodowe nie uwarunkowywały pomocy finansowej dla biednych krajów wprowadzaniem prawa, które pozwoli np. na związki jednopłciowe czy antykoncepcję.

Poruszono także tematy adopcji, edukacji chrześcijańskiej.

Jak zauważył Ksiądz Arcybiskup wcześniej, prace małych grup znacznie przyczyniły się do kształtu końcowego dokumentu. Czy zawarte w wielu sprawozdaniach wątpliwości odnośnie do tzw. stopniowości zostały rozwiązane?
– Zasada „stopniowości” pochodzi z „Familiaris consortio”, ale tam dotyczy ona rozwoju moralnego; w różnych kontekstach, sytuacjach, trzeba zważać na stopniowe dojrzewanie społeczeństwa i świętości różnych ludzi ochrzczonych. Tymczasem ta zasada została zastosowana w tekście „po dyskusji” do zupełnie innego kontekstu. Łatwo pozwoliła ona na rozwiązanie trudnych sytuacji, sprawiając wrażenie, jakoby stan grzeszny miał w sobie coś dobrego.

Zasada „stopniowości” została mocno skrytykowana, podobnie zresztą jak zasada „ziaren słowa” rozproszonych po różnych kulturach i religiach. Nie da się przenosić jednej sytuacji na zupełnie inny poziom i za jej pomocą rozwiązywać zupełnie inne problemy.

Faktycznie, gdybyśmy stosowali te zasady do wszystkich sytuacji, to musielibyśmy się zgodzić ze stwierdzeniami, że homoseksualiści są w stanie ze względu na tkwiące w nich „ziarna dobra” wychować dzieci…
– Synod zasadniczo nic nowego nie powiedział na ten temat. Stwierdzono, że nie istnieje żadna podstawa do porównywania czy zakładania analogii, nawet dalekiej, między związkami homoseksualnymi a planem Bożym dotyczącym małżeństwa i rodziny. Powiedziano też, że nie tylko dorośli, ale również dziecko ma swoje prawa. Ma prawo do wychowania wzajemnie się uzupełniającego przez ojca i matkę. Tego zaś pary jednopłciowe nie są w stanie zapewnić.

Według nauczania Kościoła, mężczyźni i kobiety o skłonnościach homoseksualnych winni być traktowani z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się też unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji

Czy podjęto kwestię nawiązania do grzechu w tekście „Relatio post disceptationem”, którą podnosił Ksiądz Arcybiskup?
– Tak, kwestia ta wracała podczas wewnętrznej dyskusji pośród wielu ojców synodalnych. Stało się tak, ponieważ „Relacja po dyskusji” charakteryzowała się raczej ujęciem socjologicznym aniżeli teologicznym. Być może także dzięki mojemu skromnemu głosowi udało się to uzupełnić.

Księże Arcybiskupie, „Relatio Synodi” nie jest jedynym dokumentem opublikowanym przez synod. Opublikowano tzw. orędzie. Krótsze, ale zawierające mocne przesłanie.
– Tak, zyskało ono dużą przychylność ojców. Orędzie jest – w swoim zamiarze – skierowane do wszystkich rodzin świata, niezależnie od kultury i wiary. Ta wersja została zredagowana przez komitet pracujący pod przewodnictwem ks. kard. Gianfranco Ravasiego, który jest mistrzem w tworzeniu tekstów krótkich, poetyckich, a zarazem głębokich.

W orędziu niektórzy podważali brzmienie ostatniego akapitu, który odnosi się do Komunii Świętej przeznaczonej dla osób rozwiedzionych, którzy zawarli nowe związki. Był to jedyny punkt, który z całego orędzia – do którego ojcowie zgłosili 152 poprawki – był krytykowany za użycie w nim słowa „aktualnie”. Zamiast „aktualnie nie mogą przystępować” do sakramentów pokuty i pojednania, napisano: „Z tego powodu na pierwszym etapie naszego procesu synodalnego zastanawialiśmy się nad towarzyszeniem duszpasterskim i dostępem do sakramentów osób rozwiedzionych żyjących w nowych związkach”.

Odnośnie do Tradycji: gdy jeden z dziennikarzy, powołując się na uwagi Księdza Arcybiskupa, spytał ks. kard. Reinharda Marxa o brak nawiązań do nauczania Jana Pawła II w „Relatio post disceptationem”, ten odpowiedział, że nauczanie Kościoła nie jest statycznym zbiorem zdań…
– Każdy katolik powinien wiedzieć, co znaczy Tradycja w Kościele katolickim. Najpiękniej i najprościej sformułował to Wincenty z Lerynu, który powiedział, że Tradycja to nieustanny rozwój przy niezmienności istoty. Tradycja jest jak dziecko, które nieustannie się rozwija (każdego dnia jest większe, mądrzejsze, dojrzalsze), lecz nigdy nie zmienia swojej istoty (człowiekiem się urodziło i człowiekiem umiera). Nauczanie Kościoła musi nieustannie rozwijać się i dojrzewać, nie zmieniając nic ze swojej istoty, tzn. nie odchodząc w żaden sposób od treści nauki Chrystusa.

Mówiło się, że Papież Franciszek na synodzie milczy, aby się wypowiedzieć na sam koniec. Co powiedział ojcom synodalnym?
– Na koniec Ojciec Święty wygłosił podziękowanie, w którym wspominał o tym, że trzeba z wdzięcznością myśleć o wszystkich, którzy pracowali najwięcej, tzn. o sekretarzu, podsekretarzu, relatorach, sekretarzach specjalnych, przewodniczących, tłumaczach. O tych, którzy przybyli jako audytorzy i delegaci innych wyznań chrześcijańskich. Następnie Papież Franciszek zwrócił uwagę na kolegialność i synodalność, które towarzyszyły temu zgromadzeniu, objawiając się w solidarnej pracy. Sam zresztą na początku zachęcał ojców synodalnych do parresii, czyli do swobodnej wypowiedzi wszystkiego, co ojcowie czują pod tchnieniem Ducha Świętego. Stwierdził, że synod jest w gruncie rzeczy drogą, która przynosi momenty pociechy, rozgoryczenia i dezolacji. Jest on też wystawiony na swego rodzaju pokusy, które nie powinny jednak sprawiać, by uczeń stawał się większy od Mistrza. Wskazywał na właściwe rozeznanie duchów, charakterystyczne dla założyciela jezuitów, św. Ignacego z Loyoli. Mówił też o roli Kościoła, który winien być Kościołem otwartych drzwi, podnosić tych, którzy upadli.

Znalazło to odzwierciedlenie w tych punktach, które mówią o pastoralnym towarzyszeniu parom nieregularnym, o podnoszeniu ich, i pełnym współczuciu dla osób, które zostały porzucone, a teraz dźwigają samotnie wychowanie dzieci, utrzymanie domu. Kościół chce towarzyszyć tym osobom, nie chce nikogo wykluczać, otwiera drzwi i pragnie, aby każdy się w nim odnalazł.

Papież mówił również, że jego zadaniem jest obrona jedności Kościoła, że powinien karmić Lud Boży i podnosić pogubione owieczki. Wspomniał o tym, że jego zadaniem jest miłowanie, wzywanie do miłowania i do nieskończonego miłosierdzia. My wszyscy jesteśmy sługami Kościoła, a on jest Najwyższym Sługą.

Mamy cały rok na dojrzewanie tego, co zostało zasiane na tym synodzie – mamy czas, by to rosło. Zwrócił przy tym uwagę, iż „Relacja”, która zostanie opublikowana („Relatio Synodi”), winna zostać przekazana Konferencjom Episkopatów wszystkich krajów i być przyjęta jako lineamenta do następnego zwyczajnego synodu w roku 2015.

Synod kończy się beatyfikacją Papieża Pawła VI. Czy to jest postać symboliczna w kontekście tego, o czym była mowa na synodzie? Jak skomentować tę uroczystość, szczególną dla Kościoła, podsumowującą prace synodu o rodzinie?
– Myślę, że jest to wydarzenie symptomatyczne przynajmniej z dwóch względów. Najpierw z uwagi na pracę, jaką wykonał Paweł VI, począwszy od drugiej sesji soborowej w atmosferze, w której Kościół wydawał się barką rzucaną przez wiatry na wszystkie strony i zdawał się tonąć. Łatwiej było zacząć sobór, aniżeli go dokończyć. On zdawał sobie sprawę z tego, że w takich okolicznościach bardzo łatwo można rozbić jedność Kościoła. On to wszystko wiedział i wykonał tytaniczną pracę jednoczenia.

Synod jest wydarzeniem o mniejszym wymiarze aniżeli sobór. Tam uczestniczyło ponad 2000 ludzi, tutaj w sumie niecałe 300. Łatwiejsze jest prowadzenie synodu, ale w punktach spornych także należy zachować równowagę ducha i nie dać się pociągnąć ekstremizmom. W tym widzę pewną analogię między synodem a pracą wykonaną przez Papieża Pawła VI.

Drugim punktem stycznym jest niewątpliwie „Humanae vitae”. Papież z tego tytułu zniósł wiele przykrości, szczególnie ze strony tych organizacji, które chciały pomniejszyć wzrost demograficzny w krajach Trzeciego Świata. W rezultacie odbiło się to rykoszetem w krajach bogatych i dzisiaj ich stan jest gorszy niż dawniej tzw. krajów Trzeciego Świata.

Dla mnie Papież Paweł VI jest bardzo bliski. Zaczynałem studia w Rzymie, gdy jeszcze żył. Z zapałem słuchałem jego homilii i podziwiałem jego erudycję. Rozum współpracujący z wiarą.

Księże Arcybiskupie, wiemy, że ten synod, synod nadzwyczajny, to dopiero początek drogi. Za rok czeka nas synod zwyczajny. Ksiądz Arcybiskup wraca do Polski, do polskiego Kościoła. Co Kościół w Polsce teraz zrobi z tymi postanowieniami?
– Pierwszym krokiem jest przedstawienie tego tekstu Konferencji Episkopatu Polski. Drugim krokiem musi być pochylenie się nad tymi tekstami od strony intelektualnej. Następnie zastanowienie się, jakie postanowienia duszpasterskie winny z tego wynikać. W końcu, jak przenieść je – również przez ogólnopolski program duszpasterski – na wszystkie parafie, stowarzyszenia i ruchy kościelne. Jak zaangażować duchowieństwo, zakony, wiernych świeckich, a w szczególności zdrowe rodziny do towarzyszenia tym, którzy są w trudnej sytuacji.

Czy widzi Ksiądz Arcybiskup już teraz jakieś konkretne problemy i przeszkody, z jakimi trzeba będzie się zmierzyć w Polsce?
– Trzeba pracować od podstaw, pracować solidnie i wtedy – jeśli Pan Bóg pobłogosławi – możemy oczekiwać na dobre owoce. Trzeba zapalić do tego w pierwszym rzędzie księży, katechetki i katechetów. Zaangażować stowarzyszenia prorodzinne, aby – według wskazań synodalnych – podjąć ścieżki duszpasterskie, które dźwigałyby duchowo nasze rodziny.

Trzeba pogratulować i podziękować dobrym rodzinom za ich świadectwo, jakie składają wobec Kościoła i świata. Duch Święty pomaga w życiu sakramentalnym: człowiek nie jest wtedy sam. Jest obdarzany łaską, która go wspiera, i nie może upaść, jeżeli jest otwarty na łaskę. Trzeba pracować dużo, współpracując z mediami o dobrej woli.

Te dwa tygodnie to była bardzo ciężka praca. My, przyglądając się z boku pracom ojców synodalnych, podziwialiśmy i siły fizyczne, i determinację w tym, by rzeczywiście ten synod przyniósł duże owoce. Czy Ksiądz Arcybiskup osobiście jest z tych obrad zadowolony i czy przyniosły one taki owoc, jakiego się Ksiądz Arcybiskup spodziewał przed przyjazdem do Rzymu?
– Jestem bardzo zadowolony, ponieważ obrady były rzeczywiście prowadzone w duchu otwartości. Efekt końcowy jest według mnie taki, jaki na tym etapie był możliwy do osiągnięcia. Być może wysiłek nie był tak wielki, jak na poprzednich synodach, które trwały trzy tygodnie, ten trwał tylko dwa tygodnie, ale tym razem omawiana materia była dość delikatna i trudna; każde dotknięcie rany jest rzeczą bolesną. Lecz my jesteśmy po to, by rany leczyć, a nie rozdzierać.

Życzymy dużo siły i światła, by te postanowienia wskazały pewną drogę na przygotowania do synodu zwyczajnego, który czeka nas już za rok.
– Poza pracą duszpasterską jest do wykonania poważna praca naukowa, wniknięcie w kwestie kontrowersyjne. One muszą być wyjaśnione od początku do końca. Przede wszystkim Komunia Święta dla rozwiedzionych, którzy zawarli nowe związki małżeńskie, sprawa stwierdzenia nieważności małżeństwa. To są dwa główne punkty, które winny być jasne dla każdego.

Dziękujemy za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... -rany.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 107 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /