Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Polska dusza
PostNapisane: 30 gru 2010, 15:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Polska dusza

Czy można mówić o duszy polskiej? Bardzo wielu dziś powiada, że nie można. Ale są to umysły ciasne, nierozumiejące, że język ma wiele poziomów: od matematycznego, przez analogiczność, aż do wielkiej, także twórczej, metafory. Profesor Andrzej de Lazari wydał po polsku i po rosyjsku antologię wypowiedzi Polaków i Rosjan pt. "Dusza polska i rosyjska" (Warszawa 2004). Okazuje się, że są to tematy niezwykłe, frapujące i bardzo aktualne.


Oto stanęliśmy w obliczu jakiejś niesłychanej tragedii duchowej. Liczni postmarksiści, socjaliści, liberałowie, ateiści, nihiliści dzisiejsi, wielu żydów, a nawet katolików jednoczy się w próbach pomniejszenia czy też brutalnego podeptania wszystkiego, co polskie, patriotyczne i katolickie. Od roku 1989 coraz głośniej zarzucają nam, że Polacy współpracowali z Niemcami w mordowaniu Żydów w czasie wojny, że są nacjonalistyczni, ksenofobiczni, nietolerancyjni, ciemni, leniwi, nieaktywni, prymitywni kulturowo i niezdolni do posiadania swojego państwa. I co gorsza, uważają, że główną winę za to ponosi Kościół katolicki przez swój anachronizm i fundamentalizm. Obecnie ten atak na Kościół bardzo się nasila.
Dla większości Polaków jest to coś strasznego i zupełnie niespodziewanego. Skąd ten obłędny i nagły atak? Przeżyłem to bardzo, kiedy miałem wystąpienie na temat wartości i znaczenia polskości na Kongresie Kultury Polskiej w 2000 r. w Warszawie. Przemawiało nas dziewięciu, ale w efekcie tylko ja i pewien Polonus z Kanady mówiliśmy o polskości pozytywnie, siedmiu zaś pozostałych atakowało wszystko, co polskie i ojczyźniane, a nawet język polski. Z inteligentnego zaś audytorium dochodziły głosy, że nasze ujęcia pozytywne są czysto emocjonalne i bez wartości intelektualnych. Byłem w szoku. Pytałem sam siebie, czy jestem w Warszawie, czy też może w Berlinie albo w Moskwie. Sądziłem, że "Solidarność" odrodziła ducha Polski...
Prześledźmy główne nasze historyczne idee społeczne, polityczne, kulturowe i duchowe.

Naród i patriotyzm
Kategorie te są przez wspomnianych misjonarzy nihilizmu w czambuł potępiane, Polaków oskarżają oni o skrajny nacjonalizm. Jest to jakiś szantaż, żeby nad Polską całkowicie zapanować, nad jej ciałem i duszą. My natomiast narodu ani nie ubóstwiamy, ani nie potępiamy. Polacy od dawna rozumieją naród nie biologicznie czy mitologicznie, lecz po prostu po ludzku i personalistycznie. Naród to przecież organiczna społeczność osób ludzkich, względem nich rodzicielska, tworząca im łono życia, wiążąca je wspólną świadomością, kulturą, tradycją, historią, językiem, kodeksem moralnym i niekiedy też religią. Przy czym nie chodzi bynajmniej koniecznie o wspólne pochodzenie biologiczne, jak u Żydów. Ojciec Józef Maria Bocheński, dominikanin, wskazywał, że klasyczny właśnie nacjonalizm wszech czasów to nacjonalizm żydowski, bo tam decyduje tylko pochodzenie biologiczne. Według Polaków, do narodu może należeć każdy, kto go świadomie afirmuje i przyjmuje za swoją społeczność życia, jak to było np. z królem Władysławem Jagiełłą. Główną rolę odgrywa tu czynnik duchowy, osobowy. Naród jest stworzeniem Bożym i podlega prawom życia duchowego i moralnego. Patriotyzm zaś to po prostu poszerzenie żywej miłości do matki i ojca na całą społeczność narodową, która nas też na różny sposób rodzi, w łonie której żyjemy, którą współtworzymy i za którą ściśle odpowiadamy (por. Cz.S. Bartnik, Teologia narodu, Częstochowa 1999; M. Kowalczyk, Naród w nauce chrześcijańskiej, Lublin 2002).


Królestwo i Rzeczpospolita
Wielkim osiągnięciem człowieka było stworzenie organizacji państwowej. U nas Księstwo Piastów pojawia się ok. 860-869 w Gieczu, a ok. 940 w Gnieźnie, w roku 966 odrodziło się - jak pisał Adam Mickiewicz - z chrztu jako silne państwo Mieszka I, w roku zaś 1000 jako Królestwo Polskie. Królestwo Polskie było od początku natchnione ideą Królestwa Bożego w rozumieniu chrześcijańskim oraz ideą Rei Publicae Romanae. Przyjmowało kulturę i cywilizację rzymską i chrześcijańską. Z intencji cesarza Ottona III miało szerzyć tę kulturę w środkowej i wschodniej Europie aż po Morze Czarne. W Królestwie Polskim chrześcijaństwo otrzymało interpretację subtelną, łagodną i duchową w przeciwieństwie do surowych i niekiedy okrutnych interpretacji zachodnich, jak niemiecka, hiszpańska, franko-galijska i inne.
Od ok. 1454 r. Korona Królestwa Polskiego zaczęła się przetwarzać w Rzeczpospolitą, czyli państwo wszystkim wspólne i w demokrację szlachecką (por. przywileje nieszawskie na rzecz także drobnej szlachty). Szlachta w Polsce w XVI w. stanowiła już ok. 10 proc. ludności i sprzeciwiała się zdecydowanie wszelkim zakusom władzy dyktatorskiej i absolutnej, co Polskę bardzo wyróżniało spośród innych wielkich państw Europy. Toteż już od XIV w. ciągnęli do Polski liczni obcy: Żydzi, Niemcy, Prusowie, Litwini, Rusini, Szwedzi, Czesi, Słowacy, Węgrzy, Ormianie, Tatarzy, Duńczycy, Włosi, Grecy, Irlandczycy, Anglicy, Niderlandczycy, Hiszpanie i inni. Polska jagiellońska była zatem państwem niezwykłym i wspaniałym.
Co do Żydów, to przybywali oni sporadycznie jeszcze do kraju Wiślan i Polan. W XII w. za Mieszka Starego bili nawet własną monetę z napisami hebrajskimi. Wypędzani z krajów zachodnich za zdominowanie gospodarki w XIII w. przybywali już masowo do Polski i osiedlali się głównie w miastach, bo nie chciano im dawać ziemi na własność. Szybko jednak uzyskali autonomię społeczną, polityczną, kulturalną i wyznaniową. Posiedli swoje władze administracyjne, własne sejmy krajowe, ustawodawstwo, szkolnictwo, obyczaje, sądownictwo, szczególne uprawnienia finansowe i handlowe. Krakowski Żyd Lewko pożyczał królowi Kazimierzowi Wielkiemu pieniądze m.in. na budowę dróg i mostów. Niektórzy nie musieli znać języka polskiego do końca życia. Żydzi w I Rzeczypospolitej stworzyli rodzaj "państwa Izrael" skupiającego trzy czwarte wszystkich Żydów na świecie (T. Mazowiecki).
Szkoda jednak, że olbrzymia większość nie kierowała się polską racją stanu, nie sprzyjała Kościołowi katolickiemu, co wytykali im Papieże w XVIII w. i - gdy ponosiliśmy potem wielkie klęski - to popierała naszych wrogów. Ksiądz profesor Władysław Poplatek ze Lwowa opowiadał, że w tym mieście Żydzi witali chlebem i solą nie tylko Sowietów w 1939 roku, ale i Niemców. Pewien nieszczęsny Żyd chciał ucałować kroczącego na czele oddziału oficera niemieckiego. A ten pokazał mu kulturę niemiecką, "wyższą" od polskiej: wyciągnął pistolet i zastrzelił go na miejscu. Jest nam bardzo przykro, że większość Żydów polskich nie wie, co to wdzięczność wobec nie-Żydów.

Duch unijny
Królestwo Polskie nie znało wojen grabieżczych i zaborczych, a tylko obronne i pomocnicze. Toteż w czasach, gdy naokoło szalały walki i wojny grabieżcze, z Królestwem Polskim łączyły się dobrowolnie różne narody, księstwa i regiony. Oto niektóre: Księstwa Pomorskie (od 1122 do 1534), Ruś Czerwona (od ok. 960, potem od 1340), Hospodarstwo Mołdawskie (1387-1712), Związek Pruski (Prussia), czyli późniejsze Prusy Królewskie (stany pruskie z miastami niemieckimi i szlachtą zwróciły się w 1454 r. o przyjęcie ich do Korony Polskiej i obronę przed zakonem krzyżackim - do 1772 r.), Prusy Książęce (od 1466 do 1701), Inflanty (od 1561).
Największe znaczenie miała międzypaństwowa unia polsko-litewska - od unii personalnej w Krewie, gdzie wielki książę litewski Jagiełło zgodził się objąć tron polski, poprzez różne inne formy, aż do unii realnej na Sejmie w Lublinie w 1569 roku. Stąd nazwa Rzeczpospolita Obojga Narodów. Ponieważ jednak panowie ruscy woleli przystąpić do Korony, gdzie mieli więcej wolności niż w Wielkim Księstwie Litewskim, dlatego niektórzy mówili też o Rzeczypospolitej Trojga Narodów. Chociaż Litwini dziś na ogół uważają, że unia z Polską nie dała im odpowiednich możliwości rozwoju i mają dużą niechęć do Polski, to jednak historycy stoją na stanowisku, że unia z Polską uratowała Litwę przed zagładą bądź to przez zakon krzyżacki, bądź przez Moskwę.
Oprócz unii politycznych w Polsce doszło też do ważnej, trwającej do dziś unii Kościoła katolickiego z Cerkwią prawosławną na ziemiach Rzeczypospolitej. Mowa o tzw. unii brzeskiej w roku 1596. Ponadto w 1630 r. doszło także do unii z Kościołem ormiańskim na ziemiach polskich i powstało arcybiskupstwo ormiańskie we Lwowie. Dziś mamy w Polsce ponad 90 tys. Ormian i sądzę, że powinni mieć także swoje biskupstwo.

Suwerenność i wolność
Każde państwo na świecie walczy o uzyskanie suwerenności, kiedy się rodzi, potem o to, aby ją utrzymać, a gdy ją straci, żeby ją odzyskać. Tak było i z Polską. Wyróżniliśmy się od wielu innych chyba tylko potężną wolą odzyskiwania suwerenności przez wylanie morza krwi, co zresztą wielu wyrodnych synów Polski dziś uważa za fanatyzm, głupotę i makabryczny kult krwi. Straciliśmy suwerenność pod koniec XVIII w. z powodu upadku demokracji szlacheckiej. I rzecz charakterystyczna, że oto te same symptomy wystąpiły i dziś: demokracja bez wartości, zdrada ze strony wielu możnych polityków. Niewątpliwie wolność, którą pomogła nam wywalczyć "Solidarność", została oddana Unii Europejskiej w 2004 roku. Obcą zwierzchność przyjęliśmy przez ratyfikację traktatu lizbońskiego 27 listopada 2007 roku. A kiedy uwyraźniły się różnice między traktatem lizbońskim a naszą Konstytucją, to nasz Trybunał Konstytucyjny orzekł w duchu logiki sprzeczności, że poddanie Polski prawu obcemu nie narusza suwerenności, lecz raczej ją wzmacnia. Dla dopełnienia tej nielogiczności prezydent obecnie przygotowuje zmianę naszej Konstytucji, żeby ją dostosować do traktatu lizbońskiego. Człowiek normalny już dziś nie rozumie, w jakim to świecie żyje.


Osoba wolna i obywatelska
Liczni politycy zagraniczni, a także niektórzy nasi - bądź ignoranci, bądź obłudnicy - zarzucają Polsce, że nie zna wolności obywatelskiej i demokracji. Tymczasem Polska krzewiła je dużo wcześniej niż Zachód. Od XV i XVI w. szlachta polska odrzucała absolutną władzę państwa i rozwijała pewnego rodzaju parlamentaryzm (o cztery wieki wcześniej niż w Anglii!). Przywilej czerwiński z 1422 r. zabraniał konfiskować lub zajmować majątek bez wyroku sądowego i łączyć w jednym ręku stanowisko starosty i sędziego. Na mocy przywileju jedlneńsko-krakowskiego z 1430 r. i 1433 r. szlachta zyskała nietykalność osobistą (neminem captivabimus nisi iure victum - nikogo nie wolno więzić bez wyroku sądowego). W 1791 r. przywilej ten rozciągnięto na mieszczaństwo.
Statut nieszawski z 1454 r. postanowił, że ustawy ogólne oraz decyzje o wojnie mogą być podjęte przez monarchę tylko za zgodą sejmików i sejmów walnych. Według konstytucji radomskiej Nihil novi z 1505 roku król nawet z Radą Koronną nie mógł podjąć żadnej uchwały ogólnokrajowej bez zgody sejmu ogólnokrajowego, poza tym konstytucja gwarantowała nietykalność jednostki, swobodę myśli i wolność zrzeszeń politycznych. Na tej podstawie szlachta przeforsowała praktykę: nihil de nobis sine nobis - nic o nas bez nas. To niestety przerodziło się w XVII w. w zasadę liberum veto, które zniweczyło prace sejmów. W roku 1556 sejm uchwalił ustawę o wolności sumienia pod względem religii, odrzucającą niemiecką barbarzyńską normę: cuius regio eius religio - czyja władza, tego religia. W 1573 r. sejm poparł po raz pierwszy w historii równouprawnienie w państwie wyznań chrześcijańskich oraz poszanowanie innych religii poza forum publicznym. W roku 1588 uchwalono nietykalność ogniska domowego, m.in. nie wolno było robić rewizji w czyimś domu bez zgody pana domu, choćby się tam ukrywał zbieg lub banita. Od XV w. rozwijała się wolność słowa, a od XVI wolność druku, cenzurę stosował tylko Kościół. Od XVII w. nadawano licznie prawa szlacheckie Żydom, Ormianom, Rusinom, Litwinom i innym. Chłopi z sąsiednich państw nierzadko uchodzili do Polski, gdzie odnajdywali więcej wolności (J. Bańka, E. Walewander).

Tolerancja religijna
Wielu nierozumnych ludzi u nas i na Zachodzie chce nas uczyć tolerancji religijnej i społecznej. Tymczasem, gdy na świecie toczyły się - i toczą do dziś - krwawe wojny religijne, to w Polsce wszystkie wyznania i religie żyły w zasadzie w pokoju. Kazimierz Wielki dał w roku 1341 gwarancję wolności obrządku i obyczajów prawosławiu w Polsce, podczas gdy Rosjanie robią trudności katolikom jeszcze dziś, np. nie umieszczają katolicyzmu wśród religii uznanych w Rosji. Władysław Jagiełło w 1430 r. zrównał duchownych katolickich i prawosławnych w prawach społecznych. Władysław Warneńczyk rozciągnął to w 1444 r. i na świeckich. W 1525 r. Polska zagwarantowała wolność luteranom w Prusach Książęcych, a w roku 1559 we wszystkich miastach pruskich. W 1561 r. zagwarantowano wolność kalwinistom w Inflantach. W 1555 r. sejm zapewnił swobodne wyznawanie wiary protestantom w całej Rzeczypospolitej. W 1573 r. sejm konwokacyjny uchwalił ustawę "De pace inter dissidentes de religione", która gwarantowała pokój i wolność religijną wszystkim protestantom - zarówno w życiu prywatnym, jak i publicznym. Nieraz jedna i ta sama świątynia katolicka służyła różnym wyznaniom chrześcijańskim.
Żadna religia nie była zakazana. W 1777 r. sejm surowo zabronił palenia heretyków na stosie oraz topienia "czarownic", które na Zachodzie ginęły setkami ("Państwo bez stosów", J. Tazbir).
W XVI w. Polska była nazywana na Zachodzie "azylem heretyków", no i "rajem dla Żydów" (A. Brźckner). Innowiercy byli dopuszczani do najwyższych stanowisk państwowych, jak np. hetman wielki koronny. Królowie Sasi w XVIII w. sami przeszli z protestantyzmu na katolicyzm, chociaż byłoby lepiej, gdyby tego nie zrobili. Za ich czasów tolerancja obniżyła swoją temperaturę, być może dlatego, że wnieśli klimat niemiecki. Jeszcze w 1414 r. ks. Paweł Włodkowic dowodził na soborze w Konstancji, że istotą wiary chrześcijańskiej jest dobrowolność, nie wolno nawracać na wiarę siłą, że ziemie pogan nie są niczyje, lecz należą do pogan. I w Polsce nikt nie nawracał pod przymusem Żydów, Tatarów, Turków czy innych. Wprawdzie w roku 1658 wygnano z Polski braci polskich (arian), dając im dwa lata na opuszczenie kraju, ale robili to panowie protestanccy dla ratowania swojego wyznania przed rozbojem i posłużyli się zarzutem, że w czasie najazdu szwedzkiego, bardzo niszczącego kraj, arianie poparli Szwedów. Trzeba dodać, że katolicy, nawet niektórzy biskupi, ukrywali arian przed władzami (E. Walewander).
A jak jest tolerancyjny wobec katolików nasz współczesny "światłogród"? Oto np. wicemarszałek Jerzy Wenderlich z SLD zgłosił typowy dla podobnych ugrupowań wniosek, żeby wyrzucić katolickich katechetów ze szkół, bo "są opłacani z podatków także niekatolików". Pogratulować logiki. A może by tak całe społeczeństwo katolickie nie płaciło właśnie na takich ludzi, jak pan wicemarszałek, zwłaszcza na niekatolików. Niech oni sami się opłacają.

Ojczyzna w potrzebie
Każdy naród broni swojej ojczyzny, choć dziś traktat lizboński wartość ojczyzny bardzo pomniejszył. Jednak Polacy wyróżniali się bardzo wielką ofiarnością dla Ojczyzny i wielką bezinteresowną pomocą dla innych państw walczących o swoją wolność. Drwienie wyrodnych synów, że Polacy kochają tylko swoje klęski i nieszczęścia, swoje nieudane zrywy i powstania, jest perfidią spowodowaną zanikiem uczuć wyższych. Polska walczyła o życie wielokrotnie i z wieloma sąsiadami, ale też kiedy mogła, broniła Europy przed Tatarami, przed Imperium Otomańskim (przez 250 lat), przed Krzyżakami, przed Moskwą. Toteż już w średniowieczu zaczęła zyskiwać sobie takie przydomki, jak: Polska Wspomożycielka (Polonia Auxiliatrice), Obronny Wał Polski (Vallus Polonorum), Przedmurze Chrześcijaństwa (Antemurale), Polska Zawsze Wierna (Polonia Semper Fidelis) i inne. W 1920 r. Polska obroniła zachodnią Europę przed dziczą bolszewicką. Podobnie i od 1939 do 1989 r. hamowała w jakimś sensie inwazję bolszewizmu na Zachód. Przyczynili się do tego m.in. "Solidarność" i polski Papież Jan Paweł II. Polska też stawiła czoła samotnie bestii niemieckiej w 1939 roku i w czasie okupacji, tworząc największe państwo podziemne, a wreszcie walcząc na wszystkich frontach w II wojnie światowej. I oto dziś stoi przed Polską i polskim Kościołem zadanie stawienia czoła szalejącemu i wszystko niszczącemu liberalizmowi, związanemu z ateizmem, postmodernizmem i nihilizmem. Jak ujawnił portal WikiLeaks, Papież liczy na to, że katolicy polscy wzniecą iskrę odrodzeniową w UE. Ale sprawa jest niezwykle trudna, bowiem chyba dlatego wszystkie złe moce krajowe i unijne rozwijają iście diabelski atak na Kościół katolicki w Polsce. Może to i pod pewnym względem dobrze, bo w ten sposób ożyje religijny problem u nas i w Europie, czyli że szatan działa na własną szkodę. Ale trzeba się nam modlić, żeby nasz nowy nuncjusz, Włoch, otrzymał charyzmat rozumienia tej sprawy ewangelicznie (1 Kor 12, 8).


Posłannictwo
W historiozoficznej świadomości Polski wystąpił mocno - już od ks. Piotra Skargi (1536-1612) - motyw posłannictwa, nazywany czasami biblijnie mesjanizmem. Zarzuca się nam często, że Polska miała się za "mesjasza narodów", jak naród żydowski, że jest "Chrystusem Narodów", i że jej cierpienia mają charakter zbawczy. Może ktoś z naszych wieszczów z czasów niewoli przesadził, ale trzeba odróżnić język ścisły i naukowy od języka poetyckiego, metaforycznego i artystycznego, posługującego się motywami religijnymi dla uzyskania głębi i dramatyzmu, ale o sensie tylko dalekiej analogii. Przecież podobnego języka używali: św. Maksymilian Kolbe, św. Faustyna, bł. Michał Sopoćko, Rozalia Celakówna, Prymas Stefan Wyszyński, Jan Paweł II i inni.
U podstaw pojęcia posłannictwa leży słuszna prawda, że Naród Polski - i zresztą każdy człowiek - jak i każdy naród, zwłaszcza chrześcijański, ma do odegrania swoją szczególną rolę zadaną mu przez Opatrzność. Sumerowie sprzed tysięcy lat dali światu pojęcie prawa (me), Egipcjanie - miłości i ładu społecznego (maat), Grecy - wielkości myśli (logos), Rzymianie - godności osoby obywatelskiej, Hebrajczycy dokonali odbóstwienia świata. A co dawała - i daje - Polska? Wydaje się, iż - mimo że wielu Polaków zaczyna dosięgać zwyrodnienie - mocne związanie wiary w Boga i w Kościół z Narodem i życiem doczesnym, patrzenie na życie i historię przez pryzmat Paschy Chrystusa, krzyża i zmartwychwstania, wiarę w Boży dar rodziny i głoszenie absolutnej wartości każdej osoby ludzkiej od poczęcia do naturalnej śmierci. Do tego dochodzi najbardziej pilna konieczność wydobywania współczesnego człowieka z przepaści chaosu umysłowego, moralnego i duchowego.

Postawa "ludzka"
Trzeba zauważyć, że pod warstwą - może nawet grubą - naszych grzechów, wad, błędów, ograniczeń i jednostronności w człowieku polskim kryje się jednak prawie zawsze głęboki humanizm i personalizm, co nas właśnie w dużym stopniu wyróżnia. Stąd potocznie mówi się często o Polaku, że jest to "człowiek ludzki". Biorąc szerzej, jest to człowiek otwarty, serdeczny, dowcipny, z humorem, gościnny, towarzyski, lubiący zabawy, altruistyczny, hojny, idealizujący, o żywej inteligencji, pomysłowy, pobudliwy, emocjonalny, zawsze gotowy do poświęceń, honorowy, żywo religijny, a wreszcie zawsze daleki od fanatyzmów i skrajności. Kobieta polska odznaczała się zawsze urodą, subtelnością, kulturą, skromnością, patriotyzmem na co dzień, zdolnością wychowywania dzieci, no i mężczyzn, rozwijaniem działalności charytatywnej, wesołością, śpiewnością, spontanicznością, osobowością poetyczną i żywą religijnością emocjonalną. Kobiety polskie były i są zawsze autentyczne, szlachetne, pełne dobroci i idealizmu. Nie muszą przeobrażać się w mężczyzn, co robią skrajne feministki. Toteż nie bez racji Francuzi powiadali czasami w XVI-XVII w.: Dulcis est sanguis Polonorum - usposobienie Polaków jest słodkie, łagodne.
Na duchowej osobowości Polaka katolika odbijało się coś z obrazu Jezusa miłosiernego, frasobliwego, żyjącego w gęstych krzyżach przydrożnych, ale i królewskiego, wypędzającego zbójców ze świątyni Pańskiej. A także dawała coś lirycznego i mistycznego Matka Boża: Kwietna, Jagodna, Żniwna, Siewna, Zielna, Gromniczna, Królewska oraz ta Katyńska, Smoleńska, Oświęcimska i Płacząca. I nie stawialiśmy nigdy na piedestał zdobywców, zbrodniarzy i głębokich psychopatów, co niestety dzieje się w niejednym narodzie. Jednakże ostatnio pod wpływami ateizmu, liberalizmu i nihilizmu, niszczących wszystkie wartości, obraz duchowy Polaka mocno ciemnieje.

Chwała i honor
Typowy Polak, idąc za wielkimi kulturami historycznymi, kieruje się ostatecznie dwoma silnymi motywami: chwałą i honorem. Chwała to światło duchowe osoby, życie dla dobra moralnego, własnego i społecznego, życie prawdą, traktowanie historii jako drogi do światłości Boga i człowieka, życie tak, żeby przyniosło prawdziwą sławę u Boga i ludzi. Ale dziś, niestety, motyw chwały i sławy ustępuje coraz bardziej chlubieniu się samoubóstwieniem, niszczeniem wartości i cynizmem. I dziś już większość inteligencji oraz polityków za nic ma dobre imię ich i narodu. Jest to odrzucenie wyższego sensu życia i historii ludzkiej.
Z chwałą wiąże się honor: honor własny i honor Polski. Honor to poczucie godności i wartości, szacunek w stosunku do własnej osoby, stanowcze trzymanie się zasad etycznych, liczenie się z ludźmi prawymi i nieupadlanie się przed złymi, kierowanie się prawdą, dobrem, czystą miłością i sumieniem. W Polsce honor od stuleci był silnym lejtmotywem życia indywidualnego i zbiorowego, zarówno u arystokraty, jak i najbardziej prostego człowieka, gdyż u nas szlachcic stał się typem każdego Polaka i każdej Polki.
W rezultacie jakże słusznie oddano duszę polską owym trójmotywem: Bóg - Honor - Ojczyzna. Tylko że od czasów okupacji niemieckiej i bolszewickiej wszystkie te trzy hasła zostały odrzucone w życiu społeczno-politycznym, a teraz robią to samo, niestety, coraz liczniejsze i coraz bardziej wyzywające ośrodki liberalne, ateistyczne i nihilistyczne. Chcą one po prostu duszę polską zabić. Nie sposób zrozumieć, dlaczego to robią, jeszcze się chwalą, że realizują "nowoczesność". Jaką? To jakaś tajemnica ciemności. Trzeba za św. Pawłem powiedzieć: "Tajemnica nieprawości już działa". Jest znowu bardzo potężne wyzwanie dla Kościoła Chrystusowego w Polsce.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=109383


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 07 sty 2011, 15:48 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wencel: Kochamy wolność tak, że nawet śmierć nie może nam jej odebrać

Pisząc „De profundis” płakałem ze szczęścia i modliłem się. Czułem, że dotykam Bożej miłości, która obejmuje wszystkich naszych poległych - mówi portalowi Fronda.pl poeta Wojciech Wencel.

Fronda.pl: Dlaczego wywołał Pan katastrofę smoleńską? Taki zarzut stawia Panu i J. M. Rymkiewiczowi Andrzej Horubała.
Wojciech Wencel: Na podobnej zasadzie można twierdzić, że poetyccy katastrofiści z lat trzydziestych XX wieku rozpętali II wojnę światową. To nie dzieło Hitlera i Stalina, lecz Miłosza i Czechowicza. A mówiąc bardziej serio, poeci właśnie dlatego są poetami, że zdarza im się antycypować wielkie wydarzenia. Po prostu rejestrują niepokój obecny w zbiorowej podświadomości, w języku swojej wspólnoty, interpretują metafizyczne znaki, w jakimś stopniu jest im to dane z góry. W trakcie pisania poeta – oczywiście nie każdy – znajduje się jakby poza czasem, na moment uzyskuje dostęp do perspektywy wiecznej. Tadeusz Gajcy wspominał o wróżbie, która „pisała się sama i kształtem pochmurnym wiodła sprawy ku światłu uwięzionemu w śmierci”. Taka jest logika procesu twórczego: pewne rzeczy piszą się same i nie da się ich łatwo wytłumaczyć. Nikt o zdrowych zmysłach nie twierdzi jednak, że ma to wpływ na bieg wydarzeń. Andrzej Horubała zauważa, że przed 10 kwietnia istniał klimat duchowy zwiastujący katastrofę. To prawda. Jednak to nie Jarosław Marek Rymkiewicz, którego czyta kilka tysięcy koneserów literatury, był „twórcą” tego klimatu.
A kto?
Ten klimat wytworzył się samoistnie wobec kolportowanej przez główne media nienawiści do moherów, PiS-u i braci Kaczyńskich. Może jest tak, że szczególnie silna zbiorowa nienawiść w końcu się materializuje, podświadome życzenie unicestwienia wroga spełnia się. Fakt, że Rymkiewicz już wcześniej ukazywał głęboki sens polskich tragedii, nie czyni go czcicielem śmierci i krwi, raczej piewcą polskiego ducha, który potrafi zwycięsko wyjść z tej dziejowej rzeźni. Czy poeta z Milanówka jest jakimś kryptosatanistą? Czy pragnie kolejnych ofiar? Nie. Mitologizuje prawdziwe doświadczenia, które przygotował dla nas Bóg czy – jakby powiedział Rymkiewicz – los. Wobec krwawej polskiej historii można zamykać oczy, uważać ciąg traumatycznych zdarzeń za incydenty, ale można też stanąć wobec niej twarzą w twarz. I starać się znaleźć w niej sens. Dla Rymkiewicza takim sensem jest jakaś pierwotna wolność, której nie da się zniszczyć. Dla mnie ta wolność ma głęboki wymiar chrześcijański. Bez ofiary Chrystusa byłaby próżna. Na poziomie historiozoficznym mówimy jednak to samo. Nie: „My, Polacy, kochamy ginąć”, tylko: „Kochamy wolność do tego stopnia, że nawet śmierć nie może nam jej odebrać”.

Nie za bardzo skupia się Pan na martyrologii? Nie za dużo jej w polskiej poezji?
W polskiej poezji, czyli gdzie? U romantycznych wieszczów? A później u Lechonia, Wierzyńskiego, Rymkiewicza w „Ulicy Mandelsztama”, w pewnym sensie u Herberta… No i w dawnych wierszach Polkowskiego. To niewiele, wziąwszy pod uwagę setki poetów sprowadzających literaturę do językowych zabaw, ironii albo estetycznych westchnień nad złożonością świata. Poza tym „martyrologia” to złe słowo, bo kojarzy się z poczuciem krzywdy. Tymczasem wbrew temu, co piszą niektórzy recenzenci, w moim tomie „De profundis” nie ma lamentów, rozpaczy, cierpiętnictwa. Nie uważam, że Bóg zbyt dotkliwie doświadcza Polaków, przeciwnie – błogosławię Go za naszą wspaniałą historię, która kształtuje ducha, uczy męstwa, prawdziwej wolności, miłości, ufności. W tym tomie jest oczywiście z trudem powściągany ból, bezradna czułość dla poległych, ale jest też rodząca się w ciemności jakaś drżąca nadzieja, ziarnko żywej wiary. Zresztą to uważam za najważniejsze w tych wierszach. One rejestrują coś nieuchwytnego, co zrodziło się w nas po Smoleńsku, autentyczną moc, która „w słabości się doskonali”. Myślę, że w tej perspektywie tkwił jakiś odprysk spojrzenia Boga. W trakcie pracy nad „De profundis” musiałem czasem przerywać pisanie. Płakałem ze szczęścia i modliłem się, bo czułem, że dotykam Bożej miłości, która obejmuje wszystkich naszych poległych. Do końca życia tego nie zapomnę.
Tematyka martyrologiczna zdaje się wzbudzać skrajne emocje: z jednej strony fascynację i potrzebę przeżywania jej wciąż na nowo, z drugiej strony lęk.
Ten lęk każe nawet oskarżać mnie o nekrofilię. Taki sam zarzut stawiano romantykom czy poetom „Sztuki i Narodu”, więc nie jest to żadna nowość, ale dziś brzmi to szczególnie groteskowo. Popkultura pełna jest krwi, trupów i psychopatycznych morderców, w programach informacyjnych i dokumentach pokazywane są drastyczne zdjęcia z autentycznych tragedii, ale to nikogo nie przeraża. Andrzej Horubała, dla niewtajemniczonych: producent telewizyjny, gorszy się natomiast poetyckimi obrazami śmierci, w których nadprzyrodzona godność ofiary zostaje ukazana przez nawiązanie do prawdy o człowieku wyrażonej przez Fra Angelico. W takich chwilach myślę, że nie wszyscy powinni mieć możliwość pisania o poezji. Są pewne granice, wyznaczane sprawnością intelektualną, nie wspominając już o kompetencjach krytycznoliterackich. Jeśli ja jestem nekrofilem, to Andriej Tarkowski jest piromanem, bo w jego filmach roi się od scen płonących budynków. Poezja to nie czysta informacja, dokument historyczny ani program polityczny, tylko miejsce spotkania z Bogiem czy – jak kto woli – tajemnicą istnienia. Śmierć jest kluczową częścią tej tajemnicy i nie da się jej wyrugować z kultury. Nie da się jej też obezwładnić popkulturalnym, błazeńskim dystansem.
Ofiary Katynia są przedstawiane jako męczennicy – czy ukazywanie jako męczenników także ofiar katastrofy smoleńskiej, które zginęły w wypadku, nie jest przesadą?
Nie mówię o męczennikach, mówię o poległych. Ta katastrofa ma tak ogromny ciężar symboliczny, że trudno stosować inne określenie. Nawet jeśli był to wypadek, a tego wciąż nie wiemy z całą pewnością, zginęli w nim przedstawiciele polskiej elity pełniący służbę państwową, pragnący złożyć hołd ofiarom Katynia. Polegli w walce o Polskę suwerenną, o integralne państwo żywych i umarłych, o naszą wielkość w Europie. Wszystkim bez wyjątku należy się nasz hołd. Oczywiście, w tym co mówię, jest domieszka mitu, ale to naturalne, że dziejowe wydarzenia obrastają mitem. Nie mam żalu do dziennikarzy, że nie myślą symbolicznie. Dziwię się tylko, że wchodzą z poetami w polemiki, próbując odebrać nam prawo do mitologizacji Smoleńska. Gdyby żyli w czasach Norwida, pewnie staraliby się go przekonać, że na niebie nie ma żadnych „wojsk koczujących”, a cały ten „Bema pamięci żałobny rapsod” to jakaś „mętna mistyka”. Ręce opadają.

Wsparł Pan w wyborach prezydenckich Jarosława Kaczyńskiego, zajmuje się Pan tematami bliskimi jego ugrupowaniu. Jawna deklaracja sympatii partyjnych nie szkodzi Panu jako poecie, nie odbiera Panu wiarygodności?
Po Smoleńsku przestałem patrzeć na politykę jak na grę partyjną. Śmierć Lecha Kaczyńskiego spowodowała kres suwerennej polityki zagranicznej. Polska stała się państwem bezbronnym wobec wpływów Rosji, rządzonym przez ludzi dbających o własne interesy przy współudziale głównych mediów. Czułem się zobowiązany stanąć po stronie brata prezydenta razem z kilkoma milionami „moherowych” Polaków, wykluczonych z życia publicznego. Poza tym uważam, że Jarosław Kaczyński jest obecnie jedynym mężem stanu, działającym w interesie narodowym i zdolnym po odzyskaniu władzy realnie zabezpieczyć polską suwerenność. A moja wiarygodność? Już dawno zrezygnowałem z wielkiej kariery literackiej. Jestem poetą podziemnym, nie spodziewam się tysięcy czytelników. Bóg zna moje motywy, cieszę się wolnością i to mi wystarczy.
Mateusz Matyszkowicz w recenzji „De profundis” pisał o powrocie poezji do polityki. Co poezja może zrobić dla sfery politycznej? Czy może ją „odpiarowić” ?
Czytałem niedawno w „Rzeczpospolitej” recenzję „Samuela Zborowskiego”. Autor starał się wykazać, że Rymkiewicz jest niekonsekwentny, bo w książce chwali ducha anarchii, a prywatnie popiera Jarosława Kaczyńskiego, który jest państwowcem. Kolejny dziennikarz-literaturoznawca. Panowie, zrozumcie wreszcie, że my nie piszemy programów politycznych, tylko opisujemy polskiego ducha. Podejrzewam, że gdybym chciał zrealizować swoją poetycką wizję w PiS, prezes Kaczyński wyrzuciłby mnie na zbity pysk. Bardzo słusznie, bo nie jesteśmy przygotowani do wojny z Rosją. Więcej: gdyby Jarosław Kaczyński zaczął nagle mówić wyłącznie moimi wierszami i manifestami, prawdopodobnie przestałbym go popierać. Polityk nie ma dawać świadectwa. Polityk ma obowiązek skutecznie służyć wspólnocie. Podkreślam: skutecznie. Cenię Marka Jurka, ale co mi po jego rozdartych szatach w sprawie aborcji. To jest publicystyka, a nie polityka. Wolałbym, żeby wrócił do PiS i zaczął znów wprowadzać nasze wspólne wartości w życie. Poezja może być inspiracją dla niektórych polityków, czasem przedmiotem prasowej debaty czy elementem uroczystości państwowych, ale nie zastąpi realnych, przemyślanych działań.
Radość Matyszkowicza była przedwczesna?
Była jak najbardziej na miejscu, bo chodziło mu o politykę jako przestrzeń wspólnotowego odczuwania. A w tak pojętej sferze politycznej poezja ma wiele do zrobienia. W dłuższej perspektywie jest w stanie kształtować zbiorową wyobraźnię, świadomość historyczną, pomagać zrozumieć istotę polskości, rozwijać patriotyzm, leczyć z egoizmu. Wierzę, że są Polacy, którzy w ten sposób czytają „De profundis”.
Rozmawiał Stefan Sękowski

http://www.fronda.pl/news/czytaj/wencel ... m_jej_odeb


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 26 sty 2011, 15:57 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Po co nam Polska?

Ość w gardle tego świata

Dlaczego urodziłem się Polakiem? Jak wyglądałoby moje życie, gdybym przyszedł na świat jako Anglik, Francuz albo Rosjanin? Miałbym wysoką pensję czy tradycyjną rodzinę? Pasjonowałyby mnie nowe technologie czy kantaty Jana Sebastiana Bacha? No i czy byłbym agnostykiem czy chrześcijaninem? A może buddystą?

Chyba każdy z nas stawiał sobie kiedyś podobne pytania. Jedni robili to w chwilach trudnych, znajdując oparcie w złudzeniu, że gdzieś tam, za górami, za lasami, byłoby im łatwiej osiągnąć sukces. Przeklinali przypadek, który - ich zdaniem - zdecydował, że urodzili się w kulturze wiecznych marzeń, a nie w maksymalizującej zysk ekonomiczny zachodniej cywilizacji. Inni, a wśród nich ja, robili to w poczuciu wyższości nad mieszkańcami zsekularyzowanego Zachodu i barbarzyńskiego Wschodu. Dziękowali Bogu, że razem z polskością dał im wiarę, bezgraniczne umiłowanie wolności i narodową dumę. Katastrofa smoleńska weryfikuje oba te sposoby myślenia.
Ludzie, którzy chcieliby uczynić z Polski sprawnie funkcjonującą machinę do bogacenia się, bliźniaczo podobną do niemieckiej czy francuskiej, po 10 kwietnia 2010 roku znaleźli się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Kolejna polska apokalipsa na nowo odsłoniła bowiem wyjątkowość naszej historii i reanimowała zbiorowe myślenie metafizyczne, eschatologiczne czy choćby symboliczne. Smoleńsk zaczął obrastać mitem, w którym czciciele europejskiego porządku dostrzegli zagrożenie dla ich wizji społeczeństwa jako doskonale zorganizowanego mrowiska. Miała być mrówcza praca u podstaw, gwarantująca wygodne i dostatnie życie, a tu nagle spod ziemi wyleciały motyle o kolorowych skrzydłach - dusze naszych poległych, proroków i świętych, odwracające uwagę od "naprawdę ważnych" kwestii gospodarczych. Okazało się, że miliony Polaków wciąż bardziej kochają wolność niż konsumpcję.
Pragmatycy, którzy jak niepodległości skłonni są bronić najwyżej ciepłej wody w kranie, mają teraz dwa wyjścia. Albo spełnią swoją wielokrotnie powtarzaną groźbę emigracji ("Słowo daję, wyjadę z tego chorego kraju!"), albo będą usiłowali wyśmiać "smoleńską mistykę" w imię "zdrowego rozsądku". Takie rozpaczliwe próby skłonienia Polaków do powrotu na karuzelę konsumpcjonizmu trwają dziś niemal we wszystkich mediach, od TVN 24 po "Rzeczpospolitą". Nie zmienią jednak naszego dziejowego przeznaczenia, które z nową siłą objawiło się w Smoleńsku. Polska nigdy nie stanie się świetnie działającą korporacją. Zawsze będzie inna od społeczeństw zachodnich z ich przekonaniem o końcu historii, niezawodnymi "procedurami", dogmatycznym materializmem i polityczną poprawnością. Może gdzieś na Zachodzie istnieje raj na ziemi. Dla nas przewidziano co innego: brak stabilizacji, tymczasowość, rzadkie sukcesy polityczne i gospodarcze, częstsze porywy ducha, a okresowo traumatyczne doświadczenia, przypominające nam, kim jesteśmy.
A jesteśmy ością w gardle tego świata. Jak pisał na tych łamach prof. Andrzej Nowak: "Potężne siły zła, jakie skupiają się w imperialnej ambicji panowania nad innymi, poniewierania słabszymi, od ponad 300 lat potykają się o Polskę". Nie zbudujemy sojuszy gwarantujących nam pozycję zachodnioeuropejskiego państwa, bo zawsze będziemy przeszkadzać imperiom. Próby ich obłaskawienia nie odwrócą biegu historii. Skończą się groteską, jak prorosyjska polityka rządu Donalda Tuska w momencie ogłoszenia raportu MAK.
"O, dzięki Tobie za państwo boleści,/ I za męczeńskich koron rozmnożenie,/ I za wylaną czarę szlachetności/ Na lud, któremu imię jest - cierpienie,/ I za otwarcie bram... nieskończoności!" - pisał w 1847 roku Cyprian Kamil Norwid. Czy obraz polskości zmienił się od daty powstania tego wiersza? Przeciwnie: przybyło historycznych faktów, potwierdzających nasz zbiorowy los. Tyle że coraz rzadziej widzimy zbawienny sens tego losu i przestaliśmy za niego dziękować. Często - jako Polacy i jako chrześcijanie - czujemy się zaszczuci przez nieprzyjazny świat. Bronimy spadku po przodkach: katolickiej religii, wewnętrznej wolności, patriotyzmu, ale w głębi duszy obawiamy się, że następnym pokoleniom nie wystarczy sił do udźwignięcia tego ciężaru. Przytłaczają nas kolejne ofiary i upokorzenia. Nasze życie staje się martyrologią.
Dzieje się tak wówczas, kiedy polskość sprowadzamy do stanu posiadania. To prawda, że większość europejskich narodów już dawno rozmieniła swoje talenty na drobne. Ale my zakopaliśmy swój talent w ogrodzie i stawiamy straże, żeby nikt go nie ukradł. Niby czekamy na dzień ostateczny, lecz w gruncie rzeczy chcielibyśmy, żeby z tego zagrzebanego w ziemi talentu wyrosła nam Wielka Polska Katolicka - państwo stabilne duchowo, wolne od bolesnych doświadczeń, będące azylem w pogańskiej Europie. Ta tęsknota do duchowej "małej stabilizacji" powoduje, że na dnie serca skrywamy żal do świata, a może nawet do samego Boga, że nie pozwala nam spocząć na laurach.
Ale polskość nie jest stanem posiadania. Jest wieczną misją objawioną przez naszych wieszczów. "Duszą narodu polskiego jest pielgrzymstwo polskie" - pisał Adam Mickiewicz w roku 1832. To zdanie, pozornie odnoszące się do Wielkiej Emigracji po upadku Powstania Listopadowego, do dziś jest przejmująco aktualne. Tłumaczy wszystkie nasze dwudziestowieczne walki o niepodległość, okresy niewoli i współczesne trudności w budowaniu tzw. nowoczesnego państwa. Polskość to nie miejsce spoczynku, lecz droga, która prowadzi przez bramy historii ku nieskończoności. Kto chce naprawdę stać się Polakiem, musi być apostołem życia wiecznego. W świecie lękającym się śmierci i bijącym pokłony mamonie musi dawać świadectwo autentycznej wolności, którą przynosi żywa wiara w moc Zbawiciela.
Do czego jest nam potrzebna Polska? Do zbawienia. Do uświęcania siebie i innych zgodnie z nauką Chrystusa objawioną św. s. Faustynie Kowalskiej: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości". Obawiam się, że słowo "potęga" w tym zdaniu ma niewiele wspólnego z kryteriami tego świata, a i "świętość" należy kojarzyć raczej z umieraniem dla bliźniego niż z bezgrzesznością. Wielka Polska Katolicka pewnie z tego nie powstanie, ale już Polska katolickich apostołów, męczenników i świętych ma szansę się urzeczywistnić. I zasłużyć na wieczną chwałę w Niebie.
Ktoś powie, że w tej mesjańskiej wizji brakuje miejsca dla entuzjastów wygodnego życia według zachodnich standardów. Ale czy wśród biblijnych Izraelitów prowadzonych przez Boga po pustyni nie było ludzi o twardym karku? Gdy tylko Mojżesz znikał im z pola widzenia, szemrali albo wznosili złotego cielca. Oni również zostali powołani na drogę i gdy tylko mieli pełny żołądek, wlekli się za Mojżeszem.
Nasz przewodnik Jan Paweł II odszedł już do wieczności. Dlatego wielu Polaków straciło wiarę w sens pielgrzymowania. Ale Bóg nie zostawi nas samych, nie da też nam umrzeć z głodu. W odpowiednim czasie zjawi się Ktoś, kto dopełni naszą trudną, ale wspaniałą historię. Jak brzmi druga część Chrystusowego proroctwa z "Dzienniczka" św. s. Faustyny? "Z niej [z Polski] wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje". Od tej iskry żywego chrześcijaństwa, wykrzesanej smoleńską tragedią, pora zapalić lampy, które oświetlą nam drogę. Warto też zaopatrzyć się w zapas oliwy, by lampy nie pogasły, zanim nadejdzie Mesjasz.

Wojciech Wencel

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my01.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 05 lut 2011, 18:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wojciech Wencel

Polityczne konsekwencje mesjanizmu

Mój tekst "Ość w gardle tego świata" opublikowany w "Naszym Dzienniku" w cyklu "Po co nam Polska?" wywołał w niektórych środowiskach spore poruszenie. Internetowi publicyści, którzy odczytali go jako program polityczny, zarzucili mi nawoływanie do kapitulanctwa. Wielu z nich, za sprawą błędnego rozpoznania charakteru tekstu, dostrzegło w nim poglądy, których nie wyrażałem. Nie tylko niemądre, ale i biegunowo odległe od moich własnych.

"Nasz Dziennik" 4 lutego 2011

Oczywiście pisałem nie o politycznym, ale o duchowym wymiarze polskości, co - mam nadzieję - dla zdecydowanej większości czytelników jest jasne. Dla odbiorców niepotrafiących myśleć metafizycznie formułuję jednak kilka prostych prawd, które wydawały mi się dotąd tak oczywiste, że nie poświęcałem im miejsca w swoich tekstach. Czynię to z oporami, bo nadal uważam, że poeci są od przedstawiania głębszej wizji, a nie od wyciągania z niej wniosków politycznych. Skoro jednak ci, których zadaniem jest układanie chodników, przerwali pracę, żeby walczyć z budowniczymi dachu, zmuszony jestem na chwilę zejść na parter i zająć się chodnikami.

Jestem za pracą i konsumpcją, a nie za kultem gospodarki i konsumpcjonizmem. Chodniki powinny być odśnieżone, drogi równe, a z kranów powinna płynąć ciepła woda. Każdy człowiek, nawet poeta, lubi czuć się w codziennym życiu czysto i bezpiecznie. Ludzie odpowiedzialni za polską gospodarkę mają obowiązek robić wszystko, co w ich mocy, by się rozwijała. Zwłaszcza że dziś kwestie gospodarcze mają związek z zabezpieczeniem niepodległości. Działania obecnego rządu w sferze gospodarczej uznaję za niewystarczające, mało skuteczne, a często nieudolne. Budując sprawną gospodarkę, musimy jednak pamiętać, że nie jest ona ostatecznym celem wspólnot narodowych. Mam wrażenie, że wiele państw zachodnich o tym zapomniało. Ich doskonałe mrowiska stały się świątyniami konsumpcjonizmu. Z uwagi na swoją historię, tradycję duchową, ale i swoje położenie geopolityczne Polska nigdy nie stanie się idealnym mrowiskiem, o którym śnią dziś choćby publicyści "Rzeczpospolitej". Standardy zachodnie bardzo szybko przyjęły się np. w Czechach, ponieważ jest to państwo, które nikomu nie przeszkadza, podobne pod tym względem do Belgii, Danii czy Hiszpanii. Polska, położona między Niemcami a Rosją, na rubieżach Unii Europejskiej, ma znacznie większe znaczenie geopolityczne. Stąd będzie jej trudno spełnić sen "pragmatyków" o przeistoczeniu się w korporację niewyróżniającą się na tle państw zachodnioeuropejskich. Ma to swoje przykre (pewne problemy ekonomiczne), ale i dobre (niemożność zasklepienia się w konsumpcjonizmie) skutki. Nie oznacza jednak, że mamy porzucić pracę u podstaw i zamieszkać w górskich jaskiniach. Przeciwnie: powinniśmy z całych sił walczyć o wspólne dobro. Jestem przekonany, że stać nas na wypracowanie gospodarki, która pozwoli nam żyć może nie rozrzutnie, ale godnie. Chleba naszego powszedniego wystarczy dla wszystkich.

Jestem za twardą, ale realną polityką zagraniczną, a nie za utyskiwaniem na "polskie nieudacznictwo" i szukaniem mocnego przywódcy w baśniach i komiksach. Oczywiste jest, że Polacy powinni nie tylko porządkować państwo na poziomie gospodarczym, ale i umacniać je na poziomie politycznym: realizować własne interesy na Zachodzie, zawiązywać sojusze zabezpieczające polską niepodległość. Doskonale robił to śp. prezydent Lech Kaczyński w odniesieniu do USA i państw - jak my - położonych w sferze rosyjskich wpływów. Niestety, po jego śmierci projekt ten został zarzucony. Mamy obowiązek skutecznie, na ile to możliwe, utrudniać gospodarcze, mocarstwowe plany Rosji, prowadzić pozbawioną sentymentów grę dyplomatyczną z Niemcami z wykorzystaniem naszego zakotwiczenia w Unii Europejskiej, starać się objąć swoimi wpływami historyczne Kresy, budować silną armię i prowadzić intensywne działania wywiadowcze. W przypadku wojny (na szczęście to perspektywa czysto hipotetyczna) zadaniem każdego polskiego żołnierza jest walczyć o zwycięstwo, a nie - jak odczytują to moi krytycy - położyć się w trumnie i udawać ofiarę. Mój tekst miał tylko uświadomić, że wynik tych starań nie zależy wyłącznie od nas, ale przede wszystkim od Boga. Nasze geopolityczne położenie sprawia, że musimy się mierzyć z potężnymi przeciwnikami, co wystawia nas na szczególnie silne uderzenia, których skutki widać w historii. Jaką receptę mają na te realia moi krytycy? Nazywają dawnych Polaków nieudacznikami i twierdzą, że musimy przestać ponosić ofiary i nareszcie zacząć gromić wroga. Bardzo pięknie, też bym tego chciał, tyle że to myślenie życzeniowe, oderwane od rzeczywistości, pełne nieuzasadnionej buty nie tyle wobec możnych tego świata, ile wobec poległych bohaterów. Kto nas powiedzie do triumfu? Moi polemiści podają nazwisko jakiegoś Xavrasa Wyżryna, człowieka sukcesu, który podobno wyłuskiwał gałki oczne sowieckiemu generałowi. Tyle że działo się to na kartach fantastycznej powieści Jacka Dukaja. Możemy mieć problem z nakłonieniem naszego wybawiciela, by przeniósł się do realnego świata.

Mój pomysł jest trochę inny. Uważam, że musimy włożyć całą naszą ludzką energię w budowanie silnej Polski, ale każdy pracowity albo wypełniony walką dzień zaczynać od modlitwy: "Bądź wola Twoja, jak w Niebie, tak i na ziemi". Co zyskamy dzięki temu zawierzeniu i akceptacji przyszłego losu? Niewyobrażalną, obcą imperialnym wrogom moc ducha. Objęta całościowym spojrzeniem historiozoficznym polska historia okazuje się idealnym przewodnikiem chrześcijaństwa. Mając świadomość jej wiecznego sensu (wiecznego sensu przeciwstawiania się imperiom; wynik zależy od Boga, ale zarówno zwycięstwa, jak i porażki mają sens), stajemy się wolni od lęku, więc także na poziomie polityki czy gospodarki będziemy bardziej ofensywni, racjonalni, skuteczni. To są prawdziwe skutki mesjanizmu: nie kapitulanctwo, ale czerpanie z wiecznego źródła, które pomnaża siły do naszych ludzkich zmagań.

Tekst "Ość w gardle tego świata" buduje perspektywę ponadpolityczną, duchową, ewangelizacyjną. Jeśli źródłem naszej niezłomności i pasji w walce o niepodległą Polskę będzie żywe chrześcijaństwo, organizm Europy ma szansę naprawdę się odrodzić. Pisząc o Polsce katolickich apostołów, męczenników i świętych, miałem na myśli nie narodowych cierpiętników, lecz tych, którym doświadczenie polskości pozwala świadomie, odważnie i bez obaw podjąć misję Kościoła. To nie są ludzie, którzy narzekają na cierpienia. To ludzie, którzy kochają życie do tego stopnia, że wyruszają w drogę pełni radości. Choć, jak każdy z nas, odczuwają ból, potrafią chodzić po wodach śmierci, bo wpatrują się w nieskończoność, a nie pod nogi.

Kultura, w której żyjemy, nie służy zdrowemu rozsądkowi. Zaciera hierarchie, utrudnia krytyczną autorefleksję i powoduje, że ludzie rezygnują ze swoich społecznych ról, wyskakują z własnej historii, żeby odnieść sukces gdzie indziej. Były premier staje się bohaterem medialnej love story. Krytycy literaccy i dziennikarze polityczni piszą powieści. Urzędnicy państwowi (tzw. muzealnicy) buntują się przeciwko swoim mocodawcom i pragną ich zastąpić w realnej polityce. Zamiast starać się dobrze wypełnić własne powołanie, większość Polaków nieustannie porównuje się z osobami powołanymi do czegoś zupełnie innego. I to w duchu demokracji, bez respektu dla specyfiki nieznanego sobie rzemiosła, zgodnie z wewnętrznym przekonaniem: "Ja zrobiłbym to lepiej". Oczywiście, taki odbiór musi spłaszczać przekaz, z którym ludzie ci mają do czynienia. Tak tłumaczę też ostatnie ataki dziennikarzy, polityków i innych "racjonalistów" na Jarosława Marka Rymkiewicza i na mnie. Nasze intuicyjne wizje nieustannie są traktowane jak prosta informacja, a jeśli dotyczą Polski - niemal jak program partii politycznej. Wszystkim tym oponentom mam do powiedzenia jedno: wróćcie na ziemię! Zajmijcie się opisywaniem nadużyć władzy, mechanizmów gospodarczych i realnej polityki, żeby poeci nie musieli robić tego za was. Pole naszej rzeczywistości, które macie uprawiać, nie może leżeć odłogiem. I robiąc swoje, pozwólcie nam wznosić dach polskiej cywilizacji, na którym w dniu ostatecznym Mesjasz postawi krzyż zbawienia.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... nizmu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 02 mar 2011, 09:42 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wojciech Wencel

Rozsądkowa teoria dziejów

Polacy zawsze mieli skłonność do rozwijania teorii spiskowej. W każdym przypadku były to niegodne racjonalisty projekcje, tradycyjne polskie brednie, skutki naszego przewrażliwienia na własnym punkcie. O absurdalności tych hipotez świadczyło wszystko, z wyjątkiem tego, że okazały się prawdziwe.

Jako przyczynę tragedii smoleńskiej wolno wskazywać bałagan na lotnisku Siewiernyj, błędy pilotów, braki w systemie szkolenia, a nawet pijaństwo bądź nadgorliwość ofiar, ale nie można poważnie rozważać hipotezy zamachu. To nic, że wspierający Gruzję polski prezydent zginął w niejasnych okolicznościach na terytorium wrogiego jej państwa. To nic, że wskutek jego śmierci państwo polskie pogrążyło się w wewnętrznym chaosie, a nasza polityka zagraniczna stała się przestrzenią realizacji interesów Rosji. I to nic, że matactwa podczas rosyjskiego śledztwa były widoczne gołym okiem nie tylko nad Wisłą. Kto domaga się zbadania ewentualności zamachu, natychmiast jest przez główne media stygmatyzowany. Staje się „wyznawcą teorii spiskowej”, czyli niebezpiecznym radykałem, człowiekiem niepoczytalnym albo – jak mawia Piotr Skwieciński z „Rzeczpospolitej” – po prostu „świrem”.

Cóż, Polacy zawsze mieli skłonność do rozwijania teorii spiskowej. Kiedy 23 sierpnia 1939 roku w Moskwie Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow podpisywali pakt o nieagresji, bezpodstawnie podejrzewaliśmy, że Niemcy i Rosja chcą nam odebrać niepodległość, a wojna wisi w powietrzu. Gdy w sierpniu 1944 roku sowieckie wojska wstrzymały atak na Warszawę, twierdziliśmy gołosłownie, że robią to specjalnie, żeby powstańcy się wykrwawili. Po konferencjach w Teheranie i Jałcie sugerowaliśmy z kolei bez żadnych dowodów, że Winston Churchill i Delano Roosevelt sprzedali Polskę Józefowi Stalinowi. Wreszcie przez pół wieku szeptaliśmy między sobą, że odkryte w 1943 roku w Katyniu masowe groby polskich oficerów to sprawka Sowietów.

W każdym przypadku były to efekty przywiązania do teorii spiskowej, niegodne racjonalisty projekcje, tradycyjne polskie brednie, skutki naszego przewrażliwienia na własnym punkcie. O absurdalności tych hipotez świadczyło wszystko, z wyjątkiem tego, że okazały się prawdziwe. Po miesiącach czy latach zamieniły się w fakty historyczne. Wielu Polaków uświadomiło sobie dzięki temu, że oprócz teorii spiskowej istnieje praktyka spiskowa, która powtarza się w naszej historii. I że lepiej nie wykluczać z góry żadnego scenariusza wydarzeń.

Niestety, nie wszyscy odrobili tę lekcję. Niektórzy postanowili kompromitującą teorię spiskową zastąpić teorią rozsądkową. Zakłada ona, że absolutnie wszystko, co nas spotyka, jest dziełem przypadku albo błędu ludzkiego i da się racjonalnie wytłumaczyć bez mieszania w to obcych dyktatorów, służb specjalnych czy terrorystów. Podczas gdy reszta ludzkości bierze pod uwagę różne możliwości, oni są pewni, że w Smoleńsku żadnego zamachu nie było. Przejrzeli czasopisma poświęcone technice wojskowej i już wiedzą, które urządzenia zawiodły. Z dnia na dzień z politycznych publicystów przeistoczyli się w ekspertów technicznych, wprawdzie bez dyplomu, ale za to również bez zbędnych wątpliwości.

Czy tragedia 10 kwietnia 2010 roku była wynikiem zamachu? Odpowiem szczerze: nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że niejasne okoliczności, przebieg rosyjskiego śledztwa i geopolityczne skutki katastrofy czynią taką hipotezę prawdopodobną. Każdy polski publicysta, naprawdę kierujący się zdrowym rozsądkiem, będzie w tej sytuacji grzmiał na rząd, który rezygnując z umiędzynarodowienia śledztwa, dopuścił do zignorowania tego wątku. Co robią wyznawcy teorii rozsądkowej? Wymachując sztandarem racjonalizmu, szydzą z ludzi myślących racjonalnie. A gdy uda się nam wykrzesać z nich minimum koleżeńskiej empatii, wyznają rozbrajająco: „Ja po prostu nie wierzę w zamach”. Okazuje się więc, że absolutyzm ich opinii opiera się na wierze, co jest dość groteskowe, bo Smoleńsk to nie kwestia wiary, tylko kwestia faktów. Tu nie ma co wierzyć w przypadek czy zamach. Tu trzeba się domagać, by kompetentne, wolne od politycznych nacisków instytucje ustaliły prawdę.

Jak widać, między teoriami spiskową a rozsądkową istnieje zasadnicza różnica. Pierwsza miewa niekiedy zastosowanie w praktyce. Druga przez odwołanie do kategorii intelektualnej brzmi bardzo odpowiedzialnie. Sęk w tym, że jej wyznawcy posługują się rozsądkiem wyłącznie w teorii.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... iejow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 09 kwi 2011, 10:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Roman Dmowski : "Jestem Polakiem"

W ostatnim tygodniu zaczęło się robić głośno wokół nacjonalizmu, Śląska, Narodu, Romana Dmowskiego i porównywaniu go do Jarosława Kaczyńskiego. W tle przewinęły się też Mysli nowoczesnego Polaka. Dlatego dziś przytoczę fragment z tej najważniejszej książki Dmowskiego.

Jestem Polakiem – to słowo w głębszym rozumieniu wiele znaczy.

Jestem nim nie dlatego tylko, że mówię po polsku, że inni mówiący tym samym językiem są mi duchowo bliżsi i bardziej dla mnie zrozumiali, że pewne moje osobiste sprawy łączą mnie bliżej z nimi, niż z obcymi, ale także dlatego, że obok sfery życia osobistego, indywidualnego znam zbiorowe życie narodu, którego jestem cząstką, że obok swoich spraw i interesów osobistych znam sprawy narodowe, interesy Polski, jako całość, interesy najwyższe, dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno.

Jestem Polakiem – to znaczy, że należę do narodu polskiego na całym Jego obszarze i przez cały czas jego istnienia zarówno dziś, jak w wiekach ubiegłych i w przyszłości; to znaczy, że czuję swą ścisłą łączność z całą Polską: z dzisiejszą, która bądź cierpi prześladowanie, bądź cieszy się strzępami swobód narodowych, bądź pracuje i walczy, bądź gnuśnieje w bezczynności bądź w ciemności swej nie ma nawet poczucia narodowego istnienia; z przeszłą – z tą, która przed tysiącleciem dźwigała się dopiero, skupiając koło siebie pierwotne pozbawione indywidualności politycznej szczepy, i z tą, która w połowie przebytej drogi dziejowej rozpościerała się szeroko, groziła sąsiadom swą potęgą i kroczyła szybko po drodze cywilizacyjnego postępu, i z tą, która później staczała się ku upadkowi, grzęzła w cywilizacyjnym zastoju, gotując sobie rozkład sił narodowych i zagładę państwa, i z tą, która później walczyła bezskutecznie o wolność i niezawisły byt państwowy; z przyszłą wreszcie, bez względu na to, czy zmarnuje ona pracę poprzednich pokoleń, czy wywalczy sobie własne państwo, czy zdobędzie stanowisko w pierwszym szeregu narodów. Wszystko co polskie jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to co jest w nim marne.

Jestem Polakiem – więc całą rozległą stroną swego ducha żyję życiem Polski, jej uczuciami i myślami, jej potrzebami, dążeniami i aspiracjami. Im więcej nim jestem, tym mniej z jej życia jest mi obce i tym silniej chcę, żeby to, co w mym przekonaniu uważam za najwyższy wyraz życia stało się własnością całego narodu.

Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.

http://narodowiec1906.salon24.pl/295578 ... m-polakiem


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 10 kwi 2011, 21:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Nowa Solidarność

W obliczu narodowej tragedii wracają do naszej kultury wartości wyparte przez główne media i konsumpcyjny styl życia.

"Nasz Dziennik" 9-10 kwietnia 2011

Co się naprawdę stało rano 10 kwietnia 2010 roku na lotnisku pod Smoleńskiem? Śmierć 96 osób tworzących polityczną elitę Polski była skutkiem wypadku lotniczego czy zamachu? Z punktu widzenia polityki, relacji międzypaństwowych, ludzkiej sprawiedliwości jest to kwestia fundamentalna. Ale dziejowa ranga tego, co się zdarzyło, nie zależy od jej rozstrzygnięcia.

Na nic skrzek karłów: "To był zwyczajny wypadek", "Złamano procedury", "Bałagan", "Błąd pilota", "Jak najszybciej zapomnieć". Czy tego chcemy, czy nie, Smoleńsk zostanie zapamiętany jako jedno z najważniejszych wydarzeń w naszej historii. Podobnie jak Katyń czy Powstanie Warszawskie, będzie obrastał mitem, odradzał się w kulturze, żył w duszach i umysłach naszych dzieci, wnuków, prawnuków. Decyduje o tym nie tylko jego ogromny ciężar symboliczny, oczywisty dla każdego, kto dysponuje elementarną wrażliwością metafizyczną i wiedzą historyczną. Równie ważne są realne straty w ludziach i ich - widoczne już - konsekwencje. Niemal z dnia na dzień rozsypała się polska polityka zagraniczna i historyczna, pogłębił się kryzys armii, a debata publiczna przestała spełniać demokratyczne standardy.

Naród z rozbitą głową

Mord na polskich oficerach w Katyniu, masowe wywózki w głąb Rosji, likwidacja niepodległościowego podziemia - wszystko to bywa porównywane do lobotomii, zabiegu neurochirurgicznego, polegającego na przecięciu włókien nerwowych, które łączą czołowe płaty mózgowe ze strukturami międzymózgowia. Dawniej "leczono" w ten sposób chorych na zaburzenia psychiczne. Chodziło o redukcję emocji towarzyszących procesom poznawczym. Pacjent miał bez uniesień znosić natrętne myśli, wspomnienia, halucynacje. W praktyce tracił poczucie ciągłości własnego "ja". Po likwidacji patriotycznych, inteligenckich elit Polacy znaleźli się właśnie w takim stanie. Utracili świadomość, że są tym samym narodem, którym byli przed wojną.

Skutki Smoleńska są podobne. Czy manifestujący swoje oderwanie od polskości medialni celebryci i inni "młodzi, wykształceni, z wielkich miast" nie przypominają budowniczych Polski Ludowej? Skąd się wywodzą, nie wiedzą, ale na pewno nie z rodzimej tradycji, pełnej natrętnych myśli o wolności, wspomnień o poległych, profetycznych wizji czy - jak kto woli - halucynacji. Chcą być sterylni, nowocześni, pragmatyczni, identyczni, egoistyczni. Ich społeczeństwo ma się narodzić na nowo pod sztandarami popkulturowej estetyki i ciepłej wody w kranie. Gardzą wykluczonymi z debaty publicznej niedobitkami starego porządku, którzy - jak żołnierze NSZ po 1945 roku - kryli się dotąd na prowincji, głównie w Polsce Południowo-Wschodniej.

Wielu moich znajomych swoją ocenę Smoleńska uzależnia od przyczyny katastrofy. Jeśli to był zamach, są gotowi uznać historyczną rangę wydarzenia. Ponieważ jednak w zamach nie wierzą, szydzą z posmoleńskiej mitologii. Ale czy rozstrzygnięcie tej kwestii uleczy polski Naród? Bez względu na to, czy pacjent został poddany lobotomii, czy też spadł ze schodów, skutki są równie wstrząsające. Stoi przed nami chory, który nie wie, kim jest.

Nienawiść

Na szczęście natura nie znosi stagnacji. W zranionym ciele krew zaczyna krążyć szybciej, a duch budzi się z letargu, żeby walczyć o życie. Tę krzepiącą aktywność polskiej duszy obserwujemy od 10 kwietnia 2010 roku, gdy Polacy po raz pierwszy zgromadzili się przed Pałacem Prezydenckim, by oddać hołd poległym, ale też upomnieć się o godność i prawdę. Bo państwo polskie chorowało już przed tragedią smoleńską.

"Palant", "szkodnik", "cham", "bachor", "debil", "dureń", "s...syn", "psychole", "karły moralne"... Wszyscy pamiętamy język nienawiści, którym posługiwali się Stefan Niesiołowski, Janusz Palikot, Władysław Bartoszewski czy Lech Wałęsa w odniesieniu do swoich przeciwników politycznych. Czasami była to wręcz manifestacja fizycznego wstrętu. Ten obelżywy język natychmiast został podjęty przez tzw. zwykłych ludzi. Obrzucanie inwektywami polityków i wyborców PiS stało się powszechną praktyką w internecie, przed telewizorem i przy grillu. Niemniej główne media konsekwentnie usiłowały nas przekonać, że to tylko "ostra debata publiczna", a skrajne wypowiedzi zdarzają się zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Co znamienne, dowodem na ostry język PiS miały być zwykle słowa Jacka Kurskiego o dziadku z Wehrmachtu - hipoteza pozbawiona nie tylko inwektyw, ale i moralnej oceny. W dodatku - jak się ostatecznie okazało - zgodna z rzeczywistością.

W tej atmosferze większość patriotycznie zorientowanych Polaków przyjęła postawę defensywną. Żeby uniknąć zwrotnej agresji, w znacznym stopniu wycofaliśmy się z dyskusji w lokalnych środowiskach, zaczęliśmy ukrywać swoje poglądy, przestaliśmy reagować na medialne manipulacje. Katastrofa smoleńska tchnęła w nas nową energię. Wobec śmierci polskiej elity nie sposób było dłużej milczeć. Tragedia stała się zobowiązaniem do obrony czci poległych bohaterów oraz naszej wspólnej wizji Polski. Testamentem, który należy wypełnić.

Ludzie pod krzyżem

Obrona krzyża na Krakowskim Przedmieściu - choć pozornie przegrana - była wspaniałym triumfem polskiego ducha. Pokazała, że istnieją narodowe imponderabilia, wokół których wciąż potrafimy się jednoczyć. Że jesteśmy w stanie porzucić materialny "sztuczny raj", wziąć urlop i choć na kilka godzin czy dni przyjechać do Warszawy. A później bez przerwy wracać tam duchowo, śledząc "meldunki spod krzyża" przez internet, telefon, podczas spotkań z przyjaciółmi. Zgrzebny krzyż, wyśmiany przez media, znaczony patosem, kompromitujący w oczach ludzi "na poziomie" postawił nas w sytuacji albo-albo. Nie można było go ubrać w szaty, które podobają się światu. Trzeba było go przyjąć w całości albo wcale. Dzięki temu wielu z nas pozbyło się resztek hipokryzji, przełamując lęk przed środowiskowymi opiniami.

Ten duchowy przełom dokonał się dzięki garstce ludzi, którzy wytrwali przy krzyżu do końca. Byli tam w dzień i w nocy, w słońcu i w deszczu. To ich odwaga jest ziarnem, z którego wyrosła gotowość tysięcy Polaków do działania, poświęcania swojego czasu dla Ojczyzny i ponoszenia ofiar. Z telewizyjnych migawek i filmu Ewy Stankiewicz pamiętamy ich twarze: zmęczone, poranione, skupione na modlitwie, a niekiedy również pełne egzaltacji, łez, oderwania od rzeczywistości. I wciąż słyszymy ich prośby, kierowane do księży i służb porządkowych w momentach zagrożenia, wykrzykiwane tonem, który intelektualiści określają "przesadnym".

Trudno mi pisać w cudzym imieniu, ale dla mnie ludzie ci byli odbiciem światłości Boga. Piękni w swojej niedoskonałości, w swoich wstydliwych uniesieniach, całkowicie odsłonięci przed cynicznym światem. Wobec pijanych wyrostków z przeciwnej strony ulicy stali się autentycznymi świadkami Chrystusa. Ewangeliczną siłą słabości rozłożyli na łopatki szyderstwo, ironię i nihilizm, co nie udało się dotąd żadnemu katolickiemu intelektualiście.

Drugi obieg kultury

W obliczu narodowej tragedii wracają do naszej kultury wartości wyparte przez główne media i konsumpcyjny styl życia. Przede wszystkim solidarność. Nazajutrz po emisji filmu Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego "Solidarni 2010" ruszyła medialna nagonka przeciwko autorom dokumentu. Irytację salonów III RP wzbudził zwłaszcza fakt zarejestrowania nastrojów społecznych, których ukazywanie w głównych mediach od dawna jest zakazane. Odpowiedzią był pomysł powołania stowarzyszenia, które zjednoczy Polaków wykluczonych z debaty publicznej i - podobnie jak w czasach pierwszej "Solidarności" - odczuwających głód prawdy, sprawiedliwości, godności, niepodległości i zbiorowej pamięci.

Obecnie spotkania Solidarnych 2010 odbywają się co najmniej raz w tygodniu w kilku polskich miastach. Bierze w nich udział wielu młodych ludzi, ale nie brakuje też współtwórców historycznej "Solidarności", którzy długie lata spędzili w izolacji, zepchnięci na polityczny margines przez udziałowców Okrągłego Stołu. Stowarzyszenie aktywnie uczestniczy w kolejnych miesięcznicach Smoleńska, ale też pielęgnuje pamięć o "żołnierzach wyklętych" i innych bohaterach polskiej historii, organizuje patriotyczne manifestacje, pokazy filmów, dyskusje panelowe.

Podobnych inicjatyw jest znacznie więcej. Ożywienie świadomości patriotycznej widać w środowiskach lokalnych i internecie, zwłaszcza na forach i w serwisach społecznościowych. Szczególną funkcję pełni Facebook, który po wykluczeniu setek tysięcy Polaków z normalnej debaty publicznej pozwala im się integrować. Ludzie zawiązują tu znajomości, ale przede wszystkim wymieniają informacje o wartościowych tekstach, książkach, filmach i wydarzeniach publicznych. Kolportowane kalendarze pełne są terminów odsłonięcia kolejnych tablic pamiątkowych, nabożeństw za Ojczyznę, spotkań z patriotycznymi politykami, twórcami, historykami, redaktorami czasopism. Z każdym dniem poszerza się alternatywny wobec oficjalnego obieg kultury, dzięki któremu przestajemy czuć się gośćmi we własnym kraju. Odbudowując wspólnotową więź, wychodzimy z głębokiej konspiracji.

Otwarte groby historii

Wszystko to jest owocem smoleńskiej tragedii, która grzebiąc nowych bohaterów, otworzyła groby ich poprzedników. Dotychczas polska historia była dla wielu z nas ważną, ale martwą tradycją, zabalsamowaną przez upływ lat, wzorowo poukładaną w miejscach pamięci, na muzealnych półkach i w podręcznikach. Patriotyczni publicyści potrafili spierać się o rodzaj uzbrojenia czy dokładne miejsce potyczki, ale nie byli w stanie odtworzyć ducha, który popchnął naszych żołnierzy do walki. Dopiero po bolesnym doświadczeniu śmierci w wymiarze wspólnotowym, odzyskaliśmy żywą pamięć historyczną. Dostrzegliśmy, że Lech Kaczyński, Anna Walentynowicz czy Janusz Kurtyka, a więc ludzie, których znaliśmy osobiście lub z aktualnych wypowiedzi i zdjęć, codziennie żyli w perspektywie wielkości. Uparcie walczyli o wolność i prawdę, od początku swojej działalności musieli się liczyć z ryzykiem odrzucenia, wykluczenia, a nawet - jak się w końcu okazało - śmierci. A jednak nie przestraszyli się tego, nie wybrali wegetacji bez znaczenia. Mieli odwagę bronić Polski wolnej i sprawiedliwej, za co zapłacili najwyższą cenę. Podążyli drogą wydeptaną przez oficerów z Katynia, powstańców warszawskich i "żołnierzy wyklętych".

A to oznacza, że nasi historyczni bohaterowie byli do nich podobni. Wstając rano, goląc się, kochając i walcząc, żyli pod wulkanem, który w każdej chwili może wybuchnąć, a mimo to robili swoje, nie dbali o konsekwencje. A więc ich hasło "Bóg. Honor. Ojczyzna" nie było tylko górnolotnym mottem. Oni naprawdę głęboko w nie wierzyli. I konkretnie na nie odpowiadali.

Ta wiara odradza się dziś w polskim Narodzie. Daje nam odwagę do działania, ale też zmusza nas do refleksji duchowej, chrześcijańskiej, eschatologicznej. W dramatycznych losach Polski pozwala dostrzec obecność Chrystusa, wybawiciela poniżanych, bitych i strapionych. I tego się trzymajmy, bo tylko to nadaje sens naszym zmaganiom. Próżny będzie nasz powstańczy zapał, jeśli zabraknie w nim ducha Ewangelii.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... rnosc.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 18 kwi 2011, 17:37 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
KAZANIE KS. MAŁKOWSKIEGO WYGŁOSZONE W NIEDZIĘ PALMOWA NA JASNEJ GÓRZE


Największe zagrożenie dla wolności człowieka jest wówczas, kiedy się go zniewala, mówiąc jednocześnie, że się go czyni wolnym. To jest największe niebezpieczeństwo. I temu trzeba się przeciwstawić. To trzeba sobie uświadomić.”

Obrazek

Polecam wszystkim wysłuchanie przepięknego patriotycznego kazania ks. Małkowskiego na Jasnej Górze. Ksiądz mówi co jest ratunkiem dla nas Polaków, porusza bardzo trudne sprawy naszej Ojczyzny. Ksiądz uciszany, ksiądz wobec którego niektórzy starają się stworzyć pozory jakby nie istniał. To kazanie powinien każdy Polak wysłuchać.

http://dzieckonmp.wordpress.com/2011/04 ... nej-gorze/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 18 kwi 2011, 20:55 
Offline
Czołowy Publicysta

Dołączył(a): 14 lip 2009, 13:38
Posty: 2570
Aerolit napisał(a):
KAZANIE KS. MAŁKOWSKIEGO WYGŁOSZONE W NIEDZIĘ PALMOWA NA JASNEJ GÓRZE


Największe zagrożenie dla wolności człowieka jest wówczas, kiedy się go zniewala, mówiąc jednocześnie, że się go czyni wolnym. To jest największe niebezpieczeństwo. I temu trzeba się przeciwstawić. To trzeba sobie uświadomić.”

Obrazek

Polecam wszystkim wysłuchanie przepięknego patriotycznego kazania ks. Małkowskiego na Jasnej Górze. Ksiądz mówi co jest ratunkiem dla nas Polaków,

http://dzieckonmp.wordpress.com/2011/04 ... nej-gorze/


Zakazany Kapłan,zakazane kwiaty
sa największą nasza Nadzieją............Te słowa ,słowa wygłoszone na Jasnej Górze,pod
obrazem Czarnej Madonny,Królowej Polski
wyjątkowo
trafiają do serc i umysłów
Tak rodzi się Wolność..........


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 20 kwi 2011, 17:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wojciech Wencel

Za wolność trzeba umierać

Leśne złomowisko. Kawałek blachy z biało-czerwoną szachownicą. Skierowane w niebo koła samolotu. Między drzewami porozrzucane fragmenty bagażu, foteli i ludzkich szczątków. Przez długie miesiące wystawione na działanie słońca, wiatru, deszczu. Popiół wymieszany z błotem. Tych obrazów nie da się zapomnieć, unieważnić, wyprzeć ze świadomości i snów. Będą wracać jak sępy i zadawać nam ból. Nie zniósłby ich przykuty do skały tytan, ale my właśnie odzyskaliśmy wolność. Stało się tak dzięki ofierze bohaterów poległych pod Smoleńskiem.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 13 kwietnia 2011

W listopadzie 1994 roku, w słynnym wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność”, Zbigniew Herbert mówił o uczuciu dyskomfortu towarzyszącego codziennemu życiu w III RP: „Myślę, że wynika to stąd, że nie wywalczyłem tego. Niepodległość dostaliśmy w prezencie od historii, za wolność nie zapłaciliśmy ani kropli krwi. […] Jeśli jednak ktoś rzeczywiście walczył o tę niepodległość – to była Armia Krajowa przez długich 5 lat, której wysiłek określono wraz z Powstaniem Warszawskim jako daremny i politycznie niesłuszny. A także polskie oddziały walczące w lasach już po »wyzwoleniu«. A jeszcze ci, co ginęli w lochach i kazamatach bezpieki”.

Sformułowanie „ani kropli krwi” brzmi niezręcznie wobec ofiar Grudnia’70 czy ks. Jerzego Popiełuszki, ale dobrze oddaje transformacyjny charakter wychodzenia z komunizmu. Wszyscy w jakiejś mierze odczuwaliśmy z tego powodu dyskomfort. Bo niepodległość okazała się niepełna, otrzymana w pakiecie z postkomunistyczno-postsolidarnościowym układem, który do dziś kształtuje polską politykę. A jednak wielu z nas uznało porządek III RP za formę ostateczną – niedoskonałą, ale też niewymagającą powszechnej solidarności, walki cywilnej i ponoszenia ofiar. Daliśmy się uśpić najpierw sloganami o kompromisowej naturze demokracji, a później pełnymi sklepami, wypasionymi komórkami, cyfrową telewizją i urlopami w Egipcie. W tym materialistycznym raju zabrakło chęci i czasu na wcielanie w życie słów „Bóg, honor, ojczyzna”.

Byli jednak Polacy, którzy pozostali wierni gorzkiemu testamentowi Herberta. Wśród nich Lech Kaczyński, Anna Walentynowicz i Janusz Kurtyka, którzy nie tylko z uporem powtarzali wielkie słowa, ale do końca swoich dni odważnie walczyli o Polskę prawdziwie niepodległą. I – jak w „Przesłaniu Pana Cogito” – nagrodzono ich za to „chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku”. Z tej perspektywy bardzo przypominają oficerów AK, powstańców warszawskich i żołnierzy wyklętych. Choć ich wysiłki uznawano za daremne i politycznie niesłuszne, polegli za nasze zapomnienie o Polsce i wygodne życie. Zginęli po to, by dać nam prawdziwą wolność.

Wolność uzyskana bez ofiar nie może być prawdziwą wolnością. Wiedzą o tym nie tylko dowódcy armii, ale i ci, którzy doświadczają wyzwolenia w zwyczajnym życiu: chrześcijanie, w których każdego dnia umiera „stary człowiek”, albo alkoholicy wychodzący z nałogu. Za wolność dającą rzeczywisty wybór zawsze trzeba umierać. Codziennie, nie tylko w sytuacjach granicznych.

Zaczyn tej wolności widać dziś w Polsce. W ludziach, którzy jednoczą się, by – jak to ujmuje Jarosław Marek Rymkiewicz – budować niepodległość wokół siebie. Widać go wśród czytelników „Gazety Polskiej” i „Naszego Dziennika”, wśród Solidarnych 2010 i wśród setek tysięcy innych wykluczonych z nowego wspaniałego świata Polaków. Wszyscy musimy nauczyć się z dumą i spokojem odbudowywać polskość w lokalnych środowiskach – w języku, edukacji, kulturze – czerpiąc z wiary siłę do znoszenia obelg.

Ci, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, cierpliwie znosili upokorzenia, a ich śmierć podczas misji katyńskiej symbolicznie zwieńczyła tę drogę. Byli jak trzcina w zetknięciu z walcem nicości, świeca wystawiona na huragan. Polegli, ale przecież coś po nich zostało. Bóg nie złamał trzciny nadłamanej, nie zagasił knotka o nikłym płomyku. Niech ich ofiara, która obudziła nas do wolności, będzie wyzwaniem, z którym trzeba się mierzyć. Jan Paweł II mówił, że każdy z nas ma swoje Westerplatte, zbiorową lub indywidualną powinność, od której nie można się uchylić. Smoleńsk zawiesił nam poprzeczkę jeszcze wyżej.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... ierac.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 20 kwi 2011, 17:32 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 09 wrz 2010, 16:02
Posty: 3227
Gala GP 2010 - nagroda Grzegorza I Wielkiego - ksiądz Stanisław Małkowski

Może wielkim mówcą i retorykiem nie jest, ale za to jakże rzeczowym



_________________

Jaka nauka historii, taka lekcja przyszłości.

Jestem z tymi, którzy żeby lśnić, nie ubierają się w błyskotki kłamstwa. ;)




Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 30 kwi 2011, 16:08 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wojciech Wencel

"Nie zatrzymuj mnie"
Nazajutrz po rocznicy Smoleńska obciążamy, czym się da, namiot Solidarnych 2010. Żeby nie odleciał. Ale zaraz podjeżdża straż miejska i trzeba zdejmować balast, tłumacząc, że to konstrukcja przenośna. Funkcjonariusze rozumieją to określenie zgodnie z przepisami. Nie podejrzewają, że dla nas namiot jest przenośnią prawdy i wolności, których coraz bardziej w Polsce brakuje.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 27 kwietnia 2011

Ewa Stankiewicz nie wygląda na wiecową liderkę. Delikatna, ładna kobieta ze śladami zmęczenia na twarzy. Ewa chce spać. Ale wcześniej musi odpowiedzieć na pytania dziennikarzy. Kolejny raz powtarza cztery postulaty: dymisja rządu, Trybunał Stanu dla Donalda Tuska, powołanie międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej, ujawnienie zdjęć satelitarnych z 10 kwietnia 2010 r. Mówi spokojnie. Właściwie nie wiadomo, skąd bierze się jej wiara w sens świadectwa, które wydaje się skazane na klęskę. Choć wobec skali rządowych zaniedbań postulaty brzmią racjonalnie, wokół namiotu nie gromadzą się tłumy. Ludzie, jak zawsze, dokądś się spieszą. Niektórzy zatrzymują się na chwilę, inni stukają się w czoło.

A jednak jest w Ewie jakaś duchowa siła, cierpliwa, cicha niezłomność, do której mężczyźni, zwłaszcza świeccy, zazwyczaj nie mają dostępu. Gdy straż miejska zgarnia tulipany ułożone w hołdzie Marii Kaczyńskiej na Krakowskim Przedmieściu, uświadamiam sobie, jak bardzo ta kobieca niezłomność kształtuje naszą historię. Wystarczy na moment wydostać się z żywiołu impulsywnych, męskich polemik, by dostrzec, że to pierwotny i trwały element polskiej duszy, obecny nie tylko na obrazie Artura Grottgera „Pożegnanie powstańca”, ale również tu i teraz. Myślę o poległej w Smoleńsku Annie Walentynowicz, która najpierw obudziła „Solidarność”, a później przez długie lata przechowywała w naczyniu glinianym ziarno wiary w prawdziwą Polskę. Dziś ta wiara wyrasta jak drzewo. Wspominam Marię Fieldorf-Czarską, zmarłą 21 listopada 2010 r. w Gdańsku córkę generała „Nila”, osobę zarazem dumną i dobroduszną, wrażliwą na los najsłabszych, która do końca powtarzała: „Moją ojczyzną jest Polska Podziemna”. Dziś ta ojczyzna zaczyna wychodzić z podziemia. Wreszcie z zachwytem patrzę w rozświetlone bólem i godnością twarze smoleńskich wdów: Zuzanny Kurtyki i Magdaleny Merty.

W tym blasku jest coś niezniszczalnego, wiecznego, kojarzącego się z niedawnym misterium paschalnym. Postawione przez los w samotności polskie kobiety stają się piękne jak Maria Magdalena, która w Janowej Ewangelii woła do zmartwychwstałego Jezusa: „Rabbuni”, „Nauczycielu”. A On odpowiada jej: „Noli me tangere”, „Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca”. Być może kobieca niezłomność jest śladem tej niezwykłej więzi, która została poddana próbie na granicy dwóch światów, ale nie ustała, zamieniła się tylko w tęsknotę. Może dzięki doświadczeniu bliskości Boga kobiety pierwsze wiedzą to, na co my, mężczyźni, musimy mieć niezbite dowody. Zanim wyśmiejemy naiwność Polek, starających się głosić prawdę wbrew politycznym realiom, spójrzmy na Marię Magdalenę, Joannę i Marię, matkę Jakuba, które w Ewangelii św. Łukasza obwieszczają zmartwychwstanie apostołom. Im też na początku nie dawano wiary, a ich słowa wydawały się „czczą gadaniną”.

Ktoś powie, że to nadużycie, bo religia rządzi się innymi prawami niż polityka. Ale tu chodzi o polską duszę, a ta ma w nosie rozdział Kościoła i państwa. Jest, jaka jest, i nikomu nie musi się z tego tłumaczyć. Są kraje, w których od średniowiecza malarze przedstawiali Matkę Boga jako słodką, uśmiechniętą pannę o różowych policzkach. Regina Poloniae nosi dwie szramy na twarzy, a jej oczy są oknami wieczności. Trafnie określił je kiedyś Zbigniew Machej: „dwa galilejskie diamenty, / które budzą w tobie pragnienie / aby obrócić się w proch”. Nie da się ich oswoić. Pozostaną dzikie, nieujarzmione, jak natura Polek, które stają w obronie prawdy i wolności. I tak samo piękne.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... enska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 06 maja 2011, 10:12 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Jaki jest sens polskości (1/5) prof. Piotr Jaroszyński



Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 25 maja 2011, 10:06 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Brak mocnego prymasa, brak Prymasa Wyszyńskiego

Zbliża się 30 rocznica śmierci kardynała Stefana Wyszyńskiego i widać, że coraz bardziej brak Kościołowi polskiemu tego prawdziwego przywódcy. Brak mu tak naprawdę kogokolwiek, kto by w nim wyznaczał jakiś kierunek. Kto dzisiaj, gdyby coś zagrażałoby wiernym mógłby zakrzyknąć NON POSSUMUS?

Uważam, że źle się stało już wtedy, gdy stanowisko prymasa zostało osłabione. Niepotrzebnie oddzielono jego władzę od przewodzenia Episkopatowi Polski, a już zupełnie nie rozumiem oddzielenia władzy prymasa od metropolii warszawskiej. Co teraz znaczy prymas? Nie mówiąc już o samej osobie obecnie zasiadającej na tronie prymasowskim Uważam, że urząd ten stracił na ważności, a szkoda. Władza w KK została rozdrobniona. Teraz właściwie każdy metropolita jest sobie panem i może kierować swoja „łodzią” dowolnie. Jeśli nie ma „admirała” to wystarczy lekka mgła i Kościół się „rozpłynie”, a to może prowadzić do niepotrzebnych podziałów. Już się mówi o kościele krakowskim, warszawskim, gdańskim, czy toruńskim. Myślę, że dla uzdrowienia sytuacji nasi hierarchowie powinni wystąpić do papieża o przywrócenia mocnej władzy prymasowskiej w Polsce.

W historii było wielu wielkich prymasów m.in. Jan Paweł Woronicz, August Hlond i oczywiście wspomniany już wcześniej Stefan Wyszyński.

Podziwiam postać tego niezłomnego człowieka. Był tercjarzem franciszkańskim i rzeczywiście żył jak franciszkanin, nie posiadał żadnej własności, a jego największymi skarbami była Biblia i Brewiarz. Nie będę pisała tu jego życiorysu, ani nie opiszę dokonań, bo pewnie w zawiasku z rocznicą śmierci prymasa Tysiąclecia inni zrobią to lepiej ode mnie.

Warto przypomnieć sobie tylko jego sylwetkę pełna godności, jego ciepły uśmiech, niezwykłą mądrość i sprawiedliwość płynącą z jego słów.

Prymas kard. Stefan Wyszyński nie raz spotykal się z różnymi zarzutami. Przecież przewodzil Koścołowi w trudnych czasach. Gdy prowadził rozmowy z PRL- owskim rządem spotkał się z zarzutami, że nie paktuje się z diabłem, odpowiadał „z diabłem nie można się porozumiewać, ale z ludźmi tak”. Te słowa pokazuą jakiej klasy był człowiekiem.

Chcę przytoczyć tu kilka cytatów, które mogą być odpowiedziami na wiele nurtujących nas obecnie pytań i podpowiedzią:

Jak postępować?

„Wszystkie cnoty są niczym jeżeli nie ma miłości, a jeżeli jest miłość wszystkie inne mieszczą się w niej.”

„Nie wystarczy mieć serce, trzeba mieć ład serca.”

„Bóg jest bliżej nas niż o tym myślimy. Szukamy Go zazwyczaj za daleko.”

„Każda rzecz wielka musi kosztować i musi byś trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe!”

„Chodzić będę po ziemi z sercem miłującym; może to być męczeństwem, ale lepsze jest męczeństwo z miłości niż męka nienawiści.”

„My tak wiele deklarujemy o postępie i demokratyzacji, co zda się wyklucza istnienie niewolnictwa. A jednak istnieje ono nadal, choć w innej formie, która rodzi jeszcze gorszą niewolę i jest źródłem wszelkiego zła. To zniewolniczenie duszy ludzkiej przez grzech, zniewolniczenie serc, uczuć i myśli, zniewolniczenie czynów i działań człowieka rzutujące na każdą niemal dziedzinę życia!”


Słowem kierujmy się miłością i skończmy wreszcie z „męką nienawiści.” Nie bójmy się spraw trudnych, bo tylko takim warto się poświęcać. Nie bądźmy niewolnikami tego co w nas złe. Jeśli chcemy porządkować świat, wprowadźmy ład w swoje serca i nie szukajmy Boga daleko, bo On jest TU.

Jak traktować innych?

„Skończmy z krytyką bliźnich! Oceniajmy w prawdzie samych siebie.”

„Chrońmy się od pogardy dla kogokolwiek, nawet dla najgorszego człowieka, bo to jest j e s z c z e człowiek, aż ... człowiek!”

„Obyśmy w poszukiwaniu sprawiedliwości nie spodleli! A można spodleć przez dochodzenie swego za wszelką cenę.”

„Nie trzeba ciągle innych ganić, karcić, wytykać. Należy zawsze odwoływać się do Bożych wartości, które są w każdym człowieku, chociażby ten człowiek był najbardziej sponiewierany i zniszczony.”

„Warto służyć każdemu człowiekowi i dla każdego warto się poświęcić. Jeżeli cokolwiek warto na świecie czynić, to tylko jedno - miłować.”

„Umiemy wyliczyć winy innych ludzi wobec nas, ale naszych win wobec innych na ogół nie widzimy.”


Czyli szanujmy inność ludzi. Stale ich nie krytykujmy, raczej przyjrzymy się sobie, bo zmienienie świata trzeba zacząć właśnie od siebie. Nie domagajmy się stale sprawiedliwości, bo można ją znaleźć dbając o dobro innych. Nie oskarżajmy pochopnie, bo może się okazać, że sami jesteśmy gorsi.

Jak jest kondycja otaczającego nas świata?

Coraz częściej dochodzi się dzisiaj do przekonania, że nie ma sensu wyliczanie dzielących świat różnic, natomiast wielką mądrością jest wynajdywanie takich mocy i wartości, które jednoczą wszystkich ludzi.”

„Im świat będzie dalej od Boga, tym bardziej będzie Boga spragniony. Im więcej będzie nasycony dobrobytem, tym bardziej będzie głodny Boga.”

„Człowiek współczesny, chociażby niewiele wiedział o Ewangelii i nigdy jej nie czytał, pragnie ideałów, które stawiał Chrystus.”

„Przykazanie miłości bliźniego musimy odnieść do wszystkich. Mniejsza z tym, czy wierzą czy nie wierzą, czy nas kochają czy nie. Wszyscy mają prawo do naszej miłości.”

„Wielkim nieszczęściem współczesnego świata jest to, że ludzie nędznie o sobie myślą, bo do tego nędznego myślenia o sobie dorabiają później nędzny styl życia i łatwo się usprawiedliwiają. Mówią nieraz: nic dziwnego, przecież to tylko człowiek, może więc mieć nędzne życie...Gdybyśmy odmienili styl oceny człowieka i raczej mówili: to przecież aż człowiek!”



Warto posłuchać słów kard. Wyszyńskiego, które są jakby do nas skierowane. Skończmy wyszukiwać różnice. Spróbujmy znaleźć to co może powrotem zjednoczyć Polaków. Nie ma co udawać, że tego nie widzimy – zasady świata oparte są na dekalogu, a najważniejsze przykazanie miłości powinno obejmować wszystkich, bo tylko kochając przestaniemy ranić, a zaczniemy rozumieć. Zacznijmy szanować swoje człowieczeństwo, bo jesteśmy aż ludźmi i to przez całe życie.

Jaka jest sytuacja Kościoła?

„Każda prawdziwa miłość musi mieć swój Wielki Piątek. To nie krzyż się chwieje, to świat się chwieje i toczy - Krzyż stoi!”

„Nie ma się co dziwić, gorszyć i niepokoić tym, że Kościół jest stale krzyżowany; jak Chrystus zwyciężył na krzyżu, tak i Kościół zwycięża na krzyżu i przez krzyż.”

„Nie Kościół ma się przystosować do świata, tylko świat ma się przystosować do Ewangelii. Ciężko jest być wiernym Bożym przykazaniom, ale zachowanie Bożych przykazań daje radość, a pogwałcenie ich mnoży krzyże i mękę.”

„Tak często słyszymy: niech Kościół nie wtrąca się do spraw politycznych. My się nie wtrącamy do spraw politycznych we właściwym tego słowa znaczeniu, ale powiedzcie mi, co dzisiaj na świecie jest sprawą polityczną, a co nią nie jest? To wszystko są sprawy ludzkie, a Kościół posłany jest, aby chrzcić i nauczać narody, mówiąc im, co zwycięża świat, co może ulżyć w jego niedolach, mękach, bólach i trwogach.”


To co Prymas Tysiąclecia mówił o Krzyżu i Kościele warto sobie przypomnieć, zwłaszcza w sprawie wtrącania się do polityki. „To wszystko są sprawy ludzkie”. Trudno się też nie zgodzić, że łamanie zasad nic dobrego nie daje „mnoży krzyże i mękę”.


Wiernym odradzał biadolenie, bo wiara to krzyż i nie ma co narzekać. Każdy ma swoja Golgotę. A „Krzyż stoi!” i nie musi to się nikomu podobać, po prostu tak jest.

I na koniec ważna rada dla WSZYSTKICH.

Ludzie, którzy codziennie na nas patrzą, zawsze coś wypatrzą...Nie zawsze się im wszystko podoba, choćby to nawet było dobre. Znosić to cierpliwie i przyjmować spokojnie, jest wielką umiejętnością, mądrością i warunkiem wewnętrznego spokoju.”

http://sgosia.salon24.pl/308960,brak-mo ... szynskiego


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Polska dusza
PostNapisane: 17 cze 2011, 08:40 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30981
Wojciech Wencel

Misja „Prosto z mostu”

W niedzielę 12 czerwca minęła 70. rocznica śmierci Stanisława Piaseckiego.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 8 czerwca 2011*

Słowo „misja” kojarzy się dziś głównie z grami komputerowymi. Kiedyś kojarzyło się jeszcze z telewizją publiczną, ale było to dawno i nieprawda. Według ideologów nowej lewicy, każda grupa, która ma poczucie misji, jest nietolerancyjna wobec innych, a tym samym groźna dla demokracji. Zdaniem ideologów nowej prawicy, trzeba realizować interesy ekonomiczne, a nie bujać w obłokach. Czasem słyszymy wprawdzie, że jakiś zakonnik wyjechał „na misję”, jednak nas to nie dotyczy. Nasze powinności w wersji uzgodnionej przez główne media sprowadzają się do zarabiania pieniędzy i korzystania z rozrywek. Mamy pozostać tłumem, który „czci cztery bożyszcza: pieniądz, komfort, czyn i szybkość, pasjonują go filmy z życia miliarderów, walki bokserskie i wyścigi motocykli”.

Tak w 1936 r. na łamach „Prosto z mostu” opisywał specyfikę kultury masowej Jan Mosdorf. Dla niego i innych publicystów tygodnika, który w ostatnich latach II RP stanowił realną alternatywę dla liberalnych „Wiadomości Literackich”, różnica między tłumem a narodem była oczywista. Naród tworzą ludzie, którzy podejmują zbiorową misję, przeciwstawiając się własnemu egoizmowi. Celem heroicznego wysiłku Polaków miało być uczynienie z Rzeczypospolitej centrum cywilizacji duchowej, promieniującej na całą środkową i południowo-wschodnią Europę. Stanisław Piasecki, twórca i redaktor „Prosto z mostu”, pisał w obliczu rosnących w siłę bolszewizmu i nazizmu: „Musimy zbudować potęgę trzecią, która tamtym materialistycznym poglądom przeciwstawi swój idealistyczny pogląd na świat. I skupić wokół niego wszystkich, którzy między Morzem Bałtyckim a Czarnym i Śródziemnym tak samo czują jak my, a są słabi i rozbici”.

W niedzielę 12 czerwca mija 70. rocznica śmierci Piaseckiego. Urodzony we Lwowie, dwukrotnie jako ochotnik walczył przeciwko Armii Czerwonej, najpierw w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r., później we wrześniu 1939 r. Po klęsce zdołał przedrzeć się do okupowanej Warszawy, gdzie wkrótce został aresztowany przez gestapo. Efektem kilkumiesięcznego śledztwa były odbite nerki i połamane żebra. Zginął w czerwcu 1941 r., rozstrzelany w Palmirach. Podobną ofiarę ponieśli dwaj jego redakcyjni koledzy. Jan Mosdorf zginął w Auschwitz, a Włodzimierz Pietrzak w powstaniu warszawskim. Najwyższą cenę za wierność Polsce zapłacili też młodzi poeci z okupacyjnego pisma „Sztuka i Naród”, marzący o Imperium Słowiańskim, które miało powstać z wzajemnego wyniszczenia się III Rzeszy i ZSRS. Wkrótce ucichły działa, zaczęła się okupacja sowiecka, w środku kontynentu spuszczono żelazną kurtynę. Walec historii brutalnie rozjechał naiwne polskie marzenia.

Czy rzeczywiście naiwne? A może konieczne, wynikające z geopolitycznego realizmu? „W tym miejscu jesteśmy dziś [...] na przeciągu wichrów ze wschodu i zachodu. Tu można być tylko albo czymś wielkim i potężnym, albo nie być” – pisał Piasecki. Dobrze rozumiał to prezydent Lech Kaczyński, prowadzący politykę ochrony niepodległości przez współpracę z innymi państwami narażonymi na wpływy Rosji. Ten polityczny projekt został rozbity w Smoleńsku, ale misja duchowa wciąż jest aktualna. Tak samo jak przed wojną, żyjemy między dwoma materializmami: zachodnim, nakazującym odbierać życie nienarodzonym i nieuleczalnie chorym, i wschodnim, służącym imperialnym interesom Rosji. Naszą siłą jest naród złożony z ludzi z charakterami, wciąż zdolnych do walki z własnym wygodnictwem i do jednoczenia się w imię wartości niematerialnych. Naród, którego nie należy mylić z tłumem osiadłym nad Wisłą. Dla budowniczych nowego wspaniałego świata istnienie takiej wspólnoty jest skandalem. Dlatego tak wściekle atakują nasz idealizm, przedstawiając go jako domenę starców i poetów. Wiedzą, że jeśli zniszczą polskiego ducha, Polska przestanie się liczyć także jako państwo. Ten idealizm trzeba wyznawać z odwagą, wiarą i żelazną konsekwencją, nie obawiając się śmieszności. To nie tylko kwestia zobowiązania wobec twórców „Prosto z mostu” i innych poległych za ojczyznę romantyków, i nie wyłącznie sprawa chrześcijańskiego świadectwa, które powinniśmy dać Europie. W dłuższej perspektywie gra idzie o najwyższą stawkę polityczną: niepodległość.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... mostu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 63 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /