Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 26 lut 2014, 07:04 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Duchowy testament ks. Drozdka

NASZE TOTUS TUUS

W roku, w którym wspólnota pallotyńska przeżywała uroczystość 100-lecia pracy duszpasterskiej na polskiej ziemi, w 90. rocznicę objawień Matki Bożej w Fatimie, 20 lat po koronacji figury Matki Bożej z Krzeptówek dokonanej przez Jana Pawła II w Rzymie i w 10. rocznicę konsekracji sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach przez Jana Pawła II, w roku 2007, tak znaczącym dla pallotynów i sanktuarium w Zakopanem, 25 maja odszedł do wieczności ks. Mirosław Drozdek SAC.

Obrazek

Jak wiemy, był on pierwszym proboszczem parafii Niepokalanego Serca Maryi w Zakopanem na Krzeptówkach, a następnie budowniczym i pierwszym kustoszem sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, które dziś znane jest jako „Polska Fatima”. Ksiądz Mirosław Drozdek, jako wielki apostoł Fatimy, łączył Fatimę, Coimbrę, Watykan, Polskę-Zakopane, Wschód: Rosję, Ukrainę, Białoruś, przez ocean modlitwy różańcowej, wielość akcji duszpasterskich i dzieł pokutnych.

Dziś, gdy zbliżamy się już do siódmej rocznicy śmierci tego Maryjnego sługi, ciągle pozostaje żywa w naszej pamięci jego osoba i dla wielu stanowi jakby synonim pobożności fatimskiej. Wiele można by pisać o jego zaangażowaniu w upowszechnianie orędzia fatimskiego, w przygotowanie beatyfikacji fatimskich pastuszków czy wzywanie do „modlitewnych szturmów” w intencji Kościoła i Ojca Świętego. Niemniej jednak, niech będzie mi wolno pominąć na chwilę całość trudu, ofiar i pracy, które ks. Drozdek złożył na Krzeptówkach w ciągu niemal 29 lat swojej służby dla Maryi, by teraz przypomnieć jedynie jego ostatnie pragnienie, słowa, które brzmią niczym duchowy testament.

Cierpienie, choroba i śmierć ks. Mirosława oraz cały rozgłos z tym związany sprawiły, iż nie wszyscy usłyszeli wołanie jego serca; również on sam nie zdawał sobie sprawy z tego, iż słowa te zwieńczą jego posługę w sanktuarium, jako kustosza i apostoła Fatimy. Niech ogień tych słów zapali nasze serca do działania, gdyż one nic nie straciły ze swej aktualności, a nawet stają się obecnie jeszcze bardziej naglące. Oto treść Fatimskiego Apelu ks. Mirosława Drozdka z listopada 2006 roku.

Zwycięstwo przychodzi w pierwsze soboty
„1. Z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanem na Krzeptówkach kierujemy najserdeczniejszy Fatimski Apel o solidarne włączenie się w nabożeństwo pierwszych sobót z Janem Pawłem II.

Nabożeństwo to rozpoczynamy w dniu 1 kwietnia br., łącząc je z pierwszą rocznicą śmierci Sługi Bożego Jana Pawła II i siostry Łucji z Fatimy (13 lutego). Nie trzeba nikomu tłumaczyć, jak dalece śmierć ostatniej fatimskiej wizjonerki oraz Papieża Jana Pawła II związane są z orędziem fatimskim. Wiemy, że trzecia część tajemnicy fatimskiej z wpisanym w nią cudem ocalenia życia Ojca Świętego, który miał zginąć w zamachu w 1981 r., powiązała Matkę Bożą Fatimską i Jej orędzie z Papieżem z rodu Polaków. To wydarzenie wskazało nam wierzącym na kolejny, istotny etap fatimskiego orędzia. Tak, obietnice Fatimy wypełniają się na naszych oczach. Uczestniczymy w tej tajemnicy. To uczestnictwo oznacza, że staje przed nami nowe zadanie…

2. W czasie drugiej pielgrzymki do Fatimy (1991 r.) Ojciec Święty Jan Paweł II mówił: ’W 1917 r. tu, w Fatimie, Maryja z macierzyńską stanowczością wzywała całą ludzkość do nawrócenia i modlitwy. Po 75 latach zmieniło się wiele elementów w panoramie Europy i świata, w ciągu tego wieku, a zwłaszcza w ostatnich latach, byliśmy świadkami licznych doniosłych wydarzeń. Fatima, trwająca niezmiennie w milczącym słuchaniu głosu Boga, nadal jest stałym punktem odniesienia i wezwaniem do życia Ewangelią. Z Cova da Iria rozlewa się jakby światło pocieszenia, niosące nadzieję i pozwalające nam zrozumieć wydarzenia, które kształtują koniec drugiego tysiąclecia’.

Od 1991 r. upłynęło wiele czasu, dokonało się wiele wydarzeń, zaistniało wiele faktów historycznych powiązanych z orędziem fatimskim. W tę historię została również wpisana śmierć siostry Łucji i odejście do Domu Ojca naszego umiłowanego Papieża Jana Pawła II. Jego przejście przez próg wieczności w pierwszą sobotę miesiąca, więcej – w godzinie Apelu Jasnogórskiego to dla nas znak szczególny.

3. W bieżącym roku przypadają dwa historyczne wydarzenia: 60. rocznica aktu zawierzenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi na Jasnej Górze (8 września 1946 r.) i 25. rocznica zamachu i cudu ocalenia życia Jana Pawła II w dniu 13 maja 1981 roku.

Wspomnienie tych historycznych wydarzeń to kolejne znaki, które daje nam Bóg. Również przez nie światło orędzia fatimskiego rozświetla jaśniej ludzkie serca. Te mnożące się na naszych oczach znaki czasu przynaglają nas, aby jak najgłębiej odczytać sens tego orędzia. Wiemy, że niebo przygotowało w 1917 r. strategię walki z mocami ciemności. Matka Najświętsza ogłosiła, że poświęcenie się Jej Niepokalanemu Sercu oraz praktykowanie nabożeństwa pierwszych sobót są gwarantem pokoju, nawrócenia świata i tryumfu dobra nad złem.

Zadaniem na dziś jest wprowadzenie nabożeństwa pierwszych sobót w życie jak najszerszych kręgów całego świata. Przez minione lata uczyniono bardzo dużo w tym zakresie. Nabożeństwo to dojrzewa w Kościele jak ewangeliczne ziarno wrzucone w glebę. Do nowego impulsu potrzebne jest dziś duchowe zjednoczenie wszystkich sił, aby stworzyć zwarty front wiernych, którzy świadomie rozpoczną praktykę tego nabożeństwa od pierwszej soboty miesiąca kwietnia”.

Ks. Krzysztof Czapla SAC

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... ozdka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 12 mar 2014, 08:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Duchowni i media

Ks. dr Piotr Steczkowski

Żyjemy w świecie medialnym. Co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. Media są obecne na każdym miejscu i wszystko może stać się przedmiotem ich zainteresowania. Nic zatem dziwnego, że również Kościół korzysta z okazji, aby za ich pomocą docierać do ludzi z prawdą Ewangelii. Oczywiście, Kościół działa przez konkretnych ludzi. Szczególną odpowiedzialność ponoszą w tym względzie duchowni. Oni są bowiem jednoznacznie utożsamiani z instytucją, którą reprezentują. Niestety, od pewnego już czasu możemy zaobserwować, że w środkach społecznego przekazu pojawiają się duchowni, którzy mniej lub bardziej kontestują nauczanie Kościoła. I co poradzić na ten dysonans poznawczy docierający do przeciętnego wiernego, który co innego słyszy w swoim kościele, a co innego od „mądrego” księdza profesora lub innej osoby duchownej wypowiadającej się w telewizji, prasie lub w internecie?

W przypadku pojawienia się takiego dylematu należy przede wszystkim pamiętać o pewnych zasadach kościelnych dotyczących jego nauczania. Podstawowa z nich głosi, że nikt w Kościele nie jest i nie może się czuć „właścicielem” prawdy. Prawda pochodzi bowiem od Boga. A Kościół otrzymał prawdę objawioną od Chrystusa i ma zadanie jej strzec, żeby nie doznała żadnego uszczerbku i nie została wypaczona. Kościół wykonuje to zadanie przez swój Urząd Nauczycielski, któremu nieustannie towarzyszy asystencja Ducha Świętego. Dlatego jedynie Papież i biskupi są autentycznymi nauczycielami prawd wiary i moralności, którym należy się posłuszeństwo ze strony wiernych, w tym także ze strony kapłanów. W ten sposób każdy pogląd wyrażony przez duchownego w mediach można zweryfikować, czy jest katolicki, czy nie. Wystarczy porównać jego wypowiedź z treścią zawartą w Katechizmie Kościoła, w dokumentach papieskich czy soborowych. I nie można dać się uwieść żadnym tytułom naukowym.

Jednak te zasady często nie są znane ludziom, do których dociera przekaz od duchownego kontestującego naukę Kościoła. Z dużą pewnością można powiedzieć, że niewierzący, osoby innych wyznań, a nawet słabo praktykujący katolicy przez tego typu wypowiedzi mogą być wprowadzani w błąd co do prawdziwej nauki Kościoła na dany temat. Dlatego jako wspólnota powinniśmy interweniować. Mamy prawo domagać się, aby w mediach było przedstawiane autentyczne nauczanie Kościoła, a nie prywatne poglądy duchownego. Do kogo zwracać się w takich sprawach? Najlepiej do bezpośredniego przełożonego duchownego, czyli do jego biskupa lub prowincjała zakonu.

Prawo kanoniczne gwarantuje wiernym, duchownym i świeckim, wolność wypowiadania się na tematy teologiczne i moralne w dziedzinach, w których są specjalistami. Jednak prawo wymaga, aby wypowiedzi były roztropne, a treść zgodna z tym, co głosi Magisterium Kościoła. Natomiast pasterze są zobowiązani czuwać, aby wiara i moralność wiernych nie doznawały uszczerbku przez nieprawdziwy przekaz w mass mediach.

Autor jest wykładowcą prawa kanonicznego na Uniwersytecie Rzeszowskim i na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie.

http://www.naszdziennik.pl/wp/70934,duc ... media.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 15 mar 2014, 07:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Chluba Kościoła i Narodu

Większość z nas ma dość mgliste pojęcie o realiach pracy misjonarzy. Zazwyczaj gdy słyszymy o misjach, to przychodzą nam na myśl zdjęcia, na których widać pogodnych kapłanów lub siostry zakonne w otoczeniu roześmianych dzieci, zazwyczaj o ciemnej karnacji, na tle bananowców, pod rozpalonym słońcem. Jednak czasem ten obraz bywa przyćmiony wiadomością, że w drodze do wiernych albo na plebanii duchowny został napadnięty, poturbowany, a nawet zabity. Wówczas widzimy drugą stronę medalu, bo uświadamiamy sobie, że praca na misjach może być bardzo niebezpieczna. Tyle że wszystko to dzieje się w jakiejś odległej perspektywie, gdzieś „za morzami i górami”, na innych kontynentach, gdzie ludzie mają swoje problemy, a my tu mamy swoje.

A jednak są tacy, dla których problemy tamtych ludzi nie są czymś obcym, mimo trudów i ryzyka. Chcą się z nimi mierzyć i to z całym zaangażowaniem, a wręcz poświęceniem, bo wiedzą, że taka wyprawa wiąże się z narażeniem zdrowia, a nawet życia. Ludźmi tymi są właśnie misjonarze, a wśród nich wielu Polaków. Obecnie na misjach pracuje ich ponad 2 tysiące.

Kto bezpośrednio nie zetknął się z działalnością misjonarzy na miejscu, czyli wśród konkretnych społeczności, temu trudno jest sobie wyobrazić, jak angażująca i odpowiedzialna jest to praca. Bo posługa misjonarza to nie jest wypad na dwa tygodnie do ciepłych krajów, by zaliczyć nowe hotele, podziwiać widoki i zrobić sobie zdjęcie z tubylcami.

Praca misjonarza to obliczone na długie lata wtopienie się w daną społeczność, która na początku pod wieloma względami jest dla misjonarza czymś po prostu obcym, a i sam misjonarz jest z kolei dla tej społeczności kimś obcym. Bo przecież misjonarz najczęściej wywodzi się z innego kręgu kulturowego, z innej cywilizacji, z innego narodu, no i mówi innym językiem. Gdy turysta przyjeżdża do hotelu, wystarczy mu angielski, żeby się porozumieć. Ale misjonarz w taki sposób niewiele wskóra. A przecież on przyjechał, żeby tu zostać i być z tymi ludźmi na co dzień, na dobre i na złe. Najpierw więc trzeba nauczyć się języka, jednego albo kilku.

Zazwyczaj gdy misjonarz trafia do jakiejś byłej kolonii, to musi poznać zarówno język dawnych kolonizatorów, np. francuski w Burundi, bo jest to nadal język urzędowy, oraz własny, historyczny język danej społeczności, a będzie to kirundi, i wreszcie język, który znany jest szerzej w skali afrykańskiej – suahili. Bez dobrze poznanego języka ani rusz, bo przecież nie wystarczy tu zestaw zwrotów: jak się czujesz, dziękuję, do widzenia.

Misjonarz ma poznać konkretne i złożone problemy tych ludzi, wśród których mieszka, ma udzielać im rad i wyjaśnień, ma słuchać spowiedzi, ma głosić kazania – to wszystko wymaga nie tylko dobrej, ale bardzo dobrej znajomości języka, której musi towarzyszyć znajomość obyczajów, mentalności, historii, tradycji. Język jest przecież tylko znakiem ludzkiej kultury, więc bez jej znajomości język można zrozumieć, ale ludzi się nie zrozumie. Stąd misjonarz to nie tylko człowiek wielkiej wiary, ale również człowiek o wysokim poziomie kultury.

Jest to także człowiek odważny. Praca wśród tubylców, zwłaszcza w regionie nabrzmiałym konfliktami, czy to lokalnymi, czy również międzynarodowymi, stawia misjonarza po którejś stronie barykady. Misjonarz nie jest przeciwko nikomu, przyjechał pracować dla tych ludzi, z tej wioski, z tej parafii.

Może się jednak zdarzyć, że jedna ludność wystąpi przeciwko drugiej, podzielona etnicznie, politycznie albo religijnie. Wtedy misjonarz, chcąc nie chcąc, może być zaliczony przez jedną z grup do wrogów, a to oznacza, że musi się liczyć z napaścią, pozostając człowiekiem bezbronnym, bo przecież nie jest uzbrojonym żołnierzem. Stan permanentnego zagrożenia może niejednego złamać, podda się i ucieknie. Zwłaszcza gdy powraca myśl: jestem tu wśród obcych, na obcej ziemi, mam swój kraj, gdzie jest bezpiecznie. A jednak postawa misjonarza koniec końców wyrasta ponad taką argumentację. Nierzadko słyszymy, jak czynniki oficjalne (ambasady, konsulaty) zachęcają do opuszczenia zagrożonego rejonu. Ale odpowiedź misjonarzy brzmi: nie, bo nie możemy pozostawić naszych parafian.

A więc za odwagą idzie jakże budujące poczucie odpowiedzialności. To nie jest odwaga dla odwagi, to nie jest wyzywanie losu czy szukanie mocniejszych emocji. To jest bardzo jasno przemyślana postawa odpowiedzialności za powierzonych sobie ludzi, którzy z całą ufnością i miłością widzą w misjonarzach jedyne oparcie zarówno w drobnych problemach, jak i w sytuacji wielkiego zagrożenia. Takich ludzi nie można pozostawić samym sobie, ta więź jest zbyt głęboka. I wreszcie misjonarz musi być człowiekiem zahartowanym i wytrzymałym. Zdjęcia, choćby z Afryki, wyglądają malowniczo, ale oglądając je, nie odczuwa się temperatury, nie odczuwa się obezwładniających promieni słońca. Misjonarz musi dostosować się do takich warunków klimatycznych, które bywają krańcowo różne od tych, w jakich do tej pory żył i jakie były dla niego czymś normalnym. Na misjach owa norma się zmienia przez nadmiar wilgoci i upału albo nadmiar suszy i zimna. Ludzki organizm nie tak łatwo potrafi się zaadaptować, bywa, że ciągle trzeba walczyć ze swoimi słabościami, zwłaszcza że…

Zwłaszcza że osłabiony organizm bardzo lubią zaatakować różne choroby. Niektóre z nich pozostaną na całe życie, bo są nieuleczalne, co najwyżej jakoś zaleczalne. Chorób tych są setki, nie mówiąc o tysiącach odmian. W Afryce najczęściej spotykane to ameba i malaria, większość misjonarzy wcześniej czy później na takie choroby zapadnie. Nie jest to jednak powód do rozpaczy, mówimy przecież o ludziach odważnych, którzy wiedzą, czego chcą, wiedzą, dla kogo coś robią i że musi to kosztować, choć tak naprawdę nie ma ceny.

Jest to możliwe tylko wówczas, gdy motywacja płynie z nadprzyrodzonych źródeł, a misja jest misją miłości. Taką właśnie misję pełnią polscy misjonarze, duma i chluba Kościoła i naszego Narodu.

Prof. Piotr Jaroszyński

http://www.naszdziennik.pl/mysl/71350,c ... arodu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 02 maja 2014, 07:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Zwycięstwo Prymasa Hlonda

Dr Tomasz M. Korczyński

Polski Naród i Kościół katolicki mogą mieć powody do chluby i dumy. Polska ziemia wydała wielkich synów, naszych bohaterów, których czcimy, ale też naśladujemy w życiu prywatnym i społecznym. Oto wciąż przeżywamy radość z kanonizacji św. Jana Pawła II. Osoba Ojca Świętego nieodłącznie kojarzy nam się z takimi herosami jak Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński, Prymas ks. kard. August Hlond, ks. kard. Adam Sapieha czy ks. kard. Aleksander Kakowski, mężowie stanu, patrioci, ludzie, którzy torowali drogę Papieżowi Polakowi, o czym wielokrotnie św. Jan Paweł II z wdzięcznością wspominał.

Wśród nich wspaniałą inspiracją dla katolików świeckich, a także dla Polaków w ogóle jest ks. kard. August Hlond, gdyż „my, Polacy, powinniśmy zawsze pamiętać, że religia katolicka jest nierozerwalnie złączona z uczuciem miłości dla naszej Ojczyzny”.

Obrazek

Walka z bolszewizmem
Prymas August Hlond odszedł do Domu Ojca w okresie bardzo trudnym dla Polski, a jednocześnie w jakiś sposób profetyczny. Zmarł 22 października 1948 roku – tego samego dnia, niemal o tej samej godzinie, równo trzydzieści lat później odbyła się inauguracja pontyfikatu św. Jana Pawła II. Na łożu śmierci umierający Prymas wypowiedział proroctwo: „Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Maryi”. Czas odejścia ks. kard. Hlonda to okres stalinowskiej zagłady, „prezydent” (z nadania Moskwy) Bolesław Bierut rozpoczynał oficjalną wojnę z Kościołem, o czym jeszcze przed śmiercią zdążył wspomnieć ks. kard. Hlond, w sierpniu 1948 roku, kiedy mówił o walce państwa Bożego (civitas Dei) z państwem diabła (civitas diaboli), a także że nadchodzą czasy męczeństwa dla kapłanów, z którego okresu musimy jako Kościół wyjść zwycięsko, bo to nam gwarantuje sam Chrystus swoim Słowem.

W 1945 roku komuniści zerwali konkordat zawarty między II Rzeczpospolitą a Watykanem, rozpoczęła się brutalna inwigilacja środowiska katolickiego, próba wpływania na obsadę stanowisk w placówkach kościelnych. Niezrażony przeciwnościami Prymas Polski wytrwał na swoim odcinku do końca. Ostrzegał Polaków przed bolszewicką wichurą nadchodzącą ze Wschodu, zagrożeniami ordynarnego liberalizmu z Zachodu, który poprzez macki masonerii, ateistów, liberałów różnej maści chce rozedrzeć na strzępy rodzinę, wiarę w Boga i Kościół.

Ksiądz kardynał Hlond jako Prymas Polski (1926-1948) umocnił autorytet tego urzędu, przede wszystkim na poziomie moralnym i społecznym, budząc miłość i wdzięczność Narodu Polskiego w Polsce i na emigracji. Jego mądrość, pobożność, cześć dla Najświętszej Maryi Panny, odwaga i miłość dla ubogich, wykluczonych i prześladowanych powodowały, że cieszył się wielkim autorytetem w Narodzie, a także wśród polskich polityków. Do tego stopnia, że po wybuchu II wojny światowej, w połowie września 1939 roku rząd zaproponował mu objęcie urzędu prezydenta, a kiedy propozycję odrzucił, stanowisko premiera, które także odrzucił. Ten wielki człowiek żył, tak jak pisał i mówił. W jego głębokim przekonaniu rolą Kościoła nie jest „robienie polityki”, Kościół hierarchiczny nie jest i nie może być zakładnikiem jakiejkolwiek partii politycznej – czy to lewicowej, czy prawicowej, co nie znaczy, że nie ma mieć silnego i mocnego wpływu na życie publiczne i polityczne.

Błogosławieni ubodzy
Majestatyczny, dostojny, sprawiający wrażenie magnata w rzeczywistości pochodził z ubogiej, wielodzietnej rodziny robotniczej (miał jedenaścioro rodzeństwa). Ojciec Jan, dróżnik kolejowy z Górnego Śląska, pomimo prześladowania przez władze Prus wszczepił dzieciom w serce i umysły miłość do Polski, ojczystego języka i jej historii oraz do Kościoła (czterech synów zostało kapłanami). Niezwykle uzdolniony August, mając 10 lat, skończył wszystkie klasy i nauczyciel zachęcił jego ojca, aby wysłał go do gimnazjum do Mysłowic. Kiedy po skończonej pierwszej klasie (codziennie szedł 6 km pieszo do szkoły) otrzymał bardzo dobre świadectwo i z dumą powrócił do domu, pokazując je swojemu ojcu, Jan po przeczytaniu ocen ze zdumieniem zapytał: „A historii Polski was nie uczyli? Nic o Polsce nie mówili?”. Syn odpowiedział, że nie, wówczas ojciec stwierdza: „To już, mój chłopcze, więcej tam nie pójdziesz”.

W dokumentach czytamy dalej: „Młody August w płacz i prosi ojca, żeby pozwolił mu iść znów dalej do szkoły. Ojciec był stanowczy. W lipcu p. Hlond przeczytał w gazecie kościelnej, że młody książę Czartoryski zmarł jako kapłan salezjanin w Turynie i cały swój majątek zostawił na kształcenie polskich chłopców. Woła Augusta i starszego brata Ignacego i pyta: ’Chłopcy, chcecie jechać do Włoch?’, i podaje im gazetę. Po przeczytaniu jednomyślnie zgodzili się. P. Hlond ucieszył się i powiedział: ’Przynajmniej tam dowiecie się czegoś o Polsce’”. Decyzja ta miała decydujący wpływ na dalsze losy Augusta. Spowodowała nie tylko, że został doktorem filozofii i teologii, poznał siedem języków, ale także zdecydował się zostać kapłanem, wstępując do salezjanów.

Był człowiekiem ciepłym, serdecznym i skromnym, do końca żyjącym w ascetycznych warunkach egzystencjalnych, o co jego współpracownicy mieli zawsze żal, bo Prymas odmawiał sobie nawet namiastek luksusu, a wszystkie „zbędne” pieniądze rozdawał ubogim. Będąc już biskupem diecezji katowickiej, upomniał siostry zakonne, że kawa to zbytek i lepiej zaoszczędzone na niej pieniądze przekazać potrzebującym. Do tego nieustannie pracował, powołał w Katowicach kurię, kapitułę i sąd biskupi, nabył teren pod katowicką katedrę i seminarium duchowne, założył diecezjalny sekretariat Caritas, apelował do księży, żeby żyli ubogo i pracowicie.

W czasie przymusowej emigracji także żył w spartańskich warunkach, zazwyczaj na uboczu, w miejscach klasztornych i zakonnych (m.in. w Lourdes i opactwie Hautecombe), gdzie modlił się i pracował, czekając na koniec wojny. Tuż przed jej zakończeniem został aresztowany we Francji przez gestapo i przewieziony do Westfalii. Namawiany do współpracy z okupantem odpowiedział, że lepiej, żeby go od razu powieszono, w ten sposób odda przynajmniej hołd zniewolonej Polsce i zaświadczy o swej miłości do umęczonych rodaków. Oswobodzony z więzienia przez Amerykanów po zakończeniu wojny natychmiast udał się do Watykanu, a stamtąd ruszył z misją odbudowy zrujnowanego Kościoła w Polsce. To on po zerwaniu konkordatu był faktycznym legatem papieskim w naszym kraju, jako pierwszy połączył swoją osobą archidiecezję gnieźnieńską i warszawską.

Zagrożenia dla Polski i Kościoła
Prymas miał dobrze rozpoznane niebezpieczeństwa współczesnej cywilizacji. Jego diagnoza i zalecenia przetrwały próbę czasu. Sekciarski laicyzm zachodni, wschodni komunizm oraz współczesne neopogaństwo, przed którymi przestrzegał, nadal dokonują demontażu praw Bożych na rzecz ludzkich, niosąc szczególne spustoszenie w zbiorowym życiu, odbierając rodzicom prawo do wychowywania dzieci w zgodzie z własnym sumieniem, prowadząc do dezintegracji rodziny, wykorzeniając z serc i umysłów młodych Boga, szerząc bluźnierstwa, wulgarność, pornografię, złe obyczaje. Uzdrowienie w takiej sytuacji może dać tylko zdrowa nauka społeczna Kościoła, która zawsze stoi na straży człowieka, jego dobra, chroni najsłabszych, ubogich, wykluczonych, strzeże dzieci i rodziny przed deprawacją, uczy miłości do Ojczyzny i Narodu. Chrześcijańskie nakazy są bezsprzecznym wymogiem dla pokoju i sprawiedliwości, tylko wtedy, gdy rządzący będą się nimi kierować w życiu publicznym, ustrojowym, zaś herezje areligijnego państwa zastąpią porządkiem, który odda należne miejsce i cześć Stwórcy, państwo i Naród mają przyszłość, ostoją się przed kataklizmami wywołanymi zgubnymi myślami i filozofami społeczno-państwowymi. Wszyscy są tutaj odpowiedzialni, politycy, obywatele, naukowcy, artyści, dziennikarze. Polska ma w tym swój szczególny udział.

Duch Polski i Polaków jest katolicki. Powrót do tego źródła jest stałym wezwaniem i zadaniem. W 1927 roku w Gnieźnie Prymas Hlond powiedział ważne słowa, które powinny być wpisane na stałe w polskie serca: „Nie wystarczy powiedzieć: jestem dobrym Polakiem, a przy tym być głuchym na odgłos dzwonów kościelnych; nie wystarczy powiedzieć: kocham swój kraj, a przy tym patrzeć okiem obojętnym na ten wspaniały przybytek Boży. Kto kraj swój kocha prawdziwie, ten łączy w swym sercu te dwa wzniosłe ideały: Bóg i Ojczyzna. Historia nasza wskazuje nam najwyraźniej, że cała kultura polska jest przepojona ścisłą łącznością tych ideałów”.

O wielkości człowieka wiary świadczy także moment odchodzenia na spotkanie z Bogiem. Z relacji bezpośrednich świadków wiemy, że Sługa Boży odchodził w pokoju i z radością. Tuż przed śmiercią powiedział, że „trzeba śmierć pogodnie przyjmować. Ona jest przejściem do lepszego życia”. Bardzo brakuje tego Pasterza, który walecznym słowem, zachęcając do walki z bezbożnictwem, zgorszeniem, światem antywartości, nadawał kierunek Kościołowi w Polsce. Dziś w konfrontacji z neobolszewizmem widzimy konieczność powrotu do myśli wielkiego Polaka, ks. kard. Augusta Hlonda, Prymasa Polski.

http://www.naszdziennik.pl/wp/76119,zwy ... londa.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 05 cze 2014, 06:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Pamiątki po kardynale Nagy

Rok temu do Domu Ojca odszedł ks. kard. Stanisław Nagy, umiłowany syn Kościoła, wielki Polak, patriota, przyjaciel Jana Pawła II. W pierwszą rocznicę śmierci u Księży Sercanów w Krakowie zostanie otwarte muzeum poświęcone jego pamięci.

Ksiądz kardynał miał niezwykły dar pozyskiwania ludzkich serc. Był prawdziwym ojcem. Dla każdego miał czas, z każdym chciał zamienić choć kilka słów. Nawet wtedy, gdy był już bardzo chory. Jak podkreśla ks. Grzegorz Piątek, sekretarz ks. kard. Nagy, media katolickie, a zwłaszcza te związane z Toruniem, były mu bardzo bliskie. – On upominał się o te media, bronił ich wielokrotnie – mówi sercanin. „Nasz Dziennik” czytał niemal każdego dnia.

Ksiądz kardynał, którego wielu nazywało wspaniałym księciem Kościoła, kochał Kościół i Polskę. Zabierał głos w każdym ważnym dla życia Kościoła i Ojczyzny momencie. Nazywał rzeczy po imieniu. Zawsze odważnie i bezkompromisowo, jeśli chodzi o wierność prawdzie, Bogu, chrześcijańskim wartościom. W tym, co dzieje się w Polsce, szczególnie jeśli chodzi o ataki na Kościół, na biskupów czy katolickie media, dostrzegał recydywę komuny. Nie bał się mocnych słów. Zawsze trafnie, zgodnie z prawdą oceniał rzeczywistość. Był wybitnym teologiem i profesorem. Odegrał ważną rolę w wykształceniu i przygotowaniu nowych kadr naukowych w Polsce. Jego studenci mówili o nim po prostu „mistrz”. Był bardzo wymagający, ale najpierw wymagał od siebie. Nie było chyba wykładu, na który przyszedłby nieprzygotowany. Co więcej, interesował się nie tylko osiągnięciami naukowymi studentów, ale całym ich życiem.

Ksiądz kardynał Nagy był oddanym przyjacielem św. Jana Pawła II, choć z tą przyjaźnią nigdy się nie afiszował. Jako swój obowiązek przyjmował przybliżanie ludziom jego nauczania. Czynił to niemal bez przerwy.

Ksiądz Grzegorz Piątek podkreśla, że choć minął rok od śmierci ks. kard. Stanisława Nagy, wiele osób wciąż odczuwa wielki jego brak.

– Ta jego nieobecność jest znacząca, gdyż swoją postawą oddziaływał na otoczenie: sposobem życia i pracy, przemyśleniami i modlitwą. Posiadał umiejętność dostrzegania osób wśród rozmaitych problemów i zawirowań. Umiał być z drugim człowiekiem. Od niego wciąż można było się uczyć. Jego pracowitość i zorganizowanie były imponujące. On umiłował Kościół i Ojczyznę. Miał ogromne wyczucie spraw narodowych i dlatego z tak wielką gorliwością zabiegał o sprawy Polaków. Teraz brak jego mocnego głosu jest łatwo zauważalny – mówi.

Ksiądz kardynał Stanisław Nagy zmarł w Krakowie 5 czerwca, miał 92 lata. Został pochowany w krypcie kościoła bł. Jana Pawła II obok ks. kard. Andrzeja Marii Deskura.

W pierwszą rocznicę śmierci ks. kard. Stanisława Nagy u Księży Sercanów w Krakowie zostanie otwarte muzeum jemu poświęcone. Znajdą się w nim unikatowe eksponaty, w tym prezentowane po raz pierwszy osobiste prezenty i listy od św. Jana Pawła II, a także osobiste pamiątki po księdzu kardynale.

Małgorzata Pabis

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... -nagy.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 06 cze 2014, 07:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Musimy upodabniać się do Księdza Jerzego

Anna Kołakowska

Spoglądając na niezmierzone rzesze wiernych uczestniczących w uroczystościach pogrzebowych ks. Jerzego Popiełuszki, ks. prałat Teofil Bogucki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki, powiedział: „Wydaje mi się, że widzę przed sobą całą Polskę. Polskę prawdziwą, Polskę katolicką. Polskę, która wierzy w Boga i miłuje Chrystusa Ukrzyżowanego. Polskę, która pragnie wolności i tożsamości swojej narodowej (…). Ziemia polska otrzymała nowego bohatera narodowego i nowego męczennika. Ufamy, że z tej niewinnej kapłańskiej ofiary zrodzi się większe dobro dla Kościoła i Ojczyzny”.

Od tamtego czasu minęło blisko trzydzieści lat, a to, co do nas mówił bł. Ksiądz Jerzy, jest ciągle aktualne, tak jak aktualny jest wzór do naśladowania, który nam pozostawił. „Szatan będzie umacniał swoje królestwo na ziemi i w naszej Ojczyźnie – mówił w jednym ze swoich kazań – królestwo zakłamania, nienawiści i zastraszania, jeżeli my wszyscy nie będziemy na co dzień stawali się coraz silniejsi Bogiem i Jego łaską”, a w innym miejscu dodawał: „Tylko naród, który ma zdrowego ducha i czułe sumienie, może tworzyć śmiałą przyszłość”.

Na szczęście nie zabrakło wśród kapłanów naśladowców bł. Ksiądz Jerzego – owoców Jego życia i męczeńskiej śmierci. Dzięki nim Polska, na którą patrzył, o której mówił śp. ks. Bogucki, pozostaje wierna Bogu i niesionym przez pokolenia wartościom, choć od wielu lat jej wiara, tradycja oraz kultura są atakowane i niszczone.

Trzeba stanąć po właściwej stronie
– Dla nas, kapłanów – mówi ks. Krzysztof Ławrukajtis z parafii św. Brygidy w Gdańsku – ks. Jerzy Popiełuszko jest wzorem odwagi. W działalności duszpasterskiej, kiedy głosimy Słowo Boże, trzeba stanąć po właściwej stronie. Jest to szczególnie ważne w rzeczywistości, w jakiej przyszło nam obecnie żyć, gdy relatywizuje się wszystkie wartości. My, kapłani, widzimy, że warto Go naśladować. Nie ma owoców z naszych kapłańskich postaw, gdy chcemy się schować.

Zanim ks. Ławrukajtis przyszedł do parafii św. Brygidy, znajoma podarowała mu książeczkę z modlitwami przez wstawiennictwo bł. ks. Popiełuszki oraz relikwie trzeciego stopnia. Wtedy jeszcze nie wiedział, że Pan Bóg pośle go do świątyni, w której wołanie o wolność, godność człowieka oraz o prawdę ma tak szczególne znaczenie. Dziś w bazylice św. Brygidy razem z jej proboszczem ks. Ludwikiem Kowalskim celebruje Msze św. w intencji Ojczyzny, patronuje uroczystościom patriotycznym, modli się i upomina o pamięć tych, którzy oddali swoje życie za prawdę i wolność, przypominając wiernym, czym jest godność dziecka Bożego – godność człowieka. To z bazyliki św. Brygidy wyruszały wielotysięczne gdańskie demonstracje w obronie Telewizji Trwam, a więc w obronie prawdy i wolności.

– Ksiądz Popiełuszko był konsekwentnym apostołem prawdy – dodaje ks. Krzysztof. – Nie robił niczego wbrew Panu Bogu i stąd bierze się Jego moc. Pamiętajmy też, że wszystko, co mówił w swoich homiliach, opierał na nauczaniu Kościoła, a Jego patriotyzm wynikał nie z emocji, ale z chrześcijańskiej postawy i stawania po stronie prawdy. Żyjemy w Polsce i nie możemy od niej i od angażowania się w sprawy Ojczyzny uciekać, ale służyć jej tak jak ks. Jerzy Popiełuszko – akcentuje.

Obudził we mnie ducha patriotyzmu
– To mój ulubiony błogosławiony –tak o bł. Księdzu Jerzym mówi ks. Jarosław Piotrowski z parafii Niepokalanego Serca Maryi w Gdyni, kapelan Związku Strzeleckiego Rzeczypospolitej w archidiecezji gdańskiej. Ma do Niego szczególny szacunek i nabożeństwo.

Gdy funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa zamordowali ks. Popiełuszkę, ks. Jarosław miał piętnaście lat. Zbieżność nazwisk z jednym z zabójców kapelana „Solidarności” powodowała w nim poczucie wstydu, a śmierć kapłana była jeszcze bardziej bolesna. Wtedy nastąpił też przełom w jego życiu.

– Obudził we mnie ducha patriotyzmu i zaangażowania się w sprawy społeczne, zacząłem uczestniczyć w Mszach św. w intencji Ojczyzny i patriotycznych manifestacjach –wyznaje.

I tej wyrosłej z ofiary Księdza Jerzego drodze wierny jest do dzisiaj. Przez ponad rok ks. Jarosław, dopóki posługiwał w Gdańsku, roztaczał swoją opiekę nad gdańską chorągwią Krucjaty Różańcowej (obecnie Msze św. Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę są odprawiane w drugą niedzielę miesiąca, o godz. 11.00, w bazylice św. Brygidy), a każde kazanie umacniało w nas ducha prawdy i budziło przekonanie, jak bardzo potrzeba naszego zaangażowania w sprawy Ojczyzny oraz modlitwy za nią. Na prośbę przyjaciół Anny Walentynowicz ks. Jarosław od czterech lat, dwa razy w roku, prowadzi modlitwę w intencji poległych w katastrofie smoleńskiej. Na cmentarzu Srebrzysko w Gdańsku na modlitewnym apelu pamięci gromadzi się kilkadziesiąt osób, ale ks. Jarosława nigdy nie zabrakło.

– Bardzo ważne w postawie Księdza Jerzego – mówi ks. Piotrowski – jest dla mnie to, że On zawsze był z najsłabszymi. A dzisiejsze czasy są takie, że duchowny powinien pamiętać o najsłabszych, czyli tych, którzy nie mogą się upomnieć o swoje. Władze najbardziej bały się nie tego, że mówił On o sprawach politycznych, krytykował władzę, ale tego, że mówił prawdę. My też musimy się o nią dopominać, bo Ksiądz Jerzy zawsze nas do tego wzywał.

Ksiądz Jarosław podkreśla, że ważna jest dla niego odwaga Błogosławionego Kapłana, Jego bezkompromisowość w głoszeniu Ewangelii.

– On nam wskazuje, że nigdy nikt z nas, kapłanów, nie powinien, w żadnej sytuacji podejmować współpracy ze złem, czyli nie patrzeć na to, że prawda może kogoś zaboleć, prawda nas może tylko i wyłącznie wyzwolić – zaznacza kapłan.

Dodaje, że nauczanie bł. Księdza Jerzego było ponadczasowe. Mówił o tym, co widzimy w dzisiejszej Polsce i w ludzkich postawach: kłamstwo, koniunkturalizm, sprzedawanie swojej godności za stanowisko, za pracę – to wszystko jest dziś aktualne.

Ksiądz Jarosław przytacza też słowa bł. Księdza Jerzego, który upominał nas na Mszy św. za Ojczyznę w październiku 1982r., że w niewolę popadamy, gdy poddajemy się panowaniu kłamstwa, nie demaskujemy go, nie protestujemy przeciwko niemu. A innym razem przypominał, że zachować godność człowieka, to żyć w prawdzie, bez zakłamania, że „chrześcijaninowi nie może wystarczać tylko potępienie zła, tchórzostwa, zniewalania, nienawiści, przemocy”.

– Chrześcijanin musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, wolności i miłości. O te wartości musi się odważnie upominać dla siebie i innych – podkreśla.

W tym wzorze życia nie ma nic z brylowania
Ojciec Marek Kiedrowicz, franciszkanin, gdy dowiedział się, że ulicami Gdańska przejdzie ekspiacyjny marsz pokutny w związku ze zbezczeszczeniem Jasnogórskiej Ikony Matki Bożej, przyjechał z grupą parafian aż z Lęborka, pomimo zimna i deszczu ze śniegiem. Szedł wraz z ks. Krzysztofem Ławrukajtisem pod gdańskie Krzyże, miejsce męczeńskiej śmierci stoczniowców, ale też zwycięstwa, które w sierpniu 1980 r. zostało zawierzone Bogu. Na jego kapłańskiej drodze Ksiądz Jerzy jest „wzorem nie tylko na dziś, ale na zawsze”.

– Ksiądz Jerzy może pomóc wszystkim, którzy boją się złożenia ofiary, którzy nie umieją odkryć w sobie łaski powołania do składania ofiary ze swego codziennego życia. Mistrz poprowadził Go do Nieba przez ofiarę krwi, ale ta ofiara jest jedynie pieczęcią, którą złożył pod wszystkimi „szarymi” doświadczeniami codzienności; do niej dojrzewał w pokorze i posłuszeństwie –dzieli się ks. Marek. – Te dwie cnoty wydają się dla mnie kluczem do poznania Księdza Jerzego. Kapłana Męczennika ofiarowującego swoje codzienne dylematy, niepewności, pytania bez dobrej odpowiedzi, wybory bez potwierdzenia słuszności, jednym słowem: wszystko. Wszystko ofiarować Jezusowi, mając świadomość, jak niewiele to znaczy w rachubach „tego świata”. To jest prawdziwa wiara! – dodaje.

Franciszkanin podkreśla, że w tym wzorze życia błogosławionego nie ma nic z tak modnego dziś brylowania na salonach i gwiazdorzenia przed obiektywami kamer. Ale jest pokora i posłuszeństwo, jest „słabość” miłosierdzia i „głupota” dobra, które ma dać zwycięstwo nad siłą zła. Jak trudno na co dzień naśladować ten wzór…

Ojciec Kiedrowicz jest kapelanem Rajdu Katyńskiego i od kilku lat na motorze wraz z rajdem przemierza bezdroża Białorusi, Rosji i Ukrainy, niosąc mieszkańcom tamtych ziem prawdę o Polsce i jej historii, a przede wszystkim o Bogu. Przywozi wraz z innymi uczestnikami rajdu prawdę, na którą od lat czekają mieszkający na dawnych Kresach Rzeczypospolitej Polacy.

– Wydaje się, że miłość Ojczyzny, miłość Narodu – ludu udręczonego, słabego i bezbronnego wobec potęgi systemu bezbożnego komunizmu, można uznać za najbardziej charakterystyczny rys duchowości Księdza Jerzego. To jednak nic innego, jak realizacja przykazania, które Pan zostawił nam, nazywając je „nowym”, nic odkrywczego. A jednak ta miłość sprawiła, że moc okazała się w słabości maltretowanego bestialsko kruchego ciała, a potęga systemu rozpadła się na naszych oczach. Szkoda tylko, że egoizm wielu zniweczył w dużej mierze to cudowne zwycięstwo miłości; choć przecież niezbadane są wyroki Boskie. My musimy upodabniać się do Księdza Jerzego, musimy odkrywać Go jako wzór – szczególnie my, kapłani. No i mamy orędownika – Księże Jerzy, wstawiaj się za nami! – mówi.

Mija czwarta rocznica beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki, Błogosławionego, o którym wielu z nas może powiedzieć, że widziało Go na własne oczy, słuchało Jego słów, brało sobie do serca Jego nauki. Niezwykle głęboko przeżywaliśmy Jego porwanie i męczeńską śmierć, była ona dla nas jedną ze stacji naszej narodowej drogi krzyżowej.

http://www.naszdziennik.pl/wp/81357,mus ... rzego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 14 cze 2014, 05:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
W obronie sponiewieranego krzyża

Ksiądz biskup Leon Wetmański z Płocka udał się kiedyś na rekolekcje dla sióstr zakonnych. Podczas rozmowy jedna z nich zwierzyła się, iż chciałaby zostać męczennicą. Wtedy biskup nagle spoważniał i zdecydowanie odrzekł: „Do łaski męczeństwa trzeba się przygotowywać całe życie, inaczej, gdyby to męczeństwo przyszło, nie wytrwa dusza”. Inni zapamiętali, że podczas spowiedzi w konfesjonale często powtarzał: „Na łaskę męczeństwa trzeba sobie zasłużyć”. Miał 46 lat, gdy w 1932 roku spisał swój testament: „Jeżelibyś, Boże Miłosierny i Dobry, dał mi łaskę, którą nazywają śmiercią męczeńską, przyjmij ją głównie za grzechy moje i za tych, którzy by mi ją zadawali, aby i oni Ciebie, Boże Dobry i Miłosierny, całym sercem kochali”. Nie wiedział jeszcze, iż dziewięć lat później przyjdzie mu tej łaski dostąpić.

W 1933 roku w Niemczech władzę przejęli narodowi socjaliści na czele z Adolfem Hitlerem. W Norymberdze na zjeździe nazistowskiej młodzieżówki Hitlerjugend jej członkowie śpiewali: „Żaden podły ksiądz nie wydrze z nas uczucia, że jesteśmy dziećmi Hitlera. Czcimy nie Chrystusa, lecz Horsta Wessela [23-letni bojówkarz, zastrzelony w 1930 roku w Berlinie]. Precz z kadzidłami i wodą święconą. Kościół nie rozumie, co dla nas jest cenne. Ta swastyka przynosi zbawienie światu; chcę podążać za nią krok w krok…”. I miliony Niemców „podążyło za swastyką”, co przyniosło niewyobrażalne cierpienia całej Europie, a ich pierwszą ofiarą stała się Polska.

Płoccy pasterze
Wrogowie naszej Ojczyzny, mający w planach jej zniszczenie, doskonale wiedzieli, iż polskich dziejów nie można oddzielić od chrześcijaństwa. Dlatego przystępując do walki z Narodem, zawsze uderzali w Kościół. Tak było i podczas II wojny światowej. Prawdę o polskim trwaniu trafnie oddał generalny gubernator Hans Frank: Gdy wszystkie światła dla Polski zagasły, to wtedy zawsze jeszcze była święta z Częstochowy i Kościół. Nie należy o tym nigdy zapomnieć„.

W tym twierdzeniu oprócz założeń nazi-stowskiej ideologii tkwiło źródło nienawiści wobec polskiego duchowieństwa, które należało zniszczyć, aby potem unicestwić Naród. Dlatego spośród dziesięciu tysięcy polskich duchownych Niemcy zamordowali co piątego, a tysiące przeszły przez obozy i więzienia… Wśród nich są płoccy księża biskupi – Antoni Julian Nowowiejski i Leon Wetmański.

Ksiądz arcybiskup Nowowiejski, ordynariusz płocki, miał już 83 lata, kiedy niemieckie gestapo przyszło go aresztować w 1940 roku. Razem z nim zabrano młodszego o blisko 30 lat biskupa pomocniczego diecezji płockiej ks. Leona Wetmańskiego. Mimo iż dzieliło ich pokolenie, obu połączyła żarliwa wiara, poświęcenie w pracy charytatywnej – ”promieniowanie dobrocią„, skromność, ogromna pracowitość i w końcu męczeńska śmierć.

Antoni Julian Nowowiejski przyszedł na świat 11 lutego 1858 roku we wsi Lubienia koło Starachowic (tego dnia, w odległym Lourdes we Francji, Bernadetcie Soubirous po raz pierwszy objawiła się Matka Boża, wzywając do pokuty w intencji grzeszników oraz odmawiania Różańca). Po ukończeniu seminarium duchownego w Płocku studiował jeszcze w Akademii Duchownej w Petersburgu i tam przyjął święcenia kapłańskie w 1881 roku. Po powrocie był profesorem liturgiki, teologii moralnej i łaciny, a później rektorem w płockim seminarium duchownym.

Pracę duszpasterską łączył z działalnością charytatywną i naukową. Jest autorem monumentalnego dzieła ”Wykład liturgii Kościoła katolickiego„ oraz wielokrotnie wznawianego ”Ceremoniału parafialnego podstawowego podręcznika duchowieństwa parafialnego„. Opracował także historyczną monografię Płocka. Ksiądz arcybiskup Antoni Julian Nowowiejski angażował się w pracę społeczną, rozbudował seminarium, założył Niższe Seminarium Duchowne, i Muzeum Diecezjalne, inicjował i wspierał działalność Akcji Katolickiej, przebudował katedrę. Nie zabrakło jego głosu w momentach przełomowych dla Polski. W listopadzie 1918 roku wystosował list pasterski, w którym wskazywał swym diecezjanom obowiązki wobec państwa w związku ze zbliżającymi się wyborami do parlamentu. ”Naród na posłów wybierać spośród siebie powinien ludzi najlepszych, to znaczy ludzi wysokich zalet umysłu i serca… tych tylko, których życie nam znane daje pewność, że w sejmie będą postępowali zgodnie z przykazaniami Bożymi, będą dbali o wiarę i religię naszą, która jest podstawą prawdziwego szczęścia„ – pisał ks. bp Nowowiejski.

Od końca 1927 roku jego biskupem pomocniczym był ks. bp Leon Wetmański pochodzący z Żuromina. Od najmłodszych lat wzrastał w kulcie Matki Bożej. Pragnął zostać nauczycielem, ale jego wystąpienia przeciwko rusyfikacji i udział w strajku młodzieży w 1905 roku, doprowadziły do wyrzucenia ze szkoły. Mimo tych represji ukończył gimnazjum i dalszą naukę kontynuował w seminarium. Święcenia kapłańskie przyjął w 1912 roku z rąk księdza biskupa Nowowiejskiego, po czym został wysłany na dalsze studia do Petersburga. Nie ustawał w pracy charytatywnej wśród swych rodaków. Udało się mu opuścić pogrążoną w bolszewickiej pożodze Rosję i jesienią 1918 roku przybył do niepodległej już Ojczyzny. Osiadł w Płocku, gdzie podążał szlakiem swego ordynariusza ks. bp. Nowowiejskiego, zostając ojcem duchowym i profesorem w miejscowym seminarium. Wśród przyszłych kapłanów zdobył ogromny autorytet. Nazywano go ”ascetą o głębokiej wiedzy naukowej„, zawsze pomagał potrzebującym, kierował diecezjalną Caritas.

Wielki Piątek 1941 roku w Działdowie
Po wybuchu drugiej wojny światowej płoccy biskupi nie skorzystali z możliwości ukrycia się, ale pozostali wśród swego ludu. Księdza biskupa Wetmańskiego Niemcy aresztowali na krótko już w listopadzie 1939 roku. Ponownie przyszli po niego w lutym 1940 roku i wywieźli razem z ks. abp. Nowowiejskim do Słupna. Internowani hierarchowie mogli jednak nadal odprawiać Msze Święte, a ks. bp Wetmański zdołał jeszcze potajemnie wyświęcić kilkunastu alumnów.

Na początku marca 1941 roku przewieziono ich do obozu koncentracyjnego w Działdowie, gdzie mimo bicia i innych tortur wspierali modlitwą pozostałych więźniów. Niemcy nie uszanowali sędziwego wieku – 83-letniego – ks. abp. Antoniego Juliana Nowowiejskiego, zadając mu moralne i fizyczne cierpienia. Na oczach współwięźniów przeganiali go do latryny i z powrotem. Zerwali mu z szyi krzyż i kazali podeptać. Arcybiskup jednak z szacunkiem podniósł krucyfiks i ucałował. W Wielki Piątek, 11 kwietnia 1941 roku, po upadku na ziemię został uderzony w skroń biczem zakończonym ołowiem. Mimo tych męczarni ze spokojem poddawał się woli Bożej. Starał się też umacniać duchowo innych kapłanów z Płocka więzionych w obozie.

Jego śmierć nastąpiła prawdopodobnie 28 maja 1941 roku. Jako jej powód Niemcy podali ”uwiąd starczy„. Nie wiadomo, gdzie został pochowany.

Księdzu biskupowi Leonowi Wetmańskiemu przyszło znosić męczarnie jeszcze kilka miesięcy. Przeżył epidemię tyfusu, która wybuchła w obozie, ale wkrótce potem został zamordowany. Niemieccy oprawcy podali jego datę śmierci – 10 października 1941 roku.

Obu biskupów beatyfikowano w gronie 108 polskich męczenników drugiej wojny światowej. Do przybyłych pielgrzymów z diecezji płockiej Ojciec Święty Jan Paweł II powiedział: ”Jest to niezwykły dar Opatrzności. W tragicznych latach wojny i okupacji Bóg dał Wam dwóch pasterzy, świadków bezgranicznej miłości Chrystusa„.

Dr Jarosław Szarek IPN Kraków

http://www.naszdziennik.pl/mysl/82155,w ... rzyza.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 18 cze 2014, 14:28 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wirtualnapolonia.com/2014/03/31/ ... erium-zla/

Piotr Szubarczyk – Kalendarz polski codzienny: 31 marca 1923. Męczennik w Imperium Zła
Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2014-03-31

Obrazek
Foto: Ks. Konstanty Romuald Budkiewicz (*19 VI 1867 †31 III 1923).


Męczennik w Imperium Zła
Ksiądz Konstanty Romuald Budkiewicz był rówieśnikiem Józefa Piłsudskiego. Urodził się w Zubrach koło Dyneburga, w polskiej rodzinie katolickiej Juliusza i Marii z Borkowskich. Ukończył seminarium duchowne w Petersburgu. Po święceniach kapłańskich był wikariuszem i katechetą w Pskowie i w Witebsku, potem w parafii św. Katarzyny w Petersburgu, gdzie został proboszczem.
Był wybitnym organizatorem, zasłużonym dla rozwoju polskiego szkolnictwa parafialnego w Rosji. Polskie gimnazja męskie i żeńskie, przy kościele św. Katarzyny, stały na bardzo wysokim poziomie. Zajmował się także oświatą dla najbiedniejszych. W roku 1914, dzięki jego działalności, kształciło się około 2 tysiące polskich dzieci!
W roku 1908 został dziekanem petersburskim. Był opiekunem kilku ochronek i członkiem zarządu Towarzystwa Dobroczynności.
Szykanowany był przez władze carskie za działalność na rzecz Kościoła katolickiego i Polaków w Rosji. Wkrótce miało się okazać, że te carskie szykany były niczym – wobec antychrześcijańskich, mrocznych działań bolszewików, których kadry opierały się głównie na inteligencji żydowskiej, nienawidzącej Kościoła katolickiego.
Podczas I wojny światowej był prezesem Polskiego Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny. W 1917 kierował Polskim Komitetem Obywatelskim, który pomagał Polakom przebywającym na terenie Rosji w czasie wojny i w pierwszym okresie władzy bolszewickiej. Pozostał w Sowietach, by zapewnić rodakom opiekę religijną i socjalną.
Poszukiwany przez bolszewicką Czeka, ukrywał się. W roku 1922, z polecenia abp. Jana Cieplaka, prowadził w Moskwie rozmowy z władzami sowieckimi na temat statusu Kościoła katolickiego w Bolszewii. Od 1922 profesor w tajnym Seminarium Duchownym w Petersburgu.
10 marca 1923 wezwany do Moskwy i aresztowany – razem z abp. Cieplakiem i 12 innymi księżmi. Zostali oskarżeni o „działalność kontrrewolucyjną” i „szpiegowską”.
Skazany razem z abp. Janem Cieplakiem na karę śmierci. Poseł RP w Moskwie Roman Knoll zaproponował bolszewikom wymianę ks. Budkiewicza na któregoś z zatrzymanych w Polsce agentów bolszewickich. Propozycja wymiany została odrzucona. Interweniowali też przedstawiciele Anglii, Włoch i Watykanu. Bez skutku.
W nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1923 roku – z Wielkiej Soboty na Niedzielę Wielkanocną [!] – ks. Budkiewicz został zamordowany strzałem w tył głowy, w piwnicy więzienia na Łubiance.
Bolszewicy wywieźli ciało zamordowanego kapłana w nieznane miejsce. Będą to samo robić po wojnie w Polsce…
Wszystko wskazuje na to, że dla bolszewików zamordowanie ks. Budkiewicza, wobec interwencji zagranicznych, stało się sprawą „prestiżową”. Za śmiercią polskiego kapłana stało prawdopodobnie czterech wysokich funkcjonariuszy sowieckich, znanych zbrodniarzy: Trocki, Dzierżyński, Bucharin i Stalin.
Męczeństwo polskiego kapłana wywołało w całym świecie oburzenie i pokazało światu właściwe, antychrześcijańskie oblicze bolszewizmu.
Pomnik kapłana męczennika poświęcono w kościele św. Anny w Warszawie, w roku 1936. Wojenne i powojenne zbrodnie bolszewickie na Polakach oraz komunistyczna cenzura przykryły pamięć o ks. Konstantym. Należy go dziś przypominać przy każdej okazji.


Piotr Szubarczyk
http://wolnapolska.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 05 lip 2014, 06:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Biblia ustawiła moje życie

Z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim, biblistą, laureatem Nagrody Ratzingera 2014, rozmawia Beata Falkowska

W imieniu redakcji serdecznie gratuluję otrzymania Nagrody Ratzingera.
– Bardzo dziękuję. To naprawdę duża radość.

I zaskoczenie?
– Zaskoczenie, a zarazem poczucie ogromnej satysfakcji, bo pracowałem ciężko przez wiele lat. Wprawdzie nie po to, by otrzymać tę nagrodę, ale mogę uczciwie powiedzieć, że nie uchylałem się od pracy i sądzę, że mój dorobek jest niemały i widoczny.

Który obszar dotychczasowej pracy badawczej jest dla Księdza Profesora najcenniejszy?
– Istnieją dwa takie obszary. Pierwszy to biblistyka Starego Testamentu, czyli badania i refleksja nad religią biblijnego Izraela, jej genezą i naturą, a przede wszystkim jej ukierunkowaniem ku rzeczywistości Nowego Testamentu. Drugi to kwestia rozejścia się dróg Kościoła i Synagogi, czyli same początki chrześcijaństwa oraz wzgląd na to, jak te dwie wspólnoty religijne, które stanowiły istotne filary wielopostaciowego judaizmu I wieku, rozeszły się, co się nasilało i trwa do dzisiaj.

Zacznijmy zatem od Biblii. Zajmując się tyle lat naukowo Pismem Świętym, wciąż czuje Ksiądz, że jest to Księga Życia? Czy Księdza doświadczenie, rozumienie Biblii zmieniało się przez te lata?
– Pismo Święte jest podobne do okna. Każdy budynek ma okna po to, aby można było zobaczyć, co jest na zewnątrz. Pismo Święte nie zatrzymuje uwagi na sobie, ale otwiera nas na rzeczywistość zbawczą, która jest poza nim, czyli na Boga oraz Jego obecność i działanie w historii. Z tego punktu widzenia, gdy spoglądam na stan dzisiejszy oraz na początki swojej przygody z Biblią, to, paradoksalnie, dostrzegam wiele wspólnego.

Kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po Biblię, konkretnie po Nowy Testament, miałem wtedy 11 lat, dostrzegłem, że jego lektura ma ogromne znaczenie dla mojej wiary, chociaż, oczywiście, nie byłem w stanie tego zracjonalizować ani wyrazić tak jak obecnie. Już wtedy widziałem, że czytając Pismo Święte, natrafiamy na rzeczywistość Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie, oraz że Pismo Święte skupia naszą uwagę właśnie na Chrystusie. Późniejsze studia oraz praca dydaktyczna i naukowa pomogły mi zrozumieć i przeżywać ten fundamentalny aspekt, a więc spotkanie z Biblią w dzieciństwie dość zasadniczo ustawiło moje życie. Chociaż zajmuję się Pismem Świętym od strony bardzo specjalistycznej, od strony historii, filologii, realiów społecznych i kulturowych, jednak nie to stanowi zasadniczy cel podejmowanej refleksji, lecz jej celem jest lepsze poznanie Boga.

A na ile poznanie historycznego kontekstu Biblii jest ważne dla zwykłego katolika?
– Pewne podstawowe rozeznanie jest niezbędne. Można to porównać do świadomości, że jesteśmy Polakami, lecz aby to należycie zrozumieć i przeżywać, trzeba znać zasadnicze elementy naszej historii. Trzeba wiedzieć, kim był Bolesław Chrobry, kiedy miała miejsce bitwa pod Grunwaldem, hołd pruski, rozbiory, zrywy niepodległościowe itp. Jeżeli Polak tej wiedzy nie ma, jego tożsamość jest ułomna, a nawet staje się swoistym kaleką.

To samo dotyczy życia chrześcijańskiego. Jeżeli chcemy wiedzieć, kim jesteśmy, powinniśmy znać najważniejsze postacie i wydarzenia Starego i Nowego Testamentu. Powinniśmy umieć odróżnić Abrahama od Mojżesza, króla Dawida od króla Salomona, powinniśmy wiedzieć o wygnaniu babilońskim itp. To jest wiedza, bez której nie sposób dotrzeć do korzeni naszej wiary. Daleko bardziej dotyczy to Nowego Testamentu. Niezbędne jest fundamentalne rozeznanie o Jezusie Chrystusie, Apostołach, o początkach Kościoła, a także pewna wiedza z dziedziny geografii, topografii i historii biblijnej. Przecież musimy mieć świadomość, że wydarzenia opisane na kartach Biblii są prawdziwe, dzięki czemu można dotrzeć do miejsc, w których się rozgrywały. Wprawdzie to nie jest łatwe, ale z drugiej strony nie należy wyolbrzymiać trudności, które wiążą się z wysiłkiem coraz głębszego poznawania wiary chrześcijańskiej. Sprzyja temu fakt, że w katechezie szkolnej, a także w homiliach i konferencjach kierowanych do dorosłych ta tematyka jest stale poruszana.

Ma Ksiądz Profesor ogromne zasługi w popularyzowaniu Pisma Świętego, wystarczy wspomnieć choćby Prymasowską Serię Biblijną czy prowadzone przez Księdza od lat konferencje biblijne.
– Uprawianie teologii i jej popularyzowanie to dla mnie dwie strony tej samej rzeczywistości. Nie jestem naukowcem ograniczonym do kontaktów z wąską grupą specjalistów, chociaż potrafię z nimi rozmawiać. Od ponad 38 lat jestem również kapłanem, którego zadanie stanowi ewangelizacja. Moja refleksja nad Pismem Świętym służy nie tylko temu, by je coraz głębiej poznawać, lecz także temu, by je przeżywać i dzielić się jego bogactwem z innymi. Przejście od specjalistycznych dociekań i badań do katechezy i homilii oraz konferencji biblijnych odbywa się w moim przypadku bardzo gładko.

Setki, a może nawet tysiące razy zdarzało się, że z auli akademickiej udawałem się wprost do kościoła głosić wiernym homilie, konferencje biblijne czy rekolekcje. Szczególnym fenomenem są konferencje biblijne, które prowadzę od 1986 roku, czyli od 28 lat, w parafii Zwiastowania Pańskiego w Warszawie na Rakowcu. W ciągu ponad ćwierćwiecza zmieniło się całe pokolenie, ale nadal uczestniczy w nich pół tysiąca ludzi, którzy słuchają, bo chcą słuchać, i są dla mnie wielkim zbudowaniem. Wiele razy docierałem tam zmęczony, ale zmęczenie ustępowało, gdy widziałem zasłuchanie wiernych otwartych na orędzie Pisma Świętego. Słuchaczom tych konferencji zawdzięczam bardzo wiele.

Jak w przystępny i pociągający sposób zachęcać do czytania Biblii?
– Aby można było skutecznie i owocnie nauczać, trzeba najpierw samemu to przyswoić, przetrawić i starać się tym żyć. Rozmaite narzędzia i sposoby, by kogoś poruszyć, nie przyniosą żadnego większego rezultatu, jeśli sami nie będziemy poruszeni tym, czego nauczamy. Żeby zrozumieć oraz wykładać i objaśniać Pismo Święte, trzeba pozwolić przepuścić samego siebie przez filtr rzeczywistości zbawczej opisanej na jego kartach. Wtedy rozmaite dylematy dotyczące narzędzi i sposobów oddziaływania schodzą na daleki plan, ponieważ słuchaczom udziela się entuzjazm wiary. Widzą, że Pismo Święte jest Księgą Życia, dotyczącą nie tylko odległej przeszłości, ale księgą o nas, dotyczącą nas, poruszającą problemy i sprawy, które również dla nas są bardzo ważne i żywotne.

Sądzę, że zbyt duży nacisk kładzie się na rozmaite środki i narzędzia, jak np. pomoce audiowizualne, a za mało jest autentycznego świadectwa. Nie można tych środków i metod lekceważyć, ale pamiętajmy, że gdy św. Paweł podejmował w starożytnym świecie zadanie ewangelizacji, nie miał ani radia, ani telewizji, ani rzutnika czy aparatu fotograficznego, ale miał zapał i gorliwość. Także dzisiaj jest to najbardziej istotny wymóg owocnej ewangelizacji. Tam, gdzie istnieje zapał, wszystko inne schodzi na dalszy plan, wprawdzie może być pomocne, ale nie decyduje o skuteczności naszych wysiłków.

Zatem jak Ksiądz odnajduje się w historii Abrahama, Izaaka, Mojżesza? Które spośród postaci lub historii biblijnych są Księdzu najbliższe?
– Najbliższą mi biblijną postacią jest Abraham. Zarówno dlatego, że bez wahania opuścił wszystko i wyruszył w nieznane, a jego przygoda duchowa jest prawzorem przygody wiary wszystkich, którzy uwierzyli Bogu, jak też ze względu na epizod z ofiarowaniem Izaaka, które było ofiarą złożoną z ojcowskiej miłości. Bliski jest mi również Mojżesz, wielki prawodawca, sędzia i przewodnik, który sprawił, że lud hebrajskich niewolników przeobraził się w świadomy swej tożsamości naród Izraela. Z biblijnych proroków bardzo bliski jest mi Ezechiel, któremu poświęciłem wiele lat pracy naukowej, prorok tragiczny, żyjący w czasach kryzysowych, podobnych pod wieloma względami do tych, które przeżywamy obecnie. Jeśli chodzi o Nowy Testament, najbliższą mi postacią jest na pewno św. Paweł. W jego losach rozpoznaję bardzo wiele z tego, co przeżywają wszyscy głosiciele Ewangelii, gdy spotyka się ona nie tylko z entuzjazmem i przyjęciem, ale i ze sprzeciwem, i kontestacją, a nawet wrogością i prześladowaniami.

Wiedzy nigdy dość. Korzystając z okazji rozmowy z wybitnym biblistą, proszę o wyjaśnienie naszym Czytelnikom, co to są targumy, które Ksiądz bada?
– Prosi mnie pani o otwarcie tematu-morza. Najogólniej mówiąc, księgi święte biblijnego Izraela na długo, zanim pojawiło się chrześcijaństwo, były tłumaczone na inne języki. Najstarszy zachowany przekład z języka hebrajskiego na grecki, który powstał w III i II wieku przed Chrystusem, nosi nazwę Septuaginta, i do dzisiaj jest to Biblia Kościołów prawosławnych. To z niej, a nie z hebrajskiego, prawosławni dokonują tłumaczeń na języki nowożytne, którymi się posługują. Jest to więc nie tylko przekład, lecz prawdziwa Biblia grecka. Z okresu przedchrześcijańskiego pochodzą również najstarsze targumy, czyli przekłady ksiąg świętych na język aramejski. Spojrzenie na Septuagintę i targumy ma związek z samą naturą przekładu, który zawsze jest interpretacją. W każdym przekładzie znajdują wyraz te aspekty rozumienia oryginału, na które zwraca uwagę tłumacz i jego środowisko. Gdy badamy najstarsze przekłady Starego Testamentu na język grecki lub aramejski, dowiadujemy się, jak księgi święte biblijnego Izraela były rozumiane i objaśniane przed przyjściem Jezusa Chrystusa. Gdy patrzymy na to z dzisiejszej perspektywy, to my, chrześcijanie, szukamy odpowiedzi na pytanie, czy i w jakim stopniu w przekładach dokonanych w czasach przedchrześcijańskich był obecny dynamizm mesjański ukierunkowany ku Jezusowi Chrystusowi. To jest podstawowe pytanie, które starałem się zadawać, wymagające nieustannej uwagi i pogłębiania. Temat nie jest łatwy, ale niezbędny, abyśmy mogli sięgnąć do najwcześniejszych nurtów interpretacji Starego Testamentu, które istniały w czasach, zanim narodziło się chrześcijaństwo.

Temat niezbędny poznawczo, ale i niezwykle interesujący od strony duchowej. Mówiąc o „mesjańskim dynamizmie” Starego Testamentu, ma chyba Ksiądz na myśli coś więcej niż fragmenty ksiąg prorockich mówiących o przyjściu Mesjasza?
– Chodzi o najgłębsze i najważniejsze intuicje oraz oczekiwania i nadzieje wpisane w samą istotę religii biblijnego Izraela, bo księgi Starego Testamentu są jej świadectwem. Po wielu latach refleksji na ten temat doszedłem do przekonania, że tym, czego chrześcijanie pilnie potrzebują i co należy opracować, jest chrystologia Starego Testamentu. Na pierwszy rzut oka temat wydaje się osobliwy, ale osobliwym nie jest. Nie tylko księgi Nowego Testamentu mówią o Jezusie Chrystusie, lecz jest On też trwale wpisany w rzeczywistość Starego Testamentu. Jest w niej obecny jako oczekiwanie, tęsknota i potrzeba wyrażana na rozmaite sposoby. Wiara i pobożność Starego Testamentu są bardzo mocno ukierunkowane ku Chrystusowi, a zatem Stary Testament posiada głębię i nośność chrystologiczną. Gdyby było inaczej, musielibyśmy powiedzieć, jak mówią wyznawcy judaizmu, że chrześcijanie jedynie zinterpretowali Stary Testament przez pryzmat osoby Jezusa Chrystusa. Tak jest, ale to nie jest cała prawda i na tym nie koniec!

Chrześcijanie podjęli i pogłębili chrystologiczną interpretację ksiąg świętych dlatego, że Stary Testament był na nią podatny, a nawet jej wymagał. Intuicje i nadzieje chrystologiczne zostały też wyraźnie potwierdzone w nauczaniu Jezusa i Kościoła apostolskiego, normatywnym dla wszystkich wyznawców Jezusa Chrystusa. W tym roku mam podjąć na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego wykłady zatytułowane „Chrystologia Starego Testamentu”. Temat jest frapujący i chociaż budzi zaskoczenie części biblistów i teologów, jest w moim przekonaniu niezmiernie ważny. Podejmując go, idę za nauczaniem Benedykta XVI, który wielokrotnie podkreślał, że chrześcijańska tożsamość jest mocno zakorzeniona w Starym Testamencie, analogicznie jak w Nowym Testamencie. To oznacza, że Stary Testament jest integralną częścią naszego duchowego dziedzictwa.

Pisząc prace naukowe, myśli Ksiądz również o zwykłych ludziach, niespecjalistach, jako o potencjalnych czytelnikach?
– Trzeba odróżnić dwie warstwy. Jedna z nich ma charakter naukowy i specjalistyczny. Nie każda praca naukowa jest przeznaczona do czytania przez tzw. zwyczajnych ludzi, czyli w przypadku naukowych prac teologicznych przez tzw. zwyczajnych wiernych. Prowadząc specjalistyczne badania, trzeba mieć świadomość, że ich rezultaty docierają do kilkudziesięciu, może kilkuset osób na całym świecie. Porównałbym to do rynku samochodowego: wciąż są reklamowane gotowe samochody, ale muszą być ludzie, którzy zajmują się specjalistycznymi szczegółami, np. konstruowaniem jakiegoś konkretnego elementu silnika czy podwozia. Ich praca jest niedostrzegalna, ale niezbędna, by całość dobrze funkcjonowała. Także w zakresie biblistyki i teologii muszą być osoby, które prowadzą bardzo wąskie badania po to, by całość była logiczna i spójna. Właśnie na tym tle uwidacznia się specyfika drugiej warstwy, czyli popularyzowania wyników specjalistycznych dociekań i badań. Zwykli ludzie, niespecjaliści, zyskują tym więcej, im lepsze są rezultaty żmudnych prac specjalistów.

Jak Ksiądz Profesor ocenia znajomość Pisma Świętego wśród polskich katolików?
– Aczkolwiek więzi Polaków z Kościołem katolickim są zróżnicowane w poszczególnych regionach Polski, jeden paradygmat jest wspólny: wśród niemałej części rośnie świadomość swego miejsca i obecności w Kościele. W ciągu prawie czterech dziesięcioleci, które upłynęły od moich święceń kapłańskich, jest to ten sam, ale nie taki sam Kościół. Decydujący był pontyfikat Jana Pawła II i jego następstwa. Dopiero na tym szerszym tle można osadzić pytanie o znajomość Pisma Świętego. Zrobiliśmy w tej dziedzinie wiele, aczkolwiek znacznie więcej pozostaje do zrobienia. Chodzi bowiem o długi proces, rozpisany nie na lata, ale na całe pokolenia. Został zrobiony dobry początek, którego świadectwem są choćby wielotysięczne nakłady Pisma Świętego. Nawet jeśli tylko pewien odsetek nabywców sięgnie po Biblię, aby ją czytać, to będą to tysiące czytelników. Do tego dochodzą liczne pomoce naukowe i popularyzatorskie oraz obecność Biblii i jej motywów w środkach przekazu i kulturze. Temu samemu celowi służy wzmożony ruch pielgrzymkowy do Ziemi Świętej, sprzyjający pogłębieniu wiary i wiedzy biblijnej.

Spotkałam się z komentarzami, że koncentrowanie się na Biblii to domena protestantów.
– Gdybyśmy poprzestawali na tym, co ludzie mówią, nie szlibyśmy do przodu, ale się cofali. Wprawdzie tego rodzaju głosy się pojawiają, ale są one w zdecydowanej mniejszości i z roku na rok jest ich coraz mniej. Mamy do czynienia z pewnym paradoksem: wśród protestantów znajomość Biblii słabnie, natomiast wśród katolików rośnie. Opisuję sytuację w Polsce, ale myślę, że w innych krajach Europy jest podobnie. Zarzut protestantyzacji Kościoła należy więc postrzegać nie jako wyraz obawy o stan wiary, ale jako wymówkę, która ma zastąpić wysiłek jej ustawicznego pogłębiania.

Czego tak zwyczajnie chciałby się jeszcze Ksiądz dowiedzieć na temat wydarzeń opisanych w Piśmie Świętym? Są jakieś obszary, które stanowią dla Księdza naukowe wyzwanie?
– Chciałbym się przyjrzeć okresowi w historii starożytnego Izraela, który był pod wieloma względami kluczowy, mianowicie od upadku królestwa Izraela i jego stolicy Samarii pod ciosami Asyryjczyków w 722 roku przed Chrystusem do upadku królestwa Judy i jego stolicy Jerozolimy pod ciosami Babilończyków w 586 roku przed Chrystusem.

Te prawie 140 lat ma ogromne znaczenie dla religii starożytnego Izraela dlatego, że miał wówczas miejsce niezwykły proces, który nie został wyraźnie opisany w Biblii – jest zaznaczony tylko podskórnie. W wyniku upadku królestwa Izraela Asyryjczycy uprowadzili do Mezopotamii, to jest teren dzisiejszego Iraku, około 50 tysięcy Izraelitów. Zachowały się świadectwa, że przymusowo deportowani Izraelici utworzyli tam bardzo prężną diasporę, której zawdzięczamy wiele elementów religii i pobożności zachowanej na kartach Starego Testamentu.

W tym okresie dokonało się przejście od przymusowego wygnania do dobrowolnej diaspory oraz zebranie i utrwalenie wielu składników świętej Tradycji ludu Bożego wybrania. Właśnie to chciałbym nadal badać i temu się przyglądać. Na tym gruncie wyrosła później, w okresie wygnania babilońskiego, czyli w VI wieku przed Chrystusem, nowa rzeczywistość religijna jako fundament judaizmu. Wiem, że to wszystko dla przeciętnego czytelnika naszej rozmowy brzmi bardzo tajemniczo, ale dla biblisty, który zajmuje się tą tematyką, nie są to treści egzotyczne. Sądzę, że udało mi się dokonać niemało, aby ukazać i oprzeć hipotezę o istnieniu asyryjskiej diaspory Izraelitów na mocnym gruncie. Do tego potrzebne są wnikliwe badania z zakresu asyriologii. Do tej pory takiej współpracy między biblistami i asyriologami w zasadzie nie było albo istniała ona sporadycznie. W ostatnich latach wiele zmieniło się na korzyść i takie pola współpracy się rysują. Dzięki temu bibliści mogą wiele skorzystać z wiedzy asyriologów. Ktoś zapyta: Jakie to ma znaczenie dla wiary dzisiaj? Odpowiedź brzmi: Aczkolwiek te dociekania nie mają bezpośredniego przełożenia, gdyż chodzi o sprawy, które dotyczą sytuacji sprzed ponad 2,5 tysiąca lat, to przecież chodzi o bardzo ważne wyzwania badawcze, które ukazują nam istotne, ale nieznane aspekty tworzenia się i przenikania rozmaitych nurtów religijnych, kulturowych i światopoglądowych, które mają bliskie i liczne analogie w późniejszych czasach, a także dzisiaj.

Przejdźmy do drugiego wielkiego pola zaangażowania Księdza Profesora, czyli dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Można mówić o jakimś nadrzędnym celu wielorakich Księdza działań w tym obszarze?
– Różne inicjatywy, w które byłem i jestem zaangażowany, służą przede wszystkim temu, abyśmy mogli spotkać i poznać współczesnych religijnych Żydów, tak jak oni sami siebie postrzegają i rozumieją, oraz autentycznie ukazać im naszą chrześcijańską tożsamość. Oba te aspekty napotykały czasem na przychylność, a kiedy indziej na silny opór. Prędzej czy później natrafiały na pytanie: Po co się tak odkrywać? Pojawiało się ono po obu stronach, odsłaniając olbrzymie pokłady zastarzałej wzajemnej nieufności. Tam, gdzie ona dominuje, nie ma mowy o dialogu, trwają bowiem dwa głuche monologi.

Dokąd dziś zmierza dialog chrześcijan i Żydów?
– W naszym pokoleniu dialog Kościoła z Żydami i judaizmem osiągnął pewien pułap. Dalej na razie posunąć się nie można. Do kolejnego postępu potrzebna jest duża dawka nowego myślenia i nowe impulsy. Po stronie katolickiej Jan Paweł II stworzył podwaliny pod dialog, zaś Benedykt XVI wyeksponował istotne drogowskazy, za którymi katolicy powinni pójść. Ale, według mnie, nie zostało to należycie podjęte, ponieważ mnożenie spotkań nie idzie w parze z należytym pogłębianiem perspektywy teologicznej. W 2001 kard. Józef Ratzinger, stojąc na czele watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, w deklaracji „Dominus Iesus” o jedyności i powszechności dzieła zbawczego dokonanego przez Jezusa Chrystusa, przypomniał odwieczne chrześcijańskie nauczanie, że jedynym Zbawicielem świata i każdego człowieka jest Jezus Chrystus. Każdy, kto osiąga zbawienie, osiąga je przez Jezusa Chrystusa, nawet jeżeli nie jest tego świadomy.

Na drugim biegunie nauczania Benedykta XVI znalazły się słowa: „Jeśli my znaleźliśmy Pana i jeśli On jest światłem i radością naszego życia, to skąd możemy mieć pewność, że komuś, kto nie odkrył Chrystusa, nie brakuje jakiejś istotnej części życia i że nie jest naszym obowiązkiem ukazać mu tę istotną rzeczywistość?”. Stąd wniosek: „Nikomu nie wyrządzamy krzywdy, gdy ukazujemy mu Chrystusa, gdy dajemy mu możliwość, by stał się autentyczny i doświadczył radości płynącej ze znalezienia życia”. Skoro Jezus Chrystus jest radością naszego życia i wnosi do niego tak wiele dobrego, to – również w naszych kontaktach z wyznawcami judaizmu – nie możemy zatrzymywać się w pół drogi. Dynamizm ewangelizacyjny dotyczy wszystkich ludzi, tymczasem w pewnych kręgach katolików, także w Polsce, pokutuje stanowisko, że nasz obowiązek dawania świadectwa o Jezusie Chrystusie dotyczy wszystkich, z którymi mamy do czynienia, ale z wyjątkiem Żydów.

Warto było podejmować ryzyko związane z tak kontrowersyjnymi zagadnieniami, jak te dotyczące Żydów?
– Od dawna powtarza się, że jeżeli ktoś chce mieć w Kościele i teologii spokojne życie, nie powinien zajmować się trzema tematami: biskupami, Żydami oraz płciowością i seksualnością. Jeśli wejdzie się choćby w jeden z tych obszarów, trzeba się liczyć z niewygodami. W moim przypadku niewygody były, ale nie tyle ze strony Żydów, bo w kontaktach z nimi staram się o zachowanie właściwej symetrii, ile ze strony tych katolików, którzy chcą się Żydom przypodobać, a także ze strony ich katolickich oponentów, którzy żywią wobec Żydów uprzedzenia i niechęć. To dwa biegunowo odmienne stanowiska, ale mają one wiele wspólnego w wyhamowywaniu i osłabianiu tempa i postępów dialogu religijnego.

Może ma Ksiądz Profesor jakieś refleksje, wnioski z dialogu z Żydami, które można przełożyć na nasz, katolików, tzw. dialog ze światem?
– Pojęcie „dialogu” jest dziś nadużywane i zrobiło się w dużej mierze wyświechtane. W imię rzekomego dialogu niektórzy katolicy są gotowi wyzbywać się znaczącej części swej tożsamości. Odbywa się to zwłaszcza pod hasłami „otwarcia”, zarówno w kontaktach z Żydami, jak i z ludźmi niewierzącymi. Kościół powinien być otwarty, lecz w tym sensie, by do niego wejść, a nie z niego na zawsze wychodzić bądź go podmywać i dzielić.

Jeśli chodzi o moje doświadczenia związane z kontaktami z Żydami, jedno wybija się na pierwszy plan. Zdałem sobie bardzo wyraźnie sprawę, że religia, tak jak widzą i przeżywają ją gorliwi wyznawcy judaizmu, nie jest sprawą prywatną człowieka, ale jest jego sprawą osobistą. Człowiek sam dokonuje wyboru swojej wiary, natomiast w sytuacji, gdy go dokonał, ma obowiązek mężnie ją wyznawać. Wśród wyznawców judaizmu, zwłaszcza w Jerozolimie i Ziemi Świętej, wielokrotnie widziałem gorliwych mężczyzn i kobiety oraz mnóstwo entuzjazmu, który, gdyby go przełożyć na kategorie chrześcijańskie, zaowocowałby ogromną skutecznością ewangelizacyjną. Widziałem ludzi, którzy nie wstydzą się swojej wiary, są gotowi ją manifestować w każdych warunkach i bardzo mocno ją przeżywają, przykładając do niej nie tylko kategorie rozumowe, ale również emocjonalne. To daje mi zawsze wiele do myślenia i skłania, aby w chrześcijańskim życiu odzwierciedlać podobną stałość i siłę przekonania.

Dziękuję za rozmowę.
Beata Falkowska

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... zycie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 31 lip 2014, 06:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Orędownik nowej ewangelizacji

Był duchowym ojcem ks. kard. Adama Sapiehy. Jego procesem beatyfikacyjnym żywo interesował się św. Jan Paweł II. W tym roku mija 150 lat od wstąpienia Sługi Bożego o. Bernarda Łubieńskiego do seminarium redemptorystów.

Ta rocznica jest okazją do przypomnienia duchowej sylwetki tego redemptorysty, który ma niebywałe zasługi dla odrodzenia religijnego, moralnego i narodowego Polski na przełomie XIX i XX wieku. Może być więc patronem i orędownikiem nowej ewangelizacji w naszej Ojczyźnie. Do seminarium redemptorystów wstąpił 7 września 1864 r. w Londynie. Zmarł w 1933 r. w Warszawie w powszechnej opinii świętości i pochowany został w kościele św. Klemensa przy ul. Karolkowej.

Trwa jego proces beatyfikacyjny. W 2004 r. w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie złożono obszerne Positio. Teraz do beatyfikacji o. Łubieńskiego potrzeba cudu zdziałanego przez Boga za wstawiennictwem o. Bernarda. Dlatego modlimy się o cud i zachęcamy wiernych do takiej modlitwy.

Bardzo bogatą działalność o. Bernarda można streścić w siedmiu punktach. Po pierwsze, jego wielką zasługą było sprowadzenie do Polski zgromadzenia redemptorystów w 1883 roku. Założył pierwszy, bardzo ubogi klasztor w Mościskach k. Lwowa. Po drugie, o. Bernard charakteryzował się ogromną apostolską gorliwością i siłą w cierpieniach i licznych przeciwnościach. Mając 39 lat, został dotknięty częściowym paraliżem nóg. Pomimo tego cierpienia przeprowadził ponad tysiąc misji i rekolekcji dla różnych grup społecznych. Po trzecie, szerzył kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy i świętych Polaków, sprowadził z Rzymu ponad 70 obrazów Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

Po czwarte, był charyzmatycznym spowiednikiem i kierownikiem duchowym. Miał żywe kontakty m.in. ze św. Zygmuntem Felińskim, z bł. Marią Karłowską, ks. kard. Adamem Sapiehą, o. Jackiem Woronieckim. Po piąte, był apostołem pióra: napisał wiele książek o tematyce religijnej, m.in. życiorys św. Alfonsa, św. Klemensa i św. Gerarda. Po szóste, przyczynił się do założenia ważnych klasztorów Ojców Redemptorystów: w Krakowie, Tuchowie i w Warszawie. I wreszcie po siódme, był wzorowym zakonnikiem redemptorystą, przekazicielem autentycznej tradycji pochodzącej wprost od św. Alfonsa, założyciela redemptorystów, i św. Klemensa. Mógł to uczynić dlatego, że przebywał w wielu redemptorystowskich klasztorach w Europie, a nawet spotkał tych współbraci, którzy osobiście znali św. Klemensa. Dzięki licznym podróżom i bardzo dobrej znajomości sześciu języków można powiedzieć, że był w pewnym sensie obywatelem Europy, zachowując jednocześnie wielką miłość do własnej Ojczyzny.

Procesem beatyfikacyjnym o. Bernarda żywo interesował się Jan Paweł II. Kilkakrotnie o tym wspominał o. Janowi Piekarskiemu, który przez wiele lat pracował w Watykanie. Papieżowi znana była postać o. Łubieńskiego zapewne poprzez ks. kard. Adama Sapiehę, z którym o. Bernard utrzymywał bliskie kontakty.

--------------------------------------------------------------------------------

Informacje o otrzymanych łaskach za przyczyną Sługi Bożego o. Bernarda Łubieńskiego można przesyłać do wicepostulatora sprawy beatyfikacji o. Sławomira Pawłowicza, ul. Wysoka 1, 33-170 Tuchów; e-mail: o.bernard@cssr.pl.

o. Paweł Mazanka CSsR

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... zacji.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 09 sie 2014, 11:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wzór patrioty

Małgorzata Pabis

Polsce potrzebni są ludzie na wzór bł. Edmunda Bojanowskiego – ludzie, którzy będą tworzyć dobre prawo, programy szkolne i podręczniki. Podkreślił to ks. bp Jan Wątroba, ordynariusz rzeszowski, przewodniczący Rady ds. Rodziny KEP, w czasie pierwszoczwartkowej modlitwy w intencji rodzin i obrony życia poczętego w Kaliszu.

Spotkanie w kaliskim sanktuarium św. Józefa odbyło się w liturgiczne wspomnienie bł. Edmunda Bojanowskiego i w trwającym roku jubileuszowym związanym z dwusetną rocznicą jego urodzin. W czasie Mszy św. został przybliżony życiorys błogosławionego, który wyrósł w głęboko religijnej i patriotycznej rodzinie. – Edmund był człowiekiem modlitwy. Dzięki tej modlitwie Bóg działał w jego wnętrzu i przemieniał je – zwracał uwagę w homilii ks. bp Wątroba. Wskazywał, że choć od czasów bł. Edmunda dzieli nas blisko półtora wieku, to nasz świat, Ojczyzna, Kościół, wspólnoty i rodziny niezmiennie potrzebują takich wzorów i patronów. – On nam przypomina, że najważniejszą szkołą charakteru jest rodzina – wskazywał, podkreślając, że właśnie w rodzinie bł. Edmund kształtował swoją wrażliwość. Tam uczył się, że nie wolno być obojętnym wobec bliźniego. – Jest on też ciągle aktualnym wzorem mężczyzny pochylającego się nad dzieckiem. Stającego w obronie dziecka. Zwłaszcza tego najbardziej bezbronnego, jeszcze nienarodzonego. Jest wzorem mężczyzny gwarantującego bezpieczeństwo. Troszczącego się o potrzeby materialne, ale i duchowe. Mężczyzny opiekuńczego, wyrozumiałego, ale i sprawiedliwego, broniącego przed wpływami zła, przed zgorszeniem i zepsuciem – dodał ksiądz biskup.

Przewodniczący Rady ds. Rodziny KEP zwracał także uwagę, że dziś w Polsce tacy ludzie są potrzebni także wśród rządzących, wśród członków różnych komisji, ludzi przygotowujących prawo, dobre ustawy, gwarantujące dobro i bezpieczeństwo dziecka, wśród tych, którzy przygotowują programy szkolne i podręczniki. – Bardzo potrzebni są dziś ludzie serdeczni, którzy jak bł. Edmund z dłonią na sercu i z sercem na dłoni pochylą się nad każdym, kto potrzebuje dobrego słowa, pomocy, obrony przed zagrożeniem, pozytywnej wizji przyszłości i duchowego wsparcia – podkreślił i dodał, że bł. Edmund jest także wzorem patrioty, dla którego miłość Ojczyzny nie jest pustym frazesem w politycznych zapasach, ale serdeczną troską o narodowe dziedzictwo, o piękno języka, znajomość historii, kultury, tradycji. – Jest on także przypomnieniem prawdy, że świętość jest dostępna dla każdego – podkreślił ordynariusz rzeszowski.

Po Mszy św. księża biskupi zawierzyli opiece św. Józefa polskie rodziny i obronę dzieci nienarodzonych, a także całą rodzinę duchową bł. Edmunda Bojanowskiego i Zgromadzenie Sióstr Służebniczek.

http://www.naszdziennik.pl/wp/90379,wzor-patrioty.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 24 wrz 2014, 07:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Człowiek, który zmienił Dolny Śląsk

Marek Zygmunt, Wrocław

W Dolnośląskim Centrum Filmowym we Wrocławiu odbyła się uroczysta premiera filmu dokumentalnego pt. „Gulbinowicz”, prezentującego życie osobiste, posługę kapłańską i biskupią ks. kard. Henryka Gulbinowicza, byłego wieloletniego metropolity wrocławskiego.

– Pomysł na ten film zrodził się półtora roku temu. Zbliżał się wtedy jubileusz 90-lecia urodzin księdza kardynała, a wszystkie materiały, które dotąd można było zobaczyć w przestrzeni publicznej, w moim odczuciu nie oddawały tego, kim jest kard. Gulbinowicz, człowiek, który zmienił Dolny Śląsk. Kluczem do stworzenia tego filmu było przekonanie hierarchy, by otworzył się przed nami i zaczął mówić o swoim życiu od samego początku. I tak też się stało – powiedział „Naszemu Dziennikowi” współreżyser Krzysztof Kunert. Dodatkowym atutem tego obrazu jest niesamowita wręcz muzyka autorstwa Michała Lorenca.

Twórcy filmu, oprócz nagranych wspomnień, odwiedzili również miejsca szczególnie związane z życiem osobistym i kapłańskim księdza kardynała: Wilno, Rzym, Olsztyn, Białystok, Lublin, cały Dolny Śląsk i oczywiście Wrocław. – To jest pięknie zrealizowana faktografia, wydarzenia zapisane nie tylko w słowach, ale i w obrazie. Widać ten dystans do tego, co się wydarzyło. Jeśli ktoś brał w tym udział, a tak było w moim przypadku, to tym bardziej jest to dla niego bardzo żywe – powiedział nam ks. bp Edward Janiak, ordynariusz diecezji kaliskiej. Z kolei pasterz Kościoła świdnickiego, ks. bp Ignacy Dec podkreślił w wypowiedzi dla „Naszego Dziennika”, że to dzieło jest godne pochwały i propagowania. Film ten ukazuje bowiem księdza kardynała jako osobę otwartą, zatroskaną o każdego człowieka, szczególnie biednego, otaczającą życzliwością i wsparciem młodzież, pracowników nauki, członków „Solidarności”.

– W swoim życiu dzięki Panu Bogu spotkałem wielu dobrych ludzi, ale tak dobrych, którzy chcieliby mnie uwiecznić na taśmie filmowej, po raz pierwszy dopiero tutaj, na Dolnym Śląsku. I dlatego składam wam wielkie „Bóg zapłać” za to, że dostrzegliście u mnie same plusy, a nie minusy – mówił w czasie uroczystości z uśmiechem na twarzy nagrodzony gromkimi brawami ks. kard. Henryk Gulbinowicz. Kiedy współreżyserka Jolanta Krysowata usiłowała wręczyć mu kwiaty, ksiądz kardynał z właściwym sobie poczuciem humoru stwierdził: „Staremu kwiaty nie pasują i dlatego przez pani ręce daję je wszystkim obecnym tutaj damom”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/99345,czl ... slask.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 14 paź 2014, 11:11 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 lip 2009, 10:40
Posty: 7530
Lokalizacja: Podlasie
Orędownicy na nasze czasy

Obrazek

W czasach powszechnego zamętu, deptania ładu moralnego, odwracania znaczenia pojęć, podcinania korzeni, z których wyrastamy, znieprawiania ducha, mamy orędowników, którym możemy powierzyć sprawy naszej Ojczyzny. Pozostawili nam jasne przesłanie i świadectwo, jak przebyć ten trudny czas.

Święty Jan Paweł II, Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński, bł. ks. Jerzy Popiełuszko. Ich posługa dowodzi, jak ważne dla przetrwania Narodu jest pojawienie się w danym momencie historii postaci – mocarzy ducha – bezkompromisowo wskazujących znaczenie fundamentalnych wartości i świadczących o nich swym życiem. Dowodzi, jak istotne, nie tylko dla jednostek, ale i całej wspólnoty, jest posiadanie autorytetu, pojęcia całkowicie skompromitowanego po 1989 roku poprzez kreowanie na autorytety osób będących ich zaprzeczeniem.

Karol Wojtyła wyrastał w duchu Prymasa Tysiąclecia, sam przecież przyznał: „Nie byłoby na Stolicy Piotrowej tego Papieża Polaka (… ) gdyby nie było Twojej wiary niecofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła, gdyby nie było Jasnej Góry i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, które związane są z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem”.

Te papieskie słowa wypowiedziane w kilka dni po wyborze na Stolicę Piotrową możemy dzisiaj również odnieść do bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Nie byłoby Jego posługi, aż do męczeństwa i chwały ołtarzy, bez Prymasa Tysiąclecia, i bez Jana Pawła II.

Aż po śmierć męczeńską

Powołanie Księdza Jerzego dojrzewało od dzieciństwa. Dużą rolę w jego formacji odegrała lektura „Rycerza Niepokalanej”, dlatego myślał o wyborze franciszkańskiej drogi. Zdecydował się jednak na warszawskie Wyższe Metropolitalne Seminarium Duchowne św. Jana Chrzciciela, choć o wiele bliżej było do Białegostoku. Ale ordynariuszem w stolicy był ks. kard. Stefan Wyszyński. Jego autorytet w czasach Wielkiej Nowenny Narodu w przededniu milenijnych uroczystości, które stały się triumfem Kościoła prowadzonego przez Prymasa, był niepodważalny. Tym większy u młodzieńca stojącego u progu kapłańskiej drogi. Na Jego podaniu o przyjęcie do seminarium widnieje adnotacja: „Zostaje przyjęty”, napisana przez ks. kard. Wyszyńskiego.

Do rangi symbolu urosła decyzja Prymasa z 1961 roku – oddania w uroczystym akcie alumnów pod opiekę Matki Bożej. Wypowiedziane podczas tej uroczystości słowa: „Królowo Apostołów i Królowo Męczenników, jesteśmy gotowi do pracy apostolskiej aż po śmierć męczeńską, jeżeli tego Syn Twój zażąda i jeżeli to będzie potrzebne dla chwały Kościoła świętego”, ćwierć wieku później miał wypełnić ks. Popiełuszko.

W seminarium wielokrotnie dane Mu było zetknąć się z ks. kard. Wyszyńskim, z jego też rąk przyjął 28 maja 1972 roku święcenia kapłańskie.

Dziedzictwo Prymasa Tysiąclecia

Kiedy w sierpniu 1980 roku zastrajkowała w obronie wyrzuconej z pracy Anny Walentynowicz Stocznia im. Lenina i wkrótce sformułowano 21 postulatów na czele z żądaniem powstania wolnych związków zawodowych, protesty rozszerzyły się na całą Polskę. Strajk rozpoczęli także robotnicy Huty Warszawa. Ich delegacja udała się do ks. kard. Wyszyńskiego z prośbą o wyznaczenie kapłana do odprawienia Mszy św. na terenie huty.

Kapelan Prymasa wraz z hutnikami udał się do parafii św. Stanisława Kostki, na której terenie leżał strajkujący zakład. W kościele spotkali ks. Popiełuszkę wychodzącego właśnie z konfesjonału. Chwilę później byli w drodze do huty. Od tego spotkania przy ołtarzu rozpoczęła się duchowa przyjaźń hutników z Księdzem Jerzym.

Narodziny „Solidarności” przyniosły wielką przemianę w Polsce, u podstaw której była troska o przywrócenie godności ludzi pracy, odbudowa ładu moralnego i narodowej tożsamości. W październiku 1980 roku w kościele św. Stanisława Kostki z inicjatywy ks. prałata Teofila Boguckiego odprawiono pierwszą Mszę św. za Ojczyznę. Po 13 grudnia 1981 roku Msze św. za Ojczyznę w każdą ostatnią niedzielę miesiąca odprawiał ks. Jerzy Popiełuszko.

Z czasem posierpniowej odnowy związane są również tragiczne chwile maja 1981 roku – zamachu na Ojca Świętego Jana Pawła II oraz śmierci Prymasa Polski. Uroczyste, królewskie pożegnanie przez Naród swego interreksa zgromadziło milionową rzeszę rodaków. Ksiądz Jerzy, podobnie jak podczas papieskich pielgrzymek do stolicy, organizował pomoc medyczną dla przybyłych rzesz wiernych. Po pogrzebie Prymasa podszedł do Niego dziennikarz z prośbą o krótką wypowiedź. Ksiądz Jerzy nie był jednak w stanie powiedzieć ani jednego słowa, z Jego oczu popłynęły łzy.

„Szczególnym przedmiotem… medytacji uczyńcie postać niezapomnianego Prymasa, świętej pamięci Kardynała Wyszyńskiego, Jego osobę, Jego naukę, Jego rolę w jakże trudnym okresie naszej historii. To wszystko uczyńcie przedmiotem medytacji i podejmijcie to wielkie i trudne dzieło, dziedzictwo przeszło tysiącletniej historii, na którym On, Kardynał Stefan, Prymas Polski, dobry Pasterz, wycisnął trwałe, niezatarte piętno. Niech dzieło to podejmą z największą odpowiedzialnością Pasterze Kościoła, niech podejmie to duchowieństwo, kapłani, rodziny zakonne, wierni każdego wieku i każdego zawodu. Niech podejmą je młodzi. Niech podejmie je cały Kościół i cały Naród”.

Nie ma wolności bez Prawdy i męstwa

Misję, do której wzywał swoich rodaków św. Jan Paweł II, już od wielu lat realizował ks. Jerzy Popiełuszko. Jego przewodnikiem –duchowym ojcem – w tym dziele był właśnie Prymas Tysiąclecia. Ten związek był bardzo silny, a łzy –dzisiaj już bł. ks. Popiełuszki –pokazywały, jak mocne było to uczucie. Ksiądz Jerzy w swoich homiliach wygłaszanych podczas Mszy św. za Ojczyznę nieustannie czerpał z nauk Ojca Świętego Jana Pawła II oraz Prymasa Tysiąclecia (i tak jak oni oparcie znajdował w Matce Bożej Królowej Polski). Tak też było 19października 1984 roku w Bydgoszczy w kościele Świętych Polskich Braci Męczenników, podczas Jego ostatniej Mszy św., kiedy rozważając tajemnice bolesne Różańca, wielokrotnie obu przywoływał: „Aby zwyciężyć zło dobrem, trzeba troszczyć się o cnotę męstwa. Cnota męstwa jest przezwyciężeniem ludzkiej słabości, zwłaszcza lęku i strachu. Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju. Chrześcijaninowi nie może wystarczyć tylko samo potępienie zła, kłamstwa, tchórzostwa, zniewalania, nienawiści, przemocy, ale sam musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi upominać się odważnie dla siebie i dla innych. Prawdziwie roztropnym i sprawiedliwym, mówił Ojciec Święty, może być tylko człowiek mężny. Biada społeczeństwu – wołał Prymas Tysiąclecia –którego obywatele nie rządzą się męstwem, przestają być wtedy obywatelami, stają się zwykłymi niewolnikami”.

W swoich homiliach podczas Mszy św. za Ojczyznę wiele mówił o wolności, ale jak podkreślał: „aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Żyć w prawdzie to dawanie prawdzie świadectwa na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zmienić taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Na tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie protestujemy, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy w zakłamaniu. (…) Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapomniała, co było dla niej prawdą, jeszcze przed niespełna rokiem stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później, jako konsekwencja tej wolności ducha i wierności prawdzie. Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i Narodu jest przezwyciężenie lęku…”.

I znów wskazywał na doświadczenie Prymasa Wyszyńskiego, który przebywając w więzieniu za Prawdę, w swoich notatkach w dniu 5 października 1954 roku pisał, że „Największym brakiem apostoła jest lęk. (…) ściska serce i kurczy gardło. (…) Każdy, kto milknie wobec nieprzyjaciół sprawy, rozzuchwala ich (…) ’Zmusić do milczenia przez lęk’ – to pierwsze zadanie strategii bezbożniczej (…) Milczenie tylko wtedy ma swoją apostolską wymowę, gdy nie odwraca oblicza swego od bijącego (…)”. Tyle Ksiądz Prymas w „Zapiskach więziennych”.

Ksiądz Popiełuszko podkreślał więź z pokoleniami Polaków walczącymi o niepodległość Ojczyzny, niewahającymi się zapłacić za to często ogromnej ceny. „Jesteśmy spadkobiercami tych, którzy ust swoich nie zamknęli, gdy chodziło o ważne sprawy Narodu. Dlatego i my zamknąć ust nie możemy, gdy idzie o wychowanie młodego pokolenia, które w niedalekiej przyszłości na swoich barkach poniesie losy domu ojczystego. A wy, drodzy młodzi przyjaciele, musicie mieć w sobie coś z orłów. Serce orle i wzrok orli – jak mówił zmarły Prymas. Musicie ducha hartować i wznosić wysoko, aby móc jak orły przelatywać ponad wszelkim innym ptactwem, w przyszłości naszej Ojczyzny. Tylko będąc jak orły, potraficie przebić się przez wszystkie dziejowe przełomy, wichry i burze, nie dając się spętać żadną niewolą. Pamiętajcie. Orły to wolne ptaki, bo szybują wysoko, a nie pełzają po ziemi. Jednak czy będziecie mogli być jak orły, zależy przede wszystkim od tego, komu pozwolicie rzeźbić w waszej duszy (…)”.

Musimy być mocni

I komu pozwoliliśmy „rzeźbić w naszej duszy”? Czy nie czas przepędzić tych „rzeźbiarzy” i sięgnąć do źródeł? Tak jak przed laty Ksiądz Jerzy przypominający słowa Ojca Świętego wypowiedziane, kiedy jeszcze był biskupem w Krakowie: „’Słaby jest lud, jeśli godzi się na swoją klęskę, gdy zapomina, że został posłany, by czuwać, aż przyjdzie jego godzina. Bo godziny wciąż wracają na wielkiej tarczy historii’. Oby godzina Prawdy jak najszybciej wróciła na wielkiej tarczy, bohaterskiej tarczy naszego Narodu, i by Prawda odniosła ostateczny triumf w naszej Ojczyźnie”.

Dzisiaj znów czekamy na tę godzinę. Jej nadejście przybliżają św. Jan Paweł II, bł. ks. Jerzy Popiełuszko i Sługa Boży Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński. Jakże krzykliwi są ci, którzy chcieliby nas pozbawić duszy, wzywając do rezygnacji z naszej tożsamości, wiary, polskości. Gdy to porzucimy, dopiero „wejdziemy” do Europy. Święty Jan Paweł II już w 1991 roku nawiązał do tych upokarzających nas koncepcji, mówiąc we Włocławku, miejscu śmierci ks. Popiełuszki: „Nie musimy do niej [Europy – przyp. red.] wchodzić, ponieważ ją tworzyliśmy, i tworzyliśmy ją z większym trudem, aniżeli ci, którym się przypisuje albo którzy sobie przypisują patent na europejskość, wyłączność. A co ma być kryterium, co ma być kryterium wolności? Jaka wolność? Na przykład wolność odbierania życia nienarodzonemu dziecku? Moi drodzy bracia i siostry, ja pragnę jako Biskup Rzymu zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy, Europy Zachodniej. To obraża ten wielki świat kultury, kultury chrześcijańskiej, z któregośmy czerpali i któryśmy współtworzyli, współtworzyli także za cenę naszych cierpień… Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci, tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas w ostatnich dziesięcioleciach – i u nas w ostatnich dziesięcioleciach. Tak, tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia, tak jak Chrystus”.

Dr Jarosław Szarek

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... czasy.html

_________________
"W ciągu całego naszego życia widziałem w naszym kraju tylko dwie partie. Partię polską i antypolską, ludzi godnych i ludzi bez sumienia, tych którzy pragnęli Ojczyzny wolnej i niepodległej, i tych, którzy woleli upadlające obce panowanie."


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 24 paź 2014, 07:43 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Pamięci ks. kard. Świątka

ks. Artur Płachno, Drohiczyn

Msza św. dziękczynna oraz sympozjum naukowe towarzyszyć będą obchodom 100-lecia urodzin ks. kard. Kazimierza Świątka – świadka wiary czasów komunizmu, metropolity mińsko-mohylewskiego.

W dziękczynieniu Bogu za posługę i świadectwo życia śp. ks. kard. Świątka biskup piński Antoni Dziemianko zaprasza na Eucharystię. Zostanie ona odprawiona jutro o godz. 12.00 w katedrze pińskiej.

Natomiast 8 listopada br. w Wyższym Seminarium Duchownym w Drohiczynie odbędzie się sympozjum naukowe poświęcone życiu ks. kard. Kazimierza Świątka z udziałem historyków oraz osób z nim związanych.

100-lecie urodzin wielkiego świadka wiary z czasów komunizmu, kapłana diecezji pińskiej, z której powstała diecezja drohiczyńska, minęło 21 października.

Ksiądz kardynał Kazimierz Świątek urodził się 21 października 1914 roku w Wałku (obecnie Estonia), w polskiej patriotycznej rodzinie. W 1917 r. wraz z rodziną został zesłany na Sybir. Po pięciu latach niewoli powrócił do Polski i osiedlił się w Baranowiczach. W 1933 r. wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Pińsku, które ukończył w 1939 r., otrzymując święcenia kapłańskie. Został skierowany do pracy jako wikariusz do parafii Prużany.

21 kwietnia 1941 roku był po raz pierwszy aresztowany przez bolszewików i uwięziony w Brześciu Litewskim. Po zajęciu Brześcia przez wojska niemieckie uciekł z więzienia i wrócił do swojej pierwszej parafii. Pełnił tam kapłańską posługę do 17 grudnia 1944 roku, gdy został ponownie aresztowany przez bolszewików i uwięziony w więzieniu w Mińsku. 21 lipca 1945 roku zostaje zesłany po raz drugi na Syberię. W łagrach o zaostrzonym rygorze: Maryinsku, Workucie oraz Incie przebywał do 16 lipca 1954 roku.

Po zwolnieniu z zesłania przybył do Pińska (wówczas ZSRS, obecnie Białoruś) i został proboszczem parafii katedralnej. Posługę tę pełnił do 1991 roku. 11 kwietnia 1989 roku został wikariuszem generalnym w Pińsku.

W 1991 roku Ojciec Święty Jan Paweł II mianował księdza Świątka arcybiskupem metropolitą mińsko-mohylewskim oraz administratorem apostolskim diecezji pińskiej, a następnie – 26 listopada 1994 roku – kardynałem. W latach 1999-2006 przewodniczył on Konferencji Biskupów Katolickich na Białorusi.

Zmarł w wieku 97 lat, 21 lipca 2011 roku w Pińsku i został pochowany w podziemiach tamtejszej katedry, gdzie znajduje się też grób jego poprzednika, Sługi Bożego ks. bp. Zygmunta Łozińskiego, również nieustraszonego duszpasterza Polesia i Podlasia, który był dla niego wzorem i oparciem w pełnionej posłudze.

http://www.naszdziennik.pl/wp/105079,pa ... iatka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 03 gru 2014, 07:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Prosił tylko o modlitwę

Obrazek

Księdza Władysława Bukowińskiego, dzisiaj już Sługę Bożego, zmarłego 3 grudnia 1974 roku, na cmentarz w sowieckiej wtedy Karagandzie odprowadzała garstka wiernych. U schyłku swego siedemdziesięcioletniego życia zdążył jeszcze napisać, iż nie wie, jaka jest przyszłość kapłanów i katolików w Związku Sowieckim, jak Opatrzność Boża będzie czuwać „nad naszym Kościołem w tym kraju”.

Po ludzku nie do wyobrażenia było, iż zaledwie ponad ćwierć wieku później do stolicy Kazachstanu przybędzie Następca św. Piotra i wypowie słowa: „Znam cierpienia, którym wielu z was zostało poddanych, kiedy poprzedni totalitarny reżim wyrwał was z własnej ziemi ojczystej i deportował do rozpaczliwych warunków i strasznej nędzy”.

A następnie dodał, iż „wiele mówił mi o was niezapomniany ks. Władysław Bukowiński, którego wielokrotnie spotykałem i zawsze podziwiałem za kapłańską wierność i apostolski zapał”. Ksiądz kardynał Karol Wojtyła spędził wiele czasu na rozmowach z ks. Bukowińskim, gdy pod koniec lat 60. XX wieku apostołowi Kazachstanu udało się przyjechać do Polski.

W Krakowie zatrzymywał się wtedy u państwa Stanisława i Anny Pruszyńskich. W ich księdze gości zachował się wpis: „Rozmowy płytkie pozostawiają pustkę, a nieraz i niesmak. Rozmowy pogłębione mają wartość nieprzemijającą. Najpiękniejsze są rozmowy natchnione miłością Boga i ludzi. Ufam, że coś z tego było w naszych rozmowach prowadzonych w waszym gościnnym domu na szlaku Karaganda-Kraków. Ks. Władysław Bukowiński. 9października 1969 roku”.

Te słowa dobrze oddają jego charakter, gdyż jak wspomina Anna Pruszyńska, wiele razy powtarzał, że „życie jest za krótkie, aby przeżyć je byle jak”.

„Przemoc ma swoje granice”

Władysław Bukowiński pochodził z Berdyczowa (urodził się w 1904r.). Ukończył prawo i teologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. W katedrze wawelskiej z rąk księcia metropolity Adama Stefana Sapiehy przyjął święcenia kapłańskie. Duszpasterzował w parafiach w Rabce i Suchej Beskidzkiej, a następnie został wykładowcą w Seminarium Duchownym w Łucku na Wołyniu. Już po sowieckiej agresji ksiądz biskup Adolf Szelążek mianował go proboszczem łuckiej katedry.

Wkrótce został uwięziony przez Sowietów, uniknął jednak rozstrzelania i doczekał wkroczenia Niemców. Ponownie został aresztowany przez NKWD w styczniu 1945 roku. Po dwuletnim więzieniu w Łucku i Kijowie przez następne osiem lat przebywał w obozach pracy w Czelabińsku i Dżezkazganie leżącym 500 km od Karagandy, do której został przymusowo zesłany w 1954 roku. „Opatrzność Boża działa nieraz i przez ateistów, którzy zesłali mnie tam, gdzie ksiądz był potrzebny” – pisał we wspomnieniach.

Jako zesłaniec musiał obowiązkowo pracować, ale zatrudnił się jako stróż nocny na budowach, by jak najwięcej czasu móc poświęcić duszpasterzowaniu. W 1955 roku dobrowolnie zrezygnował z możliwości wyjazdu do Polski i pozostał w Związku Sowieckim, aby służyć ludziom jako kapłan.

Już od następnego roku zaczął odbywać podróże misyjne, których było osiem. Cztery wiodły do Turkiestanu, na granicy z Afganistanem, w okolice Ałma Aty, dwie do Aktiubińska oraz jedna do Semipałatyńska i okolic. Połowę wypraw zakończył pomyślnie, pozostałe zostały przerwane przez władze. „Wyruszając na wyprawę misyjną, biorę paszport i zaświadczenie, że jestem księdzem katolickim, bo w paszporcie jestem zapisany jako ’raboczyj’. Biorę opłatki i wino mszalne oraz wszystko, co jest niezbędne dla odprawiania Mszy św. i do udzielenia sakramentów”.

W 1958 roku został aresztowany i skazany na trzy lata więzienia, ale jak pisał: „Przemoc ma także swoje granice. Któż może mi zabronić się modlić? Ten najwyżej może się sam ośmieszyć. Modlić się można naprawdę zawsze i wszędzie. Byle tylko była dobra wola ku temu. Ciało można zamknąć i nawet całymi latami trzymać w pojedynczej celi więziennej, lecz nie uwięzi się ducha, który i stamtąd znajduje drogę do Boga. Prześladowanie wiary nie jest największym niebezpieczeństwem. Jest nim odseparowanie dzieci i młodzieży, by one nigdy nie miały możności poznać Boga. Wprawdzie łaska Boża niepojętymi dla nas ludzi drogami dociera i do takich jednostek, tym niemniej sam Syn Człowieczy Jezus Chrystus woła do nas ’Żniwo wielkie – robotników mało. Proście tedy Pana żniwa, aby posłał robotników na żniwo swoje’”.

Nie żyć byle jak

W 1965 roku księdzu Bukowińskiemu po raz pierwszy udało się przyjechać do Polski, potem gościł w niej jeszcze dwukrotnie. Nie miał nawet sutanny, od ks. infułata Ferdynanda Machaya z kościoła Mariackiego przyniósł ją Stanisław Pruszyński. Nie spędzał bezcelowo ani chwili.

– W kieszeniach zawsze miał ołówki i karteczki, na których notował. Zawsze powtarzał, że trzeba się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć, poznawać polską historię, czerpać z tradycji, aby być gotowym do odbudowy Ojczyzny. Uważał, iż chrześcijanin nigdy nie może być bierny, nigdy nie rozpaczał, nie skarżył się na swój los – zapamiętała Anna Pruszyńska. Nabierał tutaj sił i oddychał Polską, mimo że był to czas ostrych ataków na Kościół za rządów Władysława Gomułki w okresie uroczystości millenijnych.

Spotkanie z ks. Bukowińskim było dla niej ogromnym darem. –Sama rozmowa z nim powodowała, iż człowiek wznosił się na duchowe wyżyny, stawał się lepszy, ale tak emanuje miłość i dobro –podkreśla. Przed kilkunastu laty Anna Pruszyńska zachorowała na chorobę nowotworową, były już przerzuty. Modliła się za wstawiennictwem ks. Bukowińskiego. Jej prośby zostały wysłuchane…

Kilkanaście lat spędzonych w sowieckich łagrach, więzieniach, na zesłaniu nie pozostały bez wpływu na jego zdrowie. Kardynał Wojtyła sugerował, aby pozostał w Krakowie. Wtedy odpowiadał: „Nie mogę zostawić swych wiernych, muszę wracać, oni czekają”.

– Podążał tym wspaniałym szlakiem najszlachetniejszych polskich kapłanów, którzy nigdy nie opuścili swych parafian, jak ks. Tadeusz Fedorowicz ze Lwowa, który dobrowolnie w 1940 roku pojechał do Kazachstanu, aby duszpasterzować wśród wywiezionych tam Polaków, czy ks. Jan Cieński. Miałam szczęście i dar znać ich wszystkich – dodaje Anna Pruszyńska. Ksiądz Cieński był jej wujem, po 1945 roku pozostał w Złoczowie, a w latach sześćdziesiątych został sekretnie wyświęcony na biskupa.

Nie idzie w zapomnienie

Ksiądz Bukowiński za namową Prymasa Polski ks. kard. Stefan Wyszyńskiego podczas pobytów w Polsce spisał swe przeżycia, wydane następnie w Paryżu pod tytułem „Wspomnienia z Kazachstanu”, a następnie przedrukowane w niezależnych wydawnictwach. Tekst zakończył słowami: „Wiem tylko jedno, iż słodkie jest jarzmo Chrystusowe, a brzemię Jego jest lekkie”.

Gdy wiadomość o śmierci kapłana dotarła do Krakowa, państwo Pruszyńscy zajęli się przygotowaniem ręcznie wykonanych nekrologów, karteczek, telefonowali do znajomych. Poczta pantoflowa działała w tamtych czasach skutecznie i krakowski kościół św. Floriana wypełnił się wiernymi. Przybyli, aby połączyć się w modlitwie za duszę niezłomnego apostoła Kazachstanu. Stawili się licznie pozbawieni swej ojczyzny Kresowianie, wielu z tak tragicznie doświadczonego Wołynia, gdzie przed wojną posługiwał ks. Władysław, wyzuci z własności ziemianie, wszyscy, którym wcześniej przyszło zetknąć się z ks. Bukowińskim.

Nie mogło zabraknąć ks. kard. Karola Wojtyły, który powiedział wtedy: „Cieszmy się, że Opatrzność tak wielki dar misyjny, misyjnego apostoła złożyła w sercu polskiego kapłana”. Kilkadziesiąt lat później już jako Ojciec Święty Jan Paweł II napisał: „Cieszę się, że postać tego bohaterskiego kapłana nie idzie w zapomnienie. Bogu dziękuję, że mogłem go osobiście poznać, budować się jego świadectwem i wspierać w każdy możliwy w tamtych czasach sposób. Nigdy oprócz modlitwy nie prosił o nic dla siebie, ale zawsze był otwarty na wszystko, co mogło dać oparcie w wierze i w cierpieniu tym, których Pan Bóg powierzył jego pieczy”.

Dr Jarosław Szarek, IPN Kraków

http://www.naszdziennik.pl/mysl/116493, ... litwe.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /