Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 07 sty 2011, 18:33 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3227
Polscy duchowni i ich dzieła


_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 11 cze 2011, 13:45 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3227
KS. PRAŁAT JÓZEF OBREMSKI
Słynny Prałat Ziemi Wileńskiej-Niekoronowany Kardynał Wileńszczyzny.
19 marca 2011 - była 105 rocznica urodzin Księdza Prałata Józefa Obrębskiego


Obrazek

Obrazek


Tajemnica i legenda

Dożyć stu lat w naszych czasach to rzadkość. Osiągnąć taki wiek w pełni władz umysłowych, zachowując doskonałą pamięć i nawet zdolność sprawnego posługiwania się piórem - rzecz jeszcze rzadsza. Natomiast witać stuletni jubileusz będąc nadal w samym gąszczu życia i wydarzeń, wywierając na nie wpływ i choćby tylko samą swą obecnością kształtując, a jednocześnie ciesząc się powszechnym i szczerym szacunkiem i Wszystko to się udało Księdzu Prałatowi Józefowi Obrębskiemu. Jest niekwestionowanym autorytetem nie tylko dla swoich parafian, nie tylko dla Wileńszczyzny, ale i - bez przesady - dla całych Obojga Narodów. Jego sława, o którą nie zabiega i nie zabiegał zresztą nigdy, ma skalę światową. Stał się żywą legendą, zapisując własnym żywotem chlubną kartę w dziejach Turgiel i Mejszagoły, Wileńszczyzny i całego Kościoła powszechnego.

Ks. Prałat Józef Obrembski: Wielki Jubileusz, Czcigodny Jubilat

Z Bogiem w sercu, z uśmiechem na twarzy

Kiedy myślimy o tym, z czego słynie nasza Ziemia Wileńska, kim naprawdę może się szczycić, to w tej wyliczance osób zasłużonych dla naszej małej ojczyzny jako jedna z pierwszych wyłania się postać Księdza Prałata Józefa Obrembskiego. Szlachetna postać Patriarchy Duchowieństwa, znanego kilku pokoleniom miejscowych Polaków. Znali go i kochali dziadkowie i rodzice moi i moich rówieśników, podobnie jak teraz naszym dzieciom nie trzeba Księdza Prałata przedstawiać. Mimo tego, że nigdy o rozgłos ani o honory dla siebie się nie ubiegał. Przeciwnie, całe swe długie życie przeżył skromnie, a skromność ta nieraz graniczyła z ubóstwem – jeśli mierzyć miarkami dóbr materialnych. O te ostatnie Ksiądz Prałat nie dba. Posiada inne bogactwa – duchowe, którymi szczodrze dzieli się z innymi. Bóg nie tylko obdarzył go łaską szczególną – powołaniem do kapłaństwa, ale też hojną ręką pozwolił ponad siedem dziesiątek lat pełnić służbę duszpasterską, darząc go nieprzeciętną mądrością, zdrowiem, pogodą i siłą ducha.

Tegoroczny Dzień Świętego Józefa – 19 marca – nabiera dla nas, miejscowych Polaków, szczególnego wydźwięku. Nie tylko dlatego, że jest to Dzień Patrona szanowanego i lubianego przez nas wszystkich Duszpasterza. Ale również z innej ważnej i radosnej zarazem przyczyny: oddany Bogu i wiernym Kapłan święci w tym dniu również swoje 100. Urodziny.

Dzień Patrona Ks. Prałata uważany jest nie tylko w parafii mejszagolskiej, ale też wśród wiernych na całej Wileńszczyźnie, za doskonałą okazję, by swojemu wieloletniemu duszpasterzowi, niepodważalnemu autorytetowi moralnemu wyrazić wdzięczność i uznanie. W mojej pamięci pozostały imieniny Ks. Józefa sprzed czternastu lat. Zgromadzeni w kościele pw. Wniebowzięcia NMP wierni oraz goście z innych parafii i miejscowości przybyli złożyć życzenia solenizantowi, stali się świadkami szczególnej uroczystości: tego dnia dwóch kapłanów z Wileńszczyzny – Józef Obrembski i Adolf Trusewicz – otrzymali wysokie odznaczenia państwowe Rzeczypospolitej Polskiej – Złote Odznaki Orderu Zasługi RP, przyznane przez ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsę. (Dwa lata później, w 1994 r. prezydent sam udekoruje Czcigodnego Prałata Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski).

Uroczystość ta stała się pamiętną z wielu przyczyn. Przede wszystkim dlatego, że niecodziennie nadarza się okazja bycia świadkiem zjazdu księży Ziemi Wileńskiej – z tych bliższych i dalej od Mejszagoły położonych parafii. W tej liczbie kapłanów-seniorów, którzy sakramentów świętych udzielali niejednemu pokoleniu wiernych, jak np. ks. Antoni Dziekan z Sużan (który przed kilku laty odszedł do Pana), jak też młoda generacja kapłanów-Polaków. Nie zabrakło również Ks. Biskupa Diecezji Grodzieńskiej Aleksandra Kaszkiewicza, naszego rodaka, a tego dnia głównego koncelebranta uroczystej Mszy świętej.

Po nabożeństwie posypały się życzenia imieninowe dla Księdza Józefa: od dorosłych, dzieci, młodzieży szkolnej i harcerskiej, osób prywatnych i organizacji, gości z innych parafii i mejszagolan. I tu – między parafianami i ich duszpasterzem – dało się wyczuć więź szczególną. Ta więź – ten szczególny stosunek troski, uwielbienia i głębokiego szacunku – nie tylko jako do swojego kapłana, lecz też jako do Ojca – budowana była przez długie lata. W tym również w okresie ciężkim dla wiary, wymagającym od kapłana dużego hartu ducha. Należy bowiem przypomnieć, że Ksiądz Prałat rozpoczynał służbę w parafii mejszagolskiej w roku 1950. Kiedy nie można było religii nauczać w szkołach, kiedy się panoszyła ateizacja.

Mimo nakazów i zakazów, Ks. Józef prowadził katechezę wśród dzieci, udzielał sakramentów świętych, potajemnie łączył wobec Boga w związki małżeńskie osoby będące na wysokich stanowiskach służbowych, jeździł po kolędzie, odwiedzał chorych. Poznawał parafian nie tylko w kościele, od strony ołtarza, lecz też w życiu codziennym – ich warunki bytowe, mentalność, kłopoty i większe zmartwienia, z którymi się borykali. Nie ograniczał się do obowiązków kapłańskich. Wspierał wiernych na duchu, a będącym w potrzebie pomagał również materialnie. Dodawał wiary, pocieszał, pouczał. Do Ks. Józefa można było przyjść z prośbą o radę, jak wyjść z trudnej sytuacji życiowej, jak się zachować w urzędzie, dać sobie radę z radzieckimi urzędasami, funkcjonariuszami tajnych służb. Były to przecież lata tzw. stalinizmu i sam Ksiądz Prałat nieraz był wzywany na przesłuchania prowadzone przez służbistów sowieckiej bezpieki – na wileńską ulicę Ofiarną. Ale – jak mówi – dzięki woli Bożej – zawsze szczęśliwie wracał do domu.

Po przyjeździe do Mejszagoły Ksiądz Prałat zamieszkał w skromnym domku, bowiem plebanię nowe władze zabrały i urządziły tam dom kultury. ,,Taka tam była ich kultura – wspominał później, – że po skończonej zabawie pijani osobnicy wybijali mi nocą okna w kościele…’’. Zaniedbany domek Ks. Józef wyremontował i polubił, nazywając go żartobliwie swym ,,pałacykiem’’. Mieszka w nim już ponad pół wieku. W tym domku skończyło wędrówkę życiową kilku starszych kapłanów. W drugim końcu chatki gnieździło się nieraz po kilka żebraczek. Domek wśród bzów w pobliżu kościoła był miejscem przytułku dla wielu wybitnych księży, wypędzonych z Wilna. Znaleźli tu w swoim czasie schronienie, ciepłe słowo i pomoc lekarską ks. dr Sylwester Małachowski, ks. Leon Ławcewicz, ks. prałat Lucjan Chalecki, ks. prałat Leon Żebrowski. Pod dachem tego domku wszystkim miejsca starczało.

Mejszagolski okres służby duszpasterskiej poprzedził turgielski, osiemnastoletni. Do Turgiel ks. Józef trafił zaraz po otrzymaniu na wiosnę 1932 roku święceń kapłańskich z rąk Arcybiskupa Metropolity Wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego. Tak więc w roku bieżącym mijają 74 lata oddanej pracy kapłańskiej Księdza Prałata Józefa Obrembskiego, pełnej poświęceń służby Bogu i wiernym.

Do Turgiel młody Ks. Józef przyjechał w czasie, gdy Kościół stawiał przed kapłanami wysokie wymagania. Oczekiwał od nich nie tylko pracy duszpasterskiej, ale też działalności na niwie społeczno-patriotycznej i oświeceniowej: trzeba było wypełniać luki w sercach i umysłach po długich latach niewoli. Po rządach cara panował wśród ludzi analfabetyzm. Parafia turgielska pod tym względem była szczególnie zacofana. Zamieszkiwały ją rodziny przeważnie wielodzietne, w których panowały ciemnota, nieuctwo, niedbalstwo. Ks. Józef, młody kapłan o gorącym sercu patrioty, wielkiej odwadze, ciekaw świata – z oddaniem poświęca się duszpasterskiej pracy w parafii i społecznej w gminie. Koła rolnicze, różne spółdzielnie, kursy szkoleniowe (np. nauczanie miejscowych kobiet podstaw krawiectwa) powstają i funkcjonują nie bez udziału i zaangażowania Ks. Józefa. Przy parafii zakładane są różne zrzeszenia społeczne i młodzieżowe (Ks. Józef był kapelanem młodzieży dekanatu), rozwija się twórczość sceniczna.

Dostojny Jubilat wspomina, że pracy było w bród. Tym bardziej, że miejscowy, w podeszłym już wieku, proboszcz turgielski ks. dziekan Paweł Szepecki wszystkie sprawy przekazał młodemu kapłanowi. Ofiarny w swej służbie duszpasterskiej, ale też pracy społeczno-oświatowej, Ks. Józef wiele pożytecznego zrobił dla tej parafii. Kiedy przyszli bolszewicy i chcieli go aresztować, parafianie ukryli swego kapłana i przez to go uratowali.

Dzięki księdzu Szepeckiemu Ks. Józef poznał wówczas wielu wybitnych i zasłużonych dla Polski ludzi: generała Lucjana Żeligowskiego, prezydenta RP Ignacego Mościckiego, legendarnego ks. Władysława Bandurskiego, biskupa polowego Wojska Polskiego. Znajomość z gen. Żeligowskim przerodziła się w mocną przyjaźń.

Miał młody kapłan w parafii 2 tysiące rodzin, które odwiedzał po kolędzie, w 12 szkołach gminy prowadził katechizację. Staraniem Ks. Józefa zbudowano w parafii nawet dom na cele społeczne. Glinobitny, co prawda, ale duży, z salą na 400 miejsc i innymi pomieszczeniami.

Przyjście do władzy bolszewików, rozpoczęcie drugiej wojny światowej pokrzyżowały dalsze plany Ks. Józefa. Trzeba było stawiać czoła powstałym niebezpieczeństwom. Mimo że był stale śledzony, pomagał wiernym, ryzykując własne życie wspierał Armię Krajową. Aresztowany przez Niemców, dzięki Opatrzności Bożej i parafianom, uszedł cało.

Po zakończeniu wojny nowe władze bez ceregieli zajęły plebanię, Ks. Józefowi nakazując, by niezwłocznie parafię opuścił. I znów, za wolą Najwyższego, sprawa Ks. Józefa Obrembskiego, klasyfikująca się do wywózki na Sybir, zakończyła się przeniesieniem kapłana do parafii mejszagolskiej.

Aż trudno uwierzyć, że Ks. Józef nie pochodzi z Wileńszczyzny, tylko z Ziemi Łomżyńskiej: tak mocno w tę naszą rzeczywistość wrósł całym swym życiem, całym swym wielkim sercem. Kiedy po wojnie, wraz z innymi, miał możliwość wyjechać do Polski, nie skorzystał z tej możliwości. Uważał, że powinien pozostać tu: gdzie zdobył wykształcenie, z tymi ludźmi, dla których poświęcił tyle lat posługi kapłańskiej, którzy liczyli się z jego zdaniem, którym był potrzebny. Mimo że tęsknił do kraju lat dziecięcych, do rodziny, do domu rodzicielskiego. Szczególnie w ostatnich latach – jak szanowny Ks. Prałat się przyznał – często myśli o rodzinie, o bliskich...

Przyszedł na świat 19 marca 1906 roku we wsi Skarzyn Nowy na Ziemi Łomżyńskiej, w rodzinie, w której się chowało pięcioro dzieci. Józef, późniejszy kapłan, był wśród rodzeństwa najstarszy. W domu Obrembskich panowała atmosfera zgody, wzajemnej troski, szacunku do pracy. Rodzice – Justyn Wincenty Obrembski i Anna z Kołaczkowskich – byli ludźmi wyjątkowo bogobojnymi i swe dzieci od małego nauczali wiary. Udręczeni wieloletnią niewolą Ojczyzny całym sercem pragnęli dla niej wolności i ten temat był stale na ustach domowników. Ks. Józef Obrembski urodził się bowiem w czasach, gdy Rzeczypospolitej nie było na mapie Europy, ale polskość, uczucie zdrowego patriotyzmu żyły w rodzinach, silnych wiarą chrześcijańską.

Ks. Józef inaczej niż z wielkim uwielbieniem mówić o swych rodzicach nie potrafi. Za każdym razem swe wspomnienia o nich podsumowuje słowami: ,,Ojciec i Matka – to wielki dar Boży...”. Obrembscy, tzw. szlachta zagonowa, troskliwie dbali o wychowanie i wykształcenie swych dzieci. Najpierw była potajemna nauka czytania i pisania w języku ojczystym w sąsiednim folwarku, później – szkółka we wsi, wreszcie – gimnazjum w Ostrowi Mazowieckiej. Przykładem czterech starszych kolegów, którzy wyjechali do Wilna na naukę w seminarium duchownym, rok później Józef Obrembski również podąża ich śladem. W 1926 roku zdaje eksternistycznie maturę i ubiega się o przyjęcie na Wydział Teologiczny Uniwersytetu Stefana Batorego. Udaje mu się. W ciągu lat studiów pokochał Wilno, jego liczne kościoły. Wspomina dziś, że wówczas wszystkie one – ponad trzydzieści – wypełnione bywały po brzegi przez wiernych. A w Katedrze niejednokrotnie spotykał Marszałka Piłsudskiego, uczestniczył w uroczystych nabożeństwach z jego udziałem w czasie świąt narodowych: ołtarz na zewnątrz świątyni, tłumy ludzi, wojsko oddające salwy honorowe przed Ewangelią i na Podniesienie...

Jeszcze wówczas nie wiedział, że swoje życie – człowieka i kapłana – na zawsze połączy z tą ziemią, od której – zrządzeniem losu i historii – Polska odeszła. Ale pozostali tu Polacy, którym pragnął pomóc w przetrwaniu najgorszych czasów. Gorącą wiarą, słowem Bożym, którego był wiernym siewcą w ciągu całego swego życia. Siewcą uczciwym, pełnym poświęcenia. Odważnym patriotą, który dodawał sił kilku pokoleniom Polaków Wileńszczyzny, nadawał sens ich tutaj trwaniu.

A my wszyscy jesteśmy przez to bogatsi, że jest wśród nas.

Helena Ostrowska

I. MEJSZAGOŁA ? GDZIE TO JEST?

Mejszagoła leży 25 km na północny zachód od Wilna przy autostradzie Wilno–Poniewierz:
Starostwo Mejszagoła zamieszkuje 3 tys. osób: 1.700 w Mejszagole, pozostali w 39 wsiach. Polacy stanowię 80% mieszkańców. Na pozostałe 20% składa się 13 narodowości z przewagą Litwinów i Rosjan.

II. MEJSZAGOŁA - HISTORIA

Pierwsza wzmianka o Mejszagole znajduje się w kronice Jana Długosza. Opisując śmierć księcia Olgierda (ojca Władysława Jagiełły) stwierdza, że „po śmierci spłonął na stosie w świętym gaju niedaleko zamku i wsi Mejszagoła”.

Po przyjęciu chrztu przez Litwę w 1387 r. Jagiełło ufundował w Mejszagole jeden z siedmiu pierwszych kościołów na Wileńszczyźnie. Królowa Jadwiga zaopatrzyła kościół w naczynia liturgiczne, mszały i ornaty. Mejszagoła została osadą królewską i ważnym ośrodkiem administracyjnym. Darczyńcami Mejszagoły byli także Aleksander Jagiellończyk, Stefan Batory i Zygmunt III. Królowa Bona miała tam swoje posiadłości i zameczek. Stanisław August Poniatowski w 1772r. nadał Mejszagole prawa miejskie.

W 1794 r. po klęsce Postania Kościuszkowskiego do miasta wkraczają Rosjanie i od 1795r., wraz z III rozbiorem Polski, Mejszagoła przechodzi pod panowanie rosyjskie.

W czasie powstania listopadowego 1830-31 pod Mejszagoła toczą się walki, w których bierze udział Emilia Plater. Wzrasta nacisk rusyfikacyjny, szczególnie po powstaniu styczniowym, w którym brała udział Wileńszczyzna. W Mejszagole i okolicach dochodzi do napadów Kozaków na modlących się w świątyniach katolików. Zaczęto sprowadzać i osiedlać w okolicy Mejszagoły rosyjskie rodziny starowierów (mieszkają do dzisiaj).

W czasie I wojny światowej, latem 1915r. toczą się zacięte walki rosyjsko-niemieckie o Mejszagołę, które przyniosły wiele zniszczeń. Po zakończeniu wojny, po tzw. buncie Żeligowskiego, utworzona została Litwa Środkowa, która w 1922r. została przyłączona do Polski.

W 1939r. na mocy paktu Ribbentrop - Mołotow Litwa przypadła Związkowi Radzieckiemu a po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej na Wileńszczyznę wkroczyli Niemcy. We wrześniu 1941r. Niemcy i współpracujący z nimi Litwini spędzili do miejscowej synagogi, a następnie wymordowali około 300 mejszagolskich Żydów. Kilkunastu ocalonych znalazło schronienie u Polaków.

9 lipca 1944r. wycofujący się Niemcy spalili miasteczko i wymordowali wielu mieszkańców. Po wkroczeniu Rosjan zaczęło się polowanie na Akk-owców. Około 40 rodzin deportowano w głąb Rosji jako wrogów ludu. Strach przed rządami bolszewików skłonił ponad 300 polskich rodzin z Mejszagoły do wyjazdu do Polski w jej nowych granicach. Ci, którzy pozostali często używają określenia, że to nie oni opuścili Polskę, lecz Polska odeszła od Mejszagoły.


Szanowna Pani Krystyno!
Przesłałem dwa zdjęcia. Słynny Prałat Ziemi Wileńskiej-Niekoronowany Kardynał Wileńszczyzny. To moja Parafia Chrztu Świętego. Gorąco POZDRAWIAM.

Józef Samulewicz e-mail jozef2@poczta.onet.pl http://www.gizycko.mm.pl/~jozek/

http://lwow.wilno.w.interia.pl/jozef_obrembski.htm

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 28 cze 2011, 07:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Ks. abp Sławoj Leszek Głódź - Autorytet w czasach zamętu

Prymas kard. Stefan Wyszyński był zwolennikiem zgody, ale nigdy ugody. Cierpliwie szukał porozumienia, ale nie takiego, które oznaczałoby kapitulację, uszczuplenie praw należnych Kościołowi. Nowej epoce, jej blichtrowi, pokusom, i ułudom, przeciwstawiał wartości polskiego domu budowanego na skale wieków, tradycji, dziedzictwa, ducha i wiary Przez ponad 30 lat ks. kard. Stefan Wyszyński przewodził polskiemu Kościołowi. Swój biskupi program wyrażony zawołaniem Soli Deo per Mariam realizował przede wszystkim tu, w swej ziemskiej Ojczyźnie, wobec której "zachowywał pełną cześć i miłość" (to słowa z jego testamentu). Kiedy patrzymy na jego życie ze współczesnej perspektywy, dostrzegamy, może nawet wyraźniej niż kiedyś, że był swoistym znakiem Bożej Opatrzności w szczególnym momencie - dziejowym starciu chrześcijaństwa z ateistycznym państwem, z marksistowską ideologią.

Miałem zaledwie 8 lat, kiedy został uwięziony. Jeszcze w pełni nie byłem świadom, jak wielka to była krzywda i zniewaga. Ale dobrze pamiętam, że w wieczornej modlitwie domowej wspólnoty pojawiła się nowa intencja: o uwolnienie księdza Prymasa. Polska jednoczyła się wtedy w modlitwie i duchowej solidarności z uwięzionym. Wówczas i później otwierała swoje serca na dzieła ducha Prymasa Tysiąclecia, które stanowiły o obliczu polskiego Kościoła. Jasnogórskie Śluby Narodu, program Wielkiej Nowenny, Sacrum Poloniae Millenium, rozważne wdrażanie reform Soboru Watykańskiego II. Wiedział ksiądz Prymas, że najpewniejszą bronią na zagrożenia i pokusy, jakie niósł nowy system polityczny, jest prawe sumienie, silna wiara, trwanie pod Chrystusowym krzyżem, skąd wiedzie droga ku zmartwychwstaniu. A także zawierzenie Tej, która "zetrze głowę węża" (por. Rdz 3, 15), Matce Pana. W czasie uwięzienie napisał, że Serce Boga Człowieka "związane z sercem Maryi, odżywia się Jej krwią, a Serce Maryi pracuje dla Serca Jezusa" (...) i odtąd te dwa Serca ze sobą zespolone, będą na służbie człowieka, "co wpadł między zbójców"" ("Zapiski więzienne").

Duchowa pobudka

Kiedy patrzę na drogę swojego powołania, dostrzegam jego postać. Wzór, autorytet, przykład, który przyciągał i fascynował. Moje kleryckie pokolenie było adresatem owej agresji współczesnych "zbójców". Jej szczególną formą była służba wojskowa seminarzystów - pamiętne doświadczenie wielu z nas, biskupów i kapłanów. Miała nas odciągnąć od Boga, zgasić nasze powołanie. Nie udało się. Rzuceni "jak owce między wilki" wiary ustrzegliśmy. Z tamtego czasu pamiętam dobrze moje duchowe spotkanie z Prymasem Tysiąclecia. 3 maja 1966 r. na poligonie drawskim, w konspiracji, w kącie żołnierskiego namiotu, skupieni przy tranzystorze, słuchaliśmy relacji Wolnej Europy z milenijnych obchodów na Jasnej Górze i słów Prymasa.
Kiedy skończyła się służba wojskowa, stawiliśmy się tam, w duchowej stolicy Polski. Około 200 kleryków, do niedawna żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego. Wtedy po raz pierwszy bezpośrednio zetknąłem się z Kardynałem Prymasem. Przyszedł do nas, zgromadzonych w Sali Rycerskiej. Jeden z nas zameldował, że służba wojskowa skończona, wracamy do seminariów. Słuchaliśmy jego słów, swoistej pobudki w przededniu naszego kapłaństwa. Niczym tej, Pawłowej, z Listu do Hebrajczyków: "Wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana! Proste czyńcie ślady nogami" (Hbr 12, 12-13). Tamto spotkanie z Kardynałem Prymasem to była największa nagroda za trud niechcianej służby wojskowej.

Prymas Interrex

Rozpoczynał się czas naszego kapłaństwa, także uczestnictwa w życiu wspólnoty Kościoła i Narodu, odpowiadania na znaki czasu, na wyzwania i problemy, także te o wymiarze społecznym, narodowym. Pomagał w ich rozeznawaniu, ocenianiu, on, Prymas Interrex, który prowadził polski Kościół pewną ręką. Przejrzał ideologiczny, komunistyczny system zainstalowany w Polsce po wojnie, przewrotność i wiarołomstwo wielu jego sług. Nie uległ iluzjom tamtych czasów, że można osiągnąć modus vivendi ponad głowami wspólnoty i jej duchowego przywódcy. Sam był zwolennikiem zgody, ale nigdy ugody. Cierpliwie szukał porozumienia, ale nie takiego, które oznaczałoby kapitulację, uszczuplenie praw należnych Kościołowi. Nowej epoce, jej blichtrowi, pokusom i ułudom przeciwstawiał wartości polskiego domu budowanego na skale wieków, tradycji, dziedzictwa, ducha i wiary. To było ważne w epoce, która programowo niszczyła stare wiązania, konstruowała własną wizję dziejów, krytycznie, a nawet szyderczo odnosiła się do wielu elementów polskiej historii, tradycji, tożsamości. I jeszcze jedna cecha, jakże w tamtych czasach potrzebna, duchowy spokój Kardynała Prymasa. Ufność w Bożą Opatrzność, która niekiedy sprawia, że "w nienawiści jest wiara, jest lęk, jest uznanie mocy, jest obawa przed wpływami. Przyjdą ludzie, którzy odrzucą nienawiść i zrozumieją niewidzialnego Boga. Prześladowcy Boga pracują dla Jego chwały" ("Zapiski więzienne", 6 stycznia 1954 r.).

Od Prymasa do Papieża

Byłem na placu Świętego Piotra, student rzymski, kiedy został ogłoszony wybór Jana Pawła II. Także kilka dni później: podczas inauguracji pontyfikatu "słowiańskiego" Papieża. Obiegła świat poruszająca scena braterskiego uścisku ich dwóch: Papieża i Prymasa.
W moich rzymskich latach miałem szczęście wielokrotnie spotykać Kardynała Prymasa, szczególnie w czasie jego wizyt w Instytucie Polskim. Zdarzyło się nawet kiedyś, że usługiwałem przy stole podczas wieczerzy z udziałem - siedzących obok siebie - Ojca Świętego i Prymasa. Utrwaliła to fotografia, dla mnie nader cenna pamiątka.

I zstąpił Duch...

A potem przyszedł ten rok ostatni - 1981. Naród wstawał z kolan duchowego zniewolenia, apatii, marazmu. Ożywcze tchnienie "Solidarności" poczęło odmieniać życie Polski na lepsze. Kardynał Prymas twórczo uczestniczył w tym znamiennym procesie przemian. Maj 1981 roku. Zamach na Ojca Świętego. Via dolorosa Księdza Prymasa. 25 maja przejmująca rozmowa telefoniczna dźwigającego się z ran zadanych podczas zamachu Papieża i umierającego Prymasa. Rozmowa ostatnia...
Tamte dni przeżywałem w Białymstoku - pracownik kurii arcybiskupiej, kapelan białostockiej "Solidarności". Przyszła wielotysięcznym tłumem "Solidarność" regionu Białystok na plac przy ul. Leszczynowej, miejsce pierwszych po latach uroczystości religijnych i patriotycznych. Mszy Świętej w intencji zmarłego Prymasa przewodniczył ks. bp Edward Ozorowski, dziś metropolita białostocki.
A następnego dnia był ten niezwykły, królewski pogrzeb na placu Zwycięstwa w Warszawie. Hołd Kościoła powszechnego, Kościoła w Polsce, Narodu... "Przyjdą nowe czasy, wymagają nowych świateł, nowych mocy, Bóg je da w swoim czasie" - mówił Prymas w jednym ze swoich ostatnich dni.
Przyszły, i przychodzić będą, stawiając nowe wyzwania, nowe zadania. Ale te nowe światła, jakie niosą, nie przygasiły blasku tamtego światła dni, myśli, posługi Kościołowi i Ojczyźnie Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego - Prymasa Tysiąclecia.
Dziękuję Bogu, że znalazłem się w kręgu jego duchowego oddziaływania.

za http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=kw01.txt (kn)

http://www.katolickie.media.pl/index.ph ... Itemid=128


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 26 lip 2011, 07:09 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
W Pińsku na Białorusi odbyły się uroczystości pogrzebowe śp. ks. kard. Kazimierza Świątka

Kardynał niezłomny

Jego rola w odrodzeniu się zniszczonego przez komunizm Kościoła katolickiego na Białorusi jest nie do przecenienia. Nie dał się pokonać dwóm totalitaryzmom: niemieckiemu i sowieckiemu, przeżył celę śmierci i 10 lat na syberyjskim zesłaniu. Powrócił na Białoruś, gdzie w dramatycznych czasach komunizmu jednoczył katolików i owocnie umacniał wiarę, dzięki czemu ona przetrwała. Wczoraj w Pińsku odbyły się uroczystości pogrzebowe śp. ks. kard. Kazimierza Świątka, byłego ordynariusza mińsko-mohylewskiego i administratora apostolskiego diecezji pińskiej, legendy Kościoła katolickiego na Wschodzie.

- Dziękujemy Bogu, że posłał w odpowiednim czasie odpowiedniego człowieka, aby podniósł ten Kościół z popiołów, żeby mógł się odrodzić jak Feniks z popiołów - podkreślił w homilii ks. abp Tadeusz Kondrusiewicz, metropolita mińsko-mohylewski i administrator apostolski diecezji pińskiej. Zwrócił uwagę, że zmarły ksiądz kardynał przez całe swe męczeńskie życie nie szczędził czasu i wysiłku, aby ofiarnie służyć wspólnocie katolickiej i każdemu człowiekowi. Na placu przed katedrą pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Pińsku uroczystej Mszy św. z udziałem Episkopatu Białorusi i biskupów z innych krajów oraz licznych kapłanów przewodniczył ks. kard. Stanisław Dziwisz, metropolita krakowski. Z Polski na uroczystości przybyli także ks. abp Wojciech Ziemba z Olsztyna, ks. abp Antoni Pacyfik Dydycz z Drohiczyna, ks. bp Jerzy Mazur z Ełku, ks. bp Marian Błażej Kruszyłowicz ze Szczecina i ks. bp Ryszard Karpiński z Lublina. Księdza kardynała żegnały rzesze wiernych, którym ofiarnie służył niemal do końca swego długiego życia i pasterzowania.
- Świetlany przykład tego świadka wiary i wyznawcy musi nam pomóc dzisiaj zacząć od nowa i przetrwać. Jego historia i przykład powinny być zamknięte w relikwiarzu, nawet złotym. One muszą iść w świat, przyjść do każdego z nas, abyśmy w czasie sekularyzacji, relatywizmu moralnego, liberalizmu trwali przy Bogu i zostawali wierni naszemu chrześcijańskiemu powołaniu - wzywał w kazaniu ks. abp Kondrusiewicz. Wskazał też na potrzebę spisania dziejów życia ks. kard. Świątka. Był on przez NKWD skazany na karę śmierci, której nie wykonano jedynie z powodu wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Potem na 10 lat bolszewicy zesłali kapłana do syberyjskich łagrów. Przeżył na tej nieludzkiej ziemi i powrócił na Białoruś, gdzie przyczynił się do odrodzenia Kościoła katolickiego. - Historia jego życia nie została jeszcze spisana i trzeba ją spisać. W niej wiele spraw jest dla nas bardzo pouczających - wskazywał ks. abp Kondrusiewicz.
Żegnając zmarłego pasterza, metropolita krakowski ks. kard. Stanisław Dziwisz nazwał śp. ks. kard. Kazimierza Świątka wyjątkowym świadkiem Jezusa Chrystusa, męczennikiem ciężkich czasów komunistycznych i nazistowskich. - Ojciec Święty Jan Paweł II nazwał kiedyś kardynała Sapiehę ojcem Ojczyzny, Niezłomnym Kardynałem. Trzeba i należy odnieść te słowa dziś do kardynała Świątka. Niezłomny kardynał, niezłomny świadek Jezusa Chrystusa - mówił ks. kard. Dziwisz.
Telegram kondolencyjny przesłał Ojciec Święty Benedykt XVI i sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej ks. kard. Tarcisio Bertone. "Wznosząc żarliwe modlitwy do Boga, aby udzielił wiecznego spoczynku temu gorliwemu i wielkodusznemu pasterzowi, jednoczę się duchowo z głębokim bólem wspólnot diecezjalnych, gdzie troskliwie wypełniał on posługę biskupią" - napisał Papież. Na koniec Eucharystii zostały odczytane także m.in. kondolencje od prezydenta RP oraz Senatu RP.
Po Mszy św. w żałobnym kondukcie przeniesiono trumnę z doczesnymi szczątkami ks. kard. Kazimierza Świątka do krypty pińskiej katedry. Spoczął w marmurowym sarkofagu tuż obok Sługi Bożego ks. bp. Zygmunta Łozińskiego, którego beatyfikacja była jego wielkim pragnieniem. Ksiądz kardynał Kazimierz Świątek zmarł 21 lipca br. w Pińsku w wieku 96 lat.

Małgorzata Pabis

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 27 lip 2011, 06:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Pogrzeb kardynała Kazimierza Świątka

W Pińsku na południu Białorusi odbywają się uroczystości pogrzebowe kardynała Kazimierza Świątka. Były zwierzchnik białoruskich katolików zmarł 21 lipca w wieku 96 lat w miejscowym szpitalu. Niemal do ostatnich dni życia kierował diecezją pińską.

Obrazek

Na uroczystość licznie przybyli katoliccy duchowni z Białorusi, Polski i innych krajów. Mszę żałobną koncelebruje metropolita krakowski kardynał Stanisław Dziwisz. Trumna z ciałem kardynała Kazimierz Świątka została ustawiona na specjalnym katafalku na placu przed katedrą p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Tu też odprawiana jest msza. Pożegnać się ze swoim duszpasterzem przyszli liczni wierni.

Ciało kardynała Świątka spocznie w krypcie pińskiej katedry.

http://www.kresy.pl/wydarzenia,bialorus ... za-swiatka


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 30 lip 2011, 02:06 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3227
BRONISŁAW MARKIEWICZ (1842-1912)

Obrazek


Bronisław Markiewicz urodził się 13 lipca 1842 roku w Pruchniku, na terenie obecnej Archidiecezji Przemyskiej jako szóste z jedenastu dzieci Jana Markiewicza, burmistrza miasta, i Marianny Gryzieckiej. W domu rodzinnym otrzymał bardzo staranną formację religijną. Pomimo tego nieco później, w okresie nauki w gimnazjum w Przemyślu, przeżył pewne załamanie w wierze spowodowane w znacznej mierze silnym duchem antyreligijnym panującym w środowisku szkolnym. Owe młodzieńcze trudności w wierze udało mu się szybko przezwyciężyć odzyskując pogodę ducha i wewnętrzny pokój.

W 1863 roku, po uzyskaniu świadectwa dojrzałości, czując się powołany do kapłaństwa, młody Bronisław wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Przemyślu. Ukończywszy przewidziane studia, dnia 15 września 1867 roku został wyświęcony na kapłana. Po sześciu latach pracy duszpasterskiej w charakterze wikariusza w Harcie i w Katedrze w Przemyślu, chcąc lepiej przygotować się do pracy z młodzieżą, studiował przez dwa lata pedagogikę, filozofię i historię na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. W roku 1875 został mianowany proboszczem w miejscowości Gać a dwa lata później w Błażowej. W roku 1982 powierzono mu wykłady z teologii pastoralnej w Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu.

Czując się powołanym do życia zakonnego, w listopadzie 1885 roku wyjechał do Włoch. Tutaj wstąpił do Zgromadzenia Salezjanów i w dniu 25 marca 1887 roku miał przywilej i radość złożyć śluby zakonne na ręce św. Jana Bosko. Jako Salezjanin wypełniał z oddaniem i gorliwością różne zadania powierzone mu przez przełożonych. Z powodu surowego trybu życia i odmienności klimatu Ks. Markiewicz zachorował na gruźlicę płuc. Stan jego zdrowia był tak ciężki, że uważano go za bliskiego śmierci. Powróciwszy szczęśliwie do zdrowia, odbywał rekonwalescencję we Włoszech aż do dnia 23 marca 1892 roku kiedy to, za zezwoleniem Przełożonych, powrócił do Polski by objąć funkcję proboszcza w Miejscu, które potem nazwał Miejscem Piastowym.

Ksiądz Bronisław Markiewicz idąc za duchem Św. Jana Bosko, oprócz zwyczajnej działalności parafialnej, poświęcił się formowaniu młodzieży biednej i sierocej. Dla niej otworzył w Miejscu Piastowym Instytut wychowawczy, który zapewniał wychowankom pomoc materialną i duchową, przygotowując ich jednocześnie do przyszłego samodzielnego życia poprzez formację zawodową w szkołach działających przy tymże instytucie. W tym też celu zdecydował się w 1897 roku założyć dwa nowe Zgromadzenia zakonne oparte na duchowości i statutach opracowanych przez Św. Jana Bosko i dostosowanych do specyfiki swego szczególnego charyzmatu. Ks. Markiewicz, przyjęty ponownie do diecezji przemyskiej, wypełniał nadal obowiązki proboszcza i dyrektora Instytutu o nazwie „Towarzystwo Powściągliwość i Praca” (powstałego w 1898 roku), dla którego starał się o otrzymanie zatwierdzenia kościelnego jako zgromadzenia zakonnego. Zgromadzenia Św. Michała Archanioła zostały zatwierdzone po śmierci Założyciela: gałąź męska w 1921 a gałąź żeńska w 1928 roku.

Ks. Bronisław Markiewicz, za zgodą i błogosławieństwem swego Biskupa, Św. Józefa Sebastiana Pelczara, kontynuował działalność formacyjną młodzieży i dzieci opuszczonych i sierot, korzystając w tym dziele z pomocy współpracowników, do których przygotowania i formacji sam się przyczynił. W Miejscu Piastowym stworzył dom i zapewnił wychowanie setkom chłopców, poświęcając się dla nich bez reszty. W miesiącu sierpniu 1903 roku otworzył nową placówkę wychowawczą w Pawlikowicach koło Krakowa gdzie około 400 sierot znalazło dom wraz z możliwością formacji duchowej i zawodowej.

Całkowite poświęcenie się dzieciom, heroiczne zaparcie się samego siebie oraz ogrom pracy do wykonania, stosunkowo szybko przyczyniły się do wyczerpania sił ks. Markiewicza i do całkowitej utraty zdrowia, już i tak bardzo nadszarpniętego poprzez chorobę przebytą we Włoszech. Wszystko to doprowadziło do zakończenia jego pielgrzymki doczesnej, które nastąpiło dnia 29 stycznia 1912 roku.

Tak za życia jak i po śmierci ks. Markiewicz uważany był za człowieka nadzwyczajnego. Zważywszy na fakt, że przekonanie o jego świętości ciągle wzrastało, Przełożeni obydwu Zgromadzeń Św. Michała Archanioła przez Niego założonych zwrócili się z prośbą do Biskupa Przemyskiego o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, którego pierwsza sesja odbyła się w 1958 roku. Po dopełnieniu wszystkich przewidzianych aktów prawnych,
dnia 2 lipca 1994 roku, w obecności Ojca Świętego Jana Pawła II, został ogłoszony Dekret o heroiczności cnót ks. Markiewicza. Dziesięć lat później, tj. dnia 20 grudnia 2004 roku został promulgowany Dekret o cudzie zdziałanym przez Boga za wstawiennictwem Ks. Markiewicza, co otworzyło drogę do jego beatyfikacji.

W świadectwach i wspomnieniach tych, którzy zetknęli się osobiście z błogosławionym Bronisławem, jest podkreślane w sposób szczególny jego wielkie umiłowanie Boga i bliźniego, zwłaszcza dzieci i młodzieży najbiedniejszej, zaniedbanej, opuszczonej i sierocej. Im poświęcił całego siebie przejawiając głębokie pragnienie przygarnięcia jak największej ich liczby i ofiarowania im ludzkiej życzliwości i dobroci, której odczuwali tak wielki brak.
To pragnienie wyraził w słowach:
„Chciałbym zebrać miliony dzieci i młodzieży z wszystkich krajów i narodów, żywić ich za darmo i przyodziewać ich na duszy i na ciele”.
Ks. Markiewicz pozostał wierny do końca życia temu nakazowi miłości połączonemu z odważną – jak na owe czasy – opcją na rzecz ubogich, przyjmując w sposób heroiczny wszystkie skutki jakie zeń wypływały.

Obrazek

http://www.vatican.va/news_services/lit ... cz_pl.html


Ks. Bronisław Markiewicz i jego działalność społeczna.


Ks. Bronisław Markiewicz był wybitnym wychowawcą, salezjaninem, człowiekiem z charyzmą, posiadał wykształcenie pedagogiczne i psychologiczne. Studiował we Lwowie oraz w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Praktykę zawodową odbył w Turynie u boku ks. Jana Bosco.


Był założycielem kilku placówek wychowawczo - opiekuńczych dla chłopców. Swoje największe osiągnięcia zdobył w miejscowości koło Krosna w Miejscu Piastowym. Działalność w tym miejscu zaczął od przyjęcia na plebani dwudziestu chłopców. Systematycznie rozwijał swój zakład nazwany: "Zakład ks. Bosko w Miejscu" Jednocześnie pragnął stworzyć system opiekuńczo - wychowawczy dla tego miejsca. Którego głównym celem była ogólna pomóc młodym ludziom doświadczonym przez trudne życie. Chciał dać im minimalną szansę na normalne życie. System ten oparty był na dwóch chrześcijańskich cnotach to jest na powściągliwości oraz pracy. Ks. Markiewicz dzięki nim chciał poprowadzić chłopców do całościowego rozwoju ich osobowości, pragną pokazać im drogę do osiągnięcia sukcesu. Pragnął przygotować sieroty i niechciane dzieci do warunków takich, w jakich będą żyć w późniejszych latach. Najważniejszym zadaniem, jego zdaniem, było wyrównywanie braków szczególnie naturalnej rodziny poprzez zapewnianie swoim wychowankom doskonałej opieki - do momentu całkowitego usamodzielnienia. Ks. Bronisław Markiewicz łączył pracę i naukę z praktykami religijnymi. Kładł nacisk na zdobywanie wykształcenia w kierunku wybranego przez młodzież zawodu, pragnął wychować swoich wychowanków na ludzi pracowitych i oszczędnych. W owych czasach, problemy sieroctwa i zaniedbania moralnego dzieci oraz młodzieży był na porządku dziennym, dlatego Ks. Markiewicz w realizowaniu swoich celów widział jedyne rozwiązanie problemu społecznego.

Aby zakład stworzony przez Ks. Markiewicza mógł się dalej rozwijać, zostali skierowali do pomocy ks. Markiewiczowi trzej klerycy. Było to ważne wydarzenie dla zakładu, ponieważ od tego momentu mógł rozwijać się i zyskiwać coraz szerszy rozgłos na całym Podkarpaciu. W roku 1894 wychowanków było już trzydziestu. Zaczęły powstawać zarysy szkolnych warsztatów, dzięki którym młodzież miała zdobywać przyszłe zawody. Powstawały warsztaty krawieckie, szewskie, a w późniejszym czasie pracownia bednarska, koszykarska, stolarska, ślusarska, introligatorska, kowalska, oraz inne. Poza tymi zawodami młodzi ludzie mogli poznawać sztuki pszczelarstwa, rolnictwa, ogrodnictwa, sadownictwa, warzywnictwa. Dla ks. Markiewicza praca na roli była zawsze na miejscu pierwszym.

W tym samym roku na jesieni powstały pierwsze gimnazjalne klasy. Dzięki nim młodzież mogła oprócz nauki i pracy na roli i modlitwy, aktywnie uczestniczyć w różnych kołach zainteresowań i formach spędzenia wolnego czasu. Mogli wówczas spędzać czas grając w sztukach teatralnych, muzykując w orkiestrze albo uczestniczyć w zajęciach chóru kościelnego. Młodzi ludzie rozwijali własne zainteresowania a okoliczni mieszkańcy tej wsi mieli szansą obejrzeć przedstawienia teatralne, czy też brać udział w różnego rodzaju przejawach życia kulturalnego i oświatowego. Nowo przyjmowany wychowanek nie miał lekkiego życia, jego dzień zaczynał się o godzinie 4 rano ciężką pracą, aż do późnych godzin wieczornych, spożywał skromne posiłki. Warunki były trudne, jednak zakład cały czas się rozwijał. W roku 1897 ks. Bronisław Markiewicz rozpoczął rozbudowę drewnianego domu, a rok później zabrał się do budowy tak zwanego "białego domu - murowanego", dla stu wychowanków. Budową zajęci byli przede wszystkim wychowankowie zakładu pod czujnym okiem ks. Markiewicza. W końcówce dziewiętnastego wieku ośrodek był wzorową placówką, która działała wspólnie ze szkołą powszechną, gimnazjum oraz pracowniami i warsztatami. Był to niewątpliwy sukces, zakład był samowystarczalny, produkowano w nim wyroby ze skóry oraz zabawki. Choć warunki bytowe w tych placówkach były bardzo skromne, a chłopcy byli ubogo ubrani, jadali swojskie posiłki. Klerycy wychowujący młodych jadali, pracowali i mieszkali razem z nimi.

Ks. Markiewicz propagował wychowanie poprzez pracę, oraz przez rekreację i twórczą działalność. Młodzież nie tylko pracowała, ale miała też okazję do zabawy i realizacji poprzez zajęcia muzyczne, plastyczne teatralne, turystyczne i sportowe. Zajmowali się drukowaniem gazetki, a biblioteka działała bardzo sprawnie i była dobrze zaopatrzona. Stosowana był metoda prewencyjna, polegająca na rozplanowaniu dnia, w ten sposób, aby młodzież nie miała sposobności do niewłaściwego zachowania. Szczególnie istotna rolę odgrywały regulaminy, Za złe zachowania stosowano karty indywidualne i zbiorowe, jednak w zakładzie najczęściej panowała miła, i rodzinna atmosfera. Zdaniem ks. Markiewicz nie należy karać dziecka za jego błędy oraz wady fizyczne i psychiczne, tak jak na przykład nie powinno się karać za brak pamięci czy powolność ruchów.


6 zasad karania według ks. Markiewicza:

1. Karę wychowawczą może stosować tylko po zrozumieniu pobudek, które kierowały dzieckiem w chwili czynienia błędu. Jego zdaniem można karać wówczas, gdy wychowawca jest pewien, że wychowanek świadomie dopuścił się złego czynu.

2. Przewinienie powinno określać rodzaj kary, to znaczy powinny zachodzić proporcje pomiędzy czynem a karą.

3. Kara powinna być stosowana w ostateczności, wówczas gdy inne spośród wymierzanych środków są niewystarczające.

4. Kara musi być odpowiednia do wieku dziecka, jego temperamentu, wykształcenia i usposobienia

5. Nie każdą karę można stosować w obecności innych dzieci.

6. Kary powinny spowodować pożądane zmiany nastawienia wewnątrz wychowanka. Musi on zrozumieć błąd którego się dopełnił oraz uznać jego niezgodność z zasadami występującymi w społeczeństwie.

Ks. Markiewicz traktował nagrody za skuteczniejsze środki wychowawcze.

W grudniu 1897 roku nastąpiła różnica w poglądach, związana ze sposobem prowadzenia placówek wychowawczych. Wówczas ks. Markiewicz powziął odważną decyzję i odłączył się od zakony salezjanów, uważał, że zgromadzenie to odeszło od pierwotnej reguły ks. Jana Bosko. W szczególności mijało się w zakresie ubóstwa. Zdecydował się na utworzenie innego zgromadzenia zakonnego, które kierowałoby się pierwotną regułą ks. Jana Bosko. Niestety projekt ten nie pozyskał uznania wśród władz kościoła. Ta sytuacja nie zraziła go więc przystąpił do usankcjonowania w świetle prawa swojego dzieła zarówno od strony kanonicznej jak i ustaw państwowych. Powołał do życia nowe towarzystwo nazywając je: "Powściągliwość i Praca", którego głównym celem było między innymi otwieranie i utrzymywanie w Wielkim Księstwie Krakowskim i Galicji przytułków i domów zapewniających młodym ludziom przyuczenie do zawodu i pracę. Zadaniami placówek było zajmowanie się wychowaniem i kształceniem dzieci osieroconych, porzuconych, ubogich i zaniedbanych pod względem moralnym. Statut "Powściągliwości i Pracy" dopuszczał wydawanie publikacji w postaci czasopism i książek.


Pierwszy maja 1898 roku był ważnym dniem, w którym doszło do pierwszego zebrania towarzystwa. Na czele stanął założyciel ks. Bronisław Markiewicz, który dwa miesiące później wydał pierwszy numer miesięcznika "Powściągliwość i Praca".

Zakłady których historię rozpoczął ks. Markiewicz nadal się rozwijały, gromadząc coraz to szersze grono dzieci oraz młodzieży. W 1899 r. Michał Radziwiłł zwrócił się z prośbą o pomoc, w prowadzeniu sierocińca "Nazaret" położonego w Warszawie. Przełożony towarzystwa "Powściągliwość i Praca" zgodził się na pomoc i wydelegował kilku współpracowników do pracy w "Nazarecie". Kolejnym zakładem, który powstał był ośrodek w Pawlikowicach pod Krakowem. W tym okresie w pierwszym zakładzie w Miejscu Piastowym znajdowało się pod opieką ponad dwustu wychowanków. Liczba ta stale wzrastała, szczególnie kiedy dziewczęta mogły mieszkać w zakładzie. Stało się to fundamentem nowego zgromadzenia zakonnego żeńskiego. Dziewczęta te charakteryzowały się prostotą, w większości były bezdomne i ubogie. Zajmowały się praca w gospodarstwie oraz prowadziły ochronkę dla dzieci na wsi, opiekowały się ubogimi i chorymi na terenie parafii.

http://www.bryk.pl/teksty/studia/pozostałe/pedagogika/23973-ks_bronisław_markiewicz_i_jego_działalność_społeczna.html#forward

Objawienie - Ks. Bronisław Markiewicz

WIZJA KS. MARKIEWICZA


KS. BRONISŁAW MARKIEWICZ, założyciel zgromadzenia Księży św. Michała Archanioła zmarł w opinii świątobliwości dnia 29 stycznia 1912 r.
Na podstawie widzenia anioła, które miał 3 maja 1863 r. wierzył w nadejście wojny światowej, wierzył, że wojna ta będzie miała dwa okresy i że po skończonej wojnie wolność Polski będzie zupełnie zabezpieczona.

Oto jego własne słowa:

Wszyscy przegrają, nawet ci, którzy zwyciężą, albowiem wzajemnie się zniszczą. Padnie bardzo wiele ludzi od kul, wymrze jeszcze więcej z głodu i zarazy, a kaleki i sieroty będą zapełniały domy. Ale na pierwszej wojnie jeszcze się nie skończy nieszczęście ludzkie. Koniec jej nastąpi, aż narody uznają się za braci, aż wolność Polski będzie zupełnie zabezpieczona.

Na podstawie tej wizji w 1865 r. napisał Ks. Markiewicz dramat pod tytułem “Bój bezkrwawy" drukowany po raz pierwszy 1911 r. i tak między innymi mówi dalej:

Pokój Wam Słudzy i Służebnice Pańskie! Ponieważ Pan najwyższy was więcej umiłował, aniżeli inne narody, dopuścił też na was ten ucisk, abyście oczyściwszy ..się z grzechów Waszych, stali się wzorem dla innych narodów i ludów, które niebawem odbiorą karę sroższą od Waszej w zupełności grzechów swoich. Oto już stoją zbrojne miliony wojsk z bronią w ręku straszliwie morderczą.
Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej i tak krwawa, iż naród położony na południu Polski wyginie zupełnie.
Groza jej będzie tak wielka, iż wielu ze strachu rozum postrada. Za nią przyjdą jej następstwa: głód, pomór na bydło i dwie zarazy na ludzi, które więcej ludzi pochłoną, aniżeli wojna sama. Ujrzycie zgliszcza, trupy wokół i tysiące dzieci opuszczonych, wołających chleba.

W końcu wojna stanie się religijną. Walczyć będą dwa obozy, obóz ludzi wierzących w Boga i obóz nie wierzących w Niego.
Nastąpi wreszcie powszechne bankructwo i nędza, jakiej świat nigdy nie widział, do tego stopnia, iż wojna sama ustanie z braku sił i środków.
Zwycięzcy i zwyciężeni znajdą się w równej niedoli i wtedy niewierni uznają, iż Bóg rządzi światem i nawrócą się a pomiędzy nimi wiele żydów.

Wojnę powszechną poprzedzą wynalazki zdumiewające i straszliwe zbrodnie na świecie.

Wy, Polacy, przez ucisk niniejszy oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludziom, nawet niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd nie widywane braterstwo ludów:

Bóg wyleje na Was wszelkie laski i dary, wzbudzi między Wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą poczytne stanowisko na kuli ziemskiej. Języka Waszego uczyć się będą w uczelniach na całym świecie. Szczególniej przez Polaków Austria (dawniejsze Austro-Węgry) podniesie się i stanie federacją ludów. A potem na wzór Austrii ukształtują się inne państwa.

Najwyższy zaś Pan Bóg was wyniesie, kiedy dacie światu wielkiego Papieża.

Ufajcie przeto Panu, bo jest dobry, miłosierny i nieskończenie sprawiedliwy. On pokornych podwyższa i im łaskę dawa, a pysznych poniża i odrzuca na wieki. Szukajcie przede wszystkim królestwa Niebieskiego, dóbr duchowych, które trwają na wieki, bo co nie trwa na wieki nie jest dobrem prawdziwym. Tym zapełnicie niebo a na ziemi znajdziecie szczęście, jakiego świat dać nie może.

Polacy, Bóg żąda od was nie walki, jaką staczali najlepsi przodkowie wasi na polach bitew w chwilach stanowczych, ale bojowania cichego, pokornego a znojnego na każdy dzień, szczególniej przeciw nieprzyjaciołom dusz waszych, żąda od was walki w duchu Chrystusowym i w duchu Świętych Jego.

On chce, abyście każdy w swoim stanowisku wiedli przede wszystkim na każdy dzień bój bezkrwawy. Tylko pod tym warunkiem dostaniecie się do nieba a w dodatku już tu na ziemi zajmiecie świetne stanowisko pomiędzy narodami. Pokój Warn!


Zaś po śmierci ks. Markiewicza ukazał się artykuł jego drukowany dnia 15 kwietnia 1912 r.
Czytamy tam następujące słowa:

Ogół polski sobą trwoży i pyta, co począć?

Wrogowie nasi uzbrojeni od stóp do głowy, jak nigdy przedtem, grożą zupełną zagładą wszystkiego, co polskie.
Najlepsi nasi sprzymierzeńcy i przyjaciele od nas odstąpiwszy, łączą się z wrogami.
A my bezbronni i podzieleni na trzy dzielnice opasane zbrojnym kordonem.

Ludzie małej wiary, czemu sobą trwożycie? Wszak Duch Św. na wielu miejscach Pisma św. (Ks. Machabeusza l, 3; III 8, 2: Kronik 16, 8) nas zapewnia, iż w mocy Pana Boga jest zwycięstwo. U Niego garstka walczących tyle znaczy, co miliony wojsk.
Zwycięstwo nie zależy ani od siły wojsk ani od mnogości walczących, ale od siły, które przysyła niebo. Zresztą w historii naszej liczne na to mamy przykłady. Bóg jest ten sam dzisiaj na niebie, co i wczoraj i po dawne czasy. Niebo i ziemia przeminą, a słowa Jego nie przeminą.

Tym mniej mamy się lękać wrogów naszych, iż pycha ich doszła w tej chwili do najwyższego szczytu, zuchwale bowiem depcą wszelkie prawa Boże i prawa ludzkie, nawet własne obietnice łamią i mówią, że u nich najwyższym prawem — siła brutalna.
A my tymczasem po wiekowej karze upokorzeni i w znacznej części poprawieni wyznajemy, iż Bóg jest jedyną nadzieją naszą a Jego przykazania najwyższym prawidłem czynów naszych.
“Bóg pysznymi się brzydzi a pokornym łaskę daje.

W górę serca. Polacy! Oto chwila ostatniej próby naszej oraz chwila straszliwego pohańbienia wrogów naszych. Oto teraz dokona się na nich straszliwa chłosta Boża.

Walczyć będą na ziemi i na morzu orężem niesłychanie morderczym, odniosą nawet zwycięstwa, ale zwycięstwa Pyrrusowe. Miliardów nie zabiorą, albowiem wszystko spustoszywszy, opanują gruzy i gromady ludu łaknącego chleba. Wojna załamuje handel, przemysł i rolnictwo. Głód i stosy trupów sprowadzą zarazy, które pożrą ich więcej, aniżeli żelazo i pociski pękające.
Na dobitek, tłumy pozostałe rzucą się na możnych i potężnych tego świata i zbroczą dłonie swoje krwią bratnią.

Po kilku latach szału dzikiego reszta pozostałych oglądnie się na około i ujrzy ze zdumieniem naród polski żyjący twardo, a w zgodzie bratniej i w przyjaźni Bożej i zaczną nam zazdrościć stanu naszego.

Rzeka: Wszak to naród, co przed wieki był przedmurzem naszym przed nawała barbarzyństwa z północy. To przedmurze upadło, nas zalało barbarzyństwo. Postawmy je znowu — w tym nasz obowiązek i interes.

Wyciągną ku nam ręce i zawołają: Dajcie nam mistrzów a nauczcie nas, jak żyć szczęśliwie na ziemi podobnie wam.

l zasiądą stolice nauczycielskie mężowie naszego narodu po różnych miejscach na świecie, my odzyskamy niezawisłość polityczną i zasłyniemy więcej aniżeli kiedykolwiek przed laty.

Po przewrocie bowiem najbliższym poznają ludzie, iż sztuka wszelka a osobliwie poezja powinna płonąć żarem miłości wszystkiego, co piękne i dobre i nim narody zapalać.

Stąd poetów naszych, kaznodziei naszych, zwłaszcza tych, którzy na wzór proroków i apostołów nie tylko przemawiają do pojedynczych parafii ale do całego narodu, i innych pisarzy naszych wykładać będą w oryginale na pierwszych uczelniach świata.

Dzisiaj duma narodowa i oszczerstwa funduszów gadzinowych trzymają zasłonę na oczach ludów ziemi, iż nie poznają wyższości i sztuki i literatury naszej.

Aby zaś to podniesienie nasze ze stanu upośledzenia wkrótce się ziściło, musimy bronić ustaw i praw kościoła katolickiego i zachować je, oddając w ich obronę życie, zdrowie i mienie jak to zatwierdziła Konfederacja generalna dnia 17 sierpnia 1764 r. pod laską Augusta Aleksandra Czartoryskiego, generalnego regimentarza i wojewody ruskiego. Mawiał Don Gueranger:
Gdyby Polacy jedną część tych ofiar, jakie od 70 lat szlachetnie ponoszą dla wybicia się na niepodległość, byli obrócili na dźwiganie kościoła, byliby i siebie i kościół uratowali i Ojczyznę swoją postawili... a ja dodam jeszcze (ks. Markiewicz) a nawet byliby świat cały na drogę właściwą sprowadzili. To zdanie i dzisiaj zatrzymało w całej pełni swoje znaczenie...


Gdy się z rozwagą przeczyta to wszystko, dochodzi się do następujących wniosków:

l. Wojna światowa będzie miała dwa okresy... drugi z nich będzie wojną wierzących z niewierzącymi (Czyż to nie dzisiejsza wojna przeciwko Niemcom i Bolszewikom???)

2. Po wojnie nastąpi powszechne bankructwo i rewolucja prawdopodobnie komunistyczna, która jednak ominie pobitą Polskę.

3. Dopiero po ustąpieniu rewolucji nadejdzie wskrzeszenie Polski, zupełne zapewnienie jej niepodległości i stworzenie unii ludów środkowo-europejskich na których czele będzie stała Polska.

4. Odnowiona Polska będzie promieniować kulturą na cały świat, wyda wtedy wielkiego Papieża i zajmie świetne stanowisko pomiędzy wszystkimi narodami. Nawet sztuka i poezja polska zasłyną na całym świecie. Polska będzie tedy światu torowała drogę do Boga.

Ciekawe, że już dzisiaj słychać głosy tak ze strony polskiego rządu we Francji jak i aliantów o konieczności unii ludów słowiańskich, którym by przewodniczyła Polska. Tak pojmował i Mickiewicz posłannictwo Polski — zobacz stronę 21.

Źródło: http://taw1.republika.pl/niebianski.html

http://www.piotrnatanek.pl/objawienia/2 ... markiewicz

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 30 lip 2011, 02:19 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3227
Ksiądz Bronisław Markiewicz - człowiek czynu, miłości i poświęcenia

Warto przypomnieć jednego z najwybitniejszych Polaków przełomu XIX i XX wieku kapłana, pedagoga, działacza społecznego i oświatowego, założyciela dwóch zgromadzeń zakonnych: księży michalitów i sióstr michalitek oraz zakładów wychowawczych dla ubogiej i osieroconej młodzieży.


Naród pracy jest narodem potęgi i siły.
Naród próżniaczy koniecznie upaść musi.

ks. Bronisław Markiewicz



13 lipca br. mija 156. rocznica urodzin, a 106. przybycia ks. Bronisława Markiewicza do Miejsca Piastowego. Warto przypomnieć jednego z najwybitniejszych Polaków przełomu XIX i XX wieku - kapłana, pedagoga, działacza społecznego i oświatowego, założyciela dwóch zgromadzeń zakonnych: księży michalitów i sióstr michalitek oraz zakładów wychowawczych dla ubogiej i osieroconej młodzieży.


Miejsce Piastowe to wioska leżąca na Podkarpaciu, na skrzyżowaniu szlaków turystycznych w kierunku Bieszczadów, Słowacji, Przemyśla i Krosna. Miejscowość ta ma ponad 630-letnią historię, a w niej wielu wybitnych przedstawicieli i działaczy społecznych, kulturalnych i oświatowych. Dzieje Miejsca Piastowego sięgają czasów Kazimierza Wielkiego. Wtedy to osada nosiła nazwę Miestce. Za Jagiellonów Zygmunt Stary zmienił nazwę na łatwiejsze do wymowy Meszcze, a od rozbiorów Polski miejscowość ta nazywała się Miejsce. Dopiero po przyjeździe ks. Bronisława Markiewicza nazwa została rozszerzona. Wówczas to poseł Jan Trzecieski - kolator parafii z inicjatywy nowego proboszcza przeprowadził odpowiednią uchwałę w Sejmie Galicyjskim, aby Miejscu dodać przymiotnik Piastowe. Bronisław Markiewicz, dodając to określenie, nawiązywał do Kazimierza III Wielkiego, ostatniego Piasta oraz do opieki i wychowania, czyli piastowania. W ten sposób pragnął nadać wsi większy prestiż. W związku z tym, w styczniu 1895 r. starostwo krośnieńskie obwieściło specjalnym pismem, że wieś ta będzie odtąd się nazywała Miejsce Piastowe. Począwszy od tego czasu, postać ks. Bronisław Markiewicza jest ściśle związana z tą miejscowością.


Kim był ten człowiek, skoro 10 czerwca 1997 r. Ojciec Święty, Jan Paweł II, odwiedził Zgromadzenie św. Michała Archanioła w Miejscu Piastowym - miejscu pracy i śmierci jego założyciela? Ks. Bronisław Markiewicz urodził się 13 lipca 1842 r. w Pruchniku koło Jarosławia na ziemi małopolskiej. Był jednym z jedenaściorga rodzeństwa. Pochodził z rodziny mieszczańskiej, która zajmowała się częściowo rzemiosłem i handlem. Początkowo uczył się w szkole elementarnej w Pruchniku, później uczęszczał do gimnazjum w Przemyślu. Po ukończeniu gimnazjum, jesienią 1863 r. wstąpił do Seminarium Duchownego w Przemyślu i po czteroletnich studiach teologicznych, 15 września 1867 r., otrzymał święcenia.


Jako młody kapłan podjął pracę wikariusza w parafii Harta koło Dynowa. 20 lutego 1876 r. przeniesiono go na wikariusza przy katedrze przemyskiej. Tutaj pracował jako katecheta szkolny, kapelan więzienny i wojskowy. Szczególną troską otaczał dzieci, odwiedzał szpitale i chorych, zwłaszcza, gdy w 1872 r. wybuchła w Przemyślu epidemia cholery. Wtedy to całe dnie spędzał między zarażonymi, udzielając im posługi religijnej oraz doraźnej pomocy materialnej. Po wygaśnięciu epidemii, za zgodą ordynariusza podjął w latach 1873-1874 studia filozoficzne na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, a jesienią 1874 r. przeniósł się na Uniwersytet Jagielloński do Krakowa, gdzie studiował filozofię, pedagogikę, literaturę i historię. Na polecenie kurii przemyskiej przerwał studia i wrócił do diecezji, obejmując w październiku 1875 r. ekspozyturę Gać w parafii Kańczuga koło Przeworska. W 1877 r., po dwóch latach pracy duszpasterskiej w Gaci, otrzymał nominację na probostwo parafii Błażowa, w której pracował ponad siedem lat.


Okres ten i wcześniejszy pozwalał ks. Markiewiczowi zdobyć doświadczenie w bezpośrednim obcowaniu z ludźmi. Obserwował problemy życiowe, zdobywał nowe doświadczenia, które wykorzystał później w pracy duszpasterskiej i wychowawczej wśród dzieci i młodzieży osieroconej, opuszczonej i zaniedbanej moralnie. Były to podwaliny pod jego przyszłe dzieło, które miało nastąpić za kilka lat.

*

Za pracę wśród nizin społecznych, trud włożony w działalność społeczną, kapłańską i pedagogiczną oraz za osiąganie doskonałych rezultatów biskup Hirschler mianował go wicedziekanem strzyżowskim. Ponadto od jesieni 1882 r. był profesorem teologii i prefektem kleryków w Seminarium Duchownym w Przemyślu. Funkcję tę pełnił do listopada 1885 r., gdy niespodziewanie opuścił to stanowisko. 10 listopada 1885 r. wyjechał z Polski do Włoch, by podjąć nauki u ks. Jana Bosko, założyciela Zgromadzenia Salezjanów w Turynie. Zgromadzenie to zajmowało się dziećmi wykolejonymi moralnie, opuszczonymi i bezdomnymi, a naukę i pracę łączono w nim z przygotowaniem zawodowym w zakresie różnych rzemiosł.


Ks. Bronisław Markiewicz oficjalnie rozpoczął nowicjat w zgromadzeniu salezjańskim 1 stycznia 1886 r. Głównym jego celem była chęć przeszczepienia na ziemie polskie idei ks. Jana Bosko. Tutaj zapoznał się z systemem wychowawczym księży Salezjanów, a po odbyciu nowicjatu 25 marca 1887 r. złożył na ręce przełożonego śluby zakonne.

*

Myśl przeniesienia idei ks. Jana Bosko na ziemie polskie zaowocowała ich urzeczywistnieniem po wielu staraniach, m.in. takich osób, jak: ks. dr Stanisław Spis - profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, hrabina Anna Działyńska-Potocka, ks. bp ordynariusz przemyski Łukasz Solecki, książę August Czartoryski oraz Jan Trzecieski - ziemianin, poseł do Sejmu Galicyjskiego, kolator parafii Miejsce. 20 marca 1892 r., po załatwieniu formalności między generałem zgromadzenia a kurią w Przemyślu i otrzymaniu od Jana Trzecieskiego pieniędzy na powrót, ks. Markiewicz wraca do kraju.


28 marca 1892 r. ks. Markiewicz, mając już za sobą 50 lat życia pełnego poświęcenia, miłości i ubóstwa, przyjechał na stację kolejową Iwonicz (obecnie Targowiska), by udać się do parafii Miejsce i rozpocząć tym samym swoje dzieło. Na nowej placówce zastał starą i ubogą plebanię, w której brakowało podstawowego wyposażenia. W tym samym czasie, na wiadomość o przyjeździe salezjanina, do Miejsca różnymi drogami trafiają bezdomni chłopcy. Pod koniec l892 r. było ich już trzynastu. Ponadto przybywa tutaj również młodzież dorosła, która pracuje bezinteresownie, ucząc dzieci rzemiosła i opiekując się nimi.


Pod koniec 1893 r. liczba dzieci wzrosła do 20, a ośrodek otrzymał nazwę "Zakład ks. Bosko w Miejscu". Nazwa ta przetrwała do jesieni 1897 r. Jednocześnie ks. Markiewicz tworzył dla swojego zakładu system opiekuńczo-wychowawczy. Jego celem było pomóc doświadczonym przez los dzieciom i zapewnić im choćby minimalną szansę życiową. System ten opierał się na dwóch cnotach chrześcijańskich: powściągliwości i pracy. Przez te cnoty ks. Markiewicz chciał prowadzić młodzież do pełnego rozwoju osobowości, wskazywał drogę do sukcesu, wychowując sieroty i opuszczone dzieci oraz przygotowując je do takich warunków, w jakich przyjdzie im żyć w przyszłości.


Najważniejszym zadaniem, które realizował, było kompensowanie braku naturalnej rodziny oraz zapewnienie wychowankom pełnej opieki - aż do całkowitego usamodzielnienia się. W ten sposób łączył naukę z pracą i praktykami religijnymi, dając wychowankom pełne przygotowanie w zakresie wybranego zawodu i wychowując swoich podopiecznych na ludzi oszczędnych i pracowitych. W ówczesnej Galicji sieroctwo oraz zaniedbanie moralne dzieci i młodzieży było bowiem jedną z wielu bolączek, dlatego Markiewicz widział jedyne rozwiązanie tego problemu społecznego w takim przygotowaniu do życia.

W celu dalszego rozwoju zakładu, przełożeni z Turynu skierowali do pomocy ks. Markiewiczowi trzech kleryków. Dzięki takiemu poparciu zakład rozwijał się i zyskiwał coraz większy rozgłos na Podkarpaciu. W 1894 r. liczył już 30 wychowanków. W tym czasie powstały zarysy warsztatów szkolnych, w których miały zdobywać zawód przyszłe pokolenia. W miarę potrzeb powstały: warsztat krawiecki, szewski, a później pracownia stolarska, bednarska, koszykarska, kowalska, ślusarska, introligatorska i inne. Oprócz tego młodzież uczyła się rolnictwa, sadownictwa, ogrodnictwa, warzywnictwa, pszczelarstwa itp., gdyż ks. Markiewicz pracę na roli stawiał na pierwszym miejscu.


Jesienią 1894 roku otworzył pierwsze klasy gimnazjalne. Młodzież, oprócz modlitwy, nauki i pracy na roli, aktywnie uczestniczyła w różnych kółkach zainteresowań i formach spędzenia czasu wolnego, m.in. grając w przedstawieniach teatralnych, w orkiestrze czy też uczestnicząc w chórze kościelnym. Przy tej okazji wieś korzystała z bezpłatnych przedstawień i brała udział w różnych przejawach życia kulturalno-oświatowego. Bywały dni, że wychowankowie pracowali bardzo ciężko od 4. rano do późnego wieczora, spożywając skromne posiłki. To wszystko czekało nowo przyjętego wychowanka.


Pomimo tych trudnych warunków zakład się rozwijał. W 1897 r. ks. Markiewicz przystąpił do rozbudowy drewnianego domu, a w 1898 r. do budowy tzw. białego domu -murowanego, dla 100 podopiecznych. Głównymi robotnikami byli, oczywiście, wychowankowie.

*

Ze względu na różnicę poglądów co do sposobu prowadzenia zakładów wychowawczych, ks. Markiewicz w grudniu 1897 r. powziął decyzję o odłączeniu się od salezjanów, gdyż jego zdaniem, zgromadzenie to zmieniło pierwotną regułę ks. Jana Bosko, w szczególności w zakresie ubóstwa. W związku z tym zdecydował się na założenie nowego zgromadzenia zakonnego trzymającego się pierwotnej reguły ks. Jana Bosko. Projekt ten nie uzyskał jednak aprobaty władz kościelnych. W tej sytuacji ks. Markiewicz przystąpił do prawnego usankcjonowania swego dzieła od strony kanonicznej oraz ustaw państwowych. Powołał towarzystwo pod nazwą "Powściągliwość i Praca", którego głównym zadaniem było m.in. zakładanie i utrzymywanie w Galicji i w Wielkim Księstwie Krakowskim domów i przytułków zapewniających zdobywanie zawodu i pracy. Zakłady te miały się zajmować wychowaniem i kształceniem dzieci osieroconych, ubogich i zaniedbanych moralnie. Statut towarzystwa dopuszczał też wydawanie książek i czasopism.


1 maja 1898 r. doszło do pierwszego walnego zebrania towarzystwa. Na jego czele stanął ks. Bronisław Markiewicz, który w dwa miesiące później - w lipcu 1898 r. - wydał miesięcznik "Powściągliwość i Praca".


Zakłady typu Markiewiczowskiego nadal się rozrastały, gromadząc coraz to większe rzesze dzieci i młodzieży. W 1899 r. książę Michał Radziwiłł poprosił o pomoc w prowadzeniu i kierowaniu sierocińcem "Nazaret" w Warszawie. Przełożony zdecydował się pomóc i wysłał swoich współpracowników do pracy w tej placówce. Cztery lata później powstał nowy zakład w Pawlikowicach koło Krakowa. W tym czasie w zakładzie w Miejscu Piastowym było otoczonych opieką ponad 200 wychowanków. Wzrastała również liczba dziewcząt, mających stać się z czasem fundamentem nowego żeńskiego zgromadzenia zakonnego. Były to dziewczyny proste, ubogie i bezdomne; które bezinteresownie pracowały w gospodarstwie zakładu. Oprócz tego prowadziły ochronkę na wsi oraz opiekowały się chorymi i ubogimi w parafii.


Choć praca ks. Markiewicza szła w kilku kierunkach, nie zawsze spotykała się z przychylnością losu. Kapłan ten często się zmagał z trudnościami i przeciwnościami. I tak np. w nocy 3 lipca 1904 r. wybuchł groźny pożar drewnianego domu, który zbudowano 7 lat wcześniej. W tym czasie znajdowało się w nim 100 wychowanków. Dzieci pomimo ogromnego zagrożenia nie doznały jednak obrażeń i wszystkie uratowano. W 1907 r. ks. Markiewicz przystąpił do budowy nowego murowanego skrzydła zakładu, a w rok później nowy budynek był już wykończony. Umieszczono w nim szkołę i wszystkie warsztaty rzemieślnicze, introligatornię oraz piekarnię. Wkrótce dokonano też zakupu urządzeń drukarskich w Wiedniu i uruchomiono drukarnię zakładową, w której zaczęto wydawać czasopismo "Powściągliwość i Praca".

*

W ciężkiej pracy i całkowitym poświęceniu się dla tych najmniejszych - ubogich i sierot - ks. Markiewicz doszedł schyłku życia. Już chory i wyczerpany, w grudniu 1911 r. zdecydował się przesłać prośbę bezpośrednio do Stolicy Apostolskiej, wprost na ręce Ojca Świętego, Piusa X, o zatwierdzenie nowego "Zgromadzenia Zakonnego św. Michała Archanioła". Prośba ta została spełniona dopiero 29 września 1921 r, w 9 lat po śmierci jego założyciela. Wkrótce po tym ks. Markiewicz doznał wylewu krwi do mózgu. Poddano go operacji, ale nie wyszedł już z choroby. Zmarł w aurze świętości 29 stycznia 1912 r. pozostawiając dzieło, które trwa po dzień dzisiejszy.


Nie sposób w krótkim rysie biograficznym przedstawić zasług i czynów tego wielkiego człowieka. Pozostawił po sobie wiele osiągnięć, które mają nieprzemijającą wartość. W swojej dwudziestoletniej działalności w Miejscu Piastowym dokonał więcej niż niejeden profesjonalny pedagog czy uczony. Owocem jego myśli i czynów było wychowanie 1514 podopiecznych. Jeżeli dodać do tego dziewczęta i chłopców, którzy się przewinęli przez zakłady wychowawcze typu Markiewiczowskiego od śmierci ich założyciela do wybuchu II wojny światowej, to wykształciły one około 13000 młodych ludzi. Swoją prekursorską działalnością ks. Markiewicz przyczynił się do złagodzenia jednego z wielu problemów ówczesnej Galicji, ratując dzieci z "dna przepaści". Zbierał je z ulicy, aby zwrócić społeczeństwu pełnowartościowych obywateli. Proponował konkretne środki w rozwiązywaniu problemów społecznych, piętnował nędzę, pijaństwo i niesprawiedliwość.

Warto więc i dzisiaj sięgnąć do jego dorobku, doświadczeń, postępowych myśli i czynów oraz do trafnych rozwiązań jego pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej.

Walerian Więch
Iskrzynia

http://www.eid.edu.pl/archiwum/1998,96/ ... a,728.html

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 26 sty 2012, 08:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Spotkałem wielkiego kapłana

Ksiądz Witold Kiedrowski, wspaniały kapłan i Polak, porywający kaznodzieja bezgranicznie kochający Ojczyznę, 16 kwietnia 2012 r. miał skończyć 100 lat pracowitego życia, w czasie którego spotkał wiele współczesnych wielkich osobistości i autorytetów i przyjaźnił się z nimi, w tym z ks. bp. Karolem Wojtyłą, późniejszym kardynałem i Papieżem Janem Pawłem II, czy Prymasem Tysiąclecia ks. kard. Stefanem Wyszyńskim. Dzięki mojemu bratu Stefanowi Melakowi, który również należał do przyjaciół ks. Witolda, miałem szczęście poznać tego wielkiego kapłana i Polaka. Zaprzyjaźniłem się z nim i odwiedzałem go wielokrotnie we Francji, w Paryżu, gdzie przebywał od zakończenia II wojny światowej, bo z przyczyn politycznych nie dane mu było wrócić do Ojczyzny. Miałem też zaszczyt gościć ks. Witolda w swoim domu.
W swoim długim życiu ks. Witold Kiedrowski brał udział w wojnie obronnej 1939 roku, konspiracji, został skazany przez niemieckiego okupanta na karę śmierci, był więźniem Pawiaka i pięciu niemieckich obozów koncentracyjnych. Pomimo tak wyjątkowo ciężkich przeżyć był człowiekiem pogodnym, życzliwym, zawsze pełnym miłości do bliźnich.
Poznałem księdza generała na początku 2000 roku, gdy z braćmi: Stefanem, Arkadiuszem, Sławkiem i Jankiem, braliśmy udział w uroczystościach z okazji kolejnej rocznicy wyzwolenia Normandii przez dywizję pancerną generała Stanisława Maczka. Współorganizatorem uroczystości był właśnie ks. Kiedrowski, prezes Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Paryżu. Jego życiową pasją stało się bowiem utrwalanie wśród Francuzów i Polonii pamięci o zasługach polskiego żołnierza w wyzwalaniu Francji. Z wielką uwagą słuchaliśmy homilii księdza infułata, wygłaszanych na polach Normandii i w paryskich świątyniach. Zazdrościłem Polakom w Paryżu, bo w Polsce trudno spotkać tak charyzmatycznego kapłana. Gdy po uroczystościach z okazji 70. rocznicy święceń kapłańskich ks. Witolda w jego rodzinnym Buku Pomorskim poznałem bliskich kapłana, posłuchałem rodzinnych opowieści, zrozumiałem, skąd w nim taka żarliwa miłość do Ojczyzny. Ksiądz Kiedrowski wyniósł ją z domu i zabrał na szlak swojej życiowej drogi.
W 2005 roku miałem zaszczyt gościć ks. Witolda w moim domu. 1 sierpnia w powsińskiej świątyni wygłosił okolicznościowe kazanie związane z rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego. W kościele panowała cisza i powaga. Gdy ksiądz zakończył homilię, został nagrodzony burzą oklasków. Gdy zebrani dowiedzieli się, że ma 94 lata, a za sobą Pawiak i pięć obozów koncentracyjnych, nie mogli się nadziwić jego witalności, jasności umysłu i siły, jaką promieniował.
W tym samym 2005 roku ks. Witold z moim bratem Stefanem odwiedzili Pawiak, gdzie dostojny kapłan złożył świadectwo, przekazując wspomnienia o swoim uwięzieniu w tym okrytym czarną sławą miejscu. Odnalazł celę, w której czekał na wykonanie wyroku śmierci. W tym czasie Pawiak zwiedzała francuskojęzyczna pielgrzymka z księdzem. Goście nie wykazywali wielkiego zainteresowania tym, o czym mówił im przewodnik. Wtedy ks. Witold podszedł do nich i po francusku powiedział, że był więźniem Pawiaka. Mówił, że skazany na karę śmierci czekał w celi na jej wykonanie. Podwinął rękaw i pokazał wytatuowany obozowy numer. Opowiedział swoje dzieje do końca wojny. Podczas jego opowieści panowała wstrząsająca cisza. Gdy kapłan zakończył opowieść, słuchający go Francuzi nie mogli opanować płaczu.
Niezapomniane było dla mnie spotkanie w Warszawie ks. Witolda z legendą Powstania Warszawskiego, honorowym obywatelem stolicy, wówczas 99-letnim ks. prałatem Wacławem Karłowiczem, którego byłem świadkiem. Zdałem sobie wówczas sprawę z niezwykłości tego spotkania dwóch świętych kapłanów, którzy swoje życie ofiarowali Kościołowi i Ojczyźnie.
Również w 2005 roku ks. Witold przybył po raz pierwszy na pole bitwy w Olszynce Grochowskiej, by ujrzeć Aleję Chwały i pomodlić się nad powstańczą mogiłą. Był pod ogromnym wrażeniem rozmachu Alei Chwały, nazywając ją najdłuższym pomnikiem w Europie. Odwiedził każdy z 34 głazów tworzących monument o długości 700 metrów. Poznawszy dzieje powstawania Alei, stwierdził nieco pompatycznie, zawstydzając nas, skromnych społeczników, że my, bracia Melakowie, jesteśmy tytanami walczącymi o utrwalenie wspaniałej polskiej historii.
Przeświadczenie księdza o tym, że możemy porwać sie na to, co niemożliwe, skłoniło go do złożenia nam propozycji wykonania tablicy katyńskiej, upamiętniającej sowieckie ludobójstwo na polskich oficerach. Wraz z bratem, śp. Stefanem, zadanie to wykonaliśmy, z czego byliśmy niezmiernie dumni. Dwujęzyczną tablicę o zbrodni katyńskiej mogą zobaczyć Polacy i Francuzi w paryskim Domu Polskiego Żołnierza i Kombatanta im. Gen. Władysława Andersa, gdzie ją dostarczyliśmy i umocowaliśmy.
Na wieść o tragedii pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., w której zginęło wielu jego przyjaciół, ks. Witold odwołał zaplanowane uroczystości z okazji 75. rocznicy przyjęcia przez niego święceń kapłańskich. Był to wzruszający hołd złożony przez sędziwego kapłana wszystkim Ofiarom spod Smoleńska.
20 stycznia 2012 roku, w 76. roku kapłaństwa i setnym roku życia, ks. Witold odszedł do Pana, kończąc swoją ziemską służbę Bogu i ludziom, w szpitalu Leopold Bella w Paryżu. Ostatnią wolą księdza było spocząć w rodzinnej parafii, przy grobach swych przodków Lew Kiedrowskich, w Linowie na Pomorzu.

Andrzej Melak

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 09 maja 2012, 06:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Na KUL uczczono czwartą rocznicę śmierci o. prof. Mieczysława Alberta Krąpca

Był darem dla kultury europejskiej

Był szczególnym darem dla uniwersytetu, Kościoła, kultury europejskiej - powiedział ks. abp Stanisław Wielgus, rozpoczynając w kościele akademickim KUL uroczystą koncelebrę w intencji zmarłego przed czterema laty o. prof. Mieczysława Alberta Krąpca, wielkiego filozofa i teologa, wieloletniego rektora KUL i głównego twórcy Lubelskiej Szkoły Filozoficznej.

W homilii ks. abp Wielgus podkreślił znaczenie o. prof. Krąpca jako wychowawcy wielu pokoleń wspaniałych myślicieli. - Czasy agresji bolszewickiej, czasy ideologii komunistycznej to czasy, w których trzeba było być i odważnym wojownikiem, i chytrym wężem, kimś, kto nie mając armat, ma rozum, ma inteligencję i potrafi walczyć przy pomocy tych darów o sprawy niezwykłej wagi - zaznaczył ks. abp Wielgus. - To był kapłan oddany całkowicie Bogu, wierny bezwzględnie zasadom chrześcijańskim, wierze chrześcijańskiej, ktoś, kogo możemy i powinniśmy naśladować w naszym życiu - dodał kaznodzieja.
Ojciec profesor Mieczysław Krąpiec, wzorem wielkich klasyków filozofii, stworzył autonomiczną, spójną i całościową interpretację rzeczywistości w postaci systemu filozoficznego. Jego centralną i podstawową dyscypliną jest metafizyka, której wielki myśliciel poświęcił najwięcej uwagi. Rocznicowe spotkania są okazją poznania dorobku filozoficznego śp. o. Krapca. - W poprzednich latach przedstawialiśmy jego koncepcję filozofii, filozofię kultury, antropologię filozoficzną, a w tym roku - filozofię prawa - podkreśla ks. prof. Andrzej Maryniarczyk, następca o. prof. Krąpca na Katedrze Metafizyki KUL.
Wykład poświęcony koncepcji filozofii prawa wygłosił prof. Marek Piechowiak, filozof prawa z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej, przed laty doktorant o. Krąpca. W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" zaznacza, że dziś najcenniejsza w refleksji o. prof. Krąpca nad prawem, zwłaszcza prawem naturalnym, jest centralna myśl, iż u podstaw wszelkiego prawa jest relacja człowieka do dobra, a więc to, "że człowiek żyje po to, żeby osiągać dobro". - Jeżeli czytamy dziś w art. 1 Konstytucji RP, że Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli, to odnajdujemy myśl nieobcą Tomaszowi z Akwinu, do której odwoływał się o. Krąpiec, że celem prawa i państwa jest dobro wspólne rozumiane przede wszystkim jako dobro i rozwój poszczególnych członków społeczeństwa. Jemu ma służyć i prawo, i państwo. Jeżeli nie służy, jest prawem niesprawiedliwym - mówił.

Adam Kruczek

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi03.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 09 cze 2012, 10:07 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Pół wieku kapłaństwa żarliwego

Wieloletni rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, uczony i duszpasterz wielkiego formatu ks. abp prof. Stanisław Wielgus, arcybiskup senior archidiecezji warszawskiej, były ordynariusz płocki, obchodzi złoty jubileusz kapłaństwa. Ci, którym dane było poznać go osobiście, nie mają wątpliwości, że ten wybitny filozof mediewista i strażnik katolickiej tożsamości został wyjątkowo hojnie obdarowany inteligencją połączoną z ogromną pracowitością, systematycznością i dyscypliną.

Szlachetność, pokora, subtelność, wierność ideałom i szacunek dla drugiego człowieka to liczne przymioty ducha, które ks. abp Wielgus z powodzeniem wykorzystywał w pracy akademickiej i w służbie Kościołowi. - Mocnym rysem kapłaństwa księdza arcybiskupa jest droga służby intelektualnej - zauważa ks. prof. Tadeusz Guz, filozof prawa, dziekan Zamiejscowego Wydziału Nauk Prawnych i Ekonomicznych KUL w Tomaszowie Lubelskim. - Jest to kapłaństwo zobowiązane wobec całego obszaru rozwoju intelektualnego człowieka wierzącego i Narodu - dodaje.

Blask średniowiecza

Przedmiotem wielokierunkowych badań naukowych ks. abp. prof. Wielgusa jest historia filozofii, teologii, prawa i szeroko pojętych nauk przyrodniczych w starożytności i głównie w średniowieczu. Działalność badawcza, publicystyczna i kaznodziejska zaowocowała ogromnym piśmiennictwem w postaci 16 książek i ponad 500 innych publikacji, w tym przeszło 100 stricte naukowych. Zainteresowania naukowe ks. abp. Wielgusa są funkcją jego misji kapłańskiej. - W moim wewnętrznym przekonaniu on ten obszar uczynił w sposób całkiem świadomy i wolny głównym przedmiotem swoich badań ściśle naukowych nie ze względu na to, żeby uprawiać naukę jako naukę, ale - i to jest bardzo widoczne - właśnie ze względu na taką strukturę myśli katolickiej, która łączy w sobie dwa wymiary: koegzystencję rozumu i łaski wiary, bez czego nie może być prawdziwego życia w Kościele - podkreśla ks. prof. Guz. - To było bardzo mocno przepracowane i systematycznie analizowane przez myślicieli chrześcijańskich zwłaszcza okresu patrystycznego i średniowiecza - dodaje.
Dziekan Wydziału Filozoficznego KUL ks. prof. Stanisław Janeczek wskazuje, że w swoich rzetelnych i gruntownych studiach historyczno-filozoficznych ks. abp Wielgus podejmuje m.in. wątek stereotypu, który funkcjonuje od czasów renesansu, a upowszechnił się w dobie oświecenia, tzw. mitu ciemnego średniowiecza wykorzystywanego przez lewicowych ideologów w zwalczaniu chrześcijaństwa. - Arcybiskup Wielgus ukazuje cały blask tej epoki, która w sposób głęboki harmonizowała aktywność ludzkiego rozumu z głęboką religijnością, owe dwa skrzydła, na których unosi się ludzki duch: światło rozumu, ten umiłowany stwór Boży, i światło wiary, która jest dla nas darem łaski - podkreśla ks. prof. Janeczek. - Jest to prawdziwie rzetelna nauka, pogłębiona, owocna, w żaden sposób nie zideologizowana.

Świadek i sługa prawdy

Jednocześnie subtelny analityk rękopisów średniowiecznych. Był aż przez trzy kadencje rektorem KUL, okazał się znakomitym menedżerem - wyprowadził uczelnię z finansowej zapaści do spektakularnego rozwoju, co zaowocowało budową nowego gmachu dydaktycznego i czterokrotnym zwiększeniem liczby studentów.

W opinii ks. prof. Janeczka, ks. abp Wielgus zarówno jako naukowiec, jak i kapłan to prawdziwy świadek i sługa prawdy, wypełniający obowiązki przypisane profesorowi jeszcze w czasach średniowiecza, kiedy miał on nie tylko wykładać i brać udział w dysputach, ale też wygłaszać kazania (legere, disputare et praedicare). - W tym wymiarze życia kapłańskiego dostrzegam w nim przede wszystkim charyzmatycznego oratora, który mówi z jednej strony z ogromną erudycją i silną logiką, ale z drugiej strony wkłada w to całą żarliwość swojego serca - zaznacza ks. prof. Janeczek. - Jest świadkiem Ewangelii i jednocześnie dostrzega w sposób bardzo głęboki ogromne zagrożenia naszej kultury, wyrosłej przecież z tradycji chrześcijańskiej, a tak daleko od niej dziś odchodzącej. Ale jest także głosicielem nadziei. Jeden zbiór jego kazań nosi tytuł: "Dobra jest więcej". Jest w nim zawarta rzetelna ocena rzeczywistości, ale i budzenie nadziei, że można powstać z grzechu i budować piękny świat oparty na sprawdzonym fundamencie Ewangelii.
Jego Ekscelencja ks. abp Stanisław Wielgus urodził się 23 kwietnia 1939 r. w Wierzchowiskach, niewielkiej miejscowości położonej na słynącym z licznych powołań Roztoczu, w wielodzietnej rodzinie rolniczej. Święcenia kapłańskie przyjął 10 czerwca 1962 r. w Lublinie z rąk ks. bp. Piotra Kałwy. Pracował jako wikariusz w kilku parafiach. Następnie przez ponad 40 lat poświęcił się pracy naukowej, dydaktycznej i administracyjnej na KUL, którą zakończył w ubiegłym roku.
Jako biskup ordynariusz diecezji płockiej (1999-2007), aby podnieść poziom wiedzy religijnej wśród wiernych, zdecydował w 2005 roku, że we wszystkich kościołach diecezji płockiej przed każdą niedzielną Mszą św. będą czytane kilkuminutowe katechezy mające przybliżyć wiernym prawdy zawarte w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Za tę inicjatywę, do której zaangażował ponad 70 autorów, nazwaną "Katechizmem płockim" ordynariusz płocki otrzymał podziękowanie od Papieża Benedykta XVI. Jako swoje zawołanie biskupie wybrał słowa: "Aeterne Sapientiae et Caritati" ("Odwiecznej Mądrości i Miłości"), a w Jego herbie biskupim znajdują się: księga i wiązka zboża.

Adam Kruczek

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=wi17.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 14 sie 2012, 19:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Dzisiaj walczyłby o multipleks

Święty Maksymilian Maria Kolbe natychmiast wykorzystywał wszelkie nowe technologie, możliwe środki techniczne, aby docierać z Ewangelią do jak największej rzeszy ludzi. Nie ma wątpliwości, że obecnie walczyłby o multipleks dla katolickiej telewizji. 14 sierpnia przypada 71. rocznica śmierci męczennika z Auschwitz.

W centrum życia św. Maksymiliana Marii Kolbego był Bóg, czego naturalną konsekwencją była miłość do drugiego człowieka.

- Oddając życie za Franciszka Gajowniczka, pokazał, na czym polega miłość bliźniego. Wiedział o nim tylko, że jest ojcem rodziny. To wystarczyło. Słysząc, że nie chce umierać, bo ma żonę, dzieci, decyduje się iść za niego na śmierć - tak o heroizmie św. Maksymiliana mówi o. Jan Maria Szewek OFMConv, sekretarz przełożonego krakowskiej prowincji franciszkanów.

W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" zaznacza jednocześnie, że św. Maksymilian swoim czynem wskazał na wielką wartość rodziny. To główne myśli związane z dniem rocznicy jego śmierci, jednak gdy patrzymy na całe życie tego świętego, widzimy ogromne bogactwo jego przesłania.

Święty Maksymilian Maria Kolbe był franciszkaninem, założycielem największej męskiej wspólnoty zakonnej XX wieku i twórcą największego w Polsce wydawnictwa prasy i książki religijnej w Niepokalanowie k. Warszawy, założycielem ruchu maryjnego pod nazwą "Rycerstwo Niepokalanej", męczennikiem Auschwitz.

Ewangelizację podejmował w myśl wezwania: "Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody". Realizując wezwanie do ewangelizacji, dotarł nawet do Japonii, by i tam głosić Chrystusa. Do tego celu wykorzystywał wszystkie najlepsze i dostępne w ówczesnych czasach środki. Ewangelizował za pośrednictwem książki, prasy, radia, marzył o telewizji.

- Z pewnością gdyby św. Maksymilian żył, dzisiaj walczyłby o miejsce na multipleksie cyfrowym - ocenia o. Jan Maria Szewek. Dzieła podejmowane przez o. dr. Tadeusza Rydzyka CSsR, Ojców Redemptorystów to kontynuacja myśli św. Maksymiliana. Podejmują ewangelizację z wielkim rozmachem, aby z nauką o Chrystusie dotrzeć do jak największej liczby ludzi.

- Na tym polega fenomen powszechnego dostępu, a takie możliwości daje dzisiaj naziemny multipleks cyfrowy. Pan Bóg ma różne sposoby działania i docierania do człowieka, o których my często nie wiemy, my mamy siać, a Bóg sprawi, że owoce przyjdą - podkreśla o. Szewek.

Dziś w duchu św. Maksymiliana miliony ludzi w Polsce i na świecie domagają się obecności Telewizji Trwam na multipleksie cyfrowym. Ten święty męczennik nie zrażał się trudnościami, konsekwentnie dążył do celu, jest dla nas drogowskazem.

- Mimo choroby, krótkiego życia zrobił tak wiele, bo miał jasno postawiony cel, nigdy nie zrażał się niepowodzeniami - zaznacza o. Szewek.

Ogólnopolskie uroczystości ku czci św. Maksymiliana Marii Kolbego rozpoczną się w Centrum św. Maksymiliana w Harmężach koło Oświęcimia dzisiaj o godz. 8.00 nabożeństwem "Transitus". O godz. 8.45 czciciele męczennika udadzą się w pieszej pielgrzymce do Auschwitz. Przy Bloku Śmierci na terenie byłego niemieckiego obozu zagłady o godz. 10.30 pątnicy wezmą udział w polowej Mszy św. sprawowanej na Placu Apelowym. Dzisiejszy dzień przeżywany jest również bardzo uroczyście m.in. w Niepokalanowie.

Małgorzata Bochenek

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... pleks.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 19 sie 2012, 18:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Co Skarga powiedziałby dziś posłom?

Rok 2012 jest Rokiem Księdza Piotra Skargi (1536-1612), jezuity z Grójca, pierwszego rektora Akademii Wileńskiej (1579-1584), twórcy wielu instytucji dobroczynnych, wielkiego patrioty, kaznodziei nadwornego króla Zygmunta III w latach 1588-1612, sławnego z ośmiu kazań sejmowych o charakterze społeczno-politycznym (por. Kazania sejmowe i wzywanie do pokuty obywatelów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, opr. M. Korolko, Warszawa 2012; pierwsze wydanie w 1597 r., potem w 1600 i 1610 r.). Postawmy sobie zatem pytanie: co ksiądz Skarga ma do powiedzenia naszym posłom i nam wszystkim dziś?

Miłość Ojczyzny

1Jest wymowne, że już pierwsze kazanie jest niezwykle aktualne. Mówi ono, że posłowie potrzebują mądrości, inteligencji, wiedzy, nauki, doświadczenia i wielkiej znajomości historii. Według Skargi, wiedza historyczna jest do rządzenia wręcz konieczna. Trzeba też czytać chrześcijańskie i pogańskie księgi o polityce i należy umieć słuchać Boga i ludzi, a przede wszystkim być głęboko moralnym w życiu osobistym i społecznym.
Dalsze kazania są już poświęcone sześciu głównym - jak mówi kaznodzieja - chorobom Rzeczypospolitej i państwa. Pierwszą chorobą jest brak miłości do Ojczyzny, a nawet często wyraźna nieżyczliwość i burzenie dziedzictwa nierozumem, niedbałością i złością ludzką. Tymczasem miłość jest podstawową siłą duchową, społeczno-polityczną i moralną. Jest to miłość do Boga, Ojczyzny i bliźniego, obejmuje ona wszystkich obywateli państwa, a szczególnie lud, potrzebujących i ubogich. Posłowie mają być wzorem takiej miłości. Rzeczpospolita bowiem jest Matką wszystkich bez względu na pochodzenie, stan i wyznanie. Kiedy zaś szlachta chlubi się swoją "wolnością szlachecką", to musi wiedzieć, że tę wolność dała im Polska. Ona to dała im także bogactwa, dostatek, pokój obywatelski, bezpieczeństwo i sławę w świecie. "Rzeczpospolita - mówi Skarga - zowie się miastem (państwem), za którą umrzeć i ze wszystkim się oddać, i w niej wszystkie nasze pociechy położyć i onej je poświęcić winni jesteśmy". Wszystko to bez żądania zapłaty. Ale dużo jest - żali się Skarga - zdrajców, którzy nie kochają Ojczyzny, zwłaszcza kiedy nie daje im ona osiągać prywatnych korzyści.
A jak jest u nas obecnie? Dziś w Polsce już zaczyna zanikać samo pojęcie ojczyzny i sens miłości społecznej. Dziś ideałem Polaka ma być człowiek osobistego interesu i rodzaj "eurovolksdeutscha", który nienawidzi Ojczyzny, a kocha Europę i kraje bogatsze. Wprawdzie nasi prowodyrzy polityczni miewają usta pełne frazesów o Ojczyźnie, np. przy okazji różnych rocznic patriotycznych, ale raczej tylko po to, by znów zmylić maluczkich w chwilach, gdy tracą poparcie i ich władza jest zagrożona z powodów gospodarczych.

Niezgoda rujnuje

2Drugą chorobą Rzeczypospolitej za czasów Skargi była wielka niezgoda: walki, bunty, rozruchy, rokosze, najazdy, wojny domowe i rozłamy w Kościele. Nie ma zgodnego działania między panami, szlachtą, mieszczanami, ludem i posłami. Jeśli tak będzie dalej, to według Skargi zginie Naród i język polski, Polacy staną się innym narodem, pójdą w niewolę, popadną w nędzę. Wszelka niezgoda płynie przede wszystkim z niemoralności panów i szlachty: z chciwości, pychy, pławienia się w luksusach, z egoizmu i z zazdrości, że innym się lepiej powodzi. Ale szczególnym rozsadnikiem niezgody jest podzielony, skłócony i nieodpowiedzialny Sejm. Natomiast podstawę do zgody dają: jeden król, wspólne sprawiedliwe prawa, prawdziwa wolność obywateli i jeden nierozbity Kościół katolicki.
Zdaje się, że dzisiaj mamy sytuację znacznie gorszą. Polaków i obywateli polskich dzielą radykalnie przeciwstawne poglądy na Ojczyznę, świat, religię, moralność i wszystkie najwyższe wartości. A Sejm przy tym nie łączy, lecz jeszcze pogłębia podziały. Niektóre jednostki i ugrupowania, idąc za postmodernizmem i skrajnym liberalizmem, chciałyby zniszczyć całą przeszłość, a więc Kościół katolicki, Polskę, rodzinę, kulturę, etykę chrześcijańską i transcendentny sens życia. I faktycznie coraz więcej chaosu zakrada się do gospodarki, prawa, polityki, administracji, bankowości, służb państwowych, sądownictwa, wojska, turystyki, sportu, szkolnictwa, lecznictwa, a przede wszystkim do świata pojęć i poglądów. Rząd przeprowadził nowelizację ustawy emerytalnej wbrew 80 proc. obywateli, a teraz wypowiada walkę Kościołowi i medium katolickiemu, występując przeciwko 90 proc. katolików w państwie. Przecież to już nie tylko niezgoda, lecz szaleństwo. Przy tym czyniący to twierdzą, że zostali do tego upoważnieni, bo "wygrali wybory". Jest to logika złego. W dawnej Grecji, matce demokracji, reformator Solon (635-560 przed n.Chr.) nie mógł zrozumieć, dlaczego Ateńczycy po jego doskonałych reformach wybrali jednak znowu na tyrana Pizystrata, oszusta i cynika. Solon pisał potem: "Także od mężów zbyt wielkich poczyna się grodu upadek, we władzę monarchów nie raz lud przez nierozum swój wpadł. Gdy za wysoko go wyniósł, niełatwo go potem powstrzymać, ale o wszystko już wpierw troskać się trzeba i bać" (W. Klinger, Antologia liryki greckiej, Wrocław 1959, s. 29).
I tak oto dzieje się dziś na szeroką skalę w rzekomo demokratycznej Polsce.

Państwo i Kościół

3W kazaniach IV i V ksiądz Skarga omawia trzecią ciężką chorobę ówczesnej Rzeczypospolitej: rozdarcie chrześcijaństwa i powściągliwy, a nawet w pewnych dziedzinach niechętny stosunek państwa do Kościoła.
Autor karci tych katolików, którzy przeszli lub przechodzą na luteranizm, kalwinizm, neoarianizm i inne odłamy owego czasu. Widzi w tym nie tylko zdradę wiary, ale i zło społeczno-polityczne wobec Polski, szerzone także i przez niektórych posłów. Kościół bowiem jeden, niepodzielony, prawowierny i ewangeliczny jest najmocniejszą podstawą ducha polskiego. Przy tym wspomniane odłamy nie są żadną "reformacją", jak same siebie nazywają, czyli nie są reformą Kościoła katolickiego, lecz jego rozbijaniem, niszczeniem i gruntownym przetwarzaniem na nową modłę społeczno-rewolucyjną. Rozłam religijny bardzo zagraża Rzeczypospolitej, gdyż religia jest od wieków duszą państwa: "W państwie religia to serce w ciele ludzkim, a królewski stan jako głowa". Religia poza tym daje wielkie dobra: mądrość życiową i społeczną, motywację etyczną, optymizm, sens życia i poświęceń, ofiarność dla bliźnich i całego państwa. Wiara katolicka doskonali obywateli wszechstronnie, daje ducha społecznego, umacnia prawo ludzkie i przynosi pokój, pogodę i łagodność. Odłamy zaś kształtują się głównie w walce z Kościołem i między sobą, niszczą, palą, grabią, niekiedy mordują, wywołują wojny religijne. Nienawidzą Kościoła, który porzucili, choć katolicy szanują ich, dają im wolność w państwie katolickim i dopuszczają do najwyższych urzędów cywilnych i wojskowych. Zarzuca się księdzu Skardze, że opowiadał się za panowaniem Kościoła nad państwem. Ale nie jest to słuszne. Po moich analizach uważam, że jest on raczej zwolennikiem starej teorii dwóch mieczy jeszcze z wieku V (Leon Wielki, Gelazy I). Jest jedno społeczeństwo chrześcijańskie, ale o dwu niezmieszanych władzach: o władzy świeckiej (in saecularibus) i o władzy kościelnej (in spiritualibus). Prowadzi to następnie do teorii diady, jakby elipsy o dwu ogniskowych. Kościół i państwo to dwa centra: różne, niezmieszane ze sobą, autonomiczne, ale nie są całkowicie rozdzielone, stanowią jedność w dwoistości, gdzie się wzajemnie warunkują, doskonalą i dopełniają dla człowieka. Z tego samego powodu państwo nie może być przeciwne Kościołowi, bo Kościół jest nieodzowny dla jego dobra. Powinno wspierać wiarę, instytucję Kościoła i jego dzieła społeczne. Ciekawe, że już wtedy Skarga zauważył, iż w myśl "mądrości politycznej" niektórzy chcą, by władza państwowa nie dbała o religię, a jedynie o pokój społeczny i o mienie doczesne. Tymczasem państwo, pomagając Kościołowi, pomaga tej samej społeczności i sobie samemu. Kościół bowiem pełni bardzo wiele funkcji z natury państwowych: zajmuje się szkolnictwem, oświatą, szpitalnictwem, prowadzi przytułki, organizuje akcje charytatywne, przekazuje kulturę i tradycję, kształtuje moralność indywidualną i społeczną, formuje wyższe osobowości obywatelskie i w ogóle ludzkie. Trzeba zauważyć, że i dziś Kościół katolicki jest wielką szkołą ludzką, obywatelską i duchową. Trudno te wszystkie aspekty wyliczyć. Jeśli sam nie jest rozdarty, to i dziś stanowi podstawę jedności i spójności społecznej i duchowej, nie tylko dla swych wyznawców, ale - jeśli jest w znaczącej większości - także dla innych wyznań i religii, również dla ateistów. Tworzy bowiem substancjalną strukturę społeczną, z której korzystają i inni jakby ze wspólnego okrętu życia społecznego w państwie. Tak było u nas np. w stanie wojennym, gdy Kościół był domem dla wszystkich, także dla ateistów i członków partii marksistowskiej, a duchowni katoliccy byli dla nich jak bracia. Nikt nie dociekał różnic. Inna rzecz, że potem bardzo liczni okazali się żmijami wyhodowanymi w kościołach. Ale większość katolicka nie poniża mniejszości w żadnej mierze, bo jeśli jest autentyczna, nie liberalistyczna, to umacnia u owych "innych" ich tożsamość i godność. Jednakże stosunek ideologicznych władz do Kościoła katolickiego jest bez porównania gorszy niż za czasów księdza Skargi. Przede wszystkim liczni politycy i całe niektóre partie, idąc za ideologią postmodernistyczną i liberalistyczną, zrywają całkowicie wszelkie więzy państwa z religią, usuwają wszelkie ślady tradycji katolickiej na forum publicznym i żądają, by każdy człowiek w życiu publicznym, zwłaszcza państwowym, zachowywał się we wszystkim jak ateista. W ogóle ateizm robi się nowym totalitaryzmem, a nawet światopoglądowym terroryzmem. Przede wszystkim taki jest ateizm polityczny i państwowy. Pozwala on "łaskawie" wyznawać wiarę tylko prywatnie, wewnątrz duszy, bez objawiania jej na zewnątrz, a grupowo to tylko jako folklor przeszłości bez żadnego realnego znaczenia w życiu publicznym. Jeśli nie jest to otwarcie głoszone czy też do końca realizowane, to na razie tylko z obawy, by wierzący nie zrzucili z siebie tej napastniczej i opresyjnej czapy nad społeczeństwami. Obok czystego ateizmu publicznego pojawiają się idee nawiązujące do oświecenia, żeby stworzyć jedną, "nowoczesną", wykoncypowaną przez samego człowieka religię światową, skupiającą w sobie i utopię, i sztukę, i marzenia człowieka o nowym wymiarze życia doczesnego (A. King, B. Schneider, P. Koslowski i inni). Lecz nie zauważają oni, że taka religia byłaby ateistyczna. Presja "nowej religii" jest tak sugestywna, że nawet niemało duchownych katolickich, na świecie i u nas, chciałoby się wyrzec "tradycyjnego i anachronicznego" katolicyzmu i stworzyć jakieś nowe jego formy, odmieniając i dogmaty, i struktury, i funkcjonowanie. I często nie sposób z takim "reformatorem" polemizować lub przywoływać go do rozsądku, bo zaraz uruchamia się cały świat medialny, który potrafi każdego obrońcę prawowiernego Kościoła bezkarnie zniszczyć. Kościół katolicki traci coraz bardziej stan prawny w państwie.
Bardzo wielu ludzi jeszcze nie dostrzega całej tendencji ateizacji społeczeństwa, ale tylko dlatego, że nie umie dotrzeć do podstawowych przesłanek ateistycznych, kryjących się pod różnymi zjawiskami zewnętrznymi, zwykle maskującymi owe założenia.

Wolność dla Telewizji Trwam

4Czwarta choroba Rzeczypospolitej, zdaniem Skargi, to nieokiełznana wolność, osłabiająca poważnie centralną władzę królewską.
Skarga potępia tyranię i władzę absolutną (dominium absolutum), jaką mają Turcy, Tatarzy i Moskwa, ale popiera silną władzę centralną jako konieczną dla większego państwa. Skrajna wolność niszczy państwo, gdyż podstawowe prawa nie funkcjonują. Wolność bowiem jest różnoraka. Jest wolność "święta" jako wolność od grzechu i zła. Dobra jest wolność od służenia obcym bogom i pogańskim królom. Pożyteczna jest "złota wolność" jako wolność od tyrana i władcy absolutnego, która jest w Polsce od 600 lat. Ale jest także niestety "wolność diabelska", która pod płaszczykiem "wolności szlacheckiej" prowadzi do swobody czynienia wszelkiego zła i nawet do zbrodni. "Bądźmy - mówi Skarga - niewolnikami praw naszych, abyśmy wolni być mogli". Faktycznie zdarza się, że posłowie łamią prawa, grabią dobra królewskie i na sejmach czynią, co chcą: wszczynają zwady, wrzaski, dobywają broni, są stronniczy, interesowni, atakują religię, kupują sobie urzędy, dbają nie o dobro Rzeczypospolitej, tylko o prywatne, a przede wszystkim uchwalają nic nieznaczące lub zgoła głupie prawa i dekrety. Marszałek jest wybierany przez trzy tygodnie. Posłowie nie zajmują się ratowaniem Polski, wojskiem czy umacnianiem zamków w czasie wielkich zagrożeń. A każdy chce rządzić królem i pouczać go, no i chce rządzić całą resztą Sejmu. Obrady to tylko wielka strata pieniędzy. Niektórzy wszystko burzą albo nieodpowiedzialnymi głosami swoimi, albo tajnie wysługują się interesownie innym. Skarga potępia ostro zerwanie Sejmu z 24 marca 1597 roku. Jego zdaniem, Rzeczpospolita zginie z powodu zła moralnego i wolności diabelskiej posłów i innych obywateli. A co mamy dziś w Polsce? Grabienie dóbr królewskich zostało znakomicie zastąpione perwersyjną prywatyzacją. Od rządów Jana Krzysztofa Bieleckiego, od 1991 r., do końca roku 2011, już za rządów Donalda Tuska, zlikwidowano ponad 300 tysięcy gospodarstw rolnych i sprzedano za bezcen, w pierwszej kolejności obcokrajowcom, ponad 8400 strategicznych zakładów przemysłowych. Donald Tusk zaś planuje sprzedać jeszcze w tym roku dalszych 300 (por. Stronnictwo Ludowe "Ojcowizna" RP, "Nad Odrą" 22/2012, nr 3-5, s. 91-92). Jedynie Jan Olszewski sprzedał tylko jeden zakład. Jak tak dalej pójdzie, w myśl obłąkanej ideologii liberalnej UE, to niedługo będzie sprzedana cała Polska, łącznie z ziemią, miastami i wioskami, a także i z nami wszystkimi. Ocaleje tylko aktualny rząd.
Również demokracja szlachecka była za czasów Skargi na pewnych poziomach dużo lepsza niż dzisiaj. Obecnie niemal wszystkie ustroje w świecie nazywają się demokracjami, ale nimi nie są. Zresztą ostatnio także samo pojęcie demokracji zostało niepostrzeżenie odwrócone o 180 stopni. Arystoteles zdefiniował demokrację w ten sposób, że "wszyscy panują nad każdym i kolejno nad wszystkimi", czyli że większość rządzi całością. Tymczasem liberałowie dzisiejsi w sposób ukryty i podstępny sugerują, że "prawdziwa demokracja" jest wtedy, kiedy wyróżniona czymś jednostka lub grupa nie podlega w niczym większości, a ma pierwszeństwo przed większością i może narzucić swoją sprawę większości, np. jeden przeciwnik krzyża może pozbawić krzyża milionów ludzi, bo to "łamie jego prawo". Nawet liczni politycy nie dostrzegają, że wiele teorii politologicznych zdaje się być produktem ludzi złej woli.
Ale podajmy przykład. Otóż nawet bardzo inteligentny poseł Jarosław Gowin nie widzi sofizmatu, gdy twierdzi, że prokuratura będzie u nas demokratyczna, bo nie będzie podlegała rządowi, lecz Sejmowi. Zobaczmy! Sejm ma być demokratyczny i obiektywny. Tymczasem u nas Sejm to jedna partia (z przystawką) i ona rządzi całym Sejmem, opozycja nie jest nawet słuchana. Partia rządząca wyłania klub poselski i rząd. Klub i rząd zależny jest od premiera. W rezultacie prokuratury, sądy, trybunały i inne instytucje podlegają ostatecznie nie Sejmowi, lecz panującej partii, a raczej samemu premierowi, i nie podejmują ryzyka, żeby się jemu sprzeciwić. Stąd prokuratura podległa Sejmowi w polskiej "demokracji", będzie podległa partii PO i Donaldowi Tuskowi. Jeżeli zaś chodzi o wolność, to mamy ową skargowską "wolność diabelską", przede wszystkim - jak mówi ks. bp Antoni P. Dydycz - wolność kłamania. Oto doskonałym probierzem demokracji i wolności w Polsce jest dzisiaj sprawa przyznania Telewizji Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie. Odmowa tego miejsca jest fałszem i kłamstwem. Widzą to dokładnie: prezydent, premier, parlament, rząd, trybunał, prokuratura, sądy, media, dziennikarze, sama KRRiT z przewodniczącym i całe odpowiedzialne społeczeństwo... I co? I nic! Padły tylko "demokratyczne" słowa w jednej telewizji (25.05.2012 r.): "wasze modlitwy nic nie pomogły". U nas prawo nie może wygrać z bezprawiem, a prawda z zakłamaniem. Jest to przypadek ciężkiej choroby intelektualnej i moralnej. I taka ma być już cała Polska we wszystkich jej dziedzinach. Niektórzy powiadają: zróbmy wielką demonstrację w Warszawie! Nie wyczuwają, że zapiekłość owych ludzi jest tak wielka, że mogą nawet użyć broni. Toteż prosimy serdecznie ks. kard. Kazimierza Nycza, metropolitę Warszawy, by wystąpił mocno w obronie Telewizji Trwam, która jest już ogólnokościelna i ogólnopolska, nie tylko redemptorystów, i by ksiądz kardynał nie godził się na zapowiadaną na miejsce Trwam jakąś telewizję pseudokatolicką w ramach TVN, która będzie niszczyła prawowierny Kościół.

Prawo i sumienie

5Piąta ciężka choroba Rzeczypospolitej według Skargi to niesprawiedliwe prawa. "Biada - wołał kaznodzieja - tym, którzy prawa nieprawe i niesprawiedliwe stawią i piszą, i tak przeważnie szkodzą ludziom prostym i ubogim". Z reguły prawa są dobre, ale też są i złe, niesprawiedliwe i niemoralne. A prawa to oczy Rzeczypospolitej i lepiej jest miastu bez murów niż bez praw. Prawa, także ludzkie, nie psują wolności, lecz jej sprzyjają. Dobre obowiązują w sumieniu. Natomiast złe prawa i ustawy, zwłaszcza naruszające moralność, są rozbojem: "Złe prawo gorsze jest niż tyran najsroższy". Kaznodzieja skarży się, że uchwalane prawa często nie liczą się z wiarą, Kościołem i etyką. Przede wszystkim jest niesprawiedliwość stanowa. Chłopi, kmiecie i wolni są traktowani jak niewolnicy, panowie postępują z nimi, jak chcą, nikt ich nie broni. Sami nie chcą nad sobą władzy absolutnej, ale wykonują taką władzę wobec ludzi od nich zależnych. Było też, że za zabicie szlachcica winny płacił rodzinie 240 grzywien, siedział rok i sześć tygodni, ale mógł być skazany dopiero po sądzie, a sprawa sądowa ciągnęła się zwykle lat 10, 30 i 40. Za zabicie zaś chłopa pan płacił 60 grzywien i nie ponosił dalszych kar.
I dziś nie brak pseudointeligentów, którzy utrzymują, że prawa stanowione przez Sejmy, a właściwie partie rządzące, mają wyższość nad etyką i moralnością, dlatego nie mogą istnieć prawa niemoralne. Według tego zbrodnicze prawa nazistowskie czy bolszewickie byłyby prawami autentycznymi i "dobrymi". Faktycznie jednak zdarzają się prawa złe, niesprawiedliwe, niemoralne i haniebne, jak np. w dziedzinie cywilizacji śmierci czy w niszczeniu rodziny lub wiary w Boga. Toteż jeśli i u nas "Konstytucja jest ważniejsza niż Ewangelia" - jak mówi SLD (TVP, 28.04.2012 r.) - to wiemy już, co czeka katolików w Polsce.

Grzechy wołające o pomstę do Nieba

6Chorobą szóstą Rzeczypospolitej była niekaralność grzechów jawnych. Skarga widzi, że w Polsce popełniane są grzechy ciężkie, z powodu których - mówi za Pismem Świętym - "ziemia polska wyrzuci z siebie złoczyńców, a Bóg da ją innym narodom, odejmie nam królestwo, a da obcym, nieprzyjaciołom, a wy i synowie wasi poginiecie" (Iz 24, 5-10). I to proroctwo spełniło się za dwa wieki.
Jakie kaznodzieja wymienia owe grzechy niekarane? Są to: bluźnierstwa przeciwko Bogu i Matce Bożej, podział Kościoła, ataki na Kościół, ograbianie i łupienie świątyń, ich majątków i dóbr, odwlekanie sądów nad przestępstwami szlachty na dziesiątki lat, zabójstwa, rozboje, najeżdżanie sąsiadów, łupienie domów, cudzołóstwa, kazirodztwa, krzywoprzysięstwa, złodziejstwa, zdrada, interesowne pochlebstwa, hipokryzja, zakłamanie, fałszerstwa, wielkie malwersacje, nasyłanie służb na nieprzyjaciół, brak karności i dyscypliny, ucisk chłopa i ludzi biednych, niekiedy zbrodniczy, lichwa 30-procentowa, będąca okradaniem dłużnika, niekiedy aż do przejęcia domu, ogólny pęd za zyskiem i pieniędzmi, pycha, upór w złym, pijaństwo (winem i piwem), zbytek i przepych, brak miłości Ojczyzny, wielka wzajemna nieufność, bunty młodych i inne. Zdaniem Skargi, różne odłamy religijne i sekty są bardziej niebezpieczne niż poganie: często napadają na dwory, grabią, palą, mordują, oczywiście głównie katolików. I tak "Korona jest nachylona ku upadkowi".
Kaznodzieja dodaje krytycznie: "Wiemy, iż i w nas duchownych wiele jest występków, którymi Bóg się obraża i ludzie się gorszą, ale u nas jest surowa za to karalność i głos sumienia, natomiast za winy szlachty nikt ich nie karze". "Rzecze kto: "Ksiądz się wdawa w politykę". Wdawa i wdawać sie winien; nie w rządy jej, ale zatrzymanie, aby jej grzechy nie gubiły, a wykorzenione z niej były, a dusze ludzkie nie ginęły".
I tu nie widać wielkich różnic między epoką skargowską a obecną. Nawet też ogromne malwersacje i korupcje współczesnych możnych są osądzane przez dziesiątki lat albo od razu umarzane.
W rezultacie kazania sejmowe księdza Piotra Skargi są i dziś aktualne, mogłyby być kazaniami rekolekcyjnymi dla posłów PO i innych. Tak. Gdyby Skarga powstał dziś, głosiłby w zasadzie to samo, tylko w wielu sprawach mówiłby jeszcze smutniej i ostrzej, bo "Polska istotnie za tych rządów chyli się ku upadkowi".

http://www.naszdziennik.pl/wp/7539,co-s ... oslom.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 03 wrz 2012, 09:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wierny towarzysz w cierpieniu

W tym roku, 13 sierpnia, mineła 35. rocznica śmierci abp. Antoniego Baraniaka, metropolity poznańskiego w latach 1957-1977. Był on zaufanym sekretarzem prymasów – Augusta Hlonda i Stefana Wyszyńskiego. Ale nie tylko dlatego powinniśmy o nim pamiętać.

Tamtego dnia nad Poznaniem świeciło słońce. To ważne, bo jak pamiętają ci, którzy go znali, on zawsze bardzo lubił słoneczne dni. Częściej się wtedy uśmiechał i chętniej wspominał lata swojego pobytu w gorącej Italii czy Francji. Zatem tego dnia, dokładnie 13 sierpnia 1977 r., dzień był jasny i ciepły. Wakacyjny. Wydawałoby się – radosny. Ale nie dla poznańskich katolików.

W szpitalu przy ul. Przybyszewskiego umierał w okrutnych bólach pasterz poznańskiego Kościoła. Nowotwór trzustki, półpasiec, zapalenie opłucnej z wysiękiem zrobiły swoje. Wychudzony, spuchnięty, obolały odchodził z tego świata w otoczeniu wiernych i oddanych współpracowników, księży, sióstr zakonnych, biskupów. Ktoś ciągle był przy jego łóżku. Tylu z nich chciało jeszcze go zobaczyć, pożegnać, podziękować. Tylu koniecznie chciało poprosić umierającego: “niech nam jeszcze Ekscelencja pobłogosławi”. To do niego do szpitala z Warszawy specjalnie przyjechał prymas Wyszyński, a kilka dni później kard. Karol Wojtyła. Wszyscy, którzy znajdowali się wtedy w jego pokoju, słyszeli, gdy żegnając się, powiedział: “Ekscelencjo, Kościół w Polsce nigdy nie zapomni tego, co Ekscelencja uczynił dla niego w najtrudniejszym dla tego Kościoła czasie”. Kim był człowiek, którego żegnano takimi słowami? Dlaczego takie słowa padły? By to wyjaśnić, trzeba się cofnąć o kilkadziesiąt lat. Prześledzić życiorys jednego człowieka, którym tak naprawdę moglibyśmy obdzielić kilka zasłużonych osób.

Syn wielkopolskiej ziemi
Ta historia zaczyna się 1 stycznia 1904 r. we wsi Sebastianowo w Wielkopolsce. Antoś Baraniak był synem niezbyt zamożnych rolników. Po ukończeniu szkoły powszechnej przyjęty został do Zakładu Księży Salezjanów w Oświęcimiu. Był wesoły i dowcipny, jego krewni do dziś opowiadają sobie rodzinne anegdoty z jego udziałem i pamiętają, jak zawsze pełne śmiechu i radości były jego spotkania z rodzeństwem, gdy po latach wspominali swoje dzieciństwo. W 1924 r. Antoś był już Antonim, pracował jako wychowawca w Salezjańskich Zakładach w Czerwińsku n. Wisłą, a potem w Warszawie. Dojrzewało w nim powołanie. W 1927 r. został skierowany na studia teologiczne i prawnicze do Rzymu. Święcenia kapłańskie przyjął 3 sierpnia 1930 r. w Krakowie z rąk kard. Stefana Sapiehy. W 1931 r. uzyskał doktorat z teologii na Uniwersytecie Gregoriańskim, a w roku 1933 z prawa kanonicznego na rzymskim Uniwersytecie św. Apolinarego. Był bardzo zdolny, musiał wyróżniać się w tłumie rówieśników, bo to on zwrócił uwagę prymasa Hlonda, który we wrześniu 1933 r. mianował go swoim osobistym sekretarzem. Okres wojny 1939-1945 spędził razem z prymasem Hlondem na wygnaniu we Włoszech i Francji, prowadził wówczas jego kancelarię. Tu z pewnością przydała się jego biegła znajomość aż pięciu języków obcych – włoskiego, francuskiego, hebrajskiego, greki i oczywiście łaciny. Po powrocie do kraju w 1945 r. ks. Antoni Baraniak był nadal najbliższym współpracownikiem prymasa Hlonda przy organizowaniu życia kościelnego w nowych granicach Polski. To właśnie jemu umierający prymas Hlond powierzył misję przekazania papieżowi nazwiska hierarchy, którego widziałby na swoim miejscu. Ks. Baraniak wywiązał się z niej solidnie i tak dyskretnie, że przez wiele lat prymas Wyszyński nie wiedział, komu między innymi zawdzięcza to stanowisko. Tym bardziej jest więc wymowne, że nie wiedząc tego, po śmierci kard. Hlonda w 1948 r. zatrzymał ks. Baraniaka na stanowisku kierownika swojego sekretariatu. Trzy lata później, w 1951 r. z rąk Prymasa Tysiąclecia w katedrze gnieźnieńskiej otrzymał on sakrę biskupią.

We wrześniu 1953 r. – w tym samym dniu co prymas Wyszyński – został aresztowany. Nie miał pojęcia, jakie szykany, tortury i cierpienia przyjdzie mu znosić przez najbliższych 27 miesięcy.

Towarzysz w cierpieniu
Każdy, kto kiedykolwiek przekroczy bramę więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, nie zapomni chyba nigdy złowrogiego dźwięku zatrzaskujących się jej metalowych elementów. Od środka, na pierwszy rzut oka, więzienie podobne jest do tych z amerykańskich filmów. Spacerniaki obsadzone zieloną trawą, schludne chodniki i czyste ściany budynków nie przypominają miejsca kaźni ani straceń. Ale wystarczy zejść schodami kilka metrów w dół i kilkoma korytarzami w głąb, by niemal fizycznie poczuć grozę najcięższego więzienia politycznego Polski Ludowej. Małe okno z grubymi kratami, muszla klozetowa w kącie, stęchnięty materac na metalowym odrapanym łóżku i goła żarówka na suficie, i nic więcej – to standard każdej celi. Nie słychać żadnego dźwięku z zewnątrz, a poza fragmentem nieba czy więziennego podwórka nie widać nic.

Bp Baraniak trafił właśnie do takiej celi. Ani on, ani prymas nie byli w stanie przewidzieć, do czego posuną się komuniści, chcący sfingować proces przeciwko kard. Wyszyńskiemu, chcący oskarżyć go o zdradę stanu i działania szpiegowskie. Gdyby w zeznaniach jego najbliższego współpracownika, jakim był wówczas abp Baraniak, udało się potwierdzić, uprawdopodobnić choćby jeden z tych zarzutów, skompromitowany prymas po pokazowym procesie musiałby zapewne opuścić nasz kraj. Tak, jak stało się to na Węgrzech, w Czechach czy Chorwacji.

Bp Baraniak poddany był więc wyjątkowo intensywnej “obróbce”. Decyzje na temat stosowanych wobec niego metod śledztwa podejmowano na najwyższym szczeblu.
Robiła to m.in. znana z okrucieństwa stalinowska prokurator Julia Brystygierowa, a arcybiskupem zajmowali się ubecy, którzy podlegali m.in. katowi tego okresu – Józefowi Różańskiemu. To, co bp Baraniak przeszedł w więzieniu na Rakowieckiej, częściowo zawarte jest w dokumentach UB, które dziś znajdują się w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Opublikował je w 2009 r.

bp Marek Jędraszewski w I tomie liczącej 580 stron książki Teczki na Baraniaka. Ale jest to tylko częściowy zapis tego, co działo się w okresie uwięzienia późniejszego arcybiskupa poznańskiego. W dokumentach UB nie ma przecież śladu po biciu aresztowanego (a arcybiskup do końca życia miał na plecach kilkanaście 10-,15-centymetrowych blizn, będących – jak to sam nazywał – pamiątką po pobycie w więzieniu, które lekarz zidentyfikował jako ślady po biciu), nie ma żadnych informacji o stosowaniu wobec niego tzw. ciemnicy, czyli trzymaniu przez kilka dni nago w wilgotnej, spływającej fekaliami celi bez okna i światła, bez podania mu jedzenia czy picia, w dokumentach tych nie ma mowy o wyrywaniu paznokci czy odmawianiu udzielenia podstawowej pomocy lekarskiej w przypadku takich schorzeń, jak zapalenie wyrostka robaczkowego czy krwawy nieżyt żołądka. Informacje o tych prześladowaniach można uzyskać jedynie szczątkowo od świadków fragmentarycznych wypowiedzi abp. Baraniaka, który sporadycznie mówił o tym różnym osobom w różnych okolicznościach swojego życia. (Pisaliśmy o tym w “PK” nr 18/2012).

Wydawać by się jednak mogło, że po upadku w Polsce reżimu komunistycznego uda się przywrócić pamięć historyczną o losach takich osób jak abp Baraniak. Okazją ku temu mogło być chociażby śledztwo wszczęte przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie 10 grudnia 2003 r. Jego podstawę stanowiły wyłączone materiały ze śledztwa w sprawie bezprawnego pozbawienia wolności prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego w okresie od 25 września 1953 r. do 28 października 1956 r. Z materiałów tych wynikało, że również wobec bp. Antoniego Baraniaka, dyrektora Sekretariatu Prymasa Polski, dopuszczono się przestępstwa bezprawnego pozbawienia wolności, wynikającego z niezgodnego z prawem przedłużania zastosowanego wobec niego tymczasowego aresztowania.

Nie było prześladowania

Jak oficjalnie poinformował prowadzący śledztwo naczelnik Wydziału IPN Piotr Dąbrowski, “czynności planowane przez MBP z udziałem bp. Antoniego Baraniaka miały na celu uzyskanie takich informacji, które pozwoliłyby rozpocząć śledztwo przeciwko Prymasowi Polski Stefanowi Wyszyńskiemu i wykazać, że Kościół i Jego hierarchowie działali na szkodę Polski, w tym podejmowali działania szpiegowskie”. W latach 2003-2011 w postępowaniu prowadzonym przez Oddziałową Komisję w Warszawie przesłuchano pięciu jeszcze żyjących b. funkcjonariuszy MBP (na 30 wymienionych w dokumentach), którzy zdaniem prokuratorów nie wnieśli nic zasadniczego do śledztwa. W toku przesłuchań wymienieni zasłonili się niepamięcią co do szczegółów postępowania prowadzonego przeciwko bp. A. Baraniakowi.

Tyle suchy komunikat. Tylko że nawet pobieżna analiza podstawowych faktów związanych “ze sprawą abp. Baraniaka” budzi wątpliwości co do metod tego śledztwa i przede wszystkim jego rezultatów. Tak się bowiem składa, że jednym z tych pięciu żyjących jeszcze w momencie wszczynania śledztwa funkcjonariuszy UB był Wincenty K., który był obecny przy aresztowaniu prymasa i biskupa i który osobiście przeprowadził 113 ze 145 przesłuchań bp. Baraniaka. On redagował protokoły przesłuchań, on sporządzał tzw. plany pracy do sprawy bp. Baraniaka i jego ręką pisane są raporty z postępów śledztwa. On także wnioskował o przedłużanie tymczasowego aresztowania biskupa, które trwało w sumie aż 27 miesięcy. I co zeznał ten pan w śledztwie, figurujący w protokole przesłuchania świadka jako “emeryt z wyższym wykształceniem”? Mówił tylko, że “był oficerem śledczym”, a ze sprawą bp. Antoniego Baraniaka zetknął się w ten sposób, że mu “ją przydzielono”. Kto, tego nie pamięta. Funkcjonariusz potwierdza, że był w Pałacu Prymasowskim podczas zatrzymania prymasa Stefana Wyszyńskiego i bp. Antoniego Baraniaka, ale wtedy “nie wiedział po co nas tam sprowadzono” i nie wie, w jakim celu zatrzymano biskupa. “Ja nic nie planowałem, słuchałem i wykonywałem polecenia. Nie pamiętam, gdzie po zatrzymaniu biskupa zawieziono. Prowadziłem śledztwo sam, nie wiem, dlaczego mi je przydzielono”, mówi pod przysięgą ten, który spotykał się z więźniem Baraniakiem kilka razy w tygodniu. Teraz na każdy okazany sobie dokument z lat 1953-1955 emerytowany funkcjonariusz UB odpowiada tak samo: “to nie mój podpis, nie wiem, kto go złożył w tym miejscu”, a “w śledztwie nie było mojej inicjatywy”. Takie zeznania mogą być nawet zabawne, ale to m.in. one stały się podstawą umorzenia 28 czerwca 2011 r. przez IPN w Warszawie śledztwa w sprawie bezprawnego pozbawienia wolności, wynikającego z niezgodnego z prawem przedłużania zastosowanego wobec biskupa tymczasowego aresztowania. Umorzenia, w uzasadnieniu którego napisano, iż “brak jest danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa znęcania się fizycznego lub moralnego (psychicznego) nad bp. Antonim Baraniakiem”.

Z takim orzeczeniem trudno się zgodzić tym, którzy znali biskupa i wiedzą, jak bardzo więzienie zrujnowało jego zdrowie. Tymczasem dziś brak nawet podstawowych informacji o jego bohaterskiej postawie, która utorowała powrotną drogę kard. Stefanowi Wyszyńskiemu do realnego sprawowania funkcji prymasa Polski. Nie było procesu udowadniającego zdradę stanu, nie było świadka potwierdzającego “szpiegostwo” i tym podobne zbrodnie. Kto dziś o tym wie, kto o tym pamięta?

Ze względu na zły stan zdrowia bp. Antoniego Baraniaka przeniesiono w ostatnich dniach 1955 r. z więzienia do miejsca odosobnienia, najpierw do Domu Salezjańskiego w Marszałkach k. Grabowa w Wielkopolsce, a potem do Krynicy. Historycy są dziś zgodni, że stało się to tylko dlatego, by katolicki biskup nie umarł w komunistycznym więzieniu. Tymczasem nastała odwilż i sytuacja polityczna w bloku wschodnim, a więc także w Polsce, zmieniła się. Papież Pius XII 30 maja 1957 r. mianował bp. Baraniaka arcybiskupem poznańskim, jego uroczysty ingres do katedry odbył się 6 października 1957 r. Nikt nie przypuszczał wtedy, że ten schorowany, wychudzony, udręczony duchowny będzie kierował archidiecezją całe 20 lat. Abp Baraniak do końca życia był oddanym i wiernym współpracownikiem prymasa Wyszyńskiego, potwierdzają to wszyscy, którzy znali ich obu. Na wspólnych zdjęciach z posiedzeń Episkopatu są bardzo często obok siebie. To właśnie bp. Baraniaka prymas Wyszyński nazwał “wiernym towarzyszem w cierpieniu, a nawet więcej – swoim obrońcą”.

Abp Baraniak brał czynny udział w Soborze Watykańskim II, uczestniczył we wszystkich jego sesjach. W 1966 r. zorganizował uroczystości milenijne w Poznaniu, a w 1968 r. uroczystości związane z Tysiącleciem Biskupstwa Poznańskiego. W tym samym roku przeprowadził pierwszy od ponad 200 lat Synod Archidiecezji Poznańskiej. Przez 20 lat był członkiem Rady Głównej Episkopatu i przez wiele lat przewodniczącym Komisji Episkopatu ds. Realizacji Uchwał Soboru Watykańskiego II. Wyświęcił ponad 600 kapłanów. Czy wolno nam o nim zapomnieć?

Fragment przemówienia żałobnego kard. Stefana Wyszyńskiego, prymasa Polski – 18.08.1977 r.

“Gdy przyszły na Kościół Chrystusowy czasy trudne, wtedy sekretarz prymasa stał się jego wiernym towarzyszem w cierpieniu. Mógłbym powiedzieć: nie tylko socius in passione, a nawet więcej – obrońcą. (…) Biskup Baraniak uwięziony (…) był dla mnie niejako osłoną. Na niego bowiem spadły główne oskarżenia i zarzuty, podczas gdy mnie w moim odosobnieniu przez trzy lata oszczędzano. Nie oszczędzano natomiast biskupa Antoniego. Wrócił na Miodową w 1956 roku tak wyniszczony, że już nigdy nie odbudował swej egzystencji psychofizycznej. Pozostał człowiekiem drobnym, (…) choć niezwykle aktywnym, podejmującym każdy trud bez wahania. (…) O tym, co wycierpiał, można się było dowiedzieć tylko od współwięźniów. (…) Domyślałem się, że mój względny spokój w więzieniu zawdzięczam jemu, bo on wziął na siebie jak gdyby ciężar całej odpowiedzialności prymasa Polski. To stworzyło między nami niezwykle silną więź. Wyraża się ona z mojej strony w głębokim szacunku dla tego człowieka, a zarazem w serdecznej wdzięczności wobec Boga, że dał mu tak wielką moc, iż mogłem się na nim spokojnie oprzeć”.

Całość:

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/o ... ieniu.html

http://wobroniewiaryitradycji.wordpress ... szenstwie/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 07 wrz 2012, 06:23 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wspierajmy media katolickie

Obrazek

Dziś przypada kolejna rocznica śmierci bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego, ojca ubogiej Pragi, apostoła słowa drukowanego i założyciela Zgromadzenia Sióstr Loretanek.

Błogosławiony doskonale rozumiał rolę prasy. Wiedział, że w walce o dusze Polaków słowo pisane jest potężną bronią. Może służyć dobru lub je niszczyć. Brał udział w walce o rząd dusz, bezkompromisowo zabierając głos w obronie prawdy, wolności i miłości społecznej. Ostrzegał przed działalnością tych, którzy w ówczesnych mediach gorliwie propagowali bezbożnictwo i radykalne poglądy polityczne. Mobilizował wiernych do obrony zasad wiary i moralności poprzez szerzenie prasy katolickiej.

Zła prasa

Na przełomie XIX i XX stulecia wzrosło znaczenie prasy. Ukazujące się w tysięcznych nakładach gazety i tygodniki nie tylko informowały o bieżących wydarzeniach, ale kształtowały opinię publiczną, jej sympatie i antypatie polityczne. Gazety nie pozostawały bez wpływu na życie religijne. Wielu dziennikarzy manifestowało wrogość wobec wiary i Kościoła. Ksiądz Ignacy szybko zauważył, że zła prasa celowo zaciera granice pomiędzy prawdą i kłamstwem, chętnie rzuca obelgi i oszczerstwa na swych przeciwników ideowych, atakuje Kościół, szydzi i kpi z praktyk religijnych, zniesławia duchownych za pomocą pomówień i plotek oraz szerzy zgubne i obce chrześcijaństwu ideologie.

Ksiądz Kłopotowski wskazywał na pięć zasadniczych środków, jakimi posługiwała się prasa socjalistyczna i liberalna: powtarzanie kłamstw, wypowiadanie zuchwałych i nieuprawnionych sądów, pochlebstwa, powierzchowność oraz przemilczanie prawdy. W redagowanej przez siebie gazecie "Polak-Katolik" pytał: "Kto wydarł wielką wiarę i religię z serc licznych tysięcy? Gazety złe! Kto zatruł wielką część młodzieży i doprowadził do nieobyczajności i występku? Gazety złe! Kto rozsiał tyle kłamstw i oszczerstw o Kościele i duchowieństwie, kto zohydził wszystko, co święte jest? Gazety złe! Od nich pochodzi największa część zepsucia, niewiary, nieobyczajności i zatrucia ludu" ("Środki używane przez złą prasę, PK 113 (1919), s. 1). Współcześnie nie tylko prasa i książki, ale także media elektroniczne (telewizja, radio, internet) odgrywają ważną rolę w kształtowaniu opinii publicznej i stosunku do Kościoła.

Nie załamywać rąk

Błogosławiony ksiądz Ignacy apelował, by katolicy nie kupowali prasy i książek antykatolickich. Zachęcał do czytania: "Czytaj, ale czytaj to, co nie ma w sobie trucizny" (1927 r.). Wydawał z trudem wiele pism: "Polak-Katolik", "Przegląd Katolicki", "Posiew", "Kółko Różańcowe". W celu wzmożenia apostolstwa dobrej prasy założył Zgromadzenie Zakonne Sióstr Loretanek. Błogosławiony chciał, aby broszury, pisma i książki trafiały do szerokich grup społecznych, zwłaszcza do ubogich i mniej wykształconych. Wiedział, że są oni łatwym łupem dla wrogów Kościoła. Dlatego posyłał siostry zakonne, aby propagowały pożyteczną prasę wśród najuboższych mieszkańców Warszawy. Siostry rozdawały broszury i obrazki, gazety i książki.

Apel bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego o apostolstwo prasy jest aktualny w naszych czasach. Widzimy, że media laickie są wykorzystywane do walki z Kościołem. Służą propagandzie, a nie przekazywaniu prawdy. Nasza bezczynność w tej sytuacji jest grzechem. Trzeba, byśmy świadomie wspierali dobrą prasę, strony internetowe, radio i telewizję. Bądźmy apostołami poprzez media i książki. Błogosławiony Ignacy radzi nam: "Bojkotujcie bezbożne media, wspierajcie własne". Nie narzekajmy na to, że jesteśmy okłamywani. Zazdrośnie strzeżmy prawa do wolności myślenia. Próbujmy docierać z prawdą do innych.

ks. Zbigniew Sobolewski

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... ickie.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polscy duchowni i ich dzieła
PostNapisane: 18 paź 2012, 09:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Proroczy kaznodzieja

Rok 2012 Sejm Polski uchwalił Rokiem ks. Piotra Skargi – mija bowiem 400. rocznica śmierci kaznodziei, który jak głosi ustawa sejmowa: „dzielnie, słowem i czynem, zabiegał o szacunek dla Ojczyzny i lepszy byt dla rodaków”

Posiadał wielki talent krasomówczy, potrafił zdobyć posłuch wśród ludzi wszystkich stanów, słuchali go nawet królowie. Zapisał się na kartach historii jako czołowy polski przedstawiciel kontrreformacji, filantrop oraz ten, który w trosce o Ojczyznę miał odwagę nazwać po imieniu największe polskie przywary. Nawoływał do zmian postaw rządzących, do reform.
Piotr Powęski – bo tak właściwie nazywał się ks. Piotr Skarga – przyszedł na świat 2 lutego 1536 r. w Grójcu, jako najmłodsze dziecko. Dorastał wśród 3 braci i 2 sióstr. Herbem Pawęża (jabłko zielone, przeszyte 3 mieczami, w klejnocie w koronie 3 pióra strusie) rodzina Powęskich pieczętować się zaczęła po otrzymaniu go od samego króla Zygmunta III.
Skarga studiował na krakowskiej Alma Mater, święcenia zakonne przyjął we Lwowie, a do Jezuitów wstąpił w 1569 r. w Rzymie. Po powrocie do ojczyzny oddał się działalności filantropijnej. Był pierwszym rektorem Akademii Wileńskiej. Przez 24 lata pełnił funkcję nadwornego kaznodziei Zygmunta III Wazy, który cenił go za wyjątkową osobowość i talent krasomówczy.
W polityce Skarga był zwolennikiem ograniczenia władzy Sejmu na rzecz zwiększenia władzy królewskiej. Piętnował wady polskiej szlachty. Był przeciwnikiem przyjęcia przez Zygmunta III korony szwedzkiej i współtwórcą unii brzeskiej.
Wśród jego bogatej twórczości wymienić należy „Kazania sejmowe”, „Żywoty świętych” czy „Wzywanie do pokuty obywatelów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego”.

Czuły na skargi

Skarga przeszedł do historii także jako oddany krzewiciel działalności filantropijnej. To on założył w 1584 r. najstarszą organizację charytatywną w Polsce: Arcybractwo Miłosierdzia pw. Najświętszej Maryi Panny Bolesnej w Krakowie. Według Zygmunta Glogera, autora „Słownika rzeczy starożytnych” (wyd. Gebethner i S-ka, Kraków 1896), był to „jedyny bank w Europie wypożyczający pieniądze ludziom przyciśniętym potrzebą, na zastawy bez żadnego procentu”.
Ciekawostką jest działająca w ramach Bractwa Miłosierdzia fundacja zwana Skrzynką św. Mikołaja, a później znana jako „Fundatio pro dotibus virginum”, czyli fundusz posagowy dla panien. Pamiętając, że to św. Mikołaj, według tradycji, podrzucał złote jabłka pannom bez posagu, zadaniem Skrzynki było udzielanie pomocy w formie posagu ubogim pannom, które chciały wyjść za mąż bądź wstąpić do klasztoru.
Kolejnym dziełem Skargi był w Krakowie Bank Pobożnych dla ochrony ludzi przed lichwą oraz tzw. Komora Potrzebnych.

Skarga i krokodyl

Piotr Skarga głosił kazania, które miały za zadanie poruszyć serca wiernych do głębi, co miało skutkować radykalną zmianą życia.
Z ambony Złotousty Kaznodzieja głosił jako egzempla m.in. godne naśladowania, pasjonujące żywoty świętych, które później pieczołowicie spisał. Święci ci byli powiązani z realiami nie tylko polskimi, ale i ściśle krakowskimi. Wśród wielu przykładów wymienił 2 kobiety lekkich obyczajów, kiedy po nawróceniu się i wejściu na drogę cnoty mogły… jeździć na krokodylach po Wiśle, bez szwanku dla ciała. Nikt nie dziwił się ani temu, że poskromiły dzikie zwierzęta, ani temu, skąd te gady znalazły się w polskiej rzece. Dziś wiemy na pewno, że i w Wiśle pływał krokodyl, skoro w 1895 r. w jej odmętach k. Mogiły gad został upolowany przez Wacława Anczyca. Skórę krokodyla niczym po safari wystawiono w witrynie sklepu na Rynku Głównym, skąd trafiła potem na wystawę w Pałacu Spiskim. Zatem może i Skarga nie przesadził z przykładem…
Zapał, z jakim Skarga głosił swoje „Kazania sejmowe” (ponoć w rzeczywistości nigdy niewygłoszone) utrwalił na płótnie sam mistrz Jan Matejko.

Kościół Świętych Piotra i Pawła

Skarga został pochowany w kościele Świętych Piotra i Pawła w Krakowie (ul. Grodzka 52a), do powstania którego nakłonił samego króla. Barokowa budowla wzorowana została na rzymskiej świątyni Il Gesů, a sama fasada przypomina rzymski kościół Santa Susana, projektu Carla Maderny. Tutaj w podziemiach znajdują się 3 krypty: w jednej z nich znajduje się płyta grobowa Złotoustego Kaznodziei, razem z jego popiersiem, dłuta Jana Tombińskiego, w pozostałych sarkofagi bp. Andrzeja Trzebickiego i Witolda Szeligi Bielińskiego.
Przed sarkofagiem stoi klęcznik z tabliczkami dziękczynnymi za otrzymane łaski. Według obiegowej opinii, został pochowany prawdopodobnie w stanie letargu, a uszkodzenia palców mogły świadczyć o tym, że Skarga sam sobie je zadał – odkrycie to przerwało jego proces beatyfikacyjny.
Na zachodniej fasadzie krakowskiej świątyni widnieją figury świętych zakonu Jezuitów: św. Ignacego Loyoli, św. Franciszka Ksawerego, św. Alojzego Gonzagi oraz św. Stanisława Kostki, dłuta Dawida Heela i ich godło: monogram Chrystusa IHS z trzema gwoździami (symbolem męki Chrystusa). Niekiedy inicjały są odczytywane jako skrót od: Iesu humilis sotietas, tzn. Jezus dla pokornego towarzyszem.
Ciekawe jest oryginalne ogrodzenie świątyni z figurami Apostołów, zaprojektowane przez Kacpra Bażankę, a wykonane przez Dawida Heela z wapienia pińczowskiego. Dziś na miejscu oryginałów znajdują się współczesne kopie. Kopię św. Piotra, o czym informuje tabliczka, ufundował bł. Jan Paweł II.
Pisząc o kościele, należy wspomnieć o wahadle Foucaulta mierzącym 46,5 m. Co czwartek odbywają się prezentacje tego przyrządu, który udowadnia ruch obrotowy Ziemi wokół własnej osi.

Pomniki Skargi

W kościele w prawej nawie znajduje się posąg ks. Skargi, dłuta Oskara Sosnowskiego. Przed świątynią natomiast można podziwiać pomnik, autorstwa Czesława Dźwigaja, ufundowany przez Arcybractwo Miłosierdzia. Pomnik składa się z kolumny, na której stoi Skarga.
Rzeźba Piotra Skargi stoi niesymetrycznie – ksiądz ubrany jest w sutannę, ze stułą na szyi, trzyma podniesioną do góry prawą rękę, w której jest książka. Z jego szaty spływa w dół, poprzez głowicę i fragment trzonu, metalowy kolec, symbolizujący ostrze słów.
W Krakowie o obecności Skargi przypomina tablica (ul. Sienna 2) z napisem: „Wielki sługa Boży, wierny syn ojczyzny, proroczy kaznodzieja, pisarz i wychowawca narodu, w domu tym uczynił siedzibę wiekopomnych dzieł miłości bliźniego (…) niosących trwale pomoc, pociechę i ulgę dla ubogich Krakowa”. Według tradycji, właśnie tutaj uboga kobieta z kilkorgiem dzieci rzuciła się Skardze pod nogi z prośbą o pomoc. Skarga związany był też z krakowskim kościołem św. Barbary, w którym pełnił funkcję przełożonego zakonnego.
W Muzeum Towarzystwa Jezusowego Prowincji Polski Południowej w Starej Wsi niedaleko Brzozowa można wśród pamiątek po Kaznodziei zobaczyć relikwiarzyk z kością przedramienia.
Natomiast w Rohatynie na Ukrainie do dziś zwiedzać można kościół, w którym był proboszczem. Ks. Piotr Skarga zmarł 27 września 1612 r. w Krakowie.

* * *

KS. PIOTR SKARGA

Modlitwa za Ojczyznę

Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Monika Hyla

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedz ... 01239&nr=5


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 86 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 7 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /