Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 107 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 13 lip 2016, 08:45 
Online
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7530
Lokalizacja: Podlasie
U korzeni katolickiej strategii poważnej
by Sacerdos Hyacinthus

Obrazek

„Ty zaś, o wybrane zgromadzenie Kościoła, szlachetne grono o wypróbowanej wierności; wy, którzy szukacie pomocy u Boga i wśród których Bóg przebywa, przyjmijcie od nas nieskalaną naukę prawowiernej wiary; dzięki niej umacnia się Kościół, tak jak nam to zostało przekazane przez naszych Ojców” (św. Jan Damasceński).

„Przeto, bracia, stójcie niezruszenie i trzymajcie się tradycji, o których zostaliście pouczeni bądź żywym słowem, bądź za pośrednictwem naszego listu” (2 Tes 2, 15).


Niesłychana skala fałszu i powszechnych odkształceń katolickiej wiary przynagla do łopatologicznych repetycji: nie wszystko to, co dzisiaj – lecz nie od dzisiaj – podaje się za katolickie, jest katolickim de facto. Powiedziano delikatnie.

Kościół Katolicki jest jedynym prawdziwym Kościołem, jedynym Kościołem założonym przez Jezusa Chrystusa, jedynym Kościołem prowadzącym do zbawienia. Tak modlimy się każdej niedzieli w Credo, wyznając wiarę w jeden Kościół: Et unam sanctam cathólicam et apostólicam Ecclésiam.

Od wieków Kościół Katolicki niezmiennie i wiernie przekazywał nieuszczuplony i niezdeformowany depozyt wiary – depositum fidei. Od wieków Kościół Katolicki niezmiennie i wiernie oddawał kult Bogu w Trójcy Jedynemu i uświęcał niezliczoną mnogość dusz przez katolicką, nieuszczuploną i niezdeformowaną liturgię.

Kto zachował odrobinę wiary katolickiej, ten widzi sprawy jasno: zaakceptowanie, niedemaskowanie i niezwalczanie błędów i deformacji jest zdradą Ewangelii. Proceder powszechny od pięćdziesięciu lat.

Kto zachował odrobinę wiary katolickiej, ten widzi sprawy jasno: przywrócenie katolickiego, nieuszczuplonego i niezdeformowanego depozytu wiary oraz katolickiej, nieuszczuplonej i niezdeformowanej liturgii jest niezbywalnym postulatem naglącym, płynącym wprost z wiary katolickiej – jedynej prawdziwej wiary, jedynej wiary dającej zbawienie duszy.

Odzyskanie w całości – restitutio in íntegrum – skarbca katolickiej doktryny i liturgii to niezbywalny nurt strategii poważnej. Katolickiej.

Z niesłychanym trudem niektóre dusze zaczynają zaledwie pojmować wagę i powagę kwestii.

Z niesłychanym trudem niektóre dusze zaczynają zaledwie podejmować działania mające na celu odzyskanie w całości – restitutio in íntegrum – skarbca katolickiej doktryny i liturgii.

ks. Jacek

treści katolickie:
sacerdoshyacinthus.com
verbumcatholicum.com
twitter.com/SacHyacinthus

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 14 lip 2016, 08:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
https://prawy.pl/33341-33-dni-ktore-sie ... o-przezyc/

33 dni, które się zbliżają! Początek 13 lipca. Może chcesz to przeżyć?
Katarzyna Chrzan Opublikowano 29 czerwca 2016

Obrazek

Jest sprawa, za którą można się samemu zabrać. Jak? Wszystko jest wytłumaczone, a cały czas potrzebny na to działanie wynosi 33 dni. Początek przypada już za chwilę, bo na 13 lipca.
Po pierwsze nikt nikogo nie może do tego zmusić. W pełnej wolności można się tego podjąć. Ale jedno jest pewne, jeśli już poczujemy owo pragnienie, aby takie 33 dni przeżyć, od razu znajdą się tacy, którzy zrobią wiele, aby się nam nie udało.
Brzmi tajemniczo? Tak, bo i sprawa jest tajemnicza. Dlaczego? Bo nie wiadomo czym te 33 dni jest dla każdego z osobna. Po prostu. Każdy z nas jest inny i z tego powodu nie ma jakiegoś wspólnego przejścia przez tę przygodę, dla każdego z nas oznacza ona więc coś zupełnie innego.
Owoce są nieprzewidywalne dla nas. Jedno jest pewne. Są zawsze dobre, bo nie jest możliwe aby było inaczej!
Czas 33 dni jest podzielony na dwie części, a mianowicie okres pierwszy to 12 dni pożegnań z tym, co wciąż jeszcze nas posiada, a pochodzi z tego świata. Nawet nie silmy się na podawanie przykładów, bo może być to przecież właściwie wszystko, od poddańczego wsłuchiwania się w ludzkie opinie, aż po mleczną czekoladę z orzechami. Tu każdy odkryje własną relację do przyrodzonego świata, ale uwaga – świadomość przywiązań i uwalnianie nie kieruje nas w stronę alienacji, lecz w kierunku Miłości!
Konkretne działania, jakie w tym czasie się podejmuje, nie są przeprowadzane w samotności, ale z drugim Człowiekiem, który prowadzi całą sprawę indywidualnie dla nas, a tym Człowiekiem jest… Maryja. I jest prawdziwie!
Czas kolejnych dni to 3 tygodnie, z których pierwszy jest poświęcony na poznawanie samego siebie, drugi, na poznawanie Tej, która jest cały czas przy nas, to znaczy Maryi, aby w ostatnim tygodniu poznawać Jezusa Chrystusa.
Czy my nie znamy Tych osób? Hm… a czy można ich poznawać w sposób skończony? Nadprzyrodzone piękno Osób nie ma ograniczenia! Nie wyczerpuje się! Po prostu nie przestaje być osobiście zaciekawiające nas nieustannie! Coś ma się wtedy wydarzyć, co pozwoli poznawać głębiej. To pewne!
Aż w końcu przychodzi dzień ostatni, choć jak to w sprawach Bożych, to co ostatnie, staje się pierwszym i ciągle jeszcze lepszym w nas!
Dochodzi do pewnego szczególnego aktu, do którego przygotowują nas właśnie te niezwykłe 33 dni.
To tyle. Nic więcej nie można powiedzieć, bo i cóż by dodać? Przecież to każdego indywidualna sprawa, a jak pojawia się właśnie pragnienie, to ono samo poprowadzi dalej. Poniżej podajemy odpowiednie linki z wszystkimi informacjami do całej sprawy. Wystarczy.
Przypominamy, że 13 lipca już wkrótce!
Chwała Chrystusowi – Nieskończone Zjednoczenie z Człowiekiem!

33-dniowy okres ćwiczeń duchowych do Aktu Ofiarowania się Jezusowi Chrystusowi przez Maryję Na podstawie „Traktatu o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” Św. Ludwika Marii Grignon de Montfort (1673-1716) opracował Ks. Fryderyk Wilhelm Faber, D.D., praca zakończona 21 listopada 1862:
http://www.duchprawdy.com/33_dni_przygo ... udwika.pdf

Traktatu o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” Św. Ludwika Marii Grignon de Montfort: http://louisgrignion.pl/traktat-o-prawd ... panny.html
https://wobroniewiaryitradycji.wordpres ... icy-maryi/

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 20 lip 2016, 12:02 
Online
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7530
Lokalizacja: Podlasie
Czas dojrzewania w prawdzie
by Sacerdos Hyacinthus

Filioli, nemo vos seducat.
„Dzieci, nie dajcie się zwodzić nikomu” (1 J 3, 7).


Kościół Katolicki – jedyny prawdziwy Kościół, jedyny Kościół założony przez Jezusa Chrystusa (zob. Mt 16, 18) – od wieków troszczył się, aby wiernym podawać zdrowy pokarm prawdy, nieodkształconą prawdę, katolicki depozyt wiary, Objawienie Boże zawarte w Piśmie Świętym i Tradycji. Kościół Katolicki od wieków troszczył się, aby wiernych trzymać z dala od błędu. Kwestia nie ma charakteru tylko teoretycznego, bowiem dotyczy najbardziej palącego aspektu życia człowieka: zbawienia wiecznego bądź wiecznego potępienia. Wierność objawionej prawdzie prowadzi do zbawienia wiecznego.

Wierność błędowi prowadzi do wiecznego potępienia.

A oto jest takie zjawisko: lecą do błędu, jak ćma do płomienia. A przecież z punktu widzenia intelektualnego i duchowego jest niebezpieczne wczytywać się w heretyckie treści i słuchać heretyckich wypowiedzi, i sympatyzować z krzewicielami błędu, i zachwycać się ponętną werbalizacją błędu. A ta ucho im łechce (zob. 2 Tm 4, 3-4). Może to mieć destrukcyjny wpływ na nasze myślenie i na nasze sumienie, i może rzutować na nasze zbawienie.

Nigdy nie możemy być pyszałkowato pewni, że mamy żelazną odporność na błąd. I tęgie umysły – zdradziły. Historia nas uczy. Są jakieś skuteczne mechanizmy perswazji i manipulacji. I są jakieś mechanizmy sprzedajności intelektu. I można zakochać się w błędzie. Można ulec sugestii błędu – w wyprodukowanym klimacie, nastroju, emocji, oczarowaniu. Prości ludzie mądrze mówili: Z kim przestajesz, takim się stajesz. Człowiek roztropny błędu unika. Człowiek roztropny błąd odrzuca. Człowiek roztropny nie szuka dobra w grzechu.

Odwieczna nauka Kościoła Katolickiego. Pewna i prawdziwa, bo zakorzeniona w Objawieniu Bożym, czyli w Piśmie Świętym i Tradycji, rozumianej tak, ją przez wieki rozumiał Urząd Nauczycielski Kościoła Katolickiego. Generalizując i nie rozmijając się z prawdą należy zauważyć, że to co dzisiaj – lecz nie od dzisiaj – jest establishmentową powszechną wersją katolicyzmu, w niejednym punkcie rozmija się z wiarą katolicką od wieków przekazywaną przez Kościół Katolicki. Wnioski sobie wyciągnijmy sami i decyzje podejmijmy odpowiednie. Sprawa jest tego godna, bowiem dotyczy najważniejszej kwestii ze wszystkich najważniejszych spraw życia: zbawienia bądź potępienia wiecznego. Tylko wiara katolicka bowiem – jedyna prawdziwa wiara – daje zbawienie duszy (zob. Mk 16, 16). Tylko wiara katolicka – a nie jej judeo-protestancko-globalistyczne podróbki – daje zbawienie duszy.

treści katolickie:
sacerdoshyacinthus.com
verbumcatholicum.com
twitter.com/SacHyacinthus

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 17 sie 2016, 08:14 
Online
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7530
Lokalizacja: Podlasie
Mądrość wystarczająca

Mądrość wszelka i mądrość wystarczająca człowiekowi, by życie mógł przeżyć dobrze i osiągnąć cel – wieczne zbawienie duszy – zawarta jest w Objawieniu Bożym, czyli w Piśmie Świętym i Tradycji. Ludzkie mądrości nic tu nie dodadzą.

– – –

treści katolickie:
sacerdoshyacinthus.com
verbumcatholicum.com
twitter.com/SacHyacinthus

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 24 sie 2016, 22:55 
Online
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7530
Lokalizacja: Podlasie
By nie ulec oszołomieniu medialnemu

„Nie da się pogodzić przywiązania do Tradycji i herezji jednocześnie. Potem są takie pasztety, że w grupach ponoć dla tradycyjnych katolików, jakieś modernistyczne szumowiny robią porządki po swojemu” (wyczytane w internetach).

Ciągle mamy do czynienia z niejedną duszą szczerą, która – naiwnie – przyjmuje za prawdę to i owo, tylko dlatego, że to „to i owo” zaświeciło się w internecie. Wziąwszy pod uwagę tygiel ideowy świata mediów i globalny problem manipulacji, aby nie rozminąć się z prawdą i nie dać się zwieść kolorowym pozorom, nie wystarczy kierować się etykietkami, tytułami i stosowanym słownictwem. Należy stawiać pytania zasadne.

Przynajmniej te:
Kto publikuje?
Czy jest jawny i bierze odpowiedzialność za publikowane materiały?
Przez kogo jest promowany?
Przez kogo jest finansowany?
Jakie ma umocowania ideowe jawne?
Jakie ma umocowania ideowe ukryte?
Kogo promuje?
Co promuje?
Z kim sympatyzuje?
Kto z nim sympatyzuje?

Nie wszystko to, co podaje się dzisiaj jako katolickie jest nim w rzeczywistości.
Nie wszystko złoto, co się świeci.
Trzeba się interesować tym, w jakim tam piecu palą.
Trzeba się interesować tym, którzy to są i co reprezentują ci, co w tym piecu palą.
Trzeba się interesować tym, z czyjego polecenia w tym piecu palą.
Zaledwie sygnalizujemy problem.

A może być i tak, że z biegiem czasu stajemy się coraz mniej skorzy do linkowania i promowania tego i owego. Cnota roztropności połączona z należytą ostrożnością potrzebna jest nam zawsze. W czasach zamętu powszechnego – tym bardziej.

Sam fakt, że coś zabłyszczy w internetach, nie przesądza o słuszności i prawdzie tegoż, co opublikowano.
Wziąwszy pod uwagę tygiel ideowy świata mediów i globalny problem manipulacji, aby nie rozminąć się z prawdą i nie dać się zwieść kolorowym pozorom, nie wystarczy kierować się etykietkami, tytułami i stosowanym słownictwem. Należy stawiać pytania zasadne.

– – –
treści katolickie:
sacerdoshyacinthus.com
verbumcatholicum.com
twitter.com/SacHyacinthus

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 10 wrz 2016, 06:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
To fałszowanie niezmiennej nauki Kościoła

Stanowisko metropolity krakowskiego ks. kard. Stanisława Dziwisza w sprawie kampanii „Przekażcie sobie znak pokoju”

W związku rozpoczętą kampanią społeczną „Przekażcie sobie znak pokoju” czuję się w obowiązku przypomnieć naukę Kościoła katolickiego na temat homoseksualizmu, ponieważ jest ona ukazywana w sposób rozmyty lub wręcz zmanipulowany.

Kościół w sprawie homoseksualizmu jest cierpliwy i miłosierny dla grzeszników oraz jednoznaczny i nieprzejednany wobec grzechu. Wychowując swoich wiernych do szacunku dla każdego człowieka, jasno naucza, że nie może to nigdy prowadzić do aprobowania aktów homoseksualnych lub legalizowania związków jednopłciowych. Ta prawda moralna, zawarta w Katechizmie (por KKK 2357-2359) i w nauczaniu papieży, obowiązuje w sumieniu każdego katolika.

Niestety jasno widać, że kampania, która odwołuje się do nauki chrześcijańskiej, ma na celu nie tylko promowanie szacunku dla osób homoseksualnych, ale również uznanie aktów homoseksualnych oraz związków jednopłciowych za moralnie dobre. Z ubolewaniem stwierdzam, że w fałszowanie niezmiennej nauki Kościoła włączyły się również niektóre środowiska katolickie, których wypowiedzi i publikacje odeszły od Magisterium. Powołując się wybiórczo na wypowiedzi Papieża Franciszka, przemilcza się te, w których Ojciec Święty tłumaczy, że w sprawie homoseksualizmu „powtarza tylko naukę zawartą w Katechizmie” (wywiad z o. Antonio Spadaro).

Obawiam się, że to celowe działanie służy zamazaniu pamięci o wielkim dobru Światowych Dni Młodzieży, które dokonało się w Krakowie i całej Polsce. Związane jest ono z wartościami płynącymi z Ewangelii, które są konkretną i wymagającą propozycją moralną dla młodego pokolenia.

Kard. Stanisław Dziwisz

Metropolita Krakowski

Archidiecezja Krakowska

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... ciola.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 19 mar 2017, 17:35 
Online
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7530
Lokalizacja: Podlasie
Pieśń katechizmowa

Trójca Bóg Ojciec, Bóg Syn, Bóg Duch święty,
W Trójcy Bóg jeden nigdy niepojęty.
Bóg Ojciec przed wiek z Siebie Syna rodzi,
Bóg Duch od Ojca i Syna pochodzi.

Syn Boży stał się człowiekiem dla ciebie,
Wziął duszę, ciało, abyś ty był w niebie;
Począł się z Ducha Świętego, bez męża,
Zrodziła Panna, starłszy głowę węża.

Trzydzieści trzy lat żył na świecie z nami,
Okrutnie na krzyż przybity gwoździami,
Umarł, pogrzebion i do piekłów zstąpił,
Wstał z martwych, potém na niebiosa wstąpił.

A ztamtąd przyjdzie na sąd ostateczny
Dobrym da niebo, złym zaś ogień wieczny.
A że zły człowiek łamie przykazanie,
W chorobie, w szkodzie, w czarach ma ufanie

A Bóg rozkazał: wierz w Boga jednego,
Drugie: Imienia nie bierz darmo Jego,
Trzecie: pamiętaj, byś święcił dni moje;
Czwarte zaś: szanuj ojca, matkę twoję.

Piąte: nie zabijaj, szóste: nie cudzołóż,
Siódme: nie kradnij, ósme: fałszu nie mnóż,
Dziewiąte: żony nie żądaj bliźniego,
Dziesiąte ani żadnéj rzeczy jego.

Pięć kościelnego mamy przykazania:
Dni święte święcić z dawnego podania,
Słuchaj Mszy świętéj w dni święte uczciwie,
Zachowaj posty, jedząc wstrzemięźliwie;


Czyń spowiedź szczerą blisko Wielkiéjnocy
Weź Ciało Pańskie dla duszy pomocy.
Siedm Sakramentów: Chrzest i Bierzmowanie,
Ciała Krwi Pańskiej także przyjmowanie,

Spowiedź, Kapłaństwo i Małżeństwo święte
I Namaszczenie przed śmiercią przyjęte;
I tać przyczyna Bożego karania,
Że człowiek łamie jego przykazania.

Aby się dusza dostała do nieba,
Zostawać w wierze katolickiej trzeba;
Co Kościół Rzymski daje do wierzenia,
Trzymaj statecznie, a pewnyś zbawienia.

Jeden Bóg wszędzie, jeden Chrzest przyjęty,
I jedna wiara, mówi Paweł święty.
Piotr z następcami głową jest w Kościele;
Ta sama wiara, innych chociaż wiele.

Wiar się znajduje, w nich żaden zbawiony
Człowiek się znajdzie, ale potępiony:
Bóg to objawił swym wiernym dla tego,
Iż nieomylna prawda święta Jego.

Straszliwa trwoga na świecie powstanie
Wtenczas gdy wszystkich ciało zmartwychwstanie;
Zaćmi się słońce, miesiąc, wszystkie gwiazdy
Na ziemię spadną, aż struchleje każdy.

Strach niesłychany będzie wszystkich ludzi,
Gdy ich Anielska trąba z grobów wzbudzi;
On dzień ostatni i niebieskie siły
Poruszy, oraz odsłoni mogiły.

Przegniłe ciało i skruszone kości,
Zarówno przyjdą do swojéj całości;
Wróci się dusza do swojego ciała,
Aby z spraw swoich rachunek oddała.

Na Józafata staniemy dolinie.
Tam się obaczym wraz wszyscy w godzinie,
Lecz niezadługo odmiana nastanie;
Zważ, co świat kochasz, zważcie chrześcianie.

Matce od córki odłączyć się trzeba,
Córka do piekła, a matka do nieba;
Albo też córka pójdzie ze Świętemi,
Nieszczęsna matka wraz z potępionemi.

Brat z bratem, ojciec z synem się rozstanie,
Jedno do nieba, drugie w piekle stanie,
I mąż od żony weźmie rozłączenie,
Jedno na męki, drugie na zbawienie.

Potém Bóg Sędzia na tronie zasiędzie,
Ogłosi wyrok. Co tam za płacz będzie!
Gdy tam obaczą wszystkie swoje sprawy,
Myśli, złe mowy i sprosne zabawy.

Bóg sprawiedliwy wsze dzieła poznaje,
Kto jak zasłuży, tak zapłatę daje.
Rzecze do dobrych: pójdźcie ze Świętymi,
Źli zaś na wieki idźcie z przeklętymi.

Szczęśliwy, który w niebo się dostanie,
Ach biada temu, który w piekle stanie!
Żałuj grzeszniku, za twe wszystkie złości
Poprzestań grzeszyć, będziesz w szczęśliwości.

Łaskawy Pan Bóg nie gubi człowieka,
Gorzkich łez jego i spowiedzi czeka,
Jeżeli nie chcesz żałować serdecznie,
Będziesz przeklęty i zaginiesz wiecznie.

Amen.

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 30 kwi 2017, 13:35 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3227
Kto jest autorem powyższego wiersza?

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 30 kwi 2017, 13:42 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3227
http://www.newsweek.pl/polska/ludzie/pi ... 569,1.html

Obrazek
Ksiądz Jan Kaczkowski w Pucku
fot. Renata Dąbrowska / źródło: GAZETA


ANNA SZULC
Podobnie jak ks. Tischner nazywał rzeczy po imieniu: mówił, że nie znosi księżowskiego chamstwa, pluszowych księży i kucanego katolicyzmu. W pierwszą rocznicę śmierci ks. Jan Kaczkowski przypominamy jego niezwykłą postać.

Zaprzyjaźniony dziennikarz zapytał go kiedyś: a co, gdyby wiedział, że zostało mu tylko kilka godzin życia? Wyliczył wtedy bez namysłu: odprawiłby mszę, ale bez celebry. Zaprosiłby do siebie „ważnie wyświęconego, najlepiej wierzącego kapłana”. I poszedłby na polędwicę z lampką wina albo na kaczuchę ze spieczoną skórką.

O tym, że jest z nim coraz gorzej, wiedział już od 2012 r. – Pierwszy raz usłyszałem wtedy od niego, że chciałby odpocząć – wspomina dr Piotr Szeliga, przyjaciel księdza Jana Kaczkowskiego, którego znał od czasów seminarium.

Jeszcze zimą ubiegłego roku 38-letni ksiądz Jan Kaczkowski, ekspert od umierania, odkąd ponad dekadę temu założył w Pucku hospicjum, pojawiał się publicznie w miarę regularnie – na promocjach książek, premierze dokumentalnego filmu „Śmiertelne życie”, w którym był głównym bohaterem, na zlotach fanów. Mieszkał w Pucku, przy swoich umierających. W marcu odmawiał już nawet spotkań w Trójmieście. W tym czasie odmówił też chemii. Po raz pierwszy, od kiedy w czerwcu 2012 r. zdiagnozowano u niego glejaka.

JAN HARTMAN, FILOZOF
Ks. Kaczkowski był jedynym znanym mi duchownym zdeklarowanym antyklerykałem

Nie upierał się przy życiu


– Był świetnym specjalistą od śmierci, wiedział, że ponad trzy lata z glejakiem to cud. Wiedział, że nie ma już sensu faszerować ciała – mówi jeden z przyjaciół księdza. Przypomina, że ksiądz Kaczkowski nigdy nie był zwolennikiem uporczywej terapii. – Za dużo agonii widział, by za wszelką cenę upierać się przy życiu.

W Wielkim Tygodniu, z trudem łapiąc oddech w swoim dawnym łóżku w domu rodziców w Sopocie, odpowiadał już tylko na pytania: „tak” lub „nie”. – Powoli cichł, milkł, przestał żartować. A tak lubił sobie zawsze pogadać, nie można było go zatrzymać – wspomina ojciec Józef, emerytowany inżynier, gdański opozycjonista. W Niedzielę Wielkanocną księdza Kaczkowskiego posadzono przy suto zastawionym stole. – To była nasza kolacja ku czci Jana. Zjedliśmy pierwszorzędną kaczkę, popiliśmy czerwonym winem. Sam Jan nie przełknął już ani kęsa, nie był w stanie. Ale był z nami. Inny niż zazwyczaj, poważniejszy.

Umarł dzień później, w Poniedziałek Wielkanocny, tak jak chciał – przy ważnie wyświęconym kapłanie, księdzu Piotrze Przyborku. Przyjacielu.
Niewielu było księży, z którymi się przyjaźnił. – Nie lubią mnie w Kościele, jeżdżą po mnie jak walcem – powtarzał często. Ale nie Kościoła się najbardziej bał. Bał się śmierci samotnej, że dopadnie go pod płotem. Albo podczas sprawowania homilii. – Ale byłaby heca – zażartował kiedyś.
Jedną śmierć zapamiętał na zawsze: konający w puckim hospicjum mężczyzna do ostatniej chwili czekał na syna, z którym pokłócił się wiele lat wcześniej. Na próżno.

– Jan powtarzał, że ludzie tuż przed śmiercią nie żałują, że nie pojechali na Kanary, tylko że zawalili relacje, bliskość – wspomina Tomasz Ponikło, wiceszef jezuickiego wydawnictwa WAM, wydawca książek księdza Kaczkowskiego, dobry znajomy. Przypomina sobie, że w połowie lutego na jednym z ostatnich spotkań, w Gdyni, Kaczkowski tak dużo mówił o czułości, że jakaś młoda kobieta z widowni w końcu nie wytrzymała, wstała i zapytała, czy może się do księdza przytulić. Nie miał nic przeciwko. – Znamienne – zauważa Ponikło – że inni też chcieli podejść i przytulić się do Jana. A jemu przecież nie o to chodziło. Chciał, by poszli do domu i uściskali żonę, matkę, dziecko, z którym nie gadają od lat.
Byli tacy, którzy z Kaczkowskim nie rozmawiali od lat. Na przykład hierarchowie kościelni z Gdańska latami udawali, że go nie ma. Nie zauważyli nawet, że umarł.

Jestem onkocelebrytą

Kiedyś przyznał szczerze, że bywał w swoim życiu bardzo nieszczęśliwy. Od dziecka miał niedowład połowy ciała, był prawie niewidomy. Gdy miał sześć lat, w kościele ksiądz przy innych dzieciach powiedział do Jana: „podaj mi kropielnicę, okularniczku”. Przyniósł kropielnicę bez słowa, ale tamtą sytuację zapamiętał. I już taki potulny nie był.

Seminarium przetrwał, choć – o czym później opowiadał – był w nim szykanowany za inność, nie chciano go wyświęcić. Został szpitalnym kapelanem. Przesiadywał ze starcami, rozmawiał z nimi o życiu, Bogu, cierpieniu, widział, jak konają, trzymał ich za rękę.
– On by tego wszystkiego nie przetrwał, gdyby nie był tak głęboko wierzący – uważa prof. Jan Hartman, filozof, bioetyk, znajomy Kaczkowskiego, antyklerykał.

A mimo wszystko zapowiedź bliskiego spotkania z Bogiem Jana Kaczkowskiego zadziwiła. Tak opisywał na łamach „Tygodnika Powszechnego” swoje pierwsze wrażenia, gdy dowiedział się, że ma raka mózgu: „Wychodzisz z budynku, jeżdżą samochody, pies sika pod latarnią, tobie się wali świat, a ten świat, który jest naokoło, nie krzyczy!”.

– Przyszedł do mnie, usiadł i popłakał się – wspomina Piotr Szeląg.

A potem dostał przyspieszenia. I został – jak sam mawiał – onkocelebrytą. Był wszędzie, w gazetach, internecie, telewizjach. Nie był już tylko księdzem z Pucka, który razem z grupką przyjaciół zapaleńców stawał na rzęsach, by stworzyć godne miejsce do umierania. Był księdzem, który pojawia się publicznie z durszlakiem na głowie i mówi, że rak przeżera mu mózg. – Jestem znany głównie z tego, że mam raka – śmiał się, gdy był już bardzo popularny. Niektórzy mówili wtedy, że wypłynął na tym glejaku, że ma parcie na sławę.

Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej, uważa, że to bzdura. – Jeździł po tych miastach i miasteczkach, żebrał o pieniądze dla hospicjum, obserwowałam, jak przyjmuje wszystkie zaproszenia. Przyjmował, a potem kuśtykał, przecież on czasem ledwo się poruszał. Cierpiał. Wiem, co mówię, wiem, jakie to trudne, bo sama, gdy ktoś mnie zaprasza, pytam, ile jest schodów. Bardzo go podziwiałam – zapewnia Ochojska. – Dał nadzieję tysiącom ludzi, którzy pewnego dnia dowiadują się, że została im tylko chwila życia. I że tę chwilę mogą przeżyć na różne sposoby. Niekoniecznie kładąc się do łóżka.

Kapsyda Kobro-Okołowicz, była szefowa fundacji Rak’n’Roll, członek zarządu Instytutu Witkacego, pacjentka onkologiczna: – Miał totalną łatwość w nawiązywaniu kontaktu, niezwykły dar.

Kiedy się poznali, ona, niewierząca, nieznająca nawet tradycji katolickiej, nie wiedziała, jak się do niego zwracać. Proszę księdza, jakoś przez gardło by jej nie przeszło. Więc po imieniu?

– Możesz mi mówić Jan albo Johny – zaproponował.

– A może być Hardy? Może. A Hardy Johny? I tak zostało.

Kobro-Okołowicz nigdy nie zapomni, jak ją wpuścił do zakrystii, kazał sobie pomóc przy zakładaniu ornatu. Ani jak na jej świeckim weselu palił wesoło papierosa z Anną Grodzką i dyskutował o wierze. Jak ją zaprosił do Pucka, do hospicjum innego niż wszystkie. – Jak opisać to miejsce? Nikt tu nikogo nie budzi o szóstej rano bez potrzeby, każdy ma indywidualnie układaną dietę. Dba się o każdą chwilę. Gdy ktoś odmówi jedzenia kisielu, robią budyń – tłumaczy.

Kiedy poznała księdza, zrobiła mu jeszcze krótki test. A umierającego z kotem byś przyjął? – zapytała. Pewnie, że by przyjął. – Masz ochotę? Możesz przyjść do nas ze swoim ulubionym kotem. Nałogowego palacza z kotem też by przyjął. Proszę bardzo, jest gdzie zapalić, tu kącik palacza, a tu piwosza.

Mówi, że Johny był jej najlepszym kumplem i kompanem. Dość powiedzieć, że odprawił mszę żałobną w intencji jej mamy. Na tej mszy byli tylko we dwoje.

Ksiądz antyklerykał

Jan Hartman, filozof: – Był jedynym znanym mi księdzem, który publicznie obnosił się z lewakami. Jedynym znanym mi duchownym zdeklarowanym antyklerykałem.

Ostatni raz widział Jana kilka miesięcy temu, tuż przed galą wręczenia Nagród im. Teresy Torańskiej, przyznawanych przez „Newsweek”. Ksiądz poprosił go, by pomógł mu wejść na schody. – Czy możesz mi użyczyć swojego bezbożnego ramienia? – zapytał.
– Można by to tylko uznać za anegdotę, ale kryje się za nią wielka prawda, że Jan był człowiekiem, który lubił ludzi. Z prawa i lewa, wszyscy byli dla niego interesujący – mówi Hartman.

Tomasz Ponikło z jezuickiego wydawnictwa WAM: – Jan Kaczkowski nie był pierwszą charyzmatyczną osobowością odrzuconą przez część Kościoła, zwłaszcza część duchowieństwa. Oczywiście nie tylko dlatego, że świetnie wyczuł media, mówił po ludzku, a nie kapłańską nowomową, która stwarza między księdzem a wiernymi przepaść. Podobnie działał ksiądz profesor Józef Tischner i przez to był podobnie lekceważony przez część księży. Obaj trafiali najbardziej do ludzi z obrzeży Kościoła i spoza jego granic. Ksiądz Jan wypełniał lukę i tęsknotę ludzi za Kościołem ewangelicznym, otwartym na biedę, na trudne pytania i problemy, prawdziwym.

Ponikło widzi więcej podobieństw między księdzem Kaczkowskim i księdzem Tischnerem: brak moralizatorstwa, afirmację życia i rozbijanie kościelnego nadęcia: – Ksiądz Tischner zraził do siebie księży powiedzeniem, że nie spotkał człowieka, który stracił wiarę po lekturze Marksa, ale zna takich, którzy ją stracili po spotkaniu z własnym proboszczem. Ksiądz Jan też nazywał rzeczy po imieniu: że
nie znosi księżowskiego chamstwa, pluszowych księży i kucanego katolicyzmu.
Rozbijał skostniałe formy, żeby pokazywać, że wiara jest gdzie indziej. Nie oszczędzał w tym nikogo, więc trudno go było zaszufladkować.

Piotr Żyłka, redaktor naczelny katolickiego portalu Deon.pl, współautor książki Kaczkowskiego: – Kiedyś go zapytałem, czy ma świadomość, że wypowiadając się o hierarchach z grubej rury, jeżdżąc na Woodstock, pojawiając się w programie Tomasza Lisa, będzie dostawał po łbie? Odpowiadał, że ma to gdzieś. Nie przejmował się konsekwencjami. Jeśli czuł, że z czegoś może wyniknąć jakieś dobro, był nie do zatrzymania.
Grzegorz Kramer, jezuita: – Był odważny. Nie to, że się nie bał. Bał się, jak każdy.
Bólu, umierania, tylko że podobnie jak kiedyś ksiądz Jerzy Popiełuszko
poznał swój lęk, nazwał go i wziął za rogi.
Podobnie jak Popiełuszko wiedział, że lęk uruchamia w człowieku najniższe instynkty.
Po prostu zło.

Zdaniem Piotra Żyłki nie bez znaczenia jest to, z jakiego domu Kaczkowski pochodził. – Z porządnej, sopockiej, mieszczańskiej rodziny – wyjaśnia dziennikarz.

– Nie w tym rzecz, Jan był bardzo podobny do ojca, światły, otwarty, ciepły – zauważa Piotr Szeląg. – Żeby pojąć fenomen Jana Kaczkowskiego, należy najpierw zrozumieć, że jego życie to nie tylko choroba i zmaganie się ze śmiercią. To może przede wszystkim dialog z ojcem.
Ojcem, który nie odstępował Jana od tygodni. Który postawił przed Janem kaczkę tuż przed śmiercią. Wiedział, że plan się nie powiódł, Jan już nie zje. Ale będzie z rodziną przy stole.

Piotr Szeląg: – To on pchał Jana wózek na ostatnie spotkania, poprawiał mu płaszcz, przytrzymywał, gdy się potykał. Cała rodzina kochała Jana, ale myślę, że szczególna i niepowtarzalna była miłość, jaką Jana kochał jego tata.

Jedno z ostatnich spotkań księdza Jana z fanami, styczeń. Mówi, że trochę się martwi o przyszłość hospicjum. I o bliskości, że przed śmiercią jest najważniejsza. I że trochę już jest zmęczony. Chciałby odpocząć.

Autorzy: Anna Szulc, Rafał Gębura

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 30 sie 2017, 09:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Trzeba apostołów na wielką miarę

List ks. kard. Augusta Hlonda do o. Justyna Figasa OFMConv w Buffalo, Lourdes, 1942 r.

Od Redakcji:

Adresat poniższego listu, o. Justyn Figas, franciszkanin, to nietuzinkowa postać Polonii amerykańskiej. Twórca pierwszego na świecie katolickiego programu radiowego w języku polskim „Godzina Różańcowa” (1931 r.), którego u schyłku jego życia słuchało w USA i Kanadzie 5 milionów Polaków. Bez wątpienia „apostoł na wielką miarę”, „apostoł nowych, wielkich czasów”, o których upomina się w swoim liście ks. kard. August Hlond. Sługa Boży wiedział, że świat po kataklizmie II wojny światowej będzie potrzebował reewangelizacji, a zwłaszcza Polska, która musi odrodzić się „w wielkości i potędze ducha”, by spełnić swoją misję wobec innych narodów. Dokonają tego dzieła mocarze ducha i słowa, także apostołowie mediów.


Wielebny i Drogi Ojcze,

Pyta mnie Ojciec o moje zdanie w sprawie wypadków widzianych z punktu widzenia losu i zadań Kościoła. Powiem krótko, co myślę. Głoszę to i piszę na wszystkie strony, nalegam i nawołuję, a nade wszystko chciałbym poruszyć polskich kapłanów, bo chodzi mi o to, by Polska odrodziła się w wielkości i potędze ducha oraz by moralnie stanęła wyżej od innych narodów.

Wiem ja to, że chłosta Boża przechodzi przez kraje. Nie zatrzyma jej już ani ręka ludzka, ani ludzka modlitwa. Bo stała się koniecznością dziejową. Czyż Opatrzność może pozwolić, by w dwadzieścia wieków po Odkupieniu ludzkość miała się stoczyć poniżej swego upadku przed Chrystusem i utrwalić się w stanie nieczłowieczego zdziczenia, zwyrodnienia i barbarzyństwa? Obdziera się ludy z wszystkiego, co w człowieku szlachetnego, świętego i Bożego i jakżeż się dziwić wstrętnemu egoizmowi, brakowi współczucia i miłosierdzia, zanikowi obyczajności, moralnemu wyuzdaniu, panoszeniu się gwałtu, krzywdy i zbrodni? Po przekreśleniu Dekalogu, po zanegowaniu Boga i Jego autorytetu, po stępieniu sumień i znieczuleniu ich na imperatyw wiecznego prawa naturalnego i objawionego, na czymże jeszcze oprzeć można współżycie ludzkie, stosunki społeczne, ład państwowy, międzynarodową sprawiedliwość? Wszystko się wali, bo wszystko zdane jest na samowolę człowieka, który wyparłszy się wyższych i wiecznych zadań, a poniżywszy się do poziomu animalnych, czysto biologicznych horyzontów, nie znajduje w sobie już żadnej obowiązującej normy etycznej i wyradza się stopniowo ze zbrodniczego dzikusa w niebezpiecznego drapieżcę. Tak się stało, że obwieszcza się ewangelię gwałtu i ucisku nienawiści, obornianej hodowli plemiennej, totalnego zakłamania i wszelkiego plugastwa moralnego.

Z drugiej strony trzeba sobie jasno powiedzieć, że akcja Kościoła w jednych narodach już się załamywać poczyna pod ciosami najperfidniejszego w dziejach prześladowania wiary, a w innych jest hamowana, wypierana, podkopywana jak nigdy dotąd. Nawet w krajach chełpiących się swobodą przekonań i sumienia ciemne moce szykują jakieś potworne uderzenie w Kościół. A nasza praca kapłańska jest nierzadko mało głęboka i żywa, nie dość wytężona i ofiarna. Obciążona starymi formami, tkwiąca zbytnio w stylu urzędowym, hamowana przez wygodę, nieśmiałość wobec zuchwalstwa zła, a nawet brak jasnego stanowiska wobec potwornych błędów i grzechów współczesnych, nie sięga w sferę nadprzyrodzoną, nie formuje sumienia, nie zdobywa zmaterializowanego świata, nudzi go. Jakżeż nam brak apostołów na skalę przeobrażeń, które się na ziemi rozgrywają.

Zaczęła się więc katechizacja ludzkości przez samego Boga. Jest to szkoła twarda. Chrystus znowu przechodzi przez świat, dobrze czyniąc, bo wskrzeszając trupy narodów i uzdrawiając śmiertelne słabości duchowe współczesnego życia. Ale naukę swą potwierdza tym razem druzgocącą mocą kataklizmu opasującego ziemię morzem płomieni. Będzie mył dalej ludzkość w jej własnej krwi, aż jej kałuże i potoki spulchnią ugory człowieczej złości od wschodu słońca do zachodu. Wycieńczenie wojenne, klęski, głód, zarazy zmuszają człowieka na kolana, do zastanowienia się nad szaleńczym odszczepieństwem od Stwórcy i do pokuty.

Burza nie oszczędzi też Kościoła. Cios będzie straszliwy. Popłynie krew kapłańska i płonąć będą kościoły, klasztory, plebanie. Ale skończy się to, jak zawsze, triumfem wiary i wyzwoleniem wspaniałych energii Kościoła, który nowemu światu da Chrystusową treść życiową.

Więc co? Ocknąć się, przetrzeć oczy, zrozumieć znaki na niebie i jąć się czynu apostolskiego w stylu największych postaci w dziejach kościelnych! Porzucić przeciętność, wygodę, dyplomację i nie swoje sprawy, a zabrać się bezzwłocznie do gruntownej reewangelizacji świata. Ruszyć na całego na nowy podbój ziemi „in virtute et in Spiritu Sancto”. A z nami iść muszą w lud z nowiną pokuty i odrodzenia natchnieni duchem Bożym mężowie i kobiety. Trzeba apostołów na wielką miarę, gromnych władców słowa i mocarzy pióra w duchu Jana Chrzciciela i Katarzyny Sieneńskiej, w gatunku Skargi i „Ksiąg pielgrzymstwa”. Bo albo nam być męczennikami, albo wielkodusznymi apostołami nowych, wielkich czasów.

Oto moje zdanie, oczywiście w najogólniejszym zarysie. Wszędzie trzeba mieć na względzie swoiste warunki i potrzeby. Nie tracić czasu na robótki poboczne, nieistotne.

Z oddaniem i błogosławieństwem.

Źródło: August kardynał Hlond Prymas Polski, Dzieła, Toruń 2016, s. 723-724.

Dzisiejszy odcinek kończy cykl prezentujący nauczanie ks. kard. Augusta Hlonda

http://www.naszdziennik.pl/mysl/188387, ... miare.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 01 paź 2017, 17:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Duch świętości w Kościele

Wykład ks. kard. Roberta Saraha, prefekta Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, wygłoszony 23 września br. podczas Ogólnopolskiego Forum Duszpasterskiego w Poznaniu.

Ekscelencjo, Księże Arcybiskupie Stanisławie Gądecki, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

Drodzy Katechiści, witam Was serdecznie, pragnąc za Waszym pośrednictwem przekazać wyrazy mojego braterskiego pozdrowienia i uszanowania Waszym diecezjom, parafiom, a w sposób szczególny Waszym proboszczom i biskupom. Pozdrawiam serdecznie cały Kościół w Polsce.

Kościół Boży w Polsce dla poświęconego Duchowi Świętemu programowi duszpasterskiemu na rok 2017-2018 wybrał motto zaczerpnięte z Dziejów Apostolskich 2,4: „Wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym”. Program ten kładzie szczególny nacisk na sakrament bierzmowania, zwłaszcza w odniesieniu do jego skutków w życiu jednostki i całej wspólnoty kościelnej. Jego Ekscelencja ks. abp Stanisław Gądecki jako przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski poprosił mnie o wzięcie udziału w tegorocznym Forum Duszpasterskim, sugerując temat mojego wystąpienia: „Duch świętości w Kościele”. Bardzo chętnie przyjąłem to zaproszenie, za które raz jeszcze dziękuję polskim biskupom. W moim referacie chciałbym podzielić się zaledwie kilkoma prostymi refleksjami dotyczącymi wskazanej mi tematyki, mając nadzieję, że mogą one okazać się użyteczne dla duchowej drogi, którą wspólnie w tym roku podejmujecie.

Wybrany przez Was jako motto werset Pisma Świętego musi być umieszczony we właściwym kontekście, a mianowicie w opowiadaniu o wydarzeniach z dnia Pięćdziesiątnicy. Pierwszy werset drugiego rozdziału Dziejów Apostolskich precyzuje, że w tym dniu „znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu”. Jest wysoce prawdopodobne, że owym miejscem był Wieczernik lub jakieś pomieszczenie do niego przylegające (por. Dz 1,13). Od razu zauważamy tutaj ścisłą więź, jaka istnieje między misterium Pięćdziesiątnicy i Eucharystii. Wydaje się przy tym bardzo znaczące, że Duch Święty objawia się jako Ten, który jest od samego początku związany ze świętym miejscem, w którym po raz pierwszy świat zobaczył coś, czego nie byłby w stanie wymyślić ludzki intelekt: transsubstancjację eucharystyczną i sakramentalną celebrację Pasji Jezusa. Eucharystia i Krzyż to dwie rzeczywistości podwójnie powiązane z Duchem Świętym, tak jak On sam jest z nimi podwójnie związany. W rzeczy samej wzywamy Ducha Świętego podczas epiklezy nad darami eucharystycznymi, a kapłan, trzymając nad nimi wyciągnięte ręce, zwraca się wówczas do Boga Ojca: „Pokornie błagamy Cię, Boże, uświęć mocą Twojego Ducha te dary, które przynieśliśmy Tobie, aby się stały Ciałem i Krwią Twojego Syna, naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który nam nakazał spełniać to misterium”. Dary ofiarne przemienią się w Chrystusa, a nastąpi to przez wszechmocne działanie Trzeciej Osoby Trójcy Przenajświętszej, której imienia wzywamy nad nimi, kiedy spoczywają na ołtarzu Jezusowej Ofiary. Z tego właśnie powodu tajemnica Ducha Świętego zostaje nam przekazana przede wszystkim w odniesieniu do misterium Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa. Z drugiej strony powszechnie wiadomo, że na Krzyżu Jezus „wyzionął Ducha” (Mt 27,50), a po zmartwychwstaniu tchnął na uczniów, mówiąc im: „Weźmijcie Ducha Świętego” (J 20,22). Obydwa wspomniane teksty ewangeliczne uwypuklają jeszcze bardziej istniejącą więź pomiędzy Duchem Świętym a wszystkimi innymi sakramentami, nie tylko z Najświętszą Eucharystią. Któż z nas nie wierzy głęboko, że sakramenty wypłynęły z Chrystusowego boku przebitego na Krzyżu? Kto nie pamięta, że kiedy Zmartwychwstały tchnął Ducha Świętego na swoich uczniów, nadał im munus odpuszczania grzechów, czyli nakazał sprawować to, co dziś nazywamy sakramentem pojednania i pokuty? (por. Sobór Trydencki, DS 1703).

Sakramenty, Kościół i wylanie Ducha Świętego
Na wstępie musimy podkreślić bardzo ważną rzecz: Nowy Testament uświadamia nam na wiele sposobów, że ekonomia sakramentalna Kościoła jest ściśle powiązana z misterium wylania Ducha Świętego na Kościół. Sakramenty są zwykłymi środkami uświęcania dusz ludzkich: dlatego, mówiąc o Duchu świętości w Kościele, nie możemy – jeśli chcemy uniknąć niepotrzebnych ogólników – nie sprowadzać owej świętości do bardzo konkretnych i widocznych gestów oraz do słów wypowiadanych podczas sprawowania sakramentów. Świętość i uświęcenie Kościoła, dzieła Ducha Świętego, dokonują się w sposób bardzo konkretny poprzez materialną widoczność siedmiu świętych znaków sakramentalnych. Kościół, Mistyczne Ciało Chrystusa, zostaje uświęcony – możemy powiedzieć – na sposób „wcielenia”, czyli za pośrednictwem widocznych znaków, które generują, uobecniają, udzielają i objawiają niewidzialną łaskę.

Wróćmy do pierwszego wersetu Dziejów Apostolskich, od którego zaczęliśmy naszą refleksję: „znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu”. Zastanawia nas drugi element tego krótkiego stwierdzenia. Wszyscy tam byli: Maryja, apostołowie, uczniowie pierwszej godziny. Cały Kościół katolicki tam był. Cały Kościół powszechny był zamknięty w małym pokoju. On był katolicki już w tym momencie, był powszechny od pierwszego dnia, kiedy mógł pomieścić się całkowicie w jednym zamkniętym pomieszczeniu. I właśnie tam były już obecne te wszystkie nadprzyrodzone dary, które Chrystus ofiarował Kościołowi katolickiemu: była Madonna, byli apostołowie, a zatem było kapłaństwo i możliwość sprawowania sakramentów; była modlitwa, trwanie we wspólnocie miłości, był duch służby, pragnienie służenia Panu i ewangelizowania całego świata. Wtedy to właśnie przyszedł Duch Święty, aby ukończyć dzieło. Chrystus posłał swoich uczniów, aby ewangelizowali cały świat i udzielali chrztu wszystkim ludziom (Mt 28,19-20), czyniąc – o ile to możliwe – wszystkich chrześcijanami, wprowadzając wszystkich do Kościoła katolickiego, jak przypomina Sobór Watykański II w „Lumen gentium” (nr 13) i w konstytucji o Świętej Liturgii „Sacrosanctum Concilium” (nr 1), kiedy naucza, że wszyscy ludzie powołani są do katolickiej jedności ludu Bożego. Należy jednocześnie zauważyć, że Chrystus, udzielając tego uniwersalnego posłannictwa, zastrzegł jednak, że apostołowie nie będą mogli ewangelizować, jeśli wpierw Pan nie ześle na nich swego Ducha z Nieba (por. Dz 1,4-5). Bóg uświadamia nam w ten sposób, że misja Kościoła nie zależy od inicjatywy człowieka, nie dokonuje się naszymi wątłymi siłami, ale jest owocem działania Ducha Świętego. W tym znaczeniu, nie umniejszając wcale wartości szeroko pojętej działalności charytatywnej, warto przypomnieć, że biorące początek z Ducha Chrystusowe posłannictwo Kościoła to przede wszystkim misja duchowa i nadprzyrodzona, zmierzająca do zbawienia dusz i roztaczająca opiekę nad ciałem o tyle, o ile jest to ukierunkowane na zbawienie duszy.

Chrześcijanin to nie kameleon
Z Wieczernika, z tego małego pomieszczenia, wyszedł Kościół katolicki, napełniony tchnieniem Ducha Świętego, aby z czasem zdobyć cały świat dla Chrystusa. Nie bójmy się, drodzy bracia, jeśli czasami w pewnych miejscach lub w pewnych momentach nasza liczba zmniejsza się do niewielkich, nawet bardzo niewielkich rozmiarów. Nie tego należy się bać, chociaż mamy nadzieję, że po kres czasów Kościół rozkwitać będzie bogaty w swoje duchowe dzieci. Ale nawet gdyby tak nie było, pamiętajmy, że najważniejsza nie jest ilość wiernych, lecz ich jakość. Dla Kościoła jest kluczowa nie kwestia ilości, ale świętości, jedności Kościoła w Duchu Świętym, jedności doktryny i nauczania moralnego. Wiecie, że chodzi tutaj o wyzwanie zarazem straszne i fascynujące: w jaki sposób na początku XXI wieku świadczyć o Jezusie Chrystusie i o naszej katolickiej wierze w kontekście obojętności religijnej, milczącej apostazji i tak powszechnego moralnego relatywizmu? Jezus prosi nas, abyśmy nie pozwolili wywietrzeć soli naszej wiary, a to pociąga za sobą konieczność wytrwania w wierze katolickiej i zachowania ciągłości nauczania moralnego Kościoła. Rzeczywiście, grozi nam stale wielkie ryzyko rozcieńczenia naszej wiary, kupczenia Słowem Bożym lub jego zafałszowania (2 Kor 2,17; 4,2) tylko po to, by przyciągnąć życzliwą uwagę ludzi tego świata. Wielki francuski pisarz, Paul Claudel, ujął to humorystycznie: „Ewangelia jest solą, a wy zrobiliście z niej cukier”. Postawmy sprawę jasno: jeżeli poświęca się prawdę po to, aby uniknąć trudności wpisanych w dawanie świadectwa wierze, chrześcijanin nie jest już solą i na nic się nie przyda. Jeśli chrześcijanin, podobnie jak kameleon, przybiera kolory swojego otoczenia, nie stanowi już namacalnego znaku Królestwa Bożego: a przecież jesteśmy powołani, aby nadawać smak środowiskom, w których się znajdujemy, przez dawanie jasnego i jednoznacznego świadectwa naszej katolickiej wierze. Jest to ogromna odpowiedzialność, która spada w pierwszej kolejności na biskupów, katechistów, wszystkich chrześcijan i nasze chrześcijańskie rodziny. Jeśli przyjrzymy się liczbom i statystykom, Kościół katolicki zamknięty w jednym pomieszczeniu w dniu Pięćdziesiątnicy był bardziej niż mizerny. A jednak nigdy bardziej niż wtedy Kościół nie był bliski doskonałości, tej, którą osiągnie dopiero w Niebie. Liczby mają pewną wartość, ale jakość ma wartość nieporównanie większą. Musimy czynić wszystko, co w naszej mocy, aby na świecie żyło jak najwięcej chrześcijan, a nawet – zgodnie z nakazem Chrystusa – aby wszyscy ludzie stali się chrześcijanami. Nie wolno nam jednak poświęcać jakości duchowej na rzecz liczb, w przeciwnym wypadku będziemy mieli wielu takich, którzy definiują się katolikami, ale głęboko zasmucają Ducha Świętego przez swoje postępowanie i przez skażone grzechem serca. Należy więc, na poziomie duszpasterskim, koniecznie odnaleźć właściwą równowagę pomiędzy elitarnym rygoryzmem, który każe wyobrażać sobie Kościół jako wspólnotę doskonałych, a szkodliwym laksyzmem, który nawet przy dobrych intencjach przyciągnięcia do Kościoła jak największej liczby wiernych dokonuje nieuprawnionych cięć w dziedzinie doktryny wiary, nauczania moralnego Kościoła i obyczajów. Duch Święty jest jednocześnie Duchem Prawdy i Miłosierdzia, bez żadnej sprzeczności. W Duchu Miłosierdzia staramy się dotrzeć do jak największej liczby ludzi i przyjmować ich w objęcia Kościoła. Jednocześnie, zgodnie z Duchem Prawdy, nie chcemy tego czynić, zafałszowując Słowa Chrystusa. Podchodźmy więc do ludzi z wielkim miłosierdziem, ale pomagajmy im przylgnąć do Chrystusowej Prawdy, która zawsze wzbudzana jest w naszych sercach przez Ducha Świętego. Duch Chrystusowy nie jest przecież podobny do kłamliwego polityka, który twierdzi lub zaprzecza czemukolwiek tylko po to, aby zyskać popularność wśród wyborców. Duch Chrystusowy jest ogniem pochłaniającym i spalającym odpady ludzkich grzechów, rozpalającym dusze sprawiedliwych ogniem świętej miłości.

Nadzieja łaski
Drugi werset drugiego rozdziału Dziejów Apostolskich podsuwa nam kolejny interesujący szczegół: „Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru”. W innym miejscu Jezus powiedział Nikodemowi, że Duch Święty właśnie taki jest: nieprzewidywalny, nikt nie wie, skąd przychodzi i dokąd zmierza. W rzeczy samej, w Wieczerniku Duch przychodzi „nagle”. Sugeruje to, że Jego przybycie jest czysto darmową łaską, jest nieprzewidywalnym darem, na który nie jesteśmy w stanie do końca zasłużyć, a tym mniej przymusić Go za pomocą jakichś działań determinujących to nadejście. Nie można „zmuszać” Ducha Świętego, aby przyszedł do nas. Przychodzi, jeśli chce, gdzie chce, kiedy chce. W tym kontekście chciałbym podkreślić pewien aspekt, który być może wyda się trochę szczegółowy, ale jest bardzo znaczący. Od kilku dekad obecny jest w teologii pewien nurt, który mówi o łasce w sposób mało odpowiedni. Jego wyznawcy używają często dobrze znanego wyrażenia „wszystko jest łaską”. Kilka lat temu kardynał Georges Cottier napisał krótki artykuł na ten temat zatytułowany: „Jeśli wszystko jest łaską, nie ma już łaski” (miesięcznik „30 Giorni”, rok 2009). I rzeczywiście, taka jest prawda. Nie wszystko jest łaską. Natura sama w sobie nie jest łaską, chociaż stanowi warunek wstępny działania łaski. To, co robimy na poziomie natury, należy do natury, i choć często łączy się z nadprzyrodzonym porządkiem łaski, to nie zawsze ma to miejsce, nie ma mowy o jakimś automatyzmie, tak jakbyśmy do łaski mieli jakieś prawo. Łaska, z definicji, jest darmowa. Tymczasem w praktyce duszpasterskiej często słyszy się stwierdzenia w rodzaju: „Tego a tego dnia pojedziemy na dzień skupienia albo wybierzemy się na konferencję ascetyczną… i przeżywać będziemy moment łaski”. W rzeczywistości może się to wydarzyć, ale wcale nie musi. Nikt nie może być pewnym, że akurat tego dnia, dokonując takiej, a nie innej czynności, doświadczy działania łaski. Gdyby to mogło być przewidziane z całą pewnością, łaska nie byłaby już darmowym darem. Możemy jedynie mieć nadzieję na przeżycie chwili łaski, ale z góry pewności mieć nie możemy. Nieoczekiwane i wspaniałe wtargnięcie Ducha Świętego do Wieczernika w dniu Pięćdziesiątnicy należy do teologicznego elementarza i powinno utwierdzać nas w pokorze, w byciu w pewnym sensie mniej pelagianami lub semipelagianami.

Wersety trzeci i czwarty opisują zstąpienie języków ognia oraz skutki tego nadprzyrodzonego daru: glossolalię, umiejętność mówienia nieznanymi językami. Dar ten został wyraźnie przekazany dla realizacji misji, a także w celu ponownego objawienia uniwersalnego charakteru Kościoła katolickiego. Babilońskie rozproszenie języków, stanowiące konsekwencję ludzkiej pychy i egoizmu, zostaje tym sposobem zastąpione jednością Kościoła katolickiego, w jego jedności i różnorodności zarazem. Głęboko misyjny charakter Kościoła, poza ogromnym znaczeniem teologicznym i duszpasterskim, jawi się więc również jako rzeczywistość prawdziwie wzruszająca. Wiele razy pisałem i mówiłem o tym, że jeśli moja rodzina i ja jesteśmy chrześcijanami, jeśli otrzymałem łaskę bycia kapłanem, to tylko dlatego, że znalazły się szlachetne dusze, ojcowie duchacze, którzy kosztem wielu ofiar, także kosztem życia, przynieśli Chrystusa do Gwinei i do mojej małej wioski Ourous. O, jak wiele musieli wycierpieć misjonarze duchacze! Wielu zginęło w bardzo młodym wieku za Ewangelię i w imię Jezusa. Są oni dla mnie niezapomnianym świadectwem misyjności Kościoła i świętości, jaką Duch Święty wzbudza w kościelnej wspólnocie.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

ks. kard. Robert Sarah

http://www.naszdziennik.pl/mysl/189727, ... ciele.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 07 paź 2017, 10:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Duch świętości w Kościele

Obrazek
Jean Restout- Zesłanie Ducha Świętego-1732 Zdjęcie: / -


Artykuł opublikowany na stronie: http://www.naszdziennik.pl/mysl/190059, ... ciele.html

Wykład ks. kard. Roberta Saraha, prefekta Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, wygłoszony 23 września br. podczas Ogólnopolskiego Forum Duszpasterskiego w Poznaniu, cz. II

Duch Święty wypełnia swoją Obecnością i uświęca Kościół, prowadząc nas do Chrystusa.

Po tych krótkich spostrzeżeniach wychodzących od tekstu Dziejów Apostolskich chciałbym w drugiej części mojego wystąpienia przedstawić pewne elementy, które wydają mi się szczególnie interesujące, jeśli chodzi o uświęcające działanie, które Duch Święty podejmuje w Kościele.

Zacznijmy od tego, co odnajdujemy we fragmencie Dziejów Apostolskich, który był już przedmiotem naszej refleksji. W wersecie drugim czytamy, że kiedy zstąpił Duch Święty, „napełnił cały dom, w którym przebywali”. Powyższe stwierdzenie mogłoby wydawać się nieistotne, ale przecież żadne słowo Pisma Świętego takie nie jest. Bóg zawsze uczy nas czegoś, tak jest zatem w przypadku tego jednego wersetu: chodzi o to, że mieszkaniem Ducha Świętego na ziemi nie jest świat jako taki, wszechświat, stworzenie.

Oczywiście obecność Ducha Świętego ma również wymiar kosmiczny, ponieważ od początku Duch Boży unosił się nad wodami stworzenia (por. Rdz 1,2). Ale prawdziwą przestrzenią obecności i działania Trzeciej Osoby Boskiej jest „dom, w którym przebywali” Maryja i Apostołowie, czyli Kościół. Mieszkaniem Ducha Świętego jest Kościół. Faktycznie, Jezus ogłosił, że wyśle Parakleta do swoich.

Oczywiście, pamiętamy, że w Starym Testamencie Bóg przez proroka Joela (3,1) ogłosił wylanie Ducha na każdego człowieka. Należy jednak zauważyć, że drugi rozdział Dziejów Apostolskich wyraźnie cytuje tekst Joela w mowie, którą św. Piotr wygłasza wobec tłumu zaraz po cudownym otrzymaniu daru języków. W ten sposób Nowy Testament autorytatywnie interpretuje proroctwo Joela i potwierdza, że wszyscy ludzie są wezwani do otrzymania Ducha Bożego, ale że dzieje się to za pośrednictwem Kościoła. Kościół jest domem wypełnionym Duchem Świętym.

Duch Święty wzywa wszystkie narody do katolickiej jedności ludu Bożego, jak przypomniał Sobór Watykański II. Znak glossolalii wyraża właśnie tę prawdę: wszystkie ludy, języki i narody są w Kościele u siebie, są tam mile widziane. Nie ma już Żyda ani Greka, powie św. Paweł. Wylanie Ducha Świętego na wszystkich ludzi i na cały kosmos nie następuje więc w sposób bezpośredni, lecz pośredni. To przekazanie jest możliwe dzięki pośrednictwu Kościoła, Mistycznego Ciała Chrystusa.

Jak precyzuje deklaracja „Dominus Iesus” z 2000 roku, nie można myśleć o dwóch, niezależnych od siebie, ekonomiach zbawienia: z jednej strony ekonomia wcielonego Słowa, która byłaby przeznaczona dla chrześcijan i przekazywana przez Kościół; a z drugiej hipotetyczna odrębna ekonomia zbawcza, odseparowana od Ducha Świętego, która miałaby zbawić ludzi w oderwaniu od Chrystusa i jego Ciała Mistycznego, a może także z pomocą innych wierzeń czy religii. Jako że jest tylko jeden Zbawiciel dla wszystkich ludzi, Chrystus Jezus (Dz 4,12), tak samo istnieje tylko jedna uniwersalna ekonomia zbawcza z Chrystusem jako centrum i Kościołem jako niezbędnym instrumentem mediacji zbawienia.

Kościół narzędziem zbawienia
Kościół jest drogą i niezbędnym narzędziem zbawienia dla każdego mężczyzny i dla każdej kobiety. Bez Chrystusa i bez Kościoła nie ma zbawienia. W rzeczywistości Jezus jest „kamieniem odrzuconym przez budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,11-12). „Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy.

Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich jako świadectwo we właściwym czasie. Ze względu na nie ja zostałem ustanowiony głosicielem i apostołem – mówię prawdę, nie kłamię – nauczycielem pogan w wierze i prawdzie” (1 Tm 2,3-7). To właśnie potwierdzają Piotr i Paweł „uważani za filary Kościoła Jezusa Chrystusa” (por. Ga 2,9), wzory pasterzy i życia chrześcijańskiego.

Na podstawie tej pierwszej uwagi przyjrzyjmy się teraz drugiemu ważnemu elementowi. Powiedzieliśmy, że Duch Święty prowadzi do Chrystusa. Teraz możemy zapytać: w jaki sposób? Co robi Duch Święty? Oczywiście, Jego działanie jest wieloaspektowe i możemy tutaj poruszyć jedynie kilka istotnych aspektów. Chciałbym zacząć od tego, czego sam Pan Jezus nauczał w jednej ze swoich wypowiedzi na temat Parakleta w Ewangelii według św. Jana. W rozdziale 16, wersety 7-11, czytamy: Duch Święty będzie przekonywał świat o grzechu. „Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu – bo nie wierzą we Mnie; o sprawiedliwości zaś – bo idę do Ojca i już Mnie nie ujrzycie; wreszcie o sądzie – bo władca tego świata został osądzony”.

Jezus stwierdza wyraźnie, że dziełem Ducha Świętego będzie przekonanie świata o grzechu, sprawiedliwości i sądzie. Dzisiejsza zachodnia kultura kategorycznie odrzuca te prawdy. Pojęcie grzechu zostało powoli rozmyte i prawie już nie funkcjonuje w świadomości społecznej. W każdej części świata, co potwierdzają pełne niepokoju wypowiedzi biskupów podczas wizyt „ad limina Apostolorum”, zauważa się trwałą niechęć wiernych, także kapłanów, do sakramentu pojednania. Wielu wiernych – zarówno świeckich, jak i kapłanów – nie spowiada się już w sposób systematyczny. Nie ma cienia wątpliwości, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest powszechne duchowe zdezorientowanie, polegające na zachowaniu z jednej strony ogólnego przeświadczenia o własnej grzeszności, z drugiej zaś na zatraceniu świadomości co do natury grzechu, a w konsekwencji konieczności wyznania go i błagania Boga o wybaczenie.

Już ponad pięćdziesiąt lat temu bł. Papież Paweł VI zauważył w jednej ze swoich homilii: „Nie znajdziecie już w języku ludzi z tak zwanych elit, w książkach, w dziełach, które mówią o człowieku, tego strasznego słowa, które tak często pojawia się w kontekście religijnym, w naszym, w tym bliskim Bogu: a mianowicie słowa ’grzech’”.

Ludzie nie są już dzisiaj uważani za grzeszników. Są określani jako zdrowi lub chorzy, dobrzy, silni, słabi, bogaci, biedni, mądrzy, ignoranci; ale słowa „grzech” nie spotyka się już nigdzie. I nie powróci, ponieważ ludzki intelekt oderwał się od Boskiej mądrości, a w konsekwencji pojęcie grzechu zostało utracone.

Jednym z najbardziej porażających i dobitnych zdań czcigodnej pamięci Papieża Piusa XII jest to właśnie: „Współczesny świat utracił poczucie grzechu”; a stanowi to w swej istocie zerwanie relacji z Bogiem, spowodowane właśnie przez grzech. Jeśli przyjrzymy się dzisiejszemu sposobowi myślenia, okazuje się, że dla wielu nic nie jest już grzechem. Cudzołóstwo już nie istnieje, są tylko ludzie, którzy żyją razem, ponieważ się kochają; kochać spontanicznie i szczerze, według własnej orientacji seksualnej bądź subiektywnych upodobań i tendencji nie jest już grzechem.

W ten sposób rozumuje się dzisiaj również wewnątrz Kościoła katolickiego. A jest tak dlatego, że nie wierzy się już w Chrystusa, czyli nie traktuje się poważnie ceny za Jego Krew przelaną w ofierze za nas jako za grzeszników. Jeśli już nie wierzymy w grzech, nie potrzebujemy też odkupienia, zbawienia i Chrystusa, a Jego wcielenie i śmierć na krzyżu są dla nas bezużyteczne. Nie musimy już żałować za popełnione zło i nawracać się.

Pokuta za grzechy
W stulecie objawień przypomnijmy, że pastuszkowie z Fatimy wznosili nieustające modlitwy i podejmowali pokutę za biednych grzeszników. Wizja piekła zrobiła na nich tak straszliwe wrażenie, że zdeterminowani byli zrobić wszystko, aby każda ludzka dusza uniknęła wiecznego potępienia. Jeśli jednak Duch Święty nie działa w nas, konsekwencje są zgoła odwrotne: grzech nie jest traktowany poważnie; głosi się lub pisze, że można dopuszczać się wszystkiego lub prawie wszystkiego, oraz że wszystko jest dopuszczalne dla człowieka posiadającego subiektywnie dobre intencje; nie zwraca się uwagi na konsekwencje własnego postępowania; żyje się w stanie ustawicznej okazji do popełnienia grzechu; lekceważy sakrament pojednania; nie żałuje się za grzechy, a nawet okazuje pogardę lub wyśmiewa tych, którzy pokutują, i tak dalej.

Niektóre prądy współczesnej teologii wprowadziły zamieszanie, również jeśli chodzi o omawiane tutaj kwestie. Istnieją i mają się dobrze pewne interpretacje grzechu pierworodnego zmierzające do pomniejszenia znaczenia tej istotnej i pewnej treści naszej katolickiej wiary. Ponadto niektóre linie teologii moralnej doświadczyły w ostatnich latach poważnych zawirowań relatywizmu i subiektywizmu, zapominając, że element obiektywny nie stanowi co prawda jedynego istotnego aspektu osądu moralnego, ale bez wątpienia stanowi jego główną część.

Niezrozumienie idei miłosierdzia może ostatecznie doprowadzić nas do przekonania, że jeśli intencje są dobre, nawet to, co jest obiektywnie złe, mogłoby takim nie być w niektórych przypadkach. Dlatego ważne jest, abyśmy zapamiętali przesłanie Chrystusa: Duch Święty przekona świat o grzechu, sprawiedliwości i sądzie. Świat słucha chętnie pewnych słów, ale na pewno odrzuca słowa takie jak: grzech, sprawiedliwość i sąd. Duch Święty jednak właśnie o tym mówi. A ludzie dobrej woli, ci, którzy dają się prowadzić przez Ducha, nawracają się, obcując z paschalną tajemnicą Chrystusa, czyli z tajemnicą Jego przelanej Krwi odkupienia za nas, grzeszników.

ks. kard. Robert Sarah

http://www.naszdziennik.pl/mysl/190059, ... ciele.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 14 paź 2017, 11:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Duch świętości w Kościele

Obrazek
Wypędzenie kupców ze świątyni, Gustave Doré (1832-1883) Zdjęcie: / -


Wykład ks. kard. Roberta Saraha prefekta Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, wygłoszony 23 września br. podczas Ogólnopolskiego Forum Duszpasterskiego w Poznaniu, cz. III.

Duch Święty czyni z chrześcijanina nie tylko Alter Christus, ale wręcz Ipse Christus. Kolejnym niezwykłym aspektem uświęcającego działania Ducha Świętego jest to, że, poza prowadzeniem nas do Chrystusa, chce On również upodobnić nas do Chrystusa, przemienić nas na Jego obraz tak, aby każdy chrześcijanin był nie tylko Alter Christus, czyli „drugim Chrystusem”, ale nawet Ipse Christus, czyli „samym Chrystusem”, a więc aby utożsamiał się z Chrystusem. Musimy więc postawić pytanie: jaki jest ten obraz Chrystusa?

Również w tym przypadku nie jesteśmy w stanie utworzyć go samodzielnie, opierając się na współczesnej kulturze lub osobistych preferencjach. Pismo Święte mówi: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki” (Hbr 13,8). Wobec zmieniających się czasów i sposobów myślenia Chrystus pozostaje więc niezmienny. Jest zawsze takim, jakim objawił się nam dwa tysiące lat temu. Dlatego właśnie na kartach Nowego Testamentu, a szczególnie Ewangelii, możemy i musimy poznawać Osobę i sposób działania Pana Jezusa.

Nieodzowne kryteria w czytaniu Pisma Świętego
Nie ulega wątpliwości, że interpretujemy Ewangelie – jak naucza konstytucja „Dei Verbum” (nr 12) – oświeceni przez tego samego Ducha, który kierował ich redakcją. Duch Święty, źródło natchnienia dla hagiografów, jest również natchnieniem nieodzownym dla właściwego odczytania Pisma Świętego. Nie możemy traktować Ewangelii jak starej, martwej książki sprzed dwóch tysięcy lat. Dlatego nie wolno podchodzić do nich, wychodząc wyłącznie z założeń historyczno-krytycznych. Metoda ta posiada swoją wartość, ale jedynie wtedy, gdy jej wyniki są zintegrowane w szerszej perspektywie, w horyzoncie Ducha Świętego.

Papież Benedykt XVI w swoich prywatnych pismach zaproponował nam niezwykłą próbę odczytania Ewangelii o życiu Jezusa, łącząc najlepsze rezultaty współczesnej egzegezy z prawdziwie duchowym i kościelnym podejściem do świętych tekstów. Mam tu oczywiście na myśli trzytomowe dzieło poświęcone Jezusowi z Nazaretu. Z oficjalnego Magisterium Benedykta XVI należy natomiast przywołać w tym miejscu chociażby adhortację „Verbum Domini”, która przypomina nam o solidnych kryteriach nieodzownych dla nas, katolików, w czytaniu i interpretacji Pisma Świętego. Musimy zatem starać się zrozumieć, jaki jest prawdziwy obraz Jezusa, ponieważ właśnie według tego doskonałego wzoru Duch Święty przez swoje działanie chce nas uformować. Powtórzmy więc pytanie: jaki jest obraz Chrystusa, do którego Duch Święty chce nas upodobnić? Oczywiście, nie można udzielić tu płytkiej odpowiedzi, umniejszając do kilku frazesów wielką, a nawet nieskończoną złożoność tajemnicy Chrystusa. Pomimo tego z tekstu Ewangelii wyłania się nam wyraźna fizjonomia Zbawiciela. Widzimy ją wyraźnie odbitą w Jego nauczaniu, postawach i czynach.

Chciałbym tutaj pogłębić pewien szczególny aspekt zachowania Jezusa, szczególnie ważny w odniesieniu do tematu, który pogłębiamy: męstwo Chrystusa. Męstwo jest także jednym z darów Ducha Świętego, które – w przypadku Jezusa Chrystusa, czyli Namaszczonego Duchem Świętym – rozlały się z niepowtarzalną doskonałością na Jego człowieczeństwo.

Obraz Chrystusa
Jeszcze kilka lat temu, a być może jeszcze do dzisiaj, popularna była w niektórych kręgach szeroka krytyka niektórych tradycyjnych przedstawień Chrystusa w sztuce. Twierdzono, że niektóre obrazy przedstawiają Chrystusa w sposób przesłodzony, niemal kobiecy, jeśli można użyć takiego terminu. Skrytykowany został między innymi, za przedstawienie postaci Jezusa w sposób mało męski i przerysowany, słynny obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa przechowywany w kościele Il Gesù w Rzymie, dzieło malarza z XVIII wieku Pompeo Batoniego.

Z całym szacunkiem dla obrazu Batoniego, które to dzieło przez ostatnie trzy wieki wzbudzało pobożne uczucia w rzeszach wiernych, oraz przywołując jedną z duchowych zasad św. Ignacego z Loyoli, w myśl której zawsze niewłaściwe jest wyśmiewanie świętych obrazów, musimy przyznać, że przynajmniej częściowo krytyka ta ma swoje uzasadnienie, przynajmniej w swoich podstawowych założeniach. Przypomina nam ona, że Jezus był i jest prawdziwym człowiekiem, mężczyzną. Jezus był człowiekiem silnym, pełnym mocy: z kart czterech Ewangelii nie wyłania się wcale przesłodzony obraz Chrystusa.

Nasz Pan jest z pewnością łagodny i pokornego serca, jak sam siebie określa, ale Jego łagodność i pokora to nie słabość, a tym bardziej nie oznaka zniewieścienia. Spokój – jak uczy pewne włoskie przysłowie – jest cnotą mocnych. To, że Chrystus mógł znieść okrutną Mękę bez krzyku, bez lamentowania – jak prorokował Izajasz w Czwartej Pieśni Sługi Bożego – to, że potrafił pójść na śmierć ze spokojem baranka prowadzonego na rzeź, nie otwierając ust swoich (por. Iz 53,7), a jednocześnie kroczył w całym majestacie Tego, który, choć pozornie pokonany, w rzeczywistości panuje – wszystko to dzięki męstwu, sile, mocy, a nie przez słabość czy miękkość. Jezus łączy w sobie w zupełnej harmonii łagodność i pokorę z niezniszczalnym męstwem.

Znany współczesny egzegeta napisał w książce poświęconej Chrystusowi, że Jezus Ewangelii, Jezus Błogosławieństw, nie jest wcale osobą słabą. Wręcz przeciwnie, Jezus Ewangelii jest jak potężny bokser, tak silny i wytrzymały, że może przyjąć bardzo dużą ilość uderzeń bez upadania na ziemię. Taki jest Jezus, którego okropności Męki nie zdołały obalić. Oczywiście, na końcu oddał ducha na krzyżu, ale Jego śmierć oznacza zwycięstwo, a nie porażkę.

A więc Jezus jest mocny: jest mężny, gdy w wieku dwunastu lat odpowiada ze spokojem i pewnością swoim rodzicom, którzy odnajdują go w świątyni; jest mocny, kiedy dokonuje pierwszego cudu w Kanie; jest mężny, gdy walczy z diabłem na pustyni; jest silny, kiedy stawia czoła zasadzkom swoich przeciwników; jest mężny, gdy wyrzuca kupców ze świątyni; jest mocny, gdy idzie do Jerozolimy, wiedząc, że szukają Go, żeby zgładzić; jest mężny, kiedy bez strachu naucza w słowach, których rozmówcy nie lubią słuchać, na przykład kiedy mówi: Mojżesz dał wam zgodę na oddalanie waszych żon, ponieważ jesteście twardego serca, ale Bóg nie tego pragnie. Jezus jest mocny, kiedy staje przed Sanhedrynem, Herodem, Piłatem… To zadziwiające męstwo Chrystusa pojawia się niemal na każdej stronie Ewangelii. Duch Święty zaś uświęca Kościół również w ten sposób: kształtuje nas na wzór łagodnego męstwa Chrystusa.

Skutki sakramentu bierzmowania
Chciałbym na koniec uczynić pewne nawiązanie do sakramentu bierzmowania, którego wielorakie aspekty pogłębicie, jak sądzę, w tym roku duszpasterskim. Dlatego też skupię się dzisiaj jedynie na pewnych skutkach sakramentu bierzmowania. W roku 1216 Papież Innocenty III pisał, że przez sakrament bierzmowania „Duch Święty jest dany dla wzrostu i wzmocnienia (augmentum et robur) wierzących” (DS 785). Niewiele lat później św. Tomasz z Akwinu potwierdził, że ten sakrament udziela wzrostu i nadaje stałości (firmitas) sprawiedliwości otrzymanej na Chrzcie. W 1319 roku sobór florencki w dokumencie „Exsultate Deo” nauczał, że bierzmowania udziela się ad robur, czyli aby uczynić chrześcijan mocnymi, tak jak „Apostołowie w dniu Pięćdziesiątnicy” (DS 1319). Wreszcie Sobór Watykański II, w „Lumen Gentium” (nr 11), podtrzymuje tradycyjne nauczanie, w myśl którego wierny chrześcijanin jest przez ten sakrament ubogacony szczególną siłą (robur) przez Ducha Świętego. Jak widać, często używa się terminu „robur”, który po łacinie pierwotnie odnosi się do dębu, bardzo solidnego, stabilnego i mocnego drzewa, które potrafi opierać się burzom i pozostaje niewzruszone wobec przeciwności. W szerszym sensie robur wskazuje na siłę.

Podstawowym skutkiem bierzmowania jest więc dar Ducha Świętego, dający katolikowi duchową moc, która uzdalnia go do bycia świadkiem Chrystusa. W tym sensie niezwykle piękna jest uwaga cytowanego soboru florenckiego: „Dlatego przyjmujący bierzmowanie zostaje namaszczony na czole, gdzie przejawia się nieśmiałość, aby nie wstydził się wyznawać imienia Chrystusa, a zwłaszcza Jego Krzyża”. Wielu chrześcijan odczuwa strach bądź wstyd przed otwartym manifestowaniem swojej wiary i otwartym głoszeniem nauczania Boga i Kościoła w sprawach moralnych. Najpoważniejszym problemem jest panujące dziś zamieszanie i kakofonia w nauczaniu kapłanów i biskupów, jeśli chodzi o kwestie doktrynalne i moralne, przywodzące wiernych chrześcijan do apostazji oraz stopniowego porzucania bezdyskusyjnych wartości chrześcijańskich i ludzkich. Ale św. Augustyn, cytując List św. Pawła Apostoła do Rzymian, przypomina nam, że „Wszyscy staniemy przed trybunałem Boga” (Rz 14,10; 2 Kor 5,10).

Zakończenie Drodzy bracia, przeżywając wasz duszpasterski rok 2017-2018, poświęcony w sposób szczególny Duchowi Świętemu i jego działaniu w Kościele i w świecie, pamiętajcie o tym, co mówi nam św. Paweł: „Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów” (Rz 8,15). Wasz święty rodak, Papież Jan Paweł II, lubił zachęcać nas słowami: „Nie lękajcie się!”. Nie otrzymaliśmy Ducha Świętego po to, aby się lękać. Otrzymaliśmy Ducha Świętego, który jest Duchem męstwa Chrystusa. I tej mocy potrzebujemy dzisiaj znacznie bardziej niż kiedykolwiek. Tak wiele zła, tyle zamieszania, wątpliwości i obaw, które wypełniają nasze serca i umysły. A zło pochodzi zarówno z zewnątrz, jak i z wnętrza świętego Kościoła Bożego. Bądźmy mężni! Zaufajmy uświęcającemu działaniu Ducha Świętego, który jest w nas! Wojna, która się toczy, jest okrutna, ale Duch Prawdy ma większą siłę, a my z Nim jesteśmy mocni.

Prosimy, aby poprzez wstawiennictwo Najświętszej Maryi – Pani Jasnogórskiej, św. Józefa, św. Wojciecha, św. Faustyny, św. Jana Pawła II i wszystkich polskich świętych, Duch Święty zstąpił obficie na Kościół Boży, który jest w Polsce, utwierdzając go w prawdzie i świętości, utwierdzając przede wszystkim jego odważnych biskupów w głoszeniu i obronie prawdziwej nauki Chrystusa, która jako jedyna zdolna jest uwolnić ludzkość z niewoli grzechu i śmierci.

Przybądź, Duchu Święty. Przyjdź i napełnij cały dom Kościoła, który jest w Polsce. Przybądź i spraw – tak jak dwa tysiące lat temu – że również dziś „wszyscy będą wypełnieni” Twoją obecnością i Twoją uświęcającą łaską, aby stawać się prawdziwymi świadkami Chrystusa we współczesnym świecie.

ks. kard. Robert Sarah

http://www.naszdziennik.pl/mysl/190299, ... ciele.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 06 gru 2017, 18:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wspomnienie biskupa Mikołaja

Przez wiele lat św. Mikołaj należał do najbardziej znanych i czczonych świętych. Jest otaczany wielką czcią przez wiernych zarówno Kościoła katolickiego, jak i prawosławnego. To przy jego grobie odbył się w 1098 r. zwołany przez papieża Urbana II synod, na którym szukano dróg zniesienia podziałów w chrześcijaństwie. Do dziś Mikołaj jest ukochanym świętym dzieci, kojarzonym z wymarzonymi prezentami pod choinką. Jego wspomnienie przypada według kalendarza gregoriańskiego 6 grudnia, natomiast według kalendarza juliańskiego - 19 grudnia.

Obrazek
Fot. Łukasz Kot
Obraz św. Mikołaja


Greckie imię Mikołaj oznacza "zwycięzca ludu". Ma ono wiele odmian: Nikolas, Niklas, Nicolo, Klaus, Mikulasz, Miklos, Nichol, Noel Baba, a dzień 6 grudnia - "Natalis S. Nicolai": Nicolai hiemals, Niclastag, Nielsdag, Clawsdach.

Mikołaj urodził się prawdopodobnie ok. 270 r. w Licji w miejscowości Patras jako jedyne dziecko zamożnego małżeństwa chrześcijańskiego. Od młodości wyróżniał się nie tylko pobożnością, ale był też bardzo wrażliwy na ludzkie nieszczęścia. Po śmierci rodziców dzielił się chętnie swoim majątkiem z biednymi. Gdy dowiedział się, że trzy córki ubogiego mieszkańca miasta nie mogą wyjść za mąż, gdyż ich ojca nie stać na posag, podrzucił im ukradkiem większą sumę pieniędzy. Tę przypowieść wykorzystał Dante w "Boskiej komedii". Wybrany biskupem Myry (Demre w dzisiejszej Turcji), Mikołaj podbił serca wiernych nie tylko gorliwością pasterską, ale i troską o potrzeby materialne wiernych.

Zmarł, jak mówi tradycja, 6 grudnia między rokiem 345 i 352 w wieku prawie 70 lat. Podobno w chwili jego śmierci ukazały się anioły i rozbrzmiały chóry anielskie. Relikwie z portowego miasta Myra przywieźli 9 maja w 1087 r. do włoskiego Bari tamtejsi marynarze, chroniąc je przed muzułmanami. Pamiątkę tego dnia odnotowano także w kalendarzach jako wspomnienie świętego. Wkrótce św. Mikołaj stał się patronem tego miasta, największego nad Adriatykiem.

W 1089 r. papież Urban II poświęcił grobowiec świętego w bazylice jego imienia. Przy jego grobie odbył się w 1098 r. synod, którego celem było połączenie Kościoła prawosławnego z rzymskim. Wśród 184 biskupów był także prymas Anglii, abp św. Anzelm z Canterbury. W 1197 r. bazylikę w Bari, zbudowaną nad szczątkami świętego, konsekrował kanclerz cesarza Henryka VI, biskup Hildesheimu. Przy bazylice św. Mikołaja w Bari przechowywany jest dokument z XII w., opisujący dzieje sprowadzenie relikwii świętego. Do dziś też zachowały się w Myrze ruiny kościoła św. Mikołaja.

W Bari co roku, 9 maja, w rocznicę przywiezienia tam relikwii św. Mikołaja, obchodzone są okolicznościowe uroczystości. Największe obchody odbywają się na pełnym morzu. Rankiem 8 maja wypływa z portu najokazalszy statek z dwumetrowej wielkości figurą świętego, któremu towarzyszą wierni w procesji na bogato przyozdobionych łodziach, stateczkach i kutrach. Gdy statek przywozi figurę na brzeg, obwozi się ją po odświętnie przybranym mieście na specjalnie przygotowanym powozie. Ta procesja morska kończy się ogólnym świętowaniem i fajerwerkami. Natomiast następnego dnia w kościołach odbywają się nabożeństwa, a centralna uroczystość - przy grobie świętego w bazylice w Bari. W bazylice tej jest również pochowana królowa Bona, żona Zygmunta Starego i matka Zygmunta Augusta, która pochodziła z Bari. Mauzoleum za głównym ołtarzem ufundowała jej córka, Anna Jagiellonka. Na sarkofagu umieszczone są rzeźby klęczącej królowej Bony, a po jej bokach - patronów Polski i Bari: św. Stanisława i św. Mikołaja.

Hołd relikwiom świętego oddał w 1984 r. papież Jan Paweł II, który na pamiątkę swej wizyty przekazał bazylice pastorał.

Wokół postaci św. Mikołaja narosło wiele legend. Najstarszy pisemny dowód na oddawanie czci biskupowi z Myry to tzw. praxis de stratelatis, legenda o cudownym uratowaniu trzech namiestników, niesłusznie skazanych na karę śmierci przez cesarza Konstantyna Wielkiego (306-337). Prawdopodobnie to zachowane opisanie legendy powstało ok. 460-580 roku, choć nie wyklucza się istnienia jeszcze starszych pism. Legenda ta była w średniowieczu tak popularna na całym świecie, że do dziś zachowało się jeszcze ponad 50 jej różnych rękopisów. Bardzo popularna była też inna legenda, mówiąca o tym, że Mikołaj swoją modlitwą uratował od niechybnego utonięcia rybaków w czasie gwałtownej burzy. Dlatego czczony jest także jako patron marynarzy i rybaków. Niedawno przedstawiciele prawosławnych patriarchatów, konferencji episkopatów katolickich i Kościołów ewangelickich z 16 krajów basenu Morze Śródziemnego zaproponowali, by św. Mikołaja ogłosić patronem Morza Śródziemnego.

Najstarsza znana biografia św. Mikołaja, "Vita per Michaelem", powstała prawdopodobnie ok. 750-850 r. w Konstantynopolu. Wyprzedziła ona nieco później spisaną biografię "Methodius et Theodorum" datowaną na początek IX wieku.

Św. Mikołaj jest patronem Grecji, Rosji i Lotaryngii. W Szwajcarii jest patronem diecezji Lozanna-Genewa-Fryburg. Przede wszystkim jednak obrały go za swego patrona miasta hanzeatyckie oraz Amsterdam, Ankona, Bari, Fryburg Meran i Nowy Jork. Imię świętego noszą też liczne miasta na wszystkich kontynentach. Liczbę kościołów i ołtarzy jemu poświęconych tylko w średniowiecznych Niemczech obliczano na 4-5 tysięcy.

W wielu miastach istniały też bractwa św. Mikołaja zakładane przez kupców, marynarzy i różne cechy rzemieślnicze. Jednym z najstarszych jest bractwo św. Mikołaja w Kolonii, które prawdopodobnie powstało w 1201 r. W późniejszym okresie działały jeszcze w Kolonii trzy inne bractwa im. Św. Mikołaja.

Mikołaj jest patronem dziewcząt pragnących wyjść za mąż, kobiet chcących urodzić dziecko, noworodków, ludzi morza, flisaków, dokerów, kupców, młynarzy, piekarzy, rzeźników, krawców, tkaczy, podróżnych i pielgrzymów, więźniów, adwokatów, notariuszy, handlarzy winem i zbożem, właścicieli i żebraków. Zaliczany był do Czternastu Świętych Wspomożycieli.

W Polsce św. Mikołaj był kiedyś bardzo popularny. Jeszcze dzisiaj pod jego wezwaniem jest 327 kościołów. Jego wezwanie noszą trzy kościoły katedralne: w Elblągu, Kaliszu i w Bielsku-Białej. Najokazalsze kościoły św. Mikołaja znajdują się w Gdańsku i Elblągu. Natomiast największe polskie sanktuarium św. Mikołaja jest w Pierśćcu koło Skoczowa na Śląsku Cieszyńskim. Pierwszą kaplicę jemu poświęconą zbudowano tam już w XIV wieku. Szczególną czcią otaczana jest cudowna figura św. Mikołaja, przy której wierni od lat wypraszają łaski zdrowia dla siebie i swoich bliskich.

Zwyczaj wręczania dzieciom prezentów powstał w średniowieczu. Jego początki, to udzielanie stypendiów i zapomóg przez szkoły mające za patrona św. Mikołaja. Z upływem lat przekształcił się w obdarowywanie prezentami dzieci, a także wszystkich członków rodzin.

Co najmniej od XV w. istniał zwyczaj budowania "łódeczek św. Mikołaja", w które święty miał składać prezenty. Z czasem łódeczki zastąpiły buty i skarpety, lub - w regionach protestanckich - adwentowe talerze z darami.

http://www.niedziela.pl/artykul/32613/W ... a-Mikolaja


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Kościół i wiara w naszym życiu.
PostNapisane: 26 gru 2017, 16:03 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Otwarte niebo

Nie zdążyliśmy jeszcze nacieszyć się narodzinami Jezusa, a w Kościele przychodzi nam towarzyszyć św. Szczepanowi, pierwszemu męczennikowi. Jak bardzo czas Boga jest różny od czasu człowieka! Ale jak bardzo uczy też nas głębszego pojmowania spraw, które wprost nas dotyczą. Czy nie można by tego męczeństwa wspominać kiedy indziej, w innym nastroju? Można by. Ale wiele przez to by nam umknęło. Bo radość chrześcijańska ma solidny fundament i nie opiera się na ulotnych emocjach, ale wypływa z głębi ludzkiego jestestwa. Prawdziwa radość rodzi się z niewzruszonej pewności, że Bóg przyszedł i wciąż przychodzi do człowieka, aby nie zostawiać go samego pośród zmagań.

Obrazek

Kiedy Szczepan umierał pod gradem kamieni, otwarło się nad nim niebo, a on patrzył na Syna Człowieczego w chwale. Wcześniej to samo niebo otwarło się w stronę ziemi, a Bóg nie tylko patrzył na zagubionego człowieka, ale zstąpił do niego na ziemię, by stać się dla niego darem i by go ocalić. Tajemnica otwartego nieba przypomina o miłości Boga, który staje się człowiekiem, by być bliżej niego, by żyć razem z nim. Święta, celebracje, sakramenty i cały Kościół podtrzymują to wspólne życie Boga z człowiekiem. A człowiek, doświadczając Bożej bliskości, może odkrywać w sobie tęsknotę za swoim Stwórcą, Zbawicielem, Ojcem, do którego przez to samo otwarte niebo powraca.

Radość z narodzin Jezusa daje człowiekowi siłę do wierności, do podejmowania codziennego trudu, by przez święte życie stawać się darem dla Boga. Dla Boga, który wcześniej stał się darem dla człowieka. A Szczepan, oddający ducha w ręce Boga, jest wołaniem do nas, aby świąteczna radość nie rozpłynęła się w nicości. Aby ta radość tętniła życiem w nas, świadomych otwartego nieba nad nami, poprzez które możemy posyłać Bogu codzienną ofiarę wdzięczności. Nie musimy od razu umierać jak Szczepan, ale – póki Pan daje czas – możemy żyć godnie, przebaczając, kochając, dostrzegając innych wokół siebie. Ten drugi dzień świąt jest niczym druga strona tej samej monety: z jednej jest kochający Bóg, a z drugiej człowiek, który na tę miłość odpowiada. Cóż więc robić? Najlepiej przez otwarte niebo złożyć tę monetę w rękach Boga i – jak z Bożego Narodzenia – ucieszyć się całym sobą z najlepszej inwestycji życia.

Andrzej Zając OFMConv

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... niebo.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 107 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 3, 4, 5, 6, 7, 8  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /