Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 21 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 14 lut 2014, 10:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Niestety Polska jest nadal we władaniu ciemnogrodu spod znaku międzynarodówek.
Lewacki kołtun próbuje nas odrzeć ze wszystkiego co piękne, dobre i prawdziwe w naszej ponad tysiącletniej polskiej kulturze.
Przestał nas uczyć, Naukę zastąpił tresurą. Prawdę kłamstwem, dobro podłością, a piękno własną teutońską, turańską i bizantyjską brzydotą.
Moralność zastąpił prawem, ład społeczny wyścigiem szczurów, godność uległością.
Zamiast pracy mamy niewolniczą eksploatację. Jesteśmy przedmiotami w lewackich łapach.
Jest coraz gorzej i musimy coś z tym zrobić, zanim będzie już za późno.


Przywracajmy Imię Pańskie

Prof. Cezary Taracha

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. Fragment z Ewangelii św. Jana, czytany w dzień Bożego Narodzenia, podkreśla stwórczą, kreacyjną moc słowa. Wszystko zaistniało poprzez Słowo Boga, poprzez Jego myśl i wolę. Nie ulega wątpliwości, że powyższy tekst stanowi źródło refleksji nie tylko filozoficznych czy teologicznych. Zawarte w nim przesłanie dotyczące początków wszelkiej rzeczywistości, wszelkiego istnienia ma swoje odniesienie również do nauk przyrodniczych i ścisłych, o czym świadczą wypowiedzi wielu wybitnych uczonych, jak Carrel, Heisenberg, Lemaitre, Marconi, Medi czy Pasteur.

Nie ulega wątpliwości, że jednym ze źródeł współczesnego zamętu epistemologicznego i aksjologicznego, świadomościowego i kulturowego są różnego rodzaju manipulacje dokonywane na słowie, na języku, na znaczeniach pojęć opisujących rzeczywistość. Neomark- sizm i postmodernizm oraz wyrastające z nich ideologie dekonstruują teksty i kody kulturowe, kwestionują tradycyjne przekazy. To właśnie na płaszczyźnie słowa (mówionego i pisanego) dokonuje się dziś istotna batalia, która zadecyduje o przyszłości człowieka jako bytu racjonalnego, krytycznego i wolnego.

Relatywizacja wartości
Poprzez atak na słowo, poprzez podważanie sensów i znaczeń niszczone są tradycja, historia, religia i wspólnoty. Najważniejszym pojęciom konstytuującym sensy cywilizacyjne nadawane są dziś nowe znaczenia deformujące rzeczywistość i relatywizujące wartości. Współczesna „kultura” i środki masowej komunikacji zalewają nas powodzią „nowych” słów, często pustych, wyjałowionych, pozbawionych treści. W mediach pojawiają się teksty, obrazy, dźwięki, które nie budują żadnego pozytywnego przekazu, przeciwnie: niszczą, rozbijają i zakłamują prawdę o człowieku. Jedną z konsekwencji owego procesu jest usuwanie sfery sacrum z przestrzeni publicznej, ze społecznej komunikacji, z relacji osobowych i języka codziennego.

Ofiarą tego trendu padły między innymi tradycyjne pozdrowienia i zwroty zakorzenione w kulturze i duchowości chrześcijańskiej. Jeszcze nie tak dawno można było usłyszeć, zwłaszcza na polskiej wsi, takie wyrażenia, jak: „Daj, Panie Boże”, „Bóg zapłać”, „Szczęść Boże”, „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, „Pokój temu domowi i jego mieszkańcom”. Spotkamy się z nimi i dzisiaj, ale już rzadko, zwykle w przestrzeni zredukowanej do miejsc związanych z kultem i praktykami religijnymi, w określonych środowiskach, sytuacjach i miejscach (kościoły, pielgrzymki). Więcej na ten temat mogliby z pewnością powiedzieć socjologowie religii i kultury.

Słowa, wezwania i zwroty odwołujące się do sfery religijnej świadczyły o żywej wierze jednostek, ale również o istnieniu i przynależności do wspólnoty wierzących. Przywoływanie Imienia Pańskiego było swego rodzaju manifestacją szczególnej więzi pomiędzy rzeczywistością ziemską i niebieską. Stanowiło także dowód osobistej kultury, przejaw empatii wobec drugiego człowieka i dbałości o dobro publiczne.

Zachodzące w dzisiejszym świecie niepokojące zjawiska atomizacji całych grup społecznych, zanikanie relacji sąsiedzkich, rodzinnych i towarzyskich, alienacja jednostek, poczucie osamotnienia, depresje, smutek, brak chęci do życia i działania nawet u ludzi młodych grożą jeszcze gorszymi konsekwencjami. Konieczne jest więc podejmowanie różnorodnych inicjatyw i działań na rzecz odwrócenia tych tendencji, na rzecz budowania więzi społecznych, bez których powołany do życia we wspólnocie („appetitus societatis”) człowiek karleje, wycofuje się z kreatywnej aktywności, a wreszcie staje się „martwą duszą”.

Początkiem tej drogi może być renesans „dobrego słowa” w naszych relacjach osobowych i społecznych. Przywracajmy więc tradycyjne chrześcijańskie pozdrowienia w naszym codziennym życiu: w pracy, w szkole, w rodzinach, wśród przyjaciół. Stopniowo, delikatnie, z wyczuciem. Twórzmy kręgi osób witających się odniesieniem do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Wprowadzajmy również te krótkie pozdrowienia do przestrzeni wirtualnej, do naszej korespondencji elektronicznej, do wiadomości SMS-owych. Zaproponujmy naszym znajomym tego rodzaju zwroty w naszych kontaktach krajowych i zagranicznych. Oczywiście, w wielu miejscach i konkretnych sytuacjach spotkamy się z niezrozumieniem, niechęcią i sprzeciwem. Możliwe, że wśród najbliższych, w rodzinie. Nie zrażajmy się jednak: „Gutta cavat lapidem, non vi, sed saepe cadendo” [Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym kapaniem – przyp. red.]. I nie lękajmy się, bo jak pisze św. Jan Ewangelista: „Qui autem timet non est perfectus in caritate” [Ten, kto się boi, nie potrafi kochać – przyp. red.].

Uświęcanie relacji
W ten sposób, posługując się chrześcijańskim pozdrowieniem, powitaniem i błogosławieństwem, w sposób subtelny i łagodny, będziemy uświęcać przestrzeń naszych ludzkich relacji, a równocześnie zaprosimy Boga do naszego grona, zgodnie ze słowami Chrystusa: „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w Imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20). Słowo Boże obecne w przestrzeni prywatnej i publicznej komunikacji uleczy, ubogaci i umocni więzi międzyludzkie, a tym samym przyczyni się do uzdrowienia sumień, uspokojenia emocji i społecznego pokoju. Niech więc każdy, kto przeczyta ten tekst, to przesłanie, włączy się w dzieło przywracania Imienia Pańskiego pośród nas!

Na zakończenie chciałbym przywołać słowa błogosławionego Jana Pawła II wygłoszone podczas wizyty w Polsce w 1983 roku. Ojciec Święty powiedział wówczas: „Niech z polskich ust nie zanika to piękne pozdrowienie: ’Szczęść Boże! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!’. Pozdrawiajcie się tymi słowami, przekazując w ten sposób najlepsze życzenia. W nich zawarta jest nasza chrześcijańska godność!”.

Profesor Cezary Taracha jest hispanistą, historykiem, kierownikiem Katedry Historii i Kultury Krajów Języka Hiszpańskiego KUL.

http://www.naszdziennik.pl/wp/68186,prz ... nskie.html

Zacznijmy się podnosić. Teraz.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 20 cze 2014, 05:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Polska katolicka ma misję w świecie

Z ks. prof. Tadeuszem Guzem kierownikiem Katedry Filozofii Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jakie przesłanie pozostawia nam dzisiaj Matka Boża z Lourdes w kontekście ideologii gender, która coraz bardziej dotyka rodziny w całej Europie?

– Z faktu, że Maryja jest Niepokalaną Matką wcielonego w ludzką naturę Syna Bożego Jezusa Chrystusa, wypływa cały szereg prawd, które są centralnie ważne także dla współczesnej ludzkości. Dla rozumienia przez ludzkość Boga, Kościoła, człowieka i podstawowych wspólnot ludzkich, jak małżeństwo, rodzina, naród, społeczeństwo czy wspólnota narodów w sensie globalnym. Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Dziewicy dotyczy ponadto wszystkich wymiarów bytowania człowieka, czyli zarówno bycia mężczyzną i kobietą, jak i relacji człowieka jako osoby w sensie jednostki do Boskiego Stwórcy i zarazem Zbawcy, a także relacji każdej wspólnoty osobowej do Osobowego Boga w Trójcy Świętej Jedynego. To wszystko w Osobie i dziele Maryi urzeczywistnione zostało w najdoskonalszy sposób. W tym sensie, że w najdoskonalszy sposób jest w Matce Najświętszej przemyślane, w Jej wolnej woli umiłowane, a także i w czynach Matki Najświętszej, wspartych naturalnie przenajświętszą łaską Pana i Boga, przeżyte, doświadczone i zrealizowane. W postawie Niepokalanej, w Jej Osobie jako kobiety, Matki, także małżonki świętego Józefa mamy najwspanialsze, najświętsze wzory dla wszystkich wymiarów bytowania człowieka w ogóle, tzn. w sensie jednostkowym i wspólnotowym, w sensie kształcenia rozumu i wychowania człowieka do tego, żeby był człowiekiem miłości Boga i człowieka, człowiekiem mądrości i posłuszeństwa Bogu, czyli pełnienia woli Boga, ponieważ w woli Boga jest zawarty najdoskonalszy plan dla każdego człowieka.

Tę prawdę neguje ideologia gender.
– W sprzeczności z katolicką nauką o człowieku, czyli o jego Boskim pochodzeniu, osobowej istocie duchowo-cielesnej i celach jego człowieczeństwa oraz jego relacjach do Boga i innych osób: anielskich i ludzkich, stoi ideologia gender, która całkowicie neguje prawdę o wiecznym istnieniu Boga Objawienia chrześcijańskiego, o świętych na czele z Maryją jako Królową Nieba i Ziemi, o Kościele Chrystusowym czy religii. Ideologia gender neguje systematycznie prawdę o człowieku jako istocie duchowej, osobowej, o nietykalnej godności człowieka jako kobiety i jako mężczyzny, redukując ich życie do „zlepka popędów” przeznaczonych do użycia i ostatecznie do totalnego zużycia w ich swawolnym wyżyciu poprzez „seksualizację wszystkich sfer ludzkiej egzystencji” (H. Marcuse). Wcale nie ukrywa się m.in. za S. Freudem i Th. Wiesengrund-Adornem, iż drugą stroną samorealizacji seksualnej jest „popęd śmierci”, czyli całkowite unicestwienie każdego jako kobiety i mężczyzny.

Vittorio Messori w swojej ostatniej książce o św. Bernadetcie stwierdził, że Lourdes to „uchwyt wiary” dla chrześcijan.
– Tak, oczywiście. Matka Najświętsza jest rzeczywiście tą kotwicą wiary, nadziei i miłości człowieka współczesnego w tym sensie, że rzeczywiście Ona poprzez Jej niezwykłą świętość i niepowtarzalną przyjaźń z Bogiem w Trójcy Świętej Jedynym stała się dla nas fundamentem i niedoścignionym wzorem życia według cnót Boskich: wiary, nadziei i miłości. Ta postawa Niepokalanej wprost porwała – duchem i sercem – św. Bernadettę, ale także naszego św. Maksymiliana Marię Kolbego, który tutaj, w Lourdes, też przebywał przed swoją wyprawą ewangelizacyjną do Japonii i czerpał obficie inspiracje dla fascynującej dzisiaj świat misji pod sztandarem Niepokalanej, zakończonej tryumfem nad ideologią bezbożności i nienawiści niemieckiego nazizmu oraz zdobyciem na wieki „dwóch koron”, które w tutejszym muzeum ku jego czci są ukazane wraz ze wzmianką o wielokrotnych próbach rozbiorów katolickiej Polski i o ponownych zwycięstwach katolickiego Narodu Polaków – Boską mocą wiary św. Matka Boża pokazuje nam, że każdy problem, który napotkamy na drodze naszego życia, naszego powołania czy działania – w domu rodzinnym, szkole, zakładzie pracy, polityce, w koegzystencji wspólnoty narodów, np. w Unii Europejskiej – mamy za przykładem Niepokalanej rozwiązywać w przyjaźni z Panem Bogiem. Co ciekawe, objawienia Matki Bożej w Lourdes dokonały się w przeddzień ogłoszenia przez Karola Darwina jego głównego dzieła „O pochodzeniu gatunków”. Zarówno Darwin, jak i przed nim Ernst Haeckel chcieli dokonać zamachu na dzieło stworzenia Boga, czyli na cały kosmos jako dzieło Boga Stwórcy. Dziś w kontekście szalejącej ideologii gender trzeba zapytać, czy rzeczywiście będziemy utrzymywać, tak jak uczy Kościół rzymskokatolicki, że Bóg jest Stwórcą człowieka, małżeństwa, rodziny, narodu i całego kosmosu oraz wszystkich aniołów i duchów niebiańskich, czy też pozwolimy, jako katolicy, zanegować tę fundamentalną prawdę o Boskim pochodzeniu wszechświata. Ufam – także i na tym etapie dziejów Kościoła Chrystusowego w Polsce, iż zwyciężymy przez Maryję, Matkę Stworzyciela i zarazem Królową Polski, bowiem, jak pisze św. Maksymilian, „jeżeli prawdą jest, że Niepokalana rzeczywiście objawiła się Bernadetcie w Lourdes, to pewną jest rzeczą, że Ona żyje i kocha ludzi jak prawdziwa Matka” (8 grudnia 1940 r.).

Jakie byłyby konsekwencje negacji tej prawdy?
– Gdyby powiodło się Darwinowi, Haecklowi i wszystkim ewolucjonistom naszych czasów oderwać ludzką myśl od prawdy o tym, że Bóg Objawiony w Trójcy Świętej Jedyny jest Stwórcą świata, czyli całego kosmosu i człowieka, to wtedy faktycznie załamują się wszystkie relacje, o których nadmieniliśmy. Załamuje się więc relacja człowieka względem Boga, względem drugiego człowieka, kobiety względem mężczyzny i odwrotnie, także małżonków względem dzieci. Zerwaniu uległyby również wszystkie więzy rodzinne, narodowe, społeczne, zawodowe, polityczne, także i wszystkie wymiary kultury, jak nauka, sztuka, moralność i religia. Bo zatrata Boga oznacza de facto nie tylko utratę sensu bytu ludzkiego i sensu każdego stworzenia, które istnieje w kosmosie, lecz po prostu utratę całej egzystencji ludzkiej.

Czy to nie zastanawiające, że w czasie II wojny światowej Prymas Polski ks. kard. August Hlond znalazł schronienie właśnie w Lourdes?
– Sługa Boży ksiądz Prymas Hlond jest jednym z największych Prymasów w dziejach Kościoła w Polsce i należy do wielkich mężów Bożych w dziejach Kościoła powszechnego, którzy zaznaczyli swoją twórczą obecność bardzo wielkimi dziełami chrześcijańskimi na opoce Dobrej Nowiny Jezusa Chrystusa. A mianowicie ksiądz Prymas Hlond był w tej korzystnej sytuacji, że miał już do dyspozycji objawienia Matki Najświętszej w Lourdes z 1858 roku, które zostały przez Kościół święty zatwierdzone, co więcej, wcześniej został również ogłoszony przez Ojca Świętego Piusa IX dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny w 1854 roku. Miały już także miejsce objawienia Matki Bożej w Fatimie w 1917 roku, w przededniu rewolucji bolszewickiej. I dlatego przypuszczam, że zrządzeniem Opatrzności Bożej było, że ksiądz Prymas Hlond znalazł się w tym świętym miejscu. Jego pozycja była bardzo trudna, w pierwszych dniach kampanii wrześniowej osobiście poinformował Papieża Piusa XII o sytuacji okupowanej Polski przez hitlerowskie Niemcy i komunistyczny Związek Sowiecki, informował także Stolicę Apostolską o prześladowaniu Żydów. Stolica Piotrowa miała więc natychmiast, z pierwszej ręki, informacje o tragedii katolickiego Narodu Polskiego we wrześniu 1939 roku. III Rzesza Niemiecka wydała zakaz powrotu Prymasa Hlonda do Polski. Pomimo wysiłków dyplomacji Watykanu w kwestii powrotu ks. kard. Augusta Hlonda do Polski zakończyły się one fiaskiem. Wszechmocny Bóg jednak potrafi wszystko „przemienić ku dobru” (św. Augustyn) i to zapewne On sam przysłał do Lourdes – jednego z najważniejszych miejsc na ziemi – naszego Prymasa Polski, by wymodlił nam nadprzyrodzoną pomoc i ratunek u Maryi jako „Czcigodnej Matki, jaśniejącej ustawicznie blaskiem najdoskonalszej świętości i niedotkniętej nawet pierworodną zmazą grzechową”, aby „odniosła największy tryumf nad starodawnym wężem” (Pius IX, „Ineffabilis Deus”, 1854), napadającym wówczas od Zachodu i Wschodu na nasz Naród i Ojczyznę.

Niemcy nie chcieli, by ksiądz Prymas podnosił w tych trudnych chwilach ducha Narodu Polskiego?
– Tak. Generalna zasada działania hitlerowców i komunistów sowieckich była taka, żeby wyniszczyć nam całkowicie inteligencję kościelną i elitę naukową, duchowych i politycznych przywódców Narodu i państwa Rzeczypospolitej Polskiej. Prymas Hlond, wiedząc o objawieniach w Lourdes, udał się tutaj, by szukać ratunku. Był bowiem przekonany, że „zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Maryi” – jak powiedział w godzinie swojej śmierci 22 października 1948 roku. Jego następca, Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński kontynuował ten rys maryjny i mariologiczny w polskiej duchowości, pobożności, w polskiej teologii i katolicyzmie. I postanowił sobie, że w godzinie śmierci ks. Prymasa Hlonda – umierał między godziną 10.00 a 10.30 – zawsze będzie celebrował Mszę Świętą za swojego śp. poprzednika na stolicy prymasowskiej. Z jednym wyjątkiem, a mianowicie 22 października 1978 roku odprawił tę Mszę Świętą poprzedniego dnia, czyli 21 października, z wiadomych racji. O tej godzinie bowiem – i to też jest zrządzenie Bożej Opatrzności – ks. kard. Karol Wojtyła, jako wybrany Jan Paweł II, w sposób uroczysty inaugurował swój wielki i trzeci pod względem długości pontyfikat w dotychczasowej historii Kościoła o olbrzymich treściach i wielkich zwrotach nie tylko w politycznych dziejach Europy i świata.

Gdy Ojciec Święty Jan Paweł II przybył po raz pierwszy do Polski, powtórzył słowa Prymasa Hlonda.
– To prawda. W kaplicy jasnogórskiej w Częstochowie, w tej duchowej stolicy polskiego Narodu, u stóp Matki Bożej Królowej Polski wypowiedział te znamienne słowa. I rzeczywiście, Niepokalana, zapowiedziana już w Protoewangelii, czyli na pierwszych stronach Księgi Rodzaju, jest Tą, Która ściera głowę węża. Przez Nią świat odzyskuje utracony Raj i przyjaźń z Panem Bogiem. To przez Maryję przyszło zbawienie świata, czyli Chrystus Pan, odwieczny Syn Boga Ojca i cudowny Syn Niepokalanej Maryi Dziewicy, z Niej narodził się Mesjasz, nasz Zbawiciel. Zauważamy tutaj, że w dziejach zbawienia właśnie Maryja jako Niepokalana Dziewica i Matka spełnia obok Jezusa rolę centralną.

Nadzieję budzi fakt, że wciąż tłumy wiernych pielgrzymują do Jej sanktuariów na całym świecie, w tym szczególnie właśnie tu, do Lourdes.
– Dowiedziałem się, że rocznie przybywa do Lourdes około 5 milionów pielgrzymów, zaś w roku 2008, który był rokiem jubileuszowym tych wspaniałych objawień Niepokalanej, przybyło ich tutaj około 10 milionów. To świadczy o tym, że rzeczywiście w narodach świata istnieje bardzo zdrowy nurt wiary, który bardzo precyzyjnie odczytuje źródło naszego zbawienia. Przyjście Jezusa i później dzieje Kościoła, które Chrystus Pan jako jego Założyciel zainaugurował, są nierozerwalnie związane z misją i służbą Matki Najświętszej, z Jej tym jakże niezwykłym „fiat”. Maryja za sprawą łaski Boga została ocalona z potopu grzechu pierworodnego, z tego całego zła w dziejach świata, które uprzyczynowili upadli aniołowie i nasi prarodzice. Pan Bóg, przenikając wszystkie stworzenia w ich jestestwie, wiedział doskonale – ponieważ jest Prawdą Absolutną – że Matka Najświętsza jako Osoba ludzka jest najdoskonalszym człowiekiem wszechczasów. I dlatego właśnie Jej Bóg Ojciec zawierza własnego, odwiecznego Syna i rozpoczyna się wielka historia zbawienia. Nieprzypadkowo Pius IX, ogłaszając dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, napisał: „Zaiste jest to czcigodna Matka, skoro Bóg Ojciec postanowił Jej oddać za Syna swego Syna jedynego, którego urodziwszy, umiłował z serca swego jako równego sobie. A uczynił to Bóg Ojciec w ten sposób, by jeden i ten sam był naturalnym Synem wespół dla Boga Ojca, jak i dla Dziewicy, sam zaś Syn wybrał Ją sobie za Matkę rzeczywistą, a Duch Święty chciał i sprawił to, że z Dziewicy począł się i narodził ten, od którego On sam pochodzi”. Stąd też, jeżeli pragniemy zrozumieć apostolskość Kościoła Chrystusowego, to jest ona nierozerwalnie związana z maryjnością Kościoła zbudowanego przez Chrystusa na św. Apostole Piotrze.

Kapłanem, który zawierzył życie Maryi, był również bł. ks. Jerzy Popiełuszko. Cud, który wydarzył się w 2012 roku we Francji za jego wstawiennictwem, może przyspieszyć kanonizację kapelana „Solidarności”?
– Na drodze zwyczajnego wyniesienia kogoś na ołtarze jako świętego muszą być spełnione dwa fundamentalne warunki. Po pierwsze, musi być dokonany cud za wstawiennictwem błogosławionego jako kandydata na świętego, i po drugie, musi rozszerzać się kult, cześć ofiarowana temu człowiekowi. Na te dwa kryteria Stolica Apostolska zwraca szczególną uwagę. Oczywiście mamy teraz niecodzienne przypadki kanonizacji osób, m.in. błogosławionego Papieża Jana XXIII, kiedy Ojciec Święty Franciszek odstąpił od tego kryterium, które nazywamy cudem za wstawiennictwem błogosławionego. Pozostaje jednak w mocy świętej nauki Kościoła Jezusa z Nazaretu, iż najpewniejszym dowodem na niebiańską bliskość błogosławionego do Tronu Łaski Najwyższego Boga jest rzeczywiście cud, bowiem tylko taki czyn ewidentnie przekracza prawa kosmosu i dokonywany jest bez wątpienia wyłącznie przez samego Boga Stwórcę.

Cud uzdrowienia mężczyzny z nieuleczalnego raka jest bardzo spektakularny.
– Tak, to była nieuleczalna choroba. Stan tego mężczyzny w wieku około 50 lat był agonalny. Francuski kapłan wezwany do niego w dniu urodzin bł. ks. Jerzego Popiełuszki do szpitala z sakramentem namaszczenia chorych był krótko po powrocie z pielgrzymki do Polski i między innymi do grobu księdza Jerzego. Był wypełniony osobą ks. Jerzego Popiełuszki i jego bohaterskim, męczeńskim dziełem zarówno dla dziejów Polski, jak i Europy. Bo wydaje mi się, że wprawdzie „Solidarność” odegrała bardzo ważną rolę, ale bez krwi tego sprawiedliwego i krwi innych męczenników polskich – których imion, a nawet grobów czasami nie znamy, bo ślady po nich zostały zatarte przez komunistów PRL-owskich – nie byłoby możliwe pokonanie komunizmu sowieckiego, jak również komunizmu zachodniego w Polsce i Europie. Stąd rola księdza Jerzego jest centralna w procesie dekomunizacji Polski. Sądzę, że po tym cudzie we Francji dojdzie wkrótce do jego kanonizacji. Ciekawe jest to, że tak jak ksiądz Prymas August Hlond znalazł w czasie zawieruchy wojennej schronienie we Francji, tak teraz cud za przyczyną bł. ks. Jerzego wydarza się właśnie tutaj.

Dlaczego Francja odgrywa tu ważną rolę?
– Bo to jest wciąż pierwsza córa Kościoła, pomimo panującego tu obecnie wielkiego kryzysu, potężnej laicyzacji i olbrzymich procesów sekularyzacyjnych. To nie tylko sama rewolucja francuska wyrządziła olbrzymie zniszczenie w duszach ludzkich, także protestantyzm francuski, hugenoci, ateiści, materialiści czy komuniści francuscy. To w Paryżu, przed objawieniami Matki Bożej w Lourdes, szalały rewolucje socjalistyczne. Tutaj narodziła się także ideologia pozytywizmu, która dążyła do wyrugowania wszelkiej nadprzyrodzoności. Wielu wielkich Polaków zinterpretowało pozytywizm najpierw bardzo pochlebnie, twierdząc, że można go zaakceptować. Takim przykładem jest chociażby Bolesław Prus, który później zorientował się, że bez Boga, człowieka i ziemi nie można w ogóle zbudować kultury, ponieważ bez Stwórczego Ducha Boga niemożliwe byłoby zaistnienie Polski i świata. I dlatego on, tak jak wielu innych polskich pozytywistów, powrócił w końcu z tej pułapki ideologicznej na drogi bardzo konstruktywne, tzn. na drogi afirmacji Polski i całego kosmosu jako dzieł stwórczych Boga, czego najdoskonalej można dokonać na drodze wiary katolickiej i apostolskiej myśli kościelnej.

Jakie owoce duchowe może przynieść Europie kanonizacja bł. ks. Jerzego Popiełuszki?
– Bardzo wiele obiecuję sobie po akcie kanonizacji księdza Jerzego, bo on jeszcze bardziej uzmysłowi nam, jakim zagrożeniem jest ideologia marksistowsko-leninowska oraz jej jeszcze radykalniejsza forma w postaci genderyzmu, który jest odmianą neomarksizmu, pewną radykalizacją neomarksistowskiej szkoły frankfurckiej. Teraz Stolica Apostolska poddaje ten cud egzaminowi, co jest normalną procedurą w tego typu procesach kanonizacyjnych. Musimy jeszcze trochę uzbroić się w cierpliwość, Stolica Apostolska w odpowiednim czasie zakomunikuje nam wyniki swoich badań w tej materii. Myślę i tego najbardziej oczekuję, żeby Naród Polski uświadomił sobie, że nie może ulegać żadnej ideologii, bo czy to jest ideologia komunizmu, neomarksizmu zachodniego, genderyzmu, liberalizmu, libertynizmu, kapitalizmu czy socjalizmu – one wszystkie chcą sprowadzić Polskę i Polaków oraz Europę i całą rodzinę ludzką na manowce fałszu, kłamstwa, nienawiści, zdrady Boga, człowieka i całego wszechświata, za który przecież człowiek przejął odpowiedzialność w Raju. Ksiądz Jerzy uczył nas, że osiągnięcie ziemskiego i wiecznego szczęścia dla Polski możliwe jest tylko na drodze wierności Bogu, Ewangelii, Krzyżowi Pańskiemu, Matce Najświętszej i Kościołowi św. oraz na drodze szacunku i ochrony każdego życia ludzkiego jako kobiety i mężczyzny, matki i ojca, rodziców i dzieci, ponieważ tylko miłość życia Bożego i ludzkiego prowadzi do pełni istnienia w wiecznym Królestwie Niebieskim jako wspólnocie świętych z wiecznie świętym Panem Bogiem.

Te wspomniane manowce ideologiczne prowadzą człowieka w konsekwencji do śmierci duchowej.
– Oczywiście. To jest prawdziwe i najgłębsze ostrze każdej ideologii, łącznie z genderyzmem i neomarksizmem, że w różnorakim stopniu dążą do osłabienia naszych zdolności istnienia, czyli naszej racjonalności, naszych dróg miłości Boga i człowieka czy dróg tworzenia i konstruktywnego kształtowania tej ziemi, która została przez Boga Stwórcę człowiekowi zawierzona, by czynił ją sobie poddaną. Człowiek może to uczynić poprzez tworzenie nauki, sztuki, moralności, religii, czyli przez kulturę. I dlatego dąży się dzisiaj do totalnej ideologizacji kultury w tzw. rewolucji kulturowej neomarksistów, o których dzisiaj mówi się jako o genderystach. Dlatego trzeba nam, katolikom, trwać w dalszym ciągu w wielkiej nauce Jezusa z Nazaretu, nauce Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu oraz nauce Kościoła rzymskokatolickiego, nabudowanego na Piotrze, bo wtedy mamy tego gwaranta i widzialnego zastępcę Chrystusa na ziemi, który w mocy Ducha Świętego prowadzi Kościół przez epoki, pokolenia ku pełni, ku oglądowi Boga twarzą w twarz. I taką drogę i perspektywę, patrząc od strony stworzonych przez Boga w Trójcy Świętej Jedynego ludzi, najbardziej zapewnia Niepokalana Matka Najświętsza jako jedyne stworzenie Boże, które nie uległo jakiejkolwiek deformacji przez zło ideologiczne upadłych aniołów i ludzi.

Polska musi być Jej jednak wierna.
– Tak. Jeżeli Polska będzie wierna Matce Najświętszej, jako Niepokalanej Matce i Królowej Nieba i Ziemi, to dzieje Polaków będą wielkie, bardzo twórcze, mądre, będą dziejami miłości Boga i człowieka, dziejami spełnionymi. Wtedy Polska spełni swoją misję. I tutaj wydaje mi się, że z jednej strony możemy to boleśnie przeżywać, że nasz Naród Polski jest z różnych racji zewnętrznych rozpraszany po świecie, ale z drugiej strony właśnie w Lourdes uświadomiłem sobie chyba po raz pierwszy tak głęboko, że Polska katolicka ma misję w świecie i tę misję w daleki sposób określiła właśnie Matka Najświętsza. Jestem przekonany, że istnieje jakieś przedziwne przymierze pomiędzy Matką Najświętszą a Polską katolicką. Stąd też dopatruję się w tym procesie rozpraszania Polaków po świecie procesu wzmacniania i niekiedy wprowadzania katolicyzmu we wszystkie narody i kontynenty świata. Temu wyzwaniu Polacy na emigracji, pomimo wielu osobistych i rodzinnych trudów, mogą sprostać tylko i wyłącznie pod warunkiem, że będą tak jak ci pielgrzymi 139. Europejskiej Pielgrzymki Polaków do Lourdes wierni, zaprzyjaźnieni i rozmiłowani w Niepokalanej Matce i Królowej Nieba i Ziemi, Królowej Polski; rozmodleni i mądrzy w Duchu Świętym, żyjący i działający w miejscach ich ziemskich misji wszechmogącym dynamizmem Trójcy Przenajświętszej we współstwarzaniu i współzbawianiu wszystkich narodów i widzialnego wszechświata. Trzeba nam, Polakom i zarazem katolikom, żyć naszym tytułem: Polonia semper fidelis.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Czartoryski-Sziler

http://www.naszdziennik.pl/mysl/82690,p ... iecie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 30 cze 2014, 06:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Wolność i etyka

Feliks Koneczny

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Postulat etyczności życia zbiorowego stanowi cechę istotną polskości, tj. taką, bez której polskość się nie obędzie, bo by przestała być sobą. Jak wszystko, co ludzkie, ma też i ta zaleta, tak wysoka, swe strony słabe, pociągając za sobą nieraz następstwa niepożądane, zwłaszcza, gdy się nie ma siły do zmuszania innych, by się również liczyli z etyką. I bywaliśmy tyle już razy „mądrzy po szkodzie”, jednak „romantyzm polityczny” zażegnany w jednym kącie spraw polskich, wyłania się gdzieś w drugim i opanowywa umysły. Teraz np. zamiast żeby ogół powiedział sobie, że niechby sobie państwo polskie było jak najgorsze, byle było, i oddawać się bezwzględnej radości z tego, że ono jest – my smucimy się nad ujemnymi stronami naszej państwowości, przekonani, że państwo polskie jest od tego, żeby być lepszym od innych. Teraz, skoro mamy własne państwo polskie, wszystkie polskie ideały muszą się urzeczywistnić – tak rozumuje przeciętny inteligentny Polak.

Fragment pochodzi z: „Polskie Logos a Ethos”, 1921 r.

--------------------------------------------------------------------------------

I znowu historia się powtarza. Mamy państwo polskie, odtrąbiono okrągłą rocznicę odzyskania niepodległości, wielka pompa, a my… ciągle smutni. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta: Polakom nie wystarczy wolność, jeśli ta wolność nie jest zakorzeniona w moralności. Bo dopiero poprzez moralność my możemy realizować nasze ideały i cele, czyli możemy w pełni czuć się Polakami i żyć po polsku. Jeżeli jesteśmy smutni i szarzy, to dlatego, że życie publiczne jest budowane na fałszu, kłamstwie i oszustwie. Z takiego podglebia Polska nie wyrośnie. Dlatego jesteśmy smutni i będziemy smutni, aż Polska się moralnie odrodzi.

http://www.naszdziennik.pl/wp/83604,wol ... etyka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 30 sie 2014, 18:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Głupcy i szaleńcy, czyli naród taki jak trzeba

Posted on 16.08.2014 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć, Rycerze Wielkiej Sprawy

W naszym polskim salonie (galerii, akademii…), czyli na forach dyskusyjnych poczytnych portali, część naszych rodaków wyrzuca z siebie wiele gorzkich słów na temat przywódców politycznych i wojskowych z okresu ostatniej wojny. Ale padają tu także słowa niezwykle brutalne i pogardliwe.

Oto próbka języka tych komentarzy:

Polscy politycy to ludzie, którzy byli i są totalnymi idiotami. Przykład? Ten przygłup Beck. Czyli ktoś, kto nabrał się na piękne słówka Anglików, którzy jak zwykle kłamią jak z nut… I ten osioł patentowany sprokurował nam przez swoją tępotę okupację niemiecką. Ratować honor Polski mu się zachciało… Zresztą, Polak zawsze pobija rekordy głupoty, nie ma pojęcia, kto jest jego faktycznym wrogiem… Polacy to przecież pożyteczni idioci. A nasze zachowanie w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego? Kretynizm i barbarzyństwo. Powstanie – akt przeciwko rozumowi. Mógł on utwierdzić takich na przykład Skandynawów, że daleko nam, oj daleko do społeczeństw cywilizowanych ( jak oni). Dlaczego? Bo nasze szare komórki nie pracują normalnie, myślenie to nie nasza specjalność. Z pragmatyzmu pała i marsz do przedszkola politycznego. Taka polska, czysto polska niewydolność.

I wniosek, jaki autorzy tych opinii formułują po tych błyskotliwych wywodach:

Musimy jako Polacy totalnie przewartościować swoją historię i wreszcie pojąć (tak, jak to wbijali nam do głowy przez cały PRL komunistyczni propagandyści, z miernym jednak skutkiem), że nasza historia to historia napisana przez idiotów. Dlatego trzeba oddać się w ręce silniejszych i mądrzejszych. Tych, którzy myślą prawidłowo. Prawidłowo, czyli pragmatycznie. Trzeba wreszcie przyjąć do wiadomości, jak niebezpieczni jesteśmy sami dla siebie.

Tak – streszczając – wyrażają się o swojej historii zarówno liberałowie, ludzie którzy żyją wspomnieniami peerelowskiej młodości, jak i typowi nacjonaliści. Zestaw podobnych poglądów spotyka się u niejednego narodowca, który ze zgrozą mówi o polskich powstaniach. Ci ostatni zwłaszcza – nie wszyscy jednak – piętnują polski czyn zbrojny pod hasłem: Za dużo ofiar. Oni, realiści i mózgowcy uznają tylko walkę cywilną. Potępiają insurekcjonizm, jako najgorszy grzech naszych dziejów .

Identyczną tonację – nawet rodzaj przymiotników jest ten sam – wprowadza do swoich wywodów na temat naszych rzekomych błędów prowadzących do tak tragicznego przebiegu ostatniej wojny także pewna grupa ludzi z cenzusem: profesorów i publicystów o znanych nazwiskach, często kojarzonych z prawicą. Są wśród nich historycy zawodowi oraz autorzy książek w rodzaju „Obłęd 44”, czy „Jakie piękne samobójstwo”oraz ich recenzenci.

Oto wybrana na chybił trafił próbka tego stylu i rodzaju myślenia: Histeryczne uniesienia patriotyczne…; niedojrzała państwowość…; samobójcze szaleństwa „Burzy” i powstania warszawskiego…

Dzieło pt. „Jakie piękne samobójstwo” to wyraz, jak się tu ujmuje: realistycznej, pragmatycznej, rozliczeniowej i oskarżycielskiej szkoły myślenia o Polsce i jej przeszłości. Książka jest bezkompromisowa, oskarża naszą „państwową ławę” o głupotę, historyków zaś o nieodrabianie lekcji .

Jako wzory mądrości geopolitycznej, w tego typu publikacjach, pojawiają się: państwo Izrael, dyscyplinujące własne społeczeństwo oraz nieustannie prowadzące wojnę o przetrwanie, a zwłaszcza Prusy i ich imponująca dbałość o własny interes. Państwa, które wiedzą – jak uświadomił im to Bismarck – że politykę zaczyna się od mapy. A więc Prusy zbroiły się po zęby i straszyły całą Europę (kłamiąc przy okazji na potęgę i oszukując – o czym się nie wspomina). Niestety, Polacy niczego z geopolityki nie rozumieją i nieustannie przeklinają swoje geopolityczne położenie. Ignoranci geopolityki (…) odwołują się najczęściej do honoru, racji moralnych i „egzotycznych sojuszy”. Tu parę miłych słów poświęca się tradycyjnie ministrowi Józefowi Beckowi: Aż dziw bierze, że szefem polskiej dyplomacji mógł być ktoś (…), kto nie rozumiał, że o wojnie decyduje stosunek potencjałów, a nie „honor”… Toteż nie dziwota, że Anglicy owinęli go sobie dookoła palca, widząc w nim nadętego, łatwego do zmanipulowania głupka.

I pointa: Jest czymś oczywistym, że prawdziwą alternatywą dla politycznych szaleństw paranoików pchających nas do wojny – zgodnie z główną tezą autora omawianej książki – jednocześnie na dwa fronty (…) jest szkoła politycznego myślenia Romana Dmowskiego. I tu wymienia się zasadnicze jej zalety: pragmatyczna, realistyczna, modernizacyjna, uwzględniająca stosunek potencjałów i własne niedobory. I – co najważniejsze – nowoczesna oraz krytyczna wobec zastanego modelu polskości, ale starająca się podnieść polskość na wyższy poziom. (…) Jakże pięknie ujął to na końcu swojej książki (tu pada nazwisko znanego prawicowego autora książki „Jakie piękne samobójstwo”): „Nowatorstwo Dmowskiego polegało na odkryciu przed Polakami, że istnieje coś, co można nazwać walką cywilną. I ta właśnie walka cywilna, prowadzona nie od wielkiego dzwonu, nie zrywami, ale na co dzień, jest obowiązkiem polskiego patrioty. I ona to, a nie gotowość do oddawania życia >kiedy przyjdzie czas< zadecyduje o zwycięstwie bądź klęsce sprawy polskiej<”.

Dwie wojny Rotmistrza
Co robi inteligencja polska?, pytał Cyprian Kamil Norwid w 1863 roku Dyktatora powstania styczniowego Romualda Traugutta, w Paryżu, zaniepokojony wieściami z kraju.

Jest na koniu, usłyszał w odpowiedzi.*)

Witold Pilecki był na koniu, dosłownie i w przenośni od 17 roku życia. To wtedy, w 1918 roku w Wilnie jako uczeń gimnazjum ten polski skaut (jako trzynastolatek założył pierwszy zastęp harcerski) wstąpił do działającej w konspiracji POW (Polskiej Organizacji Wojskowej). Przerwał naukę, by pod koniec tego roku zaciągnąć się wspólnie z grupą przyjaciół harcerzy do oddziałów Samoobrony Wileńskiej gen. Wejtko – w noc sylwestrową przejęły one władzę w mieście. W miesiąc później wileński gimnazjalista służył w oddziale kawalerii braci Władysława i Jerzego („Łupaszki”) Dąmbrowskich. Walczył pod tym dowództwem przez pół roku – na przemian z Niemcami i bolszewikami, zdobywając m. in. Brześć, Lidę, Baranowicze, Mińsk Litewski. W październiku 1919 r. siedział znów w ławce szkolnej gimnazjum im. Joachima Lelewela. Znów wśród harcerzy – drużyna harcerska, którą złożył składała się głównie z jego towarzyszy broni.

I tak było w jego życiu już do końca. Na przemian walka z bronią w ręku i działalność cywilna na rzecz odradzającej się Polski.

Zaledwie parę miesięcy mógł się uczyć. Jeszcze przed maturą, w lipcu 1920 był znów na koniu – a przecież nikt go tam nie zaciągał siłą, w wojnie bolszewickiej był ochotnikiem. Niespełna dziewiętnastoletni uczeń, żołnierz 1 Wileńskiej Kompanii Harcerskiej bronił Grodna. Pod Warszawą spotkał swego dawnego dowódcę – rotmistrz Jerzy Dąmbrowski wraz z bratem Władysławem formował 211 ochotniczy pułk ułanów nadniemeńskich. W sierpniu 1920 Witold Pilecki był jednym z jego ułanów, walczących pod Płockiem, Mławą, Druskiennikami, Stołpcami, Kojdanowem. Dwa miesiące później uczestniczył wraz ze swoim pułkiem w wyprawie gen. Lucjana Żeligowskiego – jej celem było odzyskanie ziem polskich przekazanych przez bolszewików Litwie.

Starszy ułan Witold Pilecki powrócił do szkoły 1 stycznia 1920 roku. W maju zdał maturę. Był wówczas już od pięciu miesięcy komendantem Związku Bezpieczeństwa Kraju w Nowych Święcianach; biegle władał francuskim, niemieckim i rosyjskim.

Ten wrażliwy i utalentowany chłopak – urodzony na zesłaniu, w Karelii – chciał być malarzem. Zapisał się na Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Stefana Batorego jako wolny słuchacz. Ale brakowało mu funduszy, by utrzymać się podczas studiów; właśnie ciężko chorował jego ojciec, leśnik z zawodu. Dziad Witolda, powstaniec styczniowy stał się ofiarą carskich represji, rodzinny majątek został skonfiskowany. Witold musiał zacząć zarabiać. W 1926 roku przejął zarządzanie majątkiem matki, Sukurcze. Starał się go unowocześnić, nastawił się na produkcję nasion koniczyny. Nie rozstawał się z wojskiem. Brał regularny udział w praktykach wojskowych, corocznie w ćwiczeniach rezerwy w 26 pułku ułanów, potem w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Miał trzydzieści lat, gdy się ożenił.

W Sukurczach nie tylko gospodarował – był społecznikiem, jak prawie wszyscy ziemianie. Przyjął funkcję naczelnika Ochotniczej Straży Pożarnej, prezesa wzorowo pracującej mleczarni, założył kółko rolnicze razem w grupą rolników. Czuł przez skórę, że coś się zbliża, że czas nagli – jak czuło wielu wrażliwych i myślących Polaków. Na świat przyszło dwoje dzieci, a on przeczuwał już, że to szczęście jest kruche, że jest zagrożone. Był doskonale świadom istnienia źródła zazdrości wobec spokojnego i godnego życia polskich rodzin. Będąc nieustannie zajęty, z pasją gospodarując, także malował – jego obrazy do dziś znajdują się w parafialnym kościele – i pisał wiersze. Myślał jak mężczyzna o przyszłości swoich dzieci… Dwa lata po ślubie prowadził Konne Przysposobienie Wojskowe „Krakusów” w powiecie lidzkim. Za swoją czynną społeczną postawę uhonorowano go w 1937 roku Srebrnym Krzyżem Zasługi..

Tak było do wybuchu wojny; późniejsza biografia Rotmistrza jest już dobrze znana. Walka cywilna, jak się ją podniośle nazywa, czyli służba społeczeństwu, sąsiadom, uboższej ludności, zwłaszcza ludziom młodym, nie stała w żadnej sprzeczności z gotowością do podjęcia czynu zbrojnego, z byciem na koniu. Godzenie tych rodzajów służby Polsce było czymś naturalnym dla kresowego Polaka z rodziny ziemiańskiej. Witold Pilecki (h. Leliwa) nigdy nie stał się drobnomieszczaninem, który miga się przed wzięciem na siebie odpowiedzialności za los Polski, czy hreczkosiejem, który okopuje się w swoich włościach, dbając tylko o swoje wygody i pełny garnek. Wypadło mu być rycerzem, nie uciekał przed tym powołaniem. Nie czepiał się rzekomo nieudolnych przywódców państwa, nie drwił z dowództwa, nie pomstował na stan armii, nie usprawiedliwiał swojej bierności szukając belki w cudzym oku. Robił to, co do niego należało. I dużo, dużo więcej.

Zwłaszcza wtedy, gdy dobrowolnie dał się zamknąć w obozie KL Auschwitz. I gdy przystąpił do Powstania Warszawskiego – pomimo zakazu dowódców, ze względu na ważną funkcję, jaką pełnił w organizacji „NIE” – i gdy w 1946 roku, mimo wyraźnych przestróg, że NKWD depcze mu już po piętach i powinien wyjechać natychmiast z kraju, nie przerwał konspiracyjnej działalności.

Dwa lata później zastrzelono go strzałem w tył głowy w ubeckiej katowni. Przedtem torturując i katując nieludzko. Dla takich nie było miejsca w ludowej ojczyźnie. Tacy nie mieli nawet prawa do pochowku i do grobu. Rycerzom należał się dół śmierci. Bo tu królował pragmatyzm.

Być człowiekiem honoru oznacza, że temu, co uznaje się za najważniejsze służy się całym sobą, do końca. Uczniowie w szkole Romana Dmowskiego, miłośnicy książek, o polskim obłędzie, o pięknym samobójstwie, tak modnych dziś i okrzyczanych, których gwałtowny wysyp obserwujemy przed ważnymi dla Polski rocznicami, tego nie rozumieją. Dla nich to głupota, kretynizm i szaleństwo.

Syn Witolda Pileckiego, Andrzej, w jednym z wywiadów wyjawił, że jego ojciec miał dziwną cechę, nie czuł nienawiści do kogokolwiek, nawet do swoich przeciwników. Ten mocny człowiek okazywał się tu niezwykle delikatny i słaby. Miłość bliźniego to siła i słabość jednocześnie. Nie jest się zdolnym do żadnej podłości. Bo nie jest się zdolnym do zabicia drugiego człowieka najpierw w swojej duszy, jak czynili to Niemcy i Sowieci. I ci, którzy im się wysługiwali.

Fakt, że nigdy się nie poddał, że walczył do końca, ale nie był zdolny do nienawiści, syn Rotmistrza nazwał, jakże celnie, mądrością.

O jego subtelności, o tym że myślał nieustannie o innych, tak by poruszając się po cienkiej, coraz cieńszej linie nad przepaścią, prowadząc swoją śmiertelną grę z donosicielami i szpiegami, nikomu nie zaszkodzić, świadczy pewien niezwykły dokument. List, jaki napisał w więzieniu, sześć dni po aresztowaniu.List do szefa Departamentu Śledczego MBP Józefa Różańskiego. Ma on formę wiersza. Witold Pilecki zwraca się w nim do swojego oprawcy, by już z miejsca uświadomić mu, że nie ma takiej możliwości, by kogokolwiek podczas śledztwa zdradził. Ujawnia swój niedawny stan ducha – stan ducha człowieka wolnego, choć jest ścigany jak zwierzę. Człowieka, który będąc jeszcze na wolności w Polsce Ludowej wiedział już bardzo dobrze, jaki los mu przypada. Że został prawdziwie wyklęty. (Dziś o ludziach tego pokolenia, wychowanych na konspiracji i Legionach, pisze się, że przejawiali charakterystyczne dla piłsudczyków plemienne myślenie; ich postawy określa się jako wąskie i antywspólnotowe). Ale zarazem, także i teraz, w więzieniu - pozostał swobodny i suwerenny, pozbawiony lęku. Chciał napisać list wierszem do kata i zrobił to.

Ten Polak o kryształowej duszy, po raz ostatni będąc na koniu, miał tylko jedno zmartwienie – by nikogo nie wciągnąć niechcący w pułapkę, którą na niego zastawiono. Nie był przecież naiwny, wiedział o jej istnieniu…

Oto petycja, jaką Witold Pilecki napisał w M.B.P.14 maja 1947 roku:



Na skórze wciąż gładki – wewnętrzny trąd miałem,
Co wżarł mi się w duszę – nie żywiąc się ciałem
Z nim chodząc po mieście – w ślad wlokłem zarazę…

Przeciętny znajomy nic o tym nie wiedział,
Że prosząc: „wstąp do nas, bo będę urazę
Miał do Cię” – narażał się sam, bo gdym siedział
Z nim pijąc, lub z jego małżonką – herbatę,
– (a na zapytanie, gdzie teraz pracuję?
starając się wzrok swój gdzieś wlepić w makatę
mówiłem, że piszę, lub rzeźbię, maluję) –


A samą bytnością już bakcyl wnosiłem,
Co skrycie się czając w pozornym niebycie,
Złem płacąc – za serce – (żem jadł tam i piłem) –
Mógł wtrącić do lochu i złamać mu życie.

Mój jeden przyjaciel, co tyle wciąż serca
Miał dla mnie – gdyż w piekle z nim razem siedziałem
I tam gdzie „vernichtungs” wkrąg wszystkich uśmiercał
Uchronić od śmierci go jakoś zdołałem –


Więc teraz tak bardzo serdecznie podchodził
On do mnie – z ufnością. Lecz sprawką szatana
Człowieka zacnego – jam w serce ugodził,
By dać coś dla tamtej, co stamtąd przysłana

Dlatego więc piszę niniejszą petycję
By sumą kar wszystkich – mnie tylko karano
A choćby mi przyszło postradać me życie –
Tak wolę – niż żyć wciąż, a w sercu mieć ranę.**)


Dzisiejsi wyklęci
Dziś Polacy, tacy jak rotmistrz Pilecki i dziesiątki jemu podobnych, obrońców honoru Polski, są ponownie wyklęci – tym razem przez jakże poczytnych, modnych i dowcipnych pisarzy, publicystów, a nawet profesorów historii. Ludzi aksamitnych, którzy chcą się wszystkim podobać. Starają się być logiczni i chłodni, popisują się zarazem w swoich tekstach paradoksami i brutalnym stylem, wolnym od narodowej egzaltacji. To już nie są dawni autorzy zasłużeni dla PRL-u, ale zadeklarowani antykomuniści, prawicowcy tout court. Służą jednej sprawie: temu, by ich czytelnicy zrozumieli, że rodzimą historię trzeba koniecznie przewartościować, by Polacy, ten naród głupków, wreszcie zmądrzeli. Jeden z profesorów napisał w swoim tekście, szkalującym Witolda Pileckiego: „zarzuty stalinowskiego państwa polskiego, sformułowane najpierw ustami prokuratora, a potem potwierdzone przez sąd, były poważne – to Pilecki musiał zrozumieć. Notabene dzisiejszy historyk – rzetelny historyk – tę rację Polski pojałtańskiej powinien również rozumieć, wziąć ją pod uwagę”. Musiał zrozumieć – nie zrozumiał. Głową zapłacił. Rzetelny historyk nie może nie zżymać się, że tylu Polaków tego człowieka traktuje wciąż jako wzór. Czy sam nie bierze pod uwagę, że mówiąc o „stalinowskim państwie polskim” wypowiada kłamstwo tak potworne, że aż iskry od niego lecą?

A ona, ta nie przewartościowana, tępa i złośliwa historia wciąż wypełza, denerwując tłum naukowców i felietonistów – ze ścian domów, z murów Warszawy, z cmentarzy… 1 sierpnia, 15 sierpnia…

Witold Pilecki dawał swojej żonie Marii rady, wtedy, gdy było jej najciężej. W grypsach pisanych w celi stalinowskiego więzienia prosił ją, by w chwilach trudnych czytała Tomasza a Kempis, „O naśladowaniu Chrystusa”, by się z tą książkąnie rozstawała . Ona jej pomoże. Witold Pilecki wiedział, jak się zwycięża. Nie złamano go. Na procesie, po którym ogłoszono karę śmierci, jego rodzina widziała go z twarzą promienną.

Zdradzić, czyli sprzeciwić się powołaniu
Adam Mickiewicz ukazał głęboki sens zdrady omawiając podczas wykładów paryskich twórczość Franciszka Karpińskiego. Wykazał, że Karpiński, wielki talent epoki stanisławowskiej, autor pięknych pieśni religijnych – nabożnych, szczerych, prostych i serdecznych, jak mówił słuchaczom zebranym w Collège de France - podchwyconych od razu przez lud, nie zasłużył na tytuł poety narodowego.

„Pozostał on czysty, pobożny, zrezygnowany jak wieśniak tamtejszy, ale zdaje się nie pamiętać o tym, że tysiąc lat przeszło nad jego plemieniem, że Polska istniała od wieków, że przeszłość Polski nakładała na potomków tego plemienia obowiązki religijne i poetyckie… Mógłby on więc bez uchybienia całej swej przeszłości, zamknąć się w milczącej rezygnacji, dającej się usprawiedliwić u chłopa, ale nie wybaczalnej u obywatela, który powołany jest – nawet przez prawa swej ojczyzny – do jej obrony?”

I Mickiewicz nie waha się powiedzieć: „Pod tym względem Karpiński nie jest Polakiem. …”

Przytacza na obronę swej tezy przykład wstrząsający: jak można usprawiedliwić fakt, że ten poeta, „tak głęboki, tak podniosły, nie umiał nic lepszego doradzać rodakom, jak błagać Rosję o litość?” Oto cytat z jego utworu „Przeciw pojedynkom”:

Wielkość nieszczęścia wielkie względy wzbudza/, Może nas słabych wesprze litość cudza./Jedną potęgą Europa się chwali:/Ta mogąc wszystko nie zechce źle zrobić…

„Na koniec na klęczkach błaga Katarzynę o łaskę… Nie masz w tych utworach uczucia polskiego…”, podsumowuje Mickiewicz ***)

Paul Claudel wiele uwagi w Dzienniku poświęcał swoim rodakom, kolaborantom z okresu okupacji niemieckiej. Cytował ich argumenty. Zawsze były takie same. Zdrajcom przyświecał pragmatyzm, realizm, zdrowy rozsądek, bezdyskusyjność potęgi Niemiec… 10 czerwca 1941 roku streścił przemówienie szefa kolaboracyjnego rządu, Darlana: „Francja jest zgubiona… Jedyna nadzieja w dobrej woli zwycięzcy. Tę dobrą wolę trzeba uzyskać i żadna ofiara w tym względzie nie może być dla nas zbyt kosztowna. Trzeba być posłusznym rozsądkowi i wyrzec się >sentymentalizmu< (czytaj: patriotyzmu)”.

„Dziś, nieograniczoną służalczością musimy zasłużyć na przyszłe niewolnictwo…”, pointuje pisarz.

Zemsta na Warszawie
Aleksandra Richie, autorka wydanej na Zachodzie, a obecnie przetłumaczonej na polski książki pt. „Warszawa 1944. Tragiczne powstanie”, przyjechała do Warszawy w połowie lat 80. ub. wieku i zobaczyła coś zadziwiającego. Stolicę kraju komunistycznego, w której życie nie zamarło – tak jak w Berlinie Wschodnim, który poznała wcześniej, który był miejscem ponurym i przygnębiającym. Przeciwnie, tu życie wręcz kipiało, akademickie, kulturalne, polityczne – w podziemiu , ale i na ulicach widoczny był inny nastrój – był akurat stan wojenny. Zobaczyła też, że tkanka urbanistyczna miasta jest porwana w strzępy, zawiera wyrwy o nieprawdopodobnych wręcz rozmiarach, nieporównywalnych ze zniszczeniami wojennymi jakichkolwiek stolic europejskich. Dosztukowano nieudolnie budynki o kształtach, które urągają dawnej architekturze miasta, pozbawione wszelkiej harmonii i proporcji, obce. Stoją, jak gdyby naigrawając się z resztek zachowanego tu piękna. Patronuje im architektoniczny potwór zwany Pałacem Kultury

Tu musiało istnieć inne miasto, taki wniosek nasunął się młodej Kanadyjce, nieźle zorientowanej w historii ostatniej wojny, z racji udziału w niej rodziny. Ale co się z nim stało? Jakiż to straszliwy kataklizm tędy przeszedł – o którym milczy cała historia oficjalna?

Była nieźle zorientowana, a jednak zupełnie pozbawiona wiedzy o tym, czym była okupacja niemiecka w Polsce, czym były zbrodnie wojenne Hitlera w naszym kraju. I że oprócz powstania w getcie warszawskim, które na Zachodzie – studiowała historię w Oxfordzie – często wspominano, było jeszcze inne powstanie. Powstanie, które trwało 63 dni, a w którym walczyły dziesiątki tysięcy młodych przeważnie ludzi. (Nawet sympatyzujący z Polską Vittorio Messori – tak jak ogromna większość pisarzy i historyków z Zachodu – także permanentnie myli te dwa powstania).

„Wymordować dziesiątki tysięcy cywilów, wygnać pozostałych przy życiu, a potem palić i wysadzać w powietrze całe miasto. To był po prostu jakiś krwawy szał nie do przewidzenia, bo nie można przewidzieć takiego wybuchu czystego zła” – po latach badań, studiów i dociekań młoda Kanadyjka – Brytyjka z pochodzenia -mogła już sformułować pierwsze wnioski. Wydano na Zachodzie jej książkę. Jaki będzie jej skutek?

Autorka podkreśla, że Zachód nie dysponuje żadną wiedzą o tym, jak wyglądała wojna na naszych ziemiach, znane są tu dosłownie ścinki i strzępy informacji o prawdziwym przebiegu okupacji niemieckiej w Polsce. Panuje całkowita ignorancja, jeśli idzie o znajomość rozmiarów i bestialstwo zbrodni Hitlera, zamysł i przebieg unicestwienia Warszawy. Jest to tym dziwniejsze, że w 1939 roku stolica Polski była prawdziwą perłą Europy, ogromnym pięknym miastem, zwanym Paryżem Północy, gdzie każdy szczegół mówił o historii tego kraju i kulturze jego mieszkańców.

Alexandra Richie podkreśla, że to, co uczynili Niemcy było czymś niespotykanym w historii. To nie była żadna akcja odwetowa, tylko planowe barbarzyństwo. Wojna na Zachodzie wyglądała inaczej, była zdecydowanie bardziej cywilizowana. Nie towarzyszył jej tak jawny zbrodniczy szał, duch zemsty.

Komuś bardzo też zależało, żeby stolica Polski, ten symbol piękna i trwania cywilizacji chrześcijańskiej, po prostu przestała istnieć.

Nie było ku temu żadnych uzasadnień militarnych, istniało natomiast coś, co autorka określa mianem nienawiści i wstrętu Hitlera do Polaków, o podłożu rasowym, jak pisze. Bo nienawiścią objęto także cywili, których mordowano dziesiątkami tysięcy. A. Richie nazywa to zbrodnią bez precedensu w historii. A mimo to wycięto ją z oficjalnej wersji historii ostatniej wojny, jak usuwa się w ostatniej chwili jednym cięciem ze szpalt gazety niewygodny artykuł . Tak działa polityczna cenzura. Ta tragedia jest nieobecna w podręcznikach szkolnych, w opracowaniach naukowych, nie znana z żadnego filmu. (W zamian powstają dzieła takie jak „Nasze matki, nasi ojcowie”…) Świat się nie dowiedział, świat poznał tylko jakieś niewyraźne mgliste przybliżenia. Sprawcy milczeli, świadków wyciszono. Polacy zostali zamknięci w wielkim łagrze za żelazną kurtyną. Byli nieobecni tam, gdzie trzeba było mówić. Nieobecni nie mają racji.

Dziś nie mają racji bardziej niż kiedykolwiek. Do autorów szkalujących prawdę o przebiegu okupacji hitlerowskiej na ziemiach polskich (m.in. twórców niemieckiego serialu) dołączają siłą rzeczy nasi rodzimi autorzy, z całym swoim kunsztem interpretacji rodzimej historii. I tak próbują kształtować jej obraz, by był możliwie odpychający. Mogą liczyć na poklask większości mediów. Ci ludzie sprawiają wrażenie jakby polskość ich uwierała. Jakby chcieli się czegoś pozbyć. I komuś się spodobać. Komuś, kto nie myśli o Polsce z sympatią.

Roman Dmowski także chciał innej Polski. Czystej, gładkiej. Działającej jak sprawna maszyna. Prężnej. Niezakrwawionej. Ten wychowanek Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego – studiował w latach 80. XIX wieku, gdy ta zrusyfikowana totalnie uczelnia przeniknięta była silnie idealizmem niemieckim, który stał się później podwaliną hitleryzmu – uczeń w ideowej szkole Hegla, Darwina i Spencera, połykał wielkimi dawkami wiedzę o tym, że rzeczywistość zastaną trzeba odrzucić. Odrzucić, by zbudować lepszą, dojrzalszą, bardziej nowoczesną. By iść z duchem postępu. Ta Polska, która istniała, z jej tradycją rycerską, była mu solą w oku.

Duch postępu potrafił uwodzić umysły. Wzmocnione przez kompleksy drobnomieszczańskie i zachłyśnięcie się heglizmem tworzyły się spójne wewnętrznie światopoglądy dyktatorów: Hitlera i Mussoliniego. Imponowała im potęga machiny gospodarczej i militarnej własnych państw. Hitler był przekonany, że społeczeństwo niemieckie jest jedną z części tej machiny. By dobrze działało, nie zacinało się, wystarczy pożywka ideologii, jaką mu narzucił.

„Po latach od upadku systemu hitlerowskiego, gdy prawie cała konkretna treść kłamstw tego systemu uległa zapomnieniu” – pisała w latach 60. ub. wieku Hannah Arendt – „trudno niekiedy oprzeć się wrażeniu, że zakłamanie stało się integralną częścią niemieckiego charakteru narodowego”.

Mickiewicz wygłaszając swe wykłady z literatury słowiańskiej nieustannie nawiązuje do historii Europy, wie, że inaczej nie powiedziałby prawdy. Mówiąc o literaturze polskiej używa sformułowania: religijna historia Polski. W jego wykładach wszystko się ze sobą łączy. Jedno wynika z drugiego. Historia katolicka jest niepodzielną całością. Nie można jej zobaczyć tylko poprzez szczegół, czy wybraną dziedzinę, na przykład jedynie poprzez historię operacji wojennych, katalog pomyłek polityków i potknięć dyplomatów. Świat nie dowiedział się prawdy o przebiegu wojny na ziemiach polskich, nie pojął cierpień Warszawy, bo nie był zainteresowany. W ogóle odrzucił prawdę w historii.

Jeżeli będziemy domagali się od naszych dziejów i ich bohaterów bezbłędności, popadniemy w puryzm, który nie ma nic wspólnego z mądrością, ani ze zdrowym zmysłem krytycznym. Jest rodzajem nerwicowego zniewolenia, któremu łatwo jest się poddać. Jest pokusą. „U każdej poszczególnej jednostki niedoskonałość jest doskonałością”, przypomina Paul Claudel. „Poszukiwanie doskonałości samej w sobie ma coś szatańskiego…” Dziś więc, gdy nawet wielu z nas, Polaków, ma skłonność, by widzieć wszystko oddzielnie, trzeba zwrócić uwagę na przyczyny tego stanu: niszczenie kryteriów oceny, brak hierarchii w układzie faktów, przeinformowanie, obraz Polaków ukształtowany przez książki typu „Dowcipy o Polakach”, „Malowany ptak”, dzieła J.T.Grossa. Oraz najnowsze produkcje, gdzie bohaterstwo nazywane jest obłędem lub manią samobójczą. Zanik myślenia o przyczynach i skutkach, ślizganie się po powierzchni, zamiast docierania do istoty, wszystko to składa się na ignorancję nie tylko społeczeństw Europy i Ameryki Północnej w tej kwestii, ale nawet najwybitniejszych ich przedstawicieli.

Dokłada się do tego kulturowa maniera, beztroska pewnej grupy naszych rodaków, by wypowiadać się z pogardą o naszej przeszłości i jej bohaterach.

Polska, bastion cywilizacji
To, co takim wstrząsem było dla Alexandry Richie w 1985 roku, prawie pięćdziesiąt lat wcześniej opisywał I przepowiadał Hilaire Belloc, angielski pisarz i polityk, apelując do świata Zachodu o opamiętanie, o nie zamykanie oczu na tragedię Polski. On także – zaledwie miesiąc po agresji na Polskę Niemiec i Rosji - piętnował niewybaczalną ignorancję swojego społeczeństwa.

„Płacimy wysoką cenę w Wielkiej Brytanii za nasze zaniedbania i naszą ignorancję wobec kultury katolickiej. Ignorancja ta wpływa negatywnie na całą naszą politykę i w żadnym obszarze nie jest ona tak ewidentna jak w sprawie Polski”, mówił w październiku 1939 roku, w Stanach Zjednoczonych, zdruzgotany rozwojem wydarzeń, apelując do sumień polityków wolnego świata. Wtedy, gdy Polska samotnie zmagała się z dwoma najeźdźcami.****)

Belloc z przerażającą jasnością uświadamiał sobie konsekwencje zdrady Polski przez Zachód; próbował nazwać jej przyczyny. „Większość Anglików (w tym, oczywiście, polityków) nie ma pojęcia o historii Polski ani o roli, jaką Polska odgrywała również współcześnie, od czasu zaborów”.

„Niejasne wyobrażenie, jakie mogły posiadać na ten temat [roli i historii Polski – EPP] osoby lepiej wykształcone, ograniczało się do uogólnienia, zgodnie z którym Polska była pod jarzmem Rosjan. Kwestią ledwie pamiętaną i nigdy należycie nie podkreślaną było to, że planowany mord Polski został zainicjowany przez Prusy. W ogóle nie doceniano faktu, że Polska jest bastionem cywilizacji we Wschodniej Europie. Ledwie zdawano sobie sprawę z tego, że najważniejszą rolę odgrywa w tym polska religia. Ponosimy teraz konsekwencje tej skumulowanej ignorancji: wskutek naszego niezrozumienia Europy pomogliśmy Prusom uzbroić się na nowo, przez co próba mordu Polski została wznowiona”.

Te słowa miały w zamyśle autora wstrząsnąć sumieniami polityków i przywódców wojskowych Anglii, Ameryki i Francji u progu ostatniej wojny. Nie wstrząsnęły. Pisarz pozostał samotny w swej jakże realistycznej diagnozie.

Ale zarazem zapowiedział, że to co zaplanowano wobec Polski będzie krótkotrwałym zwycięstwem nad jej wolnym duchem. Zasadnicze zaś skutki poniesie Zachód, który utraci swoją cywilizację. Europy po prostu nie będzie.

„Działania Rzeszy niemieckiej i tyranii sowieckiej mają charakter anarchistyczny. Głównym i trwałym przykładem tych anarchistycznych zapędów było podjęcie próby zniszczenia Polski poprzez nagły atak, nie poprzedzony wypowiedzeniem wojny”, podkreślał. Wiedział, że o przeciwniku mówią wszystko metody, jakimi się posługuje..

„Warunkiem zapewnienia ciągłości naszej cywilizacji jest pokonanie autorów tej zbrodni. Być może nie zdołamy tego uczynić. Jeśli tak się stanie, upadnie również cała nasza kultura. We wszystkich naszych działaniach, zakończonych sukcesem lub porażką, będzie wciąż obecna Polska”.

Te same ostrzeżenia bezwiednie wypowiada dziś kanadyjska pisarka, która osiedliła się w końcu Warszawie. Czy i ona, podobnie jak H. Belloc, dzięki jasności umysłu widzi już oczami duszy sekwencję nadciągających wydarzeń? Belloc nie miał wątpliwości – które posiadają w tak znacznym stopniu niektórzy historycy polscy doby dzisiejszej – że rdzeniem historii jest prawda katolicka. W całym swym pisarstwie – podobnie jak G. K. Chesterton, P. Claudel, jak prof. Feliks Koneczny, prof. Oskar Halecki – toczył bój o uznanie prawdy katolickiej w historii.

Ubolewał, że tak wielu jego współczesnych ma wciąż problemy ze zrozumieniem, że „odbudowa i utrzymanie jedynego żarliwie katolickiego narodu jest kwestią kluczową” dla wszystkich mieszkańców kontynentu…

„Jedyną przyczyną upadku Polski jest upadek zupełny chrześcijańskich zasad w polityce europejskiej, zachłanność i grabież sąsiadów”, mówił o rozbiorze Polski prof. Koneczny, pointując swoje rozległe podsumowanie okresu reform przeprowadzonych w Polsce w drugiej połowie XVIII w. Taką samą tezę głosił Adam Mickiewicz w Paryżu. Taka sama myśl przyświecała apelowi do narodów wolnego świata Hilaire Belloca.

„Czy uda nam się sprawić, że Polska się odrodzi…”
„Wszystko będzie zależało zatem od tego, czy uda nam się sprawić, że Polska się odrodzi” - Hilaire Belloc u progu ostatniej wojny z tą jedną jedyną sprawą wiązał swoją nadzieję na pokonanie całego anarchistycznego zła w Europie!

Angielski myśliciel wiedział doskonale, że przypadek Polski, miażdżonej na oczach niemego świata przez dwie potęgi, obie ogarnięte ideologicznym szaleństwem – o wspólnym ideowym korzeniu, jakim jest myśl Hegla - nie jest jedynie odosobnionym historycznym incydentem.

Dlatego też prawdziwe odrodzenie polskiego państwa (siedemdziesiąt lat po wojnie!) nie rozegra się dzięki „kultowi przeciętności”, jaki starają się zaszczepić w Polakach wspólnym wysiłkiem szkoła, upadające wyższe uczelnie, książki nagłaśniane przez wpływowe środowiska polityczne, które mają naszą historię zreinterpretować, a z nas uczynić potulne stado zajęte swoim małym szczęściem w czterech ścianach, w knajpach z ogródkami, na żaglach i deskach oraz z klubach dyskusyjnych. „Jeśli nam się to nie uda, będzie to oznaczało, że zatriumfowały siły niszczące wszystko, dzięki czemu i dla czego żyjemy”, przestrzegał Amerykanów, Anglików i Francuzów Hilaire Belloc.

„…Wraz z Polską ocalejemy lub zginiemy… słowo >my< oznacza całą naszą sztukę, literaturę, filozofię, całe to wspaniałe, obecnie zagrożone dziedzictwo”, kończy swój wywód angielski pisarz.

Tajemnica śmierci Rotmistrza Pileckiego to fragment tajemnicy Polski. Zagadki zbyt trudnej, zbyt męczącej dla ludzi znikąd, dla mieszczan i wiecznych turystów we własnym kraju. Dla wszystkich pozbawionych gruntownej znajomości historii – także dla słabo wykształconych cudzoziemców. On wiedział, że cele, które przyświecają naszym prześladowcom są o wiele bardziej dalekosiężne niż te ujawniane. Nie chodzi tylko o grabież i fizyczny podbój.

Zniszczenie Polski to zniszczenie cywilizacji łacińskiej w Europie. Zniszczenie wiary w Boga.

Ideolodzy nacjonalistyczni – a nacjonalizm tak jak bolszewizm jest dzieckiem rewolucji francuskiej – próbują ukształtować sobie w Polsce motłoch, by móc w nim zaszczepiać płaską mentalność kupiecką, geszefciarską, drobnomieszczańską, całkowicie obcą polskości. A wraz z nią antysemityzm i inne rodzaje nienawiści. Ludzie znikąd są różni. Jedni mają coś z mentalności wschodniej i uwielbiają zabawy plemienne (uważają na przykład, że trzeba się unurzać w złu, by zasłużyć na miano „bohatera”, „idola”…). Inni są typowymi filistrami i bliska jest im mentalność i kultura niemiecka (choć nigdy by się do tego nie przyznali). Jeszcze inni czują się „intelektualistami”, „artystami” i najbardziej odpowiada im postmodernizm – ze swoim infantylizmem i epatowaniem jarmarczną brzydotą.

Ludzi znikąd - czyli bez tożsamości, bez wykształcenia, bez przodków, bez przeszłości, w jakimś zapamiętaniu niszczących cywilizację – łączy jedno: Polska – jej wiara, kultura, jej tysiącletnia historia – to dla nich wszystkich problem. Przeszkoda. Demaskuje ich. Trzeba ją zniszczyć.

Tak wolę…
Tak mogłoby się stać. To dziś łatwe. Ale istnieje Ktoś, komu ten plan może się nie podobać.

Tym Kimś jest Kobieta. Stworzona, jak każdy z nas. Została Matką Boga.

Istnieje pewna grupa Polaków, a właściwie – wszyscy, którzy mają serca polskie – którzy lubią przebywać w Jej obecności. Tak, by miała na nich wpływ wychowawczy.

Więź, która łączy tych ludzi z Nią jest tajemnicza. Dlatego, że Ona jest bardzo delikatna, jak napisał jeden z księży. Potężna i delikatna. Żeby mogła zdziałać to, co uratuje nasz mały kraj, wciśnięty pomiędzy bezwzględne potęgi, kraj bez armii, bez formalnych przywódców, bez gospodarki, kraj, na który już wydano wyrok, trzeba umieć się ukorzyć. Trzeba zadbać o pokorę.

Masz nic nie umieć, stać się małym dzieckiem, takim, które chce się wszystkiego nauczyć… Ona wszystko zmieni w twoim życiu. I będziesz czuł Jej moc i to, że Ona naprawdę rządzi światem. *****)

…By sumą kar wszystkich mnie tylko karano – jak prosił w wierszu-petycji Witold Pilecki swego oprawcę. Tak wolę…

Te słowa to gotowość świadomego dźwignięcia krzyża. Stania się ofiarą – dla drugich. Dla braci. Pociecha jedyna - naśladowanie Chrystusa.

To nie zryw, czy wielki popis bohaterstwa od wielkiego dzwonu, to pójście po śladach Jej Syna. On to pierwszy, gdy Go już pojmano, obezwładniono, uderzono i opluto, został okrzyknięty przez rozwścieczony motłoch Głupcem i Szaleńcem.

_______________

*) por. list C. K. Norwida do Mariana Sokołowskiego z Paryża wysłany 6 lutego 1864 roku
**) List ten umieszczono w albumie poświęconym Rotmistrzowi Pileckiemu autorstwa Jacka Pawłowicza („Rotmistrz Witold Pilecki 1901-194”, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2008); informacje dotyczące biografii W. Pileckiego – za tą pracą
***) Adam Mickiewicz – „Literatura słowiańska”, kurs drugi, wykład XX – 19 kwietnia 1842
****) Hilaire Belloc, wystąpienie opublikowane 28 października 1939 roku w Stanach Zjednoczonych, tłum. Izabella Parowicz (za portalem Rebelya)
*****) ks. Aleksander Woźny „Rozważania” cz.I, Kontekst, Poznań 2005

http://ewapolak-palkiewicz.pl/glupcy-szalency-narod/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 20 wrz 2014, 09:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Babranie się w ściekach, w szambie, plugawienie piękna świata i piękna dorobku kulturowego wszystkich ludzkich pokoleń, jest sprowadzaniem człowieka z drogi rozwoju, na bezpłodne manowce życia, gdzie króluje tylko dekadencja i śmierć.

Teatr w bagnie

Ks. kard. Stefan Wyszyński

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Jakże wiele mamy współcześnie przykładów naruszania ładu moralnego! Najbardziej dotkliwie ład moralności chrześcijańskiej został pogwałcony w życiu rodzinnym i małżeńskim. Dzisiaj już biją na alarm – Polska wymiera, a rodzina już nie jest kolebką, lecz trumną. Wychowanie szkolne, ateistyczne, laickie, wychowanie według zasad „moralności socjalistycznej”, wychowanie seksualne – zamiast służyć narodowi i umacniać go, prowadzi naród do niechybnej zagłady. Niektórzy już dzisiaj widzą pustą plamę na tym terenie, gdzie dziś żyje i rozwija się Polska.

Niedawno, w tych dniach, jeden z teatrów stolicy wystawił sztukę, drukowaną przedtem w „Dialogu”. […] Pytamy: Czy możemy milczeć? Czy nie musimy wołać – w imię zdrowia narodu, w imię właściwego przedstawiania miłości dwojga ludzi – zastanówcie się, co czynicie! […] Uważam, że tego rodzaju dzieła są szkodliwe dla polskiej racji stanu. Dlatego biskup ostrzegający przed tego rodzaju twórczością nie jest wrogiem czy zdrajcą, ale staje na stanowisku przyjaciela narodu, który chce obronić go przed czymś więcej niż przed degeneracją. To też jest praca na dobro polskiej, narodowej racji stanu. Moralność chrześcijańska bowiem budzi w narodzie poczucie odpowiedzialności i sumienności, a Kościół ją rozwija i pielęgnuje, pogłębiając stosunek wewnętrzny człowieka do Boga i do braci przez ducha pokuty i życie eucharystyczne.


Fragment pochodzi z kazania wygłoszonego 11.05.1975 r.

--------------------------------------------------------------------------------

Dzisiejsze próby używania teatru do celów demoralizujących i bluźnierczych to nic nowego. To już było w czasach PRL, gdy w imię postępu (tzw. moralność socjalistyczna) lub za zasłoną „tajemniczości sztuki” propagowano wątpliwe postawy w obszarze o znaczeniu fundamentalnym dla rodziny i Narodu. Ksiądz Prymas nie wahał się zabierać głosu. Krytycznie odniósł się wówczas do sztuki Różewicza „Białe małżeństwo”. Wyobraźmy sobie, co powiedziałby dziś, gdy teatry przekraczają barierę dźwięku, nie tylko tracąc dobry smak, ale z jakąś niezrozumiałą lubością pławią się w moralnym bagnie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/98683,teatr-w-bagnie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 18 paź 2014, 09:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Nie dajmy się utopić w lewackim bagnie bezbożnictwa ideologicznego, nastawionego na zysk, władzę i terror.
Świat jest bogatszy i obszerniejszy niż nam próbuje go przedstawić lewacki kołtun.
Nie dajmy się zamknąć w kokonie lewackich majaków i żyjmy w prawdzie, w rzeczywistości, w miłości, w pięknie i wolności.


Prawda nie umiera

Bł. ks. Jerzy Popiełuszko

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Krzyżem Ojczyzny jest to, że od dziesiątków lat był dziwny upór zabierania ludziom, a zwłaszcza młodzieży Boga i narzucania ideologii, która nie ma nic wspólnego z tysiącletnią chrześcijańską tradycją naszego narodu. „Jak można było pomyśleć – i tu przytoczę słowa zmarłego prymasa – że Polska, która przez dziesięć wieków żyła w światłach krzyża i Ewangelii, wyrzeknie się Chrystusa i odejdzie od swojej kultury chrześcijańskiej, kształtowanej przez wieki, wszczepionej w życie osobiste, rodzinne i narodowe”. Planowana ateizacja, walka z Bogiem i tym, co Boże, jest jednocześnie walką z wielkością i godnością człowieka, bo wielki jest człowiek dlatego, że nosi w sobie godność dziecka Bożego. Krzyż to brak prawdy. Prawda ma w sobie znamię trwania i wychodzenia na światło dzienne, nawet gdyby starano się ją skrupulatnie i planowo ukrywać. Kłamstwo zawsze kona szybką śmiercią. Prawda zawsze jest zwięzła, a kłamstwo owija się w wielomówstwo. Korzeniem wszelkich kryzysów jest brak prawdy. Krzyżem jest brak wolności. Gdzie nie ma wolności, tam nie ma miłości, nie ma przyjaźni, zarówno między członkami rodziny, jak i w społeczności narodowej czy też między narodami. Nie można miłować czy żyć z kimś w przyjaźni przez przymus. Człowiek dzisiejszy jest bardziej wrażliwy na działanie miłości niż siły. Polaków nie zdobywa się groźbą, ale sercem. A i męstwo nie polega – jak mówił zmarły prymas – na noszeniu broni, bo męstwo nie trzyma się żelaza, tylko serca.

Fragment pochodzi z kazania z 26 września 1982 r.

--------------------------------------------------------------------------------

Jeden system totalitarny upadł, ale na jego miejsce powstają nowe. Są niczym hydra, której obcięto głowę, ale której w zemście odrastają głów tysiące. Co łączy totalitaryzmy, dawne i dzisiejsze? Ateizm. W każdym totalitaryzmie, nawet takim, który kryje się za maską demokracji, nowoczesności, postępu, pluralizmu, tolerancji, wcześniej czy później na plan pierwszy wysuwa się walka z Bogiem. Czasem ostentacyjna, a czasem wyrafinowana i pokrętna, ale walka. My dobrze o tym wiemy, dlatego i dziś nie boimy się bronić krzyża.

http://www.naszdziennik.pl/wp/103973,pr ... miera.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 08 lis 2014, 20:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Wojciech Wencel

Nic nie mają, a posiadają wszystko

Czy jako Polacy chcemy nadal łączyć swoją historię z Chrystusem? A może wolimy „wprzęgnąć się z niewierzącymi w jedno jarzmo”?

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 43/2014

Włocławek, sobota 18 października 2014 roku, dziedziniec sanktuarium Męczeństwa bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Podczas Eucharystii młoda kobieta czyta fragment 2 Listu do Koryntian: „Bracia! Okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką cierpliwość, wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w chłostach, więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, w nocnych czuwaniach i w postach, przez czystość i umiejętność, przez wielkoduszność i łagodność, przez objawy Ducha Świętego i miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą, przez oręż sprawiedliwości zaczepny i obronny, wśród czci i pohańbienia, przez dobrą sławę i zniesławienie...”.

Do kogo właściwie zwraca się w swoim liście św. Paweł? Czy tylko do historycznej wspólnoty chrześcijan w Koryncie? Oczywiście, że nie. Tu i teraz, nieopodal tamy na Wiśle, w miejscu złożenia relikwii wskrzesiciela polskiej duszy, w wigilię 30. rocznicy jego męczeńskiej śmierci, św. Paweł mówi do nas, Polaków, osadzonych w konkretnej historii i nauczonych przez pokolenia, „aby nie ufać sobie samemu, lecz Bogu, który wskrzesza umarłych”. Żaden podręcznik historii nie opisuje precyzyjniej apostolskiego wymiaru polskich dziejów.

Ta nasza bezprzykładna cierpliwość w oczekiwaniu na owoce przymierza z Bogiem. Modlitwy, które nie odsunęły kielicha goryczy. Powstania, które nie przyniosły politycznej wolności. Obrona europejskiej cywilizacji najpierw przed bolszewickim, potem przed niemieckim barbarzyństwem, „nagrodzona” zdradą aliantów w Teheranie i Jałcie. Honor przestrzelony sowiecką kulą. Idea jagiellońska przebita ukraińskimi widłami. Dwie wielkie emigracje. Pół wieku komunistycznej niewoli. Strażnicy pamięci i wolności strąceni w smoleńskie błoto. I po każdej traumie ta sama wierna śpiewka: „Ileż to razy Tyś nas nie smagał,/ A my nie zmyci ze świeżych ran,/ Znowu wołamy: On się przebłagał,/ Bo On nasz Ojciec, bo On nasz Pan!” (Kornel Ujejski, „Z dymem pożarów”).

Ile było przez wieki tych „utrapień, przeciwności i ucisków”? Ilu Polaków wleczonych na Sybir, rozstrzeliwanych w ulicznych egzekucjach, chłostanych w Cytadeli, spalanych na popiół w niemieckich obozach śmierci? Żołnierze wyklęci, chrzczeni brudną wodą w karcerze mokotowskiej katowni, ze stopami wspartymi na czarnym kamieniu. Matki, żony, siostry „w trudach, w nocnych czuwaniach i w postach”. Ich czarne sukienki na Krakowskim Przedmieściu, ich białe dłonie przygotowujące posiłki dla więźniów, opatrujące rannych, zamykające powieki poległym. Księża w bagażnikach wiezieni na swoją Golgotę, studenci mordowani na klatkach schodowych. Uczniowie, stoczniowcy, górnicy chowani w ziemi nocą, pod ścisłą kontrolą SB. Smoleńskie wdowy z twarzami wykrzywionymi z bólu.

Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko nauczał: „Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzić do zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem”. Czy jako Polacy chcemy nadal łączyć swoją historię z Chrystusem? A może wolimy „wprzęgnąć się z niewierzącymi w jedno jarzmo”, pomieszać sprawiedliwość z niesprawiedliwością, światło z ciemnością, a Boga ustawić w galerii współczesnych bożków? Pytam tych, którzy dziś głoszą, że lepiej było dla Polski sprzymierzyć się w 1939 r. z Adolfem Hitlerem, a „prawdę i honor” traktują jako „pojęcia emocjonalne”, wykorzystywane przez dowódców powstania warszawskiego do podejmowania „nieodpowiedzialnych” decyzji. Tylko proszę nie odpowiadać „tak” i „nie” jednocześnie, bo nie da się pogodzić żywego chrześcijaństwa z materialistyczną polityką.

Albo jako naród wybieramy Boga i dostajemy krzyż, który oprócz cierpień rodzi czystość, wielkoduszność i łagodność, wierność Duchowi Świętemu i miłość nieobłudną, uzdalnia do głoszenia prawdy i pokładania ufności w mocy Bożej. Albo wybieramy Beliara i otrzymujemy iluzję dozgonnych korzyści w grze zdegenerowanych państw o wieniec niesprawiedliwości.

W tej pierwszej perspektywie widzę wspaniałość polskiej historii. To nic, że dziś większość Polaków boi się wielkości, którą przewidział dla nas wszystkich Bóg. Ważne, że pod skorupą lawy, co „zimna i twarda, sucha i plugawa”, wciąż płonie wewnętrzny ogień. Ciągle trwa sztafeta pokoleń, dla których polskość znaczy tyle, co „w dobrych zawodach wystąpić, bieg ukończyć, wiary ustrzec”. I ewangelizować ten świat mocą Chrystusa, „który nas pociesza w każdym naszym ucisku, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakimkolwiek ucisku, tą pociechą, której doznajemy od Boga”.

Natomiast drugi pomysł na Polskę budzi we mnie fizyczne obrzydzenie. Wolałbym być banitą na łasce i niełasce obcych niż członkiem pogańskiego plemienia, którego jedyną misją jest gra w kości z diabłem o zachowanie „narodowej substancji”. Polskość jest wieczna jak miłość, i jak ona cierpliwa. To o nas, wolnych Polakach wszystkich epok, mówi św. Paweł: „Uchodzący za oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież dobrze znani, niby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz nie uśmiercani, jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko”.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2014 ... ystko.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 05 gru 2014, 15:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Odkomercjalizować wizerunek św. Mikołaja

Obrazek

Dzień św. Mikołaja jest okazją do kształtowania postawy altruistycznej. Naśladując dobroć tego świętego biskupa, który posłuszny słowom Chrystusa pomagał najbiedniejszym, dzieciom i sierotom, pragniemy świadczyć dobro. Niestety, dzień ten został zupełnie skomercjalizowany przez współczesny świat, a wizerunek świętego został zastąpiony przez przebierańca.

Zamiast wizerunku świętego biskupa ukazuje się nam brodatego staruszka w charakterystycznym czerwonym przebraniu, który zamiast obdarowywać innych stał się żywą reklamą niemal wszystkiego. A jego zadaniem jest „wciśnięcie” dziecku podarku, za który zapłacić musi rodzic.

– Komercja wkracza wszędzie. Próbuje się także zeświecczyć świętych patronów, anioły, a także Boże Narodzenie. Nie możemy na to pozwolić, by odbierano prawdziwy charakter świąt, dlatego też 6 grudnia na ulice Szczecina wyjdą prawdziwi święci Mikołajowie, biskupi, którzy bezinteresownie obdarują najmłodszych drobnym upominkiem i będą świadczyć o tym, kim naprawdę jest ten niezwykły święty – podkreśla w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl ks. Tomasz Kancelarczyk, obrońca życia z Bractwa Małych Stópek oraz asystent kościelny Katolickiego Stowarzyszenia Civitas Christiana w Szczecinie, który od kilkunastu lat w stroju św. Mikołaja – biskupa, opowiada mieszkańcom o świadectwie tego świętego.

– Wielokrotnie spotykałem się z takim zaskoczeniem nie tylko dzieci, ale także dorosłych, którzy nie mieli pojęcia, że święty Mikołaj to biskup, a nie jakiś dziadek z brodą z Laponii. A wręczając upominek dziecku, rodzice od razu zastrzegali, że nie chcą nic kupować. To pokazuje, jak bardzo wypaczony został i skomercjalizowany wizerunek tego świętego – dodaje ks. Tomasz Kancelarczyk. I zaznacza, że ma nadzieje, iż taka akcja ukazania prawdziwego oblicza świętego biskupa będzie organizowana także w innych miastach.

– Zdaję sobie sprawę, że takie akcje to kropla w morzu wobec tego ogromnego zagłuszania i zniekształcania charakteru katolickich świąt, ale wspólnie możemy naprawdę wiele. Nie poddawajmy się, musimy wbić szpilę w tę bezduszną komercję. Św. Mikołaj to Sługa Boży, patron w Kościele katolickim, nie możemy o tym zapominać – dodał ks. Tomasz Kancelarczyk.

Marta Milczarska

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... olaja.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 15 gru 2014, 09:46 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Niemoralność, czy inaczej nieprzyzwoitość rozprzestrzenia się po świecie razem ciemnotą, zdziczeniem, zafałszowaniem, ateizmem, odczłowieczeniem. Nie jest to jednak proces naturalny, jak rozwój kultury, świadomości, przechodzenie do wyższych stanów człowieczeństwa, godności, schludności obyczajowej.
Jest to proces inspirowany i sterowany ze środowisk skrajnie nieżyczliwych ludziom. Środowiska te natomiast czerpią swoją inspirację do szerzenia destrukcji wprost z czeluści piekielnych od samego szatana. Świat dobra wciąż i nieustannie niszczony jest przez zło, a konsekwencją tego procesu jest coraz więcej krzywdy ludzkiej.


Moralni paralitycy

Gilbert Keith Chesterton

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Kiedy zanika jakiś kolejny element dawnego poczucia przyzwoitości, uznaje się za normalne, że ludzie są odtąd nieprzyzwoici w tak samo nudny sposób, jak kiedyś byli przyzwoici. Twierdzenie, że wnuki „szybko przyzwyczajają się” do czegoś, o co ich dziadowie toczyli śmiertelne pojedynki, sugeruje, że wnuki znalazły nowy, lepszy sposób na życie, zamiast ginąć na wzór swoich dziadów. Od strony psychologicznej fakty są jednak zupełnie inne. Ludzie, którzy toczyli pojedynki, mogli być przewrażliwieni czy wręcz ekscentryczni, ale byli żywi, naprawdę żywi. Dlatego właśnie ginęli. Ich wrażliwość była autentyczna i intensywna, gdyż umieli czuć coś, czego ich wnuki już nie odczuwają – różnicę między jedną rzeczą a drugą. To bystrzejsze, nie zaś zmęczone oczy dostrzegą, że kolor niebieski nie jest bynajmniej taki sam, jak zielony. Daltonista zobaczy te kolory jako jedną i tę samą szarość. To ostrzejszy, nie zaś przytępiony słuch, odbierze w mowie subtelną różnicę między niewinnością a ironią lub między ironią a zniewagą. (…) Mało kto pojmuje, że taki zanik różnicowania dokładnie odpowiada obecnej stępionej i zobojętniałej anarchii w dziedzinie moralności i manier. A zatem niech nowoczesna dziewczyna nie szczyci się, że jej prababka byłaby zaszokowana tym, co ona uważa za normalne. Może to oznaczać, że jej prababka była istotą pełną życia i wrażliwości, podczas gdy ona jest moralną paralityczką.

Fragment eseju „About Shamelesness” ze zbioru „As I was saling”, 1936 r.

Postęp w dziedzinie techniki jest niezaprzeczalny. Ale to nie znaczy, że pociąga on za sobą automatycznie postęp w innych dziedzinach, takich choćby jak sztuka czy właśnie moralność. W miejsce dawnych arcydzieł powstają kicze lub antysztuka, a zdrowe obyczaje toczy robak chamstwa, czasem w limuzynie, a czasem na wysokim stołku.

http://www.naszdziennik.pl/wp/118657,mo ... itycy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 18 gru 2014, 12:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
W dzisiejszych czasach nasza kultura ludzka, społeczna, narodowa jest wypadkową ścierania się w naszej Ojczyźnie, naszej polskiej cywilizacji łacińskiej z cywilizacjami agresorów wobec Polski, czyli z cywilizacją bizantyńską, turańską i żydowską. Kultura naszych Ojców jest stopniowo wyrugowywana z naszej przestrzeni publicznej i zastępowana zdziczeniami rodem ze Wschodu i z Zachodu. Polacy coraz bardziej się w tym gubią i coraz bardziej dziczeją.
Podstawowym i najważniejszym obecnie zadaniem dla nas Polaków jest odbudowanie naszej łacińskiej kultury, a poprzez jej ład, odbudowanie naszej Ojczyzny na wszystkich poziomach jej egzystencji. Autor poniższego artykułu opisuje nam naszą kulturę w czystej nie zaśmieconej obcością postaci. Nie dajmy Jej sobie odebrać, bo bez kultury stoczymy się do genderowskiego świata rozseksualizowanych zwierząt, a wtedy już z nas Polaków nic nie pozostanie.


Szlachetność naszej kultury

W chwilach przełomowych, a do takich należy czas obecny, naród łatwo stracić może orientację i zostać wywiedziony w pole. Co wówczas robić? Aby do tego nie dopuścić zwracać się musimy ku tym wielkim Polakom, których energia i przenikliwość ocalały naród i wyzwalały państwo. Nie brak nam takich ludzi, wystarczy sięgnąć do skarbca naszej kultury.

Posłuchajmy: „Wraz ze zdrowym ziarnem powiało po nas tumanem plewy i pośladu. [...] W sercach nieład uczuć, w umysłach pojęć zamęt. Uczą nas szacunku do obcych, a pogardy dla swoich. Każą nam miłować wszystkich, choćby ludożercę, a nienawidzieć ojców i braci, za to, że nie gorzej, lecz inaczej tylko myślą. [...] W odwieczną budowę świątyni narodu, której potężne wrogów ramiona zburzyć nie zdołały, biją dziś już młoty bratnią kierowane ręką: dla nowych gmachów pono naszych tylko gruzów potrzeba, jak gdyby owych budowniczych na własną nie stać było cegłę. Nad białoskrzydlnym, niezmazanym, najczcigodniejszym Ojczyzny symbolem kraczą kruki i wrony, chichocą obce a złowrogie puszczyki, urągają mu nawet swojskie, zacietrzewione orlęta. »Precz z Polską« - wołają - »niech żyje ludzkość!«. Jak gdyby życie ludzkości ze śmierci narodów powstać mogło!...".

Te słowa, jakże aktualne, wypowiedziane zostały w roku 1910 (!) we Lwowie przez naszego wielkiego artystę a później męża stanu - Ignacego Jana Paderewskiego - w stulecie urodzin Chopina.

Bo czyż dzisiaj, po nominalnym odzyskaniu niepodległości, nie zasypuje się nas, naród osłabiony półwiekową niewolą, plewami demoralizacji, kłamstwa i brzydoty, byśmy sobą nic nie przedstawiali? Czyż tak zwani Europejczycy nie próbują nas ciągle odszczepić od soków ojczystego korzenia, byśmy wyschli? Czyż nie uczy się obojętności, a wręcz pogardy dla rodaków i narodowego dziedzictwa, byśmy utracili jakąkolwiek siłę? Czyż nie pamiętamy owej wrony, o której proroczo mówił również Prymas Tysiąclecia w swoich „Zapiskach", a która dalej kracze?

Doprawdy, odnieść można wrażenie, iż Polska ciągle komuś przeszkadza i że to, co od kilku lat się dzieje - gdy wydawało się, że ona jest tuż, tuż, a nagle znowu zaczęła się oddalać - to nie przypadek.

Co więc jest takiego w Polsce, co urzekało i przyciągało jednych, tak że gotowi byli oddać dla niej majątek, zdrowie, a nawet życie, w drugich natomiast wyzwalało najpierw strach, a potem agresję i nienawiść?

Miarą osiągnięć wszelkich kultur i cywilizacji jest ich stosunek do człowieka.

Czy są one po to, by człowiek mógł się rozwijać, by stać się dojrzałym, suwerennym podmiotem? Taki jest wówczas, gdy umie poznać prawdę i umie pójść za realnym dobrem. Ale taki człowiek może być dla danego systemu lub władzy zagrożeniem i w konsekwencji trzeba zablokować jego rozwój, poczynając od utrudnionego macierzyństwa, poprzez pusty dom, zakłamaną szkołę, manipulujące mass media, aż do tak zwanych skutecznych polityków, popisujących się przed narodem swoją niemoralnością.

Wydaje się, że właśnie w kulturze polskiej, w naszej historii ciągle przebija ten pierwszy ideał, ta jakaś niezwykła szlachetność, tak bardzo odstająca od wzorców państw sąsiednich i dawniej, i dziś, które na różne sposoby chciały koniecznie podporządkować sobie człowieka.

Szlachetność tę widać w wierszach Kochanowskiego, Mickiewicza, Baczyńskiego, widać w muzyce Chopina i Moniuszki, w malarstwie Matejki i Grottgera.
Jest w naszej polskiej kulturze zaklęty ideał, o który jeśli ktoś się otrze, to reszta staje się drugorzędna. On sprawia, że człowiek nawet jeśli nic nie ma, to i tak jest kimś; tak jak nic już nie miało tyle pokoleń zesłańców, a jednak bił od nich blask wewnętrznej godności, do której nie miał dostępu ani knut, ani nawet śmierć.

To ta godność była zawsze solą w oku naszych zaborców, a dziś - światowych ideologów i lichwiarzy. Urzeczywistniając niepodległość musimy wiedzieć, o co nam chodzi, jakie jest to nasze wspólne dobro, inaczej ciągle będziemy popychani i ciągle będziemy narzekać. Zła i przeciwności zawsze jest dużo. Zastanówmy się jednak, co nas łączy i do jakiego celu zmierzamy, wówczas nawet przeciwności użyte być mogą na naszą korzyść. Jesteśmy przecież narodem, a nie przypadkowym zbiegowiskiem...

Piotr Jaroszyński
"Rozmyślania o mojej Ojczyźnie"

http://www.piotrjaroszynski.pl/felieton ... ej-kultury


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 20 gru 2014, 21:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Wojciech Wencel

Nieskończona wolność

Ani słowa o sfałszowanych wyborach.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 49/2014

Od rana rozpalam w piecu wycinkami gazet z recenzjami moich pierwszych książek. Żadna metafora. Po prostu kilka lat temu zniosłem do kotłowni archiwum, żeby ocalić je dla potomności, i dzisiaj nie mam problemu z papierem na podpałkę. Z czasem kurczy się miłość własna, a w domu musi być ciepło.

Gdzieś nad moją głową żona krząta się po kuchni, żeby zdążyć z obiadem, zanim dzieci wrócą ze szkoły. „Dzieci” to termin umowny, bo z naszych chłopców – nie wiadomo kiedy – wyrośli dwaj młodzi mężczyźni. Niedawno (wczoraj? przedwczoraj?) pisałem w wierszu, że „spacerowy wózek dźwiga słodki ciężar”, a dziś ten „słodki ciężar” jest studentem historii. Drugi syn zapisał się w poezji ojczystej, czy raczej ojcowskiej, jako berbeć zawsze znajdujący „czas na bieganie i czas na dreptanie/ na przewracanie się co pięć sekund/ przez kocie łby albo w mokrą trawę”. A teraz kończy gimnazjum i słucha polskiego hip hopu. Zamiłowanie do hopsania nie zmieniło się, poziom hałasu w mieszkaniu – owszem.

Gdy w kotłowni rozgrzewa się piec, w kuchni brzękają talerze. „Próżna młodość, kochana – powtarzam w myślach słowa ulubionej bałkańskiej pieśni – próżna młodość. Starość idzie za nią jak cień”. Kim byliśmy dawniej – pięć, dziewięć, szesnaście lat temu, dwa tygodnie po ślubie? Chciałbym to sobie przypomnieć, ale gdy sięgam pamięcią, widzę tylko Ciebie. Zmęczoną sprawdzaniem klasówek, śpiącą z odkrytym ramieniem, wieszającą pranie... Nasza miłość jest codziennym umieraniem, słodkim jarzmem i lekkim brzemieniem. Miał rację Kazimierz Wierzyński, gdy pisał, że „tym się tylko żyje, za co się umiera”.

Pamiętam reakcje mojego środowiska na zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku. Najdosadniejszy był chyba komentarz Jarosława Marka Rymkiewicza: „Wielu Polaków opowiedziało się za komunizmem. (...) Tym Polakom ja odpowiadam, parafrazując trochę słowa »Pierwszej Brygady«: j...ł was pies. (...) Polska was nie potrzebuje. My będziemy umierać z tą Polską, powoli i z godnością”. Podobnie musieli czuć się kochający ojczyznę Polacy po 1945 roku. Ci żyjący w kraju, gdy zrozumieli, że system komunistyczny jest nie do ruszenia. I ci z niepodległościowej emigracji, gdy okazało się, że naciski na byłych sojuszników zachodnich nie odwrócą jałtańskiego porządku.

Wtedy, w listopadzie 1995 roku, powstał jednak również przedziwny wiersz Krzysztofa Koehlera, w którym zamiast przekleństwa pojawiło się błogosławieństwo niepomyślnego losu: „W więzieniu rozbrzmiewającym/ głosem. Pieśnią dziękczynną./ W domostwie nieskończonej wolności.// W Polsce. Teraz i tu”. Potrzebowałem wielu lat, by zrozumieć sens tego wiersza i doświadczyć „nieskończonej wolności”, której nie może dać żaden ustrój ani żaden polityk, bo jej jedynym źródłem jest żywy Bóg. Gdybym nie miał miłości, już dawno zwariowałbym od kolejnych zawiedzionych nadziei, niezrealizowanych planów, zdruzgotanych marzeń o prawdziwie niepodległym państwie.

Chciałbym umieć codziennie dziękować za cuda, które Jezus Chrystus uczynił w moim życiu: za rodzinę, za poezję i jej czytelników, za pięcioletnią abstynencję, za przebudzenie po Smoleńsku, za znicze na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, za ludzi, których tam spotykam, za książki Kazimierza Wierzyńskiego i Jana Lechonia, Floriana Czarnyszewicza i Zygmunta Nowakowskiego. Wreszcie za Polskę wyobrażoną, wieczną, żyjącą w moim sercu. Tę, w której żadna sprawiedliwa ofiara nie idzie na marne, a dawni i nowi bohaterowie trwają w blasku chwały Bożej, silniejsi od wszystkich armii tego świata. Ale chciałbym też nauczyć się dziękować za zdarzenia trudne, niezrozumiałe, obracające w proch moje ludzkie plany. Najgorsze, co mógłbym zrobić, to zapomnieć, że Bóg jest Panem historii, przez którą prowadzi nas – ludzi i narody – do zbawienia. Zadziwiająca jest ta Jego wierność wobec grzesznika, który raz po raz łamie święte przymierze, tracąc z oczu dary miłości i próbując układać świat po swojemu.

Lubię siadać z żoną przy oknie, żeby wspólnie popatrzeć na starą lipę. Każdej zimy przylatują tu dwie sójki, które nie potrafią lub nie chcą odlecieć za morze. Czasem myślę, że jesteśmy jak one. Szarzy do (i od) bólu, z błękitnym stygmatem nieba na skrzydłach. „Spójrz: umieramy i już nas nie będzie/ za lat czterdzieści albo za dwa lata/ lecz przyda nam się co było w nas święte:/ miłość – przepustka do lepszego świata”. Wiersz napisany 14 lat temu, a miłość wciąż trwa, owocując poczuciem „nieskończonej wolności”. Wierzę, że gdy wreszcie skrzydła poniosą nas do lepszego świata, nasi synowie przekażą tę miłość swoim dzieciom i wnukom. Nie wiem, ile pokoleń wolnych Polaków trzeba, by ta misja się wypełniła, ale jestem pewien, że dzięki niej powstanie kiedyś wieczna Polska. Całkiem realna, wskrzeszona mocą swojego Boga. Niezwyciężona.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2014 ... lnosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 23 sty 2015, 07:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Polskie ideały

Szukając naszej polskiej tożsamości natrafiamy na rodziny, w których polskość była zarazem przedmiotem refleksji wymagającym intelektualnego przygotowania, źródłem inspiracji dla artystycznej twórczości i wyzwaniem dla ukazania męstwa wraz z gotowością do największej ofiary. Taką rodziną była rodzina Korzeniowskich i Bobrowskich, w której na kilka lat przed wybuchem Powstania Styczniowego przyszedł na świat Teodor Józef Konrad Korzeniowski.

Apollo Nałęcz Korzeniowski był ojcem Konrada, późniejszego pisarza angielskiego, znanego powszechnie pod nazwiskiem Joseph Conrad. Światowa sława syna, który po dziś dzień należy do czołówki najbardziej poczytnych autorów anglojęzycznych, przyćmiła nieomal w całości sylwetkę ojca. A tymczasem był to człowiek o niezwykłej wrażliwości, ale także inteligencji; był to również utalentowany artysta i przeniknięty ideą swoistości naszej kultury Polak. Apolla interesowała nade wszystko polskość w jej najwyższych lotach: moralnych, intelektualnych i religijnych.

Czas zaborów, zderzenie fizyczne i cywilizacyjne z barbarzyńską Moskwą, wyciskał w jego duszy niesamowicie głębokie ślady, które przyprawiały o nie dający się ugasić i uleczyć ból. Sam zresztą nie chciał nie czuć bólu, bo to zafałszowałoby obraz realnej sytuacji, w jakiej znajdowała się Polska. W jednym z listów ze zsyłki pisał: „Życie dzisiejsze dało mi poznać nową dla mnie chorobę. Jestem chory na nostalgię — jak to po polsku? Nie uwierzycie, jakie to męczące, ale wykurować się nie pragnę. Wolę na nią umrzeć."63

Odczytywanie dziś po tylu latach idei polskości, która przenikała życie Apolla Nałęcz Korzeniowskiego, jest zadaniem, które badającego szybko wciąga sprawiając, że przy imaginatywnym odwróceniu czasu, sam zaczyna się zastanawiać, kim by był, jak by myślał i jak odczuwał, gdyby żył przed 140 laty, pod zaborem rosyjskim, w przełomowym okresie Powstania Styczniowego.

Apollo jest człowiekiem zbyt przenikliwym i zbyt prawym, aby momentami nie dostrzegać jego wyższości w stosunku do wielu dzisiejszych Polaków. Myśl: „jestem lepszy, bo żyję dzisiaj", brzmi niewyszukanie i pojawić się może w naprawdę małej głowie. Joseph Conrad był wybitnie utalentowany, ale jego twórczość, to nie tylko „erupcja geniuszu". Joseph Conrad miał jeszcze wyjątkowego ojca. Wystarczy zacytować jedną ze zwrotek wiersza, który Apollo zadedykował synowi z okazji chrztu Św.. Było to, jak pisał, w 85. roku niewoli moskiewskiej:

„Dziecię-synu, gdy w r ó g przyzna,
żeś ty szlachcic i chrześcijanin,
powiedz sobie, żeś poganin,
a szlachectwo twe — zgnilizna.
Gdy łask wroga złotą śliną
ja się skalam wobec świata,
zrzecz się ojca renegata...
Luli, synu mój, dziecino!"

Apollo miał tak wielkie poczucie prawości, że pójście na łaskę zaborcy oznaczało nie tylko zdradę, ale równoznaczne było z utratą i szlachectwa, i wiary. Więcej, było utratą ojcostwa! Żądał więc od syna, aby się go wyrzekł, jeśli okaże się zdrajcą.

Co sprawiało, że uległość zaborcy posiadać mogła aż tak dalekosiężne skutki? Czy w postawie Apolla nie było, mówiąc językiem dzisiejszym, „lekkiej przesady"? Właściwie w imię czego rzucił na szalę wszystko, co mógł mieć najdroższego?

Zabór rosyjski był zderzeniem dwóch światów, dwóch cywilizacji przeciwnych sobie zarówno pod względem ideowych aspiracji, jak i stosowanych metod. Dla kogoś, kto wyrastał duchowo z polskości w jej zachodnio-kulturowym ukorzenieniu, akceptacja zaboru była niemożliwa. Nie można było żyć zarazem po polsku i po rosyjsku. Równocześnie w tym zderzeniu cywilizacji krystalizowała się coraz wyraźniej polskość w jej unikatowym walorze piękna i szlachetności. Apollo Nałęcz Korzeniowski rozumiał i widział to wszystko bardzo wyraziście; i odczuwał aż do bólu. Ludziom takiego pokroju nie chodzi o to, żeby „coś w życiu przeżyć", ale by realizować pewne ideały. Tylko ze względu na nie życie ma sens; i dlatego nie może tu być mowy o jakichkolwiek kompromisach.

Gdy dziś wracając pamięcią do czasu zaborów, pojawia się przed naszymi oczyma obraz potwornych fizycznych katuszy zadawanych Polakom, czy to w więzieniach, czy na syberyjskim zesłaniu, to zastanawia nas fakt, dlaczego ludzie wrażliwsi bardziej zwracali wówczas uwagę na cierpienia duchowe. Na podstawie przekazów i relacji z epoki oraz zawartych w nich świadectwach określonych zachowań carskich ciemiężycieli łatwo skonstatować, że Moskale reprezentowali CYWILIZACJĘ KŁAMSTWA. Apollo w swoim pamiętniku pisał: „Od kiedy to zbiegowisko cierpliwych szakali nazwało się hosudarstwem [gospodarstwem, państwem], nie śmiejąc nazwać się narodem, i nauczyło się sztuki pisania, nigdy w żadnym papierze, poczernionym ich pismem czy drukiem, piękno, dobro i prawda nie postały. Kłamstwo, ale kłamstwo wierutne i bezczelne stanowi, od pierwszej do ostatniej litery, treść ich aktów publicznych. Fałsz piętrzy się na fałszu, zaczynając od piśmienniczych stosunków rodzinnych i uczuciowych, idzie przez piśmiennictwo literackie i naukowe, przez prawo pisane, koronuje się w reskryptach, ukazach i manifestach carskich i niweczy się w księgach duchownych i kościelnych urzędowej religii." Ojciec Konrada był człowiekiem pióra, był poetą i tłumaczem arcydzieł francuskich i angielskich. Słowo pisane miało swoją wagę, u której podstaw leżało poszanowanie dla prawdy. To dzięki prawdzie słowo zapisane przed wiekami zostaje, jest trwałe, karmić może kolejne pokolenia wielu narodów. Oddać słowo na użytek wszechprzenikającego kłamstwa, to zniszczyć istotę słowa. Apollo pisał: „Te to wierutne kłamstwo papieru moskiewskiego w skutkach swoich miarą najohydniejszego upodlenia wymierzyć się nie da, bo ją przerasta...". Jak wielkiej potrzeba kultury, aby postawić taką diagnozę, aby esencję zła dojrzeć nie w przemocy fizycznej, ale w gwałcie dokonywanym na prawdzie i na słowach zapisanych na papierze.

Kiedy Apollo kontrastuje Polaków z Moskalami przywołuje opinię cudzoziemców. Jest ona dość zaskakującą: Polacy celują nie tyle w realizmie, co w jakiejś przedziwnej tendencji do... zmyślania. „My zmyślamy piękno, zmyślamy dobro, zmyślamy prawdę samą." Być może słowo „zmyślanie" jest nieco mylące, chodzi jednak o coś bardzo subtelnego. „Zmyślanie nasze marzy, wynajduje i wypowiada coraz udatniejsze, godniejsze, wznioślejsze kształty życia..." A więc żyjąc nie zadawalamy się tym, co jest, ale szukamy czegoś wyższego, czegoś co jest coraz godniejsze i coraz wznioślejsze. Nasze życia składa się ze wspaniałych projektów, ale tragedia nasza polega na tym, że trudno jest nam je urzeczywistnić, nie możemy osiągnąć tego, o czym marzymy. Jest w nas jednak potęga przepięknych aspiracji.

Jakiż to musiał być więc cios, gdy w tę delikatną konstrukcję psychiczną wkracza brutalnie system moskiewski, by urzeczywistniać zło. To znamienny kontrast: realizm kłamstwa zderzony z marzeniami o prawdzie. Jakim cudem Polak, który owe „zmyślenia" rozumie, który je czuje, który nimi oddycha, który w oparciu o nie kształtuje rodzinę i chce, aby nimi przesiąknięte było życie narodowe, który dzięki nim tworzy — jak taki Polak może zgodzić się choćby połowicznie, choćby w jednej ćwierci na kompromis z realizmem zła. Jest to niemożliwe. Raczej Syberia niż taki kompromis.

Po uwięzieniu w Cytadeli 23 marca / 4 kwietnia 1862 r. 64 zapadł prawomocny wyrok. Apollo Nałęcz Korzeniowski skazany był m.in. za to, że „przebywając, przed przyjazdem do Warszawy w m. Żytomierz, organizował tam w czerwcu 1861 roku modlitwy za zabitych w Warszawie przez Rosjan podczas manifestacji politycznych, a żona jego przypinała żałobne kokardy." Za modlitwę i za czarne kokardy — zsyłka; oto siła realizmu kłamstwa, które potrafi podrobić legalność procesu i sprawiedliwość wyroku. Apollo wspominał: „Opuszczałem kraj. Odrywano mię od wszystkiego, przy czym serce me biło i czyny mego życia stały; ale nie byłem smutny. Zsyłka - kiedy ominął mię pożądany jawny proces, który choćby się zakończył szubienicą, zawsze byłbym tryumfem sprawy ojczystej - zsyłka, powiadam, wydawała mi się takąż służbą dla kraju, jak i każda inna. Wyrok leżał na mych piersiach, gniótł mi oddech i myśli, ale zarazem błyszczał na nich jak znak zasługi, wypiętnowany przez wroga, ale przyznany przez ojczyznę."
Zesłanie na Syberię było ze wszech miar dotkliwą karą, ale pozwalało na zachowanie prawdy i godności. Apollo był tego, jako człowiek inteligentny i prawy, w pełni świadom. Jako człowiek prawy uważał zsyłkę za nową postać „służby krajowi", jako człowiek inteligentny wiedział, że zsyłka ostatecznie nie jest karą, bo był niewinny. Przypomnijmy: „zsyłka jest uwięzienie w pustyni, pośród dzikich zwierząt, bez środka obrony."

Literatura poświęcona martyrologii jakiegoś narodu skupiona jest najczęściej wokół cierpień fizycznych, jakich doznają ofiary. Zdarza się jednak, że czyjeś świadectwo wznosi się ponad tę tak rzucającą się w oczy „przyziemność", że głównym problemem są kwestie moralne i ideowe. Wówczas rozpoznajemy, że kto tak patrzy, jest kimś wybitnym. Po latach czytelnik niechętnie wraca do cudzych cierpień fizycznych, na które dziś nic już nie poradzi, tym bardziej że ofiara dawno już odeszła. Ale współuczestnictwo w dramacie myśli jest jak najbardziej pociągające, jest jak najbardziej aktualne. Dlatego właśnie pamiętniki Apolla Korzeniowskiego nie są tylko wspominaniem, są myśleniem o dobru i o złu, o tym jak postąpić, a przed czym się chronić, czy powzięta decyzja była błędna czy też słuszna. Jakąż ulgę odczuwamy czytając, że nie żałował tego, co przeszedł. Bo Polska została skradziona przez Moskwę „za zezwoleniem ludów i rządów europejskich." Na tę kradzież nie można się było zgodzić, a poprzez cierpienie własne i całego narodu polskiego należało dać świadectwo braku zgody.

I dziś trzeba się pochylić przed postawą takich ludzi jak Apollo Nałęcz Korzeniowski. Iluż to literatów późniejszych, zwłaszcza po II Wojnie Światowej, sprzeniewierzyło się swemu powołaniu, zakłamując słowo, które nie tylko wypełniało treść ich życia, ale też upowszechniało kłamstwo w wymiarze społecznym. Zakłamanym słowem uwiarygodniali imperium zła, w zamian otrzymywali mieszkania, samochody i nagrody.65 Żal zwłaszcza nie obcych, którzy nie byli jednymi z nas, lecz zostali nam podesłani, ale żal tych, którzy nie uwierzyli w siłę swojej polskości, w siłę naszego ducha. Apollo pisał: „Moskale prędko przekonali się, że nie kilkaset wpływowych osób prowadziło wielkie i boże upomnienie się polskie o wolność i niepodległość, ale coś wyższego, czego nawet Moskal zabić nie może — ów duch polski, który jednako pod aksamitem i siermięgą jaśnieje." 66 W naszych dziejach pisarz nie mógł być tylko literatem, musiał być świadkiem prawdy. Miał ukazywać prawdę zdobytą „katuszą szlachetnego serca". Dopiero wtedy objawiał wewnętrznego, nieśmiertelnego ducha. Dopiero wtedy był to pisarz prawdziwie polski.

Pisarz polski nie jest po to, aby oddawano mu hołdy. Świadectwo pisarza było potrzebne, aby naród nie marniał, aby nie wyzbył się swej uczciwości i swych „zmyślań", które dodawały mu skrzydeł. Pisarz przypominał, aby cenić i nie stracić tego, co się ma. Czasem chodzi o sprawy wręcz prozaiczne, innym razem 0 bardzo wzniosłe. „Ach! kobieca rodzino Poradowskich! — pisał Apollo z zesłania — Gdzie Wasze rączki i nóżki, Marcelko i Ewuniu, wdzięczne! Te śliczne rączki — maleńkie, rozumne, dowcipne, serdeczne. Widzę na sobie, że ludzi ze smakiem estetycznym za karę posyłają do Wołogdy, aby, oglądając te łapy i nożyska, we wściekliźnie szpetoty ciągle mieli tentacje obwiesić się." Delikatność i mądrość kobiecej dłoni symbolizuje cywilizacyjne miejsce niewiasty w społeczeństwie; kim ma być jako żona i matka, co wnosić, co przekazywać? Może nie o estetykę tylko tu chodzi, może o coś więcej.

Pisarz polski nie idealizuje własnego narodu, on ukazuje potęgę narodowych aspiracji, jest wyrozumiały dla słabości, ale za żadne skarby nie godzi się na degradację, która zniszczyć może to, co w narodzie najlepsze i najpiękniejsze. Już po powrocie z Syberii, patrząc na życie lwowskie, Apollo pisał: „Taką obszerną swobodą słowa, jaka dziś tu jest, niewiele ludów w Europie się poszczyci; ale cóż, kiedy Słowo dawno w nich zamarło, a wyrazy pozostały, i te li tylko szczekają i warczą wzajem na siebie. [...] Paru ludzi odszukać można, ale to perły na śmiecisku, a ja już zanadto ślepą kurką jestem, aby to ziarno wygrzebać." Gdy ludzie na siebie warczą, jaka myśl ich wzbogaci, jaka miłość podniesie, jaką społeczność utworzą?

To oddalanie się narodu od własnych ideałów może zajść tak daleko, że człowiek, który to widzi, zapragnie nade wszystko samotności, którą wypełni lektura i tworzenie. Chodzi o to, aby samemu nie ulec presji już nie narodu, ale mas, z którymi nie sposób bezpośrednio przebywać. Zbyt wrażliwe są oczy i uszy, zbyt przenikliwy umysł, aby współuczestniczyć w życiu coraz bardziej otępiającym. „... nie widzę tutejszego tłumu, co jest wielką pociechą; nie słyszę ich rozumowań; nie patrzę na ich niedbalstwo; nie oglądam ich nabożeństwa." Ileż to razy myśli takie i dziś przychodzą do głowy, ileż to razy trzeba się przed nimi bronić, aby nie popaść nie tyle w pychę, co w mizantropie, ileż to razy trzeba sobie tłumaczyć, skąd i dlaczego tak jest. Samotność nie jest rozwiązaniem, bo pisarz polski musi do końca być w narodzie.

„Jak siły pozwolą, to może by się coś napisało, a w głowie mi wielka powieść polska - o zepsuciu, które na nas z Moskwy płynęło: przez azjatycki przepych; przez honory biurokratyczne; przez niewiarę szczepioną w wychowaniu publicznym, przez błyskotki cywilizowanego moskiewskiego] wielkiego świata, nareszcie przez wejście do ich rodzin." Zabór to nie tylko niewola i prześladowania, to utrata własnej duszy, to uleganie duszy obcej. Przez Apolla Nałęcz Korzeniowskiego nie przemawia nacjonalizm i nienawiść. Byłoby to zbyt proste, choć niewątpliwie łatwe w napiętnowaniu przez niejednego „europejskiego" publicystę. Moskwa symbolizuje tu typ cywilizacji, który nas, Polaków, zaczął zmieniać, krzywić, wykoślawiać i ostatecznie upodlać. Stąd właśnie płynęło to oburzenie, zarysowana diagnoza, i próba szukania wyjścia, aby za wszelką cenę ratować polską duszę. A przecież cywilizacyjny charakter XIX-wiecznej Moskwy udzielił się, jak widać po zawartej w liście charakterystyce, wielu współczesnym nam stolicom i ich satelitom. A czy dziś tak chętnie słucha się „rozumowania mas" i patrzy na ich niedbalstwo? Apollo Nałęcz Korzeniowski nie żywił nienawiści do Rosjan. Stefan Buszczyński potwierdzał, że „nadzwyczajną godnością, pełnym szlachetnej dumy obchodzeniem się z Moskalami i nieugiętym charakterem, gdzie tylko był na wygnaniu, wzbudzał we wrogach uszanowanie, a nawet pewien rodzaj zabobonnego przestrachu."

Ludzie pokroju Apolla nie zniżają się do nienawiści. Im chodzi tylko i aż o ZASADY, w tym są nieustępliwi. Dla nich polskość objawiająca się w życiu rodzinnym i narodowym oparta być musiała na zasadach, z których wynikają określone OBOWIĄZKI. Do nich trzeba dołączyć MIŁOŚĆ, „pełny akord miłości niczym nie zachwianej." Tu właśnie dotykamy rdzenia polskości, piękna naszych ideałów.

Mało jest autorów, którzy potrafiliby tak je rozpoznać i nazwać: zasady, obowiązki i miłość. To więcej niż rozpoznanie, bo tę prawdę mogły odczytać tylko „katusze szlachetnego serca" i bystrość prawego umysłu. Ducha zdolnego do takich przeżyć miał bez wątpienia Apollo Nałęcz Korzeniowski.

Ewa (z domu Bobrowska), żona Apolla Nałęcz Korzeniowskiego a matka Józefa Conrada, pojawiła się w ich życiu jak kometa: zajaśniała i szybko zgasła. Ale pozostawiła po sobie blask, który towarzyszył obu mężczyznom do końca ich życia. Jej decyzja, aby towarzyszyć mężowi wraz z dzieckiem na zesłaniu, była znakiem niepospolitej miłości i odwagi. Tym bardziej że władze carskie zgodziły się na to pod warunkiem, że choć o nic nie oskarżona, będzie traktowana tak, jakby była skazańcem 67. Wiemy, że trudy pobytu odbiły się silnie na zdrowiu dziecka, ale jeszcze bardziej na zdrowiu matki, która w kilka lat później zmarła. Cóż za niezwykła Polka!

Gdy po latach Józef Conrad już jako człowiek dorosły i pisarz natrafił na listy matki, był nimi zachwycony. „Jej korespondencja z moim ojcem i braćmi, którą przeczytałem w 1890, a potem zniszczyłem, była dla mnie prawdziwą rewelacją; nigdy nie zapomnę mego zachwytu, podziwu i niewypowiedzianego żalu na myśl o stracie (która nastąpiła, zanim mogłem matkę ocenić) dopiero wówczas w pełni zrozumiałej."6 8 Przy czytaniu tego fragmentu pojawia się nieodparta chęć zajrzenia do listów Ewy Korzeniowskiej, na ile obiektywny mógł być Conrad nie tylko jako pisarz, ale i jako syn. Czy rzeczywiście zniszczył listy? Okazuje się, że nie, listy się na szczęście zachowały!

Taka ingerencja w cudzą korespondencję, choćby tylko intelektualna, budzi szereg oporów, z drugiej jednak strony wiele zależy od tego, czego się szuka. Listy zresztą zostały opublikowane, nie stanowią prywatnej tajemnicy, tym bardziej że dawniej list był swoistym gatunkiem literackim.

Listy Ewy do Apolla ukazują sylwetkę szlachetnego ptaka, który widzi, że to co kocha, zostało osaczone, oplatane siecią, zamknięte w klatce. Ewa miota się, choć sama jest na wolności. Nie myśli o sobie. „Mój drogi. Zrób dla mnie, pisz rzadziej, pisz mniej. Poprawiam się: pisz wiele, ale trzymaj to u siebie, kiedyś mi oddasz." Dla osób oddalonych słowo pisane jest najbliższym znakiem kontaktu i miłości, jest najcenniejsze. Apollo nie może wrócić do domu z Warszawy, bo zostanie aresztowany, więc pisze, ale listy są kontrolowane, mogą nieopatrznie powiedzieć zbyt wiele; więc niech nie pisze. Przecież musi pisać, bo to są żywe uczucia i żywe myśli; niech pisze i nie wysyła. Nadejdzie pora, że stracony czas kontaktu zostanie odzyskany, kiedyś nie wysłane listy będą oddane, dusza szybko uzupełni braki.

Ewa pozostając ciągle w Terechowej u brata pisze: „Tu mi milej jak zwykle: więcej życia, a co najważniejsze, zdaje się bliżej Ciebie. Zdrowa jestem i Konradek także. Smutno mi, ale spokojnie na duszy: jakoś mi się dość często trafia rozkosz spotkania i zetknięcia z poczciwymi ludźmi." Ostatnie zdanie jest... rozkoszne. Jak wysoką kulturę trzeba posiadać, aby je pomyśleć i sformułować. Rozkosz spotkania poczciwych ludzi przynosi ulgę duszy pogrążonej w smutku. Jakież to prawdziwe, jak potrzebne.

Rozłąka z mężem przedłużała się: „Z pisań Twoich żadne dotąd nie zginęły: da Pan Bóg i dalej tak będzie. Tyle widzę niebezpieczeństwa w Twym powrocie, że Cię nie bardzo pragnę. Bogu wolę polecić, kocham dobrze i z daleka. Czyń tak samo." Warto przypomnieć, że Apollo poznał swoją przyszłą żonę, gdy ta miała lat 16, ale na małżeństwo nie wyrażał zgody jej ojciec; w sumie minęło 9 lat nim się pobrali, on starszy był od niej o lat 11. Musiał być wielki podkład duchowy tej miłości, który oparł się natarczywemu zwykle egoizmowi. Miłość oddalona nadal była miłością.

Jakąż klasę trzeba sobą reprezentować, aby tak pisać: „Równie jak Ty, gotowam się wyrzec wszelkich powabów życia, byle nie skalać się tym, od czego całe życie stroniłeś, czego dotąd nie dotknąłeś się nigdy." „Sto razy na dzień Bogu i Jego natchnieniom polecam Cię, drogi mój, w tej chwili toż samo czynię; bądź silny i bądź wytrwały..." „Mój Apolku drogi, jedyny wśród ludzi, powiedz mi, jak kochać, aby od złego Cię ustrzec? Jakim sposobem wymodlić natchnienie dobre i opiekę Boską nad Tobą?" „Apoleczku drogi. Skarżysz się na rzadkość mych listów. Kochanku! Doświadczeni powiadają, że tak dla Ciebie bezpieczniej — słucham i na wpół wierząc, na wpół im ulegam. Nie miej mi za złe." „Tęsknisz za mnąj ja o mojej tęsknocie nie chcę mówić, wiem, że i bez pomocy mych słów odczuwać ją musisz." „Apoleczku drogi. Pięć minut temu jak wyszedł Wiszniewski, ale tak pięć minut, że jeszcze nie miałam czasu nauczyć się Twego listu, ledwo go raz przeczytałam." „O Boże, Boże, pobłogosław dobrej woli, gorącemu pragnieniu Twych celów świętych! Ześlij łaskę Twych natchnień najlepszych, w serca i sumienia włóż czystą prawdę Twoją, wzmocnij siły, nie odstępuj w pracy ciężkiej." Takie fragmenty upajają duszę przez zawartą w nich dobroć i szlachetność.

Uderzające jest to połączenie gorącej czułości z subtelnością myśli i szukaniem, co obiektywnie będzie najlepsze dla osoby ukochanej i dla tego, co robi. I to oczekiwanie na listy, których Ewa uczyła się na pamięć. A przecież sama pisała z jakimś niezwykłym osobistym powabem, który olśniewa oczy i owłada duszą już po kilku słowach. Józef Konrad miał rację, te listy były niesamowite.

Każde dziecko dla matki jest bezcenne. Na co jednak szczególną uwagę zwracała pani Korzeniowska wychowując Konradka? Pani Ewa pielęgnowała przede wszystkim dobroć. „... doprawdy nie ma pióra — pisała do Apolla babka 4-letniego wnuczka — aby skreślić i pochwycić mogło wszystkie odcienia dobroci serca tego dziecka. Wystaw sobie, że z ubogimi w wielkiej przyjaźni, opowiada im wszystkie rodzinne, a między innymi żąda, aby się modlili za szczęśliwy powrót Tatka z Warszawy. [...] Przeczuwam, że Konradzio nasz drogi będzie niezwykłym człowiekiem serca."

W tak trudnych warunkach, gdy kraj znajdował się pod zaborami, gdy małżonkowie byli rozdzieleni, gdy trudno było o pracę, w dziecku najbardziej ceniono dobroć serca. Przejawia się w tym najbardziej chyba bezbronny, ale i najcudowniejszy polski ideał.

Conrad. Imię Konrad otrzymał na pamiątkę bohatera mickiewiczowskich Dziadów. Po śmierci matki w r. 1865, spowodowanej chorobami i wycieńczeniem, jakie były jej udziałem na zesłaniu, wychowaniem Konrada zajął się ojciec. Śmierć Ewy była dla Apolla zbyt wielkim ciosem, aby mógł nad nią przejść do porządku dziennego. Nie mógł pozbyć się smutku, a wręcz rozpaczy; pozostał mu Konrad, w którym pokładał nadzieję, choć przewidywał, że już wkrótce i jego opieka się skończy.
Apollo chciał z pełną świadomością wychować syna na prawego Polaka. Wyraża to inna jeszcze zwrotka wiersza ułożonego w dzień chrztu Św.:

„Dziecię-synu, śpij...
Chrzest płynie na twą duszę, na twe czoło;
N i e b o , B o s k o ś ć naokoło...
Błogosławię mej dziecinie:
bądź P o l a k i e m !
Choć rozwiną wrogi tobie szczęścia przędzę,
odrzuć wszystko; kochaj nędzę.
Luli, synu mój, dziecino!"

Być Polakiem choćby w nędzy, ale Polakiem. Jako człowiek pióra Apollo zwracał uwagę na intelektualną stronę rozwoju chłopca. Korzystając z obowiązujących w Królestwie Polskim podręczników sam postanowił oddać się „nauce Konradka." Chodziło o to, żeby syna ustrzec przed złymi wpływami otoczenia szkolnego; wychować go na Polaka było trudno, gdyż system wychowawczy we Lwowie podporządkowany polityce zaborców miał inne cele69. Izolacja od szkoły prowadziła do zbytniego osamotnienia dziecka, które z kolei pod wpływem ojca polubiło samotność. W końcu Apollo postanowił oddać syna do gimnazjum we Lwowie. Gdy wszedł do szkoły, był przerażony: brak wielu podręczników, inne tłumaczone z niemieckiego okropną polszczyzną (nawet gramatyka polska), zewsząd słychać było mieszaninę dźwięków polskich i obcych. Na wrażliwe ucho Apolla było tego za wiele, postanawia w dalszym ciągu uczyć syna w domu, choć korzystając z pomocy korepetytora, pilnując zwłaszcza języka polskiego, aby nie zamienił się w galicyjski. Wreszcie walka o ojcowskie wykształcenie Konrada skończyła się, 26 maja 1869 r. Apollo Nałęcz Korzeniowski umiera. Konrad ma wówczas niecałe 12 lat, jest sierotą. Pozostając pod opieką Bobrowskich (rodziny matki) uczęszcza jeszcze w Krakowie do gimnazjum św. Anny, ale wkrótce jako 16-latek ujawnia swoje najgłębsze pragnienie, chce zostać marynarzem. Rok później wyjeżdża z Polski, do której na stałe nigdy już nie wróci.

W nowym świecie, wśród innych narodów, wśród dźwięku innych języków — Konrad musiał tracić polskość. Nie szło jednak ani o karierę, ani tym bardziej o wysługiwanie się wrogom. Najpierw pociągało go morze — Polska morza nie miała; później pasją życia stało się pisanie o morzu — język polski nie był językiem morza, jak nie był nim język francuski, który Konrad znał lepiej od angielskiego. Wybrał angielski, gdyż był to język panujący na morzach i oceanach.

Dla wielu Polaków postawa Konrada, zwłaszcza gdy zyskał sławę, była trudna do przyjęcia; czyniono mu wiele wymówek, z których najboleśniejsza była autorstwa Elizy Orzeszkowej 70. Zresztą, temat ten po dziś dzień intryguje wielu autorów, nie tylko Polaków, ale obcych badaczy jego życia i twórczości. Konrad tracił polskość, ale czy do końca ją stracił? Przy tak bogatej i głębokiej osobowości, o tak dramatycznych losach rodzinnych i osobistych, nie można upraszczać odpowiedzi, a tym bardziej orzekać wyroków.
Konrad do końca życia czuł się rozdwojony między Polskę i Anglię (Aniela Zagórska). Więc coś w nim polskiego zostało. Można to wyłowić z relacji osób, które go spotkały. Pozostała w nim polskość typu, spojrzenie, głos (Tola Zubrzycka). Miał czystą kresową wymowę, wtrącał czasem wyrażenia francuskie, ale nie angielskie (Karola Zagórska). W nawrotach choroby, gdy tracił przytomność mówił tylko po polsku (żona Konrada). Był gościnny i serdeczny dla Polaków. Pozostała w nim otwartość na polską literaturę. Czytał Fredrę, Żeromskiego, Wyspiańskiego, Prusa, Kossak-Szczucką i słyszał... Słowackiego.

Pani Aniela Zagórska wspomina: „Raz ułożyłam sobie, że wieczorem będziemy czytali Słowackiego, i cały dzień cieszyłam się tą myślą. Po kolacji zasiedliśmy, jak zwykle, w salonie naokoło stołu. Zaczęłam od Grobu Agamemnona. Czytałam głośno jednym tchem, nie odrywając oczu od książki; wreszcie, skończywszy, spojrzałam na Conrada i — przestraszyłam się. Siedział z twarzą gniewną i bolesną; nagle porwał się z krzesła i wyszedł milcząc, nie spojrzawszy ani na mnie, ani na matkę, jak człowiek ciężko rozżalony. Więcej się nie pokazał."

Możemy sobie tylko mgliście wyobrazić, w jak głębokie struny duszy trafić musiał Słowacki strofami Grobu Agamemnona przeczytanymi głośno w saloniku na wyspie zwanej Anglią:

„O! Polsko! póki ty duszę anielską
Będziesz więziła w czerepie rubasznym;
Poty kat będzie rąbał twoje cielsko,
Poty nie będzie twój miecz zemsty strasznym,
Poty mieć będziesz hienę na sobie,
I grób — i oczy otworzone w grobie."

Kimś, kto nie jest Polakiem, te słowa nie wstrząsną.

Konrad nosił się z myślą o powrocie do Polski, bardzo przeżywał, że synowie jego nie mówią po polsku i że... Irena Łakowska- Łuniewska referowała: „Chciałbym — mówił [Konrad] — wrócić na stałe do kraju, chciałbym, aby John ożenił się z Polką; naucz Johna mówić po polsku. Synowie moi są tak niepodobni do mnie, nie interesują się wcale literaturą, ich zamiłowania poszły winnym kierunku, praktycznym. Nie czytali żadnej mojej książki." W tym wyznaniu ujawnia się bolesna prawda znana wielu emigrantom. Pokolenie urodzone na emigracji jest najczęściej stracone dla ojczyzny swoich rodziców. Tragedią rodziców (bądź jednego rodzica-emigranta) jest nie tylko rozłąka z krajem, ale niepełny kontakt z własnymi dziećmi, dla których inny kraj jest ojczyzną, a tym samym z innego źródła czerpie soki ich dusza, człowiek inaczej się rozwija.

Na Konradzie urywa się polskość, synowie jego nie są już Polakami, ale on sam do końca życia pozostał wewnętrznie rozdarty, między Polskę i Anglię. A właściwie nad jednym i drugim krajem było jeszcze coś, co przekraczało granice państw ukazując niepowtarzalną drogę każdego ludzkiego życia. Tym czymś było morze.

Konrad nigdy nie wyrzekł się ani Polski, ani polskości, nie silił się na udawanie Anglika. Wszystko działo się wewnątrz duszy, której nie można było zamknąć w jej wewnętrznej sile i potrzebie ekspresji. Konrad od tego problemu nie uciekał, zastanawiał się nad nim wielokrotnie. W rozmowie z Anielą Zagórską powiedział: „A gdy ujrzę w tym samym świetle moje własne pożywienie — de la vache enragee — wydaje mi się, że to była niedorzeczna i cudaczna forma dogadzania sobie samemu; bo dlaczegóż ja — syn kraju, który ludzie tacy jak mój dziad i jego koledzy orali pługami i zraszali swą krwią — puściłem się na szerokie morza w pogoni za fantastycznymi potrawami z solonego mięsa i twardych sucharów?

Przy najżyczliwszym rozpatrywaniu tej kwestii wydaje mi się nierozwiązywalna. Niestety! Jestem przekonany, że istnieją ludzie o nieskazitelnej prawości, którzy gotowi są wyszeptać z pogardą słowo: dezercja. Tak oto smak niewinnych przygód może się stać gorzki dla podniebienia. Oceniając ludzkie postępki, należy uwzględnić to, co jest niewytłumaczalne na tej ziemi, gdzie żadne wyjaśnienie nie bywa ostateczne [podkr. P.J.]. Nigdy nie powinno się rzucać na wiatr oskarżenia o niewierność. Pozory tego kruchego życia są zwodnicze, jak wszystko co podpada pod sąd naszych niedoskonałych zmysłów. Wewnętrzny głos może pozostać lojalny w swych tajnych podszeptach. Wierność dla pewnej tradycji może przetrwać wśród wydarzeń życia zupełnie oderwanego, a jednak nie sprzeniewierzyć się drodze wykreślonej przez niewytłumaczalny popęd [podkr. P.J.]."

Konrad nie sprzeniewierzył się modlitwom swojego ojca, nie wyparł się polskości, nie pracował dla zaborcy. Był pisarzem angielskim światowej rangi, jako Polak. Gdy nadszedł czas wystawił swój autorytet pisarza, rozbiory Polski publicznie nazwał zbrodnią, publicznie pokazał, na czym polegają podstępne działania naszych wrogów, publicznie poświadczył wielkość i niezłomność naszego narodowego ducha (Zbrodnia rozbiorów, 1919). Był więc Polakiem.

„Dziecię-synu, bez [...]
bez Niej - [...]
bez Niej — [...]
I zbawienia bez Niej nie ma!
Gdy czas przyjdzie, dni upłyną,
ty z tą myślą rośnij w dzielność;
daj jej — sobie: nieśmiertelność.
Luli, synu mój, dziecino!"71

Piotr Jaroszyński
"Europa bez Ojczyzn"

http://www.piotrjaroszynski.pl/felieton ... skie-ideay


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 25 mar 2015, 08:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Odzyskać kulturę polską!

Suwerenność każdego dojrzałego narodu opiera się na dwóch podstawach: na własnej ziemi i na własnej kulturze. Gdy jakaś społeczność traci ziemię i traci kulturę rychło przestaje być narodem, staje się ludem, którego jedyną perspektywą jest służba obcym. Narodem, który od ponad 200 lat dramatycznie walczy o przetrwanie jest Naród Polski.

Utraciliśmy wiele z naszych ziem, w stosunku do czasów przedrozbiorowych prawie 3/5, a w stosunku do okresu międzywojennego prawie połowę. 1 Obecnie zaczynamy tracić również te ziemie, które znajdują się w obrębie obecnych granic Rzeczpospolitej, a w dalszej perspektywie wskutek integracji z Unią Europejską grozi nam powrót do Rzeczpospolitej jako Kraju Priwislinskiego. Tę utratę ziemi stosunkowo szybko będzie można dostrzec, choćby po tabliczkach: Private, Eintritt verboten, czy teren pryvatny, nie mówiąc już o lokalnych społecznościach, która szukać będzie pracy parobka u obcych na polskiej ziemi. Ta zdradzona ziemia rychło Polakom o sobie przypomni.

Problem posiadania bądź utraty własnej kultury jest natomiast bardzo złożony i subtelny. Kultura bowiem posiada swój wymiar materialny, który łatwo dostrzec, ale i swój wymiar duchowy - trudniej dostrzegalny. Ziemia, niezależnie do kogo należy, jest na swoim miejscu. Kultura, która ginie, przestaje być obecna, a tego już może nie być widać. Brak widać tylko przez porównanie, gdy takiego porównania nie ma, to i braku nie widać. A gdy czegoś nie widać, to wydawać się może, że tego nie było i że to jest niepotrzebne. Dramat, jaki nas dotyka, polega na tym, że tracimy wielką kulturę polską, nie zdając sobie z tego sprawy. Ten upadek kultury polskiej traktujemy jako coś normalnego, jako coś, co nie boli i co nie jest potrzebne. Nie widzimy, że przestajemy jako Polacy przypominać samych siebie. Tracąc kulturę tracimy duchową suwerenność na rzecz obcych, w efekcie myślimy cudzymi kategoriami i dążymy do cudzych celów.

Ta utrata kultury polskiej posiada trzy aspekty, na które należy zwrócić baczną uwagę:

1. Instytucjonalne minimalizowanie, deformowanie i niszczenie kultury polskiej;

2. Utrata warstwy społecznej, która tę kulturę tworzyła i pielęgnowała;

3. Zbytnie upolitycznienie dzisiejszych nurtów narodowych.

Nasze spojrzenie na przeszłość, zarówno społeczno-polityczną jak i kulturalną, jest spojrzeniem przez cudze okulary, przez okulary zaborców, kolonizatorów i ideologów. Przez ostatnie 200 lat tak usilnie pracowali nad zmianą naszej świadomości, że my nie znamy siebie, wypieramy się siebie, wstydzimy się siebie, a nawet siebie nie szanujemy i nie lubimy.

Feliks Koneczny w artykule Warunki pracy kulturalnej w Polsce porozbiorowej 2 pokazuje jak to trzej zaborcy systematycznie podkopywali fundamenty, na których opiera się rozwój kultury, uderzając w dobrobyt i oświatę. Na przykład w Galicji już w roku 1785 wycofano z urzędów łacinę i polski, a prawdziwy interes monarchii austriackiej oficjalnie postrzegano w tym, żeby naród polski przekształcić w ludność niemiecką, pilnując równocześnie doprowadzenia do ruiny ekonomicznej kraju (s.382). W zaborze pruskim germanizacja szkół rozpoczęła się w roku 1825, natomiast w zaborze rosyjskim rusyfikacja posuwała się do prób wymiany alfabetu z łacińskiego na grażdżankę, a słowo „polski" cenzura zamieniała na „miejscowy". Kary za próbę niesienia oświaty były niewyobrażalne. Oto jakich środków użył rosyjski książę Trubecki na uczestnikach organizacji kierowanej przez Szymona Konarskiego, której celem było niesienie oświaty ludności wiejskiej: „Księdzu Trynkowskiemu ściskano głowę obręczą żelazną, aż dostał pomieszania zmysłów; Jerzego Brynka karmiono śledziami i zamykano w gorącej kaźni, nie dając wody do picia; studenta Ejzenblatera, który uniesiony gniewem na obelżywe wyrazy księcia Trubeckiego, odpowiedział policzkiem, zabito kijami. Na początku roku 1839 skończyły się wreszcie te męczarnie; na podstawie aktów śledczych skazano Konarskiego na śmierć przez rozstrzelanie, współwinnych jego do katorgi, na Sybir lub w sołdaty" (s. 389). Takie były kary za to, że chłopa chciano uczyć pisać po polsku. A jednak miłość do polskiej kultury przetrwała zabory i wybuchła gorącym ogniem w II Rzeczpospolitej.

Potem jednak Polska znowu została napadnięta przez Niemcy i Związek Sowiecki, a po wojnie pozostawiona została w orbicie kolonialnej tegoż Związku Sowieckiego wraz z wyznawaną przezeń ideologią. Komunizm w Polsce składał się z przynajmniej dwóch elementów, pierwszy dotyczył samej ideologii komunizmu, drugi związany był z elementem prorosyjskim ze względu na polityczną dominację Związku Sowieckiego. Ta mieszanka komunistyczno-rosyjska sprawiła, że Państwo Polskie zostało po prostu wyrwane z korzeniami ze swojej tożsamości kulturowej i cywilizacyjnej. Dominacja Moskwy pociągała za sobą odcięcie polskiej świadomości od Kresów Wschodnich, jej mieszkańców, ośrodków kultury, miast (w tym Wilna i Lwowa), dziejów. Dominacja komunizmu z kolei pociągała za sobą wpajanie ideologicznej nienawiści do królów, arystokracji i szlachty jako wrogów klasowych. Naród zredukowano do starej warstwy chłopskiej i do młodszej warstwy robotników. Kultura polska w edukacji i w mediach włożona została w szablon ideologii, której nadrzędnym celem było stopniowe wynarodowienie świadomości Polaków. Ta stopniowość polegała na tym, że faza przejściowa preferowała schemat: narodowy w formie - socjalistyczny w treści. Wskutek tego Polacy nie bardzo orientowali się, że są wynaradawiani, ponieważ zewnętrzne elementy kultury polskiej były jakoś obecne. Były zespoły pieśni i tańca, były muzea, były teatry, były święta narodowe. Ponieważ jednak Polska była krajem skolonizowanym, to występowały kolonialne formy wynaradawiania. Charakteryzują się one głównie rym, że zachowane są zewnętrzne pozory niezależności, realnie jednak istnieje całkowita zależność od obcych.

W okresie komunizmu skala wynarodowienia Polaków, a więc odcinania ich od własnej kultury narodowej była olbrzymia. W efekcie nastąpiło niesłychane uśpienie potrzeb kulturalnych. W roku 1990, gdy stanęliśmy oko w oko z dziedzictwem komunizmu, okazało się, że 88,6% Polaków nie odwiedza muzeów, 92,4% nie ogląda wystaw plastycznych, 86,2% nie uczestniczy w spektaklach teatralnych, 96,4% w przedstawieniach operowych, 91,9% w przedstawieniach operetkowych, 95,5% nie chodzi do filharmonii, 91,7% nie bierze udziału w imprezach organizowanych przez ośrodki i domy kultury, zaś 43% Polaków w ogóle nie czyta książek, a 40% ma kłopoty z rozumieniem sensu prostych tekstów. Okazało się, że Polacy zajmują jedno z pierwszych miejsc wśród wtórnych analfabetów. 3 Luki kulturalnej nie wypełni telewizja przesycona zagranicznymi serialami i prostackimi teleturniejami, w której co najwyżej kilka procent czasu poświęcone jest na tzw. kulturę wyższą, i to najczęściej w nocy.

Tak rozpaczliwie niski kontakt Polaków z rodzimą kulturą pogłębia fakt, że sposób ukazywania tej kultury poddawany był ideologizacji np. w teatrze wystawiano niektóre tylko dzieła klasyki polskiej i najczęściej ocenzurowane pod pretekstem oryginalności reżysera. W efekcie pokolenia nie znające pełnych wersji oryginalnych, i pozbawione możliwości porównania choćby z teatrem przedwojennym, skazane zostały na „obowiązującą" wersję. Wiwisekcji dokonywano też na pieśniach narodowych, z których większości nie upowszechniano, a w tych, które można było śpiewać lub nagrywać, dobierano zwrotki, a nawet zmieniano słowa (np. w pieśni „Bartoszu, Bartoszu" słowa „moskiewskie pałasze" zamienione zostały w nagraniu na „te wrogie pałasze"). Dziedzictwo kultury narodowej podległo całkowitej kontroli państwa. Było dawkowane w niewielkich ilościach, a w razie potrzeby - zmieniane. Ale taka kultura narodowa albo w ogóle przestaje być pokarmem polskiej duszy (a tak jest w 90%), albo też tam, gdzie dociera zatraca swój autentyczny, ożywczy impet. A cóż mówić o tradycji i ciągłości, którą Feliks Koneczny nazywa „kością pacierzową" kultury?"4 Dzięki tym szkodom wyrządzonym przez komunizm narodowi polskiemu, dzisiejszy liberalizm i globalizm, czyli oficjalna doktryna rządzących ugrupowań od roku 1989 ma ułatwione zadanie. Prowadzone jest systematyczne niszczenie tych kilku procent kultury polskiej, jaka jeszcze została. Wprowadzana reforma edukacji na zlecenie Unii Europejskiej i OECD, likwidacja szkół artystycznych, bibliotek i ośrodków kultury, przejęcie prasy przez zagraniczne koncerny, zalew amerykańskiej tandety filmowej - to wszystko ma doprowadzić do 100% wynarodowienia Polaków.

Na skutek prześladowań wieku XIX i XX Polska straciła całą warstwę społeczną, dla której kultura polska była naturalnym żywiołem. Przez dwa ostatnie wieki trwał proces nieustannego wykrwawiania się najaktywniejszej części narodu. Krew ta płynęła niczym lawa z krateru bez względu na więzienia, zsyłki, utratę majątku, zdrowia i życia. Płynęła krew setek tysięcy, milionów Polaków. To dzięki niej zachowaliśmy jedną tożsamość narodową mimo systematycznego wynaradawiania przez trzech zaborców, i dzięki niej Polska odzyskała niepodległość po 123 latach rozbiorów. Ale dziś pytamy: Czy po zniszczeniach II Wojny Światowej i komunizmie dalej wypływa z nas życie narodowe na przekór wszystkim trudnościom i niebezpieczeństwom? Czy rwiemy się do Polski jak kwiaty do słońca? Czy może ten wulkan już wygasł? Odpowiedź jest bardzo trudna. Jednak w ciągu tych ostatnich dwustu lat systematycznie następował proces nie tylko wynaradawiania Polaków, ale wytracania tych najaktywniejszych i to w skali uderzającej w przyszłość narodu. Feliks Koneczny we wspomnianym artykule podkreśla: „ W powstaniach i w następstwach powstań ginęła najlepsza na ogół część młodzieży - a czyż tylko młodzieży? Najbardziej owiani miłością dobra publicznego, najbardziej przedsiębiorczy, najodważniejsi padali ofiarą, dawali życie i tracili majętności. [...] Żadne zaś środki heroiczne nie zdołały wstrzymać obniżania się poziomu inteligencji, gdy w powstaniach, na zesłaniach i emigracyach ginęły w każdem pokoleniu najinteligentniejsze w sam raz jednostki. "5

Widać to wyraźnie na przykładzie Syberii. Pierwsze zsyłki rozpoczęły się przed 400 laty, a obejmowały jeńców wojen polsko-moskiewskich, których wcielano do armii podbijającej ludy syberyjskie.6 Natomiast idea zsyłania do pracy katorżniczej, głównie w kopalniach, pojawiła się pod koniec wieku XVII za panowania Piotra Wielkiego. Pierwsza wielka fala polskich zesłańców obejmuje uczestników konfederacji barskiej, zarówno szlachtę jak i chłopów, kolejna fala to uczestnicy powstania kościuszkowskiego, później powstania listopadowego, a wreszcie powstania styczniowego. Później w latach 1936-38 Polacy byli pierwszym z narodów, który poddany został wysiedleniu z ukraińskich i białoruskich miast, miasteczek i wsi. Aż wreszcie w latach 1940-41, po napaści Związku Sowieckiego na Polskę, miały miejsce 4 deportacje, głównie na Syberię i do Kazachstanu, które objęły ok. 2 miliony Polaków; te deportacje ciągnęły się również po wojnie za zgodą władz komunistycznych PRL-u.7 A zatem przez ostatnie 200 lat trwał proces systematycznego wynaradawiania Polaków zarówno pod względem duchowym, jak i biologicznym. A przecież nad tym wynaradawianiem intensywnie pracowali nie tylko Rosjanie, ale również Austriacy i Niemcy, jako zaborcy bądź jako wojenni okupanci (Niemcy). Żaden z narodów europejskich nie był poddawany tak długiemu i wielostronnemu procesowi wynaradawiania jak właśnie Polacy.

Reaktywowanie kultury polskiej dziś nie jest tylko kwestią jej pełniejszego udostępnienia, jest to kwestia uczynienia podatnym tego społeczeństwa, jakie nam zostało na tę właśnie kulturę.

Wydawać by się mogło, że ratunek powinien przychodzić ze strony różnych odłamów tzw. prawicy narodowej. Jednak, jak widzimy, jest to ratunek bardzo słaby. Jednym z powodów tej słabości jest z pewnością fakt, że środowiska narodowe były ze szczególną zaciekłością prześladowane, więzione i mordowane przez władze PRL-u. Ale jest też drugi powód. Zmiany po roku 1989 otworzyły furtkę do swobodnej możliwości działania i zrzeszania się. W związku z tym można był reaktywować bądź tworzyć na nowo środowiska myślące w kategoriach narodowych. I rzeczywiście, powstały różne ugrupowania, głównie o charakterze partii politycznych. Co jest jednak charakterystyczne, to fakt bardzo małego wpływu społecznego tych środowisk. Utrwala się proces stagnacji ugrupowań narodowych, które wobec współczesnych kosmopolitycznych zagrożeń dla Polski, są przecież jak najbardziej potrzebne. Wydaje się, że jednym z głównych powodów takiej stagnacji jest brak głębszego przełożenia kulturowo-cywilizacyjnego tzw. prawicy narodowej. Prawica ta wpychana jest przez swoich przeciwników w różne szuflady polityczne, i zamykana w nich z takimi etykietami jak: oszołomy, nacjonaliści, faszyści, antysemici. I nie bardzo wie, jak się bronić. Otóż, wydaje się, że wyjście z tej trudnej sytuacji nie może polegać na mnożeniu barokowego nazewnictwa, a więc że dane ugrupowanie jest prawicowo-narodowo-patriotyczno-katolicko-chrześcijańskie, ale na osadzeniu działalności w głębszym podłożu kulturowo- cywilizacyjnym, którego polityka jest jednym, ale wcale nie najważniejszym z odgałęzień. Tzw. prawica narodowa musi zwracać baczniejszą uwagę na to, co dzieje się z kulturą polską, do jakiego stopnia i w jakich dziedzinach jesteśmy wynaradawiani. Społeczeństwo polskie bez kultury polskiej nie stworzy żadnej prawicowej siły politycznej. Podobnie środowiska prawicowo-narodowe nie znajdą odzewu w społeczeństwie pozbawionym takiej kultury. Trzeba patrzeć i ostrzegać, co dzieje się z nauką i edukacją, co z moralnością, obyczajami, rodziną i ekonomią, co dzieje się z polską sztuką, co z religią - to jest kultura, a więc pole osobowego rozwoju człowieka, a jako kultura polska - pole osobowego rozwoju Polaka. Uprawianie polityki na poziomie zaczepek personalno-partyjnych do niczego nie doprowadzi, należy sięgnąć głębiej.

Jako Polacy mamy to szczęście, że skarbiec i dziedzictwo naszej kultury jest na tyle bogaty, że na wszelkie okoliczności znaleźć możemy antidotum. I właśnie wydaje się, że na dzisiejsze tak trudne czasy takim lekarstwem jest myśl Feliksa Konecznego. A to z tej racji, że Feliks Koneczny przekroczył myślenie czysto polityczne, a sięgnął do samego spodu, do tego podglebia, z którego wyrastaj ą różne rodzaje etyki i polityki. Można z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że jego teoria cywilizacji nie ma sobie równych w świecie. W jej świetle widać bardzo wyraźnie cały mechanizm procesów, jakie zachodzą w świecie zachodnim, w tym również w Polsce. Jest to dokładne przeciwieństwo mediów, które urabiają opinię publiczną przez niezwykle krótkowzroczne patrzenie, które poza prowokacją nie daje szerszej możliwości ruchu. Teoria cywilizacji pozwala natomiast rozumieć to, co się dzieje, wychodząc poza sprawy personalno-partyjne, a dochodząc aż do zasad. Pozwala tym samym na uderzanie w przyczyny, a nie w skutki.

Dziś ponownie grozi nam utrata niepodległości państwowej i suwerenności narodowej. Nie dzieje się to na drodze wojny, ale poprzez działania polityczno-ekonomiczne. Jednak pod podszewką chęci władzy czy pragnienia zysku ze strony takich czy innych państw, organizacji lub konsorcjów międzynarodowych, wynurza się coraz wyraźniej kształt cywilizacji niełacińskiej i niepersonalistycznej, której te aspiracji władzy i zysku są przejawem. Główne zagrożenie dla Polski polega na tym, że jesteśmy wpychani w żywioł cywilizacji i kultury nam całkowicie obcej. Prawdopodobnie mamy do czynienia z mieszanką cywilizacji bizantyńsko-żydowskiej. Aby się bronić musimy te zagrożenia dokładniej zdiagnozować, właśnie na poziomie cywilizacyjnym. Ale to nie wszystko, musimy wiedzieć, czym jest cywilizacja łacińska i czym jest kultura polska, aby bronić jej i tworzyć ją w każdym centymetrze życia społecznego, rodzinnego i osobistego. Dopiero wówczas wytworzone zostaną skuteczne mechanizmy obronne w sferze politycznej. Nasi przeciwnicy polityczni mają oparcie we własnych cywilizacjach i kulturach, dlatego są silni. My poza cywilizacją łacińską i kulturą polską, nie utworzymy żadnej znaczącej alternatywy prawicowej, działalność ograniczy się do kilku haseł i do kilku osób. Takiego błędu nie wolno nam popełnić, ponieważ pętla wokół Polski coraz bardziej się zaciska. A nas łączyć mają nie płytkie hasła polityczne, ale miłość do Polski, do jej ziemi, narodu i kultury. Dopiero z takiej miłości wyrosnąć może trwały i skuteczny program polityczny.

Piotr Jaroszyński
"Polska i Europa"

Przypisy:

1. Polska przed rozbiorami zajmowała powierzchnię ok. 725 tyś. km 2, w okresie międzywojennym 388 390 km2, a dziś 312 tyś. km2.
2. Feliks Koneczny, Warunki pracy kulturalnej w Polsce porozbiorowej, w: Polska w kulturze powszechnej, red. F. Koneczny, Kraków 1918, s. 366-412.
3. U. Kaczmarek, J.Grad, Uczestnictwo w kulturze społeczeństwa polskiego, w: „Kultura polska 1989-1997. Raport", Warszawa 1997, ss. 127,129,140.
4. Feliks Koneczny, art.cyt., s. 368.
5. Feliks Koneczny, ibidem, s. 367.
6. A. Kuczyński, Syberia. 400 lat polskiej diaspory, Wrocław 1998, s. 16.
7. Ibidem, s. 57-120.

http://www.piotrjaroszynski.pl/felieton ... ltur-polsk


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 04 maja 2015, 09:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Dziedzictwo, proroctwa Cypriana Kamila

Zofia Kossak, Dziedzictwo, tom I, str. 189

[Juliusz Kossak z młodziutką żoną, Zofią z Gałczyńskich, początek życia w Paryżu. MD]

Cyprian Norwid coraz wyraźniej nie dosłyszał i coraz był chudszy. Zofię korciło, by go porządnie nakarmić, podejrzewała bowiem (podobno nie bez słuszności), że ten dziwak nie dojada. Milczała jednak, wiedząc, że częstowa­nia nie lubi i odchodzi, zaledwie padnie wzmianka o jedzeniu. Tego dnia przyszedł odwiedzić Juliusza, zgnębiony świeżo otrzymaną wiadomością, że przyjaciel jego, Jan Gajewski, pracujący w angielskim mieście Manchester w fabryce, zginął na skutek wybuchu kotła parowego.

- Taki człowiek - mówił z żalem - człowiek całkowity, z jednej bryły dzielności ukuty. Do heroizmu stworzony, poszedł w służbę wyzysku i pary... Nie symbol to? Nie zapowiedź?

Drzwi się otworzyły. Zofia wprowadziła swoje duplikaty [bliźniaki – Wojtek i Tadzio md] uczepione u spódnicy. Roześmiana trójka była tak piękna, że obaj artyści zapatrzyli się na nią w milczeniu. Zofia przyjęła z zadowoleniem ten hołd złożony, jak mniemała, jej dzieciom. Uwolniła suknię, postawiła na podłodze pudło kloc­ków i zabawek, a gdy bliźniacy rzucili się z zapałem do wznoszenia wież, usiadła na fotelu, rozkładając fałdy sukni w sposób maskujący jej stan.
- O czym mówiliście? - zapytała.
Norwid powtórzył wiadomość, która go tak obeszła.
- Nie w tym rzecz - tłumaczył - że Gajewski umarł. To los każdego człowieka. Buntuję się przeciw temu, że śmierć zadała mu bezduszna maszyna. Gajewski... Gdybym usiłował wyobrazić sobie jego zgon, to z chorągwią w ręku na czele ludów spragnionych wolności. Kula w serce wodza... To była śmierć dla niego. Lecz maszyna... Kocioł parowy, walce żelazne, tryby, trans­misje... Nienawidzę maszyn. Co miesiąc słyszymy o nowych, a czym zmyślniejsze, tym dla ludzkości bardziej niebezpieczne... Przyjdzie czas, że zajmą miejsce człowieka.

- Co też pan mówi? Przecież to człowiek robi maszynę, żeby mu posługi­wała. Jakże by mogła zająć jego miejsce?

- Nie wiem, lecz lękam się czasów, jakie idą. Teraz jest wiek romantycznej tęsknoty do wolności. Tęsknoty dogasającej, niestety, na oczach na­szych. Przyjdzie wiek maszyn. Biada ludziom, gdy będą zagnanymi niewolnikami maszyny...

- Nie rozumiem wcale. Przestaną maszyny wyrabiać i koniec.
- Święta logika młodości! Mogą się spostrzec za późno. Byście nie mó­wili, kiedy wyjdę: "Kruk!" - powołam się na Zygmunta Krasińskiego. Czy państwo znają jego wiersz: "Mord elektrycznym prądem się rozpostrze"?

- Ach, nie doczytałam do końca, bo taki okropny i nieprawdopodobny;

- Dantejska wizja - poparł żonę Juliusz. - Zresztą Krasiński nie wspomina wcale, by katastrofę spowodowały maszyny.

- Chorować razem będą wielkie mnóstwa
Na gorszą klęskę niż klęska ubóstwa:
Na nieczłowieczą chorobę bezbóstwa...

począł recytować Norwid:
- Jad niezaznanych i strasznych boleści
Półbożą postać człowieczą zbezcześci.
Psuć się kształt pocznie popsutej już treści.
Gnić będą wody, gnić będzie smug lądu,
Aż światło prawom ulegnie bezrządu,
Aż słońce samo dostanie plam trądu.

- Kto wywoła, jeśli nie maszyny? Postęp, co rzekomo ma nas uszczęśli­wić! Wszystko w naturze Boga zna i czuje. Tylko maszyna duszy nie posiada. Bezduszną będąc, nie może znać Boga. I będzie ze światem, jak pisze Krasiń­ski, gdy z maszyn uczynią bożyszcze...

- Nie! Nie! Niech pan nie mówi takich rzeczy...
Zofia wstała, podeszła do chłopców, którzy wybudowali wysokie ruszto­wania z klocków, by je z wybuchami radości przewracać. Choć trudno jej było schylać się, pochyliła się nad nimi, jakby pragnąc osłonić przed ponurą wizją. Poetyckie wymysły bez sensu! Woda miałaby gnić, ziemia? W umyśle zama­jaczyła przezroczysta struga, płynąca pod siąszyckim ogrodem, w cieniu zarośli prześwietlonych słońcem... Jaki piękny jest świat, skoro nawet maleńka rzeczka ma tyle uroku.

Mężczyźni zmienili temat. Norwid namawiał Juliusza, by wymalował symboliczną walkę ducha z materią. Biali i zieloni...

- Czegoż pan dobrodziej sam nie wymalujesz? - bronił się gospodarz.

- Nie mojej tu ręki trzeba. Brak mi daru kompozycji... Widzę rzecz, ale jej na papier przenieść nie potrafię.

- Przeceniasz, panie Cyprianie, moje zdolności. Pomysł piękny, bez wąt­pienia, lecz ja się do tego nie nadaję. To fantazja, imaginacja, ja cóż, reali­sta - to potrafię odrysować, co oczami widzę...
- Dobrodziej uważasz się za rea­listę? Chyba żartem? Wierzaj mi, pa­nie Juliuszu, żem większego idealisty od pana nie spotkał. Świat pańskich obrazów nie jest prozą, lecz. poezją. Ucieleśnione marzenie o pogodzie. To w nich takie cenne, bo ludziom, szcze­gólnie Polakom, najwięcej brakuje pogody...

Chłopcy, sprzykrzywszy sobie klo­cki, siedzieli u matki na kolanach. Opowiadała im półgłosem bajkę.

- ...Ta tylko, która niańczy
I ten, co pędzel imał...
- zadeklamował gość.

- Znów Krasiński? - zaniepokoiła się Zofia.
- Cyprian Kamil Norwid, do usług.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=80


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Podnieśmy naszą kulturę do poziomu z czasów naszych Ojców
PostNapisane: 11 maja 2015, 07:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31054
Polska musi się nawrócić!

Nie możemy się godzić na zło i milczeć, ilekroć deptane jest prawo Boże, nawet pod pozorem legalności w ustanawianym przez parlament prawie. Przypomnijmy więc, że przykazanie „Nie zabijaj” znaczy: nie zabijaj nikogo i nigdy, nie zabijaj człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci – te mocne słowa wypowiedział dziś w Krakowie ks. abp Józef Michalik, metropolita przemyski. W Krakowie odbyła się tradycyjna procesja z Wawelu na Skałkę. Uroczystej Mszy św. przewodniczył ks. abp Wiktor Skworc z Katowic.

Mszę św. poprzedziła procesja, która przy biciu dzwonu Zygmunta przeszła z Wawelu na Skałkę. W procesji niesiony był m.in. łaskami słynący obraz Matki Bożej od Wykupu Niewolników z kościoła św. Jana w Krakowie, koronowany na Skałce przez ks. abp. Karola Wojtyłę 9 maja 1965 r. Wolontariusze ŚDM nieśli kopię krzyża Światowych Dni Młodzieży.

W bazylice na Skałce została odprawiona Msza św. pod przewodnictwem ks. abp. Skworca. Słowo powitania skierował do uczestników uroczystości ks. kard. Stanisław Dziwisz. Metropolita krakowski przypomniał, że już za rok w Krakowie odbywać się będą Światowe Dni Młodzieży.

– Przed tym wydarzeniem ważna jest odnowa życia religijnego w naszym Narodzie. Bo Światowe Dni Młodzieży będą świętem wiary ukazującym młode oblicze polskiego Kościoła – mówił metropolita krakowski, dziękując wszystkim za obecność i odwagę dawania świadectwa wiary.

Metropolita przemyski ks. abp Józef Michalik w homilii przypominał, że fundamentem Kościoła jest Jezus – Dobry Pasterz, który powinien też być fundamentem życia chrześcijan. – O trwałości budowli decydują fundamenty, materiał budowlany i umiejętności wykonawców. Podobnie jest ze wspólnotami ludzkimi. O ich sile i trwałości decydują zasady, jakimi chcą się kierować, cele, jakie sobie stawiają, i metody, jakimi się posługują – podkreślał ks. abp Józef Michalik.

Pasterz Kościoła przemyskiego z całą mocą mówił, że nie możemy się godzić na zło i milczeć, ilekroć deptane jest prawo Boże, nawet pod pozorem legalności w ustanawianym przez parlament prawie.

– Przypomnijmy więc, że przykazanie „Nie zabijaj” znaczy: nie zabijaj nikogo i nigdy, nie zabijaj człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci. A „Nie kradnij” zabrania przywłaszczania każdej własności: prywatnej, wspólnej, państwowej, zgodnie z zasadą sprawiedliwości społecznej wobec pracodawcy i pracownika. Za uczciwą pracę zawsze należy się uczciwa zapłata – zaznaczył i dodał, że wspólnota Kościoła, jego biskupi, kapłani i wierni, będą wielokrotnie musieli powtarzać „Non possumus”. Jako wzór odwagi w głoszeniu Ewangelii, zwłaszcza w czasach trudnych, ks. abp Michalik postawił św. Stanisława.

– Polska, jeśli ma przetrwać, musi się nawrócić! – apelował ks. abp Michalik. Jak mówił, nasz kraj jest chory, bo „godząc się na zło, traci swoją siłę i wolność życia”. Jako szczególnie zagrażające Polsce kaznodzieja wymienił ustawy sprzeczne z prawem naturalnym, atak na rodzinę, seksualizację dzieci i ideologię gender. Do destrukcyjnych zjawisk zaliczył także zapaść służby zdrowia, likwidację stoczni, kopalń, przemysłu, bezradność wobec braku kultury społecznej i korupcji oraz emigrację ludzi młodych i wykształconych.

– Zawsze więc potrzebne są głosy odważne, wzywające do naprawy państwa, bo nikt nas w tym nie wyręczy, żadna ideologia. Przed wieloma z tych spraw przestrzegał przed laty Marszałek Józef Piłsudski. Może i dziś on oraz spoczywający tuż obok niego na Wawelu prezydent Lech Kaczyński wiele mieliby do powiedzenia o nadużyciach w państwie, w którym broni się interesów partii, a nie jednostek. O naszym znikczemnieniu, bo podczas wszystkich wyborów w ostatnich 25 latach do urn idzie zawsze tylko 50 proc. uprawnionych. Pozostali zrzucają wybór na innych, nie rozumiejąc, co oznacza społeczna odpowiedzialność za prawdę i przyszłość. A prawda kształtuje, dlatego mamy prawo do prawdy o Katyniu, Smoleńsku, Dachau, Auschwitz. Mamy prawo wpływać na uzdrowienie polityki – apelował ksiądz arcybiskup.

– Ilekroć przegrywa Bóg i Ewangelia, prawo Boże i prawo naturalne, tylekroć przegrywa człowiek. Przegrywamy dlatego, że nie jesteśmy zjednoczeni w wierności Bogu, Ewangelii, Kościołowi. Przegrywamy, bo dobrzy ludzie często milczą, godząc się na in vitro, aborcję, na ideologię gender. Przegrywamy, bo chętnie słuchamy fałszywych proroków, niejednokrotnie przebranych w strój duchowny, którzy obłudnie wołają o reformę Kościoła, zamiast reformować siebie. Słuchamy też ludzi nieochrzczonych, którzy od lat walczą z tym, co katolickie i polskie. Zapominają, że ten Naród, to nasza wspólna historia, dziedzictwo, kultura. Bez tego nie ma naszej przyszłości! – wyjaśnił.

Jak podkreślił metropolita przemyski, wielką siłą Kościoła jest jedność biskupów, którzy starają się nawracać sumienia. – Wielką zasługę w dbaniu o tę jedność ma ks. kard. Stanisław Dziwisz. Nadzieją są organizacje i stowarzyszenia katolickie, inicjatywy społeczne. Naród się budzi, choć powoli. Wdzięczność należy się także wszystkim, którzy wspierają katolickie media. Tygodniki katolickie i pisma niezależne są ważnym elementem polskiego, wolnego społeczeństwa, a tworzą je świeccy odpowiedzialni za duszę Narodu. Dziękujemy za waszą pomoc i odwagę w kształtowaniu myśli i ukazywaniu prawdy – mówił kaznodzieja.

Podczas głównych uroczystości św. Stanisława na Skałce wierni dziękowali za kanonizację św. Jana Pawła II i modlili się o dobre przygotowanie i owocne przeżycie przyszłorocznych Światowych Dni Młodzieży.

Małgorzata Pabis

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... rocic.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 21 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /