Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 42 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Nasze korzenie
PostNapisane: 05 paź 2010, 11:16 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Sarmacja

Bez sarmackości - nie byłoby Polski, polskiej poezji, polskiego stroju narodowego, obyczajów i tradycji politycznej, rodzinnej, religijnej. Słowem - naszego odrębnego miejsca w Europie. To nurt sarmacki zapewnił naszej kulturze oryginalność i tak naprawdę stworzył ją od zera. Na dobrą sprawę nie musimy więc wcale wykłócać się o Sarmację - pytać, czy była dobra, czy zła. Była, jak wszystko na świecie, taka i taka. Ważne jest, żeby nie spłaszczać jej obrazu, i nie czynić z rewersu Maryni oblicza przodków naszych. Ważne jest, żebyśmy przyznawali się do Sarmacji, mając świadomość tak jej minusów, jak plusów. I żebyśmy pamiętali, że nie można kultury jednego z największych i najpotężniejszych państw w Europie kwitować splunięciem.

I. PRZESĄDY

Biorę do ręki dobry - naprawdę niezły, proszę mi wierzyć - podręcznik do historii, przeznaczony dla jednej z ostatnich klas szkoły podstawowej. Oglądam go uważnie. Odrębnego rozdziału o kulturze staropolskiej nie ma - temat podzielono niejako na kilka odcinków. Osobna rozkładówka omawia "złoty wiek" i Kochanowskiego jako główny tytuł do chwały, inna - sukcesy i klęski militarne XVII stulecia, inna - system polityczny. I dopiero na końcu docieramy do tak zwanej kultury sarmackiej. Żeby było jasne, poświęcony jej rozdział dotyczy wieku XVII, mimo że tytuł brzmi, zupełnie anachronicznie: "jedz, pij i popuszczaj pasa". Potem następuje definicja: "Sarmata to przekonany o swojej wartości, zawadiacki i pewny siebie szlachcic". Temu stwierdzeniu towarzyszy ilustracja: dwu okładających się szablami brzuchaczy w kontuszach.

Dalej dowiadujemy się, że polska szlachta "nie interesowała się zmianami, które zachodziły w Europie, żyła w wąskim kręgu spraw i problemów najbliższej okolicy i własnych". W innym akapicie zapisano coś podobnego, ale jakby pozytywniej - że szlachta "chętnie uczestniczyła w obradach sejmików ziemskich, podejmując decyzje ważne dla lokalnej społeczności". Ale za to niżej napotykamy serię ćwiczeń dla uczniów. Tam jako stwierdzenie "fałszywe" uczeń powinien zaznaczyć zdanie głoszące, że "szlachta chętnie uczestniczyła w życiu politycznym". Czym się zatem zajmowała, jeśli polityką gardziła?###strona### Jako główne zajęcia szlachty podręcznik podaje jednym tchem: gospodarowanie na roli, huczne obchodzenie świąt prywatnych i kościelnych oraz udział w sejmikach (czyżby to nie była polityka?). Zarazem czytamy, że powszechne było "hulaszcze życie" i "pijaństwo", że szlachta była skłonna do "zaczepek, awantur i bijatyk", za to - jak wynika z analizy kolejnej porcji zdań "fałszywych i prawdziwych" - o wykształcenie nie dbała i nie ceniła wykształcenia, preferując rozbudowane życie religijne. Na osłodę pozostaje fakt, że jako cechy pożądane Sarmatów (ale niekoniecznie posiadane) podręcznik wymienia "umiłowanie wolności i przywiązanie do tradycji" oraz "waleczność, prawość, odwagę i miłość do ojczyzny".

Jeżeli szkoła serwuje uczniom taką dawkę sprzecznych i bałamutnych informacji, to nie powinna dziwić dezorientacja przeciętnego Polaka wobec haseł "Sarmacja, Sarmata, sarmatyzm". Polak przeciętny nie wie, CO to była Sarmacja, ani JAKA ona właściwie była - pozytywna? Negatywna? No, w każdym razie pijana i warcholska. No bo Kochanowski, z którego jesteśmy dumni, Sarmatą chyba nie był? Ani Sobieski, który zwyciężał Turków - obaj przecież posiedli niezgorsze wykształcenie i świat objechali, a tacy prawdziwi Sarmaci, to nie wysuwali nosa z zaścianka. No więc, o co tutaj właściwie chodzi?!

Chodzi o uprzedzenia, kompleksy i fobie naszej własnej kultury. Aby je zrozumieć, musimy pilnie czytać podręczniki, które przed dziećmi lepiej schować. Niestety, żeby zlikwidować stan polskiej niewiedzy, potrzeba rzeczy o wiele większej. Musimy zmienić szkolny sposób mówienia o kulturze staropolskiej. Jak to jednak zrobić, skoro nauczycieli i autorów podręcznika ukształtowała ta sama szkoła? Zdaje się, że dobrym sposobem byłoby wprowadzenie właściwych definicji i konfrontacja mitów z faktami.

II. FAKTY Sarmata, Sarmacja

W XVI i XVII wieku słowo "Sarmata" oznaczało polskiego szlachcica, obywatela Rzeczypospolitej. Owa Rzeczpospolita była wówczas wielkim mocarstwem, które od późnego średniowiecza nazywano "Sarmacją". Był to termin elegancki, naukowy, humanistyczny i bynajmniej nie wymyślony przez Polaków. "Sarmacja" pojawiła się już u starożytnych geografów. I nie naszą winą było, że przodkowie nasi zamieszkali tak ochrzczony przez Rzymian teren.###strona### Dopiero potem dorobiono legendę o przybyciu Sarmatów na polskie pola. Był to zabieg paranaukowy. Na podobnej zasadzie Francuzi przez wieki - także w epoce renesansu - przypisywali sobie pochodzenie od Trojan.

Z początku "sarmacki wynalazek" obchodził głównie humanistów. Wraz z upływem lat zataczał coraz szersze kręgi, aż wreszcie wszyscy go sobie przyswoili. W rezultacie słowa "Sarmacja" używano w XVI-XVIII wieku na oznaczenie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Obywatelem Sarmacji był "Sarmata" - posiadający oryginalny, dobrze rozpoznawalny i podziwiany w Europie obyczaj, strój, mowę - a także system polityczny, którego był twórcą i głównym zwolennikiem. Ten system przez sto pięćdziesiąt lat dobrze funkcjonował i był ciekawą alternatywą dla reszty Europy, zdążającej w kierunku monarchii absolutnej.

Na marginesie dodać by należało, że sam termin "Sarmacja" powinien mieć dla nas drugorzędne tylko znaczenie. Gdyby doczepiono nam inną legendarną przeszłość i nazwę, kultura staropolska i tak wyglądałaby tak, jak wyglądała. Byłaby zapewne podobnie fascynująca i odrębna od innych kultur europejskich, a opierałaby się na tych samych, "sarmackich" formach, które tylko inaczej byśmy określali. Najważniejsze jest jednak, żeby mieć świadomość wielkości i odrębności sarmackiej kultury i tego, że my wszyscy z niej się wywodzimy.

Znaczenie Sarmacji

Albowiem właśnie to, co skrywa się pod pojęciem Sarmacji, Sarmaty, sarmackości (celowo pomijam tu anachroniczny termin "sarmatyzm", o którym wspomnę jeszcze na końcu tego tekstu) - stanowi o naszej pozycji w Europie. A raczej stanowić by mogło, gdybyśmy się o to postarali. Bez Sarmacji nie mamy się czym pochwalić. Jeśli potrafimy ją tylko krytykować, przedrzeźniać i wstydzić się jej - bądź jeśli umiemy ją tylko bezkrytycznie uwielbiać - tośmy przegrali w przedbiegach. Musimy zrezygnować z łatwej i nazbyt prostej tezy, mającej dwie wersje - albo, że pod hasłem sarmackości mieszczą się wyłącznie owi dwaj bijący się na szable brzuchacze, albo że kryją się za nią sami bohaterscy husarze, Longinus Podbipięta zamęczony przez Tatarów i Pan Wołodyjowski, który wysadza się w Kamieńcu jak Lech Ordon.###strona###

Nie chodzi o propagowanie tylko własnej sławy i chwały, lecz odrębności - i o zwykłe przyznanie się do swoich przodków, akceptację własnych korzeni. Przyznawanie się nasze do Sarmacji powinno być zupełnie niezależne od szczegółowej i osobistej oceny tego, co było w niej dobre, a co złe. Nasze dzieje są i chwalebne, i gorzkie, ale ich skala przekracza ramy pomniejszych krajów Europy, jest ogromna. I właśnie dlatego wszelkie zakątki i meandry polskiej historii są fascynujące, przez swoją niesamowitą wielkość i wielość odcieni, odmiany losów, blaski i cienie, przez mistyczny dramat: mocarstwo - karykatura mocarstwa - męka i śmierć - zmartwychwstanie. Taki temat może stanowić niesamowitą pożywkę dla każdego historyka, literata i filmowca, który zechce inteligentnie zeń skorzystać. To "Władca pierścieni", który zmaterializował się w prawdziwej historii i czeka na swoje pięć minut - a może na długie godziny? - światowej popularności. Dzieje Sarmacji i jej kultura nie potrzebują apologetów, lecz propagatorów. Jeśli podamy fakty, Sarmacja obroni się sama.

Kultura sarmacka

Czym jest "kultura sarmacka"? Mówi się najczęściej o "nurcie sarmackim" w ramach polskiej kultury. I do pewnego stopnia słusznie. Bez wątpienia bowiem część polskiej poezji - zwłaszcza barokowej - jak i część kultury wizualnej wykazują większy stopień specyficznej "sarmackości" (która da się zdefiniować i opisać), a reszta jest nieco inna, bardziej "europejska" i międzynarodowa. Jednak pewne cechy "sarmackie" są - mym zdaniem i nie tylko - wspólne dla całej polskiej kultury tego czasu. Dlatego piszący te słowa skłonny jest nazywać właśnie całą kulturę staropolską, licząc od XVI wieku - kulturą sarmacką, a może lepiej: kulturą Sarmacji. Termin ten rozciągnąłbym oczywiście na epokę i osobę Kochanowskiego. W jego czasach słowo "Sarmacja" zyskało już wielką popularność. On też o Sarmatach i Sarmacji pisywał. Zaś sarmaccy poeci jego właśnie obrali za "hetmana" polskiej poezji. I żeby było jasne: nie chodzi o przygniecenie wszystkich kulturowych zjawisk jednym terminem, o zglajszachtowanie - tylko o to, aby widzieć dzieje kultury staropolskiej jako całość, a nie porozsypywane fragmenty. I o to, aby słowa "Sarmata, Sarmacja, sarmacki" kojarzyły się właściwie, a nie marginalnie - jako odnoszące się do kultury pewnego wielkiego państwa, zwanego Sarmacją.###strona###

Wykształcenie i literatura

Przeciętne wykształcenie i osobowość szeregowego Sarmaty zmieniały się w zależności od epoki. W wieku XVI mieliśmy nieliczne grono ludzi wykształconych doskonale, w znacznej części adeptów uniwersytetów włoskich. Cokolwiek by powiedzieć o tak często wspominanym "upadku" kultury w następnym stuleciu, wiedzieć trzeba, że choć do Włoch jeżdżono wówczas rzadziej, to przeciętny poziom szlacheckiego wykształcenia właśnie wzrósł, a to dzięki gęstej sieci jezuickich kolegiów o naprawdę wysokim poziomie. Duża część szlachty władała biegle łaciną, ówczesnym międzynarodowym językiem nauki. Także umiejętność pisania wierszy, wyniesiona ze szkół, była powszechniejsza niż wcześniej. Kwitło życie poetyckie i tworzyli wielcy polscy poeci, o których niesłusznie zapominamy: Samuel ze Skrzypny Twardowski, Krzysztof Opaliński, Wacław Potocki, Wespazjan Kochowski, Stanisław Herakliusz Lubomirski. Nadal bardzo ceniono wykształcenie humanistyczne, które potrzebne było przy układaniu mów sejmikowych i sejmowych tudzież listów dyplomatycznych. Wiersze pisało się na użytek sąsiedzkich zabaw, podczas których bynajmniej nie tylko się upijano. Warto na przykład wiedzieć, że umiejętności literackie Jana Chryzostoma Paska - czołowego "ciemnego Sarmaty" naszych podręczników - nie wynikały li tylko z żywiołowego talentu. Bardzo wiele nauczył się w jezuickim kolegium, co w jego prozie, jak i wierszach (bo rymować też umiał doskonale) wyraźnie widać. Jezuici zaś układali piękne dramaty, które były wystawiane w szkolnych teatrach. Jest natomiast prawdą, że nie było w Polsce literackich salonów i akademii, ani też takich zażartych literackich dysput, jak we Francji. Ale ostatecznie mamy prawo do tego, żeby Akademii nie mieć... zastępował ją szlachecki dworek i jego sąsiedztwo. Może nieudolnie, ale jednak. Ze względu na polski system polityczny kultura sarmacka nie była centralistyczna - skupiona wokół monarszego dworu - lecz właśnie prowincjonalna, "demokratyczna". Większość naszych wielkich poetów, wspomnianych przed chwilą - to ziemianie, mieszkańcy małych wiosek, którzy ulubili sobie żywot szlacheckiego oracza, uznawali go za najdoskonalszy i sławili go w swoich wierszach.

Sztuka

Sarmaci oryginalni byli przede wszystkim w szabli i w gębie. Zajęcia wymagające pracy rąk - oprócz pisania - uznawali bowiem za niegodne szlachty. A kulturę polską tego czasu bez reszty zdominowała szlachta. Dlatego sztuki piękne stały u nas słabo i nie stworzyły (zastrzegam: zdaniem piszącego te słowa!) odrębnego "stylu sarmackiego" w sztuce.###strona### Cokolwiek byśmy powiedzieli dobrego o portretach trumiennych i portretach "sarmackich", są one arcyciekawe jako zjawiska, lecz, delikatnie mówiąc, nie reprezentują najwyższego europejskiego poziomu, w odróżnieniu od naszej literatury, polityki i sztuki wojennej. Przez początkowe dwa stulecia trwania Sarmacji szlachcic, który chciał wystawić piękny pałac lub kościół, sprowadzał po prostu architekta z zagranicy, lub obywał się prostym cieślą ze swojej wsi. Istnieją wprawdzie dzieła sztuki wysokiej jakości, które można określić jako sarmackie, lecz ich sarmackość nie wynika z odrębnego polskiego stylu, lecz z narzucanych przez sarmackich mecenasów specyficznych wymagań. Tak powstał zamek Krzyżtopór - w którym włoska architektura nagięła się do sarmackiego horyzontu, za sprawą żądań Krzysztofa Ossolińskiego. W ten właśnie sposób po "potopie" zaistniał w polskiej sztuce prąd, zwany przez badaczy "oświeconym sarmatyzmem" - który wydał wybitne dzieła architektury, malarstwa i rzeźby, tworzone w znakomitej części przez artystów włoskich i francuskich na zamówienie polskiej magnaterii. Warto też zauważyć, że podobnie jak sztuka, nie najlepiej wyglądały u nas nauki ścisłe, zwykle reprezentowane przez obcokrajowców. Aż... do epoki tak pogardzanych królów-Sasów. Właśnie wtedy polscy jezuici w Poznaniu i Wilnie utworzyli wybitne ośrodki naukowe, które miały szansę rozwinąć się znacznie lepiej, gdyby nie kasata zakonu. Wtedy też zaistniały tak fascynujące w skali europejskiej zjawiska, jak wileńska szkoła architektury i barokowa rzeźba lwowska - reprezentowane już w znacznym stopniu przez twórców rodzimych.

Polityka i wojna

Ważną częścią kultury polskiej tego czasu była kultura polityczna i militarna, które zaliczyć możemy do najbardziej oryginalnych w Europie. Pewnie, że i na nie da się nieźle ponarzekać. Ale cóż. Sarmaci wiedzieli dobrze o złych stronach władzy absolutnej we Francji, Hiszpanii, Włoszech, Turcji i Rosji, gdzie - co warto podkreślić - panowała nietolerancja o wiele większa niż kiedykolwiek w Polsce. A zatem, aby zapobiec wprowadzeniu władzy absolutnej i zapewnić dobrobyt w kraju, szlachta masowo uczestniczyła w sejmikach, sejmach i elekcjach. Mając bezpośredni wpływ na wielką politykę, Sarmaci byli bardziej aktywni, niż mieszkańcy innych państw Europy. Starali się ograniczać militarne wyczyny swoich monarchów i wodzów, aby nie dać im okazji do wprowadzenia dyktatury. Pod tym względem ówczesny polski Sejm można określić jako najbardziej pacyfistyczny na świecie - w pozytywnym i negatywnym znaczeniu tego słowa. ###strona###Ponadto wybitna skuteczność polskiej sztuki wojennej w końcu XVI i początkach XVII stulecia wpłynęła na przekonanie, że nie potrzeba nam wielkiej, stałej armii, która wymagałaby regularnego płacenia podatków - przecież nasze skąpe siły, dzięki doskonałej taktyce utalentowanych hetmanów, biją na głowę dowolną armię dowolnego ościennego państwa. Niestety, ów strach przed dyktaturą i niechęć do wojny przyniosły ostatecznie fatalne skutki. Demokracja przerodziła się w anarchię, a władza królewska i armia zostały tak osłabione, że Polska utraciła zdolność do samoobrony i przestała być mocarstwem. Ale to nie stało się w XVII, a dopiero w XVIII wieku. I mogło się nie stać. Pamiętajmy, że rokosze i konfederacje nie stanowiły w ówczesnej Europie wyjątku. Jednak francuska Fronda i angielska rewolucja, które mogły poważnie zachwiać egzystencją całych państw, zostały przezwyciężone. U nas szala historii przechyliła się w inną stronę.

Pobożność sarmacka

Jakże często poddawana krytyce religijna kultura Sarmacji trwa w nas - i to trwa pozytywnie. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że mniej więcej co czwarta pieśń, śpiewana przez nas w kościele, pochodzi z czasów Pierwszej Rzeczypospolitej. Sarmaci ukształtowali nasz język religijny. Dzięki nim powstały jedne z najpiękniejszych polskich pieśni nabożnych: pasyjne i adwentowe, nie mówiąc już o kolędach, których większość spłodzono w XVII lub XVIII stuleciu. Wtedy też pojawiły się specyficzne, polskie formy pobożności, choćby Godzinki i Gorzkie Żale. To wszystko odnosi się do kultury w miarę popularnej, którą też łatwo bagatelizować. Ale ponadto żyli wśród Sarmatów i tworzyli wielcy mistycy, kaznodzieje i poeci religijni. Paradoksem jest, że przez wiele lat odmawiano ich tworom - podkreślam, tym z "wysokiej półki", a nie popularnym - prawa do obywatelstwa na poetyckim Parnasie. W szkołach uparcie powtarza się tezę o małej wartości naszej literatury religijnej.

Popularne hasła encyklopedyczne i szkolne podręczniki najczęściej zapominają też o pozytywnych stronach religijnej tradycji sarmackiej, zbywając ja ogólnikami. Piszą o niej tak, jakby samą dbałość o wiarę - ponoć dla Sarmacji charakterystyczną - można było uznać za wyraz zacofania. A to przecież nieprawda. O wiarę dbać trzeba. Poza tym religijność sarmacka nie więcej ocierała się o "zabobon", niż religijność innych krajów Europy. A przypomnijmy, że wielką zdobyczą kultury sarmackiej było to, że z herezjami walczono przede wszystkim słowem, a nie mieczem.###strona### W Polsce nie toczono wojen religijnych, innowierców nie torturowano i nie palono na stosach. Mimo to wskutek wytrwałej propagandy wiary ostatecznie zapanowała religia katolicka. Bo z początku faktycznie Sarmaci stanowili różnowierne zrzeszenie katolików, protestantów i prawosławnych; dopiero znacznie później, w stuleciu XVII i zwłaszcza XVIII, Sarmata okazywał się niemal zawsze katolikiem. Niemniej nie da się ukryć, że związek Sarmacji z katolicyzmem istniał od zawsze. Wybierany przez Sarmatów różnych wyznań monarcha, koronowany był przez katolickiego prymasa w katolickiej katedrze wawelskiej.

Sarmatyzmowi - mówimy nie!

Sam termin "sarmatyzm" jest anachroniczny. Ukuli go dopiero ludzie polskiego Oświecenia, w czasach upadku sarmackiej mocarstwowości, po to, aby uderzyć w staromodną szlachtę, która opierała się reformom Króla Stasia. Bardzo nieszczęśliwie się stało, że do ataku politycznego wykorzystano akurat ten termin. Medialny efekt przeszedł bowiem oczekiwania pomysłodawców. Używając słowa "sarmatyzm" - raz na zawsze "przylepili gębę" całej Polsce, a konkretnie: wszystkiemu, co w naszej kulturze było oryginalne, nie kosmopolityczne. A przecież czcili pamięć sarmackich bohaterów, władców, dyplomatów, poetów i pisarzy, i nie zamierzali wcale przekreślać ich osiągnięć. Wystarczy spojrzeć na rzeźby i malowidła, jakimi Król Staś uświetnił swoją rezydencję, aby to zrozumieć: wystawiał pomniki głównie sarmackim wojownikom i wieszczom! Toteż nasi "oświeceniowcy" bynajmniej nie utożsamiali z "sarmatyzmem" obyczajów króla Jana Sobieskiego. Ale stało się. Nie pomogło nawet i to, że w dobie Sejmu Czteroletniego niegdysiejsi krytycy sarmatyzmu sami przebrali się w kontusze i poczęli krzewić pozytywne cnoty sarmackie... Odtąd pod hasłem "Sarmata, sarmatyzm" zaczęto dość powszechnie rozumieć wszystko to, co staroświeckie, zacofane, zabobonne, przeciwne zmianom.

Co prawda niedługo potem legendę sarmatyzmu podjęli nasi wielcy romantycy i to już nie jako krytykanci, lecz przeciwnie - fascynaci i propagatorzy. Jednak wyświadczyli w ten sposób Sarmacji niedźwiedzią przysługę. Porywały ich barwne opisy warcholstwa, sejmikowych kłótni, swarów i niezgody domowej. Łatwo je było opisywać, powielać, parodiować, efekt zawsze był murowany. I choć dzięki tego rodzaju fascynacji powstały niekwestionowane arcydzieła ("Pan Tadeusz" Mickiewicza, "Pamiątki Soplicy" Rzewuskiego, "Beniowski" Słowackiego), zarazem nastąpił zalew malowniczo-negatywnej legendy Sarmacji, która utwierdzała opinię o Polsce czasów upadku - zapitej, anarchicznej, bezsilnej i głupiej. Szkoda.

Jacek Kowalski

http://www.kresy.pl/publicystyka?zobacz/sarmacja


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 07 paź 2010, 17:30 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Należy przypominać, że Polacy są dziedzicami wspaniałej tradycji

Należy przypominać, że Polacy są dziedzicami wspaniałej tradycji, która została zapomniana przez skomlenie i jęki wieków XIX-go i XX-go - o rodzimej tradycji republikańskiej, interpretacji ,,Pana Tadeusza’’, kryzysie amerykańskiego systemu politycznego oraz sowieckiej kolonizacji polskich elit z prof. Ewą M. Thompson rozmawia Mateusz Kędzierski

M.K. Czym był republikanizm w I Rzeczpospolitej? Czy można w ogóle mówić o polskim republikanizmie, swoistej polskiej tradycji życia politycznego?

E.T. Aby wyczerpująco odpowiedzieć na Pana pytanie, musiałabym być historykiem specjalizującym się w instytucjach politycznych Pierwszej Rzeczpospolitej, i musiałabym na ten temat napisać opasłą książkę. Nie jestem takim historykiem, i nie mogę sobie pozwolić na poświęcenie kilku lat na napisanie tej książki (chociaż mam nadzieje, że zostanie napisana, i to niedługo). Pozwoli więc Pan, że skoncentruję się na aspekcie filozoficznym tego modelu. Bowiem model republikański, zarówno w starożytnej Grecji i Rzymie, jak i w Polsce Jagiellonów oraz w Stanach Zjednoczonych, budowany był na podobnych przesłankach. Te przesłanki nieco się rozmyły i w USA, i w Polsce - ale w obu krajach nie zostały jeszcze całkowicie odrzucone. Można również dodać, że model republikański potrzebował wpływów chrześcijaństwa, bez którego nie miałby szans na przetrwanie. Zupełnie inna jest tradycja "republikańska" wywodząca się z Rewolucji Francuskiej. Tutaj rdzeniem nie są przesłanki epistemologiczne, lecz raczej modele rządzenia zaprojektowane i wprowadzone w życie przez wielkich filozofów i teoretyków. Systemy filozoficzne, tworzone przez francuskich i niemieckich myślicieli to twory wyobraźni, podane publiczności z tak wielkim talentem retorycznym, że zostały przyjęte za opisy rzeczywistości. Innymi słowy, republikanizm polski, ateński, i amerykański zaczyna ,,od dołu", tzn. od zwykłych obywateli, zaś republikanizm francuski zaczyna ,,od góry", tzn. od ludzi wyjątkowo utalentowanych, pisarzy, organizatorów społeczności etc. Należy również zauważyć, że wszystkie systemy, które skrótowo nazywam wywodzącymi się z Rewolucji Francuskiej, często zaczynają od deklaracji, że najważniejszy jest człowiek-zaś republikanizm, który istniał w Atenach i zakorzenił się w Polsce i USA, zaczynał od stwierdzenia, że najważniejsza jest rzeczywistość. Człowiek jest częścią tej rzeczywistości, ale nie jest jej jedynym elementem. Owa rzeczywistość składa się ze świata fizycznego i metafizycznego. Tak patrzył na rzeczy Arystoteles, tak widzieli świat obywatele ateńscy, obywatele polscy za Pierwszej Rzeczpospolitej, jak również brytyjscy osadnicy w Ameryce w wieku XVIII-tym, którzy odmówili posłuszeństwa królowi angielskiemu i założyli republikę. Arystotelesowski model rzeczywistości oparty jest na logice, którą można nazwać logiką zdrowego rozsądku. Sprowadza się ona do twierdzenia, że dwa plus dwa równa się zawsze cztery (jedno z haseł "Solidarności"), tzn. zakłada, że rozumowanie musi być oparte na akceptacji kategorii tożsamości i niesprzeczności. Ja jestem ja i nie mogę być nie-ja; nie mogę też być jednocześnie sobą i nie-sobą. Arystoteles był również ojcem koncepcji prawa naturalnego, które jest wbudowane w koncepcje republikanizmu i z którego wywodzi się pojęcie dobra wspólnego. ###strona###Chrześcijaństwo potwierdziło te przesłanki i dodało (w wypadkach amerykańskim i polskim) margines bezpieczeństwa dla pojedynczych obywateli (nawet jeżeli w praktyce nie zawsze był stosowany). Wdowy, sieroty i słabych należy karmić i utrzymywać przy życiu; zemsta powinna mieć swoje granice; tendencje do okrucieństwa należy mitygować; innymi słowy, chrześcijaństwo nauczyło ludzi widzieć w sąsiedzie przyjaciela raczej niż wilka lub współzawodnika. Zamiast się bać sąsiada, moim naturalnym odruchem jest z nim współpracować niezależnie od jego statusu społecznego, wyznania, płci etc. Tu jest sekret wielkiego sukcesu cywilizacji europejskiej w porównaniu z innymi wielkimi cywilizacjami, np. chińską czy hinduską, gdzie rozczłonkowanie społeczeństwa na ,,swoich" i ,,obcych" jest uważane za rzecz oczywistą. Polski republikanizm wyrażał się najlepiej w tradycji sejmików, na które przyjeżdżali okoliczni obywatele, aby ustalić, co i jak ma się dziać w sferze publicznej w ich powiecie. Na poziomie sejmu sprawy nie miały się już tak idyllicznie ze względu na to, że władza wykonawcza w Polsce była niesłychanie słaba. Ale sam fakt, że w podświadomości Polaków pozostała zasada, że o sprawach państwowych i społecznych dyskutuje się w sposób otwarty (a nie utajniony, jak np. w Rosji), jest czymś, co stanowi o atrakcyjności polskiej tradycji i, powiedziałabym, polskiej tożsamości. To prawda, że sejmiki nie działały sprawnie, że grało tam swoją rolę przekupstwo, rozbijactwo, czy zwykła próżność i puszenie się obywateli, ale koncepcja zbierania się razem, aby otwarcie pomówić o sprawach publicznych jest ta sama w Atenach, w Polsce, w Ameryce wybierającej delegatów do swego konstytucyjnego Kongresu i w Ameryce dnia dzisiejszego, gdzie m. in. bardzo aktywne "townhall meetings" kontynuują republikańską tradycję. Sejmiki to rdzeń polskiego republikanizmu, tradycja zwykłych ludzi, którzy zbierali się, aby wymienić poglądy i wybrać swoich przedstawicieli. Jest to ogromnie różne od zebrań moskiewskiego tłumu (co przedstawia Puszkin w ,,Borysie Godunowie"), który czeka na decyzje tych ,,na górze" i gotów jest w milczeniu je przyjąć. Jak zauważył Czesław Miłosz, polska Solidarność była dwudziestowieczną inkarnacją polskiego sejmiku. Rosjanie pysznią się, że na wsi rosyjskiej przetrwała tradycja ,,miru", czyli zgromadzenia mieszkańców, podejmującego decyzje. Ale ta tradycja, która nota bene wywodzi się z pańszczyzny i została chłopom narzucona, nie ma nic wspólnego z tradycją republikańską, bo wymaga jednogłośności i dotyczy nie spraw publicznych, lecz podziału dóbr pomiędzy chłopami i pomieszczikami.###strona###

W zupełnie inny sposób widziano republikanizm we Francji w 1789 roku. Tu władzę natychmiast przejęły jednostki lub grupy partyjne, i to one dyktowały tłumowi paryskiemu, co ma robić i dlaczego. Mogło się wydawać, że to tłum żądał, aby wypuszczono więźniów z Bastylii; w rzeczywistości tłum był podżegany do akcji i używany jako mięso armatnie, zaś więźniów w Bastylii było bardzo niewielu, i ich uwolnienie niczego nie zmieniło. We Francji chodziło raczej o gesty i o to, aby obalić hierarchię rządzącą i zastąpić ją inną. Te różnice pomiędzy republikanizmem greckim, polskim i amerykańskim z jednej strony, a z drugiej, republikanizmem francuskim, są bardzo ważne, często niedostrzegane i często umyślnie zamazywane. Zsowietyzowana polska inteligencja ich nie dostrzega. Ważnym elementem podnoszenia świadomości społecznej jest więc uświadamianie ludziom różnicy pomiędzy tymi dwoma modelami społecznej organizacji. Oczywiście parlamenty europejskie nie wywodzą się bezpośrednio z Rewolucji Francuskiej, podlegają one i innym wpływom, m. in. amerykańskim. Mówiąc skrótowo, chodzi mi o dwie bardzo różne fundacyjne koncepcje.

M.K. Właśnie, sam charakter wspólnoty politycznej przed Rewolucją Francuską był dwojaki: hierarchiczny lub lateralny. Który z nich obowiązywał w Rzeczpospolitej?

E.T. Jak rozumiem, mówi Pan o teorii Antoniego Smitha, który w książkach na temat powstawania narodowości założył, że w przednarodowych społeczeństwach istnieją więzy lateralne, zwłaszcza wśród warstw wyższych, które wspólnie przeżywają wojny i podboje i poczuwają się do wspólnoty właśnie dzięki wojennym wyprawom. Więzy ,,pionowe" łączą wszystkie warstwy społeczne ze względu na władcę wszystkich stanów (króla, księcia). W czasach nowoczesnych więzy lateralne rozszerzyły się na wszystkie warstwy społeczne, tworząc w ten sposób nowoczesny naród. Historia, która kiedyś była domeną warstwy rycerskiej, staje się wspólną własnością wszystkich społecznych warstw. W ten sposób powstaje narodowy patriotyzm. Myślę, że podobnie miała się sprawa z kształtowaniem się świadomości narodowej na ziemiach polskich.###strona###

M.K. Jaką lekcję możemy wyciągnąć z naszego doświadczenia republikanizmu, czy może ono być żywe jak republikanizm amerykański? Nawiązuję w tym momencie chociażby do Pani polemiki z tekstem Jana Filipa Staniłki ,,Dlaczego potrzebujemy neosarmackiego republikanizmu?'', która ukazała się kilka miesięcy temu na stronie Teologii Politycznej.

E.T. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że w Ameryce model republikański uległ wielu przemianom i że wpłynęły na niego okoliczności, których Ojcowie Założyciele nie wzięli pod uwagę. Jak zawsze w życiu polityczno-społecznym, nawet najlepsze modele psują się dzięki ludzkim przywarom i trzeba je wciąż reformować. Obecny system republikański jest przeżarty ideologiczną i finansową korupcją, która sprawia, że tylko ludzie ,,zaakceptowani" przez najbardziej wpływowe elity mają szansę na stawanie do wyborów. Oczywiście odbywa się to przy pomocy wielkich pieniędzy, ale nie płyną one z kieszeni do kieszeni (jak to ma miejsce w Polsce, gdzie wiele osób w życiu publicznym chce się przede wszystkim ,,ustawić" finansowo na całe życie), lecz raczej z fundacji do fundacji, czy z organizacji do organizacji. Crème de la crème amerykańskich elit już dawno wie, że nie trzeba mieć dużo pieniędzy, wystarczy kontrolować pieniądze dużych fundacji, zarówno prywatnych jak i państwowych. Korupcja jest więc trudniejsza do udokumentowania i udowodnienia. Nie jest ona też sprawą jedynie finansów, lecz raczej poglądów: np. przeciwnikowi aborcji czy naukowcowi, kwestionującemu teorie Darwina niełatwo jest zostać kongressmenen czy kongressmenką. Zawsze zdarzają się wyjątki, ale one potwierdzają regułę. Naturalnie system jeszcze działa, ale w sposób o wiele mniej doskonały, niż miało to miejsce we wczesnych latach istnienia USA. Myślę, że w wypadku polskim jest rzeczą pilną zapoznanie się z polską literaturą polityczną okresu przedrozbiorowego, a zwłaszcza tą napisaną w XVI i XVII stuleciach. Te dzieła powinny być wydawane wiele razy i włączone do programów szkolnych, np. ,,Wykład cnoty" Kochanowskiego powinien być częścią podręcznika literatury polskiej jeszcze w szkole podstawowej. Komentarz o wojnach sprawiedliwych i niesprawiedliwych Stanisława ze Skarbimierza (XV wiek) powinien być częścią podręcznika w szkole średniej. Należy odkurzyć literaturę parenetyczną XVII wieku, zachęcać studentów do pisania prac doktorskich i magisterskich na temat dzieł dziś zupełnie w Polsce nieznanych. Należy Polakom przypominać, że są dziedzicami wspaniałej tradycji, która została nieomal zupełnie zapomniana przez skomlenie i jęki wieków XIX-go i XX-go. Znajomość tej tradycji jest sine qua non dumy narodowej i pewności siebie, bez których Polacy nie znajdą swojego miejsca w świecie. Wszyscy jesteśmy zbulwersowani tragedią Polaków w wiekach XIX i XX,… spychanie w niebyt całych pokoleń przez zsyłki na Syberię czy niemożność uczestniczenia w życiu politycznym. Ale czas już odstawić te rzeczy do lamusa i zająć się przyszłością, której wzorzec paradoksalnie znajduje się we wcześniejszych stuleciach. Bez wieków XVI i XVII nie byłoby dzisiejszej Wielkiej Brytanii; Polska, aby zaistnieć, też musi do tych stuleci wrócić. Zwrócenie Polakom historycznego dziedzictwa tych stuleci (przede wszystkim literatury politycznej i historycznej) jest najważniejszym krokiem w odbudowie polskiego republikanizmu.###strona###

M.K. Polska tradycja myśli politycznej, czy też kultura prawno-instytucjonalna nie są jednak prawie w ogóle znane poza granicami, również w Ameryce.

E.T. Znajomość polskiej tradycji historycznej w USA jest zerowa. Wątpię, aby nawet jeden na tysiąc Amerykanów miał jakiekolwiek pojęcie o polskim republikanizmie czy o tradycji Pierwszej RP. Sami Polacy o tym niewiele wiedzą. Kategorie, przy pomocy których współcześni Amerykanie porządkują świat, nie nakładają się na sposób myślenia charakterystyczny dla renesansowego i katolickiego polskiego republikanizmu. Oczywiście jest paru historyków, którzy od czasu do czasu o tym piszą w niskonakładowych czasopismach, ale jeżeli chodzi o ogół społeczeństwa czy podręczniki szkolne, Polska przed drugą wojną światową, a co dopiero przed Rewolucją Francuską, nie istnieje w amerykańskiej wyobraźni. Polska pojawiła się po pierwszej wojnie światowej z niejasnych przyczyn, głównie dzięki błędnej polityce prezydenta Woodrow Wilsona, którego przytłaczająca większość amerykańskich historyków nie lubi właśnie ze względu na jego przekonanie, że narody mają prawo do niezawisłości.

Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka. Jedną z nich jest nieobecność Polski w życiu intelektualnym Europy i Zachodu w wieku XIX-ym oraz w okresie sowieckiej okupacji. Należy pamiętać, że w przeciwieństwie do Polaków, dla których Polska zawsze istniała, dla narodów postronnych brak ciała politycznego oznaczał, że takiego narodu nie było. Do tego dochodzą wciąż silne tendencje antykatolickie, które w Europie i USA zaczęły się od Reformacji i przypieczętowane zostały Rewolucją Francuską. Filozoficznie rzecz biorąc, ten antykatolicyzm przejawiał się i przejawia jako niechęć do tomizmu i do arystotelesowskiego widzenia świata. Do tego dochodzi niechęć do ,,wschodniej Europy", która w wyobraźni Amerykanów istnieje jedynie jako peryferium imperiów, a nie jako oddzielna kultura. W Ameryce wciąż widoczne są opory w przyznaniu, że np. Polska jest częścią świata zachodniego ze względu na swoją katolicką kulturę. Brak jest historyków na miarę Normana Daviesa, zaś polscy emigranccy historycy są albo nieśmiali, albo niezdolni do wyartykułowania tradycji republikańskiej (bo sami byli wychowani w tradycji Oświecenia raczej niż republikanizmu), albo mają zrozumiałe trudności z dotarciem na rynek, którego językiem posługują się w sposób bardzo niedoskonały.###strona###

M.K. Niestety poza kilkoma pozycjami niewiele jest opracowań filozoficznych czy krytycznych, dotyczących polskich myślicieli, zwłaszcza dotyczących okresu I Rzeczypospolitej - są to raczej prace historyczne, jeśli w ogóle jakieś powstają. Należałoby zacząć poznawać własną historię i kulturę, aby z niej czerpać inspiracje i kierunki zmiany. Także w tej kwestii dopiero zaczynamy.

E.T. Wynika to z tych samych przyczyn, o których mówiłam w odpowiedzi na poprzednie pytanie, czyli z gigantycznej przerwy w ciągłości polskiej myśli politycznej w wieku dziewiętnastym i częściowo osiemnastym i dwudziestym. Każda kultura posiada swój własny wizerunek świata, coś w rodzaju dywanu perskiego czy kilimu, gdzie kolory i kształty są ze sobą związane. Wintegrowanie zupełnie nowego kraju w taki ,,kilim" to gigantyczna praca.

Z drugiej strony, tej nieobecności nie da się odrobić przez ,,obrazkowe" wyobrażanie sobie tego, co było. Dlatego raczej chłodno odnoszę się do rozważań takich jak Grzegorza Górnego o Kresach (zamieszczonych w magazynie ,,Rzeczpospolitej"- Plus Minus z 23 sierpnia 2008 r.). Tak, w tożsamości polskiej te obrazy odgrywają ważną rolę - ale ja uważam ,,Pana Tadeusza" za dzieło szkodliwe dla polskiej świadomości narodowej, pisałam o tym swojego czasu w paryskiej ,,Kulturze". Jeżeli polska samoświadomość będzie się w dalszym ciągu delektowała romantycznymi krajobrazami Kresów, Polacy nigdy nie dorosną do dorosłości, a polska myśl filozoficzna i polityczna nigdy się nie rozwinie. Zdjęcia czy rysunki nieistniejących już dworków kresowych, stepów ukraińskich czy borów litewskich nie doprowadzą Polaków do zwycięstw ani politycznych, ani moralnych. Tego rodzaju wpatrywanie się w przeszłość to rozrywka, a nie działalność serio. Te obrazki to historia i mitologia, która nigdy nie wróci, i delektowanie się nimi osłabia zdolność Polaków do działania oraz aktywności. Sama wywodzę się z Litwy kowieńskiej, moi rodzice zostali wyrzuceni stamtąd po 1945 roku, więc coś tam wiem o różnych sentymentach i zwyczajach, lecz budowanie na nich nowoczesnej Polski to bzdura. Zaś deklarowanie, że jest się właścicielem tych czarów, to trochę jak postawa złodziejaszka kieszonkowego, który uważa, że do niego należy zawartość kieszeni jego sąsiadów. Tam już są inne narody, które uważają, że to wszystko do nich należy, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Można to porównać z tymi ziemiami, które Niemcy utracili na rzecz Polski i Czechosłowacji po drugiej wojnie światowej. Teraz jest to dla nich czas zaprzeszły (choć Polaków rzecz jasna nie lubią). ###strona###Prawdziwym polskim dziedzictwem jest słowo pisane, zwyczaje republikańskie, które należy starać się przeflancować na współczesne polskie społeczeństwo, myśl polityczna, zasady moralne - a nie Ikwa, Niemen, błota Polesia czy ukraińskie stepy. Słowo pisane, a nie obrazki. Zadaniem Polaków jest rosnąć w siłę i budować swoją tożsamość nie na sentymentach kresowych, lecz na tej intelektualnej tradycji, która zrodziła się w Polsce Jagiellonów i do pewnego stopnia przetrwała w polskiej podświadomości do dziś.

Ewa M.Thompson (ur.1937) - profesor literatury porównawczej i slawistyki na Rice University w Houston. Ukończyła Uniwersytet Warszawski, następnie doktoryzowała się na Vanderbilt University. Opublikowała m.in. 'Imperial Knowledge: Russian Literature and Colonialism' (Westport, CT and London: Greenwood, 2000) 'Understanding Russia: the Holy Fool in Russian Culture' (University Press of America, 1987), 'The Search for Self-Definition in Russian Literature' (Rice University Press, 1991), 'Witold Gombrowicz' (Twayne, 1979), 'Russian Formalism and Anglo-American New Criticism: A Comparative Study' (Mouton, 1971). Po polsku ukazały się książki: ,,Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm'' (Universitas, 2002) oraz ,,Witold Gombrowicz'' (2002). Jest redaktorem kwartalnika ,,Sarmatian Review'', pisuje także do ,,Tekstów Drugich'' i ,,Europy''.

http://www.kresy.pl/publicystyka?zobacz ... j-tradycji


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 07 maja 2011, 16:59 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
WSI SPOKOJNA

Wsi spokojna, wsi wesoła. Który głos twej chwale zdoła? pisał w „Pieśni świętojańskiej o Sobótce” wybitny polski poeta epoki renesansu Jan Kochanowski w XVI wieku. Tęsknota za spokojnym i sielskim życiem towarzyszy również współczesnemu człowiekowi. W Polsce można zauważyć taką tendencję, że zamożni mieszkańcy dużych ośrodków miejskich starają się zasiedlać, kosztem dotychczasowych domostw, obrzeża miast lub też budować domy we wsiach zlokalizowanych w bezpośrednim sąsiedztwie tychże. Ludzie uciekają od miasta. Od tego całego zgiełku, korków. Ludzie z miast, których na to stać.

Polska wieś wciąż się rozwija i modernizuje. Z dużą przyjemnością przebywam w środowiskach mieszkańców wsi, wśród których czuję się zdecydowanie najlepiej. Lubię wypoczywać na łonie przyrody, spacerować, podziwiać piękno krajobrazu, zwiedzać różne zakątki.

Wieś jednak to nie tylko współcześni ludzie, domostwa, zwierzęta, sprzęty gospodarstwa domowego. To także całkiem spory kawałek polskiej historii. I to takiej, o której możemy zarówno poczytać, jak i bardziej namacalnej. Miejscem, które doskonale pozwoli nam przybliżyć wiedzę o polskiej wsi jest Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu (zlokalizowane przy ul. Narutowicza 64, zob. też www.mwmskansen.pl). Stosunkowo niedawno odwiedziłem ten skansen wywożąc ze sobą z Sierpca cały szereg pozytywnych spostrzeżeń, wiele wspomnień, bo to przecież moja wieś mazowiecka, oraz satysfakcję z pobytu w tak pięknym skansenie.

Przy wejściu do osady – skansenu, tuż za mostkiem, po prawej stronie witają gości figury z rzeźby, dziewczyny i młodzieńca, mieszkańców dawnej wsi mazowieckiej. Z zawieszonej nieopodal tablicy informacyjnej dowiemy się, że Muzeum było miejscem inscenizacji znanych produkcji filmowych. W skansenie przygotowywał sceny do filmu choćby Krzysztof Zanussi („Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest”, 1988), Juliusz Machulski („Szwadron”, 1992), Jerzy Hoffman („Ogniem i mieczem”, 1997/1998), Andrzej Wajda („Pan Tadeusz”, 1998). Realizowano tu też „Podróże kulinarne Roberta Makłowicza – smak Soplicowa” (1999). Było tego znacznie więcej.

W skansenie znajdziemy szereg interesujących obiektów, w tym chałupy wiejskie przeniesione z miejsc, w których były pierwotnie wystawiane. W zasadzie każdy z obiektów jest bardzo interesujący, podobnie jak i całe zagrody, w których są umiejscowione. Aby zwiedzić wszystkie miejsca w skansenie trzeba zarezerwować sobie około trzech godzin czasu.

W zależności od tego kto czym bardziej się interesuje można też więcej czasu poświęcić bardziej konkretnym obiektom. Skansen jest tak skonstruowany, że znajdziemy tam zarówno dawną kuźnię (z Żuromina), jak i zagrodę bartniczą oraz takie, w których gospodarze koncentrowali się na wyrobie śmietany, czy masła, zagrodę szewca i plecionkarza. Można też zobaczyć jak przebiegała produkcja koszy, dawnego obuwia, oleju, czy masła, a nawet skosztować tegoż ostatniego. Jest też okazja do tego, aby porozmawiać z pracownikami Muzeum, zadać dodatkowe pytania, poprosić o uszczegółowienie informacji, pokazanie fragmentu procesu technologicznego produkcji np. obuwia.

Skansen zwiedza się bardzo przyjemnie. Da się zauważyć dużą życzliwość obsługi, która z zaangażowaniem oprowadza gości po kolejnych obiektach.

W Muzeum znajdziemy też kompleks dworski, na który składa się dwór szlachecki, przeniesiona z Dębska kaplica oraz piękny park dworski. W dworze natknąłem się akurat na wystawę czasową „Wnętrze dworskie z końca XIX i początku XX wieku”.

Duże wrażenie robi też cały kompleks muzealno – wystawienniczy. Najbardziej podobał mi się tu osobiście powozownia z ekspozycją „Transport dworski w zbiorach wsi mazowieckiej” z prezentacją różnych stylów uprzęży koni, rodzajami zaprzęgów, miejscem naprawy kół i uprzęży. Imponująca jest też galeria rzeźby, w tym rzeźby zabytkowej, w której zgromadzono ponad 900 eksponatów powstałych głównie w II połowie XX wieku. Ich twórcami są lokalni artyści, prości ludzie, nie/zwykli mieszkańcy wsi mazowieckiej. Każda rzeźba to prawdziwe dzieło sztuki, którym można zachwycać się bez końca. W galerii jest prezentowany również proces obróbki drewna i wykonywania rzeźb i płaskorzeźb ludowych. Zajmują się tym Państwo Maria i Jerzy Kopczyńscy (zob. www.rzezbydrewniane.blox.pl). Natknąłem się akurat na „produkcję” figury Jezusa Miłosiernego, którą wystrugiwał Jerzy Kopczyński. Niesamowita sprawa.

Ciekawym zabytkiem jest też kościół z Drążdżewa pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa, który zbudowano w 1744 roku sumptem księdza bp. Jana Chryzostoma Krasińskiego. Budynek tej świątyni został przekazany do skansenu zaledwie kilka lat temu.

Układ zagród w skansenie został tak skonstruowany, że przedstawiają one to, jak żyli dawni mazowieccy chłopi o różnym statusie majątkowym. Są więc chałupy biedoty wiejskiej, średniozamożnego chłopstwa, jak i wiejskich potentatów.

Znajdziemy więc w Muzeum zagrodę biednego chłopa z Rempina z I poł. XIX wieku, który dysponował 1,5 ha ziemi, czy też przeniesioną z położonego w okolicach Grodziska Mazowieckiego, Izdebna chałupę średniozamożnego chłopa wystawioną w 1850 roku. Jest też chata z 1900 roku z Czermna chłopa, który był właścicielem 8 ha ziemi oraz ciekawa zagroda ze wsi Ostrów z klasą szkolną z XX wieku. Są też domostwa z Dzierżążni, ze wsi Ligówko (z lat 50 – 60 ubiegłego stulecia), dom wybudowany w Jonnem w 1902 roku, czy w 1910 roku ze wsi Chwały. Wszystkie te domy mają wystrój bądź to z okresu międzywojnia, bądź też lat 40- 50- i 60 – tych XX wieku. Mamy też domy z Rzeszotar, Rębowa i Słupi. Obok domów w skansenie znajdziemy też dawne budynki oraz sprzęty gospodarcze, stodoły, spichlerze, wozownie, a nawet wiatrak (przy zagrodzie z Rębowa).

Wewnątrz osady są też karczmy, w których można się pożywić. W skansenie jest czysto, schludnie, ciepło i przyjemnie. Można tu doskonale wypocząć.

Wracając z Sierpca drogą na Toruń obowiązkowo należy zatrzymać się w miejscowości Skępe przy ul. Warszawskiej 3. Znajduje się tu jedna z najlepszych smażalni ryb w Polsce – „U Dąbka”. Wprawdzie wizyta „U Dąbka”, zarówno jednej osoby, jak i z rodziną, trochę kosztuje, lecz spożywanie w tej karczmie posiłków jest tak samo przyjemne, jak i pobyt w Muzeum Wsi Mazowieckiej. Smażalnia znajduje się, jadąc z Sierpca, po lewej stronie drogi.

Różne są formy wypoczynku. Jedni oglądają „M jak miłość” lub „Na Wspólnej”, „Barwy szczęścia”, a inni (cudze chwalicie swego nie znacie) planują kolejne wyjazdy na Bałkany, Majorkę, czy Cypr. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że jest bardzo wiele miejsc w Polsce, w których można świetnie wypocząć i jednocześnie bardzo dużo zobaczyć oraz się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Miejsc, o których przeciętny Polak wie mniej niż o „modnych” europejskich kurortach wypoczynkowych.

Jan Kochanowski

Pieśń świętojańska o Sobótce

Panna 12

Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć za raz wszytki?

Człowiek w twej pieczy uczciwie
Bez wszelakiej lichwy żywie;
Pobożne jego staranie
I bezpieczne nabywanie.

Inszy sie ciągną przy dworze
Albo żeglują przez morze,
Gdzie człowieka wicher pędzi,
A śmierć bliżej niż na piędzi.

Najdziesz, kto w płat język dawa,
A radę na funt przedawa,
Krwią drudzy zysk oblewają,
Gardła na to odważają.

Oracz pługiem zarznie w ziemię;
Stąd i siebie, i swe plemię,
Stąd roczną czeladź i wszytek
Opatruje swój dobytek.

Jemu sady obradzają,
Jemu pszczoły miód dawają;
Nań przychodzi z owiec wełna
I zagroda jagniąt pełna.

On łąki, on pola kosi,
A do gumna wszytko nosi.
Skoro też siew odprawiemy,
Komin wkoło obsiędziemy.

Tam już pieśni rozmaite
Tam będą gadki pokryte
Tam trefne plęsy z ukłony,
Tam cenar, [tam] i goniony.

A gospodarz wziąwszy siatkę
Idzie mrokiem na usadkę
Albo sidła stawia w lesie;
Jednak zawżdy co przyniesie.

W rzece ma gęste więcierze,
Czasem wędą ryby bierze;
A rozliczni ptacy wkoło
Ozywają sie wesoło.

Stada igrają przy wodzie,
A sam pasterz, siedząc w chłodzie,
Gra w piszczałkę proste pieśni;
A faunowie skaczą leśni.

Zatym sprzętna gospodyni
O wieczerzej pilność czyni,
Mając doma ten dostatek,
Że sie obejdzie bez jatek.

Ona sama bydło liczy,
Kiedy z pola idąc ryczy,
Ona i spuszczać pomoże;
Męża wzmaga, jako może.

A niedorośli wnukowie,
Chyląc sie ku starszej głowie,
Wykną przestawać na male,
Wstyd i cnotę chować w cale.

Dzień tu, ale jasne zorze
Zapadłyby znowu w morze,
Niżby mój głos wyrzekł wszytki
Wieśne wczasy i pożytki.


http://rafal.zgorzelski.salon24.pl/304428,wsi-spokojna


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 11 maja 2011, 16:19 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
SENSACYJNY ROMANS

Źle się dzieje w Państwie Polskim.
W przejmujący sposób pisze o tym profesor Wydziału Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego Andrzej Nowak, we wstępie do książki „Od Polski do post-polityki”, cytuję:
„Martwię się o to, co się stało z demokracją, z Rzeczypospolitą, z Europą Wschodnią, z Europą. Co dzieje się z rzeczywistością w magmie płynącego z mediów przekazu „pi-ar”..., że następuje narastające poczucie rozpadu wspólnoty, którą stworzyły poprzednie pokolenia Polaków...”.
Zgadzając się z tezą profesora uważam, iż każdy, komu los naszego kraju nie jest obojętny powinien teraz, w miarę własnych możliwości dać coś z siebie dla naprawy tego stanu rzeczy.
I dlatego właśnie napisałem powieść, której dałem kontrowersyjny tytuł „Magia namiętności”, przy czym, słowo „namiętności” proszę czytać w liczbie mnogiej, a więc namiętności naszych, polskich, patrz: http://www.portal.arcana.pl/Krzysztof-p ... ,1183.html
Ta moja powieść to z jednej strony sensacyjny romans, z drugiej zaś zapis losów polskiego inteligenta, który zdobył się za młodu na „małe bohaterstwo” nie dając się uwieść komunie, a później miał jeszcze dość siły by w obronie wartości, jakie wyniósł z domu położyć na szalę karierę i życiową miłość.
Prezes krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, pani profesor Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego Gabriela Matuszek, tak określiła moją „Magię Namiętności”, cytuję:
„Książka Krzysztofa Pasierbiewicza to filmowa opowieść o naszej młodości przeżytej w okresie alternatywnego PRLu, w smutnym, choć na swój sposób bardzo wesołym kraju..., a także o magii miłości, która rozświetla nawet najbardziej ponurą rzeczywistość... to namiętny romans z PRLem w tle, w którym ważną rolę odgrywa patriotyzm i poczucie narodowej tożsamości..., w tło romansu wpisana jest panorama życia PRLu, zdefektowanej rzeczywistości, ale także polityczna i intelektualna opozycja i próby wybicia się na wolność... To powieść, która może mieć duże powodzenie u czytelników, ponieważ zawiera te elementy, które czytelnicy lubią: jest to, bowiem opowieść o wielkiej miłości, rozgrywająca się w atrakcyjnych przestrzeniach, prowadzona w sposób żywy, barwny, wciągający suspensami..., a zaletą tej książki jest to, iż biografia jednostkowa wpisana została w aranżowaną przez historię biografię zbiorową...
Dlaczego romans? Bo z jednej strony ludzie są już śmiertelnie zmęczeni tą naszą bezustanną kłótnią, a z drugiej, bo posłuchałem noblisty Isaaka Singera, który powiedział, że: „nie sposób napisać dobrej powieści, w której nie byłoby wątku miłosnego, a ci co próbowali doznawali zawsze porażki”.
Dlaczego sensacyjny? Bo chciałem wyjść naprzeciw nowym czasom i trafić także do młodszego czytelnika. Dlatego piszącmoją powieść unikałem jak ognia tonów martyrologicznych i przesadnie patetycznych, bo to bardzo drażni i zniechęca młodych, którzy albo wcale nie czytają książek, a jeśli już, to szukają pozycji „atrakcyjnych i chwytliwych”.
Dlaczego ten właśnie okres? Bo wbrew pozorom, mimo perfidii, draństwa i szpetoty komuny, paradoksalnie, PRL był jak już nigdy potem wesołym i beztroskim lunaparkiem nie bojących się jutra ludzi szczęśliwych chwilą. Nie wiem, jak zostanie odebrana ta książka. Ale wiem, że nikt tak jeszcze dotąd nie pisał o peerelu.
Dlaczego o przyzwoitym Polaku? Bo za dużo się wokół nas rozpanoszyło chamstwa, draństwa, świństwa i obłudy. Dlatego bardzo mi zależało, żeby ludzie sobie przypomnieli o swoich korzeniach, żeby nie zapomnieli jak żyli ich ojcowie i matki, żeby się zastanowili jak naprawdę chcą żyć, i co nie mniej ważne, żebyśmy się tą Europą cieszyli z godnym Polaka umiarem nie zapominając, że to, co nasze też może być piękne.
Dlaczego tak prosta forma literacka? Bo mądry noblista, o którym wspomniałem, odważył się też powiedzieć, że: „literatura powinna być głównie rozrywką, a sztuka zbyt wnikliwa i długa jest nudna nawet, gdy jest dobra”.
Dlatego moją powieść napisałem w formule hollywoodzkiego kina. Jest, więc żywa akcja przenosząca się z kontynentu na kontynent, szalona miłość, seks, piękne kobiety świata wielkiej mody, dyplomatyczne salony ówczesnej Warszawy i egzotycznej Ameryki Południowej, ale jest także siermiężna szpetota komuny, makabra, ponure afery, żmijowisko ubeckiego bloku i wyrafinowana bezpieka z jej perfidnymi metodami.
Moja „Magia namiętności” to taka polska miniaturka „Doktora Zywago”. Tam był wielki romans z rewolucją w tle, tu natomiast jest szalona miłość, która się zderzyła z szalbierstwem komuny. Ale co ważne, wszystko, o czym napisałem wydarzyło się naprawdę, a więc nie jest to jakaś wydumana fikcja. Więcej, czytelnicy, którzy jeszcze pamiętają czasy PRLu znajdą w tej książce siebie, swoje niegdysiejsze tragedie i troski, lecz także radości, namiętności i marzenia.

Dlaczego o namiętnościach? Bo jak mówi Sinmger: „cała sztuka zajmuje się emocjami, a kiedy zaczyna być zbyt intelektualna traci wszystko”. Dlatego też tworząc „Magię namiętności” wyrzekłem się przesadnego literackiego zadęcia starając się tak pisać, by w trakcie lektury wzruszyli się jednakowo belwederski profesor i przemiła miła pani, u której się strzygę.

Pisząc moją powieść miałem cichą nadzieję, że książka ta pojedna tych wszystkich, których łączy współmyślenie w trosce o dobro naszego domu.
Tym bardziej jestem zaszczycony, że doceniwszy aspekty historyczne poruszone w książce, moją powieść zdecydowała się wydać najzacniejsza z zacnych witryna ARCANA. Bo moja „Magia namiętności” to nowa odsłona tego Wydawnictwa, które dotąd nie wydawało romansów.

Miałem ogromne opory z umieszczeniem tego anonsu na blogu, ale specjaliści od książek mnie przekonali, że to żaden obciach, bo wszyscy tak robią.

I na koniec prośba. Jeśli ktoś z Państwa zechce przeczytać „Magię namiętności”, albo, chociaż przewertować, bardzo uprzejmie proszę o opinię, tylko szczerą, czy mi się udało.

Krzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

posting.php?mode=reply&f=5&t=592


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 19 maja 2011, 22:27 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Z cyklu "Rodzina i Ojczyzna": Pamięć i wizja.

"Rodzina Bogiem silna, staje się siłą człowieka i całego narodu".

Jan Paweł II.



Jeden duch towarzyszy człowiekowi przez cały jego żywot. Jednych wynosi do świętości, a drugim rozrywa sumienie w grzechu. Jednych wywyższa, zaś drugich spycha do kloaki poniżenia. Klucz do tajemnicy przeznaczenia leży na ścieżce wolnej woli, która wybiera dobro wyłacznie w wolności dopływającej aż do centrum serca i z serca wypływającej na zewnątrz - do świata, do różnych drzwi, które otwieramy w praktyce codziennego życia, aby żyć w zgodzie z samym sobą i drugim. Dlatego zło rodzi się najczęściej w głowach tych, którzy oderwali się od serca i podbijać chcą świat dla własnej sławy i chwały, a ziemię czynić sobie poddaną. To zło projektują na słabszych i bezbronnych, zrzucają na ich barki. I wierzą, że tak ma być, że taki jest porządek świata.

Podobnie jest z narodem. Wznosi się do lepszych czasów, gdy odnajduje w sobie dobre wzorce kultury materialnej i duchowej oraz chce czerpać siłę z naśladowania najlepszych swych synów i córek. Upada, gdy przestaje wierzyć we własne siły i nie skupia się na utrwalaniu narodowej tożsamości - budowanej w kulturze wokół tradycji i jasnej wizji przyszłości.

Tak, tak. Warto widzieć własne przeznaczenie holograficznie, (czyli nie wycinkowo) - w obu wektorach czasu. Jeden nurt wiedzy i wiary biegnie od przeszłości poprzez tu i teraz w przyszłość. Drugi, od przyszłości, rozpalonej przytomną wizją, przenika do teraźniejszości i wprost z wieczności wraz z subtelnym wiatrem duchowych powołań.. Tu, w teraźniejszości, ma odnaleźć właściwą miarę dla rzeczy i osób, by zmierzyć się - w każdym wirze codziennych problemów - z przenaczeniem jednostki i rodziny .

Najpiękniej wizja mierzy się z przeznaczeniem, gdy w centrum troski pojawia się człowiek jako wezwany do zwyczajnej świętości.

Drugi strumień, strumień wizji można opisać w prostych słowach: twórzmy warunki społeczne, prawne i gospodarcze, by każdy mógł rozwijać swoje najlepsze talenty w środowisku rodzinnej i narodowej wspólnoty. Twórzmy i zadbajmy o to, żeby nikt nie był zmuszony do zakopywania własnych talentów. Po to istnieje państwo, a prawo ma wspierać taką postawę. Postawmy na siebie, jeden na drugiego oraz uwierzmy we własne siły i zdolności. Pamięć i wizja.

Pamięć i wizja to dwa skrzydła ducha narodu, na których Ojczyzna wznosi się ku swemu przeznaczeniu. Jedno skrzydło nie wystarczy, jeśli chcemy by Orzeł Biały, symbol niepodległości i suwerenności na naszym Narodowym Godle, nauczył się znów latać wysoko i przywrócił nam godność i honor.

Na drogach naszej historii narodowej, pamięć i wizja ogniskowały się od początku istnienia państwa polskiego na rodzinie silnej Bogiem. I dziś, jeśli nie chcemy utracić tożsamości narodowej, musimy powrócić do tego ogniska. Tu, wokół tego myślenia, powinniśmy budować nasz dom rodzinny.

Zmieniają się ikony, poprzez które, jak przez okna namalowane przez samego Chrystusa i Jego Matkę, wyglądamy świata bardziej sprawiedliwego i prawego, świata, w którym możliwe są odświeżające ducha porywy solidarności. Jak odnowić, tu i teraz, w naszym sercu pieśń wiary, nadziei i miłości? Jak przegonić nienawiść i pogardę z polskiej ziemi?

Zmieniają się konkretne formy doświadczenia, paradygmaty wiedzy i technologii, lecz żeby przetrwać potrzebujemy najwyższych i najtrwalszych wartości. Tylko one, splątane jak najpiękniejsze fraktale kwiatów w ogrodach, dostatecznie niosą przesłanie pamięci i wizji.

Warto podczas kontemplacji nad Ojczyzną i Rodziną postawić sobie pytanie: jaki jest nasz polski Bóg? Z całą pewnością inny niż Bóg Żydów, Niemców, Rosjan, Chińczyków, Hindusów czy Amerykanów. Naznaczony naszym losem, naszą historią i krwią, naszą kulturą i nadzieją. Inny, bo oswojony przez ludową pobożność, wzywany w języku polskim nadaremnie i w wielkiej potrzebie, doświadczający wspólnie z nami życia w meandrach naszej historii i rozmawiający z nami po polsku. Inny, ale to raczej dobrze.

Jest jeden prawdziwy Bóg dla całej ludzkości. Dlaczego różne narody widzą różne Jego oblicza? Dlaczego tak wielu wchodzi w ciemny tunel ateizmu? Dlaczego tak wielu skłonnych jest zabetonować źródła boskości w człowieku w topornych materialistycznych ideologiach? Dlaczego chcemy wyrzucić Boga z przestrzeni naszej cywilizacji i kultury?

Marne jest to oślepienie materialistyczną ignorancją i pychą, lecz raczej nie naznaczone samoistnym złem.
Skoro tak, skoro zło nie wygrywa w sercu otwartym przed Bogiem, to da się powiedzieć: ograniczenia nasze są jak ikony malowane przez samego Chrystusa, byśmy wzrastali na własnej ścieżce ku dojrzałości duchowej.

Nasz polski Bóg jest piękny. Mieszka w kapliczkach przydrożnych, w kościołach i katedrach. Wędruje po polskiej ziemi razem z osobami, które mu na to pozwolą, a gdy potem uznajemy w nich świętych i myślimy, że świętym zostaje ten, kto dostapił wielkiej łaski i miłosierdzia, to nie jest to pełna prawda. Pełna prawda jest bowiem taka, że każdy jest wezwany do świętości i święci żyją pośród nas.

Nasz polski Bóg jest prawdziwy. Przypomina o sobie, napomina nas jak dobry Ojciec, cierpi w nas i za nas jak Chrystus na krzyżu, stara przebić się przez zasłony naszej próżności ze światłem swego miłosierdzia. Chce nas nawrócić na proste życie, nakłonić do modlitwy i pokuty, wydobyć spod paciorków różańca skarby naszego serca, rozumu i woli, powierzyć opiece Matki Boskiej.

Nie odwracajmy naszego oblicza od Jego oblicza. Nie odwracajmy siebie od siebie. Powiedziano bowiem: „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w imię Moje, tam Ja jestem pośród nich”. A dwoje, troje, pięcioro, ... dwanaścioro to już rodzina, najmniejszy fraktal społeczny miłości, która gromadzi, zawsze chce gromadzić a nie dzielić. I jest słaba w codziennej praktyce. Tak łatwo się degeneruje, wpada w choroby i uzależnienia. Tak niezmiernie bezbronna, że daje się zranić, gdy byle kolec egoizmu wystaje ponad zapach róży.

Kto chce dzielić, chce zazwyczaj rządzić. Kto chce rządzić niepodzielnie, chce mieć po drugiej stronie barykady, ustawianej przed pałacem swego tronu lub/i ołtarza, rozbite rodziny, rozbite narody, ludzi ubezwłasnowolnionych, uwikłanych w winę lub po prostu grzesznych. Jednostką wyalienowaną ze wspólnoty łatwiej steruje się, łatwiej ją uprzedmiotawia, czyni popychadłem, niczym i nikim. Czy kiedyś zrozumiemy, że podzieleni jedni przeciw drugim i z nadętym ego, staliśmy się nikim dla potężnego ego partii, wodza, korporacji, światowej finasjery czy urzędnika reprezentującego wszechwiedzę władzy?

"Rodzina Bogiem silna, staje się siłą człowieka i całego narodu." A jeśli mamy o coś modlić się wspólnie, to niech to będzie pokój, sprawiedliwość i praca. Czy kiedyś nadejdzie taki czas, że będziemy mogli dołączyć do myśli Jana Pawła II jeszcze jedno małe "i"?

I powiedzieć tak: Rodzina Bogiem silna, staje się siłą człowieka i całego narodu - i wszystkich narodów świata.

--------------------------------------------------------------------------------

Z Bogiem - Bez Boga ani do proga. Pamięć i wizja służy człowiekowi, gdy ten idzie przez świat nie samotnie, lecz z Bogiem i własną rodziną, a Ojczyznę kocha. To jedyna metoda upuszczania egoizmu z nadętego do granic schizofrenii ego współczesnego człowieka. To jedyna droga, na której nie narodzą się kolejne zbrodnicze ideologie. Droga bez opętania - poza matriksem zniewolenia. Droga wolności, która obejmuje pamięc i wizję, by dotrzeć do serca, rozpalić w sercach ogniska miłości, w rodzinie i Ojczyźnie. I wszędzie, gdzie człowiek potrzebuje drugiego człowieka, by nie zakopać własnych talentów. I służyć temu, co dla niego dobre.


--------------------------------------------------------------------------------

Słowa naszego polskiego Przewodnika Duchowego są jak latarnie morskie. Porywając się na ich interpretację, czuję jakbym płynął po wzburzonym morzu naszych ciemnych czasów w poszukiwaniu portu. Sam jestem nikim, pogrążonym w ciemnościach rozbitkiem na łajbie mojego żywota, lecz piszę, co czuję, lecz staram się nie zamykać oczu na światło latarni Słowa. Martwi mnie wpółczesna władza Polska, która uwierzyła w mit, że na polskiej ziemi Bóg nie rozpala świateł mądrości i koniecznie chce składać lenno i hołdy cudzym bożkom. Taka polityka wasalna uczyni z nas w końcu niewolników. Czym zasłużyliśmy sobie na to? Czym załużyły sobie na to nasze dzieci?

--------------------------------------------------------------------------------

Pamięć i wizja są podczas naszej pielgrzymki ziemskiej jak mapa i kompas. Jan Paweł II niósł w swym sercu jedno i drugie. Dlatego dotarł do portu.

--------------------------------------------------------------------------------

Tak kończę pierwszą część cyklu „Rodzina i Ojczyzna“ zatytułowaną „Pamięć i wizja“. Będą części kolejne. Kolejne medytacje nad wybranym Słowem polskiego Papieża. A przy okazji: moje okruchy myśli nie są w żadnym razie wykładem na temat doktryny Jana Pawła II. Ot, osobiste medytacje są mi potrzebne dla odzyskania pogody ducha. Mam dość wsłuchiwania się w mowę wieprzów politycznych, głowa mi pęka od hipokryzji, która zalewa kłamstwem eter naszej kultury. Bojownik tu, bojownik tam, a pośrodku polskie piekiełko.

--------------------------------------------------------------------------------

Nie należy rzucać pereł przed wieprze - głosi stara sentencja. Perły nauczania Jana Pawła II są przeznaczone dla prostych i skromnych ludzi. Jak Ty i może nawet ja.

http://blogmedia24.pl/node/48541


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 02 cze 2011, 08:56 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 12:02
Posty: 37605
http://marucha.wordpress.com/2011/05/29/sarmacja-–-w-poniewierce-u-oswieconych/

Porównanie XVIII-wiecznej walki z Sarmatyzmem z dzisiejszym tępieniem polskich tradycji. W obu przypadkach celem było maksymalnie możliwe obniżenie samooceny Polaków. Naród zakompleksiony łatwiejszy jest do rządzenia, chętniej ulega żądaniom obcych, uznając, że ci obcy są wartościowsi i z tego tytułu im więcej się należy. Z tego powodu np. Polacy tak łatwo godzą się z tym, że rolnicy zachodnioeuropejscy dostają większe dotacje niż polscy, bo narody zachodnioeuropejskie w oczach zakompleksionych Polaków są bardziej wartościowe, toteż oczywistym jest, że im się więcej należy. Taki jest skutek wielowiekowej tresury - najlepszym remedium jest przerzucenie wielowiekowego pomostu do czasów sarmackich, gdy Polacy uważali siebie za wyżej stojących od innych, powrót do tych postaw, które były u nas tak pociągające dla wszystkich ludów świata bez względu na to, czy pochodzili z Azji czy Europy i bez względu na wyznawaną wiarę.

Kopia artykułu:

Sarmacja – w poniewierce u oświeconych
Posted by Marucha w dniu 2011-05-29 (niedziela)

Obrazek
Hetman Jan Zamoyski


Gdy w roku 1572 francuscy „lobbyści” zabiegali o polski tron dla Henryka Walezjusza, stawali przed niełatwym wyzwaniem: wieści o masakrze w noc świętego Bartłomieja gruntowały w świadomości Polaków przekonanie o przewadze cywilizacyjnej wolnej, otwartej i zasobnej Sarmacji nad nietolerancyjną, ksenofobiczną i podupadłą Francją.

Bynajmniej niełatwo było wyzbyć się poczucia wyższości, skoro rok później negocjatorzy z Krakowa natrafiali w Paryżu na elementarne trudności komunikacyjne: na francuskim dworze królewskim znajomość języków ograniczała się na ogół do jednego (francuskiego), podczas gdy w polskim poselstwie łaciną władali podobno nawet pachołkowie od koni.

Wówczas to Jan Zamoyski w słynnej uczonej mowie grzecznie i wyczerpująco tłumaczył kandydatowi-elektowi, o co chodzi z tą wolnością szlachecką. Tak, tak – Polacy uczyli Francuzów standardów demokratycznych.

(…) wtenczas panowało takie oślepienie, że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie, jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie. Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz

Notabene: przykra degradacja i degeneracja biologiczna, dająca się wówczas zauważyć nad Sekwaną – rezultat między innymi popularności infekcji zwanej w Polsce „francuską chorobą” (alias „francą”) – nasuwała nawet niektórym rosłym i zdrowym Sarmatom przekonanie o własnej odrębności gatunkowej i wyższości rasowej. Słowem: nasi przodkowie uważali się, a mieli po temu naprawdę sporo dobrych powodów, za szczególnie obdarowanych przez Boga – by nie rzec, za „nadludzi”.

Gdzie się podziało to wybujałe poczucie własnej wartości? Co takiego wydarzyło się w ciągu następnych dwóch stuleci, że kiedy Kościuszko, Barss, Dąbrowski i inni zabiegali o pozycję płatnych kondotierów w rozpoczętej właśnie w Paryżu światowej rewolucji, byli już tylko żałosnymi petentami, którymi byle Saint-Just czy Napoleon pomiatali i wysługiwali się bez najmniejszych skrupułów i bez jakichkolwiek zobowiązań. Nieszczęśni polscy jakobini do tego stopnia pragnęli dostosować się do ówczesnych „standardów zachodnioeuropejskich”, że nawet w korespondencji wewnętrznej, między sobą posługiwali się językiem francuskim (często) i rewolucyjnym kalendarzem (zawsze). Cóż za dno upadku – Polak do Polaka zwraca się per obywatelu, o topiących własny kraj we krwi Francuzach nie pisze inaczej, jak tylko perWielki Naród, a list z 22 sierpnia 1798 r. datuje: Paris, d. 5 Fructidora an 7 – czyli siódmego roku republiki (autentyczne – z korespondencji Kościuszki z Wybickim i Dąbrowskim).

Terribile opus reformationis mundi
Zaiste trudno określić ową przemianę mentalności, jaka najwyraźniej nastąpiła w polskiej elicie przywódczej, inaczej niż mianem rewolucyjnej. Ma się rozumieć, że od czasów kanclerza-hetmana Zamoyskiego przetoczyło się przez Polskę dość kataklizmów, dość wojennych katastrof i klęsk żywiołowych, by mocno nadwątlić poczucie pewności i godności każdego narodu. Ale przecież dokonała się również bezprecedensowa – być może pierwsza tak nowoczesna, bo całkowicie „pokojowa”, choć bezwzględna i totalna – operacja zmiany świadomości społecznej. Abstrahując od deklarowanych i mniemanych celów (stały zestaw frazesów: „reforma”, „naprawa”, „postęp”, „oświecenie” etc.), operacja ta prowadziła do zakwestionowania wartości polskiej tradycji i polskiego dorobku cywilizacyjnego, do podkopania ducha i wiary Polaków w opatrznościowy sens i oryginalność własnej roli dziejowej.
Momentem ogniskującym intencje „reformatorów” było – jak zwykle – zanegowanie wartości i próba zerwania więzów łączących Polskę ze Stolicą Apostolską. Bo – zauważmy na marginesie – nie o samą Polskę tu szło. Polska była tu tylko i aż jednym z kluczowych pól wojny, której nieodmiennym, jasno i bez ogródek wytyczonym celem jest zagłada papiestwa i zniszczenie Kościoła. By mogło dopełnić się straszliwe dzieło zreformowania świata(terribile opus reformationis mundi – Jan Amos Komeński), trzeba było pozbawić katolicyzm tej ostoi, jaką – mimo wielu zaniedbań i niewierności – pozostawała Rzeczpospolita Obojga Narodów.

Wykpić, ośmieszyć, zohydzić
Rzecz jasna, zupełnie nie nadawali się do współpracy w tym „straszliwym dziele” nie idealni bynajmniej, ale na swą miarę bogobojni Sarmaci.

Obrazek
Stanisław Antoni Szczuka, wybitny polityk i pisarz polityczny, wg. Wikipedii "fanatyczny katolik"


Nie trzeba było żadnej głębszej analizy socjologicznej ani żadnych badań sondażowych, by jako kompletnie beznadziejne ocenić szanse skaptowania pobratymców pana Paska (tak oto się deklarującego: Wychodząc tedy z okopu, kazałem ja swoim ludziom wołać: Jezus, Maryja!, lubo insi wołali: Hu, hu, hu!, bom się spodziewał, że mi więcej pomoże Jezus, aniżeli jakiś pan Hu). Należało tedy koniecznie wykorzenić z Polaka Sarmatę. A ściślej, pilnie doprowadzić do tego, by się Polak sam w sobie Sarmaty zaparł. W tym celu należało Sarmatę wykpić, ośmieszyć, a jego zasady, zwyczaje i obyczaje zredukować do absurdu.

I tu paradoks: temu właśnie przedsięwzięciu zawdzięcza być może sarmatyzm karykaturalne, ale zawsze owocne poznawczo zdefiniowanie i na ogół oszczerczą w wydźwięku, ale całkiem szeroką popularyzację. Sam termin, jako nazwę znienawidzonej formacji, ukuli bowiem (wszystko na to wskazuje) zaciekli szydercy, bezlitośni krytycy i wytrwali jej tępiciele – prawdopodobnie po raz pierwszy bowiem słowo „sarmatyzm” pojawia się na kartach warszawskiego „Monitora” (nr 30) w roku 1765: Będzie wiekopomna i zaiste należyta wdzięczność trwała w polskim narodzie dla tych, którzy zrzuciwszy jarzmo prewencji i gnuśnej nieświadomości ośmielili się na te, że tak rzekę, bałwany sarmatyzmu, które przez dwieście lat naród nasz czyniły pośmiewiskiem uczeńszych [podkr. – G.B.].

Warto uważnie przeanalizować to zdanie – od razu ujawnia się tu bowiem jakże charakterystyczna strategia propagandowa: oto niższość, niedorozwój, upośledzenie umysłowe własnego narodu uwydatnia się w porównaniu z narodami „uczeńszymi”. Czarna legenda sarmatyzmu będzie więc budowana na szeregu nieśmiertelnych (bo do dziś w użyciu), oświeceniowych stereotypów w rodzaju: „światopoglądu naukowego”, czy imperatywu „postępowości”. Pogromcy bałwanów sarmatyzmu będą sobie przy tym zawsze przypisywać bezkompromisowość i odwagę (która nie waha się zrzucić jarzma prewencji) i w ogóle wyższość intelektualną (w opozycji do owej gnuśnej nieświadomości). Przede wszystkim jednak pojawia się ten stały szantaż moralny, jaki rodzi się z groźby ośmieszenia. Oto sarmacka Polska okazuje się wiecznym pośmiewiskiem oświeconej Europy.

Sarmaccy, Fanatyccy, Nieukowie…
„Sarmatyzm” okazuje się więc z założenia określeniem pejoratywnym – oryginalną inwektywą stanowiącą przejaw inwencji słowotwórczej motywowanej chęcią przyprawienia gęby(Gombrowicz – rasowy sarmata-abnegat) tym Polakom, którzy nie staną ochoczo do walki o nowy, wspaniały, oświecony świat. Gazeta „Monitor” to wszak narzędzie walki politycznej podjętej przez Familię (Czartoryskich z królem Poniatowskim) o duszę Polski. Ma się rozumieć, rzecz ma znacznie szerszy kontekst politycznych planów tej wybitnej skądinąd grupy trzymającej władzę w Polsce przez pół wieku bez mała – faktem jednak pozostaje, że nie dostrzegała Familia możliwości realizacji owych planów bez złamania w Polsce ducha tradycji, którego karykaturę zgodzono się przezywać właśnie „sarmatyzmem”.

Na łamy „Monitora” wprowadzona została wkrótce, jako przykład jednoznacznie negatywny, Familia Ichmć Panów Sarmackich – z pokrewieństwem i koligacją swoją Ichmci Panami Fanatyckiemi, Nieukami etc. (nr 53, rok 1765) – rodzina wrzaskliwa, kłótliwa, nietolerancyjna, ceniąca ludzi podle pozorów, z góry niechętna wszelkim nowinkom, zwłaszcza cudzoziemszczyźnie.

Obrazek

Jak oględnie zauważa w Słowniku literatury polskiego oświecenia Janusz Maciejowski (literaturoznawca, znawca i edytor m.in. tekstów konfederacji barskiej, notabene w latach dziewięćdziesiątych Wielki Mistrz Wielkiej Loży Narodowej Polski): Pojęcie to [sarmatyzm] z czasem zaczęło przylegać do wszystkich zwalczanych przez oświecenie cech szlacheckiej mentalności i obyczajowości. A sto lat temu Zygmunt Gloger w swej nieocenionej Encyklopedii staropolskiej konstatował, że w istocie krytycy sarmatyzmu piętnowali wszystkie te cechy rdzennie polskie, narodowe i słowiańskie, które u ludzi salonowych i zcudzoziemczałych szły w poniewierkę.

Owoce mowy nienawiści
Cała ta kampania, prowadzona z dużą konsekwencją, owoce wydała zastraszająco szybko. Przykłady utrwalenia się negatywnego stereotypu znajdujemy chociażby w literaturze scenicznej: w Sarmatyzmie Franciszka Zabłockiego czy Powrocie posła Juliana Ursyna Niemcewicza. Równocześnie odezwały się głosy trzeźwiące – choćby Stanisława Staszica, który na kartach wydanych w roku 1790 Przestróg dla Polski zauważa: Ta zaś familia (…) zaczęła naśmiewać się z wszystkiego, co było w Polsce, przegardzała [sic] krajowe zwyczaje, wyszydzała narodowy obyczaj, sarmatyzmem zwała szlachcica prostotę i szczerość.

A jednak niewiele lat później Samuel Bogumił Linde wpisał do swego Słownika języka polskiego: Sarmatyzm – nieokrzesanie obyczajów, grubiaństwo, grundychwalstwo. Nie od rzeczy będzie tu wspomnieć, że autora tej śmiałej definicji widziano w czasie tzw. warszawskich wieszań czerwcowych (1794), jak w bolszewickim amoku osobiście pomagał taszczyć belki na szubienicę.
Zauważmy, jak znajome – bo nieustannie powtarzane – okazują się te strategie poniżania, stygmatyzacji, wykluczania z szeregów „postępowej ludzkości”. Bo przecież wyszydzeniu podlegała nie tylko pogardzana „mentalność”, ale i wygląd zewnętrzny, strój, fryzura. Wszak krewnym w prostej linii Imć Sarmackiego z osiemnastowiecznego „Monitora” jest niewątpliwie pan August Bęcwalski z dwudziestowiecznego „Przekroju” – istotna figurka z frontu walki z „reakcją”, „faszyzmem” etc. w pierwszej dekadzie umacniania się w Polsce „władzy ludowej”. To wszystko już było – cała ta retoryka oparta na etykietowaniu „wrogich elementów”: wsteczników, obskurantów, kołtunów, kułaków, burżujów, obszarników, ksenofobów etc. – wszystko to Polacy wstępnie przerobili już w XVIII wieku, gdy nasi „oświeceni” przystąpili do rozprawy z „sarmatyzmem”.

Komisja Indoktrynacji Narodu
Opisany powyżej zastraszająco nowoczesny projekt inżynierii społecznej nie miałby jednak tak totalnych, prawdziwie rewolucyjnych skutków, gdyby nie szczególne narzędzie, jakim dysponowali jego autorzy, a mianowicie: scentralizowany system państwowej edukacji. Nie przypadkiem Komisja Edukacji Narodowej (i późniejsze wcielenia tego samego projektu) była ukochanym dzieckiem tego samego obozu, który głównym przeciwnikiem w walce o naprawę Rzeczypospolitej ogłosił nie Katarzynę bynajmniej i nie ­Fryderyka, ale… Imć Sarmackiego. Bo przecież nawet dziesięć „Monitorów”, nawet sto antysarmackich „komedii” w Teatrze Narodowym (sic!), ani nawet zwielokrotniony dorobek publicystyczno-agitacyjny „kuźnicy kołłątajowskiej” nie mogły doprowadzić do takiej popularyzacji wśród Polaków poczucia niższości, kompleksów cywilizacyjnych i niechęci do własnej tradycji – tego dokonać mogło wyłącznie totalne zglajszachtowanie systemu wychowawczo-edukacyjnego (którego notabene prymarnym i bynajmniej nieskrywanym głęboko celem było odebranie wpływu na kształcenie młodzieży duchowieństwu).

Obrazek
Hugon Kołłątaj


Komisja Eukacji Narodowej upadła, ale jej duch, niestety, nie zginął – objawi się jeszcze wielokrotnie: czy to za Królestwa kongresowego, w którym minister „oświecenia publicznego” Stanisław Kostka Potocki (notabene Wielki Mistrz Wielkiego Wschodu Polski) stanie do walki z „Ciemnogrodem”, czy później, gdy programy „oświecania” młodych Polaków pisane będą już w Wiedniu, Petersburgu czy Berlinie. Odtąd już zawsze obowiązywała będzie wersja historii, w której to wszystkiemu winien jest Imć Sarmacki. A jeśli nawet przejściowo zastosuje się wobec niego (Sarmackiego) złagodzony wymiar kary (vide: Pan Tadeusz), czy nawet częściowo ułaskawi (vide: Pamiątki Soplicy czy Trylogia) – to przecież w tym sęk, że nie uświadczysz w polskich podręcznikach szkolnych krytycznej refleksji na temat „oświeconych” pogromców sarmatyzmu i ich programu cywilizacyjnej rewolucji.

I tu zachodzi zasadnicza zbieżność państwowych programów „oświecania” polskiej młodzieży – czy za Piłsudskiego, czy za Bieruta, czy za Kwaśniewskiego, czy Kaczyńskiego – że zawsze jako wzór obywatela (właśnie: „obywatela” – broń Boże nie „poddanego”) serwuje się w nich młodzieży – Hugona Kołłątaja, a do kanonu przyczyn rozbiorów należy nieodmiennie warcholstwo szlachty. Do dziś przecież pozostają w użyciu akademickie podręczniki pisane przez peerelowskich pogrobowców francuskiej Encyklopedii.

Sarmacja wciąż żywa
A jak uparcie powraca moda na Sarmację (vide: popularna proza Jacka Komudy i innych, gra fabularna Dzikie pola czy piękny Niezbędnik Sarmaty Jacka Kowalskiego), podobnie wracają echa tamtej pierwszej antysarmackiej batalii. Ilekroć ktoś tłumaczy Polakom, że społeczeństwo nie dorosło, albo że nie skorzystali z okazji, żeby siedzieć cicho – powinni zdać sobie sprawę, że wszystko to już było… ćwierć tysiąca lat temu.

A warto o tym pamiętać nie po to, by bezkrytycznie i bezrefleksyjnie napawać się sarmacką legendą – gdyż następnych setek lat może nie starczyć, by Polska na nowo do tej legendy dorosła, by na nią od jakże mizernych dziś podstaw znów ciężko zapracowała – ale ku przestrodze. Jak ulał bowiem do walki „oświeconych” z „sarmatyzmem” pasuje aktualna diagnoza Barbary Fedyszak-Radziejowskiej: Łatwiej rządzi się ludźmi, kiedy mają oni zaniżoną samoocenę. To jest ważne z punktu widzenia elity (…), która chce mieć komfort realizowania swojego projektu, żeby ludzie, którymi rządzi, mieli poczucie, że są niewiele warci.

Grzegorz Braun
Tekst ukazał się w nr 19 miesięcznika Polonia Christiana (http://www.poloniachristiana.pl/)

Za: Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
http://ngopole.wordpress.com/2011/05/28 ... wieconych/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 21 cze 2011, 15:34 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Fikcja judeochrześcijaństwa – Bogusław Wolniewicz

Poniżej przedstawiamy rozdział “Fikcja judeochrześcijaństwa”, pochodzący z książki pt “Ksenofobia i wspólnota – Przyczynek do filozofi i człowieka”, pióra Zbigniewa Musiała i Bogusława Wolniewicza. Książka wydana została przez Wydawnictwo ANTYK – Marcin Dybowski (Wydanie II poszerzone), i dostępna jest w Księgarni ANTYK.

Fikcja judeochrześcijaństwaprof. Bogusław Wolniewicz

Lewacka ideologia „politycznej poprawności” podmywa i rozmywa dziedzictwo duchowe Europy. Czyni to wieloma sposobami. Jednym z nich jest infiltrowanie zachodniej świadomości społecznej lewoskrętnym fałszem, lewoskrętne wykrzywianie jej obrazu świata. Przykładem jest dziwaczny nowotwór językowy uporczywie od przeszło dwudziestu lat wprowadzany do medialnego obiegu: „judeochrześcijaństwo”.


Nazwanie to stosowane było wprawdzie od dawna w religioznawstwie do wczesno-chrześcijańskich gmin wyznaniowych w Palestynie, ale tutaj wprowadza się je w całkiem innym znaczeniu. Wprowadza się je przy tym bez uzasadnień i objaśnień, metodą marketingową, napomykając coraz częściej tu i tam z niewinną miną o jakiejś „tradycji judeochrześcijańskiej”, „cywilizacji judeochrześcijańskiej”, albo o jakichś specjalnie „judeochrześcijańskich wartościach”, nigdy nie precyzowanych. Wprowadza się tę innowację, jak gdyby rozumiała się sama przez się i nie mogła budzić niczyich wątpliwości. Nikt nie pyta, czy taka tradycja albo cywilizacja w ogóle istnieje lub kiedykolwiek istniała. Od tysiąca lat żyliśmy w Polsce przeświadczeni, że nasza wiara i tradycja są chrześcijańskie. A tu naraz mówią nam, że to był błąd: nie „chrześcijańskie”, tylko „judeochrześcijańskie”.

Nie podoba się nam to nowe nazwanie. Dokonuje się nim gwałtu na naszej samowiedzy historycznej i świadomości narodowej. Czemu więc nikt nie wyraża sprzeciwu – żaden przedstawiciel Kościoła, żaden dziennikarz, żaden profesor uniwersytetu? Bo się boją! To zaś pokazuje, że nie są już ludźmi naprawdę wolnymi. Bo człowiek wolny nie boi się mówić, co myśli; ani pytać, gdy rodzą się w nim wątpliwości. To jest jego pierwsza cecha rozpoznawcza. A oni milczą, tak są już osiodłani: co im wolność, grunt to auto.

Wolność słowa jest stale zagrożona. Obronić ją można tylko przez stałe jej użytkowanie. Inaczej wiotczeje i zanika, jak nieużywane mięśnie. Dlatego w imię wolności słowa, by zapobiec jej atrofii, powiedzmy jasno i wyraźnie: żadnego „judeochrześcijaństwa” nie ma i nigdy nie było.

Określenie to jest propagandową fikcją. Fikcję tę międzynarodowe lewactwo wtłacza pod medialnym ciśnieniem do świadomości społecznej, by rozmiękczyć zawarte w niej dziedzictwo chrześcijańskie; bo rozmiękczone łatwiej zgnieść, to jasne. Jako formacja ideologiczna lewactwo dzisiejsze cechuje się niezwykłą wprost agresywnością, a jej ostrze główne wymierzone jest w chrześcijaństwo. Red. Bronisław Wildstein, na pewno żaden klerykał, stwierdził niedawno arcysłusznie (Rzeczpospolita z 6. 5. 2008):

„Ateizm przekształcił się od jakiegoś czasu w agresywną antyreligię. Jako taki dąży do eliminacji religii [z] przestrzeni publicznej. […] Jest chyba naj bardziej nietolerancyjnym wierzeniem współczesnego Zachodu.”

Fikcja „judeochrześcijaństwa” jest częścią ich ofensywy na chrześcijaństwo: głęboką dywersją, o wiele groźniejszą niż np. pojedyncze skandale seksualne jakichś osób duchownych, tak usilnie dziś nagłaśniane.

Judaizm i chrześcijaństwo to są dwie odrębne religie i tradycje. Nie biegły nigdy razem, zawsze tylko o b o k siebie; osobno i całkiem niezależnie jedna od drugiej, w hermetycznej niemal izolacji. Ich odrębność widać we wszystkich czterech składowych, jakie można wyróżnić w każdej religii: w doktrynie, w kulcie, w organizacji, oraz w obyczajowości. Próby ze strony chrześcijańskiej, by odrębności te bagatelizować lub zacierać, są efektem złudzeń posoborowego „ekumenizmu”; przy bliższym wejrzeniu okazują się zwykłym synkretyzmem religijnym, nie podzielanym bynajmniej przez drugą stronę.

Owszem, chrześcijaństwo i judaizm mają jako religie pewien ważny punkt styczny: jest nim Stary Testament, ten pień monoteizmu. Punkt ten dzielą jednak z islamem. Judaizm, chrześcijaństwo i islam to są trzy interpretacje Starego Testamentu: trzy różne sposoby jego rozumienia. Rozumienie żydowskie wyraża się w Talmudzie; rozumienie chrześcijańskie – w Ewangelii; rozumienie muzułmańskie – w Koranie. Mamy zatem trzy różne interpretacje Starego Testamentu: talmudyczną, ewangeliczną i koraniczną; oraz trzy wyrosłe na nich religie, tradycje i cywilizacje. Takim samym więc prawem, jak o „judeo-chrześcijaństwie”, można by mówić o „judeo- islamie”, albo przeciwstawiać wartościom „judeo- chrześcijańskim” wartości „judeo-mahometańskie”. Wszystko to fikcje.

Historyczne związki chrześcijaństwa z judaizmem są znane od dwóch tysięcy lat. Przez dwa tysiąclecia nie przychodziło jednak nikomu do głowy, by propagandowo przedstawiać te dwie tradycje jako jedną. Cóż zatem usprawiedliwia chęć, by „chrześcijaństwu” doczepiać przedrostek „judeo-” Przedrostek ten ma sugerować jakąś bliżej nieokreśloną symbiozę obu religii, której w rzeczywistości nigdy nie było. Wprowadzanie go jest mistyfikacją.

Cywilizacja Zachodu powstała jako wielka synteza dziejowa trzech pierwiastków duchowych: żydowskiego monoteizmu, myśli greckiej i państwowości rzymskiej. Nazwa tej trójsyntezy brzmi „chrześcijaństwo”, bez żadnych kwalifikujących przedrostków. W tym połączeniu pierwiastki owe stworzyły coś jakościowo nowego, czego właściwości nie miał żaden z nich z osobna: niczym atomy węgla, tlenu i wodoru w cząsteczce cukru. Nie ma sensu mówić o „węglocukrach”, gdy żadnych innych cukrów nie ma; i podobnie nie ma sensu mówić o „judeochrześcijaństwie”, gdy innego nie ma. Zbitka słowna „judeochrześcijaństwo” służy za instrument do demontażu chrześcijaństwa: ma mu odbierać jego wyrazistość, rozmazywać jego historyczny kontur. Zauważmy, że w świadomości społecznej działa ona tylko w jedną stronę: judaizuje chrześcijaństwo, nie chrystianizując judaizmu. Nie mówi się przecież o żadnym „chrystojudaizmie”; ani o „tradycji judeo-mahometańskiej”, choć dziedzictwo Starego Testamentu” obecne jest również w islamie (stąd np. jego roszczenia do Jerozolimy). Lewoskrętnej ideologii nie wadzą w Europie ni meczety, ni synagogi, ni aśramy. Wadzą jej tylko kościoły.

Ale – krzykną tu zaraz lewacy – sam Jan Paweł II mówił przecież o „starszych braciach w wierze”. Rzeczywiście tak się wyraził: najpierw w 1986 r. podczas swej historycznej wizyty w rzymskiej synagodze, a potem jeszcze dwukrotnie (w 1999 r. na audiencji generalnej i w 2000 r. podczas spotkania w Izraelu z dwoma naczelnymi rabinami, aszkenazyjskim i sefardyjskim). Cóż jednak wynika z tych słów papieża w odniesieniu do nazwy „judeochrześcijaństwo”? Nic nie wynika.

Słynne słowa Jana Pawła II o „starszych braciach” to nie było orzeczenie papieskie o naturze chrześcijaństwa. To był wielki gest pojednawczy Kościoła wobec Żydów: historyczna propozycja by r a z e m wznieść się ponad zadawnione od dwóch tysięcy lat antagonizmy i podjąć wspólne dzieło ich stopniowego wygaszania. Ten historyczny gest zawisł jednak w próżni, bo z tamtej strony nikt się do braterstwa w wierze z nami nie przyznał. Odpowiedzią były i są jedynie coraz to nowe i coraz dalej idące roszczenia i oskarżenia, z próbami ingerencji w samą katolicką liturgię, to jądro wszelkiej religii, włącznie. (Doszło do tego, że starą i piękną pieśń wielkopostną „Ludu mój, ludu” uznano za wyraz „katolickiego antysemityzmu” i zażądano bezczelnie usunięcia jej z nabożeństwa Drogi Krzyżowej.) Nie mówiąc o tym, że nie zdobyto się nigdy na najmniejszy odruch wdzięczności za to, że ów wielki gest Kościoła wyszedł od papieża Polaka, jednego z rodu tych tak gorliwie i zajadle przez nich zniesławianych. Zamiast tego On i my usłyszeliśmy słowa „panie papież, weź pan te krzyże” – dla nas równie pamiętne jak tamte o „starszych braciach”.

Słowa o „starszych braciach w wierze” nie po to zostały wypowiedziane, by Ojciec Święty chciał przemianowywać wiarę chrześcijańską, ani tym bardziej nie po to, by nieżyczliwi jej mieli nas czym dźgać. Były wyrazem dobrej woli, a także nadziei, że jedna dobra wola rodzi drugą. Nie zrodziła. Zamiast tego wsuwa się nam fi kcję „judeochrześcijaństwa”, a winę za zagładę Żydów europejskich przesuwa się coraz wyraźniej z III Rzeszy na „chrześcijaństwo” – tu już bez przedrostka „judeo”.

Ani na chrześcijaństwo, ani ogólniej na chrześcijańską kulturę Zachodu judaizm właściwy – to znaczy talmudyczny – żadnego wpływu nie wywarł. Trwał obok nich, sam w sobie, jako odrębna formacja kulturowa. Gdy po rewolucji francuskiej Żydzi zaczęli w kulturze Zachodu czynnie uczestniczyć, działo się tak o tyle, o ile wychodzili duchowo poza granice swej wspólnoty i tamtą kulturą i wartościami nasiąkali. Ich późniejszy wielki wkład w kulturę Zachodu był kwestią ich przymiotów osobistych. (Może także plemiennych, ale to już rzecz wielce sporna.) W każdym razie wkład ten nie polegał na zaszczepieniu chrześcijaństwu i d e i judaizmu wziętych z chederu i Talmudu. Heine stał się wielkim poetą niemieckim, nie „judeo-niemieckim”; a Leśmian – polskim, nie „judeo-polskim”. Dopiero teraz, w XXI wieku „multikulturalne” lewactwo usiłuje narzucić nam np. świętowanie Purim czy Chanuki. Przemianowywanie chrześcijaństwa na polit-poprawne „judeochrześcijaństwo” ma zasiać w nas ziarno niepewności., kim właściwie jesteśmy: jakie jest nasze duchowe dziedzictwo. Wtedy bowiem łatwiej je zniszczyć. Nazwa „judeochrześcijaństwo” to znak na sztandarze współczesnego nihilizmu – nie czarnym już, ani czerwonym, tylko „tęczowym”. Można rzec, stanowi kryptonim tęczowego chrześcijaństwa. Takich tęczowych chrześcijan jest dziś wiele, a najwięcej w Krakowie.

Bogusław Wolniewicz

[...]

Musiał Zbigniew, Wolniewicz Bogusław
Ksenofobia i wspólnota. Przyczynek do filozofii człowieka.
Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski
Wydanie drugie, poszerzone, 2010
ISBN / ISSN: 978-83-86482-86-9
www.antyk.org.pl
antyk2@tlen.pl

http://www.bibula.com/?p=35704


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 18 lip 2011, 19:11 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Jan Paweł II do Polaków - Proszę Was o to...




... i dlatego - zanim stąd odejdę, proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię „Polska", raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością - taką, jaką zaszczepia w nas Chrystus na chrzcie świętym,

- abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili,
- abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy.



Proszę was:

- abyście mieli ufność nawet wbrew każdej swojej słabości, abyście szukali zawsze duchowej mocy u Tego, u którego tyle pokoleń ojców naszych i matek ją znajdowało,
- abyście od Niego nigdy nie odstąpili,
- abyście nigdy nie utracili tej wolności ducha, do której On „wyzwala" człowieka
- abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest „największa", która się wyraziła przez Krzyż, a bez której życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu.

Proszę was o to przez pamięć i przez potężne wstawiennictwo Bogarodzicy z Jasnej Góry i wszystkich Jej sanktuariów na ziemi polskiej, przez pamięć św. Wojciecha, który zginął dla Chrystusa nad Bałtykiem, przez pamięć św. Stanisława, który legł pod mieczem królewskim na Skałce.

Proszę was o to ... Amen.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 22 paź 2011, 09:05 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Prawica powinna pokazać, że bycie tradycyjnym jest w gruncie rzeczy kontrkulturowe. Prawdziwy bunt polega dzisiaj na odszukiwaniu korzeni

Dzisiaj bunt to wierność tradycji

Z dr. Michałem Łuczewskim, socjologiem z Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Agnieszka Żurek

W zeszłą sobotę odbył się w Krakowie marsz ateistów - zatrzymany na Rynku przez śpiewającą młodzież oazową. Ateiści robili wrażenie osób maszerujących bez wielkiego przekonania, młodzież - przeciwnie, była radosna i dobrze się bawiła. Czy podejmowane ostatnio próby zarażenia młodych Polaków ideologią ateistyczną trafiają na podatny grunt, czy też są raczej - jak mówił o zaszczepianiu w Polsce komunizmu Stalin - "próbami osiodłania krowy"?
- Ta polska krowa zaczyna się zmieniać. Nie wiemy tylko w co. Chyba jednak nie w galopującego żubra, o którym marzył Jarosław Marek Rymkiewicz, ale raczej w konika polskiego, dość prymitywną rasę, która mimo całej niesforności szybko przyzwyczaja się do życia w rezerwacie. Konik polski może z początku być nieufny, może czasem wierzgać, ale w końcu zapomina o swoim dzikim pochodzeniu i posłusznie idzie tam, gdzie się go poprowadzi. Ale i tak ateiści tego polskiego konika jeszcze dobrze nie poznali. I nie bardzo wiedzą, jak się z nim obchodzić. Trudno zresztą Polaków poznać i zdobyć ich zaufanie, gdy przez cztery dekady PRL chłoszcze się ich ateistyczną ideologią, korzystając - gdy trzeba - z aparatu terroru. Sobotni marsz mógł się wydawać niemrawy również z tego powodu, że stworzenie ruchu społecznego wymaga opowiedzenia się po stronie wartości. Na naszym gruncie ateizm wciąż nie jest wartością, lecz antywartością. Nie prezentuje pozytywnego projektu, nie stanowi nowej wiary, lecz definiuje się w opozycji do wiary istniejącej.

Poczucie wspólnoty może jednak dawać posiadanie wspólnego "wroga". Czy istnieje niebezpieczeństwo, że młodzież zamiast nudnych marszów ateistów wybierze coś bardziej "rozrywkowego", to znaczy na przykład niszczenie symboli chrześcijańskich - tak jak to ostatnio miało miejsce we Włoszech?
- Z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia już w zeszłym roku na Krakowskim Przedmieściu. Młodzież zwołana przez Dominika Tarasa występowała przeciwko komuś, a nie w obronie czegoś. Na to, co się tam działo, można patrzeć jako na walkę pogaństwa i chrześcijaństwa. Według teorii René Girarda, pogaństwo zawsze wiąże się z jakąś formą przemocy. Przed 1989 rokiem pogańskie było w Polsce państwo. To państwo niszczyło Kościół, likwidowało - również fizycznie - swoich przeciwników, eliminowało krzyż z życia publicznego. Po 1989 roku Kościołowi udało się odzyskać miejsce w przestrzeni publicznej. Reakcja pogańska nie zniknęła jednak, a jedynie przemieściła się z aparatu państwowego na pewne partie i grupy społeczne.

Jest to zjawisko równie groźne jak przemoc stosowana przez aparat państwowy?
- To są inne zjawiska. Dziś przemoc przybiera subtelne formy, ukrywa się, przybiera maskę ironii, żartu, karnawału. Nie staje się jednak przez to bardziej niewinna. Istnieją także ciekawe biograficzne związki między "tradycyjną" a "nowoczesną" przemocą: Zbigniew S., animator wystąpień przeciw krzyżowi, a przy okazji kryminalista i współpracownik WSI, Jerzy Urban, popierający Janusza P., a wcześniej - wiadomo kto, Roman Kotliński, aktywista RP, zarejestrowany jako TW - nomen omen - "Janusz". Podstawowa różnica polega jednak na tym, że dawni czciciele przemocy wiedzieli przynajmniej, kim są i co reprezentują, ci zaś, których przemoc uwodzi dzisiaj, wyobrażają sobie, że są tolerancyjni i otwarci, utożsamiają się z niewinnymi ofiarami, nie dostrzegając, że w tym samym czasie stają się coraz bardziej agresywni, łamią kolejne tabu i przekraczają kolejne granice. Widzieliśmy to na Krakowskim Przedmieściu. Widzimy to w działaniach Janusza P. Sprzeciw wobec katolicyzmu ma także inne, duchowe, podłoże. Tak jak mocne było zjednoczenie Polaków w czasie żałoby narodowej po tragedii smoleńskiej, tak też silna stała się negatywna reakcja na to zjawisko. Im silniejsze jest świadczenie wierności Chrystusowi, tym silniejszy będzie także opór. Na Zachodzie jest inaczej, tam sfera wartości jest o wiele bardziej rozwodniona. Tam nikt by nie skandował: "Chcemy Barabasza!", tak jak to miało miejsce w zeszłym roku w Polsce.

Widzi Pan tu zatem specyfikę polskiego katolicyzmu w opozycji do zachodniego modelu chrześcijaństwa? Polski katolicyzm jest bardziej żywy?
- Oczywiście, że tak. Polski Kościół - także ten młody - w porównaniu z Zachodem jest bardzo dynamiczny. Jego rozwój, jego obecność w przestrzeni publicznej wywołuje jednak sprzeciw i zawsze będzie go wywoływać. Tak jest przecież od dwóch tysięcy lat. Uzmysławia nam to, kim jesteśmy. Przestajemy dzięki temu żyć w złudzeniu, że chrześcijaństwo można wpisać w ustawę i raz na zawsze zadekretować. Zaczynamy widzieć, czym ono jest w rzeczywistości. A jest ono dla innych zawadą, kamieniem obrazy. Tak jak chrześcijaństwo wzbudza opór, tak opór wobec chrześcijaństwa wzmacnia je. Ateiści zmobilizowali nie tylko ateistów, ale również - jak się okazało - młodzież oazową. To naturalny objaw. Podobnie stało się, gdy sąd skazał ks. Marka Gancarczyka, na co stowarzyszenie Soli Deo odpowiedziało manifestacją w największej auli na Uniwersytecie Warszawskim. Polska jest na pewno wyjątkowym krajem - nigdzie w Europie nie ma tak silnego religijnego społeczeństwa obywatelskiego jak u nas.

Z tego powodu w Polsce nie ma odpowiedniego gruntu dla rewolucji podobnej do tej z roku 1968? Na odwołujący się do lewicowych haseł marsz "Oburzonych", który odbył się w zeszłym tygodniu w Warszawie, przyszło bardzo niewiele osób. Sprzeciw wobec "systemu" deklarowali w przeważającej mierze ludzie młodzi i dobrze sytuowani.
- Marsz "Oburzonych" pokazuje paradoksy nowej lewicy w Polsce. Z jednej strony, za lewicę w Polsce chcą uchodzić elity, które charakteryzuje wystawny styl życia. Jednocześnie z chęcią stają one po stronie "Oburzonych" (których wyzyskują). Nic nie symbolizuje lepiej tej swoistej hipokryzji niż jaguar XF, którym "oburzony" Ryszard Kalisz zajechał na manifestację. Z drugiej strony, z lewicowością w Polsce myli się dekadentyzm i emancypację obyczajową. Tymczasem pierwsi polscy socjaliści z przełomu XIX i XX wieku stawali po stronie tradycyjnej moralności, potępiali pornografię, aborcję, a żądanie "małżeństw homoseksualnych" nie mieściłoby się im w głowie. A zatem w prawdziwym marszu "Oburzonych" nie ma miejsca dla "pornogrubasów" czy też osób na liście płac przemysłu aborcyjnego. Inaczej nowa lewica zamiast reprezentować wykluczonych z systemu, w rzeczywistości reprezentować będzie jego coraz bardziej dekadenckich beneficjentów. Inaczej protest będzie działaniem pozornym, mającym na celu stworzenie wrażenia rewolucji - tylko po to, aby władza w gruncie rzeczy została w tych samych rękach. Prawdziwą walkę z systemem podejmują ci, którzy są z niego rzeczywiście wykluczeni, a nie ci, którzy tylko to deklarują.

W Polsce istnieją ruchy prawdziwie antysystemowe?
- Dla nowej lewicy prawdziwym nieszczęściem jest, że to Prawo i Sprawiedliwość. I to ono reprezentuje dziś "oburzonych" obecnym porządkiem. W tym sensie trafnie określa się je jako partię antysystemową. Jest to partia antysystemowa, ponieważ walczy z istniejącym systemem i chce go zmienić. Jeśli określenie "antysystemowa" potraktujemy jako neutralne, będzie to dobrym opisem rzeczywistości.

Sądzi Pan zatem, że próby skanalizowania nieuchronnie nadchodzącej fali niezadowolenia społecznego pod przewodnictwem przedstawicieli "kawiorowej lewicy" raczej się nie powiodą? Młodzi ludzie pod wpływem kryzysu zwrócą się raczej ku PiS?
- Jak powiedział w którymś z wywiadów Jarosław Kaczyński, jego przeciwnikom udało się przekonać Polaków, że PiS jest "obciachowe". Dotyczy to przede wszystkim młodzieży, która "obciach" wymyśliła i która na "obciach" jest bardzo uczulona. Paradoks polega na tym, że w tego typu myśleniu argumenty merytoryczne wypierane są przez argumenty estetyczne. Na estetyzację polityki szczególnie wrażliwa jest młodzież, gdyż nie do końca jest świadoma swoich celów. Nie wie, jakie są jej interesy, i w związku z tym kieruje się powierzchownymi wrażeniami. PiS, jeśli będzie chciało wygrać wśród młodych, będzie musiało "zagrać w tę grę" i zmierzyć się z zagadnieniem zamiany argumentów estetycznych na polityczne, a kiedy trzeba - politycznych na estetyczne.

Tymczasem mówi się o tym, że prawica "oddała pole" w dziedzinie kultury. Czy rzeczywiście?
- Kultura, zwłaszcza kultura wyższa, jest słabą stroną prawej strony sceny politycznej. Wynika to po trosze z samej istoty kultury. Od czasu przełomu XIX i XX wieku trendy kulturowe tworzone są przez artystów będących w opozycji do tradycyjnych wartości. Podczas gdy dawniej artyści prezentujący tego rodzaju podejście przymierali głodem, teraz zarabiają na tym krocie. To, co kiedyś wiązało się z ryzykiem, obecnie jest premiowane. Nowoczesna kultura tworzona jest w środowisku obcym tradycyjnym wartościom. Kultura tradycyjna, polegająca na podejmowaniu wciąż na nowo ważnych motywów, symboli, jest przez kulturę "nowoczesną" traktowana jako coś obcego.

Jakie działania należałoby podjąć, aby przełamać to zjawisko?
- Prawica powinna pokazać, że bycie tradycyjnym jest w gruncie rzeczy kontrkulturowe. Powinna zatem zastosować tę samą strategię co lewica, ale z przeciwnym zwrotem. Powinna pokazać także, że współczesna kultura wyobraża sobie, że jest tolerancyjna, otwarta i wolna od przemocy, tymczasem w rzeczywistości bardzo szybko zamienia się w swoje przeciwieństwo, przyjmuje formy pogańskie. Homoseksualizm, eutanazja, aborcja są przedstawiane jako "osiągnięcia nowoczesności", tymczasem jeśli prześledzimy historię, okaże się, że jest to tylko nawiązanie do archaicznych form życia społecznego. Prawica powinna pokazać także, że przed przemocą i brutalnością może nas uratować nie przezwyciężenie chrześcijaństwa, ale powrót do niego. To chrześcijaństwo wskazuje na niewinność ofiary, na konieczność okazywania szacunku słabszym - na przykład osobom starszym czy nienarodzonym dzieciom. Chrześcijaństwo skłania również do szukania winy najpierw w sobie, a dopiero potem w innych. Prawdziwy bunt polega dzisiaj na odszukiwaniu korzeni.

Bunt w dzisiejszej Polsce ma chyba charakter nie pokoleniowy, ale kulturowy. Znika tradycyjna linia podziału "młodzi" - "starzy", np. Jarosław Marek Rymkiewicz ma 76 lat, a jest młodym duchem buntownikiem. Z kolei "młoda antysystemowa lewica" to Kinga Dunin, Janusz Palikot, a może Jerzy Urban?
- Każdy kraj ma jakiś system. W ramach tego systemu wykształca określone elity, które rządzą nim w sposób mniej lub bardziej demokratyczny. Elitom tym zawsze zależy na tym, żeby utrzymać władzę. Im bardziej demokratyczny jest dany system, tym bardziej elity są cywilizowane i tym mniej przemocy używają, aby utrzymać się przy władzy. Przed rokiem 1989 w Polsce opozycja wobec systemu gromadziła głównie ludzi młodych. Od epoki romantyzmu ruchy "antysystemowe" są domeną dwudziesto- i trzydziestolatków. Obecnie opór wobec systemu także istnieje, jednak nie jest już domeną ludzi młodych. Powstają alianse międzypokoleniowe - z jednej strony mamy Jarosława Marka Rymkiewicza, z drugiej - młodych ludzi z Rebelyi, Frondy, Pressji, Fundacji Republikańskiej itd. Znajdą oni płaszczyznę porozumienia, bo ich ogląd rzeczywistości będzie podobny.

Zawsze chyba tak było?
- Tak, ale teraz inaczej rozkładają się akcenty. Powstanie Warszawskie ´44, Czerwiec ´56, Grudzień ´70, Ursus i Radom ´76, wreszcie rok 1980 i potem stan wojenny - na wszystkich zdjęciach dokumentujących te wydarzenia widać młodych entuzjastów. Po roku 1989 w Polsce wystąpiło absolutnie nowe, nieznane od XIX wieku zjawisko - młodzież przestała się liczyć, system ją zagospodarował i w konsekwencji straciła swój rewolucyjny potencjał. Jeśli nawet w nowym systemie młodzi sobie nie radzą, uważają, że jest to ich wina, a nie wina systemu. W konsekwencji zamiast strategii zbiorowych praktykują strategie indywidualne. Zamiast buntu - wycofanie się lub emigrację. Zamiast zmieniać kraj - opuszczają go. Niezagospodarowani przez polskie państwo zostają zagospodarowani przez angielski zmywak.

Młodzież powinna zatem odzyskać inicjatywę?
- Młodzież była zawsze aktywnym podmiotem polskości. Nieprzypadkowo właśnie do młodych odwoływał się Jan Paweł II. Po 1989 roku młodzież przestała brać udział w życiu publicznym. Jeżeli chcielibyśmy przedstawić dokumentację fotograficzną z ostatniego dwudziestolecia, nie byłyby to uśmiechnięte twarze "młodych entuzjastów", tylko coraz starsze twarze wciąż tych samych polityków. Młodzież została "spacyfikowana" i będzie ona raczej kooptowana do innych grup. Przed rokiem 1989 młodzież była siłą, która mogła kooptować innych. Teraz jest odwrotnie. Młodzież między 18. a 24. rokiem życia jest w Polsce rozdarta między PO, PiS a Palikotem. Świadczy to o tym, że szuka ona wyraziciela swoich poglądów, ale sama nie proponuje nowej jakości. Jest zatem neutralizowana bądź wykorzystywana przez jakieś inne grupy, sama natomiast nie stanowi grupy samodzielnej.

Jak to zmienić, skoro - jak Pan powiedział - nie bardzo można tu liczyć na polityków?
- Nie można przyjmować, że politycy zwalniają nas z odpowiedzialności i z obowiązku działania. Zamiast liczyć na to, że cokolwiek za nas załatwią, powinniśmy tworzyć ruchy społeczne. To one będą wywierały nacisk na polityków i to one będą ich zmieniały. Partie polityczne działają według własnej logiki. Jeśli będzie im się opłacało bronić życia poczętego, będą to robić, jeśli nie - będą ten temat wyciszać. Światem polityki rządzą inne zasady niż prawda, dobro i piękno. Polityką rządzi zasada "wróg i przyjaciel". Dlatego też trudno jest przekładać idee na język polityki, ponieważ polityka zawsze będzie traktowała idee w sposób instrumentalny. Od ludzi o poglądach lewicowych powinniśmy się uczyć umiejętności zaznaczania swojej obecności w kulturze. Przykład choćby obywatelskiego projektu ustawy o ochronie życia poczętego pokazuje, że ruchy społeczne mogą być naprawdę skuteczne. Kiedy Jan Paweł II na podstawie swoich polskich doświadczeń po raz pierwszy podjął się zorganizowania Światowych Dni Młodzieży, spotykał się - także wewnątrz Kościoła - z głosami, że na pewno się to nie uda, że to zbyt duże przedsięwzięcie, że "wiadomo, jaka jest młodzież". Tymczasem Papież tych defetystycznych głosów nie posłuchał. Zawsze lubił ryzykować.

Ze znanym nam wszystkim efektem. Dziękuję za rozmowę.

--------------------------------------------------------------------------------
Autor jest członkiem kolegium redakcyjnego czasopisma "Czterdzieści i Cztery".

--------------------------------------------------------------------------------
Zamiast liczyć na to, że cokolwiek za nas załatwią, powinniśmy tworzyć ruchy społeczne. To one będą wywierały nacisk na polityków i to one będą ich zmieniały

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my13.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 06 lis 2011, 11:44 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Wołanie starych cmentarzy

Jest ich na obecnych wschodnich kresach naszej ojczyzny cała masa, niekiedy kilka w jednej parafii: prawosławne, greckokatolickie, mogiły powstańców styczniowych, wojenne - z I wojny, z wojny 1920 r., z II wojny...
Krzysztof Wojciechowski

http://www.kresy.pl/kresopedia,architek ... mentarzy-2


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 27 gru 2011, 20:51 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Wojciech Wencel

Prowincja, czyli Polska

Aby polska kultura mogła się odrodzić, musimy wrócić na wieś. Jeżeli nie dosłownie, to mentalnie, zrzucając z siebie piętno mediów i groteskowych ideologii XXI wieku.

"Nasz Dziennik" 24-26 grudnia 2011

Jedną z cech charakterystycznych młodych Polaków są głębokie kompleksy wobec wsi. Ci z dużych miast posługują się anglojęzyczną nowomową, która jest odzwierciedleniem ich kosmopolitycznego stylu życia: clubbing, single, lunch, emo, hipster... Rówieśnicy z prowincji próbują do nich dołączyć, wynajmując mieszkania w Warszawie albo uczestnicząc w medialnych castingach. Podobnie scentralizowana jest oficjalna kultura, oparta na bezwartościowych i przemijających modach. Także strategia gospodarcza, realizowana przez obecną władzę, sprowadza się do inwestowania w metropolie, nazywane "lokomotywami rozwoju". Tymczasem bez prowincji niemożliwe jest trwanie polskiej duszy, bo właśnie tam od wieków rodzą się nasze wspólnotowe wartości: wiara w Boga, zdrowy rozsądek i instynkt wolności.

Od dumy do kompleksów

W 1996 r. Jacek Knopp i Krzysztof Koehler zrealizowali ciekawy, trzyczęściowy dokument telewizyjny "Sarmacja, czyli Polska". Ukazali w nim polskiego szlachcica z XVI i XVII w. w świetle trzech najważniejszych dla niego spraw: głębokiej wiary, swobody politycznej i domu rodzinnego. Ponieważ nasz pradziad czuł się chroniony przez Boga, Maryję i wszystkich świętych, zazwyczaj nie bał się śmierci. Zamiast budować twierdze obronne, fundował swojej rodzinie dwór szlachecki wyposażony w szerokie drzwi, żeby mogły do niego wejść jednocześnie dwie osoby. Sarmacka architektura służyła ludziom serdecznym, którzy prowadząc gościa do sieni, nie zamierzali rezygnować z poklepywania go po plecach. Znamienne, że jeśli dwór się rozrastał, to nigdy wzwyż, a zawsze wszerz, żeby pomieścić cały lud odkupiony.

Ta mistyka zaścianka przez setki lat budowała naszą narodową tożsamość. Fascynuje w Mickiewiczowskim "Panu Tadeuszu", o którym Paweł Hertz powiedział, że zamyka w sobie "całe doświadczenie człowieka mówiącego po polsku i wychowanego w kręgu kultury polskiej" oraz że jest arcydziełem porównywalnym z "Boską Komedią", "Iliadą", "Odyseją" i "Eneidą". Zadziwia i wzrusza w powieści Floriana Czarnyszewicza "Nadberezyńcy", ukazującej czas kształtowania się granic II Rzeczypospolitej z perspektywy szlachty zagrodowej z najdalszych wschodnich Kresów.

Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej prowincja była matecznikiem narodowej kultury. "Polska to obwarzanek: Kresy urodzajne, centrum - nic" - mawiał Marszałek Józef Piłsudski. Po zachłyśnięciu się wielkomiejską przestrzenią przez skamandrytów czy futurystów, w latach 30. XX w. centrum polskiej poezji przesunęło się z Warszawy w okolice Wilna i Lublina. W Równem powstała grupa poetycka "Wołyń". Wiejskie krajobrazy inspirowały Józefa Czechowicza, Józefa Łobodowskiego, Wacława Iwaniuka. "Być prowincjuszem - znaczyło po prostu być kimś, być sobą" - wspominała po latach Anna Kamieńska.

Kompleksy związane z prowincją po raz pierwszy pojawiły się w PRL, która scentralizowała kulturę i uruchomiła mechanizmy "awansu społecznego". To wtedy zaczęły robić karierę docinki o słomie, która "z butów wyłazi". Mieszkańcy prowincji, umieszczeni w upokarzającej rzeczywistości pegeerów, utracili godność i dumę. Przekonanie, że są kimś gorszym od mieszkańców miast, przeniosło się z rodziców na dzieci i w wielu domach trwa do dzisiaj.

Mądrość natury

A przecież życie na prowincji, w zgodzie z porządkiem natury, wciąż ma większy potencjał duchowy i cywilizacyjny niż wegetacja w sztucznych rajach mediów, centrów handlowych i modnych klubów. Zwłaszcza dzisiaj, w epoce agresywnych ideologii, ukazujących jako normalne zjawiska aborcję, homoseksualizm mądrość natury może być dla człowieka trwałym punktem oparcia. Dostosowując się do niezmiennych praw rządzących przyrodą i gospodarstwem, widzi on siebie jako część stworzenia, codziennie uczy się egzystencjalnej pokory. Jak pisze ks. Jan Twardowski w wierszu "Na wsi": "Tu Pan Bóg jest na serio pewny i prawdziwy/ bo tutaj wiedzą kiedy kury karmić/ jak krowę doić żeby nie kopnęła/ jak starannie ustawić drabinkę do siana/ jak odróżnić liść klonu od liścia jaworu/ tak podobne do siebie lecz różne od spodu/ a liści nie zrozumiesz ani nie odmienisz".

Cała ta wiedza wyznaczana jest przez doświadczenie, a nie medialne autorytety. Nie sposób z nią dyskutować, chyba że chce się zostać kopniętym przez krowę czy spaść z drabiny. Mieszkaniec wsi, jeśli nie został uwiedziony przez media, wyciąga wnioski z rzeczywistości. Łatwiej mu szanować świętość życia, bo każdej wiosny podziwia misterium stworzenia, czy wspólnotową tradycję, bo wie, że "zły to ptak, co własne gniazdo kala". Ideologia "nowego wspaniałego świata", z jej praktyką formatowania żywności, opinii i wolnego czasu, nie ma nad nim władzy. Słusznie powiada Jarosław Marek Rymkiewicz: "Kto kupuje kartofle i brukselkę na milanowskim targu u pani Basi (która myśli dokładnie tak jak ja), ma więcej niepodległości niż ktoś taki, kto biega po warszawskich galeriach handlowych". Świadomych mieszkańców Polski prowincjonalnej łączy doświadczenie wolności, która pozwala myśleć i żyć po polsku. Twardo stąpać po ziemi, a jednocześnie mieć poczucie uczestnictwa w sztafecie pokoleń. Zachowywać się normalnie. Cieszyć się z narodzin dziecka, przyzwoitego utargu albo pięknej pogody. Płakać wobec tragedii. Poszukiwać prawdy o świecie, a nie medialnego efektu.

Miniatura kosmosu

Żeby w pełni zrozumieć fenomen prowincji, trzeba przywołać prace Mircei Eliadego o religijności w kulturach pierwotnych. Rumuński historyk religii twierdzi, że podstawową potrzebą człowieka religijnego jest ustanowienie duchowego, ale i topograficznego centrum, odpowiadające stworzeniu świata przez Boga: "Istnieje więc przestrzeń święta, to znaczy "naładowana energią", brzemienna w znaczenia, istnieją też inne obszary przestrzeni, które nie są święte, a w rezultacie nie mają struktury i trwałości, obszary "amorficzne"". Wszystko, co nie mieści się w tej świętej przestrzeni, w ogóle nie jest światem albo inaczej: jest światem iluzorycznym, bo nie zostało na nowo "stworzone". Tak pojmowali rzeczywistość hiszpańscy i portugalscy konkwistadorzy, którzy po przybyciu na nową ziemię natychmiast starali się ją uświęcić przez postawienie krzyża. Jak bardzo taka postawa kłóci się z dzisiejszym kosmopolityzmem, którego symbolem jest lotnisko - przestrzeń programowo neutralna, nieoznaczona, sprzyjająca przygodności.

"Wystarczy pomyśleć tylko o tym - pisze dalej Eliade - czym dla współczesnego, niereligijnego człowieka stały się miasto i dom, natura, narzędzia i praca, by w okamgnieniu zrozumieć, co odróżnia go od człowieka społeczności archaicznych, ale również od chłopa żyjącego w chrześcijańskiej Europie. Dla świadomości nowożytnej akt fizjologiczny - odżywianie się, seksualność itd. - to tylko jakieś zjawisko organiczne, niezależnie od tego, jak wiele tabu może się z tym jeszcze dzisiaj wiązać. (...) Dla człowieka "pierwotnego" taki akt nigdy jednak nie jest tylko fizjologiczny; jest on - lub stanie się - "sakramentem" - aktem nawiązania więzi z tym, co święte".

Mieszkańcy wielkich miast, gnieżdżący się dziś w funkcjonalnych "maszynach do mieszkania" (jak określał współczesne budynki Le Corbusier), zapominają, że dom nie jest lodówką czy samochodem, które można zmieniać kilka razy w życiu, ale obrazem uniwersum, zbudowanym w relacji z najwyższym aktem stworzenia. Podobnie najbliższa okolica to nie przypadkowa przestrzeń, lecz miniatura kosmosu pozwalająca orientować się w świecie, pomagająca rozpoznać, co święte, a co zwyczajne, co dobre, a co złe, co mądre, a co głupie.

Starzec z Korycji

Aby polska kultura mogła się odrodzić, musimy wrócić na wieś. Jeżeli nie dosłownie, to mentalnie, zrzucając z siebie piętno mediów i groteskowych ideologii XXI wieku. Poza wszystkim innym życie na prowincji ma jeden podstawowy walor: przynosi ukojenie nawet wtedy, gdy nie wiąże się z wysokimi zarobkami. W "Georgikach" Wergiliusz pisze: "Przecież pamiętam: w cieniu wież twierdzy Ebalii,/ Tam, gdzie ciemny Galezus wilży płowe pola,/ Widziałem kiedyś starca z Korycji. Wzgardzonej/ Posiadł kilka mórg ziemi, niezdatnej pod orkę/ Ni pod winnicę, ani do pasienia owiec./ Pośród cierni zasadził gdzieniegdzie warzywa,/ A wokół nich werwenę, białe lilie, maki,/ I w sercu był bogaty jak król" (przełożył Zygmunt Kubiak).

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... olska.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 07 sty 2012, 09:25 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Jak to z Soplicowem było

Znikły ostatnie Soplicowa na ziemiach polskich
i tylko z opisów w "Panu Tadeuszu" dzieci nasze
będą się dowiadywały o minionej historii szlacheckiej
.

Julian Przyboś, Czytając Mickiewicza




Majątek Czombrów leżał 17 km na południe od Nowogródka, przy szosie do Baranowicz, i 4 km od Świtezi. W XVII w. ziemie te należały do wojewody Kurcza, który w graniczącej z Czombrowem wsi Walówce zbudował kościółek dla dominikanów. Po Powstaniu Listopadowym kościół został zabrany przez władze carskie na cerkiew, a okolicznych włościan przymusowo przepisano na prawosławie. Wcześniej, w końcu XVIII w., majątek należał do rodziny Uzłowskich. I to za ich czasów w historii dworu pojawił się Adam Mickiewicz.
Zaczęło się od Józefa Uzłowskiego, sędziego sądu granicznego powiatu nowogródzkiego, który najpierw kilka lat dzierżawił Czombrów od Siemiradzkich, aby "rozpoznać majątek", po czym go kupił na własność. U tegoż pana sędziego, jako Imć Pan Ekonom (jak go tytułuje zachowany w rodzinnym archiwum dokument) zatrudniony został Mateusz Majewski, dziad poety po kądzieli. Jego córka, Barbara, pracowała we dworze jako panna apteczkowa. Relacje z dziedzicami musiały być serdeczne, bo gdy już owa Basia została panią Mikołajową Mickiewiczową, pani sędzina Aniela z Wierzejskich Uzłowska podawała przyszłego wieszcza do chrztu w nowogródzkiej farze. W dzieciństwie i wczesnej młodości Adam na pewno bywał u swojej chrzestnej, a od matki i od dziadka - który był kimś znacznie więcej niż zwykłym ekonomem - musiał znać przeróżne czombrowskie opowieści. Stąd zapewne bierze się zaskakujące chwilami podobieństwo tych dwóch rzeczywistości: soplicowskiej i czombrowskiej. Tej literackiej i tej prawdziwej.

Sceneria z Inwokacji
Przede wszystkim zgadza się topografia terenu. Dwór czombrowski usytuowany był na niewielkim pagórku, w pobliżu rósł brzozowy gaj, a z lewej strony opływał go ruczaj, czyli rzeczka Niowda, która naprawdę, wijąc się w podnowogródzkim pejzażu, "na przemiany srebrzy się i złoci, aż nagle zniknie z oczu we mchu lub paproci". Dom, modrzewiowy, pobielany i na podmurówce, stał wtulony w strzeliste topole, chroniące od wiatru jesieni, co najpiękniej widać na znanym zdjęciu Jana Bułhaka, wydanym przed wojną jako pocztówka. Nie było wprawdzie zamku, ale w prostej linii za nieistniejącym dziś domem - nieco bliżej niż zamek w "Panu Tadeuszu", bo o tysiąc kroków dalej, nie o dwa - znajduje się dość wysokie wzgórze będące słowiańskim grodziskiem, z widocznym do dzisiaj kolistym narysem wałów.
Gdy czyta się cudem ocalałe stare dokumenty, okazuje się, że nasza narodowa szlachecka baśń tkwi w czombrowskich realiach bardzo mocno. Że był zajazd (i to nie jeden), był wojski (jak ulał pasuje tu jako pierwowzór Mateusz Majewski), a czombrowska wojszczanka też prowadziła dworską apteczkę; były dwie karczmy - wprawdzie nie "po dwóch stronach drogi, oknami wzajem grożąc sobie jako wrogi", lecz w pewnym oddaleniu od siebie. Naprawdę przeszły tędy wojska napoleońskie, po których pozostały wystawione dla Kazimierza Uzłowskiego kwity rekwizycyjne, a wszystko, jak w "Panu Tadeuszu", działo się przy "wielkiej drodze, którą od strony Niemna ciągnęli dwaj wodze" - czyli przy gościńcu prowadzącym z Nowogródka na południe w stronę Walówki i dalej, w kierunku jeszcze niewiele wtedy znaczących Baranowicz.
Julian Przyboś napisał, że Mickiewicz nie lubił zmyślać i ożywiał w poezji tylko te postacie, które widział w życiu. Muszę przyznać, że "Pan Tadeusz" czytany w kontekście zachowanych w naszym archiwum rodzinnym dawnych pozwów sądowych, inwentarzy gospodarczych i prywatnych listów brzmi bardzo konkretnie. To już nie baśń. Okazuje się, że pewne rzeczy zdarzyły się naprawdę, zdarzyły się w konkretnym miejscu, w konkretnej rodzinie. W mojej rodzinie.

"Mówiłem Panu zawsze: zajechać, zajechać"
Według autorskiego przypisu do paryskiego wydania "Pana Tadeusza", ostatni zajazd na Litwie dokonał się u obywatela U., który "około roku 1817 (...) w województwie Nowogródzkiem, pobił na zajeździe cały garnizon nowogródzki i dowódców zabrał w niewolę". W czombrowskich dokumentach są ślady zajazdów co najmniej kilku. Uzłowscy mieli procesy sądowe graniczne z przynajmniej czterema sąsiadami: z Puszkinami z Marulina i Zaroja, z Krzysztofem Niezabytowskim z Miratycz, z Ludwikiem Hreczychą z Zubkowa i zubkowską szlachtą oraz z "obywatelem Siemiradzkim z Jaroszyc". Wyegzekwować wyrok sądu było niezwykle trudno, więc szlachta, nie czekając na przyjazd niemrawych urzędników, brała sprawę w swoje ręce i wymierzała sprawiedliwość sama - zajeżdżając sporny teren, zupełnie tak jak agitował Gerwazy Hrabiego. W poemacie stronie soplicowskiej przewodzi Wojski, w czombrowskich awanturach na czele skrzykniętego na pomoc "poddaństwa" i szlachty stawał Mateusz Majewski. Czyż Mickiewicz mógł mieć lepszy materiał źródłowy niż opowieści swego dzielnego dziadka, które zapewne miejscami przypominały szlacheckie zatargi z "Pamiątek Soplicy" Rzewuskiego?
W 1821 r. miał miejsce zatarg z Siemiradzkimi z Jaroszyc. Poszło o trzy wsie nieprawnie zajęte, przy czym jedna ze stron wezwała na pomoc Rosjan. Według wybitnego mickiewiczologa Leonarda Podhorskiego-Okołowa, który przytacza archiwalia, ciąg dalszy był taki, że: "Uzłowski wraz z wielką liczbą włościan, napadłszy znów na oddział i na pozostałych ludzi, bił ich. (...) Śledztwo w toku; dla ukrócenia gwałtownych czynów obywatela Uzłowskiego wysłany został znów dostateczny oddział pod dowództwem jednego podoficera". Mickiewicz musiał o tych wydarzeniach słyszeć; mieszkał wtedy w Kownie, a takie wieści rozchodziły się szybko.
Za taką awanturę groził Sybir. Skończyło się na karze pieniężnej (raczej łapówce), w związku z czym Uzłowscy poważnie się zadłużyli i na początku lat 30. XIX w. zmuszeni byli do sprzedaży majątku. Kupił go ich daleki krewny, Kazimierz Karpowicz, regent dekretowy ziemski nowogródzki i regent sądu granicznego guberni grodzieńskiej. Sto lat później cała afera znalazła zaskakująco romantyczny finał. W 1928 r. jego prawnuk, a mój dziadek, Janusz Karpowicz, poślubił Marię z Walickich, w prostej linii praprawnuczkę Anieli Uzłowskiej. I tak dziwnym zrządzeniem losu moja babcia wróciła do utraconego wskutek "ostatniego zajazdu na Litwie" rodzinnego domu swoich przodków.

Nowi właściciele
Jak dalej potoczyły się losy Czombrowa? Na czasy Kazimierza Karpowicza i jego syna Juliana przypadł trudny, budzący wiele emocji, dyskusji i lęków proces przechodzenia od pańszczyzny do nowoczesnej gospodarki opartej na pracy najemnej (kwestię tę jako ważną dla kraju zasygnalizował Mickiewicz w scenie, w której Tadeusz i Zosia obiecują uwolnić włościan). Wiązało się to z poważnymi zmianami w strukturze stosunków społecznych. Odejście od patriarchalno-opiekuńczej roli dziedzica i nadanie włościanom większej samodzielności budziło obawy u obu stron. Mój praprapradziadek Kazimierz ostrożnie się wypowiadał na temat reformy, był jednak jej zdecydowanym zwolennikiem, jak wynika z korespondencji.
Obawiano się między innymi zmniejszenia dochodów, przed czym zresztą Tadeusz ostrzegał Zosię. Dlatego też mój prapradziadek, Julian, prawnik z wykształcenia, po powrocie z Petersburga zaangażował się w próby powołania Towarzystwa Rolniczego dla Litwy, na wzór podobnych instytucji działających w Królestwie Kongresowym, Galicji i Wielkopolsce. Na łamach "Kuriera Wileńskiego" wypowiadał się w sprawie utworzenia towarzystwa kredytowego guberni zachodnich cesarstwa rosyjskiego. Kredyty miały wesprzeć majątki przechodzące reformę. Pisał też na inne tematy, między innymi o nowoczesnych maszynach rolniczych, których był wielkim entuzjastą. Uważał, że uwłaszczenie chłopów nie przyniesie strat majątkom, jeżeli obywatele ziemscy się odpowiednio zorganizują i zabezpieczą, między innymi poprzez podniesienie efektywności produkcji rolnej za pomocą nowoczesnych maszyn oraz dzięki dostępności kredytów. Miało to prowadzić do ogólnego wzrostu dobrobytu, a ten był bardzo ważny, bo jak słusznie napisał prapradziadek: "Im wyżej jaki naród stanie materialnie, tem głębiej, tem silniej rozwinie swoje siły intelektualne".
Czombrów z czasów swego wuja Juliana pięknie opisał we wspomnieniach zatytułowanych "Kraj lat dziecinnych" słynny fotografik Jan Bułhak, który bywał tu częstym gościem, najpierw jako dziecko, potem jako dorosły.
"Bywało tam mnóstwo osób z sąsiedztwa i z dalszych stron i zbierało się doborowe towarzystwo z całego powiatu, a nieraz i przedstawiciele świata intelektualnego. (...) można śmiało było nazwać Czombrów krainą mlekiem i miodem płynącą, ziemią obiecaną, kwiecistą, malowniczą, obfitującą we wszystkie piękności i bogactwa przyrodzone".
W 1911 r., po śmierci Juliana Karpowicza, majątek odziedziczył jego syn Karol. Przyrodnik i chemik z wykształcenia, z wielką pasją wprowadzał u siebie i szeroko propagował nawozy sztuczne, których był takim samym entuzjastą, jak jego ojciec maszyn rolniczych.

Ciężkie lata wojen
Czasy były jak zwykle trudne. Podczas pierwszej wojny światowej w majątku stacjonowały wojska austriackie i niemieckie. Była to właściwie okupacja, podczas której najbardziej cierpiała wieś. Panował głód, ceny żywności szły w górę, a żandarmi austriaccy bezlitośnie zmuszali chłopów do prac przy kopaniu rowów czy wożeniu piasku. "Za robotę naturalnie nic nie płacą, nie karmią, kwitów nawet nie dają" - napisał z goryczą w pamiętniku pradziadek Karol. Mnie zaś w tym samym pamiętniku najbardziej poruszyło to, że w tym czasie w Czombrowie święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy obchodzone były nie według kalendarza gregoriańskiego, razem z katolickimi oficerami kwaterującymi we dworze, ale według tzw. starego stylu, aby, jak pisze pradziadek: "nie stawać w kolizję z naszymi ludźmi". Przeważyła sąsiedzka lojalność dworu wobec wsi - wobec swoich.
Prababcia Maria Karpowiczowa już w 1915 r. zaczęła uczyć dzieci chłopskie z pobliskich wsi Walówki i Radohoszczy, a po wojnie z wielką energią zabrała się do organizowania wiejskiej edukacji. W 1919 r. tak pisze do męża: "...po oświadczeniu p. Prószyńskiego, że rosyjski wcale się wykładać nie będzie, tylko szkoły będą wyłącznie polskie - cała gmina poczapowska odmówiła szkół. Ale ja im powiedziałam, że "budziem uczyć i pa polski i pa ruski" - i teraz wszystkie wioski proszą o szkoły, zgadzają się na wszystkie warunki i z radością przyjmują nauczycielki". Nie ma mowy o polonizacji na siłę. Liczyło się przede wszystkim to, aby zapewnić dzieciom chłopskim wykształcenie, choćby tylko podstawowe, ale i tak dające szansę na lepsze życie.
Pod patronatem dworu powstał teatr wiejski, którego spektakle, odbywające się w budynku czombrowskiej gorzelni, ograbionej z urządzeń przez Niemców, cieszyły się wielkim powodzeniem. W styczniu 1920 r. dzieci wystawiły jasełka, a w kwietniu tego roku dorośli mieszkańcy Radohoszczy - całkiem ambitną sztukę, bo "Cyganów" Kniaźnina.
W lipcu 1920 r. rozpoczęła się druga faza sowieckiej ofensywy i rodzina musiała uciekać na zachód. Do Czombrowa wróciła w listopadzie tego roku, aby zacząć gospodarowanie niemal od pierwszej krowy. "Czombrów trochę podobny jeszcze do chlewuszka - pisze prababcia Maria do mego stryjecznego dziadka Witolda. - Okropnie brudny i odrapany".

Dwudziestolecie względnego spokoju
Pracy w zdewastowanym majątku czekało mnóstwo. Choć było naprawdę ciężko, pradziadek Karol nie poprzestawał na gospodarowaniu. Pracował społecznie w Syndykacie Rolniczym, Spółdzielni Mleczarskiej i Kole Porad Sąsiedzkich. Zakładał Bank Ludowy. Gromadził zbiory entomologiczne i botaniczne i prowadził badania przyrodnicze na terenie powiatu nowogródzkiego oraz Mińszczyzny i Grodzieńszczyzny. Zajął się kwestią ochrony Świtezi i ogłosił drukiem dwie prace na ten temat.
We dworze wznowiła działalność szkoła dla dzieci z Walówki i Radohoszczy. W początkowym okresie uczyła w niej osobiście prababcia Maria. Do nauczania podchodziła twórczo. Dostosowywała sposób prowadzenia lekcji do możliwości uczniów, wprowadzała element zabawy, aby ich zainteresować nauką i ułatwić zapamiętanie materiału. "Urządzamy od czasu do czasu tak zwany "Pochód na Wawel", czyli ustawianie się uczniów, wyobrażających królów, w porządku chronologicznym. Służy to do dobrego zapamiętania, kto po kim panował" - pisze w 1922 r. do inspektora oświaty. Wymyślała gry edukacyjne uprzystępniające szkolną wiedzę. Z zachowanych opisów wynika, że była gra do nauki historii (coś w rodzaju "wojny" na wylosowane fakty historyczne), matematyki, przyrody oraz sprytnie pomyślana "tabelka mnożenia", pomagająca zapamiętać działania tabliczki mnożenia dzięki kojarzeniu liczb z kolorami. Obrazki do tych gier malowała własnoręcznie.
Młodzi ludzie z Radohoszczy i Walówki cały czas mieli szansę sprawdzać się na scenie, gdyż teatr w gorzelni działał nieprzerwanie. Jak wynika ze sprawozdania dla Inspektoratu w Nowogródku, w roku szkolnym 1925/1926 dano osiem przedstawień. Młodzież wiejska mogła korzystać z czombrowskiej biblioteki, była do tego wręcz zachęcana.

Pod znakiem Wieszcza
Tradycje Mickiewiczowskie pozostawały cały czas żywe, a dwór funkcjonował w ogólnej świadomości jako Soplicowo. W 1928 r. nakręcono tu kilka scen plenerowych do niemego filmu "Pan Tadeusz" w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego, i nawet pradziadek Karol zagrał niewielką rólkę - dobrze się prezentował w kontuszu. Niestety, ten fragment nie ocalał, ale zachowało się kilka ujęć dworu, między innymi w scenie, gdy Wojski na kolumnowym ganku wita "młodego panka" oraz gdy Zosia tegoż panka-śpiocha budzi na polowanie, a jej twarz ukazuje się wtedy w specjalnie do filmu wyciętym w okiennicy serduszku.
Czombrów, włączony do tak zwanego Szlaku Mickiewiczowskiego, obejmującego m.in. Nowogródek, Świteź, Worończę, Tuhanowicze, Horodyszcze i Mir, był chętnie odwiedzany przez wycieczki, podejmowane zawsze serdecznie, zdarzało się, że i noclegiem. Bardzo miło za taką gościnę podziękowały wędrujące po Nowogródczyźnie harcerki. "Na pewno nie wie pani, jakie to dziwne, przyjemne uczucie dla nas (...) - serdeczne przyjęcie i to jeszcze gdzie, w Soplicowie, w dworze, o którym pisze Mickiewicz, który ożywił osobom stworzonym przez swą wyobraźnię - pisze druhna Jadzia Czarnocka w 1939 r. - I cały ten dworek przemawiał do nas jak żywy: swoimi pobielanymi ścianami, ganeczkiem z kolumienkami i królującymi przed nim smukłymi topolami. (...) stale zdawało mi się, że to wszystko sen, marzenie, a nie rzeczywistość - ja śpię w Soplicowie!".
Ze znanych osób zawitał tu prezydent Ignacy Mościcki, zwiedzający Mickiewiczowskie strony we wrześniu 1929 r., a także ówczesny konserwator zabytków na województwo wileńskie i nowogródzkie Stanisław Lorentz.
Na początku lat 30. XX w. z inicjatywy Czombrowa rozpoczęto budowę kościółka w Walówce. Choć możliwa była rewindykacja zabranego po Powstaniu Listopadowym na cerkiew kościoła Dominikanów - tego fundacji wojewody Kurcza - wybrano dobre stosunki z białoruską wsią. Wybudujmy własny, nie odbierajmy innym, postanowiła prababcia. Z dworskiej ziemi wydzielony został plac i rozpoczęła się zbiórka pieniędzy. Za pomocą zabaw, loterii i kwesty w dwa lata zebrano 3500 złotych. Fundusz budowy zasilały datki wycieczek przyjeżdżających do Czombrowa-Soplicowa. Poświęcony w 1933 r. kościółek nie stał długo. W latach 40. XX w. bolszewicy rozebrali go i wywieźli; uratowane sprzęty liturgiczne po wojnie zostały przekazane do jednego z toruńskich kościołów.

Druga wojna światowa
O przeżyciach mieszkańców Czombrowa w czasie okupacji sowieckiej, niemieckiej i potem znów sowieckiej, można napisać osobną historię. 17 maja 1940 r. NKWD aresztowało pradziadka Karola i mego stryjecznego dziadka Józefa. Parę miesięcy później wywieziono ich i ślad po nich zaginął. Rodzina się rozproszyła. Część wyjechała, część próbowała trwać na miejscu. Wywózki uniknęli dzięki życzliwym ludziom, którzy parę razy ostrzegli na czas. Aż przyszło późne popołudnie 16 maja 1943 roku. Do dworu przyjechali czerwoni partyzanci i dali tyle czasu na wynoszenie rzeczy, ile zajęło im wniesienie do środka słomy i podpalenie. Na szczęście nikt nie zginął, jak się stało w niedalekiej Worończy, gdzie być może ten sam oddział spalił dwór wraz z ciałami zamordowanych właścicieli.
Z Czombrowa-Soplicowa, niegdyś obfitującego, jak pisał Jan Bułhak, "we wszystkie piękności i bogactwa przyrodzone", pozostało puste miejsce "na pagórku niewielkim", teraz otoczone brzydką powojenną zabudową. Tamtego tragicznego majowego popołudnia, gdy płonął "panskij dom", tylko jeden mieszkaniec wsi, nazwiskiem Fursa, odważył się przyjść i pomóc ratować dobytek. Zawsze myślę o nim z wdzięcznością. Ma on swój udział w tym, że ocalały wtedy stare listy, inwentarze, regestry, sądowe pisma i wyroki - wspaniałe dokumenty jeszcze z czasów Uzłowskich. I że dziś można potwierdzić stare i natknąć się na nowe, dotąd nieznane Mickiewiczowskie tropy w historii Czombrowa.

Joanna Puchalska, historyk sztuki, tłumacz
--------------------------------------------------------------------------------

Autorka jest prawnuczką ostatniego dziedzica Czombrowa, razem z Anną Lisiecką przygotowała cykl audycji radiowych "Droga do Soplicowa", emitowany w Programie 1 PR i uhonorowany przez SDP wyróżnieniem Nagrody im. Macieja Łukasiewicza.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my13.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 10 mar 2012, 10:01 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Nagłowice Mikołaja Reja

Nagłowiczanin. Pan Nagłowicki. Mikołaj Rej z Nagłowic. Osiadł w tej siedzibie - krzepki trzydziestoparolatek - po roku Pańskim 1559. "Ten to Mikołaj Rey wyszedł był z staradawnego a poćciwego domu, które zawżdy Reymi zwano, którzy się zawżdy pisali z Nagłowic" - czytamy w sławnym życiorysie, do którego odwoływać się będziemy... Powiedział: "Naszy przodkowie, chociaj prości byli,/ Niewiele mędrowali, a wiele czynili".
Tenże ród "cichy, skromny, poćciwy", świetnie skoligacony z kasztelanami krakowskimi i królewskimi kapelanami, celował w ożenkach fortunnych, a płodnych. Dziad - imiennik Mikołaja Reja z małżonką swą Barbarą - posażną jedynaczką - mieli dziatwy dwanaścioro, w tym ośmiu synów. Jeden z nich - Stanisław "udał się był na rycerski chleb do ziem ruskich"... Ożenił się świetnie z bogatą dwukrotną wdową - Barbarą de domo Herburtówną, pochodzącą ze sławnego rodu, o którym legenda mówiła, że w orły się przemieniać umiał.
5 lutego roku 1505 w Żórawnie (vel Żurawnie) nad Dniestrem przyszedł na świat syn Barbary z Herburtów i Stanisława Reja, któremu dali imię dziada - Mikołaj.
Jak pisze z emfazą Stanisław Wasylewski w księdze "Rej z Nagłowic" (wydanej we Lwowie w sławnym przedwojennym cyklu "Wielcy ludzie"): "Tym razem Herburtówna urodziła orła, pod którego skrzydłem rozwinąć się miała literatura narodowa polska i który ważył się na loty wysokie, jakich nikt przed nim podjąć się nie ośmielił".

"Jako w lesie zając"
Na razie wszakże nic tych lotów nie zapowiadało. O latach pacholęcych przyszłego "ojca literatury polskiej" mówi wiarygodne świadectwo zawarte w niezwykle cennym dokumencie, do którego odwoływałam się powyżej. A jest to ów Rejowy życiorys, czyli "Żywot i sprawy poćciwego ślachcica polskiego, Mikołaja Reya z Nagłowic, który był za sławnych królów polskich, Zygmunta Wielkiego, pirwszego tym imieniem króla polskiego, a potym za Zygmunta Augusta, syna jego, także wielkiego a sławnego króla polskiego; który napisał Andrzej Trzecieski, jego dobry towarzysz, który wiedział wszytki sprawy jego". Życiorys ów, wydrukowany w roku 1568 jako dodatek do ostatniego wielkiego utworu Mikołaja Reja, czyli "Źwierciadła", jest przedmiotem pasjonującego i nierozstrzygniętego sporu naszych znamienitych historyków literatury - jest-li to oryginalny utwór pióra dość przeciętnego i w banalnych panegirykach celującego poety - czy też sam Mikołaj Rej skreślił ten świetny, pełen wigoru szkic, stylizując perfekcyjnie autobiografię na idealny żywot "poćciwego ślachcica". Zwolennicy tej tezy wskazują, że biografia pisana jest typowym językiem Reja - soczystym, jędrnym, pełnym werwy, czyli - "po nagłowicku".
Dodajmy z żalem i wstydem, że nie mamy dotąd pełnej, udokumentowanej biografii Reja i utwór być może tylko sygnowany nazwiskiem Trzecieskiego pozostaje do dziś nie tylko jednym z najcenniejszych zabytków prozy staropolskiej, lecz także fundamentem wiedzy o życiu "ojca literatury polskiej".
Dowiadujemy się tedy, iż "ociec" Stanisław - "człowiek pobożny, poczciwy a spokojny" do szkół we Lwowie i Krakowie posłał jedynaka późno i na krótko, liczący lat 13 Mikołajek powrócił do Żórawna, "nic się nie nauczywszy". Tamże - jak powiada życiorys - biegał z rusznicą i wędką do lat osiemnastu, "bąki strzelając", rybki łowiąc... Synem był chyba dobrym, w "Żywocie człowieka poczciwego" będzie przykazywał: "Miejże to na pilnej pieczy, abyś ni w czym nie był przykry rodzicom twoim". Ale kłopotów mieli z nim niemało, nim się ustatkował... Wysłany do stryja na ziemię świętokrzyską i sposobiony do służby na jakimś godnym dworze, z pięknego materiału na stroje kupionego pokroił proporczyki i przywiązywał je wronom, by inne ptactwo straszyły... Strapiony "ociec" przyjechał z Rusi, "a pan młody się ćwiczy z wronami". Rada w radę - udało się niesfornego młokosa umieścić na dworze wojewody sandomierskiego - Andrzeja Tęczyńskiego - z familii Rejowej prababki, "a był to człowiek zacny i mądry". I tu wreszcie przez lat pięć Mikołaj Rej "jął się już był przegryzować po trosze" przez arkana edukacji, poznawał łacinę, uczył się pisać listy, czytał...
Do rzetelnych studiów zachował awersję, co wyraził po latach w "Żywocie człowieka poczciwego" w rozdziałku "Czego się dziecię uczyć ma": "Niechże go z młodu nie bawią owemi gramatykami, logikami, arytmetykami". Moja antymatematyczna dusza całkowicie się z panem Mikołajem zgadza i popieram jego przykazanie, by w ramach edukacji młódź czytała życiorysy "zacnych ludzi", którzy celowali "w sławie, cnocie i poczciwości". Do czytania zachęcał będzie w wielu swych dziełach. "Czytanie - wielka rozkosz" - powie.
W roku 1530 dwudziestopięcioletni Mikołaj Rej poślubia kuzynkę prymasa arcybiskupa, której nazwisko w życiorysie Trzecieskiego brzmi "Kosnówna", i tak je powtarza biogram Reja w Polskim Słowniku Biograficznym. Naprawdę zwała się - Zofia Kościeniówna i wniosła potężny posag w ziemi chełmskiej.
Co wiemy o tym mariażu? "(...) szukajże sobie żonki staniczku sobie równego, wychowania a ćwiczenia roztropnego, obyczajów nadobnych a wstydliwych" - będzie zalecał Rej młodzi... W "Żywocie człowieka poczciwego" nakreśli sielankowy obrazek szczęśliwego pożycia, "przechadzek po sadkach i ogródkach", gdy oboje "ziółeczka sadzą" "z wielką ochotą", po czym "przyszedłszy do domeczku (...) obrusek biały, łyżeczka, miseczka (...) chleb nadobny, jarzynki pięknie przyprawione, krupeczki bieluchne (...) kureczki tłuściuchne. Owa w każdy kącik, gdziekolwiek weźrzysz, wszystko miło...". Dobra żona jest prawdziwie "okrasą domu, jasną pochodnią"... Prawda, że czasem irytuje ślubnego wymaganiami: "Kupisz jej dziś koszulkę, jutro chce rańtuszka,/ A na święta pstrej sukni, ze smalcem łańcuszka".
Ale gdy się "upodoba poczciwa dzieweczka, miejże ty Pana Boga dziewosłębem, a anioły jego swaty".
Pani Zofia Rejowa, "córka Jana Kościenia z Sędziszowa, dzierżawczyni dóbr i wsi królewskich", pojawia się w dokumencie Zygmunta Starego z 1540 r. przyznającego jej na prośbę Mikołaja Reja przywileje finansowe "i przez to król daje uczuć Zofii Rejowej, jak powinna być przejęta miłością względem swego małżonka". Czyli, jak rzecze ów małżonek:
Bo co jest piękniejszego,
gdy żona poczciwa
Cnotliwemu mężowi
zawżdy wierna bywa,
Ano za nimi chodzą
nadobne dziateczki,
Nie inaczej, by piękne
pod drzewkiem kwiateczki.
Kwiateczków, zgodnie z tradycją Rejową zakwitł ogródek potężny - synów trzech, córek pięć. "(...) gdy dziateczki wdzięczne (...) jako ptaszątka około stołu biegając, świerkocą (...), jaka to jest rozkosz a jaka pociecha!" - czytamy w "Żywocie", wierząc, że owe szczęście rodzinne znane było Mikołajowi z autopsji...
W swym poetyckim autoportrecie mówi: "Jam już tak doma siedząc, obrał sobie pokój"... Wizerunek osiadłego domatora potwierdza sławny wiersz:
Bom ja prosty Polak,/ nigdzie nie jeżdżając/
Tum się pasł na dziedzinie,/ jako w lesie zając...

"Daj nam Panie myśl i serca"
Wbrew "poćciwemu" portretowi (a może autoportretowi?) skreślonemu w "Żywocie i sprawach" jawi się Mikołaj z Nagłowic jako wielka, różnobarwna, a nierzadko sprzeczności pełna osobowość renesansu. Tego zająca rzekomo na miedzy nagłowickiej przycupniętego charakteryzowała ogromna ciekawość świata i ludzi, odwaga w podejmowaniu wyzwań, pasja odkrywania nowości, naprawy rodaków i obyczajów...
Dworzanin królewski, poseł na sejm, moralista i reformator, pieniacz i miłośnik muzyki, obrońca języka ojczystego, żarliwy patriota i skrzętny gospodarz, frywolny i rozmodlony, uwielbiany i atakowany. Oto Rej.
Niechętni przezywali go "moczygębą", a na pewno sobie na ten epitet nie zasłużył, bo wśród nałogów, które piętnował, pijaństwo zajmuje miejsce poczesne:
Wszak jawnie w każdym widasz, kiedy łeb zaleje,
Jeśli lepiej niż dzikie źwirzę
nie szaleje.
Powtórzy ten obrazek prozą w "Żywocie człowieka poćciwego", gdzie odrażający pijus "chrapi, sapi" i tak mu "w opilstwie czas marnie ginie".
Lubił "biesiady wdzięczne" z przyjacioły, był człowiekiem radosnym. Uważano go za jednego z najdowcipniejszych ludzi zygmuntowskich czasów, o czym świadczą jego błyskotliwe "Figliki". I z "Figlików" pochodzi najsłynniejszy cytat:
A niechaj narodowie
wżdy postronni znają,
Iż Polacy nie gęsi, iż swój
język mają!
Wielki obrońca praw ojczyzny-polszczyzny martwi się, że wkradła się wobec niej "nikczemna niedbałość" i sam pisze "nie dlaczego inszego", lecz "dla języka swojego polskiego". Bo literatura ma służyć i królować zarazem - aby ci, którym talent Pan Bóg dał - "naród swój i język zdobili". Zdobi go Rej giętkością, wyrazistością, potoczystością... Otwiera przed nami w swych dziełach skarbnicę żywej polskiej mowy codziennej.
W "Żywocie i sprawach" Trzecieski (a może sam Rej?) opowiada, że pisanie mu "tak snadnie przychodziło", że "tego przez jednę noc napisał, co chciał, bo we dnie nie mógł, bo był barzo ludźmi zabawiony; panięta a ludzie młodzi zawżdy się około niego bawili". Komentując tę nocną twórczość, współcześni nam historycy literatury złośliwie zauważają, że musiałby Rej cierpieć na chroniczną bezsenność, zważywszy na ogrom jego dzieła i oszałamiającą wszechstronność gatunków literackich, których był prekursorem.
Moralitety, misteria, poematy, dramaty i traktaty, kazania, dialogi polityczne, liryki, psalmy, pieśni, gawędy, epigramy... Obok dzieł olbrzymów - po siedemset stronic liczących - miniaturowe hasła, które miały zdobić drzwi domostw, jak tytuł tego rozdziałku... Rej zwraca się do czytelnika nie tylko jako narrator, lecz i orator - "słuchajże, mój miły bracie...".
Posłuchajmy... "Dajże nam, wszechmocny nasz Panie, taką myśl i takie serce - k Tobie - abychmy mogli znaleźć w sercach swoich taką wiarę, stałość i pokorę...". To "Modlitwa" Mikołaja Reja. Wprowadził nowy gatunek religijnej pieśni - hejnały. "Hejnał świta" - pobudka i pochwała Stwórcy, pieśń poranna - przypominająca wołanie wartowników. Do dziś siostry karmelitanki w Krakowie budzone są na jutrznię Bożego Narodzenia pieśnią "Hejnał świta, siostry moje".
W moralitecie "Kupiec" - Chrystus rozgniewany na grzeszników zarządza Sąd Ostateczny. Staje na nim wśród oskarżonych Kupiec, który wygnał od siebie sumienie, ożenił się z Fortuną i ma synka zwanego Zyskiem... Nadzieją na ułaskawienie może być tylko głęboka wiara. "Wszak to wie/ Człowiek każdy żywy,/ iż zawżdy jest przy prawdzie/ Pan Bóg sprawiedliwy".

Stróż Rzeczypospolitej
"Rad służył Rzeczypospolitej" - czytamy w "Żywocie i sprawach" - "żadnego sejmu, zjazdu, ani żadnej sprawy koronnej" nie opuścił. Sam pan Mikołaj powiada: "Będąc Polakiem życzliwym narodowi swemu i Ojczyźnie - tej, która mnie jako własna matka wydawała - musiałem się tym kamieniem uczynić, który by mówić umiał"...
A mówić umiał o Rzeczypospolitej - zawsze dostojnie i z miłością, Matką ją tytułując. W "Upominaniu" do "miłych braci" - rodaków przykazywał: "niechaj wżdy tę oną matkę na baczności mają", w "Przemowie krótkiej do poćciwego Polaka stanu rycerskiego" marzył, "aby ta święta a sławna ojczyzna nasza, a prawie jako własna matka nasza była na lepszej pieczy u tych polskich synów swoich". Uważał służbę poselską za misję, posłów i senatorów nazwał pięknie "stróżami Rzeczypospolitej". Jego wystąpienia na sejmach historycy oceniają bardzo wysoko. Dostrzega wady naszego społeczeństwa i przepowiada ponuro:
W łasce a w zgodzie małe urastały
Państwa, w niezgodzie
wielkie upadały.
Rzeczpospolita ta jest
prawa matka,
A przez złe syny zginie do ostatka.
Był Mikołaj Rej faworytem obu królów Zygmuntów - ojca i syna, zdobył sobie nawet swym urokiem nader kapryśną i wymagającą królową Bonę... Obdarowywał swego dworzanina szczodrze król Zygmunt August "za wierność i doświadczone przywiązanie". Za królewskie dary Rej odpłacił po królewsku, dedykując monarchom swe dzieła.
Gdybyż życie Mikołaja Reja było tak udokumentowane jak jego działalność gospodarcza. W roku 1892 Zbigniew Kniaziołucki zebrał w archiwach 800 dokumentów dotyczących Reja - wielkiego biznesmena. Kupuje, sprzedaje, dzierżawi, pożycza, buduje, zamienia - i oczywiście procesuje się zajadle... W skład jego dóbr wchodzi wsi dwadzieścia - i dwa miasta, które Rej założył - to Rejowiec (1547) na Lubelszczyźnie i Oksza (1554 - dziś Oksa) nieopodal Nagłowic, które otrzymało imię od herbu Rejów Oksza, w którym widnieje topór.

"Sława nie zginie"
"Zając"-domator musiał podróżować nieustannie, krążąc między swymi rozległymi dobrami od Dniestru po Nidę. Niezmordowany, pełen wigoru, nieprawdopodobnie pracowity.
Nie żałował apanaży na szatę swych ksiąg. Dzieła Reja należą do najpiękniej wydanych druków staropolskich, zdobne wspaniałymi rycinami, drzeworytami, winietami. To jedyny pisarz, którego oryginalne konterfekta pojawiły się w księgach, w całym splendorze renesansowego przepychu wzorzystej materii, futer, klejnotów.
Obydwa wizerunki Reja (oblicze chmurne, a dostojne) - pochodzące z lat 1555-1556 - zdobiły dzieło ostatnie - "Źwierciadło albo kstałt, w którym każdy stan snadnie się może swym sprawam, jako we źwierciedle, przypatrzyć".
Najpotężniejszą część "Źwierciadła" - "Żywot człowieka poćciwego" (teraz konsekwentnie w wersji współczesnej - poczciwego) - uznano za pierwszy polski poradnik wzorowego gospodarowania. "Nagłowiczanin" (jak go często zwano) daje tu popis rolniczej eksperiencji, wytyczne, jak orać, siać, hodować... (Tu należy od razu powiedzieć, że w konkursie "Nasze kulinarne dziedzictwo" w roku 2006 święciła triumfy szefowa Dworku Reja w Nagłowicach - Lidia Titow - przyrządziwszy smakowicie "ćwikiełkę pana Reja"!)
Żywot rolnika poczciwego aż skrzy się od powabów - "niosą jabłuszka, gruszeczki, wisneczki, śliweczki (...), z ogródków ogóreczki, (...) ano - młode masełka, syreczki nastaną, jajka świeże, ano kurki gmerzą, gąski gęgają, jagniątka wrzeszczą, prosiątka biegają, rybki skaczą".
Mickiewicz w wykładach o literaturze słowiańskiej z katedry Collřge de France w Paryżu uznał, że "Źwierciadło" jest "skarbnicą dawnego obyczaju".
Doczekał się Rej sławy i za żywota. Sam Jan Kochanowski powiedział o drodze literatury ojczystej, iż "szedł nią już Rej przede mną, nie bez łaski Boga. I zdobył chwałę...".
"Żegnanie ze światem" - to finał "Źwierciadła". Czas minął. Człek-pielgrzym dotrze do przystani. W części zatytułowanej "Rok na czterzy części rozdzielon" Rej mówi o starości z pogodą, żywot ludzki do cyklu czterech pór roku porównując.
Minęła "wiosna onej kwitnącej młodości twojej", przeszło lato dojrzałości i "chłodna jesień". "Już niczego nie czekasz, jedno onej spokojnej zimy, abyś też sobie odpoczynał...".
W "Żegnaniu się ze światem" mówi Rej "Do Boga":
Ty też, mój miły Panie
z nieba wysokości,
Przyjm więc ducha mojego;
ziemia niech ma kości. (...)
Bo jeślim źle szafował
tu żywotem swoim,
Zakryjże to, mój Panie,
miłosierdziem Twoim.
Gdzie kości złożył - nie wiemy. Daty pożegnania ze światem - nie znamy. Z dokumentów wynika, iż stało się to między 8 września a 4 października roku 1569 - "w tej Okszy, którą sobie fundował i kościół zbudował, powiadał, iż miał wolą swe kości położyć".
Być może tak się stało.

"Potomek zacny"
O stanie Rejowej wiedzy wśród współczesnych nam Polonusów świadczy konstatacja pomieszczona w edycji albumowej o dworach literatów polskich (wyd. 2008-2009) - "Po śmierci poety jego włości odziedziczyli synowie, ale o ich życiu i poczynaniach nic nie wiemy".
Ależ wiemy, wiemy. Każdy z trzech synów ma piękną kartę zasług w życiorysie. Mikołaj - najstarszy, ojcowski imiennik - był rotmistrzem wojsk koronnych, walczył ze swą rotą (150 żołnierzy!) w bitwach Litwinów o Inflanty; Krzysztof - dworzanin króla Zygmunta III, poseł, dziedziczył Rejowiec i linia jego potomków trwa do dziś; Andrzej - najmłodszy - dziedzic Nagłowic i Okszy, sędzia i poseł.
Sensacją Nagłowic stała się w roku 1994 wizyta ambasadora Stanów Zjednoczonych Nicholasa Reya, znanego także jako Mikołaj Andrzej Rey. Był to w prostej linii potomek wielkiego Mikołaja, urodzony w Warszawie w roku 1938, rzucony losami wojny za ocean. Absolwent Uniwersytetu w Princeton, założyciel i gorliwy działacz Polsko-Amerykańskiej Rady Konsultacyjnej, wybitny dyplomata mianowany przez prezydenta Clintona ambasadorem w kraju swego wielkiego protoplasty, sprawował tę funkcję w latach 1993-1997 niezwykle godnie i owocnie.
Mottem Związku Rodu Rejów winny być słowa wielkiego protoplasty: "Potomek zacny ozdobi swe przodki,/ Wszeteczny zelży i rodzone ciotki!".
U finału Roku Reja - w dniu Święta Niepodległości - 11 listopada 2005 r. - odbył się w Nagłowicach zjazd Rodu Reyów. Wręczono dar - kopię wizerunku Andrzeja Reya pędzla samego Rembrandta (oryginał znajduje się w muzeum waszyngtońskim).
Wrzesień 1988 r. - to kluczowa data w dziejach Rejowskich Nagłowic. Po gruntownym remoncie powstaje Dworek Mikołaja Reja - z ekspozycją poświęconą nagłowickiemu panu. Kolekcja ksiąg i drzeworytów, barwne freski ilustrujące "Rok na cztery części rozdzielon", pyszne kostiumy renesansowe jak z wiersza Reja "Złota pełno na szyi, hatłasy, aksamity"...
Dworek Reja dysponuje wygodnymi pokojami gościnnymi, pełni funkcję biblioteki (15 tysięcy woluminów!) i co najważniejsze - jest żywym, promieniejącym ośrodkiem pamięci i kultury, kierowanym sprężyście i mądrze przez świetną białogłowę Lidię Titow.
Co roku 6 grudnia - w dniu imienin Mikołaja, odbywają się tu biesiady literackie i konkursy, latem trwa Jarmark Staropolski u Imć Pana Reja: występy świętokrzyskich zespołów artystycznych, zawody Bractwa Rycerskiego z Sandomierza, prezentacje spektakli na podstawie twórczości Reja w interpretacji młodzieży.
W roku 2006 odbył się w Nagłowicach wielki zjazd szkół noszących imię Mikołaja Reja. Przybysze z całej Polski popisywali się znajomością twórczości i żywota patrona, po czym dwornie wpisywali się gospodarzom: "Piękny dworek tutaj macie, Reja zacnie wysławiacie", a także zapewniali: "Mikołaja Reja potęga - aż do Częstochowy sięga!", "Mikołaj Rej - dobrze o tym wiecie, znany jest w Mszanie Dolnej i na całym świecie".

Barbara Wachowicz

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my21.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 04 maja 2012, 08:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Pamiętajmy, żeśmy Sarmatami!

Wolność zawsze stanowiła wartość szczególnie ukochaną przez Polaków, co utrwaliło się w dziejach Narodu jako jedyna w swoim rodzaju, wręcz nieporównywalna w świecie osnowa naszej historii i kultury. Tej właśnie cesze zawdzięczamy w największej mierze to, co pozostaje w dziedzictwie europejskim naszym trwałym i chlubnym udziałem.

Sarmacja znaczy to samo, co Polska – niegdyś była to wiedza powszechna. Nazwa Sarmatia Europea, czyli Sarmacja Europejska - na oznaczenie ziem położonych nad Wisłą i Dnieprem - pojawia się w średniowiecznej Europie już przed Chrztem Polski. Jest to - obok wielu innych racji - zgodne z panującym w dawnej Polsce przekonaniem, iż początek naszemu narodowi dali słynni starożytni Sarmaci. Sławę swoją zawdzięczają oni rzymskim kronikarzom, którzy opiewali ich jako wolny i niezwykle waleczny lud konnych wojowników. Starożytni Rzymianie bywali w starciach zbrojnych pokonywani przez Sarmatów, panujących wówczas nad olbrzymim terytorium od Wołgi do Dunaju. Z pewnością lud ten cechowało iście rycerskie poczucie dumy i wolności. Toteż ilekroć później Polak określał siebie mianem Sarmaty, wraz ze wskazaniem na polską tożsamość - podkreślał swoistą wolność oraz dumę jako nieodrodne jej przymioty.

Wolność zawsze stanowiła wartość szczególnie ukochaną przez Polaków, co utrwaliło się w dziejach Narodu jako jedyna w swoim rodzaju, wręcz nieporównywalna w świecie osnowa naszej historii i kultury. Tej właśnie cesze zawdzięczamy w największej mierze to, co pozostaje w dziedzictwie europejskim naszym trwałym i chlubnym udziałem. Wolność tudzież poszanowanie godności i praw osoby każdego obywatela stanowiły przecież w dawnej Rzeczypospolitej fundament ustroju, czyli organizmu państwa oraz tętniącego w nim życia społecznego. Owo szczególne umiłowanie wolności przez nas, Polaków, okazało się wreszcie niezbędnym i wystarczającym motywem ciągłych walk i zmagań, jakie prowadzili nasi ojcowie dla obrony lub odzyskania suwerenności pośród narodów.

A duma? Ta nieodrodna siostra złotej sarmackiej wolności - czy słusznie spotyka się z zarzutem narodowej megalomanii? Czy nie była postawą naturalną i w pełni uzasadnioną? Przodkowie nasi mieli wszakże niekłamane i niezaprzeczalne poczucie własnej wartości jako przedstawiciele Narodu, który pośród innych miał bądź co bądź wybitne znaczenie.

Przez ćwierć tysiąclecia stanowiła nasza Rzeczpospolita pod wieloma względami nie byle jaką potęgę. Byliśmy, mówiąc językiem współczesnym, światowym supermocarstwem, do którego dziś (pod względem politycznego znaczenia) przyrównywać można by Stany Zjednoczone. Dysponowaliśmy potężną siłą militarną, która budziła powszechny respekt. Szczególnie nasza ciężkozbrojna jazda, zwana husarią nie znajdowała sobie równych w świecie.

Byliśmy przy tym - pod względem tzw. stopy życiowej, czyli zarówno poziomu życia i własności wolnych obywateli, którzy u nas stanowili wiele wyższy procent niż w innych krajach, jak i nawet pod względem poziomu życia ludności pozostającej w poddaństwie - zdecydowanie najbogatszym krajem Europy. Była wówczas Polska znana jako „mlekiem i miodem płynący” kraj legendarnych bogactw. Tak postrzegali nas w czasach „potopu” żądni łupów Szwedzi.

Owemu bogactwu materialnemu odpowiadało imponujące w świecie bogactwo polskiej kultury. Znaczna część licznej u nas szlachty cieszyła się takim wykształceniem, o jakim gdzie indziej marzyć mogli tylko najwybitniejsi arystokraci. Ci wykształceni Polacy, wykazując się biegłą znajomością łaciny, klasycznych utworów starożytnych poetów i filozofów, jak i Pisma św., powszechnie bawili się pisaniem wierszy oraz systematycznie uprawiali rodzaj własnej domowej eseistyki w ramach tzw. sylwy szlacheckiej (łac. „silva rerum”), a była to literatura na najwyższym wówczas europejskim poziomie. W środkowowschodniej i wschodniej Europie polszczyzna stała się dworskim językiem międzynarodowym i pozostawała nim do chwili wyparcia jej przez język francuski, gdy nasza Rzeczpospolita traciła już swoje znaczenie. Na całym świecie podziwiano prześwietny nasz strój, a pośród moskiewskiej arystokracji ubierać się „z polska” uchodziło za szczyt elegancji. Wówczas też kwitło sarmackie malarstwo portretowe, w dwóch wersjach: sarmackiego portretu reprezentacyjnego oraz sarmackiego portretu trumiennego, stanowiące oryginalnie polski nurt w sztuce baroku. To był specyficznie i swoiście polski styl w malarstwie europejskim.

Wreszcie, skoro ciągle oddajemy hołd Atenom jako pierwszej w świecie, starożytnej demokracji, dlaczego tak często sami zapominamy i innym nie przypominamy, że to właśnie nasza Rzeczpospolita - ta Sarmacka! - była pierwszą w świecie nowożytnym i, jak mniemam - do tej pory jedyną udaną demokracją. Ściśle mówiąc, była ona jakby ucieleśnieniem arystotelejskiego marzenia o idealnym ustroju, który harmonijnie łączyłby w sobie cechy demokracji, oligarchii i monarchii. A że była to demokracja niezwykle udana, najdobitniej świadczy fakt, iż przez ponad sto sześćdziesiąt lat od wprowadzenia zasady zgody („liberum veto”) ani razu nie doszło do zerwania sejmu. Przeciwnie, naród ten, ciesząc się taką wolnością, o jakiej gdzie indziej w świecie nie wolno było nawet pomarzyć - potrafił roztropnie rządzić w poczuciu najwyższej odpowiedzialności, tworząc niezrównaną potęgę polityczną, militarną, gospodarczą i kulturową. Ciekawe, czy współczesny nasz sejm w jakimkolwiek składzie wytrzymałby 164 lata bez zrywania obrad, mając do dyspozycji taką możliwość?... Sarmatom to się udało!

Sarmatami całą duszą i całym sercem czuło się wielu najwybitniejszych Polaków i z sarmackiego ducha rodziły się wiekopomne dzieła naszej narodowej kultury. Nawet dzieci wiedzą, że naszą epopeją narodową jest „Pan Tadeusz”. Chociaż w dziele tym Wieszcz zachowuje krytyczne spojrzenie, nie tając bynajmniej „swojskich” słabości, stanowi ono bezsprzecznie wielką pochwałę sarmackiego ducha, sarmackiej kultury i sarmackich obyczajów.

Z kolei określana mianem naszej muzycznej epopei narodowej opera Stanisława Moniuszki „Straszny Dwór”, do której libretto napisał Jan Chęciński - zda się zaklętą w pięciolinii, a ożywającą na scenie sarmacką duszą Narodu. Miecznik w swej arii w rytmie poloneza głosi ideał Polaka w stuprocentowo sarmackim wydaniu. Z kolei Stefan w arii z kurantem, owładnięty miłością i tęsknotą wspomina ojca, który jego lub Zbigniewa, starszego syna ucząc drewnianym władać pałaszem, tak często nucił ten sarmacki śpiew. Zresztą cała partytura, libretto, scenografia i choreografia tej naszej muzycznej epopei narodowej wręcz przesycone są sarmackimi treściami: ideami, symbolami, oznakami, wspomnieniami i … tęsknotą.

A sarmacka i arcysarmacka w swej wymowie trylogia Henryka Sienkiewicza? Czy można sobie bibliotekę polskiej literatury wyobrazić bez „Ogniem i mieczem”, „Potopu” i „Pana Wołodyjowskiego”? Lektura tych powieści wspaniale kształtowała patriotyczne postawy wielu pokoleń Polaków.

A hymn narodowy? Czyż autorem jego słów nie jest zagorzały Sarmata, uczestnik Konfederacji Barskiej i przedstawiciel najwyraźniej sarmackiej rodziny na Pomorzu - Józef Wybicki? A czy można sobie wyobrazić bardziej sarmackiego bohatera, o bardziej sarmackich poglądach i uczuciach niż genialny przywódca Konfederacji Barskiej, a zarazem znany i czczony w Ameryce - jako bohater Stanów Zjednoczonych - Kazimierz Pułaski?

A jeszcze wcześniej, kto pod Wiedniem odegrał pierwszorzędną rolę w dziele ocalenia Europy od zagłady? Czyż nie król-Sarmata Jan III Sobieski na czele sarmackiej jazdy? Podobnych przykładów można by mnożyć, a mnożyć!

Zatem nie zapominajmy, iż niezależnie od tego w jakiej mierze jesteśmy potomkami tamtych starożytnych Sarmatów, których sławę głosili rzymscy kronikarze, z pewnością naszym niezbywalnym dziedzictwem pozostaje wszystko to, co imię owo w odniesieniu do nas wyraża. Dopóki mówimy o sobie „my, Sarmaci”, dopóty czujemy się przedstawicielami nie jakiegoś tam, lecz tegoż Polskiego Narodu, który przez ćwierć tysiąclecia stanowiąc potęgę, cieszył się nieporównywalną wolnością, dumą oraz bogactwem. Zachowując tę sarmacką tożsamość, pozostajemy - świadomymi naszego nie byle jakiego miejsca i roli w Europie - spadkobiercami pięknych tradycji rycerskich tudzież wspaniałej szlacheckiej kultury. Do tego dziedzictwa my, wszyscy Polacy mamy niezbywalne prawo, zaś jego kultywowanie jest naszym moralnym obowiązkiem.

Dzisiaj, gdy - po minionym półwieczu planowanego i bezprzykładnie perfidnego wynaradawiania nas, Polaków we własnej Ojczyźnie, zakłamywania i ośmieszania naszej historii, zohydzania wszystkiego, co prawdziwie polskie i bezustannego deprawowania Narodu - pozostajemy kulturową ruiną, poznanie na nowo naszego wspaniałego dziedzictwa i odbudowanie polskiej tożsamości narodowej stało się naglącym i świętym obowiązkiem elit życia kulturalnego w wolnej Polsce.

Sarmacja była jednak zawsze, i oby pozostała! - Rzeczą pospolitą, czyli Rzeczą (Najjaśniejszą!), której winniśmy służyć, bronić, o którą winniśmy zadbać wszyscy pospołu!

ks. Roman Adam Kneblewski


Złota Pieśń Sarmacka (hymn)

Na osnowie melodii “Gaude Mater”, Słowa: ks. Roman Adam Kneblewski



Raduj się, Matko Polsko

Szlachectwem ducha dzieci Twych,

Cnót świętym ogniem sarmackich serc!

Z miłością służyć Bogu i Polsce

W wolności złotej

Będziem aż po życia kres!

Wsparci z niebios mocą.



My, zawsze wierni

Rycerski Polski Naród Twój

Prosimy Ciebie, Boże nasz:

Najjaśniejszą Rzeczpospolitą

Odwiecznej chwały

Niegasnącym blaskiem darz!

Po wsze czasy. Amen.

http://www.pch24.pl/pamietajmy--zesmy-s ... 233,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Nasze korzenie
PostNapisane: 03 cze 2012, 18:21 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30982
Wojciech Wencel

Polacy na skrzydłach wieszczów

Tworząc nowe elity, musimy odbudować kulturę narodową, zdolną jednoczyć Polaków z różnych warstw społecznych wokół takich wartości, jak prawda historyczna, szacunek dla przeszłych pokoleń czy wspólnotowa misja wobec Europy. Tylko tak będziemy w stanie w sposób trwały zabezpieczyć niepodległość.

"Nowe Państwo" nr 2/2012

Tekst Piotra Lisiewicza „Salon, Przedpokój, Ulica” („NP” 1/2012) jest ważny z kilku powodów. Jasno pokazuje fasadowość tego, co przed 10 kwietnia 2010 r. nazywano polskim państwem, elitami intelektualnymi, dziennikarstwem, prokuraturą, wreszcie narodem. Sprowadza na ziemię tych, którzy dali się nabrać na retorykę rozłamowców z PiS czy wierzą w bajeczki o biznesowej logice wydawcy „Przekroju” i „Uważam Rze”. Wreszcie zwraca uwagę na ciągłość między peerelowskim „wykształciuchem” a „uniwersyteckim konformistą z III RP”, co z kolei prowadzi do wniosku, że potrzeba nam całkowitej wymiany elit, bez kompromisów z udziałowcami obecnego systemu. Kluczowe zdanie tekstu brzmi: „Smoleńsk musi być narodzinami nowej inteligencji, która pójdzie do zwykłych Polaków”.

Przemądrzałym „publicystom Przedpokoju” Lisiewicz słusznie zarzuca, że „w niemałym stopniu dają wiarę wizerunkowi moherów czy kiboli” i „z trudem maskują niechęć do własnych czytelników”. To, rzecz jasna, eufemizmy. Nawet odrobina społecznej empatii wystarczy, by dostrzec, że Paweł Lisicki i jego lokaje traktują „zwykłych Polaków” z pogardą. Jeśli postulują „otwarcie się” na inaczej myślących, chodzi im wyłącznie o „wykształciuchów”. Reszta to motłoch, niższa klasa społeczna, egzotyczna populacja, z którą się nie rozmawia, bo można pobrudzić sobie surdut.

Osiedle, gmina, wieś

Lisiewicz z pasją przeciwstawia się takiej postawie: „Nasz wybór – odmienny od wyboru Przedpokoju – to reprezentowanie nie tylko interesów inteligencji przedwojennej, ale chłopaków z osiedla”. Święta prawda, choć do „chłopaków z osiedla” koniecznie trzeba dodać innych naszych znajomych: emerytów, słuchaczy Radia Maryja, prowincjonalnych nauczycieli i sklepikarzy, właścicieli drobnych gospodarstw rolnych – słowem tych wszystkich, z którymi kontaktujemy się na co dzień. Identyfikowanie się z sąsiadami to nie jakiś szczególny akt poświęcenia z naszej strony, bo nie widzimy specjalnej różnicy między facetem piszącym do gazet a – dajmy na to – pracownikiem warsztatu samochodowego. Szczerze mówiąc, ilekroć czytam w prasie donosy na przeciętnego Polaka, że nie chce się uczyć języków obcych, ubiera się w lumpeksie, nie ma konta w banku, chleje na umór i sika w krzaki, zawsze wzrasta we mnie poczucie wspólnotowej więzi, bo większość tych zachowań znam z własnego doświadczenia. Spośród polskich postaw autentycznie brzydzi mnie tylko jedna – pseudointeligencka pogarda dla bliźnich.

Ta pogarda ma długą tradycję wśród „uczonych w piśmie”, także tych „nowocześnie” konserwatywnych, jednak dopiero Smoleńsk sprawił, że wylała się litrami żółci. Pamiętam, jakim szokiem były dla mnie reakcje kolegów na manifestacje na Krakowskim Przedmieściu. Retoryka kpin z „PiS-owskiego ludu”, a przy okazji z patriotycznego zaangażowania „Gazety Polskiej” czy „Naszego Dziennika”, zwaliła mnie z nóg. Nagle uświadomiłem sobie, że ludzie, z którymi przez lata odbywałem subtelne pogawędki o ideach czy redagowałem pismo, są kimś innym, niż dotąd sądziłem. Przez ostatnie dwa lata musiałem zerwać wiele przyjaźni. Żadnej nie żałuję.

Patriotyzm wysokiej próby

Co się stało z inteligencją przedwojenną – wiemy doskonale. Została wycięta w Katyniu, wywieziona na Sybir, wymordowana w ubeckich więzieniach. Część, która ocalała, albo stopniowo zdegenerowała się w PRL-u, albo przekazała swoje ideały w rodzinach, ale dziś jest zbyt ekskluzywna, by samodzielnie wpływać na życie publiczne. Jej przedstawiciele i spadkobiercy, którzy nie zatracili patriotycznego ducha, w sposób właściwy zareagowali na Smoleńsk i są obecni w „drugim obiegu”. Można ich poznać po absolutnym braku poczucia wyższości wobec
„PiS-owskiego ludu”. O rodzinnych tradycjach mówią niechętnie, za to wyróżniają się zmysłem organizacyjnym. Gdy podczas podróży po Polsce z tomem wierszy „De profundis” trafiam na osobę z wyjątkowo silnie rozwiniętym instynktem „społecznikowskim”, prawie zawsze okazuje się, że jej dziadek walczył w którymś z powstań.

Bezinteresowne zaangażowanie tych ludzi uświadamia, z jak szlachetnego kruszcu ulepiony był inteligencki patriotyzm przed wojną. Nie zmienia to faktu, że większość z nas, inteligentów upominających się o godność ojczyzny, nie posiada ziemiańskich czy mieszczańskich korzeni. Patriotyzmu uczyliśmy się poprzez wiarę, buntowniczy charakter, pojedyncze lektury, opór wobec komunistycznego kłamstwa, homilie Jana Pawła II, wspólnotowe doświadczenia w czasach „Solidarności”. Najgorsze, co moglibyśmy zrobić z tym mozolnie wypracowanym kapitałem, to użyć go jako narzędzia pogardy wobec tych, którzy swojej tożsamości dopiero szukają, choćby wspomnianych przez Lisiewicza „chłopaków z osiedla”.

Prorocy II RP

Dzisiejszy kryzys elit jest nie tylko skutkiem wycięcia przedwojennej inteligencji. To również efekt wykarczowania polityki historycznej i edukacji humanistycznej. Kto choć raz przeglądał dział antykwaryczny na allegro, ma świadomość potężnej pracy, wykonanej pod zaborami i w dwudziestoleciu międzywojennym na rzecz formacji patriotycznej. Chodzi nie tylko o żywą pamięć powstań narodowych, a później mit Legionów i kult Marszałka. W XIX w. niepodległość była wspaniałym, zapładniającym kulturę marzeniem, po 1918 r. stała się równie wspaniałym, pilnie strzeżonym przez cały naród bogactwem. Szczególną rolę odgrywała literatura opisująca polską duszę. Do 1939 r. dzieła wieszczów narodowych wydawano co dwa, trzy lata. Ogromną popularnością cieszyła się „Maria” Antoniego Malczewskiego. Wychodziło mnóstwo antologii literackich, gromadzących utwory niezbędne do uzyskania wspólnotowej świadomości. Na poziomie gimnazjum uczeń musiał mieć w małym palcu całą epokę romantyzmu ze szczególnym uwzględnieniem myśli mesjanistycznej. Przykładowe pytania sprawdzające z wydanego w 1914 r. w Krakowie podręcznika „Wypisy polskie na VII. klasę gimnazyalną”: „Czy słuszne jest zdanie Mickiewicza, że cała nasza literatura emigracyjna powstała z jednego słowa: Ojczyzna?”, „Związek poezyi wieszczej z życiem narodu”, „Konfederacya barska ideałem Polski dla emigracyi. Udowodnić”.

Współczesnym młodym Polakom niełatwo sobie wyobrazić, kim byli Mickiewicz czy Słowacki dla obywateli II RP. Natchnieni poeci, kreślący symboliczne wizje, zanurzeni w mistyce, eschatologii, historiozofii, przypominali biblijnego Mojżesza. Ich utwory pełniły podobną funkcję, co kamienne tablice, przekazane prorokowi przez Boga na górze Synaj. Przechowywane w niemal każdej domowej bibliotece, jak w Arce Przymierza, stanowiły depozyt polskości. Odpowiadały na estetyczne potrzeby czytelników, ale przede wszystkim miały znaczenie polityczne. Dawały poczucie cywilizacyjnej potęgi, maksymalizowały narodowe ambicje w kontekście Europy Środkowej, jednoczyły inteligencję i „społeczne doły”, ukazując ojczyznę jako wartość, dla której warto poświęcić życie. Bohaterstwo uczestników kampanii wrześniowej, konspiratorów z ZWZ i AK, powstańców warszawskich i żołnierzy wyklętych, byłoby dużo mniejsze, gdyby ludzie ci nie wychowali się na poezji romantycznych wieszczów.

Domykanie systemu

Po wojnie wszystko się zmieniło. Słowacki ze swoimi duchami stał się kompletnie hermetyczny. Z Mickiewicza próbowano zrobić przyjaciela ludu pracującego miast i wsi, jednak ta naciągana idea nie mogła porwać tłumów. W świadomości Polaków została inwokacja z „Pana Tadeusza”, „Powrót taty” i kilka ustępów z „Dziadów”. Prorockie pisma wieszczów rozpłynęły się w socjalistycznej kulturze. Jeszcze w 1967 r. – wbrew intencjom Kazimierza Dejmka – Mickiewicz wbił nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej na deskach Teatru Narodowego, ale jego wpływ na świadomość wspólnoty pozostał powierzchowny. Nawet gdy w epoce „Solidarności” i stanu wojennego odrodziły się romantyczne wzorce, chyba tylko Jarosław Marek Rymkiewicz potrafił je twórczo powiązać z Mickiewiczowską tradycją.

Dziś obserwujemy ostatni etap odrywania Polaków od narodowej kultury, czego symbolem są barchanowe reformy Katarzyny Hall. Często mówimy ostatnio o domykaniu systemu w mediach, a przecież znacznie dotkliwsze domknięcie systemu dokonało się w programie polskiej szkoły. Jeśli PRL manipulowała historią i literaturą dla korzyści ideologicznych, to III RP postanowiła pozbyć się ich całkowicie w imię politycznej socjotechniki.

Dwadzieścia „Arcanów”, trzydzieści IPN-ów

Tworząc nowe elity, musimy odbudować kulturę narodową, zdolną jednoczyć Polaków z różnych warstw społecznych wokół takich wartości, jak prawda historyczna, szacunek dla przeszłych pokoleń czy wspólnotowa misja wobec Europy. Tylko tak będziemy w stanie w sposób trwały zabezpieczyć niepodległość. Dziś mamy „Arcana”. Świetnie. Ale potrzebujemy 20 takich środowisk. Mamy IPN. Bardzo pięknie. Niezbędne jest 30 IPN-ów. Natychmiast po wygranych wyborach nasi polityczni reprezentanci muszą wymienić kadry w instytucjach kultury, oprzeć się na międzywojennych rozwiązaniach w edukacji, zainwestować w narodowe edycje klasyki literackiej i zacząć realizować długoletni program przywracania Polakom świadomości kulturalnej. To nieprawda, że nasi sąsiedzi z osiedla nie są w stanie się nim przejąć. Odwrócili się od kultury, bo w performance’ach i instalacjach, gejowskiej prozie i teatrze eksperymentalnym nie znajdują niczego, z czym mogliby się identyfikować. Jeśli uda się nam obudzić w kulturze ducha starej Polski, także oni będą go respektować.

W 1831 r. Maurycy Mochnacki pisał: „We wszelkiem politycznem działaniu trzeba mieć jakąś zasadę, wyciągnioną z filozoficznych rozumowań. Tą zasadą w sprawie restauracji polskiego narodu jest jego przeszłość historyczna, której teraz żadną miarą, ani się wyrzec, ani w niepamięć puścić nie możemy. Dzisiejszem dziełem naszem jest dzieło odzyskania. Jest to akt narodowej pamięci w nocy 29 listopada ocuconej z długiego letargu. Czy prędzej, czy później wyjarzmimy się z pod obcej przemocy, zawsze Polska nasza przynajmniej z jednej strony, z jednego względu mieć będzie zakrwawione oblicze i współczesnych przerazi pochmurnem wejrzeniem politycznego upiora... Albowiem nowej nie improwizujemy Polski, ale z grobu wywołujemy Ojczyznę... wygrzebujemy z gruzów starożytną budowlę, której części zebrać w jedną całość, potem zaś naprawić i tylko wewnątrz inaczej urządzić potrzeba”.

Nie bójmy się tego zakrwawionego oblicza własnej historii i kultury. Niech drżą przed nim ci, którzy zadając nam rany, ducha zgasić nie umieli. Wystarczy zamienić w tekście „w nocy 29 listopada” na „rankiem 10 kwietnia” i program na najbliższe pół wieku mamy gotowy.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2012 ... zczow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 42 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 4 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /