Polskie-Forum.pl


Wolne i niezależne forum dyskusyjne / opinie polityczne / aktywność obywatelska / patriotyzm / Polska / wolna dyskusja


Wszystkie czasy w strefie UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 58 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 02 lis 2012, 17:31 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
PRAWDA I MIŁOŚĆ IDĄ W PARZE

Ks. Stanisław Małkowski

Warszawska Gazeta 02 - 08 listopada 2012 r.

W Ewangelii mszalnej 4 listopada Jezus odpowiada na pytanie uczonego w Piśmie o pierwsze ze wszystkich przykazań: „Będziesz miłował Boga i bliźniego” (Mk 12,29-31).

Czym jest miłość i dlaczego jest ona przykazaniem.

Zapytałem kiedyś niedoszłego samobójcę „Dlaczego nie chcesz żyć?” i usłyszałem w odpowiedzi: „Bo nikt mnie nie kocha”. Gdy próbowałem go przekonać, że Bóg go kocha i postawi na jego drodze ludzi, którzy go pokochają, odrzekł: „Może to i prawda, ale być kochanym nie wystarczy, żeby żyć, trzeba kochać. Ja nikogo nie kocham”. Jest to wyznanie tragiczne, ale mądre. Ów młody człowiek zobaczył związek miłości z życiem i życia z miłością oraz związek miłości darowanej z miłością odwzajemnioną.

Bóg pierwszy okazuje ludziom miłość jako dar i objawienie, a następnie oczekuje od nich wzajemności, odpowiedzi miłością na miłość. Bóg miłość daje i zadaje, darowuje i przykazuje, bo tylko trwanie w miłości zapewnia wspólnotę życia z Bogiem i ludźmi stworzonymi z miłości na obraz Boży. Doświadczenie ludzkiej miłości, ból z powodu jej braku, prowadzi do poznania miłości Bożej i skłania do wdzięczności i wzajemności. Bóg Stwórca jest Bogiem Przymierza, Bogiem wiernym w miłości, chociaż doświadczającym niewierności, nieposłuszeństwa ze strony ludzi. Pełnię miłości Boga do człowieka objawia wcielenie Syna Bożego i ukazanie ludziom tajemnicy Trójcy Świętej.

Bóg nie tylko świadczy ludziom niezliczone dobrodziejstwa ale sam staje się człowiekiem, jednocząc w sobie bóstwo z człowieczeństwem, zwyciężając zło w każdej postaci mocą miłości miłosiernej, spełniając ofiarę Krzyża. Bóg jest w sobie wspólnotą miłości trzech boskich Osób: Ojca, Syna i Ducha Świętego, jest wobec ludzi miłością udzielającą się, podnoszącą, ratującą, wierną, stwórczą i zbawczą.

Niszczenie obrazu Bożego w człowieku polega nie tylko na odbieraniu ludziom rozumu i wolnej woli poprzez atak na prawdę i wolność, ale również na rozbijaniu ludzkich wspólnot i zastępowaniu ich przestępczym wspólnictwem, czego jesteśmy świadkami w Polsce, gdy ludzie u władzy sieją kłamstwo i śmierć, a bezczelnie twierdzą, iż uprawiają „politykę miłości”. Dokonuje się pomieszanie pojęć i odwrócenie znaczeń, a taka zapaść semantyczna sprawia, że ludzka mowa przekształca się w bezsensowny bełkot, pozbawiony wymiaru prawdy i dobra, czego przykładem są polityczne decyzje, rządowe publikacje i wypowiedzi odnoszące się do zbrodni smoleńskiej, zwanej słusznie „drugim Katyniem”. Zakłamana śmierć prowadzi do zakłamanego bytowania, niby życia. Miłość bez prawdy o Bogu i człowieku, bez Krzyża, jest żałosną karykaturą, pustosłowiem. Kto szuka prawdy, ten miłości służy i wspólnotę buduje.

W sobotę 3 listopada mija dwudziesta ósma rocznica królewskiego pogrzebu świadka prawdy błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, z udziałem tysiąca kapłanów i przeszło siedmiuset tysięcy wiernych. Ujawniła się i ujawnia społeczna skuteczność świętych obcowania, łączności nieba z ziemią. Droga do nieba prowadzi przez oczyszczającą miłość, przez zwyciężającą prawdę. Wciąż brak prawdy o okolicznościach śmierci błogosławionego Jerzego. A czy jest wola, aby jej szukać?

Modlitewna wspólnota ze świętymi oraz duszami czyśćcowymi znajduje wyraz w listopadowej pamięci, którą słusznie nazywamy świętą pamięcią. Bóg pierwszy pamięta; zmarli w miłości Boga żyją. Brak pamięci, brak prawdy wymaga przypominania i opamiętania.

Czytamy w Księdze Mądrości – „Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga; zdało się oczom głupich, że pomarli, a oni trwają w pokoju”. (Mdr. 3, 1-3).

Pogarda wobec prawdy i ludzi sprawiedliwych ściąga karę na bezbożnych.

Żyjemy w czasie prawdy, w czasie Chrystusa Króla.

http://dakowski.pl//index.php?option=co ... &Itemid=46


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 15 lis 2012, 08:34 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Potrzebujemy autorytetów

recenzja
Dr Maria Joanna Gondek, KUL

Człowiek, aby mógł się rozwijać, mógł realizować swoje różne osobowe potencjalności, swoje człowieczeństwo - potrzebuje właściwej inspiracji, wzoru, umocnienia i konkretnego przykładu życia. Starsze pokolenia wychowywały się w oddziaływaniu prawdy, iż autorytet jest ważny, że pomaga człowiekowi stawać się bardziej człowiekiem, że zakorzenia i prowadzi po drogach i meandrach ludzkiej kultury. Były bardziej ufne wobec autorytetów, a jednocześnie bardziej pewne własnych wyborów. Współczesne pokolenia, podskórnie tęskniąc za autorytetem, wprowadzają różne formy pozorowanego autorytetu, ulegając przemocy jego oddziaływania. Zewnętrznie jednak demonstrują niechęć do autorytetów, lubiąc hasłowo podkreślać indywidualność, samodzielność i niezależność.

Tymczasem jednak żaden człowiek nie jest zdolny sam do pełnego rozpoznania rzeczywistości, dlatego tak ważna jest chęć i pilność w słuchaniu autorytetu. Co więcej, owa chęć wysłuchania warunkuje także rozwój chrześcijańskiego życia (zob. P. Roszak, Autorytet a poszukiwanie mądrości, "Człowiek w kulturze", s. 76). A zatem warto i poszukiwać autorytetów, i przebywać na drodze intelektualnej pracy i praktycznego postępowania moralnego z autorytetami. "Im ktoś większy w głębokim i prawdziwym znaczeniu tego słowa, tym i my czujemy się więksi w kontakcie z nim. Autorytet (w znaczeniu auctoritas) to jest właśnie świadome lub nieświadome zachowanie tego drugiego, które mnie powiększa (augere), podnosi (e-levare), prowadzi mnie coraz wyżej i wyżej, wychowuje mnie (e-ducere), sprawia, że wzrastam. I który im jest większy (augustus - ten, który powiększa), prowadzi mnie za rękę drogą mojej tożsamości. Obecność większego ode mnie może stać się możliwością doświadczenia mojego istnienia, które w mocy tej obecności czuje się "osadzone w autorytecie" (auctoritas, augere), z dala od swoich lęków i braków ufności. Zresztą nigdy tak wielcy, jak wówczas, gdy mierzymy się z większymi od siebie. Tutaj zawiera się cała symbolika walki Jakuba z aniołem" (P. Roszak za A. Gesché, Tamże, s. 75).

W tym kontekście ukazanie się pisma "Człowiek w kulturze", nr 22 (2011/2012), w którym problem autorytetu w kulturze zostaje wszechstronnie, a zarazem tematycznie omówiony, jest ważnym wydarzeniem naukowym. Jest to także szeroko adresowane zaproszenie do refleksji i zarazem praktyczna pomoc w rozpoznawaniu dróg działania.

Profesor Piotr Jaroszyński w słowie od redakcji podkreśla, iż artykuły zebrane w tym numerze odnoszą się do "ważnych aspektów funkcjonowania autorytetu w różnych dziedzinach życia ludzkiego. Są to artykuły napisane przez autorów różnych krajów i kontynentów (Europa, Ameryka Północna i Południowa, Australia), posiadających dobrą orientację filozoficzną i jasne rozeznanie cywilizacyjne" (Człowiek w kulturze, s. 4). Z tego względu ich "teksty mogą ubogacić Czytelnika, który często zdany jest tylko na własne doświadczenie" i prace z zakresu nauk szczegółowych, głównie psychologii i socjologii. Tymczasem dopiero szersza, interdyscyplinarna perspektywa rozważań - refleksja filozoficzna, cywilizacyjna, teologiczna, społeczna, historyczna (w tym kultura grecka, rzymska) - pozwala ująć genezę oraz istotę, naturę autorytetu, by na tym tle odkryć i określić sens funkcji autorytetu.
--------------------------------------------------------------------------------

"Człowiek w kulturze. Pismo poświęcone filozofii i kulturze´´, nr 22 (2011/2012): Rola autorytetu w kulturze, Fundacja Lubelska Szkoła Filozofii Chrześcijańskiej, Wydawnictwo KUL, Lublin 2011/2012, s. 323.

http://www.naszdziennik.pl/wp/15116,pot ... tetow.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 03 sty 2013, 08:15 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Ta przestrzeń istnieje w każdym z nas. To są nasze potencjalności, nasze możności. Czym ją wypełnimy i jak przeżyjemy nasze życie, zależy od nas, od naszej dojrzałości i od naszej gotowości.
Historia nas uczy że są ludzie i ludziska. Jedni są w stanie współdziałać z dobrem i nieść światu i ludziom najlepszą cząstkę samych siebie, inni natomiast są zajęci jedynie sobą, a jeszcze inni żerują na tych, których potrafią jedynie wykorzystywać.


103 lata w służbie życia

Anna Bałaban

Bukiety kwiatów i nieprzebrane ilości listów zalały w święto Świętej Rodziny maleńkie mieszkanko w Rzymie, gdzie od lat żyła i pracowała Rita Levi-Montalcini, członek Papieskiej Akademii Nauk i laureatka Nagrody Nobla. To tam zmarła 30 grudnia, pozostawiając po sobie ogromny dorobek naukowy i świadectwo pięknego życia oddanego drugiemu człowiekowi.

Drobniutka, niepozorna, ale od samego początku całkowicie oddana służbie człowiekowi oraz pełna naukowej pasji, siły do przezwyciężania największych trudności. W swoim malutkim pokoiku pracowała niestrudzenie do samego końca, sypiając po 2-3 godziny na dobę, bo – jak mawiała – „szkoda życia, by je przespać”. Taka przez całe swe ponadstuletnie życie była Rita Levi-Montalcini, pierwsza kobieta przyjęta w szeregi Papieskiej Akademii Nauk, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, która wbrew szerzącej się dziś mentalności proeutanazyjnej do końca swoich dni prowadziła badania poświęcone m.in. chorobom wieku starczego.

– Była postacią wybitną nie tylko ze względu na ogromne zasługi naukowe, ale także z uwagi na zaangażowanie obywatelskie i moralne, co czyniło z niej przykład oraz stało się inspiracją dla społeczności włoskiej i międzynarodowej – powiedział o zmarłej w minioną niedzielę Ricie Levi-Montalcini ks. Federico Lombardi, rzecznik Stolicy Apostolskiej. Tym samym wyraził głęboki smutek z powodu odejścia wielkiej duchem kobiety, znanej nie tylko z osiągnięć naukowych, ale także z działalności dobroczynnej oraz zaangażowania w politykę. – Dzisiejszej młodzieży mogę powiedzieć tyle, że jedyny sekret, jaki przekazuje, brzmi: nigdy nie myśleć o własnej osobie, ale dostrzegać otaczający nas świat, myśleć o zadziwiającym pięknie natury i człowieka. Nie mam tajemnic, mogę jedynie radzić, by cieszyć się z tego, że się żyje i można służyć pomocą innym – deklarowała w 2009 r., w rocznicę swoich setnych urodzin.

Levi-Montalcini przyszła na świat w 1909 r. w Turynie. Wbrew woli ojca i opinii społecznej, niechętnej w owym czasie studiom kobiet, ukończyła wydział medyczny i podjęła ścieżkę badawczą. Jej początki były jednak bardzo trudne. Wybuchła wojna, krótko przedtem w kraju wydano zapisy uniemożliwiające pracę na uczelniach osobom pochodzenia żydowskiego. Młoda pani doktor musiała przenieść się z badaniami do swojej sypialni. W 1947 r. wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie przez wiele lat pracowała w renomowanych ośrodkach naukowych. Jej wysiłki zostały docenione przez Papieską Akademię Nauk oraz Komitet Noblowski. Do samego końca zajmowała się rozwojem nauki ukierunkowanej na dobro człowieka. Jako dożywotni senator Republiki Włoskiej angażowała się w życie polityczne kraju, była też założycielką fundacji promującej dostęp do nauki wśród afrykańskich kobiet.

http://www.naszdziennik.pl/wp/19784,103 ... zycia.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 11 lut 2013, 08:06 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Potrzeba nowej ewangelizacji sumień

Z JE ks. abp. Zygmuntem Zimowskim, przewodniczącym Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia, rozmawia Sławomir Jagodziński

Tegoroczny Światowy Dzień Chorego kieruje oczy chrześcijan na postać miłosiernego Samarytanina. Czego uczy nas dziś jego postawa?
– Hasłem tegorocznego Światowego Dnia Chorego, który w tym roku odbywa się w niemieckim sanktuarium w Altötting, jest zawołanie z Ewangelii św. Łukasza: „Idź, i ty czyń podobnie!”. W orędziu na ten dzień Ojciec Święty Benedykt XVI daje nam cenne wskazówki, w jaki sposób mamy go lepiej zrozumieć, celebrować i przeżyć. Ten dzień powinien być „owocnym czasem modlitwy, współuczestnictwa i ofiary z cierpienia dla dobra Kościoła oraz skierowanym do wszystkich wezwaniem, aby rozpoznali w chorym bracie święte Oblicze Chrystusa, który przez cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie dokonał dzieła zbawienia ludzkości” (Jan Paweł II, List ustanawiający Światowy Dzień Chorego, 13 maja 1992 r., 3).

Ojciec Święty Benedykt XVI zaprasza w tym roku do głębszej refleksji nad postacią miłosiernego Samarytanina, którą przedstawia św. Łukasz Ewangelista. Kładzie on szczególny akcent na ostatnie zdanie z przypowieści, kiedy to Chrystus doprowadził już swojego rozmówcę do momentu rozpoznania, kto działał jako bliźni wobec osoby pobitej i porzuconej. Kończy stanowczym poleceniem: „Idź, i ty czyń podobnie!”. Miłosierny Samarytanin to sam Jezus Chrystus: to przez Niego Bóg Ojciec pochyla się z bezinteresowną miłością nad ludzkością zagubioną i zranioną, aby wybawić ją od grzechu. W ostatniej części orędzia Benedykt XVI wskazuje Rok Wiary jako czas sprzyjający odkrywaniu na nowo postawy miłosiernego Samarytanina i naśladowaniu jej: umieć „patrzeć ze współczuciem” i miłością na tego, kto potrzebuje opieki i pomocy; umieć pochylać się i brać na siebie ciężar drugiego.

Ojciec Święty wskazuje tu na jeden z ważniejszych wymiarów naszego przeżywania Roku Wiary.
– Jednym słowem, Rok Wiary jest „sprzyjającą okazją”, by wzrastać w wierze, która wyraża się i dojrzewa w diakonii miłości. W tym wzrastaniu może nam pomóc wnikliwa analiza życia i działania licznych świadków wiary, którzy ofiarowali siebie z miłością chorym i cierpiącym. Papież wskazuje tylko niektórych, najbliższych naszym czasom: św. Teresę od Dzieciątka Jezus, czcigodnego Luigiego Novaresego, Raoula Follereau, bł. Matkę Teresę z Kalkuty i św. Annę Schäffer z Mindelstette. W końcu przytacza postać najważniejszego świadka wiary i miłości: Najświętszą Maryję Pannę, która podąża za cierpiącym Synem, aż do najwyższej ofiary na krzyżu, aż do zmartwychwstania.

Czy apostolat miłosierdzia nie jest tak naprawdę świadectwem jakości naszego chrześcijaństwa? Czy można być „niemiłosiernym chrześcijaninem”?
– Jest rzeczą charakterystyczną, że nie znamy imienia i nazwiska owego Samarytanina. W ewangelicznej przypowieści został określony miejscem pochodzenia, miejscem swojego codziennego życia. W ten sposób Jezus przez tę pewną anonimowość tym mocniej zaakcentował ponadczasowy charakter przykładu dobrego postępowania tamtego człowieka. Jest to wzór aktualny dla wszystkich, a szczególnie dla uczniów Jezusa, o czym świadczy treść tegorocznego orędzia na Światowy Dzień Chorego. Bo nie można być „niemiłosiernym chrześcijaninem”, tak jak nie można być „niemiłosiernym człowiekiem”. Miłosiernym Samarytaninem ma być każdy człowiek. Ciągle musimy się uczyć wrażliwości na cierpienie tych, których spotykamy na drodze codziennego życia. Trzeba nam się „zatrzymać i wzruszyć” wobec nieszczęścia bliźniego.

Człowieka, który pochyla się nad cierpieniem, nieszczęściem i niedolą bliźniego, można nazwać miłosiernym Samarytaninem, o czym przypomina bł. Jan Paweł II. Przytoczę jego słowa z listu apostolskiego „Salvifici doloris”: „Zatrzymanie się nie oznacza ciekawości, ale gotowość. Jest to otwarcie jakiejś wewnętrznej dyspozycji serca, które ma także swój wyraz uczuciowy. Jeżeli Chrystus, znawca wnętrza ludzkiego, podkreśla owo wzruszenie, to znaczy, że jest ono również ważne dla całej naszej postawy wobec cudzego cierpienia. Trzeba więc w sobie pielęgnować ową wrażliwość serca, która świadczy o współczuciu z cierpiącym” (nr 28).

W jednej ze swych wypowiedzi zwrócił Ekscelencja uwagę, że powiększa się dziś rozdźwięk między osiągnięciami technicznymi w medycynie a szacunkiem dla pacjenta. Szpitale zaczynają działać jak zwykłe przedsiębiorstwa. Jak zatrzymać ten groźny proces?
– Nawet przy tak zaawansowanym postępie technicznym w medycynie, jaki dziś obserwujemy, jakże często pozostaje wielu ludziom tylko współczucie, aby okazać solidarność i miłość cierpiącemu, gdyż inna droga jest zamknięta. Jednak – na ile to jest możliwe – zwłaszcza my, uczniowie Chrystusa, powinniśmy brać przykład z miłosiernego Samarytanina, czyli uczynić wszystko, aby przekraczać próg współczucia, aby nieść skuteczną pomoc potrzebującemu człowiekowi. W tym celu osiągnięcia w medycynie nie powinny być przeszkodą, lecz istotnym motywem szacunku dla pacjenta.

Papieska Rada ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia stara się podejmować liczne inicjatywy, a także aktywnie włączać w działania innych instytucji z przesłaniem, że osiągnięcia naukowo-techniczne i postęp w medycynie powinny ułatwiać człowiekowi egzystencję. Chodzi o to, aby postęp techniczny nie był wykorzystywany do szerzenia idei sekularyzmu w rozumieniu: wolności od Boga i Jego przykazań. Niestety, nie brakuje w dzisiejszym świecie poglądów, według których należy jak najszybciej skończyć z „uzależnieniem” człowieka od Stwórcy. Tak rodzi się liberalizm etyczny, który przejawia się w priorytecie wolności „uwolnionej” od wymogów prawdy absolutnej, objawionej.

Obchody Światowego Dnia Chorego mogą być więc postrzegane także jako przypomnienie o wspólnotowym wymiarze wiary budowanej na fundamencie godności osobowej każdego człowieka – stworzonego i odkupionego.

W jakim stopniu szpital powinien stać się dziś miejscem nowej ewangelizacji? Przecież jeśli świat służby zdrowia będzie uciekał od zasad moralnych, grozi nam dryfowanie w kierunku nieludzkiego systemu opieki…
– Jestem głęboko przekonany, że szpital może i powinien być miejscem nowej ewangelizacji. Mówiłem o tym podczas obrad ostatniego synodu biskupów. Ostatecznie chodzi o coś, co nazwałbym nową ewangelizacją sumienia. Aby być miłosiernym Samarytaninem wobec innych, trzeba najpierw mieć w sobie ducha prawdy, ducha pokuty i nawrócenia. Papieska Rada ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia liczy więc na to, że promocja nowej ewangelizacji zaowocuje także w środowiskach opieki nad chorymi; że zaowocuje nowym dynamizmem kapłańskim i zakonnym, współpracą kapelanów szpitalnych z osobami świeckimi na szczeblu parafii, ruchów katolickich i wolontariatu. W tej perspektywie widzimy nadzieję w odpowiedzialnym wychowaniu dzieci i młodzieży, we współpracy wychowawczej szkoły z rodziną. Bardzo pozytywnie postrzegamy rozwój katechezy dorosłych, duszpasterstwo akademickie, świata kultury i środków masowego przekazu.

Światowy Dzień Chorego to wyjątkowy czas refleksji nad cierpieniem i służbą ludziom nim dotkniętym. Jakie słowa chciałby Ekscelencja przekazać wszystkim chorym i tym, którzy spieszą im z pomocą?
– W przeżywanym Roku Wiary Ojciec Święty Benedykt XVI zwrócił się – jak czytamy w tegorocznym orędziu – ze słowami szczerej wdzięczności i zachęty do katolickich placówek ochrony zdrowia i do samego społeczeństwa, do diecezji, do wspólnot chrześcijańskich, do rodzin zakonnych zaangażowanych w duszpasterstwo służby zdrowia, do stowarzyszeń pracowników służby zdrowia i wolontariatu. A przywołując nauczanie bł. Jana Pawła II, życzył, aby we wszystkich wzrastała świadomość, że przyjmując z miłością i wielkodusznie każde ludzkie życie, zwłaszcza wtedy, gdy jest ono wątłe lub chore, Kościół realizuje zasadniczy wymiar swego posłannictwa.

Na zakończenie chciałbym pozdrowić wszystkich chorych i cierpiących w naszej Ojczyźnie, jak również całą służbę zdrowia: lekarzy, pielęgniarki, kapelanów, siostry zakonne i wszystkich, którzy poświęcają swój czas, by być blisko potrzebujących jak miłosierny Samarytanin. Czynię to słowami Ojca Świętego Benedykta XVI, który posyła mnie jako swojego specjalnego wysłannika na XXI Dzień Chorego do Altötting w Niemczech. W liście apostolskim skierowanym do mnie Papież prosi, by przekazać wszystkim słowa życzliwości, zwłaszcza osobom chorym oraz tym, którzy się nimi opiekują. Udziela z serca apostolskiego błogosławieństwa.

Dziękuję za rozmowę.
Sławomir Jagodziński

http://www.naszdziennik.pl/wiara-koscio ... umien.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 02 mar 2013, 07:54 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Gdy ludzi łączy Serce

Maria Noculak, Dawid Tomaszek, studenci WSKSiM

Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej jest miejscem, gdzie spotykają się ludzie z różnych stron Polski i świata, ukształtowani w różnych środowiskach. Wielu w jakiś sposób zostało uformowanych duchowo we wspólnotach, do których należeli przed przyjściem na studia. W sercach większości z nas rodzi się jednak pragnienie, aby tej formacji nie zaprzestawać, ponieważ duchowość, tak jak każda inna sfera życia ludzkiego, wymaga pielęgnacji, aby się rozwijać. Dzięki nauce zdobywamy wiedzę, usprawniamy nasz rozum, dzięki ćwiczeniom fizycznym usprawniamy ciało. Duszpasterstwu natomiast umacnia naszą relację z Bogiem.

Cisza i śpiew

Wielkim skarbem dla nas, studentów, jest to, że w murach uczelni jest do dyspozycji kaplica. To w tym właśnie miejscu, u stóp Matki Bożej Częstochowskiej i przy tabernakulum, podejmujemy nieraz najważniejsze decyzje dotyczące naszej przyszłości. W tym miejscu możemy spokojnie pomodlić się i wyciszyć. Pomagają nam w tym różnego rodzaju nabożeństwa, takie jak czwartkowa adoracja Najświętszego Sakramentu, zainicjowana przez studentów pierwszego roku dziennikarstwa Jonatana i Macieja. – W każdy czwartek po Apelu Jasnogórskim spotykamy się z Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na godzinnym czuwaniu. Towarzyszą nam śpiew, krótkie słowo i cisza – mówi Maciej.

W każdy pierwszy czwartek miesiąca adorację przygotowują ministranci, posługujący w liturgicznej służbie ołtarza działającej na uczelni. – Bycie ministrantem właśnie tutaj jest dla mnie wyróżnieniem, ponieważ jak na taką liczbę studentów nie jest nas zbyt wielu. Czuję się, jakbym należał do elitarnej grupy – mówi Paweł, student pierwszego roku dziennikarstwa. – Bycie ministrantem w naszej szkole wcale nie jest takie proste. Wymaga sporego wkładu pracy, zaangażowania i czasu, który nie zawsze mamy ze względu na naukę i inne sprawy, którymi się zajmujemy. To jednocześnie wyróżnienie, ale i obowiązek – twierdzi Mateusz.

Modlitwa za Ojczyznę

Eucharystia jest na naszej uczelni centralnym punktem duszpasterstwa akademickiego. Msze Święte odprawiane są we wtorki, czwartki i niedziele o stałych porach. Dużą popularnością cieszą się Msze Święte za Ojczyznę, organizowane przez towarzystwo patriotyczne Juventus Patriae. – Nasze towarzystwo powstało na wzór filomatów i filaretów z początku XIX w., którym przewodził Adam Mickiewicz. Na naszej uczelni zaproponowaliśmy kilka inicjatyw, najważniejszą z nich są Msze Święte za Ojczyznę – wspomina Witold, pomysłodawca i jeden z założycieli koła patriotycznego. Podczas Mszy Świętej za Ojczyznę kaplica jest przystrojona w barwy patriotyczne. Przy ołtarzu stoją biało-czerwone kwiaty, na ławkach widnieją flagi, a studenci mają zawieszone szarfy na lewym ramieniu. Czasem pod ołtarzem znajduje się mała scenografia przypominająca o jakimś ważnym wydarzeniu dla Polski. Po Mszy Świętej zawsze odmawiana jest modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi.

Towarzystwo Juventus Patriae przygotowuje też spektakle teatralne i organizuje wieczorki poetyckie. – Pierwszym naszym przedstawieniem była „Moja Ojczyzna”, potem „Piękni Dwudziestoletni”. W 30. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego wystawiliśmy spektakl „Przesłuchanie” – dodaje Witold.

W każdy trzeci wtorek miesiąca Eucharystia sprawowana jest w intencji simowiczów, czyli osób, które tworzą internetowe radio SiM w naszej uczelni. Radio stwarza studentom możliwość praktyk i zdobycia doświadczenia, tak bardzo potrzebnego w pracy dziennikarza. Swoje audycje ma tam między innymi Ruch Obrony Życia. Członkowie ROŻ spotykają się raz w miesiącu, w ostatni wtorek, na swojej Mszy Świętej. – W kaplicy panuje wtedy półmrok, jest ona wypełniona jedynie blaskiem świec. Symbolizuje to ludzi, którzy dokonali aborcji i żyją w mroku. Chrystus jest przychodzącym światłem, nadzieją, która rozświetla nasze serca. Dlatego też osoby, które uczestniczą w Eucharystii, mogą przynosić ze sobą świece. Jest to również forma przebłagania za grzechy popełnione przeciwko życiu – wyjaśnia Tyberiusz, przewodniczący Ruchu Obrony Życia. – Dzielimy się na kilka sekcji. Począwszy od sekcji modlitewnej, gdzie także układamy rozważania na piątkowe apele. Działają również sekcje dziennikarska i internetowa, gdzie zajmujemy się tworzeniem strony www, jak i przygotowaniem sprzętu komputerowego i nagłaśniającego na różnego rodzaju spotkania i wykłady. Tymi ostatnimi zajmuje się sekcja edukacyjna – dodaje Tyberiusz, prezes koła.

Pielgrzymki

Trudno wyobrazić sobie duszpasterstwo bez muzyki. Ze względu na wspomniany wcześniej rytm Mszy Świętych, apeli i czuwań, najwięcej zajęć ma diakonia muzyczna zajmująca się ich oprawą. – Diakonia na uczelni to grupa osób, które Bóg obdarzył talentem muzycznym. Liczba uczestniczących jest płynna. Każdy, kto potrafi grać na jakimś instrumencie lub śpiewać, może się przyłączyć – mówi Marta.

Z tego pragnienia wspólnego grania i śpiewania zrodził się pomysł utworzenia zespołu uwielbieniowego, którego prowadzenia podjął się o. Marcin.

Ci, którzy wolą śpiew bardziej klasyczny, mogą dołączyć do chóru akademickiego pod dyrekcją pani magister Ireny Szczurko.

Duszpasterstwo akademickie na naszej uczelni nie ogranicza się jednak tylko do Mszy Świętych, apeli i czuwań. W czasie Wielkiego Postu, który obecnie przeżywamy, przygotowujemy się na przyjście Pana poprzez rekolekcje wielkopostne. Dużą rolę w formowaniu studenckiej wspólnoty odgrywają także spontaniczne, okazjonalne spotkania, m.in. wspólne śniadania po Roratach, kolędowanie w strojach kolędników w okresie po Bożym Narodzeniu, spotkania na nabożeństwach październikowych, majowych i czerwcowych. Rok akademicki obfituje w pielgrzymki autokarowe – do sanktuarium św. Józefa w Kaliszu, dwa razy w roku na Jasną Górę. W tradycję uczelni wpisana jest też coroczna pielgrzymka do Rzymu, którą organizuje o. Benedykt. Spotkania te nie tylko umacniają naszą wiarę, ale także wzbogacają o nowe, piękne przeżycia, do których każdy z nas będzie wracał po latach.

Jak widać, każdy może tu znaleźć coś dla siebie niezależnie od tego, czy jest radosny czy poważny, potrafi śpiewać, grać na instrumencie, czy też nie. Nieważne, skąd jesteśmy i jaki mamy charakter. Najważniejsze jest to, że możemy mimo pewnych różnic robić tak wiele rzeczy razem. Najważniejsze, że łączy nas jedno Serce – Serce Jezusa Chrystusa.

http://www.naszdziennik.pl/wp/25543,gdy ... serce.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 25 mar 2013, 07:18 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Zwycięska miłość bliźniego

Piotr Szubarczyk

Karmelita o. Hilary Paweł Januszewski był przeorem klasztoru karmelitów na Starym Mieście w Krakowie. Pochodził z Borów Tucholskich, do zakonu wstąpił jako 20-latek, potem były studia filozoficzne w Krakowie i teologiczne w Rzymie, po których został wyświęcony na kapłana.

Podczas okupacji przyjął do klasztoru grupę bezdomnych, wypędzonych Polaków z Wielkopolski. Ta aktywność klasztoru nie podobała się Niemcom. Aresztowali kolejnych zakonników. Ojciec Hilary poszedł na gestapo, by się za nimi wstawić i by powiedzieć Niemcom, że to on odpowiada za wszystko, co się w klasztorze dzieje.

Został aresztowany. Więziono go w katowni gestapo na Montelupich w Krakowie (po wojnie katownia UB), w Sachsenhausen, wreszcie w obozie specjalizującym się w prześladowaniu księży KL Dachau.

Kończyła się wojna, obóz miał być wkrótce wyzwolony. Można było pomarzyć o powojennym życiu. Jednak o. Hilary wiedział, że w obozie umierają w mękach chorzy na tyfus, pozbawieni opieki, bo prawie wszyscy od nich uciekali w lęku o własne życie. Zgłosił się do pomocy chorym. Zarażony chorobą, zmarł 25 marca 1945 r., miesiąc przed przybyciem Amerykanów.

Pod wrażeniem śmierci o. Hilarego – przedtem w takich samych okolicznościach ks. Wincentego Stefana Frelichowskiego (zm. 23 II 1945) i innych księży ryzykujących życie dla chorych w obozie, ks. kard. Adam Kozłowiecki – więzień Auschwitz i Dachau – powiedział: „To, co przeszliśmy, mogło zabić ideały. Bezwzględna walka o byt mogła wyrobić egoizm i obojętność dla drugich. Lecz ci bohaterowie dowodzą, że idea miłości bliźniego, rzucona przed dwoma tysiącami lat przez Chrystusa, to nie mrzonka. Zwycięża nawet tam, gdzie panuje nienawiść”.

Ojciec Hilary został beatyfikowany przez bł. Jana Pawła II 13 czerwca 1999 r. w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej.

http://www.naszdziennik.pl/wp/27839,zwy ... niego.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 06 kwi 2013, 09:46 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Andy Garcia – aktor z zasadami

Środowisko popularnych aktorów, zwłaszcza tych z Hollywood, kojarzone jest powszechnie z rozpustą, rozwodami i pogardą dla tradycyjnych wartości. Wzorująca się na gwiazdach kina młodzież uważa, że człowiek sukcesu to osoba wyuzdana, z pogardą traktująca „mieszczańską” etykę. Tymczasem są aktorzy, którym wiara katolicka nie tylko nie utrudnia sukcesu, lecz stanowi prawdziwą inspirację. Jednym z nich jest Andy Garcia.

Andrés Arturo García Menéndez urodził się na Kubie w 1956 r. Jego rodzina osiedliła się w Miami Beach uciekając przed komunistycznymi rządami Castro. Garcia opuścił Kubę w wieku 5,5 roku. Wspomnienia z dzieciństwa są dla niego wciąż żywe. Pamięta w szczegółach życie i atmosferę w domu zamożnej rodziny, „zapach farmy ojca, zimną podłogę na tarasie i dźwięki pianina, na którym grała babcia”.

Rewolucja Castro zakończyła jednak sielskie dzieciństwo. – Warunki stawały się dla nas coraz gorsze – opowiada aktor. – Rząd zabrał naszą ziemię. Pieniądze zostały zabrane z banku. Państwo uchwaliło prawo, które ograniczało władzę rodziców nad własnymi dziećmi.

Początkowo planował karierę koszykarza, ostatecznie jednak poszedł do szkoły aktorskiej. Pierwszy znaczący sukces odniósł w trzeciej części "Ojca chrzestnego" (premiera w 1990 r.), wcielając się w rolę „zabijaki” – „Vinniego” Manciniego-Corleone. Jako czarny charakter wystąpił także w serii komedii sensacyjnych "Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra” („Ocean's Eleven”, 2001), „Ocean’s Twelve: Dogrywka” („Ocean's Twelve”, 2004) oraz „Ocean’s Thirteen” (2007). Duży sukces przyniosła mu również rola troskliwego męża kobiety-alkoholiczki w filmie „When a Man Loves a Woman” z 1994 roku.

Garcia Menéndez to nie tylko aktor, lecz również reżyser. Jego dziełami są m.in. takie filmy, jak „Cachao Como Su Ritmo No Hay Dos” o Israelu Lopezie, twórcy mambo (1993 r.), a także „The Lost City” - opowieść o Hawanie końca lat 50. Ten nakręcony w 2005 r. film jest Garcii szczególnie bliski. Przedstawia losy żyjących w kwitnącej i eleganckiej Hawanie trzech braci, których rewolucja komunistyczna zmusza do emigracji do Stanów.

Prywatnie zaś Garcia jest pobożnym katolikiem i mężem Marivi Victorii Lorido, również będącej uciekinierką z Kuby Castro. Państwo Garcia mają czwórkę dzieci (syna i trzy córki), szanują swoją prywatność i nie kryją się z przywiązaniem do rodzinnych wartości. Oprócz nienagannego stylu życia od hollywoodzkiej śmietanki wyróżnia Garcię również wspomniany antykomunizm. To właśnie przekonania powstrzymują go przed odwiedzeniem kraju dzieciństwa. System kubański uważa za totalitarny i porównuje go do ery rządów rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceausescu. – Nigdy nie zdecydowałem się, by pojechać na Kubę – powiedział kiedyś Garcia. – Zaprosili mnie na Festiwal Filmowy w Hawanie, ale nie pojechałem, ponieważ sprzeciwiam się kubańskiemu reżimowi. Chciałbym wprawdzie odwiedzić kraj mojego dzieciństwa, jednak nie pozwala mi na to szacunek dla ludzi, którzy zginęli i cierpieli pod reżimem Castro – podkreśla aktor i reżyser. Artysta krytykuje także Ernesto „Che” Guevarę, modnego wśród lewaków, ale także ludzi nieznających historii. – Wielu nosi jego wizerunek na koszulkach, nie zdając sobie sprawy, że był to człowiek, który skazywał ludzi na śmierć bez procesu i możliwości obrony – przypomina kubański imigrant.

Rolą życia Garcii jest „Cristiada”, której światowa premiera odbyła się 20 marca 2012 r. w Watykanie. Choć film dobrze sprzedawał się w Meksyku, z jego światową dystrybucją były problemy. Koncerny zasłaniały się obawą przed finansowym niewypałem. Czy jednak był to prawdziwy powód? Czy raczej dystrybutorom przeszkadzało, że film dotyczy powstania meksykańskich Cristeros? Celem powstania trwającego w latach 1926-1929 było przywrócenie katolikom prawa do wyznawania swojej wiary. Prawa, którego odmawiał im masoński i socjalistyczny rząd. W filmie Deana Wrighta Garcia wciela się w rolę samego przywódcy Cristeros - Enrique Gorostiety Velarde.

- Dostałem list od prawnuczki Gorostiety – mówi Garcia w wywiadzie dla „Catholic Digest”. – Była bardzo wzruszona filmem. Czuła, że przez wiele lat jej rodzina nie otrzymywała niemal żadnych wyrazów uznania. W Meksyku był to temat tabu. Ludzie nie chcieli o niej mówić, a postać Gorosiety była zamieciona pod dywan historii. Jej zdaniem, to właśnie film pozwolił tej historii ujrzeć światło dzienne – dodaje aktor.

Ale film jest godny uwagi nie tylko katolików, jego przesłanie powinno zainteresować każdego. – To piękna historia, którą po prostu trzeba było opowiedzieć – mówi Garcia. – Istnieją pewne podobieństwa między filmem, a moim życiem. Wolność sumienia w Meksyku nie istniała, podobnie, jak na Kubie. 'Cristiada' to film o ludzkiej wolności. To prawdziwy zaszczyt móc zagrać rolę tak wielkiego człowieka. Zasługuje on na uznanie ze względu na to, co uczynił. Jestem dumny, że mogłem przyczynić się do tego, że jego historię pozna wielu widzów – podkreśla aktor.

Marcin Jendrzejczak
Źródło: newsmax.com / catholicdigest.com

http://www.pch24.pl/andy-garcia---aktor ... 850,i.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 17 cze 2013, 06:34 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Leczcie dziecko, nie mózg

Redukowanie cierpienia dziecka do mózgu, który można „naprawić” taką czy inną tabletką, z pominięciem jego duchowości, całego bogactwa osoby – to ślepa uliczka.

Korzyści i ryzyko, jakie niesie ze sobą model psychotropowy w leczeniu dzieci i młodzieży, w zestawieniu z oceną innych możliwości, analizowali uczestnicy międzynarodowego sympozjum, które zorganizowała Papieska Rada ds. Duszpasterstwa Chorych i Służby Zdrowia. Hasło spotkania: „Dziecko jako osoba i pacjent. Konfrontacja sposobów leczenia”. Zjawisko rozchodzenia się psychiatrii i psychoterapii w niesieniu pomocy najmłodszym jest bardzo skomplikowane, dlatego na rekomendacje pastoralne poczekamy co najmniej kilka tygodni.

Kto uczy pediatrów, kim jest dziecko?

Studiują „choroby” – ale kto im wyjaśni, kim jest osoba? – podnosił prof. Giorgio Albertini, pediatra neurorehabilitant z Rzymu. Współczesnym wzorem, jak przyjmować cierpiących, w tym najmłodszych, stał się dla świata Papież Franciszek. Również wczoraj, w Dniu Evangelium Vitae, dał tego świadectwo na placu św. Piotra.

Już z daleka ogarnia tę osobę wzrokiem, skupiając się na niej jednej, nawiązuje serdeczny kontakt, kogo tylko może przytula. Poprawia smoczki i kokardy.

Z otwartymi ramionami przyjmowane są też dzieci chociażby w Instytucie św. Jana Bożego prowadzonym przez bonifratrów w Boliwii.

Gdybyście widzieli te wszystkie małe królowe z zespołem Downa, niepełnosprawnych raperów i żonglerów albo jak sobie pomagają dwaj ledwo odrośli od ziemi przyjaciele z niepełnosprawnością psychiczną. Takie właśnie są dzieci – potakiwali prelegenci, reprezentujący wszystkie kontynenty, zwracając uwagę na wsłuchiwanie się w procesie leczenia w ich potrzeby fizyczne, psychiczne, duchowe.

– Dzieci cechuje zadziwienie światem, ogromna intuicja, mądrość serca, empatia – wyliczał prof. Arndt Buessing z Niemiec.

Maluch z etykietą

Zachodnia medycyna uczy traktować smutek dziecka jako chorobę lub dysfunkcję. Zdarza się, że zbyt pochopnie przyczepiana mu jest etykieta psychiatryczna. A tej nie tak łatwo się pozbyć. Do jego problemów dochodzi dodatkowy – czuje się „inne”. Tymczasem – stwierdza list apostolski Jana Pawła II „Salvifici doloris” – cierpienie towarzyszy człowiekowi na każdym etapie życia. Także w dzieciństwie.

Dziecko potrafi temu doświadczeniu nadać sens i znaczenie, ma szansę rozwinąć się dzięki niemu.

– Medykalizacja emocji odrywa je od kontekstu, w którym powstają i gdzie mogą zostać w pewien sposób przepracowane – zauważył dr Pat Bracken, dyrektor ds. klinicznych Ośrodka Zdrowia Psychicznego w West Cork (Irlandia).

W jego przekonaniu, a kwestię tę podejmowali również inni prelegenci, medyczny model depresji, sytuując emocjonalne problemy w biologii mózgu, w pewnym sensie długofalowo uzależnia pacjenta od „profesjonalistów”.

Jednak cały ten mechanizm bynajmniej nie da się wpisać w ten szablon, tak jak psychiatria nie może być uważana po prostu za coś w rodzaju neurologii stosowanej. Według Brackena, w relacji terapeutycznej – przed decyzją o ewentualnym włączeniu wybranego środka – nie może zabraknąć otwarcia na warunki duchowe, egzystencjalne, w jakich powstaje smutek.

– Konfrontacja sposobów terapii nie tylko odsłania stojącą za nimi wizję dziecka, ale jest wyrazem troski o przyszłość – zwrócił uwagę ks. abp Zygmunt Zimowski, szef Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Chorych i Służby Zdrowia.

Kto konsumuje miliardy

Konferencja pokazała właśnie na tym wyraźnie zarysowanym tle wiele punktów zapalnych. Podczas gdy w wielu krajach świata dzieci nie mają żadnej okazji, żeby zbadał je psycholog czy psychiatra, roczne wydatki na leki psychiatryczne osiągnęły pułap 56 mld USD w skali świata – i rosną. A wraz z nimi wpływy koncernów farmaceutycznych nawet na badania akademickie.

Profesor Robert Whitaker, pisarz i dziennikarz z Cambridge, który bada rozprzestrzenianie się psychofarmakoterapii, jako istotny przełom wskazuje wprowadzenie na rynek oraz dopuszczenie dla dzieci i młodzieży fluoksetyny (prozac). Producent przedstawiał ten specyfik jako bardziej bezpieczny i skuteczny antydepresant niż środki pierwszej generacji, mające zastosowanie już w latach 50. u dorosłych.

Następny kamień milowy to rok 1980, gdy Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatryczne w podręczniku diagnostycznym zaklasyfikowało ADD (zespół deficytu uwagi) jako chorobę. Z czasem – zauważa wyróżniony w 2010 r. nagrodą za najlepszą książkę dziennikarstwa śledczego „Anatomy of an Epidemic” autor – diagnoza rozszerzyła się do ADHD (zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi) i została zapożyczona przez wiele innych krajów.

Dziś 11 proc. Amerykanów w wieku 4-17 lat ma to rozpoznanie i z reguły poddawani są terapii lekowej. W ocenie krytyków, testy kliniczne nie dowiodły jednoznacznie długoterminowych korzyści dla pacjentów w żadnym obszarze życia w przypadku jej stosowania.

Natomiast wśród korzyści płynących z podejścia psychospołecznego, terapii z dużym udziałem rodziny, wymienia się – oprócz utrzymania poprawy w dłuższym okresie – zachowanie przez dziecko autonomii, wzrost osobowy, wytyczenie sobie celu w życiu, samooakceptację.

Puszka Pandory

Dzieci i młodzież w krajach rozwiniętych coraz częściej dostają recepty na antydepresanty i leki przeciwpsychotyczne – w niektórych stanach USA mogą je wystawiać także psychologowie i pielęgniarki. Czy znajduje to uzasadnienie w badaniach klinicznych?

Nie ma rozstrzygających dowodów na to, że środki antydepresyjne dają u najmłodszych nawet w krótkiej perspektywie – próby trwają zwykle 8-10 tygodni – lepsze wyniki niż placebo (tabletki wyglądające tak samo, ale bez biosubstancji, przy czym uczestnik eksperymentu o tym nie wie).

Zdaniem prof. Favy, w przypadku ciężkiej depresji terapia powinna bazować na ocenie klinicznej, a antydepresanty przyjmowane tak krótko, jak tylko to jest możliwe.

Podnoszone są też zastrzeżenia do łączenia kilku leków jednocześnie czy też stosowania ich u dzieci i młodzieży poza wskazaniami. Profesor David O. Antonuccio z University of Nevada przedstawił raport wskazujący wręcz na większą poprawę przy podawaniu placebo niż preparatów psychiatrycznych, biorąc pod uwagę efekty długookresowe.

Z kolei Whitaker przypomniał, iż w przypadku atypowych środków przeciwpsychotycznych amerykański Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego doszedł do konkluzji, że po roku tylko nieliczni z grupy młodzieży biorącej udział w testach odnieśli pewne korzyści z ich stosowania, przy wystąpieniu poważnych skutków ubocznych.

Innym z problemów związanych ze stosowaniem antydepresantów u dzieci i młodzieży jest poważny efekt uzależnienia, który utrudnia zakończenie terapii i powrót do funkcjonowania bez leków. Z drugiej strony, duży odsetek samobójstw wśród młodzieży, np. w Australii, to przypadki nieleczonej depresji.

Jak widać, co do proporcji między ryzykiem i korzyściami różnych sposobów leczenia zdania są mocno podzielone, co nie ułatwia lekarzom i rodzicom decyzji o wyborze sposobu terapii. A jest on dodatkowo uzależniony od uwarunkowań społeczno-kulturowych, od koncepcji zdrowia i choroby, tak odmiennych na Zachodzie, w Ameryce Łacińskiej czy w Indiach.

– W Indiach urodzenie chorego dziecka uważane jest za karę dla niego. W Porto Rico tradycyjnie przyjmuje się, że to kara dla matki. W Ameryce Łacińskiej występuje pogląd, że jest to efekt klątwy – wyliczał analizujący ten aspekt ks. prof. Janusz Szurzykiewicz, wykładowca teologii pastoralnej i psychologii na Katolickim Uniwersytecie Eichstaett-Ingolstadt.

Czynniki kulturowe mają wpływ na decyzje rodziny o podjęciu i wyborze sposobu leczenia. Na przykład w Chinach w terapii spektrum zaburzeń autystycznych znajduje zastosowanie medycyna naturalna i akupunktura, a w Pakistanie w ogóle nie podejmuje się terapii (przy założeniu, że choroba to wola Allaha). Dzieci w Indiach, u których zdiagnozowano problem psychiczny, do lekarza raczej już nie wracają.

Jolanta Tomczak, Watykan

http://www.naszdziennik.pl/swiat/35925, ... -mozg.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 24 sie 2013, 06:37 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Wspólnota jak żywa woda

Anna Kołakowska

Ludzie coraz częściej czują się ze swoimi problemami pozostawieni sami sobie.
Tempo życia, internet, telewizja sprawiają, że pod pretekstem braku czasu przestajemy ze sobą rozmawiać. Zaczynamy skupiać się jedynie na tym, co nas boli, nie widzimy drugiego człowieka.
Kierujemy się jedynie własnymi oczekiwaniami, a w nich zaczyna brakować miejsca na potrzeby współmałżonka. Wysoką cenę za brak zdrowych relacji w rodzinie płacą dzieci. Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia, a każde trudne małżeństwo sakramentalne jest do uratowania – uważa o. Donat OFMConv.
Zwraca uwagę, że tym, co przede wszystkim może nas przemienić, jest Słowo Boże. Proponuje rodzinom, by po niedzielnym obiedzie przez 20 minut wspólnie czytały Ewangelię z danego dnia, a później domownicy podzielili się tym, co do nich trafiło. – Rodzi to nowe standardy, Słowo Boże przemienia – podkreśla o. Donat.
W sytuacji, kiedy jednak trudno usiąść przy wspólnym stole, nie ma co zmuszać współmałżonka, lecz samemu warto szukać sposobów na przemianę. Nierzadko bowiem przyczyną małżeńskich kryzysów jest nieprzebaczenie, i to niekoniecznie mężowi czy żonie.
Wielu małżonków odkryło siebie na nowo we wspólnotach w Kościele. Ojciec Donat, który prowadzi warsztaty rozwoju duchowego „12 kroków ku pełni życia” we Wspólnocie Trudnych Małżeństw Sychar, podkreśla, że kluczem do sukcesu jest codzienna przemiana siebie. Postawienie w centrum naszego życia Pana Boga, a nie naszych problemów.
– Kryzys nie jest czymś złym – uważa o. Donat – to czas, by wyjść i zobaczyć życie na nowo. – Jeżeli twój mąż nie chce się zmieniać, to może zacznie, jak zobaczy, jak ty zaczynasz cieszyć się życiem.
Łaska sakramentu jest ogromna, a Bóg dla każdego bez wyjątku ma nieprzewidywalny scenariusz i najróżniejsze drogi. Dlatego warto otworzyć się na Jego działanie. Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko inne jest na właściwym.
Działająca przy amerykańskim Episkopacie Komisja ds. Małżeństwa i Życia Rodzinnego zleciła przeprowadzenie badań ukazujących wpływ wiary na pożycie małżeńskie. Okazało się, że przy 50-procentowym wskaźniku rozwodów w USA wśród praktykujących katolików, którzy regularnie uczestniczą we Mszy św., rozwody dotykają 3 proc. małżeństw, a wśród małżeństw klękających do wspólnej modlitwy zaledwie 0,3 procent. Im większe więc przywiązanie do wiary i nauczania Kościoła, tym większa gwarancja udanego pożycia oraz szczęścia małżeńskiego i rodzinnego.
– Przed wstąpieniem do wspólnoty – wspomina Mieczysława Rybicka – nie było w naszym życiu Boga. Nie było też mowy o duchowości małżeńskiej ani zastanawiania się nad tym, czym są duchowość małżeńska i sakrament małżeństwa.
Małżeństwo sakramentalne zawarli po prostu z tradycji, ale później nawet nie chodzili do kościoła. Żyli dniem codziennym. Nie zastanawiali się nad tym, czym jest wspólnota małżeńska i na czym polega istota samego sakramentu. Wszystkie troski, stresy przeżywali osobno. – Gdy przyszły bardzo poważne kłopoty związane z prowadzeniem naszej firmy, stanęliśmy w obliczu takich trudności małżeńskich, które wcześniej czy później zakończyłyby się rozwodem. Zaczęło się wzajemne obwinianie i pretensje – opowiada Mieczysława Rybicka.
Wówczas trafili do Domowego Kościoła. Tam od początku uczyli się, jak budować szczęście małżeńskie – prowadzić dialog, modlić się i zawierzać wspólnie sprawy Panu Bogu.
– Wówczas dopiero, po 20 latach małżeństwa, po raz pierwszy poczuliśmy siłę sakramentu oraz to, że jako mąż i żona jesteśmy jednością. Wyzwoliliśmy się z egoizmu – teraz dla nas najważniejsze jest nie to, czego „ja” chcę, ale to, czego „ty” chcesz, czego „ty” oczekujesz i potrzebujesz – kończy swoje świadectwo Mieczysława Rybicka.
– Małżonkowie, patrząc na życie innych, przekonują się, że można przełamać i przetrwać kryzys – innym się udało, to i nam może się udać. Dzielą się doświadczeniami i wzajemnie wspierają. To dzielenie się doświadczeniami, wspieranie, przykład ma ogromne znaczenie – mówi Anna Mrozowicz, diecezjalny doradca życia rodzinnego w archidiecezji gdańskiej.

Spotkania małżeńskie

Przed wielu laty, kiedy nasi przyjaciele Jolanta i Tomasz Półtorakowie zaczynali dopiero wspólną drogę życia, Jola poszła do swojej mamy, aby się pożalić na męża. Mama wskazała ręką w kierunku ich mieszkania i powiedziała: „Tam jest twój mąż, z nim omawiaj te sprawy”. Dziś oboje doskonale znają wartość małżeńskiego dialogu, bo doświadczyli go nie tylko we własnym związku, ale przede wszystkim w czasie rekolekcji, które prowadzili. Wiele razy pomagali małżonkom nawiązać ze sobą dialog i odnowić więź.
Jolanta wraz z mężem Tomaszem od wielu lat prowadzi rekolekcje Ruchu Spotkań Małżeńskich w diecezji bydgoskiej. – Trudno policzyć, ile razy byliśmy świadkami całkowitej przemiany małżonków i odkrycia przez nich na nowo siebie nawzajem – mówi Jolanta.

Oddałem życie Panu

Jacek pochodził z rodziny, gdzie – mówiąc potocznie – nie wylewało się za kołnierz. Sam też, mając już rodzinę, nie stronił od kieliszka. Tym bardziej że wraz z żoną Małgosią mieszkał razem z rodzicami. Na porządku dziennym były częste awantury, wyzwiska, obrażanie się, ciche dni, niespokojna atmosfera w domu.
– Żona szukała pomocy wszędzie, również u bioenergoterapeutów, Tybetańczyków, psychologów. Po dziesięciu latach wyprowadziliśmy się od rodziców, bo nie było możliwe życie z nimi, a właściwie to trochę z nami
– wspomina Jacek. Zmobilizowało ich to do budowy własnego domu. Życie, choć na swoim, nadal dalekie było od ideału.
– Żona ciosała mi kołki na głowie, żebym nie pił, ale ja, aby mieć spokój, piłem, bo wtedy się nie odzywała. Czasami miałem tego dosyć, wtedy przychodziły myśli o rozwodzie – mówi Jacek.
Aż do czasu pamiętnych rekolekcji ewangelizacyjnych Odnowy w Duchu Świętym w Magdalence. Jacek planował zawieźć na nie jedynie żonę, a sam wrócić do domu.
– Małgosia nie naciskała i ta jej postawa zaważyła na tym, że zostałem jako uczestnik REO. Od tej pory zaczęło się moje nawrócenie. Oddałem swoje życie Panu – podkreśla.
Po rekolekcjach wraz z żoną Małgorzatą wstąpili do wspólnoty i tam zobaczył, że do szczęścia w rodzinie niepotrzebny jest alkohol, lecz Pan Bóg.
Dziś ich dzieci budują już swoje szczęście małżeńskie od początku na Bogu. Córka ze swoim mężem należą do Domowego Kościoła. Syn i synowa są w grupie małżeńskiej i w zespole, w którym śpiewają na chwałę Pana. – Dzięki Panu jestem trzeźwym człowiekiem, który może cieszyć się ze wspaniałej żony, dzieci, wnuków, kocham ich bardzo i dziękuję Panu Bogu, że wyprostował moją drogę życia. Z Nim to zupełnie inne życie, nie ma problemu, w którym by mi nie pomógł, wystarczy tylko prosić i dziękować, dziękować za wszystko, dosłownie za wszystko. Przysięgałem na dobre i na złe przed samym Bogiem. Myślę, że wreszcie to działa, to zło pokonaliśmy, ale bez Pana Boga, Jezusa Chrystusa, Maryi nic by się nam nie udało.

Profilaktyka

Duszpasterze, ale i same rodziny apelują, by w relacjach małżeńskich postawić na profilaktykę, czas spędzony wspólnie bez telewizora, choćby na wspólnej pracy. To zawsze procentuje.
Warto też żyć zgodnie z nauką Kościoła, zrezygnować z antykoncepcji, która bardzo niszczy związek. Podkopuje m.in. wzajemne zaufanie. Procentuje też inwestycja we wzajemny rozwój, czemu służą choćby tzw. weekendy małżeńskie organizowane w wielu miejscach Polski.
Cenne wskazówki co tydzień można usłyszeć we wtorek o godz. 21.40 w „Audycji dla małżonków i rodziców” na antenie Radia Maryja.
– Małżeństwo to podstawowa komórka społeczna, jeśli kwitnie, to przekłada się to na całe społeczeństwo – konkluduje o. Donat.
To trochę tak jak ogród – cieszy oko i serce o każdej porze roku. Są przecież i w naszym klimacie rośliny, które kwitną pod śniegiem. Gdy jednak przestajemy wyrywać chwasty i spulchniać grządki, zarasta i traci blask. Jakie chcemy mieć nasze ogrody, tyle wkładamy w nie pracy.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 17 paź 2013, 18:26 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Wnętrze człowieka wykształca się w procesach wychowania i edukacji w atmosferze miłości troskliwych opiekunów.
W ten sposób rodzi się świadomość, tożsamość, godność, odpowiedzialność, empatia, czyli rodzi się kultura, ludzka kultura.
Tak kształtują człowieka rodzice, Kościół, pedagodzy.
Nieludzka kultura, taka atrapa kultury, niby kultura, rodzi się w inny sposób.
Nie ma wychowania, edukacja jest częściowa, a zamiast nauczania mamy tresurę. Nie ma też atmosfery miłości, empatii, patriotyzmu, ale za to jest agresja, banalizm, niechęć do kultury, do wartości i wreszcie nienawiść do piękna, do prawdy, do dobra.
Tak kształtują człowieka ideolodzy.
Wychowanie i edukacja rodzą się z dorobku kulturowego ludzkości, a tresura ideologiczna wyradza się w schizofrenicznych i psychopatycznych głowach ludzi skarłowaciałych, zdziczałych, najzwyklejszych barbarzyńców.
Tresura ideologiczna musi być zawsze narzucana, gdyż jest nie naturalna, jest obca w dotychczasowej kulturze ludzkiej.
Walka o zasięg ideologii potrzebuje wrogów i ofiar i w ten sposób rodzą się kolejne zbrodnie i pojawiają się kolejni zbrodniarze.
Obecnie próbuje nas wytresować na zwyrodnialców ideologia gender.


Brońmy Kościoła i wiary przodków

„Każdego dnia wychodzą na światło dzienne przypadki nadużyć seksualnych, których dopuszczają się członkowie kleru katolickiego. Niestety, nie można już mówić o pojedynczych przypadkach, lecz raczej o zbiorowej zapaści moralnej. Wielu kapłanów i zakonników przyznało się do winy. Bez wątpienia owe tysiące przypadków odkrytych przez wymiar sprawiedliwości stanowią zaledwie wycinek prawdziwych liczb, wziąwszy po uwagę, że hierarchia kościelna zdołała ukryć i zatuszować wielu zwyrodnialców.”

Jeżeli ktoś pomyślał, że powyższy fragment to wypowiedź Leszka Millera, Janusza Palikota, Andrzeja Rozenka, albo fragment artykułu Katarzyny Wiśniewskiej z Gazety Wyborczej, Adama Szostkiewicza z Polityki lub jest to diagnoza stanu Kościoła wyartykułowana przez Monikę Olejnik, Tomasza Lisa lub „kapelana Czerskiej”, księdza Wojciecha Lemańskiego to już spieszę i wyprowadzam z błędu.

Powyższy cytat to fragment przemówienia wygłoszonego 28 maja 1937 r. przez Josepha Goebbelsa, szefa propagandy III Rzeszy. Tak Drodzy Czytelnicy, to wszystko już było, a rodzimi mentalni totalniacy sami tego prochu nie wymyślili, więc całymi garściami czerpią z osiągnięć „klasyków”.

Kościół katolicki, jego zasięg, liczba wiernych, a więc ogromny wpływ na Boży Lud, stał zawsze na drodze systemów totalitarnych, które to systemy chcą ludzkie masy kształtować na swój sposób i według jakiegoś kolejnego udoskonalonego szatańskiego projektu.

Nauczanie Kościoła stało na przeszkodzie w dziele stworzenia „człowieka sowieckiego”, „germańskiego nadczłowieka z rasy panów”, a dzisiaj „światłego Europejczyka”.

Oczywiście zawsze wmawia się ludziom, że oni sami tej inżynierii dusz pragną i się jej domagają zaś „elity” i władza wychodzą im tylko na przeciw oczywiście służąc ludowi i realizując jego pragnienia.

Na całe szczęście totalitarne zapędy niczym atawizmy wyłażą czasami jak słoma z cuchnących walonek w najmniej spodziewanych momentach, że przytoczę słowa „Drogiego Bronisława” Geremka, najpierw obiecującego stalinisty, a później całą gębą europejsa, który powiedział:

“Zbudowaliśmy Europę, teraz musimy ukształtować Europejczyków”

Czy nie brzmi to podobnie jak:

Zbudowaliśmy blok państw komunistycznych, teraz musimy ukształtować ludzi sowieckich

Jednym słowem najpierw jest plan wymyślony ponad głowami społeczeństw, a potem jego realizacja, czyli masowe pranie mózgów, wskazywanie wrogów klasowych i ich likwidacja z wykrzykiwanym przez zakłamane gęby hasłem, że to dla naszego dobra i szczęścia.

Najpierw zdiagnozować chorobę „świętych krów” (nie mylić ze wściekłymi), a później po jej nagłośnieniu spróbować pod tym pretekstem wybić całe stado. Może nie od razu się uda, ale przynajmniej wśród wystraszonych popyt na wołowinę gwałtownie spadnie.

To są ciągle podejmowane te same próby zniewolenia ludzkości i uczynienie z niej dającej się dowolnie kształtować masy złożonej z pożytecznych idiotów, którym wystarczy systematycznie dokładać do koryta, na tyle by nie odczuwali głodu i nie wszczynali buntów.

Brońmy Kościoła i wiary naszych przodków gdyż bez nich staniemy się bezbronni i nie tylko nigdy nie odwojujemy wolnej i niepodległej Polski, ale przestaniemy o niej nawet marzyć uszczęśliwieni tym, że stać nas na brykiety do grilla i kiełbasę zwyczajną.

http://kokos.salon24.pl/541543,bronmy-k ... y-przodkow

Historia zatacza kolejne koło....., a my co na to?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 24 gru 2013, 09:37 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Co wzrusza twardego mężczyznę

Z Wiktorem Węgrzynem, inicjatorem Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego, rozmawia Beata Falkowska

Czas Bożego Narodzenia przynagla nas do wiary w to, co po ludzku niemożliwe. Cieszę się, że rozmawiam w tym świątecznym okresie z Panem, bo uchodzi Pan za speca od rzeczy niemożliwych.
– (śmiech) Robię po prostu to, co się da zrobić. Muszę powiedzieć, że mam bardzo wielu sojuszników. I odnoszę wrażenie, że po jednej i po drugiej stronie życia. Są takie momenty, gdy naprawdę czuję pomoc nie z tej ziemi, gdy wydaje mi się, że jestem do czegoś niezbyt przygotowany, a udaje się i wychodzimy zawsze obronną ręką. Jak dotychczas przynajmniej.

Jak Pana chowano, że jest Pan taki, jaki jest?
– Właśnie nieraz się nad tym zastanawiam. Bo że wyniosłem z domu głęboki patriotyzm, to jedno. Ojciec był żołnierzem 1939 roku w armii gen. Kleeberga, potem był w podziemiu, w Narodowych Siłach Zbrojnych. Z Katyniem zetknąłem się w 1943 lub 1944 roku, gdy tata przyniósł naramienniki oficerów z Katynia przywiezione przez PCK. Trafiły one do podziemia, krążyły po mieszkaniach. Jako 12-latek w 1952 roku z przyjacielem Zbyszkiem Tekielem na warszawskim Targówku rozwieszaliśmy wiersze o Katyniu. Tego wiersza nauczyłem się na pamięć, bo ciężko było wtedy dokumenty trzymać w domu. Do dziś go pamiętam. Tak jakoś od dziecka to życie związane jest z Katyniem.

Potem przyszła emigracja.
– Od 1973 roku mieszkałem w Chicago, tu poznałem żołnierzy II Korpusu gen. Władysława Andersa, ludzi zupełnie niezwykłych. Zaprzyjaźniłem się z Feliksem Konarskim „Ref-Renem”. Poznałem Władysława Kołacińskiego „Żbika”, jednego z dowódców Narodowych Sił Zbrojnych, płk. Mieczysława Niedzielskiego „Żywiciela”, płk. Kazimierza Szternala, cichociemnego, ostatniego dowódcę Powstania Warszawskiego na Mokotowie. W tym środowisku żyłem od 1973 roku. Te sprawy były dla mnie codziennością. I tak się zastanawiałem, co by było, gdybym żył przez te lata w Polsce i zjadał tę porcję codziennego komunistycznego kłamstwa, jakbym reagował na to wszystko.

Może tak samo?
– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Przecież to już 70 lat totalnego kłamstwa. Żyjemy w kłamstwie. Wszystko, co piękne, polskie, jest zakazane. Jeżeli pan prezydent mówi, że patriotyzmem jest płacić podatki, to jest to zupełne nieporozumienie i fałsz. On nie rozumie, co to jest patriotyzm. Patrzę na to, co dzieje się w Polsce, z perspektywy amerykańskiej: kowboje opanowali miasteczko i robią, co chcą – rabują, kradną, kłamią. Wszystko im wolno. Tylko że kowboje na ogół potem uciekali, a oni zostają. Kiedyś wywozili Polaków na Syberię, potem strzelali w tył głowy, potem wysyłali z paszportem w jedną stronę, a teraz doprowadzili do takiej sytuacji, że ludzie sami wyjeżdżają. Emigrują najbardziej przedsiębiorczy młodzi ludzie, za granicą zakładają rodziny, nie zdają sobie sprawy, że to oznacza likwidację Polski.

Rozklejał Pan wiersze o Katyniu, gdy można było za to dostać kulkę w głowę. Nie dziwi Pana, że dziś wielu nie robi nic?
– Jesteśmy w komfortowej sytuacji, wtedy zabijali. Zresztą i dziś zabijają, mam na myśli słynnego „seryjnego samobójcę”. Ale dziś jest bezpieczniej, tyle że jak rządzi się telewizją przez 70 lat, można udowodnić, że w nocy jest jasno, a w dzień jest ciemno. Wszystko jest możliwe. Polacy są straszliwie okłamywani. Stąd taki strach tych kowbojów przed naszymi mediami, szczególnie przed Telewizją Trwam, która, miejmy nadzieję, wejdzie na multipleks. Chociaż jak się rozmawia z komunistami, trzeba pamiętać o trzech rzeczach: nie wierzyć, nie wierzyć i po trzecie nie wierzyć. Oni są oszustami, słowo „honor” dla nich nic nie znaczy. Kiedyś było trudno, ale i dziś nie jest łatwo. Podziały przebiegają często w poprzek rodzin. Syn drwi z ojca. Znam takie przypadki. Cudownie się stało, że kilka milionów ludzi broniło Telewizji Trwam, policzyliśmy się.

Motor kojarzy się z wolnością, nieskrępowaniem. Wolność ducha to według Pana…
– Robić to, co uważa się za właściwe, i nie zwracać uwagi na to, czy nam pozwalają, czy nie. Nie możemy iść na żaden kompromis. W naszej sytuacji kompromis to odejście od prawdy na rzecz kłamstwa. Czytałem przed chwilą tekst uczestnika rajdu katyńskiego, genetyka, pracownika naukowego. Ma on żal do tych kowbojów, którzy nas oszukują, ale kończy pytaniem: co ja, doktor habilitowany, zrobiłem, by nie pozwolić na to? Jesteśmy oszukiwani, ale pozwalamy się oszukiwać. Beznadzieja wokół powinna nas mobilizować do oporu, działania.

Motocykl jest rodzajem klucza do umysłów i serc Polaków, także młodych? Udało się ich trochę pootwierać przez te 13 lat rajdów?
– Motocykl na pewno przyciąga. Obserwuję na rajdzie wiele takich pozytywnych sytuacji. Kilka lat temu przyszedł do mnie młody człowiek i mówi: Dziękuję ci, ja wróciłem z tego rajdu całkowicie odmieniony, lepszy. W tym roku chcę pojechać z moją narzeczoną, niech ona też to zobaczy. Dotknięcie prawdy, spotkanie tam, na Wschodzie, Polaków robi ogromne wrażenie. Nie znam nikogo, kto by potraktował to obojętnie. Kolejna historia. Jechał z nami młody chłopiec, wytatuowany, po parę kolczyków w uchu, muzyk rapowy. Deklarował się jako ateista. Stwierdził, że on do kościoła chodził nie będzie, a w tym czasie zajmie się pilnowaniem motocykli. Powiedziałem mu: „Nie ma problemu, wiara jest łaską, może jeszcze jej dostąpisz, ale musisz wiedzieć jedną rzecz: nie ma Polski, polskiej historii, bez Kościoła katolickiego”. Po rajdzie ten chłopak ochrzcił swojego synka, napisał bardzo ładną relację. Bardzo miłym wątkiem jest także nasza przyjaźń z Wołominem.

Z całym Wołominem?
– Prawie. Cudowny człowiek, były radny z Wołomina, pojechał z nami na rajd, był tak zachwycony, że potrafił zarazić swym entuzjazmem mnóstwo ludzi z Wołomina, biznesmenów. Otrzymujemy od nich ogromną ilość darów. Dużo jest takich wyjątkowych chwil. W tym roku jechali z nami młodzież i nauczyciele, którzy wygrali konkurs o Katyniu. Bardzo mocno to przeżyli. Harcerze wileńscy także z nami jeżdżą. Zachęcam wszystkich młodych, którzy czytają ten wywiad. Organizujmy autobusy, furgony. Niech młodzi jadą z nami do Katynia.

Trudności Pana mobilizują? Jest Pan typem człowieka, który na pustyni zaczyna od razu kopać i szukać wody?
– W każdych warunkach trzeba się odnaleźć. Rajd przeszedł moje oczekiwania. Przecież zaczynaliśmy od kilkunastu osób. Te nasze przeżycia, tak trafiające do serc młodzieży, chciałbym jeszcze bardziej upowszechnić. Spodziewałem się, że rajdem katyńskim przełamiemy zmowę milczenia wokół pewnych tematów. Że nie da się nie dostrzec grupy stu motocyklistów jadących z prędkością 120 km na godzinę. To jest 5 km dudniącej drogi. Takich kolumn w Europie nie ma. To przyciąga uwagę. Media na wschodniej Ukrainie bardzo dużo o nas informują, nawet na Białorusi był bardzo pozytywny reportaż, największa cenzura jest w Polsce.

Jeżdżą z nami wszyscy: górnicy, marynarze, naukowcy, księża. Jeden zawód jest słabo reprezentowany – dziennikarze. Pojechał z nami kiedyś dziennikarz gazety motoryzacyjnej z koncernu Agory. Okroili mu ten tekst doszczętnie i zrobili z tego mało atrakcyjną pielgrzymkę, która jeździ po cmentarzach i płacze. To jest kłamstwo. Przepraszał mnie potem. Ale kto ma o tym informować? Dzieci władców PRL, które dziś opanowały media? Tylko Radio Maryja, Telewizja Trwam, „Nasz Dziennik” interesują się nami i informują o rajdzie.

Ten mój zamysł, by dotrzeć poprzez rajd do Polaków, przybliżyć im wielką, piękną historię, nadal nie jest zrealizowany. A to wspaniała historia. Kresy to niezwykła ziemia. Wszystko, co wielkie w naszej poezji, literaturze, muzyce, pochodzi z Kresów. Wielcy wodzowie: Żółkiewski, Sobieski, Piłsudski, to wszystko są Kresy.

Motocykl zwraca uwagę, to jest droga do serc ludzkich, gdyby jeszcze bardziej to nagłośnić.

Co wzrusza takiego twardego mężczyznę?
– Na rajdach jest dużo takich rzeczy. Po 13 rajdach oskorupiałem trochę, ale ciągle wielkie wrażenie robi na mnie wieś Bogdanowo i sierociniec prowadzony tam przez Polkę, Helenę Dworecką, niezwykłą osobę, córkę polskiego żołnierza, patrioty. Pierwsze dziecko, którym zajęła się pani Helena, zwróciło jej uwagę, gdy wypędzono je ze sklepu, bo śmierdziało. Było bardzo brudne i chciało chleba. Wyszła za tą dziewczynką, zapraszała na posiłek do domu, ale ona uciekała, w końcu poszła za nią, ale w dużej odległości. Weszła do mieszkania, złapała chleb i zjadła go pod stołem. Potem uciekła, ale powróciła. Ta dziewczynka mieszkała w lesie. Potem były kolejne dzieci. Dziś jest ich 11.

To taka „spontaniczna” pomoc czy sformalizowana?
– Po wielu problemach władze uznały działalność pani Heleny za rodzaj sierocińca. Ta najstarsza dziewczynka ma już 20 lat, chodziła do szkoły krawieckiej, pracowała w Grodnie, ale w każdy weekend przyjeżdżała do pani Heleny do Bogdanowa. Dwa lata temu wyszła za mąż za Polaka z Grodna, piękna dziewczyna. Każde dziecko w tym domu to historia, w którą trudno uwierzyć. Jeden chłopiec, wyrzucony z domu, mieszkał w psiej budzie. Miał niewładną jedną nogę i rękę, na których najczęściej spał. Trzyletnią dziewczynkę znaleziono na 25-stopniowym mrozie z zamarzniętymi na twarzy sopelkami łez. Mieszka teraz w tym domu. To jest dom niezwykły, tam mieszkają miłość i dobro. Od pięciu lat każdego roku zatrzymujemy się u pani Heleny, wozimy dzieci na motocyklach. A one dumne opowiadają o nas w szkole.

Zawsze spotykaliśmy się także z polskimi dziećmi w Smoleńsku. Kilka lat temu małe dzieci, które jeszcze nie chodzą do szkoły, śpiewały dla nas „Polskie kwiaty”, „Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Stoimy, dzieci śpiewają. Nagle patrzę, że jestem sam, chłopaki się porozchodzili, wołam: „Wracać, przecież te dzieci dla nas śpiewają”, patrzę, a oni wszyscy płaczą. Ten język kresowy, gdzieś tam daleko, i te dzieci, to robi wrażenie. Ciężko oddać w słowach ten moment, gdy zagląda się tym ludziom w oczy. Wilno, Lwów, tam Polacy przyjeżdżają, a my odwiedzamy czasem wioski, w których nikt nie pamięta wizyty Polaków. To są wzruszenia zupełnie niezwykłe. Polacy na Syberii, w Kazachstanie to tragiczny temat. Ci ludzie od trzech, czterech pokoleń czekają na powrót do Polski. A rocznie powraca do Ojczyzny kilka rodzin.


Jak przeżywa Pan Boże Narodzenie?
– Rodzinnie. Przyjechała wnuczka. Jak zawsze będziemy na Pasterce na Jackowie, tam jest polski kościół. Przyjeżdża bardzo wielu Polaków z całego Chicago i z okolic, tam się wszyscy spotykamy.

Czego życzy Pan sobie i Polakom na święta i nowy rok?
– Byśmy w nowym roku przepędzili tę bandę, która nami rządzi. Dla naszego wspólnego dobra.

Dziękuję za rozmowę.
Beata Falkowska

http://www.naszdziennik.pl/mysl/63356,c ... zyzne.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 31 sty 2014, 14:46 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Jak wielka jest ta przestrzeń i czym tą przestrzeń wypełniamy? Przestrzeń człowieczeństwa.

Co czytać

Jadwiga Zamoyska

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Czytanie jest dla istoty moralnej człowieka tym, czym pokarm dla jego istoty fizycznej: tak jak pokarm wytwarza jego zdrowie i siły, tak czytanie wytwarza, jeśli się tak wyrazić wolno, jego temperament duchowy, to jest jego zdrowie i siły moralne. Wystarczy choć trochę zastanowić się nad tym, ażeby zrozumieć, jak ważną jest rzeczą wybierać między książkami te, które czytać warto. Czytajmy to, co posłużyć może do uzacnienia, do umocnienia, do zachęty, do pociechy, a nareszcie do uczciwej, a tak czasami w życiu potrzebnej rozrywki. Stosownie więc do tego, jakiej potrzebujemy nauki, pod jakim względem braknie nam wykształcenia, skąd wypływa pociecha, gdzie znaleźć można właściwą rozrywkę, wypadnie odpowiedź na pytanie, co czytać należy.

Jeżeli najpierwszą, najważniejszą, najpotrzebniejszą nauką jest nauka wiary, bo ona jedna poucza człowieka o celu jego życia na ziemi, to samo się przez się rozumie, że najważniejsze są książki, które do wiary prowadzą.


Fragment pochodzi z: „O pracy”, 2001

--------------------------------------------------------------------------------

Czytanie jest procesem stokroć inteligentniejszym niż oglądanie telewizji, a to oznacza, że nie ma mowy o prawidłowym rozwoju naszej inteligencji, jeśli nie będziemy umieli czytać i jeśli nie będziemy czytać. Umiejąc czytać, musimy zgromadzić biblioteczkę pozycji wartościowych, zwłaszcza takich, które pogłębiają naszą wiarę i umacniają naszą polskość, by zawsze były pod ręką i by z łatwością można się było w nie zanurzyć.

http://www.naszdziennik.pl/wp/66854,co-czytac.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 15 lut 2014, 09:10 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Siła rozumu

Ks. prof. Mieczysław A. Krąpiec

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Wizja człowieka nie jest kwestią obojętną dla kultury,

dla narodu, dla państwa, dla całego sensu życia człowieka. Bo ona albo otwiera człowieka na dobro, prawdę i piękno, albo z życia ludzkiego czyni absurd.

Bo przecież absurdem jest gromadzenie wszystkiego, dążenie do zdobycia jak największego bogactwa i…

na tym koniec. Podobnie seks jest ważną sprawą w ludzkim życiu, ale służy przede wszystkim przetrwaniu ludzkości, po to, żeby ona trwała, a nie tylko po to,

aby czerpać z seksu zaledwie przyjemności. Człowiek w dziedzinie seksu winien być w służbie ludzkości. To widać wyraźnie u owadów, u zwierząt.

Kiedy przychodzi okres godów, wtedy zauważamy,

jak jednostka jest podporządkowana gatunkowi.

Człowieka charakteryzuje używanie rozumu i dlatego jest on w stanie z tego, co jest środkiem, uczynić cel, i to jest właśnie alienacja. To jest alienacja ludzkiej natury,

na którą zwrócił uwagę Papież Jan Paweł II. Podstawą wszelkich typów alienacji jest zamiana środków

na cel, a celu na środek. To jest największy błąd we

współczesnej kulturze.


Fragment pochodzi z:
„Porzucić świat absurdów. Z Mieczysławem A. Krąpcem OP
rozmawia ks. Jan Sochoń”, Lublin 2002


--------------------------------------------------------------------------------

Człowiek nie posiada instynktu, który by bezbłędnie regulował jego działania, tak jak to się zazwyczaj dzieje w świecie zwierząt. Ale my mamy rozum, który swym zakresem i swoimi możliwościami daleko przekracza świat zwierzęcy i stawia nas w zupełnie nowej sytuacji. Możemy więcej niż wszystkie zwierzęta razem wzięte. Ale równocześnie możemy się też zupełnie pogubić i w tym, co tworzymy, i we własnym życiu. A ma to miejsce wówczas, gdy zachłyśnięci tym, co jest tylko środkiem, zapominamy o prawdziwym celu na miarę bycia człowiekiem.

http://www.naszdziennik.pl/wp/68313,sila-rozumu.html


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 20 lut 2014, 16:58 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Czy nasze człowieczeństwo wypełnione jest godnością, czy tumiwisizmem i obojętnością na wszystko, co nas nie dotyczy?

Ks. abp Hoser: Klauzula sumienia wynika z prawa do wolności człowieka

Klauzula sumienia to prawo człowieka do kierowania się sumieniem w wyborach moralnych nie tylko w życiu prywatnym, ale także społecznym i zawodowym – czytamy w stanowisku zespołu ekspertów Konferencji Episkopatu Polski ds. bioetycznych.

W siedzibie KEP w Warszawie przedstawiano stanowiska zespołu ws. „klauzuli sumienia”. Jest to odpowiedź na stanowisko Komitetu Bioetycznego Polskiej Akademii Nauk z 12 listopada ubiegłego roku.

W przypadku osób pracujących w służbie zdrowia klauzula ta odnosi się do dwóch wartości: życia ludzkiego jako takiego i do integralności psychofizycznej, funkcjonalnej i anatomicznej osoby ludzkiej – zaznaczył ks. abp Henryk Hoser, przewodniczący zespołu ekspertów KEP ds. bioetycznych.
- Sumienie jako cecha ludzka przypomina o wyższości prawa moralnego nad prawem stanowionym. Cała historia ludzkości przemawia raczej za wyższością prawa moralnego nad prawem stanowionym. Istnienie sumienia i decyzje stąd pochodzące są wyrazem godności człowieka. Jest to cecha, która dotyczy tylko istnień ludzkich i człowieka, a nie innych, nawet ożywionych osobników. Godność – jak to powiedział znany nam filozof Karol Wojtyła – Jan Paweł II – to jest miara wartości, jaką człowiekowi przypisujemy, i to jest wartość niezbywalna – powiedział ks. abp Henryk Hoser, przewodniczący KEP.

Ksiądz Arcybiskup dodał, że klauzula sumienia wynika także z prawa do wolności człowieka.
- Sumienie ma też odniesienie do wolności człowieka, która znów jest specyficznie cechą ludzką. Człowiek jest istotą wolną, która kieruje się wolnymi decyzjami i decyzje te zawsze powinny być w zgodzie z sumieniem – podkreśla ks. abp Henryk Hoser, przewodniczący KEP.
Komitet Bioetyki przy Prezydium PAN stwierdza, że “klauzula sumienia nie może być używana jako instrument narzucania innym, a w szczególności pacjentowi, przez przedstawiciela zawodu medycznego swoich przekonań moralnych”.

RIRM

http://www.radiomaryja.pl/informacje/ks ... czlowieka/


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Przestrzeń człowieczeństwa.
PostNapisane: 27 lut 2014, 08:27 
Online
Moderator

Dołączył(a): 13 lip 2009, 09:25
Posty: 30797
Centrum świata

Gilbert Keith Chesterton

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Nigdy mnie nie przerażał argument, że człowiek jest pospolitą, nieważną drobiną na tle wielkiego wszechświata. Pod każdym względem jest to bowiem argument sentymentalny, a nie racjonalny. Mógłbym się zlęknąć piętnastometrowego olbrzyma, gdybym ujrzał, jak tratuje mój ogródek, lecz nawet dygocąc ze strachu, nie miałbym powodu sądzić, że jest to ktoś ważniejszy ode mnie, stojący wyżej w hierarchii bytów, milszy Bogu lub bliższy prawdy, jaka by ona nie była. Uczucie, że kosmos to porażający ogrom, jest typowo infantylne i histeryczne, choć również typowo ludzkie. Lecz kiedy rozważamy, czy człowiek jest moralnym centrum świata, wówczas istota ludzka wcale nie musi czuć się moralnie umniejszona tylko dlatego, że nie jest największą gwiazdą, tak jak nie umniejsza jej fakt, że nie jest największym ssakiem. Jeśli nie zakładamy a priori, że Opatrzność zawsze umieszcza największą duszę w największym ciele i że centrum moralne musi obowiązkowo pokrywać się z fizycznym, zawrót głowy od nieskończoności ma dokładnie taki sam wymiar duchowy jak zawrót głowy od stania na drabinie albo lotu samolotem.

Fragment pochodzi z „Obrony człowieka”, 2008.
--------------------------------------------------------------------------------

Próba pomniejszania człowieka we własnych oczach biegnie wieloma torami. Czasem może to być zwyczajna reakcja oparta na uświadomieniu sobie fizycznej dysproporcji, jaka zachodzi między nami i światem wokół nas. Czasem może to być wynik badań naukowych, które jednak zakładają, że człowiek jest tylko biologicznym ogniwem w procesie ewolucji. W efekcie pojawić się może zniechęcenie i rozpacz: jesteśmy sami, jesteśmy tak mali. Otóż nie, nikt poza nami nie uświadamia sobie własnej egzystencji, nikt nie stoi wobec moralnych dylematów, nikt nie myśli o kosmosie. Jesteśmy więc ponad, jesteśmy kimś więcej niż cała ziemia i cały kosmos.

http://www.naszdziennik.pl/wp/69514,centrum-swiata.html


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 58 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 5 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Nasi przyjaciele: Strony Patriotyczne
Linki pozycjonujące: Fenster aus Polen / Schüco Fenster / Drutex Fenster / Fenster Preise / Haustüren /