Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Między nami Polakami...
PostNapisane: 17 maja 2011, 09:58 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Polak wobec antykultury i wobec antycywilizacji, czyli Polak wobec nachalnie wdzierającego się w naszą ponad tysiącletnią kulturę....ordynarnego chamstwa.

Z kogo się śmiejecie...sami z siebie się śmiejecie!

A ja pomysł mam i PO wygrać dam...czyli kombinacje nad urną. One mogą dopiero być. Podczas zbliżających się jesiennych wyborów.Wszakcuda zapowiadane były. I nikt się nie czepiał, że nie mogą to być cuda nad urną. Przecież jesteśmy partią pod zgrabnym i oddającym istotę i rację naszego bytu tytułem Platforma Obywatelska Władzy Raz Zdobytej Nie Oddamy Nigdy, trzeba więc dobrze zabezpieczyć wszystkie możliwe elementy tego ,,sukcesu” i zapiąć je na ostatni guzik. Policzmy nasze aktywa. Telewizornie nasze. Prezesi telewizorni – też nasi. Gazety i tygodniki prawie wszystkie nasze, a te Gazety - Polską i Warszawską nazwie się oszołomskimi i po krzyku. Rzuci się też grafomańską klątwę na te wszystkie pisemka zbliżone do Uważam, że coś tam... Bilbordy już zabroniliśmy wieszać. Kasę partyjną przeciwnikowi częściowo zrabowaliśmy, a więc zwycięstwo mamy na wyciągnięcie ręki. Mata jeszcze jakieś pomysła - rzuca premier. Mają. Bo oto odzywa się przywołany w trybie nadzwyczajnym na platformerską naradę Bronisław K. Uważacie mnie za niedorajdę, co to nie zliczy do 25 i tyle minut spóźni się do Benedykta. Zarzucacie mi, że po polsku pisać nie umiem. Że siadam pierwszy, gdzie tylko popadnie. Oj, nieładnie piłkarzyki, nieładnie. A ja pomysła mam i wam wygrać dam. Wszyscy popatrzyli z podziwem na Bronka...

I tak oto wykluł się pomysł dwudniowych wyborów. Wybory być może wasze, ale noc będzie nasza...Wszak były już niechlubne noce (ach ta jaśminowa noc czerwcowa z 4 na 5 czerwca 1992...), które zatrzęsły raczkującą polską demokracją. Oszołomom od władzy precz. Wystarczyło przecież raz dopuścić do sterów naszego, powtarzam, naszego państwa te przebiegłe Kaczory i mieliśmy się z pyszna. Trzeba było w trybie awaryjnym poruszyć całe polskie piekiełko, by zmusić honorowych jednak Kaczorów do zarządzenia nowych wyborów. Zabraliśmy babciom dowody, Dziadek już od dawna nie żyje, więźniom obiecaliśmy dolce vita (Opłacało się! 95 % tych łobuzów na nas głosowało. A tym 5 % głupoli trzeba było za karę dać dożywocie), zarobkowym emigrantom wszystko, co tylko chcieli, głupim Polaczkom cuda i w rezultacie Kaczory miały się w 2007 z pyszna. Teraz jednak już to nie wystarczy. Potrzeba nam cudu nad urną. Na szczęście mamy swoje, wypróbowane sPOsoby.

Nic to, że w normalnych demokracjach głosuje się jeden dzień. Na nic polska konstytucja wskazująca do głosowania dzień wolny od pracy. Funta kłaków warta w końcu wypracowana po 1989 roku tradycja! Nic to, że jakiś ekspert Winczorek, co z tego, że profesor,zwraca uwagę, że w wyniku wydłużenia czasu głosowania może wzrosnąć niebezpieczeństwo naruszenia tajności głosowania (Mogą pojawić się podejrzenia co do ewentualnych fałszerstw w nocy z jednego na drugi dzień głosowania, co nie będzie dobre dla legitymizacji wybranych władz- prof. Winczorek). Na nic opinia prokuratora generalnego Seremeta, że wybory mogą się odbywać jedynie w niedzielę, która jest dniem powszechnie wolnym od pracy, a sobota już takim dniem nie jest. Przecież PO zawsze może liczyć na ludzi pokroju politologa Kazimierza Kika. Tenże natychmiast pospieszył z pomocą platfusom, głosząc kuriozalną opinię, że dwudniowe głosowanie wzmocni polską demokrację. Ale przecież o to właśnie chodzi. Platforma Obywatelska Władzy Raz Zdobytej Nie Oddamy musi być górą. Ura, ura, ura...do boju, do boju...



Jaką twarz Komorowskiego ujrzał swego czasu wiceprzewodniczący SLD Marek Wikiński? Przypomnę, bo być może nie wszyscy pamiętają, jak trafnie o cynizmie Komorowskiego mówił ponad rok temu otwartym tekstem polityk SLD i wiceprzewodniczący tej partii Marek Wikiński. Otóż powiedział on, że nigdy już nie zagłosuje na Komorowskiego po tym, jak widział jego drugą twarz na posiedzeniu Prezydium Sejmu i Konwentu Seniorów 10 kwietnia w dniu tragedii smoleńskiej. A była to – zdaniem Wikińskiego - twarz człowieka cynicznego i bezwzględnego.

Mówi to państwu coś?

O tym jak naszą mowę wszy oblazły...Niedawno w Katowicach odbył się Kongres Języka Polskiego. Rozmawiałem z jednym z uczestników tego kongresu, znanym mi osobiście, który chciał jednak pozostać anonimowy, gdyż wie, że piszę dla Warszawskiej Gazety, a on chce przecież przynależeć do elity. Powiedział, że raziło go na tym kongresie zbyt jednostronne zajmowanie się wulgarnością i brutalnością codziennego języka min. polityków, a nie wskazano winnych tego stanu, czyli samą elitę, jak to określił mój rozmówca - elitę celebrycko-platformersko-lewacką. Jednak mimo to pojawił się na kongresie przebłysk geniuszu. Otóż profesor Walery Pisarek określił ten postępujący wciąż proces staczania się języka polskiego po równi pochyłej genialnym wprost zdaniem:Mam wrażenie, jakby naszą mowę wszy oblazły.
I za to oczywiście brawo. Ale Panie profesorze! Pan się temu dziwi? A może by tak przejść od tego stanu wiecznego dziwienia się do normalnych reakcji, jakie powinny być udziałem polskich profesorów – specjalistów od języka polskiego, gdy zachwaszczają i brudzą ten piękny język Mickiewicza i Słowackiego językowe łobuzy spod znaku Niesiołów, Palikotów, Wojewódzkich i Hołdysów? A może by tak zareagować, gdy telewizje spod znaku tefałenów zalewa potok językowego chamstwa? A może warto było zwrócić uwagę magistrowi Bartoszewskiemu, że nie wypada mówić na ludzi ,,bydło”, a Radkowi Sikorskiemu ze strefy zdekomunizowanej nie pozwalać na dożynanie watahy? A już na pewno trzeba było postawić tamę językowemu i niebywałemu wprost chamstwu ze strony przedstawicieli PO skierowanemu przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu po Smoleńskiej Tragedii. Nie, na to nie wystarczyło i wciąż nie wystarcza wam odwagi.
I tak oto, niepostrzeżenie, mleko się rozlało. I to również z waszej winy panowie profesorowie od polskiego. Może nawet głównie z waszej. Bo, kto nie reaguje na draństwo, to językowe również, ten się przyłącza do draństwa. Tym mocniej, im więcej ma danych ku temu, żeby publicznie bronić ważnych społecznych i kulturowych racji.
Pamiętacie rozmowę Michnika z Rywinem? Knajacki język jakim się ci należący do elyty gawędziarze posługiwali, nigdy nie spotkał się z waszym potępieniem. Ba, Adaś to człowiek z waszej sfery. I jak się domyślam z wypiekami na twarzy czytacie Adasia (i jego kompanów) do poduszki, żeby wiedzieć, co gadać między sobą na polityczne tematy.
A teraz szaty drzecie, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Nie sądziłem, ze jesteście aż takimi hipokrytami.
Z kogo się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie!Skutki tego spektakularnego upadku polskiego języka można było dostrzec w egzaminacyjnych pracach młodzieży gimnazjalnej. Owoce ministrowania oświacie przez osobę, która się kompletnie nie zna na szkole, widać było właśnie jak na dłoni podczas tegorocznego sprawdzania egzaminów . Długie cztery lata szaleństw pani Hall, obniżenie godzin do dyspozycji dyrektora szkoły (z których to godzin dyrektor mógł zwiększyć liczbę lekcji języka polskiego), zmniejszająca się ilość języka polskiego i historii, manipulowanie przy spisie lektur, szatkowanie lektury na fragmenty, zarzucenie nauczycieli papierkami, że spod tych papierków nauczyciela już niestety nie widać, plus to wszystko, co koledzy pani Hall i ich dziennikarscy oraz celebryccy klakierzy zrobili w dziedzinie wulgaryzacji języka nie tylko polityki, przyniosło zatrważające wyniki. Gdy w ostatnią sobotę i niedzielę sprawdzałem prace gimnazjalistów na temat patriotyzmu i słyszałem od czasu do czasu zarykiwanie się egzaminatorów, bo przeczytali jakieś śmieszne fragmenty z uczniowskich prac, natychmiast przypominało mi się zakończenie Rewizora.

To prawda. My nauczyciele też jesteśmy winni tego stanu smuty polskiej oświaty i polskiego języka, jaki obserwujemy w szkołach i wokół nas na co dzień. Nie protestujemy, gdy tłamszą nas coraz głupsze pomysły pani minister i jej urzędników. Nie protestujemy, gdy niezgodnie z logiką i prawem zmusza się nauczyciela do wykonywania dwóch godzin społecznych zwanych idiotycznie godzinami karcianymi, gdy tymczasem nauczyciel polonista wypracowuje znacznie ponad 40 godzin tygodniowo. Nie protestujemy, gdy każą nam produkować tony niepotrzebnych nikomu papierów. W końcu, nie protestujemy, gdy dzieje się ewidentna krzywda polskiemu dziecku. Bo przecież przeciążony idiotycznymi wymaganiami nauczyciel ma coraz mniej czasu na spokojną pracę, nastawioną przede wszystkim na jak najlepszy, najpełniejszy rozwój ucznia.. A do tego wszystkiego jego pozycja społeczna jest tak niepewna i słaba, że godzi się niemal na wszystko. Idiotyczne, absurdalne koło się zamyka.

I co z tego, że zacytuję wam rzeczywiście śmieszne kawałki z uczniowskich prac. Doniosły temat o patriotyzmie został tak potwornie zbanalizowany i sprofanowany brakiem wiedzy, umiejętności językowych i czymś, co ja nazywam kompletnym brakiem ambicji wyższego rzędu, iż moje dokładnie przytoczone cytaty nie oddadzą w pełni tragicznego stanu umysłów polskich szesnastolatków. Zatrważające niezrozumienie poświęcenia bohaterów Kamieni na szaniec, Rudego, Alka i Zośki, deklaracje natychmiastowej ucieczki z kraju, gdy tylko Polska znajdzie się w jakimkolwiek niebezpieczeństwie, wprost wyrażane opinie, że patriotyzm to przeżytek. A co gorsze, czasem, ba , nawet dosyć często, kompletne niezrozumienie podstawowego znaczenia słowa patriotyzm i mylenie go na przykład z empatią i pomaganiem innym ludziom. To i tak zaledwie zarys tej kompletnej klęski pod tytułem egzamin gimnazjalny jako element sprawdzania uczniowskiej wiedzy nabytej w szkole wymyślonej w reformie Buzka i Handkego, a poprawianej przez Hall..

A na koniec obiecane ,,kwiatki”.

Pierwsze miejsce przyznaję genialnemu ironiście, który podając przykład współczesnego patrioty wymienił Lecha Wałęsę, pisząc: Lech Wałęsa, który żyje aż do dzisiaj, to przykład współczesnego patrioty – pomógł sobie i swoim bliskim (sic! Prawdziwy mistrz ironii!)

Drugie miejsce - może od razu cytat: Skawiński to mężczyzna, który znalazł się na uchodźstwie, ale po przeczytaniu epopei wrócił myślami do kraju. Była to jego indywidualna podróż...

I miejsce na pudle – też od razu cytat: Bycie patriotą nie jest trudne. Chociaż w dzisiejszych czasach młodzież mieszkająca na ziemiach polskich nie wie, albo nie chce wiedzieć, że jego dziadek (cytuję dokładnie) walczył o to, żeby on siedział przed telewizorem. Nie umie tego nawet docenić.

I z kogo się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie! Gogol to przewidział...

I na koniec coś wielce optymistycznego! Kongres Polska – Wielki Projekt. Widzę ten projekt jako wielką szansę dla Polski. Przede wszystkim na odrodzenie się światłej elity, która wróci do etosu inteligencji IIRP. Tam są te nadzwyczaj ważne korzenie dumy, godności, honoru i żelaznego trzymania się zasad i wartości, których tak zatrważająco brakuje współczesnej samozwańczej ,,elycie”. Słusznie powiedział gość kongresu Jarosław Kaczyński, iżPolska - Wielki Projekt ma za zadanie stworzyć projekt nowoczesnej Polski. - Wszystkie koncepcje w ciągu ostatnich 20 lat zostały jakby narzucone z zewnątrz, zakładały, że wszystko się samo ułoży. Jednak całkowicie zawiodły. Polska potrzebuje projektu, elity politycznej, która potrafi wyznaczyć cele i je realizować.

Tylko tyle i aż tyle. I niech Dobre Anioły czuwają...

Tekst ukazał się w Warszawskiej Gazecie nr 21 i w Lubelskiej Gazecie nr4

http://andrzejleja.salon24.pl/306880,z- ... -smiejecie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 20 maja 2011, 16:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Prof. Andrzej Nowak: Oni nie zasługują na nazywanie ich zdrajcam

...to jest po prostu grupa pętaków.

Pod koniec marca przeprowadziliśmy z Profesorem Andrzejem Nowakiem wywiad, by tuż przed pierwszą rocznicą smoleńskiej tragedii porozmawiać o stanie państwa, o skandalicznym przebiegu śledztwa dotyczącego katastrofy, a także o perspektywach dla Polski w kontekście nieudolnych rządów Platformy Obywatelskiej. Tym razem jednak w wersji tekstowej przedstawiamy Państwu jedynie skrót rozmowy i zachęcamy do obejrzenia i wysłuchaniawypowiedzi Profesora.

http://www.portal.arcana.pl/Nowak-oni-n ... .html#post

Naszym krótkim wywiadem z Profesorem Andrzejem Nowakiem, chcieliśmy utwierdzić Czytelników naszego Portalu w przekonaniu, że nie warto poddawać się w walce o prawdę, a oceną znakomitego znawcy realiów zarówno rosyjskich, jak i polskich, chcieliśmy przedstawić naszą – Polaków – sytuację w rok po „największej tragedii w Polsce po 1945 roku”.

Prezentujemy ten wywiad z nadzieją, że w obliczu nowej fali manipulacji medialnych, związanej z pierwszą rocznicą smoleńskiej tragedii, trafi on do jak największej liczby osób. Pragniemy z naszymi skromnymi możliwościami włączyć się w proces odkłamywania rzeczywistości i zarazem zachęcamy wszystkich internautów, aby włączyli się w inicjatywy obnażające dezinformację otaczającą śledztwo smoleńskie.



Czy tak się dokonują katastrofy, że tylko Orły odpadają od munduru?

Opisując sytuację od 10 kwietnia 2010 roku po dzień dzisiejszy Profesor Andrzej Nowak mówi: miałem wrażenie jakbym miał do czynienia z ofensywą sił zła. Wspomina o „motłochu” protestującym pod kurią biskupią przeciwko pochowaniu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, a także wspomina czas kiedy motłoch został wynajęty przez siły polityczne, żeby opluć Krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Redaktor Dwumiesięcznika ARCANA twierdzi, że celem tych działań było przygnębienie nas, przekonanie Polaków, że ta fala jest w stanie zniszczyć wszystko, zmieść wszystko. Szczególnym szczytem sukcesów propagandy jest tu – zdaniem Profesora – medialna manipulacja wokół zabójstwa łódzkiego działacza PiS, Marka Rosiaka. Przypomnę – człowiekowi, który należał do Platformy Obywatelskiej[Ryszard C., zabójca Marka Rosiaka], był członkiem tej partii i który odwiedził w celach instruktażowych posła Niesiołowskiego w Łodzi, natychmiast media - służalcze wobec tej władzy - przypisały, że być może szedł zabić posła Niesiołowskiego. Mimo, że ten człowiek[zabójca Marka Rosiaka] mówił wprost, że interesuje go jedynie zabójstwo prezesa opozycji i członków tej partii.

Jednak w wypowiedzi Profesora Nowaka brzmi pewna nuta otuchy - ta fala zaczęła się nieco cofać. Rosja, która podeptała polską godność w osobie generała Błasika, pokazała, że poważnie traktuje państwo polskie i jego godność – bo chce ją zniszczyć. To właśnie publikacja raportu MAK, zdaniem sowietologa, była momentem zwrotnym, po którym rzeczywistość przebiła się do bardzo dużej grupy społeczeństwa. Znamienne słowa padają w kontekście odnalezienia munduru poległego w Smoleńsku generała Andrzeja Błasika: Czy tak się dokonują katastrofy, że tylko Orły odpadają od munduru?

Słowa uznania padają też pod adresem „Naszego Dziennika”, który ratuje honor polskiego dziennikarstwa i opisuje rzeczywistość. Dla premiera Donalda Tuska znalazły się z kolei słowa. współczucia. Zdaniem Profesora ludzie z otoczenia premiera, podobnie jak i prezes rady ministrów, nie zasługują na wielkie słowa, takie jak „zdrada”. To jest grupa pętaków –konstatuje.



Dowiemy się prawdy



Na pytanie „co my, zwykli Polacy, możemy zrobić, by przybliżyć moment wyjaśnienia przyczyn tragedii smoleńskiej”,profesor odpowiada na wstępie, że nasze państwo w osobie premiera (…) całkowicie zrezygnowało z szansy realnego uczestnictwa w dochodzeniu prawdy o tym, co się stało w Smoleńsku. Donald Tusk oddał wszystkie aspekty tej sprawy w ręce Rosji Putina – ludziom, którzy wywodzą się z najstraszniejszego, obok III Rzeszy, systemu totalitarnego. Z jednej strony Polska obecnie nie ma szans na sprawdzenie tego co się stało w Smoleńsku, z drugiej jednak strony prawda o Smoleńsku jest znana.Nie jest znana nam, być może nie jest znana Donaldowi Tuskowi, ale na pewno jest znana w Rosji i zapewne w USA. Profesor Nowak nie ma podstaw, by stwierdzić, czy to był zamach, ale zachowania oficjalnej strony rosyjskiej po 10 kwietnia pośrednio świadczą o tym, że ogromna część odpowiedzialności jest po stronie Rosji. Zakaz dokonania ekshumacji szczątków, fakt, że przy badaniach anatomopatologicznych nie było żadnych polskich lekarzy – wbrew kłamstwom pani minister Ewy Kopacz. Bezczelnym, szokującym kłamstwom, za które pani minister nie poniosła żadnej odpowiedzialności.Profesor Nowak wspomina też zmianę zeznań członków wieży kontrolnej: rzecz bezprecedensowa – złożyli zeznania, a potem je odwołali.

Prawda o Smoleńsku będzie ustalona – zapewnia Profesor Nowak opowiadając o śledztwie smoleńskim, dalej wskazuje na paralelę pomiędzy dochodzeniem do prawdy o Katyniu, a dochodzeniem do prawdy o Smoleńsku. I w jednym, i w drugim przypadku, władzy zależało na ukryciu prawdy, a zwykli ludzie byli przekonywani, że walka o nią, z tak silnym państwem jak Rosja, jest „nierealistyczna” i „głupia”. Jest to jednak myślenie nie tylko błędne, ale i szkodliwe – prawda o reżimie w Rosji jest potrzebna także i samym Rosjanom.

Odpychałem tę świadomość, że oni wszyscy tam mogli zginąć



W trzeciej części wywiadu Profesor Nowak mówi o swoich osobistych refleksjach z początku 10 kwietnia 2010 roku – o tym jak dowiedział się o katastrofie. Opowiada o swoich pierwszych reakcjach, o niedowierzaniu, o pierwszych telefonach i pierwszych rozmowach po ogłoszeniu tej tragicznej wiadomości Dopiero po roku człowiek przyzwyczaja się do myśli, że tych ludzi między nami naprawdę już nie ma.

Ten „rząd pętaków”, w skrajnie cyniczny sposób, próbuje nam wmawiać, że wylot do Katynia był niczym wycieczka turystyczna, tymczasem całe 96 osób, łącznie z załogą samolotu, leciało tam z misją.

Profesor wspomina Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, mówi też o „krystalicznej postaci” Anny Walentynowicz i o jej „symbolicznej roli Matki Solidarności”. Opowiada pokrótce o Władysławie Stasiaku „najlepszym wzorze urzędnika państwowego”, Sławomirze Skrzypku, który tak przysłużył się dla polskich finansów.

Rząd wygląda, jakby bawił się we władzę, by popijać dobre wino i palić cygara

Zapytaliśmy także o to, co nurtuje wielu Polaków, a na co nie znajdą odpowiedzi w mainstreamowych mediach. „Opowieść PiaRowców rządu” nie dopuszcza nawet takiej wersji do publicznej dyskusji – a my o to zapytaliśmy: jaki los czeka obecną władzę, gdy przyjdzie czas osądzenia ich zaniedbań wobec Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i pozostałych pasażerów rządowego samolotu?

Profesor stwierdza, że kiedyś w końcu „odwróci się koło politycznej fortuny”. Uważa jednak, że rządu Donalda Tuska nie należy straszyć żadnymi surowymi karami – choć na procedurę karną niektórzy na pewno zasługują. Nie podtrzymujmy atmosfery strachu, na którym druga strona buduje kapitał polityczny (…)Specjaliści od public relations snują opowieść o strasznej sekcie smoleńskiej, która chce wyciąć w pień wszystkich tych, którzy nie podzielają jej poglądów.Ten nieprawdziwy opis sytuacji oparty jest, zdaniem Profesora, na strachu elit, który udało się – niestety - zaszczepić wielu milionom Polaków.

Na naszych przeciwników politycznych, na tych biednych ludzi należy spojrzeć tak, jak oni wyglądają – jak pętaki (…) Wyglądają jak ludzie, którzy skrajnie nieodpowiedzialnie bawią się we władzę, by popijać dobre wino, palić cygara i bawić się grą polityczną. (…) Robią to jednak kosztem interesu państwa: zdradzając interesy energetyczne, powodując wyższe ceny gazu, powodując to, że duża część z nas żadnych emerytur nie otrzyma, że bliskie staje się nam słynne powiedzenie batki Łukaszenki: „żyć będziecie źle, ale niedługo”.

Profesor Nowak stwierdza, że ludzie stojący obecnie u władzy zasługują jedynie na wyśmianie i wyszydzenie, tymczasem kreują się na męczenników „strasząc naszą stroną”.

Pokazanie ich całej nagości, niekompetencji, głupoty, prymitywizmu, chamstwa, właśnie pętactwa –to będzie dla nich największa kara, nie zaś straszenie ich i wyzywanie od zdrajców.

Redakcja Portalu ARCANA

http://portal.arcana.salon24.pl/293501, ... h-zdrajcam


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 25 maja 2011, 20:52 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Wojciech Wencel

Zdmuchnąć Polskę

Każdy ma wieszcza na miarę swoich horyzontów. Jednym Juliusz Słowacki wywieszczył słowiańskiego papieża, innym Antoni Pawlak wywróżył faszystowskie zagrożenie ze strony PiS.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 18 maja 2011

Poeta, który na co dzień pełni obowiązki rzecznika prezydenta Gdańska, już na początku 2006 r. zastanawiał się, „czy ziemia zadrży od równego kroku antykorupcyjnych batalionów”. I brunatną farbą malował panoramę przyszłości: „czy Reichstag jutro zapłonie”, „czy minister o wyglądzie prymusa i skarżypyty pisze już akt oskarżenia”, „czy w tym wielkim ogniu będą płonęły książki”, „czy otworzą się na oścież bramy Berezy Kartuskiej”.

Wprawdzie za rządów PiS żadne z tych proroctw się nie spełniło, ale wszystko przed nami. Zgodnie z ustaleniami Stefana Bratkowskiego, prezes Jarosław Kaczyński wciąż kroczy drogą wydeptaną przez Adolfa Hitlera. Nadal należy się więc obawiać drgań tektonicznych. Choć z chwilą odwołania Mariusza Kamińskiego funkcjonariusze CBA przestali maszerować, to zastąpili ich uczestnicy Marszów Pamięci. A ponieważ niektórzy z nich trzymają pochodnie, istnieje prawdopodobieństwo, że wywołają pożar. Co dokładnie podpalą, trudno ustalić. W odniesieniu do pirotechniki Pawlak i Bratkowski posługują się terminami niemieckojęzycznymi, takimi jak Reichstag czy Fakelzugi, co dla mnie – starego, słabiej wykształconego, ze wsi – jest średnio zrozumiałe. Użyję zatem sformułowania bardziej pojemnego: zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego chcą podpalić Polskę.

Ogień to straszny żywioł. Nic dziwnego, że w ostatnich miesiącach Donald Tusk próbuje zlikwidować każde jego zarzewie. Płucami strażników miejskich i policjantów gasi nie tylko znicze na Krakowskim Przedmieściu, ale i race na stadionach. A w ślad za premierem idą inni zatroskani o bezpieczeństwo państwa. Politycy PO i SLD, dziennikarze rządowych mediów, dyżurni eksperci, celebryci i konserwatywni pożyteczni idioci – wszyscy dmuchają z całych sił, żeby uratować państwo przed unicestwieniem. Niektórzy, jak Stefan Niesiołowski, dmuchają z wyraźnym wysiłkiem, bo dotąd zajmowali się głównie podpalaniem. Inni, jak Paweł Lisicki, dmuchają z przyjemnością, bo dmuchanie, choćby na zimne, mają we krwi. Jeszcze inni, jak Radek Sikorski, postanowili przy okazji zdmuchnąć nieprzychylne komentarze w internecie. Szeregowi członkowie PO stali się podobno tak zapobiegliwi, że zdmuchują własnym dzieciom świeczki na torcie. Nigdy nie wiadomo, czy wśród przedszkolaków zaproszonych na przyjęcie urodzinowe nie czai się jakiś mały bojówkarz PiS. Gdyby Prometeusz, który wykradł ogień bogom i przyniósł go ludziom, przewidział, że jego dar może trafić w łapy „pisowców”, sam by dmuchał.

Z podpalaczami się nie dyskutuje. Podpalaczy trzeba obezwładnić, zanim zdążą coś podpalić. Wielu takich potencjalnych piromanów zginęło w Smoleńsku, ale jest nas więcej. Cóż począć z kilkoma milionami niebezpiecznych „antysystemowców”? Niedawno w relacji sprzed namiotu Ruchu Poparcia Palikota mogliśmy usłyszeć kobietę żałującą, że feralny Tupolew pomieścił tylko 96 osób. To skrajna postawa. Większości „obrońców demokracji” wystarczy delegalizacja PiS, do której wstępem ma być strażacka retoryka. Fałszywa wizja z wiersza Antoniego Pawlaka wciąż jest nośna. Cynicy podsycają ją ze względów politycznych, lemingi w nią wierzą. Dopiero gdy wspólnymi siłami zdmuchną nas z życia publicznego, będą mogli otrzeć pot z czoła i obwieścić, że demokracja zwyciężyła.

Ci, którym marzy się taki scenariusz, popełniają jeden poważny błąd. Sądzą, że tłumy ludzi przychodzą na Krakowskie Przedmieście z inspiracji Jarosława Kaczyńskiego i że wystarczy usunąć go z polityki, by ogień zgasł. Nie zdają sobie sprawy, że ten wewnętrzny żar, którego „sto lat nie wyziębi”, jest pierwotny wobec partyjnych formacji. Prezes PiS cieszy się naszym poparciem tylko dlatego, że go respektuje. Można bez końca gasić pochodnie i znicze, ale ogień, który płonie w sercach Polaków, jest wieczny. Nie tacy gieroje, jak dzisiejsi „obrońcy demokracji”, próbowali go zdmuchnąć. Nie mieli pojęcia, że w rzeczywistości nadymają balon własnej pychy. Im mocniej dmuchali, tym szybciej rozlegał się huk.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... olske.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 07 cze 2011, 19:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Stańmy się milionami Olewników

Dzielna rodzina Olewników udowodniła i jednocześnie dała przykład wszystkim rodakom, że nigdy nie wolno się poddawać i tracić nadziei.

Przez całą dekadę od 2001 do 2011 roku dążyła do poznania i ujawnienia prawdy o losie syna i brata. Do 2006 roku, kiedy to odnaleziono zwłoki Krzysztofa, walczyła jeszcze o uratowanie mu życia. Następne lata to nieustanna batalia o ujawnienie sprawców, mocodawców i funkcjonariuszy aparatu, tego mafijnego tworu zwącego się szczytnie demokratycznym państwem prawa. To niemoc i bierność tego państwa przyczyniła się w ogromnej mierze do śmierci młodego, 27 letniego człowieka, który ostatnie dwa lata swojego życia spędził w nieludzkich warunkach. Taki los zgotowali mu porywacze.

Ta walka trwa nadal, a determinacja rodziny Olewników jest dla mnie czymś imponującym i dającym wiarę na przyszłość. Oczywiście wiarę w człowieka, a nie w chore, zżerane patologiami państwo.

Co byłoby gdyby nie ich upór?

Oczywiście sprawa dawno uległaby zapomnieniu, a być może nigdy nie wypłynęłaby na ogólnopolską medialną scenę. Cóż kogoś obchodziłoby dzisiaj to, co wydarzyło się w nocy z 26 na 27 października 2001 roku w jakimś tam Świerczynku na przedmieściach Drobina?

Zapewne sprawcy do dziś spaliby sobie spokojnie, a w postępowym europejskim humanitarnym państwie, jakim jest Polska, gdzie oczywiście najwyższym wymiarem kary jest dożywocie nie trzeba by w pośpiechu wykonywać aż trzech wyroków śmierci w monitorowanych więziennych celach.

Czy Olewnikom przez te wszystkie lata było lekko?

Wolne żarty. Próbowano z nimi wszystkich znanych sztuczek. Pojawili się dobrzy i źli „ubecy”. Były liczne kije i marchewki. Był udawany w niektórych mediach podziw i okazywana empatia, po czym na tych samych łamach dochodziło do plucia jadem oraz podłych oszczerstw i insynuacji.

Oczywiście nie mogło zabraknąć też prób skłócenia tej niezwykle kochającej się rodziny i rozbicia jej jedności.

Jak to się skończyło wszyscy wiemy.

Powstała nawet parlamentarna komisja śledcza do wyjaśnienia okoliczności uprowadzenia i zamordowania jednego polskiego obywatela, który nie był ani medialną gwiazdą, politykiem czy wysokim urzędnikiem państwowym. Dla niemal wszystkich Polaków gdyby nie jego zdeterminowana rodzina byłby dzisiaj tylko panem „nikt”.

Miłość, honor, odwaga, poczucie obowiązku, upór tylko jednej polskiej rodziny sprawiły, że o ich tragedii usłyszała cała Polska i nie dało się dłużej zamiatać sprawy pod dywan.

10 kwietnia 2010 roku wydarzyła się dziejowa tragedia. Zginął Prezydent RP wraz z małżonką i 94 towarzyszących mu osób. Dlaczego nie ma sejmowej komisji śledczej w tej sprawie? Dlaczego ten sam parlament w „głosowaniu hańby”, 29 kwietnia 2010 roku odrzuca postulat umiędzynarodowienia śledztwa? Dlaczego nie potrafimy zmusić polskich władz do działania i pozwalamy zamiatać wszystko pod dywan?

Cóż takiego się stało, że w jednym przypadku państwo przyparte zostało do muru i zmuszone do działania, a w innym, dotyczącym wielkiej narodowej tragedii pozostaje zupełnie bierne czy wręcz mataczy ręka w rękę z Kremlem?

Otóż wina jest w nas samych. Nie potrafimy stać się milionami zdeterminowanych Olewników, którzy nie spoczną do chwili, kiedy prawda nie ujrzy światła dziennego. Nie potrafimy tak jak tamta dzielna rodzina zbliżyć się do włodarzy III RP na tyle, aby poczuli na sobie nasz gorący oddech tak mocno, że aż ciarki przeszłyby im po plecach.

Już niemal czternaście miesięcy dajemy robić z siebie idiotów przez miejscowych i kremlowskich kłamców.

Nie liczmy na NATO, UE, USA, lecz przede wszystkim na siebie. Tylko odsunięcie w wyborach obecnej władzy, tak jak i pogonienie Napieralskiego, za którego plecami czai się już towarzysz Miller, umożliwi nam rozpoczęcie procesu ratowania Polski i rzeczywistą próbę wyjaśnienia smoleńskiej tragedii oraz pociągnięcie zdrajców do odpowiedzialności.

Wywalmy w końcu na zbity pysk z polityki także i cwaniaczków z PSL-u, którego symbolem dla mnie jest niejaki Stanisław Żelichowski, którego twarz mam wątpliwą przyjemność oglądać w ławach sejmowych nieprzerwanie od 1985 roku, czyli już trzecie dziesięciolecie. To już niemal symboliczny Breżniew czy Gromyko polskiej polityki i dowód na bezbronność Polaków przy takiej chorej ordynacji wyborczej, konserwującej relikty i mamuty z czasów PRL.

Kłamstwa, jakie funkcjonują w społeczeństwie, jako prawda objawiona przez media są wprost niesłychane.

W myśl konwencji chicagowskiej zarówno wrak samolotu jak i czarne skrzynki natychmiast po zakończeniu pracy komisji MAK zgodnie z tą konwencją powinny trafić do Polski.

Prawda jest taka, że nie chcą tego zarówno ludzie Tuska jak i banda Putina. Temu przecież służyło memorandum podpisane w Moskwie przez wysłannika Tuska, szefa MSWiA, Jerzego Millera w dniu 31 maja ubiegłego roku. To ta umowa zobowiązała również obie strony do utajnienia zapisów rejestratorów lotu. To dla tego mamy dziś tylko jakieś przekłamane stenogramy rozmów w kokpicie sporządzone na podstawie kopii z kopii.

O pozostałych rejestratorach nie wiemy nic. Nawet polska skrzynka szybkiego dostępu, której odczytanie i analiza to kwestia kilkudziesięciu minut (podłączenie do drukarki i wciśnięcie przycisku „print”) owiana jest tajemnicą i słyszymy już przeszło rok, że jest ciągle badana przez specjalistów.

Jak można wmawiać społeczeństwu, że to strona rosyjska nie chce wydać nam naszej własności skoro wspólnie i w porozumieniu postanowiły o tym obie strony?

Idźmy dalej.

W ruskim protokole z sekcji zwłok ubrany na ten ostatni lot w białą koszulę, śp. Pamięci Stefan Melak mierzący 172 cm i ważący 105 kilogramów opisany jest, jako mężczyzna w niebieskiej koszuli o wzroście 195 cm i lekkiej otyłości.

W dokumencie z autopsji śp. Zbigniewa Wassermanna opisano szczegółowo narządy, których zmarły na skutek leczenia operacyjnego nie posiadał już od wielu lat. Jest protokół z sekcji zwłok Janusza Kurtyki, choć na jego ciele nie było żadnych śladów przeprowadzenia owej sekcji.

Jak możemy dopuścić, aby autorka najbardziej perfidnych i nieludzkich łgarstw, minister zdrowia Ewa Kopacz mogła bezczelnie uśmiechać się do nas z ekranu telewizora? Przecież to ona z mównicy sejmowej do milionów Polaków mówiła o przesiewaniu ziemi na głębokość jednego metra i wspaniałej współpracy polskich i rosyjskich patomorfologów wiedząc, że w tych rzekomych sekcjach zwłok polska strona nie uczestniczyła.

Takie przypadki się mnożą, a wiodące media zaprzyjaźnione z Platforma Obywatelską i Andrzejem Wajda milczą. W poważnym demokratycznym kraju prokuratura pod naciskiem wolnych mediów i społeczeństwa w atmosferze wielkiego międzynarodowego skandalu już dawno powinna zarządzić przeprowadzenie kilkudziesięciu sekcji zwłok, a wolny świat zażądać wyjaśnień od rosyjskich władz.

Czy Polacy to głupia tłuszcza dająca się pędzić jak bydło na rzeź, czy może w końcu stać ich na to, aby stali się milionami Olewników, którzy nigdy nie odpuszczą bandzie zdrajców, kłamców i oszustów?

Chciałoby się za Panią Danutą Olewnik- Cieplińską wykrzyczeć:

„Ja nie wierzę w żadne państwo, w żadną Polskę!”i dodać od siebie, że„Wierzę jeszcze w Polaków”, ale to już ostatnia nadzieja. Dalej nie ma już nic.

http://kokos.salon24.pl/313489,stanmy-s ... -olewnikow


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 08 cze 2011, 14:28 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3231
Aerolit napisał(a):
Chciałoby się za Panią Danutą Olewnik- Cieplińską wykrzyczeć:

„Ja nie wierzę w żadne państwo, w żadną Polskę!”i dodać od siebie, że„Wierzę jeszcze w Polaków”, ale to już ostatnia nadzieja. Dalej nie ma już nic

Do tego należałoby dodać, że pani Danuta niejednokrotnie powtarzała, że

"jedyne czego żałuje w całej sprawie, to tego, że zaufała policji i urzędnikom. Uczciwie współpracowali z nimi przekazując wszelkie informacje, co nie przyczyniło do szybszego i perfekcyjnego zatrzymania sprawców, ale do całkowicie sprzecznych z oczekiwanymi kolejnymi wydarzeniami. "

W efekcie zamiast pomóc ofierze, wspomagało to oprawców.


Należy też dodać, że takich spraw więzionych i maltretowanych ludzi jest bardzo dużo.
Jednak nie podaje się statystyk, by sobie nie psuć opinii partyjnej.

Nadrzędną sprawą jest też to, że akurat sprawa trafiła na ludzi, którzy zdążyli sobie wypracować na tyle pieniędzy, że pozwoliło to im na podejmowanie kolejnych kroków mimo ogromnych strat finansowych.

Ja osobiście byłam w 2001r. w okolicach Płońska i trafiłam wówczas na wyroby z wędzarni państwa Olewników. Byłam tymi wyrobami zachwycona. Kupiłam trochę więcej i wrzuciłam do zamrażarki. W kolejnym roku znowu będąc tam, pojechaliśmy od razu na zakupy tych wyrobów...i już tak było zawsze, jak byliśmy w tamtych stronach.
Pamiętam, że w pierwszym roku przejeżdżaliśmy przez Różan i te okolice i jakoś miałam takie dziwne uczucie obcości.
Nie znałam wówczas tej sprawy, a już wtedy Krzysztof był więziony.
Dowiedziałam się i skojarzyłam miejscowości dopiero w 2007 czy 8 roku. i wstrząsnęło to mną bardzo. I tak pozostało do dziś....w codziennej modlitwie...

Cóż, kalifornijski sąd przyznał uwięzionej i gwałconej przez 18 lat kobiecie 20 mln dolarów odszkodowania przede wszystkim za błędy popełnione w śledztwie...

Jak to się ma do ciężaru odpowiedzialności ludzi z ramienia prawa za cierpienia niewinnych, wiedzą ci, którzy tego doświadczyli...
poznają ci, którzy nie reagowali właściwie i być może kiedyś będzie im dane doświadczyć...

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 19 sie 2011, 17:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Polska rodzina jeleniowatych
Wynik powtórzonych wyborów w Wałbrzychu potwierdził tylko moje przekonanie, że nie tyle ryba psuje się od głowy, ile już się zepsuła i tak naprawdę spustoszenie, jakie ten proces gnilny spowodował ogarnął już ją całą wraz z ogonem, tak, iż nie nadaje się już zupełnie do konsumpcji.

Nie jest możliwe, aby działalność mafii, przestępczości zorganizowanej czy rządy takich ludzi jak obecna ekipa możliwe były w społeczeństwie złożonym w większości z mądrych, uczciwych i poczciwych obywateli.

Niestety tylko wielkie zepsucie i przyzwolenie Polaków na wiele patologii umożliwia panoszenie się im na obszarze między Wisła, a Odrą.

Choroba atakuje najczęściej wątły i wyniszczony organizm z osłabioną odpornością lub pozbawiony jej zupełnie. I tu chyba myli się Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy sądząc, że ten naród nagle się ocknie i z dnia na dzień przejrzy na oczy.

Skoro ludziom nie przeszkadza formacja oszustów fałszujących wybory oraz ściągających haracze i dalej na nich ochoczo głosuje. Skoro nie przeszkadza im prezydent miasta z korupcyjnymi zarzutami jak to ma miejsce w Sopocie, to niestety, kiedy nadejdzie czas płaczu i zgrzytania zębów, niech nie szukają winnych zbyt daleko od samych siebie.

Opatrzność w ostatnim okresie wysłała do Polaków tyle oczywistych znaków, na które odpowiednio nie zareagowali, że wydaje się wyczerpywać limit Boskiej cierpliwości.

Ale czemu tu się dziwić skoro historycznie rzecz ujmując owi wyborcy całkiem niedawno, bo w 2001 roku ochoczo wybrali, jako rządzących dawnych namiestników Moskwy, czyli partię, na której czele stał człowiek, który funkcje życiowe swojej formacji podtrzymywał moskiewską pożyczką, czyli kroplówką z Kremla podaną na dodatek ze środków KGB.

Dodatkowo w nastrój pesymizmu wprowadziły mnie uroczystości kolejnej rocznicy „Cudu nad Wisłą” gdyż uzmysłowiły mi to, jak wielka przepaść jakościowa dzieli ówczesnych Polaków od ludności zamieszkującej dzisiaj tę krainę.

Niestety to nie same „elity” III RP są zepsute, ale i polskie społeczeństwo, które tak jak mieszkańcy afrykańskiego buszu wybierają na swoich przywódców tych, którzy mają powtykane przez media w tyłki, najbardziej kolorowe piórka.

Społeczeństwo o mentalności postkolonialnej jest w swojej masie głupie i bezradne, z czego ochoczo korzysta cała zgraja pasożytów wspieranych przez „najwyżej cenionych” dziennikarzy,.

Polacy są jak zwierzyna płowa, czyli jeleniowate. Jest ona w stanie przezwyciężyć strach i opuścić żerowiska by zbliżyć się do terenów zamieszkałych, tylko w wypadku deficytu karmy.

Nawet gdyby nagle uchwalano prawo o zniesieniu okresów ochronnych i całorocznych polowaniach na wszystko, co się rusza w lasach na polach i łąkach to wiadomo, że nie zrobi to żadnego wrażenia na jeleniach, sarnach, danielach czy łosiach. Liczy się tylko koryto, a w razie ciężkiej zimy upchany sianem paśnik.

Przykro to mówić, ale coraz częściej decyzje, jakie podejmują wyborcy oraz to, z jaką głupią naiwnością łykają tę papkę propagandową serwowaną przez media oraz bezczelne kłamstwa rządzących, skłaniają do stwierdzenia, że coraz bardziej upodabniamy się do owej zwierzyny płowej.

No cóż, nowatorski patent na tworzenie po 1989 roku elit z kremlowskich kolaborantów skrzyżowanych ze starannie wyselekcjonowaną konstruktywną opozycją, w której nie zabrakło, a jakże, „byłych” miłośników Stalina, Marksa i Engelsa musi przynieść w końcu nieuniknioną katastrofę.

Niestety, nie ma tak, że za głupotę nie trzeba będzie w końcu zapłacić i historia naiwnym Polakom wystawi wkrótce wysoki rachunek.

Czasy, gdy Polacy byli wspaniałym i potężnym narodem to zamierzchła przeszłość, o której lepiej nie uczyć współcześnie miejscowej gawiedzi. No, jeżeli już to w trybie fakultatywnym. Na co dzień tę wspaniałą historię się programowo obrzydza i do niej zniechęca.

Po co jacyś, co bardziej dociekliwi obywatele mają wiedzieć jak drzewiej bywało i jak potrafiono wyłaniać elity narodu tak, aby stawały się jego siłą napędową, a nie jak to mamy dzisiaj, szkodliwą grupką wyprowadzającą z premedytacją Polaków na manowce.

Nie byłoby potęgi Rzeczpospolitej Obojga Narodów, gdyby nie szlachta. A wzięła się ona wprost ze stanu rycerskiego. To właśnie rycerze za swoje męstwo i zasługi otrzymywali od królów ziemię, na której się osiedlali. Nierzadko bywało też, że nadawano ją również rycerzom niepasowanym, którzy wsławili się jednak wyjątkowa odwagą i poświęceniem w walce. Za ziemią szły oczywiście przywileje.

Oparte na tak wyselekcjonowanych elitach społeczeństwo mogło stać się niekwestionowaną potęgą, podziwianą nie tylko przez całą Europę.

Aż trudno dzisiaj uwierzyć, że to na polskich sarmatów snobowały się długo europejskie elity. Na przeszpiegi ruszali do Rzeczypospolitej liczni wysłannicy europejskich dworów z zadaniem znalezienia odpowiedzi na pytania; skąd się bierze witalność i siła tego narodu? Dlaczego nie imają się tutejszych mieszkańców niektóre choroby jak na przykład syfilis czy podagra, tak panoszące się w innych krajach?

Posuwano się nawet do drobiazgowego opisywania jak w Rzeczpospolitej wychowuje się dzieci, w jakiej wodzie i jak często się je kąpie. Opisywano olbrzymią rolę kobiet, które podczas częstej nieobecności wojujących mężczyzn potrafiły doskonale zarządzać majątkami. Zdziwienie wywoływał również odmienny, specyficzny typ głębokiej religijności z bardzo rozpowszechnionym kultem maryjnym.

Opisywano z zaciekawieniem inny niż na wschodzie i zachodzie sposób dosiadania koni przez Polaków. Umiejętność takiego doboru uzbrojenia, który był niejako kwintesencją tego, co najlepsze na zachodzie z tym, co było doskonałe u wschodnich ludów.

W Italii modne było strojenie już małych dzieci ala Polacca, a Rembrandt swój jedyny, jaki namalował portret konny poświęcił właśnie polskiemu jeźdźcowi, Lisowczykowi.

Trudno mu się dziwić gdyż dla ówczesnych Europejczyków była to piękna, a zarazem groźna i kusząca egzotyka.

Czapka bez daszka z rysiego futra, jedwabny pikowany żupan, obcisłe spodnie z czerwonego materiału i żółte skórzane buty do połowy łydki. Ponadto dwie szable różnego rodzaju, łuk refleksyjny i kołczan ze strzałami, a w prawej dłoni nadziak zwany obuszkiem lub siekierką. Jeśli dodamy do tego buńczuk na końskiej głowie, a pod siodłem skórę drapieżnika to mamy pełny obraz ówczesnego idola nie tylko europejskiej młodzieży. I co dzisiaj wydaje się niewiarygodne, idola z Polski.

Lisowczycy to była jazda będąca postrachem od Renu aż po Morze Białe. Mało kto dzisiaj wie, że współcześni dżokeje na całym świecie, stojąc w strzemionach i pochylając się nad koniem tak, aby mu maksymalnie ulżyć, czerpią bezpośrednio ze sposobu jazdy polskich Lisowczyków. Potrafili oni pokonywać dziennie nawet 150 kilometrów, co w owych czasach był czymś dla innych nieosiągalnym.

Mijały całe wieki. Zepsucie, papugowane obce wzorce, najazdy w tym głównie szwedzki potop osłabiły Rzeczypospolitą i stopniowo doszło do jej choroby i upadku.

Kiedy po 123 latach zaborów nastała II Rzeczpospolita to trzeba przyznać, że sytuacja naszych rodaków była o wiele trudniejsza niż w 1989 roku. Mimo wszystko ówcześni nasi przodkowie o wiele lepiej potrafili owe dwadzieścia lat dane przez opatrzność wykorzystać. Potrafili zbudować państwo o wiele skuteczniej i bez porównania szybciej. Umieli w tym czasie wychować niezwykle patriotyczne pokolenie Polaków. Nie stało się to ot tak, samo z siebie. Do tego celu służyła mądra polityka historyczna, a do legendy przeszedł już rozkaz Piłsudskiego na mocy, którego powstańcom z 1863 roku musieli salutować wszyscy żołnierze, począwszy od szeregowca do generała.

Opluwanie powstańców, którzy walczyli o wolność ojczyzny, z jakim dzisiaj często mamy do czynienia w II RP było by czymś nie do wyobrażenia.

Budowa od podstaw portu w Gdyni czy Centralnego Okręgu Przemysłowego to tylko przykłady wysiłku i mądrości narodu polskiego. Jeżeli dodamy do tego to, że armia licząca w 1918 roku 50 tysięcy żołnierzy w 1920 liczyła już ich milion i to tylko po dwóch latach niepodległego bytu to możemy wyobrazić sobie sprawność tego państwa.

Oczywiście często krytykowano ciągłe kłótnie czy brak porozumienia między politykami, ale Anno Domini 2011 roku trudno szukać następców Piłsudskiego, Dmowskiego, Paderewskiego, Daszyńskiego czy nawet Witosa wśród elit wykreowanych przez michnikowy salon wespół z „ojcem demokracji” Jaruzelskim i „człowiekiem honoru” Kiszczakiem.

III RP to karykatura II RP nie mówiąc już o Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Idiotyczne papugowanie wszystkiego, co „zachodnie” i „postępowe”. Niszczenie patriotyzmu, wyśmiewanie pięknych tradycji i szydzenie z narodowych powstańczych zrywów dopełnia dzisiejszego obrazu Polski. Tu nie ma, co liczyć na jakiś cud. Czeka nas najpewniej kolejny upadek i bardzo długi, mozolny proces budowy wszystkiego od podstaw.

Póki, co zwierzyna płowa, czyli polskie społeczeństwo jeleniowate, beztrosko chadza sobie po lesie. Na razie jest jeszcze gdzie żerować, a i jak nadejdą mrozy to zapobiegliwi leśniczy, gajowi i myśliwi dowiozą im siana do paśników. Oni wiedzą, że nie intelekt i rozum dzisiejszych Polaków jest dla nich zagrożeniem.

Ten naród został przez lata tak zepsuty i zdegenerowany, że do buntu może go popchnąć tylko głód i pusty żołądek. Także, czego, jak czego, ale kiełbasy raczej nie zabraknie. W dostępności owej kiełbasy leży klucz do sterowania tym niegdyś wielkim i wspaniałym narodem.

Jedyne pocieszenie jest takie, że tylko sięgając ostatecznego dna można dopiero mocno się odbić i pójść w górę.

Tylko, który to już raz?

http://kokos.salon24.pl/334475,polska-r ... eniowatych




Nie moge calkowicie zgodzic sie ze stwierdzeniem "Kiedy po 123 latach zaborów nastała II Rzeczpospolita to trzeba przyznać, że sytuacja naszych rodaków była o wiele trudniejsza niż w 1989 roku." W roku 1918 bylo rzeczywiste nowe otwarcie. Elity tworzyly sie od podstaw. Byl duch patriotyzmu pielegnowany przez tych wielkich o ktorych wspomniales. Ludzie pokroju Osjasza Szechtera tez probowali wprowadzic w zycie swoja idelologie w tamtym czasie, ale znalezli slabiukti oddzwiek, glownie wsrod nizin spolecznych. Nie udalo sie im zdusic demonow patriotyzmu-polskosci i przylaczyc Polski do wielkiej rodziny narodow radzieckich. W roku 1989 spatkobiercy Osjasza Szechtera mieli juz komfortowa sytuacje. Wtedy nie bylo nowego otwarcia, byla kontynuacja przyklapana przy okraglym stole. Dogadali sie ludzie o podobnych pogladach, tych reprezentowanych przez Osjasza Szechtera. Jego syn wybil sie w tym wzgledzie przejmujac po zakulisowych rozgrywkach gazete utworzona przez dzialaczy opozycyjnych. Nastapilo pranie mozgow i demon patriotyzmu zostal zarzegnany. A jak nie ma patriotyzmu to mamy to co mamy. Przy wladzy drobni zlodziejaszkowie i cwaniacy wspierani przez obce sluzby. Slaba Polska jest na reke naszym sasiadom, ktorzy jak wiemy z histori nigdy nie wyciagneli do nas pomocnej dloni.



Wreszcie po prawdzie
, a nie ku upodobaniu.
Polacy dzielą sie na kilka grup to popegeerowska biedota , popeerelowska głupota , popezetperowska tępota , nie licząc grup cwaniaków , kombionatorów , hien cmentarnych i tumiwisifrantów . Zdrowa częśc tego społeczeństwa to ok 25 % samodzielnie myślących obywateli. Reszta zasługuje na to co ma . Szkoda tego kraju i szkoda tych w/w zagubionych ludzi . Dlatego idę głosować w jesiennych wyborach. Może się wreszcie uda.




Gorzka prawda,
dawno już nie komentowałem na S24 - rozczarowanie wiekszością tekstów, okropnie przewidywalnych, ale Pana wypowiedż zrobiła na mnie wrażenie. Właśnie podobne myśli ogarniają mnie coraz częściej; historyczne odniesienia prawdziwie piękne. Pozostaje mi jedynie połączyć się z Panem w pesymiźmie, nie mogę Pana pocieszyć, w mojej okolicy (pomorska prowincja) zdecydowana większość to lud zaiste jeleniowaty. Nieco Pan obraził zwierzynę płową - ona posiada jeszcze instynkt, wiem co mówię, gdyż jestem z lasu. Pozdrawiam serdecznie. WS




Smutna ta Pańska konkluzja,
ale niestety, tak właśnie może się stać.
Powinniśmy brać przykład z Węgrów, którzy Unii "nie czapkują",
tylko krok po kroku naprawiają swoje Państwo, popsute przez "różowo-czerwonych" złodziei.
"RAZ SIERPEM, RAZ MŁOTEM CZERWONĄ HOŁOTĘ"





Są jeszcze ci, którzy nie wiedzą, co się wokół nich dzieje, nieaktywni politycznie. Tacy są do wybudzenia. Ja już nie jedną taką osobę wybudziłam;) Nadzieja jest.



Cóż... wygląda na to, że po 10 wiekach, lepszych lub gorszych, ale jednak rozwoju cywilizacyjnego i kulturalnego, znaleźliśmy się na powrót de facto w punkcie wyjścia.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 29 sie 2011, 16:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Ks. bp Stanisław Napierała: Byłoby to zdradą i kpiną z całego dziedzictwa naszej historii, gdyby dziś w warunkach wolności sprzedano polską ziemię tym, którzy w przeszłości jako najeźdźcy próbowali nam ją zabrać

Brońmy polskiej ziemi!

Trzeba stać na straży polskiej ziemi i bronić jej jak wolności i niepodległości. To chyba najważniejsze zadanie dla wszystkich Polaków. Podkreślił to wczoraj w homilii ks. bp Stanisław Napierała, ordynariusz kaliski, w czasie diecezjalnych uroczystości dożynkowych na Pólku pod Bralinem, nieopodal Kępna. Pasterz kaliski odniósł się do takich wyzwań jak bezrobocie, przemiany na wsi i groźba wyzbywania się ziemi, zagrożenia dla polskiej tradycji i kultury. Przestrzegł przed bezkrytycznym przyjmowaniem nowinek w sferze moralności, które są niezgodne z naszą wiarą i historią. W mocnych słowach skrytykował też środki przekazu, które zignorowały Światowe Dni Młodzieży w Madrycie, podkreślając w tym kontekście znaczenie Radia Maryja i Telewizji Trwam, które poprzez transmisje jako jedyne przekazały Polsce Jana Pawła II prawdę o tym wydarzeniu.

W uroczystym dziękczynieniu za tegoroczne plony na Pólku pod Bralinem zgromadzili się licznie przedstawiciele rolników z całej diecezji kaliskiej. Zwracając się do ludzi pracy na roli, ks. bp Stanisław Napierała nawiązywał do przemian, jakie zachodzą dziś na polskiej wsi. Przypominał, że dziś w Polsce panuje ogromne bezrobocie, a ponad dwa miliony ludzi wyjechały z naszej Ojczyzny w poszukiwaniu pracy. - Jak to jest, że w innych krajach nie brakuje dziś pracy, a w Polsce jest jej coraz mniej? Dlaczego mamy tak niską rodzimą produkcję, która powinna zapewniać najwięcej miejsc pracy? - pytał ordynariusz kaliski.
Ostrzegał też, że ustanie wszelkich zapór dla cudzoziemców na zakup ziemi powoduje, że ziemia stanie się dla nich łakomym kąskiem. - Nie sprzedawajcie ziemi, choć ktoś z zagranicy będzie chciał wam za nią suto płacić. Ziemia to wolność i niepodległość, utrzymanie jej w polskich rękach to powinność nie tylko ludu pracującego na roli, ale wszystkich Polaków, każdego rządu i parlamentu - mówił pasterz Kościoła kaliskiego. Jednocześnie kaznodzieja podkreślał, że biada tym, którzy stanowiliby przepisy służące bardziej obcym niż Polakom. - Biada, jeśli czyniliby to w sposób zakamuflowany - mówił z naciskiem ks. bp Napierała. Przestrzegł, aby z ziemią nie stało się tak, jak na początku lat 90. z polskim majątkiem narodowym, który pod hasłem "prywatyzacji" został wyprzedany. - Brońmy polskiej ziemi! Byłoby to zdradą i kpiną z całego dziedzictwa naszej historii, gdyby dziś, w warunkach wolności, sprzedano polską ziemię tym, którzy w przeszłości jako najeźdźcy próbowali nam ją zabrać - zaznaczył ordynariusz kaliski.
- Jeśli człowiek ma się rozwijać, musi to odbywać się w określonym miejscu, kulturze i języku. A jak to zrobić, kiedy pozbędziemy się ziemi, kultury i języka? Stąd to bardzo ważne, że ksiądz biskup zwraca uwagę właśnie na ten fakt - podkreśla w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ks. prof. Andrzej Maryniarczyk, filozof, kierownik Katedry Metafizyki i Zakładu Metafizyki KUL.
Pasterz kaliski w homilii odniósł się także do trudnej sytuacji materialnej polskiej wsi. Mówił, że powinniśmy domagać się zrównania dopłat dla naszych rolników z dopłatami, jakie otrzymują rolnicy z innych państw Unii Europejskiej. - Nie może być tak w Unii Europejskiej, że będzie istniał podział na lepszych i gorszych rolników. A jeśli już będzie istniał, to powinno być tak, że ci biedniejsi powinni mieć większe dopłaty. Myślę, że jest to zadanie dla rządu polskiego w Unii Europejskiej podczas jego prezydencji, byle on tylko chciał chcieć - wyjaśniał ks. bp Napierała.
Kaznodzieja podkreślał, że choć mamy dziś nowoczesne maszyny, to praca rolnika wciąż jest bardzo mozolna i trudna, dlatego coraz trudniej o następców w rodzinach rolniczych. - Rolnicy są dziś lekceważeni, a nawet pogardzani. Media nie zauważyły nawet tegorocznych żniw i pracy na roli. Tym bardziej trzeba patrzeć z szacunkiem na te ręce, które dają nam chleb - mówił ks. bp Napierała.
To nie były jedyne gorzkie słowa, które ordynariusz kaliski skierował wczoraj w kierunku mediów. Na zakończenie uroczystości, dziękując Radiu Maryja i Telewizji Trwam za transmisję, ks. bp Napierała przypomniał, że tylko te założone przez o. Tadeusza Rydzyka CSsR środki przekazu transmitowały tak ważne i wielkie spotkanie 2 milionów młodych z całego świata, jakie odbyło się w dniach 16-21 sierpnia w Madrycie. Rodacy Jana Pawła II, który jest inicjatorem Światowych Dni Młodzieży, z innych mediów nie dowiedzieliby się prawdy o tym wydarzeniu. Przypomniał, że wdzięczność Radiu Maryja i Telewizji Trwam wyrazili w tym kontekście biskupi ordynariusze zebrani niedawno na Jasnej Górze.
Ordynariusz kaliski wzywał, abyśmy jako Polacy byli mądrzy i nie pozwalali, aby ktoś z zewnątrz ośmielił się wydawać oceny dotyczące naszej wiary, moralności i polskiej kultury. Przestrzegł przed wyzbywaniem się naszych tradycji i przyjmowaniem "nowinek" w sferze moralnej. - Jesteśmy wierzącymi i będziemy wierzącymi - podkreślał ksiądz biskup, zwracając uwagę, że alternatywą są bezideowa pustka i nihilizm, jakich doświadczają ludzie w innych krajach.

Małgorzata Pabis

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 29 sie 2011, 22:40 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3231
Aerolit napisał(a):
Ks. bp Stanisław Napierała: Byłoby to zdradą i kpiną z całego dziedzictwa naszej historii, gdyby dziś w warunkach wolności sprzedano polską ziemię tym, którzy w przeszłości jako najeźdźcy próbowali nam ją zabrać
Niestety, taki jest sprytny plan odwiecznego naszego sąsiada:
"jak nie siłą, to sposobem"

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 20 wrz 2011, 08:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
O polskiej zawiści

Wśród cech przypisywany en masse Polakom zawiść jest tą szczególnie eksponowaną. Polak to zawistny bydlak, który modli się w nocy na balkonie o to, żeby sąsiadowi źle się wiodło. Tak to nam pokazał w filmie mistrz Koterski i myśmy w to uwierzyli. Uwierzyliśmy, bo najistotniejszą cechę charaktery Polaków nie jest zawiść bynajmniej, ale idiotyczna kokieteria i chęć przypodobania się wszystkim za wszelką cenę. Nawet za cenę ośmieszenia. Tak więc chcąc usłyszeć cokolwiek na swój temat, słyszymy, że jesteśmy zawistnymi dupkami i podskakujemy z radości w górę, bo oznacza to, że ktoś się nami jednak interesuje. My sami, w przeważającej większości, takiego zainteresowania nie wykazujemy, bo temat ten wydaje nam się nudny lub wstydliwy.


Zawiść także ma swoje miejsce w ludzkich sercach, nie jest jednak tak wyraźna, ani tak okropna jak kokieteria. Zawiść jest i ma moim zdaniem źródło w poczuciu krzywdy i bolesnej świadomości istnienia w Polsce hierarchii fałszywych, które mnożą się przy tym i klonują korzystając z bezwolności otoczenia. Większość ludzi uważa, że nie można zrobić w Polsce kariery. Jest to wiedza podstawowa. Nie można jej zrobić, bo trzeba mieć bardzo dobre kontakty z ludźmi z dawnych służb lub służb obecnych. I tyle. Każdy kto próbował pracować w jakichś wielkich instytucjach, a nie miał odpowiedniego umocowania, ani referencji napotykał w pewnej chwili przeszkodę określaną malowniczo jako szklany sufit. Niby wszystko widać, niebo, chmurki, czasem gwiazdy, ale wyżej wejść się nie da. Trudno, by w takich warunkach, w warunkach totalnej bezradności nie było w ludziach zawiści.


Postępek Koterskiego czyniącego z zawiści główną cechę Polaków jest więc wyjątkowo podły i nędzny. My jednak się tym zachwycamy, bo pan rezyser powiedział nam prawdę o nas samych. Tego rodzaju wstawki, podobnie jak inna socjotechnika, z konkursami literackimi włącznie służą trzymaniu ludzi w ryzach i zapędzaniu ich do zagrody. Niczemu więcej. To się zaczęło dawno, gdzieś w okolicach mistrza Wańkowicza, a może jeszcze wcześniej w organie „Stańczyków”. I nikt chyba, póki co, nie wpadł na pomysł, by zbadać jaki wpływ na mistrza i na organ mogła mieć tajna policja narodów ościennych.


Zawiść w Polakach bierze się też z faktu, że wobec istnienie tego lasu hierarchicznych drabin wokół, drabin na których siedzą wściekłe lub pijane małpy plujące na ludzi od czasu do czasu (jeśli ktoś nie wie o co mi chodzi, wyjaśniam: o Melera i Hołdysa ), ludzie są po prostu bezradni. Nie ma możliwości, żeby coś osiągnąć w normalnym systemie, tak jak dzieje się to w USA czy Wielkiej Brytanii – pracujesz i masz sukces. W Polsce jeśli pracujesz masz garba i musisz się wstydzić, że nie umiesz się przystosować. Tak jest tu od wojny, a może jeszcze wcześniej. Zmiana tego stanu rzeczy jest niemożliwa, bo stopień degeneracji i życiowej niedojrzałości, a także wyuczonej bezradności jest zbyt duży. Nie ma poza tym w Polsce żadnej idei dla której ludzie mogli pójść na wojnę z sitwami. A jeśli nie ma idei strach jest uczuciem dominującym.


Weźmy choćby taki salon24. Hierarchia budowana tutaj miała przez dwa lata mojej tu obecności świetny moment, było tak jak być powinno, czyli ludzie utalentowani pokazywani byli na górze. Teraz na górze pokazuje się Libickiego z Migalskim, bo to jest właściwa funkcja tego miejsca. Oczywiście, nikt nie protestuje, bo nie ma gdzie iść i każdy jest zadowolony, jeśli dostanie jakiś ochłap, jakieś bardziej eksponowane miejsce. Póki co nie ma gdzie iść, ale może się zdarzyć, że będzie. Wielu ludzi rozczarowało się projektem NE i nie chce tam pisać, projekt ten bowiem zamienił się w przedsięwzięcie polityczne, a nie autorskie. Co jednak będzie jeśli pojawi się projekt autorski, tylko dla blogerów, w dodatku sprawniejszy niż „Niepoprawni”? Zobaczymy.


Kiedy latem byłem w Londynie rozmawiałem z grupką starszych pań, z dawnej jeszcze emigracji. Atmosfera była fantastyczna i tak od słowa do słowa doszliśmy do omawiania moich powieściowych projektów, które są tak świetne, że przy swoim gadulstwie nie mówię o nich ani słowa, żeby nie zapeszyć. Opowiedziałem tam jednak przy stole co i jak. -To super – zawołały panie (średnia wieku 75 lat) to jak Harry Potter, na pewno będzie sukces. - Musisz tylko – dodały – przetłumaczyć to na angielski i wydać tutaj. Tu każdy chce zarobić i na rynku chodzi tylko o pieniądze. O nic więcej.


Właśnie – na rynku książki i na każdym innym rynku w Wielkiej Brytanii chodzi o pieniądze, wyłącznie. Na tym czymś co udaje rynek w Polsce chodzi o grabież. O okradanie z pomysłów, z pieniędzy, ze wszystkiego, po to, by owa tajemnicza kasta, którą utrzymujemy miała poczucie, że jest ważna i potrzebna. Tu chodzi tylko o to. Wielu Polaków to wie i wyjeżdża. Nie znajdują jednak na Zachodzie ukojenia, bo nikt ich tam nie rozumie. Tam chodzi przecież tylko o pieniądze. Masz pomysł zarabiasz. Nie masz, no trudno – poczekaj może jakiś przyjdzie.


Odkąd pamiętam, mam same pomysły, jedne gorsze, drugie lepsze, ale ich ilość przekracza znacznie średnią krajową. Nie mam za to żadnych tak zwanych kontaktów, z czego bardzo się cieszę. Żałuję trochę, że nie wyemigrowałem dwadzieścia lat temu, ale może nie będę musiał, a jeśli już to pewnie nie jako robotnik budowlany. Sądzę bowiem, że wysiłek każdego z nas z osobna i wszystkich razem powinien zmierzać ku temu by omijać lub psuć istniejące w Polsce fałszywe hierarchie, by budować własne, oparte na realnych wartościach i pracy prawdziwej. Nawet jeśli musielibyśmy robić to za granicą. Nie ma innej drogi. Można oczywiście obejrzeć sobie film Koterskiego i zadumać się nad polskim losem, ale to jest zajęcie dla pedałów tak naprawdę, nie dla prawdziwych dżygitów. Tak więc zachęcam wszystkich do działania i nonkonformizmu. Ja wiem, że za największą zaletę w ukształtowanych przez PRL i III RP środowiskach uchodzi umiejętność wchodzenia bez wazeliny i to jedynie zasługuje na medal i uznanie. Pamiętajmy jednak, że to jest specyfika tutejsza, ale nie nasza, specyfika osadzona mocno w przestrzeni, a co najważniejsze w czasie. Czas zaś, jak wiadomo, płynie. I tego zmienić się nie da.

http://coryllus.salon24.pl/344180,o-polskiej-zawisci


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 16 paź 2011, 17:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
CO SIĘ STAŁO Z POLAKAMI ??? !!!

Choć mało kto o tym pamięta, dzisiaj obchodzimy 33-cią rocznicę wyboru Karola Wojtyły na Papieża.

Obejrzyjcie Państwo, proszę, te dwa filmy. Koniecznie w całości. To tylko kilka minut.

Tacy byliśmy jeszcze kilkanaście lat temu


A tacy jesteśmy obecnie


Pozostawiam Państwa z pytaniem dlaczego tak się stało i kto jest temu winien?

Krzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

P.S.
Przed chwilą wysłuchałem w radio TOK FM audycji „Kropka nad i”. Poruszono wiele aktualnych tematów. Niestety pani Monice Olejnik nie przyszło do głowy by choć słowem wspomnieć o dzisiejszej rocznicy wyboru polskiego Papieża. Nazwiska Donald Tusk, Janusz Palikot, Wanda Nowicka, Kuba Wojewódzki, Ryszard Kalisz i Grzegorz Napieralski okazały się ważniejsze od nazwiska Karola Wojtyły. Myślę, że to najlepszy dowód jak spsiały polskie media mainstreamowe.

Bo na litość Boską! Przecież zarówno w aspekcie polskim, jak europejskim i światowym, data wyboru Polaka Karola Wojtyły na Papieża jest bez żadnej przesady porównywalna z datami Bitew Pod Wiedniem i Grunwaldem! Przecież to w ogromnej mierze dzięki Niemu jesteśmy teraz wolni. To ON zapocząlkował upadek komuny. Czy Polacy naprawdę o tym zapomnieli ??? !!!


Patrz również: http://salonowcy.salon24.pl/300621,gora ... ci-nie-zal

http://salonowcy.salon24.pl/354772,co-s ... z-polakami


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 13 lis 2011, 12:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Milknące głosy

Było to w piątek. Tuż przed wieczorem. Przez okno pokoju, w którym siedziałem, sączyła się jesienna szarość. Rozlewała się swoimi pasami melancholii na biurko, na książkę, którą dopiero co zdjąłem z półki - stare wydanie nowel Bolesława Prusa. Przesunąłem delikatnie dłonią po jej okładce. Spod spopielonych smug kurzu przebiła się soczysta zieleń. Niektóre kartki książki były jakby sklejone żółtym czasem. Zacząłem je rozdzielać. Jedna od drugiej odrywały się jak bandaż od przyschniętej rany. Kilka kartek tak przylegało do siebie, że mogłem je tylko lekko podważyć - żeby ich nie zniszczyć. I wtedy próbowałem zajrzeć od spodu, aby zobaczyć to, co było napisane na drugiej stronie kartki.

Kiedy przerwałem czytanie, zauważyłem, że cisza zrobiła się tak gęsta, że przestałem słyszeć nawet tykanie zegara zawieszonego na ścianie. Próbowałem wyobrazić sobie, co musiał czuć wtedy – w Lyonie, kiedy, słysząc nieustannie dookoła siebie rozmowy o handlu, pieniądzach, kuchni, zabawach, ciągle tęsknił. Myślałem o jego duszy – równinie piasku bez śladu trawy, nad którą niebo jest czarniejsze od kiru. I o tej jego próbie odzyskania nadziei, o jego słowach: „Wrócę ja lepiej do moich śniegów...Tam są inni ludzie, moi ludzie. Oni zrozumieją mnie, ja ich.” A tu? „Tu jest strasznie pusto...”

Dla pułkownika – emigranta, bohatera patriotycznego zrywu niepodległościowego przybycie do Polski było czymś w rodzaju przebudzenia ze snu, zakończenia długiej nocy życia, drogi pełnej udręki i niepokojów, lęków i niespełnionych marzeń. Gdy wyszedł na krótki spacer ze stojącego na stacji granicznej pociągu, zaczęło świtać, na wschodzie ukazał się jasny pasek, który stopniowo wzrastał. Jednak nie zobaczył obrazu, który przez lata przechowywał – rodzimy, polski krajobraz upodobnił się do tego, który widział wcześniej w wielu miastach europejskich, w dzielnicach bez wyrazu, pełnych synkretycznego splątania form wijących się wzdłuż hałaśliwych ulic w paroksyzmie codziennego życia.

Polska wydała się pułkownikowi tak zmieniona, że na nowo poczuł się samotny i obcy w świecie. Rozdzierająca wtedy go żałość była podobna do wiatru, który „płakał jak zbłąkana sierota.”

Pułkownik miał nadzieję, że w ojczyźnie spotka wielu ludzi żyjących dla idei, jemu bliskich, jednak tak się nie stało. Kiedy odwiedził jednego ze swoich dawnych znajomych, ten przyjął go dość chłodno, ale gdy przekonał się, że pułkownik jest niezależny finansowo – ożywił się i okazał mu niezwykłą serdeczność. Podczas wieczornego towarzyskiego spotkania, na które został zaproszony, ten bohater wolności musiał ustąpić miejsca parkietowym bohaterom tańców. I tu toczące się rozmowy, podobnie jak we Francji, związane były z karnawałem, kursami giełdowymi, kobietami. Mówiono, że we wszelkich ludzkich zachowaniach powinna się liczyć tylko „polityka realna”, przypominająca w swym charakterze interes ekonomiczny.

Następnego dnia – w niedzielę - po wizycie w jednym z salonów warszawskich pułkownik dowiedział się od kelnera pracującego w hotelu, w którym się zatrzymał, że szewc stojący wraz synem od dłuższego czasu przed hotelem na mrozie, czeka właśnie na niego. Usłyszawszy, że pułkownik wrócił do Polski, chciał pokazać synowi bohatera.

Zachowanie szewca odmieniło pułkownika, poczuł orzeźwiający powiew, który tak mocno poruszał go wiele lat temu. Pamięć szewca o jego bohaterskich czynach sprawiła, że otworzył się przed nim nowy rozległy horyzont życia bez pesymizmu i rezygnacji. Wstąpiły w niego świeże siły, które spowodowały, że zmartwychwstał.

Pułkownik wiedząc, jakie chęci kierują szewcem stojącym przez długi czas na mrozie pod jego hotelowym oknem, nie zdobył się jednak na to, aby do niego odezwać się. Kiedy później obok niego przechodził, nie zatrzymał się. Nie miał dla niego ani jednego słowa, którym mógłby się z nim porozumieć, a poza tym na ulicy było trochę ludzi.

Z zamyślenia wyrwał mnie jakiś rumor na zewnątrz, jakby ktoś coś przewracał. Odłożyłem książkę. Podszedłem do okna. Z doliny rzeki zaczęła wypełzać stężała mgła. W wychodzącej jakby spod ziemi mgle nie było nic z ujmującej mleczności mgieł porannych - rozcieńczonych światłem słońca. Usłyszałem czyjąś wulgarna mowę, czyjś histeryczny śmiech, a potem straszliwy krzyk. Ale kto krzyczał? Z jakiego powodu? Tego nie wiem. Mgła zdążyła objąć wszystko i pogrążyła cały świat.

http://lomza.salon24.pl/362436,milknace-glosy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 20 lis 2011, 21:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Wojciech Wencel

Leksykon kuriozów

„Jesteś tym, co jesz” – głosi stare, mądre przysłowie.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 46/2011

W XXI wieku większość chrześcijan zdaje już sobie sprawę z tego, na jakim świecie żyje. Współczesna cywilizacja niemal codziennie stawia nas wobec praktyk radykalnie sprzecznych z nauką Chrystusa. Walka z wiatrakami śmierci, takimi jak aborcja czy eutanazja, zmusza nas do zachowania powagi. Trudno żartować, gdy gra toczy się o ludzkie życie. Jednak każdy z nas spotyka się na co dzień również z sytuacjami groteskowymi, symptomatycznymi dla dzisiejszej obyczajowości. Aby wychwycić te absurdy, nie trzeba wielkiej wiary. Wystarczy odrobina zdrowego rozsądku. W przerwie między jedną a drugą odsłoną walki z wiatrakami postanowiłem sporządzić leksykon zjawisk, które w mniejszym stopniu mnie smucą. Za to bardzo śmieszą.

Biała kawa, czyli konsumpcjonizm. Ilekroć jestem w kawiarni, kelnerka proponuje mi gigantyczny kubek z mlekiem i syropem. Podobno także z domieszką kawy, tyle że nijak nie da się tego zweryfikować. Ponieważ mlekiem opiłem się w dzieciństwie i akurat nie cierpię na kaszel, informuję, że chodziło mi o coś innego. Wówczas kelnerka mozolnie nastawia ekspres, jednocześnie podtykając mi pod nos mleko i cukier. Gdy mówię: – Dziękuję, to niepotrzebne, ona robi wielkie oczy. – To znaczy nie chce pan mleka? – upewnia się, jakby czarna kawa była czymś w rodzaju wyciągu z kwiatu paproci. Oto znak naszych czasów. Dawniej napój z ziaren kawowca kojarzył się z „małą czarną”, dzisiaj obowiązkowo musi być „duży biały”. Oczywiście, o gustach się nie dyskutuje, ale mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu proporcje między amatorami kawy czarnej a miłośnikami białej były wyrównane, z lekką przewagą tych pierwszych. Dziś większość konsumentów wybiera kawę ze wszystkimi możliwymi dodatkami w myśl zasady „Więcej znaczy lepiej”. A tradycjonalista, który naprawdę wie, czego chce, w kawiarni czuje się jak intruz.

Sushi nad Wisłą, czyli multikulturalizm. Jak można nie widzieć nic śmiesznego w globalnej karierze sushi, pozostaje dla mnie tajemnicą. Charakterystyczna, ściśle związana z egzotyczną kulturą potrawa w ostatnich latach stała się ulubionym przysmakiem także nad Wisłą. Kochani Polacy! Nie to, żebym kwestionował wrażliwość waszych podniebień, choć osobiście nie gustuję w surowej rybie z oceanu. Zastanawia mnie tylko łatwość, z jaką mieszkaniec współczesnej cywilizacji składa własne menu z elementów różnych, często sprzecznych ze sobą kuchni. „Jesteś tym, co jesz” – głosi stare, mądre przysłowie. Czy to znaczy, że wcinając sushi, stajemy się Japończykami? Gorzej. Wychowani w radykalnie odmiennej kulturze, zamieniamy się w hybrydy pozbawione spójnego obrazu świata. Miszmasz w żołądach przekłada się na brak konsekwencji w myśleniu i tłumi poczucie tożsamości, a to już nie przelewki. Może więc, moi drodzy, mimo wszystko wrócicie do śledzia w oleju? W naszym wspólnym, dobrze pojętym interesie. Śledź też ryba i to wyrazista w smaku, a nie mdła jak marzenie o wielkim świecie.

Kościotrup w czapce, czyli moda. Umówmy się: chudy facet w czapce, siedzący w ogrzewanym pomieszczeniu, wygląda głupio. Bo niby do czego mu ta czapka? Zimno mu w uszy czy jak? Jeszcze głupiej wygląda chudy facet w czapce, siedzący w ogrzewanym pomieszczeniu i jedzący sushi. Ten nie tylko razi estetycznie, ale także kulturowo, bo sushi wykorzenia, i moralnie, bo je się zawsze z odkrytą głową. Niestety, świat mody rządzi się dziś własnymi prawami. Pół biedy z modelkami płaskimi jak opłatek, ale zniewieściali mężczyźni, poprzebierani w za ciasne wdzianka ze zwisającymi paseczkami, wyglądają jakby odgrywali jakiś happening. A najśmieszniejsze, że żaden z popularnych projektantów nie przejmuje się potrzebami i gustami tzw. zwyczajnych ludzi. Zupełnie jak artysta po Akademii Sztuk Pięknych, wystawiający instalacje wideo. Albo reżyser teatralny, robiący z Hamleta geja. Oglądając dzisiejsze wykwity mody, sztuki i teatru, zawsze myślę o znajomym małżeństwie krawców, którzy szyją księżom sutanny na miarę. Na tle współczesnych projektantów to artyści z krwi i kości!

Jesteśmy sławni, czyli celebrytyzacja. Najpierw sądziłem, że odgrywają swoje role dla śmiechu, autoironicznie, żeby przestała ich szantażować własna próżność. Ale odkąd Marcin Meller publicznie nazwał się celebrytą, szczęka mi opadła. Oni tak poważnie, w przekonaniu, że dziś można być autorytetem, nie osiągnąwszy absolutnie nic wartościowego. Niestety, jest to słuszne przekonanie. Pół narodu ogląda „Śniadanie mistrzów”, a w kolorowej prasie śledzi epizody „z życia gwiazd”. A później przenosi prezentowany tam wzór relacji na całkiem poważne dziedziny życia publicznego: Kościół, politykę, kulturę. Dla ofiar celebrytyzacji biskup staje się sąsiadem, któremu zazdroszczą samochodu. Polityka oceniają po jakości butów. A poetę nazywają „pucułowatym ministrantem” tylko dlatego, że ma lekką nadwagę i pisze felietony do „Gościa Niedzielnego”. OK. Może i poeta powinien postawić na sport, ale wtedy stałby się chudym facetem, zacząłby nosić czapkę w ogrzewanym pomieszczeniu i konsumować sushi. Niechybnie przestałby pisać wiersze i zostałby celebrytą, a tego – proszę mi wierzyć – nie znieśliby nawet czytelnicy tabloidów.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... iozow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 26 lis 2011, 11:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Fundamentem pracy dziennikarza jest niezależność. Nie oznacza to braku światopoglądu. Przeciwnie - własne poglądy to także element niezależności

Kręgosłup człowiek ma w sobie

Z Krzysztofem Skowrońskim, prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, twórcą i dyrektorem Radia WNET, rozmawia Agnieszka Żurek


Tegoroczne obchody Narodowego Święta Niepodległości stały się pretekstem do zamieszek na ulicach Warszawy. Czy konflikt ten nie został wywołany celowo, a wydarzenia, które miały miejsce, nie były swego rodzaju poligonem doświadczalnym dla ewentualnego tłumienia buntu społecznego w przyszłości?
- Wzięcie udziału w Marszu Niepodległości było czymś, co wywoływało silne emocje, ponieważ istniały siły, którym zależało na tym, żeby te emocje podsycać. Jeśli ktoś nazywa "faszystami" osoby pragnące uczcić rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości poprzez przemaszerowanie ulicami stolicy z biało-czerwoną flagą, wtedy normalnego człowieka, który kocha Polskę, trafia szlag. Trudno nie denerwować się, jeśli ktoś ośmiela się nazywać kogoś "faszystą" w kraju, który ma za sobą bogatą historię walki o niepodległość, a nie historię faszyzmu. Jesteśmy krajem, który odwołuje się do tradycji Armii Krajowej, do wielkiej tradycji walki i poświęcenia w imię wolności i sprawiedliwości. Polska stała po rycerskiej stronie, toteż trudno jest spokojnie reagować na wiadomość, że oto nasz marsz w rocznicę odzyskania niepodległości mają zablokować anarchiści z Niemiec. Niektórzy biorą w tym jątrzeniu udział nieświadomie, inni - celowo chcą podzielić wspólnotę, żeby ją osłabić i żeby wszyscy naokoło mogli robić w Polsce interesy. Czy natomiast wydarzenia z 11 listopada były poligonem doświadczalnym dla tłumienia mogącego wkrótce wybuchnąć buntu społecznego - przyszłość pokaże.

Jeszcze pięć lat temu nikt chyba nie ośmieliłby się sprowadzać do Polski "antyfaszystów" z Niemiec. Co się stało, że w tym roku jednak do tego doszło?
- Już samo stworzenie Ruchu 11 Listopada, który nie ma nic wspólnego ze Świętem Niepodległości, jest prowokacją. Jeśli ktoś chce prowokować, na ogół dokładnie wie, co chce przez to osiągnąć. Mądry będzie ten, kto nie da się wyprowadzić z równowagi.

Osobliwą rolę 11 listopada odegrali dziennikarze. Przekaz telewizyjny z obchodów Święta Niepodległości został zmanipulowany w taki sposób, żeby pokazać jedynie zamieszki, a nie kilkudziesięciotysięczny spokojny marsz. Do zablokowania go wzywała "Gazeta Wyborcza". Czy w dzisiejszej Polsce istnieje jeszcze szansa na przetrwanie nieuwikłanego politycznie, niezależnego środowiska dziennikarskiego?
- Wierzę, że istnieje. Dlatego że w to wierzę, zostałem szefem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Ufam, że Stowarzyszeniu uda się zamienić wrogość i nienawiść występujące w środowisku dziennikarskim np. na polemikę. Żeby jednak to osiągnąć, trzeba zacząć nazywać rzeczy po imieniu i wskazywać miejsca, gdzie dochodzi do manipulacji albo sprzeniewierzenia się etyce zawodu dziennikarza. Pęknięcie środowiska dziennikarskiego jest jednak faktem, tak jak faktem jest zmniejszanie się zaufania opinii publicznej do treści przekazu medialnego. Jeśli nie uda się zatrzymać tej fali, to czwartą władzę dotknie głęboki kryzys, co odbije się negatywnie na i tak kulejącej już demokracji. Fakt spalenia wozu transmisyjnego TVN i ataku na dziennikarzy w oświadczeniu SDP został nazwany aktem bandytyzmu i oczywiście należy zrobić wszystko, żeby do takich zdarzeń nie dochodziło, ale nie mniej ważne, a może nawet z punktu widzenia SDP ważniejsze jest zwracanie uwagi na niezgodne z prawdą opisywanie zdarzeń. Zwróćmy uwagę, że spór w środowisku dziennikarskim dotyczy fundamentów i przez to tak mocno dzieli to środowisko. Spór ten jest wynikiem utraty jasności pojęć i relatywizacji rzeczywistości.

Jesteśmy u progu nowej kadencji starego rządu. Jaką strategię na kolejne cztery lata obierze, Pana zdaniem, Donald Tusk?
- Donald Tusk na pewno nie będzie rządził tak jak do tej pory, ponieważ obiektywnie sytuacja jest zupełnie inna niż wtedy, gdy przejmował rządy. Cztery lata temu mógł posługiwać się przenośnią o ciepłej wodzie w kranie, teraz ta przenośnia już nie wystarcza. Zbliża się czas trudności gospodarczych i dużego bezrobocia. Oznacza to, że nadchodzą czasy dla prawdziwych liderów. Jeżeli rząd Donalda Tuska nie wpadnie na pomysł, w jaki sposób należy zreformować gospodarkę, to długo nie porządzi. To, co może się stać, dzieje się teraz w Grecji czy we Włoszech. Tusk nie ma wyboru, musi się przygotować na czarny scenariusz. Nie mam przekonania, czy doktryna, zgodnie z którą rząd zamierza zmieniać Polskę, okaże się skuteczna. Mam wrażenie, że miałaby ona zastosowanie w czasach normalnego funkcjonowania gospodarki, natomiast w momencie poważnego kryzysu już nie. W czasach trudniejszych trzeba wykazać się większą pomysłowością. Wątpię, czy rząd będzie w stanie się na to zdobyć - tym bardziej że polska gospodarka została w ciągu ostatnich czterech lat bardzo osłabiona. Trudno będzie liczyć także na wsparcie ze strony Unii Europejskiej, która sama boryka się z poważnym kryzysem finansowym. Poparcie społeczne dla rządzących może zatem drastycznie spaść - ludzie w końcu zorientują się, że obrana cztery lata temu strategia rozwoju gospodarczego była fikcją potrzebną tylko do wygrania wyborów.

Kto może skorzystać na kryzysie?
- W naturalny sposób skorzystają na nim siły opozycji - Prawo i Sprawiedliwość, Sojusz Lewicy Demokratycznej i Ruch Palikota. Która z tych sił zdobędzie rząd dusz - jest nieprzewidywalne. W potoku informacji ludzie są zagubieni i nie potrafią odróżniać polityków godnych zaufania od niewiarygodnych. Podział społeczeństwa jest bardzo głęboki. Nie wiemy, kto jest dzisiaj wiarygodnym liderem dla Polaków.

Czy sądzi Pan, że Polacy rzeczywiście uwierzyli w to, że Palikot jest opozycją wobec Tuska?
- Niekoniecznie w to, że jest opozycją, ale tezę, że jest on osobowością, część Polaków uznała za prawdziwą.

Polacy zapomnieli już o tym, że Palikot jest "produktem" Platformy?
- Sojusz Lewicy Demokratycznej swego czasu w wolnych wyborach uzyskał 40 proc. głosów. Wydawało się, że zwycięstwo partii będącej ugrupowaniem bezpośrednio postkomunistycznym jest niemożliwe. Tymczasem w 1993 r. ster rządów w Polsce przejęła koalicja SLD - PSL. Teraz zatem nie można wykluczyć dojścia do głosu podobnego mechanizmu.

Można odnieść wrażenie, że polska prawica jest "uwięziona". Do mediów publicznych ma dostęp pod warunkiem, iż się dzieli. Jak zmienić tę sytuację?
- Nad tym powinni się zastanowić sami politycy, my jesteśmy tylko dziennikarzami. Wydaje się, że zaczęli się nad tym zastanawiać, skoro się dzielą. Jeśli się dzielą, to znaczy, że myślą.

Zależy, o czym myślą, kiedy się dzielą.
- Tak, to prawda.

Powiedział Pan, że skoro jesteśmy dziennikarzami, to nie jest to do końca nasz problem. Wydaje się jednak, że niekoniecznie. W tworzeniu negatywnego wizerunku prawicy niebagatelną rolę odgrywają właśnie media.
- Dysproporcja w dostępie do mediów jest faktem. Część pozytywnych deklaracji Prawa i Sprawiedliwości czy innych ugrupowań prawicowych nie dociera do Polaków. Myślę, że niewielu członków naszego społeczeństwa wiedziało np., że w czasie kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość zaprezentowało pomysł na zreformowanie systemu podatkowego czy nowy program gospodarczy i samorządowy. Działa się jednak w takich warunkach, jakie są. Polityk nie może narzekać na to, że warunki są bardzo trudne. Jego rolą jest doprowadzenie do takiej sytuacji, w której wygra on wybory i zmieni ten stan rzeczy. Nie ma innej Polski niż ta, którą mamy.

Jednym z gwarantów funkcjonowania demokracji jest wolność słowa. Obecna władza ogranicza dostęp opozycji do środków masowego przekazu, a ostatnio zapowiada nawet wprowadzenie obostrzeń w jedynym medium, w którym do tej pory panuje całkowita wolność wypowiedzi, czyli w internecie.
- To jest problem nie tylko polski, ale globalny. Cenzury w internecie - takiej jak w Chinach - nie będzie, ale na pewno pomysły jakiegoś "okiełznania" internetu rodzą się w wielu głowach. Internet zawsze miał dwie cechy - wolności i zniewolenia. W zależności od tego, kto aktualnie sprawuje władzę, może on uruchamiać pozytywne bądź negatywne aspekty jego działania. Podobnie jak system monitoringu w mieście może służyć do tego, żeby podnieść poziom bezpieczeństwa obywateli, albo do tego, żeby śledzić tych, którzy okazali się niewygodni dla władzy. Ma to znaczenie szczególnie w momentach kryzysowych, a takie na pewno są przed nami. Nie potrafię powiedzieć, czy w czasie kryzysu zwyciężą siły demokratyczne i obywatelskie, czy te mające cechy systemu totalitarnego.

Na podstawie dotychczasowych działań Platformy można się raczej spodziewać zwycięstwa tego drugiego modelu. Jak w takiej sytuacji zachować niezależność dziennikarską?
- Kręgosłup moralny człowiek ma w sobie i jeżeli chce być dziennikarzem w każdych okolicznościach, musi go zachować. W każdej pracy istnieją warunki, które musimy zaakceptować. Praca dziennikarza jest jednak inna - w niej kontrakt nie obejmuje naszej niezależności. Nie możemy np. wykonywać poleceń, które naruszają zasady wiarygodności dziennikarskiej.

Istnieje grupa ludzi, którzy podejmując pracę po studiach, od razu zakładają, że poglądy są czymś na sprzedaż. Zanika etos zawodu dziennikarza jako kogoś, kto kieruje się wartościami?
- Dziennikarz jest zawodem zaufania publicznego. Fundamentem jego pracy jest niezależność. Nie oznacza to braku posiadania światopoglądu. Przeciwnie - własne poglądy to także element niezależności. Z chwilą kiedy dziennikarz traci wolność, przestaje być dziennikarzem. Tego właśnie powinno się uczyć w szkołach - zostajesz dziennikarzem po to, żeby być rycerzem prawdy.

Czy wewnątrz samego środowiska dziennikarskiego istnieje solidarność zawodowa, niezależna od wyznawanych poglądów?
- Mam nadzieję, że jeszcze istnieje. Sam jej doświadczyłem. Kiedy wyrzucano mnie z "Trójki", w mojej obronie stanęli koledzy dziennikarze o różnych poglądach. Był to gest solidarności. Wierzę, że gdzieś na dnie naszych motywacji leży dobro i że damy radę je wydobyć i ocalić. Trzeba to robić, dając dobry przykład i podejmując odpowiednie działania. Najgorsze jest to, że przedstawiciele "przeciwnych obozów" przypisują sobie wzajemnie złą wolę. Niekoniecznie jednak tak musi być. Czasem jest to błąd w rozpoznaniu. Wiele zdarzeń wskazuje jednak na to, że diabeł faktycznie istnieje.

Utworzone przez Pana Radio WNET jest różnorodne, trudno mu przyczepić etykietkę. Jak udało się uniknąć zaszufladkowania?
- Radio WNET to wolna antena, niezależni dziennikarze, którzy prowadzą swoje programy. Jest to twór wielopokoleniowy - jedna z osób, które prowadzą program, ma 16 lat, inna z kolei siedziała na kolanach u Marszałka Józefa Piłsudskiego. Radio WNET cechuje różnorodność i otwartość. Bardzo mnie to cieszy, dzięki temu spotykamy się w świecie, w którym nie ukrywamy tego, co myślimy.

Część dziennikarzy niejako "wyspecjalizowała się" w opisywaniu negatywnych zjawisk w polskiej polityce. Radio WNET odbiega nieco od tej formuły, zajmując się nie tylko analizowaniem wydarzeń politycznych, ale także np. życiem kulturalnym.
- W życiu to nie polityka jest najważniejsza. Jakość naszemu życiu nadają takie wartości jak: rodzina, kultura, religia czy sztuka. Polityka bywa najważniejsza, ale nie jest tak przecież przez cały czas.

Tworzy Pan obecnie Spółdzielcze MEDIA WNET. Co to takiego?
- Spółdzielcze MEDIA WNET mają służyć rozwojowi niezależnych mediów w Polsce. Mam nadzieję, że uda się nam zgromadzić siłę, która pozwoli na dokonanie w naszym kraju wielu pozytywnych zmian. To, co uda się zbudować, zależy od spółdzielców. Istnieje wiele projektów, które są do zrobienia, ale za które do tej pory nikt się nie zabrał, bo nikt nie miał pomysłu, jak to przeprowadzić. Projekty mogą być rozmaite - akademia, lokalna gazeta czy lokalna rozgłośnia radiowa. Sama idea spółdzielni jest piękna - jest to grupa wolnych ludzi chcących razem zrobić coś dobrego. Grupa ta kieruje się zasadami, które są spełnieniem myśli o stworzeniu solidarnego społeczeństwa. Spółdzielcy mogą być zwolennikami zerowych stawek podatkowych - jeśli uda im się w obrębie spółdzielni rozwiązać to zagadnienie. Jednocześnie muszą być ludźmi wolnymi - do spółdzielni można w każdej chwili wstąpić i z niej wystąpić. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w praktyce, jesteśmy na razie na początku drogi, do której przygotowywaliśmy się przez ostatnie dwa i pół roku. Teraz sprawdzimy, ile wiarygodności udało się zbudować Radiu WNET.

Dziękuję za rozmowę.
--------------------------------------------------------------------------------

Z chwilą kiedy dziennikarz traci wolność, przestaje być dziennikarzem. Tego właśnie powinno się uczyć w szkołach - zostajesz dziennikarzem po to, żeby być rycerzem prawdy

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 16 sty 2012, 17:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Wielki Dramat Narodowy

Zanim nasze czasy doczekają się dramatu narodowego na miarę "Wesela" przedstawiam szkic przedstawienia, będącego krótkim zarysem dziejów współczesnych Polaków, ich smutków i radości, ich zmartwień i nadziei...

W przedstawieniu udział biorą mały chór (umieszczony na balkonie lub innym, raczej słabo oświetlonym pomieszczeniu), duży chór (umieszczony na dole, przedstawiający ciżbę, masę ludzką, bohater dobry i bohater zły - obaj występują na podwyższeniach (mogą to być po prostu krzesła) i są dobrze oświetleni, przy czym bohater dobry - oświetlony na biało, bohater zły - na czerwono, reflektorami od strony chóru małego.

Chór mały: Jesteście mali, głupi, nie umiecie sobie radzić.
Chór duży: Jesteśmy mali, głupi, nie umiemy sobie radzić. Poprowadźcie nas.
Chór mały: Poprowadzimy was.
na scenę wchodzi bohater zły. Staje na krześle i przemawia:
Bohater zły: Nie dajcie sobą manipulować. Jesteście dumnym, wielkim narodem. Zasługujecie, by sami kierować swoim losem. By wziąć za siebie odpowiedzialność.
Chór duży: Zasługujemy?
Chór mały: Nie zasługujecie. Ale możecie zasłużyć.
Chór duży: Co mamy czynić?
Chór mały: Oto jest jeden spośród nas (na scenę wchodzi dobry bohater), on was poprowadzi i staniecie się dobrzy. Tacy, jak my.
Bohater zły próbuje coś mówić, ale zagłusza go buczenie chóru małego, do którego stopniowo dołącza się chór duży.
Z chóru dużego wyciągają się ręce, chcąc ściągnąć z krzesła złego bohatera. Nawiązuje się szamotanina, ostatecznie zły bohater zostaje przewrócony wraz z krzesłem. Dobry bohater podchodzi, kopie leżącego złego bohatera. Zapada cisza.
Dobry bohater: Miłość.
Dobry bohater staje na krześle i zwraca się do dużego chóru:
Dobry bohater:Jest wam coraz lepiej
Głosy z dużego chóru: To prawda! To prawda!
Coraz głośniejsze.
Dobry bohater: Musimy teraz zrobić zrzutkę, by wybudować obiekty, które staną się pomnikami naszych czasów.
Z tłumu w stronę dobrego bohatera lecą banknoty.
Dobry bohater: Mało
Mały chór: Coś na pewno jeszcze macie. Patrzcie, my tez dajemy (jednak z galerii nie lecą żadne pieniądze ani przedmioty)
Z tłumu lecą następne pieniądze.
Dobry bohater: Przez złego bohatera mamy pewne trudności. Jest bardzo dobrze, ale musicie dawać więcej.
Tłum zdejmuje z rąk zegarki, podaje ja razem z portfelami w stronę dobrego bohatera.
Dobry bohater: Co tak mało, nie macie już nic więcej:
Mały chór: Chcecie powrotu złego? Musimy razem zrobić wszystko. (z galerii wyciągają się ręce z wędkami, próbują złowić rzucone wcześniej portfele i zegarki)
Duży chór: Nie mamy!
Dobry bohater zbiera do teczki pozostałe na scenie dobra. Scena zostaje uprzątnięta, dobry bohater schodzi z krzesła.
Dobry bohater: A teraz pocałujcie mnie wszyscy w dupę.
Duży chór karnie ustawia się w kolejkę do całowania. Dochodzi do przepychanek, bo każdy chce zająć jak najlepsze miejsce w ogonku.
Kurtyna.


http://budyn78.salon24.pl/381878,wielki-dramat-narodowy


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Między nami Polakami...
PostNapisane: 21 sty 2012, 09:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31058
Radykalny - znaczy zakorzeniony

Z Pawłem Zyzakiem, autorem książki "Gorszy niż faszysta", rozmawia Agnieszka Żurek

W swojej książce "Gorszy niż faszysta" cytuje Pan wypowiedź Bronisława Komorowskiego - skądinąd historyka - na temat napisanej przez Pana biografii Lecha Wałęsy. Ówczesny marszałek Sejmu zarzucał Panu "przechył w stronę radykalizmu nie tylko politycznego, ale i historycznego".
- Najpewniej jest jeszcze jednym spontanicznym hasłem Bronisława Komorowskiego, stygmatem w rodzaju "kontrowersyjnego historyka", "pistoryka". Moim zdaniem, Komorowski jest "radykalnym prezydentem" i założę się, że ma rogi i ogon, a w nocy pije krew lamy. Dlaczego lamy? Nie wiem, wymyśliłem ją spontanicznie. Niech udowodni, że nie zbliżał się ostatnio do zoo. Przejaskrawiam, ale chyba tylko żartem można obecnie powstrzymywać ludzi władzy od praktyk wzmacniania podziałów w społeczeństwie. ç propos, słowo "radykalny" pochodzi od łacińskiego słowa "radix" - korzenie lub zakorzenić się. Człowiek kultury klasycznej będzie dumny, mówiąc o sobie, że jest w czymś zakorzeniony. Dla człowieka kultury postklasycznej słowa mają znaczenie intuicyjne. Po prostu padają. Osobiście staram się ważyć słowa i nie używać określeń, których nie jestem w stanie wystarczająco uzasadnić. Historyk może być rzetelny albo nie, płodny lub nie, dociekliwy lub nie. Swoboda w przenoszeniu terminów ze świata polityki do świata nauki - nawet tak pustych, jak "radykalny" - nie świadczy dobrze o jej kondycji.

Nie ma Pan wrażenia, że część środowisk patriotycznych dała się zaszantażować? Niektórzy politycy "prawicy" robią wszystko, żeby uniknąć nazwania ich "radykałami".
- Patriota wkracza do życia publicznego z ambicją, energią, wolą zmian i misją, pełen optymizmu, wiary we własne możliwości oraz przekonany o jak najlepszych intencjach pozostałych członków środowiska. Zdarzają się przypadki, że kiedy patriota osiągnie pewien pułap popularności, zaczyna łapczywie spoglądać na przedstawicieli politycznego mainstreamu. Po stronie "patriotycznej" unosi się smog defetyzmu, po tamtej - ostentacyjny optymizm. Panuje tu materialna i zawodowa stabilizacja, możliwość awansu, gwarantowane bezpieczeństwo najbliższych, możliwość dotarcia do szerszej publiczności, a nawet międzynarodowe uznanie. I bywa, że z tego wszystkiego, z czym patriota wspinał się po szczeblach kariery w swym środowisku, na szczycie pozostaje już tylko z ambicją. Powodów ewolucji patrioty może być wiele. Zawsze jednak to patriota będzie odpowiedzialny za swoją drogę, choć środowisko bardzo często zrobi wszystko, aby mu ją ubić. Niektórzy patrioci z premedytacją przekraczają granicę, którą nazywamy lojalnością, inni pod wpływem zmian w życiu osobistym, jeszcze inni zawierając nieskończoną ilość kompromisów do momentu, gdy okazuje się, że są od nich uzależnieni. Obserwując poczynania wielu patriotów, dostrzegam też frustrację poczuciem egzystencji na outsidzie życia publicznego. "20 lat minęło, Heniek i Rysiek poszli w ministry, dacze pobudowali, dzieci ustawili, a ja g... mam. A przecież mniejsi byli w opozycji niż ja".

Spędził Pan sporo czasu w USA. Czy stosunek amerykańskich historyków do Lecha Wałęsy jest rzeczywiście tak entuzjastyczny, jak chciałyby tego niektóre polskie środowiska budujące legendę byłego przywódcy "Solidarności"?
- Znam niewielki skrawek tego środowiska, muszę zatem podeprzeć się znajomością literatury historycznej na temat polskich dziejów. Respekt do nazwiska Wałęsa jest autentyczny, ale ogranicza się do symbolu. Niewielu historyków zna arkana kariery tego człowieka lub nawet interesuje się nimi. Jeśli zapyta pani najmądrzejszego Amerykanina, czy Wałęsa jest według niego z prawicy czy z lewicy, dowie się pani dwóch rzeczy. Po pierwsze, że Amerykanie prawie nic nie wiedzą o Wałęsie. Po drugie, że zupełnie nic nie wiedzą o współczesnej Polsce. Pozytywną rolę Wałęsy w latach 80. przedstawia się, budując luźny zbiór działań doraźnych. Wziął udział, zaapelował, skrytykował. Zawsze zbiór, nigdy sumę, nigdy syntezę. Polegając na takiej metodyce, zgłębiając zagadnienie, czy w perspektywie 10 lat, między 1980 a 1990 rokiem Wałęsa osiągnął swój cel i zrealizował program, staniemy przed ścianą. A przecież mówimy ponoć o Piłsudskim bis, "strategu". Skąd najmądrzejsi nawet Amerykanie mają znać Wałęsę, skoro najwybitniejsi historycy w Polsce nie powiedzieli dotąd, jak miała wyglądać Polska Wałęsy i czy się udała!

Publikacja Pańskiej książki o Lechu Wałęsie postawiła w stan gotowości polityków, instytucje publiczne, uczelnie i media. Taka sytuacja byłaby możliwa w Stanach Zjednoczonych?
- Niezależnie od położenia na globie - myślę o państwach wewnętrznie i zewnętrznie suwerennych - jeżeli bohater biografii jest czynnym politykiem, ma prawo się wypowiedzieć. Będzie jednakże wstrzemięźliwy i taktowny. Uczyni wszystko, aby nie dać po sobie poznać, że przesadnie przejmuje się sytuacją i domaga się odwetu. Lech Wałęsa publicznie obwieścił takie żądania, poinstruował władze, gdzie powinny interweniować ("jak mogli go zatrudnić", "kto mu dał magistra"), i doczekał się reakcji na swój apel. Zasadnicza część polskiego dziennikarstwa odegrała rolę pośrednika, wymuszając wręcz na politykach obozu rządzącego legislacyjne konkrety, rzecz jasna zadowalające Wałęsę. Najbardziej szokująca w obu sprawach książek o Wałęsie była rola świata mediów. Gdyby największe ośrodki medialne przynajmniej pozorowały swoją misję, politycy nie odważyliby się pacyfikować świata nauki i piętnować pojedynczych śmiertelników.

Jak ocenia Pan stopień rozpowszechnienia tezy o rzekomym "polskim antysemityzmie" w środowisku amerykańskich historyków i studentów historii?
- Problem jest jak najbardziej realny. Kolejne fazy krystalizowania się tego image´u przypadają na czasy powojennych pogromów inspirowanych przez Sowietów, dalej na rok 1956 i ofensywę propagandową "puławian" oraz na rok 1968 roku, czyli czystkę antysemicką wewnątrz reżimu komunistycznego, przelaną później na polski stereotyp. Wyobrażeniem o "polskim antysemityzmie" żywi się część amerykańskiej lewicy, do której należy pan Gross. Są to zarówno Żydzi, jak i nie-Żydzi. Paradoks polega na tym, że większość Żydów w Stanach Zjednoczonych głosuje na Partię Demokratyczną, a nie na Republikanów, którzy są zwolennikami braterskiego sojuszu z Izraelem. Joe, mój kolega z Waszyngtonu, amerykański konserwatywny Żyd - dodam, że niezwykle oczytany i inteligentny, zresztą wysoki urzędnik Banku Światowego - oprowadzał mnie w zeszłym roku po Santa Monica. Poznał mnie ze swoim znajomym z dzieciństwa, Erykiem, produktem kalifornijskich uniwersytetów. Facet już w trakcie drugiej naszej dysputy zapytał mnie o współudział Polaków w holokauście. Było w tym coś ofensywnego, więc poirytowany powiedziałem mu, że jest źle poinformowany, a ja nie mam czasu, żeby wyprowadzać go z błędu. Powiedziałem o tym Joe. Odparł: "Przecież w obozach koncentracyjnych ginęli też Polacy!". Książki pana Grossa są jak woda na młyn dla wszelkiej maści pseudointelektualistów, zarówno studentów, jak i ich wychowawców. Zobaczy je pani w Ameryce w niemal każdym wielkomiejskim Muzeum Holokaustu, na półce obok książek o Endlösung. Inną sprawą są jego motywy. A te stanowią element tożsamości jednej z grup "komandosów", do której akurat Gross w latach 60. należał, a która podsycała wśród swoich członków kompleks antypolski, aby przykryć inny, kompleks dzieci wywodzących się z grupy utrwalaczy reżimu stalinowskiego.

Gościem pierwszego wieczoru promocyjnego książki o Lechu Wałęsie była śp. Anna Walentynowicz. Jak zapamiętał Pan spotkanie z "Anną Solidarność"?
- Ludzie pokroju Anny Walentynowicz tworzą własny mikroświat, w którym wszystko jest słusznie proste. Nie trzeba zastanawiać się, kto jest kim lub z kim, jakie ma zamiary, jaki interes i czym cię zaraz zaskoczy albo jaki szykuje na ciebie bat. Człowiek czuje się odprężony i natchniony do rozmowy, bo może liczyć na szczerą wymianę zdań. Bynajmniej nie przekonuję pani, że Anna Walentynowicz była świętą albo błogosławioną, ale że była człowiekiem dobrym, bardzo dobrym. Każdy z nas potrzebuje w swym otoczeniu kogoś takiego. Kiedy na spotkaniu autorskim w Gdyni w marcu 2009 r. Anna Walentynowicz dziękowała mi za pracę włożoną w książkę, czułem skrępowanie, którego nie odczuwam nawet w sytuacjach problemowych.

O kim zamierza Pan opowiedzieć w swoich następnych książkach?
- W kolejnych moich pracach pojawią się i mniej, i bardziej zapomniani bohaterowie walki o niepodległość. Zamierzam spojrzeć na naszą historię najnowszą z dystansu. Pojąć rzeczy, których nie zrozumiem, jeśli ograniczę się do polskich archiwów. Jeżeli na przykład pan Gross maksymalnie zawęża perspektywę poznawczą, ograniczając ją tylko do "sikania" czy "urologii", czyli wypierając ją z kontekstu, ja chcę ją maksymalnie rozciągnąć i urozmaicić. Chcę zbadać na przykład znaczenie zagranicznych ośrodków wpływu, w kontekście sytuacji społeczno-politycznej w PRL.

"Gorszego niż faszysta" dedykuje Pan synowi Filipowi, pierwszym recenzentem była Pana żona. Czy bodźcem do działania jest dla Pana właśnie chęć zmiany polskiej rzeczywistości z myślą o świecie, w jakim będzie żyć Pana rodzina?
- O, naturalnie. Na pewno jednym z ważniejszych. Chyba każdy rodzic pragnie, ale niekoniecznie czyni wszystko, aby jego dzieci żyły w lepszym świecie. Pragnie, żeby były mądre, zdolne i zdobywały wykształcenie mniejszym nakładem sił aniżeli on sam, a zaoszczędzoną energię przelały na dodatkowe kwalifikacje.

Ostatnie pytanie nieco w oderwaniu od głównego tematu rozmowy, niemniej jednak ważne. Jakie są Pana pasje pozahistoryczne?
- Lubię literaturę XIX-wieczną, nadrabiam polską, ale w ostatnich latach udało mi się przeczytać najważniejsze dzieła klasyków francuskich: Prousta, Zoli, Balzaca i Hugo, oraz rosyjskich: Tołstoja i Dostojewskiego. Próbowałem przekonać się do Hemingwaya - "Komu bije dzwon" i "Wyspy na Golfsztromie", ale zupełnie nie przypadł mi do gustu. Wspaniały jest Mann i jego "Buddenbrookowie", nie mówiąc o genialnej "Czarodziejskiej górze". Lubię powieści psychologizujące, ale nie takie, które nadają bohaterom rysy nazbyt karykaturalne, jak to jest u Dostojewskiego. Z fascynacji ludzką psychologią bierze się moja słabość do biografii i literatury pamiętnikarskiej. Lubię podróże, ale nie samotne. Podczas ostatniego pobytu za oceanem przejechaliśmy z rodziną samochodem spory kawałek Ameryki. W przerwie między pracą w archiwach był czas, żeby zabłądzić na pustyni Mohave oraz przejechać wybrzeżem Pacyfiku trasę z Los Angeles do San Francisco - niezapomniana przygoda. Przy sprzyjającej pogodzie wybieram się w góry postrzelać. Nawyk z czasów Związku Strzeleckiego. Do pracy nastraja mnie muzyka spokojna, ale nie klasyczna. Odpowiada mi jazz i blues, na przykład Norah Jones z pogranicza jednego i drugiego, ale przede wszystkim muzyka filmowa. Moi ulubieni kompozytorzy to Cliff Martinez i Hans Zimmer. W trakcie jazdy samochodem zdecydowanie coś żwawszego.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 71 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /