Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 43 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 21 cze 2012, 16:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Wyciągnijmy szable!

Najświętsza Ewangelia tak już rozgrzewała sarmackie szable, że nie było rady – iżby je wystudzić, należało albo wyciągnąć, albo do pół pochew wysunąć, albo też choćby chwyciwszy za pochwę unieść je i ulżyć gorącemu pragnieniu żelaza!

A mają stać ludzie nakłoniwszy się trochę się trochę, pokazując tym po sobie pokorę , której Pan Bóg naucza w Ewangelii.

Szabla

Najświętsza Ewangelia tak już rozgrzewała sarmackie szable, że nie było rady – iżby je wystudzić, należało albo wyciągnąć, albo do pół pochew wysunąć, albo też choćby chwyciwszy za pochwę unieść je i ulżyć gorącemu pragnieniu żelaza. Mikołaj z Wilkowiecka tak pisze o tym:

Na znak tego [iż są gotowi na walkę dla zachowania wiary Pana Chrystusowej] starzy dawni nabożni szlachcice, ludzie rycerscy, kiedy słuchali Ewangelii, tedy trzymali w ręku głowice mieczów albo szabel, znacząc tym prędkość umysłu ku bronieniu Ewangelii.

Od kiedy szable?

A teraz przestańmy o świerzbieniu. Świerzbi mnie bowiem umysł, aby zapytać: czy to prawda? Bo pomyślmy. O tym, że zwyczaj ten panował za Mieszka I, doniósł Sarmatom jeszcze Jan Długosz. Potem czytamy o tym u Mikołaja z Wilkowiecka, a po Mikołaju z Wilkowiecka – nawet jeszcze u progu panowania Stanisława Augusta, gdy nabożny Florian Jaroszewicz wspomina:

Y to w Święty zwyczay weszło za przykładem żarliwego o Wiarę Świętą Pana [Mieczysława I], że wszyscy Panowie y Szlachta, gdy na Mszy S. zaczęła się Ewangelia, do pół pochew szabel dobywali, y jako gotowi do boju za Wiarę aż do końca je trzymali. Który zwyczaj trwał przez wiele wieków, dopiero kiedy heretyckie baśnie rozsiane są po Królestwie naszym, począł ustawać y już teraz cale ustał, lecz ja w młodości mojey widziałem niektórych wielkich Panów, że pod czas Ewangelii za szablę się trzymali, y nie wstydzili się Chrystusa y Ewangelii jako teraźniejsi Politycy, którzy za hańbę mają y skłonić się nabożnie Bogu w Kościele.

Mamy zatem poważne pytanie. Czy Mikołaj z Wilkowiecka osobiście widział sarmackie szable świecące nad Ewangelią? Pisze wszak o zwyczaju owym, że istniał KIEDYŚ. A Jaroszewicz? I on podobnie, acz zaświadcza, że WIDZIAŁ, że jeszcze za jego czasów tak się działo...

Czy na pewno? Kiedy był o trzy dekady młodszy, w roku 1728, wydrukowano niezwykłą legendę o Wawrzyńcu Powodowskim, kawalerze maltańskim, którego nagrobek – starszy znacznie – znajduje się w poznańskiej katedrze. Na nagrobku widnieje tasiemcowy napis po łacinie, który stał się podstawą tej jezuickiej opowieści z roku 1728. Oto ona:

Roku 1544 cudowną widział scenę kościół katedralny poznański. Wawrzyniec Powodowski, naprzód kawaler maltański, […] umiera, w kaplicy fundacyji swojej złożony. […] Co niedziela, co święto na pierwszy dzwonu głos porywał się z grobu i wychodził do kościoła. […] Po kawalersku strojny przed wielkim ołtarzem na śrzodku stawał, a podczas Ewangeliji dobywał miecza z pochew. Przypominał Polakom dawne obyczaje i co zaniedbał w życiu, nadgradzał po śmierci. Patrzali na gościa z trunny wszyscy, nie spojrzał gość na nikogo, ani przemówi do szepczących.

A zatem „przypominał Polakom dawne obyczaje”! Nie zaś realizował te, które tu i teraz obowiązują. Czyżby więc wszyscy, którzy o wyciąganiu szabel alias czy o chwytaniu za szable piszą, pisali i myśleli tylko, że tak BYŁO, ale że już NIE JEST? Ewentualnie, że zwyczaj ów ledwie co ustał? Może nawet za ich dzieciństwa?

Thesaurus

Istnieje wszak jeszcze jedno świadectwo. Za czasów Sobieskiego wyszło w Wilnie dziełko „Skarb żywota i krwie Iezusa Pana”. Autorem tekstu był wileński jezuita Fulgenty Dryjacki, zaś autorem pięknych rycin również jezuita i znakomity rytownik, Aleksander Tarasewicz. Jego ryciny tworzą prawdziwą a monumentalną opowieść liturgiczną o kolejnych etapach odprawiania sarmackiej Mszy Świętej. Na planie pierwszym widnieją tu zawsze postaci świeckie, za każdym razem jednak odmiennego stanu, płci, socjety. Kiedy w tekście przychodzi do opowiadania o tym, jak się czyta Ewangelię – sąsiednia rycina ukazuje szlachcica z wielką szablą u boku, tak iż właśnie szabla zdaje się ważnym atrybutem… Szlachcic nie trzyma wprawdzie szabli w ręku, o nie. Ale tak jakby kładzie na niej rękę. Tekst wprawdzie milczy na temat wyciągania szabel, obraz jednak sugeruje – że „coś” jest na rzeczy.

Nie wiem

No to jak dokładnie było? Nie wiem. Nie wiem! Może było tak, że prostu niekiedy starodawny zwyczaj – znany z kronik i dziełek rozmaitych, istniejący czy nie – przywoływano i czasem realizowano, w imię tradycji? Zwyczaj był chwalebny… realizacja takaż mogła być… A wielu mówi lub myśli, że wie. Niektórzy w związku z tym potępiają sarmackie machanie szablami podczas czytania Ewangelii… To owi dzisiejsi (i niedawni peerelowscy) publicyści. Natomiast starsi, romantyczni artyści z chlubą i ostentacją rysowali tłum szlachty wokół ołtarza – z całkiem wyciągniętymi i uniesionymi, albo tylko pół-wyciągniętymi z pochew szablami.

Wyciągnijmy szable

Może więc i my powinniśmy zwyczaj przywołać? Szabel się dzisiaj na co dzień nie nosi, trudno zastąpić je diabelską bronią palną. Może wystarczy podumać, do czego zobowiązuje nas Ewangelia? Sarmacką szlachtę – jako obywateli – zobowiązywała do tego, żeby być gotowymi „na walkę dla zachowania wiary Pana Chrystusowej”. Myśmy dziś wszyscy prawie obywatelami. Wyciągnijmy więc szable. Mentalne (cokolwiek miałoby to znaczyć), bo innych nie mamy. Jak miałoby to wyglądać? Nie wiem.

Wiem

Ale wiem, że po odczytaniu vel odśpiewaniu Ewangelii sarmacki kapłan całuje kartę w miejscu, w którym czytanie się zaczynało, cicho wypowiada słowa: per Evangelica dicta deleantur nostra delicta („Przez te słowa Ewangelii niechaj będą zgładzone przewiny nasze…”), a sarmacki ministrant wespół z sarmackim ludem zmawia: Laus Tibi, Christe („Chwała Tobie, Chryste”).

Laus Tibi, Christe!

Jacek Kowalski

http://www.pch24.pl/wyciagnijmy-szable-,3636,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 03 sie 2012, 11:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Polskie kobiety.

Wojciech Wencel

Ułan i dziewczyna

„I wy Polki! nie szukajcie tu kwiatów – nie w salonach wdziękami natchnęłyście pierś, która was wielbi...”

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 25 lipca 2012

Motyw doskonale znany z polskiej poezji XIX w., malarstwa batalistów, legionowych pieśni. On zmieniał oblicze zależnie od epoki: raz był ułanem, innym razem powstańcem, później kanonierem. Ona zawsze taka sama: piękna, zmysłowa i... wyzywająco wręcz patetyczna. Ta romantyczna wzniosłość miała tak potężny wpływ na polską kulturę, że nawet prawicowi felietoniści II RP próbowali ją nieco zbrukać. Odtwarzając uroczystość zaprzysiężenia naczelnika insurekcji 1794 r. na rynku w Krakowie, Karol Zbyszewski ironizował: „Panny łaziły z włosami krótko, po szyję, przystrzyżonymi i wstążką na czole. Uczesanie to à la Kościuszko miało oznaczać, że dobra patriotka nie ma chwili na fryzowanie, cały swój czas oddaje służbie ojczyzny. Istotnie, na rynku u ramienia wszystkich przystojniejszych wojskowych zwisały patriotyczne dziewczęta”.

Sęk w tym, że polskie kobiety, zwłaszcza po klęsce pod Maciejowicami, rzezi Pragi i traktacie zatwierdzającym III rozbiór Polski, naprawdę myślały o poważniejszych sprawach niż „trefienie” włosów. W 1832 r. Maurycy Gosławski, uczestnik powstania listopadowego i wielki piewca Podola, pisał w przedmowie do „Poezji ułana polskiego poświęconej Polkom”: „I wy Polki! nie szukajcie tu kwiatów – nie w salonach wdziękami natchnęłyście pierś, która was wielbi. Wyższe to były natchnienia. Utrata najdroższych przedmiotów waszej czułości, dobrowolna wasza zgoda na poświęcenie ich Ojczyźnie; tyle cierpień z męską znoszonych wytrwałością; w lazaretach kojone bole waszym staraniem; każda kropla krwi zatamowanej w bratniej piersi szarpiją [rodzaj opatrunku – przyp. WW] od was daną – to są wasze zasługi, i wasze niezaprzeczone prawa na cześć i wdzięczność, którą przyjmujecie od tych, co się stali godnymi waszej opieki”.

Ale zasługi Polek dla utrzymania narodowego ducha nie sprowadzały się do poświęcania rodzinnych pamiątek i posługiwania rannym. Gdy ich ojców, mężów i braci wywożono na Sybir, one zostawały w kraju, budując niepodległą kulturę. Manifestacje warszawskie przed powstaniem styczniowym, obyczaj noszenia znaków żałoby i patriotycznej biżuterii, kult muzyki Chopina i poezji narodowej, wreszcie głęboko chrześcijański wymiar walki o niepodległość... Niewątpliwie to, co najpiękniejsze w polskim romantyzmie, jest dziełem wrażliwości kobiecej. Jeśli dodamy do tego ogromną pracę społecznikowską, wykonaną przez Polki dla utrwalenia romantycznej tradycji (bo – wbrew dzisiejszym stereotypom – pozytywizm wcale nie był prostą negacją poprzedniej epoki; dość wspomnieć rozprawę Marii Konopnickiej „Mickiewicz, jego życie i duch”), okaże się, że właśnie kobietom zawdzięczamy przechowanie depozytu polskości do czasów Józefa Piłsudskiego. Swoją drogą, niezmiernie ciekawe są losy poetki Kazimiery Iłłakowiczówny, która w latach 1926–1935 pełniła obowiązki sekretarki Marszałka (tom wspomnień z tego okresu zatytułowała później „Ścieżka obok drogi”).

O zaangażowaniu Polek po wrześniu 1939 r. powstało wiele książek i filmów. Masowo brały udział w konspiracji, powstaniu warszawskim, służyły w armii gen. Andersa, spisywały wstrząsające świadectwa sowieckiej katorgi (Beata Obertyńska, Herminia Naglerowa), tworzyły archiwa emigracji. Jedną z ostatnich „patriotycznych dziewcząt”, które miały szansę oprzeć się na ramieniu dowódcy, była Danuta Siedzikówna „Inka” z 5. Wileńskiej Brygady AK. Znamienne są jej słowa, wykrzyczane sekundę przed śmiercią z rąk komunistycznych oprawców: „Niech żyje Polska! Niech żyje Łupaszka!”.

W PRL nie było już dowódców na miarę Piłsudskiego czy Łupaszki. Nieugięte Polki, jak Anna Walentynowicz, musiały radzić sobie same. Z braci Kaczyńskich wielokrotnie śmiano się, że darzą płeć piękną staroświeckim szacunkiem i przesadnym zaufaniem w polityce. W istocie było to szyderstwo z odradzającej się polskiej duszy. Są ludzie, którym marsze pamięci na Krakowskim Przedmieściu wydają się jałowe. Moje zdanie jest inne, także dlatego, że to kobiety stanowią o trwałości tej posmoleńskiej tradycji. W tej kwestii nic się nie zmieniło od 1794 r.: gdzie one, tam Polska niepodległa.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... czyna.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 25 sie 2012, 07:20 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Biblioteka Polaka

Od czasu do czasu przewija się w mediach debata poświęcona zawartości kanonu lektur szkolnych. Wywołują ją najczęściej decyzje ministra, mocą których pewni autorzy lub pewne dzieła znikają, by w ich miejsce pojawiły się nowe twarze i nowe utwory.

Decyzje motywowane są troską o dobro uczniów, choć co dociekliwsi odgadują, że mają one podłoże polityczne, a nawet ideologiczne. Minister jest z klucza partyjnego, a co partia, to inna ideologia. Dojście jakiejś partii do władzy oznacza możliwość upowszechniania jej ideologii poprzez agendy państwowe oraz podległe lub kontrolowane przez państwo instytucje. Do nich należą też placówki edukacyjne i określenie podstawowych ram edukacji.

W tych ramach mieści się kanon lektur obowiązkowych, który muszą uwzględniać w swym programie wszystkie szkoły, zarówno państwowe, jak i prywatne; materiał z tych lektur znaleźć się może w różnego rodzaju egzaminach, w tym również na maturze.

W czasach PRL kanon był względnie stabilny, ponieważ jedna partia posiadała pełnię władzy, natomiast w III RP często się zmieniał, ponieważ stosunkowo często zmieniały się partie rządzące.

Dlaczego zawartość kanonu jest tak ważna? Znajdują się w nim dzieła, których treść nie jest tylko informacją, ale jest formacją młodego człowieka. Formacją, ponieważ kształtuje jego intelekt, mentalność, psychikę, wrażliwość, smak, morale.

Z jednej strony młody człowiek jest właśnie w takim wieku, że podatny jest na kształtowanie, z drugiej zaś – dzieła sztuki, w tym literatura, posiadają w sobie szczególną moc formującą, to nie jest rzecz obojętna. A ponieważ kanon jest obowiązkowy dla wszystkich młodych ludzi, to pojawi się pewien typ młodego człowieka, a w naszym wypadku młodego Polaka, jako właśnie wynik aplikacji kanonu.

Jednym słowem, kanon staje się narzędziem masowej formacji młodzieży, w złym albo w dobrym kierunku, ale masowej. Ta masowość jest jednak dla ucznia i jego rodziców nierozpoznawalna, ponieważ edukację postrzega wyłącznie przez pryzmat własnej klasy czy szkoły.

Natomiast ci, którzy opracowują i zatwierdzają kanon, doskonale zdają sobie sprawę z jego masowego efektu. W tym momencie walka o kanon, a więc o to, kogo i jakie dzieła musi poznać każdy młody Polak, to zaiste wręcz walka o Naród, bo walka o duszę Narodu. Czy i w jakiej postaci przetrwa, jeśli to właśnie wspólna świadomość oparta na wspólnej kulturze, w tym literaturze, stanowi ten najważniejszy szlif narodowości?

Jest jasne, że jeśli przy władzy są liberałowie i kosmopolici, to kanon lektur będzie odzwierciedleniem ich ideologii, a więc wyeliminowane zostaną książki o wyrazistym, głębokim i komunikatywnym (w wymiarze wielu pokoleń!) patriotyzmie, a w to miejsce wciśnięte zostaną dzieła kontrowersyjne, demoralizujące lub wręcz bluźniercze, sztucznie nagłośnione, książki, których rola jest nie edukacyjna, lecz destrukcyjna. Przykładem może być sukcesywna eliminacja dzieł Sienkiewicza i propagowanie Gombrowicza.

Taki kanon opatrzony pieczęcią ministerstwa wygląda poważnie, a wręcz groźnie: władza nakazuje, ale pamiętajmy, że choć za urzędami stoją ludzie, to jako urzędnicy muszą słuchać władz coraz wyższych i wyższych, krajowych, a może i zagranicznych. W efekcie z uwagi na siłę oddziaływania kanonu w skali masowej jego zawartość staje się towarem bardzo reglamentowanym.

A skoro dziś dominuje liberalizm i kosmopolityzm, co widać po skali wyzbywania się suwerenności politycznej i samowystarczalności ekonomicznej, to nie trzeba zbyt długo się zastanawiać, by zrozumieć, że na polu edukacji musi następować proces wyjaławiania kolejnych pokoleń Polaków z ich tożsamości narodowej, czyli z polskości. Działania te prowadzone są z pełną determinacją i bezlitośnie. A wszystko zaczyna się nie od kanonu, ale od… alfabetu.

Tak, to wszystko zaczyna się od polskiego alfabetu, którego uczniowie nie znają i mają nie znać. Dzięki temu nie będą potrafili czytać. A gdy nie będą umieli czytać, to nie będą umieli pisać. A gdy nie będą umieli czytać i pisać, to nie będą umieli się wypowiadać, nie będą potrafili analizować, nie będą potrafili rozumować. To co będą potrafili? Rozwiązywać testy i oglądać filmową wersję klasyki.

Oglądanie filmu nie wymaga alfabetyzacji, skuteczność zdania testu zależy od liczby błędnych odpowiedzi. Nie muszę umieć czytać i pisać, żeby patrzeć w ekran, na którym migają obrazki. Jeżeli w teście są dwie odpowiedzi, jedna błędna, druga dobra, to mam 50 procent szans, że trafię, nie znając odpowiedzi prawidłowej.

Jeżeli odpowiedzi błędnych jest więcej, to odpowiednio szanse maleją, ale z kolei ruchome mogą być kryteria uznania testu za zdany pozytywnie. Może wystarczyć 30 procent, by test zaliczyć. W ten sposób edukacja utrwala analfabetyzm lub generuje wtórnych analfabetów z dyplomami. Jednym z istotnych elementów takiej właśnie strategii jest kanon: jego zawartość, metoda poznawania i egzekwowania. To nie są żarty, to dzieje się na naszych oczach, choć żeby to rozumieć, oczy nie wystarczą.

Książka to rzecz i zwyczajna, i nadzwyczajna. Zwyczajna, gdy patrzymy na nią jako na zszyty lub sklejony plik zadrukowanych kartek. Nadzwyczajna, gdy znajdujące się w niej znaki stają się kluczem, który otwiera okno na świat i na wszechświat, na człowieka, na innych i na Boga. A jeśli obok piękna jest tam również prawda i dobro, to taka zwykła rzecz jak książka może być dla duszy najcenniejszym pokarmem, wstrząsem, olśnieniem. Nie dla jednej duszy, dla milionów, nie tylko dawniej, ale i teraz.

Książka może zmienić bieg historii. Cyceron napisał niewielką książeczkę zatytułowaną „Hortensjusz”. Była to zachęta do filozofii, czyli do poznawania i oddawania się mądrości (dziś znamy tylko jej fragmenty). Zdarzyło się, a był to rok 373 po Chrystusie, że pewien 19-letni, bardzo zdolny młodzieniec, błyskotliwy w zakresie sztuki oratorskiej, oddany sekcie manichejskiej, któremu się wydawało, że pozjadał już wszystkie rozumy, sięgnął po tę książeczkę, by doznać wstrząsu.

Po latach wspominał: „To właśnie ona zmieniła uczucia moje i ku Tobie, Panie, zwróciła moje modlitwy, i nowe, odmienne wzbudziła we mnie życzenia i pragnienia. […] Niewiarygodnym wprost żarem serca zacząłem tęsknić do nieśmiertelności, jaką daje mądrość”. Tym młodzieńcem, którego twórczość stała się później jednym z najważniejszych kamieni milowych chrześcijaństwa i kultury zachodniej, był św. Augustyn (Wyznania, III, 4). Kto wie, czy tak by się stało, gdyby nie ta mała książeczka.

Są książki, które odgrywają niezwykłą rolę narodowo-społeczną, ponieważ ukazują obszar wspólnej ziemi, wspólnego nieba, wspólnych dziejów, wspólnego języka jednostek, które z różnych powodów, w tym celowego działania wrogów, pogubiły się, uległy atomizacji. I nagle pojawia się dzieło, w którym wszyscy członkowie jakiegoś społeczeństwa odkrywają, że są wspólnotą.

Taką rolę odegrała „Trylogia” Sienkiewicza, czytana w polskich wspólnotach, wiejskich, miejskich, dworskich. Kazimiera Iłłakowiczówna wspomina: „Czytało się miesiącami wspólnie »Trylogię«. Sienkiewicz zastępował w samotnym dzieciństwie na wsi literalnie wszystko: towarzyszy zabaw, podróże, teatr, muzykę i pierwszą miłość (Niewczesne wynurzenia, Warszawa 1958, s. 232). A jak mocny był to wpływ, niech poświadczą dalsze słowa naszej poetki: „Z dzieciństwa, które podobno ludziom starszym najwyraźniej jawi się w pamięci – nie pozostało mi prawie nic, prócz postaci z książek, stokroć wyraźniejszych dla mnie niż żywe osoby”.

A więc są książki i książki, jedne to tylko zadrukowany papier, inne to obejmujące niebo i ziemię, myśl i serce, przeszłość i przyszłość arcydzieła. Ale na to, by książka stała się arcydziełem, ona sama nie wystarczy. Potrzebny jest ten, kto zawarty w niej świat ożywi i wskrzesi. Potrzebny jest czytelnik, który wie, jak zabrać się za książkę. Ktoś powie: nic prostszego, książkę trzeba przeczytać. Trzeba, ale czy każdy umie czytać? Czy rodzice uczą swoje pociechy sztuki czytania? Czy szkoła faktycznie uczy czytania niejako z urzędu?

Różnie to wygląda, ale na pewno z roku na rok coraz gorzej. Jeżeli coraz więcej osób dorosłych, w tym osób publicznych, ma autentyczne problemy z mówieniem i pisaniem, popełniając rażące błędy albo posługując się czy to wyświechtanymi frazesami, czy przygotowanymi przez PR-owców schematami, to znaczy, że edukacja domowa i szkolna muszą mocno kuleć.

Zanim odpowiemy na pytanie, co powinien zawierać kanon lektur podstawowych, którego celem byłoby uformowanie młodego Polaka, musimy jeszcze raz podkreślić, że kanon taki spełni swoją rolę tylko wówczas, gdy młody człowiek będzie potrafił czytać, nie dukać i nie stękać, ale również nie trajkotać bezmyślnie jak karabin maszynowy (tzw. szybkie czytanie). Należy czytać płynnie, mając na uwadze proces aktywizowania uczuć, wyobraźni, myśli i woli w czytającym i u słuchacza. Tak pojęta sztuka czytania dziś praktycznie przestała istnieć.

Płynne czytanie ze zrozumieniem nie polega tylko na tym, że ten, kto czyta, rozumie, co czyta, ale również że czytając, sprawia, że rozumie ten, kto słucha. Na tym właśnie polega pełne opanowanie sztuki czytania, w pierwszym rzędzie czytania na głos, jako podstawowej umiejętności czytania, a dopiero w dalszej kolejności czytania cichego, które jest namiastką głośnego czytania. Tak jak w muzyce czym innym jest nucenie lub wyobrażanie sobie melodii, a czym innym głośne jej wykonanie samemu, śpiewając lub grając na jakimś instrumencie, tak i czytanie dopiero wtedy pozwala na pełne wydobycie treści i wartości ukrytych za słowem, gdy jest to czytanie na głos.

Dopiero opanowanie umiejętności płynnego i prawidłowego czytania sprawia, że przekraczamy granice analfabetyzmu, a czytanie staje się nie tylko przyjemnością, ale wręcz pasją. Umiejąc tak czytać, nie potrafimy bez czytania żyć. I wtedy też dostrzegamy różnicę między klasykami polskiej literatury a autorami przeciętnymi, nie mówiąc już o takich tekstach gazetowych, które są przygotowywane na kolanie, czyli szybko i byle jak, o ubogim słownictwie i uproszczonej składni, bez troski o kompozycję i logikę.

Obcowanie z klasykami powiększa zakres naszego słownictwa i odsłania przebogate możliwości stylistyczne, a nade wszystko wprowadza nas w unikalnego ducha polskiej mowy. Polski przestaje być jednym z języków, jest dla nas jedynym językiem, w którym myśl, wyobraźnia, uczucie najlepiej przylegają do słowa, które staje się wręcz przezroczyste. Podkreślił to kiedyś Jan Paweł II, gdy stwierdził, że język polski jest nie do zastąpienia. A przecież władał tyloma językami!

Dopiero mając taką świadomość i takie nastawienie, możemy zadać pytanie o polski kanon. Nie wystarczy bowiem wyliczyć autorów lub jakieś dzieła, które każdy Polak powinien mieć w swojej biblioteczce. To za mało, bo chodzi o to, by umieć właściwie i w pełni z nich korzystać, gdy te książki stają się naszymi przyjaciółmi na różne pory dnia, roku i życia. Sięgamy po nie i zanurzamy się w lekturę, sięgamy nie raz, ale wielokrotnie, i za każdym razem odkrywamy coś nowego, za każdym razem dodają nam siły, utwierdzają w polskości.

Co zatem powinniśmy zgromadzić w domowej biblioteczce? To zależy od tego, ile mamy miejsca. Jeśli mamy bardzo dużo, to odpowiedź jest łatwa: zbieramy kompletne wydania wszystkich klasyków polskich. Na to faktycznie trzeba dużo miejsca, bo możemy poszczycić się bardzo płodnymi autorami, mało który naród wydał aż tylu pisarzy jak Polacy. U innych kilka nazwisk i koniec, a u nas setki, a kto wie, czy nie tysiące!

Zbiorowe wydanie dzieł Sienkiewicza to ok. 60 tomów, Kraszewski trafiłby do księgi Guinnessa, bo napisał ok. 350 dzieł w ponad 600 tomach. Polska literatura jest niewiarygodnie bogata. Ale to tym lepiej, bo dobrej kultury nigdy za mało.

Zbierając wydania kompletne naszych klasyków, nie łudźmy się, że to wszystko przeczytamy. Chodzi jednak o coś innego, o możliwość wyboru. Bo z czytaniem jest tak, że kieruje się ono nie tylko obowiązkiem, ale i ochotą. Obowiązek jest w szkole, w domu przeważa ochota, a ta chadza swoimi drogami. Sięgamy po tom osiemnasty, ze spisu treści wybieramy opowiadanie trzecie i zaczynamy czytać. Wciąga nas, nie znaliśmy tego wcześniej, jakie to urocze. I nie wiedzieć kiedy przeczytaliśmy całość.

Obcowanie z książką to wejście w świat, który otwiera przed nami jej autor. Świat, który powstaje w nas spontanicznie, bez wysiłku, bo na tym polega rola autora, że to on swoim talentem i swoją pracą ułatwia czytelnikowi wejście do świata przedstawionego.

Książka nie została napisana po to, żeby ją analizować od strony literackiej, a już na pewno nie po to, żeby ją zekranizować (Mickiewicz przeciwny był nawet zamieszczaniu ilustracji w wydaniach swoich utworów, a złapałby się za głowę, gdyby wiedział, jak film może wypaczyć treść dzieła). Niestety, dziś uczniowie zamiast zachwycić się ukazywanym światem, w którego tworzeniu sami uczestniczą jako czytelnicy i słuchacze, zmuszani są do przeprowadzania literackiej wiwisekcji, gdy utwór rozbierany jest na części, powtórnie składany według klucza jakiegoś krytyka literackiego, nierzadko z podtekstem ideologicznym. Znika czar, urok, piękno. Pozostaje tylko nerwowe pytanie: to co trzeba znać do egzaminu?

Na to pytanie najlepiej odpowiedzą bryki, a więc ostatecznie zamiast czytać arcydzieło tak, by stało się cząstką wspólnego świata, uczeń czyta komentarze i bryki. Następnie ani się nie wypowiada, ani sam nie pisze wypracowań, tylko wypełnia testy. Oto jak można zabić dzieło nawet największe. A uraz do czytania pozostaje do końca życia. Nic więc dziwnego, że współczesne polskie mieszkania i domy świecą intelektualnymi pustkami, a książki walają się po strychach lub piwnicach.

Cechą arcydzieł jest to, że choć mogą być skierowane tylko do pewnej grupy odbiorców, na przykład określonej grupy wiekowej, to i tak z przyjemnością sięga po nie inny czytelnik. Wiele powieści Kornela Makuszyńskiego to powieści dla młodzieży, jak np. „Awantura o Basię”, „Szatan z siódmej klasy” czy „Wyprawa pod psem”. Ale przecież ludzie starsi też kiedyś należeli do młodzieży, więc chętnie wracają do tych właśnie dzieł jak do swoich wspomnień, przy czym poziom języka i wrażliwość moralna stoi na tak wysokim poziomie, że książki te nadal wciągają i zachwycają.

A już ze szczególnym pietyzmem trzeba odzyskiwać dzieła autorów skazanych przez cenzurę PRL na eliminację nie tylko z kanonu, nie tylko z wydawnictw, ale i z bibliotek. Wśród autorek szczególnie znienawidzonych była tak szlachetna i piękna postać jak Maria Rodziewiczówna. W tym wypadku sięgając po taki indeks, dowiadujemy się o autorach, o których nic nie słyszeliśmy, o dziełach, których nigdy nie mieliśmy w ręku. Paradoksalnie indeks taki to świetna wskazówka dziś, co warto przeczytać.

Układając narodowy kanon dzieł polskich, musimy mieć wzgląd na wiek czytelnika. Tak się składa, że posiadamy arcydzieła dla każdego wieku: dla dzieci, dla młodzieży, dla dorosłych i dla starszych.

Granica jest płynna, bo o ile szkoła narzuca lektury administracyjnie, to rodzice znając dokładniej swoje pociechy, wiedzą, z jaką lekturą można już dziecko zapoznać.

W badaniach prowadzonych w wielu krajach na temat roli czytania wnioski są jednoznaczne: czytanie to czynność, która w najwyższym stopniu przyczynia się do rozwoju intelektualnego, pozwalając na koordynację całej osobowości młodego człowieka.

Dlatego czytaniu trzeba poświęcić dużo czasu i troski, bo to jest coś więcej niż rozkodowywanie wiadomości. Niestety, gros pracy muszą wziąć na siebie rodzice, ponieważ szkoła omija szerokim łukiem pracę nad pełnym opanowaniem sztuki czytania. Kto wie, może i sami nauczyciele mają z tym problem? Zwłaszcza z czytaniem na najwyższym poziomie.

Kogo i co powinniśmy czytać, w jakim wieku? Podajmy kilka przykładów. Najmłodsi muszą usłyszeć poetyckie frazy Marii Konopnickiej i Władysława Bełzy („Dla polskich dzieci”).

Młodzi na pewno powinni zapoznawać się z wybranymi utworami Jana Kochanowskiego, Mikołaja Reja, Mikołaja Sępa Szarzyńskiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego, Cypriana Kamila Norwida, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Zbigniewa Herberta, Henryka Sienkiewicza, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Bolesława Prusa, Władysława Reymonta, Stefana Żeromskiego, Kornela Makuszyńskiego, Marii Rodziewiczówny i wielu, wielu innych.

Nie chodzi o przeczytanie wszystkiego, bo to jest fizycznie (czytanie jest czasochłonne!) i intelektualnie niemożliwe, ale o to, żeby pewne utwory w siebie wchłonąć po raz pierwszy, jak choćby „Trylogię”, by potem do nich wracać. Innych, zwłaszcza poezji, warto uczyć się na pamięć. Co za rozkosz znać na pamięć choćby jedną księgę „Pana Tadeusza”. Wyobraźmy sobie, jak latem przy ognisku nastolatek recytuje Poloneza. To są rzeczy czarowne.

Dobór dzieł autorów wyborowych jest kwestią wyczucia, zwłaszcza gdy chodzi o młodzież, która w okresie dojrzewania jest bardzo intelektualnie i emocjonalnie chłonna, ale zarazem rozchwiana.

Lektury takie to okazja do przedyskutowania wielu problemów, które – jako ludzkie – nie zmieniają się. Takie są zwłaszcza problemy moralne, religijne i filozoficzne. Nie jest jednak tak, że w wieku lat 13 młody człowiek musi przeczytać „Treny”, a w wieku lat 14 poezje Baczyńskiego. Utwory te może czytać i wcześniej, i później, to zależy od stopnia indywidualnej dojrzałości i chłonności.

Kanon zawierać musi dzieła autorów, dla których polskość stanowiła odniesienie pozytywne, a w pewnych momentach nawet wzorcowe. Nie chodziło tu jednak ani o szowinizm, ani o nacjonalizm, ale o oddanie sprawiedliwości poziomowi kultury, jaki geniusze Narodu Polskiego potrafili wypracować.

W takiej perspektywie zło i wady jawią się jako coś, co trzeba usprawnić, uzdrowić, podciągnąć, coś, co jest możliwe i konieczne, a nie za co trzeba ciągle bić się w piersi czy wręcz samookaleczać. W tym kontekście pojawia się pytanie o dzieła o wymowie zdecydowanie antypolskiej.

Ogólnie obowiązuje zasada, że te pozycje bez odpowiedniego wprowadzenia, które ukaże konkretną genezę antypolonizmu (np. powieść lub wiersz napisane na zamówienie zaborców albo reżimu), mogą mieć skutki destrukcyjne, ponieważ młody czytelnik posiada zbyt małą wiedzę i za małe doświadczenie, żeby wyłapać mechanizm manipulacji, a zbyt łatwo poddaje się urokowi utworu lub sugestii salonowych autorytetów (pan X to genialny pisarz, zdobywca wielu nagród, ale już nie dopowiedzą, że był zarejestrowany jako TW).

Przy okazji warto też dodać, że utwory, które zawierają sceny lub tematy demoralizujące albo są zbyt przeintelektualizowane, nie powinny do młodego człowieka trafiać za wcześnie, a jeśli trafią później, koniecznie powinny być przedyskutowane. W wypadku gdy poznanie tych dzieł wynika z obowiązku szkolnego, czyli są lekturą i mogą być przywołane na egzaminie, to z racji czysto praktycznych lepiej skorzystać z bryku, niż pozwolić na to, żeby brudzić sobie wyobraźnię, tępić moralną wrażliwość czy stracić zdrowy rozsądek.

Układając kanon lektur polskich dla Polaka, natrafiamy na niezwykłą przeszkodę: autorów i dzieł jest tak dużo, że ten nadmiar może potencjalnych czytelników wystraszyć. Dlatego warto przypomnieć sobie najważniejsze nazwiska, które są gwarantem wielkości. A jeśli autentycznie potrafimy czytać, to bardzo szybko znajdziemy interesujące i wartościowe utwory, które sprawią, że będziemy głębiej oddychać, wyraźniej widzieć, delikatniej odczuwać, bystro myśleć – po polsku.

Nie ma innej drogi do polskości niż poprzez kulturę, a zwłaszcza przez literaturę. Drogę tę rzadko dziś przemierza szkoła, choć na pewno są chlubne wyjątki. W takim razie wiele pracy wziąć muszą na siebie rodzice i dziadkowie, a nawet krewni, jeśli są na odpowiednim poziomie, ale muszą, jeśli chcą, by ich latorośl wyrosła na Polaka. Na razie warto od dziś kompletować książki, by mieć do czego w chwilach wolnych zaglądać, by zarażać bliższe i dalsze otoczenie polskim słowem, tak pięknym, że - jak podkreślał Sienkiewicz - tylko mowa Greków może się z nim porównać.

Prof. Piotr Jaroszyński, kierownik Katedry Filozofii Kultury KUL, wykładowca w WSKSiM

http://www.naszdziennik.pl/mysl/8186,bi ... olaka.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 02 wrz 2012, 10:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Wojciech Wencel

Wszechświat z orzecha kaukaskiego

Nie wstydźmy się domowych bibliotek.

Felieton z tygodnika "Gość Niedzielny" nr 35/2012

Człowiek duchowy przez całe życie buduje wokół siebie miniaturę kosmosu. Robi to w różnych wymiarach: poszukując Boga, zakładając rodzinę, urządzając dom, uprawiając ziemię, zapuszczając korzenie w bliższym lub dalszym krajobrazie, studiując historię, filozofię czy literaturę. Jedną z najbardziej precyzyjnych map, które pozwalają nam orientować się w życiu, jest biblioteka wypełniona starannie dobranymi książkami. Takimi, które nie tylko poszerzają wiedzę czy rozwijają wyobraźnię, ale i tętnią życiem przeszłych pokoleń, przywracają sens biografiom wyklętym przez system kłamstwa, napędzają nasze serca, myśli i sumienia.

W kulturze cyfrowej konsekwentne kompletowanie księgozbioru wydaje się przeżytkiem. Biblioteka jako konkretna przestrzeń, niezbędna część domu, rodzinna instytucja, uchodzi za dziewiętnastowieczny relikt. – Jeśli potrzebuję jakiegoś tekstu, znajduję go w internecie – chwalą się młodzi humaniści. – Wystarczy mi to, co pamiętam ze studiów – dodają starsi. W ich nowoczesnych mieszkaniach walają się przypadkowe tytuły. Jedna dobra książka tonie wśród sezonowych powieści, komercyjnych katalogów i codziennych gazet. Nikt dziś nie ma przecież czasu na czytanie, a co dopiero na porządkowanie „papierów”. Tyle że porządkowanie książek jest zarazem ustalaniem hierarchii wartości. Odbywa się jednocześnie wśród regałów i w głowie.

Moja biblioteka powstała w latach 30. ubiegłego wieku. Wykonano ją z orzecha kaukaskiego, dwoje bocznych drzwi obłożono fornirem, w środkowe ramy wstawiono grubą szybę. Po niedawnej renowacji mebel połyskuje jak wszechświat w czwartym dniu stworzenia. Byłby jednak martwy, gdyby wewnątrz nie mieszkały istoty żywe. Na szczęście akt stworzenia dokonał się w całości. Moje książki żyją: przenoszą się z piętra na piętro, układają się w nowe konfiguracje, odsłaniając ukryte, niekiedy zaskakujące sensy. Przekładanie ich z półki na półkę przypomina pisanie rymowanego wiersza. Czasem jedna świeżo zakupiona pozycja, jak jedno słowo, zmienia wydźwięk całości. Wiem, że młodzi poeci gardzą rymami. Ich wiersze są podobne do wystroju ich mieszkań: na półce wersu sterczą pojedyncze woluminy. Są kartkowane, rozbierane na sylaby, ale z braku oparcia przewracają się. Dla mnie wiersz wciąż jest kompozycją muzyczną, podobnie jak biblioteka.

Zgrzyt kluczyka i grzbiety wystawione w witrynie stają się bliskie na wyciągnięcie ręki. Dwie najwyższe półki: XIX wiek. Wspomnienia z Sybiru, albumy malarstwa, Mochnacki, Mickiewicz, Słowacki, „Maria” Malczewskiego, Goszczyński, Norwid, Krasiński, Gaszyński, Ujejski, Gosławski, Pol, Zaleski, Garczyński, Siemieński, Romanowski, Anczyc, proza Michała Czajkowskiego, który w 1850 r. przechrzcił się na Sadyka Paszę. Nie ma Konopnickiej, Asnyka i Lenartowicza – przesłodzeni i nieco naiwni, kurzą się na regale w kącie obok kanonu przedromantycznego. Regał ten pełni funkcję czyśćca także dla prozy światowej, pism religijnych, filozoficznych i współczesnej poezji moich przyjaciół. To całkiem dobre miejsce, zważywszy, że istnieją strefy jeszcze odleglejsze od centrum: komoda pod telewizorem i szafa w korytarzu.

Ale wróćmy do wszechświata, który kojarzy mi się ze skałą Kaukazu i mękami przykutego do niej Prometeusza. Coś jest na rzeczy, bo wszystkie biografie moich ulubionych autorów znaczone są cierpieniem. Pod piętrami romantyzmu przechowuję prywatną historię poezji XX w., inną od tej oficjalnej: Leśmian, Czechowicz, Piętak, Iwaniuk, Trzebiński, Gajcy, Baczyński, Lechoń, Baliński, Łobodowski, Obertyńska, Wierzyński, Herbert, Rymkiewicz (łącznie z esejami ponad 20 pozycji), Polkowski, Liebert, Iłłakowiczówna, Twardowski, Bąk, Wojtyła, Reynek, Zahradníček, Miłosz. Dwaj katoliccy poeci z Wyżyny Czesko-Morawskiej mają za zadanie egzorcyzmować błąkającego się „po obrzeżach herezji” autora „Trzech zim”. Robią to bez inkwizytorskiego zapału, jak to Czesi, ale skutecznie. Niżej sporo książek o powstaniu styczniowym, XX-wieczna literatura łagrowa, działy poświęcone Kresom i zbrodni katyńskiej. Na parterze proza: Sienkiewicz, Prus, Orzeszkowa, Reymont, Żeromski, Dąbrowska, Mackiewicz, Goetel, Bobkowski, Wańkowicz, Czarnyszewicz, Małaczewski. I samotny jak palec dramaturg Wyspiański.

Nie mniej ważne książki ukryte są za fornirowanymi drzwiami. Romantyczne monografie, rozbudowany dział historii, Chesterton, Maritain, Bierdiajew, Zdziechowski, niepodległościowa publicystyka od „Prosto z mostu” po Jacka Trznadla, wydania emigracyjne, czeskojęzyczne, trochę krytyki literackiej stanowią dopełnienie arcydzieł umieszczonych w witrynie. Pamiątką młodzieńczych fascynacji pozostaje poezja obca z Rilkem i Eliotem w rolach głównych. Biblia, użytkowana przez całą rodzinę, zajmuje osobne miejsce w pokoju stołowym.

Masa jest tych książek i nie sposób o wszystkich wspomnieć. Do większości z nich wracam, by odnowić w sobie ducha polskości. „Zaprawdę z rozbitej nawy narodowej na jednej łodzi języka naszego możemy się ratować” – pisał mesjanista Karol Libelt. I dodawał, że dzieła „uprawiaczy i kształcicieli języka narodowego” powinny być im wkładane do trumny z napisem „pro patria”. Święta racja. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy je w tych trumnach pożegnać na zawsze. Nie wstydźmy się domowych bibliotek, cokolwiek myślą o nich ludzie wyobcowani.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... kiego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 05 paź 2012, 07:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Nasze korzenie, to nasza tożsamość, to nasza świadomość, to nasza kultura, to … polskość … właśnie.

A to Polska właśnie. Moja Polska

Gdy dochodząc do kościoła św. Aleksandra, ujrzałam biało-czerwone morze powiewających flag, sztandarów i rzesze ludzi wypełniających plac Trzech Krzyży, a za moimi plecami zobaczyłam następne ogromne fale podążających w tym kierunku, poczułam niewymowną radość.

Ale największe wzruszenia i radosne uniesienia były dopiero przede mną. Nim rozpoczęła się Msza Święta, na stopniach ołtarza stanęli aktorzy prezentujący program patriotyczny. To był wielki, artystyczny teatr. Słowa naszych największych poetów, wieszczów oraz fragmenty współczesnych tekstów największych Polaków głosami wybitnych aktorów wybrzmiewały jak dzwony obwieszczające budzenie się Polski prowadzące do nowego zmartwychwstania. Zmartwychwstania Rzeczypospolitej.

Halina Łabonarska, autorka scenariusza programu, rozpoczynając spotkanie fragmentem swojego autorskiego spektaklu "Polsko, Ojczyzno moja", wskazała kierunek, w jakim to poetyckie spotkanie artystów i widzów będzie podążać. "Polsko, zdeptano Cię wiele razy, ręce były przybite, zniewolone umysły, ale serce nie umarło" - mówiła aktorka słowami poety. A skoro najważniejszy organ, serce Ojczyzny, nie umarł, to wszystko inne można uleczyć. Idea programu artystycznego wyraźnie skierowana była ku budowaniu, ku krzepieniu i podnoszeniu na duchu, co z kolei ma prowadzić do odrodzenia, do zmartwychwstania Ojczyzny. Tak jak w końcowych słowach zaprezentowanego przez Annę Chodakowską wiersza "Polska" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: "Poeci, ja zwiastuję wam drugie zmartwychwstanie".

Przebudzenie z chocholego snu
Ale żeby ono nastąpiło, trzeba się przebudzić z chocholego snu. Bo analogia dzisiejszej sytuacji uśpionego społeczeństwa polskiego z ostatnią sceną "Wesela" Wyspiańskiego, gdzie słomiany chochoł, uśpiwszy społeczność weselników, dyryguje nimi, jak chce, jest wyraźna. W pamiętną sobotę, 29 września 2012 roku, okazało się, że do przebudzenia znakomicie służy wielkie słowo poetyckie wypowiedziane przez znakomitych aktorów.

Od czasów Wyspiańskiego dzieli nas ponad sto lat, a przecież jego wołanie w "Wyzwoleniu" o Polskę wolną, sprawiedliwą, godną, suwerenną jest tak nam bliskie, tak dzisiejsze, tak nas krzepiące i tak bardzo potrzebne: "Jest tyle sił w narodzie, jest tyle mnogo ludzi, niechże w nie wstąpi duch Twój i śpiące niech pobudzi". Wspaniała, wręcz wzorcowa interpretacja fragmentów dramatu w wykonaniu Mirosławy Marcheluk uwydatniała moc słów poety. A wyjątkowe miejsce, rzesze publiczności i naturalna scenografia z dominantą barw narodowych nadawały dodatkowych znaczeń słowom Wyspiańskiego. A także i słowom Mickiewicza: "Człowieku, gdybyś wiedział, jaka twoja władza. (...) Ludzie, każdy z was mógłby samotny, więziony, myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony". Anna Chodakowska, doskonale artystycznie wypowiadając te znane strofy z "Dziadów", odczuwała pewnie tę wyjątkowość sytuacji. Tak jak i Ryszard Jabłoński prezentujący piękny wiersz Zygmunta Krasińskiego "W twoim ze śmierci ku życiu odrodzie", czy Ryszard Mróz spokojnie, refleksyjnie mówiący fragment tekstu Karola Wojtyły - Jana Pawła II "Myśląc Ojczyzna", a także Piotr Bajor znakomicie interpretujący wiersz Juliusza Słowackiego "Kiedy prawdziwie Polacy powstaną". Ale nie tylko nasi wielcy klasycy i słowa Ojca Świętego Jana Pawła II budziły Polaków w tę pamiętną sobotę na placu Trzech Krzyży. Także poezje współczesnych poetów: Joanny Kulmowej i Ernesta Brylla, w świetnej, pełnej dynamiki interpretacji Katarzyny Łaniewskiej zabrzmiały jak zawołanie do podjęcia konkretnego działania. I to już, natychmiast.

Kapłani - prorocy
Nie mogło w tym miejscu i w tak ważnej sprawie, w jakiej zgromadziliśmy się, zabraknąć słów wielkiego kaznodziei i proroka polskich dziejów księdza Piotra Skargi. Zaprezentowany przez Halinę Łabonarską z najwyższą maestrią aktorską fragment jego "Kazań sejmowych" wybrzmiał jak dzwon budzący nasze sumienia i zarazem ostrzegający: "Gdy okręt tonie, a wiatry go przewracają, głupi tłumoczki i skrzynki swoje opatruje i na nich leży, a do obrony okrętu nie idzie, i mniema, że się sam miłuje, a on się sam gubi. Bo gdy okręt obrony nie ma, i on ze wszystkim, co zebrał, utonąć musi".

Można powiedzieć, że kontynuacją wołania ks. Skargi stały się słowa innego wielkiego kapłana i wielkiego patrioty, jednego z najwybitniejszych Polaków, Prymasa Tysiąclecia, księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego. Fragmenty jego kazań doskonale zaprezentowała Barbara Dobrzyńska. Aktorka dobitnie zaakcentowała te miejsca w homilii, których aktualność jest wprost niesamowita: "Jesteśmy u siebie, we własnej Ojczyźnie. Mamy więc prawo czuć się jak u siebie w domu. Do nas należy decydować o takim czy innym kierunku naszego życia i bytowania. Od tego bowiem zależy suwerenność Narodu. Wrogowie starali się zawsze Naród upodlić (...). Wrogów Narodu Polskiego poznajemy po tym, jak odnoszą się do Boga i do moralności chrześcijańskiej. Jeśli w czym mamy okazać miłość Ojczyźnie, to nie odchodzić od niej w chwili próby". Słowa Prymasa Wyszyńskiego powinny dziś być dla nas drogowskazem.

Historia zatoczyła koło
Kiedy na zamknięcie tej części programu artystycznego - po słowach Haliny Łabonarskiej o Annie Walentynowicz, że ofiara jej tragicznej śmierci i tego, co wydarzyło się ostatnio z zamianą ciał, nie pójdzie na marne, lecz otworzy drogę do prawdziwej wolności Polski - zabrzmiała pieśń "Ojczyzno ma" i wszyscy wokół mnie podnieśli się i stojąc na baczność, śpiewali, wzruszenie było tak silne, że nie mogłam opanować łez. Powrócił obraz sprzed lat: rzesze ludzi, ks. Jerzy Popiełuszko i Msze Święte za Ojczyznę. Dla mnie "Obudź się, Polsko!" jest kontynuacją tamtych przeżyć, wielką Mszą za Ojczyznę, z potężnym wybrzmieniem wołania Polaków o wolność słowa i prawdę. Historia zatoczyła koło. Od Anny Walentynowicz zaczęła się "Solidarność". A teraz? Czy od Anny rozpocznie się odrodzenie Polski?

A później, gdy już pod koniec Mszy Świętej o. dr Tadeusz Rydzyk odniósł się do Wyspiańskiego, wywołując do mikrofonu aktorów Halinę Łabonarską i Ryszarda Mroza, by odegrali scenę z "Wesela" ze słynnym cytatem pointującym dialog Panny Młodej i Poety: "A to Polska właśnie", otrzymaliśmy wspaniały epilog tego doskonałego programu, a właściwie spektaklu artystycznego, zrealizowanego i wykonanego na najwyższym poziomie aktorskim. Ale też i na znakomitym poziomie wokalno-muzycznym w wykonaniu wspaniałych solistów i świetnej Orkiestry Koncertowej "Victoria" z Warszawy-Rembertowa pod dyrekcją płk. rez. Juliana Kwiatkowskiego.

Aktor przewodnikiem Narodu
Program patriotyczno-artystyczny przywołujący wielkie słowa wielkich poetów spełnił w marszu "Obudź się, Polsko!" niezwykle istotną funkcję. Po raz kolejny uświadomił, jak ważną rolę w odradzaniu się Polski może odegrać aktor. To przecież za sprawą znakomitych artystów docierało do nas słowo poetów zatroskanych o los Polski. Wysyłane w przestrzeń społeczną słowo artystyczne jest jak ziarno rzucone w żyzną glebę. Owocuje. Dla tych rzesz ludzi na placu Trzech Krzyży teksty wypowiadane przez aktorów mogą stać się zaczynem do odbudowy Polski, także w przestrzeni domu rodzinnego, w jakiejś grupie społecznej, w miejscu pracy...

To przecież w trudnych chwilach naszej Ojczyzny aktorzy wypełniali przestrzeń artystyczno-duchową Polaków. Dość przypomnieć teatry okupacyjne działające konspiracyjnie w domach prywatnych, jak na przykład Teatr Rapsodyczny Mieczysława Kotlarczyka powstały w 1941 roku w Krakowie, gdzie wielkim talentem aktorskim wyróżniał się Karol Wojtyła. Aktorzy Teatru Rapsodycznego byli swego rodzaju przewodnikami po słowie poetyckim naszych wieszczów, podnosili ducha w Narodzie. Aktorzy funkcjonowali w ukryciu, bo Hans Frank, gdy został szefem Generalnego Gubernatorstwa, wydał zakaz wszelkiej działalności artystycznej i literackiej. "Jakikolwiek ślad polskiej kultury musi być usunięty. Polska przestanie istnieć i nigdy się już nie odrodzi". Wiadomo, że kiedy zabije się pamięć o dorobku narodowym i uśmierci kulturę, to zarazem uśmierci się Naród w jego tożsamości.

Niebagatelną rolę odegrali aktorzy w czasie narodzenia "Solidarności", głosząc słowo naszych wielkich poetów w stoczni i w innych miejscach. A potem, w czasie stanu wojennego, błyskawicznie pojawiły się teatry domowe działające w ukryciu, gdzie aktorzy prezentowali sztuki dramatyczne i poezję patriotyczną podnoszącą Polaków na duchu. Wielu aktorów wówczas weszło do świątyń, księża udostępnili kościoły dla przedstawień teatralnych. Przy księdzu Jerzym Popiełuszce powstał cały nurt opozycyjnej kultury, gdzie aktorzy odgrywali niebagatelną rolę.

I tak jak w czasie okupacji niemieckiej aktorzy poprzez dzieła Słowackiego, Mickiewicza, Krasińskiego, Norwida, Wyspiańskiego i innych poetów wyrażali swój sprzeciw wobec okupanta, tak w czasie stanu wojennego byli znakiem oporu myśli i ducha, bojkotując telewizję i oficjalną scenę teatralną, tworząc teatry domowe i garnąc się do świątyń.

Powrót teatru do świątyni
Ten głęboki w wymowie i bardzo piękny w wyrazie program artystyczny "Obudź się, Polsko!", przypominający nam wielkich Polaków i nasze wspaniałe, nieocenione dziedzictwo duchowe, kulturalne, dzięki któremu zachowaliśmy tożsamość narodową, religijną, kulturową, można - jak myślę - uznać za kontynuację najlepszych tradycji polskiego aktorstwa walczącego o kształt polskiej rzeczywistości. To może być początek takiego pospolitego ruszenia aktorów, przynajmniej tej części, która poczuwa się do misji, jaka wpisana jest przecież w zawód aktora.

Ojciec Waldemar Gonczaruk CSsR, konsultant programowy i opiekun artystyczny, który czuwał nad całością tego poetyckiego wydarzenia, aby miało swoją właściwą wymowę, porównuje w pewnym sensie rolę aktora do roli kapłana. Redemptorysta zwraca uwagę, że oboje służą słowu i - co za tym idzie - służą prawdzie. Świątynie znowu muszą otworzyć się dla aktorów i dla wielkiego, pięknego słowa poetyckiego, skoro w teatrach nazywanych "świątyniami sztuki" nie ma na nie miejsca. Trzeba ponownie odkryć piękną, misyjną rolę aktora w narodzie, tak jak powiada Wyspiański.

Aktorzy, którzy na przestrzeni naszych dziejów odegrali niebagatelną rolę w kształtowaniu publiczności pod względem formacji intelektualnej, kulturalnej i etycznej, mając znakomite narzędzia, powinni - jak kiedyś, tak i dziś - stanąć na czele Narodu i poprzez słowo poety poprowadzić Polaków. Bo najpierw było Słowo, które stało się Ciałem i weszło między Naród.

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny

http://www.naszdziennik.pl/mysl/11625,a ... olska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 18 paź 2012, 10:53 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://wpolityce.pl/wydarzenia/38641-po ... tyce.pl%29

POLECAMY na wNas.pl: "Nas stworzyła Sarmacja. To coś niezwykle żywego i pięknego, choć czasem także szkaradnego"
opublikowano: wczoraj, 12:27 | ostatnia zmiana: wczoraj, 12:27

POLECAMY NA portalu wNas.pl:
„O konfederacji barskiej zbyt wiele się dziś nie mówi” rzekł w 2003 roku dziennikarz rozmawiając z wielkim miłośnikiem historii, znawcą dziejów konfederacji, poetą i pieśniarzem Jackiem Kowalskim. Dziś mówi się coraz częściej, a odkurzona przez Andrzeja Dziubka „Pieśń konfederatów barskich” (nagrana do filmu „Pogarda” Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej) chwyta za serce słuchaczy, którzy nie mieli dotąd pojęcia o jej istnieniu, nie wspominając o źródle („Ksiądz marek” Juliusza Słowackiego). Tradycja sarmacka, dziedzictwo konfederacji barskiej, obrona wiary – wszystko to coraz częściej przewija się w dyskusjach o tym, jaka Polska powinna być, jacy powinni być Polacy. Dlatego przypominamy (za zgodą autora) ważny wywiad sprzed lat. Warto przeczytać – nie tylko jest aktualny. Wręcz staje się coraz aktualniejszy.

NIGDY Z KRÓLAMI NIE BĘDZIEM W ALIANSACH

Z Jackiem Kowalskim, historykiem sztuki, poetą, autorem płyty „Konfederacja barska po Kowalsku” rozmawia Łukasz Warzecha

Czym jest Sarmacja?
Sarmacja to coś, co w nas tkwi, co odkrywam w moich przyjaciołach i znajomych, i dookoła mnie w Polsce. Myślę, że to nieuświadomione dziedzictwo. Mało kto sobie uświadamia, że to coś niezwykle żywego i pięknego w swojej różnorodności, choć czasem, dodajmy, także szkaradnego. Nas stworzyła Sarmacja. To to, co powstało, gdy ukonstytuowała się Rzeczpospolita Obojga Narodów, ten kolos, ta absurdalna potęga mocarstwa, które było demokratyczne i być może właśnie dlatego przegrało. To również dzisiejsza Polska.

Czyli – wszyscy jesteśmy Sarmatami?
Oczywiście. Nie było zresztą jednej Sarmacji. Co innego rozumiał przez Sarmację Długosz, kiedy ona dopiero powstawała, gdy za Jagiellonów budowała się potęga Rzeczypospolitej; co innego Sarmacja znaczyła w czasach Kochanowskiego; co innego gdy pojawiła się w literaturze i historiografii jako synonim Rzeczypospolitej Obojga Narodów; co innego w czasach Potopu, co innego przed Potopem, w owym „srebrnym wieku” Rzeczypospolitej – jak to pięknie powiedział Jasienica; co innego w czasach saskich, a jeszcze co innego w czasach oświecenia. Ale myśmy właśnie to oświeceniowe widzenie odziedziczyli – obarczone negatywnymi konotacjami z czasów upadku.

Cała rozmowa - na wNas.pl. POLECAMY!
http://www.wnas.pl/artykuly/95-lukasz-w ... kiej-warto


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 19 paź 2012, 10:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://drwilczura.nowyekran.pl/post/767 ... c-niezgody

Korzenie Polski sięgają tysiące lat w przeszłość.

Kopia artykułu:

Polska, A.D. 2012 - kość niezgody

Naród Polski ma dwie podstawy egzystencji - racjonalną, genetyczny ethnos i nieracjonalną, symbol "Króla Ducha," przedstawiony w poemacie Juliusza Słowackiego.

Genetyczny ethnos Słowian, a jednocześnie Polaków, informuje o procesie "długiego trwania" na terenach od Łaby, Odry, Wisły i poza Bug w ciągu 8-6 tys. lat przy założeniu migracji z Bałkanów (ok. 12 tys lat) - a także stałej obecności nad Dunajem i na terenie Karpat, 8 tys. lat. Była to obecność dynamiczna, jeśli można tak powiedzieć, migracje i powrót, jeszcze raz migracje i powrót, itd. Przyczyną progresu i regresu osadnictwa Słowian, czyli polskiego etnosu, były trudne warunki naturalne epoki polodowcowej - jeszcze nie ustabilizowanej strefy klimatycznej (na terenach Pomorza Zachodniego to zjawisko trwało do okresu późnego średniowiecza). Chcę zaznaczyć, że na razie pozostawiam poza głównym wątkiem refleksji sprawę migracji na tereny Karpat i obszar, powiedzmy, współczesnej Polski słowiańskiego ethnosu ze wschodu - to sprawa dość skomplikowana.

Czy ścisłe badania nad polskim ethnosem w dociekaniach o genezie Słowian mają jakiś związek ze świadomością zbiorową Polaków, tu i teraz? Tak, ponieważ jasno i prosto stwierdzają o archaiczności i ciągłości kulturowej Narodu Polskiego. Jedna tylko przestroga - nie traktujcie pojęcia "naród" w myśl koncepcji rasistowskich lub koncepcji politycznych np. Otto von Bismarcka - jesteśmy bowiem na terenie współczesnych badań genetycznych. Na tle innych narodów ethnos Polaków w pewnym sensie wzbudził zdumienie wśród genetyków (specjalistów od etnogenezy i pochodzenia człowieka), ponieważ reprezentuje zwartą i czytelną strukturę - która nie mutuje się od m.w. 10-8 tys. lat, albo wchodzący w relacje intymne jego przedstawiciele, zachowali specyficzny element haplogrupy słowiańskiej, tzw. polskiej.

Wydawałoby się, że opisujemy tu wyłącznie polski ethnos jako strukturę biologiczną (segment genetycznych elementów składowych), a tymczasem, jeszcze nie zwróciliście na to uwagi, iż niniejsze rozważania ściśle łączą się z badaniami nad początkami, rozwojem i specyfiką określonego języka. Wspomniany powyżej proces "długiego trwania" (8-6 tys. lat), który dotyczy terenów od Łaby, Odry, Wisły i poza Bug informuje również o "długim trwaniu" j. polskiego. Dopiero teraz powinniście zrozumieć najważniejsze znaczenie najnowszych osiągnięć genetyki (2009-2012). Oczywiście, j. polski, jak każdy zresztą język, podlegał wpływom i zmianom - ale w ostatecznym rozrachunku zachował prastary stop językowy, matrix indoeuropejskiego archetypu - właśnie w tej reprezentywnej i czystej formie.
Nieszczęściem dla zapisu j. polskiego, systemu ortografii, była praca XVI-XVII wiecznych drukarzy niemieckich, którzy w ogóle nie rozumieli archaicznej fonetyki słowiańskiej, a stosowali schemat zapisu j. niemieckiego (znacznie młodszego tworu w porównaniu z j. polskim). Zatem uprościli i zniekształcili graficzny przekaz, nie oddali bogactwa dźwięcznych głosek. Przyjmuje się, że archaiczna mowa była "śpiewna" dzięki różnorodności akcentowania (greka klasyczna miała tylko 3 akcenty) i technikom modulacji. Kresowy j. polski jest jakby pozostałością po płynnej, śpiewnej, a zarazem wyszukanej, mowie dawnej Polski, żywego języka, który nadawał się do modlitwy, pieśni i poezji, czyli świadomego wyrazu obecności w świecie. Taki potencjał świadomej obecności, fenomenologiczny pretekst do opisu otaczającego świata (chciałoby się stwierdzić), tworzy poczucie indywidualnej wolności, otwartej jednak ku uczestnictwu we wspólnocie. Oczywiście, na równych prawach - a takiej mentalności nie zniósł (w dziejach Polski i innych krajów), i nie zniesie jakikolwiek agresor, zewnętrzny lub wewnętrzny.

Tu przejawia się istota sporu. Prawdopodobnie dlatego Polacy i Polska są permanentnie "kością niezgody," "szkłem w oku," "ością w gardle" różnej maści uzurpatorów Europy. Prawdopodobnie - jest to problemat archaicznego matrix. Powinniście więc poznać samego siebie, czyli wiedzieć więcej o własnej genezie, która świadczy o heroizmie, a jednocześnie determinuje zagrożenia.

Materiały uzupełniające:
Geneza języków indoeuropejskich
http://www.tropie.tarnow.opoka.org.pl/polacy1.htm
Etnogeneza Słowian
http://www.upadeknarodu.cba.pl/etnogen-slowian.html
Polacy, Słowianie, Europejczycy i inne ludy
http://www.tropie.tarnow.opoka.org.pl/polacy.htm
Cz. Białczyński - Prasłowianie a praindoeuropejczycy
http://bialczynski.wordpress.com/slowia ... opejczycy/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 31 paź 2012, 10:54 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Powrót do korzeni wiary

Z JE ks. bp. Ignacym Decem, ordynariuszem świdnickim, rozmawia Sławomir Jagodziński

Już tylko tydzień dzieli nas od spotkania Rodziny Radia Maryja z Ojcem Świętym Benedyktem XVI. Jakie znaczenie dla katolików ma pielgrzymowanie do takich miejsc jak grób św. Piotra w Watykanie?
- Pielgrzymowanie do Rzymu jest jakimś powrotem do korzeni chrześcijaństwa. Tam bowiem oddali życie za Chrystusa dwaj główni apostołowie: Piotr i Paweł. Stąd też pielgrzymka do Rzymu zyskała nazwę pielgrzymki "do grobów apostolskich" - "ad limina Apostolorum". Jest to pielgrzymka, podczas której staramy się spotkać z Piotrem Naszych Czasów, Papieżem, Biskupem Rzymu. To on właśnie jako Następca św. Piotra jest zwornikiem jedności Kościoła. To on z woli Chrystusa "utwierdza braci w wierze". Cieszymy się bardzo, że w najbliższym czasie będzie dane spotkać się z Ojcem Świętym Benedyktem XVI pielgrzymom z Rodziny Radia Maryja, że dane im będzie modlić się na grobach książąt apostolskich, a także na grobie bł. Jana Pawła II, wielkiego promotora Radia Maryja.

Dziś w Europie widzimy coraz śmielsze próby odcinania się od chrześcijańskiej kultury, obyczajów, a przede wszystkim od wartości, na których zbudowana jest nasza cywilizacja. Komu zależy na zniszczeniu chrześcijańskiego, katolickiego świata także w Polsce?
- Owa pogarda elity politycznej współczesnej Europy wobec wartości chrześcijańskich jest czymś bardzo bolesnym. Niesie ona zagrożenie dla cywilizacji i kultury europejskiej. Niemal we wszystkich krajach europejskich, nie wyłączając Polski, narasta agresja wobec chrześcijaństwa, zwłaszcza wobec Kościoła katolickiego. Wielu pyta: w imię czego to się dzieje, co przez to chce się osiągnąć, komu zależy na niszczeniu cywilizacji chrześcijańskiej? Nie jest łatwo na to odpowiedzieć. Wiemy jednak, że Chrystus zapowiedział uczniom taki los: "Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować", ale ku pocieszeniu i nadziei dodał: "Jeżeli moje słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać" (J 15, 20). Kościół zasłuchany w Słowo Pana nie traci nadziei na zwycięstwo prawdy nad fałszem, dobra nad złem. Przeciwko dzisiejszym negatywnym tendencjom wysuwa postulat nowej ewangelizacji. Kościół nie cofa się przed światem, nie zraża się atakami, ale głosi niezmienną oraz zawsze aktualną naukę Chrystusa, będąc przeświadczony, że tylko ona może uleczyć chorobę współczesnej Europy i całej ludzkości.

Współcześni liberałowie nie są pierwszymi, którzy wypowiedzieli wojnę prawdzie, chrześcijaństwu. Wyraźny progres tych antychrześcijańskich tendencji zaczął się wraz z rewolucją francuską. Wtedy podjęto wyraźne próby urządzania świata bez Boga. Z inspiracji utopijnych filozofów podjęto w Europie rewolucje i dwie wojny światowe. Jeżeli dzisiejsze antychrześcijańskie tendencje nie będą wyhamowane, to może nastąpić przykra powtórka z historii. Z pewnością to miał na myśli Ojciec Święty Benedykt XVI, gdy w przemówieniu do niemieckich parlamentarzystów podczas ubiegłorocznej wrześniowej pielgrzymki do Niemiec przytoczył pogląd św. Augustyna, że ci, którzy odrzucają Boże prawo w urządzaniu życia społecznego, stają się często "bandą złoczyńców".

Błogosławiony Jan Paweł II, zwracając się do Rodziny Radia Maryja w czasie pierwszej pielgrzymki do Rzymu w 1994 r., życzył, aby nasze Radio służyło prawdziwej informacji, przepojonej miłością i opartej na sprawiedliwości. Czy to nie jest najlepsza odpowiedź na to ogromne zakłamanie, z którym mamy do czynienia w życiu publicznym, w mediach?
- Ojciec Święty Jan Paweł II był bardzo dobrym obserwatorem procesów dokonujących się w naszej Ojczyźnie. Jako pielgrzym przybywał do Polski zawsze z bardzo odpowiednim przesłaniem na dany czas. Gdy rozpadł się blok państw socjalistycznych, gdy odzyskaliśmy wolność, bł. Jan Paweł II uczył nas właściwego zagospodarowania odzyskanej wolności. Ciągle podkreślał, że wolność jest darem i zadaniem, że musi mieć odniesienie do prawdy, że prawda winna kierować wolnością, jej służyć. Wolność bowiem bez prawdy staje się swawolą i prowadzi do nowego zniewolenia. Niestety, media komercyjne, a także w dużej mierze media publiczne, zeszły z drogi prawdy, poddały się poprawności politycznej dyktowanej przez ich mocodawców. W takiej sytuacji pojawienie się Radia Maryja i innych mediów z nim związanych odczytaliśmy jako dar Pana Boga na trudny czas budowania nowej, demokratycznej Polski. Dziś to budowanie zostało zagrożone przez dyktaturę mediów hołdujących poprawności politycznej. Dlatego obecność Radia Maryja, Telewizji Trwam, "Naszego Dziennika" jest tak bardzo potrzebna, by słowo publiczne, medialne było wolne.

Jednocześnie napawa zdziwieniem fakt, że także obecnie w wypowiedziach niektórych katolików w mediach liberalnych obarcza się Radio Maryja podstępnym zarzutem mieszania się do polityki, sprzyjania jednej opcji politycznej, dzielenia społeczeństwa, siania nienawiści zamiast miłości, wyprowadzania ludzi na ulicę itp., a zbywa się zupełnym milczeniem fakt dyskryminacji tegoż Radia i Telewizji Trwam na polskim rynku medialnym.

Ojciec Święty Benedykt XVI stawia przed nam wielkie zadanie nowej ewangelizacji.
- Nowa ewangelizacja jest nam wszystkim zadana. Ma się urzeczywistniać przez dzielenie się wiarą z drugimi, przez ewangeliczny dialog z tymi, w których wiara i życie religijne z różnych powodów uległy stagnacji czy nawet wygasły. Prowadzenie nowej ewangelizacji w dzisiejszym, medialnym świecie trudno sobie wyobrazić bez niezależnych mediów katolickich. Stąd Kościół w Polsce jest tak bardzo zatroskany o obecność mediów katolickich w przestrzeni medialnej, zwłaszcza Radia Maryja i Telewizji Trwam, które mają zasięg ogólnopolski, a nawet swoim oddziaływaniem obejmują rodaków będących na emigracji. Uporczywe odmawianie miejsca na cyfrowym multipleksie, a ostatnio zapowiedź wygórowanych opłat koncesyjnych są wyraźną dyskryminacją nie tylko tego Radia i Telewizji, ale także w jakiejś mierze Kościoła katolickiego w naszej Ojczyźnie.

Ostatnie miesiące ukazały coraz bardziej dramatyczny obraz stanu naszego państwa. Co można powiedzieć o władzy, która wszelkimi sposobami uprawia propagandę sukcesu, a jednocześnie robi wszystko, aby zniszczyć wolne media?
- Historia uczy, że władza, która nie prowadzi dialogu społecznego, która zastępuje dialog ze społeczeństwem dyktaturą, która ogranicza wolność słowa, jest skazana wcześniej czy później na niepowodzenie. W Roku ks. Piotra Skargi tak często modlimy się jego słowami za Ojczyznę, w tym także za rządzących - za "sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować".

Dziękuję za rozmowę.
Sławomir Jagodziński

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... wiary.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 02 kwi 2013, 06:17 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Nie podcinajmy korzeni

Piotr Szubarczyk

Przed 8 laty odszedł do Domu Ojca bł. Jan Paweł II. Znany jest testament odnaleziony wkrótce po śmierci wielkiego Papieża. Jednak dla nas, Polaków, równie ważne są słowa Błogosławionego, wypowiedziane już w pierwszym roku pontyfikatu, na zakończenie pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny – 10 czerwca 1979 r. na krakowskich Błoniach. Słowa brzmiące jak testament! Przypomnienie powinności wobec minionych, współczesnych i przyszłych pokoleń Polaków. Brzmiały jak odnowienie Pięciu Prawd Polaków ks. Bolesława Domańskiego (1938), jak odnowienie Dekalogu Polaka Zofii Kossak-Szczuckiej (1942). O tych słowach nie wolno zapomnieć w czasach, kiedy coraz śmielej podnoszą się głosy szaleńców, że już nie musimy być Polakami, bo jesteśmy „europejczykami”.

Jan Paweł II nauczał: „Zanim stąd odejdę, proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię ’Polska’, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością – taką, jaką zaszczepia w nas Chrystus na chrzcie świętym. Abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili. Abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy.

Proszę was, abyście mieli ufność nawet wbrew każdej swojej słabości. Abyście szukali zawsze duchowej mocy u Tego, u którego tyle pokoleń ojców naszych i matek ją znajdowało. Abyście od Niego nigdy nie odstąpili. Abyście nigdy nie utracili tej wolności ducha, do której On wyzwala człowieka. Abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest największa, która się wyraziła przez Krzyż, a bez której życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu.

Proszę was o to przez pamięć i przez potężne wstawiennictwo Bogarodzicy z Jasnej Góry (…), przez pamięć św. Wojciecha, który zginął dla Chrystusa nad Bałtykiem, przez pamięć św. Stanisława, który legł pod mieczem królewskim na Skałce. Proszę was o to. Amen”.

http://www.naszdziennik.pl/wp/28475,nie ... rzeni.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 10 kwi 2013, 08:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Przypomina o naszych korzeniach

Męczennicy orędują za Polską

o. Szczepan T. Praśkiewicz OCD

Przeżywając rocznicę katastrofy smoleńskiej, modlimy się za poległych przed trzema laty i polecamy Bogu całą naszą Ojczyznę. Od kilku miesięcy szczególnie przywołujemy wstawiennictwa polskich męczenników. W kwietniu kierujemy nasze spojrzenie ku pierwszej stolicy Polski, prymasowskiemu Gnieznu, skąd patronuje nam św. Wojciech, biskup i męczennik.

W naszej comiesięcznej modlitwie za Ojczyznę patronują nam nasi męczennicy. Mają oni łatwiejszy dostęp do Pana Boga, wszak nawet dyscyplina beatyfikacyjna zwalnia ich z potrzeby cudu. Uciekanie się do nich jest więc dla nas wielką szansą, o której nie wolno zapomnieć ani jej zmarnować.

W kwietniu obchodzimy uroczystość św. Wojciecha, biskupa i męczennika, głównego patrona Polski. Jego postać przypomina nam o chrześcijańskich korzeniach Europy. Pochodził ze słynnego czeskiego rodu Sławnikowiców (ze strony ojca) i Przemyślidów (ze strony matki), był przedostatnim z siedmiorga rodzeństwa. Urodził się ok. 956 roku. W młodym wieku zachorował i rodzice złożyli ślub, że gdy wyzdrowieje, oddadzą go na służbę Bogu. Jako 16-letni młodzieniec został więc wysłany do Magdeburga, gdzie Papież Jan XIII założył biskupstwo misyjne dla nawracania Słowian. Tam kształcił się przez 10 lat. Dołączył też do niego brat Radzim. Gdy wrócili do Czech, w 982 r. zmarł w Pradze pierwszy jej biskup, Dytmar, który był Niemcem. Na jego następcę wytypowano Wojciecha i 29 czerwca 983 r. przyjął on święcenia biskupie jako pierwszy Czech. Na znak pokory, obejmując biskupstwo praskie, szedł boso.

Sytuacja Kościoła w Czechach była wówczas bardzo trudna. Praga znana była z handlu niewolnikami. Młody biskup podnosił przeciw temu swój głos. Nadto piętnował możnych, zabraniając wielożeństwa. Zachęcał też do opiekowania się ubogimi, w czym sam przodował. Gdy jednak zobaczył, że jego napomnienia są daremne, po pięciu latach pasterzowania postanowił opuścić Pragę. Udał się do swojego metropolity w Moguncji, a następnie do Rzymu. W Pradze św. Wojciecha zastępował biskup Falkold. Kiedy jednak zmarł w 992 r., Czesi prosili św. Wojciecha o powrót. Przybył więc do swej ojczyzny z kilkunastoma zakonnikami i założył opactwo benedyktyńskie w Brzewnowie. Dzielnie apostołował wśród swoich rodaków i posyłał też misjonarzy na Węgry. Niestety, znowu spotkały go szykany ze strony możnowładców i jesienią 995 r. wrócił do klasztoru w Rzymie. Ostatecznie podjął decyzję udania się na misje do Polski. Decyzja ta bardzo ucieszyła Bolesława Chrobrego i akceptował ją także cesarz Otto III. Wiosną 997 r. przygotowano wyprawę misyjną św. Wojciecha do Prus. Przydzielono mu nawet wojsko do obrony, ale z niego zrezygnował, bo nie chciał nawracać mieczem. Już 23 kwietnia biskup Wojciech poniósł śmierć męczeńską. Miał zaledwie 41 lat. Ciało męczennika, wykupione od pogan, złożono w Gnieźnie. Świadkiem męczeństwa był bł. Radzim, który je opisał na prośbę Papieża Sylwestra II. Papież niezwłocznie kanonizował św. Wojciecha. W marcu 1000 r. do grobu męczennika przybył sam cesarz Otto III, gdzie w obecności Bolesława Chrobrego zostało uroczyście ogłoszone powstanie metropolii gnieźnieńskiej z biskupstwami w Krakowie, Kołobrzegu i Wrocławiu, gwarantujące Kościołowi w Polsce niezależność od obcych państw i bezpośrednie poddanie go Stolicy Apostolskiej. Wydarzenie to przeszło do historii jako zjazd gnieźnieński. Dziś od grobu męczennika płynie apel o wierność dziedzictwu chrześcijańskiemu naszej Ojczyzny, jak i całej Europy. Niechaj św. Wojciech wstawia się za nami przed Bożym tronem.

http://www.naszdziennik.pl/wp/29255,prz ... niach.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 22 mar 2014, 08:50 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Nasza siła

Ks. kard. Stefan Wyszyński

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Może niekiedy nas zastanawiać, dlaczego nieprzyjaciel niszczył świątynie? Przecież to nie były bunkry ani potężne forty, zwłaszcza że nawet forty wokół Warszawy zostawiono nietknięte. Fortyfikacji nie wysadzono w powietrze, ale zniszczono świątynie, bo wierzono, że one bardziej niż umocnienia zbrojne służą Narodowi, są jego mocą i tajemnicą trwania. Dlatego padła w gruzy katedra królewska, pomnik rodzimej kultury. Zniszczony został pobliski kościół Księży Jezuitów, grobowce Sarbiewskiego i wielu wspaniałych twórców polskiej kultury. Padły w gruzy świątynie wznoszone jako znak pochodu Polski ku wschodnim granicom naszej Ojczyzny.

Niszcząc brutalnie kościoły stolicy, nieprzyjaciel pouczył nas jeszcze raz, że bardziej niż fortów, bunkrów i umocnień militarystycznych potrzeba Narodowi świątyń! Stanowią one umocnienie ducha narodowego. Dopiero tutaj, gdzie stoją katedry, uczące najpierwszego i najpotrzebniejszego przykazania: Będziesz miłował Pana Boga (…) będziesz miłował bliźniego, jak siebie samego (Mt 22, 39) – Naród mobilizuje się do duchowej, braterskiej służby ludziom, aby jedni nosili brzemiona drugich i w ten sposób wypełniali zadanie
.

Fragment pochodzi z kazania wygłoszonego w Warszawie 27 IX 1972 r.

--------------------------------------------------------------------------------

Słyszymy nieraz głosy oburzenia: po co budować kościoły, jeśli brakuje żłobków. A gdy do Ojczyzny pielgrzymował Papież, bł. Jan Paweł II, wówczas wyliczano skrupulatnie, ile to będzie kosztować, sugerując, że taką sumę lepiej wydać na coś innego, np. na szpitale. Są to głosy fałszywe, płynące od środowisk, których zamiarem wcale nie jest poprawa sytuacji rodzin, troska o najmłodszych czy wzmocnienie pozycji ekonomicznej państwa. Im chodzi o odebranie naszemu Narodowi najgłębszych źródeł siły, w tym o pozbawienie nas sensu życia. Środowiska te próbują w ten sposób ukryć swoją nieudolność w zarządzaniu państwem, ale także, pod pozorem troski, chcą zasłonić prawdziwe cele: zbudowanie Polski bez Boga. Wiedzą, że naród bez Boga jest narodem bezsilnym.

http://www.naszdziennik.pl/wp/72156,nasza-sila.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 02 sie 2014, 08:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Nie odcinajmy korzeni

Marcin Austyn

Z dr. Bogdanem Więckiewiczem, socjologiem z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Marcin Austyn

Celebrowanie ważnych rocznic związanych z historią naszego państwa, takich jak choćby Powstanie Warszawskie, jest istotnym elementem życia społecznego?
– Pamięć o wydarzeniach historycznych, ich czczenie, jest bardzo ważnym elementem tożsamości każdego społeczeństwa. W tym przypadku tożsamości narodowej. Nie można odcinać własnych korzeni. Trzeba pamiętać o wszystkich wydarzeniach, jakie działy się w danym społeczeństwie – i o tych dobrych, i o tych złych. Istotna jest pamięć. To ona powoduje, że tworzy się więź między pokoleniami. I to nie tylko ta więź między ludźmi, którzy gromadzą się na uroczystościach, których łączy pewne wydarzenie, ale więź z tym pokoleniem, które już odeszło, a miało istotny udział w tworzeniu państwa, narodu. Dziś mówimy o pewnym zrywie niepodległościowym, a zatem o dążeniu do tworzenia wolnego państwa polskiego. To istotny element istnienia Narodu, pamięci o jego historii, o naszych przodkach.

Jak sprawić, by ludzie chętnie brali udział w takich wydarzeniach?
– Oczywiście nikogo nie możemy zmusić do udziału w tego rodzaju uroczystościach. Stąd istotnym elementem jest tu edukacja młodych, ale nie tylko. Każdy z nas uczy się do końca życia i ciągle poznajemy nowe fakty dotyczące naszego społeczeństwa. Edukacja jest zatem istotnym elementem, który może wyzwolić pewną energię, zainteresowanie sprawą, może pobudzać świadomość i chęć uczestniczenia w uroczystościach upamiętniających te ważne wydarzenia. Do tego potrzebny jest też właściwy przekaz. Minęło wiele pokoleń od różnych ważnych wydarzeń historycznych. Mówimy teraz o Powstaniu Warszawskim, ale przecież były inne zrywy niepodległościowe czy ważne wydarzenia w historii Polski – i pozytywne, i negatywne – wojny i walki zarówno wygrane, jak i przegrane. To one pozwalają ponownie zdefiniować społeczeństwo. Te wszystkie wydarzenia są też znakomitą lekcją dla współczesności. One pozwalają nam wyciągać wnioski, jak należy postępować obecnie. To też jest istotą takich wydarzeń. Musimy pamiętać i uczyć się na błędach oraz czerpać to, co najlepsze, z tych dobrych doświadczeń, z sukcesów. To one wyznaczają nam priorytety dla obecnego i przyszłego pokolenia.

Do ostatniej chwili premier i prezydent wahali się, czy wziąć udział w głównych obchodach 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
– Brak najwyższych przedstawicieli władz państwowych na tego rodzaju uroczystościach z pewnością powoduje obniżenie ich rangi. W tym przypadku można się domyślać, że mamy do czynienia z działaniem taktycznym, wynikającym z bieżącej polityki. Nie jest tajemnicą, że osoby biorące udział w Powstaniu Warszawskim były niedoceniane, często słyszy się krytykę ich działań, podaje się w wątpliwość sens samego Powstania. Władze nie spieszyły, by zająć tu jednoznaczne stanowisko, nie mówiły wprost o potrzebie, o ideach Powstania. To wszystko powoduje frustracje wśród osób związanych z obozem niepodległościowym, dla których patriotyzm, Polska, wolność są wartościami.

Władza hucznie świętowała 25 lat wolności, o Powstaniu mówiła raczej skromnie.
– To prawda. Proszę też zauważyć, że rocznica, o której pan wspomniał, była okazją do promowania osób związanych z obozem władzy. Nie pamiętano o wszystkich osobach zasłużonych dla ruchu niepodległościowego. Chodziło więc o propagandę. Przykre jest to, że władza wybiórczo podnosi tego rodzaju uroczystości i że wydarzenia ważne dla naszej historii traktowane są instrumentalnie.

Ważne rocznice powinny być oczkiem w głowie władzy czy też ruch należy tu do oddolnych inicjatyw społecznych?
– Przekazywanie pamięci o ważnych wydarzeniach powinno być związane z różnorodnymi organizacjami. Jednakże rangę uroczystości zawsze podnosi najwyższa władza. Takie jej zaangażowanie pozwala też na lepszą koordynację przygotowań do uroczystości. Zatem jak najwięcej organizacji powinno włączać się w przygotowanie tych obchodów, ale całość – chociażby poprzez objęcie patronatu i obecność – powinni firmować przedstawiciele najwyższych władz państwowych. Powstanie Warszawskie jest nie bardzo odległym i ważnym wydarzeniem. Szczególnie że dziś wartość wolności została zdewaluowana, a patriotyzm, Ojczyzna w hierarchii wartości zaczynają być coraz niżej. Tym bardziej zadaniem władz jest to, by takie uroczystości podnoszone były do jak najwyższej rangi. To ma znaczenie. Żyjemy w niespokojnym świecie. Słyszymy o kolejnych konfliktach zbrojnych nie tak daleko od nas. Władza powinna dbać o to, by w społeczeństwie tworzyć poczucie patriotyzmu, szacunku, miłości do Ojczyzny, poszanowania dla dokonań przodków. Rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego była ku temu dobrą okazją. Ci ludzie, będąc na straconej pozycji, kosztem własnego życia podjęli walkę o niepodległość Polski, bo dla nich wolność, Ojczyzna były prawdziwymi wartościami. Dziś tak nie jest i temu trzeba przeciwdziałać. Postawy prospołeczne są bardzo ważnym elementem życia społeczeństwa. A przykład musi iść z góry. Jeśli prominentni politycy omijają takie uroczystości, mają wątpliwość, czy brać w nich udział, to trudno oczekiwać, że przeciętni obywatele, zwłaszcza ci najmłodsi, będą mieli potrzebę ich celebrowania.

Tegoroczne obchody to pewnie też jedna z już nielicznych okazji do spotkania ze świadkami Powstania Warszawskiego.
– Z roku na rok powstańców warszawskich jest coraz mniej. To naturalne. Tym bardziej trzeba te osoby doceniać, darzyć je wielkim szacunkiem i pokazywać ich przykład. Powstańcy bardzo chętnie dzielą się swoimi wspomnieniami. To trzeba wykorzystać, bo są oni znakomitym kompendium wiedzy na temat wydarzeń sprzed 70 lat. Książki nie są w stanie oddać tego, co oni mogą nam przekazać. Ich historie mogą być znakomitym przykładem życia dla młodych ludzi. Bo to oni swoją postawą pokazali, jak należy pielęgnować takie wartości jak wolność i że kiedy Ojczyzna jest w potrzebie, trzeba stanąć w jej obronie.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/wp/89095,nie ... rzeni.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 26 sie 2015, 06:22 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Próba odcięcia od korzeni

Obrazek

W imię neutralności światopoglądowej przeprowadzana jest ateizacja naszego Narodu. To próba odcięcia nas od korzeni, a przecież każda roślina odcięta od korzeni jest skazana na śmierć – podkreślił ks. abp Marek Jędraszewski na Jasnej Górze, podkreślając przy tym, że nie zrozumie się Polski bez chrześcijaństwa ani bez krzyża. Metropolita łódzki przewodniczył w poniedziałek Mszy św. dla pielgrzymów archidiecezji łódzkiej, którzy przybyli do Częstochowy

Pielgrzymi z archidiecezji łódzkiej, po dotarciu na Jasną Górę, poniedziałek zakończyli Mszą św. oraz uroczystym Apelem Jasnogórskim. Mszy św. przewodniczył ks. abp Marek Jędraszewski, a koncelebrowali ją metropolita częstochowski ks. abp Wacław Depo oraz ks. bp Marek Marczak.

Zwracając się do pielgrzymów, metropolita łódzki przypomniał o zbliżającej się 1050. rocznicy chrztu Polski. – Od tylu już lat nasza Ojczyzna jest oparta o prawdy Ewangelii – mówił. – Jesteśmy zanurzeni w Chrystusowym Krzyżu. Nie zrozumie się Polski bez chrześcijaństwa ani bez krzyża – podkreślił ks. abp Jędraszewski. – Nasza historia jest przepełniona świadectwami tych, którzy broniąc chrześcijaństwa, bronili naszego kraju – dodał.

Metropolita łódzki zwrócił uwagę, że obecnie „próbuje się te korzenie odciąć, zwłaszcza poprzez media”.

– W imię neutralności światopoglądowej przeprowadzana jest ateizacja naszego Narodu. To próba odcięcia nas od korzeni, a przecież każda roślina odcięta od korzeni jest skazana na śmierć – przestrzegał kapłan.

Ks. abp Jędraszewski przypomniał, że w komunizmie walczono z krzyżem i z Kościołem, z ich obecnością w przestrzeni publicznej, i obecnie z tym samym mamy do czynienia.

– Tym razem w imię postępu, otwartości na nowoczesność czy europejskość. A przecież Europy nie zrozumie się bez chrześcijaństwa – podkreślał hierarcha i dodał, że stojąc u stóp Jasnogórskiej Matki, naszej Królowej, w klasztorze tak ważnym dla historii naszego Narodu, jesteśmy zobowiązani, by bronić tego dziedzictwa, tożsamości naszego Narodu naznaczonego krzyżem.

RP, KAI

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... rzeni.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 08 sty 2016, 09:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Głód pamięci

Z Jolantą Janus, członkiem Rodziny Katyńskiej, inicjatorką i koordynatorką realizacji pomnika „Pieta Smoleńska", rozmawia Małgorzata Bochenek

Obrazek

Pod koniec minionego roku udało się Pani zrealizować pragnienie wielu osób. W Krakowie odsłonięto i poświęcono płaskorzeźbę „Pieta Smoleńska” autorstwa artysty Piotra Suchodolskiego.
– Do tego sukcesu przyczyniła się przede wszystkim pamięć o ludziach wybitnych i wartościowych, których życie zakończyło się pod Smoleńskiem w niezwykle dramatycznych okolicznościach, do tej pory niewyjaśnionych, a których dzisiaj bardzo brakuje w polskim życiu publicznym. Potężny jest głód tej pamięci, który jest w nas wszystkich. Pragnę podkreślić słowo „wszystkich”, bo moim zdaniem każdy pragnie tego upamiętnienia, ale bariera lęku stworzona przez wydarzenia ostatnich lat czasami powstrzymuje nas od wypełnienia tego obowiązku.

Tak, to był projekt długo oczekiwany. Dla uczczenia pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej od jesieni 2013 roku prowadziłam w Krakowie zbiórkę publiczną na rzecz realizacji tego projektu, pod patronatem Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010. W kwestę włączyli się przedstawiciele środowisk parlamentarnych, naukowych, twórczych i samorządowych, w tym m.in. poseł Andrzej Duda – obecny Prezydent RP, czy wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości Beata Szydło – obecnie premier polskiego rządu. Zbiórkę zakończyłam 25 stycznia 2014 roku charytatywnym koncertem „Kolędy do Nieba” w kościele św. Katarzyny, któremu patronował m.in. „Nasz Dziennik”. Następnie ks. kard. Stanisław Dziwisz pobłogosławił projekt pomnika i zaakceptował miejsce dla jego realizacji, o które prosili przedstawiciele Społecznego Honorowego Komitetu Na Rzecz Powstania „Piety Smoleńskiej”. Było to sanktuarium św. Jana Pawła II na tzw. Białych Morzach w sąsiedztwie Łagiewnik.

„Pieta Smoleńska” to wołanie o pamięć Golgoty Wschodu oraz pamięć o elitach, które zginęły w katastrofie samolotu w Smoleńsku. Czy wołanie o pamięć jest tożsame z apelem o prawdę?
– Pamięć jest czymś stałym w kulturze i tradycji Narodu. To fundament, na którym buduje się tożsamość. Ona wynika zazwyczaj z więzi międzypokoleniowej i potrzeby dokumentowania epoki. Natomiast prawda, a raczej dążenie do poznania prawdy, pojawia się wtedy, gdy jej nie ma, gdy manipuluje się faktami, obrazem rzeczywistości lub fałszuje się go, tak jak to było w przypadku kłamstwa sowieckiego dotyczącego zbrodni katyńskiej czy współczesnej historii związanej z wydarzeniami z 10 kwietnia 2010 roku.

Uważam, że czas najwyższy wydobyć Smoleńsk ze zgliszczy, jakie pozostawił po sobie w naszych umysłach i emocjach pięcioletni okres pełen niepokoju związany ze śledztwem smoleńskim, a raczej z brakiem wiarygodnego procesu dochodzeniowego. Widziałam to najwyraźniej wtedy, gdy budowałam komitet społecznego poparcia dla tego projektu upamiętnienia. Wielokrotnie słyszałam: „Nie proszę panią, nie poprę tego projektu, bo »Smoleńsk to sprawa polityczna«”, „wie Pani... za tym stoją służby specjalne!”. Te słowa niejednokrotnie padały z ust osób utytułowanych, z dorobkiem naukowym i społecznym. Moim zdaniem, należy oddzielić dwie sprawy: pamięć, która powinna być bezwarunkowa i zawsze ponad podziałami, i dążenie do poznania prawdy o przyczynach katastrofy smoleńskiej. Powinniśmy przywrócić godność temu upamiętnieniu, a jest to możliwe tylko w jednym przypadku, gdy osiągniemy porozumienie i zbudujemy fundament jedności narodowej w tak ważnej sprawie.

Ten apel rozlega się z miejsca szczególnego, jakim jest sanktuarium św. Jana Pawła II na tzw. Białych Morzach w Krakowie. Dlaczego to miejsce wybrano na jej umieszczenie?
– Wybrałam sanktuarium św. Jana Pawła II jako miejsce docelowe na powieszenie „Piety Smoleńskiej”, aby biło stąd przesłanie takie, jakiego pragnąłby nasz wielki Rodak: Pamięć o Smoleńsku musi być wspólna! Musimy jej strzec, bo to jest nasza kolejna wartość, która wynika z cierpienia, wynika z tragedii, ale można na tym budować jedność. To było moim głównym celem od samego początku, od momentu, kiedy zaczęłam realizować ten projekt, miałam taką wizję. Dlatego zawiodła mnie droga tutaj, do sanktuarium Św. Jana Pawła II. To miejsce jest niezmiernie cenne, bo tutaj możemy przekazać pamięć katyńską i smoleńską pielgrzymom, którzy przybywają spoza granic Polski.

Dzieło „Piety Smoleńskiej” nawiązujące do dziedzictwa myśli i szczególnej troski św. Jana Pawła II o zachowanie pamięci o Katyniu jest dla nas, krakowian, przede wszystkim wypełnieniem jego patriotycznych wskazań i w pewnym sensie naszym wkładem w dziękczynienie za kanonizację Papieża Rodaka. Między innymi dla takiej właśnie potrzeby pragniemy pokazać, że szczególny szacunek i pamięć należy się rodakom, którzy zginęli w katastrofie samolotowej w drodze do Katynia w 2010 r. Rodakom, którzy ten testament wielkiego Papieża – Polaka najwierniej wypełnili.

Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Bochenek

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/ ... mieci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 12 sty 2016, 07:32 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31457
Chrzest Mieszka I kamieniem węgielnym Kościoła w Polsce

Z ks. prof. dr. hab. Stanisławem Nabywańcem, kierownikiem Zakładu Historii Nowożytnej na Uniwersytecie Rzeszowskim, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Przed nami jubileusz 1050. rocznicy chrztu Polski. Proszę powiedzieć, czym to fundamentalne wydarzenie w naszej historii jest dla współcześnie żyjących?
– Święty Jan Paweł II powiedział, że w 966 r., przy baptysterium Mieszka I wszystko się zaczęło. Narodził się Kościół polski, narodziła się Polska jako kraj odpowiadający ówczesnym standardom europejskim, zaczęła się kultura polska zbudowana na fundamentach cywilizacji łacińskiej, której głównymi filarami były myśl grecka, rzymska kultura prawna i Ewangelia. Tam narodziło się dziedzictwo, któremu na imię Polska. Tam narodziła się wiara naszego Narodu, która przetrwała wieki, a Polska zyskała miano „Polonia semper fidelis” – Polska zawsze wierna. Zawsze wierna przyjętym wówczas zobowiązaniom chrzcielnym, do których należy wyrzeczenie się szatana jako sprawcy zła i wyrzeczenie się jego spraw oraz uznanie Trójjedynego Boga osobowego, Stworzyciela, Odkupiciela i Pocieszyciela za swojego jedynego Pana. Element wiary w akcie chrztu Mieszka I jest, niestety, mało eksponowany w historiografii, a przecież to jego wyznanie wiary podczas chrztu stanowi kamień węgielny Kościoła. Wyrzeczenie się szatana w realiach chrztu Polski miało wymiar zerwania z pogańską tradycją, etyką i praktykami. Wbrew temu, co podkreślają rodzące się tu i ówdzie ruchy neopogańskie w Polsce, nie były to wierzenia oparte jedynie na sielankowych tańcach i śpiewach w świętych gajach. Nie jest wykluczone, że bóstwa i demoniczne istoty, którym oddawano cześć, wymagały być może nawet ofiar ludzkich, co można dostrzec chociażby w legendarnych przekazach. Fatum i złośliwość świata bóstw i demonów odbierały nadzieję i rodziły strach. Chrześcijaństwo przyniosło nadto wartość nieznaną pogańskiemu światu, jaką jest miłosierdzie zakorzenione w mandacie miłości Boga i bliźniego. Pogański świat nie znał litości dla człowieka cierpiącego. Kościół, głosząc miłosierdzie, wcielał go w czyn poprzez zakładanie szpitali, leprozoriów, sierocińców, domów starców, przytułków, domów dla podróżnych. Inną domeną troski o człowieka było utrzymywane przez Kościół darmowe szkolnictwo, które wbrew temu, co się powszechnie uważa, nie kształciło wyłącznie przyszłych kadr duchownych, ale oferowało szerokie spektrum wykształcenia dla ludzi świeckich.

Czy jako wykładowca historii spotyka się Ksiądz Profesor z zainteresowaniem tym wydarzeniem ze strony studentów?
– W swojej sięgającej 1991 r. pracy dydaktyczno-naukowej na uniwersytetach i w seminariach duchownych zajmowałem się głównie historią Kościoła i historią świecką. Obecnie pracując w Instytucie Historii na Uniwersytecie Rzeszowskim, wykładam historię Polski i historię powszechną w czasach nowożytnych. Do tematyki chrzcielnej odwołuję się sporadycznie, o ile wymaga tego kontekst prowadzonych zajęć. Są natomiast obecne w moim przekazie dzieje Kościoła tak powszechnego, jak i polskiego. Historia jest jedna. Nie można wyłączać z niej takich czy innych aspektów życia osobistego i wspólnotowego minionych pokoleń, a przecież wiara chrześcijańska i Kościół odgrywały dla naszych przodków istotną rolę. Znów odwołując się do Jana Pawła II, należy powiedzieć, że dziejów naszych i dziejów kręgu kultury łacińskiej zwanej też zachodnią nie da się zrozumieć bez Chrystusa, bez wiary w Niego i z pominięciem Kościoła, traktując go jako wielkiego nieobecnego. Wykłady monograficzne często poświęcam problematyce kościelnej mało obecnej w naszej ogólnej historiografii. Odpowiadając wprost na pana pytanie o zainteresowanie studentów historią Kościoła, chciałbym wskazać na podejmowane tematy prac magisterskich i licencjackich. Dość licznie uczęszczane, prowadzone przeze mnie seminaria licencjackie, magisterskie i doktorskie skupiają wielu młodych ludzi, którzy przychodzą najczęściej z przemyślanymi już propozycjami tematów swoich prac, podejmujących zagadnienia z historii Kościoła w wymiarze mikro – dzieje parafii, sylwetki ludzi Kościoła, instytucji kościelnych, a także szerszych problemów w wymiarze Kościoła lokalnego – dzieje diecezji, a nawet Kościoła powszechnego – zagadnienia dotyczące soborów, nauczania papieskiego, liturgii, misji itp. Świadczy to o dużym zainteresowaniu młodych ludzi problematyką przeszłości Kościoła w Polsce i w świecie.

Przyzna Ksiądz jednak, że chrztu Polski nie sposób rozpatrywać tylko na płaszczyźnie historycznej?
– Oczywiście, chrzest Mieszka I był doświadczeniem i wydarzeniem przede wszystkim religijnym. Ludziom tamtej epoki, również tym z kręgów pogańskich, nie było znane pojęcie ateizmu, niewiary. Mieszko I, przyjmując chrzest, przyjmował go z wiarą. Trudno zmierzyć jej głębokość, ale jego chrzest nie był pustym spektaklem obliczonym jedynie na korzyści polityczne. Aby dostrzec to, co się dokonało wówczas w duszy księcia Polan, należy odłożyć na bok „szkiełko mędrca” i uznać, iż warsztat naukowy historyka czy innego badacza jest niewystarczający, by przeniknąć tajniki ludzkiej duszy. Tu na akt chrztu Mieszka I potrzeba spojrzeć oczyma wiary, by tą drogą osiągnąć pewność, że w chwili chrztu nasz pierwszy historyczny władca „porzucił stare bogi” i szczerze przyjął Chrystusa nie tylko do swojego kraju, ale także do swego serca, w którym niewątpliwie dokonały się te wszystkie wielkie dzieła Boga, które dokonują się w sercu każdego człowieka, nie wykluczając również nas samych, z chwilą przyjęcia chrztu.

1050. rocznica chrztu Polski w sposób szczególny będzie obchodzona na Podkarpaciu. Skąd wziął się pomysł tego przedsięwzięcia, które, dodajmy, wykracza poza Polskę?
– Pomysł zorganizowania tej wieloetapowej konferencji z okazji 1050. rocznicy chrztu Polski, na miarę możliwości, ale też i na miarę wielkości tego wydarzenia w historii Polski i Kościoła w Polsce, jest autorskim pomysłem Adama Pęzioła, obecnie prezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Rzeszowie, oraz moim. Obaj znamy się od ponad trzydziestu lat, kiedy to on jako młody, zaangażowany opozycjonista, a ja jako wikariusz w pierwszej parafii zaprzyjaźniliśmy się i podejmowaliśmy pewne, nieco konspiracyjne działania polegające na organizowaniu przy kościele obchodów wymazywanych wówczas rocznic, dystrybucji powstających w środowiskach opozycyjnych kartek świątecznych, spotkań itp. Sam pomysł przygotowania tego projektu powstał w drodze do Lwowa, kiedy jechaliśmy na spotkanie z ks. abp. Mieczysławem Mokrzyckim, by zaproponować i omówić szczegóły zaprezentowania w archikatedrze lwowskiej Nieszporów Ludźmierskich. W następnych tygodniach i miesiącach doprecyzowywaliśmy szczegóły projektu, który rozrósł się do kilkunastu sesji, którym towarzyszyć będą koncerty prezentujące polskie utwory muzyczne i poetyckie o charakterze patriotycznym, religijnym i historycznym od średniowiecza po współczesność, w tym koncert kolęd i pastorałek, muzyki dawnej, muzyki religijnej współczesnych twórców w nowoczesnych aranżacjach i opracowaniach jazzowych, pieśni naszych przodków, Oratorium Wielkanocne, Oratorium Adwentowe czy Nieszpory Ludźmierskie. Podczas tych koncertów wystąpią artyści Filharmonii Podkarpackiej, artyści wywodzący się z Podkarpacia i krajowi wykonawcy o uznanej sławie.

Sesje konferencji mają charakter naukowy, ale czy są kierowane tylko do zafascynowanych historią?
– Zarówno sesje konferencji, jak i towarzyszące im wydarzenia kulturalne są otwarte, bezpłatne i każdy, kto tylko zechce, będzie mógł w nich uczestniczyć. Oczywiście sesje konferencji mają charakter naukowy, ale są adresowane także do odbiorcy nieprofesjonalnego, zainteresowanego prezentowaną problematyką. Wykłady odbywać się będą w obiektach świeckich, natomiast koncerty w kościołach, nie tylko w Rzeszowie, ale także w kilkunastu miastach i miejscowościach Podkarpacia. Na trasie konferencji znajdują się również dwa miasta poza granicami Polski. Są to Lwów i Wilno – stolice dwóch metropolii, które w okresie Rzeczypospolitej Obojga Narodów i w okresie Drugiej Rzeczypospolitej obejmowały obszary kresowe Polski. Pomysł nasz spotkał się nie tylko z dużym zainteresowaniem, ale i wsparciem ze strony instytucji i osób z Podkarpacia, lecz także ze strony osób i instytucji na szczeblu centralnym, za co już teraz jesteśmy wszystkim wdzięczni.

Z jakimi aspektami tego wydarzenia będzie się można zapoznać w czasie cyklu konferencji, które zaplanowano praktycznie na cały rok…?
– Celem projektu jest zarówno uczczenie jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski, jak też przybliżenie z okazji tej rocznicy wiedzy z historii Kościoła w Polsce, zapoznanie z wielkimi postaciami polskiego Kościoła i jego dzieł oraz spotkanie z pięknem tworzonej przez Kościół i w Kościele kultury religijnej. Konferencje mają charakter interdyscyplinarny. Ich tematyką chcemy objąć jak najwięcej aspektów ukazujących przeszłość i teraźniejszość Kościoła w Polsce, a nawet jego wychodzenia z orędziem Ewangelii daleko poza granice naszego kraju. Mamy nadzieję, że każdy będzie mógł znaleźć dla siebie interesujący temat. Referaty wygłaszane będą przez specjalistów z zakresu różnych dziedzin nauki, a także przez osoby związane z mediami, kulturą, działalnością społeczną i polityczną, związane swą aktywnością zawodową lub publiczną z problematyką przewidzianą w programie poszczególnych sesji. W każdym miesiącu w innym miejscu, głównie na terenie Podkarpacia, jest przygotowana ciekawa oferta. W miarę możliwości technicznych będziemy na żywo transmitować drogą internetową przebieg poszczególnych sesji. Będą one również zapowiadane oraz relacjonowane przez media.

Program jest imponujący, podobnie jak znamienite jest grono osób, które objęły patronatem to przedsięwzięcie…
– Na naszą prośbę o przyjęcie zaproszenia do udziału w komitecie honorowym wszyscy zaproszeni odpowiedzieli pozytywnie. Komitet honorowy tworzą zatem znamienici przedstawiciele hierarchii kościelnej, jak też polskich władz państwowych na szczeblu centralnym i wojewódzkim, lokalnych władz samorządowych i świata nauki. Przez cały okres ponadtysiącletnich dziejów Kościoła w naszej Ojczyźnie Naród nasz pozostawał wierny Kościołowi katolickiemu i jego Najwyższym Pasterzom – Biskupom Rzymu. Wielkim zaszczytem jest dla nas zatem obecność w komitecie honorowym nuncjusza apostolskiego w Polsce JE ks. abp. Celestino Migliorego jako przedstawiciela Papieża Franciszka w naszym kraju. Pozostali hierarchowie Kościoła tworzący komitet honorowy to księża arcybiskupi: Józef Michalik – metropolita przemyski obrządku łacińskiego, Eugeniusz Popowicz – metropolita przemysko-warszawski obrządku greckokatolickiego i Mieczysław Mokrzycki – metropolita lwowski obrządku łacińskiego. Ponadto księża biskupi ordynariusze, których diecezje znajdują się na terenie województwa podkarpackiego: Jan Wątroba – ordynariusz rzeszowski, Krzysztof Nitkiewicz – ordynariusz sandomierski, Marian Rojek – ordynariusz zamojsko-lubaczowski oraz Andrzej Jeż – ordynariusz tarnowski. Nadto patronat nad przedsięwzięciem objęli: marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Aleksander Bobko, wojewoda podkarpacki Ewa Leniart, marszałek Sejmiku Województwa Podkarpackiego Władysław Ortyl oraz rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego prof. Sylwester Czopek.

Na co organizatorzy cyklu konferencji chcą zwrócić szczególną uwagę?
– Cykl konferencji oraz towarzyszących im wydarzeń artystycznych w zamyśle organizatorów ma przybliżyć szerszym kręgom społeczności, nie tylko Podkarpacia, to wielkie dziedzictwo, jakie zainicjowane zostało z chwilą przyjęcia chrztu w 966 r., pomnażanego i ubogacanego obecnością Kościoła w naszej Ojczyźnie. Chcemy pokazać zarówno tę obecność Kościoła i wartości chrześcijańskich na przestrzeni naszej ponadtysiącletniej historii Polski, jak też udział Kościoła w budowaniu naszej państwowości, podtrzymywaniu jej w okresach dziejowych zawirowań, pełnienie roli kustosza tradycji narodowych i patriotycznych w latach zaborów i okupacji czy kształtowanie postaw moralnych, patriotycznych i kulturowych.

Te wartości są dzisiaj często pomijane…
– Dzisiaj, kiedy w modzie jest podkreślanie wielokulturowości, zajmowanie się kulturami mniejszościowymi, niekiedy bardzo niszowymi, potrzeba, bez ukrywania obecności i bez pomniejszania wartości innych kultur obecnych w naszej polskiej historii, dowartościować i ukazywać w pełnym wymiarze i w pełnym blasku naszą ojczystą, polską kulturę o ponadtysiącletniej tradycji, której istotnym kreatorem był i jest Kościół. Promowanie polskiej, chrześcijańskiej, katolickiej kultury jest obecnie wielkim wyzwaniem, abyśmy nie wstydzili się tego, co polskie, abyśmy byli z tego dumni, abyśmy z godnością ukazywali Europie i światu to, co wartościowe i piękne w naszej kulturze. Wreszcie żebyśmy to dziedzictwo kulturowe, któremu na imię Polska, przekazali następnym pokoleniom w tej sztafecie pokoleniowej. Przywrócenie należnego miejsca naszej kulturze narodowej w kraju i na forum międzynarodowym jest zadaniem na dzisiaj i na teraz, ale nie jest możliwe bez ukazania jej chrześcijańskiego fundamentu i dziedzictwa. Stąd taka forma naszej inicjatywy obchodów 1050. rocznicy chrztu Polski.

Księże Profesorze, proszę powiedzieć, jaki temat został wybrany na inaugurację konferencji, która odbędzie się już niebawem, bo 20 stycznia, na Uniwersytecie Rzeszowskim?
– Tematem pierwszej, inauguracyjnej sesji, która odbędzie się w głównym budynku Uniwersytetu Rzeszowskiego 20 stycznia, jest: „Przedchrzcielne przenikanie chrześcijaństwa na ziemie polskie”. Założeniem merytorycznym tej sesji jest ukazanie głębokiego związku aktu chrztu Polski z tym, co działo się ponad tysiąc lat przed tym wydarzeniem nad brzegami Jordanu. Rozmawiamy w dniu, kiedy Kościół uroczyście wspomina chrzest Pana Jezusa w Jordanie. Ponadto akt chrzcielny Mieszka I chcemy ukazać w kontekście ówczesnej sytuacji wewnątrz i na zewnątrz rodzącego się państwa piastowskiego w świetle odkryć archeologicznych i badań historycznych. Przewodnikami tej wędrówki do tego momentu miejsca naszej historii, kiedy i gdzie wszystko się zaczęło, będą wybitni specjaliści archeolodzy i historycy reprezentujący europejskie i polskie ośrodki naukowe i badawcze: prof. Diana Gergova, prof. dr hab. Jerzy Strzelczyk, prof. dr hab. Michał Parczewski oraz prof. Leszek Słupecki. 20 stycznia o godz. 17.00 w kościele akademickim pw. św. Jadwigi Królowej, tuż obok Uniwersytetu Rzeszowskiego, odbędzie się koncert polskich kolęd i pastorałek. Serdecznie zapraszamy na te wydarzenia Czytelników „Naszego Dziennika” i portalu NaszDziennik.pl.

Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... olsce.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 43 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /