Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 87 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 25 lip 2011, 18:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Jak walczyć z kalumniami o Polsce? Zacząć od własnego podwórka

Olga Lipińska, twórczyni lewackiego "Kabaretu Olgi Lipińskiej", znana aktywistka "środowisk proaborcyjnych", straszy na okładce letnich "Wysokich Obcasów". Pani ta to żywy przykład "runnera"- osoby starej, która nie zważając na upływ czasu usilnie próbuje przekonać publiczność, iż nie tylko duchem, ale i ciałem góruje nad młodszymi, dzieciatymi (babcianymi?) koleżankami, że nie tylko intelektualnie rozwija się w duchu postępu, nowych trendów, że mimo tych 72 przeżytych wiosen wciąż razi energią, kolorową, modną powierzchownością, porządnym make-up'em i drogimi perfumami...
Na marginesie należy wskazać przykłady kobiet, również osób publicznych, które swym życiorysem zaprzeczyły ideologii "runnerskiej", które są autentyczne, nie udają kogoś kim nie są, które mimo upływu lat, zmarszczek i pojawiających się z czasem naturalnych ograniczeń potrafiły/potrafią imponować aktywnością, zaangażowaniem, szacunkiem i niezmienną akceptacją dla wartości ponadczasowych. Myślę np. o Alinie Janowskiej czy Irenie Kwiatkowskiej...

"Gazeta Wyborcza" nawet w okresie ferii letnich nie spuszcza z tonu; żaden wakacyjny chillout, sezon ogórkowy, nie zwalnia dzielnych funkcjonariuszy od obowiązku konsekwentnego krzewienia w społeczeństwie jedynie słusznej filozofii. Pani Lipińska w agorowych "Wysokich Obcasach" mogła się otworzyć, uraczyć czytelnika swoją głęboką europejskością, dokonać rozprawy z zaściankową, "bogoojczyźnianą" polską tradycją, kulturą i edukacją:

"Nie mogę przeboleć, że się dzieci wychowuje na idiotycznych mitach. Na "Trylogii".

"Nic to!" - krzyknął Wołodyjowski i zginął. Wychowuje się, że najszczytniejszą sprawą jest umrzeć za ojczyznę. Pomnik Małego Powstańca to hańba. Co to jest? Przecież życie - ŻYCIE - jest najważniejsze".

Wielu młodym wykształconym z wielkich miast, okupującym teraz niezbyt wyszukane nadmorskie knajpy taka narracja łatwo wpada w ucho. Jakież to wygodne i miłe usłyszeć od mądrej Pani z telewizji/okładek modnych gazet, że mam się martwić tylko o siebie, o to by jak najdłużej, w miłej i niestresującej atmosferze sobie "pożyć". Nie ma sensu trapić się jakimś wyimaginowanym dobrem wspólnym; wszak solidaryzm oznacza niezdrowe kompromisy, niepotrzebne ryzyko, poświęcenie, odpowiedzialność. Dlaczego moje dzieci mają być katowane siermiężnymi, opasłymi tomiskami bredni na temat poświęcenia, patriotyzmu, Boga, Maryi, niezliczonych obowiązkach i narodowym umiłowaniu? I jeszcze mały powstaniec; ludzie Ci, dumnie nazywani "kolumbami", przypominali fanatyków z Krakowskiego Przedmieścia; wiedzieli, że nie mają żadnych szans na realizację celów, mimo to ryzykowali wlekąc co gorsza za sobą nieświadome dzieci...

Właśnie, dzieci. One w dzisiejszych realiach stanowią problem, obciążenie, niepotrzebny balast, przeszkodę w karierze:

"Kiedyś powąchałam niemowlaka. Pachniał skwaśniałym mlekiem. Źle. Jego mama - świetna scenografka - zamiast rysować projekty, wisiała nad łóżeczkiem i wąchała go bez przerwy. Nie widziałam nic wzruszającego w rączkach i nóżkach. Nie mogła tego zrozumieć."

Po tych słowach łatwiej zrozumieć zaangażowanie Pani Lipińskiej po stronie zwolenników liberalizacji prawa antyaborcyjnego.


Przez wiele lat wolnej Polski Olga Lipińska swoimi cyklicznymi programami (rozrywkowymi) kształtowała świadomość Polaków. Szydziła z polskiej "dewocji", fanatyzmu, zaściankowości. Czyniła to w sposób mniej lub bardziej zakamuflowany. Jej programy realizowała telewizja publiczna, której zadaniem jest krzewienie misji - pożądanych wartości. Wartości, którym hołduje Lipińska nie mają nic wspólnego z najlepszą polską tradycją, spoiwem/rdzeniem naszej kulturowej tożsamości. Gdyby nie Ci, którzy ginęli za ojczyznę: T. Kościuszko, książe J. Poniatowski, P. Wysocki, J. Lelewel, rotmistrz Pilecki, gen Nil (i wielu, wielu innych), dziś nie żylibyśmy w wolnej ojczyźnie. W najlepszym razie Polska stanowiłaby jeden z obwodów Federacji Rosyjskiej/landów Republiki Federalnej Niemiec. Pani Lipińska nie chce rozpamiętywać bohaterów Rzeczypospolitej, rażą ją ich dokonania, zaangażowanie. Dlaczego? Bo nie sposób o nich mówić w oderwaniu od pewnej wartości, którą Pani Olga ma gdzieś, której się boi i z którą walczy na każdym polu - z patriotyzmem.

Żeby skutecznie walczyć o dobre imię Polski trzeba być tylko, albo aż, patriotą. Ci, którzy gardzą szacunkiem dla własnej historii, państwa, tradycji, kultury, szkodzą Rzeczpospolitej. Oni z lubością będą kolportowali kalumnie forsowane przez środowiska Polsce nieżyczliwe. To swoista V kolumna, która mniej lub bardziej świadomie, walczy z polskością. Jeśli chcemy na poważnie przeciwstawić się szkalowaniu dobrego imienia Rzeczpospolitej, musimy zacząć od własnego podwórka. Na nim - o czym świadczy pozycja Pani Lipińskiej - jest bardzo dużo do zrobienia.

http://chinaski.salon24.pl/327163,jak-w ... o-podworka


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 01 sie 2011, 16:49 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
Religijność Ślązaków – upadek mitu

Górnoślązacy, górnośląscy robotnicy, byli chyba jedyną grupą społeczną w Europie, która zachowała tradycyjną religijność w warunkach szybkiego uprzemysłowienia. Życie Górnoślązaka obracało się zawsze – tak przynajmniej sądzono – wokół trzech wartości: pracy, rodziny i Kościoła. Można było co najwyżej spierać się, co ważniejsze – praca czy rodzina, rodzina czy Kościół. Niestety, to już jest „dawno i nieprawda”. Od kilkudziesięciu lat w efekcie sezonowych wyjazdów do pracy w Niemczech i Holandii postępuje błyskawiczny proces mojej grupy etnicznej. Zbyt szybki jak na etos tradycyjny, głęboko zakorzeniony. Zastanawiam się, czy z tym przekonaniem o naszej moralnej jakości nie padliśmy aby ofiarą zbiorowej autosugestii. Kiedyś opowiadałem o moich przeżyciach na Zachodzie znajomemu księdzu. Poprosił mnie, żebym napisał relację o tym, gdyż – uważa – że inni księża z tym się zapoznali. Napisałem mu coś w rodzaju raportu. Nie wiem, kto to jeszcze czytał. Sprawa jest sprzed dobrych kilku lat, ale wrzucam to na blog. Może kogoś zainteresuje.



Szanowny Księże Prałacie,

proszę wybaczyć użalanie się nad sobą, ale jest mi tam bardzo ciężko. Moje doświadczenia stamtąd, z pracy na Zachodzie można określić: jedno pasmo poniżeń. Człowiek tam, szczególnie gastarbaiter jak ja, traktowany jest głównie przez pryzmat jego wydajności jako pracownika, jako siła robocza, a u mnie z tym nie jest najlepiej. Pojechałem tam po raz pierwszy mając już ponad pięćdziesiąt lat. Nie mam już kondycji fizycznej, kilkadziesiąt już lat nie pracowałem fizycznie. Jednak to nie ciężka praca najbardziej mi doskwiera, ale otoczenie, w którym, i z którym przychodzi mi żyć i pracować. Jestem inny, i stąd moje może nazbyt czarna ocena sytuacji.

Zdaję sobie sprawę, jak bardzo subiektywne są moje doświadczenia i jak bardzo mogę się mylić. Źle by się stało, gdyby moje uwagi na temat pracy na Zachodzie ktoś, kto tam nie był, potraktował jako w pełni prawdziwe. Nie prowadziłem żadnych badań socjologicznych. Nie rozmawiałem z socjologami. Piszę o tym, co mnie spotkało i co sam zaobserwowałem. Być może miałem pecha pracując z takimi a nie innymi ludźmi. Może gdybym trafił w inne miejsce, moje wrażenia i oceny byłyby inne, mniej przygnębiające. Może… Trafiłem jednak tam, gdzie trafiłem, i mam doświadczenia, jakie mam. Mogę pisać tylko o tym i zastanawiać się, jak szeroki jest zakres zjawisk, które zaobserwowałem.

Więc do rzeczy. Wydaje mi się, że na skutek wyjazdów do pracy na Zachodzie, najczęściej do Niemiec i Holandii, u Górnoślązaków nastąpiło zjawisko rozpadu najbardziej podstawowych więzi społecznych i zachwiania podstawowego systemu wartości, spowodowanego znalezieniem się w obcym środowisku kulturowym. Prawdopodobnie to zjawisko opisywał Durkheim pod nazwą anomii. Największe spustoszenie obserwuję w sferze religijnej i moralnej.

1. Zanik religijności

Pracuję już w Niemczech, Holandii i Austrii od wiosny 2001 r. Zmieniałem pracę wielokrotnie, szacuję, że otarłem się tam o blisko 200 moich ziomków. Dotychczas spotkałem tylko jednego, dla którego niedzielna msza św. była czymś ważnym. Był to starszy pan, były kolejarz z Kędzierzyna, który z powodu szykan w pracy zmuszony zrezygnować ze stanowiska o ile dobrze pamiętam – zastępcy naczelnika. Z wewnętrznej identyfikacji, jak się wydaje autentycznej, Niemiec. Czytelnik „Gościa Niedzielnego”.

Owszem, moi ziomkowie jeżdżą tam na Msze św., przede wszystkim w języku polskim, gdyż mimo deklarowania niemieckiej narodowości nawet nie odczuwają potrzeby nauczenia się tego języka. Cała ich niemiecka tożsamość sprowadza się do przekonania, że – jestem Niemcem, bo moi rodzice byli Niemcami. Prawo więc do legalnej pracy jest moim przywilejem jako Niemca.

Wyjazdy na mszę św. do polskich kościołów nie wynikały tu z potrzeby duchowej, a raczej z ciekawości. A nuż tam kogoś znajomego spotkają! Jak nie spotykali, to już potem nie jeździli. Piszę tylko o udziale w niedzielnej mszy św., bo to wydaje mi się absolutnym minimum dla katolika – podtrzymywanie elementarnego kontaktu ze wspólnotą Kościoła. To, że ludzie tam się nie modlą, nie czytają książek religijnych, ani nawet nie wstępują na chwilę do kościoła, mogę zrozumieć, ale tego, że zupełnie nie odczuwają żadnych potrzeb religijnych – już nie.

Co do tego, że ta osławiona śląska religijność opada tam z naszych ludzi jak sztuczny kostium, nie mam wątpliwości. Ja tego tam boleśnie doświadczam. Żeby to była tylko obojętność! Niestety, gdy człowiek próbuje w rozmowach z nimi podejmować jakieś tematy nawet o lekkim zabarwieniu religijnym, zwykle kończy się to młóceniem antyklerykalnej słomy.

Wiem skąd się to bierze – człowiek grzeszący szuka usprawiedliwień. To dla mnie jasne. Nie rozumiem jednak, dlaczego formacja religijna jest u nas, Górnoślązaków, niby tradycyjnie głęboko religijnych, taka słaba, taka płytka. Być może żyłem przez lata złudzeniami co do głębszej religijności moich ziomków. Moja matka i rodzina ze strony matki była bardzo religijna. Naprawdę wierząca. Nawet spotykałem – nie tam, na Zachodzie, lecz w rodzinnych stronach – ludzi wierzących. Gdzie oni teraz są? Chciałbym trafić tam choć na jednego, z którym jako wierzący znalazłbym wspólny język. Byłoby mi tam lżej. Czy ludzie rzeczywiście wierzący nie jeżdżą do pracy na Zachodzie?

To co tam zaobserwowałem świadczy, że cały wysiłek duszpasterski księży diecezji opolskiej i katowickiej idzie na marne. I, doprawdy, nie wiem co należałoby zrobić, by to zmienić. Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia patrząc, można by te firmy o nazwie Diecezja Opolska Kościoła Rzymskokatolickiego i Diecezja Gliwicka po prostu zamknąć bez szkody dla całości przekazu wiary. Być może niedługo będzie to samo można powiedzieć o Diecezji Katowickiej.

2. Rozpad wspólnoty

Zjawiska zanikania poczucia wspólnoty międzyludzkiej u naszych ziomków pracujących na Zachodzie nie jestem już tak pewny jak tego poprzedniego wyparowywania religijności. Jestem inny, i to być może powoduje, że nie jestem akceptowany. Ale pewne zdarzenia dają do myślenia. W 2000 r. Mieszkałem w Nieuw Vennep pod Amsterdamem. Do kościoła w Hilegoom, gdzie były odprawiane Msze św. w języku polskim jest stamtąd pięć kilometrów. Chodziłem pieszo. Stosunki w pracy były takie, że nie chciałem się prosić o samochód. Pierwszy raz wróciłem samochodem, ale to był pierwszy i ostatni raz. Po mszy podszedłem do busa z ziomkami.

- Wracacie może prze Nieuw Vennep? Mogę się zabrać? – Mieli wolne miejsca w samochodzie.

- Jedziemy okrężną drogą.

- Nie szkodzi. – Wepchałem się prawie na siłę.

Potem próbowałem jeszcze dwa razy, ale reakcja była zawsze ta sama. Już nie wsiadałem. Potem przestałem nawet pytać.

Nie rozumiem tej postawy. Wydawało mi się, że naturalną reakcją na spotkanie na obczyźnie kogoś ze swoich stron będzie otwarcie ramion: – Cześć, skąd jesteś? Gdzie pracujesz? Ile zarabiasz? Wpadnij na piwo.

Tam tego nie ma.

Obcość, to trzymanie się na dystans wobec swoich powoduje mały obieg informacji o pracy, o wiarygodności firmy, o warunkach pracy, o zarobkach.

Najboleśniej tego zaniku wspólnoty doświadczyłem na początku, kiedy wydawało mi się jeszcze, że ona jest czymś naturalnym. W pierwszej mojej pracy na Zachodzie, w Bonn, spotkałem kolegę, z którym kiedyś pracowałem w Polsce. Pytałem go, jak tu Zachodzie wygląda praca, jak układają się stosunki międzyludzkie, jak tu się odnaleźć. Powiedział krótko: – Zakonotuj sobie tylko jedną prawdę i wszystko zrozumiesz: tutaj każdy myśli tylko o sobie!

Nie ma tam na Zachodzie pożyczania pieniędzy, nie ma podwożenia kolegów do domu czy do pracy przy okazji – bo i tak jadę, a miejsce w samochodzie jest wolne, nie ma podwożenia tylko za samą składkę na benzynę. Jeśli już kto jedzie do Holandii własnym samochodem i zabiera kogoś do domu, to kasuje jak firma transportowa. Może to i usprawiedliwione, ale – dla mnie trudne do przyjęcia. Nie ma tam na Zachodzie wspólnego gotowania posiłków, choć zwykle mieszka razem po kilkanaście osób i zaoszczędziłoby to ogromnie dużo czasu i pracy. Nie ma, bo każdy obawia się, że mógłby na tym stracić. A nuż kolega zje więcej? Każdy tu musi liczyć na siebie!

Nie chciałbym twierdzić, że tak jest wszędzie. Być może tylko mnie nie udaje się tam nawiązywać więzów życzliwości z innymi ludźmi. Być może. Stwierdzam tylko fakt, że tam, na Zachodzie takiej normalnej ludzkiej życzliwości, która przecież nic nie kosztuje, brakuje mi najbardziej.

3. Upadek kultury osobistej

Podczas pierwszej pracy w Niemczech spotkałem chłopaka z Opola-Gosławic, który przeklinał tak bardzo, że zahaczało to o chorobę psychiczną. Powiedziałem mu, że jeżeli nie zacznie się ograniczać, to mu przyłożę. Podejrzewam, że przez to straciłem pracę. Jego koledzy celowo przeklinali przy mnie tak, że ja, stary górnik, nie wyobrażałem sobie, że można być tak wulgarnym. Z wszystkimi nie mogłem się bić. Trzymałem się z boku. Po skończeniu jednej roboty oświadczono mi że więcej mnie w firmie nie chcą. Słabo pracuję.

W zimie tego samego roku pracowałem w trzeciej co do wielkości szklarni w Holandii. Van Goost. Było tam sporo młodych dziewcząt, gdzieś chyba spod Strzelec Opolskich. Zatrudnili się za pośrednictwem innej firmy niż moja. Młodziutkie dziewczyny. Kilka tak ładnych, że aż przyciągały oczy. Siedziały ze swoimi kolegami przy innym stole, ale było słychać jak rozmawiają. Ich język trudno opisać nie cytując. Dziewczyny potrafiły w jednym zdaniu użyć trzy słowa, jedno zaczynające się na k.., drugie na s… i trzecie na p… W jednym zdaniu. Mówiłem o nich „te dziwki”, specjalnie tak głośno, żeby słyszały. Miałem nadzieję, ze któraś się oburzy coś mi powie, i wtedy zwrócę jej uwagę, że taki nie można, że powinny mieć, jako kobiety, jakieś poczucie własnej godności. Nie z tego.

Jedna tylko spróbowała ze mną rozmawiać. Powiedziałem jej, że ulicznice stojące pod latarnią tak ohydnego języka jak one nie używają. – Jak nie kląć, kiedy wszyscy tu klną – odparła. Powiedziałem, że to nie jest żadne usprawiedliwienie. Ten język wśród naszych ziomków na Zachodzie to dziś standard, i co do tego nie mam żadnych wątpliwości.

Język to najbardziej rzucający się w oczy przejaw upadku naszej kultury. O innych trudno pisać, bo jest ich tak wiele, że to temat na szeroki tekst. Nie wiadomo jak to zebrać razem. Mieszkam w tej chwili z mężczyznami, którzy w pensjonacie przy gospodarstwie rolnym, gdzie mieszka kilka kobiet, paradują cały wieczór tylko w obcisłych majtkach. Bo ciepło. Gadają do nocy głośno i nikomu nie przyjdzie nawet na myśl, że może to komuś przeszkadzać. Młodzi chłopcy, i nie tylko młodzi, palą w pokoju sypialnym papierosy, słuchają całą noc radia i głośno rozmawiają. Reguły współżycia ustala się według zasady: decyduje silniejszy. Jeżeli palących i zasypiających przy głośniej muzyce jest więcej, to się w pokoju, nawet sypialnym, pali i słucha całą noc muzyki.

Osobną sprawą jest zanik szacunku wobec starszych. Też kiedyś myślałem, że szacunek do starszych to szczególny walor naszej górnośląskiej subkultury. Myliłem się. Kolega, z którym obecnie pracuję, potrafi powiedzieć do pracującego z nami emeryta, gdy ten się pobrudzi: – W twoim wieku musisz się już przyzwyczajać do piachu. Uważa to za celny żart.

Co do rozpanoszonego chamstwa mam tylko wątpliwość: czy należy za nie obwiniać tylko wyjazdy na Zachód. Zaczęło się to jeszcze za PRL-u, a potem rozrosło dzięki prymitywnym programom telewizyjnym.

Zepsucie obyczajów.

O zakresie moralnego rozprzężenia nie potrafię powiedzieć nic pewnego. Rotestraat, czyli ulica czerwonych latarni, jest stałym tematem rozmów przy stole, podczas przerw w pracy i w domu. Z tego co słyszałem, każdy z młodych chłopaków już tam był. Być może przechwalają się tylko. Na Rotestraat rozebrane kobiety siedzą w witrynach jak towar w sklepie – nie byłem tam, znam z opowiadań, być może powinienem był chociaż zobaczyć.

Na Zachodzie wszystko jest towarem. Zdarzyło się raz, że młody chłopak sam przyznał, że to obrzydliwe, ale generalnie panuje tendencja, by traktować to jako coś normalnego. Tak samo jak wizyty u tych pań. Skoro to już jest, skoro cywilizowany zachodni świat to przyjmuje za rzecz naturalną, skoro to kulturalniejszych Holendrów to nie gorszy, to – dlaczego my Górnoślązacy mamy być staroświeccy. Gorszy pieniądz wypiera lepszy. Z usług panienek korzystają i małżonkowie, i kawalerowie. Nikt tam się z tym nie kryje. Chłopak z dziesięciocentymetrowym krzyżem na szyi opowiadał kiedyś o wizycie w jednym z lokali przy Rotestraat. Chwalił się, że panienka policzyła mu ulgowo, bo się targował. Spytałem, czy krzyż mu nie przeszkadzał. Zrozumiał to dosłownie.

- Nie, nie zdejmowałem – odparł.
- Ale jesteś katolikiem, do kościoła chodzisz…
- A co ma Kościół do burdelu. Jedno drugiemu nie przeszkadza.

Taka to jest u nas świadomość religijna.

W miejscowości pod Hertogenbosch w Holandii głośno było o pewnej parze, która współżyła z sobą tak bez żenady, że aż to innych raziło. Ona ze wsi pod Strzelcami Opolskimi, w domu mąż i dwoje dzieci, on – drugi raz żonaty. Mieszkałem z nim. Opowiadał z nieukrywaną dumą, że to ona za nim szaleje. Jakieś hamulce u tej kobiety pękły. Jak ona może potem patrzeć swoim dzieciom w oczy?

Opowiadał kolega, że pod Nijmegen Polacy mieszkają w dużym budynku poklasztornym.

- Tam to dopiero jest k….stwo. Na palcach jednej ręki policzysz dziewczyny, które się nie puszczają.

Nie wiem, nie byłem tam, nie jestem w stanie sprawdzić. Całkiem prawdopodobne, że przesadzał. Prości ludzie mają wiele wspólnego z dziennikarzami. Mówią nie po to, by powiedzieć coś o rzeczywistości, ale po to, by wywrzeć wrażenie na słuchaczach. Nie ulega jednak dla mnie wątpliwości, że w sferze moralnej nastąpiło pęknięcie. Widać to po akceptacji nagannych zachowań. Ludzie kpili z postępowania tej kobiety, o której wspomniałem, ale jej nie potępiali. Po prostu uważano, że to jej prywatna sprawa.

5. Narkotyki i alkohol

O tym również nie potrafię powiedzieć nic pewnego. Mieszkałem w Nieuw Vennep z chłopakami, którzy urządzali sobie seanse marihuanowo-alkoholowe. Po wypaleniu tzw. jointa z marihuany (w Holandii legalne) narkomani śmieją się głupawo. Ten śmiech ma w sobie coś szatańskiego. W Riderkeerk pod Rotterdamem pracowałem z kilkoma młodymi chłopakami w stolarni. Robota była potwornie ciężka. Ścięgno, które sobie tam naciągnąłem bolało mnie przez rok. Chłopcy doenergetyzowywali się na przerwach. Jeden, pochodzący z Bytomia, po pracy musiał zapalić tego jointa, bo inaczej nie mógł się uspokoić.

Ale jak daleko zaszło używanie tzw. miękkich narkotyków, nie potrafię powiedzieć. Prawdopodobnie prawie każdy próbuje choć raz z ciekawości. Podejrzewam, że wiele marihuany szmuglowanych jest przez tych chłopaków do Polski. Niektórzy na pewno są już uzależnieni, ale – podobno – nie są to groźne uzależnienia. Czas pokaże. Niewątpliwie zniesienie prawnych zakazów i łatwość dostępu do narkotyków sprzyjają uzależnieniom.

O alkoholu mogę powiedzieć, że piją go wszyscy i dużo. Włącznie ze mną. Bez tego otumanienia, które daje przynajmniej puszka piwa (chmiel uspokaja), trudno byłoby znieść stres związany z pracą w obcym środowisku, z ludźmi myślącymi inaczej, trudno byłoby zapomnieć choć na chwilę o całodziennej ciężkiej pracy i tęsknocie z domem. Ale w dłuższej perspektywie czasowej na pewno źle się to skończy. Obecnie pracuję z ludźmi, którzy codziennie w czwórkę wypijają litr, albo i dwa litry wódki i po kilka piw. W Holandii, gdzie zwykle nadgodzin jest mniej, a soboty i niedziele są wolne, pije się już w piątek, a potem w sobotę. M. in. również z tego powodu nie chodzą ludzie na Mszę św. Odsypiają całonocne pijaństwo.

Podsumowanie

Robota na Zachodzie jest ciężka. Holendrzy, Niemcy, i jak sądzę wszyscy inni tam, traktują nas jak czystą siłę roboczą. Płacą, ale też eksploatują do maksimum. Holendrzy doszli w tym do perfekcji. Potrafią tak zorganizować robotę, że bez poganiania zmuszają człowieka do pracy nad siły. U Van Goosta przez osiem godzin w pozycji schylonej wtykałem patyczki do doniczek albo nakładałem gumki lub obrączki na młode pędy. Mój krzyż tego nie wytrzymywał. Pracowałem dwa razy wolniej od innych. Podchodził do mnie ichniejszy brygadzista i pokazywał, że należy szybciej, tak jak on. Te dziewczyny o których wspominałem pracowały szybciej, ale też kilka razy słyszałem, że ta lub inna się rozpłakała w czasie pracy. Dziewczyny miewają słabsze dni.

Holendrzy zawsze pracują szybciej i lepiej niż my. Podejrzewam, że holenderski przedsiębiorca długo szuka zanim znajdzie odpowiedniego człowieka, który mu zorganizuje robotę. Takiego, który w razie potrzeby na każdym stanowisku potrafi pracować szybciej od wszystkich, ale którego zadaniem jest pilnowanie, by nikt nie brał pieniędzy za darmo. Opanowali, jak sądzę, tę organizację pracy w swoich plantacjach na Sumatrze i Jawie, gdzie eksploatowali niewolników. Teraz zdobytą wtedy wiedzę wykorzystują eksploatując robotników z Europy Wschodniej.

Wszystko wskazuje na to, że została nam przeznaczona rola rezerwuaru prostej siły roboczej, i na tym ma polegać nasze wejście do Unii Europejskiej. To zdaje się sprawa już przesądzona. Co możemy zrobić? Może chociaż próbować się bronić.

Można by w parafiach zorganizować cykl spotkań ludzi, którzy już pracowali na Zachodzie, z tymi, którzy się tam dopiero wybierają. Niechby ci, którzy już tam pracowali, podzielili się swoją wiedzą i doświadczeniami, opowiedzieli, jak się załatwia robotę, poradzili, których robót lepiej unikać, jak się ustrzec przed wykorzystywaniem, oszustwem pracodawców, co jest częste zwłaszcza w Niemczech itd.

Po drugie, wśród robót prostych są bardziej i mniej proste. Te mniej proste są lepiej płatne i często też lżejsze. Nie wiem, czy praca spawacza jest lekka, ale wiem, że spawacze są poszukiwani i dostają zwykle kilka euro więcej na godzinę. Czemu by nie zorganizować jakiegoś dokształcania na szeroką skalę? Należałoby wykorzystać wszystkie możliwości urzędów pracy. Na spotkania należałoby zapraszać urzędników, niech wyjaśnią, jakie prawa mają Polacy pracujący na Zachodzie. Można by zaproponować jakieś formy samokształcenia. Bezrobotni mają wiele czasu. Czemu nie mogliby uczyć się jedni od drugich. W „Spieglu” czytałem kiedyś o robotnikach w b. NRD, którzy sobie takie przekształcanie zorganizowali u siebie i dzięki temu jeżdżą do Holandii jako fachowcy i zarabiają znacznie więcej. W Holandii na przykład cegły kładzie się inaczej niż w Niemczech i u nas.

Po trzecie, Kościół mógłby się włączyć w pośrednictwo pracy, by narzucić bardziej cywilizowane obyczaje i sprawić, by zaczęto uwzględniać także kwalifikacje moralne. Ludzie zatrudnianie są na Zachodzie za pośrednictwem tzw. firm leasingu pracowniczego, po niemiecku – Zeitarbeitfirmen albo Verleifirmen. Te firmy wypożyczją ich jakby firmom bezpośrednio produkcyjnym. Zdarza się, że człowiek co dwa dni pracuje w innej fabryce czy gospodarstwie rolnym. Taka firma leasingu pracowniczego pod patronatem Kościoła mogłaby prowadzić zarówno selekcję firm wynajmujących pracowników czasowych pod kątem ich wiarygodności i warunków pracy, jak również selekcję pracowników pod względem ich stosunku do pracy. Może udałoby się narzucić inny styl odpoczynku. Wycieczki zamiast sobotniego pijaństwa, kursy język

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 01 sie 2011, 16:52 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3200
Kur...two Polek – temat bolesny

Kiedy pracowałem w Hadze, na polskie Msze św. chodziłem do kościoła, o ile dobrze pamiętam, pod wezwaniem św. Teresy z Avila. Odprawiał je wtedy ks. Bartłomiej Matys, chrystusowiec, proboszcz polskiej parafii pod wezwaniem NMP Gwiazdy Morza w Rotterdamie. Po Mszy św. spotykaliśmy się w salce przy kościele na rozmowach raczej towarzyskich. Polacy zaangażowani w życie haskiej ekspozytury rotterdamskiej parafii organizowali w środy spotkania z ciekawymi ludźmi. Tam miałem okazję posłuchać relacji Polki zatrudnionej w europejskim programie pomocy kobietom uprawiającym najstarszy zawód świata.

Program ten realizowano – jeśli dobrze pamiętam – w ramach programu „Tempus”. (Pewny jestem, że taka nazwa widniała na wizytówce, którą od niej otrzymałem. Niestety – już mi się gdzieś zapodziała.) W programie tym, inaczej niż w „La Stradzie”, przyjęto, że kobiety wybierają tę profesję dobrowolnie, a skoro tak, to nie należy uszczęśliwiać ich na siłę, tylko trzeba im pomóc w tym miejscu i w tej sytuacji, w jakiej się znajdują. Sprowadzało się to do dostarczania im prezerwatyw, organizowania pomocy medycznej i prawnej oraz – co wymagało już większego zaangażowania – wspierania ich, kiedy chciały założyć własny biznes, tzn. uwolnić się od alfonsów.

Do przełomowego roku 1989 w Holandii dominowały prostytutki z Ameryki Łacińskiej, potem wyparły je Polki, a te po kilku latach musiały ustąpić miejsca Ukrainkom i Bułgarkom. Tam wtedy, w Hadze, po raz pierwszy dowiedziałem się, że istnieje liczna grupa prostytuujących się tam kobiet, które w swoim kraju mają rodziny (męża, czasami narzeczonego, dzieci, rodziców) nieświadome, czym zajmują się ich żony, córki, siostry i matki. Mężowie, ojcowie, bracia i dzieci przekonani są, że po prostu znalazły świetną pracę, a jak wiadomo na Zachodzie za dobrą pracę dobrze płacą. Wysokie dochody ich kobiet nie budzą podejrzeń, przyjmują to jako rzecz naturalną, z czasem przyzwyczają się do dużych pieniędzy i zaczynają domagać się coraz więcej. „Kochana – piszą – za pieniądze, które nam ostatnio wysłałaś, zakupiliśmy stylowe meble do sypialni, same antyki. Na pewno ci się spodobają. Brakuje stolika do przedpokoju, wypatrzyliśmy jeden piękny, z XVIII wieku. Przyślij jeszcze kilka tysięcy euro.”

Usiłowałem od prelegentki wydobyć trochę konkretów, ale bezskutecznie. Bardzo mocno podkreślała, że sensacyjne informacje o zmuszaniu kobiet do tej pracy, o handlu kobietami nie mają potwierdzenia w faktach. Kobiety przyjeżdżają do tej pracy dobrowolnie. Nie ma wyróżniającej się grupy wiekowej, zawodowej czy intelektualnej. Przyjeżdżają studentki i sprzątaczki, lekarki i robotnice fabryczne, nauczycielki i chłopki. Nie chciała podawać liczb tych kobiet, nawet rzędu wielkości. Z jej mętnych wyjaśnień wywnioskowałem tylko, że musi to być szerokie zjawisko, gdyż – jak dawała do zrozumienia – ujawnienie jego skali zmusiłoby policję i władze do działania, a to nie leży w interesie tych kobiet.

Mówiła tak: Kobieta w fabryce butów w Radomiu zarabia kilkaset złotych miesięcznie. Ma męża, który zarabia niewiele więcej i dzieci. Jak długo można tak żyć bez perspektyw? Na poziomie minimum egzystencji? One to robią dla rodziny, dla dzieci. Chcą im zapewnić lepszy start życiowy.

Nie mogłem uwierzyć w to, co tam usłyszałem. Na spotkaniu niedzielnym, po Mszy św., zapytałem ludzi mieszkających na stałe w Holandii, czy to potwierdzą. – Dobrze, że pan nie zna holenderskiego – powiedziała jedna z zaprzyjaźnionych pań. – Kilka dni temu nadawali w telewizji reportaż o biurach matrymonialnych, zajmujących się poszukiwaniem holenderskich mężów dla Polek. Przyjechał ich pełny autobus. Gdyby pan widział tych obślinionych bezzębnych starców oglądających je jak towar…

Te kobiety są obrazem nas wszystkich, mieszkańców Europy Wschodniej i Środkowej, dymanych przez wyżarte społeczeństwo Zachodu. Dla nas są najgorsze, najniżej płatne i najbardziej hańbiące prace. Jeździmy tam, bo nam się marzy „zachodni” poziom życia. Mało kto dostrzega kryjąca się za tym pustkę. W zasadzie nie musimy jeździć, mamy swoje państwo, wystarczyło by tylko dobrze je urządzić i wziąć się do roboty i za kilka lat – wzorem Chińczyków – patrzeć na nich z góry. Ale wolimy dać się dymać.

Tam na Zachodzie dotarło do mnie, jakim dobrem jest własne państwo. Mogłem powiedzieć, jestem stąd, pokazać na mapie. Mieć tożsamość, za którą coś konkretnego stoi. Jeśli Polska upadnie, będziemy tylko tłumem pomiatanych wyrobników, bez twarzy, bez tożsamości, bez nazwiska,

Z tamtych czasów pozostało mi też jeszcze jedno marzenie, chyba już raczej nie do zrealizowania. Często, gdy sobie tak uświadamiam w jakim świecie przyszło mi żyć, marzę sobie, że spaceruję w nocy po mieście i natkam się na – Janusza Lewandowskiego, obecnie europosła. Idzie sam. Rozglądam się na lewo – nie ma nikogo, na prawo – nikogo, za mną – też. Żadnych świadków… Nie wiem czemu, akurat jego chciałbym spotkać w ciemnej uliczce. Może to z powodu cynicznego uśmiechu, z jakim nas przekonywał, że najlepsze co możemy, to posprzedawać za złotówkę nasze fabryki.

Na koniec ciekawostka, nie związana z tematem. W Hadze miałem okazję poznać młodą dziewczynę, która ukończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Nie udało jej się znaleźć pracy w Polsce, więc przyjechała z chłopakiem zbierać truskawki. Miała praktykę dziennikarską w tygodniku „Nie”. – Nawet tam było fajnie – mówiła – tylko wysikać się tam nie mogłam. Jerzy Urban kazał sobie sedesy wyłożyć podobiznami Jana Pawła II.

http://fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/ ... at_bolesny

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 19 sie 2011, 17:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Chcą zniszczyć wrażliwość moralną

Demonstracja, do której doszło w przeddzień papieskiej wizyty w Madrycie, wpisuje się w ciąg wydarzeń trwających od lat. Ideologie ateistyczne, fundamentalizm laicki zawłaszczyły w bardzo dużym stopniu przestrzeń publiczną, a ich celem jest całkowite wyeliminowanie Kościoła katolickiego. To była kolejna odsłona ich jadowicie agresywnego oblicza. Prowokacje uderzające w katolików odbywają się pod hasłami tolerancji, która w tym przypadku oznacza monopol na obecność w sferze publicznej grup występujących przeciwko wartościom podstawowym, w tym przeciwko wartościom, które przekazuje i o których naucza Kościół.
Śledząc informacje napływające z Madrytu dotyczące prowokacyjnego incydentu, można zauważyć również mechanizm dezinformacji. Wskazuje się na młodzież jako uczestników antypapieskiej demonstracji, tymczasem zdjęcia obrazują o wiele starszy przedział wiekowy. Niewielka grupa, wykorzystując prawo psychologii społecznej, bez żadnych zahamowań, nastawiona na spektakularne szokowanie, dąży do tego, aby opinię publiczną przyzwyczaić do tego typu zachowań. Wówczas wrażliwość moralna ulega stępieniu, a to prowadzi do zobojętnienia i ostatecznie do poddania się. Dlatego nigdy nie możemy być obojętni, inaczej przegramy. Hiszpania od dwustu lat jest obiektem konfrontacji dobra ze złem, ten arcykatolicki, misyjny kraj musi wciąż walczyć z agresywnymi atakami bezbożnej ideologii, konsumizmem, hedonizmem. W Hiszpanii bardzo silny jest nurt antyreligijnej aktywności. Ekscesy z nim związane trwają od początku XIX wieku, gdy w tym kraju zagnieździła się masoneria i ideologia postępowo-liberalna. W XX wieku powstały równie radykalne ruchy: anarchistyczne, socjalistyczne, komunistyczne.

not. MB

Prof. Jacek Bartyzel, politolog:

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 19&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 28 sie 2011, 17:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Głos braci prawosławnych:

Chrystus Zmartwychwstał! – Prawdziwie Zmartwychwstał!

Drodzy Bracia i Siostry!

Droga Rodzino Cyrylo-Metodiańska!


Skoro Jezus Chrystus prawdziwie zmartwychwstał, to nie jest daremna nasza wiara, a nadzieja, której oczekujemy, zawieść nas nie może.

Łączymy się zatem z Wami we wspólnym przeżywaniu tajemnicy Zmartwychwstania i życzymy, aby Syn Boga Żywego - Który śmiercią zwyciężył śmierć, a na Krzyżu pokonał szatana i wszelkie zło, które zostało nam zaszczepione przez grzech prarodziców – obudził w naszych sercach pragnienie ciągłego z Nim przebywania. Bez tego pragnienia, nie będzie w nas rozwoju życia duchowego, lecz duch tego świata będzie nas nieustannie na tysiąckrotne sposoby owijał niewidzialną nicią piekielnej pajęczyny i czynił swymi niewolnikami.

Życzymy Wam z całego serca, aby miłość do Zmartwychwstałego Zbawiciela dodała Wam sił w ciągłym przechodzeniu z niewoli grzechu, z tej światowej pajęczyny, do wolności Dzieci Bożych, którym Zmartwychwstały Chrystus przygotował mieszkanie w Domu Ojca.

Niech Zwycięzca śmierci, kruszący bramy piekielne, otworzy nam wszystkim, ochrzczonym w Imię Przenajświętszej Trójcy, bramy życia wiecznego i niech sprawi, abyśmy świętując z radością Jego Zmartwychwstanie, sami zostali napełnieni Mocą z Wysokości i mogli razem z Nim zmartwychwstać do nowego życia w Dziale Świętych w Światłości.

Pozdrawiamy Was z całego serca z dniem Zmartwychwstania naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa i dziękujemy Bogu, że za pośrednictwem tego listu możemy zagościć w Waszych domach. Wchodząc na stronę internetową możecie odwiedzić nas w Ujkowickim Monasterze, obejrzeć galerię zdjęć, lub przeczytać wartościowe artykuły i zapoznać się z życiem Prawosławia w świecie na stronie: Wiadomości ze świata

Czytajmy, wyciągajmy wnioski, uczmy się, nie śpijmy jak głupie panny, które wybrały się na spotkanie z Oblubieńcem lecz z pustymi lampami. Prośmy o Dary Ducha Przenajświętszego, zwłaszcza o dar Rozumu i Mądrości Bożej.

1.Dziękujemy wszystkim, którzy w tym roku kolędowali na nasz wspólny Monaster, i tym, którzy przyjmowali kolędników. Dziękujemy również tym, którzy zamykali drzwi i twierdzili, że: „na jakąś tam sektę nie będą składać ofiary, bo batiuszka w cerkwi powiedział, że Monaster w Ujkowicach jest sektą”! Dla takich „prawdziwych zelotów” nawet dokument z błogosławieństwem samego Metropolity Sawy nic nie znaczy. Oni sami dla siebie są „nieomylnymi papieżami w Cerkwi”, dlatego z lekkim sercem osądzają innych. Ale skoro Chrystusa prześladowano, to co dopiero nas, lichych Jego uczniów…


2.W tym roku Święto Patronalne naszego Monasteru wypada w dzień Zielonych Świąt:

23 maja – Niedziela Zesłania Ducha Świętego – godz. 6:30 Uroczysta Utrenia, a po niej Boska Liturgia. O godz. 17:00 początek Wsenocznej. O 22:00 Akatyst do Śww. Cyryla i Metodego. W poniedziałek 24 maja godz. 4:00 pierwsza Boska Liturgia, a po niej poświęcenie wody. Główna Liturgia i Krestnyj Chod o godz. 10:00. Zapraszamy wszystkich Przyjaciół Monasteru i Czcicieli Śww. Cyryla i Metodego na wspólne świętowanie i danie świadectwa naszej Wiary Prawosławnej na Podkarpaciu.



3.Okazuje się, że „gdzieś” giną Wasze przekazy i ofiary, które wysyłacie wraz z zapiskami. Apelujemy do Was, pomóżcie nam ustalić, kto kradnie Wasze ofiary! Wysyłajcie zawsze razem z zapiskami dowód wpłaty z banku, lub z poczty. (może być kserokopia) To pomoże nam ustalić złodzieja. Bez dowodu wpłaty nie możemy ingerować w banku. Dziękujemy za zrozumienie.


4.Chcemy w tym roku dokupić dwa kawałki ziemi, które graniczą z naszym polem o łącznej pow. 4ha.

Zwracamy się do Was z wielką prośbą o pomoc w kupnie tej ziemi, która posłuży mnichom i odwiedzającym nas pielgrzymom. Pamiętajmy o zasadzie: „tyle wolności – ile własności”.

5.Na całym świecie trwa i pogłębia się kryzys wiary chrześcijańskiej i powołań kapłańskich i mniszych.

Mało jest ludzi szczerze oddanych Bogu, którzy idą do monasteru, by zostać prawdziwym mnichem, czyli człowiekiem, który w życie i w czyn wprowadza Ewangelię Chrystusa. Większość idzie do monasteru, bo nie wie co z sobą zrobić, inni idą dla robienia kariery, bo można się za darmo wyuczyć i zostać biskupem i jak najszybciej uciec z monasteru i porządzić sobie w Cerkwi, pokazując swoją władzę. Módlmy się do Gospodarza Żniw, Aby posłał gorliwych robotników na swoje żniwo. Módlmy się za nasze dzieci i wnuki, zabierajmy do cerkwi i do monasterów, aby nie zdziczały nam przed internetem i nie wyrosły na wrogów Chrystusa i Prawosławia.

6.Wiara Prawosławna jest Darem Bożym! „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście trwali we Mnie, a Ja w was”. „Beze Mnie nic uczynić nie możecie!” Jeżeli nie spowiadamy się często ze swoich grzechów, nie leczymy się z chorób duchowych, to pożre nas własny grzech. Jedynym lekarstwem jest Święta Eucharystia – Prawdziwe Ciało i Krew Chrystusa, które przyjmujemy na pamiątkę Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania, na odpuszczenie grzechów i na życie wieczne z Chrystusem. Eucharystia czyni nas Bogonoścami. W ostatnich latach pod panowaniem bolszewii pojawili się szydercy, którzy głoszą, że: w czasie Liturgii przyjmujemy tylko chleb i wino, a nie realne Ciało i Krew, i że nie jesteśmy ludożercami! Takim szydercom ze Świętej Eucharystii odpowiadamy: Anatema!

Czytajcie modlitwy po Pryczastiu, zwłaszcza Św. Jana Złotoustego, Św. Bazylego Wielkiego, czy Św. Grzegorza Dialoga. Przeczytajcie uważnie modlitwę, którą przed Pryczastiem odmawia kapłan. Nie ufajcie łże-nauczycielom nowinek, choćby nawet przyjechali z samej Moskwy. Sprawdzajcie ich naukę z wiarą i Liturgią Cerkwi. Bracia – nie dajcie się zagarnąć w niewolę pseudouczonych ateistów!


7.Wszyscy wiemy, że świat stoi na głowie. Już 1700 lat temu Św. Antoni Wielki powiedział, że ludzie odwrócą się od Boga, a będą czcić szatana. Kto zaś będzie wierny Chrystusowi, ten będzie prześladowany. Dziś chrześcijaństwo wydawane jest na pastwę wilków i złodziei, którzy wkradają się do niestrzeżonej owczarni Chrystusa, aby kraść, grabić i zabijać dusze i sumienia ludzkie, przygotowując grunt dla antychrysta. Módlmy się, aby nie wciśnięto nam łukawej podmiany lucyferycznego, odstępczego prawosławia, które będzie zaprzeczeniem tego, w co wierzyliśmy przez 2000 lat.

Chrystus Zmartwychwstał – i my z Nim zmartwychwstaniemy, jeżeli ustrzeżemy Jego Święte Prawosławie!

Archimandryta NIKODEM

Ihumen Prawosławnego Monasteru Śww. Cyryla i Metodego w Ujkowicach

http://www.monasterujkowice.pl/?id=50


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 03 wrz 2011, 07:13 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Można by ten wątek zatytułować "Neobolszewizm w akcji", gdyż obecnie realizowana rewolucja ma podbudowę nie społeczną jak poprzednia, ale obyczajową.

Świat orgazmocentryczny

Generalnie gdziekolwiek nie zajrzę w sieci, czy to będą pobożne czy bezbożne strony, wszędzie jest jedno: dupa, dupa dupa.
Przepraszam za wyrażenie, ale trudno opisać inaczej wrażenia, gdy otwiera się np Złonet a tam poza jakimiś niusami ze świata, pisanymi małą czcionką, 3/4 treści zajmują bezwstydne opisy zdrad i łóżkowe poradniki.
Reszta to sport.

Nie twierdzę, że jestem doświadczona. Nie twierdzę też, że jestem święta. Ale kurde współczesna kultura wywindowała orgazm i seksualną przyjemność do rangi najwyższej z najwyższych wartości. Myślę, że dawniej, a w sumei nie aż tak dawno, bo gdy moi rodzice byli młodzi, owszem, zdarzały się osobniki myślące czymś innym niż mózg (nie, nie chodzi mi o serce!) i tym się kierujące, ale orgazm nie był wartością społeczną. Nadal liczyła się rodzina, dzieci, opinia sąsiadów, reputacja.

Nawet nie chodzi mi np o kociołapstwo i o inne takie, ale o ten cały bezwstyd, tę społeczną akceptację dla mężów zapładniających młode kochanki i do nich się wynoszących, o siwiejące kobiety zostawiące rodzinę dla młodego ciemnoskórego amanta, o to, że choć w wiara katolicka ma wiele aspektów - takich jak prawdomówność, honor, ćwiczenie się w cnotach - najważniejszym jest przecież zakaz seksu przed ślubem i zakaz tych wszystkich wspaniałych, nowoczesnych metod, które z seksu czyniłyby zabawę bez konsekwencji. W pop-onetowym rozumieniu katolicyzmu najważniejszym ideologiem moralności nie jest wcale Benedykt XVI nawołujący mniej i bardziej otwarcie do powrotu do tradycji, a lokalna sława, niejaki Ksawery Knotz, znawca katolickich orgazmów. Oczywiście wydarte z kontekstu całego systemu moralnego wynurzenia ojca Knotza brzmią niczym zaklęcia szamana.

Proszę mi wybaczyć, ale z czasów dzieciństwa i młodości, ba z czasów uniwersyteckich nie pamiętam za bardzo omawiania wszędzie gdzie się da szczegółów aktu płciowego. O seksie oralnym mówiło się wstydliwie "robienie loda" i nie był to temat publicznej dysputy, może głupich żartów pomiędzy dojrzewającymi chłopcami - dzisiaj to właśnie zajmuje media najbardziej. Co tam polityka, co tam wojna w Libii, co tam samobójstwo Leppera, co tam kryzys gospodarczy, choć 20-30 lat temu to byłoby w każdej normalnej gazecie, dzisiaj najważniejszy jest seks i jak to robić, i czy zdrada się opłaca.

Nawet w czasach dzieci-kwiatów chodziło o "miłość" a nie o technikę, i w jakimś sensie ta rozumiana tak czy inaczej miłość była nadrzędna dla seksu. Dzisiaj tego opakowania z miłości chyba już nie ma...

Wiem, że nie jestem odkrywcza, ale takie są moje przemyślenia z ostatnich dni.

http://rebelya.pl/discussion/34189/swia ... ny/#Item_0


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 04 wrz 2011, 20:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
O (nowej) narodowej dumie. K. Wiśniewska prawactwu do sztambucha

Ks. Henryk Zieliński, naczelny tygodnika "Idziemy", w kontekście zatrudnienia Adama "Nergala" Darskiego w telewizji publicznej: "TVP zakpiła z chrześcijan w Polsce i z tego co jest korzeniem polskiej tożsamości(...)"Nie mamy w ostatnich latach wielu symboli i idei jednoczących naród ani wielu powodów do dumy. Roztrwonione dziedzictwo Solidarności, wyprzedany majątek narodowy. Do tego ciągłe upokarzanie Polski przez jej przywódców i na arenie międzynarodowej. A do tego coraz częstsze przyzwolenia mediów i władzy na szarganie chrześcijańskich świętości".

K. Wiśniewska, publicystka "Wyborczej": "Nie wiem, czy ks. Zielińskiego bardziej zajmuje Nergal czy kampania wyborcza, ale tak się składa, że jednym z naszych najlepszych towarów eksportowych jest... grupa Behemoth.Za granicą zespół Nergala odnosi gigantyczne sukcesy. Może warto być dumnym z czegoś innego niż z rodzimego katolicyzmu i patriotyzmu?"

Pani Wiśniewska proponuje czytelnikom (, bo przecież nie duchownemu, z którym "polemizuje"), by byli dumni z grupy "muzyków", którzy międzynarodową sławę zyskali m.in. dzięki prezentowaniu publicznej pogardy dla tego, co dla większości Polaków było przez wieki święte. Satanistyczny zespół "Behemoth" ma być alternatywą dla tradycyjnych przedmiotów dumy mieszkańców kraju nad Wisłą, m.in. umiłowania ojczyzny, pracy i walki o jej wolności i suwerenność.

Z bardziej idiotyczną propozycją dawno się nie zetknąłem. Ciekawe, co na to powiedziałby ś.p. Jan Paweł II? Co powiedziałby ś.p. arcybiskup Życiński? Wiem, że nic nie powiedzą nieliczni (na szczęście), acz wpływowi duchowni związani z A. Michnikiem. Oni udadzą, że takich rzeczy w "Wyborczej" nie ma, albo że są ale stanowią niegroźny margines. Ich mniej lub bardziej jawna walka o władzę i wpływy w episkopacie (i poparcie w tych działaniach salonu, w tym zwłaszcza salonowych mediów), są ważniejsze niż realizacja spuścizny pozostawionej przez papieża Polaka. Bo od kogo, jeśli nie od katolickich intelektualistów mięlibyśmy oczekiwać, traktowania nauki Jana Pawła II serio? Nie słyszałem, by na alarm bił ktokolwiek z "Tygodnika Powszechnego", a przecież to środowisko podobnoć żyło najbliżej Karola Wojtyły. Dzisiejsza ich bierność, cicha akceptacja dla antykatolickich aberracji, każe stawiać pytania o jakość tych słynnych przyjaźni. Czy można nazywać ich dziś ziemskimi emisariuszami papieża Polaka? A może są tylko tchórzami, koniunkturalistami trzymającymi się - wbrew własnemu sumieniu - z głównymi graczami III RP?

Nergal - jak wspomina Wiśniewska- ma status międzynarodowej gwiazdy. Tyle, że jego zespół wykonuje muzykę dla specyficznego grona ludzi, tworzących subkulturę. Gdyby jakaś polska grupa: muzyków grających dla skinheadów, albo kiboli umawiających sie na międzynarodowe ustawki, zwojowała świat, nie namawiałbym, byśmy czuli się z tego powodu specjalnie dumni(sic!).

Nie musimy się wstydzić polskiego katolicyzmu. Jak dowodził w swej głośnej książce ks. Isakowicz-Zalewski, zdecydowana większość polskich księży potrafiła poradzić sobie z inwigilacją totalitarnych służb. To dzięki wielkiej roli Kościoła, w tym JP II powstała "Solidarność", runęła żelazna kurtyna. Czym przysłużył się dla ojczyzny Nergal i inni sataniści? Zmasowanym atakiem na chrześcijan, wychwalaniem "Szatana"? Fakt, że takie pajacowanie znajduje swoich wyznawców na całym świecie, nie oznacza, że powinniśmy być z tego dumni.

http://chinaski.salon24.pl/339496,o-now ... sztambucha


I jeszcze trochę zdrowego rozsądku w komentarzach:

Proponuję sprostować na początek kłamstwo Wiśniewskiej o olbrzymich sukcesach
Behemotha. Ich muzyka to jednak gatunek niszowy i owszem może tu odnoszą sukcesy, jednak zapełniają salki koncertowe a nie stadiony. Można to podsumować tak jak swego czasu ktoś już nie pamiętam kto podsumował olbrzymie "międzynarodowe" kariery Pszoniaka i Olbrychskiego. Pszoniak grywał trzeciorzędne role w drugorzędnych filmach a Olbrychski drugorzędne role w trzeciorzędnich filmach.



Idąc śladem Wiśniewskiej można rozumowac tak - Hitler to przecież super produkt eksportowy, rozpoznawalność marki na całym świecie. Dziwić się Niemcom, że nie chcą być z niego dumni.


Polskim hitem eksportowym jest także wódka. Myślę, że na gorzale nasz kraj zarabia więcej niż na Nergalu.
Może warto zatrudnić w TVP jakiegoś ankoholika namawiającego ludzi do picia wódki?




kanalie
są rzeczy, których się nie robi - nie przedrzeźnia się niepełnosprawnego dziecka, nie pali się świętych ksiąg, nie wsadza się sztandarów w kupę. Jeśli ktoś to robi jest nikczemną kanalią, którą trzeba zamilczeć. A kto tego nie rozumie i bredzi o tryndach, żarcikach, byciu dżezi i cool i towarach eksportowych, ten jest zwykłym półgłowkiem.




"Jak Pan Bóg chce kogoś ukarać to mu rozum odbiera" to w przypadku wspomnianej przez Pana "publicystki" ten "case" jak mawiają "młodzi , wykształceni i z gazety ...." , a już tak na marginesie zupełnie widział Pan jak towarzysz premier grzmiał (no może coś tam "rerał" jak sam mawia) z ambony w wieńskim kościele - jak wyłaby "redaktor" "W" gdyby cos takiego zrobił podły Kaczor -wyobraża Pan sobie to widowisko i wrzaski salonowej tłuszczy - kościół używany do PRZEDWYBORCZEJ POLITYKI


To nie tylko sprawa katolików...
Tekst piosenki piosenki zespołu "Behemoth", w którym "występuje" p. Darski (za portalem "Wpolityce.pl"):

"Chwała Mordercom Wojciecha

Tysiąc lat, tysiąc pierdolonych lat, dziesięć ciemnych wieków
Dlaczego!?
Gnuśnieliśmy w wilczych norach, a naszą świętość czas pogrzebał
i krzyż wielki, drewniany, wciąż rzuca krwawy cień na waszą przeszłość!
Co potrzebujecie będzie wam dane.
Czy ta zdradziecka bestia wciąż żyje?
I nikt, nikt nie zapomni, nikt!
Że już czas prócz tego powolnego, który taki zgarbiony, niedołężny, ślepy na tronie Watykanu.
Hail!
To my jesteśmy morzem Apokalipsy, ostatnią nadzieją odradzającej się istoty,
Waszym piekłem, naszym ukojeniem.
I nie topory, lecz wspomnienia będą piły krew Waszą tam, na Armagedeńskich polach
Dziś my karcimy waszego, ścinamy głowę Watykanu
Którą wyślemy zanim przyjdzie tam, gdzie wasza wiara rozpostarła swe brudne skrzydła
Hail!
Dzisiaj... ścinamy głowę Watykanu, w koronie
Ludzie, ludzie się od śmierci ociągają
Nienawiść...
Lecz tego miejsca już nie ma!
Hail!
Pomścimy!!! Pomścimy, tak!!!
Hail!
Wojna!!! "

To proste zagrzewanie do nienawiści. zawołanie "Hail" jednoznacznie kojarzy się z nazistowskim pozdrowieniem. Dla mnie nie różni się to niczym od zamawiania onegdaj "5 piw", przez pewnych przedstawicieli nie egzystującej już w życiu politycznym partii.

Pani Wiśniewska i Pan J. Braun mają okazję się zastanowić czy publiczna telewizja winna promować osoby o takich przekonaniach. Nazizm to jednocześnie antysemityzm i rasizm. Integralnie i nierozerwalnie związane. W postaci krystalicznej. Tylko dlaczego telewizja utrzymująca się z opłat obywateli, w której ponoć ma być realizowana tzw. "misja" promuje takie postaci? Zaprawdę nie pojmuję....
A może niedługo niejaki Leszek B. znajdzie się w jury jakiegoś konkursu plastycznego organizowanego w TVP - najlepiej adresowanego do dzieci i młodzieży...


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 19 wrz 2011, 06:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Ks dr Waldemar Kulbat - Chodzi o dusze młodych

Młodzi ludzie są radością i nadzieją swoich najbliższych ale także przyszłością ojczyzny i Kościoła. O ich akceptację, o ich poglądy zabiegają wielcy tego świata. Młodzi mają swoją wrażliwość, marzenia i wizje przyszłego życia. Są niedoświadczeni, ale mają poczucie sprawiedliwości i szukają recepty na życie. Niektórzy z nich ulegają hasłom anarchii i swobody, która pozostawia po sobie rozczarowanie i poczucie pustki. Podczas spotkania z młodzieżą świata Jan Paweł II ostrzegał młodzież przez fałszywymi nauczycielami, którzy głoszą antyewangelię, zabierając młodym ich ideały, pogrążając w cynizmie, smutku i samotności. Człowiek, zwłaszcza młody, potrzebuje zabawy i rozrywki. Jest nie tylko istotą szukającą sensu, celu i wartości /homo symbolicus - Cassirer/, ale także istotą, która lubi się bawić/ homo ludens –Huizinga/. O ile spotkania świeckie jak Woodstock zapewniają wspólną zabawę, umożliwiają rozrywkę i realizację poczucia niezależności, sprawdzenia siebie wśród grupy rówieśniczej, spotkania religijne, takie jak Światowe Dni Młodzieży integrują młodych ludzi wokół wartości najwyższych. Nie chodzi więc o zwykły happening, ale o wzbogacenie się ładunkiem treści intelektualno-duchowych o najwyższym znaczeniu, związanych ze świadectwami duchowych przewodników, kapłanów, biskupów, innych uczestników, ale przede wszystkim nauką Ojca św., który przekazuje młodym doświadczenie własnego przeżywania wiary, mądrości i wiedzy, ale także nauki Kościoła opartej na Objawieniu, przemyślanej i wzbogaconej myślą najwybitniejszych myślicieli i świętych. Młodym, którzy szukali odpowiedzi na dręczące ich pytania Papież przekazuje słowa św. Pawła: „Zwycięstwem, które zwyciężyło świat jest wiara wasza” oraz słowa św. Augustyna: „Niespokojne jest ludzkie serce dopóki nie spocznie w Bogu”.
Ks. Waldemar Kulbat

http://www.katolickie.media.pl/index.ph ... Itemid=126


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 24 wrz 2011, 13:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Laicki raj na ziemi

W telewizji publicznej, która według prawa winna "respektować chrześcijański system wartości", autorytetem jest propagator satanizmu. Bezczeszczenie krzyża obwieszonego puszkami po pewnej marce piwa dokonane przed Pałacem Prezydenckim według prokuratury nie jest naruszaniem uczuć religijnych, bo nie nastąpiło w kościele tylko w przestrzeni publicznej. W Hiszpanii pewne hałaśliwe grupki ateistów i lewaków wywołujące burdy były promowane przez europejskie media podczas Światowych Dni Młodzieży. W Niemczech podczas wizyty Ojca Świętego Benedykta XVI grupy lewackie i ateistyczne były również promowane przez media, a ponadto Papież został poddany żenującemu bojkotowi przez grupkę małostkowych posłów, mimo że jego wystąpienie na tym forum zostało wcześniej uzgodnione ze wszystkimi klubami. We Francji, w imię świeckości państwa, skazano na karę grzywny dwie muzułmanki za odmowę zdjęcia nikabów, które są nieodłącznym elementem ubioru praktykujących muzułmanek.
Co łączy te wydarzenia? Odpowiedź nasuwa się sama - sekularyzm bazujący na humanizmie laickim wyrosłym w opozycji do chrześcijaństwa, w którym nie Bóg, ale człowiek jest miarą wszechrzeczy. Istota sekularyzmu polega na negacji nadprzyrodzoności i usuwaniu z przestrzeni społecznej wszystkiego, co ma wymiar transcendentalny. Religia katolicka jest traktowana jako pozostałość kulturowa po przeszłości. Absolutem, na poziomie deklaratywnym, jest demos, czyli lud. Centrum życia zbiorowego nie jest zatem człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boga, ale koncesjonowany przez państwo obywatel. A źródłem praw obywatela nie jest obiektywnie istniejąca przyrodzona godność człowieka, ale arbitralna, subiektywna wola państwa. Ta lansowana w mediach liberalnych "świecka religia" przyjmuje formę bóstwa państwowego. Obecnie ujawnia się jako postmodernistyczny demoliberalizm i niebezpiecznie przechyla się w stronę nietolerancyjnego radykalizmu, którego wyrazem jest "neutralność światopoglądowa" propagowana przez laickich fundamentalistów.
Tymczasem wiemy z historii, że to nie chrześcijaństwo jest zagrożeniem dla życia publicznego, ale nieograniczone w swych funkcjach państwo. Wynika to z prostego faktu, że władza według ideologów "neutralności światopoglądowej" polega na "naginaniu i formowaniu ludzkiej świadomości" do wymiarów określanych przez laickie państwo jako "jedynie słuszne". Państwo określa także tolerowane ramy obecności religii w przestrzeni publicznej. Jeżeli jeszcze toleruje religię, to chce decydować o kształcie Kościoła, jego doktrynie, dopuszczanych formach kultu i praktykach religijnych. Czyni to, powołując się na "reformatorów" Kościoła, którzy w imię nowoczesności domagają się zniesienia celibatu, kapłaństwa kobiet, równouprawnienia homoseksualistów, zgody na rozwody, aborcję, eutanazję, in vitro.
Gdy przyjrzeć się bliżej praktycznej realizacji postulatu "neutralności światopoglądowej", okazuje się, że oznacza on uznanie dla niemal wszystkich możliwych światopoglądów, koncepcji i postaw przy... nietolerancji, a wręcz wrogości wobec religii, która ma świadomość Objawienia. Czy nie jest utopią świat, w którym jest narzucane przekonanie, że człowiek może zasiąść na tronie Boga i jest w stanie sam siebie zbawić? Strzeżmy się fałszywych proroków, gdyż laicki "raj na ziemi" pod maską szczytnych ideałów skrywa bezwzględny system zarządzania "masą ludzką". Komory gazowe i łagry są tego tragicznym dowodem.

Jan Maria Jackowski

--------------------------------------------------------------------------------
To nie chrześcijaństwo jest zagrożeniem dla życia publicznego, ale nieograniczone w swych funkcjach państwo

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 24&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 01 paź 2011, 06:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Minimalizm społeczny

Ksiądz Adam Boniecki w jednej ze stacji komercyjnych stanął w obronie satanisty promowanego przez telewizję publiczną. Został napomniany przez ks. bp. Wiesława Meringa, ordynariusza włocławskiego i przewodniczącego Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturowego. Biskup włocławski w swoim liście określił argumentację księdza redaktora jako "ekwilibrystykę słowną", a w konkluzji stwierdził: "Nie widzi Ksiądz związku między "Nergalem" jako satanistą i jako jurorem? Proszę zatem zafundować sobie badania okulistyczne i nie szerzyć zamętu w umysłach wiernych, opowiadając schizofreniczne tezy. "Ani jedna Jota" nie może być zmieniona w Ewangelii, a nasze wypowiedzi powinny być: "Tak, tak - nie, nie!"".
Jesteśmy świadkami - już nie w realiach "dyktatury proletariatu", ale "dyktatury relatywizmu" - kolejnej odsłony postawy, którą przyjęła część środowisk katolickich bezpośrednio po II wojnie światowej. Wówczas w kręgach "postępowych" było modne "chrzczenie" komunizmu, dziś jest modne "chrzczenie" liberalizmu. W 1946 r. związany z "Tygodnikiem Powszechnym" Stanisław Stomma opublikował artykuł o minimalizmie społecznym, w którym postulował zdystansowanie się od społecznego nauczania Kościoła i rezygnację z wyrazistej obecności ludzi wierzących w przestrzeni publicznej. Ta propozycja sprawiała wrażenie oferty. Praktyczna realizacja tej koncepcji oznaczała, że obrona obecności Kościoła w przestrzeni społecznej stawała się drugoplanowa na rzecz pewnej ograniczonej formy obecności, w oficjalnym życiu publicznym, małego środowiska autora artykułu.
"Minimalizm społeczny" ułatwiał też recepcję zjawiska "prywatyzacji" religii. Wyrażało się ono przez postawę "wiara jest sprawą prywatną" ze wszystkimi tego konsekwencjami: wybiórczą interpretacją katolicyzmu przez ograniczenie go do kategorii indywidualnego stosunku człowieka do Boga oraz pozbawiania religii katolickiej wpisanego w jej istotę wymiaru ewangelizacyjnego. Redukcja religii przede wszystkim do aspektu osobistego doświadczenia wiary, bez uświadomionej powinności przesycania Dobrą Nowiną przestrzeni społecznej, jest lansowaną przez media lewicowe i liberalne tendencją również w dzisiejszej Polsce.
Przedstawiciele środowiska skupionego wokół "TP" zasiadali w Radzie Państwa i peerelowskim Sejmie. Przez lata ludzie z kierownictwa "Tygodnika Powszechnego" spotykali się z funkcjonariuszami aparatu bezpieczeństwa PRL i byli zarejestrowani jako tajni współpracownicy, co zostało opisane w pouczającej książce byłego redaktora "TP" Romana Graczyka zatytułowanej "Cena Przetrwania? SB wobec "Tygodnika Powszechnego"". Władze komunistyczne, tolerując "Tygodnik Powszechny", a prowadząc restrykcyjną politykę wobec innych tytułów katolickich (np. "Niedzieli"), de facto umacniały monopol "Tygodnika", co sprawiło, że prawie dwa pokolenia duchownych i inteligencji katolickiej były formowane w znacznym stopniu poprzez optykę prezentowaną na łamach "Tygodnika Powszechnego".
Dobrze, że ks. bp Wiesław Mering przypomniał ewangeliczne "tak, tak - nie, nie" i odważnie postawił tamę sianiu zamętu w głowach katolików. Nie kto inny jak Prymas Tysiąclecia ks. Stefan kard. Wyszyński, wyświęcony przecież w diecezji włocławskiej, powtarzał, że "strach apostoła rozzuchwala zło".

Jan Maria Jackowski

--------------------------------------------------------------------------------
W kręgach "postępowych" było modne "chrzczenie" komunizmu, dziś jest modne "chrzczenie" liberalizmu

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 01&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 12 paź 2011, 09:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
W Polsce władza jest nadużywana. Dalsze obrastanie złymi obyczajami partii władzy to największe zagrożenie dla życia politycznego w Polsce płynące ze zwycięstwa PO

Ryzyko większej demoralizacji

Z dr. Rafałem Matyją, politologiem, publicystą, rozmawia Bogusław Rąpała


Czy w obliczu spodziewanej drugiej fali kryzysu Platforma Obywatelska przetrwa cztery lata u władzy?
- Będzie to zależało nie od wewnętrznej sceny polskiej polityki, ale przede wszystkim od tego, co będzie się działo dookoła Polski w sferze gospodarki i polityki, a więc jakie decyzje odnośnie do kryzysu będą zapadać na poziomie unijnym i globalnym. Może być tak, że nasza sytuacja będzie lepsza niż w innych krajach. Wówczas ludzie będą to przypisywali rządowi, choć oczywiście nie będzie on miał na to decydującego wpływu. Ale możliwe są również scenariusze, kiedy sytuacja bardzo się pogorszy, a wtedy rząd - nawet znacznie lepszy niż ten, na którego czele stoi Donald Tusk - może sobie nie poradzić. Także w pewnym sensie pytanie o losy polityczne naszego kraju zależy od nadciągającej burzy, czyli kryzysu ekonomicznego.

Na razie nie widzę przesłanek, które wskazywałyby na skrócenie kadencji. Choć oczywiście nie wiadomo, jak będą się zachowywać ci, którzy weszli do Sejmu z listy Ruchu Palikota. Posłowie ci mogą być bardzo wierni Palikotowi, ale mogą też przenieść się do innych partii.

Czeka nas stara-nowa koalicja PO - PSL?
- Ciekawe jest to, czy Platforma zdecyduje się na bardzo stabilną koalicję z PSL i SLD, co moim zdaniem chodzi po głowie części polityków tej partii, tym bardziej że prawdopodobnie z SLD będzie można się dogadać na znacznie lepszych warunkach niż kiedykolwiek wcześniej. Dla Sojuszu taka koalicja mogłaby być szansą, bo otrzymał tak niskie poparcie, że w następnych wyborach może się zastanawiać, czy w ogóle przekroczy próg wyborczy.

PO to pierwsza partia, która w najnowszej historii Polski wygrała wybory po raz drugi z rzędu. Już w tej kadencji dała wiele dowodów na to, że władza demoralizuje jej szeregi. Jak będzie teraz?
- W polskich warunkach niepokojem może napawać specyficzna socjologia partii władzy, tzn. skłonność do budowania nieformalnych wpływów, nieformalnej presji, w celu jednania sobie zwolenników lub osłabiania opozycji. Bo mieliśmy już do czynienia nie tyle z przypadkami ograniczania debaty publicznej, ale w pewnym sensie jej deprawowania poprzez osłabianie pozycji osób krytycznie nastawionych wobec Platformy. To największe zagrożenie dla życia politycznego w Polsce wynikające ze zwycięstwa Platformy, gdyby obrastała złymi obyczajami partii władzy. A to jej grozi, i to dobrze widać również na poziomie lokalnym. Dla części osób, którzy do zwykłych procedur zdecydują się dodawać różne, nieformalne naciski, a więc wykorzystywać władzę do własnych celów, kolejna wygrana PO może się okazać zielonym światłem. Wprawdzie w wielu innych krajach były ekipy, które rządziły nawet kilkanaście lat, a nawet dłużej, ale zwykle te państwa dysponują poważnymi instytucjonalnymi i obyczajowymi zabezpieczeniami chroniącymi przed nadużywaniem władzy. A w Polsce władza jest nadużywana, i to nie tylko w wersji twardej, ale również poprzez tworzenie sieci rozmaitych układów czy dojść. Gdyby Platforma miała pójść tą drogą, to byłoby bardzo źle.

Czy tak jaskrawa dominacja PO nad PiS świadczy o naiwności Polaków czy o niedostrzeganiu przez nich politycznej alternatywy?
- Może to świadczyć o kilku rzeczach. Na przykład o tym, że Polacy obawiają się przyszłości i wolą wybierać coś w miarę przewidywalnego i sprawdzonego. To mogło być głosowanie pełne obaw. Rzadko kiedy dochodzi do zmian, gdy ludzie się boją. A boją się chociażby kryzysu. Kryzys wymusza większą ostrożność, co widzimy np. po zachowaniu związków zawodowych powstrzymujących się od akcji protestacyjnych. Podobnie jest ze społeczeństwem, które mniej chętnie ryzykuje i głosuje po prostu za tym, żeby nie było gorzej. A z drugiej strony opozycja nie stworzyła wiarygodnej alternatywy i poczucia, że będzie w stanie przejąć władzę. W przeszłości, zawsze gdy dochodziło do wymiany władzy, było wiadomo, że nadchodzi formacja, która jest przygotowana do przejęcia rządów. Tak było, kiedy w 1997 r. szło po władzę AWS, w 2001 r. SLD, w 2005 r. PiS (jak oczekiwano w koalicji z PO), a w 2007 r. Platforma. Ludzie dawali kredyt zaufania tym, którzy byli w stanie coś zmienić. W tym roku nikt po tę władzę nie szedł oprócz Donalda Tuska. Po prostu nie było warunków na to, żeby Prawo i Sprawiedliwość zdobyło bezwzględną większość w Sejmie, a było jasne, że tylko wielkie zwycięstwo nad Platformą może dać mu władzę.

Wynik Prawa i Sprawiedliwości wskazuje na to, że partia ta ma wprawdzie twardy elektorat, ale nie potrafiła do siebie przekonać dodatkowych kilkunastu procent społeczeństwa, które dałyby możliwość samodzielnego sprawowania władzy. Czy PiS będzie w stanie to zmienić?
- Przewidywanie tego, co Prawo i Sprawiedliwość musi zrobić w ciągu tych czterech lat, jest bardzo trudne. Może się bowiem wydarzyć wiele rzeczy związanych z kryzysem ekonomicznym, które będą niezależne od całej sceny politycznej w Polsce. Myślę jednak, że PiS może wyciągnąć proste wnioski ze swojego wyniku. Po pierwsze, zastanowić się, w jaki sposób odwołać się do wyborcy, który jest na lewo od PiS, czyli gdzieś w centrum, lub też zmobilizować tę część społeczeństwa, która w ogóle nie głosowała prawdopodobnie poprzez łagodzenie swojego stanowiska. Po drugie, pomyśleć o zdolnościach koalicyjnych, które na razie są bardzo słabe. Nie jest tak, że większość Polaków poszła entuzjastycznie głosować na Platformę Obywatelską. Wynik tej partii nie jest zachwycający. Tym bardziej że kilka miesięcy temu sondaże były dużo bardziej optymistyczne. Jeżeli PO zawrze koalicję tylko z PSL, to rządzący będą mieli bardzo niewielką przewagę, która nie da szans w głosowaniach, kiedy jakaś grupa posłów zagłosuje inaczej. Wyrzucenie kilku osób z klubu będzie oznaczało koniec większości w Sejmie. To nie będzie łatwa kadencja dla Platformy.

Tradycyjnie najwięcej głosów PiS zebrało na wschodzie Polski.
- Widzimy korelacje wyników wyborczych z granicami zaborów oraz z poziomem praktyk religijnych, ale to, że pewne rzeczy ze sobą korelują, nie znaczy, iż są tożsame. Platforma przejęła cały elektorat lewicy na ziemiach północnych i zachodnich, ale nie powiemy, że ma elektorat postkomunistyczny, bo dzisiaj byłoby to anachronizmem.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my07.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 16 paź 2011, 09:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Prof. Witold Kieżun - Odrodzona tradycja "syndromu wroga"

W październiku 1930 r. wybitny pisarz sowiecki Maksym Gorki, "radziecki autorytet moralny", zaprzyjaźniony z wieloma "postępowymi" intelektualistami Zachodu Europy, opublikował w dwóch moskiewskich gazetach: "Izwiestia" i "Prawda", artykuł pod tytułem: "Jeśli wróg nie poddaje się, trzeba go zniszczyć".Przedstawił w nim zasadę tzw. syndromu wroga, głoszącą, że każdy, kto nie jest z nami, jest przeciw nam, jest więc wrogiem, którego należy zniszczyć. Gorki pisał jednak nie o zniszczeniu fizycznym, ale o zniszczeniu - nazwijmy je - intelektualno-moralnym, wykazaniu nicości i podłości kogoś o odmiennym zdaniu.

Metoda "syndromu wroga" była szeroko stosowana w propagandzie sowieckiej i naśladującej ją polskiej epoce PRL. Jej specyficzną formą była zorganizowana w latach 50. krytyka działalności wybitnych polskich uczonych - socjologów i filozofów, jak np. małżeństwa Stanisława i Marii Ossowskich, profesorów: Kazimierza Ajdukiewicza, Romana Ingardena, Władysława Tatarkiewicza, Tadeusza Kotarbińskiego. Upowszechniła się również w polemice prasowej.
Można określić następujące negatywne formy tej "krytyki":
- Świadome złudzenie perspektywiczne, postrzeganie rzeczywistości tylko z jednego, doktrynalnie ustalonego punktu widzenia, swoista akceptacja paralaksy w odniesieniu do zjawisk społeczno-ekonomicznych.
- Dostosowanie analizowanej treści do założonego stereotypu wrogiej postawy.
- Kumulacja negatywów, jednostronne ich zmasowanie z zapoznaniem elementów pozytywnych.
- Ogólnikowość formułowanych zarzutów, brak precyzji w ich sformułowaniu.
- Pochopna generalizacja, jeden negatywny przykład uzasadnia generalną negatywną ocenę.
- Świadomie błędna ocena związków przyczynowych.
- Powoływanie się na autorytety z innej dziedziny, np. opinie o problemach ekonomicznych czy problemach zarządzania przedstawiane np. przez wybitnego biologa.
Najczęściej jednak stosowana metoda tej krytyki to szeroko rozbudowana argumentacja personalna (argumentum ad personam), w obrębie której spotykamy elementy wymienionych kategorii syndromu wroga, służące do poniżenia adwersarza, zarówno w kategoriach sprawności intelektualnej, jak i postawy moralnej i obywatelskiej. Można tu wymienić następujące elementy strategii:
- Określenie poglądów "wroga" jako całkowicie błędnych, oczywiście w stosunku do jednej jedynej słusznej idei, przy czym z reguły poglądy "wroga" są przeinaczane i przedstawiane niezgodnie z prawdą lub z intencją autora. Typową metodą tego matactwa jest analiza fragmentów wyrwanych z kontekstu.
- Dyskwalifikacja intelektualnej sprawności adwersarza i zakresu posiadanej wiedzy, bo błędne poglądy dyskwalifikują go.
- Dyskwalifikacja moralna, zazwyczaj łączona z obelżywą formą określenia "wroga" (niskie pobudki moralne, ukryte niecne zamiary, niskiego rzędu motywy, świadoma chęć "mieszania", świadoma dezinformacja).
- Dyskwalifikacja genetyczna (pochodzenie społeczne, co robił poprzednio, jakie są jego powiązania i kontakty).
- Przypisywanie głoszonych przez wroga poglądów określonej opcji politycznej (nie chodzi "wrogowi" o meritum sprawy, tylko o poparcie wrogiej idei politycznej).
- Upowszechnienie skrótowych, obraźliwych określeń w stosunku do swych adwersarzy. Jest to pochodna komunistycznej praktyki skrótowego, obelżywego dyskryminowania swoich przeciwników politycznych.
Klasycznym przykładem tej częstej formy "syndromu wroga" był afisz "AK zapluty karzeł reakcji" i historia marszałka Tity. Był on bohaterem światowej komuny jako zwycięzca w walce partyzanckiej Jugosławii. Pamiętam, jak w czasie moich studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim przyjechała delegacja młodzieży jugosłowiańskiej. Zgromadzona komunistyczna młodzież z Akademickiego Związku Walki Młodych (AZWM) przywitała ich okrzykami: "Bierut - Tito, Bierut - Tito".
Jednego dnia sytuacja się zmieniła. Tito podpisał porozumienie z USA. Natychmiast pojawiły się wszędzie plakaty: "Tito zdrajca", "Tito krwawy kat imperializmu". Na niektórych plakatach Tito miał nawet nóż w zębach. Tymczasem nowy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego Nikita Chruszczow złożył wizytę w Belgradzie. Rozkaz: natychmiast zniszczyć plakaty "Tito zdrajca", bo Tito to znowu bohater socjalizmu.
Lata 90. Pracuję w Montrealu, zbliżają się wybory. Kim Campbell, pierwsza kobieta premier Kanady, szef Partii Postępowo-Konserwatywnej, przystojna, 46-letnia pani, cieszy się wielką popularnością. Moi studenci są jednomyślni: tylko Kim. Wszystkie rankingi wskazują na jej wysokie zwycięstwo w wyborach. Jej przeciwnik Jean Chretien jest szefem Partii Liberalnej, ma miejscowy paraliż twarzy i mówiąc, nieco skrzywia lewą wargę. Parę dni przed wyborami Kim Campbell pokazuje się w telewizji na tle zdjęcia przemawiającego rywala. W pewnym momencie odwraca się i pokazując na skrzywioną wargę Chretiena, pyta: "Czy on może reprezentować na świecie Kanadę?".
Następnego dnia na uniwersytecie poruszenie, moi studenci mówią: "Nigdy Kim, a szkoda, taka miła, ale skompromitowała się". Jej partia przegrała, sama Kim nie weszła do parlamentu. Jean Chretien mianował ją konsulem generalnym Kanady w Los Angeles, sam był świetnym premierem równo przez 10 lat. Nie zapomniano braku kultury Kim Campbell. W internecie można przeczytać, że jej gest został źle przyjęty w Kanadzie. Okazało się, że tradycja ostracyzmu społecznego w stosunku do niekulturalnych zachowań jest w Kanadzie stale żywa.
Od 1989 r. Polska jest znowu nowoczesną, tolerancyjną demokracją, oddaloną od brutalności i prymitywu kulturalnego sowieckich przywódców politycznych i "moralnych autorytetów", intelektualistów typu Maksyma Gorkiego i jego "syndromu wroga". Tymczasem polski minister domaga się zniszczenia opozycji parlamentarnej, nazywając ją "watahą". Wybitny poseł rządzącej partii proponuje zastrzelenie prezesa opozycyjnej partii i wypatroszenie jego wnętrzności. Urzędującego prezydenta RP, uosabiającego majestat Rzeczypospolitej, nazywa się chamem i kpi z jego niskiego wzrostu, publicznie drze się świętą księgę judaizmu i chrześcijaństwa i nazywa się ją g... Polska malarka umieszcza na krzyżu, symbolu chrześcijaństwa, męskie genitalia. Mało tego, morduje się z nienawiści politycznej działacza partyjnego, a po wielu miesiącach nie ma informacji o jego procesie. To wszystko nie są zachowania niedojrzałej chuliganerii malującej swastyki na pomnikach pamięci, ale postawy elity politycznej i artystycznej, w dodatku w wielu periodykach broniącej tych pozbawionych elementarnej kultury osobników. Nie ma ostracyzmu społecznego wobec braku kultury osobistej u elity politycznej i artystycznej w Polsce. Niestety, "syndrom wroga" nie został pogrzebany razem ze zmianą ustroju.
________________________________________
Autor jest wybitnym teoretykiem zarządzania oraz byłym ekspertem ONZ pracującym z ramienia tej organizacji w krajach afrykańskich. Wykładał na wielu zagranicznych uniwersytetach: w Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie, Francji, Holandii, Czechosłowacji, Burundi i Rwandzie. Opublikował ponad 70 książek i skryptów naukowych oraz około 300 artykułów, referatów i rozdziałów w zbiorowych monografiach.
________________________________________
Metoda "syndromu wroga" była szeroko stosowana w propagandzie sowieckiej i naśladującej ją polskiej epoce PRL

za: NASZ DZIENNIK, Środa, 5 października 2011, Nr 232 (4163), Dział: Myśl jest bronią (xwk)

http://www.katolickie.media.pl/index.ph ... Itemid=128


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 22 lis 2011, 09:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Lusterko na Wiejskiej

Otrzymaliśmy na Wiejskiej, za przyczyną ostatnich wyborów, jeszcze lepsze niż wcześniej lusterko, bo pokazujące nasze karykaturalne odbicie. Dzięki temu przerysowaniu możemy lepiej zobaczyć stan naszych narodowych zalet i wad. Dostrzeżenie naszych aktualnych cnót pozostawiam następnym pokoleniom, jeśli jeszcze jakieś będą - z racji katastrofalnego stanu dzietności polskich kobiet, aktualnie zatrwożonych możliwością macierzyństwa. W tej sprawie nawet część duszpasterzy zachowuje się, jakby dostała nakaz milczenia, chociaż jest to milczenie na temat miłości małżeńskiej i pierwszego Bożego nakazu z Księgi Rodzaju. Na ten temat zapewne jest wręcz obowiązek mówienia "w porę i nie w porę", a dzisiaj jest na to pora, wnioskując z przeglądu zawartości sejmowych ław. Czyż to nie naszym milczeniem usadowiliśmy w nich proaborcyjną i homoseksualną czołówkę w naszym kraju? Niedawno Wanda Nowicka przemawiała w samym "Tygodniku Powszechnym" o jakoby dobrodziejstwie aborcji i czytelnicy zapłacili jej za te występy pewnie solidnym honorarium, kupując egzemplarz gazety. Któż też śmiał nie milczeć wobec hojności Fundacji Batorego George´a Sorosa, dzięki której funkcjonowała Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (według Biuletynu Fundacji w 1996 roku Federacja otrzymała 265 900 zł) Nowickiej (i jej mecenasów), reprezentującej polskie kobiety na ogólnoświatowych konferencjach ONZ?
Możemy zatem dzisiaj zobaczyć na własne oczy, w lustrze sejmowej sali, owoce tego milczenia, ale także jego źródło w jakiejś moralnej wadzie. Przecież to nie któraś z naszych cnót kardynalnych, a tym bardziej teologalnych, może usprawniać nas do wyboru aborcjonistów jako rządzących. Jeśli rządzą nami z naszej woli aborcjoniści, to znaczy, że daliśmy rządzić w sobie którejś z moralnych wad. Trzeba zatem to sprawdzić - najpierw z listą wad głównych, zaczynając może od chciwości. Ta wada bowiem napełnia serca szczególnym wzruszeniem, skłaniającym do milczenia wszędzie tam, gdzie służyć to będzie jakimś własnym ekonomicznym interesom.
Z jakiego innego powodu aż rok milczy polski wymiar sprawiedliwości na temat domniemanej krzywdy posła Biedronia, skatowanego przez policję rok temu, jak utrzymuje ofiara? Inną wersję wydarzeń utrwaliły policyjne kamery, ale czy nie wygodniej milczeć sędziom, kiedy można oberwać po kieszeni skutkiem jakiegoś telefonu np. z Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego czy innego wpływowego gremium ścigającego "homofobów"? Chyba na fali tych światowych emocji jeden z redaktorów cieszy się, że jest w Sejmie "Robert", bo "społeczeństwo będzie mogło się oswoić z histerią środowisk lewicowych i w końcu odpowiednio na nią reagować, zaś politycy PO przypomną sobie, jak to jest być "tym złym" w audycjach telewizyjnych. Wszystko dzięki Palikotowi i jego wesołej tęczowej armii". Dziwna to jednak polityka uprawiania wspólnego ogródka na drodze pielęgnowania chwastów, aby pozbyć się innych (?) szkodników. Niestety, także inny znany tandem redaktorów włączył się w chór biadających nad "dresiarskim rechotem Tuska" po wypowiedzi posła Roberta o "ciosach poniżej pasa". Czyżby już nawet śmiać się można było tylko na komendę i zgodnie ze światowymi wytycznymi?
Milczenie jest złotem tylko wtedy, kiedy rachuje się z okolicznościami działania, a nie z jego korzyściami. Relacje z innymi oparte tylko na korzyści odpowiadają naturze kupieckiej, a nie naturze ludzkiej, podkreślał Arystoteles. Milczenie z racji oczekiwanej tą drogą korzyści zdradza zatem tylko kupieckie, czyli instrumentalne, traktowanie wszystkich. Czyżby zwierciadło sejmowej sali pokazywało nas jako gromadę handlarzy?

Marek Czachorowski
--------------------------------------------------------------------------------

Możemy zatem dzisiaj zobaczyć na własne oczy, w lustrze sejmowej sali, owoce milczenia

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 22&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 22 gru 2011, 18:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
"Marsz równości" - Równi i równiejsi, czy zaburzenia tożsamości płciowej

Koniec listopada to pod pewnym względem „koniec świata”: pod pretekstem marszu równości i tolerancji ruszają przez miasto gromady równiejszych (bo wszystko im wolno) i tolerancyjnych (oczywiście dla siebie, nie dla innych), czyli gromady homoseksualistów, biseksualistów, transeksualistów, transwestytów… Na razie nie ujawniają się pedofile, zoofile, nekrofile, sadyści, masochiści – ale nie łudźmy się, oni też tam są!

Wobec zmasowanej i niezwykle skutecznej propagandy progejowskiej i jej podobnym, człowiek czasami już nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Żeby więc nie dać się zwariować i ogłupić, przyjrzyjmy się chociaż niektórym.

Transseksualizm jest zaburzonym poczuciem własnej płci. Człowiek nie czuje się pewny swojej kobiecości lub męskości, odrzuca swoją biologiczną rolę płciową, wybiera przeciwną i odpowiednio do niej się zachowuje.

Transseksualizm polega na niezgodności między budową biologiczną ciała a psy­chicznym poczuciem płci. Oznacza to, że kobieta uważa się za mężczyznę, a mężczyzna za kobietę, i tak też stara się zachowywać, kiedy tylko jest to możliwe. Towarzyszy temu bar­dzo silne pragnienie zmiany płci biologicznej, traktowanej jako pomyłka natury, na tę, która jest odczuwana jako naprawdę własna; zdarza się nawet, że trans­seksualista mówi o odzyskaniu płci. Pragnienie to może prowadzić do podjęcia działań w tym kierunku, czyli do operacyjnej zmiany narządów płciowych (w Polsce jest to możliwe pod warunkiem wcześniejszej zmiany płci metrykalnej przeprowadzonej na drodze sądowej). Możliwości medycyny w tym zakresie są obecnie duże, zawsze jednak jest to proces skomplikowany i długotrwały, a zmiany są zasadniczo tylko zewnętrzne (np. u męż­czyzn amputacja jąder i prącia, wytworzenie sztucznej pochwy, rozwój piersi). Zmiany we­wnętrzne są natomiast nieznaczne i uzyskuje się je pod warunkiem przyjmowania hormonów. Pozostaje przy tym otwarta kwestia, czy nawet udana operacja spełni oczekiwania pacjenta i przyniesie mu ulgę: Transseksualizm nie jest zaburzeniem pierwotnie zlokalizowanym w sferze seksualnej. Istota zaburzenia tkwi znacz­nie głębiej i dotyczy identyfikacji i roli płciowej (prof. Kazimierz Imieliński, seksuolog). Zatem jest mało prawdopodobne, że zabieg chirurgiczny będzie efektywny, ponieważ problemy, które leżą u podstaw zaburzenia, pozostają w dalszym ciągu nierozwiązane.

Różnica między homoseksualistą a transseksualistą polega na tym, że mężczyzna homoseksualny nie uważa się za kobietę i nie pragnie nią być, kobieta homoseksualna nie uważa się za mężczyznę i nie pragnie być nim, a transseksualiści odwrotnie.

Transwestytyzm (łac. trans – za, poza, vestire – ubierać) to uzyskiwanie podniecenia seksualnego i rozko­szy seksualnej w wyniku przebierania się w odzież płci przeciwnej, przy czym za trans­we­stytę uważa się tylko osobę, która przebiera się z pobudek seksualnych. Ubiór i od­grywanie roli płci przeciwnej staje się wówczas źródłem osiągnięcia sa­tysfakcji seksualnej, a po orgazmie (będącym najczęściej wynikiem masturbacji), transwestyta wraca do swego biologicznego wcielenia. Zaburzenie to, podobnie jak inne zaburzenia identyfikacji płciowej, dotyka głównie mężczyzn. Trzeba jednak mieć świadomość, że u kobiet transwestytyzm może być niedo­strzegalny – moda pozwala kobietom ubierać się po męsku, przez co kobieta może nawet nie zdawać sobie sprawy z własnego transwestyty­zmu.

Transwestytyzmu nie można utożsamiać z homoseksualizmem. Typowy transwestyta to heteroseksualny, pozornie zwykły mężczyzna, który ubiera się i zachowuje po męsku (tak, jak to rozumie). Jednak co jakiś czas pojawia się u niego potrzeba przemienienia się w kobietę. Wtedy zakłada kobiece ubranie, często także perukę, robi makijaż i występuje w swoje kobiece ego. W pewnym sensie opuszcza on swoją pierwotną płeć; można powiedzieć, że ma w sobie dwie osobowości, a każda z nich może mieć inne wzorce zachowań. Warto jeszcze wspomnieć o drag queens. Drag queen to mężczyzna upodabniający się strojem, makijażem i zachowaniem do kobiety, występujący na estradach klubowych. W większości przypadków artystami przebranymi za drag queens są mężczyźni homoseksualni, a nie transwestyci. Ich występy, będące częścią kultury gejowskiej, odbywają się zazwyczaj w klubach gejowskich oraz paradach.

Stanowisko Kościoła

Tak zwana „zmiana płci” jest od strony moralnej oceniana zdecydowanie negatywnie i powoduje niemożność zawarcia sakramentalnego małżeństwa. Z chrześcijańskiego punktu widzenia wszelkie zachowania transseksualistów są traktowane jako zachowania homoseksualne.

Jolanta Próchniewicz

Za www.katolickarodzina.pl

http://fundacjawandea-imk.pl/index.php? ... &Itemid=59


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Człowiek wobec antykultury i wobec antycywilizacji.
PostNapisane: 17 sty 2012, 11:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30793
Republika sokratejska

Można się założyć, że miłujący "wolność, równość i braterstwo" - zamiast miłości człowieka - nawet nie mrugną okiem, a wręcz ucieszą się na wieść o aktualnym ingerowaniu Komisji Europejskiej w konstytucję Węgier (o czym poinformował parę dni temu jeden z amerykańskich portali) za pomocą finansowego szantażu. Ingerencja ta dotyczy zapisu, iż małżeństwem jest związek tylko pomiędzy kobietą i mężczyzną, co wyklucza jakąkolwiek legalizację związków homoseksualnych jako z istoty różnych od małżeństwa. Jeśli konstytucja ta jest wyrazem rozumu i woli węgierskiego narodu, to znaczy, że witający usłużnym milczeniem zamach na tę konstytucję z pewnością miłują zniewalanie i instrumentalne traktowanie innych. Zdają się jednak nie zauważać, że tym samym traktują także siebie jako "mniej niż zero", jak to pokrzykuje pewien wokalista w różnych radiowych stacjach. Aprobata dla przemocy wobec narodu węgierskiego w ich obronie instytucji małżeństwa z konieczności wypływa z zadomowionego przekonania, iż własne istnienie jest "mniej warte niż zero". Jakże bowiem przejmować się nieludzkim traktowaniem innych, skoro się nie przejmuje nieludzkim rozumieniem i traktowaniem samego siebie?
Akceptujący bowiem ordynarną przemoc wobec Węgrów jakby nie zauważają, iż adresatem tej przemocy jest także - a nawet najpierw - rozumienie przez każdego z nas naszego własnego bytowego początku! Skoro jednak w każdej sprawie początek jest najważniejszy, to tym samym rozważana tu przemoc jest najważniejsza, bo uderzająca w sam "początek" naszej bytowości. Ponieważ człowiek zaczyna istnieć dzięki życiodajnemu związkowi mężczyzny i kobiety, to zawarty w konstytucji Węgier zapis chroniący małżeństwo informuje, że ten związek ze swojej istoty różni się - także pod względem wartości! - od wszystkich innych związków, w tym także homoseksualnych. Tym samym jest to informacja o wartości każdego z nas. Akceptacja zrównania małżeństwa z homoseksualnym wypaczeniem oznacza zatem aprobatę przekonania, że własne istnienie jest warte "mniej niż zero".
W okresie renesansu Węgrzy planowali - wraz z florenckimi filozofami - zorganizowanie u siebie "republiki sokratejskiej", co dopiero teraz, na naszych oczach jest realizowane, między innymi mocą wspomnianego konstytucyjnego zapisu o godności małżeństwa, z racji jego między innymi służenia życiu osoby ludzkiej. Potraktowanie Sokratesa jako patrona tego przedsięwzięcia jest jak najbardziej trafne, bo oczom bezpośrednich świadków jego życia jawił się on jako wielki obrońca małżeństwa przeciwko homoseksualnej propagandzie, jak to wielokrotnie podkreślałem w tych felietonach. Dzisiaj dodam do tego jeszcze jeden wzruszający i pouczający obrazek. W uroczym dialogu Pseudo-Platona "Zimorodek" ojciec etyki korzysta z okazji nastania chwili pięknej zimowej pogody, aby pokazać swojemu rozmówcy godność małżeństwa, a zarazem wszechmoc Boga napełniającą otuchą w każdym dobrym przedsięwzięciu. Przypomina mianowicie mit o córce Eola, która za miłość do małżonka zamieniona została w ptaka - zimorodka, dla którego w środku greckiej zimy, pełnej "pomruku piorunów" i "wściekłej potęgi wichury", miało się pojawiać co roku przejrzyste niebo i "wygładzone i całe zasłuchane w ciszę morze, podobne (...) do zwierciadła".
Ale to tylko wstęp do refleksji Sokratesa, iż zalęknione człowiecze sądy o tym, co możliwe i niemożliwe, zniechęcające do dobrego działania, to sądy krótkowidzów: "Uznajemy bowiem coś za niesłychane, nieprawdopodobne i niemożliwe, mając na względzie siły ludzkie. Wiele przeto rzeczy zupełnie łatwych uznajemy za niemożliwe, i osiągalnych - za nieosiągalne". Wśród milczących w obliczu przemocy wobec węgierskiej konstytucji znajdujemy pewnie także takich "krótkowidzów", którzy lękają się sięgnięcia i u nas po dobro, bo pewnie się nie uda... Czyżbyśmy nie wierzyli, że także u nas można stworzyć "republikę sokratejską", bez homoideologii podcinającej korzenie przekonania o wartości samego siebie?

Marek Czachorowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?ty ... 17&id=main


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 87 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 9 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /