Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 24 gru 2012, 13:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Moc truchleje

Widziałem Polskę zdradzoną to wspomnienia Arthura Blissa Lane’a, ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce w latach 1945–1947. Ten dzielny amerykański dyplomata, widział z rzadko spotykaną ostrością cały wymiar zmowy, kłamstwa i zbrodni, które paraliżowały naszą ojczyznę już od chwili zakończenia wojny, oraz hańbę milczenia świata wobec nieszczęścia Polski. A jednocześnie — co naprawdę niezwykłe — zdawał sobie sprawę ze znaczenia sprawy polskiej, nie tylko dla narodu amerykańskiego, ale dla świata. Dostrzegał to nie tylko w kontekście strategicznego położenia Polski, jej możliwości gospodarczych i tego, że miliony obywateli jego własnego kraju miały polskie pochodzenie. Żywił głębokie, intuicyjne przekonanie, że tworzenie na terenie Polski państwa policyjnego, likwidacja opozycji i wszelkich działań niepodległościowych przez całkowite unicestwienie wolności słowa, oznaczało coś dużo więcej, niż zdławienie demokracji w tej części Europy. Wiedział, że na końcu tej drogi jest dążenie Rosji do światowej dominacji poprzez uzależnienie kolejnych państw europejskich „aż do chwili, gdy przyjdzie kolej na Stany Zjednoczone”. Mówił, że zamykanie przez Zachód oczu na to, czym jest imperializm komunistyczny, jest najkrótszą drogą do postawienia pod znakiem zapytania czegoś tak podstawowego, jak „nasze własne istnienie”.


W swojej książce, w której opisuje lata spędzone w Polsce, cytuje odpowiedź prezydenta Roosevelta na usilne namowy ze strony jednego z wysokich urzędników Departamentu Stanu do podjęcia bardziej stanowczych działań wobec Stalina:

Może pan dużo wiedzieć o sprawach międzynarodowych, ale nie rozumie pan polityki amerykańskiej1.

Arthur Bliss Lane, amerykański patriota, absolwent University of Yale, szczerze pragnął jak najlepiej wywiązać się ze swojej misji w Polsce. W przypominającej jedno wielkie gruzowisko Warszawie znalazł się już w lipcu 1945 roku. Gdy jego misja została zakończona, a on uznał, że poniósł klęskę, tuż po powrocie do Stanów wystąpił ze służby dyplomatycznej. Był rozczarowany postawą swojego rządu, zajął się pisaniem pamiętników (wydano je w Chicago w 1948 roku), by poinformować Zachód o tym, co naprawdę dzieje się w Polsce okupowanej przez Armię Czerwoną. Mógł jednak liczyć na zrozumienie jedynie ze strony Polonii amerykańskiej. Polacy dobrze zdawali sobie sprawę z grozy sytuacji.

…z miny zgadłbyś łatwo,
że wielki człowiek, wielki tryumf poprowadzi:
Tryumf Cara północy, zwycięzcy — nad dziatwą2.

Rzecz ciekawa, podobnie widział nasz kraj francuski pisarz katolicki Paul Claudel. W swoim Dzienniku zauważał — powołując się na jezuitę, ojca Gratry’ego — że przyzwolenie ze strony chrześcijańskich państw europejskich na zniesienie Polski z mapy kontynentu w XVIII wieku, ten „ohydny rozbiór narodu chrześcijańskiego”, jest grzechem śmiertelnym Europy. I musi zostać odpokutowany. W przeciwnym razie inaczej Europa — a szerzej, cały Zachód — nie zazna ani ładu moralnego, ani pokoju, ani pomyślności.

A co mówić o jednym z najciekawszych myślicieli XX wieku, Gilbercie K. Chestertonie? Uważał, że Polska jest w Europie „jedynym realnym wałem obronnym przeciw barbarzyństwu”. Wobec ludzi krytykujących i szkalujących Polskę przyjmował postawę aktywnego sprzeciwu. W postawie tych, którzy naśmiewali się z Polski, widział żałosne skutki zazdrości oraz sztuczne nadymanie swojej wielkości, by z karzełka (moralnego) urosnąć na atletę.

Zdaniem ks. Henriego Delassusa, gorącego francuskiego patrioty XIX wieku, elity w każdym kraju, nawet niszczonym przez zabory czy rewolucję, mają szansę się odrodzić ze względu na przechowywaną w nich pamięć o przeszłości i pielęgnowanie dawnych cnót: wierności wierze i zasadom honoru, chrześcijańskiego miłosierdzia, obrony Prawdy. Kto ma się składać na te faktyczne elity? Duchowieństwo — niedotknięte zgubnymi wpływami modernizmu i nieulegające szantażowi demokracji, duchowieństwo „które krzewi świętość słowem i przykładem” (autor tych słów określa ich jako arystokrację ducha), a także rodziny. Rodziny świadome swej roli społecznej, wystarczająco silne, by obronić swą tożsamość (i swoją własność!). I wreszcie — patrioci rozumiejący powołanie narodu do moralnej wielkości. Za nią zaś idzie zawsze wielkość polityczna.

Ksiądz Delassus wygłasza komentarz doskonale pasujący do naszej dzisiejszej polskiej sytuacji:

Serce umiera ostatnie, a sercem Europy jest elita jej dzieci, złożona z tych wszystkich, którzy zachowali coś z ducha przodków.

Jak to się ma stać, by go istotnie zachowali? — moglibyśmy zapytać zdziwieni, widząc wokół siebie same zgliszcza.

A jednak ten upór skupionych przy żłóbku nowo narodzonego Zbawiciela świata polskich katolików wszystkich stanów — ten upór i pragnienie, by klękać przed Bogiem i uwielbiać Go, dziękować i błogosławić, gdy świat szydzi, pluje, znieważa Boga albo odwraca się obojętnie — bierze się z pragnienia, by na wszystkie nasze osobiste i narodowe doświadczenia spoglądać w świetle prawdy. I bronić jej. Tak jak tysiące ludzi w Polsce bronią pamięci o prezydencie Lechu Kaczyńskim i ofiarach Smoleńska. A prawda to także świadomość ciągłości naszych dziejów.


Polska nie narodziła się ani w 1945 roku, ani przy Okrągłym Stole, jak chcieliby propagandyści rewolucji. Jest więc ten upór Polski zdradzonej przez możnych tego świata świętym uporem, by przywracać pamięć o prawdziwych zasługach i prawdziwej wielkości naszej ojczyzny. Dziś nie jest łatwo o tym mówić, bo zamiast oklasków spada na kogoś takiego wrzask prześmiewców. Tak ujawnia się mentalność postkolonialna, jak określił ją Jarosław Marek Rymkiewicz… Dzisiejszy atak na Polskę jest atakiem na poszczególnego człowieka, na jego sumienie, ale — nade wszystko — na jego umysł. Chodzi o to, byśmy utracili uznanie rzeczywistości nadprzyrodzonej za zgodną z rozumem, byśmy odwrócili się od niej, pozostawiając w nas miejsce tylko sentymentom i nastrojom. Po to niszczy się symbole. Dziś to nie traktaty, nie eseje, ale filmy, obrazki w telewizji i Internecie oraz billboardy i reklamy, często odwracające sens, niszczące hierarchię albo wprost bluźniercze i działające podstępnie na wyobraźnię, na podświadomość, mają decydować o tym, jak ludzie powinni myśleć.

A jednak Polacy, którzy w ogromnej większości nie tylko szanują, ale czczą Boże Narodzenie, kultywując je z największą czułością w swoich domach i w parafiach, otrzymują przedziwną siłę, by się obronić przed tym atakiem na ich umysły. Nie ma takiej mocy, która wyrwałaby Polakom sens symboliki związanej z Narodzinami Boga­‑Człowieka. U nas nawet zdeklarowani ateiści dzielą się opłatkiem, śpiewają kolędy i walą na Pasterkę. Wigilia jest zawsze wigilią. To tajemnica polskiej duszy, nawet gdy akurat — jak dziś — jest w kryzysie.

Tak też widział to już Kamil Cyprian Norwid. Patrząc na ziemię „jako piersi otworzoną Boże” i widząc, że

na arenie tej się nie ostoi
Przeciwnik żaden, jeno mąż bezpieczny…

dziękował Bogu, że człowiek wierny Bogu „jak gwiazda w niebie czystem stoi”, bowiem

strzeliście w niebo spojrzy on ku Tobie,
który przez stajnię wszedłeś do ludzkości,
i w grobie zwiędłych ziół leżałeś — w żłobie,
I w porze ziemskich próżnej zalotności,
I kiedy cały świat się tarzał w grobie.

Za prawo tedy do Polski obszaru
Dziękujemy Tobie, który­‑ś niezmierzony,
Wszech­‑istny — jednak z obłoków wiszaru
Patrzący na świat w prawdzie rozdzielony
Światło­‑cieniami czaru i roz­‑czaru…3

Sedno sprawy

Rosjanie i hitlerowcy nie tylko doszli do porozumienia w przygotowywaniu zagłady państwa polskiego, ale stosowali także podobne metody dla zdławienia ducha niepodległości.

Tak pisał w swoich pamiętnikach jeden z nielicznych trzeźwo i precyzyjnie myślących ludzi swoich czasów, Arthur Bliss Lane. I dodawał:

Na szczęście ten duch żyje nadal i żyć będzie!

Na czym amerykański dyplomata opierał swoją pewność? Podkreślał narodową jednorodność Polaków, wspólną religię i język, a także „przeżyte cierpienia i ogromne poświęcenie dla własnej ojczyzny”.

Po rozbiorach w XVIII wieku okazali się narodem, który najtrudniej ujarzmić. W czasie okupacji hitlerowskiej nigdy nie stracili ducha ani poczucia jedności.

I dalej:

Tak długo, jak zachowają względną wolność praktyk religijnych, ich siła moralna pozostanie nienaruszona.


Historia milczy o tym, czy czytał Norwida. Jednak temu prostolinijnemu i uczciwemu Amerykaninowi, który brzydził się kłamstwem, bliskie były intuicje poety. Pośród wszystkich nieszczęść Polski zdradzonej, amerykański dyplomata zdolny był dostrzegać i podziwiać jej wielką wiarę — tak naprawdę, co być może przeczuwał, jedyne prawdziwe szczęście, jakie może przeżywać jakikolwiek naród, wśród coraz bardziej spoganiałych narodów świata. Zdolność rozpoznania, że to najmniejsze najniewinniejsze Dziecko leżące na sianie, w zimnej grocie, to sam „Pan niebiosów obnażony”.

Gdy Chesterton całym sercem poparł Polskę w czasie wojny 1920 roku i mówił, że jeśliby Polska upadła, „wraz z nią runąłby szaniec pokoju całego świata”, już wtedy, nieprzypadkowo zapewne, w prasie brytyjskiej i amerykańskiej, pojawiły się doniesienia o rzekomych pogromach Żydów w Polsce. Chesterton zareagował na to natychmiast, przeprowadzając ze swoim bratem i z Hilaire’m Bellockiem własne dochodzenie, a następnie ogłaszając, że to wyssane z palca kłamstwa.

Dziś robi się daleko więcej, żeby skompromitować Polskę. Temat rzekomego polskiego antysemityzmu nie przestaje być atrakcją dla mediów na całym świecie. Tajemnica tego zainteresowania jest prosta: Tak naprawdę nie chodzi o antysemityzm, lecz o katolicyzm Polaków. Robi się z nas, na zmianę, albo antysemitów, albo kompletnych durniów i nieudaczników, żeby pokazać, że ten nasz katolicyzm, który wciąż tak bardzo nas wyróżnia, jest nieudany, niewiarygodny. Że coś z nim nie tak.

Tu, w Polsce, zawsze jest coś, co się nie podoba. To jednym, to drugim naszym sąsiadom, to obu naraz. A tym, co naprawdę się nie podoba, jest to, że w porównaniu z Polską inne państwa gwałtownie tracą — powiedzmy — „na wizerunku”. Oto przykład z niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbruck, sprzed 75 lat:

Raz, pamiętam, gdy przyniosłyśmy zwłoki do trupiarni jak zwykle, napadła na mnie z dzikim krzykiem grupa z Leichenkolonne, złożonej z Niemek i — głównie — z Cyganek. Padały jakieś straszliwe obelgi, których większości nie rozumiałam. Wreszcie zdołałam zapytać, o co w ogóle chodzi (…). Znowu wrzask. «Ty, taka a taka, ciebie to my dobrze znamy. Ty zawsze swoim trupom składasz tak ręce (tu złożyły swoje prawie trupie szpony jak do modlitwy) albo tak (ręce na krzyż). My dobrze wiemy, co to znaczy, my dobrze wiemy!». I znowu obelgi. We mnie wstąpił dziwny spokój w tym strasznym hałasie. Przeczekałam — wreszcie powiedziałam bardzo spokojnie, ale dobitnie: «Nie macie pojęcia, jak ja się cieszę, wprost ogromnie się cieszę, że wiecie, o co tu chodzi. Nie ma na świecie rzeczy ważniejszej i jest wielkim szczęściem wiedzieć, co ten znak mówi».

Cisza. Stały bez ruchu, jakby piorunem rażone, wpatrzone we mnie z przerażeniem. Potem wbiły wzrok czarnych oczu w ziemię (…) pozdrowiłam je i wróciłam na blok z koleżanką, niosąc nasze drzwi [służące do przenoszenia zmarłych kobiet — EPP]. Nieraz później myślałam, nad tym, czy to nie była w życiu tych nieszczęsnych istot jedyna chwila, w której przez wąziutką szparę ujrzały blask Prawdy4.

Po takim wspomnieniu można lepiej zrozumieć intuicję Chestertona, że wraz z upadkiem Polski runąłby szaniec pokoju całego świata. Mocno powiedziane, ale to właśnie jest sedno sprawy.

W obrazie Polski, jaki — pomimo szalejącej propagandy, dziś daleko bardziej wyrafinowanej niż przed 75 laty — dociera do ludzi Zachodu i Wschodu, tak naprawdę najbardziej nie podoba się jej wiara w Chrystusa. Wiara, którą Zachód odrzucił, wybierając wygodniejsze życie, Wschód zaś odrzucił z powodu schizmy, a oba razem — z powodu „naukowego” ateizmu osadzonego w naukach Hegla. Wiara w Chrystusa, który jest jedyną gwarancją pokoju. On sam, Jego Osoba. Nie żaden „dialog”, nie abstrakcyjne „pojednanie” czy jakikolwiek „postęp”. Wiara w Chrystusa obecna jest wciąż w postawach Polaków. Jakże szczególnych, jakże odmiennych.

Jako i my odpuszczamy…

Henryk Sienkiewicz przedstawił ją w genialnym obrazie z nocnego obozowiska, gdy Skrzetuski „od boleści się zapamiętał”, „desperacja mentem mu pomieszała”, na wieść (nieprawdziwą, jak się później okazało) o śmierci narzeczonej. I oto zostaje uzdrowiony, wyznając publicznie, wobec zgromadzonych rycerzy, wiarę w Boga Ojca i przebaczając winowajcom.

Wszyscy otoczyli kołem namiestnika i poglądali na niego ze współczuciem. Niektórzy obcierali łzy rękawicami, inni wzdychali żałośnie. Aż nagle z koła wysunęła się jakaś wyniosła postać i zbliżywszy się z wolna do namiestnika położyła mu na głowie obie ręce.

Był to ksiądz Muchowiecki.

Wszyscy umilkli i poklękali jakby w oczekiwaniu cudu, ale ksiądz cudu nie czynił, jeno wciąż trzymając ręce na głowie Skrzetuskiego podniósł oczy ku niebu pełnemu blasków miesięcznych i począł mówić głośno:

— Pater noster, qui es in coelis! Sanctificetur nomen Tuum, adveniat regnum Tuum, fiat voluntas Tua…

Tu przerwał i po chwili powtórzył głośniej i uroczyściej:

— …Fiat voluntas Tua!…

Cisza zapanowała głęboka.

— …Fiat voluntas Tua! — powtórzył ksiądz po raz trzeci.

Wtedy z ust Skrzetuskiego wyszedł głos niezmiernego bólu, ale i rezygnacji:

— Sicut in coelo, et in terra!

I rycerz rzucił się na ziemię ze szlochaniem5.

Ta rzecz, której tak bardzo nienawidzili — i nadal nienawidzą — ludzie źle życzący Polsce, to splot katolicyzmu i polskości, wiary i szlachetności polskiego charakteru, który ma źródło w rycerskiej przeszłości współczesnych Polaków. Przeszkadzała im — i przeszkadza nadal — polska historia, polska wiara — i polska kultura, z tej wiary i historii wyrosła. Przeszkadza to, że Polacy nie przestali być rycerzami walczącymi zawsze o większą sprawę. (Przypomnijmy, ile osób spontanicznie nazywało prezydenta Kaczyńskiego, po jego tragicznej śmierci, „Małym Rycerzem”). Przeszkadza dziedzictwo szlacheckiej tradycji, o które potykamy się na każdym kroku. (I tak groteskowo, na jego tle, wyglądają ci, którzy się pod tę tradycję podszywają, w istocie ją depcząc, choćby nawet nosili historyczne nazwiska!). Przeszkadzają ci, którzy, jak mówił Wańkowicz, „są niezdolni do ułatwiania sobie życia, tam gdzie się nie godzi”, zostali bowiem w takiej atmosferze wychowani i całe życie „nieśli w swojej psychice przyciężki złom zasad”. Przyciężki, to fakt — i nie do odrzucenia.

Tu coś się unosi w powietrzu

Nie ma na świecie nic piękniejszego niż twarz człowieka, który przebacza lub prosi o przebaczenie. To piękno wywołuje nieraz skrytą zazdrość. Tajoną złość, nawet gniew. Dlatego tyle fałszywych oskarżeń wzbudził List biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku. Ile było wykrzykiwania o „sfałszowaniu historii”, reprezentowaniu „niemieckich interesów”, „zdradzie” (cytaty z dokumentów KC PZPR), tylko dlatego, że polscy biskupi wyciągnęli dłoń do pojednania z sąsiednim narodem. Znowu ci okropni Polacy, którzy okazali się prawdziwymi chrześcijanami! To się nie mogło podobać światu. Tak jak nie podobało się komunistom, którzy wprost skręcali się, by tylko rozbudzić w Polakach wzajemną wrogość i nieufność wobec „obcych”… Bo tyle pokory, czyli prawdziwej miłości do Boga, było w tym manifeście chrześcijańskiej wiary, miłości do Kościoła — i do polskości — naszych pasterzy.

Niewiele lat później ojciec Józef Maria Bocheński pisał w swoich Wspomnieniach, że jest z pochodzenia Niemcem, a jego przodek brał udział w Związku Jaszczurczym (Eidechsenbund), sprzysiężeniu przeciw Zakonowi Krzyżackiemu. Oto jego słowa:

Bardzo wielu Polaków jest pochodzenia niemieckiego, a wielu Niemców polskiego (…). Opowiadanie o jakiejś rasowej różnicy między Polakami a Niemcami jest wierutnym głupstwem.

Ojciec Bocheński dodaje z właściwą sobie przekorą:

Niemcy są po prostu gatunkiem Polaków, tylko jeszcze gorszym od nich i odwrotnie. Niemcy wydają co prawda od czasu do czasu bandycki podgatunek w rodzaju ówczesnych Krzyżaków i hitlerowców (…). Mój jaszczurczy przodek walczył z tym podgatunkiem. Obaj moi bracia [Aleksander i Adolf — EPP] i ja też.

Gdy prof. Tomasz Strzembosz mówi o wychowaniu harcerskim w czasie okupacji w Polsce, o tym, ze charaktery i postawy młodych ludzi kształtuje społeczeństwo jako całość, jego kultura, tradycje, obyczaj, wiara, i daje jako przykład wezwanie młodego poety Jana Romockiego, skierowane do jego rówieśników, do przebaczenia zbrodniarzom niemieckim i zwykłym służbistom wykonującym nieludzkie rozkazy, to jeszcze nie wie, że ten wers z wiersza żołnierza Polski Podziemnej:

Uchroń od zła i nienawiści,
Niechaj się odwet nas nie ziści…

nieznacznie zmieniony, usłyszeć można było w jednej z piosenek śpiewanej 45 lat później przez Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego. Podawany oficjalnie autor tych słów jest jednak inny. Nie ma polskiego nazwiska. Czyżby ukradł ten wers i przypisał sobie? (O czym zapewne Jacek Kaczmarski nie wiedział). Dlaczego miałby to robić? Bo to jednocześnie piękne i mądre. To wykwit polskiej, chrześcijańskiej duszy. Każdy chciałby to mieć. Bo to jedyny realny wał obronny przeciw barbarzyństwu…

Dlatego do naszej polskiej wigilii 2012 roku dorzućmy jeszcze jedną małą rzecz — dumę i wdzięczność Panu Bogu za to, że jesteśmy Polakami.

Ewa Polak-Pałkiewicz

1.A. Bliss Lane, Widziałem Polskę zdradzoną, Warszawa 2008. [↩]
2.A. Mickiewicz, Dziady, cz. III. [↩]
3.C. K. Norwid, Psalm wigilii. [↩]
4.K. Lanckorońska, Wspomnienia wojenne. [↩]
5.H. Sienkiewicz, Ogniem i mieczem. [↩]
Za: Ewa Polak-Pałkiewicz (22.12.2012)

http://www.bibula.com/?p=65522


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 27 gru 2012, 20:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Wojciech Wencel

Droga do Betlejem

Żeby odnaleźć życie, trzeba doświadczyć śmierci.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 51-52/2012

W mojej rodzinie na Pasterkę chodziło się piechotą – siedem kilometrów przez las. Po wieczerzy wszyscy śpiewali kolędy, a potem ubierali się w nadgryzione przez mole kożuchy i, żegnani szczekaniem psów, znikali w ciemności. Mężczyźni kilkakrotnie zatrzymywali się po drodze, wyciągali z kieszeni rogowe tutki i zażywali tabaki. Teraz już nie żyją albo są bardzo starzy. W lesie wylano asfalt, a w pobliskim jeziorze odbijają się światła dyskoteki. Tylko kościół parafialny w Szymbarku stoi, tak jak stał.

Wchodzili tuż przed północą i w milczeniu ustawiali się pod chórem. Wnętrze wypełnione było po brzegi ciałami omotanymi bawełną i poliesterem. Gołe żarówki pod sufitem rzucały żółtawe światło, w którym można było zobaczyć ludzkie oddechy. Dosłownie – zobaczyć, bo z nosów i ust obficie wydobywała się para. Mój dziadek Jan, którego nigdy nie widziałem, bo umarł, zanim się urodziłem, myślał o pozostawionej w domu butelce jałowcówki. „Przez kopne śniegi do Betlejem/ toczą się wozy – staje kolej/ i mroźny wiatr nad ludźmi wieje...”.

Rumuński historyk religii Mircea Eliade twierdzi, że „dla ludzi »pierwotnych«, jak również dla wszystkich społeczności przednowożytnych, świętość oznacza tyle, co siła, a ostatecznie także po prostu rzeczywistość”. Źródłem świętości na ziemi jest dla chrześcijan wcielenie się Boga w Jezusa Chrystusa. W Betlejem razem z Dzieciątkiem rodzi się więc rzeczywistość – co roku w noc wigilijną – celebrowana podczas milionów nabożeństw na całym świecie.

Moi zmarli bliscy wiedzieli, co robią, przemierzając drogę ukrytą w ciemnym lesie. Szli po siłę, poczucie sensu i – jak tracący pamięć mieszkańcy Macondo z powieści Gabriela Garcii Márqueza – po własne imiona. Dzięki adwentowym i bożonarodzeniowym rytuałom człowiek religijny potrafi – jak pisze Eliade – „przechodzić” ze zwykłego trwania w czasie do czasu świętego. Okres Bożego Narodzenia polega więc na zerwaniu temporalnej ciągłości, jest początkiem powtarzającego się co roku misterium zbawienia i bardziej należy do „wiecznego teraz” św. Augustyna niż do szarej codzienności. Czy naprawdę tak bardzo oddaliliśmy się od naszych przodków, że ta wędrówka wydaje nam się często jedynie obyczajem? Pogrążeni w świeckiej pseudorzeczywistości, przejrzyści jak bohaterowie telewizyjnych seriali, skąd weźmiemy siłę?

Popatrzmy na Mędrców ze Wschodu, którzy z początkiem Adwentu wyruszyli w swą tajemniczą podróż. O jej celu wiedzą niewiele. Idą za gwiazdą na niebie, dotkliwie odczuwając narastający chłód. „Zimną mieliśmy przeprawę,/ Akurat najgorszy czas w roku/ Na podróż, i taką długą podróż:/ Ścieżki głębokie i mroźna pogoda,/ Prawdziwa pełnia zimy” – czytamy w wierszu Thomasa Stearnsa Eliota. Nic dziwnego, że pielgrzymi głośno narzekają: z żalem wspominają „letnie pałace na wzgórzach”, które opuścili, brakuje im „jedwabistych dziewcząt, przynoszących sorbet”. Zmęczeni mijają kolejne „wrogie miasta, nieprzyjazne stolice i wioski brudne, ale drogie”. W uszach dźwięczą im głosy mówiące, że ich decyzja o opuszczeniu rodzinnych stron była szaleństwem.

Paradoks Bożego Narodzenia, które od dwóch tysięcy lat powtarza się w europejskiej kulturze, polega właśnie na tym, że przyjście na świat Chrystusa, przynoszącego śmiertelnikom zapowiedź życia wiecznego, dokonuje się w tradycyjnej porze snu i śmierci. „O dęby o gałęzie o czarne sztandary/ Mrozu śmierci i zimy podstępne fanfary” – pisze Jarosław Marek Rymkiewicz. W tym kontekście narodziny Zbawiciela są nieprzewidywalne, skandaliczne, wiążą z sobą dwa – wydawałoby się – sprzeczne wymiary. Dzieciątko w żłóbku, nad którym ciąży proroctwo Izajasza. Chrystus zdjęty z krzyża. Maryja przesuwa palce wokół zimnej czaszki. Zna każdą wypukłość kości, każdy szczegół skóry. Kołysze miłość swojego życia tak samo jak w Betlejem: „Lulajże, Jezuniu, moja perełko”... Tradycyjne Wigilie Polaków. W sybirskim baraku, ubeckim więzieniu, na emigracji, w stanie wojennym. Noc ciemna. Nikły płomyk świecy w oknie.

Trzej królowie z wiersza Eliota, by odnaleźć życie, muszą najpierw doświadczyć śmierci. Wiele lat po powrocie do swego królestwa jeden z nich wspomina: „Dokąd nas wiodły wszystkie te drogi – do/ Narodzin czy do Śmierci?/ (...) Widziałem narodziny i śmierć,/ ale myślałem, że różnią się; te Narodziny były dla nas/ ciężką i gorzką agonią, jak Śmierć, nasza śmierć”. Chodzi oczywiście o śmierć starego człowieka z jego próżnością, wygodnictwem, biznesplanem na własne życie i chęcią podobania się za wszelką cenę. Świadkom Chrystusa trudno jest już odnaleźć się „w starym porządku, z obcymi ludźmi, którzy czczą własnych bogów”. Droga do zimowego Betlejem oczyściła ich z dawnych przyzwyczajeń i nauczyła nieustannego wyrzekania się własnego „ja”. Kto nie czuje, że życie stawia mu opór, jest jak śnięta ryba niesiona przez prąd rzeki. Zdrowe zawsze płyną pod prąd, do źródeł.

Wypatrując betlejemskiej gwiazdy na niebie, życzę Państwu i sobie, żebyśmy głęboko przeżyli ten trudny, ukryty sens Bożego Narodzenia i po powrocie z Pasterki do domów nie bali się już codziennego umierania z Chrystusem. Ktoś powie, że to wezwanie do cierpiętnictwa. Przeciwnie: to marzenie o wolności.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... lejem.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 31 sty 2013, 10:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Wojciech Wencel

Wasza ulica, nasza kamienica

Boże, błogosław powstańców za ich ducha, męstwo, wiarę, poświęcenie, zapał i krew, bez której bylibyśmy dziś fragmentem obcego imperium!

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 23 stycznia 2013

Karol Zbyszewski, enfant terrible londyńskich „Wiadomości Polskich”, ironizował w lipcu 1943 r.: „Kiedy Anglicy rozważają możliwości wygrania wojny, słyszy się: – Organizacja, pieniądze, transport, aprowizacja, wytwórczość, uzbrojenie... Od Polaków rozmawiających na ten sam temat dolatują słowa: – Duch, męstwo, wiara, poświęcenie, zapał, krew...”.

Zgrabnie napisane i do pewnego stopnia prawdziwe. Fałszywe są tylko wnioski wyciągane z tej dziejowej reguły przez kolejne pokolenia tzw. realistów, głównie endeckiej proweniencji, dla których wszystkie nasze powstania zbrojne są „totalną głupotą”. Postrzegają oni powstańczych dowódców jako porywczych watażków bądź jako nieudaczników bujających w obłokach, ewentualnie jako ofiary obu tych przypadłości. Ogólnie polski romantyzm wydaje im się skutkiem wyimaginowanych wad narodowych. Że niby Polak prędzej działa, niż myśli, że zawsze jest skłonny do bitki i do wypitki, i że gardzi podstawami strategii i logistyki, licząc wyłącznie na pomoc Najświętszej Panienki. Bodaj najbardziej oczywistym przykładem zbiorowego szaleństwa jest dla „realistów” powstanie styczniowe.

Paradoks polega na tym, że w takim rozpoznaniu nie ma za grosz realizmu. Ani słowa o warunkach geopolitycznych, cisza o potencjale zbrojeniowym i dyplomatycznym. Jest tylko infantylne przekonanie, że gdyby Polacy przestali powtarzać „duch, męstwo, wiara” i skupili się na „organizacji, pieniądzach, transporcie”, w mig uzyskaliby wszystko, czego w różnych momentach swojej historii pragnęli: niepodległość, silną gospodarkę oraz lojalność sojuszników. Jednym słowem, „realiści” proponują nam wielki seans psychoanalityczny, który raz na zawsze wyleczy naród z romantycznych uniesień. Nie przyjdzie im do łepetynek, że te romantyczne uniesienia równoważą niedobór środków, którymi swobodnie mogą dysponować militarne i dyplomatyczne potęgi. I że neutralizują skutki naszego położenia na mapie między Niemcami a Rosją. To nie efekt czyjegoś zapalczywego „widzimisię”, lecz reakcja wspólnotowego instynktu samozachowawczego, dzięki któremu Polska nieustannie się odradza.

Od początku zaborów Najjaśniejsza Rzeczpospolita jest jak kamienica zawłaszczona przez możnych tego świata i co pewien czas wystawiana na przetarg. Sęk w tym, że lokatorzy, z którymi nabyto budynek, nigdy nie pogodzili się z utratą swojej własności. W końcu XVIII w. i w ciągu XIX w. kilkakrotnie próbowali wygnać butnych zarządców. Gdy zdrajca Wielopolski prowadził pragmatyczną grę z bestią, Wolni Polacy rzucali demonowi prosto w owłosioną mordę: „Chcesz zdurzyć nas, oszukać świat chcesz czule,/ Plujem ci w twarz za morze twoich łask,/ Amnestyą twą obwiniem nasze kule,/ Odpowiedź da huk strzelby, kurków trzask”. Gdyby nie zbrojny wysiłek powstańców, temat odzyskania niepodległości byłby dawno zamknięty. Administratorzy uznaliby się za właścicieli kamienicy. Opanowaliby ją w całości i żaden Piłsudski by jej dla nas nie odzyskał.

Szczególną świadomość trudności, wiążących się z inwestowaniem w polską kamienicę, mieli w 1939 r. Niemcy i Sowieci. Jedni i drudzy postanowili rozwiązać problem przez eksmisję i eksterminację prawowitych właścicieli. Niewiele to dało, bo Polacy zeszli do piwnic, gdzie zbudowali struktury podziemne o sile porównywalnej z regularną armią. Świadectwo własności przechowali w księdze wieczystej emigranci, a na grobach ofiar Katynia, powstania warszawskiego i Żołnierzy Wyklętych wyrosły nowe pokolenia Wolnych Polaków. Część z nas obudziła się w epoce Solidarności, część budzi się dzisiaj, by w momencie kolejnego zagrożenia polskiej suwerenności upomnieć się o własne państwo.

Boże, błogosław powstańców za ich ducha, męstwo, wiarę, poświęcenie, zapał i krew, bez której bylibyśmy dziś fragmentem obcego imperium! I chroń nas od „realistów”, skłonnych układać się z bestią w imię zachowania cywilizowanych standardów dyskusji, respektowania wyników wyborów albo szacunku dla skorumpowanych urzędów. Nawet jeśli cała ulica milczy, pogodzona z polityczną poprawnością, w naszej kamienicy musi być głośno. Musimy wciąż wołać: „Tu jest Polska!”, żeby uczestnicy przetargu wiedzieli, co ich czeka, gdy zapragną przekroczyć nasz próg i zostać na dłużej.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2013 ... enica.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 01 lut 2013, 11:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Aerolit napisał(a):
Karol Zbyszewski, enfant terrible londyńskich „Wiadomości Polskich”, ironizował w lipcu 1943 r.: „Kiedy Anglicy rozważają możliwości wygrania wojny, słyszy się: – Organizacja, pieniądze, transport, aprowizacja, wytwórczość, uzbrojenie... Od Polaków rozmawiających na ten sam temat dolatują słowa: – Duch, męstwo, wiara, poświęcenie, zapał, krew...”.


I racja i jej brak, bo cóż znaczy angielskie „organizacja, pieniądze, transport, aprowizacja, wytwórczość, uzbrojenie” wobec polskiego „duch, męstwo, wiara, poświęcenie, zapał, krew…”. To angielskie jest potrzebne, ale bez tego polskiego nic się nie wskóra. Polacy z Anglikami nie mieli zbyt wielu okazji aby się zmierzyć, ale np. w bitwie pod Fuengirolą ok. 400 słabo uzbrojonych Polaków, przegnało na cztery wiatry 4000 Anglików wspieranych tysiącem Hiszpanów, dzięki…. właśnie dzięki duchowi, męstwu, wierze, poświęceniu i zapale.
viewtopic.php?f=5&t=1874

A pod Albuerą niespełna 600 polskich lansjerów rozbiło wytwornie uzbrojoną elitarną jednostkę bojową, doskonale usadowioną na polu bitwy, której francuska zorganizowana, wyposażona i liczna armia nie była w stanie pokonać.
Anglików było 1600, Polaków tylko 600.
viewtopic.php?f=5&t=41&start=15

A bitwa pod Węgrowem w Powstaniu Styczniowym.....
viewtopic.php?f=5&t=730&p=94658#p94658


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 01 lut 2013, 13:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
Polacy są najbardziej pacyfistycznym narodem na Ziemi, a jednak nikt nie ma tylu efektownych zwycięstw na polach bitew, w których wygrywaliśmy mimo ogromnej przewagi wroga, kilkukrotnej, a nawet dziesięciokrotnej. Bijaliśmy w ten sposób i Turków, i Tatarów, i Moskali, i Szwedów, i Niemców. Za wojen napoleońskich przekonali się też Anglicy, że Polacy na polu walki potrafią dokonywać rzeczy, które każdy myślący człowiek z góry uzna za niemożliwe. Te efektowne zwycięstwa odnosiliśmy tylko wtedy, gdy głęboko wierzyliśmy w zwycięstwo. Tam, gdzie ocenialiśmy sytuację wedle sił i środków, bywało różnie, ale gdy opanował nas Duch, męstwo, wiara, poświęcenie, zapał, krew..., wtedy bez względu na przewagę wroga, rozbijaliśmy go w puch i pył.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 06 mar 2013, 08:14 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
BOHATEROWIE POWSTANIA STYCZNIOWEGO - NAD NAMI ORZEŁ BIAŁY

Boży artyści

Barbara Wachowicz

Obrazek
Ludomir Benedyktowicz miał 19 lat, gdy utracił w bitwie obie ręce ucięte przez Moskali (FOT. ARCH.)


W zakopiańskim klasztorku albertyńskim na Kalatówkach stoi kosz chleba – każdy może wziąć okruch, pożywić się. Wedle przesłania świętego Brata Alberta: „Powinno się być dobrym jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli głodny…”.

Karmimy się tym chlebem pamięci o jednej z najpiękniejszych postaci wśród naszych świętych. W XXI wieku, gdy w Polsce rosną szeregi bezdomnych, opuszczonych – szary habit Brata Alberta lśni jak gwiazda nadziei i wiary w człowieka.

„Na pole chwały i zwycięstwa”

Na warszawskich Powązkach skromny nagrobek kryje prochy „najgodniejszego człowieka, najlepszego męża i ojca”, który „żył jak dobry chrześcijanin”. Ów „pomnik żalu i wdzięczności” położyli Wojciechowi Chmielowskiemu żona i trzech synów. Jeden z nich – Adam, miał wówczas lat 7. Matkę – Józefę z domu Borzysławską, pełną delikatności i pogody, utracił, mając lat 13. I już nigdy nie zazna radości posiadania spokojnego gniazda rodzinnego. Urodził się przyszły święty 26 sierpnia roku 1845 w miejscowości Igołomia na ziemi krakowskiej. Listy jego rodziców, które zachowały się we fragmentach, mówią o tym, jak bardzo kochająca się i piękna była to rodzina. Dumny ojciec pisał o maluchu: „Śliczny dzieciak, tak jest ładny, kto go tylko zobaczy, to każdy powiada, że podobnego dziecka, tak ładnego jeszcze nikt nie widział”. Matka dodaje w liście do teściowej: „Wnuczek rośnie, zupełny ojciec z podobieństwa, aby tylko i charakter miał tak piękny”. Ochrzczono Adasia w kościele Najświętszej Maryi Panny w Warszawie. Piękna legenda mówi, że rodzice zaprosili żebraków sprzed kościoła, aby wraz z rodzicami chrzestnymi trzymali chłopca do chrztu, by w ten sposób Niebo zesłało mu „błogosławieństwo ubogich”.

Miał lat 16, gdy rozpoczął studia w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. Stamtąd z grupą przyjaciół dowodzoną przez niespełna dwudziestoletniego Leona Frankowskiego wychodzi Adam Chmielowski w bitewne pola Powstania Styczniowego. Z uniesieniem czytali Manifest: „Rząd Twój Narodowy wzywa cię na pole walki już ostatniej, na pole chwały i zwycięstwa, które ci da i przez imię Boga na niebie dać przysięga. Wolność Twoją, Niepodległość Twoją zdobędziesz wielkością takiego męstwa, świętością takich ofiar, jakich Lud żaden nie zapisał jeszcze na dziejowych kartach swoich”.

Niestety, ich bohaterski dowódca Frankowski, ciężko ranny w bitwie na Lubelszczyźnie, dostał się do niewoli i został przez Moskali rozstrzelany. Ocalona grupka studentów – puławiaków, przedarła się w Góry Świętokrzyskie. Adam Chmielowski znalazł się w kawalerii dowodzonej przez młodego i bardzo dzielnego rotmistrza Jana Prendowskiego. Zachowały się barwne wspomnienia, którymi późniejszy Brat Albert powracał do tamtych dni. Opowiadał, jak został wysłany z ułanami w przedniej straży. „Była straszna odwilż i mgła. Konie były schlastane błotem i okrutnie zmordowane. Droga wiodła przez wrzosowiska. I oto nagle pokazała się wielka szpica kozacka. (…) No i zaczęło się kotłowanie. Moja klacz była narowista i akurat się jej zachciało stać. A tu leci na mnie pięciu kozaków i wrzeszczy: ’Nie ujdiosz!’ I z dzidami na mnie. W jednej chwili o małom z konia nie zleciał, bo się ze mną siodło przekręciło (…) Oganiam się kozakom szablą, jednak mnie już kilka razy dziabnęli lancami tak, że burka spadła”.

Na szczęście tym razem Adam Chmielowski jeszcze uszedł cało. Weźmie udział w jednej z najkrwawszych bitew Powstania Styczniowego stoczonej 24 lutego 1863 roku pod Małogoszczą na Kielecczyźnie. Od tej bitwy zaczynają się wstrząsające stronice „Wiernej rzeki” Stefana Żeromskiego: „Leżeli w kilkuset tworząc w zmierzchu rannym białą górę – podobijani, gdy padli z ran, roztrzęsieni na bagnetach, przybici sztychem oficerskiej szpady, porozgniatani przez pędzące koła armat”. Adama Chmielowskiego wśród nich na szczęście zabrakło. 18 marca znalazł się w szeregach powstańców walczących w lasach pod miejscowością Grochowiska, nieopodal Buska-Zdroju. Przydzielony do oddziału żuawów dowodzonego przez Francuza François de Rochebrune’a pełni funkcję tłumacza, wozi meldunki i rozkazy do szefa sztabu i uczestniczy w dramatycznych zmaganiach do końca. Do dzisiaj w lesie pod Grochowiskami jest mogiła powstańcza. I znowu z tej krwawej rozprawy Adam Chmielowski wychodzi obronną ręką. Niestety, dowodzący powstańcami Marian Langiewicz opuszcza swoich żołnierzy. Wojsko ulega rozproszeniu. Chmielowski dostaje się do austriackiej niewoli. Siedzi w lodowatych lochach twierdzy Ołomuniec. Ucieka stamtąd w przebraniu austriackiego wojaka. Pomaga mu czeski ksiądz, który ofiaruje ubranie, żywność, pieniądze. I Adam Chmielowski wraca do powstania. Tym razem trafia do oddziału pułkownika Zygmunta Chmieleńskiego, walczącego na Kielecczyźnie, o którym entuzjastycznie pisze kronikarz powstania noszący pseudonim „Płomień”: „Gdy oko szafirowe się zaiskrzyło, gdy głosem głośnym i donośnym, czystym, a dźwięcznym zaczął przemawiać, poznałeś siłę, energię i przeczułeś niezłomność jego charakteru i męstwo. Podkomendni kochali go”. Jego oddział prezentował się świetnie. Białe sukmany, konfederatki różnokolorowe i długie, szare burki na słotę. Uzbrojenie – jak na powstańców – mieli doskonałe. Zygmunt Chmieleński prowadził swoich powstańców brawurowo i znaczył pola bitew o nazwach jakby wziętych z książek Żeromskiego: Złoty Potok, Rudnik, Ciernie. 30 września 1863 roku dochodzi do bitwy pod wsią Mełchów. Mamy dokładny opis wydarzenia zawarty w relacji księdza Czesława Lewandowskiego, któremu udało się zebrać wspomnienia powstańcze Brata Alberta: „Wśród grozą przejmujących, świszczących kul, koń Adama mimo spięcia ostrogami, dalej iść nie chciał. ’Przeżegnaj się!’ – słyszy Adam głos w duszy. Na to zuchwały młodzieniec odpowiedział sobie: ’Skorom się przedtem z pobożności nie modlił, to teraz ze strachu nie będę się żegnał’ i podjechał na pagórek do swego wodza, a stanąwszy obok niego zawołał: ’Czekam na rozkazy’. Chmieleński zaś patrząc na przebieg bitwy odpowiada krótko: ’Czekaj’ (…) Nareszcie wódz dał rozkaz Adamowi. Powraca teraz z pagórka na dół. Wtem jak piorun z jasnego nieba pada pod konia Adama granat rosyjski i pękając ze straszliwym łomotem, rozszarpuje konia i potężny odłam granatu z całą siłą uderzając w obcas buta Adama, wyrzuca zemdlonego z siodła na ziemię”. Jest tylko jeden ratunek – natychmiastowa amputacja, której dokonuje bez znieczulenia lekarz wojskowy.

We „Wspomnieniach obozowych” towarzysze broni tak opisują Adama Chmielowskiego: „Ubył z szeregów będąc ciężko rannym podoficer drugiego plutonu kawalerii Chmielowski, zacny i godny młodzieniec, a do tego dzielny żołnierz, którego wszyscy lubili”. „Nieodżałowaną ponieśliśmy stratę w osobie Chmielowskiego, który swą wesołością i zapałem ożywiał w najsmutniejszych chwilach cały obóz”.

Istnieją barwne legendy opowiadające, w jaki sposób udało się Adamowi Chmielowskiemu uciec z więziennego szpitala. Podobno został wykradziony w trumnie… W każdym razie udało mu się wydostać z moskiewskich łap i znalazł się w Paryżu. Zachowało się pismo Chmielowskiego adresowane do Komitetu Francusko-Polskiego w Paryżu z 31 maja 1864 roku: „Walczyłem o niepodległość mojej Ojczyzny pod rozkazami i w oddziale pułkownika Chmieleńskiego. Dnia 1 października 1863 roku zostałem ciężko ranny pod Mełchowem, gdzie straciłem lewą nogę. (…) Znalazłem się obecnie bez środków do życia…”. Za otrzymaną zapomogę Adam Chmielowski sprawił sobie protezę, która była podobno na owe czasy ostatnim szczytem osiągnięć ortopedii. W każdym razie wiadomo, że mógł nie tylko swobodnie chodzić, lecz także tańczyć, a nawet jeździć na łyżwach, o czym opowiadają liczne wspomnienia poświęcone Chmielowskiemu z bardzo ciekawej i znaczącej w jego życiu, a także w historii malarstwa polskiego, epoce studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Tam spotkał tego, który stanie się jego przyjacielem od serca – Maksymiliana Gierymskiego, genialnie utalentowanego. Wśród malarskiej braci jest także Józef Chełmoński i Ludomir Benedyktowicz – którego co prawda znakomity biograf Gierymskiego Maciej Masłowski nazywa „chudopachołkiem sztuki”, ale jest to jedna z najniezwyklejszych postaci – malarz bez rąk, utraconych w Powstaniu Styczniowym.

„Słońce nasze”

W swej autobiografii przedstawiał się tak: „Ludomir Ludwik Dominik Benedyktowicz herbu Bełty, syn Piotra i Marii z Ruszczewskich, urodzony 5 sierpnia 1844 roku we wsi szlacheckiej Świnary, w parafii Mąkobody, powiecie siedleckim, województwie podlaskim”. Od lat pacholęcych marzył, by zostać malarzem. Ani się śniło ojcu – sarmacie, ziemianinowi, zezwolić na artystyczne fanaberie syna. Ludomir musiał zacząć studia w Instytucie Leśnictwa w Broku nad naszą piękną podlaską rzeką – Bugiem. Miał 19 lat, kiedy wybuchło Powstanie Styczniowe. Przydała się świetna znajomość podlaskich borów. Walcząc w oddziale Celnych Strzelców, był nieocenionym przewodnikiem i wywiadowcą. 14 marca 1863 roku, osłaniając odwrót towarzyszy broni, otoczony przez sotnię kozaków, samotnie ostrzeliwuje się do momentu, gdy kula gruchocze mu lewe przedramię. Gdy zasłania się – padając – kozak ucina mu prawą dłoń, by nie utrzymała już nigdy broni przeciw miłościwie panującemu carowi moskiewskiemu.

Nieprzytomnego z pobojowiska uwozi dziedziczka sąsiedniego dworu w Kaczkowie, pani Nepomucena Sarnowiczowa, która pokocha tego chłopca powstańca jak rodzonego syna. Świadczy o tym jej piękny list do Ludomira, oddający wstrząsającą atmosferę tamtych tragicznych, krwawiących dni. 17 czerwca 1870 roku pisze doń z kraju dzieciństwa i walki Ludomira: „Synu mój ukochany, com czuła przebywając tę drogę, którąś Ty jechał po raz ostatni, konający pod ciężarem strasznego Twego krzyża. Zielone drzewa stały wówczas przed sennym Twym okiem, ich sen zimowy jeszcze wróżył Ci może wieczne spanie… Odwiedziłam też wierzbę, której korzenie krew Twoją wypiły, rośnie wesoło… Niezapominajki, pierwsze w tym roku, znalazłam w miejscu, gdzieś tu niegdyś leżał, mówiły mi od Ciebie, mój drogi: Pamiętam! I bądź błogosławiony ukochany mój, dziecko moje…”. Powstańczy lekarz przeprowadził operację bez znieczulenia, amputując Ludomirowi lewą rękę powyżej łokcia i kikut prawej ponad nadgarstkiem. Wydawało się, że chory nie przeżyje tej operacji, tym bardziej że dosięgła go wieść o konfiskacie majątku za jego udział w powstaniu, co ojciec przypłacił życiem. Ileż hartu i siły trzeba było, aby się dźwignąć i wbrew wszystkiemu zostać malarzem. Wydaje się, że obu powstańcom, i Adamowi Chmielowskiemu, i Ludomirowi Benedyktowiczowi, całe życie przyświecało motto: „Im trudniejsza walka, tym świetniejsze zwycięstwo”.

W Muzeum Niepodległości w Warszawie można zobaczyć ów przyrząd, którym Benedyktowicz posługiwał się przy malowaniu. Przytwierdzał go rzemykami do ramienia i umieszczał w nim zestaw pędzli. Monachijskie lata to czas kształtowania się obu artystów w tym niezwykłym gronie niezwykłych przyjaciół. Adam Chmielowski i Ludomir Benedyktowicz cieszą się przyjaźnią Juliusza Kossaka i Stanisława Witkiewicza. Ten mistrz nie tylko pędzla, lecz także pióra, wspominając monachijską „malarię”, pisze o Adamie Chmielowskim: „Człowiek, który na całą grupę wywierał wpływ szczególny, którego umysł głęboki i logiczny wcześniej niż czyjkolwiek dotarł do najsłuszniejszych pojęć o sztuce i jej stosunku do ludzkiej duszy. (…) Posiadał nadzwyczajny talent kolorystyczny (…), zdanie jego było rozstrzygającym, a rada udzielana kolegom bezwzględnie słuszną i skuteczną”. Leon Wyczółkowski stwierdza: „Chmielowski wodził rej. Wywierał na nas ogromny wpływ. Był najpierwszym wśród nas kulturą, wiedzą, charakterem, a kto wie, czy nie talentem. (…) Umiał mówić o sztuce tak, jak żaden z nas. Jego ogromna erudycja, a jednocześnie świeża i bystra obserwacja pozwalała na formułowanie sądów”.

Bardzo w swych sądach ostry i bezkompromisowy, znakomity znawca epoki impresjonizmu, a przywoływany już Maciej Masłowski, w swym monumentalnym dziele „Maksymilian Gierymski i jego czasy” kategorycznie neguje „wyssane z papieru” twierdzenie, że „Chmielowski, wielki kolorysta, był kiepskim rysownikiem. To jest do gruntu błędne. Jego obrazy temu przeczą. Widać w nich prawdziwą pełnię środków malarskich, widać, że czuł formę i rysunek równie dobrze jak kolor…”.

Był do końca życia niezłomnie oddanym przyjacielem Maksa Gierymskiego i odprowadził go na wieczny spoczynek, gdy nieubłagana gruźlica przecięła nić życia tego wielkiego malarza.

Ludomir Benedyktowicz umiał nie tylko malować, posługując się swoim żelaznym przyrządem, lecz także potrafił, umieściwszy tam pióro, z pasją bronić geniuszu Gierymskiego, atakowanego przez warszawskich niby-krytyków. W pięknym eseju analizuje z zachwytem pejzaże Gierymskiego, pełne prostoty i prawdy, nazwie go celnie „mistrzem krajobrazu”. Przypomnijmy, że wielki Maksymilian jest także powstańczym towarzyszem broni Chmielowskiego i Benedyktowicza. Ludomir opisuje jego sławną „Pikietę”, oczywiście ze względu na cenzurę w subtelny, aluzyjny i jakże świetny literacko sposób. „Oto szeroki, piaszczysty gościniec, gdzieniegdzie drzewinka świeci siwą koroną gałązek. Niebo jeszcze niepewne rzuca odblaski. Na środku drogi kilku konnych ludzi… Ale nie każdy zrozumie ten obrazek, bo nie ma tam błękitów, zielonych gajów pomarańczowych, ani ruin, ani pałaców, ale prosta, polska równina i szaro świecące słońce nasze…”.

Powrócili wszyscy pod nasze słońce. Adam Chmielowski we wrześniu 1880 roku napisze: „W myślach o Bogu i przyszłych rzeczach znalazłem szczęście i spokój, którego daremnie szukałem w życiu”. W tej epoce tak widzi go ojciec Czesław Bogdalski: „Oczy spokojne, łagodne i jak niebo błękitne. Zachowanie zniewalające, pełne przedziwnej słodyczy i ujmującej prostoty. Serce miał złote i wszelkie rodzaje ludzkiej niedoli odczuwał”. 25 sierpnia 1887 roku artysta malarz, wytworny intelektualista, wkłada habit zakonu świętego Franciszka. Staje się bratem wszystkich nędzarzy, żołnierzem Bożym i – jak nazwie go w swym dramacie Karol Wojtyła – „Bratem naszego Boga”.

Znamienne jest, że o nich obu – o Bracie Albercie i o Ludomirze Benedyktowiczu – napisze bardzo pięknie Stefan Żeromski.

„Kochać, co rodzinne i piękne”

Ludomira spotyka Żeromski w Krakowie, gdzie malarz bez rąk założył rodzinę. Ślub ze śliczną Marią Skalską poprzedzają wydarzenia dramatyczne. Oto na Zaduszki roku 1874 stęskniony za rodzinnym Podlasiem Benedyktowicz jedzie, by pomodlić się nad utajonymi w lasach mogiłami poległych przyjaciół. Z tej wyprawy zrodzi się jego obraz „Grób Powstańca” i mroczne miesiące więzienia. Bo chłopi, ujrzawszy Ludomira, który uchodził w swych rodzinnych stronach za poległego, rzucili się do całowania jego okaleczonych dłoni z płaczem i błogosławieństwami. Moskale uznali to za akt groźnej agitacji i uwięzili malarza w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wspominał potem, że oszalałby w samotnej celi, gdyby nie to, że powtarzał sobie ciągle strofy Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”. Uwolniony, w roku 1876 poślubia bardzo piękną pannę, która stanie się dlań muzą, natchnieniem, pielęgniarką, modelką i matką sześciorga udanych dzieci.

Benedyktowiczowie klepią biedę. Jak napisze Ludomir z goryczą, nie ma w Polsce mecenasów, którzy kupując obrazy polskich malarzy, daliby szansę życia w kraju „tej garstce ludzi, którzy uczą czuć i kochać, co rodzinne i piękne”. Piękna pani Benedyktowiczowa, by podreperować wiecznie chudą kiesę, wynajmuje pokoje. Do jednego z nich wprowadza się chmurny młodzian z czarną brodą. Nazywa się Stefan Żeromski.

W liście do narzeczonej z lutego 1892 roku pisze o swym gospodarzu – Ludomirze Benedyktowiczu: „Ma śliczny głos, a że pracownia jego mieści się tuż obok – słyszę co dzień, jak śpiewa przy pracy”. Odwiedziwszy pracownię tego malarza bez rąk, jest urzeczony promienną atmosferą i podziwiając pejzaże ciepłe w tonacji i pogodne jak ich autor, Żeromski wzdycha: „Cóż bym dał za to, żeby umieć malować”.

Niewiele niestety ocalało ze spuścizny Ludomira Benedyktowicza, ale ostały się studia drzew polskich – małe arcydzieła. Doczekał żołnierz Powstania Styczniowego wolnej Polski. Odzyskanie niepodległości przeżył we Lwowie, mieście z lwem w sercu i herbie. Przeżył tu też dni walki Orląt o wolność i poświęcił im jeden ze swych ostatnich wierszy, który mógłby także zadedykować swoim towarzyszom broni z powstania:



Promienny chwałą

– czyn waszego męstwa

Będzie poświęceń wzorem

i zachętą

A grób wasz każdy

– jako znak zwycięstwa

Drogim klejnotem

i relikwią świętą! Ludomir Benedyktowicz spoczywa na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, w gronie swych najbliższych.

W „Nawracaniu Judasza” z cyklu „Walka z szatanem” Stefan Żeromski nakreślił przepiękną sylwetkę „Brata – przewodnika” wspartego o sztuczną, żelazną nogę, „nadzwyczajnego artysty”, który „swój artyzm bez żalu odrzucił, by poświęcić się miłości Boga i człowieka”.

Brat Albert – opatrzność biedaków – odszedł z tego świata w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia roku 1916. Na jego grobie umieszczono napis: „Wierny Sługa Boży/ Ojciec ubogich i nędzarzy/ Założyciel braci i sióstr III Zakonu Św. Franciszka/ Walczył za Ojczyznę 1863 r./ Niech spoczywa w pokoju”.

W 1989 roku Papież Polak włączył Brata Alberta w poczet świętych. Jego prochy spoczęły w krakowskim sanktuarium Ecce Homo Świętego Brata Alberta. Taki tytuł nosi najsławniejszy obraz Brata Alberta cudem odzyskany ze Lwowa i ukazujący – jak napisze Żeromski – „krzyk o męce Chrystusa”, świadectwo, „czym jest pokazanie świętości na ziemi”. Wizerunek Chrystusa na tym obrazie jest jak z modlitwy Brata Alberta: „Królu niebios, królu cierniem ukoronowany, ubiczowany, w purpurę odziany, Królu niebios znieważony i oplwany, bądź Królem i Panem naszym, tu i na wieki. Amen”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/25884,bozy-artysci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 04 kwi 2013, 06:49 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Wielkie idee dla wielkiej Polski

Dr Robert Kościelny historyk

Naród polski do wolności urodzony, wolności przyuczony, woli przyjść na hak ostatni [umrzeć w mękach – przyp. R.K.], niż karki swe swobodne, od wielu set laty, jarzmu tureckiemu podać” – mówił przed wezyrem Stanisław Żórawiński, kasztelan bełski, poseł z oblężonego przez przeważające siły turecko-tatarskie Chocimia w 1621 roku. Pan kasztelan wyraził w ten sposób przed satrapą wartość, której Polska była obrończynią – wolność. Oraz – w kontekście sytuacji: wojsko polsko-litewskie w sojuszu z Kozakami broniło Chocimia, bramy do Rzeczypospolitej, bramy do chrześcijańskiej Europy – wskazał na drugą, nie mniej ważną: wiarę chrześcijańską.

Później był drugi, już bezapelacyjnie zwycięski dla nas, Chocim i wiktoria wiedeńska. A jeszcze później: Cud nad Wisłą. A już zupełnie niedawno cudowny rok 1980. Za każdym razem byliśmy murem broniącym Europę przed barbarzyństwem cywilizacji śmierci, kultem niewoli.

U źródeł wielkiej Polski

Byliśmy wielcy, kiedy nieśliśmy sąsiadom te dwie potężne idee: wiarę i wolność. Chrystianizacja Litwy, przeprowadzona w duchu nauk głoszonych w Konstancji przez księdza Pawła Włodkowica, a nie krzyżackiej praxis; władztwo Jagiellonów budowane w Europie Środkowo-Wschodniej: Polska, Litwa, dzisiejsza Białoruś, Ukraina, w Czechach i na Węgrzech oraz Chorwacji, z poszanowaniem praw i jestestwa narodów, wynikającym z polskiej myśli i praktyki politycznej; Unia z Litwą, na zasadzie wolni z wolnymi, równi z równymi; próba podobnej unii z Moskwą na początku XVII w.; Akademia Wileńska utworzona przez króla Stefana z myślą niesienia wiary katolickiej do Skandynawii, a kultury łacińskiej na Wschód (łącznie z Chinami).

Za panowania monarchów elekcyjnych: Władysława IV oraz Jana III Sobieskiego, byliśmy natchnieniem i nadzieją dla podbitych przez islam chrześcijańskich narodów Bałkanów, w których pamięci zapisał się nasz Warneńczyk – syn Władysława Jagiełły. Z nadzieją patrzyły na nas ludy Europy, gdy w powstaniach narodowych, podejmowanych również za wolność naszą i waszą, naruszaliśmy ówczesną „europejską politykę spójności”, gwarantowaną przez dyktat mocarstw: Rosji, Prus, Austrii.

Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela

„Niebezpieczny i prowokacyjny dokument” – miał powiedzieć Leonid Breżniew, przywódca komunistów sowieckich i rządzących w Polsce z bolszewickiego nadania członków tzw. PZPR (tzw., bo przypomnijmy, co wówczas mówiono o „przewodniej sile”: nie jest ona ani polską, ani zjednoczoną, ani partią, ani robotniczą) – o „Posłaniu do ludzi pracy Europy Wschodniej” uchwalonym 8 września 1981 r. na I Krajowym Zjeździe Delegatów NSZZ „Solidarność”.

„Delegaci zebrani w Gdańsku na I Zjeździe ’S’ przesyłają robotnikom Albanii, Bułgarii, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Węgier i wszystkich narodów ZSRR pozdrowienia i wyrazy poparcia […].

Naszym celem jest walka o poprawę bytu wszystkich ludzi pracy. Popieramy tych z Was, którzy zdecydowali się wejść na trudną drogę walki o wolny ruch związkowy. Wierzymy, że już niedługo wasi i nasi przedstawiciele będą mogli spotkać się w celu wymiany związkowych doświadczeń”.

W tamtym czasie domagać się wolnych związków dla ludzi pracujących w państwach deptanych przez komunistów było – dla funkcjonariuszy reżimów skupionych w tzw. Układzie Warszawskim – tym, czym dziś dla urzędników brukselskich oraz ich lokalnych pomagierów postulat nieskrępowanej manifestacji wiary chrześcijańskiej w krajach Unii Europejskiej albo swobodne wyrażanie opinii odnośnie do skali deprawacji i dewiacji rozsiewanych przez, hm… „osoby radosne”; a dla redaktorów mainstreamowych gazet, dajmy na to, lustracja i dekomunizacja.

Nic przeto dziwnego, że histerię, jaką rozpętali wówczas rodzimi dziennikarze propagandyści – z niejakim Rakowskim na czele – można jedynie porównać do tego, co działo się w III RP, gdy ci sami propagandyści oraz ich uczniowie, ogarnięci wścieklizną, zaczęli rzucać gromy na rząd Jana Olszewskiego za ujawnienie agentury esbeckiej w szeregach polityków oraz na Jarosława Kaczyńskiego za taką samą próbę, którą chciał przeprowadzić w odniesieniu do ludzi uważających się za elity.

Nie dziwi nic

Przedstawiciele narodów-adresatów „Posłania” nie spotkali się z jego nadawcami ani wówczas, ani po latach. W ogóle się nie spotkali. Po 1989 r. poprawą bytu ludzi pracy zajęli się macherzy polityczni, piewcy „europejskiej normalności”. Ludzi głoszących idee zawarte w dokumencie przyjętym przez I Zjazd „Solidarności”, w pookrągłostołowym rozdaniu, zabrakło. Do rangi symbolu urasta fakt, że pan Henryk Siciński, pomysłodawca „Posłania”, nie odegrał znaczącej roli po 1989 r., a pan Bogusław Śliwa, współredaktor tekstu, zmarł na emigracji w Sztokholmie w 1989 roku.

Dlatego również nie dziwi, że w Polsce, skąd wyszedł ruch wolnościowy, liczba niedożywionych dzieci „ludzi pracy” zbliża się do miliona. A większość rodzin, nie mając żadnych oszczędności, żyje praktycznie z dnia na dzień. Podobnych „zwycięstw” doświadczają obecnie pracownicy w państwach-adresatach „Posłania”. Choć nie wiem, czy już dochowali się nadętego buca z establishmentu, który u nas wysyła niedożywione dzieci „na szczaw”. Może nie – wszak tam nie było słynnej opozycji demokratycznej. U nas zaś była i wydała również takich synów, jak wspomniany osobnik. Albo inny, o którym bezpieczniej nie wspominać, bo silny wpływami i nagromadzonymi w III RP pieniędzmi ściga adwersarzy pozwami sądowymi, bluzgając na nich w kilkusettysięcznym nakładzie swej gazety.

Los Polski, czyli znów barany na czele lwów

Z takimi ludźmi na czele weszliśmy w wiek XXI. W czas o zmasakrowanym obliczu. Swoisty świat à rebours, w którym liberałowie cieszą się, że coraz bardziej ograniczana jest – przez regulacje i podwyższanie podatków – wolność gospodarcza oraz – poprzez nakładanie kagańca politpoprawności, norm i standardów europejskich, bo tak się dziś określa kajdany cenzury – wolność wyrażania poglądów. Tak zwani chrześcijanie demokratyczni wprowadzają legalizację aborcji, eutanazji i ustawy o związkach jednopłciowych, a socjaliści żyją, jak (dawniej) na burżujów przystało. W naszym kraju Umiłowani Przywódcy oraz przedstawiciele tzw. głównego nurtu mają podobne pomysły: przystosować się do większości, utrzymać na powierzchni brudnej wody, jaką stała się Unia Europejska. Sprzedać się za sowity jurgielt. Oto ambicje dzisiejszych samozwańczych elit – dulszczyzny nowego stulecia. Jeżeli nie powstaniemy z kolan dla wielkich idei, zostaniemy zamknięci w klatkach – my dla (dzikich) zwierząt, oni – w złotych.

Niedawno publikatory poinformowały, że na Wyspach Brytyjskich podniósł się rumor, iż należy ograniczyć napływ emigrantów, zwłaszcza z Polski – jesteśmy tam największą z mniejszości przybyłych do Anglii w poszukiwaniu chleba po 2004 r. – gdyż staliśmy się konkurencją dla Brytyjczyków w niskopłatnych zawodach. Zwróćmy uwagę – polska młodzież, energiczna, chętna do ciężkiej pracy, legitymująca się często wyższym wykształceniem, nie stanowi zagrożenia dla przyszłych angielskich prawników, lekarzy, naukowców, konstruktorów, menedżerów, ale dla typowych niewykwalifikowanych pracowników. Bo któż inny z tuziemców podejmie tam nieskomplikowaną, a ciężką i niewdzięczną pracę za stawkę minimum: na zmywaku, w szklarni, magazynie? Bo taką rolę, na poły niewolniczą, wyznaczono nam w sytych państwach Zachodu. Łaskawie dopuszczono do konkurencji na rynku pracy z ichnią tanią siłą roboczą. A i to – jak się okazuje – zaczęto uznawać za „dar” udzielony ponad „zasługi”.

Polacy, jeżeli chcą przetrwać jako Naród, godny wolnych protoplastów, nie mogą zapomnieć, jakie partie zgotowały nam ten los – kto mówił, że w Unii będzie jak w raju: ciepło, bezchmurne niebo, ożywczy wiaterek. A jeżeli deszcz, to – pieniędzy. Wszystkim tym politykom oraz partiom, z których wyrastają im nogi, Polacy, zwłaszcza młodzi, zmuszeni pracować znacznie poniżej swych kompetencji; nieważne: u obcych czy u swoich – powinni podziękować. Nie wiem, czy grzecznie, ale na pewno: stanowczo.

Wolni z wolnymi, równi z równymi

Polacy, jak wykazuje historia, mają dane im od przodków szlachetne zobowiązanie, wiano i drogowskaz na drogę życia, szczególnie przydatny w poplątanych czasach. Problem jest z przywództwem – dopóki barany stoją na czele lwów, będziemy widzami kolejnych przedstawień z udziałem przewodników przeciwstawnych stad – kto kogo bardziej spektakularnie wykiwa. Musimy się obudzić, zorganizować i wyłonić własne przywództwo, które byłoby zdolne podjąć zadania najambitniejsze. Idee największe. Z korzyścią dla nas i dla adresatów „Posłania” z 1981 roku.

Oczywiście wszelkiej maści Azjaci, neobolszewicy, genderyści, krótko mówiąc: współcześni bigoci, podniosą jazgot, że wariactwo, że mesjanizm, że skansen XIX-wieczny, że tandetna i pachnie naftaliną, a tu trzeba norm europejskich przestrzegać, pani Merkel się kłaniać, znać respekt przed Putinem carem, bo skończymy jak prezydent Lech Kaczyński.

Niech plotą farmazony dzisiejsi filistrzy, którzy nie są w stanie wyjść poza ramy swoich-nieswoich myśli-niemyśli. Cóż oni mogą dać twórczego światu? Związki homoseksualne? Radość z ustawienia się?

Mamy sobie i naszym braciom do zaoferowania dwie wartości: wolność i wiarę, czyli ten etos, w którym wszystkie na świecie narody czują się najlepiej. Mogą się rozwijać. Mogą żyć po swojemu. A przecież o zwycięstwo cywilizacji życia nam chodzi.

http://www.naszdziennik.pl/wp/28668,wie ... olski.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 05 kwi 2013, 23:43 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3127
Asindziej napisał(a):
Tam, gdzie ocenialiśmy sytuację wedle sił i środków, bywało różnie, ale gdy opanował nas Duch, męstwo, wiara, poświęcenie, zapał, krew..., wtedy bez względu na przewagę wroga, rozbijaliśmy go w puch i pył.
Dlatego przemyślnym działaniem naszych odwiecznych sąsiadofobów - wzięli kij i marchewkę i odciągają nasz pragnący spokoju i normalności naród od wiary, obronności i siły jaką daje wspólnota rodzinna. Umiejętnie każdemu wg jego upodobań podstawia się pod nos sny o zdobyciu piedestału na światowej arenie pacynek wciągając w spektakl aktorów i naiwną publiczność.

_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 06 maja 2013, 16:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Angielskie pióro – polskie serce

Podpora cywilizacji europejskiej, kraj kultywujący cnoty braterstwa, rycerskości i wielkoduszności, niezłomnie wierny katolickiej ortodoksji – to tylko niektóre opinie Gilberta Keitha Chestertona na temat Polski. Nasza ojczyzna zajmowała szczególne miejsce w sercu brytyjskiego pisarza, który swoimi poglądami mocno wpisał się w tradycję postrzegania Rzeczypospolitej jako Antemurale Christianitatis.

Polska w myśli G. K. Chestertona zajmowała miejsce szczególne, jako kraj niezłomnie wierny katolickiej ortodoksji. W ten sposób pełniła ona, zdaniem pisarza, rolę depozytariusza europejskiego dziedzictwa i prawdziwych wartości. Polacy cenili rodzinę, z urodzenia byli oddanymi ojczyźnie patriotami. Kultywowali zapomniane cnoty braterstwa, rycerskości i wielkoduszności. Nie toczyli wojen zaborczych, za to zdolni byli do nadludzkich poświęceń i nie szczędzili sił w obronie innych narodów oraz wspólnego dziedzictwa. Angielski pisarz dostrzegał bliskie podobieństwo między własnym krajem a Polską. Uważał, że Polska jest Anglii bardzo bliska mentalnie, jednak Anglia w okresie reformacji zbuntowała się przeciwko własnej tożsamości, Polska zaś przeciwnie – pozostała autentyczna. Znalazła się też w zdecydowanie gorszym położeniu geopolitycznym, tym bardziej więc, przez wierne trwanie przy prawdziwej wierze, pomimo uciemiężenia, potwierdzała heroiczność własnych cnót. Oba kraje rozumiały, że ich niezmiennym, wspólnym wrogiem są muzułmanie i barbarzyńcy, czyli cała zewnętrzna, mniej lub bardziej koczownicza anarchia z północy i wschodu – pisał Chesterton. Prawdziwi wrogowie Anglii byli zawsze wrogami Polski; lecz Polska ucierpiała dużo mocniej w tej samej bitwie, z tego prostego powodu, że przypadkiem leży na wschodzie, na samej linii frontu.

Wrogowie Polski – wrogami człowieczeństwa

Chesterton ze swymi poglądami o Polsce wpisywał się w tradycję postrzegania naszej ojczyzny jako Antemurale Christianorum. W tym duchu pisał, że Polska zawsze stawała do walki w obronie cywilizacji europejskiej. Broniła jej przed Tatarami i przed Turkami, nie oglądając się przy tym na korzyść własną. Kiedy Jan Sobieski rozpoczął wspaniałą szarżę polskich jeźdźców, która ratując Wiedeń, ocaliła przed Turkami całą Europę, nie zastanawiał się, czy Wiedeń nie posiada złych cech. Na temat złych cech Polski natomiast jej wrogowie nie szczędzili słów. Rzeczpospolita narażona była na nieustanną wrogość sąsiadów, którzy porzuciwszy prawdziwe chrześcijaństwo, stali się barbarzyńcami. Polska to, zdaniem Chestertona, kultura katolicka wepchnięta niczym nagie ostrze miecza pomiędzy bizantyńską tradycję Moskwy i pruski materializm. (…) Wiara katolicka stanowi najjaskrawszą różnicę pomiędzy Polakiem a bolszewikiem czy pruskim junkrem. Bolszewik wszak żywi nienawiść do chrześcijaństwa, Prusak zaś do prawdziwego rycerstwa.

Wrogowie Rzeczypospolitej nie tylko w haniebny sposób dokonali jej rozbiorów i czynili wszystko, by uniemożliwić jej odrodzenie się, ale dodatkowo zakłamywali historię. Odkryłem właściwie niezawodną prawdę, że wrogowie Polski byli zarazem wrogami wielkoduszności i człowieczeństwa. Kiedy jakiś człowiek lubował się w niewolnictwie, kochał lichwiarstwo, miłował terroryzm i całe rozdeptane błoto materialistycznej polityki, to zawsze okazywało się, że do tych afektów dodawał on także pasję nienawiści do Polski.
Rzeczypospolitej nie osądzano sprawiedliwie. W zachodniej opinii publicznej, w opinii brytyjskich kreatorów wielkiej polityki, Polska była państwem efemerycznym i sezonowym. Polaków ukazywano jako na wpół barbarzyński, zanarchizowany naród niezdolny do posiadania własnego państwa. Chestertona oburzało tego typu promowanie fałszywego wizerunku Rzeczypospolitej.

Narody zachodnie, zwłaszcza skomercjalizowane narody Anglii i Ameryki zawsze patrzyły na Europę Wschodnią przez okulary niemieckiego profesora. Owe diabelskie okulary czasem wyolbrzymiały Rosję, ale zawsze dezawuowały Polskę. Najgłębsze teutońskie złudzenia, nawet konfrontowane, umierają bardzo powoli. Patriotyczny Anglik jest wciąż zasadniczo nieświadomy, że z czterech żywionych przezeń przesądów trzy zostały mu wpojone przez niemieckiego szpiega.

Polska filarem bezpieczeństwa europejskiego

Angielski pisarz podkreślał, że ci sami ludzie, którzy wmówili Anglikom wiele kłamstw na temat Polski, wmówili im nie mniej kłamstw o wyższości narodu niemieckiego i jego szczególnych prawach, a w końcu rozpętali Wielką Wojnę.

Kłamstwa na temat Polski powtarzało wielu brytyjskich pisarzy i publicystów, a owe głęboko zakorzenione uprzedzenia przekładały się na realną politykę wobec dopiero co odrodzonego państwa polskiego, choćby w postaci skrajnie nieprzychylnej postawy premiera Davida Lloyda George’a podczas konferencji wersalskiej. Brytyjczycy nie chcieli zbytniego osłabienia Niemiec, tymczasem Chesterton uważał, że to nie Niemcy, a Polska powinna być filarem bezpieczeństwa europejskiego.

A czym innym jak nie wyrazem niechętnej polityki Zachodu względem Polski było pozostawienie jej samej na placu boju z bolszewizmem. Chesterton próbował wówczas obudzić sumienie Europy, usilnie wzywając Zachód do udzielenia Polsce pomocy.

Docierając do pewnego punktu, bolszewizm staje się sprawą każdego ochrzczonego i cywilizowanego człowieka. A dla nas tym punktem jest Polska. (…) Nie wierzę, by naród polski, który przetrwał niewolę trzech potężnych imperiów, mógł zostać ostatecznie pogrążony przez jedną tymczasową anarchię. Jednakowoż nawet tymczasowe pogrążenie się Polski w zamęcie rewolucyjnym mogło uczynić wyrwę w tamie chroniącej Europę przed zalewem azjatyckiego barbarzyństwa.

Polska skrzywdzona kłamstwem

Rzeczpospolita jednak, zgodnie z przewidywaniami pisarza, przetrwała. Kiedy jednak umacniała i rozszerzała swe granice, spadła na nią kolejna fala krytyki. Zarzucano Polsce ekspansjonizm. Chesterton, dostrzegając przewrotność takiej polityki, odpierał ów zarzut słowami: Większość tych krain jeszcze parę lat temu była niewidoczna na ogromnej mapie Rosji. Polski również nie było wówczas na mapie, ale bez cienia wątpliwości była ona na miejscu. Trzykrotnie zrywała się do rewolucji, aż cała Europa zadrżała w niepewności. Od Kalifornii po Kaukaz znano płomienny patriotyzm polskich wygnańców. Nagle zaś imperialistyczne mocarstwa z Wielką Brytanią na czele zwróciły uwagę na istnienie ziem i narodów, które kiedyś uchodziły po prostu za rosyjskie. Okazało się to bowiem wygodnym narzędziem uderzenia w Polskę. Podobnie jak każdy kij był dobry, aby uderzyć nim w chrześcijaństwo, każda racja była dobra, aby napiętnować Rzeczypospolitą.

W przemówieniu wygłoszonym w roku 1927 na spotkaniu w warszawskim PEN Clubie Chesterton zwracał uwagę na najbardziej popularne mity i zarzuty wysuwane przeciwko Polsce.
Na przykład, H. G. Wells, pisarz równie znakomity, jak mało kompetentny w wielu gałęziach wiedzy, zwłaszcza historii (…), powiedział, że Polska popełniła poważne błędy i że słusznie utraciła niepodległość i została podzielona. Otóż przypuśćmy, że aby ukarać pana Wellsa za jego sprawki, kroimy go na kawałki i rozdzielamy je między Bernarda Shawa, Rudyarda Kiplinga i Johna Galsworthy’ego. Czyż nie byłaby to kara zbyt wielka za przewiny pana Wellsa, choćby były one najcięższe?

Niesprawiedliwie też – zdaniem pisarza – interpretowano historię Polski, krytykując nasz kraj za upadek monarchii oraz dopuszczenie do nadmiernego wpływu i potęgi szlachty. Chesterton tymczasem zauważał, że w Anglii nastąpił dokładnie taki sam proces, tylko tam nie nazwano go, jak w przypadku Polski, anarchizacją, lecz ustanowieniem ustroju konstytucyjnego. Dokładnie tak samo bowiem zepsuły się elity obu państw, tyle że zepsucie polskich elit zostało wykorzystane przez jej sąsiadów. Zepsucie zaś elit angielskich sprawiło, że Anglia zaprzedała wielkie ideały oraz własną tożsamość i zamiast bronić depozytu chrześcijańskiej wiary, stała się, pruskim wzorem, ciemiężcą Irlandii.

Polska podporą cywilizacji łacińskiej

Estyma, jaką Chesterton darzył Polskę, nie była wyłącznie prostym sentymentalnym przywiązaniem wskutek idealizacji narodu. Poparcie pisarza dla naszego kraju było – jak sam pisał – z jednej strony instynktowne, z drugiej zaś – stanowiło efekt głębokiej refleksji na temat ładu politycznego w Europie. Instynkt kazał Chestertonowi popierać Polskę na podstawie tych samych dokładnie przesłanek, z powodu których kiedyś zbliżył się do chrześcijaństwa. Ów instynkt powstał przede wszystkim na bazie oskarżeń wobec Polski, które w żadnym razie nie były zjawiskiem rzadkim. Zdanie na temat Polski wyrabiałem sobie poprzez jej wrogów. Musiało zatem być w Polsce i Polakach coś autentycznego, skoro wszyscy wokół na wszelkie możliwe sposoby krytykowali ich i starali się zniszczyć.

Z kolei wizja ładu kazała Chestertonowi widzieć w Polsce ważną podporę cywilizacji europejskiej – podporę zarówno zdrową, bo wciąż zakorzenioną w ortodoksji, jak i ważną, bo stojącą w newralgicznym miejscu. Swe kluczowe znaczenie Polska udowodniła kilkakrotnie na przestrzeni dziejów. Stając zaś do walki w obronie cywilizacji, dowiodła także, iż pozostała wierna katolickiemu ideałowi ponadnarodowego interesu wspólnego, podczas gdy kraje protestanckie i ich wspólnoty religijne ukierunkowały się na realizację własnych interesów partykularnych.

Kilka miesięcy po zakończeniu I wojny światowej Chesterton pisał: Wolna Polska jest potrzebna dla istnienia wolnej Europy, a już szczególnie dla istnienia wolnej Anglii. Leży o wiele bliżej niż Egipt czy Indie i jest znacznie ważniejsza dla naszego przetrwania. Jeśli we wschodniej Europie nie pojawi się silne, proalianckie państwo, Niemcy mogą jeszcze zyskać na swej porażce więcej, niż zyskaliby na zwycięstwie. Chesterton domagał się więc przyznania Polsce należnego jej miejsca i porzucenia wobec niej wszelkich przejawów wrogości. Ostrzegał, iż cywilizacja europejska (…) przestanie istnieć, jeśli nie będziemy trzymać się razem. Trzymanie się razem oznaczało dlań wyrzeczenie się barbarzyństwa i partykularnych interesów, powrót do chrześcijańskich korzeni, porzucenie uprzedzeń i zaprzestanie bratobójczych wojen w Europie.

Dziedzictwo Wielkiego Proroka

Niestety, historia potoczyła się inaczej. Niemcy wyszły z I wojny światowej zbyt silne. Nazizm okazał się kolejną emanacją barbarzyństwa. Chesterton już w latach dwudziestych był przekonany, że Niemcy wywołają kolejną wojnę światową. Zaraz po dojściu Hitlera do władzy w roku 1933 przewidział, że wojna ta zacznie się od ataku Niemiec na Polskę.

Rzeczywiście, po sześciu latach germański barbarzyńca do spółki ze swym azjatyckim odpowiednikiem najpierw zniszczył Polskę, potem zaś sam uległ azjatyckiej hordzie, która pochłonęła wschodnią połowę Europy, a chrześcijańska tożsamość po obu stronach żelaznej kurtyny znowu doznała poważnego uszczerbku.

Kiedy jednak miara wyznaczona komunizmowi wypełniła się, zasadniczą rolę znów miała odegrać Polska. Od niej bowiem zaczął się upadek komunizmu. Kosmopolityczna ideologia przegrała konfrontację z niewielkim narodem. Z tego narodu powstał zaś Wielki Prorok, który nie szczędził trudu dla przywrócenia Europie jej prawdziwej tożsamości, a kontynuację tego zadania pozostawił swoim rodakom. Co uczynimy z dziedzictwem bł. Jana Pawła II, co uczynimy z losami naszej cywilizacji, zależy wyłącznie od nas. G. K. Chesterton powiedziałby, że skoro widzimy brudny słup, który odbiega od ideału, a mamy białą farbę i ortodoksyjną wizję, powinniśmy z miejsca przystąpić do malowania.

Krzysztof Sadło

http://www.pch24.pl/angielskie-pioro--- ... 588,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 26 maja 2013, 23:10 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://www.fronda.pl/a/polska-chrystuse ... 28281.html

Polska Chrystusem narodów? To już się dzieje!
Dodane przez: Redakcja Fronda.pl | 21.05.2013, 8:16 | komentarzy: 22 | odsłon: 6604

- Wy, Polacy, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludziom, nawet niegdyś wrogim – to wezwanie Anioła Stróża Polski zawarte w dramacie bł. Bronisława Markiewicza „Bój bezkrwawy” dotyczy niesienia wiary i staje się naglące jak nigdy przedtem.

- Wy, Polacy macie na nowo zanieść Chrystusa do Europy. Tak, jak przez wieki stanowiliście przedmurze chrześcijaństwa, tak i teraz musicie pomóc Europejczykom na nowo odkryć chrześcijańskie korzenie – wykrzykiwała 13 maja w Narodowym Sanktuarium Św. Andrzeja Boboli charyzmatyczka z USA, Maria Vadil.

Apel Marii jest o tyle intrygujący, że wpisuje się w cały ciąg podobnych wezwań do reewangelizacji Europy i ponownego napełniania kościołów, które inni charyzmatycy odwiedzający Polskę m.in. Gloria Polo, Helen Quinlan i Myrna Nazzour wskazują jako ważne dla nas zadanie. Wizytując rok temu w Polsce o. John Baptist Beshobor w specyficznym dla siebie stylu zwracał się do kilku tysięcy wiernych: "Jestem w kraju wielu świętych, jestem w kraju żywej wiary. Mieszkańcu tego kraju nie mogą zachowywać jej tylko dla siebie. Muszą ją nieść do innych mieszkańców Europy".

Myrna Nazzour, stygmatyczka i mistyczka z Syrii była zachwycona wiara Polaków: "Nigdy nie widziałam takiej wiary jak w Polsce. Byłam w wielu krajach, ale tutaj jest coś szczególnego. Tutaj, w Polsce, wiara jest namacalna. Chciałabym, żeby Polacy zachowali tę szczerość wiary. Widziałam tutejszą młodzież, a w porównaniu z Niemcami, Holandią, Hiszpanią, Włochami, Kanadą czy Australią, gdzie przeważają ludzie starsi, to jest rzadki widok. Chciałabym, żeby te wszystkie narody brały przykład z Polski." - mówiła w wywiadzie dla tygodnika "Niedziela".

Czytelnicy, którzy już wyczuli dawne echa polskiego mesjanizmu nie pomylili się. Wezwania współczesnych bożych szaleńców nawiązują do przepowiedni XIX wiecznych polskich mistyków, którzy wielkość i pomyślność Polski wiązali oni zawsze z zadaniem obrony chrześcijaństwa. Niestety idea szczególnej misji Polski wobec innych narodów Europy wywołuje od razu potok negatywnych skojarzeń z ciemnogrodem i martyrologią. Zupełnie niepotrzebnie. Ewangelizacja to niesienie Dobrej Nowiny, czyli dzielenie się radością i sensem życia płynącymi z wiary. To nie ma nic wspólnego z cierpiętnictwem czy wykluczaniem kogokolwiek.

Kopiowane przez nas nowinki obyczajowe zawsze będą wtórne, spóźnione i skarlałe. Nie w tej dziedzinie zaimponujemy Europie. Nie tutaj będziemy oryginalni. Nie za to będziemy chwaleni. Polacy zamiast powtarzać błędy lewicowej inżynierii społecznej, z którymi Europa Zachodnia sobie ewidentnie nie radzi, mogą iść o krok dalej i w prawdziwie nowatorski sposób zaaplikować pogubionym mieszkańcom Starego Kontynentu remedium na te błędy. Najskuteczniejszym sposobem zawrócenia z drogi samozagłady, jaką obrała Europa jest odkrycie na nowo chrześcijańskiej tożsamości. A tej mamy akurat w obfitości.

Naszym towarem eksportowym od wieków był katolicyzm i jego święci. I, czy tego chcemy czy nie, Polska najbardziej znana jest nie z Janusza Palikota czy publikacji Krytyki Politycznej, ale z Jana Pawła II, "Dzienniczka" Siostry Faustyny i męczennika Oświęcimia o. Maksymiliana Marii Kolbego.

Błogosławiony ks. Bronisław Markiewicz, założyciel Zgromadzenia Świętego Michała Archanioła, wielki pedagog i orędownik moralnego odrodzenia narodu tak pisał w 1865 r. napisał dramacie “Bój bezkrwawy" : "Wy, Polacy, przez ucisk niniejszy oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludziom, nawet niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd nie widywane braterstwo ludów: Bóg wyleje na Was wszelkie laski i dary, wzbudzi między Wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą poczytne stanowisko na kuli ziemskiej. Języka Waszego uczyć się będą w uczelniach na całym świecie. Szczególniej przez Polaków Austria (dawniejsze Austro-Węgry) podniesie się i stanie federacją ludów. A potem na wzór Austrii ukształtują się inne państwa. Najwyższy zaś Pan Bóg was wyniesie, kiedy dacie światu wielkiego Papieża”.

Ufajcie przeto Panu, bo jest dobry, miłosierny i nieskończenie sprawiedliwy. On pokornych podwyższa i im łaskę daje, a pysznych poniża i odrzuca na wieki. Szukajcie przede wszystkim królestwa Niebieskiego, dóbr duchowych, które trwają na wieki, bo co nie trwa na wieki nie jest dobrym prawdziwym. Tym zapełnicie niebo a na ziemi znajdziecie szczęście, jakiego świat dać nie może. Polacy, Bóg żąda od was nie walki, jaką staczali najlepsi przodkowie wasi na polach bitew w chwilach stanowczych, ale bojowania cichego, pokornego a znojnego na każdy dzień, szczególniej przeciw nieprzyjaciołom dusz waszych, żąda od was walki w duchu Chrystusowym i w duchu Świętych Jego. On chce, abyście każdy w swoim stanowisku wiedli przede wszystkim na każdy dzień bój bezkrwawy. Tylko pod tym warunkiem dostaniecie się do nieba a w dodatku już tu na ziemi zajmiecie świetne stanowisko pomiędzy narodami. Pokój Wam!"
W przepowiedni licheńskiej Marka Boża zapewniła Mikołaja Sikatkę: "Ku zdumieniu wszystkich narodów świata - z Polski wyjdzie nadzieja udręczonej ludzkości. Wtedy poruszą się wszystkie serca radością, jakiej nie było przez tysiąc lat. Jeśli naród polski się poprawi, będzie pocieszony, ocalony i wywyższony".
W 1938 roku Jezus powiedział siostrze Faustynie: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeśli posłuszna będzie woli Mojej wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostatnie przyjście Moje".
Jakkolwiek fantastycznie mogą brzmieć powyższe proroctwa, one się już dzieją. Coraz więcej wspólnot katolickich w tak zeświecczonych krajach jak Belgia, Holandia, Francja i Niemcy odbudowuje się dzięki imigrantom z Polski. Wiele kościołów w Belgii nie zostało zamkniętych tylko dlatego, że na powrót zaczęli zapełniać je Polacy. Jeden z biskupów Belgii miał nawet powiedzieć posługującym tam Misjonarzom Oblatom, "Dzięki waszym księżom i przyjeżdżającym tu Polakom, Belgia ma szansę na powrót stać się krajem katolickim".
O sile oddziaływania polskiego katolicyzmu świadczy Jasna Góra. Nie ma dnia, by Paulini nie witali tam pielgrzymów z takich krajów jak Brazylia, Korea, Niemcy czy Rosja. Nawet widok wycieczek muzułmanów z Francji nie jest w Częstochowie rzadki.
Tysiącletnie dziedzictwo naszej wiary obfituje w niezliczone nurty duchowości, fantastycznych świętych i zgromadzenia zakonne, które wywarły głęboki wpływ na polską rzeczywistość. To bomba z opóźnionym zapłonem. Sława tego dziedzictwa rozchodzi się po świecie. Szkoda tylko, że jest niemała grupa Polaków wstydzących się tej sławy. Wynika to pewnie z ich kompleksów wobec Europy i przeświadczenia, że tam wiedzą lepiej. Tymczasem to Europejczycy coraz częściej z tęsknotą i nadzieją spoglądają na naszą normalność.

Jakub Pacan


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 19 cze 2013, 14:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Czy można zniszczyć Ducha Polskości?

Na tytułowe pytanie może próbować odpowiedzieć tylko ten, kto tę polską duszę posiada, czuje ją i stara się ją zrozumieć.

Ci wszyscy nasi wrogowie, którzy za cel postawili sobie zniszczenie Polski i Polaków z coraz większym zaskoczeniem i zniecierpliwieniem zaczynają pojmować, że mimo frontalnego ataku i wieloletniego prania polskich mózgów nie udało im się tej polskiej duszy całkowicie zatruć.

To, co miało zostać stłumione w zarodku i do czego wykorzystano przy okrągłym stole lewicę laicką, czyli za cenę udziału w podziale konfitur, izolowanie oraz niszczenie wszelkich ruchów narodowych opartych na prawdziwym patriotyzmie i wierze przodków, zaczyna wymykać się spod ich kontroli.

Przypominają oni dzisiaj przebranego za „Marysię”, bohatera komedii „Poszukiwany, Poszukiwana”, który wpada nagle w panikę i wydzwania do swojej żony, czyli lewackiej międzynarodówki, skarżąc się, że ten polski duch i patriotyzm rozmnożył się niebezpiecznie i wraz z wrzątkiem wyłazi, jak makaron ze wszystkich kipiących garów, parząc mu wredne łapy.

Fiasko akcji wynarodawiania Polaków i próby wmówienia im, że są narodem mniej wartościowym o haniebnej historii z góry skazane było na klęskę gdyż wzięli się do tej brudnej roboty ludzie nam duchowo i mentalnie obcy, którzy polskiej duszy nie tylko nie posiadają, ale też kompletnie jej nie rozumieją.

Weźmy dzisiaj na warsztat tylko jeden przykład.

Antypolskie środowiska wydają się być wyraźnie zaskoczone i zdezorientowane tym, że oto nagle ni stąd ni z owąd narodziła się wśród młodego pokolenie legenda o „żołnierzy niezłomnych” i kultywowana jest ich zdaniem wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice. Nie mogą pojąć jak mogło do tego dojść po latach plucia, ośmieszania naszej historii i narodowych bohaterów. To stąd te ślepe pełne nienawiści ataki, jak ostatnio na rotmistrza Pileckiego.

Przecież już w PRL-u ta legenda była skutecznie niszczona i funkcjonowała jedynie w „rodzinnym domowym podziemiu” zaś III RP dołożyła do komunistycznego sarkofagu, w którym miała ona zostać na wieki zamknięta, kolejne zbrojeniowe pręty i tony kłamliwego propagandowego betonu.

Skąd więc ten wyciek „strasznego radioaktywnego patriotyzmu”, który ciągle rozszerza niebezpiecznie strefę „skażenia”?

Nie jest to sprawa prosta do wytłumaczenia, ale my Polacy musimy to sobie jakoś pozytywnie i spokojnie objaśnić, zakładając jak to ludzie w większości wierzący, że nie wszystko da się zmierzyć „mędrca szkiełkiem i okiem”.

Ja myślę, że tak jak nie jest przypadkowe żadne ludzkie życie i dla każdego Stwórca przewidział jakiś plan, tak również narody nie bez przyczyny usadowił ON w określonych miejscach na ziemskim globie.

Nigdy tej prawdy nie zrozumie ktoś, kto nie posiada w sobie tego „polskiego genu” i sądzi, że stosując tylko propagandowy szacher-macher może z dumnego polskiego narodu uczynić tępy prymitywny lud wytresowany jedynie do wykonywania prostych prac fizycznych i służenia „starszym oraz mądrzejszym”.

O istnieniu tego „polskiego genu” mogłem przekonać się już kiedyś dawno temu, ale musiało upłynąć wiele lat, bym wrócił do tamtych wydarzeń, które wówczas przeszły u mnie bez większych refleksji.

W latach 70-tych część każdych wakacji spędzałem często z rówieśnikami pod namiotem i z tamtych czasów przypomniał mi się pewien wypad do Łeby. Jako, że rozbiliśmy się gdzieś na dziko w lesie to dzięki wyrobionym sobie szybko znajomościom często korzystaliśmy z pryszniców i ciepłej strawy w dwóch ośrodkach wypoczynkowych. Jeden to był dom wczasowy kieleckich zakładów Chemar, a drugi to ośrodek Huty im. B. Bieruta w Częstochowie.

W deszczowe dni to właśnie na przemian w tych dwóch miejscach przesiadywaliśmy w kawiarniach popijając browar lub dyskretnie i w konspiracji polewaliśmy czystą. Jako, że trwała epoka gierkowska, a Polska rosła w siłę, oba znane wtedy bogate i wielkie zakłady pracy wyposażyły kawiarnie w swoich ośrodkach w grające szafy.

Kogóż tam nie było wśród wykonawców. Wystarczyło wrzucić monetę, wcisnąć odpowiedni guzik, a z głośników natychmiast można było usłyszeć głosy takich gwiazd jak Suzi Quatro, Gary Glitter, Bary White, The Beatles, The Rolling Stones.

Jednak, co zadziwiające, w te deszczowe dni niemal non stop królowała głównie jedna piosenka znanego polskiego zespołu. W miarę upływu czasy wśród stałych bywalców, jakoś tak niewytłumaczalnie i sam z siebie wytworzył się zwyczaj polegający na tym, że podczas odtwarzania tego utworu panowała jakaś podniosła cisza i powaga, a każdy zamawiający coś przy barze robił to szeptem. Dzisiaj myślę, że gdyby ktoś złamał te zasady i zakłócił powagę chwili potraktowany by został jak jakiś frajer w powojennej knajpie próbujący zatańczyć „Czerwone maki na Monte Casino”.

Robotnicy i inteligencja, młodzież z liceów i zawodówek czuła, że dzieje się coś, co wymaga powagi, szacunku i chwili namysłu. Polski gen dawał o sobie znać i ujawniał się także u tych, którzy zapewne nie znali tej zakazanej prawdy o polskiej historii. Myślę, że nie tylko ja nie zdawałem sobie wtedy z tego sprawy.

Zastanawiacie się Drodzy Czytelnicy cóż to była za tajemnicza piosenka? Zapewne w większości ją znacie. Oto słowa:

Gdy zapłonął nagle świat,

Bezdrożami szli

Przez śpiący las.

Równym rytmem młodych serc

Niespokojne dni

Odmierzał czas.



Gdzieś pozostał ognisk dym,

Dróg przebytych kurz,

Cień siwej mgły ...

Tylko w polu biały krzyż

Nie pamięta już,

Kto pod nim śpi ...



Jak myśl sprzed lat,

Jak wspomnień ślad

Wraca dziś

Pamięć o tych, których nie ma.

Tak, to „Biały krzyż” Czerwonych Gitar skomponowany przez Krzysztofa Klenczona i ubrany tak sprytnie w słowa, aby uniknąć kłopotów z cenzurą.

Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, ze Klenczon to żaden twardziel w porównaniu z lirycznym Sewerynem Krajewskim, ale niezwykle wrażliwy człowiek i wielki polski patriota. Mało, kto wie, że podczas koncertu Jana Pietrzaka w 1980 roku w Chicago podczas wykonywanie pieśni „Żeby Polska była Polską” mieszkający tam na emigracji Klenczon stanął na baczność, a z jego oczu strumieniem płynęły łzy.

Tak to już jest, że ten polski gen jest ciągle w nas i odzywa się w kluczowych dla naszej historii momentach oraz sprawia, że trwamy już od przeszło tysiąclecia, jako naród.

Nie pójdzie wam z nami tak łatwo, jakby się wydawało, zdrajcy.

Krzysztof Klenczon zmarł w szpitalu w Chicago po tragicznym wypadku, 7 kwietnia 1981 roku i zapewne czułby się bardziej spełniony gdyby gdzieś z ukrycia obserwował magiczną szafę grającą odtwarzającą „Biały krzyż” w latach 70-tych w Łebie.

http://kokos.salon24.pl/515004,czy-mozn ... -polskosci


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 28 wrz 2013, 19:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://aniol-ave.blogspot.com/2013/08/p ... ryjna.html

Polska pobożność maryjna

Polska pobożność maryjna to nie wymysł ostatnich stuleci. Wiara chrześcijańska, którą nasz kraj przyjął w X wieku, od początku miała silny rys maryjny. Już Bolesław Chrobry – jak podaje tradycja – wystawił w Sandomierzu kościół pw. Matki Bożej.

Szczególną pobożność maryjną charakteryzował się Władysław Herman (lata życia: ok. 1043-1102). Jak twierdził, został przez Maryję cudownie uleczony z ciężkiej choroby. W geście wdzięczności wystawił okazałą świątynię maryjną w Krakowie. Świątynię tę dokończył ostatecznie Władysław Jagiełło (1362–1434), a Władysław IV (XVII w.) ofiarował do tegoż kościoła szczerozłotą figurkę, ponieważ również on przypisywał swoje cudowne uzdrowienie w dzieciństwie wstawiennictwu Maryi.


W sercach i na sztandarach

Książę krakowski Bolesław Wstydliwy (XIII w.) wprowadził w Adwencie zwyczaj odprawiania Rorat. Z kolei Król Zygmunt I Stary (1467–1548) wprowadził je na stałe do swojej królewskiej kaplicy. To właśnie on wystawił przy katedrze krakowskiej kaplicę Zygmuntowską ku czci Najświętszej Maryi Panny.

Zygmunt III Waza (1566–1632) przed każdym świętem ku czci Maryi miał zwyczaj pościć i przystępować do sakramentów świętych. Każdego dnia odprawiał też Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP.

Charakterystyczne dla polskich królów było również przywiązanie do modlitwy różańcowej. Do dziś w muzeach możemy podziwiać różańce Stefana Batorego (XVI w.) czy Jana Sobieskiego. Michał Korybut Wiśniowiecki (1640–1673) był nawet członkiem Bractwa Różańcowego i nazywał siebie „niewolnikiem Maryi”.

Jako króla-symbol czci maryjnej zapewne wskazalibyśmy dzisiaj Jana Kazimierza. To on 1 kwietnia 1656 przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej w katedrze lwowskiej oddał nasz kraj szczególnej opiece Maryi. Złożył wówczas słynne śluby, które rozpoczynają słowa „Wielka Boga-Człowieka Matko, Najświętsza Dziewico”. Król ogłosił Maryję szczególną Patronką Królestwa Polskiego.

Jan III Sobieski (1629–1696) miał zwyczaj przekazywania po zwycięskich bitwach części zdobytych łupów (szczególnie namioty, z których potem wykonywano ornaty) do ważniejszych kościołów maryjnych. Jego wielkie zwycięstwo pod Wiedniem w 1683 r., gdy odparto hordy tureckie, ratując całą Europę, również było dokonane pod sztandarami Maryi. W drodze pod Wiedeń Sobieski odwiedził sanktuarium w Piekarach Śląskich. Na pamiątkę tego zwycięstwa bł. papież Innocenty XI ustanowił w na dzień 12 września święto Imienia Maryi.


Jej obraz na piersiach noszę

Obrazek

Niemniej pobożni byli polscy rycerze, w tym wielcy dowódcy. Już pod Grunwaldem w 1410 r. polskie wojska szły do boju z Krzyżakami, śpiewając „Bogurodzicę” – pieśń maryjną, pełniącą funkcję pierwszego hymnu Królestwa Polskiego.

Stefan Czarniecki (XVII w.) odmawiał „Zdrowaś Maryjo” przed każdą swoją bitwą. Wystawił on także na część Maryi kościół w swojej rodzinnej miejscowości – Czarńcy. Z kolei Tadeusz Kościuszko (XVIII w.) poświęcił swoją szablę w kościele Matki Bożej Loretańskiej w Krakowie, gdzie po tym wydarzeniu został na pamiątkę różaniec. Zwyczaj poświęcania broni na ołtarzu Matki Bożej był zresztą w tamtych czasach powszechny.

Interesująca jest również wypowiedź Mikołaja Moczarskiego, którego, gdy był już starym żołnierzem, zapytano, komu zawdzięcza, że przez 30 lat trudnej służby, licznych walk ocalał ze wszystkich niebezpieczeństw. Moczarski miał wówczas wyznać: „Protekcji Maryi, której obraz na piersiach swoich zawsze noszę”.

Paweł Pomianek

Źródła:
Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, Kosciol.wiara.pl.
http://kosciol.wiara.pl/doc/490242.Najs ... wej-Polski
Najświętsza Maryja Panna Królowa Polski, główna Patronka Polski, Brewiarz.pl.
http://www.brewiarz.pl/czytelnia/swieci/05-03.php3


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 23 lis 2013, 08:38 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Zło stara się zohydzić nam naszą kulturę. Zło takie już jest, niszczy wszystko co dobre, piękne i prawdziwe. Czy damy się mu pokonać?
Czy damy sobie ich dyrdymałami zapaskudzić naszą polską duszę? Ich świat jest jałowy i konsekwentnie sprowadzany jest do poziomu egzystencji wegetatywnej, do zabawy narządami płciowymi. To jest ich świat, nie nasz.


Niszczenie duchowości Polaków

Z Barbarą Dobrzyńską, śpiewaczką, aktorką, założycielką, reżyserem i dyrektorem „Naszego Teatru”, rozmawia Temida Stankiewicz-Podhorecka

Jest dobra wiadomość. Po przerwie wraca „Nasz Teatr”, a z nim „Lekcja historii według Słowackiego, Mickie- wicza, Wyspiańskiego i Hemara”. Tytuł brzmi edukacyjnie.

– W związku z tym, że w szkołach ogranicza się, a nawet powiedziałabym niszczy się wiedzę o naszej tożsamości historycznej, której reprezentantami są wielcy polscy patrioci, do których zaliczamy naszych wieszczów, poetów, kompozytorów, my, aktorzy „Naszego Teatru”, pragniemy przypomnieć publiczności, zwłaszcza młodemu pokoleniu, koleje losu naszej Ojczyzny w oparciu o ich twórczość. Dlatego wznawiamy „Lekcję historii…”.

Ale na innej scenie niż dotąd.

– Tak. Do tej pory serdecznie gości nas parafia pw. Wszystkich Świętych w Warszawie, gdzie wielokrotnie graliśmy „Lekcję historii…”. Teraz, pragnąc dotrzeć także do publiczności prawobrzeżnej Warszawy, skorzystaliśmy z zaproszenia Księży Salezjanów, którzy użyczają nam sceny przy ulicy Kawęczyńskiej w podziemiach bazyliki Najświętszego Serca Jezusowego na Pradze. Dojazd bardzo łatwy, bo w pobliżu pętli tramwajowej 7 i 3.

W swoim repertuarze „Nasz Teatr” ma inne, równie znakomite spektakle. Dlaczego wybrała Pani na inaugurację nowej sceny „Lekcję historii…”?

– Dzisiaj aktualność tych tekstów jest wprost porażająca. Weźmy na przykład fragment monologu Konrada z „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego: „Warchoły, to wy, co czołgacie się u obcych rządów i całujecie najeźdźcom łapy, uznając w nich prawowitych nam królów. (…) Wy, co się nie czujecie Polską…”, itd. Fragment ten w obecnych inscenizacjach najczęściej jest pomijany. Zresztą, który z teatrów wystawia dziś „Wyzwolenie”? Z tego, co mi wiadomo, żaden. Natomiast obserwujemy obecnie w teatrach, owszem, wyzwolenie, ale od podstawowych wartości etycznych, którymi artyści powinni się przecież kierować. Zarówno reżyserzy, jak i aktorzy, zwłaszcza o uznanych nazwiskach i niezwykłych talentach. Ten niezwykły talent to wielki Boży dar, który obdarowanego wynosi ponad przeciętność. I to jest bardzo zobowiązujące, ponieważ tym niezwykłym talentem można służyć albo dobru, albo złu. Zatem można uszlachetniać lub niszczyć człowieka. A więc na twórcy spoczywa ogromna odpowiedzialność.

No tak, ale Pan Bóg prócz wolnej woli dał przecież człowiekowi rozum.

– Owszem, lecz jak mówi przysłowie, jeśli Pan Bóg chce ukarać człowieka, to odbiera mu rozum. I takich „bezrozumnych” obserwuję teraz w polityce, mediach, nauce, szkolnictwie, sztuce i szeroko pojętej kulturze. A ofiarami tych „bezrozumnych” stają się niestety, miliony młodych ludzi. Dlatego żal mi obecnego młodego pokolenia, które nie ma szansy obcować z humanistycznymi wartościami budującymi dobro. Zamiast tego niszczy się ich osobowość zalewem brzydoty, kłamstwa, wulgarności i bluźnierstwa.

Czy nie uważa Pani, że obecna niszczycielska działalność w teatrze, sztuce itp. jest celowo zaplanowana?

– Tak, i dotyczy to nie tylko formy i treści spektaklu, ale i sfery ducha odbiorcy. Nie tylko w Polsce, ale i w całym świecie. Być może celem jest zdegradowanie w nas poprzez sztukę człowieczeństwa.

Jak Pani myśli, kto tym kieruje, jakie środowiska, bo przecież nie dzieje się to spontanicznie, z przypadku?

– Ostatnio przeczytałam niezwykły wywód filozoficzny ks. prof. Tadeusza Guza na temat nowej lewicy. Od wielu już lat ostrzega on przed ideologią nowej lewicy. Pozwolę sobie zacytować fragment. Ksiądz profesor pisze: „Nowa lewica to nic innego jak dalszy rozwój filozofii Marksa i Engelsa, i Hegla wcześniej, a także Lenina (…)”. Jak wiemy, są to materialiści, czyli dla nich bogiem jest materia, a oni, twórcy tej ideologii, są sami dla siebie bogami. I dalej cytuję księdza profesora: „Pewna grupa świetnie wykształconych ludzi z różnych kontynentów postanowiła rozwijać dalej ideologię starej lewicy”. I – jak widzimy – ta ideologia starej lewicy materializuje się dzisiaj na naszych oczach, przepoczwarzając się w ideologię nowej lewicy, dla której wszelka duchowa wartość manifestująca w człowieku dobro, szlachetność i piękno nie ma znaczenia. Człowiek w tej ideologii staje się materią, przedmiotem, którym kierują tylko zwierzęce instynkty. Z tej nowej lewicy wywodzi się dzisiejszy feminizm i ideologia gender.

I dlatego artyści świadomi owego zagrożenia nie mogą udawać, że tego nie ma, żyć w świecie wirtualnym i swoim talentem wspierać wrogą człowiekowi ideologię nowej lewicy.

Obserwując dziś sztukę, teatr w Polsce, widzimy, jak bardzo zostały te przestrzenie zawłaszczone przez aktywistów nowej lewicy. Wiem, że aktywnie uczestniczyła Pani w proteście przeciwko tej bluźnierczej wystawie w Zamku Ujazdowskim w Warszawie.

– Byłam tam, ponieważ nie zgadzam się z taką polityką kulturalną, która godzi w najświętsze wartości mojego Narodu i mnie samej. Nie mogę zajmować biernej postawy obserwatora, gdyż każdy z nas, jeśli stchórzy, będzie rozliczony przed Bogiem i historią. A zwłaszcza rozliczeni będą ci, którzy mając władzę, a przez to dysponując pieniędzmi Narodu, świadomie finansują takie właśnie antynarodowe i antykatolickie przedsięwzięcia.

Dlaczego polska kultura oparta na wartościach chrześcijańskich z takim trudem przebijała się i przebija do świadomości kręgów kulturowych innych narodów?

– Myślę, że te narody zostały już tak zateizowane, że wątki chrześcijańskie zawarte w dziełach polskich twórców romantyzmu, Norwida, Krasińskiego, Słowackiego, Mickiewicza, a także Wyspiańskiego i innych są im obce. A ideolodzy nowej lewicy wbijają do głów Polakom, że nie warto tłumaczyć tych dzieł na inne języki, ponieważ za bardzo tkwią one w historii i losach Narodu Polskiego, którego twórcy piórem walczyli o wolność ducha i niepodległość Ojczyzny, czego przykładem są „Dziady” Mickiewicza wymierzone przeciwko rosyjskiemu zaborcy.

Ale i na scenach teatralnych w Polsce rzadko pojawiają się utwory romantyków.

– A jeśli są już u nas wystawiane przez tzw. polskich reżyserów, to najczęściej w tonacji szyderczej, ośmieszającej, a nierzadko nawet dopisuje się tym dziełom całe partie tekstu wypaczające idee autora danego utworu. Chciałoby się zapytać: na czyich usługach są ci inscenizatorzy, którzy swoją działalnością wyraźnie próbują ateizować młodych Polaków? Czy aby nie na usługach nowej lewicy? I dlaczego niektórzy uznani aktorzy biorą udział w takich przedsięwzięciach? Dlaczego nie mają odwagi odmówić przyjęcia hańbiącej roli? I dalej: dlaczego nie staną w obronie wspaniałego dziedzictwa narodowego, którego przecież są spadkobiercami i dla którego Pan Bóg dał im talent, aby mogli owo narodowe dziedzictwo przekazywać w nieskażonej formie nowym pokoleniom Polaków.

Dziękuję za rozmowę.

Temida Stankiewicz-Podhorecka

http://www.naszdziennik.pl/mysl/60427,n ... lakow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 30 lis 2013, 10:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Lekturowy kanon Jacka Kowalskiego

Kto nie zna Ewangelii, „Bogurodzicy”, „Czego chcesz od nas, Panie”, „Kto się w opiekę”, sonetów Sępa Szarzyńskiego, „Dziadów”, „Pana Tadeusza”, „Nie-boskiej”, liryków Słowackiego i Norwida, „Trylogii”, „Lalki” – to jakby nie był Polakiem. Tylko jakby kim Nie wiem. Chyba niewolnikiem in spe.

Mocne słowa Równie mocne, jak stwierdzenie, że Polakowi niepotrzebna jest znajomość Ewangelii, „Bogurodzicy”, Kochanowskiego, Sępa, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Sienkiewicza i Prusa.

Jak widać, cięcia w kanonie lektur – przyznam, że tu myślę przede wszystkim o „Panu Tadeuszu” i „Trylogii” – bolą mnie, oburzają i wkurzają. Nie, żebym nie rozumiał konieczności rewizji kanonu. Owszem, rzeczą naturalną jest, że kanon się zmienia. Tylko że – dziwna sprawa –„Eneida” trwała w klasycznym kanonie przez więcej pokoleń, niż minęło ich od powstania „Pana Tadeusza” do naszych dni. Stanowiła fundament rzymskiej duszy, esencję porozumienia pomiędzy ludźmi, którzy posługiwali się tym samym językiem, przyznawali do tych samych wartości, czuli wielopokoleniową więź. W kanonie MUSZĄ znajdować się takie właśnie dzieła. Podobnie zaś, jak „Eneida” jest epopeją arcyrzymską – tak i „Pan Tadeusz” jest poematem arcypolskim. Obok niego „Trylogia”. Bez nich trudno pojąć, albo inaczej odczuć całym sobą fenomen polskości. Aczkolwiek, oczywiście, „Pana Tadeusza” nie trzeba koniecznie od razu zrozumieć i pokochać, a „Trylogią” niekoniecznie się od razu zachwycić. Ale nie można ich nie przeczytać. Jeśli mamy zachować tożsamość.

Tym samym widzę, że konsekwencją – więc celem – cięć w naszym kanonie lektur jest zerwanie ciągłości. Czyli zbrodnia na narodowej duszy. Tyle.

A co poza tym umieściłbym w tym polskim kanonie Oczywiście znacznie więcej, niż wymieniłem w pierwszym akapicie. Mam swoje pomysły. Chciałbym, aby młody człowiek wychodził ze szkoły z przeświadczeniem, że polska kultura jest od wieków ciekawa, że od wieków nasza literatura przemawia do Polaków pięknie i często o rzeczach najważniejszych. Nie uważam jednak za konieczne opisywać tych moich propozycji teraz. Może przyjdzie czas, że fantazja stanie się rzeczywistością. Teraz najważniejsza jest bowiem obrona fundamentu, którego naruszać nie wolno. Bez fundamentu budujemy na piasku (vide Ewangelia). Kto ten fundament naruszy, „ach, biada jemu, za życia biada! i biada jego złej duszy!”.

Jacek Kowalski

httpwww.pch24.pllekturowy-kanon-jacka-kowalskiego,18452,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 24 gru 2013, 10:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30314
Jakże dzisiaj brakuje Chestertonów

Nie chcemy Kościoła, który, jak to piszą gazety, zmienia się wraz ze światem. Chcemy Kościoła, który zmieni świat.
Dr Tomasz M. Korczyński

Gilbert Keith Chesterton (1874-1936) – mistrz demaskowania zideologizowanego kłamstwa, niszczyciel obłudy mediów i mizernych polityków, miłośnik prawdziwej demokracji, tradycji, wartości chrześcijańskich, normalnej rodziny, przyjaciel Polski, wreszcie obrońca wiary i Kościoła, i to ostatnie powtarzam za Ojcem Świętym Piusem XI, który nazwał go tymi wzniosłymi słowami.

Kiedy obserwuję rozpad normalności, rozmywanie Prawdy, dezawuowanie tradycyjnej rodziny, powszechne ataki na Polskę, nie tylko wrogów zewnętrznych, ale nierzadko częściej nieprzyjaciół naszej Ojczyzny mieniących się Polakami, zastanawiam się nieraz, co by napisał na ten temat Chesterton. Na przykład o nihilizmie polityków XXI wieku, którzy dążą do władzy jako takiej, będąc przy tym wyłącznie skutecznymi i sprawnymi dyktatorkami. Wówczas przypominam sobie jedną z moich ulubionych książek „Heretycy”. I już wiem. Oto cytat: „Nowocześni politycy roszczą sobie prawa do bezgranicznej władzy, władzy Cezara i Nadczłowieka, twierdząc zarazem, że są zbyt praktyczni, by mogli być nieskazitelni, i zbyt kochają swój kraj, by mogli trzymać się wskazań moralności; efekt zaś jest taki, że byle miernota zostaje mianowana ministrem skarbu”. Czyż nie wspaniała i trafna wypowiedź definiująca w kilku słowach aktualny stan władz Polski?

Gigant intelektu
A co by ten inteligentny londyńczyk powiedział o naszej współczesnej „demokracji”, zamienianej sukcesywnie w dyktaturę mniejszości? Proszę bardzo: „Tylko mniejszość wierzy dziś w większość. Większość wierzy w mniejszości, przy czym każdy ma swoją własną mniejszość, pieszczoną i hołubioną. A mimo to, wszelkie publiczne mowy, wszelkie artykuły wstępne przelewają się od demokracji; gdzie by się człowiek nie obrócił, nie zdoła przed nią uciec. Kiedy jedno i to samo brzęczy ciągle na ustach wszystkich partii, oznacza to, że przestało ono znaczyć cokolwiek i obróciło się w pusty dźwięk”.

Albo jak skomentowałby marsz neopogan i barbarzyńców w kolorach pseudotęczy? Oto i on: „Nowoczesne państwo nagle, po cichu, kompletnie oszalało. Plecie bzdury – i nie umie przestać. Świat nowoczesny jest umysłowo chory, nawet nie dlatego, że godzi się na nienormalność, ale dlatego, że nie potrafi wrócić do normalności”.

Co pomyślałby o ideologii gender i tak zwanej równości płci? „Ludzkość zaczęła się od podziału na kobietę i mężczyznę. Lecz umysły płaskie i po brzegi wypełnione truizmami nie są w stanie dostrzec różnicy między twórczym rozłamem, dzielącym Adama i Ewę, a niszczącym rozłamem, dzielącym Kaina i Abla”. Obserwując zaś populizm Donalda Tuska i poczynania Jana Klaty w Krakowie, Chesterton na pewno stwierdziłby: „I tak jak odtrącenie wielkich słów i wielkich wizji wylansowało małych ludzi w polityce, tak też wylansowało małych ludzi w sztuce”. Polityka ciepłej wody w kranie PO, nihilizm i dekadentyzm na scenie Starego Teatru w Krakowie są dobitnymi ilustracjami tej sentencji (a panu Klacie z tej okazji dedykuję w całości artykuł Chestertona pt. „Prawdziwe elity”).

I mógłbym właściwie prezentować kolejne cytaty tego niezwykłego erudyty i może nawet byłoby to najwłaściwsze, bo kiedy przeglądałem opisy biograficzne w różnych książkach, omijając szerokim łukiem Wikipedię, te wzmianki jawiły mi się mizernie w konfrontacji z siłą umysłu Chestertona, tego giganta utrwalonego w druku. Gdyby tylko poprzestać na notkach biograficznych, brzmiałoby to mniej więcej tak: G.K. Chesterton, angielski pisarz katolicki urodzony w Anglii, głoszący w swej twórczości optymizm moralny, afirmację życia. Twórca liryków, powieści metaforycznych, opowiadań detektywistycznych, esejów literacko-społecznych oraz religijno-filozoficznych. Przeciwnik kapitalizmu, brytyjskiego imperializmu, socjalizmu i komunizmu. Zwolennik indywidualistycznie pojętej wolności, który oddziaływał polemicznym temperamentem, błyskotliwym dowcipem, paradoksem, posługując się ironią i satyrą.

Jakże to syntetycznie upraszczające. Myślę, że ten okrąglutki dowcipniś w binoklach nie obraziłby się jednak, znając minimalistyczne zacięcie współczesnych narratorów historii literatury. Machnąłby ręką i zapytał: „Umiesz lepiej?”.

Czytać, czytać, czytać Chestertona
W rzeczy samej Chestertona trzeba dzisiaj czytać, aby móc wyrobić sobie własne zdanie o jego błyskotliwości. Kto go poznał, potwierdzi, że warto. Czytać go trzeba jak najwięcej z tego powodu, aby móc bronić się przed ofensywą barbarzyństwa intelektualnego, systematycznie dozować jako odtrutkę na opary złowrogiego czadu wydobywającego się z mediów głównego nurtu, a także dlatego, że jego uniwersalne teksty, apologetyczne rozprawy, pełne humoru powieści, wyostrzone i cięte polemiki są cały czas świeże i przydają mocy na drodze w obronie zdrowego rozsądku i ortodoksji rozumianej nie tylko jako życie prawdą wiary, ale jako mądrość życiowa. Ponadto uzbrajają w oręż do zwalczania rzeszy ignorantów, małych nikczemników, populistów, dewiantów, rozhisteryzowanych dyktatorków, redaktorów naczelnych robiących karierę na kłamstwie, pseudoartystów szczycących się obrażaniem wartości i depczących godność ludzką w produkcji swego kiczu i tandety.

Wiara i Kościół
Jego światopogląd z ateistycznego, następnie agnostycznego, liberalnego przeszedł długą drogę ewolucji, docierając do chrześcijaństwa zanurzonego w tradycji anglikańskiej, aby pewnego dnia swoje ziemskie życie oddać w objęcia katolickiego Kościoła Świętego. Wywołuje przy tym skandal i szok, zarówno wśród konserwatystów, jak i liberałów, gdy decyduje się wybrać ostatecznie Rzym. Zostaje katolikiem, ponieważ chciał podróżować ku wieczności pierwszą klasą. Odnalazł w nim Odpowiedź. Kościół katolicki jest znienawidzony jak nic innego na świecie po prostu dlatego, że sam „jest jak nic innego na świecie”.

Najprawdopodobniej wkrótce rozpocznie się proces beatyfikacyjny autora „Człowieka, który był Czwartkiem”.

Polska
Chesterton lubił, szanował i doceniał Polskę. Miał szczęście być gościem w naszej Ojczyźnie. Chciał nawet o niej napisać więcej, ale nie udało się, ponieważ nieoczekiwanie zmarł w wieku 62 lat. Kierował do nas wiele ciepłych słów w swojej publicystyce, a jak wiemy, niekoniecznie są one standardem w ustach obcokrajowców (a dziś i rodaków). Chesterton odpiera ataki na Polaków, szczególnie zarzut, że sami byliśmy winni rozbiorom. Argument twierdzący, że Polacy popełniali błędy i dlatego zostali poćwiartowani, uważa za pretekst do ohydnej napaści i kontrolowanej grabieży dokonanych przez zaborców. Natomiast stereotypy o szlachcie i arystokracji, które były winne upadku, są kolejną potwarzą, ponieważ te warstwy były złączone silnie z Narodem, upadły wraz z nim i wraz z nim się odrodziły. Współczesny ideolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego nonsensy rzuciła nam w twarz „Wyborcza” w przeddzień Święta Niepodległości, powielający komunistyczne banialuki rodem z PRL, został wyśmiany już kilka dekad temu przez Chestertona.

Chesterton był, jak wspomniałem, orędownikiem zdrowego rozsądku, przeciwnikiem grzęźnięcia w bagno obłudy i demagogii, wojownikiem o normalność, której nam tak dzisiaj potrzeba, gdy widzimy wrogów Kościoła ziejących aroganckim kłamstwem, wyrzucających lawę deprawacji, która zalewa młode pokolenie. Apelował do mężczyzn, aby się wreszcie pokazali, ruszyli do bitwy, stanęli odważnie na stanowisku tradycji i ortodoksji.

Zachęta nadal aktualna w epoce metroseksualnych dziwolągów, o udach cieńszych niż mój nadgarstek, czy ekshibicjonistycznych homoseksualistów obnażających się wulgarnie na ulicach lub chłoptasiów chowających się za spódnice kobiet, matek i żon, wreszcie dysfunkcyjnych ojców. Jakże aktualne w epoce hałaśliwych feministek-aktywistek, znarowionych przodownic tęczowej międzynarodówki.

I chociaż bardzo dzisiaj Chestertona brakuje, to posiadamy ogromny zbiór jego dzieł, złotych myśli, genialnych spostrzeżeń, które przetrwają głupotę różnej maści demiurgów postmodernistycznej ery zagłady. Czerpmy więc wiedzę z szeregu błyskotliwych zdań, które demaskują fałsz inżynierów nowego człowieka. Dziś tylu głupców wypowiada się publicznie, psując dobre obyczaje, podważając autorytety, okłamując młodych, by ich sprowadzić na manowce. Przy masowym ostrzale ich „erudycyjnych” wykwitów trudno nadążyć za repliką, by punktować bezprzykładną głupotę. Zresztą, nie jest to żadna strata, bo lepiej osła poganiać, niż wchodzić w dysputę z głupcem. Najlepiej zaś poczytać Chestertona.

Autor jest socjologiem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

http://www.naszdziennik.pl/wp/63362,jak ... tonow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /