Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 40 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 29 paź 2009, 19:19 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 06 wrz 2009, 07:30
Posty: 1217
Lokalizacja: Polska
Cytuj:
OCALIĆ POLSKOŚĆ!

(Kultura narodowa wobec globalizmu)

Globalizm to trend cywilizacyjny, którego celem jest utworzenie na naszym globie jednego społeczeństwa sterowanego przez jeden rząd. Wprawdzie w każdej wielkiej cywilizacji władcy aspirowali do panowania nad światem, niemniej jednak dopiero w XX wieku projekty te stały się realne.

W średniowieczu i w czasach nowożytnych podstawowymi strukturami politycznymi były monarchie. Rozpoczęty pod koniec XVIII wieku ich demontaż utorował drogę do budowania suwerennych państw narodowych, jako państw obywatelskich. Między państwami tymi toczyła się w wielu dziedzinach rywalizacja, nie zawsze też udawało się utrzymać równowagę sił, co prowadziło do licznych wojen, których kulminacją były dwie wojny światowe w wieku XX. Kolejna, ale już tzw. zimna wojna, oparta była na konfrontacji dwóch supermocarstw, USA i ZSRS, przy współudziale mniej lub bardziej podległych im państw. Upadek komunizmu pozostawił na arenie politycznej jedno supermocarstwo. Wówczas ostro ruszyła kampania proglobalistyczna.

Przy istotnym wpływie i zaangażowaniu Stanów Zjednoczonych globalizm nie jest w sposób formalny związany z jakimś określonym państwem czy narodem, jawi się raczej jako twór ponadpaństwowy i ponadnarodowy. Pewne jest natomiast, że globalizm w sposób zasadniczy wpływa na politykę, ekonomię, media, edukację etc., wkraczając w sposób mniej lub bardziej jawny w dziedziny, które warunkują i kształtują niepodległy byt państwowy. Ostatnim aktem suwerennych państw jest zgoda na ograniczenie lub wręcz rezygnację z własnej niezawisłości; przypomina to do złudzenia legalizację rozbiorów przez polski sejm. W „oczach świata" wszystko dzieje się zgodnie z prawem, w oczach narodu nic nie budzi podejrzeń, legalizacja dokonuje się za sprawą demokratycznie wybranych parlamentarzystów. Są to jednak tylko pozory.

Wśród wielu dziedzin dotkniętych wpływem globalizmu znalazły się także kultury narodowe. Wpływ ten nie jest odczuwany zbyt boleśnie, trudno się zatem dziwić, że tak naprawdę tylko nieliczni zdają sobie sprawę z zachodzenia tego procesu.

Masy przyzwyczajone do uznawania za rzeczy ważne (a wręcz istniejące!) tylko tego, co jest odpowiednio spreparowane i nagłośnione przez media, nie dostrzegają problemu utraty własnej kultury narodowej; o tym masowe media nie mówią, a więc tego jakoby nie ma. Aby dostrzegać ten proces, trzeba mieć jakąś skalę porównawczą. Brak jest rozpoznawalny przez porównanie z całością bez braków, zatem obcując wyłącznie z rzeczami wybrakowanymi możemy sądzić, że taka jest ich natura, a więc że braków nie posiadają. Kto widzi tylko psy bez ogonów, ten będzie przekonany, że zwierzę to z natury nie ma ogona, że pies z ogonem to jakieś dziwadło; kto zna klasykę polską tylko z wersji filmowej, ten ma zdeformowany obraz polskiej kultury (niestety, jesteśmy obecnie świadkami mocno niepokojącego zjawiska w skali masowej, bowiem to właśnie ten zdeformowany obraz jest uznawany za „normalny").

Trzeba zaznaczyć, że kultura narodowa nigdy nie była w pełni zasymilowana przez cały naród czy wszystkich obywateli danego państwa. Kultura narodowa jest raczej kulturą elitarną, choćby z tego tytułu, że wymaga zdobycia odpowiedniego poziomu wykształcenia - i to w wielu różnych dziedzinach - aby można było z nią obcować i nią żyć. Stąd też stosunkowo niewielki procent narodu zdaje sobie w pełni sprawę z tego, co naród jako całość traci. A ponieważ wielu sądzi, że i na polityce, na medycynie i na kulturze zna się każdy, więc publiczna dyskusja nad potrzebą i wagą kultury narodowej z reguły prędko staje się jałowa.

Dlaczego globalizm z całą premedytacją niweluje wpływ kultur narodowych na poszczególne społeczeństwa? W wymiarze społeczno - politycznym kultura narodowa umacnia dane społeczeństwo wewnętrznie, czyni je bardziej zwartym, silnym, a więc i odpornym na zakusy obcych. Parafrazując znaną klasyczną sentencję możemy powiedzieć, że miastem bez murów jest społeczeństwo bez własnej kultury. Jeżeli więc globaliści dążą do utworzenia jednego światowego społeczeństwa, to muszą zdruzgotać mury kultur narodowych. W wymiarze politycznym skruszenie murów kultury narodowej otwiera swobodną drogę do realizowania wizji nowego społeczeństwa, które już nie będzie narodem, a kto wie, czy jednostki wchodzące w jego skład zdołają wówczas ocalić swe człowieczeństwo.

Ponieważ przekaz kultury narodowej przez wieki opierał się na tradycji, obejmującej krąg domu, szkoły, państwa i Kościoła, więc niszczenie kultur narodowych musi polegać na opanowywaniu tych właśnie newralgicznych punktów. Najpierw więc podważa się wartość samej tradycji jako nośnika kultury, tradycję ukazuje się w najgorszym świetle -jako coś zacofanego, anachronicznego, pozbawionego wartości. Liczy się tylko przyszłość i postęp. Następnie trzeba wkroczyć do domów. Dziś jest to nad wyraz łatwe. Globaliści nie muszą kolbami wyważać drzwi ani wkradać się przez okno. Praktycznie w każdym domu stoi jeden lub kilka telewizorów, który niczym czołg otoczony piechotą kolorowych pism dyktuje rytm dnia, opinie, nastroje, oceny. Dom dzięki masowym mediom jest już zdobyty.

A co ze szkołą?
Programy szkolne opracowywane są i finansowane przez zachodnich „specjalistów" i zachodnie instytucje, takie jak OECD czy Unia Europejska. W związku z tym bardzo precyzyjnie usuwa się z treści nauczania, choć stopniowo, materiał, który rozbudza poczucie narodowe. Eliminuje się klasykę literatury (wieszczów narodowych) bądź w całości, bądź przez pozostawienie jak najmniejszej ilości narodowych utworów, bądź poprzez rekomendację surogatu, namiastki dzieła literackiego, czyli obejrzenia wersji filmowej (czyt.: zastępczej). Młodzież angielska nie czyta Szekspira, młodzież grecka nie czyta Platona, młodzież polska... ogląda Trylogią, Pana Tadeusza i Przedwiośnie w kinie lub w telewizji. Bo jak tu obcować z tekstem, którego... nawet poprawnie i pięknie się nie przeczyta, połowy słów już się nie rozumie?

Szkoła ukierunkowuje uczniów na zdobycie umiejętności praktycznych, bez rozwijania zdolności do refleksji i mądrości. Wzorem jest umysł ścisły, czyli wąski (skoro ściśnięty), ale za to zarozumiały, bo wierzący w potęgę techniki. Kultura narodowa zaś jako dobro niewymierne traktowana jest jak sprawa pozbawiona wartości (bo niemierzalna).
Instytucje państwowe zachowują z kulturą narodową związek symboliczny, zewnętrzny. Gdzieniegdzie flaga, skromny orzeł, rzadko hymn narodowy, i to co najwyżej jego pierwsza zwrotka. Instytucje państwowe są urzędami, które urzędują, ale nie reprezentują majestatu sukcesji władzy ponad 1000-letniego państwa i nie zabiegając jego dobro. Kultura urzędu nie jest kulturą narodową, jest wyrazem kultury biurokratycznej różnicowanej poziomem techniki i mentalności (socjalistyczna, sowiecka, azjatycka, zachodnia). Jakże często wchodząc do urzędu nie czujemy, aby to był urząd naszego kraju, urząd, który nam służy, który chce nam pomóc, który broni naszych praw. W polskich urzędach Polacy czują się petentami odgrodzonymi od władzy labiryntem korytarzy, pokoi, nieżyczliwych urzędników, sztucznych sekretarek... Przepaść ta powiększa się za granicą, gdzie w wielu wypadkach nasze placówki dyplomatyczne postrzegane są nie jako instytucje nakierowane na udzielanie pomocy Polakom, co raczej zorientowane na penetrowanie polonijnych środowisk dla bliżej nie określonych celów.

Kurczy się też mecenat państwa nad dziedzictwem narodowym, które - z małymi wyjątkami - albo przechodzi w ręce obce, albo też ulega likwidacji. Państwo w sensie instytucjonalnym przestaje być depozytariuszem zainteresowanym kultywowaniem wielowiekowego dziedzictwa narodowego. W grę wchodzi brak równomiernego rozlokowania placówek kulturalnych na terenie całego kraju, tak aby mogły być żywym odniesieniem całości narodu i państwa dla dzieci, młodzieży i tych, którzy z kulturą polską chcą obcować. Jakże nieliczne i jak rzadko rozsiane są muzea, teatry, sale koncertowe, biblioteki. Instytucji tych było nieco więcej w okresie PRL-u ze względu na rolę propagandową, której nie mogły jeszcze spełniać masowe media; propaganda jednak nie zasłaniała wszystkiego co narodowe, stąd można było odnaleźć ślady kultury polskiej. Ale przy dzisiejszej socjotechnice przekaz masowy można w całości wyjałowić z treści narodowych, nic więc dziwnego, że globaliści z Banku Światowego nakazali Polsce już w 1989 roku likwidację 30 tysięcy placówek kulturalnych, w tym głównie bibliotek. Człowiek globalny ma oglądać obrazy i słuchać słów podawanych przez media, a nie czytać książki, które sam sobie wybierze.

Państwo wreszcie przestało być zainteresowane ukazywaniem wzorcowej kultury polskiej. Instytucje, których nazwy wskazują na wyjątkową rolę w przekazywaniu pokoleniom bogatego kanonu polskiej kultury (Teatr Wielki, Teatr Narodowy, Teatr Polski, Galeria Narodowa), coraz częściej stają się polem prywatnych eksperymentów nie najwyższych lotów, a często o charakterze wręcz antynarodowym, demoralizującym i szyderczym (vide: głośny ostatnio casus warszawskiej „Zachęty").

Nic więc dziwnego, że wskutek takich działań wygaszony zostaje duchowy i materialny związek obywateli z własnym państwem jako główną formą społecznego organizowania się ludzi. Nie dzieje się to samoczynnie, lecz jest promowane przez instytucje globalistyczne, które w ten sposób zmieniają ukierunkowanie działań instytucji tradycyjnie państwowych. Administracja państwowa jest nie tylko polem dla załatwiania prywatnych interesów, ale nade wszystko jest coraz częściej firmą do wynajęcia, jest przedłużeniem firm międzynarodowych czy ponadnarodowych. Ma to swoje konsekwencje w kulturze, ponieważ przedsięwzięcia ukazujące bogactwo i głębię wielu dzieł wymagają przepotężnego wsparcia instytucjonalnego, na które prywatnie nikogo nie stać. Nie wystarczy wynająć salę i zapłacić za prąd, trzeba jeszcze wykształcić ludzi zdolnych do tworzenia i przekazy¬wania arcydzieł w ich najgłębszym wymiarze.

Jeśli własne państwo nie jest zainteresowane promowaniem kultury ojczystej, to trudno się spodziewać, aby były tym zainteresowane państwa lub organizacje obce. Jest im raczej na rękę, że dane społeczeństwo staje się coraz bardziej bezmyślnym konsumentem i nie jest suwerennym narodem. Ktoś zapyta, a po co być „suwerennym narodem"? W odpowiedzi nasuwają się na myśl słowa, które wypowiedział ponoć Arystoteles, gdy zapytano go, po co człowiek tyle obcuje z pięknem? Trzeba być ślepym, żeby zadawać takie pytanie - odpowiedział filozof. Trzeba być pozbawionym, przynajmniej od czasu do czasu, rozumu, aby pytać, po co człowiekowi rozum. Trzeba być nie w pełni dojrzałym psychicznie, aby pytać, po co kultura narodowa. Jeżeli bowiem przychodzę na świat „goły i bosy", nie umiem myśleć, nie umiem pisać, nie umiem mówić, nie umiem rozumnie słuchać i patrzeć - to mój rozwój osobowy, a więc rozwój wrażliwości, umysłu, woli, charakteru, pozwalający mi na osiągnięcie właściwej sylwetki fizycznej i duchowej, na zdrowy kontakt z innymi ludźmi, na odczytywanie rzeczywistości - dokonuje się przez najbliższy i najpełniejszy krąg świata, którym jest moja rodzina, moi rodacy, moja ojczyzna.

Jak nie istnieje język w ogólności, lecz są języki narodowe, tak nie ma kultury w ogóle, lecz są kultury narodowe. Ucząc się języka, który pozwoli mi na kontakt z innymi ludźmi, na wyrażanie siebie, na sięganie do dzieł pisanych przed wiekami, uczę się w pierwszym rzędzie języka ojczystego, jako dla mnie najbliższego i najłatwiejszego. Po co mam w Polsce, gdzie mieszka 40 milionów Polaków, uczyć się najpierw chińskiego lub angielskiego? Jeżeli zaś to język polski wprowadza mnie do mojej społeczności i do mojego dziedzictwa, to jest jasne, że muszę ten język opanować nie byle jak, ale w stopniu doskonałym. Potrzebuję tego nie tylko jako Polak, ale jako człowiek, ponieważ swoje człowieczeństwo realizuję po polsku. Dlatego troska o opanowanie ojczystego języka jest podstawowym zadaniem domu i szkoły.

Jeżeli natomiast już w latach 60. wprowadzono reformę edukacji, w której ramach zredukowano bądź wyeliminowano przedmioty humanistyczne ze szkolnictwa zawodowego (przymusowo objęto nią ponad połowę młodych Polaków), to jest jasne, że chodziło o „wyhodowanie" ludzi, którymi łatwo można sterować. W dobie globalizacji proces dehumanizowania kształcenia poszedł jeszcze dalej, ponieważ dziś główna umiejętność „literacka" młodych ludzi polega na poprawnym pisaniu podań i stawianiu krzyżyka w odpowiedniej kratce. A cóż mówić o gęganiu, jakie wydobywa się z gardeł niektórych polityków i dziennikarzy, które dopiero po głębokim namyśle można nazwać dźwiękami artykułowanymi i zakwalifikować jako przynależące do języka polskiego?

Globalizm w pełni podbije świat dopiero po całkowitej likwidacji kultur narodowych. Albowiem kultura narodowa jest tym najgłębszym fundamentem, który chroni suwerenność poszczególnych osób w wymiarze wewnętrznym. Jest ona również swoistym kodem, nieczytelnym dla obcych, który spaja naród, nawet pozostający w niewoli. Dlatego liczyć się musimy z tym, że proces pozbawiania nas naszej kultury ojczystej będzie trwał aż do czasu całkowitego zniszczenia w nas polskości. Stosowane są i będą różne metody. Kultura narodowa będzie puszczana w niepamięć, będzie zawłaszczana i deformowana, będzie wyszydzana... To dzieje się dziś.

Ponieważ kultura narodowa stoi na straży naszego człowieczeństwa, dlatego każdy Polak musi poważnie zastanowić się nad stanem obecnym i nad tym, co może zrobić w skali osobistej, rodzinnej, społecznej, aby się nie dać wyzuć z własnej tradycji i tożsamości, aby czerpiąc soki z ojczystego dziedzictwa, obronić w sobie człowieka, w społeczeństwie - naród, a w państwie - ojczyznę.

Piotr Jaroszyński

OCALIĆ POLSKOŚĆ

Wydawnictwo Instytut Edukacji Narodowej
Lublin 2OO1

http://www.freewebs.com/naszeksiazki/Oc ... lskosc.zip

To cudowny fragment jednej z książek profesora Jaroszyńskiego. Szokuje coś co chyba nie jest przecież zmyślone, czyli zmuszenie Polski do likwidacji placówek kulturalnych przez Bank Światowy. Warto to drążyć, jak duży jest wpływ zagranicy nie tylko na naszą ekonomię, gospodarkę, przemysł, rolnictwo, ale też na nasze umysły, dusze, serca, kulturę, edukację.

Pamiętam jak tabliczki "ośrodek kultury" znikały, a pojawiały się np Miejska Biblioteka Publiczna, znikały etaty, misja... tam jako nowości poczytne romansy, kryminały, bezwartościowe czytadła, szkodliwe czasopisma kolorowe.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 30 paź 2009, 19:20 
Offline
Czołowy Publicysta
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 06 wrz 2009, 07:30
Posty: 1217
Lokalizacja: Polska
Profesor Jaroszyński zbiera kanon polskiej literatury skierowanej dla dzieci i młodzieży. Odezwałem się widząc że brakuje Władysława Orkana, ale zostałem przyparty do muru żeby coś zaproponować konkretnie.

Uwaga! Nowy Dział - KANON LITERATURY POLSKIEJ DLA DZIECI I MŁODZIEŻY - czytaj dalej
http://www.piotrjaroszynski.pl/kanon_literatury.php


Niestety nie czytałem wszystkiego, ale z prozy Orkana m.in polecam niezwykłe

DRZEWIEJ
http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=9166&s=1

Cytuj:
Śni mi się rzeczywistość, którą znałem, nim zmarła, choć urodziłem się na jej pogrobie; mam to uczucie-wiedzę, iż na nią patrzyłem. Chciałbym, iżby odżyła przez mój sen o niej — iżby odżyła w śnie. To jest umiłowanie przeszłości, czy też przyszłości — jedna rzeczywistość, którą z przykrością śnimy, jest obecne i my w nim. Któż naszą rzeczywistość będzie znowu śnił z umiłowaniem?...

Śni mi się tedy rzeczywistość-baśń: roztoki lasem nie tkniętym pokryte, pełne tajemnych dziwów i samorodnych tworów.
Czerniawa drzew okrywała do znaku ubocza i wierchy, a wgłębiny roztoczne zalewała mraką ciemną, jako noc wieczysta.
Gdzieniegdzie jeno wybijała się spomiędzy czarnego morza smreków i jedli żółtawa wyspa buków albo wyłyskiwała się do słońca zieleń polanki — snadź wichry, wrogi nie pardonujące, wycięły w pień zastępy drzew i odsłoniły ziemię.

A takie drzewska zmóc — trza było mocy zaiste żywiołu. Zwyczajnie poddawały się jeno rąbanicy czasu — przeżywszy kilkaset lat w nieodmiennej hardości, poczynały pomału schnąć od wierzchołków a butwieć od spodu i wreszcie waliły się ze stękiem na ziemię; a sto lat znowu przeszło, nim ziemia ich kłody-cielska, oplótłszy je jęzorami ożyn i paproci, wessała w siebie, roztoczyła...

Najdłużej trwały jedle. Dziś jeszcze można widzieć w kościelnej dzwonnicy przyciesia hrube niezwykle, twarde jak z krzemienia, z dawnych, pradawnych jedli przyciesane.
Ale i żyjącą jeszcze można napotkać w jakiej martwej roztoce, w ciszynie, jak nad drzewną młodzieżą skarlałą stoi w bezruchu niemym, w odrętwieniu, niby skostniała pramacierz.

Czasem jeno plącze się w jej głowicy wyniosłej szum — jakby przypominanie nieśmiałe dawno zginionej pieśni, którą chce młodym podać ku pamięci. Szum to nie do pojęcia — nie dla dzisiejszych uszu-iglic... Przeto ginie jak woda zapadająca w bezdeń ciemną — albo jak ten czas, który się przelewa w wieczność. Przeminęło...

Ale i insze drzewa podówczas nie tak się podawały byle mocy jako dziś. Wiatr je siał, toteż wiatr jeno miał je prawo obalać.
Smreki, mniej wytrwałe od siostrzyc, strzelały natomiast w górę ponad wszystkie, a przy wichrze nachylały się ku jedlom rycersko, szumiąc otuchę i zachylając je od zdrady; wiatr bowiem zdradą nieraz brał spod spodu.

Buki zaś, krępe, rozparte nad ziemią, strojne w bogatą przyodziew liściastą, możniły się nad miarę i rozpościerały szeroko potworne ramiona, pokazując siłę mocną w twardych, zaskórnych muskułach.

W wilgotnych zacieniach, pod ich rozpiętymi jako baldachimy ogromne konarami, i po moczarnych młakach, niżej zboczów, walały się trawska bujne, na warstwach gnijących zrosłe, roztaczając naokół zapach ostry — zapach głębokiej puszczy, gdzie wszystko bezpośrednio z świeżych cmentarzy wyrasta i przyniesioną zatęchłą woń grobów miesza z oddechem rzeźwiejącym życia.

Koło spróchniałych pni i przepotwornych wykrotów wiły się liany ożyn, rosły kępami paprocie, a wszerz po całej roztocznej dłużynie, wśród rozmaitej krasy grzybów kapelusiastych, niby wśród krasnoludków, w kółkach i plamach słońca wciskającego się przez gęstwię konarów, świeciły świeczki leśne, czerwieniły się korale krzewów i moc nie nazwanych kwiatów, jagód wilczych, nienaskich, wyłyskiwało się z zacieni do światła...

Ziemia, piarem zasuta, pod gęstwiną głowic i koron drzewnych była jakoby dno morskie: życia i żywiny pełna.
Z konarów niższych, omszałych starością, spadały porosty siwe, niby długie brody bajecznych dziadków leśnych.

Lasy były zazwierzone gęsto. Chmary wiewiórek, czarnych i cisawych, śmigały górą po drzewach, czyniąc szelest, jak gdyby wiatr suche szyszki smrekowe ponosił; a po ich szlakach lekkomyślnych przemykały, niby ich cienie, połyskliwe kuny. — W stromych, przywierzchnich uboczach i w niedostępnych ostrysach panoszyły się, zakładając swe jamne osiedla, borsuki i lisy. Po zasłoniętych, zacisznych polankach i po przerzedziach trawiastych pasły się stada sarn, całe skupione strachem familie, pod ochroną i strażą rogaczów. — Okrajami puszczy, bliżej otwartych bram, snuły się zakonne towarzystwa wilków. — W gąszczach głębokich, cieniem jako strachem odziany, chował się zły duch sarni, złowrogi ryś. — Nad wszystkimi zaś niedźwiedź był gazdą, wonczas po pańsku żyjący, bowiem nierzadko z wypróchniałych jedli sączył się miast żywicy miód lepki, wieloletni, złocisty w słońcu jako bursztyn.

Ptactwo wszelejakiego gatunku zagnieżdżało lasy, istną ojczyznę mając w nieprzebytych gęstwiach. Moc śpiewaczych drużyn z rodu kosów i hałaśliwych grzywaczy; niepojęta ilość parami żyjących: żołen, sojek, dzięciołów, kań, dzikich gołębi; nieprzeliczone mnóstwo drobnych o różnym przybiorze ptasząt: sikor czubatych, zimorodków i maleńkich, szarych jako myszki, przezwinnych ptasikrólików. — W ubocznych, przywierzchnich drzewach chowały się ptaki-drapieżce: sowy, krogulce i jastrzębie, które podówczas miały hojne gody; a zaś w głowicach najwyźniejszych jedli, naprzeciw wichrów i burz, gnieździły się orły.
Prócz wymienionych mieszkańców równe prawo, a często większą od nich władę miały w lasach owych społeczności, zazwyczaj pomijane, jako to: pszczoły składające niesłychane bogactwa z prac swoich we wnętrzach zbutwiałych jedli; czernie mrowczyc mieszkające w pałacach wielopiętrowych, z przemyślnością przedziwną wzniesionych; chóry os, których misterne banie zwisały, na kształt balonów, z gałęzi — i niepomierne, niezliczone chmary owadzie o tysiącach odmian i gatunków, których przedziwne stroje zakryte są na wieki oczom zwierzęcych stworów.

Za dnia roztoki huczały życiem wielobarwnym, szumiały wodospadami i jednotonną pieśnią drzew, dzwoniły rozgwarem ptaków, odzywały się pomrukami zwierząt, dźwięczały rojami pszczół — grały potężną harmonią puszczy.
Z nocą zapadały w ciszę i wyglądały w mroku jak masy wojsk zaklętych, czerniawą zalegające góry i doliny, snem głębokim objęte i groźne w uśpieniu. A kiedy księżyc wytaczał się nad nie, wtedy zatracały doszczętnie swą rzeczywistość leśną i trwały — widziało się — w zawieszeniu śródpowietrznym, niby jakiś zastygły sen o puszczy — poświatą jasną zalane, mgłą zbłękitniałą zapylone, ciszą do dna przejęte — zaiste przebajeczne...

Z onego to czasu umarłego śni mi się rzeczywistość-baśń... Kiedy do roztok, naturalnym eposowym życiem napełnionych, przyszedł zwyczajnie człowiek i przywlókł z sobą dramat.


To arcydzieło opisów przyrody lasów, gór - tego brakuje właśnie młodzieży, która cały świat docenia, zwiedza, poznaje poza... Polską. To jest wina nie tylko rodziców i szkół, ale też mediów, samorządów, oraz potężnych nadal organizacji które mają taką misję, np LOP, LOK, ZHP, PTTK zwłaszcza.

Może jest przesyt u młodych historią, wojnami, powstaniami, rozpaczą ludzi osamotnionych, opisami dawnej biedy (jakby teraz jej nie było) może za wcześnie na zachwyty całą sferą polskości, do tego młodzi muszą SAMI DOJRZEĆ, sami tego szukać nawet bez zachęty, konkursów, motywacji "sukcesem", rywalizacją. Skoro takie modne są ruchy zielonych, ekologów, to warto promować literackie, poetyckie opisy przyrody polskiej. To może być doskonałe tło pod prezentacje multimedialne, galerie fotografii, filmów. Jakże ciekawie można ubarwić wyprawę w Gorce wspierając się Orkanem.

To jest kreacja miłości do ziemi ojczystej, cieszmy się tym czym mamy, nie ma co zazdrościć innym wyższych gór, drzew, większych kwiatów, drapieżników. Nasze wilki, rysie, niedźwiedzie, żubry, łosie, dziki mogą też nieźle pogonić... Polacy powinni znać swój kraj na żywo, a szeroki świat można zwiedzać w książkach, czy komputerem, TV. W przypadku Polski celem nie jest sama turystyka, trekking, zaliczanie, rozrywka, wypoczynek, ale pogłębianie świadomości narodowej, tożsamości. Młody człowiek staje się Polakiem. Nie jesteśmy nimi z definicji, jesteśmy TYLKO obywatelami polskimi, zaś narodowość duchową, umysłową nabywamy (albo nie) przez całe życie.

Poznawanie dokładne Polski jest tak samo ważne jak czytanie arcydzieł polskiej literatury i studiowanie historii, kultury. To jest całość tego procesu.



Też warto posłuchać, 3 części, jak nas media wykańczają, wynaradawiają.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 12 lip 2011, 07:15 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Tu spotykają się polscy patrioci

Jarosław Kaczyński, prezes PiS, brat śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego:

Czcigodni Ojcowie, Szanowni Państwo, Członkowie Rodziny Radia Maryja!
Chciałem wszystkim podziękować. Podziękować za te 15 miesięcy wsparcia. Wsparcia przez Radio, przez TV Trwam, przez "Nasz Dziennik".

Bez tego wsparcia ci, którzy chcieli zabić prawdę, pewnie by zwyciężyli, przynajmniej doraźnie by zwyciężyli. Nie dalibyśmy rady skutecznie tej prawdy bronić. Ten zamysł się nie udał w wielkiej mierze dzięki niezawodnemu Ojcu Dyrektorowi, któremu tu chciałem serdecznie podziękować. Dzięki wszystkim ojcom, którzy pracują w Radiu Maryja, wszystkim wolontariuszom. Dzięki Wam, członkom tej wielkiej i pięknej rodziny. Jestem tu nie pierwszy raz i często ludzie złej woli mówią o tym, że jestem tu ze względów politycznych. Otóż, nie! To nieprawda! Nie o politykę tu chodzi.
Ja tu jestem dlatego, że spotyka się tutaj przed obliczem Najświętszej Maryi Panny wielka, ważna, czynna część polskiego Kościoła i chcę być razem z nią. Bo nie ma takiego drugiego spotkania w ciągu całego roku. Jestem tutaj z Wami, bo spotykają się tutaj ludzie, którzy kochają Polskę - polscy patrioci. I to też jest powód, dla którego chcę z Wami być.
I chcę was, korzystając z tej okazji, z tej niezwykłej okazji, prosić - nie dajcie się wypchnąć z naszego życia! Nie dajcie się wypchnąć jako polscy patrioci, bo dziś patriotów próbuje się z tego życia wypychać. Nie dajcie się! To jest coś bardzo ważnego dla was, ale jeszcze coś ważniejszego dla Polski, dla naszej teraźniejszości, dla naszej przyszłości. A o przyszłości przede wszystkim musimy myśleć. Musimy myśleć o niej i wiedzieć, żeby ta przyszłość była wielka.
Trzeba ocalić pamięć. Ocalić pamięć o naszej historii, o tym wszystkim, co było w niej wielkie i ocalić pamięć także o tym strasznym wydarzeniu, które miało miejsce dokładnie 15 miesięcy temu. Ocalić pamięć o tych, którzy zginęli, a którzy w swoim życiu, czynnym życiu, o Polskę zabiegali. Zabiegał o nią mój śp. brat prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński. Zabiegał Przemysław Gosiewski, wiceprezes Rady Ministrów, którego mama tutaj przed chwilą przemawiała, zabiegał Zbigniew Wassermann, którego córka zabierała tu głos, zabiegał gen. Andrzej Błasik i inni generałowie, którzy zginęli w Smoleńsku. Świat polskiej generalicji, świat tej generalicji, która była szczególnie mocno związana z naszym sojuszem - gwarantem naszego bezpieczeństwa - z NATO. Zabiegała Grażyna Gęsicka, wybitna minister, zabiegała Aleksandra Natalli-Świat, zabiegało wielu innych; Stanisław Zając (jego żona jest tutaj też między nami), wicemarszałek Sejmu, senator, wybitny polityk i obrońca Kościoła i wielu innych.
Wspomnę jeszcze Annę Walentynowicz - wielką kobietę polską, wielką przedstawicielkę "Solidarności", tej uczciwej, tej, która nie zdradziła, która nie szła na żadne układy. Pamiętajcie o nich! Pamiętajcie o tym, że mój śp. brat był pierwszym prezydentem, który nie miał żadnych związków z czasami niewoli, żadnymi strukturami jawnymi ani tajnymi. I że nie tylko zabiegał, ale jeszcze wiedział, jak robić to skutecznie i dlatego tak bardzo go nienawidzono. I inni, których nienawidzono, też nie tylko chcieli, ale także potrafili.
Dziękuję Wam za te spotkania. Dziękuję Wam za to dzisiejsze spotkanie i proszę serdecznie o to, co najcenniejsze - o modlitwę za tych, którzy zginęli, za mojego brata, za wszystkich innych poległych. Za tych, którzy odeszli w Katyniu, na polach walk II wojny światowej, po wojnie, za żołnierzy wyklętych, za tych wszystkich, którzy służyli Ojczyźnie, a więc także za nas samych.
Dziękuję bardzo.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da ... d=my05.txt


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 19 lip 2011, 06:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
To było lustro. 25 lecie wystawy ?Polaków portret własny"


Henryk Gucia nigdy nie zapomni jednego: kobieta stoi przed obrazem i szepcze: ?Daj Boże, żebyśmy znowu tacy wolni byli?. Widział ją 25 lat temu, w październiku, na wystawie ?Polaków portret własny?. Na wystawie swojego życia, bo jedynej, na którą poszedł. Gucia: - Wszyscyśmy poszli. Jak ktoś nie był, to znaczy, że trzymał z nimi. Z komuną
Do Krakowa Monika Gliwczyńska przyleciała z Chicago pod koniec września 1979 roku. Miała 22 lata, kończyła socjologię i właśnie zamierzała napisać pracę magisterską. Rodzice Moniki byli już po pięćdziesiątce, do USA wyemigrowali po 1956 roku, ich córka urodziła się za oceanem.

O Polsce wiedziała wszystko, co wiedzieć powinna, a może nawet więcej niż jej rówieśnicy w kraju. Rodzicom łatwiej było opowiadać w zupełnie obcym miejscu - mieli dystans emocjonalny....


Więcej... http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,42699, ... z1SWg9npfF

http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,42699, ... z1SUdn7XRF

Polaków Portret Własny

Zorganizował wystawę Marek Rostworowski w październiku 1979 roku w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Kto był, proszę - niech opisze swoje wrażenia. Sama dostałam się na nią „po znajomości”, bo kolejki były niewiarygodne, ludzie jechali z całej Polski, w końcu władze nakazały zamknięcie.

Uważam, że była niesamowitym wydarzeniem. Pokazała dobitnie wielu Polakom, kim byli niegdyś. Była kolejnym milowym krokiem w budzeniu świadomości narodowej. To był niesamowity czas.

Czasem myślę, że dziś należało by ją pokazać znowu....

Obrazek
Aleksander Gierymski Trumna chłopska 1894-95. Olej na płótnie. 141 x 195 cm.
Muzeum Narodowe w Warszawie.


Ja sfiksowałam pod tym obrazem. Dosłownie. Reprodukcja znana powszechnie, pokazywana w czytankach szkolnych, oczywiście z odpowiednim „ludowym” komentarzem. Po raz pierwszy zobaczyłam „na żywo”. I mnie zatkało – nie treść, ale coś, czego tu w notce też nie widać. Otóż cały obraz jest w odcieniu bladego różu, błękitu, jest zimny – i nagle ten rudy piesek na środku, który kompletnie zmienia odbiór całości. Genialne.

Albo tak przecież znane cykle Grottgera – „Żółtawy karton, kredka czarna, światła wydobyte białą”- też żadna reprodukcja nie oddaje tego, jak niesamowicie są narysowane......

http://eska.salon24.pl/325359,polakow-portret-wlasny


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 26 lip 2011, 10:26 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
"Jak walczyć o dobre imię Polski?" - zarys problemu

Dzisiaj Igor Janke zaproponował nam notkę na temat - "Jak walczyć o dobre imię Polski?", który jest obszernie omawiany w ostatnim numerze tygodnika Uważam Rze. W artykule Marka Magierowskiego "Historia stale deformowana" przedstawione zostały przykłady szkalowania dobrego imienia Polski zagranicą, a lista opisanych przypadków jest oczywiście niewyczerpana i wydłuża się niemal z dnia na dzień.

"Polska nie zmierzyła się do­tąd z ciemnymi kartami swojej historii, Gross zmusza swoich roda­ków do bolesnej refleksji, a ataki na niego dowodzą, że antysemi­tyzm nad Wisłą jest wciąż żywy. „Najnowsze odkrycia wskazują, iż Polacy byli winni, lub co najmniej współwinni, eksterminacji Ży­dów. A Niemcy znajdowali w Pola­kach gorliwych sprzymierzeń­ców" -usłyszymy w reportażu Deutschland Radio na temat happeningu „Tęsknię za tobą, Żydzie" Rafała Betlejewskiego.
„Ależ to wszystko prawda!" - stwierdziłby warszawsko-krakowski inteligent, czytelnik „Gazety Wyborczej" i miłośnik Anny Bikont. Owszem, Gross zmusza nas do bolesnej refleksji, a wśród krytyków jego książek znalazłoby się też paru antysemitów. Ow­szem, Jedwabne i Kielce pozosta­ną na zawsze wstydliwą plamą w naszych dziejach. Jest również prawdą, że nie wszyscy księża ka­toliccy postępowali po wojnie w sposób godny. Jednak w zachodniej prasie je­steśmy obwiniani za współudział w Holocauście na zasadzie odpo­wiedzialności zbiorowej, bez żad­nej taryfy ulgowej, bez niuansów, bez próby zarysowania skompli­kowanego, historycznego tła. Obowiązują kalki i skróty myślowe, które pozwalają np. Richardowi Cohenowi z „Washington Post", jednemu z najważniejszych amerykańskich intelektualistów, używać w odniesieniu do wyda­rzeń w powojennej Polsce sfor­mułowania „mini-Holocaust". (...)
Gdy w Polsce ukazał się „Strach", niemiecka prasa pisała z nieukrywanym zdumieniem, że prokuratura w Krakowie chciała ścigać autora za „obrazę narodu polskiego" (co rzeczywiście było niezbyt mądrym posunięciem) i jako przeciwników Grossa wrzu­cała do jednego worka polityków PiS, historyków IPN, ojca Rydzyka i piłkarskich kibiców wykrzy­kujących antysemickie hasła. Niemiecka dziennikarka Gabrie­le Lesser pisała w szwajcarskim „Tages-Anzeiger" o polskiej „zmo­wie przeciwko prawdzie" zawar­tej w książce Grossa, w której pierwsze skrzypce grał Kościół katolicki.
Polacy nie pomagali Żydom. Polacy wydawali Żydów nazistom. Polacy nienawidzą Żydów. Kościół katolicki ma żydowską krew na rękach, a Jarosław Ka­czyński i ojciec Rydzyk są spad­kobiercami antysemickiego nur­tu w polskiej polityce.

Między innymi tak o nas, o Polsce piszą w Europie i na świecie, a jak wspomniałem lista tych przypadków jest niewyczerpana. Już ja sam mógłbym ją uzupełnić kolejnymi licznymi przykładami, jakie zapamiętałem z długoletniego pobytu we Francji. Tutaj tylko na marginesie wskażę na bulwersującą ciekawostkę - otóż znany polakożerca, bardzo nieobiektywny w swoich sądach filmowiec i dokumentalista, twórca filmu "Shoah" Claude Lanzmann był zeszłej jesieni honorowym gościem Kongresu Konradowskiego w Krakowie - Joseph Conrad i Claude Lanzmann(sic!) Takie są niestety fakty, a jak wiadomo z faktami się nie dyskutuje. Jednak wypada przynajmniej wyciągnąć jakieś wnioski, do czego autor artykułu zdaje się nas namawiać.

Z kolei Rafał Ziemkiewicz w artykule "Syzyfowe prace III RP" opisuje i analizuje naszą polską rzeczywistość, starając się zrekonstruować politykę historyczną jaka zdominowała okres 20 lat III RP. Politykę nigdy oficjalnie nie zadeklarowaną, ale skutecznie realizowaną przez opiniotwórcze środowiska, które"postawiły sobie za cel dogłębne przekształcanie polskiej świadomości. Chcą wykorzenić z naszej mentalności kultywowane przez wiele dawnych pokoleń przekonanie, że jesteśmy narodem bohaterów, i zastąpić je poczuciem winy „narodu sprawców".

Postępowanie najwyższych władz III RP, przez większość ostatniego dwudziestolecia pozostających pod przemożnym intelektual­nym wpływem wspomnianych prowodyrów, stanowi kuriozum na skalę światową. Wszyst­kie kraje świata prowadzą „politykę historyczną", eksponując pewne wątki swoich dziejów, a tonując inne. Zawsze jednak celem tej polityki jest podkreślanie tego, co buduje pozytywny wizerunek danej nacji, jej pozycję międzynaro­dową i poczucie dumy oraz umacnia idee, wo­kół której można ją integrować.
Na tym tle Pol­ska, w której organizacje społeczne musiały stoczyć długotrwałą batalię o upamiętnienie żołnierzy wyklętych, w której narożne sposo­by marginalizowana jest i zakłamywana pa­mięć o rzeziach wołyńskich, walczący o tę pa­mięć Kresowiacy traktowani są przez establi­shment i wszystkie szczeble państwa jako szkodliwi dla naszej polityki zagranicznej maniacy. Jednocześnie już drugi prezydent wygłasza oficjalne przeprosiny za zbrodnię w Jedwabnem, przy czym Bronisław Komorowski, idąc jeszcze dalej od poprzednika, posuwa się do ogłoszenia, że Polacy byli podczas II wojny światowej „narodem sprawców", co stanowi w tej kwestii niepojęty fenomen.
Trzeba to podkreślić, bo niektórym obywa­telom III RP, otumanionym medialną tresurą, wydawać się może, że bijąc się pokornie w piersi i nie pytając, czy naprawdę jest za co, podążamy za światowym obyczajem i dołą­czamy do jakichś „światowych standardów". Nic podobnego. Rządy największych nawet mocarstw, choć, wydawałoby się, iż samooce­nie ich narodów nic nie jest w stanie zagrozić, wszelkiego rodzaju przeprosiny cedzą nie­zwykle oszczędnie.
(...)
Obaj prezydenci, którzy przepraszali za Je­dwabne, eksponowali bliskość środowiska intelektualnego kojarzonego z dawną Unią De­mokratyczną i „Gazetą Wyborczą", w publicystyce określanego często nawiązującym do Mickiewicza pojęciem salonu. (...)
Istotnie, można aktywność salonu w rewi­dowaniu polskiej historii, w wyszukiwaniu i eksponowaniu „polskich win", zwłaszcza wo­bec Żydów, uznać za prawo czy zgoła powinność tego rodzaju intelektualno-medialnych ośrodków opiniotwórczych. Można nawet uwznioślać je słowami wielkich polskich pra­wodawców ducha, jak choćby tymi o „szarpa­niu narodowych ran, aby nie zarastały błoną podłości". Jakiekolwiek podobieństwo dzisiejszego salonu do usiłowań Żeromskiego i jego du­chowych poprzedników jest jednak złudne. Przede wszystkim dlatego, że w krytyce pol­skości, dokonywanej przez to środowisko, nie sposób dopatrzyć się jakiegoś alternatywne­go, propagowanego jej modelu. Jest tylko potępianie w czambuł polskiej tradycji, pol­skiej historii, polskiej idei.
(...)
Ten salon bowiem, który skłonny jest bezu­stannie poniżać i potępiać „Polaka katolika", wyśmiewać jego historię, wiarę i tradycję, stworzony bowiem został przez ludzi, którzy sami z tą tradycją nie identyfikują się w stop­niu najmniejszym. Stąd ich postępowanie wpisuje się w to, co Jarosław Marek Rymkiewicz nazwał sporem dwóch narodów. A co najmniej musi być uznane za bardzo obłudne bi­cie się w cudze piersi. Gdy padają nazwiska Róży Luksemburg czy Jakuba Bermana albo nazwa Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy, w jednej chwili okazuje się, że cała pseudoszlachetna retoryka „potrzeby zmie­rzania się z najtrudniejszą choćby prawdą" to tylko propaganda.

Propaganda oparta nie na budowaniu pozytywnych wartości, nie na mobilizowa­niu narodowej dumy, ale wręcz przeciwnie, na przetrącanie poczucia godności i wprawianie Polaków w swoisty narodowy kom­pleks niższości.

Szeroko pojęte środowisko "Gazety Wyborczej", które w ostatnim 20-leciu ma największe "zasługi" w mieszaniu ludziom w głowach, w wywracaniu wszystkiego do góry nogami, darzące czcią "cudowną figurę generała" nadal niestrudzenie rozdaje na prawo i lewo honory oraz nikczemności, a jego przedstawiciele nie pominą żadnej okazji, aby Polsce i Polakom "szyć buty" w zagranicznych mediach, czy międzynarodowych spotkaniach "bojowników o wolność i demokrację". W innym artykule z ostatniego numeru Uważam Rze "Amoralny moralista z Czerskiej" pisze m.in. o tym Marzena Nykiel skupiając się głównie na postaci Adama Michnika i pozostających pod jego wpływem dziennikarskich cyngli i stosowanych przez to całe towarzystwo podwójnych standardów w opisywaniu przeszłości i teraźniejszości. Rzadkie przypadki przejrzenia na oczy wychowanków "Gazety Wyborczej" są nadzwyczaj trudne i "wymagają intelektualnej samodzielności i ogromnej wolności serca".

Wydostanie się ze środowiska, w które wrastało się przez lata, nie jest możliwe bez twardego charakteru. Odchodzą tylko naj­silniejsi, ci, których prawda porusza bardziej niż strach przed publicznym linczem i ostracyzmem. Trudno się dziwić, że tych, którzy pozo­stają na usługach samozwańczego demiurga podwójnej moralności, stać co najwyżej na nie­ustanne usprawiedliwianie własnej słabości poprzez oskarżanie innych.

Na koniec, niejako tytułem podsumowania zwracam wszystkim uwagę na opublikowany w tymże numerze tygodnika, wspaniały esej polityczny Marka Nowakowskiego "Stan rzeczy", od którego właściwie należałoby zacząć wszelkie rozważania, również szukając odpowiedzi na postawione przez Igora Janke pytanie "Jak walczyć o dobre imię Polski?". Gdyż aby znaleźć środki zaradcze, remedium na objawy choroby, które coraz więcej z nas dostrzega, trzeba przede wszystkim ustalić jej przyczynę, czyli w tym wypadku zrozumieć czym w rzeczywistości jest III RP. Nie tak dawno pisałem o tym w notce "4 czerwca 1989 po latach", a nie dalej jak wczoraj bardzo ciekawy wpis na ten temat zamieścił tad9. Dzisiaj na wstępie eseju "Stan rzeczy" Marek Nowakowski konstatuje i stawia pytanie: Trucizna moralna rodowodem z PRL przeniknęła do organizmu powstającej III Rzeczypospolitej. Nieczysta ciągłość została utrwalona?, i dalej pisze:

Znajdujemy się na dramatycz­nym, choć często niewidocznym rozdrożu. Niewi­docznym dlatego, że jest to proces trwający od lat, powodujący bierne i apatyczne przyzwyczajenie do tego stanu rzeczy. Od chronicznej, pogłębia­jącej się zapaści w służbie zdro­wia po „sukcesy" w budowaniu przyjaźni z Rosją, polegającej między innymi na niekorzystnej umowie gazowej i oddaniu w jej ręce śledztwa w sprawie kata­strofy smoleńskiej. Z drugiej, za­chodniej zaś strony na posłusz­nym poddaniu się dyktatowi Nie -mieć w sprawie naszej „europe­izacji" i roli w Unii Europejskiej. W polityce zagranicznej gubi­my Ukrainę i nie potrafimy stwo­rzyć skutecznej więzi przyjaźni z Litwą, co niebywale cieszy Ro­sję. Byliśmy pierwszymi w Euro­pie Środkowej twórcami oporu przeciw komunistom. Mieliśmy Jana Pawła II, który budził uśpio­nego ducha Polaków, przywracał wiarę w wartości i jednoczył naj­lepszych z nas. Znaczenie tam­tych zmagań „Solidarności" zo­stało pomniejszone i ustąpiło efektownej metaforze zburzenia muru berlińskiego. Nie przeszka­dza to wcale rządzącej od kilku lat ekipie PO spowijać byle jaką przeszłość w retoryczną otoczkę rzekomych sukcesów, nazywając klęski zwycięstwami, a każde nie­powodzenie powodzeniem. Za­stosowano skuteczną i ogłupiają­cą socjotechnikę za pomocą pro­pagandy medialnej.
Polska staje się krajem, moż­na powiedzieć, kraikiem istnieją­cym w przeciągu sił zewnętrz­nych, które wpływają dominują-co na naszą egzystencję. Moż­na odnieść ponure wrażenie unoszącego się nad nami fatum według słów poety: „Na taką miłość nas skazali. Taką przebodli nas ojczyzną". Nawet pojęcie „ojczyzny" stało się dla znacz­nej części wspólnoty pustym frazesem, słowną atrapą używa­ną jedynie podczas świąt pań­stwowych, parad, defilad i podobnych okoliczności. Skąd bie­rze się postępująca zapaść? Gdzie należy szukać przyczyny? -oto jest pytanie

Gorąco zachęcam również do lektury eseju Marka Nowakowskiego, a nawet sugeruję, aby od niego zacząć.

PS - początkowo tytuł notki miał brzmieć "Od początku" czyli od Adama i Ewy. Mityczną, kulturową, wręcz religijną postać Adama wszyscy kojarzą, miałem jedynie problem z odnalezieniem Ewy, ale dosyć szybko znalazłem. To postać Ewy Kubasiewicz, znana tylko wtajemniczonym. Gdy sobie jej sylwetkę przypomniałem, przeczytałem jakie były jej dalsze losy, to jednak zrezygnowałem z pierotnego pomysłu na tytuł tej notki, gdyż jego przewrotność chyba nie dla wszystkich byłaby czytelna ;-)

http://giz3.salon24.pl/327382,jak-walcz ... s-problemu


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 29 sie 2011, 09:55 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
TELEWIZJA PUBLICZNA

Zupełnie nie rozumiem co oznacza w naszych czasach termin: telewizja publiczna .Mnie kojarzy się z różnymi rzeczami np. są toalety publiczne czy domy publiczne czy też inne publiczne... ale nie kojarzy mi sie z tym co pewnie powinna tj. ze służbą publiczną czyli pracą dla ludzi, dla społeczeństwa. Nie kojarzy mi się, ponieważ nic w niej nie ma co wskazywałoby na jej charakter publicznej służby. Weźmy przykład dnia dzisiejszego. Jest 15 sierpnia, wielkie święto w Polsce. Tak więc składa się, że zarówno święto tzw. państwowe, o niezwykle ważnym charakterze gdyż wspominamy walkę Polaków o niepodległość i suwerenność naszej ojczyzny, jak i święto kościelne, jedno z ważniejszych i bardzo charakterystycznych świąt dla naszego narodu gdyż jest to święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

Patrząc na charakter świąt wydawałoby się, że przez cały dzień telewizja publiczna czyli program 1 powinna nadawać informacje na temat uroczystości dziś obchodzonych z przerywnikami na dyskusje o historii, o religii, o polskiej kulturze. Okazji nie brakuje. Już o 8 rano odbyła się Warta Honorowa przed Pałacem Prezydenckim, w hołdzie śp. Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, który był przewodnikiem naszych wojsk, a więc dziś jest również jego święto. W różnych miastach odbywaja się teraz różne uroczystości związane z obydwoma świętami. Jest godzina 11:10 i właśnie Radio Maryja transmituje uroczystą mszę świętą z Jasnej Góry,na którą w dniu dzisiejszym dotarli ostatni już z kilkuset-tysięcznego tłumu tegorocznych pielgrzymów. O ile dobrze pamiętam, program 1 w przeszłości na żywo nadawał transmisje z Jasnej Góry.

Dzisiaj mamy podwójne święto. Dziś dla nas, Polaków, ważny dzień. Dzisiaj jest dzień wolny od pracy, a więc powinniśmy spędzić go na uczestniczeniu w uroczystościach, mszach świętych i wspólnie z rodzinami śledzeniu uroczystości, w których uczestniczyć nie możemy, w telewizji publicznej. Uczyć nasze dzieci o tym czym są dzisiejsze święta i dlaczego je obchodzimy.,

Niestety w naszej telewizji można w dniu dzisiejszym obejrzeć głupawy, film rysunkowy dla dzieci. Zobaczymy co jeszcze telewizja publiczna nam zaoferuje w dniu dzisiejszym. Ja osobiście chciałabym transmisję z mszy świętej w Częstochowie, uroczystości z różnych miejsc w Polsce z okazji święta Wojska Polskiego i święta Wniebowzięcia NMP oraz dyskusje i debaty na ważne tematy nawiązujące do dzisiejszych świąt.. Ja się pytam za co Polacy mają płacić abonament i podatki jeżeli kraj nie służy im i nie zaspakaja żadnych ich potrzeb. Polska nie zmieni swych zwyczajów i potrzeb tylko dlatego, że paru 'liberałów' obecnie nią rządzi. Polacy to historia, tradycja, kultura i religia. Polacy chcą aby instytucje publiczne służyły im, a nie cudzoziemcom, którzy Polske odwiedzają. (słyszałam ostatnio, że krzyż został usunięty sprzed Pałacu gdyż goście z zagranicy tamtędy przechodzili). Oddajcie nam telewizję publiczną! Oddajcie nam nasze POLSKIE ZWYCZAJE!

http://barbararodeo.salon24.pl/333401,t ... -publiczna


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 01 wrz 2011, 18:02 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Aleksander Ścios

UDUSZENI WOLNOŚCIĄ

Gdyby zapytać dziennikarzy tzw. wiodących mediów: czy czują się dziś zniewoleni, obrzuciliby nas pogardliwym spojrzeniem, uznali za oszołomów i pisowskich szaleńców. Zapewne wielu z nich podobnie zareagowało na noworoczne życzenia Jarosława Kaczyńskiego z 2007 roku, gdy były premier życzył dziennikarzom „przede wszystkim tego, czym powinni oddychać i jestem przekonany, że oddychają - czyli wolności, jak najwięcej wolności w 2008 roku. To służy dobremu wypełnianiu misji bardzo ważnej, ogromnie wpływowej”.

Wierzę tym ludziom. Wierzę, że ten rząd i to państwo zapewnia dziennikarzom upragnione poczucie wolności. Pozwala im na upojenie mianem „czwartej władzy” i poznanie tajników „inżynierii dusz”. Wierzę tym ludziom, ponieważ opierają swoje przekonanie na świadomości bycia po właściwej stronie i uczestnictwa w delektowaniu się technologią kłamstwa.
Z tym przekonaniem żyli w latach komunizmu, mając pewność, że bycie po stronie „pana” zapewni im nie tylko dochody i profity ale obdarzy również poczuciem wyższości wynikającym z roli małych demiurgów posługujących wokół pańskiego stołu.. Ilu z nich mogłoby doświadczyć podobnych rozkoszy, gdyby droga kariery była uzależniona od zdolności intelektu lub sprawności pióra?

„W komunizmie dziennikarz-publicysta miał być lepiej wiedzącym i dalej widzącym „ojcem narodu", wieść go jak pasterz ku jedynie słusznej przyszłości.” – pisał przed laty towarzysz Jerzy Surdykowski, a Dariusz Fikus, w książce o stanie wojennym przypominał: „Dobór w tym zawodzie polegał na selekcji ujemnej. Kariery robili szybko ludzie bezmyślni i posłuszni. Dziennikarze należeli do tej grupy społecznej, która dość obficie czerpała z dobrodziejstw „budowania drugiej Polski". (...) Pętając się wokół władzy, pełnymi rękami zagarniali to, co z tego obficie w owych latach zaopatrzonego stołu spadało.”
Trzeba przyznać się do własnej głupoty, jeśli po roku 1989 sądziliśmy, że „nowe państwo” zbudowane na sojuszu bandyty i cwaniaka, pozwoli ludziom mediów pozbyć się pęt niewolnictwa i odrzucić służebną dialektykę. A oni sami - po co mieliby to czynić, skoro obrana po 1989 r. idea ciągłości wymagała włączenia w nowy ustrój kolaborantów i gloryfikowała mentalność niewolników? Mając do wyboru kamienistą ścieżkę rzeczników społeczeństwa i szeroki gościniec przywilejów władzy – co innego mogli uczynić mali demiurgowie, jak nie podążyć za głosem „pana”?

Wierzę zatem, że obecna władza daje dziennikarzom bezkresne poczucie wolności i stanowi dla nich wcielenie ideału heglowskiej „dialektyki panowania i służebności”. Ponieważ cała strategia rządzenia partii Tuska opiera się na utrzymaniu dodatniego, medialnego wizerunku i jest zależna od efektów propagandowych – ten rząd dopuścił dziennikarzy do stołu obfitości i na nowo pozwolił rozkoszować się uczestnictwem w totalnym kłamstwie. Wystarczy, by uznając wyższość „pana” podporządkowali mu swoje aspiracje i oczekiwania.
Tych, którzy nie skorzystali z propozycji udziału w „rządzie dusz” i wykazywali skłonności do walki skazano na marginalizację lub skierowano do nich agentów ABW. Do pozostałych prewencyjne pouczenia wygłosił główny reżyser afery marszałkowej Bronisław Komorowski, gdy we wrześniu 2008 roku, stwierdził: „Ja bym sugerował dużą wstrzemięźliwość w okazywaniu solidarności zawodowej dziennikarskiej” i powtórzył ten apel kilka miesięcy później: „Ja uważam, że tutaj jest jakaś głęboka przesada w okazywaniu solidarności korporacyjnej przez niektórych... a może środowiskowej”. Środowisko, pomne przykładu Sumlińskiego, musiało zapamiętać, że „przesada w okazywaniu solidarności korporacyjnej” może się również zakończyć „wsadzaniem do aresztu”.

Możemy sobie roić, że dziennikarskim obowiązkiem jest opisywanie rzeczywistości, szczególnie tej, którą ludzie władzy chcieliby ukryć przed wzrokiem Polaków. Możemy utrzymywać, że obowiązek publicysty polega na stawianiu władzy trudnych pytań i ujawnianiu mechanizmów jej funkcjonowania. Wolno nam nawet sądzić, że istnieją standardy demokracji wyznaczające mediom rolę niezależnego arbitra i rzecznika interesów społeczeństwa.
Jednak to nie my i nie wciąż pauperyzowane społeczeństwo wyznaczamy granice dziennikarskich wolności. Ludziom oddanym w służbę wokół „pańskiego” stołu, nie mamy nic do zaproponowania, prócz kilku staroświeckich zasad i nudnych moralitetów. Oni wiedzą, że tylko wierne uczestnictwo w teatrze mimów zapewni im przetrwanie i pozwoli korzystać z nienależnej roli „autorytetów” i „władców dusz”. Bez „pana” i jego atrybutów władzy, byliby wciąż skazani na poszukiwanie życiowej roli. W poczuciu misji kreatorów rzeczywistości, którą gwarantuje im obecny układ, odgrywają swoje żałosne role wirtualnych zwycięzców.
Przed kilkoma laty, w jednym z tekstów przypominałem słowa Józefa Tischner z ważnej książki „Spowiedź rewolucjonisty” w której autor zawarł przemyślenia dotyczące heglowskiej „Fenomenologii ducha”.

„Nie ma bardziej niebezpiecznej sytuacji dla człowieka — pisał Tischner — niż sytuacja pana-zwycięzcy. Oto we wnętrzu świadomości pana gnieździ się iluzja. Są przekonani, że są panami. Nie byliby jednak panami, gdyby nie masy niewolników, którzy ich za panów uznali.”
Kim zatem są owe „masy niewolników” sankcjonujące fałszywą dialektykę i na kim opiera się gliniana potęga „czwartej władzy”? To dzięki nim funkcjonuje załgany układ, w którym byle ćwierćinteligent uzurpuje sobie pozycję mędrca, a zakompleksiony żurnalista sili się na pozę wojownika. Tylko dlatego możliwe są występy bełkocących „analityków” i partyjne agitki miernot, odznaczonych przez rasę „panów” za "wybitne zasługi dla rozwoju niezależnego dziennikarstwa".

„Nie byliby jednak panami, gdyby nie masy niewolników, którzy ich za panów uznali”. Trzeba tę prawdę wybić wielkimi literami i rzucać w twarz wszystkim, którzy sami konserwują zabójczą dla wolności dialektykę. Komu rzesze dziennikarskich wyrobników zawdzięczają dziś swoją nienależną pozycję, jeśli nie tym, którzy ślepi i głusi na prawdę obdarzają ich zainteresowaniem lub chcą w nich postrzegać rzeczników naszych interesów?
Na nas spada odpowiedzialność za urojenia witkiewiczowskich Puczymordów, którym marzą się „papawerdy zakrapiane oblikatoryjnymi fąframi” i nie ma większego upodlenia, niż przynależność do „masy niewolników” podtrzymujących małych demiurgów w przeświadczeniu o wyjątkowości.

http://bezdekretu.blogspot.com/2011/08/ ... oscia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 11 wrz 2011, 12:45 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Wojciech Wencel

„Arcana” polskości

Wokół krakowskiego pisma działa środowisko ludzi zarażonych polskim romantyzmem.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 7 września 2011

W 1997 r. Liga Republikańska zorganizowała w Katowicach Spotkania Nowego Pokolenia. W ciężkim od węgla powietrzu unosił się duch „konserwatywnej rewolucji”. Na scenie koncertowały zespoły chrześcijańskiego rocka, a w dyskusjach panelowych brali udział „eseiści kultowi”: Cezary Michalski i Paweł Lisicki. „Frondę” reprezentował Rafał Smoczyński. Jako przykład skutecznej realizacji kulturowej misji wskazywano działalność Wiesława Walendziaka i związanych z nim dziennikarzy w telewizji publicznej. Droga do rechrystianizacji Polski, a w dalszej perspektywie – Europy, wydawała się lekka, łatwa i przyjemna.

W tym samym roku Jan Paweł II pisał w liście do redakcji „Arcanów”: „Życzę Wam radości z owoców pracy podejmowanej w walce o Polskę wierną swej religijnej i polityczno-kulturowej tradycji. Idźcie tą drogą śmiało...”. Życzenia bardzo się przydały, bo twórcy krakowskiego pisma wyznaczyli sobie znacznie dłuższą trasę niż architekci „konserwatywnej rewolucji”. Po czternastu latach od tamtych wydarzeń można sparafrazować Księgę Koheleta: pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a dwumiesięcznik „Arcana” trwa po wszystkie czasy. Właśnie ukazał się jego jubileuszowy, setny numer.

Redakcją pisma, które w 1995 r. powstało na gruzach wywodzącej się z podziemia „Arki”, od początku kierował Andrzej Nowak. Wokół „Arcanów” udało mu się skupić niemal całą autentyczną elitę polskiej kultury. Publikowali tu m.in. Zbigniew Herbert, Jarosław Marek Rymkiewicz, Leszek Elektorowicz, Leszek Długosz, Marek Nowakowski, Włodzimierz Odojewski, Kazimierz Orłoś, Wacław Holewiński, Jacek Trznadel, Tomasz Burek, Elżbieta Morawiec, Wiesław Paweł Szymański, Maciej Urbanowski, Jan Prokop, Ryszard Legutko, Jacek Bartyzel, Andrzej Waśko.

Moja współpraca z „Arcanami” zaczęła się w 1996 r. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy ogłaszałem tam wiersze oraz młodzieńczy manifest „Zamieszkać w katedrze”, bliższe było mi strzelanie z procy niż uczestniczenie w długotrwałej strategicznej rozgrywce. Krakowski dwumiesięcznik kojarzył mi się z pracą u podstaw, godną szacunku, ale pozbawioną adrenaliny, przygody, spektakularnych zwycięstw i dotkliwych klęsk. Ależ byłem wtedy naiwny! Musiałem dorosnąć, by dostrzec, że „Arcana” to pismo głęboko romantyczne, napędzane marzeniem o wielkiej Polsce, tyle że budowane na skale narodowej historii, religii i kultury, a nie na piasku rewolucyjnej iluzji.

Zamiast pozować na rewolwerowców, którzy w samo południe stają do pojedynku z potworem tego świata, redaktorzy „Arcanów” konsekwentnie drążą zapomniane tradycje polskiej kultury: od Mickiewicza po Mackiewicza, od natchnionego mesjanizmu po gorzki realizm. Ożywiają idee i pisarstwo Stanisława Piaseckiego, Ferdynanda Goetla, Andrzeja Bobkowskiego. Czasem wskrzeszają literackie arcydzieła, takie jak „Nadberezyńcy” Floriana Czarnyszewicza. Kompletują armię żywych i umarłych, zdolną skutecznie walczyć o polską duszę. Mają świadomość, że tylko ciągłość patriotyzmu jest realną alternatywą dla fałszu panującego dziś systemu.

Dążąc do ukazywania prawdziwej historii, stały się „Arcana” wnikliwą kroniką III RP. Jednoznacznie krytyczne wobec układu okrągłego stołu, na bieżąco komentowały kluczowe wydarzenia polityczne – od powołania i upadku rządu Jana Olszewskiego po katastrofę smoleńską. Publikowane przez nie teksty, choćby głośna książka Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie, wywoływały wściekłość salonów i narażały redakcję na poważne kłopoty. Ale autorzy pisma często sięgali też w głąb polskich dziejów, szukając w nich klucza do zrozumienia współczesności. Szczególną wartość miały analizy geopolityczne, określające Polskę wobec Rosji i Europy Wschodniej.

Uniwersytecka powaga „Arcanów” może sugerować, że to pismo dogmatycznych konserwatystów, którym zależy wyłącznie na przechowaniu dawnych wartości w czasach cywilizacyjnego kryzysu. W rzeczywistości wokół dwumiesięcznika działa środowisko ludzi zarażonych polskim romantyzmem, który warunkuje naszą wolność. Tytuł pisma nie jest przypadkowy, bo dojrzały patriotyzm wymaga wtajemniczenia i świadomego uczestnictwa we wspólnotowym losie. Między sztywnymi okładkami „Arcanów” kipi żywioł polskości. Nie tylko ja czekam na moment, kiedy wybuchnie.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... kosci.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 15 wrz 2011, 09:35 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
W Moskwie??!

Spojrzałam. Przeczytałam. Nie spałam pół nocy. Który to raz zdawało mi się, że nic mnie już nie zdziwi. A jednak.

Tak sobie po cichutku, na 177 stronie najnowszego numeru „Arcanów”, umieszczono informację o jednej z największych sensacji chyba bieżącego stulecia. Oczywiście sensacji dla Polski i tych, którzy cenią i kochają jej kulturę, a nie dla tych, co nią gardzą. Kiedy już przejdzie się w „Arcanach” blisko 50 przerażających odpowiedzi sławnych osób na pytanie „Na co Polska jest nam JESZCZE potrzebna”, kiedy pocieszymy się potem jak łykiem dobrej nalewki wywiadem z uroczym Leszkiem Długoszem, którego refren „Jaka szkoda, jaka szkoda...” sam włącza się w mózgu podczas lektury...

To wtedy na stronie 177 znajdziemy: „Juliusza Słowackiego podróż na Wschód”. Tytuł raczej na amatora. Jeden z tych tekstów, które odkłada się na wolny czas na emeryturze. Tylko na szczęście miał i podtytuł „Z zaginionego w 1939 r. notatnika poety – odnalezionego w rosyjskich zbiorach”.

W Moskwie, w archiwach RGB – Rosyjskiej Biblioteki Państwowej spoczywa sobie od Bóg wie kiedy zaginiony po wybuchu II wojny światowej (dla uczniów pani Hall – wybuchła 1 września 1939) pamiętnik Juliusza Słowackiego (dla tychże – wielkim polskim poetą był) z podróży na Wschód, ozdobiony oryginalnymi rysunkami poety. Przed wojną leżał w zbiorach Biblioteki Krasińskich. Opisał go wtedy dokładnie (opisywać rysunki...) Manfred Kridl, polonista, który wykształcił m.in. mojego Ojca. Tuż przed wojną czarny zeszyt ze złoconym napisem „Rękopisma Juliusza Słowackiego” przewieziono do Liceum Krzemienieckiego na wielką wystawę, organizowaną przez Marię Danilewicz Zielińską. Zaginął w pierwszych dniach wojny. Zniknął z horyzontu. Zakatalogowany w Moskwie w 2001 roku. Przedtem zapewne w zbiorach zastrzeżonych lub w „trofiejnym fondzie” (zbiór zdobyczny) w Archiwum Specjalnym KGB .

Prof. Głębocki trzymał tę wiadomość kilkanaście lat. Dobrze, że choć teraz się o tym dowiadujemy, zeszyt zresztą zostanie wydany, jak pisze. Możliwe, że wszyscy o tym wiedzą od dawna, ja nie wiedziałam.

A czy może jest tam coś jeszcze w tych archiwach moskiewskich? Jest. „Tu umieszczono bezcenne dla polskich historyków i dziedzictwa narodowego, zrabowane w czasie wojny zespoły dokumentów najważniejszych instytucji II RP. W tym archiwum II Oddziału Sztabu Generalnego, czyli słynnej „Dwójki” – wywiadu wojskowego II RP, ale także np. archiwum Legionów Polskich, dokumenty Polskiej Organizacji Wojskowej, zbiory Instytutu Józefa Piłsudskiego w Warszawie (którego kontynuacją jest Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku), część archiwum kancelarii Prymasa, archiwum Sejmu, archiwum rządu II RP (...)”.

Ciekawe, jak funkcjonują nasi historycy bez tych archiwów, które, jak się okazuje, przetrwały!?

Trolle, uwaga! Jeszcze coś tam jest.

Przechowywane one były razem z teczkami personalnymi i innymi materiałami specjalnego pionu NKWD (kto bredził, że Rosjanie nie lubią porządku?), zajmującego się internowanymi wojskowymi. I akta agentury.

Będą udostępnione po 75 latach. Czyli już za pięć lat! Tak, tak, będą tam także nazwiska nieszczęsnych skaptowanych oficerów polskich. Ale nie tylko! Trolle, zmyk!

Na razie pytanie do ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego, który woli powiatowych, i do szefa Telewizji Polskiej Juliusza Brauna, który woli satanistów:

- Czy wystąpili już Panowie o zwrot tych bezcennych dla kultury polskiej materiałów? Czy pozostaną one w Moskwie? Czy tak będzie poręczniej dla badaczy?

Fakt, że – jak zauważa Głębocki – rękopisy nie płoną. Przynajmniej w Moskwie.

*

Przy okazji kilka informacji.

W ostatnim „Uważam Rze” reportaż prof. Andrzeja Nowaka prosto z orwellowskiej komórki brukselskiej, planującej zmiany w pamięci wschodnich Europejczyków. Zawsze powtarzam, że wszelkie spiskowe teorie są niczym w porównaniu z rzeczywistością. Planują, martwią się o nas, kształtują, i to od dawna. warto poczytać.

Druga – osoby zainteresowane wspomnieniami mojej Mamy, mogą szukać nowego wydania w księgarniach lub na stronie wydawnictwa Poltext, warszawiacy mogą skontaktować się ze mną choćby przez PW.

Anna Rudzińska, "O moją Polskę", www.poltext.pl

Trzecia – Janusz Korwin-Mikke nie zarejestrował komitetu wyborczego. Cieszy mnie to. Popierał Palikota, jego poglądy dziwnie ewoluują. Powinno się o tym dowiedzieć jak najwięcej wyborców.

http://tbochwic.salon24.pl/338988,w-moskwie


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 24 wrz 2011, 18:36 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Przeciw systemowi

Z Wojciechem Wenclem rozmawia Joanna Lichocka

"Gazeta Polska Codziennie", 17-18 września 2011

Był pan na ostatnim Marszu Pamięci 10 września, przyjechał Pan z Gdańska i wędrował wraz z tłumem Krakowskim Przedmieściem pod Pałac Prezydencki.

Doświadczenie wspólnoty, która zrodziła się na Krakowskim Przedmieściu w pierwszych dniach żałoby po 10 kwietnia, spowodowało, że znów odczuliśmy głód prawdy, sprawiedliwości i prawdziwej wolności. Pojawiła się nadzieja, że te wartości mogą powrócić do polskiego życia publicznego. Widząc, jak jesteśmy liczni, zrozumieliśmy, że możemy decydować o losach własnego kraju. Że Polska nie musi być państwem, które wciąż tkwi korzeniami w komunizmie. Bo przecież nadal rządzi tu warstwa uprzywilejowana, a zmieniła się jedynie fasada. Ukrywanie faktycznego znaczenia tzw. „transformacji ustrojowej” to grzech założycielski III RP. System interesów komunistów, którzy przecież pod koniec PRL-u nie byli jakimiś ideowcami, został rozbudowany w system interesów całej grupy: udziałowców Okrągłego Stołu, oligarchów, byłych esbeków, twórców głównych mediów, ale też nowych polityków, respektujących okrągłostołowy układ. Ci ludzie nie potrafią myśleć kategoriami służby publicznej czy dobra wspólnego. Ich ideologią jest kolesiostwo, przykrywane propagandową grą, politycznym PR-em.

Nie boi się Pan oskarżeń o „antysystemowość”?

Myślę, że Marsze Pamięci to przede wszystkim wołanie o prawdę. Nie tylko o prawdę o katastrofie smoleńskiej i szacunek dla jej ofiar, ale też o inną Polskę. Taką, w której sądy nie będą skazywać ludzi za poglądy, w której media będą służyć obywatelom, a nie władzy, w której nikt nie będzie wyzywany od moherów, ciemniaków, faszystów, w której runą fałszywe hierarchie kultury i pojawią się nowe, odpowiadające tradycyjnym polskim wartościom. Patronką naszego zrywu jest śp. Anna Walentynowicz, autentyczna „Pani Cogito”, zawsze stająca w obronie poniżonych i wykluczonych. Zgodnie z jej testamentem, musimy „policzyć się na nowo” i dokończyć misję „Solidarności”.
Smoleńsk wyrwał nas z letargu, z poczucia bezsilności. Bardzo wyraźnie widać to nie tylko w Warszawie, ale i na polskiej prowincji. Nie zajmiemy się już tylko bogaceniem się i grillowaniem. Polska nas obchodzi, dla milionów ludzi Polska znów stała się ogromnie ważna. W tej chwili funkcjonujemy w drugim obiegu, budujemy podziemną kulturę, ale nadejdzie jeszcze nasz czas. Nasza obecność na Krakowskim Przedmieściu jest dowodem, że nie boimy się mówić „nie” temu porządkowi, jaki nam wprowadzono w 1989 r .

Chce Pan powiedzieć, że to akt odwagi? Nie przesadza Pan?

Polacy na Krakowskim Przedmieściu wychodzą na pierwszą linię walki o polską duszę. I to z pełną świadomością, że zostaną ośmieszeni w głównych mediach i będą mieli kłopoty w lokalnych środowiskach. Przecież widzimy, jak są pokazywani w telewizji , jak się z nich kpi, atakuje, uznaje za szaleńców. Ale tych kilka tysięcy ludzi co miesiąc należy traktować jako reprezentantów całego świadomego narodu, także tych z nas, którzy mieszkają na prowincji. Wyjazd do Warszawy to dla wielu Polaków, zwłaszcza starszych, „podróż życia”, poważne wyzwanie, wiążące się z zerwaniem relacji z oswojoną przestrzenią. Nie wszyscy mogą fizycznie stawić się na Krakowskim Przedmieściu, ale są tam duchowo. Znam kilkanaście osób, które nigdy nie brały udziału w Marszach Pamięci, ale głęboko identyfikują się z wołaniem o prawdę. Mówią: „Krakowskie Przedmieście – tak, my jesteśmy z Krakowskiego Przedmieścia”. I to są ludzie różni. Choćby mój sąsiad, legenda polskiego jazzu, który po Smoleńsku zaczął czytać „Gazetę Polską”. W święta narodowe wspólnie wieszamy na naszej kamienicy biało-czerwoną flagę, przepasaną kirem.

Sporo jest też jednak takich, którzy pukają się w czoło, gdy słyszą, że ludzie na Krakowskim Przedmieściu śpiewają „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.

Też tak śpiewam, bo III RP utraciła podmiotowość w polityce zagranicznej, a wewnętrznie coraz bardziej przypomina putinowską Rosję. Przyjrzyjmy się tym, którzy pukają się w czoło. To albo wykorzenione z polskości „wykształciuchy”, którym wystarcza mała stabilizacja i absurdalne poczucie wyższości, albo młodzi junacy, którzy wierzą, że poparcie kosmopolitycznych trendów da im awans społeczny. Wszyscy są zaczarowani przez cyniczne media, trochę jak Kaj z baśni Andersena o Królowej Śniegu – mają lodowate serca. Brakuje im empatii. A przecież obowiązkiem człowieka myślącego jest zawsze stawać w obronie słabszych. Obserwując Polaków na Krakowskim Przedmieściu przez te 17 miesięcy, uświadomiłem sobie, że udział w mszach i marszach jest dla wielu z nich jedyną bronią. Bo nie pisują polemik w wielkich gazetach, nie chodzą do programów telewizyjnych. Mogą tylko wyjść z lokalnego środowiska i powiedzieć głośno: „Tak, jesteśmy Polakami, chcemy pozostać Polakami”.

Jarosław Marek Rymkiewicz, który też pilnie obserwuje Krakowskie Przedmieście, powiedział, że chciałby, by było już na nim mniej lamentu. Mówi, że teraz jest wojna.

W 1860 r. też zaczęło się od lamentu i patriotycznych manifestacji. Powstanie styczniowe wybuchło dopiero trzy lata później. Sam miałem wiele momentów zwątpienia, śledząc rozwój wydarzeń na Krakowskim Przedmieściu. W pierwszych dniach po 10 kwietnia był we mnie entuzjazm. Miałem poczucie, że za chwilę będziemy tu mieli jakieś pospolite ruszenie i Polska z dnia na dzień stanie się państwem z krwi i kości, a gdy minie żałoba, będziemy normalnie żyć, respektując ten system wartości, który przyświecał poległym w Smoleńsku. Trudnym doświadczeniem było pogodzenie się z kruchością naszego zrywu. Żeby zmienić oficjalną kulturę, fałszowaną przez dziesięciolecia, potrzeba czasu. Na pewno potrzebujemy większej mobilizacji do budowania podziemnych struktur. Konieczna jest też ogromna determinacja naszych politycznych reprezentantów, czyli PiS-u. Może to nasze marzenie o wolnej Polsce spełni się dopiero w kolejnych pokoleniach, a może już za kilka miesięcy. Wiem jedno: na Krakowskim Przedmieściu jest szczelina, przez którą wypływa na powierzchnię mickiewiczowska lawa. Przyjdzie taki dzień, kiedy ten wulkan polskości wybuchnie i odzyskamy własne państwo.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... emowi.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 30 wrz 2011, 08:39 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Konserwatywny historyk kreśli stan polskiego ducha i analizuje polską sytuację czerpiąc z polskiej tradycji politycznej

Na co Polska może być jeszcze potrzebna? Ankieta „Arcanów” – rok 2011:

1. Na co Polska może być jeszcze potrzebna? Jaki jest/może być sens polskości (Polski) dla Polaków, jaki dla tutejszych, jaki dla sąsiadów, dla innych (dla naszego regionu, dla Europy, dla świata)?

2. Jakie zobowiązanie może dziś wynikać z akceptowanej przynależności do polskiej wspólnoty historycznej/obywatelskiej/narodowej? Na co my możemy być Polsce potrzebni?

Obydwa pytania zaadresowaliśmy do polskich respondentów. Pytanie pierwsze skierowaliśmy także do grupy zagranicznych obserwatorów (sympatyków) polskości. Drukujemy poniżej odpowiedzi – najpierw 25 odpowiedzi polskich, potem 7 odpowiedzi zagranicznych. Łącznie 32 głosy, do których każdy Czytelnik może dodać własny, trzydziesty trzeci.

Redakcja (Dwumiesięcznika ARCANA)



Marek Kornat

(1) Pytania postawione są tak szeroko, że skłaniają do rozważań, lecz bardzo trudno uniknąć banalności poszukując na nie odpowiedzi. Inaczej na te pytania odpowiadał będzie polityk, inaczej człowiek nauki, inaczej duchowny, jeszcze inaczej ktoś, kto ex professio zajmuje się badaniem przeszłości. Moje refleksje będą oczywiście rozważaniami historyka, który jako pola badawcze wybrał dzieje polskiej myśli politycznej i historię dyplomacji. Trudno przy odpowiedzi na tak postawione pytanie nie odwoływać się do przeszłości, bo przecież lekcja historii jest nauką polityki.

Cała nasza teraźniejszość nie sprzyja stawianiu sobie takich pytań. Mówić o „posłannictwie” Polski to szczególny anachronizm. Kształtujące wyobraźnię społeczną środowiska, zwrócone są przeciw tezie, iż jako naród mamy do spełnienia jakąkolwiek misję wobec świata. Ten sposób myślenia sprowadza się do dwóch tez: Po pierwsze: mamy „nie przeszkadzać czynnikom dominującym” w kształtowaniu polityki międzynarodowej – w urządzaniu Europy. Po drugie: mamy poddać się modernizacji – jej dobrodziejstwu, co rozwiąże wszystkie problemy (polityczne, społeczne, gospodarcze, etyczne).

Pokolenia, które kroczyły przez historię przed nami, podejmowały jednak to pytanie, poszukiwały odpowiedzi na pytanie o sens trwania Polski w świecie. Różnie wypadała ta odpowiedź – zależnie od epoki naszych dziejów. Dla Polaków doby przedrozbiorowej sensem istnienia Polski była idea służby chrześcijaństwu poprzez pełnienie roli „wschodniej bariery” Europy, co nazwano „Przedmurzem”. Po zagładzie państwa, w dobie niewoli – nie wyrzekliśmy się tej idei, ale doszło wyzwanie jeszcze większe: udowodnić światu, że jesteśmy narodem, że utrata Rzeczypospolitej nie kończy historii, że naród istnieć może i bez państwa, a „legitymizm narodów” stanowi główne źródło prawa międzynarodowego (Adam Jerzy Czartoryski). Ocalenie własnej tożsamości, pozostanie narodem, jawiło się w takiej perspektywie nowym wymiarem uniwersalnego posłannictwa – w imię wizji Europy narodów.

Kiedy w rezultacie „geopolitycznej rewolucji” w Europie – w następstwie Wielkiej Wojny (1914—1918) – naród polski odzyskał własne państwo – doszło na nowo doświadczenie Przedmurza, udokumentowane na polach bitewnych zwycięskiej wojny z państwem Sowietów w l. 1919—1920. Zawdzięczając wolność niezwykłemu przewrotowi w ustroju świata, Polska miała być rzecznikiem zasady stanowienia narodów o sobie i tym państwem, którego istnienie – samo przez się, dowodzi „bankructwa polityki siły” (Aleksander Skrzyński). Nowa Polska wstępowała w dawną swą rolę geopolitycznego czynnika równowagi europejskiej. Idea neutralności między Niemcami a sowiecką Rosją dobrze wyrażała tę myśl, a Józef Piłsudski dał jej dobitne uzasadnienie: „gdybyśmy połączyli się z Niemcami bądź Rosją, nasza misja cywilizacyjna nie byłaby dokończona”. Istotnie, jako dziejowe zadanie odrodzonej Polski jawiło się pełnienie z jednej strony roli „wschodniej bariery” Europy a z drugiej skuteczne przeciwstawianie się dążeniom Niemiec do hegemonii nad Europą Środkowo-Wschodnią, będącą Heartland kontynentu.

W przededniu II wojny światowej doszło jeszcze inne, sugestywne doświadczenie trwania Polski jako „strefy neutralnej” między dwoma totalitarnymi potęgami. Że wypełnienie tego zadania okazało się ponad siły ówczesnej Polski – to rzecz poza dyskusją, ale że tak pomyślane zadanie dziejowe było sugestywne i prawdziwe, jest również poza dyskusją1. Ale decyzja polska z roku 1939 – aby odrzucić niemieckie żądania terytorialne wraz z ofertą „młodszego partnera” (Juniorpartner) – miała wymowę prawdziwej doniosłości. Co by się stało gdyby Polska „weszła na drogę kapitulacji?” – pytał kiedyś Tadeusz Katelbach. „Warunki jej byłyby bezlitosne. Polska zostałaby pozbawiona jej wszystkich ziem zachodnich, a zrywając więzy z aliantami, musiałaby zgodzić się na odgrywanie roli satelity, posłusznego rozkazom Berlina. Kapitulacja Polski pozwalałaby na przerzucenie wszystkich sił niemieckich na front francuski i rozegrania zwycięskiej batalii we Francji zamiast w czerwcu 1940 r. już we wrześniu czy październiku 1939 r. Dalszym etapem byłaby szybka rozprawa z zupełnie nie przygotowaną i rzeczywiście zaskoczoną W. Brytanią, a potem – rzecz prosta – Moskwą”. Tu oczywiście użyta zostałaby armia polskiego satelity. Rosja mogłaby być napadnięta już w roku 19402. Historia Europy mogła się potoczyć inaczej. Decyzja polska miała doniosłe znaczenie.

W dobie nowej niewoli (po narzuceniu Polsce ustroju komunistycznego), nie wypaliła się idea misji wobec świata. Jej sensem było przetrwać narzucony ustrój. Zachować tożsamość. Nie podać się totalitarnej inżynierii. Zachować najcenniejszy skarb – Kościół Katolicki. Z tą myślą niewątpliwie, stawał przeciw narzuconej władzy Kardynał Wyszyński, kiedy ogłosił swoje non possumus.

A co zostało dzisiaj? Oczywiście jest zwątpienie w sens polskości, jest zwodnicze hasło „wybrania przyszłości”, jest powszechne naigrawanie się z tego wszystkiego, co w naszej przeszłości było wielkie i święte. Ale na przestrzeni naszych ostatnich dwudziestu lat mamy taki moment, który pozostaje symbolem wzniosłego posłannictwa Polski. Sierpień 2008 r. przyniósł nam taki symbol. Prezydent Rzeczypospolitej Kaczyński przemawiający w Tbilisi. Mówił tak dobrze zakorzenionym w polskiej myśli politycznej językiem o prawie narodów do samostanowienia. Mówił „nie” polityce państwa, którego twarz jako zaborcy historia ukazywała światu już tyle razy. Widzieć ten moment było jedną z najpiękniejszych – najbardziej poruszających i prawdziwie niezwykłych chwil naszego życia. Prezydent stawał się spadkobiercą Adama Czartoryskiego, Józefa Piłsudskiego, Jerzego Giedroycia. Takie chwile sprawiają, że słowo Polska wymawia się odświętnie. „Mieliśmy informacje, że rosyjscy żołnierze, którzy znajdowali się zaledwie 2 km od Tbilisi, zatrzymali się. Myślę, że w jakiś sposób powstrzymaliśmy ich przed wkroczeniem do gruzińskiej stolicy” – powie później Prezydent Litwy Valdas Adamkus3. Jako Prezydent Rzeczypospolitej Kaczyński ożywił dziedzictwo idei prometejskiej.

Jak postrzega nas świat? Na to złożone pytanie odpowiedzieć zwięźle nie można. Jako historyk, który pisał stosunkowo wiele o polskiej polityce zagranicznej doby dwudziestolecia (1918—1939), zatrzymam się na tej samej materii, tylko w naszych czasach.

Powszechnie dostrzegalne jest pragnienie (chociaż mniej lub bardziej ukrywane), aby było to państwo małe, drugoplanowe, może wprost „państwo klientalne”, aby status ten zachowało, aby nie było w stanie go przezwyciężyć. Tu dochodzimy do ważnej kwestii, nad którą trzeba się zatrzymać. Jak wiadomo, w latach 2005—2009 świat zareagował na politykę polską zasadniczo negatywnie. Zaskakujące usiłowanie „licytowania Polski wzwyż” – natrafiło to na opór czynników zagranicznych (głównie Rosji i Niemiec), którym „na rękę” jest Polska uprzedmiotowiona, płynąca w „głównym nurcie” polityki mocarstw.

Bardzo podobne doświadczenie miała już Polska międzywojenna. „Naiwne byłyby więc nadzieje, że Polska, odrodzona przez nagłe przywrócenie, zbrodniczo ongiś zerwanej, równowagi sił w Europie, stanie się w gronie narodów członkiem witanym powszechną sympatią i otoczonym pieczołowitą życzliwością. Liczyć należało przeciwnie, iż ogólne prawa życia będą rozciągnięte i na nią, że czeka więc Polskę los trudu, przeciwności, przeciwdziałania” – pisał Ignacy Matuszewski na początku roku 19334. Nie utraciły te słowa aktualności. Przemawiał wprawdzie do świata polski ideał wolności, ale twórcy „polityki siły” zawsze upatrywali w sprawie polskiej szczególny w swym rodzaju przedmiot nienawiści. „Ilekroć zdarzyło mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzeszącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski” – pisał Chesterton5.

Świat należy przyzwyczajać, że polska polityka zagraniczna nie może być inna jak tylko stanowczo broniąca interesów narodów Europy Wschodniej, które poszukują dla siebie drogi do rzeczywistego samostanowienia. Nie ma innej odpowiedzi na to pytanie, jak uznanie, iż tylko Polska wierna zasadzie „nic o nas bez nas” jest potrzebna Europie, bo tylko taka Polska może coś dla naszego regionu i dla Europy Wschodniej zrobić. Zasada „nic o nas bez nas” jest drogowskazem każdej sensownej polityki zagranicznej, chociaż ewoluuje ustrój stosunków międzynarodowych, chociaż zmieniają się pojęcia i powstają nowe instytucje międzynarodowe.

Nie możemy – w moim przekonaniu – uwolnić się od doświadczeń Polski międzywojennej, chociaż epoka ówczesna jest zamkniętą kartą historii. Z ówczesnej myśli politycznej wiele jest już anachroniczne, ale główny sens ówczesnej myśli politycznej (zarówno obozu piłsudczykowskiego jak i narodowo-demokratycznego) się nie przedawnia i brzmi jako drogowskaz na nasze czasy. Polacy nie mogą przyjąć myślenia kategoriami małego narodu. Byłaby to bowiem samodegradacja. Państwo małe swoją polityką, państwo drugiej kategorii to właśnie klęska. „W tym bowiem miejscu Europy, gdzie leży Polska, istnieć może tylko państwo silne, rządne, świadome swych trudności i swego celu, wolne, rozwijające bujnie indywidualne wartości każdego człowieka, a więc demokratyczne, zwarte i zorganizowane, solidarne i silne wewnętrznie, budzące szacunek na zewnątrz, przeniknięte walorami kultury i cywilizacji, państwo nowoczesne, zachodnie, mnożące w wyścigu pracy własne wartości materialne i moralne. Czy możemy się wahać, stojąc u drogowskazu, gdzie pójść?” – pytał w swoich Dysproporcjach Eugeniusz Kwiatkowski6.

W myśli Józefa Piłsudskiego znajdziemy przenikliwe stwierdzenia. To on mówił o „braku wiary we własne siły, o naszej trwodze, nieustannym strachu, czy ktoś się nie zagniewa, czy komuś się nie narazimy. Tak polityki prowadzić nie można. Jak to, mamy takie nieocenione chwile, taką wspaniałą okazję dokonania na wschodzie wielkich rzeczy, zajęcia miejsca Rosji, tylko z odmiennymi hasłami i wahamy się. Boimy się dokonać czynów śmiałych, choćby wbrew koalicji, podczas gdy tą droga możemy sobie dać radę wobec takich wrogów jakim jest Republika Sowiecka. Potrzeba nam więcej wiary w nasze siły i więcej odwagi, inaczej zginiemy i nie zdołamy spełnić naszego zadania – odgraniczyć Polskę od wrogów, żeby mogła wielkość swą wypisać nie drogą rewolucji i strasznych eksperymentów wschodu, lecz drogą ewolucji”7.

Jest pytanie o dyskurs polski do świata. Myślę, iż nie powinien to być dyskurs ofiary – chociaż musimy oczywiście prowadzić konsekwentną, długofalową „politykę pamięci”. Nie ktoś inny, tylko Prezydent Kaczyński miał tego głęboką świadomość. „W ogóle bardzo nie lubię występować w roli ofiary, a już tym bardziej nie chciałbym, żeby mój kraj występował w takiej roli” – mówił8. Mówił to on – kontynuator dziedzictwa Józefa Piłsudskiego i Józefa Becka. Spadkobierca „polityki równowagi”.

Rzadko zdarzają się w życiu narodów chwile, kiedy wszystko trzeba stawiać na jedną kartę jak w r. 1920 albo 1939. Los narodów zazwyczaj jednak decyduje się w długofalowych procesach. Pamiętając o tym, pamiętać również trzeba, że w historii nic nie jest raz na zawsze dane – że określoną pozycję trzeba wciąż na nowo zdobywać. Nie staje przed Polską imperatyw wielkich decyzji jak w roku 1920 lub 1939, ale raczej nakaz konsekwentnej walki w sprawach drobnych (pozornie małych), ale z nimi można albo „licytować Polskę wzwyż”, albo wejść na drogę samodegradacji9.



(2) „Jakie zobowiązanie może dziś wynikać z akceptowanej przynależności do polskiej wspólnoty historycznej/obywatelskiej/narodowej? Na co my możemy być Polsce potrzebni?” – to pytanie drugie Ankiety.

Wydaje mi się, iż byłoby na pewno rzeczą bardzo obiecującą, gdyby te właśnie pytania, które są przedmiotem niniejszej ankiety, postawić cudzoziemcom – politykom, historykom, intelektualistom cudzoziemskim. Mógłby powstać w ten sposób materiał bardzo interesujący.

„My” – to jak rozumiem – „ludzie nauki”, ludzie stanowiący inteligencję polską dzisiaj. Nie mam tu do zaproponowania niczego oryginalnego. Zadania te ująłbym w czterech punktach: Primo, bronić kultury humanistycznej; Secundo, walczyć o oblicze szkoły – bronić uniwersytetu (chociaż tak wiele już zostało zrujnowane); Tertio, sprzeciwiać się „barbaryzacji Polski, która jest na rękę naszych wrogów” (sformułowanie Jarosława Kaczyńskiego); Quarto, odrzucić „myślenie stadne”, czyli bezwolne uleganie ogłupiającej propagandzie.

Za trzy lata obchodzić będzie świat stulecie pierwszej wojny światowej. W przededniu tego konfliktu Europa przeżywała prawdziwy rozkwit. Naszego państwa nie było na mapie. Co więcej, byliśmy bez szans na wywalczenie państwa. Dzisiaj mamy własne państwo – państwo bardzo słabe, źle rządzone, daleko nie wypełniające swych zobowiązań – ale własne, co oznacza, że można o własnych siłach usiłować je uporządkować, wzmocnić.

Wprawdzie na arenie międzynarodowej mamy poważne zagrożenia, ale nie jest tak, że za odważną politykę zagraniczną można Polskę ukarać – tak jak to stało się w r. 1939. Dzisiaj – mimo wszystko – jest to niewyobrażalne i w tym przekonaniu widzę uzasadnienie dla polityki odważnej, może nie stroniącej od pewnego ryzyka, ale akcentującej obecność Polski w świecie.

„Aby postępować naprzód — mówił — trzeba mieć cel, którego się jeszcze nie osiągnęło, a na to, by wciąż postępować naprzód, trzeba być zdolnym do stworzenia celu, którego się nigdy nie osiągnie” – pisał Adam Jerzy Czartoryski10. Niech te słowa wystarczą – zamiast konkluzji.

* * *

Zbiór myśli z ostatniego okresu życia prof. Władysława Leopolda Jaworskiego, ogłoszony w r. 1929 pod skromnym tytułem Notatki zawiera wspaniałe wyznanie wiary w Polskę, ujęte w formie poruszającej Modlitwy dziękczynnej za odzyskaną niepodległość. Słowa te warto przytoczyć jako rodzaj ponadczasowego programu. „Wejrzałeś na nas, Ojcze. Rozrzucone po całej ziemi mogiły, kryjące kości zmarłych w męce i tęsknocie Polaków, zaświadczyły, żeśmy odbyli pokutę. Wróciłeś nam wolność. Udziel nam łaski, abyśmy ją utrzymali. De profundis ad Te clamamus. Z tajemniczej dla nas, dla Ciebie tylko widnej głębi, z duszy, wołamy do Ciebie o trwanie wolności, bo chcemy Cię kochać, a niewolnicy potrafią tylko nienawidzić. Jesteś jednym z wszelkim bytem i wszelką rzeczywistością. Ale jeśliś nas stworzył na obraz i podobieństwo Swoje, to dlatego, abyśmy Cię kochali, jak dzieci Ojca. Syn Twój, Chrystus, nauczał nas nazywać Cię Ojcem. Mówił, że gdziekolwiek zbiorą się ludzie w Twoim Imieniu, kochać się będą wzajemnie i kochać będą innych, kochać wszystkich. Jak niebo Twoje jest całe niebieskie, tak Ty jesteś niezmierzonym oceanem tylko miłości, w który się wlewa miłość do Ciebie wszelkiego bytu, by stamtąd do tego bytu powrócić. Pragniemy wolności, by móc ufundowany przez Twego Syna zakład miłości bronić przed burzą, skądkolwiek by nadciągała, byśmy mogli nasz spokój i nasze szczęście, czerpane w Twojej miłości, rozdawać innym. Niech nam nie mówią, że głodni muszą zdobywać chleb w walce, bo walka rodzi tylko walkę, nie ziarno. Ziarno rozdzielić może tylko miłość, o Jej też Królestwo na ziemi błagamy. Chcemy radości życia. Niczego nie chcemy się z niego wyrzec, ale je całe, na wskroś przeniknąć Tobą, Ojcze, przeniknąć miłością. Daj nam, Panie, rząd silny i trwały, ale niech to będzie rząd z Twojej łaski. Niechaj nas nigdy nie zostawia na bezdrożu, ale tam, gdzie rozum ludzki ustaje, niech czerpie moc w objawionej przez Ciebie moralności. Niech łaska Twoja spłynie na nas, byśmy mogli jednoczyć nasze siły w jednym ognisku, którego światło kierować będzie naszymi krokami na ziemi, ale niech ogień tego ogniska od Ciebie pochodzi. Niech nam nie mówią, że rządzić można tylko przymusem. Bez aureoli, którą łaska Twoja daje, padają wszystkie rządy, niezdolne pojąć, że rządzić z łaski Twej znaczy rządzić wedle Boskiej, nie ludzkiej moralności. Jak budowniczy tworzący całość gmachu przeznacza każdemu kamieniowi właściwe miejsce, jeden stawiając u dołu, inny u góry, jeden naprzodzie, drugi w tyle, tak Ty, Panie, przeznaczyłeś każdemu z nas właściwe dla niego miejsce. Nie znamy tego przeznaczenia, ale to jedno wiemy, że w wielkim gmachu każdy z nas ma swe zadanie do spełnienia i że, jak gmach bez kamieni powstać i istnieć nie może, tak kamień nie trwający w całości jest niczym. Spraw, Panie, byśmy to wszyscy zrozumieli, byśmy z siebie samych nie wywodzili wszelkiego początku i nie widzieli końca tylko w sobie samych. [...]”11.





dr hab. Marek Kornat – sowietolog, docent w Instytucie Historii PAN w Warszawie, zajmuje się dziejami dyplomacji XIX i XX wieku.




--------------------------------------------------------------------------------

1 Pojawiające się w historiografii zachodniej (i oczywiście rosyjskiej) narracje o Polsce Piłsudskiego i Becka jako państwie duchowo bliskim III Rzeszy są gołosłownym usiłowaniem napisania historii na nowo.

2 T. Katelbach, Spowiedź pokolenia, Gdańsk 2001 [wyd. I, 1948], s. 285-6.

3 V. Adamkus, To Lech Kaczyński zatrzymał rosyjskich żołnierzy (wywiad z Łukaszem Sianożęckim i Mariuszem Boberem), „Nasz Dziennik”, 9-10 kwietnia 2011 r.

4 Drogi Polski - (na marginesie exposé Ministra Spraw Zagranicznych, wygłoszonego 15.II w Komisji Zagranicznej Sejmu).

5 G. K. Chesterton, Przedmowa, [w:] K. Sarolea, Listy o Polsce, s. 12.

6 E. Kwiatkowski, Dysproporcje. Rzecz o Polsce przeszłej o obecnej, wyd. 2, Kraków [1933], s. 312—313.

7 Cyt. za W. Jędrzejewicz, J. Cisek, Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego 1967—1935, t. 2, Warszawa — Londyn 1998, s. 118 (wypowiedź z 30 lipca 1919).

8 Historia stosowana – z Lechem Kaczyńskim, Prezydentem RP rozmawia Andrzej Nowak, „Arcana”, nr 70—71, 2006, s. 10.

9 Nie ma tu miejsca by wątek ten rozwinąć szerzej.

10 O systemie politycznym, s. 509.

11 W. L. Jaworski, Notatki, Kraków 1929, s. 184—187.

http://www.portal.arcana.pl/Konserwatyw ... .html#post


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 07 paź 2011, 09:33 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Wojciech Wencel

Motyw z Grottgera

Są wśród nas. Żyją w Polsce, chodzą tymi samymi ulicami. A jednak wzbudzają dystans. Pogrążeni w żałobie, naznaczeni przez Boga, noszą autentyczną ranę, która zupełnie nie przystaje do błazeńskiej kultury. Irytuje, drażni, urąga współczesnej estetyce.

Felieton z cyklu "Listy z podziemia", "Gazeta Polska" 5 października 2011

Przez rząd Donalda Tuska traktowani są jak trędowaci. Tłuszcza pluje im pod nogi, uważając, by przypadkiem się o nich nie otrzeć. Najbliżsi tych, którzy zginęli w Smoleńsku, podobni są do wdów portretowanych przez Artura Grottgera. Można się o tym przekonać, oglądając „Pogardę” Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej, film znakomicie ukazujący mechanizm panującego w III RP systemu kłamstwa.

Po upadku powstania styczniowego władze carskie wprowadziły zakaz noszenia żałoby. W specjalnej instrukcji namiestnik Królestwa Polskiego Fiodor Berg szczegółowo wyliczył zabronione elementy stroju, od czarnych woalek po pióra przy kapeluszach. Wyjątek uczynił dla kobiet, które straciły męża czy ojca, ale musiały one postarać się o stosowne zaświadczenie i nosić je przy sobie na wypadek kontroli. Polacy nie poddali się tym wytycznym. Noszenie czarnych ubrań i patriotycznej biżuterii stało się powszechną formą wyrażania świadomości niepodległościowej.

Dzisiejsza władza postępuje podobnie jak rosyjscy zaborcy: walczy z krzyżem, zniczami i innymi znakami pamięci. Jedynie rodziny smoleńskich ofiar, oczywiście po okazaniu stosownego zaświadczenia, mają prawo wracać do tematu tragedii. Przy każdej okazji daje się im jednak odczuć, że są namolnymi petentami, którzy wiecznie czegoś chcą. Najpewniej pieniędzy, bo przecież prawda w dzisiejszej Polsce nie istnieje. Zresztą niektórzy funkcjonariusze systemu, jak Kazimierz Kutz, nawet wobec najbliższych ofiar kwestionują prawo do noszenia żałoby. Publiczne pojawianie się „w czerniach” kojarzą z „manierami Mao Tse-tunga”.

Ale postawa systemowych polityków to tylko czubek góry lodowej, konsekwencja postmodernistycznej rewolucji, która dokonała się w kulturze, głównie poprzez media. W filmie „Pogarda” jest krótka, ale ważna scena: w opozycji do ludzi modlących się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu szaleje roześmiana tłuszcza. Na jednym z transparentów widać hasło: „Dupa”. To najbardziej precyzyjny manifest dzisiejszej kultury, która coraz szybciej przeistacza się w nowy totalitaryzm.

Wbrew pozorom napędem cywilizacji śmierci nie jest nienawiść. Jest nim śmiech. Wulgarny, orgiastyczny rechot z bliźnich, których udało się zaszokować. Do podtrzymywania tego transu służą happeningi w stylu jackass, występy Palikota i Wojewódzkiego, show Jerry’ego Springera czy filmy takie jak „Brüno” Larry’ego Charlesa. Bezmyślny śmiech z rzeczy poważnych najpierw odbiera człowiekowi godność, a później znieczula go jak narkotyk, rodzi pogardę dla słabości i poświęcenia. Jorge, ślepy zakonnik z „Imienia róży” Umberta Eco, wiedział, co robi, gdy w trosce o dobro ludzkości bronił dostępu do traktatu Arystotelesa o komedii. Gdyby pewnego dnia media przestały inspirować widzów do nieustannego rechotu, diabeł oszalałby z rozpaczy.

W drugiej połowie XIX w. Polacy nie znali tego rechotu. Carska władza kupowała pojedynczych karierowiczów czy użytecznych idiotów, rusyfikowała administrację i szkolnictwo, jednak pozostawała na zewnątrz polskiego społeczeństwa. Grottgerowskie wdowy były samotne, ale poruszały się w ramach niepodległościowej wspólnoty. Ich żałoba mogła zarażać naród. Dziś między władzą a roześmianą tłuszczą istnieje ciągłość. Styl rządzenia, zakładający, że nic nie dzieje się na serio, to odbicie obyczajowości „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, którym przykazanie „Wyluzuj!” zastąpiło cały dekalog.

Członkowie rodzin smoleńskich, jak my wszyscy, żyją pośród obcego, barbarzyńskiego żywiołu. Zapewne nic nie ukoi ich samotności, ale ich misja już dziś jest wspaniałym świadectwem Bożej mocy. Jeśli ktokolwiek ma przełamać w Polsce dyktaturę śmiechu, to właśnie oni. Wierni do końca, trochę z tego i trochę nie z tego świata, prowadzeni doświadczeniem osobistej tragedii, są jak żywe pochodnie. Bije od nich blask prawdy, veritatis splendor.

http://wojciechwencel.blogspot.com/2011 ... tgera.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 22 lis 2011, 18:00 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
Nie ma immunitetu od łajdactwa.

Zaczęło się zrazu niewinnie…jakby z przymrużeniem oka, najpierw pisano lekko o narodowych przywarach, z czasem padały coraz mocniejsze oskarżenia pod adresem polskich obyczajów, tradycji i chrześcijańskich korzeni, by wreszcie padły najmocniejsze oskarżenia, a pierwsze pięści III RP uderzyły się tak mocno w piersi, że usłyszano ten huk zarówno w Moskwie jak i w Berlinie. Równocześnie pierwsze wargi III RP orzekły, iż jesteśmy narodem sprawców…zbrodni. Cały świat to usłyszał z ust Bronisława Komorowskiego (tak, tak, to te wargi, te pięści). Jako zwykłe przecież uzupełnienie oczywistej wiedzy o polskim narodzie, pełnym - jak to doskonale wiadomo -antysemitów i nacjonalistów.

Na pierwszym froncie likwidowania Polski i polskości od samego początku transformacji znajdował się organ Adama Michnika. Konsekwentnie i od wielu lat michnikowcy pracują nad tym, byśmy znienawidzili najcenniejsze cechy narodowe, cechy polskiego ducha oraz robią wszystko, by zohydzić Polakom ich największych bohaterów, m.in. żołnierzy Armii Krajowej, których opluwał swego czasu w ,,Wybiórczej” Michał Cichy. Tutaj też padały najgorsze oskarżenia pod adresem polskiego narodu. Celował w tych obelgach Jan Tomasz Gross. Z czasem jednak obrażanie Polaków i wyśmiewanie polskiego ducha przestało wystarczać propagandzistom Wybiórczej. Przeszli do etapu myślenia o fizycznej likwidacji ,,wrogów”. Pod płaszczykiem walki z faszyzmem. Co za paradoks, by do tej walki z faszyzmem wzywać Niemców. To już naprawdę trzeba mieć zupełnie coś nie po kolei w głowie, by namawiać i wyprawiać przeciwko swoim rodakom niemieckich lewaków-bandytów. Panie Blumsztajn, ach, szkoda słów...

Działalność najgorszego autoramentu lewactwa przyniosła już nadspodziewanie zatrute owoce. Oto niepostrzeżenie stało się tak, że niemal wszystko, co symbolizuje polskość, można opluć, zniesławić, zhańbić. A polski(?! )nauczyciel w organie Michnika wzywa do ostrożności i lewackiej czujności, gdy ktoś odważy się powiedzieć, że jest dumny z tego, iż jest Polakiem. Najgłupsze i najbardziej wstydliwe nawet słowa nie budzą już żadnego odruchu sprzeciwu w zmętnianych i ogłupiałych od lewackiej i antypolskiej propagandy głowach przedstawicieli POlactwa (świetny termin Ziemkiewicza, doskonale opisujący spustoszenia w głowach Polaków, głosujących na platformersów, lewaków i palikociarstwo). I nawet dumny Marsz Niepodległości staje się polem walki idiotów i niemieckich bandytów z ludźmi ubranymi w stroje z elementami barw narodowych lub trzymającymi narodową flagę. Przyznam, że to szczególnie bolesna lekcja dla naszego narodu.

I tak oto na naszych oczach likwidują nam Polskę, a my jak te bezwolne barany pozwalamy im na to. Zapominają jednak o tym najważniejszym, że - jak napisała kiedyś Maria Dąbrowska - nie ma immunitetu od łajdactwa. I przyjdzie czas, że naród o tym przypomni. I upomni się też o swoje prawa. Upomni się?

http://andrzejleja.salon24.pl/366629,ni ... -lajdactwa


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 25 lis 2011, 17:18 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
KWESTIA ZAUFANIA

Chcę przez to powiedzieć, że jeśli jakiekolwiek lobby, czy to polityczne, czy gospodarcze, zawładnie przestrzenią medialną, skutki zawsze będą katastrofalne. Jeden przykład: gdy w latach 90. Jarosław Kaczyński nawoływał do przeprowadzenia dekomunizacji (na wzór denazyfikacji w powojennych Niemczech), media nie pozostawiły na tym apelu suchej nitki, imputując Kaczyńskiegmu obskurantyzm, czy wręcz zapędy totalitarne. Żaden głos przeciwny zapiekłej medialnej krytyce nie miał szans na szerszy oddźwięk. W efekcie Polska do dziś dekomunizacji nie przeprowadziła, a komuniści uwłaszczyli się na majątku państwowym i dziś mają się o niebo lepiej, niż ci, którzy ich jakoby pokonali.

Inny przykład to telewizja TVN. Człowiek, który przegrał walkę o koncesję z Mariuszem Walterem, dopytywany przez włoskich dziennikarzy, zauważył: „Posmarowałem komu trzeba, nie wiedziałem jednak, że aby wygrać, trzeba mieć coś więcej: plecy w komunistycznych służbach specjalnych”. Ba! Skoro sam Jerzy Urban rekomendował Waltera generałowi Kiszczakowi jako osobę gwarantującą „należytą troskę o interesy resortu”, zasadne wydaje się pytanie, w jakim stopniu możemy dziś TVN ufać? I czy w ogóle powinniśmy?
Zarazem pytania te pozwalają ujawnić, co tak naprawdę stoi za niechęcią tuskokomorowskich mediów wobec Radia Maryja, Telewizji Trwam czy Naszego Dziennika. Ano, stoi za nią niechęć do tradycyjnie rozumianej polskości. Przy czym w niczyjej głowie nie powstanie myśl, że „nietradycyjnie rozumiana polskość” po prostu nie istnieje.
Ale o tym to już może przy innej okazji.
***
A co do „ducha Rzeczypospolitej”, on nadal tkwi w nas. Żywi się naszą pamięcią, naszą przyzwoitością, i naszą nadzieją. Zatem wciąż mamy szansę, by więdnące zbiorowisko jednostek pozbawionych jednoczących idei, wspomnień i celów, ponownie spoić w organiczną całość. Całość kształtowaną przez wspólną tożsamość, ambicje oraz marzenia.
Wystarczy tylko złapać za kije, po czym przegnać precz kurwy i złodziei.
Już czas.

http://widnokregi.blog.pl/duch-rzeczypo ... 15567501,n


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: OCALIĆ POLSKOŚĆ! - prof Piotr Jaroszyński
PostNapisane: 06 sty 2012, 15:31 
Offline
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 31400
OAZY SUWERENNEJ POLSKI

Dzisiaj w południe miałem zaszczyt uczestniczyć w spotkaniu świąteczno noworocznym wyklętej przez salon III RP przezacnej Witryny Wydawniczej ARCANA.

W nowobogackiej intelektualnie Polsce generalissimusa Tuska ARCANA stały się ołtarzem nieformalnych spotkań parających się piórem ludzi szczerze zatroskanych o Polskę, a także magiczną soczewką skupiającą tych, których warto znać.

Była pięknie przybrana choinka, smakowity poczęstunek, przeuroczy goście i kolędy. Pachniało jedliną, kawą i literaturą. Znów poczułem się jak w rodzinnym domu, kiedy jeszcze żyli Mama i Tata.

Gospodarz, pan profesor Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego złożył zebranym życzenia by się jak najszybciej doczekali Polski przez Polaków wytęsknionej.

Za oknami wiatr przeganiał strzępki błąkającego się po krakowskich dachach hejnału z Wieży Mariackiej. Przycichły rozmowy, zrobiło się podniośle, uroczyście i tylko było słychać trzask przełamywanych opłatków.

Wszyscy byli wzruszeni i pełni wiary w lepsze jutro.

A ja przypomniałem sobie słowa Zbigniewa Herberta:
Znajduję w „Arcanach” wiele rzeczy mi bliskich, takich, które musiały być powiedziane.

I Bogu należy dziękować, że na mapie Polski skundlonej doszczętnie przez nadredaktora z Czerskiej i jego Gazetę wciąż jeszcze jaśnieje, rzekłbym coraz żywszym blaskiem, kilka oaz prawdziwie suwerennej Polski. Że wciąż jeszcze są myślący po polsku normalni, skromni ludzie promieniujący często urokiem, dystynkcją, klasą i obyciem, o jakim „ambasadorowie” śmiesznie napuszonych "elit" salonu III RP mogą jedynie śnić.

Krzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

Post scriptum
W drodze wyjątku, do tekstu mojej notki dodaję poruszający komentarz Pani o pseudo "Szamanka", który w całości cytuję:
"Panie Krzysztofie, kiedy w 1991 pan prof. Andrzej Nowak obejmował w październiku funkcję red. nacz., Andrzej Waśko, z-ca, napisał, że budowa nowej, konserwatywnej formacji politycznej w Polsce musi się zacząć od przywrócenia jej podstaw intelektualnych. Po 20. latach pan profesor cytuje zdanie Jana Pawła II z 30.lipca 1997 roku, zawarte w liście do redakcji: "prace podejmowane w walce o Polskę wierną swej religijnej i polityczno-kulturowej tradycji" ,i jest to niemal podsumowanie intelektualnej pracy Wydawnictwa, czyli szanownych Autorów.
Dlatego ma racje Tatoo, ze zazdrości!
Ja także zazdroszczę - atmosfery, dyskusji, poziomu rozmów, klasy i dystynkcji.
Dowartościowani wracacie do siebie, podbudowani nową nadzieją, że to jeszcze nie "przystanek końcowy" naszej Polski, że być może właśnie początkowy! A każde miejsce pamięci, każdy ciepło wspominany zaułek, to oaza, początek życia, nowej drogi i zródło siły!
Ankieta "Arcanów" pytała "Na co Polska może być jeszcze potrzebna?"
Różne są w setnym zeszycie odpowiedzi wybitnych intelektualistów.
Piękne i wzniosłe.
Historycznie umieszczone w naszej przeszłości.
A gdyby dodać, że jest potrzebna, byśmy mogli mieć oazę, żrodło i cel, do którego wracamy, o który się troszczymy, miejsca, które kochamy, bronimy przed szyderstwem, obłudą i kłamstwem.
Dom, za który czujemy się odpowiedzialni, bo sami go budujemy, by pozostawić po sobie ślad na ziemi.
Żaden to szownistyczny środek planety!
Skromna zagroda, z otwartymi drzwiami, z muzyką Chopina i poezją Jarosława Marka Rymkiewicza.
Ale na polce stoi stary egzemplarz "Pana Tadeusza" i biblia.
Pozdrawiam serdecznie, a wpis okazał się długi, by przedłużyć podniosły nastroj, jakim nas Pan dziś uhonorował!...", koniec cytatu.

http://salonowcy.salon24.pl/378668,oazy ... nej-polski


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 40 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /